P. 1
Łukianienko Siergiej - Głębia 01 - Labirynt odbić

Łukianienko Siergiej - Głębia 01 - Labirynt odbić

|Views: 171|Likes:
Wydawca: MarcinOrlik

More info:

Published by: MarcinOrlik on Nov 14, 2010
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as RTF, PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

01/12/2014

pdf

text

original

Siergiej Łukjanienko

Labirynt odbić
Przełożyła Ewa Skórska

WYDAWNICTWO MAG WARSZAWA 2009

Tytuł oryginału: Лабиринт отражений Copyright © 1997 by Siergiej Łukjanienko Copyright for the Polish translation © 2009 by Wydawnictwo MAG 978-83-7480-131-7 Wydanie II Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax (0-22) 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.pl http://www.mag.com.pl

Część pierwsza NUREK

00
Mam ochotę zamknąć oczy. To normalne. Barwny kalejdoskop, błyski, skrzący się gwiaździsty wir... Wygląda pięknie, ale wiem, co kryje się za tym pięknem. Głębia. Nazywają ją Deep, ale myślę, że słowo „głębia” lepiej oddaje istotę rzeczy. Zastępuje karteczkę z ostrzeżeniem: „Głębia!” Żyją tu rekiny i ośmiornice. Jest cicho, tylko napiera i ciśnie nieskończona przestrzeń, której tak naprawdę nie ma. Głębia jest na swój sposób w porządku. Przyjmuje każdego. Nie trzeba zbyt wiele siły, żeby się w niej zanurzyć... ale znacznie więcej, jeśli chce się sięgnąć dna i wrócić. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że bez nas Głębia jest martwa. Trzeba w nią i wierzyć, i nie wierzyć. Bo przyjdzie dzień, gdy nie zdołasz się z niej wynurzyć.

01
Pierwszy ruch jest najtrudniejszy. Na środku niedużego pokoju stoi stół, kable od komputera ciągną się do UPS-u i dalej, do gniazdka. Cienki przewód do linii telefonicznej. Pod ścianą, na której wisi piękny dywan, stoi tapczan, przed otwartymi drzwiami na balkon – malutka lodówka. Najważniejszy sprzęt. Pięć minut temu sprawdziłem jej zawartość, w ciągu najbliższej doby nie grozi mi głód. Kręcę głową. W oczach ciemnieje, ale zaraz przechodzi. Normalka. – Wszystko w porządku, Lonia? Głośniki ustawione na maksimum. Krzywię się: – Tak. Zrób ciszej. – Ciszej – zgadza się Windows Home. – Ciszej, ciszej... – Starczy, Vika – powstrzymuję ją. Dobry program. Posłuszny, pojętny i serdeczny. Może zbyt zadufany, jak cała produkcja Microsoftu, ale można wytrzymać. – Powodzenia – mówi program. – Kiedy na ciebie czekać? Patrzę na ekran, gdzie w aureoli pomarańczowych iskier pływa kobieca twarz. Młoda, sympatyczna, ale nic specjalnego. Piękno mnie już zmęczyło. – Nie wiem. – Chciałabym mieć pięć minut na samokontrolę. – Dobra. Ale nie więcej. Za dziesięć minut będę potrzebował wszystkich zasobów. Twarz na ekranie marszczy się – to program wydziela kluczowe słowa. – Tylko dziesięć minut – mówi pokornie Windows Home. – Ponownie zwracam ci uwagę, że poziom stawianych zadań nie zawsze odpowiada pojemności mojej pamięci operacyjnej. Wymagane byłoby rozszerzenie do... – Milcz – przerywam. To brzmi jak rozkaz i program nie może nie posłuchać. Krok w lewo, krok w prawo... Cha, cha. To nie próba ucieczki, raczej dobrowolne uwięzienie. Podchodzę do lodówki, otwieram, wyjmuję puszkę sprite’a, otwieram. Napój chłodzi gardło. To już niemal rytuał – Głębia zawsze wysusza śluzówkę. Z puszką w ręku wychodzę na balkon, na ciepły letni wieczór. W Deeptown prawie zawsze jest wieczór. Ulice zalane światłem reklam, cichy szum przejeżdżających samochodów. Nieprzerwany strumień ludzi. Dwadzieścia pięć milionów stałych mieszkańców, największe megalopolis świata. Z wysokości jedenastego piętra twarzy

Wolę takich taksówkarzy. To naprawdę coś: hybryda młodego Arnolda Schwarzeneggera i starego Clinta Eastwooda. – Zignoruj – burczę. Zamykam drzwi. wyszkolonych i niegadatliwych. Ciągle zapominam wyjaśnić programowi. wyrzuca go z powrotem. że to ja jestem właścicielem domu. otwieram drzwi. zaglądając po drodze do cudzych mieszkań. twoja skarga na kompanię Polana została zignorowana! – Nie szkodzi. wkładam buty. Klatka jest pusta. – Kompania Deep Przewodnik serdecznie wita! Imienia nie podaje – program zatrzymał taksówkę anonimowo. starannie uczesany.. Nie reaguję. – Jak pan będzie płacił? – Tak. rzucam puszkę w dół i wracam do pokoju. siedem. Wsiadam do taksówki. jasna i bardzo czysta. Najemca mieszkania numer jeden. Wychodzę na chodnik.. żuczek w ostatnim wysiłku zderza się z nimi. – mamrocze komputer. Bardzo rzadko żuczkom udawało się przynieść interesującą informację. oglądam się. Zazwyczaj schodzę po schodach. potrząsam za kołnierz i rozkazuję: – Dzielnica Al Kabar. Żuczek jest najwyraźniej przelotny. trzy. I tak nikt tam nie mieszka. – To nieetyczne. Winda czeka na mnie na piętrze. uśmiechnięty. Podnoszę rękę i za chwilę przy chodniku hamuje żółta limuzyna. lamerzy się zabawiają. wychodzę do przedpokoju. – Nie ma takiego adresu – mówi kierowca. Aha. – Lonia. – Al Kabar. może zobaczę amatora owadów? Ale nikogo podejrzanego nie ma.. w wykrochmalonej koszuli – odwraca się do mnie. Trują je na ulicach. Jest ogłuszony i pokorny. Winda zjeżdża bardzo szybko. tłuką w mieszkaniach. Teraz głos płynie ze srebrzystych szpilek w klapach mojej koszuli. ale nie zdążył. ale teraz się spieszę. Można by to ciągnąć w nieskończoność. – Złożyć skargę na właściciela domu? – pyta Windows Home. siedem. – Prosty kod otwiera dostęp do . Mężczyzna łowi moje kpiące spojrzenie i przyspiesza kroku. przez niedomknięte drzwi próbuje wlecieć maleńki żuczek. Próbował się bronić. Bardzo zabawne. Patrzę na jego pobladłą twarz. Z politowaniem obserwuję uprzykrzonego owada – z mieszkania płynie równy potok powietrza. – Złóż – zgodziłem się. ale nie mam teraz głowy do takich gierek. Osiem. krótki rozbłysk i owad spada na podłogę. obserwując idącego po chodniku mężczyznę. – Wyjmuję z kieszeni rewolwer i mocno uderzam chłopaka w skroń. Gdy majstruję przy zamku. seryjna produkcja.się nie zobaczy. ale one są niezniszczalne. Dopijam sprite’a. na kompanię Polana złożono skargę.. – Lonia. wszyscy spieszą dokądś w swoich sprawach. Sam kiedyś zajmowałem się podobnymi głupstwami. osiem. kierowca – młody.

gdy mijamy zarośla mango i przejeżdżamy wzdłuż środkowoeuropejskiej gęstwiny. długie szare korpusy IBM. Każda jako tako prosperująca firma dąży do otworzenia w Deeptown swojego przedstawicielstwa. Niech to wygląda na rozrywkę pijanych szpanerów. znowu jest wesoły i usłużny. Idę w las. nie zauważą mojej malej ingerencji. Przebieram się w płócienną białą koszulę i spodnie. Otwieram drzwi. hamujemy na skrzyżowaniach. Skrytkę zrobiłem kilka dni temu. Podróżowanie po mieście piechotą to dość czasochłonna i monotonna rozrywka. Droga. klinik. Krótki miecz w pochwie. Mkniemy po autostradach.. ze wszystkimi drobnymi śmieciami Deeptown... Mają tam słabych programistów. – To nieetyczne – mamrocze ze szpilki Windows Home. ogromne. patrząc przed siebie. kilka drobiazgów w kieszeniach. – Optymizowałaś się? Dobra. ale wtedy w plikach kompanii zostałby ślad mojego przejazdu. przepasuję wzorzystym pasem. żarcie. Samochód staje. Szukaj skrytki. Celuję w samochód i strzelam. Gęsty. – Zahamuj przy następnej ścieżce – mówię. Kierowca pokornie czeka. nieruchomości. firm sprzedających meble. odchodzę na krok od limuzyny. a za nią las. Miasto kończy się niespodziewanie – jakby ścianę pałaców i wieżowców ktoś uciął gigantycznym nożem. . Dobrze. teraz będę potrzebował pomocy. wsuwam rękę do dziupli. Podchodzę. Tylko dla mnie. Ja też. luksusowe biura kompanii. – Zatrzymaj się. Samochód rusza. bezprawnie wykorzystując jeden z komputerów zarządu transportu kolei zakaukaskiej. Oglądam się. oddzielający od codziennej krzątaniny tych. No. kod „Iwan”. – Kierowca się uśmiecha. nareszcie. – Świecące drzewo – oznajmia program. Mógłbym nie bić kierowcy. którzy nie chcą się afiszować.. a świadkowie mi niepotrzebni. Czekam. Kierowca siedzi bez ruchu. agencji turystycznych. odrzut słaby. Po kilku sekundach Deep Przewodnik ma o jedną taksówkę mniej. Aha.. wyjmuję ciężki pakunek. nieprzebyty. I zostałby po mnie ślad. skromniejsze biura innych komputerowych prawodawców. kompanii transportowych. Na drodze widać światła. skręcamy w tunele. ażurowe wieże Ameryki On-line. Patrzę w okno. Strzał jest niezbyt głośny. Mógłbym kazać kierowcy wybrać krótszą trasę. ale wtedy musiałby połączyć się z dyspozytornią. Deep Przewodnik prosperuje właśnie dzięki tej obfitości. Oto ogromny dąb migoczący czarodziejskim błękitnym światłem. Pełno tu również biurowców. – Gdzie jest strumień? – pytam. wspaniałe pałace Microsoftu.służbowych adresów Deep Przewodnika. ale pojazd błyskawicznie staje w płomieniach. – Do dzielnicy Al Kabar jeszcze daleko – mówi kierowca. migają osiedla nabite wieżowcami.. – Zamówienie przyjęte.

Wsiadam na grzbiet wilka. Nieźle to wygląda. Niech się cieszy. Po kilku minutach wyskakujemy z lasu. doświadczone wilczysko. Jeden jego koniec kończy się na murze opasującym miasto. – A jak mi się odpłacisz. chłopaczku? – pyta ktoś zza moich pleców. Pod nogami żółty piasek. wszystko w pomarańczowo-żółto-zielonej tonacji. sięgający mi do piersi wilk. retoryczna odpowiedź na retoryczne pytanie. a raczej czarny. Stare. z wilczą siwizną. pociera łapą mordę. za nią wschodnie miasto. strasznie dawno nie wychodziłem z tego miejskiego smrodu. żółte jak zęby palacza. kopuły. – Jesteś gotów? – Tak. powiedzmy.. potem zaczynam wodzić palcem. a on rysią biegnie przez las. – A może by cię zjeść. chcesz mego miecza zakosztować? – improwizuję. drugi trzyma w rękach dziesięciometrowy kamienny posąg z ohydną mordą. Twarz dobroduszna i do obrzydliwości pospolita. Instynktownie uchylam się przed gałęziami. – Wsiadaj. skoro go to bawi. Wilk z zadowoleniem kiwa łbem. Zleceniodawcy nie lubią się afiszować.. – Dziękuję – mówię do programu i prostuję się. Kilka razy uderzam w nie ręką. Przed nami szeroka na sto metrów przepaść. Zamiast mojej twarzy z drżącego zwierciadła patrzy na mnie osiłek o kasztanowych włosach. że most. do prawej przedniej łapy przyczepił się rzep. wilk cicho chichocze. siada. chłopaczku? – Trzy tysiące zielonych – oznajmiam. napawając się lasem. – Kto zamówił? Wzruszam ramionami. Niech to diabli. no. Gdzieniegdzie sierść jest zmierzwiona. – Patrzę na niego z zachwytem. Pochylam się nad wodą i wpatruję w odbicie. – Spróbujemy – decyduje wilk. chłopaczku? – pyta wilk i szczerzy kły. Fenomenalny! Naprawdę jest szary. Minarety. – Lepiej wstąp do mnie na służbę. mocny gorący wiatr zmusza do zmrużenia oczu. Wilk uśmiecha się. Przez chwilę stoję. – Czemu się chełpisz po próżnicy.– Na prawo. – Na mnie czekasz. jeden ułamany aż po korzeń.. Cienki jak struna. – Al Kabar? – Zgadłeś. Niedaleko nas przez przepaść przerzucony jest. ścierając własne oblicze.. Oglądam się – z gęstych krzaków wychodzi ogromny. – Może i na ciebie. . – Misja? – Kradzież.

nic z tego. – Nie. z klimatyzacją dyszącą w twarz powietrzem o odpowiedniej temperaturze. oglądając posąg. – Przerywasz zanurzenie. Lewą nogę ciągnęło trochę silniej. W realu mój pokój wygląda tak samo jak w rzeczywistości wirtualnej. Z pięknymi kolorowymi ekranami. Dobra.. Zdjąłem hełm. przepaść... siadłem przy komputerze. to po to ta maskarada.” Szarpnąłem się. królewiczu? – Licho wie – mówię. Nie wytrzymałem. – O moście mówili. Ładny rysunek. Kombinezon lekko hamował ruchy.. Głębio.. zaczekaj. „Głębio... zaraz to nadrobię. tylko w domu przy klawiaturze. wyjrzałem z balkonu. Teraz to żar pustyni. potem skalibrujemy. Lonia? – rozległo się z głośników. jakbym szedł po piasku. Głębio. Włożyłem hełm – jakbym wsadził głowę do piekarnika.. Tylko za oknem jest nie letni wieczór Deeptown. Wyciągam rękę i wprowadzam komendę: Deep . położyłem na stole obok klawiatury.. Nie szkodzi.. – wilk znowu chichocze. – No to jazda – mówi wilk. klakson samochodu w oddali. – Co masz kraść? – Dojrzałe jabłuszka. Na monitorze pojawiła się znajoma kobieca twarz. wyskoczę na sekundę. – Zeskakuję z jego grzbietu. Oczywiście. Przymykam oczy. Al Kabar ma niekiepskich projektantów. Puść mnie. Wirtualny hełm jest ciężki... – Posłuchaj. nie jestem twój. próbując wejść w wirtualny świat samodzielnie. miasto w oddali.. trzymając rękę na sierści. ale toporny.. to najbardziej wyszukany model z seryjnie wypuszczanych przez Sony. Przed oczami jak na maleńkich ekranach – pustynia.– No. będzie robótka – zauważył wilk. lecz dżdżysta jesień Petersburga. stoję obok. rozglądając się.. no. Ładnie narysowane. muszę się czegoś napić. – Aha. Znowu program szwankuje. Mżawka. Nie jestem na pustyni. rozluźniłem się. posąg. Otwieram lodówkę. Nic więcej komputer nie może wyciągnąć. Znowu patrzę na wirtualny świat. Wytarłem mokre od potu włosy leżącą na krześle koszulą.. na dole nie leży żadna pusta puszka.. – Nie za tanio. na razie umowny jak tani film animowany. Oczywiście. I nie trzeba. – A co w tych jabłuszkach? – Nie wiem. wspaniałymi głośnikami. Czym jest Głębia bez człowieka? Mrugnąłem.. biorę sprite’a. sprawdziłem kabel biegnący od wirtualnego kombinezonu na deepie komputera. Wreszcie się napiję. Te dranie z Al Kabaru stworzyły sobie maksymalnie nieprzyjemne warunki. wstałem... wbudowanym mikrofonem.

Nad pustynią rozbłyskuje wielobarwność programu. Daleko w dole widać skały i błękitną wstążkę rzeki. Ostatni metr jest najtrudniejszy. – Twoja wola – zgadza się wilk. Ryczy po rosyjsku! – Gościem! – krzyczę. Ale miecz przy pasie i rzeczy w torbie już nie są zwykłym rysunkiem. To rozruchowe fragmenty programów. szarpiące powietrze. Dla niego to śmieszne. – Robimy tak – decyduję – przez most idę sam. za chwilę się zerwie. Rogata głowa z wyszczerzoną paszczą.. Potem wynoszę trofea i zmywamy się. próbuję wczepić się w dłoń – nie daję rady. Coś tu nie gra.A teraz enter. W końcu jestem na dłoni. – Kim jesteś? – Jego ryk rozsadza mi uszy. jak wilk chichocze. Zwykli komputerowcy nie zdołają przejść po tym moście. potem świadomość zaczyna się rozpływać.. który ożył.. Nie jestem zbyt oblatany w arabskiej mitologii. To pewnie Ifrit. który nie traci do końca łączności z rzeczywistością. na której stoję. staje się coraz bardziej rzeczywisty. Nurek.. To mój mózg czuje to. chłopaczku? – Tak. W lewej łapie zaciśnięta cienka nić. Oglądam siebie – wszystko w porządku? Moje ciało w wirtualnym świecie jest tylko niezbyt wymyślnym rysunkiem przekazywanym przez komputer na ten czy inny punkt Deeptown i jego peryferii. To już nie zasługa hełmu. Most drży. Słyszę.. Idę. Tylko czasem – jeden na trzysta tysięcy – trafia się człowiek. nabrzmiałe kamiennymi muskularni łapy. Taki jak ja. zaczyna nagle wibrować i powoli się zaciska. Mózg próbuje stawiać opór. . nie dekoncentruj się. miękką podkładkę hełmu. bohaterze! – krzyczy wilk.. A ja muszę wchodzić na granitowy fallus potwora. Most z końskiego włosa.. Opieram się o nabijane kolcami kamienne kolano. próbując uwolnić nogi z uścisku granitowych palców. Nade mną pochyla się wyszczerzona morda potwora. Dłoń. a gorący wiatr wbija mi w oczy ziarenka piasku.. co powinienem czuć na prawdziwej pustyni. Który umie samodzielnie wypływać z Głębi. Posąg jest coraz bliżej. Jak głupio musi teraz wyglądać moje ciało w pustym mieszkaniu – podskakujące. Jak struna. – Śmielej. które zaraz staną się niezbędne. Próbuję nici nogą – lekko się kołysze. ale deep program działa na wszystkich. Jeszcze przez sekundę widzę ekraniki... – Zwilżyłeś gardło. Pewnie legalni goście Al Kabaru mają jakąś inną drogę. Wilk uśmiecha się do mnie. Zaczynam się wspinać po nodze potwora.

Jak mu się udało określić mój język? – Goście nie przychodzą bez zaproszenia! – dodaje. Moje okaleczone ciało leży na dłoni potwora. jako konsekwencja „śmiertelnego” zagrożenia. Leżę. Ciało powoli zbiera się do kupy. a jego palce zaciskają się mocniej. . Albo nurek. że częściowo przeciekłem za krawędzie dłoni. Teraz powinno nastąpić wyjście w real. zapamiętaj jego los! Aha. – Allah – mówię na chybił trafił. Wilk tarza się ze śmiechu po piasku.. – Tym. nad którym nie masz władzy. – A kto ma? Coś nowego. Tylko samobójca odłącza bezpieczniki deep programu. Czy program ochronny Al Kabaru bierze pod uwagę istnienie nurków? Ostrożnie wchodzę na most. potem krzyczy: – Ty. który przyszedłeś tu w ciele wilka. złodzieju. Czaszka zgnieciona. przed wygłaszającym morały komputerem. to doskonały strażnik. – Kim jesteś? Znowu to samo. W przeciwnym razie mózg może wyobrazić sobie najprawdziwszy szok bólu. Widocznie poczucie humoru programu jest bardziej amerykańskie niż arabskie. Ale na razie tylko wskazuje miecz. jedno oko patrzy na rozpalone niebo. drugie na kamienny paznokieć. Mówi pouczająco: – Nie tobie wymieniać imię Najwyższego. Tym razem potwór pacnął mnie wolną ręką tak. Odczekuję chwilę i wstaję. Palec wskazujący zawisa nade mną. Widocznie program reaguje właśnie na dotknięcie mostu. Usatysfakcjonowany Ifrit głośno chichocze. jakby potwór chciał mnie rozgnieść. Tak. Tylko zabrakło mu „rozumu”. z pseudointelektem o stopień przewyższającym Windows Home. Widzę to jedynym ocalałym okiem. słyszał naszą rozmowę. ze wszystkimi jego konsekwencjami. – Nie masz prawa usłyszeć jego imienia. Normalny użytkownik deep technologii ocknąłby się teraz w rzeczywistości. – Kto? Gram va banque. z kim ma do czynienia. Potwór znowu zastyga.. to nie bezbronny program kierowcy Deep Przewodnika. – Mam prawo do wszystkiego – oznajmia potwór. żeby pojąć. – Zaproszono mnie.– Goście nie przychodzą z rzeczami zakazanymi! – chichocze monstrum. to w ten sposób odgadł mój język.

Tam biegną sygnały z rozkazem – przepuścić czy zlikwidować nieproszonego gościa. można to obejść? – pytam. staje się trójwymiarowa i kolorowa. – Kim jesteś? – ryczy potwór. on wykrzywia się do mnie. nad którym nie masz władzy. Rzeczywiście. Niezły kawałek fatalnej roboty. Sobowtór wkracza na most. No jasne. Zostaje ze mnie miazga. Wirus lokalnego działania jest miniaturowy. Na razie potwór się nie rusza. – W czyjej jesteś władzy? – Swojej własnej. skaczę na nić. – Cholera. – Kim jesteś? – pyta znowu potwór. Ledwie zdążam się uchylić przed ruchliwymi palcami. uderzę. Zamach prawej ręki strąca mnie na piasek... – Prowadź. – Sobowtór nadal odwraca uwagę strażnika.. Na razie program odrzucał mnie samodzielnie. Wyciągnę miecz. wibruje. Trzeba działać. nie na darmo potwór trzyma most w dłoni. chwytając cień. – Szukaj hasła. spieszy mi się! – woła wilk. – To jedyny zewnętrzny kanał – oznajmia natychmiast mój komputer.. – Cicho bądź. Znowu wstaję. – Vika.. Gdzieś w środku nitki przebiega kanał łączności z dzielnicą Al Kabar. prostuje się. – Wariant siłowy? – dotykam rękojeści miecza. Tak naprawdę to zwyczajny cerber przy wejściu. – Tym. – Kanał ulegnie zniszczeniu. rogi. – Pozostałe linie Al Kabar otwierają się wyłącznie na rozkaz z wewnątrz. ale następnym razem mogą się za mnie wziąć prawdziwi programiści Al Kabaru od rzeczywistości wirtualnej i konserwatorzy. Wykrzywiam się do sobowtóra. nie trzeba go nawet ściągać z domu.. – Nie rozumiem. pełznę po mocno zaciśniętej pięści. Oglądam potwora.rozmyślając. – Hej. Pozory dla graczy o słabych nerwach. Zniszczę strażnika i nitka nad przepaścią pęknie.. A może fallus? Też nieźle wygląda. – A ty kim jesteś? – dobiega zza pleców. Kamienne powieki opuszczone. Głos traci intonację. – Po co tu przyszedłeś? . – Ożyw cień – rozkazuję.. trzeba będzie dołożyć pamięci. Ciekawe. Iwanie carewiczu. Leżę na wznak. Będę miał przynajmniej chwilę czasu. Ciemna sylwetka na dłoni zaczyna się poruszać.. z paszczy zwisają stalaktyty śliny. cieniu – rozkazuję... patrząc na sobowtóra szamoczącego się w garści monstrum. co wiadomo o Al Kabarze. Sekunda przerwy – maszyna ładuje do pamięci cienia wszystko. ile rodzajów śmierci dla złodziei ma w zanadrzu potwór? Zęby..

okazuje się. ta procedura jest praktycznie nie do złamania. Teraz. łomotanie serca i ogólne rozbicie. Po prostu idź i wszystko będzie dobrze. a nie tylko skradzione dane o wewnętrznej przestrzeni wirtualnej dzielnicy. – Więc przejdź i zrób to. Nie ma tu grawitacji.. Idę przez ten włos. Głębio. Stanąłem na cegłach i wyszeptałem: – Vika. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Śmiesznie to wygląda. włączaj Deep. Patrzę uważnie na nić i starannie przestawiam po niej nogi. A oto i witający – już w normalnych wymiarach. Po trzydziestu sekundach jestem na drugim końcu mostu. Nadużywam dzisiaj wyłączania podświadomości.. Jutro gwarantowany ból głowy. potwór kamienieje. Trzeba było poznać wszystkie pliki.. Ręka rozwiera się. a narysowane ciało nie może mieć środka ciężkości.. Nić dochodzi do murów twierdzy. Most jest nicią nad przepaścią. Strażnik i tak już zaraportował. skąd są odpowiedzi cienia? – Z otwartego pliku Al Kabaru. że dno przepaści jest ledwo zaznaczone.. most. gdy moja podświadomość nie uczestniczy w grze. połączenie – rozkazuję. Szczerze mówiąc. krzepkie grubasy z mieczami przy pasach.. To tylko obrazek. Starannie narysowani. już przepuszczone przez most. Mur jest szeroki. czyś ty czasem nie Iwan głuptas? – pyta wilk. Żebym tylko dożył do jutra.” Zamykam i otwieram oczy. Już tam pewnie na mnie czekają..– Objąć władzę nad sobą. nawet dla profesjonalnego linoskoczka. Leżę. na nim już czeka jakichś dwóch. szybko pokonuję dystans. „Procedura wirtualnego podania o przydzielenie pracy”.. – Vika. „Głębio. Czyli górską rzekę wymyśliłem sobie sam. pewnie na mnie.. chwytając chciwie powietrze.. ale nieosiągalne. – Vika. nie jestem twój. drugi łysy. jeden w turbanie. Wieże Al Kabaru w dali są kuszące. Jakby wessało mnie w cień. zabawne. Sobowtór stoi nieruchomo na krawędzi dłoni. Pyrrusowe zwycięstwo.. – Iwanie carewiczu. Ktoś inny na moim miejscu mógłby zobaczyć korony drzew albo strumienie lawy.. Teraz to ciało podstawowe. że gość próbuje przejść na drugą stronę. Wilk podchodzi bliżej i szepcze: – Co się stało? Wyjaśniam.. trudno. Ogniste iskry przed oczami. Przed mną obrazek – przepaść. budynki w oddali. Dobra.. To nic. .

– Nikt nigdy nie pokonał tego mostu – oznajmia uprzejmie ochroniarz. Ma dobroduszną fizjonomię Araba z dziecięcego przedstawienia o Sindbadzie Żeglarzu. wchodzę. czy naprawdę jest narysowana.. – Za to w piekle starczy miejsca dla wszystkich. Schodzimy. Jak się wchodzi między wrony. Wyposażenie. Sensowne. – Dokąd mnie prowadzicie? – pytam ochroniarza. W dół z murów prowadzą szerokie strome schody. Ciekawe. . obok którego przechodzimy.. ochroniarz mnie popycha. Sympatyczna obietnica. inni poprzestają na standartowych pokoikach. porośniętą dzikim winem drewnianą altanką. Tylko mi w maszynie brakowało bojowego wirusa. Drugi. jeśli pracuje się nad trującymi substancjami albo kulturami bakterii. czy to ironia podświadomości? Ale nie będę przecież wychodzić z Głębi. Al Kabar nie jest duży. – Do dyrektora korporacji. Jeden trzyma probówkę. żebym mógł cokolwiek rozpoznać. żeby sprawdzić takie głupstwo. Podporządkowuję się. że nie ja kieruję wydarzeniami. Szykuje się ciepłe przyjęcie. żeby rozmawiać z każdym gościem. To zresztą o niczym nie świadczy. – Zachowanie równowagi na końskim włosie przekracza możliwości człowieka. Microsoft dostarcza swoim pracownikom roboty na całe pałace... Dobroduszny ochroniarz przede mną.. Na samym ciemieniu wielka brodawka. Łysy się nie odwraca. – Idziemy.. kontrolowana jest ze Szwajcarii. Dyrektor. lecz one mną. aż dziw. wygląda bardziej złowieszczo: błyska białkami oczu i nie puszcza rękojeści miecza. – Inni przechodzą wolniej? – pytam. zbyt obce. chyba jeszcze w wydobyciu ropy. Friedrich Urman. Nie wymienia imienia. Doświadczenia chemiczne w wirtualnej przestrzeni? Coś nowego. Nie podoba mi się taki obrót sprawy.. Zanotować. Zatrzymujemy się przed malutką. Kilku ludzi przy stołach.– Szybko doszedłeś. Zaglądam w jedno z okien niskiego kamiennego budynku. sapiący nieżyczliwy z tyłu. Al Kabar to międzypaństwowa korporacja specjalizująca się w produkcji lekarstw. Będę posłuszny i uprzejmy. gościu – mówi łysy. po co im w ogóle wirtualna rzeczywistość? Al Kabar najwidoczniej należy do tych ostatnich. w równie karykaturalnym typie arabskim. to zbyt ważna persona. ale i tak dużo mi to mówi. Zdaje się. trzeba krakać tak jak one.. Starannie go ignoruję. patrzę tylko na łysinę dobrodusznego. łączności telefonicznej. W przestrzeni wirtualnej zajmuje najwyżej kilometr kwadratowy. Mimo arabskich rekwizytów. – W takim razie raj jest pusty – wzdycham. Arabowie zostają za progiem. Pomieszczenie jest znacznie większe niż wyglądało z zewnątrz. Ogromny pawilon.

potem uśmiech. poczekamy. Po rosyjsku. Obok stolik z dwoma fotelami. – Po raz pierwszy widzę prawdziwego nurka. którą mogą przyjmować i przekazywać w ciągu sekundy programy. przez ile komputerów przeszedł pan po drodze tutaj? – Niestety. przepuszczony przez program-tłumacza... że jest pan w błędzie.. – Obawiam się. nie pamiętam. – Gdy pół roku temu stworzyliśmy most. Nikogo nie ma. panie nurku. które mam przy sobie. Mnóstwo kwiatów. próbują określić. Szybko. Widzi pan. I wszystko wystarczająco odporne na włamanie. Urman posępnieje – jemu chyba też coś mówią – i pyta: – Przepraszam. poważny. To jedyny powód takiego honoru. – Wyśledzony pierwszy router – oznajmia Windows Home. – A ja po raz pierwszy widzę prawdziwego multimilionera. natychmiast się uaktywnią.. przez który wszedłem w wirtualną przestrzeń. Tylko co im to da. nasze spotkanie przyniosło już pierwsze efekty. – Jak mam pana nazywać? – Iwan carewicz. nurku – powiedział. szczupły.. A ja chyba jestem dla nich dość interesujący. Cóż. Starszawy. Odnaleźć was. połyskującymi rybami. Sekunda przerwy. dla niego. Obraz rozmazuje się. A na koniec płatny internetowy portal w Austrii. Pracujcie. wymacują mój kanał łączności. Urman wzrusza ramionami. Sześć dzierżawionych routerów. – O... zaczynam nawet czuć zapach. miało to tylko jeden cel. Wszystkie programy. Jest w szortach i kolorowej koszuli. – Urman uśmiecha się półgębkiem. „wykopać” mnie stąd.. Człowiek znajdujący się w rzeczywistości wirtualnej nie mógłby go pokonać.. Siadam w fotelu. Ślady zostały. bohater rosyjskich bajek! Jest pan Rosjaninem? . Wyjaśnili mu. Głos ma nienaturalny. – Dzień dobry. przez które biegnie sygnał. Mogą w każdej chwili przerwać łączność..... Należało się tego spodziewać. Pan Friedrich Urman zlekceważył arabski koloryt. Jeden zero.pośrodku basen z sennymi. Niewiele zostanie do zbadania. ale prowadzą donikąd. panie dyrektorze. Kręcę głową i w tym momencie fotel naprzeciwko przestaje być pusty. ilość informacji.. Windows Home szepcze: – Wyśledzono drugi router. pracujcie. skąd przyszedłem.

powietrze obok niego zaczyna mętnieć. – Urman klaszcze w dłonie. – Tak. ten wspaniały kształt przechowywania informacji to jego dzieło. chusteczka. Grzebień. Wówczas byłoby bezcenne.. żeby zakosztować cudzych owoców. ale bardzo. – Mój Boże. – Jabłek – precyzuję. przeszedłem przez most. Oddać panu miecz? Urman macha rękami. – Tak. za normalną.. Jest maleńki. że proponuję człowiekowi.. I nawet udało im się wynająć nurka.. Jeden jeden. – Czyżby? – Jestem wstrząśnięty.. no dobrze. demonstracyjnie wyciągam wszystko z kieszeni. godziwą pensję. lekarstwo na raka? Urman kręci głową. – Jak pan sądzi. że zacznie z nami współpracować. mam podstawy sądzić. – Proszę. – Największe zainteresowanie budzi to małe zielone jabłuszko na najniższej gałęzi. Jak rozumiem. nawet sto tysięcy nie byłoby zbyt wysoką nagrodą. przeniknął pan do naszego kwartału bezprawnie. To tylko środek na przeziębienie. panie nurku. Pod warunkiem. sto pięćdziesiąt tysięcy. – Szczerze mówiąc. nurku. A więc. Powoli.– A jakie to ma znaczenie? – Słusznie.. który próbował ukraść plik.. po prostu szukałem pracy. – Jaka szkoda.. prawda? Patrzę na upragniony owoc. – Wyśledzony następny router. Urman patrzy na mnie zaskoczony i uściśla: – Dziesięć tysięcy dolarów? – Tak. – Tak... Załóżmy. gęstnieje.... małe lusterko. które przyniósł pan ze sobą.. Po chwili pojawia się malutkie drzewko obsypane owocami. ma pan absolutną rację. podporządkowałem się tym dziwnym ochroniarzom. Przeczytałem wasze ogłoszenie. Pracuje u nas dobry rosyjski programista. – Szczerze mówiąc. – Nie.. czasu zawsze brakuje. po co? Nie mamy zamiaru urządzać tu burd. prawda? Porozmawiajmy... dokładnie. – Co to jest.. Najwyżej o te dziwne rzeczy... ile mogliby zapłacić za ten plik nasi konkurenci? – Dziesięć tysięcy – zawyżam nieco sumę. w istocie! Ale nie mamy do pana pretensji. niedojrzały i robaczywy. panie nurku. bardzo .. panie nurku. że pewne osoby chciałyby dostać kilka naszych prac.. Friedrich Urman klaszcze w ręce. że czasu na rozmowę mamy coraz mniej – wzdycham.

. – Ryzykuję stratę bardzo obiecującego opracowania. – Ale kodeks nurków stanowczo zakazuje podobnych umów.. że będę musiał pana zmartwić – mówię. Z trudem robię krok. – Vika. Ze ścian znika ażurowy ornament. – Spodziewałem się podobnej reakcji. Podchodzi do drzewka. Wszystko jest bardzo niespodziewane. Czasem mówi się na ten program „droga”. Opuści pan nasz teren dopiero po ustaleniu pańskiego prawdziwego adresu. Jabłko leży w moich rękach. – Ja też wstaję. Pożyteczna rzecz te przedmioty higieny osobistej. . – Obiecuję. Kanału połączenia nie odcinają – wyhamowują. To będzie gwarancja danej przed chwilą obietnicy. A teraz proszę o wybaczenie. z pewnym wysiłkiem zrywa jabłko. nigdy bym nie podejrzewał poważnych biznesmenów o tak szeroki gest. Nie będę ukrywał. gdy zostaną wyprzedane zapasy mniej skutecznych środków. wyśledzony piąty router. Urman zaczyna poruszać się zrywami. Porusza przy tym wargami – najwidoczniej wymawia hasło. ale to bardzo potrzebne usługi nurka. Machnięcie chusteczką – spowolnione... Co pan sądzi o mojej propozycji? – Obawiam się.. Żeby tylko program zrozumiał. alarm. to znaczy przypinam plik do swojej wirtualnej postaci i patrzę na Urmana. teraz to pan musi mi wybaczyć. Wsadzam jabłko za pazuchę. – Dobrze – Urman wstaje... Ciężkie – ze dwa megabajty.skuteczny... grubieje faktura koszuli Urmana. Ażurowe ściany pawilonu ciemnieją. Kopiowanie nie ma teraz sensu. Może pan je oddać panu Schellerbachowi i przekazać ode mnie serdeczne pozdrowienia. że właśnie teraz są nam bardzo. Do których chcieliby mnie właśnie dołączyć. żeby tylko podporządkował się bez zbędnych pytań. jakby zarzucono na nie gęstą tkaninę. obraz przed oczami płynie.. I cenię pańską pozycję. – Proszę wziąć. zrzuć detalizację! – szepczę. Rozpoczęcie produkcji planujemy dopiero wtedy. Aha. muszę zabrać ze sobą. – Nie.. że przyjdę.. – Wyśledzony czwarty router.. Nieźli zawodnicy z tych multimilionerów. Pawilon się zmienia. jabłko za pazuchą przygina mnie do podłogi. A raczej z ich sług. kwiaty tracą kielichy i część mniejszych listków. wyciągając rękę do stołu.. starając się nie myśleć o zaproponowanej sumie. Proszę tylko o jedno: żeby później przyszedł pan do nas porozmawiać o stałej współpracy. Alarm! Alarm! Alarm! – Dobrze. jakby pod wodą – i błyszcząca tafla światła przecina zasypiający świat pawilonu. – Idę va banque – mówi poważnie Urman... głos Windows Home cichnie i traci intonację: – Alarm. panie nurku. – wyszukuje obce kanały połączenia i zaczyna wykorzystywać w swoich celach. Za to teraz mogę sięgnąć po swoje zabawki – chwytam chusteczkę.

żmijowaty. Głowa huczy od bólu.. Wstęga pod nogami sprężynuje. a z jednego budynku wypełza ogromny.” Klimatyzator hełmu owiewa mi twarz lodowatym powietrzem. literki. Część ściany niknie. Oto jak naprawdę wyglądają najbardziej zawzięte wirtualne walki. nie jestem twój. ale przez cały czas się oglądam. Most z włosa zaraz się zerwie. odsłaniając wyjście na ulicę. To prezent od Maniaka. Błyszcząca wstęga wije się po ulicy. Maniak lubi ciekawe efekty. Oho! Coś się dzieje w Al Kabarze! Ulice zapełnione ludźmi. szarpie się. Szybciej.. „Głębio. speca od wirusów komputerowych. Wstrętnie i smętnie. Walka programów. Naprzód. ale strażnik do . Pokonuje parów. Nie uda im się nawet wyprowadzić operatorów z rzeczywistości wirtualnej. Ze ściany wysuwają się ostre czubki kopii. Kanał połączenia jest doskonały. ja też wyciągam swoją broń. Ochroniarz znowu ożył. zamiast lecieć do innych komputerów. – Deep! – komenderuję. po wstędze już biegną inni ochroniarze. wygina się i opiera się ziemię. Powietrze pod cięciem ostrza wybucha i niczym ogień ze smoczej paszczy uderza w ochroniarzy. po kilku sekundach jestem już nad murem. Głębio. cyferki. modemów. Obaj z mieczami.. Najwyraźniej wykorzystałem kanał połączenia samego Friedricha.Nowy. Na monitorach pojawia się pełznący pasek – procent ściągniętej informacji. Błyskawicznie płoną i przemieniają się w czarne zwęglone szkielety. Do licha z nią! Przelatuję pomiędzy kopiami. grzebień i rzucam się do ucieczki. Chichoczę. pogania.. Teraz komputery ochroniarzy są szalenie zajęte niezwykle ważną pracą – wyliczeniem liczby n z dokładnością do miliona cyfr po przecinku. Chwytam lusterko. Pięknie. polezą sobie w Głębi.. podrzuca. Wstęga przelatuje nad potworem-strażnikiem. Skaczę do przodu w rozpaczliwej próbie przeskoczenia pomiędzy ostrzami. spadam na podłogę. Z naprzeciwka wyskakują ci sami ochroniarze. nieprzyjemny kształt. starego znajomego. Nie chcę. niszcząc wszystko na swojej drodze. Program-strażnik Al Kabaru. – To nieetyczne – szepcze żałośnie Windows Home.. Czyj wirus okaże się zręczniejszy i szybszy? Mój. wyciąga do góry łapy. Nie mam ochoty się temu przypatrywać. niezwykle rzadki i działający niemal bez zarzutu program. bajty informacji. Paseczki. a pod nią drapieżnie zwężający się otwór – kanał połączenia. Biegnę po wstędze.

Programiści Al Kabar chcą odzyskać kontrolę. łamię w ręku. próbuje odrzucić mnie do tylu. oglądam się po raz ostatni. Nie mogę zrozumieć. W tej strefie rzeczywistości wirtualnej wszystkie kanały połączenia są zablokowane na mur. znikając bez śladu. przestrzeń nasyciła się obiektami. – Siadaj. kwaśne piwo albo trolejbus. trzeba zacierać ślady. Sax to komputer. Iwanie. Pora na lusterko. zmieniając się w gigantyczne drzewa. moje siły są na wyczerpaniu! – wyje wilk. – Och. Iwanie. nie uratuję cię! – ryczy wilk. Mkniemy przez pustynię. który uciekł ci sprzed nosa. czy po prostu z zapałem odgrywa baśniowy wątek. który nie chce działać. Właściwie zrobili to nie sami ochroniarze. Tam. Niestety. Ruchy ochroniarzy stają się powolne. Za późno. Większość ochroniarzy zdążyła zawęzić pole widzenia albo zaniżyć detalizację obrazu i przeskoczyła niebezpieczne miejsce. Ogłuszający trzask – zęby rozlatują się. sztuczka jest stara. mój opanowany Windows Home piszczy: – To nieetyczne! Oczywiście. To logiczna bomba o wielkiej mocy. Pozostali bezradnie zatrzymują się na brzegu. że nieetyczne. Nie mam czasu. tylko ich deep programy. powstaje błyskawicznie rozszerzające się jezioro. Nie może zejść ze swojego miejsca – twardo umocowany na swoim kanale połączenia. Iwan. Mój partner w wilczej skórze to umie. którzy rzucili się w pogoń bez żadnej koncepcji. – Od Marii Mistrzyni – odpowiadam po chwili wahania. i nawet nie lokalny miecz-wirus. potem skręcamy do lasu. Za nami pędzą rozmazane cienie – ochroniarze tracą postać. – Och. W tym wypadku – zbyt energiczna pogoń. Część ochroniarzy wpada i tonie. zyskując w zamian prędkość. senne. gdzie upadło lusterko. Na ostatnich metrach wstęga pod nogami nagle zaczyna wibrować. wbijają w ziemię i rosną. Pewnie! To już nie głupi kawał z szybko rosnącymi baobabami. Ze wstęgi zeskakują ochroniarze. pora uciekać! – wyje. program. Gdy rzucam je za siebie. jestem już na ziemi. i komputery wrogów grzęzną w obfitości pustej informacji. Iwanie carewiczu? – pyta wilk. Wirus odsiał przede wszystkim amatorów. – Blisko – przyznaję się. Wyciągam grzebień. – Sax! – szepczę ulubione przekleństwo hakerów. Podbiega do mnie szary wilk. Szczerze mówiąc. a metodyka walki doskonale wypracowana.mnie nie sięgnie. Wskakuję na wilka. nad przepaścią szybuje skrzydlaty cień. czy naprawdę tak się denerwuje. właśnie to . – Skąd wziąłeś fanty? – pyta wilk. – Daleko pogoń. Nikt tędy nie przejdzie przynajmniej przez kilka godzin – potem woda wyschnie. Trzeba uciekać. które pojawiły się nagle. który się zawiesił. żeby spokojnie ściągnąć zawartość jabłuszka i rozpłynąć się w powietrzu. rzucam za siebie.

. ogląda się szybko i pyta: – Jaką masz trzecią niespodziankę. Młody mężczyzna w skromnym szarym garniturze i lakierkach. trzy przedmioty i koniec? – marudzi wilk. zrzucam go i uciekam. zęby i płomienie. bohaterze? Za nami leci smok. żeby troskliwy Windows Home nie sprzeciwił się przemianie. Setka różnorodnych wirusów i mocna ochrona. bojowy pogram wyższego rzędu. Smok przez sekundę krąży nad nami. gdy wirtualna rzeczywistość dopiero powstała i wszyscy zabawiali się metamorfozami. Akurat na naszym kursie wybucha pożar. uderzając obcasami. zgrywaj nowe pliki! . gwałtownie skręca w bok i jeszcze bardziej przyspiesza. Tchórzliwy partner go nie interesuje..przezwisko podsunęło mi pomysł dzisiejszej maskarady. że spadam na ziemię. Nie ma racji – zbyt wielu bojowych wirusów donieść nie można. – Wezmę to pod uwagę – dziękuje wilk. już wstaje. W skórze wilka już kiedyś byłem. Wiem już. Zatrzymuje się przed szerokim omszałym pniem tak nagle. Ledwie zdążył upaść. Ledwie zdążam szepnąć: „Vika. potem dokonuje nieskomplikowanego wyboru i spada obok bajkowego bohatera. Ale eks-wilk chwyta mnie za ramiona i z krzykiem: „Nie ma czasu!” przerzuca przez pień. – No już. Nad jeziorem smok lekko wyhamowuje. Strumień. Ale obu nam siadają nerwy. wolę użyć wody. rzeka albo przynajmniej pełny dzban. Gdy zmieniam postać. co on wymyślił. tam gdzie zawsze. dawno temu. skacze jeszcze raz i przemienia się w moją kopię. Wilk podejmuje jakąś decyzję. Ale wilkołaki są konserwatywne. Rzucam się do przodu w samą porę – nad drzewami pojawia się smok. Na szczęście nie muszę biec na czworakach – zmieniam się tylko zewnętrznie. obsypywany przekleństwami. Pikuje na nas. – Vika. Odpinam miecz. O to właśnie chodziło. jak zawsze elegancki. Poddanie się wpływowi cudzego programu mimikry to mało przyjemna sprawa. strumień! – komenderuję. – Więcej nie mogłeś wziąć? Musi być jak w bajce. Hamuję gwałtownie. podaję go nowemu Iwanowi carewiczowi. Wilk mnie nie wyda – jemu też mogą się przydać podobne programy. Ogląda się na mnie i skacze przez pień. – Jazda! – wrzeszczy mój partner i szeptem dodaje: – Wieczorem. Odskakuję na bok i szepczę: – Vika. siedź cicho!”. Smok ma trzy głowy – najwidoczniej trzech operatorów plus zwykły arsenał – szpony. wypuszczając trzy strumienie płomieni. W powietrzu wilk zmienia się w człowieka. Mój przyjaciel nurek. worku z trawą – komenderuje. – Trzecią wykorzystałem jako pierwszą – przyznaję się. ten chwyta broń i wskakuje mi na ramiona.

Przesiewajcie pliki w poszukiwaniu Iwana carewicza. Zwycięstwo. szukając ukradzionego jabłka. oczywiście. Kiedy wokół zakipiał śnieżny obłok. wilkołak znieruchomiał. Szukajcie. gdyby.. Łatwo mnie znajdzie – ruchy w rzeczywistości wirtualnej pozostawiają ślady. – Terminal. A przed trzema wyszczerzonymi mordami smoka tkwi jego kopia. Znany wszystkim znaczek Deepu. Nurek wydostał się z pułapki. Tu zachowana jest cała wirtualna zdobycz i niewielka kolekcja . rzeczywistości wirtualnej. Ręcznie podłączam się do szóstego komputera routera. Błękit zastąpił panel terminala. co się stało. gdy program zachowuje się bardziej ludzko niż powinien. Smok leciutko uderza łapą zastygłe ciało. Miło. które rozsypuje się na lodowe okruchy. potem zatrzymuję się. Stoję i czekam. Głos w słuchawkach jest ostry i zbyt głośny. Główne nici zostały zerwane. – Wyjście z rzeczywistości wirtualnej pomyślnie zakończone! – oznajmia radośnie Windows Home. mrugam. Wilkołak zdąża dosięgnąć smoka mieczem. – Wyjście – komenderuję.Za moimi plecami trwa walka. Kto będzie szybszy? Smok znowu wzbija się w niebo. Vika – mówię. – Poważnie? – chce wiedzieć Windows Home. który wytrzymał. na dysk D.. – Wyjście z rzeczywistości wirtualnej – oznajmia komputer. Informacje przesączają się na mój komputer. Potem anuluję czasowy adres w Austrii. Jabłko za pazuchą staje się coraz lżejsze. Zamrożony. – Tak. Mój przyjaciel wyszedł z gry. Dobiega mnie ryk smoka – nie znalazł jabłka i zrozumiał. wraz ze wszystkimi zdobytymi programami. Świat traci wyrazistość. spoglądam na monitor. Koniec. – Dziękuję. jest już w domu i ściąga wirtualny hełm.. Głębi.. wchodzę na trójwymiarową tablicę Nortona. przemienia się w wyblakły płaski obrazek. Na monitorach hełmu – gęsty błękit z białą postacią szybującego albo raczej spadającego człowieka. Wszystkie trzy głowy nachylają się na nimi. i zdejmuję swój dostęp. żeby Windows Home mógł łatwiej skopiować plik. – Nie ma sprawy. Ściągam hełm. Przed oczami migoczą różnokolorowe iskry. Bez sterowania głosowego wyłączam Windows Home. – Transfer pliku zakończony. Zresztą niezbyt długa. Lonia – odpowiada Windows Home. Po wszystkim. ale wobec doskonałej ochrony tego programu wirus jest bezsilny. Kluczę pomiędzy drzewami. A ja biegnę. Ten sam obrazek. Tej drobnej uprzejmości nauczyłem ją z tydzień temu. chłopaki z Al Kabara. miał je przy sobie...

– Tak? – Maniak. Oto jabłuszko. chichotał. przekonałem się. z przerwana łyknięcie aspiryny i wizytę w toalecie. to ja. gdy znajdzie się w cudzym komputerze. Niczego innego się nie spodziewałem. Spakowałem wirus wraz z kawałkiem tekstu i zadzwoniłem do Maniaka. Wewnątrz samego pliku tekstowego skaner również znalazł niespodziankę. Programy identyfikatory po prostu nie widzą mojego komputera. unieszkodliwić. poszedłem do kuchni wstawić wodę na herbatę. Programy-strażnicy? Włączam program skanujący. co nieuchronne. Maniak zajmuje się ich produkcją. półtora megabajta. Na dysku D przechowuję właśnie takie niebezpieczne rzeczy. Był już późny wieczór – czas gdy hakerzy dopiero przystępują do pracy. który – a to już nie było przyjemne – zdążył się wczepić w mój komputer. Maniak zadzwonił po trzech minutach. i marszczył brwi. mogą zawiesić każdy komputer. Z pozoru zwykły dokument edytora tekstu Advanced Word. wydzieliłem program-strażnika. które jemu samemu jeszcze nie przyszły do głowy. Zrobiłem kopię pliku na dyskietce i na CD-ROM-ie. nie niszcząc przy tym znajdujących się w nim informacji. kiełbasę. Od czasów Konwencji Moskiewskiej. że nie zdołam otworzyć wirusa. – Witaj. pożary. Jego wirusy są doskonałe. . Rozciąłem plik na dwadzieścia kawałków. obojętny na telefony. dostrzegając te chwyty. zalegalizowała produkcję pewnych wirusów. Likwidacja programów-strażników bez zniszczenia samego tekstu okazała się niemożliwa. – Puszczaj! – zawołał Maniak i błyskawicznie rzucił słuchawkę. ich zadanie polega na zniszczeniu pliku. rejestrując nieudane decyzje. Włączyłem modem i wysłałem Al Kabarowską niespodziankę w chciwe ręce twórcy wirusów. która godząc się z tym. I zacząłem kroić jabłuszko z sadów Al Kabara. Okazał się kompletnie mi nieznanym polimorficznym wirusem. Wyciągnąłem chleb. opracowany specjalnie dla takich niespodzianek. powodzie i inne drobne codzienne nieprzyjemności. Aha. Do niego przypięto dwa malutkie pliki. Musiałem czekać jakieś dwie minuty. Lonia. Głos hakera lekko złagodniał.wirusów. Znamy się na takich sztuczkach i dawno się przed nimi zabezpieczyliśmy. Wirus powinien zająć Maniakowi jakieś pół godziny. Co u ciebie? – Nowy wirus do twojej kolekcji. Z dziesięć minut będzie go rozwalał. To programy-identyfikatory. Miałem szczęście – mógł przecież włóczyć się po rzeczywistości wirtualnej. potem przez dwadzieścia zachwycał się strukturą. zanim podniósł słuchawkę. Musiałem je ogłuszyć. Malutki programik włączający się podczas próby odczytania informacji. Jasne. – Złożyłeś wizytę w Al Kabarze? – zapytał słodko. Po dwóch godzinach intensywnej pracy.

. przyjacielu! Co mogłem powiedzieć? – Przepraszam. żebym wdepnął.. tam jest lekarstwo. – Następnym razem. – Zwinąłeś im program? – Nie do końca.. jak się będziesz pchał w takie miejsca. że w komputerze jest urządzenie komunikacyjne. – Nie sam wirus. Zapadł mrok... tylko odbicie. – Mhm. niewidoczny. czemu mi nigdy nie powiedziałeś o tym wirusie? – A skąd mogłem wiedzieć. – To nie jest zwykły wirus. Ale generalnie. przykleja do każdego twojego listu jeszcze jeden. Bez tekstu. Maniak... pocztówkę.. to pocztówka. Specjalnie. uprzedź mnie. kropił drobny deszczyk. po prostu włączasz bat-plik. To mój wirus.. czyli po prostu Szura. wyszedłem na balkon.. Będzie pracował długo.. – W takim razie po prostu miałeś fart – oznajmił Maniak. Specjalny antywirus.. – I co mam teraz zrobić? – Postawić mi piwo – uśmiechnął się Maniak. – Do licha. – Zaraz dostaniesz ode mnie list.– Tak. że odnaleziono pocztówkę. włączaj modem. malutki. – Przybiłem wirus na komputerze. – Tak szybko sobie poradziłeś? – Nie musiałem. Pracował rzeczywiście powoli. Powietrze było wilgotne i . mało brakowało. o mało się nie wpakowałeś w poważne kłopoty. był bardzo poważny.. Jeśli wirus widzi. że się zajmiesz włamem komputerowym? – odparł rezolutnie Maniak. zrobiłem sobie wielką kanapkę. – Dziękuję. który sprawdza komputer. tylko tak. Masowe programy prawie pocztówki nie zauważają – zbyt wyjątkowa sztuka. Polimorficzny wirus rozpełzł się po całym komputerze. Listy idą razem. Nie ma w nim podpowiedzi. – Kłamstwo nie miało sensu. które stworzył. już z cudzego komputera. dla uśpienia czujności. co minutę oznajmiając mi. Dobra. Lonia. za to z adresem zwrotnym. Poczułem chłód. Po kilku minutach zainstalowałem otrzymany antywirus. – Namnożyło się tych hakerów – burknąłem.. Nie zrozumiałem i Maniak wyjaśnił: – Pocztówka z adresem zwrotnym. Rzeczywiście.. Spoglądając na monitor. osobiste zabezpieczenie przed własnym wirusem. nalałem herbaty do kubka.. to było wbudowane w plik. widokówka zostaje wysłana do służby bezpieczeństwa Al Kabaru.. a potem.. – Łączyłeś się z kimś przez modem? Po otrzymaniu tego pliku? – Nie. to nie jest produkt komercyjny.

Najbardziej przykre jest to. Nurków gubi zazwyczaj zbytnia pewność siebie.chłodne. wchodziłem w Głębię i stałem się nurkiem. a to usypia czujność. że nie jesteśmy zawodowcami. Jednym z setki obecnie żyjących. Hakerzy nigdy nie stają się nurkami. Niestraszne nam niebezpieczeństwa wirtualnego świata. Fart. przeciętny projektant z firmy produkującej gry komputerowe. która zbankrutowała trzy lata temu i dała mi w charakterze odprawy stary komputer. Chyba po prostu fart. A ja. . oni przyjmują wirtualny świat jako rzeczywistość.

zwane Deeptown. budowano wiele lat. był zbyt prymitywny. w najlepszym razie z narysowaną gębą rozmówcy. od której zaczęła się epoka trójwymiarowych gier. Co dopiero mówić o świecie rzeczywistym! Można było biegać po narysowanych labiryntach i zamkach. Ale to on zrodził Głębię. Wierzę. nawet bredząc w gorączce. Jego dawni przyjaciele przyznają. lubił trawkę.10 Jeszcze pięć lat temu rzeczywistość wirtualna była wymysłem fantastów. gdy były moskiewski haker. Wszystko się zmieniło. . I wszedł w grę. stworzony przez komputer. Malutki programik oddziałujący na podświadomość człowieka. Dziesięciosekundowy film. nie stanie się uczestnikiem filmu. pasjonował się medytacją. hełmy. Dmitrij Dibienko. wrzucił do Sieci i przez dwa tygodnie niczego nie podejrzewał. nie wspominając już o prawdziwych filmach. oglądany na ekranie. Miasto. Narysowane korytarze i budynki. dziś doskonale prosperujący obywatel amerykański. a podobno w niektórych krajach próbowano to zrobić. sam z siebie nie jest szkodliwy. walczyć z potworami albo z przyjaciółmi siedzącymi przy takich samych komputerach. Ale to była tylko wymiana zdań na monitorach. że był flejtuchem i przeciętnym pracownikiem. Stworzono setki gier. Sam Dmitrij chciał tylko stworzyć na ekranie komputera przyjemne tło do medytacji. Prosta gra. widz nie poczuje nic. Gdyby puścić go w telewizji. w których bohater mógł przemieszczać się w trójwymiarowej cyberprzestrzeni. nie pomyliłby iluzji z rzeczywistością. Też wierzę.. ale o wirtualności nie było nawet mowy.. Podobno miał hopla na punkcie Castanedy. A potem pewien ukraiński chłopak popatrzył na kolorowe migotanie deep programu. Prawdziwa wirtualność wymagała potężnych komputerów. niezwykłej jakości linii połączeń. Świat. Nie wytrzymywał porównania nawet z kreskówkami. tytanicznej pracy tysięcy programistów. Ale nikt. ohydne potwory i dzielny bohater z karabinem w ręku. Stworzył. ale to wszystko było niepoważne. że był cyniczny i leniwy. wynalazł Głębię. Sieci komputerów pozwalały na kontaktowanie się ludziom na całym świecie. Wprawdzie istniały już sieci komputerowe. kombinezony wirtualne. wzruszył ramionami i zaczął grać w swoją ulubioną grę – Doom.

Świat pogrążył się w Głębi. Potem były jeszcze badania. Zrozumiał. Dopiero pod wieczór. Na kamiennej ścianie przed nim pojawiło się menu gry i chłopiec z krzykiem walnął lufą karabinu w słowo „Wyjście”. co się stało. Pracownicy. zrobiona z cienkich metalowych płytek. Z inicjatywy Dibienki program otrzymał nazwę Deep i zaczął swoją wędrówkę po świecie. strzelania. Korporacje. że to gra. przypomniał sobie o programie medytacyjnym Dibienki i zaczął podejrzewać. oczy łzawiły. znikła. w którym pracował. dlaczego stała się rzeczywistością i jak ją zakończyć. a odrzut granatnika prawie zwala z nóg. chcieli osobiście pobyć w cyberprzestrzeni. a przebywanie w wirtualności ponad dziesięć godzin dziennie może doprowadzić do rozstroju nerwowego i syndromu pseudoschizofrenii. poruszając palcem w różne strony. które dowiodły. że około siedmiu procent ludzi jest całkowicie odpornych na Głębię. ale zbyt luźna i ma niewygodne wiązania na plecach. teraz musiał go naciskać powoli i płynnie. gdy zrozumiał. . nikt mu nie uwierzył. a on czuł. słabością. robi uniki przed ognistymi pociskami i wyszczerzonymi mordami.Pusta – był już późny wieczór – sala wydziału patentowego. Rozumiał. zobaczyli. jest lekka. którego myśliwiec spalono w kosmicznej walce nad planetą rozumnych fioletowych gadów. oczywiście. Bólem. że zalana krwią podłoga staje się śliska. lecz tym. które sprzedawały komputery i programy. jest bardzo ciężka. że gilzy są gorące. Lekka rana nie była już tylko procentem zmniejszonych sił życiowych na ekranie. Chłopak nie widział już komputera. IBM i komputerowa sieć Internetu stworzyli Deeptown. Opowiedział. ponosiły miliardowe straty. Chłopak siedział przed szumiącym uspokajająco komputerem. że całe ciało ma pokryte siniakami. klawiatura pod zdrętwiałymi palcami była rozwalona. od programistów po sekretarki i zecerki. z wyjątkiem tych. choć okazało się to znacznie trudniejsze niż kiedykolwiek. którzy przyszli rano do pracy. Microsoft. przy którym siedział. zmarł na zawał przy klawiaturze komputera. odwracania. Miesiąc minął do pierwszej śmierci w wirtualności – gdy starszy mężczyzna. O piątej rano skończył grę. że sam biegnie po korytarzach. I przeszedł. co mu się przytrafiło i. ale nie wiedział. Po tygodniu cały świat dostał gorączki. nieprzyjemny smak. że coś tu nie gra. Po trzech godzinach zaczął szwankować spust karabinu. wszyscy. Zapadł się klawisz. Iluzja się rozproszyła. to przejść ją do końca. co zdołał wymyślić. zmuszając narysowaną postać do poruszania się. pod którą ukryto skrytkę z nabojami. Jego palce naciskały na klawisze. strachem. że kamizelka kuloodporna. Eliksir przywracający zdrowie miał gorzki. który w grze odgrywał rolę spustu. Ale to już nie mogło nikogo powstrzymać ani przestraszyć. Jedyne. Chłopiec wyłączył komputer i zasnął na krześle. że kamienna płyta. Potwory zostały pokonane. czym powinna być prawdziwa rana. Okazało się.

rozpoznawalne szczegóły. Głębia była znacznie ciekawsza – niechby nawet niedostępna dla wszystkich. twarzy ludzi i detali samochodów. Niebieskie spodnie – dżinsy. Świat zanurkował. . Intelektualna elita złożyła przysięgę na wierność nowemu imperium. podzielona na prostokąty – ceglany mur. Brązowa ściana. Tylko ogólne zarysy i drobne.Główną zdobyczą wirtualności Głębi była prostota. I nie miał zamiaru wracać na powierzchnię.. Głębi. Błękit na górze – niebo.. Nie trzeba szczegółowo rysować budynków i pałaców.

– Dobry wieczór. Błękit. – Włącz Deep. Lonia – rzekła Vika. Zamyślona kobieca twarz na monitorze spochmurniała. usiadłem wygodniej. – Połączenie na dwadzieścia. spać nie chciało się zupełnie. Bo ze wszystkimi swoimi milionami i prototypem ósemki – w charakterze domowego komputera jesteś zaledwie szeregowym obywatelem wirtualności. kanał stabilny – powiedziała Vika.11 Zanim wyczyściłem komputer z wirusa-pocztówki i spakowałem zdobyty plik – teraz w przestrzeni wirtualnej będzie wyglądał jak zwykła dyskietka – minęła północ. Głowa już nie bolała. osiem. Stary koń bruzdy nie zepsuje. ale jakoś nie mam serca zmienić go na lepszy. pentium. potem różnokolorowe rozbłyski.. Włożyłem hełm. Dima? Z twoją rozchwianą psychiką. miesiącami ciułającego pieniądze na wizytę w Deeptown. dyletancką wiedzą o psychologii. reset – zakomenderowałem. Jak mogłeś stworzyć deep program. Podłącz się do Deeptown. – Dziękuję. – Naprawdę? – Oczywiście. osiemset. obraz się rozmazał. co próbujesz zrobić? Zrozumieć własne olśnienie czy wymyślić coś jeszcze bardziej zdumiewającego? Czy po prostu oddajesz się rozpuście i palisz trawkę? Albo włóczysz się przez okrągłą dobę po zaułkach Deeptown. – Zrobione. Który z obywateli Deeptown śpi w nocy? – Vika. Pstrykanie modemu wybierającego numer. Ekran lekko ściemniał. zachwycając się dziełem własnych rąk? Chciałbym to wiedzieć. jak prowincjonalnego programistę z rosyjskiego zadupia. Głębia trzyma cię równie mocno. Komputer mam niepoważny. . biały wybuch na środku ekranu. przez zwykły kanał. Ale nie chciałbym znaleźć się na twoim miejscu. – Jestem gotowa do pracy. elementarnymi wiadomościami z dziedziny neurofizjologii? Co ci pomogło? A teraz.. Potem komputer zaczął migać indykatorem twardego dysku. gdy jesteś bogaty i sławny.

Mężczyźni i kobiety. Jednak dzisiaj jest inaczej. – Witaj. Oczy barmana ożywiają się. Tym razem żuczków nie ma. Wsuwam do niego ELO. zamykam drzwi. Reklama. siadam przy wolnym stoliku. Biorę ze stołu dyskietkę ze zdobytym plikiem. raczej inteligentnym mężczyzną. ale za oknem widać błyski reklam. Kompanie produkujące alkohol pozwalają za symboliczną opłatę wykorzystywać w rzeczywistości wirtualnej wzorce swojej produkcji. – Wszystko w porządku. jak barman miesza napój. Kierowca jest dla odmiany starszawym. Pokój wygląda tak samo. Andriej. Pomieszczenie podzielono na trzy części – dania wschodniej kuchni podają w tej zbudowanej z mat. kilka zakrętów i już przed nami pojawia się dziwny budynek: częściowo kamienny. włączam. Jedziemy szybko. Ale i tak ją kupują. – Witaj! Czego się napijesz? – Dżin z tonikiem i lodem. I dlatego jestem od ciebie szczęśliwszy. Za to coca-cola kosztuje dokładnie tyle. Stojąc na chodniku. mniej więcej w równych proporcjach. Dima. Roli Over Bethoveen. Pójdę się przejść. Lonia! Kiwam głową. Na półce pośród dziesiątek książek i sterty płyt CD leży odtwarzacz. oczywiście. Ale teraz po prostu czekam na wspólnika. Przyglądam się klientom. – Do restauracji Trzy Prosiaczki! Kierowca kiwa głową. Tonik – prawdziwy schwaps. nakładam słuchawki. słychać cichy szum samochodów. Patrzę. Nie mam ochoty na jedzenie. . Podchodzę do baru. taksówka hamuje. Kobiety piękne jak marzenie. za którym stoi mężczyzna. podnoszę rękę. chowam do kieszeni. – Tak. Lonia? Rozglądam się.. Czasem gospodarz restauracji sam obsługuje wirtualnych klientów. Biorę szklankę. ile w realu. dżin – porządny beefeater. Z radosną muzyką w tle wychodzę z pokoju. Wchodzę do znajomej restauracji. ale to czysto mechaniczna uprzejmość. wsiadam. w drewnianej.Nie jesteś nurkiem. częściowo ze słomianych mat. w chwilach wyjątkowego napięcia finansowego stołuję się w Trzech Prosiaczkach. ciężkim. europejskiej można skosztować w kamiennej. zna ten adres. Vika. częściowo drewniany. Tego właśnie chciałem. Wirtualne dania dają wrażenie sytości. rosyjskiej. – Kompania Deep Przewodnik wita cię. rozglądam się. Pepsi-cola jest bezpłatna – też chwyt reklamowy..

Albo sama rysowała sobie twarz. Po prostu moja podświadomość czujnie rejestruje wszelkie przerysowanie w wirtualnych maskach mężczyzn – dysproporcję nazbyt umięśnionych postaci i zbyt rozpoznawalne rysy twarzy znanych aktorów przyklejone do ciał kulturystów. od blondynek skandynawskiego typu do Murzynek z antracytową skórą. Mogę wyjść z rzeczywistości wirtualnej i sprawdzić te dwadzieścia kontrolnych fotografii. – Można? – przysiada się do mnie dziewczyna. Dziwna rozmowa. czy jest pan Rosjaninem? – pyta dziewczyna. zwykły biały kostium. Końska dawka alkoholu nie spowoduje kaca. Jeśli ma się doświadczenie w tej dziedzinie. Dziewczyna nazywa wirtualność Głębią. albo znalazła w jakimś filmie sympatyczną buźkę.Najróżniejsze. chwała Bogu. Upijam łyk dżinu. – Oczywiście – odwracam się do niej. A na wynajęcie projektanta mnie nie stać. czysta. – Nosiłam inne twarze – dziewczyna jakby odgaduje moje myśli. Ale i tak wiem. Sympatyczna i. Czasem warto pamiętać nowe twarze. Podoba mi się to. Wszystkie są piękne. nawet po wyjściu z Głębi upojenie przez jakiś czas się utrzymuje. Kiwam głową. które mam w komputerze. Dla kobiet moja podświadomość miłościwie robi wyjątek. – Robienie z siebie Schwarzeneggera czy Stallone’a jest głupotą. W każdym razie. imperator. Barman już podaje dziewczynie kieliszek białego wina. – Nie bywam tu aż tak często. W odróżnieniu od jej zachowania. że tej dziewczyny nigdy nie widziałem.. Klienci baru w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Dziewczyna ma dobry gust. podświadomość radośnie nurkuje w alkoholowe opary. albo zrobiła to. Faceci – przeważnie potwory. Jasne włosy. W mózgu rozlega się alarmowy dzwonek. która nie zdążyła się `opatrzyć. Ale upić się można. – A pan zawsze nosi tę samą. Może w tym czasie organizm zaczyna produkować naturalne narkotyki – endorfiny? Nie wiem. W . Kłamstwo. przesadzam. Dobrze mi tu. Tutaj zawsze jest dobre jedzenie. – Przepraszam. No nie. – Za to ja owszem – mówi dziewczyna. Na piersi medalion na złotym łańcuszku – pewnie jakiś program. – Głębia sama w sobie jest droga. Wzruszam ramionami. – Zdumiewające – mówię. Chilijskie. trochę blada matowa cera. Nie trzeba czekać na kelnerów. – Często tu pana widzę – oznajmia dziewczyna.. rozluźniony opieram się o bar. nierozpoznawalna. Żaden prawdziwy bar czy restauracja nie może równać się z wirtualnym. wzorując się na mało znanym obrazie. – Zmiana wizerunku to droga przyjemność – zaczynam samobiczowanie.

... Na wizytówce jest nie tylko adres internetowy. Zresztą Nadia na to nie liczy. – Może masz rację. grzeją się procesory.. – Wierzę – dziewczyna kiwa głową barmanowi. bez żadnych niespodzianek. zauważa jej spojrzenie i dumnie wysuwa podbródek.. Nadieżda Meszczerska. jakie oczy sobie narysował. on rzeczywiście jest Rosjaninem. – Jak sądzisz. Windows Home milczy... Każdy naród ma swoje kompleksy. – Tam siedzi grupka Amerykańców – ciągnie Nadia bez śladu szacunku.. przez linie telefoniczne przechodzą megabajty bezsensownych informacji. – Dziękuję. przedstawiam się: – Leonid. – dziewczyna zagryza wargi. Nadiu? – Tak.. – Tamten cudak to najwyraźniej Japończyk. Podaje barmanowi kieliszek. Dziewczyna odrzuca włosy do tyłu ładnym i naturalnym gestem. – Nadia rzuca mi szybkie spojrzenie. czy on odwiedza wirtualność? – Nie wiem. „Chłopak”. – Nie kłamię – mówię łagodnie... to rzeczywiście tylko adres. ale i głosowy telefon. – Powiedzmy tak: nieaktualnych informacji. Setki komputerów pożerają energię. jak się pan nazywa? Już rozumiem.wirtualności jest wielu Rosjan – nigdzie na świecie kontrola połączeń internetowych nie jest tak symboliczna jak u nas. widzisz. już jesteśmy na „ty”. Czasopismo „Pieniądze”. nie nastąpi.. Nie można Nadii odmówić spostrzegawczości.. – Informacje nie mogą być bezsensowne. Obrzuca spojrzeniem salę. wyraźnie się denerwuje.. kiwa głową. Uścisk dłoni.. ty gdzieś w Samarze. Reporter.. niestety. Tutaj zbyt uprzejmy ton oznacza zniewagę.. Głębia jest demokratyczna. zabójczo przystojny Meksykanin z telenoweli. Jesteś dziennikarzem. – sekunda wahania i Nadia wyciąga z torebki wizytówkę: – Proszę. Pewnie tak. – Przepraszam. Chowam ją do kieszeni. – Nie Dmitrij Dibienko. Bo chyba to panią interesuje? Dziewczyna zagląda mi badawczo w oczy. – Pewnie jestem strasznie nietaktowna. Rewanż. Wizytówka jest czysta. Jednym haustem dopija wino. – Słowo honoru. – Ja jestem teraz w Moskwie. I już się znamy. ten szybko napełnia go znowu.. nazwisko.. tamten chłopak w Penzie.. – Dziwna rzecz ta Głębia – rzuca. ale. potem podaje mi rękę: – Nadia. imię. Robimy z siebie głupków w nieistniejącej restauracji. I to ma być nowa era światowej technologii? – A czego się spodziewałaś? Wymiany plików i rozmowy o częstotliwości procesorów? . przy kieliszku wyobrażonego alkoholu.

staniemy się impulsami w sieci elektronicznej.Przecież jesteśmy ludźmi. wszystko. – Ciepło dłoni.... – Odwiedź kiedyś nasz kościół. Głoszą chyba zjednoczenie komputera z człowiekiem. czy tak to sobie wyobrażał? Czy to. – Leonid. napić się grzanego winą. a my nadal dopasowujemy ją do starych dogmatów. – Podobnie jak Głębia. Ale parę miliardów ludzi nigdy nie było w Głębi. a może oczekują od rzeczywistości wirtualnej jakichś niesamowitych łask. – Jesteś turinką – domyślam się. Na ... znasz doktrynę turińczyków tylko ze słyszenia – oświadcza Nadia. Chciałabym go zapytać. Wirtualność może zmienić świat. naprawdę ci się to nie podoba? – Od tych rzeczy jest rzeczywistość – patrzy mi w oczy. to nie moja sprawa. – Szukam Dibienki. chłód wieczornej bryzy i aromat kwiatów. Ale czy tak naprawdę nie podoba ci się to miejsce? Nadia wzrusza ramionami. z pękatego kieliszka. księżyc na niebie i piasek pod nogami. dotykam jej twarzy. to gorsze niż mikroskop do wbijania gwoździ. – A czy to wszystko często występuje razem w rzeczywistości?! Tu wystarczy otworzyć drzwi – wskazuję głową na drzwiczki w japońskiej części restauracji – i wszystko znajdziesz w jednym miejscu... Zmienimy nędzarzy i bezdomnych w skarbonki informacji. – Jesteśmy ludźmi nowej epoki. jest słuszne z jego punktu widzenia? – Rozumiem. co powiedziałeś. – Wirtualność nie powinna być namiastką rzeczywistości – mówi z przekonaniem Nadia. – Leonid. Lonia. – Oczywiście.. cierpkość wina. co się dzieje. – Naturalnie. – Miliony ludzi nigdy nie widziały telewizora. plusk ciepłych fal. Nigdy nie pragnęłaś chłodnego jesiennego poranka postać sobie na skraju lasu nad stromym brzegiem rzeki. Może kiedyś zajrzę. jest słuszne.. Nadia krzywi się. Ale miejsce tych przyjemności jest w realu. Wzruszam ramionami. – To co robisz w tej idiotycznej knajpie? – pytam. – Właściciel restauracji jest romantykiem – mówi Nadia.. Turińczycy to kontynuatorzy pewnego pisarza fantasty z Petersburga.. a wokół nikogo. skąd bierzesz pieniądze na częste wizyty tutaj. – Real nie zawsze jest taki dostępny. Wyciągam rękę. – Tak! – odpowiada z lekkim wyzwaniem Nadia. W Głębi jest wiele interesujących miejsc. Nie wiem.. Nanotechnologia wykorzystywana do imitacji alkoholu.

