P. 1
Bordello Peerelo

Bordello Peerelo

|Views: 506|Likes:
Wydawca: Jan

More info:

Published by: Jan on Jul 31, 2010
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

02/13/2013

pdf

text

original

1

Jan Prowincjusz

bordello peerelo



Szanowni Pastwo
By moe niektórzy czytelnicy rozpoznaj wród bohaterów postaci autentycznie
niegdy zamieszkujce peerel. By moe znajd si wród tych czytelników osoby,
które zechc si upomnie o dobre imi owych bohaterów. Autor, wiadom swych
praw twórcy, uczynił wiele, by nikogo niesłusznie nie urazi...
Jest prawd, e autor nie potrafi dowie, e np. w peerel funkcjonował w
opisywanym rodowisku tak włanie, jak to przedstawiono na na kartach powieci,
dom publiczny. A jednak osoby przy tej okazji opisane – postaci literackie –
uczestniczyły w czym bez porównania bardziej haniebnym – realnie współtworzyły
peerel w jego najwłaciwszym wymiarze. Prawa honorowe, a przed mechanicznym
odebraniem ich kuplerom wahał bym si, im zatem – takie jest moje najgłbsze
przekonanie - nie przysługuj. Przynajmniej do chwili jakiego satysfakcjonujcego
rozliczenia si z epoki...
autor

Poniewa powie przed dwa lata, mimo niekiedy entuzjastycznych recenzji, nie
znalazła sobie papierowego wydawcy, std zdecydowałem si zawiesi na
www.sws.org.pl
To samo zaproponuj Redakcji internetowych Kontratekstów.
Bardzo prosz ewentualnych czytelników o zamieszczanie swych uwag.
Tekst nie był poddany obróbce redakcyjnej.
autor
Copyright by Krzysztof Markuszewski
2
Nie miałem łatwego dziecinstwa - o nie! I nie zawsze sprzyjało mi szczescie...
Własnym rozumem, pracowitoscia, nie raz ryzykujac dorobek całego zycia,
doszedłem do czegos...
Syn magazyniera GS-u z miasteczka na w Kieleckiem nie miał lekko. Skonczyłem
technikum rolne, bo innego u nas nie było. Na studia w szescdziesiatym piatym
poszedłem w Wyzszej Szkole Gospodarwstwa Wiejskiego w Warszawie. Chciałem
zdawac do Warszawy, na filozofie, ale nauczyciele mi odradzili.
- Gdzie ty bedziesz sie pchał - pytali. Twój ojciec zahaczył o AK, ciesz sie, ze
technikum skonczyłes.
Ja im na to, ze w AK był od pazdziernika czterdziestego czwartego do wyzwolenia
przez Armie Czerwona - tak powiedziałem - przez Armie Czerwona - zeby nie
zapomnieli, jaki mam pozytywny stosunek do naszej polskiej rzeczywistosci - a w
ogóle, to tata miał wtedy szesnascie lat. Dzis moge powiedziec prawde - tata w
rzeczywistosci miał siedemnascie lat, ale tak sobie myslałem, ze nikt nie bedzie
sprawdzał. Bo tata za AK wcale nie siedział, raz go tylko wzieli na UB, dali
wpierdol, nawet ciezki, ale przeciez nic takiego, tydzien polezał w poscieli i potem
nikt sie go nie czepiał. To było lato, czas zniw i tata nie musiał u stryjka pracowac na
polu. Bo w wojne dziadków zabili Niemcy. Oboje. Partyzanci zastrzelili, czy nawet
tylko ranili dwóch Niemców. To było na skraju lasu obok wsi. Cała młodziez z
bydłem i swiniami wyniosła sie ze wsi, zostali tylko gospodarze i starcy. Aha -
zostały jeszcze kury, bo jak to gnac. Kaczki i gesi to przegonisz, ale kur nie - sa zbyt
głupie. No i Niemcy w dwa dni potem przyjechali w kilku ciezarówkach. Najpierw
chcieli rozstrzelac tylko mezczyzn, ale odkryli u Józefiaków Zydów, których oni
ukrywali, wiec rozstrzelali tez kobiety i nawet kilkoro niemowlat, których nie brano,
bo przeciez co one komu zawiniły? Dlaczego Zydzi od Józefiaków nie uciekli razem
z młodzieza – nikt nie wie...
No - Niemcy, to nie ruskie wojsko - dzis moge to powiedziec. Trzech niemieckich
zołnierzy, podobno takich prostych szeregowców, dorwało sie do jednej takiej matki
dziecka i ja gwałciło, czy chciało zgwałcic? No - cholera z tym - w kazdym razie
3
dopadł ich oficer i od razu dał po mordzie. Ale ze to był Niemiec - to kazał im, a
moze tylko jednemu z nich, zaraz zastrzelic te kobiete. Tamten sfuszerował, strzelił
jej za stodoła w piers i ona jakos przezyła. Bo innych zegnali na skraj wsi, wpedzili
do dołu wykopanego pod budynek mleczarni, który mieli stawiac i tam rozstrzelali.
Wcale ich nie zasypali, ale nikt sie nie uratował, bo kazda partie rozstrzelanych
oficer, czy podoficer, dobijał z pistoletu. O Niemcach mówia, ze tacy sa solidni,
akuratni, a prosze - o tej kobiecinie zapomnieli.
A Niemcy tym sie róznili od ruskich, ze ruski oficer moze nawet rozstrzelałby
swoich zołnierzy, tak od razu, pistoletem z reki, ale potem sam by zgwałcił i jeszcze
wódki by zazadał. Ruskie - to prawda, jak im sie nie sprzeciwiac, to gwałconych bab
nie mordowali... Chamstwo bo chamstwo - wszy po nich łaziły jak T-34, ale do
ludnosci zachowanie mieli inne. Ruskie to jednak nie Niemcy. Choc ja oczywiscie
wiem - ruskie za komunizmu wiecej ludzi pomordowali, niz Hitler. Przeciez
przeczytałem "Archipelag GUŁAG" - nie cały, bo za gruby, ale przeczytałem.
Potem jeszcze ci Niemcy spalili wies. Po rozstrzelaniu szli z kanistrami wzdłuz
ulicy i podpalali chałupy, bo od frontu sa chałupy. I chałupy wszystkie sie sfajczyły,
ale nie wszystkie stodoły i obory. Tamta postrzelona lezała za stodoła i nawet do niej
nie zajrzeli. Jeszcze kilka osób ze wsi pochowało sie tu i tam i przetrwali. I jeszcze
jedna rodzina zydowska tez wtedy przetrwała. Chyba piec osób. Dopiero w pół roku
potem ich wykonczyli. Nie mieli sie gdzie schowac. Ci Zydzi to grozili, ze jak ich
Niemcy złapia, to powiedza gdzie sie ukrywali. Ze niby - znów za kare Niemcy
przyjada i wymorduja tych, którzy uciekli przed rozstrzałem. We wsi nie brakowało
chojraków, którzy byli w BCh, czy w NSZ-cie, którzy bez gadania mogli ich
kropnac, ale nic takiego. Ktos ich tam w zagajniku - ho, ho - teraz to jest wysoki las -
musiał dokarmiac. Ale jak Niemcy robili obławe na partyzantów, to partyzantów nie
znalezli, za to tych zydków stukneli.
A partyzantów nie mogli znalezc, bo to byli zwykli chłopi na co dzien krzatajacy
sie w gospodarstwie. Na akcje, to szło sie najmniej ze dwadziescia kilometrów dalej.
4
U nas akcje robili ludzie z innych powiatów. Bo było wiadomo, ze Niemcy moga
mscic sie za te akcje.
No i po tym spaleniu wsi gospodarke przejał stryjek. Jak inni, najpierw mieszkał w
sasiedniej wsi, tam trzymał zwierzeta, a potem po kawałku przenosił sie na swoje.
Najpierw do ziemianki, potem do obórki, gdzie mieszkał razem z bydletami...
A tata przeniósł sie do miasteczka. Tam było mnóstwo domów do
zagospodarowania - pozydowskich. Cenniejsze rzeczy zrabowali Niemcy, ale rózne
takie bambetle, jak garnki, miotły i co tam jeszcze, to mozna było znalezc nie
rozgrabione. I tata taki dom znalazł - na podmurówce, bez piwnicy, ale z solidna
jama, nawet z zapasem zywnosci - pewnie gospodarze chcieli sie w tej jamie
schowac, ale potem cos im nie wyszło i poooszli - do Bełzca.
Moja ciocia - siostra taty, tez przeniosła sie ze swoim chłopem do miasta. Zajeli
sasiedni dom. On - znaczy sie - wujek - nie chciał, ale ciocia zagroziła, ze za niego
nie wyjdzie i przestanie mu dawac. Wujek na to, ze w wojne, to chłopów brak, a nie
bab i znajdzie sobie inna, lecz ciocia na jakiejs zabawie tanczyła z innym. Wujek
wyzwał go na walke, zdaje sie - tak mówia, ze przegrał, w kazdym razie od zawsze
dla mnie szczerbaty był, lecz cioci to nie przeszkadzało i sie pogodzili. No i przeszli
do tego miasteczka.
W czterdziestym czwartym był strach. Tata przygruchał sobie kuzynke cioci, a co
on miał - szesnascie lat i zenic sie chciał. Ciocia z wujkiem juz byli po slubie. A
przeciez - burdel był taki, ze nie było wiadomo, czy te domy, co oni zajeli i zajeli
inni ludzie ze wsi, co poszli do miasta na pozydowskie, to sa ich, czy nie. Niemcy
wydawali tylko tymczasowe meldunki. No i juz było dobrze wiadomo, ze Niemcy
biora w dupe i nowa władza nastanie. Ludziom az tak bardzo na tych niemieckich
meldunkach nie zalezało.
Tylko nie było wiadomo, czy nowa władza zaakceptuje nowych gospodarzy, czy
nie. Na zdrowy rozum, to powinna, bo przeciez dawni wylecieli kominem ze
wszystkimi spadkobiercami. Jak tam który pojechał przed wojna do Stanów, czy do
Palestyny, to przeciez i tak by nie wrócił. No ale ludzie gadali, ze po wojnie panstwo
5
bedzie biedne i bedzie kazało płacic za przyznanie własnosci. A kazdy chciał byc na
swoim. Pamietali jednak, ze przed wojna, jak ktos był na wojnie o niepodległosc, tak
ludzie mówili - o niepodległosc - to zostawał osadnikiem wojskowym i gospodarke
dostawał od panstwa, albo przynajmniej licencje na kiosk z papierosami.
Wujek nie mógł isc do lasu, bo ciocia juz zaciazyła, no to tate posłali. Nie od razu,
bo był cały bal z wyborem partyzantów. Oni swój pomyslunek mieli i wiedzieli, ze
ida ruskie i trzeba isc do takiego wojska, które ich lubi. Znaczy sie - tata chciał do
AL, a raczej stryjek i stryjna tak chcieli. A nikt nie miał kontaktu. W koncu -
kuzynka stryjny, znaczy sie - moja mama, zaciazyła z tata i ja miałem sie narodzic.
Mama miała siedemnascie lat - pare miesiecy starsza jest od taty - ale wstydziła sie
przyznac. Podobno stryjna swoje wiedziała, ale nic nie mówiła, zeby tylko tata
poszedł wreszcie do tych partyzantów i zeby wywalczył dla całej rodziny prawo do
normalnego zasiedlenia tych domów.
No i jak juz ruskie stali za Wisła, tata poszedł, z braku czego lepszego, do AK. Bo
wtedy to gadali, ze ci z AL, na których i tak nie było kontaktu, to za byle co potrafia
swoich rozstrzelac. I ze rzadza sie tam same ruskie. Dzis dobrze wiem, ze to była
całkowita nieprawda, ze rzadzili ruskie - rozstrzeliwali nasi i za byle podejrzenie, ze
jest sie wtyka NSZ lub AK. Potem sie nasłuchałem, co oni porzadnych chłopaków
narozwalali. Całkiem sie nie znali na swojej robocie. A potem do UB, na urzedy,
trzeba było brac całkiem surowych ludzi. Swoich brakowało. A jakby tamci z
grobów powstali - to przeciez byłoby moze nawet w sam raz?
Po wojnie tata został magazynierem w GS-ie. Najpierw był tylko pomocnikiem, bo
szkół nie miał, ale wieczorowo ukonczył podstawówke w rok. Zaraz po promocji
wzieli go na UB i tam dali wycisk.
Ale opłaciło sie - bo zaraz potem, tak bez wyroku, przyszli w srodku nocy do
magazyniera i stukneli go w ogrodzie. Przebrani byli za tych z lasu, ale kazdy
wiedział, ze to Mostowski z UB robił porzadki przed referendum. Bo magazynier -
stary działacz spółdzielczy - tak o nim mówili - był w PSL. Wtedy nawet na
przesłuchanie nie brali, bo nie mieliby takich tłumów kim przesłuchac. W
6
normalnych czasach przed rozwałka wyspiewałby co i jak, ale jak trzeba było działac
na grande, to od razu, w ogrodzie...
No i ojciec - ledwie osiemnascie lat - awansował na magazyniera. Trzymał sie tej
posady, ze hej. Potem nawet mature zrobił. Choc - wstyd o tym wspominac, ojciec i
dzis nie pisze ortograficznie.
Tylko do partii nie chciał sie wpisac. Ja mu przedkładałem, ze tak bedzie lepiej, a
on swoje - ze wie swoje... Ja byłem za głupi, zeby to wszystko rozumiec, ale potem
zrozumiałem. Ojciec z tego UB wyszedł moze i obity, ale i namaszczony. Do
koscioła chodził, ale ja swoje wiem. W koncu poszedł do ZSL-u... Co my
przewalanek z tym ojcem potem nie narobilismy! Ale to potem...
Ja sobie rosłem w kazdym razie po pansku. Rodzice posłali mnie do technikum
rolnego, bo mówili, ze na liceum jestem za głupi. A ja sie dobrze uczyłem i wcale nie
byłem za głupi. Zreszta - od dziecka byłem rozgarniety - nie mieli kogo ze mna
zostawiac w domu, bo mama wtedy pracowała, a stryjna jak raz była w szpitalu, to
cos załatwili i rok wczesniej wysłali mnie do szkoły. Dla mnie to nie było takie
dobre, bo długo byłem najsłabszy w klasie - inni mnie leli. Oni kombinowali, ze jako
technik rolny, przejme posade po ojcu, a moze nawet awansuje?
Ojciec co jakis czas dokładnie odpytywał mnie z tego, co dzieje sie w szkole. Ja
tego nawet nie dostrzegałem, ale on sterował moimi znajomosciami. Nawet - a w
tamtych czasach rodzice zwykle udawali, ze chłopcy dziewczynami nie powinni sie
zajmowac - mało tego - ze taka kwestia w ogóle nie istnieje - zachecał mnie, abym
sie umawiał z taka Zosia. Ona była - raczej jest, bo zdaje sie - zyje - córka
kierownika skupu i ksiegowej w GS-ie. No wiec ja niejasno - jak na swoje
czternascie czy pietnascie lat myslałem, ze ojcu chodziło o układy w pracy, czy jak?
Tak - miałem wtedy czternascie lat... Ale to były całkiem inne buty...
Wcale nie miałem do niej smiałosci. Była z równoległej klasy, ale w takim razie
była o rok starsza. Taka czarnulka. Młodziez wtedy wolniej dorastała. Ale ona była
wyzsza niz ja, juz w pełni wyrosnieta, choc piersi to nadal miała ze dwa razy
mniejsze, niz w rok, a moze dwa lata pózniej.
7
Był czerwiec, ale jeszcze nie było wakacji. Jednak w szkole nie było przez dwa dni
lekcji, bo przyjechał sanepid i kazał ja natychmiast deratyzowac. Przyjechali ci od
deratyzacji i rodzicom nakazano, by uczniowie nawet nie zblizali sie do szkoły.
Mówiono - uzyja jakichs takich technik trucia szczurów, które sa niebezpieczne dla
dorastajacej młodziezy.
Trzech kolegów sie zmówiło, ze podejda do szkoły od strony boiska, schowaja sie
w krzakach i wszystko beda widziec. Mnie nie doprosili, ale skads wiedziałem - juz
nie pamietam... Gryzłem sie, ze mnie nie zignorowali. Wyobrazałem sobie, ze takie
chowanie sie w krzakach bedzie najlepsza zabawa w wojne. Bo my ciagle bawilismy
sie w wojne i czasem było sie Polakiem, czasem Niemcem, a jak dziewczyny chciały
sie z nami bawic, to czasem sie godzilismy, ale pod warunkiem, ze one beda ruskim
wojskiem. Bycie ruskim wojskiem było najmniej prestizowe, ale one nie majac
wyjscia - godziły sie.
No a tu pod dom zajezdza ojciec taka półtoratonowa ciezarówka Lublin. Ledwo
wszedł do domu, wypił troche zsiadłego mleka, tak na chybcika i woła do mnie, ze
mam sie zbierac. Zal mi było tych krzaków i tej zabawy w wojne chemiczna,
przeciez było ryzyko, ze nas tez zagazuje tak jak te szczury, ale nie było wyjscia. W
tamtych czasach z rodzicami, zreszta w ogóle ze starszymi, nie dyskutowało sie.
W kabinie - ku memu zdziwieniu, była Zoska. Miała te swoje czarne włosy upite w
dwie kitki po bokach, sciagniete gumka. Ubrana była w taka bardziej domowa
sukienke z kretonu zapinana przez cała długosc na guziki. Był upał. Sukienka była
troche ciasna i gdy siedziała, to na odcinkach miedzy guzikami wszystko jej sie
rozchylało. Majtki miała białe, z cienkiego sztucznego jedwabiu. No ale nie
zwracałem na to uwagi.
Gdy przyszedł ojciec i za swoim fotelem upchnał wypchana, spinana dodatkowo
paskiem skórzana teczke, okazało sie, ze mamy jechac do sasiedniego, powiatowego
miasta po wage z naprawy. Zoska podniosła raban, ze w takim stroju to ona nie chce
jechac. Ojciec usiadł za kierownica, bo kierowca., pan Władek, był tak pijany, ze nie
mógł kierowac. Ja miałem usiasc na tym samym fotelu, na którym siedziała Zoska.
8
Zgodził sie, ze Zoska z domu wezmie plastikowe spinki na warkoczyki, aby przykryc
te gumki - recepturki, ale nie zgodził sie, zeby sie przebierała. Co mu zalezało -
Zoska to nie mama, przeprałaby sie w try miga...
Ojciec w ogóle był wesół, bo jak powiedział, z panem Władkiem wypił cwiartke na
droge, ale nie zorientował sie, ze pan Władek juz był po dwóch winach. Prawo jazdy
miał, ale kierowca z niego był jeszcze niedoswiadczony. Powiedział, ze gdyby mama
Zoski wiedziała, ze jada bez pana Władzia, to moze by sie nie zgodziła na podróz?
Ruszył i jeszcze zajechał do GS-u. Z szoferki przez otwarte okno wykrzyczał do jej
mamy, ze sam prowadzi, ale zeby sie nie martwiła o Zosie, bo bedzie jechał wolno -
swojego syna tez wiezie.
Jechalismy zwirowa droga, bo jeszcze wtedy nie było asfaltu i w upale
zostawialismy za soba tuman pyłu. Ja siedziałem od drzwi i co jakis czas
wychylałem sie przez okienko, zeby popatrzec, jak chłopów z furmankami, albo
kogokolwiek na drodze, ten pył osypywał. Ludzie na to nie reagowali, traktowali jak
naturalny dopust bozy, bo tez i co mozna było zrobic?
Zoska czasem, gdy np. mijalismy wozaka z aluminiowymi baniakami z mlekiem,
tez sie wychylała i swoimi, tymi jeszcze nie całkiem rozwinietymi piersiami,
napierała mi wprost na twarz. Nie miała stanika - wtedy dziewczyny nosiły staniki
dopiero wówczas, gdy im juz całkiem urosło, a i to nie w domu. W duzych miastach
było inaczej, ale małych i na wsiach - własnie tak.
Ojciec sie nie wychylał, bo prowadził, ale widac było, ze tez ma ochote.
W miescie ojciec zajechał na rynek i wysadzi nas pod cukiernia Wolframa.
Wszyscy wiedzieli, ze pan Wolfram jest Zydem, ale tego sie głosno nie mówiło,
jakby to było wstydliwe. Wolfram miał jakiegos kuzyna na stanowisku w
Warszawie, wiec nie gnebili go domiarami. To tez wszyscy wiedzieli. Ale Wolfram z
ojcem musiał zyc w zgodzie, bo czasem od taty odbierał przydziały smietany, maki,
a najczesciej jajek. Jajka i tak kupował u chłopów, ale musiał miec faktury i ojciec
jakos mu je dostarczał. Na make z młyna w naszym GS-ie narzekał, ze nie jest tak
9
dobra, jak trzeba, ale tata mu tłumaczył, ze w tych czasach brac trzeba to, co jest i
widac było, ze poglad Wolframa było taki sam.
Pózniej ojciec mi wyjasnił, ze w magazynach gniezdził sie wołek zbozowy i to nie
było takie złe. Bo jak tego wołka było wystarczajaco duzo, to wtedy zboze szło nie
do młyna, ale do gorzelni. No i wtedy ojciec przywoził do domu cała beczke
spirytusu. To nie był dziewiecdziesieciopiecioprocentowy spirytus - miał moze
niecałe dziewiecdziesiat, ale mama zawsze mówiła, ze taki jest zdrowszy i szybciej
leczy z przeziebienia. Beczki na wszelki wypadek trzymalismy u stryjka na wsi, zeby
nie nakryli i tata zawsze narzekał, ze wujek podbiera wiecej, niz sie umówili. To
były takie stulitrowe beczki debowe i obaj nie byli w stanie tego wypic, tylko ze
wujek czasem sprzedawał. Ale i tak, gdy kiedys wtaczałem z wujkiem i kuzynem
Wojtkiem - synem stryja - te beczke, to w schowku w stodole pod słoma było ich co
najmniej szesc. W drugim koncu stały beczki z ropa do silnika napedzajacego za
pomoca pasa transmisyjnego krajbzege. Jak sie czasem ojciec ze stryjem napili, na
przykład na swieta, to sie smieli, ze jak bedzie pozar w stodole, to cała wies, nawet
plebania, pójdzie z hajcem... A mama i stryjna wtedy załamywały rece, albo
krzyczały na nich - w zaleznosci od nastroju...
Tak wiec ojciec usadził nas z Zoska na rynku na werandzie przed cukiernia
Wolframa i tylko zaznaczył, zeby nam nie dał wiecej, niz po dwie kulki lodów,
uprzednio upewniwszy sie, ze sa swieze. Były lody truskawkowe i smietankowe. My
chcielismy, rzecz jasna, truskawkowe, ale Wolfram dał nam smietankowe z wyraznie
wyczuwalnym smakiem wanilii. Chyba jednak wcale nie był pewien tych swoich
truskawkowych...
Na rynku, dzien nie był targowy, prawie nikogo nie było. Tylko w przeciwległej
pierzei stała kolejka, bo rzucili własnie mydło, a jakos akurat mydła nie było. Pan
Wolfram skomentował to: - Głupi ludzie - mydło trzeba kupowac na zapas, nawet jak
pare lat polezy, to sie tak bardzo nie psuje, tylko mniej pachnie. Ja tu tak filuje, bo
maja zyletki przywiesc do "Ruchu", a zyletka zawsze jest lepiej sie golic, jak
brzytwa.
10
Gdy w podstawówce obok rynku zrobiła sie chyba druga przerwa, maluchy
wybiegły na plac. Pewnie na co dzien nie było im wolno, ale wtedy była taka piekna
pogoda i juz koniec roku - stopnie mieli pewnie wystawione... Gdyby to było
liceum, to byłoby nam głupio, bo my co - technikum i wcale nie w powiecie. Ale na
tych z podstawówki moglismy patrzec z góry...
Potem jakis samochód podjechał pod kiosk i pan Wolfram, mimo pokaznego
brzucha, dosłownie sprintem rzucił sie do przodu. Ci z kolejki natychmiast to
zauwazyli - sam samochód pod kioskiem ich nie wzruszał, bo mógł dowiezc byle co,
ale sprint pana Wolframa - człowieka powaznego, na dodatek Zyda, a Zydzi -
wiadomo - zawsze wiedza, co w trawie piszczy, to była alarmujaca informacja. Z
kolejki najpierw jedna osoba - bez wahania, a po niej jeszcze kilka, wyraznie
miotanych rozterka, pobiegło do kiosku. Pan Wolfram dopiero dokonawszy zakupu
krzyknał, tak przez cały rynek: - Zyletki! - i wtedy jeszcze kilka osób pobiegło do
kiosku.
Wolfram po drodze, wyraznie zadowolony, wszedł jeszcze do spozywczego i po
chwili przyniósł nam po oranzadzie. Na chwile, z tymi czterema oranzadami wszedł
do srodka swojego zakładu, po chwili wyniósł dwie na tacy, przetarł je sciereczka i
postawił przed nami.
- Uwazajcie, bo stolik sie rusza – oswiadczył, ciagle jeszcze z zadowolona mina i
dodał: - Szklanek wam nie podam, zeby kontrola, jak sie napatoczy, nie mówiła, ze
handluje panstwowa oranzada...
Kazdy wiedział, o co chodzi - formalnie prywatnemu nie wolno było sprzedawac
nic, co było wyprodukowane przez panstwowe. To, ze nam tak dogadzał, było
oczywiste - z naszymi rodzicami i ich odpowiednikami w powiatowym GS-ie musiał
zyc dobrze. Oboje z Zoska to rozumielismy.
Gdy odszedł, po chwili milczenia, schylajac sie do głowy Zoski, konspiracyjnie
nieomal wyszeptałem: - Te czwarta oranzade - ty wiesz, dla kogo wział?
- Jasne, ze wiem, taka dziewczyna ze wsi, która u niego pracuje. Wiem dobrze -
pracuje legalnie - rodzice o tym mówili. Dziwili sie, ze urzad pracy dał zgode...
11
- Ja tez słyszałem od rodziców... Mówili tak miedzy soba, nie wiedzieli, ze ja
słysze...
- No co... - spojrzała na mnie z zaciekawieniem, ale i z powatpiewaniem...
- On ja posuwa...
Zoska spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała i chyba rzeczywiscie w pierwszej
chwili nie zrozumiała...
- No wiesz - nie wiedziałem jak to powiedziec nie uzywajac wulgarnych słów - robi
z nia to, co maz i zona robia w łózku...
Ona na to popatrzyła na mnie, jak na jakiegos swietokradce, potem na chwilke
przyjeła mine obojetnosci, by wreszcie jednak przestac udawac i spytac: - Przeciez
on ma zone!
- No własnie - odpowiedziałem sam nie wiedzac, jak to rozumiec.
Dopiero po chwili skontaktowałem, ze przeciez Wolframowa jest stara, gruba i
brzydka, a ta ekspedientka młoda, z gestymi blond włosami i jeszcze, choc tego sobie
nie powiedziałem w mysli, ale pomyslałem tak obrazem - cycata. Tego wszystkiego
jednak Zosce nie mówiłem, bo sie krepowałem.
Mineło jeszcze kilka chwil, zanim na rynek zajechał ojciec z waga na platformie
ciezarówki. Tez wział loda, dwie kulki i zezwolił panu Wolframowi nałozyc nam do
wafelków po jeszcze jednej kulce. Wtedy panował poglad, ze od lodów mozna sie
przeziebic i trzeba z nimi bardziej uwazac, niz dorosli np. z wódka. Chciał zapłacic
za oranzady, ale Wolfram nie wyraził zgody i nawet zawinał w papier babke
drozdzowa. Czasem w tych babkach od Wolframa były sliwki, czasem inne owoce, a
czasem nic nie było , tylko troche rodzynek.
Wracalismy inna droga, polna.
- Po pierwsze, to ludziom nie bedziemy kurzyc w nosy, a po drugie, to wykapiemy
sie w rzece.
Rzeczywiscie - do przebycia mielismy rzeke. Na głównej drodze był drewniany
most, odbudowany po wojnie byle jak i jesli trzeba było z powiatu lub do powiatu
12
jechac z wiekszym ciezarem, to kierowcy ciezarówek czasem woleli jechac ta w
innych sytuacjach nie uczeszczana droga lesna.
Tym razem nie chodziło o ciezar, tylko o to, ze nie mielismy kostiumów
kapielowych. Ja juz miałem w domu takie spodenki gimnastyczne, które uchodziły
za kapielowe. Dziewczyny w miescie zwykle tez miały od chwili, gdy im piersi
rosły. Czesto dziewczynie juz cos zaczynało wystawac, a jeszcze rodzice nic im nie
kupowali. One sie w domu wykłócały i z czasem osiagały to, co chciały. Jednak do
tego momentu kapały sie w samych majtkach i udawały, ze nic sie nie dzieje.
Chłopcy tez udawali, ze nic nie widza. No ale, gdy zaczynały im rosnac włosy nie
tylko na głowie, to musowo wszystkie miały kostiumy, zwykle bawełniane,
jednoczesciowe.
Oczywiscie - Zoska miała kostium juz nawet dwa lata temu. Ale dwa lata temu
wprawdzie włosy rosły jej pod pachami, ale piersi prawie nie miała, wiec raz opalała
sie w kostiumie, innym razem bez i nikomu to nie robiło róznicy. Rok pózniej
widziałem ja tylko w kostiumie. No a teraz, to juz miała porzadne, choc ciagle
jeszcze za małe, to nie wypadało, zeby z nimi biegała. Nie wypadało, to nie
wypadało, ale wyczuwało sie, ze ona uwaza sie juz za kobiete i sie wstydzi.
Miałem na ten temat swoje obserwacje. Kobiety, które miały niemowleta, bez
zenady karmiły je piersia przy obcych. Gdy były dorosłe, a wokół byli tylko
wyraznie młodsi, latem tez czesto wchodziły do wody w staniku, który zdejmowały
myjac sie mydłem i jedne zakładały go z powrotem jeszcze w wodzie, a inne
wychodziły na brzeg, wyzymały, choc mogły wyzymac stojac po kolana w wodzie,
strzepywały i dopiero wtedy zakładały. Tak wiec dorosłe osoby nas - dorastajacych
chłopaków - specjalnie sie nie wstydziły. Za to nasze rówiesnice - gdy juz miały te
swoje kostiumy, to bardzo. Zoska dwa lata temu pod tym, wzgledem była
ewenementem.
Pamietam, kiedys byłem nad rzeka z Wojtkiem, moim kuzynem. To było rok
wczesniej. Akurat byłem na wsi. Poszlismy wzdłóz pól w takie miejsce, gdzie nikogo
nie powinno byc i tylko sasiadka pieliła brukiew. Rozebralismy sie na golasa, a
13
jeszcze ani jemu, ani mi nic tam nie rosło. Kapiemy sie, a tu na brzegu siedza dwie
rok młodsze dziewczyny: siostra Wojtka - Ania i jej kolezanka Renata. Nie
chcielismy ich wziac i szpiegowały nas. Ja jakos wstydziłem sie pokazywac goły, ale
co było robic, skoro one nie chciały odejsc. Schowalismy przyrodzenie w dłonie, na
brzegu załozylismy majtki i troche dalismy im popalic. Ale nie za mocno je zbilismy,
bo sie nie obraziły. Wiec one tez sie rozebrały - Anka do majtek, bo wiedziałem, ze
kostiumów, jak to na wsi, w ogóle nie maja. Gdy chciały isc sie kapac, a my
poczatkowo ostentacyjnie powiedzielismy, ze na razie mamy dosc, Wojtek zabronił
Ance kapac sie w majtkach, bo miała na sobie nowe, całkiem białe i w rzece mogły
zzółknac. Zagroził, ze powie o wszystkim matce i widac było, ze to jest argument.
Ale Anka była zakłopotana i w koncu powiedziała, ze zdejmie majtki, jesli i Renata
zdejmie. A było widac, ze Renata jest juz rozwinieta, ze ho, ho - zreszta dlatego -
dodatkowo - wstydzilismy sie przed nia biegac nago. A Renata była w majtkach i w
podkoszulku. Ten podkoszulek był porozciagany i w rzeczywistosci nie był taki
szczelny, ale liczyło sie, ze jest. W miescie, jakby dziewczyna kapała sie w
podkoszulku, to wszyscy by sie z niej smieli, ale na wsi to mogło uchodzic.
Na to Renata Ance zaczeła tłumaczyc, ze jej juz nic nie brakuje, a ona jeszcze
nawet nie ma swego okresu. Ja wtedy, a zreszta i w rok pózniej wcale nie
wiedziałem, co to jest okres. Wiedziałem oczywiscie, jak sie robi dzieci i nawet cos
słyszałem, ze kobietom krew leci, ale co i jak, to nie wiedziałem.
Na to Anka odpowiedziała, ze chodza do jednej klasy, maja tyle samo lat, wiec
jesli ona moze sie całkiem rozebrac, to Renata tez moze.
Poczatkowo nam z Wojtkiem nie bardzo na tym zalezało, ale sprawa nas
wciagneła. W jednej chwili obie stały sie dla nas obiektem obserwacji o podłozu
erotycznym.
W pewnym momencie Anka zemsciła sie na Wojtku i zaproponowała, ze wszyscy,
to znaczy my równiez, rozbierzemy sie na golasa. I na zgode od razu zdjeła te swoje
białe majtki. To jednak było cos, bo miała miedzy nogami kilka króciutkich,
wijacych sie po skórze włosów.
14
Oczywiscie - Wojtek był jej bratem, a Renata dziewczyna, wiec od razu
zrozumiałem, ze to jest gest nade wszystko w moja strone. No ale mogłem uchodzic,
jako kuzyn, za takiego, którego nie trzeba sie wstydzic.
A jednak - Renata odmówiła. Powiedziała, ze jesli sie rozbierze, to my z pewnoscia
rozgadamy... My wprawdzie zarzekalismy sie, ze nie, ale ona nie wierzyła. A moze -
uznała, ze jest w tym stopniu zaawansowania, ze jest kims ponad nami i nie warto sie
z nami pospolitowac? Ale tak naprawde, to sie wstydziła. Tak mysle. Wstydziła sie
takze Anka. No ale z nia było juz po ptakach - była na golasa, wiec tak została.
Potem, po kapieli, gdy lezelismy obok siebie na trawie, przywarła do mnie, niby sie
odwracajac, pocierała sie. To było niewinne, choc wówczas mnie sparalizowało.
Sparalizowało, choc to była wiejska dziewucha - córka prostego chłopa i na
dodatek młodsza - wtedy takie rzeczy dla mnie sie liczyły. Dzis - tak sobie mysle, ze
ona chciała w ten sposób sprawic, bym jakos zaakceptował te jej gołosc, albo co?
Przez czesc dorosłego zycia zyłem z seksu, ale przeciez nie wszystko rozumiem...
W sumie jednak to wszystko nie zrobiło na mnie wiekszego wrazenia, dopiero
potem uswiadomiłem sobie, ze to mi sie sni po nocach - jakies rozbudowane,
nierzeczywiste... A takze - miałem doswiadczenie, ze dziewczyny, nie koniecznie w
jakims wieku, ale w pewnym momencie rozwoju fizycznego, nie sa skłonne do
bezwstydu.
Tak wiec do pomysłu ojca miałem sceptyczny stosunek. Tym bardziej, ze jak
sadziłem, ojciec w ogóle nie zastanawiał sie nad złozonoscia sprawy. Było goraco -
nie chciało mu sie do czwartej siedziec w kanciapie magazynu tym bardziej, ze juz z
rana opił z panem Władkiem jakis interes. Poniewaz w domu, jeszcze rano, ładował
do teczki jakies butelki, z pewnoscia ze spirytusem rozrobionym z sokiem, to byc
moze i z tymi od naprawy wagi cos sobie dziabnał. Co go obchodziły
skomplikowane stosunki miedzy młodymi ludzmi?
Rzeke od lasu oddzielał moze dwudziestometrowy pas łaki zalewowej. Ojciec
skrecił, odjechał wzdłuz rzeki ze sto metrów i zatrzymał sie za krzakami, zza których
samochód nie był zbyt widoczny. Nie chodziło o to, by nikt nie widział ciezarówki,
15
lecz by nikt jej nie rozpoznał, a przynajmniej nie mógł odczytac numerów
rejestracyjnych. Takie rzeczy same przez sie były rozumiane. Jesli ktos podejdzie, to
znaczy, ze chce pogadac i nie wypada, aby doniósł. A jesli bedzie chciał doniesc, to z
daleka nic pewnego nie zobaczy. Ojciec zawsze był ostrozny, a z domu wiedziałem,
ze rodzice Zoski tez byli ostrozni.
My z ojcem od razu wbieglismy do wody. Po chwili ojciec odszedł do ciezarówki i
wrócił z nowym, luksusowym mydłem w papierowym opakowaniu. Widac,
zaopatrzył sie w magazynie w to samo, po które ludzie tłoczyli sie na rynku. Gdy
wróciłem, znad wody, ojciec juz wybrał miejsce tak ze dwadziescia metrów od
ciezarówki, zeby sie nie zapaliła i rozpalał ognisko. Kazał nam isc po chrust. Dwa
razy obrócilismy z pełnymi nareczami. Po drodze, z głupia frant spytałem: - nie
kapiesz sie? Ona mi na to, ze nie ma kostiumu. Ja, ze mozna bez kostiumu, nikomu
przeciez nie powiem.
- Kiedy sie wstydze...
Na to juz nic nie powiedziałem, tylko powiedziałem: - głupia jestes...
Ale wcale nie uwazałem, ze jest głupia, tylko nie miałem pomysłu, aby powiedziec
cos innego.
Wrócilismy do ogniska. Ledwo sie tliło, poniewaz ojciec wcale nie chciał duzo
podkładac do ognia. Z teczki wyjał gazete - "Trybune Ludu", na która wszyscy
narzekali, bo na zawijanej w nia zywnosci zostawiała czarne odbicie liter i słyszało
sie, ze to jest bardzo niezdrowy ołów. Ale co było robic - duzo lepszego "Słowa
Ludu" ojciec nie mógł zaprenumerowac w spółdzielni, a taki głupi, zeby samemu
płacic za gazety, to nie był.
Tak wiec wieksza czesc gazety - dwukolumnowa - rozłozył na trawie, a mniejsza -
jednokolumnowa, starannie złozył i schował do teczki na pózniej. Bez zbednego
gadania na sfotografowanej twarzy towarzysza Wiesława połozył butelke piwa
jedrzejowskiego. Wszyscy wiedzieli, ze nie ma gorszego piwa, niz jedrzejowskie, to
tez natychmiast popatrzył pod słonce, czy w srodku nie pływa mucha. Zdaje sie - nie
16
pływała, a jesli, to musiała byc taka mała, ze ojciec nie zwrócił na nia uwagi. Po
chwili wyjał tez napoczeta flaszke z nalewka i pociagnał spory łyk.
Popatrzył na nas i powiedział: - do wody, dzieciaki, do wody, tu woda płytka, to sie
nie potopicie... Jak wrócicie, to dam wam na spółke oranzade, ale tylko jedna, bo
druga niech czeka, az cos zjemy...
Ja na to, ze Zoska nie chce, bo nie ma stanika i sie wstydzi.
Zoska nic nie powiedziała, ale widziałem, ze zrobiła sie czerwona.
- Tez mi fanaberie - zdejmuj dziewczyno te sukienczyne i do wody, ale juz. Jak sie
wstydzisz, to ja sie odwróce, ale potem mamie powiem, ze fochy stroisz i jest z toba
zawracanie głowy.
Tu ojciec pociagnał łyk piwa i zmartwił sie: - Jak ciepłe piwo, to od razu jest
kwasne. Ale trudno...
W tym czasie Zoska rozpieła wprawdzie jeden guzik, ale zamarła tak, jakby znowu
zrezygnowała. Ojciec spojrzał na nia i dodał - mydło bede dzis dawał twojej mamie,
to nie zapomne poskarzyc...
Zoska zatem - jak zauwazyłem - drzacymi palcami, powoli rozpieła sukienke i
wstajac zdjeła ja. Piersi miała wieksze, niz sadziłem, a przede wszystkim długiem,
sztywne i pomarszczone sutki. To było cos nowego - takie rzeczy czeste były u
karmiacych matek, ale nie w jej wieku. Zreszta - w samochodzie mimochodem
widziałem, gdy sie schyliła, jej piersi i były inne. We mnie tez sie cos ruszyło, co pod
majtkami, wcale nie kapielowymi, byłoby widac, wiec natychmiast ruszyłem do
wody. Ojciec w tym czasie znów pociagnał łyk nalewki i połozył sie na trawie.
W wodzie bawilismy sie w berka i dwukrotnie - doganiajac ja, chwyciłem za te
piersi - były w srodku twarde, podobnie jak sutki. W gatkach miałem namiot, jak
wszyscy diabli, ale tym bardziej udawalismy, ze nic nie widzimy. Czuło sie, ze i to
moje obłapianie jej za piersi i mój namiot, to ma byc nasza wspólna tajemnica.
Gdy wrócilismy, na gazecie lezały trzy zaostrzone scyzorykiem patyki i kilka
grubych plastrów kiełbasy zywieckiej. To była kiełbasa o szerokosci co najmniej
17
osiem centymetrów, pomyslana jako obłozenie dla chleba. Obok były pajdy chleba i
słoik z musztarda.
- Zeby ,cholera, w powiatowym miescie, w magazynie, nie było normalnej kiełbasy.
Rozumiem - w sklepie, dla ludzi, ale w magazynie? Ta w ogóle tłuszczu nie ma -
niech sobie ja w Warszawie jedza, albo w województwie. Nam trzeba porzadnej, ze
słonina i cienkiej. W domu mam porzadna kiełbase, wiejska, od brata, ale czy to
człowiek pomyslał?
Ojciec narzekał, ale wiedziałem, ze nie jest szczery. Przed wojna mieso jadł od
wielkiego dzwonu. Nawet teraz koledzy jedli mieso w niedziele i moze jeszcze raz w
tygodniu. Do chleba tez tylko od swieta mieli salceson, kaszanke, a chleb, jesli
smarowali, to margaryna mleczna, od ciazy skuteczna, chyba ze rodzice mieli krowe.
Były jednak domy, gdzie krowa w miasteczku była, ale całe mleko sprzedawano, a
rodzina normalnie - jadła z margaryna, albo i bez.
Tym czasem u nas w domu, ale i u Zoski, nikt sie czyms takim nie przejmował. Na
koniec i na poczatek roku kazdemu nauczycielowi dawalismy po pół laski
szynkowej, albo jesli była duza, to jedna trzecia laski. Wychowawczyni nawet
wiecej... Masła było ile kto chciał, bo nasza spółdzielnia mleczarska brała z innych
spółdzielni masło, dodawała swoje i soliła dla wojska. Potem wystarczyło wsypac
wiecej soli, niz wymagała receptura, a tego nikt nie sprawdzał i nadwyzka mozna
było obdzielic wszystkich tych, których warto było obdzielac. No i nawet, jesli
kanapke smarowałem grubo na palec, to mama nic nie mówiła, tylko sie smiała, ze
taki jestem zarty i chyba duzy urosne...
Wsadzilismy płaty kiełbasy do ogniska i choc były potezne, to szybko sie nagrzały.
Potem po jeszcze jednym, a ojciec jeszcze jeden. My przedtem nie wypilismy swojej
oranzady, bo włozylismy ja do rzeki, aby zrobiła sie chłodna i teraz dopiero ja
pilismy. Druga włozył do rzeki ojciec, gdy biegalismy w wodzie.
Zjedlismy prawie cała musztarde, wiec tata podszedł do rzeki, wyrzucił reszte,
opłukał musztardówke i po powrocie nalał sobie nalewki. Była gesta - znałem jej
18
słodkocierpki smak, bo czasem na spróbowanie brałem na koniec jezyka. Zoska
jednak przygladała mu sie uwaznie i dlatego spytał ja:
- Co - chciałabys spróbowac?
Ona jednak nic nie odpowiedziała, bo chciała, ale wstydziła sie przyznac. Wiec
ojciec wypił swoje, otarł brzeg szklanki o trawe i nalał jej tak tylko troche. Jedna
reka zatkneła nos, jakby chciała sie rzucic do głebokiej wody, a druga podniosła
musztardówke z rubinowym płynem.
- Nawet sie nie zakrztusiła - he, he, zasmiał sie ojciec.]
Potem kazał jej pamietac, bysmy podczas kapieli skorzystali z odpieczetowanego
mydła. Zaznaczył przy tym, ze ja na pewno nie bede chciał, albo nie bede pamietał, a
on, jak sie obudzi, to sprawdzi, czy jestesmy umyci.
Potem wstał i odszedł w cien pod krzaki, obok ciezarówki, z której wyciagnał
jakis stary granatowy fartuch. Rozscielił go sobie i połozył sie drzemac. Przy tych
czynnosciach z kieszeni fartucha wypadł chemiczny ołówek. Rodzice zawsze mi
wkładali w głowe, abym uwazał na chemiczne ołówki, bo gdy grafit dostanie sie do
oka, to oko wypłynie. Zosce tez to mówili, jak to urzednicy w GS-ie, wiec gdy to
zobaczylismy, to spojrzelismy na siebie porozumiewawczo.
Pobieglismy do wody. Celowo tak uderzałem stopami, a własciwie - jak pamietam
- pietami w wode, by jak najszerzej sie rozpryskiwała. Jedynie w jednej trzeciej
szerokosci siegała nam ona do pasa, a raczej mi, bo byłem wówczas troche nizszy od
niej. Nurkowalismy chcac wypatrzyc jakies ryby. W pewnym momencie płynac z
przeciwległych kierunków pod woda wypłynelismy twarz w twarz. W jej oddechu
wyczułem wisniówke.
- Dobra była ta wódka?
- Aha...
- Ja kiedys tez spróbowałem, ale malutko...
- Aha - odpowiedziała i rzuciła sie na mnie z zaskoczenia. Przywaliła swoim
ciezarem i wepchneła pod wode. Nie od sie wyrwałem i gdy wstałem, musiałem
wykaszlec sie i wykrztusic. Starałem sie robic to cicho, aby ojciec nie słyszał, bo
19
przeciez to co robilismy, tak mozna to było sobie wyobrazic, było prosta droga do
utopienia sie, przed czym tak nas przestrzegano.
- Choc - tam na brzegu jest butelka - spróbujemy...
Rzeczywiscie - było w tej butelce troche mniej niz połowa zawartosci. Wziałem
musztardówke po to, aby ja umyc, ale Zosia gestem dała mi znac, ze nie, ze
bedziemy próbowac z butelki. W całkowitej ciszy łyknelismy po jednym razie. Ona
wyjeła kiełbase z gazety i lezacym obok scyzorykiem ukroiła plaster. Przedtem
jednak zgoniła z tego scyzoryka muchy i wytarła go o trawe. Plasterek pokroiła na
szesc czesci. Tym samym rozstrzygneła, po ile razy bedziemy próbowac. Musielismy
brac małe łyki, zeby ubytek płynu w butelce nie rzucał sie w oczy. Niczego nie
musielismy ustalac. Wszystkie rytuały znalismy z obserwacji.
- Teraz nalezy sie papieros... - zauwazyła.
Ja oczywiscie wiedziałem, ze Zoska wcale nie pali. Nalezała do grupy tych
dziewczynek, które nauczyciele uwazali za grzeczne. Oczywiscie - podobnie jak mi,
jej było łatwiej ze wzgledu na rodziców.
Mój ojciec nie palił i oboje to wiedzielismy. O kazdym w miasteczku potrafilismy
powiedziec, czy pali, czy nie. Ale cos wiedziałem - ojciec czesto miał "Carmeny",
albo inne luksusowe papierosy w teczce na wypadek, ze trzeba bedzie czestowac
kogos, kogo warto czestowac. Takie paczki zazwyczaj były odpieczetowane.
Rzeczywiscie - papierosy w teczce były, ale nie było zapałek. Zoska wyjeła
jednego i przypaliła od dogasajacego zaru w ognisku.
- Moze byc z tego pozar - zauwazyła - zasikaj!
Spojrzałem na nia - było jasne, ze ciagle mam ten namiot, choc nie taki, jak jeszcze
przed paroma momentami. Ale trudno... szło mi nietego, bo w tych okolicznosciach
nie mogłem precyzyjnie trafic, a zreszta, sikałem niedawno - nie zdejmujac majtek
podczas kapieli, w wodzie. W kazdym razie niczego nie zagasiłem.
Zoska uwaznie sie przygladała, bałem sie, ze bedzie sie smiała - oczywiscie - ze
wzgledu na ojca bezgłosnie, ale nie. Odsuneła mnie. Zsuneła majtki i wychylajac
tyłek nad ognisko chciała utrafic w centrum przyprószonego popiołem zaru, lecz to
20
było niemozliwe. Oczywiscie, z tylko troche zsunietymi majtkami nie mogła zrobic
wielkiego rozkroku, wiec zdjeła je i dopiero w ten sposób zasikała dokumentnie
wszystko. W palcach trzymała papierosa. W przeciwienstwie do mnie miała juz
niewielka, ale gesta, całkiem czarna, moze jeszcze bardziej, niz jej włosy na głowie -
kepke.
Syk ogniska nie był głosny, ale mógł obudzic. Dlatego szybko odbieglismy w to
samo, oddalone miejsce w rzece na całkowitej płyciznie. To była taka malutka
zatoczka i woda była tu dosc ciepła. To był wazne, bo w czerwcu woda w rzece
raczej jest jeszcze chłodna.
Połozylismy sie obok siebie w mule płycizny. Zoska w jednej rece miała majtki, a
w drugiej papierosa. Pewnie by je załozyła, ale musiała possac papierosa, aby nie
zgasł. Nie zaciagała sie. Podała mi i ja tez possałem nie zaciagajac sie. Połozyłem sie
na boku, zeby dokładniej przyjrzec sie jej kroczu. Gdyby nie ta wisniówka, to pewnie
nie byłbym taki bezczelny.
- Gapisz sie? - spytała...
- Aha...
Zoska od pasa w góre była wynurzona, a ponizej lekko zanurzona w troche metnej,
jednak przejrzystej wodzie. Mimo to poprosiłem: - Wysun sie.
Ona spojrzała na mnie, wzieła papierosa i odwróciła sie odwrotnie - twarza ku
nurtowi. W ten sposób to, o co chodziło, miałem przed nosem. Dotknałem. W tym
czasie Zoska mi tez zsuneła troche spodenki. Aby mi ułatwic badania, prawa noge
uniosła w kolanie. Równoczesnie delikatnie, a zarazem nieporadnie - oczywiscie - to
ocenic mogłem pózniej - dotykała mnie. Wystrzeliłem prawie natychmiast. Prosto w
jej twarz. Nie spodziewała sie tego. Ja zreszta tez - zreszta o niczym nie myslałem.
Starła nasienie z twarzy, ale niezbyt dokładnie.
- Spróbuj - podobno dla kobiet jest to smaczne i zdrowe...
Tak rzeczywiscie gdzies słyszałem, a zreszta powiedziałem tylko po to, aby cos
powiedziec. Oboje sie rozesmielismy.
- A nikomu nie powiesz?
21
- Nie - potwierdziłem z gorliwoscia. Było jasne, ze to co robimy, musi byc nasza
tajemnica.
Najpierw spróbowała troche, potem jeszcze... Wreszcie przysuneła dłon do mojej
twarzy: - Masz, tez spróbuj...
- Nie, to podobno tylko dla kobiet dobre. Tak słyszałem.
Spojrzała na mnie nieufnie, ale poniewaz miałem szczery wyraz twarzy, wszystko
dokładnie wylizała.
- Dobre? - spytałem
- No...
- Choc do wody - ponurkujemy, a potem moze jeszcze raz...
Rzucilismy sie na srodek nurtu. W jakims szalenstwie siłowalismy sie tak, aby jak
najwiecej sie dotykac. Nie o to nam chodziło, kto przewazy, lecz o to, by stykac sie
ciałami w najdziwniejszych pozach.
Przerwał to okrzyk ojca. Obudził sie i chciał juz jechac. W tym wszystkim
zapomnielismy o papierosie, który nad sama linia wody został na słomce i o
majtkach. Te jednak popłyneły. I jej i moje. Papierosa cisnelismy w slad za nimi.
Ojciec chyba sie zorientował i miał dwa wyjscia - albo zrobic afere, albo udac, ze
niczego nie widzi. Wybrał ten drugi wariant i skrył sie w krzaki, pewnie zreszta nie
bez powodu. Szybko dobieglismy do ubran. Ja na mokre ciało załozyłem spodnie, a
Zoska swoja sukienke. Gdy sie schylała, miedzy guzikami widac było cos czarnego.
W szoferce tym razem od okna usiadła Zoska. Ojciec upewnił sie, czy dobrze
zamkneła drzwiczki, bo czasem, jak ktos zrobił to nieumiejetnie, otwierały sie. Nic
nie mówił. Zreszta - widac było, ze po przebudzeniu jest lekko oszołomiony... Podał
nam swój grzebien - uczeszcie sie - szczególnie ty Zoska - mozna wami ludzi
straszyc... Rozesmielismy sie. Nam było czegos bardzo radosnie...

***

22
Jeszcze w klasie maturalnej urzad sie mna zainteresował. Jakubowski był wówczas
porucznikiem, ale tego przeciez nie wiedziałem. Ja nawet nie wiedziałem, ze on
nazywa sie Jakubowski, bo przedstawił sie całkiem inaczej. Milicjant zgarnał mnie,
gdy przechodziłem ulice nie na pasach. A to główna ulica w miasteczku, dosc długa,
zas pasy wymalowali tylko w jednym miejscu. Nikomu do niczego one nie były
potrzebne. Jesli przejezdzał pojazd mechaniczny, to raz na pare minut. Nikt nie
zwrócił uwagi. Ten milicjant - Waszak, wcale nie był zły. Powiedział tylko, ze
przeszedłem nie na pasach i musi mnie na chwile zatrzymac. Ja mu na to, ze przeciez
jestem grzeczny, starszym osobom sie kłaniam, ale nie powiedziałem, ze przeciez u
nas w ogóle nie ma pasów, bo to byłaby prowokacja - mógłby to poczytac jako kpiny
z władzy ludowej, albo jakas prowokacje. Wreszcie - mógłby sie zezłoscic i na
komendzie sprac mnie. Chłopaków czesto prali na komendzie, ale nie mnie. Jakos
tak sie wiedziało, kogo z miasteczka mogli sprac, gdy mieli ochote, a kogo raczej
nie. To zalezało od rodziców - jesli cos znaczyli, to ich synom nic specjalnego nie
groziło. W zasadzie...
A zreszta - pozycja mego taty była silna - tak to widziałem - ale pod warunkiem, ze
znało sie swoje miejsce w szeregu. To nie była zadna elita. Tata wiele mógł, był w
koncu tym magazynierem, ale chwalic sie nie było czym. Jako magazynier mógł do
jednego miesnego, albo spozywczego, rzucic towar, a do innego nie. Mógł najpierw
kierowniczki sklepu poinformowac, ale nie musiał. A jak one miały pózniej
zawiadamiac swoich klientów?
Oczywiscie - mogły przetrzymac dla nich towar na zapleczu, lecz to nie było
bezpieczne - jakakolwiek niezapowiedziana kontrola o d razu je załatwiała. Chocby i
byli z sanepidu, to i tak mogli tak przysrac, ze lepiej od razu było dawac im w garsc
duzo wiecej, niz zwykle.
A kierowniczka sklepu nie jest przeciez swieta - cudu nie uczyni - wiecej na boku
zarobic, niz sie dawało - nie dawało sie. Niejedna, jak była głupia - tak mówił ojciec
- robiła manko i szła do mamra. Czasem, jak była kontrola, to komisja pomagała to
manko jakos zaklajstrowac. Tak było moze nawet najczesciej. Wiadomo, ze w
23
sklepie przemysłowym GS-u tak zrobili. Kierowniczka była taka zarta, ze nawet
sobie wille postawiła na skraju miasta. Całe osiemdziesiat metrów - z pietrem!
Ludzie mówili, ze na to pietro, na stropy, to szyny kolejowe kładła - a skad mogła
miec? - ze złodziejstwa!
Ale nawet to by przetrwała, bo potrafiła brakowac towary deficytowe. My tez
mielismy lodówke saratow - radziecka, głosna bo głosna, ale kazdy wiedział, nawet
jak nie wchodził do kuchni, ze jest w domu lodówka. No wiec ta lodówka
kosztowała siedem trzysta, a tata, przynajmniej oficjalnie, zarabiał tysiac
dziewiecset. To i tak duzo zarabiał. A przeciez - radio - tysiac osiemset. Tyle samo
odkurzacz. Pralka frania tysiac trzysta. Telewizor - dwanascie i pół. Sama antena do
telewizora, ta wieksza, zeby było ja widac - dwiescie złotych z czyms. Taka mniejsza
- za osiemdziesiat, co ledwo wystawała nad komin, była gorsza. Od razu wszyscy
wiedzieli, ze u ludzi jest telewizor - pieniedzy starczyło, ale ledwo, ledwo...
Inna sprawa, ze te mniejsze anteny były moze i lepsze? Obraz i tak był kiepski i
tak, a przynajmniej na wietrze małe anteny nie uginały sie i obraz nie skakał, nie
biegał...
No wiec w przemysłowym tata sam przywalił, po godzinach zamkniecia, młotkiem
w emalie tego saratowa, aby troche jej obtłuc. Kierowniczka wysmiała go, ze z taka
rysa to wcale nie pójdzie do przeceny i przywaliła - tak powiedział ojciec - jak
kowal. Az obudowa, choc z radzieckiej blachy, a oni zawsze dawali do wszystkiego,
nawet do konserw, gruba blache, no wiec ta blacha wgieła sie, ze hej. Rodzice
pózniej kilka dni chodzili smutni, ale gdy za kilka dni pan Władek przywiózł swoja
ciezarówka lodówke, to mama orzekła, ze nie jest tak tragicznie... No i tylko dwa sto
kosztowała! Co to była za lodówka - dopiero w 1981 roku, gdy deficytowe towary
sprzedawali na talony, z ominieciem handlu, zeby niczego nie rzucac do sklepów,
rodzice kupili sobie nastepna. I zamrazalnik sobie wtedy kupili. A stara dali na
werande - miesa zawsze było wiecej, niz miejsca w lodówce.
Do kazdego przecenionego towaru obowiazkowo dodawali radziecka płyte
gramofonowa, longpleja. Nam sie dostał chór Aleksandrowa. Radzieckie były tansze
24
- po 55 złotych, gdy krajowe - po 80. Nie było wyboru - kierowniczka dawała
pierwsza z brzegu. To była sprzedaz wiazana. Zupełne głupstwo, bo nie wszyscy -
jak my - mieli gramofon. My mielismy gramofon razem z radiem.
No wiec ten milicjant powiedział mi, ze moge sam isc do komendy, ale od razu i
zebym tylko nie skrewił, bo sie ze mna policzy, albo moze sam mnie zaprowadzic.
Sprawa była jasna - lepiej było nie robic rabanu na całe miasteczko i uniknac
marszu pod konwojem. Zreszta, skoro groził mi wyciskiem dopiero w wypadku,
gdybym sie nie stawił, to mogłem wnioskowac, ze nic mi nie grozi. Choc oczywiscie
- z nimi nigdy nic nie wiadomo...
Na komendzie w okienku pokazałem legitymacje szkolna - dowodu jeszcze nie
odebrałem, czy moze nie nosiłem ze soba, aby nie zgubic? Tłusty kapral, którego
znałem z widzenia, opryskliwie skierował mnie na koniec korytarza i kazał czekac na
porucznika. No i wypadło mi czekac, siedzac na krzesle, dobrze ponad godzine.
Wyjałem podrecznik, chyba od matematyki i udawałem, ze sie ucze. Ale gdzie tam -
nie byłem w stanie sie uczyc - raczej chciałem pokazac, ze pilnie robie to, co do mnie
nalezy. Nie wykluczałem, ze jednak naprawde chodzi o to przechodzenie przez
jezdnie i w takim razie argument, ze jestem obciazony nauka, mógł byc istotny.
No i wreszcie wyszedł do mnie z pokoju w srodku korytarza facet moze
trzydziestoletni... Zawołał po imieniu dodajac, zreszta dobrodusznie:
- No choc do mnie, ty piracie drogowy.
W pokoiku, w którym stały złaczone ze soba naprzeciw dwa wielkie, solidne, choc
obskurne biurka z krzesłami, a pod scianami dwie szare stalowe szafy i nic wiecej,
nie było przytulnie. Facet wyszedł zostawiajac mnie samego. Byłem tu po raz
pierwszy. Od razu spojrzałem na kaloryfer. Wszyscy, którzy byli w sledztwie
potwierdzali, ze milicjanci chetnie przykuwaja kajdankami do łaczki kaloryfera i
wówczas pałuja, albo groza pałowaniem. Pałowali mocniej, lub słabiej, w zaleznosci
od stopnia przewinienia.
W tajemnicy jednak dodawano cos wiecej. Otóz jesli juz kogos dorwali na
przestepstwie i on sie przyznał, to pałowali go po to, by przyznał sie do popełnienia
25
jakiegos przestepstwa zgłoszonego, którego jednak naszej milicji nie udało sie
wyswietlic, znalezc winnych.
Ojciec mówił, ze trzeba rozumiec chłopaków, bo przeciez od poziomu
wykrywalnosci zalezały ich premie, awanse i odznaczenia resortowe, a czasem nawet
panstwowe. Np. sierzant Królak, dawny komendant posterunku, odchodzac na
emeryture, dostał order odrodzenia Polski. Nalezało mu sie, bo po odzyskaniu
niepodległosci, z narazeniem zycia walczył z bandami, czyli z Wasiakami i z
Kostrzewami. Wasiaków było czterech braci, z czego trzech przezyło wojne, a
Kostrzewów było tez czterech, ale tylko dwóch przezyło. Jak jednego Wasiaka -
Stanisława - zamkneli w na posterunku, to pozostali go odbili. Milicjanci podobno
zleli tego Stanisława i to było widac. No wiec Wasiak Walery z Kostrzewiakami, a
moze nawet ze starym Kostrzewa, w nocy włamali sie na posterunek. Byli
zamaskowani, ale milicjanci ich i tak rozpoznali, ale nie dali znac po sobie.
No wiec jak Kostrzewy z Wasiakiem zobaczyli, ze Stanisław dostał taki wycisk, ze
nie był w stanie sam isc, to tym trzem milicjantom tez dali wycisk. Królak
powiedział, ze taki jeden z powiatu bił, a nie oni, a Stanisław tak miał wszystkiego
dosc, ze nie potwierdzał, ale i nie zaprzeczał. Królak dalej z kolei prosił ich, zeby
tylko nie zabierali broni, to oni cos wymysla i nie beda tego napadu zgłaszac dalej. A
poniewaz jeszcze z wojny, z AK i Wasiakowie i Kostrzewiacy mieli broni jak lodu,
wiec im zostawili.
Jak tylko wyszli z posterunku, to poszli do lasu, czyli na meline do bunkrów w
lesie, ale nie w tym lesie koło miasteczka, tylko dalej. Podobno trzeci Wasiak nie był
na posterunku, ale z erkaemem ubezpieczał akcje od zewnatrz.
No wiec Królak nastepnego dnia z posiłkami KBW aresztował starych
Kostrzewów i siostre Wasiaków, bo nikogo wiecej nie zastali. Wzieli jeszcze
sasiadke Wasiaków. Po kolei ich przykuwali do kaloryfera i leli. Wasiakowa, to
ludzie najlepiej słyszeli, tak wyła. Podobno nawet ksiadz proboszcz mówił ludziom,
ze tak bic człowieka, to to jest obraza boska. Potem ich wywiezli i starego Kostrzewe
sadzili za napad.
26
O Wasiaku Walerym mówiono, ze uciekł przez zielona granice do Anglii. Ale
potem, po 1956 odnalazł sie w Zwiazku Radzieckim. Okazało sie, dorwali go, nie
wiedzieli kto zacz, to go wywiezli do Rosji, do Kazachstanu, do miejscowosci
Dzazkazgan. Pamietam, bo to taka dziwna nazwa, łatwo wpadajaca w ucho - jakby
amerykanska. Ten Walery chciał wrócic tym bardziej, ze wyszedł na amnestii.
Niektórzy stamtad wracali, ale moze Królak cos zadziałał - tak ludzie mówili - no i
go w koncu nie puscili. Ozenił sie tam z jakas Polska, ale nawet odwiedzic go nie
było mozna. Teraz gmina chce sprowadzic trzy rodziny jego trojga dzieci, ale to
musiałaby prawica wygrac wybory, bo ani peesel, ani eselde, a one taraz rzadza w
gminie, nie beda takie głupie. Tamci przyjada, pieniadze gminne sie na nich wyda, a
oni beda pyszczyc na władze ludowa i ludziom macic w głowach.
No wiec jakos przed pazdziernikiem 1956 wyszedł stary Kostrzewa, ale to było
człowieka pół, bo pracował w kamieniołomach. Baby wypuscili wczesniej. Tego
Kostrzewe to czasami widac było, jak idzie do koscioła. Rente dostał, to go stac,
zeby sie lenił. I nawet odszkodowanie. Z młodych to tylko ten trzeci Wasiak przezył,
no i jego siostra. Za nia nikt nie chciał wyjsc, choc swoja urode miała, bo kazdy
kawaler sie bał, no to poszła do klasztoru i urzadziła sie. Pracuje w zakonnym Domu
Pomocy Społecznej i czasami samochodem marki Warszawa, pózniej Skoda, a na
koniec Polonezem przyjezdzała czasem do miasteczka. Tak zadawała szyku, ze trzy
inne dziewczyny z miasteczka przez te lata zaciagneła do klasztoru! A to warto było
im łamac zycie?
A Królaka nie lubili. Nie za to, ze obiecał tamtym, ze jak im broni nie zabiora, to
zatuszuje sprawe. Przeciez kazdy musi zrozumiec, ze za strate broni milicjant mógł
miec ciezkie problemy. Nie lubili go za to, ze najmocniej, z całego posterunku, przy
tym kaloryferze bił.
No wiec gdy na złaczce od kaloryfera, tak czekajac w samotnosci, zobaczyłem
liczne, wzynajace sie w metal rysy, to było jasne, ze nie wzieły sie nie wiadomo
skad. Ja tam wielkiego przestepstwa nie popełniłem, ale moze szukali jelenia do
jakiejs grubszej sprawy?
27
W koncu ten trzydziestoletni wrócił i usiadł naprzeciwko mnie. Szczupły, dosc
wysoki, w zbyt krótkiej koszuli popelinowej, która wychodziła mu z wełnianych,
troche pogniecionych spodni. Góre garnituru tez miał jakas jakby wymietoszona. Ale
ogolony był porzadnie. Włosy za to miał pełne łupiezu, który zalegał na ubraniu i
chyba ten łupiez najbardziej robił złe wrazenie, bo go było widac na tle ubrania.
Zaczał od tego, ze nieuwaga podczas przechodzenia przez jezdnie moze miec
straszne konsekwencje, bo mozna w ten sposób spowodowac wypadek i na długie
lata znalezc sie w wiezieniu. Ja grzecznie powiedziałem - przepraszam - i to mu
chyba wystarczyło.
Potem z kolei zaczał opowiadac, ze sa jeszcze gorsze zagrozenia i one to juz
wprost zagrazaja socjalistycznej ojczyznie. Zaraz potem spytał:
- A ty jaki masz stosunek do socjalistycznej ojczyzny?
To było zdumiewajace pytanie - zgłupiałem całkiem i odpowiedziałem: - mam jak
najbardziej dobry stosunek. Kocham moja socjalistyczna ojczyzne.
- No a zycie, jak by trzeba było, to oddał bys za socjalistyczna ojczyzne?
A ja własnie jakos niedawno ogladałem film "Kanał". W tym filmie wszyscy
patrioci oddali swe zycie za ojczyzne i dobrze było - film był ładny - wiec bez
wahania odpowiedziałem: - oddałbym bym. Po chwili dodałem: - gdyby ojczyzna
zazadała.
- A za bratni Zwiazek Radziecki - tez bys oddał?
Zdurniały byłem całkowicie, bo przeciez nad tym w ogóle sie nie zastanawiałem.
Ale mój rozmówca miał grozna mine, wiec czym predzej, a nawet tym bardziej
gorliwie potwierdziłem.
- No - to uwazaj - z zadowoleniem, ale i z niejaka grozba, energicznie pomachał mi
przed nosem paluchem. Paznokcie miał długie, co dowodziło, ze nie pracował
fizycznie, ale brudne, z charakterystyczna załoba.
W tym momencie na chwile wszedł Królak. Byłem zdziwiony, bo przeciez był juz
na emeryturze, a ubrany był w mundur. Czasem wprawdzie sie go jeszcze widziało w
mundurze, z tym odznaczeniem na piersi, ale dzis to nie był przypadek.
28
Przesłuchujacy w pierwszej chwili wyraznie chciał mu dac znac, ze jeszcze za
wczesnie, ale natychmiast dał spokój i powiedział: - Przypatrz sie - pan towarzysz
Królak nie jednego złamał...
- Ja wiem - odpowiedziałem, a Królak tylko stał i patrzył. Jakby na cos czekał.
Z pewnoscia chetnie by mnie przykuł do kaloryfera i skatował. Ale uratował
mnie porucznik. Po prostu - powiedział:
- Dziekuje - i Królak zmył sie jak niepyszny.
- Widzisz, ze z nami nie ma zartów - powiedział ni w piec, ni w dziesiec, bo ja o
tym i bez niego dobrze wiedziałem.
- A rodziców kochasz? - spytał duzo bardziej absurdalnie?
- Pewnie, ze kocham
- A tatus jest magazynierem?
- No jest...
- A ty wiesz, ze jak zrobic kontrol, to zawsze jest za co posadzic magazyniera?
Ja to dobrze wiedziałem, bo przeciez ojciec sam zawsze to powtarzał, ale czasem
jeszcze dodawał, zebym nikomu nie mówił, ale jego tak łatwo posadzic to sie nie da.
Ale gadał tak tylko, gdy był na bance i nawet wtedy jakos tak ostroznie. Było jasne,
ze wspominac o tym nie nalezy i dlatego tylko potwierdziłem. A zreszta - czasem sie
słyszało, ze ludzie dziela sie na tych, którzy siedzieli, siedza, albo beda siedziec.
Lecz ja wiedziałem, ze ta zasada wcale nie dotyczyła wszystkich ludzi. No bo chocby
Królak?
- Twoi rodzice wszystko zawdzieczaja socjalizmowi. To socjalizm twojemu ojcu
pozwolił uzyskac wykształcenie, odpowiedzialna prace, szacunek wsród ludzi. A ty
myslisz, ze nic nie zawdzieczasz socjalizmowi?
- Wszystko - prosze pana - zawdzieczam socjalizmowi - gorliwie potwierdziłem, bo
jednak sie bałem, a zreszta to chyba była prawda. Nigdy nad tym sie nie
zastanawiałem. Rodzice raczej wskazywali mi na zagrozenia łaczace sie z
socjalizmem. Oni bardzo rzadko, ale krewni czesciej, słuchali Wolnej Europy i tego
za zadne skarby nikomu nie trzeba było mówic. Ruskich trzeba sie bac, bo to dzicz i
29
dla nich zamordowac człowieka, to jakby pestke słonecznika zjesc. Czemu tak
mówili, do dzis nie wiem, ale chyba widzieli jakiegos mordujacego Rosjanina, który
nie przerwał ulubionego zajecia. No i tego tez nie nalezało mówic, ale - jak
rozumiałem - w pewnych okolicznosciach wolno było zasugerowac. Zydom nie
wolno było ufac, bo Zydzi zawsze chrzescijan oszukiwali. Rodzice znali przed wojna
przyzwoitych Zydów - jakiegos szewca, potem młynarza, ale juz sklepikarze to byli
sami oszusci. No ale przyzwoici Zydzi wygineli podczas wojny, a zostali sami
okropni. Moze z wyjatkiem pana Wolframa - z którym zreszta tata robił interesy i o
którym mówił, ze u niego słowo to jest słowo. To wolno było mówic głosno, ale
tylko wsród swoich. Kim byli swoi - nie tłumaczyli, ale porucznik na pewno nie był
swój. No i wreszcie - nie trzeba było nigdzie mówic, ze sie wierzy w Pana Boga, ale
tez nigdy nie wolno było sie Go zaprzec. Mama bardzo dokładnie mnie uczyła, jak
odpowiadac na rózne warianty pytania o wiare w Pana Boga. Zawsze trzeba było tak
odpowiadac, zeby odwrócic kota ogonem. Bo za przyznanie sie mozna było miec
kłopoty, ale za zaprzeczenie istnieniu Pana Boga wczesniej czy pózniej musiały
spasc takie plagi na człowieka i jego bliskich, ze to juz nie tylko, ze w zadnych
okolicznosciach sie nie opłaciło, ale wrecz nie nadawało sie do jakiejkolwiek
kalkulacji.
Za cos takiego mozna było trafic do piekła.
No wiec socjalizm kojarzył mi sie z zagrozeniami, ale zycie w ogóle przypominało
pole minowe, po którym idac, nalezało omijac miny - jakos tam jednak widoczne -
zamaskowane, ale nie do konca.
Oczywiscie, podczas rozmowy nie było czasu, by zastanawiac sie nad tym, czy
istotnie wszystko zawdzieczałem socjalizmowi. Starczyło go na tyle, by wpasc na
pomysł, ze tak własnie trzeba oswiadczyc.
- Czy chcesz w takim razie socjalizmowi słuzyc ze wszystkich sił? - rozmówca takim
pytaniem zaskoczył mnie - no bo w swietle tego, co przed chwila oswiadczyłem,
musiało to byc oczywiste.
- Tak, tak - nieomal natychmiast potwierdziłem...
30
- Wiesz, sa ludzie, którzy maja szczególnie odpowiedzialna prace. Im socjalizm
zawdziecza najwiecej. Stanowia oni prawdziwa elite socjalistycznego społeczenstwa.
Słuzymy narodowi i wspólnocie socjalistycznej.
Chwile pomyslał, zapalił papierosa marki Płaskie.
- Pewnie sie dziwisz, ze nie czestuje cie?
- Nie - skadze - jestem przeciez uczniem - nie wolno mi...
- No ale konczysz szkołe, jestes juz dorosły - moze pójdziesz na studia?
- Chce isc na studia - od razu odpowiedziałem - spontanicznie, równie gorliwie, co
uprzednio, ale tym razem bez zadnych watpliwosci szczerze. Nie miałem w tej
kwestii watpliwosci.
- A czy mozna miec do ciebie zaufanie. Czy mozna ci uwierzyc, ze nikomu nic nie
powiesz, nawet swoim rodzicom?
- Nawet rodzicom? - spytałem nie całkiem szczerze - rzecz jasna miałem przed
rodzicami swoje tajemnice.
- Nawet... - powiedział jakos twardo. Skojarzył mi sie w tym momencie z Pawłem
Korczaginem - bohaterem powiesci "Jak hartowała sie stal". To zas miało swoje
konsekwencje. Byłem chłopcem dociekliwym i podczas czytania wówczas, gdy
Korczagin aresztował jakiegos polskiego konspiratora z organizacji "Strzelec" w
miejscowosci Szepietowka, to ja sprawdziłem w atlasie szkolnym, gdzie jest ta
Szepietowka. No i było mi strasznie przykro. Utozsamiałem sie, rzecz jasna, z
Korczaginem. A tu nagle okazało sie, ze on mordował Polaków - moich - jakiegos
szewca. I nadal czytałem te powiesc z wypiekami, ale tez i z zadra w sercu -
opisywała bowiem swiat nadal piekny, romantyczny, ale przeciez nie mój, mnie
osobiscie, jako Polakowi - wrogi.
To podobienstwo natychmiast przypomniało mi z jeszcze wieksza siła potrzebe
czujnosci - a przeciez byłem czujny...
- Dobrze - w takim razie poswiadczysz mi to na pismie.
- Poswiadczysz, ze ze wszystkich sił bedziesz chciał sie wykazac w budownictwie
socjalistycznym. Ze rzeczywiscie zasługujesz na to, by wejsc do elity społeczenstwa
31
polskiego. Ze chcesz stac sie członkiem tej elity i dla tego celu nie pozałujesz
najwiekszych wysiłków.
W tym momencie siegnał do skórzanej teczki, wyciagnał najpierw wytworne,
chinskie pióro, obiekt moich marzen, ale udało sie kupic tylko jedno i miał je mój
tata. Takie pióro wyrózniało sie tym sposród innych wiecznych piór, ze piszac nie
chrobotało - miało wspaniała stalówke.
Porucznik wyciagnał tez zadrukowany blankiet. Najpierw sam wypełnił niktóre
rubryki. Patrzac z drugiej strony, a wzrok miałem swietny, dostrzegłem, ze z pamieci
wypisuje moje dane, nawet date urodzenia. Palce, w których trzymał pióro,
stopniowo zabarwiały sie na niebiesko. Jego pióro tez niestety przeciekało. Wada
pieknych piór chinskich było to, ze zalewały. Jedna dziewczynka dostała w paczce
od krewnych w Anglii pióro Parker, które było jeszcze piekniejsze, ale nie zalewało.
Ktos ukradł jej to pióro, a potem widzieli takie pióro u przewodniczacego
powiatowej rady narodowej. Sam nigdy tego nie widziałem, ale ta plotka była
uporczywa.
Do piór Parker najlepiej było stosowac oryginalny atrament Parkera. Lecz ten
atrament kosztował 30 centów w sklepach PKO, dolarowych. A posiadanie dolarów
było zakazane. Rodzice kupili kiedys najpierw dwa dolary, po 31 złotych, a potem
jeszcze dwie dwudziestodolarówki po 40 złotych. Podobno przepłacili, ale mama sie
cieszyła, bo uwazała, ze dolary sa pewniejsze niz złoto. Mi to nie pasowało, bo
dolary były amerykanskie, ale nie watpiłem w to, ze jednak cenne, skoro rodzice
przepłacili - tak mówili - ale nie załowali i wydali na to całe 800 złotych.
Pózniej jednak porucznik odczytał wszystko to, co napisane było w
kwestionariuszu, a elementy wpisywane recznie, mnie osobiscie dotyczace, kazał
potwierdzac, a nawet powtarzac. Sprawiało mu wyrazna satysfakcje, ze - jak sadził -
nie popełnił zadnej pomyłki. Tu sie mylił - wpisał mi rocznik o rok wczesniejszy -
pewnie kierował sie rokiem urodzenia mojego rocznika. A ja przeciez poszedłem do
szkoły rok wczesniej. Ja sobie pomyslałem - od razu - ze skoro tu jest nieprawda, to
cały dokument mozna bedzie uznac za niewazny i w takim razie nadal jeszcze mój
32
podpis nic nie znaczy. W spokoju, zastanowiwszy sie, bede mógł podjac decyzje. To
było wazne, bo byłem w takim stanie napiecia, ze zwróciłem uwage na niezgodnosc
daty urodzenia, lecz sensu samego dokumentu nie rozumiałem. Choc zarazem -
domyslałem sie. Domyslałem sie, ze zostawałem takim człowiekiem, przed którymi
rodzice kazali mi szczególnie uwazac. Ale nie uwazałem, ze to cos złego - raczej -
zgodnie z intencjami porucznika - miałem poczucie jakiegos duzego - moze nawet
przełomowego awansu. Wierzyłem, ze dzieki temu, jesli nie wszystko, to bede mógł
szczególnie wiele. Ale to nie było pewne - dlatego warto było zachowac ostroznosc -
nie odkrywac sie ze swoimi nadziejami przed porucznikiem.
Dzis sadze, ze w tych dniach porucznik złowił jeszcze kogos z mojego rocznika w
szkole i stad sie wzieła ta jego machinalna pomyłka.
Porucznik wreczył mi pióro i wskazał, w których miejscach mam podpisac.
Podpisałem - palce natychmiast zabarwiły mi sie na niebiesko...
Wracajac z posterunku do domu pamietałem, aby kupic ziemniaki. Z piwnicy
wyszły te przywiezione ze wsi, od stryjka i zanim dowiezie sie nowe, trzeba było
kupowac. Z pogarda minałem jedyny panstwowy sklep warzywniczy w miasteczku.
W nim ziemniaki, przechowywane przez mojego ojca, były na wpół zgniłe i w ogóle
- najgorsze barachło nadajace sie nawet nie dla swin, a tylko do gorzelni. Kupiłem
ziemniaki w prywatnej budce Niedzielaków - porzadne - kopcowe. Przy okazji
poprosiłem i Niedzielakowa za dwa złote trzydziesci groszy dała mi z paczki
schowanej w stercie cebuli płatek owocowej, amerykanskiej gumy Wriglers. Bardzo
rzadko pozwalałem sobie na taka rozrzutnosc. Rodzice solennie mi tego zakazali. No
ale nie miałem wyrzutów sumienia. Nie w tej sprawie. Postanowiłem bowiem, ze
rodzicom o spotkaniu z porucznikiem nie powiem. Na razie nie powiem... W takim
razie ta guma nie miała juz zadnego znaczenia...

***

33
Chemia w ogóle mnie nie interesowała. Rodzice jednak chcieli, aby zdawał do
Wyzszej Szkoły Nauczycielskiej w Kielcach, bo to jednak blisko. A na chemie, bo
jeden nasz krajan był dyrektorem administracyjnym, a moze tylko zastepca dyrektora
administracyjnego wydziału chemii.
Poniewaz tak czy siak egzamin musiałem zdawac, wiec wkuwałem te chemie. Ale
wobec kolegów nie robiłem tajemnicy z tego, ze nie jestem zadowolony. No i na
dziesiec dni przed egzaminem na studia objawił sie porucznik. Wracałem z boiska,
gdzie mimo nauki pograłem w piłke. Gra w piłke była w szkole troche taka jakby
nielegalna - gimnastyka, to owszem. Równiez siatkówka zdaniem nauczycieli WF
była dobra. A piłka nozna nie. Nawet po lekcjach zakazywano gry w nia na
szkolnym boisku. My i tak gralismy, ale pedel czesto nas wyganiał. Rodzice tez to
popierali, bo uwazali, ze od piłki noznej pepegi szybciej sie zdzieraja, a przede
wszystkim robia sie w płótnie dziury na wysokosci palców. Niektórzy, w tym ja,
mielismy trampki. Trampki miały czuby z gumy osłaniajace palce i co najwyzej
mogły sie podrzec, ale to tez nie tak od razu.
Ale my sobie gralismy jak nigdy nic, bo bylismy juz po maturze i pedel nic nam
nie mógł zrobic. On to wiedział i dlatego tylko pobłazliwie spogladał na przebieg gry
cmiac sporta, a moze mazura. Palił go w fifce, jak towarzysz Wiesław - a to
sugerowało, ze pedel popierał towarzysza Wiesława.
Nie wiem, jak to sie działo, ale towarzysz Wiesław u nas w kieleckiem przestawał
byc popularny. W szkole uczyłem sie francuskiego, wiec wiedziałem, ze wytwornie
byłoby powiedziec, ze towarzysz Wiesław zaczynał byc passe. No ale nikt tak,
oczywiscie - nie mówił.
Gdy wracałem z tej piłki i nieopodal mego domu pozegnałem sie z ostatnim
kolega, wyszedł na mnie porucznik. Od razu przeszedł do rzeczy. Spytał, czy nie
wolałbym pójsc na rolnictwo, do Warszawy? Pewnie, ze chciałem. Ale czy zdam
egzamin? On mi na to, zebym spróbował i moze sie uda. Na chemie w Kielcach
zawsze mogłem próbowac po wakacjach - co rok zostawały wolne miejsca.
34
Co wiecej, domyslił sie, ze rodzice wcale nie popra mojej eskapady do stolicy. Po
prostu - dał mi pieniadze na wyjazd, nawet wiecej, niz było potrzeba i kazał jeszcze
tego samego dnia odebrac papiery z Kielc i od razu na poczcie w Kielcach wysłac do
Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.


W malenkim pokoju w akademiku mieszkało nas czterech. Sam akademik nie był
duzy - raptem czterdziesci pokoi - dla samych chłopa... Na dole, przy wejsciu,
siedzieli odzwierni, na kazdym pietrze sprzataczki. Do tego dochodził otwarty cztery
godziny w ciagu dnia bufet i stołówka, administracja, jakis nawet kierowca Zuka,
kierownik akademika i jego dwóch zastepców - na moich oczach zmienili status na
dyrektora i zastepców dyrektorów - w sumie czterdziesci piec osób.
Z akademikiem mi sie udało - dochody rodziców te oficjalne - absolutnie nie
upowazniały mnie do przyznania mi akademika, no ale facet, który z ramienia
resortu na razie mnie przejał, kazał pisac podanie, no to napisałem. To był pan Stas.
Pan Stas miał jakie piecdziesiat lat i gdy tylko przyjechałem do Warszawy na
egzamin - przyszedł do mnie do akademika, w którym wyznaczono noclegi
kandydatom na studia spoza Warszawy. Juz w godzine po moim przybyciu
wtranzolił sie do mojego pokoju, gdzie na czterech łózkach zameldowano dziewieciu
gosci. Jakis kierownik tłumaczył nam, ze przeciez nastepnego dnia zaczynaja sie
egzaminy pisemne, trwac beda dwa dni i w ich wyniku połowa i tak odpadnie, a
wówczas - statystycznie - słowo to z wielkim namaszczeniem celebrował - kazdy
bedzie miał swoje łózko, a w kazdym razie cos koło tego...
No wiec ja w tym kołchozie, jakim był przydzielony mi pokój, nie załapałem sie na
łózko, bo dwóch cwaniaków jadacych tym samym pociagiem, co ja, z Buska -
Zdroju, zorientowało sie w tramwajach - kogos spytali, no i dotarli pierwsi. Ja
miałem plan Warszawy - dostałem od mojego opiekuna za pokwitowaniem, bo to
była własnosc - jak po raz pierwszy usłyszałem - resortu - i jeszcze w domu
opracowałem marszrute. Jednak cos pokreciłem... A oni nie... Gdy zaproponowałem,
35
zebysmy na przemian spali w tych łózkach i na podłodze, to zachowali sie tak, jakby
w ostatecznosci gotowi byli mi spuscic manto... No... - ładnie sie ta Warszawa
zaczynała. Krzesła - cztery - tez były zajete przez ludzi, albo ich bagaze, wiec
usiadłem na parapecie, wyciagnałem notatki z chemii i dalej - wkuwac, a
przynajmniej udawac, ze wkuwam.
Az tu po godzinie włazi ten pan Stasio i spokojnie mówi, ze jest kolega ojca z
partyzantki i miał od niego telefon. Popatrzył po pokoju, szybko zorientował sie, co
jest grane, pokrecił głowa nade mna, jakby sie litował i ni stad ni zowad wskazał na
jedno z łózek: - Kto to zajmuje?
A to łózko zajmował akurat jeden z tych z Buska. Pan Stasio miał wyraz twarzy,
jakby mógł wszystko i ten z Buska szybko to wychwycił. To tez gdy usłyszał, ze ja
jestem synem bohatera narodowego, który krew przelewał za ojczyzne, to najpierw
przygasł, a potem powoli zaczał zbierac te swoje rzeczy. Po chwili jednak cicho
zaoponował, ze przeciez jego ojciec tez był w partyzantce i nawet dwa razy był
ranny. Pan Stas zainteresował sie, czy był ciezko ranny i dostał gorliwa odpowiedz
twierdzaca. Pokiwał ze zrozumieniem głowa, jakby uznawał racje faceta i jego ojca,
ale nie...
- A w jakiej formacji był twój ojciec?
Tamten, chyba nawet przerazony, zaczał cos mamrotac i wypadki potoczyły sie
szybko. Pan Stas jedna reka, jakby dajac do zrozumienia, ze tak od razu to nie chce
dac w morde, ale w kazdej chwili moze, syknał do niego...
- Ty reakcjonisto...
- Mój tata był w Batalionach Chłopskich...
- A skad jestes?
- Z Buska Zdroju...
- No to, jesli nie kłamiesz, a to mozna sprawdzic, był najpierw w BCh, ale zaraz
potem w AK. O reakcyjnej akcji scaleniowej słyszałes?
Tamten spocił sie i nic nie powiedział. Do dzis nie wiem, czy porazony był logika
faktów, czy tylko zgłupiał?
36
- Ciesz sie, ze mimo tego wszystkiego, co twój tata narozrabiał przeciw ojczyznie,
ojczyzna ludowa, panstwo socjalistyczne, daje ci szanse, bys studiował. Ale odbierze
ci te szanse, jesli bedziesz uprawiał propagande antysocjalistyczna...
Wszyscy w pokoju z wrazenia opuscili szczeki i postawili oczy w słup. Ja chyba
tez...
A pan Stas kontynuował: - Ja ciebie czynie osobiscie odpowiedzialnym za to, by
zadna łachudra nie zajeła tego miejsca. To łózko nalezy na czas egzaminów do
twojego kolegi i ty jestes za to odpowiedzialny. Jak cos zginie - na zbita morde...
zapamietaj...
Przed wyjsciem poszlismy do łazienki nasikac, Kazdy z trzech pisuarów był
zatkany i mocz sie z nich przelewał. W jednym ktos - jakis idiota, a raczej kmiotek -
nasrał. Po załatwieniu swych czynnosci poszedłem ku zlewozmywakom, ale
wszystkie - stojac w szeregu - były potłuczone. Z jednego kranu jednak leciała woda
i po podłodze sciekała do kratki. Podeszwy moich butów, wykonane - jak twierdził
ojciec - z szajsu, czyli ze swinskiej wielowarstwowej skóry, jak zwykle, gdy
wszedłem w mokre, natychmiast przemokły.
Pan Stas machnał reka i retorycznie spytał: - Ty jestes baba, zeby sie ciagle myc?
W tym cos było. U nas w domu to mama naciskała na ojca, aby w mieszkaniu
wydzielic pomieszczenie na łazienke, zrobic biezaca wode na pompe elektryczna,
zlewozmywaki, klozet, a nawet wanne. Ojciec przystał na biezaca wode, motor
elektryczny z pompa kupił na lewo od wojska i nawet zołnierze całosc zainstalowali.
Jednak na cos wiecej niz zlewozmywak w kuchni, pod którym równiez sie mylismy,
nie zgodził sie. Dopiero potem, gdy w sklepach nie było kompletnie ani wanien, ani
baterii, to sie zdecydował. Brak w sklepach był dla niego swiadectwem, ze jednak
warto te wszystkie rzeczy instalowac. Wanne emaliowana obtłukł troche w swoim
magazynie i potem, jako całkowicie uszkodzona, wraz z doskonale całym
zlewozmywakiem kupił prywatnie sam od siebie, jako magazyniera, za dziesiec
procent. A baterie do wanny i kafelki załatwił od robotnika budowlanego w
powiecie. Duzo ryzykował, bo z powiatu musiał sam przywiezc i wprawdzie wypisał
37
sobie papiery przewozowe, ale lipne, bo kafelków i armatury nie miał ani na stanie,
ani w zapotrzebowaniu. Za taki numer mógł swobodnie isc na osiem lat do
wiezienia... Władza ostro karała przewalanki, na które nie było porzadnego pokrycia
w papierach...
Gdy wychodzilismy, oczywiscie wpisałem swoje wyjscie w specjalnym zeszycie
wyjsc pilnowanym przez portiera. Zauwazyłem, ze za kazdym razem ten facet
ostrzegał: - Młody człowieku, uwazaj, to jest ołówek chemiczny i jesli zaprószysz
nim oko, to ci wypłynie...
Ja jednak, jak trzeba, najpierw posliniłem grafit, a potem juz wykaligrafowałem
imie, nazwisko i godzine wyjscia. Pan Stas jeszcze obficiej napluł i w efekcie
zamiast czytelnego wpisu była intensywnie niebieska, mokra plama. Taka sama,
jaka naniósł w zeszycie wchodzac. Cwaniak...
Przeszlismy miedzy blokami i po chwili w jakims zaułku stanelismy obok
błekitnej, slicznej i pieknie utrzymanej Wołgi.
- Ktos spytał radio Erywan, czy to prawda, ze kazdy obywatel sowietskogo sojuza
moze miec Wołge? No i radio odpowiedziało: - w zasadzie prawda - ale na chuj mu
tyle wody....
Pan Stas opowiedział ten dowcip i sam zaczał sie smiac. Ja nawet w pierwszej
chwili nie załapałem, o co chodzi. Ale domyslałem sie, ze nie jest to dobrze o
Zwiazku Radzieckim i przerazony pomyslałem, ze jestem ofiara prowokacji...
No ale on poklepał mnie po ramieniu, powiedział:
- Jestes jeszcze surowy, ale otrzaskasz sie - i troche szarpiac sie z zamkiem w
drzwiczkach otworzył je od strony kierowcy, potem odblokował drzwiczki dla mnie i
ruszylismy.
Jechał po tej Warszawie jak mój ojciec po naszym miasteczku. Szybko i bez
hamowania na widok ludzi, którzy sami wiedzieli, ze musza uciekac. Nawet
staruszki, kustykajac o laskach, dosłownie przebiegały ulice.
- Spierdalaja, jak w powstanie pod ostrzałem... - pan Stas nadal był zadowolony, czy
to ciagle jeszcze po dowcipie, czy moze na widok ludzi, którzy tak biegali wcale nie
38
przerazeni, raczej bez jakiegos szczególnego wyrazu twarzy, za to z oczywista
rutyna...
Z piskiem opon zaparkowalismy obok restauracji. Była szesnasta - ludzie
wychodzili z pracy i grupkami - niedawno była lipcowa wypłata za czerwiec -
usiłowali dostac sie do restauracji. Lokal był pierwszej kategorii, wiec z pewnoscia
drogi. W drzwiach stał portier w brazowym mundurze, twarz miał wskazujaca na
daleko posunieta degeneracje wskutek nadmiernego picia alkoholu, niemniej z
werwa opedzał sie przed klientami.
- Panowie - co wy mi bedziecie w łape dawac - ja mam rezerwe i póki goscie z
rezerwacji nie spóznia sie pół godziny, to nikogo nie puszcze.
A jednak - pan Stas jakos rozepchnał tłumek spragnionych - wcale nie brutalnie, a
nawet nie arogancko - widac zreszta było, ze łatwo jest w tym towarzystwie, jesli
człowiek nie umie sie zachowac, dostac pare razy w głowe - dotarł do
zmarnowanego portiera, cos mu tam powiedział, włozył mu w reke piecdziesiat
złotych, a to było duzo pieniedzy i jakos od razu weszlismy.
Pan Stas podszedł do szatniarza, bez watpienia bliskiego przyjaciela portiera,
mrugnał okiem i spytał:
- Sa camele?
- Po dwadziescia piec...
- Dla mnie? - zdziwił sie pan Stas...
W tym momencie szatniarz cos załapał, bo jakos tak łokciem stuknał sie w czoło,
całkiem niczym Maciek Chełmicki, czyli Cybulski w filmie "Piopiół i diament" w
scenie, gdy czysci w hotelu gnata, a zapukała do niego barmanka, która przyszła,
zeby sie pieprzyc, no i od razu zszedł z cena: - Dla szanownego pana za osiemnascie
- no przeciez musi byc troche drozej niz za Carmeny...
Równoczesnie tłumek pod lokalem wcale nie akceptował taksy wyznaczonej na
piecdziesiat złotych za dwie osoby i usiłował zbic ja do standardowej - dycha za
twarz.
39
- Tamten to jakis badylarz, panie portier, albo rzemieslnik, prywatna inicjatywa,
taka jego mac, a my porzadni ludzie, z pensji zyjemy jak i pan... - usiłowali go wziac
z włosem, bo przeciez portier nie zył z pensji i na ten temat własnie toczyła sie
rozmowa. Ale nie wiem, czym sie to skonczyło, bo wkroczylismy na sale.
Pan Stas krokiem doswiadczonego bywalca skierował sie ku jednemu z
kilkunastu wolnych stolików. Jak wszystkie, był on przykryty białym obrusem, z
czym dotychczas spotykałem sie tylko podczas swiat badz imienin rodziców. Na co
dzien stół przykrywano u mnie w domu wytworna cerata, która zreszta w skutek
uzywania szybko przestała byc wytworna, lecz przeciwnie - pokrywały ja plamy,
wytłoczenia w skutek kontaktu z goracymi garnkami, slady po rozlanym atramencie i
innych brudach. Poniewaz jednak matka czesto przecierała te cerate szmatka, to -
niezaleznie od tego, co na niej było widac - uchodziła za czysta. To tez fakt, ze w
sposób oczywisty nie bylismy pierwszymi konsumentami zasiadajacymi nad stołem
pokrytym tym obrusem, a poprzednik jadł miedzy innymi barszcz czerwony i chyba
jakis sos - to sie bowiem dawało odczytac z najnowszej historii obrusa - w ogóle mi
nie przeszkadzał. Memu towarzyszowi równiez to nie przeszkadzało. I tak wolno
było zakładac, ze obrus został wymieniony rano i trudno było zadac, by jeszcze tego
samego dnia marnowali kolejny...
Czułem sie skrepowany, bo w podróz ubrałem sie w wełniane wprawdzie spodnie,
ale cerowane w kroku, bo juz sie wytarły, no i troche krótkie - brakowało im do
własciwej długosci nie wiecej niz ze trzy, no moze piec centymetrów, ale liczyłem,
ze po podrózy szybko sie przebiore. Wyszło inaczej.
- No - jak ci sie podoba - spytał pan Stas z mina czarnoksieznika wiodac wysunieta
reka dookoła sali
- No... - odpowiedziałem, bo jednak na dnie ciagle miałem obawe, czy czasem to nie
mi wypadnie płacic rachunek? Jednak pytac o to nie wypadało - krepowałem sie...
Pan Stas tym czasem z namaszczeniem odpieczetował papierosy. Najpierw
owiniete były w szeleszczacy celofan, potem - w sztywnym opakowaniu zawierały w
srodku prawdziwe sreberko, niczym czekolada z zakładów 22 lipca. Wtenczas
40
jeszcze wcale nie rozumiałem, dlaczego nauczycielka - ona i przed wojna objadała
sie czekoladami - nazywała te czekolady - "od wedla". Rodzice sprzed wojny znali
tylko smak czekolady Java, bo Zyd w sklepie chłopom sprzedawał tylko te Javy, i
jedynie jak sie trafił lepszy gosc, to oferowali te drozsze. Dla rodziców - jak i dla
mnie - firma nazywała sie 22 lipca i innych skojarzen nie mielismy. Takie moze
tylko, ze wedle mamy te wyroby z 22 lipca były dobre, ale nie takie, jak czekolada
Java. Rzadko - moze ze trzy razy, w naszym sklepie były powojenne czekolady
Jawa, przez normalne w - po 11 złotych, wiec taniej niz inne i wszyscy twierdzili, ze
jest najlepsza, ale nie ta, co przed wojna.
Oczywiscie - nikt publicznie, czy w wiekszym towarzystwie nie miałby odwagi
czegos takiego powiedziec, ale gdy było mniej osób i zawsze dawałoby sie dojsc do
tego, kto doniósł, to ludzie byli odwazniejsi, a kazdy i tak wiedział, ze wyroby
przedwojenne były leopsze od powojennych.
No ale to były papierosy. Tak pakowane były tylko zupełnie luksusowe papierosy
polskie, których nikt z osób, które dotychczas znałem - nie palił. Smetnie stały w
Domu Kultury na półce i nawet zzółkły ze starosci. Moze raz na rok kupował
Carmeny ojciec, aby od swieta czestowac swoich zwierzchników.
O Camelach słyszałem tylko kiedys, gdy długo nie przywozili chleba i dwóch
nieco starszych jegomosciów sadzac, ze nikt ich nie podsłuchuje, wspominało jakas
wojne z sowietami. Ja mimo matury wcale nie wiedziałem, ze była jakas polska
wojna z sowietami, choc nawet mój dziadek w niej uczestniczył. Ale o tym rodzice
powiedzieli mi dopiero po maturze - w najgłebszej tajemnicy. To było tak, ze latem,
gdy Rosjanie zblizali sie w 1920 roku do Warszawy, to pomimo, ze wczesniej poszli
z miasteczka i ochotnicy i był pobór, to jeszcze zgłosiło sie stu szescdziesieciu
nowych ochotników - rannych podczas wojny swiatowej, zywicieli wielodzietnych
rodzin i innych. Zydów przyjmowali tylko w srednim wieku, bo młodym nie ufali.
Młodzi mogli pójsc tylko do kopania okopów - tak podobno rabin radził staroscie?
To ci młodzi oczywiscie sie nie zgłosili i jeszcze przedrzezniali Polaków i kpili, ze
sowieci raz dwa dadza naszym po dupie. No wiec ochotnicy tych Zydów pobili.
41
Potem jeszcze - tak usłyszałem - starzy Zydzi dosolili młodym. Bo młodzi Zydzi to
była komuna i syjon - dzis juz chyba wiem o co chodziło, ale wtedy? Kiedys na
jakims weselu słyszałem dyskusje o tym wydarzeniu. Zastepca kierownika młyna
mówił, ze niesprawiedliwie pobito jakiegos tam Zyda, ze tych zydków, którzy sobie
zartowali z panstwa polskiego, to trzeba było zlac, mozna było im nawet mocniej
przyłozyc, ale któregos tam wcale nie nalezało ruszac i teraz temu młynarzowi głupio
- bo porzadny był chłop z tego Zyda... Ja to zapamietałem, ale kompletnie nie
rozumiałem wówczas o co chodzi.
Moi rodzice byli ze wsi - w miasteczku przed wojna nie mieszkali. Dziadek ze
strony mamy, jak pomocnik kupca zydowskiego chciał na targu niska cene dac za
jałówke, to go w morde zdzielił batem - moja rodzina nie dawała sie oszukiwac
Zydom.
No wiec ci dwaj troche starsi faceci pod sklepem, oczekujac na chleb, wspominali,
ze gdy byli na wojnie sowieckiej, to były takie amerykanskie papierosy Camele, z
wielbładem, opiumowane, ze jak sie człowiek sztachnał, to mu sie od razu w głowie
kreciło i jesli był ranny, to nic, albo duzo mniej czuł. Jak który był ranny, to od razu
mu w gebe wkładali papierosa i nawet jesli umierał, to nic nie czuł. I jak w koncu
przychodzili sanitariusze, zeby zrobic zastrzyk z morfiny, a ranny palił Camela, to od
razu mówili, ze ma dobrych kolegów. Co jeszcze mówili, to ze doktor wojskowy im
tłumaczył, ze zdrowy mezczyzna, który nie choruje na płuca i jest dobrze odzywiany,
moze smiało spalic dziesiec papierosów na dzien, ale nie wiecej i dlatego przed
wojna w wojsku dawano zołnierzowi, jak chciał, przydział dziesieciu papierosów.
Ja jednak papierosów nie paliłem i ojciec nie raz, jak mnie lał, to dodawał, ze nie
tak mnie zleje, jak usłyszy, ze papierosy pale... Od pana Stasia jednak wziałem,
zapaliłem, bo interesowało mnie to opium... Strasznie zaczałem kaszlec i dałem
spokój.
Gdy tak kaszlałem, to przybiegł kelner, ale gdy zorientował sie, ze nie rzygam, to
chciał odejsc i dopiero pan Stas go skrzyczał , wiec przyjał zamówienie. Najpierw
42
"na szybko" kelner miał przyniesc dwie setki z lodówki i oranzade, a do tego menu -
tak powiedział, jak sie czyta - menu...
Jednak nie od razu zjawił sie kelner. Za to przyszedł portier, po imieniu zwrócił
sie: - Panie Stasiu - zwracam panskie szanowne pieniazki i pieknie dziekuje - tu
dyskretnie podał mu banknot piecdziesieciozłotowy.
- Prosze mi uczynic zaszczyt i wypic ze mna setke...
Pan Stas wyraził zgode i juz po chwili portier był z powrotem z trzema setkami w
angielkach i z piwem - pózniej przeczytałem - bydgoskim eksportowym. I wódka i
piwo było zimne - szkło było zroszone. Ja jeszcze nie miałem wielkiego
doswiadczenia w piciu... Skoro portier stał, to pan Stas wstał i ja wstałem -
wypilismy do dna i pan Stas rozlał butelke do tych samych angielek, bo szklanek
jeszcze nam przeciez nie podano. Piana przelewała sie na obrus, który w zasadzie był
czysty, ale przeciez piwo, to zaden bród - piwo sie pije...
Portier odszedł i po chwili, stopniowo sala zaczeła sie zapełniac - z podsłuchanych
komentarzy wolno było wnosic, ze jednak portier ostatecznie brał po pietnascie od
pierwszych, a od kolejnych juz tylko po dziesiec złotych.
Nie zdazylismy zamienic słowa, gdy zjawił sie kelner z dwiema setkami i
oranzada, a takze dwiema porcjami sledzia w oleju. Cebulka była nieco sczerniała,
ale na poczatku lipca nie miała prawa byc inna.
Pan Stas najpierw dotknał palcami wódki, potem butelke oranzady i oswiadczył:
- Jakies toto ciepłe panie...
Kelner sie nie spłoszył:
- Bo portier rozlał panom z prywatnego zapasu - on ma dostep do lodówki, a
oranzada to tylko jest taka... Ale udało mi sie włozyc do lodówki dwie flaszki
Zytniej, wiec za pół godziny ona dojdzie, a do tego czasu to ja moge wam przyniesc
cztery setki i bedzie dobrze. Patrz pan - za to przyniosłem sledziki - dzis na kuchni
sledzików nie robili - te sa wczorajsze, ale z chłodni panie - palce lizac - nikt poza
wami dzis nie zje sledzi... - prawie osci - panie - nie maja...
43
- No, chyba ze tak, ale w takim razie donies pan nie tylko te wódke, ale jeszcze dwie
porcje masła. I Zytnia - gestem twarzy wskazał na wypite kieliszki - cos nie taka -
włóz pan do zamrazalnika Wyborowa.
- Pan wie, co dobre - z przymilnym usmiechem odpowiedział kelner, strzepnał w
klapy czarnego ubrania łupiez, bo zebrało sie go juz troche za duzo, odszedł do
gabloty pod sciana i przyniósł swieze angielki na oranzade tak, ze nie musielismy
uzywac tych po poprzedniej wódce i piwie.
- Widzisz - chłopie - z ludzmi trzeba dobrze, o swoje dbac, ale bez potrzeby nie
obrazac i wtedy da sie, panie - tego - zyc...
- Rodzice tez mi mówili, zeby ludzi uwazac - z szacunkiem do nich, to samemu
szacunek sie zyska.
- Dobrze mówili ci rodzice - madrzy - widac - ludzie... No to jeszcze po jednym,
zeby od razu przejsc do rzeczy, bo potem to nie wiadomo, moze nam ze łba
wyleciec...
Nie byłem zwyczajny pic alkohol, szczególnie w tym tempie, a na dodatek: było
ciepło i wódka była ciepła. No ale - na razie rozumiałem, co sie dookoła dzieje.
Głodny tak bardzo nie byłem, bo w podróz dostałem dwa jajka na twardo, ze trzy
kanapki i kompot rabarbarowy w butelce. Tata proponował, aby powierzyc mi
rodzinny termos - lecz mama bała sie, ze zniszcze. A gdy pózniej pomysleli, ze w
akademiku moga mi ukrasc, to juz w ogóle temat przestał byc aktualny. Zreszta -
rodzice nie byli zadowoleni, ze zdecydowałem sie zdawac na studia w Warszawie,
wiec moze to miało wpływ, ze ostatecznie termos, kupiony kilka lat wczesniej i
uzywany przez ojca moze w trzech podrózach słuzbowych, pozostał na swym
honorowym miejscu na szafie. Taki termos, chinski, w kwiatuszki, swiadczył o
dobrobycie domu - nie był tani - ale i o zapobiegliwosci gospodarzy. Tak na półce w
sklepie to, jak Polska długa i szeroka, kupic sie go nie dało. Termosy chinskie
kupowało sie na talony przyznawane przez zwiazki zawodowe...
Mimo ze nie byłem specjalnie głodny, to jednak, skoro lezał przede mna sledz, to
zaczałem go jesc...
44
- Na studiach nie wychylaj sie. Nie badz pierwszy do wszystkiego, bo na takich
wszyscy zwracaja uwage. A ty - zanim zdobedziesz wprawe w robocie, mozesz
popełniac błedy. To sie tylko tak wydaje - tu pan Stas zawiesił głos i uniósł w góre,
na wysokosc oka, widelec z nabitym dzwonkiem ryby, z którego spadły obok talerza
skrawki tłustej od oleju cebuli - ze to zadna sprawa, tak sobie słuchac ludzi, potem
zapamietac i powtórzyc. A przeciez - nasza robota - pomysl o tym - jest nie mniej
odpowiedzialna, niz robota chirurga. Chirurg - panie - to jak sie pomyli - pacjent
idzie do bozi i swiety boze nie pomoze... Z nami tak samo - zle zrozumiesz czyjes
gadanie, pomyslisz ze wróg, cos tam jeszcze upiekszysz i dostaniesz jakas premie,
albo i nie dostaniesz, tylko pochwałe ustna, a facet jest załatwiony na amen. Albo
inaczej - gadasz tak z człowiekiem i polubisz chłopa - gada wrogo, ryje na przykład
pod towarzyszem Wiesławem, albo nawet pod samym socjalizmem ryje, ale lubisz
juz chłopa i udajesz, ze nie rozumiesz, no bo nawet nie mysl o tym, zeby cos
ukrywac... I w efekcie bedzie sobie chodził w glorii zaufania partii i społeczenstwa
po ulicach Warszawy nierozpoznany wróg. A co bedzie, jak imperialisci zaatakuja
Polske? Przyjada towarzysze radzieccy bronic nas przed niemieckimi rewizjonistami,
przed Hupka, przed Czaja, przed tym Adenauerem, a u nas nastroje beda wrogie? Co
wtedy zrobia towarzysze radzieccy? Nie wiesz? No to ja ci powiem - nam sie do
dupy dobiora...
Powiedziawszy to wszystko pan Stas najpierw popatrzył na mnie, potem z
zadowoleniem potoczył wzrokiem po całej sali, jakby zgromadzonych w niej gosci i
pracowników brał na swiadków, a przeciez mówił to wszystko półgłosem. Nikt nie
mógł nas podsłuchac i przyznac słusznosci wyłuszczonym przez niego racjom.
Znów wbił we mnie wzrok. Tym razem, zdało mi sie, posepny, jakby oczekiwał
jakiejs odpowiedzi. A przeciez, ja nie az tak wiele zrozumiałem z tego, co on mówił.
Mimo to gorliwie podkresliłem:
- Słucham pana uwaznie, wszystkiego musze sie uczyc od starszych...
Pan Stas wyraznie był zadowolony z odpowiedzi:
- Zdolny jestes - beda z ciebie ludzie...
45
W tym czasie podszedł do nas kelner i przyjał zamówienie - dwa rosoły z
makaronem. Wolałem truskawkowa ze smietana i makaronem, ale pan Stas wcale
mnie nie pytał o zdanie i dodał dwa rumsztyki wołowe z ryzem, marchewka z
groszkiem i tarta marchew z chrzanem. Do tego kompot. Pan Stas wcale nie był
oszczedny. Mozna było zamówic zestaw obiadowy: szczawiowa bez jajka, mielony z
ryzem i sałatka z kapusty kiszonej - wychodziło po dziewiec - piecdziesiat, a tak, to
po dziewietnascie... do tego kompot za złoty i trzydziesci groszy - nie w szklance, a
w takiej kokilce - wcale nie wiedziałem, jak ta kokilka sie nazywa. Nalane prosto z
kupnego słoika - wisnie i wspaniale słodki, nie rozwodniony płyn ze słoja...
Wówczas, gdy kelner ustalał z nami trunki, a nie było co ustalac, bo w lodówce
lezała dla nas Wyborowa, jego pomocnik - praktykant - błyskawicznie przyniósł
dania - wszystkie na raz. Rosół był goracy, ale drugie danie, bez dotykania palcem -
widac było, ze wcale nie było gorace... Pan Stas ze swojego i z mojego kieliszka
przelał do przyniesionej przez kelnera angielki po troche wódki, tak ze było równo
rozlane na trzy i wypilismy razem z kelnerem...
Gdy ten kelner odszedł, pan Stas wzrokiem wskazał na n niego i spytał:
- A ty wiesz, ze on tez cwiczy swego praktykanta - uczy go roboty?
W pierwszej chwili sadziłem, ze chodzi o to, ze praktykant uczy sie roboty
kelnerskiej, lecz pan Stas wyprowadził mnie z błedu - oni to maja lekka robot - tu
podsłuchac, tam zanotowac, potem zatelefonowac na emo, aby ich spisali i jesli
pyszczyli na ojczyzn socjalistyczna, to zawiezc do złobka, po drodze złomotac i dac
cynk sanitariuszom, zeby tez od siebie spuscili łomot... A jesli jakas grubsza sprawa,
to słuchac i zrobic fotografie... To nie takie proste - lampe błyskowa wszyscy
zobacza... Ale to sam nie podejmuje decyzji - podchodzi do rezydenta - a dzis
rezydentem jestem ja... - pan Stas rozprostował sie, nabrał powietrza w płuca i widac
było, ze naprawde jest dumny z wagi poruczonych mu przez zwierzchników zadan...
Rumsztyk był twardy, nie z młodej wołowiny, ale ze starej, mlecznej krowy.
Znałem sie na tym, bo przeciez ojciec pracujac w zaopatrzeniu uczulał mnie na takie
sprawy, a i mama, jak to gospodyni domowa, w zyciu by czegos takiego nie zrobiła.
46
Na rynek młoda wołowina trafiała rzadko – kazdy to rozumiał - młoda wołowina to
był towar eksportowy. U nas w miasteczku kazdy wiedział, ze w wiekszych miastach
mieso kupuje sie spod lady, byle jakie, byleby było... U nas w miasteczku było
inaczej - starej wołowiny mogłes kupic, ile chcesz, bo ludzie mieli mało pieniedzy i
oszczedzali... No ale młoda wołowine, to trzeba było załatwiac, a cielecina, to i u nas
była od swieta...
Ja miałem zdrowe zeby, a pan Stas solidne protezy - wprawdzie mu sie troche
ruszały i troche przekrzywiały, ale przeciez to było normalne - wszystkim, którzy nie
stalowali sobie protez prywatnie, musiały sie one ruszac... Zreszta te prywatne, jesli
zrobione były z materiałów czechosłowackich, a nie szwajcarskich, albo
amerykanskich, tez mogły sie ruszac. Ale amerykanskie protezy, wiem to dobrze, bo
mama słyszała od gosposi dentysty, w naszym powiecie zamówiły tylko trzy osoby -
zona komendanta emo, sekretarz powiatowy partii i jeden taki, co ma siostre w
Anglii, dostaje od niej paczki z ciuchami, sprzedaje w Warszawie na ciuchach i szcza
na socjalizm spod duzego palca... Ten facet na lewo załatwił sobie szyby na szklarnie
i musiał niezle komus zapłacic, bo jak mu zrobili kontrol, to okazało sie, ze na
wszystko ma rachunki – cwaniak... I wcale nie dało sie go zamknac... A przeciez
cały powiat huczał, gdy robili mu kontrol... Trzy dni sie gadało, ze go zamkna albo
za brak rachunków na materiały z budowy domu i szklarni, albo za ukrywana bron...
No bo przeciez wszyscy jakas bron gdzies ukrywali. Mój tata ukrywał u wujka na
wsi - w jednej skrzynce była nasza bron: szmajser z amunicja i granaty i pistolet, ale
pistoletu nie widziałem, a w drugiej skrzynce bron stryjka - erkazem diegtiarewa i
karabin mauser. Skrzynki były z dobrego, orzechowego drewna zszabrowanego z
pozydowskiej drogerii. Szczelne, w srodku wszystko zalane było smalcem, który co
pare lat trzeba było wymieniac. No ale takich rzeczy - głupi nie byłem - nie mówiło
sie nikomu... A ten facet od szklarni schował tak dobrze swoja bron, ze jej nie
znalezli... Nasza zakopana jest w takiej szopie jedna sciana przylegajacej do stodoły.
Obok szopy jest buda dla psa na łancuchu. Pies moze spac w budzie, albo w słomie
stodoły, bo wyciety jest kawałek deski w stodole. Łancuch ma tak długi, ze nikt
47
nieznajomy do szopy nie wejdzie... Aha - w obu skrzynkach sa jeszcze granaty -
duzo róznych granatów. Tata mi tłumaczył, ze jak by ktos wlazł na podwórko i
trzeba było uciekac, bo groziłoby duzo lat, albo i czapa, to trzeba najpierw rzucic
jeden granat, odczekac, potem drugi i nie czekac, a uciekac i dopiero z daleka rzucic
trzeci, to nawet nie zauwaza, ze sie uciekło... Tylko przy tym trzeba myslec, zeby
nikt swój nie był na podwórku, czy w ogóle w poblizu, zeby swojego nie zabic...
Generalnie - jak grozi, ze przy okazji dostanie ktos swój, to trzeba rzucac granaty
zaczepne, te z trzonkiem, a jesli swoich nie ma, tylko kontrol, to obronne, w kształcie
cytryny... No i gdyby to tata uciekał, to trzeba od razu rzucac sie w domu pod sciane,
bo przy podłodze jest podmurówka, a na podwórku gdziekolwiek i tylko mame
osłaniac, bo na pewno zgłupieje...
W pewnej chwili pan Stas przerwał jedzenie i moje rozmyslania wokół protez,
zagranicznych ciuchów i granatów u wujka:
- A ty, kochaniutki, jestes wierzacy?
Oczywiscie, na to pytanie byłem od dziecka przygotowywany, bo przeciez - nie
było dobrze byc wierzacym, ale zaprzeczyc istnieniu Pana Boga, to przeciez grzech
smiertelny i nie wiadomo, jak to z tym bedzie po smierci - odpuszcza, czy nie...
Mama mówiła, ze nigdy nie trzeba zaprzeczac, a ojciec, ze mama nie zna zycia, ze
czasem mozna, ale oboje zgodnie uwazali, ze najlepiej jest kombinowac ni tak, ni
siak. No i ja uznałem, ze to ostatnie bedzie najlepsze, a tu taka sprawa - ten pan Stas
nie zostawił mi zadnej szansy, bo przeciez zadał pytanie wprost...
To tez zgłupiałem, otworzyłem gebe pełnia z mozołem zutego miesa, które na
pewno było twardsze, niz moja ersatz - swinska podeszwa i nic nie powiedziałem...
- A - sam widzisz - wpadłes... Ale nic nie szkodzi... Na razie mozesz sobie po cichu
wierzyc. Jako współpracownik, to nawet dobrze. Najlepiej my lubimy takich, co
wierza, ale nie ufaja ksiezom... I zakonnicom nie ufaja... A najbardziej, to zeby nie
ufac temu episkopatowi... Bo ten episkopat to jest podstepny wróg... Jak sie uprze, to
potrafi sprowadzic niewiele mniej ludzi, niz my, na swieto majowe, a juz wiecej, niz
na lipcowe masówki... No wiec na współpracownika sie nadajesz z ta rozdziawiona
48
katolicka geba... Ale jak bedziesz przechodził do resortu, to jeszcze podczas studiów
moze nawet, jak sie bedziesz starał i organa to docenia... Wtedy juz na studiach
bedziesz miał regularna pensje, prawo do leczenia resortowego. No, ale wtedy bez
zadnych wahan musisz byc prawdziwym marksista. Znaczy sie - w Boga nie mozesz
wierzyc. I tu nie ma tak, ze mozna kłamac, bo to zawsze wyjdzie i wtedy beda mieli
na ciebie takiego haka, ze hej...
Ja jednak juz wtedy byłem chłopak bystry i szybko zmieniłem temat. Uchwyciłem
sie tego leczenia resortowego, bo to wszyscy o tym mówili, jakie ono jest dobre...
- A ja słyszałem, ze w szpitalach emeswu wszystkie lekarstwa sa dostepne. Jak ktos
zachoruje, to karmia go garsciami antybiotyku i zaraz jest zdrowy...
Pan Stas usmiechnał sie z politowaniem:
- Ty w to nie wiez, ze tak garsciami. No moze ten polski, jak on sie nazywa, to tak
nie skapia, ale tez... Najczesciej lecza wegierskim, bardzo dobrym, ale zeby
angielskim, albo amerykanskim, to nie tak od razu... Juz predzej niemieckim, ale to
szajs gorszy od polskiego... Choc z enerefu, a nie z enerde... Nie, nie - trzy razy
dziennie taka pielegniareczka przychodzi, kaze otworzyc gebe i niczym hostie
wkłada ci te pastylke, woda destylowana, taka bez smaku, kaze popic i jeszcze raz
otworzyc gebe, zeby sprawdzic, czys połknał. I to dokładnie patrzy, jezyk kaze
podniesc, litere aaaa powiedziec... To oficerów tez tak sprawdzaja. Ja mysle,
zwalniaja od pułkownika, a moze od majora w zwyz z tej kontroli. Ale moze ich tez
nie zwalniaja. No bo jak mamy socjalizm, to powinno byc wszystko po równo - w
szpitalu tak samo musza nas traktowac. No nie... A to, ze garsciami daja, to ty w to
nie wierz. Tak to i w Ameryce, czy nawet w Argentynie nie ma...
Dla mnie w tym wszystkim wazne było to, ze pan Stas moje przyszłe studiowanie
traktował jako cos oczywistego, niewatpliwego... Oczywiscie - mógł z uprzejmosci
zakładac, ze jestem taki zdolny i pracowity, ze nie bede miał zadnych trudnosci... Ale
przeciez, jako człowiek praktyczny, chyba nie kierował sie taka prostota wyobrazen.
Wiec chyba, a przynajmniej wolno było miec nadzieje, ze kryje sie za tym cos
wiecej. Prawde powiedziawszy - bałem sie tego egzaminu i bałem sie konkurencji
49
kandydatów z takiego wielkiego, bogatego miasta. Tu kazda kamienica była wieksza
od jakiejkolwiek nie tylko w moim miescie, ale nawet w miescie powiatowym. Taka
obserwacja daje do myslenia - uczy pokory...
Rzecz w tym, ze mama przed wyjazdem usmazyła truskawki z cukrem - a póki sa
swieze, to sa bardzo aromatyczne. Potem czesc przełozyła do mniejszego gara,
dosypała jeszcze tyle chyba cukru, ile kazali dosypywac w przepisie - jak sama
powiedziała - pół na pół, a przeciez cukru zawsze dawało sie mniej... Wlała to do
dwóch słoi Wecka i dała mi na droge:
- Róznie bywa, ale jak bedziesz rozmawiał z tymi egzaminatorami, to daj im po
słoju. Jak ich bedzie wiecej, to pamietaj, ze daj najstarszym... Oni pewnie bogaci i
wszystko maja, ale takie konfitury zawsze potrafia zmiekczyc nawet skamieniałe
serca...
Było jasne, ze ja tych słoi nikomu nie dam... Przeciez to nie wiejskie nauczycielki,
którym za ocene dawało sie kure z jajami, a jak facetowi od wuefu, to nawet nie
oskubana... Taki głupi to nie byłem. Na dodatek - sam miałem ochote zjesc tak
słodkie konfitury. No ale - moze warto by je dac panu Stasiowi? Z nim siedziałem
przy wódce, no i gdyby przyjał, to moze poczułby sie bardziej zobowiazany?
- Panie Stasiu - pan wie - moja mama usmazyła konfitury, nic wielkiego, takie
zwykłe, wiejskie konfitury truskawkowe...
Pan Stas nadstawił uszu:
- A na patelni smazyła?
- No tak, na patelni, ale przeciez dobrze umyła...
- No i dobrze, ale po co mi o tym mówisz?
- No bo mam dwa weki. Mama powiedziała, zeby je dac komus, kto ma wpływ na
egzamin...
W tym momencie uwaznie popatrzyłem na pana Stasia, zeby stwierdzic, czy ma on
ten wpływ na egzamin, czy tez nie ma? Chyba jednak miał... Tak pomyslałem, bo
spytał, czy matka dodała troche rabarbaru, bo u niego w domu kiedys tak robiono...
Nie skłamałem, powiedziałem, ze nie, ale ze i tak dobre...
50
- A o egzamin, to ty sie nie martw tak bardzo... Jakos zdasz...
No - mysle sobie - nie jest zle, ale juz po chwili dodał...
- Przeciez jestes zdolny... he, he...
- Wie pan - martwie sie, czy ci z mojego pokoju nie ukradna moich rzeczy?
- Chłopaku - wzruszył ramionami - jesli zjedli konfitury, to ja im z dupy nogi
powyrywam... - ale widac było, ze zarazem pomyslał:
- Przeciez ty tam nic cennego nie masz... Nawet jak ukradna, to co?
Sam nie wiem, czemu sobie tak wymysliłem, ale jestem do dzis pewien, ze on to
pomyslał.
- A oni nie domyslili sie, ze pan jest stamtad - moze trzeba było mnie jakos inaczej
wyhaczyc?
Spytałem tak bez jakichkolwiek intencji, bardzo spontanicznie, bo akurat przyszło
mi to do głowy, a głowe miałem znieczulona spora iloscia ciepłej i zimnej wódki...
- Ty - mały - ty nie kombinuj... Ja nie popełniam pomyłek. Jesli oni czegos sie
domysla, to dlatego, ze przyleziesz po pijaku i nachlapiesz... Innej mozliwosci nie
ma...
Sposób, w jaki to powiedział, nie pozostawiał zadnej watpliwosci. Nie chodziło o
realny stan rzeczy, lecz o to, ze zadne podejrzenie o nieudolnosc nie moze pasc na
mojego przedmówce. A takze, ze jesli padnie, to nie moge liczyc nie tylko na litosc,
ale i na lojalnosc. Po prostu - stane sie ofiara kłamstw...
- No bo posłuchaj mały - ja jestem przed emerytura i musze zgarniac wszystkie
premie. Kazdy normalny człowiek to rozumie. U nas jest tak - musisz byc do bólu
szczery, ale nie idiota - trzeba myslec nad tym, co wolno, co wypada, czego nie
wypada, a kiedy nawet jest lepiej zagryzc wargi i wziac na siebie. To jest abecadło,
które albo sie rozumie, albo nie trzeba wtykac nosa tam, gdzie trzeba miec mózg pod
czaszka, a nie kapuste... Ale nic to - wypijmy...
Zaraz potem zaczeła sie katastrofa. W zasadzie pamietam wszystko, ale jakby - tak
jak chwile wczesniej kontrolowałem, co robie, to natychmiast straciłem kontrole. To
51
co działo sie ze mna, a nie tylko wokół mnie, było jak film, który przepływa na
ekranie niezaleznie od mojej woli.
Kelner dosc szybko sie zorientował, ze ze mna jest nie tak i najspokojniej nalał,
bynajmniej nie siadajac, panu Stasiowie i sobie. Potem to nie pamietam, bo chyba
zasnałem, a w kazdym razie zapadłem w nicosc, choc nie tak całkowita, skoro jakos
tam byłem czujny i pomimo, ze co i raz cos mi podchodziło do gardła, to jednak nie
wymiotowałem...
Potem półprzytomnie rozmawiałem z panem Stasiem i zdaje mi sie, ze on tez juz
musiał byc ciezko narabany. Powstalismy i niepewnym krokiem ruszylismy ku
wyjsciu. Nie wiem czemu spiewalismy "Oke", a zaraz potem "Buv vsiegda budet
sonce"...
Póki spiewalismy, to było dobrze, bo kazdy, nawet najgłupszy milicjant wiedział,
ze jesli ktos spiewa po pijaku - powiedzmy: "Czerwone maki", albo "Rozszumiały
sie wierzby", a jesli "Marsz Mokotowa", to nawet obowiazkowo - mozna goscia
wsadzic do suki i wio... do aresztu, a w wiekszym miescie do izby wytrzezwien. Ale
gdy ktos spiewa "Oke", albo jakas piosenke radziecka, to oczywiscie - jesli jest tak
pijany, ze nic nie pamieta, to mozna, a nawet warto spuscic mu ciezki wpierdol w
ciemnym zaułku, ale pod zadnym pozorem nie nalezy zwijac takich ludzi, a nawet
legitymowac...
No ale nami nie kierowało jakies wyrachowanie Przeciwnie - bylismy
spontaniczni. To znaczy - pan Stas spiewał spontanicznie, a ja spontanicznie gotów
byłem spiewac wszystko, co pan Stas intonował...
Dotarlismy do postoju taksówek. Stało tak ze dwadziescia osób i wyraznie
wszystkim sie spieszyło. Na dodatek jakas staruszke przepuszczono szybciej. Pan
Stas moze nie wszystko rozumiał, w kazdym razie głosno oponował, w skutek czego
zaprzestalismy naszych słusznych spiewów i natychmiast, majac z powodu własnie
tej swoistej deklaracji politycznej przeciw sobie kolejke. A juz nie krylismy sie za
egida praktycznego komunikatu, jakim był dla emowców nasz spiew. Bylismy zatem
wystawieni na wszelkie sztychy niczym bezbronne dzieci... Nie mineło piec minut, a
52
zreszta nie wiem ile, poniewaz mierzenie czasu przestało byc dla mnie, w tych
warunkach, czynnoscia odruchowa i napatoczył sie patrol dwóch mundurowych.
- Obywatele - dokumenty - budzicie zgorszenie publiczne...
Pan Stas stanał w rozkroku, wystawił przed siebie wskazujacy palec prawej reki i
kiwajac nim w obie strony chciał rozpoczac perore:
- Gdybysmy byli mundurowi, to tak by z nami obywatele milicjanci nie rozmawiali.
No ale...
Cóz - tak rozpoczynajac swój wywód pan Stas niechcacy, wbrew prawdzie zreszta,
zasugerował, ze nie ma nic wspólnego ze słuzbami mundurowymi. U nas w powiecie
zna sie z widzenia wszystkich mundurowych, ale w stolicy? No i zanim zdazył
cokolwiek jeszcze dodac, starszy milicjant, tak pod czterdziestke, pozorujac, ze niby
głaszcze sie, czy tez drapie po biodrze, niespodziewanie wyciagnał pałe i
błyskawicznym ruchem zdzielił pana Stasia ta pała, a wtedy mieli jeszcze tylko takie
ciezkie pały - brunetki - czyli czarne - blondynki pojawiły sie dopiero za pare lat -
przez srodek głowy. Pan Stas padł na glebe kompletnie bez czucia, a nawet bez
jakiegokolwiek odgłosu. Ja sie skuliłem, ale nie dostałem. Pan Stas lezał jak martwy,
a ludzie w kolejce, przynajmniej ci, którzy pamietali nasze spiewy, z satysfakcja
popatrywali na ten oczywisty milicyjny bład w rozpoznaniu. Ale to ci przed nami,
zorientowani w naszym repertuarze, bo ci za nami usiłowali cos pyszczyc, ale nie za
głosno, by samemu nie oberwac... Ktos nawet, o wygladzie dyrektora - tak jak przez
mgłe kojarze - usiłował nawiazac w tej sprawie dyskurs zaczynajac od słów:
- Towarzysze milicjanci... co było brutalna, bo uniemozliwiajaca werbalna polemike
forma upokorzenia tychze milicjantów, oczekujacych raczej zwyczajowego tytułu
"panie władza". Ale po chwili facet, szarpany za mankiet przez roztropna małzonke,
dał spokój. Bo tez i rzeczywiscie, jesli był dyrektorem w przemysle lekkim, albo nie
daj Bóg - terenowym, to przeciez mogli go najzupełniej bezkarnie wdeptac w błoto
za pomoca tych pał...
Drugi milicjant w tym czasie wypatrywał jakiegos pojazdu milicyjnego i w koncu
starania jego zwienczone zostały sukcesem. Podjechała Warszawa ze stosownym
53
oznakowaniem, wyskoczyło z niej dwóch facetów i dosc brutalnie najpierw mnie
zapakowali dajac jednak tylko jednego kopa i wyrywajac troche włosów, za to gorzej
był z panem Stasiem. Aby go ocucic, leli go pałami po goleniach. Skutek był
doskonały - pan Stas natychmiast ozył, niemniej zbolałym głosem oswiadczył, ze
osobiscie spusci im wpierdol, co zostało opacznie zrozumiane przez milicjantów i
jeden kopnał go w jaja. Pan Stas zwinał sie i w tym gescie ciała poniekad
dopasowanym do kształtu siedzenia w samochodzie, za włosy został wprowadzony
na siedzenie obok mnie.
Ruszylismy z kopyta. Milicjant siedzacy obok kierowcy pogonił swego kolege
tłumaczac, ze ten menel krwawi z głowy i potem trzeba bedzie sprzatac.
Rzeczywiscie - skóra we włosach wyraznie sie rozdarła i stopniowo przez
zatłuszczone - na co dotychczas nie zwracałem uwagi - włosy mego towarzysza
przenikała gesta krew.
Gdy dojechalismy na Kolska, do moich drzwiczek podszedł kierowca. Wyciagnał
mnie - rzecz jasna za włosy, jakos tak uniósł i cisnał o beton wylany przed wejsciem
do słynnego instytutu, o którym słyszało sie nawet w moim miasteczku.
Pana Stasia traktowano brutalniej. W drzwiach przejeli nas trzej sanitariusze w
białych kitlach o twarzach zwyrodnialców. Wciagneli nas do jakiegos boksu i
najpierw sprawdzili, czy nie mamy flaszek. Nie mielismy.
- No to czego, kurwa, na Kolska bez wódki przyjechaliscie - spytał jeden i lu pana
Stasia... Drugi wcisnał mnie pod niska, długa, jakby szkolna ławeczke do siedzenia
dla wielu dzieci i rozmiesciwszy mnie stosownie, tak bez emocji, jak mi sie zdaje,
ale tez nie wkładajac w to nawet czesci drzemiacej w nim energii - systematycznie
kopał przez moze minute, choc mi sie wówczas zdawało, ze trwa to nieskonczonosc.
To wszystko było stresujace, ale nie czułem wielkiego bólu. Znów z panem
Stasiem było gorzej, bo z tego wszystkiego sie zrzygał i kazali mu to zlizywac ze
wstretnie brudnej, lastrikowej podłogi i połykac. Pan Stas był tak zmaltretowany, ze
podporzadkował sie rozkazom.
54
Wreszcie zmusili nas do rezebrania sie, wrzucili nasze rzeczy do jednego worka i
gołych zaprowadzili na badanie. Przed lekarka stała, tez całkiem na golasa, jakas -
tak mi sie zdawało - młoda i zgrabna dziewczyna, wiec choc wszystkiego miałem
dosc, zaczałem sie gapic. Natychmiast zostałem skarcony fachowo wykonana muka i
juz wiedziałem, ze mam sie odwrócic. Jak zauwazyłem, pan Stas miał tak nieobecny
wzrok, ze nikt na nic mu nie zwracał uwagi.
Po chwili jacys chyba inni sanitariusze odprowadzili na ławke pod sciana
dziewczyne, która siedzac, chyba niepotrzebnie, bo i tak wszystko miałaby zasłoniete
- zasłaniała dłonmi krocze, w skutek czego biust miała na wierzchu, no i teraz
dzieliłem swój wzrok miedzy te dziewczyne, a lekarke. Lekarka miała ze czterdziesci
lat, utleniona była na zółty kolor, taka przy kosci, ale bez przesady - silnie
umalowana, z lakierowanymi paznokciami rak i nóg, niczym katorznica ciezary -
nosiła na sobie kilkanascie masywnych, radzieckich wyrobów jubilerskich. Do dzis
nie wiem dlaczego, ale radzieckie wyroby rozpoznawał sposród innych nawet
kompletny laik.
Lekarka zaczeła sie smiac i dopiero po chwili zorientowałem sie, ze to w skutek
widomych oznak mego zainteresowania goła dziewczyna.
- Ten jest zdrowy - nie ma co badac, to i ten drugi, skoro oni razem, jest zdrowy -
oswiadczyła i kazała to oswiadczenie zanotowac siedzacej do nas bokiem i
wypisujacej papiery pielegniarce.
Potem zaprowadzili nas na dołek i zasnałem.
Obudziłem sie z totalnym bólem głowy, ale tez z bólem poobijanego ciała. Obok
mnie lezał pan Stas, który zauwazywszy, ze jestem juz na chodzie, konspiracyjnym
głosem, aby pozostałych szesciu w celi nie słyszało, powiedział:
- Kutasy - nie znalezli legitymacji. No i dobrze - ja teraz z nimi potancuje...
Dopiero w tym momencie uswiadomiłem sobie, ze przeciez dzis o dziewiatej mam
egzamin. Gdy o tym przypomniałem, pan Stas sie zasepił i... jakby ze smutkiem -
powiedział:
55
- Ja to jakos musze załatwic, ale teraz mnie łeb boli - ty sie nie martw, jak jest zle, to
zawsze jeszcze moze byc gorzej.
Na wychodnym zwrócono mi ubranie, z podartymi portkami, ale na szczescie to
były te bardziej zuzyte i juz za małe, a takze plastikowy portfel z okładki do
dzienniczka ucznia, z dokumentami, ale bez pieniedzy. Poniewaz u pana Stasia
dokumentu nie znaleziono, to musiałem poswiadczyc, ze nazywa sie tak, jak podał, a
podał fałszywie. Oczywiscie skwapliwie potwierdziłem, ale pomyslałem, ze jesli
chce ukryc przed zwierzchnikami, czemu trudno sie było dziwic, swa wizyte w izbie
wytrzezwien, to tym bardziej nie bedzie chciał tłumaczyc mej nieobecnosci na
egzaminie. To zas do reszty grzebało moje szanse.
Po wyjsciu pan Stas, ku memu zdumieniu, juz na Okopowej zatrzymał milicyjny
samochód i jakby nigdy nic kazał sie zawiesc na Rakowiecka. Oczywiscie -
kompletnie nie wiedziałem, co miesci sie na Rakowieckiej. Jadac pan Stas upewniał
sie:
- Co, kurwa, rabneli ci tysiac złotych?
Ja na to, ze nie, ze tylko 350, ale wiecej nie mam i jest niedobrze. A wówczas pan
Stas, patrzac na mnie wzrokiem zbolałym, bo tez nie był w formie, powtarzał swoje:
- No, no - przyszłemu studentowi tysiac złotych...
Milicjanci na przednim siedzeniu milczeli.
Gdy zajechalismy, pan Stas podziekował ładnie milicjantom, dobrotliwie kazał im
wracac do pełnienia obowiazków, a mnie usadził w srodku masywnego gmachu na
ławce. Od dyzurnego wział papierosa i z tym papierosem, mi kazac czekac do
skutku, ruszył wgłab.
Wrócił po godzinie. Znów wsiedlismy do jakiejs Warszawy, ale nie oznakowanej,
z jednym cywilem w srodku. Była chwila przed jedenasta, gdy dojechalismy do
lokalu, skad tak nieszczesliwie wczoraj wyszlismy... Pan Stas przez chwile łomotał -
otworzyła nam sprzataczka. Bylismy we trzech z tym cywilem. Weszlismy niczym
zwyciezcy - barmanka dosłownie dostała rozkaz - warkniecie:
- Trzy sety, oranzada i cos na zab na kaca...
56
Ubrana była jeszcze w strój prywatny, ale natychmiast spełniła polecenie nalewajac
trzy bardzo zimne wódki i w trzy szklanki od herbaty rozlała dwie chłodne
mandarynki. Zaraz potem pobiegła do kuchni, potem do stolika, który nakryła
wykrochmalona serweta. Tłusty kucharz przyniósł trzy podwójne jajecznice na
kiełbasie i pod pacha flaszke zimnej soplicy. Kelnerka w tym czasie doniosła herbaty
i pokrojony chleb, a takze masło. Podeszła do nas barmanka, rozlała soplice, bo po
wódce czystej u mych sasiadów nie było juz sladu i uzaliła sie:
- Co tez wam sie przytrafiło... biedacy...
Nikt jednak nie chciał z nia gadac, wiec odeszła. Rzucilismy sie na jedzenie.
Miałem brudne, lepiace sie, ani razu nie myte w tym czasie rece, ale byłem głodny.
Na wódke patrzec nawet nie mogłem, co obaj rozmówcy rozumieli, jeszcze przy
barze podzieliwszy sie moja czysta. Po zjedzeniu - tak bez słowa - powstali. Na
zewnatrz, przed knajpa, pan Stas tylko spytał tonem, jakby sie upewniał:
- Wszystko bedzie załatwione?
Ale ten od Warszawy tylko skinał głowa i zapakował sie do swego wozu.
Pan Stas zawiózł mnie pod akademik, wskazał na sklep spozywczy, wyjał z
kieszeni bardzo nowe, prosto z drukarni, ale juz pomietolone sto złotych i
zaznaczajac:
- to pozyczka - kazał zrobic zakupy i czekac na niego, chocby nie wiem co.
Interwencja pana Stasia w sprawie mego łózka, ta dzien wczesniejsza, musiała byc
dobitna, skoro nikt w nim nie spał. Miałem watpliwosci, czy nadal to
uprzywilejowane łózko mi sie nalezy, ale poniewaz nikogo nie było w pokoju, a ja
padałem z nóg, to zwaliłem sie, znów zreszta nie pamietajac o umyciu sie.
Przebudziłem sie, gdy juz kilku współspaczy wróciło. Udawałem ze spie.
Uzmysłowiłem sobie, ze w izbie wytrzezwien ukradli mi zegarek. Choc nie
pamietałem, abym go wówczas zdejmował, wiec moze milicjanci? Nadal udawałem,
ze spie, bo wstydziłem sie, a poza tym i tak nic sensownego tym ludziom o
przyczynach mej nieobecnosci nie potrafiłbym powiedziec. Oni zreszta nie tracili
czasu tylko, wsadzili nosy w ksiazki i notatki.
57
Po pewnym czasie przyszedł pan Stas. Głowe miał obwiazana bandazem, na
policzku był wydatny siniec, ale poza tym zachowywał sie normalnie. Bez gadania
wyprowadził mnie na zewnatrz i wsadził do swojej Wołgi, jak uprzednio
zaparkowanej w dyskretnej odległosci od akademika.
- No, to teraz zobaczysz, czy z nami mozna sobie w chujki polatywac...
- Panie Stasiu - zegarek mi ukradli...
- W akademiku - tam tak zawsze...
- Nie, nie, moze w tej izbie, ale ja mysle, ze to ci milicjanci.
- Którzy? - zainteresował sie akurat hamujac, bo jakas nic nie rozumiejaca staruszka
weszła na pasy nie zwazajac, ze jedzie samochód...
- No ci pierwsi, z przystanku...
- A to dobrze, to zobaczysz...
A po chwili dodał:
- Bedziesz mógł sobie wybrac i pamietaj... jak sie trafi szwajcarski, to chocby był
stary, to bierz, a radziecki tylko w ostatecznosci...
Kompletnie nic nie rozumiałem, ale mój towarzysz miał tak zdeterminowany
wyraz twarzy, ze nic nie mówiłem. Wjechalismy w jakis zagajnik. Na tablicy
napisane było, ze jest to Lasek Bielanski. Na polnej drodze podskakiwalismy chyba z
kwadrans. Po drodze dogonilismy jakas Warszawe i zdawało mi sie, ze jest to ta
sama, która jechalismy dzis rano do knajpy.
- My w komplecie - skomentował to pan Stas.
Na polanie najpierw zatrzymała sie warszawa, z której wysiadł znany mi cywil, a
za nia zaparkowalismy my.
Wysiedlismy, oni zapalili po papierosie. Cywil spytał:
- On wie? - na co pan Stas pokiwał głowa, ze nie... Troche sie przestraszyłem, ale
nic nie mówiłem, bo było mi wszystko jedno. Studia przeciez przepadły...
Po chwili podjechała inna warszawa, tez bez oznakowan. Ze srodka wysiadł cywil,
taki tłusty, mówiacy wysokim i łamiacym sie głosem. Za nim wysiedli dwaj
58
milicjanci. Od razu poznałem, choc wtedy byłem pijany, a głowa jeszcze mnie
bolała, ze to ci dwaj, którzy pobili nas na postoju.
- Rozbierac sie - ryknał tym swoim dziwacznym głosem cywil od milicjantów i po
chwili dodał: - Nie pozwole przez chujów kalac munduru!
Tamci niczym na basenie rozebrali sie, w kostke układajac poszczególne czesci
słuzbowej garderoby. Obaj jak automaty na szczytach tych kostek ustawili sztywne
czapki milicyjne, a na ich deklach portfele i zegarki. Wszyscy trzej wyszli na srodek
polany i w tym momencie my tez odeszlismy w ich kierunku od samochodów.
Cywil od tamtych miał pod pacha pałe. Podał ja panu Stasiowi zaznaczajac:
- To ta sam, ale tak jak sie umówilismy - z góry, w czoło, ale nie w skron...
Pan Stas wzruszył ramionami:
- No dobra, bede uwazał, choc oni na nic nie uwazali...
Nagle zmienił wyraz twarzy na jakis zwierzecy, wrecz straszny, zamachnał sie, ale
nie uderzył, bo ten starszy, który miał byc celem ciosu, zasłonił sie reka.
- Bez zasłaniania, kurwa, jak nasz ma nie bic w skron, jak ten chuj sie zasłania? -
zainterweniował nasz cywil...
- Co kurwa sie zasłaniasz, nie tak sie kurwa umawialismy, chcesz kurwa wstydu
narobic? - zgodził sie z intencjami naszego milicyjny cywil i zdzielił otwarta dłonia
w twarz starszego milicjanta.
Ten starszy miał lekko obesrane gacie, na co byc moze tylko ja zwróciłbym uwage,
gdyby nie to, ze zwieracze mu pusciły i rzecz rzuciła sie w oczy . Czekajacy na cios
milicjant speszył sie, a potem, zrezygnowany, opuscił reke. Na to tylko czekał pan
Stas, którego to gówno wcale nie wzruszyło i z wielka moca przypalantował
starszemu, który padł na ziemie bez słowa, jak wczoraj pan Stas. Zaraz potem, zanim
sie zorientował, upadł po takim samym ciosie młodszy. Trzej faceci zapalili. Ja nie.
- Bałem sie, ze mam wstrzas mózgu, to wtedy mogłoby nie wyjsc. Ale tak, to ma sie
te wprawe...
- Za Bieruta sie uczyłes? - spytał cywil milicyjny...
- Tak jakby - odparł nasz cywil i dodał:
59
- Tak pobic na ulicy zasłuzonego weterana, kurwa. Czy wasi nie moga najpierw
sprawdzac, na kogo sie napatoczyli. Mamy taka ciezka słuzbe, ze czasem
trzeba wypic. Ale wczoraj, to przeciez pił słuzbowo, panie tego - werbował...
A tu i jemu wpierdol i temu dzieciakowi, kurwa...
- No dobra, kurwa - przerwał cywil milicyjny, ocuce ich i obaj po szesc kopów, ale
płaskich, nie z kajora...
- Dobra - potwierdził reguły kontraktu nasz cywil.
Pan Stas, który podczas palenia wydawał sie na powrót byc uspokojonym, nagle
wyskoczył do przodu i nie czekajac na cucenie, głosno liczac, rzeczywiscie płaskim
butem, ale mocno i gdzie popadnie skopał, z oczywista intencja pozostawienia po
sobie trwałych urazów ciał milicjantów. Ostatni cios, moze przypadkiem,
wymierzajac w tył głowy młodszego - w okolicach potylicy.
O dziwo, gdy przerwał, na powrót był człowiekiem spokojnym, nawet nie znac
było po nim, ze tak bijac i kopiac ulzył sobie... I takim nijakim głosem, z normalna
intonacja wskazał mi lezacych: - Teraz ty...
Oczywiscie miałem zal do milicjantów, jednych i drugich, a takze do sanitariuszy,
ale przeciez pamietałem, ze poniewaz nie podskakiwałem, to dostałem duzo mniej
niz pan Stanisław. A nadto - tak kopac lezacych? Gdyby jeszcze moi towarzysze byli
moimi rówiesnikami... Ale tak? No ale z drugiej strony - to własnie ci dorosli
oczekiwali ode mnie, ze przyłoze sie do dzieła. Tak wiec podszedłem i najpierw dosc
mocno, równiez na płask skopałem młodszego, bo on mnie ciagnał za włosy. Ale to,
co w moim pojeciu było dosc mocne, w oczach pozostałych było zenujaco słabe.
Gdy tak kopałem, za kazdym razem dodajac: - a masz... , to tamci sie porozumieli i
cywil milicyjny delikatnie, choc poniekad z pogarda odsuwajac mnie powiedział:
- Popatrz - nie trzeba przesadzac - ta uwaga zapewne dotyczyła pana Stasia i była
ukryta polemika z jego sposobem kopania - ale kopac trzeba jednak z przekonaniem,
przykładac sie do roboty...
I rzeczywiscie - kopał lzej niz pan Stas, uwazniej wybierał miejsca tak, by nie
zrobic kopanym trwałej krzywdy, ale zarazem z energia, która dosłownie przesuwała
60
ciała milicjantów. Starszy znów był stratny, bo cywil chcac uniknac pobrudzenia
sobie butów tym, co sciekało mu spod spodenek, zapewne wbrew intencjom
operował niebezpiecznie blisko nerek...
Skonczywszy kopanie wzruszył ramionami, na mnie nawet nie spojrzał słusznie
wychodzac z załozenia, ze nawet nie warto przygladac sie, jakie wrazenie na mnie
musiało wywołac jego mistrzostwo, tylko zagwizdał w wyjety z kieszeni gwizdek,
taki harcerski, szary, czyli przysługujacy dziewczynom i zaraz potem usłyszelismy
najpierw szum motoru, a po chwili wjechała na polane milicyjna karetka pogotowia
medycznego. Cywil podszedł do pojazdu, dosc głosno i takze bez zadnych emocji
rzucił:
- Bierzcie ich i kurujcie - tylko zeby portfele poszły w całosci do depozytu, na co
sanitariusze w kitlach i spodniach milicyjnych tylko wzruszyli ramionami i juz
wyciagali z samochodu nosze.
W tym czasie cywil podszedł do ubran tych pobitych, podniósł zegarki, najpierw
sam je obejrzał, nawet sie usmiechnał i podał mi: - wybierz sobie jeden.
Mojego wsród nich nie było. Pierwszy, na szerokim, w dobrym stanie pasku ze
swinskiej skóry był chyba radziecki. Pasek od drugiego był juz złachany, dosłownie
przerosniety brudem, który zreszta wzarł sie w elementy koperty, lecz był
szwajcarski – Doxa. Wiec oczywiscie ten wziałem, a drugi - tak jak nalezy -
zwróciłem.
- Łebski jestes, moze jednak beda z ciebie ludzie - zauwazył cywil, zas na twarzy
pana Stasia zarysowała sie niekłamana duma... Była to duma zasłuzona - gdyby nie
on, byc moze popełniłbym pomyłke?
Potem wsiedlismy do samochodów. Pan Stas kierujac samochodem, juz poniekad
w intymnej sytuacji, nerwowo szarpiac pałakiem od zgrzytajacej skrzyni biegów,
głosno i z emocjami, jakby ogladał pasjonujacy mecz, szeptał:
- Ale im kurwa wpierdoliłem, ale im wpierdoliłem...
A po chwili, juz jadac dodał:
61
- Ale ten Olek to porzadny facet - nie przepuscił fuszerki, powinienes byc mu
wdzieczny - to za ciebie kopał...
Wszystkie trzy wozy zajechały pod jakis obskurny bar. Najpierw wyszlismy z
samochodów i poniekad ustawilismy sie w szyku klinowym, rozgarniajac raczacych
sie na schodkach piwem roboli i weszlismy do srodka. Kierownik bez słowa
wyskoczył zza baru i przeprowadził nas cuchnacym kotami korytarzykiem do sali
urzadzonej wrecz luksusowo - z porzadnym zyrandolem z czeskiego szkła,
orzechowa szafka na sztucce i talerze, no i z pokrytymi białymi obrusami trzema
stolikami. Przy jednym siedział facet moze piecdziesiecioletni z młodsza od niego o
połowe kobieta. Jedli po schabowym i popijali to wermutem. My zasiedlismy przy
stoliku przeciwległym. Po minach moich starszych kolegów widac było, ze sa
zaskoczeni i spodziewali sie, ze beda sami.
Po chwili wrócił ten kierownik w granatowym, dosc solidnie zniszczonym,
podobnym do ojcowskiego - fartuchu.
- Polecam schabowego z ziemniaczkami i z kapustka zasmazona... W kapustce jest
kiełbasa krakowska parzona - prima sort, a kotlety to zadne oszustwo - panierki
mało, a mieska duzo i w kazdym kostka... Do tego kompocik z czerwonej porzeczki,
ze słoika, ale bardzo porzadny... Moge kazac nalac bez owoców - samo mokre, a na
deser petite - beury, albo andruty. No i wódeczke...
- A zupy jakiejs nie ma? - obruszył sie nasz cywil...
- Zupy sa - kierownik odparł z pewnym niesmakiem, jakby urazony, ze podejrzewaja
go, ze w jego zakładzie nie ma zup, - ale nie polecam...
Komunikat był jasny. Wszyscy popatrzyli na niego z prawdziwa wdziecznoscia, bo
tez rzeczywiscie - dał dowód, ze naprawde jest człowiekiem godnym zaufania. Nasz
cywil zatem jeszcze tylko wskazał wzrokiem na pare obok...
- To jeden z dyrektorów domu towarowego na Woli.... - odparł głosem
konspiracyjnie cichym - Panowie, jak przyszedł, to nie mogłem go tak nie wpuscic...
Zreszta troche zrozumienia - widzicie, ze z kobieta...
62
Wszyscy okazali zrozumienie, bo wszyscy lekko sie usmiechneli. No ale, ze
wzgledu na te pare, trudno było komentowac emocjonujace wydarzenia sprzed
kwadransa. Dyskretnie przygladałem sie dyrektorowi i jego babce. Ubrana była w
wełniana, brazowa garsonke i taka sukienke. Widac było, ze nie sa to poslednie
produkty. Modnie uczesana, ładna, nie nazbyt umalowana. Robiła wrazenie i było
oczywiste, ze jest dostepna jedynie dla tych z wyzszych sfer, którzy maja pieniadze,
władze, ale zarazem potrafia sie ubrac i umieja sie zachowac. Nie tylko ja, ale i trzej
pozostali przy naszym stoliku byli jakby z innej bajki. Do tego stopnia, ze nie mieli
respektu przed tamtymi. Mi jednak zaimponował pomysł, ze schabowego mozna
popijac winem. Im nawet im nie zaswitał w głowie...
Dosc szybko zjedlismy swoje schabowe, andruty, popilismy kompotem i
wypilismy litr Luxusowej. Ja wypiłem jeden kieliszek. Chciałem połowe zostawic,
ale tak na mnie patrzyli, ze wypiłem. Nie zmarnowało sie...
Gdy przed wejsciem do knajpy zegnalismy sie, nasz cywil, troche jakby sie smiejac
- powiedział: - Za trzy dni sa wywieszane wyniki egzaminu pisemnego. Chyba niezle
ci poszedł. No ale, nadal sie staraj, bo jeszcze sa ustne...
Juz chciałem rzucic sie i tłumaczyc, ze jednak nie pisałem tego egzaminu, ze to
pomyłka i oczywiscie moja wina, ale moze mozna jakos w dodatkowym terminie...
ale pan Stas wział mnie za ramie, a potrafił chwycic za ramie, i zaprowadził do
samochodu. Juz w srodku wyjasnił:
- Masz jedno cztery i pół i jedno piec, ale nie wiem z jakich przedmiotów. Na
ustnym sie nie zbłaznij, bo nam sa potrzebni zdolni, samodzielni pracownicy.
Popatrzyłem na pana Stasia z wdziecznoscia. Gdyby nie to, ze jeszcze pare chwil
przedtem wygladał, jak wygladał i robił, co robił, to bym go chyba ucałował. No ale
miałem jednak przed nim respekt...

****************************************

63
Uczyc sie na pierwszym roku musiałem duzo. Ja myslałem, ze tylko podczas
egzaminów w czterołózkowym pokoju upychali szesciu spaczy. A to nie była
prawda. Wyladowałem w tym samym akademiku, w innej sali, ale tez w szesciu...
Tak jak pan Stas mi doradził - wybrałem najsłabszego - dałem mu pucki, gdy sie
rzucał i miałem najlepsze miejsce - od okna.
Mamie było mnie zal, bo przeciez w domu zawsze miałem swój pokój. Nie
wiedziec czemu uznała, ze mam niespokojny sen i w takim tłoku nie bede sie
wysypiał, wiec weszła na głowe ojcu, zeby dał mi forse na wynajecie kwatery na
miescie. Ja jej tłumaczyłem, ile to w Warszawie kosztuje, ze wszyscy jada do
Warszawy, a Warszawa została przez okupantów zburzona, na co mama na mnie
naskoczyła, ze moze i przez okupantów, ale z winy ruskich. Kompletnie nic nie
rozumiałem, atmosfera zrobiła sie ciezka i wreszcie ojciec powiedział, zeby mama
nie robiła mi wody z mózgu, bo te madrosci do niczego mu, czyli mi sie nie
przydadza, a jeszcze po pijaku gdzies nachlapie i wyleci ze studiów z wilczym
biletem.
Bo rodzice nie byli chetni, bym studiował w Warszawie, gdyz sadzili, ze sie nie
dostane, albo nie dam sobie rady. Ale tez byli dumni i puszyli sie mna przed całym
miasteczkiem. Rozpilismy z tata, bo mama to tylko nam dorabiała jedzenie, zeby mi
wódka, jak to młodemu, nie zaszkodziła i ojciec po pijaku nawet powiedział cos
takiego, ze jak skoncze studia, to u nas kariera przede mna stoi otworem i kto wie,
moze nawet zostane sekretarzem partii?
Nawet byłem zdziwiony, bo myslałem o tym, zeby na studiach, po drugim roku
wpisac sie do partii i nie byłem pewien, jak rodzice na to zareaguja. No bo jednak -
wpisanie sie do partii to była ostateczna i jawna deklaracja. Pomysł ten zreszta
popierał pan Stas. Tłumaczył mi, ze to doskonała sciezka - partyjnego nie mozna
zwerbowac, bo partyjny ma partyjny obowiazek donosic, ale inna sytuacja jest, gdy
zwerbowany zostaje partyjnym. Wtedy za donosy nadal dostaje pieniadze. A z
partyjnym zwerbowanym, bo w koncu partyjnych tez sie werbuje, jest tak, ze
trudniej jest mu za informacje, nawet bardzo dobre - płacic. Wprawdzie - jak
64
powiedział - nie ma takiej rury, której nie da sie przedmuchac, ale jest trudniej...
Partyjni sa stratni... Donosza prawie za darmoche... Ale za to kariere robia...
Zbieranie informacji przychodziło mi łatwo. To były takie tam duperele - kto na
przykład ma informacje, które mógł usłyszec z Wolnej Europy, albo od kogos, kto
słucha Wolnej Europy i kolportuje to dalej. Albo - kto chodzi do koscioła.
Najwazniejsi byli tacy, którzy to ukrywali, a w akademiku to ukrywali wszyscy. Jak
sie zorientowałem, to do koscioła w Warszawie z akademika prawie nikt nie chodził,
za to u siebie w domu, to chodzili. Za to warszawiacy czesto chodzili do koscioła i w
zasadzie wcale z tego, przynajmniej niektórzy, nie robili tajemnicy. Ja chodziłem w
Warszawie, ale ja to chodziłem tam na łowy, by wyłowic swoich.
No i za to wszystko dostawałem trzysta złotych miesiecznie, a przed wyjazdem na
swieta Bozego Narodzenia to nawet dostałem paczke z półtorakilogramowa puszka
szynki konserwowanej, kilogramowa puszka wojskowego boczku w plasterkach
poprzekładanego staniolem, czterysta gramów mielonki tez w puszce,
półkilogramowa bombonierke, ale nie od 22 lipca, lecz z Wawela, acha - peto
kiełbasy jałowcowej, paczka kawy Super, pudełko kakao 22 lipca, blaszane pudełko
z dwiema przegródkami - mam to pudełko do dzis - radzieckiej herbaty gruzinskiej,
czekolade gorzka i mleczna, chyba jeszcze nadziewana, torebke mieszanki
czekoladowej, dwie puszeczki szprotek w oleju, piec troche popsutych pomarancz i
dwie zupełnie dobre cytryny, a nawet butelke białego wina słodkiego z Rumunii i
czerwonego wytrawnego z Wegier. A wreszcie - na deser - włoskie ponczochy z
nylonu...
- Te ponczochy, to sa ekstra - jak pokazesz takie ponczochy dziewczynie, to kazda da
ci pociupciac... - tonem człowieka doswiadczonego powiedział pan Stas, a ja juz
wiedziałem, ze on zwykle wie, co mówi...
Z tym pociupcianiem, to była sprawa. Poznałem taka dziewczyne z Nowego
Dworu Mazowieckiego, tez mieszkajaca w akademiku. Do kina z nia chodziłem, a to
kawe w kawiarni postawiłem, a to oranzade, dwa razy bylismy na czyichs imieninach
w akademiku, to wino kupowałem. Tylko czasem pozwalała sie całowac. Myslałem,
65
zeby o niej nie wspominac panu Stasiowi, zeby na nia nie donosic, no ale musiałem
sie poradzic, co i jak zrobic, zeby dała - przynajmniej zeby cos dała.
Nastepnego dnia spotkałem sie z nia i chciałem w kawiarni pokazac te ponczochy,
ale ona wymysliła - tak sobie romantycznie rozmawialismy - ze pójdziemy na spacer.
A ja - oho - w ciemie bity nie byłem - na dworze mróz i zadymka, ona w cienkim
paltociku niby wełnianym, ale wiatrem podszytym, buty tez miała kiepskie, za to
ponczochy miała ciepłe - domowe, wełniane, a czapke taka niby beret - ani ciepła,
ani tez zimna, ale ładna...
Zaraz wiec na dworze zaciagnałem ja do jakiejs bramy i tam zaczelismy sie
całowac. Ja zdjałem rekawiczke i dawaj, wtykac jej reke najpierw pod płaszczyk, pod
sweter, przedarłem sie przez haftki koszuli. Jakos ekwilibrystycznie musiałem
powedrowac w góre, aby minac dosc wysoko zaczynajaca sie halke i potem, to juz
byłem w domu - dobrałem sie do jej piersi. A piersi miała - ho, ho - duze, twarde...
No - poezja...
Pod sukienke łapy nie pozwoliła mi włozyc, bo jakby kto przechodził przez brame,
to od razu by wiedział, co sie dzieje...
Zimno było, wiec wrócilismy do kawiarni, a tam to juz tylko za raczki sie
trzymalismy. Troche oboje bylismy zawstydzeni, ale było miło...
Ponczoch jej nie dałem. Nie było warto, bo dostałem i tak maksimum tego, co było
do uzyskania - przeciez nawet nie mielibysmy gdzie sie kochac. A tak, to te
ponczochy dałem mamie na gwiazdke, pod choinke. Bardzo sie cieszyła, choc zdaje
sie - zrobione były one z mysla o szczuplejszych nogach i dosc szybko poszły
oczka...
Dochody z urzedu nie były moimi jedynymi dochodami. Dostawałem jeszcze
dwiescie szescdziesiat złotych stypendium. Nie nalezało mi sie, ale dzieki panu
Stasiowi jakos sie udało. No i od rodziców dostawałem miesiac w miesiac dwiescie
złotych, a jak przyjezdzałem do domu, to jeszcze sto piecdziesiat, abym nie był
stratny za koszty podrózy. Jako stypendysta za sniadania i kolacje w akademiku
płaciłem osiemdziesiat złotych, a za obiady na stołówce na uczelni tez osiemdziesiat.
66
Gdybym miał wszystko w jednym miejscu, to chyba jeszcze dziesiec złotych bym
oszczedził, ale nie mogłem podczas zajec, w srodku dnia, wracac do akademika.
Zaraz po swietach, tak pod koniec stycznia, na nasza rodzine spadła katastrofa. Do
magazynu ojca przyszła kontrol. Interesowało ich wszystko, bo szukali maksymalnie
duzo haków. Ojciec nie robił manka - wszystko sie u niego - przynajmniej w
granicach przyzwoitosci - bilansowało. To, na czym robił kase, to było załatwianie
deficytowych towarów: materiałów budowlanych, maszyn rolniczych, czesci
zamiennych, skóry dla szewców, ekstra wedlin na wesela i takie tam rózne. W
zasadzie wszystko dzielił na połowe: pierwsza dawał po cenach oficjalnych tym,
którzy byli wazni, a reszte tym, którzy dawali w łape. Ale warto pamietac, ze nawet
ci wazni czasem poczuwali sie do wdziecznosci i dawali to czy owo, zazwyczaj w
naturze, a juz na pewno w układach. Tak czy inaczej goła pensja nie miała dla moich
rodziców takiego wielkiego znaczenia, choc była cenna, bo zawsze była pierwszego
dnia miesiaca i ona była pewna.
Tak wiec ojciec był w zasadzie nie do ruszenia. Ale wywalił sie sie... i to na
miekko...
Proboszcz ze wsi sasiadujacej ze wsia moich rodziców zgodził sie odtworzyc
zniszczona przez Niemców parafie, a moze biskup mu kazał? Oczywiscie trzeba
było odbudowac kosciół. Władza była niechetna, ale tamci sie uparli, wierni pisali
jakies petycje do władz, koledowali po przedpokojach i spokoju nie dawali. Wreszcie
chyba ze trzysta osób uroczyscie poszło ze wsi i z sasiedztwa w pielgrzymce, jakies
transparenty niesli. Trzeba im było to wyrywac! Baby podobno nawet podrapały
milicjantów i skandal był na całego. No to ustapiono, bo przeciez z głupota ludzka
skutecznie nie da sie walczyc. Kto to widział - takie afery? Choc, prawde
powiedziawszy, tak w głebi duszy, to i moi rodzice i ja dumni bylismy z naszych
krajan... Z naszych stron ludzie sa prosci, moze prymitywni, nie rozumieja
panstwowych racji, ale maja charakter...
No ale pozwolenie to jedno, a budowa, to drugie. Trzeba było kamienie zbierac na
polach. O to mniejsza... Ale cement, troche stali zbrojeniowej, drewno, drewno
67
szlachetne na ławki, jednak sporo cegły poszło, papa, eternit i co tam jeszcze?
Drewno chłopi przetarli swoje, kamienie - jak powiedziałem - zebrali, ale dalej?
No wiec na mojego ojca wywierano taka presje, ze nic nie mógł zrobic. W koncu
jego kum, bo przeciez ojciec tez był zorganizowany, jakos tak jesienia w tej sprawie
juz ostatecznie z tata sie zgadalismy, poradził mu, zeby dawał przydziały chłopom,
ze niby na obory i takie tam, a oni oddadza to na kosciół. W rezultacie ta presja sie
skonczy, odpierdola sie, a my przy okazji bedziemy mieli haka i na chłopów, bo
zawsze mozna ich rozliczyc, gdzie sa te obory, na które dostali od socjalistycznego
panstwa przydziały i na ksiedza - no bo z czego kosciół zbudował - archanioł Gabriel
mu zesłał, czy jak? Tylko z tym, to trzeba było uwazac! Taki klecha to z checia by
poszedł za to do pierdla i zaraz by sie zrobił znany. Jakby sie przestraszył, to moze
nawet dałoby sie go zwerbowac, ale jesli sie nie ugnie, to mozna było mu tylko
naskoczyc... Czarni to zaraza. Ja to uwazam, ze jak ktos jest wierzacy, a ja jestem
wierzacy - dzis to moge powiedziec - to nic nie szkodzi, a nawet dobrze. Ale jesli
ktos jest pod wpływem czarnych - klerykał - to juz kapota - do konca zycia nie
bedzie wolny - zawsze, a to na spowiedzi, a to inaczej beda sie czepiac. Nic tak po
ludzku nie maja zrozumienia...
Tak sobie uradzili z kumem i zrobili. Wszyscy byli zadowoleni. Nasz dawny
ksiadz miał parafie o połowe mniejsza. We wsi był nowy proboszcz mieszkajacy,
póki sobie nie zbudował plebani, zreszta nie gorszej, niz przedwojenny dwór, katem
u przedwojennego sołtysa. Ludzie mieli gdzie sie modlic, a nasi mieli haki na
dziesiatki ludzi. Ale wkurzył sie jakis sekretarz, czy tam ktos. W kazdym razie
nasłali taka mocna kontrol, ze resortowi nic było do niej, a ona juz doszła, kto tak
hojnie wydawał materiał. To nie ojciec wydawał przydziały, tylko powiatowy
wydział rolny. Tata tylko opiniował i potem wydawał. Ale czy to ten gosc z wydziału
był zbyt mocny, czy tez tradycyjnie - dopierdolili sie do magazyniera, bo to
najłatwiej, nie wiadomo. Ale zrobiło sie zle. Przy okazji zanalizowano strukture
przydziałów. Dosc szybko doszli do tego, ze szły one pozornie najdziwaczniej, a w
rzeczywistosci najprosciej - dostawali ci, którym sie z racji powagi lub urzedu
68
nalezało. A jesli juz kapneło, to na pewno krewnym tych pierwszych. Jak w
soczewce zbiegły sie wszystkie lokalne nici. Rodzice nawet nie zastanawiali sie nad
tym, ze to tak jest, bo to było na co dzien - no ale tak było... Kontrol mogła
raportowac do prokuratury, zeby wsadzic cały powiat, ale akurat nie mego ojca, bo
za co? Albo mogła wsadzic tylko ojca i udawac, ze całe zwyrodnienie, to jego wina.
Resort powiatowy bronił ojca, jak mógł, ale chłopcy z resortu tez byli umoczeni, ze
hej, wiec mało mogli. No i normalnie - warszawa zajezdza na podwórko,
prokuratura, szczesciem do prasy nie puscili, ale gadania było co niemiara. Wszyscy
mówili i słusznie, ze ojciec cierpiał za kosciół. Kazdy człowiek do dzis potwierdzi,
ze ojciec był swiety człowiek, zasłuzony dla Koscioła.
Jak juz ojciec siedział w areszcie powiatowym, to ja starałem sie jakos sprawe
załatwic przez pana Stasia, ale słabo szło. Cała trudnosc polegała na tym, ze ja nie
mogłem wiedziec, ze ojciec był współpracownikiem resortu, bo to by swiadczyło, ze
był złym współpracownikiem resortu, a w takim razie słusznie siedział. Ale to akurat
pan Stas jakos przeszedł. My bylismy za chudzi w uszach, zeby to załatwic. Jedyne,
co nam obiecano, to ze jak ojca skaza, to wyjdzie ze wzgledu na stan zdrowia.
Resort mógł wszystko, ale nikomu wiecej nie chciało sie kiwnac palcem... Nie
chcieli wchodzic w spór z ta komisja, która jak raz miała poparciem polityczne na
najwyzszym szczeblu. Tak to tłumaczono. No i gdy pan Stas pytał, gdzie tu jest
sprawiedliwosc, zeby moczyc naszego człowieka w pudle, to jedynie przyznawali
racje, ze rzeczywiscie to jest wielkie swinstwo. Jednak dodawali, ze teraz, jak on tam
w swoim powiecie robi za takiego katolickiego meczennika, nieomal swietego, to
głupio by było, gdyby troche nie posiedział, bo to byłaby zmarnowana okazja.
Oni tak mówili, a ojciec siedział i mama dosłownie nikła w oczach.
Gdy juz wszystkie szanse zostały wykorzystane i z miernym skutkiem, to pan Stas
przyszedł do mnie do akademika. Był nabablowany jak szafa trzydrzwiowa. Mnie
nie zastał, wiec czekał i gadał jedynie z moimi współspaczami. Z tego frasunku
wszystko mu sie porabało i zaczał ich po pijaku werbowac. Chyba trzech na raz. Oni
- poniewaz było ich trzech na raz i jeden nie chciał sie przyznac przed drugim,
69
wykrecali sie od deklaracji i słusznie. Wtedy pan Stas, juz całkiem od rzeczy, zaczał
im opowiadac, jakie to ja mam korzysci z tego, ze donosze.
Dowiedziałem sie o całej tej sprawie nie od razu. Gdy przyszedłem, to pan Stas
smacznie spal w moim łózku i był całkiem do niczego, a tamci oczywiscie nic mi nie
powiedzieli. Za to w ciagu paru dni gadał o mnie cały akademik i cała grupa
dziekanska. Tylko ja nie słyszałem... Widziałem, ze wszyscy zrobili sie jacys tacy
uwazni, moze nawet uprzejmi, ale z dystansem... Starałem sie dociec, o co chodzi,
ale oczywiscie - nieskutecznie.
W koncu, w trybie awaryjnym zostałem wezwany do takiego wydzielonego pokoju
z mała łazienka za kotara i wneka na kuchenke elektryczna, na przedwojennym
osiedlu domków na Mokotowie, który był lokalem operacyjnym pana Stasia. Tam
juz czekał na mnie pan Stas z jednym takim chudym facetem przed czterdziestka, w
znoszonej marynarce, której mankiety były az przetarte. Został mi on przedstawiony
jako pan Zygmunt. Pan Stas powiedział, ze w skutek tego, ze odchodzi na emeryture,
musi mnie przekazac panu Zygmuntowi owi, ze co złego, to nie on i poszedł sobie.
Pan Zygmunt uwaznie wysłuchał moich zalów o ojca i jego problemy. Oswiadczył,
ze zna sytuacje i uwaza, ze jednak w postepowaniu mego ojca było cos
niewłasciwego, ale nie jest upowazniony do tłumaczenia - o co chodzi. W kazdym
razie zwrócił mi, i to z naciskiem - uwage, ze win trzeba szukac raczej w sobie, bo
dopiero wówczas, z takiej perspektywy własciwie mozna ocenic troske organów o
nas.
Potem dodał, ze nasi ludzie pracuja w szalenie trudnych warunkach i dlatego łatwo
jest o zaniedbania, a nawet błedy. Za te błedy trzeba płacic i my z panem Stasiem
popełnilismy taki bład. Wypytał mnie o stosunek studentów do mnie, czy sie nie
zmienił, a ja na to, ze w zasadzie, to sie nie zmienił, ale zarazem tak, jakby sie
zmienił i to radykalnie. Dopiero teraz pan Zygmunt opowiedział mi z detalami
przebieg wizyty pana Stasia w moim pokoju. Wiedział tak duzo, ze - to było
oczywiste - musiał miec jeszcze jednego informatora w naszym pokoju.
70
Potem, z mina, jakby wygłaszał jakas głeboka sentencje, oswiadczył, ze sprawa
ojca i sprawa pana Stasia ostatecznie mnie pognebiły. Gdy oponowałem wskazujac,
ze przeciez w obu kwestiach ja nic nie zawiniłem, to odrzucił ten sposób myslenia,
gdyz nie mogło byc przypadku w tym, ze to własnie w moim otoczeniu sie
wydarzyło. Zdaje sie, chciał jeszcze pare chwil mnie dołowac, jednak nieopatrznie
wypsneło mu sie, ze organa wcale nie sa pewne, czy powinny mi dac jeszcze jakas
szanse i czy wart jestem tego, by wyciagnac do mnie pomocna dłon.
Było bowiem jasne, ze skoro organa maja te watpliwosc, ale ich przedstawiciel w
osobie ascetycznie wygladajacego, raczej niesympatycznego, niz sympatycznego
pana Zygmuntaa, tymi watpliwosciami dzieli sie ze mna, to jednak pozytywna
decyzja zapadła. Pan Zygmunt musiał zauwazyc zmiane mego wyrazu twarzy na
mniej bolesny, z pewnoscia uznał to za swoja pomyłke, ale był zbyt dobrym
fachowcem, aby to okazac. Jednak wyraznie skrócił nasze spotkanie, to dostrzegłem i
oswiadczył, ze na razie nie moge dalej mieszkac w akademiku i ze jest to wyraz ich
szczególnej troski o mnie. A takze, ze ten lokal, w którym jestesmy, czasowo, do
konca roku akademickiego, skoro i tak obecnie nie jest on potrzebny panu Stasiowi,
moze byc moja kwatera. Tak sie wyraził - kwatera. Nadto, ze powinienem do konca
roku akademickiego studiowac tam, gdzie studiuje i jesli mimo trudnej sytuacji bede
sobie jakos radził, to organa o mnie nie zapomna i mam szanse, jesli wykaze
szczególne zdolnosci, stac sie kadrowym pracownikiem. A po roku nienagannej
pracy zmaze wszelkie watpliwosci, które wokół mnie narosły i dalej bede
kontynuował nauke w zgodzie z potrzebami resortu. No bo jednak w mojej uczelni
jestem juz spalony i tylko musze dowiesc, ze potrafie sprostac nawet trudnym
sytuacjom.
Tak poprowadził te rozmowe, ze wyszło na to, ze jestem czemus tam winien, nie
powinienem wiec podnosic kwestii mego ojca, czy tez mojej, w rzeczywistosci nie
przeze ojca i mnie zawinionych, tylko jeszcze bardziej sie starac. Dowiedziałem sie
za to, ze za kwatere nic nie musze płacic, a nawet za darmo moge odbywac
miejscowe rozmowy telefoniczne. A telefon był w pokoju. Oszczedzałem na
71
opłatach za akademik! Strata jednak było to, ze sniadania i kolacje musiałem sobie
robic sam i za wszystko płacic w sklepie, zas pan Zygmunt ani sie nie zajaknał, ze
przeciez tata siedział w ulu i nie mógł mi dawac pieniedzy.
No ale mogło byc gorzej...


Gdy juz przeniosłem sie do nowego mieszkania, to troche obsunałem sie w nauce.
Bo wprawdzie miałem lepsze warunki do nauki, ale mniejsza motywacje. Skad ja
miałem brac, skoro i tak od lata miałem porzucic uczelnie i zatrudnic sie w resorcie...
Przy tej samej ulicy mieszkał doktor Melanowski. Z Melanowskim miałem zajecia
z ekonomii politycznej socjalizmu i to on zaczepił mnie na ulicy. Ja bowiem, skoro
wszyscy wiedzieli, albo mogli wiedziec o mojej współpracy, wcale znów taki chetny
nie byłem do poznawania ludzi na ulicy. No ale czy to on nie wiedział, czy mu nie
przeszkadzało, w kazdym razie mnie zaczepił i potem, to juz czesto spotykalismy sie
na ulicy, bo on wychodził ze swoim psem. To było zdumiewajace, ale on opowiadał
mi o swoich osobistych kłopotach. Znudziła mu sie zona. Rzeczywiscie - pare razy
widziałem, gdy przechodziła ta sama ulica - nie była pieknoscia. Gdy tym czasem
Melanowski zakochany był po uszy w studentce trzeciego roku Halince Majerek.
Była to miłosc z wzajemnoscia. Podobne katusze przezywał, zanim straciłem z nim
kontakt - pan Stas. On tez znudził sie swoja połowica, której nie widziałem, ale na
słowo mu wierzyłem, ze grubej jak kolumbryna i głupiej jak stodoła. Za to zakochał
sie w jakiejs dziewczynie - jak rozumiałem, choc wprost tego nie powiedział - swojej
informatorce - pewnej ponoc eterycznej ksiegowej. Ale pan Stas był z charakterem -
gdy traciłem go z widoku, był w trakcie sprawy rozwodowej. Celował tak, aby
rozwód przeprowadzic akurat wtedy, gdy pójdzie na emeryture. W ten sposób
uniknałby przejsc w pracy. Bo w resorcie takich rzeczy jak rozwody nie lubiano, a
czasem nawet nie tolerowano. Udało mu sie nawet załatwic sobie mieszkanie
zastepcze - mniej wiecej taki sam lokal, jaki ja dostałem. Moze miał dwa lokale
kontaktowe?
72
No wiec na chwile przed tymi wszystkimi aferami, to pan Stas bał sie, ze gdy juz
pójdzie na emeryture, to sie na niego wypna i on zostanie do konca zycia ze swa
wybranka w tym mało luksusowym mieszkaniu. Ze smutkiem wspominał, ze
popełnił bład, ze nie pojechał na Ziemie Odzyskane. Tam dopiero było eldorado.
Ludzie z resortu bez gadania dostawali w starym budownictwie w najlepszych
dzielnicach po połówce przedwojennych szesciopokojowych mieszkan, a ówczesne
mieszkania to było nie to, co dzis - miały rozmiar stodoły! Zwykle za sasiadów mieli
jakichs dyrektorów, ksiegowych, albo urzedników - słowem ludzi kulturalnych - a to
tez sie liczyło.
Natomiast w Warszawie, gdzie wszystko zostało zburzone, a ludzi zjechały sie całe
tabuny - była katastrofa.
Melanowski nie był tak zdeterminowany, jak pan Stas, bo tez i miał inna sytuacje.
Pół domu, bo reszte zabrał kwaterunek, objał na Mokotowie wraz z małzonka, która
szczesliwie straciła cała rodzine w powstaniu i do tej połówki nie było juz wiecej
pretendentów. Dzieci nie mieli. Jakos tak kombinował, aby miec nowa zone i
mieszkanie, ale zadna kombinacja, która w tej sprawie przychodziła mu do głowy,
nie trzymała sie kupy.
Ja oczywiscie o wszystkim donosiłem panu Zygmuntowi, bo i tak nie miałem
innych porzadnych informacji. Pan Zygmunt o dziwo, wcale tych raportów - lubił
bowiem terminologie wojskowa - nie uwazał za plewy. Przypuszczam, ze
Melanowski tez musiał byc informatorem i ja go rozumiem - liczył, ze moze dzieki
temu załatwi sobie mieszkanie, albo moze - jeszcze lepiej - wykopsa jakos te swoja
zone. No a skoro był informatorem, to zawsze było warto sprawdzic, czy jest szczery
z organami. Byc moze zreszta - sprawdzali, czy ja wszystko wiernie powtarzam? No
bo jesli mieli informacje o tym samym i ode mnie i od niego, to pozwalało to
dokonac porównania.
Gdy z panem Zygmuntem mówilismy o kłopotach lokalowo - miłosnych
Melanowskiego, to pan Zygmunt, który przeciez wygladał jak asceta i kojarzył mi sie
73
z jakims wrecz mitycznym, ideowym komunista, takim jak Paweł Korczagin z "Jak
hartowała sie stal" Ostrowskiego, dał wyraz swego zrozumienia dla ludzi.
- Słuchaj - jak ten cały Melanowski bedzie cie prosił, bys mu pozyczył lokal na
godzinke czy dwie, zeby sie spotkał z ta swoja kochanka, to ty mu nie odmawiaj.
Mozesz sie chwile podroczyc, moze nawet niech ci cos załatwi, albo co, ale pójdz
mu na reke...
Ja moze nawet okazałem, ze jestem zdziwiony, bo dodał:
- My komunisci musimy humanitarnie podchodzic do słabosci człowieka. Sam
widzisz - problem ma i nie chce skandalu. W koncu - przyzwoity naukowiec, z
pewna pozycja, pracuje na waznym odcinku kształtujac socjalistyczna swiadomosc
ekonomiczna - niech sobie ulzy. Byleby nikt sie nie dowiedział, bo nasze lokale to
nie domy schadzek. Twoja sprawa, jak postapisz, ale przyjazn z tym człowiekiem nie
moze ci zaszkodzic.
Musze przyznac - nawet mi zaimponował tym swoim ludzkim podejsciem. Co
tydzien go widziałem i miałem wrazenie, ze facet zachowuje sie, jakby kij połknał -
tak sztywno. Teraz tez mówił w charakterystyczny dla siebie, kostyczny sposób,
jakby problemy z kobietami jego w ogóle nie dotyczyły. Ale jednak chciał
człowiekowi isc na reke.
Ja w kazdym razie podczas najblizszej rozmowy z Melanowskim, a to było jeszcze
tego samego dnia, kiedy rozmawiałem z panem Zygmuntem, wspomniałem o
trudnosciach finansowych i o tym, ze program na uczelni jest trudny i musze sie tyle
uczyc, ze w konsekwencji czesciej jestem w bibliotece, niz w domu.
Melanowski od razu zorientował sie, o co chodzi, bo zaofiarował mi dwadziescia
złotych za to, ze udostepnie mu mieszkanie na popołudnie. Ja na to, ze moje
trudnosci nie sa az takie małe, aby dwadziescia złotych załatwiało sprawe. Miałem
swoje racje - pokój w hotelu kosztował moze dwadziescia piec złotych na dobe, ale
przeciez nie mozna było wynajmowac pokoi w hotelu w miescie, gdzie sie było
zameldowanym, nie wolno było meldowac wspólnie kobiety i mezczyzny, jesli nie
byli małzenstwem, a wizyty nie meldowanych kobiet w pokojach mezczyzn,
74
poniewaz wszystkie pokoje, jak uwazano, sa na podsłuchu, mogły sie skonczyc
niebywałym skandalem i podpadnieciem. Tak wiec - warunki były takie, ze mogłem
smiało zadac piecdziesiat złotych i o takiej kwocie wspomniałem, lecz ze
Melanowski sie targował i dorzucił załatwienie zaliczen i egzaminów na studiach, a
ja mogłem miec z tym trudnosci, to przystałem na dwadziescia piec złotych.
Nie zgodziłem sie natomiast na to, by Melanowski u slusarza dorobił sobie klucz.
Ostatecznie - lokal był słuzbowy. Poza tym, zakazane miał telefonowanie, bo
przeciez telefon z pewnoscia był na podsłuchu, a pan Zygmunt wspominał o
dyskrecji. No i pod wszelkimi grozbami zakazałem mu dzwonic na miedzymiastowa.
Zreszta - nie miałoby to sensu, bo na połaczenie, od chwili zamówienia, mogła minac
nawet tylko godzina, ale przeciez czesto łaczyli dopiero nastepnego dnia. Mowy nie
było o tym, zeby on u mnie koczował dniami i nocami. Poza tym - za takie rozmowy
sam miałem płacic i jak niby miałbym sie z nim rozliczac?
Tak ze trzy razy dawałem mu ten klucz, a on od razu dawał mi pieniadze. Nie
powiem - był elegancki - podawał niebieska koperte, a w srodku było dwadziescia
złotych w banknocie z rolniczka i aluminiowe piec złotych z rybakiem. Po to, by
moneta nie wypadła, zawsze zaklejał koperte. Troche szkoda, bo mogłaby sie jeszcze
przydac na list do ojca.
Ja w zgodzie z umowa przychodziłem o ustalonej porze i Melanowski był juz na
spacerze z psem - jak gdyby nigdy nic... Dawał mi klucz, ja wracałem... W pokoju
było bardziej posprzatane, anizeli przed moim wyjsciem. W szafce trzymał swoja
posciel i on, czy tez jego flama, zdejmowali z kołdry moja posciel i wkładali swoja, a
przed wyjsciem powtarzali operacje, tylko w druga strone. Dla mnie to wcale nie
było takie dogodne, gdyz ich posciel była swieza, co dwa razy zmieniana, a moja az
czarna od brudu. Ja ja nawet prałem, ale marnie, bo nie miałem tarki. Akurat nie
mozna było jej nigdzie dostac. Chciałem nawet kupic w naszym miasteczku na targu
taka drewniana, o tyle gorsza, ze posciel szybciej sie na niej scierała, ale trudno...
Melanowski pewnie miał pralke Frania i takie rzeczy w ogóle go nie interesowały.
Choc z drugiej strony - prała u nich w domu pewnie zona i mogłaby sie
75
zainteresowac, skad bierze sie ta posciel? A zatem - zapewne było to zajeciem jego
kochanki. Cha! - kochanki - kobiety, która na co dzien nie zawracała soba głowy, ale
gdy trzeba było, to oddawała sie...
Z tym miałem problem, bo - jak wspominałem - wprawdzie poczyniłem pewne
obiecujace starania, ale wobec ogólnego zepsucia sie atmosfery wokół mnie - takze i
tu poniosłem kleske. Inna sprawa - dobrze, ze pochopnie nie dałem jej tych
ponczoch! To tez była nauczka, ze kazdy krok warto jest przemyslec, nie działac na
łapu - capu, bo tak akurat teraz sie wydaje...
To było przed swietami Wielkanocy. Jak zwykle dałem temu całemu
Melanowskiemu klucz i poszedłem sobie do biblioteki, a potem na spacer. Chciałem
isc do kina, ale w Palladium bilety sa po dwanascie złotych, a nie po szesc, jak w
niektórych innych kinach, wiec zrezygnowałem. Za osiemdziesiat groszy kupiłem
herbate z cytryna. Co to jest, ze w zakładach konsumpcji uspołecznionej cytryny
czasem sa, a dla ludzi w sklepach - nie ma? Za cytryne w takim zakładzie - cieniutki
plasterek - obsługa z cała pewnoscia oszukuje i od razu do wszystkich takich
zakładów, nie czekajac na sygnały od informatorów - powinno nasyłac sie kontrol i
zamykac pasozytów - licza sobie dwadziescia, a czasem nawet - np. w WARSIE -
trzydziesci groszy. No i to jest loteria, bo jak trafi sie skrawek z brzegu, to w ogóle w
cytrynie nie ma soku, a jedynie skórka! No wiec - ja sobie to kalkulowałem, tak pijac
- z malutkiej cytryny wykroja i osiemnascie, no niech bedzie, ze pietnascie
plasterków. A z duzej to nawet trzydziesci. A przeciez na pewno jest na to norma i
ona na pewno jest wyzsza.
Musiałem isc do toalety i okazało sie, ze nawet pokawałkowanych gazet tam nie
było. No przeciez chyba nikt takich gazet nie kradnie. Ja rozumiem, ze w toalecie nie
ma zarówki - wiadomo - kradna, albo nie montuje sie jej pod pozorem kradziezy i
tego nie da sie skontrolowac - ale gazet?
A ja akurat nie miałem zadnej gazety, czekac nie mogłem, wiec z ksiazki
bibliotecznej wyrwałem dwie mniej wazne kartki. A przeciez taka ksiazka jest
wiecej warta niz nawet rolka papieru toaletowego? W restauracjach kategorii "S" i w
76
lepszych kawiarniach babcie klozetowe wydaja po skrawku prawdziwego papieru
toaletowego, a przy okazji sprzedaja amerykanska gume do zucia. Szatniarze
sprzedaja papierosy, a one gume. Taki jest podział. Jedno i drugie jest albo z
przemytu, albo kupowane w Baltonie i nielegalnie odsprzedawane przez włascicieli
bonów szatniarzom i babciom. A papieru toaletowego nie ma! Gazet nie ma. I co sie
dziwic, ze ksiazki z bibliotek maja poobdzierane strony? I jak my - informatorzy -
mozemy temu zaradzic? Jak pomóc socjalistycznemu panstwu?
Tak wiec wróciłem o dziesiatej na moja uliczke, a Melanowskiego nie ma. Pogoda
podła, ja wprawdzie byłem dobrze ubrany - obkupiłem sie - bo to i buty na gumowej
podeszwie - takie nie przemakaja od dołu, i spodnie wełniane z pedetu i wreszcie
płaszcz z bazaru, z samodziału, szyty z pewnoscia na lewo, ale ciepły. Musze jeszcze
tylko kupic sobie fabrycznie zrobiony sweter, koniecznie czarny i bede miał
wszystko. Najlepszy byłby z golfem, angielski, ale taki ładny na ciuchach widziałem
za tysiac dwiescie złotych, w serek za osiemset, a kiepski, to mozna dostac nawet za
trzysta piecdziesiat, oczywiscie po ostrym targowaniu sie ze spekulantka. Najlepiej
byłoby zamknac taka jedna z druga babe, towar skonfiskowac i nawet odpłatnie
odsprzedawac współpracownikom, no ale wówczas nikt by nie handlował. To juz
lepiej jest tak jak teraz - czasem sie je zamyka, ale zwykle nikt sobie tym głowy nie
zawraca.
Podobno jest tak, ze jesli ktos o tym przypomni towarzyszowi Wiesławowi, to jest
akcja i spekulantów sie zamyka, soli porzadne wyroki, czasem i osiem lat, a potem
znów sie czeka do nastepnej akcji. A towarzysz Wiesław - wiadomo - jest
człowiekiem, który o wszystkim pamieta, no ale nie codziennie, bo nie dałby rady....
Odczekałem te pietnascie minut na dworze i zdecydowałem sie zajrzec do mojego
pokoju. Nie miałem klucza, ale co tam. Swiatło sie swieci, wiec pukam, a nikt nie
odpowiada. No to miałem pretekst - nikogo nie ma, a swiatło sie swieci. Ja za swiatło
nie płace, ale oni o tym nie wiedza. Zajrzałem przez dziurke od klucza, ale nic nie
było widac. Wszedłem do srodka, a tu w moim łózku lezy kobieta - brunetka - tak ze
dwadziescia osiem lat, po pachy zasłonieta moja kołdra w ich poszwie. Oderwała sie
77
od czytania kryminału z serii tłumaczen z angielskiego. Klucz, tak jak sie juz
spodziewałem, tkwił w drzwiach.
- Pan tu jest lokatorem - spytała i nie potrafiłem zorientowac, sie, czy jest
zazenowana, czy nie. Ja byłem...
- Tak, ja tu mieszkam. A pana Melanowskiego nie ma?
- Musiał wyjsc. Jakas sprawa rodzinna - przyszła sasiadka przysłana przez jego
dotychczasowa zone. Kazał mi tu czekac, to czekam...
Mogłem jej kazac sie zbierac, no bo pora była pózna i po ustalonym terminie, ale to
była niebrzydka brunetka, na ramionach miała tylko ramiaczka od stylonowej,
rózowej halki, a ja zreszta nie miałem jeszcze wpisanych zaliczen do indeksu. To
dopiero za miesiac i nie chciałem zadzierac z Melanowskim.
- Widze, kawaler jeszcze młody... Student pana Melanowskiego?
- Tak, ta - odpowiedziałem - z pierwszego roku - bede inzynierem rolnictwa...
Skłamałem, bo przeciez miałem tylko do konca roku studiowac, ale co za róznica?
- Pan siada - poczeka, zaraz zrobie herbate...
Byłem troche zdziwiony, ze w mojej kwaterze mi maja robic herbate? Ale z drugiej
strony, skoro w jednym pokoju jest kobieta i facet, to wiadomo, ze wypada, aby
sprawy domowe załatwiała kobieta. One to lepiej umieja...
Wstała. Pod halka było widac, ze nie zdjeła majtek, ale za to, na tle lampy
zawieszonej na scianie przy wejsciu, obok maszynki elektrycznej, takiej porzadnej,
przedwojennej, która jest tak zabezpieczona, ze prad nie ma prawa popiescic - nie
powojennego barachła - pod lekko przeswitujacym stylonem rysowały sie jej piersi.
Dorodne, spore, choc mogłyby byc jeszcze wieksze...
Ja przed wyjsciem zostawiłem brudne moje trzy szklanki i talerz. Ona juz
pozmywała, ale robiła herbate - przyniosła swoja - Madras za dziesiec złotych, wiec
musiała pozmywac. W trakcie tej pracy ramiaczko jej sie obsuneło. Ale widac
kobieta - nie przedstawiła mi sie - przywykła do solidnego wykonywania, a zatem i
nie przerywania pracy, bo z poprawieniem ramiaczka czekała do ostatecznego
umycia szkieł. Zreszta - halka zawisła na samej brodawce odsłaniajac zaledwie jej
78
górna krawedz. Oczywiscie obserwowałem to z napieciem i zapewne ona to
wiedziała, albo przynajmniej domyslała sie.
I w tym momencie, z impetem wpadł do pokoju Melanowski. Chyba sie skradał, bo
nic nie było słychac. Spojrzał na swoja flame, na mnie... Ona cos chciała powiedziec,
ja zas czekałem, az powie dzien dobry - bo to przeciez on wszedł do czyjegos
mieszkania, a on zamiast tego wykrzyknał:
- Kurwa! - i wybiegł z powrotem.
Ja byłem zdumiony, a ona przerazona. Tym razem chyba naprawde zapomniała o
tym ramiaczku, bo zastygła, odwrócona najpierw do mnie placami, a twarza do
drzwi, a potem twarza do mnie, gdy prawa piers całkowicie sie juz odsłoniła.
I w takiej pozie po raz drugi zobaczył ja Melanowski, którego twarz zarysowała sie
w przerwie miedzy słuzbowa, to wiedziałem od pana Stasia, ale zbyt waska zasłona,
a okiennica. Po chwili cos jeszcze powiedział, ale przez okno nie było wyraznie
słychac i zniknał. Kobieta nadal nie orientowała sie, co mogło zbulwersowac
Melanowskiego, bo machinalnie, nic nie poprawiajac w garderobie, zaczeła sypac do
szklanek wiórki herbaciane. Dosc duzo wiórków... Zalała je woda i łyzeczka do
kazdej szklanki, bez pytania, nasypała z mojego cukru po dwie i pół łyzeczki.
Dopiero przed przeniesieniem tego na stół poprawiła ramiaczko, tak machinalnie,
jakby sie nic nie stało.
Usiedlismy.
- O co mu chodziło - taki kulturalny człowiek? - spytała kobieta.
- Nie wiem - odpowiedziałem - choc sie domyslałem...
- O te halke, która ciagle sie zsuwa? Przeciez dobrze o tym wie. Ja nie mam tyle
pieniedzy, zeby zamawiac sobie bielizne na Rutkowskiego...
Poniewaz jednak nadal nic nie mówiłem, to dodała:
- Pan jest młodszy niz ja, własciwie, to jeszcze dzieciak. No wiec niby co sie stało, ze
tak przy robocie sobie pan poogladał to i owo. Ja sie pana nie wstydze. Przeciez nie
bede sie wstydziła prawie dziecka...
79
Nie podobało mi sie, ze ona uwaza mnie za prawie dziecko, ale podobała mi sie
deklaracja, ze wcale sie mnie nie wstydzi. Stanowczo nie chciałem zadzierac z
Melanowskim, przynajmniej przed zakonczeniem sesji egzaminacyjnej, ale tu przede
mna siedziała realna kobieta, której piers jeszcze przed chwila była całkiem
odsłonieta i która deklarowała, ze nadal sie mnie nie wstydzi.
Spróbowałem herbaty, ale była jeszcze goraca, a wiórki pływały na powierzchni.
Sam nie wiem, skad zebrałem sie na smiałosc i połozyłem dłon na jej kolanie. Ona
udała, ze nic nie zauwazyła, choc lekko drgneła.
- Dorosły z niego człowiek, a zachowuje sie jak dziecko. Moze nawet nas podglada?
Natychmiast wstałem i poprawiłem zasłony. Delikatnie starałem sie zafilowac, czy
nie ma go za oknem, ale nie widziałem. Konce firanki umocowałem do parapetu za
pomoca ksiazek i to samo zrobiłem z firanka w drugim oknie. Potem podszedłem do
kobiety, tak od tyłu i delikatnie dotknałem ja za obiema dłonmi z obu stron miejsca,
gdzie szyja przechodzi w ramiona.
- Kawaler nie chce pic herbaty? - spytała, lecz ja delikatnie zsunałem jej te
ramiaczka. Tkanina znów - teraz po obu stronach, zatrzymała sie nieco powyzej
brodawek. Zsunałem je palcami i pełnymi dłonmi objałem obie piersi od dołu.
Kciukami dotknałem sutek - sam to wymysliłem.
- Kawaler spał juz z kobieta?
- Nie - odpowiedziałem spontanicznie i dlatego prawdziwie...
- A kawaler dotykał kobiety w miejsca intymne?
Nie wiedziałem, co odpowiedziec, bo o swoich skromnych doswiadczeniach,
szczególnie tych ostatnich - bolesnych - nie chciałem wspominac. Ona jednak jakby
nie czekała na odpowiedz, bo nagle wstała, obróciła sie i nie poprawiajac tej halki, z
odkrytymi piersiami zarzuciła mi rece na moje ramiona. Powiedziała, ale tak
namietnie, choc zarazem tonem, jakby spełniała raczej dobry uczynek, niz cos, czego
sama chce:
- o Jezu - i całym ciałem przywarła do mojego...

80


To była katastrofa. Ciagu zdarzen nie potrafie zrozumiec. Najpierw nic sie nie
działo. Mineły dwa tygodnie. A wreszcie, ni z tego, ni z owego, opiekun grupy
dziekanskiej wzywa mnie i pyta, gdzie ja mieszkam. A ja nie wiem, co
odpowiedziec, bo przeciez lokal jest słuzbowy, ale o tym, to było oczywiste,
wspominac nie nalezało. Oczywiscie, skoro facet był opiekunem grupy dziekanskiej,
to moze był nasz? Ale z drugiej strony patrzac, rzecz nie była pewna. A poza tym,
nawet jesli był nasz, to czy to znaczyło, ze ja mam zdradzac mu swój adres?
Powiedziano mi jedynie, bym starał sie nikogo ze studiów nie zapraszac do lokalu
chyba, ze słuzyłoby to pozyskaniu waznych informacji, czyli w praktyce – dla
wzbudzenia zaufania u pozadanego informatora. Wówczas nawet mogłem na
rachunek fikcyjnej firmy zrobic pewne zakupy celem ugoszczenia informatora.
Uznałem, ze to nie jest nic warte, bo ponosiłem takie ryzyko, ze jesli ostatecznie nie
bede mógł informacjami uzasadnic wydatków, to byc moze nikt by mi nic nie
zwrócił?
Przy okazji pan Zygmunt rzucił, ze do takiego ugoszczenia moge uzyc produktów z
paczek swiatecznych. Ale nie powiedział, czy wówczas te produkty byłyby mi
zwracane? Sam dostarczył mi paczke wielkanocna. Wreczajac ja powiedział, ze to
jest paczka pierwszomajowa, ale wydawana jest troche wczesniej. Nawet sie nie
zajaknał, aby miało to zwiazek z Wielkanoca. Tak samo jak uprzednio, przed
Bozym Narodzeniem, gdy wreczał mi paczke pan Stas, to wyjasniał, ze to jest taki
padarunek od Dziadka Mroza na Nowy Rok i kazał mi poswiadczyc zawartosc. Ja sie
wtedy wstydziłem dokładnie ogladac specyfikacje, a brakowałó wypisanych i
podpisanych przeze mnie jako odebrane: wody kolonskiej "Prastara", szwedzkich
zyletek, paczki cukierków Krówki dwiescie piecdziesiat gramów, butelki winiaku nie
pamietam jakiej nazwy, a takze "zestawu luksusowych papierosów krajowych". Pan
Zygmunt był duzo porzadniejszy, bo brakowało tylko koniaku rumunskiego z
81
niemieckojezyczna etykieta, o nazwie "Triumph" i delikatesowego mydła
dzieciecego o nazwie "Kajtek".
Tak wiec w dwa tygodnie po ostatniej wizycie Melanowskiego wezwał mnie
opiekun i odpytywał z rzeczy, które do niego nie nalezały. I dopiero na zakonczenie
oswiadczył, ze cały skandal, który ma miejsce w moim mieszkaniu, zostanie
omówiony na posiedzeniu Komitetu Wydziałowego pezetpeer i byc moze bedzie
zalecenie dla wydziałowej komórki zetemesu, aby ustosunkowała sie do zagadnienia.
Gdy pytałem, szczerze zaskoczony, o co chodzi, to ten opiekun odpowiedział,
zwracajac sie do mnie nie per pan, lecz per wy:
- Sami juz dobrze wiecie, jaki... - tu zawiesił na chwile głos, wyraznie szukajac
własciwego okreslenia - bardak macie w domu....
Ja oczywiscie nie byłem durny i od razu domyslałem sie, ze chodzi o kochanke
Melanowskiego i tylko nie rozumiałem, jak on mógł, majac zone, zdecydowac sie na
ujawnienie swego podwójnego zycia. Ale zdecydował sie, upublicznił - takie były
fakty i juz. Nadal jednak nie rozumiałem, co to obchodzi pezetpeer i zetemes? No bo
rozumiem, gdyby pan Zygmunt miał do mnie zal, ale nie ktos spoza resortu.... A
zreszta pan Zygmunt o wizytach tej pary był informowany, nawet wyraznie sie tym
interesował. O finale ostatniego spotkania tez wiedział, nawet mi gratulował, choc
chyba ironicznie. Ale kazał rozlac po kieliszku nalewki wisniowej, która
przywiozłem z domu. Byłem nawet zdziwiony, bo pan Zygmunt nie był
moczymorda. Zreszta wypilismy tylko po jednym, a własciwie po szklance
napełnionej ledwie u samego dna.
Tak wiec od strony resortu byłem kryty. Wprawdzie było jasne, ze Melanowski nie
pomoze mi w zaliczeniach i egzaminach, ale to wszystko razem nie wydało mi sie
jeszcze przesłanka do jakiejs katastrofy. Oczywiscie, w trybie alarmowym spotkałem
sie z panem Zygmuntem, który był zaniepokojony, a nawet zdenerwowany. Chyba
nie na mnie, bo powiedział:
- Ja im nogi z dupy powyrywam...
A po chwili dodał:
82
- Ja im nogi z dupy powyrywam, nawet sami nie beda wiedzieli - kiedy...
Stało sie inaczej. Juz nastepnego dnia zebrał sie Komitet Wydziałowy pezetpeer,
bezposrednio po nim Zarzad Wydziałowy zetemes i oba te gremia uchwaliły, ze
takiej zakały jak ja nie moga tolerowac mury socjalistycznej uczelni rolniczej.
Słowa: zakała i moralnosc socjalistyczna zawarte zostały w obu uchwałach. Tak wiec
zalecono dziekanowi relegowanie mnie z uczelni, a poniewaz ktos taki jak ja kalałby
szeregi socjalistycznych inzynierów rolnictwa, to relegowano mnie bez prawa do
powrotu. Wszystko to stało sie szybko i gładko i nie miało juz zadnego znaczenia,
ze list polecony, zreszta na adres domowy w miasteczku, podpisany przez dziekana,
przysłano dopiero po dwóch tygodniach. List matka oczywiscie przeczytała i to ja
całkowicie rozstroiło, bo przeciez uznała, ze wyrzucono mnie z uczelni z powodu
ojca, przeciw któremu toczyło sie sledztwo. Potem tłumaczyłem jej, ze oba fakty nie
maja ze soba zwiazku, lecz nie uwierzyła.
Dla mnie najwazniejsze było, jak do afery ustosunkuja sie organa? Z ich strony
byłem całkowicie w porzadku. Wyobrazałem sobie, ze jest to sztab ludzi wnikliwie,
wedle jakiejs kolejnosci omawiajacych problematyke poszczególnych
współpracowników, analizujacych, dajacych wytyczne oficerom prowadzacym. Pan
Zygmunt był zasmucony obrotem sprawy, lecz nie sadził, aby było tak zle.
- Wszystkie inkryminowane wypadki maja pokrycie w dokumentacji. Twoja
chwilowa słabosc tez jest tam opisana. Podkresliłem fakt, ze kobieta była starsza od
ciebie i raczej mozna by mówic o deprawacji osoby, która nie tak dawno przestała
byc małoletnia, gdyby nie to, ze rekomendowany jestes do słuzby czynnej w
organach i w tej sytuacji trudne okolicznosci, w jakich sie znalazłes, dowodza twojej
przydatnosci. Ostatecznie podjałes sie tych wszystkich czynnosci z checi uzyskania
informacji o obiekcie, udajac ofiare jej wyuzdania i pozornie ulegajac jej. Ja jestem
wobec ciebie w porzadku, ale cos sie porobiło. Do mnie doszły słuchy, ze to był jakis
nierzad, a to przeciez kompletna głupota. Rozpalona baba nie została zaspokojona
przez Melanowskiego, no to uwiodła ciebie, a ty, chcac uzyskac niezbedne
83
informacje udałes, ze dajesz sie uwiesc, gdy w rzeczywistosci pełniłes obowiazki
lojalnego informatora.
Zadumał sie i po chwili jeszcze dodał:
- Tu jest jakies drugie dno i ja sie dowiem, kto pode mna dołki kopie...
Byłem zdziwiony, bo przeciez to ja wpadłem w dół, nie on, ale i zadowolony, bo
to oznaczało, ze w pojeciu pana Zygmunta moja sprawa była jego sprawa. Miałem
poczucie, ze nie jestem w tym wszystkim osamotniony, ze jednak moge sie wesprzec
o mojego prowadzacego... To było wazne, bo przeciez pan Zygmunt, to nie był brat
łata pan Stas, lecz człowiek, który wszystko, co robi, to robi w sposób przemyslany i
budzacy zaufanie.
Ale na razie nie był w stanie nic wymyslic.
Po paru dniach, listem poleconym, na adres akademika, bo jakos to wszystko tak
było załatwiane, ze formalnie nadal zameldowany byłem w akademiku, przyszło
zawiadomienie, ze zostałem skreslony z listy studentów i ze przysługuje mi prawo do
odwołania sie. Ten dokument został podpisany przez dziekana do spraw studenckich.
Znów spotkałem sie z panem Zygmuntem i pan Zygmunt, cedzac słowa, tak ze dwa
razy podkreslał, tym razem, ze jaja im powyrywa, ale wiedział duzo wiecej. Okazało
sie, ze Melanowski zgłosił do mojego dziekana, ale takze do działu kadr w pracy tej
kobiety - Anny Bawiaruk - informacje, ze Anna Bawiaruk zajmuje sie zawodowo
nierzadem, zas ja trudnie sie kuplerstwem. Zarazem przekazał te wiadomosc gdzies
wyzej "po linii politycznej" i z najwyzszego szczebla zeszła informacja, ze
najwyzszy szczebel uznał, ze w socjalistycznym panstwie nie ma takiej mozliwosci,
by ktos musiał zawodowo zajmowac sie nierzadem i sutenerstwem i ze trzeba byc
człowiekiem o osobowosci prostytutki i alfonsa, aby w naszych czasach to robic. A
w takim razie mamy nadal to robic, ale juz nie pod przykrywka pracy i studiowania
w socjalistycznym zakładzie pracy i w socjalistycznej uczelni. Partia nie jest w stanie
nic na to poradzic, choc zdaniem najwyzszych szczebli, kuplerstwo jest karalne, ale
tez najwyzsze szczeble machneły reka na mój kregosłup ideowy, bo "w tych
84
okolicznosciach socjalistyczne panstwo jest bezsilne i nie jest w stanie powstrzymac
mnie i ja przed nasza antysocjalistyczna, nierzadna działalnoscia".
Tak wiec pan Zygmunt wrecz podyktował mi podanie do dziekana, bardzo dobre,
gdzie sam siebie mieszałem z błotem, podkreslałem brak mego doswiadczenia
zyciowego i zagubienie w wielkim miescie, a takze zwalałem wszystko na Anne
Bawiaruk.
Ale zarazem stwierdził, ze to wszystko i tak psu na bude sie zda i ze naprawde, w
wyniku paskudnej prowokacji, której on nie mysli ulegac, zostane alfonsem, a ona
kurwa. Na razie jednak kazał mi uciekac z Warszawy. A poniewaz, w zwiazku a
afera, w która wplatał sie mój ojciec, nie byłoby dobrze, bym wracał do mojego
miasteczka, to on wysyła mnie w misje do Nakła na Pomorzu. Mam sie zatrudnic do
akcji buraczanej tamtejszej cukrowni. Nadal to on, pan Zygmunt bedzie mnie
prowadził i z nikim pod zadnym pozorem, chocby nawet wzieli mnie do
bydgoskiego SB i grozili najgorszymi konsekwencjami, nie mam nawiazywac
kontaktu słuzbowego. Mam sobie myslec, ze jestem agentem socjalistycznej Polski
w zachodnim NRF i ze wszystkie miejscowe słuzby, sa to słuzby rewizjonistycznych
i imperialistycznych Niemiec zachodnich, które tylko czyhaja, aby zabrac nam nasze
Ziemie Odzyskane. Dodał przy tym, abym pamietał, ze gdyby Niemcy, mordujac
mieszkanców rodzinnej wsi moich rodziców, nie spalili koscioła, to ojciec nie
siedziałby w wiezieniu, ja nadal bym studiował mieszkajac w akademiku, nie
poznałbym tego parszywego prowokatora Melanowskiego, któremu pan Zygmunt
przy jakiejs okazji tez sie dobierze do dupy, chocby po to, aby pokazac tym draniom,
ze nam sie nie robi koło dupy i nawet pan Stas nie musiałby bez potrzeby isc
wczesniej na emeryture, niz na to zasługiwał. Dostałby jeszcze awans, jakies premie i
byłaby ta emerytura cacy, a nie taka, jaka jest.
Pan Zygmunt miał racje - dziekan ustosunkował sie negatywnie do mojego
odwołania...


85

Wraz z utrata indeksu, straciłem tytuł do korzystania z lokalu słuzbowego. Skoro
bowiem miałem z niego penetrowac srodowisko akademickie, to musiałem oddac
klucze i juz. Ale firma mnie nie opusciła. Delegowano mnie do tego Nakła. Miałem
za zadanie sprawdzic na miejscu, czy raporty miejscowej SB sa prawdziwe.
Poniewaz nie znałem tych raportów, to - byc moze - wcale nie bede wiedział, jakie sa
efekty mojej misji? W kazdym razie pan Zygmunt przestrzegał mnie, ze własnie ze
wzgledu na te specyfike jest to zadanie niebezpieczne.
- W naszej robocie, gdy inaczej nie mozna, to w łeb sie daje obiektowi i po piesni... -
zauwazył filozoficznie i było jasne, ze tym obiektem moge byc ja.
Wcale tego niebezpieczenstwa nie widziałem, jako jakas nielojalnosc firmy wobec
mnie. Przeciwnie - specyficzny romantyzm przygody podobał mi sie. Nadto -
liczyłem, ze im bardziej sie zasłuze, tym wieksza jest szansa, ze za moje zasługi
zwolnia ojca. Wprawdzie pan Zygmunt wcale mi tego nie obiecywał, a nawet
podkreslał, ze to raczej ja sam powinienem sie zrehabilitowac w oczach słuzby, lecz
byłem przekonany, a moze po prostu chciałem wierzyc, ze dokonam rzeczy tak
waznych, ze jednak te zasługi zostana policzone równiez ojcu.
Jechałem osobowym. Przysługiwał mi zwrot kosztów podrózy. Ale bez
okazywania biletu - tylko za pociag osobowy II klasy. A przeciez ciagle mogłem
korzystac ze znizki jako student. Waznej do konca wrzesnia legitymacji studenckiej
nie zwróciłem.
Ludzie wchodzili i wychodzili, wiec pomimo najlepszych checi nie udało mi sie
nikogo upolowac tak, zeby mozna było sporzadzic raport. Wprawdzie opowiadali
dowcipy o towarzyszu Wiesławie i towarzyszu Chruszczowie, ale nie znałem ich
nazwisk Poza tym jeden dowcip był o towarzyszu Kepie. Wszystkie zasłyszane
dowcipy słyszałem juz od pana Zygmunta i sam byłem zreszta zobowiazany je
opowiadac. To nie było tak, ze miałem taki obowiazek na pismie, ale pan Zygmunt
tak to jakos opowiadał, ze było widac, ze chce, abym zapamietał i powtarzał. I jesli
raportowałem mu potem o tym, ze słyszałem od osób trzecich te dowcipy, to sie
86
cieszył, a jeszcze bardziej cieszył sie, gdy mogłem powiedziec, jak sie nazywa
opowiadajacy. Dodawał przy tym:
- Ty pewnie myslisz, ze chodzi tak sobie o to, by do teczki obiektu dołaczyc
informacje o ich aspołecznym zachowaniu? No tak - to tez, ale to nie ma znaczenia -
wszyscy opowiadaja dowcipy. To wcale nie buduje sylwetki obiektu. Za to mozna
umiejscowic obiekt wzgledem innych naszych agentów i dociekac, jakimi sciezkami
rozchodza sie plotki. A jesli jest to nasz człowiek, no to tez wazne, ze sie nie leni. To
wszystko słuzy dla nauki...
W Nakle skierowali mnie na kwatere prywatna. Wystepowałem tam jako
pracownik sezonowy o wysokich kwalifikacjach pozwalajacych powierzenie mi
samodzielnego stanowisko. Dostawałem na miesiac 1800 złotych pensji, premie za
nadgodziny i inne premie, ale to w sezonie buraczanym, zwrot kosztów kwatery, 20
złotych dziennie zwrotu kosztów wyzywienia - ale to wszystko to od cukrowni. Bo z
firmy dostawałem 920 złotych, a takze 1000 złotych na fundusz operacyjny. Gdybym
go przekroczył, to musiałem przedstawic rachunki, lub wiarygodne oswiadczenia za
wszystkie wydatki, w tym takze obejmujace ten tysiac. Poniewaz cukrownia płaciła
mi za delegacje i kwatere, to firma juz nie płaciła. Pan Zygmunt wprawdzie
wspominał, ze to pewnie jakos by przeszło, ale gdyby sie wydało, to jemu by sie do
dupy dobrali, a mnie jaja oberwali i wsadziili na kapusia do kryminału.
Kwatera była w porzadku - w ceglanym, nie tynkowanym domu, ale nie szkodzi,
bo z pieknej licowej cegły. Gospodarzami byli ludzie przed piecdziesiatka: ona - pani
Magda - była sklepowa w małym sklepiku i miałem sprawdzic, czy nie robi naduzyc,
bo nigdy nie ma manka, a on - pan Bernard - rybakiem na Noteci. Jego praca nie
warto było sie interesowac. Przedtem rybacy byli w spółdzielni, ale gdy ryby w
Noteci wytruło, to przeszli na panstwowe. Pan Zygmunt od razu mi powiedział, ze
oni wykazuja wieksze zuzycie sprzetu i paliwa, niz to ma miejsce w rzeczywistosci,
no bo po co maja bez sensu pływac po rzece, w której nie ma ryb?
Tu sie pan Zygmunt jednak mylił - troche ryb było, ale co lepsze rybacy łapali dla
siebie.
87
Juz pierwszego dnia ułozyłem sie z gospodarzami, ze sniadania i kolacje a
dwanascie złotych dziennie, a w niedziele za dwadziescia, jesc bede u nich. Drogo to
wychodziło, ale pani Magda powiedziała, ze jak mi nie bedzie pasowac, to moge
zawsze robic sobie sam. Ja sie nie targowałem, bo przeciez byłem przestrzezony, ze
oni byli folksdojczami i poczatkowo, póki ich nie poznałem, wyobrazałem sobie, ze
jako folksdojcze moga mnie nawet zamordowac.
Dzieci mieli dwoje - oboje juz na Slasku. Syn był górnikiem, a córka zona górnika
i mogła pracowac tylko na pół etatu. Mieli tam dobrze, bo porzadni ludzie na Slasku
wcale ich nie mieli za goroli, tylko za normalnych, przyzwoitych ludzi.
W kwaterze łózko było czyste i nie było robactwa. Przeciwnie - wszystko az sie
lsniło. Gdy pani Magda nie pracowała, to pucowała i słuchała radia.
Juz pierwszej soboty, pod patelnie kaszanki, lepszej niz u nas na kielecczyznie, a
tym bardziej lepszej niz w Warszawie, choc ze sklepu, takiej zesmazonej z nacia
dymki z inspektu za domem, do tego była jeszcze na deser babka drozdzowa z
kruszonka, ale inna, niz robi mama, bo taka z blachy, a nie z formy i ze sliwkami z
kompotu w srodku - upilismy sie jak niebozeta. Najpierw poszło pół litra czystej,
potem chciałem isc na jakas mete, ale pani Magda przypomniała, ze pracuje w
sklepie i "zadnych metów nie trza" Do tego dodała charakterystyczne w tamtych
stronach: "jo", a na stół wpłyneła litrowa, przedwojenna, monopolowa butelka, jaka
doskonale znałem z domu rodzinnego - bimbru z melasy. Podobnie jak mama, tez i
pani Magda. myjac butelke uwazała, by jak najmniej uszkodzic jeszcze autentyczna
etykiete.
U pani Magdy i pana Bernarda po raz pierwszy w zyciu, poza pora zimowa, po
przyjsciu do domu, musiałem zdejmowac buty i zakładac kapcie.
Na koniec uczty z kaszanka i z ciastem drozdzowym pani Magda wyciagneła
długiego na dobre pół metra uwedzonego wegorza i ciezkim, choc wyostrzonym
bagnetem, niczym tasakiem porabała na kawałki i podała na talerzu z chlebem. Dla
mnie miał za mało soli, no wiec kazdy kawałek soliłem i jadłem, az mi sie uszy
trzesły, choc głowa, a i reszta ciała, poruszały sie coraz leniwiej. Pan Bernard smiał
88
sie, ze ten wegorz, którego własnie jedlismy, juz wypatroszony i nasolony, w beczce,
podczas wedzenia, to jeszcze z pietnascie minut sie wił, az ciepło od dymu całkiem
go nie przeszło. Ja tez sie smiałem, bo przeciez kazdy wie, ze wegorz ma twarde
zycie i w kawałkach potrafi podskakiwac na patelni.
Moim kierownikiem był pan Antoni. Pan Antoni tez pracował sezonowo, ale był
odpowiedzialny za skadrowanie aparatu skupu buraka, czyli po prostu za
zatrudnienie osób obsługujacych skup. Pan Zygmunt kazał mi nastawic sie na tego
Antoniego, bo to rzeczywiscie było dziwadło. Major jeszcze UB, po piecdziesiatym
szóstym wyszedł ze słuzby, a w ubiegłym roku wystapił z partii. Podczas obserwacji
miałem brac pod uwage, ze jest maoista zwiazanym moze z Mijalem, czyli takim
człónkiem kace, który własnie zbiegł do Albanii. Albo ze uległ ideologii
mikołajczykowskiej, a praca w ube była dla niego tylko przykrywka. No - w ogóle -
miałem mu sie przygladac. A juz najwazniejsze, to było zapamietywanie
wszystkiego, a potem, jak sie wyraził pan Zygmunt:
- I tak da sie cos sfastrygowac.
Przez dwa tygodnie mielismy szkolenia i wprawdzie nie wszystko dawało sie
zapamietac, bo skryptów nie było, a prelegenci czasem sami nie byli przygotowani,
jednak to nie było takie trudne i dawało sie wziac na logike. Najtrudniejsza była
sprawozdawczosc - wszyscy sie tej sprawozdawczosci bali i pan Antoni obiecywał,
ze ze sprawozdawczoscia to postaraja sie nikogo nie pozostawic samego, bo na tym
najłatwiej sie wyłozyc.
Oni tu wszyscy uzywali słowa "wyłozyc" i dopiero, gdy na druga niedziele
pojechalismy Lublinem z cukrowni na mecz zuzlowy Polonii Bydgoszcz, a Polonia
to przeciez resortowy klub, to zrozumiałem, ze wykładał sie zuzlowiec, który,
zwykle na zakrecie - wywracał sie.
Wracajac zatrzymalismy sie w jakiejs wiejskiej gospodzie. Pan Antoni był z
Bydgoszczy, tam mieszkał, miał rodzine. Ale jechał do Nakła z nami. W gospodzie
nie było ani rosołu, ani w ogóle porzadnej zupy, tylko szczawiowa i owocowa
zabielana z makaronem. Ciekawa rzecz - rosołu nie było, a sztuka mies w sosie
89
musztardowym była, zreszta łykowata. No ale trudno, aby wsiowych karmili
eksportowa wołowina... Czysta wódka tez była na wykonczeniu - były tylko dwie
flaszki, a poza tym jedynie jarzebiak eksportowy, bo z napisami po angielsku i
słodkie: orzechówka i angielska gorzka. Ja tej angielskiej nigdy nie piłem i nigdy
bym nie powiedział, ze gorzka jest słodka, bo przeciez sama nazwa dezinformuje
ludzi pracy. Pózniej nawet ujałem to w raporcie i pan Zygmunt smiał sie ze mnie i
chyba jednak po prostu wyrzucił ten raport.
Usiadłem obok pana Antoniego, co zostało przez niektórych odczytane jako
lizusostwo, a ja przeciez chciałem uzyskac informacje. No i nawet pilnie starałem sie
sobie wyobrazic, co to jest ten maoizm? Wychodziło mi na to, ze jesli ktos bardzo
ceni chłopów, to jest maoista. Literatury zadnej na ten temat nie miałem, a
informacje pana Zygmunta były metne. I tak przy wódeczce sprawa sie wyjasniła.
Wszyscy z sezonowego działu skupu w cukrowni byli skrajnymi antymaoistami,
poniewaz wyrazali sie o chłopach pogardliwie. Wszyscy mianowicie na rózne
sposoby podkreslali, ze chłopi sa tepi, a z niedomówien wynikało, ze łatwo jest z
nich wciskac pieniadze, które zreszta nie sa im potrzebne, bo maszyn rolniczych i
tak inaczej nie mozna kupic, jak na lewo z pegeerów, rzekomo - za chłopska łapówke
- złomowane, a inne rzeczy nie sa im potrzebne. Wychodziło na to, ze jesli chłop nie
bedzie miał pieniedzy, to nie bedzie łapówek dawał i wreszcie bedzie dobrze. I
jeszcze wyrazali poglad, ze chłop spi, a jemu w polu samo rosnie. A dziwne było to,
ze wszyscy rozmówcy jakos tam, na ile sie zorientowałem, wywodzili sie ze wsi i
powinni wiedziec, czy na wsi pracuje sie, czy nie?
Ja wyrazałem zdziwienie i dostrzegł to pan Antoni. On jeden nie przyłaczał sie do
chóru i nawet starał sie zmienic temat na zuzlowy. Wspomniał, ze którys zuzlowiec,
bodaj o nazwisku Połkard, tak wyrznał o ziemie, a potem o bande, ze normalny
człowiek złamałby kregosłup, a tamten nic. Sam wrócił do boksu i tylko lekarz
zakazał mu brac udział w kolejnych jazdach. Nie na długo, bo publika gwizdała,
skandowała i w przedostatniej jezdzie jednak pojechał... Podobno widac było po nim,
90
ze ledwo trzyma sie motocykla, bo doszedł ostatni, wszyscy go załowali i dalej
skandowali jego nazwisko.
W dwa dni pózniej przyjechał pan Zygmunt. Spodziewałem sie go. Zblizała sie
defilada na dwudziestego drugiego lipca - tysiaclecie panstwa polskiego. Prawie nic
nie miałem o nastrojach patriotycznych. Nikt mi nic nie mówił o liscie biskupów
polskich do biskupów niemieckich i nie miałem komentarzy o płaszczeniu sie
naszych biskupów przed niemieckim rewizjonizmem. Miałem tylko tyle, ze prawie
wszyscy chodza do koscioła, partyjni uzywaja przy tym podkładki, ze towarzysza
swoim zonom i dzieciom. O samym liscie nic nie mówili. Słyszało sie o pielgrzymce
do Czestochowy, ale byłem obcy, wiec nic konkretnego nie wiedziałem. Oczywiscie
- znane mi nazwiska wynotowałem, a pan Zygmunt wzruszył ramionami, bo to było
zadaniem miejscowych sił, takie notowanie. Był jakis zniechecony. Kazał mi pilnie
zbierac informacje o panu Antonim, ale w zadnym wypadku w raportach nie pisac o
jakims maoizmie, tylko czekac na jego sygnał. Na dodatek, jak powiedział:
- Cholera go wie, co to ten maoizm i z czym to sie je?
Na wszelki wypadek, choc to moze nie jest istotne, warto sprawdzic, czy ten
Antoni lubi ryz, czy nie? Niby bez sensu, ale to przynajmniej jest jakis konkret... A
nasza praca polega na zbieraniu konkretnych informacji...
- Taka sprawa Rewskiej, albo Rudzinska, Chojecka, która ma pseudonim Kama i jest
bardzo niebezpieczna - same reakcyjne suki na zołdzie rzadu londynskiego,
utrzymuja kontakt z paryska "Kultura" i Wolna Europa... O - to sa sprawy, wszystko
jest jasne - baby za judaszowe dolary sprzedaja ojczyzne socjalistyczna.
Kazał mi zapamietac te nazwiska, bo kazda informacja o nich cenniejsza jest niz
złoto.
Natomiast z maoizmem mu nie było po drodze... Dodał:
- Nie wiadomo, o co chodzi, przeciez nikt powazny nie jest jakims Chinczykiem czy
ich sługa. Mijal pojechał do tych Chin, bo w kraju zyc mu nie dawali. I dobrze mu
tak...
91
Pan Zygmunt przyjechał do mnie, by dac ustnie instrukcje co do dwudziestego
drugiego lipca:
- Jest pełna mobilizacja. To bedzie defilada wieksza niz na Placu Czerwonym. Setki
czołgów, transporterów opancerzonych, rakiet duzych i małych, a potem barwny
korowód mieszkanców stolicy, młodziezy, sportowców, pisarzy i w ogóle ludzi
socjalistycznego trudu. Dla nas jest to jednak i swieto i maksymalny wysiłek -
wrogowie Polski tylko czyhaja, aby prowokacjami zakłócic tysieczna rocznice
panstwa polskiego. A przeciez tysiac szkół zbudowalismy i zbudujemy na
tysiaclecie.
Ja miałem za zadanie ustawic sie przed kosciołem na Nowolipiu i obserwowac, czy
cos sie nie dzieje. Zadanie było odpowiedzialne, bo tam sie zdarzył cud - ludziom
pojawiła sie Matka Boska i teraz my mamy kłopot. Po pierwsze, to zabobonne baby
mogły to wykorzystac do walki z ustrojem socjalistycznym i nie wiadomo, co im
strzeli do łbów. A po drugie - to w ogóle w tym dniu, kto bedzie w kosciele, a nie na
pochodzie, to bedzie to jawny eksponent klerykalnych sił.
- Z ta Matka Boska to w ogóle mamy kłopoty. Objawiała sie dzieciom, a raczej
dziewczynce w Zabłudowie koło Białegostoku. Tak regularnie, co niedziela, a Wolna
Europa za kazdym razem informowała. Utłuc tej dziewczynki nie mozna było, bo
kler natychmiast ogłosiłby ja swieta i byłoby gotowe nieszczescie. Bo tam sa i
prawosławni i katolicy. I jedni i drudzy uwazaja to za swój cud. Oczywiscie -
najwazniejszy cud miał sie odbyc w dniu wyborów. Nalazło sie tam do tej dziury
wiecej jak sto tysiecy luda. Ty masz pojecie - oni te wioche dosłownie zasrali! Czy
oni o takich rzeczach nie mysla? Ten tłum srał w takim lasku, a nasi, oczywiscie
mundurowi, musieli dla siebie zrobic parawan z transporterów opancerzonych.
Mówiac to pann Zygmunt coraz bardziej sie zapalał:
- To był cios w serce organów. Wiadomo jest, ilu dobrych, oddanych pracowników
daje nam Białostocczyzna. A wszystko dlatego, ze prawosławni i katolicy zyja tam
jak pies z kotem. I tego musimy pilnowac jak zrenicy oka. A tu oprosze - cud i
katolicki i prawosławny... Jedni i drudzy wspólnie sie modla. Modla sie w dniu
92
wyborów. I jak tu było podawac frekwencje, ze wysoka, kiedy widac było gołym
okiem, ze cały północny wschód zjechał sie na zabobony do Zabłudowa? A Matka
Boska o tym nie pomyslała?
Byłem troche zdziwiony, poniewaz dotychczas byłem głeboko przekonany, ze pan
Zygmunt w Boga nie wierzy i w konsekwencji - takze w Matke Boska...
Szczesciem Wyszynski uznał, ze na tym polu z władza socjalistyczna nie wygra i
cudu nie uznał. Stworzył jakas komisje, ale bez prawosławnych. Tego nie wiem, ale
tak sobie mysle, ze w episkopacie prawosławnym mamy jeszcze wiecej naszych, niz
w katolickim. Moze gdyby stworzył te wspólna komisje, to byłoby dobrze?
- No i w koncu trzeba było rozgonic to towarzystwo chocby po to, by wrócili do
domów i kto zdazy, to zeby jeszcze wział udział w wyborach, a w kazdym razie, aby
to było mozliwe, ze wział, bo co byłoby z frekwencja? I co powiedziałoby sie
towarzyszowi Wiesławowi. A co towarzysz Wiesław miałby powiedziec potem tym
z Kremla? Przeciez ich to tez interesuje... A jeszcze prawosławni? Trzeba było
rozwiazac to delikatnie, chirurgicznie...
- No i udało sie. Transportery i ciezarówki wjezdzały w tłum, kilka setek
poturbowały... ale co tam. Zastrzelono, tak na smierc, tylko jednego. Inni, nawet
jesli zgineli, na przykład zadeptani, to załatwiło sie to jakos inaczej... To wszystko
hołota z wiosek, z małych miasteczek, nie takie rzeczy przechodziły bez krzyku.
Tak wiec dwudziestego pierwszego lipca o siedemnastej wyjechałem pociagiem.
Miałem miejscówke i bilet drugiej klasy pociagu pospiesznego, ale juz na peronie,
gdy czekałem na podjechanie składu, było jasne, ze miejscówki sie nie licza.
Wszyscy o tym mówili. Swieto obchodzono w całym kraju, lecz uroczystosci
warszawskie były najwazniejsze. Na peronie stały delegacje poszczególnych
zakładów pracy z pieknymi transparentami z dykty, druzyny harcerskie, zespoły
ludowe w strojach ludowych, a jesli były to ludowe zespoły sportowe, to w strojach
gimnastycznych. Nie sadze, by mieli taki obowiazek, by juz w podrózy tak sie
ubierac, lecz rodziło sie pytanie - a gdzie przebiora sie w stolicy? Delegacja jednego
z zakładów, chyba ROMETU, miała transparent:
93
- "Cały kraj odbudowuje swoja stolice".
Podeszło do nich dwóch gosci, szybko okazało sie, ze z naszego resortu i kazało im
zwrócic ten transparent.
- Wydajcie obywatele, w Warszawie dostaniecie inny, lepszy...
Na to, pewnie ichni sekretarz komitetu partyjnego, obruszył sie:
- A co wy towarzysze chcecie od naszego transparentu? Został zatwierdzony w
Komitecie Wojewódzkim...
Ten z Komitetu Fabrycznego był w spodniach od marynarki, białej, okrutnie, bo na
zółto przepoconej koszuli, a marynarke miał przewieszona przez reke,. W drugiej
trzymał teczke ze swinskiej skóry i ta teczka, pełna zapewne stosownych uchwał
partyjnych, niczym dziecko przed łobuzami, zasłaniał kolege trzymajacego - teraz
wysoko nad ludzmi na peronie - dumne i solidarne z ludem Warszawy oswiadczenie
pracowniczego kolektywu.
Nasi ludzie tez byli w spodniach od marynarek, tez byli spoceni, ale przeciez nie
tak okropnie i tez mieli teczki ze swoimi dokumentami, a takze marynarki na rekach.
Starszy z naszych dobrodusznie, unikajac niepotrzebnego stawiania konfliktu na
ostrzu noza zauwazył:
- Wy towarzyszu chyba czegos nie rozumiecie. My nic do was nie mamy. Nam tez -
towarzyszu - lezy na sercu dobro socjalistycznego budownictwa w Bydgoszczy i
województwie. Ale nic nie poradzimy - wytyczne to wytyczne - swieto lipcowe -
tysiaclecie panstwa ludowego, nie jest własciwym momentem - tam sie mamy
cieszyc...
- No to sie cieszymy - my na swój sposób... - odciał sie partyjny...
- Towarzyszu - my nawet nigdzie nie zatelefonujemy - tam na peronach sa nasi z
Warszawy. Oni i tak wam odbiora, ale wpisane do akt bedziecie mieli w centrali, a
nie w województwie - po co wam to?
Zgromadzony wokół tłum, a peron był nabity, wyraznie dzielił sie na ten z pionu
partyjnego, jakos tak wzrokiem, gestami solidaryzujacych sie z partyjnymi i na
94
naszych - z SB, którzy jada do prawdziwej pracy, jak ja, którzy nawet byli zdumieni,
z tym partyjnym takie głupstwa w głowie...
Kupiłem garnitur z elany, prawie sie nie gniotacy sie, a nawet krawat, choc z
wypowiedzi pana Zygmunta wcale nie wynikało, ze zwróci mi na rachunek za
krawat... No ale koszule non - iron - angielska - przywiózł mi i to we własciwym
rozmiarze, choc bez mierzenia, własnie pan Zygmunt, wiec nie wypadało specjalnie
sie kłócic... Oczywiscie - musiałem pokwitowac odbiór...
Ci partyjni ostatecznie transparent oddali i dostali w zamian instrukcje, w jaki
sposób na dworcu zachodnim moga dostac lepszy. Gdy nasi odeszli zdeponowac
transparent ROMETU, ten partyjny, cicho, ale tak, ze słyszałem, powiedział:
- Takiego wała im wezme od nich transparent. Na pewno na tym samym dworcu
dystrybuuja tez nasze, partyjne. A jak nie, to cholera chocby zetemesowski
pobierzemy...
Ja to oczywiscie zapamietałem i opisałem - za to była osobna premia dwiescie
czterdziesci złotych! Takie głupstwo, a takie pieniadze... I wpisanie do akt
osobowych... No a ze wzgledu na tate, ja byłem łasy na pisane pochwały. W ogóle
byłem łasy...
Sama słuzba w Warszawie, wbrew temu, czego sie spodziewałem, była meczaca,
monotonna i nic sie nie zdarzyło. Z Nakła wziałem butelke z herbata i kanapki
Jeszcze w pociagu herbate wypiłem, kanapki zjadłem, a na dworcu były takie
kolejki, ze nie sposób było cokolwiek kupic.
Funkcjonariusze i informatorzy, w ogóle cały aktyw z całego kraju walił do stolicy i
ledwo mozna było sie przecisnac na ulice. Upał od rana był niemozliwy. Dzieki
planowi miasta bez trudnosci trafiłem pod kosciół na Nowolipiu.
Z podsłuchanych rozmów dowiedziałem sie, ze wyjatkowo duzo ludzi było na
siódma rano i to byli ci, którzy spieszyli sie na uroczystosci partyjno - panstwowe.
Przed koncem mszy wyszedłem na ulice, aby z nasypu przed blokiem naprzeciw
koscioła zrobic pierwsza serie fotografii powierzonym mi słuzbowym aparatem
radzieckim marki FED. Wspaniałe, precyzyjne urzadzenie, a dzieki panu
95
Zygmuntowi wiedziałem, ze nazwa pochodziła od słów: Feliks Edmundowicz
Dzierzynski. Pan Zygmunt kazał mi przeczytac jakis poemat pedagogiczny
Makarenki, zeby sie wiecej dowiedziec o aparatach marki FED, ale nigdy do niego
nie dotarłem...
Ci z mszy o siódmej odwracali sie, gdy ich fotografowałem, przyspieszali i w ogóle
byli niezadowoleni. Za to na mszy o dziewiatej popełniłem bład. Bo przed koncem
znów wyszedłem, aby fotografowac, a tym czasem na koniec spiewano "Boze, cos
Polske" i nie wiem, czy z prowokacyjnym zakonczeniem: "ojczyzne wolna racz nam
wrócic Panie", czy tez z prawidłowym: "ojczyzne wolna pobłogosław Panie"? Nie
przyznałem sie do tego i potem zameldowałem panu Zygmuntowi, ze jednak
spiewali poprawnie, co bardzo go zdziwiło. Ci o dziewiatej wcale nie kryli sie przed
fotografiami, wskazywali mnie palcami, a jedna mała dziewczynka, usmiechnieta,
taki berbec czteroletni moze, podbiegła do mnie i powiedziała, ze jej tatus jej
powiedział, ze jestem łobuz, a do mamy, ze jestem kutas... Na szczescie zachowałem
zimna krew i sfotografowałem dziecko z mama, która zblizyła sie i wzieła córke za
reke... Tak samo sfotografowałem dwie stare wydry, które chciały, zebym uciekał
do Moskwy i tam czcił tysiaclecie mumii Lenina. No... to, to juz było jawne
przestepstwo i zdenerwowało mnie. A pan Zygmunt potem tylko sie smiał i spytał:
- A co my po piecdziesiatym szóstym mozemy im zrobic? Paszportu im nie damy?
Przeciez i tak nie dajemy, a takim paszport w jedna strone by sie przydał - niech by
imperialisci je karmili... Przeciez nie bedziemy w ciemnej uliczce tłukli kazdej
imperialistycznej staruszki... Kto by miał do tego głowe...
No i za te zrobione z zachowaniem zimnej krwi, w warunkach istotnego
zagrozenia fotografie nie dostałem zadnej premii...
Pic mi sie chciało strasznie, jesc tez, ale wszystko, jak to w niedziele, było
zamkniete. Gdy mnie przyparło, to musiałem nawalic w smietniku. Strasznie sie
wstydziłem, bo to był blok wojskowy, ale nikt nie widział.
Koszula non-iron była do niczego - dosłownie parzyła mnie w tym upale pomimo,
ze chowałem sie pod takimi młodymi drzewkami na ulicy, albo w chłodnym
96
kosciele. Ksieza podczas kazan ciagle gledzili o zawierzeniu Polski Matce Boskiej, a
to przeciez nie mogło podobac sie towarzyszowi Wiesławowi i partii i o tym
oczywiscie równiez raportowałem.
W porze obiadowej, nie wiem dokładnie, o której godzinie, bo zapomniałem
nakrecic mój szwajcarski zegarek i dopiero potem z kims na ulicy na nowo ustaliłem
poprawna pore, przyszła do mnie zakonnica ze słoikiem pełnym chłodnego kompotu
z owocami i dała mi, zdaje sie, bez słowa... Potem chciałem odniesc ten słoik, choc
był troche wyszczerbiony i juz sie nie nadawał do kolejnego wekowania, ale sie
wstydziłem. Dopiero, gdy pomyslałem, ze jest to wspaniała okazja, by uzyskac jakies
cenne informacje, to poszedłem i grzecznie zapukałem. Inna zakonnica ładnie mi
podziekowała i zamkneła drzwi przed nosem. Aha - dodała, ze:
- Szczesc Boze...
Tego epizodu nie opisałem w raporcie, a jedynie wspomniałem o nim panu
Zygmuntowi i on miał pretensje, kazał uzupełnic upominajac, ze przeciez był to
element walki ideologicznej. Dodał, ze zle zrobiłem, ze wypiłem ten kompot, bo na
zdrowy rozum, to ten kompot mógł byc zatruty...
O godzinie dwudziestej w umówionym miejscu nie było pana Zygmunta.
Czekałem godzine i pietnascie minut, nogi bolały mnie juz strasznie. Czym predzej
pobiegłem na dworzec.
W pociagu inni mieli jakas wałówke, która pan Zygmunt pewnie tez by mi dał,
gdyby dotarł. Poprosiłem jakiegos człowieka, który na oko tak jak ja był
pracownikiem lub współpracownikiem, a miał nie wymieta torbe papierowa pełna
rzeczy do jedzenia, termos chinski i nawet flaszke wódki czystej. Liczyłem na to, ze
bez wielu słów zorientuje sie, o co chodzi. On popatrzył na mnie - jestem
przekonany, ze wprawnym okiem prawdziwie ocenił sytuacje i bez zenady
odpowiedział:
- Koles - odpierdol sie...