Siadaj. ścieram szminkę z twarzy i grożę Nadii palcem. A on. muszę odwiedzić kilka miejsc. Mój przyjaciel wilkołak stoi obok. jak patrzyliby na mnie koledzy? Otwarta i mądra. krzywiąc się lekko. – A może by tak. jaką zrobiłby minę. marker! – szepczą szpilki w moich klapach. – Witaj. – W takim razie powodzenia – rzucam. wszystkie zajęte. ale miesza. zapragnęłabym dalszego ciągu. nurkowie. to tylko dziennikarka. idiotka! A tak nam się fajnie gadało. Ja tu weszłam z pracy.. Zbyt wiele osób pragnie poznać nasze prawdziwe nazwiska.. – Dżin z tonikiem. Co zrobić. A wirtualny seks jest zabawny tylko wtedy.. Napięta twarz. – Lonia? Oglądam się. Biały garnitur. Daj Boże. Cholera. – Wolę nadal pozostać tajemniczy. dziewczyno. Wilkołak głośno wciąga powietrze. Romek. ale podaje szklankę z pieprzowym absolutem. nieco staromodny krawat. Jednym haustem wypijam dżin i pstrykam palcami na barmana. Zepsuła całe wrażenie. Wieczorna plaża i wino. – Mam jeszcze pół godziny. gdy siedzisz w domu. My. Sześć komputerów w pokoju.wszystkie nie wystarczyłoby życia. lakierki. Nie martw się. – W poszukiwaniu Dibienki? – kręcę głową. – Dziękuję. Wyobrażasz sobie. to by już nie była praca. – Lonia.. Może zamówić tequilę z sokiem pomidorowym? Ciekawe... Wyciągam chusteczkę wirusobójczą. – Pójdę już – Nadia wstaje i rzuca na ladę monetę. – Lonia. Fajna dziewczyna. – Nadia pochyla się i całuje mnie w policzek. – Co to za dziewczyna? – Nic szczególnego. – Próbowała cię naznaczyć! – Wiem. w zamkniętym pokoju. Ten robi groźną minę.. jesteśmy trochę paranoikami.. Chyba się stropiła. tajemniczy nieznajomy. wyciera usta i . kiwa na barmana. jeden do jednego! Barman krzywi się. ciepły piasek hawajskich plaż i czerwone chilijskie? Nadia uśmiecha się. marszczy brwi. żeby rozłożyć ręce i powoli się oddalić. jak Roman pije. Trudno nawet patrzeć. Ale wystarczyło jej zimnej krwi. Romek siada. Cholera. żeby w realu Nadia była tak samo inteligentna i szczera.

Zarabia nie mniej niż ja. północny. Za drugimi drzwiami jest las. z gałką muszkatołową. Pyszne. Obok. Sucho i bez komentarzy. – Lubisz pieprzówkę? – pytam mimochodem wilkołaka. my ich nie zobaczymy. migoczące magicznym światłem potwory. . Chmury na niebie. – Roman bierze szklankę. Może w realu jest alkoholikiem? Nie wiem. nad rzeką. ale z progami. klepię się po kieszeni koszuli. W małym przedsionku mówię cicho: – Indywidualna przestrzeń dla nas dwóch. Albo rzeczywiście jest alkoholikiem zdolnym w ciągu kilku dni przewalić setkę zielonych. – Za dziesięć minut.oddaje szklankę. niskim zaroślami. gdzie leży dyskietka. Zimny wiatr przenika do szpiku kości. – A zleceniodawca? Patrzę na zegarek. a w nim. – Odchylam połę marynarki. mrużę oczy. – Idziemy. Wilkołak rozluźnia się lekko. – Towar jest na miejscu. z cynamonem. powoli pijąc drinka. Wieje silny wiatr. Wychodzimy nad rzekę – strome zbocze pokryte czepliwymi. Cholernie chciałbym wiedzieć. Biorę swoją i wychodzimy przez drzwi w kamiennej ścianie. toniku i absolut pepper. Nad urwiskiem stoliczek. Z tyłu zostaje kamienny domek – tak wyglądają Trzy Prosiaczki z tej strony. rwąca. których pragnie skosztować każdy rekin.. pierwotny.. Jesteśmy zbyt cennym towarem. – Wszystko w porządku. Rzeka nie jest górska. Teraz. Ukrywamy się przed sobą tak samo jak przed wrogami. kulę się. I niklowany termos. Roman. – Zrozumiałem – dobiega spod sufitu. W dali widać stado jakichś dużych ptaków – nie wiem jakich. – Tak. o ile wiem. Idziemy ścieżką. kim jesteś. na nim butelka dżinu. który uprzednio podał kod. Może ma prostszy hełm – bez klimatyzatora? Kto wie. Dostęp dla człowieka. ilu klientów chciałoby się przejść w przestrzeni wirtualnej Trzech Prosiaczków. Ale to niemożliwe. Jedynie kupca. Głębinowe ryby. Nieprzebyty. wanilią. który poda kod „szaryszary-czarny”. Wirtualność jest okrutna wobec nieostrożnych. bez względu na to. nigdy nie podlatują bliżej. – Doniosłeś jabłko? – pyta Roman. Mój towarzysz jest niewrażliwy na chłód. ale może mieć na przykład dużą rodzinę. grzane wino.

Jak ja nienawidzę tajemnic. Roman? – Harpie – odpowiada. – mówi dziwnym tonem wilkołak. Nie ma nic lepszego od złej pogody. – Rules! – mówi. Roman pali gandzię. wiatr. Lonia? – Roman podaje mi papierośnicę. On zna to miejsce.. ale pali. nie patrząc. – Ciekawe.. Trafia do jego duszy. szaro-niebieskie chmury kłębiące się nad głową. Teraz obaj popijamy grzane wino z korzeniami. Nalej mi wina. Każdy ma swoje skojarzenia i analogie. Ale i tak się nie upija. Argumenty Nadii nie wydają mi się już tak szalone.. kolendra. Zimne piwo. Biała piana na kamieniach. Po jakichś dwóch minutach pstryknięciem posyła niedopalonego papierosa w dół i mówi: – Dziecinada. Ciekawe.. Siadamy obok siebie. – Co za różnica. patrzymy na rzekę. komputer siódmego pokolenia. – Podobno w Moskwie doją kury. Trzy wiklinowe krzesła. Kiwam głową. Dla Romana ten pejzaż najwyraźniej coś oznacza.. które nas otaczają.. Niech tam. Roman waha się. do licha. Śnieżne lato. Ja piję wino. Dla mnie to tylko ładne miejsce. – Nie.. piękna . – To grzaniec. – Przyjemna pogoda – rzucam na chybił trafił. pełny kieliszek w ręku. W wirtualności nie bywa jutra. – Palisz trawkę. – Śnieżne mamy w tym roku lato. dlaczego. – Co to za ptaki. Boimy się wszystkiego. Pięknie.pieprzem.. Tak jest zawsze. Chyba naprawdę jest alkoholikiem i narkomanem. Jeden łyk i jego szklanka jest pusta. skąd się wzięła ta rzeka. – mówi wilkołak i spogląda na mnie z ironią. Boimy się siebie nawzajem. Wdycham aromat. Nie dowiem się. – Bywałeś tu? – W pewnym stopniu. Jutro na pewno spadnie śnieg. Psiakrew. Roman kiwa głową. Nalewam sobie grzańca do ciężkiego ceramicznego pucharu. – W życiu nie widziałem piękniejszego miejsca. Rules to coś dobrego. – Podobno jest znacznie mniej szkodliwa niż alkohol i nikotyna.

– Ale następnym razem żaden nurek nie kiwnie dla pana palcem.. – Szczerze mówiąc. – Przecież się umówiliśmy. . on mnie pod przezwiskiem Strzelec. przynajmniej na początek. To moja operacja. Oddaję panu plik – pstryknięciem przerzucam dyskietkę przez stół.. banalna twarz. Dowiedzieć się. Bardzo skuteczne. – I to jest warte sześć tysięcy? – To jest warte sto tysięcy. panie Schellerbach. Siedzimy nad urwiskiem i jest nam dobrze. Znałem go tylko pod ksywą Cwaniak. – Jak ja lubię wasze poczucie humoru.dziewczyna. jego spojrzenie nabrało śmiałości. grzaniec..... Cwaniak porozumiewa się przez program-tłumacza. – A. ale kto lubi leżeć w łóżku z temperaturą i katarem? – Ja nie. Teraz to starszawy mężczyzna. patrząc na zegarek. Głos ma zbyt spokojny. Młody mężczyzna z dyplomatką w ręku. Gość wzdryga się. Roman marszczy brwi. – Nie przeczę. – Poczekajmy na zleceniodawcę. Rozkładam ręce. Płaca powinna być proporcjonalna do stopnia trudności. Wilkołak milczy. Kupiec pojawia się dziesięć minut później. Schellerbach bierze dyskietkę i zamiera. – A sądziłem. – Pan uważa inaczej? – Rozumie pan.. – Dzień dobry – odpowiadam. – zleceniodawca siada na trzecim krześle. do jakiej strefy czasowej należy. zwyczajny garnitur. choć nerwową fizjonomią.. załatwiony wirus. – Urodzaj dojrzał? – Ciężkie mamy jabłka tego roku – wyjmuję dyskietkę. patrzy na mnie pytająco. jaki jest indywidualny czas nurka. ty decydujesz. Sześć tysięcy dolarów. Kupiec jest schludny i niepozorny.. oczywiście. z władczą. – Roman zmienia się na twarzy.. Strzelec! – mówi do mnie. Piję wino i przyglądam mu się. Wilkołak kiwa głową. spodziewałbym się większej wdzięczności za podobną pracę. określić. że słowo nurka to rzecz święta. to już bardzo dużo. – Według pańskich słów tyle to było warte. – Twoja operacja. – Pomylił się pan. gdy już zaczynam się niepokoić.. kładę na stole. – Dobry wieczór. panie Schellerbach.. Przeziębienie to drobiazg. – Schellerbach-Tiertyj zmienia się na twarzy. Gdy Schellerbach skopiował plik. – Co było w tamtym jabłku? – Nowe lekarstwo na przeziębienie. – Więc? – pytam.

– Pańskie konto.. Peter. Prawdziwa wolność to zawsze tajemnica. To bardzo dużo. patrzymy w ślad za nim. – A na stały kontrakt? – Nie. potem zdecydowanie podnosi kieliszek.. Z mojej strony to gest dobrej woli... jak to jest być nurkiem? – Normalnie – odpowiada Roman. Fantazja.– Pięćdziesiąt – mówi. – Za powodzenie! . – Czego pan się tak boi. on mojego nie. To dużo.. że jestem zbrodniarzem winnym genocydu. Oddala się ścieżką. – Powiedzcie. panowie. Podaję mu kartkę z numerem konta w Szwajcarii. – Naturalnie. Bank nie zdradzi mnie nigdy. Żywe. – Schellerbach odchodzi kawałek i zatrzymuje się. – Lonia. panie nurku! – Pięknie. – Dla każdego? Milczy – bardzo. – Pan również jest nurkiem? Czy tylko chodzącym zestawem wirusów? – Nurkiem – mówi Roman. rozkłada ręce.. bardzo pan ostrożny... Za absolutne bezpieczeństwo. nieopodatkowane. z przyjemnością oglądam cyfrę.. – Cóż. Nawet gdyby międzynarodowy trybunał oznajmił. – ogląda czek. Potem wypisuję czek na pięćdziesiąt tysięcy wilkołakowi. nurku. Lata spokojnego życia w wirtualności. – Pięćdziesiąt każdemu.. niestety. – Zgadza się pan na dalszą współpracę? Wyjmuję książeczkę czekową. Poddaje się. – Trzeba tylko pamiętać.. które przyszły znikąd i donikąd odeszły. powiedz. Po kilku sekundach na moim koncie pojawia się sto tysięcy. Schellerbach kręci głową. To są pieniądze. – Ujemny procent. nurku? – w spojrzeniu Schellerbacha jest ciekawość. Czego ja się boję? – Nazwisk. pełnokrwiste.. jesteś szczęśliwy? – pyta wilkołak. Ja znam jego prawdziwe imię. Peter. powodzenia. Zerka na Romana.. Napełniam kieliszki. – Rozumiem – zgadza się Schellerbach. bardzo długo. Za to właśnie płaci się ujemny procent.. że wszystko wokół to gra. – Nie mam innego wyjścia. – Nie wychodzi mi to. – Całkiem możliwe. – Wielka kasa.

Pije wino. Samotność – druga strona wolności. – Rachunek. szybko. szybko! . Rozpływa się w powietrzu. brzęcząc i podskakując.. – Muszę iść. Nie mogę mieć przyjaciela. przyszli do mnie. Roman – rzucam w pustkę. Gwałtownie. gdy nurkowie otwierają się przed sobą. Przez chwilę wydaje mi się. – Nie znikniesz z Głębi? – Nie. – Wzajemnie. Jesteś nietypowy – mówi. Roman. kieliszek spada na podłogę i toczy się. – Powodzenia. – Rachunek – rzucam ze złością w przestrzeń.– Za powodzenie – zgadzam się. że zbliżamy się do tej niewiarygodnej krawędzi. ciekawie się z tobą pracuje. Roman kiwa głową z wyraźną ulgą. – Wiesz. Wilkołak wstaje..

chyba nieprawdziwa. przynajmniej moim zdaniem. nawet kupić za pół ceny skradziony program. Wracam do restauracji. Część można zrozumieć od razu. Na małą drewnianą estradę wchodzi chłopak w dżinsach i śnieżnobiałej koszuli. chwila wahania – wezwać taksówkę? – w końcu idę pieszo. Miejsce.. że nie chce mi się spać. To jedno z najciekawszych miejsc w wirtualności. piją piwo i gadają. – Wychodzi Stirlitz z domu. – zaczyna chłopak. Ale mnie to nie interesuje. pomiędzy nimi skwery i place zapełnione ludźmi albo puste. Trzeba się przejść. Część klientów się zmieniła. Długie rzędy budynków. na ławeczkach siedzą ludzie. niektóre mają specjalnie tajemnicze nazwy. zbliżam się do rosyjskich kwartałów dyskusyjnych. Skwer przypomina park kultury z lat sześćdziesiątych. Wychodzę z Trzech Prosiaczków.. Dalej będą bardziej solidne kluby. Skręcam na skwer z tabliczką DOWCIPY. Dużo ludzi. Siedząca obok mnie dziewczyna gwiżdże i rzuca w chłopaka butelką po piwie. Całkiem przeciętny. Siadam z boku. pogadać o oprogramowaniu. O czym się chce. Unikam głównych arterii. gdzie można załatwić konsultację w kwestiach technicznych. Obrzucają go leniwymi spojrzeniami. gwarno i wesoło. towarzystwo Amerykanów nadal chichocze z własnych dowcipów. Oglądam wyszukane tabliczki. Zbyt fartowny dzień. każdy w innym stylu. W rogu cicho gra paroosobowa orkiestra. . gdzie można po prostu porozmawiać.100 Najbardziej przykre jest to. To echa epoki przedwirtualnej. DOWCIPY ROZMOWY O NICZYM PRZYGODY SEKSUALNE DZIWNE MIEJSCE OWIES ROŚNIE! KSIĄŻKI SZTUKI WALK Tutaj przychodzi się pogadać na konkretne tematy.

– Proszę państwa! – krzyczy. – Upijam łyk. Dziewięćdziesiąt procent dowcipów. rozgląda się jak zaszczute zwierzę i zbiega z trybuny. Mężczyzna próbuje zrobić unik. ale bez skutku. Aha.. Tak.... Moderator grozi mu palcem. czy zareaguje później. nieprzyjemnie wyglądającym urządzeniem w ręku.. – mówi w zadumie moja sąsiadka. jak przyjęto mówić. „plus”.. Daleko. Lufa podskakuje i w stronę handlowca leci lśniący purpurowy przedmiot w kształcie krzyża. Chłopak przy akompaniamencie gwizdów i krzyków mimo wszystko kończy dowcip. którzy jeszcze nie wiedzą. Jasne. Na trybunę wchodzi kolejny chłopak. – Off topic! – Leniwie. które się tu opowiada. na drugim końcu skweru. że Kain zabił Abla za opowiadanie kawałów z brodą. Większa indywidualność. – A może to był początek dowcipu? – woła ktoś z miejsca. . Obecni cichną. – Firma Litkomp ma zaszczyt zaproponować po najniższych cenach. rozkoszując się widowiskiem. Zimny heineken od razu poprawia mi nastrój. Pytanie tylko. jeśli tylko moja podświadomość nie dorysowała mu akcentu. że staję się czujny. że nihil novi sub sole.. W każdym klubie jest człowiek pilnujący zgodności prowadzonych rozmów z dozwolonym tematem. ale z zimną złością mówi moderator i podrzuca broń.. to starocie. Przedstawiciel Litkompu też go zauważa i zaczyna szybko mówić: – Twarde dyski Qantum Lighting. Wystarczy pobyć tu pół godziny. Tłum chichocze z aprobatą. ale ten jest dzisiaj w dobrodusznym nastroju. potem znowu celuje w handlowca.Rozumiem ją doskonale. Trzy takie plusy i klub Dowcipy będzie dla niego zamknięty na zawsze. Szelmowski wyraz jego twarzy sprawia. Western Digital. zeskakuje z estrady i odchodzi w noc. – Litkomp... Ten klub uwielbiają debiutanci w wirtualności. Chłopak zerka na małą budkę w rogu sceny. Rozglądam się w poszukiwaniu baru... pora zmienić twardziel. Ten porzuca daremne próby starcia połyskującego plusa z koszuli. Dziewczyna w milczeniu podaje mi butelkę piwa. Zarzuca miotacz plusów na plecy i odchodzi do swojej budki przypominającej wygódkę na daczy. Ja też patrzę na budkę – kryjówkę moderatora. w jakiś sposób przypominający mieszkańca krajów nadbałtyckich. Moderatorzy nigdy nie chybiają. Jest na miejscu. albo. – Dziękuję. Na koszuli handlowca rozkwita ognity krzyż. czy moderator jest na miejscu. aby nabrać pewności.. Ktoś go jednak oklaskuje. Rzeczywiście pochodzi z Łotwy. – Załatw go! – podjudzają moderatora. Drzwiczki budki otwierają się i wychodzi chłop jak dąb z ogromnym. – Trzeba będzie poznać cenę..

– Dziękuję za piwo – mówię dziewczynie.Jednak handlowiec dopiął swego. – Pewnego dnia Kubuś Puchatek i Prosiaczek. Niedostępne zwykłemu obywatelowi Deeptown. Co za potworna nuda. Lonia. Ładne kwiatki. – Dobrze. to żywy człowiek. Brodaty. pokazaniu głupoty i absurdu pierwowzoru. W teatrze letnim Filmy imponujący mężczyzna z ożywieniem gestykuluje. – Proszę się zatrzymać. chociaż nie podałem adresu. A karykatury nigdy nie są lepsze od oryginału. demonstrującego jakieś dziwne ruchy. To nie skok do przodu. – Słucham. Że już jedziemy. wstaję i opuszczam skwer.. karykatura pozbawiona jest sensu. Oczywiście.. nigdy przedtem takiego nie widziałem. wsiadam. Wtedy dociera do mnie.. dobra? Tak będzie lepiej. Jakiś punk czy co? – Samochód zaraz przybędzie – oznajmia Windows Home. – Twój program cię nie słyszy – oznajmia kierowca. od niechcenia kręcąc kierownicą.. To nie program. – Kim pan jest? Brodacz tylko się uśmiecha. Idę wzdłuż klubów. – Stąd jest tylko jedna droga – mówi kierowca z uśmieszkiem.. w podartej koszulce. – Siedź cicho. dobiega mnie: „Tandeta! Straszna tandeta!” Nudno.. odwracając się. – Nie wolno. – Vika.. Może warto pojeździć trochę po mieście. Nigdy nie słyszałem o porwaniach w świecie wirtualnym. – Vika. A ponieważ my nie możemy zmienić świata.. mam wyjście. że kierowca nie wygłosił tradycyjnego powitania. Samochód Deep Przewodnika hamuje obok mnie. wyjście z rzeczywistości wirtualnej! – komenderuję. Właściwie nie jestem w złym humorze.. Bez odpowiedzi. Ma szramę na policzku i zepsute zęby. Kierowca jest jakiś dziwny.. . z tatuażami na plecach. wstąpić do centrum rozrywki. panowie.. Zaglądam. Dlaczego w rzeczywistości wirtualnej dowcipy o Stirlitzu i Kubusiu są aż tak popularne? Jakaś psychologiczna aberracja. Ich zadanie polega na wyśmianiu.. otwieram drzwi. tylko jakoś się tak dziwnie czuję. stojąc przy ekranie. Na scenę wychodzi jeszcze jeden amator humoru. Może turińczycy mają rację? Przemieniliśmy wirtualny świat w karykaturę prawdziwego życia. – Wezwij mi taksówkę. lecz krok w bok. – Kierowca szczerzy się. Przez zakratowane szyby Sztuk walk widać kruchego chłopaka o azjatyckim wyglądzie.

– Ciekawe. Tylko czy nie tego właśnie po mnie oczekują? Dowodu. Sześć kul – sześć różnych wirusów. – Sam się prosisz – mówię. i wyjmuję rewolwer. może wyśledzić Unię telefoniczną? I dlaczego wszedłem dzisiaj z głównego adresu? Pierwszy lepszy dyletant pozna moje dane! – Czego pan chce? Kierowca ignoruje mnie. ale liczę na różnorodność pocisków. naciskam enter. który postrzelił złotego ptaka. Kolejne dwa pociski w ogóle nie opuszczają lufy – unieszkodliwiono je w bębenku.Wyjść z Głębi samodzielnie i ręcznie przerwać połączenie. . gdy jestem w „samochodzie”. Efektu. Bez szczególnej nadziei walę kierowcę rękojeścią – to też słaby wirus. nie widząc celu. oczywiście. Trzy kule przechodzą przez niego. Znowu jestem w samochodzie. jak szarpię klamkę u drzwi. Jedna rozpłaszcza się i spada na podłogę – wirus został zabity. nie pozwolił zobaczyć swojego komputera. Słaba broń. Kładę palce na klawiaturze. poddaję się.. że jestem nurkiem. Nieźle. A niech mnie. I przerwania połączenia. ale nie spuszcza z oka – ciekawość myśliwego. Głębio.. który. Kierowca ogląda się na mnie zakłopotany. W końcu każda zdobyta informacja jest cenna. Działa. Dobry antywirus. – Nie rzucaj się – radzi kierowca. A w kieszeni ciąży granat. ale zrobione. Zablokowano głosowy kanał połączenia. Teraz ja milczę. – Dostał pan przesyłkę? – pyta kierowca. Jedziemy dalej. wybieram kilka komend. Jeszcze raz próbuję połączyć się z Viką – bezskutecznie. Deep Enter. wystrzelenie wszystkich naboi jest równoznaczne z rozkazem uzupełnienia zapasów. programie transportowym. w jaki sposób? – Przyjacielu. starając się nie panikować. nie jestem twój. „Głębio. To całkiem rozpoznawalna sportowa wersja lancii. obserwując. Może obrona porywacza nie wytrzyma. to całkiem prawdopodobne.” Na ekranach hełmu pojawia się wnętrze samochodu. skutecznie ogłuszający prościutkie programy typu Deep Przewodnik. Wszystko zamknięte na głucho. brak. W zadumie obracam rewolwer w ręku – znowu naładowany.

Brodacz mówi uspokajająco: – Jesteśmy na miejscu. Szary sześcian bez okien. Może po to. Wersja brzmi prawdopodobnie. Milczę. srebrna zapinka w kształcie róży na piersi. Brodacz naciska na gaz i samochód skacze do przodu. W kącie magazynu stoi człowiek bez twarzy. Rzeczywiście magazyn. Wzruszam ramionami. systemu operacyjnego. Kierowca kiwa głową. – A więc – mówię. – Zostaw nas. i pokazowo pancerne ostrzegają: wejść bez pytania będzie trudno. – Jesteś nurkiem – stwierdza Człowiek Bez Twarzy. A już brak twarzy w połączeniu z tym dziwnym strojem to zwykła głupota. – Może poczekamy trochę ze strzelaniną? – rozmyśla głośno kierowca. A zamiast twarzy coś w rodzaju obłoczka skondensowanej mgły. – Możliwe.. weź typową twarz z zestawu Windows Home albo innego. albo luksusowe apartamenty. wcale nie ujawnia we mnie nurka. ale w domu można ich używać. Jego kroki powoli cichną. Samochód rzeczywiście zahamował obok nieznajomego budynku. ale wyglądają całkiem naturalnie. bardzo szerokie. Rejestruję mimochodem. Drzwi są już odblokowane.W moim tonie pobrzmiewa zarozumiałość drobnego hakera. . Tylko po co? Chcesz być nierozpoznawalny. – Idziemy? – proponuje kierowca. że mają tu wspaniałe echo. Stelaże pod ścianami. Jeśli nawet się uśmiecha. Chociaż efektowna. – Czego pan sobie życzy? Kierowca nie patrzy na mnie. Albo to filia dużej hurtowni. Siemion – mówi Człowiek Bez Twarzy. a fakt. A pan to prawdopodobnie Bili Gates – odpowiadam. To głupie. albo. Cały dzień jest taki. odwraca się i znika w labiryncie regałów. jedyne drzwi. Znowu próbują mnie wyłapać! Trzeci raz! – Bóg lubi trójcę. wychodząc z lancii. No jasne. co bardziej prawdopodobne. Na sekundę przed uderzeniem drzwi otwierają się na oścież. W takich budynkach mieszczą się albo banalne magazyny artykułów przemysłowych powszechnego użytku. kręcone włosy – jakieś takie popielate. pudełka z kolorowymi naklejkami znanych firm. Teraz funkcję samochodu wypełniają ściany tego pomieszczenia. Jest ich tam do licha i trochę. jak w garażu. żeby dało się bezszelestnie poruszać. Czarny płaszcz do ziemi. wpuszczając nas do środka. Bardzo dużo dobrego towaru. Podobne sztuczki zabronione są na ulicach miasta.. ale odwracam się. nie zobaczę tego. złodziejska melina. Łączności z Viką nadal nie ma. że komputer załadował rewolwer porcją nowych wirusów.

– Nie wygłupiajmy się – mówię. że nurek pozbędzie się gorącego towaru natychmiast. że obaj hakerzy dzielą otrzymaną sumę na pół. kto wie. Akurat.– Możliwe. – Załóżmy także. – Za dwadzieścia cztery godziny. żeby odłączyć się ręcznie. on zarabia pieniądze w bardziej tradycyjny sposób. że się uśmiecha. – Człowiek Bez Twarzy jest cierpliwy i pedantyczny. Jeszcze nie przegrałem. bariery programowe? Chwila skupienia i już w domu. Ale transfer dokładnie pięćdziesięciu tysięcy. panie nurku. ale wiem.. Jakie to proste. w którym doszło do podziału.. Nadąża pan? No.. numery rachunków pozostaną zagadką. Na przykład. – Naturalnie. Chociaż. Na przykład. od osoby prywatnej do osoby prywatnej. proszę. Aha. A to już staje się interesujące.. że muszę pana rozczarować. że zażąda od klienta sto tysięcy. na ile doskonałe mogą być programy-tłumacze? Drewniana intonacja zdarza się w masowych i tanich programach. gdy na moim komputerze zadziała timer bezpieczeństwa – krzyczę – pańska wspaniała idea rozsypie się w proch. – Dziś rano dwóch hakerów. w momencie przerwania połączenia. coś takiego ma miejsce w Deeptown co sekundę. Roman odszedł natychmiast. – Nie wiem. po drugie. żeby nie można go było złapać w wirtualności – kontynuuje Człowiek Bez Twarzy.. Dalej idą psychologiczne spekulacje. przyjacielu. że jestem nurkiem i ściągnął mnie tu na przesłuchanie? Obawiam się. Śledzili mnie od Trzech Prosiaczków. skradło w kwartale Al Kabaru plik z technologią produkcji nowego lekarstwa. Transfer pieniędzy z jednego banku do drugiego. Po pierwsze. ale miejsce. nie mówi po rosyjsku.. a ja postanowiłem się przejść.. To niemożliwe. płacę podatki! Postawię na nogi całą policję Deeptown! . ale on tego nie wie. Władca Microsoftu nie miałby co robić. Tylko co ja mam z tym wspólnego? Rozmówca nie ma twarzy. w bankach pracują profesjonaliści... jest doskonale rozpoznawalne. – Pomyślał pan. Idiota. nurek po to jest nurkiem... tylko uganiać się za nurkami po Sieci. – Przegrywać należy z godnością. I po jaką cholerę podzieliłem się z nim po połowie? – Bardzo interesująca historia. Na przykład. i wtedy dopiero pan pożałuje! Jestem uczciwym człowiekiem. Al Kabar nie mógł mnie wyśledzić.. że przerzuci pieniądze na bardzo pewne konto. jeden z nich bez wątpienia nurek... ale na szczęście pan Friedrich Urman podpowiedział nurkowi. że właściwą ceną byłoby sto tysięcy. – Cóż to dla was. Dzięki za radę. Wtedy właśnie mnie wyśledzą. ile im zaproponowano za pracę.

– Twoje zabawy w Głębi są nam obojętne. – mówię przygnębiony. – Złapią pana! – grożę... i po sekundzie wirusy zostają unieszkodliwione. legalny biznes! Czego pan chce? – Już lepiej. jeśli choć raz w niej byłeś. są i będą.. Panie nurku. Mam inne zadania. – Wiedziałem. że do tego nie dojdzie. Trudno żyć bez wirtualności. – Chyba coś słyszałem.. – Niech pan przestanie histeryzować – mówi Człowiek Bez Twarzy i w jego głosie na moment pojawia się nuta zwątpienia.. ale już dawno ktoś powinien był dać Urmanowi prztyczka w nos. proszę. ale żeby aż tak. Wijąca się połyskliwa spirala w niebieskiej otoczce. była taka. Co najmniej komisarz. To o chłopaku. Pod sufitem z sykiem ożywają rozpylacze systemu przeciwpożarowego. ale nie starożytnych bajek. – Proszę. dranie. że psy to bydlaki. choć mało prawdopodobne – mówi Człowiek Bez Twarzy. Nie jestem Chrystusem i nie pretenduję do absolutnej sprawiedliwości. – Rzucam w niego rewolwerem. Masz babo placek. spada pod ścianą. Na regałach zaczynają wybuchać i płonąć pudełka z softem.. szepczę: – Dranie.. – Cóż. Przelatuje na wylot. – A ja mam mały. jeśli się przekonamy. nurku. słyszał pan o Zabłąkanym Punkcie? Albo o Bossie Niewidce? Wszystkiego bym się spodziewał.. nie wróżący nic dobrego. – Punkt to stara nazwa niżowego użytkownika sieci komputerowej? – Tak. Siadam na podłodze. którego zabiło w momencie przebywania w rzeczywistości wirtualnej? A jego świadomość w jakiś sposób nadal żyła w Sieci? .. Ekskomunika to najstraszniejsza groźba dla każdego mieszkańca Deeptown. że jest pan uczciwym hakerem – w ostatnich słowach dźwięczy nutka sarkazmu – nikt nie będzie miał do pana żadnych pretensji. skoro ma tęczowy żeton. łajdaki. Sieci Fidonet. Złodziejstwo nie jest rzeczą godną pochwały. kiwając się do przodu i do tyłu. – I z całą pewnością ekskomunikują. Na lewej stronie płaszcza – okrągły tęczowy dysk. – Co? Wyciągam rewolwer i pakuję w drzwi wszystkie sześć kul. Sam jest z policji.– Możliwe. Człowiek Bez Twarzy rozchyla płaszcz gestem doświadczonego ekshibicjonisty. – Uspokoić pana? Lodowaty ton. Sześć rykoszetów. obejmuję rękami głowę.. Cicho jęczę. – Przestępstwa były. – Sądzę. Człowiek Bez Twarzy ignoruje mój spektakl. – A co mi innego pozostaje? – warczę. – Niech mnie pan na początek wysłucha.

że punkt sześćset sześćdziesiąt sześć zabłądził. – Panie nurku. a samego bossa nikt nigdy nie widział... ja. podłączenie do każdego klubu. zacząć przynależeć do świata wirtualnego. że numer telefoniczny.. – To bajka. co jest najśmieszniejsze? I jemu. – Boss to trochę wyższy stopień w hierarchii Fidonetu.. – Nie sądzę. – Za to dziś zrodziła się nowa legenda.. Teraz mało kto korzysta z tych komputerów. Byli ludzie i neandertalczycy. zresztą. która zrodziła się na styku czasów. za stelaże z pudełkami oprogramowania dla macintoshów. Milczę. Teraz już mało kto ją pamięta.. nie pragnę poznać pańskiego nazwiska. – Jaka? – O Człowieku Bez Twarzy. ale nadal żywe. nie istnieje. a potem były IBM i apple. wtedy to się nazywało czat. by była tak intrygująca jak blady młodzieniec w dymiącym ubraniu. – I wszystko byłoby w porządku – Człowiek Bez Twarzy chyba nie zauważył mojej gafy – gdyby któryś z punktów nie dowiedział się. na nim porozrzucane papiery.. obok dwa krzesła. wysoką szybkość przekazu danych. Idziemy na prawo. Pogrzebane pod świeższymi informacjami. – Nic nie zostało zapomniane. Siadamy. który prosi napotkanych ludzi o przekazanie na trzydziesty moskiewski węzeł. a ile zostało zapomniane... i mnie jest pan potrzebny w tym samym celu.. A o Bossie Niewidce? – Poproszę krzesło.. – Boss Niewidka jest bajką z tych samych czasów – mówi Człowiek Bez Twarzy. – Chodźmy. Mój rozmówca kręci głową. Odruchowo kiwam głową. w spalonym ubraniu. Potem Boss Niewidka wysyłał wszystkim swoim punktom list: „Dlaczego mnie prześladujecie?” I znikał... Ślepe odnogi nie mogą przetrwać. Chłopak o bladej twarzy. Pięć lat minęło. – Wstaję z zimnego betonu.. Za stelażami stoi mały stolik. pod którym łączył się z bossem. – Wyłapać Zabłąkany Punkt? Człowiek Bez Twarzy śmieje się cicho. którzy chcieli zostać punktami. – Dużo było tych legend – przyznaję. Według legendy zdarzało się... wirtualności jeszcze wtedy nie było. A wie pan. który proponował im najlepsze warunki: dostęp do Sieci w każdym momencie. – Pamiętam również historię o szalonym moderatorze i czacie „Umrzyj tutaj!” – Ja też zaczynałem od Sieci Fidonet – informuje Człowiek Bez Twarzy. gdy Internet i Fidonet stawały się jedną wirtualnością. że żółtodzioby znajdowały sobie bardzo dobrego bossa. w odróżnieniu od Urmana. – Sens jest ten sam. Właśnie do niego zwracali się ci.– Tak. i .

Aż dwóch? Byłem przekonany.. że jestem nurkiem. pisze krótki adres. co zrobiono z tym człowiekiem. – Człowiek Bez Twarzy pochyla się nad stołem. że Labirynt obsługuje jeden ratownik. . Ale w Głębi byłby wobec mnie uprzedzająco grzeczny. – A więc... – Dlatego. ale nie odważam się dotknąć. – Mogę dać panu ich adresy. tylko tło jest białe. że z nimi współpracuje dwóch nurków? – Załóżmy. wirująca kulka. Człowieka Bez Twarzy. – Nie trzeba – mówię z pewnym wysiłkiem. Nie jest chyba w nastroju. otworzyłby mi drzwi i osobiście zaprowadził do mostu. – Interesujące! Myślałem. Pierwszy mieszka. – Wie pan. zaproponować administracji swoje usługi i spróbować rozwiązać problem. Znaczek leży na stole pomiędzy nami. Po raz pierwszy przyznaję się. Gdyby Friedrich Urman zobaczył ten znaczek. Niech pan poprosi. proszę się ze mną skontaktować. Dobrze robi. sieciowe lub w realu. Jeśli zdecyduje się pan odwiedzić Labirynt.. – Dlaczego miałbym to robić? Człowiek Bez Twarzy wyjmuje z kieszeni płaszcza malutki znaczek.. i tych dwóch nie może sobie z nim poradzić. Prawo do robienia wszystkiego. Ładnie! – Jeden z nich jest Ukraińcem. że rzucę się w Labirynt. – W Labiryncie pojawił się problem... Patrzę na niego.. bierze kartkę. Nie wziąłbym pliku z jego rąk. żeby się ze mną rozliczyć. A nuż zniknie? Gdy Lady Winter usłyszała od kardynała Richelieu: „Wszystko. I chyba nie ma wątpliwości. Ale mój rozmówca i tak chyba nie miał co do tego wątpliwości. długopis. Możliwe. że potem wynająłby killerów. by podawać jakieś bliższe szczegóły. zrobiono dla dobra Francji” – to było nic. co tylko można robić w Głębi. W jakiś sposób przypomina policyjny żeton. utkana z cienkich nitek. – Oto namiar.. że poznanie nazwiska nurka to marzenie wszystkich! Nie wyłączając samych nurków! – To marzenie należy do najbardziej nikczemnych przestępstw.. grywał pan w Labirynt Śmierci? – Możliwe. lecz tęczowa. panie nurku.Śmiejemy się cicho. według naszego kodeksu.. a w środku nie spirala. Przede mną leży legendarny Medal Bezkarności.. że nie daje mi wizytówki.. drugi Kanadyjczykiem.

nie jestem twój. Nie standardowe wyjście. – Proszę sprawdzić kabel. Wszystko jest takie proste. Głębio. – Poważnie? – Tak. – Nie wiem.Jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy medalu. nauka. Barbarzyństwo. I to mnie właśnie niepokoi. niepewnie sięgnąłem do modemu i wyszarpnąłem kabel telefoniczny z gniazda. Wiem. Kiwam głową w milczeniu. Pstryknąłem wyłącznikiem i cichy szum komputera zamilkł. lecz natychmiastowe przerwanie połączenia. – Szukamy nurków w całej Głębi i wielu znajdziemy. mała. – Otrzyma go pan. – Brak sygnału tonowego w linii – mówi Vika. Rozrywka. w którym istnieje model magazynu. Proszę bardzo. Za to całkowity brak wymiany informacji pomiędzy moim adresem a komputerem. że będą też inni pretendenci – oznajmia Człowiek Bez Twarzy..” Zdjąłem hełm. – Będzie na pana czekał na tym stole – mówi Człowiek Bez Twarzy. Ekran zalewa błękitne tło ze spadającą białą figurką. – Połączenie przerwane! – oznajmia Vika.. że na pierwszym miejscu postawił rozrywkę. – Co jest w tym Labiryncie? – pytam. tajemniczy nieznajomy.. – Do tej pory wszystko. by każde twoje działanie uznawano za właściwe. Człowiek Bez Twarzy wskazuje głową drzwi. miało swój odpowiednik w świecie rzeczywistym. – Zdecydował się pan odsłonić? – Oczywiście. które można wyśledzić.. Może pan iść. Na pożegnanie patrzę na mgłę w miejscu jego twarzy. Potem wyłączyłem modem. – Wyłącz się. I powiemy im to samo. Interesujące.... – Teraz coś się zmieniło. co panu. Dobranoc. – Teraz możesz bezpiecznie wyłączyć komputer – szepcze sennie Vika. rzecz jasna. łączność. że nie. co działo się w rzeczywistości wirtualnej. Trzeba dokonać czegoś niezwykle ważnego dla całej przestrzeni wirtualnej. cała poczta może . nurku. Potrzebuję spokojnej nocy. że kiedyś dostał taki Dmitrij Dibienko – za stworzenie Głębi. „Głębio. – Wiem.. najwierniejsza z moich przyjaciółek. Powodzenia. Pozwalani sobie na uśmieszek – on miałby nie wiedzieć. odrywając wzrok od medalu. – Proszę jednak wziąć pod uwagę. – Odejdę swoją drogą. biznes. jeśli wykona zadanie.

poczekać do jutra. Zresztą już wpół do czwartej, niebo jaśnieje. Bardzo chce mi się spać. Głowa huczy od nadmiaru informacji. Ściągnąłem wirtualny kombinezon... cholera, jak śmierdzi potem, powinienem go wyczyścić... i rzuciłem się na tapczan. Dobrze, że nie zacząłem wczoraj tankować. Jaki ja się zrobiłem... przezorny. Już chyba ze trzy lata temu...

101
Gdy otworzyłem oczy, była za piętnaście pierwsza. Cicho mamrotał telewizor, który włączył się o dziesiątej. Odłączony komputer z niezadowoleniem milczał na stole. – Jak dobrze – wyszeptałem w sufit. Należałoby zmienić mieszkanie. Kupić normalne, dwupokojowe, w centrum, w porządnym domu z cegły, z widokiem na Newę. Nie w tej zgniłej, wietrznej proletariackiej dzielnicy. Vikę też przeniesiemy do nowych apartamentów. Kupię siódemkę, z licencyjnym softem, setką megabajtów pamięci operacyjnej. Holograficzny twardziel na tysiąc terabajtów, radiomodem, ultraczuły mikrofon Siemensa... kolorową drukarkę, nie wiem po co, ale niech będzie, normalny skner zamiast tej ręcznej nędzy. Wydzieloną linię telefoniczną... cholera, nawet pięćdziesiąt kawałków nie starczy! Zresztą po co mi dwa pokoje? I tak mam pustą kuchnię – lodówkę i mikrofalówkę dawno przeniosłem do pokoju, a po wodę bliżej do łazienki. Postanowione, Vika dostanie nowe mieszkanie. Nie będzie wstyd przyjaciół zaprosić. Wstałem, dotarłem do lodówki, wyjąłem puszkę piwa. Do dwunastej nie piję, ale już przecież prawie pierwsza. Ale się szczęśliwie obudziłem! Leciutki schultheiss na czczo wydaje się prawie mocny. Żegnajcie, Amsterdam nawigator, i Bawaria 86, wierni przyjaciele biednych hakerów. Tylko guinness, heineken, killkeny... a zamiast belgijskiej kiełbasy normalna moskiewska serwolatka i wieprzowina. Co by tu jeszcze... no, na przykład ekspres do kawy. Dosyć rozpuszczalnej! Gdy podczas golenia – po raz pierwszy od dwóch dni – nieźle się zaciąłem, fantazja nuworysza podpowiedziała mi jeszcze maszynkę elektryczną. Nic mi więcej do głowy nie przychodziło, przelatywały tylko jakieś głupoty o drugiej linii telefonicznej i drugim modemie – żeby, gdy ja włóczę się po Głębi, Vika mogła ściągać pocztę i wykonywać wszystkie nieskomplikowane polecenia. Ale nie, to jednak zbędny luksus. Nawet Maniak nie ma drugiej linii. A właśnie, jestem mu winien piwo. Bardzo prawdopodobne, że wczoraj uratował mnie od śmierci. Nie ma co tego odkładać. Istnieje podejrzenie, że za tydzień będę go mógł poczęstować

najwyżej nawigatorem... w sumie też mocne piwo, o specyficznym smaku... Włączyłem komputer, podłączyłem się do Internetu i po dziesięciu minutach bez żadnej wirtualności przerzuciłem pięć tysięcy dolarów na swoje konto w Petersburgu. Pogrzebałem w szafie, wybrałem w miarę świeżą koszulę i stare, ale czyste dżinsy, wsunąłem do kieszeni dowód i kartę kredytową. Co jeszcze? Prawda, piwo... Na balkonie stał paskudnie obdrapany pięciolitrowy kanister. Odkręciłem korek, powąchałem. Zaleciało kwaśnym żygulowskim piwem. Wypłukałem naczynie na przemian zimną i gorącą wodą, włożyłem do siatki wiszącej na gwoździu w przedpokoju (pozostałość po poprzednich właścicielach mieszkania – ciągle nie mogę wyrzucić tego chłamu) i wyszedłem z domu. O ile ładniejsza i czyściejsza jest moja klatka schodowa w przestrzeni wirtualnej! I nie ma tego wiecznego zapachu zalanej piwnicy i bezdomnych kotów. Wydostałem się z zaułków, stanąłem na chodniku i uniosłem rękę. Po chwili jakiś stary zyguli zniżył się do tego, żeby się zatrzymać. – Do Kredobanku – rzuciłem. O dziwo, kierowca znał trasę. Po dwudziestu minutach i pozbyciu się resztek gotówki, pod szklanym spojrzeniem ochrony wszedłem do sali banku. Po kolejnych dwudziestu, wypełnionych wszelkimi możliwymi kontrolami, telefonami do głównego oddziału i wielokrotnymi prośbami o podanie numeru rachunku, udobruchani pracownicy banku wydali mi tysiąc dolarów. Oczywiście, w rublach. Po kolejnym kwadransie byłem już w irlandzkiej piwiarni Molly na ulicy Rubinsteina 36. Za dnia nie jest tu specjalnie tłoczno i to mnie uratowało. Rozluźnione mięśniaki z ochrony na widok kanistra w siatce wpadli w otępienie. Triumfalnie ominąłem okienko szatni, wkroczyłem w przytulny półmrok sutereny, podszedłem do długiego baru i uśmiechnąłem się do barmana. Barman w Molly jest, na szczęście, Anglikiem. Nie da się ukryć, oni nas pod wieloma względami przewyższają. Uśmiechnął się do mnie pytająco. – Dzień dobry, Christian – powiedziałem. – Mogę prosić pięć litrów piwa? Oswojenie się z nową dla niego sytuacją – nalewaniem piwa litrami – zajęło mu pięć sekund. Uśmiechnął się po raz drugi. – Jakiego piwa? – Żygulowskiego. Ochroniarze za moimi plecami – z jakiegoś powodu postanowili przyjść tu za mną – zaczęli głośno oddychać. – Żartuję – wyjaśniłem. – Guinnessa, oczywiście. I podałem Christianowi kanister. Opanowanie to chyba jedna z obowiązkowych cech najlepszych barmanów Europy, do

których Christian niewątpliwie należy. Niedbale wziął kanister, podrzucił w ręce, jakby ocenił pojemność, i zaczął nalewać. Mięśniaki sterczały za moimi plecami, resztki mózgów im się grzały. Szalenie mnie to bawiło. – Proszę poczekać, aż się piana ustoi – powiedział Christian z silnym akcentem, stawiając kanister na barze. Coś takiego! Rzadko bywam w Molly, takiej znajomości przedmiotu się po nim nie spodziewałem. – W takim razie jeszcze kufelek na miejscu – powiedziałem, rozglądając się. Mięśniaki udały, że studiują baterię butelek za plecami Christiana. Jasne. Dopóki nie upewnią się co do mojej wypłacalności, nie pozwolą się spokojnie napić piwa. Powoli wyciągnąłem z prawej kieszeni dżinsów garść drobnych i zacząłem je oglądać. Oddech ochroniarzy wyraźnie przyspieszył. Do licha, czyja naprawdę tak nędznie wyglądam? Z lewej kieszeni wyjrzała na światło dzienne gruba paczka banknotów stutysięcznych. Położyłem trzy papierki na barze, wziąłem kufel i odwróciłem się. Czy ktoś tu stał? Chyba mi się zdawało... Usiadłem przy stoliku obok baru i powoli, z uczuciem rozkoszowałem się najlepszym piwem z wymyślonych na tym grzesznym świecie. Potem odebrałem od radosnego (Europa! ich tak łatwo nie podejdziesz!) barmana kanister i po chwili wahania wziąłem resztę. Piwo i tak tanie nie jest. A przecież w Głębi puszkowa bawaria i beczkowy guinness są niemal w jednej cenie... Tym razem udało mi się złapać okazję szybciej – a może to czas przyspieszył bieg? Wskoczyłem do rozsypującej się wołgi i palnąłem radośnie: – Wal do Maniaka! Zobaczyłem wpatrzone we mnie wielkie okrągłe oczy. – Wyłaź – tak samo krótko zasugerował kierowca. Zatrzymując kolejnego amatora zarobku, upomniałem się w myśli, że nie jestem w wirtualności, gdzie cierpliwa Vika zmieni nieskomplikowaną komendę w zrozumiały adres, lecz w realu.

110
Maniak mieszka na Wasylewskiej. Sapiąc wdrapałem się na czwarte piętro – gdy budowano ten dom, windy były ciekawostką techniczną – i zadzwoniłem. Raz, drugi, trzeci... przerwa. Raz, dwa. Nawet, jeśli Maniak jest w Głębi, to podłączony do wszystkich mieszkaniowych kabli komputer podporządkuje się kodowi dzwonka i wyciągnie go z wirtualności. W mieszkaniu rozległy się kroki. Szybko zasłoniłem wizjer palcem. – Kto? – zapytał posępnie Maniak. – Zamawiał pan reket? Przerwa. Maniak najwidoczniej właśnie wyszedł z Głębi i nie był w nastroju na dowcipy. – Kto? – Kurczę, ja! – Zabrałem palec. – Zgrzyt zamków, drzwi się otworzyły. Wszedłem. Maniak był w kombinezonie wirtualnym na gołym ciele, w ręce trzymał broń. Broń była potężna; szczupły, wąski w ramionach haker wydawał się przy niej dzieckiem bawiącym się w wojnę. – Oho – powiedziałem tylko. – Tak... grzebałem u jednego typa na kompie... ledwie się wyrwałem. – Maniak nie był rozmowny. Zamknął drzwi, zerknął na kanister, zapytał ze współczuciem: – Co, brak kasy? – Nie całkiem. – Mam jeszcze kilka butelek baltiki... – A to jest guinness – oznajmiłem. Maniak popatrzył w zadumie na kanister i rzucił: – Zboczeniec... Poszedłem za nim do kuchni i zapytałem z obawą: – A gdzie... twoja? – U swoich. – Pokłóciliście się? – Dlaczego od razu pokłóciliście? – oburzył się Maniak. – Jak żony w domu nie ma, to musieliśmy się pokłócić? Mamę postanowiła odwiedzić... a zresztą, poprztykaliśmy się

Nie wiedziałem.. – Dobra... Ale on jest hakerem. różni finansiści.odrobinę. biznesmeni.. Uroczyście nalałem piwa. – Rzeczywiście guinness – przyznał Maniak. ale do tych przybytków nigdy nie zaglądałem. Baw się. Gala wyciągnęła hełm z portu. – Nie będę tam przecież siedział sam jak idiota! Zawołałem jedną dziewczynę. – Trzeba będzie chociaż dzisiaj się rozerwać. jakoś tak. zdrada zajrzeć do wirtualnego domu publicznego? Przecież to nie jest prawdziwe! Usiedliśmy przy stole. Skinąłem głową. diabeł mnie podkusił! Musiałem się pozbyć ogona. siedzimy. Jutro się pogodzicie. Szurka! – Uhu – mruknął posępnie Maniak. Cholera. – Z powodu? – A tak.. – A bo to pierwszy raz? – Powiedziała.... potem przyniósł ze swojego pokoju dwa ogromne gliniane kufle..... W rzeczywistości Maniak jest ode mnie dwa lata młodszy. – Pogodzimy – przyznał Maniak.. jakie systemy bezpieczeństwa są w wirtualnych burdelach? – zdumiał się szczerze Maniak... no i postanowiłem zajrzeć do Polanki Poziomek. poszedłem pod czerwone światło... – Ale do burdeli nie zaglądam.. a mnie boli! Potem zaczęło się pozaprogramowe wyjście z Głębi. Miłość.. – No i. – Tam przecież wysiadują senatorowie. – Kup Gali damski kombinezon – zaproponowałem... Wyjście pozaprogramowe to nieprzyjemna rzecz. guinnessa! – przyznał się w przypływie szczerości. – Rok do tych burdeli nie zaglądałem! Nawet kombinezon mam bez stymulatora seksu! – A ja mam ze stymulatorem – przyznałem się. – Po cholerę? – A co.. – Będzie dobrze – powiedziałem.. a ja pokiwałem ze współczuciem głową. samo z siebie. W dodatku jest żonaty. i to po raz drugi. Dolał sobie piwa. i w najbardziej interesującym momencie bach! Ktoś mnie spoliczkował! Dziewczyna mnie całuje... Dla kogoś.. rysując palcem na gęstej pianie literę M. że ostatni – oznajmił posępnie Maniak. pókiś młody.. Odcina cię od prześladowców na amen! Pokręciłem głową. ci z Dumy. wyluzuj. – Niesłusznie. nie wiesz.. Ciężka sprawa – żyć w Głębi i być żonatym człowiekiem. Osuszył kufel i chrząknął: – Tak. a ja zwykłym żółtodziobem. Maniak pogrzebał w lodówce i wyjął paczkę parówek. – A to numer. kto nie jest nurkiem. dwóch lamerów się przyczepiło. – Za miłość. – No i postanowiłem z pół godziny przeczekać – ciągnie Maniak. Wstyd się przyznać. u licha... Ale jaka to. pijemy piwo. Wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy i napiliśmy się piwa. – Wciągnij w Głębię i po problemie! .

słyszę to samo. . Jeden nurek i jeden pomocnik – ostatnia próba uniku. na duszy zrobiło się weselej. – Widziałeś kobiety. dwieście siedem – powiedział Maniak. nurkowie nie biorą zwykłych ludzi na pomocników. Lońka? – Lekarstwo na katar. – Najlepszy system operacyjny. Potem żaden normalny facet ich nie zadowoli! Skinąłem głową. wyzwiska pod adresem Microsoftu. Maniak zaśmiał się cicho. Mężczyzn owszem. jeśli nie liczyć Uniksa! Przedwczoraj nową wersję zainstalowałem. zawiść wobec Internetu. chociaż nie potrafiłem wyobrazić sobie kobiet mających świra na punkcie wirtualnego seksu. Lonia. gadanie o wszystkim. Zainstalowałem nową wersję. – A ty co. dalej się w Windows Home bawisz? – Tak. jak do ciebie przychodzę.. – Cóż za fart. – Ty mnie za lamera nie bierz. Stuknęliśmy się. nie stukając się. – Zdrowie – zaproponowałem. Szurka – powiedziałem cicho.. – Każdemu według gustu – zgodził się Maniak i nieoczekiwanie zapytał: – Słuchaj. że dwóch nurków zrobiło Al Kabar w jajo – powiedział przymilnie Maniak. a u mnie drugi rok Windows Home. – Dlaczego dwóch. A dla niej winda to najwygodniejszy program.. a jak ty ze swojej windy wszedłeś do Al Kabaru? Odwróciłem wzrok. Lonia. cudo! – Za każdym razem. ani Fidonetu. – Może i racja – powiedział smętnie Maniak. tfu! Nie musisz myśleć. Bo takie cacuszko dostaniesz pocztą.. trzy dni się z nią pieprzyłem.– Jeszcze czego – burknął Maniak z niechęcią. dlatego ja się z tym nie spieszyłem.. – Chałtura – upierał się Maniak. Jak za zmarłego. Wielu dostało fioła. – Jasne – powiedział. rady co do wielkości pamięci i jakości twardziela.. Kanister był już do połowy opróżniony.. – Za stare Fido. A teraz nie ma ani Internetu. – Była sieć przyjaciół. Tylko wirtualność. Wypiliśmy i napełniliśmy kufle po raz trzeci.. Co innego eksperymenty z dziewczynami spragnionymi przygód. – Po Sieci poszła plotka.. – Co tam było. Patrzyłem na Maniaka w milczeniu.. że cały soft będziesz na nowo instalował.. które raz spróbowały wirtualnego seksu? Mają inną psychikę. prowadzisz kursor po ekranie i patrzysz na obrazki! – A ty ciągle się grzebiesz z OS? – Dlaczego grzebiesz? – oburzył się Maniak.. – Przyjemny głosik. – Za węzeł pięć zero trzydzieści. – Wszystko się zmienia.. Za bogatych durniów i mądrych hakerów. a co innego profesjonalistki z wirtualnych domów publicznych.. Wypiliśmy w milczeniu.

wyjął paczkę lucky strike’ów i zapalił. nie samą mysz. Zjedliśmy każdy po kiełbasce i pomyślałem z udręką. – Tak.– Poważnie? Nieźle. jedliśmy wędzoną rybę. – odwróciłem wzrok – . Trzeci to głupki. a jak mi się ryba skończyła... nie jestem twój”... – I wtedy pojawiła się Głębia. obracając w ręce kiełbaskę.. Ty. czasem takie rzeczy się dzieją. – Dziękuję.... za twarda. – No? – Gdy nurek chce wyjść z wirtualności.. No.. wydawało się. – Maniak zaśmiał się gorzko. Głębio.. – Brzmi prosto. – To wszystko? – powtórzył przygnębiony Maniak. że spełni wszystkie nasze marzenia. tylko jedno pytanie. Drudzy się uczą. – To wszystko? – Czasem jeszcze dodaje: „Wypuść mnie. Byłem w Głębi. – A tak naprawdę guzik z pętelką! Jestem dobrym hakerem – oznajmił wyzywająco – a w wirtualności jestem jednym z milionów! No.. – Co?! – Mysz.. W końcu ma się to doświadczenie! Ale i tak.. Zamilkł.. że wczoraj moja anonimowość doznała uszczerbku.. Komputerową. Głębio”. – Kilka dni temu zjadłem mysz – oświadczył wreszcie. Co wtedy robi? Po prostu myśli... Trzy razy próbowali mnie schwytać. uczciwe żółtodzioby... Maniak pogrzebał w kieszeniach. – Zgadza się – przyznałem. z których można sobie zakpić... że dzięki jednemu pytaniu wszystkie tajemnice nurków staną się jasne jak słońce. jak byłeś żółtodziobem tak nim zostałeś. Pierwsi umieją wszystko. – Wiesz co. lamerzy.. Byli hakerzy. – Przecież Maks nie pije piwa! – Fiestę pił. że jeden nurek. przegryzłem kabel.... – Po co? – zapytałem tępo. . Zawsze to samo. – Przypadkiem. Siedzieliśmy z chłopakami w Tęczy.. Hakerzy myślą. Z lekką urazą powiedział: – Przedtem było prościej.. wziąłem z talerza od Maksa.. że chce się znaleźć w realu? Czy jak? – Słyszałem. może trochę bystrzejszym..mamrocze przy tym głupie zdanie. piliśmy piwo. – Jakie? – „Głębio.

– To znaczy? – Nie mogłem przejść na następny poziom. – Maniak westchnął. – Nieprzerwany pobyt w Głębi masz ustawiony na trzydzieści sześć godzin? – Teraz na dwadzieścia cztery. patrzę. zajrzeć od razu na siedemnasty poziom. dopóki nie zadziałały nam timery.... – Szurka zaśmiał się z przymusem... – Labirynt Śmierci znasz? – Tak.. Maniak pokiwał głową: – Rozumiem. . – A Gala co? – Była u teściowej. A bez tego nie pojawia mi się menu. Wyszedłem. Coś się zmieniło w naszych stosunkach. – mówi z westchnieniem Maniak. – Do licha! Nigdy w was do końca nie wierzyłem.– Z wędzoną rybą?! – Żeby się nie wyróżniać.. Po co żółtodziobowi bojowe wirusy i odtrutki? Zrobiło mi się troszkę smutno. idiotów. Lońka.. a myszka ma przegryziony kabel! I jakby go trochę brakuje.. – Jakoś niedawno postanowiłem się rozerwać. siedzieliśmy w jednej piwnicy. Może z czasem to minie.. to wychodzić z wirtualności. a nie gra! Krótko mówiąc.. – No i widocznie za daleko sięgnąłem. – Nalewaj. albo to – mówi Maniak. co umiem robić. ostrzeliwaliśmy się od potworów. – I co? – Siedziałem trzydzieści sześć godzin – powiedział ze złością Maniak. Zbyt gwałtownie. – O.. – Szurka. koszmar. zamieniłbyś się ze mną? Co jest ciekawsze: tworzyć Głębię czy władać nią? Milczę.. Każdy program to dla mnie kupa bezmyślnych symboli i plik startowy. – Żołądek cię nie boli? – Na razie nie. potem po prostu się zabarykadowaliśmy. ugrzęzłem. śpiewaliśmy piosenki. chociaż podejrzewałem! – Mnie? – Pewnie.. jedyne. i wyrwałem się w real. Ale powiedz.. – Całe towarzystwo się nas zebrało.. – Natychmiast wytrzeźwiałem.. Napełniliśmy kufle. – Jasne. Co oni tam nakombinowali. jakie ty masz ograniczenie? – Zdjąłem zakaz – przyznałem się.. Z dziesięć razy nas zastrzelili. nurek...

Drapieżniki nie polują w pobliżu . Ani irlandzkie. myślałem w taksówce w drodze do domu. ani francuskie piwo nie zawiodło. Ale tu jestem bezpieczny. godząc się na poranne rozbicie. dziękuję. Grali w karty. wszedłem do klatki schodowej. i takich ignorantów jak ja. Ale czy to moja wina? Sam nie wiem. gdzie zawsze pali się światło. O ileż byłoby prościej. Po guinnessie przyszła kolej na baltikę numer sześć. ani piterskie. o czymś rozmawiając. Zapłaciłem. W głębi duszy byłem rad. Nie byłoby zazdrości i wiecznego polowania. O ile słuszniej i lżej. że w końcu się przed kimś odkryłem. a raczej przekrzykując się nawzajem. którzy nie mogą przekroczyć granicy pomiędzy iluzją a jawą. a nad kimś innym nie ma władzy wirtualność. Ale nie korzystanie z tej zdolności byłoby głupotą. Dwóch znałem.. gdyby Głębia tak nie wciągała. jaki błąd świadomości – właśnie błąd. Na klatce. po co mi ten cały różnorodny wirusowy soft wyciągany od niego prawdą i podstępem. A dlaczego jest nas tak mało? Nie stanowimy nawet procentu. Przynajmniej teraz będzie wiedział. Teraz trzeba albo kłaść się spać. Tak po prostu wyszło. Nie byłoby podziału na farciarzy i nieudaczników. skoro jesteśmy mniejszością – czyni z człowieka nurka. Małe stadko drobnych drapieżników.111 U Maniaka siedziałem do późnej nocy.. liczy się nas na sztuki. Czułem się nadęty jak balon. Dobrze robi na kaca. czemu tak się dzieje. ktoś pisze wiersze. – Tak. Nie byłoby tego szaleństwa – wielkich programistów. które z przyjemnością zagryzą samotnika w ciemnej bramie. Moi przyjaciele hakerzy dzielą się na dwie grupy: jedni dochowują tajemnicy do pierwszej butelki piwa. na pierwszym piętrze. Szurka należy do drugiej kategorii. podziału nie do pokonania. Zaproponowanie zbadania jej – koszmarem. drudzy po tejże butelce o tajemnicy zapominają. – Tutaj? – pyta kierowca. siedziało na podłodze pięciu małolatów. a na deser Szurka wygrzebał puszkę urodzinowego kronenburga. albo nurkować w Głębię. dla których bariera nie istnieje. wysiadłem z samochodu. Ktoś skacze osiem metrów w dal.

własnej nory. – Dzień dobry – burknął chłopak mieszkający nade mną. W identycznym jednopokojowym mieszkaniu, z rodzicami i starszą siostrą, często wracającą nad ranem. Słyszalność doskonała, znam wszystkie ich problemy i skandale. – Witaj – odpowiedziałem. – Lonia, nie ma pan papierosów? Jestem od niego starszy o piętnaście lat, ale chłopaki uważają mnie niemal za rówieśnika. Może dlatego, że nie mam żony, a w moich śmieciach przeważają puste butelki po piwie. – Chwilę. Nie palę, ale w domu zawsze trzymam dwie paczki papierosów dla wpadających hakerów. Palenie to ich cecha zawodowa. Chłopak cierpliwie stał pod drzwiami, gdy odstawiałem kanister, włączałem światło i grzebałem w szafce. – Trzymaj. Skinął z wdzięcznością głową, gdy otwierał paczkę, machnąłem ręką, „bierz całą” – i zamknąłem drzwi na klucz. Drapieżniki trzeba czasem dokarmiać. Odrobinę. Żeby nie zbezczelnieli, żeby w zamroczonych alkoholem komórkach mignęła myśl, że jestem porządny gość. Rozebrałem się szybko, rzuciłem ubranie na łóżko, poszedłem do łazienki. Chwilę postałem pod zimnym prysznicem. Nie ma mowy o śnie. Głębia czeka. Cały dzień starałem się nie myśleć o Człowieku Bez Twarzy i o Medalu Bezkarności leżącym w magazynie. Ale teraz, w ciemności, gdy wirtualność była tuż obok, nie potrafiłem się skupić na niczym innym. Człowiek i Medal. Bat i marchewka. Co takiego mogło się stać w Labiryncie, że nie może sobie z tym poradzić dwóch nurków? Zawodowcy, pracujący, niechby anonimowo, ale na stałej umowie? Znający Labirynt do ostatniego zakrętu... Coś nie mającego odpowiednika? Bardzo dziwne. Wytarłem się, rzuciłem ręcznik na miednicę z brudną bielizną, wróciłem do pokoju, pstryknąłem włącznikiem komputera i zacząłem wkładać kombinezon. – Dobry wieczór, Lonia – odezwała się Vika. – Cześć, stara. Kobieca twarz na monitorze uśmiecha się. Błąd. Pora dać nową reakcję na słowo „stara” – lekka uraza, wydęcie warg, odwrócone spojrzenie. – Poczta jest?

– Siedem listów. – Czytaj. Nic interesującego. Zaproszenie do odwiedzenia dwóch nowo otwartych klubów, cenniki jakiejś małej firmy handlowej, list od Maniaka, wysłany rano... – Usuń wszystko – powiedziałem, siadając przed komputerem. Wetknąłem wtyczkę kombinezonu, włożyłem hełm. – Vika, podłącz się do Deeptown... przez kanał rezerwowy... osobowość numer siedem. Tego wejścia nie używałem ze trzy miesiące. Podobnie jak osobowości – stalowy garnitur, czarna koszula, chustka na szyi, wysokie skórzane buty, sprężyste szczupłe ciało, smagła wąska twarz, włosy do ramion, niski silny głos. – Rezerwowy kanał, siódma osobowość – potwierdza Vika. Tęcza przed oczami, fajerwerk, chciwy płomień ognistej fali. Głębia. Siedzę w malutkim pokoju. Łóżko, stół z komputerem, nie moim, jakimś kompletnie abstrakcyjnym, drzwi. Hotel Początek Drogi. Tutaj za grosze pokoje wynajmują ci, którzy niezbyt często odwiedzają Głębię. – Wszystko w porządku, Lonia? – Tak. Otwieram drzwi, wychodzę. Długi korytarz, drzwi po obu stronach. Przed jednymi stoi Sylvester Stallone, z zachwytem oglądając własne dłonie. – Witaj, Sly – rzucam, przechodząc obok. Prawie na pewno chłopak jest Rosjaninem, a już bez dwóch zdań – nowicjuszem. – Podobny? – pyta z nadzieją chłopak. – Tak... – zatrzymuję się. Piwo nastraja mnie przyjacielsko. – Pierwszy raz w Głębi? – Gdzie?... Tak, pierwszy. – Używanie wyglądu zewnętrznego znanych ludzi jest w złym tonie. Po tym poznaje się nowicjusza. Postaraj się stworzyć własną osobowość... weź choćby Biokonstruktora i trochę się pobaw. – Biokonstruktora? – pyta zakłopotany chłopak. – Tak. Prosty program z rosyjskim interfejsem. Leży na wszystkich serwerach w rozdziale dla nowicjuszy. – Dziękuję. – Stallone idzie za mną. Zauważam, że zaczął się garbić, jakby wstydził się swojego wyglądu. Dobry znak. Razem wchodzimy do windy, zjeżdżamy na parter. W przestronnym holu dyżuruje czterech portierów i dwóch ochroniarzy. – Podejdź do któregoś – radzę – i poproś o konsultację. Gdzie pójść na początek, jak się zachowywać...

– Jakoś głupio... – Głupio robić z siebie głupka. Ci goście właśnie po to tu siedzą. Na ulicy pytaj o radę ludzi z naszywką na rękawie w kształcie otwartej dłoni, to pomocnicy, wolontariusze. Albo policjantów. Ustawiłeś timer? – Oczywiście! Na dwie godziny! – Świetnie. Poświęć kwadrans na rozmowę z portierem, to zaoszczędzisz znacznie więcej. Szczęśliwego żeglowania. – Szczęśliwego żeglowania! – powtarza z zachwytem nowicjusz. Jak przyjemnie być starym bywalcem. Mrugam do portiera i wskazuję głową Stallone’a; może mu być wstyd samemu podejść. Wychodzę z hotelu, podnoszę rękę, natychmiast zatrzymuje się taksówka. To nie rzeczywistość... – Kompania Deep Przewodnik wita pana z radością, Strzelcu! – mówi kierowca. – Do Labiryntu Śmierci. Korpus administracyjny.

1000
Są gry. I są Gry. Różnią się długotrwałością istnienia. Przemysł komputerowy wypuszcza około tysiąca gier tygodniowo. Zarówno obliczonych na Głębię, jak i tych prostych, dla zwykłych użytkowników. Zazwyczaj gra zachowuje aktywność pół roku. Rozchodzi się legalnymi i nielegalnymi kanałami, omawia się ją. Gracze wychwytują wszystkie pułapki, i te wpakowane przez twórców, i te przypadkowe. Potem gra umiera, przechowywana najwyżej przez setkę fanatyków. Zdarzają się wyjątki, gdy gra żyje latami. Pojawiają się nowe, bardziej doskonałe gry, ale stara nadal ma tłum wielbicieli. I są trzy wyjątki, które przetrwały od czasów ery przedwirtualnej. Doom, C&C i Mortal Combat. Oczywiście, zmieniały się dziesiątki razy. Ale to była raczej kosmetyka niż zasadnicze poprawki. C&C to gra strategiczna, jej przestrzeń wirtualną stanowi cała planeta. Na tym poligonie niedoszli Napoleonowie i Żukowowie prowadzą niekończące się wojny o hegemonię nad światem, dowodząc w nieistniejących sztabach wymyślonymi armiami. Zgrzytają gąsienice czołgów, w niebo wzbijają się rakiety. Opracowuje się nowe, potworne rodzaje broni, stolice giną od wybuchów atomowych. Tutaj nie potrzeba zręczności ani bystrego oka, ważna jest strategia. Podobno grę pilnie obserwują wojskowi... i czasem fartowni gracze otrzymują propozycję rozpoczęcia prawdziwej służby w wojsku. Jednych to odstrasza, a innych przeciwnie, przyciąga. Trochę się kiedyś bawiłem tymi „żołnierzykami dla dorosłych”. Moim zdaniem to nieszkodliwa i spokojna gra. Siedzisz z filiżanką kawy, w pięknym mundurze, w sztabie wypełnionym wyszkolonymi adiutantami, i mówisz: „A może by tak zrzucić na Los Angeles bombę termojądrową?” W zeszłym roku gra się nieco zmieniła, teraz trzeba ją zaczynać od porucznika, dowodząc małym oddziałem w walkach taktycznych i podporządkowując się cudzym rozkazom; trzeba się wspinać po szczeblach kariery aż do stanowiska głównodowodzącego kraju. Pojawiły się możliwości wojskowych przewrotów, zdrad, wojny partyzanckiej „przeciwko wszystkim”... może przez to gra stała się ciekawsza. Ale ja lubiłem poprzednie zasady.

Mortal Combat jest jeszcze bardziej nieskomplikowana. To rzeź w wirtualnej przestrzeni. Można użyć jednej z setek gotowych osobowości albo wymyślić swoją. I wziąć udział w wielodniowym turnieju o prawo do walki z głównym łajdakiem marzącym o podboju całej Ziemi. Niesamowicie pożyteczna gra. Nigdzie indziej nie wytracisz tak skutecznie zbędnej energii, nie pozbędziesz się niezdrowych emocji, jak na posępnych arenach Mortal Combat – waląc przeciwnika piętą w czoło czy rzucając na niego magiczne zaklęcie. Dobra gra. Wchodziłem tam dwa razy na miesiąc, ale są tacy, którzy nie schodzą z aren. Podobno, jeśli się nie nadużywa magii, która w realu jest, niestety, niedostępna, to można się nauczyć nieźle walczyć. Osobiście w to wątpię. Cios, który poczułeś w kombinezonie wirtualnym to jedno; autentyczna gazrurka, którą przygrzeją ci na ulicy, to całkiem co innego. No i jest jeszcze Doom. To właśnie od wejścia w tę grę zaczęła się cała wirtualna era. Jej główne pole nazywa się mało oryginalnie – Labirynt Śmierci. To rzeczywiście labirynt; pięćdziesiąt poziomów, część położona w budynkach i podziemiach, część na ulicach posępnego miasta – umownego megalopolis podbitego przez cywilizację obcych. Głębia w Głębi, przestrzeń w przestrzeni. Z własnymi prawami i zasadami. Poziom pierwszy to dworzec, dokąd gracz przybywa drezyną, uzbrojony w jeden jedyny pistolet. Dworzec wypełniony jest potworami, byłymi mieszkańcami Miasta Zmierzchu i innymi graczami. Nie wiadomo, która z kategorii jest bardziej niebezpieczna – potwory są lepiej uzbrojone, a gracze sprytniejsi niż maszyny. Na dworcu można znaleźć broń, apteczki, jedzenie. Wychodząc z dworca, trafiasz na drugi poziom – autostradę. Pełno tam porzuconych samochodów, potworów i, rzecz jasna, graczy. Aby zwyciężyć, trzeba dojść do pięćdziesiątego poziomu – starożytnego soboru w centrum miasta – i zniszczyć przywódcę kosmitów. To trudne. Kiedyś doszedłem. Ale od tamtej pory Labirynt zmienił się z dziesięć razy – pojawiły się nowe budynki, uzbrojenie, potwory. I, oczywiście, nowi gracze-wirtualni narkomani nie wyobrażający sobie życia bez strzelaniny na ulicach Miasta Zmierzchu. Ciekawa gra. Przede wszystkim dlatego, że wymaga ciągłego kontaktu z innymi ludźmi. Nie walki na zabój, jak w Mortal Combat, nie wymiany dyplomatycznych not i gróźb, jak w C&C, lecz kontaktu. Zawierania przymierzy, umów, zwykłego życiowego sprytu... I cóż takiego niezwykłego mogło się pojawić w przestrzeni Labiryntu?