97
*************************************

Pan Zygmunt był wyraznie poddenerwowany. Nie patrzył mi w oczy, ciagle
wycierał spocone dłonie o nogawki spodni na udach.
- Mój drogi... Organy maja dla ciebie szczególne zadanie. Tak wazne, ze nawet sie
nie spodziewałem, ze własnie tobie zostanie powierzone. Jest to zadanie całkowicie
tajne. Jak wiesz, w kazdym panstwie istnieje policja polityczna. Musi sie ona
chwytac róznych sposobów, aby zdobywac informacje, przeciwdziałac wrogim
siłom. Ty pewnie myslisz, ze przyjazn z narodami zeteseerer, władza ludowa, ze to
wszystko dane nam jest na wieki, nie jest zagrozone? No wiec mylisz sie. Codziennie
trzeba walczyc o nowe sukcesy budownictwa socjalistycznego. Kazdy na swoim
stanowisku. Górnik kopie wegiel, nauczycielka uczy, lekarz dokonuje operacji, a
dojarka w pegeerze doi krowy. Kazdy ma swoje zadania w ramach budownictwa
socjalistycznego. To nie jest anarchia, ale całkowity ład. Zycie społeczne jest
całkowicie planowane w panstwach socjalistycznych przez centralnego planiste.
Zadna srubka nie jest wyprodukowana przypadkowo. Kazda jest uwzgledniona w
planie miesiecznym, kwartalnym, rocznym i piecioletnim. Nawet jesli w planie sa
niedociagniecia, to i to przewidziano – od tego sa czyny produkcyjne. Kazda praca
jest powodem do dumy dla pracownika. Najbardziej dumni mozemy byc my,
poniewaz wykonujemy prace najciezsza, wymagajaca najgłebszych poswiecen.
Gdy, tak siedzac w moim pokoju, nad talerzem sledzi z beczki usmazonych przez
pania Magde, a sledzie te pochodziły z nadwyzki sklepowej - wystarczało na gruby
szary papier kłasc z beczki mokre sledzie, tak by solanka wsiakała w ten papier, aby
z beczki miec nawet pare kilo oszczednosci - wiec cała te opowiesc o kazdej srubce
traktowałem wprawdzie z powaga, ale dlatego, ze głosił ja pan Zygmunt, a nie
dlatego, ze była tak całkiem prawdziwa. Zreszta - nie tylko srubki, ale i całe
kompletne maszyny walały sie po cukrowni, bo bez sensu je tu przysyłano, a i tak
wszyscy mówili, ze tu jest ład i porzadek, jak to na pograniczu wielkopolsko -
pomorskim, bo dopiero w innych cukrowniach to jest bajzel. Tak było ze wszystkim
98
- deklaracje w zupełnie oczywisty sposób nie pokrywały sie z rzeczywistoscia, wiec
traktowano tez stan rzeczy jako normalny i nie bulwersujacy. Ja zostałem
zatrudniony w cukrowni do akcji buraczanej, która rozpoczac sie miała dopiero na
przełomie wrzesnia i pazdziernika. Teoretycznie winienem byc w tym czasie
szkolony i istotnie, co i raz podpisywałem w kadrach swistek o kolejnym zaliczonym
szkoleniu, o którym zwykle dopiero wówczas sie dowiadywałem.
- Tak wiec, mój drogi - przed toba tez postawiono zadanie, które jest specyficzne, a
jednak wynika z tego, ze partia i jej organa musza byc przygotowane na wszystko.
Jak wiesz - ludzie sa słabi i maja swoje potrzeby, w tym mesko - damskie. Byłoby
niewybaczalnym błedem, powodem, dla którego moznaby pociagnac do daleko
idacej odpowiedzialnosci po linii słuzbowej i partyjnej kierowników naszego resortu,
gdyby tych słabosci nie przekuwali na orez w budownictwie socjalistycznym, w
obronie naszych granic, w walce z marnotrawstwem i bumelanctwem. A przeciez
zachodnioniemieccy rewanzysci i amerykanscy imperialisci tylko czyhaja.
Ja oczywiscie ciagle jeszcze nie tak wiele rozumiałem, o co mu chodzi, ale za to
domyslałem sie, ze to wazna rzecz i naprawde liczyłem na jakies romantyczne
zadanie.
- Zyjac tak wsród tych ludzi, poznajesz zycie socjalistyczne... prawde zycia... tego...
no po prostu sie szkolisz... Szkolisz do nowego zadania... Panem Antonim i w ogóle
tym, jak działaja miejscowe organa, tak bardzo sie nie interesuj. A raczej - interesuj
sie, wszystko pamietaj, ale nie musisz juz szukac dziury w całym. Ty teraz masz sie
szkolic.
Wział głeboki wdech i ciagle nie patrzac na mnie, a w kazdym razie unikajac
wzroku dodał:
- W dowód szczególnego zaufania do pułkownika Watroby, szefa resortu w
województwie, centrala przekazała mu informacje o tym, ze ktos tu został przez nas
postawiony. To całkowite głupstwo, bo centrala ma swoich ludzi na kazdym
szczeblu. Ale to taki rebus dla nich, zeby ciebie znalezc. Ale to zaden rebus. Jak by
99
cie mocno bili, to ty sie po prostu przyznaj i tylko pamietaj - im powiesz, ze mi nic
nie powiesz, a ty mi powiesz... To mi zupełnie wystarczy...
- Jak to bili?
- No nie wiem, ale mozesz dostac pucki, to sie zdarza. Przeciez cie nie zabija, nie
człowieka centrali... No i dlatego nie, ze sami mu o tobie powiedzielismy. To znaczy
nie to, ze ty to ty, ale ze jestes... Aha - i wszystkie wypłaty, jakbys od nich dostał, to
masz mnie informowac. Kazda pomyłka co do kwoty i daty bedzie zła...
Zabralismy sie do sledzi, które troche cuchneły zjełczałym olejem rzepakowym, ale
jak Polska długa i szeroka olej w sklepach był wyłacznie, w najlepszym wypadku
lekko zjełczały, lecz jadalny...
Rozumiałem, ze specjalne zadanie to była sprawa z pułkownikiem Watroba i tylko
kompletnie nie mogłem zrozumiec, co do rzeczy maja słabosci mesko - damskie?
Przed wyjazdem, do pieniedzy, które mi sie nalezały, dodał premie za szkolenia i
obiecał, ze moze kapnie cos jeszcze za raport o incydencie z transparentami
ROMETU na dworcu...

**************************************************

Podczas niedzielnego sniadania pani Magda wspomniała o Marlenie Gortatównie,
pieknej dziewczynie z poczty, która rozpytywała, kto ja zacz.
- Ta Marlena to fest dziewczyna... Jo... Za chłopem sie rozglada, ale jest dwa lata
starsza... Dzis moze do nas na kawe przyjsc.
Moi gospodarze miedzy soba czesto rozmawiali w miejscowej gwarze. Takze z
miejscowymi, jesli byli zaprzyjaznieni, mówili po miejscowemu. Jest to jezyk
zupełnie nie zrozumiały tym bardziej, ze mówia nim bardzo szybko. Ale nie tylko ze
mna, lecz i z miejscowymi, których gorzej znali, mówili normalna, zasłyszana w
radiu polszczyzna. Wyraznie uwazali, ze gwara jest bardziej dla nich sympatycznym
jezykiem, gdy jezyk normalny czyms, czym wypada sie posługiwac. W sklepie, gdy
pijacy chcieli wyciagnac od pani Magdy piwo, lub wino na kredyt, to zawsze
100
zwracali sie w gwarze, a ona odmawiała im w radiowym polskim. U nas w
miasteczku tez widziałem to zjawisko. Starsi ludzie mówili wyłacznie nasza, dla
kazdego Polaka zrozumiała gwara. Ale juz ja chyba bym nie potrafił.
Marlena rzeczywiscie przyszła na kawe. Niczym prawdziwa Marlena Dietrich była
blondynka, ale nie az taka znów szczupła...Wcale nie gruba - za to potezna - mojego
wzrostu - metr siedemdziesiat piec, z biustem jak kamienica...Dziw, ze jeszcze wolna
chodziła... Gdy przyszła, to pani Magda doprosiła mnie do stołu. Było ciasto
domowe pani Magdy - drozdzowe, ale Marlena przyniosła biszkopt z kremem i z
owocami. Mówili po polsku, zebym zrozumiał. O plotkach miejscowych. Takze o
mnie. Otóz Marlena gdzies zasłyszała, ze podczas kampanii moge miec super robote,
bo przy wytłokach, ale to jeszcze nie jest pewne... Ze sposobu, w jaki spojrzeli na
mnie wówczas gospodarze, mogłem wnosic, ze to naprawde jest cos...
Potem Marlena kazała mi sie odprowadzic do domu. Wypytywała, co robie, no i ja
troche kreciłem, bo po co mówic prawde? Przed jej domem zatrzymalismy sie.
Zrywalismy ostatnie czeresnie. W pewnym momencie, gdy opierałem dłon o pien
drzewa, Marlena dosłownie przyszpiliła ja, niby mimochodem, swoja piersia do
kory. Az trzeszczał materiał biustonosza... Wskazała mi, niby bez zwiazku, na okno
pokoju, w którym mieszka z ojcem. Ona w tym pokoju bedzie od ósmej wieczór, ale
ojciec zasypia o dziewiatej, niemniej ma lekki sen... Powiedziała to tak bez zwiazku,
niby mimochodem i wcale nie wynikało z tego, ze chce, abym ja teraz pocałował,
czy co?
O dziewiatej zapadał juz zmrok i miałem obawe, czy dobrze trafiłem? Pod oknem
stała jakas stara, ale solidna skrzynka. Stanałem na niej i pchnałem lekko uchylone
okno. Wsadziłem przez nie głowe. Marlena w nocnej koszuli kleczała przy łózku pod
swietym obrazem i modliła sie. Spojrzała na mnie, niby zdziwiona i nie przerywajac
modlitwy dała znak, ze niby sie waha, ale zaprasza mnie, bym sie gramolił. Gdy juz
wszedłem, to byłem na tyle zbaraniały, ze tez sie przezegnałem gestem, jakim modla
sie ministranci, gdy przechodza obok ołtarza w kosciele. Gdy ona skonczyła, kazała
siasc przy stole na jedynym krzesle, a ona usiadła obok, na brzegu łózka. Zrobiła
101
grymas twarzy i powiedziała, ze jestem brudny. A ja przeciez brałem prysznic w
cukrowni w piatek... Kazała mi sie całkiem rozebrac i wyszła z pokoju. Ja w tym
czasie rozebrałem sie do majtek. Ona wróciła z wielkim emaliowanym dzbankiem
pełnym - okazało sie - letniej wody i z równiez emaliowana miska. Dosłownie
wstawiła mnie do tej miski, a krzepe miała, z szelmowskim usmiechem sciagneła mi
majtki, co z oczywistych powodów nie było takie najzupełniej proste, no ale nie było
trudne i pachnacym mydłem zaczeła mnie systematycznie myc...

**************************************************

W cukrowni ciagle nic nie miałem do roboty. Z kolegami nie piłem, a przynajmniej
starałem sie nie pic, gdy oni robili to ciagle. Jak porachowałem, to wiekszosc
zarobku wydawali na alkohol i papierosy. To była głupiego robota... Raz w słoncu
upiłem sie z nimi bimbrem z melasy i potem dwa dni dochodziłem do siebie.
Kompletna bzdura.
Jakos w połowie sierpnia dostałem polecenie słuzbowe, aby na przystani na Noteci
zastapic na dwie nocki stróza, który z jakiegos powodu musiał wyjechac. Zeby sie
nie nudziło, zaprosiłem i Marlenke, kupiłem nawet jakies dobre rzeczy do jedzenia i
wino wermut, takie samo, jak widziałem w knajpie na Bielanach... Poniewaz nie
pochlebiało mi, ze zastepuje stróza, to wbrew rozsadkowi włozyłem porzadne
ubranie.
Marlenka nie przychodziła, a mnie ciagle kusiła strasznie droga kiełbasa
krakowska i konserwowe ogórki. Ogórki były wielkie. W litrowym słoiku miesciły
sie tylko trzy i jeden mniejszy. Ale innych nie było... Do tego jeszcze kupiłem cztery
brzoskwinie rumunskie, dobrze juz zepsute, ale pani Magda zachwalała, ze i tak
dadza sie zjesc. Importowanie warzyw i owoców od naszych południowych
przyjaciół mijało sie z celem, skoro ich produkty docierały do nas zgniłe, lub
półzgniłe... Nigdy ich nie ma, a jak sa, to w trzeciej, albo co gorsza - czwartej
kategorii.
102
Około dziesiatej wyszedłem z kanciapy stróza i poszedłem na molo. Tak stukajac
w deski pomostu doszedłem do konca i stanałem wpatrujac sie w lekko połyskujaca
w słabym ksiezycu wode. Nagle ktos chwycił mnie za łokcie w taki sposób, ze wrecz
unieruchomił. W pierwszej chwili przebiegła mi przez głowe mysl, ze to głupie zarty
jakiegos kolegi z cukrowni. Tej mysli towarzyszyła inna - ze mam nowe ubranie i
jesli cos sie stanie, to szkoda go bedzie... No ale po chwili skojarzyłem - wszystko to
działo sie w ułamkach sekund, ze moze porzucony i zdradzony epuzer Marlenki, a
słyszałem, ze jednak był taki, dobrał sie do mnie...
Usłyszałem, tuz za uchem:
- Spuszczac go?
- Jeszcze nie...
Bokiem podszedł do mnie drugi człowiek, nie ten, który trzymał mnie za łokcie i
warknał:
- Wpierdoliłes sie po uszy...
Był to człowiek, sadzac z sylwetki - czterdziestoletni, nizszy niz ja, korpulentny...
- My tu w Bydgoszczy nie lubimy wtyk z centrali. Wszystko nam wyspiewasz,
zrobisz co karzemy, albo ryby nakarmisz... kutasie...
Byłem tak zaskoczony, ze nic nie odpowiedziałem. Nagle poczułem szarpniecie,
dosłownie zostałem uniesiony w powietrze, przeniesiony troche poza krawedzia
mola, ale ostatecznie wraz z trzymajacym mnie człowiekiem wykonałem obrót i
wyladowałem na deskach. Szybko zostałem wprowadzony z powrotem do kanciapy.
Własciwie nie wprowadzony, lecz wrzucony jak worek kartofli tak, ze łydka
zahaczyłem o stół i wywróciłem stojacy na niej wermut. Dosłownie w powietrzu
złapał go ten niski i korpulentny. Widac było, ze ma refleks. Ten, który chwycił mnie
na molo i wrzucił do kanciapy, do srodka nie wszedł i zamknał nawet za soba drzwi.
Siadłem na podłodze i masowałem sobie bolaca łydke. Po pierwsze, to
rzeczywiscie bolała, ale po drugie, to chciałem zyskac na czasie. Facet nie
odkładajac butelki nalał w przyszykowana dla Marlenki musztardówke, tak po
wrabki i wypił duszkiem. Zaraz potem nalał do obu musztardówek - a przyniosłem je
103
z kredensu pani Magdy. Ciec miał na składzie tylko takie poobtłukiwane. Facet
usiadł za stołem i spytał?
- Masz dosc?
- Aha... - odpowiedziałem.
- Albo wszystko mi opowiesz, jak na swietej spowiedzi, albo toniesz jak kamien. Ja
nie zartuje. Wiesz kim jestem?
- Nie, ale wiem - skad... - odpowiedziałem całkiem przytomnie...
- No widzisz, a ja wiem i to, kim jestes i to - skad... Myslisz, ze rzucam słowa na
wiatr?
Nie wiem, co mnie podkusiło, ale odpowiedziałem:
- Nie, nie zartuje pan. Spusci mi pan pucki, ale nie utopi mnie pan...
- A to dlaczego?
- Ludzi z centrali sie nie topi...
- A jesli sie kurwa mylisz? - spytał, pozornie monotonnym głosem.
Nic nie odpowiedziałem, bo wprawdzie ufałem panu Zygmuntowi, ale to ja tu
byłem, nie on...
- Masz racje. Wcale cie nie utopie. Ale spuszcze takie manto, ze przez cała kampanie
bedziesz lezał w szpitalu.
Mówiac to podał mi na ziemie musztardówke, a sam zaczał pic swoja. Równiez
wypiłem duszkiem. On wyciagnał te poszczerbiona musztardówke ciecia i rozlał
reszte wermutu na trzy. Zapukał w okienko i wszedł facet tak pod dwa metry,
trzydziestoparoletni i o rozmiarach szafy trzydrzwiowej. Same łapska miał jak
patelnie. Głupio sie usmiechał i szef zaraz go obsobaczył:
- Co ty kurwa zeby szczerzysz - zaraz tego chujka bedziesz topił w Noteci, a przeciez
nie codziennie topisz ludzi...
Tamten natychmiast zmienił wyraz twarzy i dosłownie naszedł na mnie. Ja na
podłodze - on nade mna - nie wygladało to zachecajaco. Poza tym ustalenie, czy w
koncu mam byc utopiony, czy nie, było dla mnie istotne. Nadto, gdy myslałem o
104
biciu, o czym przeciez wspominał pan Zygmunt, to jakos je bagatelizowałem. Teraz
juz wcale nie byłem do tego skory.
- Pijmy! - wezwał starszy i spełnili toast. Ja równiez. Musztardówka w łapsku osiłka
po prostu utoneła. Wygladało, jakby nabrał w dłon wody...
Ja jednak ciagle milczałem, bo to było jednak zmartwieniem tego starszego, by
jakos prowadzic rozmowe.
- Podpiszesz mi kurwa współprace.
Wzruszyłem ramionami. Sam nie wiem, skad miałem tyle odwagi? Było jednak
oczywiste, ze skoro juz raz podpisałem, no to bzdura byłoby podpisywanie jeszcze
raz. Wprawdzie dla mego rozmówcy było oczywiste, ze jestem co najmniej
współpracownikiem, a zatem cos tam juz podpisywałem, ale przeciez tego
argumentu nie mogłem uzyc. To było, w tym wypadku formalna, ale tajemnica.
Facet popatrzył na mnie, tak bez pospiechu, uwaznie i nagle, błyskawicznym
ruchem chwycił mnie za włosy, lekko uniósł głowe i z całej siły załomotał twarza o
blat. Nawet nie słyszałem, ze złamał mi nos. Ogłuszyło mnie po uderzeniu czołem o
drewno. Dopiero po dłuzszej chwili doszedłem do siebie. Na stole stała
musztardówka z wódka. Miała lekko zółtawa barwe po nie dopitym wermucie.
Widac nie przewróciła sie. Wódke musiał facet przyniesc ze soba. Stała na stole -
eksportowa zytnia. On palił papierosa - jak mogłem ocenic - sporta w fifce. Ta
szklana fifka, butelka na stole - w razie energicznych ruchów fifka mogła sie stłuc, a
nie zakrecona butelka rozlac. Uniosłem sie. Musztardówka stała w plamie gestej
krwi. Krew zreszta buchała mi z nosa. Wziałem stakan w dłon - facet przyzwalajaco
usmiechnał sie. Wypiłem tak z połowe. Zatkałem nos. Gosc znów zastukał w szybe i
przyszedł ten wielki. Bez słowa, a moze ja nie zwróciłem na jakies słowa uwagi,
znów chwycił mnie za łokcie, wyprowadził na molo... Bałem sie, ze teraz da mi w
czoło i wrzuci do rzeki. A on nie - połozył mnie na deskach na wznak, namoczył
wyciagnieta z kieszeni, pomieta chusteczke w wodzie i troskliwie zaczał opatrywac
twarz. Dosc szybko zatamował krew. Czułem do niego wdziecznosc. Absurdalne to,
a jednak prawdziwe.
105
- Ja widziałem wszystko przez szybe. Niegrzecznie wzruszyłes ramionami. Szef tego
nie lubi. Rób, co ci karze, bo rzeczywiscie karze mi ciebie zatłuc... Z nim jeszcze nikt
nie wygrał... Ale mozna mu ufac - o swoich dba...
Po chwili znów zostałem doprowadzony do kanciapy. Krew nadal ciekła, ale juz
nie tak mocno...
- Zepsułes sobie ubranie. Flejtuch jestes. Masz tu dwa górale...
Rzeczywiscie - na stole, mozliwie daleko od plamy krwi, lezały dwie piecsetki z
górnikiem. Kazdy wiedział, ze na góralu jest górnik. Obok lezała wyrwana z zeszytu,
chyba nawet tego, który był w kanciapie, zapisana za pomoca chemicznego ołówka.
Ja od razu rozpoznawałem to, co napisano chemicznym ołówkiem.
Znów zblizył sie do mnie ten duzy, wział ze stołu kartke, z kieszeni wyjał dosc
ordynarne, szkolne pióro wieczne firmy Inco i widac było, ze nastrój na troskliwosc
przeszedł mu. Ja udawałem, ze czytam, lecz nie potrafiłem sie skupic. Chyba jednak
było tam tylko pokwitowanie odbioru pieniedzy za zniszczone podczas
wykonywania zadania ubranie biurowe złozone z marynarki, spodni i kamizelki, a
takze koszuli białej popelinowej. Kamizelki wcale na sobie nie miałem, za to znów
brakowało krawata... Podpisałem. Obaj sie usmiechneli. Widac było, ze juz wiecej
nic mi nie wlepia. Wypilismy reszte wódki. Oni ruszyli ku drzwiom. Na odchodne
ten nizszy rzucił:
- Prowadzaca juz masz. Nie idz czasem do domu, bo przystan okradna i bede musiał
cie zamknac.
Moze po godzinie, gdy tak lezałem na ziemi w letargu, przyszła jednak Marlenka.
Namoczona w Noteci szmatka dokładnie, niczym pielegniarka mnie obtarła. Do
łózka nie przeniosła, bo barłóg ciecia był absolutnie niehigieniczny. Ułozyła jak
kłode na ziemi, doprowadziła do stanu erekcji, okrakiem usiadła na mnie i na jezdzca
- ja tylko raz o tym słyszałem, ze tak mozna, bardzo delikatnie zrobiła ze mna to, co
było dobre... W trakcie pomyslałem, ze byc moze ona, choc pracuje na poczcie, to
taka potezna, ze smiało sama mogłaby mi dokopac...

106
*******************************

O wszystkim, to oczywiste, opowiedziałem panu Zygmuntowi. On mi poradził,
bym wcale nie mówił Marlence, ze tak sie stało. Objasnił mi przy tym pewne
meandry wielkiej polityki. A wiec miało miejsce jakies zadraznienie miedzy
Warszawa a Bydgoszcza, ale nie wiem, czy po linii partyjno - urzedowej, czy tylko
miedzy urzedem w Warszawie i urzedem w Bydgoszczy. To był powód, dla którego
zostałem wysłany na desant do Nakła. Spór ten został ułagodzony i w rezultacie mój
pobyt tutaj stracił sens. Ale zarazem - formalnie byłem tu szkolony, i to w sposób
tajny, a w takim razie zmiana stosunków warszawsko - bydgoskich nie mogła byc
wystarczajacym powodem do odwołania mnie. Nie było szans, aby bydgoszczanie
mi zaufali, ale tez i warszawianie musieli mi sie teraz uwaznie przygladac, czy
zachowam sie wobec nich lojalnie, czy nie. Rzecz była o tyle wazna, ze sa juz
wobec mnie jakies plany...
Z koncem wrzesnia ruszyła kampania buraczana. Dla chłopów buraki cukrowe
były bardzo dogodna roslina. Rozrosniete łodygi zamieniano na kiszonki i spasano
nimi bydło. Za buraki dostawali gotówke. A obok tego mieli prawo do wytłoków
buraczanych, ale nie było powiedziane - ilu i na jakich warunkach. Cena wytłoków
była okreslona i bardzo niska. Nadto niektórzy mogli liczyc na prawo wykupu
melasy. W zasadzie melase przejmowały gorzelnie i drozdzownie, ale czesto nie
były w stanie całosci zagospodarowac i wówczas mozna było sprzedawac ja
chłopom. Mogła ona słuzyc do róznych celów, lecz kazdy wiedział, ze słuzy ona im,
czy tez innym osobom do pedzenia bimbru. To był powód, dla którego dyrektorzy
pegeerów nie zawsze wykupywali całosc przysługujacej ich zakładom melasy. Jesli
chcieli nagrodzic załogi, to kupowali, ile sie dało, ale jesli chcieli ukarac, to
kupowali jej mniej. Jedno było pewne - cała ta melasa formalnie natychmiast była
spasana, a faktycznie rozdzielana miedzy pracowników, przerabiana na trunek i w
tempie wolniejszym, lub raczej szybszym - wypijana. Panował powszechnie
uznawany poglad, ze chłopi dosc roztropnie gospodarowali swoja melasa -
107
dysponowali małymi urzadzeniami bimbrowniczymi i na raz nie pedzili wiecej niz
dwie kanki trunku. Pegeerusy zas - czesto wykorzystujac przedwojenne, zwykle nie
uzywane, małe urzadzenia gorzelniane z majatków, piły na umór, az wszystko, co
nadawało sie do wypicia celem skutecznego zatracenia sie w rzeczywistosci, było
wypite. W tym czasie w skutek nie dojenia krowy traciły mleko, swinie padały z
głodu lub toneły w gnojówce, nie przesypywane zborze stechło i nadawało sie
wówczas tez tylko do gorzelni, a dyrektor pegeeru z głównym ksiegowym, czesto
biorac do pomocy weterynarza, jakos musieli te straty rozpisac, by prawdziwa
przyczyne nieszczescia zakamuflowac. Była to zreszta wyłacznie formalna łatanina,
bo wystarczyło zajrzec w tym czasie do dokumentacji pogotowia ratunkowego, by
stwierdzic lawinowy wzrost i tak notorycznych wypadków przy pracy i w drodze do
szkoły, a takze zatruc, w skutek naduzywania alkoholu przez dorosłych i dzieci. Z
powodów ubezpieczeniowych wypadki nie przy pracy i nie w drodze do szkoły, czy
w szkole, nie zdarzały sie.
Te strategiczna placówke - czyli przekazywanie melasy gorzelniom i
drozdzowniom, oraz odsprzedaz nadwyzek rolnikom uspołecznionym w pierwszym
rzedzie, nieuspołecznionym w drugim, a gdy nie było chetnych, to wszystkim innym
chetnym, objał pan Antoni.
Dyrektorzy pegeerów oglednie kupowali melase, zwykle tak cyrklujac, by do postu
poprzedzajacego Boze Narodzenie wszystko zostało wypite, bo to zwykle pozwalało
jakkolwiek zapanowac nad burdelem panujacym w pegeerach. Chłopi gotowi byli
kupic dowolna ilosc melasy, by ja wypic, a takze - by za bimber inicjowac
złomowanie maszyn rolniczych w pegeerach, bo wówczas albo legalnie je kupowali -
formalnie po cenach złomu, albo nielegalnie - po rzekomym złomowaniu. Jezeli jakis
chłop miał na widoku ciagnik, a ciagnik w tym kraju chłop mógł kupic tylko ze
złomowiska, to w gre wchodziły całe tony przetworzonej na bimber melasy.
Jednak pan Antoni nie mógł zapominac o setkach drugorzednych i trzeciorzednych
sług socjalistycznego panstwa, którzy tez byli zainteresowani w uzyskaniu melasy, a
których tytuł do tego przywileju formalnie miescił sie w ostatniej, majacej
108
najmniejsze szanse kategorii. Nie było wcale potrzeby, by sprzedawac im te melase
po cenie zbytu jedynie. Przeciwnie - własciwie wszyscy musieli dawac łapówki:
chłopi i inni ludzie w gotówce, a pegeery w beczkach masła wygospodarowanych
przez oborowych, w rozpisanych jako padłe swiniach, zuzytych, skórzanych pasach
transmisyjnych, które na pniu kupowali prywatni i uspołecznieni szewcy, bo nawet ci
uspołecznieni moze jedna tylko naprawe dziennie robili na rachunek, wówczas
troskliwie wypisywanych w czterech kopiach przez kalke, gdy reszte robili na lewo i
jakos musieli pozyskac materiał. Niekiedy organizacje zwiazkowe wielkich
zakładów pracy wystepowały o przydział melasy dla zwiazkowców. Pracownicy tych
zakładów zwykle pochodzili ze wsi i potem aktywisci po linii zwiazkowej, partyjnej
i młodziezowej z beczkami melasy tarabanili sie pociagami i autobusami do domów
rodzinnych, by z rodzicami i rodzenstwem dostapic tradycyjnego obrzadku ludu
polskiego - pedzenia bimbru i spozywania go potem, a raczej juz w trakcie produkcji.
Oczywiscie - organizacja zakładowa zakładów obuwniczych zawsze dysponowała
np. setka par butów własnie zakwestionowanych przez wewnetrzna kontrole jakosci,
które hurtem odkupywał pan Antoni i jego głowa była w tym, aby te cenne
przedmioty sie nie zmarnowały.
Rzecz jasna - te przecenione i sprzedawane panu Antoniemu buty były wrecz
niewiarygodnie, jak na mozliwosci socjalistycznego przemysłu, porzadnymi butami.
Zaraz potem szły buty szyte na eksport do drugiego obszaru płatniczego. Nieco
gorsze były przeznaczane na rynek wewnetrzny i na eksport na Wegry. Gorsze
wysyłano do rodziny pomniejszych bratnich panstw socjalistycznych. Natomiast
produkowane na rynek radziecki celowo były zszywane z fragmentów skóry o róznej
grubosci i odcieniach, nie doszyte i nie doklejone. Gorzej robiono tylko dla Kuby,
bo Kuba - ten zwiazek przyczynowo - skutkowy nasuwał sie sam - sprzeciwiła sie
Ameryce. Za to najlepsza w historii bydgoskiego zakładu produkcje - luksusowych
sandałów ze skórzanymi podeszwami i wysciełanych trawa morska pokryta ircha,
wykonano dla Izraela. Cała załoga sie smiała, ze to po to, by zydki dobrze
109
wspominały stary kraj, ale pracowała, ze hej... Ksiegowy - zyd - chodził wtedy
dumny po zakładzie i nawet gadał z ludzmi, choc na co dzien był małomówny.
Ja jeszcze w Warszawie słyszałem opowiesc o produkcji kosmetyków w fabryce na
Pradze na eksport do zeteserer, celowo wykonywanej na bazie zjełczałych,
najgorszych z przechowywanych w magazynie tłuszczy i bez zachowania
jakichkolwiek rygorów technologicznych. Raportowałem o tym panu Stasiowi, który
mnie opierdolił, nawet nie tłumaczac, dlaczego. Z tym obuwiem to nie raportowałem
panu Zygmuntowi i tylko opowiedziałem oczekujac wyjasnien, ale on nazwał mnie
sakramenckim idiota, nic nie wyjasnił, ale tez sie nie pieklił, bo chyba docenił, ze nie
pisałem zadnego swistka, który on potem musiałby drzec. Jednak - pamietam - przy
nastepnym spotkaniu wróciłem do tematu i odpowiedział, ze dla towarzyszy
radzieckich priorytetem jest ilosc, a jakosc, wystarczy, by była wyzsza od ich
własnej rynkowej produkcji. O wiecej nie pytałem.
Zadanie postawione przed panem Antonim - dystrybucja melasy - było
najtrudniejsze, choc owocowało niesamowitymi wrecz zyskami. Ja - ku memu
zaskoczeniu - choc juz cos o tym słyszałem wczesniej - zostałem kierownikiem
wydawania wytłoków. Formalnie nic ode mnie nie zalezało. Nie ja decydowałem,
komu i ile wytłoków sie nalezy. Podlegało mi jedenastu pracowników, którzy
łopatami mieli ładowac te wytłoki na wozy pegeerowskie i chłopskie. W
rzeczywistosci jednak ciagle mi ich zabierano do innych prac i jedynie wagowy
zawsze był przy mnie. Wagowy to była wazna postac, bo to on wazył i podpisywał
dokumentacje zdawczo - odbiorcze. W zasadzie to te wytłoki przed wydaniem nam
z cukrowni powinny byc wazone, ale pozostałe wagi dali do skupu buraków. Tak
wiec my dostawalismy po prostu niepoliczalna ilosc wytłoków, wazylismy wydajac
ja klientom i na podstawie tych dokumentów pod koniec dnia sporzadzalismy
wspólnie z technikiem z produkcji wielkosc dostawy. Był to system idealny, gdyz
nawet nie wchodziło w rachube manko, jak zreszta i superata. Dwie tony, tak na
oko, co dzien musielismy wydac chłopom wskazanym przez tego technika i z tamtej
strony był spokój.
110
Wytłoki wazone były w ten sposób, ze wóz lub przyczepa wjezdzała na wage
pusta, a potem wazono ja po załadowaniu. Zysk wagowego wynikał stad, ze przy
pierwotnym wazeniu woznica lub kierowca był w srodku, a zatem tez był wazony.
Za to płacił piec, lub dziesiec złotych. Jak był lekki, lub gdy zapłacił wiecej, to mógł
wtaskiwac na ten wóz sztange miedziana wagi osiemdziesiat kilogramów, lub dwie
sztangi. Waga wydawała taki zadrukowany kartonik identyczny fasonem z biletem
kolejowym. Równoczesnie na tasmie papierowej w zaplombowanym pojemniku
zapisywała to samo dla ksiegowosci. Ja z tego tytułu nie miałem zadnych korzysci.
A jednak - korzysci miałem duze, gdyz codziennie ustawiały sie po te wytłoki
monstrualne tłumy. W zasadzie, to była kolejka, ale ja decydowałem, kto tak
naprawde wjedzie na wage. Ci z konca kolejki płacili piecdziesiat złotych za wóz
konny ogumiony, trzydziesci złotych za taki z obreczami, a jesli odstali w kolejce -
to dziesiec złotych. Od pegeerów poczatkowo nie chciałem nic brac, a ciezarówki i
ciagniki z przyczepami ustawiały sie w osobnej, szybciej obsługiwanej kolejce. Ale
oni sami zaczeli mi po kilku dniach przywozic na podwórko moich gospodarzy
cenne dobra: a to beczke masła, a to wypatroszonego swiniaka... Z jednego pegeeru
dostałem trzy nabite worki pierza gesiego i worek puchu. To była dosłownie lawina.
Ja nic nie zadałem, a oni i tak przywozili.
Czy miałem do dyspozycji ładowaczy, czy nie, to i tak oni nic nie robili, tylko
udawali, ze nadzoruja ładowanie, bo załadunkiem zajmowali sie furmani, kierowcy i
osoby przez nich przywiezione lub prywatnie wynajete na miejscu. Ci prawdziwi
ładowacze - prywatni - znałem ich - czesto zbierali dla mnie pieniadze od swoich
klientów. Jesli zas ktos nie potrzebował tych ładowaczy, to ja wyciagałem z kieszeni
sporta i tak łaziłem z nie zapalonym - a przeciez nie paliłem - az mi dawali pudełko
od zapałek z banknotem lub z monetami. Ja miałem kłopot, bo codziennie worek
tych pudełek niosłem na kwatere, gdzie pani Magda paliła nimi pod blacha. Zapałek
przed wejsciem nikt nie rozrzucał, bo chłopi byli oszczedni i brali te zapałki luzem
do domów.
111
Najgorszego dnia zarobiłem osiemset dwanascie złotych, a najlepszego trzy tysiace
trzysta piecdziesiat i cos. To z samych łapówek. Bo to, co pegeery zwalały mi na
podwórko, to sprzedawała pani Magda i Marlenka. Niezle mnie skubały, a i tak pani
Magda sprzedała za dwadziecia jeden tysiecy, a Marlenka za dziewietnascie.
Marlenka ostrzej mnie nacinała, ale nie zwazałem na to. Na dodatek pensji z
premiami i nadgodzinami miałem po osiem, dziewiec tysiecy złotych miesiecznie,
gdy Marlenka zarabiała dziewiecset piecdziesiat. Na koniec jeszcze spółdzielnia
rolna, która miała cegielnie, przywiozła cegły w ilosci wystarczajacej na dom. Jakosc
taka, jak licówka, a nadto dachówki i kafle z gliny oblewanej na piece. Całosc od
razu kupił jakis krewny Marlenki i jeszcze przywiózł swiniaka w wyrobach: szynki,
kiełbasy, pasztetowa i salceson, a nadto surowy schab na kotlety. Wszystko to
sprzedała pani Magda i oczywiscie - rozliczyła sie.
Zyłem jak w bajce. W zyciu nie brałem pod uwage, ze mozna w trzy miesiace
zarobic tak duzo pieniedzy. Miałem dwiescie szesnascie tysiecy złotych i za te
pieniadze mogłem na pniu kupic porzadna, przedwojenna wille pod Warszawa.
Tylko jak bym wyjasnił - skad wziałem na nia srodki? Nawet nie mogłem tych
pieniedzy wpłacic do pekao.
Z cukrowni na pozegnanie dali mi na styczen przydział do sanatorium z
Nałeczowie. Bez gadania przepisali go na moja prosbe na imie mamy.
Pan Antoni zaprosił mnie do siebie, do Bydgoszczy. Nie zauwazyłem, ze był
kompletnie pijany. Miał małego włoskiego fiata, takiego samego, jak duzo
popularniejsze jugosłowianskie zastavy. Wsiadł do niego i jechał zakosami.
Zatrzymała nas milicja drogowa. Chcieli go wziac na izbe wytrzezwien, a w kazdym
razie niezle spałowac. To było widac. Ale nie z panem Antonim takie numery. Teraz
juz wprawdzie ledwie trzymał sie na nogach - widac wypił olbrzymia ilosc wódki
bezposrednio przed naszym wyjazdem, zagryzł i dlatego stopniowo go brało. Rozdarł
sie na tych milicjantów, w koncu dorosłych, czterdziestoletnich ludzi:
112
- Gnojki jedne, na bacznosc przede mna... Numery słuzbowe, ale to juz... Wy kurwa
wiecie, kto to jest pułkownik Watroba? No wiecie gnojki jedne, czy dopiero musicie
sie dowiedziec?
Byc moze milicjanci nie znali osobiscie pułkownika Watroby i uznali, ze maja z
nim do czynienia osobiscie, albo tez znali, ale w takim razie, całkiem zasadnie,
przypuszczali, ze maja do czynienia z jego współpracownikiem lub krewnym, ale tak
czy inaczej odwrócili sie bez słowa na piecie, wsiedli na motocykl i tyle ich było
widac...
Pan Antoni bardzo niebezpiecznie prowadzac mamrotał cos, ze był w partii wtedy,
gdy go wszy jadły, a teraz, to nie chce byc i dlatego wystapił i w ogóle taki burdel
pierdoli...
Ja pod pozorem sikania poprosiłem, aby zatrzymał sie i po prostu uciekłem. Pieszo
doszedłem do niedawno mijanej wsi. Sprawdziłem, o której mam autobus i
poszedłem do knajpy geesu, ale było akurat sprzatanie.
Do moich gospodarzy wróciłem wieczorem, zziebniety. Pani Magda czym predzej
mi poscieliła, do łózka przyniosła kolacje, cos mocniejszego, a wreszcie, bym sie nie
przeziebił, sama wlazła mi do łózka. Młódka nie była, ale co tam... Jej maz nie
przeszkadzał nam w ogóle.
A w dwa dni pózniej opusciłem goscinne Nakło. I Marlenka i pani Magda płakały
na pozegnanie... Z Marlenka jeszcze potem rozmawiałem telefoniczne, bo musiałem
cos uzgodnic, by i w jej raporcie i w moim było to samo. W lot mnie zrozumiała, a
przeciez nie mogłem mówic wprost. Bystra była dziewczyna, nie chciałem jej tracic
z horyzontu...

****************************************************

- W pociagu do Warszawy, jak to w pociagu. Bilet miałem pierwszej klasy, ale
obciazony byłem dwiema walizami i skrzynka. W jednej, zupełnie nowej, skórzanej
walizie kupionej w Nakle - az dziw, ze w takiej dziurze był tak luksusowy wyrób,
113
miałem moje rzeczy i połowe pieniedzy. W drugiej zas, a takze w skrzynce owinietej
szarym papierem i sznurkiem pani Magda z Marlenka zapakowały mi dwie wedzone,
jeszcze nie ugotowane szynki, wielkie jak bomby lotnicze i jedna szynke ugotowana.
Do tego ze czterdziesci kilo kiełbasy i dwa balerony nie we flaku, tylko osypane
papryka. Z takim obciazeniem nie miałem zadnej szansy na wywalczenie sobie
miejsca, choc pociag ruszał z Bydgoszczy i na peron wjechał prawie pusty, tylko z
ludzmi, którzy majac układy na kolei wsiedli jeszcze na stacji rozrzadowej.
Rozłozyłem paczki wzdłóz przejscia tak, ze nowa walizka była w srodku i zgodziłem
sie, aby na jednej usiadła starsza pani, a na drugiej chyba jakis student, albo co?
Zaraz potem z przedziału wyszedł moze trzydziestoletni facet i ustapił miejsca
staruszce. Rzecz jasna - usiadł na skrzynce.
Sprawdzajac bilety doszedł konduktor. Z moich pakunków unosił sie fascynujacy
aromat wedlin. On tylko popatrzył, pokiwał głowa...
- To juz i pierwsza klasa, he... he... Uwazaj pan - dzis moga pana wyhaczyc...
Nie mineło i dziesiec minut, gdy zjawili sie, z tego samego kierunku, z którego
przyszedł konduktor - sokisci. Pociag na chwile stanał w Solcu Kujawskim i nawet
zastanawiałem sie, czy nie wysiasc, ale to byłoby szalenie trudne. Gdy pociag
ruszył, sokisci zblizali sie do mnie i juz po minach było widac, ze ten zapach
pochwycili niczym psy goncze. Jeden z nich miał tak z piecdziesiat lat i rzut oka
starczył, by ocenic, ze z milicji wyrzucili go za pijanstwo, a przeciez byle pijaka w
tym kraju z milicji sie nie wyrzuca. Drugi, czterdziestoletni, tez nie wygladał duzo
lepiej.
- Czyje to pakunki?
- No moje - opowiedziałem...
- Co tam macie?
- Wracam z kampanii cukrowniczej, pracowałem w niej, no i na swieta dostałem
troche wedlin...
Ta odpowiedz troche zbiła z tropu pytajacego - tego starszego. No bo rzeczywiscie
- w pierwszej klasie, porzadnie ubrany młody człowiek. Nawet ta walizka taka dobra
114
- moze syn dyrektora? Tak sobie musiał kombinowac. Po chwili jednak wpadł na
koncept:
- W stołówce pracowniczej?
- Tak, w stołówce - uchwyciłem sie tej szansy.
- A rachuneczek jest, chocby paragon?
- No co pan - łgałem - sadziłem, ze jak z nut - w stołówce paragony? Sklepowa
chemicznym rachuje na gazecie...
- Na gazecie to moze se rachowac, jak wydaje drugie sniadanie. A nie wałówe na
swieta. Jest tego piec kilo?
- No moze jest? - odpowiedziałem pytaniem, bo co miałem zrobic?
- No to moze jednak spekulant?
Tu juz sie zdenerwowałem - chetnie oddałbym im cała te padline, bo przeciez nic
nie była warta w stosunku do pieniedzy, które wiozłem. A poza tym - te pieniadze -
rzecz była oczywista - musiały pochodzic z przestepstwa gospodarczego, a za to z
dziesiec lat mamra jak obszył, a moze i wiecej?
- Panie władza - nie jestem spekulantem, tylko socjalistycznym pracownikiem. Moja
praca cieszyła sie uznaniem, zostałem nagrodzony, a wy mi tutaj takie rzeczy...
Sokisci nadal chyba jednak nie byli pewni, jak postapic, no ale te moje wedliny tak
pieknie pachniały, ze sie przemogli:
- Dobra, dobra - dokumenty...
Oczywiscie podałem i dowód, a w nim były, jak trzeba, pieczatki o zatrudnieniu od
i do w cukrowni na stanowisku starszego specjalisty. Widziałem, ze to umocniło
moja wersje. Postanowiłem dobic wrogów:
- No i sam pan władza widzi, ze jestem powaznym człowiekiem i nie w głowie mi sa
jakies lewe interesy...
Powiedziałem to jednak tonem troche za bardzo pewnym siebie i to był bład.
- Wszystko prawda, obywatelu, ale rachunków na wedliny nie macie. Sami
przyznaliscie. Pójdziecie z nami do wyjasnienia - zatelefonuje sie do cukrowni. Jak
115
potwierdza, to moze puscimy... A co z wedlina, to sie zobaczy. Przez telefon
rachunku nam nie przysla... Tacy madrzy to sie jeszcze na swiecie nie narodzili...
- Panie - ile jej beda szukac - replikowałem - kampania sie własnie skonczyła - gdzie
te bufetowa beda szukac?
- No to se - obywatelu - na dołku poczekacie, az do skutku. Za spekulacje obywatelu
jest sankcja prokuratorska...
Przestraszyłem sie nie na zarty. Przeciez gdybym chciał, i gdyby w sklepie było
duzo, a przeciez, gdy rzucali towar, to było duzo - mogłem sobie w byle sklepie
kupic piec kilo kiełbasy i nikt by nawet okiem nie mrugnał. Sklepowa by najwyzej
mrugneła okiem i powiedziała - takie chuchro, a ma spust...
- Panie - mówie - ja musze dzis do Warszawy - bierz pan te wedliny w cholere, na
mnie na peronie beda czekac...
I to był bład - wprawdzie ten młodszy dawał starszemu niedwuznacznie do
zrozumienia, ze trzeba brac skrzynke i cieszyc sie darem bozym, lecz starszy juz to
ignorował. Facet bez mrugniecia powieka poswiecajacy tyle dobra, samo przez sie
sie rozumiało, ze połowe - czyli zawartosc skrzynki, musiał byc podejrzany.
W Toruniu na posterunek ja niosłem nowa walizke, a sokisci druga walizke i
skrzynke.
Juz na posterunku moje dane spisywał ich komendant. Przygladał mi sie uwaznie:
- Wy to nie z resortu?
- A mam to na twarzy wypisane? - odpowiedziałem na pytanie, bo oczywiscie nie
wolno mi było powiedziec, ze z resortu. Zreszta - czy ja byłem z resortu?
- Nie na twarzy, towarzyszu, tylko na marynarce po prawej stronie.
Ubrany byłem w szykowny płaszcz tweedowy, ale w pociagu go rozpiałem, idac
przez perony nie zapiałem i teraz był rozsuniety.
- Ja sie na tym znam - jestescie towarzyszu mankutem i tam macie gnata na
szelkach...
- Cos tam mam, ale to tajemnica - odpowiedziałem. Nie moja własnosc...
116
- Jasne - ze resortowa... Ale stosowny dokumencik to nawet towarzyszom sokistom
trzeba okazac. Takie przepisy - sami je znacie...
- Nie mam legitymacji...
Na te odpowiedz komendant - facet przed szescdziesiatka, dosc niechlujny, bo w
poplamionym mundurze, az sie zjezył:
- Lewizna, legitymacji nie ma...
Nawet nie zorientowałem sie kiedy, niczym zbik rzucił sie na mnie i z kieszeni
bocznej marynarki wyszarpnał paczke z pieniedzmi. To one bowiem tworzyły
wypukłosc. Jednak on jeszcze nie wiedział, co ma w garsci, bo tak szarpiac
wykrzyczał:
- Za bron bez pozwolenia jest prokura.... - i zamilkł. Na blat stolika słuzbowego
wysypały sie dziesiatki tysiecy złotych. Pewnie w zyciu tylu na raz nie widział na
oczy...
Wreszcie po chwili chwycił oddech, wyszarpnał słuzbowy pistolet i wycharczał:
- Bank, bank zescie towarzyszu obrabowali...
Zatrzymany... Wy nie jestescie zaden towarzysz, wy jestescie zatrzymany - i lu
mnie w morde piescia obciazona kilogramowym złomem. Dosłownie pofrunałem na
sciane.
- Ty kurwa sobie nie mysl, ze my cie przesłuchujemy. To nie było w ramach
przesłuchania... To było, zebys nie uciekł. A jak sie bedziesz skarzył, to dam ci próbe
ucieczki...
Zaraz potem zawlekli mnie do celi, wrzucili i zatrzasneli drzwi. Nie mineła minuta,
gdy weszli do srodka i zrobili rewizje. W kieszeni spodni miałem wcale nie mniej
pieniedzy. Pozostałe były w walizce. Troche jednak ochłonałem i dobitnie
poprosiłem, by zatelefonowali pod numer - tu im podałem numer słuzbowego
telefonu, i zeby poprosili pana Zygmunta. Z duza pewnoscia siebie - jak na sytuacje -
powiedziałem to, a zreszta byc moze nawet komendant wiedział, na jakie cyfry
zaczynaja sie które telefony w Warszawie, bo na odchodne, z duzym szacunkiem
niosac w obu dłoniach nowy plik pieniedzy - rzucił:
117
- Zobaczymy...
Miałem czas do rozmyslan. Było jasne, ze pan Zygmunt nie znajdzie pomysłu na te
drake. Z drugiej strony - tyle pieniedzy to nie zawsze jest nawet w oddziale banku.
A przeciez nie słyszało sie, zeby ostatnio gdzies okradli bank. Inna sprawa, ze jak
okradali bank, to prasa o tym wcale nie trabiła. Byłem tak oszołomiony, ze zapadłem
w jakis letarg, pół sen... No bo co ja jeszcze mogłem zrobic? Umarł w butach... Za
takie wielkie afery to nawet kare smierci potrafili zasadzic...
Szkoda mi było młodego zycia. A poza tym - ojciec w wiezieniu, ja w wiezieniu -
matka tego nie przezyje... Na szczescie zdazyłem przesłac jej poleconym skierowanie
do sanatorium... Ale czy pojedzie? W tych warunkach?
Po paru godzinach, gdy straciłem rachube czasu, bo Doxe przeciez mi zabrali przy
rewizji razem ze sznurówkami, drzwi sie otworzyły. Wszedł komendant:
- Wstawajcie towarzyszu... ktos do was...
Od razu pomyslałem, ze jednak pan Zygmunt, ale tak szybko?
Jednak na posterunku był nie pan Zygmunt, lecz ten osiłek, który razem ze swoim
szefem zdybali mnie na przystani nad Notecia w Nakle. Usmiechał sie. Komendant
tez sie usmiechał. Wszyscy sie usmiechali.
- Wy tu u nas cos sobie ciagle garderobe psujecie... - i wymownie popatrzył na
wysokosc mojego rozporka. Cholera - rzeczywiscie - sam nie wiem kiedy
zmoczyłem sie...
- No - nic takiego - jak to na słuzbie... - rzucił usprawiedliwajaco. Pewnie macie cos
tam na zmiane. A te sliwe nad okiem to niepotrzebnie, komendancie, mu nabiliscie...
Pospieszyliscie sie. Dobry towarzysz, czekista na słuzbie, a wy go tak ostro...
- Skad mogłem wiedziec? Ja tylko lekko, profilaktycznie, myslałem, ze moze nie jest
nasz? Jak który wyglada na takiego, co moze dac drapaka, to ja go zawsze lu w
morde. Przepisy przepisami, ale sami widzicie - tu jest blisko do drzwi...
- Dobra juz - towarzysz jest naszym gosciem. Tu sa wasze rzeczy - wskazał na
ustawione rzedem walizki i paczke. Zaraz jeden taki przyniesie z bufetu posiłek
ziemi kujawskiej. Przebierzcie sie...
118
Byłem jeszcze bardziej oszołomiony. Jak automat otworzyłem walizke, wyjałem
jakies spodnie i poszedłem do celi przebrac sie. Rzeczywiscie - na podłodze była
plama. Gdy wróciłem, mój wybawca strofował komendanta:
- No i co wy powiecie. Kierujecie placówka i nie wiecie, gdzie na dworcu mozna
kupic flaszke? Ze mnie durnia robicie? W peerelu nie ma takiego dworca, zeby tuz
przy nim nie było trzech met... o - moze na wiosce sa dwie... Co tu u was za burdel?
Dziesiec minut! Dziesiec minut macie na to...
Komendant jak z procy wyskoczył za drzwi. Stał na nim na mrozie jeden z tych
sokistów, którzy mnie wygarneli...
- Do pociagu macie godzine. Pieniadze wam zaraz zwróce, ale przy swiadku - przy
komendancie. Kwitowac nic nie trzeba.
A po chwili dodał, az krecac głowa:
- Ale sie nachapaliscie... Wiedzielismy, ze tego bedzie duzo, ale tyle? To dla nas
wazna informacja...
Po chwili wszedł komendant ze starszym sokista, który w dłoniach trzymał tace z
dwiema kawami, dwiema oranzadami, talerzykami i półmiskiem z wedlinami.
- U was z tych czemodanczikach lepsze specjały, niz dworcowe, ale jestescie naszym
gosciem, towarzyszu, wiec czym chata bogata.
A zaraz potem zwrócił sie do komendanta:
- Odprawcie swojego człowieka...
Sokista natychmiast wyszedł nie czekajac na rozkaz przełozonego.
- No i teraz przeliczcie - i wyciagnał spod gazety na stole pieniadze. Liczyłem
dosc długo, nikt mi nie przeszkadzał. Widac było, ze na obu moich towarzyszach
suma robi wrazenie... Gdy skonczyłem, rozłozyłem na trzy paczki i upchnałem w te
same miejsca, co poprzednio.
W tym samym czasie ozwało sie pukanie... Komendant wyjrzał i po chwili wniósł
dumnie do srodka trzy butelki wódki czystej.
- No rozlejcie... przeciez jakies szkło macie... - a po chwili dodał:
- Na trzech... bo to na zgode...
119
Szkło sieznalazło – dla goscia z Bydgoszczy i dla mnie porzadnie umyte szklanki
herbaciane z bhufetu dworcowego, zas sobie komendant nalał do lepiacej sie od
brudu musztardówki.
- Za pomyslnosc zadania naszego miłego goscia...
Ja zas, choc nadal byłem w głebokim szoku, przytomnie zareplikowałem...
- Nie, nie... towarzyszu - za zdrowie i za dalsze sukcesy w pracy towarzysza
pułkownika Watroby...
Obaj az pokrasnieli z zadowolenia...
Do domu wracałem w przedziale tylko do mojej dyspozycji. W korytarzu,
dyskretnie, pare metrów od moich drzwi, wartowali obaj sokisci. Popijali sobie z
flaszki. Nie wiem, czy załapali sie na jedna z dwóch, które zostały z tych trzech
przyniesionych, czy tez roztropnie kupili ich na mecie od razu wiecej?
Byłem kompletnie wykonczony. Na dworcu wschodnim czekała na mnie
pilnowana przez miejscowego sokiste taksówka... Pojechałem na nowa kwatere... Z
bagaznika taksówki, mimo mrozu, do kabiny docierał zapach kiełbasy. Ale nie
miałem siły myslec, czy jest to nadal zapach miły, czy juz nie...


- Mój drogi - resort stawia przed toba naprawde trudne zadanie. Trudne zadania sa
dla szczególnie zdolnych i oddanych... Widac - w swietle moich raportów - za
takiego zostałes uznany. Poprowadzisz placówke pod przykryciem - całkowicie
tajna, ale jawna...
Patrzyłem na pana Zygmunta ze zdumieniem. Smiał sie z mojej dramatycznej
opowiesci o przejsciach w pociagu. Ja ciagle nie byłem pewien, czy pieniadze, które
uzyskałem na tak rózne sposoby w Nakle sa moje, czy resortu. Byłem gotów zrzec
sie ich w obawie, ze przeciez ciagle moga mnie zamknac. Zreszta - co niby miałem
zrobic z taka góra pieniedzy? A on nic mi w tej sprawie nie powiedział. Po
wysłuchaniu raportu tylko usmiechnał sie, ze takiego przekretu to nawet on, po tylu
latach słuzby, nie robił.
120
- To bedzie wielka odpowiedzialnosc, ale i wielki honor. Bo odpowiedzialnosc
połaczona jest z zaufaniem, jakie w tobie pokładamy. Moje zaufanie jest szczególnie
duze, bo to ja jestem twoim prowadzacym i moja kariera zalezy od twojego
powodzenia. Partia i rzad czynia wielkie starania, by bronic granic naszej młodej
ojczyzny przed odwiecznym wrogiem - zachodnioniemieckim rewizjonizmem i
amerykanskim imperializmem. Robotnicy buduja statki i samoloty. Ty wiesz, ze
nasze samoloty uzyskuja gotowosc bojowa w powietrzu najszybciej na swiecie? Bo
piloci tez pracuja z najwiekszym poswieceniem. Tego samego, a nawet wiecej
oczekuje sie od ludzi zwiazanych z resortem. My bowiem pracowac musimy nie
zwazajac, ze nasza praca czesto jest niedoceniana, fałszywie interpretowana... Tym
bardziej partia musi doceniac nasze starania... A twoje zadanie bedzie najtajniejsze z
najtajniejszych...
Wszystko to, jakze pompatyczne w słowach, mówił, nawet jak na niego,
monotonnym głosem. Wiedziałem, ze to jest wazne, ale zaczynałem byc cała ta
przemowa znuzony.
- Jak wiesz, ludzie maja swoje słabosci, a stosunki mesko-damskie do nich naleza.
Wiesz takze, ze partia i rzad wcale nie popieraja rozwiazłosci. Przeciwnie - stawiaja
nieprzebyta zapore przed nowinkami z Zachodu - tak zwanym seksem i pornografia.
I tu trzeba mocno podkreslic, ze placówka twoja nie bedzie słuzyc zachodniemu
seksowi i rozpasaniu. Bedzie bowiem placówka badawcza. Badac bowiem musimy
zachowania ludzi w okreslonych sytuacjach. W szczególnosci musimy takze
naszych ludzi szkolic. O tak... szkolic...
Nie byłem pewien, czy wypada, bym przerywał, wiec ostatecznie nie
zdecydowałem sie na zadanie pytania o to, w czym ich mamy szkolic i co tez takiego
ja potrafie, w czym mógłbym kogokolwiek szkolic?
- Tak wiec placówka twoja bedzie prowadziła program badawczy... Powtarzam -
program w istocie rzeczy naukowy, pod auspicjami naszych tajnych instytutów
naukowych.
121
- Na czym bedzie polegac moja działalnosc? - jak najbardziej uległym tonem
zdecydowałem sie spytac...
- To nie ma nic do rzeczy. Najwazniejsze, abys jak najszybciej objał swoja placówke,
wyremontował ja i niejako przygotował... My zapewnimy ci kontyngent personelu.
Trzeba pamietac, ze musisz z nimi postepowac w sposób mozliwie kulturalny i
taktowny. Ich zadanie, zadanie w naszym socjalistycznym panstwie niezwykle
trudne, jest niezwykle trudne...
Wyraznie nawet pan Zygmunt czasem jednak sie gubił...
- Czy podejmujesz sie? Pomysl, ze łaczy sie to z istotnym awansem - bedziesz
niezaleznym w strukturze Funduszu Wczasów Pracowniczych kierownikiem. Łaczy
sie to z wielka odpowiedzialnoscia materialna. Partia i rzad, a własciwie nasz resort,
a takze, moze przede wszystkim, Fundusz Wczasów Pracowniczych, powierza ci
wielkie srodki, którymi bedziesz musiał umiejetnie, na pozytek społeczny
gospodarowac. Jestem pewien, ze podołasz temu nowemu dla ciebie zadaniu... Jestes
zdolny...
Przez chwile nawet myslałem, ze on sobie kpi i nawiazuje do moich wyczynów
nakielskich, ale chyba nie? To nie było w jego stylu...
- Szczegółów dowiesz sie od specjalisty. A dodam, ze jest to specjalista
przedwojenny, sanacyjny, w zasadzie człowiek nam oddany, ale z istoty swojej
wrogi, obcy... Spróbujemy załatwic jeszcze współczesnego specjaliste z wojska, ale
to nie jest pewne, bo chcielibysmy, by wojsko mozliwie długo o tym przedsiewzieciu
nie wiedziało. Niech potem zazdroszcza...
To ostatnie zdanie pan Zygmunt wypowiedział z wieksza energia, a nawet moze z
satysfakcja?
- I byc moze bedziesz zadaniem nawet zszokowany. Oszczedze ci szczegółów.
Dowiesz sie w swoim czasie. Jutro o dziesiatej przyjdzie do ciebie ten sanacyjny
specjalista... Przyjmij go godnie - jakis gruzinski czy jaki tam koniak, wedliny masz,
ze na korytarzu czuc... Oczywiscie - na nie nie bedziesz miał rachunku, wiec nikt ci
122
nie zwróci... Ten facet powie, ze przybył w sprawie łabedzi, a ty mu odpowiesz, ze
nie masz biletów na "Jezioro łabedzie". Zapamietasz?


Udało mi sie kupic w zielonej budzie chrzan, ogórki kiszone tez nie były
kapciowate - bo od prywatnego, do tego jaja wiejskie, a nie panstwowe, smierdzace
rybami... Wymysliłem danie na sto dwa - jajecznica na kiełbasie, herbata, koniak i
petitybery, bo w cukierni prywatnej nie chcieli dac rachunku. Ja i tak na tej zielonej
budce - tez bez rachunku - byłem stratny. W kazdym razie postanowiłem
przedwojennego fachowca przywitac po pansku...
W koncu przyszedł pół godziny po czasie. Mały, szescdziesiecioletni człowieczek
w swietnym, bazarowym, kraciastym palcie z koca, czerwonych skarpetach i butach
chyba amerykanskich. Z przodu miał wszystkiego ze trzy całkiem czarne od
papierosów zeby. Włosy miał takie tłuste, ze choc zwykle na to nie zwracałem
uwagi, sam przeciez nie byłem wzorem higienisty, to tym razem mi sie nie udało.
Tyle jednak wiedziałem, ze jesli włosy były juz takie tłuste, ze łupiez przestawał
odpadac, to czas najwyzszy było je myc...
Spojrzał na koniak, taki z robaczkami zamiast liter i radziecki i od razu nalał sobie
do naszykowanej angielki. Nasmazyłem jajecznice z osmiu jaj - pochwalił, ze na
sniadanie, jesli goscie zostana do sniadania, to jest to dobre...
- Jacy goscie? - pytam...
- No jak masz pan prowadzic burdel, to nawet w peerelu, panie tego, trzeba czasem
wydawac sniadania. Na tym sie zarabia... No... na tym tez...
- Jaki burdel panie?
- No kurwa, panie... Za przeproszeniem. Pan oficer mówił, ze jak jezioro łabedzie, to
bedzie to nowy socjalistyczny opiekun panienek. Ze masz pan burdel prowadzic... Ja
głupi nie jestem... Sam przed wojna w burdlu - za przeproszeniem, niestety
sanacyjnym, robiłem...
123
To był jak cios obuchem! Bo niby cos takiego sie tajemniczo przewijało, ale zeby
rzeczywiscie? W panstwie socjalistycznym? A gdzie moralnosc z "Jak hartowała sie
stal"? Nagle jeszcze zdałem sobie sprawe, ze co ja mamie powiem? Tata w wiezniu,
a syn burdel prowadzi? No ale tu szybko wymysliłem, ze przeciez mam byc
kierownikiem domu wczasowego. Jakos sie zakombinuje... Jesli ja mam byc
kierownikiem, a personel sami mi przysla, to przeciez mozna bedzie, no - moze
czasem... takze samemu uzyc? Marlenka była daleko, a krew młoda...
- Burdel panie, albo inaczej dom publiczny panie, to jest instytucja... Jest burdel
mama, albo - za przeproszeniem - burdel tata... On rzadzi wszystkim i wszyscy maja
sie go słuchac... A musza, bo burdel tata trzyma kase. Jak cos sie nie podoba, to
krótka rozmowa - w jape i na bruk - nowa kurwe zawsze sie znajdzie... W ogóle to
panienki trzeba krótko trzymac - tirli, tirli z nimi, niby wszystko pieknie, ale jak
tylko cos nie tak, to w ucho... W ucho panie najlepiej, bo sinców nie widac. Na
całym ciele, panie, since klient zobaczy, a na uchu, czy pod włosami - nie tak łatwo...
Bo panna musi w kazdej chwili byc do uzytku. Burdel zarabia na pierdoleniu, panie,
a nie na gadaniu... Jak który gosc chce, zeby panienka jego lała - to prosze bardzo,
ale jak chce, zeby to on lał, to juz inna historia... Za to, to trzeba płacic jak za zboze
panie... Bo przeciez potem nie kazdy ja bedzie chciał, albo za pół ceny... Klienci,
panie, to zaraza. Wszystko wychwyca, o - za przeproszeniem o kazde gówienko sie
kłóca, ze ma byc taniej.
Byłem oszołomiony. W tym duchu facet jeszcze nawijał dwie godziny, zjadł
jajecznice, kazał sobie ukroic troche szynki, to nakroiłem. Na oknie wisiała, to co
miałem robic? Koniak wypił, kawe wypił, herbate wypił, petitybery to nie bardzo, bo
prawie wszystkie ja zjadłem i poszedł mówiac, ze jeszcze wróci... gdy dostanie taka
prosbe pana oficera... Tak powiedział...
Nastepnego dnia spotkałem sie z panem Zygmuntem w Ali - Babie na Miodowej.
Miałem juz plan. Pomysł z burdelem mi sie podobał, ale czy bede kadrowym
pracownikiem? No i - czy wypuszcza mojego tate? Jakie bede miał pobory? Jak
bede zarabiał?
124
Po to, aby uzyskac lepsze warunki, a szczególnie, zeby tate wypuscili, poczatkowo
planowałem krecic nosem. Nie, zeby mówic, ze nie, bo jeszcze pan Zygmunt powie,
ze jak nie, to nie... Tego wcale nie chciałem. Ale chciałem jak najwiecej uzyskac. No
własnie...
Od razu sie zorientowałem, wczesniej o tym nie myslałem, ze pan Zygmunt jest
zadowolony, ze wszystkiego tak naprawde dowiedziałem sie od tego sanacyjnego
alfonsa. Wiec od razu przeszedł do rzeczy:
- Budynek w Sokołowie - sto siedemdziesiat kilometrów od Warszawy - to dawny
dwór jakichs hrabiów niemieckich, samych generałów. W sam raz na taka instytucje.
U nich tez było same kurestwo i jeszcze zbrodnie... Architekt juz plany zrobił, tylko
on nie wiedział, do czego to ma słuzyc. Mysli, ze jakis spec dom twórczy, albo co?
To ty z tym Zenkiem wszystko obejrzysz. Remont robic beda górale. Spółdzielnie
maja, ale to tak naprawde prywaciarze. Resort uznał, ze tak bedzie najlepiej. Cały
interes polega na tym, ze oni nie moga wiedziec, ze to ma byc zakład specjalny. Jest
ich tylko pieciu, ale robotnych. Obiecane maja paszporty do Ameryki. Jak sie beda
starac... Po to, aby nie podpadało - to tajemnica - rozumiesz - tu wszystko jest
tajemnica - ale ty - lepiej - zebys wiedział... Oni dali taka niby łapówke jednemu z
naszych. I maja powiedziane, ze jak dobrze zrobia, to paszporty dostana.
Turystyczne, ale nigdy nie wróca - to sie wie... Tylko zeby wizy dostali... Wiec ani
mru, mru... Bo jak amerykany wyniuchaja, ze nam zalezy, to im wiz nie dadza, a my
nie chcemy, zeby w kraju o naszej instytucji ktos za duzo wiedział...
- Panie Zygmuncie - ja na to - ale dlaczego ja mam prowadzic ten zakład? Ja sie
wstydze...
I tu stało sie cos niespodziewanego. Pan Zygmunt nie baczac na to, ze jestesmy w
lokalu publicznym, zmieniajac wyraz twarzy nieomal ryknał:
- Wstydzisz sie?
A potem, juz szeptem, ale z wyraznymi, chyba jednak sztucznie wywołanymi
emocjami kontynuował:
125
- A łapówki brac w Nakle nie wstydziłes sie? Wymuszałes na chłopach, ale to pal
licho... Brałes łapówki od zakładów uspołecznionych - pegeerów i spółdzielni
rolnych... Moze nie? To czystej wody szkodnictwo. Jeden mój ruch i zgnijesz w
pierdlu, dupodajca zostaniesz dla kryminału... Aferzysta i syn aferzysty... Ja cie
kurwa zgnoje...
To nie musiały byc zarty. Zbyt dobrze pamietałem rozbity na przystani nos... Miał
mnie w garsci. Ale tez - było jasne, ze mu zalezy na tym, abym to ja prowadził
przedsiewziecie...
- Ja przeciez nie mówie nie. Ja tylko sie krepuje... Bo to krepujace...
Pan Zygmunt natychmiast sie zmienił, konfidencjonalnie pochylił i szepnał:
- Ja przeciez wiem. Sam mam problem... Ale trzeba... Słuzba nie druzba. To
wszystko dla socjalistycznej Polski, dla ludu pracujacego miast i wsi... Ty zobacz - ja
mam cie w garsci. Ale czy na przykład chce od ciebie za darmo pieniedzy? Nie chce.
Masz we mnie przyjaciela, takiego prawdziwego... Ja, widzisz, wiedziałem, ze tobie
bedzie przykro, bo ty jestes przyzwoity chłopak, z dobrego domu. Ale to ani moja,
ani twoja decyzja. Zawalisz, to ciebie zgnoja i mnie zgnoja... Nie mozna sie dac...
Trzeba podołac...
Nie byłem zdziwiony ta nagła zmiana, ale jej skala! Az tak ciepło pan Zygmunt
nigdy do mnie nie mówił...
- Ja wiem, co ciebie boli. Chodzi o te krzywde, która spotkała twojego ojca.
Porzadny chłop, nasz, a poszedł siedziec. Cos tam sie zapetliło i po drodze słuzbowej
nic sie nie da zrobic. Ale widzisz - tu mój rozmówca przyjał juz ton protekcjonalny,
ale i zdystansowany - ja przez te dni przegladałem takie tam szpargały i cos chyba
wiem... Sprawe twego ojca mozna próbowac zrobic prywatnie, tak wiesz - na boku...
Komus trzeba bedzie dac w garsc. O mnie tez wypada pamietac, bo do tej pory, od
tych papierzysków, chce mi sie kichac, Takie były zakurzone... A to przeciez fucha...
Na boczku. Nikomu ani mru, mru, bo wszyscy jak jeden maz bekniemy...
Oczywiscie sie zgodziłem. Okazało sie wówczas, ze pan Zygmunt własciwie wie
wszystko. Kazał nauczyc mi sie na pamiec imienia, nazwiska i adresu, a takze
126
numeru dowodu osobistego takiej piecdziesiecioszescioletniej pani ze wsi obok
mego miasteczka. Jej miałem zapłacic pietnascie tysiecy złotych i piecset dla niej
osobiscie. Bez zadnego pokwitowania. I nie przejmowac sie, ze to jest kompletna
idiotka i baba od gnoju. Panu Zygmuntowi miałem dac dwa tysiace teraz, bo na tyle
wyszacował swoje koszty. Sam nie wiem które? I dziesiec tysiecy, bo przeciez tyle
to mu sie ode mnie nalezy. No i na swieta jedna szynke, kawałek baleronu i kilka
kiełbas, ale nie okreslilismy - ile... Wedliny i tak bym mu dał, i tak... No ale on wolał
sie upewnic.
W dwa dni pózniej pojechałem do mamy i bardzo trudno mi było słuchac jej
rozdzierania szat nad losem ojca i nad tym, ze skreslili mnie z listy studentów, bo o
tym wiedziała z listu z dziekanatu, jaki nadszedł do domu, w którym ciagle byłem
zameldowany na stałe. Starałem sie ja uspokoic, jak mogłem. Mama chciała, zebym,
skoro juz nie jestem studentem, wracał na stałe do domu. Rózne przedstawiała
argumenty, a jeden z nich był taki, ze w wielkim miescie jest kurestwo i popadne w
towarzystwo kurew...
Kpiła, ze co to za czasy, zeby syn z miasta rodzicom - ciagle zapominała, ze tata
siedział i nie ma go w domu - przywoził wedliny. Ale ze spróbowała i były o niebo
lepsze, niz te, które sama z krewnymi robiła, to tak bardzo nie narzekała. Nawet
pytała mnie o przepis, ale skad mogłem go znac?
Nastepnego dnia niby poszedłem na spacer. Mama była zdziwiona, bo wyszedłem
na ten spacer w szarówce, ale miałem do pokonania piec kilometrów po sniegu. Obu
taksówkarzy znałem dobrze i ani mi było w głowie, zeby wiedzieli, gdzie ide. Ja
przeciez nawet matce nie powiedziałem.
Babe odnalazłem łatwo. Mieszkała sama. Jej maz umarł, a dzieci wyjechały do
miasta. W domu nikogo nie było. Akurat w maselnicy biła masło. Wiedziała o co
chodzi. Dowodu osobistego wcale nie chciała okazac i nawet zaczeła byc nieufna, ale
w koncu wzruszyła ramionami:
- Jednego brata mam w prokuraturze, drugiego w milicji, to kto moze mnie
zamknac?
127
Pieniadze schowała tak po prostu do kieszeni brudnego, poplamionego pryskajaca
z nieszczelnej maselnicy smietana fartucha. Jedynie piecset złotych, czyli brudasa dla
niej, starannie rozprostowała, popatrzyła pod swiatło przez zarosniete pokładami
muszych gówienek okno i schowała pod taka dziergana kamizelke, gdzie widac
miała swój tajny schowek. Potem poczestowała herbata i nawet miałem ochote, bo
przyszedłem z mrozu, ale cuchneło u niej myszami, wiec podziekowałem. Pan
Zygmunt miał do mnie zal, bo mogłem cos wiecej sie dowiedziec. Baba przeciez
głupia, ale ja mysle, ze tak duzo to bym sie nie dowiedział. Miała chytre oczka i tak
jakos jej one biegały...
Tata wyszedł za dwa dni. Prokuratura w jego działalnosci nie dopatrzyła sie cech
przestepstwa. Wypuscili go na same swieta. Ludzie mówili, ze prokurator nie chciał
zadzierac z ksiedzem, to odpuscił... Mama sadziła, ze wszystko to, to jej modlitwy i
wszystkich innych krewnych do naszego swietego, jak mówiono, obrazu w
kosciele... Ja powiedziałem tylko tacie i dopiero w pare lat potem, gdy sie o cos
rozliczalismy i myslał, ze jest stratny... No to ja mu wygarnałem:
- Kto tu na kim jest stratny?
Nawet chciał zwracac, ale przeciez w zyciu od rodzonego ojca bym nie wział...


Od tego czasu jeszcze bardziej szanowałem pana Zygmunta. Nie ulegało
watpliwosci, ze dla mnie zrobił lewizne. Wprawdzie zarobił na tym dwudziestu
brudasów, ale przeciez mógł zazadac wiecej. Wiedział, ze pieniadze mam. Zreszta
nie na przelew wział... To nie taki człowiek. Kupił sobie Trabanta. Potem mi
wyjawił, ze Trabantów nie dawali na raty, a on chciał Trabanta, bo to solidna,
niemiecka robota. I nie rdzewieje, bo nie ma jak. Czesc karoserii jest z tektury, a
czesc z plastiku - mydelnica... Taki człowiek to nie jest wariat. Mozna mu w róznych
sprawach zaufac. Nie wywinie niespodziewanego numeru...
Pierwszy raz do Sokołowa pojechalismy własnie tym trabantem. Inaczej trzesie niz
warszawa. Jednak wołga - to jest wóz... Pan Zygmunt powiedział, ze pan Stas idac
128
na emeryture odkupił te swoja słuzbowa wołge i kombinuje, zeby przejsc na
taksówke. Straszny z niego pijak, ale jesli choc troche sie pohamuje, to na taryfie
bedzie robic trzy razy tyle, co w resorcie. No i jeszcze emerytura...
Na miejscu byli juz górale. Wybijali stare futryny - takie jakies nie nowoczesne, z
rzezbionymi esami - floresami, pewnie tak zwane ludowe. Chciałem, zeby były takie
jak w blokach. Przeciez mozna by poszerzyc okna, ale plan architektoniczny
zabrania. Podobno to zabytek i nie wolno naruszac "struktury bryły"... Za to sciany
wewnetrzne rabac trzeba było równo. Zreszta - co za partactwo - na jedna cegłe były,
obłozone jakas trzcina i otynkowane. Dotychczas była tu szkoła, ale zbudowali
tysiaclatke i teraz przejał to resort. Pegeer chciał, zeby to wziac na mieszkania, albo
na przedszkole - bo to mitregi mniej - szkoły i przedszkola to jeden resort, ale nasz
resort wszystko załatwił i przeszło pod FWP. Budynek jest pietrowy i jeszcze nawet
strych... Z opisu architektonicznego nie wynika, ze architekt wiedział, co
przeprojektowuje. W kazdym razie na miejscu nigdy go nie było i nie miało byc.
Dokumentacje zdawczo - odbiorcza podpisał w ciemno i z góry.
W piwnicy była kuchnia i kotłownia. Do tej pory palono w piecach, a w hallu w
kominku. Jakies nawet ładne te piece i kominek, z pieknie rzezbionych kafli. Nawet
mi sie podobały. Jak w prawdziwym pałacu, ale kazalismy z panem Zygmuntem
wszystko to zwalic, bo jednak nie nowoczesne... Pan Zygmunt prosił, aby te kafle,
co sie nie potłuka, albo potłuka sie troche, to zeby ich nie wyrzucac, ani nie dawac
pegeerusom, tylko w jakiejs szopie zachowac, to jakby on kiedys sobie dacze
stawiał - bedzie w sam raz...
- No dobra - mysle... Wydałem takie polecenie...
Za tego tate byłem mu wdzieczny. Wiec jak sie dowiedziałem od dyrektora
pegeeru, ze górale chca sprzedac troche cegły weterynarzowi, to ich obsobaczyłem...
Nie tak grubymi słowami, tylko roztropnie:
- Wy chłopaki chcecie miec przejscia z prokuratura? Nawet jak sledztwo bedzie sie
slimaczyc i nic wam nie dowioda - a czemu maja nie dowiesc - to i tak bedziecie
musieli czekac latami na kazde wezwanie prokuratora...
129
Wszystko w lot zrozumieli i chcieli mnie napoic spirytusem. Bo oni z rana na
sniadanie tak trzy czwarte musztardówki spirytusu na twarz, do roboty, w obiad
znów spirytus i potem jeszcze chyba na kolacje. Gotowała im baba z ich wsi. Jakies
układy z pegeerusami musieli miec, bo choc w sklepie nigdy nie było słoniny ani
boczku, to oni ciagle tylko to zarli... I smietane pili. Chyba tez nie ze sklepu... Ja im
nie płaciłem i nie wiem, jak im płacono, ale biedy nie mieli...
Sprytni byli, ze hej... Zaden z nich nie był hydraulikiem, a instalacje wodne i
grzewcze zrobili tak dobrze, ze az dziw. Troche byłem nieufny, bo az z Ełku
przywiezli z jakiejs rozbieranej kamienicy rury miedziane, czyli stare, ale pan
Zygmunt powiedział, ze takie sa lepsze, bo nie rdzewieja.
Na parterze był hall z sufitem z belek debowych na wysokosci strychu. Na
pierwsze pietro wchodziło sie po schodach debowych, na nowo malowanych na
olejno. W hallu miał byc barek i stoliki. Wszystko wykonane z laminowanych płyt
pilsniowych z ładnym niebieskim wzorkiem w kwiatki. To załatwiono bezposrednio
w fabryce w Nidzie - z partii eksportowej. Ze niby jakies wady miały te płyty, ale tak
naprawde to nie miały. W prawo od drzwi wejsciowych była jadalnia z winda z
kuchni w piwnicy. Stół w jadalni był stary, taki rzezbiony, z ładnym nawet blatem,
ale porysowanym przez dzieci. Nie miało to znaczenia, bo i tak przeciez pokrywany
miał byc obrusem. Smiało mogło przy nim siedziec i dwadziescia piec osób. Potem
okazało sie, ze wcale nam nie zalezy, zeby wszyscy siedzieli przy jednym stole, bo
po co goscie mieli sie nawzajem znac, to sie go pocieło na krajbzedze na opał i dało
sie typowe stoliki. Partia była jakas tandetna, jak zawsze i zeby stoliki sie nie
ruszały, trzeba było papier podkładac pod nogi. Gdy był potrzebny duzy stół, to
zawsze mozna było zestawic ze stolików, oczywiscie pamietajac o papierowych
podkładkach.
Głebiej był mój gabinet, pokój ksiegowej i pokój intendenta, a takze mój, niezbyt
widny pokój do mieszkania. Wszyscy razem mielismy jedna toalete.
Po lewej stronie od hallu były dwa najlepsze pokoje do pracy ze wspólna łazienka i
wspólna pakamera obserwacyjna. Na pietrze było osiem pokoi z trzeba pakamerami
130
obserwacyjnymi i wspólna łazienka, w której był tez prysznic na cztery sitka. Inaczej
nie dawało sie zrobic. Do kazdego pokoju był dostep z pakamer przez specjalne
dziury. Do pakamery na dole wchodziło sie z zewnatrz, a na pietrze z korytarza i to
mógł byc kłopot. Dlatego tam, mimo, ze miejsca było mało, dalismy podwójne drzwi
tak, aby z korytarza nikt nie widział kamer. Dało sie piekne tabliczki - pomieszczenia
elektryczne - podobno norma panstwowa kazała to inaczej nazwac, ale tak kazałem
namalowac i tak zostało.
Wszystkie pokoje oraz jadalnia wyłozone były piekna boazeria z fornirem
machoniowym. Prawdziwym! Tak samo meble wykonane były z takiego forniru.
Typowe - ale w wersji eksportowej luksusowej do pierwszego obszaru płatniczego.
Mój gabinet i pokój tez były takie same.
Na strychu było dwanascie pokoików z umywalkami.
W pawilonie obok było osiem pokoi goscinnych, tez niczego sobie urzadzonych i
cztery jeszcze pokoje dla załogi. W pawilonie przy bramie wjazdowej, tak sto
metrów od budynku, było miejsce postoju pocztu wartowniczego. Z drugiej strony,
nad jeziorem, stał pawilonik na sprzet wodny, gdzie składowalismy zaoszczedzone
materiały budowlane, kafle pana Zygmunta, rower wodny, trzy kajaki i jedna łódke.
Był przydział na łódz zaglowa omega, ale fabryka z Ostródy cos sie ociagała.
Podobno mieli jakas ponadplanowa w wytwórni w Mikołajkach, ale skoro papier był
na Ostróde, to nie dało sie ugryzc.
Pawilon obok domu wczasowego remontował pegeer swoimi siłami To samo
pawilon nad jeziorem, a pawilon przy wejsciu, jednostki nadwislanskie zrobiły sobie
w cztery dni. Przywiezli ze stu ludzi i choc rwetes był niesamowity, to zrobili i
odjechali.
Na pierwszego kwietnia wszystko było gotowe.
Ja poczatkowo chciałem mieszkac w Warszawie i tylko tu dojezdzac, ale pan
Zygmunt po prostu zakazał mi korzystania z kwatery w Warszawie i nie miałem
wyjscia. On mi powiedział, ze to nie jego wina, gdyz tylko wykonuje rozkazy
przełozonych. Potem ta budowa wciagneła mnie. Ksiegowosc robiono do tej pory w
131
Warszawie. W ogóle nie miałem z nia do czynienia. Pan Zygmunt potem wspomniał,
ze jemu taki sposób smierdzi, ale tez ani on, ani ja niczego nie podpisywalismy, to
przynajmniej sami nic nie smierdzielismy.
Potem przyjechała ksiegowa. Nie miał jej kto zatrudnic, bo jeszcze nie było
kadrowca. Ten przyjechał w dzien pózniej, własnym samochodem, wołga... Byłem
zdumiony, ale i zachwycony - to był pan Stas. Teraz był moim podwładnym.
Pracował na pół etatu jako kadrowiec i przywiózł ze soba centralke telefoniczna i
telefony. Mnóstwo telefonów. Potem pare wybrakowalismy komisyjnie i
sprzedalismy na lewo. A równiez kabel. Okazało sie, ze zna sie na tym. Sam z
jednym góralem poprowadził te kable od centralki w barze do wszystkich
pomieszczen. Spieszył sie...
- Jak my kurwa nie zainstalujemy, to co nadwislanscy zainstaluja u siebie centralke i
beda nas kontrolowac? W departamencie, jak do tego doszli, to szału dostali i zaraz
mnie wydelegowali. Zobacze, jak na tym bede wychodził. Bo ja to moge zawsze na
taksówke wrócic... No ale tu moze robota inna. Choc na taksówce tez cos sie zawsze
dzieje...
W pare dni pózniej przyjechała jego konkubina, która miała stac za barem.
Rzeczywiscie - warta grzechu kobieta - taka rozłozysta, piersiasta, tleniona
blondynka. To jednak nie była ta panna, dla której sie rozwiódł, tylko nowa. Okazało
sie, ze barmanka z jednej takiej kawiarni w Warszawie. Lat troche tez ponad
trzydziesci - ale, ale... Zaraz pojechali do Baltony do Gdyni i nawiezli cały
samochód róznych tam koniaków, likierów, nawet szampana francuskiego. Szybko
sie okazało, ze bar to nie moja sprawa. Wsadzili tam radziecka lodówke capatob i nie
od razu wpadłem na to, ze to ruskie bukwy i oznaczaja Saratów nad Wołga.
Sprawa z lodówka dała mi do myslenia. Nie miałem jej w przewidywanym
inwentarzu. Była lodówka w kuchni, ale nie w barze. Ta lodówka w barze nie była
nowa, choc pieknie ja odpucowano. Okazało sie, ze pochodziła z podziału
małzenskiego dorobku pana Stasia. No to jak to - placówka jest panstwowa, a w
barze lodówka prywatna? I jeszcze - w Baltonie robi sie zakupy, bar w planie był, ale
132
nie podlega ksiegowosci? To o co tu chodzi? Prywatna inicjatywa, czy co? W
resorcie?
Pan Stas tylko wzruszył ramionami i nic nie powiedział. Mi nic nie powiedział -
kierownikowi! Pan Zygmunt zas prosto i wezłowato oswiadczył:
- Nie czepiaj sie, to nie nasza działka... - i w skazujacy palec skierował ku niebu.
Nie od razu załapałem, ze tu musi byc ktos wazny w tle.
Wreszcie zwalili sie zołnierze. Starszy wiekiem sierzant - tylko on w ostatecznosci
- mógł wchodzic do domu wczasowego do srodka. Ponadto trzech plutonowych z
poboru i jedenastu sołdatów. Jeden zawsze był na warcie w bramie i jeden nad
jeziorem, a dwóch kreciło sie wzdłuz remontowanego przez brygade remontowa
pegeeru muru. Poprawki po nich zrobili jeszcze górale, bo pegeerusy zostawili
chytre przejscia. Dyrektor pegeeru poleciał im po premii. Zołnierze stołowali sie z
pegeeru. Sniadania i kolacje przynosili sobie w takich baniakach, a obiad przywoziła
im nyska z pegeeru. Zatrzymywała sie przed brama wejsciowa i do srodka nie miała
prawa wjezdzac.
Teren był duzy - szesc hektarów takiego niby parku, ale bardziej lasu, bo
zdziczałego. Tylko droge dojazdowa pegeerusy wygracowali i jeszcze sciezke nad
jezioro. Zołnierze patrolujac wydeptali sciezke wzdłuz muru.
Pan Stas chciał jeszcze wziac pół etatu zaopatrzeniowca, ale ja nie chciałem i
załatwiłem to z panem Zygmuntem. Dostałem drugi etat - obok kierownika - trzy
szescset z dodatkami, zostałem zaopatrzeniowcem za tysiac dziewiecset piecdziesiat.
Duch Swiety mnie chyba natchnał... Dostałem słuzbowy samochód - warszawe pick-
upa. Nie miałem prawa jazdy i nie miałem zadnej moznosci pojechac na kurs.
Prawko przywiózł mi pan Zygmunt razem z pieczatka, bo nie mógł sie dostac do
mojej kartoteki, zeby zrobic odbitke zdjecia legitymacyjnego. Ja jeszcze miałem, to
nakleilismy, on podpieczetował i wszystko grało. Prowadzic nauczył mnie pan Stas.
Przy trzeciej nauce był tak pijany, ze wjechał do rowu, a poniewaz ja wyjechałem, to
uznał, z jestem juz dobry i taki był koniec mojej nauki.
133
Kucharki były trzy - dwie wiejskie dziewuchy z pegeeru na etacie - takie
dwudziestoparoletnie, zdrowe, niezbyt czyste i stara, siedemdziesiecioletnia baba,
niby na ryczałcie - dawna kucharka jakichs panstwa z Kresów - jeszcze
przedwojenna. Pan Stas w powiecie w kartotekach sprawdził, zajechał do niej wołga
i ona najpierw sadziła, ze za te prace u krwiopijców to pójdzie teraz siedziec, a tu
taka sprawa... Dziewiecset miesiecznie - najwyzsza mozliwa stawka, i jeszcze cała
rodzine karmiła ptasim mleczkiem. Formalnie szefowa kuchni była jedna z tych
dziewuch i chciała na staruszke, która cała powazna robote robiła za nie - pohukiwac.
Jak ja to usłyszałem, a byłem zdenerwowany, bo własnie miało byc podpisywanie
protokołu zdawczo – odbiorczego, to ja trzasnałem w jape. Od razu był porzadek i
było wiadomo, co sie komu nalezy...
Kucharki nocowały w pawilonie, obok pana Stasia i bufetowej. Pomocnica
bufetowej była jej młodsza siostra. Tez niczego sobie babka - panna, co uciekła od
kawalera na Slasku, bo mieszkania, chociaz hutnik, ciagle nie mógł dostac. Troche
sie spózniła, bo przeciez miała zastepowac bufetowa przy centralce, wiec była na
szkoleniu. Ja dali na szkolenie, a mnie nie....
Odzwiernych było dwóch. Obaj to emerytowani milicjanci, tacy pod
szescdziesiatke. Obaj z zachodniopomorskich miasteczek. Brzuchaci, nalane mordy,
ale resort miał do nich zaufanie. Powinno byc trzech - po osiem godzin dziennie, ale
było dwóch. Mimo wieku byli krzepcy... Potem sie dowiedziałem, ze w gruncie
rzeczy, to oni zostali zesłani. Mieli jakies przejscia rodzinne, przesadzili lejac swoje
zony, czy kogos takiego, wiec przysłano ich tu, a nie do aresztu z zastrzezeniem, ze
jesli wykonaja jakas w tym guscie samowolke, to im sie stare grzechy wyciagnie.
Oni mieli jeszcze po trzy czwarte etatu jako palacze. Byli w tym kiepscy, wiec za
kare to oni wozili na wies do praczki pranie - tego bywało duzo. Praczka robiła z
nami swietne interesy. Ciepła wode i prad miała na koszt pegeeru, a w naszym
taryfikatorze tak było to ustawione, jakby te koszty sama ponosiła...
Sprzataczki były dwie. Były to baby z powiatu - jedna trzydziestoletnia, a druga
czterdziestoletnia. Były to zony milicjantów. Kazdego dnia maz jednej z nich
134
słuzbowym samochodem je przywoził, a na niedziele tylko jedna. Obie, w gruncie
rzeczy, były przystojne i wyraznie wystraszone. Pewnie mezowie ustawili je przed
robota do pionu.
Pan Felek, czterdziestoletni były ciezarowiec, z zawodu elektryk, był nasza złota
raczka. Zycia rodzinnego sobie nie ułozył. Do dzis mysle, ze jako jedyny z całej
załogi nie był stukaczem. No sam nie wiem, na jakiej podstawie, ale chyba nie miał
prowadzacego? Jego strata - nie miał boków z tego tytułu. Ja na przykład, nie liczac
premii, miałem dwa dziewiecset z resortu. On chyba nie... Troche niechlujny, bardzo
niski, krepy, a raczej jak szafa kwadratowy, był bardzo silny. No i dusza człowiek.
To, co wiedział o przedwojniu, mógł tylko słyszec od innych, a jednak ciagle mówił,
ze przed wojna wszystko było lepsze, mniej tandetne i w ogóle komunizm był dla
niego do luftu. W normalnej robocie dawno by na niego doniesli i najpierw traciłby
kolejne prace, a w koncu za jakas lipe poszedłby siedziec, ale u nas był całkiem
bezpieczny. Mimo, ze o naszych gosciach nie mówił inaczej, jak czerwone pajaki i u
siebie w pawilonie na okragło słuchał wolnej europy. Mi to nie przeszkadzało, ale
przeciez wszyscy o tym wiedzieli, bo okna nawet zima nie zamykał. Nie zawsze
miałem czas, zeby samemu słuchac – oczywiscie dyskretnie, jak wszyscy - radia, to
on mi potem relacjonował.
Ja mu za to dodałem, troche wbrew przepisom, ale chciałem sprawdzic, czy moge
przekroczyc przepisy, ciche protesty ksiegowej i bredzenie pijanego pana Stasia -
kadrowca - cały etat jako jeszcze jednego palacza. Bo na tym fachu tak naprawde to
tylko on sie znał i gdy palili milicjanci, tak bowiem nazywalismy odzwiernych, to
strach był, czy aparatura nie strzeli...
Mrukliwy - miał zmysł orientacji. Od niego wiedziałem o wszystkich przewałach
mojej załogi. Stawiałem u mnie w gabinecie cwiartke na stół. On ja z flaszki, małymi
łykami wypijał z popitka lub bez, a jak ktos wchodził, to flache wkładał miedzy nogi
i nikt nic nie widział.

***************************************************
135



Na pierwszego kwietnia przewidziana była inauguracja. Przybyc miało piec osób
z departamentu, ale nie powiedziano mi – kto? Taka jakby konspiracja. Musiałem
sie do tego przyzwyczaic. Nadto czterech prowadzacych oficerów miało przywiezc
piec dziewczyn z zasadniczego personelu. Przyjecie miało sie odbywac w ten
sposób, ze w hallu i w jadalni miała byc uroczystosc dla gosci, pana Zygmunta, mnie
i personelu zasadniczego. Oficerów prowadzacych miał goscic pod namiotem pan
Stas. W tamtej uroczystosci uczestniczyc miał personel nie zatrudniony bezposrednio
przy obsłudze: ksiegowa, siostra barmanki i Felek. Pan Stas kombinował, zeby
Felek był w kuchni, ale ja postanowiłem inaczej. Nie powiedziałem tego tak
brutalnie, lecz:
- Panie Stasiu - człowiek pracy, bez niego nic by tu nie chodziło. Tylko jemu górale
opowiadali, co i jak...
Kierowcy i obstawa naszych gosci mieli byc podejmowani przez zołnierzy
nadwislanskich i dlatego tamto przyjecie tez my zorganizowalismy.
Górale dwa dni wczesniej skonczyli sprzatac, upili sie bardziej niz zwykle i
pojechali przybyła z Warszawy ciezarówka do siebie.
Kompletnie zapomnielismy o obsłudze kelnerskiej i nalezało jeszcze rozwiazac
problem, kogo do tej pracy zatrudnic. Tymczasowo kelnerami mieli byc obaj
milicjanci. Poniewaz mieli obskurne ciuchy, a nie byłoby własciwe, by ubierali sie w
mundury, to kupiłem im słuzbowe czarne ubrania wieczorowe. Niezbyt dopasowane,
ale co tam... Chciałem, by wystepowali w muszkach, lecz w powiecie były tylko
okropne muszki w groszki, wiec kazałem im załozyc byle jakie krawaty.
W jadalni na stole najpierw wyłozono przystawki. Sporo wedlin - specjalnie
jezdziłem do Konsumów w Olsztynie. Duzo tez było róznych korniszonów, dyni
marynowanych, a nawet za własne pieniadze kupiłem od jednej z kuchni - nie tej,
136
która palnałem - grzybki marynowane. Do tego była wódka czysta wyborowa z
lodówki.
Pan Zygmunt po naradzie ze stara z kuchni ustalili, ze przystawki bedzie sie jesc na
stojaco, a krzesła - bardzo porzadne, wysciełane, stały pod scianami. Ceramike
mielismy z FWP, z firmowymi napisami. Grube, solidne talerze. Jedynie zamiast
takich kubków kazałem podac szklanki, które wraz z kieliszkami dzien wczesniej
kupiłem na rachunek. Mało brakowało, a goscie piliby z musztardówek...
Przyjecie zaczeło sie o trzynastej, gdy przyjechali goscie z Warszawy.
Wyglansowani straznicy najpierw wpuscili trzy wołgi i gazika. Z gazika wyszło
trzech z obstawy i od razu rozeszli sie po parku, a sam gazik wrócił pod brame.
Zgodnie z rada starej z kuchni ustawiłem w szeregu cały personel wedle waznosci,
a barmanka przywitała przybyszów chlebem i sola. Tak podobno zawsze działo sie w
pałacach i tak było dobrze - gosciom sie chyba spodobało... Wprawdzie do
ułamywania chleba zblizyła sie do najwyzszego, co wcale nie znaczyło, ze
najwazniejszego, z czego sie tylko smiali.
Najwazniejszymi goscmi byli: pan Mieczysław, ale oczywiscie nie ten mój, i pan
Grzegorz. Oczywiscie - od razu wiedziałem, kto to jest, ale - poniewaz ostentacyjnie
mi ich nie przedstawiono, to konsekwentnie udawałem, ze nie wiem. Jak sie
zorientowałem, nie było nikogo z Olsztyna, a przeciez to był ich teren i to
tłumaczyło, dlaczego w Konsumach w Olsztynie, choc dałem zapotrzebowanie,
dostałem niby wszystko, co chciałem, ale w nie najlepszym gatunku.
Było troche chłodno, lecz słonecznie i ładna pogoda wszystkich nastrajała
optymistycznie.
Gosci wprowadziłem do jadalni, ale oni najpierw chcieli zobaczyc cały zakład,
wiec ich oprowadziłem. W moim gabinecie, pan Mieczysław patrzac na biurko,
powiedział:
- Mało...
Ja nie wiedziałem w ogóle o co chodzi, ale po tygodniu przyjechała ekipa
telekomunikacyjna i obok normalnego telefonu załozyli erke i telefon resortowy.
137
Jeszcze sie upewniali, czy nie jest mi potrzebny telefon kolejowy, to w takim razie
przyjada jeszcze pózniej, ale ja widzac, ze mam pół parku rozkopane pod kable,
czym predzej powiedziałem, ze nie. Erka była taka, ze mogłem podnosic słuchawke,
ale nie mogłem sie przez nia połaczyc z telefonista. Wszystkie słuzbowe telefony
miałem załatwiac przez aparat resortowy. A to po to, aby nie trzeba było podwójnej
załogi do monitorowania moich połaczen.
Dopiero potem wrócilismy znów do jadalni.
- Czym chata bogata... - powiedziałem, bo byłem bardzo speszony. Ci goscie byli
ubrani w czarne marynarki szyte przez doskonałego krawca, a ja co - w ubranie z
pedetu?
- Drodzy towarzysze - wysunał sie na czoło pan Mieczysław, oczywiscie ten
ministerialny.
- Ojczyzna nasza po zniszczeniach wojennych dynamicznie podnosi sie z
gruzów. Pamietac musimy nie tylko o wzroscie produkcji srodków
wytwórczych i artykułów konsumpcyjnych, ale takze, towarzysze, musimy
pamietac o potrzebach ducha. W naszej ciezkiej i odpowiedzialnej słuzbie
łaczyc trzeba rozrywke z praca. W tym pieknym mazurskim zakatku, w tym
regionie, który po wiekach powrócił do macierzy i strzasnał z siebie
germanska hydre... łape germanskiej hydry... w tym pieknym za
- katku macierzy godnym pióra poety i pedzla patriotycznego malarza... My -
towarzysze - łaczyc bedziemy przyjemne z pozytecznym... towarzysze... O
dalszy, towarzysze, rozkwit naszej ojczyzny, o sukcesy... towarzysze....
budownictwa socjalistycznego... pod kierownictwem towarzysza Wiesława
oczywiscie... Wznosze toast... I o pogłebianie współpracy naszego resortu z
Funduszem Wczasów Pracowniczych...
Mówiac to ostatnie skłonił sie ku najstarszemu sposród gosci, którego nie znałem,
ale który, jak wszyscy, spełniwszy toast, zapukał bardzo długim paznokciem
wskazujacego palca w pusty kieliszek.
138
Na ten gest milicjanci w flachami rzucili sie uzupełniac kieliszki, przy czym o
mnie całkiem zapomnieli, za co ich potem obsobaczyłem, choc, u diaska, nie miałem
tak naprawde pretensji.
- Fundusz Wczasów Pracowniczych jest niezbywalna zdobycza ludzi pracy w
socjalistycznej Polsce. W czasach sanacji ludzie pracy nie wypoczywali, a jedynie
podlegali wielostronnemu wyzyskowi. Dzis partia i rzad, a takze Centralna Rada
Zwiazków Zawodowych... - tu mówca na chwile sie zatrzymał, pewnie przypomniał
sobie, ze tym razem wcale nie jest obecny przedstawiciel wspomnianej instytucji -
zapewniaja ludziom pracy w Polsce ludowej wypoczynek, o którym marzyc tylko
moga wyzyskiwani ludzie pracy w krajach nie bedacych członkami wspólnoty
panstw socjalistycznych ze Zwiazkiem Radzieckim na czele. Przyjaciele. Niech
zakwita nasza socjalistyczna ojczyzna i niech pogłebia sie współpraca miedzy
Funduszem Wczasów Pracowniczych, a resortem, który dzwiga na sobie tak wielka
odpowiedzialnosc... I w trosce o bezpieczenstwo ojczyzny nie waha sie siegac po
najtrudniejsze, skuteczne i nieodzowne srodki obrony...
Pan Mieczysław wypiwszy zaczał klaskac - dosc niezrecznie, bo w dłoni trzymał
kieliszek i ten gest, oczywiscie, podchwycili pozostali. Nagle jednak przerwał,
ochoczo zakrzyknał:
- Do roboty... - i ruszył ku uginajacemu sie pod ciezarem jedzenia stołowi.
Ja tym czasem wyszedłem, bo zauwazyłem przez okno jakies poruszenie na
dworze.
Daleko w bramie stał autobus. Pobiegłem tam. Przedstawiłem sie jako kierownik
osrodka i spytałem, o co chodzi. Wtedy wystapił jeden z facetów - tych
prowadzacych, którzy przywiezli panny:
- Dziewczyny w tajemnicy sie popiły i rozrabiaja. Dostały po pysku, słuzbowo, a
teraz sie stawiaja...
Wszedłem do autobusu. W samym jego koncu zgrupowane były dziewczyny - tak
jak przewidziano - piec. Podszedłem do nich, usiadłem na fotelu, przedstawiłem sie i
spytałem, o co chodzi?
139
One jedna przez druga zaczeły cos mówic o tym, ze wszyscy ci prowadzacy po
drodze chcieli je przeryckac, a w ogóle, to jeden z prowadzacych miał dwie
kochanki, tu obecne i one dopiero tutaj sie poznały. Ja od razu pomyslałem, ze z tego
beda kłopoty. Ale przemówiłem do nich dobrym słowem:
- Dziewczyny - los tak zdarzył, ze zostałyscie powołane do najwyzszej słuzby.
Zarobicie mnóstwo pieniedzy, prace bedziecie miały lekka i duzo czasu na
spacerowanie. Nawet telewizor bedzie, choc jeszcze nie ma. Najwyzsze czynniki
oczekuja od was pełnego oddania w słuzbie, ale jesli cokolwiek zrobicie nie tak, to
reka noga mózg na scianie... Nie zartuje - sam sie boje... Róbcie, co ja wam kaze, a
wasi dotychczasowi prowadzacy juz nie sa waszymi prowadzacymi. Bedziecie miały
najlepsza opieke, pływac bedziecie w luksusie, albo was zwyczajnie zastrzele...
Tu blagowałem, bo jeszcze nawet nie miałem pozwolenia na bron... Niemniej -
blagowałem skutecznie. Popatrzyły po sobie, popatrzyły za okna autobusu, gdzie ich
rozwscieczeni prowadzacy nie mieli przyjaznych min i uznały, ze choc jestem taki
młody, to nie opowiadam bzdur i moge wszystko...
W tej sytuacji kontynuowałem dalej:
- Mamy bardzo powazna wizyte w zwiazku z otwarciem osrodka. Jest to wizyta na
najwyzszym szczeblu, o którym nawet nie macie pojecia. Macie byc uprzejme, nie
przeklinac nawet, jesli goscie beda przeklinac i robic to, co wam karze. Na razie
wejdziecie bocznym wejsciem i ja was w try miga rozlokuje po pokojach. Macie
pietnascie minut, aby sie umyc, ubrac w co macie najlepszego i czekac na moje
wezwanie. Ta, która sie spózni, dostanie wpierdol...
Na koniec mojej wypowiedzi do autobusu wszedł pan Stas i dodał:
- No juz, raz ciach - ciach, bo tu nie sanatorium a ja mam kopyto i ze mna nie ma
gadki...
Sam nie wiedziałem, czy sie cieszyc, czy raczej martwic, ze pan Stas wchodzi w
moje kompetencje, ale faktem jest, ze baz gadania wyszły, zrobiły miny do swoich
prowadzacych i poszły karnie bocznym wejsciem na góre. Na górze ja wskazywałem
im pokoje, jak leci . Pan Stas brał delikwentke za ramie, wpychał i zamykał drzwi.
140
Zszedłem na dół i dyskretnie szepnałem trzem naszym gosciom, z którymi
rozmawiał mój pan Zygmunt, ze panny juz przyjechały, ale musza sie umyc.
Roztropnie nie wspomniałem, kiedy beda gotowe. Troche sie pokreciłem, zajrzałem
do kuchni, nawet pod pawilon, gdzie juz nad flaszka i bigosem - zaczynac sie miało
od zimnych przystawek, ale ten stół był drugorzedny - prowadzacy zapoznawali sie
z towarzystwem. Mineło pietnascie minut i wracam na góre, a tu Sodoma i Gomora.
Panny zamiast czekac gotowe do swojej słuzby, kłóca sie o pokoje, ze niby sa gorsze
od lepszych, a to akurat była bzdura, bo wszystkie były takie same, a pan Stas na
ucho mi szepcze, ze nie potrafi byc damskim bokserem. Ja tez, ale miałem to juz
przemyslane. Zszedłem na dół i odciagnałem na bok jednego milicjanta - pana
Wacka, który zdawał mi sie bardziej rozwazny i mniej - jakby co - brutalny.
- Panie Wacku... Te dziewczyny przyjechały, sa juz na górze, ale stroja fochy. Widzi
pan, trzeba by im lekkie manto spuscic, ale dyskretnie, albo nawet tylko postraszyc.
Ale tak, zeby szybko wykonywały polecenia. Jak nie zapanujemy nad sytuacja, to
bedzie afera... - i wskazałem na naszych gosci - W kazdym razie nie moze byc sladu
po biciu, wiec moze lepiej postraszyc?
- Zaraz - panie szefie, tylko skocze po narzedzie... - i jak stał, tak pokłusował, mimo
tuszy, zaskakujaco szybko.
Poszedłem na góre. Tu cos sie zmieniło, bo panny w dwóch pokojach sie tłoczyły,
ale wolno było sadzic, ze cos ze soba robia... Niemniej pojawił sie milicjant, przez
ramie miał przełozona góre od munduru milicyjnego. Wszedł do tego pokoju, gdzie
były trzy, a mi dwie pozostałe kazał zawołac... Tak zrobiłem. Dziewczyny - to było
widac, jednak sie wystraszyły. On zdjał marynarke i załozył mundur. Pod mundurem
miał pałe - blondynke. Najpierw im ja pokazał przed nosami, a po chwili, kompletnie
równiez mnie zaskakujac, rzucił jedna z nich na łózko, wykrecił jej noge i przywalił
pała w piete. Tamta rykneła w niebogłosy, ale zaraz zatkał jej usta i półgłosem
warknał:
- Niech mi która pisnie...
Zadna nie pisneła... Ja wówczas wysunałem sie do srodka:
141
- Macie piec minut na zrobienie, co kazałem i na gotowosc do zejscia na dół...
Gdy konczyłem to mówic, w drzwiach stanał pan Mieczysław, a za jego plecami
pan Zygmunt. Pan Mieczysław zasmiał sie rubasznie, patrzac na milicjanta nadal
trzymajacego za noge dziewczyne na łózku:
- Ech - młodosc... Łódz... tamte czasy walki... Widze, ze fachowiec, ale nie do
konca... Bo jednak krzykneła i generał wszystkiego sie domyslił... Generała nie da
sie zwiesc... Gdzie słuzyłes?
Milicjant zerwał sie na równe nogi, nie zasalutował, bo nie miał czapki, wiec
obciagnawszy ruki pa szwam zameldował:
- Bataliony Chłopskie, ube w Białej - Podlaskiej, szkoła podoficerów bezpieczenstwa
i urzad w Szczecinie. Po piecdziesiatym szóstym komendant posterunku emo. Teraz
na emeryturze... to przez Zydów wszystko.... panie generale...
Pan Mieczysław z widocznym zadowoleniem, choc i z roztargnieniem, bo patrzył
wcale nie na starego wiarusa, tylko na dziewczyny:
- Partyzant... bardzo ładnie... oddana załoga nowej placówki... ty mnie pod włos nie
bierz... masz tu baby, to je sobie emabluj, a nie mnie... jak bedzie rozkaz, to bedziesz
gonił... a bez rozkazu, to ja ci dam... no dziewczynki... dosc tego... zapraszam na
salony... - i juz odchodzac rzucił:
- Kadry - na razie - na medal...
Obaj z panem Wackiem popatrzylismy sobie w oczy. Nie było o czym mówic -
dobrze wyszło... Gdy wychodziłem, pan Zygmunt poklepał mnie w drzwiach po
ramieniu:
- No... chłopie... generał na wiatr medalami nie rzuca...
Choc pan Mieczysław był juz pod schodami, w koncu korytarza, to chyba to
słyszał...
Na obiad była pomidorowa z ryzem, tak gesta od smietany i zeberek, ze mozna
było łyzke stawiac, na drugie zrazy zawijane wołowe z ziemniaczkami, buraczki i
ogórek kiszony, a do tego kompot bułgarski z wisni. Kłopot był, bo kto chciał, to
sobie pojadał te wisienki, a one nie były drylowane. Stanowczo, do potrzeb
142
słuzbowych przemysł powinien był dostarczac kompot z wisni drylowanych. Do tego
wszystkiego pilismy soplice.
Dziewczyny były wystraszone i mało gadały. Błedem było to, ze goscie siedzieli
obok siebie i panny obok siebie. Niemniej goscie - ludzie doswiadczeni, nie
okazywali zadnego zakłopotania. Zartowali nawet.
Po obiedzie poszlismy na spacer nad jezioro. Ja sie troche martwiłem, bo poziom
jeziora był wysoki i darn na podejsciu do pomostu, jeszcze poniemieckiego,
połatanego na razie troche byle jak, bo podobno konserwator zabytków zabronił cos
zmieniac - do pałacu go nie wpuscili - to jeszcze zanim ja tu przyjechałem - wiec
zemscił sie na pomoscie. Ja o tym wszystkim tylko słyszałem. Wówczas obiekt
znajdował sie pod opieka powiatowych słuzb i mnie to w zadnym stopniu nie
obciaza. Goscie skaczac przez co bardziej rozmiekłe placki darni smieli sie, ze jest
"jak w lesie". Jasne było, ze chodziło im o wspomnienia z lat wojny. Dziewczyny tez
skakały, ale były na obcasach i nie bardzo im wychodziło. Goscie obłapywali je, aby
im pomóc, a potem, to juz poszło.
Po powrocie urzedowalismy juz raczej w holu. Towarzyszacy naszym gosciom
postawny czterdziestolatek, tez - okazało sie - juz prawie generał, bo pułkownik na
etacie generalskim, uwaznie skontrolował cennik w barku i poklepał kochanke pana
Stasia tak troche nad posladkami. No... znaczy - zadowolony... Pan Stas z dumy az
napeczniał i strzelił sobie kielicha brandy martinau - takiego z jaskółka na etykiecie.
Ale toastu nie smiał zaproponowac. Ten prawie generał, okazało sie, to był nasz szef
departamentu... Pózniej poklepał mnie po policzku i grozac palcem, ale zadowolony
- zaznaczył:
- Staraj sie... mały... staraj sie...
Pan Mieczysław w koncu poszedł z dwiema dziewczynami do pokoju na parterze.
Uprzednio dokładnie sprawdził, wychodził w tej sprawie na dwór, ze w kabinie
lustracyjnej nie ma jeszcze aparatury. Pokój obok zajał przedstawiciel FWP. Idac tak
zaznaczył:
143
- No, moja panno, na twoja odpowiedzialnosc... W moim wieku nie obedzie sie bez
wszechstronnej, internacjonalistycznej - rzekłbym - pomocy...
Jedna panna na jakies pół godziny odeszła pod namiot obok baraku. Widac miała
interes do swego dawnego prowadzacego. Zajrzałem tam - rozmawiali na boku,
gestykulowali, ale chyba sie nie kłócili, wiec co mnie to obchodzi? Wypiłem z
towarzystwem jednego głebszego, bo nie było sposobu - tym bardziej ze opuscił ich
pan Stas jakos wbrew instrukcjom platajacy sie po hallu.
Zajrzałem tez na straznice. Narzekali, ze mało gołdy dostali i chyba przyjdzie im
kupic własna. Juz chciałem ich spławic, bo nadwislanom nie miałem popuszczac.
Jestem pewien, ze gdy wazne osobistosci rekreowały sie, to oni nie pilnowali terenu.
Ale tez - nie było widac zadnych intruzów. Bałem sie szpiegów amerykanskich i
zachodnioniemieckich, bo takiego to nie zobaczysz, ale przypomniałem sobie, ze
przeciez tu podejmujemy kierowców samych generałów... A kierowca, to wiadomo -
słyszałem od pana Zygmunta - duuuuuuuuuzo moze... Tak wiec obiecałem im
jeszcze do deseru kilka flaszek winiaku luksusowego, ale pod warunkiem, ze
kierowcy nadal nie beda pic. To była taka asekuracja z mojej strony, bo przeciez
widziałem, ze kierowcy pili i nie miałem watpliwosci, ze nadal beda pic... No... ale
swoje powiedziałem, wiec jakby co, to nie moja wina... Choc, gdyby co, to nie
byłbym taki pewien...
Gdy wróciłem, wszyscy juz byli ciezko pijani. Zaobserwowałem, ze i barmanka...
To nie był dobry znak.
Pan Mieczysław obejmował pana Grzegorza i jakos tak, troche sie sliniac mówił
mu szeptem co najmniej scenicznym:
- Ja Grzesiek tez sie kurwa wtedy bałem... Co ty myslisz, ja zawsze byłem za
Wiesławem... Wiesław o tym wie... Ja tam tak czy owak... ale byłem z wami... Mnie
juz nawet z resortu przeciez zdjeli, ty wiesz... sam wiesz...
Pan Grzegorz uwaznie słuchał, choc widac było, ze wygodnie mu było siedziec na
fotelu z cedetu, obok stolika stojacego w miejscu po kominku, bo mógłby sie jeszcze
zachwiac, ale odpowiedział:
144
- Ja rozumiem intencje, całkowicie popieram, ale ja sam... wiesz... młoda zona... na
Koszykowej sterałem zdrowie... przedtem w lesie... no i te wóde od rana złopiemy...
Na co właczył sie dostojny starzec z FWP, wyraznie zmeczony, lecz bardzo
zadowolony:
- Panowie bacznosc - zdrowie pan...
- Nieustajace - odkrzyknał pan Mieczysław i wszyscy powstalismy

Sto lat, sto lat
Niech zyja, zyja nam
Sto lat, sto lat,
Niech zyja, zyja nam

To zaintonował pan Mieczysław, a pan Grzegorz i nasz szef departamentu im
zawtórowali. Jedynie stary z FWP, zwykle taki układny - energicznie zaprotestował:
- Mietek kurwa rzesz juz nie pierdol... Jak stodoła kurwa... Pomyslcie... na co komu
stuletnia kurwa?
Wszyscy sie smieli - jak zauwazyłem - nawet dziewczyny, choc jakby z
mniejszym, niz pozostali, przekonaniem... Chyba zauwazyli te niezrecznosc, bo
starszy pan wyciagnał z kieszeni marynarki rulon piecsetek, powstał, zreszta z
niejakim trudem i obchodzac sale kazdej kobiecie, w tym takze barmance, wreczył
po brudasie. Pan Mieczysław zaoponował:
- Zostaw te pieniadze, one sa inaczej płacone...
- Przeciez wiem - sam to wymysliłem kurwa... - odciał sie szef FWP.
- Eech... - machnał reka pan Mieczysław i ruszył ku drzwiom. Podbiegłem, by
otworzyc drzwi. Zatrzymał sie na chwile...
- Aaa...
Wyciagnał z bocznej kieszeni plik kartek z nadrukami, gdzie w kropkowanych
miejscach wpisane było cos wiecznym piórem.
- To twoja zapłata - skierowania - masz tego duzo, zebys znał pana...
145
Znów wyciagnał mi przed nos paluch:
- Ty pamietaj - to sa srodki społeczne - trzeba nimi rozwaznie gospodarowac, nie
szastac...
Ja byłem taki przez cały czas spiety, taki zdenerwowany, a teraz widzac, ze chyba
wszystko sie udało i nie było zadnej wiekszej wpadki, ze z tego wszystkiego, sam nie
wiem jak, pocałowałem go w reke... Niebywałe...
Pan Mieczysław tez był zdziwiony, ale mniej, a w kazdym razie nie pokazał po
sobie, tylko rzucił:
- Głupi mały, ale starasz sie... dawaj sobie rade... trudna palcówka...
Wszyscy ruszylismy ku bramie wejsciowej. W ostatniej chwili zatrzymałem panny
- po co miały sie pokazywac kierowcom? Wprawdzie juz je widzieli, ale po co ta
publiczna komitywa? Na straznicy nas zauwazyli i zaczał sie tam energiczny ruch.
Zanim tam dotarlismy, kierowcy juz podjezdzali po swoich.
Najpierw do wołgi wszedł pan Mieczysław, potem pan Grzegorz - razem
przyjechali i razem wracali. Pan Grzegorz na odchodne, tez juz chyba mocno
zmeczony alkoholem rzucił wzdłuz alejki, ku dziewczynom:
- Czołem panowie oficerowie...
Dziewczyny nie od razu domysliły sie, ze to do nich, ale po chwili zaczeły
energicznie wymachiwac rekoma...
Po chwili kolumna z łazikiem na czele ruszyła. Wartownicy w komplecie stali w
szyku na bacznosc. Wyglansowane bagnety na karabinach, odbijajac swiatło
elektryczne dosłownie błyszczały. Pieknie to wygladało. Własciwie, to wypadałoby,
by najstarszy stopniem uscisnał dłon dowódcy warty, ale jakos zapomnieli...
W tym czasie, dosłownie kłusem, do autokaru biegli kompletnie pijani, zataczajacy
sie i przewracajacy oficerowie prowadzacy. Szerokim łukiem omineli miedzy
drzewami swoje niedawne informatorki.
Po powrocie kazałem w pół godziny posprzatac wszystko i stawic sie pod
namiotem koło baraku. Było wprawdzie chłodno, ale pogoda ładna, komarów jeszcze
nie było, a swieze powietrze nikomu nie zaszkodziło. Chciałem na tym krótkim,
146
zaimprowizowanym, bo uprzednio nie planowanym zapoznaniu sie podac wermut
bułgarski, ale pan Stas powiedział, ze nie, ze wyjatkowo, dla całej załogi, postawi
trzy butelki szampana francuskiego. Ja chciałem, zeby tylko jedna, ale on obiecał
swoje głosno, przy ludziach, wiec dałem spokój. Ciagle jeszcze niepokoiłem sie o ten
wybryk z pocałowaniem pana Mieczysława. Dobrze to czy zle wyszło - sam nie
wiedziałem...
Szampana wypilismy wszyscy, tylko stara z kuchni odmówiła i nic nie mozna było
poradzic.
Nastepnego dnia w gabinecie, w sprawie jakiejs instalacji elektrycznej, która
koniecznie trzeba było wymienic, odwiedził mnie w moim gabinecie Felek. Jak juz
to weszło w zwyczaj, postawiłem na biurku cwiartke. Interesowało mnie, jak udało
sie przyjecie pod namiotem. Tu tez nie było skandali, choc oficerowie załowali, ze
traca te dziewczyny. Ale gdy Felek spytał, czy je posuwali, to nie odpowiedzieli, ale
on mysli, ze posuwali. Ja tez tak mysle... Ładne bestie. Kazda na etacie i kelnerki i
praczki. Oba niezbyt wysoko płatne. Prima sort personel...
Kazde skierowanie na wczasy powinno byc opłata za noc. Ja im mam z tego
odpalac piecset na reke. Tak sugerował pan Zygmunt, ale tez zaznaczył, ze
ostatecznie sa to sprawy, o których sam powinienem decydowac. Dostałem na raz
dwadziescia piec skierowan. Wiec zdecydowałem, ze dam im po piecset, ale
zastrzegłem, ze na przyszłosc, jesli goscie nie beda z nimi na cała noc, to nalezec sie
bedzie trzysta. To jest w porzadku, bo wówczas beda mogły obsłuzyc wielu
klientów. Im chyba nie do konca to sie podobało, ale musiały pamietac pałe
milicjanta, bo nie protestowały. A zreszta... to juz było po szampanie, w
pensjonacie... Tak własnie - słyszałem - zakład nazwał jeden z gosci. To mi sie
spodobało...