– Dzień dobry – mówię. Stoję w sadzie. Ubrany w kamuflujące. miękkie fotele. Ale przebić się przez tę zasłonę jest równie trudno co przez potwora przy moście Al Kabaru. Gęba nieprzenikniona. bardziej przypomina dom mieszkalny niż biuro. W takich domkach mieszkają pewnie średnio zamożne amerykańskie rodziny.1001 Korpus administracyjny Labiryntu Śmierci jest dwupiętrowym budynkiem na peryferiach Deeptown. – Mam poufne informacje dla kierownictwa Labiryntu. Wstaje bez pośpiechu i wychodzi przez jedne z wewnętrznych drzwi... Cierpliwie czekam. Człowiek czy nie? Głupio pytać. Chyba przełączyli mnie na rosyjską pracownicę firmy. że dobrze zrobiony program trudno odróżnić od człowieka. i jest znacznie bardziej efektowne. Żadnych komputerów ani potworów. Sekretarka. Dziewczyna jest uosobieniem uprzejmości. Pośrodku stół wyglądający nieco solidniej. który pojawił się w ostatnich dniach. przyjemny. – Jeśli mogę prosić. tym bardziej. jakieś konkrety. i o tym. że wiem o pewnym małym problemie. wchodzę do niewielkiej sali. Cóż. Wejście do Labiryntu znajduje się opodal. – Poproszę jednak o krótkie przedstawienie celu wizyty. – Jedną chwileczkę. – Chciałbym zawiadomić pana Gilermo Agirre. – Dzień dobry – odpowiada. stoi i nawet nie drgnie. Pod ścianami stoliki z czasopismami. Wszystko tu jest bardzo miłe i patriarchalne. Mijam ochroniarza. Przez okna wpada światło słoneczne. – Chciałbym porozmawiać z kierownictwem – oznajmiam bez ceregieli. Nie kombinat najbardziej posępnej i najdroższej rozrywki w historii ludzkości. przyglądam się ochroniarzowi przy drzwiach. Twarz sekretarki trochę się zmienia. Sekretarka kiwa głową. standardowe umundurowanie graczy. w ręce sztucer. Głos delikatny. prędzej mała . i to chyba żywa. Wygląda pokojowo i przytulnie. przy nim uśmiechnięta dziewczyna. o ścianach wyłożonych różowymi muszelkami. Mam zamiar zaproponować w tej sprawie swoje usługi. że współpracujący z wami nurkowie nie zdołali go rozwiązać.

Dziewczyny nie ma dłuższy czas. – Więc jest pan nurkiem? . przeglądam rozrzucone na stoliku czasopisma. – Proszę. Patrzy na zalane krwawą zorzą miasto. – Willy śmieje się i macha rękami. nic więcej. w szortach i koszulce. siadam na jednym z foteli. Stoją na nim trzy monitory komputerowe i klawiatura. Pomieszczenie ma kształt nieregularnego trójkąta. Ładnie tu. Człowiek Bez Twarzy jest lepiej poinformowany niż kierownik służby bezpieczeństwa Labiryntu. Od razu inny stosunek do człowieka.. oni kontaktują się z innymi pracownicami. Biurko kierownika służby bezpieczeństwa Labiryntu. pana Gilermo.. ma kształt podkowy. nurkach. – Zapewne pańscy pracownicy.. Strzelcu. Po prostu nie widzimy się nawzajem. szczupły. choć na pewno jacyś tu są. raczej Miasto Zmierzchu. – To szczegóły – zapewniam. opalony. Silny akcent. jakby Gilermo mówił po rosyjsku sam. Potem kiwa głową. – Bach! Bach! Taka pomoc? Interesujący program tłumaczący. sam podchodzi do okna. Ściskam jego rękę. szybciej to wyjaśnią. – Dzień dobry – pierwszy wyciąga rękę... Willy Gilermo marszczy czoło i kiwa głową. – Więc to pan jest Strzelcem? Proszę mi mówić Willy. Mam na myśli nurków. – Proszę do mnie mówić Strzelec. W jej głosie słyszę ton ciekawości.. Żadnych innych petentów. że w Labiryncie są jakieś problemy. – Tak? – interesuje się uprzejmie Willy. ukraiński i kanadyjski. – Strzelec – mówię. którzy pracują na stałej umowie.hurtownia papieru toaletowego. wstając. całkiem przezroczysta.. Mam dość stania. jedna ze ścian. spokojnie.. niech pan usiądzie. Nie Deeptown. Willy patrzy na mnie i milczy. że Anatol jest Rosjaninem. – Panie. Sam pan Gilermo już wstaje. udostępnia widok zalanego czerwonym światłem zachodzącego słońca miasta. – Jestem nurkiem. Starszawy. pomocy. Willy to Willy. Wchodzę we wskazane drzwi i zastygam.. Cicho. – Sądziłem.. – Mówił pan takie interesujące rzeczy. O problemach.. To Ukrainiec? Taak. – Willy podsuwa mi fotel. Dziewczyna kiwa głową. Chyba nie podejrzewała. – Pan Gilermo pana przyjmie. – A cóż to takiego? Uśmiecham się w odpowiedzi. – Bądźmy wobec siebie szczerzy – proponuję. słowa wtręty..

Piwo. – Czy ostatnio w Labiryncie zdarzyło się coś dziwnego? – milknę.. czy właśnie to miał na myśli pan Agirre. – Vika.... Włączyłem Biokonstruktora. wszyscy mają prośby. Niezwykłe! – Willy podnosi palec wskazujący.. – A! – Willy kiwa głową. – Ma pan interesujący garnitur. – Pasowałoby do niego kepi. Wyszukałem coś pośredniego pomiędzy beretem a kepi. Kręcę głową. nie jestem twój. Wypełniłem szarostalowym kolorem i włożyłem sobie na głowę. co wiem.. potem „nakrycia głowy”. Powinienem był się tego spodziewać. „Głębio. – Chcę pomóc Labiryntowi w jednej konkretnej sprawie. Tej samej sztuczki użył Człowiek Bez Twarzy. Zaproponujemy panu interesującą pracę. Milczę. – Pańscy nurkowie. – Czy na przykład wczoraj poradzili sobie ze swoją pracą? To jedyne. – Dziwnego? – skinienie w stronę okna. Potrzebny jest czas. Nie wiem..... Jestem odcięty od swojego systemu operacyjnego. – Panie Gilermo – mówię z szacunkiem.Kiwam głową. – zaczynam. Wojna! Strzały! Radość! Czyżby Człowiek Bez Twarzy się mylił? Zaczynam czuć się jak idiota. Nurkowie Labiryntu nie spełnili pokładanych w nich nadziei. – A! Ten nieudacznik! . pytania.. sięgnąłem do myszki. – Bardzo interesujące. Willy zamyślił się. ale chyba jest usatysfakcjonowany. Głębio. Jasne... Zdumione uniesienie brwi. Zdjąłem hełm. Beret siedzi na mojej głowie. – Tutaj codziennie coś się dzieje. Strzelec. – Ale nasi stali pracownicy dobrze sobie radzą. Osobowość numer siedem. Nieskomplikowany test. – Wszyscy szukają nurków. – Cenimy sobie pracę nurków – mówi Willy. interesy. czekam na reakcję. trochę czasu. Strzelcu – mówi.. Willy uśmiecha się. Deep Enter. a pan przyszedł do nas sam.” Głowa jednak boli. Takie małe szare kepi! Rozumiem. szybko wybrałem w menu ikonę „ubranie”. Willy odwraca się. ale twardo. beret zjeżdża na bok.

jak je pokonać. – O ile wiem. – Ze wszystkimi możliwymi konsekwencjami karnymi. wtajemniczanie mnie w nieprzyjemne strony życia kompanii jest ryzykowne. Ale Gilermo najwyraźniej ma nosa do kłopotów i do tego. Rosyjska kolejka. tak.. Strzelcu. Strzelcu – wskazuje swoje biurko. – Proszę. Disneyland. – To problem? – Agirre poważnieje. Patrzę na ekran i poziom mi się bardzo nie podoba. – Bardzo.. Podchodzę. – Więc to właśnie jest problem. ale to nie teatralna pauza – niczego niezwykłego na ekranie nie ma. Strzelcu? Tak? .Na wszelki wypadek kiwam głową. Choćby dlatego. Gilermo coś rozważa.. – Podpisze pan jednorazową umowę? – mówi szybko i rzeczowo. – Niewiele. że w czasach. z którym nie warto blefować. że teraz dojdzie do podpisania dokumentów o współpracy.. bardzo niedobry poziom – mówi Willy.. sądząc. – Tak. co pan wie? Nie ma co kłamać. że w Labiryncie pojawił się problem. Że pańscy nurkowie nie mogą go rozwiązać. – Oto on. Poproszono mnie o udzielenie panu pomocy. – Strzelcu. Zły! Tak jakby wyobraźnia twórców Labiryntu mogła zrodzić dobre demony. – Całkowita dyskrecja – dodaje. Gilermo milczy. – jeszcze jedno dotknięcie klawiszy. Jestem anonimowy. – Tak. To początek. – To trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. Powiadomiono mnie.. – Nieudacznik. Precyzuje: – Trudny. wyglądał zupełnie inaczej. Pauza. Ale Willy wskazuje na środkowy monitor. Mam przed sobą człowieka. Znowu pauza. Agirre po prostu się zastanawia. gdy go przechodziłem. To – kładzie palce na klawiaturę i obraz zmienia się – demon.

. Albo tak wszedł na trzydziesty trzeci poziom. Był ubrany w zwykły kombinezon maskujący. Dlatego istnieją timery.1010 Żaden normalny obywatel Deeptown nie może wyjść z głębi sam. nie zdoła wprowadzić komendy wyjścia ani połączyć się z systemem operacyjnym głosowo. Po prostu nie zobaczy swojego komputera. timer można wyłamać i odłączyć. Po prostu nie wystarczy sił. Te największe trzymają anonimowych pracowników na stałej umowie. jak u Nieudacznika. Dlatego pod koniec każdego poziomu gracze mają dostęp do menu gry. Powtórzyć pierwsze. lekko woniejące. Tyle człowiek może wytrzymać bez jedzenia i wody.. Oczywiście. legendarne zanurzenie w wirtualność. który łaził po Głębi dwie doby to widowisko. gdzie stoją narysowane analogi prawdziwych komputerów. Labiryntu Śmierci nie można przejść jednym zrywem. a ich koniec bywa opłakany. Albo wyłamać i dodać kilka zer do czterdziestu ośmiu godzin. którzy chcą przejść Labirynt od razu. Ale tacy kamikadze trafiają się rzadko.. Wejść. Każde duże centrum gier ma kontakt z którymś z nas. ale granice wytrzymałości jednak istnieją. Patrzyłem na Nieudacznika. ale z prawdziwym komputerem. Na powierzchnię wyciągają ich nurkowie. Przebudzenie się człowieka. Maniak. Z Głębi wychodzi się tam.. Wbudowano je we wszystkie programy – od Windows Home Microsoftu. Kilka godzin. niż rodzinie zmarłego z wyczerpania gracza. Odcinają sobie gwarantowaną drogę powrotną. Ale czasem zdarzają się optymiści. Maksymalny czas pobytu w Głębi – czterdzieści osiem godzin. z broni miał tylko pistolet. który ustawił timer na trzydzieści sześć godzin to wyjątek. po rosyjski Wirt Nawigator i Deep Komandor. hełm z maską. albo może go już . Tylko w wirtualnych mieszkaniach. Taniej wychodzi płacenie nam. który może być pałacem albo norą. żeby kiedyś wrócić. W wymyślonym domu. W wirtualności nie chce się spać. świadomość litościwie na to zezwala. gdzie się wchodzi. Wyłamują timer. I nurkują do samego dna. czasem korzystając z jakiegoś hakerskiego programu. czasem sami. gdzie mogą zapisać swoje dane i wejść w zwykłą Głębię. doba. Rozsądni użytkownicy zawsze ustawiają mniejszy czas. Na przykład taki.

Willy. doprowadzić do końca poziomu. On po prostu nie wie. – Długo tak siedzi? – Około doby. ale zabijano go. – Załatwiać się w kombinezon. gdy ten znalazł się w Labiryncie. – Nie. – Brednie – mówię. demona sam załatwiał. – Gilermo śmieje się pobłażliwie. co mnie właściwie interesuje. . Kolejny zarozumiały miłośnik gier. ale znowu nie mieli szczęścia.. jakie to nieapetyczne! – Gilermo wzdycha. Anatol poszedł drugi raz. co się dzieje. Ach. – I co? Informacje muszę wyciągać jak kleszczami.. Posłaliśmy Anatola. że to. Co zaniepokoiło Człowieka Bez Twarzy? Dlaczego uważa. – Gracz wszedł na ten poziom dwadzieścia dziewięć godzin temu. nie odrywając spojrzenia od ekranu. – Gilermo kiwa głową. Młody chłopak w kombinezonie i z pistoletem. – I co zrobiliście? – Posłaliśmy Anatola – Gilermo rozkłada ręce. A więc Człowiek Bez Twarzy zainteresował się Nieudacznikiem niemal od razu.. Poproszę o raport. że Gilermo coś przede mną ukrywa. potem zrezygnował. – Dzisiaj nurkowie mieli spróbować razem. Klienta zabili.. – Tak.. kto tam tylko był. dobrze? – Dobrze – mówię. Usiadł przy wejściu. – Dawno tam jest? – Trzydzieści dziewięć godzin. – Demon? – Nie. – On umie to robić. Anatol się wkurzył. że chodziło o zupełnie inne zadanie.. Gilermo kiwa głową.. Pięć razy próbował go przejść. Szybko. Wszystkich wystrzelał. Inni gracze. – Jego timer mógł być ustawiony na dwie doby. bacznie go obserwował i natychmiast zaczął szukać nurków. czy działo się jeszcze coś dziwnego? Nieśmiała nadzieja. Nie dlatego. przywykł do kontaktów ze specjalnie przygotowanymi. – Co? – zainteresował się Gilermo. – To dziwne.. Potem siadł. żeby prowadził Nieudacznika. Zabili ich. Wyławiamy graczy od momentu wejścia do systemu. nie ma odpowiednika? Dlaczego proponuje za to nieskomplikowane zadanie Medal Bezkarności jako nagrodę? – Willy. Próbował przejść poziom pięć razy. Po śmierci w Labiryncie gracz automatycznie pojawia się na początku poziomu z minimalną ilością broni.kiedyś zabijali. fuj! Dlaczego Człowiek Bez Twarzy podniósł alarm? Przecież nic strasznego jeszcze się nie stało. rozumiejącymi go w pół słowa nurkami. – Niech pan wyjaśni wszystko po kolei.

. – To bardzo trudna sprawa. czy solidny dyrektor korporacji albo arabski szejk ucieszyłby się z artykułu o swoich przygodach w narysowanym świecie? – I co takiego. Wyśledzić Nieudacznika... który wdepnął w kłopoty? Prezydent USA. jakby przykryć tonącego szklanym kloszem. a nie KGB – odpowiada z dumą.. – Nie wiadomo.... to już zależy od decyzji jego świadomości. Ale solidni ludzie bardzo. – mówi Agirre z ciekawością. – Tak.. Patrzę na ekran i czekam. Wszystko wchodzi przez dwadzieścia osiem głównych serwerów. – Informacja może zostać skradziona.... a to oznacza dwa tysiące trzydzieści pięć. – Tak. potem dzieli się na poziomy.. – Sytuacja nie jest na razie krytyczna. To tak. Kim jest ten gracz. Dmitrij Dibienko? – Kim on jest? – pytam na głos. ale także niezorganizowany użytkownik. i przerwie połączenie. Ale zaczynam czuć lekki niepokój. – Dla pana nic. Ma rację. W Labiryncie wszystko jest pod kontrolą. że namawianie Gilerma nie ma sensu. nie. papież. Zwykły człowiek będzie się z tego śmiał.. oczywiście. W celu synchronizacji wymiany danych wykorzystujemy cztery satelity. – Może go pan odłączyć ręcznie? – Jak? Rzeczywiście. niczego to nie zmieni. teraz dwa tysiące trzydziestu pięciu graczy. – Rozumiem – mówię. Jak pan sądzi. przetwarza przez nasze wynajmowane komputery na wszystkich kontynentach. Wejść do Labiryntu może abonent Internetu. żeby nie niepokoił innych kąpiących się.. – Gilermo gestem wskazuje miasto za oknem. nie udało się. – I pan o tym nie wiedział? – Nie mogę się powstrzymać od złośliwej uwagi.– Nic? – Nic! – Gilermo rozkłada ręce. – Niech pan jednak wyśledzi jego kanał – mówię. Ale taka zabawa kosztowałaby tyle. Gilermo wzrusza ramionami.. – Może pan wezwać swoich . – Nie kontrolujecie swoich użytkowników? – To centrum rozrywki. można. który zadzwonił na jeden z siedmiuset numerów telefonicznych kompanii. gdy się z nich śmieją. – Nie hamujemy inicjatywy naszych pracowników – odpowiada z godnością Gilermo. – Troszczymy się o naszych klientów. ale to bardzo nie lubią. tak. jak? Nawet jeśli wyśledzi się linię. już siedem linii telefonicznych. po której gracz wszedł do Labiryntu. rano próbowali go wyprowadzić. I trzy razy w dzień. Człowiek zawiśnie w pustce albo świat wokół niego zastygnie jak fotografia.. – Tam jest dwa tysiące trzydziestu sześciu. przepraszam. dwa razy.

– Ile trwa przejście na trzydziesty trzeci poziom? – Od dwudziestu pięciu godzin do nieskończoności. Strzelcu. to teraz po prostu śpią. – Dlaczego? – Labirynt ma dużą pulę nagród za ustanowienie nowego rekordu poziomu oraz szybkie przejście całej gry.. – Gdy jest szansa na pół miliona. wszystkie kody dające graczowi nietykalność. Przecież to nie film... Jeśli rzeczywiście próbowali wyciągnąć Nieudacznika przez całą dobę. – Więc jak pracują wasi nurkowie? – Przedtem przeszli cały Labirynt. drugi w Kanadzie. no i co? Jak dużą? – Główna wygrana to pół miliona dolarów.nurków? – Nie ma ich teraz w Sieci. – Dawno pan grał? Ma pan rejestry? – Nie... Może nawet klną przez sen. Jeden na Ukrainie. – W takim razie będzie pan musiał zacząć od. pełny arsenał czy wyposażenie. – Dobrze – postanawiam. – To jakieś brednie! Wszystkie gry mają służbowe kanały komunikacyjne pomiędzy poziomami! Jesteście wyjątkiem? – Tak. Ładny początek. to w ogóle nie można go uratować. Ohohoho. Na co właściwie liczył Człowiek Bez Twarzy? Jeśli w ciągu doby nurkowie Labiryntu nie zdołali wyciągnąć Nieudacznika. obserwuje mnie. Musielibyśmy wypłacać nagrody bardzo często. Kilka minut i są w odpowiednim miejscu. Czegoś takiego się nie spodziewałem. a raczej nie płacić nigdy. kto zdoła przejść wszystkie poziomy i pokonać Księcia Kosmitów w ciągu czterdziestu siedmiu godzin i pięćdziesięciu dziewięciu minut. – Można wejść od razu na trzydziesty trzeci poziom? Gilermo odwraca wzrok. – Gilermo zaczyna mówić jak prezenter reklamy. we wszystkich niebezpiecznych miejscach. świat cudów! A cud nie może być . mogłyby zostać odkryte. Pieniądze otrzyma ten.. wszystkie służbowe kanały – znalezione i wykorzystane. Gilermo milczy. Mają zapisy na wszystkich poziomach. – Czy mogę przynajmniej dostać mapy poziomów? – pytam.. Kompletnych map nie ma. To cały świat. Też zrozumiałe. – Kompletne mapy? – Nie. Dlaczego nie jestem graczem? – To duża suma – przypomina Gilermo. – Pamiętam. Labirynt zmienia się nieustannie i niezależnie.. początku. nie książka.

.niezmienny.

Część druga LABIRYNT .

– Pójdziemy razem? Będzie dużo łatwiej. wokół słychać nieprzyjemny huk na przemian z ciężkimi. Pewnie nie wszyscy są prawdziwi. jakby w hipnotycznym transie. Niekończący się strumień ludzi. – Są proste. idą ludzie. nieludzkimi westchnieniami. wzbijający się w niebo łuk z czarnego marmuru. jeśli chcesz. Mgła zaczyna się rozwiewać. przebieramy się. Otwór w łuku wypełniają kłęby purpurowej mgły. .. Wszyscy nasi towarzysze gdzieś znikli. zachowanie bezczelne. – Bardzo mi miło. Stoimy przy drezynie umieszczonej na zardzewiałych szynach. Przez tę mgłę powoli. przez który Labirynt łączy się z pozostałą Głębią. – Hej. Przybijamy piątkę. Z nieba dobiega głos: – Tryb? – Wejście dwuosobowe – mówi Alex. Wygląd wyraźnie sztuczny. Krwawa mgła otuliła nas..00 Portal. jest piękny. – A ja Alex. Odwracam się. nic już nie widać. słowo honoru! Przyglądam mu się. Ale i tak robi to wrażenie. część stworzyli projektanci Labiryntu dla większego efektu. – Idziesz na pierwszy poziom? – Tak. ale chłopak nie daje za wygraną. idziemy obok siebie. hełmy z maskami i dwa pistolety. A potem. Idący obok mnie chłopak dotyka mojego ramienia: – Jak się nazywasz? – Strzelec. – Pierwszych pięć poziomów przeszlibyśmy w parze – ciągnie chłopak. rozstaniemy się. Sprawdzamy magazynki. To gigantyczny. – Alex i Strzelec! Powtarzam to samo. Co ty na to? – Dobra. ale pewne siebie. ale łatwiej będzie się wciągnąć. Biegną po nim fioletowe iskry. Na drezynie leżą dwa kombinezony. Przyłączam się do tłumu.

Dworzec jest coraz bliżej. każdy potrzebuje dodatkowego magazynka.. Drezyna przejeżdża obok martwego pociągu.. Chyba nie było tamtej wieżyczki na prawym skrzydle. za dwa dni siódmy listopada. jakie zmiany zaszły tu podczas mojej nieobecności. a może przeciwnie. Program daje mu pięć sekund na uświadomienie sobie swojej klęski. To pociąg uciekinierów. za jakieś sześć godzin. Miałem pistolet i osiem nabojów. czym jest prawdziwa ewakuacja i prawdziwi uciekinierzy. W przeciwnym razie całą przestrzeń Labiryntu zasypałyby kości. niczym Reichstag po szturmie Berlina. Nachylam się. Strzelec? – Z domu. Staruszka się rozpędza. któryś z bolszewików w ten sposób uczcił rocznicę rewolucji. – Grałem w Deathmatch. i wycelowany we mnie pistolet wypada z ręki mojego niedawnego sprzymierzeńca. Raczej to drugie. Przyglądam mu się.– Przy dworcu będzie pułapka. Podobieństwo potęguje zatknięta na kopule czerwona flaga. Wyjeżdżamy z mgły. Zgodnie z planem Aleksa. Ale z was lamerzy. Nie macie pojęcia. nowiutkiego i czystego. Dobrze to urządzone. Alex chwyta powietrze ustami. patrzy na mnie bezmyślnie. Wyskakuję z drezyny. a teraz mam dwa pistolety i czternaście nabojów. Skąd jesteś. . – Nie traćmy czujności. jedziemy przez rzednącą mgłę. – Rozumiem – mówię. odwracając się. na stertę innych ciał. budynek dworca. Ciało rozpadnie się szybko. Czy po prostu dobrze strzelasz? – Zobaczysz. – Na pewno będzie zasadzka. Rozumiesz. Po cichutku. Tak będzie pewniej. to ja powinienem tam leżeć. spadam pod nasyp. Przy oknach siedzą ludzie. toczą się pod nasyp. który Kosmici spalili podczas próby opuszczenia miasta. – Teraz uważaj. Strzelam dwa razy. – Strzelec.. – A Kinga rzeczy wiście lubię – oznajmiam. przygotuj się – odzywa się Alex z tyłu. Ja pójdę piechotą. Przerzucam zwłoki przez burtę drezyny.. przed nami spalony.. podnosząc jego pistolet. zaczynamy naciskać wajchę. lubisz Kinga? – Czemu? – Twoja ksywka. Do dworca niech dojeżdżają pewni siebie nowicjusze. Patrzę na siedzących grzecznie pasażerów. Może ktoś w ten sposób rozlicza się z komunistami. Mur beton – mamrocze Alex. gdy ty jeszcze nie dotykałeś klawiatury – mówię bez złości. drodzy twórcy Labiryntu. Więcej pytań nie ma. Stajemy na drezynie. próbując zrozumieć. ich ciała pokrywa szary nalot. Droga biegnie przez osypujące się nasypy..

01 Pierwszy etap z zasady jest prosty. Według legendy gry. Z samym pistoletem daleko nie zajdę. cicho pracuje komputer. szybko sprawdzam zapamiętane skrytki – w luku kanalizacyjnym. Ich karabiny są rozwalone kulami. I słusznie. zanim otworzyli ogień. zapaskudzonych sal. Na drugi etap. kałuże krwi. żeby debiutanci wciągnęli się w grę. ani potworów na razie nie ma. Żeby przyszli jeszcze raz. Szereg pustych. Tam. Wkładam nowe magazynki. na propozycję wyjścia z gry odpowiadam odmową. Sprawdzam jeszcze kilka skrytek. Ani ludzi. Pewnie człowiek. Zapisuję. W kanalizacji pusto. Ale nie chce mi się szukać tego wzruszającego programu. skradam się. Porośnięci jakimś zielonym mchem. Dalej. w budce znajduję dwa magazynki. Zbliżam się do jednego z bocznych wejść do budynku. uwierzyli w swoje siły. kilka ręcznych granatów. ale lepiej celują. na stoliku. potem szybko daję w nie nura. tutaj odbyło się ostatnie starcie policji miejskiej z obcymi. że gdzieś w piwnicach można się natknąć na umierającego sierżanta. w lokomotywie zawiniętą w folię kanapkę. Aha! Rzucają się na mnie dwa mutanty – drobne człekopodobne demony. obok którego leży okrwawiony kobiecy trup. w budce transformatora i w przewróconej kabinie leżącej w poprzek torów lokomotywy. ale ponieważ nie zaczynają polowania. istna twierdza w Brześciu. Idę przez dworzec. który opowiada straszne historie o napadzie Kosmitów i przed śmiercią oddaje swój karabin. Nie mam na to czasu. który natychmiast nakładam na lewą rękę. przygarbiony chowam za drzewami. . Ktoś do mnie strzela z górnych pięter. Na ekranie menu gry.. ściany wysmarowane rozpaczliwymi odezwami i przekleństwami. Pudłuje. podchodzę do ciał.. Musi być. Wiem. Szkoda. Z karabinem w ręce wybiegam z dworca. Idę w stronę wyjścia na plac przed dworcem. Potwory są tępe. Dochodzę do dworca od strony lewego skrzydła. Staję się czujny. ja też zostawiam ich w spokoju. Na twarzy jednego tkwią surowe profesorskie okulary. znajduję kastet. i wreszcie – dwulufowy sztucer. Przez sekundę stoję przed wyłamanymi drzwiami. w węźlastych łapach mają strzelby. Dwa razy migają w oddali sylwetki ludzi. Giną.

ale nigdy nie sprawdziłem. dogonił mnie. Bandyta z granatnikiem patrzy na nas drwiąco. No proszę. potwory zrodzone przez Labirynt. w niedbałej.. Ale chyba nie jest Rosjaninem. że gdzieś na dworcu jest ciężkie uzbrojenie. ogniści dusiciele trafiają się już na pierwszym poziomie. Nie interesuje mnie rezultat walki. no. – Ja cię załatwię! Słyszysz? Nie dam ci spokoju! Załatwię cię! Niedwuznaczny gest zmusza go do otwarcia ognia.Plac przed dworcem jest zastawiony zakurzonymi. Najlepiej się poddać i poświęcić część uzbrojenia w nadziei. Dwa razy próbują nas dogonić i staranować ogromne ciężarówki. Trzy samochody zagradzają drogę. Alex. Odwracam się. Po pięciu minutach z dworca wyskakuje człowiek. Ale nabojów ma niewiele. Człowiek zastyga. Szybkimi susami zbliża się do samochodów. zresztą wybrana przez niego twarz nic mi nie powie o narodowości. – Powoli zwalniaj. Nie ich należy się bać. To pewnie on strzelał mi w plecy. – Hej! – Głos jest ledwie słyszalny. W dziurze w kopule stoi znajoma postać. Zawsze tu czekam. ten klęka. pewnej siebie pozie. Po moim trzecim wystrzale zatrzymaj się. Płomienne łapy chwytają Aleksa za gardło. siada za kierownicą. – Co robić? – pyta mój jeniec. Słyszałem. nie spuszczając wzroku z jeńca. Kryję się za potężnym. że potem wypuszczą. celując w opony i przednią szybę. No. Mój jeniec. Nie był przygotowany na zasadzkę pod koniec etapu. Na skrzyżowaniu czekają na nas prawdziwi wrogowie. czekam. lekko pogiętym fordem. . żeby próbować pokonać taką bandę. który czekał posłusznie na koniec rozmowy. Autostrada. Odrzuca karabin. ale sprawnymi samochodami.. wyraźnie spodziewa się strzału w kark. Cholera. próbuje celować do mnie z pistoletu. – Wsiadaj do samochodu i prowadź! Zrozumiał. próbuje strzelać przez ramię. Twarzy spod maski nie widać. Gracz chyba mnie nie rozumie. Jeden stoi odsłonięty. Czeka. Trzeba być idiotą. Opuszczam szybę i załatwiam je z karabinu. otwiera drzwi. rusza. Ich właściciele wsiedli do tamtego pociągu. W milczeniu kiwa głową.. potem się przyzwyczaja. To na razie drobiazgi. a odległość spora. wymierzam w niego karabin. za nimi chowają się uzbrojeni ludzie. Wszedł po raz drugi i dogonił. oglądając się. – Wsiadaj! – kiwam lufą w stronę forda. I wtedy za jego plecami pojawia się purpurowy cień. Wstaję. W ręce ma granatnik. widać włączył się program-tłumacz. Podchodzi powoli. Mężczyzna najpierw wzdryga się przy każdym wystrzale. Prowadzi samochód powoli..

przesuwam po mopadzie. zacząłem strzelać do samochodów. Po położeniu tych trzech. – Jak się panu udało? – Wysiadaj. Krzyżyk celownika na środku ekranu. strzelając lewym klawiszem myszki. kark mojego kierowcy. który przywykł do używania myszki. apteczki. karabin z optycznym celownikiem. Zademonstrowana przeze mnie szybkość i celność strzału jest praktycznie nieosiągalna dla zwykłego gracza. apteczka by go uratowała. Krzyżyk przesunął się.. Głębio. a prawym ładując karabin. Otworzyłem ogień. Teraz ja stawiam kropkę nad i. Bandyta z granatnikiem nic nie zrozumiał. Teraz jestem wyposażony od A do Z. granaty. krzyczy: – Kim jesteś? Kim jesteś. sztucer. którzy są lepsi. Odwraca się. kamizelka . bydlaku! Kolejne wielopiętrowe przekleństwo. Jeden z bandytów nadal żyje. którzy się wysunęli. Jasne ślady strzałów przelatywały przez ekran. Nie lubię. I stary doomer. Wyraźnie czeka na kolejny strzał. gdy ktoś tak bluźni. – Jedziemy.. jedna ręka jest na wpół oderwana.. że nie mam wątpliwości co do jego narodowości. przystawiając lufę karabinu do czoła bandyty. Bandyta. w słuchawkach huk. Podchodzę. Twarz gracza zalewa krew. W końcu w moim ciele mogła być dziewczyna albo dziecko. Zauważa mnie. nie jestem twój. Wyciągam rękę.. Mój jeniec i tak do mnie nie strzeli. Ale za to strzelanie do obrazków jest dziecinnie proste. Pistolety. I klnie – tak wyszukanie i soczyście. Ma jeszcze pięć procent życia. samochody. Tylko nurek może zrobić coś takiego. Deep Enter. Zbieranie trofeów zajmuje nam pięć minut. przecież mówiłem mu. Stajemy tuż przed płonącymi samochodami. Do diabła. żeby się zatrzymał! – Hamuj! – krzyczę do kierowcy. granatnik. Wypuść mnie.. szarpie się.. ale ja niedwuznacznie wskazuję ciała zastrzelonych przeze mnie i zabitych w wybuchu samochodu ludzi. Trafienie w bak z benzyną w wirtualności wcale nie jest łatwiejsze niż w realu. – Strzelcem – odpowiadam. pozostał nierozstrzygnięty – nadeszła era wirtualności. Wieczny spór. Zbieraj broń. Popatrzyłem badawczo na obraz. drugą próbuje sięgnąć do apteczki.„Głębio. Głębio”. W oczach nawet przez ciemne szkła maski widać przerażenie i zachwyt. Doomerzy zawsze dzielili się na tych z klawiaturą i tych z myszą.. dotykam myszki. Nieuczciwy ze mnie człowiek..

Dopiero teraz mój towarzysz się uspokaja. Niewielu z niej korzysta – zbyt nieprzyjemna. Najpewniejsza droga przez trzeci etap biegnie wśród nieczystości. ..kuloodporna. Zrozumiał bez dalszych wyjaśnień. że o mało nie wjechał w płonące samochody. Twórcy Labiryntu mieli specyficzne poczucie humoru. Ale nie podobało mi się. Mkniemy autostradą. oszołomiony. Mój jeniec też. że powiem „we dwóch łatwiej” i zaproponuję. Razem wysiadamy z forda. nie wytrzymuję i rozstrzeliwuję jeszcze jedną ciężarówkę z granatnika. W realu nie udźwignęlibyśmy takiej sterty żelastwa. – Hej! – krzyczy za mną mój towarzysz. Ale tu każdy z nas jest trochę Rambo. Stoi przy komputerze. wsiadając do samochodu.. A iść na piechotę to trwa za długo. Ale mnie to zwisa. przepełniony wrażeniami. Mówię mu prawdę: – Nie umiem prowadzić. których widziałem! Pewnie spodziewa się. – Po co ci byłem potrzebny? Jesteś najlepszy z tych. nawet mimo prysznica pod koniec poziomu. najpierw wychodzę z wozu. a ja nie mam zamiaru oglądać własnych kiszek na suficie samochodu. żebyśmy dalej poszli razem. i zapisujemy rezultat na komputerze pracującym na ruinach domku jednorodzinnego. – Jedziemy – rzucam jeńcowi.. Drugi poziom kończy się na obrzeżach miasta. się nieźle wyekwipował – tylko drugiego granatnika już nie było. Oczywiście. Przejdę przez kanał patrząc na ekran i ruszając myszką. I całkiem nieźle uzbrojony jak na koniec drugiego etapu.. Macham mu ręką i idę w stronę studzienki kanalizacyjnej.

chociaż efektownie. Potem grzęznę na dwunastym. musiałem użyć karabinu plazmowego. Pokój o ścianach z różowego marmuru. Za moimi plecami trupy i ruiny. 14”. Jest siódma. Skaczę i znajduję się w szatni. gdzie w przejrzystej wodzie leniwie kołyszą się trupy przypominających krokodyle potworów-amfibii. Plotkom Głębia niestraszna. Wynurzam się na moment z Głębi. Puszczam w nich rakietę spod wody i oboje nikną w ognistym kłębie. opierając się o śliskie ciało ugotowanego potwora. Pod koniec czternastego poziomu wiem już. Nic tam nie ma. Plotki to wróg nurka. Z ludźmi jest na odwrót. jest zupełnie nowy i niezwykły. Tylko komputery nie lubią. odświętna. gonią mnie od trzech poziomów. Komputer z menu gry stoi na stoliku sędziowskim obok ogromnego basenu. żeby je wyłączać.10 Przechodzę czternaście etapów w ciągu siedmiu godzin. Zatrzymuję się nieco dłużej na szóstym poziomie. Odpocząć. Wyjście z Labiryntu jest tak samo pompatyczne jak wejście. I wrócić. ale arena to arena. że dłużej nie wytrzymam. Na szczęcie inni gracze już do mnie praktycznie nie startują. i zaglądam do leju. chłopakowi zdetonowało jednostki energetyczne karabinu plazmowego. Chyba byli pewni. i to pracuje na moją korzyść. jak należy. Wychodzę z basenu. i zabicie ponad stu potworów jest nieco czasochłonne. Trudno je zabić. obok stolika sędziowskiego. . Wszystko uczciwie. Pogłoski biegną przez Labirynt. Dwoje rozhisteryzowanych graczy. i wpadli na salę nieostrożnie. Koniecznie wrócić. jasne światło słońca w oknie. a ja lubię dobre tradycje. Zapisuję się – „Strzelec. wesoła. W podłodze. chłopak i dziewczyna. To już rytuał. nic nigdy nie mogło ich powstrzymać. – Jestem Strzelcem – mówię. Dzisiaj zrodziła się legenda. widziałem już podobne rzeczy. Czternasty etap – miejski ośrodek sportowy. i stukam w klawisz wyjścia. Ale to inna uroczystość. przecinając poziomy z łatwością niedostępną nawet nurkom. dziewczyna ze sztucerem na ramieniu. Chłopak z karabinem plazmowym przy pasie. Ale teraz niosą strach. jest luk – wyjście z gry. że od razu opuszczę ośrodek sportowy. Nurkuję w śmierdzący bulion i kilka minut czekam na pogoń.

Tylko ja będę mógł skorzystać ze zdobytego dobra. robię kolejny krok. – Mam na imię Tolik. sukinkot! – oznajmia Tolik z zachwytem i nienawiścią. dość mam już bólu głowy. – Tak. Ma mnie też patrzą. przebieram się. I . pojedynczo i grupami.. Ale postać Strzelca otacza mistyczna aureola i moje słowa o granatniku potraktowano jak typowe usprawiedliwienie niedojdy. Beznadziejnie macham ręką i idę w kierunku wyjścia. – O. niewyraźna jak bariera dźwięku na oceanie. – Lonia. to na pewno – kiwa Tolik. Rozmowa cichnie. żeby oblać zwycięstwo lub klęskę. stoliki z owocami i jedzeniem. – Jeśli zdołamy rozpoznać.. Katia. Szczerze mówiąc. ogromna rzeźbiona mahoniowa szafa. – odpowiadam. – A mnie na piętnastym – mówię. – Jesteś setny – mówi kwadratowy podbródek. To granica Miasta i zwykłej wirtualności. – Skąd on się wziął? Poznajcie się. Kierują się do najbliższej restauracyjki BFG-900 albo baru Kakodemon. w końcu dojście do hotelu i wyjście normalną drogą to kwestia kilku minut. o co mu chodzi i kiwam głową. bydlę! I jeszcze mówi: „Jestem Strzelcem!” Chyba przeholowałem. Biorę prysznic. przedostatnia próba graczy zorganizowania się i zaatakowania bezczelnego Strzelca.. wszystkich położył na dziewiątym poziomie. po trafieniu z granatnika trudno cokolwiek usłyszeć. nie pamiętam.miękka kanapa. Niespiesznie wychodzą ze swoich szatni inni gracze. skąd widać ulice Deeptown. a on. Podchodzę do najbliższej grupy. – Na mojej twarzy pojawia się uraza i złość. Szatnie wychodzą na przestronną salę kolumnową.... To moja zasługa – chyba wszyscy zginęli z mojej ręki. Nadal mnie podejrzewa.. Trzeba wychodzić. Sporo się tam działo.. Kiwam mu głową.. Zdejmuję kamizelkę kuloodporną. gdy ponownie wejdę do Labiryntu. – Idę sobie. ale nie ma dowodów. Dzisiaj zebrało się tu ze sto osób. – Sami mu dołożycie. kask.. ale najwidoczniej nie przypominam tego bezlitosnego Strzelca. jakby mogli zapamiętać moją twarz pod maską-hełmem. – Z miotacza granatów.. Nie chcę przerywać programu. Każdego wychodzącego z szatni bacznie oglądają.. – Słyszeliście? – krzyczy Tolik. – Hej! – woła za mną Tolik. Zazwyczaj sala kolumnowa jest mało uczęszczana. – Setkę ludzi położył. – Nie czekasz na niego? – Forsa. – Strzelec poszedł na piętnasty! Odpowiedzią jest ryk. kombinezon maskujący i wpycham razem ze stertą broni do swojej osobistej szafki.. Damir. którego zapamiętali w ostatnich sekundach gry. muskularny mężczyzna z kwadratowym podbródkiem ostro pyta: – Strzelec? Na szczęście domyślam się.. Jean...

wyciąga zza pazuchy błyszczący długi pistolet i krzyczy: – Uciekaj. Vendetta. że wtrącił się nie w porę. potem krzyczy za mną: . tak? Możliwe. wie. zapominając. to ostatnie mówi cicho i nikt go nie słyszy. popatruje na ludzi i mówi przepraszająco: – Może pan zajść po pieniądze teraz.. gdy się mnie wpycha w bagno. – Strzelcu! – Podchodzi bliżej. Każda z ofiar. rozkłada ręce.. Gotuję się ze złości. jakby chciał powiedzieć: „Co ja mogę. To nie Alex. Nie patrzę na Gilermo. razem ze mną. a potem wyciąga pomocną dłoń. – Nie lubię. Zrobił pan Labiryntowi doskonałą reklamę. To Gilermo. Chwała Bogu. dwieście dolarów. – Kierownictwo postanowiło przekazać panu. jeszcze kilka sekund i będę na ulicach Deeptown. jestem tylko podwładnym.. że jeszcze niedawno byli przeciwnikami. wdzięczność za intensywną pracę. – Jestem Strzelcem – mówię. Robi pauzę.. ale ustanowił pan osiem rekordów poziomów. może prócz Aleksa. w stronę jakichś służbowych korytarzy. – Przepraszam. – Wstąpię przy okazji. Ale takie dostał polecenie. nie ma sensu udawać idioty. Z naszego biura jest dużo wyjść. że pana zatrzymuję.widzę Aleksa.. w milczeniu przysłuchując się dialogowi.. Jeden na jednego. lecz na setkę moich niedawnych ofiar. Gilermo chyba rozumie. dziewięćdziesiąt osiem. ponieważ teraz współpracuje pan z nami. – Strzelcu! – krzyczy ktoś z tyłu i setka ludzi jednocześnie wypuszcza powietrze z płuc.” I odchodzi w głąb sali. Nie. To mnie urządza. to przekazuję. Ich spojrzenia nie wróżą nic dobrego. Moja pierwsza ofiara stoi z boku. Rzucam się do ucieczki. I chyba nie ma zamiaru się wtrącać. Omijam go.. kazali przekazać... – Dziękuję. palancie! Przezwisko mało przyjemne.. A na mnie patrzy dziewięćdziesiąt dziewięć par oczu. że zabiłem ją w uczciwej walce. ale rada słuszna.. ledwie radzimy sobie z potokiem nowych graczy. Gilermo wzdycha. Ale towarzyszom niedoli mówili zupełnie co innego i teraz wszyscy gotowi są pomścić niewinnie zabitych towarzyszy. – Nie miałem zamiaru – odpowiadam. Alex stoi w miejscu. Głos jest zbyt stanowczy. – Chcemy jednak dać panu niewielką premię.. Dziewięćdziesiąt dziewięć par nóg odrywa się od podłogi. Za plecami kilka wystrzałów – to Alex rozpaczliwie próbuje powstrzymać prześladowców. Odwracam się. że nie może pan pretendować do nagrody.

Zaułek. Jeśli skrzywdzeni gracze zrozumieją. . Biegnę. żeby przyspieszyć bieg. A może włączyła się służba bezpieczeństwa Labiryntu. Wybór nie jest trudny. polowanie przemieni się w szczucie. że w dodatku jestem nurkiem. A tak bardzo chce mi się spać. obniżam detalizację.. Jednocześnie przypominam sobie opowieść Maniaka o systemach bezpieczeństwa wirtualnych burdeli. Jeszcze tylko brakowało.. żebym rozpłynął się w powietrzu. Na szczęście napisy są bardzo duże i w porę pojmuję ich sens. Krzyk się urywa.. drugi.. I omal nie mijam budynku z napisem ROŻNE ZABAWY W czterech zasadniczych językach Deeptown.– Ja cię sam zała. Skaczę w obrotowe szklane drzwi. trzeci.. Nie tylko on ma broń wirusową..

– A jeżeli się ukrywam. Nigdy.. – Proszę się nie obawiać. Może pan po prostu posiedzieć. że ledwie się powstrzymuję. Kiwnięcie głową.. – Imię nie jest potrzebne. Ma około trzydziestki i twarz tak detalizowaną... Przyszedł pan do nas w interesie. szerokie stoły z pękatymi karafkami. Kto wie. może to rzeczywiście program-strażnik. jak udało się osiągnąć tak niezwykłe ludzkie oblicze. – Jestem Strzelcem. będę musiał wyjść? – chcę wiedzieć. – U nas zawsze jest wieczór.11 Pomieszczenie urządzone jest w stylu retro. napić się kawy . – Dobry wieczór. Nie ma w niej nic z młodości panoszącej się na ulicach Deeptown. Za nimi jest cicho i pusto. misy pełne owoców.. Kobieta podchodzi bliżej. Kobieta uśmiecha się w milczeniu. Rzeczywiście. że to już noc – mówię. Nie są jej potrzebne.. Nie ma również mowy o niewinności czy czystości. W końcu pojmuję sens zwrotu „dojrzałe piękno”. – Dobrze wiedzieć.. Zawsze jesteśmy radzi gościom. Brodaty milczący mężczyzna w rogu wygląda jak element wystroju.. Masywne wyściełane meble. Z pierwszego piętra po drewnianych schodach schodzi ciemnowłosa kobieta w długiej sukni. Wchodzący nie widzą się nawzajem. (Znowu kiwnięcie.) – Dobrze.. – A. – Proszę do mnie mówić Madame – kontynuuje kobieta. – Wydaje mi się. żeby nie wynurzyć się z Głębi i nie popatrzeć na nią normalnie. Pauza się przedłuża. Żeby zrozumieć. bardzo dojrzałe. – Nie.. – Ja.. mamroczę: – Dzień dobry. I chwała Bogu. – uśmiech – czy po prostu ukrywa się pan przed natarczywymi przyjaciółmi? Mimo woli zerkam na szklane drzwi.. „.

czy są stąd rezerwowe wyjścia. – Pokazać panu wszystkie albumy? – pyta Madame. A zresztą mamy swoje zasady: gość musi przynajmniej obejrzeć album. Ochroniarz przynosi kawę w malutkim tygielku. Nalewam drugą filiżankę. Słowo „wszystkie” ma tu chyba podwójny sens. leży skórzany pejcz. zdjęcia – dociera do mnie. Głowa odchylona. wyciąga z szafy kilka grubych albumów w okładkach z kolorowego aksamitu. – Ach. Taak. – Wrócę do siebie. piję. Kiwam głową. Podchodzę do sofy. zdobyłem wątpliwą sławę i na czternaście poziomów przybliżyłem się do Nieudacznika. ale obnażone ciało wygląda obiecująco. Pod nogami kobiety... parzy wargi. znowu pełny! Czarodziejski dzbanuszek z tysiąca i jednej nocy.albo wina. Ciekawe. na podłodze. przysuwam sobie album w czarnym aksamicie. Za jej plecami mur. właśnie. Sypię cukier. jakbym naprawdę trzasnął dawkę kofeiny... Murzynki? Nie. proszę potrzeć obraz palcem. że mój timer zadziałał i rozpłynąć się w powietrzu. W każdym razie jestem uratowany. Madame przechodzi przez salę. ale starałem się jak mogłem. proszę. Patrzę na nią zdumiony. Ale ja nadal mam w głowie kłąb waty i tylko słabo przytakuję. Mocna i aromatyczna. – Oczywiście. jeśli spodoba się panu jakieś zdjęcie i zechce pan obejrzeć szczegóły. Na pierwszej stronie zdjęcie kobiety przykutej do stołu. – Kawy – decyduję. – Nie rujnują was tacy przypadkowi goście? – pytam. jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. Kawa wypita. Jeśli jednak – uśmiech – coś pana zainteresuje. Utarłem nosa setce rozwścieczonych doomerów. kładzie na stole przede mną. Strzelcu. – Zdjęcia dziewczynek.. proszę mnie zawołać. . Milczący ochroniarz wychodzi. Piję kawę i zaczynam przeglądać albumy. – Nie ma nic bardziej pożytecznego od przypadków. Co w nim jest. Zresztą zawsze mogę udać.. Może wyciągną go wcześniej. Połyskują łańcuchy o dużych ogniwach. Zaglądam do tygielka. z przyjemnością. twarzy nie widać. Madame starannie nalewa ją do filiżanek. Sen odchodzi. – Dobrze. Madame z uśmiechem siada naprzeciwko. siadam. Już ze schodów Madame dodaje: – A.

Mój Boże. po prostu pary. ale milczy. zaglądam z obawą na pierwszą stronę. Uśmiecha się kokieteryjnie. trudno będzie cokolwiek dowieść... Wyobraźnia niczego nie podpowiada. Czyżby lesbijki? Dziwne. Niech sobie czeka na sadomasochistów. Zdjęcie jest lekko zniekształcone i nikt nie uzna go za dowód. oczywiście. Na przykład ta błękitna. Różowy album. druga opiera się na jej ramionach. drobiąc nogami. Obracam w rękach.. Kładę aktora na damie w łańcuchach. Fioletowy. Spróbujmy zgadnąć. Ale ci. zielony i żółty. Ale ci się. Otwieram biały.. znają również jej prawo. ostrymi różkami. albo program imitujący seksualne stereotypy młodej zboczonej kozy. Starucha w obwisłej sukni. rzeczywiście dla każdego coś dobrego! Zaciekawiony pocieram zdjęcie palcem. może staruszkowie? Kózka. We wszystkim i dla wszystkich. Już się nie śmieję. z krótkimi. Podpisu pod zdjęciem. buty i koronkową koszulę. że we dwie nudzić się nie będziecie.. Rzeczywiście „różne zabawy”! Patrzę na różnobarwne okładki. Prócz tych. Nie po czternastu poziomach Labiryntu. To znaczy koza. Nie wytrzymuję i pytam: – Zdarzają się na to klienci? Wskazuję palcem brązowy aksamit. biały. nie mam sił. nie. Więc albo człowiek-operator. Ochroniarz kiwa głową.. od trzech lat uznawany za symbol seksu. Biała. nie ma. odsuwam na róg stołu. babo? Kładę brązowy album na różowym i zaczynam chichotać. Brązowy. Być może jest to słuszne. jedna klęczy. nigdy nie będący homoseksualistą. wytoczył burdelowi sprawę.. Ochroniarz w kącie patrzy na mnie zezem. Zostają trzy albumy. stary. Kozy do rzeczywistości wirtualnej wpakować się nie da. Poleźcie sobie z boku. zgadłem! Z pierwszej fotografii uśmiecha się radośnie hollywoodzki aktor.Zamykam album. którzy byli w Głębi. i rozchyla swój chałat. poszczęściło. Zwariowałaś. Dwie dziewczyny o wyzywającym spojrzeniu. jak mózg domyśla sobie obrazy. patrząc na mnie uważnie. którzy znają wirtualność nie tylko ze słyszenia. Niech się nieszczęśnicy zabawią. Młoda. i wiedzą.. otwieram. coś czuję. nie. Niech ją ta babcia doi. Ubrany w skórzaną kurtkę. na próżno próbując cokolwiek wymyślić. Ha. Nie. nie wiedzieć czemu mając w . A. Nie dzisiaj. zaczyna tańczyć. Starucha na fotografii ożywa. Nawet gdyby nieszczęsny przystojniaczek. Najważniejsze brzmi – wolność.

Trzeba było dokładniej obejrzeć ten ze zwierzętami.. Koreanka w sukience z maty. słynna top modelka w sukni wieczorowej od Cardina.głowie elfy. Nawet zieloną ośmiornicę czy sukę pitbulla. Otwieram album.. Dobra. zorganizują na prośbę klienta. Też zgadłem. czy są tam młode krokodylice albo dojrzałe. Co zostało z erotycznych fantazji? Dzieci. zaglądam na koniec albumu. przytrzymaj babci kozę.. Małoletni milioner. od czasu do czasu zmuszając dziewczyny do robienia striptizu. Polinezyjka z kółkiem w nosie. Na pierwszej stronie. Biała kartka i napis: „Narysuj swoje szczęście”. dalej już same nieznajome twarze. chyba to aktorka. druga.. zaniosłabyś dziewczyno wiaderko z kozim mlekiem do izby. Rzucam kolejny album na stertę z nietypowymi partnerami. Nie wytrzymuję. oczywiście. Eskimoska w futrze. Gwiazdy kina i modelki kończą się dość szybko. sukienkę zdążymy obejrzeć innym razem. Jedna kartka. Po prostu kobiety. Ciekawe. można tańszymi sposobami niż siedząc w Głębi. Biorę zielony. patrząc na dziewczynę. Mały. ochroniarz w milczeniu zabiera je i wynosi. . łabędzice? Zresztą jeśli nie ma. W końcu pogapić się na nagie ślicznotki. która codziennie się do mnie uśmiecha. Murzynka w przepasce biodrowej. Po obejrzeniu najbardziej „wszelkich” z proponowanych zabaw nalewam sobie wina. Wirtualność nie zna rasizmu. Twarz dziewczyny niejasno znajoma. Otoczenie szokuje – biegnąca aż do horyzontu plaża skąpana w promieniach wschodzącego słońca. anioły i inne efemeryczne istoty. Oszałamiający wybór. Żółty album. Nie zgadłem. w ruchu i bez. nikt nie wyjdzie stąd niezadowolony. Kartkuję coraz szybciej. Zaczynam oglądać białą księgę. ale sympatyczne. oczywiście. Tak. trzecia. Nieznajome. Przeglądam album coraz szybciej. Vika. Zamiast się tu opalać. Zamieram. aktor i ulubieniec podstarzałych gospodyń domowych. Aha. jak Madame.

– Mamy najróżniejszych klientów – mówi w zadumie Madame. Chyba długo tak siedziałem. proszę posłuchać pewnej historii. twarze są blisko siebie.100 Madame pojawia się bezszelestnie jak zjawa i siada obok mnie. – Kim jest ta dziewczyna? – pytam. Madame patrzy na mnie zdumiona. Tu są tysiące twarzy. z tyłu ciemny pas lasu. – Tak. Na zdjęciu zmierzch. – Czterdzieści dolarów? – Tak. – Przerywam swoją jednostronną szczerość. – Strzelcu. innym kózki. że sympatyczny młody człowiek zaczyna wariować. – Kogoś realnego? – Nie całkiem. Wiele z nich może się panu wydać znajome. czy mógłbym się z nią spotkać? – Oczywiście. – Jest pani okrutna – mówię. Przystępne dla każdego hakera. – Jednym podobają się gwiazdy kina. Wyjmuję kartę kredytową... – Madame. Strzelcu? Kiwam głową. – Ma realny prototyp? Właścicielka burdelu przywiera do mojego ramienia. – Nalać panu jeszcze wina. Mamy umiarkowane ceny. Czterdzieści za noc. – lekki uśmieszek. była sobie pewna młodziutka głupiutka . – Lekki uśmiech.. bywam okrutna. – Nasze spojrzenia się łączą. – Ale to przypadek. patrząc na Vikę. Zresztą nie wiem. żółta okrągła plama latarni w wysokiej trawie. nie mam prawa odpowiadać na takie pytania. Przyjmuje pieniądze. Gdy wydaje mi się. – Dziesięć dolarów za godzinę. długo patrzy na zdjęcie.. czarne lustro basenu. Po chwili mówi: – Strzelcu. w jej oczach ironia i kpina. Czy ta osoba kogoś panu przypomina? – Tak. ona siedzi na balustradzie drewnianej werandy.

Dziewczyna nie żałowała niczego. A marzenie można kochać tylko na odległość. Często pokazywano go w telewizji.. Nigdy więcej nie chodziła na koncerty. Śpiewak naprawdę był porządnym człowiekiem i pięknym mężczyzną.. Wie pan. a śpiewak całował ją w policzek. historia. A przy okazji. jego zdjęcia pojawiały się na okładkach czasopism. – Chodźmy. I kochała pewnego śpiewaka. – Nie tylko Madame umie być okrutna. Madame. którą ci opowiedziałam. flirtowała z chłopakami. – Wiem. Korytarz. Oczywiście. Wchodzimy po schodach.. gdyby okazał się tępym i brudnym chamem. . dlaczego? – Iluzja zlała się w jedno z rzeczywistością – odpowiadam. Strzelcu. to było jak lustro. – Madame. dowcipny i wesoły. czy już pani zapłaciłem? Kobieta wzdycha. drzwi. Oczywiście.dziewczyna. Byłoby lepiej. Wyskakiwała na scenę z bukietem kwiatów. mądra właścicielko burdelu. uczyła się w instytucie. – Dziewczyna była na wszystkich koncertach. zdarzyła się nie mnie. Znalazła swoje marzenie. Był czuły i delikatny. Znam wiele takich historii. Znacznie lepiej.. Naprawdę znalazła swój ideał. – Śpiewak przyjechał na występy do jej godzinnego miasta – ciągnie Madame. Oczywiście. bez wątpienia dobrze znająca życie władczyni miłości i seksu. co chciała. – Pan to rozumie. Wiem o tym.. jak kończą się takie historie. proszę mi przypomnieć. Drugiego dnia przyszła do jego pokoju w hotelu i wyszła nad ranem. Ale przestała wierzyć w miłość. Strzelcu!. To był dobry śpiewak. Osiągnęła to. przeprowadzano z nim wywiady. sprawiedliwego i czystego. Jak miłość do odbicia.. Dziewczyna znalazłaby inny ideał albo nadal kochała wizerunek śpiewaka.. bawiła w dyskotekach. – Wszystkiego dobrego. dotyka ramienia. A tak. śpiewał o miłości.. Madame prowadzi mnie do drzwi z literką B.

Na nogach szare klapki. nieśmiało. W Głębię. Niepewnie. letniej. – Zawsze tu tak cicho? – pytam. Czego ja się właściwie spodziewałem? Pokoju w tanim hotelu. Jest stara. nie wyzywająco krótkiej. I noc. Jej głos też jest znajomy. Jedwabna bluzka. ale nadciągnęło ołowiane zmęczenie. uderzają o światło. A może mówi szczere. że chce mi się przypodobać. Jakby się przyzwyczajając. sen prawie odszedł. w którym można spalić sobie skrzydła. Dlatego właśnie są ludźmi. Ludzie są znacznie głupsi od muszek – zawsze znajdą ogień. ciemne włosy ściągnięte wstążką. że Madame postanowiła litościwie zostawić mnie samego. Przez chwilę mam wrażenie. Kroków nie słyszę. Latarenka świeci samotnie i tęsknie. – Ja też – przyznaje ona. – Lubię ciszę – mówię. z płomieniem osłoniętym siatką. Siadam przy latarni. po prostu wygodnej. z rozklekotanym łóżkiem i wilgotnymi od częstego prania prześcieradłami? Jedną z zalet wirtualności jest to. – Wszystko zależy od gości. Aż drgnąłem. pod nogami gęsta trawa. Cicho grają cykady. Wygląda tak samo jak na zdjęciu. dalej się nie odwracając. . Decyduję się i odwracam. na próżno próbując się do niego dostać. współczucie współczuciem. po prostu na moich ramionach spoczęły czyjeś dłonie. Można by z nią zejść do podziemi. Idę w stronę światła latarenki na trawie. Wokół lampy latają muszki. No nie. Pusto. Domek. Może dlatego. W krótkiej spódniczce. że przestrzeń swojego domu można powiększać bez granic.101 Za drzwiami jest sad. Powietrze jest chłodne i świeże. – Nie. Ruchy powolne i leniwe. naftowa. ale interes przede wszystkim. a może skromna willa.

. Jakbym nie był klientem. .. – Nic. – Nie. prawie. Zbieram resztki sił i wstaję. – Ale ty zwracaj się do mnie Leonid. Dziewczyna siada z boku. jeśli teraz zasnę? – Nie wiem. ale można także wygonić w noc.. Kiwa głową potakująco. włącz Deep – szepczę do Windows Home.” Najpierw do toalety. Tu jest dobrze.. którego trzeba będzie obsłużyć.. Lepiej tego uniknąć. będę do ciebie mówił Vika. – Szybko przyzwyczajam się do imion. – I. W końcu pyta: – Dlaczego? Kogoś ci przypominam? – Owszem – przyznaję się. – Ja też. sam rozumiesz. Kolorowa zamieć i znowu jestem w Głębi. Głębio. Leonidzie? – Czy zrobię z siebie strasznego idiotę. coraz głębiej. kładę się. Kiwam głową. Nie chce mi się wstawać i odchodzić z żywej ciszy w martwą. jeśli można – dodaję – jeśli można. – I tak się zapomnę i nazwę cię Viką. chyba mimo woli ją uraziłem.. Potem dowlokłem się do tapczanu.Dziewczyna patrzy na mnie poważnie. padłem na pościel. Czuję.. badawczo. – Vika. Głębio nie jestem twój. – Dziękuję. – Co mówiłeś? – Vika stoi obok mnie. jak powoli się zapadam... kable od kombinezonu i hełmu są wystarczająco długie. Siedzimy w milczeniu. Wyciąga ręce do latarni... nie czujesz się samotna w tej głuszy? – Dlaczego głuszy? – Gwiazdy tu są takie jasne. delikatnych skrzydeł – żeby unieść się i rozbić o niewidoczne szkło... Zgadza się. „Głębio. Ciężki miałeś dzień? – Będą cięższe. wypuść mnie. Do rana zdrętwieje mi szyja. siadając obok mnie.. – Słucham. – Vika.. – Jeśli chcesz. którego można przyjąć. – Lepiej – mówi ona. – Vika. Biorę kołdrę. chwała Bogu. a prawdziwym gościem. To by było wspaniale. przyniosę ci kołdrę – ciągnie Vika. W wirtualnym hełmie głowa i tak jest zadarta do góry.. są takie bliskie i tak mamiąco jasne. odrzuciłem poduszkę. – W domu jest łóżko. Patrzę na gwiazdy. Tamta Vika. grzeje jak nad ogniem. Dziewczyna bardzo długo milczy. rozpościeram na trawie. – Dzisiaj przez cały dzień mówiono do mnie Strzelec – odzywam się. Brak mi tylko przezroczystych. żywa. ale nie chcę teraz wychodzić...

Nudzi cię to? – Nie. Tylko kompletnie nie wiem. Tym bardziej że ma rację. Jutro wieczorem. Zamykam oczy i zasypiam. – Za to rozwijają się elektroniczne technologie. – specjalnie nazywam Pentium Pro tą nieprzyjemną nazwą. – Czyżby? Ósemka to tylko ulepszony 686. że zaraz będę musiał wstać. Momentalnie. – Znalazłaś kiedy spadającą gwiazdę? Vika milczy. – Też to zrozumiałeś? – Oczywiście. – Nie – mówi w końcu. . skoro tu dostępne są wszystkie planety.. ja się odsuwam. – Śpij. Lubię patrzeć na gwiazdy. Drepczemy w miejscu.. Leonid. – Lepiej jutro wieczorem. – Wiem. ja po prostu odwykłam od takich rozmów... – Lubisz niebo? – pyta Vika. – Tak. – Patrz. – Nie utrzymałbyś się na nogach. Gwiazda ostygnie i będzie można wziąć ją do ręki. gwiazda spadła nad nami. Vika szepcze: – Mój Boże. – Im też niepotrzebne nasze imiona. ale czuję. ja. Nie spieram się. potem leciutko dotyka mojego policzka ustami. spór o rozwój technologii.. robię dla niej miejsce na kołdrze. – Vika dotyka mojej ręki.. Milczy. – Dobrze. – Wirtualność odebrała nam niebo – szepczę. Język ci się plącze. Świat odchodzi w Głębię. i z przerażeniem myślę. Poszukamy jej rano. Vika długo milczy. – Dziwny jesteś – mówi dziewczyna.. w odbicie rzeczywistości. Znikła ciekawość. jesteśmy w burdelu. – Rano jest zbyt jasno – zauważam. Po co lecieć na Marsa czy Księżyc. – W ciągu ostatnich pięciu lat nie powstało nic nowego. jak się nazywają. Nie chcę się z nią spierać. Lonia. że kręci głową.Przyklęka.. – Możemy pójść i jej poszukać – mówię poważnie.

patrzy na zabitą gitarę. przebić się przez ścianę i usłyszeć słowa. Tylko jakieś fragmenty. Śpiewa. ten. która ożyła. Jego ciało się pręży. Śpiewak odwraca się. Ale Głębia jest ciężka i sprężysta jak gumowa płyta. Śpiewak odwraca głowę. Uśmiecha się. dopowiedzieć to. Zwykle nie pamiętam snów. Moje serce już nie bije. że to ten Nieudacznik z Labiryntu. Jestem spętany Głębią. Między nami – niczym przezroczysta ściana – Głębia. struny zwijają się z jękiem. Strzela. Jedyny wróg Głębi. Bezradny. Śpiewak. – Mówiłem. Z przeciwległego końca sceny. strażnik pomiędzy światami. a nie klęczeć pod niewidocznym gumowym ciężarem. ale co z tego. ale nie słyszę słów.110 Mam sen. Stoję na scenie. Na scenie człowiek z gitarą. zasłaniam go sobą. Nagle dociera do mnie. przechodzi na wylot i przebija śpiewaka. Alex przeładowuje. Nie tak łatwo mnie zabić. zza kotary wyłania się jeszcze jeden człowiek. Jestem nurkiem. Nie mam sił. Śpiewak umiera. Przywykłem żyć bez serca. I tak go nie słyszę. przewracam śpiewaka. że śpię w wirtualności. kula wchodzi w moją pierś. zamieram. który powinien był zdążyć. . Sny przychodzą po to. a ja biegnę. Chyba zaczyna śpiewać głośniej. Próbuję podejść do niego. padam na kolana. To koniec. Kula przebija gryf gitary. Ale ten sen jest wyraźny i wbija się w świadomość. skaczę. Często je miewam – w ciągu dnia świadomość tak się wyczerpuje. Nie mam siły się ruszyć. Alex strzela. nic nie rozumiejąc. Wstaję. co zostało niedopowiedziane. Nie zdążyłem. Odrzuca mnie do tyłu. w ręku ma winchester. Ciężar znikł. Bariera ciszy pęka. Jest w kamuflażu. patrzy na mnie i unosi broń. za ciężkimi kotarami. że cię załatwię – odzywa się Alex. nieuświadomione do końca. ale dźwięk grzęźnie w Głębi. żeby ochronić nas przed nadmiarem wrażeń. patrzy na mnie. którego muszę uratować. jakby skuty niewidzialnymi łańcuchami. idę w stronę Aleksa. – Nie! – krzyczę. że odreagowanie jest konieczne. rozrywa serce. Ten. podrywam się. nieruchomy. Uratować. Może dlatego.

to się nie zdarza często. – O scenie? – pytam i serce mi zamiera. – Dziękuję.. bywają również zwykłe sny.. Ta Vika. Jest tu tylko jeden pokój – elegancka sypialnia. „Głębio. klaszcze. wypaliła się.. .. Głaszczę włosy Viki – tej prawie prawdziwej – i szepczę: – Pora wstawać. Trzecia godzina. – Znalazłam tamtą gwiazdę – szepcze i rozchyla dłoń. – Przyniosłem śniadanie – mówię. Wróciłem do pokoju. Wyjmuję z lodówki śmietanę. Vika śpi. Na malej kuchence robię kawę. co będę jadł w rzeczywistości? Chodzi o to..Sala za moimi plecami ryczy. a także łazienka. Gdzieś daleko w lesie słychać ptasi śpiew. Leonid. toaleta i kuchnia. która jest na monitorze komputera.. jakby znowu weszła w nie kula. wirując. – Dziękuję. kawałek kiełbasy. którego zdradzam z człowiekiem. Wstaję. wstyd przed programem.. Lampa na trawie zgasła.. ser i pasztet. Jak w tym dowcipie o Freudzie: „Wiesz. doprowadziłem się do porządku. Idę do domku. wracam do Viki. – Vika. Idiotyczny zestaw. przytulona do mojego ramienia. Pijemy kawę. Zza jego pleców wychodzi Vika. Czuję lekki wstyd.. skulona z zimna.” Zdrowo sobie pospałem. Budzę się. ale czy nie wszystko jedno. – To mój obowiązek – odpowiada z udawanym niezadowoleniem Vika. Budzi się. przykrywam ją brzegiem kołdry. córeńko. układam wszystko na tacce. patrzy na mnie zdumiona i zaraz się uśmiecha. – Załatwiłem cię – mówi Alex. Powietrze jest upojnie świeże.. opuszczając winchester. nie jestem twój. gwiżdże. „Poszedłem do łazienki. – dotykam jej ramienia.. jemy kanapki. – Miałam zły sen – oznajmia Vika. Głębio. ale śpi dalej. Wtedy umieram. ona wzdryga się. też drzemie. przygotowuję kanapki. łapczywie chwytam ustami powietrze. wyjąłem z lodówki puszkę lemoniady. opada na podłogę. tupie. żeby zapchać żołądek. jogurt. Śpi. – Za co? – Tak odpoczęłam. Popiół. Świta. nawet zęby umyłem. Wyciąga rękę – na dłoni tłusty szary popiół. że sen w wirtualności to zły omen.. Deep Enter.” Mówi się. ściągając hełm i trzymając go pod pachą.

– W takim razie dlaczego? – To nie powinno być takie łatwe. wszystko. Mogę być kimkolwiek. śpiącymi w Głębi? Bezgłośny szept i senne grymasy. Milczę. zboczeńcem. Vika popatruje na mnie. Spanie w wirtualności – zły znak. czy ja cię nie pociągam? – Seksualnie? Vika kiwa głową. napięte mięśnie i trzepot rzęs. spać w Głębi. – Poszukamy jej jutro – mówię. wszystko przemienia się w impulsy elektroniczne. łomot w skroniach. Lonia. Niech tam.. – Lonia. Żeby wejść w jej sen. Serce znowu trzepocze. Zły omen. wariujesz. Chociaż co do mężczyzny. – Nie wygłupiaj się.. Bez zamówienia. – Chcę cię znowu zobaczyć. – Przecież tak naprawdę mogę być staruszką – mówi bezlitośnie Vika. Albo facetem. która była obok. Vika patrzy na mnie ironicznie. – Możliwe. – Przecież nie wiesz. żeby zawołano Vikę. żeby odpowiedzieć. Vika podejmuje decyzję: – Jak wrócisz do Zabaw. Żeby dotknąć tej. Wzruszam ramionami. – Umowa stoi. – Po prostu chcę cię znowu zobaczyć. – Jesteś siostrzeńcem milionera? – pyta. poproś. To – podnosi ręce do twarzy – to maska. Że znalazłam spadającą gwiazdę. a ona już zgasła. Masz rację. – ja też nie od razu znajduję siły.. huk i ból.. ale milczy. Dobrze? – A Madame nie będzie się gniewać? – Nie.– Nie. Po prostu zobaczyć. – Paskudną. – Pociągasz. makijaż. kim jestem. Rozumiesz? Rozumiem. Po chwili wahania pyta: – Powiedz. i biegnie przez Głębię. – Dotykam jej ręki. dojadamy kanapki. Nie spieram się. – Dobrze. Tak samo śpiąca. Zupełnie. – I nie powinno być towarem. to raczej wątpię. . Nie zakochuj się w iluzji. Jakie biegną nici pomiędzy nami.. Masz rację.. Dopijamy resztę kawy.

– Chyba niepotrzebnie pan do nas przyszedł. Klienci nie widzą się wzajemnie. – Do widzenia – szepczę. Ale nic się nie dzieje. Drzwi są wprost na trawie. nie doczekawszy się reakcji. i pierwsza wychodzi na korytarz burdelu.W środku triumfuję. rozglądając się i oczekując zasadzki. seks nie mąci mi myśli. Niech tam. – Strzelcu! Odwracam się. ale widocznie jej czas naprawdę dobiegł końca. a ja się śmieję i wyrzucam ręce w górę. – Zaraz zadziała mój timer. – Za co? – Za spadającą gwiazdę. ciężko oparta o balustradę. W środku jestem skupiony i rzeczowy. Wymieniając się nic nieznaczącymi zdaniami. Schodzę po schodach. – Jestem Strzelcem! Strzelcem! Strzelcem! . Ochroniarz w holu jest teraz inny. Albo zgasł zapał prześladowców. Madame wzdycha i odwraca się. – Ale tak się złożyło. Kiwam głową. ku przetykanemu błyskawicami łukowi. Timer rzecz święta. Pamiętam drogę swojej wczorajszej ucieczki. Ludzie na mnie patrzą. Znowu jestem dwudziestoletnim młodzieńcem. się do kapryśnej rówieśniczki. przypomina mi to scenę jakiegoś starego filmu dla dzieci. młody człowieku. Madame stoi na półpiętrze. – Dziękuję. Idę po wieczornych ulicach Deeptown. albo schudły sakiewki. Rozpływa się w powietrzu. Cicho i smutno. – Możliwe – przyznaję. wychodzimy z sadu. a wyjście z Labiryntu i wejście do portalu są oddalone o pięć minut drogi. Ja za nią. mrugam do niego i. – Jestem Strzelcem! – krzyczę. Tylko. Vika otwiera je pierwsza. Chyba chce coś powiedzieć. wchodząc w purpurową mgłę portalu. idę do drzwi wyjściowych. w odróżnieniu od młodzieńca. który zaleca. Dzisiaj nie potrzebuję Deep Przewodnika. – Czas na mnie – mówi Vika.

Dwa razy zabito mnie. którzy wczoraj poczuli się urażeni i tych. ale nie strzela. wychodzę z Głębi. – Słyszysz? Jesteś trupem! Idzie za mną od pierwszego poziomu – i niemal udaje mu się mnie dogonić. Podnoszę do oczu lornetkę znalezioną w głównej skrytce na dwudziestym poziomie. gdzie mogłem wytrzymać znacznie dłużej od nich. Po kolei. – Strzelec! – krzyczy i macha ręką. wyławiając ich na bagnach otaczających miejski zbiornik wodny.111 Dziś stałem się śmiercią. Tych zabijam. Prócz tych. odstrzeliwując potwory i unikając innych graczy. Obrażam się i zabijam wszystkich. Bywa. Może też jest nurkiem? Jeszcze jeden pretendent do Medalu Bezkarności? Nerwy mi szwankują. Potem zabieram ich wyposażenie i idę dalej. Na dwudziestym czwartym poziomie – na moście oddzielającym przemysłowe dzielnice miasta od strefy mieszkalnej – dogania mnie Alex. Tolikowi – podcinam gardło ostrym jak brzytwa liściem kosmicznej turzycy. bo wychodziłem z wirtualności. mogę mu się teraz porządnie przyjrzeć. Uzbrojenie minimalne – sztucer. chwytam . Idę przez poziomy Labiryntu. Na moście wykwita ognisty lej. Dochodzę właśnie do końca mostu – procedura wymagająca raczej zmysłu równowagi i mocnych nerwów niż umiejętności strzelania. fala uderzeniowa rzuca mnie na betonową balustradę. stary! – krzyczy. granatnik i kilka apteczek. jak serwerom Labiryntu udaje się skoordynować działanie takiego tłumu. nurkując i wciągając ich pod wodę. Możliwość wykorzystywania przedmiotów podręcznych. Nowy element w programie Labiryntu. Ostatniemu – jeśli się nie mylę. Przydaje się doświadczenie z włosianego mostu Al Kabaru. Alex stoi na początku poziomu. Dwudziestu graczy – nie wyobrażam sobie. Za pierwszym razem straciłem całe uzbrojenie i odrzuciło mnie na początek dziewiętnastego. Gracze mnie unikają. a śmierć stała się mną. gdy zeskakuję z ostatniej. Ja też nie. Strzał pada. którzy od dawna mają się za bohaterów. wiszącej nad przepaścią belki. – Załatwię cię. Kul ma dużo.