147
Nie od razu poznałem dziewczyny. Wysłany zostałem na szkolenie. Zasadniczo
fotografowac, a w przypadkach szczególnych nagrywac na tasme filmowa filmowa
miał funkcjonariusz, którego zakwaterowano w powiecie. Nawet mi go nie
przedstawiono. Ale, jak zrozumiałem, bo wcale nie zostało to sformułowane w
sposób oczywisty - miał on przyjezdzac wówczas, gdy beda fotografowani jacys
wazni. Z drugiej jednak strony - o kazdej wizycie miałem ja, lub pan Stas,
informowac go telefonicznie. Zapewne po to tak naprawde instalowano mi telefon
resortowy.
Przez tydzien petałem sie przy Polskiej Kronice Filmowej. Ci ludzie oczywiscie
nie wiedzieli, po co mi ta wiedza. Sadzili, młody człowiek, moze ma plecy, a nie
studiuje, wiec próbuje swych sił przy fotosach i kamerze. Nastroje w ekipie nie sa
dobre. Ekipa jest kompletnie zazydzona i nie jest - tak potem meldowałem - zdolna
realizowac aktualnej linii partii polegajacej na utrwalaniu wiezi ze społeczenstwem
na gruncie patriotyzmu, szacunku dla wysiłku zbrojnego zołnierza polskiego - jakze
czesto wykorzystywanego przez manipulatorów róznej masci.
Gdy tylko wróciłem, to miałem własnie okazje we własciwym swietle ujrzec swoje
doswiadczenia polityczne wyniesione ze współpracy z ekipa Polskiej Kronice
Filmowej. Przyjechałem pod wieczór. Na razie wraz z panem Zygmuntem nie
mielismy zaufania do pana Stasia na tyle, by mu powierzac prowadzenie placówki w
moim zastepstwie. Dlatego przez ten tydzien na miejscu kołkiem siedział pan
Zymunt i podjał nawet kilka bardzo racjonalnych decyzji dotyczacych praktycznego
funkcjonowania pensjonatu, o których mnie poinformował. Dwóch gosci było na
górze. Jeden był wiceministrem handlu odpowiedzialnym - jak mi powiedziano - za
rzemiosło. Drugi prawdopodobnie z resortu, ale go nie widziałem, poniewaz upił sie,
zanim poszedł na góre, potem zasnał, a rano, bez sniadania wsiadł w samochód i
pojechał.
Natomiast w hallu w fotelach przy stoliku siedzieli, pili martineau pod specjalnie
przywieziona z warszawskiego Varsowinu polo-cocte: szef naszego departamentu i
pewien wybitny pułkownik LWP, a zarazem pisarz. Byli kompletnie pijani, co
148
podobno az tak czesto naszemu szefowi sie nie zdarza. Szef pocieszał pułkownika,
którego na łamach prasy partyjnej i inteligenckiej strasznie gnebili publicysci
zydowscy. Ci Zydzi to Rakowski i Urban. I Wajda - ale ja przeciez dobrze wiem, ze
Wajda - sadzac po nazwisku - Zyd - jest rezyserem, który zrobił patriotyczne filmy
"Kanał" i "Popiół i diament". Jeden jest o powstancach, a drugi o bezsensie
sprzeciwiania sie władzy ludowej i sojuszom. Ktos mi zreszta to juzprzedtem
relacjonował, ale w innym oszukanczym duchu... No ale nie wszystko rozumiem...
Aha - widziałem jeszcze "Popioły" Wajdy - piekny film - ciagle walcza na koniach,
w kostiumach z epoki - nasi wygrywaja na Zachodzie, w klerykalno - faszystowskiej
Hiszpanii i z Austria, za to dostaja po łapach, jak sie pchaja z Napoleonem na
Moskwe. Przesłanie jest dla mnie jasne - pomylilismy sojusznika. Jeszcze sie taki nie
narodził, co by ruskim dał rady. Ich wojsko ma wszy wieksze jak czołgi i z taka
armia jeszcze nikt nigdy nie wygrał. Słyszałem taki kawał o radzieckiej wszy
wywiezionej w kosmos przez Gagarina, ale juz nie pamietam, o co chodziło. Ale
chodziło o to, ze jak ruskiemu wojsku ze wszami nie moga dac rady amerykanie, tak
i astronauci amerykanscy - ja tak mówie o Amerykanach, bo w Wolnej Europie sa
astronauci, zas w naszej prasie i radiu - kosmonauci - pan Zygmunt kazał mi na to
zwracac uwage, by sprawdzac, kto sie znajduje pod obcym wpływem. Gdy ja
mówie: - "atronauci", to czekam - albo ktos mnie poprawi i o tym powinienem
donosic, albo nie zauwazy i o tym nie mam meldowac, albo porozumiewawczo tez
mówic; - "astronauci" i wtedy... o... mamy gagatka... Juz ma to na wieki zapisane w
ankiecie personalnej. No wiec: czołgisci rosyjscy sa najlepsi na swiecie i w takim
razie kosmonauci radzieccy sa tez najlepsi na swiecie.
Tak siedza: pułkownik z resortu z pułkownikiem od prasy i smedza. Na dodatek
ten pułkownik publicysta narzeka, ze wódka jest lepsza od koniaku, radziecki koniak
jest lepszy od francuskiego, ale dalej pija francuski... Ja ukradkiem pojadam z talerza
jajecznice na kiełbasie, bo po drodze zgłodniałem, a w geesach wolałem nie
ryzykowac, bo łatwo jest sie struc - ciagle trzymaja mieso w piwnicach, a nie w
lodówkach. Ja w moim pensjonacie wystarałem sie o lodówki.
149
Słucham bacznie, choc zarazem udaje, ze zajety jestem jedzeniem. Wolałbym, zeby
podali mi te jajecznice na patelni, ale moze na talerzu jest wytworniej, wiec nic nie
krzyczałem na kuchnie, zeby nie wygłupic sie przed goscmi.
- Ciagle ta Moskwa nie potrafi zajac pryncypialnego stanowiska. Niby jest za nami,
ale i tamtych nie daje załatwic... - smuci sie nasz pułkownik.
Na to pułkownik publicysta, dosc ciezko dyszac, bo pociagnał głeboki łyk i zaraz
zaciagnał sie papierosem, a podobno - tak słyszałem - ma gruzlice:
- Słuchaj - to jest tak jak z Włochami u boku Hitlera kurwa... no wiesz... Włosi
Mussoliniego byli sojusznikiem Hitlera...
- Ty mnie kurwa nie mniej za idiote...
- No, no... daj spokój... tak sobie gadamy... - bez oznak jakiegos speszenia odciał sie
publicysta... - - Przeciez ja akurat wiem, ze ty masz obszerna wiedze... No wiec
Włosi duzo gadali o sojuszach, rózne tam pakty stalowe i osie, ale jak co do czego, to
zawsze na widok aliantów uciekali. Ja juz nie mówie - na froncie wschodnim, ale
nawet na Zachodnim, w walce z tymi fiszendfritesami i bublegumami... ja ci powiem
wiecej - oni w dupe brali nawet od greków, a przeciez wiadomo, ze Grecy to
pastuchy kóz... hołota...
- No ty mów do rzeczy, przeciez to o tych Grekach to wiem, mnie w Moskwie
szkolono z tego...
- No wiec jak rzad dusz u nas trzymac beda Zydzi, to skutek bedzie taki, ze jak co do
czego i trzeba bedzie walczyc, to nasza armia moze byc u boku armii czerwonej jak
ci Grecy, nie... no Włosi dla Hitlera... No i wiesz... dla Moskwy strata, bo za takie
rzeczy płaci sie krwia własnych zołnierzy, a dla nas wstyd... panie tego... zeby
zołnierz polski jak Włosi?
- Eeeee tam... - nasze Macki beda sie biły. A jak nie, to da sie kordonujace bataliony,
ostrzał artyleryjski z tyłu, albo co... No nie bedziemy ryzykowali... Jak bedzie zle, to
ruskie naszych dowódców hurtowo moga stawiac pod sciane... ja ich znam... Ale
zeby nasi jak Włosi? Zobaczysz... nasi beda lepsi niz enerdowcy, a zreszta...
enerdowcy nie przezyja tego bałaganu... no mokra plama...
150
- A mam nadzieje... he, he...
- Ty myslisz - zdazymy ewakuowac naukowców, elity, rodziny? Przeciez wiesz...
wszyscy w bunkrach, tych porzadnych, nie pomieszcza sie. Zreszta, bedzie niezły
burdel, akowcy jednak moga sie ruszyc... nie wszyscy rozumieja szczerosc naszych
intencji...
- Bo ja wiem... jak bedzie ewakuacja, to wywiad nieprzyjaciela bedzie o tym
wiedział...
- Sam wiem... no ale chyba nam tego nie zrobia?
- Nie zrobia, bo beda chcieli miec na Syberii zakładników...
- Chuj z tym, ze zakładników... tego sie nie boje... my tu w Kraju flaki dla wspólnej
sprawy z zył wyprujemy... Ale wiesz - bezpieczenstwo bliskich... nie moga nam tego
zrobic...
Poniewaz jednak goscie co jakis czas czujnie spogladali na mnie, wiec pod
pozorem, ze musze odniesc talerz do kuchni, oddaliłem sie. Gdy wróciłem, to pili juz
kolejne kieliszki, a nalewali do koniakówek, takich ładnych, w kształcie gruszek, az
po wrabki i pułkownik publicysta cos tam mówił, ale cicho. Wreszcie dopiero
usłyszałem:
- Ty sobie pomysl, moze warto zapamietac, bo to taki bon - mot, no wiesz -
powiedzenie... Ono moze pójsc pod strzechy i warto, by pamietali, ze to twoje:
"Przyjazn ze Zwiazkiem Radzieckim powinna byc jak herbata - mocna, ale nie
przesłodzona"...
- Ruskim bedzie to pasowac?
- No kurwa mówie ci, ze bedzie... juz ja wiem... jak mówie, to nie mysle... ale
wiem...
- Dobry jestes... ja jeszcze jednak skonsultuje, ale dobrze wiesz, ze ci ufam... Dobrze
powiedziane, mocno... to prawie poezja... kurwa... Jeszcze po jednym...
Wypili. Ja ciagle czujnie wyczekiwałem... Nagle nasz pułkownik rzucił:
- To co - popierdolimy sobie teraz troche - masz tyle zdrowia?
151
Zadał to pytanie z niejaka czułosci dla swego rozmówcy, który rzeczywiscie -
ciagle kaszlał, a chwilami wrecz charczał... Ale obruszył sie...
- Ja do tanca i do rózanca... W narodzie musi panowac zdrowy duch i dziarskosc...
Ja, moze nawet na przekór trudnosciom - nie bede sie uchylac...
Wtenczas nasz pułkownik kiwnał na mnie - jednak był pewien, ze ich obserwuje,
choc udawałem, ze czytam "Gazete Olsztynska" - artykuł o tym, ze biezaca akcja
zniwna nas nie zaskoczy i nie zabraknie sznurka do snopowiazałek, poniewaz z puli
specjalnej premier postanowił wyasygnowac dewizy na zakup sznurka w Argentynie
i tylko nie wiadomo, czy statki nadaza go przywiezc. Wszystko zalezy bowiem od
terminu agrotechnicznego zbiorów zbóz, a tego nie da sie z całkowita precyzja
przewidziec w planie społeczno - gospodarczym.
Oczywiscie - natychmiast pobiegłem.
- Dostarcz nam do pokojów babki, takie wiesz - dla pułkownika cycata, a dla mnie
tez, nie zeby deska zaraz, no wiesz: - Tereska - z przodu deska, z tyłu deska... -
wszyscy trzej sie zasmielismy - ale nie jakas beczka... No i po tym francuskim
koniaku na tacy... tak... polo-cocta... i dla mnie ptitybery... a zreszta - co? - dla
towarzysza pułkownika równiez...
Dziewczynami zajał sie pan Zygmunt, który tez nasłuchiwał, ale z innego konca
sali. Dla mnie zadna strata, bo przeciez na swojego szefa departamentu i tak nie
mógłbym donosic, chyba ze inna droga słuzbowa, której na razie nie znałem. Ja
przeciez jeszcze nie znałem naszych dziewczyn - nawet nie pamietałem wszystkich
po imieniu...
Zostałem w hallu sam tylko z panem Zygmuntem i z barmanka. Pan Zygmunt
wział z baru kolejna flache tego uzywanego dzis w nadmiarze trunku, kolejne dwie
deficytowe na rynku polo-cocty, usadowił wszystko wraz ze szkłem na tacy i
przyniósł do mnie. Ja popytałem, co w pensjonacie - jemu ta nazwa chyba tez
pasowała. On mnie z kolei - jak poszło szkolenie?
Wreszcie, gdy spytałem, kiedy zrobic zebranie z dziewczynami, zebym je poznał,
to powiedział, ze wcale nie trzeba robic takiego zebrania.
152
- Po co masz sie z kurwami pospolitowac? Wiesz, to jest klasyka postepowania.
Musi byc dobry ubek i zły ubek. Obiekt musi bac sie w sumie obu, ale złego ubeka
bardziej. Wtedy w naturalny sposób, za chocby cien sympatii, czy zrozumienia,
zgodzi sie wszystko zeznac, nawet to, ze jego matka jest kurwa. To tylko kwestia
dobrej obróbki, której osiami sprawczymi... tego... jest harmonijna i niezbyt
widoczna współpraca dobrego i złego... No i ty dobrze zaczałes z tym pałowaniem.
Jeszcze lepiej, ze trafił sie ten pierdolony milicjant. Dobry fachowiec. Podobno w
młodosci seryjnie katował na smierc. Ale, no mówie - fachowiec, a nie sadysta. Jak
nie trzeba, to nawet nie poznasz, ze kogos zlał. Dla nas, na naszej placówce - złoto
nie człowiek... No wiec jak ty sie bedziesz ostentacyjnie od nich odgradzał, to
dobrze... I tak musza o ciebie zabiegac, bo z twojej reki maja brac szmal... No i
wiesz... pierdolic musisz równomiernie, nie wyrózniac jednej jakiejs... Ja chyba tez
bede musiał, a na co mi to... Czy ja zony nie mam? Ale pamietasz tego fagasa,
którego podesłałem ci na Prage na szkolenie? No wiesz, tego sanacyjnego sutenera?
- No pewnie, ze pamietam...
- On mówił, ze jak chcesz miec porzadek w burdelu, to trzeba je raz na tydzien
pierdolic i one same tego chca. Własciwie, to jeden powinien to robic, ale w
imperialistycznym burdelu chodzi o pieniadze. A u nas, no to wiadomo - chodzi nam
o informacje, a im o pieniadze... Wiec my musimy inaczej. U nas musi byc tak samo
jak w panstwie socjalistycznym - bac sie maja aparatu panstwowego, no wiesz...
milicji, wojska, dyrektorów, majstra, a tulic głowe z zalu w ramionach partii,
zwiazków zawodowych i oficera prowadzacego.
Tu pan Zygmunt usmiechnał sie. Widac chciał isc pod wzgledem tych tam
bonmotów w konkury z pułkownikiem - publicysta, bo dodał:
- W naszym panstwie jest jak w naszym pensjonacie - jak jest potrzeba, to obywatel
ma informowac, a na co dzien byc dyspozycyjnym i na kazde skinienie dupy
dawac...
Teraz to my sie smielismy... Zreszta siedzielismy w tych samych fotelach - ja na
miejscu publicysty...
153
Potem jeszcze dodał:
- Mam polecenie, by zaradzic pewnemu problemowi. Ale o tym ani mru, mru... Ja
tobie mówie, zebys wiedział, ale zebys o tym nie gadał i nie dopuszczał, zeby ludzie
gadali. No wiesz... nasi tu - z personelu... Potrzeby bywaja zróznicowane, a my
musimy wszystkie wykorzystywac. Tam na górze z dziewczyna jest taki jeden
wiceminister handlu. On sie z ta dziewczyna meczy, bo dobrze wiem, dostałem to w
instrukcji, ze woli chłopców...
Popatrzyłem na niego zdumiony...
- No nie gap sie jak ciele w malowane wrota. Słyszałes kurwa o pedałach?
- Cos tam słyszałem, ale nie całkiem rozumiem - w dupe, czy jakos tak?
- No to dobrze słyszałes. Tu przyjedzie taki chłoptas i on bedzie od czegos tam -
wymyslisz mu jakas mało absorbujaca funkcje, ze niby jest od czegos innego i on
takim jak nasz wiceminister bedzie robił dobrze...
Ze zbaranienia... kompletnego... tylko kiwnałem głowa...
Ja do tej pory wyobrazałem sobie, ze to tylko w Ameryce takie rzeczy sie dzieja...



Niby miałem obowiazek ryckac te panny w regularnych odstepach, ale to łatwo
tak powiedziec. Z jednej strony miałem na to ochote, bo przeciez młody byłem
chłopak, z okreslonymi potrzebami, ale z drugiej - jakos sie wstydziłem... Ja zawsze
miałem poczucie wielkiej odpowiedzialnosci za powierzony mi personel. Musiałem
trzymac dystans, zeby przadek panował, a tym czasem jak sie rycka, to jaki tu
dystans?
Tak wiec pan Zygmunt ryckał dowoli, nawet narzekał, bo to zona, łgał nawet, ze
zdrowie nie to, ale swoje robił. A ja jakos nie mogłem sie przełamac... Pan Zygmunt
mi mówił, ze moze nawet któras namówic, zeby przyszła do mnie w nocy do łózka,
ale przeciez nie o to chodzi, bo to ja mam tu byc tym pogromca dzikich zwierzat, a
nie pudlem... Tak mi mówił.
154
Ja tym czasem na głowie miałem inna kwadrature koła. Płacono mi skierowaniami,
ale ksiegowa zapierała sie, ze nie bedzie wypłacac pieniedzy z konta pensjonatu,
które to pieniadze przeciez wpływały w oparciu o dostarczone skierowania, skoro nie
ma pokrycia w fakturach rachunków. Scislej biorac - kłopot był ze stawkami
zywieniowymi, a one obejmowały w sumie wiekszosc sum, na które opiewały
skierowania. Oczywiscie - cos tam, zreszta nie tak mało, kupowało sie z zywnosci,
dosc szybko załatwiłem w sklepie powiatowym rozpisywanie alkoholu na zywnosc.
Nic za to nie musiałem płacic, nawet co i raz dostawałem flaszke ekstra, tak raz na
tydzien i to jakiejs dobrej wódki, gatunkowej, spod lady, jak ajerkoniak, czy takie
tam. Ja wiem, o co chodziło. W powiecie wprawdzie zaopatrzenie w mieso było
lepsze niz w Warszawie, na przykład prawie zawsze mozna było kupic schab, ale z
lepszymi wedlinami była bryndza. Ona sprzedawała to spod lady, moze drozej, a
moze w zamian za co innego - nie moja sprawa - a rozpisywała, ze sprzedała nam i
dlatego na lade nie wystawiała. Zadna kontrol jej nie mogła podskoczyc, ze chowa
dla nas na zapleczu, bo z powiatowego wydziału handlu miała odpowiednie
zalecenie. Mi to wcale nie przeszkadzało. Niech kazdy sobie radzi, jak moze...
U niej te wedliny były jeszcze jako takie, ale nigdy nie mozna było przewidziec, co
rzuca? A ja tym czasem zawsze musiałem miec wyroby luksusowe i na dodatek
swieze. Niby to własnie mogłem kupic w Konsumach w Olsztynie, ale tam jakosc
była jakas taka podła. Pogadałem chwile z panem Zygmuntem, a on, nie pytajac
nikogo o pozwolenie powiedział:
- Chłopie - załatwiaj...
Widac miał dyspozycje, aby takie sprawy rozwiazywac jak najkorzystniej i na
własna reke. W trzy dni potem wsiadłem w pikapa, aby z honorami zajechac na
rodzicielskie podwórko. W miasteczku nic sie nie zmieniło. Coraz intensywniejsza
wiosna sprawiała, ze było pieknie. Tym bardziej, ze klimat tam jest cieplejszy i
wszystko szybciej dojrzewa, niz na Mazurach. Z ojcem załatwiłem oficjalnie tak:
dostał on dodatkowe pół etatu w moim pensjonacie, z czym zreszta były korowody
biurokratyczne, bo przeciez pensjonat był w innym województwie, ale jakos
155
załatwilismy. Na prosbe resortu gees w miasteczku podjał sie obsługi
zaopatrzeniowej naszego pensjonatu.
To była absolutna granda, bo przeciez poszczególne województwa, a w
województwach poszczególne powiaty, w powiatach poszczególne sklepy z gardła
sobie wyrywały przydziały na mase miesna i w wedlinach, czekolady i takie tam
równiez. No i zaopatrywanie placówki z innego województwa było w takim razie
czysta strata. Ale nie całkiem, bo moznosc wykazania sie zaopatrywaniem placówki
specznaczenia, a taka bylismy, stanowiła podstawe do zabiegania o wieksze
przydziały w województwie na powiat. I dalej - województwo tez umieszczało nas
w zestawie swoich placówek spec, które musi zaopatrywac i dlatego przysługuja mu
wieksze przydziały.
W rezultacie ojciec nowa nyska chłodnicza, taka mu i tak kupili, gdy wyszedł z ula,
w ramach swoich obowiazków słuzbowych co tydzien woził do nas wyroby. Za
paliwo i tak dalej rozliczał sie fakturami u siebie w geesie, za to u mnie dostawał na
to ryczałt bez obowiazku dostarczania faktur. Oczywiscie - dosłownie wszystkie
pieniadze mogłem pokryc zaopatrzeniem od ojca, a on i tak przywoził mi tyle
wszystkiego, ile potrzebowałem. Ze sprzedaza to on całkiem nie miał trudnosci - im
wiecej - tym lepiej. Cieleciny w ogóle nie wpuszczał na rynek - baby z miasteczka
jezdziły do Kielc i sprzedawały ja, jako cielecine od chłopa, z podwójnym
przebiciem. One zarabiały, rodzice zarabiali i mi cos tam kapało. Nawet niezle
kapało...
Dosc długo nie instalowano nam urzadzen technicznych do fotografowania i
filmowania. Oficer, który miał to robic - słyszałem - wykorzystywał czas na remont
przydzielonego mu mieszkania, a własciwe domku jednorodzinnego. Moze wiec
wcale nie popedzał zaopatrzeniowców? Tylko ja czasem wchodziłem do tych kabin i
obserwowałem przebieg swiadczenia usług przez moje dziewczyny. One o tym sie
dowiadywały, ale po czasie, bo przeciez tak naprawde nie mogłem ukryc swoich
wejsc do kabin na pietrze, a nawet na parterze... To przeciez tez sie nie ukryło.
156
Szczególnie miła była wizyta dyrektora zakładów parkieciarskich. Tak sie przy
barku zalił, ze obiekt piekny, ładnie utrzymany, a parkiety marne. No bo
rzeczywiscie - parkiety były stare, przedwojenne, tylko cyklinowane. Jego zakład
duzo produkował na eksport, cos tam miał wspólnego z resortem, ale ja w takie
rzeczy nie wnikałem, no i resort go nagrodził wizyta u nas.
Od słowa do słowa uzgodnilismy, ze jesli bedzie zgoda resortu, to ekipa z jego
zakładu wejdzie do pensjonatu i w try miga zerwie stare parkiety, postawi nowe i
nawet bardzo sliczne, bo takie mozaiki z miedzy innymi czarnym debem, który
wydobyto z dna jakiejs rzeki i który lezał tam podobno tysiac lat... Departament
zgodził sie, FWP tez, bo przeciez to ono musiało opłacic rachunki, a dyrektor mógł
sobie do nas przyjezdzac kiedy tylko nie było jakiegos alertu. Oczywiscie nadal
musiał dostarczac za kazda wizyte skierowanie, ale to nie był dla niego problem.
Przeciez w zwiazkach zawodowych miał tego u siebie w zakładzie od cholery... Tyle
załogi... nikt nawet nie odczuł... Zreszta, ta jego załoga... pracuja dobrze, ale same
pijaki... Wiem co mówie - czesto go słuchałem i zreszta widziałem, jak kładli
parkiety u nas... Podobnoe nawet z politury potrafili wydestylowac spirytus...
Niebywałe...
On upodobał sobie taka Magde - dziewczyne przywieziona ze Zgierza. Prowadzacy
podstawiał ja róznym dyrektorom, czy jakims takim, chyba od dziecka, bo gdy trafiła
do nas, to majac dziewietnascie lat znała juz chyba wszystkich waznych w Łodzi. W
kazdym razie, co kogos mielismy z Łodzi, to oni sie znali... Inna sprawa - ładna jak
malowanie - taka blondyneczka jak lalka, ze szczerym wyrazem twarzy i błekitnymi
oczyma. Wygladała na maturzystke, moze studentke... nikt by nie pomyslał...
Kupował jej radzieckie złote pierscionki. Mi sie to nie bardzo podobało, ale na razie
nie interweniowałem...
Wczesnym latem przyjechał pan Zygmunt i powiedział, ze palnelismy straszna
gafe, ale jest tak załatwione, ze jesli wyniknie afera, to na nas moze nie padnie. Otóz
przypomniał o istnieniu chorób wenerycznych - całkiem o tym nie pomyslelismy -
157
tyle jest w przychodniach plakatów mówiacych o chorobach wenerycznych, a
człowiek nie skojarzy...
Z innego miasta powiatowego, z odległosci ponad trzydziestu kilometrów, miała
codziennie o pietnastej przyjezdzac do nas pani doktor. Dostała przydział na jednego
z pierwszych fiatów 125 p. Doskonała maszyna - jeszcze miała wiekszosc czesci
włoskich i jugosłowianskich. Taki wytworny, bezowy. Co tydzien miała nam badac
cały personel - tak jej kazano, a nadto - kazdego goscia. Byłem zdumiony - taka
ładna, zgrabna, trzydziestu lat nie miała - doktor Ewa sie nazywała, a kazdemu
gosciowi miała fiuta ogladac. Mi tez... To było krepujace, ale polecenie słuzbowe...
Raz na tydzien przyjezdzała na dłuzej, a tak to na dwie godziny - od pietnastej do
siedemnastej. Teoretycznie, jesli którys gosc przyjechał potem i nie mógł byc
poddany badaniu, to nie mógł byc obsłuzony. Oni to wiedzieli. Ale jesli miał
przyjechac ktos wazny, to sie ja prosiło, zeby poczekała. Goscie rozumieli o co
chodzi i czesto, jesli sie spózniali, to jakas bombonierke deficytowa jej ofiarowali,
czasem nawet perfumy, albo dla mnie podwójne skierowanie.
Pani doktor przyjezdzała i o trzeciej, razem z nami, na prawach goscia w jadalni
spozywała obiad. Przy okazji - miała uprawnienia jako dietetyczka, wiec
zatwierdzała co tydzien plan zywieniowy. Z tego tytułu moglismy jej dac dwie
połówki etatu, a takze rozliczac podróze.
Takie rzeczy nic mnie nie kosztowały. Trzeba bowiem wiedziec, ze pieniadze na
fundusz płac, energie i inne opłaty przychodziły z FWP i nie miały zadnego zwiazku
z naszymi dochodami. I analogicznie - wszelkie koszty - w granicach wyznaczonych
regulacjami, opłacałem z pieniedzy FWP. Jednak stawki zywieniowe, a zatem i
przydziały zywnosci, czy np. opłaty za pranie - na tym nie dawało sie zreszta
oszczedzic, zwiazane były z iloscia skierowan. My akurat - czesto tak bywało -
mielismy wyraznie obłozenie wieksze, niz ilosc miejsc noclegowych. Ale to
załatwiałem wpisujac rzekome dostawianie łózek do pokojów. Czasem wychodziło,
ze jest ich nawet kilkanascie w pokoju. Nie mogło byc inaczej, skoro skierowanie
158
było niby na dwa tygodnie wczasów, a tym czasem gosc - bywało - wpadał tylko na
godzinke...
Ja natomiast rozliczałem sie z dziewczynami pieniedzmi, które jakos musiałem
wygenerowac - przede wszystkim od taty. Tata mi płacił za zywnosc, srodki
czystosci i tak dalej, po cenach panstwowych minus dziesiec procent. On oczywiscie
miał z tego wiecej. Szybko jednak zrobilismy jeszcze inaczej - tata przywoził towaru
ile wlezie, najlepszego, a ja odsprzedawałem naszym gosciom z narzutem
dwudziestopiecioprocentowym. Poniewaz jednak odpadała marza sklepowa, to w
sumie wychodziła cena podobna, co w sklepie, a my mielismy po prawie
dwadziescia procent zysku, a nawet wiecej, bo tatus zawsze wpisywał wieksze
ubytki masy, niz to miało miejsce w rzeczywistosci i to tez solidarnie dzielilismy.
Z tym, ze ja z tego interesu miałem wiecej, bo musiałem z tych pieniedzy tylko
opłacic dziewczyny, czasem jakies wydatki ekstra, na których rozliczenie nie
mielismy juz zadnego pomysłu z ksiegowa, a reszta była dla mnie. Ksiegowa cos na
boku kombinowała i tez wychodziła na swoje. Ja w kazdym razie w pierwszym roku
uzbierałem w ten sposób prawie trzysta tysiecy złotych, a jesli dodac jeszcze pensje i
takie tam rózne premie od pana Zygmunta, to jeszcze drugie sto tysiecy doszło. A w
pegeerze zarabiali po siedemset złotych. Pani doktor w osrodku zdrowia brała tysiac
piecdziesiat, ale u mnie dwa trzysta i jedzenie. I jeszcze za paliwo... dziewczyny
srednio miały po piec do osmiu tysiecy, plus pensje. A jeszcze - wszyscy co kwartał
dostawali premie w wysokosci dwudziestu pieciu procent legalnego uposazenia,
czyli co trzy miesiace siedemdziesiat piec procent miesiecznej pensji ekstra... No
zyc, nie umierac... Pan Zygmunt, to powiadał, ze my juz trafilismy do komunizmu...
Bo przeciez jeszcze zarcie wszyscy mielismy, i to prima sort, za darmo...



Pod koniec sierpnia miały miejsce wydarzenia dramatyczne. W piatek wieczorem -
a mielismy pełne obłozenie piecioma klientami - wszyscy ze spółdzielczosci
159
rzemieslniczej z miasta Łodzi – zostali dostarczeni przez wiceministra handlu. On
coraz czesciej u nas bywał nie dlatego, ze były dziewczyny, ale przeciwnie - dlatego,
ze był Adas. Adas był synem jakiegos działacza partyjnego i u nas został zatrudniony
jako kierowca. Nie miał wprawdzie prawa jazdy, ale pan Zygmunt przywiózł mu
dokument, a pan Stas w chwilach, w których uwazał, ze jest trzezwy, poduczał go. Ja
dostałem fiata 125 na wzmocnionych resorach – kombi. Model taki sam, jak karetki
zdrowia. W takim razie Włodek jezdził na warszawie pikapie i dowoził rózne
produkty.
Razem z tym ministrem robili sobie wycieczki tym pikapem. Poznali miedzy
innymi Gerharda - Mazura, któremu zabrano domiarami rok temu wedzarnie.
Oczywiscie - prywatnym w ogóle nie wolno było robic wyrobów z miesa.
Teoretycznie mogli wytwarzac wyroby z podrobów, ale skad mogli wziac podroby,
jesli zakład uspołeczniony predzej dał je na pasze dla lisów, niz sprzedał
prywaciarzowi? Za karmienie lisów nikt im głowy nie urwał, jesli mieli z sanepidu
oswiadczenie, ze z jakichs powodów to jest słuszne, a za prywaciarza mogli miec
taka kontrol, ze całe kierownictwo mogło znalezc sie w mamrze.
Minister sam o sobie, w chwilach rozrzewnienia mawiał, ze jest hersztem od
likwidacji rzemiosła w peerelu i taka była prawda. Ojciec, gdy sie dowiedział, kim
on jest, to wział mnie na strone i powiedział, zebym sie przed nim pilnował,
poniewaz to musi byc nadzwyczajny skurwiel...
A jednak to minister wraz z Adasiem wynalezli Gerharda, który w ogródku, jak
nałogowiec, w stalowej beczce po benzynie lotniczej urzadził sobie przydomowa
wedzarnie. A to było wolno, jesli wedziło sie tam nie mieso, a ryby. No a on wedził
wegorze. Teoretycznie winny to byc samodzielnie złowione ryby na wedke przez
posiadacza karty wedkarskiej. W rzeczywistosci jednak były to, nawet nie musiałem
nikogo pytac, wegorze złowione przez niego na sznury, ale przede wszystkim
wegorze na lewo kupione od tych samych rybaków, od których zawsze kupował
ryby.
160
Dzieki Adasiowi zawsze mielismy w kuchni kilka wegorzy. Oczywiscie bez faktur
- formalnie nie istniały, ale mi to było obojetne, bo przeciez rozpisywałem to na
miesie i wedlinach od ojca, które albo w ogóle nie dojezdzały na Mazury, albo i tak
sprzedawałem moim klientom. No i własnie nastepnego dnia miałem sam pojechac
do Gerharda, aby ewentualnie kupowac wszystko u niego na pniu, a potem
odsprzedawac swoim klientom. On te swoje wegorze sprzedawał na szescdziesiat
piec złotych kilogram, gdy ja z pocałowaniem reki mogłem kazda ilosc kazdemu
sprzedac za sto piecdziesiat, a jeszcze sie zastanawiałem, czy nie wstawic ich do baru
i nie sprzedawac w porcjach? Było ryzyko, ale jesli dałoby sie go zwerbowac, to
wówczas byłoby formalne, choc tajne uzasadnienie dla tych podejrzanych machlojek
i nikt by mi nie podskoczył... Tak sobie kombinowałem, ze kazdego na tym by
zamkneli, ale nie mnie. Nie prowadziłem przeciez gastronomii otwartej, a wegorz, to
wiadomo - ryba... Ryby sa zdrowe, czego najlepszym dowodem jest ludowe
powiedzenie: - "jedzcie dorsze, gówno gorsze". A ludzie, wiadomo, nie lubia tego, co
zdrowe.
Otóz wieczorem zadzwonił telefon resortowy. Szczesciem usłyszała go ksiegowa,
powiadomiła mnie i zdazyłem dobiec. Poznałem po głosie szefa departamentu...
- No... jestescie... słuchajcie uwaznie... Sytuacja jest dramatyczna. Czort wie, co za
menda powiedziała pierwszemu, co sie robi w waszej placówce. Wział Mieczysława
na dywanik... A zreszta nie wiem, w jakiej sytuacji, ale naskoczył na niego, ze w
socjalistycznym panstwie jest burdel, a przeciez socjalizm wyzwolił kobiety i nie ma
prostytucji w naszym kraju. Tupał noga i jest wsciekły. Jutro, jadac do Łanska, ma
do was przyjechac. Bede z nim. Tak sie zastanawiałe... Tu nie ma co udawac, ze nie
ma tego, co jest. Jak mu ktos powiedział, to musza to byc wrogowie Mietka i juz oni
dobrze wiedza, co i jak. Tego nie przeskoczymy... Ale mozna zagrac z innej manki.
Słuchacie mnie?
- Słucham, towarzyszu pułkowniku!
- Dobra... Pierwszy musi rozumiec, ze nasze pracowniczki nie sa prostytutkami, to
znaczy, ze nie zarabiaja od spotkania z klientem, tylko dostaja normalna,
161
socjalistyczna pensje, a nawet premie... Ze sa takimi pracownicami zdrowia po to, by
w wypadku koniecznym, kiedy słuzba tego wymaga, walczyc z wrogiem na froncie
agenturalnym. Ze duze panstwo, jesli chce byc suwerenne, musi umiec
wykorzystywac wszystkie swoje atuty... No a w takim razie musi byc
przygotowane... Gotowe... No musi gdzies trzymac te dziewczyny i one musza cos
umiec. Ty nie masz tego mówic pierwszemu... No chyba, zeby pytał, ale to i tak za
duzo wiedziec nie musisz... Mówie, zebys wiedział, zebys nie zrobił cos
sprzecznego. No i ja wymysliłem, ze to ma wygladac jak taki szpital - wiesz - w
barku rózne wody mineralne, personel na biało, w łachach szpitalnych... Cały! Ty
mnie słuchasz?
- Uwaznie słucham i wszystko na razie pamietam...
- No dobra... Wiec wszystko jak w szpitalu. Oooo! Lezaki nad jeziorem i - ty masz
tam teraz jakichs rzemieslników - za morde ich i wyrzucaj od razu, na kopach... W
nocy przyjada nasi pensjonariusze - z resortu... Jak którys bedzie pijany, a chocby na
fleku, to notuj... Jak bardzo pijany to wypierdol, albo nawet utop skurwysyna w
jeziorze, a pierwszemu takiego nie pokazuj... No wiec słuchaj... Ze szpitala emeswu
juz jedzie do was ciezarówka na sygnale i jedzie dwóch lekarzy - jeden profesor i
inny taki. Oni chyba jakims innym wozem, albo w szoferce... Zreszta obojetne... No
nie... maja eskorte - radiowóz... Wioza cały ten szpitalny kram, jakies parawany,
kaczki do sikania, fartuchy... Dziewczyny maja by c w czepeczkach pielegniarskich -
to nie tak łatwo jest załozyc - niech cwicza. A - wioza lizol - to wszystko pochlapac,
zeby cuchneło, jak w szpitalu... No a ty czekajac na nich - wszystko przygotuj.
Wywalac wszystko, co z alkoholem i w ogóle z burdlem... No dobra... Pozar w
burdelu... Jak cos zle pójdzie, to juz nie ja wam dopierdole, a prokurator...
Wszystkim! Wszystko zrozumieliscie?
Byłem przerazony. Wcale nie byłem pewien, czy wszystko zrozumiałem, ale
odkrzyknałem, dosłownie plujac w słuchawke:
- Zrozumiałem towarzyszu pułkowniku...

162


O wpół do ósmej rano zajechał całym pedem na podwórko - straznikom tylko
machnał reka - motocykl z goncem milicyjnym. Milicjant nie gaszac motoru
krzyknał:
- Jakie pół godziny za mna... - i odjechał...
Po dziesieciu minutach zajechał taki sam goniec, ale inny - i tez krzyknał:
- Za pół godziny... - i zniknał. Felek, tak jak po poprzednim i teraz od razu zagrabił
slady kół.
Piec minut potem zajechał peugot, ale na straznicy sie zatrzymał i z niego rozbiegli
sie po terenie ochroniarze.
Mineło jeszcze piec minut i zajechała kawalkada pojazdów z dwiema czajkami. Z
jednej wysiadł pierwszy, a z drugiej nikt nie wysiadł. Nasz pułkownik wysiadł z
szarej wołgi. Podbiegł do czajki i chciał pomóc wysiasc zonie pierwszego, ale
pierwszy nie pozwolił. Zblizyli sie do nich: profesor, doktor i pan Zygmunt. Ja tez,
ale ustawiłem sie troche z dala. Wezwali mnie jednak, zebym sie zblizył. Pierwszy
spytał:
- Gdzie jest jezioro?
Pułkownik wskazał droge i tam, wraz z jakims ochroniarzem chyba udała sie,
taszczac spora torbe skórzana, zona pierwszego. W pawilonie nad jeziorem nie było
nic kompromitujacego. Przeciwnie - dwóch przysłanych w nocy ludzi z resortu brało
na lezakach kapiel słoneczna. Przykryci byli do pasa kocami. Wszyscy ci przysłani
jako figuranci pacjentów ludzie wygladali bardzo inteligentnie - az rzucało sie w
oczy, ze resort do powaznych spraw ma powaznych ludzi.. Pół autokaru
inteligentnie wygladajacych ludzi na skinienie reki... Czułem, ze resort moze
wszystko...
My zas, to znaczy kilka osób, w tym nasz szef departamentu, jeden z sekretarzy
kacepezetper, którego jeszcze nie znałem, profesor i ja szlismy za pierwszym. W
hallu był barek z kilkoma rodzajami wody mineralnej i pojemnikami z dziubkiem,
163
które mozna było sobie kupic do picia tej wody. Barmanka stała za barem i jak
zwykle gotowa była w kazdej chwili ugasic pragnienie spragnionych. Towarzysz
pierwszy był spragniony i zazyczył sobie szklaneczke. Ta idiotka, nie baczac na
wystawione ceny nalała mu do dzbanuszka z dziubkiem z napisem "Polanica Zdrój" i
był kłopot - prosic o zapłate siedmiu złotych, czy nie prosic? Widac było, ze sie
waha i ze pierwszy to dostrzegł. Choc barmanka ostatecznie nawet sie nie zajakneła
o zapłacie, to jednak pierwszy wyjał z kieszeni zatłuszczona, składana portmonetke,
w której osobno mozna było chowac monety i osobno banknoty. Popatrzył do srodka
- cos mu nie pasowało, wiec rzucił:
- Nie mam drobnych... Ale wy towarzyszko umyjcie to potem uwaznie i sprzedajcie
któremu kuracjuszowi na stałe. Jemu to bardziej potrzebne...
Pierwszy tylko spróbował wody, choc chyba tylko udawał, ze spróbował, ale gdy
spostrzegł, ze innym jej nie dano, lub moze z jakiegos innego powodu odłozył
naczynko i pochwalił:
- No towarzysze - macie jeszcze mały zakład, to i musicie od innych brac naczynka.
To z Polanicy jest ładne i w ogóle, towarzysze, dobrze, ze nie jestescie rozrzutni...
W tym momencie do hallu weszła pani doktor. Ze wzgledu na awarie sieci
telefonicznej w jej miescie zawiadomiona została z opóznieniem. Szef nie znał jej,
czy nie pamietał, wiec zblizyłem sie i do ucha mu powiedziałem, kto to jest.
Pierwszy chyba usłyszał, bo poprosił ja, by oprowadziła nas. Zblizył sie tez profesor.
Juz wchodzac na góre, pierwszy wspólnie z medykami odseparował sie, widac było,
ze chciał, aby pozostali trzymali sie na odległosc... Nawet sekretarz kace... Oni stali
pod w nocy wywieszonym jadłospisem na dzis: na sniadanie kaszanka, na obiad
mielony ze szpinakiem i kompot sliwkowy. Pierwszy uwaznie, nie przerywajac
rozmowy, przeczytał jadłospis.
Ubrany był troche dziwacznie. Miał jakas tania marynarke, widac było, ze czesto
wysyłaja ja do pralni chemicznej, bo juz mocno wyblakła. A takze miał troche zle
skrojone popielate spodnie z doskonałego, moze nawet angielskiego, cienkiego
sukna. Do tego biała koszula z czarnym krawatem. Obejrzał sale na parterze, w
164
których lezało czterech pacjentów, którym towarzyszyła jedna pielegniarka. Nie
wiem, czy zwrócił uwage na to, jak bardzo była atrakcyjna. Potem weszlismy na
góre. Mine miał taka, jak było to dosc czesto widac w telewizorze. Troche utykał.
Nadal o czyms cicho rozmawiał z medykami. Weszlismy do pierwszej sali na
pietrze. Dwóch pacjentów i pielegniarka. Zobaczył otwarte drzwi na werande na
pietrze, wiec powiedział tylko grzecznie do obecnych:
- Dziendobry towarzysze... - a zabrzmiało to, jakby wiejski nauczyciel przywitał sie z
ze swoja klasa i szybko wszedł na balkon. Tam kiwnał głowa na mnie. Podszedłem...
- Wy towarzyszu jestescie tym młodym kierownikiem... A wiecie, komu
zawdzieczacie awans?
- Nie towarzyszu pierwszy sekretarzu...
- No to dobrze - a powiedz mi - tu lecza ludzi?
- Tak towarzyszu - tu lecza przemeczonych praca towarzyszy...
- Z resortu?
- Ja towarzyszu pierwszy sekretarzu takich rzeczy nie wiem...
- ...towarzyszu - wszedł mi w słowo pierwszy - ja słyszałem... - widac było, ze nie
wie, jak sformułowac mysl, ale w koncu zdecydował sie:
- Słyszałem, ze tu jest zwyczajny burdel...
- Nieprawda, towarzyszu pierwszy sekretarzu.
- To chcecie powiedziec, ze raporty na moim biurku sa fałszywe?
Przezyłem pewne wahanie, ale w ostatecznosci musiałem cos powiedziec i
uznałem, ze nadszedł ten ostateczny moment:
- Towarzyszu - tu czasem sa akcje specjalne, ale ja wówczas opuszczam osrodek,
zeby za duzo nie wiedziec. Mam zakazane komukolwiek o tym mówic. Podpisałem
zobowiazanie. To jest sprawa karna... odpowiedzialnosci karnej... mozecie w kazdej
chwili dostac dokładny raport od moich przełozonych, ale nie ode mnie...
- A duzo było takich akcji?
Przez chwile myslałem, jak odpowiedziec, ale w koncu zdecydowałem sie:
165
- My od niedawna działamy, wiec tylko dwie i zdaje sie - udane, bo nie doszło do
mnie, ze ktos był niezadowolony. Ja wiem tyle towarzyszu, ze kazde panstwo ma
prawo bronic sie przed zachodnioniemieckim rewizjonizmem wszelkimi sposobami i
to mi wystarcza... Staram sie ze wszystkich sił...
Pierwszy gestem twarzy odesłał mnie do drugiego szeregu i znów zblizył sie do
profesora i pani doktor. Cos im tłumaczył, nawet gestykulował, ale nie potrafiłem
usłyszec - co? Nie wygladał na niezadowolonego. Popatrzył uwaznie ku rysujacemu
sie za drzewami jezioru. Nagle odwrócił sie na picie, chyba nawet nie pozegnał sie
osobno z rozmówcami, tylko ogólnie rzucił:
- Pracujcie dalej towarzysze...
Szybkim kroczkami zszedł na dół, na półpietrze ulokował wyjeta z papierosnicy
połówke papierosa bez filtra w szklanej fifce, zapalił i szybkim krokiem ruszył na
zewnatrz i ku jezioru. Po drodze wezwał kogos z otoczenia i ten ktos podszedł do
profesora. Szlismy tak z dziesiec metrów za pierwszym, gdy wysforował sie ku
niemu profesor. Gdy doszli do trawiastej plazy, wszyscy zatrzymali sie dyskretnie, a
pierwszy wraz z profesorem zblizyli sie ku małzonce pierwszego. Siedziała ona na
kocu - po fakturze i po stemplu łatwo poznałem, ze to nasz koc.
Słonko sobie grzało, pierwszy wraz z profesorem usiedli, dosc niewygodnie, na
kocu. W tej pozycji zona pierwszego podała profesorowi dłon do ucałowania. O
czyms tam rozmawiali. Zona pierwszego z torby wyjeła termos i dwa kubki. Nalała
do nich herbaty, a takze do kubka bedacego nakretka termosu. Te nakretke dała
mezowi. Potem wyjeła trzy zawiniete w papier kanapki, rozwineła pierwsza tak, ze
papier pozwalał izolowac chleb od brudnych byc moze rak i podała profesorowi.
Druga w taki sam sposób podała pierwszemu, a trzecia sama zaczeła pogryzac.
Profesor, zdaje sie, wzbraniał sie, ale w koncu nie odmówił kanapki pierwszego
sekretarza. Pojedli jeszcze tak z pietnascie minut, posiedzieli, cicho pogadali. Widac
było, ze pierwszy nie jest zły. Dosc swobodnie zdjał buty, podrapał sie pod palcami u
nóg, profesor przy tym cos mu powiedział, pierwszy sie zachnał... Zona pierwszego
cos perswadowała obu i pierwszy energicznie z powrotem włozył skarpetki i buty.
166
Powstali. Zona pierwszego starannie posprzatała, strzepneła okruchy z koca, złozyła
go i pozostawiła na trawie.
Ruszylismy ku podwórku w tym samym porzadku, jak przyszlismy. Jakos tak
wyszło, ze to ja z profesorem uscisnelismy prawice pierwszego i ucałowalismy, w tej
kolejnosci, dłon jego małzonki. A wreszcie wszyscy odjechali.
Profesor był niezwykle blady, lecz nie wypadało mi pytac - dlaczego? Zreszta nie
musiałem, bo sam, przez zeby wycedził, czy to ze zdumieniem, czy tez wrecz
wstrzasniety:
- Z salcesonem... z salcesonem kurwa była...
A potem... Potem to juz była balanga... Nic nie zmienialismy wystroju, dziewczyny
nadal były w czepeczkach pielegniarskich, a pacjenci długo jeszcze ciagneli
sliwowice paschalna w szpitalnych pizamach. To była jedna wielka, całodniowa
orgia. Dołaczył do nas dyrektor departamentu i dojechał zbyt pózno powiadomiony
pan Mieczysław. W ogólnym pierdoleniu sie uczestniczyła i pani doktor i ksiegowa i
nawet pan profesor. Pan profesor przy tym zrobił układ z panem Stasiem, ze swoje i
swoich kolegów butelki koniaku od pacjentów bedzie mu hurtem sprzedawał za
posrednictwem jakiegos zdolnego adiunkta. Ja po raz pierwszy zaliczyłem dwie
dziewczyny i łakomie ogladałem sie za pania doktor, ale nie miałem smiałosci, choc
brało ja na moich oczach tak ze trzech... W jadalni na stole lezały deficytowe szynki
wedzone i konserwowe i kroilismy je sobie jak chleb. Ja, wzorem jednego docenta z
politechniki maczałem sobie te pajdy w spodku z majonezem. Pacjenci, okazało sie,
byli to naukowcy z róznych politechnik naradzajacy sie akurat nad czyms w gmachu
na Rakowieckiej i powołani zostali do nadzwyczajnego zadania z zaskoczenia. Jeden
był rektorem i upodobał sobie kucharke - kompletnego tłumoka. Wsadzał jej miedzy
nogi uwedzonego wegorza. Nie pamietam tylko, czy wkładał strona od ogona, czy od
paszczy. Kucharka - kompletny wsiowy tłumok - smiała sie. Ale choc pijana, taka
rozkraczona patrzyła na mnie, czy jej nie obsobacze. Tego dnia nie to było mi w
głowie. Z rektorem byłem na ty, bo wypilismy bruderszaft, a zreszta brudzia
wypiłem z dyrektorem departamentu, czyli moim głównym szefem, z Zygmuntem i
167
ze Stasiem. A zreszta - nie pamietam z kim jeszcze. Zasnałem w baraku nad jeziorem
w kajaku z ksiegowa, ale nie pamietam, czy ja tez brałem. Ubrana była tylko w
troche naddarty biały fartuch i w załozony juz podczas jubla wtrakcie czepek
pielegniarski, bo przeciez podczas wizyty pierwszego była w białym kitlu
wprawdzie, lecz bez czepka.
Okazało sie, ze Franek, mój szef, powiedział, ale niezbyt dokładnie, ze tu u nas
wypoczywaja nasi polscy agenci po wyprawach na Zachód i nawet jesli czasem
zaprzyjaznia sie z pielegniarka, to nie ma nic w tym złego. Pierwszy nie ufał temu
oswiadczeniu, dlatego po drodze do Łanska sprawdził, a ze jest przykładnym
małzonkiem i nie chciał narazac sie na podejrzenia zony, to wział ja ze soba. Lecz
nie do srodka... bo moze to rzeczywiscie burdel?
Oczywiscie wszyscy musielismy sie zastanawiac, kto nam próbował podłozyc
swinie?


Prowadzenie pensjonatu na całe zycie mnie zmieniło. Wówczas gdy inni byli
studentami, pomocnikami fachowych majstrów i w ogóle ludzmi, którym jeszcze nie
powierza sie powaznych zadan, ja byłem kierownikiem instytucji w skali całego
kraju unikalnej. Oczywiscie w hotelach działały prostytutki. Faktycznie kierowane
były przez naszych ludzi i nastawione były na turystów zagranicznych, lub na
bardziej dzianych krajowych. Prostytutki duzo gorszego kalibru działały przy
jednostkach wojskowych i były kontrolowane przez wueswu Bardzo rózna klasa
prostytutek była przy wielkich budowach - od lafirynd w wieku zaawansowanym i
nie, po super sztuki. Jedna taka – Ania, była u nas. Wreszcie prostytutkami były
małoletnie zwykle dziewczyny, czesto bardzo młode, które szły "na gigant", czyli
uciekały z domów, domów dziecka, albo z poprawczaków. One zwykle szukały
klientów po dworcach.
Natomiast nasze rozwiazanie było nowatorskie, poniewaz dziewczyny faktycznie
miały status pracownika socjalistycznego przedsiebiorstwa, co zapewniało im spokój
168
od emo, ubezpieczenia socjalne, stała, troskliwa opieke medyczna i nawet moznosc
znalezienia meza wsród ludzi naprawde zasłuzonych i powazanych. Mało tego - one
mogły do woli wpłacac swoje zarobione pieniadze na ksiazeczke pekao.
Dostawały tez niekiedy super premie. Po wizycie pierwszego wszystkie
dziewczyny dostały po dwadziescia piec bonów dolarowych na fatałaszki. Wyzsze
kierownictwo, to znaczy ja, pan Zygmunt i pan Stas po piecdziesiat bonów.
Dwadziescia piec dostała jeszcze pani doktor, ksiegowa i barmanka, a takze jej
siostra, a reszta po dziesiec. Ochrona z jednostek nadwislanskich dostała natomiast
dwie skrzynki wódki ostemplowanej na etykietach przez Konsumy, ale zrobiono
bład, bo dano to komendantowi. My raczej ze straznikami nie utrzymywalismy
stosunków. Oni zyli swoim zyciem. Ale widziało sie, ze komendant przez tydzien
chodził pijany. Ale do nas, w zgodzie z rozkazami, nawet na najwiekszym pijaku nie
zachodził.
Tam była afera Zołnierze poszli na jakas zabawe wiejska do sasiedniej wioski, ale
byli ludzie z naszej wioski i mieli zal, bo jak jakis dzieciak szwendał sie w poblizu
muru parku pensjonatu, to zwyczajnie - dawało mu sie pare klapsów, dowiadywało
sie, jak sie nazywa i gdzie mieszka, a potem posterunkowy wlepiał rodzinie niewielki
mandat z ostrzezeniem, ze przeciez straznicy juz chcieli strzelac i w ostatniej chwili
zauwazyli, ze to dziecko, a nie dywersant. Jesli brac pod uwage, ze naprawde wazny
interes panstwowy sprawiał, ze musielismy byc scisle izolowani, to nie mozna tego
było załatwic bardziej humanitarnie.
Ale nie wszyscy to rozumieli i krewni jednego takiego chłopaczka pobili naszych
zołnierzy. Przeciez takich samych poborowych, jakimi oni byli lub beda! No ale tu
milicja z powiatu zadziałała bezbłednie i zanim właczyła sie ekipa sledcza, winni -
trzej ludzie, juz siedzieli w aresztach i nawet mieli zarzuty prokuratorskie. Wyraznie
było widac, ze powiat nie chciał, by w takie sprawy właczało sie esbe z Warszawy,
co my od razu zrozumielismy, ale dalsze postepowanie przeciez nie od nas zalezało.
Jedyne, co my moglismy zrobic, ale i to bez mojego udziału, to doprowadzic do
zwolnienia najblizszych krewnych tych posadzonych na piec, cztery i pół i trzy lata,
169
z pegeeru, pozbawic mieszkan słuzbowych i odesłac ich do takiego pegeeru, gdzie
pracowali wiezniowie z koncówkami wyroków i zwolnieni z wiezien gdzies w
srodku puszczy. Tam podobno tez dostali mieszkania słuzbowe, moze nawet nie
gorsze, ale pegeerusy o swoje mieszkania nie dbali, wiec one zawsze były fatalne, za
to płace były niskie i do szkoły daleko. Od tego czasu widac było, ze liczba naruszen
naszego obszaru gwałtownie spadła.
Pewnej srody cała załoga udała sie resortowym autobusem na wycieczke do
Warszawy i zaszlismy przy ulicy Kredytowej do sklepu dewizowego pekao.
Wszyscy kupilismy sobie po co najmniej jednej parze spodni marki rifle. Takie
zbiorowe kupowanie nie ma sensu. Ja uległem jakiemus amokowi i kupiłem
normalne dzinsowe Rifle za siedem i pół bona, oraz białe, z płótna za drugie siedem i
pół bona. Oczywiscie dzinsowe były nie do podrobienia, ale przeciez płócienne
mogłem dac zwyczajnie do uszycia i juz jakis cwany krawiec by sie chyba znalazł?
No ale gdy tak wielu ludzie patrzy, to człowiek chce im imponowac i rozum odbiera.
Na szczescie moje spodnie jeszcze były dopasowane, ale wiele osób kupiło troche za
duze i musiało pózniej przerabiac. Z tego wszystkiego musiałem kupic maszyne do
szycia. Na rynku w powiecie - bez rachunku – od parszywej spekulantki. Wszystkim
dziewczynom kazałem sie zrzucic. One najpierw kombinowały, ze ja "i tak niezle
rzne kase", ale w takim razie tym bardziej sie uparłem. Maszyna sobie stała w moim
gabinecie, a one miały nie dopasowane portki i tysiac innych pomysłów na jej
wykorzystanie. W koncu uległy.
Podczas tej wycieczki bylismy jeszcze w na ciuchach na Pradze, ale troche pózno -
kupiłem tylko po dwadziescia piec złotych dwie pary skarpetek ze sciagaczem –
angielskich. Potem bylismy na bazarze Rózyckiego i w pedecie w Alejach
Ujazdowskich, gdzie jednak były takie kolejki i taki scisk, ze mało kto cos sobie
zdobył. Ja jednak kupiłem letnie ubranie, z takiego bezowego, wełnianego tropiku.
Oczywiscie był juz poczatek jesieni i przydatne to ubranie było dopiero za rok.
Krawatów w ogóle nie było. Butów tez nie było - nawet pepegów - tylko jakies
sandały, które oczywiscie kupiłem, choc mam inne, ale te tez sie przydadza. Gdy te
170
co mam sie zuzyja, to te nowe beda jak znalazł. Na poczatku roku szkolnego zawsze
jest katastrofa z butami...
Ta wizyta w pedecie nie była miła, poniewaz ludzie to straszne chamstwo! Tłoczyli
sie, wypychali, a ja na takie rzeczy jestem zbyt delikatny. Jeszcze tego nie potrafie...
Do pociagu sie przepchac czesto potrafie, ale do lady jest mi trudno.
Tak czy inaczej dziewczyny postanowiły wywiercic dziure w brzuchu Frankowi,
zeby raz na miesiac podstawiał taki autokar. Wolałbym, zeby to pozostawiły mnie i
jakos tak postanowiłem kombinowac, by nie gubiac samej idei - np. wycieczki raz na
kwartał, moze nawet połaczonej z taka dewizowa premia - wszystko zawdzieczały
mi, a w najgorszym razie Zygmuntowi.
Z przyjemnoscia podczas tej podrózy zauwazyłem, ze nie tylko mnie, co jest
oczywiste, ale w ogóle naszych pracowników stac jest na bez porównania wiecej
towarów i drozszych, niz innych klientów. A przeciez nie porównuje z pegeerusami,
czy z robolami, którzy smaruja chleb margaryna mleczna, albo i nie, jak za duzo
wydadza na wódke, lecz z warszawiakami, z elita kraju...
O... warszawiacy daja sobie rade... W sklepach w ogóle nie ma butów, a na nogach
- prosze - same skórzane, czesto bardzo ciekawe modele... Dotychczas nie zwracałem
na to uwagi, ale podsłuchałem, co mówiły dziewczyny z pania doktor... To ma sens.
Gdy wracalismy, to towarzystwo mi sie popiło. Na ile udało mi sie zorientowac, to
kierowca nie pił... Ale gdyby mu tak pobrac krew... no... ciekaw jestem...
Ta Ania wciskała mi po drodze, ze jestem podobno strasznie podniecony - no fakt -
ja w zasadzie zawsze jestem podniecony - i poprosiła mnie, zebym usiadł z tyłu, to
mi cos pokaze. No i pokazała! Rozpieła mi rozporek, sama podciagneła spódnice i
zdjeła majtki. No i nadziała sie. Ja nawet sobie wyobrazałem, ze pozostali
wykorzystaja ten czas na danie wódki kierowcy, ale przeciez przez cały czas, z zza
ramienia Ani, wszystko widziałem, wiec chyba nie?
W ogóle jakos wyluzowałem sie w sprawie kontaktów z dziewczynami, ale nadal
nie miało to tego charakteru, który zalecał mi sanacyjny sutener. No ale rzeczywiscie
- musze je jakos kontrolowac, panowac nad nimi i to chyba jest jedyny sposób?
171
Zauwazyłem, ze choc chyba sie po katach smiały, to jednak uznały, ze te cała Anke
spotkało wyróznienie, skoro ja tak z tyłu autobusu ryckałem.
Zygmunt nie wracał z nami i przed odjazdem autobusu rozliczył sie z
dziewczynami za pierscionki, zwykle radzieckie, od klientów. One miały zal, ze nie
na poczatku wizyty w Warszawie, ale czepiały sie, bo przeciez miały pieniedzy jak
lodu. Same dochody i prawie w ogóle wydatków!
Dzien pózniej zauwazyłem, patrzac przez wizjer, ze Anka jednemu klientowi, który
stał i pociagał sobie koniak kupiony u Stasia, kleknawszy przed nim - wzieła w usta.
W pierwszej chwili wzieło mnie obrzydzenie, ale potem uznałem, ze to moze byc
dobre. Tego samego wieczora spytałem ksiegowa, tak u niej w gabinecie, bez
wymieniania nazwisk, czy to jest normalne? Ona powiedziała, ze to jest normalne i
nie kazdemu to sie robi, ale to robia normalne dziewczyny, nie tylko takie jak u nas i
ze ona mnie lubi i moze to zrobic, byleby nie wstawac z krzesła. Wiec ja posłusznie
zblizyłem sie, ale krepowałem sie rozpiac rozporek, wiec ona sie rozesmiała i sama
to wyjeła, a potem wsadziła sobie. Kazała mi sie objac za głowe i ruszac biodrami.
Anka robiła to inaczej. Chyba jakos musiał jezykiem ruszac, bo tamten wcale jej nie
obejmował za głowe, ale nie mogłem miec pretensji. Było wspaniale, choc miałem
wyrzuty sumienia... To chyba nie jest tak całkiem normalne. Poza tym - mogłaby
choc do pasa sie rozebrac...
Potem troche rozmawialismy, tak szczerze. Okazało sie, ze ona była ksiegowa w
innym departamencie w Krakowie, ale miała przejscia z majorem z Krakowa, który
najpierw przymuszał ja do róznych rzeczy, a gdy dowiedziała sie o tym jego zona, to
zesłał tutaj. Nie mogła sie sprzeciwic, bo przy zatrudnieniu podpisała dokument, ze
pracowac bedzie tam, gdzie jej kaza. Ona uwaza, ze to ta zona ja tak załatwiła.
Ksiegowa ma długie, ukrecone w kok włosy. Gdy ja tak trzymałem za te głowe, to
wypadły spinki i te włosy sie rozsypały. Przedtem nie zwróciłem na to uwagi. Ona
jest starsza niz ja i jakas taka opiekuncza. Ale tez jest widac, ze czuje mores. Potem
słyszałem, ze ten sposób jest amerykanski, albo francuski. Prawdopodobnie jest on
popularny i we Francji i w Ameryce...
172
Od Stasia dowiedziałem sie, ze on jej powiedział, ze ja postulowałem, zeby ona
dostała premie dwadziescia piec dolarów, tak samo jak pani doktor i dziewczyny.
Ciekawe - skad on to wiedział? Ja przeciez niczego nie postulowałem!

Jednego dnia, w czerwcu, deszczyk popadywał, jakos po tej ofensywie izraelskiej
na panstwa arabskie, najpierw przyjechał pan Mieczysław, a potem dwóch takich o
wygladzie moze profesorów, a moze dziennikarzy. Ludzi było nawet sporo, lecz
czuli mores, wiec gdy pan Mieczysław usiadł sobie z tymi facetami w holu w
fotelach, nad wódeczka ze sledzikami po japonsku i szynka konserwowa nawijana na
korniszony, to nikt sie nie zblizał. Tylko ja miałem smiałosc w nadziei, ze na cos sie
przydam i przycupnałem z boczku. Tolerowali mnie, choc szkła nie zaproponowali. I
bardzo dobrze...
- Towarzysze – zagaił pan Mieczysław – opinia publiczna wie, ze panstwa
wspólnoty socjalistycznej zaangazowały sie w przygotowanie panstw
arabskich, a szczególnie tych zmierzajacych do socjalizmu, jak Egipt i Syria,
do odparcia agresji izraelskiej. A tym czasem Izraelczycy zrobili, co sami
wiecie: i Półwysep Synaj z miejscowoscia Gaza, i Wzgórza Golan kosztem
Syrii, i Zachodni Brzeg Jordanu ze starym palestynskim grodem Jerozolima.
My to teraz musimy jakos przedstawic opinii publicznej. Nie moze byc tak, ze
wojskowi doradcy ze wspólnoty socjalistycznej zawiedli...
Tu pan Mieczysław stuknał sie ze swoimi rozmówcami angielkami, takimi
wypełnionymi po wrabki i spełnił toast do dna.
- Tak wiec, towarzysze – kontynuował juz pewniejszym głosem – od
towarzyszy radzieckich wiemy, ze zołniezre arabscy ulegali zabobonom
religijnym i podczas najgoretrzych walk wyciagali dywaniki, aby sie modlic
do swojego Allaha. Wina ich w tych warunkach jest bezsporna. Niemniej
jednak opinia publiczna – zdrowe jadro narodu w peerel oczekuje od nas
pełnej informacji o przyczynach tego niepowodzenia? Jednym słowem – jak to
173
sie stało, ze gudłaje zamiast uciekac, gdzie pieprz rosnie, wykorzystali słabosci
przeciwnika?
To powiedziawszy popatrzył na tych swoich tak, ze było jasne, ze cos musza
powiedziec. Starszy, moze czterdziestopiecioletni, z miniaturka krzyza grunwaldu w
klapie, wzruszył ramionami i rzucił:
- Zydzi, to wiadomo – sa podstepni...
Zapadła chwila ciszy. Wszyscy trzej zastanawiali sie widac, czy podstepnosc
Zydów cos tu wyjasnia? Po chwili młodszy, najpierw popatrzywszy na pana
Mieczysława w oczekiwaniu na przyzwolenie, nieznacznie wzruszył ramionami:
- Podstepnosc Zydów jest faktem historycznym, ale nie widze jeszcze
powiazania tej ich niewatpliwej cechy z konkretnymi wydarzeniami, które
miały miejsce na polu walki. Spróbujmy zastanowic sie zatem nad tym, czy
podczas wojny Zydzi cos ukradli?
- No jak to co?
Pan Mieczysław wzruszył swymi ramionami bardzo energicznie:
- Przeciez ukradli te tam wzgórza i Zachodni Brzeg i Półwysep Synaj. To mało?
Starszy profesor spuscił wzrok i nerwowo zaczał mietolic swój recznie
wydziergany na drutach, włóczkowy krawat:
- Tu musiał byc jakis szwindel. Nie mogło byc tak, ze zydowiny w tych swoich
chałatach po prostu w otwartym boju cos zdobyły... Szukajmy towarzysze
szwindla, jak w stogu siana...
- Przekupili mniej uswiadomionych Arabów! – niczym „eureka” zakrzyknał
młodszy...
- Eee... do dupy – zachnał sie pan Mieczysław.
- Musimy uwazac, zeby nie wywołac afery miedzynarodowej – dodał.
- Nie mozemy sobie tak sobie powiedziec, ze jacys konkretni Arabowie wzieli
od Zydów pieniadze, bo towarzysze arabscy mogliby to opacznie zrozumiec i
poszukac winnych. A my wtedy przed Moskwa nigdy bysmy sie nie
wytłumaczyli – takie rzeczy to tylko im przysługuja... Nie zapominajmy o
174
czujnosci! Towarzysze radzieccy, jak sie zorientowałem, zwracaja uwage na
imperialistyczny charakter wojny, na zaangazowanie sie w niego amerykankiej
soldateski, a raczej amerykanskiej generalicji i na to, ze słusznie nie
powierzyli towarzyszom arabskim najnowoczesniejszego sprzetu, gdy
Amerykanie swojego Izraelczykim nie załowali. W rezultacie nasza strona
poznała tajemnice amerykanskie, gdy oni naszych nie. To ma sens, ale my
musimy znalesc jakis czytelny dla Polaków koloryt.
Młodszy, jeszcze przed chwila dosłownie zdruzgotany popełniona gafa, nabrał
powietrza w płuca i upił troche z napełnionej przez pana Mieczysława angielki. Pan
Mieczysław aluzju poniał, oczywiscie wszyscy trzej chlapneli i z zaciekawieniem
spojrzeli na młodego:
- Towarysz Wiesław nie bez racji zawsze stara sie wykryc matactwa
zachodnioniemieckich rewanzystów. Oni tam musieli jakos uczestniczyc. Nie
nalezy watpic, ze musiało dojsc do aktywnej współpracy sił rewanzyzmu
zachodnioniemieckiego, słowem neonazistów, z syjonistami. Czy nie sadzicie
towarzysze, ze tym tropem warto by było pójsc? Te wszystkie Adenauery,
Bormany i Gehleny musiały udzielic jakiejs pomocy. Trzeba wlac otuche w
serca naszych uczciwych obywateli – Niemcy tez podczas wojny najpierw
wygrywali. To trzeba jakos skojarzyc...
- Ale zeby Zydzi i Niemcy – czy to bedzie wystarczajaco czytelene? Przeciez
my musimy – w naszym gronie nie wolno o tym zapominac – zmagac sie ze
zmasowana propaganda Wolnej Europy, Głosu Ameryki i BBC. A oni w
swojej walce ideologicznej nie cofna sie przed zadna kalumnia! Ten
kolaborant Jan Nowak Jezioranski na pewno bedzie chciał cos tu nałgac...
- Zydzi dla interesu beda robic interes z kazdym antysemita – podjał temat
starszy – dlatego ich współpraca z pogrobowcami nazizmu i z Jezioranskim
jest tak oczywista, ze zadna obłudna propaganda naszych czarnosecinnych
wrogów jej nie podwazy. ... Zydzi nam chłopów rozpijali, a panów, bo głupi
175
panowie byli, to oszukiwali. A dzis załozyli, towarzysze, komezki i ogonami
na nasze partyjne msze dzwonia! Brudne swinie...
Pan Mieczysław pokiwał głowa i dla zebrania mysli z apetytem schrupał
korniszonka z szynka – eksportowego, z wytwórni w Miedzyrzeczu, sam w
olsztynskich konsumach wybierałem słoiki:
- Zyd jesli moze mniej, lub bardziej szkaradnie oszukac, to na pewno wybierze
to gorsze... Oni juz tacy sa. My tu w Polsce mamy zbyt bolesne doswiadczenia
z oblesnymi zydowskimi kramarzami i z ich potomkami, którzy wymoscili
sobie ciepłe posadki w ludowej ojczyznie...
To powiedziawszy pan Mieczysław przystapił do rozlewania kolejnej flaszki
Wyborowej. Popatrzył na mnie, jakby zastanawiał sie, czy i mnie nie dokooptowac
do towarzystwa, ale poniewaz ostatecznie nic nie zarzadził, to nie pozostało mi nic
innego, jak oddalic sie do innych zajec... Odchodzac usłyszałem, ze ten starszy
profesor przy toascie wspomniał partyzanckie czasy.
Potem dowiedziałem sie, ze ci dwaj wcale nie sa profesorami, bo jeden jest
asystentem na wyzszej uczelni – po prostu magistrem, a drugi redaktorem w
krakowskiej gazecie literackiej, czy tam w radiu...

Jakos tak w pazdzierniku nocami były przymrozki. Szczególnie tu, na Mazurach.
Na popołudnie mielismy miec pełne obłozenie pensjonatu, ale na razie była dwunasta
i tylko do domu zbierał sie jeden dyrektor zjednoczenia, za to minister od rzemiosła
miał uczyc po południu naszego Adasia klejenia mebli klejem stolarskim.
Rzeczywiscie - jakas szafka fabrycznie została tak sklejona - chyba była
produkowana pod koniec miesiaca, gdy w fabryce plan gonił, a klej wyszedł, bo sie
sama z siebie rozpadła. Felek by to sam zrobił bez gadania, ale minister uparł sie, ze
nauczy Adasia. Adas pojechał pikapem po chleb i takie tam rózne, no i jesli bedzie
papier toaletowy, to po papier, bo musielismy juz gazet uzywac i kazałem troche
gazet nudzacym sie dziewczynom poprzycinac na stosowne kawałki tak, by wszelkie
portrety przywódców odrzucały. Potem trzeba było jeszcze po nich sprawdzac, bo
176
juz raz pusciły Brezniewa z "Zołnierza Wolnosci" i gdyby nie to, ze to był stały
klient z resortu, to mogłaby byc afera. Miał ze soba wziac ministra. Nie mogli
przeciez po chleb jechac słuzbowym Humberem, ale miał zal do ministra i jakos mu
uciekł. Chodziło o to, ze minister miał ze mna załatwic, abym ja dawał Adasiowi za
kazdy przyjazd ministra piecset złotych. A przeciez wprawdzie minister za kazdym
razem dawał skierowanie i duzo kupował w barze dewizowych trunków, lecz
formalnie przeciez nie przyjezdzał po to, by brac od tyłu Adasia. O tym głosno sie, w
zasadzie, nie mówiło. To tez i minister nie mógł tak wprost w rozmowie ze mna tego
tematu poruszyc. Ja wychodziłem, z załozenia, ze skoro to sa takie buty, to niech on
ekstra płaci Adasiowi i on to robił. Nawet, moim zdaniem, rozpuszczał chłopaka.
Czasem go bił, ale niezbyt mocno i on nic sobie z tego nie robił.
Tak wiec dyrektor zjednoczenia pociagał sobie armenski koniak, bo wczoraj juz
wydał chyba za duzo pieniedzy, a armenski koniak kupowało sie duzo taniej. Do
otrzezwienia słuzyłby tak samo dobrze, jak francuski, gdyby nie to, ze dyrektor
wyraznie przesadzał. Ja sie nie obawiałem, bo miałem takie doswiadczenie, ze nawet
jesli komus zabrakło pieniedzy, albo zostawał na dłuzej, a nie miał przy sobie wiecej
skierowan, to potem bardzo sumiennie i z górka sie rozliczał. Ludzie jednak bali sie
skandali.
Minister zas, nieco wolniej, pił strasznie drogiego courvois’e i tak sobie czasem
pogadywali - chyba sie nawet znali z działalnosci warszawskiej, choc brudzia wypili
własnie tak siedzac. Minister tłumaczył dyrektorowi, ze jednak koniecznie powinien
cos zjesc, a kuchnia jajecznice, kiełbase z musztarda, a nawet palce lizac bigosik,
moze wydac w piec minut. Tamten jednak chyba w ogóle nie miał melodii na
jedzenie i tylko co jakis czas biadolił o obrabiarkach z Czech. Nie mówił - z
Czechosłowacji, tylko z Czech, które z jakiegos powodu nie sa dobre i on sam nie
wie, co ma zrobic? Ale tego, oczywiscie, nikt nie wiedział..
Gdzies koło dwunastej zatelefonowali z bramy, ze przyjechało dwóch oficerów z
esbe ze skierowaniami, ale nie ma ich na liscie, która im wczoraj dostarczyłem.
Zanotowałem nazwiska, stopnie. To pył major i pułkownik, a zatem wysokie szychy
177
z Wrocławia, ale co ciekawe - skierowania mieli wystawione przez esbe z
Bydgoszczy. Ja do Bydgoszczy miałem stary sentyment. Nawet zastanawiałem sie,
czy byłoby mozliwe, czy byłaby chetna i czy to byłoby stosowne, aby sciagnac tu
Marlenke. Paru gosci z Bydgoszczy tez juz mielismy.
Tak wiec zgodnie z instrukcja zatelefonowałem do kadr w Bydgoszczy. Oni sie
pytali, jakie sa numery skierowan, lecz ja na to, ze nie wiem, bo trzymam ich na
straznicy, wiec bez dalszego gadania potwierdzili i nawet podali numery legitymacji
słuzbowych. Poprosiłem, zeby ta z kadr poczekała i przez niedawno zainstalowany
telefon bezposrednio łaczacy mnie ze straznica sprawdziłem - numery słuzbowe
zgadzały sie, wiec sprawa była wyjasniona, choc przypomniałem, ze powinni mnie
informowac.
Oni przyszli, przekazali swoje skierowania, wypili po polokokcie i spytali, czy
moga cos zjesc? Ja na to, choc wiedziałem, ze kuchnia mogłaby wydac juz teraz
obiad, to jednak z przekory, ze nie zadbali, by najpierw sie zapowiedziec,
powiedziałem, ze obiad jest od trzynastej, wiec teraz tylko dania zimne, ale wówczas
na obiad beda najedzeni, a dzis sa do wyboru schabowe i zrazy, bo schabowe i zrazy
sa zawsze, a takze jest dewolaj i ja tego dewolaja polecam, bo zwykle, gdy jest, to
jest bardzo dobry. Oni jednak powiedzieli, ze jesli to jest mozliwe, to chca po porcji
szynki - jadłospis wisiał od czasu wizyty pierwszego na scianie - chleb, masło,
ogórek kiszony, duzo ogórków, a w barze, gdzie była siostra barmanki, wzieli flaszke
zubrówki i jeszcze zamówili kawe. To był klasyczny bład nowicjuszy - bo kawe,
troche słabsza, mogli miec za darmo z kuchni. Czasem tylko kuchnia nie miała kawy,
a bar - jak siegam pamiecia - miał zawsze. Wystarczyło zamówic dwie kawy po pół
szklanki i kuchnia juz, aby oszczedzic na zmywaniu sama wydawała jedna równie
mocna kawe w szklance, jak w barze. Minister od rzemiosła nam obiecał, ze gdy
tylko beda za naduzycia likwidowali jakiegos prywaciarza, to mu sie skonfiskuje
ekspres do kawy i my go dostaniemy. No ale na razie to była tylko obietnica, a mi
zreszta nie zalezało, bo na razie kawe piłem tylko od wielkiego dzwonu. Ministrowi
tez było obojetne, bo chorował na serce i kawe pił rzadko. Z zubrówka to samo - w
178
zasadzie to ja krajowe alkohole i koniaki ze strefy rublowej rozliczałem jako
zywnosc i ludziom z esbe czasem nawet dawałem za darmo, a w kazdym razie taniej,
niz Stas. Ale ci nie wiedzieli, no to niech sobie Stasio zarobi. Jakby co, to zawsze
mogłem zwalic na niego, ze dezinformował, a jemu nic nie zrobia, bo był na układzie
z Frankiem. A Frankowi to najwyzej pan Mieczysław mógł podskoczyc, albo ktos z
biura, albo z sekretariatu kace chyba tylko.
Z drugiej jednak strony - ekspres to ekspres - jesc nie woła, a pensjonat zawsze by
na tym skorzystał. W wiekszosci kawiarni i restauracji, gdzie był ekspres, to i tak go
nie uzywano, ale za to robił doskonałe wrazenie swiadczac o wyzszej kategorii
zakładu. Podobno od wegierskiego ekspresu barmanka mogła łatwo sie oparzyc, na
włoski nie mielismy szans, bo te ze strefy dewizowej ekspresy przysługiwały tylko
kategorii es, a my mielismy status bufetu pracowniczego. Majac szczupła załoge nie
mogłem ryzykowac takiego poparzenia.
Wszystkie zamówione produkty zaniesli do wskazanego im pokoju na parterze.
Było, nie było - to pułkownik. Zapas pokoi miałem. Gorzej było z dziewczynami, ale
na razie sie nie martwiłem. Nagle dostaje od siostry barmanki znaki, ze mryga
swaitełko telefonu resortowego. Znaczy - do mojego pokoju dzwonia z resortu.
Pobiegłem.
Telefonował Franek. Uprzednio kazał mi sprawdzic, jak to jest, ze w fakturach nie
ma zakupu majonezu, a majonez na stole jest i w sałatkach jest. Okazało sie, ze stara
w kuchni nie uznaje kupnych majonezów, jej zdaniem mieszanych z woda, albo
innym swinstwem i dlatego sama kreci, a raczej pedzi do krecenia tłumoki z kuchni.
Wiec myslac, ze moze o to chodzi melduje, co i jak z tym majonezem i ze ta stara to
skarb, choc w przeciwienstwie do tłumoków nie ma uprawnien, a on mi na to:
- Nie pierdol głupot...
Od razu stanałem na bacznosc, jak w wojsku, bo zrozumiałem, ze teraz bedzie cos
waznego.
- Jest u was takich dwóch z Wrocławia?
- Sa, towarzyszu pułkowniku - bo od razu przeszedłem na formy słuzbowe...
179
- Nazwiska!
Podałem nazwiska, skad maja skierowania i co zrobiłem, zeby sprawdzic, bo sie
nie zapowiadali.
- To kurwa trzeba było do nas dzwonic, a nie do tego chuja Watroby...
- Czy towarzysz pułkownik na stałe zmienia instrukcje?
- Ty mi kurwa nie o instrukcjach, tylko rusz głowa i własna inicjatywa... Co robia?
- Zamówili przekaski, zubrówke i poszli do pokoju na parterze...
- Kamer kurwa ciagle nie ma?
Franek mógłby o to nie pytac, bo moim zdaniem to on dbał o to, by nie było i aby
ten oficer, który przeniósł sie do powiatu, nawet tu nie zagladał. Ale odpowiadam:
- Jeszcze nie sa zainstalowane. Sa wstawione w plan na przyszły rok. Resort nie jest
temu winien...
- Kurwaaaaaaa mac, gnojku! Właz do kabiny, dyskretnie i wszystkiego słuchaj. Jak
sie zmeczysz, to moze cie zmienic Zygmunt, albo Stas, jesli nie pije i nie bedzie duzo
pił... chuj zatracony. Ja mu kurwa jeszcze kiedy jaja wyrwe za te gorzałe. I nikomu
ani mru, mru... To misja specjalna... No i wyluzuj sie, jak sie dobrze sprawicie, tylko
bez notatek, to... dostaniecie na lody... No, pomysle o was...
Mysl o lodach w taka słote była zdumiewajaca, ale odkrzyknałem, mozliwie
chwacko:
- Tak jest!
- Wykonac! - zakonczył Franek i odłozył słuchawke.
Natychmiast sciagnałem do mojego gabinetu Zygmunta i w krótkich słowach
wyjasniłem, o co chodzi. Razem ruszylismy na poszukiwania Stasia. Był w swoim
pokoju w pawilonie i ogladał telewizje, a miał swietny wegierski telewizor Orion.
Antene jakos tak ustawił, ze wprawdzie nadal, jak w całym powiecie, obraz był
bardzo blady, ale mało mrygał. Szedł własnie Zorro. Sam chetnie bym go obejrzał i
dostrzegłem, ze i Zygmunt był nie od tego. Z tym wieksza satysfakcja przerwalismy
mu. Uzgodnilismy, ze ze wzgledu na to, ze powinienem byc pod reka, a nadto mam
najmniej doswiadczenia politycznego i nic nie bede rozumiał, ja najmniej bede ich
180
podgladał. Za to oni beda mi na przemian relacjonowac to, co usłyszeli, ja zas bede
notował. Potem w oparciu o notatki i pamiec wszystko do kupy zrekonstruujemy i
notatki w obecnosci wszystkich trzech spalimy. Nikt sie nie dowie, ze robilismy
notatki, a za to nie pogubimy sie w tym wszystkim.
Tamci o własciwej porze zazadali obiadu do pokoju. Posłałem im Anke jako
kelnerke. Chwyciło - obaj do spółki ja wyobracali. Pózniej powiedziała, ze gadali
przy tym i ten pułkownik tego majora nazwał Ickiem. Rzecz jasna - w dokumentach
miał gad, ze jest Jackiem. Wszystko stawało sie jasne - syjamisci przyjechali knuc w
zaciszu przeciw ojczyznie ludowej. Potem ja przez jakis czas byłem w komórce.
Wchodzac narobiłem jakiegos rumoru. Siedzacy tu przede mna Stas palił papierosa -
bo znalazłem na kupce popiół. To było wazne, bo jesli tamci, w skutek mej
nieostroznosci cos wyniuchali z tym podsłuchiwaniem, to mogli uprzednio wyczuc
dym z papierosa. Wcale nie chciałem, by na mnie, jako najmłodszego, cos zwalano.
Tamci istotnie cos chyba usłyszeli, ale nie dali po sobie poznac. Ten gruby
pułkownik, polewajac druga butelke koniaku do szklanek, tak po pół szklanki moze,
rzucił:
- Icek - myslisz ze Mietek wie, jaki jest układ w Moskwie?
- Troche wie, a troche nie wie...
- Mów Icek jasniej do jasnej Anielki...
- No wiesz... On ma swoich i wierzy im jak w obraz.... Ale on kombinuje, ze ruskich
przechytrzy. On chce jak Causescu - komunizm narodowy stworzyc po to, by Polacy
uwierzyli w sens sojuszu z sowietami.
- Głupi - Polaków do tego namówic, to tak, jakby krowe siodłac. Nic tylko smiech...
Niech zreszta Mietek uwaza - my mozemy łatwo nasilic informacje, ze naprawde
nazywa sie Demko i dla jaj dodac, ze wcale nie jest z Łodzi. Niech potem biega po
kraju i tłumaczy: Demko tak, ale to, ze nie z Łodzi, to nie... Ciotke w peruce tez mu
jakas znajdziemy. Niech potem biega z albumami rodzinnymi...
- Co ty - te chamy na chleb nie miały - ciagle musiały brac na borg, bo wódke tylko
piły - o jakich albumach ty mówisz?
181
- Nie bój sie - taki sobie album spreparuje, ze mu nie podskoczysz...
- Chuj z albumem. Tak czy inaczej jeszcze mu buty mozemy w kraju uszyc. Bo w
Moskwie juz prawie, prawie ma przejebane. Rozmawiałem z Kostia, no wiesz - z
Kostia - pułkownik mówił to dobitnie az do sztucznosci, tak jakby chciał, bym
zapamietał - nasi moze teraz sa w defensywie, ale koniec konców Moskwa zawsze
zaufa raczej nam - przedwojennym komunistom - niz im. My siedzielismy w łagrach
w Rosji, a oni co? - najwyzej w kraju. Poza tym ten flirt Mietka z akowcami - czy w
sowietach był kiedys flirt z Wranglem, Denikinem, z białymi? To nie dla nich. Oni to
odrzuca. Podyskutuja, Mietek w tym czasie wdepnie w awanture, a potem odrzuca
wraz z nim.
- Gówniazerie nam obkleił agentura - on w tym kierunku szuka zwady...
- Kiedy ja sie zgadzam, ze gnoje przesadziły - te rózne Bable, kluby sprzecznosci i
tak dalej... ale starczyłoby zamknac Kuronia, niech bedzie, ze z Modzelewskim -
niech i on ma nauczke, ja bym jeszcze z tych młodszych dorzucił Szlajfera, Michnika
moze, choc Ozjasz tłumaczył Marksa i nikt drugi raz tego nie zrobi. Wyjdzie
niezrecznie, ale trudno. A nasi niech spuszcza gnojom manto po domach i niech
wybija im głupoty. Bedzie git. Mietka nie bedziemy ruszac, a on nas. On na tej
awanturze nie wygra. Nawet jak nic nie bedziemy robic - a bedziemy - to i tak
Moskwa go wypluje. Antysemici go wykorzystaja, ale my to przetrwamy. Jakos
przetrwamy. Przeciez do komina nas nie wrzuca. A potem sie zaczaimy i nawet na
dnie nie darujemy. Czy on to rozumie? Po co mu to było? Czy my jestesmy gorsi
komunisci? Zawsze sie przydamy... Kto tu kurwa kulture tworzy? On mysli, ze zrobi
cos na skróty... A skrótów nie ma. Dwa pokolenia musza minac, zeby jak w
sowietach - nikt ani zipnał o kapitalizmie. Po dwóch pokoleniach chłopi sami nie
beda chcieli rozwiazywac kołchozów. Gdyby Lenina ten głupek czytał, to
wiedziałby, ze chłop jest konserwatywny. Skoro urodził sie w kołchozie, to w
kołchozie bedzie chciał umierac. A on z Wiesławem z indywidualnymi flirtuje,
dostawy chce im odjac. A czym ludzi pracy wyzywi? Czy on w tym łbie w ogóle
rozumie, co to jest bilans?
182
- Icek - ty go nie obrazaj. Ty mu ublizasz, a my mamy interes do załatwienia. Sprawa
jest prosta - sowiety na półwyspie Synaj dostały po twarzy i to dla niego samego, dla
Mietka, nie jest takie złe. Bo oni musza rozumiec, ze sojusznicy sa potrzebni. Ale
jesli Mietek przegnie, to po pierwsze primo sowiety mu tego nie daruja, bo im piata
kolumna na zapleczu nie jest potrzebna, a po drugie primo, to my mu tez tego nie
darujemy. Jak on chce zrobic pogrom, to on z nas naprawde zrobi Zydów i my
bedziemy wtedy solidarni. Bo co nam zostanie?
- A czekaj - jeszcze miało byc o Wiesławie...
- No dobra - wiec Wiesław jeszcze nie jest taki głupi. Jak oni maja do wyboru
Wiesława, albo Mietka, to wola Wiesława. Póki Wiesław jako tako utrzymuje wiez z
masami, jest nie do ruszenia. Taki jest układ. Jak Mietek bedzie machał szabelka, to
sie skaleczy i nie znajdzie mame, która go przytuli. I jeszcze jedno Icek - my wcale
nie chcemy, zeby on z nas zrobił Zydów. Jaki ja Zyd - tate o mało nie umarł, jak
mnie z gminy wykreslili. Tylko mame powiedziała, ze dobrze robie, a tate mnie
wyklał... Ja oprócz idei nic nie mam... Moskwa o takich rzeczach pamieta... Myslisz
ze dosc? Icek?
Major tylko wzruszył ramionami - bo oni tak sobie dziarsko mówili, ale byli jacys
smutni. Ja mysle, ze oni wiedzieli, ze to wszystko zostanie powtórzone, ale własciwy
adresat tego nie widzi, wiec nie ma sie co wysilac.
Potem przyszedł Zygmunt. Ja mu pokazałem popiół, zeby widział i ewentualnie
potwierdził i wróciłem do gabinetu notowac. Miałem poczucie, ze to jest bardzo
wazne i ze tak naprawde nic złego sie nie stało, ze był ten demaskujacy podsłuch
rumor. Oni na to czekali.
Gdy wróciłem do salonu, nowych gosci jeszcze nie było, dyrektor zjednoczenia
wreszcie wsiadł w samochód i pojechał. Kierowca czekał na niego w hotelu
garnizonowym w powiecie, wiec nie musiał sie po drodze zabic. A pułkownik z
majorem siedzieli w fotelach i gadali z ministrem. Minister był zirytowany, bo
Adasia ciagle jeszcze nie było, a obaj z Wrocławia tez byli podminowani, czemu sie
nie dziwiłem.
183
Pułkownik półgłosem odezwał sie do ministra:
- Ciagle sie boisz, ze przyjdzie ci do reszty rozłozyc rzemiosło i posade stracisz?
- Łe tam... Jak do piecdziesiatego szóstego nie zlikwidowaliscie, to ja juz moge
spokojnie dociagnac do emerytury.
- Ty mi powiedz, co to jest - ty jestes sanacyjny piłsudczyk...
Minister gwałtownie zamachał rekoma, ze nie, ale tamten kontynuował...
- Nu daj spokój. Wcale nie chce, abys sie przyznawał i w ogóle, to rozmowy nie
było. Słowu czekisty mozna ufac. Jak to jest, ze za sanacji sanatorzy byli
filosemitami, a panstwo było antysemickie, a teraz jest na odwrót.
- Ze mnie antysemity nie zrobisz - Mietek tez. Ja Mietka szanuje - to powiedział
dobitnie, aby wszyscy słyszeli - ale w zadne hece nie chce wchodzic. Ja rozmawiam
z rzemieslnikami - przy wódeczce słysze nie jedno. Oni wcale nie sa antysemiccy. W
czerwcu bili brawo, mówili - tu sciszył - ze znów nasi ruskim wpierdol spuscili, jak
w dwudziestym.
- No ale co my mamy z tym wspólnego - my jestesmy inernacjonalistami - tylko
internacjonalisci zostali...
- No i o to zal ma Mietek, ale tak najbardziej o to, ze macie duzo posad - reszta to
chuj... A on ma wielu ludzi... Ale to pijak, jemu we łbie od wódki sie kiełbasi - to
mówił juz wyraznie po cichu – mysli, ze bedzie wojna i chce miec armie narodowa,
która czołgi napoi w Sekwanie...
- Co kurwa napoi... w czym? - dopytywał sie zdumiony major - ja nie leniłem sie na
lekcjach geografii i wszystko w lot zrozumiałem...
- No nic - ze on bedzie taki wielki marszałek... dajmy spokój - to niebezpieczne
tematy...
- Ale ty - przeciez Moskwa prowadzi rozmowy z Ameryka... Czy Mietek tego nie
rozumie?
- Wie z pewnoscia. Ale czy to jest stały trend? Kto to wie? Chruszczow w Karaibach
sie cofnał i za to poleciał... Chyba za to? No to nie wiadomo, co mysli Brezniew? Po
wpadunku na Synaju nie daruje Izraelowi. Ja sobie mysle, ze najpierw was zetna
184
Mietkiem, potem Mietka Katanga, a Wiesław wszystkich przezyje i po starym
sentymencie niektórych z was sciagnie z emerytury - choc chyba nie z waszego
resortu. Ja mam szerokie skrzydła, rzemiosło jest pojemne. Pode mna sie ustawcie,
kolegów jakichs zawsze jeszcze bedziecie mieli - da sie zyc...
- Ty słuchaj - korporancie - nie po to mnie z gminy wykleli, zebym teraz jak tate
suknem handlował, albo gojów obszywał. Wy ze mnie kurwa zydowskiego krawca
nie zrobicie, bo ja jestem komunista...
- Jak sobie chcesz, ale zyc trzeba... Nie mówie, ze krawiectwo. Na tym sie trzeba
znac. Ale elementy plastikowe - ja to moge załatwic... i zleconka z zakładów
uspołecznionych, albo... he, he... z Inco - to bedzie dobre!
- Daj spokój, to do chuja niepodobne. Ja jestem czekista, a nie prywaciarzem...
Wiedziony jakims spontanicznym impulsem, w kazdym razie bez zastanowienia,
ale z pewnoscia, aby uzyskac wieksza jasnosc przed pisaniem raportu, a takze, by
dowiedziec sie cos o naszym stałem gosciu - ministrze - szybko pobiegłem do
gabinetu, wróciłem, na stolik postawiłem flaszke wegierskiego Budafoka, a miałem
wtedy tego z dziesiec kartonów i poprosiłem:
- Towarzysze - przepraszam, ze osmielam sie przeszkadzac, ale chciałbym sie kilku
rzeczy dowiedziec. W szkole o Piłsudskim nigdy nie wspomniano - tylko tyle, ze
wówczas, gdy była szansa od razu budowac socjalizm, to stworzył nie suwerenna
Polske burzuazyjna w skutek czego lud pracujacy zył w nedzy i jeszcze to, ze zrobił
faszystowski zamach majowy, ale nawet z Hitlerem nie potrafił sie dogadac. A tu
słysze takie rzeczy i po prostu dla siebie chciałem cos zrozumiec.
Mówiac to rozlewałem juz koniak.
- To nie takie trudne - zaczał pułkownik - Piłsudski był oportunista, znaczy sie -
socjalista z pepeesu. Potem był panstwowcem, czyli faszysta i w imie tego zrobił
pucz faszystowski, jak Franco. W ogóle nie miał zrozumienia dla internacjonalizmu.
Nie znosił Rosji i na złosc Rosji chciał zrobic federacje z Białorusinami, Ukraincami
i Litwinami i z kim tam jeszcze - z całym Kaukazem - Gruzja, Armenia, kto chcesz...
Nie umiał sie wzniesc ponad polskie opłotki, choc przeciez był przyjacielem Lenina.
185
Dlatego w dwudziestym, gdy sprzeciwił sie rewolucji europejskiej, to zdradził
Lenina. Ludzkosc lepiej by wygladała, gdyby od razu towarzysze niemieccy, włoscy,
belgijscy tworzyli socjalizm. No ale nie wyszło. I to z winy Piłsudskiego i tych
wszystkich Sienkiewiczów z Mickiewiczami, którzy Polakom pobełtali rozum w
głowach. Z tego te nieszczescia, jak powstanie warszawskie. W skutek błedów i
wypaczen wymordowano wszystkich prawie przedwojennych komunistów polskich.
I jak wraz z Armia Czerwona szła rewolucja w Polsce, to ktos musiał ja robic. Jurek
Putrament niegłupio pomyslał, ze jesli pan minister - no dzisiejszy tu obecny - na
studiach był w korporacji "Piłsudia", to wprawdzie jest korporantem, ale
uzytecznym. Mozna rzec - materiał na poputczika - takiego, co kawałek z nami
pójdzie nasza droga, a potem sie go odrzuci. I wyciagnał ministra z opanowanego
przez Armie Czerwona Wilna, a towarzysze dla jaj zrobili go dyrektorem urzedu od
likwidacji rzemiosła. Sprawdził sie i jak rzep trzyma sie urzedu. Ilu naszych juz
wyleciało na takim czy innym wirazu - czestnych towariszczej - a on trwa, choc to on
był do sciecia na kolejnym etapie. Towarzyszom radzieckim nawet pasuje, bo po
rosyjsku mówi perfekt i - tak słyszałem - ruszczyzna, jak za cara...
Tu - musze nadmienic - minister az pokrasniał z zadowolenia...
- No to jak tak sie wszystkim podoba, to niech sobie do usranej smierci likwiduje
rzemiosło, choc on jest niezły dywersant, bo naszych, gdy maja kłopoty, sciaga do
rzemiosła, kontrakty załatwia... miliony... korumpuje, znaczy... aparat. Kto wie,
moze i mi przyjdzie na stare lata plastikowe detale na wtryskarce wtryskac... Ale to
sie jeszcze zobaczy... On sobie mysli, ze jest wielki Konrad Wallenrod, a to wszystko
teatr marionetek. Bo centrala jest na Kremlu i ona jak sie zdenerwuje, to pacnie. On
to rozumie, wiec Mietka popiera warunkowo... Nastawiony jest na to, by przetrwac
wszystkich. Mietek go toleruje, bo jak mu zabraknie posad dla swoich, to reszte
usadzi w rzemiosle i tez bedzie git. Tak wiec on z biletem partyjnym w kieszeni
nadal jest piłsudczykiem, a ja z biletem partyjnym jestem internacjonalista i obu nam
cały ten bardak nie pasuje... I my jestesmy przyjaciele... Taka jest polityka... A nam,
186
młody człowieku, chodzi o to, by do całej afery dystans miał tez Franek. Czy ty to
rozumiesz?
Ładnie podziekowałem za wykład, na pytanie nie odpowiedziałem, ale gestem
twarzy chciałem dac znac, ze zapamietałem i chyba zostałem własciwie zrozumiany.
Rozlałem reszte Budafoka i chciałem juz wzniesc toast, gdy minister wszedł mi w
słowo i krzyknał:
- Za nasze bilety partyjne...
Wszyscy sie rozesmieli, ja tez, tym bardziej, ze przeciez ciagle jeszcze nie byłem
nawet kandydatem. Jakos nikt mi nie proponował, a samemu nie wypadało. I
przeleciała mi przez głowe inna mysl, ze jestem w towarzystwie jakichs dziwacznych
ludzi, którym po łbach plataja sie dziwaczne idee, jakis sojusz z upowcami i
Białorusinami, a przeciez to wszystko, to sa po prostu ruskie... Jakis
internacjonalizm, jakies kompletne, nie majace zwiazku z zyciem idee - bzdury,
dziwactwa o przyjazni Piłsudskiego z Leninem... Nie, nie... panowie... z tym
towarem za daleko nie zajedziecie. To wszystko jest zbyt oderwane od realnej
rzeczywistosci. W zyciu liczy sie konkret, jak sie jest na wylocie, jak te zydki, to nie
wzgardza sie wielkoduszna oferta ministra, który ma pstro w głowie...
Wieczorem napisalismy raport, ale bez najwazniejszego posłania. Nazajutrz
wystawiłem sobie delegacje, pojechałem do gmachu urzedu na Rakowieckiej, w
biurze przepustek zameldowałem sie co i jak, a nastepnie w ciagu pieciu minut
złozyłem pełny raport Frankowi. Nic nie powiedział, nie skomentował, nie kazał
nawet usiasc, jedynie rzucił:
- Odmeldowac sie. Lody dostaniesz tylko ty, jesli utrzymasz jezyk za zebami... A jak
nie... to do piachu...
Swoja droga. Ja oczywiscie słyszałem o haniebnej agresji izraelskiej na panstwa
arabskie, ale w ogóle nie kojarzyłem tego z naszymi zydłakami i z tym, ze na tym
mozna cos zyskac. To był taki odległy, egzotyczny - ładnie to powiedziane - film... A
tym czasem... Taki raport, taka pochwała...

187

Zaraz potem była u nas narada grupy operacyjnej. Nikt mi oczywiscie nie
powiedział, co to była za grupa tym bardziej, ze w dniu, kiedy sie zjezdzali, Franek
pogadał z Zygmuntem i on, z niezbyt tajona na mnie złoscia, kazał mi jechac pod
Siedlce. Tam mieszkał taki jeden hodowca karpi w stawach. Same karpie przynosiły
mu krociowe zyski, ale jemu było mało i handlował złotem. Specjalizował sie w
sztabkach bankowych próby 99.9. Kazał mi postepowac z nim oglednie tym
bardziej, ze własnie został poddany jakiejs obróbce. I w ogóle nie mam mówic, kogo
reprezentuje tym bardziej, ze on i tak wie, od kogo jestem.
Ruszyłem moim fiatem. Montowany był jeszcze we Włoszech. Na drogach
widziałem kilka innych, pewnie wyprodukowanych w Polsce. Byłem dumny, ze nasz
kraj sie tak rozwija. Interes na złocie miał polegac na tym, ze miałem sprzedawac
moim klientom - tym, którzy maja pieniadze... rzeczywiscie duze pieniadze - te
sztabki, notowac, komu ile i o wszystkim informowac Zygmunta. I jeszcze - miałem
dwanascie procent obrotu oddawac Zygmuntowi. Miałem pewne obawy, bo nie
powiedział mi, za ile mam kupowac i za ile sprzedawac. Wszakze nic na tym nie
mogłem stracic, bo pieniadze oddawac mu miałem dopiero po wykonaniu całej
operacji.
Miałem odrecznie narysowany plan. Trafiłem bez trudu. Zajechałem na podwórko
troche podniszczonego, nie remontowanego co najmniej od czasów II wojny
swiatowej domu, który bez watpienia był niegdys dworem szlacheckim. Gdy tylko
zajechałem, to jakas starsza kobieta dosłownie sprintem rzuciła sie do drzwi
domostwa.Na ganek wyszedł gospodarz. Spytałem:
- Czy pan Przemyslida?
- Moze i Przemyslida, a moze i nie, a o co chodzi? - spytał na tyle cicho, ze na
wietrze prawie nie słyszałem.
Facet był dosłownie wielki, moze czterdziestopiecioletni, łapska jak patelnie, a
mimo to jakis podkurczony. Gdy sie przedstawiłem jako Jan Krowalski, zaprosił
mnie do srodka. Zauwazyłem, ze utykał. Przez wyszorowana sien, w której
188
zauwazyłem kilka starych, byc moze cennych rupieci, weszlismy do salonu. W
srodku było ciepło. Salon urzadzony był jak u ksiedza, albo moze jak w
przedwojennym dworze. A nawet lepiej, bo zamiast pieców były normalne, takie jak
w blokach kaloryfery. Usiedlismy w wysciełanych wyciskanym w rózne wzorki,
choc troche juz zuzytym pluszem fotelach, przy okragłym stoliku z blatem z blachy
miedzianej z wystukanymi młoteczkiem jakims wschodnimi wzorami. W kredensach
były srebrne i kryształowe naczynia, na scianach obrazy w pieknych ramach - sami
szlachcice polscy, albo baronowie w perukach, albo gołe baby, troche jak na
potrzeby mojego pensjonatu zbyt tłuste - o kalibrze scierw z mojej kuchni.
Mój gospodarz był mocno wystraszony. Widac było, ze wrecz panicznie sie mnie
boi, wreszcie prawie szeptem rzucił:
- Młody człowiek jest od mokrej roboty - takiemu młodemu człowiekowi nie
powierzano by nic powazniejszego. A młody człowiek swoje zrobi, potem sie go
kropnie i wpusci do stawu rybom - jak nikt nie zdazy znalezc, to ryby zjedza...
Chwile pomilczał, ja tym bardziej milczałem, bo w ogóle nie wiedziałem, co
powiedziec, a wreszcie kontynuował:
- Baby i palacza nie warto ruszac. Palacz jest durny, dawny akowiec, troche
posiedział i zdurniał. Całkiem nie jest dla was niebezpieczny. Sługa tez jest niczemu
niewinna. Nic nie wie - zwykła wiejska kobieta - niech sobie jeszcze pozyje. Ktos tu
i tak po mnie musi mieszkac. Domu szkoda... A parobek od ryb jest wasz... Durny
Białorus, ale wasz. No bo juz nie nasz...
Cos zaczałem załapywac. Tak na próbe rzuciłem...
- Panie Przemyslida. Pan jest ciagle nasz. Mi kazano bardzo oglednie i uprzejmie z
panem postepowac. Powiedziano mi - duzo lat bedziecie razem ze soba pracowac,
wiec wazne jest, zebyscie sobie ufali...
Troche blagowałem, bo az tak mi nie powiedziano, ale co było robic?
- Panie Przemyslida - ja nie wiem, co było dawniej, ale zapewniam pana, ze ja nie
jestem od takich rzeczy. Mi dali po raz pierwszy bron do reki, zebym sie nie bał
wozic to, co pan mi ma powierzyc. Gdy tylko sprzedam, przywioze panu pieniadze i
189
wezme nowa partie. Tak mi powiedziano - pan mówi o rzeczach, których nie znam.
Nikt mi nie mówił, ze pan jest nie rozparcelowanym szlachcicem - nawet nie
wiedziałem, ze tacy jeszcze sa. Prosze mi wierzyc. Z ta bronia jest tak, ze mam tylko
taki blankiet z numerem dowodu osobistego - blankiet tymczasowy. Nie mówie, ze
nie umiem strzelac. U nas w miasteczku kazdy gnojek umie strzelac, bo z
kielecczyzny, jak jest pozar wsi, to cała wies sie pali, bo dom przy domu - same
strzechy - chłopi krzycza wtedy: - "o - do Pawlaka dochodzi, najpierw pier...
przepraszam: walna pancerfausty, a potem trzaskac bedzie tasma z ruskiego
cekaemu, tego za pół banki brachy"... To ja sie boje, ale nie pana przeciez, tylko
jakichs zbójców na drodze...
- Przeciez wszystko mi zabraliscie...
- Ja nic nie wiem. Kazali od pana wziac sztabki, bez pokwitowania, oddac do
sprzedazy i rozliczyc sie.
Uznałem, ze nie warto objasniac, ze to własnie ja mam sprzedac.
- Jesli cos nie tak, to w porzadku - ja pojade do siebie, zamelduje, tylko sie martwie,
bo skoro mam wziac bez pokwitowania, to jak dowiode, ze pan mi nie dał?
- A ja - jak dowiode, ze dałem? - odpowiedział pytaniem...
- Ja nie wiem... Myslałem, ze to jest ustalone... Taka słuzba, trzeba po prostu
zaufac...
- No a młody człowieku - powiedzmy - ja tobie zaufam - bo istotnie - zgadza sie
wszystko. Ty jestes durny, masz ode mnie odebrac ostatnie czekoladki, ja je oddam,
ty oddasz, a potem mi dadza w łeb i dziesiec czekoladek ktos ma w garsci. Myslisz,
ze ty pozyjesz długo?
Prostota tej argumentacji zaniepokoiła mnie. Nawet niechcacy pod nosem
zmiedliłem:
- Loda mi sie zachciało...
- Lodów nie mam - ale obiad zaraz sługa poda...
Facet wstał i wyszedł. Wrócił po chwili, podszedł do jednego z dwóch kredensów i
wyciagnał taka zwezajaca sie od dołu ku górze, kryształowa karafke z rubinowym
190
płynem, dwa kieliszki i to wszystko na srebrnej, lub posrebrzanej tacy. Moje
przypuszczenie, ze jest to szlachcic potwierdziło sie. I na tacy i na karafce i na
kieliszkach były herby - choc kazdy inny. Nalał. Zanim wypilismy, weszła baba,
nieodmiennie wystraszona i widac było, ze nadal gotowa rzucic sie do ucieczki, z
inna srebrna, wieksza taca, na której był porcelanowy dzbanek z herbata, taki az
przezroczysty. Widac było poziom herbaty. Filizanki i porcelanowa cukiernica
pasowały do kompletu. Na takim samym spodku były zurawiny ze sliczna łyzeczka z
kolejnym herbem na raczce. Łyzeczki przy herbacie - srebrne - miały za to
monogram, ale tak pozawijany, ze nie potrafiłem go odczytac.
Ja sie bałem, bo przeciez to co mówił ten Przemyslida, mogło niezle nastraszyc, a
zarazem byłem speszony, bo przeciez jeszcze w zyciu mi sie nie zdarzył taki
zaszczyt, zebym pił herbate chocby z proboszczem, a co tu mówic o prawdziwym
panu. Taki pan, który herbate pija ze sreber i w porcelanie tak cienkiej, ze krzyknac
starczy, by pekła! To był taki swiat, o którym moze i słyszałem, ze on kiedys był, ale
ze nadal jest? Przeciez mamy czasy sprawiedliwosci społecznej. Z ludzmi, którzy
wszystko moga, pijałem z musztardówek i to było w porzadku. Ministrowie u mnie
pili koniak jaki sie chce najlepszy na swiecie, nawet remy - martin, z kieliszków w
kształcie gruszek, takich smiesznych, pewnie nawet eksportowych - znaczy - na
Zachodzie tez z takich moga pic. A tu prosze - wzór na kieliszkach do domowej
nalewki, jak pajeczyna, tak delikatny i gesty. Szlifierz musiał to szlifowac moze
nawet tydzien? Jeden mały kieliszeczek musiał szlifowac i szlifowac, a jeszcze ile
przy okazji zmarnował, bo mu sie, na przykład - reka omskła? Dłon mi az zadrzała,
bo absurdalnie pomyslałem, jaka tandeta mnie otacza i jakis inny, lepszy, ba...
mityczny swiat zobaczyłem moze jedyny raz? No bo jesli domysły tego Przemyslidy
sa prawdziwe? Czy ja nie wiem, ile warte jest dziesiec czekoladek - dziesiec kilo
złota? Czy ja jestem idiota i nie rozumiem, ze Franek zyje i ze Stasia i z Zygmunta,
ze Watroba swe dochody czerpie ze sprzedazy melasy przez bezpartyjnego kumpla z
wojny z bandami upa w Bieszczadach? Ilez to roboty dac mi w łeb? Dobrze, ze nie
191
chwaliłem sie, ze potrafie walic z broni. Ale warto by było przestrzelac tego nagana z
wymiennym bebnem. Ogladałem grawerunek na nim, dosc nieudolnie spiłowany:
- "porucznikowi Sta... za Brzozówke".
Reszta imienia i nazwisko - raczej krótkie, spiłowane było rzetelnie.
Baba nalewajac herbate oznajmiła:
- Za dziesiec minut beda schabowe z kapusta i sałatka z kapusty ze smietana. Zupa
sie przypaliła, no... nie bedzie zupy. Moze byc?
Ze zdziwieniem zauwazyłem, ze ona nie pytała gospodarza, lecz mnie, stad
zbaraniały jedynie skinałem głowa. Gdy poszła, spontanicznie spytałem:
- Oczywiscie panskie obawy co do resortu z pewnoscia sa nieprawdziwe. Ale
zbójców nie brak. Ja bym te moja pukawke przestrzelał - mam trzy bebny - z
kazdego losowo jedna kule... To chyba jest rozsadne?
Po chwili dodałem:
- Nagan nie filozofia, w jednej wiosce, gdzie ruskie jak robactwo lezli na cekaemy, to
wiecej tego zelastwa lezy jak grzybów... Przy orce wychodza, bo ostrzał był
artyleryjski - ruskie same armatami swoich popedzały...
- Po co o nich tak mówic? Wielki naród rosyjski wszystko poswiecał, aby nas
wyzwolic od faszystowskiego gada... Po co takie rzeczy mówic? No dobrze.
Najpierw obiad, potem jeszcze kawa i koniak, no i na pragułku... Niech i tak bedzie...
Mogło byc wczesniej... na sniegu... na golasa... za zona... a to nie to samo... Cygaro
wezme, zapale... ba... po pansku... Młody człowieku, mam makarowa, mógłbym cie
walnac, ale po co... A mój makarow dobry, nie zacina sie...
Mimo wzajemnego zdenerwowania, wszystko zjedlismy z apetytem. Potem
rzeczywiscie była kawa, w takich pozłacanych od wewnatrz, tez porcelanowych
filizankach i na talerzykach z tego samego serwisu keks - ale jaki? Koniak był, jak
koniak - mydliny - marki nie znam, bo z karafki, ale chyba tez nie najgorszy,
podobno prawdziwy. Pan Przemyslida zapalił cygaro i gestem reki własnie wielkiego
pana zaproponował powstanie. Na chwile jeszcze poszedł do gospodyni, ale wrócił,
miał na sobie szyty pewnie na miare, olbrzymi na olbrzymim cielsku, płaszcz z
192
wełny. On musiał byc chyba starszy, skoro - jak sie domysliłem - podczas wojny był
w zeteserer. Wsiedlismy do bryki. Chciałem przesunac krzesło, bo w moim wozie
była taka luksusowa mozliwosc i mimo wszystko chciałem sie pochwalic. On jednak
machnał reka. Siedział skurczony i okazywał mi droge. Poza tym jechalismy w
milczeniu. Po chwili bylismy obok grobli miedzy stawami. Tych stawów było kilka,
całkiem sporych. Z daleka przygladał sie nam czarny punkcik człowieka. Wychodzac
z wozu Przemyslida skomentował:
- Same błedy: wóz rzucajacy sie w oczy, niepotrzebny swiadek, którego trzeba
bedzie ganiac, a on niezle zna teren, a i dubeltówke na kłusowników ma w budzie...
Odchodza ostatni fachowcy...
Tak gderajac ruszył ku kepie krzewów miedzy stawami - w takim zgrubieniu
grobli. Szarówka, lekka mzawka - parszywa ciagle pogoda... Nad sama woda wbity
był, bo chyba nie połozony, spory pniak. Wskazałem na niego. Z półobrotu
wyszarpnałem z rozpietej uprzednio szelki - Przemyslida to chyba widział - nagana i
jak na kowbojskich filmach wypaliłem. Spudłowałem, ale nieznacznie. Obróciłem
sie ku niemu, tak z zadowoleniem, bo wcale nie był to najgorszy strzał, moze z
dwunastu metrów. On jednak stał z pistoletem w reku wycelowanym we mnie. To
pewnie był ten jego makarow. Szału dostałem, bo o mało mnie nie zabił, a po
wyrazie twarzy widziałem, ze gotów był strzelac, a zarazem strzelac wcale nie chciał.
Strasznie sie bał. Po chwili po prostu upuscił swoja bron na ziemie. Reke trzymał jak
trzymał, a jednak bron upadła, a on zastygłszy w gescie ciała, zarazem sie skurczył,
zrobił sie cholera mniejszy.
- Czys pan kurwa zdurniał. Ja sam sie boje... Chce bron przestrzelac... Bierz pan
mojego gnata, tu jest drugi bebenek, zmien pan go i wal. Przeciez mogłes mnie pan
kurwa ubic. A tego by wam nie darowano...
Wcale nie byłem taki pewien, czy by mu nie darowano. Jak nie planuja obu nas
sprzatnac, to przeciez on jest nie mniej cenny, niz mój pensjonat. I dopiero teraz
pomyslałem, ze dla resortu mój pensjonat jest cenny, ja dobrze nim kieruje, wiec nie
stukna ani mnie, ani jego. No ale tego Przemyslidzie tak dokładnie nie mogłem
193
powiedziec. Niemniej, machnałem reka i mozliwie przekonujaca intonacja głosu,
wyraznie juz wyluzowany, co jest paradoksalne, skoro o mało istotnie nie wpadłem
do ryb z dziura w głowie, zaczałem mu tłumaczyc:
- Panie - nie popadajmy w histerie. Ja przemyslałem - ja nie jestem niezastapiony, ale
jestem trudny do zastapienia w innych sprawach i nikt mnie nie bedzie zabijał. W
takim razie i pana nie bedzie zabijał. Mi kazano rzetelnie sie z panem rozliczac. Ja na
tym nie mam miec straty, choc to jest dla mnie nowy interes i jeszcze nie wiem, jak
pójdzie. Ceny pan ma mi zaproponowac, abym z obrotu miał siedemnascie procent,
bo tak mam sie rozliczac. I nie chce, zebys mnie pan bez sensu ubił kurwa...
To go przekonało. W ciagu pół godziny ustalilismy szczegóły. Jemu wychodziło,
ze normalnie powinno sie toczyc, jesli bede miał z tego dwanascie procent, ale to
było dla mnie nie do przyjecia i on powiedział:
- Próbuj młody człowieku... W normalnym swiecie cena nie jest ustalona, tylko cena
jest to, co skłonny jest zapłacic nabywca. Moze beda trudnosci, ale jesli masz
klientów z goracymi złotówkami, to i za wiecej wezma. To nie jest rynek w
miasteczku i nie jajami z koszyka bedziesz handlowac.
Chyba mi uwierzył. Gdy wracałem, to jednak znów nawiedzały mnie watpliwosci.
Nawet na herbate bałem sie zatrzymac, bo przeciez w schowku miałem dziesiec
kilogramowych sztabek złota - ile to byłoby pierscionków?
Wróciłem na wieczór. Szkolenie juz sie skonczyło. Teraz pili i meczyli po
pokojach panny. Kazali im sie za kazdym razem myc, bo było ich wiecej niz
dziewczyn - tak ze dwudziestu. Kuchty tez zagoniłem do roboty, ale zastrzegłem, ze
w takim razie poza zakaskami na stole dzis nic wiecej do zarcia nie dostana.
Kuchtom obiecałem po sto piecdziesiat złotych od numerka. Dla mnie czysty zysk,
bo przeciez ich numerki tez sie licza jak kazdy inny - za skierowanie. Dziwni sa ci
ludzie. Na ulicy na moje kuchty nawet by nie rzucili okiem... To byli sami
prowadzacy studentów i pracowników naukowych - elita słuzby - intelektualisci. I
zreszta nie powiem, kulturalni ludzie, szkła nie tłukli, dziewczynom kazali sie myc,
upili sie w koncu, na ogół na umór, ale jednak i tak, nawet rzygajac, zachowywali
194
pewna elementarna kulture. I widac było, ze szkolenie dotyczyło rzeczy waznych,
zreszta tu i tam słyszało sie w tym galimatiasie, ze chodziło o wazna koordynacje
działan.
Nagana postanowiłem nie zdawac, a wiec musiałem zabiegac o stałe pozwolenie.
Poszło od reki. Przeciez taki majatek miałem na głowie... Jako druga bron dostałem
mały belgijski pistolecik, tez z szelkami, z czasów wojny, ale niezbyt
dopasowanymi, od czegos troche wiekszego. Franek przy okazji rzucił, tak od
niechcenia, ze przejmuje w sprawie czekolady, a jeszcze lepiej mówic - lodów -
kontakty ze mna bezposrednio i Zygmuntowi, jak i komukolwiek innemu chuj do
tego.
Zastanawiałem sie, jak - mozliwie taktownie - powiedziec mu o tym, ze w takim
razie dwa procenty wcale sie Zygmuntowi nie naleza. W najgorszym wypadku gotów
byłem nie spierac sie, tylko zwrócic sie o arbitraz do wyzszego przełozonego, czyli
do Franka.