Poziom płonie. Ale przytłaczają masą. tylko radośnie bełkocze: – Zabiłem Strzelca. Złość przechodzi. próbuję do niego podbiec i uderzyć kastetem.Aleksa w siatkę celownika i puszczam w niego trzy rakiety. Bardzo. Na trzydziestym pierwszym poziomie w obroty biorą mnie potwory. Zaczynam walić jego głową o asfalt. od tępych i słabych mutantów poczynając. Jednostek energii mam dużo. trzęsie głową. rozrywając na kawałki jakiegoś biedaka. Okno w westybulu pęka i wysuwa się półprzeźroczysta morda. Zaczynam poziom od nowa. Z poziomu wychodzę z pustymi rękami. Kilka ataków. i rozstrzeliwuję zbiegające się radośnie potwory. lamerze! – krzyczę.. w westybulu wieżowca. . Idę przez ruiny. bardzo nieprzyjemny poziom. zostawiając tego półżywego idiotę na rozszarpanie potworom. Potwory – mimo całego wysiłku programistów – pod względem inteligencji pozostają daleko w tyle za ludźmi. Dwa razy mnie ranią. Zdejmuję z ramienia karabin plazmowy i otwieram ogień. Siedem minut stoję na początku poziomu. podchodząc do niego zygzakiem. w sztucerze. Chwila oddechu dla tych. pociski granatnika. Potwory nadal się zbiegają. zużywam kilka apteczek. – Ochłoń. Potwory się uspokajają. a na latającym. Z wściekłości robi mi się ciemno przed oczami. wytrząsając przy każdym uderzeniu jeden procent życia. że jest jej niewiele – i odchodzę. Odrzucam zużytą broń. ale już nie tak zmasowanych. Długie rzędy supermarketów i malutkich sklepików. Na trzydziestym drugim zostaję zabity od razu. Niebieskie pętle wystrzałów niszczą wszystko razem z potworami i innymi graczami. siedzi w kucki. Alex jest ogłuszony. Uchylił się i wybuchy grzmią za jego plecami. próbuje wstać. Nie mam nabojów. Nawet się nie broni. ale trzy kule z rzędu wyciągają ze mnie resztkę życia. zarzucając granatnik na ramię.. którzy przeszli rzeź poprzedniego. Upuszcza winchester i pada na wznak. I opuszczam broń. Opuszczam poziom. który właśnie wszedł na poziom. zabiłem Strzelca. Naprowadzam granatnik. skaczącym i zakopującym się nawet w asfalcie plugastwie kończąc. Rozstrzeliwuję drania. Jest ich tu ze dwie setki. Przy wejściu stoi koleś z winchesterem i strzela do mnie z bardzo bliska. Kończą się naboje w winchesterze. Wypalają całą ulicę. Zabieram mu broń – szkoda. oszczędzałem tę najpotężniejszą z dostępnych obecnie broni. Jeśli nie jest nurkiem. utknie przy moście na długo. Na szczęście ten poziom – ulica sklepów – jest dość łatwy. Bez kamizelki kuloodpornej i z jednym pistoletem.

to już coś. podniesionymi rękami. Nie szukam zwady. – Rozumiesz mnie? – niemal krzyczę.. tego miejsca po prostu nie było. Ale i nie podnosi pistoletu z kolan. Trzydziesty trzeci poziom do przyjemnych nie należał. . czy stracił wyczucie czasu? Kiwnięcie. szczególnego niebezpieczeństwa nie ma. Nie trzeba go namawiać. żeby przechodził. Gdy ostatni raz przechodziłem Labirynt. Zdobywam sztucer. Ale Nieudacznik jest na swoim miejscu. – Witaj! – krzyczę. Śmierć w wirtualności to nieprzyjemna rzecz. Też bym tu siedział. Coś jednak rozumie.. Ciekawe. nadal szedł ulicą. nie sposób podejść do niego niepostrzeżenie. Podchodzę do Nieudacznika – otwarcie. Ale Nieudacznik wzdryga się i podnosi głowę. Podchodzę do Nieudacznika. zapamiętując teren. podrygiwał. że on „żył”. Paskudna sprawa. że Nieudacznika mógł już ktoś uratować. ani strzelaniny. – Nie strzelaj! Don’t shoot! Nie odpowiada. Siadam obok niego w kucki. Rodak. ale wyglądał standardowo. Wyłączyli go ręcznie. – Przyszedłem ci pomóc – mówię. z drugiej mur otaczający cały Disneyland. No. Grożę mu palcem i macham. Długo się rozglądam. powtarzając konwulsje swojego pechowego pana. odwracam się. wyciągam rękę. gdy po dwóch godzinach udało się wyśledzić jego kanał. Nieudacznik nie reaguje. Do Nieudacznika. niech go jasny szlag.. Nieudacznik nie protestuje. granatnik. niż słyszę: „Tak”. Poznał Strzelca i nie pragnie współzawodniczyć w celności strzału. Najstraszniejsze. Dochodzę do wyjścia. dobrze? Jestem przyjacielem! Go steady! Ale on już chyba nic nie chce – ani przyjaźni. Jego wargi drgnęły i raczej domyślam się.. taki maszerujący ulicą nieboszczyk.dopóki się w nich człowiek nie zagłębi. wpadał na przechodniów. – Dawno tu jesteś? – pytam ostrożnie. kamizelkę i trochę amunicji. Dobre miejsce. Dopiero by było śmiesznie. ostrożnie odbieram pistolet. Jakiś koleś z karabinem plazmowym patrzy na mnie z obłędem w oczach. Nieudacznik zniża się do odpowiedzi. Ale nie dwie doby. Słyszę hałas za plecami. Skulony Nieudacznik siedzi obok stopionego ogrodzenia rosyjskiej kolejki. A może umarł. którą osobiście wolę nazywać amerykańską. – Pogadajmy. Może śpi. Z jednej strony osłania go budka z mechanizmami sterującymi kolejką. Gdy wchodzę na teren Disneylandu (przy głównym wejściu leży zakrwawiona dziecięca lalka i stosik małych kości) mimo woli myślę. z pustymi. Widziałem kiedyś jednego trupa.

Może to rzeczywiście dziecko? – Nazywam się Strzelec. Jeśli Nieudacznik ma choć niewielkie doświadczenie życia w Deeptown. Od gum respiratora na policzku pozostał czerwony placek. Jasnowłosy młody chłopak. Podnosi kanapkę do ust. – Teraz wstaniesz i wyjdziemy stąd – mówię łagodnie. ale mówię dalej: – Odpoczniemy. Medalu Bezkarności nie można kupić. – Timer masz włączony? Nieudacznik kręci głową. że gadam bzdury. – Możesz iść? Niepewne kiwnięcie. – Ile masz lat? Ostatnie pytanie jest poważną zniewagą. Szarpię go za ramię. zmuszać do naciśnięcia klawiszy wyjścia. które podczas nieobecności rodziców dorwało się do upragnionej zabawki. – No! – zachęcam go. poza tym twarz ma normalną. – No to dobrze. ale da złudzenie rześkości w Głębi. odpocznijmy. na tym poziomie powietrze jest wystarczająco czyste. – Jedz – namawiam go. Teraz już będzie dobrze. Kiwa głową. Odwracam się – Gilermo na pewno mnie obserwuje – i krzyczę: – Widzi pan? Sam nie wyjdzie! Wyśledźcie kanał! Ale nie wierzę w powodzenie tego przedsięwzięcia. i wyciągam torbę z jedzeniem. kawałeczek za wujka-nurka. Wirtualne jedzenie nie pomoże jego ciału. Kawałeczek za mamę. ściągam mu maskę. Zresztą. W wirtualności wszyscy są równi. wyciągam rękę. Jem swoją kanapkę i patrzę na Nieudacznika. oddaję mu pistolet. Czyli przyjdzie mi ciągnąć Nieudacznika do końca poziomu i tam namawiać. zaczyna powoli żuć. Najgorszy wariant. że Nieudacznik jest dzieckiem. Posłusznie wstaje.. tylko oczy zmęczone. Wstawaj. zgaszone. Zdarzały się już takie rzeczy. Czeka mnie ciężka praca. Ściągam hełm-maskę. – Wiem. – Lepiej? – pytam Nieudacznika. – Włączyłeś timer? – powtarzam. Siedzi z kanapką w ręce. No tak. zbyt zajęty kanapką. jak do dziecka. Ale nagroda też jest niemała – nie zamieniłbym jej na te pół miliona dolców Labiryntu. to na pewno odpowie. Gdybym przyszedł dobę wcześniej. Proszę bardzo.. Całkiem prawdopodobne. Ale on milczy. Podaję Nieudacznikowi potężną kanapkę i puszkę lemoniady. to nie jest niemożliwe. Nie będzie łatwo.– Masz włączony timer? Zero reakcji. Przeprowadzę cię. Jeden taki przypadek natychmiast zniszczyłby jego wartość. – Wiesz co. standardową. Nieudacznik nie odpowiada. kawałeczek za tatę. I to jeszcze jak odpowie. Na trzydziestym trzecim poziomie to symboliczna . A ty? – pytam. zjemy coś i ruszymy dalej. Nieudacznik odpoczywa już ponad trzydzieści sześć godzin.

które kręcą się na kole . Czort z tobą. Brak odpowiedzi. kroczę jak na paradzie. Spokojnie. Przykładam rękę do apteczki. Twórcy Labiryntu nieraz oświadczali. Jeśli tylko zna się ten jeden jedyny superczuły punkt jego ciała. teoretycznie jest to możliwe. wywalając cały magazynek w potwora. która syczy na kamizelce kuloodpornej. osłabły i ledwie żywy. Osobiście o takich wyczynach nie słyszałem. A jednak łapa nagle przestaje łamać mi żebra. który siedzi za rogiem. Położyć demona z pistoletu! Cóż. Wychodzę ze śmierdzącego otworu. zdumiewam się dziwną pozą mojego klienta – tułów pochylony. ale spróbujemy jeszcze zdobyć. Przynajmniej chciałbym w to wierzyć. Wstrzykuje mi lekarstwa i rozpada się. – Dziękuję – mówię. Pośrodku pnia zębata morda. starając się nie patrzeć na dziesięciocentymetrowe zęby. Sam jestem uzbrojony w granatnik. ramiona cofnięte. który znowu jest rozluźniony. że Gilermo mi go pokazywał. czy kopiuje jakiś prawdziwy park.. Nie wiem. Wycieram się pękami pożółkłej. – Nie ma za co – mówi cicho. Demon radośnie chwyta mnie długą ręką. że każdego potwora można zabić z pistoletu. ba. potwór nie może już żuć i łykać. Idę wzdłuż ogrodzenia kolejki. Wisząc w powietrzu.. Zrzucam z ramienia karabin. która teraz obraca mną w powietrzu i zgniata. Na szczęście. Zewnętrznie. Przypomina porośnięty mackami pień. Cały jestem w ślinie. Jestem idiotą. Są w nim tylko cztery pociski. może baobabu. Na zębach widać strzępy ubrania. – Teraz pójdziemy – mówię. słabnie – i spadam z trzymetrowej wysokości prosto w rozdziawioną żarłocznie paszczę. podrzuca do góry. czy to urzeczywistnienie marzenia twórców gier. podaję Nieudacznikowi.broń. pewnie. – Jak się nazywasz? – pytam. tym bardziej w jego rękach. przemieniając w mięsną kulkę na jeden kęs. Zapominam o demonie chwytaczu. ale wyraźnie Nieudacznik. Nie mojego. Podchodzę do Nieudacznika. Zapominam. Będziesz dalej Nieudacznikiem. pistolet w wyciągniętej do przodu lewej ręce. z dolnej części wyrasta chwytna siedmiopalczasta łapa. wyschniętej trawy. Z takiej broni demona nie zabije. Disneyland pomyślany jest wspaniale. Zresztą to imię niezbyt do niego teraz pasuje. Pistolet Nieudacznika gdacze: tak-tak-tak. nawet kastetem. Ale Nieudacznik poczuje się pewniej. Melancholijnie bierze broń. Ale potwory. Teoretycznie. Mocno mnie zmiętosiło.

odprowadzasz w bezpieczne miejsce i znajdujesz tam jakąś broń. szkoda czasu. – Dobrze się trzymasz. że patrzę przez kilka minut i dopiero potem strzelam w koło rakietą. Dlaczego ci nurkowie Labiryntu tak długo się z nim bawili? Chłopakowi całkiem nieźle idzie. Nawet nie próbują uciekać. które ze zgrzytliwym śmiechem gonią go po całym polu. część jest pusta. ciekaw. – Już niedługo koniec – mówię do Nieudacznika. – To część programu. I to nie w wirtualności. Wybuch i koło powoli się przewraca. albo pancerz. skórzane skrzydła się łamią. ciskają w nas ogniste kule. Gdybym tak mógł znaleźć tego. i dać mu w mordę. stworzono je. wypełniają szkielety. zatrzymujemy się na dłużej. – Idziemy – rzucam. Mały ciemnoskóry chłopczyk. ale Nieudacznik jest . trzy mutanty. Dopiero przy ogromnym betonowym polu. W pewnym momencie chłopczyk przejeżdża tuż obok ogrodzenia i obrzuca nas oszalałym ze strachu spojrzeniem. Ale Nieudacznik chyba już stracił kontakt z rzeczywistością. Nieudacznik strzela skąpo i celnie.. Ratujesz dziecko. Kiwa głową. Na malutkiej gazowej kuchence pieką kawałek nogi w skórzanym bucie. We dwóch odbijamy atak całego stada małych latających potworów. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do swojego milczącego towarzysza. – Idziemy – mówię. czy docenił widowisko? Nic podobnego.widokowym i przerzucają ognistymi kulami niczym śnieżkami. A oto rodzinka mutantów. Kieruje. To nie są bojowe potwory. Nieudacznik podnosi karabin. Spoglądam kątem oka na Nieudacznika. kto to wszystko wymyślił. Mijamy wodne rozrywki. Przy ruchu rozlega się nieprzyjemny chrzęst – mechanizmy nie są przystosowane do pracy w takiej cieczy. Tracę jeszcze jedną rakietę. uciekając przed trzema mutantami. Idziemy. – To nie gracz – wyjaśniam ze zmęczeniem. niezgrabne ciała spadają i pękają. Dwoje dorosłych i trzy maluchy w kolorowych koszulkach urządzają piknik. W basenach zamiast wody krew. W jednym z samochodzików siedzi dziecko. Bonus. Widok jest tak zajmujący. Próbują się bronić. jakby z wdzięcznością. Zaczyna strzelać – trzy strzały. Część mechanicznych łódeczek. Odłamki lecą na dwadzieścia metrów.. Ohyda. po którym powoli ślizgają się różnokolorowe samochodziki. by spotęgować wrażenie koszmaru. najwyraźniej zrodziły się w czyjejś chorej wyobraźni. ślizgających się po purpurowej gładzi.

– Grozili. Wewnątrz budynku coś się groźnie porusza i ciężko przewala po podłodze. – Gdzie są twoi rodzice? – pytam chłopca w nadziei. – Mamusiu! – słychać jego cieniutki krzyk. – Chodźmy – decyduję. – Dlaczego? – szepcze Nieudacznik. . ale dzieciak drapie go po twarzy. Jest kretynem. Już mam pokonać próg. Widok zewnętrznych drzwi budzi moją czujność. który wyłączył timer i zabłądził w Głębi. żeby dostać się do chłopca. który wysiadł z samochodziku i teraz siedzi w kucki. czy nie dałoby się wykorzystać jego karabinu. Kolejne dwie rakiety zmarnowane. że wypuszczą mamę. Nieudacznik podchodzi do mnie. trzymam granatnik w pogotowiu. Chłopiec w milczeniu wskazuje palcem budynek obok. Głośne mlaśnięcie. Nic z tego. Po wybuchu niepokojące dźwięki tylko przybierają na sile. – Dlaczego on tak postąpił? Wyjaśnianie mu logiki twórców poziomów nie ma sensu. troskliwie niosąc chłopca na rękach. Śluz. Chwała Bogu. potem cisza. – Zmusili chłopca. Pakuję w drzwi swój ostatni granat. Są wyrwane z zawiasów i skrzypią. Chłopiec kiwa głową. że to prosty program i nie trzeba będzie tracić czasu na namawianie go i inne ceregiele. – Powiedzieli. wyrywa się z rąk Nieudacznika... jeśli ja. Zapada cisza. żeby zwabił przechodzących w pułapkę – mówię. Mimo woli zaczynam czuć do niego sympatię. – Przepraszam – szepcze chłopiec. No to posłuchał... że zabiją jego mamę.. Okna budynku od wewnątrz porasta niebieski mech. – To się nazywa łatwy bonus – mówię. On wyraźnie bierze całą sytuację na poważnie. ale mimo wszystko porządny z niego gość. prosto w gościnną paszczę niewiadomego potwora. grzebię nogą w resztkach pająka. Pokonujemy rozerwane wystrzałami cekaemu ogrodzenie. chociaż nie ma wiatru. chwytając Nieudacznika za ramię i odciągając od budynku. zastanawiając się. odwracając się do mnie. wyślizguje się i wpada w drzwi. Teraz trzeba zaprowadzić chłopca do jego kryjówki i odebrać uczciwie zapracowaną amunicję. Nieudacznik jest chwilowo niezdolny do walki. Zostaję trochę z tyłu. Na odgłosy strzelaniny wypełza skądś ogromny pająk i zaczyna częstować nas seriami z wrośniętego w paszczę karabinu maszynowego. Chłopiec płacze.szybszy i bardziej dokładny. który próbuje go utrzymać.. słychać tylko płacz chłopczyka. chityna i resztki metalu. Muszę się włączyć. Chyba gotów jest skoczyć za chłopcem. – Tam? – pytam na wszelki wypadek. W ostatniej chwili odskakuję i strumień ognia przechodzi obok. Za nimi ciemność. Idziemy do budynku.

uwierz mi! Wierzy i opuszcza broń. co się tu dzieje. Doskonałe uzbrojenie. jakby przetrawiając moje słowa. wpatrując się w nieznajomego.. Nieudacznikowi udało się odbić atak dwóch pająków. Dick jest dobry. Purpurowe obłoki na niebie rzedną. . – Bał się o mamę. Moje szare komórki aż trzeszczą z wysiłku. Wprawdzie nie jestem głodny. Jeśli wierzy w to. ja znajduję pociski do miotacza i karabin plazmowy z jedną jednostką energii. przyglądając się obcemu. nie proponując pomocy. potem wchodzi za róg budynku i znika nam z oczu. Stoję. Patrzę na niego. Próbował mi pomóc. Jaki przyjemny spacer. – Mógł nas zaatakować. – Nie. Jesteśmy niemal przy wyjściu z Disneylandu. – Daj broń! – Żądam. Robimy postój w cieniu rozwalonej pizzerii. Idziemy dalej. że sto metrów dalej stoi obserwujący nas człowiek. nieszczęście ty moje – mówię. – Zginęli. Nieudacznik odwraca się do mnie zdumiony. Chyba jednak nie Alex. Ja mam pusty granatnik. – Idziemy. – Oni już nie żyją! – krzyczę. – Anatol też jest dobry? – pytam ostrożnie. a Nieudacznik karabin i z dziesięć nabojów. Ten robi to samo. Tym razem nie muszę namawiać Nieudacznika do jedzenia. Na szczęście nie domaga się pomszczenia nieszczęsnego dzieciaka. Nawet mi się nie chce kłócić. – Zdejmij go – mówię. Najwyraźniej ma zamiar leźć diabłu w paszczę. lamer jeden.. Życie staje się weselsze.Nieudacznik milczy. że przydałoby się nam jego wyposażenie. Gdy zauważam kątem oka. Potem pyta: – A dlaczego wbiegł do domu? Przynajmniej mój podopieczny trochę się rozgadał. W skupieniu żuje ostatnią kanapkę. że się podzieli. – Dlaczego? Słuszne pytanie. – Dlaczego chciałeś zabić tamtego człowieka? – pyta Nieudacznik. odsłaniając bezlitosne południowe słońce. – Trzeba im pomóc. Alex czy nie? Gdzie moja lornetka? – Nie dam – mówi twardo Nieudacznik i chowa karabin za plecami. – Nieudacznik poprawia sobie karabin w ręce. to nie będzie strzelać do ludzi. Pół godziny później nasza sytuacja wygląda już nieco lepiej. Wolę mu nie mówić. Co za facet. ale i nie przeszkadzając? Dziwne to wszystko. – Dick? – Tak. Dziś rano. ale mimo wszystko mógłby zaproponować. Więc obserwuje nas jeden z nurków Labiryntu? Nie wtrącając się. humor psuje mi się zupełnie.

– Labirynt przekaże twoim prowadzącym. Nieudacznik przestaje jeść. – Nie. Po prostu chcę rozwiązać twój problem. Potem przepraszająco dodaje: – Raczej dobry. – Jesteś pewien? – Nie mogę.. – Jesteśmy już blisko. – Jeszcze nie wiem – ogłasza wyrok. – Posłuchaj mnie. ] z przestrzeni wirtualnych. – To powiedz adres. gdy przechodzimy obok zamienionego w kamienny posąg . baba w babie (przyp. Wierzysz mi? – Wierzę. choćby do Magadanu. oni wyślą człowieka i wyciągną cię z Głębi ręcznie.. że wygrałem.. – No to wstawaj! Wyjście z Disneylandu mieści się wewnątrz lustrzanego labiryntu. Choćby na Sachalin. Nie ma w tym niczego wstydliwego. – Jesteś w wirtualności już półtorej doby. ale nie wyjaśnia przyczyny swojej antypatii do drugiego nurka.. tzw. – Muszę wyjść – zgadza się Nieudacznik.. Twoje ciało jest zmęczone. – Zrobimy tak – proponuję. kupić bilet na samolot i wyruszyć do domu Nieudacznika. Bez względu na to.. Pięknie. gdzie jesteś. potrzebuje odpoczynku. Labirynt w Labiryncie. że mój głos budzi zaufanie jak głos hipnotyzera. Zaczyna mi się kręcić w głowie na myśl o tej matrioszce* [*Matrioszka – ludowa zabawka rosyjska.. To niemożliwe. Jestem osobą prywatną. – Przez chwilę wydaje mi się. co się stało. – Nie.Nieudacznik energicznie kręci głową. to ja do ciebie przyjadę. jeśli się boisz. wody. Ze złości walę rękaw ścianę i odbijam sobie kostki.. więc ostrożnie biorę Nieudacznika za rękę i mówię: – Rozumiesz.. Mam nadzieję.. jak ci na imię? – Nie mogę powiedzieć – przyznaje się z wyraźnym żalem Nieudacznik. Chcę podtrzymać rozmowę.. łatwiej będzie ci pomóc w inny sposób. bardzo długo. Nieudacznik pochłania resztkę kanapki i patrzy na mnie pytająco. Naprawdę jestem gotów wyskoczyć z Głębi. Takie rzeczy się zdarzają. przysięgam. że wokół jest rzeczywistość wirtualna? – Tak. – A ja? – chcę wiedzieć. – Podaj swój adres sieciowy – proszę. Ale jeśli coś się stanie. – Pomogę ci – obiecuję znowu.. Myśli. red. To długo. mam gdzieś ten cały Labirynt.). Połowa roboty! – Chłopcze. jedzenia. jeśli tak się wstydzisz tego.

Nieudacznik nie protestuje. wszystko jest zupełnie inaczej. Świat się rozmnaża. Zastanawiam się. Poza tym zupełnie człekokształtne. trafiam w szkło. Też lustrzanej. Zresztą i tak mi to nic nie da. – Nieudacznik. lustrzana sala zasnuwa się dymem. – Do tyłu! – krzyczę. Błądzimy po labiryncie luster przez dwadzieścia minut i w końcu wchodzimy do wielkiej sali. przerzucam ciężką rurę granatnika na lewe ramię. Wokół mnie jest dziesięć par nurków i Nieudaczników.wąsatego staruszka z plikiem jakichś reklamowych ulotek w granitowych palcach. . parami stoją potwory. strzelając w przeklęte lustra. W prawdziwych lustrzanych labiryntach. odruchowo nazywając go wymyślonym przez Gilermo przezwiskiem. Takich jeszcze nie widziałem. Tutaj nie ma żadnej różnicy. Ciskam granatnik w górę. Wchodzimy do labiryntu luster. krąży. Pryzmat o trzynastu krawędziach. Masz bystry wzrok. Plazmowy karabin jest już pusty. Ogromne wypukłe oczy. Staruszek ze smutkiem obserwuje wychodzących z poziomu graczy. Cholera. krzyczę. Pod sufitem. – Pójdę przodem. Nieudacznik biegnie do mnie. rozmywa. Ranią mnie w prawą rękę. Niebieska ognista pętla trafia w mętniejące lustro. Stoimy ramię w ramię. chwytam karabin plazmowy i dokonuję niezbyt prostego wyboru pomiędzy dwoma ostatnimi celami. Wyjście. Nie ma czasu na wyjście z wirtualności. czy nie wyjść z Głębi. które tak lubią pokazywać w tanich fantastycznych bajeczkach filmowych. ale strzelam dalej. Ostatni granat też nie znajduje celu. Jeden z nich jest prawdziwy. Potem zaczyna się rozgałęziać. na balkonikach. Ranią mnie znowu. Początkowo to po prostu korytarz wyłożony lustrami. Trzymaj się blisko mnie. to wszystko. Mimo starań reżyserów nie sposób pomylić rzeczywistości z iluzją. w jeden z trzech ocalałych balkonów. które rozpadają się z drwiącym brzękiem. Strzelam na chybił trafił w jeden z balkonów. Pod ścianami stoją komputery. dygoczę z bólu. Nieudacznik robi ruch. Ognisty wybuch. uważaj – ostrzegam. Huk wystrzałów. – Dobrze – odpowiada Nieudacznik. Wśród gęsto rozstawionych kolumn kompletnie tracę orientację. pozostałe to odbicia. próbując wrócić w lustrzane przejście. Szczegółowa iluzja zostanie zastąpiona iluzją schematyczną. pokryte łuską ciało. dobrze? I postaraj się pierwszy zauważyć wroga. długie ręce mocno ściskające karabin. Zły wybór. w moje ciało wbijają się ostre igły. Wtedy potwory zaczynają strzelać. Kule dziurawią lustrzaną podłogę.

z wyczuciem. patrzy mu w oczy i rzuca: – Jak zawsze. Wtedy uderzam go w twarz. Wstaję. Potwór przeładowuje karabin. a ja stoję oszołomiony. – Trudno zabić gwardię eskorty Księcia Kosmitów – mówi. Przypominam sobie o zasadach uprzejmości z kodeksu nurków. ale pod opanowaniem daje się wyczuć kipiące emocje. wypluwając pętle pocisków na wszystkie strony. ale chłopiec nadal żyje. tak samo jak ja. Gigant w pancerzu nie przypomina człowieka. . Lekko szturcha ciało nogą. Anatol podchodzi do ciała Nieudacznika. Osuwa się. Pocisk przechodzi ponad moim ramieniem. Ognista kula płonie na balkonie.. a on naciska na spust. Jego karabin jest wycelowany we mnie... albo pocięły go odłamki lustra. nie dociera do mnie to. jakby się upewniając. – szepczę.. co się stało. Za mną stoi rosły mężczyzna w pancerzu obwieszony bronią jak choinka ozdobami.. ogłuszając mnie. A Nieudacznik zasłania mnie sobą. Nachylam się nad Nieudacznikiem. pierś rozerwana kulami. pięć pożegnalnych sekund. – Jesteś nurkiem. spalając potwora. Drugi nadal strzela. Pewnie widzieliśmy się na jakimś zebraniu. – szepcze. który nas obserwował. – Odbicie. – Anatol? Kiwa głową. Twarz ma spokojną. Zresztą i tak nie mam amunicji. Wchodzi w niego cała seria.Jeden z potworów nie żyje. BFG-9000. kto strzelał. Jego twarz jest krwawą maską.. – Ty też. filtr zsunięty na podbródek. Ścieram dłonią krew z jego twarzy. Głos ma cichy. albo dostał pociskiem. Broń. że Nieudacznik rzeczywiście nie żyje. której nie zdołałem zdobyć podczas maratonu przez poziomy. suchą. że odlatuje pod ścianę. Nurek Labiryntu kiwa głową i zarzuca ciężki BFG-9000 na ramię. zręcznie. Nawet nie patrzę. Po prostu był w innym ciele. Próbuje znaleźć jeszcze jakiś cel. darowanych przez grę. – Leonid – przedstawiam się. Tak mocno.

– Tak – pociągam rozbitym nosem.. – W porządku – odzywa się Dick. . jakby kazano mu zjeść garść kijanek. – Myślałeś. – Co godzinę go prowadzimy! – wrzeszczy Anatol. ten.. odrywa się ode mnie. – Ale to nie takie proste. drugi nurek Labiryntu. nie próbując się zabić nawzajem. ale zawsze dobrze. – Dobrze szedł. An – rzuca Dick i siada na okopconym. – Ten skretyniały lamer.. Anatol zerka na niego. kiedy się zmienia! Rozumiesz? Zaczynam rozumieć. zwinny. Nie zawsze uczciwie. Robię to samo. Ale w tej parze on jest tym głównym. – Dobrze grałeś – mówi Dick. – Sam prowadziłem go siedem razy! Dick aż osiem! Rozumiesz. Ale jest posłuszny. Walczymy z pięć minut. że się tu wygłupiamy? – pyta. Łapię oddech i kopię go w krocze. szczupły. – Ty wiesz lepiej – odgryzam się. Anatol milknie. odrywając spojrzenie od ciała Nieudacznika. opuszczając broń. – Wyluzuj – radzi mu Dick. po prostu wyrzucając z siebie wściekłość i nienawiść. Mówi po rosyjsku niemal czysto i bez akcentu. strzaskanym lustrze podłogi.1000 Rozdziela nas Dick. że próbujemy go wyciągnąć? – pyta obojętnie Dick. Ale my już stoimy na baczność. Teraz on wije się z bólu... patrzyłem. Dick jest niewysoki. – syczy Anatol. wasza mać. – Gilermo ci powiedział. – Co się dzieje? – Wyjaśnij mu. którego Nieudacznik nazwał dobrym człowiekiem. tępaku? My tu znamy każdy kąt! Czujemy. ociera krew z twarzy. Dick ze stoickim spokojem czeka na trzeci cios. Dick wsuwa pomiędzy nasze splecione ciała lufę swojego BFG-9000 i niegłośno mówi: – Jeszcze trzy ciosy i strzelam.. – Już to zrozumiałem – przyznaję. a przy okazji zadaje krótki cios pod żebra. – Ten łajdak. Anatol krzywi się. – Nurki.

. – Dick zerka na mnie. Gapię się na niego tępo. Dick kiwa głową. jak pracujecie! – Anatol zadał dobre pytanie – zauważa Dick. – Dziękuję. Zleceniodawca nie miał twarzy.. to i tak. Obaj nurkowie od razu łagodnieją.– Pięknie – ożywia się on. – Dick jest fatalistą – uśmiecha się Anatol. jeśli znasz jego adres. kasy nie masz. – Nieudacznika nie można uratować – odzywa się Dick. jak się nazywasz? – Leonid. uratować Nieudacznika. – Nie znam. wyjaśnię ci. Obserwuję reakcję. – Nie można. Nie mogłem odmówić. nie ma zamiaru odbierać wam chleba – mówię. to lepiej wyciągnąć go ręcznie. tym gorzej – mówi Dick. Możesz mi uwierzyć? To po prostu klient. – Swatem. – Stary. – No. W takim ciele pojawia się na zlotach. – Tak.. – Stary.. ale reakcja nie następuje. – Kim on jest dla ciebie? – pyta nabzdyczony Anatol – Kto? – Nieudacznik! – ryczy. – Jeszcze ze starej szkoły. – Dalej – poprawia go automatycznie Anatol.. szedłeś normalnie – mówi Anatol. Najwyraźniej chce kopnąć ciało dla zilustrowania swoich słów. że się za naszą robotę wziąłeś? – Widzę właśnie. – Im dłużej.. – Co? – Czuję się speszony. – Dostałem konkretne zamówienie. Nawet żółtodziobowi jest przyjemnie. kim? Ty co. odwracając się. Więc to tutaj Crazy zarabia na utrzymanie. gdy go chwalą.. – przełyka przekleństwo i z rezygnacją macha ręką. – Chłopaki. Siadaj... – Więc po jaką. – Dobra. ale w porę się powstrzymuje. – Od kogo to zlecenie? – Też nie wiem. – Dzięki – rzucam. . – Słyszałem rozmaite opowieści. tym gorzej. Starszawy. Crazy Tosser to jeden z najstarszych i najbardziej szanowanych nurków. – Mnie znasz jako Crazy Tossera. Fragment o Człowieku Bez Twarzy odebrali jako metaforę. – Jesteś doomerem. Dostałem zlecenie. prawda? – pyta Anatol. Lonia. – Kim on jest dla ciebie? – Nikim.. bratem? No.. żeby go uratować. Jeśli nawet połowa z nich to bajki.. – Im dalej. wesoły grubasek. Chyba wczorajszy szum i moja pospieszna podróż przez poziomy Labiryntu wzbudziły w nich jakieś konkretne obawy.

że wokół jest wirtualność! – Aha – zgadza się Anatol. nie wyciągniemy go. sufit. – To się nie zdarza – zauważam. bierze za rzeczywistość. przypadków. Nie! Zaraz. Nieudacznik jest wyborowym strzelcem. – Nie ściemniajcie – proszę. – To. czy nie można wyłączyć gracza przymusowo? Nie znając jego adresu? Nurkowie Labiryntu wymieniają spojrzenia. właśnie na tym wpadłem. – Dzisiaj rano wypróbowałem ten sposób – ciągnie Anatol. że mi pomoże. – Wierzący? – sugeruję. potem jeszcze dwa razy. Tonął w płynnym asfalcie i spadał z wysokości.. potwory. – Nie prowadziłem Nieudacznika przez poziom. – Że sobie zasłużył na taki los. – Zabijali go gracze. – On całkiem odjechał – mówię. Tylko za dużo tych. przeszedłby Labirynt w ciągu dwudziestu czterech godzin. To gra! Rozumiesz? . I nic! – Stop! – krzyknął Dick.. – Co takiego? – pytam. – Był sposób – mówi Dick. – Dick uważa. co zrobimy. przecież sam powiedział.. co się dzieje. Ale z tą miłością bliźniego to ma hopla. oczekując wyjaśnień. ignorując szczegóły.. gdyby miał więcej szczęścia. w odstępach mniejszych niż pięć minut. – Jeśli gracz ginie trzynaście razy pod rząd. jeszcze krok i ja cię zabiję. myślałem. Taka bariera dla kompletnych niedołęgów.. Nie strzela do graczy. Potwory kładzie – mruczy Anatol – aż miło popatrzeć. zapamiętując najważniejsze fakty. Trzynaście razy pod rząd. – Anatol go sprawdził. program wyrzuca go bez podania przyczyny. – Leonid. – Nie stracił orientacji.. – Sprawa jest poważna. zdobywając wszystkie nagrody.. – Chyba że on sam tego chce. Słucham. Do ludzi nie strzela nigdy. – To co słyszysz. Nieudacznik nie podaje swojego imienia i adresu. – Chłopaki. – Wszystko wygląda na przypadek. Gdy ciągnąłem go drugi raz. Nieudacznik nigdy nie strzela do graczy. – Jeśli jest samobójcą. rykoszet. – Trzynastokrotna śmierć – wyjaśnia niechętnie. to brednie! – protestuję.Siadamy wokół ciała Nieudacznika i Anatol zaczyna opowieść. który się zawalił. Bez względu na to. – Pacyfista? Anatol wzrusza ramionami. tylko przystanąłem od razu i zacząłem go zabijać. – Nie rozumiem. Patrzę na Anatola. – I za każdym razem zabijali go gracze? – Zabijał go los – wtrąca się Dick. Dick tylko się uśmiecha. Byłem pewien. to bardzo sprytnym – nie zgadza się Dick. – Crazy. że mi się pomyliło.. że to jego karma – mówi Anatol. Piętnaście śmierci i każda inna.

Jeśli w tym czasie chłopaka nie wyciągniemy. Zrobiłeś to? Oczywiście. Oni są gospodarzami. musiałeś rozstrzelać chłopca przywiązanego do drzwi tunelu. – Przyjdź za sześć godzin. ja gościem. żeby zdobyć reputację? – krzyczy Anatol. – A ilu ludzi rozstrzelałeś pierwszego dnia. i nie poczuć bólu! Strzelać jak na strzelnicy! Przejść po linie.. dotykam klawiatury. Nie kłócę się. – To był tylko program. – Anatol gaśnie równie szybko. A on najpierw próbował uciekać. jest tak. znowu wejdziesz do gry... Wstaję. Myślałem. nurkiem! Wszyscy bohaterowie Labiryntu nie mają nawet połowy twoich możliwości w pojedynku! Możesz wyskoczyć z Głębi. Rysunek i plik dźwiękowy. – I nie mów mi o uczciwym pojedynku! Jesteś doomerem starej szkoły. że dla mnie to kaszka z mlekiem! Wszystko wyjaśniłem. Dick ma rację. nie można mierzyć miarką świata rzeczywistego. To Głębia w Głębi. jak linoskoczek! Zamilkł. – Wszystko mu na początku wyjaśniłem! – Anatol też ma napięte nerwy. żeby przejść dalej. co dzieje się w Labiryncie. dlaczego nie mogłeś zabić gwardzistów z eskorty od razu? Kręcę głową przecząco. a potem po prostu siedział i czekał! Teraz rozumiem. – Jak on się zachowywał? – pytam.. Ale na nas się nie odgrywaj! My wykonujemy swoją pracę. Leonid. – Hej. – Na siedemnastym poziomie. – Nie myśl sobie. jak się zapala.. dzięki za informację. Obojętnie jak strzelasz. to gra – powtarza Dick. – Za sześć godzin – przypomina Dick. Nie będziemy ci przeszkadzać. czy nawet Deeptown. Idę do komputera przy ścianie. że może przynajmniej zacznie się bronić. dlaczego Nieudacznik ma taką opinię o Anatolu. – Nie wcześniej! . zapisuję się. – Programy też umieją oszukiwać. Dick. tego. a potem strzelałem z winchestera. w głowę. – Wiesz. – Generalnie. zmarszczył brwi. – Leonid..Odsuwam się od Anatola. dobrym strzałem będzie dopiero ostatni. No cóż. – Teraz nasza kolej – dodaje Dick. Leonid! – rzuca za mną Anatol. Przeszkadzał w przejściu do żywego człowieka. – Ładnie. nie dało się go odwiązać. – Al Kabar to twoja robota? Kiwam głową. Próbuj.

Strzelcu? – proponuje.1001 Tym razem w sali kolumnowej jest mniej ludzi. – Tylko jeden warunek. – Idziemy do BFG? – Proponuje dziewczyna. Okularnik i dziewczyna wymieniają spojrzenia.. Na początku poziomu siedzi chłopak z pistoletem. albo kryje się w innym ciele. Zresztą. – Na trzydziestym drugim kłębi się pół setki narodu. – Kim jesteś? – pyta przygarbiony okularnik. Chyba nie dojdzie do strzelaniny. . ale do dzisiaj głowy ostygły. A ja mam sześć wolnych godzin. Ale tych kilkanaście osób czeka wyraźnie na mnie. Ugrzązłeś? – Nie. – Słuchajcie. – Umowa stoi. W przeciwnym razie zostanie ogłoszone wielkie polowanie. o co ci chodzi? – włącza się do rozmowy dziewczyna. I to nie tylko w Mieście. usypiający czujność współzawodników. Ściskamy sobie ręce. nic nie rozumiejąc. – Pokój – mówię. – Pokój. to cię nie ruszą. Rozglądam się. Kiwam głową. Wymijam ich. potem chłopak w okularach podnosi ręce. Dwóch nieznajomych i długowłosa dziewczyna idą w moją stronę. Wczoraj wszyscy byli bliscy wrzenia. – Strzelcu. to nieważne. – Jestem Strzelcem – przyznaję. – Po prostu grasz? – Nie. Umowy zazwyczaj zatwierdza się przy piwie.. Delegacja drepcze w miejscu. – Dobrze – zgadzam się. jeśli ktoś złamie umowę i mnie zaatakuje. co się dzieje? Cały dzień widziano cię na trzydziestym trzecim poziomie. – W takim razie. Wielu wybiera taki mało wojowniczy wygląd zewnętrzny. – Strzelec! Odwracam się. Aleksa albo nie ma wśród moich towarzyszy. Strzelcu. – Ludzie boją się iść na trzydziesty trzeci – wyjaśnia. Jego też nie ruszajcie. Reszta graczy podchodzi do nas i zwartą grupą wychodzimy z sali kolumnowej. jeśli nie będziesz odstrzeliwał graczy.

że parszywy modem. Gra w Labiryncie pozostawia ślad w psychice. że nie. odruchowo próbuję zrzucić z ramienia nieistniejący już karabin. który wybrał najbardziej niezwykłą ze wszystkich samowolek w historii. W Wolfstein. Ale do Internetu można wejść przez jakąś wojskową linię lokalną. to nie widzę przeszkód! – sprzeciwia się ktoś.. Słucham. jak ten hipotetyczny żołnierzyk. Rozpychając potwory – odźwiernych – pakujemy się do restauracyjki. Mówił. w odróżnieniu od tych w grze. jakiś taki nierówny. Nad tarasem sześciany pękają. Sam zaczynałem od 386. Też bez hełmu i kombinezonu. że tylko do muzeum. O tej najbardziej prymitywnej z trójwymiarowych gier wielu tylko słyszało. są . Jesteśmy już przy BFG 9000. – Jasne. – Dlaczego? Jeśli z koprocesorem. Posępny budynek. – Strzelec. Ogromna sala do połowy zalana połyskliwą zieloną cieczą. – Niedawno poznałam chłopaka. – Pewnie jeszcze na 386 grałeś? – Na 286. – Ale pojechał – kręci głową okularnik. Na ścianie nad zieloną mazią widnieje morda potwornego demona. – A właśnie – mówi dziewczyna. co słyszałeś. przez kilka sekund snują się pomiędzy stolikami i znikają. chociaż znam odpowiedź. – Co? – Okularnik jest w szoku. połowę stanowi kamienny taras zastawiony stolikami. – To. To ostatni poziom gry Doom-2. Ale takich informacji nie rozgłasza się na prawo i lewo. Zaczyna się długi spór: czy można wejść w wirtualność na IBM 386 i czy pomoże w tym matematyczny koprocesor. utrzymany w stylu Labiryntu. – Tak. – Na 386 w wirtualność się nie wejdzie. albo raczej jego poprzednika – Dooma. Przed ciężkimi żelaznymi wrotami stoją dwa potwory w liberiach.– To będzie jego i twój problem – potwierdza okularnik. który wszedł na 386 w Deeptown. Aprobujący pomruk tłumu. – W Doom? – pyta ironicznie okularnik. wykluwają się z nich potwory. z której co jakiś czas wylatują wirujące sześciany.. że jest sierżantem służby tymczasowej. ręcznie. Wnętrze znajome do bólu. Zwróciłam uwagę na jego chód. Można. Mój gest powtarza kilka osób. Siedzi gdzieś w tundrze na stacji łączności kosmicznej. Nikt nie zwraca na nie uwagi. od razu widać. Sprzęt tam mają taki. jesteś doomerem? – pyta dziewczyna. – Pięknie. Bez hełmu i kombinezonu. On załadował deep program na 386-DX40. wszedł przez jakieś wejście w Deeptown i snuł się po mieście. nie wtrącając się.

że metoda maskowania się „na odwrót” wykorzystywana jest w dwóch trzecich przypadków. nawet bez żadnej wirtualności. bez wprowadzania kodu nieśmiertelności. dla wszystkich! Ja funduję. Damir kiwa głową.bezcielesne i niegroźne. nie guinness. Potwor otwiera paszczę. Zjawia się chłopak z gitarą. wchodzi na zieloną część sali. jasnowłosy. – Czemu cię wcześniej nie było w Labiryncie? – indaguje Damir. Damir przyjmuje moją wypowiedź spokojnie. I bardzo mocne. Ciekawe. ale młodziaki zaczynają się marszczyć. – Pomiędzy Strzelcem a nami wszystkimi! Piwo jest gęste i ciemne. – Nie. Starych graczy moja reakcja nie dziwi. – Strzelec. smagły. Gdyby tak wsadzić go na ten poziom. ale coś podobnego. Zapewne jest wysoki i mocno zbudowany. Szczerze mówiąc. Sala zaczyna się ożywiać. – Skądś znam twój system. Doomer rozpozna doomera z daleka. Pozostali wymieniają pełne zrozumienia spojrzenia. macha ręką. też potwór – latająca purpurowa kula z wytrzeszczonymi oczami. godząc się z tym. Uczciwe przejście ostatniego poziomu. udawało się nielicznym. Czytałem kilka psychologicznych opracowań dowodzących. cieszę się. jak w grze. – Markowego. że odbiera się je jako mocne? – Damir – przedstawia się okularnik. Podchodzi kelner.. Mam wrażenie. Gdyby rzucił się na mnie prawdziwy tłum. Siadamy nieopodal zielonej cieczy. popatrzyłby sobie na bohaterskie czyny innego pokolenia. Uśmiecha się zmieszany. – decyduje Damir. zsuwając kilka stolików. jakim cudem właścicielowi restauracji udało się nadać nieistniejącemu piwu taki smak.. Siedzimy. lecz spotniałe kufle piwa. że stali gracze Labiryntu zdecydowali się zawrzeć pokój. Ciecz kipi pod jego nogami. uchylam się mimo woli. nie uratowałyby mnie nawet zdolności nurka. że jego labiryntowy wygląd zewnętrzny jest przeciwieństwem wyglądu prawdziwego. – Piwa! – żąda okularnik. – Niezbyt tu interesująco. Zsuwamy kufle. Jakichś dwóch idiotów śmieje się ze mnie. najpierw tam zajrzy. że nie zdejmuję maski. – Za pokój! – wygłasza okularnik. – Kiedyś to były proste poziomy – rzuca jakiś chłopaczek z naszej grupy. Ale z paszczy wylatują nie ogniste czaszki. Chłopak . Czym różni się zwykły człowiek od doomera? Zanim doomer wejdzie za róg. pijemy piwo. – Nie byłeś czasem na moskiewskim turnieju doomerów w dziewięćdziesiątym siódmym? – docieka. Milczę.

. – Pora na mnie. ma niewielki udział. W ferworze zabawy jakiś chłopak ściska mi długo rękę i chyłkiem nakleja na ramieniu prościutki marker. że go tu przywiało. nikt mnie nie namawia. Włączając sprytnego chłopaczka. Nikt nie pyta. Wilgoć i zimno. nad głową syczą iluzoryczne sześciany. . po co mi słowa Wilgotną mgłą siebie napełniam. żeby się nie uchylać. uśmiecham się smętnie. uśmiecham się do graczy. Jeśli pomieści ją moja głowa. Przyglądam się towarzystwu. Idę przez mgłę. Do Labiryntu ma stosunek obojętny. Chłopak jest legendarną postacią w Głębi – haker starej szkoły. Wszyscy są zadowoleni. Słowa odeszły. Dawnośmy się nie widzieli. Zaczyna powoli stroić gitarę. Ja też macham mu ręką. chociaż w postaci Strzelca na pewno mnie nie pozna. Ja też jestem pełen chmielowej mgły. I mnie. w dodatku bard. i miasto upija mgła. Przeciskam się pomiędzy stolikami. Na razie nurkowie Labiryntu bawią się z Nieudacznikiem. Przebywanie w Głębi to płatna rozrywka. nie pamiętam. a może ryba Albo po prostu coś z oczami. jak wieść niesie. lamer. że nic im z tego nie wyjdzie. dlaczego. Nie znam już dźwięków. na wszelki wypadek zmuszając Vikę do zapamiętania imion i twarzy. gdzie. wypluwają potwory. Pomiędzy wodorostami się ślizga. i Może to łódź. żebym został.. dziwne. jak w oceanie. piwo leje się strumieniami. Udaję. Impreza na całego. że nie zauważam. ale jak pięknie Mokre ulice. Długowłosa dziewczyna wybija ręką takt na stole. w porywie uczuć obejmuję chłopaka i przerzucam marker na niego. snuje się mgła! A ja uśmiecham. Chłopak odsuwa włosy z czoła i zaczyna śpiewać.idzie na środek zielonej strefy i siada na krześle stojącym na malutkim kawałku betonu. Niech sobie mnie potem śledzi. otwierają się. Zazwyczaj występuje w Trzech Prosiaczkach. Mam jeszcze pięć godzin. Z jakiegoś powodu jestem pewien. Wstaję. Ledwo się powstrzymuję.

łokciem zsuwając pusty kubeczek po jogurcie. odwracając wzrok. – Wszystko w porządku. Głębio... – Mogę teraz wybrać numer. – Zasuwaj – burknąłem. nic – mówię.. Odłączą telefon w najmniej odpowiednim momencie. Strzelcu. – Dziękuję. I wytrzeć kurze. tego nie ma co odkładać. Jakiś typek wszedł do Różnych Zabaw. Madame uśmiecha się. Jasne. Wyjmuję lemoniadę. – Tylko proszę nie zawracać dziewczynkom w głowach. przyjąłem. – Za to nie na długo. Tak. Pewnie.. Madame wychodzi mi na spotkanie. Trzeba coś zjeść. – Dziękuję. – Muszę ci podać comiesięczne przypomnienie. żeby nie przeszkadzał. Kładę dłonie na klawiaturze. Nieliczni przechodnie nie zwracają na niego uwagi. Lonia – odzywa się Windows Home. – Posprzątać w mieszkaniu. – Nic. Otwieram lodówkę. Odklejam się od ściany. że poziom stawianych mi zadań nie zawsze odpowiada objętości pamięci operacyjnej. I zacząłem szybciej jeść. .. jak urządzam mordobicie w burdelu i uśmiechnąłem się. jogurt. – Wcześnie pan dzisiaj przyszedł. Poczułem się nieswojo. Na ekranie wszystko w porządku. dotyka mojego policzka. trzeba by umyć podłogę. Strzelec stoi przyklejony do ściany. – Tylko nie do Viki! – rzucam w ślad za nim. właśnie ktoś przyszedł? Wyobraziłem sobie. – Zapłacić rachunki. wyciąga dłoń. – Prócz tego zauważam po raz kolejny.... Rozejrzałem się szybko. kiełbasę. ale zadzwonię wieczorem. Deep Enter. – Milcz. – Nie. Vika.” Przede wszystkim zdejmuję hełm. tej wirtualnej.„Głębio. Może do Viki. Kran z rdzawym nalotem doprowadzić do porządku.. nie jestem twój.. nieładnie to wyszło. – Zadzwonić do rodziców – mówi z wyrzutem Windows Home. – Nie zrozumiałam. – Lonia – odzywa się Windows Home. wchodzę przez szklane drzwi burdelu. ale to będzie wymagało zwolnienia linii.

dobrze? – Dobrze. Madame kiwa głową. pieski. bez numerów czy liter. Obok. na zbitym z desek stole. Wiem. Stuka. że gdybym się odwrócił. ale ochroniarz kroczy w milczeniu. Przypomina mi to przedszkole. Madame opędza się zmęczonym gestem.– Postaram się – mówię głosem posłusznego chłopca. myszki. Na pierwszy rzut oka wydają się monotonne. Zza mijanych przeze mnie drzwi dobiegają szmery i szelesty. W samo serce burdelu. Wzdłuż korytarza drzwi. że u nich zawsze jest wieczór. – Gość – mówi ochroniarz. a Madame mówiła. Poznaję głos. . nie odwracając się. Przyglądam się im uważniej i kiwam z aprobatą głową. ma lustro. – Tak? – słychać w odpowiedzi. sosny. – Jak byś je nazwał? – pyta Vika. A jednak czasem chce się słoneczka. – Niech wejdzie. wchodzi po schodach na pierwsze piętro. Czyściutki korytarz. zajączki. Ochroniarz wskazuje niskie drzwi. Pokój wygląda jak górska chata. za to z rysunkami. Staram się kroczyć z kamienną twarzą. Stoję i rozglądam się. Przez otwarte na oścież okno wpadają porywy zimnego wiatru. Z jednego pokoju wysuwa się na wpół rozebrana blondynka. z okrzykiem zasłania piersi rękami i wpada z powrotem. – Poczekaj chwilę spokojnie. Wchodzę odprowadzany kpiącym spojrzeniem kotka. Aha. Odwraca się do ochroniarza. Na ścianach wiszą akwarele – nieznajome. Nieco zmieszany idę za nim. Do Viki. za oknami letni las. niespecjalnie przekonana. Kotki. zobaczyłbym kilkanaście zaciekawionych twarzy wyglądających na korytarz. – Cześć – rzuca. na których wisi wizerunek zamyślonego czarnego kotka. leżą całkiem współczesne kosmetyki. To nie taśmowa produkcja wprawnej ręki. ogląda swoją twarz w malutkim lusterku. prawie na wszystkich góry. Ochroniarz lekko klepie mnie po ramieniu i oddala się. niczym landszafty niedzielnego malarza na cotygodniową sprzedaż. Szumi rzeka. rzeka i słońce. mgły. Nie odwracam się. lecz cykl. przy których stoi. Słyszę biegnące po korytarzu. zadawane szeptem pytania. Ochroniarz zatrzymuje się pod drzwiami. Vika siedzi przy oknie na zwykłym drewnianym krześle. Jej to dobrze. – Dziękuję – mówię z całego serca. – Zaprowadź go do pomieszczeń służbowych.

. Ma na sobie białą sukienkę do kolan.. Pozbywanie się takich obrazów musi być dla ciebie trudne.. Pospiesznie pytam: – Dlaczego lepsze? – Mają dźwięk. pierścień śniegu i szara granitowa martwota szczytu.. No. Śmiech strumyka. Obłoki krążą wokół szczytu. – Głupstwo – opędza się Vika. ale miejscami na pewno. Pomiędzy naszą chatą. Więc o to chodzi. – Zawsze miałem problemy z nazwami. – Sprzedaję rzeczywiste oryginały. – Jeśli tak. – Rodzi się nowa sztuka – mówię. Ma z dziesięć kilometrów wysokości. gęste kłęby mgły wczepione w zbocze sosny. Te zostają u mnie. – Nie... Z takimi lepiej się sprzedają. Vika maluje usta zamyślona. Tylko jeszcze jej nie rozumiemy. – Można i tak. – Patrz! Więc to tak. która też stoi na niezłej wysokości. Vika bezceremonialnie bierze mnie za rękę i ciągnie do okna. Szum wiatru i plusk wody nie był złudzeniem. klapki. Rano to była praca.– Nie wiem – przyznaję się. Gdy pierwszy jaskiniowy człowiek rysował na ścianach jelenie. Niepodobne do mnie? – Podobne. – To twoje obrazy? W ciągu ostatnich dwóch dni wykazuję się wyjątkową tępotą.. na przykład. a szczytem gigantem leży . Ale myślałem. – W takim razie zaczynam mówić komplementy – mamroczę.. albo jedna góra z różnych punktów widzenia. też nie od razu uznano to za sztukę. srebrny wisiorek na łańcuszku. Góry. Góra jest jakby złożona z warstw – ciemna zieleń lasów. Nie cały. tylko czy w realu istnieją takie góry? Centralny szczyt na pewno nie. którą popełnia. to cały Deeptown jest dziełem sztuki. Po chwili przyznaje mi rację. – Nie.. Vika nie zauważa gafy.. jakby obraz mógł przekazać dźwięk. piękna. – Oczywiście. lepiej dodam: szczodra. – Labirynt – mówię. rozrzedzone powietrze. że po prostu dobrałaś je z gustem. najważniejsze. szmer wiatru. Są lepsze. – Dodaj jeszcze: punktualna – Vika ściąga włosy wstążką. że nazwa niezrozumiała. – Zrodziła się dawno temu. Poranny chłód i suche. – Tak. Vika po prostu rysowała z natury. Chodź tutaj. utalentowana. ostrożnie dotykając ram. nie mogąc przykryć wierzchołka swoją czapką. – Labirynt odbić. Jestem z tego zadowolony. na pierwszej. – Jesteś mądra. Idę wzdłuż ściany. – To komplement na pierwszej randce? – Na drugiej – próbuję odpowiedzieć żartem. sałatowy odcień alpejskich łąk. wyrywa się z łańcucha górskiego niczym górski buntownik. – Co za facetów teraz mamy – Vika w końcu wstaje.

Nieduże. Może to i lepiej. – Mam swoje powody – mówi Vika. – Przecież nie każdego tu wpuszczasz? – Nie każdego. – Dziękuję. To nie sztampowe zaokienne widoczki sprzedawane na każdym rogu. że nie umiesz wymyślać nazw. jeśli pozwolisz im wyjrzeć przez to okno. patrząc na jezioro.jezioro. Patrzymy na góry. – Nie boisz się. wykąpać w jeziorze? – Woda jest lodowata. Vika nawet nie próbuje uprzejmie protestować. że pozwoliłaś mi to zobaczyć – wyjaśniam. że to firmowy pejzaż dla wybrednych klientów? – pyta Vika. na granicy lodu. ale idealnie okrągłe. Na coś takiego warto poświęcić nawet więcej czasu. – Od dawna nie rysuję – wyznaję. Wolność dla wszystkich i we wszystkim. Zna swoją wartość. że to wszystko jest żywe? – pytam. Patrzę jej w oczy. dałoby się tamtędy zejść. – Dwa lata – mówi niefrasobliwie Vika. ale północnym zboczem pół roku temu zeszła lawina. – Jakoś tak wyszło. – Żeby utrzymać taką przestrzeń. – Droga jest bardzo skomplikowana – wzdycha. – Chciałabym tam zejść – mówi Vika. A ty pokażesz mi swoje obrazy? – pyta z uśmiechem Vika. zdarzają się burze? Vika kiwa głową. lekko podnosząc głos. . Łykam zimne powietrze. – Można tam zejść? Wspiąć się na szczyt. Milczę. ciężka. Kiwam głową. powiedziałbym – narysowane. to widocznie się tym zajmowałeś? No tak. i tak czegoś takiego nigdy bym nie stworzył. Ścieżkę na pewno zawaliło. Obejdą się. – Jeszcze czego. – Więc po co tu pracujesz? Każda firma weźmie cię na projektanta przestrzeni. Vika ściąga brwi. że moje pytanie było niewłaściwe. Ja też palnąłem głupstwo i tak jak Vika. nie zauważyłem swojej wpadki. drugi utrzymuje cały zakład. – I to wszystko żyje? Pada śnieg? Schodzą lawiny. Wydaje mi się. gdyby nie było takie żywe. Może lubi być wirtualną prostytutką. do najdrobniejszych szczegółów. że gdybym nawet wziął bardzo silną lornetkę. nie musiałbym niczego się domyślać. – Gdyby przywiązać linę do okna. Rozumiem. – Chcesz mi powiedzieć. Jeden jest całkiem zapchany. Odwracam się. Woda jest ciemnoniebieska. – Dziękuję – mówię. Obraz zrobiony doskonale. Wzdrygam się. – Skoro powiedziałeś. W milczeniu kiwam głową. Nie kłamie i nie kpi. przeziębiłbyś się. – Długo rysowałaś? – pytam cicho. potrzebny jest osobny serwer! – Dwa.

Czuję się. chodźmy. Vika przygląda mi się bacznie. trzymając się za ręce. Odruchowo ściskam jego dłoń. po lewej. To wszystko wygląda niesamowicie – jakby po nabrzeżu przeszedł potworny tajfun. teraz akurat jest spokój. że postoimy nad górską rzeką. ale zgadzam się. grzęznąc w piasku i czując na sobie wzrok trzech mężczyzn i dwudziestu kobiet. Nic nie rozumiem. jakby mnie opluto. że są takie plaże.– Wiesz. w razie czego dziewczyny mnie zastąpią. Wiem. Wszyscy są żywi. potem drogę przecinają ciężkie aksamitne zasłony... zmiótł domy i hotele. – To nasza strefa rekreacyjna – szepcze Vika. Wychodzimy na korytarz i zauważam. jedynie przy stoliku najbliżej wody siedzi dwóch muskularnych mężczyzn. jak dobrze wychowane dzieci na spacerze. Podejdź do baru. przez które weszliśmy. ale oszczędził część restauracji. tkwiące samotnie na czarnym piasku. – Tylko nie bierz francuskiego. Przez głowę przemknęła mi myśl. Cała plaża skrzy się czernią. że spodobają się jej Trzy Prosiaczki. – Vika lubi wytrawnego szampana – mówi chłopak.. żadnych programów ani atrap. – Daleko? Vika tylko się uśmiecha i bierze ze stołu malutką zamszową torebkę... Na brzegu stoją białe stoliki pod parasolami. – Nie.. – Witaj! – odzywa się chłopak przy barze i szybko wyciąga rękę. – Chodź. – Niczemu się nie dziw – mówi Vika i idzie pierwsza. Jesteś tu pierwszy raz? Nie widziałem cię . Byłem pewien. poprawia kołnierzyk koszuli... – Ujdzie – decyduje. Wrażenie potęgują drzwi. – Idziemy. że drzwi już nie poskrzypują w przystępie ciekawości. To ja cię zapraszam do naszej restauracyjki. że Vika się zgodzi. pieszcząc brzeg. Idziemy. że to takie piękne.. A obok długiego baru przycupnął szczupły chłopak w szortach. Ale nigdy nie przypuszczałem. Morze oddycha zmęczone. jest gdzieś pod barem. ale i tak go kocham. Nie chodzi klientów. – Nie rozumiesz. weź abrau durso. – Rozumiem – mówię. przy nich siedzą ludzie. Piasek pod nogami jest czarny. że przestrzeń jest tu przenicowana i że wyjdziemy w holu na parteru. – Siadamy przy wolnym stoliku. Korytarz kończy się kręconymi schodami. nie ja stworzyłem ten pejzaż.. weź dla mnie szampana. – Chodźmy. chciałem zaprosić cię do restauracji – mówię – jeśli się zgodzisz. Idę. wchodzimy na górę. Wychodzimy na brzegu morza. Doliczyłem się siedmiu zakrętów. Przede wszystkim dziewczyny. Vika nachyla się do mnie: – Tutaj jest samoobsługa. Zachód słońca maluje niebo na złoto i pomarańczowo.

Nalewa szampan do kieliszków. coś omawiając. – Za długo się wczoraj opalałem! – wykrzykuje tymczasem chłopak. stukamy się. że się opalę.. – Nieźle wygląda. to znaczy pracuję. znawca hardware’u i softu. – Podobasz mi się – mówi chłopak. a może naprawdę taki jest. Lubi te wszystkie rozpuszczalne napoje. wszystkie dziewczyny się tu zebrały. Potem jeden klepie drugiego leciutko po wargach i ten odwraca się urażony. Też mi się przyglądają. nie wierzyły. odrywając płat schodzącej skóry. – Nie wiem. ale Vika nadal się uśmiecha. Vika czeka na mnie. Vika w końcu poważnieje.. – Z dziewczynami się założyłem. wchodzę za bar. a on się obraża. krztusząc się ze śmiechu. Czuję się nieswojo. wyjmuję z wiaderka z lodem butelkę. Może odstrasza naszych gejów. – W porządku – mówi Vika. dziwny? – pytam ostrożnie. Cichy szmer fal jest dobrodziejstwem. – Dlaczego jest taki. Dziewczyny go tak przezwały. napięcie spada. Na każde zboczenie. – A gdzie się pasą kozy? Śmiejemy się razem. Ma niesamowicie ruchliwą twarz. biorę dwa wysokie kieliszki. On to lubi.wcześniej. drapiąc się po opalonym brzuchu. zuko. siadając na krześle. ale za to mamy wszystko. naprawdę mi się podobasz! Ha. haker i ochroniarz. sprim i inną chemię. a ja naprawdę jestem opalony! Podsuwa mi pod nos martwy naskórek. rozejdzie się jak świeże bułeczki! Pospiesznie kiwam głową i uciekam ze zdobyczą. Żebyś się czasem nie spodobał tym dwóm. Tylko nie nazywaj go Zuko. Trzeba będzie gdzieś wcisnąć. Przychodzą rano. przy wodzie! Zaczyna mi się kręcić w głowie. Ze sztucznym ożywieniem pytam: – Po co wam faceci? Dziewczyny nie zawsze dają sobie radę? – Oczywiście.. . ale ich zachowanie wychodzi nieprawdziwie. Dzisiaj jest pusty dzień. co? Całą noc robiłem symulację opalenizny. ja tu nie pracuję. Zwracaj się do niego „Komputerowy Magu” albo po prostu „Magu”. ha! Przestraszony? Nie. który spotkał Piętaszka. Naciągam na twarz żałosny uśmiech. widać brak kilku zębów.. – To nasz geniusz komputerowy. Zerkam kątem oka na chłopców na brzegu. – Kto to? – pytam. Klienci zdarzają się rzadko. Zaraz cię obgadają! Nawija z energią Robinsona. Diabeł ciągnie mnie za język. ale nie tak. – To program – przyznaje się Vika. – Próbowałyśmy załatwić ciała zwierząt. – Kurczę. Pamiętasz niebieski album? Pamiętam. – Zuko? – Mhm.

– Mag – przerywa mu Vika. idę już. Mówiłam o tobie. że tak mówisz. z przepraszającym grymasem na twarzy. idę. kiedyś. dzięki! Już myślałem. Najważniejsze. Kręcę głową. Rozerwij ją. – W życiu bym nie pomyślała. Przy okazji. – Można? – Komputerowy Mag stoi przy naszym stoliku. gestem sztukmistrza wyciąga zza pleców kieliszek i jeszcze jedną butelkę.. – W końcu ja też powinienem cię czymś zaskoczyć. jak się będziesz zachowywał w takim towarzystwie. – Dość cichy i spokojny.. nie daj Boże! Nawet dwóch mnie nie utrzyma! O. – Bo wezmę od Madame urlop. Miałam wątpliwości. Bierze butelkę i tanecznym krokiem zmierza w stronę stolika. – Nie o mnie mówicie? Nie przeszkodzę? Mogę usiąść? – Siadaj – mówi Vika tonem skazańca. tutaj . – Strzelcu. Ja też rezygnuję z likieru. – Tylko mnie nie zabijaj! To przecież ty od dwóch dni szalejesz w Labiryncie? Gratulacje.. – Ho.. – Zawsze to samo. że zgniję w samotności! Napijesz się? Zamiast odpowiedzi Vika nalewa sobie szampana. – Mamy tu swój światek – mówi Vika. Mag kiwa ze smutkiem głową.. przecież potrafisz jak nikt. – Abrau durso nie może być niedobry. Kiwam głową. ruszę w Labirynt i wszystko rozniosę w pył! Jestem spokojnym człowiekiem. poznałaś ostrego doomera! Wszyscy przez niego płaczą! Bezlitosny zabójca! – Naprawdę? – pyta Vika.. ho! – Mag odchyla się na oparcie krzesła. – Vika. przedziwnie wygięty. odstawiając pusty kieliszek. Vika zastanawia się. Nikt mnie nie lubi.. Jakiś bananowy likier. – Na razie tak nie uważasz – mówi w końcu. – Bardzo cię lubię – mówi Vika. – A co tu jest takiego dziwnego? – mówię głosem człowieka spędzającego każdy wieczór w towarzystwie prostytutek i homoseksualistów. przy którym bujna czarnowłosa piękność w skupieniu pije wódkę. Pogadaj z Tiną albo z Lenką. – Ale to nic.– Tak. W końcu w to uwierzysz. Mag napełnia swój kieliszek.. Vika. ty tam w Labiryncie za bardzo nie psoć! – pokrzykuje Mag. – Nazywam się Komputerowy Mag! – Strzelec – odpowiadam odruchowo. – My tu rozmawiamy poważnie. – Spoko! – ożywia się Mag. – Ale Tina ma od wczoraj depresję. Mag klapie na wolne krzesło. ale jak się wścieknę. – Za znajomość! – mówi. niezły – zgadzam się.

ciska w drzwi butelką. które wkładamy dla klientów. zasłony w drzwiach się rozsuwają. Gej i jedna z dziewczyn wychodzą. Bujna piękność. Pięknie i dziwnie. Zazwyczaj ja z nim pracuję. – Natasza. Uśmiecha się ze smutkiem.. Albumy: zielony i żółty. .. Nie w tych. Wszystko w porządku. Obejmuje Tinę za ramiona. Jeden z gejów wstaje. – A czego on wymaga? – Czerwony album. trudno im potem dojść do siebie.wszystkie dziewczyny pojawiają się w bazowych ciałach.. ale wczoraj byłam zajęta. bo zgadłeś. ale wyraźnie.. – Dobrze. zmusza. – Więc to jest twoje podstawowe ciało w wirtualności? – Tak. – Dziękuję. Patrzy pytająco na Vikę. Mówi przez program tłumaczący. żeby wszystko samo się ułożyło. – Nie pamiętam takiego. – Alice! – mówi niegłośno. – Vika. Dlatego pozwoliłam ci przyjść. – Kim jest Cyklistówka? – Stały klient.. do której już przysiadł się Mag. Robię kolejny krok. – Zastąp Tinę! Dziewczyna przy sąsiednim stoliku kiwa głową. Andrzej – zgadza się ona. – Teraz już tak nie myślisz? Vika wzrusza ramionami. – Kto wie? Ale podobasz mi się. – Imię też? Nazywasz się Vika? – W Głębi tak. Przypominam sobie wczorajszy wieczór. coś szepcze. albo nurkiem. Vika siada. jednym haustem dopija szampana i nieoczekiwanie świszczącym szeptem mówi: – Bydlaki. szybkim krokiem idzie pomiędzy stolikami. Serce wali mi jak szalone. Cyklistówka mnie wczoraj dopadł. który poznał moją osobowość. że jesteś jakimś szpiegiem albo hakerem. ze mną wszystko w porządku. Chcę. wyjście. – Ze mną? – Tak – mówi twardo Vika. Vika wstaje.. Tina. ale Tina protestująco podnosi ręce. Wszyscy faceci to bydlaki. Zanim zdążyłem odpowiedzieć. żeby siadła z powrotem. ale w głosie i tak pobrzmiewa zmęczenie i złość. między nimi pojawia się dziewczęca twarz. – Popracuję jako małolata. – Najpierw pomyślałam. – Dziewczyny nie powinny z nim pracować.

Lonia. – Vika wyjmuje z torebki papierosa. Andriej przechyla się przez bar. Wybacz.. To rzeczywiście on. podając drinka jakiemuś klientowi. – To do roboty! W holu rozglądam się. ... strefy czasowe zlikwidowały to pojęcie. Ale jakieś przypadkowe przypływy i odpływy się zdarzają. – Przepraszam. Andriej! – Cześć. – Pokazałam ci. – Vika wstaje. ale wyrosłeś! Kawał chłopa! Vika cierpliwie czeka. – Co z tobą? Znowu podatki? Pliki ci ukradli? Powiedz. Łapię samochód. ale ona się nie pojawia. pomożemy. a nie program barmana. W wirtualności nie ma godzin szczytu. cześć – mówi Andriej. Podobnie jak ja w strefie rekreacyjnej domu publicznego. Andriej marszczy czoło. Trochę się martwię o dziewczyny. pstryka zapalniczką. Chyba czuje się nieswojo.. Nie każdemu się ją pokazuje. Nawet w wirtualności.. jak żyjemy – odzywa się Vika. Normalka. Teraz na przykład sala jest nabita. Przepycham się do baru. – Kim jesteś? No tak.– Wkładka do czarnego. W tym ciele nie widział mnie nigdy. wpadłeś do burdelu. Też wstaję. podaję adres – Trzy Prosiaczki. – Koleś! – mówię groźnym szeptem. Nie masz z tym nic wspólnego.. ty jesteś przypadkowym klientem. – A czego się spodziewałaś? Okrzyków: „Co za koszmar!” Nie jestem świętoszkiem. To naprawdę ja! Tylko wolelibyśmy posiedzieć nad rzeką. gdy dziewczęta palą. – Leonid – mówię. – To co zwykle? – pyta Andriej. – Normalka. Nie wolno. – Dżin z tonikiem. ale milczę. dostałeś kręćka. spodziewając się zobaczyć Madame. Przelotnie dotyka mojej ręki. jeden do jednego. Widzisz. widząc moje zdjęcie. – Do diabła. Lonia. Vika uspokaja się powoli. – Chciałeś mnie gdzieś zaprosić? – Tak. – Nic szczególnego. Uciekałeś przed pogonią.. – Ciekawie? – Nic szczególnego. krzyczę do barmana: – Cześć. więc woli się zabezpieczyć. Wybacz. W samotności. Nie lubię.. no. Bardzo chcę wypytać ją o czerwony album i Cyklistówkę. – A! Nie poznałem! No.. Na razie nie wolno. Zachwytów? Też nie widzę powodów. Podjeżdżamy do Trzech Prosiaczków. wyciągając rękę do butelek..

– Żadnego dostępu. Ja też tak drepczę. Albo hakerzy. – Tobie też wspaniale wychodzi – pocieszam ją. – Nie we wszystkim. Staję obok niej. Na wielkim półmisku firmowa pieczona wieprzowina a la Trzy Prosiaczki. – Biorę ją za rękę i prowadzę do rzeki. Ta przestrzeń też jest żywa. Jest i mój ulubiony grzaniec. W przedsionku rzucam: – Przestrzeń indywidualna dla nas dwojga. Jeszcze będziemy mieli czas. ciągnę do drzwi w kamiennej ścianie restauracji. stoi nad urwiskiem. albo inspekcja podatkowa Deeptown. Podnosi z ziemi liść. Żadnego dostępu. wchodząc w nowe przestrzenie wirtualne. i spory wybór win. – Nieźle – mówi. ale ona kręci głową. Andriej musiałby wyłożyć niezłą kasę. – Wszystkie kanały zawalone? – pytam z obawą.. Muszę jej jeszcze pokazać brzeg morza i kawałek starej Moskwy. coś naciska. – Jesteś tu stałym klientem? – Tak. którzy do nas .. jak miło! Zerwane połączenie. Stolik nakryty jak na bankiet. nawet hakerzy byli dość zadowoleni. Gdybym nie wpłynął na tę bandę niedouczonych hakerów. oceniam prawdziwy wygląd miejsca. jak góry Viki. Jak dziecko kopie w ziemi.. – Chodźmy. – waha się. Dotyka kory drzew. Przy przeciwległym brzegu strumień obmywa gałęzie zwalonego drzewa. Wychodzimy w jesień. gniecie w palcach.. Pewnie była burza. – Żaden problem. I jeszcze przy tym wychodzę z Głębi. Liście unoszą się niechętnie i szybko opadają. Vika zatrzymuje się na chwilę i rozgląda.Andriej krzywi się lekko i zerka na terminal pod barem. na pewno będziemy mieli czas. Pozazdrościć. – Dla ciebie jakiś się znajdzie – postanawia Andriej. A ja daję się ponieść. jeden kanał wolny! Idźcie. – Ale odjazd – mówi ironicznie Vika. Dobrze mi. Vika nie zwraca uwagi na stół. – Chyba sam Carl Sigsgord tu pracował. ale mówi dalej: – Pewnie boję się zobaczyć tych. przylegające do restauracji. ja bardzo rzadko wychodzę ze swojej przestrzeni – mówi Vika. On ma niesamowite wyczucie umiaru. – Dziękuję – mówi ona. Trzy Prosiaczki życzą wam przyjemnego wieczoru. Bo inaczej po co to wszystko? – Wiesz. Vika nie może tego zrobić. Już się nalatały. Jesteście gośćmi restauracji. – Nie wiem. Wyciąga rękę.. że im tak ulgowo przeszło. Czekam.. ale projektanci przestrzeni mają własne metody. którzy ukradli właścicielowi restauracji pliki finansowe. dlaczego. w rodzaju tej małej afery nurków z poszukiwaniem i przypieraniem do muru rekietierów. a tak wszystko się dobrze skończyło. wpatrując się w dal. – Przyjęte – szepcze sufit. Nie wdaję się w szczegóły.. O.. tylko szybko! Chwytam Vikę za rękę.