**********************e**********

1 lutego 1968 telewizja i radio lakonicznie podało, ze w teatrze narodowym w
Warszawie odbył sie ostatni spektakl inscenizacji Kazimierza Dejmka "Dziadów"
Adama Mickiewicza, które były wykorzystywane przez elementy antysocjalistyczne
do włozenia koła w szprychy przyjazni polsko - radzieckiej. Jakis Dajczgewand
Józef - charakterystyczne, ze imie miał po Stalinie, Kretkowski Sławomir - tez lepsze
nazwisko i Seweryn Andrzej, Seweryn to nazwisko, a Andrzej to imie, smieli
składajac pod pomnikiem Adama Mickiewicza kwiaty wykonac cios w serce
przyjazni polsko - radzieckiej. Wszystkiemu temu winni byli Kuron Jacek i
Modzelewski Karol, w mniejszym stopniu Michnik Adam i Szlajfer Henryk, a
patronowali temu: Bauman Zygmunt, Brus Włodzimierz, a takze Kołakowski
Leszek.
195
No to juz mielismy awanture i ja domslałem sie, ze nie bez zwiazku ze
szkoleniami, bo jeszcze kilka było, w moim pensjonacie. Stas smiał sie tylko, a
raczej cieszył, ze tak dobrze wyszło, bo to sa same zydy i to ze starej ekipy z
bezpieki i teraz, to w resorcie nieodwołalnie wszystko bedzie nasze. Dopytywałem o
szczegóły, nawet zubrówke piłem - ktos mnie nauczył nowego sposobu - trzeba
mieszac schłodzona zubrówke z zimnym sokiem jabłkowym z Tymbarka - da sie pic
lepiej, niz te inne swinstwa. Brrr - wódki po prostu nie lubie, piwo nie da sie pic, bo
gorzkie, a koniak jest jak mydliny.
No i na to mi Stas dokumentnie: ze Brus i Bauman byli oficerami politycznymi pod
Lenino, Modzelewski to przybrany syn zydowskiego ministra spraw zagranicznych
za Bieruta, Kuron nie jest Zyd, ale ze Lwowa i w ogóle. Tylko ten Kretkowski to
jakas rodzina socjalistyczna jeszcze z czasów, gdy Piłsudski był w PPS - ja musze
ciagle pamietac, ze Piłsudski pisze sie przez ds., a nie przez dz, bo choc nigdy nie
bede musiał tego wykletego nazwiska pisac, to jednak pamietac takie rzeczy wypada,
a sam Piłsudski to wiadomo - niby krewny Dzierzynskiego, ale na Litwie to oni
czesto mieli tak jak Mickiewicz, który tez był Zyd i u niego tez były tylko Zydy i
wrogowie Polski. Nic z tego nie rozumiałem, bo w telewizji przeciez mówili, ze
Mickiewicz nadal bedzie w lekturach szkolnych i jest wazny, a przeciez, gdyby był
Zydem, to przeciez to byłoby niemozliwe. Uznałem, ze w tym pijanym łbie wszystko
sie kiełbasiło, ale zarazem, ze cos tam piate przez dziesiate musi byc prawda, bo
przeciez przedtem słyszałem, ze ojciec Michnika ma na imie Ozjasz i tłumaczył
Marksa. Zarazem ciekawe - czy bez pozwolenia Moskwy nasi zakaza w takim razie
Marksa? Czy skoro Marks nie był Zydem, bo przeciez był kolega Lenina, tylko
starszym i z Niemiec, ale zyjacym w Anglii, bo w Rosji wtedy był jeszcze carat, to
czy trzeba w Polsce Marksa zakazac?
Takie mi sie mysli snuły po głowie, ale uznałem, ze nic mi do tego, bo mój
pensjonat nie zyje z Marksa. Gomółka i Cyrankiewicz ze Spychalskim wisza tylko w
moim gabinecie, sam Gomółka wisi u ksiegowej, a pan Mieczysław z osobista
dedykacja zdobi pokój Stasia i barmanki. Aha - u jednego milicjanta jeszcze wisi
196
Gomółka, a u drugiego - tak mi doniósł, ale konfidencjonalnie Zygmunt - bo on
wszystkie pokoje sprawdza, takze mój, lecz nie ma klucza do sejfu, ze drugi milicjant
ma w walizce na dnie owiniety szmatka gipsowy tors towarzysza Stalina. Zytgmunt
mówił, ze to nie jest takie głupie, bo u nas moze sie zdawac, ze stalinizmu juz nie
ma, ale nikt nie wie, kiedy ruskie znów ochujeja. Był to rzadki przypadek, kiedy
Zygmunt był na bance i mówił w ten sposób:
- I znów przywróca kult Stalina.
A wtedy ten nasz milicjant, jesli dobrze rozegra sprawe, moze nawet zostac
komendantem powiatowym. W kazdym razie Zygmunt trzymał swoje dzieła zebrane
Stalina w piwnicy, ale dobrze zabezpieczone i tez w razie czego ma sie czym
pochwalic.
Wszystko to było zbyt dla mnie skomplikowane. Dla mnie wszystko jedno, konkret
sie liczy. Rozmawiałem o tym z ojcem, a ostatnio mielismy czesto ze soba do
czynienia. Ojciec co tydzien przywoził ładunek miesa, wedlin i serów ementaler i
oscypków wytwarzanych w spółdzielni w Zakopanem, nadto papieru toaletowego,
szprotek, radzieckiej saury, wody kolonskiej "prastara"... Od tego czasu czesto jej
uzywałem, choc szczypało. Zaczynałem sie dopiero golic, tak co trzy dni. Do tego
dochodziły wegorze i szynki od tego dawnego niemieckiego, choc on sam o sobie
mówi, ze jest Mazurem - ale wiadomo - jest Niemcem - wedzarza. Wszystko to
opychalismy naszym gosciom z dubeltowa cena i z tego to był niezły grosz. Rzadko
cos nam sie psuło, to wtedy schodzilismy do ceny detalicznej, czyli sklepowej. Przed
swietami tata Lublinem przywiózł dwiescie skrzynek pomarancz i cytryn - przydział
z dwóch powiatów. Wszystko poszło. Klienci swoich kierowców przysyłali i płacili
za cytryny po siedemdziesiat, a w sklepie przeciez kosztuja trzydziesci, zas za
pomarancze osiemdziesiat piec złotych za kilogram, choc sklepowa cena to
czterdziesci. Same skrzynki sprzedawałem klientom po dwadziescia złotych i brali z
pocałowaniem reki, a przeciez skrzynki były za darmo. O te rozliczenie sie ze
skrzynkami ojciec sie upominał i upominał, ale w koncu tak mu wygarnałem, ze sie
odczepił.
197
No wiec z ojcem o tym rozmawiałem i ojciec powiedział, ze najwazniejsze, to
nie wychylac sie. Kaza ci chwalic Stalina, to chwal, a ganic, to gan, ale wszystko w
miare, w drugim szeregu, nie rzucajac sie w oczy. Rób co wszyscy, to masz
najwieksze szanse. Karza ci gadac, ze zydki sa złe, to mów, ale ostroznie i mało,
najlepiej półgebkiem, bo skad masz wiedziec, kto wypłynie w przyszłosci? A
najlepiej dyskretnie jeszcze jakiemus w czyms niegroznym pomóz, to w przyszłosci
moze ci sie przydac. To co mówił tata uznałem za rozsadne, wiec w rewanzu
nauczyłem go sposobu z zubrówka i z sokiem jabłkowym. On najpierw wydziwiał,
ze wódki w zasadzie nie lubi czesto pic i to jest prawda - jak ma melodie jak wtedy,
nad rzeka, albo jak wyszedł z mamra, to pije nawet ciepła, a tak to nie bardzo. No
wiec wydziwiał, ale potem orzekł, ze pokaze mamie i jesli jej bedzie smakowac, to
moze byc, ale gosciom w domu to nie zaryzykuje, zeby proponowac. Tak z mama,
jesli powie, ze dobre, to tak, ale z goscmi, to nie... Nawet z tymi z rodziny...
Gdy 5 lutego cała ferajna przyjechała - teraz ze trzydziesci chłopa - swietowac
sukces, bo wszystko sie udało i poczatek, pod tym pomnikiem Mickiewicza jest
zrobiony, to ja swoje wiedziałem. Oni mi tu rozrabiali. Nikt nie był w stanie
zapanowac nad dziewczynami. Gotowi chyba byli nawet stara z kuchni rypac, byleby
było co, w kazdym razie ksiegowa schowała sie przed nimi w swoim pokoju, a i tak
ja wyciagneli i obracali. Z prywatnej cukierni zamówione torty sami sobie nakładali
kremem do dołu na głowe, no po prostu sodoma i gomora. I nawet nie pomysla, ze
moze ruskie powiedza w pewnym momencie - niet...
Jeden po pijaku opowiedział mi, ze oni swietuja, ale nie wszystko poszło po
mysli pana Mieczysława. Bo poczatkowo, to gdy zdecydowano zdejmowac „Dziady”
Mickiewicza z afisza – tak sie mówi – to miała byc demonstracja patriotycznych
studentów. Pan Mieczysław miał do nich podjechac pod pomnik Mickiewicza, ujac
sie za nimi i znów kazac wystawiac sztuke w teatrze. Podobno Ruscy na to szli i
nawet przysłali swojego ambasadora na przedstawienie, zeby pokazac, ze oni nie sa
przeciwko Mickiewiczowi i nie popieraja nadgorliwców. Ale podobno w sprawe
wdali sie Zydzi i jacys komandosi, własnie ci Dajczgewandzi i panu Mieczysławowi
198
naprawde nie pozostało nic innego, jak tylko zakazac przedstawien, jako
syjonistycznych i nacjonalistycznych.
Wszystko to podobno było jednak bez znaczenia, bo było obojetne, czy Zydów
wywalac sie bedzie z posad za to, ze chcieli zwalczac literature narodowa z
Mickiewiczem na czele, czy za to, ze chcieli ja wykorzystac w interesach
miedzynarodowego syjonizmu i zachodnioniemieckiego rewanzyzmu.
Rano wsiedli w autokar i pojechali, a ja miałem taki burdel w pensjonacie, ze
nawet w jadalni jakas idiota ponaklejała na zelatyne, która zalano półmisek, plastry
schabu, pod szlaczek, chyba z dwadziescia plasterków, az pod sufitem. Prawie zaden
sie nie odkleił. A przeciez ten schab, specjalnie najpierw marynowany,
przyprawiany, to nie byle gówno, które ich małzonki prosto wyciagniete przez
ojczyzne ludowa z obory, potrafia upichcic... No ale ze za nic nie płacili - dubeltowo
poszły skierowania wczasowe, a dostali jakies premie, to dokładnie wyczyscili
własnie przywiezione przez tate zapasy. Wszystko poszło bez targowania i nawet,
miedzy nami mówiac, bez wagi. Tak na oko, z moja korzyscia. Wszyscy tak chcieli,
byle by szybciej przeszło, bo oni mieli strasznego kaca. Tak stojac w kolejce po
mieso w kuchni, warzachwiami wypili zimny rosół z kotła. Cały kocioł, bo jak wzieli
kucharki w obroty, to poprzedniego dnia nie miał im kto tego podac. No, zwyczajna
stonka, a nie ludzie...
Ale ja oczywiscie byłem usłuzny, dla kazdego miałem dobre słowo, o nic sie
nie gniewałem. Co sobie sam myslałem, to moje.
Ten schab to kazałem odkleic, sam tez pomagałem. Umyło sie go, zalało nowa
zelatyna i goscie zjedli. Cała załoga wiedziała, o co chodzi, a przeciez nikt nie
sypnał. Trzeba przyznac, ze stanowimy coraz lepiej zgrany kolektyw...
Dopiero na poczatku lutego sprzedałem pierwsze czekoladki. Przebicie miałem
duze. Cztery wzieli, po jednej, rzemieslnicy. Bali sie, ze to tombak. Tych przysłał
minister i tak groznie patrzył, ze bez szemrania wyciagali pieniadze. Reszte hurtem
zgarnał dyrektor sprzedazy fabryki włóczki wełnianej z Łodzi i on w ogóle sie nie
targował. On był na hasło od Franka. Umówilismy sie na nastepna dostawe, a termin
199
miałem podac własnie przez Franka. Za jednym zamachem zarobiłem wiecej
pieniedzy, niz w całym 67 roku. Chryste Panie... Przeciez to był taki bogaty rok...



Siedziałem własnie w salonie u Przemyslidy. Facet zamontował u siebie
telewizor. Nie był to byle jaki aparat, lecz produkt holenderski – Philipsa. Od razu
było widac, ze ma wiekszy kineskop i nowoczesna, z jakiegos wschodniego,
czerwonego nieomal drewna obudowe. Nie chciał monterów wpuszczac do
mieszkania, wiec najpierw musiał sam dokładnie poznac zasady zamontowania
anteny na dachu tak, by nie sciagała piorunów. Przyznał, ze piorunów troche sie
obawia. Obraz był tak samo blady jak u nas, ale to dlatego, ze tez mieszka daleko od
nadajnika. Po obiedzie siedzielismy w fotelach. Przemyslida palił wielkie cygaro,
hawanskie, od towarzyszy radzieckich - jak to z naciskiem podkreslił i omawialismy
interesy. Imponował mi jego dom. Przemyslida narzekał, ze nie moze zadbac o zielen
przed domem, bo gdyby mógł, to odrestaurowałby park i zaprowadził porzadne
klomby. Nawet trzech ogrodników by zatrudnił w sezonie, a jednego na stałe, ale
wtedy to by dopiero rzucałby sie w oczy.
Z pekatych kryształowych kieliszków pilismy koniak i w takich
naczyniach, to nawet koniak, choc to mydliny, smakował mi. Opowiadał o tajnikach
handlu złotem. Tak naprawde szwajcarskie czy brytyjskie sztabki róznia sie miedzy
soba. Sa bowiem prawdziwe i one maja próbe 99.99, ale sa i krajowe wyroby. Złoto
da sie rafinowac, nawet on sam to robi. Odlewa z tego sztabki. Jest synem jubilera i
wie, co i jak, od dziecka.
Zdziwiony byłem, bo byłem pewien, ze urodził sie w pałacu. Ale
pomyslałem, ze jubiler, to przeciez tez jest dobrze. Otóz jesli jest złoto z na przykład
radzieckich pierscionków, a one nie maja zadnej wartosci jubilerskiej - jest to po
prostu złom - to trzeba to przetopic i wyrafinowac do poziomu 98 procent - nie mniej
w kazdym razie, ostemplowac stemplem, który fachowiec od reki rozpozna i
200
sprzedawac. Oczywiscie taka sztabka kosztuje troche mniej, bo ma mniejsza
zawartosc złota, a i za autentycznosc tez trzeba płacic. Ale o 98 procent nikt nie ma
prawa sie obrazic - nawet jesli myslał, ze to autentyk, to za niewiedze, tak troche -
tyci, tyci - tez trzeba płacic. Ale jak ktos da mniej niz 98, to juz kapota, za to wolno
jest nawet zabic. Bo kazdy wie, ze do 98 mozna dosc łatwo wyrafinowac i jesli jest
mniej, to znaczy, ze sprzedawca chce oszukac nabywce.
Tak mi perorował, a w tym czasie Władysław Gomółka w telewizorze
przemawiał w sali kongresowej do aktywu zwiazków zawodowych omawiajac
niedawne wydarzenia marcowe. Nie zwracalismy na to uwagi, choc zauwazyłem, ze
mój rozmówca, choc taki raczej ociezały w ruchach, ma podzielna uwage i chyba
nawet dosc uwaznie analizuje to, co płyneło z głosnika. W kazdym razie, gdy były
zakłócenia obrazu, to niespiesznie, lecz gdy dzwieku - to od razu regulował aparat.
Wyraznie było widac, ze Philips to jednak łatwiejsza w obsłudze maszyna, niz
aparaty krajowe, czy z naszego obozu socjalistycznego. Choc moze znaczenie miał i
fakt, ze Przemyslida wcale sie nie denerwował i swoje manipulacje wykonywał bez
emocji.
Ja tylko - gdy jednak rozesmielismy sie, gdy o jakims poecie Wiesław
powiedział, ze jest ni pies, ni wydra, cos na kształt swidra, czyli alfonsem -
zainteresowałem sie, bo istotne dla mnie było, czy mam konkurencje, która Wiesław
własnie rozgonił, czy nie?
Oczywiscie Przemyslida nie wiedział, dlaczego kwestia mnie interesuje,
ale spokojnie, jak to on, orzekł, ze to była przenosnia i jesli ktos w tym towarzystwie
jest alfonsem, to chyba tylko ten prawicowy odchyleniec. To ostatnie powiedział
jednak choc troche, moze niezbyt zauwazalnie - ale jednak emocjonalnie.
Domysliłem sie, ze chodzi mu o Wiesława, ale bzdury z jakimis odchyleniami
całkiem mnie nie interesowały.
To przemówienie, jesli było dla mnie wazne, to tylko dlatego, ze
znamionowało nowa balange triumfalna. Nie omyliłem sie. Za tydzien przez trzy dni
pensjonat był tylko dla nich. Przedtem sciagnelismy dwie nowe dziewczyny, ale one
201
nie miały wprawy i po pierwszym dniu wszystko je bolało. Wtedy za jedna dobe
były po dwa skierowania, a teraz za trzy doby tez były po dwa skierowania za osobe.
Jak wyrachowałem, to nie udało mi sie zmiescic w kosztach. Stas chyba tez miał
straty, ale Franek, gdy próbowalismy sie skarzyc, tylko palcem nam pogroził.
Zwyciestwo w wojnie zydowskiej było pełne i do lata w kraju nie miało byc zadnego
Zyda. Wszyscy won do Izraela, albo gdzie oczy poniosa. Uznałem, ze to dobrze, bo
bedziemy mieli czysty rasowo kraj i nie bedzie juz takich awantur, ale tata
powiedział, ze trzech dobrych lekarzy ze szpitala wojewódzkiego ma sie zbierac i
mama, coraz bardziej chora na serce, wcale nie jest zadowolona. Ksiadz tez jej nie
powiedział, ze to dobrze, a jedyne co dobre, to to, ze komunisci miedzy soba sie zra,
ale czy od tego musi byc lepiej?
W kazdym razie mówiło sie, ze pan Mieczysław moze zastapic
Wiesława, a to na pewno byłoby dobrze. Ale potem coraz bardziej orientowałem sie,
ze to wszystko rozchodzi sie po kosciach. Nawet nie udało sie ustrzelic Kliszki, a
podobno on jest Zyd jak stad do Zaleszczyk.
Co za Zaleszczyki, to nie wiem, choc gdzies juz te nazwe słyszałem.
Wszyscy tez sie smieli, ze jak zwykle przetrwał Cyrankiewicz, a takze, z niejakim
szacunkiem, ze "tak czy owak, Zenon Nowak". Podobno ten to w ogóle jest
wyłacznie "człowiek radziecki" i nikt nie potrafi go ruszyc.
Zwiazek Radziecki interesował mnie - opowiadał mi o czasach
wojennych w zeteserer Przemyslida, ze straszna bieda i gdyby dac tam ludziom
wolnosc, to wszyscy wszystkich od razu by zagryzli i tylko trawa w zetesererze by
rosła. Zastanawiałem sie, czy to by było dobrze, czy zle, ale uznałem, ze najpierw
dobrze by było miec wiecej pieniedzy i złota i w ogóle wszystkiego, niz ma
Przemyslida, a wtedy, niech nawet sanacja wraca. Ja sobie tak myslałem o tym w
samochodzie i gdy zdałem sobie sprawe, jakie głupoty mysle, to az walnałem sie w
czoło i o mało nie spowodowałem powaznego wypadku drogowego. Na szczescie nie
walnałem w słupek, za to ubiłem dwie gesi. To juz było za wsia i tylko dwie
staruszki szły, wiec ładnie powiedziałem im dzien dobry, jak wypada i dawaj ładuje
202
te gesi do bagaznika. Moze zle zrobiłem, bo one, juz chyba zdechłe, zapaskudziły mi
bagaznik i w samochodzie cuchneło przez tydzien, ale co mi baby zrobia? One
wygrazały piesciami, ale takie małe jakies baby, stare, wiec choc miałem szesnascie
sztabek 98 i trzy pełne, prawdziwe szwajcarskie, to nie obcyndalałem sie. Niech
mnie goni milicja. Miałem na stałe legitymacje porucznika SB z moja fotografia i nie
moim nazwiskiem. Na jej widok do rowu by zmiatali ze strachu!
No cóz... Młody człowiek to i fantazji nie brakuje... Choc zdawałem
sobie sprawe, ze tak naprawde, to robie głupstwo i nie ma sie czym chwalic.
Latem szescdziesiatego ósmego duzo gadało sie o Czechosłowacji. Ze
złoscia, bo to mogło byc grozne dla kraju, ale i ze smiechem. Pamietam - mówiono,
ze w Czechosłowacji jest Svoboda i poDupczyc mozna... Jednak cały kraj odetchnał
z ulga, gdy wreszcie nasi tam wjechali. Nawet zwykli ludzie nie załowali Czechów,
bo oni nigdy nie walcza o swoje. Na takich, powiadaja, w razie czego nie mozna
liczyc. Cos słyszałem o Zaolziu, ale nic z tego, jak to zwykle, nie wyszło. Władze
mielismy coraz mniej dynamiczna. Podobno gdyby Mietek był pierwszym, to takiej
okazji by nie przepuscił. Przemyslida wprawdzie powiedział mi, ze "głupstwa
pleciesz młody człowieku", ale akurat na tym to on nie musiał sie znac. Zaolzie to
Zaolzie - jesc nie woła, nawet moze nakarmic! Nie postarali sie nasi.
Kucharka orzekła, ze z jakichs powodów te dwie gesi nadaja sie tylko na
faszerowane i jesli te tłumoki kuchenne nie pokalecza przy zdejmowaniu skóry, to
powinny byc dobre. Rzeczywiscie, były - palce lizac! Z dwóch gesi zrobiła sie
jedna, ale wszystko było w porzadku. Dla siebie nic nie rabneła, zanim nie
pozwoliłem. Po prostu dwie zmielone w elektrycznej maszynce - niedawno
dostalismy na nia przydział i jak raz, były w magazynach w Olsztynie - siedziały w
skórze jednej...

************************************************

203
Ja przecie przy najlepszej woli nie byłem w stanie wydac nawet trzeciej
czesci swojej pensji z dodatkami. A przeciez to była pestka w porównaniu ze forsa,
która zgarniałem z pokrywania rachunkami skierowan na wczasy. No i one i tak sie
powiekszały dzieki sprzedazy gosciom zywnosci i innych towarów, rzekomo
zuzywanych w pensjonacie. Do tego dochodził niesamowity obrót wedzonymi
wegorzami i szynkami, bo Gerhardowi załatwiłem formalnie nasze szynki z
zakładów miesnych w Bydgoszczy. Stare kanały, mozna rzecz. Antoni latem był
kierownikiem wczasowiska bydgoskich zakładów miesnych nad morzem. Ja
kombinowałem, ze moze juz działaja te jego szklarnie, ale on ich jeszcze nie
uruchomił. Za to tak załatwilismy, ze na duplikatach skierowan potwierdzanych
przez nas samych stemplem, mozna było stworzyc nowa dostawe, zduplikowana,
surowych szynek. A szynki były potrzebne, bo juz ojciec Gerharda przed wojna co
tydzien koleja dostarczał do hamburskiego hotelu "Altona" własnie szynki i wegorze.
Oczywiscie - nawet z własnej swini własnorecznie ubitej chłop nie miał prawa nic
uwedzic. Ba - nie miał prawa jej zabic, to tez ci bardziej bojacy sie chłopi czesto
najpierw swiniakowi łamali noge i wówczas kazdy weterynarz mógł pod przysiega
przyznac, ze chłop musiał interweniowac nozem. Ale nawet wtenczas nie mógł
wedzic. Oczywiscie chłopi nie takie tam rzeczy potrafili robic. Potrafili miec do
wysokosc pierwszego pietra retorty do pedzenia bimbru. Wedzarnie to miał kazdy.
Franek, gdy usłyszał o tej szynce z hotelu "Altona", to sie zapalił. Z
wedzarni Gerharda zrobiło sie oddział jakiegos pegeeru o sto kilometrów dalej, tak
na lipe, ale bumaga była i z tym papierem mozna było uwedzic nawet
wojewódzkiego prezesa sanepidu. Tak naprawde, to sanepid nawet nie miał prawa
sie pojawic. Juz wkrótce Mietek zaczał jezdzic, najpierw raz na dwa tygodnie, a
potem raz na tydzien, z produktami Gerharda do Hamburga. Okazało sie - oni tam
pamietali i chetnie kupowali. Mietek najpierw jezdził, razem z ciagle zmieniajacym
sie konwojentem, który nie miał prawa nawet wejsc do naszego parku, zupełnie
nowa Nyska, ale poniewaz ten samochód z jakichs powodów nie nadawał sie na
drogi zachodnioeuropejskie, to resort kupił mu chłodnie na mikrobusie volkswagena.
204
My na tym w ogóle nie mielismy straty - to co szło do Niemiec, to nie
była nawet połowa produkcji Wernera, a reszte my bralismy. Nawet sasiadom nie
wolno mu było sprzedac. Zreszta on był Mazurem i z sasiadami blisko nie zył. Oni
byli zza Buga i wcale sie do Niemca nie garneli. Dla nich tylko bandyta ukrainski
mógł byc gorszy. Dla kilku rodzin z Wilenszczyzny z kolei Litwini, to "strzelcy
ponarscy" - gorzej zwierzat - gorsi byli od Wernera. A w tej wsi Ukrainców z akcji
Wisła wcale nie brakowało. Ja nawet troche sie bałem tam jezdzic i zawsze brałem ze
soba nagana, a i dwie rodziny litewskie, uciekajac przed sowietami, tez sie przytuliły
i udawały najwiekszych Polaków. Ludzie swoje wiedzieli - to byli szaulisi. Co by to
słowo miało znaczyc, to nie wiem, ale pewnie w tamtejszej gwarze nic przyjemnego.
Pytac nie chciałem, bo jesli nasi Polacy byli w jakiejs organizacji, to tez w niezbyt
prawomyslnej, pewnie w AK, albo cos takiego.
Lato szescdziesiatego dziewiatego było piekne. Problem z dochodami
rozwiazałem tak, ze dochody z czekolady lokowałem w czekoladkach.
Kolekcjonowałem te najprawdziwsze i tylko z brytyjskiego banku. No bo co to jest
Szwajcaria? Taki kraj, którego nikt nie rabuje, bo sam chowa tam swoje pieniadze,
ale to wszystko moze byc do czasu. Jak ruskie rusza, to przeciez zadnej neutralnosci
nie uszanuja. Dyskretnie podpytywałem na te okolicznosc co lepiej zorientowanych
gosci. Wszyscy łacznie z pułkownikami i generałami stwierdzali bez zadnych wahan:
- ruskie niczego nie uszanuja, a juz szwajcarskiej neutralnosci szczególnie. A
przeciez taki generał dlatego jest generałem, ze ruskie go znaja, ale i on zna ruskich.
Jeden generał milicji powiedział, ze to nawet jest interesujacy, teoretyczny problem
taktyczny, bo ruskie pchaja sie do ataku falami - jak jedna fala zginie, to posyłaja
druga i tylko kadry ze sztandarem odsyłaja na zaplecze dla rekonstrukcji formacji.
Ale juz podczas wojny na Przełeczy Uzockiej nic im z tego nie wyszło, usypali góre
z osiemdziesieciu tysiecy trupów, czołgów, samochodów i całego tego zelastwa, ze
kolejne szturmy były niemozliwe. Dopiero przyszedł Zukow, a dla niego nic nie było
niemozliwe, on nawet w Armii Czerwonej wyrózniał sie temperamentem bojowym.
W rezultacie stracił drugie tyle, ale przełecz zdobył. Lecz ze zdobywaniem
205
Szwajcarii, gdzie takich przełeczy sa wiecej niz dziesiatki, a kazdy Szwajcar ma
pancerfausta w mieszkaniu, to zwyczajnie moze zabraknac rekrutów. Bo to jest
przesad - kontynuował generał - ze ruskich jest nieskonczona ilosc. Wystarczy wziac
rocznik statystyczny i nawet uwzgledniajac pewien naturalny chaos statystyczny, w
przyblizeniu do dziesieciu milionów wyjdzie nam rzeczywista liczba ludnosci. I to
jest liczba skonczona. Nie da sie na kazda przełecz szwajcarska poswiecac chocby
tylko i stu tysiecy, bo przeciez ktos musi podbijac reszte Europy.
- Szwajcaria, to bedzie kopernikanski przewrót w taktyce radzieckiej -
orzekł podnoszac tłusty palec ku górze i oblizujac sie na widok zblizajacej sie mojej
panienki.
Odchodzac rzucił jeszcze:
- Potem bedzie Afryka i nowa taktyka bedzie bardzo potrzebna. Na Afryke
szkoda az tylu ludzi... Choc czy oni to zrozumieja? - I poszedł z dziewczyna, ze
zniecheceniem machajac reka...
Mnie to w ogóle nie obchodziło, czy bedzie przewrót, czy nie, ale
czekoladki postanowiłem zbierac tylko firmowe Bank of England. Bo niby złoto to
złoto i zawsze ma wartosc, lecz Anglia to wyspa i tak jest lepiej.
Za to pozostałe pieniadze za rada Przemyslidy postanowiłem lokowac w
dolarach, ale prawdziwych, nie w bonach, bo to szajs, w swinkach, czyli w złotych
rublach carskich i w złotych dziesieciodolarówkach zwanych cymesami. Ja chetnie
bym zbierał takie piekne rzeczy, jak on, ale nie znałem sie na tym, a co gorsza, nie
miałem ich gdzie trzymac. Przemyslida po prostu nikogo poza słuzba i najbardziej
zaufanymi przyjaciółmi, takimi, jak - nie chwalac sie - ja , do domu nie wpuszczał.
Ja tych warunków nie miałem.
Cos dziwnego działo sie z Zygmuntem. Oczywiscie domyslałem sie, ze
nie przeszedł do handlu zagranicznego i za tymi jego kursami do Hamburga cos musi
sie kryc. Ale co, tego nie wiedziałem. Poczatkowo przywoził sporo towaru na handel
- jakies ponczochy, zreszta nawet sam nie wiem co. On mi tylko mówił, co moze mi
cennego z Niemiec przywiezc, czego u nas w kraju nie ma i pytał, czy ja chce? W ten
206
sposób stałem sie włascicielem małego dyktafonu japonskiego. Szpula starczała na
jakies trzydziesci minut. Rozmiar - pietnascie centymetrów na dziesiec i z piec
wysokosci. Same tranzystora i ani jednej lampy. Takiego sprzetu prawie nie ma
nawet na rakowieckiej. Puscił do mnie oko:
- Kazda rozmowe nagrasz. W sadzie to u nas w kraju nie jest zaden dowód,
ale nie oto przeciez chodzi. Mikrofonik na kablu zaczepiasz pod stołem i kazda
rozmowe nagrywasz.
No to zamówiłem. Do nagrywania muzyki nie bardzo sie nadaje, ale głos
nagrywa super.
Druga rzecz, to radio tranzystorowe. Tez japonskie, małe, w czarnym
etui, podobno rzadki przypadek, bo z falami krótkimi, w sam raz na wolna Europe i
BBC, a tam podobno w radioodbiornikach fale krótkie to rzadkosc. Potem jako
nagrode rzeczowa za słuzbe pan Mieczysław ofiarował mi radziecka Spidole - duzo
wieksza, z teleskopowa antena, z czterema krótkimi zakresami, dla wrogich rozgłosni
po prostu ideał.
Potem Zygmunt przywiózł mi szelki do belgijskiego pistoleciku.
Strasznie drogie, ale ja głupi myslałem, ze to bedzie tanie i nawet nie pytałem o cene,
tylko zamówiłem. Zygmunt mówił, ze na Zachodzie, na zakup broni, w takim
normalnym sklepie, do którego kazdy moze tam sobie wejsc, potrzebne jest
pozwolenie, ale oni na Zachodzie sa tacy naiwni, ze gdy sie kupuje szelki, to nawet
legitymowac sie nie trzeba. Co za burdel na tym Zachodzie? Przeciez wiadomo, ze
jak ktos chce szelki, to znaczy ze ma, lub bedzie miał bron, a wiec chocby dla zasady
trzeba go skontrolowac, przepytac co i jak, bo bron to nie maszyna do szycia.
Wreszcie przywiózł mi albumy do fotografii. Rzeczywiscie sliczne. Raz
tylko widziałem równie ładne, bo przedwojenne. Od razu trzy, choc zdaje sie, ze
zamawiałem jeden, bo po co mi wiecej? Ale nie spierałem sie. Dwa pozostałe beda
jak znalazł na luksusowe podarki. Jeden dla rodziców, a drugi dla kogos z
kierownictwa, gdy bedzie okazja.
207
No i na koniec telewizor Philipsa. Ja chciałem dokładnie taki sam, jak
Przemyslidy. W koncu to juz kosztowało straszne pieniadze i chciałem dokładnie to,
co zamówiłem. Ale dostałem model równiez dwudziestojednocałowy w kineskopie,
czyli olbrzymi, lecz z inna, plastikowa obudowa. Po namysle jednak uznałem, ze
plastik moze nawet jest bardziej nowoczesny?
Najwiecej zamawiały u Zygmunta dziewczyny. Przywoził dla nich
fatałaszki. Dla mnie zreszta tez. To nie były drogie rzeczy. Z przebiciem, bo on
zawsze, rzecz jasna, przebijał cene zakupu. To było nawet taniej, niz w naszych
sklepach, a o ile lepsze. Te rzeczy były uzywane, ale bogacze niemieccy chyba ze
trzy razy jakas rzecz nosili na sobie i oddawali na szmaty i z mojego punktu
widzenia to były rzeczy nowe. Dowiedziałem sie, ze z tego zyja nasze ciuchy na
Pradze. Tak wiec miałem dwie marynarki, trzy pary wełnianych spodni i jedne z
białego, a własciwie z popielatego płótna letnie, cztery luksusowe koszule pod
marynarke, płaszcz prochowiec z podpinka, podobno taki, jak ma Dzems Bond... Nie
wiem, kto to taki, ale to nazwisko czesto padało z ust niektórych ludzi z resortu i to
mówili o nim z uznaniem. Moze to jakis nasz, albo radziecki kret w ich słuzbach?
Jesli to Polak, to chetnie bym go poznał, ale jeszcze go u mnie nie było. Jak tak
dobrze ubrany, to pewnie przed dziewczynami nie moze sie opedzic...
Zygmunt wracał przez enerde i stamtad przywiózł mi dwanascie par
skarpetek i szesc kompletów bielizny bawełnianej. Wszystko to w nie lepszym
gatunku, niz u nas, ale zagraniczne, to kupił od razu wiecej i przy okazji
dowiedziałem sie, ze stanowczo nie nalezy bielizny i skarpetek nosic dłuzej niz trzy
dni. Poczatkowo, gdy przejałem pensjonat, to nawet tak robiłem, bo pranie i tak mnie
nie kosztowało, ale potem uznałem, ze za bardzo materiał sie niszczy i znów
nosiłem wszystko po tydzien. Teraz jednak postanowiłem juz do konca zycia byc
kulturalny i zmieniac całe to barachło nie rzadziej niz raz na tydzien. Zygmunt
przywoził Stasiowi ze strefy wolnocłowej takie trunki, których nie było w baltonie i
w sklepach pekao. W strefach wolnocłowych ceny były troche wyzsze, ale wybór
wiekszy, wiec Stas nabijał na te rzeczy zaporowe ceny, tak ze mało kto to zamawiał,
208
a za to miał teraz w barku z szescdziesiat róznych flaszek. To robiło wrazenie.
Gdyby towarzysz Wiesław ni stad ni zowad zrobił na nas nalot, to jak twierdził pan
Mieczysław - umarł by od razu na palpitacje i wiele rzeczy by sie wyprostowało.
Tego ostatniegop wcale nie powiedział, ale to sie samo przez sie rozumiało. No ale
towarzysz Wiesław roztropnie wcale nas nie nawiedzał.
Zygmunt majac jakies sprawy w Niemczech, zainteresowanie dla
krajowych spraw utracił. Zreszta chyba musiał jakos zmienic departament, choc o
tym sie nie słyszało. Zreszta nadal, oficjalnie, to on był moim prowadzacym.
W kazdym razie widac było, choc sie z tym nie obnosił, ze ma jakies
straszne pieniadze. To troche przewróciło mu w głowie, bo miał juz trzecie dziecko
ze swoja zona - a jak porachowałem, to tylko raz na tydzien na jedna noc wpadał do
domu. Gdy był w kraju, to siedział u nas, a połowe tygodnia spedzał w podrózy.
Coraz dłuzej tez posiadywał u nas minister od rzemiosła. Jeden generał
milicji w Krakowa to nawet zauwazył, ze jesli minister siedzi wyłacznie w burdelu,
to my nigdy nie zlikwidujemy prywatnego rzemiosła i z tego wszystkiego ruskie
nam kiedys jaja za to urwa.
Ministra spotkało wielkie nieszczescie. Podczas wydarzen marcowych
jego syn wygłupiał sie i demonstrował na uniwersytecie. Poniewaz studiował
matematyke, a tego wydziału nie rozwiazali, to minister jakos tak załatwił, ze syna
ani nie wyrzucili ze studiów, ani nawet sprawy mu nie wytoczyli. Jego tez nie ruszyli
- Zydem nie był, z Mietkiem zył dobrze, wiec w prasie, gdy pisano o zamknietych
dzieciach notabli, to jego nazwisko nie padało. Bo tez prawda było powiedzenie:
- "Kto nie z Mieciem, tego zmieciem".
Minister zas, jak zwykle sceptyczny, po pijaku o hecach antysemickich
wypowiadajacy sie nawet dosc dosadnie, był jednak z Mieciem i to wystarczyło.
Ten jego syn jednak nadal wdawał sie w jakies awantury. To nawet
wiedziałem nie od ministra - on bowiem, rzecz jasna - milczał - lecz od Stasia.
Powiedział mi, ze jest prikaz, by szczególnie pod tym katem obserwowac ministra,
czy czasem nie ma jakichs konszachtów z synem. Ja jednak tego syna na oczy nie
209
widziałem, a poniewaz minister do swego urzedu wracał tylko, gdy była operatywka
wtorkowa, lub gdy kazali mu byc na posiedzeniach rzadu, to z synem chyba nie
bardzo mógł kombinowac. Mieszkał w pokoju Adasia. Tam miał nawet, bardzo
dyskretnie przeciagnieta telefoniczna linie rzadowa. Jakos to pewnie z Frankiem
musiał załatwic, ale nie jestem pewien, czy nawet Franek moze podejmowac az tak
wazne decyzje.
Pani doktor robiła badania dziewczyn i Adasia co tydzien. Ja jednak nie
współzyłem z nimi regularnie, bo gdy mnie spierało, to czesto zagladałem do
ksiegowej. Utrwalił sie taki obyczaj, ze ona zamykała drzwi gabinetu na klucz i
zasłaniała okna. Nie wiem po jaka cholere zawsze zapalała na talerzyku swiece, a
potem to nawet w cepelii kupiłem jej swiecznik. Uwaznie zdejmowała rajstopy.
Kupowała je za duze pieniadze od Zygmunta i nie chciała, by z byle powodu poszły
oczka. A potem sciagała majtki. Podciagała spódnice i kazała sobie w tyłku gmerac.
Siedziała jakos tak, ze było to mozliwe. Gdy nastawał własciwy moment, to ja
szybko wstawałem, spuszczałem spodnie, od których pasek i guziki i tak miałem juz
rozpiete i dawałem jej loda. Ona jedna reka pomagała sobie przy lodzie, a druga
trzymała miedzy nogami. Zawsze wszystko sumiennie połykała, albo - jesli miała
dobry humor - to rozmazywała na twarzy. A własciwie inaczej - jesli miała ciote, to
nigdzie jej tam nie gmerałem tylko dawałem loda i ona wówczas nie połykała, tylko
rozmazywała sobie na twarzy. Mówiła, ze to jest najlepsza maseczka kosmetyczna.
Tak jakos dziwnie robilismy, ale ja w moim pensjonacie napatrzyłem sie
na dziwactwa.
Gdy raz dziewczyny juz nas bardzo wkurzyły, bo one ciagle miały jakies
zadania, których nie mozna było spełnic, to kazałem kazdej pójsc do pokoju. Jak to
czasem koło południa sie zdarzało, poza ministrem nikogo w z gosci nie było,.
Poniewaz Adas trzymał zwykle z dziewczynami, to prosiłem ministra, aby tez go w
tym samym czasie stłukł, co tamten robi sumiennie, lejac go chyba z mysla o swoim
synu, a poniewaz potem dawał Adasiowi podarki, to Adas nie bardzo protestował,
choc ryczał w niebogłosy. No wiec czasem robiłem - tak sie utrwaliło to nazywac -
210
dzien sanitarny i kazda dziewczyna czekała w swoim pokoju, a ja z milicjantem
szedłem od pokoju do pokoju i po kolei je lałem. Jedne udawały, ze walcza i trzeba
było uwazac, zeby nie dac sie podrapac, a jedna - taka Iwona ze Slaska - bardzo to
lubiła. Poniewaz uwazała, ze pasek od milicyjnych spodni jest za lekki, a my nie
zwazajac na slady lelismy je wtedy paskiem, to tylko w szlafroczku czekała na nas, a
obok lezało potezne pasisko strazackie, które sam nie wiem skad wytrzasneła. Ta
sytuacja była az głupia i milicjant stanowczo domagał sie, zebym to ja lał, a ona
chciała, zeby milicjant, bo milicjant bił mocniej, o co jej chodziło. W koncu milicjant
sie wkurzał i lał ja tak, jak ona lubiła, ja dyskretnie wychodziłem i wszyscy byli
zadowoleni.
Ten milicjant to był mi wierny jak pies. Wiedział dobrze, ze cała ta
operacja, a do bicia tej dziewczyny wcale nie miał serca, az dziwne, bo bic lubił, nie
jest mozliwa bez mojej dobrej woli. Czasem, ale bardzo rzadko, robili to na własna
reke. Raz widziałem dziwo nad dziwo: ona na golasa lezała zima na lodzie na
jeziorze, moze podłozyła sobie jakas kurtke - mam przynajmniej taka nadzieje, a on
ja lał tym pasem, a nawet kopał buciorami. Mimo odległosci mozna było dostrzec, ze
sa to kopy bez zadnej dynamiki. Nawet krzyczała mu:
- "mocniej, mocniej"!
Co było dalej, to nie wiem, bo jednak nie przerwałem tych bezecenstw i
słusznie - po tym wszystkim nawet nie była zakatarzona.
Jeden kapitan, naukowiec, potem pracował w akademii MSW - on u nas
czasem bywał, przywiózł akurat tego dnia, kiedy tłuklismy dziewczyny, by wybic im
głupoty w główek, swojego młodszego kolege, porucznika, takiego rudego z
czupryna, wasem, a zreszta w ogóle dosc podobnego do Stalina. Poniewaz juz było
po operacji, to siedzielismy na lezakach na werandzie i rozmawialismy. Jakos to sie
wydało, ze dzis je tłuklismy. Oni i tak by sie dowiedzieli, bo przeciez na
dziewczynach były slady. Ten jak Stalin, potem przezywalismy go po prostu
Stalinem, zapalił sie do tematu. Nozdrza to az mu latały od samej rozmowy, a gdy
211
dowiedział sie, ze jest taka, która to lubi, to od razu bez ogladania zapisał sie do
Iwonki.
Z tego sie zrobił niezły romans. On przyjezdzał nie regularnie moze, ale
w kazdym razie czesto i zawsze do niej. Ona na niego wyczekiwała. Ten dopiero
tłukł ja sumiennie, gdy za bardzo krzyczała to interweniowałem i groziłem, ze
wyrzuce go i nigdy nie wpuszcze, a w instancjach bede postulował, by zbadali te
afere. Ale oczywiscie, wprawdzie raportowałem jak zawsze o wszystkich gosciach,
ale póki nie było afery, to guzik mnie to obchodziło.
Iwonka, jakkolwiek wyczekiwała wizyt Stalina - jemu ta ksywka bardzo
sie podobała i przyznał, ze nie przypadkiem stylizuje sie na niego, nawet zamiast
wódki, jak zwykle nizsi oficerowie, pił jakies wina, jak jego idol - to jednak bardzo
zabiegała o stosunki z milicjantem. Milicjant wiedział o Stalinie - to jest jasne, ale i
Stalin wiedział o milicjancie - starym, było nie było dziadzie i zadnej tam szyszce. A
jednak musiał sie godzic, ze obok rutynowych kontaktów słuzbowych dzielic musiał
serce Iwonki z własnie z nim.
Tak wiec moje dziwactwa z ksiegowa, dawna sekretarka pewnego
pułkownika, który jednak nigdy do nas, ze wstydu zapewne, nie zajrzał, których
natury koniec konców pewnie w pensjonacie sie domyslano, choc - jak sadziłem -
bez szczegółów - nie były zadna rewelacja.
Migałem przed okresowymi badaniami u pani doktor, bo krepowały
mnie. Własnie tego dnia, kiedy w pensjonacie objawił sie Stalin, pani doktor obeszła
dziewczyny pod pozorem, aby sprawdzic, czy zadnej nic sie nie stało, ale to było
nawet obrazliwe, bo gdzie bym tam dopuscił do tego, by milicjant, skadinad poza
stosunkami z Iwonka majacy ciezka reke, cos by którejs zrobił. A wreszcie zaczeła
na mnie po cichu wprawdzie, ale w poblizu ludzi naciskac, bym i ja poszedł do
gabinetu. By uniknac skandalu zrobiłem tak.
W tym gabinecie zdejmuje spodnie i staje przed nia. Niestety, jak to
bywa, laska stoi jak lanca i nic na to nie poradze. Pani doktor siedzi na obrotowym
taborecie blaszanym dla pacjentów i mi tam oglada na wszystkie sposoby:
212
- Pan sie krepuje.. Ze stoi, to dobrze, lepiej moge dokonac ogledzin...
I dalej nim wywija, aby zobaczyc z róznych stron, kazde jajko chwyta
delikatnie w dłon, aby, jak mówi, stwierdzic, czy nie ulegaja obrzekowi, az wreszcie
stało sie to, co musiało sie stac - strzeliłem jej prosto na taki mocherowy, dziergany
z niebieskiej wełny sweterek, a po czesci i na szyje.
- O - jaki dzielny - jak szelma usmiechneła sie pani doktor.
A ładnie tego dnia wygladała, taka zalotna, chyba na widok tych
spranych dziewczyn podnieciła sie, choc moze zle o niej mówie. W kazdym razie nie
przestajac trzymac mego ptaka jedna dłonia, druga zgarneła troche spermy i zaczeła
sie jej przygladac, z zainteresowaniem, jak sadziłem przez chwile - medycznym.
Lecz nagle, ciagle tak patrzac na te moje wybroczyny, ale czujac druga
dłonia, ze nieodmiennie ciagle jestem gotów do kolejnej akcji, pyta?
- No na co pan czeka, panie dyrektorze - ja jestem równiez kobieta...
Od tego czasu raz na tydzien, albo raz na dwa, jesli miała okres -
poddawałem sie badaniu. Okazało sie, ze one z ksiegowa dosc czesto o mnie gadały i
to bez zahamowan.
Nie chciałem jej płacic pieniedzmi, wiec wymyslilismy z ksiegowa
sposób na jeszcze inne, niz dotychczas nadgodziny, które od razu wpisywalismy i
ksiegowej - obie miały po tysiac sto miesiecznie wiecej. A oprócz tego, w
krytycznych chwilach ksiegowa - bo praktycznie musiała, a pani doktor - jak chciała
- miały po siedemset od pierwszego łebka i ewentualnie po piecset za kazdego
nastepnego, który liczył sie za skierowanie. Czasem zwalał sie jednak taki tłum,
zwykle autobusem, połaczony z prawdziwym, czesciej lipnym szkoleniem, ze nawet
szwadron dziewczyn nie dałby rady. Tłumokom z kuchni, po sprawdzeniu
delikwentek przez nie tylko miejscowe, ale i nasze stołeczne esbe, pozwoliłem
przyprowadzac w takich sytuacjach dwie z pegeeru, zreszta fest dziewuchy, takie
rzepy. Jedna to cycki miała jak dynie wielkie. Dorabiały na tej samej stawce, co
kucharki. Wygoda była, bo one jeszcze za normalna zapłate godzinowa robiły
najpierw w kuchni, a przeciez akurat w te dni kuchnia miała szczególnie duzo roboty.
213
Z pania doktor czasem robilismy to na lekarskiej kozetce wysciełanej
cerata, a czasem na krzesle. Ja siedziałem, ona na mnie i wtedy lubiła przegladac
ankiety lekarskie, by sprawdzic, czy nie ma zaległosci. Ja tez filowałem, bo nigdy
dosc róznorodnej wiedzy o personelu, czy o tych gosciach, którzy akurat badani byli
ambulatoryjnie, bo na przykład skaleczyli sie, a czesciej, gdy od dziewczyn i gorzały
serce ich bolało i automatycznie zakładano im teczki. Zwykle zaległosci były w
wadze pacjentów badanych okresowo. Z jakichs powodów nie mozna było doprosic
sie wagi lekarskiej, wiec ona własnie ze mna w srodku wpisywała na oko i jesli
dobrze nam szło, to notowała w tej rubryce niezłe bzdury...
Aha - tego samego dnia, kiedy byłem badany przez pania doktor,
przyjechał tata, jak co tydzien, ale na moja prosbe przywiózł mi egzemplarz nagana
taki sam, jaki miałem z resortu, ale siła rzeczy nie ewidencjonowany, albo
ewidencjonowany w Armii Czerwonej podczas wojny, a to na jedno wychodzi.
Policzy mi za niego piecset złotych, choc jesli prawda jest, ze kupił go od Stasiaka z
naszej wioski, gdzie tata sie wychował, to on ma tego tyle, ze pewnie wiecej jak dwie
stówki nie wział. Do tego tata dołozył jeden z rodzinnych obrzynów. To juz całkiem
darmo, bo miał ich ze trzy. W pierwszej chwili chciałem go z tym obrzynem
wysmiac, ale chwile pomyslałem i dobrze - po pierwsze w pudełku amunicja do
nagana i obrzyna były wymieszane, a akurat nie miałem czasu selekcjonowac, a po
drugie - obrzyn to obrzyn, nie jakis gówniany pistolet. Ja nie jestem pudel i w
Warszawie sie nie wyklułem na ten bozy swiat. Od dziecka wiem, ze obrzyn to
grunt, a na ryby od granatu lepszy jest pancerfaust. To mi nasuneło pewna mysl. Ale
zrealizowałem ja dopiero pózna wiosna siedemdziesiatego.


19 czerwca 1970, gdy ryby nie były juz takie chude jak wczesniejsza
wiosna, na niedziele pensjonat został zamkniety. Juz w sobote przyjechali goscie, w
tym pan Mieczysław, pan Grzegorz, jeszcze ze trzy wazne szychy, ale sami
zaprzyjaznieni. Ja zapotrzebowałem w dwóch miejscach łódki i w obu wypaliło -
214
miałem szesc łódek, lecz tylko trzy radzieckie silniki do nich - z magazynów resortu,
ale juz potem zostały. Dlatego jeszcze wzielismy adiutantów, aby miał kto
wiosłowac. Wczesnym rankiem w niedziele całe jezioro obstawiła szkoła milicyjna
ze Szczytna. Komendant - generał Knucisko, wprawdzie nas odwiedził, ale rano
nawet wstac mu sie nie chciało, bo powiada, ze na ryby, to z wedka, a nie jak my,
wiec pal go licho, tego całego Knucisko
Wypłynelismy w szesc łódek. Mnie spotkał zaszczyt wspólnego
polowania z panem Mieczysławem i z panem Grzegorzem. No, to juz było cos...
Jako pierwszy rabnałem ja z RPG. Po paru minutach było biało od ryb. Płynelismy
dalej. Potem walnał towarzysz z aparatu kace z łódki obok. On tez z RPG. Potem
kolejne celne strzały. Rybne to nasze jezioro. Tony ryb wokoło. Wreszcie towarzysz
Grzegorz łupnał z tatusinego pancerfausta. Balismy sie, czy cos sie nie popsuje, ale
gdzie tam - tatus dobrze konserwował sprzet!
W ciagu godziny, biorac na hol tych na łódkach bez motoru,
dwudziestoma jeden pociskami kumulacyjnymi załatwilismy na amen całe jezioro.
Jakies raki, albo wegorze, które pochowały sie w trzcinach, moze i przezyły. Ale tak,
to moglismy uznac, ze cholera wszystko wytłuklismy. W drugim koncu jeziora
wysiedlismy z łódek i wsiedlismy do naszych samochodów. Elewi ze szkoły wsiedli
do łódek, mieli tez zreszta i swoje pontony - daaawaaaj - zbierali jak najszybciej, by
te ryby, które tylko ogłuszyło, nie zdazyły nam zwiac. Piec ton sie tego nazbierało.
Drobnice rzucilismy do pegeeru na pasze, najlepsze sztuki do bagazników i do mojej
chłodni, a reszte mogli sobie wziac elewi dla rodzin, bo zaraz potem mieli wolne.
Tak ustalilismy jeszcze na brzegu, przy samochodach, gdy z plastikowych
kieliszków pod krazki prawdziwej kiełbasy wiejskiej załatwionej przez pania doktor
walilismy zytnia eksportowa.
Wracamy do pensjonatu, wysiadamy na podwórzu, a tu ksiegowa,
nieuczesana, a to przeciez taka kulturalna kobieta, daje mi znaki, zebym podszedł i to
sam.
- Stalin zabił Iwonke, a milicjant zabił Stalina!
215
- Jezuuuuuuu - mysle...
Ide z ksiegowa na góre, ona inteligentnie zamkneła pokój na klucz, a tu
rzeczywiscie - na podłodze we krwi lezy zmasakrowana dosłownie Iwonka. Całkiem
juz zimna. Nooo... mysle sobie. Ja rozumiem teraz milicjanta. Na dodatek jedna reka
zaczepiona była kajdankami do nogi od łózka. Straszna rzecz i straszna smierc...
Nakazałem ksiegowej milczenie, a takze, by sie jednak umyła, uczesała i
w ogóle zeby zachowywała sie normalnie. Sa tu najwyzsze instancje z resortu i niech
oni zadecyduja. Przeciez trzeba jakos rozbroic milicjanta i w ogóle cos zrobic z tym
skandalem. Ona na to, ze milicjant oddał jej swoja bron, ona to na klucz zamkneła w
sejfie i on tam u niej w pokoju czeka na swój los.
Poszedłem do Franka i wszystko mu powiedziałem. Nie stracił zimnej
krwi. Najpierw poszedł na góre, potem nakazał wszystkich z pietra dyskretnie, ale
baz gadania sprowadzic natychmiast na dół. Na warcie przy schodach ustawił
swojego adiutanta. Gdy ja najpierw wymiotłem moich ludzi z poddasza, a potem po
kolei spuszczałem na dół osoby z pokoi na pietrze, Franek naradzał sie z panem
Mieczysławem. Jak rzep przyczepił sie do nich pan Grzegorz. Wszystko to
fachowcy. Zadnemu nawet powieka nie drgneła ani podczas rozmowy, choc przeciez
musiała byc dramatyczna, ani w pokoju Iwonki, gdzie razem z nimi zajrzałem, bo ja
miałem klucz. Poszli do milicjanta, ale mnie przy tym nie było. Wezwali mnie
dopiero, gdy w piatke, bo jeszcze z samym milicjantem - dwóch adiutantów szło
troche z tyłu i nawet odpieli kabury - ruszylismy w las. Jakies trzysta metrów od
pensjonatu był taki poniemiecki schron wkopany w ziemie, na którym rosły drzewa.
Nic nie wystawał ponad powierzchnie lasu. Wchodziło sie schodzac do takiego
porosnietego krzakami dołu i tam było wejscie, w którym była studnia.
Zeszlismy. Obok studni lezał Stalin. Strzał dostał w potylice, ale pół
twarzy mu wyrwało. Mózg jak galareta lezał obok rozdartej czaszki.
Generałowie, bo Franek tez juz był generałem, obejrzeli ciało. Pan
Mieczysław rzucił do pana Grzegorza:
– Ładna kurwa robota - na czysto...
216
– Fachowiec... - skomentował pan Grzegorz.
– I po co te ceregiele z szubienica... - dodał pan Mieczysław, a kierujac
wzrok na wyprezonego jak struna milicjanta spytał:
– Skad brachu tak umiesz?
– Nigdy, melduje, nie dopuscili mnie, ale kilkanascie razy asystowałem, bo
czasem sie szarpali... melduje...
– Przystojny był nawet, pamietam go... - juz do Grzegorza i Franka pan
Mieczysław skomentował urode Stalina.
– Beda korowody - dodał Franek.
– Ma krewnych? - praktycznie spytał pan Grzegorz.
– Młodszego brata, tez z resortu, bardzo podobny, teraz podporucznik...
zdyscyplinowany...
I dodał:
– Ojciec obu to milicjant na rencie.
– Zona, dzieci?
– Dwoje dzieci, ale z zona w separacji, a moze i po rozwodzie - w
dokumentach mozna sprawdzic... Bo był brutalem... - uzupełnił Franek.
– Dzieci nic nie winne, a renta sie nie nalezy... za taka rzecz... -
skonstatował pan Mieczysław.
Franek, widac to było, ze przez chwile sie wahał, az wreszcie
wypowiedział sie...
- Ja tak mysle. Przez takiego zwyrodnialca bedzie straszna heca. Dzieci
zostana bez wsparcia, zona - dobra kobieta - do reszty złamie sobie zycie. Nasz tu
milicjant, dobry przeciez mołojec, pójdzie do pierdla za to, ze sad wyreczył...
Przy słowie Mołojec pan Mietek ostrzegawczo, a pan Grzegorz
dosłownie strasznie - popatrzyli na Franka, ale on nic - tylko sie poprawił:
- No mówie - milicjant jest dobry komsomolec - sami widzicie, jaka to
robota. Nie zasłuzył sobie na ten los. Ja go nie popieram, ale ja potrafie to zrozumiec.
Działał dla dobra słuzby... moze nawet...
217
- Kule znajda, a zreszta wlot do czaszki jest łatwy do zmierzenia... -
zauwazył pan Mieczysław.
- Z kałasza by do reszty to zmiazdzyc i zadne badania nie przejda...
Elewów od cholery niedaleko, ale nie tu. Chyba nie słyszeli, skoro ich tu nie ma.
Zreszta - z Knuciskiem idzie sie dogadac, jest na miejscu. Ale wedle mnie nie bedzie
potrzeby. Nic nie wiedza.
- A za małego i te ksiegowa reczysz? - spytał pan Mieczysław Franka.
- Troche juz o swiecie wiedza, a ksiegowa ma najwyzsze zaufanie jeszcze z
poprzedniej pracy... Oboje sa pewni.
- No mówie - tu pan Grzegorz przesadził, bo nic takiego dotychczas
nie mówił:
- Tego gagatka w płachte i wywiezc stad daleko, a tam z kałasza
oczyscic teren.
- Masz pod reka nie rejestrowanego kałasza? - spytał pana Grzegorza pan
Mieczysław.
- Kałasza, nie kałasza, ale mam nie tak daleko kolezke, a on cos mi tam da.
Wrzuci sie ten chłam do jeziora, a ty mu z resortu dasz taka specjalna bron, moze byc
rejestrowana, bo pozwolenia ma - na przykład grawerowana i z dedykacja... za
odwage w boju... Jeszcze z wojny mu sie nalezy takie cacko. A grata od niego
wpusci sie do jeziora i chuj...
Juz chciałem wychylic sie z moim obrzynem. Wprawdzie serii z niego
nie puscisz, ale w koncu chodzi o duza liczbe napoi, ale pomyslałem, ze nie ma po co
pchac sie przed szereg - niech mysli generalicja.
Pan Grzegorz kazał mi wezwac swojego adiutanta i przyniesc flaszke. Ja
to zrobiłem. Adiutant poszedł ku nim, ale pan Grzegorz wykaraskał sie z dołu, by
adiutant zbyt duzo nie widział.
Nie chciałem kombinowac w tych warunkach ze Stasiem, który zreszta na
potege poił zgromadzonych w barze i z mojego pokoju wziałem trzy brandy marki
Stock. Po chwili zszedłem do kuchni i z chłodni wyjałem jeszcze trzy fachy
218
wyborowej. Do tego piec oranzad. Troche juz skisły, ale innych w całym pensjonacie
nie było. Wszystko to wrzuciłem do takiej obszernej, skórzanej z przydziału torby
jakiegos lesniczego załatwionej mi przez pania doktor za trzy flaszki wódki. On jej
do tego dorzucił wianek suszonych borowików i to wtedy był jej zysk.
Gdy wróciłem, to okazało sie, ze zapomniałem o plastikach i pilismy na
hejnał, z gwinta. Najpierw pan Grzegorz walnał na czysto jedna czwarta od razu.
Miał wprawe... Potem pan Mietek. Najpierw obejrzał uwaznie flaszke i potem od
jednego łyka precyzyjnie wycelował na połowe flaszki. Franek nie był taki dobry.
Wypił mniej i musiał, po ogledzinach i z komentarzem starszych dopijajac zostawic
mi cwiartke, czyli sto dwadziescia piec gramów. Gdy juz siegałem, pan Mieczysław
ostrzegł mnie:
- Mały - nie badz chciwy - zostaw z tego połowe...
Nie rozumiałem o co chodzi, ale posłusznie, mniej wiecej, nawet chyba
mniej, zreszta dobrze, bo okropna jest ta wódka, zostawiłem jeszcze sporo i oddałem
flaszke panu Mieczysławowi. On zas zwrócił sie do milicjanta. Ten milicjant przez
cały czas stał jak struna i nawet gestem nie zdradził, ze wie, ze jego losy sie waza.
Tyle tylko, ze całe jego ubranie, od stóp do kołnierzyków, a nosił sie w takich
ciuchach niby milicyjnych, ale bez dystynkcji, było dosłownie mokre od potu.
- Chodzcie tu sierzancie, usiadzcie z przełozonymi jak człowiek, przeciez
widzisz, ze ciagle myslimy, jak cie wyciagnac z biedy.
Milicjant wział z wyciagnietej reki generała butelke, ale chciał wypic na
stojaco. Został skarcony i przysiadł do nas. Wyraz twarzy miał jak zmaltretowany
pies.
Potem cwiczylismy tego Stocka, tez z gwinta i popijalismy oranzada.
- Jak w lesie, w czterdziesty czwartym - wspomniał pan Mieczysław - my
tu walimy w kilku flache zdobycznego koniaku, nawet podobny w smaku, choc...
moze troche inny. Tamten był jakis migdałowy, czy jak... turecki chyba... No wiec
my walimy, a obok, ze trzysta metrów od nas na biwaku sa upowcy i spiewaja. Co
było robic? Tłok był w lesie. My nawet z akowcami w takim bałaganie musielismy
219
zyc. Bo Niemcy byli pod bokiem, a przeciez - młodziez niech nie słucha - to
wyraznie było do mnie - i upowcy przed Niemcami sie chowali.
- Co spiewali? - spytał Franek...
- Eee... nie znacie... jakos tak...
- Łenta za łentoj naboj podawaj,
Za wilnu Ukrainu w boj dawaj...
Najpierw podjał piosenke pan Grzegorz, potem Franek, a nareszcie, jakos
niesmiało, ale pewnie, mój milicjant. Smieli sie przy tym. Tu lezy mózg tego
pieprzonego Stalina, cuchnie ten cały dynks niezle, a oni sie cisza jak dzieci...
- Skad kurwa chłopaki to znacie?
- Z przesłuchan - smieje sie pan Grzegorz...
- I ja tez z przesłuchan - zarykuje sie Franek...
- Ja, melduje posłusznie, jak zem na dołku gadów pilnował, to słuchałem i
jak to spiewali, albo inne faszystowskie piosenki, to zesmy we trzech wbiegali i
kolbami ich... i kolbami...
- Były czasy... - ze szczera radoscia wspomniał pan Mieczysław i sam bez
ceregieli wyciagnał z mojej torby flache wódki. Odkrecajac ja, bo to była wersja
eksportowa, na zakrecany kapsel, dodał...
- Ech... dla bojowego chłopaka warto sie troche pogimnastykowac. Twoje
zdrowie sierzancie...
Godzine pózniej wywiezlismy w płachcie namiotowej z magazynku
zwłoki, z archaicznej pepeszki w lesie głowa tego Stalina dosłownie wdrukowała sie
w mech i było fertisz. Adnotacja o wizycie porucznika Stalina uległa wydarciu.
Akurat była na samym dole stronicy. Tylko jedno nazwisko w dzienniku przyjec
było nizej. Likwidacje sladów po skierowaniu wział na siebie Franek, a ja mogłem
powiedziec, ze naprawde umocniłem swoja pozycje słuzbowa. Tym bardziej, ze to ja
z pania doktor załatwiłem, ze Iwonka jako pokojowa spadła ze schodów podczas
wykonywania obowiazków słuzbowych. Tylko specjalnie trzeba ja było zawiezc do
powiatu po blankiety aktu zgonu, bo przeciez doktor Ewa przy sobie ich nie miała.
220
Pan Mieczysław w nagrode kazał jej przydzielic szesciopokojowy domek
poniemiecki z ogrodem i wyremontowany na koszt resortu. Za dziewiec tysiecy
miała prawo go wykupic i oczywiscie wykupiła. Jakos tak załatwiła, ze mieszkała
nadal w dotychczasowym mieszkaniu, a domek letnikom wynajmowała, bo choc na
bliskim obrzezu miasta, to połozony był pieknie, jak na wsi i miał wszystkie wygody.
Ciekawe, ze mi nikt nic wtedy nie przydzielił...
A ryby do samochodu dałem im do wyboru z chłodni. Jezu słodki! Jakie
one były piekne, te ryby... Za sto lat takie w jeziorze nie urosna. Chociaz jeszcze tego
samego roku załatwiło sie w Polski Zwiazku Wedkarskim, ze w trybie awaryjnym na
nowo zarybili, ale nawet potem porosły jakies gorsze, cholera... Aha. Temu z
sekretariatu kace, gdy łódki sie bujały po strzałach z erpegie, zsuneła sie do wody zle
umocowana skrzynka z granatami. Dowiedziałem sie dopiero po miesiacu.
Wyjasniono mi wprawdzie, ze zawleczki sa aluminiowe, wiec nie zardzewieja, ale to
bałach, bo sprawdziłem - zawsze sa stalowe i warto pamietac, by jak w koncu
trzasna, to szybko biec na jezioro i zbierac... Nic tylko zbierac...


Z tym Stockiem to była cała historia. Syna ministra w sprawie
Taterników w koncu posadzili. To była jakas kompletna głupota. Jest takie
wydawnictwa "Kultura" w Paryzu, ten sam tytuł, jak tygodnika z Warszawy. To cyba
jest to samo, co instytut literacki, o którym juz kiedys słyszałem. No i młodzi ludzie
we współpracy z CIA i Inteligence Servise, a zreszta z kim sie chce, sprowadzali do
Polski przez Tatry te gazety i ksiazki. Bo oni w tej „Kulturze” i ksiazki tam drukuja.
Nasi oczywiscie ich dupneli i posadzili. Głupia gówniazeria. Przeciez gdyby te
ksiazki były ludziom pracy do czegos potrzebne, to nadrukowano by ich nie mniej
jak dzieł Lenina, a jak nie sa potrzebne, to po co sie wygłupiac? Przeciez tyle
cennych rzeczy mozna sprowadzic do kraju z Zachodu i jeszcze na tym o... jak
zarobic...
221
No i za winy syna ministra zdjeli nam z posady. Rzemieslnicy wcale nie
przestali nas odwiedzac, a i minister juz całkiem na stałe nam w pensjonacie
zamieszkał. Nie wiem, jak było u niego z forsa - skierowania stale dostarczał - raz na
tydzien - tak ustaliłem. Szedłem mu na reke jak mogłem. Adas tez zreszta. Minister
ciagle na serce chorował. Rzemieslnicy, gdy nas odwiedzali, to skarzyli sie, ze nowy
to nowa miotła i zaraz da im popalic. Wprawdzie Franek wspomniał, fakt ze w
rozmowie ze mna, a nie z nimi, ze nie maja sie czego bac, ale oni sie bali. Wiadomo -
co drugi z nich siedział w Stronnictwie Drzacych.
Ja nakazałem Stasiowi, zeby bar nic nie wydawał ministrowi płatnych
alkoholi, tylko kupiłem pare skrzynek Stocka i kazałem polewac mu w tempie
najwyzej flaszka na dzien i grama wiecej. Z własnych pieniedzy kupiłem, ale firme
stac było. On jednak gasł w oczach, a wreszcie wział i umarł. Na pogrzeb autokarem
do Warszawy pojechalismy, a potem nawet, bo nikt nas na stype nie zaprosił,
robilismy zakupy. Obiad jedlismy w "Polonii", niedaleko Domów Towarowych
Centrum. Tym razem pamietałem, zeby wziac ze soba dwie takie bułeczki z
restauracji kategorii es, zeby i u nas, przynajmniej na szczególne okazje, umieli takie
bułeczki piec. Stara pokombinowała i wyszło.
Nieboszczyk pod koniec wspomniał, ze w zyciu by nie zajmował sie tym
rzemiosłem, a zreszta w ogóle jakakolwiek praca na rzecz peerelu, gdyby nie to, ze w
jego miejsce dali by szumowine z awansu, całkiem nie rozumiejaca racji stanu. To
nie był taki sobie jakis urzedniczyna...
Zal nam było, ale z rzemiosłem polskim wiezi nie utracilismy.
Przeciwnie - tak kupowali czekoladki, ze az ceny poszybowały w góre. Tak zarzadził
Przemyslida. I przeszło - nabywcy troche narzekali, ale nie bardzo - rynek to rynek...
W pazdzierniku i listopadzie przewaliło sie kilka szkolen. Ja ich
oczywiscie nie słuchałem, ale z tego co gadali, to wiedziałem, ze na poczatku to jest
anarchiczny motłoch niszczacy sklepy, a potem uzasadniony w niektórych aspektach
protest klasy robotniczej. Nie trzeba było byc medrcem, zeby wiedziec, ze cos
powaznego sie kroi. Wszyscy juz patrzyli na pana Mieczysława jak na bliskiego
222
nastepce Wiesława. Szczegółów wolałem nie znac. Gomułka z Brandtem podpisali
układ, na mocy którego Niemcy juz nie mieli wrócic na swoje dawne ziemie i
dobrze, bo szkoda by było dla faszystów takiego ładnego pensjonatu.
A tu dwudziestego grudnia, podczas kolejnego szkolenia przyjezdza
Franek, taki jakis niepewny i pyta mnie, tak przy kawie na werandzie - mróz nie
mróz, a my siedzimy przy kawie na fotelach z pediku wyprodukowanych przez klase
robotnicza krwawiacego Wietnamu Południowego. Vietcong przysłał naszym w
darze takie fotele i stoliki wytworzone w warunkach konspiracyjnej gospodarki
antyamerykanskiej, w podziece za pomoc, a pensjonatowi dostały sie trzy stoliki,
dziewiec foteli i trzy otomany. Wszystko lekkie jak piórko, ze specjalnego drewna i z
siedzeniami z pediku, a blatami z laki, czy jakos tam. No - piekne rzeczy.
I Franek pyta:
- Mały - komu wszystko zawdzieczasz?
- Wam, towarzyszu generale.
Ja z tym towarzyszem ciagle wyjezdzałem, bo ciagle nikt mi nie
proponował przystapienia do partii i bardzo sie tym niepokoiłem.
- Cos ci pokaze...
I podaje mi swistek przebitkowy - taka kalke maszynopisu, a w nim
czytam:
"Czołowym pretendentem do przejecia władzy w PZPR jest człowiek
przewrotny i głeboko zdemoralizowany. Antysemita, dwulicowiec, majacy
nieskrywane skłonnosci dyktatorskie. Otacza sie ludzmi z pogranicza politycznych
szumowin. Nie rozumiemy, dlaczego towarzysz Gomułka przygarnia go i wysuwa na
coraz to nowe stanowiska"...
Chwile pomyslałem i pytam:
- Co za prowokator to napisał?
- A wiesz o kim mowa?
- To chyba jest jasne...
223
- No wiec to nie napisał, a powiedział towarzysz premier zeteserer Aleksiej
Kosygin na naradzie w Moskwie. Teraz rozumiesz?
Z wrazenia zdebiałem - ale co robic:
- Wszystko rozumiem.
- Nic mi kurwa nie rozumiesz. W ciagu trzech dni mam miec raport o
wszystkich tych rzeczach, które robił tu generał Mietek wtedy, gdy ja nie byłem
obecny. Pojmujesz... Ja tego pewnie nikomu nie pokaze, ale trzeba sie asekurowac.
Jesli kto ciebie z tego bagna wyciagnie, to tylko ja. Generał - sam widzisz - nikt tego
nie wie - ale juz nic nie moze. On robi akcje, ale zobaczysz, jak to wyjdzie. Stasiek
tez go spuszcza...
W pierwszej chwili miałem fałszywe skojarzenie, ze chodzi o Staska z
baru, ale od razu zdałem sobie sprawe z zabawnej pomyłki. No... zabawnej... nie do
smiechu mi było. Juz ja wiem, kto jak ulał pasował na szumowine z otoczenia. Nie
tak dawno był proces w aferze miesnej i tam poszli normalni ludzie na stryczek. A
przeciez oni to było małe miki w porównaniu z moimi interesami. Franek wiedział,
ze moze mi ufac. Tylko po co mnie wtajemniczał?
Oczywiscie raport napisałem, a potem uzupełniałem go na biezaco.
Gdy słuchałem o wydarzeniach grudniowych na Wybrzezu, to gdybym
tylko miał lepszy humor, to na okragło bym sie trzymał za brzuch ze smiechu. Ja
oczywiscie znałem tylko fragmenty tej układanki, lecz gdy stopniowo Historia przez
duze H odsłaniała nowe sceny, to one jakos mi pasowały do całosci. Ruch wykonał
Mietek, a władze wzieła Katanga. He, he... Tylko jedno nie wyszło... Ostatecznie
podwyzki miały zostac, a tym czasem w skutek oporu bab z Łodzi Gierek musiał
podwyzki cofnac. To głupie, co teraz powiem, ale partia i resort po prostu nie
rozpoznały swoich kadr. Ja przeciez wiedziałbym, jak z babami postepowac - trzeci
rok i zadnej wpadki... No i wiadomo by od razu było, jak to jest ze mna i z panem
Mieczysławem.
Na szczescie stopniowo wszystko sie wyjasniało i Franek mocno poszedł
do góry. I formalnie i faktycznie. A pan Mieczysław dostał zawału i od razu mi sie
224
go zal zrobiło, bo jednak dobry był chłop. Na szczescie przezył. No ale w skutek
rehabilitacji zmuszony był wyłaczyc sie z zycia politycznego i mówiono o nim -
pase... Tak powiedział pan Przemyslida, a inni - moi goscie, to nawet dosadniej. Ale
nikt, jak pamietam, z tego powodu toastów nie wznosił...
Pan Mieczysław zajrzał do nas dopiero w kwietniu 1971. Obejrzał, ja
byłem wobec niego az moze zanadto uprzejmy, ale udawałem, ze nic sie nie
zmieniło. Alkoholu prawie nie pił, bo jadł jakies lekarstwa i w ogóle był krótko, ale
zapowiedział, ze na trzy dni liczac od 24 maja pensjonat ma byc do jego wyłacznej
dyspozycji. Trzy dni wczesniej przyjechała ekipa z emeswu i jak nigdy dotad zrobili
kontrol pod kontem ewentualnych podsłuchów. A u nas nigdy nie było podsłuchów -
niemniej zakwestionowali mi mikrofon od japonskiego dyktafonu i powiedzieli, ze
potem zwróca. A kij im w ucho... niech potem zwracaja... Nie za darmo miałem ten
cenny sprzet...
Zwalili sie dopiero 25 maja na wieczór... Tak z dziesiec osób trzema
wołgami. Same szychy. Choc nie wszystkich znałem, ale było widac - sekretarze
wojewódzcy. Obstawe pewnie mieli, lecz została dyskretnie za bramami. Nawet nasi
nadwislanscy ich nie widzieli.
Kolacji nie jedli, bo byli juz po - zjedli ja w jakiejs knajpie po drodze z
Olsztyna. Akurat odbywało sie tam plenum wojewódzkie. Narady w jadalni tez nie
chcieli. Poszli na góre i tylko w nocy Stas osobiscie donosił im nieznaczne ilosci
trunków - w sumie moze z osiem róznych flaszek, kanapki i jakies ciastka. Pili przy
tym morze herbaty.
Od Stasia nic nie szło sie dowiedziec. Potem w koncu posneli, ale ja nie
spałem - warowałem w hallu i w koncu zasnałem w fotelu. Obok warował Stas i tez
widac było, ze ktos go nakrecił, ale i tak popijał sobie, lecz przyznac musze - w
miare.
Bladym switem sie budze, bo do hallu wszedł mój milicjant i daje mi
jakies znaki... Zaraz za nim tarabani sie pan Stanisław, ten sekretarz kace. O którym
225
wspomniał niedawno Franek i dawaj na góre. Ja za nim, wiec słysze, jak idzie od
pokoju do pokoju i budzi ludzi krzykiem:
- Wstawac, towarzysze, dla was dzisiejszy bal sie skonczył...
Tylko pana Mieczysława potraktował jakos ogledniej, moze ze wzgledu
na chorobe serca. Wyciagnał ich z pokojów w pizamach i dawaj - ciagnie na dół do
jadalni. U niektórych jednak były dziewczyny, ale w tych idiotycznych warunkach
nic o tym nie wiedziałem i nawet potem byłby moze i problem z wypłata?
W jadalni - ja do niej nie wszedłem - usłyszałem tylko, ze Gierek
przerwał wizyte partyjna na zjezdzie partii w Czechosłowacji i czeka na nich w
Łansku. I albo oni teraz od razu wyspiewaja mu w kwadrans, jak na swietej
spowiedzi, co i jak, albo w Łansku to kosci beda gruchotac.
Ja nawet nie zdazyłem sie zastanowic, co to wszystko znaczy, gdy
podchodzi do mnie znany mi kapitan esbe i pokazuje jakis papier. Ja mu na to, ze
skierowania na dzis sa anulowane:
- Nie ma panienek - i w ogóle zeby zmiatał, bo moze wdepnac w niezłe
gówno i po co mu to...
A on mi na to:
- To ty kurwa wdepnałes jak chujem w sledzie - to jest nakaz zatrzymania
głabie... jestes zatrzymany i jesli bedziesz dalej tak trzeszczył gałami, to cie kurwa w
obraczki wezme...
Zdurniałem i nawet szczoteczki nie wziałem - tak w przepoconej po nocy
bieliznie - a spociłem sie i wszystko sie lepiło - polazłem na dwór. Na werandzie stał
w otoczeniu kilku znanych mi oficerów Franek i dawał jakies znaki, chyba takie, ze
nie jest zle, a przynajmniej, ze bedzie mi pomagał, ale w koncu to nie były zadne
konkretne znaki. Równie dobrze mógł tam stac tak samo zatrzymany jak ja. Chociaz
- to on był ministrem i zwierzchnikiem tych wszystkich esbeków. To sie kurwa nie
dawało wyjasnic!
Wsadzili mnie w Nyske z jakimis lipnymi napisami, a w rzeczywistosci
to była suka, gdzie usiadłem miedzy dwoma takimi milicjantami, ze rozmiary mieli
226
szaf pancernych. No niezle... W mundurach, to przynajmniej kulki w łeb na polance
nie wloza... Przynajmniej... - prawdopodobnie nie włoza...
Ciemno jak w dupie u murzyna, a jechalismy tak w milczeniu trzy
godziny. Trase na słuch wziałem – wiezli do Warszawy. Wreszcie zajechalismy do
srodka budynku. Słyszałem, jak zamykaja za nami stalowa brame. Drzwi sie
otwieraja, przejmuje mnie cywil. Taki piecdziesiecioletni, którego nie znałem i
odpytuje z nazwiska, imion rodziców i takich tam.
Włazimy do windy. Nawet mnie jeszcze nie przeszukali, a ja mam
belgijke w szelkach na plecach i mysle sobie - bedzie zaraz heca...
Wychodzimy na korytarz i ja od razu wiem, ze jestesmy na Rakowieckiej,
choc jeszcze zadnego okna nie widziałem. Wsadza mnie do pokoju przesłuchan.
Gołe sciany, jedynie herb peerelu, a pod sciana stalowa szafa. A tak to dwa biurka
złaczone razem szczytami i dwa krzesła.
Zostaje sam. Po kwadransie juz uwaznie wszystko penetruje, ale ni
cholery - kamery zadnej nie moze byc. Mikrofon jest na pewno, ale nie kamera.
Przypominam sobie o belgijce, wiec sciagam marynare, zdejmuje szelki i cały szajs
kłade na biurku przede soba.
Czekam dalsze pietnascie minut i nic. Az wreszcie wchodzi ten cywil, z
grozna mina, która w jednej chwili baranieje...
- Co, kurwa, co to jest kurwa?
I oczywiscie wskazuje na moja niewinna belgijke. Ja na to, ze miałem na
sobie. Normalnie, jak to na słuzbie, ale w tych warunkach moze lepiej, zebym zdał.
Mysle sobie - bedzie co bedzie, ale po pierwsze - to trzeba zachowac spokój tak, jak
starzy czekisci, co widziałem podczas afery ze Stalinem, a po drugie, to punkt dla
mnie, bo jednak tamten zbaraniał, a mi nic nie moze zarzucic.
Tamten jednym błyskawicznym ruchem zsunał to wszystko do otwartej
na chwile szuflady biurka po swojej stronie i jakby nigdy nic - ja tez pomyslałem i
słowem o pistolecie wprost nie powiedziałem, a to tez był raczej taki przytomny
gosc, bo od razu załapał i do mnie:
227
- Obywatelu. Zakwestionowano u was złote przedmioty - dwie fałszowane
sztabki jednego z banków szwajcarskich i dwie sztabki prawdziwe banku
angielskiego, Poza tym szereg innych przedmiotów. A takze, obok innych
przedmiotów, zeszyt z notatkami. To wasze notatki?
Ja spojrzałem, ale wszystko było jasne - zrobili rewizje i wygarneli, co
tam miałem, a troche miałem. Forse schowałem, to co było, to marne dwa tysiace
dolców, jakies funty, ale niewiele i jeszcze mniej w markach. Do tego szescset rubli i
o to moga sie czepiac, no bo skad ruble, a ze mna ktos tak sie rozliczał i co ja mam
na to poradzic? Te dwie sztabki to była ciagle jeszcze własnosc Przemyslidy, ale
takiego walca wam powiem - mysle - a dwie sztabki autentyczne to mój zysk z
ostatniej operacji. Sztabki tak chowałem, jak wiewiórka, w rózne miejsca, ale takie,
ze nikt nawet z aparatura nie znajdzie. No ale nie mogłem tego robic codziennie.
Wiec jak raz zostały sie. Ale nic - ide w zaparte i odpowiadam:
- Złoto i inne walory, oprócz złotówek, to majatek słuzbowy Funduszu
Wczasów Pracowniczych, w którym, jak wiecie, wielostronnie współpracuje. Jest to
tajemnica słuzbowa i z wyjatkiem moich przełozonych z Funduszu Wczasów
Pracowniczych nikomu nic nie wyjasnie bez specjalnego rozkazu. Bron mam
słuzbowa. Wcale nie mówie, ze chodzi o bron lezaca w szufladzie - i pozwolenie
wydano mi w tym gmachu. Notatki tez nosza charakter wybitnie słuzbowy i
postronny czytelnik zapoznajac sie z nimi naraza sie na odpowiedzialnosc karna lub
słuzbowa. To ostatnie oczywiscie pod warunkiem, ze jest pracownikiem Funduszu
Wczasów Pracowniczych.
Nawet nie sadziłem, ze w tak krytycznych chwilach moge miec takie
gadane.
Przesłuchujacy wstał, zblizył sie do mnie i gwałtownym ruchem pchnał
wraz z krzesłem do tyłu, na szafe. Ale tak to zrecznie zrobił, ze dłonia osłonił mi
potylice przed kontaktem z metalem.
- Baranie - jaja sobie robisz... jakie słuzbowe? Jaki jest twój zwiazek z
Afera Przemytnicza?
228
- Zaden. Powszechnie wiadomo, ze to jest sprawa drugiego departamentu
emeswu, a ja ich nie znam. Nic tu nie zlutujecie - nie nadaje sie...
- Ty kanalio - zawrzeszczał oficer - my nic nie lutujemy! My jestesmy
karzaca reka ludu pracujacego miast i wsi! My oczyscimy kraj z takich jak ty!
Było charakterystyczne, ze przez cały czas istniała dysproporcja miedzy
tym, co i jak mówił, a jego gestami i mimika twarzy sugerujaca małe zaangazowanie
w sprawe. No... mysle sobie... na razie jest zle, ale nie najgorzej...
- Wiec nie przyznajecie sie do winy?
- Nie
- No to nie... - wrzasnał i wyszedł z pomieszczenia trzaskajac drzwiami.
- Watroba na poczatku był straszniejszy. Ale z tego jeszcze moze wyjsc
takie gówno, ze hej... No bo tak - pan Mieczysław jest załatwiony poniekad rekoma
takze Franka, choc formalnie pan Mieczysław jest w sekretariacie kace. Franek
awansował, ale nowy pierwszy pewnie wcale mu nie ufa i chce go ustrzelic razem z
panem Mieczysławem. Ta narada u mnie, to był lepszy gips jakis - Franek był wsród
tych, którzy rano rozgonili towarzystwo, ale kompozycje moga byc rózne... Sprawy
mi nie wytocza, bo za duzo wiem, ale tak na zdrowy rozum to ja wszystkim z ta moja
wiedza przeszkadzam. No niby, w ogóle ludzie za duzo o sobie wiedza i tylko
czasem tak bywa, ze na kogos z tego powodu padnie i widac na mnie padło. Ciekawe
- jak w mojej sytuacji pograłby Przemyslida... Po prostu wziałby na przeczekanie.
Cholera, przepadło jego złoto, nie tylko moje... No ale nie moze miec pretensji...
W tym momencie przemyslenia przerwał mi wchodzac do srodka oficer,
który mnie zatrzymał. Ja widziałem, ze nie jest to zgodne z regulaminem i od razu
domysliłem sie, ze to bardzo dobrze, albo bardzo zle - chca miec mało swiadków.
Znów zjechalismy winda na parter i załadowali mnie do tego samego
samochodu. Jechalismy moze z pietnascie minut w tym samym towarzystwie dwóch
wielkich milicjantów i z cała pewnoscia nie wjechalismy do aresztu na
Rakowieckiej. Gdy otworzyły sie drzwi to ujrzałem tylko szparke nieba i od razu
dosłownie wprowadzili mnie milicjanci do jakiejs willi. Po schodkach w dół do
229
piwnicy, do celi całkiem bez okien, z zarówka pod sufitem zasłonieta druciana gesta
siatka, prycza, przysróbowanym stolikiem i takim samym taboretem. Na stoliku była
blaszana miska z trzema kanapkami ze smalcem i blaszany kubek z goraca herbata.
Herbata była lux - na pewno nie Ulung - chyba Yunan, a moze Five o'clock? Nadto
na stoliku była ksiazka. Sprawdziłem, nie był to kodeks karny, lecz "Lalka"
Bolesława Prusa.
Trzy dni chyba tak siedziałem, bo na noc - jak sadze - na noc - wydawali
mi posciel i gasili swiatło. Cała te "Lalke" - olbrzymie tomiszcze z czyjegos
prywatnego ksiegozbioru - w skórzanej oprawie, przedwojenne wydanie opatrzone
pieczatka i herbem z korona jakichs hrabiów, przeczytałem nawet prawie do konca.
To była lektura szkolna i juz raz kiedys ja czytałem, ale mimo to była dla mnie
pociecha.
Coraz bardziej bowiem, choc nikt z wyjatkiem chyba niemowy -
straznika mna sie nie interesował, dochodziłem do wniosku, ze z tej dziupli zywy juz
nie wyjde. Tak bedzie dla wszystkich najlepiej. Szkoda było tych sztabek, które były
pochowane, gdzie nikt nigdy ich nie odnajdzie, ale co tam - rodzice mieli szmalu jak
lodu, a zreszta im pewnie tez juz do dupy sie dobrali. Cholerny swiat... Co to za
pierdolony ustrój, który normalnym ludziom nie da sie w spokoju dorabiac!
Trzeciego dnia wjechał wreszcie normalny obiad z restauracji, ale na
blaszanych miskach. Cielecina duszona z groszkiem zielonym, do tego ogórek
konserwowy, a przedtem zupa pieczarkowa. Pycha! Potem straznik podał mi dwa
kubki. Okazało sie, ze w jednym jest kawa - strasznie mocna - chyba trzecia czesc
kubka to był proszek, a w drugim winiak - chyba klubowy, ale moze luksusowy?
Wszystkiego tego nie musiałem sprawdzac. Mimo zaduchu, prawdopodobnie nawet
smrodu - czego juz nie czułem - wech miałem wyostrzony. Do tego wszystkiego z
kieszeni straznik wyjał połamane ptibery zapieczetowane w celofan i z mina, jakby
znów przyniósł mi kanapke ze smalcem, bez słowa wycofał sie zamykajac jak
zwykle drzwi na sztabe.
230
Ten straznik to musiał byc jakis przodownik pracy socjalistycznej, bo
przeciez na okragło musiał miec słuzbe, albo moze po prostu tu mieszkał?
Wszystko to wygladało podejrzanie, jak uczta skazanca...
Alez ja miałem bałagan w głowie...
Bezmyslnie wypiłem pół litra winiaku, pół litra kawy jak szatan i paczke
ptiberów. Straznik musiał filowac, bo wszedł i gestem kazał mi isc ze soba. Ciagle z
ta sieczka w głowie szedłem za nim. Było jasne - on ma mnie wyprowadzic na
egzekutora, który z tyły włozy mi w czaszke siedem gram. Pewnie robia to w takim
miejscu, gdzie sa kafelki, zeby łatwo było zmywac podłoge, a kafelki były koło
schodów na góre. Pewnie na schodach czai sie egzekutor, a zatem walnie mi w skron
i wszystko bede widział!!!
Ale nie... Idziemy na góre i ja na schodach ogladam sie za siebie, a za
mna nikogo nie ma. No jasne - do drzwi wpasowane jest wejscie do Nyski. Za
miastem mnie kropna! Po cholere tyle ceregieli! W Nysce nikogo nie ma, a drzwi od
zewnatrz zamyka straznik. No durny ja. Wiadomo - rura wydechowa jest do srodka i
udusza mnie! Jedziemy - rzecz jasna spaliny rzeczywiscie ida do pomieszczenia, ale
chyba nie bardziej niz zwykle? Wiadoma rzecz - Nyska tak jest skonstruowana, ze
troche spalin, ale przeciez nie dawka smiertelna, zawsze wchodzi do srodka...
Zatrzymujemy sie. Za oknem słychac, ze to miasto. Drzwi sie otwieraja i pokazuje
sie twarz Zygmunta.
- Jezu słodki - swój!!!
Wita sie ze mna, przyznac trzeba, tylko przyjaznym skinieniem głowy i
prowadzi mnie do bloku mieszkalnego. Nie wiem, w której dzielnicy jestem.
Wchodzimy do srodka. Ludzie jak ludzie. Ktos nawet, taki pietnastoletni chłopak,
wchodzi do windy. Widac jest, ze wraca z piłki, bo przepocony, brudny i
zadowolony z siebie... Zwyczajna rzecz. Wysiadamy na czwartym pietrze i
wchodzimy do otwieranego przez Zygmunta mieszkania. No tak... Normalny lokal
łacznikowy, pewnie lokal Zygmunta, gdy załatwia informatorów w Warszawie...
231
Siadam w jednym z dwóch pokojów na krzesle za stołem, ale Zygmunt
ciagnie mnie do kuchni - pokazuje lodówke pełna zarcia i nawet gorzały. Kładzie na
stole kuchennym przygotowany talerz z wedlinami, dwa talerzyki i dwie
musztardówy. Jak zawsze - szklanki przydziałowe do domu dla zony, a na lokalu
słuzbowym musztardówy! Mój Boze... Jak ja sie rozczuliłem...
Nalał Klubowego do pełna, wypilismy, a mi serce pika od tej kawy.
- Franek swoich ludzi nie zapomina. Podobno dobrze sie sprawiłes, a
Mietek - to było wyraznie o panie Mieczysławie - az kipiał a checi zemsty. Podobno,
tak słyszałem, ale to powiedziałem ci prywatnie. Masz tu siedziec cicho. W pokoju
obok sa dwie twoje ksiazeczki oszczednosciowe na piecset tysiecy. Ładny kurwa
grosz. Towarzysz Gierek przez całe swoje zycie tyle nie zarobił - a przeciez jeszcze
zycie kosztuje - no i kilka brudasów pozyczki ode mnie. Lepiej zebys sie ludziom w
oczy nie pchał. Inne dokumenty sa, nagan tez, ale tylko jeden... Ile ty kurwa miałes
naganów? W burdelu to pistolety płciowo sie rozmnazaja - tak pytał Franek, nie ja -
obrzyna na razie mam w domu, bo przy zonie wstydziłem sie takie cos do torby
pakowac i jak chcesz, to moge wrzucic to swinstwo do Wisły..
- Nie, nie... - zaprotestowałem, bo to przeciez cenna pamiatka rodzinna...
- Jak chcesz - czekaj rozkazów i nie szwendaj sie po miescie. Telefony
pewnie pamietasz, ale raczej do nikogo nie dzwon, najwyzej do mnie. Nic ci teraz nie
moge wiecej powiedziec. Aha - jeszcze jedno. Ciesze sie kurwa, ze sie wywinałes...
Nic juz nie bedzie tak jak było, ale bedzie dobrze... No nic ci nie powiem, bo sam nie
wiem i w ogóle jest taki pierdolnik, ze głowa sie lasuje. Ale ty czuj sie na
wakacjach...
Powiedziawszy to wyszedł nawet nie podajac mi reki. No dobra... Na
razie zyje, choc nie mnie brac na plewy - cos tu mi ciagle nie gra. Chociaz w łeb mi,
przynajmniej ci od Franka, nie dali. A ci od Mietka, mój Boze, co miałem zrobic, to
juz zrobiłem... Jasne , ze w imieniu Franka wszystko tam u mnie z tej narady
monitorowałem, ale czasu cofnac sie nie da... Wiec po co mieliby mnie stukac?
232
Zwaliłem sie do łózka. Wział mnie jakis idiotyczny smiech... Pomyslałem
sobie, ze pan Mieczysław nie moze mnie stuknac, bo przeciez wszyscy, jak to bywa -
opuscili go... Sam nie wiem czemu ta mysla przyczyniła sie do idiotycznego,
głebokiego, ale nie histerycznego - tak mi sie zdawało - smiechu.




Kilka dni pózniej odezwał sie dzwonek. Otwieram - do diaska - ten
p€łkownik, który mnie przesłuchiwał na Rakowieckiej. Trudno...
- Jeszcze nie wszystko jasne?
- Nie wiem, ja nie w tej sprawie...
- Aha, znam was...
Ale wpuszczam goscia do srodka. Ma mnie kropnac, to i tak kropnie, a
mam nagana w kieszeni i jeszcze jest kwestia, kto pierwszy wyciagnie swoje cacko.
Reke trzymam w kieszeni, ze niby taki jestem obrazony...
- Nie siadziemy? - pyta...
- Prosze - i prowadze go przed soba do kuchni. Z lodówki wyciagam
cytronete i niedopity Klubowy...
- Ledwo pana znalazłem... - tamten do mnie...
- Nie wie prawica, co czyni lewica - ja jestem na lokalu Funduszu
Wczasów Pracowniczych, a nie u cioci na imieninach.
- Kolego... młodszy kolego - odpierdol ty sie ode mnie. Robie co kaza, a
gdyby nie ja, to byłbys juz niezle zmasakrowany...
- Przez wróbelki?
- Nie, ale ja mam wprawe i potrafie... jesli chce... Z byłym ministrem teraz
nie patyczkuja sie - tak u nas w fabryce mówia...
No rzeczywiscie - od pewnego czasu nastała moda, aby Rakowiecka
nazywac fabryka.
233
- A ja towarzyszu pułkowniku gazety czytam, radia słucham i wiem, ze
towarzysz były, jak sie wyraziliscie - minister, nadal jest członkiem Biura
Politycznego i sekretarzem kace, faktycznym zwierzchnikiem takich jak pan i ja. Dla
niego to, to samo... pułkownik czy taki gosciu jak ja...
Tamten, zanim odpowiedział, wzruszył ramionami:
- Sam nie wiem - ale tak mówia. Afera z "Zatoka" jest teraz i z puczem
Mietka. Mietek zgarnał sekretarzy wojewódzkich i chciał ich przekupic sztabami
złota, dwudziestodolarówkami złotymi i czym tam chcesz... To pewne, ze siedzi
wiceminister - szef departamentu drugiego - a dwójka za głupstwa nie wypada z
gry...
- A co - prasa kłamie... – ciagle byłem napastliwy.
- To nawet studenci - młody towarzyszu - wiedza...
- To po co ich pałujecie? - spytałem bez sensu...
- Wy fundamenty podwazacie? - zaperzył sie...
- Bzdura - pod sciane bym stawiał - wykonałem ucieczke do przodu, tez
niezbyt madra...
- Myslicie - to w koncu i tak uderza w słuzby... Mam wiecej lat... swoje
wiem... Wole emeryture... Ja zreszta w innej sprawie. Mam wasza klamke...
Chciałem wam podziekowac...
I wyciaga zza paska spodni opleciona taka trzcinka flaszke
Jubileuszowego.
Ja sie zdenerwowałem i dawaj karaskac nagana z kieszeni portek, ale sie
zaczepił o materiał i tylko kolba mi wyszła...
Pułkownik zaczał sie smiac, z hukiem połozył swoja butelke na blacie i
powiada:
- Pod marynarka mam na szelkach wasza belgijke, ale teraz to nawet boje
sie ja zdjac... Choc pomyslcie... Gdybym rzeczywiscie miał was walnac, to bym to
zrobił dziesiec razy i tak, ze nawet nie zauwazylibyscie... Zreszta ja do takiej roboty
sie nie nadaje... Wiem co mówie... Ale wam moze nerwy troche puszczaja... Nie
234
dziwie sie. Na przesłuchaniu byliscie twardzi jak stal, ale to sie tak gra... Juz widze -
do dzis byscie pekli... A zreszta to nigdy nie wiadomo... Dewizy mozemy wam
zwrócic, jesli wszystko wyspiewacie o zwiazkach Mieczysława z "Zatoka".
- Oho - pułkowniku - a złoto?
- Jakie złoto gówniarzu? Patrzcie go aferzyste... Człowiek sie naraza, by
uratowac zycie młode - idealnie nadajesz sie na kozła...
Tu sie wkurzyłem i jednak wyrwałem mojego gnata razem z podszewka...
Przystawiłem mu do brody, druga reka za chabety...
- Pułkowniczku kurwa, nie ze mna ta mowa. Nie jestem pudel warszawski.
To jest złoto... słuzbowe..
- A ty kurwa po polsku nie rozumiesz? - odpowiada pytaniem, ale słysze -
głos mu drzy.
- Mówie ci przeciez, ze zadnego złota nie było, bo albo było z "Zatoki", a
Franek twierdzi, ze z "Zatoka" nie masz nic wspólnego i sledztwo to na razie
potwierdza, albo sledztwo poszło zle - ty jestes z "Zatoki" i rodzi sie pytanie o role
ministra... A złoto wtedy przepadnie na skarb panstwa... Zreszta - spytaj Franka...
- Takie buty... - pusciłem go...
- I co - do emerytury taki fundusik? – ciagle jeszcze kombinowałem, zeby
sie chociaz podzielic...
- Mała rybka jestem. Mało jeszcze znasz zycie. Ty jestes dla nich takie
pekao - trzymasz kase, ale do dyspozycji... Niby twoje, ale i nie twoje... Ale ja tylko
tak mysle. A za te belgijke po prostu chciałem podziekowac. To byli moi ludzie. Oni
winni... a ja mógłbym beknac...
- No dobra - wypijmy po jednym... - machnałem zrezygnowany reka...
- No wypijmy - i wypilismy...
Pułkownik pogłaskał sie po wyliniałej głowie, a z ust to mu smierdziało - ja
z chlewa!
- Bojowy jestes chłopak... Podobasz mi sie... Ale duzo wiesz i formalnie nie
w słuzbie - ten gnat jeszcze ci sie przyda...
235
A po chwili, skoro milczałem - dodał:
- Ale to nie ja nadam ci sprawe...
Gdy wreszcie poszedł, uprzednio ostroznie, zebym sie nie zdenerwował,
zdejmujac z karku moja spluwke, humor wcale mi sie nie poprawiał. Nastepnego
dnia przylazł Zygmunt. Taki był skwaszony, ze az gebe miał krzywa.
- Towarzysze uznali, ze jestes cennym współpracownikiem. Z pensjonatem
krewa. Bractwo juz rozpedzono. No nie ma burdello peerelo (zostawic błedna
pisownie). Nawet odprawe dostaniesz. Dobre były czasy, ale sie skonczyły. Dawaj
gorzałe na stół...
Ja juz miałem za duzo tej gorzały - dzien w dzien, jak tylko wyszedłem,
a nawet jeszcze w mamrze.
- Polska Ludowa padnie przez te hare - mówie.
Ale on nic, tylko zebym dawał, bo temat trudny...
- A dziewczyny - wiesz - to płakały, gdy im kazano sie pakowac... -
zaczyna, a ja na to:
- No to nie musiałes mi dla tej rewelacji watroby marnowac...
- A co - masz chora...
- Jeszcze nie - ale bede z toba miał...
- Daj spokój - ja nie o tym... A zreszta, kto jak kto, ale ja z gorzała nie
przesadzam.
- To o czym?
- Kurestwa za duzo jest w Polsce Ludowej - nie myslisz?
- Raczej za mało - o nasz pensjonat.
- Pensjonatu zal, ale nie tobie - za granice jedziesz...
- Jezyków brachu nie znam, daj sobie siana...
- Nie musisz - fach masz i potrzebny jestes w Wiedniu chyba, czy jak?
- Tam mnie jeszcze nie było? - spytałem niby obojetnie, ale w
rzeczywistosci zastrzygłem uszami.
236
Za Gierka wprawdzie zaczeli czasem komus tam dawac paszporty, gdy
miał krewnych za granica, ale ja nie miałem i zawsze sadziłem, ze w tym
bolszewickim syfie do konca bede siedział jak w konserwie. Filmy sie ogladało,
Wolnej Europy słuchało, no juz wiedział człowiek, ze komuna nie taki znów
rarytas... Wszystko z Zachodu było lepsze jak nasze. Nawet piwo było lepsze od
Zywca, chyba ze eksportowy Zywiec, to moze nie jest gorszy... Ale oni potrafia w
butelce od eksportowego szczyny sprzedac...
- No - stekaj w koncu...
- Pozornie chujowa robota, ale szmal wielki. No bo widzisz, kurew, albo
kandydatek na kurwy u nas, byleby sie wyrwac na Zachód, jest od zajebania...
- No bez poezji. Sam wiem. Niejedna córka członka kace by sie za paszport
pokurwiła... No i za dewizy...
- Tak mysle... No wiec trzeba to zrobic...
- Córki członków kace na kurestwo puszczac... w Wiedniu? - jaja sobie
robie, bo widze, ze go az zgina.
- A chuj mi do tego, czyje córki. Byleby sie nadawały. Ty bedziesz
sprzedawał je alfonsom do zachodnich burdeli. Na poczatek do Wiednia.
- A one co - agentki?
- Moze tak, a moze nie. Ani tobie, ani mi nikt sie nie bedzie tłumaczył. Na
pewno za to - dewizy panstwu sa potrzebne. Ide kurwa rano do sklepu, a masło tam
dunskie. To co kurwa? Nad Wisła krowy wymiona pogubiły, czy jak?
- Do rzeczy Zygmunt... - sam nie wiem, czemu jestem taki opryskliwy...
- No dobra. Nasi beda ci nasyłac dziwki. Jak bedziesz miał
zapotrzebowanie na konkretna, to taka ci wysla, jaka narysujesz i za kazda zapłacisz
resortowi, ale tobie drugie tyle zostanie.
- To znaczy ile?
- Nie wiem człowieku. Sam musisz zbadac rynek. Ale zasade ustalono...
Musisz nie za mało, ale tez nie przesadzac z cena. Towaru mamy po gardło, tylko go
pchac na eksport... Dewiz w kraju nigdy dosc...
237
- Ty - to jest lewizna, jak ten cały "Zalew", czy operacja?
- Po chajrem - operacja... Na "Zatoce" posypała sie dwójka, znaczy sie -
wywiad. Nowi ludzie i nowe, efektywne idee zgodne z linia partii. Ojczyznie
potrzebne sa dewizy, a słuzby dla ojczyzny i w gównie potrafia sie babrac. Sam
wiesz...
- A nasza "zatoczka" - chyba nie mniejsza, niz ta wpadka - jest juz passe?
- O czym ty chłopie gadasz? My nigdy takich rzeczy... Szaleju sie nazarłes?
Frankowi mam wspomniec?
- Dobra, dobra - zartowałem...
I na zgode nalałem - nawet nie wiedziałem, ze Zygmunt zrobił sie taki
pijak...
- Sam widzisz, ze jednak nie jestes pewny. Dziwiłem sie, ale sie nie
dziwie... - zauwazył...
Wypilismy...
- Ty - czemu ty mówisz, ze ja nie jestem pewien i ze ty sie temu nie
dziwisz?
- No bo rodza sie watpliwosci...
- Do mnie? - zachnałem sie.
- A w kazdym razie musisz utwierdzic zaufanie słuzb do ciebie.
- No dobra, ja moge wszystko... - mówie i nakładam na talerzyki sledzie w
occie. Lubie sledzie, ale obrane i przyrzadzone sprzedaja tylko w słoikach z octem.
Mozna jeszcze kupic z beczki, z flakami i samemu przyrzadzic, ale trzeba wiedziec
jak, no i pózniej przez trzy dni rece sledziem ida. Wiec gdy tylko widze, ze rzucaja
do sklepu sledzie w occie, to kupuje.
- Słuchaj - przed wyjazdem masz załatwic jednego ksiedza pod Warszawa.
- Co znaczy załatwic - utłuc?
- No własnie - masz go załatwic... A jak, to juz twój ból głowy. Po prostu
za dziesiec dni ma go nie byc wsród zywych i juz...
238
- No co ty... Nowa władza z Kosciołem katolickim dobrze zyje. Sam
słyszałem, jak towarzysz Gierek mówił: - "wierzacy i nie wierzacy"...
- Co ty dzisiaj bredzisz? - replikował...
- No nic nie bredze, tylko ja do mokrej roboty sie nie nadaje. Mama jest
wierzaca, tata chyba tez - po co mam ksiedza zabic?
- Potraktuj to jako cwiczenie. Zanim pojedziesz do Austrii, musisz przeciez
dowiesc, ze umiesz sie znalezc w kazdej sytuacji.
Patrze ja na tego Zygmunta - facet ma coraz mniej włosów, coraz
chudszy, a przeciez znamy sie nie tak wiele lat. Odpowiedzialna ma prace. Nie bede
pytał, ale przeciez jeszcze tydzien temu robił w wywiadzie. A po twarzy widac - ile
ma trosk... Mówi mi, ze mam zabic ksiedza i to jest normalne, a po tej twarzy widze,
ze jemu samemu jest głupio, choc załoze sie, ze nie jest wierzacy.
- Kto to wymyslił?
- Nie ma znaczenia i nie dowiesz sie. Nikomu poza mna nie mozesz tego
powiedziec.
- Moge kogos do tego zaangazowac?
- Ty czegos nie rozumiesz. Ja ci nie dałem zadnego zlecenia. Chodzi o to,
ze jesli za dziesiec dni ten ksiadz bedzie zyc, tu masz koordynaty - daje mi
przebitkowa bibułke i trzy fotografie - to ty lezysz i nie masz zaufania instancji. Ale
koszty mozesz, a nawet musisz rozliczyc. My rozumiemy, ze manipulacje kosztuja...
- Ty, Zygmunt - ale po co własciwie stukac tego gada?
- No sam widzisz, ze gad - uchwycił sie słówka...
- Spójrz na to filozoficznie - kontynuuje. Czy twoim zdaniem ksieza w
gospodarce socjalistycznej wytwarzaja cos pozytecznego?
- No ludziom sa potrzebni...
- A do czego? Do hodowli tuczników sa potrzebni, do spustu zelaza, do
eksportu i importu?
- No nie...
239
- Wiec sam widzisz, ze sa to zwykłe darmozjady. Pasozyty pasozytujace na
ciele socjalistycznej ojczyzny. I jeszcze wtykaja kij w szprychy...
- Wiec ten katabas niczym konkretnym sie nie zajmuje?
- Nie wiem. Mam przekazac, to przekazuje. Ale ze oni, ci ksieza i
zakonnice darmo chleb polski jedza, to jestem pewien... Dla zdrowia społecznego...
mozna powiedziec...
No i na tym własciwie skonczyła sie rozmowa... Bo o czym tu było
gadac? Niby teoretycznie prawda, ale niby dlaczego ja?
Aha - powiedział mi jeszcze, ze to, jak cała sprawe zaaranzuje, to nie ma
znaczenia, byleby sie nie wydało... Ze to jest niby traki mój majstersztyk w cechu...
A tak w planie politycznym to moze to słuzyc przypomnieniu, ze wprawdzie na
obecnym etapie władza z Kosciołem z dzióbków sobie jedza, ale niech sobie te
krecie syny nie mysla... Im trzeba takie sygnały co jakis czas wysyłac, zeby sie nie
rozpasali...
No i poszedł sobie, zostawiajac mi obrzyna, a takze niezłe gówno na
srodku głowy.
Pomysł, ze chca mnie wpuscic jako morderce ksiedza i osadzic, dosc
szybko odrzuciłem. Wiec w takim razie chca mnie zwiazac ze soba na smierc i zycie,
a to jest głupie, bo ja jestem juz zwiazany... Wazne było dla mnie, ze własciwie to ja
nie musze osobiscie tego wszystkiego załatwic. Oczywiscie pod warunkiem, ze rzecz
zostanie załatwiona na czysto... Miałem pewien plan. Szybko ruszyłem na Poczte
Główna i sprawdziłem po ksiazce telefonicznej adres. Pociagiem nie chciało mi sie
jechac, bo jednak ludzie moga zapamietac, a brakowało mi samochodu. W kioskach
nie było juz "Zycia Warszawy" - od dziesiatej to normalne - nie ma i juz, ale
poszedłem do empiku, dwie herbaty wypiłem, zanim doszedłem w kolejce do
przeczytania. Na szczescie - czesci z ogłoszeniami motoryzacyjnymi zaden cwaniak
nie wyrwał...
Znalazłem dobre ogłoszenie - czteroletnia Syrenka z resorami na
podkładkach miedzianych i z kierownica od Skody. Stan po remoncie.
240
Zatelefonowałem z budki - to były korowody - wszedzie albo połykał monety, albo
słuchawki urwane, ale udało sie w kinie "Bajka". Przed wpychajacymi biklety na
film amerykanski konmi, to opedzac sie człowiek musiał. Wsiadłem w taksówke i
pojechałem w poblize adresu, obejrzałem samochód. Rzeczywiscie na chodzie.
Złodziej jeden - piecdziesiat dwa tysiace zazadał i jeszcze kazał sie spieszyc, bo na
wieczór umówiony jest z innym klientem. Pojechalismy na Poczte Główna znowu.
Po drodze stargowałem do piecdziesieciu i pół - wiecej jak za nowy, ale to było
normalne. Na nowy trzeba przydział i taki przydział jeszcze pare dni temu to dla
mnie była betka, ale dzis? Niestety, nie publikowali cen samochodów, zeby nie
wyszło na jaw, ze sa takie drogie, choc wszyscy to wiedzieli i nawet nie bardzo
miałem z czym porównac...
Blankiet umowy miał facet z giełdy. Ze tez nie chciało mi sie dwa dni
poczekac - no ale nie mam czasu, nie tylko nie pomyslałem. Panikuje do czorta, czy
jak?
Wsiadłem w ten mój nowy pojazd i prosto z dworca ruszyłem ruszyłem
do Człuchowa. Na ograniczenia predkosci nie zwazałem, bo przeciez miałem te
swoja legitymacje esbe na inne nazwisko. Po drodze walnałem oczywiscie ges.
Własciwie to celowo, choc obawiałem sie stłuczenia szybki reflektora. Tak
odruchowo walnałem, bo przeciez nawet nie było takiej kuchni, która by mi ja
przyrzadziła. Byłem bezdomny jak pies. Jesli nie zdobede zaufania, to po prostu bede
na lodzie: bez przyjaciół, pozycji, pieniedzy. Bardzo mi sie siebie zrobiło zal. Po
chwili jednak pomyslałem, ze ges mogłem dac jako podarunek z podrózy...
zawróciłem. Jakis cham niósł ja juz do wsi. Zatrzymałem sie - dawaj - macham ta
legitymacja tak, zeby nazwiska nie widział, bo czasem i cham ma refleks i mówie
mu:
– To jest dowód przestepstwa - dokumenty...
– Jakie przestepstwo panie... Moja ges - poznaje - dzieciaki sasiada mi
powiedziały: - na drodze wariat taka sama Syrenka, jak pana - trzasnał...
241
– Ja nie mówie obywatelu, ze to wy popełniliscie przestepstwo, ale albo
dowód przestepstwa wydacie celem przeprowadzenia czynnosci, albo wezwiemy was
na swiadka...
Tamten zbaraniał, bo jak kazdy cham boi sie panicznie sadu...
- A jakie tak dokumenty... Panie kapitanie... Ja ze wsi, wszyscy mnie tu
znaja...
- To sie jeszcze zobaczy. Posterunkowy wywiad przeprowadzi... Wy mi
obywatelu na czystego wygladacie
A mówie to dla jaj, bo gumofilce - w czerwcu gumofilce! - to miał tak
uwalane gnojem, ze hej...
- Ale posterunkowy zawsze czegos sie dogrzebie... a mi to po co - wy
bedziecie sie tłumaczyc, a ja papiery wypisywac. Dawajcie dowód przestepstwa
obywatelu, albo dowód osobisty, bo ja na słuzbie...
Pewnie, ze dał... Po drodze puknałem jeszcze zajaca. Zgłupiał pod
Człuchowem w swietle reflektora. Widno jeszcze było, ale chciałem wypróbowac,
czy akumulator jest wystarczajaco mocny?
Zajechałem pod domek mojego sierzanta. Ładny miał domek. Zapraszał
do srodka, ale stanowczo nie skorzystałem. Za to dałem mu moje zdobycze. Niech
jego zona ma jakies zajecie... Wrócił po pieciu minutach z torba ortalionowa na
zakupy. Poszlismy na spacer. Przez srodek jeziora, takiego zarosnietego trzcina, szła
poniemiecka jeszcze kładka. Trzeszczało to cholera, dechy przegniłe, pale ze starosci
spróchniałe, a z prawej bagno i z lewej bagno... Ze tez rada narodowa nie kazała
jeszcze tego rozebrac... A zaby darły mordy, ze człowiek człowieka nie słyszał. Po
drugiej stronie był las przerobiony na park miejski - nawet ławeczki - kulturalnie.
Kawalerka niedaleko od nas wino piła - zwykłe J-23, ale na widok milicjanta - fakt,
ze emerytowanego, niemniej zawsze - poszła głebiej. Dało sie rozmawiac.
Ja mu:
- Wy wiecie, ze ja dla was wszystko?
242
- Ja dla was, panie dyrektorze, tez wszystko, jeszcze by nie... sklerozy nie
mam...
I wyciaga egzemplarz "W Słuzbie Narodu", rozkłada miedzy nami na
ławce, a na tym cztery kotlety mielone, az ociekajace smalcem - takie dobre,
musztarde, skibki chleba, nawet obrany juz ogórek - w czerwcu swiezy ogórek -
rarytas... No i musztardówke i czysta strazacka. A w drugiej butelce po wódce -
herbata na popitke i dwie musztardówki... Ech... na bogato... Widac było, ze nawet
sytuacja sprzyjała konstruktywnej rozmowie i konstruktywnym wnioskom...



Cztery dni pózniej stałem przy pustej uliczce podwarszawskiego, raczej
szemranego miasteczka. Tak w odległosci piecdziesieciu metrów, miedzy gałazkami
krzewu, ale dobrze widoczny, miałem ganek plabanii. Zajechała moja Syrenka.
Wyszło dwóch gosci. Jeden, mój sierzant, został przy bramie z rekoma w kieszeni.
Drugi, moze nawet troche starszy, ruszył ku drzwiom. Pewnie zapukał? Otworzyła
jakas stara baba, a ten facet wszedł wraz z nia do srodka. Czekam i czekam. Piec,
dziesiec minut... Ja sie denerwuje, ale i mój sierzant - mimo odległosci przeciez to
widze - denerwuje sie. Juz byłem gotów wejsc na stanowisko sierzanta - na czate, a
sierzant niech idzie robic porzadek. Ma swoja tetetke, prywatna, nigdzie nie
notowana i mojego jeszcze obrzyna. Czułem, jak krew mi w skroniach pulsuje...
Niepotrzebnie, cholera, kawe piłem...
Ale na szczescie w chwili, gdy juz chciałem ruszac, ktos wyszedł z
budynku i targa ze soba worek.
- No kurwa - mysle - na to sie nie umawialismy... Miało nie byc rabunku...
Ale co moge zrobic?
Oni wsiadaja do Syrenki, mój sierzant niepotrzebnie silnik zgasił, bo nie
od razu sie zapala... Ale zaskakuje w koncu, i terkocac swym dychawicznym
dwutaktem bryka rusza. Ja czym predzej oddalam sie. Własciwie to powinienem
243
wejsc tam i sprawdzic, ale cholera strachu sie najadłem i poszedłem. Mimo to dumny
byłem. Tak, tak... - dumny. Czułem sie jak gwardzista z Gwardii Ludowej, jakis
Mały Franek albo Janek Krasicki, który własnie wrzucił wiazke granatów do "Cefe
Clubu"...
Z sierzantem spotkałem sie o dwudziestej trzeciej pod Poczta Główna.
Fakt, ze milicji wokół duzo i pewnie tez tajniaków, bo tu utarg ze sklepów
przywozili, ale z drugiej strony - ludzi tylu, ze nie zwracali na siebie uwagi.
- I jak - wszystko w porzadku? - pytam...
- Zadanie wykonane, tylko otworzyła ta stara, to ja od razu nadział na nóz.
To fachowiec. My tak peeselowców przed referendum kłulismy - jak prosiaki... To
był mój dowódca, ma wprawe, nawet nie zipła. Cała filozofia, by stanac bokiem, to
w jusze sie człowiek nie ubabra... Potem dziada tez skroił... Dziad idiota, zamiast sie
bronic, zaczał sie modlic - kretyn... No ale nie dał mu czasu... Zenek nie z tych...
Zenek go ciach w gardło i wtedy sie ubrudził... Pewnie widzieliscie?
Nic nie widziałem, bo juz była szarówka, ale nie było potrzeby sie
tłumaczyc.
- Potem jeszcze biegał w te i nazad, ale wikary pewnie na kurwy przez
okno uciekł, albo wtedy wyszedł, kiedy my narade robilismy... A w takim razie w
kazdej chwili mógł wrócic... A tym czasem Zenek nic... Nie pietra, tylko penetruje
lokal. Ja mu mówiłem, zeby nic nie brał, ale on i tak swoje zrobił. To ja mu z tej
złosci, ze cały worek fantów wyniósł, i to jakich! - ze premii nie dostanie...
- Dostanie, dostanie... Choc trzeba pomyslec, zeby moze mniej... Jakas kara
za samowolke musi byc...
- Panie dyrektorze - ni cholery... Jak mu powiedziałem, ze nic, to nic. Ja
znam zycie. Jak sie okaze miekkosc, to potem ciagle bedzie chciał na gorzałe
pozyczac. Na wieczne nie oddanie... Pana nie zna, ale do mnie moze sie przyczepic i
starego kumpla bede musiał stuknac. Dla jego dobra prosze...
- Dobra - stoi... Przynajmniej pół litra mu postaw. Masz tu piecdziesiataka
na pół litra. Naprawde nawet nie chcesz za bilety?
244
- Panie dyrektorze. Ja jestem człowiek honorowy. Ja mam dług i ja go
spłaciłem. Krew za krew. Mogłem miec czape za tego Stalina... A zreszta... Młode
lata se człowiek przypomniał... Jeszcze nie zardzewiałem... Jakby co, to gotów
jestem do słuzby... A pół litra kupie i wypije... Razem z kumplem... Zawsze jest co
wspominac... Moze cos mu fantów puszcze... U nas jest garnizon, mam kumpli w
tym wojsku, przy forsie. Im zawsze trzeba cos... I głupich pytan nie zadaja...
Juz dwa dni pózniej przyszedł do mnie Zygmunt. Patrzył na mnie z
podziwem. I raport kazał pisac. Ja na to, ze robota wykonana, a krasnoludki tego nie
sprawiły, ale on nic, tylko zeby raport. Ja wiec pytam:
- Mam sam pisac o tym, zebyscie mieli na mnie takiego haka?
- No własnie o to chodzi. Ale wiesz. Napisz tak, aby w kazdym zdaniu było
jasne, ze działałes na rozkaz. Nigdy zadnemu sadowi takiego czegos sie nie
pokaze...
Wzruszyłem ramionami, ale nic - pisze, a on mi pomaga. Na koniec
zaznaczyłem, ze koszty własne to pół litra. Nie wchodziłem w szczegóły. Tam
benzyna, jakies takie rachunki z geesów po drodze... To przy innych tam sprawach...
Pół litra i szlus, zeby nie było, ze jestem pazerny... Zygmunt wypłacił mi za nie od
reki. Smielismy sie z tego... No bo rzeczywiscie. Taka powazna akcja, taka
synchronizacja, a tylko pół litra. W naszych gierkowskich czasach, a bez wkładu
dewizowego sie obyło... Czysta krajowa produkcja...


No i nie minał tydzien, gdy wsiadałem do pociagu do Wiednia.
Paszport odebrałem rano, przed dziewiata, zanim jeszcze zaczeto wpuszczac
interesantów. Tak ze setka ludzi koczowała cała noc, a ja nic. Zajezdzam jak panisko
resortowa taksówka, czyli z naszym tajniakiem jako kierowca, bo przeciez rano
zadnej bym nie złapał, mijam wszystkich z taka mina, ze sami sie rozchodza, choc w
zasadzie dostepu do drzwi wejsciowych pilnuja, grzecznie pukam, odzwierny ze
strazy przemysłowej równie grzecznie otwiera, kaze siasc na swoim biurku i idzie po
245
kogos. Po pieciu minutach przychodzi rozespana urzedniczka – no widac, ze picie
porannej kawy jej przerwałem - z jakimis papierzyskami. Ja je wszystkie po kolei
podpisuje. Ona z jakims lewym usmiechem mi to daje , oboje ładnie sobie mówimy
do widzenia, ja odzwiernemu tez, a on mnie olewa, jak to straz przemysłowa - ciezka
ma prace z ta kłebiaca sie pod drzwiami hołota. Wychodze na zewnatrz i z tłumu
słysze:
- "Czerwony pajak"
Tak nie głosne to było, ale dało sie słyszec, wiec obracam sie i pytam:
- A co obywatele, po odbiór paszporcików sie czeka? A jak zawróce i nie
dostaniecie, to co - jeszcze w kraju, a juz wroga propaganda?
Tamci jak jeden maz zamarli! Ze strachu, to jasne...
- No, powiedziec przepraszam, bo wracam...
Ci najblizsi mnie, z nietegimi minami i tak jakos niewyraznie, czasem
tylko ruszajac wargami, jednak przeprosili. Inni udawali, ze nie wiedza, o co
chodzi... Stale z batem trzeba nad ta banda stac... Dałem spokój. Taksówkarz na
dziesiata miał dziecko zawiezc do lekarza, czy co? Nie bede mu przeciez takich
spraw psuł... Ale juz byłem tego bliski...
Pojechałem do fabryki na Rakowiecka. Tam w biurze przepustek czekał
oficer, wział ode mnie paszport i wrócił z trzema az wizami. Wszystko ładnie,
zgrabnie, nie do rozpoznania. Mam sie nie obawiac, bo wszystkie wizy sa
potwierdzone. A paszport - nie wspomniałem - nie jest na moje nazwisko.
No dobra. W pociagu mam miejscówke w pierwszej klasie, przy oknie, w
przedziale dla nie palacych. Sasiedzi tez raczej mili. Widac, ze powazni ludzie, na
stanowiskach, jada słuzbowo, ale kazdy, choc gadamy, o meritum ani wspomni. No
morda w kuble, ze az miło. Rzec mozna, ze elita społeczenstwa delegowana jest za
granice... Kazdy wie, jak sie zachowac.
Dewizy w delegacji oszczedzaja. W przedziale od krakowskiej suchej i
jałowcowej az slicznie pachnie... Jak to sie mówi - jak w miesnym za Nieboszczki
246
Rzeczypospolitej... Juz tam gdzie jade, to ja sie tych bogactw napatrze.. he, he... No
a nasi delegowani głodni chodzic tez nie beda...
Takis jakis wyluzowany, zadowolony jade, choc na niepewne, bo
przeciez po niemiecku ani me, ani be, tyle co z liceum, bo przez dwa lata miałem
niemiecki, ale nauczycielka poszła na emeryture - do dzieci wyjechała na Slask i
zmienił nam sie z nowa nauczycielka jezyk na francuski. I ten luz to był zwodniczy.
W Czestochowie na stacji przychodzi dwóch tajniaków, wala do mego przedziału i
grzecznie, ale stanowczo kaza isc ze soba. Jeden prowadzi, a drugi wział wszystkie
moje bagaze. Bardzo dokładnie to ustalali, nie było lipy.
No - mysle - umarł w butach. Zastanawiałem sie, czy cos ze złota nie
wziac, albo dewiz, ale mysle sobie: - nie - dali mi dwa tysiace dolarów kazionnych,
to musi mi starczac. Jade słuzbowo, to ze swoich dopłacac nie bede... Byłem tak
bojowo nastawiony, ze gotów byłem całe powiaty dziewczyn wysiedlac na Zachód,
wiec kombinowałem, ze szmalu mi nie zbraknie... No rwało mnie do czynu, a tu taki
gips! To wszystko były jaja! Oni chcieli mnie po prostu udupic... No ale nic takiego
nie wiozłem...
Prowadza mnie jak przestepce na komisariat, tam wybebeszaja wszystkie
bagaze - nawet trzy tubki z pasta do zebów na moich oczach pokroili. Moim
własnym nozem! Najpierw odkrecili drewniane deseczki raczki. Nawet nie sadziłem,
ze sie odkrecaja. A oni rozkrecili i tym rozkreconym przedwojennym gerlachem
paste do zebów mi zmarnowali! Przez cały czas mnie obserwowali, a potem na
osobista. Nawet do dupy, za przeproszeniem - zagladali. No jebał was pies.
W koncu dali spokój. Jeden wyszedł, wrócił, bez gadania przeprosił
slicznie, wyjasnił, ze taka słuzba i ze jestem wolny. Ja sie pytam, kiedy mam
nastepny do Wiednia, albo jakies połaczenie z przesiadkami, a oni mi na to, ze nie,
maja polecenie powtórzyc, ze w Warszawie mam sie stawic na kwaterze.
Ja tak dla pucu, aby Austriaków zmylic, mam bilet powrotny, ale bez
miejscówki. Zreszta najblizszy pociag, to wcale nie ekspres, bez miejscówek. Do
Warszawy wróciłem z wszystkimi bambetlami. No poległbym na tym Dworcu
247
Wschodnim, obrabowaliby mnie jak nic, gdyby nie to, ze Zygmunt czekał. No, to juz
chyba nie jest zle. Zawozi mnie swoja nowa Skoda pod kwatere. A ja myslałem, ze
juz do niej nie wróce i mówi:
- Nie wiem, cholera, o co chodzi, ale ktos spod Siedlec na ciebie czeka...
On nie wiedział, ale ja wiedziałem. Po całej tej aferze nie pojawiałem sie
u Przemyslidy, bo przeciez ciagle mogłem byc na smyczy. Tajniacy czasem potrafia
udawac, ze ich nie ma - a zreszta nie byłem pewien, czy on nie działał przy tej
"Zatoce", czy tez "Zalewie" - i czy go nie zamkli... Chwalic sie nie miałem czym.
Wprawdzie rozliczony byłem z nim na biezaco, ale te dwie sztabki niby
szwajcarskie, to były jego, a przepadły...


- No i widzisz, młodu człowieku, nigdy nie trzeba ignorowac starych
przyjaciół. Nawet jesli oni nie beda sie mscili, to los moze sie zemscic... Uznano, ze
skoro jednak troszke na tych operacjach zarobiłes, to powinienes sie rozliczyc co do
grosza. Mam nadzieje, ze odkładałes dla siebie w autentycznych sztabkach
bankowych. No to własnie takie mi zwróc. Ja sie nie obraze...
Dobrze Przemyslidzie było mówic... Ale wychodziło na to, ze całe
ryzyko finansowe brałem na siebie ja. Mógłby sie przynajmniej podzielic - on
sztabke i ja sztabke... Ale powiedział to wszystko tonem tak autorytarnym, ze lepiej
było nie kruszyc kopii. Facet miał wejscia, skoro sprowadził mnie z trasy. A juz
dwukrotnie sadziłem, ze jest załatwiony. Po raz pierwszy, gdy w 1968 wypedzali
Zydów ze szczególnym uwzglednieniem tych umoczonych w stalinizmie. A on mi
wygladał na takiego własnie. A drugi raz, gdy własnie ostatnio pół zarzadu drugiego
rozpedzono za szmugielek złota i dewiz. Dało mi do myslenia, ze nie wpadły sztabki,
ale mimo to sadziłem, ze palce maczał w tym Przemyslida.
- Masz na to dwa dni. Za dwa dni przybadz tu z fantami. Gdybys był
sledzony, to masz trzy dni. Ale kłamac - to mówie w zaufaniu - nie warto... Ja bede
wiedział, czy sledza cie, czy nie?
248
Po złozeniu tego oswiadczenia wstał z fotela, odwrócił sie na piecie i
wyszedł z własnego salonu, zostawiajac mnie sam na sam ze swym muzeum. Nawet
herbata mnie nie poczestował.
W tej sytuacji powstałem i ja. Takoz odwróciłem sie n piecie i
wyszedłem, przez nikogo nie zegnany, na podwórko, do mojej syrenki.
Sledzony chyba nie byłem, a sprawdzałem to na rózne sposoby, lecz z
pewnoscia nie na wszystkie. Z Warszawy wyjechałem na Kielce bocznymi, a
własciwie polnymi drogami. Tak cyrklowałem, by dotrzec na jakas pierwsza w nocy,
lecz udało mi sie dopiero na czwarta. Nawet do rodziców nie zajrzałem.
Odwiedziłem tylko jeden ze schowków i wziałem, co miałem wziac. Wróciłem jadac
przez Ostrowiec, trasa na Lublin, szerokim kołem omijajac stolice. Wprost, a raczej
tez bocznymi drogami, pod Siedlce. Zajechałem na podwórko w porze obiadowej.
Nikt nie wyszedł mi na spotkanie. Przemyslida wprawdzie kazał mi
zjawic sie za dwa dni, ale mozna było to rozumiec, jako najpózniejszy termin. W
termosie miałem jeszcze troche kawy, bo najpierw ja oszczedzałem, a potem
zapomniałem o niej. Wypiłem w samochodzie i w najlepsze zasnałem. A zasnac na
siedzeniu syrenki nie jest łatwo.
Obudził mnie, delikatnie potrzasajac za ramie, gospodarz. Sadzac z lekko
obłoconych butów - charakterystycznych, z podeszwa, jak opona traktora - wracał ze
spaceru. Troche sie zawstydziłem. Ale i przestraszyłem. Przez cały ten czas, tak na
dnie, tkwiła we mnie pamiec sposobu, w jaki poznałem Przemyslide. Wówczas to on
strasznie sie mnie bał. Dzis, kto wie, moze ja powinienem sie bac?
Wziałem swój pakunek i poszedłem do mieszkania. Tym razem starannie
wytarłem buty. Poprzednio zapomniałem i zostawiałem slady na podłodze, a
zapewne i na dywanie.
Zasiedlismy w fotelach. Na stoliku połozyłem, delikatnie, aby nie
naruszyc wzorów na miedzianej blasze, pakunek. Przemyslida rozwinał papier,
nastepnie papiery, w które - kazda z osobna - zawiniete były sztabki i obejrzał je
249
uwaznie. Pomyslałem, ze on chyba pamieta kazda z osobna, bo zdawało mi sie, ze
wrecz je rozpoznaje.
Wyniósł je do innego pomieszczenia, a po chwili wrócił juz razem z
gospodynia niosaca kawe w pieknym, srebrnym i wypucowanym do połysku
dzbanku, a takze kanapki ze schabem pieczonym w domu. W srodek schabu
powtykane były suszone sliwki. Ciekawe, skad on brał ten schab i inne produkty w
kraju, gdzie w sklepie szynkowa, nawet lekko zzieleniała, była ozdoba działu miesno
- wedliniarskiego. Smietana, swieza, to było widac, tez była w dzbanku ze srebra, ale
mniejszym. Przemyslida bez słowa, lecz uwaznie mi sie przygladajac, nalał kawy i
gestem spytał, czy ja zabielic? Zgodziłem sie.
- Odwiedził mnie przyjaciel... Taki stary przyjaciel - znamy sie od
lat... Czasem odwiedzamy...
Z lekka zawołał:
- Michaile Grigoriewiczu... prosimy!
Wszedł do pokoju człowiek zaskakujaco niski, z perkatym nosem, duzym
brzuchem, w wieku co najmniej czterdziestu pieciu lat. Wszedł z baniasta butelka
brandy Maxim - bodaj najtanszego z francuskich w Pewexie. Tak dwie trzecie co
najmniej juz było wypite. Dopiero teraz powstał gospodarz, lecz zamiast dokonac
prezentacji podszedł do komody po kieliszki.
Facet, wygladajacy co najmniej komicznie, w swetrze z czegos
sztucznego przetykanego złota nicia, a dobrze juz wiedziałem, ze swetry najlepsze sa
z prawdziwej wełny, wzbudzał moja wesołosc. Sytuacja nie nastrajała do smiechu i
wcale nie wygladało na to, by roztropnie było smiac sie z przyjaciół Przemyslidy.
Nawet jesli zwykli nasaczac sie trunkami, które Stas rezerwował dla gorszych
swoich gosci. Nie watpiłem, ze Maxim nie był inicjatywa Przemyslidy. To tez udało
mi sie opanowac.
- Michaile Grigoriewiczu... Eto jest tot młody paren, o którym wam
wielokrotnie mówiłem. Jest troche nadgorliwy. Wywiazał sie z zadania o dzien
wczesniej...
250
- Oho - pomyslałem - z tymi sztabkami, to było tylko takie zadanie i moze
mi je zwróca?
- No... to za znajomosc... - odpowiedział ten malutki z dziwnym akcentem i
teraz, to juz miałem pewnosc, ze mam do czynienia z prawdziwym Rosjaninem.
Wypilismy do dna. Ja w pierwszej chwili nie zorientowałem sie, ze z
koniakówek mam pic do dna, ale natychmiast sie poprawiłem. Rosjanin wypił i
reszte wytrzasnał wprost na dywan.
- Dobry koniak - powiedział - nie tak ostry, jak nasz sowieckij... No...
kusz... jedz - młody człowieku, ty z drogi. Nie dziwisz sie, ze ja sowietskij
cziełowiek?
- Nie, bo wiem, ze pan Przemyslida to dobry internacjonalista.
Spojrzałem na niego mozliwie najbardziej spokojnym wzrokiem
zadowolony, ze tak zgrabnie znalazłem słowa...
- Masz racje... Dobry komunista i internacjonalista. A ty do Awstrii
chciałes, do wroga, na obcy teren. Czy ty jestes dobrym internacjonalista?
- Nie wiem, prosze pana, ale staram sie...
Rosjanin zachnał sie:
- Ja nikakoj pan - ja towarzysz... No i dobrze, staraj sie...
A po chwili, jakby sie wahał, ale w rzeczywistosci widziałem, ze jest to
wyrezyserowane, rzucił:
- A Kraju Rad, kraju awangardy klasy robotniczej, ty bys nie chciał
poznac?
- Chciałbym - szczególnie chciałbym zobaczyc, jak ludzie zyja... Nie tak z
wycieczka, ale wsród ludzi radzieckich...
Sam nie wiem, czemu tak powiedziałem. Po prostu powtórzyłem to, co
zasłyszałem od kilku gosci w pensjonacie, którzy mówiac o ZSRR narzekali, ze z
nikim normalnym nie moga tam porozmawiac, ze nie sa w stanie przebic sie przez
otoczenie przydzielonych im gepistów. Tylko domyslałem sie, ze gepisci, to nazwa
ich SB. Juz po chwili bałem sie, ze naruszyłem jakies tabu, zrobiłem cos
251
niedopuszczalnego tym bardziej, ze po raz pierwszy widziałem w oczach, jakze
zwykle dyskretnego Przemyslidy, po prostu zdumienie. Nie obce ono było tez, z
natury mało sugerujacej skłonnosc ku refleksji, twarzy Michaiła Grigoriewicza. A
jednak szybko sie opanował i poniewaz we flaszce po Maximie pozostało jedynie
wspomnienie, gestem zwrócił sie ku gospodarzowi. Ten zareagował, przyniósł
butelke Stock'a i jak to bywa zauwazył:
- "Koniak Stock przez cały rok"...
- Lato idzie, lato, towarzyszu... A jak juz bedzie prawdziwe lato, u nas, na
Krymie, to biełyj miedzwiedz najlepszy... Ooo - biełyj miedzwiedz... Ale dawaj etot
kaniak sztok...
Gdy tylko wznieslismy kieliszki, to perkaty rzucił:
- Za wizyte naszego młodego przyjaciela na Krymie, w prawdziwym
centrum rekreacji zdrowia i wypoczynku ludzi sawietskich.
A po chwili, gdy juz znów osiagnelismy dno kieliszków, dodał:
- Chcesz jechac w sposób nie zorganizowannyj. No charaszo...
Prigłaszaem... Mój brat, eto czestnyj czełowiek, no prosta - dusza człowiek.
Zoneczke - tak sie mówi po waszemu - zoneczke ma prima sort, taka rabotnaja...
Eeech - wypic by za naszije zeleznyje sawietskije zenszcziny...
Przemyslida - bez entuzjazmu dla samej czynnosci, zyczenie jednak
natychmiast spełnił... Po zeleznych sowietskich zenszczinach byłem juz niezle
wstawiony...


Tak wiec, na lato zamiast do Wiednia udałem sie do Zwiazku
Radzieckiego na słynny Krym. Wize w ambasadzie radzieckiej podbito mi
wprawdzie niezbyt elegancko, bo portier o twarzy dosc mocno zdegenerowanego
alkoholika i roznoszacy analogiczne wonie stanowczo zazadał, bym spluwał tylko do
spluwaczki, gdy ja w ogóle nie planowałem spluwac... za to bardzo szybko - wciagu
trzech godzin. Przy okazji, zgodnie z rada Michaiła Grigoriewicza, w bufecie
252
kupiłem po piec małych puszek kawioru czarnego i czerwonego, piec puszek
bezsensownie tłustej tuszonki wołowej z fabryki w Baranowiczach - kazano mi
sprawdzic - czy z fabryki w Baranowiczach, czy nie, no i dwadziescia kartonów
amerykanskich papierosów.
Dla przecietnego Polaka, nawet oficera wysokiej szarzy, były to boskie
dary kupione za bezcen. Papierosy po trzydziesci piec złotych za karton, czyli w
cenie sportów, tuszonka jak tuszonka - tłusta, bo tłusta, ale dawała sie na ciepło
zjesc, a kawior - wszyscy mówili, ze taki dobry, no to dobrze... Wszystko to
zawiozłem do rodziców i dopiero pod mamy reka tuszonka nabrała sensownego
smaku. Ojciec słyszac, ze jade do zeteserer, az pokrasniał z zadowolenia, choc od
razu mnie przestrzegł, bym nikomu nie mówił bez potrzeby, a i matce zabronił.
Uwazał bowiem, ze bez potrzeby do zetesereru nikogo nie zapraszaja i byle dyrektor,
to moze sobie jechac do Bułgarii, ale człowiek z perspektywami, który ma zrobic w
kraju kariere, winien jezdzic do zetesereru. Gdy wyjezdzałem, mama dała mi
formalne błogosławienstwo, zabroniła pic z Rosjanami wódke, a juz zupełnie
zabroniła w czymkolwiek im sie sprzeciwiac, bo dla Rosjanina zastrzelic człowieka,
to jak zjesc bułke z masłem... No i dała mi, specjalnie przyniesiona z apteki, bardzo
podobno skuteczna masc rteciowa na wszy. Dosc sumiennie musiałem powtórzyc,
które czynnosci wypadnie podjac, gdyby ta masc była potrzebna.
Nie sadziłem, aby ta cała masc miała mi byc bardziej potrzebna, niz w
kraju, a nigdy dotychczas nie musiałem jej uzywac, ale zapakowałem. Walizke
przeciez, i to skórzana, miałem pojemna.
Ale nie widac było, by mama sprzeciwiała sie wyjazdowi. Przeciwnie -
miałem wrazenie, ze z tym samym nastawieniem zegnałaby mnie przed wyjazdem do
USA. Moze na poniewierke, ale na pewno po dolary...
Zygmunt odprowadził mnie na Dworzec Wschodni. Bilet kupiłem w
"Orbisie" w Alejach Jerozolimskich i gdy tylko przedstawiłem paszport, to kasjerka
najpierw sprawdziła w przetłuszczonym i rozpadajacym sie zeszycie, a potem,
dokładnie mi sie przygladajac, wzrokiem takim bardziej policyjnym, czy ja na
253
fotografii, to ja za szyba, wreczyła mi miejscówke pierwszej klasy. Oprócz walizki
miałem jeszcze olbrzymie papierowe torby z Pewexu, gdzie w zgodzie z rada
Michaiła Grigoriewicza nabyłem trzydziesci par spodni ze scieralnego dzinsu Rifle
dla dorosłych i dwadziescia par dla dzieci, a Stas załatwił mi i to od reki,
dwadziescia piec par polskich, z gorzej scieralnego dzinsu, jakos taniej, bo po sto
szescdziesiat złotych, kupionych na bazarze Rózyckiego od bab. Te dzinsy masowo
produkowało całe podziemie funkcjonujace wokół podkarpackich wiosek z
Rzeszowszczyzny. Nasi w ogóle nie potrafili sobie z tym dac rady, wiec tylko
kontrolowali, co i jak. Tak słyszałem jeszcze w pensjonacie, ale miałem poglad nieco
bardziej sprecyzowany. Tych trzech oficerów od szytych w kraju dzinsów, po pijaku
dosłownie szastało pieniedzmi i zaraz po marcu 1968 dziewczynom wkładali miedzy
nogi całe rulony brudasów wołajac, ze teraz to oni sa bananowa młodziez.
Do tego wszystkiego dołaczyłem piec pojedynczych gum bubble-gume -
amerykanskich - na padarunek dla syna gospodarza, dwadziescia krajowych
pakiecików gum po piec z prywatnej wytwórni, dwanascie parasolek damskich
składanych i szesc meskich, tez składanych. Jechałem wiec na ten Krym jak z szabru,
obciazony niesamowita iloscia wyrobów, o których skadinad, nie tylko do Michaiła
Grigoriewicza wiedziałem, ze w zeteserer sa chodliwe. W banku polskim zas
wymieniłem w oparciu o specjalny talon wreczony mi po prostu przez Michaiła
Grigoriewicza, trzysta szescdziesiat rubli - kwote podobno znaczna - i to wpisano mi
do ksiazeczki walutowej. Dokładnie je sobie obejrzałem. Trzydziesci szesc, prosto z
drukarni, czerwonych banknotów po dziesiec rubli. Nic sie od czasów caratu nie
zmieniło - dziesiec rubli papierowych to czerwoniec... U nas w kieleckiem jeszcze o
tym pamietano. Tyle, ze kiedys za czerwonca, tak wspominano, to porzadnego
cielaka kupił...
Myslałem, ze poznam kogos stamtad w przedziale, nawet przygotowałem
sobie cała koncepcje, jak by tu sie mozliwie duzo dowiedziec, samemu mówiac jak
najmniej. Słówek uczyłem sie ze słownika, który kupiłem w antykwariacie za
trzykrotna cene w stosunku do tej wytłoczonej na okładce. Był troche zuzyty, ale
254
jeszcze kompletny, a nowych w ksiegarniach nie było. Miały byc jakies wielkie
słowniki w pałacu kultury, w jakims Orpanie, czy jak, ale łaziłem po tym pałacu i nie
znalazłem... Zgłupiałem i niepotrzebnie pytałem, gdzie jest ksiegarnia, w której
mozna kupic słownik i rozmówki polsko - rosyjskie? Chłe, chłe... No to pewnie, ze
mnie dezinformowali...
Jednak az do granicy jechałem sam. Wagonowa - baba rozłozysta,
wzrostu grenadierskiego, w wieku nie do ustalenia, z kokiem tak wysokim, z włosów
tak dziwacznie, chyba nieumiejetnie pofarbowanych, ze roznoszac posciel z tkaniny
bawełnianej o fakturze papieru sciernego, zamiatała sufit, kazała przyjsc po kipiatok
"czerez dziesiat minut"...
Za dziesiec minut ruszyłem korytarzem ku koncu korytarza, gdzie kłebił
sie juz niezły tłumek Rosjan. Teraz dopiero domysliłem sie, ze Polacy jezdzili,
zapewne polskimi wagonami, tez zreszta właczonymi do składu pociagu. Pozostałe
kobiety tez miały koki, zreszta w róznych kształtach, lecz nieodmiennie olbrzymie...
Doprawdy, radziecka ziemia karmi kobiety o niezwykle gestym i obfitym owłosieniu
na głowach...
Gdy tylko wagonowa mnie dostrzegła, dosłownie rykneła na pozostałych
podróznych:
- Towariszczi, tawariszcz inastraniec - dawajcie jewo...
I jak za dotknieciem czarodziejskiej rózdzki utworzył sie w korytarzu
szpaler miedzy podróznymi wiodacy mnie wprost do olbrzymiego blaszanego
pojemnika wmontowanego w sciany wagonu, pod którym, mimo niesamowitego
upału palił sie, niczym w wiejskiej kuchni, wegiel. A okna, jak sie zorientowałem,
były zasróbowane.
Wagonowa wyciagneła w moim kierunku szklanke w metalowej oprawce
i z irytacja, ze marudze, sykneła:
- Brasaj, tawariszcz, czaj...
Ja domysliłem sie, o co chodzi, ale oczywiscie własnej herbaty ze soba
nie miałem. W termosie miałem kawe, ale herbaty w wiórkach nie... Szybko jednak,
255
nieomal na wyscigi, zaczeli mi podrózni wsypywac w te szklanke po troche herbaty
tak, ze do jednej trzeciej wypełniła sie suszem.
- Nu - kulturna... - skomentowała to baba i odsypała wiekszosc w skrawek
gazety, zrobiła tutke i po prostu włozyła mi do kieszeni marynarki. Reszte zalała,
wsypała trzy czubate łyzki cukru, a gdy z namaszczeniem trzymałem te szklanke w
jednej rece, to do drugiej podała mi najpierw piwo, a potem pół litra wódki. Ja wódki
nie chciałem brac, lecz ona autorytatywnie zakrzykneła:
- Bieri, bieri... paka i jest...
Potem jeszcze dodała olbrzymia puszke tuszonki. Flaszki ulokowałem w
kieszeniach marynarki, a ona dodała:
- Tri piatdziesiat siem...
Gdy pokazałem, ze nie mam jak siegnac do portfela, wzruszyła
ramionami:
- Patom...
I rzeczywiscie. Wszyscy brali ten sam zestaw, tylko na dzieci wydawała
wrzatek, tuszonke i piwo, ale bez wódki. Ludzie przeciw temu protestowali. Ogladali
te butelki i ze znawstwem oceniali:
– eksportnaja...
Czyli tak jak i u nas - to co eksportowe – widac... jest lepsze...
W przedziale - bukwy juz jako tako przypomniałem sobie w Warszawie -
dokładnie przeczytałem etykiety. Wódka była "moskovskaia" i etykieta zapisana była
łacinskimi literami, piwo było Zigulowskie i wypicie go, ciepłego jak zupa, lecz bez
watpienia samego w sobie nie do przyjecia, było czynem ponad moje siły, zas
tuszonka była wołowa, tak jak te moje z ambasady, ale wieksza i nie z Baranowicz.
Przed Przemyslem poszedłem do toalety. Przezyłem szok, a nie mam
słabych nerwów. Gdy tylko otworzyłem drzwi, a mogłem sie tego domyslac, bo w
upale i zaduchu po całym korytarzu rozchodził sie znajomy mi z krajowych
pociagów, które jednak przeciez sa wietrzone, charakterystyczny zapach. Ale gdy
tylko otworzyłem drzwi do toalety, to jakas siła wypchneła mnie dosłownie na
256
zewnatrz. No... ale wejsc musiałem. Zamiast muszli klozetowej była po prostu dziura
w podłodze. Wprawdzie zaznaczone były miejsca sugerujace, gdzie nalezy postawic
stopy, lecz nie wszystkim to sie udało. Mocz po prostu chlupotał na podłodze
rozchodzac sie falami w rytmie stukotu wagonu o szyny. Nie była to woda, gdyz
wody w kranie nie było. To wszystko by mnie nie dziwiło, te obrazki znałem z
repertuaru pekape, lecz nie w tym natezeniu! Dopiero gdy wychodziłem, to
zauwazyłem kłab jakiejs miekkiej brunatnej bawełny, tez zapewne nie pieknie
pachnacej, choc ja juz nic nie czułem. Starannie, nie dotykajac jej palcami, wytarłem
o nia buty. Czym predzej wróciłem. W ustach czułem smak skwasniałego - to było
dla mnie doprawdy odkryciem - gówna. Czym predzej, wbrew swym obyczajom,
odkreciłem kubeczek od termosu i nalałem sobie po wrabki, ciepłej bo ciepłej,
wódki. Wypiłem toto nieomal po rosyjsku, na dwa razy!
Ciagle jeszcze byłem zszokowany, gdy weszli polscy pogranicznicy i
celnicy. Z wrazenia zapomniałem schowac napoczeta butelke. Pogranicznik pieknie
zyczył mi, salutujac, miłej podrózy i to był optymistyczny akcent - wojsko jednak
potrafi sie zachowac... Celnicy tez byli uprzejmi. Dwaj, bez watpienia działali na
zlecenie, porachowali dosłownie wszystko i choc na zakupy w Pewexie miałem
stosowne rachunki i wolno mi je było wywiezc, to jednak parasolki i spodnie z
bazaru były ewidentnym szmuglem. A jednak nawet powieka im nie drgneła.
Zanotowali nawet chusteczki do nosa i tez sie pozegnali zyczac miłego wypoczynku.
O celnikach to i owo sie słyszało, wiec na ich zachowanie złego słowa nie moge
powiedziec. Ale było jasne, ze Franek, choc przeciez krajowe rzeczy kupowałem
przez Zygmunta i Stasia, to jednak chciał byc zorientowany.
Rosjanie zas wpadli do przedziału jak szarancza. Akcja sie powtórzyła.
Znów wszystko notowali i tez niczemu sie nie dziwili. Byli bardziej wnikliwi. Kazali
mi spuscic spodnie, pochylic sie i zajrzeli w odbyt. Ja roztropnie podczas wizyty z
toalecie miałem własny papier toaletowy, lecz uzywałem go w nienormalnym dla
mnie pospiechu, wiec wszystkie te zabiegi nie musiały byc dla funkcjonariuszy
budujace. Wcale ich nie załowałem... Wygladali jak bandyci w mundurach i takie
257
mieli maniery. Bez słowa odwalili po hejnale z mojej flaszki, nawet nie powiedzieli,
ze "wkusna" i poszli.
Flaszke z reszta alkoholu wrzuciłem do pojemnika na smieci i
systematycznymi ruchami, jak automat, wyciagnałem z walizki płaska butelke
jarzebiaku z metalowym kieliszkiem. Walnałem sobie dwa pojemniczki pod rzad,
poprawiłem kawa i uspokoiłem sie. Miałem jeszcze tez płaskie Martineu, ale
postanowiłem nie otwierac. W tym upale łatwo mogłem sie upic. Była bowiem noc,
sama w sobie parna, a na dodatek te okropne okna były zasrubowane. Jedyny wlot
powietrza był - teraz to wiedziałem - przez dziure w kiblu.
We Lwowie korzystajac z półgodzinnego postoju wyszedłem na peron.
Nie chciałem oddalac sie od wagonu ze wzgledu na pozostawione w nim rzeczy,
jednak zdecydowałem sie ruszyc ku cysternie, a której rozlewano jakis płyn.
Odcyfrowałem napis - kwas. Cos słyszałem, ze to zapewne kwas chlebowy - ponoc
doskonały na kaca.
Własnie na moich oczach milicjanci wygonili spod cysterny prywatna
inicjatywe - babe sprzedajaca, pewnie za grosze, olbrzymie puste słoje na kwas dla
nie zaopatrzonych przybyszy zza granicy. Ludzie natychmiast - u nas to by
gardłowali, a przynajmniej uzalili sie nad staruszka - zaczeli kupowac w stoisku
obok pełne słoje. Potem doczytałem - to był sok z brzozy. Wylewali go wprost do
rynsztoka i puste baniaki podawali sprzedawcy celem powtórnego napełnienia
krwistoczerwonym płynem lecacym z kurka. Zapach tego czegos był mi chyba
znany... Płyn był dosc chłodny, bo czułem to przez szkło. I dosc w sumie drogi - za
trzy litry prawie rubla... Spróbowałem - to było czerwone wytrawne wino... Nie
miałem szansy przywitac Ojczyzne Proletariatu na trzezwo...
Gdy z tym baniakiem wróciłem do przedziału, to siedziała w nim juz
nowa pasazerka... Moze przed trzydziestka, raczej obfitych kształtów,
prawdopodobnie w delegacji, bo miała ze soba tylko niewielka, jak wiekszosc
miejscowych - jeszcze bardziej obskurna, niz to zdarzało sie w Polsce - walizke.
258
Dosc szybko nawiazalismy rozmowe. Znała polski! Co wiecej - równiez
jadac do Odessy, gotowa była mi udzielic praktycznych lekcji jezyka rosyjskiego.
Tak wiec cała prawie dobe przegadalismy z doskonałym skutkiem dla mnie.
Wprawdzie była dosc wscibska i pytała o zbyt wiele rzeczy osobistych, ale albo ja
zbywałem, albo, gdy była nachalna, zwyczajnie łgałem. Dopiero, gdy zblizalismy sie
do miasta, to mi powiedziała, ze jest przydzielona mi przewodniczka i tłumaczka
pracujaca w turystycznej firmie Intourist. Aha - taki głupi to nie byłem - juz ja tam
wiem, jak sie nazywa jej biuro turystyczne...
W Odessie wysiedlismy wieczorem. Miasto jakies jakby zaciemnione. O
godzinie dziewietnastej ich czasu ulice po prostu puste. Czekajaca na nas luksusowa
taksówka marki Wołga dojechalismy do hotelu - po rosyjsku - gastinica - o nazwie
"Łondonskaia". Cos w rodzaju warszawskiego Bristolu, tylko duzo mniejszego. No i
jeszcze gorzej utrzymanego - podłogi wprawdzie pastowano i froterowano, ale chyba
od rewolucji nie cyklinowano. Zdumiała mnie liczba karaluchów. Gniazdo -
ewidentnie - miały w tapczanie w moim dwuosobowym pokoju. Kolacje zjadłem
sam w barze na pietrze. Jakas fatalna szynka, tłusta kiełbasa. Wszystko pokrojone w
plasterki centymetrowej grubosci. Ja chyba zapomniałem, ze jestem tu gosciem i
łamana z polskim ruszczyzna usiłowałem wynegocjowac pokrojenie dla mnie wedlin
nieco cieniej. Babol, moze czterdziestoletni, melancholijnie chudy, z wielkimi
oczami i monstrualnym kokiem w kształcie zupełnie foremnej łodzi rybackiej, przy
tym raczej nie uczesany - bo cała ta fryzura była ewidentnie nie pierwszej swiezosci,
doskonale mnie zrozumiał i odciał sie, ze palców dla mnie to ona nie bedzie sobie
obcinac.. Pokazała przy tym te swoje nie obciete palce i okazało sie, ze ma nie
obciete, ale paznokcie, pomalowane jakims kiepskim, złuszczonym lakierem, przez
który przebijała załoba ordynarnego brudu. No... jak ja bym cos takiego zauwazył u
moich tłumoków kuchennych rodem z pegeeru, to normalnie tłukłbym i patrzył
tylko, czy równo puchnie!
259
Zapłaciłem za to jakies zupełne grosze i reszte sumiennie mi wydano.
Bufetowa usiłowała wcisnac mi jeszcze czekolade, ze niby na zgode, ale choc i w
Warszawie był to rarytas, to zrezygnowałem.
Inni goscie tez jedli. Przygladali mi sie z zainteresowaniem, choc
przeciez obcokrajowiec nie mógł na nich w takim hotelu robic wiekszego wrazenia.
Potem zszedłem na dół, do holu, gdzie juz czekała Udarka - moja
poznana w pociagu przewodniczka. Wyszlismy na spacer. Hotel stał na wysokiej
skarpie, wzdłuz której szedł zle oswietlony bulwar. W dole widac było port. Jakies
trzydziesci metrów od budynku hotelowego był skwer z pomnikiem - jak sie
dowiedziałem - diuka Richelieu. W metnym swietle było widac, ze stary. Dziwne to
było, ze kardynał Richelieu, chyba jeszcze młody, bo bez brzucha, a przeciez
czytałem "Trzech muszkieterów", był tutaj w Odessie i na dodatek ponoc zakładał
miasto. Udarka dopiero po chwili, gdy weszlismy w przylegajacym budynku do baru
"Domu Oficera", za okazaniem przez nia jakiejs legitymacji - zapewne legitymacji
przewodnika turystycznego - he, he.. - wyjasniła mi, ze to był inny Richelieu -
progresiwnyj, czyli postepowy, gdy ten z "Trzech muszkieterów" był reakcyjny i na
dodatek pop katolickiej cerkwi.
Zaraz potem spytała, czy chce jutro isc do katolickiej cerkwi, ale
oczywiscie od razu odmówiłem. To zmija!
Jeszcze raz mnie podchodziła mówiac, ze Zwiazek Radziecki w obronie
pokoju, w celu osłaniania swych licznych sojuszników, musi ponosic olbrzymie
koszty łaczace sie z wielkimi wyrzeczeniami, z radoscia ponoszonymi przez ludzi
radzieckich i dlatego na ulicach moze mi sie wydawac, ze nie wszystko jeszcze jest
w nalezytym porzadku. Ja jej na to, ze przeciwnie, wszystko jest wspaniale, ludzie
mili, a miasto jak nalezy i niczym nie rózni sie od miast w Polsce, moze z wyjatkiem
Warszawy, bo Warszawa jest nowoczesna i ma prawie same nowoczesne budynki.
Udarce mysl, ze miasto nie powinno miec starych budynków bardzo sie spodobała.
260
A co jej miałem powiedziec? Czy to, ze z tymi swoimi obdrapanymi
kamienicami z ubiegłego wieku Odessa wydała mi sie jeszcze brzydsza, niz
Piotrkowska w Łodzi? Ale sama zrozumiała...
W barze Klubu Oficera kłebił sie dziki tłum oficerów i ich niezwykle
krzykliwych zon w róznym stopniu upojenia alkoholowego. Stare sciany były chyba
nawet niedawno malowane, a moze bielone wrecz wapnem, przez który przebijały
sie jeszcze bardziej fantazyjne niz w hotelu kształty narastajacych grzybów. Jednak
było tak parno, ze pewnie grzyb wyrastał tu jeszcze zanim zawieszono wieche nad
dachem. My w kazdym razie z zadysponowana przez Udarke butelka koniaku,
kilkoma cukierkami i oranzada, wyszlismy na podwórko, gdzie były rozstawione
tandetne stoliki ze skrzypiacymi krzesłami. Stół - czy to stojac na nierównym terenie,
czy tez majac nierównej długosci nogi - w kraju najczesciej chodziło o to ostatnie -
zakolebał sie, gdy usiłowalismy za nim zasiasc i butelka spadła rozbijajac sie w
drobny mak. Trzeba przyznac, ze w tej temperaturze natychmiast owiał nas obłok
doskonałego aromatu. Udarka wstała, poszła do bufetu, a ja za nia.
Za poprzednie zamówienie ja zapłaciłem. Tym razem zapłaciła ona.
Chciała cos jeszcze, zapewne, by ktos posprzatał szkło. Bufetowa, której kok
przypominał korzen buraka cukrowego, z którego wyrastały dwie łyzwy, stanowczo
odmawiała. Wtedy Udarka pokazała swoje mozliwosci - rozdarła sie na cała sale
elektryzujac nawet niektórych pijanych oficerów, a juz na pewno wzbudzajac zywe
zainteresowanie ich kłebiacych sie po sali bez miejsc siedzacych zon. Wrzeszczała
cos o gosciu z sojuszniczej Polski i inne dyrdymały, ale tonem, który wskazywał, ze
ryczec na wszystkich to jej wolno. Bufetowa jednak, widac zaprawiona w niejednym
boju, wzruszyła ramionami i odpowiedziała:
- Kurica nie ptica, a Polsza nie zagranica...
Byłem tak zbaraniały, ze nawet nie pomyslałem, aby jakos zareagowac.
Po prostu, jak sadze, rozdziawiłem jape... W tym momencie jednak refleksem
wykazała sie Udarka. Kocim ruchem chwyciła bufetowa za kudły, ale nie szarpneła.
261
Dzieki temu, poniewaz miała dłuzsze od niej rece i w ogóle solidniej wygladała, była
pania sytuacji:
- No bladz, bystra... - dosłownie wycedziła.
Bufetowa, bez ruchu, rozkazała swej pomocnicy posprzatac i na tym sie
skonczyło. Wyszlismy z sali, w której panowała nieomal absolutna cisza. W slad za
nami podazała pomocnica bufetowej, moze siedemdziesiecioletnia staruszka na
krzywych i niezwykle cienkich nózkach z trudem, ale i z wprawa niosaca wiadro i
miotłe. Tu jednak nowa katastrofa: na stole pozostał tylko talerzyk po konfietach, a
jedna z dwóch butelek oranzady była wypita. Udarka, ciagle jeszcze rozgrzana
niedawnym zwyciestwem, bez jakiegokolwiek zdziwienia rozejrzała sie po sali. Poza
naszym były w sporym oddaleniu od siebie jeszcze dwa stoliki i oba były zajete.
Przy jednym siedziało czterech młodych oficerów, jeszcze moze nawet trzezwych i
chyba zazenowanych sytuacja. Przy drugim stoliku było trzech w wieku trzydziestu
moze lat...
Udarka podeszła do tego drugiego stolika i bez słowa, wkładajac palce
lewej reki w dziurki od nosa pierwszego z brzegu oficera postawiła go do pionu, a
zaraz potem prawa dłonia trzymajac butelke, palec srodkowy tej dłoni wsadziła
dosłownie w oczodół delikwenta. Palec haczykowato wbijał sie w oczodół, a samo
oko wygladało, jakby bliskie było wypadniecia, jednak jeszcze nie wypadło. Druga
reke, to dostrzegłem dopiero po chwili, energicznie trzymała w kroczu tego faceta.
- Konfiety - znów wycedziła, choc z pozorami spokoju.
Po gosciu nawet nie widac było, ze jest przerazony. Wygladał tak, jak
wygladac moze człowiek na chwile przed utrata jednego z dwóch oczu...
- Wania... kanfiety - wyszeptał z wielka ostroznoscia, by niczym nie
zirytowac mojej Udarki.
Wówczas drugi z oficerów nie wstajac rzucił garsc cukierków na
wapienne płyty, którymi wyłozone było podwórko.
- Na stoł... wor... - warkneła Udarka.
262
Z drugiego stolika poderwał sie młodziak i połozył cukierki na stole.
Zaraz potem usiadł. Moja towarzyszka ostroznie wyjeła palec z oka, ale druga reka
uczyniła jakis energiczny ruch, bo jej ofiara natychmiast upadła na ziemie zwijajac
sie z bólu. Jego koledzy poderwali sie, podniesli go i biorac ze soba w kieszen
napoczeta flaszke ze swojego stolika, szybko sie oddalili. W slad za nimi ruszyli ci
młodzi.
Dosłownie widac było, ze Udarka jest z siebie dumna. Ale mimo to oboje
przez cały wieczór sympatycznie rozmawialismy nie napomykajac nawet o
incydencie. Choc wyobrazam sobie - ten oficer - a wyraznie to nie on ukradł
cukierki, tylko jego kolega - musiał byc w swojej jednostce juz skonczony.
Noc spedzilismy u mnie w pokoju. Bufetowa zalu nie miała, bo gdy na
odchodne zamówilismy szampana, to przyniosła, specjalnie dla nas, dwie flaszki
porzadnie zmrozonego i połusuchowo - czyli półwytrawnego, gdy innym dawała
gorszy, wytrawny i na dodatek nie z lodówki.
Udarka znów usiłowała wyciagnac ze mnie informacje, ale korzystajac z
intymnosci sytuacji poprosiłem, by wreszcie dała spokój. Powiedziałem to mozliwie
taktownie takze po to, by jej nie zirytowac.
W pokoju zabawialismy sie soba prawie cała noc. Łapałem karaluchy i
puszczałem je po jej ciele. Wcale sie nie brzydzilismy. Smiechu było co nie miara,
gdy takie szkaradnie wielkie, wasate, właziły tam, gdzie nie trzeba... Az piszczała z
zadowolenia!
A swoja droga, czekoladowe cukierki, nawet tak marne, jak sowieckie, do
koniaku, to dobra rzecz...

**************************************************

W pociagu na Krym Udarka opowiedziała mi dowcip o Odessie:
- Rozmawia dwóch ludzi - jeden adesyta, czyli mieszkaniec Odessy, a drugi
mieszka gdzies indziej. Ten nie z Odessy pyta: - "skolka liudziej zywiot w Odesie?
263
No sztoz - otwieczaiet adesyta - połtora miliona budziet... A jewriejew skolka? -
znowa spraszywaiet etot nie adesyta. A ja i skazał - otwieczaiet adesyta"...
W Dzankoi, juz na Krymie, u samej nasady półwyspu, była przesiadka.
Miejscowosc jest malutka, własciwie tylko stacja kolejowa i osiedle kolejarskie.
Mielismy pare godzin, wiec spacerowalismy. Wszedzie szwedało sie mnóstwo
wojskowych w czarnych mundurach - wojsko kolejowe. Ale byli jacys dziwni,
niezwykle krepi, potezni jak szafy trzydrzwiowe. Spytałem zatem, skad oni takich
biora?
- A u nas w specwajskach daja zołnierzom takie cud pigułki. Oni je jedza i
jak w czarach drobni chłopcy staja sie potezni w barach. Ooo... u nas sa najlepsi
inzynierowie zdrowia i fizkultury. Gdy tylko w nastepnej pieciolatce zwiekszy sie
produkcja specpastylek, to nawet telefonisci u nas beda jak atleci. Nic tylko na
olimpiade ich puszczac. Ale nie martw sie... Dla armii sojuszniczych tez nie
bedziemy niczego załowac. Wam tez cherlactwo nie jest w koszarach potrzebne...
Doprawdy, Kraj Rad zdumiewał mnie. Oficerowie kradna cukierki z
oranzada, baby leja chłopów, a chłopy sa chodowani tak dobrze, ze cały swiat moze
tylko zazdroscic... No i w kosmos posłali Gagarina pierwszego... Ale ba... My
swoich Zydów jak idioci wyrzucilismy za granice, a oni nic... Swoich trzymaja, jak
który chce emigrowac, to go wysyłaja, ale na Syberie. Całe miasta, jak Odessa, maja
pełne Zydów. To i nic dziwnego, ze nauka u nich taka przodujaca. Zydzi im
wszystko wymysla. Udarka tez tak sadzi. Dlatego uwaza, ze antysemityzm, to jest
błedna i szkodliwa koncepcja. Wystarczy tylko pilnowac, aby Zydzi nigdzie poza
nauka nie dominowali. Nawet w nauce tez trzeba pilnowac, aby nie było wiecej, niz
te piec procent Zydów w poszczególnych rocznikach akademickich. I to wystarczy.
No i do wojska nie trzeba ich wpuszczac, bo z Zydów zadne wojaki. A nasze Franki,
pany Mieczysławy i tak dalej, zamiast korzystac ze sprawdzonych wzorów, naszych
Zydów wypusciły. I potem dziwic sie, ze takie pastylki, zamiast samemu
produkowac, zalewac nimi Zachód, sprzedawac im za dolary, nawet dawac na
Wschód - co tam.. - my musimy sie prosic Rosjan.
264
Na razie jeszcze nasi Polacy sa jakby wyzsi i lepiej zbudowani niz ludzie
radzieccy, ale nie miałem watpliwosci - to tylko kwestia czasu. A zreszta po co sie
szarpac z ta produkcja zywnosci, martwic pustymi hakami, skoro na rynek mozna
rzucac byle co, dopchac pastylkami i tez bedzie dobrze? Tylko czy nasi to
zrozumieja? Im tylko kiełbasa w głowie... Zarli by i zarli, a peerel skad ma na to
zarcie brac?
A ludzie radzieccy - w tym juz sie zorientowałem - w sklepach było
mało, a i pieniedzy maja mało, mimo to sa szczesliwi i beda tak dorodni, jak ci z
Dzankoj. To chyba musi na tym polegac, ze u nich mimo wszystko swiadomosc jest
wyzsza...
Udarka powiedziała mi, ze w Dzankoj w 1920 roku dowodził walkami na
Krymie generał Wrangiel. Ja cos ze szkoły pamietam, ze gdy Piłsudski naiwnie
rzucił sie na Kijów, z taka potega zadarł i oczywiscie dostał po dupie, to Wrangiel -
generał białogwardzistów - maszerował na Kijów, albo co? Taki głupi jednak, zeby
sie nadziac na tani chwyt, to ja nie byłem i o nic Udarki nie wypytywałem, tylko
skomentowałem:
- I Wrangiel i Piłsudski - duraki, bo sowietskij sojuz jest wieczny i
sprzeciwiac mu sie nie nalezy!
Ach, jaka była zadowolona po tej deklaracji! Skwapliwie dodała:
- Pół miliona naszych sowietskich sołdatów poległo za wyzwolenie Polski.
I teraz sowietskij sojuz i polska narodna respublika sa jak dwie siestry... Jedna jest
starsza, a druga jest młodsza.
- No zdziro - pomyslałem - dobrze sobie przypominam obchody tysiaclecia
panstwa polskiego.
Ale oczywiscie o tym nie wspomniałem.
Z Dzankoj do Teodozji jechalismy niebywale rozpalonym wagonem. W
srodku nie było przedziałów. Ludzie dosłownie mdleli. Przez cały czas kołatała mi
sie mysl, aby stłuc szybe i tylko dobre wychowanie mi w tym przeszkodziło. Do
265
restauracyjnego nie moglismy pójsc, bo wszystkich czemodanów nie moglismy ze
soba taskac, a zostawiac nie było bezpiecznie.
Zdumiało mnie, ze baby w dowolnym wieku, na oczach wszystkich w
tych wagonach bez przedziałów przebieraja sie. A nie wydaje sie, by były
bezwstydne. Po prostu w takim wagonie - chyba słusznie - uwazaja, ze normy
cywilizowane nie obowiazuja.
W Teodozji na dworcu, a dworzec jest tam wprost na bulwarze
nadmorskim, z rak Udarki przejał mnie gospodarz, Nikołaj Grigoriewicz, brat
Michaiła. Tego nie spodziewałem sie. Sadziłem, ze na cały czas pobytu w zeteserer
Udarka jest mi przydana. A tym czasem moje bambetle wyladowały w koszu
zdobycznego niemieckiego zundappa, ja sam usiadłem na tylnym siedzeniu, a
motocykl z wielka wprawa wymijajac spacerowiczów prowadził Nikołaj
Grigoriewicz. Nawet sie z Udarka nie zdazyłem pozegnac. Pomachalismy do siebie
rekoma...



Nikołaj Grigoriewicz był starszym bratem Michaiła, piecdziesiecioletnim
emerytowanym oficerem wojska lub KGB, zwolnionym z armii w stopniu mi nie
znanym, lecz chyba pułkownika. Miał juz czwarta zone, bo poprzednio w odległych
garnizonach i słuzac za granica zenic sie musiał w pospiechu, bez zastanowienia i
dobra kobieta trafiła mu sie dopiero za czwartym razem.
Tego wszystkiego dowiedziałem sie, gdy zajechalismy do domu. Uliczka
troche w głebi Teodozji, w dawnej dzielnicy tatarskiej, wykładana białymi
wapiennymi kamieniami, z których zbudowano tez ciagnace sie z obu stron mury
kolejnych, przylegajacych do siebie posesji. Jaskrawe, odbijajace sie od białych
kamieni swiatło i niebywały gorac ustapiły natychmiast, gdy przez furtke weszlismy
do srodka. Obok furtki były drzwi garazu, nad którym nadbudowane było jeszcze
mieszkalne pietro. Tam mieszkał wraz z rodzina gospodarz. W centrum posesji stał
266
obszerny, parterowy dom kamienny rozparcelowany na pokoje do wynajecia.
Miedzy domem a murem od ulicy było ocienione trzema olbrzymimi drzewami
morelowymi atrium. W srodku malutka, czynna fontanna, której woda ciagle sie
rozpryskiwała na drobne kropelki, tworzyła, w cieniu moreli, swoisty mikroklimat.
Pod daszkiem na czterech kamiennych słupkach stał na wolnym powietrzu
zachodnioniemiecki telewizor marki Telefunken - dobitne swiadectwo pobytu
gospodarza w NRD; i przedwojenny polski, doskonały zreszta, jak sie okazało,
radioodbiornik marki Elektrit. Ja słyszałem, chyba od ministra od likwidacji
rzemiosła, który sam był wilniukiem, ze to była fabryka w Wilnie zrabowana przez
sowietów w 1939 i wywieziona wraz z załoga do Minska. Podczas ataku
niemieckiego na zeteserer fabryke ewakuowano na Syberie, a poniewaz w 1944
Minsk sie spalił, to zainstalowano ja z powrotem, nie wiadomo dlaczego, nie w
Wilnie, lecz w Rydze. Oczywiscie, od 1939 produkowała pod inna marka. O los
wozonej w te i nazad załogi nie pytałem, bo minister, pod koniec zycia przestawał
byc ostrozny, jeszcze by powiedział tak wprost, nie owijajac w bawełne i musiałbym
znów na niego doniesc...
Pokoik dostałem mały, dwułózkowy, z szafka, stolikiem i dwoma
fotelami. W sciane wpuszczona była wieksza szafa, której jedna półka była za
szkłem. Wszystkie te meble wykonano domowym sposobem, ale solidnie i z
porzadnych materiałów.
Gdy tylko sie rozpakowałem, gospodarz poprosił mnie do atrium.
Usiedlismy na ławie pod murem domu przy jeszcze jednym stoliku. Na stole stała
popielnica ze spiłowanej łuski armatniej. Obok był kosz na smieci z o wiele wiekszej
łuski, pewnie do działa okretowego. Przyszła jego zona, Marija - tak mi ja
przedstawił i dobitnie kazał mówic do niej po imieniu. Ukłoniła sie, jakby była
kelnerka. Liczyła sobie jakies trzydziesci piec lat. Była Mołdawianka, czyli - czego
dotychczas nie wiedziałem - po prostu Rumunka. Bardzo pracowita kobieta.
Przyniosła dwie szklanki z grubego, lanego szkła i butelke chłodnego
wina.
267
- To wino, to Cziornyj Doktor - zaznaczył gospodarz.
Było smaczne - ciezkie, półsłodkie, a moze półwytrawne - słabo sie na
tym znam.
Okazało sie, ze dom jako ruine gospodarz kupił, gdy przechodził na
emeryture. Sam pochodził z Uralu i te upały troche go meczyły. Wszystko własnymi
rekoma odbudował, rozbudował, nawet muszle klozetowe udało mu sie załatwic,
przez brata. Rzeczywiscie, muszle były jak najbardziej z Polski, potem to
sprawdziłem, bo z polskimi napisami, ale jakies przedwojenne chyba, pewnie
wymontowane z rozbieranego budynku. W kazdym razie spłuczka była zeliwna z
napisem "Niagara" i od razu czułem sie jak w domu. Kablom, gdy sie im
przyjrzałem, tez nic nie brakowało. Elektrycznosc rozchodziła sie po domu
wojskowymi kablami z czasów hitlerowskich, w ołowianych koszulkach, z nazwa
wytwórni i gapami Wehrmachtu.
W zasadzie nie wolno było w zeteserer wynajmowac pokoi
wczasowiczom, ale po pierwsze, to wszyscy tak robili, a po drugie - z czegos trzeba
zyc. Emeryture bowiem Kola ma dobra, ale zawsze nowa kopiejka sie przyda. Potem
zorientowałem sie, ze brał od łebka osiem rubli za nocleg. A to wcale nie były
kopiejki.
Trzecia zona myslała, ze do konca zycia zyc bedzie jak kuracjuszka, wiec
musiał ja przepedzic. Ozenił sie ze sklepowa w sklepie spozywczym. Codziennie
widział, ze to robotna dziewczyna, a gdy na jego oczach utłukła szwedajacego sie o
sklepie szczura, to juz wiedział, ze jest to ta baba, której mu było trzeba. Teraz nadal
pracuje w sklepie, ale tylko siedem miesiecy na pół etatu. Sklep jest naprzeciw
szkoły powszechnej, w której uczy sie ich jedyny syn, to go moze dogladac. Potem
sie dowiedziałem, ze od poczatku maja do konca wrzesnia Marijka po prostu
konsekwentnie szła na chorobowe. Gdy tak sobie gadalismy, to ona moje brudne po
podrózy ubrania własnie prała, o czym wcale jeszcze wówczas nie wiedziałem.
Zorientowałem sie, gdy po chwili rozwieszała je na sznurze tłumaczac sie, ze nie
pytała, bo przeciez to wszystko, w tym upale, to za pietnascie minut bedzie suche.
268
Stołowac sie miałem w Domu Oficera Armii Czerwonej o dziesiec,
pietnascie minut drogi od domostwa gospodarzy. Gdyby jednak tego było mało, to
mogłem podobnie jak pozostali wczasowicze, w tej chwili przebywajacy na plazy,
gotowac sobie równiez w domu. Czego nie bedzie w sklepie, to sie na bazarze
dokupi...
Wszystko za mnie wobec Kolki i wobec stołówki jest opłacone. Te
rzeczy, które przywiozłem ze soba na sprzedaz, to on chetnie kupi, chyba ze znajde
lepszego kupca, ale jego zdaniem nie jest to prawdopodobne. Na bazar nie wolno mi
isc jako sprzedawca, wiec kazda pare spodni i kazda parasolke za kazdym razem
musiałbym brac na siebie i ze soba. Wtedy ludzie beda mnie zaczepiac i tak
sprzedam, nawet troche drozej, ale zyc mi nie dadza, dopóki ostatniej rzeczy z Polski
nie sprzedam. To juz lepiej jest konsekwentnie odmawiac i za pare rubli mniej miec
swiety spokój.
Mikołaj Grigoriewicz powiedział, ze chodzic moge wszedzie, gdzie chce
w obrebie miasta, ale nie poza nim, bo w południowej czesci, na bulwarze, w
dawnym pałacu Mienszykowów, czasem wypoczywaja towarzysze z najwyzszych
władz i nie wolno im przeszkadzac, a jeszcze dalej na południe, w Płanerskie, sa
atomnyje łodki i straznik, jak głupi, to moze nawet zastrzelic. Dopiero potem
dowiedziałem sie, ze w Płanerskie koło Koktebelu sa nie tylko łodzie podwodne,
zreszta w warunkach Morza Czarnego podobno kompletnie nieprzydatne, ale i willa
towarzysza Brezniewa.
W pewnej chwili na moich oczach spadły w kepe kwiatów przy fontannie
dwie dojrzałe morele. No tak, zyc tutaj i nie umierac... Po prostu slicznie...
Domysliłem sie, ze Mikołaj Grigoriewicz jest dobrze zorientowany w
tym, co mam ze soba na sprzedaz, a to dzieki szczegółowej kontroli na granicy.
Umówilismy sie na sto dziesiec rubli za spodnie Rifle dla dorosłych, sto za Rifle dla
dzieci i dziewiecdziesiat za podrabiane Rifle z bazaru Rózyckiego. Po dwadziescia
piec zaproponował za parasolke, a poniewaz odniósł wrazenie, ze sie waham, to
najpierw zaproponował dwadziescia siedem, a potem dwadziescia osiem rubli. Ja
269
miałem ze soba dwie puszki kawy rozpuszczalnej - jedna Nesca od Stasia, a druga
krajowa Marago od rodziców i on sadził, ze to tez na sprzedaz, ale wyprowadziłem
go z błedu.
W tej sytuacji udałem sie do mojego pokoju i do kuchni przygotowac
poczestunek: kawe i koniak Martineu. Wszystko to przyniosłem na drewnianej tacy
słuzacej, jak sie zdaje, takze jako deska do krojenia wedlin. W tym czasie z domku
nad garazem schodził takze Mikołaj Grigoriewicz. Z zachwytem spojrzał na butelke.
Łacinskie litery nie były mu obce i szybko odcyfrował napis "France". Dostrzegł, ze
przyniosłem trzecia szklanke dla jego małzonki. Zachował sie stosownie, jesli
zwazyc, ze ta flacha kosztowała tak pomiedzy połowa, a jedna trzecia przecietnej
pensji krajowej. Było co doceniac. Nie musiał wiedziec, ze były czasy, gdy takie
trunki traktowałem nie lepiej niz oranzade...
Zaproponował, całkiem roztropnie, by napic sie dopiero wówczas, gdy
sie obrachujemy. Zgodziłem sie z tym. Marijka zaczeła mu dawac jakies znaki i
zauwazyłem, ze w garsci trzyma jeden parasol meski i jeden damski. Mikołaj
Grigoriewicz ze zrozumieniem kiwnał mi głowa i zaproponował, ze za parasolki,
skoro sa składane, zapłaci mi po czterdziesci rubli. Ja, powodowany nie wiem czym,
poniewaz wbrew mym obyczajom, zgodziłem sie na trzydziesci piec, na co
rozmówca odpowiedział, ze trzydziesci szesc i niczym na targu powiatowym z
rozmachem podalismy sobie rece na zgode. On jeszcze musiał rachowac nowe
liczby, a Marijka bez liczydła nie chciała mu pomagac. Na chwile wycofał sie do
swojego mieszkanka nad garazem, by po chwili wrócic i połozyc dosłownie stos
czerwonych dziesieciorublówek
- Wosiem tysiaczej sto czityrnatcat rubliej. Paszczitajcie, jest charaszo ili
niet?
I zaczelismy rachowac. Składalismy banknoty w kupki po dwiescie
piecdziesiat. Wszystko sie zgadzało. To była góra pieniedzy - Wołga - fakt ze bez
talonu niedostepna - kosztowała dziesiec tysiace rubli. Potatarski dom dostał Mikołaj
Grigoriewicz, fakt, ze w ruinie, a poza tym po cenie urzedowej, za siedemset rubli.
270
Inna sprawa, ze swoich pieniedzy, szczególnie w Pewexie, tez wyłozyłem bardzo
duzo, tak mniej wiecej trzydziesci pensji krajowych. No ale w rewanzu dostałem
ponad osiemset przecietnych miejscowych pensji. Jeszcze z Warszawy wiedziałem,
ze dolar na czarnym rynku kosztuje od dwóch i pół rubla w Armenii do trzech rubli
w Moskwie i to z pocałowaniem reki. Wychodziło na to, ze lezało przede mna trzy
tysiace zielonych... dwa porzadne mieszkania w Warszawie kupione na wolnym
rynku!
Oczywiscie miałem własnych pieniedzy duzo wiecej, szczególnie w
złocie i u rodziców. Ale te dochody na razie sie skonczyły i choc spodziewałem sie,
ze do czegos bede potrzebny Przemyslidzie i niewielkiemu wzrostem bratu Mikołaja
Grigoriewicza, to jakie z tym beda sie łaczyc pieniadze, przewidziec nie mogłem. Ja
po prostu, moze własnie poza Przemyslida, nie znałem nikogo równie bogatego, jak
ja. Choc oczywiscie nikt sie swoimi zasobami nie chwali, to jednak mogłem ocenic,
ile wyciagał od Stasia Franek - z pewnoscia duzo mniej niz ja. A przeciez - uchodził
za trzecia osobe w panstwie. Nie pod wzgledem dostojenstw, lecz realnych
wpływów. Chyba jednak wiecej miał pułkownik Watroba z melasy pana Antoniego
w cukrowni w Nakle. Ale ile takich interesików mogli prowadzic ci najwieksi?
Jeden, dwa, trzy? Nie wiecej!
Marijka troskliwie umyła nasze szklanki po winie w fontannie i ja
rozlałem. My mezczyzni siedzielismy, a Marijka skromnie popijała juz nieco
wystygła kawe na stojaco pomimo, ze obok stał taboret. Wskazałem gestem, ze toast
winien wzniesc gospodarz i w tym momencie zorientowałem sie, ze jego zdaniem
nalanie do mniej wiecej jednej trzeciej wysokosci rozszerzajacej sie szklanki, moze
po niecałe sto gram, jest nietaktem. Szybko wiec uzupełniłem do wysokosci dwóch
trzecich. Całej szklanki w tym upale chyba bym nie wytrzymał...
- Za druzbu miezdu narodami, za druzbu miezdu narodnoj respublikoj
polszy i sowietskim sojuzem, za druzbu miezdu nami...
No i oczywiscie, nawet Marijka chlapneła, jak wode, cały stakan. Ja,
rzecz jasna, tez.
271
- Wkusne - powiedziała Marijka
- Wkusne - potwierdził Mikołaj Grigoriewicz.
- Wkusne - i ja dołaczyłem do chóru.
Zagryzlismy rozpołowionymi przez gospodynie morelami i popilismy
kawa.
Mikołaj Grigoriewicz zaproponował, ze skoro nie moge wpłacic tych
pieniedzy na ksiazeczke, on zreszta tez nie powinien tego robic, bo "cisze idziosz,
dalsze dajdziosz", to on wezmie na przechowanie. Potem poczeka sie na dostawe
kolca do sklepu juwielerniewo i tam w porozumieniu z Annuszka, podruga Marijki,
w zgodzie z rada brata, przerobi sie to wszystko na slubne obraczki.
Po chwilowym zastanowieniu uznałem, ze tak bedzie najlepiej. Od tej
chwili codziennie rano Mikołaj Grigoriewicz przychodził do mnie do pokoju i bez
słów, aby inni nie słyszeli, pytał - czy i ile ma mi dac pieniedzy? Ja zas starałem sie
miec przy sobie zawsze sto piecdziesiat do dwiescie rubli.
W Polsce w jeden dzien przepuscic pół pensji nie było łatwo, ale było to
mozliwe. Ja zas, robiac co sie dało, nie byłem zwykle w stanie tych piecdziesieciu
rubli róznicy wydac przez trzy dni. A przeciez pensja polska to było wyraznie wiecej,
niz pensja radziecka.
Nad reszta koniaku przeszedłem z Mikołajem, czyli Kola, na ty. Jakos tak
w ciagu godziny od naszej transakcji Kola pojechał swoim motocyklem, na razie
ciagle osieroconym w garazu bez towarzystwa samochodu i wkrótce wrócił z nowa,
niezbyt wielka, ale i nie najmniejsza lodówka. Marijka zaraz dokładnie ja umyła. Ta
lodówka stała w kuchni, obok wiekszej, dla wszystkich i przeznaczona była tylko dla
mnie.


Teodozja jest po prostu piekna. Kola wział mnie motocyklem na
pragułku. Siedziałem w honorowym miejscu - w koszu ze specjalnie sprofilowanym
siedzeniem dla erkaemisty, gdy tym czasem na tylnym siodełku trzymał sie
272
specjalnego mocowania jego dziesiecioletni syn, tez Kola. Chciał byc marynarzem,
potem zołnierzem, a teraz giepista, tak jak stryjek. Pocieszny maluch!
Sa zabytki: najwazniejszym jest wspaniały, chyba granitowy pomnik
marynarzy, którzy dokonali desantu na opanowana przez hitlerowców Teodozje. Nie
jest taki duzy, jak w Wołgogradzie, opiewajacy bohaterstwo zwyciezców w
Stalingradzie, ale zawsze. Gdyby dac mu wyzszy cokół, to byłby zdecydowanie
wiekszy od naszej warszawskiej Nike.
Rosjanie umieli walczyc! Wysadzili kilkadziesiat tysiecy desantowców
na brzegu i zabrali statki. Radzcie sobie teraz towarzysze sami... A Niemcy -
wiadomo, łatwo sie nie poddaja... Wszystkich ruskich wybili! Tylko kilkunastu
przedarło sie w góry i przeszło do działan partyzanckich. Kola w zaufaniu powiedział
mi, ze czesc z nich poddała sie Niemcom i tych, po wyzwoleniu, Stalin po połowie:
jednych kazał powiazac drutem kolczastym na szosie i rozjechac czołgami, a
drugich zesłał na Sybir. To sie nazywa dyscyplina! Oni naprawde podbija swiat! I to
zrozumienie dla wartosci zdobyczy wojennej. Do dzis za najcenniejsze uchodza
zegarki z wyzwalanej Europy. Raz Marijka z zachwytem popatrzyła na moja Doxe i
mówi:
- Trofiejna...
- A trofiejna, trofiejna, kanieszna... - odpowiedziałem w zgodzie z prawda...
Swietnym zabytkiem jest zamek genuenski. Och - wspaniała jest jednak
historia Rosji. Juz w sredniowieczu zachodni imperialisci usiłowali ja kolonizowac,
zamki tu budowali - znaczy sie - kosztowne inwestycje realizowali, a przeciez
nadaremno... Podobno wówczas Teodozja nazywała sie Kaffa. Ale jeszcze
wczesniej, antyczni Grecy tez kolonizowali Teodozje. Teraz archeolodzy radzieccy
wnikliwie wszystko badaja.
Na drugi dzien po przyjezdzie, gdy tak sobie gulalismy, to tylko na
sniadaniu byłem w Domu Oficera, bo za obiad dla naszej trójki zapłaciłem w
herbaciarni obok zamku. Obiad fatalny, ale co tam... Zreszta, prawde mówiac, tak
złych gospód, to w Polsce nie ma. Nawet najgorszych Gminnych Spółdzielni... Na
273
szczescie Kola wcale nie lubi pic wódki przy kazdej sposobnosci. Bystry facet - od
razu zauwazył, ze ja tez. Powiedział mi jednak, ze tym chwalic sie nie nalezy, bo
niektórzy głupi ludzie uwazaja, ze jesli ktos ciagle nie pije wódki, to nie jest szczery.
Ja mu na to powiedziałem, ze wódke pije w miare, jak on, a przeciez jestem szczery.
Ustalilismy, ze gdybym cos wiedział, a raczej dowiedział sie od ludzi radzieckich, co
mogłoby byc interesujace dla organów, to zebym sie nie przejmował, nie szukał
jakiegos kagiebe, tylko od razu jemu powiedział.
Przejechalismy obok przepieknego i odremontowanego domu
wczasowego dla towarzyszy z kace partii i kace zwiazków zawodowych. Akurat
nikogo z najwazniejszych nie było, wiec udawalismy, ze mamy jakis interes i
przejechalismy obok, nawet niezbyt szybko. Zaraz potem był taki fragment szosy, z
którego widac było basen portowy okretów podwodnych. Umówilismy sie, ze razem
z małym Kola mamy miec głowy skierowane na wprost i tylko zezowac bedziemy
we własciwym kierunku. Udało sie, tylko ja, psia krew - nic nie zobaczyłem. No nie
zdazyłem. Mały Kola mówił, ze cos widział, a ja nie widziałem.
Kapalismy sie w morzu. Łowilismy kraby. Kola złapał dwa, gdy ja
zobaczyłem jeszcze jednego. Wynurzyłem sie i zawołałem Kole, bo kraby łowi sie
sposobem i jeszcze nie chciałem sam ryzykowac. W wodzie krab jest bardzo zwinny
i moze ugryzc. Palca nie odgryzie, ale zawsze... Pełna dłonia, by nie miał za co
chwycic, trzeba go wypchnac na powierzchnie, a potem silnym ruchem wyrzucic na
chwile ponad wode. On z powrotem opada na wode i przez chwile znajduje sie na
powierzchni. Wówczas nie moze manewrowac - tak tłumaczył mi Kola i miał racje -
wtedy trzeba gada chwytac palcami za korpus miedzy łapami ze szczypcami i jest
nasz!
Woda jest czysta i bardzo ciepła. Na brzegu tłumy ludzi - zabawnie
wygladaja te ruskie baby ze swoimi kokami na piasku.
Potem na prosbe małego Koli obejrzelismy jeszcze pomnik Pawki
Morozowa. Cos i tu cholera nie gra - zakablował własnych rodziców, wiec dziadek
go zatłukł. Miał racje staruszek - na bliskich sie nie donosi - co innego obcy... Kola
274
wprawdzie nic nie powiedział synowi, ja oczywiscie tez nie, ale widac było, ze jest
tego samego zdania, co ja i ze domysla sie, jaki jest mój poglad.
Troche jednak przesadzaja.
Kolacje zjadłem w Klubie Oficera. Jakies mieso w burym sosie, z kasza,
do tego kiszona, ubiegłoroczna kapusta, sok i chleb. Aha - na poczatku jeszcze była
zupa. Chleb jedza do wszystkiego - to juz od samego poczatku zauwazyłem.
Ja jem w ostatniej turze. Pierwsza tura w ciagu czterdziestu minut zjada
potrawe wykonana z najlepszych produktów. Druga tura w pół godziny zjada te same
dania z gorszych produktów. Potem trzecia tura - z najgorszych. Wszystko to sa
oficerowie z domów wczasowych wraz z rodzinami. Wreszcie czwarta tura dla
oficerów z miasta, niekiedy po prostu emerytowanych i mieszkajacych na miejscu.
Tu do poszczególnych stolików przypisani sa ludzie tych samych kategorii. Ja mam
pierwsza kategorie i jem razem w admirałem, który admirała dostał, gdy szedł na
emeryture. Teraz tutaj mieszka i stołuje sie razem ze swoim letnikiem - malarzem z
Minska, który mieszka u niego od maja do pazdziernika. Tylko ze malarz siedzi przy
innym stoliku. Je razem z nasza tura, ale wedle trzeciej kategorii.
Nadto jeszcze jest wdowa po generale. Ja ciagle, od smierci meza, chca
przerzucic na trzecia kategorie, ale ona sie uparła, bo mówi, ze lekarz jej przepisał
norme zywieniowa dietetyczna i tylko pierwsza kategoria spełnia te warunki. Babsko
jest durne i pełne fochów. Admirał dla niej, to nikt znaczacy, bo admirała i to
najnizszego dostał juz na odchodne i nigdy nie dowodził formacja własciwa dla rangi
generała.
Admirał dowodził okretami rzecznymi i twierdził, ze rzeczna, a raczej
słodkowodna flota radziecka jest wielokrotnie potezniejsza od floty amerykanskiej.
A nadto, z nie mniejsza wnikliwoscia dostrzegł, ze jesli taka idiotka, jak Jekaterina
Pawłowna - nasza wdowa - miałaby byc jego zona, to on dobrze zrobił rozchodzac
sie ze swoja baba i zostawiajac jej swoje mieszkanie gdzies nad Amurem. Zreszta
mieszkanie jej zabrali, bo nie była juz zona oficera i przeniesli ja do komunałki -
jakiejs drewnianej robaczywej rudery.
275
Zdaje sie, ze tu jeszcze trudniej o dobra zone niz w Polsce i w takim razie
rozumiem zadowolenie mojego gospodarza Koli, ze wreszcie wyszukał taki skarb jak
Marijka. Ona nawet koka nie ma.
Trzeciego dnia przed obiadem do Domu Oficera wyruszyłem okrezna
droga, najpierw do bulwaru, a potem bulwarem do ulicy, przy której jest Dom
Oficera. Po drodze, tak z ciekawosci zajrzałem do sklepu spozywczego. Produktów
niewiele, ale choc to zwyczajny, niewielki sklep, to obok cukru, soli i chleba
sprzedaja ciepły bulion z pierozkami. Postanowiłem spróbowac. Jednak zle trafiłem,
bo akurat był pierieryw na otdych dla załogi - czyli pietnastominutowa przerwa. No
ale ja miałem czas. Usiadłem sobie grzecznie przy stoliku, a przed lada kłebił sie
tłumek z dziesieciu moze alkoholików - zazwyczaj z wojennymi medalami na
piersiach. Co jakis czas pogaduja z ekspedientka, trzydziestoletnia baba jak forteca z
fryzjerska wieza zamkowa na głowie.
Chca sie napic i prosza ja po imieniu i otczestwie, zeby jednak , nie
zwazajac na przerwe dała im flaszki. A ona nic. Dumna niczym ruski bojar stoi
wyprostowana za lada, plecami jednak opiera sie o regał. Biały fartuch ma po prostu
mokry od potu i pali sobie kózke. Kózka to papieros Biełomor lub Kazbek, z długim
pustym w srodku filtrem, przełamany w dwóch miejscach tak, ze niczym fajka do
góry sterczy raczej krótki fragment papierosa z tytoniem.
Nagle, w jakiejs determinacji, ku ladzie przedziera sie na wózku z deski i
czterech kółek inwalida wojenny bez obu nóg ucietych przy samym korpusie.
Przemieszcza sie odpychajac dłonmi od ziemi i aby mu tych dłoni nie podeptali, na
wszystkich głosno krzyczy. Dotarł do lady tak, ze tylko czubek oczu mu do niej siega
i dawaj - uraga... Ty taka nie taka lafiryndo, ja za ciebie w boju walczyłem, medale
dostałem - a medali rzeczywiscie miał sporo - ty mi teraz wódki nie chcesz sprzedac.
Wystapienie jego było dosc długie, przy czym dwa razy nazwał ja bladzia.
Sprzedawczyni - jak sadziłem - zawstydzona, a raczej, sadzac z
kompletnego braku reakcji mimicznej na to, co sie dzieje - aby sie odczepic od
intruza - ostatecznie inwalida wojenny - co z takim robic - przyblizyła sie do lady. Z
276
blaszanej, sporej miseczki na drobne wsypała monety do szuflady i z rozmachu, ta
micha, jak nie walnie kombatanta w łeb, ze tylko fiknał i bez czucia łupnał o
kamienna posadzke.
- A wot tiebie miedal! Rugat' budziesz sawietskuju rabocziu zenszczinu...
Kombatanci od razu ucichli - dyscyplina jednak ciagle jeszcze w nich
była zywa. Inwalida po chwili zamroczenia jakos sie wtaskał na swoja deske z
kółkami od wózka dla dzieci i tez wiecej nie gardłował.
A pierozki w bulionie były pierwsza klasa. Sam bulion po prostu od razu
wyparował ze mnie w formie potu. W kolejce nie stałem, bo sklepowa od razu
wyłowiła mnie z tłumku jako jedynego kulturnego człowieka.
Po obiedzie zaprosiłem na spacer admirała wraz z jego kolega -
malarzem. W koncu trefilismy do niego do domu. Admirał - okazało sie - podczas
wojny pływał monitorem po którejs z rzek syberyjskich. Dowodził tam słuzbami
patrolowymi i eskortował transporty wodne. Potem, w czterdziestym trzecim,
marynarzy wzieli mu na front jako podoficerów w jednostkach formowanych z
aresztantów. A on został na gospodarstwie z nieliczna załoga i tylko pilnował. A w
1944 wzieli go razem z czescia okretów - tych mniejszych, które dało sie, chocby i w
czesciach załadowac na wagony i przeniesli ich z mysla o uzyciu na Dunaju. Wtedy
był po raz pierwszy w Teodozji. On montował statki, a NKWD wysiedlało Tatarów.
Znał, kogo trzeba i załatwił sobie taki domek. Teraz, na emeryturze, odremontował
go, odpucował, ale letnikom nie chce mu sie wynajmowac. Pieniedzy ma dosc, wiec
tylko dawny ordynans, malarz Owsiejenko, na lato do niego przyjezdza. W remoncie
pomoze, wódeczki razem sie napija, na bulwarze obrazki sprzedadza. Sprzedaje niby
malarz, ale admirał na te okazje zakłada mundur i juz nikt sie nie targuje.
Anton Siergiejewicz Owsiejenko był niezwyczajnym malarzem. To
znaczy w Polsce byłby chyba zwyczajny, bo malował bohomazy, z których nic nie
mozna zrozumiec, choc przyznaje - gdy popatrzec, to jednak przejmujace. Ale w
Kraju Rad nie ma bohomazów. Jesli dobrze zrozumiałem, to tu nadal obowiazuje
realizm socjalistyczny, jak u nas przed piecdziesiatym szóstym. No i dobrze - obraz
277
to obraz, a nie jakis Picasso. No wiec on dla siebie maluje gołe baby, nawet czesto
ładnie, ale nierealistycznie, bo na przykład na niebiesko i jakby fruwajace, albo co?
Niektóre, to nawet dla mnie, z moim doswiadczeniem zyciowym, były mocno
wyuzdane.
A gdzies ty widział na plazy sowieckiej goła babe - ja sie go pytam.
Po prawdzie, to kostiumy kapielowe maja tutaj najrózniejsze i niejeden
jest tak porozciagany, a juz biustonosze u kobiet z mniejszymi piersiami tak bardzo
nie dopasowane, ze równie dobrze mogłoby ich nie byc. No ale bez kostiumu to
nawet dwuletniego dziecka nie zobaczysz.
On mi na to, ze owszem, zawiezie mnie na taka plaze, gdzie same gołe
baby sie opalaja, tylko ze my tez musimy tak samo. Chciałem mu na to
odpowiedziec, ze w porzadku, ze mi to zwisa, czy jestem w gaciach, czy nie, ale nie
umiałem tego wyrazic po rosyjsku, wiec tylko sie zgodziłem.
Admirał sadził, ze zostałem zmuszony sytuacja na te zgode, wiec
tłumaczył, ze choc jego dawny ordynans ma nieestetyczna, nawet nie leninowska,
lecz wstyd powiedziec - bucharinowska brode, to jednak jest malarzem, artysta i
wiele trzeba mu wybaczac. A takze, ze nigdy na bulwarze nie sprzedaja tych bab,
najwyzej koneserom.
Mieszkanie miał urzadzone w przedwojenne orzechowe meble i w ogóle
takie wedle wzorów przedwojennych wytworne. Nawet kotary miał w oknach
pluszowe, rozciagane na ozdobny sznurek. Jakas stara baba, która na miesiac
dostawała siedem rubli emerytury, usługiwała im. Okazało sie - wdowa po oficerze
zawodowym, który dostał sie do niewoli, albo w ogóle cos z nim sie zrobiło nie tak,
wiec ja po wojnie wzieli do obozu i potem dali najnizsza emeryture. Ale schludna
staruszka i robotna. Duzo toto nie zje, a w domu u admirała jest porzadek i nawet
ładnie.
W dwóch pokojach porozwieszane sa obrazy Owsiejenki, lecz w salonie,
a takze w gabinecie admirała - bo admirał ma nawet własny gabinet - jak trzeba -
wisza jedynie fotografie okretów rzecznych, a z boku, w miejscu ikony - malowany
278
portret Stalina. Nadto po całym mieszkaniu wisi sporo obrazów Owsiejenki
pokazujacych okrety i statki na morzu. Te obrazy - zdaniem admirała najpiekniejsze,
a zdaniem Antona bezwartosciowe, razem sprzedawali na bulwarze. Anton w
dobrym dniu potrafił namalowac i dziesiec. Przed sniadaniem tasmowo malował na
wszystkich jedne detale, przed obiadem reszte, a przed kolacja wykanczał. Po kolacji
zas szedł bez admirała do herbaciarni i sie upijał. Tylko wówczas, gdy malował
obrazki marynistyczne, tak sie upijał, ale zawsze. Na bulwar brał sztalugi i
sprzedajac jedynie udawał, ze maluje.
O tym Stalinie - proszono mnie, bym nie mówił nikomu i to był bład, bo
tak, to mógłbym uwazac, ze wszystko jest normalnie, a tak, to oczywiscie musiałem
poinformowac.
Anton po drodze kupił lody, takie najlepsze, po dwadziescia kopiejek,
szesc sztuk, meskie porcje podwójne. Usiedlismy w atrium. Tu tez była mała
fontanna, tylko ogródek mniej dopieszczony niz u Koli i zjedlismy te lody pod
butelke wódki. W trakcie sobie przypomnielismy, ze babuszka tez człowiek i kazdy z
nas odłozył na talerzyk troche loda dla niej.
Zaciekawiło mnie, ze gdyby Anton usiłował swoje gołe baby sprzedawac
na bulwarze, to mogliby go zamknac do obozu, albo, co gorsza, uznac za
schizofrenika i zamknac w szpitalu dla wariatów...
No rzeczywiscie, trzeba byc wariatem, by takie głupstwa malowac, ale w
Polsce wszyscy malarze sa wariatami i przeciez od tego wcale nie sa niebezpieczni.
Po co ich zamykac? Admirał tez uwazał, ze jesli malarz tak widzi swiat jak
Owsiejenko, to nie jest zdrowy na umysle, ale akurat Owsiejenko nawet muchy by
nie ukrzywdził, na wystawy ze swoimi babami sie nie pcha, pokazuje je tylko
dorosłym i czesto członkom partii, nigdy nawet studiujacym i pracujacym
komsomolcom, wiec jemu wolno dac spokój.
Wzdłuz całego miasta, równolegle do bulwaru, ale w odległosci moze
dwustu metrów od niego, leci przykryty jeszcze przedrewolucyjna chyba, zeliwna
krata, sciek. Wszelkie nieczystosci w tym upale maja okropny, słodkawy zapach.
279
Nad tymi kratami sa tarasy restauracji i kawiarn, ludzie lody jedza i to im nie
przeszkadza, a przynajmniej konsekwentnie udaja, ze nie przeszkadza. Duzo mniej
intensywnie, ale ten zapach dociera takze do ogrodu admirała.
Ale Anton to jest wariat. Tak przy lodach opowiedział kilka wierszyków,
którymi podobno racza sie na co dzien inteligenci radzieccy. Jest to tak zwany
„czarny chumor dziecinny”, bo tematem jest zawsze smierc, albo cos w tym rodzaju
z udziałem dziecka. Kilka potem sobie wynotowałem:

Malczik Miszania naszoł chleborez
Ticho w kwartiru direktora wlez
Bystro swerszyłsia czornoe deło
W wannie naszli rasczliennoe ceło

Babuszka wnuczku oczen liubiła
Minu w postel jej ana połoziła
Nocziu dwa moszcznych razdalisa wzrywa
Wnuczenka babuszku toze liubiła

Krasnoj płoszczad’, zelenyie jełki
Malczik guliaet w bełoj futbołke
Cziornaja „Czajka” promczałas szur - sza
Net, nie dazdiotsa mat’ małysza

Malczik Petrunia na kuchnie zarił
Ticho szof – powar k niemu podwalił
Budet teper dlia raboczewo kłasa
Sorok kilo swarenowo miasa

Malczik Parania po relsam guliał
280
S zadi paraniu tramwaj daganiał
Dołgo wizzali kolesa tramwaja
Sinye kiszki na osi motali

Dewoczka k moriu kupatsia poszła
Ticho akuła k niej padpłyła
Liazdnuli zuby, bryznuła krow
Wot szto takoe – k prirode liubow

Bantiki, szortiki, zwozdoczki w riad
Tramwaj pereehał atriad aktiabriat
Siska nalewo, siska naprawo
S nimi pagibła wozataja Kława

Albo inaczej i dziwniej, bo do dzis nie wiem, czy zastepowy aktiabrat,
czyli takich ichnich zuchów, był dywersantem, czy raczej miał cechy radzieckiego
marszałka?

Zwiozdoczka k zwiozdoczke, kosticzki w riad
Tramwaj pereechał atriad aktiabriat
Riadom wazatyj bułku zujet
Zawtra on nowyj atriad prowiedet

Kinuł Andriusza w teatr snezok
Wietsa na Tiuzom (teatr junnosti) cziornyj dymok
„Tak i bywaet” – Andriej gawarit
Jesli w snezok załazisz dynamit


281
A admirał dla smiechu zrewanzował sie:

Malczik za reczkoj naszoł pistoliet
Bolsze w derewnie miliciji niet
Malczik w awrage naszoł pulemiot
Bolsze w derewnie nikto nie ziwiot
Kromie deda Archimieda, u katorowo torpieda
Kromie babki – parazitki, u katoroj dwie zenitki

Smieszne to, a zreszta i Koli sie podobało, szczególnie wierszyk admiralski...




Nastepnego dnia na sniadanie były karbonady, czyli kotlety,
teoretycznie chyba schabowe, z ryzem i z buraczkami - rzecz jasna z ubiegłego roku.
Jeszcze ani razu nie jadłem ziemniaków. Admirał z Owsiejenka jadali tylko
sniadania i obiady. Po sniadaniu mielismy z Antonem jechac do miejscowosci
Koktebel na gołe baby. Na to sie nie umawialismy, lecz on wział na to sniadanie
sztalugi i drewniana torbe z farbami. Znaczy sie - bedzie malował. Ja miałem
nadzieje, ze moze sobie jakos tak z boczku przycupniemy, nikomu nie bedziemy sie
rzucali w oczy, a on nie - ze sztalugami - widac chce robic wokół siebie zbiegowisko.
Jem tego swojego karbonada - tak na oko ochłap dosc chudego surowego
boczku, albo podgardla wieprzowego panierowanego. Od samego patrzenia na gluta
z ryzu robi mi sie niedobrze - wszystko to razem na dodatek jest poteznie przesolone.
Mnie głowa boli po wczorajszej wizycie u admirała - sam admirał mimo tych
samych dolegliwosci jednak przyszedł i zaleca mi klina - chocby i zygulowskie, jesli
akurat jest w sklepie. No ale ja mam tego dosc - zajezdza od admirała jak z gorzelni,
a generałowa az chłonie ten zapach. Pewnie jej nieboszczka małzonka przypomina...
282
Podchodze wiec do stolika trzeciej kategorii, gdzie mój Anton ze sztalugami bez
krepacji zajada kotleta popijajac jakims tanim winem. Czy on chce dostac zawału?
Po winie na słonce - w taki upał - w cieniu czterdziesci stopni jak obszył... Wiec
mówie mu, ze nie chce jechac, ze dzis to nie dla mnie, bo nie chce mu na razie
tłumaczyc, ze z tymi sztalugami, to zabawa nie dla mnie. Ale tak stojac nad nim siła
rzeczy widze jego talerz. Od jego kotleta odpadł kawał panierki, która Anton z
zainteresowaniem zsunał z miesa i objawił nam sie skrawek ryja swini wraz z
kawałkiem nosa. Nawet pół dziórki było widac! Taki rózowy, a skóra na pysku
fachowo ogolona ze szczeciny...
No nie wytrzymałem! Wybiegłem na zewnatrz i na schodkach rzetelnie
pojechałem do Rygi. Anton zobaczywszy, co sie dzieje, pobiegł po Admirała i teraz
obaj mnie jakos cucili. Rzecz jasna - winem. Co za swiat!
Wyszlismy na zewnatrz i usiedlismy w wiklinowych, dziurawych
fotelach prowadzonej przez jakiegos południowca szaszłykarni. Proponowali mi ten
szaszłyk, ale ja oczywiscie nie chciałem. Przy trzech stolikach wszystkie miejsca
były zajete, ale nam ustapiono, bo admirał jakims ludziom wyjasnił, ze to
obcokrajowiec zasłabł.
- Ty nie chowany w eseseser, nie mozesz strawic naszej kuchni. U was nie
było prawdziwego głodu... - tak skwitował moje zachowanie admirał.
Jednak Anton miał bardziej rzeczowe podejscie.
- Słuchaj - jesli nie mozesz tego jesc, to czort z tym. Obok dworca
autobusowego jest bazar, tam wszystko dostaniesz w najlepszym gatunku. Jesli tolka
ciebie dzieneg chwatit - kuszaj - szto chocziesz...
To było jakies wyjscie i ruszylismy na bazar. Admirał zatrzymał jadaca
ulica polewaczke. Polewaczka polewała własnie wszystko w koło woda, ludzi
zreszta, o ile nie uciekli - tez, wiec sadziłem, ze kierowca musiał byc jakims jego
znajomym. Ale nie. Bez gadania wtarabanilismy sie do szoferki - ciasno było, ale
dało sie jechac. Cały bal kosztował rubla, którego ze swoich wypłacił artysta.
283
Anton niepotrzebnie opowiedział kierowcy cała afere i ten wzruszył
ramionami:
- Miasa, eta miasa... Nie wkusna? Cziort s niemi, inastrancami... Wot nam
sajuzniki papali - frankijskie sabaczki...
Gdy zorientował sie jednak, ze ja rosyjski rozumiem, to zgłupiał i potem
pieniedzy przyjac nie chciał. Anton na siłe mu tego rubla wepchnał.
Na bazarze, całkiem sporym, kłebił sie tłum. Handlowano wszystkim i
wszystkim w najgorszym gatunku. Mnóstwo starzyzny - kto te stare gacie i inne
barachło kupował? Zarcia było nie tak wiele. Nieliczne swieze jarzyny i owoce były
zadziwiajaco małe, jakby rosły na Syberii - jop ich mat' - a nie na Krymie. Baby
sprzedawały wino domowe w butelkach i bez zachowania jakiejkolwiek higieny
dawały lepszym gosciom do popróbowania. Nas w lot oceniono jako lepszych. Gdy
ja, jak to mi sie czasem zdarzało, opedzałem sie przed amatorami moich spodni
Rifle, moi towarzysze doili wino w najlepsze. W koncu musiałem kupic dwie
butelki, zdaniem admirała fałszywego Cziornego Doktora, ale za to babuszka
wskazała nam inna babe syskretnie handlujaca wedlinami i miesem. Wedliny były
wedzone - wołowe i wieprzowe - spore ochłapy wprost wkładane do beczki
wedzalniczej na haku, ale smaczne. Do tego wedzony jesiotr - za kompletne grosze...
U innej baby kupiłem wielka puszke czarnego kawioru za jedenascie rubli - podobno
z nas zdarła. Do tego osełke masła – rarytas, w sklepach Teodozji w ogóle
niedostepny, chyba litrowy słój smietany, butelke tatarskiej przyprawy czerwonej
barwy o nazie adzyka, no i kilkanascie pierozków. Na koniec jeszcze trafiła sie
upieczona kura. Baba mówiła, ze to kurczak, ale nie, to była kura. Za wszystko
razem zapłaciłem kilkanascie rubli, a przeciez sam jesiotr był duzo dłuzszy niz moja
reka!
Wszystko to załadował do jutowego worka admirał. Okazało sie, ze ten
doswiadczony człowiek, w białej płóciennej marynarce nosi takiz płócienny, moze
niezbyt czysty, ale za to pojemny worek. Ja miałem ze soba tylko harcerski chlebak,
który zreszta i tak wszyscy brali za trofiejny z wojny. Znawcy twierdzili, ze zdarty
284
został z Rumuna, albo z Włocha. W kazdym razie chlebak tez wzbudzał
zainteresowanie.
Anton tym czasem gadał z jakims facetem i okazało sie, ze on przywiózł
własnie z kołchozu babuszke na handel i choc dla niego nie do konca to po drodze, to
jednak zaryzykuje i pojedzie do Koktebelu. Cos trzydziesci kilometrów za rubla!
Szoferak chciał dwa ruble, ale Anton sie uparł i staneło na rublu.
Mi juz było wszystko jedno - admirał zobowiazał sie oddac moje
sprawunki Marijce. Do Koktebelu ruszylismy olbrzymim KRAZ-em - ciezarówka
wielotonowa, spalajaca pewnie ze czterdziesci litrów na sto kilometrów. Jedno wino
i kure wzielismy ze soba. W bułocznoj admirał dokupił nam dwa batony - czyli takie
bułki paryskie, bo na pewno nie tej jakosci, co wrocławskie.
Krajobrazy Krymu, drogi ciagnacej sie pod pasmem gór, sa wspaniałe. Ja
jednak ledwie zyłem - czułem sie jak smazona szynka na patelni.
Wysiedlismy nieopodal plazy. Z boku minelismy, ponoc znana w całym
sojuzie, wytwórnie koniaków "Koktebel". Gdy tylko weszlismy na plaze, jak zawsze
tutaj – kamienista, od razu dostrzegłem, ze towarzystwo w kostiumach i bez jest
przemieszane. Jednak jeszcze wieksze wrazenie na mnie zrobił widok - w
niezmiernie przejrzystym powietrzu - w ostrym słoncu - zatoka ze skałami i górami
wdzierajacymi sie chwilami w wode. Mój Boze! Jak tu było pieknie! My szlismy ku
waskiemu pasmu plazy ograniczonej skała. Tu juz były same golasy. O dziwo
czułem sie tu duzo bardziej jak w Polsce, niz w Teodozji. Co ja tam tych plaz w
Polsce widziałem - u siebie w miasteczku, dwa razy basen w Warszawie... Nad
morzem w zyciu nie byłem! No nie - raz z wycieczka szkolna...
Dopiero po chwili sie zorientowałem:
- Tu kobiety jak u nas w Polsce - koków nie maja, tylko normalne włosy...
Ja juz myslałem, ze u was normalnych bab nie ma...
- Sa i normalne - sajuz jest taki wielki, ze u nas wsio jest - odparł Anton...
Ale koki istotnie - monotonne jakies. Póki bedzie u władzy towarzysz Brezniew, to
sie nie zmieni.
285
- Czemu? - pytam.
- Bo towarzyszka małzonka towarzysza Brezniewa nosi kok...
Juz chciałem powiedziec - "a chuj z nia" - tak absurdalny zdawał mi sie
Brezniew ze swoja połowica, wobec urody miejsca, a zreszta i kobiet, ale oczywiscie
powiedziałem cos innego:
- U nas zona Gierka, a przedtem zona Gomółki - tez nosza koki, ale nikogo
to nie obchodziło...
Przypomniałem sobie jednak znane mi - z rzadka - zony róznych
dostojników i az gotów byłem postukac sie w głowe - wiekszosc z nich nosiła
rzetelne, moze nie takie jak sowiecka sklepowa, ale zawsze do połowy wysokosci
fryzury baby brezniewowej rozrosniete koki. Ze tez ja jeszcze na to nie wpadłem...
Anton rozstawił swoje sztalugi, zaraz potem całkiem sie rozebrał, wpadł
na pare minut do wody i zapalił Kazbeka. Ja zostałem na brzegu, zeby pilnowac
rzeczy. Gorsze były te Kazbeki w zapachu niz nasze Klubowe.
Na filmach wielokrotnie widziałem, ze malarze szkice weglem robia na
kolanie, albo na serwetce przy stoliku kawiarnianym. Ale nie Anton - on porzadnie, z
namaszczeniem. Ludzie, jak sie spodziewałem, zaczynali sie gromadzic,
komentowac. Mówili zupełnie inaczej, anizeli moi rosyjscy, a zreszta i polscy
znajomi. Jakos tak widac było, ze kulturalnie. Tego tutaj, a zreszta w całym Zwiazku
Radzieckim, wcale sie nie spodziewałem.
Mimo wszystko długo na słoncu nie wytrzymałem. Schowałem sie z
kocem w cien pod sama skała. Słonce było w zenicie, potem zasnałem. Gdy sie
obudziłem, a było dobrze po szesnastej - spałem prawie piec godzin - Anton ciagle
jeszcze malował. Juz farbami. Jakis inzynier z miejscowosci, której nazwy nie chciał
wyjawic, ofiarował sie mnie odwiezc do Teodozji. Anton chciał zostac. Nie czułem
sie chyba najlepiej. Podróz słabo pamietam. Szybko połozyłem sie spac, ale Kola i
tak wezwał lekarke - sasiadke. Martwił sie, ze jesli przyjdzie mi chorowac, a byc
moze mam udar mózgu, to trzeba bedzie mnie odwiezc do Sewastopola, bo tam
najlepszy szpital. A z drugiej strony - Sewastopol jest miastem zamknietym, wiec
286
moze do Jałty? Ale podobno jałtanski szpital – oczywiscie ten dla lepszych
pacjentów – w zaden sposób mi nie przysługuje...
Lekarka jednak wcale nie zalecała takiego pospiechu ze szpitalem. Za
dziewiec rubli podjeła sie w kwadrans, z zelaznego zapasu szpitalnego załatwic
glukoze i witamine "b" w płynie. Bezwolnie sie zgodziłem. Rzeczywiscie, nie mineło
pewnie pół godziny, gdy zrobiła mi kroplówke. Jakos dochodziłem do siebie.
Spytałem, czy z zapaleniem mózgu bede mógł wrócic do kraju?
- Do Polszi... Na szto? U was nie zagarienie mozga, tolka pochmiel'...
- O do czorta - szto za pochmiel', wracz? Szto eta?
- Mensze wodki nada pic - wot i wsio lekarstwa... Sewodnia s wieczera nie
bolsze czem sto, a łutsze – dwa raza po piatdzesiat' gram...
- O do cholery - mysle sobie - ona ma mnie za skonczonego alkoholika,
który bez wódki dnia nie moze wytrzymac... No, no...
Ze trzy dni potem w domu siedziałem. Jesc miałem co. Wypiłem
trzylitrowe banki: soku jabłkowego, mandarynkowego - zaskakujaco niesmacznego,
soku z brzozy i dwie banki kwasu. Do tego zielona herbate i tylko jedna kawe
dziennie - a juz przywykłem do dwóch tego paskudztwa... Napoje w słojach dowoził
mi Kola.
Upał, organizm nie nawykły do stałego pompowania spirytusu, no i tak to
sie skonczyło...
Po trzech dniach wyszedłem na spacer, na bazar. Kupiłem nawet lemonki
do kawioru. Starszy Gruzin sprzedawał kwiaty – mimozy, czy jakiegos innego
drzewa? Po dwa ruble za gałaz - rozbój w biały dzien! Ale nic, trzy gałezie kupiłem.
Za rubla dołozył mi dwunastokartkowy fotograficzny kalendarz ze zdjeciami Stalina.
Prawdziwa nielegalna robota! Od razu go zakablowałem - siedem rubli przeciez mi
zabrał! Ale Koli sprawa wcale nie zainteresowała. Obejrzał, powiedział:
- "maładcy"... i dodał:
- Nie stiesniajsia - za Stalinu wazmozna było pad stienu, no do ciurmy - nie
lzia...
287
Nie to nie - a gałazki pani doktor bardzo sie podobały...
Aha - kupiłem na bazarze dwie bułgarskie koszulki, matroski, w biało -
niebieskie pasy, po trzy ruble. Podobno w sklepie mozna kupic po rublu z
kopiejkami radzieckie, ale bez ramiaczek. Mi tam wszystko jedno, lecz do sklepu z
ubraniami nie chce mi sie chodzic. Potrafie sobie wyobrazic, co w nich jest. Ludzie
tu sa nie najlepiej ubrani...
Pod wieczór poszedłem do kina w osrodku wczasowym chemików. Kola
mi to załatwił. Pokazywali, na seansie zamknietym, polski film "Jak rozpetałem
druga wojne swiatowa". Smiesznie było ogladac film, którego aktorzy mówili po
polsku, a lektor po rosyjsku. Bardzo mi to pomogło w nauce rosyjskiego.
Kola wyjasnił, dlaczego ten film jest niecenzuralny w zeteserer. Otóz nie
pokazano w nim w wystarczajacym stopniu heroizmu walki ludzi radzieckich i w
ogóle zartowano sobie z wojny. Ale przyznał, ze smieszny. Najbardziej rozbawiła go
uporczywa walka Włochów o "bordello militare". Włosi, jego zdaniem, to w ogóle
zaden naród, poniewaz walczyc nie umieja, sa pod tym wzgledem jeszcze gorsi niz
Czesi. Aha - Francuzi jego zdaniem tez zeszli na psy:
- Za Napoleona to był wielki naród - kontynuował. Porzadnie sie bili w
pierwszej wojnie swiatowej. A potem to juz degeneracja. Jedyna nadzieja Włochów i
Francuzów to ich partie komunistyczne. Gdy tylko przejma władze, to one juz ich
naucza...



************************************************************
************8

A potem znów zaczelismy z Antonem jezdzic do Koktebelu. Dwa razy
był z nami ordynans admirała. Okazało sie, ze admirał miał swojego ordynansa -
marynarza zasadniczej słuzby. Był to syn jakiegos dostojnika wojskowego. Nicpon,
288
wedle Antona, parajacy sie włamaniami do domów. Na razie zamiast do wiezienia
wzieli go, ze wzgledu na zasługi wojenne ojca - do wojska. W kadrach wojskowych
zas, aby przypodobac sie tatusiowi generałowi, pchneli go do ordynansa. Wcale nie
po złosci przydzielili go do admirała. Po prostu admirał mieszkał w kurorcie, a na
dodatek komendantem portu jest znajomy tego taty. No i na admirała padło.
Komendant portu nie chce zgodzic sie na aresztowanie gagatka, choc ten chodzi jak
głupi po bulwarze i kuracjuszom proponuje fanty do sprzedazy. Mi tez proponował:
- Wazmi szubu - mówi do mnie - sobolnaja. Samoje łutsze kaczestwo... Ja
tebe eszczo tigra otdam - moli ewo neskolko pokuszali, no niczewo... Tigra prosta
daram otdam...
- Pradawaj Wowa swai westi drugim... - chce sie od niego odczepic.
- Admirał tebe zdełajet pismo, czto eta dar at niewo... Dlia tamoznikow eta
chwatit... Pasłuszaj - sobolnaja szuba stoit wosiem tysiaczi rubliej. Ja smatrieł w
magazinie. Skolka tiger, ja i nie znaju, no mnoga! Mozet byt' i dwa tysiaczi?
Wszystkiego tego słuchał Anton. Wzruszył ramionami.
Ale wieczorem, gdy wespół z admirałem, Antonem i trzema
pracownicami przemysłu maszynowego - tu potrafia ludzie trzymac morde w kuble -
nic o nich wiecej sie nie dowiedziałem - spacerowalismy po bulwarze, admirał wział
mnie za ramie i na chwile odciagnał od towarzystwa:
- Wazmi at niewo etu szubu. Emu nie nada dawat' mnogo - pa moiemu -
trista rubliej chwatit. Pismo, czto eta dar at mienia - afarmliu. I snowa na dwie
nedeli moewo urki nie budet damoj... Nu dawaj... Ja eti maładyie zenszcziny damoi
prigłaszu - paguliaiem... Na sztoz woram znat', szto u tebe dengi? Ty u niewo
pakupisz i on nieczwo nikamu nie skazit...
Zgodziłem sie. Dziewczyny były zdumione, gdy na mecie, bo w sklepie,
a nawet w dwóch kawiarniach nie było, kupiłem trzy flaszki szampana, a wypiłem
tylko kieliszek i nic wiecej z alkoholi. Ja spałem z dwiema. Sumiennie potargałem
im raczej niewielkie, takie tylko dla formalnosci hodowane koki. Anton zaliczył
289
chyba wszystkie. Wowa, który nam usługiwał - na pewno wszystkie. Czy
którakolwiek admirał - tego nie jestem pewien - dosc szybko sie upił.
Kola, którego sie radziłem, po wahaniach oswiadczył, zeby i szube, i tigra
brac... W trzy dni po jublu u admirała starannie ogoliłem krocze i solennie
namasciłem sie mascia rteciowa od mamy. Na plazy w Koktebelu wzbudziłem nie
mała sensacje. Juz mnie znali - uchodziłem tutaj za artyste, lub działacza polskiego
komsomołu.
Nastepnego dnia i Anton przyszedł ogolony, uprzednio dokonujac zakupu
w aptece, bo polskiemu specyfikowi nie ufał.
- Znajesz, kto w etim winawat?
- Adna z etich dziewaczek - kanieszna... - odpowiadam.
- A pa maiemu niet. Wowa - wot w cziom dzieło... Dziewaczki kulturnyie -
cziort znaiet, czto tieper ani dumaiet... U admirała w gastiach... Rasieja kanczaetsia...
Przyczyn naszych zabiegów fryzjerskich nie wyjawialismy, to tez po
kilku dniach spora czesc plazowiczów poszła w nasze slady.
W ogóle musze powiedziec, ze ludzie w Teodozji na bulwarze, a jeszcze
bardziej na plazy w Koktebelu, sa niezwykle mili. Zadnego przeklenstwa nie
słyszałem. Idzie człowiek bulwarem i nagle z nieznajomym w szachy zagra, a to
moze akademik z Moskwy, a moze ksiegowy z kołchozu... Zaraz potem pod sklepem
z trzema przygodnie poznanymi ludzmi, jesli tylko chcesz - butyłku wodki wypijesz i
jeszcze sklepowej, która szklanke pozyczy - tez troche odlejesz. Dziewczyn - ile
wlezie... O zmroku poznajesz na bulwarze, zapraszasz na szampana, który sprzedaja
tu na kieliszki i zwykle jednak mozna go dostac, chyba ze nie dowioza, a gdy juz
zrobi sie ciemno, idziecie jak Bóg przykazał na plaze. Piasek jeszcze ciepły. Obok
dziesiatki takich par robia to samo. No pełnia wypoczynku i rekreacji!
Ciekawa rzecz - moze na kempingu, zreszta jak cała plaza nielegalnym -
ludzie sie pieprza. Z cała pewnoscia. Ale na plazy nie... Całymi rodzinami
przychodza...
290
A zreszta idac do wody zawsze zostawialismy na brzegu swoje rzeczy, w
tym ja portmonetke z duzo wiecej, niz przecietna pensja w tym kraju. A pomimo to
nigdy nic mi nie zgineło. I nie słyszałem, aby zgineło. Choc gdy bylismy z Wowa, to
raczej uwazalismy na niego. Balismy sie wstydu...
Jako obcokrajowca ludzie mnie czesto zaczepiaja. Coraz rzadziej
wprawdzie chca ode mnie kupic spodnie, czy cos innego, co mam na sobie, bo juz
wiedza, ze ja nie handluje, ale poznac chce mnie wielu. Zdecydowanie unikam
kontaktów z sowieckimi Polakami. Uprzejmie, ale jednoznacznie - won! Kłopotów
to ja nie chce...
To, ze na wszystkich domach - obojetne - starych czy nowych - obłaziły
tynki, ze na klatkach schodowych - odwiedziłem dwie dziewczyny z Teodozji - jedna
mieszkała w obszczeziciu, czyli w hotelu pracowniczym i wszedłem tam przez okno,
a druga w normalnym mieszkaniu przedrewolucyjnym, podzielonym na tyle
mieszkan, ile jest pokoi z tym, ze wieksze pokoje podzielono tektura na dwie lub trzy
nawet czesci - cuchnie, jakby mieszkancy swoje potrzeby załatwiali tylko w tym
miejscu - juz mi tak bardzo nie przeszkadzało. Oczywiscie, po doswiadczeniu z
ryjem wieprzowym panierowanym z pewna nieufnoscia podchodziłem do potraw
podawanych w zakładach zbiorowego zywienia, ale kurcze tabaka, solanke i pierozki
z blinami we wszelkiej postaci, nawet z ryzem, bardzo polubiłem. Tylko chleba do
ziemniaków nie nauczyłem sie jesc... To gospodarzy zawsze niepomiernie dziwiło.
Jedna malarka, dwudziestoletnia, sliczna jak malowanie dziewczyna,
koniecznie chciała wyjsc za mnie za maz. Córka jakiegos bardzo znanego i bardzo
bogatego profesora weterynarii z Leningradu. Anton twierdził, ze bardzo
uzdolniona. Tez malowała w Koktebelu. Juz drugi rok nie chcieli jej przyjac do
Akademii, bo Zydówka. Okazuje sie - Rosjanie tak załatwili problem, o czym zreszta
juz słyszałem, ze Zydów przyjmuja tylko okreslona liczbe na studia i wiecej nie.
Poznac moga łatwo, nie to co u nas, bo kazdy Zyd, a zreszta Polak równiez, ma to
napisane w paszporcie, a jak sobie w urzedzie zmieni narodowsc, to organa i tak
wiedza i w konia nie daja sie robic.
291
No - artystka w domu... Taka sliczna, przymilna... Gdyby nie Zydówka,
to kto wie? Ale seki do konca zycia... To nie dla mnie... Choc brałem pod uwage, ze
moze Przemyslida miałby do mnie wieksze zaufanie? W ogóle mógłbym na Zydów
liczyc. Ale co ich w kraju zostało? Co oni dzis moga? Próba bilansu ewentualnych
strat i zysków wypadła zdecydowanie niekorzystnie.
Na dodatek - najlepsi oficerowie radzieccy do Arabów pojechali - sam
kwiat korpusu oficerskiego Rosji. Sprzet tez robia dla nich najlepszy - eksportowy.
Nie to barachło, co do Indii. Polsce podobno tez nie najlepsze rzeczy sprzedaja. No
ale Polsza nie kurica... Przy najblizszej próbie izraelskiej napasci na bratnie kraje
arabskie z Zydów nic nie zostanie - czarna dziura!
Anton mi poradził, zebym nie stiesniałsa, bo jak ona jest córka profesora i
to znanego, to wczesniej czy pózniej na akademie ja przyjma.
Ale ładna bestia...
Ciekawa rzecz - wszyscy tutejsi, łacznie z admirałem, bredzili cos o
koniecznosci zachowania pokoju na swiecie. Mówili o tym tak w rozmowach
towarzyskich, ale w tych samych rozmowach kazda rzecz gotowi byli rozpatrywac z
punktu widzenia jej przydatnosci podczas wojny, a raczej zwycieskiego pochodu na
Zachód... Taki mimowolny narodowy sport.
Od batiuszki, znajomego Koli, kupiłem hurtem po szescdziesiat rubli
szesnascie ikon - trzy najstarsze były z szesnastego wieku, dwie z siedemnastego,
cztery z osiemnastego i siedem z dziewietnastego, ale z pierwszej ponoc połowy. By
mi sie nie pomyliło, na odwrotnych stronach desek zapisywałem wiek długopisem,
jak trzeba, rzymskimi cyframi, a poniewaz długopis nie chciał pisac, to własciwie
ryłem nim w drewnie.
Batiuszka, popijajac wódeczke i zagryzajac juz tegorocznym
ogóreczkiem narzekał, ze na Ural musi po nie jezdzic. Z Kola znali sie dobrze - moze
nawet z frontu? W kazdym razie, jesli dobrze zrozumiałem, to podczas wojny
batiuszka by młodszym oficerem, ale cos przeskrobał i najpierw wzieli go do
karnego batalionu, a potem w popy zesłali... Był po cywilnemu. Tylko taki duzy
292
złoty krzyz popi na złotym łancuchu miał w kieszeni. Krzyz tez chciał sprzedac, ale
ze z zemcziuga, czyli z perłami, to chciał drogo i nie porozumielismy sie.
Anton tez sprzedał mi, równiez po szescdziesiat rubli, dziewiec aktów
namalowanych w Koktebelu. Wariackie, bo wariackie, a mi sie podobaja. Wszystkie
baby rózowe, albo jaskrawo zółte, lub w podobnych, słonecznych kolorach... Jedna
Gruzinka, aktorka, miała srom niczym wezyk generalski - taki pofalowany - no i on
to namalował. Ech...
Anton na podarunki w kraju dał mi jeszcze swoje trzy obrazki statków
zaglowych. Tak za darmo. Obiecałem zaprosic go w gosci do Warszawy, czy gdzie
tam bede. Martwie sie, ze w zaleznosci od rodzaju czekajacego mnie zadania, byc
moze nie bedzie to mozliwe. Tylko za ramy musiałem zapłacic.
Za reszte rubli kupiłem złote obraczki slubne. U nas w kraju z przydziału
sprzedaja tylko przy pierwszym slubie, a rozwodnicy musza sobie radzic sami.
Jubilerom wolno wytwarzac wyroby tylko z powierzonego złota, złom moze
skupowac tylko panstwo, a złoto mimo wszystko jest. No własnie - cos o tym
wiem....
I jeszcze kupiłem duzo dobrego jedzenia. Na ostatni dzien pojechalismy
do Jałty i tam w sklepie za zółtymi firankami było wszystko, co zechcesz...
Doktorska kiełbasa wcale nie miała odcienia zielonego. Wino "Cziornyj doktor" było
firmowe - kolekcionnoe - jak mnie poinformowano. Kola siła wcisnał we mnie
kilkanascie flaszek miejscowych koniaków, takich dwunasto i wiecej letnich. I ja to
wszystko mam taskac! Nawet argentynska tuszonke wołowa w puszkach
sprzedawali...
Wszyscy odprowadzili mnie na dworzec. Małemu Koli oddałem
ostatniego dnia ostatnie gumy do zucia - popłakał sie... Niepotrzebnie dałem mu je
juz na dworcu. Peron jest na bulwarze - dzieci spacerowiczów rzuciły sie nieomal na
niego, ale jakos tam manewrował, ze dał im tylko jeden płatek do podziału.
Tu bez krepacji ludzie ludzi prosza o papierosa, lub o dwie kopiejki na
telefon. No ale guma do zucia kosztuje wiecej. Szczególnie tu.
293
W przedziale czekała na mnie... no oczywiscie - Udarka. Ucałowalismy
sie serdecznie.
W Odessie nie było miejsc w "Łondonskiej", wiec w innej, nowoczesnej i
nadmorskiej czesci miasta zatrzymalismy sie w olbrzymim domu szkolen
Komsomołu. Luksus - nie to co Dom Oficera. Wszystko w najlepszym gatunku: białe
serwety, zastawa z Teatru Bolszowo w Moskwie - chyba nawet srebrna... W kazdym
razie jeszcze przed odejsciem gosci rachowana przez kelnerke... Jedzenie takie, ze
bez obaw mozna było jesc panierowane karbonady. A szkoleni komsomolcy?
Wszyscy byli wyraznie starsi niz ja. Czasem tylko ich zony były młodsze, ale i to
rzadko.
Wieczorem jednak taksówka wezwana w recepcji pojechalismy do Klubu
Oficera obok portu. Diuk Richelieu stał jak stał. Do klubu Udarka wkroczyła jak
złota medalistka olimpijska. Poznała ja tylko barmanka i moze ta krzywonoga
staruszka, ale nic. Warto było. Barmanka podała nam pierozki z ryba wedzona i
cebula - palce lizac. Sama Udarka przyznała, ze i w domu lepszych nie ma.
W nocy, jak poprzednio, puszczałem po niej karaluchy. Ale te były jakies
mniejsze, cholera i trudne do złapania.
Odwiozła mnie do samego Lwowa. Wyszła z przedziału, gdy wpadła do
wagonu kontrola. Znów wszystko sumiennie porachowali, ale nic ich nie dziwiło.
Celnik zanim wsadził mi palec w tyłek, to tym razem posypał go sobie talkiem. No
cóz - rózni celnicy róznie lubia...
Nasi porachowali, jak trzeba, ale oczywiscie osobista rewizje darowali.
Na dworcu czekał jednak Stas z trzema zołnierzami jednostki
nadwislanskiej.
- Nie jest zle - pomyslałem - szanuja mnie...
Ci zołnierze oczywiscie niesli pakunki do Wołgi. Stas zawiózł mnie na
nowa kwatere, do Konstancina. Czekała juz na mnie na podwórku starej, obdrapanej
willi moja syrenka. Pokój z kuchenka mi dali, w której za kotara był kibelek. Ale
jakies rozpadajace sie meble, zelazny balkon z kowalskimi balustradami w esy
294
floresy - tak zardzewiały, ze strach na niego wychodzic. I nieduzy portret Feliksa
Dzierzynskiego w waskich, złoconych ramach. Szkiełko, trzeba przyznac, muchy
zdazyły niezle zabrudzic.
Zołnierzom dałem na piwo, ich dowódcy, który czekał na zołnierzy w
łaziku, wreczyłem wódke kupiona z przydziału od wagonowej pociagu relacji
Odessa - Warszawa. I tym razem była to wersja eksportowa, ale wódki Kubanskiej.
Stasiowi zas dałem flaszke koniaku ze specsklepu w Jałcie. Widac było, ze liczył na
cos wiecej. Ale obrazki marynistyczne miałem dla Przemyslidy, Franka i
ewentualnie - dla Zygmunta. Trudno i darmo.
- Ty popatrz Stasiu na te flaszke. To jest mołdawska "Leninskaia put'".
Kolekcionnyj kaniak chłopie... Piecdziesiat siedem procent i dwadziescia piec lat
wydzierzki... Ty w zyciu tak dobrej rzeczy nie piłes. Od czasu smierci ministra
myslałem, ze jestes jedynym człowiekiem w Polsce, który doceni taki dar...
Stasiu, aby mi pokazac, co o tym mysli, wział dwie, słabo domyte
musztardówki - znów tylko musztardówki były na kwaterze i od reki, wybijajac
korek reka, polał. Ja od czasów moich przejsc na słoncu w Koktebelu alkoholu
unikałem, ale cóz - jeszcze mi sie Stacho do reszty obrazi.
Łyknelismy... Stach sie rozpogodził, ucałował mnie z dubeltówki i ładnie
przeprosił:
- Ze tez kurwa pozwoliłes mi to tak od razu otworzyc...
- A co ja mogłem - odciałem sie - patrzyłes na mnie jak na przesłuchaniu
przed wyciskiem...