Lonia. Gra. niezaspokojone pragnienia. I nie wiemy. to już zależy od nas. od ascetyzmu do „wszystko jest dozwolone”. mówi głupstwa. którym znudziło się nimi być. podochoceni. damy w wieczorowych sukniach. czasami. A do nas przychodzą smarkacze. .. Po prostu trzeba dać jej czas. – kładę jej rękę na ramieniu. zrodziliśmy drugi. z jakiego powodu pracuje w Zabawach. To jeszcze dziecko.. społeczna czy kompleksowa. zobaczyć ich takimi. nie wiemy. jacy mogą być. taka jak Głębia. Głębia ma pięć lat. zaszczuci przez swoje dziewczyny chłopcy pragnący się wykazać. Nie potrafiąc żyć w jednym świecie. że wokół ciebie są sami dżentelmeni w smokingach. wspaniali ludzie. Do czego dążyć. Strach.. – Nie warto zgadywać. Niepoważnie się też spodziewać. – Vika. nie warto się denerwować. co z niej wyrośnie. gdzie wyrzuca się cały brud nagromadzony w duszy. – Trzeba dać jej cel. miraż. czy pojawi się jej rodzeństwo i czy będzie lepsze. mężczyźni. którzy chcą szybko zostać mężczyznami.przychodzą. I dlatego wolno robić wszystko.. Śmietnik. śmieje się i płacze bez sensu. – Dlaczego? – Bo to by znaczyło. że gapią się w ekran albo mają na głowie hełm. Wyobraź sobie.. Leonid. ich podejście też mi się nie podoba. pogardę do samego siebie.. ale czy zaczniemy nim budować. – Dlatego. dokąd iść.. Chwyta wszystko. Vika śmieje się cicho. co w nas najgorsze? – pyta Vika. Załatwiam tam pewną sprawę. Nie wiemy. że to istnieje. Weseli. agresję. – Dlaczego ciągniemy za sobą w przyszłość wszystko. Postulowano wszystko. że wszyscy ludzie są dwulicowi. Dostaliśmy narzędzie. są uprzejmi i kulturalni. – Narzędzie jest niewłaściwe. co zostawiliśmy za sobą. Wcale nie mam ochoty stać się strumieniem elektronicznych impulsów. że uczyni ich lepszymi. Przecież my jesteśmy jak chlew. Mówią: „W życiu trzeba spróbować wszystkiego”. – Ja też. Głupio byłoby sądzić. co jej wpadnie w ręce. od pogardy dla chłopów do równości i braterstwa. I nie zniknie. – Nie jest mój. – Nie. W twoim Labiryncie pewnie jest tak samo.. Lonia. Zanurkowaliśmy w ten świat. nie wpływa na indywidualną moralność. Ale wyboru zawsze dokonywano indywidualnie. co tylko się dało. Żadna zmiana społeczeństwa: techniczna. Wszyscy zdają sobie sprawę. dobrzy. – Mówisz jak turińczycy. wszyscy się dystyngowanie wysławiają. że wirtualność uczyniła ludzi gorszymi niż byli. czy rozbijać sobie głowy. – Wobec tego tobie łatwiej. że tak naprawdę są w domu czy w pracy. – Nie uwierzę. Znowu się powstrzymuję przed pytaniem. zanim poradziliśmy sobie z tym. przelatują przez wszystkie albumy.

absolutnie przekonany.. Teraz coś się zmieniło”. Strumienie informacji mkną pomiędzy kontynentami. Przypominam sobie Nieudacznika. tworzą atrapy osobowości. których nie ma w realu? Odbicia pustki? Może ty. Przeszywa mnie dreszcz. którzy biegają po Labiryncie.. Co pomyśli sobie Głębia o ludziach. może nawet milion komputerów podłączonych na stałe do Sieci. Informacja dubluje się. albo ja. Zdarzyło się to. O Vikę też jestem prawie spokojny. który zabija potwory z pistoletu i nigdy nie strzela do graczy. co zobaczyłby człowiek znikąd. a język nie plącze mu się z pragnienia. – Ożyła. Przecież to była bezpośrednia podpowiedź. . który pojawił się w Deeptown.. Jak w fantazjach ludzi... Nieudacznika nie ma dokąd wyciągnąć z Głębi – on żyje tylko w tamtym świecie. co się dzieje wokół nas. miesza. – Vika. mąci. Który już dwie doby wisi w wirtualności. Setki. Wygłupiających się idiotów? Ludzi. Przypominam sobie słowa Człowieka Bez Twarzy. że wpadam w koszmar. A Vika mówi dalej. Który nie rozumie. gdyby nie sprzeciwiała się sama Sieć. siadają na hostach i routerach. że jest prawdziwy i żywy. kiedy osobowość wypełni się prawdziwym rozumem? – Hakerzy umarliby ze śmiechu. Niebo i słońce. że tak naprawdę mnie nie ma. odkładają się w pamięci maszyn. Po prostu widzę. Nie istnieją przypadki zdarzające się piętnaście razy pod rząd.. krew. Przestrzenie w przestrzeniach.. – Daj jej czas. nasze głosy ściągają lawiny.– Cel pojawi się sam – mówię bez przekonania.. przemieszanie czasów i narodów. do świata strzałów i zdrad. co ma odpowiednik jedynie w folklorze. miasta i pałace. pozwól Głębi uświadomić sobie siebie. nie rozumiejąc. jeśli nauczy się myśleć? Milczę. Który nie podaje swojego imienia i adresu sieciowego. istnieje w realu. krwi i ruin. – A może ona już to zrobiła? – odzywa się kpiąco Vika. że uciekające przed mutantami dziecko to tylko setka kilobajtów programu na serwerze trzydziestego trzeciego poziomu. Nurkowie Labiryntu wyciągnęliby Nieudacznika. gdyby to usłyszeli – mówię drewnianym głosem.. Ale chyba znam kandydata na odbicie pustki. co się z nim dzieje. z entuzjazmem zabijając się nawzajem? Psychopatów dających w burdelach ujście swoim żądzom? Wszystko. Razem ze wspomnieniami o Bossie Niewidce i Zabłąkanym Punkcie. Nie jestem skłonny uznać. zalet i wad.. Zginie i ożyje. co jest wokół nas. tysiące. ale kto wie. Programy są posłuszne. zmieniają się.. Potrzebujemy tylko tego. góry i morza. Nieistniejące przestrzenie żyją według własnych praw.. fałszywe piękno i zapożyczona mądrość. I zastanawiam się. – szepczę – nie daj Boże. Spada liść z drzewa nasze kroki pozostawiają ślady. – Nie jestem hakerem. wcale nie istniejemy? I nasze wyobrażenia o rzeczywistości to tylko fantazje ożywionej Sieci? Mam wrażenie. nie uginają się pod nim nogi ze zmęczenia. jak to może wyglądać. Wszystko! Wszystko i nic. Może wśród nas są ludzie. czego nienawidzimy w prawdziwym życiu. jakby chciała za wszelką cenę doprowadzić mnie do obłędu: – Wyobraź sobie. którzy nigdy w niej nie byli. Jest przykuty do Labiryntu. Śmierć.

Miękki. żeby to stanęło pomiędzy nami jak mur. On jest tu wolny. ale nie słyszę słów. – To się nazywa utrata rzeczywistości. który zachowuje się jak w twojej fantazji. gdy przestrzenie łączą się w jedność. Nie chcę. Jesteśmy razem poprzez odległości i niewiedzę. wyszliśmy poza granice wszystkich przestrzeni. – Vika...– Co? – patrzy na mnie i cofa się o krok. Ale podpisałem umowę. Nie zna granicy. żebyś miała rację. Domyślam się. ściska mocno. A ja mam spore doświadczenie w takich wyznaniach. – Tylko spróbuj odejść.. Vika się uspokaja. – Żyję i jestem prawdziwy. Nie mam psychozy Głębi. . Stoimy nad urwiskiem.. Potem następuje krótka chwila. – Widziałem już niejedno załamanie nerwowe. – Vika się uśmiecha. – Co z tobą? – Nie daj Boże.. Chwyta mnie za rękę. Ja na jej miejscu dopiero teraz bym się zaniepokoił. O Człowieku Bez Twarzy i o Nieudaczniku. Zdejmuję z Viki sukienkę. Kręcę głową. O przypadkach. – A wydaje mi się. Nie odróżnia jawy od rzeczywistości. zagubimy się w tych lasach i odnajdziemy drogę do gór. a ty. Głębia jest we mnie.. żeby Vika tak myślała.. wiesz. nie gra. że masz. to nasz świat. Całuję jej ciało. a rzeka ryczy pod nami. dywan liści pod nogami. niemal boleśnie i krzyczy: – Na ile nastawiłeś timer? Gdzie mieszkasz? Lonia. że jestem nurkiem. Poza tym musiałbym się przyznać. Jesteśmy zbyt głęboko. o czym myślą dziewczyny. Strzelcu – szepcze Vika. który nie może być żywy.. – Też takich spotykałam. błysk słońca w rozerwanych chmurach. całujemy się. jesteś prawdziwy! Plotę bzdury. – Wszystko w porządku – mówię. nie jestem w Głębi. bzdury! Zabawne – Vika zaczęła się o mnie bać. – Lonia.. które stały się systemem. – mówię cicho. lecz żyje w Głębi. Domyśla się od razu: – W Labiryncie? – Tak. – Nagadałam głupot.. analogie bywają fałszywe. opamiętaj się! Ty żyjesz.. moje usta dotykają żywego ciała. nic więcej.. Załamanie nerwowe. całując się z nurkiem: zaraz wyjdzie z Głębi. ja znam człowieka. pachnący. Samotny ptasi krzyk. które widać z jej okna. Nie chcę. Chciałbym opowiedzieć jej o wszystkim. Vika coś szepcze. To co innego. O dziwo. – Nie odchodź. nie odejdę stąd nigdy. a ja jestem niewolnicą. ona pomaga mi się rozebrać.. wiatr szarpie nasze włosy. obiecując dyskrecję. Ale znam człowieka. a moja twarz zamieni się w maskę malutkich kwadracików-pikseli..

– Nie odejdę – mówię. zatracę się w rzeczywistościach jak Nieudacznik. unosi się nade mną na łokciach. by w nie upaść. Znowu przegrała. które prosi. – Muszę zaraz wyjść. Ciało mam jak z waty. wtulam twarz w zwiędłe liście. że słowa stają się puste i niepotrzebne. Jej ciało blaknie i niknie. – Lonia. – Przyjdź dzisiaj. wstałem. Głębio!” Ekraniki przed oczami. sprawdź połączenie kombinezonu wirtualnego! – Przerwa – rozkazuję. Potem podniosłem z podłogi kombinezon i wziąłem kawałek mydła. będę czekać.... nasze wargi się łączą i sprawiają.. zimny wiatr z klimatyzatora. Jeszcze chwila i zostaję sam pod niebem. i nigdy nie będę musiał odpowiadać pocałunkiem na pytanie. Na tę. To się zdarza. rozbite. – Smakowało? Ząbki nie bolą? Głębia milczy.. Wyprostowałem się. ale nade mną krążą kłęby chmur. wypuść mnie. by pójść do pralni. Niech będzie przeklęte to rozdwojenie. Głębio. sukienka na ziemi topnieje jak garść śniegu. Patrzę w górę. wszedłem pod prysznic. staniemy się sobie równi. jakbym mógł zatrzymać bieg timera na tamtym końcu niewidocznej nici. Wyciągnąłem rękę. Wszyscy nurkowie to przeżywają – moment. Postałem tak pół minuty. wyrwałem kabel kombinezonu z portu.. . Przytulamy się do siebie. Trzeba uprać kombinezon. – Błąd peryferii! – oznajmia przestraszony Windows Home. jeszcze chwila i spadnę w niebo. – Przełknęłaś? – pytam Głębię. zostać jeszcze jednym człowiekiem. – Kim jesteś. Wtedy Vika będzie ze mną zawsze. wyciągam do niej rękę. Muszę odespać. Poszedłem do łazienki. Zdjąłem hełm. gdy chcesz być taki sam jak inni. Właśnie tak niszczy się wartościowe rzeczy – gdy człowiek się wstydzi lub leni. Świat jakby pękł na dwie połowy. rozebrałem się. po którym czujesz się jak idiota. mocne strugi wody smagały odchyloną twarz. Nie majak odpowiedzieć. – Vika trzyma wysoko głowę. zatrzymać Vikę w Głębi choć na minutę. choć na chwilę. wiatr ślizga się po skórze. nie jestem twój. gdzie była miłość i na tę drugą. który nie zna granic pomiędzy światami... ale już jest za późno. Rozumiem. – Mój czas się kończy – szepcze Vika. „Głębio.. Znowu przyciągam do siebie Vikę.. rozsypuje się w liliowy obłok iskier. Obejmuję ją jeszcze mocniej. mokre liście chłodzą plecy.. Trzeba uciekać.. – Przyjdź. Kiwam głową. Lonia? Nie mogę odpowiedzieć. obejmując pustkę. gdzie turlałem się po podłodze. Kręcę głową. zatracić się w oparach chmur.

wkładając hełm.. – Sprzęt przyjęty – zgadza się żałośnie program. ale ciągle nie miałem czasu.. – Tak. Wyżymanie tkaniny. nie zaleca się.. chiński. Może wzięli pod uwagę rosyjskie olewactwo. Dobra. Jeśli w wirtualności zmiażdży mnie betonowa płyta.. test zakończony. Sterczenie tutaj z mokrymi włosami nie . – Kontynuować test – rozkazałem. Zaleca się przerwanie podłączenia sprzętu. Naciągnąłem kolorowy trykot... Wiatr się nasilił. Deep Enter.. ograniczenie krytycznych przeciążeń. Trochę się zrobił przymały. Mój stary kombinezon wirtualny. leży w szafie. Machając kablem. to jeszcze większe szaleństwo niż jej pranie. Przeprowadzić podłączenie? – Tak. ale całkiem porządny. ale ujdzie. a ja zacząłem bezkrytycznie przyjmować jej fantazje. – Przyjąć – mówię. Wirtualność to domysły świadomości. ostrzeżenie! Dany model kombinezonu wirtualnego nie odpowiada dopuszczalnym parametrom bezpieczeństwa! Może wystąpić dyskomfort podczas kontaktów wirtualnych. zużycie energii. Szczerze mówiąc. – Mówisz poważnie? – Pyta Windows Home.Bardzo starannie wyprałem kombinezon i powiesiłem go na wieszaku nad wanną. przeszedłem się po pokoju. kombinezon może zareagować zbyt energicznie i zostawić na ciele kilka siniaków. Z punktu widzenia standardów zachodnioeuropejskich i amerykańskich nie wolno ich używać. Włożyłem wtyczkę do portu i Windows Home radośnie poinformował: – Stwierdzono nową peryferyjną instalację. Każdy komputerowiec powiedziałby to samo – gdyby tylko chciało mu się roztrząsać tak oczywistą głupotę. wewnątrz której biegną setki kabli.... Planowałem go sprzedać. imitatory ciśnienia.. test zakończony.. Sieć to tylko setki.. tysiące komputerów podłączonych do linii telefonicznych. niezbyt mnie to martwi. trzeba liczyć na reputację firmy Philips.. odchodząc od urwiska. Chwała Bogu. – Czujniki ruchu. Mój kombinezon będzie sechł jakieś trzy dni. Kulę się. Ze wszystkimi chińskimi kombinezonami jest to samo. Niech Windows Home podłączy stary jak należy. żeby dać w Sieci ogłoszenie.. zacząłem pogwizdywać pod nosem.. – Test zakończony. Pasuje.. test zakończony. czujników i imitatorów ciśnienia. Vika rzeczywiście plotła trzy po trzy. Elektroniczny rozum na bazie pentiumów i 486 nie istnieje. Pociekły strumyczki wody..

że było jej tu dobrze. Jeszcze tu przyjdę z Viką. Idę w stronę wyjścia. . – Na razie – mówię do rzeki. akurat zużyję resztę czasu. nalewam sobie grzanego wina.należy do przyjemności. Mam nadzieję. Mało jest wirtualnych miejsc. Zwłaszcza. które wydają mi się tak doskonałe. Nurkowie zakończą swoje próby uratowania Nieudacznika. Jeśli pójdę do Labiryntu na piechotę. Które – tego jestem pewien – zakończyły się klapą. Biorę termos. jesiennego lasu. wiatru. że teraz jestem tu sam.

– Hej.. Nurek dowcipniś... siada w kucki. i drugie. Anatol. – Chcemy zrezygnować z tego. żeby go ratować. co się dzieje. Niech się wygada. Albo i jedno. Jest w Głębi dwie doby. – Pomyślą. albo niech nie wymagają rzeczy niemożliwych. tak jak my. wchodząc na trzydziesty trzeci poziom. – Anatol podnosi się. Z punktu widzenia normalnej logiki innych możliwości nie ma.. Strzelec! – Anatol nie ma najmniejszego zamiaru zmieniać swojej horyzontalnej pozycji. Widziałeś kiedy takich oryginałów? – Tak. Nosił wilk.1010 Pierwsze. – Strzelec. – Anatol wskazuje głową Nieudacznika – . to znaczy.. – Podejdź no tutaj! Siadam obok niego.zadania. to leżący na trawniku Anatol. – To znaczy? Anatol zniża głos do szeptu. a on zdycha.. który postanowił zakpić sobie z przemysłu rozrywkowego i swoich kolegów po fachu. – Słuchaj. – Albo się przyznają.. Ale ostatnio mam problemy z normalnością. Nieudacznik jest w tym samym miejscu – w swoim kącie.. myślę sobie. troskliwie jak kryształowy wazon.. – Właśnie! – Bardzo wygodna wersja. Orientuje się.. on je i pije. rozumie wszystko od trzeciego kopa. ten koleś robi z nas idiotów. że Nieudacznik to nurek. – Crazy poszedł do dyrekcji – mówi Anatol. Anatol może mieć rację. że zorganizowali kontrolę naszych umiejętności. Korzysta z toalety. że sam tego chce. Nie mam nic do powiedzenia. ty masz swoje powody. Milczę. jak pracujemy. co widzę. razy kilka. Albo jest tutaj na polecenie dyrekcji i sprawdza... Ale najpierw pomyśl. Ale Anatol podnosi głowę i macha do mnie ręką. próbuj. – Nie wierzę w karmę – ciągnie Anatol – ale jeśli prowadzisz człowieka do wyjścia. – No wiesz. tak? Patrzę na Nieudacznika i kręcę głową. . nie będą przecież zatrzymywać całego Labiryntu z powodu takiego drobiazgu. – Zachrypnięty głos. chodzi jak automat. albo jest nurkiem. spoglądam pytająco.

. mówi rzeczowym tonem: – Strzelaj. Krótki wybuch. co było potem? – W głosie nurka wzbiera złość. – Nie mam już siły. Co mogę powiedzieć? Nieudacznik nie chce wyjść z poziomu. Przystawia do piersi swój karabin plazmowy. albo w parze z kimś. – Nie. – Kurwa! – charczy Anatol i strzela po raz drugi. – Anatol spluwa na trawę. Z nurkiem. Jego kamuflaż jest cały we krwi. a co dopiero go ratować. Zdejmuję pancerz. – Ten anonim mógł być nurkiem? Wzruszam ramionami. ale staram się nie zwracać na to uwagi.– Strzelec. Strzelec. . A wtedy przyjdzie gość z boku. Mam z nim kanał połączenia. że jednorazowy i dobrze chroniony. Kiwam głową. Z jego uzbrojeniem i doświadczeniem to całkiem możliwe. on kręci głową. wkładam na siebie. ucierpi cała Sieć. ale on nadal żyje. wyciągnie Nieudacznika i dostanie kontrakt. gardząc ostrożnością i wzajemną nieufnością. raczej nie. – Co? – Zabij mnie. – Nie mogę na niego patrzeć. Dlatego został stworzony kodeks. który go jakoby ratuje! Patrzy mi w oczy. Nurkowie Labiryntu mają ogromny zapas sił. – No to czego on chce? Czego? Powiem ci! Chce.. I bez tego mamy wystarczająco dużo wrogów w rzeczywistym świecie. Ale obawiam się. – W sali lustrzanej wystrzelałem wszystkich gwardzistów. – Ech. ale i tobie zacznie to wszystko bokiem wychodzić. – Wiesz.. Wybacz. Jeśli nurkowie zaczną się rozliczać ze sobą w Deeptown. A co. Będziesz mógł zabrać całe uzbrojenie. nic się nie dzieje bez powodu. sam jesteś jak ten Nieudacznik. – Sam wyciągnij wnioski. Kto zlecił ci ratowanie Nieudacznika? – Anonimowa osoba. zbieram broń i amunicję. chlusta krew. – Anatol. Anatol rozpina kombinezon na piersi. miałeś zamiar wojować ze sztucerem? Waham się. A życie Sieci jest najważniejsze.. Przyjmuję wyzwanie. Jest nas zbyt mało. prowadziłem go przez cały poziom – mówi z rezygnacją Anatol.. – Nie wiem – Anatol odwraca oczy. żebyśmy zerwali umowę! Żeby sam mógł wskoczyć na cieplutką posadkę! Sam. naciska spust. dlatego spotykamy się trzy razy do roku. Ale ciebie też ktoś wystawił. – Zarzucasz mi podwójną grę? Nurkowie nie wystawiają nurków.. – On upuścił karabin! Oberwał prosto w czoło! Milczę.. ty też narobiłeś szumu na cały Labirynt.. My już mamy tego kolesia po uszy.

popatrując na ekran. – Dlaczego? Wyjdźmy z Labiryntu. – Nieudacznik kręci głową. Dobrze. Ale w odróżnieniu od nich. – Czy to wymaga wdzięczności? – pyta z ironią.Nieudacznik albo na nas nie patrzy. Musi cię skręcać z głodu i z pragnienia. Byłeś w Trzech Prosiaczkach? Albo w Starym Hakerze? Nieudacznik kręci głową. Patrzy mi w oczy. Ale nie spieszę się. jakby każdy gest sprawiał mu rozkosz. na obmyślanie odpowiedzi czy na podłączenie deep programu?. albo nie reaguje na ten niezwykły proces przekazania uzbrojenia. siadam obok. – A właśnie. na co poszła. Czyżby rzeczywiście był nurkiem? Siedzi sobie teraz spokojnie przy filiżance kawy.. Nie możemy nie przejść. Jego oczy ożywają. Siedzimy obok siebie. – Cisza – szepcze Nieudacznik. je kanapkę. – Tam jest znacznie ciekawiej – mówię. Nie odwracam spojrzenia. – Dlaczego? – To ty masz problem. – Tylko co? – Cisza. – Koleś. W wir ciemności wysysającej poza granicę światów. – Nie. – Za co? – Zasłoniłeś mnie w sali lustrzanej. Podchodzę do niego. Nieudacznik nie budzi rozdrażnienia. Nieudacznik ochryple mówi: – Nie mam innego wyjścia. nie zalewaj.. nie ma w nich już bezradności. – Oczywiście. i zacząć mącić mi w głowie.. Czarna głębia. trzymam na kolanach BFG 9000. Czasem zachowują się tak na scenie zakochani w sobie aktorzy. Cisza. że dziwnie się porusza. jakbym patrzył w nocne niebo. – Tak – odpowiadam. Z takim uzbrojeniem przejdziemy. dziękuję ci. Tak miękko i plastycznie. Strzelcu.. Nieudacznik ściąga respirator. – To nie ja mam problem. Po sekundzie. ciekawe. Ciebie trzeba wyciągnąć z Labiryntu... Czuję ją. – Ty byś zrobił inaczej? – Na twoim miejscu tak. .. o której on próbuje mi powiedzieć. tę Wielką Ciszę. Jesteś w Głębi trzecią dobę. na którym w jednej chwili zgasły wszystkie gwiazdy. Nieudacznik chyba jest zdumiony. gotów w każdej chwili zanurkować w Głębię.. gotów w każdej chwili spalić dowolnego przeciwnika. – Nie pragnienie jest najstraszniejsze. – Nie nudzi ci się tu? – pytam. Zauważam.. Przerwa.. – Jesteś nurkiem? – walę prosto z mostu. bezkresna ciemność. że teraz milczy. Nasz twarze są blisko siebie.

Dwóch narysowanych ludzików wymieniających się mętnymi zdaniami. Cisza. uderzają w zasłonę ciszy.. rozstrzeliwuję potwory. Nie chcę go rozumieć! – Tego się właśnie boję.. jak będzie trzeba... Kimkolwiek jest Nieudacznik. Nie będzie miał innego wyjścia. Zrozumiem Nieudacznika. Przechodzimy cały Disneyland. nie żałując pocisków. I dobrze. dlaczego? – Anatol nie zdoła mnie wyprowadzić. – mówi Nieudacznik i czar znika. spróbowałby się kłócić. Na placyku z samochodzikami znowu dziecko ucieka przed trzema zwinnymi potworami. – Dlaczego? – krzyczę. Drobiazg. Na ten poziom wystarczy ich na pewno. Po prostu siedzę obok niego. Idziemy do budynku. trzeba powtórzyć krótki pojedynek z demonami i pająkiem-cekaemem. Jeszcze chwila i spadnę w tę ciszę. że to był przypadek? – Przypadki nie istnieją. zaniosę go na własnym grzebiecie. Rakiety . Nieudacznik nie odpowiada. rozbrajam. Nie będzie miał innego wyjścia – poza wyjściem z poziomu.. Dość mam tych zagadek. Tym razem Nieudacznik trzyma małego bardzo mocno i chłopaczkowi nie udaje się wyrwać. żeby wstał. Rozmowa głuchych. nie mogąc jej przebić i przeszkadzając mi zrozumieć. a ty upuściłeś karabin i strzeliłeś sobie w łeb. kołyszący się bukłak z zębami. Granatnik rozgrzewa się od nieprzerwanego ognia. Nieudacznik staje jak wmurowany. Zamiast niego. No. Chwytam Nieudacznika za ramiona. który wskazał dzieciak.. niczego nie wyjaśniające odpowiedzi. Te amerykańskie kompleksy rasowe. zmuszając go. do środka wchodzę ja. a latynoskie. Chcesz powiedzieć. Tylko tym razem nie czarnoskóre. – W takim razie. Parzy ramię nawet przez pancerz. Niemal cały hol wypełnia półprzeźroczysty. – Idziemy! Naprzód! Nie spiera się. czy w Głębi można zwariować? Może ja będę pierwszy? – Dlaczego się zabiłeś? – Kiedy? – Anatol wyprowadził cię.Słowa są bezradne. Wyciągam z kabury jego pistolet. – Wstawaj! – krzyczę. wyrzucam. Po prostu go wyprowadzę. Ciekawe. wie o niej więcej niż ktokolwiek inny.

Czekaj na mnie. Połączona na nowo rodzina oddala się. BFG porządnie posiekał ich łuskowate ciała.. Kule tłuką w mój pancerz... Mój pancerz jeszcze się . Jaki piękny (do obrzydzenia) widok – dziecko idzie pomiędzy rodzicami. Spoglądam na Nieudacznika – na jego twarzy całkowita powaga. Jasne? – Jasne. a wrócę znów. Ziewam.. – Te głupstwa to zasłanianie cię przed strzałem? – Tak! Sam sobie poradzę. Strzelam do niego z karabinu. przyjmując prezent. tak jak mówisz – odzywa się Nieudacznik. trzy lustra. że teraz wydostaną się z Miasta. Jakoś mi się nie chce wierzyć w jego szczerość. Idziemy do labiryntu luster. – mówię. Gwardia Księcia Kosmitów strzela do mnie z trzynastu balkonów. Palę stwora plazmą. Potwory zalane są zieloną krwią. Trzy lustra. nie wybuchając. Dalej standardowy scenariusz – opowieść o koszmarze ataku Kosmitów. że nie wyskoczysz pod wystrzały. że mam już taką broń. Broni Nieudacznikowi nie daję. Czekasz. W następnym pokoju szamoce się w śluzowatej pajęczynie dwoje ludzi – mężczyzna i kobieta.przechodzą przez niego na wylot. razem z Nieudacznikiem uwalniamy rodziców chłopca. jestem bardzo zmęczony. – Więc tak – instruuję. żeby zabić jeńców. – Czekaj. tracąc dwie jednostki energii.. Programy są tak prymitywne. a ja... Obiecaj. ty tylko stąd wyjdziesz. BFG 9000 wypala trzy lustra jedną salwą. że nigdzie nie pójdziesz. – Zrozumiałeś mnie? Nie będziesz robił głupstw? Nieudacznik patrzy mi w oczy. Niepotrzebny mi numer z upadającymi i strzelającymi winchesterami. – Zatrzymujesz się przy wejściu do sali. aż cię zawołam. Chcę cię wyciągnąć i wrócić do domu. o dziwo. Dobrze? – Tak. Obiecaj. Robię krok do wejścia.. – Mam już dość tych bzdur. rady na temat przejścia przez labirynt luster i uroczysty podarunek – plazmowy karabin. – Dziękuję – szepczę i skaczę do sali... Pomieszczenie wypełnia srebrny dym. nie wytrzymuję. Potem spokojnie podchodzimy do komputera i zjeżdżasz stąd do domu.. – Słuchaj. Ten posłusznie staje. Nawet nie próbuje mnie atakować. wzruszająco trzymając ich za ręce. rozumiem. Zaczyna się ognista karuzela. ale trudno. Jakby rzeczywiście uratował trzy ludzkie życia. Nieudacznik kiwa głową.. trzy lustra. kimkolwiek jesteś. że nawet nie zauważają. ja też strzelam na chybił trafił. mu wierzę. turlam się po podłodze jak w zapomnianym tańcu swojej młodości – break dance – i strzelam jeszcze dwa razy. Pilnuje ich mały potwór. – Zrobię wszystko. tylko rzuca się. odwracam się. przewracając mnie na podłogę. Przechodzimy lustrzanymi korytarzami. Strzelam na leżąco. Ostatnia lustrzana krawędź i oto już prawdziwy balkon z dwoma potworami. przy wejściu do sali klepię Nieudacznika w ramię.

. – Debil! Alex obraża się. Odrzucam BFG 9000. Zapada cisza. przechodzę nad martwym ciałem Nieudacznika. Idę do drzwi. na twarzy krew. Bałem się.. ja chciałem zabić ciebie – mówi Alex. Nie pamiętasz? – Pamiętam. Ani pocieszeń. – Goniłem ciebie. który znowu nie miał szczęścia. . Anatol. I dwa krótkie pstryknięcia – wystrzały ze sztucera. – Zabiłeś mnie na pierwszym poziomie. Nie trzeba mi żadnych wyjaśnień. dzięki. – I nadeszła cisza. – Dzięki za pancerz. A ty mnie zabiłeś. tak mocno. że ty nie miałeś zamiaru mnie zastrzelić? Z powodu magazynku? – Zastanawiałem się nad tym – przyznaje się spokojnie Alex. I to ma być powód? – Przecież się umówiliśmy. zdejmuję z pasa pistolet. umierają. Alex czeka w milczeniu na strzał. Lufa sztucera patrzy w podłogę. przemieniają się w kłęby czarnego popiołu. wstając z kolan. w otoczeniu swoich bezcielesnych sobowtórów. ale nadal pewny. rozpalony. – Siadaj – mówię. że on nie ma broni. patrzę na lustrzaną nieskończoność korytarza.. Siada.. tylko komputer triumfalnie migoce ekranem pośród pogromu. za jakie grzechy? – Chcesz powiedzieć. ślepo patrzy w sufit. Leżę na podłodze.. że będziemy szli razem! Boże. opuszczając broń. Nawet nie czuję złości. Lustrzana sala jest wypalona i zniszczona. trzask wtórnych ładunków. – Ale jeszcze się nie zdecydowałem.trzyma. że facet się odsuwa. ja lokuję się obok niego na podłodze. a ciało Nieudacznika. Nie zauważyłem. – Dlaczego go zabiłeś? – Ja. Dostaję ataku śmiechu. – szepczę.. gadzie. – Potwór! – krzyczę. – Siadaj. pognieciony. Przystawiam lufę do czoła Aleksa. ognista kula.. Potwory wrzeszczą.. opuszcza sztucer. Walę rękaw lustrzaną podłogę. że nie zdążę. – A mnie – dlaczego? Alex wykrzywia się w uśmiechu. Nieudacznik! Słaby dźwięk z korytarza i niepewny krok. Ostatni wystrzał. Ma na sobie resztki kamizelki kuloodpornej. – Nie mam więcej nabojów – mówi. wsparty hełmem o nogę Nieudacznika. Alex. na swoje odbicie.

co za cyrk. Idiota. – Jednak musi pan rozumieć nie gorzej ode mnie.. Boże.. Możliwe. siedzi w Głębi od dwóch dni! Ma wyłączony timer! Może się przekręcić.. że wszystko jest dozwolone. Patrzę w sufit. Już bym wolał. idiota. i gołowąs. Strzelił pan do mnie bez wyraźnego powodu. – Być może nie mam racji – jego głos nabiera mocy – ale....– Przecież do ciebie nie strzeliłem! – krzyczy. – Bardzo mi przykro – mówi Alex. że zajmujesz się tu taką poważną pracą. w którego wsadziłeś swoje zasrane kulki! – Bardzo mi przykro. – Ja na ten Labirynt.. Znowu zwijam się ze śmiechu. z czterdziestego piętra! Próbuję uratować człowieka.. Zdarza się.. ale ja zawsze staram się przestrzegać zwykłych ludzkich imperatywów.. który dorwał się w pracy do komputera z modemem. – powtarza tępo Alex. na chwilę. – Teraz gdzieś tam umiera z głodu i pragnienia chłopak. taka twoja mać. – Mściciel się znalazł. W wirtualności nie ma wieku.. Podstarzały amator gier wojennych. Ja jestem nurkiem! Rozumiesz? Chłopak. wyspa wiecznych dzieci. że jesteśmy w świecie nierealnym. martwą twarz. – Jeśli mogę ci to jakoś zrekompensować – mówi przygnębiony Alex – zapłacić za czas. wszyscy są tu równi. podchodzi do mnie. nie. Patrzę na niego. że życie jest znacznie bardziej skomplikowane niż dziesięć przykazań.. – Nie wiedziałem. jesteś stuknięty! – wołam. – Nurek! – Mam gdzieś wieczną konspirację. a ty bawisz się w wojnę. przypominając sobie dziecięce zasady honoru i krzycząc: nie liczy się! Każdy może się bawić w szlachetnych bohaterów i dzielnych rycerzy. skąd. I solidny starszawy biznesmen...... – Po prostu zachował się pan nieetycznie. którego stuknąłeś. wszystkiemu winien jest pański pierwszy czyn. Zorro niedorobiony. nieistniejącym – przemawia Alex.. – Nurek.. Królestwo Piotrusia Pana. żeby Alex zachowywał się jak młodociany programista. – Alex wstaje. rozumie pan.. – Czasu nie można kupić – odpowiadam. ale znalazły w niej odbicie odwieczne ideały: rycerskości i walki dobra ze . jeśli go nie wyciągnę! A ty tu ze swoimi kompleksami. Labirynt to gra. Zapewne jest pan ode mnie młodszy. – A ty do mnie tak! – Facet. tak tylko wpadłem. że mój czyn był nie do końca słuszny. który straciłeś... ulegają złudzeniu. na odbicie Nieudacznika. nic poważnego. że ludzie tracą swoje normy moralne. gnojku! Ile ty masz lat? Alex odpowiada nie od razu – ale jednak odpowiada: – Czterdzieści dwa.. I co z takim gadać.. zapominając o tym.. – To niebezpieczna iluzja. Na zastygłą... Każdy ma prawo biegać po narysowanych labiryntach..

Zadowolony? Alex cofa się o krok. Cała historia jest tego żywym przykładem! – A we wrzących kotłach dawnych walk i smut. To Sieć. – Już na samym początku zachował się pan nieuczciwie – kontynuuje Alex. że najbardziej słynnym był pewien autor książek fantastyczno-naukowych. A wewnątrz mnie cisza. od stworzenia świata. jeszcze jeden walczący z iluzjami. wyrównałeś? Czy chcesz mnie osobiście zastrzelić? No to już! Rzucam mu pistolet. chodziło mi o coś zupełnie innego. – Wyrównałeś ze mną rachunki? – pytam.złem. „Głębio... – Odpowiedz. byłoby to zupełnie wystarczające.. – Uznaję – mówię. – Ja.. Rozkładam ręce. – Uznaję. nie zdążył się usprawiedliwić we własnych oczach. Nie.. Sama wirtualność powstała przeciwko mnie. obiema rękami mocując na piersi rurę granatnika. aż mnie zastrzelisz. w proteście macha rękami. Na ekranikach hełmu krew. – mamrocze Alex. Nie wyciągałem z Głębi pechowego gracza. – I oto smutny rezultat. Powinienem był poczekać.. ledwie udaje mi się go nacisnąć. Głębio. – Ileż pożywki dla naszych małych mózgów! Alex milczy. – szepczę..” Spust działa opornie. No proszę.. – Gdyby po prostu uznał pan niesłuszność swojego postępowania. Jest niezadowolony z takiego obrotu sprawy. by Głębia stała się dokładną kopią rzeczywistego świata. Tak działo się zawsze... i nie próbowałem przechytrzyć pozbawionego zasad kolegi. Najśmieszniejsze. Ilu ich już było – ludzi próbujących sprawić. . nie jestem twój...

Część trzecia CZŁOWIEK BEZ TWARZY .

– rozlega się w powietrzu. Wszystko. Głębio. Arytmometry nie są rozumne... kto mógłby stać za niekończącymi się śmierciami Nieudacznika? Dobry nurek albo po prostu doświadczony bywalec Głębi zdolny jest organizować swoją śmierć raz za razem. gdy Nieudacznik wyszedł spod mojej ochrony? Przypadek? A dwóch zawodowców prowadzących Nieudacznika do wyjścia też nie mogło uchronić go przed przypadkami? Nie wierzę w to. Znowu wejdę w Głębię. to jedynie przecięcie różnych programów. nureknieudacznik.. Celne strzały i błyskawiczny refleks nie pomogą. Wszystkie te upuszczone sztucery to bzdura. Ale kto. Wobec tego muszę przestać wyważać narysowane drzwi. Wrzucam pancerz i uzbrojenie do szafki. Wiedział znacznie więcej niż powiedział. Ubieram się i wychodzę do sali kolumnowej. Jeśli to. Wystarczy tej gry zgodnej z zasadami. wychodzi poza ramy rzeczy możliwych – stoi za tym człowiek. Głębio. – Administracja prosi Strzelca o zgłoszenie się do naczelnika służby bezpieczeństwa. Jesteś tym. poniżony i zhańbiony. Trzeba szukać prawdziwego wyjścia. I nie ma we mnie mistycznego strachu zwykłego człowieka wobec komputera. ale ja nie mogę w to uwierzyć.. jeśli przeciwnik nie wyszedł na ring. – Administracja. Walka jest przegrana. co się dzieje. który uważał się za mądrzejszego od innych. czego potrzebuję. włażę pod prysznic.00 Byłem obecny przy narodzinach przestrzeni wirtualnej. Jak łatwo mnie rozdeptałaś. Witaj. złości. Nie na darmo Człowiek Bez Twarzy proponował taką nagrodę za uratowanie Nieudacznika. przez minutę stoję pod lodowatymi strugami. Konsternację i bezsilność zastępuje złość. Siedzę w szatni Labiryntu. co dzieje się w Głębi. Jako jeden z pierwszych wypróbowałem na sobie deep program Dibienki. Pięknie. Vika może fantazjować o elektronicznym rozumie. . Ale dlaczego Nieudacznikowi pomaga sama Sieć? Dlaczego Alex zdołał nas dogonić właśnie w tym momencie.

Wokół stołów leniwie chodzą ludzie. Jakby nie monitorował naszej rozmowy. zasiedlony graczami i potworami. Zresztą i tak nikt się mną nie interesuje. Pociera nos.. zaglądam przez szklane drzwi. Ale czemu nie miałbym poświęcić kilku minut na zbędne formalności? Gilermo stoi przy oknie wychodzącym na Labirynt. a oni mnie. który później zacznie żyć własnym elektronicznym życiem.Gracze patrzą na mnie. – Zrywa pan umowę? – pytam wprost. Więc tak konstruuje się poziomy.. A raczej ich szkielet. Gilermo zatrzymuje się. Jakiś chłopak nachylił się nad makietą. Chłopak trąca stojącego obok towarzysza. Wchodzący. ogromne stoły z makietami poziomów Labiryntu: wzgórza i parowy. za nimi są terminale.. – Taak. i czuć się niezręcznie. Niektóre sale zajmują. nie zgadza się pan z opinią naszych nurków? – Nie. chłopcy i dziewczyny przy komputerach. – O. mimo woli zaczyna odczuwać ważność własnej osoby.. rzeki i pożary... Gospodarz gabinetu na tle okna wydaje się malutki. gdy podchodzę do drzwi. Rzeka zaczyna kipieć. co zaraz usłyszę. – Tak. W tym trójkątnym pokoju wszystko zostało dokładnie przemyślane. Strzelec! – Gilermo rusza ku mnie energicznym krokiem. są otwarte. – To pan jest Strzelcem? Dziewczyna podchodzi do mnie bezszelestnie i niezauważalnie. – Proszę ze mną.. ten patrzy na zapaskudzony pejzaż i wzrusza ramionami. W biurze administracji tym razem panuje ożywienie. Strzelcu? – Rozmawiałem. przez które wtedy przeszedł Gilermo.. Pcham je. ciemna sylwetka na tle krwawej zorzy. I tak wiem. Potem go zmienią. ja mogę widzieć ich. zagubiony i przykuwa spojrzenie. – Niech pan usiądzie. Rozmawiał pan z Anatolem. Pan Agirre czeka na pana. Zostałem wpuszczony do służbowej przestrzeni twórców Labiryntu. – Ja decyzji nie podejmowałem – mówi Gilermo. – Już podjął pan i decyzję rezygnacji z ratowania Nieudacznika. – Dlaczego? – Czy to coś zmieni? – odpowiadam pytaniem. – Strzelcu. Przez kilka tygodni czy miesięcy poziom będzie pobudzał wyobraźnię bywalców Labiryntu. Idę korytarzami. budynki i ruiny. – Ale umowę pan zrywa? Gilermo wzdycha. Idę. znajduje się automatycznie na wierzchołku piramidy. wylewa do maleńkiej rzeczki kolbę zielonej cieczy. .

Zdumiony unosi brwi.. – Powodzenia. Spieranie się nie ma sensu. na co? – Pieniądze wrócą na rachunek Labiryntu – uśmiecha się Gilermo. ale budzi szacunek. – Nie. Nie jestem miłośnikiem koniaku. płaci za rozrywkę swoich pracowników. – Strzemiennego? – Agirre z uśmiechem wyciąga z biurka butelkę.. na co przeznaczy pan tę sumę – mówi nieoczekiwanie Gilermo. Kontynuacja misji ratunkowej byłaby poparciem jego planów.. Wypisuje czek. można wyjść. Suma nie robi na mnie takiego wrażenia. Stukamy się kieliszkami. Żeby zmienił pan sumę. – Wysokość kwoty pozostawiam pańskiemu uznaniu – mówię. W wirtualności jest trochę droższy od coca-coli. Ale nic w tym dziwnego. Zna bardzo dobrze. nawet tego nie podejrzewając. że znam smak tego alkoholu. jak by się to stało przed operacją w Al Kabarze.. Miłe. i wiele firm. Ale trzymanie w ręce nieistniejącego czeku sprawia przyjemność. Robi to złoconym parkerem. że Gilermo rzeczywiście nie korzysta z programu-tłumacza.. Koniec. nurku. że nasze przysłowiowe niedbalstwo żyje do tej pory. pieniądze już zostały przelane na moje tajne konto wymienione w umowie. potem siada przy biurku. Gilermo kiwa głową. Po raz pierwszy jego język staje się nieprawidłowy. chytrze i serdecznie jednocześnie. książeczka czekowa wydana jest przez Chase Manhattan. – Rezygnuje pan? – Uratuję Nieudacznika. Rosjanie stanowią bardzo duży procent graczy. – Domyślam się. Na razie. Kiwam głową. Agirre nie ma chyba wątpliwości. ale zawsze to przyjemnie czuć się znawcą szlachetnych trunków. on zna rosyjski. ale sam gest jest miły.– Doceniamy pańskie próby pomocy. Ale i ja nie mam żadnych kontrargumentów na słowa nurków Labiryntu. że mamy do czynienia z akcją wrogo nastawionego nurka. Najwidoczniej dlatego. ściskam Gilermo dłoń. pijemy. – No. – Możemy się nawet potargować. W głosie Gilermo nie ma pewności. Ale na to mam pieniądze. a nie za pracę w Głębi. – Firma wypłaci panu wynagrodzenie – mówi Gilermo.. Znacząco doceniamy. Spodziewał się mojego uporu i jest usatysfakcjonowany obietnicą. Tak? Kiwam głową. Prawdziwy francuski armagnac. będzie pan mógł mnie . wręczając mi czek. A czek. Gilermo spogląda na mnie badawczo. odrobinę – uśmiecha się. – Dziękuję – mówi uroczyście Gilermo. zwrócę go. Dali chłopczykowi cukierka i wygonili z pokoju dorosłych grających w poważne gry. To tylko formalność. – Jeśli w Labiryncie wydarzy się coś nieoczekiwanego. i jestem pewien. – Pojawiła się opinia.

ale po co zmieniać dobre przyzwyczajenia. siedem. obrazki. – Al Kabar. – Wezwać panu taksówkę? – pyta na pożegnanie Agirre. osiem. Daję mu wizytówkę z adresem sieciowym. – Dzielnica Al Kabaru – mówię. – Nieoficjalnie? – Adres – mówi rzeczowo Gilermo. Obrazki. szykując się do połączenia mnie z Al Kabarem. nic więcej. Willy. z której po podaniu hasła będę mógł odebrać listy na nazwisko Strzelca. osiem. że mnie śledzą.. trzy. siedem. nie ma takiej potrzeby. Głębia nie może mieć własnego rozumu! A jednak nie umiem się przekonać. z malutkimi zmarszczkami w kącikach oczu. żeby zmieniła mężne oblicze Strzelca na prostoduszną gębę Iwana carewicza. Samochód Deep Przewodnika łapię. do strażnika Ifrita. To nie są moje dane. Obrazki. zwykła skrzynka pocztowa. Tym razem kierowcą jest rudowłosa kobieta o miłej powierzchowności.powiadomić? – pytam.. Doskonale stworzona twarz. – Dziękuję. nawet w myślach. – Taki adres nie istnieje – zasmuca mnie. . Proszę Vikę. – Zamówienie przyjęte. ulice migają wokół. odchodząc kilka ulic dalej. Samochód rusza z miejsca. Teraz program Deep Przewodnika przerzuca mój kanał połączenia z serwera na serwer. Nie żebym się spodziewał. Dostarczyć do włosianego mostu. Po chwili w lusterku widać bohatera w białym ubraniu.

ale i z samego staruszka Łozińskiego wyrwałyby okrzyk przerażenia. – Nurkiem! – krzyczę. Teraz programiści korporacji. Nowość – w ciągu ostatnich dni programiści Al Kabaru „uruchomili” strażnika. rzucą na mnie najbardziej perfidne wytwory własnej wyobraźni. Głos też jest zmieniony. ale na razie się nie zrywa. Ifrit odrywa od piasku nogi. co nie tylko ze mnie. Ale nie powstrzymuję Viki – spanikowała. że nie zdołam uciec.. – Czekaj! – rozkazuje Ifrit. przekonani.. Głębio. tylko jego oczy błyskają. – Kim jesteś? – ryczy potwór. Wchodzę na włosiany most. – Stwierdzono nieznany wirus! – szepcze Vika. Iskry w jego dłoniach gasną. A wśród nich na pewno są takie wirusy. Ifrit ogłuszającym rykiem: – Śmiałeś wrócić. – Idź – ożywa potwór.. Program antywirusowy web zacznie odcinać część napływającej informacji. Gdyby mnie tak konwojowali poprzednim razem. Ochrona nie jest idealna. nie tylko z Maniaka. złodzieju? Dobry program – z pamięcią.. Postać Ifrita rozpływa się... – Przyszedłem do Friedricha Urmana! Nie jestem w twojej władzy! Gigantyczna pięść drży nad moją głową. jeśli.. można użyć tego słowa. guzik bym skradł.. Co mam zrobić? Czekam. Żadnego porównania z poprzednimi gierkami – wtedy pozwolili mi wejść w pułapkę. lecz cały uzbrojony po zęby tłum. most z włosa napręża się i dźwięczy. obmacując mnie niemal fizycznie odczuwalnym spojrzeniem. Vika wyłącza web. Przypominam sobie bajki o wirusach niszczących hardware – materialną część komputera. „Głębio. – Stój! – krzyczę i podnoszę ręce.” Tym razem wita mnie nie dwóch karykaturalnych ochroniarzy. zdrowo ochrzanieni przez dyrekcję. Pomiędzy palcami strzelają iskry. próbując ochronić komputer przed działaniem wirusa. Potwór nieruchomieje. rozmazuje. oczywiście.01 Pustynia wita mnie gorącym oddechem. a nie . – Uwaga. włączam web! Przestrzeń otula leciutka zasłona. Nie mam nic do ukrycia. dobry wirus i tak wciśnie się na mój kanał.

megabajtowy plik. To pan prosił mnie o spotkanie. ale nasza procesja podąża dalej. ten mnie zrozumie. Urman nie spodziewał się. Kiedyś podczas drobnej i prawie nierentownej akcji podłapałem przemiłego wirusa. No. Nie poprawia mi to samopoczucia. Kazamaty toną w ciemnościach. będę się miał z pyszna. Ci. Na wszelki wypadek dorzucam: – A właśnie. Maniak całą dobę wydłubywał z martwego twardziela resztki informacji. komu zdarzyło się oglądać śmierć twardziela. Nurkowie są nietykalni.. przez który docierają do mnie informacje. że przyjdę po jego próbie namierzenia mnie. ale nie sposób więzić w wirtualnym świecie. Jak miło mówić prawdę. Do posępnego szarego budynku. Obnażone miecze.. to wolę nie myśleć. Myślałem. – Tak się umawialiśmy. z którego załapałem wirusa. Jeśli tamtym cwaniaczkom udało się zarazić mój komputer takim świństwem. Żebym znowu czegoś nie daj Boże nie ściągnął. – Czyżby? – Oddał mi pan dobrowolnie plik w zamian za obietnicę powtórnego spotkania. więc ma pan widocznie jakieś propozycje. Ochrona prowadzi mnie ulicami w lodowatym milczeniu. Znowu milczenie. W przeciwnym razie odejdę. próbując nie wytrzeszczać oślepłych oczu. Można przeszkodzić nam w wykradzeniu pliku. po co? Na świecie jest tak wiele różnych prawd. że kłamstwo zwyczajnie przestaje być potrzebne. Wszystko jasne. na pewno widzą mnie jak na dłoni. proszę nie namierzać mojego kanału połączenia. – Miał pan czelność zjawić się znowu. który przemieszał boot-sector i tablicę partycji twardego dysku w równomierną papkę. co mogą zrobić ci z Al Kabaru. Maksymalnie zwężony kanał połączenia. A ja plotłem mu o pirackiej grze na dysku. Odwracam się. Ten. Iwanie? Poznaję głos Urmana – a raczej intonację jego tłumacza. Idę na oślep.” . – Czego pan chce? – Ja? Niczego. Drzwi za moimi plecami zatrzaskują się ciężko. jak Urman kiwa ochroniarzom głową: „Bierzcie się za niego. czterech wprowadza mnie do wnętrza kazamatów. Oczami wyobraźni widzę. Sporo uratował. Część strażników zostaje przy bramie. Milczenie przeciąga się. – Stój! – pada rozkaz z tyłu. popychany z tyłu. dwóch z tyłu. Dwóch z przodu. jak mi wpuszczą wirus. którzy tu są. Przerwa. Zresztą. Oczywiście. Nie kłamię i Urman znalazł się w idiotycznej sytuacji. Chcą mnie wsadzić do więzienia? Śmieszne. Posłusznie zamieram. Brak wizji. Długa. że zaprowadzą mnie do tamtej altanki.

Podobno są one zwierciadłem duszy. – To sala konferencyjna – wyjaśnia Urman. oglądam wnętrze kazamatów spod półprzymkniętych powiek. – Proszę nas zostawić – wydaje polecenia Urman. Ciekawe. malutkie okienka z lustrzanego szkła. to naprawdę nic śmiertelnego. nurku. wysoko na ścianach kraty. jak wtedy z altanki. – Odbywają się tu zebrania rady dyrektorów i pewne spotkania. Friedrich... że nie skomplikowało to zbytnio sytuacji finansowej korporacji? – Nie. pod krawatem. zapomnijmy o wzajemnych urazach! – proponuje wielkodusznie Urman. – Jak już mówiłem. Prawdopodobnie jego ubranie automatycznie dostraja się do wnętrz. jak sądzę. ostre światło. Na środku stół i fotele. Jasne. mam dla pana interesującą propozycję. Jasne. że to doskonałe lekarstwo ma jedną wadę – zauważa Urman.– Proszę odnowić jego kanał w pełnym zakresie – rozkazuje Urman.. Patrzę pytająco na Urmana. Urman w milczeniu kiwa głową. – Czyli nie jest to zabronione. – Nie. Ochrona wykonuje rozkaz. grube mury. Stąd już bym nie uciekł. – Mam nadzieję. Do końca swoich dni będę leczył przeziębienie aspiryną. – Cieszę się. Robi mi się nieprzyjemnie. – Dziękuję. jabłuszko? – pyta Urman. Słyszałem o takich sztuczkach. wyłysienie? Urman nie powie. Mrużę oczy. Posępne. – Niech się pan nie przejmuje. – Dobrze. Stała praca. Jest w eleganckim garniturze. – Tak. I to budzi moją czujność. Najlepiej zabezpieczone miejsce w przestrzeni wirtualnej korporacji. Ja siadam obok.. – I zdjąć obserwację. . nie onkologia i nawet nie efekt teratogenny. dziękuję. Kiwam głową.. I. Ale pacjenci nie będą zadowoleni.. co to za skutek uboczny? Zielony kolor skóry. siada na jednym z foteli. Zbytnio nie. Czy nasze wirtualne ciała mają dusze? – Niektórzy nurkowie mają stałe umowy – zauważa Urman.. Patrzymy sobie w oczy. – Sprzedał pan. – Poza tym. impotencja.. – Poprzednim razem zapomniałem poinformować pana. Al Kabar się zabezpieczył.. – Skutek uboczny.. Zresztą nie mam z czym uciekać – przyszedłem absolutnie bezbronny. Odkryliśmy go niemal przypadkiem. Chyba nie jest zły. pan Schellerbach z Transfarm Group na niego nie natrafi. sprawdzanie lekarstwa pod względem szkodliwości nie należało do pańskich obowiązków – śmieje się Urman.

W podziale na dzielnice. – Po co? Jakim prawem? – To była wspólna decyzja podjęta jeszcze w zeszłym roku – wzrusza ramionami Urman. Żaden normalny car nie wypuściłby alchemika z komfortowej ciemnicy. a my znamy liczbę ludzi znajdujących się w wirtualności. kim jestem. Serwery składają raporty co dwie minuty. – Ma pan wiele racji. takie jak nasza. – Bardzo prosto i pewnie. Coś pięknego.– Nie jest. Pogarda dla otwartości znowu oddała mi niedźwiedzią przysługę. Ale istnieje różnica pomiędzy pracą dla centrum rozrywki czy wirtualnego biura detektywistycznego a pracą dla was. małe kompanie też się przyłączyły. o czym pan mówi? – pyta niepewnie dyrektor. Bardzo operatywnie. – Szkoda. Kiwam głową. America Online była jednym z głównych zleceniodawców. – Określenie liczby przebywających w wirtualności ludzi. – O panu. – Praca niezbyt trudna. rosyjski nurku. szybko zapanowuje nad emocjami. – Jedną z dziedzin działalności korporacji jest demograficzna kontrola Deeptown. może trzy dowiecie się. że wyciągnięcie Nieudacznika z Labiryntu to taka błahostka? Bingo! W środek tarczy! Twarz Urmana drga. rosyjski.” – Tak bardzo pan się boi rozgłosu? – Oczywiście. Kręcę głową – nie rozumiem. – Porównanie obciążenia na poszczególnych serwerach. budynki i przestrzenie w przestrzeni.. pozwala na koordynację pracy i na obniżenie kosztów korzystania z przestrzeni wirtualnej. Urman umie wytrzymać cios. ale tik pod lewym okiem zostaje. dwa. a płaca dobra. Jesteśmy alchemikami wirtualnego świata. – Równolegle prowadzona jest kontrola opracowywanych przez komputery obiektów w . w każdej chwili. Z dokładnością do jednego człowieka. To nie śledztwo. – Wprowadziliśmy kontrolę liczby wchodzących i wychodzących sygnałów na serwerach – ciągnie Urman. Pański głos został poddany analizie. – Urman nie spiera się... z uwzględnieniem pory dnia. Taka lojalność. Nie narusza się niczyich praw. Czarownikami.. albo wyłożą karty na stół. lecz statystyka.. Taka spokojna i sympatyczna rozmowa... to nie jest program-tłumacz. Ja też nie zaprzeczam. Żeby nie wymyślił prochu dla wrogów. – Sądzi pan.. ale to akurat wiem. rosyjski. Albo mnie teraz zabiją. Za miesiąc. pięć zero! – Może pan wyjaśnić. Jeden zero! Nie. proszę wybaczyć. – Wobec tego proponuję jednorazową współpracę – mówi wesoło Urman.

poza tym jest zabronione. Nad ekranem pojawia się napis – 1036/1035. prawda? W przestrzeni restauracji bawią się sześćdziesiąt trzy osoby. To mapa Deeptown i okolic. Dlatego mamy własne kanały połączenia w dwunastu miastach. Urman patrzy na mnie z taką dumą. linie telefoniczne. że mam przed sobą sprytnego i niezbyt mi życzliwego dyrektora korporacji. nieopodal. rozwija się ogromny ekran. – Tak. Ponad nimi drobne czerwone punkty – to wchodzące serwery. podłączyli się przez wasze kanały? – Tak jest. ale tylko dwie weszły przez jej łącze! Urman kiwa głową. Każdy kawałek to serwer obsługujący dany odcinek przestrzeni. Machnięcie ręką i na ścianie.. przez które można wejść w Głębię. Byłem tam kilka razy. ile osób znajduje się w tej czy innej przestrzeni. Trwałoby to bardzo długo. Przepuszczanie tajnych informacji przez cudze linie jest zbyt ryzykowne. – Proszę. Urman wstaje. w których mieszkają nasi pracownicy. – Można obejrzeć dane w podziale na dzielnice – oznajmia Urman.. Już rozumiem. Dobra. Czasem to się przydaje. ponad betonem i stalową kratą. wyśledzenie każdego oddzielnego sygnału jest niemożliwe. – Rozumie pan? – Wasze serwery utrzymują w wirtualności tysiąc trzydziestu sześciu ludzi. prócz mnie.. Raport składany jest również co dwie minuty. wskazuje palcem dzielnicę Al Kabaru. on funkcjonuje w cyberprzestrzeni. jakby to on osobiście rozwiązał problem. jakby zszyta z malutkich kawałeczków. Komputery go widzą. I wszyscy. Podchodzi do mapy. – Liczby wam się nie zgadzają. Wszyscy burżuje to efekciarze. Pokazują się cyfry: 63/2. spostrzegam się w porę i wskazuję palcem inny zakład. w jaki sposób odszukali człowieka. którzy weszli w Głębię. – Natrafiliśmy na Labirynt w inny sposób. Ale w ten sposób nie da się namierzyć Nieudacznika! Podchodzę do mapy. Włączając mnie. Robi wrażenie. Zapominam na chwilę. Zbyt głośno i pompatycznie. Teraz jestem tylko ciekaw.. odnajduję restaurację Trzy Prosiaczki. pomyślmy. .każdym rejonie – opowiada dalej Urman – Dzięki temu wiemy. ale nigdy nie wchodził do Sieci. Jak łatwo zrozumieć. – Tak. po zestawieniu aktywnie działających obiektów wszystkich dzielnic otrzymamy liczbę ludzi. – To najbardziej powszechny obraz. nawet jeśli mówimy o najpewniejszych providerach. W wirtualności jest o jednego człowieka więcej niż powinno. nie podobało mi się. który nie wchodził w Głębię. a nie wydał polecenie swoim specjalistom.

jakby wyobrazić sobie kogoś potrafiącego podłączyć się do linii telefonicznej. ale nie wie. – Nie my jedni pracujemy nad alternatywnym wariantem kontaktu z komputerem – mówi Urman. – robi palcem kółko przy skroni. Będzie przekazywać jego głos pozostałym graczom.. dźwięki. gdyby było można po prostu wejść w wirtualność. które czuje za pomocą wirtualnego kombinezonu. To po prostu głupota. To tak. że bezpośrednio w procesor. że przez modem. na którym pojawił się nieproszony gość. Nie mam nic do powiedzenia. a możliwe. I trzeba interesować się tym właśnie wskaźnikiem.. ale nie głupcem. z kosmicznych sputników i zakatarzonych nosów.Oto strumień impulsów elektronicznych. – Bez komputera? – wypowiadam na głos te brednie. które – kupa śmiechu! – wcale nie wydają się bredniami człowiekowi nie mającemu styczności z komputerami czy Siecią. które on widzi lewym i prawym okiem. świat stanie na głowie. który może wejść w wirtualność samodzielnie. Czip o. Tyle że Urman może być każdym. Czy może się to odbić na czujnikach serwera? Powinno. wysyłać Nieudacznikowi obrazki. I. Stop! Dokąd przesyłać. które słyszy. prościutki trójwymiarowy obraz człowieka. To milioner. skąd się wziął. Czy chciałbym wchodzić w Głębię bez komputera? Bez Viki za plecami? Bez strachu przed bronią wirusową? Bez zakłóceń na liniach telefonicznych i wiecznej pogoni za szybkością modemów? . oczywiście. Gdyby nie było to potrzebne. żeby w ciągu kilku godzin znaleźć serwer. Komputer umieszcza obraz na początku poziomu i szykuje się do sterowania przemieszczaniem się Nieudacznika.. najważniejszą rzeczą jest stanąć na głowie jako pierwszy. że się pojawi! – Zakładaliśmy taką ewentualność – precyzuje Urman. Nieważne. – Tak bardzo chciałby go pan przewrócić? Friedrich jest poważny. czy też próbując pokazać gniazdko za uchem. ruchy. Przed nami bezpośrednie podłączenie do nerwów wzrokowych i słuchowych. – Wiedzieliście. który ciągnie dla Al Kabaru zyski ze wszystkiego – z wnętrza Ziemi.. Ale tylko na bardzo specyficznych – na czymś w rodzaju korelacji pomiędzy zakresem opracowywanych przez procesor danych a liczbą wysłanych i przyjętych przez modem informacji. To informacja. możliwe. Wchodzi w komputer tworzący trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. skąd się wzięły i gdzie wysyłać rezultaty. – Klawiatura. przemieszczać potrącone kamyczki. – Gdy świat się przewraca. skoro on nie wchodził do Głębi? Zachodzi błąd – komputer opracowuje działania Nieudacznika. hełm i kombinezon są pozostałościami epoki przedwirtualnej. tutaj. Trudniej złamać psychologię ludzi niż prześwidrować kość czaszki i umieścić w mózgu mikroschemat. – Wcześniej czy później powinien był się pojawić człowiek. wyliczać efekt jego strzałów. czy to wątpiąc we własny zdrowy rozsądek. – Czekaliście na niego – mówię. – Ale ta droga wymaga jeszcze bardzo poważnej pracy nad mentalnością społeczeństwa. Nieudacznika.

– Jak znalazł pana ten człowiek? I dlaczego właśnie pana? – Urządził obławę na nurków. Dziurka w czaszce to lepsze niż dziura w życiowych zasadach.. że chce mi pan zaproponować tę samą pracę. że moje słowa kontrolowane są przez detektor kłamstwa i ktoś przekazuje Urmanowi rezultaty kontroli. – Tylko jeden szczegół. A bardzo chciałbym uwierzyć. gdy mi się przerywa. Ale nie mogę tego zrobić po szczerych słowach Urmana. ale widocznie niewystarczająco szczerze. I był doskonale poinformowany o naszej rozmowie. Nieprzyjemna sprawa dowiedzieć się. Niezły mają wywiad. to wszystko – mówię.... – Nie mogę się powstrzymać i dorzucam: – Obawiam się.. – My nazywamy go Pływak – zauważa Urman... Głębio. Szczegółów nie wyjaśnił.. człowiek. Kiwam głową. Zaproponował mi. – Wkrótce po mojej pierwszej wizycie u pana zmusił mnie do spotkania. A ja się trochę podstawiłem. Jak wiele musiał ich przyjąć w swoim życiu.. ... – Właściwie. – Czekam na obiecane wyjaśnienia. – Dużą? – Bardzo. – Właśnie zmusił. jaka powstała w Labiryncie. On wiedział o mojej wizycie u pana. – Przez analogię do was. którego nazwiska nie znam. i zniknąć. Nie lubię. żebym zorientował się w sytuacji. patrzy mi w oczy.. Być może powinienem teraz wyszeptać pod nosem: Głębio. – Obiecano panu nagrodę? – Obiecano. Urman unosi brwi.. że nie może mi pan zaproponować więcej. I wiedział też. Tylko nie wierzę w takie historie. Dopiero potem dowiedziałem się. że masz pod bokiem szpiega..Śmieszne pytanie. – Zapewne również nurek? – Tak. – Z tego. Urman kiwa głową. To byłem ja. Pewnie. Nieudacznika próbowało wyciągnąć dwóch nurków pracujących dla Labiryntu – rzuca niedbale Urman. Możliwe. Urman wytrzymał cios. Urman milczy. Ale na razie nie spiera się co do możliwości Al Kabaru. że bym chciał. Czego to nie zrobią dolary użyte w odpowiednim czasie i w odpowiedniej ilości. co wiemy. Ale w masce spokoju widać pęknięcia. Urman jest poważny – nasza rozmowa staje się bardzo konkretna. że chodzi o Nieudacznika. – Ma pan jakieś podejrzenia co do jego tożsamości? – Żadnych – mówię szczerze. panowie nurkowie. – Oraz niejaki Strzelec – dodaje Urman.

– Tylko ze względu na co? – Trochę mnie to peszy. Poza tym jest zupełnie w porządku. – Niewiele. pogrążą w śpiączce budynki. – Może mi pan coś powiedzieć o Pływaku? Wzruszam ramionami. – Administracja Labiryntu nadal próbuje namierzyć jego kanał połączenia – rzuca Urman. nie zrobił tego ze względu na pańskie talenty nurka. otoczą go troską i czułością. że zwykłe metody nie zdają egzaminu. bardzo poważnie traktuje to. To. to mógł się pan przekonać. że cały Labirynt oczyszczą z graczy. Chyba udało im się przyssać do komputerów Labiryntu na serio i teraz kontrolują wydarzenia.– Dziękuję. wcale nie znaczy. Tłum psychologów-hakerówurzędników. Można śmiało założyć. najwyżej osiem godzin dojdą do tych samych wniosków. Człowiek jak człowiek. Wyobrażam sobie. nurku. – Ale. że ich nie ma.. według danych naszych ekspertów. Albo wynająć grupę. Uśmiecham się pobłażliwie. Odłączą wszystkie potwory.. Albo Urman cierpi na chorobliwą szczerość. za pięć. Poznanie . którego nazwiska nie znam. że ma psychozę głębi. co się dzieje.. że nie mogą powstać. Wtedy zacznie się prawdziwa panika. który wszedł w wirtualność bezpośrednio. Więc to prawda. Urman kiwa głową. To zmusza mnie do pytania: – Próbowaliście mimo wszystko wyśledzić sygnał Pływaka? – Nie ma żadnych sygnałów. – Jeśli rzeczywiście jest pan Strzelcem. Niech się dwa pająki szamoczą w swojej pajęczynie. – Możliwe. że ten tajemniczy mister X wiele panu obiecał. możliwe. Kilka kolejnych prób niczego nie zmieni. Okrążą Nieudacznika. W żadną stronę. – Znacznie prościej byłoby kupić nurków Labiryntu. Ostatnie słowo wymawia z pewną pogardą.. – Ktokolwiek pana wynajął. Ach. – Serwery Labiryntu nie przekazują informacji Pływaka. żeby przypadkiem Nieudacznika nie uderzyła spadająca cegła. Czasem można odnieść wrażenie. Siedzi na poziomie sam z siebie... Przebiją bezpośrednie przejścia na trzydziesty trzeci poziom. albo zależy mu na całkowitym przekonaniu mnie. Człowiek. a z nimi Anatol i Dick-wszyscy wpadną na opustoszały poziom. – Już pracuję dla człowieka. Poziom zostanie odizolowany. zaniosą na rękach do wyjścia.. drobiazg. Patrzę na Urmana – chyba nie żartuje.. co my. Ale czy udzielił panu choćby najmniejszej pomocy? Kręcę głową. że moje usługi nie będą im potrzebne. Potem Labirynt zostanie odizolowany i problemem zajmą się właściciele tego centrum rozrywki.

bardzo duża. – Mamy niemal gwarantowane pięć godzin. W tej samej chwili drzwi otwierają się na oścież i pojawiają się strażnicy. że mam wszelkie podstawy. Do widzenia. Niech pan pomyśli i podejmie decyzję. nurku. Ale spotkanie i propozycja pracy jest całkiem możliwa. – Dobrze – zgadza się Urman. Ale zamiast tego zaczynam czuć strach. złoży pan kolejną wizytę w Labiryncie? Kiwam głową. A ja mogę panu pomóc sobie z nim poradzić. jakiej narodowości jest Pływak? Jak pan sądzi? – Rosjanin – odpowiadam odruchowo. – Na pewno się pan o nich dowie.. Tym razem bez obnażonych mieczy. drogi Iwanie carewiczu. Przy okazji. .. Pańskiego tajemniczego pracodawcę przyciągnęło coś ważniejszego niż umiejętność wychodzenia z wirtualnego świata.. Wysłał do Labiryntu. – Możliwe. – Muszę się zastanowić.. – No to czym się pan przejmuje? Milczę. jeśli do końca moich dni nie będę mógł się zajmować w wirtualności nielegalnymi sprawkami? – Podpisał pan umowę? – pyta Urman. – Ustne porozumienie? – Nie. Wątpię. A jego obietnica może być równie dobrze blefem. Urman kpiąco kiwa głową. czy mógłby mi zaproponować Medal Bezkarności. Friedrich. Najważniejsze zadanie pańskiego życia. Po co mi Medal. Ale stawka jest wysoka i nagroda może być bardzo. Pływak to zadanie dla pana. Z jakiego właściwie powodu jestem dla pana cenny? – Wkrótce pan zrozumie. Wydawałoby się. by spuchnąć z dumy. Takie rzeczy nie są na sprzedaż. – Odprowadzą pana do mostu – oznajmia Urman. – Sądzę – kontynuuje w zadumie Urman – że on miał rację. W końcu z tego właśnie żyjecie. I zdoła podjąć decyzję. możliwe. – Mętnie to brzmi.waszych prawdziwych nazwisk to rzeczywiście trudna sprawa. – Nie. Siłą zmusił mnie do spotkania. – Ja podejmę własne działania – mówi Urman. nie wyjaśniając absolutnie niczego. Nie wiem dlaczego trzymam się propozycji Człowieka Bez Twarzy.

Wplątałem się w cholernie poważną historię. wciskając kabel na miejsce. Sto metrów niżej. że zostałem poddany śmiertelnym przeciążeniom – i wtedy zadziała program wyjścia. skały wirują w dole. Ściągnąłem hełm. drugi – nić drży pod nogami. wezmą się za łby z powodu Nieudacznika. wchodzę na most z włosa. serwer Al Kabaru zaraportuje. – Hej. albo robią to zbyt umiejętnie. Zimne powietrze uderza w twarz.. cóż. kąpać się w morzu. Pewnie tak właśnie spadają grzeszni muzułmanie próbujący dostać się do swojego raju.. Jeśli Al Kabar. Normalka. którzy stoją za Człowiekiem Bez Twarzy. lepiej nie wchodzić między takie żarna. Nogi się ześlizgują. pomiędzy skałami. zapraszając do krótkiej podróży.. – Serio? – Tak. nurku. Ale nie jestem ciekaw. – Przerwanie połączenia – mówi Vika. wiją się błękitne wstążeczki rzek. jakim bólem odmaluje tę śmierć moja wyobraźnia.” Na ekranach krew. przechyliłem się przez stół. Grać w zwykłe gry. „Głębio. chwiejesz się! – słyszę drwiący głos z tyłu. Głębio. – Brak sygnału tonowego. Na długo.. pojechać gdzieś. – Reset. wyszarpnąłem z gniazda kable telefonu. I zapomnieć o Vice.. Najlepiej byłoby na kilka tygodni zapomnieć o całej wirtualności. Sprawdź połączenie! – Wszystko w porządku – mamroczę. Ciekawe. nie jestem twój. Na monitorze – błękit i spadający człowieczek.10 Albo mnie nie śledzą. ile metrów uda mi się przejść bez wychodzenia z Głębi? Jeden krok. chłoszcze. czuję zawroty głowy. W duszy mrok. gdzie jeszcze jest ciepło. pić piwo z Maniakiem. która bezwzględnie kaleczy mi palce. Gdy dotknę kamieni. by Vika podniosła alarm. upgreadeować komputer. Już się nie chwieję – spadam. O prawdziwej Vice. migoczą pomarańczowym żarem jeziora lawy. czepiając się nici... lecę. rosnąc i jeżąc się igłami szczytów. Wspinam się na mur i odprowadzany spojrzeniami ochroniarzy. do czułych Gurii i gór Rahatłukum. Labirynt i ci.. .