No cóz - w zyciu róznie bywa. Przyjechałem z tych wakacji i nic -
zadnych propozycji. Przemyslidzie dałem obrazek, chyba nawet nie bardzo mu sie
podobał... Pytał, czy byłem w Teodozji w muzeum Ajwazowskiego. A ja - czort z
tym - nie byłem. Skad miałem wiedziec, ze to taki wazny człowiek - okazuje sie -
295
malarz. A przypominam sobie: admirał chciał ze mna isc, Anton i nawet Kola mówił,
zeby zajrzec. Na głowy z nikim sie nie pozamieniałem, zeby po muzeach sie
wałesac...
Tak czy inaczej Przemyslida dosc taktownie i nie wprost, lecz
jednoznacznie dał mi do zrozumienia, zebym mu sie nie narzucał, a jesli bede
potrzebny, to sam da znac.
Franka tez w zaden sposób nie mogłem złapac. No bo jak - zeby
porozumiec sie rzadówka, to trzeba miec do niej dostep. Ja ten telefon miałem na
wyciagniecie dłoni w pensjonacie, ale teraz to i na Poczcie Głównej nie mam szans.
Do Pernanbuko moge zatelefonowac, ale nie do Franka...
Zygmuntowi dałem obraz - jemu bardzo sie podobał, ale o moich losach
wiedział niewiele wiecej. Tyle tylko, ze nadal jestem pracownikiem Funduszu
Wczasów Pracowniczych i powinienem sie do nich zgłosic. No to sie zgłosiłem do
Dyrekcji Generalnej, a tam okazało sie, ze awansowałem na dyrektora, pensje dla
mnie odkładali na nieoprocentowanym koncie, nawet premie mi przyznawali...
Pensja zreszta - he, he - wzrosła... Ale nie wolno mi jechac do pensjonatu, bo remont
i tylko bym przeszkadzał. Gdy wspomniałem, ze rzeczy chetnie bym stamtad wział,
bo pewnie cos jeszcze zostało, to mi kadrówa w FWP powiedziała, ze nie da rady, bo
mnie straz na biurze przepustek nie pusci. A to suka zorientowana... Niby nikt nic nie
miał wiedziec, a ona wie, ze jest biuro przepustek...
Kazała spokojnie odbierac co miesiac pensje i cicho siedziec, bo prezes
mnie lubi i krzywdy nie da zrobic. Dobra sobie. Rozwarłem na nia ryja, ze nie mam
gdzie w tej Warszawie mieszkac, wiec kazała mi sie zgłosic za tydzien.
Po tygodniu dała w kopercie taki swistek do Dzielnicowej Rady
Narodowej Dzielnicy Warszawa - Sródmiescie do pokoju takiego i takiego na ulicy
Nowogordzkiej w Warszawie.
No dobrze - poszedłem tam, a referent kazał sie dowiadywac, czy cos jest,
czy nie ma, bo teraz nie ma.
296
No - mysle sobie - mam powód, by wejsc Frankowi na głowe i dawaj, z
całym problemem do Zygmunta. Spotkalismy sie w "Niespodziance" na emdeemie
na dole - w takim kurwidołku. Jezu - jakie lafiryndy... Ale szpetne!
No i ja mu mówie, co i jak, a on mi na to zasuwa mówke, ze przecietnie
czeka sie od osmiu lat - to najlepsi członkowie partii, do dwudziestu lat na przydział
mieszkania, a ja chce tak hop, hop i juz.
Na to ja sie pytam:
- Do kogo Zygmunt ta mowa? Co ja - zycia nie znam? Jak trzeba, to od
razu jest mieszkanie, a jak nie trzeba, to i dwadziescia lat człek pokutuje. Ja tu trace
kat słuzbowy nie z mojej winy - w cała afere wsadził mnie przeciez nie kto inny,
tylko Franek. Do Ruskich nawet jade cierpiec niesamowite upały, łeb mnie do dzis
pobolewa, a na mieszkanie nie mam szans...
Zygmunt chyba opacznie zrozumiał moje słowa i wyszło mu, ze głowa to
mnie boli od jakichs szkolen - tak to w jego twarzy wyczytałem. W kazdym razie
szybko sie urwał.
- No - mysle - teraz to mam w plecy...
Ale nie, przeciwnie. Na drugi dzien dzwoni Zygmunt, zebym do tego
urzednika na Nowogrodzkiej szedł jak w dym. I rzeczywiscie - urzednik ucieszył sie,
ze mam własne auto, bo choc to blisko, to jednak w kilku miejscach... Ze stalowej
szafy wyjał kilka kopert z kluczami i jedziemy.
Pierwsze mieszkanko było na emdeemie, porzadne, ale małe - trzydziesci
jeden metrów. Wiec nie. Dalej jedziemy pare kroków - na Marszałkowskiej, chyba
trzecie podwórze w głab. Drugie pietro, mieszkanie wspaniałe - cztery olbrzymie
pokoje i słuzbówka, duza kuchnia i łazienka, ale w starym budownictwie, po
podwórzu element sie szwenda i alpagi pije. Nie.
Trzecie mieszkanie było na Powislu - przedwojenna porzadna kamienica,
ale tylko dwa pokoje. A ja widze po tej Marszałkowskiej, ze moge miec tych pokoi,
ile chce. Najwyzej - poczekam...
297
Telefonuje do Zygmunta, spotykamy sie w "Lunie" w Alejach
Niepodległosci koło Fabryki, jak zaczeto nazywac kompleks gmachów na
Rakowieckiej. Ja mu mówie, jak sie rzeczy maja, a on, ze rzeczywiscie, to bez sensu,
abym w starych skorupach mieszkał. Nastepnego dnia spotkalismy sie w Centralnej
Radzie Spółdzielczosci Mieszkaniowej - w kiblu na parapecie podanie
wysmazylismy, zeby w trybie nadzwyczajnym uczyniono mnie spółdzielca
mieszkaniowym bez stazu kandydackiego, gdyz wazne wzgledy socjalne skłaniaja
mnie do tej prosby, a mianowicie brak mieszkania. Złozyłem cieciowi na dziennik
podawczy, nawet kopii nie miałem, zeby poswiadczył odbiór. Nie minał tydzien, a ja
przez gonca z jednostek nadwislanskich dostaje odmowne pismo od ceeresem, ze
niestety staz kandydacki musze odbyc i w sprawie procedury mam sie za dwa dni
zgłosic do pokoju tego i tego. No dobrze - kij wam w ucho - zgłaszam sie, najwyzej
wezme starocia z dzielnicy... A tu nie - czeka na mnie formalny przydział mieszkania
- cztery pokoje Za Zelazna Brama - piecdziesiat dziewiec metrów, drugie pietro. A ja
te domy znam - bardzo duze bloki, z duzym holem na dole, kioskiem RUCHU cała
dobe. Pokoje klitki, ale trudno - za to mury nowe i meneli nie ma. I w ogóle dzielnica
taka bardziej inteligencka - na szósta nikt tam do roboty nie jezdzi.
No i czas mojego stazu rachujac od daty złozenia podania minał po
dziewieciu dniach. Tak zdecydował prezes CRSM i nawet złozył pod tym podpis ze
stempla, którym dysponuje jedynie jego osobista sekretarka. Tego akurat
dowiedziałem sie od Zygmunta. Zorientowany facet z niego. Chciałem go z tej
radosci wziac na obiad do jakiejs dobrej knajpy, ale nie dało rady - okazało sie, ze on
nadal jezdzi do Niemiec, do Hamburga z tymi wegorzami i szynkami. Co w
pensjonacie, to i on nie wie. No i własnie musi juz ruszac, aby przespac sie w
Ostródzie i rano towar pobrac.
Cie choroba. Nikt ode mnie nic nie chce, ale powazny pracownik w
przerwach miedzy jedna operacja wywiadowcza, a druga, ma dla mnie zawsze czas,
a gdy przyjdzie mi do głowy pomysł z mieszkaniem, to jak na tacy mi podaja. Az
wstyd byłoby przed ludzmi sie przyznac, jak w try miga stałem sie członkiem
298
realnym, z mieszkaniem, w nauczycielskiej spółdzielni mieszkaniowej. Nie ma sie
co denerwowac...
Od takiego jednego naszego człowieka, który przeszedł do Domów
Towarowych Centrum na scianie wschodniej na jednego z dyrektorów dostałem
legitymacje, nawet ze zdjeciem, na ostatnie pietro "Juniora". No i prosze - byłem w
sklepie za zółtymi firankami w Jałcie, poszedłem i w Warszawie.
Ekipe remontowa dostałem z ojcowskiego geesu. Wstawili parkiet
bukowy, bo debowego po prostu fizycznie w całym wojewódzkim geesie nie było.
Cwiercwałków na spojenia parkietu ze sciana tez jak raz nie było, ale miały byc
potem, to sobie sam przybije. Gorzej, ze od razu polakierowali mi te podłoge
emolakiem i rzecz jasna, zapomniałem zachowac sobie flaszke na te cwiercwałki.
Okna zostały te same, ale od nowa je zamontowano uszczelniajac trawa morska,
dzieki czemu nie bedzie mi wiało. Zamontowali tez uszczelniajaca tasme aluminiowa
- wegierska. Drzwi obili blacha i załozyli obok yale porzadny, przedwojenny zamek
petajacy sie u rodziców jeszcze z czasów szabru. Klucz był systemu poniemieckiego,
wiec trzeba było zapasowy dorabiac u slusarza, ale co tam. Do kuchni poszły
cepeliowskie meble kuchenne ze Stopnicy. Stamtad zreszta był i parkiet.
Zlewozmywak kupiłem enerdowski na ostatnim pietrze "Juniora". Ten "Junior" to w
ogóle doskonały wynalazek - nie trzeba stac w wielodniowych kolejkach na zapisy i
codziennie stawiac sie na odczytywanie listy. No po prostu luksus!
Ekspedientka namówiła mnie na wymiane kuchenki na importowana z
Czechosłowacji. Podobno gorsze, niz nasze eksportowe na Zachód, ale lepsze o
niebo od tego, co zastałem na miejscu. Ponadto kupiłem farelke z nawiewem
powietrza - zupełna nowosc. Gdy wyłacza ogrzewanie, a jeszcze nie wyłacza pradu,
to bedzie jak znalazł. Telewizor kupiłem w normalnym sklepie, bardzo porzadny,
dwudziestojednocalowy „Beryl”. ! I to bez kolejki. Za jedenascie tysiecy złotych.
Mniejsze były nawet po szesc i pół, ale zupełnie kiepskie. Stolik pod telewizor był
zbyt mały, ale wiekszych jeszcze w ogóle nie produkuja, wiec podłozyłem deske i
jest w porzadku. Swoja droga – jak zwykle planów piecioletnich przemysłu
299
meblarskiego nie skoordynowano z pieciolatkami przemysłu elektrotechnicznego!
Jesli Zygmunt nadal liczy na donosy ode mnie, to o tym na pewno nie zapomne!
Kafelków do łazienki wcale nie mozna było dostac - musze za rada ojca
czekac na remont szpitala w Kielcach i moze wtedy sie załatwi jako potłuczone
podczas remontu? Podobno maja otworzyc Pewex z kafelkami, ale nie chce mi sie
wierzyc.
Firanki i zasłony mama juz kilka lat temu kupiła, bo były i teraz nie
musiałem biegac. Karnisze kupiłem bardzo drogo w Cepelii - nigdzie indziej nie
było. Mam teraz takie ładne, malowane we wzorki, jak w jakims dziecinnym
pokoju. Same dziecinne pokoje mam. Przynajmniej pod tym wzgledem.
Do tego wszystkiego lodówka "Polar" i trzy dywany - podobno nawet
odrzuty z eksportu z Kowar. Rzeczywiscie - ładne. W "Juniorze" trafił mi sie
odkurzacz z silnikiem japonskim, a ze był i nawilzacz - wszyscy brali, to i ja
wziałem nawilzacz. Po co ma byc wilgotno w mieszkaniu, to nie wiem, ale spróbuje
sie dowiedziec. Do trzech pokoi dostałem talon na meble z Zamoscia - to mi załatwił
Zygmunt w BOR-ze u Trzymankiewicza. Mogłem cholera chwile wstrzymac sie z
telewizorem i miałbym od nich jeszcze niemieckiego "Grundiga". Ale przepadło.
Tak wiec mieszkanie urzadziłem sobie dosc jednostajnie – wszedzie te
same firanki i zasłony, nawet – rzucajace sie w oczy karnisze. Wszedzie strasza
fioletowe i w innych kolorach gołe baby i ikony. W łazience na razie mam tylko
wiszace lusterko z kiosku, a poniewaz szklanek jak raz nigdzie nie mogłem dostac, to
kupiłem strasznie drogie, kryształowe, w sklepie z kryształami.
Pieniedzy mi nie brakuje – przyprowadziłem do ekspertyzy do domu
kusnierza i mówie mu:
- Prosze pana – tego futra ja panu z pewnoscia nie sprzedam. Ale
chce wiedziec, ile jest warte?
Kusnierz ogladał je centymetr po centymetrze, w dwóch, mim zdaniem
zupełnie dobrych miejscach az cmokał z niezadowolenia, klał swoich rosyjskich
konkurentów za partacka robote i wreszcie orzekł:
300
- Ja moge panu dac sto osiemdziesiat tysiecy i watpie, by jakis
fachowiec dał panu wiecej. Moze pan to wsadzic do komisu na Chmielnej i
wtedy, po odliczeniu marzy, powinien pan dostac nawet wiecej, moze
dwiescie tysiecy... Choc ja bym zaryzykował i wsadził za wiecej – jak sie trafi
klient z pieniedzmi, któremu bedzie pasowało, to kupi. Dyplomata z Zachodu
moze kupic za dowolna cene panie – dolary sprzeda na czarno, a wywiezie bez
cła. To jest na barczystego mezczyzne wzrostu metr osiemdziesiat – rzadka
rzecz...
A ja mu na to:
- Poniosłem koszty – za mniej niz cwierc miliona nie moge...
- No to ja panu nie pomoge... Za cwierc miliona to mozna wille
kupic...
- Kiedy drozeja panie... wille drozeja. To futra tez musza drozec...
- Wie pan... Słyszy sie to i owo... To jest wspaniała rzecz, to futro...
rzadkie sobole... Na Zachodzie to by poszło za nie wiem ile... Ale na granicy z
tym to i ministra by dupneli... Wiem co mówie... Widzi pan – takie futra to
produkty jednostkowe, nawet u ruskich... Kazde jest rozpoznawalne... To jest
jak obraz, taki muzealny... Pan pewnie zwrócił uwage na wszyte numery
metryczki... Ale ofiaruje mi go pan bez zadnej metryczki...
- Bo ja go panu nie ofiaruje, nawet nie chce sprzedac, chce
wycenic... – zjezyłem sie.
Nawet nie pomyslałem, ze giepisci musieli dobrze wiedziec, czyje to
futro i komu Wowa go rabnał. I nie była to pewnie przodownica kołchozowa, ani
górnik przodkowy... Az sie spociłem. Skad we mnie tyle naiwnosci? Wprawdzie
miałem, jako swiadectwo pochodzenia, pismo od admirała, ale zabrali mi je na
granicy,. Admirał pewnie dobrze wiedział, co robi – moze tez współpracuje? Ja w
kazdym razie tego pisma juz nie mam i jakby co, to nie mam czego przedstawic z
wyjatkiem protokołu odprawy granicznej... Ale oni zawsze moga sie wypiac i
powiedziec, ze uwierzyli swemu gosciowi z bratniej peerel.
301
No ale wpadłem na pomysł. Pieknie podziekowałem fachowcowi bedac
na siebie zły, ze teraz on wie, gdzie ja mieszkam i zapłaciłem mu za te fatyge tysiac
złotych – pół przyzwoitej pensji!
Nastepnego dnia z poczty zatelefonowałem do Przemyslidy i od razu
ruszyłem pod Siedlce. Przyjezdzam, pokazuje i pytam, czy ma komu to sprzedac. A
on mi na to:
- Pomyliłes adresy – to ty znasz ludzi, którzy maja pieniadze,
chocby rzemieslników. Popatrz, na którego by to pasowało i sprzedawaj... No i
pamietaj – tak naprawde towar ma te cene, która nabywca chce za niego
zapłacic...
Zjedlismy dobry obiad domowy i pojechałem. Propozycji nie miał
zadnych.
Dziwna rzecz – nawet nie chca mnie podsłuchiwac, bo nie moge sie
doprosic telefonu.
Pokazałem te szube Zygmuntowi i mówie, ze szukam klienta, najlepiej
dyplomate. On tak dla jaj przymierzył, czy na niego pasuje, no ale on jest chuderlak i
futro jest zbyt obszerne. Zapalił papierosa, pociagnał z mojej pieknej szklanki kawy,
dosłodził sobie, bo uznał, ze poczatkowo wsypał za mało, pomieszał, wystukał
krople o brzeg naczynia i pyta:
- Jaka ma byc cena?
A ja mu na to:
- Dla mnie cwierc miliona, a dla ciebie reszta. Dyplomata kupi i za
pół miliona w dutkach. Tak mi mówił kusnierz, ale twierdzi, ze moze
zmobilizowac tylko sto osiemdziesiat...
Nie ryzykowałem szarzy z oferta kusnierza, bo moze jest kapusiem i
Zygmunt wie zbyt wiele? Choc wygladał na zaskoczonego. I bardzo podnieconego –
ja go jeszcze takim nie wiedziałem.
- Słuchaj – nie wiem, czy uda mi sie w zielonych... Daj zapalic, to
pomysle...
302
Mama zawsze narzekała, ze od papierosów zółkna firanki i planowałem
nie pozwalac moim gosciom, o ile to bedzie mozliwe, na palenie. Ale trudno – choc z
góry wiedziałem – teraz to on u mnie bedzie zawsze palił.
- Dwiescie dwadziescia... – zaoferował zaciagnawszy sie dymem z
Giewonta.
- Fiu... – mysle – tego sie nie spodziewałem. Widac ma kupca w
Niemczech...
- No co ty Zygmunt... – szuba warta jest grubo wiecej...
- Dajesz czy nie? – przyszpilił mnie niczym igła owada.
- A jesli powiem, ze zgadzam sie na dwiescie trzydziesci, to jest na
zicher – sprzedane?
- No nie badz taki Zyd – dwiescie dwadziescia piec, dajesz mi dzis i
gotówke masz w tydzien.
- Aha – mysle sobie – w tydzien obróci do Niemiec i sprzeda. A jak
go dupna, to moje ryzyko...
- Dobrze, ale gotówka jutro.
- Dawaj jakis koniak!
Nalałem mu. Do szklanek, bo kieliszków jakos jeszcze nie kupiłem. Same
brzydkie były. A miło byłoby tak jak u Przemyslidy pic z kryształowych... Jak jacys
panowie...
Napił sie, pomyslał i bardzo spokojnie mi wyjasnił:
- Ja mam taka sytuacje, ze troche złotówek odłozyłem z pensji. Ale
to zbunkrowała moja baba. Gdyby futro było damskie, to co innego – na jutro
wszystko bym załatwił. Ale ono jest meskie – na mnie w sam raz. Tylko troche
trzeba zwezic, skrócic i bedzie jak ulał. Musze ja troche poprzekonywac.
Wiesz, jak to jest w małzenstwie... a zreszta moze i nie wiesz, bo i skad... Jak
jej tylko powiem, to kaze mi w głowe sie popukac. Jak jej tylko pokaze, to to
samo, nawet jeszcze bedzie zła, ze niby o niej nie mysle, a skad ja wezme dla
niej sobole? Ale jesli powiesze w szafie i pojade do Niemiec, to nim wróce,
303
zonka sama zmieni zdanie. Pooglada, pomysli, ze moze w takim razie jak
gdzies pójdzie ze mna w takiej szubie, to choc ona bedzie tylko w karakułach,
to przeciez mna szyku zada. Takich soboli nikt nie ma. No nikt ze znajomych.
Zgodziłem sie. Potem sobie wyrzucałem, ze popełniłem bład. No bo
Zygmunt mógł mi trele morele opowiadac o swojej babie, a w rzeczywistosci
pojechac z tym do Niemiec i wystawiac moje futro na ryzyko. Mógł tez uznac, ze ja
jestem juz załatwiony – przeciez wiedział, ze szwedam sie bez zajecia i zwyczajnie
mi nie zapłacic. Co mu zrobie?
Ale nie. Po tygodniu zjawił sie i z pieciu róznych kieszeni wyjał paczki
banknotów po piecdziesiat tysiecy – takie nowe, małe, z Kopernikiem i połozył na
stole.
Cholera – tyle forsy za pare zszytych ze soba futerek zdartych z jakiegos
scierwa...
No i mam pewnosc, ze jeszcze sie licze. Inaczej fige z makiem
widziałbym pieniadze...
Nastepnego dnia kupiłem komplet kryształów w sklepie na
Swietokrzyskiej – nawet nie długo stałem w kolejce, akurat rzucili...
A jeszcze potem Stas mi powiedział, ze zdaniem Zygmunta trace kontakt
z partia i z masami, bo powiesiłem sobie na scianie obrazy religijne. Juz ja wiem o co
chodzi. Teraz zal mu tych wywalonych pieniedzy. We łbie mu sie miesza – co ja
mam wspólnego z tymi głupimi masami? Ale istotnie – warto by z jakiejs partyjnej
ksiazki wyciac portret Dzierzynskiego i jak w Kraju Rad – powiesic sobie w salonie.
To by jakos zrównowazyło te wszystkie ikony. A jak kupowałem je od popa - on był
taki nasz i Kola był nasz, ze nawet o tym waznym aspekcie nie pomyslałem.
A swoja droga – takiZygmunt – niby chuchro nigdy w niczym sie nie
wychylajace, chodzi w tych swoich tanich marynarkach, choc ostatnio czesto w
swetrach z Zachodu. ale jak juz sie postawił, to za worek pieniedzy.


304
Na Nowy Rok, ale juz po swietach, na moje zaproszenie przyjechał
Anton. Mysle sobie – czas leci, pensje płaca nie wiadomo za co, a ja złoze
zaproszenie w ambasadzie radzieckiej i przypomne o sobie. Admirała tez zaprosiłem,
ale jego nie puscili. A podobno chciał przyjechac.
Anton przywiózł ze soba po prostu stos obrazów, tak ze sto czterdziesci, z
czego połowa, jak nie wiecej – gołych bab. Aby zajmowały mniej miejsca, to zdjał
płótna z listew, na których były rozpiete. To sie chyba blejtram nazywa, chyba ze
blejtram to cos innego. W szkole psia krew uczyli, a ja nie pamietam.
No to poszlismy do sklepu malarskiego i on az sie zacukał – takie
podobno dobre farby, pedzle i jakies tam takie rózne. A wszystko to kosztuje, ze hej!
Listewki kupił, ale na reszte zabrakło mu pieniedzy.
Ja go lubie, choc widze, ze najchetniej, to codziennie piłby wódke. Wiec
odliczyłem z brzegu dziesiec obrazków, tez gołymi babami i za kazdy dałem mu
piecset złotych, ale pod warunkiem, ze co tydzien dostanie tysiac, zeby mu na cały
miesieczny pobyt starczyło i jeszcze, zeby na koniec sobie zrobił jakies zakupy.
Od razu poszlismy do tego sklepu artystycznego, a potem, za rada jakiejs
malarki poznanej w sklepie, do stołówki stowarzyszenia malarzy. Jest ta stołówka na
drugim pietrze, lezie sie po schodach. W srodku tłum i od dymu chodz siekiere
wieszaj. A gwar! Ale nic – za osiem złotych tylko daja malenkiego schabowego z
ziemniakami i kapusta. Zjedlismy, ja przyniosłem jeszcze po małym Budafoku, bo
był tylko Budafok, rumunska Zarea, likier orzechowy i Ratafia. Wina zadnego! Az
mi było wstyd – w zeteserer przeciez na dworcach wino sie leje! A tu taka nedza.
Poszedłem do toalety, troche czasu mi zabrało jej znalezienie – okazało
sie, ze klucz jest za pobraniem u portiera na dole i trzeba dac dyche zastawu. Gdy juz
to wszystko załatwiłem, wracam, a tu mój Antos przy barze pije ratafie z takimi
samymi jak on brodaczami. No przeciez zaraz mi sie porzyga!
Ale odciagnac sie nie dał. Wiec pogadałem razem z nimi, choc
oczywiscie tego swinstwa nie piłem. Warto było. Okazało sie, ze Anton to jakis
305
wybitny artysta , bo jak opisał, co maluje i ze nie moze wystawiac w zeteserer, to od
razu chcieli mu zrobic wystawe niezalezna, czyli nielegalna.
- No – mysle ja sobie – ja bede udawał, ze wszystko jest w
porzadku, ze jestem za, a raporcik jakby juz sam sie pisał... Ja juz przeciez
bardzo potrzebuje przypominac o sobie! A osiagniec ostatnio nie mam, bo i
skad?
Nastepnego dnia awaryjnie widze sie Zygmuntem i mówie, co i jak. Nie
mijaja trzy dni – a jeszcze dwa razy bylismy w tym całym klubie – jeszcze nikt nie
widział jakiegokolwiek antkowego płótna, a juz wszyscy wiedza, ze to pisarz
przesladowany na zesłaniu na Syberii, wybitny i taki, któremu trzeba pomóc. Dwie
panny na kolorowo ubrane, z jakimis paciorkami i w sandałach wyrabał nieomal przy
ludziach. Ze niby on siedzi w rogu na krzesle, a ona mu na kolanach, gdy w
rzeczywistosci pod stołem sukienke ma podciagnieta i nadziana, ze tylko kieliszkiem
zasłania twarz, aby w oczy sie nie rzucały rózne takie grymasy.
- Artysci – psia ich mac...
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przyłazi z rana po
tygodniu Zygmunt, bo ja telefonu ciagle nie mam i mówi:
- Z tym twoim Antonem to chryja. Nasi nie chca zadnego skandalu
i daja mu od razu wystawe w Domu Kultury na Mokotowie, z honorarium,
kilka muzeów kupi jego płótna i nawet przedstawiciela atasze kulturalnego
zeteserer sie zaprosi. Ale w zamian on nie bedzie robił zadnego skandalu z
nielegalna wystawa. Poza tym upewnij sie, czy on czasem tego nie chciał
zrobic w jakims kosciele. Klechy u nas to wielcy politycy, podobno z ruskimi
nie zadzieraja, bo oni w zastawie maja tamtejszych katolików, no ale nigdy nie
wiadomo...
Wystawa była podobno wielkim triumfem. Cała reszte obrazów sprzedał
na pniu – ja widzac co sie dzieje swoje, takze te nowe, postanowiłem na razie
trzymac. Z ambasady było trzech urzedników, przyniesli ze soba puszke kawioru
czarnego, puszke czerwonego, skrzynke róznych trunków i dwanascie butelek
306
szampana, a takze trzy krasne ryby, czyli takie wedzone jesiotry juz pokrojone w
plasterki, na salaterkach i wszystko to dołozyli przed impreza do produktów
przygotowanych przez organizatorów.
Dom Kultury był nabity goscmi – niektórzy byli bardzo znani. Z dnia na
dzien Anton stał sie uznanym artysta, choc recenzji nie było podobno w prasie
zadnej. Chyba wiem - dlaczego. Ci z ambasady nie byli juz tak bardzo zachwyceni
gołymi babami, na dodatek mało przypominajacymi fotografie, a to oznacza, ze
niezbyt to wszystko było wedle zasad realizmu socjalistycznego. No i – jak sadze –
nasza cenzura wszystkie wzmianki prasowe zablokowała. A przeciez było radio i
nawet przez dziesiec minut telewizja!
Niemniej, gdy Anton odjezdzał obkupiony w Warszawie za wszystkie
czasy, z cała walizka materiałów malarskich, ciuchami i sprzetem gospodarstwa
domowego, to na dworzec przyszło kilkunastu artystów i niewiele mniej dziewczyn –
wszyscy pili wódke nie zwazajac na surowe w tym wzgledzie zakazy. No ale byli
nasi po cywilnemu – ja ich łatwo rozpoznaje, wiec obyło sie bez ekscesów z SOK-
istami.
W kazdym razie cos sie działo.


Az do jesieni 1974 nic sie nie działo. Absurdalna historia. Pensje ciagle
mi płacili, premie zwykle dawali, a ja nic nie robiłem. Nawet na wakacje do Teodozji
czy w ogóle do zeteserer pojechac nie mogłem. A zreszta – na listy nikt mi nie
odpisywał, nawet Anton. Z nudów regularnie jezdziłem na wczasy FWP – nic za to
nie płaciłem, bo jechałem jako tajny inspektor. Wszystkie uzdrowiska zwiedziłem.
W Zakopanem nawet dorozkarze juz mnie poznawali, choc nigdy nie dałem im
zarobic.
Wakacje spedzałem w Bułgarii, w ramach wymiany miedzy bratnimi
organizacjami turystycznymi. Interesów zadnych – to oczywiste – zrobic sie nie dało.
Z nudów nasadziłem tate na zorganizowanie w miasteczku manufaktury staników.
307
Zygmunt z enerde przywoził mi te materiały, których nie mozna było kupic w
Polsce, baby to tłukły na domowych maszynach, igły łamały na potege, ja im te igły
załatwiałem z Radomia i brałem za kazda podwójna cene, bo w sklepach na igły był
deficyt i nie chciałem, zeby mi sprzedawały. Tego Radomia to sie bałem, bo w
zakładach „Łucznik” produkowali nie tylko maszyny do szycia, ale i karabiny. Ten
zakład obstawiony był przez kontrwywiad wojskowy i dla zwykłej zabawy mogli
mnie – człowieka było, nie było – fabrycznego – capnac.
Wykroje brałem w ten sposób, ze Zygmunt kupował mi w Berlinie, bo
najtaniej, staniki róznych rozmiarów, które sie rozpruwało i juz był wzór. Baby na
Rózycu płaciły mi od sztuki czterdziesci do szescdziesieciu złotych, tak abym miał
prawie dwadziescia złotych ze sztuki dla siebie, z czegoZygmuntowi, obok zwrotu za
materiały z enerde, dawałem piec złotych i on to jakos drobnił miedzy naszych.
Elementy plastikowe tłukł mi na swojej wtryskarce na lewo facet z Otwocka, bez
faktury, bo i po co, ale musiałem mu dac dwadziescia tysiecy na wejsciu na
wykonanie wzorów. To jakas skomplikowana historia i chyba nie bardzo mnie
orznał.
Cały dawny powiat, bo powiaty akurat likwidowano, niczym za okupacji
sie zorganizował i walił mi te staniki, a potem do kompletu i majtki, wszystkiego
razem najpierw po tysiac, a potem po kilkanascie tysiecy sztuk miesiecznie.
Zygmunt na moje potrzeby musiał zamówic w resorcie nowa, wieksza chłodnie. Inne
materiały kupowałem wprost w fabrykach, od naszych ludzi tam zatrudnionych,
najczesciej w zwiazkach zawodowych. Z milicji kupiłem złomowana Nyske, potem
druga i dwóch gosci dla mnie pracowało. Jeden to taki student, co go wyleli i był
koscielnym u proboszcza na Pradze. Nasz człowiek, ale o tym oczywiscie ani mru,
mru... Przez tego proboszcza mój człowiek poznawał ksiezy budujacych sie, wiec
potrzebujacych kasy i oni w kraju puszczali mi towar jak cholera. Ale głównie
rozchodziło sie poprzez bazar – nie było targowiska w kraju, gdzie moich wyrobów
bym nie widział. Ja co dwa miesiace na dwa tygodnie jechałem na wczasy, wtedy
interes zamykałem, a baby mi w powiecie w tym czasie tłukły towar jak cholera, no i
308
sobie ogladałem. Ceny w kraju były zadziwiajaco zróznicowane. Ja o wszystkim
pisałem obszerne sprawozdania – mozna rzec – donosiłem sam na siebie – i było git.
Kupiłem plac w Aninie i nawet rozpoczałem budowe domu. Z materiałami miałem
krucho, ale kontakty z ksiezmi były jak znalazł. A Zygmunt, za spory grosz –
skrzetny typ – takie dochody i mimo to ze mnie wyciskał ciezko zarobiona kase –
dostarczał mi faktury. Na szczescie faktury były in blanco i co jakis czas
spuszczałem taka któremus ksiezulowi i zwracałem sobie koszta. Przynajmniej do
czasu, gdy okazało sie, ze na któregos w przemyskiem polowali, a on sobie jaja z
nich zrobił i pokazał faktury, których nie miał prawa miec. Jak mnie wtedy Mietek
opierdolił! Mój Boze! Myslałem juz, ze teraz to sie przejechałem, ale nie – chyba
Franek z litosci mnie podtrzymał, albo moze uznał, ze choc na razie nie jestem
potrzebny, to jednak ruskie trzymaja mnie w rezerwie i mam specjalne papiery.
Naraili mi w koncu z Fabryki takiego majstra budowlanego z Otwocka i
on po godzinach razem ze swoja brygada mi to stawiał. Szybko mu to nie szło, ale
juz w jakims takim tempie. Pijani chodzili na okragło, ale swoje robili. Ten majster
to ciezki pojeb – jednego oka nie ma, a raczej ma szklane, ale tak w ogóle to w
porzadku gosc. Raportowac miałem o nim regularnie co i jak – głupia sprawa. Ale ja
go specjalnie nie uwalałem, bo po co, skoro dobrze muruje i jeszcze mi materiały
załatwia z budowy, zebym nie musiał po ksiezach sie prosic. Poprzednia partanine
prawie cała wyrzucił, a sklecił mi chałupe z wielkiej płyty, z elementów
wybrakowanych, jednopietrowa, ale solidnie, nie jak to z piszczacymi rurami gówno
Za Zelazna Brama. Troche wbrew przepisom wyszło mi dwiescie trzydziesci metrów
uzytkowych. Na parterze elementy były z parteru wiezowca – takie wysokie na
prawie trzy metry, podobnie piwnica, a na pietrze standardowe. Tylko trudnosc była
z pokojami, bo nie chciałem takich małych klitek no i postarali sie – pokoi mam piec
plus salon – wszystko jak trzeba, obszerne.
Szpital w kieleckiem w koncu zaczeli remontowac, wiec kafelki poszły
juz do nowego domu, podobnie jak rury i armatura. Armatura nie bardzo mi sie
podobała, lecz w sklepach w ogóle nie była do dostania ładniejsza – nawet w
309
Juniorze, wiec kupiłem w Pewexie. W ogóle to, co nie jest dostepne za złotówki,
smiało mozna kupowac w Pewexie i tylko te ceny – nawet mnie przerazaja!
Zorientowałem sie, kto w tym Aninie mieszka – działacze partyjni,
oficerowie, adwokaci, pisarze, nawet gwiazdy telewizji. Alez oni wszyscy mieszkaja!
Skad maja pieniadze? Alez oni musza robic przewały... I ja nic o tym nie wiem!
Ostatecznie zdecydowałem, ze kafelki ze szpitala dam tylko do piwnicy,
garazu, na oba tarasy i do altany, a takze do baseniku z fontanna. A do obu toalet,
łazienki i kuchni kupiłem hiszpanskie. Drogo to wychodzi, ale co tam. Nawet mój
majster, choc to kompletny matołek, musiał przyznac, ze hiszpanskie kafelki sa
piekne. Teraz musze mu patrzec na rece, bo wprawdzie na niczym go nie złapałem,
ale zle mu z oka patrzy... Tez sie buduje.
Nawet sie zastanawiałem, czy ze wszystkimi bambetlami nie przeniesc
sie do tego Anina, ale dałem spokój, bo u siebie w bloku Za Zelazna Brama
wynajałem na ostatnim pietrze kawalerke z telefonem, faktycznie tam mieszkałem, a
w Aninie nie było na razie zadnych szans na telefon.
Z tym telefonem to była afera. Zygmunt zapomniał poinformowac o tym
fakcie i przez długi czas, o czym nie wiedziałem, nawet nie miałem podsłuchu. Przy
okazji dowiedziałem sie, jak taki podsłuch wyglada. Oczywiscie – jesli maja kogos
na tapecie, to człowiek zawsze wsi na słuchawce i reaguje stosownie do rozwoju
wydarzen. Ale zwyczajny podsłuch, jest to nowo zbudowana hala niedaleko
Stalingradzkiej z tysiacami magnetofonów kasetowych. Podobno dla tego podsłuchu
specjalnie kupiono licencje na produkcje magnetofonów Thomsona. Taki
magnetofon włacza sie automatycznie z chwila połaczenia telefonicznego i
konsekwentnie nagrywa wszystko jak leci. Potem z rana zmienia sie kasety. Zatem –
jesli konsekwentnie potrzymac telefon na głucho przez pół godziny, to nie ma
zadnego podsłuchu, bo kaseta sie skonczy i do rana jest spokój. A zreszta – tak
twierdzi Zygmunt – nikt nie ma głowy do słuchania tych tysiecy kaset. Zygmunt na
przykład ma tylko prywatny magnetofon i nie bedzie go psuł na panstwowa robote,
310
bo gdyby to robił, to tylko z gadaniny jego własnych obiektów wynikałoby, ze doba
jest zbyt krótka.
I juz tak przywykłem do tej przedsiebiorczosci, gdy ni stad ni z owad –
puk, puk... z rana do kawalerki, o której nic nie mógł wiedziec, przyszedł
Przemyslida. Na szczescie byłem juz ubrany, choc jeszcze nie ogolony. Podałem
jakas kawe i załatwiane w Gizycku, w wytwórni, szprotki w podwedzane w oleju –
rarytas – prawie takie, jak eksportowe! Nie musiałem sie wstydzic!
Tak jemy te szprotki, popijamy kawa, masła nie dostałem, ale nie szkodzi,
bo jest olej z puszki.
- No i rozwijasz sie... Ciesze sie... – mówi.
Nie wiem, do czego pije, ale pewnie wszystko wie.
- Staram sie, prosze pana...
- No i dobrze robisz. Widzisz – masz nowe zadanie. Zarobisz
jeszcze wiecej...
- Mam porzucic swój dorobek – pytam?
- Alez nie, jesli dasz rade. Widzisz – potrzebny jest taki
specyficzny import, w formie paczek kierowanych zza granicy, z Zachodu, do
prywatnych osób do Polski.
- To nie pachnie kryminałem?
- A gdzie tam – zachnał sie.
- Od paczek trzeba płacic cło – zauwazam.
- No i dobrze. Twoje zadanie bedzie polegac na tym, ze musisz
znajdowac figurantów, na adresy których beda przychodziły paczki. Ty im
dasz pieniadze na to cło – dzis to jest trzysta piecdziesiat tysiecy. To znaczy,
na cło jest troche mniej, bo dla nich jest dwadziescia procent, a dla ciebie
dziesiec procent. Tylko ze to bedzie duzo, bardzo duzo paczek. Ty musisz
wyszukac sobie ludzi, którzy beda docierac do konkretnych osób, które beda
uzyczac swoje adresy.
- Wy ich pózniej bedziecie trzymali za jaja?
311
- Eee tam – znów sie zachnał – wszystko jest legalne. Jesli tylko nie
sprzeniewierza pieniedzy, to wobec prawa beda czysci. To jest raczej forma
dotacji.
- Aha.
- A nasi o wszystkim wiedza?
- Którzy nasi – odpowiedział pytaniem?
- No Fabryka...
- Alez wie, ale nie maja prawa sie wtracac. Stoi?
- Stoi – zobowiazałem sie.
Juz nastepnego ranka, o swicie, słysze do drzwi: - puk, puk...
Ledwo przytomny otwieram, a ze miałem wieksza gotówke w domu, to
nawet za drzwiami trzymam nagana w garsci. No ale to nie miało sensu – przyszło
dwóch z Rakowieckiej. Rozbebeszyli mi cały dom wydłubujac z róznych miejsc
sporo grosza.
- Co jest cholera – mysle? Czy to czasem nie jest tak, ze ja Fabryce
jako partner Przemyslidy nie pasuje? Ale ze tez sa tacy bezczelni, aby spierac
sie z plecami Przemyslidy!
W koncu zakwestionowane przedmioty, głównie gotówke polska, troche
dewiz, wrzucili do torby i sprowadzaja mnie do duzego fiata na dole. Porzadny
pojazd – taki sam jak mój – na szerokich felgach, tylko niebieski, taki przechodzacy
w błekit, gdy mój jest lepszy, bo jellołbahama. Ale tak w ogóle, to te same pojazdy,
nawet silniki tak samo rasowane – z tego samego zródła. Ale mój jest prywatny – po
przebiegu dwudziestu tysiecy kilometrów kupiłem go za grosze jako złomowany.
Stas mi to załatwił. Zawsze miał układy w garazach na Słuzewcu, czyli w bazie
motoryzacyjnej esbe.
Kierowca jedzie z przodu, a ja z tyłu miedzy oboma moimi goscmi o
swicie. Mysli mam niewesołe. Firma moze mi proces zrobic lepszy, niz swego czasu
afere miesna. Przeciez wszystko wiedza! Ja nie wiem, czy choc jeden mój
współpracownik nie jest zarazem kapusiem. Troche mi to nie pasuje, bo współpraca
312
ze mna dotychczas była forma premii za dobre donoszenie, a co wazniejsze – jeszcze
czesciej dla krewnych ludzi z firmy. I co – teraz ich wszystkich tak po prostu
wypatrosza?
Gdy nie skrecilismy na Mostowo, nie zdziwiłem sie. Ale gdy bez
zwracania uwagi na ograniczenia szybkosci minelismy Rakowiecka, to sie
przeraziłem. O do diabła – wiadomo, ze Przemyslida nie współpracuje z
Pernambuko, tylko z ruskimi. Nasi, jesli im nie pasuje, nie beda sie przeciez z
ruskimi kłócic, za to moga mi cicho dac w łeb i koniec piesni. Franek własnie z
wielkim hukiem poszedł w odstawke, podobno pod samym towarzyszem Gierkiem
rył, a ja moge uchodzic za człowieka Franka. Troche moze beda sie nawet na siebie
dasac, a ja w tym czasie bede gnił gdzies w dole w Lesie Kabackim, albo w innym
ustronnym miejscu.
Ale nie – skrecilismy w Rózana i w tym momencie – chyba chwile zbyt
pózno – zasłonili mi oczy. To dobrze – widac po całej tej aferze jeszcze mam cos
wiedziec i pamietac!
W koncu odsłaniaja mi te oczy – szmata do wycierania samochodu to
zrobili i przez podwórko osłoniete od ulicy zywopłotem wprowadzaja mnie do
przedwojennej, odrapanej willi. A leci od nich gorzałka, jakby nawet po popijawie
nie spali. Ledwo wytrzymywałem ten smród. Prowadzac mnie pod ramiona
dosłownie wepchneli mnie za drzwi, których sami nie przekroczyli. Tam mnie
przejał inny, tez bez słowa znów chwycił mnie za ramie i schodami i korytarzem do
takiego gabinetu. Posrodku stał stół sosnowy, biurowy, przykryty blatem ze szkła.
Wokół stały proste krzesła obite jakas derma. Pod scianami stały szafy do kompletu
ze stołem, a w rogu stolik okragły, z blatem z czernionego szkła i z trzema fotelami.
Na srodku stolika połozyli malutki obrusik z Cepelii i cepeliowski gliniany
dzbanuszek ze sztucznymi kwiatami.
W pokoju zostałem sam. Nigdzie nie siadałem, tylko jak kołek prze moze
kwadrans stałem w miejscu. Az tu nagle otwieraja sie drzwi i wchodzi nowy szef
313
bezpieki. Znam go z widzenia – mały, szczupły, słynny z tego, ze to w pojeciu
wszystkich wyjatkowo wredna kanalia, ale nawet nigdy z nim nie rozmawiałem.
- No – rozwijasz sie.
Ja stoje na bacznosc, jak struna i oczywiscie nic nie odpowiadam.
- To dzieki nam sie rozwijasz. Pod nasza opieka...
- Tak jest, towarzyszu generale!
- Wszyscy to doceniamy. I to mnie cieszy.
Chwile pomilczał i dopiero, gdy wpadłem na ten pomysł i ryknałem:
- Ku chwale ojczyzny towarzyszu generale!
- Udzielimy ci w nowym zadaniu wszechstronnej pomocy, w
szczególnosci pomocy kadrowej. To wszystko po to, by zadanie wykonac
perfekcyjnie i jak zawsze, słuzyc naszym towarzyszom kompetentnie.
- Tak jest towarzyszu generale!
- No i dobrze... – facet chwile jeszcze postał i wyszedł.
Znów postałem sobie, teraz moze z dziesiec minut. Tak na oko, bo mojej
Doxy w tym rozgardiaszu nie wziałem. Wreszcie wszedł facet czterdziestoletni mniej
wiecej, równiez niski, ale juz nie taki szczupły, łysiejacy, z bardzo niezdrowa cera.
Wskazał na fotel przy stoliku i po chwili wszedł zołnierz w mundurze
nadwislanskim, lecz dziwny, bo jednak liczacy sobie z dwadziescia piec lat i z tacy
połozył na stoliku dwie kawy w szklankach, cukier, popielniczke i odpieczetowana,
lecz pełna paczke luksusowych papierosów „Sojuz - Apollo”.
Gdy juz zołnierz wyszedł, gosc nie czestujac mnie – widac wiedział, ze
nie pale, albo nie uwazał tego za konieczne, zapalił:
- No pijcie te kawe. Nalezy sie wam.
Ja wykorzystałem sytuacje, by przypomniec o moich sprawach:
- Wasi ludzie zapakowali rano jakies moje rzeczy do torby. Czy je
odzyskam?
- Juz jada do waszego mieszkania. Same – zasmiał sie - Gdy
wrócicie, beda na miejscu.
314
- Dziekuje – odpowiedziałem mozliwie wdziecznym tonem.
- Masz racje, dziekuj... My ci pomozemy – wydelegujemy troche
naszych ludzi do pomocy tobie, ale nikt nie bedzie kwestionował twojej
samodzielnosci... przynajmniej do chwili, gdy bedziesz całkowicie lojalny...
To nie brzmiało dobrze. Towarzysze ruscy nie słyneli z tolerowania
podwójnych lojalnosci:
- Czy towarzyszu to nie stanie w sprzecznosci z oczekiwaniami
strony finansujacej całe przedsiewziecie?
- Ty sie ciesz, bo ty bedziesz ludziom dawał pieniadze do garsci –
niektórym palma odbije i przechulaja wszystko. I jesli nie bedziesz robił
przekretów, to na nas w granicach rozsadku mozesz liczyc. I nie przejmuj sie...
To wszystko jest realizowane na nasza prosbe. My we wszystkim jestesmy
gotowi swiadczyc naszym wspólnym towarzyszom wszelka pomoc.
To powiedziawszy nagle wstał, podał mi reke – nawet nie zdazyłem
wstac z fotela i wyszedł.
Zdazyłem dopic kawe, na wszelki wypadek podmieniajac szklanki, gdy
wszedł ten sam trzydziestoletni co poprzednio, wyprowadził mnie na podwórze,
oddał juz tylko kierowcy błekitnego fiata i wróciłem do domu. Na miejscu były
pieniadze w teczce, chyba co do grosza, a nawet nieudolnie posprzatano.
Nastepnego dnia znów puk, puk o swicie.
- O rany – mysle!
Ale nie – to przyszedł technik, aby zamontowac mi w lokalu na dole i w
Aninie telefony. No to wreszcie sie doczekałem...


W paczkach przychodziły całe pudełka ciasno upchnietych koncówek do
długopisów. Dziesiatki tysiecy. Swoje musiał brac dostawca, swoje figurant, gosc,
który mi go znajdował i przekonywał do współpracy, wreszcie ja i Przemyslida.
315
Potem szło to do Rosji. Kiedys bedac u Przemyslidy – miał juz nowa gospodynie,
hoza trzydziestolatke, a takze ogrodnika i sliczny park wokół dworu, spytałem:
- Czy to im sie opłaci?
- No cóz – gospodarka radziecka ma rozliczne zadania i musi je
wypełniac. Radziecki przemysł potrafi wyprodukowac wszystko, ale widac sie
nie opłaci. Jednak – nie chce wprost sprowadzac tych koncówek, bo Zachód
moze łatwo zablokowac eksport i co – taki wielki kraj ma wrócic do stalówek
w obsadce?
- A CIA o niczym nie wie?
- Mysle, ze wie... Ale co im to przeszkadza?
- Wie pan – to dziwna historia z naszymi figurantami. Od pana na
listach dostaje wszystkich: profesorów, aktorów, oficerów i majstrów
budowlanych. No i ja rozumiem, ze to sa takie dary przyjazni. Ci ludzie czesto
podstawiaja swoje zony, matki, no ale wiadomo, o co chodzi. Nasi tez daja,
zwykle krewnych oficerów, lub współpracowników. Ale jedni i drudzy kaza
docierac mojej sforze do ludzi znanych ze swych antysocjalistycznych
pogladów. Taki sam skup prowadzi „Inco” i czesto juz ludzie „Inco”
usiłowali do nich dojsc. Bez skutku. A naszym sie udaje. No – czesto sie
udaje. Sprawa jest legalna – przeciez tego nie da sie uzyc jako argumentu, na
przykład przy werbowaniu...
- Czemu?
- No nie ma czym nastraszyc!
- Ale jest marchewka... i to gruba, grubo smarowana masłem! A
nawet jesli nie, to zawsze mozna goscia załatwic i puscic plotke, ze forse
dostał za usługi, których nie wyswiadczył. Prosze mi wierzyc, dla wielu
problemem nie jest donoszenie, ale obawa, ze inni sie o tym dowiedza. Taka
plotka potrafi byc argumentem rozstrzygajacym. Ale masz racje - jak ktos
zostanie naszym figurantem, a nie jest współpracownikiem, to jak sie uprze, to
nie bedzie współpracował. Ale co pan mysli – ludzie to Jakuby prostaczki –
316
mysla, ze takie sprawy załatwia pokatny konik spod kina? A zreszta czy sa
koniki nie współpracujace? Owszem, ale juz w kryminale. Jak wchodza w ten
interes, to juz sa co najmniej w drodze do nas... Tak czy inaczej mamy na nich
haka.
Po chwili przyniósł wchisky marki Ballantine, nalał na dno duzych
kryształowych szklanek i zmienił temat:
- Wiesz – z Polski eksportuje sie duzo koni. Róznych koni –
najczesciej rzeznych, do Włoch, Francji, ale czasem doskonałych koni
wierzchowych, nawet arabskich.
- No wiem, tu niedaleko jest stadnina w Janowie Podlaskim.
- No tak, choc to sa bardzo drogie konie. Ja mysle o mimo
wszystko tanszych. Poza tym mozna kupowac rzezne w zeteserer. Gdyby jakos
przejac pensjonat i troche gruntu obok, to mozna by zrobic osrodek
koncentracji zwierzat przed wysyłka. Siano by kupowac od chłopów,
ewentualnie nawet owies.
- Ale kto to sprzeda – własnosc pewnie FWP, ale oni nic tam nie
robia. Podobno chłopi wyniesli juz ostatnia framuge. A ja mysle, ze wcale nie
chłopi, tylko nasi oficerowie byli szybsi. Bo nawet parkiety zerwali. Na co
chłopu parkiet?
- Popróbuj – moze sie uda?
Pare dni pózniej wrzuciłem temat Zygmuntowi. Zainteresował sie. Ale
juz dwa dni pózniej powiedział, ze nie ma mozliwosci. Chyba od gminy, bo to
własnosc gminna, ale gmina nie ma prawa sprzedac osobie prywatnej.
- W ogóle kurwa porobiło sie. Ty wiesz co sie stało?
- No nie – odpowiedziałem na tak głupio sformułowane pytanie.
- Ty wiesz, ze w zamian za bezzwrotny jakis kredyt Gierek sprzedał
Niemców Schmidtowi?
317
- No cos czytałem, ze na podstawie miedzynarodowej umowy ilus
tam naszych, polskich Niemców moze wyjechac do raichu. Wyobrazam sobie,
ilu teraz sobie przypomina, ze ich przodkowie to wyłacznie Niemcy.
- No tak, ale chetnych jest i tak za mało. Podpisali kontrakt na zbyt
wielu ludzi i teraz zmuszaja na Mazurach ludzi do wyjazdu. Czesciowo po to,
by ich chałupy kupowac za bezcen jako dacze – o – to ci moge załatwic – ale
głównie po to, by wypełnic kontyngent. Za takiego mazurskiego drwala wraz
ze skretyniała rodzina wypada podobno osiemset marek za kazda twarz! A w
kraju od dewiz sie nie przelewa! No i w ciagu jednego dnia – rano przyjechali
ciezarówka – załadowali do wagonu, a osobowym wieczorem mojego
wedzarza wysłali do dojczland. Masz pojecie – tu wielka akcja wywiadu, co
tydzien wieksze dewizy z samego oficjalnego eksportu, a tu taki burdel. Mój
wedzarz nie protestował, bo pewnie sadził, ze to za nasza wiedza. Ja znalazłem
nowego, nie gorszego wedzarza z zakładów miesnych w Ostródzie, ale co tam
– Hamburg sie uparł i od niego nie chce. Chyba z tego wszystkiego posla mnie
na ememryture. Jakbym cos był winien. A ja wtedy byłem akurat w
Hamburgu!
Patrzyłem na niego zdumiony – bez słowa. Jezu słodki – przeciez mój
interes z powodu podobnego głupstwa moze tez skrecic kark. A ja z nim. Co za
bardak!
Poradziłem Zygmuntowi, zeby szedł na emeryture, a ja – jesli nie ma
lepszego pomysłu – jakos go ustawie. Odpowiedział, ze owszem, jesli nie bedzie
miał wyjscia, ale ma troche grosza, bo zona oszczedna, wiec moze cos na własna
reke?
A jednak jakos go nie szurneli. Chyba współpraca ze mna utrzymała go
na powierzchni i nawet dostał awans i odznaczenie: „Budowniczy Polski Ludowej”.
O! – to dobry medal, chlebowy, daje emeryture w pełnym wymiarze ostatniej płacy.
Pewnie mu zatkali gebe, aby nie chlapał o tej wpadce z wedzarzem?
318
Zrezygnowałem z wyjazdów na wczasy, wszystko z braku czasu. Mimo
to z FWP mnie nie wyrzucili. Szczególnie, ze na takie chwilówki, pod pozorem
kontroli, a w rzeczywistosci za interesami, nadal jezdziłem czesto. Nie musiałem
korzystac z hoteli. Bez delegacji czesto sie okazywało, ze rezerwacja była, a pokoju
nie ma i dymaj człowieku na kwatere prywatna, albo i nie to.
Miałem poczatkowo takie poczucie, ze zbyt wiele srok trzymam za jeden
ogon. Przez pierwsze miesiace straciłem kontrole nad całoscia. Wszystkiego nie
potrafiłem zapamietac, mieszały mi sie pieniadze z bielizny z pieniedzmi na import.
Wreszcie wpadłem na koncept. Przez Stasia dotarłem do mojej dawnej ksiegowej.
Mieszkała w tej chwili znów w Warszawie, na Targowej w takiej starej kamienicy.
Spotkalismy sie w Bristolu, w kawiarni na pietrze.
- Gdzie pracujesz?
- W kadrach „Mostostalu”. Tam mnie skierowali. Zupełnie inna
robota, jako tako płaca, ale to nie ksiegowosc.
Teraz troche mniej sie malowała. Trzeba przyznac, ze pensjonat skłaniał
kobiety do malowania sie. Choc starsza była, niz ja, to nadal była warta grzechu –
nie roztyła sie, dobrze ubrana. Obraczki nie nosiła. Miałem to skojarzenie, poniewaz
czesto gesto w pensjonacie musiałem zmywac wieczorem specyficzna obraczke z jej
szminki. Rozczuliło mnie to wspomnienie.
- Wyszłas za maz?
- Jakos nie.
- Przypomniałem sobie, jak musiałem potem zmywac twoja
szminke...
- A co – nie masz komu wkładac?
- Nie to, choc miło było.
- Dla pana dyrektora wygodnie.
- To fakt, ale miło było...
- Straciłam mieszkanie słuzbowe, ale starczyło na własnosciowe...
W sumie wyszło nie najgorzej.
319
- Chciałabys zarobic?
- Mam prace.
- No wiesz – duzo wiecej i po godzinach?
Przyjrzała mi sie uwazniej:
- Pensjonat znów rusza?
Nie byłem pewien, czy spytała tak z zainteresowania i z gotowosci
podjecia tam pracy, czy tez kpiac. Celowo tak to rozegrała.
- No nie, nie rusza. Ale robi sie inne interesy. Duzo interesów i
trzeba to jakos rachowac. Nie daje rady. Mysle, ze dwie godziny dziennie
pracy starczy, a bedziesz miała z tego duzo wiecej, niz z etatu.
- To jakas lewizna? Moga posadzic?
- Posadzic nie – rozesmiałem sie – ale gdy na któregos trzeciego
maja siły reakcji z klechami i rozwscieczonymi zakonnicami na czele zaczna
wieszac na latarniach, to o nas nie zapomna...
Ona tez sie rozesmiała. Doceniła dowcip. Nie wiedziała, ze zacytowałem
Przemyslide, bo i skad?
Zgodziła sie na wszystko. Postanowiłem interesy przeniesc do Anina i
tam otworzyc biuro. Odwiozłem ja do domu. Gdy stalismy na jakims swietle, zaczeła
mi gmerac przy rozporku. Chwile potem, ja kierowałem, a ona schyliła sie i dossała.
Dojechalismy na miejsce. Na góre nie chciałem isc. Takie figle sa dobre, ale spac z
nia nie chciałem. Dystans musi byc. Zeby pamietała, kto tu jest szefem, a kto
podwładnym. Jak raz sprawe ustawił w pensjonacie Stas, ze ja do niej mówie po
imieniu, a ona do mnie: - panie dyrektorze, to i niech zostanie.
Trzeba przyznac – od razu zaczeło wszystko lepiej działac.

***********************************

Wiosna 1976 Zygmunt prosił mnie, bym zarezerwował dwa dni w
weekend na wyjazd na seminarium naukowe organizowane przez resort. Ja byłem
320
zdziwiony, bo co ze mnie za naukowiec, ale niech tam. Ruszylismy z ulicy
Wisniowej, ze niby jestesmy zwiazani z esgiepisem. Dwa autokary. Dojechalismy do
osrodka szkoleniowego PKO w Serocku. Wspaniałe miejsce – klubokawiarnia,
bilard, w parku nad brzegiem zalewu petaja sie nagrobki zydowskie, które – jak sie
okazuje – nazywaja sie macewy. Dobry kamien – warto byłoby wyzbierac i uzyc
jako utwardzenia do drogi, albo co? Przeciez to juz jest nikomu nie potrzebne!
Przed południem w sobote był wykład o sytuacji miedzynarodowej.
Opowiadał o tym komentator prasowy z jednego z najlepszych tygodników
warszawskich. Mówiono duzo niecenzuralnych rzeczy. Ja mam nawyk, zeby słuchac
jednak Wolnej Europy, ale i tak dowiedziałem sie sporo nowego. Potem był obiad i
po obiedzie był wykład z aktualnych problemów polityki wewnetrznej. Mówca –
profesor uniwersytetu opowiadał o siłach antysocjalistycznych, które podobno
organizowały sie do nowego ataku. Wskazywała na to dyskusja w paryskiej
„Kulturze’ i w londynskim „Aneksie”. Temat był dla mnie tym bardziej ciekawy, ze
sporo moich figurantów rekrutowało sie z tych srodowisk. Sam to dostrzegłem.
Zarówno Przemyslida, jak i Zygmunt najbardziej byli zadowoleni, gdy obiekt z tej
kategorii chwycił i zdecydował sie na firmowanie importu. Jeden nawet zwyczajnie
przehulał wszystkie pieniadze w „Grandzie” w Sopocie, a mimo to sugerowano mi,
zebym nadal z nim pracował. Prawda, ze straty mi pokryła Warszawa. Ciekawa
rzecz, bo gosc był z listy Przemyslidy.
Naukowiec – profesor Sniedz – wybitny znawca polityki, czesto
wystepuhjacy w telewizji działacz partyjny wysokiego szczebla - zaczał temat i
zwrócił uwage, ze absolutna wiekszosc rozrabiaczy sa to Zydzi. I to jacy!
Potomkowie działaczy partyjnych. Zarówno ci z kraju, jak i ci z zza granicy.
Najgorszy okazał sie byc Antoni Słonimski, który wprawdzie ma zone, ale bywa w
kawiarni „Amatorska” na Placu Trzech Krzyzy, a to jest kawiarnia dla pedałów.
Oczywiscie juz samo nazwisko mówi, czy Słonimski jest chrzescijaninem, czy nie.
Ja nie do konca rozumiem, po czym mozna poznac, ze nazwisko jest zydowskie, czy
nie? Jak jest jakis Goldberg, albo Bekier, to wiadomo, ale Słonimski?
321
Wszyscy ci Zydzi to w rzeczywistosci trockisci i celem ich jest przejecie
naszego socjalizmu na słuzbe CIA. CIA bowiem rozumie, ze zdobycze socjalizmu sa
nie do wyrwania z duszy człowieka socjalistycznego i dlatego godza sie na wariant
trockistowski, który gwarantuje im moznosc kontroli sytuacji. No to wreszcie wiem,
o co chodzi z tym trockizmem. To zreszta tez wyjasnił lektor:
- Zydzi kontroluja Wall Street, czyli banki i prase w USA, to tez jesli
podporzadkuja swiat socjalistyczny Stanom Zjednoczonym wykorzystujac do tego
celu ideologie trockistowska, to faktycznie Zydzi beda kontrolowac nasz blok. W
tym celu mobilizuja do walki ostatnie swoje zastepy tych Zydów, których jeszcze nie
ekspulsowalismy z naszego kraju.
- Wyłaza oni – towarzysze – jak karaluchy noca! Z kazdej, towarzysze –
szpary! I Kuron i Blajfer i Blumsztajn. A Michnik! Czy wy towarzysze wierzycie, ze
syn Ozjasza Szechtera, brat stalinowskiego prokuratora, moze byc Polakiem?
- A tym czasem Kosciół katolicki w Polsce, w swej zapiekłej i
slepej nienawisci do socjalizmu zatracił busole patriotyzmu. Michnik sobie
ksiazke pisał na stypendium kardynała Wyszynskiego. Jdnak, towarzysze, ja
was przestrzegam – kardynał Wyszynski jeszcze nie obsunał sie tak daleko w
swej zdradzie narodowej, w swej drodze ku Targowicy, jak jego
prawdopodobny nastepca, kardynał z Krakowa – Wojtyła. Wojtyłe po prostu
mozna nazwac eksponentem interesów natowskich w kraju. Najlepszy dowód,
ze zaden artykuł w „Tygodniku Powszechnym”, czy w „Znaku” nie moze sie
ukazac bez jego zgody i jego poprawek. A nie jest to, prosze mi wierzyc,
dobrotliwa cenzura z Mysiej, lecz organ rodem z czasów zbrodni inkwizycji.
Ciagle na to wskazuja nasi przyjaciele z Paxu, którzy wiedza, ze przeciez nie
wszyscy dostojnicy koscielni az tak jawnie słuza miedzynarodowym interesom
imperializmu i finansjery. I dziwia sie, ze nasze władze rezygnuja z aktywnego
wpływania na układ sił w episkopacie. Towarzysze, nie jest to niemozliwe. Ja
juz nie mówie o doswiadczeniach radzieckich, lecz przeciez jest
Czechosłowacja, nawet Wegry Kadara maja pewne interesujace
322
doswiadczenia. A nasz „Caritas” nie wykazuje wystarczajacej aktywnosci.
Wcale nie dlatego, ze jest słaby kadrowo, choc warto by go było wzmocnic.
Moze warto pomyslec, by skierowac tych duchownych, którzy za nasza
wiedza ukrywaja przed swiatem swoje sympatie dla socjalizmu, szczególnie
młodszych, dynamicznych, majacych przed soba perspektywy, które moga
zrealizowac we współpracy z socjalistyczna ojczyzna, własnie do „Caritasu”.
Trzeba poruszyc problem dyskryminacji kobiet w kosciele. Co to jest, zeby w
panstwie socjalistycznym istniała instytucja tak jawnie dyskryminujaca w
swych szeregach kobiety?
- Tak wiec, towarzysze, staja przed nami wazne zadania i trudny
egzamin. Partia to docenia i musi stworzyc warunki dla aktywnej walki. Jesli
nie starczy nam kadr, jesli nie starczy nam srodków, to wczesniej czy pózniej
przyjdzie nam sie zwrócic o pomoc do towarzyszy radzieckich. Ja nie strasze!
Ja jestem towarzysze od tego daleki. Ale taka jest logika historii i
doswiadczenie Wegier i Czechosłowacji.
No to ja byłem w domu. No bo prosze – Sniedz chce uniknac
interwencji radzieckiej dławiac opozycje, trockizm, zydostwo i episkopat. Ja zas daje
zarabiac wszystkim tym kategoriom na wniosek czy to Przemyslidy, którego
przeciez tez nikt nie chrzcił, za to który nakrecany jest z Moskwy, czy to na rozkaz z
Warszawy. Czyli obiektywnie zmierzam do interwencji radzieckiej w Polsce. Ba....
No ale tym to ja publicznie nie bede sie chwalił!
Jakis działacz młodziezowy z SZSP spytał, czy Sniedz nie widzi
problemu w fakcie, ze obiektywnie zmuszeni jestesmy w imie dalszego
dynamicznego rozwoju kraju i walki o podniesienie stopy zyciowej, zaciagac kredyty
w bankach kontrolowanych przez miedzynarodowe zydostwo, a nasza walka?
Sniedz usmiechnał sie, niczym cudotwórca i rzucił:
- Warto, towarzysze, sledzic doswiadczenia towarzysza Causescu.
Ja nie mówie, ze warto przyjmowac jego polityke miedzynarodowa
nacechowana niewystarczajaco pogłebionym internacjonalizmem, lecz akurat
323
w stosunku do miedzynarodowego kapitału prowadzi polityke aktywna, a
zarazem niezalezna. I to mu gwarantuje całkowita stabilizacje wewnetrzna.
Prawdziwie silna i goraca wiez z narodem rumunskim.
- A towarzszu profesorze Sniedz – odezwał sie tubalnym i chyba
nie całkiem trzezwym głosem z konca sali Stas – ze tez cholera nawet go nie
zauwazyłem - jestescie pewni, ze towarzysz Causescu jest z rodziny
chrzescijanskiej?
- No własnie towarzysze – zareplikował ktos inny – juz on tam wie,
jak sie nie dac tym gudłajom.
Ktos inny zaraz dorzucił:
- Bo Causescu to ma, towarzysze, kiepełe!
Sniedz słyszac to az pokrasniał z zadowolenia. No widac było, ze az
zakwitł! Zaraz dodał:
- Ale pamietajcie towarzysze, z jak podstepnym mamy do czynienia
wrogiem! Zydzi w 1967 podczas agresji na kraje arabskie korzystali nie tylko
z pomocy materiałowej i finansowej erefen, lecz takze erefen wydelegował im
do pomocy tysiac notorycznych zbrodniarzy z eses i gestapo. To oni uzyli
swych doswiadczen, swych umiejetnosci wycwiczonych na zbrodniach na
narodzie polskim, do walki z Arabami. To jest spisek naszych wrogów! Tylko
idac krok w krok z bratnia kapezeter i jej przywódca, towarzyszem Leonidem
Brezniewem, kierujac sie ideałami internacjonalizmu, mozemy w tym wrogim
swiecie przetrwac!
Zbyt to wszystko jest dla mnie skomplikowane. Jeszcze przed kolacja
poznałem towarzysza dziekana z Politechniki Slaskiej. Znałem go juz z pensjonatu.
Teraz dopytał sie, ze nie ukonczyłem studiów. Kazał mi przyjechac do Katowic, to
jakos sie temu zaradzi. Ja mu na to, ze nie mam czasu, ale on, ze nie, ze
wykształcenie to zbyt wazna sprawa i ze jesli tylko bedzie mógł odwiedzac pensjonat
raz na pół roku, to ja bede musiał go raz na pół roku rewizytowac, zeby uzupełnic
324
indeks i jakos te studia odbebnie. Jest jakis taki tryb zwany Indywidualny Tok
Studiów i jesli bede zdolny, to nawet w trzy i pół roku dam rade.
Cholera - magister inzynier – to brzmi porzadnie.
W nastepnym tygodniu zajechałem do Katowic. Wyjasniłem, ze na razie
to ja nie dysponuje pensjonatem, bo jest w remoncie, ale co pół roku moge mu dac
okazje do zarobku. Pojechalismy na obiad do takiej restauracji w srodku parku w
Chorzowie o nazwie „Łania”. W tej „Łani” ustalilismy, ze paczke bedzie tez
przyjmowała jego córka, równiez raz na rok i wówczas to on bedzie trzymał mój
indeks i wszystko załatwiał, jednak trzeba bedzie jeszcze płacic za prace roczne i
potem za prace magisterska, bo to sa slady materialne i one musza byc. No
zgodziłem sie, ale naciskałem, zeby sprawe załatwic w dwa lata, to wtenczas na
koniec dam zlecenia z wyrównaniem za całosc i nawet ekstra. W tej sprawie nic nie
obiecał, ale mówił, ze zrobi, co moze.
Naukowiec, ale wyglada na przytomnego człowieka.
A wracajac do wyjazdu do Serocka – jednak wypoczałem i sporo sie
dowiedziałem. Z tymi Zydami, to chyba jednak przesadzaja. Choc kto wie? Jeszcze
sie nad tym zastanowie. No bo to Wall Street... Czy profesor Sniedz, wespół nawet z
Causescu, jest w stanie pokonac Wall Street i Izrael? Cos tu sie nasi plataja...
A ze Słonimskim sprawe załatwiono elegancko – czołowe zderzenie i
smiertelny wypadek w chwile po wydarzeniach w Radomiu i w Ursusie. A ja w tym
czasie w ciagu drugiego tylko semestru konczyłem drugi rok studiów. Raz nawet
byłem w Katowicach. Cos tam przy okazji załatwiałem.

***************************************************8

Od połowy 1977 i dla Warszawy i dla ruskich najwazniejsi byli figuranci
rekrutujacy sie z opozycji i srodowisk zagrozonych infekcja – naukowców,
studentów, dziennikarzy, artystów. Na szczescie zuzycie długopisów w Kraju Rad
rosło, wiec nie musiałem obcinac zlecen dla innych. Juz dawno przestałem dawac
325
opusty kaperownikom dajacym zlecenie ludziom nie zwiazanym z opozycja. Zarobek
mieli na opozycjonistach i tych zagrozonych opozycyjnoscia – z nimi musieli
cwiczyc, zeby przekonac, a z pozostałymi, to mogli sie sami dzielic. Moi
mocodawcy milczaco to zaakceptowali, bo przeciez im tez zalezało na wynikach
własnie w tej pierwszej kategorii. A tym czasem tylko jedna trzecia prób w tym
srodowisku konczyła sie sukcesem.
Dziwni ludzie – nie maja paszportów, wiec nie moga dorobic w
szklarniach w Holandii, od czego po jednych wakacjach byle studenciak czuje sie jak
milioner, a gotowego grosza ode mnie nie chca. To był problem. Wezwał mnie
Przemyslida i wział na spacer na stawy.
- Słuchaj – tak nie moze byc, zebys miał takie słabe wyniki w
opozycji. Susza mi juz o to głowe.
- No ale co mam zrobic? Jak nie chca, to nie...
- Aktywniej trzeba, z głowa...
- No ale konkretnie jak?
- Sam nie wiem. Wsadz ten problem swoim ludziom. Ale tak sobie
mysle, ze to wszystko nie jest trudne. Moim z Moskwy susza głowe, wiec oni
mi. Ty zas zasugeruj, ze przeciez problem jest w tym, aby na nazwisko
przyszła na poczte przesyłka. No to wystarczy przez prowadzacych, bo
przeciez kazdy z twoich ludzi nadal ma prowadzacych, z którymi sie dzieli
zyskami. Oni zrozumieja. Beda przejmowali te zawiadomienia na poczcie, czy
od listonoszy – co ciebie obchodzi – jak. Niech sie wykaza inwencja. Przeciez
straty na tym nie beda mieli. A potem tylko na dowód, mozna przeciez
obiektowi zwinac i podmienic fotografie. Skarzyc sie nie bedzie, bo nawet nie
bedzie wiedział, ze odebrał paczke i nawet zapłacił cło. O tym przeciez tez
sie nie dowie! Tamci zgarna kase, a my wszyscy bedziemy mieli swiety
spokój.
- No wiesz – nasi to nasi – ale gdyby ruscy sie dowiedzieli?
- A jak? Czy ich przesłuchuja, czy jak?
326
- No ale gdyby interweniowali, to moga w oparciu o te listy
kaperowac...
- Daj spokój – jak zainterweniuja, to bedzie taki burdel, ze nikt do
tego nie bedzie miał głowy. Nie znasz ruskich.
- Zreszta – dodał po chwili – bedziemy sie martwic. To nie nasza
głowa. Niech ci z Moskwy sie martwia, czy ich wtedy pogłaszcza za brak
dozoru... Cos wymysla... Ja ich znam... A zreszta powiem ci. Pojawia sie
szansa na nowy towar, jeszcze bardziej dochodowy. Ale jesli sie nie postaramy
na błysk, to nas ubiegna. A kto sie nie rozwija, ten ginie – to jest prawo natury.
- Czy schodzimy z tych długopisów?
- No nie – poszerzymy moze asortyment, a moze i stracimy
wszystko. Moi ludzie z Moskwy tez sie boja. A co ty myslisz – w Moskwie nie
ma chetnych do interesów?
No i po tej rozmowie wszystko poszło jak z płatka. Wszystko to
przepuszczałem przez takiego studenta z Łodzi. On brał w Warszawie nielegalne
gazetki i rózne takie, zawoził to do Łodzi, a przy okazji w Warszawie na róznych
przyjeciach kaptował mi w Warszawie ludzi. Jednak ze dwa razy złapałem go na
oszustwie i teraz od razu wiedziałem, do kogo sie zgłosic. Wzrosła mi wydajnosc –
inni mimo sygnałów działali z wiekszym umiarem, a ten Mariusz od razu chwycił
blusa i az go musiałem miarkowac, zeby razem ze swym parówa, czyli
prowadzacym, wzieli na wstrzymanie i przynajmniej co piatego opozycjoniste
uznawali za niemozliwego do zorganizowania. Co za zachłanni ludzie! Od tego
czasu sumiennie wykazywali co piatego za niemozliwego do wciagniecia do
współpracy przy imporcie.
Musiałem tylko troche porzadku zrobic w biznesie bielizniarskim. W
coraz wiekszym stopniu zastepował mnie w róznych zadaniach Piotrus
Czeresniewski – ten koscielny z Pragi. Teraz juz nie był koscielnym, formalnie
pracował jako pracownik społeczny w szpitalu. Jego proboszcza przeniesli do
koscioła na Powazkach i Piotrus tam sie nie załapał. Zreszta chyba wolał u mnie
327
robic. Ale zaczeły mu sie przyklejac pieniadze. Zwracał mi na to uwage tata, a on ma
oko na takie sprawy. Tego tolerowac nie mogłem. Poprosiłem, aby Zygmunt pogadał
z jego prowadzacym i po paru dniach znałem problem. Nie był prosty. Mój Piotrus to
pederasta i krocie wydaje na róznych chłopców poznawanych w takiej kawiarni na
Krakowskim Przedmiesciu. Na dodatek ostro gra na wyscigach i choc czasem
wygrywa, to jednak zwykle oczywiscie przegrywa. Bóg z nim, ale on tych
chłopców opłaca i szasta na konie moimi pieniedzmi. Na razie ma jakas miare, skoro
miałem tylko mgliste podejrzenia, ale długo tak nie potrwa. Poprosiłem Zygmunta,
by wykorzystujac swoje mozliwosci wsadził go na tydzien do aresztu, postraszył, a
wykorzystac mozna fakt, ze ciagle jezdzi po alkoholu łamiac swoja skoda przepisy
ruchu drogowego.
Ja w tym czasie miałem juz prawie nie uzywane BMW klasy trzysta.
Człowiek ciezko pracuje, to musi jednak wygodnie jezdzic. Fiata dałem w uzywanie
ksiegowej. Choc ma juz tyle pieniedzy, ze mogłaby sobie sama kupic. Ale co tam -
w rachunkach mam przejrzystosc, na dodatek jak mnie zeprze, to nie trace czasu, bo
ona mi druta ciagnie. Czasem sie zapominam i staje koło niej. Ona mysli, ze o to
chodzi i dawaj siega mi do interesu. Ona chciała, zebym ja jej przy tym piescił biust,
ale juz jej jednak troche zwiotczał. To podobno od odchudzania.
Z afera z tym Piotrusiem były jednak trudnosci. Jego ojciec był
członkiem IV, całkowicie naszej Komendy WiN, czyli zbrojnej organizacji
antysocjalistycznej w latach czterdziestych i oczywiscie miał zasługi. Jego matka to
kadrowa wrecz w „Trybunie Ludu”. No ale z drugiej strony – za jazde po pijaku
mozna go troche potrzymac. Dałem kilka zlecen komu trzeba, kilka wział sam
Zygmunt, chyba tylko dla siebie i dla prowadzacego Piotrusia, ale tak sie sprawili, ze
w piec dni, zanim wyszedł – znaczy dostał sankcje – dostał wciry od klawiszy i
jeszcze wieksze od współzatrzymanych. No nie wiem, czy to go wyleczy z chłopców
i koni, ale przynajmniej teraz wie, czym to pachnie. Jest grzeczny, jak nigdy, a
przeciez i tak zawsze był grzeczny. Nie tym mnie wpienił!

328
************************************************************
***********8

Az wreszcie doczekalismy sie. A raczej to ja sie doczekałem. Chyba
cos niezbyt zadowolony był Przemyslida, gdy przekazywał mi informacje, ze jestem
zaproszony na szkolenie do Wilna. Dał mi swistek z okragła pieczecia i bilet
kolejowy. Wsiadłem na Warszawie Centralnej, w Kuznicy Białostockiej zmieniano
koła. Zaraz potem Grodno, a na dziewietnasta Wilno. Od Grodna towarzyszyła mi
towarzyszka z Inturistu. Nie była to Udarka. Nawet nie wiedziała, kto to jest. Ta
nazywała sie Irena i była rodowita Litwinka. Na handel nic nie brałem, bo nikt mnie
do tego nie zachecał. A zreszta – jakie ja mogłem na tym zarobic pieniadze? Była
zdumiona. Jednak pare sztuk portek z Pewexu wziałem i dobrze. Jedne od biedy na
nia pasowały. Załozyła je pod spódnice, która potem zdjeła, zeby zobaczyc, jak leza.
Ona twierdziła, ze jak ulał, ja nie byłem taki pewien. No bo za co jej mam dawac
prawdziwe Wranglery? Smutna zdjeła zapominajac o spódnicy. Ładna była bestia –
co tam – umówilismy sie, ze da mi jeszcze i w drodze powrotnej. W Wilnie chciała
te gacie juz wziac, ale powiedziałem jej:
- Hola, moja panno – a rozmawialismy po polsku – spodnie
dostaniesz w drodze powrotnej!
Juz to jej głowa, by ona mnie odprowadzała.
Zawiozła mnie w Wilnie zamówionym samochodem słuzbowym do
hotelu „Draugiste”, troche w bok od starówki. Restauracja hotelowa okazała sie byc
bardzo dobra – choc oczywiscie nie tej klasy, co „”Bristol”, czy „Forum”, ze nie
wspomne o wilanowskiej „Kuzni”. A to podobno ich najlepsza knajpa. Ale jak
mówie – bardzo przyzwoita. Tylko kelnerzy sa rozpaczliwie leniwi.
Nastepnego dnia zwiedzałem Wilno. Straszne nudziarstwo, ponadto moja
Irena nie darowała sobie i zaznaczyła, ze pod Ostra Brama zebrza tylko zebracy –
Polacy. W ogóle tego nie skomentowałem. Ale gdy swe powinnosci za spodnie
chciała odrobic chocby w parku na ławce – to tez udałem głupiego. Obcałowywała
329
mnie, tuliła sie, a ja nic... Pewnie chciała załozyc na juz umówiona randke, ale
takiego wała! Umówilismy sie na pociag powrotny i kwita.
Na wieczór zawiezli mnie do Druskiennik. Umieszczono mnie w
luksusowym pensjonacie architektów – kuchenka z łazienka i dwa pokoje. W jednym
nocowałem, a w drugim były pomoce naukowe. Rano przyszło dwóch specjalistów.
Jeden był sowieckim Polakiem i mówił smieszna, taka archaiczna polszczyzna, a
drugi normalnie – ruski - jezyk polski znał kiepsko i ciagle ten Polak musiał cos
tłumaczyc, a widac było, ze zna jezyk z domu i terminologii po polsku nie umie
uzywac. Ale to nawet lepiej, bo ja tez nie znałem. No bo co ja wiedziałem o
komputerach?
Okazało sie, ze mam importowac przez turystów wyjezdzajacych z Polski
i przywozacych z powrotem towar – komputery osobiste. W stosunku do cen w
Berlinie Zachodnim – podobno najtanszym rynku w Europie – przebicie było prawie
czterokrotne. Nadto dla mnie miało byc pietnascie procent, z czego musiałem opłacic
naganiaczy. Ja to przekalkulowałem i zaproponowałem jednak dwadziescia procent.
Inaczej mógłbym sie nie zmiescic. Poniewaz cena dolara w złotych nie była juz
stabilna, to rozliczac sie mielismy w złotówkach, ale rachujac w dolarach. To było
rozsadne. Poniewaz nie od razu łapałem co i jak z tymi komputerami, wiec oni dali
spokój, gdy obiecałem, ze wynajme studenta, który na tym sie zna. Skupiony zas
towar miałem gromadzic w Aninie i zawsze po telefonie, na drugi dzien, mogłem sie
spodziewac mikrobusu z ambasady.
Ja wyjasniałem, ze zanim wytworze podaz, to minie pare miesiecy, bo
przeciez moi studenci musza wyjechac na zachód, zarobic pare groszy i potem
jeszcze wrócic. Nadto poprosiłem, bym mógł przydzielac paszporty moim
łacznikom, to oni juz sami w kraju beda załatwiac dewizy i jezdzic beda tylko po
zakupy.
Obiecali przekazac wyzej wszystkie moje dezyderaty, a nastepnie
wreczyli mi honorarium za konsultacje techniczne – bon na dwa tysiace rubli.
Wyszło na to, ze to ja byłem konsultantem, he, he. Wieczór spedzilismy w takiej
330
drewnianej restauracji w lesie, nad jeziorem. Było juz na tyle ciepło, ze zaczelismy
go na drewnianym stoliku na dworze, ale skonczylismy w srodku. Starałem sie pic
mało, ale nie udało sie. Jedzenie tez było dobre. W ogóle zdaje mi sie, ze na Litwie
karmia lepiej, niz na Krymie.
Nastepnego dnia przed pociagiem powiezli mnie do Wilna i tam wraz z
tym Polakiem poszedłem w jakiejs nowoczesnej dzielnicy do sklepu za zółtymi
firankami. A w srodku tylko importowane towary i jeszcze taniej, niz w Pewexie!
Okazało sie, ze ceny dolarowe bez cła przeliczaja po szescdziesiat pare kopiejek za
dolara i ja musiałem na raz wydac dwa tysiace rubli. Z trudem, ale dałem sobie rade.
Gdy juz nie miałem pomysłów, to reszte dopchnałem koniakami i papierosami, ale
wydałem co do kopiejki. Nawet ekspedientki – nieodmiennie z kokami – robiły
wielkie oczy. A przeciez musiały to byc damy doswiadczone. Na zewnatrz czekała
juz jak najbardziej polska Nyska, tylko na rejestracji sowieckiej i cały ten towar
zapakowany w jedna kolosalna skrzynie z desek zawiozła w slad za nami na
dworzec. Odebrac miałem na dworcu w Warszawie z bagazowego.
No i dobrze. Irenka by mi zyc nie dała.
Obiad zjedlismy z dawnym hotelu „Astoria”. W toalecie wode
spuszczałem niesmiertelna „Niagara” z polskimi napisami. Zreszta, chetnie to
przyznaje – miłe miasto, to Wilno.
Okazało sie zreszta, dlaczego Irence było tak spieszno – gdy wracalismy,
to miała okres. Ona była gotowa do wszelkich desperackich kroków, lecz ja
oczywiscie nie. Mówie jej, jak komu dobremu, zeby załatwiła rzecz doustnie, a ona,
ze nie, bo sie wstydzi.
Pal cie licho – mysle, i zapraszam ja do wagonu restauracyjnego. A sam
mam na tyłku, jak to w podrózy, porzadne Levis’y. Gdy tak szlismy wzdłóz
korytarzy, to ja byłem z przodu i musiała na to patrzec. Juz przy przystawkach z
kieliszkiem szampana, ona odwołała, nie pytajac mnie o zdanie, zamówienie, tylko
wzieła butelke połusuchowo i dawaj ciagnie mnie do przedziału. Ale dała mi szkołe!
331
Dobra była! Trzy razy ze mnie wycisneła. I tylko za kazdym razem zagryzała
kawałkiem suchego chleba popijajac szampanem. A taki ogien miała w oczach!
Przed Grodnem dałem jej te spodnie i na dodatek sweterek zachodni tez z
Pewexu. Ona zle zrozumiała mój gest i znów z łapami do mnie. Ale ja jakos
powstrzymałem. No normalnie wpadła na widok swetra w orgazm. Rózne rzeczy
widziałem, ale z takim temperamentem dziewczyna! I to blondynka! A mówia, ze
blondynki maja własnie mniej temperamentu.
Na dworcu w Warszawie czekał na mnie Stas, zreszta niezle nawalony.
Oczywiscie, jego niesmiertelna wołga nie była w stanie uniesc wielkiej skrzyni.
Telefony na dworcu nie działały. Załatwił bagazowa, lecz za kurs do Anina
musiałem zapłacic dwa tysiace złotych... Narody! Prawie pensje. Alternatywa było
koczowanie do rana z ta skrzynia na dworcu bez pewnosci, ze rano pojawia sie jakies
bagazówki i ze widzac przymusowa sytuacje szoferak znów czegos nie wymysli.
Mogłem jeszcze na dworcu rozbic skrzynie i przy ludziach ładowac to całe bogactwo
do Wołgi. Ciekawe, czy bym zdazył?
Juz na miejscu w domu pomyslałem, ze cholera chyba naprawde robie sie
wazna postacia.
Tam w knajpie w Druskiennikach eksperci mi mówili, ze na Litwie zyje
sie najlepiej w całym sojuzie. Lepiej, biorac srednio, niz w Moskwie. Mało miałem
czasu, ale na ulicy nedza i szarzyzna Litwy na tle Polski po prostu rzucała sie w
oczy. Choc ludzie, w porównaniu z mieszkancami Odessy te pare lat wczesniej, bez
porównania sa bardziej schludni.


No i do tego doszło, ze teraz ja na potege skupowałem czekoladki. Innego
wyjscia nie miałem. Bałem sie wozic dolary za granice, bo jednak dupna, a w kraju
to niby co mam trzymac? A złoto to jednak złoto.
Z pensjonatem jednak załatwiłem. Jade do Olsztyna do konserwatora
zabytków i pytam, czy w ramach akcji ratowania polskich dworków nie mógłbym
332
kupic tej ruiny. I tam urzednik mi na to, ze nie zna stanu prawnego, ale sprawdzi. No
to ja juz wiem, o co chodzi i wykładam dwiescie dolarów na stół. On, ze to mało, bo
pałac duzy, wiec i trudnosci do przełamania odpowiednio wieksze i nie starczy mu
na opedzenie nieuniknionych przeszkód, które bedzie musiał pokonac. Ale wiadomo
o co chodzi – jak masz pieniadze na remont takiego pałacu, to płac człowieku.
Spieralismy sie zajadle, bo on chciał okragłe dwa tysiace dolarów. Staneło jednak na
szesciuset i okazało sie, ze tego samego dnia wyruszyłem do gminy z własciwym
zaleceniem. Za sam pałac, przy zobowiazaniu sie, ze bede przestrzegał zasad
remontowania obiektów zabytkowych, zapłaciłem symboliczna złotówke.
Komputery skupowałem wprost od oficerów prowadzacych. Prowadzacy
wysyłali na zakupy swoich tajnych współpracowników, czesto krewnych i potem w
zebach, poprzez struktury wojewódzkie, wszystko spływało do mnie. Oni skupowali
dolary na rynku i podobno – tak mi powiedział pewien obrotny pułkownik – istniała
przez chwile moznosc zaistnienia rzeczy niemozliwej – oderwania kursu dolara od
ceny półlitrówki, która za dolara zawsze mozna było kupic w Pewexie. Oczywiscie –
dolar zawsze kosztuje troche wiecej, bo trzeba przyznac, ze gorzała z Pewexu jest po
prostu lepsza. Normalna, rynkowa, ostatnio podobno w jednej gorzelni produkowano
z na wpół zjedzonych przez robactwo cukierków!
Dosc powiedziec, ze z ambasady prawie codziennie przyjezdzała nyska, a
czasem i ciezarówka, a brama mojej posesji wcale sie nie zamykała. Musiałem
pobudowac, i to w try miga, potezna hale magazynowa. Zatrudniłem dwunastu
strazników, emerytowanych milicjantów, kazdy z własna bronia słuzbowa. Płaciłem
im nie gorzej niz oficerom. Szefem chciałem uczynic mojego starego milicjanta, ale
zestarzał sie dziad, wiec go posadziłem w pensjonacie – niech remontuje, stawia
stajnie i przygotowuje pensjonat jezdziecki.
Mój milicjant dziarsko zabrał sie do rzeczy. Obok parku dokupił od
Spółdzielni Kółek Rolniczych grunty, które faktycznie uzytkował pegeer. Po
piecdziesiat hektarów na mnie, na tate i na siebie. Nawet nie tak duzo wydał na
333
łapówki. Raczej to wszystko wydeptał po urzedach. Kto by sie spodziewał, ze
stupajka z Człuchowa ma takie zdolnosci!
Aby nie miec trudnosci z konserwatorem zabytków, najałem go, w
ramach prac zleconych, to sporzadzenia ekspertyzy, potem projektu, a wreszcie
nadzoru nad remontem. On szabrował po innych tamtejszych pałacach i dworach,
montował to u mnie i brał za to pieniadze, o jakich nie marzył. Skupował tez
stosowne dzieła sztuki, jak rogi upolowanych w dawnych wiekach zwierzat, obrazy i
inne takie fanaberie. Posadzki z czarnego debu przeplatanego białym – takie
artystyczne, całkiem przypadkiem załatwiłem od ruskich. Tylko wzieli plany i
przywiezli koleja. Cos oczywiscie pochrzanili, ale wiedzieli o tym, to tez przysłali
tego duzo wiecej, niz trzeba.
W Aninie zatrudniałem juz na stałe obok strazników jeszcze kilkanascie
osób. Ale ze nie mogłem zatrudniac oficjalnie, wiec bazowac musiałem na młodych
zwykle emerytach, a tych mogłem pozyskac tylko z esbe i milicji. Niemniej dwóch
zdolnych jakos wepchnałem do FWP – ciagle tam jeszcze byłem dyrektorem
remontowanego domu wczasowego, który juz teraz był moja własnoscia i jako zywo
z FWP nie miał miec nic wspólnego. Juz raczej z budownictwem kieleckim, bo
tradycyjnie – materiały budowlanego ciagnałem stamtad. Ci dwaj zdolni to
elektronicy, którzy mi od reki naprawiali ten sprzet, który uszkodził sie w trakcie
transportu.
Do polityki w ogóle głowy nie miałem. To tez złosciło mnie, ze choc
dynamicznie sie rozwijamy i jestesmy dziesiata potega na swiecie, to jednak jest
coraz gorzej. Doszło do tego, ze choc w sumie jest mi obojetne, co jem, byleby nie
był to smazony ryj swinski, to przeciez zwykłe zakupy musiałem robic w Pewexie.
Tak to jest, gdy nie ma gospodyni. Ale skad wziac wartosciowa dziewczyne, gdy
człowiek w ciagłym młynie?
Osiagnałem duzo, bardzo duzo pieniedzy. Tym bardziej, ze komputerami
zainteresowało sie i nasze wojsko. Spotkał sie ze mna taki major, elektronik, ale
dziwny gosc, bo zawsze chodzi w cywilu i nawet, jak na wojskowego, to chyba ma
334
troche zbyt długie włosy. Ale przez Zygmunta sprawdziłem – rzeczywiscie – major
elwupe, ale wcale nie z WAT-u, lecz z wywiadu lub z kontrwywiadu. Tego, to nawet
Zygmuntowi nie chcieli powiedziec precyzyjnie. Ale przeciez o Zygmuncie, to ja
teraz tez nie wiedziałem, czy jest z wywiadu, czy z jakiegos departamentu
wewnetrznego. W czasach Pensjonatu, to ja jednak duzo wiecej wiedziałem.
Najpierw ten major odwiedził mnie w Aninie, ale oczywiscie w ogóle z
nim nie gadałem, zanim nie sprawdziłem, kim on jest. Ale zostawił telefon. Zygmunt
poradził, zeby jednak zatelefonowac. Umówił sie ze mna jakos dziwnie, bo w
restauracji „Złotu Lin” w Serocku. Myslałem, ze to jest jakas szpiegowska fanaberia,
ale nic – pojechałem. Byłem kwadrans przed czasem, a facet przyjechał
równoczesnie. Odniosłem wrazenie, ze przez łoki – toki ktos go informował i on to
spotkanie na podwórku przed restauracja zainscenizował?
W kazdym razie weszlismy do knajpy razem. Jak na majora w takiej
słuzbie, to był dosc młody, bo mniej wiecej trzydziestopiecioletni. Wiedziałem tylko
tyle, ze nazywa sie Krzesinski. I nie wygladał na młotka z prowincji. Raczej na
plejboja. Nawet nie znałem jego imienia.
- Uwaznie obserwujemy panska działalnosc.
- Jak ja oceniacie?
- Wysoko.
- Dlaczego.
- Staramy sie rozpatrywac problem z punktu widzenia przydatnosci
dla obronnosci kraju.
- To zrozumiałe – skwitowałem i wzrokiem zasugerowałem, ze
jednak wolałbym przejsc do konkretów.
Oczywiscie, nie było to moze uprzejme, lecz ja naprawde byłem
zapracowany.
- My lubimy konkretnych ludzi...
Nadal patrzyłem pytajaco...
335
- Nigdy nie myslał pan o tym, by wejsc na wyzszy etap – samemu
podjac produkcje?
- No wie pan, ja jestem prywatna inicjatywa. Własnie zabiegam o
powołanie firmy polonijnej. To długa procedura. Ale decyzja o powstaniu tej
firmy, jak zreszta o charakterze jej działalnosci, nie ode mnie zalezy. Sam pan
wie.
- Ma pan partnera zza granicy? – spojrzał z zainteresowaniem.
- Wierze, ze i te trudnosc moze pokonam.
- Gdyby myslał pan o produkcji krajowej, to mozemy podjac
daleko idaca kooperacje. Partnera tez bysmy znalezli...
Chwile pomyslałem. Tu sie robił niezły bajzel. Dotychczas funkcjonuje
na styku esbe i kagiebe. A teraz jeszcze słuzby wojskowe... Ciasno!
- Widze, ze ma pan watpliwosci – dostrzegł w moim zachowaniu
wahanie.
- To moze byc skomplikowane przedsiewziecie, taka współpraca.
Problem, byc moze, tkwi w koordynacji intencji przyszłych partnerów.
- Mysle, ze to moge wziac na siebie.
Aha – mysle sobie – oni juz to wszystko obgadali, tylko beze mnie. Jak
stara szmate przekazuja sobie mnie z reki do reki. No ładnie... Zastanawiałem sie, jak
sformułowac swoja watpliwosc?
- Nie potrafie odpowiedziec – musze wiedziec troche wiecej...
W tym czasie juz major poczynił zamówienie. Kelnerka przyniosła coca
– cole i faszerowanego szczupaka. Prywatna knajpa, a trzeba przyznac, ze wybór był
znakomity.
- Widzi pan – podjał major – pan sprowadza sprzet oparty o czesci
amerykanskiej firmy Digital. A tym czasem jest jeszcze Taiwan – tam nie
wszystko produkuja, ale duzo i w dobrej jakosci. No i przede wszystkim – byc
moze gotowi sa sprzedac nam te czesci, których jeszcze nie jestesmy w stanie
wytworzyc w kraju.
336
- Czemu jest tak, ze w naszym bloku nie potrafimy opanowac tych
technologii? No nie wiem... skopiowac, czy jak?
- A wie pan – opowiadał mi pewien radziecki generał – ze swada i z
pewna swoboda podjał major – ze rzecz jest na tym etapie rozwoju socjalizmu
nie do zrealizowania. W Sewastopolu, pan wie, to jest na Krymie, jest
wytwórnia półprzewodników. Tam musi byc sterylne powietrze i własciwe
cisnienie wewnetrzne. Temu rezimowi sprostali, przynajmniej tak mówia...
Patrzyłem na niego z zaciekawieniem – w naszym srodowisku nie było w
zwyczaju tak swobodnie mówic o Kraju Rad. Nie sadze, aby w jego organizacji było
inaczej – o cos mu chodzi.... A on tym czasem kontynuował:
- Tak wiec wszystko byłoby dobrze, ale do produkcji potrzebny jest
czysty spirytus. Oczywiscie – w Zwiazku Radzieckim spirytus produkowac
potrafia, a takze pic. Nie było sposobu, by ten spirytus juz na halach
produkcyjnych kontrolowac. Bo kontrolerzy tez dzionek zaczynali od
szklaneczki tego składnika produkcji. Oni zatrudnili kobiety, ale „naszi
zeleznyje sawietskije zenszcziny”, skoro buduja drogi i bloki mieszkalne, to
takze potrafia wypic. W rezultacie jakosc produkcji była zdecydowanie
niezadowalajaca.
Rozesmielismy sie. Ale major znów podjał temat:
- To w takim razie postanowili wydzielac tylko tyle spirytusu, ile
wedle normowszczyków było niezbedne. Ale to było jeszcze gorzej – pili i tak,
a bez spirytusu tłukli badziewie. Wiec wygonili te baby i wzieli z łagrów
skazane kobiety – matki, obiecujac im przeniesienie dzieci do lepszych
dzietdomów, skrócenie wyroków i oddanie tych dzieci, gdy wróca na wolnosc.
No – mysla – teraz to juz pójdzie. Ale nie – łagiernice chlały, kurwiły sie z
meskim personelem i one dopiero połozyły produkcje. Mało tego – w ciaze
zachodziły tak masowo, ze nawet radziecka siec dzietdomów, najwieksza na
swiecie, nie byłaby w stanie tego wchłonac. No i wtedy zgłosili sie do pana.
337
Własnie na stół wpłyneły półmiski z linem w smietanie. W zyciu nie
jadłem nic tak smacznego!
- Tak wiec – w trakcie jedzenia major kontynuował – ja znam
takiego Chinczyka z Taiwanu, który podjał sie zapewnic dostawy czesci, a
trzeba powiedziec, ze tam wszystko jest czasem nawet dziesiec razy tansze,
niz amerykanskie. Takie pecety, jak te panskie sprowadzane przez wielbładów,
kosztuja po szescset dolarów, a pan skupuje po cztery tysiace... jest róznica? A
gdyby jeszcze zastapic czesci tajwanskie, za które jednak trzeba płacic w
dolarach, polskimi – oczywiscie tymi, które jestesmy w stanie wyprodukowac,
to róznica w ogóle bedzie bardzo duza.
- Ale przeciez Taiwan jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych.
Amerykanie tak na to sie zgadzaja?
Krzesinski wzruszył ramionami:
- Pan wie, ze Amerykanie uznali legalnosc władz maoistowskich w
Pekinie. Taiwan został nawet wyrzucony z ONZ. Nie musza sie przejmowac.
Na wszelki wypadek, aby on miał podkładke, zrobimy z pana działacza
opozycyjnego...
- Cooo?
Równie dobrze mógł mi przyłozyc siekiera w głowe...
- No tak – zeby Amerykanie zaczeli sie zastanawiac, o co chodzi.
Ale o tych Amerykanach, to ani mru, mru. Oczywiscie cała reszte niech pan
powie. Widzi pan – w kraju nie dzieje sie dobrze... ida zmiany...
- Ja sie na tym nie znam – odpowiedziałem z całkowita szczeroscia.
- A widzi pan – człowiek z takimi talentami, a to nie jest moja
opinia, nie moze sie separowac od spraw publicznych. Jest pan niezaleznym
działaczem gospodarczym. Na zachodzie byłby pan milionerem...
No – niezły naiwniak – pomyslałem...
338
- Przepraszam - poprawił sie jednak – nie jest moim zadaniem
zagladanie panu do kieszeni, lecz tryb przypuszczajacy w sprawie milionów
wycofuje...
- Przesadza pan – zareplikowałem, zreszta bez wiary w swa
zdolnosc przekonywania.
- Tak wiec powstaje inicjatywa obywatelska – taka ankieta na temat
mozliwosci dokonania realnych i uzasadnionych zmian w kraju. Gorace
głowy, jak zawsze, ale kraj potrzebuje zmian. My to rozumiemy...
Było jasne, ze wszystko to jeszcze musze skonsultowac, wiec dalej długo
nie gadalismy. Za wszystko zapłaciłem ja, major wział rachunek i rozstalismy sie na
razie w zgodzie.


Profesor Mołojewicz wygladał dziwnie. Mieszkał luksusowo w naroznej
kamienicy na Hozej, ale nie w jakiejs starej, zapuszczonej ruderze, w której kiedys,
obok, oferowano mi tez piekne, lecz zapuszczone mieszkanie. Pamietam – z wielki
zalem rezygnowałem. Taka piekna kamienica. No ale trudno. Otóz kamienica
profesora była wspaniale utrzymana. Sstare, niezniszczone podczas wojny kafelki na
schodach, mozaiki w oknach, wszedzie czysto. On mieszka na pierwszym pietrze:
olbrzymie pokoje, stare meble, obrazy. To wszystko nie tak luksusowe, jak u
Przemyslidy, ale za to zharmonizowane, jakos bardziej na swoim miejscu. Sam
profesor – jak wiem – seksuolog – dziwaczna profesja, jest człowiekiem drobnym, o
rysach twarzy, które czasem widywałem w Zwiazku Radzieckim, ale rzadko.
Zaprosił mnie, bym usiadł w starym, ale wygodnym krzesle za stołem. Małzonka
profesora, wyraznie młodsza i niczego jeszcze sobie, podała kawe, a on wyciagnał
brandy.
Przygladałem mu sie z ciekawoscia. Wiedziałem, ze jest bogaty, bo pisze
kryminały i najwieksze pieniadze, choc w kraju bierze duze, ma z edycji w Zwiazku
Radzieckim.
339
- Ciesze sie, ze zechciał pan przybyc. Wie pan oczywiscie,
dlaczego chciałem sie z panem spotkac?
Zygmunt dał mi instrukcje, wiec oczywiscie wiedziałem:
- Nie do konca, panie profesorze. Ale generalnie tak. Jak wiem,
zawiazało sie seminarium Wiedza i Wnioski grupujace ludzi róznych
zawodów, w tym takze działaczy społecznych. Ja jednak jestem tylko
skromnym rzemieslnikiem, nie zadnym dyrektorem wielkiej fabryki, wiec nie
wiem, czy zasługuje na takie wyróznienie, a przede wszystkim, czy moja
skromna wiedza w ogóle komus na cos moze sie przydac?
- Prosze sie nie przejmowac – odpowiedział, wyraznie zadowolony
z moich słów – warunki społeczno – polityczne sprawiaja, ze wedle
uzyskanych przeze mnie informacji, działa pan na mozliwie najwieksza w
naszym kraju skale. Pan oczywiscie wie, ze nasza działalnosc jest
komentowana w swiecie, w tym takze w Wolnej Europie. Nic na to nie
poradzimy, ale nie ma innej mozliwosci skutecznego dotarcia do opinii
publicznej.A to, co naszemu krajowi jest niezbedne, to jest społeczny dyskurs.
Sam pan widzi – opozycja jest juz taka silna, ze nikt jej nie moze zdławic,
powstaja nawet Wolne Zwiazki Zawodowe. Nie da sie rzadzic bez brania pod
uwage opinii, ale takze i woli społeczenstwa, jej róznych podmiotów...
- Towarzysz Gierek jednak ciagle konsultuje, w fabrykach, na
wiecach – zauwazyłem.
- Widze, ze jest pan człowiekiem ostroznym. Prosze jednak zwrócic
uwage, ze nie jestesmy jakas opozycja, raczej gronem osób w róznych
dziedzinach fachowych, pragnacych ratowac nasz kraj. Chyba ma pan poglad
na stan polskiej gospodarki?
- Poza tym, co widze na półkach sklepowych, na ulicach, w bardzo
waskim zakresie.
- I czy jest pan tym stanem, który widzi pan w obrebie swoich
zainteresowan – usatysfakcjonowany?
340
- Panie profesorze – w zasadzie tak. Jezeli odnotowuje jakies
skromne sukcesy, to dzieki temu, ze wystepuja okresowe braki tego, czy
owego. Ale przyznaje – sam fakt, ze te braki wystepuja i pomimo mojej
działalnosci, czy osób mi podobnych, ustapic nie chca, jest dla panstwa
niepokojacy.
- Czy moze cos pan o tym powiedziec?
- Własciwie, to o konkretach nie chciałbym zbyt wiele mówic, choc
wszystko, co robie, jest legalne, przynajmniej o ile mi wiadomo. Pan wie –
przepisy ciagle sie zmieniaja. Na powielaczu je drukuja i drukuja. Swoja
droga, poniewaz działalnosc seminarium pociaga za soba koszta, chetnie na
miare skromnych mozliwosci poczynie jakis wkład. Prosze pana profesora o
nie komentowanie tej mojej deklaracji.
- Ciesze sie z pana słów. Na szczescie nasza działalnosc nie jest
kosztowna i nie jestesmy w takiej potrzebie. Ale to na razie. Pragne
podkreslic, ze wsród naszych respondentów sa liczni ludzie niewatpliwie
zwiazani z aparatem władzy, przewineli sie nawet członkowie kace,
redaktorzy „Polityki”...
Aha – mysle sobie – juz ja wiem jacy – zwiazani z informacja
wojskowa...
- Widzi pan, nie chodzi o to, by bez potrzeby draznic naszych
sojuszników. Oni tez musza zrozumiec, ze bez radykalnych zmian Polska
stanie sie dla nich dramatyczna kula u nogi. Otworzyli front w Afganistanie i
oczywiscie odnosza tam same sukcesy, ale to jeszcze nie wiadomo, na ile lat
tych sukcesów sie skazali? To nie jest czas – z ich punktu widzenia – na
trudnosci w Polsce. A one juz sa.
Zgodziłem sie z profesorem, pobrałem kwestionariusze ankiet, umówiłem
sie na termin ich wypełnienia i wyszedłem. Dziwny człowiek. Drukuja go w
zeteserer, a nie wydaje mi sie, by był ruskim człowiekiem. Choc czort go wie.
341
Tylko rodzi sie pytanie – po co ja im tu w tym towarzystwie? Jest jasne,
ze słuzby to kontroluja. Ba, nawet członkowie kace tu kombinuja. W cos tu
wdeptuje... Ale nie mam wyjscia. Pachnie to wielka polityka, a ja jestem na nia zbyt
chudy w uszach...
Potem dopytałem jeszcze Zygmunta o tego profesora. No i odpowiedział
mi dziwacznie:
- Ten twój profesor, o ile mi wiadomo, jest lojalny wobec
wszystkich słuzb, ale nie jest agentem zadnej. On jest jeszcze inaczej
zorganizowany.
- Ruski człowiek?
- Moze, ale tez raczej nie. Jego matka była jakas Buriatka, czy tez
raczej, ale nie wiem, czy dobrze pamietam: - Chakaska...
- Ze kim?
- No Chakaska?
- Co to za dziwo?
- Pewnie jacys ludozercy w Rosji – wiesz, inaczej mówiac –
Samojedzi. Słyszałem, ze tacy sa.
Az wzruszyłem ramionami. Jezu, jak to dobrze, ze istnieje Rosja i
człowiek taka dzicza nie musi sobie zawracac głowy. Niech juz oni sie nimi martwia
i w swoim zakresie trzymaja za twarz. Kto by ich spamietał?
- Ty, to w takim razie z kim on jest zwiazany?
Zygmunt popatrzył na mnie takim wrednym wzrokiem i az prychnał:
- Co ja wiem. Nikt mi nic nie mówi, ale tak cos mi sie obiło o uszy,
ze tak całkiem bezprizorny to ten profesor nie jest. Jakas mafia, ale nie mafia,
cholera go wie... Daj mi spokój, moze on jest zwiazany z Watykanem? No
przeciez jakies siły musiały nam zrobic to swinstwo i wybrac Wojtyłe na
papieza. Moze to oni wysadzili rotunde na rogu Jerozolimskich i
Marszałowskiej? Moze oni spalili Dom Dziecka?
342
- Ty ze mna nie polatuj w piczki. Nic mi do tego, ale wszystkie
skowronki spiewaja, ze to Zygmunt przypomina, ze jest i jest w grze. A
Wojtyła, to moze fanatyk, lecz nie głupek. Głupków na papiezy nie biora...
- Ty nie badz taki mundry – odszczeknał sie i tyle sie
dowiedziałem.


Rzeczywiscie, z krajem nie działo sie dobrze. CIA podstepnie poprzez
zydowskie banki uzalezniła Polske od kredytów i mamy na tym polu kłopoty.
Chłopi sieja dywersje i nie chca produkowac wystarczajacej ilosci zywnosci.
Prolety zawracaja głowe, ze chca wódke koniecznie kiełbasa zagryzac, jakby ta
ich partanina była warta kiełbasy. Na dodatek ruskie włazły do Afganistanu jak w
gówno i to kazdy rozumie – przeciez to dzicz w sam raz do partyzantki –
Krzesinski mówił, ze taki Afgan złapie szczura, zje i cały dzien moze walczyc i
jak zginie, to jest zadowolony, bo idzie do jakichs hurys Alllaha. No i jeszcze ten
spisek z papiezem. Nie mogli go nasi utłuc? Jakbym chciał, to sam te ankiete
Wiedzy i Wniosków bym wypełnił i tak bym dał czadu, ze w piety by poszło. No
ale nie jestem głupi – dałem Zygmuntowi – niech w Fabryce ci nasi naukowcy tez
troche popracuja.
Ogladałem w telewizji wizyte papieza. Nie taki diabeł straszny. Nasi
sie spieli i rzucili na ten czas towar do sklepów nie gorzej, niz na swieta i jakos
przeszło. Setki tysiecy dewotów tam poszło. Ale to nic, do Czestochowy tez łaza.
Nasi bali sie, ze ten papiez rzuci hasło, by naszych wieszac na latarniach i nie
wiadomo, co by było, bo to taki tłum. Ale ten papiez to mieczak – typowy klecha
– ni tak, ni siak. A tak, to mamy troche czasu i cos sie wymysli. Tak mówi
Krzesinski. Uwaza, ze nawet da sie wykorzystac tego papieza do pozytywnych
zmian. No – daj Boze. W kazdym razie papiez dał ciała – miał na swoje skinienie
takie tłumy i nic! A od naszych, którzy byli na mszach wiem, ze te tłumy były
343
wystarczajaco sfanatyzowane, by zrobic kazde głupstwo. Alez nam sie dostał
narodek?
Przez kontakty Krzesinskiego wkrecono mnie na taki wieczór u
niejakich Walerowskich. Okazuje sie, ze opozycja jest juz tak bezczelna, ze robi
regularne przyjecia i tam na tych przyjeciach knuje. Mało tego – u jednego
takiego siwego, to podobno przez cały czas istnienia peerelu w imieniny Jana w
czerwcu spotykaja sie i nic. Tam tez jakos tak zakreciłem, ze mnie zaprosili.
W kazdym razie u tych Walerowskich tłum był tak dziki, ze trzeba
było siedziec na podłodze. To nie dla mnie. Taki gitarzysta spiewał, ze:
„przyszłe pokolenia beda sie smiały, ze usiłowalismy papierowa
amunicja – czyli niby drukami powielaczowymi – dochodzic swoich racji” –
obalac ustrój. No rzeczywiscie – załosne, niczego nie rozumiejace towarzystwo.
Zasłuza sobie tylko na wzruszenie ramion i pogarde. Tak ich potomni musza
ocenic, no bo trzeba miec mocno nasrane w głowie, by dla paru nieczytelnie
wydrukowanych bzdur łamac sobie kariere? Sami tacy z dobrych domów, albo
takich udajacy – we łbie im sie od dobrobytu przewraca...
Ten spiewak nazywa sie Kelus i jestem pewien, ze z takim
nazwiskiem to Zyd. Cholera – w tym kraju tylko Zydzi sa uzdolnieni.
Spiewał tez piosenke o jakims chłopaku – fizyku – wymienionym z
nazwiska i imienia, który szedł do wojska, ale bez checi. Konczy sie to, ze: - „gdy
ojczyzna mnie zawoła, zamiast piersi wypne dupe, bo ta nafta nie jest moja”.
Imie sie zgadza, nazwisko tez, ale tamten chyba był matematykiem. A moze robił
dwa fakultety? W kazdym razie rozsadny gosciu, ma normalny stosunek do
rzeczywistosci. Tylko ze ja tego nikomu nie moge powiedziec. Zreszta nie taki
rozsadny, skoro sie ze swoimi pogladami obnosi.
Ale, ale – w dwa lata – w stachanowskim tempie zostałem magistrem
górnictwa weglowego. A ja o kopalniach wiem tyle, ze maja takie wieze z
konstrukcji stalowej, chyba na windy? Kosztowało to duzo, ale niech tam –
jestem magistrem i zapisałem sie na doktorat. Jak juz, to juz, na sobie bede
344
oszczedzał? Na oblewanie dyplomu zaprosiłem Zygmunta i Stasia, a takze
Piotrusia, do kawiarni „Kamienne Schodki” na Rynku Starego Miasta. W
restauracjach kryzys sie zrobił i nigdy nie wiadomo, co maja w kuchni! A w tych
„Kamiennych Schodkach” ustaliłem, ze beda dzikie kaczki pieczone z jabłkiem,
bo zawsze sa. Tak wiec w „Kamiennych Schodkach” zamówiłem stolik, a
poniewaz od Krzesinskiego pozyczyłem „Protokół Dyplomatyczny”, taki
samouczek dla dyplomatów, jak nalezy sie zachowywac - to moja pierwsza
ksiazka przeczytana od lat – wiec miałem szereg uwag do tego, co proponowała
kierowniczka sali. W koncu z podziwem dostrzegła, ze to ja, z moja wiedza,
mógłbym byc kierownikiem sali. Oczywiscie darowałem sobie wszelki
komentarz.
Krzesinski chciał, zebym swoje obrazy Antona dał na wystawe u
Walerowskich. Ja nawet takiego jednego zahaczyłem w tej kwestii. Mówie mu, ze
Anton siedzi w psychuszce, bo od Krzesinskiego dowiedziałem sie, ze po wizycie
u mnie, Antona posadzili i tam juz został – szkoda chłopa. Podobno w jakims
serbskim instytucie. Znalezli u niego taka schizofrenie bezobjawowa, czyli taka,
której znalezc nie mozna u chorego, a ona jest, skoro gosc jest politycznie
niepewny. Dobrzy sa ci ruscy. Maja pomysły. Nie podoba mi sie to. Jak juz u nas
wprowadza te schizofrenie bezobjawowa, to naprawde nikomu nie bede mógł
podpasc!
Wiec jak opowiedziałem historyjke o Antonie, to on przyjechał do
mnie do Anina i był zachwycony. Ale to jakis dziad – pozyczył ode mnie pare
groszy – zorientował sie, ze mi ich nie brakuje i na szczescie rozeszło sie po
kosciach. Gadało sie o tej wystawie, nawet w Wolnej Europie mówiono, ze taki
wybitny malarz, przypomnieli te wystawe w Domu Kultury na Mokotowie – maja
jednak informacje – ale tak konkretnie to nikt sie tym nie zajał. No i dobrze. Te
gołe baby lubie, a jeszcze cos by sie z nimi stało... Na szczescie w Wolnej
Europie mojego nazwiska nie wymieniano. A pieniedzy w oznaczonym terminie
oczywiscie nie zwrócił. Spotkał sie ze mna ze dwa razy jeszcze, alkoholu wypił,
345
ile sie dało i zamiast zwracac mi pieniadze, obiecał, ze opisze mnie w swojej
poezji. Ustalilismy, aby przynajmniej bez nazwiska. Cos tam słyszałem jego
nazwisko, ale nie jestem pewien. Wierszy nie lubie, ale gdy juz napisze, to przy
okazji ma mi podrzucic. Wiersz o mnie, czy moze mi dedykowany? Ciekawe.
Chciał ze mna zagrac w szachy na pieniadze, ale po prostu dałem mu jeszcze
troche pieniedzy. Wrednie mu z oczu patrzyło, nazwisko tez ma takie szpotawe,
ale skoro ma wiersze o mnie pisac? Podobno jestem idealnym tematem. Bystry
facet – w lot zorientował sie, ze jestem człowiekiem czynu.
Dał mi cos swojego wydrukowanego na powielaczu. Cos o jakiejs
carycy, ale ja wierszy nie lubie, wiec rzuciłem to gdzies i zagubiło sie w
mieszkaniu. A chciałem dac jako ciekawostke Przemyslidzie. Wyszło na to, ze
staruszka zastapiłem w waznych interesach, to niech ma poczucie, ze jednak o
nim pamietam i nieodmiennie go cenie.
W sklepie w Aninie poznałem jednego takiego umorusanego wozaka
rozwozacego konmi wegiel. Pogadałem i wyszło na to, ze w tym roku nie bedzie
mi brakowało wegla. Nazwoził mi tego, ze hej, nawet mu pół litra postawiłem.
Twarda sztuka. Moze mi sie jeszcze w róznych takich sprawach przydac. Na
razie skupowac bedzie dla mnie dolary. W Aninie nie brakuje ludzi z dewizami, a
jak im kazac płacic za wegiel i koks w dolarach, to jakie beda mieli wyjscie? A
mi dewiz, jeszcze bardziej niz panstwu, ciagle mało!