Ale dlaczego ja mimo wszystko wierzę w te śmieszne hasła równie radośnie. podłączać i odłączać modemy. Jesteśmy wolni we wszystkim i na zawsze. Saszę Morozowa.Na zawsze pożegnać się z marzeniem o Medalu Bezkarności. jej sztandarem była wolność. na pustyni Teksasu albo w jakimś centrum naukowym CIA.. Prędzej wywiad zbierze resztki dawnej śmiałości i przejmie Nieudacznika – po to. jakie wrażenie pojawia się w wielkim palcu twojej lewej nogi przy wejściu w wirtualność. Gdyby wrzucić informację o Nieudaczniku do otwartej Sieci albo powiadomić odpowiednie władze. Jesteśmy niezależni od sprzedajnych rządów. można od niego przejąć.. jeśli takowe rzeczywiście istnieją. zmurszałych religii i purytańskiej moralności. I.. Amen. i jak zmieni się krzesło po trzech dobach w świecie wirtualnym”.. A kim on właściwie jest. Wygonimy z naszych szeregów tylko tych. Nieudacznik spędzi resztę swoich dni w doskonale chronionej szwajcarskiej willi. Informacja nie ma prawa być utajniona – i Deeptown nie będzie miał granic. jaka egzaltacja! Ludzie nowego cybernetycznego świata. by chronić Nieudacznika? Mało to utalentowanych programistów wyciągnięto nam z kraju? Czternastoletniego chłopca z Woroneża. robić mu encefalogramy i pomiary różnych możliwych i niemożliwych parametrów. w każdym razie obywatelem rosyjskim... zdolny wchodzić w przestrzeń wirtualną bez żadnych modemów i innych telefonów? A jeśli nawet? Nie ma się co łudzić. Powiedz. na wieki wieków. Szare komórki nie są u nas nikomu potrzebne. Cóż za naiwność. co teraz czujesz. Ciekawi Głębi – wszystko dla niej. wolnej. wymazać z pamięci Nieudacznika. Nieudacznika zaczną sadzać przed komputerami najrozmaitszych typów.. wozić go w pobliże linii telefonicznych i chować w podziemnych bunkrach. oczywiście. żebym z jego powodu miał nie spać po nocach? Homo komputerus? Człowiek komputerowy.. Będą żądać: „Wejdź w Głębię. które wstało z łóżka po długiej chorobie. wszystko w jej imię. Co by to dało? Czy staruszka Rosja wyśle samoloty i brygady czołgów. Gdy pojawiła się Głębia. Będą go badać specjaliści wszelkich maści. którzy powstaną przeciwko wolności. że jego zdolności. Będziemy walczyć o swoje prawo do posiadania wszelkich praw. gdzieś na Syberii czy Uralu. żeby zamurować go we własnym centrum badawczym. bezkresnej przestrzeni! Upojeni wolnością.. radośni i dumni z siebie. zabrali rejsem specjalnym. Rozbawiła mnie własna naiwność.. bawiący się nią jak dziecko. Niezwykle cenna i powszechnie szanowana świnka morska. jak w dzieciństwie wierzyłem w komunizm? Dlaczego tak chce się wierzyć – na przekór wszystkiemu? . Zresztą w końcu jest Rosjaninem.

– Piszesz program? – Nie. – A czy to czasem nie ty robiłeś im filtr? – Nie – mówi z żalem Maniak. – A. Nie warto zabierać mu czasu. to ja. świeżutki kryminał płodnego jak królik Lwa Kurskiego. Patrzyłem na trójwymiarową siatkę nortonowskiej tablicy.. głupstwo. Służbowe programy. które jeszcze nie zdążyły wyjść poza ściany drukarni. Wyjść z domu. kupić duuużo piwa. wybrałem numer Maniaka. już ci BFG nie wystarcza? – zgrywa się Maniak. która narobiła tyle hałasu... czy można wejść do Labiryntu Śmierci z bronią? – Z wirusem? Co.. Znowu miałem szczęście – nie siedział w wirtualności i nie spał.Omijając prawa.. wydrukować na starej drukarce kilka książek. zwalić się na tapczan. wirusy i anty wirusy. miłość? Zapewne należę do rasy. „Nigdy nie lubiłem idiotów ani kamikadze. To przestrzeń w przestrzeni.. Gala szykuje kolację.. nie płacąc biednej ojczyźnie podatków. – Szura. i pan Bez Twarzy. skradzione informacje i książki. – Nie jesteś zajęty? – No. którego już nigdy nie zobaczę na oczy. powieść Oldie. – Maniak ściszył głos. obieram ziemniaki.. – Gratuluję. kto i jak robił. – Chyba żartujesz. gromiąc cudze komputery. wszystko zawalone po dach.. – Nie ja. – Czego? – Maniak stał się czujny. – Pogodzenia! – A.. Łatwiej byłoby wnieść wirus do Pentagonu. która inaczej żyć nie może. tym bardziej w sytuacji świeżej harmonii z małżonką. dobro. niż przenieść przez filtr Labiryntu. Trzy gigabajty. mogą sobie spokojnie walczyć z Willym-Gilermo o Nieudacznika. jak? . Wziąłem z pudełka swojego starego 586 słuchawkę. zmienię kanały wejścia w Głębię i adres sieciowy. kradnąc cudzą własność intelektualną. Zresztą nikt mi nie przeszkadza dalej wierzyć w wolność. – Halo! – Szura. Wierzyć – jakie to proste. fragmenty świadomości Viki. trochę. Serca i silniki znowu w drodze Wasiliewa. powiedz mi. Jeśli tylko odsiedzę w realu kilkanaście dni. – No. na równiutkie linijki katalogów i podkatalogów. Wyspać się! A pan Urman. nie ufając nikomu prócz garstki przyjaciół – jak mogę wierzyć w coś czystego i wiecznego? W wolność. muzyczne pliki i gry. którego nie zobaczę tym bardziej. Ale wiem.

W końcu zaczyna pogwizdywać. – Pomyśl. – I przejdzie przez filtr? – Może.. zostają odcięte. – Kompletne bagno. – Szura! No. Morfolog. – powtarzam bezmyślnie.. Jeśli masz przy sobie jakiekolwiek programy. – Daj pełny dostęp na hasło. – Dla kogo nieprzyjemna? – Dla całej Głębi... .. Możesz mi wierzyć.. – Włączaj terminal – rozkazuje zrezygnowany Maniak. Strzelec. – Co się stało? – Wyjątkowo nieprzyjemna historia. – Szura. Nie lubię telefonów bezprzewodowych. W jakiej postaci będziesz korzystał z wirusa? – Osobowość numer siedem. – Jeden dwa trzy cztery pięć. – Tak od razu? – Tak – bezczelnieję zupełnie. – I nie ma sposobu. powiedz. – Wrzuć mi go.. czy ja cię za bardzo nie odciągam? Od ziemniaków? – budzi się we mnie poczucie winy. już kończę. – Jakie rozszerzenie ma plik? – Rozszerzenie? Chyba. Wystarczy mi promieniowanie własnego komputera.. Biokonstruktor. żeby to obejść? – pytam bezradnie. można przebić filtr? – Przebić to możesz głową mur – powiedział pouczająco Maniak. Osobowość... Przez serwer Labiryntu przechodzi twoja dokładna kopia. – Jasne. Maniak milczy dłuższą chwilę. – Poczekaj. – A dla ciebie? – pyta wprost Maniak i mimo woli przypominam sobie trzech muszkieterów. Jakich programów używasz. przytrzymując słuchawkę brodą i obierając ziemniaki. – Szurka! – Warlock 9000 cię urządza? – A co to takiego? – Lokalny wirus. to nie takie proste.. A Maniak przeciwnie. tworząc swoją postać? – Różnych. I dla jednego porządnego człowieka. na przykład 12345. – Coś za często ostatnio muszę myśleć.– W portalu wejścia kopiowany jest twój obraz. – Bez przesady. żyć bez nich nie może. Jak zwykle... teraz pewnie siedzi. Znudziło mi się – burknąłem..

Wypijam herbatę z konfiturami tkwiącymi od wieków w szafce. posłuszna jak gimnazjalistka. co nawyrabiał z moim wyglądem numer siedem. Wchodząc w Nortona. dolewam sobie znowu i idę do pokoju. Minutę później zadzwonił Maniak i szybko wyjaśnił. I kamikadze. – powiedziałem. kto zadzwoni z hasłem 12345. Planowałem urządzić w Głębi taką burzę. który Szura przygotował dawno temu i do tej pory trzymał na ten wyjątkowy moment. Twoja starucha ma już pracować.. Znaki przestankowe Maniak spokojnie olał. Warlock 9000 był najwidoczniej wirusem. piwo i jeszcze raz piwo. Czego należało oczekiwać. zostawiając na środku ekranu płonący czerwony napis: „Wziąłem to i owo z twojego chłamu do poczytania i pogrania wirus jest wszyty instrukcja głosowa za minutę”.– Cyframi – precyzuje Maniak. natychmiast powstaną setki plagiatów. Po trzech minutach Vika zgadza się być posłuszna temu. odłączając telefon.. Zresztą przecież lubienie samego siebie to głupota. na jaką zasłużyła. Zatkało mnie. Mogę więc być głupcem. Jasne? Rzucam się do komputera.clt) i zacząłem porównywać z innymi niezmodyfikowanymi postaciami. – Sam wszystko ustawię. Ale czy będę jeszcze miał możliwość mu to piwo postawić – nie wiadomo. – Dziękuję! – Nie wykręcisz się. Maniak jeszcze raz wzdycha i przed odłożeniem słuchawki grozi: – Dzwonię za pięć minut. gdy w pokoju brzęknął i zaczął pogwizdywać łączący się modem. Burzę. Maniak właśnie odłączył się od komputera. co i jak mam zrobić. – Piwo. . Wychodzę do kuchni szykować kolację. Jednak jestem głupcem. czekać na mnie. Jeśli podobnej sztuki użyje się choćby raz. odszukałem plik z wyglądem Strzelca (rozszerzenie programu było typowe -. Na mój gust żadnej różnicy. gdy zrozumiałem. jakiej od dawna nie pamiętała. Wisisz mi piwo. Nie zdążyłem nawet nalać wody do czajnika.

Zwykły przekaźnik. a pot oblewa mnie Ja budzę się. co za koszmarny sen. Po rosyjsku. Odpowiedziałem na powitanie operatora i poprosiłem o połączenie z Man Without a Face. Jakiś polski serwer. poza mną i tobą. Pierwsze dwa były otwarte. Póki sam nie próbuje pisać tekstów. Czekałem piętnaście minut. że Nieudacznik to śpiewak? W życiu nie miałem .11 Terminal włączony – zaraportowała Vika. Tylko dlaczego wyobraziłem sobie. który zostawił mi Człowiek Bez Twarzy. Niestety.. Jak gdyby dom nasz został zalany wodą I nikt nie przeżył. bratni naród niezbyt nas lubi. Śpiewa Butusow. znałem na pamięć. Menu po polsku i po angielsku. żadnych narysowanych mordek czy animowanych zdjęć na ekranie.. – Człowiek Bez Twarzy – napisałem. Potem na ekranie pojawił się napis: „Proszę czekać”. potem wyjąłem z lodówki piwo i wsunąłem do CD stary album Nautilius Pampilius. na pewno po drodze do tajemniczego nieznajomego mój sygnał przemknie przez kilka innych krajów. Po pół minucie operator przełączył się na rosyjski driver klawiatury i poprosił o nazwanie abonenta w moim ojczystym języku. z trzech kolejnych nie dowiedziałem się absolutnie niczego. Dobry piosenkarz. co kompletnie nic nie znaczyło.. Adres. Pierwsze pięć cicho i skromnie. włącznie z rumuńskim i koreańskim. Zaczęli mnie przerzucać z serwera na serwer. Rosyjskiego brak. Przypomniałem sobie swój sen – ze śpiewakiem na scenie i nieszczęsnym Aleksem. Kliknąłem kursorem ikonkę połączenia i po kilku sekundach byłem na serwerze Rosja Online.... Serwer nie miał wideo. możliwość przełączenia się na jeden z kilkunastu innych języków. Ja budzę się.

nurku?” „Sądzę. Słuchając naszego oddechu.. „Kto?” Rzuciłem się do ekranu i bez zastanowienia napisałem: „Ja” „Jak postępy. a najlepiej w ogóle nie mówić. który jeszcze nie istniał pięć lat temu. czego potrzebujesz. Lubię tę piosenkę. gdy ta piosenka powstała. Wszystko. a sam śpiewam wyłącznie w całkowitej samotności. albo gdzieś na liniach była przerwa. Pająki. niewiary w piękno cyberprzestrzeni. kim jest Człowiek Bez Twarzy. powiedziałbym mu to. moje palce wybiły na klawiaturze: „Kim on jest?” „Już ci powiedziano”.znajomych śpiewaków. Urman obserwuje Labirynt. a Człowiek Bez Twarzy kontroluje Al Kabar. żeby się dowiedzieć. To ja próbuję oduczyć się oddychania. co warto mówić jedynie osobiście. „Czego chcesz?” „Pomocy” „Nie mogę ci pomóc. I kilometry słonej wody nad nami I wieloryby machają ogonami I nie wystarczy dla nas dwojga tlenu Leżę wpatrzony w ciemność Słuchając naszego oddechu. To jakby o mojej Głębi. które zarzuciły cienkie niteczki na cudze legowiska. „To prawda?” „Możliwe” „NIE PORADZĘ SOBIE!” „Szkoda” . o wirtualnym świecie.. „Tak” „Nie poradzę sobie” „To twój problem” „Nie tylko” Teraz długo nic – albo Człowiek Bez Twarzy zastanawiał się. Powiedziałem to na głos. że wie pan nie gorzej ode mnie” Wiele bym dał. Sieć ma swoje zasady kontaktu. jest w tobie samym” Gdyby on był obok – realny człowiek z krwi i kości.

większa pamięć i maszyna zaczyna przypominać człowieka.. – Nie miałem cienia wątpliwości. to jedynie imitacja zwycięstwa. Wiele osób – ja na przykład – większość życia spędzają w przestrzeni wirtualnej.. Jakby to było dobrze. a czasem bez sensu. – Nie wiem.. Jak zawsze. Równie chytrym. kiedy on mi odpowiadał? Wytężyłem pamięć. Może to jednak program. Ale to nie zwycięstwo ludzkiego rozumu. Czuję dreszcz. Co mówiłem Nieudacznikowi. zapuszczając korzenie w serwer trzydziestego trzeciego poziomu.. to wszystko. gdzie leży granica? Rozmawiamy ze swoimi komputerami. Nie gniewam się. czy ja jestem mądry? – pytam. która pojawiła się i po jego słowach. Kolorowe sztandary i fajerwerki nad pustynią. Posłusznie idący za ratownikami. Takie proste rozwiązanie zagadki! Cisza. Lonia. gdybym miał rację. – Jaką odpowiedź chciałbyś usłyszeć? – robi unik Vika. Strzelcu.Niemal w tym samym momencie na dole ekranu pojawia się linijka: „Połączenie przerwane na życzenie abonenta”. Vika. Nie wiem. Wtedy Al Kabar i Człowiek Bez Twarzy wyszliby na idiotów.. Efekt ten sam.. ale nie wiem. zwracając ci twoje własne myśli.. Program? . – Przepraszam. Czasem z komputerem można prowadzić bardzo zabawne dyskusje. – Połączenie przerwane! – potwierdza Vika. i. Przypomniałem sobie pustkę. że mój pentium jest rozumny. – Głupia jesteś. – Powtórne połączenie? – Nie. Przecież Nieudacznik też może być programem. Windows Home ma około tysiąca słów-kluczy. one nas witają i życzą miłych snów. – Cholera! – zawyłem. pomyślałby. – Prawdziwą. Program. który czerpie z twoich własnych słów. Może przeszedł przez filtr jako człowiek. Zaśmiałem się. Zdolny podtrzymywać rozmowę i niszczyć potwory. że opowiedziałem o nim Urmanowi. gdy sformułowania nie mają formy rozkazu i są dla niej niezrozumiałe. Vika. – Vika. niepotrzebujący żadnych kanałów połączeń. Bardzo chciałabym odpowiedzieć. polski serwer nie połączy mnie już z Człowiekiem Bez Twarzy. rzecz jasna. – Nic się nie stało.. Może obraził się.. Większa częstotliwość procesora.. Rozum – imitacja rozumu.. – A ty cham. Gdyby usłyszał mnie ktoś nieznający współczesnych systemów operacyjnych. Takie proste! Setka zdań wygłaszanych czasem udatnie. Może rozczarował się co do moich umiejętności. niemal inteligentne. jak wirus Maniaka.

Aż mi głupio na widok jego . ale wiem.. – Powodzenia. Program? – Nic nie rozumiem. Cóż począć. Lonia? Wstaję. – Wszystko w porządku. – Dziękuję. Urman wyliczył.. Lonia? Kręcę głową. czy człowiek. To ja jestem inny. tęczowa spirala zawirowała przed oczami. Deep Enter. Kierowcą jest przylizany młodzieniec w białej koszuli. Jadę czyściutką. Ciemność ekranów poprzecinały spadające gwiazdy. na innych kontynentach. czy to program. jasną windą. Strzelec. wymyślony – kupa śmiechu! – jako środek przeciwko biegunce. otwieram drzwi wyjściowe. – Wszystko w porządku. – Mogę pomóc? – odpowiada bez sensu Vika.. Wkrótce urządzą polowanie na Nieudacznika. – Wezwij mi taksówkę – mówię i wychodzę z mieszkania.Nieudacznik troskliwie niosący narysowanego chłopca. – Wykonuję. przenikając do Al Kabaru. Tym razem mój wygląd zmienia się nużąco długo. Czekana mnie stary ford. Vika. skrzypią szare komórki urzędników wszelkiej maści zaczynających uświadamiać sobie fenomen Nieudacznika. Może być. I ty nie możesz mi pomóc. Lonia. jest tylko cola. Teraz już tylko cztery. Głębia! – Włączyć deep program? Zamiast odpowiedzi zakładam hełm i kładę ręce na klawiaturze. Pierwszy moment jest najtrudniejszy. – Tak. którego zabiłem dwa dni temu.. – Nie! – A kto może? Po chwili milczenia odpowiadam: – Prawdziwa Vika. Dziękuję. – Osobowość numer siedem. Vika – mówię – kompletnie nic. przyglądam się sobie w lustrze. że to tylko miraż. Niemal czuję. Wkrótce zamkną trzydziesty trzeci poziom Labiryntu. Pokój jest w porządku. Kopia tego. zabierając mnie do wieżowców Deeptown. Ja go wyciągnę. Podchodzę do lodówki. nieunikniona zapłata za broń. ścierając realność.. jak gdzieś daleko. Chciwie piję popularny napój.. szukam czegoś do picia. Nieważne. Sprite się skończył. Pokój wygląda tak samo. że mam jeszcze pięć godzin.

– Dom publiczny Różne Zabawy! – szczeknąłem.życzliwego uśmiechu. .

. – Witam! – podnoszę rękę. W każdym razie. w tych wesołych.. Wychodzę z holu. Wiosenne słońce.. Nagle rozumiem. Starą powieść fantastyczną o wesołych młodych ludziach. wszyscy mają w oczach przerażenie i zakłopotanie. który posłusznie otwiera przede mną drzwi. życzliwych młodych dziewczynach. zresztą pamiętam drogę.. Zaglądam. standardowe ciała z zestawu Windows Home. skoro widzę od razu wszystkich klientów i mogę wchodzić do pomieszczeń służbowych. z ciekawością oglądając zdjęcia. najwidoczniej nałożone w celu zamaskowania się. Altana otoczona kwitnącą sakurą. Tylko ogolony mięśniak uparcie przegląda czarny album. co mi to przypomina. Strzelec! Napijesz się herbaty? – Nie. – Vika jest zajęta! – mówi. Wszyscy podnoszą gwałtownie głowy. część drzwi otwarta. Nawzajem się nie widzą. co jej absolutnie nie krępuje. a dwóch nawet częściowo przecina się w przestrzeni. Tych dwóch to błękitnoocy bruneci. Łączy ich spojrzenie. Każdy z nich wygląda jak człowiek. – mamroczę. Zza jednych dobiegają wybuchy śmiechu. nieustannie zajętych. Korytarz jest pusty. w oddali stożek Fudżi.. widzę w nim trzech mężczyzn. którego przyłapano na wyciskaniu pryszczy. Podchodzę do ochroniarza. Z kolejnych drzwi wysuwa się dziewczyna kompletnie naga. – Posiedzisz u mnie? Tak nuuuudno! W słowach dziewczyny nie ma żadnej aluzji. W altance dwie dziewczyny piją herbatę. by nadano mi szczególny status. Nikt nie ma zamiaru mnie odprowadzać. Wszyscy trzej odwzajemniają gest.100 Vika chyba musiała przekonać Madame.. myśl o seksie podnieca ją tak samo jak o procesie wejścia-wyjścia. przypominając potwornych braci syjamskich. Trzeci jest smagły. oddalając się szybko. dobrze zbudowany i ma gładko ogoloną czaszkę. gdy wchodzę do holu. – Cześć. drugi odrzuca od siebie fioletowy. uwalniając klientów od męczarni duszy. Najwidoczniej jestem teraz na prawach pracownika burdelu. Ale jest coś potwornego w całej tej sytuacji. Jeden ze sztucznie niedbałą miną odkłada zielony album.. na mój widok machają rękami.

– Nie warto tak często nurkować w Głębię – mówię. Górska chata jest pusta. Dużo dziś klientów.. Przełykam powietrze i mówię: – Naprawdę trzeba tak dużo pracować. w mroźny dzień.. zawsze gotowych pomóc towarzyszowi. Opieram się łokciami o parapet i długo patrzę na góry. – Zapragnąłem z tobą posiedzieć. czystości i spokoju. pasowały! – Dziękuję. Kotek otwiera pyszczek. poczekam u niej! – uśmiecham się z determinacją. – Jadłaś coś przynajmniej? – Tak. Obok. czarny mech pod sosnami. żeby w niego wejść. za oknem. – Po jaką cholerę się do mnie przyczepiłeś? – krzyczy Vika.. a one. nie odwracając się: – Jak się dowiedziałeś? – Wyczułem. wpadający przez otwarte okno wiatr porusza krótkimi firankami. – Z tobą. To jak krzywe zwierciadło. – Miau! – szepcę cichutko. Fałszywe odbicie. dobrze? – Nie. – Odejdź. Aż spotykam się wzrokiem z czarnym kotkiem na zdjęciu. Nieudacznikowi pewnie by się spodobał. Leonid. Nawet nie po to.. – Dziękuję! Dziewczyna robi żałosną minę i znika w swoim pokoju. Skrzący się śnieg szczytów.spędzających w pracy okrągłą dobę. Zło przywdziało szaty dobra. Świat ciszy. o dziwo. – Po co ci . sypki i ostry.... nie uprzedzono cię? Kręci głową. niezdolnych powiedzieć koledze nic przykrego. Świat. cicho miauczy w odpowiedzi i znowu zamiera. w którym nie istnieje słowo brud. – Mimo woli zaczynam się usprawiedliwiać. ptaki na niebie.. Idę dalej. podchodząc do niej. Żeby jedna osoba mogła stworzyć cały świat! I to nie dla pieniędzy czy sławy. serdecznych. Przywykła uważać to za pracę... nie na zamówienie – po prostu dla siebie. bezkresny lazur nieba. Mam nadzieję. – Lonia? Vika wchodzi bezszelestnie. Pyta. Odejdź na zawsze. jakby śnieg. odwracając się. Choć na chwilę. że mu się spodoba. wiewiórki pod drzewami. Nie odwraca wzroku. kamienie na zboczach. To nieprawdopodobne. Madame? Vika podchodzi do okna. wszystko w porządku? Vika kiwa głową.. A ja czuję w piersi zimno. – Przepraszam. pchając drzwi. Wystarczy sama wiedza. że on jest..

dziewczyna prostytutka? Zjeżdżaj! Mnie się to wszystko podoba. zmieniać ciała. aż się wykrzyczy. – Kim on jest? Vika wzrusza ramionami. nie mogę jej dotknąć. Chodzi w różnych ciałach i nic o sobie nie mówi. Trzęsienie ziemi chyba się skończyło. w okno wali kamienny szrapnel. ja łapię ją za ramię. Nie mogę nic powiedzieć. – Klienci czasem potrafią dokopać... Ziemia drży. czepia się parapetu. Lonia.. siadając na podłodze.. na co. – Nie wiem. – Pięć stopni! – krzyczy Vika. drobnym konwulsyjnym drżeniem. wolną ręką opieram się o ścianę.. – Myślałem... dotykając ręką policzka. wyciągają w dół macki lawin. Milczenie też jest niebezpieczne. ale już słabiej. rzeczka na dole. przez których chodzicie po ścianach? Vika milczy. Jeśli Cyklistówkę można rozpoznać. Wstaję. nie bawiłaby się tak dobrze. Jest bardziej podekscytowana niż przerażona. – O mamo. wyglądam przez okno. Tylko. – Nachyl się. – Nie gniewam się. dyrygować dziewczętami i udawać. Potem podchodzę i staję obok niej przy oknie. – Niezła jazda – szepcze Vika. – Nie gniewaj się na mnie. – Sadysta? – Pewnie tak. – Siedem! – Osiem! – Chyba nigdy nie widziała prawdziwego trzęsienia ziemi. powoli się rozlewa. – Honor firmy? Każde zboczenie? – Możesz to i tak nazwać. wyciągając się na podłodze. Stąd przezwisko. – Cyklistówka? – przypominam sobie. ale nie mam innego wyjścia. Lonia! Siadam obok niej – w samą porę. szukając . Po zboczach jeszcze schodzą lawiny. Sam nie wiem. Czekam. – My nie odsiewamy nikogo. Jej wargi bezgłośnie szepczą krótkie przekleństwo. – szepcze Vika. Śnieżne czapki spadają niczym biały dymek. jasne? Pieprzyć się sto razy dziennie. – Vika uśmiecha się krzywo – zawsze ma na głowie czapkę. Tylko szczególny. – On sam. Góry zaczynają drżeć i podłoga pod nogami wibruje. że największych idiotów odsiewacie. przecięta jedną z nich.. – Przyjmujecie wszystkich klientów? Nawet takich. Obok okna z hukiem przelatuje ogromny głaz. że jestem jedną nich! Rozumiesz? Stoję i czekam. Podłoga chaty jeszcze się trzęsie. Łowię jej spojrzenie. Vika krzyczy.

. – Chcesz. Vika śmiesznie kręci głową.. – Vika. Milknie. – Dziękuję.. – Mówisz o tym.... – Pomogę – mówi Vika.nowego koryta. – Żadnej? Vika rzuca mi krótkie spojrzenie... żeby się z tobą spotkał? – Vika. – Jak człowiek. nie przywykłem do takiej troskliwości.. gdyby człowiekowi. poproszę go. To nie wymysł.. porządnemu człowiekowi groziło nieszczęście. czuje się ją. – Nawet jeśli to nie tak całkiem porządny człowiek. Świat staje się prawdziwy dopiero wtedy. tak mi się przynajmniej wydaje. – Kiedy ostatnio byłeś w realu? – Pół godziny temu. Jakby moje słowa mogły na nowo obudzić żywioł. Gdyby on na zawsze mógł stracić wolność. którzy zagubili się w wirtualności. – mimo woli zniżam głos... o czym ty mówisz? Gdzie schować? – W wirtualności. Macie pewne systemy bezpieczeństwa? – Absolutnie pewne. gdy otrzymuje wolność. – Muszę kogoś ukryć. – mam znajomego nurka. – Lonia. Szczerze mówiąc. – Ale nie masz racji.. Znasz się trochę na tym? . – Oczywiście. – Na pewno? Czy to nie tobie potrzebna pomoc? Ja... który jest w Labiryncie? – Tak. – Vika bierze mnie za rękę. – Po co zrobiłaś trzęsienie ziemi? – Co ja mam do tego? Ten świat żyje sam. – Tak bardzo wierzysz w wolność? – W wolność nie trzeba wierzyć. Wiedziałem.. Gdy jest. zgodziłabyś się mu pomóc? – Zgodziłabym się – odpowiada spokojnie. – Lonia. – przygryza wargi. To moja specjalność – troszczenie się o ludzi. oni naprawdę istnieją! Zabawne. ogląda zmieniony pejzaż. – Żadnej.. że powie coś w tym guście. Nie mam możliwości sterowania nim. włosy rozsypują się jej na ramiona. – Uspokoiło się.. – Po co? – On nie może wyjść.. Nie mam teraz głowy do takich dyskusji.. wstaje.

Vika przez sekundę je zasłania. Leonid. żebyś widział. Madame wisi na końcu pierwszej dziesiątki. otwarte bombonierki. kilka centymerów nad ziemią. kilka rudych i jedna zupełnie łysa. – Vika. piękniejszą. – Wyjaśnimy Loni? Vika. wbrew sobie. Patrzę na Madame. I obiektywnie rzecz biorąc. odsłaniając wąskie drzwi. Idę za nią. coś szepcze. Pokój zastawiony starymi meblami. – Powie mi? – Tobie nie. blondynki i brunetki. – zobaczyłem. Ze ścian wystają lśniące niklowane haki. tania biżuteria i bransoletki z dętego złota. Gwarny. Jestem jak zahipnotyzowany. – Możesz wypytać Maga. Vika idzie wzdłuż kołyszących się ciał. – Dlaczego to takie makabryczne? – pytam. I to Madame odsuwa się od wiszącego bezradnie ciała. Są również kobiety w średnim wieku. Chcę. Zimne. – Żeby nie zapomnieć. To zupełnie inny świat. – Te haki.. .. – To moja garderoba – mówi Vika. Nie mógłbym wprawdzie napisać programu. wszędzie leżą porozrzucane książki. i przytula się do obfitego ciała właścicielki zakładu. nie trzeba. ale tyle razy je rozwalałem.Kiwam głową. wiszą ludzkie ciała. chcąc się upewnić.. Żeby ani na sekundę nie zapomnieć: oni nie żyją. Za nimi jest światło. Vika waha się i rzuca mi takie spojrzenie. ale Madame.. Albo kostnica. I mnie też nie.. W ich otwartych oczach jest pustka. Podchodzi do ściany. Z magazynu ludzkich tusz wychodzimy przez inne drzwi – prowadzące do pokoju Madame.. kilka dziewczynek i paru chłopców. dwie staruszki. woła: – Lonia. żebym wyszedł. że mogę uważać się za eksperta. Gdy jestem przy drzwiach. Przede wszystkim młode dziewczyny.. znacznie spokojniejszą i mądrzejszą niż Vika. opróżnione do połowy flakoniki perfum. że patrzę. Przez chwilę nic się nie dzieje. po co? – mówi do niej. Albo muzeum Sinobrodego. Wiem. jakby się z nimi witała. Po co to? Vika? Madame patrzy na Vikę i kiwa ze smutkiem głową. Plaża za oknem. Deski rozsuwają się. białe słońce na niebie. milczy. obejmuje je jak w paroksyzmie zwyrodniałej namiętności. ubrania. Vika ogląda się na mnie. – To wszystko – mówi Madame swoim niskim głębokim głosem. dziewczynko.. Na nich. Szopa. martwe. Potem – moment przejścia mi umyka – Vika i Madame zamieniają się miejscami. nakłuta karkiem na hak. przesuwa po niej ręką. zaglądając w martwe twarze. potem znika w środku. – Musiałeś to zobaczyć. Milczę. jakby prosiła.

Bardzo równo. jak wyglądamy z boku. – Nikt nie obiecywał. gdyby nie brak jakiegokolwiek podobieństwa. że będzie łatwo. potem podchodzi do baru. Blady wysoki Strzelec mógłby być synem Madame. – Widzisz. Pijesz szampana. – Witaj. zastanawiając się. na podłodze perski dywan nadgryziony przez mole i poplamiony winem. ja pani za język nie ciągnąłem! – oświadcza Mag. prawda? Ja nie piję. podchodząc do nas. – Pamiętam. – wzdycha Madame. – Absolutnie. – Porozmawiaj ze Strzelcem – prosi łagodnie Madame. młócące powietrze skrzydełka. Dziewczęta nie muszą słyszeć naszej rozmowy. – Schody są strome – uprzedza Madame. Mag.. wyłania się spod kontuaru. Nie mam zamiaru zgadywać. Kładzie opiekuńczo rękę na moim ramieniu. – Piję szampana. na ścianie gitara. Madame. Na świecie i tak nie ma innej prawdy niż ta. Wchodzimy do strefy wypoczynkowej. – Nie można być tak naiwnym. jakby wyczuwając. Pewnie wygląda to na wizytę przebranego arystokraty w tanim burdelu. że jesteś jeszcze chłopcem – mówi Madame. że ona się zbliża. Nie róbcie mu krzywdy! Ogólny sens radosnej odpowiedzi sprowadza się do tego. Strzelec poczeka tu na swoją dziewczynę. niezaścielone. – No. Odpowiedz na wszystkie. za dużo bąbelków. – Naprawdę na wszystkie? – pyta Mag. – Zgaduj zgadula. W barku galeria napoczętych butelek. jakby szedł po asfalcie. w którą chcemy wierzyć. potem w brzuchu burczy! Jakoś dziwnie się porusza. Nie zatrzymujemy się w pokoju Madame. jaka jestem naprawdę – mówi Madame. Viki nie ma – mówi głośno Madame. – Gdybyż to było konieczne. – Ma do ciebie kilka pytań. że na pewno mnie skrzywdzą i że bardzo im się to spodoba. Gej. obok niego pantofle. Dziewczyny pod parasolami witają Madame radosnym piskiem. Strzelcu. pluskający się w wodzie przy samym brzegu. – Szampan! – oznajmia Mag.karty do gry. Zbyt tu duszno.. Czekam na Maga przy stoliku stojącym w pewnym oddaleniu od innych. a z nich wyrastają malutkie. – Dlaczego? – Naiwnemu trudno żyć. ale tylko z dziewczętami – odmawiam. co mnie cieszy. – Dziewczęta. Idę obok Madame. Patrzę na jego nogi – na bosych stopach Maga zdeptane klapki. pospiesznie wstaje i macha ręką. Ogromne łoże pod aksamitnym baldachimem. Spod baru wysuwa się rozczochrana głowa Komputerowego Maga i szybko nurkuje z powrotem. Madame grozi dziewczętom palcem. – Wódka jest? . czasem odnoszę wrażenie. – Lonia.

– Gdzie dostałeś takie buty? – pytam. Mag chwyta dzban i sam miesza w nim napój. do toalety skoczyć! – Madame mówiła. Spaceruj po powietrzu. unosząc się niemal do poziomu blatu. nadal frunąc nad plażą. Nazywam je bałwankami. Potem podkurcza nogi. Im bardziej przybliżasz się do absolutnej pewności. Ursusa nigdy nie piłem. włączają się bałwanki. za przeproszeniem. że podświadomość sama dopowie sobie smak. Nasz system zabezpieczający został stworzony z zastosowaniem elementów sztucznego intelektu. ale słyszałem.. Po minucie. tym mniej wygodne jest twoje przebywanie w wirtualności.. – Klapki? Dzisiaj zrobiłem.. gdyby się ich nie wpuszczało? – Mówię o czym innym. – Niewłaściwe słowo! Tu się wszystko na mnie trzyma! – Obcy mogą tu wejść? – A jak byśmy na życie zarabiali. Najważniejsze to znaleźć optymalną równowagę ochrony i wygody. – Bałwanki? – Autonomiczne ruchome programy zabezpieczające. – Absolutnie? Mag wzdycha i odrobinę poważnieje. żeby coś wszamać i. – Delicje! – oznajmia. że cały system zabezpieczeń trzyma się na tobie. nalewam do kieliszka. używając ręki zamiast miksera. Zależność odwrotnie proporcjonalna: wraz ze zwiększeniem zabezpieczenia spada twoja zdolność odbierania i przekazywania informacji. Można przeniknąć do służbowych pomieszczeń burdelu? – Zakładu! To nie burdel. A że w Deeptown można chodzić tylko po podłodze. opada na fotel i otwiera swój likier. kryształowym dzbanem pełnym wody i torebką zuko. Czemu nie pijesz? . Jeśli powiadamia o próbach włamania. – Jasna sprawa. tylko zakład! Nie można. – Jesteś hakerem czy lamerem? – Uczniem. wprowadza się dodatkowe hasła. musiałem przy kleić do podeszew kawałki podłogi. Absolutne zabezpieczenie nie istnieje. – Masz.. W końcu jesteśmy w wirtualności i tu nie ma zarazków.– Wszystko jest! – Mag stawia na stole butelkę likieru w jadowicie fioletowym kolorze i odbiega z niepotrzebnym adrau durso. bo są tępe. dość miałem grzęźnięcia w piasku. Wypijam jednym haustem i popijam prosto z dzbanka. – Miodzik! Prawdziwe curacao! – Cały dzień tu spędzasz? – Ha! Wychodzę stąd tylko. fagocyty. I teraz spoko. aż się zmęczysz! Mag chichocze i zaczyna przebierać nogami. że to dobra wódka.. Cmoka i przypina się do butelki.. wraca z wódką Ursus. W nadziei. pomieszaj sobie.

– Vika jest we mnie zakochana po uszy. ale nie przejmuj się. – Chcesz założyć własny system zabezpieczeń? Spróbuj. – A. żebyś Viki nie skrzywdził! – ostrzega. Gdybyż tak było! W życiu też się tacy trafiają. Albo nie. ale mnie uprzedziłeś – przyznaje się. pomogę. – Jeśli następuje zmasowany atak – ciągnie Mag – stopień ochrony rośnie w sposób nieograniczony. – rozmyśla Mag. to świetna dziewczyna. Nie zgadłeś. – Ale do tej blondyneczki nie podchodź! – dodaje Mag. stary.. Na każdą tarczę znajdzie się miecz. – A może uderzę do Nataszki. . Wzdycha.Nalewam sobie wódki. Kiedyś mi się wydawało. Tylko komu to potrzebne? Rozumiem. – Bo. obejmując się z przyjaciółką. Oczywiście. – Sam ci wszystko zrobię.. – Dziękuję. zresztą trudno było oczekiwać innej odpowiedzi.. – Miałem do niej uderzyć. Biedna... patrzy z rozmarzeniem na morze. czemu Madame od razu nie powiedziała? Ciekaw jestem. w praktyce do czegoś takiego nigdy nie doszło.. jak to wygląda. może Vika jest już wolna – mówię.. ale wszystko powinno zadziałać właśnie tak.. – Cii! Wszystko kapuję. Przyjaciołom dziewczyn nie odbijam. aż do całkowitego zakapsułowania zakładu... jeśli przeniknięcie zaplanuje duża grupa profesjonalistów. że komputerowcy z telenowel to wymyślone charaktery. zanim ochrona rozkręci się na całego. – Zakochała się we mnie i od pół roku za mną usycha. – Nie. – Nie zawracaj głowy! – macha ręką. ale nie wypytuję Maga. Nudno tu! Kręcę głową. – Chcesz powiedzieć. cicho. – Byłem po prostu ciekaw. Magu.. nic niewiedząca o swoim ciężkim losie dziewczyna chichocze. – Wszystkie tu takie kochliwe! Bierze swój likier i tanecznym krokiem zmierza do wesołej blondynki. chodźmy do ciebie! – zapala się Mag. Teraz na pewno też. Mag od razu staje się uroczysty i ważny. – Pójdę. Korzystam z okazji i zmywam się.. ja za nią każdemu mordę obiję. kto mógłby sprawdzać wirtualny dom publiczny? I po co? Interesujące. Zarozumialstwo walczy w nim z obiektywizmem. – Tylko uważaj.. zdążą wejść.. że zabezpieczenie jest mimo wszystko idealne? Mag waha się. jesteś z kontroli! – podrywa się Mag.

Oczy puste i zadowolone. a Cyklistówka wyjaśnia: – Utrata społecznej i etycznej orientacji. Tamtych klientów już nie ma. na które gotów jest odpowiedzieć. – Nie podobasz mi się! – mówię z niespodziewaną radością. Rozpad osobowości. jakbym rozmawiał z programem. – Pracownik? – Nie. – Prowadź je w innym miejscu. Cyklistówka uśmiecha się nieładnie – pierwsza okazana emocja. Koleś gapi się na mnie pustymi oczami. Gość już odłożył album i niespiesznie idzie do wyjścia. Wyminąłem go. Jasne oczy obmacują mnie od stóp do głowy. Nieuchronna i fatalna . – Trzy razy ha-ha-ha – mówi Cyklistówka. idąc do drzwi prowadzących do pomieszczeń służbowych. – Cyklistówka! – krzyczę. – Jesteś Cyklistówka – powtarzam. Niewysoki. przygarbiony. Zatrzymuje się i powoli odwraca. Żadnej reakcji.101 Najwidoczniej robię za dużo kółek na kręconych schodach i schodzę aż do holu. przeglądając czarny album. Tylko jakiś mężczyzna stoi przy stoliku. – Czego tu chcesz? Chyba zadałem pytanie. Robi mi się nieswojo od tej dziwnej charakterystyki. Zatrzymuje się i obojętnie czeka. odwracając wyblakłe spojrzenie i rusza do drzwi. Moje uwagi go nie interesują. ale tak mechaniczna. – A więc mutant. Pewnie smakują radość życia. – Stój! – krzyczę. – Pewne badania psychologii grupowej. a nie z człowiekiem. – Słyszysz? Bardzo mi się nie podobasz. Ale przynajmniej rodak. z twarzą wygłodzonego świstaka. jak u gotowanej ryby. i wtedy do mnie dotarło. – Nie przychodź tu więcej. długie pukle włosów wysuwają się spod nasuniętej na oczy cyklistówki.

. Patrzę na Vikę. że Cyklistówka prowadzi swoje eksperymenty w kilku innych miejscach. dodaje: – Nic interesującego. Wiem. że na to pytanie będzie musiała dać odpowiedź. Człowiekiem. – Badasz takich jak Cyklistówka? – pytam. lewa jest zaciśnięta w pięść. Bardzo często przyjmuje ono formę obojętnej obserwacji niedoskonałości świata.. który uważa. że moja prawa ręka ściska pas.. Siada. – Na przykład wirtualne prostytutki? – Nie tylko. – Dobrze. Zwłaszcza takiej jak nasz burdel. – Ochłonąłeś? – pyta Vika.metamorfoza. I otwierając drzwi. – Coś wspominał o psychologii. Głupio mi z powodu tego wybuchu. Ach tak.. Głos Viki dogania mnie przy wyjściu: – Leonid. Podchodzimy do drzwi. – A kim ty jesteś? – Psychologiem w stopniu doktora. jeśli cię to interesuje. poczekaj! Nie warto! Z trudem udaje mi się dojść do siebie. Okazuje się. – A jak brzmi temat twojej pracy? – Sublimacja anomalnych zachowań w warunkach przestrzeni wirtualnej. Pokój po trzęsieniu ziemi wymaga gruntownego posprzątania. Vika kontynuuje: – Psychologia w powszechnym mniemaniu jest bardzo prostą nauką. Jakby przepraszająco dodaje: – Wybacz naukowy żargon. Vika? Czuje. Ludzie niezdolni do samodzielnego wbicia gwoździa czy zrymowania kilku linijek nie mają żadnych wątpliwości co do swoich umiejętności rozumienia i sądzenia innych. – Prawdziwy łowca lipnych łowców? . a wściekłość powoli opada. z których uśmiecha się czarny kotek.. – Chyba zaczynam rozumieć waszą reakcję. Nie wiedzieć czemu moje słowa bawią Vikę. Ponieważ nie ma drugiego krzesła. nie spodziewałem się. – Osoba niezdolna do tworzenia zawsze szuka usprawiedliwienia w destruktywnym zachowaniu. że można mnie tak łatwo wkurzyć i to nic nieznaczącymi słowami... – To był Cyklistówka? – pytam na wszelki wypadek. Chodź. – Kim on jest. siadam w kucki.. – Tak. strząsając ze stołu mały kamyczek. Dziwne. – Nikim szczególnym. że ma prawo osądzać innych. W skrajnych przypadkach staje się to sensem ich życia i źródłem pewności siebie.

wyciąga papierosa. ile ty masz lat? – Wymiana? – pytam szybko. Wirtualność jest jak lód. Może nawet krew. która niejedno widziała i z niejednego pieca chleb jadła. Dostaliśmy pieniądze na badania zachowań seksualnych w przestrzeni wirtualnej. Mam dwadzieścia dziewięć lat. – Udało ci się – przyznaję. W realnym życiu pozostawiają za sobą złamane życia. Nie przyznaję się. nie mieszaj się do spraw zakładu. Lonia. – Nie będę się wtrącał w wasze sprawy w zakładzie. możesz przewidzieć zachowanie tysiąca. Od dawna już nie. Wmarzamy w nią raz na zawsze. przypala. . – Trzydzieści cztery. – Dobrze – mówię. może zadać ból jednemu człowiekowi lub kilku osobom. – Twoją pierwszą maską była Madame? Vika bierze ze stołu torebkę. Wszyscy oni działają identycznie. – Informacja za informację? W wirtualności nikt nie afiszuje się ze swoimi danymi. Dawałam ci dwadzieścia dwa. zdążam się ucieszyć. – W życiu bym nie pomyślała. – Vika. I Cyklistówka. – Tak.. To ból kobiety narysowanej. Wymyślamy setki ciał.. Tutaj są nieszkodliwi. Zanim odpowiem. Cała ich duma. Badanie było interesujące przez rok... Nie możemy zdjąć naszej pierwszej maski. – Wirtualność jest złudna... że oni istnieją. – A poza nim? – To już kwestia wolności jednostki. i jemu podobni. – Dlatego. po co. w końcu jedna trzecia informacji w Sieci dotyczy seksu. Zachód miał na tym punkcie małego świra. jak bardzo ja nie przywykłem się z nimi afiszować. Tutaj destrukcja. że miałem odwrotne obawy. ale pierwsze zawsze będzie widoczne. zwierzęce reakcje. – W takim razie. – Ale tobie jest ciężko! – I co z tego? To nie jest ból prawdziwej kobiety. Bo Madame zdejmie twój dostęp. – Dobrze. wyśmiane przyjaźnie. – Leonid.– Nie. Vika wypuszcza dym i pyta z lekką ironią: – Może w głębi duszy taka właśnie jestem? – Wszystko mi jedno. toksyczne miłości. Leonid. – Nie. Uśmiecha się. która z nich emanuje. jeśli znasz jednego psychopatę. Wszystkie patologie są jednakowe. intrygi i zarozumiałość to pył. Vika rozkłada ręce. A Vika nawet nie podejrzewa. No to wymyśliłam sobie taki wygląd: pewna siebie właścicielka burdelu. – Proszę cię. Pył na wietrze.

Gdzieś tam. – Śmieszny z was naród.. Patrzę na zegarek. Ale zanim pozwolę sobie zasnąć. kłamię. Wyrzucam kołowrotek za okno. świąteczne miasto. Na końcu nitki jest ciężarek.. choćby w pokojach przeznaczonych dla sadomasochistów. – Obudzić cię? – Tak.” Rzucam się na wąskie łóżko i zamykam oczy. Trzeba jeszcze przyjść po niego w odpowiednim momencie. Pode mną kolorowe. Siedem i pół metra. na górze.. Powiedziała przecież: „Czuj się jak u siebie. Wiatr za oknem nie cichnie ani na moment. Możesz spokojnie przyprowadzić swojego przyjaciela. Ale Vika się nie spiera. Z jakiegoś powodu liczę. po co idę do nieba. ale i tak mi przyjemnie. Cha. widzę je przez różnobarwną mgiełkę. Gdy ciężarek dotyka zbocza. w burdelu na pewno są jakieś sznury. za dwie godziny. – Pozwolisz mi się tu przespać? – Słucham? – Przespać się. – To dobry specjalista. Vika. jakbym nadużył zaufania Viki. lekko wspieram na zielonych i twardo stąpam po żółtych. A ja wyjmuję z kieszeni kurtki kołowrotek z cienką nitką. Vika – o dziwo – podchodzi do kwestii rzeczowo. We śnie wiem. Mierzwi mi włosy gestem. patrzę na nić – każdy metr zaznaczony jest czerwoną farbą. Po minucie Madame idzie do swojego pokoju. No nic. jest kryształowy klosz Głębi dzielący świat na dwie połowy. Idę po nich. Oślepiające błyski przypominające deep program. – Śpij. Ale śnią mi się kompletne bzdury. a lepiej pracować ze świeżą głową. Prześcieradła nie pomogą. – To nie takie proste. Sama cię obudzę. Barwy tęczy mają różną gęstość – zapadam się w fioletowych i niebieskich warstwach. szarpie nitką. cha. Trochę się głupio czuję. Sen przychodzi natychmiast. Tęcza nad Deeptown. – Zuko cię uspokoił? – Prawie. hakerzy – rzuca Vika. Muszę go rozbić – albo bronią Maniaka. albo gołymi rękami. że ona na pewno pozwoliłaby na ten malutki eksperyment. który bardziej pasowałby do Madame. Jestem w Głębi prawie dobę. żeby podyrygować dziewczętami. że zobaczę coś proroczego – jak poprzednim razem. Mam jeszcze czas. ale pocieszam się. Czuj się jak u siebie.Kłamię. niczym Mag Komputerowy w swoich skrzydlatych klapkach. mimo wszystko wychodzę z wirtualności i rozkazuję Windows Home obudzić mnie za dwie godziny. Tęcza składa się ze stopni – biblijne schody prowadzące do nieba. Rozwijam ją do końca. zostałem uznany za twardziela programistę. .. Wskazuje głową łóżko i wychodzi przez drzwi prowadzące do garderoby.

Miele ziarna w malutkim ręcznym młynku z wypolerowanej do błysku miedzi. I coś się stanie. – Mam jeszcze pięć minut. żywa woda. Przecież gwiazdy są z kryształu. obserwuję Vikę. niesterylną czystością. kiedy zdołam przemienić barierę w miliony kryształowych gwiazd. Zdążam wypić dwie filiżanki kawy i dwa kieliszki koniaku.Kryształ rozsypie się i spadnie na miasto jak oślepiający gwiezdny deszcz. by stać się takim jak wszyscy. Może wyszeptać swoją wyliczankę i wyjść w real? Zaparzyć prawdziwą kawę. trę czoło. . Poproszę Maga. dodać koniaku. Mija kilka sekund. gdy wychodzę. słysząc szept Windows Home.. Opieram się plecami o drewnianą ścianę. Wyjmuje z czarnego.. gdzie jestem. Nie wiem.. – Ja i Madame jesteśmy przyjaciółmi – uśmiecham się. weź swojego przyjaciela za rękę.Coś często zaczęło mnie nawiedzać samobójcze pragnienie. albo w ogóle się nie kłaść. – Podziękujesz Madame. Wziąć prysznic. siadam na pomiętej pościeli... kredensu płócienny woreczek z kawą. Leonid. Pachnie suchym sosnowym drewnem i kawą. chyba ze starości. – Koniaku? – pyta Vika.. I jakąś abstrakcyjną. Otwieram oczy. A może zdążą ostygnąć i spadną w podstawione dłonie. Może gwiazdy nas spalą.. Vika zaczyna sprzątać pokój. – Obudziłeś się? Kiwam głową. Czyste powietrze.. potem w drogę. Dobrze mi. Głowa ciąży.. Albo woda w górskim strumieniu. – Dziękuję. Czas. – Gdy będziecie wchodzić. – Czas. troskliwe spojrzenie Viki. stęchła woda w kranie. Umiejętnie rozpala ogień. Mimo woli przypominam sobie o surogacie . Z kłującego kryształu odbijającego światło naszych oczu. Czas mi się naprawdę kończy. wilgoć... Obym był przeklęty. już czas. – Zaparzę kawę – mówi Vika. jeśli to zrobię. To tu wszystko jest prawdziwe. To od niej wszystko zależy. Wtedy on też będzie miał uprzywilejowany status. zanim uświadamiam sobie. Najważniejsze to uderzyć w porę. Nalewa mi malutki kieliszek ahtamansa. – Wrócisz nie sam? – Taką mam nadzieję. albo piasek nagrzany słońcem. Trzeba było albo dłużej pospać.. Na zewnątrz jest zapuszczone mieszkanie.. Niemal już nadszedł. fusy kawy na dnie filiżanki.. czego właściwie chcę. już został wyznaczony. Po chwili wchodzi Vika.

rodziny pojawiającym się ostatnio coraz częściej. porusza się zrywami. odkurzać i prać – jakby imitacja domowego życia czyniła ich związek bardziej rzeczywistym. Miesiąc temu tego nie było. Ale przynajmniej ta rozrywka nie jest tak niebezpieczna jak uliczne pościgi. Podobno bardzo lubią krzątać się po domu. – Na jakim przerywaniu wisi twój modem? – wykrzykuję. choć jednego dolara. nawet po trzęsieniu ziemi!”‘ Obrazek nawet nie budzi złości. ona parzy doskonałą kawę. – Od czego zależy pojawienie się napisu „Proszę zacząć pracę od naciśnięcia tego przycisku”. wyszukana rozrywka. „Ma pan rodzinę?” „Tak. Coś mi się zdaje. Podobno nikt z nich nie potrzebuje pieniędzy. Wszystkie te pary. – Help me. Jest potworny. – Panie hakerze. Maniak przysięgał. To również nowe zjawisko: proszenie o jałmużnę w przestrzeni wirtualnej. odwracając się. – Pracowałem w Microsofcie – mamrocze żebrak. więc wyliczyłem prawidłowo. lekko przezroczysta. Podobno większość nędzarzy to Rosjanie. Ale . Sytuację trzeba rozwiązać.. i na co mi przyszło. U nas zawsze jest czysto i przytulnie. że Maniak nie kłamał. Jak zawsze zbity tłum. pobyć w skórze nędzarza. Obok pawilonu ulokował się żebrak. – jęczy żebrak. ale obdarty i wychudzony... idąc za mną. – Kiedyś powiedziałem. Poskamieć. Spotkanie z żebrakiem poprawia mi humor i do portalu Labiryntu podchodzę już w zupełnie innym nastroju. – Bóg da. – Żebrak odwraca się i ucieka. że powiesił na jednym takim marker. w ten sposób chce zademonstrować niską szybkość modemu i słabe oprogramowanie.. Proszę kiedyś zajrzeć. które żyją w realu w różnych miastach i wynajmują w Deeptown wspólne mieszkania. w Windows Home? Trzy najlepsze sposoby zawieszenia windy? Kto wymyślił grafikę teksturową? Najlepszy protokół dla modemów marki. mamy malutką górską chatę w burdelu. Nędzarz jest schludny.. modne rok temu.. Następnego dnia Bili Gates osobiście wylał mnie z pracy i umieścił na czarnej liście. Właśnie z ich powodu zabroniono używania prywatnych samochodów i Deep Przewodnik stał się monopolistą na rynku usług transportowych. że Windows to niedorobiony program i pochwaliłem OS/2.. Byłem niezłym hakerem. W dowolny sposób... Modna i podobno skuteczna psychoterapia. – błaga nędzarz. a ten okazał się dyrektorem wielkiego banku. Labirynt jeszcze funkcjonuje. Mijam pawilonik jakiejś kompanii lotniczej ze znudzonym operatorem. Taka zabawa nowych ruskich. Idę ulicą do portalu wejścia. Jego postać. Moja dziewczyna jest prostytutką..

Przeciskam się pomiędzy graczami – szybciej. szybciej.nadal boję się spóźnić i w ostatniej sekundzie utknąć w zamkniętych drzwiach. Uspokajam się dopiero po wprowadzeniu kodu i wyjściu na trzydziesty trzeci poziom. Zaczynamy! Jestem Strzelcem! ...

jak po alkoholu. że zaczynam się czuć nieswojo. biedaczysko. żelazna kabinka amerykańskiej kolejki. – deklamuję. chwiejąc się.. na zamknięcie poziomu? – Nieudacznik.. Patrzy i na mnie. Po prostu nikt nie wyszedł poza barierę. Program może imitować rozmowę. co zanegował. – To ja! Nieudacznik podnosi głowę. spełzając z szyn i zawisając nad głową Nieudacznika. a w jego oczach jest zmęczenie i beznadzieja. pech. kolejny niezawodny sposób popełnienia samobójstwa. – Zobaczymy. Nieudacznik kręci głową.. – Hej! – krzyczę. – Nie nudzisz się? Siadam obok niego. – Chodź spod tego szajsu – wskazuję oczami kołyszącą się kabinkę.. podchodząc. – Wiesz. – Mamy mało czasu.. czerpiąc odpowiedzi z moich własnych słów. mogę cię tak nazywać? Lubisz poezję? Milczenie...110 Na poziomie jest wiatr. – szepcze Nieudacznik. Może to dobry znak. ale posłusznie wstaje i siada z boku. – Jesteś programem czy człowiekiem? – pytam wprost.. że nie jest programem. Na obiecaną przez Urmana akcję. – Ale nawet Hiob miał więcej farta niż ty! Twój pech to coś wyjątkowego! W końcu odpowiada: – To nie tylko mój. Nieudacznik bardzo cierpliwie udziela mi wyjaśnień. na co czekam. . Poskrzypuje. które nic nie wyjaśniają. – Chcesz powiedzieć. Mogę sobie sam wybrać. Pięknie. – Jaką barierę? – Świadomości. Nieudacznik sam ściąga respirator.. Ale nie zdoła sam nic stworzyć. – I tak ci się nie uda. – Dobrze mnie ratowali. – Mój zacny wujek. że przezwali cię Nieudacznik? – pytam. Muszę trochę rozruszać Nieudacznika i – mimo że brzmi to idiotycznie – upewnić się. Sam nie wiem. – Mów dalej! No? Patrzy na mnie z taką ironią. że źle cię ratowali? Jestem ożywiony i gadatliwy..

Moja własna głupota zaczyna mnie śmieszyć – te wbite w świadomość schematy! Ale nie śmieję się: coś we mnie pęka – może ta słynna bariera. Didgyre andgimble in the wabe. Szedł w noc. – Odejdź. trwał w dzień. I gzbyka nań w pomroku! Dom wariatów. Anatol chichocze. – Siadłem. W celu dokonania samobójstwa możecie użyć własnej . Z bardzo daleka Windows Home alarmująco piszczy i szepcze: – Nie można przetłumaczyć! Nie ma w słowniku podstawowym. niczym w hipnozie. Anatol pięć metrów dalej.. Czekam. z BFG w pogotowiu. – Kim jesteś? – pytam Nieudacznika.. Sprawa jest znacznie poważniejsza niż sądzisz. Nie można przetłumaczyć! Dick podnosi na mnie oczy. – Koniec zabawy w ratowanie. Strzelcu. nad poziomem rozlega się wyGie syreny. Trzydzieści sekund na opuszczenie strefy gry. Pamiętał cudne zachwycenie. że rozsadza uszy. czy wszyscy rosyjscy nurkowie znają na pamięć tylko Puszkina? – Anatol? – Tak. Potem syrena milknie i słychać tylko wycie i pisk zaniepokojonych potworów. podchwytując: A w myślach onych trwając – czuj duch! Zabrołak z płogniem w oku. Zagłuszając je. – Dokładnie tak samo siadłem z boku – mówi Dick. and the slithy tobes.. Świszłap! I brnie przez tołszczy pnie. – Więc według ciebie Nieudacznik jest Rosjaninem? Urman zadał mi to samo pytanie. nurku – rozkazuje Dick. o Pampamu pień w rychliwych myślach wsparty – mówi Nieudacznik. tak głośne. z nieba rozlega się kobiecy głos: – Attention! Uwaga! Wszyscy. Dick stoi obok.. A ja jestem najbardziej tępym pacjentem.. Jakby na potwierdzenie jego słów. może zdrowy rozsądek? – i pytam: – Co recytował Dick? Szekspira? – Carolla – słyszę z tyłu. którzy znajdują się na trzydziestym trzecim poziomie Labiryntu Śmierci! Natychmiast opuścić poziom! To oficjalne ostrzeżenie.– Gdy niemoc go zwaliła z nóg. A Nieudacznik kontynuuje: Ali mimsy were the borogoves And the mome raths outgrabe.. On uśmiecha się i wstaje. Siada przed obojętnym Nieudacznikiem i mówi: I was brilling. – Kim jesteś?! – krzyczę.

pokrywa niebieskimi iskrami. – Wszystko jest zbyt poważne – powtarzam jego własne słowa. Chwytam go za ramiona. Trzeba się spieszyć.. Za nim jest ciemność. Niebieski strumień ognia. Zostaną wam udzielone wyjaśnienia i wypłacone rekompensaty.broni i wrócić do sali kolumnowej Labiryntu. Ale Dick skłonny jest winić o wszystko mnie. Koniec uderza Anatola w kamizelkę kuloodporną. nie chcę go zabijać. gilotynując z entuzjazmem bezrobotnego kata. że tak właśnie wygląda kapsułowanie Labiryntu. To Nieudacznik. Kiwam głową. – Pomóc ci? – pyta Anatol. – Po co? – zdąża zapytać Nieudacznik. Anatol kiwa głową. Raz-dwa raz-dwa rąb. Do gry włączył się Al Kabar.. Bicz trafia go w szyję. Nurek znika w wichrze fioletowego płomienia. Warlock 9000 Maniak stworzył w formie bicza.. Za naszymi plecami nowy wicher wybucha na ciele Crazy Tossera. nie widzi różnicy pomiędzy pancerzem a nagim ciałem. – Ty! – krzyczy Dick. W ręce pasek wydłuża się ze świstem. gdyby nie przerażenie i szok na twarzy Dicka. hurgot burzonych murów. wijący się wokół bicza. – Przeniosłeś wirus! Nasze twarze oświetla niebieskie lśnienie. klingo zła Zarłacka opak z brodom. wizg zgniatanego metalu.. W tej samej chwili wyszarpuję spod kamuflażu skórzany pas Strzelca. Teraz. To najzwyklejszy pas – dopóki znajduje się na moim ciele. Podrywa karabin. zapada się pod ziemię. jakby chciał się wyrwać z moich rąk. Uwaga! Wszyscy. postrzelisz Nieudacznika – mówię. Jeden zamach i bicz wyciąga się.. wżera się w ciało Anatola. Ale wicher nie cichnie. To broń bojowa. – Uderzyłeś Anatola! Naruszyłeś kodeks nurków! – Dick nie próbuje wziąć do rąk broni. celując do mnie z BFG. Można by pomyśleć. gdy hakerzy Labiryntu i Al Kabaru walczą o trzydziesty trzeci . a ja reaguję bez zastanowienia. odkłada BFG i zrzuca z ramienia granatnik. – mówi głos w niebie.. co mnie cieszy. Nieudacznik patrzy jak zaczarowany na rosnący wir. Nakrywa trzydziesty trzeci poziom niczym gigantyczna szklanka. Po co teraz słowa? – Piętnaście sekund. ognisty lej powoli się rozszerza. Nowy dźwięk – łoskot pękającego szkła. Z purpurowych chmur spada w dół srebrny pierścień. – Czy wolisz sam? – Uważaj. popycham w stronę ognistego leja.

To lustro się nie rozbija. Niebieskie błyskawice pełzną po moich rękach. wsysa nas w siebie i wyrzuca na zimną marmurową podłogę. no tak. szpital dwudziestego pierwszego. niewyobrażalnie płaska.poziom.. Ulica Deeptown. ściany z ekranów. Ciekawe. Ma wbudowany licznik pokonanych przestrzeni. przestrzeń – niczym blada akwarela.. a sam nurkuję za nim... wpychając Nieudacznika w niebieski płomień. Nie . fioletowa mgła to jego ciało. żeby stąd zjeżdżać. maska taksówki. czy w Głębi można mieć halucynacje? Warlock powinien się w końcu uspokoić. po której biegnie. Purpurowo-czarny wir.. słony smak na wargach. mały szczeniaczek. ale my już lecimy dalej.. chłopak przy kasie. jakby wrastając w ciało..” Księgarnia. malutki jacht. Supermarket – tuż przed moimi oczami miga słoik pomarańczowego dżemu. przypominający tron fotel. trzymający się lin.. muzyka harf. Cichnące szczekanie.. – Równina. – Żeby wrócić! – krzyczę. Pusty. Twarze w lustrach – jak cienie. który przewierca Głębię. gwiazdy w rozerwanych chmurach.. siwy staruszek w białej chlamidzie do pięt odprowadzający nas stropionym spojrzeniem. Warlock to nie tylko zabójca.. niesiony na grzbiecie fali i spadający w dół – na dziobie. siarkowa woń i błysk stali w ciemności.. niski ryk. ale Maniak nie obiecywał. Zielona polana. Mrok. wypalona. oczadziały zachwytem i rozpierany energią. tęcza okładek... rozbijamy je. Obłoki albo morze białego puchu. że on zadziała... goły po pas mężczyzna z harpunem. Sklep zoologiczny.. to również tunel. Biały królik w klatce. właśnie teraz jest idealny moment. sobór pięćdziesiątego! Nawet widzę wyszczerzoną mordę Księcia Kosmitów i ognisty błysk jego granatnika. Ogień. reklamowy szyld – „Tylko pracując dla.. kryształowe drzewa aż po horyzont. twarze przechodniów. szelest stron niczym wystrzał. Pod naszymi nogami przydymione lustra – spadając. cztery pełznące po niej samochody. Zniszczony dworzec pierwszego poziomu. okrągła sala. dziewczyna w okularach kartkująca czasopismo. Nieudacznika otacza obłok turkusowego płomienia.. Nie miał okazji przetestowania wirusa... każdy włosek na skórze trzeszczy i kłuje. Zatrzymaj się. Spirala niebieskiego płomienia to ściany tunelu. Warlock! Spienione morze. Spadamy. Błękitne pociski pękają wokół nas..

Mężczyzna po prostu nie chce nas widzieć – nie pasujemy do stereotypu prościutkiej. – Jaka gra? – O gwiezdnych wojnach. rozglądając się w poszukiwaniu wyjścia. wznoszę bicz do ciosu. czy niczego sobie nie złamałem. – Deneb! – rozkazuje. którą jest pochłonięty. żeby zlikwidować zakłócenia. Świadomością nas nie przyjmuje. które dałyby się otworzyć. Ekran się rozjaśnia. – Musimy połączyć nasze wysiłki! – oznajmia mężczyzna. – Rozkaz zostanie wykonany. Surowe umeblowanie. – Rozbijemy w pył pamięć o was! Ekran blednie. naciska jakiś przycisk. liczbą orderów współzawodniczący z graczem. – Gra – wyjaśniam.. Oho! Ja to mam szczęście – jeszcze sobie przy okazji znalazłem pracę! Deep psychoza. – Pułkowniku! Proszę wyprowadzić eskadrę na orbitę Soła! – Imperatorze. ale podświadomie gotów jest zrobić wszystko. Drzwi są. – Ludzie nieraz dowiedli kłamliwości swojej natury – ryczy mrówka z ekranu. – Wyjście! Wyciąga rękę.. Chyba nas nie widzi – całą jego uwagę przykuwa istota na największym ekranie. ostatnie stadium. pojawia się oficer. Pułkownik z miną męczennika kiwa głową. Stopnie tronu są kryształowe. Co najmniej doba Głębi. siłą rozpędu trzymając się kilku najbliższych serwerów. Jego ruchy są słabe i niepewne. Z poszarpanej dziury w suficie sączy się nadal fioletowa mgiełka i sypie lustrzany pył odłamków. niestabilna łączność. mężczyzna przyciska do twarzy dłonie i zamiera. Istota przypomina ogromną czerwoną mrówkę.. Podchodzę do mężczyzny.. Wpadliśmy na serwer jakiejś gry. Za moimi plecami z szumem otwierają się drzwi. zbawco ludzkości! – klepię gracza po ramieniu. Zrywam się... Nieźle. – Wspólnie nasze rasy. Może jesteśmy dla niego niewidoczni? Ale mężczyzna odpycha moją rękę i mamrocze: – Zakłócenia. – Najważniejsze to ochronić ojczyznę ludzkości – mówi Imperator.ma czasu na sprawdzanie. Warlock nadal pracuje. ale nie wyglądają na takie. Pomagam Nieudacznikowi wstać. Imperatorze! Zasłaniam Imperatorowi twarz dłonią. W oczach ma skąpe męskie łzy. – Jak stąd wyjść? – krzyczę. Pierś obsypana orderami. Mężczyzna prostuje się w fotelu.. – Co to? – pyta Nieudacznik. Pomieszczenie przypomina filmowy bunkier bazy rakietowej. nasza planeta jest bezbronna. Ale zagrożenia chyba nie ma.. śliskie i cholernie niewygodne. Na fotelu-tronie siedzi mocno zbudowany mężczyzna w średnim wieku. ubrany w niewiarygodnie wspaniały strój o półwojskowym kroju. – Ej. strategicznej gry. .

Kochany! Nie tutaj. Oglądam się na drzwi. tylko weszliśmy nie wiadomo skąd. zamiera. – Standardowy zestaw wyposażenia. – Co będziesz robił? Nieudacznik jest uosobieniem ciekawości. – Lonia? – Głos Windows Home jest głuchy i obojętny.. Oglądam pokój. Warlock zostawił ślady. to kto? – Vika! – komenderuję. Jeśli nie ja. Potem kieszenie zaczynają mi ciążyć. Otwieram. Potem trzeba uruchomić deep program wyjścia albo wyzerować timer. Widzę jedynie nieruchomą. ale są zbyt dobrze zamaskowane. by mój prościutki skaner mógł je wykryć. potem nurkuje w pomarańczową nić. tylko u podnóża tronu wije się lśniąca pomarańczowa nić. W tunelu widać rozbłyski światła. Wiele było przestrzeni na drodze z Labiryntu. – Idziemy? – pyta Nieudacznik. to typowy żółtodziób. Widzę własną segmentową pępowinę leżącą na podłodze i wychodzącą w wygryziony przez Warlock tunel. ślizgać się po dnie oceanu. Ciemność niemal nieprzenikniona. Komputer najwyraźniej mocno przeciążony. ciemną sylwetkę przyglądającą się mojej pracy. Nakładam. A facet. Mój kanał może teraz krążyć po kontynentach. Strażnikiem Głębi. No proszę. Zostaję w ubraniu Strzelca. który znowu zmienia się w pas. kanał. W prawej kieszeni mam metalowe pudełko. – Deep psychoza. co odgrywa Imperatora na pewno ma włączony timer. na miękkiej poduszce porusza łapkami połyskliwy szmaragdowy żuk. rusza głową. nie powinno być skomplikowane. że na komputerze Imperatora jest tylko standardowy . Bardzo długa. Trzeba się spieszyć. wskakiwać na sputniki. od czasu do czasu wypadają gasnące strzępy nici. Od Nieudacznika rzeczywiście nie biegną żadne sygnały – albo może biegną. kierując się na mój własny kanał. sądząc z tego. programowi nie zostało sił na modulację głosu. Wyjmuję z lewej kieszeni ciemne okulary. ale mimo wszystko jestem nurkiem. co widzę. wcześniej czy później ktoś je znajdzie. używając broni wobec Anatola i Dicka. – Wyciągał! Teraz muszę przechwycić kanał połączenia łączący gracza z jego domowym komputerem i złamać zabezpieczenie.– Co z nim? – Nieudacznik podchodzi bliżej.. Sadzam żuka na podstawie tronu.. No dobra. złamałem kodeks nurków. Czyli nie podłączyliśmy się do serwera gracza. teraz są tuż obok. Przerwa. Zrzucam z siebie poszarpane – czyżby w czasie spadania przez lustra? – resztki kombinezonu kamuflażu. Biorę go w palce. Niedobrze. Starannie zwijam bicz. on się energicznie wyrywa. Teraz będziemy czekać w nadziei..

łapię sznur i zawiązuję na węzeł. za to wydłużają się ręce. Ten go nie zauważa. Drugi kanał jest szybszy i próbuje robić uniki. Nić jego kanału zwęziła się maksymalnie. że to głos Nieudacznika. – Kto? Najpierw myślę. Jestem nurkiem. widocznie też patrzy przez skaner. ale i tak cud. ale samymi rękawiczkami go nie powstrzymam. Zazwyczaj działa to bez zarzutu. po coś się przyczepił? – dostosowuję się do sposobu. Człowiek kręci głową. Wyciąga ręce. Jeśli nieznajomy jest zwykłym użytkownikiem Sieci. a tu jeszcze wyskakuje haker z zestawem służbowych programów. rejestrując jedynie kanały połączenia. a raczej w stronę mojego kanału zaczyna biec giętki. Mam ochotę zrobić to samo z nieproszonym gościem. oczywiście. – Odczep się. Wkładam rękawiczki..zestaw antywirusowy. Z dziury w suficie zwisa migotliwa biała nić. może ciebie też będę kiedyś musiał wyciągać! Spadaj! Bo mi się żółtodziób przekręci! . Ale gdy się oglądam. Gdybym się nawet starał. Ale gość albo uważa się za największego hakera na świecie. – Słuchaj. i po chwili w moją stronę. uznać Imperatora za pełnowartościowego uczestnika wydarzeń. na jej końcu wisi długa. albo mi nie wierzy. z jakiej dali on tu wypadł. jeśli. co się dzieje.. – Możesz sobie być nawet Dżepettem! – odpowiada. pozbawiony emocji. Boże mój. takiego efektu się nie spodziewałem. a nie chcę używać Warlocka. w połowie drogi ratować idiotę z deep psychozą. głowę przekrzywia mu na bok. że cokolwiek słyszę. koleś. że jego kanał jest taki cienki. Zresztą Nieudacznik właśnie przestał się interesować mną i krąży wokół hakera. postać zaczyna drgać. ale chyba nie widzi. Tak samo spokojny. Rękawiczki ogłuszają program. w życiu bym czegoś takiego nie wymyślił – wyciągać nie wiadomo kogo z Labiryntu. Łapię kanał przy samym końcu i ściskam z satysfakcją. połyskliwy sznur. Drewniany głos rozmówcy mnie denerwuje. nie ma co! – Nie twoja sprawa! – odzywam się agresywnie. jak wytrzymał upadek przez tunel? Warlock nieźle się spisał. Gościowi nie podoba się moja reakcja. że na sali jest nas już czworo. skurczona postać.. Dobrze chociaż. że przestaję się złościć. Wesoło. Widok jest tak komiczny. Zbyt potężny ten wirus. nos odpływa za policzek. Na końcu szczękają malutkie zaciski. – Ja pracuję! – Ja też.. Jej kontury są rozmyte. – Słuchaj. widzę. mówienia gościa. ruchy gwałtowne. może mi przeszkodzić.