Na kupionej niedaleko mojego domu w Aninie parceli postawiłem z
wybrakowanych elementów prefabrykowanych hale produkcyjna – dziewiecset
metrów. Mój majster sie zbiesił i nie chciał tego robic, wiec najałem ekipe z Kielc. I
bardzo dobrze – wszystkie elementy mi sprowadzili z Kielc i nawet tata załatwił na
to papiery. Dosłownie wszystko w nim zostało na produkcji odrzucone jako produkt
wybrakowany: i betonowe elementy juz ze stolarka, i armatury i cegły i nawet beton.
346
Ba – nawet ciezkie Kamazy, które mi to wszystko przywoziły, były akurat w
remoncie i dlatego nie mogły wozic na panstwowe budowy.
Ale nie mam skrupułów – na takiej dyskusji srodowiska Wiedzy i
Wniosków pewien utytułowany mówca zauwazył, ze w systemie socjalistycznym
wszystko to co panstwowe, jest marnowane, niszczeje, albo uzytkowane jest bez
sensu, gdy wszystko to, co ludziom uda sie rozkrasc, natychmiast znajduje sensowne
zastosowanie. Przeciez to prawda! Ze tez ja sam na to nie wpadłem.
W ogóle od czasu, gdy przeczytałem „Protokół Dyplomatyczny”
autorstwa Edwarda Pietkiewicza – to na pewno jakis profesor, czuje sie pewniej w
takich wytwornych towarzystwach. Wydano to jako druk powielaczowy w Wyzszej
Szkole Nauk Społecznych, bez ceny, za to jako druk scisłego zarachowania, tylko dla
swoich. I słusznie – po co zaraz wszystkim taka wiedza?
Mineła zima z 79 na 80, a moje interesy szły coraz lepiej. Rodzice tez
rozbudowali swój dom do rozmiarów kamienicy, bo na pietrze jest magazyn
półfabrykatów i gotowych wyrobów bielizniarskich. Ja nawet podjałem starania, aby
to zalegalizowac, jako firme polonijna, lecz to nie ma sensu, bo trzeba by
legalizowac te półfabrykaty, a przeciez normalna droga one sa kompletnie nie do
dostania.
Na 15 marca ustalilismy z Krzesinskim termin naszego wylotu do
Bangkoku w celu spotkania z Chinczykiem. Zygmuntowi przedstawiłem sprawe, ze
potrzebny mi paszport i jak uprzednio – zgłosic sie musiałem po niego na Krucza
przed otwarciem biura.
Nigdy jeszcze, poza zeteserer, a takze przez jeden dzien, z wycieczka, w
Berlinie Wschodnim, nie byłem za granica. Nigdy w kazdym razie nie byłem w
strefie dolarowej. Od roku brałem korepetycje z angielskiego trzy razy w tygodniu,
ale czesto mi cos wypadało, wiec mozna powiedziec, ze dwa razy w tygodniu, a
takze z rosyjskiego raz w tygodniu. Wprawdzie na filmach angielskojezycznych, a
kilka razy byłem w kinie, niewiele rozumiałem, ale zawsze juz cos.
347
Nastraszono mnie, ze ceny na zachodzie sa bardzo wysokie, bo oni dolary
traktuja jak my złotówki, to tez postanowiłem wziac ze soba piec tysiecy tych
dolarów.
Z Krzesinskim spotkalismy sie na lotnisku na Okeciu, chcielismy wypic
kawe, ale akurat nie było, wiec wypilismy herbate i dawaj na kontrole. Widzielismy,
ze w strefie wolnocłowej, juz za dewizy, kawy mozna sie napic, wiec nie było na co
czekac.
Bez problemu mijamy kontrole WOP-u i Krzesinskiego bez zadnych
takich przepuszczaja przez cło. Tylko o cos spytali. Poniewaz obok patroszyli jakichs
handlarzy, to mysle sobie – mi tez dadza spokój, zreszta – wszyscy swieci przeciez
wiedza o moim wyjezdzie i pewnie dali jakies instrukcje? Ale nie. Facet o wygladzie
bazyliszka prosi mnie na kontrole osobista. Oczywiscie – szybko znalazł te piec
tysiecy dolarów, a nadto, nie wiem po co, zainteresowały go druki reklamowe
amerykanskiego Digitalu i jeden druk reklamowy taiwanskiej firmy.
Pyta mnie:
- Co to jest?
Ja odpowiadam, jak komu dobremu:
- To sa druki reklamowe. Tak jak nasz LOT dla zagranicznych
drukuje na ładnym papierze kolorowe ulotki, tak firmy elektroniczne tez
drukuja takie, ogólnie dostepne ulotki.
- A od kiedy to w panstwie socjalistycznym, jakim jest Polska,
takie ulotki na ulicach rozdaja?
Gdyby nie te dolary, które w trzech paczkach, bo schowałem w trzy
miejsca, zeby mnie nie okradli, to wzruszyłbym ramionami. Ale nic takiego nie
zrobiłem:
- Prosze pana, ja przeciez wcale nie mówiłem, ze dostałem je na
ulicy.
- Tak, tak – wszyscy tak mówia. A elektronika, to materiał
strategiczny...
348
I on mi to mówi? Czy ja nie wiem, ze ona jest strategiczna? Czy ja nie z
tego zyje? Milcze jednak.
- Musimy to wyjasnic. Na razie nie poleci pan tym samolotem, ale
za trzy dni jest nastepny.
Nie znizałem sie do prósb. Nie miało to sensu. Chcieli mnie dupnac, to
dupneli. Tylko po która cholere. Jaka role odegrał w tym Krzesinski? Czy to sa gry i
zabawy miedzy wywiadem wojskowym i kontrwywiadem esbe? Dlaczego musiało
pasc na mnie?
Jakims korytarzem poprowadzono mnie do celi, w slad za mna na wózku
jechały moje bambetle. Potrzymali mnie nawet bez szklanki wody do srodka nocy.
W nocy zas wsadzili w Nyske i zawiezli na Rakowiecka. Ale nie do gmachu
ministerstwa, lecz do aresztu. Byłem zmeczony. Bezwiednie zdałem ciuchy do
depozytu, w zamian dostałem jakies szmaty. To chyba wbrew przepisom – nie byłem
przeciez skazany, lecz zatrzymany i przysługuja mi ciuchy cywilne. Tak słyszałem.
No i zaczeła sie gehenna. Przez dwadziescia dziewiec dni nic sie nie
działo. Siedziałem w pojedynce i nie miałem zadnego kontaktu z innymi ludzmi, z
wyjatkiem kalifaktorów. Z nudów wymysliłem sobie chorobe, lecz przyjał mnie w
towarzystwie sanitariusza o wygladzie oprawcy rzezniczego lekarz, który nawet nie
usiłował udawac, ze jest trzezwy, a tym bardziej, ze jest uprzejmy. Przeciwnie –
chamidło tak mi siebie w moze trzy minuty – bo tyle czasu trwała wizyta – obrzydził,
ze wiecej juz tam sie nie zgłaszałem.
Dosc powiedziec, ze na trzy dni zaaplikował mi trzy razy dziennie
lewatywe! I mimo moich protestów te lewatywe wykonywano! Ja prosiłem i
groziłem – nic nie pomogło. Wiec potem juz nie przeszkadzałem i dobrze zrobiłem –
gdy sie opierałem, to tak gmerał tym szpikulcem, ze cała dupa mnie bolała. Gdy
przestałem przeszkadzac i współpracowałem, to tez bolała, ale juz mniej.
Wariantów przyczyn, dla których mnie wsadziłem, miałem pare, ale
kazdy był bez sensu. Nawet mi nie przedstawiono nakazu prokuratorskiego, a
przeciez trzymali mnie powyzej czterdziestu osmiu godzin.
349
Po dwudziestu dziewieciu dniach przyszli klawisze, sprowadzili mnie do
suki wieziennej i juz w pare minut pózniej byłem na rakowieckiej. No to byłem w
domu. Zamkli mnie esbecy za kare, ze współpracowac zaczałem z wojskiem. Co za
granda! Przeciez o wszystkim informowałem. Mało tego – za kazdym razem pytałem
o pozwolenie. W koncu nie krasnoludki wydały mi paszport!
Dwóch cywilów przejeło mnie od klawiszy i zawiozło winda, potem
pieszo, troche kluczac, do pokoju przesłuchan. Nic sie nie zmieniło. Dwa złaczone ze
soba blatami naprzeciw biurka, szafa stalowa, orzeł na scianie i nic wiecej.
Tak byłem wynudzony, a zreszta i zobojetniały, ze własciwie to z
zainteresowaniem czekałem na rozwój wypadków.
Po moze pół godzinie zjawił sie klient, którego nie znałem. Przedstawił
sie jako porucznik Ostrowski.
- A jak imie pana porucznika – pytam?
- A na co wam imie, mnie tu wszyscy znaja.
Gdyby naprawde wszyscy go znali, to ja tez bym znał...
- Wpadł pan jak sliwka w kompot – rzucił.
Ja wzruszyłem ramionami, bo nie ze mna takie gadki.
Ten niby Ostrowski zauwazył to, poderwał sie, zaczał wrzeszczec:
- Ty szpiegu pierdolony. Ojczyzne socjalistyczna zdradzasz,
sojusze nam kurwa narazasz, ramionami wzruszasz? My cie do takiej
kazamaty wpuscimy, gdzie bedziesz miał wode pod grdyke i jak sie klawisz
pomyli, to utoniesz i chuj z tym, nawet na pogrzeb nikt nie pójdzie.
Ja troche sie zdenerwowałem, ale nadal milcze i nic po sobie nie pokazuje.
Widac przyjeli wariant nie rozmawiania po dobroci, no to nie. Jak maja dac w łeb, to
dadza niezaleznie od tego, jak ze mna beda gadac. I tak wszystko tak naprawde
zalezy od ruskich, a oni chyba ze mnie sa zadowoleni. Jesli ruskie mnie opuszcza, to
oczywiscie – umarł w butach, ale i tak to jeszcze nie znaczy, ze mnie utrupia. Raczej
przesuna do rezerwy, do wykorzystania w przyszłosci. Duzo niby wiem, ale czemu
miałbym zdradzac?
350
- Gadaj kurwa – gdzie schowałes pieniadze i złoto? Gdzie twoje
judaszowe srebrniki?
- Aaa – tu was mam – zrozumiałem wszystko.
Taki rympał! Mozecie mnie zabic! Nigdy nie wyjawie, gdzie dołuje
szmal! Ani gdzie złoto. Ja nawet nie umiałbym tego opisac – takie miejsca
wybierałem, ze jak dadza mi jakis zastrzyk, to nie da rady precyzyjnie tego opisac. A
sam nie zaprowadze ich, chocbym miał skonac.
Tamten dalej ciagnał swe wyzwiska, ale tylko do chwili, gdy uniosłem
dłon w gescie, ze chce cos powiedziec. Umilkł natychmiast i nawet objawił na swej
twarzy pewne zainteresowanie.
I ja mu wtedy wygarnałem, nawet nie podnoszac głosu:
- Nigdy, po prostu nigdy nie dostaniecie ode mnie ani grosza.
Mozecie mnie zabic. Ja po prostu nie mam ani grosza. Mojego tate mozecie
powiesic za jaja, a mamusie zywcem zakopac w grobie. Mnie tez. Chuj z tym.
Idz do swoich wspólników, drobny chujku i razem sie z nimi wyonanizuj sie w
szklanke. Czy wszystko dobrze pojałes gnoju?
Tamtego naprawde zatkało. Zaraz potem zaczał wygladac, jakby chciał
mnie zabic. Ale juz po chwili nabrał głeboki haust powietrza, obrócił sie na piecie i
wyszedł. Ojej – to jeszcze mleczak i partacz. Ja bym jednak dla zasady przywalił z
raziczek, za ten onanizm z przełozonymi. Przeciez wszystkiego słuchaja na
interkomie i tez musieli sie wkurzyc. Mimo to, dobrze sprawe przemyslałem. Od lat
juz unikałem przeklenstw, wiec jesli teraz uzyłem brzydkich wyrazów, to celowo.
Po moze godzinie wlazł do pokoju Zygmunt. No tego mogłem sie
spodziewac.
Nic nie mówi, tylko siada. Sprawa jest jasna. Kumple postanowili mnie
obrabowac. Nie warto tłumaczyc. Ja tez milcze, wiec tak sobie siedzimy. W koncu
tamtemu sie znudziło, zreszta uciekał przede mna wzrokiem:
- Milion...
Ja nic, choc mysle sobie – tanio poszło...
351
- No mówie ci – milion wpłacasz do skarbu panstwa za swoje afery
i jest fertisz.
Nawet mu nie odpowiedziałem.
- Czy ty jestes słup soli? Ja z toba negocjuje, a ty milczysz?
A ja tylko wzruszyłem ramionami.
- My ciebie puszczamy, a ty w dzien pózniej w kopercie, jak trzeba,
a jeszcze lepiej, w walizce przynosisz dewizy – milion sałaty i ani centa mniej.
Nadal milcze.
- Słuchaj, ja ryzykuje, zeby cie z tej kabały wyciagnac, a ty w ogóle
ze mna nie współpracujesz.
Ja na niego popatrzyłem jak na gówno.
- Człowieku, przeciez masz afere szpiegowska, ze reka noga mózg
na scianie.
Ja nadal nic.
- Wiozłes ze soba do wrogiego panstwa tajne dokumenty
kacepezetpeer, czy nie?
- No niezle, cos mi podrzucili – uswiadamiam sobie. Ale w takim
razie tym bardziej milcze. Tym razem jednak, mysle sobie, troche przyjdzie
posiedziec. Podrzucic mi mogli nawet plany bomby atomowej ze Swierku. A
co ich to kosztuje?
- Nie interesuje cie, jakie to tajne dokumenty szmuglowałes dla
CIA?
Nie objawiłem tym zainteresowania.
- A „Protokół dyplomatyczny” to pies?
Teraz rozdziawiłem gebe jak wiejski głupek na targu... Czy oni na głowy
poupadali?
Ale milcze – przeciez nawet kretyn zrozumie, ze umiejetnosc
poprawnego doboru kieliszków do róznych trunków, sposoby operowania sztuccami
i zasady, wedle których przy powitaniu raz ten, raz drugi jako pierwszy ma wyciagac
352
dłon, nie sa materiałem szpiegowskim. Nie wiem, jak tam u Amerykanów z kultura
osobista, ale widziałem na tajnych fabrycznych projekcjach dwa filmy z Bondem i
wiem, ze zawsze moga sie spytac Anglików.
Zygmunt nie jest duren, wiec jesli to sypnał, to jednak mnie kryje.
Obnazył słabosc całej tej afery. Mogłem przemówic:
- Słuchaj, dosc tej parodii. Moge ci dac sto tysiecy na Polski
Czerwony Krzyz, albo na oranzade, bo tyle akurat mam. Nie mam ani grosza
wiecej. Reszte powiedziałem temu typkowi, a ty to słyszałes...
Tamten jakby odetchnał, ale zaraz przyjał zatroskana mine i zaczał
lamentowac?
- Czy ty traktujesz nas niepowaznie. Sto tysiecy? Daj spokój.
Milion i ani centa... Oni naprawde zesraja ci sie na łeb. Swiety Boze nie
pomoze... Niepowazny jestes. Przemów po ludzku – pół miliona i
rozpoczynamy normalna dyskusje.
Ja znów wzruszyłem ramionami i odwróciłem sie do okna.
Zygmunt wstał, wyszedł i po dziesieciu minutach wraca z kawa,
ciasteczkami i nawet z trzema takimi pasztecikami z kapusta i pieczarkami. Kładzie
tace z tym towarem przede mna, puszcza do mnie oko, wyciaga z kieszeni marynarki
– jak zwykle bardzo taniej – piersiówke winiaku luksusowego i wlewa mi troche do
kawy.
Ja mu gestem pokazuje, ze najpierw ma upic troche z butelki. Tamten w
lot łapie o co chodzi i wbrew woli – tak z rana to on w ogóle nie pije – pociaga
rzetelny łyk. No to wskazuje mu na paszteciki i ciasta. Zjada jednego pasztecika,
nawet z apetytem i ciastko, kokosanke. Ale ja wole jeszcze pare minut odczekac,
wiec sobie milczymy. Troche sie zaczerwienił, jak to po alkoholu, zatem dawaj,
rzucam sie kawe i te paszteciki. Nikt o paczkach dla mnie nie pamietał, wiec po
ziemniakach z sosem, w którym potrafiła pływac zwierzeca siersc, to była uczta.
Nawet dałem mu znak, ze winiaku chce chlapnac.
Zjadłem, wypiłem, to teraz znów moga mnie wsadzac:
353
- No to jak powiedziałem – sto tysiecy...
- Jaja sobie ze mnie robisz?
- A ty ze mnie?
- Powiedz cos, bo mnie tak opierdola, ze nic nie bede mógł zrobic?
No... wiecej...
- Sto tysiecy razy dwa, zebyscie jeszcze mieli na dropsy...
Wymiotło go od razu z pokoju. Nawet flaszke mi zostawił, to sobie znów
pociagnałem.
Po chwili wraca:
- Dwiescie piecdziesiat tysiecy i jest fertisz.
- Termin miesieczny – odpowiadam.
- Co tak długo?
- Nie mam w kieszeni takiej gotówki. Musze isc na grzyby, albo na
ryby, moze złota rybke złowie... Ale wedkowac to ja lubie w samotnosci, bez
asysty. Sam wiesz, jak jest...
Znów wylazł i po chwili wrócił:
- Jest zgoda. Zaraz wracasz na dołek i jutro cie zwolnia...
- No to dwiescie tysiecy...
- Co za dwiescie?
- No za noc w dołku płacicie.
- Z byka spadłes – sa przepisy...
- Przepisy sa... We łbie ci sie bełta? – ripostowałem.
Znów wyszedł. Wraca usmiechniety.
- Za godzine bedziesz na wolnosci...
W szoferce suki pojechał ten cały niby Ostrowski z tekturowa teczka pod
pacha. Po dwóch godzinach jechałem słuzbowym polonezem z Zygmuntem do
domu. Kazałem mu sie zatrzymac przy „Cristal – Budapeszcie”, zeby zjesc cos
porzadnego. Wprawdzie ciuchy przesiakły smrodem mamra, ale co tam. Przy
zwalnianiu dali mi spis zwracanych rzeczy i oczywiscie – pieciu tysiecy dolarów
354
brakowało. Ale tego sie spodziewałem. Inaczej przeciez Ostrowski mówiłby przeciez
o przestepstwie dewizowym – jedynym realnym punkcie zahaczenia na mnie.
Zwrócili mi jednak portfel z tysiacem złotych i portmonetke z jakimis drobnymi.
Ulice wygladały tak samo, choc wiosna mocno posuneła sie do przodu,
ale jakos piekniej. Nad butelka czerwonego wina do zupy rybnej – w swietle
„Protokółu Dyplomatycznego” był to karygodny bład, lecz ja poprosiłem kelnera o
jakies wino do tej zupy i potem, do kotleta na placku ziemniaczanym i on poprawnie
dobrał „Egri Bikaver” do dania głównego, lecz zapomniał, ze do zupy potrzebne
byłoby białe wino.
- Dolar stoi juz na miescie sto dziesiec złotych – zaczał normalna
rozmowe.
- To wszystkie ceny pójda w góre...
- Zebys wiedział, beda podwyzki. Jaroszewicz juz sie na tym
połozył... tak mówia, ze i tak musza byc podwyzki. Juz nawet parówek nie
mozna dostac. U nas w Konsumach szynkowa chodzi za szynke i sprzedaja po
pół kilo? To ja sie pytam, swinie w kraju dupy potraciły? Podobno wszystko,
ze wszystkich kadeeli idzie do Moskwy na olimpiade.
- Nie o tym mówie – ceny w interesach...
- To ty nic nie wiesz?
- A co?
- Twój interes, ten z ruskimi, przejeło wojsko do spółki z
Przemyslida.
- Aaa...
No i teraz wszystko zrozumiałem. Ten pieprzony Przemyslida okazał sie
byc jeszcze rzeskim staruszkiem.
- Jak on to zrobił?
- Pamietasz Wiedze i Wnioski?
- No takie miałem od nich zlecenie, akceptowane u nas – razem
gadalismy.
355
Ruskim tez dałem cynk, ale tego Zygmuntowi nie chciałem mówic.
- No wiec ruskie sa ciete na Rakowskiego i dlatego wsciekły sie na
ciebie.
- Ale przeciez mówi sie, ze Rakowski jest z ferajny wojskowej. To
czemu Przemyslidzie kazali robic to z wojskiem?
- Taki madry to nie jestem. Ale tyle wiem, ze jak jest burdel i nic
do siebie nie pasuje, to znaczy, ze jest normalnie. Strzec sie trzeba, gdy
wszystko układa sie logicznie...
- To prawda. Logiczne jest, ze ja jestem teraz takie troche pochyłe
drzewo, wiec skacza po mnie kozy.
- Ja z tego bede miał na samochód. Zreszta, mi pieniedzy starcza.
Co bys miał z tego, ze powiedziałbym, ze ja w te klocki nie wchodze? Ja bym
miał krzywo, a ty nie miałbys nawet zyczliwej duszy. Ja mam z tego
pietnascie, a moze nawet tylko dziesiec kawałków – chcesz – to zwróce.
- No jasne, ze chce. To mój szmal!
Popatrzył na mnie bez entuzjazmu. Cos sobie w łebku rachował. Pewnie
mu wyszło, ze jednak dla dziesieciu kawałków nie warto ze mna zrywac.
- Masz to u mnie.
- Kto poza tym gnojkiem w tym siedzi?
- Daj spokój. Czy ja pytam, na których jeziorach bedziesz ryby
łowił?
- Co z bielizna?
- Piotrus dalej kreci, ale cos chyba duzo przegrywa w pokera.
- Bardzo duzo?
- No moze nie... zreszta, kto ich tam wie, tych szulerów. W kazdym
razie wiecej, niz zwykle i jeszcze mieszka z dwoma takimi chłopcami. Ciagle
im ciuchy kupuje... Ale te ciuchy, to betka.
- Dadza mi spokój?
356
- Chyba nie. Ja bym zszedł z tej bielizny. Przynajmniej na razie.
Masz Pensjonat. Jesli wywiazesz sie, to moze załatwia ci zlecenia z Fabryki na
kuracjuszy?
- Znowu burdel?
- Eee – nie wiem. Ale chyba nie... To jeszcze nic pewnego...


No i wróciłem do Pensjonatu na Mazury. Wziałem ze soba ksiegowa.
Remont sie konczył. Mój milicjant od rana chodzi na bance, ale upijał sie dopiero
wieczorem, po robocie. Stary dziad z niego, zrzedliwy, ale to dobrze, bo siedzi
budowlancom na karku. Pałac mam taki, jak chyba tylko koscioły potrafia jeszcze
lepiej wyszykowac. Nawet sciany pociagneli gipsowa szlichta, aby były gładkie jak
lustro. Taka szlichte, to tylko przed wojna kładziono - jak mawiał nieboszczyk
minister – za nieboszczki Rzeczpospolitej. On to mówił dopiero na starosc, gdy juz
go szurneli z tego rzemiosła. Zasłuzony był człowiek, bronił rzemiosła pazurami
przed dogmatykami! Kraj wiele mu zawdziecza. Przeciez byłoby jak u sowietów,
albo w Czechosłowacji – z braku prywatnych szewców ludzie sami by sobie buty
reperowali!
Na pierwszego lipca ostatnie meble, wszystko za gotówke odrzuty z
eksportu – najwyzsza jakosc, jedynie tu, czy tam zadrapania, lub kawałem okleiny
sie odczepił i odbiorca z Zachodu zakwestionował – zostały ustawione. W
budynkach pierwotnie pomyslanych jako stajnie, tez miałem dwadziescia siedem
pokoi z łazienkami. Szerzej zatrudniłem ludzi z pegeeru. Dyrektor – ciagle ten sam
– krzywo na mnie patrzył, lecz wyjasniłem mu, ze teraz nie bede sie separował i
dzieki temu on u gosci bedzie mógł wiele załatwic.
Bar poprowadziła mi taka dziewczyna - Olga - po rusycystyce, ze wsi.
Studiowała w Gdansku, ale tam nie dostała mieszkania, wiec wróciła i groziło jej, ze
zostanie nauczycielka. Sprawdziłem przez Zygmunta – nie było przeciwwskazan.
Wprawdzie okazało sie, ze ona jest z rodziny ukrainskiej, ale mi to wisi, a Fabryce
357
widac tez. Pomagac miała jej młodsza siostra. Zaopatrywac w spirytualia i w takie
tam rózne bede ja. Cos trzeba jednak robic.
Na otwarcie zakładu chciałem zaprosic tłum ludzi z Fabryki, zeby
pokazac, ze ciagle zyje, ale odradzono mi. Po prostu – bez zadnych skierowan
fabryka wykupiła u mnie komplet miejsc po cenach hotelowych. Zaopatrzenie nadal
miałem brac z olsztynskich Konsumów, albo skadkolwiek, co oznaczało zielone
swiatło dla interesów z tata.
Ojciec sam juz nie woził, bo troche zapłacił i po prostu został gminnym
prezesem geesu. Tak było łatwiej. Bielizne nadal szyli, ale rozprowadzali mi to
swoimi kanałami weglarze. Wegiel i bielizna damska – to moze byc tylko u nas.
Z nimi zreszta zrobiłem jeszcze inny interes. Brat mojego weglarza jest
bystrzak, wiec pusta hala, w której nie zaistniała fabryka komputerów, poszła w rece
moich remontowców z kieleckiego i w trzy miesiace, na pierwszego wrzesnia ma
tam byc dyskoteka. Pozwolenia załatwiłem zadziwiajaco łatwo - jednak nadal mnie
cenia. Ja jestem włascicielem, a ten Maniek - brat weglarza, moim kierownikiem.
Kierownikiem artystycznym zrobiłem Piotrusia pod warunkiem, ze nie zobacze
zadnego szulera i zadnego pederasty z wyjatkiem góra jednego chłopca dla Piotrusia.
Tyle na mnie utargował. No i w ten sposób Piotrus bedzie kontrolował Manka i
odwrotnie, a ja nie musze sobie suszyc głowy. Gorzałe bede ja im dowoził –
kupowac bede w Pewexie i co najwyzej jeszcze od taty. Przydziały alkoholu na
gminy sa teraz sztywne, artykuł zrobił sie ni stad ni z owad deficytowy, ale po co ma
mu sie ludnosc rozpijac?
Wszystko to chamska prowizorka – betonowe podłogi hali po prostu
pomalowało sie na olejno, sciany tez, troche kiepskich stolików i ławek ze Stopnicy,
no i sporo kasy na elektronike.
W Pensjonacie od razu zaczał sie ruch. Jak rozumiałem, mieli tu
przyjezdzac esbecy ze swoimi informatorami, aby wypoczywac, albo myslec nad
nowymi akcjami, a tu nie - zwalili sie esbecy z rodzinami, jakies dmuchane koła
gumowe, kiełbaski przy ognisku, rano na sniadanie kawa zbozowa z mlekiem. No
358
istne cuda wianki – pare miesiecy mineło, a ja zamiast zbroic ruskie dywizje
pancerne w komputery pokładowe czołgów wysłuchiwałem zali, ze czyjes dziecko
przez dwa tygodnie tylko pół kilo przytyło. Gdyby matka tego bachora nie była córka
znanego mi pułkownika, to zwyczajnie naplułbym jej w lico.
Ale juz w lipcu wybuchły pierwsze strajki i oficerów zrobiło sie jakby
mniej. Za to rodzin jeszcze przybyło. Od poczatku sierpnia to juz po prostu zadnego
faceta nie było. Wszystkie te zony, córki i matki takie jakies nienazarte łaziły, ze im
w koncu poradziłem, zeby poszły do pegeeru popatrzec, jak tam pegeerusy pracuja.
Pomysł był dobry, bo w pegeerze robili akurat potancówke. Całe stado gesi wyszło z
Pensjonatu i chyba niejedna wróciła stamtad zapłodniona przez zdrowych fizycznie,
choc moze niezbyt sprawnych umysłowo robotników rolnych. Jesli mezulkowie sie
nie połapali i nie oddali do skrobania, to całe zycie hodowac beda latorosle jakichs
półmózgich buraków.
Jednak dwudziestego pierwszego sierpnia dostałem jeden telefon, a mam
teraz tylko normalny cywilny telefon i w ciagu jednego dnia – won – wszystkich
wywaliłem. Autobusy pekaesu podjechały pod brame pensjonatu i zgłupiałe rodziny
płaczac jechały. Bały sie, ze w kraju taka juz rewolucja, ze na miejscu razem z
dziecmi tłum ich zaszlachtuje. Ja im klaruje, ze przeciez rozmowy sie tocza, a ich
faceci własnie cos szykuja i zanim dojada do domów, to ze stoczni kamien na
kamieniu nie zostanie, wiec nie musza sie martwic, tylko smiało jechac w Polske, bo
Polska jest ich, a nie sił antysocjalistycznych, a one dalej w płacz. Dopiero, gdy im
powiedziałem, ze Wolna Europa podała, ze strajkujacy nie czuja nienawisci do
czerwonych pajaków, to zrozumiały i dawaj, tarabanic sie do własciwych i
niewłasciwych pojazdów. Pół godziny jeszcze trwało porzadkowanie tego bałaganu,
bo idiotka z Czestochowy nie rozumiała, ze autobus do Wrocławia jest dla niej
lepszy, niz do Katowic. Milicjant potem mi klarował, ze ona miała racje, ale co mnie
to obchodzi – grunt ze w zgodzie z poleceniem wysłałem babe z gnojami precz –
chocby i na ksiezyc. Jakos sobie da rade... Przeciez to wyjatkowa sytuacja!
359
Któras wydra przed odjazdem gadała innym babom, ze ruskie nie
zostawia nas na pastwe losu i jak trzeba bedzie, to wkrocza. Tyle to i ja wiem. Tylko
czy po intrydze tego dziada Przemyslidy to byłoby dla mnie dobre, czy złe?
Wszystko zalezy od tego, jak on mi te buty skroił i w co z jego gadania oni
uwierzyli. A tego nie wiem...
W miejsce dziatwy od kawy zbozowej z miejsca zjawili sie oficerowie z
całej Polski, z jakiejs Piły, Szczecina, Warszawy i skadkolwiek, ale raczej z Polski
północnej, ze swoimi pupilami. Przyjechało kilku lektorów z Warszawy, z Akademii
Spraw Wewnetrznych. Były wykłady ogólne i zajecia indywidualne. Ja w tych
zajeciach nawet nie mogłem uczestniczyc. Oni nawzajem sie nie znali – tylko z
imienia, a zreszta nie wiadomo, czy z prawdziwego. Ja tez ich nazwisk nie znałem,
ale jedynie stemplowałem delegacje wystawiane bez nazwisk, za to z pieczatkami SB
z takiego, a takiego województwa.
No ale to czy owo sie słyszało. Szkolili ich na działaczy opozycyjnych.
Potem przyjechał taki chudy mały psycholog z Warszawy i dawaj – teraz ich w try
miga szkolili na działaczy zwiazkowych. Jak w piekarni – jedni przyjezdzali, inni
odjezdzali. Olga pozornie nie miała roboty, tylko kawe robiła w ekspresie i parzona,
albo dawała coca – cole. Alkoholu nie było wolno. Nawet znajomym oficerom
odmawiałem. Był wyrazny zakaz, wiec sie do niego stosowałem. Tamci jednak
chyba ze wsi sobie przynosili, bo choc nie wolno było opuszczac osrodka – znów
zjawili sie nadwislanscy – to wolno było pływac na szesciu kajakach i szesciu
rowerach wodnych. No to tamci pod pozorem szkolenia na wodzie mogli dopłynac
do brzegu i dawaj, na wódke, bo piwa w ogóle nie było w całym dawnym powiecie.
Ale szkolic, to tez szkolili sie na tym jeziorze. Po wodzie głos niesie i
niejedno słyszałem. Melancholijny po moich przejsciach byłem, dziwnie sie czułem
majac tak mało zajec, wiec szwedałem sie nad brzegiem, czasem nawet wedke
moczyłem w wodzie, ale co to za łowienie, gdy ja, nie to ze brzydze sie robalami, ale
łowic wole na ciasto.
360
Tak wiec oni dyskutowali o sposobach „przejecia” strajków tam, gdzie to
sie udało. Albo – jakie plotki trzeba rozsiewac przez agenture, aby konkretnego
człowieka wybrano w jakichs wyborach, do jakichs komisji. Albo co wymyslac na
człowieka, zeby go pogrzebac w oczach ludzi. Tu okazało sie, ze najlepsze jest
rozpowszechnianie plotki, ze facet jest agentem. Natomiast zniechecali do
plotkowania, ze ktos jest Zydem, bo to wcale nie musi zaszkodzic. Swiat sie konczy
– w partii, czy w policji Zyd ma przerabane, a u ludzi nie? Nawet o tym nie
pomyslałem... Rozpatrywano wariant postepowania z kims, kto miał córke z
nieslubnym dzieckiem, ze miała go własnie z nim – z ojcem i z dziadkiem
równoczesnie. Pomysł, tak pływajac na rowerze wodnym, uznali za dobry, bo szybko
sie rozniesie wsród załogi, lecz nie byli pewni, czy ludzie uwierza. A szukali
pewniaków, które od razu przyniosa skutek. Wiec chyba tego nie zagrali, choc czort
ich wie... Inny wariant, ale to z kajaka – zeby porobic odbitki faceta, jak rypie sie w
delegacji z jakas kolezanka z pracy, a w domu zona i dzieci, lecz to mogło, zdaniem
rozmówców – tylko pomóc obiektowi, bo chodziło o jakas hute, czyli meski zakład
pracy.
A codziennie wieczorem było ognisko. Spiewali rózne takie
antysocjalistyczne i antyradzieckie piosenki, na przykład:
„Jedna atomowa, druga atomowa
i wrócimy znów do Lwowa”
albo uczyli sie na pamiec:
„Boze cos Polske przez tak liczne wieki” i tak dalej.
Chodziło o to, by nasi ludzie znali piosenki, nie bali sie ich spiewac i
zeby to swiadczyło o ich nieskazitelnej wrogosci do socjalizmu i sojuszu z zeteserer.
Bo ze akurat tylko tym mozna sobie zaskarbic sympatie załóg pracowniczych
wielkich zakładów pracy, to w to nikt nie watpił.
Porozumienia gdanskie, moment podpisywania wszyscy ogladalismy w
salonie w telewizji. Sala była nabita. Wszyscy głosno klaskali, cieszyli sie. Nie to,
zeby nieszczerze, w ramach pozoracji. Chodziło o to, ze tyle dni intensywnie sie
361
uczyli i gdyby nasi tak od razu tych warchołów rozpedzili, to cała ta praca poszłaby
na marne. A wraz z nia awanse, odznaczenia, gratyfikacje... No po prostu – był
włozony wysiłek ludzki i jak to czesto u nas – zmarnowałby sie. A cała pule
zgarnełoby wojsko i jakies zomo – zdaje sie – zmotoryzowane odwody milicji
obywatelskiej. No ale wszystko szczesliwie sie skonczyło i porozumienia podpisano.
Zaraz potem działaczy zakładowych wywiało, za to zjawiły sie zastepy nauczycieli,
naukowców, studentów, lekarzy i Bóg raczy wiedziec kogo jeszcze. W kazdym razie
lepsze towarzystwo – od razu w sprawie gorzały sie postawili, ze jak jej nie bedzie,
to oni nie beda sie szkolic i z Warszawy dostałem cynk, ze wódka wchodzi na bar,
ale płatna. Bo za kawe i ciastka z baru osobno płaciła Warszawa i nawet interesowało
mnie, czy Olga nie robi czasem zbyt wielkich przekretów. Zeby jej nie
demoralizowac, to kazałem, aby wszystko w barze było płatne.
Ciekawa rzecz, ze robotnicy potrafia zrobic strajk, ale u nas to kupowali
gorzałe na lewo. Natomiast inteligenci, niby takie wymoczki, a tu pryncypialnie –
jeszcze chwila, a powołaliby do zycia pensjonatowa komisje strajkowa.
Aha – przysłali takiego byłego ksiedza, który teraz pracował w esbe, aby
nauczył naszych inteligentów modlic sie. Ale to okazało sie prawie niepotrzebne,
choc grozono, ze przeprowadza egzamin. Były ksiadz zreszta sie upił i po trzech
dniach, gdy zaczał juz całkiem bredzic od rzeczy, zwyczajnie kazałem go odesłac do
jego miasta. Bo szkoleniem dowodził taki pułkownik z Bydgoszczy, zas
administracyjnie dowodziłem ja. Jakos tak wyszło. Walke z siłami
antysocjalistycznymi organizował prywatny przedsiebiorca z tego tytułu, ze był
prawnym włascicielem obiektu! Gdy zdałem sobie z tego sprawe, to usmiałem sie
serdecznie!
Raz nawet przyjechał do mnie ojciec. Jako prezes spółdzielni
przywieziony został słuzbowym fiatem 132. Takiego oczywiscie nie ma nawet
naczelnik gminy. W ogóle ojciec jakos porzadnie zaczał wygladac. Sporty palił tylko
w domu, bo nawet w samochodzie ktos mógłby wyczuc, wiec tylko Marlboro. A klał
362
je jak jasna cholera. No ale inaczej mu nie wypadało. Przyjechał zastanowic sie, czy
nie isc na emeryture, bo czas juz minał i nie bardzo mu sie chce dalej tyrac.
- Wiesz – mówi – Bogdanski mógłby wejsc na moje miejsce. Ja go
mam w garsci, chodzi mi jak zegarek.
A ja tego Bogdanskiego to znam i wiem, ze teraz chodzi, a jak bedzie
potem, to nie wiadomo. Sam nie tak dawno przesiedziałem miesiac w mamrze, o
czym rodzicom nawet nie wspomniałem. Oczywiscie wyjasniłem im, z skala moich
interesów sie zmienia i ze wypada, abym robił cos innego, lecz bez szczegółów.
- Ludziom to tato nie wolno ufac. Póki trzymasz ich za twarz, to
jest dobrze. Ida jakies zmiany w kraju. Lepiej byc na posadzie.
Zmartwił sie, ale co było robic. Przenocował. Zahaczył jeszcze o
rybaków, zeby troche wegorzy kupic, takich na uwedzenie i pojechał z powrotem. A
moja szkolona w osrodku agentura juz plotkowała, ze mój ojciec jest nowym
sekretarzem partii w jakims województwie, tylko nie mogli ode mnie wydusic, w
którym?
Od połowy wrzesnia Pensjonat jednak wyludnił sie. Po kilkunastu,
czasem tylko kilku ludzi było na miejscu. Az z poczatkiem pazdziernika robota znów
ruszyła pełna para. Teraz juz nie miałem watpliwosci – szkolono aktyw, chyba
głównie oficerów esbe, do współpracy z wojskami radzieckimi. A zatem – sprawa
była przyklepana – nasi musieli wiedziec, jak sie zachowywac wobec ruskiego
wojska. Rosyjskie słówka, poprawna wymowe, to nawet z Olga cwiczyli nad
„Starowinem Lubuskim”, bo był najtanszy – jedyna polska wódka, jaka dawało sie
jeszcze kupic chocby i w Pewexach. Dla lepszych gosci miałem jeszcze pare
kartonów zubrówki z syropem jabłkowym. Nie to, co prawdziwy sok jabłkowy, ale
zawsze... Do zarcia tez były najczesciej parówki, jajecznica, kurczaki i inne
badziewie. Cały kraj mówił, ze lepsze gatunki miesa i wedlin zjada milicja, wojsko i
esbe, a u nas, choc nie tak, jak u cywili, ale tez było cienko. Tylko masła i serów
twardych nie brakowało, bo nasi przejmowali dary zachodnie i cos z tym cholera
trzeba było robic. Cała piwnice i strych zapełnione miałem workami z maka, cukrem,
363
sola, pakami z herbata – ale tylko luksusowe gatunki, no i papierosami. Trafił mi sie
tygodniowy przydział Marlboro na całe województwo, to wziałem. Na strychu juz
miejsca nie było, a i tak dwie plbrzymie skrzynie z zapałkami kazałem wcisnac. W
listopadzie dostałem z Ostródy trzy tysiace puszek z szynka po trzy i pół kilo chyba –
waga była w funtach i po angielsku, ale zrozumiałem, wiec z baru sprzedawałem ile
kto chce z potrójnym przebiciem. Po szynkowej w Konsumach moje esbeki brali
całymi bagaznikami. To samo od jakiegos polskiego pułkownika elwupe – to
znajomy mojego milicjanta – siedem tysiecy półkilowych puszek sowieckiej
tuszonki. Sprawdziłem – z Baranowicz – a jakze! Masło to tez brali po cwiartce
wielkiego bloku – chłodno juz, to sie w bagazniku nie rozpusci. Sery – takie prawie
czerwone – amerykanskie – tez na czesci wielkich bloków brali. Znów, jak za
dobrych czasów specjalnie po zarcie przyjezdzały do mnie słuzbowe samochody
tylko z kierowca. To co – pułkownicy i generałowie tez nie mieli innych dojsc?
Z koncem grudnia szkolenie pod ruskich nagle sie skonczyło. I znów
tylko na soboty i niedziele zapełniał sie osrodek, a tak to puchy... Na swieta
przyjechali wyzsi ranga z rodzinami – ja na lewo pare swin kupiłem, jakies dwa
cielaki. Mój milicjant wszystkie galanto zaszlachtował, pocwiartował, a tłumoki
kuchenne – tylko stara juz nie zyła, jakos pozamieniały to na wyroby.
Zastanawialismy sie, co zrobic w Wigilie. Był pomysł, aby wyprawic
tradycyjna Wigilie z uszkami i z koledami, a nawet z opłatkiem. Grzybów kuchnia
nie miała, bo skad, ale z kapusta – prosze bardzo. Tak chciały zony moich gosci, ale
dzieci nie – ze niby lepiej dyskoteke. Sami oficerowie nie wypowiadali sie. Wyszedł
kompromis – najpierw była kolacja, tradycyjna – ryb nie zabrakło – choc nie z
naszego jeziora – ciagle jeszcze, mimo zabiegów ichtiologów z Kortowa, rybki w
nim takie jakies nie najlepsze.
A potem normalnie, dyskoteka dla młodszych i kto tam chciał, a reszta w
barze i po pokojach wódke chlała. A wybór na swieta przygotowałem najlepszy –
całe zapasy wystawiłem. O dwunastej w Wigilie z tego wszystkiego strzelano w
powietrze, całymi magazynkami słuzbowych tetetek. Pijani wartownicy zaczeli walic
364
z kałachów i tylko jeden major zauwazył, ze burdel jest w kraju, gdy słuzba
wartownicza nie przestrzega regulaminu. Okazało sie, ze wolno im było strzelac, ale
najpierw ostrzegawczo, a skoro nasza palba nie umilkła – to do nas. To zdaniem
majora byłoby w porzadku. Natomiast strzały na wiwat z wartowni, to burdel, a nie
wojsko i w lepszych czasach całe to towarzystwo poszłoby pod sad, na pokazówke.
Przez dwa dni swiat starszyzna leczyła w barze ból głowy, a młodziez,
gdy znów chciała hałasowac dyskoteka, spacyfikowano metoda tradycyjna – laniem
pasem przez tatusiów. Troche ruchu na kaca im nie zaszkodziło.
Na te wczasy młodzi przywiezli sporo płyt – Olga je podczas swiat
przegrywała na kaseciaka. Ciekawa rzecz – były to same płyty angielskojezyczne i
kupowane w strefie dewizowej.
Nastroje wsród kadry dowódczej nie sa najlepsze. Oni maja nawyk nie
rozmawiania o sprawach zawodowych przy rodzinach, ale alkohol rozwiazywał
jezyki.
- Dryfujemy z pradem sił antysocjalistycznych. Nie mamy
inicjatywy. Nic nie proponujemy. A sytuacja dojrzewa do ruchu w te lub w
tamta – biadoli tłusty jak beczka pułkownik – chyba z Rzeszowa.
- W te, to ja wiem, ale w tamta? – pyta sie warszawski major.
A przy stoliku siedzi jeszcze zona rzeszowskiego pułkownika i kapitan,
ale bardzo jakis wazny, z Poznania.
- To juz wy w Warszawie musicie wiedziec. Jasne rozkazy sa
potrzebne.
Po tym dictum major nabrał powietrza i z wazna mina, spozywszy kielich
soplicy, uniósł dłon z pustym kieliszkiem odchylajac mały palec:
- Radzieccy nas zostawili. Podobno papieza sie przestraszyli. I
Amerykanów. Od nas domagaja sie aktywnej walki, ale sami nie chca wyjsc
na ulice. A jak my mamy to zrobic? Z kim? Moi podwładni cichcem, ale wcale
nie tak, zebysmy tego nie widzieli – na gwałt chrzcza dzieci. Co oni sobie
365
mysla – ze jak kontrrewolucja wezmie władze, to chrzczonych zostawia w
spokoju?
- Dajcie spokój, majorze – włacza sie kapitan z Poznania – jak
zaczniemy scigac naszych za te chrzciny, to nikt nam nie zostanie. To nie
sposób. Zewrzec szeregi mozna tylko pilnujac, by zawsze pamietali, ze jest
konfrontacja. Skoro władze polityczne o tym nie pamietaja, to ktos musi...
Major nieznacznie wzruszył ramionami:
- Ale co nam to da, ze zetrzemy sie z dziesiecioma milionami?
Radzieccy wtedy nam pomoga, załózmy, ale co – zrobia ruch kadrowy.
Utracimy do reszty inicjatywe.
Na to kapitan az sie obruszył:
- Ja nie chce straszyc, ale jaki bedzie ruch kadrowy, gdy partia
poszuka kozłów ofiarnych? Pamietacie, co było w piecdziesiatym szóstym?
Kogo rzucili na pozarcie?
- Wtedy wyselekcjonowali Zydów. A teraz Zydów u nas nie ma... –
wysapał tłuscioch.
Po chwili dodał:
I chwała Bogu najwyzszemu!
- Pułkowniku – znajda jakies inne kategorie. Jak chcesz uderzyc, to
kij znajdziesz... – odparł major.
- Ja tez mówie – zaparł sie major - zadnych gwałtownych ruchów.
Tylko co jakis czas przypominac, ze wrogów nie brakuje. Sytuacja w koncu
sama sie wyklaruje... Na naszych mozemy liczyc. Wazne jest zatem, jaka
bedzie postawa wojska. Rodzi sie pytanie – czy starczy im ideowosci?
W tym momencie zdecydowałem sie wyjac z kieszeni flaszke
hiszpanskiego brandy i postawic na stole. Tak naprawde to było dla kapitana.
Obiecał mi cały zestaw przedwojennych zyrandoli z jakiegos pałacu – przerabianych
na zarówki, jeszcze przed wojna, z takich na swiece. Nie za darmo, ale raczej tanio.
366
- Zdrowie gospodarza – weszła mu w słowo, bo cos jeszcze chciał
powiedziec, zona pułkownika.
Lecz ja sie z tym nie zgodziłem i rozlewajac trunek do kieliszków z
szarmanckim usmiechem wezwałem:
- Towarzysze – zdrowie pieknej damy...

**********************************************************
***********8

W kwietniu odbyła sie u mnie konferencja naukowa partyjnego zaplecza
intelektualnego. Sami partyjni naukowcy, ale tacy najwierniejsi. Jak sie
zorientowałem – po prostu współpracownicy. Dlatego tez wybór padł na moja
placówke.
Do udziału w obradach mnie nie dopuszczono, choc nawet chciałem sie
wkrecic. Ostatecznie – jakkolwiek w tej chwili lepiej jest sprawy zbyt nachalnie nie
popychac, to jednak mam otwarty przewód doktorski i przy najblizszej okazji
politycznej spodziewam sie z dobrym skutkiem obronic prace. Podobno oryginalna.
Tak wiec zredukowany zostałem do roli zaopatrzeniowca, karmiciela i
takie tam. Naukowcy kleli, ze nie mozna zrobic polowania, bo nie sezon i wyraznie
popatrywali na wyzsze szarze, które mogły nie baczac na przepisy wyrazic zgode i
nawet bron udostepnic. W Łansku podobno sa duze zapasy broni mysliwskiej, a u
mnie i tak zameldowanych było tylko piecdziesieciu, a pozostałych dowoziło sie
autobusem własnie z Łanska.
Przez dwa dni obradowali i pili tylko wieczorami. Bar miał obrót przez
cała dobe, nawet duzy, ale dyskretny. Balanga była dopiero w niedziele wieczorem.
Poniewaz na rynku były trudnosci z miesem – po prostu w ogóle go nie
było, za to skup jakos był nieudolny i nie udawało sie chłopom oddawac zywca, wiec
kupiłem cztery ponad stukilogramowe prosiaki. Przez cztery godziny piekły sie na
roznie pod laskiem i zapach był taki, ze skrócono obrady.
367
Jednak do konstruktywnych wniosków doszli. Uznali, ze trzeba odnawiac
partie eliminujac kapitulantów ze struktur poziomych, najlepiej – wchodzac do nich.
Utrzymywac presje unikajac skrajnej konfrontacji. Zabiegac o jeszcze wieksze
trudnosci rynkowe i w ogóle, o nieregularne funkcjonowanie wszystkiego i winic o
to siły antysocjalistyczne. Zreszta słusznie – bez nich nikt by sie przeciez nie
wygłupiał. Obraz wroga na zachodzie nalezy ukazywac we własciwym swietle
wskazujac na srodowiska u wroga najbardziej patriotyczne, zachowawcze,
antysemickie na przykład, by podwazyc opinie wroga w swiecie, a swoja droga w
przyszłosci samych patriotów wykorzystac. Kogos przeciez trzeba bedzie przyciagac
do nas... Ale wystapic dopiero wówczas, gdy w obozie wroga nastapia wyrazne i
róznorodne podziały, a ludnosc bedzie tak zmeczona, ze apatyczna.
Ale nowy premier nie spełniał pokładanych w nim nadziei. Dopiero na
jesieni z tego, co działo sie w pensjonacie mogłem wnosic, ze wreszcie maja jasna
wizje działania. Robota az furczała. Z wielka nadzieja oczekiwałem zblizajacego sie
przesilenia.
Martwiłem sie tylko o zasady funkcjonowania wówczas dyskoteki. Tak
bowiem było, ze ja miałem dochody z wyszynku – około dwudziestu tysiecy dolarów
miesiecznie – teraz juz wszystko warto było rachowac tylko w dolarach, a i tak
jeszcze pietnascie tysiecy dolców dostawałem ekstra. To była góra pieniedzy! Te
ekstra pieniadze były dla mnie – przecietnie piec, szesc tysiecy i dla róznych takich z
esbe, zeby nie tylko nie utrudniali, ale wrecz pomagali docierac moim ludziom do
farmaceutyków, jak morfina, majacych charakter narkotyczny.
A wiec dla mnie bardzo wazne było, czy w tych chwilach przełomu
działalnosc rozrywkowa da sie kontynuowac bez zakłócen, czy nie?
Na poczatku grudnia pan mecenas – poznałem takiego poprzez jednego z
moich gosci i on wreszcie zaczał cos skutecznie działac przy rejestracji firmy
polonijnej – zatelefonował, ze wreszcie jest decyzja, ale to jeszcze tam trzy tysiace
dolarów ekstra bedzie kosztowac. Za to do profilu działalnosci udało mu sie wcisnac
368
wszystkie te branze, o jakich tylko udało nam sie podczas pierwszej rozmowy
pomyslec. Była okazja do snucia planów.
Przypuszczałem, ze hasłem do akcji bedzie zastrzelenie papieza. W maju
sie nie udało i trudno. Ale juz było wiadomo – po pierwszym słomianym zapale
ludnosc popadłaby w apatie, której tak wyczekiwał major podczas swiat Bozego
Narodzenia. Oczywiscie zadanie nie było łatwe, jednak troche tak, jak kibic wierzy w
zwyciestwo swojej druzyny, ja liczyłem w perfekcyjnosc działania odpowiednich
słuzb radzieckich. Ktos mi w zaufaniu powiedział, ze wywiad izraelski, choc jest
duzo mniejszy, to jest jeszcze lepszy. A to był ktos moze nawet z wywiadu, a w
kazdym razie z fabryki.
Podobno u nas w kraju robia usługówke dla Amerykanów, bo stworzyli
siatke z punktu widzenia ich własnej agentury – amerykanska. Genialne! I nasi nic
wiecej o niej nie wiedza.
Mój dawny majster budowlany, ten, który stawiał mi Anin, został
członkiem biura politycznego. Taki patentowy kretyn! Nasze słuzby, one go musiały
wylansowac, trafiły w dziesiatke! Ja naprawde nie znam wiekszego idioty! Jesli im
kazano znalezc półmózga, to przesadziły – przeciez gosc nie ma zadnego zwoju
mózgowego...
Miałem takie dziwne uczucie, ze kraj zył w jakims szalenstwie, a ja tym
czasem robiłem konkretne rzeczy. Na przykład szef milicji jednego z wiekszych
miast mazurskich wspomniał mi, ze zakłady spirytusowe moga nie wykonac planu,
bo nie maja opakowan szklanych i nie moga skonfekcjonowac swojej produkcji. Ja w
takiej sytuacji w porozumieniu z Zygmuntem, za ciezkie pieniadze, załatwiłem
faktury zamówien i przelewy na fabryke elektroniczna i dawaj – kupiłem sto
dwadziescia beczek po 80 litrów spirytusu rektyfikowanego. Jesli uwzglednic rózne
koszta osobowe, łacznie z ciagnikiem z przyczepa z pegeeru, to mi to wyszło po
około dwadziescia złotych za litr. Chłopaki z Anina od skupu odkupili butelki, z
warszawskich zakładów spirytusowych odkupili na lewo jeszcze wieksza ilosc
surowych kapsli, a jeden slusarz sam pomyslał i zrobił reczna kapslownice.
369
Potem tylko sciagnałem czterech chłopaków z Anina, takich mniej
gadatliwych i pod kierunkiem milicjanta przystapili do pracy. Na moim polu, a moze
na polu milicjanta, przylegajacym do lasku, w którym jest pensjonat, stoja dwie
poniemieckie, troche sie juz sypiace stodoły. Te stodoły stoja w szczerym polu, gdzie
tylko perz rosnie, wiec postawiło sie jakis płotek.W jednej stodole zwalilismy beczki,
a w drugiej zrobilismy mieszalnie. Butelki mylismy w baliach do prania. Brak
biezacej wody stanowił trudnosc. W wolnej beczce mieszało sie na oko, ale bez
oszustw, spirytus z woda, aby uzyskac czterdziesci procent i to wszystko. Na razie
nie mielismy etykiet. Potem i etykiety sie znalazły – trzeba było pilnowac, zeby
naklejali równo. Nie było to proste. Przymrozki sie zaczeły. W kazdym razie interes
sie rozkrecił. Od poczatku grudnia co dwa dni przyjezdzał na lewo wynajety Star, ale
z papierami i zabierał urobek. Transport był podejrzany, bo butelki były w
samochodzie luzem i to ustawione pionowo, bo zbyt wiele by przeciekało. Jednak
bałagan w kraju był taki, ze milicjanci z drogówki, gdy zatrzymywali i okazywało
sie, ze papiery sa, to niczemu sie nie dziwili, tylko po flaszce na twarz brali.
Kierowca z konwojentem w zamian domagali sie pustej butelki, która stłuka, ze niby
sa rozliczani z tego. Zwykle milicjanci w wozie mieli takie dobro. Jak nie, to
wypijali na miejscu i juz po minucie zwracali szklane opakowanie.
W Warszawie była posucha na alkohol. Do Anina, do mojej dyskoteki,
gdzie nie dosc, ze była na okragło gorzała, ale jeszcze mozna ja było kupic bez
zakaski w dowolnych ilosciach, choc oczywiscie z narzutem, odbywały sie całe
pielgrzymki. Nyska towaru na wesele pojechała nawet do Sochaczewa! To jednak
było podejrzane. Dlatego wymysliłem, ze moi chłopcy z Anina musza stworzyc
własna siec melin.
W przewidywaniu jeszcze gorszych dla pijaków czasów kupiłem od
geesu w Kielcach niesamowite ilosci alkoholu na rachunki dyskoteki. Wszystko to
zwalałem w mojej willi. Gdyby jakims trafem wybuchł pozar, to błekitny płomien
poszedłby prostu ku niebu! Na te gorzałe pobrałem nawet zaliczki w esbe na przyszłe
wykorzystanie mego lokalu. Brakowało mi juz złotówek, bo przeciez z dyskoteka
370
rozliczałem sie własciwie tylko w dolarach, nawet za wyszynk a zielonych w
trudnych czasach wolałem nie wydawac. A juz w ogóle wiekszych nominałów – od
dziesieciu dolarów w góre.
Tak wiec dziesiatego grudnia, zmeczony jak pies wracam do Pensjonatu,
a tu okazuje sie, ze wjechac, to tak, moge, ale nie wyjechac.
- Taki rozkaz – szczeknał komendant posterunku, który przeciez
zwykle z reki mi jadł.
Wzruszyłem ramionami. W Pensjonacie tym czasem tłok, az byłem
zdumiony. Mnóstwo esbeków i ich pupili. Wyszynk formalnie jest wstrzymany, ale
całe towarzystwo az bucha spirytusem. Okazało sie, ze taki major, którego dobrze
znałem, najpierw wszelkie zapasy opieczetował, opisał, nawet butelki w moim
prywatnym barku, zakazał sprzedazy Oldze, a potem sam zgłosił sie do mojego
milicjanta, zeby mu „duchem załatwic dwie flaszki”. Major formalnie został
komendantem merytorycznym, czy jak, tego nadzwyczajnego szkolenia.
Od tej chwili w pokoju milicjanta, w oficynie, urzedował taki stróz z
pegeeru i w zamian za połówke z rana i połówke z wieczora wraz zagrycha na
okragło wydawał produkty ze stodoły po dwiescie piecdziesiat złotych. Narzut dały
szelmy wyzszy, niz w dyskotece! Ale nikt nie protestował! Stróz spał po trzy moze
godziny na dobe, ale – jak mówił:
- Ja jestem taki, ze jak mam wódke i zakaske, to spac nie musze...
Chwile pomyslałem i z baru wycofałem papierosy przerzucajac je tez do
stróza. Oczywiscie z nowa cena. To tez nikogo nie zdziwiło. Skoro panstwo na
swoich produktach potrafi dac nowa etykiete z nowa cena, to ja nie musiałem
zmieniac etykiet!
Nikt mi nic nie mówił, ale wszystko wiedziałem. Gdy w telewizorze
mówiono o spotkaniu Jaruzelskiego z Glempem i Wałesa, to wszyscy tylko sie
rechotali. Jakis porucznik z Grudziadza – znałem go – pyta mnie:
- I co – kochany kierowniczku – uda sie, czy sie nie uda?
371
- Co ma sie udac – wzruszam ramionami, bo tamten wyciaga
flaszke z tym gównem ze stodoły i chce mnie tym faszerowac.
- No jak to co?
- No własnie – co?
- Zamach, panie kierowniczku, zamach... Z czołgami pójdziemy na
naród, bo pobładził. Naród nawet pod gasienicami jakos bedzie zył, wiec my
mu szkolimy przywódców. Na gwałt. Przyszedł rozkaz, zeby brac na
szkolenie, a Zenek akurat jest na rybach, pod lodem sobie łowi, to jego strata.
Szkolony jest – okazuje sie – na przywódce – Janek, bo siedział w domu i
bimber pedził... Bedzie dobrze! Napijmy sie kierowniczku!
Anin o aferze, dosc oglednie i ojca – dosadniej – poinformowałem
poprzez milicjanta. On i tak wychodził przez płot do stodoły, za kazdym razem –
wytrzymały staruszek – przynoszac plecak i dwie siatki butelek. Całe to towarzystwo
piło na umór, a chyba i na zapas kupowało... No to poszedł do sołtysa i stamtad
zadzwonił. Czy oni zrozumieli, co i jak to tego jednak nie wiedziałem.
Rano trzynastego w pensjonacie było pusto. Tylko major był juz w takim
ciagu, ze spał na okragło i tylko co pare godzin budził sie, wzywał dzwonkiem
pokojówke i ona przynosiła mu w szklance setke wódki i wystudzona herbate. Bez
litosci dla załogi zarzadziłem generalne sprzatanie. Telewizor z przemówieniem
Jaruzelskiego dałem na cały regulator, ale co ktos chciał sie zatrzymac i popatrzec, to
goniłem! Myslałem, ze generał bedzie mówił o masowych rozstrzelaniach i o
wywózce na Sybir, wiec chciałem uniknac niepotrzebnych spazmów.
Ciekawe, czy internowani rzeczywiscie sa w wiezieniach, czy od razu
poszli do piachu?
Ja to bym sie nie spieszył... Rozstrzelac mozna tylko raz, a wskrzesic
ludziska sie nie daja. Czy nasze generały o tym mysla? Pinochet rozstrzeliwał i teraz
ma kłopoty. Cały swiat sie go czepia, a szczególnie panstwa naszego obozu.
Rechotalismy, bo o tym mówił, podczas narady intelektualistów, taki jeden, chyba
chemik?
372
Trzynastego wieczorem klałem w zywy kamien, ze nie wolno poruszac
sie po drogach. Paliwo miałem, ale nie miałem pozwolenia od komisarza. Nawet nie
wiedziałem, kto to jest? Nastepnego dnia planowałem pojechac do gminy i cos sie
dowiedziec. Tak czy inaczej, najpierw musiałem zajrzec do Anina, a potem do
rodziców.
Pod wieczór wzywa mnie do swojego pokoju major. Jego stan jest
dramatyczny – wyglada, jakby dogorywał. Lezy w łózku, chyba zygał i płacze...
Płacze i mówi:
- Nie mam zadnych rozkazów, Ale wydaje mi sie, ze trzeba jechac
do Warszawy. Wy macie legitymacje słuzbowa?
Ja oczywiscie ciagle mam, co roku przedłuzana, stara moja legitymacje
na lewe nazwisko, ale nie wiem, czy w stanie wojennym moge sie nia posługiwac i
czy w ogóle powinienem o tym wspominac majorowi:
- To jest bardziej skomplikowana sprawa, a czemu majorze
pytacie?
- Mam słuzbowe auto, ale zle sie czuje – zawiezcie mnie...
- Z tego, co mówia w telewizji, to trzeba miec pozwolenie od
specjalnego komisarza w gminie. Komisarza wojskowego...
- Cooo? – nieomal ryknał nagle reanimowany major - od
wojskowego? Zatankujcie mojego fiata i jeszcze dajcie kanister. Cholera wie,
co jest na drodze.
Wiecej nie trzeba było mi mówic. Kazałem przygotowac dwa termosy – z
kawa i herbata, kanister z benzyna i kanister z czystym spirytusem – tym mozna
zahandlowac, a w najgorszym razie wlac do baku – silnik powinien na spirytusie
pociagnac. Do teczki wrzuciłem nagana. Bo choc bron kazali zdac, to jednak nie
wiem, czy mnie to dotyczy. A poza wszystkim na stałe zameldowany jestem na
Grzybowskiej. Anin formalnie jest lokalem towarzyszacym budynków o
przeznaczeniu na działalnosc rzemieslnicza. Wiec jakby co, to jade własnie zdac
bron. W tej samej teczce mam flaszke brandy i rewidujacy chocby nie wiem co – w
373
takich czasach zechce wziac. I sam bedzie kombinował, jak kon pod góre, co z tym
fantem zrobic?
Jechalismy noca. Fiat majora, jak to pojazd słuzbowy, oczywiscie był
felerny i słabo grzał. Major najpierw pociagał ze swojej flaszki, która wyszabrował
od milicjanta i tylko ciagle mówił, ze jesli przestanie pic, to umrze na zawał serca.
Nie potrafiłem wykluczyc, ze umrze. Ale od nie picia?
Poprzedniej nocy na Warszawe szedł jakis garnizon z Mazur, moze nie
jden, bo na poboczu zasniezonej szosy stały dziesiatki, jak nie setki popsutych
czołgów, skotów, ciezarówek i gazików z marznacymi załgami. Wzdłóz szosy
jezdziły wojskowe stary i tym z zepsutych pojazdów zołnierze z platformy zrzucali
jakies konserwy, suchary, zelazne koksowniki i kilka szufel koksu – tak wprost na
snieg... To tez wzdłóz szosy widac było rozpalone koksowniki i jak zmokłe wrony –
kulacych sie przy nich zołnierzyków. Zandarmeria wojskowa – skad oni nabrali tylu
zandarmów? – ciagle kontrolowała, ale legitymacja majora robiła swoje. Ja
podawałem te legitymacje – oni nawet nie porównywali fotografii z twarza osoby –
miałem na głowie ruska karakułowa uszanke, wiec brali mnie za majora i dawaj –
salutowac, zreszta co najmniej niedbale.
Od Mławy majorowi skonczyła sie wódka i molestował mnie, słusznie
przypuszczajac, ze cos tam jednak mam. Przed Płonskiem zatrzymałem sie i na
mrozie chciałem przelac mu z kanistra do butelki, ale nie dawało rady. W koncu
wlałem tak dwie trzecie do kubeczka z termosu, reszte zalałem kawa i musielismy
jeszcze z dziesiec minut postac. Heroicznie wytrzymał do Modlina. Tu nas zatrzymał
kolejny patrol, zołnierz pokazał legitymacje majora swemu zwierzchnikowi i ten
przyczłapał do nas. Kazał wyjsc. No dobrze - wyszlismy.
- Aaa! Wszystko jasne. Zołnierz miał watpliwosci, bo wasza
legitymacje majorze pokazał wasz kierowca.
- Towarzysz kierownik był tak uprzejmy, ze tez czesc trasy
prowadzi - odpowiedział mój pasazer i to było chyba wszystko, na co go było
stac, choc od postoju pod Płonskiem i tak sie ozywił.
374
- Aaa... kierownik... - popatrzył na moje karakuły. Towarzysz na
narade, do komitetu?
- Jakiego komitetu? – pytam.
- No warszawskiego – wy jestescie trzeci. Aktyw stołeczny sie
zbiera.
- Cholera – wracamy z Mazur – potrzebne jakies przepustki?
- A wy z jakiego resortu?
- Spraw wewnetrznych – to jasne...
Major dodał:
- Mozecie nam wystawic taka przepustke, to wystawiajcie, nie
bedziemy czasu tracic...
- Ja nie moge. Moge wam podbic list, ze tam jedziecie. Nic wiecej.
Zimno... – dodał, bez watpienia pijac do aromatów rozsiewanych na mroznym
wietrze przez mego towarzysza.
- Dajcie czysta menazke – odpowiadam.
Do metalowego naczynia nalałem do pełna. Oficer zaprasza do siebie do
łazika. Wracam do samochodu po nagana – w stanie wojennym chyba nie wolno
rozstawac sie z bronia. Gospodarz to widzi i oglada:
- Ładna sztuka, zabytkowa.
- Ostatnio działała.
Wchodzimy do srodka. Mój major z pełna powaga niesie menazke. W
srodku jest ciasno, ale ciepło. Na stole laduja musztardówki.
- Za zwyciestwo – toast wznosi wojskowy.
- Popijamy lana do tych samych musztardówek, z metalowego
kanistra przymocowanego do rusztowania podtrzymujacego plandeke, herbate.
Chłodna, choc jeszcze nie zimna, słaba jak słomka i przesłodzona.
Oficer rozłozył na odwrotnej stronie skórzanej teczki meldunkowej mój
pistolet i czysci go.
375
- Lubie, cholera, zeby bron sie swieciła, jak psu jaja... W
warunkach wojennych, to grunt. Wiecie, co sie dzieje?
- Tyle co z radia – wrogów pointernowano, a strajki sie łamie.
Ekstrema w odwrocie. Nasi rozwalaja ich, czy tylko aresztuja?
- Cholera wie, ale rozkazy mówia, zeby unikac niepotrzebnego
hałasu. Ja mysle, ze to beda jakies koncentraki...
- Szkoda – zauwazam – ludzie musza zobaczyc, ze mamy siłe – po
Bierucie dwadziescia lat jeszcze pamietali. Nowe pokolenie musiało przyjsc i
ich tez trzeba poduczyc...
- Przyjdzie rozkaz, to pokazemy, na co nas stac...
- A wy cos wiecie – pytam?
Major, znów rozlewajac do musztardówek, az prycha...
- Miała byc, cholera, garnizonowa gazeta frontowa, ale im sie
powielacz zepsuł, a moze zgubił? Burdel wa mac na cztery fajerki. Z tego co
wiem od oficerów, do dziewiecdziesieciu pieciu procent sprzetu wyjechało za
brame, a juz za brama z holu zdjeli trzydziesci procent. Drugie trzydziesci
staneło po drodze. Stary na łysych oponach laduja w rowach i wypadek za
wypadkiem. Jakby ekstrema broniła sie na rogatkach, to nasi jeszcze
szturmowaliby Warszawe. A gadało sie, ze Amsterdam, Hamburg i
Kopenhaga beda dla naszych. Ruski generał opowiadał, ze jak był na zwiadzie
w Amsterdamie, to tam jubilerski sklep z diamentami na sklepie z diamentami.
I to wszystko niby nasze. A my tam chyba na pancernych hulajnogach
moglibysmy dotrzec. Nawet w sucharach mamy manko – kwatermistrz sobie
tuczarnie swin zorganizował i zelaznym zapasem skarmiał... Teraz jak nic go
rozstrzelaja. W warunkach wojennych nie maja prawa inaczej...
- A ruskie wlezli?
- Róznie mówia – jedni ich widzieli, a inni nie... Podobno nie, ale
sa tacy, co widzieli. Orzysz podobno cały obsadzili...
- Ale burdel – wreszcie przemówił major
376
- Czas nam ruszac – dodał, energicznie wyszedł z łazika i pierdzac
okrutnie puscił na snieg poteznego pawia.
Majorowi afera nie była potrzebna, wiec czy predzej wypisał nam pismo,
wreczył mi je razem z wyczyszczonym naganem i ruszylismy.
Warszawa była jak wymarła. Godzina policyjna dobiegała konca, ale ludzi
jeszcze nie było widac. Tylko zołnierze przy koksownikach i szybko jezdzace
wojskowe i milicyjne pojazdy patrolowe. W gmachu komitetu stołecznego przy Alei
Swierczewskiego za to swiatło sie jarzyło. Tłum działaczy i troche naszych stało i
siedziało w sali głównej, platali sie po całym gmachu, na cos w napieciu czekali.
Szła jakas akcja, czy cos tam i to musiało byc kluczowe dla rozwoju wypadków w
miescie. Jeszcze sie dobrze nie rozejrzałem, tylko mojego majora usadziłem w
fotelu, zeby spał, gdy do wielkiej sali ktos wbiegł i krzyknał:
- Towarzysze! W Ursusie zwyciestwo. Zdobyli od razu! Mamy
Lipskiego!
- Urrra!
Po prostu wszyscy krzyczeli, ja tez. Nie gorzej, niz po zdobyciu bramki w
meczu reprezentacji narodowej.
Zaraz potem wszyscy zaczeli sie rozchodzic. Mój major spał. Poprosiłem
znajomego z Miedzylesia, zeby podrzucił mnie do domu. Zgodził sie.
Przeładowałem swoje rzeczy – kanistra z wódka juz nie było – chyba w Modlinie
rabneli, włozyłem spiacemu majorowi w kieszen kluczyki i do domu. Nie musiałem
spac na Grzybowskiej.
W Aninie zamiast pustego domu zastałem z pietnastu facetów jak w boga
patrzacych w mojego Piotrusia. Nawet nie tak bardzo pijani, ale jakos tak
rozchełstani. Na szczescie do mojej sypialni, zreszta podobnie jak do piwnicy i na
strych, gdzie trzymałem zapasy papierosów i alkoholi – pomieszczenia były solidnie
zamkniete - nie włazili. Piotrus cos krecił, ale chwyciłem go za chabety i wyspiewał:
- To zboczki, prosze pana magistra inzyniera. Oni tez sie boja.
Teraz wszystkich aresztuja i my tu sie schowalismy. Do dyskoteki ich nie
377
puszczałem przez cały czas – jak pan kazał. Ale teraz co miałem robic? My tez
sie boimy...
- No... Nie jest zle... Znaczy... wszyscy sie boja. Chyba sie uda...
Kazałem im równo z koncem godziny milicyjnej wynosic sie, ale tak
naprawde, to było mi obojetne. Cennych rzeczy nie ruszali. Gdy postanowiłem sie
umyc, wyszło szydło z worka – zuzyli prawie wszystkie moje pewexowskie
kosmetyki i zyletki. Pal ich licho..
Po tylu wydarzeniach juz miałem zasnac snem sprawiedliwego, gdy na
dole usłyszałem łomot. Zdenerwowałem sie, bo byłem pewien, ze jak do siebie
zawitała tu nowa horda wyznawców igraszek mesko – meskich, wiec juz w salonie,
idac do drzwi, dwóch celowo potraciłem. Otwieram, a tu za drzwiami jakis esbek,
nawet go znam, ale nie pamietam skad, jeden milicjant i jeden taki o wygladzie
kosmity – cały w skórach, w kasku z goglami, wszystko to nabijane metalowymi
cwiekami, a szczególnie skórzane rekawice.
Esbek mnie pyta, czy ja, to ja. Odpowiadam, ze istotnie, ja to ja.
- Czy posiadacie obywatelu bron?
Odetchnałem. Wprawdzie akurat naszych nie musiałem sie obawiac, ale
zawsze to lepiej jest wiedziec, czego ludzie od ciebie w takiej sytuacji chca?
- Tak, mam bron, specjalnie po to, by ja zdac, przyjechałem przed
chwila z Mazur.
Po chwili zastanowienia dodałem:
- Prosto z podrózy zdazyłem byc tylko w komitecie stołecznym i
dopiero co przyjechałem. Tych obywateli z wyjatkiem mojego pracownika i
kilku osób widzianych przelotnie nie znam.
- Spokojnie, po kolei, do nich przejdziemy w swoim czasie.
Zaprowadziłem go do gabinetu, tamci dwaj zostali w salonie. Wreczyłem
nagana, pozwolenie i spytałem:
- Jestescie pewni, ze nie powinienem tej broni zachowac? Przeciez
ekstrema podobno szaleje na miescie.
378
On jednak moja uwage zignorował i mozolnie zaczał chemicznym
ołówkiem wypisywac jakis blankiet. Potem na chwile wyszedł do salonu i rzucił
swoim:
- Wylegitymujcie tych gagatków. I w ogóle ustalcie, co ich tak
duzo?
Wrócił do mojej sypialni, siadł w fotelu tak wprost, na moich gaciach i
skarpetkach.
- Nie za duze u was zgromadzenie?
- Nie wiem, co to za ludzie, poza tym, ze sa to znajomi mojego
pracownika, obecnego tu Czeresniewskiego. Zapewniam, ze jest on zasłuzony
dla Fabryki. Fabryka poprzez niego własnie kontroluje to srodowisko. Tak
sadze...
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Nawet chyba nie chodziło mu o to, ze
ja takich spraw nie powinienem wywlekac w rozmowie z kimkolwiek – nigdy zreszta
tego nie robiłem – cos mi sie pomyliło – ale o to, ze tak dziwne go spotykaja
ostatnimi dniami przypadki.
- My ich wylegitymujemy, a zatrzymac i tak nie moge, bo jak –
wszystkie suki w akcji...
- Ze tez macie czas, zeby po nocach sciagac bron od ludzi poza
wszelkim podejrzeniem...
Esbek jednak tylko wzruszył ramionami.
Przeszedłem do gabinetu. Esbeka az poderwało, zeby pobiec za mna.
Otwieram barek – wsadził tam nerwowo nos, jakby sie bał, ze trzymam tam
pancerfausta, ale oczywiscie na widok baterii trunków całkowicie sie rozkleił.
Zmeczony byłem, sytuacja była nadzwyczajna, wiec niech tam, rozlałem
do kieliszków porzadne porcje bardzo starego Bisquita, takiego po szescdziesiat
dolców za butelke w Pewexie. Podobno na Zachodzie taki kosztuje dwiescie dolców.
No ale psia słuzbe ma chłopak, niech popróbuje dobrego. Mnie tez zreszta troche
suszyło po spirytusie w Modlinie.
379
Esbek walnał od razu całosc porcji, tak z osiemdziesiat gramów i
energicznie wyszedł do salonu:
- Tylko dokładnie mi ich sprawdzic, przepytac, co za cudaki, a...
docisnac, jak trzeba, tez nie zaszkodzi. I nie przeszkadzac...
Wrócił i widac, ze chce jeszcze. No to nalałem mu Maxim’a, za to do
pełna. Przypomniałem sobie, ze w lodówce barkowej były ze trzy butelki coca – coli.
Zajrzałem – były, wiec dwie wziałem i do tego kryształowe szklaneczki.
Nie chciało mi sie gadac, ale cos trzeba w takiej sytuacji mówic:
- Duzo jeszcze dzis takich wizyt?
Tamten dopił i dopiero wzruszył ramionami:
- Co mi kaza, to ja robie. Na razie staram sie nie zasypiac.
- Uda sie?
- No najwyzej zasne...
- Ja nie o tym – czy... – nie wiedziałem, jak nazwac zamach, wiec
ostatecznie powiedziałem – stan wojenny powiedzie sie?
- Musi. Bo albo peerel jest nasz, albo ich. Nie damy sie do ruskich
wypedzic. Jeszcze pare instrumentów mamy w zanadrzu...
Po chwili jednak zorientował sie, ze teraz to on chlapnał niepotrzebnie,
wiec zamilknał. Ja poszedłem do barku i przytaskałem reszte Maxima na stolik.
Tamten w milczeniu sobie nalał pełna kryształowa koniakówke, wypił, wstał,
wyszedł do salonu i po chwili w jego miejsce wszedł do srodka kosmita.
- Co do cholery – we własnym domu na chwile nawet mnie nie
spuszczaja z oka?
Tamten wrócił z innym cywilem, rozespanym – pewnie kolega spiacym
w samochodzie.
- Poczestujcie obywatelu i tego funkcjonariusza...
- Pal was licho – mysle – kłade na stół nowy kieliszek ze szklanka,
ale niech obsługuja sie sami
380
Esbek nalał najpierw mi, a potem koledze i sobie. Flaszka sie skonczyła.
Wypili, gdy ja jedynie umoczyłem usta. Miałem na dnie jeszcze Bisquit’a, który
został wymieszany z ordynarnym Maximem.
Tamci walneli, jak ze szklanki, strzasneli jak musztardówki po bimbrze i
odezwał sie mój esbek:
- Obywatelu, na rozkaz moich przełozonych mam was zawiesc
celem podjecia dalszych czynnosci.
- Co jest, cholera – zmobilizowac mnie chca? Nigdy nie byłem w
słuzbie czynnej, nawet w wojsku...
- Nam sie nie tłumacza. Jest rozkaz, to wykonujemy.
Wsiadamy do fiata. Wziałem ze soba szczoteczke, bielizne, jakies
pieniadze, a nawet termos, zreszta pusty. Kto wie, co sie przyda?
Najpierw jedziemy na most Poniatowskiego, czyli normalnie, choc lepiej
byłoby przez łazienkowski. Ale na wysokosci komendy na Cyryla i Metodego
skrecamy na północ. Walimy przez Prage. Miasto jakos ozyło. Ludzie snuja sie, lecz
nie ma ich wielu. Dochodze do wniosku, ze jakis sztab zorganizowano na Bródnie, w
stanie wojennym nie maja alkoholu, wiec chca mnie zmobilizowac, bym sie tym
zajał. Przepisy przepisami, ale ktos musi zabezpieczyc sposoby ich obchodzenia. Bez
sensu! Ja przeciez mam powazne interesy na głowie!
Na rondzie przed Stalingradzka przypominaja sobie, by nasadzic
magnetycznie przyklejajacego sie do karoserii koguta. Milicji i wojska na
Stalingradzkiej niesamowite ilosci. Jakies kolumny czołgów, skotów, jeden nawet na
poboczu lezał kołami do góry, a przed brama szkoły na Goledzinowe wystawili
posterunek z autentycznym ciezkim karabinem maszynowym. FSO wyglada na
oblezona, jak jakas wroga twierdza. Na płotach ponasadzane transparenty
„Solidarnosci” i inne wrogie emblematy, na przykład portrety papieza. Nas tylko raz
zatrzymali, ale na widok przepustki potwierdzajacej zasadnosc koguta machneli reka.
Kierowca w sniegu o mało nie wjechał pod ruszajacy własnie, zreszta z wielkim
hukiem – czołg. Jakos jednak wywinelismy sie, po chwili zajechalismy przed
381
nieznany mi kompleks pawilonów za wysokim betonowym płotem. Okazuje sie –
wiezienie na Białołece. Rzezywiscie – niezle wymyslili – miejsce postoju sztabu nie
jest łatwe do zdobycia, a i dezerterzy, jesli sie trafia, nie beda mieli łatwego zadania.
Przed brama straznicy. Mój podchodzi do straznika, pokazuje jakies papiery i tamten
naciska dzwonek. Brama sie otwiera, wjezdzamy i od razu stajemy. Mój esbek
podchodzi do kolejnego straznika i znów macha tymi papierami. Wraca, prosi, bym
wyszedł, prowadzi mnie do dwóch strazników, oni mnie przejmuja i prowadza do
srodka. Tam jakis sierzant słuzby wieziennej patrzy na mnie jak na kotlet –
wprawdzie apetyczny, ale juz nie pierwszy tego dnia na talerzu.
- Chce rozmawiac z waszym przełozonym – mówie do niego, bo
jestem jednak zdezorientowany.
- Z przełozonym kurwa! Jestescie internowani! Od teraz ja jestem
waszym panem bogiem! Stad juz kurwa nie wyjdziecie. Albo was
wychuzdamy, albo kurwa - doktorem murkiem. Tak czy tak do piachu...
Byłem bardzo zmeczony. Popadłem w jakis letarg. Zabrali mi pasek,
sznurowadeł we włoskich butach na zamek nie miałem, za to zdjeli krawat. Wreczyli
jakis koc, posciel z papieru sciernego barwy szarej i przeprowadzili korytarzem
miedzy szpalerem funkcjonariuszy z tarczami i pałami szturmowymi. Tylko jeden
mnie zdzielił, zreszta niezbyt mocno. Wpadłem do otwartej celi. W srodku było juz
pieciu osadzonych. Okazało sie – tez internowani. Własnie jedli sniadanie: chleb,
kawa z bromem i po trójkaciku sera topionego – dobro całkowicie w kraju
niedostepne. Podzielili sie ze mna swoimi porcjami. Ja machinalnie zjadłem, co mi
dali. Pytaja:
- Z jakiego zakładu?
Nie od razu zrozumiałem. Wreszcie załapałem:
- Prywatna inicjatywa... rzemiosło... mozna powiedziec...
Ktos w tym czasie, widzac mój stan, powlókł mi posciela koc i poduszke,
chyba z mielonej cegły. Walnałem sie na wyro i zasnałem snem sprawiedliwego. Jak
kamien.
382


Mili ludzie, ci ekstremisci. Nastroje mamy pod psem. Wiadomosci tylko
te, które nadaja, chcesz czy nie, z głosnika – kołchoznika zawieszonego w celi. Jest
oczywiste, ze to same kłamstwa. Jednak powoli sytuacja sie klaruje, dla moich
nowych towarzyszy nie najlepiej.
Ja nie mam do tego stosunku emocjonalnego. Przypuszczam, ze wsadzili
mnie tu po to, bym był kapusiem. Idea moze słuszna, ale ja nie jestem taki prosty
kapus. Mam wazniejsze rzeczy do roboty. Gdy mnie wezwa, abym kapował, to po
prostu odmówie – okaze sie nieuzyteczny i mnie wypuszcza.
Gdy inni osadzeni pytaja mnie, z jakiego tytułu mnie posadzili, to w
zgodzie z prawda odpowiadam, ze nie wiem. Powiadam, ze jestem włascicielem
pensjonatu i dyskoteki, człowiekiem nawet nie najbiedniejszym, a z polityka nie
mam nic wspólnego. Ustroju, powiadam, nie lubie, ale kto lubi?
- W normalnym ustroju, jak człowiek ma kiepełe, to moze do woli
sie bogacic. A u nas... jedynie boi sie, ze zaraz mu wszystko zabiora.
Zdaje sie, zaczeli mnie uwazac za cwanego w interesach Zyda, to za to
słowo „kiepełe” – okazuje sie – z jezyka zydowskiego, albo tez za szpiega
amerykanskiego, któremu nic nie potrafia dowiesc, rozwalic cichcem nie chca, wiec
internowali. Mi to nie przeszkadza. Zydzi i tak rzadza swiatem, wiec zaden wstyd
byc na tym swiecie Zydem, a szpieg amerykanski? Oho! Tak dac noge do Ameryki i
zaczac wszystko od nowa – zainwestowac, co tam człowiek uciułał, w jakis
normalny biznes!
Póki sa ruskie, to w tym kraju przeciez nic sie nie zmieni. A jak sie
zmieni, to trzeba bedzie własnie do ruskich uciekac! Co za fatum? Człowiek z
takimi talentami jak ja, w kapitalizmie byłbym nababem, skazany jestem na zycie w
porabanych systemach.
Zeby chociaz z góry mozna było cos zainwestowac w tej Rosji, chocby
kupic jakis po tatarski dom w Teodozji i na wszelki wypadek go wyszykowac! To
383
człowiek czułby sie troche bezpieczniejszy. Ale gdzie tam – teraz to nie jest
mozliwe. Tam tez musieliby obalic komunizm. A jakby chcieli go obalic, to dawno
by to zrobili. Naszych Polaków, to straszy sie ruskimi i bajzel sie toczy. Ale którymi
ruskimi straszy sie ruskich? Sami siebie? Mój Boze, przeciez u nas ani godziny nasi
by nie rzadzili, gdyby nie pewnosc, ze ruskie wjada swoimi czołgami.
Choc – czy nie pozwola? Kiedys Przemyslida wspominał, ze ruskie sa
pragmatyczni i nawet gotowi byliby w skrajnej sytuacji oddac władze
Wyszynskiemu, lecz za gwarancje, ze w razie kryzysu miedzynarodowego nie beda
zagrozone linie komunikacyjne z enerde. Ale takich gwarancji Wyszynski nie mógł
im dac. A nasi daja, ze jakby co, to utopia ludnosc we krwi, tak ze nikt nie strzeli do
ruskiej lokomotywy, bo juz nikt taki nie bedzie zył.
No ale nasi cos słabi. Na Białołece wiemy juz, ze FSO spacyfikowali,
nawet chyba ze trzy razy, ale ja pamietam nerwowosc wsród oblegajacych, gdy mnie
tu wiezli. Bali sie. I ci moi, którzy mnie wiezli, choc nabablowali sie brendy, to tez
sie bali. To wszystko lada moment moze trzasnac. Ekstremie zabrakło determinacji –
rozwalic by tak nawet nie dwadziescia tysiecy naszych i reszta byłaby jak stado
baranów. A wtedy ruscy mieliby do myslenia – mogliby wygenerowac nowa swoja
ekipe, ale jeszcze słabsza i mniej pewna, albo godzic sie z ekstrema. A wtedy,
gdybym zył, to spieprzałbym do Rosji... za Don! Wszyscy nasi by sie zrywali, az by
im nogi z dup wypadały.
Jeden taki na spacerniaku literalnie mi opisał, ze w 1945 roku w Jałcie
Polska została przez Roosevelta i Churchilla zwyczajnie dana sowietom, razem z
Czechosłowakami i Wegrami, jak stara, niepotrzebna nikomu marynarka. No i fakt –
kraj był do cna obrabowany przez Niemców i ruskich. Jedna piata ludnosci lezała w
piachu, a główne miasta i tysiace miejscowosci, nawet wioska moich starych, były
zburzone i spalone. Na cholere im ten kłopot? Na Zachodzie ludnosc była prawie nie
tknieta, kraje prawie nie zniszczone i obrabowane co najmniej mniej metodycznie, a
jednak Amerykanie miliardy musieli utopic w planie Marschalla. To po co im było
384
ładowac szmal jeszcze w Polske? Raczej niech łykna ja ruskie. Moze sie udławia?
Podobno Roosevelt z Churchillem tak własnie kombinowali...
No i teraz odbieraja tantiemy od inwestycji w Jałcie. Jak by nie było –
Polska ruskim stoi koscia w gardle.
Ciekawa koncepcja – musze sobie ja przemyslec.
Dopiero po tygodniu wezwali mnie na przesłuchanie.
Wchodze do gabinetu przesłuchan, a wiem, ze dotychczas nikogo nie bili,
wiec całkiem na luzie, nawet z zaciekawieniem, ze wreszcie sie dowiem, o co chodzi.
Wchodze, a tu stary znajomy Ostrowski. Ze tez ja tego wczesniej nie wymysliłem!
Tu stan wojenny, swiat sie wali, a ci ciagle chca mnie rabowac!
Wchodze, nie czekajac na zaproszenie siadam, a tamten wyskakuje na
mnie z morda! Ze zywy to ja stad nie wyjde, ze wszystko na skarb panstwa, do
ostatniej obraczki złotej i takie tam trele morele.
Ryczał jak wół z pół godziny, jak nakrecony. Ja nie przerywałem. Po pół
godziny przypomniał sobie, ze warto by zapalic papierosa, wyciagnał paczke
amerykanskich, pewnie gdzies podczas rewizji ukradzionych i nerwowo szuka zródła
ognia. Z wrazenia az zaniemówił.
A ja spokojnie:
- Zapałeczek kutasiku zapomniało sie?
Myslałem, ze mnie w jape strzeli, ale nie. Jak spłoszony ptak zamachał
łapami i wybiegł z trzaskiem walac drzwiami. No to jeden – zero dla mnie...
Wraca po chwili, z zapalniczka z Pewexu w garsci i z dopalonym do
połowy papierosem.
- Albo dasz szmal, albo ubijemy.
- Powiedz swemu hersztowi, ze niech ubija.
- Tys na głowe upadł. Przeciez zanim zatłuczemy, to bedziemy
jebac, a ty bedziesz wisiał na sznurku za jaja. Sam bedziesz prosił, zeby cie
szybciej wykonczyc.
385
- Do dzieła, kurwi pomiocie... – wzruszam ramionami. A boje sie,
jak jasna cholera, lecz chyba nie okazuje tego po sobie...
Tamten znów wylazł, a po chwili wkroczyli klawisze i dosc obcesowo
odprowadzili mnie pod cele.
Pod cela koledzy mnie pytaja – czego chcieli?
- Nie jestem biedny, a oni sadza, ze jestem bardzo bogaty i
skitrałem gdzies złoto i waluty. Oni mi groza, ze mam oddac wszystko na
panstwo, a w rzeczywistosci, abym oddał im połowe do reki, na lewo.
Zwyczajny rabunek.
To samo opowiadałem na spacerniaku i wkrótce chyba cały internat o
tym wiedział. Internowani przypomnieli sobie wystawe Antona i nawet mnie na tym
balu na Placu Komuny Paryskiej, czyli na Placu Wilsona. Ja po wizycietej wizycie
na pamiec nauczyłem sie „Protokółu Dyplomatycznego”. Warto było tam pójsc. I w
ogóle, na spacerniaku i pod cela, do wieczora traktowano mnie jak swojego
człowieka.
Pod wieczór, po kolacji, gdy kombinowalismy, jak przygotowac sie do
Swiat Bozego Narodzenia, wyciagaja mnie znowu.
Wrzucaja mnie do gabinetu, a tu ni mniej, ni wiecej, tylko Zygmunt.
- Ratuj sie – mówi...
- To ty ratuj resztki starosci i idz na emeryture – firma w pietke
goni.
- Co ty bredzisz?
- Normalnie, skoro całego towarzystwa nie rozwalono na dzien
dobry, to z czasem sie je wypusci i oni wszystkich nas odesla do ojczyzny
białych niedzwiedzi. A zdazymy, lub nie – uciec.
- Czy ty masz nawalone – nas słuchaja przez mikrofon...
- Na to licze.
- Daj spokój dyrdymałom. Masz we mnie przyjaciela. Powiadam ci
– oddaj szmal.
386
Powiedział to niby z przekonaniem, zeby było słychac, ale choc zadnych
znaków nie dawał, to jak on w takich razach – bez zadnej mimiki. Znów palanty dały
mu sie naciac na ten sam numer.
- Słuchaj Zygmunt. Przed toba był juz jeden kolednik – ten niby
Ostrowski. Sugerował, ze jak nie, to mnie puscicie, by zaciagnac w ciemny
zauł i wytłuc ze mnie wszystko, co dobre. No wiec nie. Ja dzis na spacerniaku
gadałem tak ze trzydziestka osób. Jednemu dałem gryps. Zgaduj któremu? To,
po co mnie trzymacie, wiedza juz wszyscy. Wy zreszta tez wiecie, ze oni
wiedza. Po to tu jestes. Nie dam ani grosza. Cały towar przejmie Glemp i jego
ferajna. Pare nowych kosciołów zbuduja, a moze i plebanii. Juz mój tatus za
Gomółki za to siedział. U nas to rodzinne. A moja duszyczka zamiast w piekle
wyladuje w czysccu i załatwie sobie takie układy, zeby sobie was ogladac w
kociołkach piekielnych. A przeciez wiesz dobrze – was to beda do piekła
podsyłac szwadronami, w rytmie salw plutonów egzekucyjnych.
- To kurwa jakas zaraza, ta ekstrema. Wystarczyło pare dni i juz
jestes zainfekowany. A przeciez taki byłes normalny. Oni tego słuchaja. Teraz
naprawde sie wkurwia.
- A chuj z nimi – robie gest Kozakiewicza – taki wielki i z wszami
jak krasne czołgi.
W ogóle podczas przesłuchan swade mam wieksza, niz zwykle. Boje sie,
a mimo to wale jak cepem...
- Dobra, dajmy temu spokój. Tym razem bedzie kosztowac milion.
- Idz na emeryture – straciłes resztki inteligencji. Takiego wała, jak
Wał Miedzeszynski.
- No ja zrobiłem wszystko – chyba naprawde sie zmartwił.
- Daj spokój Zygmunt. Oni nie pójda na ten skandal. Jutro o aferze
bedzie wiedziała Wolna Europa. Idz do tych kutasów i spytaj, czy chca
normalnie gadac. Moge wykonac cos, na czym oni i wielu duzo zarobi,
legalnie, a ja nie strace i bedzie git. Ale musza mnie kutasy ładnie przeprosic,
387
bo jak nie, to mi wisi. Ja dotrwam nowego etapu i wtedy im gnaty porachuje.
Nie zartuje. Ja wszystko przewidziałem. Elaborat smarowałem trzy dni. Wale
po nazwiskach i faktach. Klawisze mówia, ze wszystko w mamrze potrafia
znalesc... No to ich sprawdzcie... Znajda – macie mnie. Nie znajda – dłuzej
wypadnie mnie przepraszac. Teraz ulgowa taryfa – wypadnie tylko rzucic
jedno słówko.
Niczego sie nie boje. Nawet jesli to nie ja jestem wtyka w naszej celi, to i
tak jego oswiadczenie, ze nic nie pisałem, nie jest wiarygodne. Od naszych szpiegów
wiem, ze pisac mozna nawet w zupełnej ciemnosci i to zupełnie czytelnie. Oni zas
wiedza, ze ja to moge wiedziec. A grypsu nie znajda, bo go nie ma. Luksusowa
sytuacja.
Zygmunt wychodzi i po chwili wraca z pułkownikiem Kalafiorem.
- Wiedziałem, ze to ty – zwracam sie do Kalafiora po imieniu, choc
brudzia wcale nie pilismy.
- No dobra, przepraszam. Sam wiesz, czasy sa nerwowe i człowiek
czasem najpierw robi, a potem mysli.
Usmiecha sie i wali flaszka jarzebiaku o stół.
- Beze mnie. Jeszcze musze isc pod cele, pozegnac sie z
chłopakami. Co sobie pomysla, gdy z dogoworu wróce po gorzale?
- No własnie o to chodzi. Niech mysla. Myslisz, ze zgodze sie, po
tym wszystkim, zeby uwazali cie za swojego?
- O ty głabie warzywny – mysle sobie...
- Dawaj... lej i nie gadaj... – szczekam.
Pojawia sie musztardówka. Najpierw dla mnie, prawie po wrabki.
Cholera – rozpije sie przez tych durniów! Nic... walnałem od jednego razu i popiłem
z metalowego kubka herbaty, chyba tej kazionnej, z bromem.
Potem niewiele mniej Kalafior nalał Zygmuntowi, wreszcie sobie. Obaj
popijali z tego samego kubka. Innego czaju, niz z bromem, przeciez nie było.
- No to gadaj, bo robota czeka – przeciał sielanke Kalafior.
388
- Normalnie. Mam działke czterdziesci hektarów na Mazurach,
obok Pensjonatu. Formalnie to własnosc mego milicjanta, ale tak naprawde
moja. Nad jeziorem, pod lasem, nawet dziki w szkode wchodza. Podzielic to
na działki tysiac metrów, wytyczyc drózki, to wyjdzie jakies dwiescie
piecdziesiat dacz. Załozymy szybko spółdzielnie sportu i rekreacji, lub innego
słusznego dzieła na chwałe peerelu i po kosztach, jakie w stanie wojennym
uda sie zbic, postawie dacze. A piec dacz bedzie za friko – dla znajomych.
- A jak duze dacze?
- Daj spokój – beda materiały, to i pałace mozna postawic. Byleby
materiały skrecic i druzyny robocze. Jakies wojsko, albo ZOMO... Od biedy
mozna pegieerusów popedzic do roboty i płacic im z funduszu rolnego
jakiegos. Stanu surowego za bardzo nie spieprza, bo jak, a wykonczyc i tak
kazdy bedzie musiał w swoim zakresie. Ja od siebie dorzucam pawilon na
sprzet wodny, pomost i jakas knajpe ze sklepem otworze. Nie strace...
- Nic na tym łobuzie nie stracisz!
- A po co mam tracic? Grunt, ze ty zyskasz!
- Ja cie jeszcze kiedys cwaniaku zapierdole.
- Skoro mi grozisz, to wracam pod cele. Z interesu nici. Mozesz mi
sadownie sekwestrowac majatek. Albo zgoda na zicher i sielankowa
współpraca, albo dalej wyjmuj podczas snu sprezyny z dupy na wczasach
resortowych. Ja ciebie przetrzymam, a nie, to grób, mogiła, nie bede miał
zmartwien... W przeciwienstwie do ciebie. Takie ci uszyłem buty, ze kolejna
odnowa z mety zdmuchnie cie na Mokotów, ale po drugiej stronie
Rakowieckiej. Chyba ze wojsko szału dostanie wczesniej. Teraz chyba wojsko
rzadzi... Czy sie myle?
- Daj spokój – przeciez wiesz, ze cie lubie. Tylko martwiłem sie, ze
jestes nieuzyty. Teraz – widze – zmienia sie – bedziemy sasiadami... Na cos
sie przydasz...
389
Pod cela chłopakom od razu powiedziałem, ze wymusili na mnie sporo
grosza, ale Bóg z nimi. Puszczaja mnie – tak powiedzieli, a wódke kazali wypic,
zeby koledzy spod celi uznali mnie za kapusia. Grozili, ze siła wcisna mi szyjke w
gardło i moga przy tym uszkodzic zeby. Dałem spokój i sam wypiłem. Z
musztardówki – chamstwo niemyte.
- Hak im w smak.. – zauwazył którys.
- Chcesz, to pusci sie felieton do Wolki. Przy pierwszej okazji...
- Felieton to nie, ale warto, by wspomnieli mimochodem, ze
internat wykorzystywany bywa do wymuszania haraczy od mniej ubogich
obywateli. Tak bez szczegółów, mimochodem, najlepiej przy okazji
omawiania innej kwestii.
- Zrobi sie, co sie da... – usłyszałem.
- Aha – jakis skowronek cwierka mi w uchu, ze po moim
zniknieciu bedzie ostry kipisz. Taki chyba po całosci... Pomine szczegóły –
was beda wiskac, ale to oni maja teraz sraczke...
Gdy wychodziłem, to na droge dali mi kopa w tyłek, zebym juz nie
wracał... A jak skonczy sie ten cały burdel, to na grobie komuny umówilismy sie na
wieksza wódke. Na koniec solennie obiecalismy sobie wyszczac sie na malowany
gównem napis „peerel”.
Kalafior oczywiscie podsłuchiwał. Odwozac mnie zauwazył, ze Zygmunt
słabo mnie wykorzystuje jako informatora, a jestem cwany i szybko łapie kontakt. W
istocie rzeczy zły był, ze nie wyszedł mu manewr z jarzebiakiem. Wzruszyłem
ramionami z tylnego siedzenia – Kalafior siedział w wołdze obok kierowcy, a ja
obok Zygmunta i tego idioty Ostrowskiego. Tylko jape rozdziawił, gdy odwaliłem
jego zwierzchnikowi:
- Daj mi spokój, ja nie mam czasu, by nawet wszystkie powazne
interesy załatwic jak trzeba. Szukaj pastuszku, owieczek do pasania, na innych
halach...
Nawet kierowca nieznacznie sie usmiechnał...
390





Kontrakt z esbe na wynajem Pensjonatu w pełnym obłozeniu miałem do
konca 1982, a tym czasem pensjonariuszy wymiotło. Dopiero, gdy na poczatku
marca zarejestrowano w abcugach spółdzielnie domków rekreacyjnych nowo
powołanego do zycia koła Towarzystwa Przyjaciół Krainy Jezior, to zaczeły wpadac
rodziny członków – funkcjonariuszy z całego kraju. W kwietniu zwołalismy zebranie
walne spółdzielców w restauracji Konsumów przy kinie Muranów. Zostałem
wiceprezesem spółdzielni, a Stasia – udało mi sie od rana utrzymac go w trzezwosci
– zrobiłem prezesem. Dyrektorem został mój milicjant, a drugim wiceprezesem
Zygmunt. Znaczy sie, Zygmunt jest jednak ich człowiekiem zaufania. Tym durniom
po prostu gówno chlusta pod czaszkami! Zeby było tanio, to wódke na zebranie
przywiozłem swoja, jeszcze te rozlewana w stodole. Jakis kontroler trzy dni potem
zgłosił sie do mnie, wiec go wraz z kolega wpisałem do spółdzielni.
Rozlewnie ustawiło sie w kurniku jednego chama. Amerykanie przestali
nam dostarczac zboze, przynajmniej za darmo lub na kredyt, bo przeciez mimo
embarga w swiecie mozna było kupic dowolna pszenice za gotówke, wiec wiekszosc
kurników padła. Smiac mi sie chciało, gdy słuchałem, jacy to zli ci Amerykanie, ze
nie chca nadal nam dostarczac za darmo tego i owego, a nawet skonczyły sie kredyty
na wieczne nie oddanie. Ciekawe, ze ruskie nie sa takie hojne, jak za legalnej
„Solidarnosci” Amerykanie. Raz przysłali transport darmowej wołowiny podobno w
tak złym gatunku, ze nawet wojsko miało problem, jak upitrasic te wióry, wiec w
koncu co sie dało, to poszło na mielonke konserwowa, a czego sanepid juz zadna
miara nie mógł dopuscic do spozycia, to poszło do jakiejs prywatnej przetwórni pasz
zwierzecych – podobno rewelacyjny interes!
391
Przez Zygmunta Kalafior dostarczał mi faktury na tysiac beczek za kazdym
razem, a dyrektor gorzelni sprzedawał mi je bez gadania. Kalafiorowi dawałem
siedemset dolców, a dyrektorowi trzysta. Czesc puszczałem na melinach przez moich
weglarzy, a czesc szła do melin milicyjnych, to znaczy kontrolowanych bezposrednio
przez milicje i esbe.
Burdel w interesie meliniarskim jest w Warszawie i w okolicach
kompletny. Ci sami esbecy bezposrednio kontroluja jedne meliny, prowadzone przez
ich agenture, a zarazem pobieraja haracz od moich weglarzy za ich meliny. Ja tych
moich nakreciłem, zeby nie pozwalali mundurowym sobie wchodzic na głowe. Tyle i
tyle twojego i krótka rozmowa. A nie, to zamykaj mnie, spałuj, ale nie znasz dnia ani
godziny. Wkładanie agentury nie miało sensu, bo przeciez weglarstwo – oczywiscie
– weglarstwo dla mnie – lepiej płaciło, niz jakiekolwiek gratyfikacje od parówy. A
rozpracowanie przez esbe mojej siatki w ogóle mnie nie martwiło – to raczej kolejni
sledczy wchodzili do interesu z nami. Jedna reka smarowali na nas raporty, a druga
przez swoje mamusie emerytki, ciotki – wydry i kochanki po dziesiatej skrobance
wchodzili do chewry. Byle student miał za miesiac pracy na Zachodzie tyle, co oficer
milicji przez rok. Z tej dupy gówno wypadało juz tylko na rzadko... Co drugi agent i
krewny esbe prowadził w miescie meline z moja gorzała...
Podczas zebrania spółdzielców ustalono, ze dla doprowadzenia bydynków
do stanu surowego wszyscy jakos beda zrzucac swoje mozliwosci, przydziały, na
jedna kupe. I koszty tego potem podzielimy równo. Ja, o czym nie wspominałem,
zobowiazany byłem pokryc piec udziałów. Nadto jednak zarezerwowałem dla siebie
jeszcze trzydziesci domków, jako „rekreacyjny fundusz rezerwowy spółdzielni”. Piec
domków dostał Zygmunt, jeszcze kilku Bolków po dwa. Dyrektorowi pegeeru
oddałem szesc do podziału z jego kumplami za piecdziesiat nowych hektarów.
Komuna niezle juz zdychała – w zamian za bezcen odkupilismy piecdziesiat
przylegajacych hektarów pegeerowskich. Takie cuda jeszcze chyba sie nie zdarzały,
by pegeer cos oddał!
392
Robocizna formalnie nic nie kosztowała, bo zatrudniło sie brygady z
kilku pegeerów płacac im z Panstwowego Funduszu Rekultywacji Terenów
Poprzemysłowych. Panstwowe fundusze okazały sie efektywnym instrumentem
gospodarczym – wszyscy od razu je polubilismy. Ten powstał specjalnie dla nas. Ilu
to posłów - kapusiów musiało pod dyktando swych parówek – spółdzielców, dreczyc
sie, po co to tak naprawde, w mysl instrukcji, mozolnie podnosza dłonie za
ustanowieniem nowego, jakze waznego z punktu widzenia ekologii funduszu?
Wiosna spotkałem w Warszawie ojca. Kontakt, ze wzgledu na wyłaczone
telefony i brak miedzymiastowej był utrudniony. Ze zdumieniem dowiedziałem sie,
ze awansował do kieleckiego OKON-u, czyli do tego ciała, które miało byc nizszym
szczeblem planowanego w przyszłosci PRON-u. Sadziłem, ze to zawracanie głowy,
ale przeciez nie – ojciec dobrze myslał – trzeba odbudowac szwalnie, teraz juz
legalna, jako firme polonijna, której sam jestem włascicielem, a do tego potrzebne sa
stosunki. Ojciec ma nowego faworyta – Pawlaka – on ma byc kierownikiem
produkcji. No dobra, trzeba pojechac, przyjrzec sie, jak to tam jest...
Na nic nie mam czasu. Gania mnie po kraju w te i we wte. W koncu sobie
zamówiłem przez PEWEX BMW siódemke. Najlepsza, jaka w ogóle jest. Do tego
jeszcze BMW piatke albo na zapas, albo dla ochrony, bo o czyms takim mysle i ta
ochrona musi przeciez za mna nadazyc.
Na brzegu jeziora na wysokosci osiedla rekreacyjnego rozpoczeto budowe
mojego nowego pensjonatu, stylizowanego na zabytek, wraz z restauracja, barem i z
dyskoteka. A co... Kilka domków przydzieliłem moim weglarzom, to niech i tu
kreca mi lody. A na dwóch pietrach beda pokoje do wynajecia, zas na strychu pokoje
słuzbowe.
Całego kompleksu pilnuje oddział ZOMO, zeby miejscowi materiałów
nie rozkradli. I tak budowlancy kradna i to jest zywioł. Czterech juz poszło do
mamra, co mnie kosztowało kolejne dwa przydziały dla sedziów i dwa dla
prokuratorów. Czasy sa takie, ze zamykaja ludzi nawet za darmo, ale jak chcesz
posadzic dla postrachu ewidentnego złodzieja, to płac! A takich dwóch chłopków, co
393
chcieli cos dla siebie ukrasc, jak na panstwowym, to ZOMO-wcy tak stłukli, ze jeden
zdechł i trzeba było pozorowac utoniecie, a tego drugiego, zeby swiadków nie było,
to chyba nawet zywcem utopili. Ale... to juz nie moja komenda. Tym kieruje ktos od
Kalafiora.
Dwie dacze kosztował mnie doktorat. Przyjechał do mnie profesor – juz
nie dziekan, ale mówi, ze nadal moze, choc drozej. Mysle sobie – juz z uprzednio
wydałem troche grosza – szkoda marnowac. Rozliczyłem sie tymi daczami. Im ze
Slaska daleko, ale moga sprzedac, a nawet jezdzic – trasa do Warszawy dobra, a
kłopoty z paliwem, bo niby na kartki, jak wszystko, nie beda trwac wiecznie. Łyknał.
Za to szurneli mnie z dyrektora FWP. Komisarz wojskowy ciagle o mnie
pytał i dwa razy przychodziła moja sekretarka proszac, zebym mu chociaz na oczy
sie pokazał. Ja nawet myslałem, ale co tam, w koncu nie miałem czasu... Napisałem
podanie o zwolnienie z obowiazków za porozumieniem stron.


Człowiek niby jest naukowcem, dostojny, w moim BMW prowadzi
zawsze kierowca, a jednak czasu mam coraz mniej. Ledwo zdazyłem na pogrzeb
rodziców. A umierali po kolei – najpierw mama, a potem tata. Pawlak i tak juz
ciagnał szwalnie – szycie z powierzonego materiału dla Hiszpanów, Włochów, a
ostatnio coraz czesciej Niemców. Złoty interes. Juz w osmiu byłych kurnikach,
czesto rozbudowanych, kreca sie kołowrotki maszyn do szycia. Musze tego dobrze
pilnowac. Umawiam sie na deklarowanie nizszych opłat za przerób i lokuje wszystko
w bankach na wyspie Man, na Cyprze i nawet na Bahama. Ja do niedawna myslałem,
ze bahama, to kolor zółty i nic wiecej. A tam, okazuje sie, sa lepsze banki, niz w
Szwajcarii. Robie takie przekrety, ze zyski z rozlewni, a mam juz trzy, przerabiam w
szwalni na dolary transferowane na Zachód. Juz cholercia musze ostro myslec, by
sobie przypominac, gdzie w zamierzchłych czasach skitrałem złote sztabki. Ale
znalazłem czas i razu jednego sprawdziłem. Sa, to niech leza – jesc nie wołaja, a
człowiek nie zna dnia ani godziny.
394
He, he... gdy skonczyłem interesy ze złotem, to myslałem, ze juz w zyciu
tyle nie zarobie! A przeciez zaraz potem zarobiłem...
W temacie melin robi sie inflacja! Jeden esbek pod pozorem
kontrolowanej przez esbe drukarni podziemia antykomunistycznego zaczał drukowac
takie nalepki na wódke, ze sa lepsze niz panstwowe. Po tym je mozna poznac! No ale
nie jestem jedynym jego klientem i układ jest taki, ze nie mozna tego na razie
zmienic. Niestety, juz nie tylko ja zaopatyruje meliniarzy...
Kompleks wypoczynkowy w pensjonacie tez działa bez zarzutu. Sam
pensjonat działa jak super hotel z czterema gwiazdkami. Dobudowałem teraz jeszcze
prawdziwe stajnie, korty. Pasze mam ze stu piecdziesieciu hektarów moich i
dzierzawionych, a takze dziesieciu, co zostały po parcelacji na działki, milicjanta. Do
hotelu przy letniskach dobudowałem basen – oczywiscie taki troche mniejszy, zeby
mi sie szkoły nie petały. Latem konkurencje dyskotece robi namiot cyrkowy z
wojska, w którym jest tancbuda i graja regularne wiejskie kapele, te, co na weselach.
A czasem dla młodziezy robie tam bal i sprowadzam przez dyskoteke w Aninie
jakies znane zespoły.
Latem 87 nawet na tydzien poleciałem do Teodozji. Jakos tak zahaczyłem
na jednym przyjeciu radzieckiego konsula i wyraził zgode. Nie warto wchodzic dwa
razy do tej samej rzeki. Antona udało mi sie wczesniej zawiadomic – ulokował sie u
Koli, tam gdzie i ja. W Teodozji i w Koktebelu nadal jest pieknie, ale ten
prymitywizm przeraza mnie. Rosja to juz jednak Azja. Maja nowego genseka,
Gorbaczowa, ale co on zmieni?
Spróbuje sprowadzic Antona do Polski, moze nawet na stałe. Jest strasznie
zniszczony po tej psychuszce. Dobrze, ze do nas ta zaraza nie dotarła. A sukinsyny
planowali – dobrze to wiem! Tylko bali sie, ze Zachód nam kredytów nie da...
Wracajac, troche nielegalnie zahaczyłem o Minsk i od tamtejszych artystów kupiłem
za rada Antona ze trzysta płócien. To niech przyjezdza i mi je oprawia. Ja potem
porozwieszam to po pokojach hotelowych i bedzie ładnie. Zreszta mam juz inny
395
stosunek do malarstwa nowoczesnego. Ostatecznie jestem doktorem. Na wszystkich
wizytówkach to pisze.
W lipcu, gdy byłem na tych wakacjach – pierwszych od lat, to wybuchła
afera z Piotrusiem. Drapneli go na granicy ze złotem i zabrali mu. Duren mógł
pogadac ze mna! Ale taki major Szczepanski, w barku koło letniska spokojnie mi
tłumaczy, ze chyba nie mógł ze mna gadac, bo tego złota jest dziwnie duzo.
Przerachowałem. No... jesliby rzeczywiscie całe zycie oszczedzał, to miał prawo. Ale
Piotrus wydaje na chłopców, a jeszcze wiecej na konie, ze nie wspomne o ruletce...
Znaczy sie – podłaczył do mego rurociagu kurek. Cały weekend tarmosiłem sie ze
soba, co robic, az wzywam tego Szczepanskiego i jednak, wcale bez przekonania, ze
dobrze robie, powiadam:
- Huncwot jest i złodziejaszek, a na dodatek haniebnie łamie prawo
panstwowe. Jesli to mozliwe, to jednak najpierw dajcie mu popalic, a potem
dajcie szanse... To nie jest zły chłopak, choc pedalisko i szuler...
- Tak jest – mój Szczepanski walnał kopytem o podłoge, bez
szacunku dla raz na tydzien pastujacych klepke bab, zrobił półobrót i poszedł
w cholere. Nawet sie zastanawiałem, czy go nie zawrócic i jednak nie cofnac
sugestii...
No i w sierpniu stare wróciło. Okazało sie, ze esbe znów wynajeło kilka
pokoi, by przygotowac akcje pod nazwa pepees. W zamian za przyschniecie sprawy
z przemytem złota Piotrus ma odegrac w tej aferze istotna role. Dlatego niektóre
szkolenia i narady postanowiono przeprowadzac u mnie w Pensjonacie.
Ekstremisci planowali powołac do zycia, czy nawet tylko odtworzyc
Polska Partie Socjalistyczna. Nasi ich penetrowali przez Górny Slask. Grupa
niejakiego Kowala rzekomo brała od nich prase, konkretnie „Robotnika” i potem
zwałowała go na Rakowieckiej. Oni zreszta o tym PPS ciagle podobno w swoim tym
„Robotniku” pisali. Nie było siły, zeby ten pepees zatrzymac, a z jakichs powodów
bardzo go nie chcieli. Tym czasem nawet Moczulski chciał paru swoich
396
kapeenowców oddelegowac do tego ppepesu, zyby było wiecej nielegalnych partii
politycznych.
Mi to wisiało, czy sa partie polityczne nielegalne, czy nie, ale mi major
Partyka objasnił, ze to ma byc partia robotnicza i przeciwna prywatnej inicjatywie.
No, no... to słowo „socjalizm” od razu mi nie pasowało. Sam zaczałem razem z nimi
sie martwic, czy aby korowcy w to nie wdepna. O jakichs rozmowach z ekstrema,
które prowadził na polecenie generała premiera Jelitczak słyszało sie to i owo. I u
mnie w Pensjonacie, niby przypadkiem, znaczace postaci obu stron spotykały sie
przy barze. No cóz, rachunki regulowali, nic mi do tego.
Tak wiec juz we wrzesniu, na krótko przed przyjazdem Antona, doszło do
serii trzech takich niby przypadkowych spotkan, gdy w tak zwanej „rodzinie”, czyli
wsród wyzszych eszelonów opozycyjnych, szyto buty pepeesowi. Z jakim skutkiem,
to nie wiem. Tylko jeden taki, dosc chyba znany, jak podsłuchałem, przy kieliszku
zarzekał sie takiemu profesorowi psychologii, który juz kiedys miał u mnie wykłady
z ramienia esbe, ze nic nie jest w stanie obiecac, bo przeciez Jacek i Janek nie sa
wcale obliczalni. Mój profesor rozkładał ze zrozumieniem rece i jednak naciskał, ze
dobro ojczyzny wymaga, by pewne inicjatywy, jako niewłasciwe, zdusic w zarodku,
lecz metodami politycznymi, dalekimi od prowokacji esbeckich.
Ze dwie godziny potem zastałem mego propfesora samotnego przy
stoliku, zamówiłem dwa ballantim’y na koszt firmy i pytam:
- Co własciwie jest takiego złego w tym pepees. Partia ta bedzie
przeciwna postepowi i to potrafie zrozumiec. Ale czemu akurat ona jest taka
niedobra?
- No a jaka partia, panie doktorze, teraz rzadzi?
- No pezetpeer – to sie wie...
- A jaka to jest partia – faszystowska?
Tu rozdziawiłem gebe, no bo niby komunistyczna, ale czort ja wie, jaka
ona jest naprawde?
397
- Rozumiem panska rozterke – sam ja podzielam. Ale cóz,
załozenia ideowe i w sumie – programowe, sa komunistyczne i w takim razie
najłatwiej nam bedzie ten bałagan cywilizowac pod szyldem
socjaldemokratycznym. Tak jak SPD Schmidta, czy szwedzcy
socjaldemokraci. A zreszta, cos z ich koncepcji trzeba bedzie zapozyczyc, bo
kraj nie wytrzyma gwałtownej liberalizacji.
- Politycznej, byc moze, ale gospodarcza jest nam niezbedna.
Trzeba ten kraj ratowac, dac szanse ludziom z inicjatywa...
Profesor usmiechnał sie, a miał zwyczaj mówic tak, by nawet
zajaknieciem nikogo nie irytowac.
- A jednak chyba wypadnie obcinac nam ten ogon po kawałku.
Moze sie zreszta myle? Tak czy inaczej jedna partia byłaby socjalistyczna
wywodzaca sie z dzielnego podziemia, a druga z korzeniami w peerelu. A pan
wie, jak ludzie przepadaja za peerelem. Teraz juz nie mozemy liczyc na
towarzyszy z zeteserer. Maja swoje problemy – pierestrojka. Wszystko im sie
włapach rozłazi. W Afganistanie nie odnosza sukcesów. Jak Raegan rozpoczał
wyscig do gwiezdnych wojen, to wysłał w kosmos Discovery, a tym czasem
radziecki prom kosmiczny Buran nawet nie wzniósł sie w powietrze. No nie
lata cholera i juz. A taki podobny do amerykanskiego...
- No dobrze – przerywam – ale co ma Buran do naszych partyjek
pod podłoga?
- A to, ze te partyjki lada dzien beda legalnie działac – taka jest
logika dziejów. I ja bym chciał, aby PPS działał jak najgorzej, fatalnie, a
najlepiej, by sie połaczył z pezetpeer i dał nam nowe otwarcie...
- Ale czy przez to nie grozi nam hamowanie inicjatywy
gospodarczej w kraju? – upewniam sie.
- No panie doktorze. Czy pan i pana koledzy dadza sie czyms
pohamowac? A taki pełen wigoru pepees, gdyby stał sie popularny – mógłby.
To sami trockisci – powiem panu w zaufaniu.
398
- Dobrze, ze nie mówi pan profesor o tym, ze to sami Zydzi...
- Na tym, to ja drogi panie sie nie znam – profesor sie zaperzył...
- No nie... zle sie wyraziłem – chodzi mi o to, ze pan powiedział o
tych trockistach tak, jak rózne idioty w dawnych latach mówiły o Zydach... A
to skonczony kretynizm, ten cały antysemityzm...
Profesor popatrzył na mnie z szacunkiem.
- Panie doktorze. Rzeczywiscie – naród nam sie trafił wyjatkowo
antysemicki. Trzeba przyznac, ze opozycja demokratyczna podobnie, jak
nasze elity władzy, zwalcza to zdecydowanie. W kazdym programie
politycznym, w kazdej waznej deklaracji podziemia na szczescie jest passus
pietnujacy te wstretna skorupe, ten tak bolesny dla kraju wrzód
bezinteresownego, głupiego i szkodliwego dla kraju antysemityzmu. Czasem
az strach dac im prawo głosowania, bo jeszcze popra antysemitów? Przeciez
były chwile, gdy pod kierunkiem tego bandyty Moczara nawet w naszym
ruchu dały sie dostrzec pierwiastki antysemickie.
- Eee tam, duren schlebiał najnizszym instynktom mas –
nieszczerze sie oburzyłem, bo wspomniałem stare dobre dzieje, pana
Mieczysława, Franka... Dobre były czasy, człowiek był młody, pełen złudzen i
entuzjazmu...
W pierwszych dniach pazdziernika przyjechał Anton. Przywiózł ze soba
kolejnych ponad sto obrazów, tym razem z własnego mieszkania. Wiecej dobytku
nie miał. Obrazy hurtem kupiłem po trzydziesci dolców za sztuke i wydzieliłem mu
pokój w pawilonie. Obiecałem, ze jesli uda sie go zatrzymac na stałe, to zbuduje mu
pracownie z wielkimi powierzchniami ze szkła, dobrze ogrzana w zimie. Tu troche
bajerowałem, bo co roku trzeba było dosłownie pazurami walczyc o wegiel, bo moi
weglarze juz dawno wzieli rozbrat z wozeniem opału. No ale skonczy sie pieprzona
komuna i wierzyłem – bedzie lepiej!
Razem z Antonem zaczał w wynajetych pod akcje pepees pokojach
bywac Melanowski! Prawdziwy, nawet dobrze zasuszony kutas Melanowski.
399
Bezwstydnie wywalił mnie swego czasu z uczelni i teraz nawet nic nie mogłem mu
zrobic. Wydelegowali go na takiego, co ma odgrywac wazna role w tym pepeesie i
teraz był intensywnie szkolony.
Naukowej kariery nie zrobił, nadal był tylko doktorem, podobno miał
trudnosci z habilitacja... Z satysfakcja, nie podajac reki, wreczyłem tej szmacie
wizytówke z tytułem doktorskim. Jego jakby szlag trafił, twarz pobielała, chyba
zniknałem z jego pola widzenia i był niezle zaskoczony. Ale juz po chwili łasił sie
jak mysz do kota. Ja jednak o starych dziejach nie wspomniałem.
Zreszta po namysle doszedłem do wniosku, ze w sprawie pepesu mozna
byc pełnym otuchy – taka wesz jak Melanowski narobi tam niezłego bigosu.
Na chwile przed powołaniem tego pepees na działkach na Mokotowie na
razie odwołali z akcji Piotrusia, ze niby jeszcze nie jest wylansowany w srodowisku.
A tak naprawde, to bali sie, ze jest zbyt głupi. W ogóle na ludziach sie nie znaja.
Piotrus moze na szmal naciac, ale zjesc w kaszy, to sie nie da. Nie ten model...
Wystawa obrazów Antona, a takze jego przyjaciół – wyłacznie moich
zbiorów – była jeszcze wiekszym wydarzeniem, niz ta przed laty. W salach domu
kultury na Mokotowie znów spotkali sie ludzie rezimu i ludzie opozycji. Niby taka
jest napieta sytuacja w kraju, a tu w zgodzie opozycjonista wali wódeczke, byleby
schłodzona – z bolszewickim ministrem i jest dobrze... Na gruncie kultury nie ma juz
zadnych sporów – ostatecznie – wszyscy musimy popierac zrujnowanego przez
sowiecki system psychuszek Artyste – przez duze A!
A swoja droga Anton rzeczywiscie nie jest odległy od kondycji
psychicznej warzywa. Taki gosc juz nie narozrabia. Lansuje go jako mego
przyjaciela. Zreszta nie jest to odległe od prawdy.
Sadzac z przebiegu rautu po wystawie, to młodziez opozycyjna pije nie
gorzej, niz narybek esbecki. Sa jednak bardziej spontaniczni. No i dobrze, takich
łatwiej wykiwac...
Zima 88 dokonał sie w PPS rozłam. Sledziłem to na biezaco. Pomylono
godziny spotkania ich władz naczelnych tak, ze grupa radykalnych spotkała sie
400
wczesniej, wprowadzona w bład zmieniła lokal, a mniej radykalni, jakies profesory,
przyszli o czasi i w pierwotnie ustalone miejsce, a jednak zbyt pózno. Nic by sie nie
stało, ale młodzi przyjeli radykalne uchwały w imieniu partii, a Malinowski namówił
starych, by w takim razie zamiast negocjowac wydali oswiadczenie, ze młodzi sa
sterowani przez esbe. Wszystko to dostało sie do Wolnej Europy, tych gazetek
podziemnych i w ogóle stało sie znane.
Juz przedtem PPS wybrał sobie od razu władze, gdy jeszcze partia liczyła
ze sto osób i wielu chetnych po prostu sie nie załapało. Ale gdy usłyszeli, ze na razie
wejscie do władz im nie grozi, to postanowili poczekac. To wszystko ustalono
wczesniej, w moim pensjonacie i udało sie. Skoro natomiast dokonał sie rozłam, to
po prostu nie wstapili. W naturalny sposób zablokowano rozwój opozycyjnej partii
lewicowej – o co przeciez chodziło. Nasza agentura w srodowiskach opozycyjnych
opowiadała banialuki z jedna prawda: tam nie warto wchodzic, bo sie kłóca i czesc.
Pamietam – po tym sukcesie pito w pensjonacie radzieckie wina musujace na umór!
A po rozłamie Piotrus został najpierw skarbnikiem najwazniejszego okregu – bo
warszawskiego, zas zaraz potem w ogóle skarbnikiem PPS. I dobrze – zaczał
przegrywac nie moje pieniadze, lecz dotacje dla PPS z CIA, czy od kogo tam...
Ja zreszta znów zaczałem wypełniac jakies ankiety. Dawne srodowisko
Wiedzy i Wniosków aktywizowało sie. Dostawałem zaproszenia od ambasad
zachodnich na spotkania z wielkimi tego swiata, którzy nauczali Polaków z tej i
tamtej opcji o zasadach funkcjonowania systemu demokratycznego i wolnego rynku.
Bardzo ładnie mówili – szczególnie jeden kardynał, a takze Zbigniew Brzezinski.
Gryzie mnie to, ze w pensjonacie odbyło sie kilka spotkan poswieconych
robieniu interesów prywatnych, kreujacych nowych, polskich prywatnych
przedsiebioców, w oparciu o srodki z funduszy panstwowych. Gosci było duzo,
głównie zwiazanych z Fabryka i oni u mnie mnie nie zaprosili do obrad! W tej
sytuacji doprowadziłem do spotkania z ruskim radca handlowym, aby załapac sie z
innej manki i tez nic... Zjadłem kawior, ale chwała Bogu, z woda mineralna – u nich
suchoj zakon i wreszcie przestali pic wódke.
401
Za to wódki napiłem sie z pułkownikiem Bryła. I to miało sens.
Umówilismy sie, ze ruszymy stary biznes z burdelami. No bo jest tak. Prawo
zabrania czerpania dochodów ze streczycielstwa, ale nie z zapewniania ludziom
towarzystwa kobiet. W takim razie mozna tworzyc instytucje, które nazwalismy
agencjami towarzyskimi, ze niby za pieniadze mozna sobie wynajac szykowna laske
do pójscia do teatru. A poniewaz ludzie z natury swej sa wolni, wiec co beda robili
po teatrze, to juz nie nasza sprawa. My kasiore zdzieramy od klienta za samo
towarzystwo. W tym czasie ja finansuje budowe lub adaptacje lokali i takie agencje
powstana stacjonarne. I znów – beda pokoje, gdzie człowiek bedzie mógł sobie
spokojnie pogadac z laska, a o czym beda gadac, nie nasza to rzecz. Zakłady te
prowadzic beda co bystrzejsi dotychczasowi meliniarze wspólnie ze swymi
opiekunami z milicji i esbe, a ja dorzuciłem jeszcze moich weglarzy. Wekslami
obciazy sie tych przedsiebiorców tak, ze beda nam z reki jesc. Musimy nad tym
dobrze popracowac, zeby nasza rola nie była zbyt jednoznaczna.
Druga sprawa było przygotowanie sie do legalizacji handlu walutami. Tu
pułkownik za bardzo swoim ludziom nie ufał:
- Cholera, juz mi ich przebrali, chetnych inni najeli, nie
zorientowałem sie na czas...
- No spokojnie pułkowniku, znajdziemy nowych, lepszych, od
weglarzy...
- A oni temu wszystkiemu podołaja? Przeciez to matołki!
- Matołki, matołki, ale lubia pieniadze i sa zdyscyplinowani. Teraz
sa kalkulatory, to wcale nie musza sie mylic przy rachunkach. A zreszta na
kasjerów mozna najac normalnych ludzi...
Ale najwazniejszy przewał rysował sie z wódka. Otóz mozna było
przypuszczac, ze za chwile bedzie wolno importowac alkohol prawie bez cła i opłat.
No prawie... W kazdym razie akcyza monopolowa działac bedzie w stosunku do
alkoholu krajowego, a wobec importowanego nie. I wygraja ci, którzy maja dostep
do tanich wódek na Zachodzie, a takze maja tanie srodki transportu. Wyglada na to,
402
ze wódka bedzie w cenie oranzady i konkurencja odbywac sie bedzie na niskim
poziomie.
To zas rodziło kolejne pytanie – co z moimi rozlewniami? – a miałem ich
juz pare. Pułkownik nie miał pomysłu tym bardziej, ze meliny nieodwołalnie musiały
odejsc w niebyt.
No i dobrze... Pułkownik nie ma pomysłu, a ja mam. Krajowe gorzelnie
nie beda miały zbytu i kazdy dyrektor sprzeda mi gorzałe w beczkach na byle jaki
papier, zeby tylko sprzedac. Od razu kazałem Antonowi jechac do Minska i w
miesiac wrócic z papierami firmy zajmujacej sie handlem wszystkim. Taki Zenus,
student prawa – o prawników teraz warto zabiegac – pojedzie z nim i pomoze, bo
przeciez Anton to warzywo – byleby miał jakas modelke, to ja maluje i jest
szczesliwy, Nawet nie jestem pewien, czy je rypcia!
Tak sobie marzyłem, ze jak juz zarobie, to nic nie bede robił, tylko bede
wypoczywał. Ale jak tu odpuszczac? Przeciez czasy ida takie, ze kto bedzie pracował
jak wół, to zgarnie cała pule, a kto sie bedzie lenił, po prostu spadnie na dno.
Dosłownie! Jesli bede słaby, to zwyczajnie – zrobia mi jakies sledztwo za to czy za
tamto – za byle jakie głupstwo wsadza do mamra. Za ti im ostrzej gram, tym mniej
mi grozi!



W ogóle mam pewne mysli na temat porzadku społecznego. Pracy dla
wszystkich nie ma, nie bedzie i nie ma potrzeby, by była. Trzeba zatem podzielic
ludnosc swiata na trzy kategorie: bussinesmanów, pracujacych i nie pracujacych.
Faktycznie przynaleznosc do tych warstw i tak bedzie dziedziczna. Terytorialnie
trzeba bedzie ich rozdzielic tak, by na obszarach dla biznesu byli biznesmeni i ci,
którzy akurat z róznych wzgledów sa tu potrzebni. Obszary gospodarcze pozostawic
trzeba pracujacym. A w enklawach nieróbstwa pozostawic jedynie sklepy, kluby
piłkarskie, jakies niezbedne słuzby, ale generalnie – niech sie kitłasza we własnym
403
sosie. A jak złamia prawo, to do pierdla. Tak rozumiem nowe czasy. Całkowicie ja
popieram.