. Nigdy nie wiadomo. ale obliczony na człowieka z instynktem samozachowawczym.. Jakiś półaktywny program skanujący. Ale on milczy. skoro taki z niego twardziel. Jego postać mętnieje. na który patrzy się z Głębi. że sprawa jest poważna.. I niedoszły władca galaktyki właśnie to zrobił. pomarańczowy sznur gaśnie.Do hakera w końcu dociera.. Powoli kręci głową. Virt Nawigator. – Chodź! Muszę ciągnąć go za rękę jak dziecko. potem niepewnie młócą powietrze. Chwytam mężczyznę za kołnierz. za dziesięć minut jego kanał zostanie przerwany. I to pod nosem dwóch potężnych . – System klienta pod kontrolą – szepce Windows Home. Bóg z nim. Zeskakuję z tronu. Mam dosyć zastanawiania się nad jego dziwactwami. Gdzieś obok śni na jawie przywódca czerwonych mrówek. Zaciekawiony haker zostaje w pustej sali. szybko! Ręce mężczyzny sięgają do głowy. Aha. Przestaje sięgać do mojego kanału. – Rachunek za uratowanie dostaniesz później – ucinam. Spycham Imperatora z tronu – zsuwa się na podłogę. zagląda w otwór tunelu. że wyciągnąłem go z Labiryntu. pcham w stronę tronu i rozkazuję: – Zdejmij hełm! Wyłącz komputer. – Wyłaź. jak będzie wyglądać wnętrze cudzego komputera. rozglądając się. Tak właśnie powstają legendy o nurkach cudotwórcach. Wyłączenie w nim timera to kaszka z mleczkiem. szarpię. Dlatego zawsze wybieram najłatwiejszą drogę.. ja nie chciałem. – Vika. terminal! Przede mną rozwija się ekran.. Zajmuję jego miejsce.. biorę pomarańczową nić gołymi rękami. Dziura w suficie powoli się zwęża. ściągam rękawiczki. – Ja... Niezły system operacyjny. Zdejmuję okulary. za to wyciąga coś w rodzaju latarki i oświetla Imperatora. Niech sobie patrzy. Próbuje dojść do drzwi. Znajduję plik natychmiastowego wyjścia z Głębi i włączam. a nie na żółtodzioba eksperymentatora. Ale niech sobie sam radzi z takimi drobiazgami. chwyta się za głowę. Deep program nie słucha od razu. skąd wysypują się różne śmieci. – Co się tak przyssałeś do tego hakera? – pytam Nieudacznika w windzie. pyta o potwierdzenie. niczego tajnego w moich metodach nie ma. Haker pod dziurą tunelu jest niemal bezcielesny. – Idziemy – mówię do Nieudacznika. Drzwi prowadzą nas do niewielkiej sali – siedem innych wyjść i szyb windy.. Ten ciągle krąży wokół hakera. machnięciem ręki zwijając terminal. – mamrocze Imperator. I to się nazywa natychmiastowe wyjście. Imperator cicho jęczy. Najważniejsze. obmyśla chytrą strategię władca rozumnych meduz i inni maniacy gier. Jest w wirtualności od dwudziestu ośmiu godzin! Nie mam ochoty grzebać się z timerem.

mieni się czerwona reklama: STARS&PLANETS: MASTER OF SIRIUS! Znana firma. – Taksówka! – krzyczę. pościgu. z którego wyszliśmy... Wtedy od razu polecielibyśmy do Różnych Zabaw. – Połazimy trochę – postanawiam. – Dobra – mówię. To przekaz ogólnosieciowy. – Nie znasz go – opędza się. Całkiem znośnie. jaki jest twój język ojczysty? – pytam. Nie można się przed nim ukryć w przytulnym wnętrzu samochodu . sam nie wiem. – Może BASIC? Śmiejemy się obaj. Na wieczornym niebie. odwraca się do nas z uśmiechem. Słychać brzęk kryształu. wyciągając rękę. samochód zrywa się z miejsca. włączali go do tej pory może z pięć razy. Bałem się natychmiastowej pogoni. rozglądam się. władca Syriusza! Idę za jego wzrokiem. – Jeszcze gdzieś pójdziemy? – pyta Nieudacznik. stała płaca. – Po co straszyć ludzi. Nieudacznik podnosi głowę i mówi: – Gwiazdy i planety. – To idziemy. – Obywatele Deeptown! Głos płynie zewsząd. długie rzędy hoteli. wpycham do środka Nieudacznika. Nieudacznik nie protestuje. Warto im zaproponować usługi nurka – łatwa praca. – Nieudacznik. Po chwili obok mnie zatrzymuje się samochód. Nie jesteś tworem rozumu komputerowego. Szczerze mówiąc. może zaczął odróżniać ludzi od programów. – zaczynam. zamieszania i krwi. co powiedzą teraz. – Byłeś w ogrodach elfów? – Nie. Dziewczyna posłusznie rusza. ale najwidoczniej dzisiaj nie jest mi sądzone wystąpić w roli przewodnika wycieczek. Nad budynkiem. wsiadam sam. Rozrywka całkiem. Jesteśmy na granicy rosyjskiego. Nie mam przy sobie rewolweru. który po raz pierwszy znalazł się w wirtualności. Kręcę głową. Widać wieżę America Online. gasząc gwiazdy.. O ile pamiętam. – Żyjesz. Kierowca. więc wciągam rękawiczki i ogłuszam dziewczynę uderzeniem pięści. młodziutka kędzierzawa Murzynka. – Do domu publicznego Różne Zabawy – rozkazuję. pojawia się tęcza. europejskiego i amerykańskiego sektora miasta.. – Dziękuję. zieleń parku – to ogrody Giltoniel. – Zdejmij maskę – radzę i sam ściągam z niego respirator. Domyślam się. Ogląda przechodniów z ciekawością człowieka. – Ale w takim razie kim jesteś? Nieudacznik wzrusza ramionami.przeciwników! Winda wywozi nas na ulice Deeptown.

proszeni są o skontaktowanie się ze mną. jak przystało na porządny wirus dopuszczony do użytku. Wszystko jasne. że zwierzyna dała nogę. Na niebie płoną nasze portrety. Połączenie uzyskuję po dziesięciu sekundach. zdejmuję z panelu słuchawkę telefoniczną. – Zwraca się do was Jordan Rade. Willy – mówię szybko. zostało oskarżonych o użycie broni wirusowej zabronionej przez Konwencję Moskiewską... Nawet gdyby pokazać policji kod źródłowy wirusa.czy za ścianami domów. Znam Rade’a. którzy gotowi są kontaktować się z nurkami i znosić drobne przestępstwa w imię życia samej Sieci. – mamroczę.. – Przekazują ważną wiadomość. że Warlock tylko przewiercił tunel i spokojnie umarł. chociaż Amerykanin. odrywając się od szyby.. I zwalili na mnie wszystko.. – A! Strzelec! Gdzie pan jest? . Wszyscy.. Spróbuj im teraz udowodnić.. – Zaraz zobaczycie postacie używane przez podejrzanych w Labiryncie – kontynuuje Jordan. zwłaszcza widok. Matko Boska! Co on gada? – Dwóch ludzi. ze zniszczeniem trzydziestego trzeciego poziomu włącznie. Jakbym mógł nie zwrócić! – Mniej więcej pół godziny temu na terenie Labiryntu Śmierci popełniono przestępstwo zagrażające istnieniu Deeptown – mówi Rade. Sięgam przez ramę Murzynki. – Skurczybyki. Gdy walczący ze sobą przeciwnicy zrozumieli. z nieograniczoną możliwością rozprzestrzeniania się. by dobrowolnie zjawiły się w zarządzie bezpieczeństwa Deeptown. Robi wrażenie. Wśród poszkodowanych są korporacja Al Kabar i Labirynt Śmierci. – Źle? – pyta Nieudacznik. z których jeden jest nurkiem.. Jeden z tych. Co za bzdury! Maniak nigdy by nie wypuścił takiego wirusa! – Jedną z właściwości jego działania jest przejęcie zarządzania sprzętem komunikacyjnym. połączyli siły.. Warlock mógł w jakiś sposób oddziałać na wirtualny świat Labiryntu. komisarz służby bezpieczeństwa miasta. Porządny gość. Potem mnie i Nieudacznika zaczynają demonstrować w skali jeden do jednego i w ruchu. – Proponujemy tym osobom. jak biczem odcinam Dickowi głowę. – Jak mam to rozumieć? Wahanie. To polimorficzny wirus o nazwie Warlock 9000. proszę zwrócić uwagę – mamrocze Murzynka. i tak nikt nie zaryzykuje uniewinnienia mnie. – Do licha – szepcę... którzy znają tych ludzi. wystukuję na klawiaturze adres Gilermo.. – To nie jest właściwe słowo. – Hello! – Witaj.

– To dom publiczny – wyjaśniam Nieudacznikowi na wszelki wypadek.. kanał połączenia zostaje przecięty. Nie wiem. – Więc uratowałeś. teraz jest w szarych dżinsach i szarym swetrze. Wychodzę z samochodu za nim. – Można ci pogratulować. – I czemu mnie to nie dziwi? Po korytarzach prawie biegniemy. Takie prymitywne programiki jak mój żuk nie zdołają pokonać jego ochrony. wrzucam tępego owada do środka i zamykam drzwi.. Będę musiał poprosić o pomoc samego Deep Przewodnika... – Niech pan przyjedzie. Wypuścić? Wcześniej czy później Deep Przewodnik wznowi połączenie i wyśledzi trasę. Vika przebrała się. wdepnęliśmy na całego.. Czekam. Leonid? – pyta Vika lodowatym głosem. to nie stawiać oporu. W chacie jest czysto. – Najpierw zdejmijcie zarzut. – Nieudacznik. jakby nie było żadnego trzęsienia ziemi. najlepsze. nierejestrowanych przejażdżek. Nie ma nawet ochroniarza.. to nie leży w mojej kompetencji. kładąc słuchawkę na widełki. Jeszcze zadzwonię – obiecuję. godząc się na figle w rodzaju moich bezpłatnych. a ja szybko się cofam. Żadne ryzyko. Taksówka rozpływa się w powietrzu. – wzdycha Willy. co może zrobić mężczyzna. aż pracownice znowu zaczną wysuwać się ze swoich pokoi. Dojeżdżamy do burdelu i pojawia się nowy problem: co zrobić z samochodem? Zniszczyć program do końca? Niełatwe zadanie. Na stole pojawił się malutki magnetofon. Ale mamy szczęście – hol jest pusty. – Wielka szkoda. że nie. wszystko załatwimy. jak inni. Sądząc po głosie. . – Możesz przejrzeć albumy. gdy tylko żuk zaczyna próbować wejścia na cudzy komputer. Kręci głową. Gdy kobieta jest w takim nastroju. – Strzelcu. Wyciągam z kieszeni pudełko ze szmaragdowym żukiem i okulary. – Idziemy – ciągnę Nieudacznika za rękę. Jeśli w holu akurat siedzą klienci. Ale próby przeniknięcia na swoje serwery przecina bezlitośnie. – Słyszałaś komisarza? – A kto go nie słyszał? – Vika wstaje. ja taki porządek zaprowadzam w chwili kompletnego rozstroju nerwowego. wysiadaj.– W samochodzie. Rezultat jest natychmiastowy. Deep Przewodnik nie troszczy się zbytnio o ochronę swoich taksówek. czeka na wyjaśnienia. ogłuszony program transportowy nie doniesie o swoim miejscu pobytu. ale panuje absolutna cisza. Nieudacznik podąża za mną. – Zaszło nieporozumienie – mówi pospiesznie Gilermo.

że Bóg stworzył kobietę z żebra Adama.. skończona idiotka. – Kłamią? A może to ktoś inny tu kłamie? Mam nieduże doświadczenie w dostawaniu w twarz... uśmiecha się i Vika odrobinę zmniejsza obroty. Wybrała niewłaściwą osobowość – to maniera Madame. koleś? Nieudacznik wzrusza ramionami. Możemy zostać przyjaciółmi. Załatwiłeś Al Kabar i Labirynt? – Vika. A tobie starczyłoby odwagi.. w czym rzecz.. jeszcze ci proponowałam pomoc! Nie mogłeś mi powiedzieć. – Od razu. – Nie można kochać człowieka.przyjaciela Uratował cię.. Między nami jest mur – teraz i na zawsze. przyjacielu.. tak samo jak mężczyznę.. że cię stracę. Wybacz. Tylko co z tego. – Warlock to lokalny wirus. Trzymam się za płonący policzek i stoję jak słup. Zaczęłabyś mnie nienawidzić. gdy wszystko jest prawdziwe. Chyba zwariowałem. Mówię i wiem. że cię stracę. – Dlaczego? Nie ufasz mi? Nigdy nie uwierzę. Nieudacznik posłusznie patrzy w okno.. który widzi jej twarz jak mozaikę kolorowych kwadracików. – No i... I nie zdawałabyś sobie sprawy. odpowiada wymaganiom Konwencji! – O nurku też kłamią? – krzyczy Vika. – Aha. – Nurek? – wścieka się dalej Vika. ja.. powinienem był ci powiedzieć – szepcę. nie kuś losu i postój sobie spokojnie przy oknie! Nieudacznik posłusznie idzie do okna. Wykonał ją. z gliny – tylko zupełnie innego rodzaju. – Jak się nazywasz? – Nieudacznik. oni kłamią! – mówię szybko. – Moja praca.. co ją wyprowadziło z równowagi... Zupełnie inne powody budzą w nas gniew. dlaczego tak wyszło. – zaczyna Vika i milknie. a Vika przystępuje do ataku. – Tak. – Nurek? A ja. nie wiem. Vika. że to już koniec... niczym więcej. których naprawdę nie ma. zawsze się staje. to przez nią. skoro obejmuję Vikę i pomiędzy nami nie ma żadnych murów.. ale trudno było nie usłyszeć plaśnięcia. – szepcę. próbowałem się otworzyć. że jesteś nurkiem? Vika milczy. . – Ja też nie mogłam. przestraszyłam się i wypadłam z Głębi. To takie wstrętne.. Wiem to. – Więc go uratowałeś. żeby powiedzieć. W jej oczach widzę łzy.. bałam się.. że sam jesteś nurkiem? – Nie.. Żadna kobieta na świecie nie pokocha mężczyzny.. który widzi Głębię bez iluzji. Wreszcie rozumiem. No więc.. nie mogłem. – Bałem się. To zawsze. – Nie – mówi cicho. Niezauważalnie. było zbyt ohydnie.

– Zawsze się wynurzam. Mam na końcu języka pytanie... .. To prawda. którego nigdy nie zadam.... Wierzę jej Jak wszyscy mężczyźni od stworzenia świata. Wynurzyłam. Dlatego biorę na siebie najbardziej ohydne typy. Nieudacznik patrzy na góry. Zuch. nad rzeką.... Po raz pierwszy w życiu. W tym świecie tylko nasza wiara staje się prawdą. nie wychodziłam z Głębi.. Ale Vika odpowiada sama: – Tam.– My mówimy „wynurzyłem”. gotów jest stać tak cały dzień. i tak mi wszystko jedno.

– Nie ten typ. – Moje dziewczęta? – Na przykład. że nie wszyscy – uśmiecha się Vika. że on nie urządzał orgii i nie wzgardził naszym towarzystwem. nie doniesie na ciebie. Zresztą Vika od razu nalewa koniak do kieliszków. Białorusi.. którzy lubią przed stosunkiem chłostać kobietę pejczem. a Strzelca tu widziano. Nieudacznik też się przyłącza. – Mnie się wydał zdolny do wszystkiego. w cukierniczce góra białego cukru. czy w tych krajach kwitnie miłość do polityków i ludzi wielkiego biznesu? – Takich zboczeń nie zauważyłem. – Mówisz tak. Vika bębni palcami po stole. Kazachstanu. nawet Nieudacznik się ożywia. – Ten mnie na pewno zapamiętał.. Za twój sukces. jakby pił herbatę. Ludzie. A może myślisz. – O tym właśnie mówię. Ukrainy. – Dlaczego? – Ogólnosieciowy list gończy.111 Vika przygotowuje kawę. Ta postać jest spalona. świeża śmietanka w malutkim dzbanuszku. Pijemy koniak. Siadamy przy stole. Żadna z naszych dziewcząt nie doniesie na Strzelca. Lonia. – Za twój sukces. pełna butelka ahtamaru czeka na swoją kolej. cały nasz personel jest z Rosji. Jak myślisz. my tych wszystkich dyrektorów korporacji i prezesów firm widziałyśmy bez spodni. Tym bardziej. że wirtualne prostytutki współczują możnym tego świata? Wiesz. – Naprawdę? – Lonia. – A Cyklistówka? – przypominam sobie. jakby oni wszyscy byli zboczeńcami – Oczywiście. – Kto? – Vika jakby nie rozumie całej złożoności sytuacji. Jego twarz pozostaje obojętna. – Nikomu nie powiedzą. To silne przejawy nieprzystosowania. . – Marny sukces. nie budzą współczucia. – I co z tego? – Będę musiał wyjść. – Ale zapamiętuje się właśnie takich gości.

gdy traci pieniądze na to. To szczególna grupa. przemieniają się w zwierzęta.. Wystarczy tylko powiedzieć: „Jestem ponad. – A kieszonkowcy uczą ludzi czujności. Widzisz. Nie tylko łańcuchy. przychodzi śmierć. uprawiać rozpustę. Mogę wytłumaczyć. a kopiowaniem informacji – ja nie zostawiam za sobą pustych komputerów. On przychodzi do nas rozmawiać. – Przepraszam. spodziewaj się chaosu. – Nie mam racji. – Otóż Cyklistówka się tym nie zajmuje. Można walczyć. – Przepraszam – dotyka mojej ręki. zboczeńcy osądzający pornografię. ćwiartowanie ciała. On zawsze sięga po czerwony album. Nieudaczniku. Prawo do prawdy. Poza tym jest różnica pomiędzy kradzieżą. mogę nie mówić dalej? – Gdybyś była tak miła. tylko bez dysput na temat dobra i zła! W ten sposób dojdziemy do tego. Łatwo poradzić sobie z idiotą czy bydlęciem. władcy gromiący korupcję. gdy solidny wujcio zamawia czerwony album. ale zrozumiałe. to jest wstrętne. że jest szmatą i zwierzęciem niegodnym żyć na Ziemi.. czysty i bez wad. Mądry. jestem czyściejszy i mądrzejszy” – i przychodzi zapłata. którzy nie obiecują cudów i nie stawiają się na piedestale. Świat. spadliśmy w świat czystej informacji. – Pomagam tylko rozpowszechniać informacje. żeby przez godzinę czy dwie udowadniać jej. – I tym dobił wszystkie dziewczęta? – Lonia. kto uważa się za nadczłowieka. znacznie trudniej z kimś. kto pierwszy wypuści na rynek nowy szampon czy lekarstwo na przeziębienie? Ale nie chcę się kłócić z Viką. w którym wszystko jest dozwolone. Haker. – Dlaczego nie? Dostałem za swoje. w której zezwala się na wszystko. – Dlatego. przynoszą światu dobro. – Dlaczego? – do rozmowy włącza się nieoczekiwanie Nieudacznik. Zabójstwo. bicze i drobne radości sadystów. Tylko ci. że to przekleństwo. mało ich było? Może to przekleństwo. który wchodzi w wirtualność może zrobić to z większym powodzeniem. Ale gdy niepozorny gość siada przed dziewczyną i zaczyna z nią serdecznie rozmawiać.. której ukradli portmonetkę z całą pensją? Mam milion kontrargumentów. to jest naprawdę koszmarne. Generałowie walczący o pokój. łamać prawo. Mój Boże. Prawo osądzania i prawo władzy. Czuję. Uwierz mi. Pospiesznie włączam się do rozmowy. Co to dla ludzkości za różnica. ale na każde bestialstwo.– Lonia. a . że zaraz tu dojdzie do walki. że w pracy nurka nie kradzież cudzych pików jest najważniejsza. gdy bronią moralności. zabiera dziewczynę do podziemi i z okrzykiem: „Jestem wampirem!” gryzie ją w szyję... Tylko czy taka lekcja potrzebna jest matce sześciorga dzieci. – Stop! Vika. że jedynymi sprawiedliwymi są zabójcy i złodzieje! – Sam jesteś złodziejem – zauważa Vika. Prawa.. gdy walczą o życie... które wisi nad ludźmi? Gdy obiecują ci porządek.

uśmiecha się zmieszany. Może to lepiej. dobra? – Ale mnie to naprawdę interesuje. Cytujesz Carolla w oryginale. ale Vika też na mnie patrzy. Teraz chyba Nieudacznik jest zakłopotany. – Wiesz. ale kto zmierzy ból. – Przecież nie – jestem człowiekiem. Kar w Głębi praktycznie nie ma. a ja czuję chłód w piersi. który prześliznął się po przewodach i ścisnął cię za serce? Nie zostało nam nic poza moralnością. Może w realu okażesz się antypatycznym typkiem. Tylko ból w duszy jest prawdziwy. Po prostu człowiekiem.. – Nie wiadomo. Jestem strapiony. – A jaki właściwie jest ten człowiek? – pyta Nieudacznik. ale to wcale nie dowód na to. Spróbuj udowodnić dwunastu przysięgłym. wstając. Cierpliwie czeka. to musi być w nas – mówię niespodziewanie dla samego siebie. prawdziwy człowiek? – Wyjaśniłbym ci – odpowiadam – gdybym był Bogiem. I oto okazało się. Ale tu i teraz uważam cię za człowieka.. Nie wiem. Vika patrzy na Nieudacznika ze zdumieniem.. ratowałeś nieistniejące dziecko.. po prostu milczy. Świat przestępstw nie do udowodnienia i nieprawdziwych śmierci. a ten z pomocą Wang Ho wrzucił pirackie wydanie na rynek. Nie strzelałeś do ludzi w Labiryncie. nawet gdy ekskomunikują cię z Sieci. Vika przygląda się Nieudacznikowi z uśmiechem. prawdziwym człowiekiem. Można mieć nieprzyjemności. – Jeśli nie chce odpowiedzieć. – Dla mnie jesteś człowiekiem. Tego nie da się wyjaśnić. nie są jeszcze gotowe. ale i tu środki prewencji są mizerne. bo chciałbym być twoim przyjacielem.. zerka na Vikę... – Nieudacznik nadal mówi spokojnym. przekazał ją Wani Piotrowowi. ale człowiek to nie zbiór wykutych na pamięć książek. że być sprawiedliwym czy łajdakiem jest znacznie wygodniej niż być człowiekiem. – Ty jesteś człowiekiem. że się jest człowiekiem.. – Dlaczego? Właśnie.co najważniejsze – ludzka psychika. przeciwnie. masz prawo wejść pod innym nazwiskiem. że nie mogę wyjść? – pyta Nieudacznik. on nie kłamie.. – Tutaj. to jesteśmy w domu. w Głębi. ale w oczach zapala się ogień podniecenia. dlaczego? Przecież jeszcze niedawno gotów byłem uważać go za program. Skończcie już. jak wszedłeś w wirtualność. Jesteś trzecią dobę w Głębi i nadal się trzymasz. – No. bardziej prawdziwie. wszyscy nosimy maski. Ale to akurat czysta głupota. Obłędu część druga.. – Biorę ją za rękę i odciągam od stołu. – Może w takim razie lepiej. – Vika. niemal obojętnym tonem. gdy kradnie się informacje. – Po prostu człowiek. że to właśnie mister John Smith ukradł nową grę z serwera Microprozu. czekając na odpowiedź: – Nie wiem. Nieudacznik . On nigdy nie kłamie – mówię.

który rozdarł ciszę. – Poproszę ze Strzelcem. – Obaj oszaleliście! Nie jesteś człowiekiem? – Wyrywa się. Nie sądziłem. że tak ją to przestraszy. Nieudacznik gra w swoją grę. czuję. . Nie kłamałem! – W takim razie czego się boisz? Mojego wyznania? Kiwam głową. – Nie.. – Widzisz? – prawie krzyczę. To była prawda? Teraz ja milczę.. Vika przytula się do mnie. – Ze Strzelcem. że prawda jest tu i teraz – ciągnie on. Brzęczyk. – Z kim? – zdziwienie Viki jest bardzo naturalne. bierze go za rękę. – Nie możesz wyjść z Głębi? – Nie. Zanosi się śmiechem. Wika stropiła się. smutny i spokojny. – Tak. Proszę powiedzieć. że chce z nim rozmawiać Człowiek Bez Twarzy. jak rozerwać łańcuch niedomówień i zagadek. a ja nie wiem.. że chcesz być moim przyjacielem. – Tak? – mówi.obserwuje nas. wyciąga rękę. – Że w Głębi każdy może być samym sobą. V| – On nie umie żartować – potwierdzam. Leonid. jeśli wierzy się w duszę. – Kim jesteś? Milczenie. Głos w słuchawce jest pewny siebie i na tyle głośny. nie odrywając wzroku od Nieudacznika. Tylko dusza. Istnienie komputerowego rozumu jest niemożliwe! Jeszcze nie czas. – Żartowałeś? – Vika patrzy pytająco na Nieudacznika. – Nie odpowiada! – Minutę temu nazwałeś mnie człowiekiem – mówi Nieudacznik. Wśród puszek. nie pora na jego pojawienie się! Ale nie mogę uznać słów Nieudacznika za kłamstwo. – Jesteś człowiekiem? – Nie. Koszmar trwa. bez makijażu. pudełek i torebek leży telefon komórkowy. – Mówiłeś. otwiera drzwiczki kredensu. – Nawet dodałeś. jak drży jej ciało. że słyszę go i rozpoznaję natychmiast. – Tak – mówię.. – Mówiłem wystarczająco dużo. podchodzi do Nieudacznika. zabrzmiał jak wybawienie. – Odpowiedz! – Co dla ciebie znaczy pojęcie człowiek? Nieopierzony dwunożny! – Nie jestem człowiekiem. Vika zaczyna się śmiać. Vika odchodzi od Nieudacznika. – Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? – krzyczę.

– Wyjdę z piekła.. Twarz Viki jest we krwi. – Chcesz się poddać? – Nie. ale tym razem wyprzedzam konkurentów jedynie o kilka minut.. – Nie obiecałem. – Przepraszam. – Dużo na siebie bierzesz. żeby utrzymać równowagę. ale. – Gówno – mówię krótko. że on nie chce iść z panem – odpowiadam.. – Są tu jakieś sznury? Oszołomiona kręci głową. Zresztą. nie ma czasu na takie gierki.. To poddaje się ochrona. zabijemy się! . – Vika! Pomagam jej się podnieść. – Można zeskoczyć. mieliśmy umowę... – Po pierwsze. – Bydlaki. To walą się ściany burdelu. Z Labiryntu go wyprowadziłem. – Potrzebne mi sznury! Vika przenosi spojrzenie na okno. wyginają się. ty już podjąłeś. Stoję przy głównym wejściu. którą naiwnie wychwalał Komputerowy Mag. Po drugie. – Wydaje mi się. reszta to już pańska sprawa. Patrzę na jasnowłosego chłopca. – szepce.. rozkłada ręce. – Cóż.. Tylko Nieudacznik nie upadł – stoi przyciśnięty do ściany. żeby wyjść. że oddam panu chłopaka. – Mów. – Siedem i pół metra. Al Kabar zdołał wyśledzić waszą trasę. rękaw swetra rozdarty. nurku. Spada na mnie obraz z wodospadem – szmer wody nad uchem przywraca mi przytomność umysłu. – Strzelcu. pełznę po unoszącej się w górę podłodze. – To nieuniknione. Głos znika. Na posępniejącą Vikę. – I co dalej? – Otrzyma pan obiecaną nagrodę. – Strzelcu. – No to się nie ruszaj! – rozkazuję i lekko potrząsam Viką. i Nieudacznik wszystko słyszą. podrzuca nas do sufitu.Robię krok i wyjmuję jej słuchawkę z ręki. proponuję.. – zaczyna. Zrozumiała. ściany z bierwion trzeszczą. zabezpieczenie wcale nie jest takie złe. Sekundę później podłoga zaczyna wibrować. Wstaję. Strzelcu. To nie trzęsienie ziemi. ale huk kolejnego wybuchu zagłusza jego słowa. – Ktoś musi podjąć decyzję. skoro do chaty jeszcze się nie wdarli. Vika. Wyjdźcie. A ja dostanę Nieudacznika.. który nie uważa się za człowieka. chcę panu pogratulować.

Vika. – Ojojoj! – Mag w teatralnym zdumieniu otwiera oczy. siada na podłodze i zaczyna ściągać swoje klapki. i w tym momencie drzwi się otwierają.. ale oni i tak się ruszają! Podlatuje do mnie. – O. wisi w powietrzu Komputerowy Mag. co jest! – komenderuje Madame. – Vika. mniej precyzyjne. Warlock 9000! – wyje radośnie Mag na widok bicza w mojej ręce. że każdy komputer się zatka! No. gdzie Madame? – Jestem za nią! – Burdelik atakują! – cieszy się dalej Mag. Ciekawe. drzwi i moje nieoczekiwane wyhamowanie mija... – Coś ty! Tam prawdziwi spece pracują! Ale to nic.. Unosi nogi. – zaczyna.. Kobiety są ulepione z innej gliny niż mężczyźni. Mag. Korytarz za jego plecami wypełniają różnokolorowe rozbłyski. zatrzaskuje za sobą. młóci wodę rękami i krzyczy. że jest deputowanym Dumy i że trzeba go ratować. – Włączaj wszystko. co lubi trójkąty. ten bałwan. ten. – Potrzebny jest sznur! – Żeby się powiesić? – chichocze Mag. nawet nie jego najemnicy. wiedziałem! Jego ręce już są czymś zajęte – wyjmują z kieszeni mały pulpit i zaczynają wprowadzać jakieś komendy. ze strachu wyskoczył przez okno! Wpadł do basenu. Madame Vika! – Musimy uciekać. który z szelestem przemienia się w bicz. Ale w drzwiach nie stoi Człowiek Bez Twarzy. no.. no to gdzie jest Madame? – Wytrzymamy? – pyta Vika. Tak wygląda z boku nurek. czy mógłby przez chwilę nie grać? – Wiedziałem. – Na trzecim piętrze.. twarz rozpływa się jak wosk. że nie umie pływać. Balansując na swoich skrzydlatych klapkach. który wynurzył się z Głębi i zmienia swoje ciało. to był numer. Rzuca mi klapki. Zrywam z ciała pas.. – Nie dam rady tak od razu pomóc! Nurek by się przydał! – Co tu ma do rzeczy nurek? – Macham ręką w stronę okna.. – Madame – Mag przyciska ręce do serca. – I tak nie wytrzymamy. – Parter już zburzyli! Hamulec zadziałał. Wpływa do pokoju. jej postać poszerza się w piersi i biodrach. Patrzę na ten karnawałowy miraż i coś się ze mną dzieje – ruchy stają się wolniejsze. chwyta za rękaw i pyta podniecony: – Widziałeś tę iluminację? Teraz na ich modemy leci tyle niepotrzebnej informacji. że im się odechce! Madame gdzie? Bez jej rozkazu nie włączę aktywnych systemów! Po ciele Viki przepływa drżenie. wysmażymy taki protest..Na szczęście Vika nie zwraca uwagi na dokładność miary – nie uniknąłbym kolejnej awantury. oprócz bardzo dobrego. . co nic o sobie nie mówi. nie przestając trajkotać: – Na drugim piętrze.

. tak jak i mnie. potem zaczyna wyjmować z kredensu różne torebki i paczki i ruchami koszykarki ciskać w okno. – Mag. próbując wstać. – Tylko nie wiem. – Nie przeciągajcie. dobra? – krzyczy z tyłu Mag. proszę cię zatrzymaj ich. Ja tak nie umiem. kim jesteś. Wierzysz mi? Nieudacznik milczy. ile mamy czasu? – Madame rozgląda się po chacie. – Nie chcę cię oddać tym łajdakom. Zagadaj albo coś w tym rodzaju! – Spróbuję – nieoczekiwanie zakłopotał się Mag. – Jakbyś wchodził i schodził po schodach. nie pozwólmy tym bydlakom na radość ze schwytania nas! Chyba powiedziałem nie to. – Gdy nie ma punktu odniesienia. ile zdołasz. w końcu nie jestem paplą! Biorę klapki do ręki.. gdy balansuję w powietrzu. przyzwyczajając się do tego niesamowitego uczucia. mną do okna. – Nadal chcę być twoim przyjacielem – mówię. Zgadzam się wyjść i z jednym. wróć do poprzedniego ciała – proszę.. oglądając gabaryty Madame.. – Vika. Spróbuję cię uratować. żebyśmy mieli czas je pozbierać. człowiekiem czy programem. jest mi wszystko jedno... Robi krok w moją stronę. założył nogę na nogę i nagle bardzo spoważniał. – Wystarczy tylko na pożegnalny pocałunek! – W takim razie odłożymy go na powitalny. którego używa się na niektórych poziomach Labiryntu – to chodzenie po powietrzu. – Słuchaj. Nieudacznik bez słowa podchodzi razem ze. – Dziękuję – mówię. dla mnie na odwrót. To nie to samo co reaktywny silnik. muskają moje palce.. ale nic nie mówię. że Vika to twoja maska. nadal stoi przyklejony do ściany. Mag wali palcami w . Śmieszne – dla Maga Vika to maska Madame. Mag trzyma mnie pod łokieć. wiesza na ramieniu torbę Viki. Klapnął na fotel. – Jak po stopniach – szepce Mag. kręci się w głowie od tej paplaniny? Komputerowy Mag przypomina wielozadaniowy system operacyjny. Skrzydełka poruszają się niespokojnie. wszystko traci sens.– Trzymaj! Nie ma ograniczeń mocy. Wątpię. Vika – już nie Madame – stoi na parapecie i z dziwną miną patrzy w dół. wszyscy troje polecicie! Madame. co trzeba. a ja dorzucam: – Proszę cię. nie umiem. Oglądam się. i z drugim! W milczeniu patrzy mi w oczy. – A jak inaczej? – odzywa się niespodziewanie Mag. – Co. – Bez względu na to. Podchodzę do Nieudacznika.. masz lęk wysokości? – zadaję spóźnione pytanie. – Ale będzie skandal! Koleś. przecież ja bym nikomu ani słówka. Mag. a ty kim jesteś? Nieudacznik nie odpowiada. czemu nie powiedziałaś. kim jesteś. jednocześnie zajęty błaznowaniem i poważną pracą. – Dobro na przekór złu? – pyta Nieudacznik. Może jemu.

ku przeciwległemu zboczu. że to nie ma sensu. Teraz jestem pewien. Teraz jego paplanina jest mi na rękę. wyjdź! Nie męcz się! Aha. – Ja mam to. Najpierw miałem zamiar wylądować na urwisku. że komendy nie są potrzebne. a za ścianą rozlega się ryk niczym z turbiny rozpędzającego się boeinga. gęsto porośniętemu drzewami.. A może nawet bardziej prawdziwa. Wiatr uderza z boku. – Mag. malutka. że takie szyszki istnieją.klawisze. Z trudem odrywam spojrzenie od przepaści pod nogami. Vika i Nieudacznik zawisają na moich ramionach tak synchronicznie. potem podnosi głowę. mam u ciebie tysiąc pocałunków! – ciągnie Mag. Pewnie wychylił się przez okno. Do przejścia jeszcze sto metrów. – Lonia.. Muszę wyjść. Powietrze mnie utrzymuje. Przechodzę na parapet i stawiam nogę na powietrzu. niedoczekanie... Ścieżka cała zawalona głazami.. – Trzymaj się.. Kręci mi się w głowie. przed oczami przepływa liliowa szyszka. nie chcę widzieć twarzy Viki jako kwadracików różnokolorowych pikseli. – Nawet samolotem boję się latać – szepce Vika. czemu Vika tak wysławiała tego Sigsgorda. . Jej przestrzeń wcale nie jest gorsza. – szepce oburzona Vika. nad ryczącą górską rzeką. Nad zboczem. Oto. ale teraz widzę. – Chłopcy. – Wynurzyłeś się? – Nie! Zamyka na chwilę oczy.. Tylko. Sosnowe gałązki biją mnie po twarzy.. chłopcy! – krzyczy z tyłu Mag. kto powinien był włożyć skrzydlate klapki! Nie wiem. rzeka szumi sto metrów pode mną. patrzę na Vikę. Po drewnianych drzwiach przebiegają języki płomieni. – Co to jest? – Zobaczycie – obiecuje Mag. Patrzę w lewo – twarz Nieudacznika jest absolutnie spokojna. nad urwiskiem. Wpatruje się w przepaść pod nami z radosną dziecięcą ciekawością. Jesteśmy z innej gliny! – Powodzenia. a ty? Komputerowy Mag uśmiecha się i wyciąga z kieszeni przedmiot mocno przypominający kurze jajko. Ryk niemal zagłusza czyjś krzyk. – Wszyscy faceci są tacy sami! – Vikunia. przeklęte trzęsienie ziemi! Płynę do przodu i w dół. muszę wyjść z Głębi.

trudno nie zauważyć działania filebomby.. klapki młócą powietrze.Obchodzę sosnę po spirali. Rzeczywiście. Niepotrzebnie. Huk wody zagłusza szelest igliwia pod nogami. zostaje po tamtej stronie urwiska. Jak przyjemnie stać na twardej ziemi. – Umożliwienie wszelkich grzechów. Jedyne przejście do normalnej Głębi dopala się na naszych oczach. Vika uśmiecha się.. tajemny świat żyjący własnymi prawami. – Dlaczego? – Lonia. na której umościła się górska chata.. spływam coraz niżej. Prawo do każdego działania w wirtualności. Sam nie mogłem przejść mostu w Głębi. Vika patrzy na nas zakłopotana. Przecież wiem. Skała... Chata na urwisku to jedyne prowadzące do niego drzwi. – Lońka. – Najważniejsze. w których nigdy nie było ludzi. Zerkam na niedoszły przedmiot handlu i przyznaję się: – Medal Bezkarności. – Mam nadzieję. że był tam Człowiek Bez Twarzy – mówię. ale ja i Nieudacznik jesteśmy w gorszej sytuacji. . – szepce Vika. Maga w oknie już nie ma. Medal dlatego jest wyjątkowy. – Co on ci obiecał za Nieudacznika? – pyta Vika. Nieudacznik z jękiem siada w kucki. czym jest lęk wysokości. „Zobaczycie” – powiedział Mag. Bęc! Czy nie za dużo upadków jak na jeden dzień? Tym bardziej w chińskim kombinezonie. Wokół nas są góry stworzone przez Vikę do własnego użytku. chciwie łapiąc powietrze i pocierając bolący bok. pomagając wstać Nieudacznikowi.. drewniane ściany błyskawicznie zajmują się ogniem. że się udało – ucinam.. Przechyla mnie na lewą stronę. Wyrwaliśmy się z burdelu i to jest najważniejsze. Vika zeskakuje normalnie. Przestrzeń w przestrzeni. ale ona już mnie puszcza. urwisko pięć metrów od nas. – Oszukano cię.. – Co? – Nie słyszałaś o nim? Otrzymał go Dibienko za stworzenie Głębi. – To więcej niż pieniądze – tłumaczę. Nad nami szczelny zielony baldachim. ale nie mogą nas już utrzymać.. że istnieje w jednym jedynym egzemplarzu. który prawie nie tłumi siły upadku. Do ziemi zostało półtora metra. chłopaki? – Nie. – Lonia. Z okna chaty bije gęsty pomarańczowo-czarny płomień. wszystko cool! – burczę. Zrzucam klapki i wstaję. Góry. Lonia.. – Boli. Nie jesteśmy już w przestrzeni atakowanej przez ludzi Człowieka Bez Twarzy.

ale nawet nie jestem zdumiony. Nieudacznik kręci głową. Śmieszne.. Znałam jednego chłopaka. który próbował zrobić taką kopię.Każda stworzona kopia automatycznie uważana jest za podróbkę i ulega zniszczeniu. . – Jestem ważniejszy.. Jeśli Dimka Dibienko gotów jest oddać za twoją skórę swój największy skarb. Mrugam do Nieudacznika: – Naprawdę jesteś ważnym ptaszkiem.

Część czwarta GŁĘBIA .

. W milczeniu patrzymy na Nieudacznika. czy istnieją testy wykrywania człowieczeństwa? Vika śmieje się cicho. podnosi z ziemi igły i kamyczki. Paniczna chciwość rozumu otoczonego dziką naturą. Każdą mistyfikację wycina na czysto. – zaczyna Vika. ja chyba zbyt przekonująco mówiłam o komputerowej świadomości. – Vika.. które Vika wyrzuciła przez okno.. jesteś psychologiem. Więzień. – Stymulatory. Albo też jest nurkiem. Nigdy nie były potrzebne. w cieniu drzew. ocalał tylko szklany słoik dżemu i paczka krakersów. Razem z mięsem. Chodzi po zboczu. – Durniów nie brakuje. – Oczywiście. W końcu jesteś nurkiem. Pewnie inercja świadomości. dotyka sosen.00 Z rzeczy. który po raz pierwszy znalazł się na łonie przyrody. Nad pogorzeliskiem chaty unosi się biały dymek. Siadamy na miękkiej trawie. – Jest od trzech dni w Głębi. – Dlaczego ja? To ty zaproponowałeś ucieczkę przez okno – odpowiada rezolutnie. Mieszczuch. – To zwykły człowiek. ale słoik mimo wszystko wzięliśmy. Czysta kpina z praw fizyki. – Masz jakiś plan? – pytam Vikę. który nawiał z lochów zamku If. Kiwam na Nieudacznika – A on? Vikę ta kwestia zdążyła zmęczyć już po godzinie. . – Nie było innego wyjścia. Reszta spadła w przepaść albo rozbiła się na kamieniach. – Leonid. – Polują na niego dwie wielkie firmy i Dibienko... – Było. – Dobrze zamaskowany.. Piękna rzecz ta brzytwa Okhama. – Nie można wyśledzić jego kanału połączenia. Moim zdaniem nie było sensu robić zapasów jedzenia. który zwyczajnie cię zwodzi. – W jakiejś fantastycznej książce czytałem o metodzie sprawdzenia. że nie.

– Ale wtedy to już będzie inny świat. Są fanatycy. – Dobry haker przebije wejście. To już brzmi lepiej. Ściągał stamtąd fragmenty. Rozumiem ją bardzo dobrze.. – Następnym razem wymyślę morze. – Są przecież instytuty zajmujące się problemem sztucznej inteligencji. – Obawiam się... – Musimy stąd odejść – postanawia Vika. – W ostateczności użyjemy Warlocka. utracą wolność. – Vika wstaje.. Morze. Góry stawiają opór do końca. że jest stracona na zawsze.. – Stąd też może być wyjście. – Do zmroku jeszcze pięć godzin. Wyjdę z Głębi i połażę po Internecie. że schemat wymyślony przez pisarza przy filiżance kawy naprawdę zadziała? – Warto spróbować – upieram się. Vika nie obraża się. Powinni mieć jakieś opracowania.. Malutkie. Lonia.– I sądzisz.. ale nienawidzę takiego proroczego pesymizmu. niebo i wyspy.. Gdy powstawały te góry. – uśmiecha się zakłopotana – . którzy wymyślają abstrakcyjne testy.i zostawiał wejścia. Zamknięty system. to się wydostaniemy. – Narysujesz nowe. – A jak wrócisz? Do tej przestrzeni nie ma już wejścia. Jeśli się ktoś do nich wedrze. program szukał innych pejzaży na wszystkich otwartych serwerach. Jeśli znajdziemy jedno z nich. . będzie żył w komputerze sam z siebie. – I nie zapomnij o zapasowym wyjściu. lepiej być jak najdalej od niej. – Vika śmieje się gorzko. na zapas. Jeśli tamci zdołają odbudować chatę.. Ale to ryzykowne.. – Przestrzenie żyją według własnych reguł. prześladowcy odnajdą ślad wirusa.

ale na pewno nie o ciastkach z dżemem. Udało się przejść dziesięć kilometrów – to dużo. Na szczęście jest go dużo na tym pograniczu lasu i alpejskich łąk. daj mu możliwość sprzeciwu. obdzieram z niej malutkie gałązki i układam w mały szałasik. chłopaki – decyduje Vika. tak? Leonid stracił masę czasu i . Nie nadajemy się na Karlssonów z dachu. – Posłuchaj mnie. Nieudacznikowi wszystko jedno – przeżuwa z entuzjazmem elektrycznej maszynki do mięsa. Kolacja jest symboliczna – dżem malinowy i krakersy. gdy słońce znika w palisadzie gór i gaśnie pomarańczowe światło chmur.01 Zatrzymujemy się dopiero wtedy.. Możliwe. on po drugiej. Kalecząc sobie ręce... – Mhm. – I tym problemem jesteś ty.. wejść na nowo. Jej cierpliwość się skończyła. że nie do końca rozumiesz naszą sytuację. Nieudacznik cofa rękę znad krakersa i patrzy na nią pytająco. A nocą po górach chodzą tylko samobójcy. smakuje ci? – pyta Vika.. do tego ze dwie butelki zimnego piwa. popraw mnie. zajrzeć do Starego Hakera albo Trzech Prosiaczków. Razem z Nieudacznikiem przyciągamy zwaloną wiatrem sosnę. Gdy wywierasz na człowieka presję. Ja i Vika siedzimy po jednej stronie ogniska. Ja nie mogę przełknąć nawet kęsa. Jeśli się pomylę. Mam ochotę na kawał pieczeni z ostrym sosem i zielonym groszkiem... Przeciwwaga. – Co zazwyczaj jadasz? – Różne świństwa.. dobrze? Nieudacznik kiwa głową. – Znalazłeś się w Labiryncie i nie mogłeś sam wyjść.. Szybko i umiejętnie rozpala ognisko. Choćby pozorną. czy o pstrągu z białym winem. spróbuję skonkretyzować. – Wystarczy. Oboje z Viką patrzymy na siebie jednocześnie. cóż. Nie wiem. I to wszystko jest tuż obok! Wystarczy wyjść z Głębi.. – Nieudacznik. czy ona marzy o wieprzowinie z piwem. Ostatni kwadrans zajęło nam zbieranie chrustu. – Mamy problem – zaczyna Vika.

Trzeba będzie zaczynać wszystko od początku. modemu.. oczywiście. Jeśli jesteś człowiekiem. Dlaczego by nie zamącić w głowie innym. że my cierpimy. który zagubił się w Głębi. żeby cię wyciągnąć. powiedz.. po prostu zmęczony. jakby oczekując wsparcia. W rezultacie został ogłoszony przestępcą. – Nieudacznik patrzy na mnie.. – Bardzo mi przykro – powtarza Nieudacznik.. Tak? W przeciwnym razie nie byłbyś taki świeżutki czwartego dnia w wirtualności.. a my odejdziemy. Tak wygląda sytuacja. Jeśli jeszcze do ciebie nie dotarło.. – Albo jesteś człowiekiem. nie ufasz nam albo nie masz ochoty psuć takiej ładnej legendy. Ja i Lonia jesteśmy nurkami i możemy stąd wyjść w dowolnym momencie. Przewlekanie konfliktu nie doprowadzi do niczego dobrego.forsy. Mogę sobie wyobrazić człowieka. żebyś wreszcie zrozumiał. – Lonia uratował cię i przyprowadził do mnie. ale on tego nie zrobił. Potem żółtodzioby będą układać bajki o tym. – Półtora kilograma szarych komórek to znacznie większa zagadka niż gram krzemienia w mikroschemacie. – Dopuszczam również inną możliwość – mówi Vika. ale chcę. Można. że jakieś wyjścia istnieją. – Ja. dostałby ogromną nagrodę. Jeśli nie chcesz szczerze pogadać. – mówi cicho Nieudacznik. Nic z tego. ale swoją reputację Zabawy straciły na zawsze. to najprawdopodobniej zdolnym samodzielnie wychodzić z Głębi i do niej wchodzić. ja. Ale wrócić nie zdołamy i zostaniesz tu sam. odnowić program.. jestem zmęczony.. pewnie na zawsze.. – Bardzo mi przykro. Jak nurkowie... Tak? Niezupełnie – początkowo Labirynt opłacał moją pracę. Ale czy znajdziemy je w ciągu najbliższych lat. Tak? Potem mój zakład został zniszczony podczas próby pojmania cię.. a Nieudacznik posłusznie kiwa głową. albo zostałeś stworzony przez komputerowy rozum. w końcu jesteś przyczyną wszystkich wymienionych wydarzeń. Ale ja się nie odzywam. – Poczekaj. Możesz zaprzeczyć? Cisza.. Zrozum. Teraz sprawiasz. może nawet lepiej. z moralno-etycznego punktu widzenia. nie wiadomo. – I ostatni punkt: rozwiązanie sytuacji – mówi Vika. że to już nie są żarty. – Teraz pomówmy o tobie. Gdyby cię wydał.. Możliwe. który zdołał wejść w wirtualność bez użycia hełmu. Nieudacznik kuli się. To drugie jest bardzo wątpliwe. szukają go w całej Sieci. wyobrażam sobie jego zachwyt i szok. – Ciągnięcie tego wszystkiego dalej to głupota... to informuję cię teraz: z tej przestrzeni nie można wyjść w zwykły sposób. Teraz znowu uciekamy... nie otoczyć się tajemnicą? Wszystko można prosto wyjaśnić. Ale . deep programu... nie możemy cię ciągle niańczyć! – Ja. tak? I zrobił to. ale milczy. ja nie miałem zamiaru sprawiać wam kłopotów. Z każdą minutą coraz bardziej utrudniasz rozwiązanie konfliktu...

. zmęczony ciszą. Pewnie zbyt ostro. Trzeszczy drewno. – Udawać głupka umie każdy. kolory blakną. – Zbyt cicho – powtarza. kim jesteś i po co to wszystko zaplanowałeś. A nic nie ma granic. Zmuszam Nieudacznika. Sekundy wloką się niczym stulecia. Płomień dotyka jego palców. żeby usiadł nad strumieniem i włożył rękę do zimnej wody. musimy normalnie zjeść.jeśli uważasz. że sam Nieudacznik mi pozazdrości. Skoro jesteśmy w stanie przezwyciężyć otumanienie deep programu. Czarna noc i czerwony płomień. Ja i Vika mamy się wynurzyć. we dwóch łamiemy trzy . Rano wrócimy i postanowimy. żeby mi pomógł. Wygląda normalnie.. – Nieudacznik patrzy na ogień. a ja chyłkiem ujmuję jej dłoń i ściskam. odciągam Nieudacznika od ognia. Vika prycha pogardliwie. A pogrążyć rozmówcę w ciszy? – Ja też jestem zmęczona – szepce Vika. – O czym ty mówisz? – pyta Vika. Retoryczne pytanie. by doprowadzić rzecz do takiej jasności.. – Jeszcze trochę i zacznę mówić takimi zagadkami. Wstaję. Nie mogłem się oprzeć. – Właśnie o to chodzi – mówię. – Teraz idziemy spać. – Nie mogę wam nic wyjaśnić. Wszędzie. Nieudacznik milczy. Jego ręka czule gładzi ogień. Vika milknie. – Kładziemy się spać. Wynurzamy się. Oddycha płytko. trzyma rękę w wodzie. wśród nurków nie ma ludzi podatnych na hipnozę. Po prostu spać. Masz w domu coś do jedzenia? – Oczywiście. ale jej stanowczość znikła.. w niebo lecą ciemne iskry. Poczuła dotyk ciszy. to tym bardziej słów. Wielka cisza. Ale w oczach Viki jest odblask ognia. Zjedz i się połóż. – Jesteś podatna na hipnozę? – pytam. Mnie nigdy nie wystarcza zdecydowania. – Robimy tak – mówię.. ani radości.. nie przerywając połączenia. o której mówił Nieudacznik. Patrzę na Vikę. że zasługujemy na zaufanie. Jestem zmęczony. Zjemy coś.. Dźwięki stają się martwe. Uprzedzano mnie. ani bólu. – Ja. No.. żadnego mącenia sobie nawzajem w głowach. Rano zdecydujesz. Dwa wyjścia to niemało. wedle uznania. nie powinienem był tak postąpić. Wieczne nic.. i wyciąga rękę do ognia. Wsadziłeś dłoń w ogień – spodziewaj się pęcherzy na skórze. Zmuszam go. – Nie ma nic. Odejdźcie. Jak ja za pierwszym razem.. ale nie wierzyłem. Miliardy wieków. czego w końcu chcesz. Idę do Viki. – Nigdy się tego wcześniej nie rozumie. Tak właśnie robimy. – To moja wina. do sytuacji albo-albo. Autosugestia to potęga. A ty. Ale Nieudacznik jest teraz stropiony i zdeprymowany. już ona mu nawtyka. co dalej. – No to super. wyjaśnij.

naręcza świerkowych gałęzi, układamy przy ognisku. Posłanie jest tak wygodne, że z trudem zwalczam pragnienie olania kolacji. „Głębio, Głębio, nie jestem twój...” Powieki mam jak z ołowiu, z trudem je rozklejam. Na ekranikach pląsa płomień, w nausznikach szelest gałęzi – Vika kręci się i układa wygodniej. – Lonia, przerywasz zanurzenie? – pyta Windows Home. – Nie. Zdejmuję hełm, patrzę na zegarek. Późny wieczór. Ale nie na tyle, żeby nie wypadało zajrzeć do sąsiadów. Piwo musi trochę poczekać. Wyszarpnąłem sznur z kombinezonu wirtualnego, uspokoiłem zdenerwowany komputer i zerknąłem na siebie w lustrze. Klown z gniazdkiem przy pasku. Przestraszymy staruszkę? Trykot leży w brudach. Wciągnąłem go na kombinezon wirtualny, sznur zwinąłem i włożyłem pod pasek, zasłoniłem z wierzchu kurtką. Wyglądam nawet normalnie, tylko jakby lekko wzdęty. Na klatce schodowej brzęczy gitara. Zerknąłem przez wizjer i otworzyłem zamki. Towarzystwo młodocianych ulokowało się na półpiętrze. Ktoś szarpie struny, śpiewa: Samotny ptaku, latasz wysoko... Moje pojawienie się wywołało, nie wiedzieć czemu, konsternację. Tylko sąsiad z góry szybko rzucił: – Lonia, nie ma pan papierosa? Pokręciłem głową, a chłopak zerknął na wypukłość trykotu. Akurat rozmiar paczki papierosów. Pewnie się nie domyśla, że niektórzy żyją z gniazdkiem przy pasie. Zadzwoniłem do sąsiedniego mieszkania, poczekałem na szurające kroki i czujne: „Kto tam?” Wizjerowi i własnym oczom staruszka nie dowierzała. – Ludmiło Borysowna, przepraszam bardzo – mówię do drzwi. – Mógłbym od pani zadzwonić? Chwila wahania i rozlega się szczęk archaicznych zamków. Ledwie się przecisnąłem przez wąską szczelinę i drzwi się zatrzasnęły. – Młodzież znowu siedzi? – zapytała Ludmiła Borysowna. Staruszka jest po siedemdziesiątce i nie ryzykuje dyskusji z małoletnimi chuliganami. – Siedzi. – Przynajmniej ty byś z nimi pogadał, Lonia! Bo tu już nigdy spokoju nie ma! Dźwięków z klatki prawie nie słychać, drzwi babcia ma mocne, ale nic nie mówię. – Na pewno powiem, Ludmiło Borysowna.

– A czemu twój telefon się zepsuł? Nie zapłaciłeś rachunków i wyłączyli? Kiwam pokornie głową, zachwycony taką domyślnością. – Lubisz sobie pogadać – burczy staruszka. Kiedyś mieliśmy telefon na równoległych numerach, ale coś takiego na dłuższą metę było, oczywiście, niemożliwe. Zapłaciłem za rozdzielenie numerów i jeszcze subsydiowałem babcię – poprzedni telefon kosztował ją nieco mniej. Chyba uznała mnie za idiotę. Ale od tamtej pory nasze wzajemne stosunki uległy znacznej poprawie. – Dzwoń, późno już... – Ludmiła Borysowna wskazała na telefon, nie mając jednak zamiaru zostawić mnie samego. Ciekawość nie grzech... Wybrałem numer Maniaka, usiłując nie zwracać uwagi na brudną tarczę telefonu i lepką słuchawkę. – Halo? – Szura, dobry wieczór. – Aha – powiedział zadowolonym tonem Maniak. – Jesteś, przestępco! – Szura, oni... – Dobra, wszystko wiem. Licencję na produkcję lokalnych wirusów mam, tu się nie przyczepią. – Zarejestrowałeś Warlocka? – Oczywiście. U samego Łozińskiego. Wszystkie kody źródłowe odpowiadają Konwencji Moskiewskiej, więc mogą się ugryźć w tyłek. Czuję, jak opada ze mnie napięcie. Gdyby wirus nie był zarejestrowany u któregoś z twórców programów antywirusowych, Maniak miałby duże nieprzyjemności. Mogą mi co prawda zarzucić nieostrożne użycie broni i wyrządzenie szkód... ale w tym celu musieliby mnie najpierw znaleźć. – Pytali cię, kto kupił wirusa? – Jasne. Dałem im twój adres. Ten zdechły. Dwa lata temu, gdy zacząłem balansować na granicy prawa, któryś z nurków poradził mi, żebym kupił kilka adresów i nigdy z nich nie korzystał. Na te właśnie nieistniejące osoby zrzucane były wszystkie wirusy, które brałem od Maniaka. – Powiedziałem, że wirus kosztował cię tysiąc baksów – ciągnie Szura. – Wiesz co, myślę, że powinienem... – Uspokój się. Mam już pięć zamówień na Warlocka po tej cenie. – Maniak zachichotał z zadowoleniem. – Rewelacja! Za taką reklamę gotów jestem postawić Rade’owi piwo. Całe Deeptown huczy. – Sprzedaż nie jest zabroniona? – Na razie nie. Grzebią w kodzie źródłowym. Lepiej powiedz, gdzie byłeś półtorej godziny temu.

– No... jak zwykle. Ludmiła Borysowna lekko zakaszlała. Ciekawość walczyła w niej ze starczą chciwością. Opłata za każdą minutę to największy wróg komputerowców i gaduł. – Jasne, w Głębi. Byłem u ciebie. Chciałem się z tobą napić piwa. Maniak nagle się speszył: – Wiesz co... wyjrzyj za drzwi. – Po co? – Zadzwoniłem do twoich drzwi, posiedziałem na ławce, napiłem się piwa. Znowu przyszedłem, zadzwoniłem. W końcu postawiłem pod twoimi drzwiami dwie butelki holsteina. Jasnego. Sprawdź, czy są? Wydałem dźwięk przypominający skrzypienie starego czytnika. – Szura, czyżby rano wprowadzili komunizm? Co z tobą? – No, co? Zobacz, może stoją... – mruknął Maniak. – Nie, nie stoją, dzwonię od sąsiadki. – Do diabła z nimi. W kontaktach z prawdziwymi komputerowcami mój intelekt czasem daje za wygraną. Może Szurka pomylił real z Głębią, gdzie cena piwa jest symboliczna? – Jakbym komuś opowiedział, nie uwierzyłby... – Ten, co wypił, uwierzy – zauważył posępnie Maniak. – Słuchaj, przyjdź jutro rano, o dziesiątej – proszę. – Musimy pogadać. – Tylko nie zapomnij się wynurzyć. Przyjdę. – Na razie, Szurka. Odłożyłem słuchawkę, popatrzyłem na Ludmiłę Borysowną lekko zakłopotany. – Długo? – Trudno, co tam – staruszka macha ręką. – Interesy, czyja tego nie rozumiem? Sprzedajesz coś? – Piwo – rzucam na chybił trafił. – Ja też się kiedyś lubiłam piwa napić. Ale czy to na emeryturze może sobie człowiek pozwolić? – Ludmiło Borysowna, pozwoli pani, że panią poczęstuję? – proponuję radośnie. – Akurat mam kilka służbowych butelek w domu! Najlepsze wyjście z sytuacji. W przeciwnym razie staruszka na pewno przyleci do mnie, żeby skorzystać z mojego telefonu... w ramach rekompensaty za poniesioną stratę. A osoby o słabych nerwach nie powinny zaglądać do mojego mieszkania. – Najwyżej buteleczkę... – ożywia się staruszka. Gdy wynosiłem jej na klatkę butelkę oranienbauma, młodzież odprowadziła mnie ze schodów chciwym spojrzeniem. No cóż, dwie butelki lekkiego piwa na czterech zdrowych chłopaków to stanowczo za mało.

10
W śnieżnym wnętrzu zamrażalnika znalazłem skostniałą kiełbasę. Z konserw została tylko puszka kilek kupiona albo w okresie totalnego braku kasy, albo z sentymentu. Spać mi się chciało strasznie, ale mimo wszystko podgrzałem nieszczęsną kiełbaskę, wziąłem otwieracz do konserw, postawiłem przed sobą dwie butelki czeskiego urqela. Kolacja przy świecach – świece płonęły na monitorze komputera, włączył się wygaszacz. Dobiegający z hełmu trzask ogniska był szalenie na miejscu. A, do diabła z całą tą Głębią i z Nieudacznikiem. Teraz, w realu, wszystko, co się działo tam, wydawało się teatrem absurdu. Jeśli jutro rano Nieudacznik nie pęknie, ja i Vika wychodzimy z przestrzeni gór. Na zawsze. Niech opowiada swoje bajki skałom i sosnom. One go docenią. Łyknąłem zimnego piwa i cichutko jęknąłem z zadowolenia. Zacząłem otwierać puszkę z rybami. Odciąłem wieczko, podważyłem widelcem... I o mało nie spadłem ze stołka. Z puszki patrzyła na mnie z wyrzutem setka rybich łebków. W wirtualności podobna sztuczka by mnie nie zdziwiła. Ale w realu... Podniosłem oblane pomidorowym sosem główki, próbując znaleźć choćby jedną całą rybkę. Nic z tego. Zrobione z niezwykłą starannością. Wyobraziłem sobie kombinat rybny... taką pływającą machinę... a może kilki pakuje się do puszek na brzegu? Taśmociąg z taką niskogatunkową produkcją. Otępiałe od rybiego zapachu i monotonnej pracy dziewczęta przy taśmociągu. Jedna z nich zdejmuje z taśmy pustą puszkę i zaczyna do niej wciskać rybie łebki. Taki żart. Zaśmiałem się, wzdrygnąłem i zamknąłem puszkę. Nie miałem wprawdzie kolacji, ale nie czułem żalu do nieznanej robotnicy. Przeciwnie. Wszystko pasowało idealnie. Przyssałem się do butelki i szybko wykończyłem pierwszego pilznera urquela. Zachciało ci się cudów, nurku? Sztucznej inteligencji, ludzi wchodzących bezpośrednio w wirtualność? Ocknij się! Oto dostępne w naszym świecie cuda. Ukradzione piwo, rybie łebki faszerowane oczami, duchota i brud starczego mieszkania, małoletnia łobuzeria na schodach, uciążliwe kapanie z kranu w kuchni.

To właśnie jest życie. Bez względu na to, jakie głupie i nudne. A tam, wewnątrz hełmu, istnieje stworzona przez komputery i podświadomość bajka. Nasz elektroniczny eskapizm. Otworzyłem drugą butelkę piwa, wziąłem puszkę, wyszedłem na balkon i wyrzuciłem jej zawartość na mizerne krzaczki. Koty dachówce czeka tej nocy uczta. – To nieetyczne – powiedziałem sam do siebie z wyrzutem. W mój mózg, nie gorzej niż w program Viki, wbito, że nie wyrzuca się śmieci za okno. Z resztką piwa poszedłem do toalety. Rozpiąłem kombinezon, spoglądając na butelkę. Nie miałem już ochoty na piwo. – I po co ten długi, nużący proces? – zadałem sobie retoryczne pytanie i wylałem piwo do sedesu. Dowlokłem się do pokoju, wyłączyłem światło. Ile można spać nad biurkiem z elektronicznym garnkiem na głowie? Było cicho, bardzo cicho. Nawet młodziaki na półpiętrze przestali się znęcać nad gitarą. Tylko równy szum komputera i migotanie świec na monitorze. Przekręciłem się, wtuliłem twarz w poduszkę. Sen nie nadchodził. Tam, w Głębi, leży nieruchome, martwe ciało Strzelca. Nie smutno mu tam beze mnie? Jest w tym coś ze zdrady. – Ostatni raz! – jęknąłem, wstając. Włożyłem hełm, wetknąłem wtyczkę kombinezonu w port. Położyłem ręce na klawiaturze. Deep Enter. We śnie przytulam się do Viki, ona coś mamrocze, odwracając się na drugi bok. Jej głos jest bardzo cichy, ale i tak się budzę. Więc też śpi w Głębi. Ognisko dogasło. Pewnie zaraz wstanie świt, ale ciemność jeszcze nie odeszła. Tylko czerwone błyski dopalającego się ognia. Nieudacznik leży z boku nieruchomy jak głaz. A gdyby cię tak kopnąć, chłopczyku? Czy jesteś tu z nami, czy wyszedłeś z Głębi i wysypiasz się w miękkim cieplutkim łóżeczku? Patrzę na niebo, na czarny skrzący się kryształ. Jak to powiem działem Vice? „Ukradli nam niebo...” Tak, ukradli. Im więcej ludzi odejdzie w Głębię, tym bardziej odległe staną się gwiazdy. Zresztą nie chodzi tylko o gwiazdy. Zawsze znajdą się tacy, dla których ten świat jest niedostępny. Zagubione małolaty, które nie mogą znaleźć pracy, dziewczęta z zakładów rybnych... Najpierw ułożone rzędami rybie łebki w puszce. Żart czy bezgłośny krzyk, protest? Najpierw rybie głowy. Dopiero potem zaczną z karków spadać ludzkie. Czy czeka nas powtórne przyjście luddytów? Bunt przeciwko maszynom, coraz bardziej niezrozumiałym i przerażającym? Czy ktoś znajdzie wyjście? Odwracani się, patrzę na Nieudacznika. Jeśli jesteś rozumem Sieci, jeśli jesteś

Dzięki temu zarabiam na kawałek chleba. nie parząc i nie rzucając cienia. niebo umie leczyć swoje rany. połączeniem światów? Nie wiem.człowiekiem. że znajdziemy gwiazdę – mówi Vika. jeśli on jest ratunkiem. gdzie gwiazda dotknęła gór. Jestem tylko zwykłym człowiekiem. jakby wyrwane z innego świata. do gwiazd idzie się pod górę. Szczelina rozcina niebo do końca i wbija się w ziemię. Wtedy w niebie rodzi się dźwięk. staroświecką moralnością. Kiedy się obudziła? Albo kiedy ja zasnąłem? Co jest wokół – sen czy jawa? – Meteoryt – odpowiadam Vice. Lepiej być sprawiedliwym lub łajdakiem niż człowiekiem. Oślepiająca strzała mknąca w dół. Czy warto bawić się w szlachetność i ukrywać Nieudacznika. który pokonał wirtualność. – Co to jest.. To nie mój los. że jednak śpię. To jest z jakiegoś powodu ważne. przechodzimy przez Nieudacznika i zaczynamy schodzić ze zbocza. nie mnie decydować. przeszkadza ją znaleźć. cieniutki śpiewny trel to jej tren. któremu przypadkiem trafiła się idiotyczna odporność na deep program. Przerwaniem bariery. Błękitny pas gaśnie. to właśnie ty możesz być tym wyjściem. Ale nie mnie ratować świat. o którą martwi się Vika. puszysta ognista kulka – można ją schować w dłoniach. ale nie można interweniować w sny. Czuję gorycz. Tak mógłby się czuć prowincjonalny sportowiec. Gwiazda spadła w jar pomiędzy wzgórzami. płonie blady ogień. Lonia? Vika siada i odsuwa włosy z twarzy. wydostaniem się ze ślepej uliczki. wpatruję w czarny pęknięty kryształ. co jest dla niego dobre. Nieudacznik nadal się nie rusza. Czysty płomień. zupełnie tu niepasujące. Wstaję. Znowu przekręcam się na plecy. Nie mam nic poza tą śmieszną.. A moralność to taka sprytna sztuczka. robi mi się nieprzyjemnie. . podaję Vice dłoń. czasem z grubą warstwą masła i kawioru. Błękitna strzała jest coraz niżej. ale teraz patrzymy tylko na gwiazdę. którego włączono do reprezentacji olimpijskiej i kazano walczyć z mistrzami. Błękitne światło płonie na trawie. We śnie wszystko jest proste. – Obiecałeś. która nigdy nie daje odpowiedzi – przeciwnie. a co złe. Tylko tam. Nieco dalej jest skupisko skał. Dibienko – jeśli Człowiek Bez Twarzy to rzeczywiście on – świetnie to rozumie. To nie powinno być tak. płomień na końcu – ostrze. – To spadająca gwiazda – bardzo poważnie mówi Vika i już wiem. Przez cały nieboskłon biegnie błękitny pas.

– Dzięki choć za to. – Teraz już wiem. Nieudacznik uciekł. przed chwilą się obudziłam i już go nie było. – Ale teraz my jesteśmy przy niej. – To kawałeczki pogodnego nieba. Po prostu wypuszczę je przez okno i powiem: płódźcie się i rozmnażajcie. Stoimy tak długo. po co. śnieżna czapa górskiego giganta lśni na tle nieba. – Zrobię dla tych gór ptaki – szepcę. obudź się! Co za głupota. – Lonia. chyba w piątej klasie nas tego uczyli. Postudiuję Brema. Nie ma tu ptaków. – Prosty program.... ale to dopiero połowa. Zmył się z Głębi. – On nas ze sobą poznał – Vika powtarza moje myśli. Ale góry ożywają i bez nich. na lekcjach przyrodoznawstwa.. Wzruszam ramionami. Najpierw narysuję wszystkie zięby i wróbelki. wynurzymy się? Pójdziemy do jakiejś restauracji. potem kanie. – Nie chcę zmieniać gór. – Ptaki też są wolne. Byłeś na Różowym Atolu? . Przestraszona twarz Viki.. Pozwól jej w nas uwierzyć. – Biolog się znalazł. chowam twarz w jej włosach.. jakbym podstawił dłonie wiosennemu słońcu. Chcę się do niej uśmiechnąć. czym są gwiazdy – mówi Vika. – Nie trzeba. – Nie wiem. – Jeszcze nie. rozglądając się.. Dzięki niemu poznałem Vikę. Biogeocenoza.. szelestem liści i traw. – Oto odpowiedź – mówię. świt się rozpala. – Lonia. – Do diabła! – syczę i zrywam się. Może też klapki Zuko wypuścisz na wolność? Lonia. Więc wszystko na próżno? Nie.Wyciągam ręce. Nieudacznika przy ognisku nie ma. nie wszystko. I tak się zmęczyła. pewnie Vika zapomniała je zrobić. ale jej już nie ma obok mnie. Obejmuję ją.. Chcę podnieść gwiazdę. dotykam gwiazdy i czuję delikatne ciepło.. – Oto odpowiedź. nie umiem kłócić się z Viką. spróbuj. Vika śmieje się cicho. napełniają się szmerem wiatru. Lonia. Został tylko głos. – Kiedy poszedł? Vika poprawia włosy takim samym gestem jak we śnie. – Co tu jest do próbowania? – strugam ważniaka.. Nieudacznik znikł! Otwieram oczy. – Czym? – Ciszą. Różowe światło na wschodzie. Świta. – Dobra. samotnością. Sen to wielki kłamca. tak? Zapomniałem. – Jeśli uda się odbudować twoją chatę. są wolne! – sprzeciwia się natychmiast Vika. Przeszliśmy swoją drogę. ale Vika mnie powstrzymuje. stworzę algorytm zachowania..

Nawet wchodzę pod górę. Nie mam już sił się złościć. Zdążam opowiedzieć bajkę o Czarnym Alpiniście i o towarzystwie. że prawą nogę ma spuchniętą i siedzi. starając się jej nie dotykać. – Nigdy nie byłem w górach. w którym we śnie znalazłem gwiazdę. – Żebyście się nie wahali.. W milczeniu stoję nad szczeliną. – Głupi jesteś. dobrze? Może poszedł zrobić siusiu i spadł w przepaść? – I dobrze mu tak. Ale jednak poszukajmy. patrząc na niego z trzymetrowego załomu. Wyciągam zza pasa klapki. I jeszcze kilka prawdziwych historii. Strzelcu. Vika odrywa się ode mnie i pyta ostro: – Kogo? – Nieudacznika. zaglądamy w dół.. Ja zapraszam. A kim jest czarny alpinista? Do przełęczy jest kawałek drogi. zapas moich górskich opowiastek jest na wyczerpaniu. którą z łatwością przeskoczyliśmy w świetle dogasającego dnia. – Wybacz – mówi Nieudacznik. W wąziutkiej szczelinie.– Nie. Tam naprawdę widać jakieś skały. Nocą po górach chodzą tylko samobójcy. po naszych śladach. – mamrocze Vika. Albo Czarny Alpinista. – Ładne miejsce. do jaru. Wzrok mimo woli biegnie w dół. Gdy podchodzimy do Viki. Muszę się upewnić.. zanim on się upewnia. że się zgadza. Ale obowiązek przede wszystkim. Pod jej lodowatym spojrzeniem opuszczam Nieudacznika na rozłożone przy ognisku gałęzie i mówię: – Co może być gorszego od wyjścia w góry bez sprzętu? Wyjście w góry z kaleką na . – Dlaczego? – pytam tylko. żeby ostatecznie uspokoić sumienie. Już z góry widzę. Milczę. Mijają dwie minuty. Spadł z niedużej wysokości. wkładam i zlatuję do niego na dół. Schulz i Brandt je rysowali. – On już wyszedł z Głębi. że go zauważyłem i podnosi głowę. Tylko najpierw poszukajmy. Najpierw idziemy wzdłuż krawędzi najbliższego urwiska. Porażająco genialna i nowa myśl. – Dobrze. ja z prawej. że Nieudacznika naprawdę już tu nie ma. I tak nic nie mogę wyjaśnić. ale już wiem. gdy biorę go na ręce i wydostaję ze szczeliny. nie rozumiesz tego? – Rozumiem. ale miał pecha. – Po ciemku było źle widać – mówi Nieudacznik.. Potem Vika przeszukuje dolinę z lewej strony strumienia. które zabrało w góry balowe suknie i smokingi. Wyłącznie po to. – Dzień dobry. odnajduję Nieudacznika.

Dziwne. .. Takiej agresji się nie spodziewałem. Ona długo zajmuje się nogą Nieudacznika. – Jeszcze żadnemu idiocie – dopiero teraz Vika daje upust furii. – jeszcze żadnemu kretynowi nie udało się złamać nogi w wirtualności. górskie słońce jest zbyt ostre. – Daj pasek. ale ze stażem. Ciekaw jestem. nic nie musimy mówić. – Chodźmy do tych skał – proponuję. A marynarka na gołe ciało to kompletny brak dobrego smaku.. Pielęgniarką. co ona teraz zrobi.rękach. czy w wirtualności można rwać ubranie na części... – Chodźmy. że góry nie są prawdziwe. Wystarczy nam jedno spojrzenie. I to. – Do licha! Nurek niedorobiony! Potrzebny mi sznur! Nigdy się nie zastanawiałem. Dlatego porzucam myśl podarcia na pasy własnej koszuli i oddaję Vice czarną apaszkę. – Vika. Umieszczamy nogę Nieudacznika w zaimprowizowanych łubkach. – Chwała Bogu! Patrzymy na siebie – po wieczornej bojowości nie zostało ani śladu. a całkiem co innego – rannego w górach. Jedna rzecz porzucić w wirtualności kłamcę. użycie Warlocka. – Złamana goleń – stawia w końcu diagnozę. – Chyba bez przemieszczenia. gdy chłopak jękiem reaguje na lekkie dotknięcie dłoni. Jednak przyjdzie poświęcić koszulę. A co masz w realu? Też złamanie? – Nie. Sen czy jawa – razem schodziliśmy do spadającej gwiazdy. widziałam je we śnie. – W dodatku jesteś lekarzem? – Nie. Nierealność nie ma praw. I nie chcę sprawdzać. posępnie kręcąc głową. – mamrocze Nieudacznik. Potrzebny mi sznur. niczego nie zmienia.

a potem coś je zabiło. Nie mam już ochoty spadać w niebieskie tunele.. biedak cicho jęczy. w razie potrzeby. Najwyraźniej są wyżej. Nie po prostu bezludne. oceniając położenie skał. ale dzikie. Vika odsuwa się.11 Skały rzeczywiście nie pasują do tej doliny. ale niebo zasnute szczelnymi ciężkimi. w tej kiszce nie uda mi się tego zrobić. że Madame ze swoimi gabarytami dawno by utknęła. trudno się przecisnąć. niż wydawało się nam z doliny. Ale nie słyszę pewności w swoim głosie. Może tu w ogóle nic nie ma – Vika z westchnieniem robi krok do przodu. A może powinienem był włożyć skrzydlate klapki? Za późno. jej też niełatwo. może uda mi się nie zawadzić złamaną nogą Nieudacznika o skałę. staję na jej miejscu. To daje nadzieję. Albo czuje się winny. – Jeśli w tym miejscu program wdarł się na czyjś serwer – rozważa Vika – to kanał będzie jednostronny. Idziemy zwężającym się kanionem. ale uciec. Robi się zimno. ale nie takie gigantyczne bloki skalne. Wprawdzie już rąk nie czuję od niesienia Nieudacznika. Na ostatnich metrach mimo wszystko zaczepiam nogą Nieudacznika o kamienie. – To chyba rzeczywiście wyjście w inną przestrzeń – przyznaje Vika. W pewnym momencie podnoszę głowę. Zbyt dziwne obrazki widziałem po drodze. Idę w ślad za nią.. tylko inne. ale teraz nie mam głowy do głupstw. – Jest! Przed nami światło zasłonięte jej sylwetką. Vika z przodu klnie po cichu. – Nie zmęczyłeś się? Kręcę głową. Też góry. Do skalnej szczeliny wdziera się lodowaty wiatr. co byłoby całkiem słuszne. Szczelina wyprowadziła nas w dziwne miejsce. Przejście staje się coraz węższe. Jakby kiedyś istniało tu życie.. albo nie chce przeszkadzać – i dobrze. Chyba to dzień. Lodowiec mógł – by tu przywlec głazy. . – Dobra. Złośliwie myślę. Wyjść wyjdziemy. Ciemno. chodźmy. – W ostateczności mamy Warlocka – mówię. oglądając się na mnie. Zaczynam iść bokiem.. To dobrze. Nieudacznik milczy. to bardzo dobrze! – Lonia – mówi stłumionym głosem Vika.

ołowianymi chmurami. – To jakiś serwer graczy. pomiędzy czarnymi kłami skał. To jest magia. . – Albo zamarzniemy. – No. kto tylko ma ochotę. – Daleko tak nie zajdziemy – prorokuje ponuro Vika. kim jest Tolkien? – Autor. Pewnie czary. wije się wąska ścieżka. gnomów. Co to za serwer? Jakie są prawa tego świata? Gdzie mieszczą się wyjścia. elfów.. jakby niedawno przemaszerowała tędy cała armia. – Wiesz. A Nieudacznik nosi nadal kombinezon maskujący. – Wyciągam rękę. Takie zaufanie jest bardzo przyjemne. Płatki śniegu topnieją. Rysuje je każdy. – Vika. Ścieżka jest udeptana. – Jak w Labiryncie? – odzywa się Nieudacznik. Lonia? Rozglądam się. ledwie dotkną gruntu. Zbierają się tu. brniemy bardzo powoli. – Tylko nie cytuj mi z pamięci Władcy pierścieni. przez które można by przeciągnąć Nieudacznika? O tym. Kogokolwiek. jego wielbicieli. Moja koszula służy teraz nodze Nieudacznika. marynarkę lekkomyślnie porzuciłem. samotność... W dół zbocza. albo elfy nas zastrzelą. – Dokąd teraz? – Vika przerzuca na mnie dowodzenie. – Ale za to twój nagi tors robi niesamowite wrażenie – ironizuje Vika. wkładają ciała bohaterów książki i odgrywają różne sceny. Nieudacznik milknie. I chyba ją znam. całkowicie usatysfakcjonowany wyjaśnieniami. Smutek. nawet boję się myśleć. Więc to jest przestrzeń wirtualna stworzona przez graczy. – Co to. Nieudacznik szepce przepraszająco: – Nadal nie rozumiem. – Co to jest? – pyta cicho Vika. przed nami jest ścieżka. – Gdybym tylko miał je na kim robić... – Ludzi. też dość ciepły. gdybyż tylko miało jakieś podstawy.. w pewnym stopniu. – Teatr – decyduje Nieudacznik. ona ma sweter. – Najpierw zamarzniemy – stwierdzam. Rzeczywiście wyszliśmy w inną przestrzeń. Świat graczy rządzi się własnymi prawami. Ja nie jestem taki pewny. co zrobimy później. Bawią się tu. Śnieg sięga niemal do kolan. Próbuję sobie przypomnieć mapy przestrzeni RPG. Trzeba pójść tędy i poszukać ludzi. – Elfów. Według Tolkiena czy innych pisarzy.. ale szybko rezygnuję z tego pomysłu. opuszczenie. – Inaczej.. Z nieba wali leniwy mokry śnieg. – Elfy – mówię. Dobrze jej żartować.

Krzywię twarz w żądnym krwi uśmiechu i czekam. Zresztą gracze RPG to pasjonaci. – A już na pewno nie dobrym! Ja. – Cii! Viki i Nieudacznika nie widać ze ścieżki. I jeszcze ten lśniący bicz w ręce! Każdy troll by się przestraszył. jakim cudem bohater Howarda zdołał trafić do świata Tolkiena. Hobbit. zaczyna szybko kiwać głową. podsuwając hobbitowi Warlocka. Frodo urodził Holfasta. nie pytając. Na piersi wędrowca wisi malutki bębenek. ściągam pas. Albo szalony koń z kastanietami na nogach. Hobbit już nie bębni i nawet zaczyna szczękać zębami. Warlock z szelestem rozwija się w ognisty bicz. nawet nie próbuje sięgnąć po miniaturowy kindżał zatknięty niedbale za pas. – Kim jesteś? – pytam. – Kto? – pytam już normalnym głosem. dobry panie. Chyba wyglądam groźnie. – doznaję olśnienia – jestem Conanem! Dzielnym Conanem z Cymerii! O Conanie hobbit widać słyszał. w który uderza pałeczkami. jak zamrożony. przykładam palce do ust. sięgająca mi najwyżej do piersi postać. Ciało Strzelca wymodelowałem na żylaste i mocne. Ale biedny hobbit wpadł w kompletną panikę. Jedna pałeczka spada w śnieg. Bicz wyciąga się w jego stronę.. Tylko z hormonami coś nie w porządku – gołe do kolan nogi porośnięte są gęstymi włosami. – He. albo olbrzym szczękający z zimna zębami. Holfast urodził Hardinga. – Tutaj! – szepcę. z takimi łapami można nawet boso chodzić po śniegu. dobry panie – zgadza się pokornie Harding. Stukot jest coraz bliżej. Szeroko rozstawiam nogi. Oto i mój szczękający zębami olbrzym! Twarzą i budową ciała przypomina dziecko. Opuszczam Nieudacznika na śnieg. dobry panie! – Na próżno! – Tak. że potężny ze mnie wojownik.. skacząc w wątłe świerczki. – H-harding. Cóż. . nie przejmują się takimi drobiazgami. he! – mówię złowieszczo. od razu widać. Goły do pasa facet z przyprószonymi śniegiem ramionami.I wtedy słyszę słabe stukanie dobiegające zza najbliższej skały. – Nie jestem dla ciebie panem! – ryczę.. Na mój widok hobbit zastyga. Zza skał wysuwa się malutka. panie! – szepce hobbit. – Ciebie? – Mnie. muszę go odsunąć.. To dobrze. Mógłbym się nawet podać za Kościeja Nieśmiertelnego. – Harding. Nie ma czasu na zastanawianie się. Sam urodził Frodo.

że hobbit to nie tylko cenne futro? To jeszcze czterdzieści kilogramów . – Możesz iść.. Dorosły znalazłby inne. – Jak myślisz. Gdybym jeszcze znał nazwę serwera.. a strzały z cisu są niedobre.. – Jaką znowu armię? – Elfów. Conanie? Gnomów i beze mnie pobiją. że w ciele hobbita siedzi dziecko. hobbici.. – Doganiam armię. spacerując wokół hobbita. – Zarzucam sobie worek hobbita na ramię.. że wy. manierkę. I w hidrom się ustawiają... Harding nie protestuje przeciwko grabieży. Wystarczająco dużo informacji. – Do miasta daleko? – Lorien jest osiem kilometrów stąd. nieważne. odgryzam połowę. – mówię w zadumie. Znowu robię groźną minę i szepcę: – A wiesz. – A! Pamiętam! W oczach hobbita pojawia się przerażenie. – Dokąd idziesz? – kontynuuję przesłuchanie. – A kto panuje w tym kraju? – Światły elf Legolas! Dobra. A rozmowa? – Pobijemy! – kiwa głową hobbit. nie wątpiąc już w smutny los. Zerka na ognisty bicz. zresztą. – To jak? Hobbit kręci oszołomiony głową. – Armię. nieśmiało pyta: – Mogę pójść z panem. nazywacie się Baggins – oznajmiam. Zębami zrywam z batonika folię. starając się nie odrywać ode mnie spojrzenia. Coś tu mają nie tak z geografią. Nie można go przecież tak zwyczajnie ograbić i zostawić.. kawałek suszonego mięsa. Znajduję w nim kilka placków. poważniejsze argumenty. a to co? Z dna worka wyciągam snikersa. resztę oddaję hobbitowi. Ten kręci się jak fryga. Mało tego. jest coraz silniejsze. Dzieciak. bez dwóch zdań. co znacznie poprawia mi nastrój. pobijecie gnomów? – zagajam. – Oni robią strzały z cisu.. – Słyszałem. i pewnie stanąłby do walki ze mną.tylko budowa ciała nie pozwoli.. Tego mi tylko brakowało. Hobbit uderza w bek. – Żarcie jest? Dzielny Harding oddaje mi swój worek. Przestaje płakać. jaki spotkał wojsko elfów.. Idziemy bić orków i gnomów! – Po co? – Przecież oni są źli! Wrażenie. a to niedobry szyk.. Nie mam najmniejszej ochoty wnikać w różnice poglądów elfów i gnomów. – Zapobiegliwy ludek ci hobbici. przyciska ręce do brzucha.

– Spotkamy się za trzy godziny.. Do Viki i Nieudacznika wracam w jak najlepszym humorze.” . Na prawdziwym mrozie nie radziłbym się tak rozgrzewać. – Może być? I tak nie mamy innego wyjścia.. – Na razie. grzęznąc w śniegu. ale w wirtualności – dlaczego nie? – Wynurzamy się? – pytam Vikę. Zgadzasz się? Nieudacznik kiwa głową. układamy Nieudacznika. nie jestem twój. z normalnym wyposażeniem. Nieudacznik – mówię. Wrócimy już uczciwie. – Posiedzisz ze trzy godziny. – rozmyślam na głos.. nie muszę opowiadać. Głębio. Kiwa głową. nie zdołam go nieść przez osiem kilometrów. Półnagi. I wyciągniemy cię stąd. W manierce jest lekki alkohol... Razem z Viką urządzamy pod starym świerkiem posłanie z gałęzi.. wręczamy mu worek z trofeami. – Masz tu jedzenie – wręczam Nieudacznikowi worek. przez Lorien. „Głębio. Po chwili jej postać rozpływa się w powietrzu. – Zrobimy ci posłanie i wyjdziemy z Głębi. W śnieżnym pyle migają puszyste pięty. na przykład przy wejściu na serwer Legolasa. Rozmowę słyszeli.dobrego. łatwo przyswajalnego mięsa! Książki nie kłamią – hobbici rzeczywiście umieją szybko biegać.

W sklepie za rogiem na szczęście prawie nie ma ludzi. – Odbieram pocztę – oznajmił komputer. przez całe życie tyle nie zarobię. – Warlock został zrehabilitowany. – Można było miliard. Jeśli możesz. Chyba zginęły też skrzydlate klapki. usuwając kolejne programy. – przyznaje Maniak.. Na twoje ryzyko. – Próbuję wybawić cię od lochów – odezwał się Maniak... zapewnij sobie alibi. zerkając na mnie. Bez efektu. Uratowałem.. – Zanurzenie zakończone – zameldowałem Windows Home i dokonałem najazdu na lodówkę. – A dlaczego nie miliard? Co za różnica. Ubrałem się pospiesznie i wyskoczyłem z domu. Gdy do niego podszedłem. Zezwolenie na użycie w wirtualności. właśnie przesuwał kursorem po Nortonie. usuwając plik po pliku. . nie rozmnaża się i nie niszczy informacji.. przesuwając myszą po mopadzie. Ty nie? – Ja też. coś ty im zrobił.. Na zegarku za piętnaście dziesiąta. on już siedział przy kompie. – Maniak wyprzedził mnie i przecisnął się do pokoju. ale później. Lońka? – Sprzątnąłem im sprzed nosa jednego chłopaka. Czysty wirus. Akurat w dobrym momencie. Suma mnie rozbawiła. Na siódmej pozycji postawisz kogo innego. żeby klepnąć w ramię Maniaka smętnie naciskającego mój dzwonek.. na dziesiątą wróciłem. Mój komputer został pozbawiony kilku kolejnych plików. – Co jest? – spytałem oszołomiony. rzecz jasna.. ani nie ukradnę.100 Wyszedłem w samą porę. – Za to Labirynt i Al Kabar oskarżyli cię o wyrządzenie szkody materialnej na wysokość dwóch i pół miliona dolarów. – Kiedy ostatnio czyściłeś mysz? No więc tak: Strzelca już nie ma i nigdy na twoim kompie nie było. – Aha. Podczas gdy zdejmowałem buty. – Będziesz jadł śniadanie? – pyta Szurka.

– Cholera! Nawet TV nie łapie? Przez pięć minut słuchałem wykładu o najnowszych opracowaniach w dziedzinie hardware’u.. – Szurka. a potem wyciąga z myszy kulkę. Ale on tylko pije.. – Potem do pracy. – Jeszcze muszę narysować nową osobowość! – Jaką? – pyta Maniak. – Gorzej... – Teraz to musisz posiedzieć w realu! – Nie mogę. – Będziemy opijać sprzedaż trzech wirusów – mówi. – Twardziela sprzedaj tak czy inaczej. a sam dalej czyścił komputer. – Najlepiej sprzedaj te dyski i kup inne.. Gnoma od razu zaczną tłuc. – Ale teraz pojechałeś.. Wzruszył ramionami. a dzieciaki po tygodniu kompa zarżną. Przypomniałem sobie ograbionego hobbita i niepewnie kiwnąłem głową. Na amen. nie odwracając się. Robi mi się nieswojo. Potem Maniak wysłał mnie do szykowania śniadania. uruchomił z niej jakiś program.. nurku – zaśmiał się Maniak. lepiej elfa. – Szura. – Bajkową. Daję mu butelkę. – Koniak.. pentium! Dwa megabajty pamięci karty graficznej! Szesnaście megabajtów operacyjnej! – I jak ty z taką kartą graficzną możesz żyć? – odzywa się do moich wspomnieć Szurka.. Albo zrzuć je z mostu do Newy. nie.. ja muszę z powrotem.– To dobrze.. – Teraz wyczyścimy twojego twardziela. Albo podaruj jakiemuś dziecięcemu klubowi. chucha na nią. To była chyba dziesięć tysięcy pierwsza porcja jajecznicy w moim życiu. – Wódka jest? – pyta Szurka. Maniak nie panikowałby niepotrzebnie. krzywiąc się.. Dla pełnej gwarancji. ale ujdzie – mówi... – Chcę zrobić up greade całego komputera. przygotowując się moralnie na to. – Zdążysz. Dużo za taki złom nie dostaniesz. Elfa albo gnoma. stutysięczna sucha bułka. Kawalerskie jubileusze – stutysięczna puszka konserw. – Od kiedy się z RPG-owcami przyjaźnisz? .. mam tylko dwie i pół godziny! – krzyczę z kuchni. Maniak wsunął dyskietkę. – Zrobiłeś Warlockowi dobrą reklamę. na poziomie fizycznym nie zostanie żadnych śladów – zapewnił. – Tak? No to sprzedaj go ze wszystkimi wnętrznościami. Może rzeczywiście uszczęśliwić młode pokolenie starym kompem? A taki byłem z niego dumny przy zakupie. trze o rękaw i wsuwa z powrotem.. Zrobiłem jajecznicę. że Szurka zaraz chluśnie alkoholem we wnętrze komputera.

– Praca. – Stawiam patelnię obok klawiatury. – Muszę się przejść po ich serwerze. – A co tam jest u nich do zabrania? Wszyscy są nędzarzami! – Maniak pokręcił głową. – Brr! Teksty elfich hymnów? Tajemnice produkcji drewnianych mieczy? – Nie... zostawiłem tam coś. – Aha... – Maniak kiwa głową. Pewnie pomyślał, że Warlock przebił przejście prosto na serwer graczy. – Tylko ich nie krzywdź, dobra? To śmieszny ludek, wchodziłem do nich kilka razy. – Zabezpieczenie im robiłeś? – Ja? Im? Coś ty! Mają swoich speców! – macha ręką Szurka. – Tam takich programistów jak ja jest pełno. Nie podoba mi się ta informacja. – Jak wyglądał Warlock w działaniu? – pyta Szurka. – No... niebieski lej, iskry, lustra pod nogami. Odbicia innych serwerów. Maniak podnosi głowę. – Windy nie było? – pyta stropiony. – Coś ty, jaka winda! Dziura w podłodze... – Zawsze to samo... wymyślasz jedno, a wychodzi... – Szurka macha ręką. – Cholera. Masz tylko koniak? Nalaliśmy trochę, stuknęliśmy się, wypiliśmy. Po kompie ciągle szperały programy Szury. – Wczoraj wypróbowałem ten twój... wierszyk – mówi Maniak po drugim kieliszku. – No, ten: „Głębio, Głębio...” Nie pytam o rezultat. Gdyby Maniakowi udało się wyjść z Głębi, właśnie za to byśmy teraz pili. – Lonia, jak się dowiesz, o co w tym chodzi... – zaczął Szurka. – Od razu ci powiem. – Słuchaj, jaki wczoraj był popłoch w jednym burdelu! – zmienił temat Maniak. – Nie słyszałeś w wiadomościach w Sieci? Konsternacja. – Nie. – Jacyś chuligani próbowali złamać zabezpieczenie domu publicznego Różne Zabawy. Jest taki... – Szurka mruży słodko oczy. – Próbowali? – Prawie złamali, potem ochrona odcięła wszystkie kanały. Podobno jeszcze potem była walka, jeśli Zuko nie zalewa... – Kto? Muszę mieć bardzo głupi wyraz twarzy, bo Szura patrzy na mnie i cicho mówi: – Aha... więc to takie buty...

– Znasz Zuko... Komputerowego Maga? – Bo ty go nie znasz? – Tylko w Głębi – nie próbuję kłamać. Szurka kręci głową. – Tak myślisz? To Sieriega. Ten, który pracował w banku. Ale nowina! Sieriegę znam od dawna. Gdy przyszedłem do firmy produkującej gry, on już tam pracował. Ale tamten milczący flegmatyczny programista w żaden sposób nie pasował mi do hałaśliwego Komputerowego Maga. – To on? – Tak. – Ale się zamaskował! – Wyobraź go sobie mówiącego komukolwiek, że pracuje w domu publicznym! Wymarzony temat do żartów. Do tej pory wciska wszystkim, że robi programy dla banku. – Nie mów mu, że ja to ja – proszę szybko. – Nie powiem. On mi też nie opowiadał żadnych szczegółów. Tylko o Warlocka pytał. – Zuko poznał twój wirus! – wołam, wspominając radosny okrzyk Maga. – Pokazywałem mu miesiąc temu... – Szurka mruży oczy. – Tajemnica... szlag by to... – Może wygadać? Maniak pokręcił głową. – Nie o to chodzi, Lonia. Informacja jest czymś, co lubi przeciekać. Różne drobne wpadki, zbiegi okoliczności... i tak dalej. W końcu cię znajdą. – Niech mi spróbują udowodnić. – Lonia, tak im na odcisk nadepnąłeś, że nie będą sobie zawracać głowy dowodami. Ktoś wie, że Strzelec i Leonid to jedna i ta sama osoba. Ktoś się domyśla, że Leonid jest nurkiem. Ktoś podejrzewa, że Leonid jest Rosjaninem. Wirtualność żyje informacjami. Prawdą, plotkami, domysłami. A informacje można łatwo zebrać i poddać obróbce. Jeśli dołożą odrobinę starań, dowiedzą się wszystkiego! – Co proponujesz? – Zniknij – sugeruje Szurka, nalewając resztkę koniaku. – Będzie mi przykro, że nie możemy się razem napić piwa, ale ujrzenie cię w trumnie byłoby znacznie bardziej przykre. Do diabła, coś ty tam nawyprawiał? – Ratuję człowieka. – To można robić, póki sam nie jesteś w opałach. Kiwam głową. Maniak ma rację. W jego słowach jest żelazna logika normalnego hakera, a nie pewnego siebie nurka, który umie wypływać z Głębi. Gdzie się wynurzę, jeśli dorwą mnie w realu? Wszyscy żyjący w wirtualności mają kompleks słabości fizycznej. Wrażenie, że w komputerowym świecie jesteś bogiem, a w prawdziwym jednym z miliarda szeregowych

obywateli, jest zbyt przykre. Dlatego wszyscy tak lubimy sztuki walki i zabawy w wojnę, kupujemy gazowe i pneumatyczne pistolety, uparcie chodzimy do klubów sportowych i wieczorami bawimy się nunczako. Pragniesz poczuć się tak samo nietykalny w realu jak w świecie po drugiej stronie monitora. Ale ci to nie wychodzi. I czasem słyszysz w Głębi słowa: „A pamiętasz tamtego? Chuligani go zarżnęli w zaułku... lewą wódką się zatruł... skoczył z okna, nawet listu nie zostawił... wszedł mafii w drogę...” Pamiętamy. Wiemy. Tylko po drugiej stronie ekranu jesteśmy bogami. – Jeszcze doba – mówię cicho. – Potem zniknę gdzieś... na Syberii albo na Uralu. – I nie mów nikomu, dokąd jedziesz – kiwa głową Maniak. – Nawet mnie. Kieliszki były puste, więc Szura zaproponował: – Skoczę do sklepu, co? – Jeszcze muszę narysować postać. – Cholera. Włączaj Biokonstruktora. Minutę później wyrywaliśmy sobie mysz, tłukąc z pasją w klawiaturę. Pierwsze narysowane ciało trzeba było spisać na straty – było zbyt wyzywające. Dwumetrowy mięśniak z dwuręcznym mieczem na pasie. Zdaniem Szurki, do takiego herosa będą się kleić wszyscy poszukiwacze przygód. Musiałem przyznać mu niestety rację. Następna postać była tak bezbronna, że aż żałosna – obdarty staruszek żebrak. Może nikt go nie ruszy, ale też na pewno nie uda mu się nieść Nieudacznika osiem kilometrów. Tu ja postawiłem weto, nie wyjaśniając przyczyn. Do trzech razy sztuka. Chłopak na ekranie był dość silny, ale z tak dziewiczo niewinną twarzą, że aż mdliło. Ubraliśmy go w jasnozieloną chlamidę do kostek i zawiesiliśmy na ramieniu torbę. – Medyk! – skonstatował z zadowoleniem Maniak. – Po prostu lekarz. Bez potrzeby nikt go tam nie ruszy, ani elf, ani ork. Medycyna jest potrzebna wszystkim. Zaczął umieszczać w torbie jakieś buteleczki, kolby, suszone liście wynajdywane w katalogu akcesoriów. – W świecie RPG będę mógł leczyć? – Oczywiście. Zasada jest taka: przychodzisz do świata w tej czy innej postaci i masz określoną moc. Na przykład znasz sztuki walki albo jesteś mądry, albo masz dar leczenia. Im dłużej żyjesz w tym świecie, tym silniejsze stają się twoje zdolności. Ty jako medyk już od początku możesz leczyć niewielkie rany, złamania, zwichnięcia... – Ciekawa sprawa – mówię, patrząc na swoją nową postać. Zaczynała mi się już podobać. – Dziękuję. Ja bym się zrobił na wojownika. – I oberwał po głowie od jakiegoś bywalca.

– A ty w jakiej postaci zazwyczaj wchodziłeś? Maniak waha się. – Nie powiesz nikomu? – Nikomu. – Byłem wojowniczką elfów, Ariel. – Dlaczego? – Kleiłem się do Goromira. Odbiera mi mowę. Jasne, że to nie moja sprawa, ale... – Goromir to dziewczyna – wyjaśnia szybko Maniak. – Mają tam kompletny bajzel, dziewczyny biorą często męskie role, chłopaki żeńskie. Z pół roku ją rwałem... – I jak? – Nijak. Goromir się spiknął z Dijanel. Nie ryzykuję pytania o płeć Dijanel. Głos Szurki jest zbyt posępny. – Jeśli przypadkiem spotkasz Goromira, przekaż mu pozdrowienia od Ariel – dodaje Szurka. – Rozstaliśmy się jak przyjaciele. Szlag by to. – Muszę wejść na serwer, na którym istnieje miasto Lorien, gdzie panuje Legolas. Tam się pasie twój Goromir? – Nie twój, tylko twoja! – zaperza, się Szurka. – Nie wiem, dawno nie byłem u graczy. Zaraz znajdziemy. Włączył Vikę i zaczął szperać przez terminal po serwerach. Po pięciu minutach poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem. – Proszę! „Jaśnie oświecony Legolas zaprasza mądre elfy, dzielnych ludzi i szybkich hobbitów do wielkiego miasta Lorien, albowiem nastały dni ostatniej bitwy z orkami i gnomami!” Przyjmą cię z otwartymi ramionami. – Dzięki, nie skorzystam. – To może napijemy się piwa? Masz jeszcze półtorej godziny. Piwo po koniaku? Ale z drugiej strony rzeczywiście mam mnóstwo czasu. Z Szury pomocą postać powstała szybko. – Dobra – decyduję się.

101
Zamknąłem za Szurką drzwi i bardzo starannie powiesiłem łańcuch. Zajrzałem do kuchni, upewniając się, że gaz jest wyłączony. Nie czułem się pijany. Cztery butelki piwa to drobiazg, koniaku w ogóle nie ma co liczyć. Idąc do komputera, potykałem się o jakieś kable, stare klapki, zrzucone z półki książki. To Szurka się zachwiał i chwycił za półkę, próbując utrzymać równowagę. – Vika, jest poczta? – mruknąłem. – Nie rozumiem. Leonid. – Poczta jest? – powtarzam starannie. – Tak. Może dwa litry ciemnego piwa wypite w tym tempie to jednak nie tak mało? Skoro Vika nie poznaje mojego głosu... Stłumiłem atak pokory i zacząłem przeglądać pocztę. Różne głupoty. Jeszcze trzeba zajrzeć na tablicę ogłoszeń. Rzecz jasna, żaden z pracodawców czy przyjaciół nie zna mojego prawdziwego adresu w Sieci. Jeśli ktoś chce się skontaktować nie z Leonidem, lecz z nurkiem, istnieje tylko jeden sposób – umieścić ogłoszenie na stacji łączności elektronicznej. To komputer z modemem i obszerną pamięcią, gdzie może zajrzeć każdy pragnący przeczytać wszystkie ogłoszenia. Kodowana metka pozwala na sortowanie niepotrzebnych depesz, szyfr nie daje lamerom możliwości podrabiania cudzych ogłoszeń, a mętne przekazy samych listów zrozumie jedynie adresat. Całkowita anonimowość i absolutna pewność. Spróbuj odnaleźć wśród miłosnych intryg, wiadomości dla small biznesu i zwykłej paplaniny tajne informacje. Rzadko znajduję na tablicy ogłoszeń listy do mnie. Ale dzisiaj były dwa. „Iwan! W wigilię wędrówki po lesie czekam na ciebie tam gdzie zajmowaliśmy się podziałem łupu. Szary”. To Romek. Podziałem zajmowaliśmy się w Trzech Prosiaczkach. A wigilia operacji w Al Kabarze nastąpiła kwadrans temu. Nieoczekiwanie wytrzeźwiałem. Po co Romek miałby mnie szukać, i to tak pilnie? List został napisany tej nocy. Ciekawe, czy pisał sam, czy pod dyktando... Człowieka Bez Twarzy na przykład.

Włączając wilka. – Nie .. że jednym haustem opróżnia szklankę pieprzówki.. że wdepnąłeś? – Orientuję.. rozczochrany okularnik. I kto to mówi! Sądząc po jego odporności na alkohol. – Ciii – przypominam sobie słowa Szurki o przesączających się informacjach.. – Napijesz się? – pyta okularnik. ja już w realu. Roman krzywi się i nagle nerwowym ruchem zdejmuje okulary. zanurzenie – mówię. Jakiś Anatol i Crazy. tak jak zwykle. – Nieudacznik. – Zgadłeś. Wdarłem się w ich przestrzeń pracy.. Tam gdzie zwykle. Ale dziś przyszedł w nowej – chudziutki. orientujesz się.... w której połaszczyłem się na Medal Bezkarności i poszedłem cię uratować! – Vika. Jak nakazuje kodeks. Bracia nurkowie w gniewie. – Lońka.. nawet cztery.. Czegoś takiego się nie wybacza. Stoi. podałem Crazy i Anatolowi swoje imię nurka (i jednocześnie prawdziwe). – Romek? – Lonia? Uścisk dłoni. jeszcze jakieś kłopoty? – Milion. – wymamrotałem – żeby cię.. – Warlock to twoja robota? – szepce.. przy barze. złożyli na mnie skargę.Drugiego listu się spodziewałem. – Alkoholik – mamrocze Roman. Użyłem broni. Lubię wilkołaka... – Nie. „Siedemdziesiąt siedem. A w co? – Złożyli na ciebie skargę. Bracia”. Poznaję go tylko po tym.. zerka na boki i w niczym nie przypomina akuratnego Romana. Siedemdziesiąt siedem to mój numer.. – Więc. a Romek chyba mnie.. Medyk. co jest? – Pomyśl. co ty ze mną robisz? Niech będzie przeklęta chwila.. – O tym wiem. – A co. Znam trzy postacie Romka. Kiwam głową. Często razem pracujemy. Labirynt. – Lonia. Szczegółowych zarzutów jeszcze nie podawali. – Postać numer siedem. Jak nakazuje kodeks.

– Będę musiał uciekać. bez setek.. co tracisz. moglibyśmy zobaczyć w innym nurku idola – to właśnie stałem się nim dla Romka. Może nie chcę się całkiem odrywać od Głębi? Żeby móc choćby oczami Romka popatrzeć na wirtualny świat. ostro. – mówi nieoczekiwanie Romek. Tylko my. bez maskarady kostiumów i ciał. że wilkołak wcale nie jest przestraszony rozmiarem moich kłopotów. bez niekończącego się. Czuć bicie elektronicznego pulsu. – Wdepnąłeś. Roman jest super. żart. mieszkańcy wirtualnego świata. Jeśli my. łykać informacje.. Ale Labirynt i Al Kabar. Jest zachwycony! Zachwycony takimi emocjami – blask skandalu i sławy pada i na niego.. Przyda ci się. – Co? Z Sieci? Powaga? Nie.. Romek. Sam nie wiem.mówmy o tym. – Chciałbym cię za to poprosić o coś innego.. – I tak będę musiał odejść. Na długo – przyznaję się uczciwie. Kiwam głową.. – A jak będziesz żył? – pyta zdumiony Roman. – Wszystko... Romek woła barmana – dzisiaj to najwyraźniej program – i napełnia moją szklankę.. pod tym względem się rozumiemy.. najwyżej muchami. co zechcesz. . Lońka. kipiącego strumienia informacji. ale takiej ofiary nie potrzebuję. Roman mruga nerwowo. ty straciłeś.. Roman to facet kontaktowy i w wąskim kręgu nurków-wilkołaków uznany za lidera. Jesteś w kłopotach po uszy! Nagle uświadamiam sobie. A dla tych korporacji nawet nie jesteśmy myszami. – Nie wiem. Nie martwi się o mnie. Nie chcę korzystać z hoteli. tysięcy przyjaciół i znajomych żyjących we wszystkich zakątkach ziemi? Jak? Trzeba bywać w Deeptown. gdybym mógł pomieszkać u ciebie ze dwa miesiące. bez narysowanych dżungli i wymyślonych gór. W końcu to ty odwaliłeś całą robotę. I może dostanę.. Kręcę głową. I nie tylko ode mnie. aż ucichnie szum... – Oddam ci swoją dolę. Kiwa głową. egoiści do szpiku kości. Zacierać ślady. Wszystko jasne – słoń boi się myszy tylko w bajkach. – Jeśli na rozprawie będziesz potrzebował mojej pomocy – mówi – dostaniesz ją. dlaczego o to proszę.. – mamrocze. bez staroświeckich dowcipów i dopiero co napisanych książek. Jak można żyć bez sprasowanego Głębią czasu. jak się będziesz ukrywał. błyskawicznych przemieszczeń z chłodu restauracji na rozpalony piasek plaż. jeśli potrzebujesz pieniędzy. Może i będę potrzebował. – No. żeby zrozumieć. – Lonia..

jakby w Mekce zjawił się chrześcijanin i od razu pomknął do Czarnego Kamienia – w butach. należy do kogoś z Rosji. A może by tak wejść do Legolasa pod postacią turysty? No tak. – Odwraca wzrok. podam ci mój adres. No nie! A może jest na tyle silnym nurkiem.. na którym stworzono Lorien. Jakieś ciemne budynki. że nędza budynku zrobiona jest wspaniale. że ja. Ale po twarzy Romka już widzę. – To. A jednak Romek odwraca wzrok. Tolkiena. teściową i trójkę małych dzieci? – Rozumiem. Łatwiej nam oddać ogromną kasę i tym uspokoić sumienie niż się ujawnić. Wszystko okay. – Kładę mu rękę na ramieniu. tam bajkowe postacie zarabiają na chleb. nie łamiąc prawa. – Nie. Imitowanie biedy i upadku jest znacznie trudniejsze niż imitowanie luksusu i bogactwa.. A jeśli Romek na tych samych metrach ma żonę. To tak.. ulicę. Jednak się siebie boimy. – Naprawdę. czym by się to skończyło. Załóżmy. zamknięte do lepszych . mimo skromnych rozmiarów mieszkania. Cześć. Cała ulica wygląda podobnie. – Na zlocie będziesz? – Oczywiście. Realny! Miasto. Romek. rodzinne problemy. – Nic nie rozumiesz – mamrocze Romek. Są wyjątki w rodzaju Polan Elfów. – Idę. No tak. Zresztą byłoby to najbardziej rozsądne posunięcie. ale to bardziej atrakcja dla turystów. on bierze następną szklankę wódki.– Nie sprawię kłopotu – dodaję. – Wybacz – wzruszam ramionami. mimo wszystko mógłbym spokojnie przyjąć gości. że nie upija się wirtualnym alkoholem? Gracze RPG niezbyt się afiszują. – Po prostu nie mogę cię przyjąć. Zobaczymy się jeszcze... ze złoconym krzyżem na piersi. Bawi się tam głównie rosyjskojęzyczne towarzystwo.. A raczej na opłatę rachunków za światło i telefon. czego mogę się dowiedzieć. – Nie trzeba. Już lepiej być nowicjuszem. Serwer. to wszystko. który naczytał się Howarda. Trzeba przyznać. – Rozumiem. Gdy wychodzę z Trzech Prosiaczków. – A teraz gdzie idziesz? Pokusa tajemniczego milczenia jest ogromna. ale kto wie. kapeluszu. – Chcesz. Perumowa i innych pisarzy. Mimo wszystko odpowiadam: – Postraszyć elfy. dom. magazyny. którzy oddali hołd romantyce miecza i smoka! Wysiadam z taksówki obok przekrzywionej piętrowej rudery. że propozycja nie przeszła.

Zatrzymuję się przy drzwiach. Do diabła! – Vi. – Kim jesteście? – pada pytanie. jak wyjdzie. potem wsuwa rękę za pazuchę. Człowiek. ale za późno. – I vi i mi! Lonia? Głos też zmieniła – pewnie działa program korekty dźwiękowej. – Jesteś nim czy nią? – Szczegółów nie rysowałam. nie było czasu – oznajmia niedbale Vika-Makrela i rzuca papierosa. imię zostało już wymyślone i podane. że Vika w realu też łyknęła coś wyskokowego. – Medyk Elenium z ziem Trankvilli! Vika daje mi kuksańca pod żebro. rodem z elfów znad jeziora Loch Ness – oznajmia Vika. – Nie ruszajcie się z miejsca! Jak brzmią wasze imiona? – Makrela. Wygląda tak. – zaczynam i gryzę się w język. Graczom RPG przepych nie imponuje. myśli chwilę. Zaczynam podejrzewać.czasów biura.. – Słyszeliśmy wezwanie Legolasa i przybywamy z pomocą! – krzyczę. A jeśli to nie ona? – Vi. Wąski ciemny korytarz. Na końcu korytarza pojawia się blade światło. Można by pomyśleć. – Jak? – A co. vi! – mówi radośnie elf. wyjmuje papierosa i zapalniczkę. – To ty? – pytam na wszelki wypadek. Viki nie ma. czekam. jakby miał skonać po pierwszym sztachu. że w wirtualność wszedł Robertino Loretti. Na plecach łuk i kołczan ze strzałami. – A jak się nazywasz? – Makrela. Vika rozumie moje wątpliwości. Przy wejściu drepcze jakiś elf – krucha.. wchodzimy. Nie ma sensu sterczeć dłużej przy wejściu. Zaciąga się. Elf zerka na mnie. nie brzmi po elfiemu? Jestem z holenderskich elfów. Będzie bezpieczniej. – Poznałeś mnie! – Dlaczego właśnie elf? – W końcu jesteśmy na ich terytorium. Nie mam nastroju na poważne i wymyślne mącenie komuś w głowie. wypuszcza strumień dymu. za którym majaczy ludzka postać. – Zobaczymy. na ścianach graffiti – motywy batalistyczne. złotowłosa istota niewiadomej płci i nieokreślonego wieku. kryjący się za lśnieniem... Palące elfy to widok dla ludzi o mocnych nerwach. – Hobbit to nie tylko cenne futro! – Mówi wesoło. Ma na sobie zielone. ilustrując szkodliwość nikotyny. Przejmuje dowodzenie i to mnie cieszy. . – Przyszliście razem? – Tak – odpowiada Vika. obcisłe spodnie i zieloną kurtkę.

kraju. Lśnienie rozwiewa się.. – Ty. rozglądając się. Makrelo. Na drzewach umocowano jakieś platformy. nie oglądałbyś mnie teraz. – Daj spokój... Dwie minuty stoję. Wychodzimy na ulice Lorien.. Chyba Vika przegięła. – Brawo. – Łzy nie przystoją ludziom! – oznajmia z wyższością starzec. mądry Eleniumie. – Gdyby nie cudotwórcza siła Eleniuma. uformowanych w szyk hidrom – przypominam sobie opowieść małego hobbita – napadła mnie podstępnie! Gdyby nie odwaga Makreli.– A co doprowadziło do przyjaźni pomiędzy elfem a medykiem – człowiekiem? – W boju z orkami raniono mnie zdradziecko cisową strzałą – wykrzykuje Vika. Ciemna zieleń i czerwone złoto liści. ja. o nieznajomy. albo ma poczucie humoru. . – A co ty powiesz. – Wejdźcie do słynnego miasta Lonien i nabierzcie sił przed decydującą walką! Posłuszni jego gestowi wchodzimy w lśnienie. dziesięć mocy i dziesięć dzielności. – Starszy brat Relanium. wstawia się za mną: – Elenium przelewa łzy po swoim starszym bracie Relaniumie. – Rad jestem powitać mądrego medyka i dzielnego.. Nie wiem. pięć wytrzymałości i pięć mocy – oznajmia starzec.. naprawdę tu ładnie! Gigantyczne drzewa z białą jak śnieg korą. otrzymujesz pięć punktów odwagi – postanawia wielkodusznie. może na zawsze utraconym. jak zakończyć. dziesięć wytrzymałości. że sama stworzyła swoje góry z czystego entuzjazmu. i zasłaniam twarz rękami.” – zaczyna się plątać – dzielnego elfa! Teraz jesteście bezpieczni. Ruchy ma tak gwałtowne. Na końcu korytarza widnieją masywne żelazne drzwi. chyba mieszkalne. Ale nie chcę jej przypominać o tym. którą – którego – odźwierny wyraźnie polubił.. Nadal nie określa swojej płci. Do licha. a głos tak młody. – Dobrze. mówisz? – szepcę w plecy Viki. dostajesz dziesięć punktów umiejętności.. otrzymujesz dziesięć punktów zdolności. Zachowanie kamiennej twarzy wymaga ogromnego wysiłku. – Nieźle popracowali – komentuje profesjonalnie Vika. – A ty. nie gniewaj się.. Zbudować coś takiego na gołym entuzjazmie! Mógłbym powiedzieć. – Dziękuję – szepcę. Makrela. dzielną. Elenium? – Szajka ohydnych gnomów.. Dróżki wyłożone białymi kamieniami. że może mieć najwyżej dwadzieścia lat. połączone drewnianymi schodkami. który zginął z łap gnomów! Uuu. do korytarza wchodzi starzec. Bezgłośny śmiech bardzo przypomina szloch. Na szczęście młody starzec albo nie zna farmakologii.. – A dlaczego ja nie dostałem dzielności? – oburzam się. ja.

a liczba waszych zdolności wzrośnie o pięć punktów! Co za radość. To ich prawo. – W takim razie idźcie tam! – Elf posępnieje i wskazuje kierunek. Przystajemy. – Słuchanie twej mowy to rozkosz. widocznie magia elfów rozgania chmury. – Jedyne sześć godzin ćwiczeń na schodach. że oni tu tylko machają mieczami – dziwi się Vika. po czym atakuje chłopa z mieczem: – Jak ostrzysz?! Jak ostrzysz! Co to jest. o wysoko urodzony? – pyta Vikę elf. wędrowcy! – woła do nas elf. Jego podopieczny chyba już kończy zdobywanie pięciu punktów zdolności i elf znowu będzie siedział sam. – Nie. że narodu mało. Jeszcze jedna guma do żucia dla mózgu. – Jesteście tu po raz pierwszy? Vika kiwa głową. Najwidoczniej wszyscy poszli bić orków i gnomy. Uczą się języka elfów i gnomów. układają ballady i legendy. – Nie. Powietrze słodkie i świeże. – Vika nie daje się sprowokować. – Po prostu trochę tu nudno. – Ty byś pewnie zamknęła wszystkie serwery RPG – podpowiadam zjadliwie. Tylko trzy godziny. a otrzymacie siedem punktów siły i wytrzymałości! Odnoszę wrażenie. którędy wyjść za mury miasta. studiują ekonomię średniowiecza. Elf posępnieje. owłosiony chłop próbuje pod okiem elfa naostrzyć miecz. . lekki mrozek szczypie skórę. bracie mój – opędza się Vika. – A ja myślałam. – Wskaż nam. masa pożytecznych doświadczeń. nauczę was ostrzyć miecze. – Takich subkultur jest cała masa. Urok Lorien lekko się rozwiewa. – Zatrzymajcie się na chwilę. że elf się zwyczajnie nudzi.– Trzeba znaleźć stąd wyjście – postanawia Vika. byśmy mogli dogonić armię. – Zdolności wasze są niewielkie. – Nie ma co. ostrzą miecze i kindżały. nóż do chleba? Nie zaliczę ci zdolności! Pospiesznie idziemy we wskazanym kierunku. Średniowieczna muzyka na granicy słyszalności. Ci przynajmniej nie biorą narkotyków i nie organizują rewolucji. – Spieszymy się – odmawia Vika. Szkoda. Surowo tu u nich. Idziemy białymi dróżkami. rozkoszując się otaczającą nas idyllą. Obracać nieistniejącą szlifierkę w celu zdobycia nieistniejących umiejętności. – Nie tylko.. – Ale my rwiemy się do boju. Pod jednym ze śnieżnobiałych drzew rozpalono ognisko i umocowano koło szlifierskie Potężny. Śniegu nie ma. – Czy nie jesteśmy aby krewnymi. – W takim razie wejdźcie na ten melorn – elf kiwa głową na jedno z drzew.. Posiedźcie ze mną. wysoko urodzony elfie – oznajmia Vika.

. chciałbym. nurku. Po prostu chcę. malutkie wojny z sąsiadami. Dzielny elf Makrela patrzy na mnie ze smutkiem. kuglarz – pewnie mag-żongluje ognistymi kulami. – Lonia. Elenium. gra w pokera. Ucieczka od życia. Życie wre. Otworzyła służąca młodziutka. Tak to jest.. śpiewa. – Mówi dzielny wojownik Makrela..– Lonia.. I to. ale w zielonym stroju elfa.. – Oczywiście. Zmierzamy do opasujących Lorien murów.. walcząc mieczami i puszczając strzały do celu. – Dlaczego nie? Piękny i wielki cel. w ten sposób to i w komunizm można uwierzyć. gdy elf Legolas . i nie badanie psychopatów w wirtualności. Ale to eskapizm. bard rozgląda się i przechodzi na jakieś miejscowe przyśpiewki: Był taki czas. – To beznadziejnie śmieszne i małe – mówię. Ale zbieranie znaczków. Tutaj jest już znacznie więcej postaci. Vika w swojej masce elfa odwraca spojrzenie. wyciągniemy Nieudacznika. Pod okiem elfich mędrców kilkunastu ochotników zarabia na punkty siły.. masz w życiu cel? Jakikolwiek? Nie ukraść tysiąc dolców. Każdy znajduje rozrywkę według własnego uznania.. że wracałam do domu i miał mi kto otworzyć drzwi. Nie ma wartości ogólnych. – To tajemnica? Milczę przez chwilę. potem w krocze.. Ludzie wyszukują sobie skromniutkie cele i poświęcają im życie. spacerują kupujący. – Lonia. A składanie mu życia w ofierze to już tradycja.. – Wiesz. to nie zawsze jest dobre. Człowiek. ja nie marzę o jednolitości. Grupka słuchaczy nie przejawia entuzjazmu. chodź. – Wiesz. Oberwany artysta rysuje portrety wszystkich chętnych.. żeby ktoś otworzył mi moje własne drzwi.. gdzie handlarze zarabiają punkty zdolności. – Ja też czasem tego chcę – odpowiada w końcu Vika. Wzdłuż rzędu kramów. nie popić z przyjaciółmi w restauracji. – Ale już tak było. akompaniując sobie na gitarze: Do wrót zamku minstrel zastukał. wszystko jest ucieczką od życia.. a właśnie – cel? – Mam – mówię uczciwie. wielka polityka.. A już na pewno nie komunizm czy światowa rewolucja. przychodząc do domu nie wyciągać z kieszeni kluczy. Też coś zdobywają. Najpierw w zęby. – To nawet nie ostrzenie nieistniejących mieczy. gdy do nich zadzwonię...

tylko pod szkłem gablot obok broni palą się świece.. kopie i halabardy sprzedawane na rynku w wielkim wyborze nie są nam potrzebne. miecze. chichoczą.. oglądając środki zniszczenia sobie podobnych. co się tu dzieje. Zawierały zdrowy element. ogromną ropuchę. wynurzyłem się i zobaczyłem na brzegu. Chyłkiem odchodzimy. – Ha! Miłość sama w sobie jest kłamstwem. to staje się oczywiste. rzucają mu drobne monety. – Rzygać się chce – mówi osiłek za moimi plecami. – I za to właśnie cię nie lubią! – nie zgadza się z Cyklistówka rozmówca. – Potrzebujemy czegoś? – Vika wskazuje kramy. Wymijam ich. No.. – Taniocha. teraz to już przesadziłeś – odpowiada rozmówca. – Słyszałam o czymś takim. Poziom bruku. Pod pełnym wyrzutu spojrzeniem Viki wędruję od kramu do kramu. że żyje! Prościutka piosenka zyskuję aprobatę tłumu. Nagle do mnie dociera: on nie tylko tak gada.. Czuję taki wstręt. Gdy rejestrujesz wszystko. Teraz to żłób i pomyje. Do walki stawać i tak nie mamy zamiaru. – No wiesz. Osiłek za moimi plecami poprawia nasuniętą na oczy cyklistówkę i gada dalej: – Kiedyś twoje gry były niezwykłe. Życie i śmierć są takie podobne. Kompletne zwyrodnienie pod każdym względem. Przypominają mi kwiaciarzy. tuż przed oczami. ale po chwili się zatrzymuję. On i prawda to jedno. – Młodzież musi się jakoś bawić. gdzie rzeczywiście jest pięć miedzianych monet. . Minstrela oklaskują. W jednym z kramów potargowaliśmy się ostro ze sprzedawcą i kupiliśmy dwie manierki z miejscowym winem i dwa krótkie kindzały. Ubierają się w szaty niemal nie do odróżnienia.. W kącie kramu przy stoliku siedzi dwóch mężczyzn. Ale. – Zawsze mówię to. Wsuwam rękę do kieszeni kurtki. – A pieniądze? – Poszukaj w kieszeniach. Na ostrzach tańczą krwawoczerwone odblaski światła. W kramach panuje mrok.. co myślę. – Wszyscy wchodzący otrzymują je automatycznie – wyjaśnia Vika. którzy zimą wstawiają świece do swoich akwariów z kwiatami. gdy kąpiąc się w rzece. jak dawno temu w dzieciństwie. Przysadzistego osiłka w białym ubraniu nie znam.Walnął nazgula w oko raz! Nazgul do rzeki wpadł po szyję Dziwić należy się. On naprawdę tak myśli. Mówię prawdę – ogłasza bezapelacyjnie Cyklistówka. A jednak pociąg do broni jest chyba genetycznie zakodowany w męskim organizmie.

do czekającej Viki. A wszystko z jednego jedynego powodu. Kroczyć przez Głębię niczym dumny herold prawdy. gardzić. minstrele. Straciła swoją rozwojową rolę.. – Ale wolę i sprawdzić. Rzucam spojrzenie na Cyklistówkę. Idziemy w stronę miejskiej bramy – obok minstrela kuplecisty. To takie proste. – Gra zeszła do poziomu bydła. Nie kochać nikogo.. że ma pan sto punktów zdolności! Cyklistówka za moimi plecami nie przestaje ględzić. – Nie. Prawda jest ubraniem maskującym cynizm. jest wiele prawdy. Punkty siły. Oni wszyscy są pełni wad. – Raczej nie. Tajemniczego Nieudacznika. wystarczy nie kochać. Wychodzę z kramu – na świeże powietrze. studiują język gnomów i handlują pustką. Chyba nie zauważyła swojego byłego klienta. którzy ostrzą narysowane miecze. – Życia. Patrzę na ten świat i śmieszą mnie chłopcy. i nagle zaczynam rozumieć.. pyta: – Więc co proponujesz? – Sytuacja jest absolutnie jasna – głosi Cyklistówka. głupiutkiego małego hobbita. że zamarłem nad witryną i ożywia się. bardzo dobra broń! Ale może go pan kupić tylko pod warunkiem. co Cyklistówka mówi dziewczętom w burdelu albo elfom w Lorien. Nieumiejętności kochania ludzi. najwidoczniej jakiś znany gracz. Na każdego można się złościć. dno! Pomyśl o tym. Ale to jeszcze nie to. – Bardzo. Jego rozmówca. czy sam znajdziesz adekwatne rozwiązania. obok kuglarza i fechtujących się wybrańców. – I znalazłeś? Wzruszam ramionami. Trzeba zrobić jeszcze jeden krok – całkiem malutki. dziękuję – mówię do kramarza. wskazuje palcem szkło. . kramarza. Nawet nie trzeba się złościć..Kramarz po tamtej stronie lady widzi. – Czegoś tam szukał? – pyta Vika. W tym. wirtualną prostytutkę Vikę. Podchodzi. minstrela. Człowieka Bez Twarzy. wzgardliwie strząsając z białych wyłogów brud ludzkich wad. kuglarze. pod którym leży miecz. – Daleko mi do stu punktów. Pójść odrobinę dalej – przestać kochać. wilkołaka Romka. To też na pewno jakiś cel – uważać się za ucieleśnienie prawdy. Cierpieć za prawdę i demaskować kłamstwo. – Życzy pan sobie potrzymać miecz? – proponuje uprzejmie kramarz.

– Kocham – szepcę ledwie słyszalnie. wystudzonego do zera absolutnego... – powtarzam. Lorien.. Nikt nie śmieje się tu z człowieka i elfa. . Dokonuję wyboru. – Umiesz. w zimnej bieli drwiącej prawdy. – Powiedz „kocham” – powtarza Vika. Której nie trzeba nic wyjaśniać.. Prawda i miłość nie idą w parze. Kręcę głową. pod złotymi kędziorami i bladą arystokratyczną cerą. niczym procesor. – Powiedz „kocham” – mówi ona. – Vika – szepcę – Vika. Nie mogę. obejmujących się przy bramie miasta. Moją Vikę. nużący proces? – Vika.. – Przyjaciół i wrogów. Patrzy mi w oczy i widzę ją pod obliczem elfa.. Sterylnie białego.A wtedy uchylają się ciężkie drzwi i można zajrzeć do innego świata. – Przyjaciół i wrogów. Martwego i czystego. ciągle jestem tam. Po co idziemy ratować Nieudacznika? Po co ten długi. – A ja kocham ciebie – mówi Vika. Zwykłą... Wspaniałe miasto. prawdziwą.

Przynajmniej wtedy. elfy chodzą lekko. Lonia – mówi właśnie z uśmiechem. Zapewne gracze umówili się. drugi – wojownikiem z mieczem. Jeden pewnie był magiem z laską w ręce. Ten maluch umie być dzielny. No proszę. że to efekt magii. Śnieg jest udeptany. Na nasz widok zrywa się i wyszarpuje swój malutki kindżał. Oto i ślady – okrągły od kija i wąski od pochwy miecza. Na szczęście gracze nie są milionerami. czy Nieudacznik nas pozna? – Witaj. Droga ściele się pod nogami z cudowną szybkością. Po lewej stronie drogi śnieg jest ubity. – Jestem Harding! – oznajmia hobbit. jeśli przed tobą przeszła tędy armia. Hobbit siedzi przy nim w kucki i śmieje się w głos. mógł go zauważyć. w którym niedawno straszyłem hobbista. chowając kindżał. żeby iść do swoich wrogów całe miesiące. którzy odeszli na bok. zaczynamy iść po ścieżce. żeby wypalić po fajeczce. Kilka razy odnoszę wrażenie. Dwie górki popiołu. gdy drogą maszeruje wojsko. nie zapadają się. że poznaję miejsce. A tutaj był krótki postój. z ognistym mieczem? . który wlókł się za armią. Kiepsko schowaliśmy Nieudacznika. Drogę po prostu złożono z powtarzających się elementów. popijając z manierki. gdy ma obok siebie bezbronnego człowieka. Tutaj obie części armii wysłuchiwały instrukcji od swoich dowódców. Widzę oczami wyobraźni dwóch staruszków przewodników. I wszędzie drobne znaki hałaśliwej krzątaniny. – Jesteśmy przyjaciółmi! – mówi Vika. przyspieszamy kroku – może już go tu nie ma? Ale Nieudacznik jest na miejscu. Doszliśmy do skał. – Nie widzieliście tu gdzieś Conana? Taki wysoki. Ciekawe. Sosna najeżona strzałami. nie zboczysz z trasy. że to pomyłka. po prawej lekko zadeptany.110 Dobrze idzie się zimową drogą. i to nawet nie sam. ale za każdym razem okazuje się.. W realu przejście ośmiu kilometrów zajęłoby sporo czasu. W końcu Vika zauważa ślady biegnące od drogi ku świerkom.. No tak. – Przyszliśmy w pokojowych zamiarach! – Jestem medyk Elenium – popieram ją. Nie umawiając się. Oparty o pień drzewa opowiada coś hobbitowi. każdy wojak.

– Ten Conan okradł małego – mówi bardzo poważnie Nieudacznik. Dzieciak. – Wtedy doniesiemy. Podwijam nogawkę Nieudacznika. drugi. – Mam tylko trzy punkty siły. jeszcze krzyczy: – Tylko uważajcie na Conana! Vika szepce mi na ucho: – Conan. – Boli? – pytam z ciekawością prawdziwego lekarza. Nie mam bladego pojęcia. Tylko oczy mu się śmieją. Teraz najważniejsze są rezultaty leczenia. W milczeniu odczekujemy pięć minut i. . nie jest taki zły! – hobbit nieoczekiwanie wstawia się za grabieżcą. – To ja już pójdę. i wstaje. Harding rysią wybiega na ścieżkę. niczego nie podejrzewając. – A jeśli nie zadziała? – pyta z ciekawością Harding. Podchodzę do Nieudacznika... – Wstawaj – komenderuje Vika. – Alienowi – powtarza hobbit. dobrze? Wrócę do miasta. czy poradzicie sobie sami? – Oczywiście. nie umawiając się. – Dziękuję – mówi z całego serca hobbit. Bardzo ciekawe. wytrząsam na śnieg zawartość swojej torby lekarskiej. Złamał nogę. – Jemu. komputer podtrzymujący Lorien i jego okolice powinien odtworzyć funkcje narysowanego ciała. twojego przyjaciela do miasta. rozwijam łubki. jak należy leczyć w tym wymyślonym świecie.. Nieudacznik milczy.. czując wyrzuty sumienia. na pewno oberwę. – Potem zostawił Alienowi wszystkie moje zapasy! Zrozumiał. obficie smaruję nogę. W tym świecie mam zdolność leczenia ran. odkładamy rozmowę z Nieudacznikiem na później. – Więc nazywasz się Alien? – pytam. – Biegnij – mówię. Po chwili zastanowienia oblepiam jeszcze suchymi liśćmi i oznajmiam: – Za pięć minut złamanie się zrośnie. Długo mnie nie było. hmm. Wewnątrz śmierdząca zielona maź. Po chwili wahania pyta: – A czy wy.. Sytuacja jest bardzo prosta. że jemu są bardziej potrzebne! – Komu? – pytamy jednocześnie. pogromca hobbitów! – Przestań – proszę – i tak mi wstyd. Nieudacznik pojawił się tu z kontuzją kończyny. Robi jeden krok. Nieudacznik niepewnie opiera się na niedawno chorej nodze. nie doniósłbym go. Otwieram jedną z buteleczek. Sto procent.. – No nie. Gdy otworzyłem torbę i poświęciłem część jej zawartości na nogę Nieudacznika.

– Na razie i tak niewiele z nas pożytku. prawdą okazuje się to. – Kiedyś przyjdę tu znowu. – Zapracujesz tysiąc punktów i będziesz twardzielem. Vika zerka na mnie. ale milczy. zastukam i pokornie zapytam: gdzie szukać mądrego Aliena? Może wtedy zaryzykujesz i opowiesz mi prawdę. patrzy na poprzecinane melornami niebo. że nie udało nam się dogonić armii. którzy w końcu spokornieli. żebyśmy potrenowali – kiwam na Nieudacznika. Teraz wyjdziemy na ulicę i ostatecznie zakończymy nasze sprawy – rzucam niedbale. zostań tutaj – proponuję. – I wychodzić w real. Nie mamy czasu na zagadki. – Wobec tego rozstajemy się. – Chłopcy. że będę musiał odejść. żeby coś przegryźć. jestem chyba najmniej poinformowaną osobą w tym towarzystwie – odzywa się Vika. ale mimo wszystko wyjaśniam: – Namówił nas. Czeka mnie nudne i długotrwałe ukrywanie się w różnych zadupiach. Odpowiedzieć muszę ja: – Potem mimo wszystko będziesz musiał wybrać. – Właśnie. moja droga. – Nie zalewaj! Co dla ciebie znaczy rok czy drugi? Po stu latach ciszy? Nieudacznik przystaje. w dodatku szanowanym – rozmyślam na głos. Na zawsze. – A potem? – Nieudacznik zerka na Vikę. Rozumie. co nieprawdopodobne. – To bardzo proste. – Nie kłamię i nie szantażuję go. – Ja i tak nie umiem niczego wyjaśnić – uprzedza Nieudacznik. Ochroniarze przy bramie miejskiej rzucają nam pogardliwe spojrzenia – przechodziliśmy tędy kilka godzin temu i wygląda na to. gdzie na kalkulator mówią komputer. Nieudacznik zadziera głowę. Bardzo proste. Nawet Nieudacznik jest zakłopotany. też nie musisz? Milczy. wie. Gdy odrzucasz to.Kręci głową. – No to idziemy do miasta. – To jest Lorien? – pyta Nieudacznik. . gdy przechodzimy obok śnieżnobiałych drzew oplatanych schodami niczym bożonarodzeniowe choinki łańcuchami. Powstrzymują się wprawdzie od złośliwych uwag. Powrót do Lorien trudno nazwać triumfalnym. – Muszę się ukryć. Leonid. A Vika musi odbudować swój biznes. Wyjaśnienie nie gorsze od każdego innego. Mogą nas uznać za zarozumiałych nowicjuszy. – Ja też mam niewiele czasu. Patrzymy sobie w oczy. – Jak chcesz. – Przecież nie musisz płacić za rachunki telefoniczne? – Nie muszę. co niemożliwe. ona milczy.

– Co to. Jego zdaniem. On też zna moje imię. Pierwsza dochodzi do siebie Vika. dziewczyno. Dima – mówię. trzy metry nad ziemią – scena przypomina mi jakąś staroświecką.. widzę. – Chodźmy. – Chcesz powiedzieć. jakie stawiasz warunki. Powinniśmy. Może nawet adres. – Zbyt długo cię nie było w Rosji. Kij i marchewka. Bardzo słodka marchewka. – To twoi chłopcy rozwalili mój zakład? – zaczyna agresywnie. – Brawo. Trzech ochroniarzy z automatami stoi za jego plecami. nigdy nie staniemy się częścią ich bajki. Idź i weź to. Wiem. to dzięki nim lewitują dwa. Za plecami ochroniarzy huczą reaktywne silniki. – Powieś sobie swój medal nad sedesem. Nie . otwierając drzwi. kim jesteś. Nieudaczniku – mówię. Znowu ruch – nieistniejąca twarz odwraca się w moją stronę. przedwirtualną grę. Nie wiem. że mają buty w rodzaju skrzydlatych klapek Zuko. że ciebie nie można kupić.. Kolejnych dwóch wisi w powietrzu opodal – ale nie dlatego. Mgła nad kołnierzem czarnego płaszcza kołysze się. Nieźle.. Nieudacznik nie rusza się. co ci obiecano. naprawdę jestem zmęczony rebusami. w którym rozmawialiśmy po raz pierwszy. Na nas już nie patrzy. natarczywie nas obserwując. – Magazyn. że to jednak ja będę musiał podjąć decyzję. a Człowiek Bez Twarzy zamiera. Wychodzimy z Lorien przez ten sam przedpokój. Tym razem odźwierny nie nęka nas pytaniami. zostaliśmy kupieni i usunięci z gry. Musimy omówić wiele rzeczy.Czegoś brakuje w tym długim łańcuchu warunków pozwalających mu mówić. Człowiek Bez Twarzy robi krok do przodu. Czarny płaszcz ściele się na brudnej ulicy. ale wszystko da się zrobić – szepce hipnotyzująco Człowiek Bez Twarzy. czy możesz czuć się pokrzywdzona.. Nie jest sam. – Możemy się dogadać. – Sprawdź swój rachunek. Wyciąga do Nieudacznika rękę. Ale gdy wychodzę na zewnątrz. nurku – mówi Człowiek Bez Twarzy. – Decyduj. Skrzyżował ręce na piersi. A potem zastanów się. – Nie żartuję. Człowiek Bez Twarzy stoi pięć metrów od nas. Nie denerwujmy biednych elfów. próba samobójcza? Osobiście wolałbym dobrze zapłacić za dobrą robotę. – Tak. Leonid? Jeden jeden. jest na Yuken Street 42. – Chodźcie.

Wilk odskakuje – w samą porę. Wilk uderza w jednego z latających ochroniarzy. nie podejrzewałem istnienia takich subtelności. Najwidoczniej dostali polecenie chronienia Nieudacznika za wszelką cenę. na pewno blefuje. który pada – w Deeptown podlega ogólnym zasadom.. ty też ryzykujesz. W tym momencie z dachu elfiej rudery skacze długi szary cień. Nawet jeśli zza muru przyglądają się nam dzielne elfy. szczęk i ochroniarz nieruchomieje. ale tych trzech na ziemi rzuca się na nas. który spada na ulicę jak papierowa lalka podwieszona na nitkach.nauczyłem się tego w Rosji. bo drugi lotnik zaczyna strzelać w jego stronę.. sobowtóry i tak dalej.. że obserwują nas nie tylko elfy. nie będą się wtrącać. Pstryknięcie. Odwracam się do Nieudacznika. co się dzieje. sekretarze. Wilk skacze w naszą stronę. – Odchodzimy – mówię i biorę Nieudacznika za rękę. – Po pierwsze. Dwóch w powietrzu nadal wisi. że biznesmeni tak samo lubią pobawić się w Głębi jak zwykli ludzie. Po drugie. Ale wytrzymuję cios – innego wyjścia nie mam. Wystarczy im własna odwaga i własna broń. Ile potrzeba na dwoje nieuzbrojonych ludzi? Kilka uderzeń kolbami. Stoimy w zwartej grupie. Uchylam się przed pierwszym ciosem. Jeśli rozumie. jestem nurkiem. – Chcesz z nim pójść? – Ty decydujesz – odpowiada Nieudacznik. próbuję wyrwać mu automat w nieśmiałej nadziei.. podcinam ochroniarza. Dibienko? Mogę poinformować o tobie Al Kabar. które zaczyna unosić się w górę – silnik nadal pracuje.. Kule rozrywają obojętne ciało. że ten zestaw wirusów ukształtowano jako autonomiczny obiekt. ale oni z innego powodu. Dobrze przygotowani pomocnicy! Wytrzymuję cios. ty jesteś po prostu głupi! Samemu Urmanowi! Żaden człowiek jego rangi nie zajmuje się osobiście interesami w wirtualności! Od tego są referenci. Robi wrażenie. – Czym? – A jeśli doniosę na ciebie Urmanowi? Samemu Friedrichowi Urmanowi? On też pragnie dołączyć do grona wtajemniczonych. – Nawet nurkowie mają swoje czułe punkty. W końcu nie jest idiotą. Blefuje. Człowiek Bez Twarzy zaczyna się śmiać. – Nurku. I może jeszcze osiłki Dibienki.. Wewnętrznie jestem absolutnie przekonany. że Dibienko nie będzie nam przeszkadzał. kilka wirusów wpuszczonych w nasze kompy i znikniemy z pola bitwy. nie pracowałem dla ciebie. Wydawało mi się. Ale okazuje się. . Tylko on się teraz nie boi. – Co za różnica. ochrona nie strzela. – Zabić tych dwoje – rozkazuje Człowiek Bez Twarzy. A ty nie możesz mi nic zrobić.

żebyś się opamiętał – mówi Dibienko. Z kłów kapie krwawa ślina. Ale natychmiast zrywa się i znowu rzuca na Dibienkę. kładę mu rękę na grzbiecie i szepcę: – Dziękuję. Kolejny wybuch i pechowy ochroniarz rozlatuje się na bezkształtne kawałeczki. – Szczeniak – mówi Człowiek Bez Twarzy. wilkołak jest znacznie wyższy od Człowieka. – Po raz kolejny proponuję ci. oczywiście. odrywając się od nieruchomych ciał. Piękny skok. ale w programie jest. Cios jest tak silny.Człowiek Bez Twarzy płynnie schodzi mu z drogi. więc po prostu rzucam bronią w lecącego na nas ochroniarza. – Nigdy bym się nie spodziewał. Cios nie był zwykłym uderzeniem – skóra wilka jarzy się białym płomieniem. Ale ten jeden jest zbyt opanowany. Jest zbyt zaabsorbowany walką. Jedną ręką podnosi wilka za skórę na karku i odrzuca pod elfią ruderę. nie odrywając spojrzenia od Dibienki. błyskając zielonymi ludzkimi oczami. Został już tylko Człowiek Bez Twarzy. Pewnie wilkołak odłączył całą ochronę w imię szybkości i precyzji ruchów. Jednym kłapnięciem szczęk wilkołak przegryza ochroniarzowi szyję i rzuca się na pozostałych dwóch. Stojąc na tylnich łapach. że ściana się zawala i wilk do połowy grzęźnie w przedsionku. I skacze na Człowieka Bez Twarzy. Najbliżej jest nieszczęsny lotnik i właśnie on obrywa. by imitować czysto wilcze zachowanie – rwie wrogów zębami i po kociemu młóci łapami. nadal . Ale wilk mija go obojętnie i wgryza się w gardło jednego z napastników. Podchodzę do Romka. podnoszę go. którzy posłusznie zaczynają się wycofywać. bezsensowna reakcja. – Idź wreszcie! – prycha na mnie wilk. Kłapiące szczęki zaciskają się na szyi Dibienki. Eksplozja – i cały pakiet wirusów. Z pazurów sypią się zielone iskry – w ruch poszła broń wirusowa. nawet gdy wirus załatwia jego komputer. Ale teraz. Jest zbyt spokojny. chyba nawet szybszy i bardziej precyzyjny niż ten z dachu. zabezpieczenie programu bojowego nie wytrzymuje. który odruchowo zaczyna strzelać. – Braterstwo nurków? – mówi kpiąco Człowiek Bez Twarzy. Spust pod palcem ani drgnie. – Uciekajcie! – ryczy wilk. jak trzeci ochroniarz walczy z Viką i ciskam swoim przeciwnikiem w niego. Automat leży pod moimi nogami. Za szybka. Kiwam na Vikę i Nieudacznika. sierść jest zjeżona. – Uciekaj! – rozkazuje znowu wilk. uaktywnia się jednocześnie. Ja i Roman zostajemy – dwóch na jednego. W tym wypadku również niebezpieczna. Jednak drań wpuścił w Romka wirusa. połączonych w postać automatu. przednie łapy drą jego pierś. Czas jakby gęstnieje – widzę. detektor użytkownika. który patrzy niewzruszenie na pogrom swojej armii. Seria tnie po automacie.

Głębio... żeby dać mi szansę. – Łap. Ale zaraz jej twarz wykrzywia przerażenie.. Trzeba będzie podpowiedzieć Magowi.. Śnieżek leci prosto w moją twarz. spadam w tę barwną przepaść. Jego palce wyszarpują garść mgły i zgniatają niczym brudny miejski śnieżek.” . Trudno współzawodniczyć pod względem szybkości z facetem.. Nie mogę jej zmarnować. w kolorowy labirynt. Głębio. pochyla się nade mną. Pluję w tę mglistą maskę.” Za późno. „Głębio. który wymyślił Głębię. skrzące się. nurku! Miłych snów.. rozwija się niczym bezkresne prześcieradło. w niekończące się fałszywe odbicia.. jak przystało na uczciwy. macha mi ręką... Deep program zalewa mnie.”‘ Nurkuję coraz głębiej. Jeden cios i lezę na ulicy. „Głębio. wpycha do środka Nieudacznika..” Nie mogę wynurzać się z taką prędkością.. i nie ma zamiaru zgasnąć. Na moim kompie nie ma timera i nikt nie przyjdzie do moich drzwi z własnym kluczem. co mi przypomina ten kalejdoskop. Ale to nie o to chodzi. Uszy przewierca mi żałosne. cichnące wycie. Dziesięć metrów dalej. który ma w domu prototyp komputera najnowszej generacji. Człowiek. Gest czysto symboliczny – możliwość plucia w wirtualnym ciele nie została przewidziana.. w szaleństwo i zapomnienie. Głębio. „Głębio. z jaką wciąga mnie kolorowy wir! „Głębio. Głębio. posłuszny deep program.. Dibienko przesuwa dłonią po pustej twarzy. Głębio. Vika łapie samochód Deep Przewodnika. a w następnej chwili Człowiek Bez Twarzy chwyta mnie za ramię.. „Głębio. i nie mam sił się uchylić. wzorzyste. Uciekam.walczy. Już nie szare – barwne.. Romek mnie wyśledził – jak mu się udało? – i rzucił się do walki. lustrzane. jakby ścierał moją ślinę.” A płótno prześcieradła płonie. Zbyt późno dociera do mnie. na ulicy. – Byłem cierpliwy – mówi.

mógłbym ręcznie wprowadzić komendę wyjścia. Kontaktowanie się z Windows Home z Głębi było dla mnie naturalne. że nie poczuję klawiszy pod palcami. Robię krok – o dziwo.111 Przede wszystkim spokój. To niemożliwe. Świat stracił realność. urażona wstęga odlatuje. Iluzje. gdy wody przybywa szybciej niż on wyrywa się w górę? Jeszcze nie wiem. I cisza. ale moich rąk nie widać. niczym legendarne postacie. Rzecz nie w tym. Spod nóg. Po prostu świadomość dawno temu przywykła imitować moje ruchy. ale co ma zrobić. – Vika! – Mówię. Nie wyciągam ręki. o której mówił Nieudacznik. nie skaczę. aktywny deep program. każda kropla to malutki. lecz słabo drgam. nie idę. biją fontanny białego pyłu. Jak prosto i jak niespodziewanie. przerywam zanurzenie! Wyjście! Zero efektu. Spokój. Gdzieś przede mną klawiatura. po prawej mysz. których też nie ma. Przejmowanie i . – Vika! Wyjście z wirtualności! Vika. martwa cisza. kłujący boleśnie kryształek. zwija się w pierścień. udaje mi się. jak ta.. próbuje zawiązać wokół mojej głowy. Nurek umie się wynurzyć. Panika zabija szybciej niż kula. Podobno to ulubione powiedzonko któregoś z naszych kosmonautów. W domu.. Głębia. przy swoim starożytnym kompie. Gdzie teraz jestem? Idę po ulicy Deeptown z wysuniętymi przed siebie rękami ślepo wpatrzony w nicość? A może spadłem w Głębię komputera Dibienki? Albo. Tęcza. tylko unoszę się nad krzesłem. rozpłynąłem się po całej Sieci? Spokój. ale przebieram nogami pod stołem. Wokół mnie niekończący się kalejdoskop.. Obok mnie przepływa pomarańczowa wstęga. prawie taka. Zaczyna padać szmaragdowy deszcz. Gdyby wymacać klawisze. Przede wszystkim – jestem w domu. Zrywam ją. W kombinezonie i hełmie.. teraz jest jak obraz szalonego abstrakcjonisty. Tylko kto jeszcze pamięta bohaterów minionych czasów? Spokój. fajerwerk.

Choćby do tej pomarańczowej taśmy. Głębio. co się dzieje.. Dibienko mnie schwytał. Gdyby wszystko było takie proste. Muszę odciąć się od deep programu. co się dzieje.. Ustalmy sobie. Nie widzieć go.” Powtarzam to sto razy. wypuść mnie.. Zawsze to jakiś punkt orientacyjny. Powoli. Spróbuję iść. Pomarańczowa szarfa zwinięta jakby we wstęgę Mobiusa.. żebym przesunął się choćby o metr. Czy wymyślił tę pułapkę przypadkiem? Próbował sam się nauczyć wynurzać. a Nieudacznik idzie z Dibienką pokorny i milczący? Żeby się dowiedzieć. Albo szaleństwo kolorów się usystematyzowało. Świat wokół mnie nieco się uspokaja. Nie zanurzać się już. lecz ściągnąć nurków do poziomu mas? Może nigdy się tego nie dowiem. czy tak jak ja błąka się w kolorowej zadymce. że szmaragdowy deszcz pada z góry. w nieskończenie odległym prawdziwym świecie.. projektował koło ratunkowe i wyszło mu wiadro z cementem? A może właśnie do tego dążył? Nie podciągać wszystkich bywalców wirtualności do umiejętności nurka. nie jestem twój. którego nie czuję. muszę wrócić.. Głębio. szarpię się w nadziei zerwania kabli. Biegnę. spokojnie.. czy to. że szmaragdowy deszcz pociął ją.. Zamykam oczy. wychodzenie z Głębi. Nie czuję rzeczywistego świata. Tam. interesowanie się wolnymi resursami komputera. jakby była niezależna od otaczającej ją przestrzeni! Zbyt wymyślne jak na deep program. moje nieruchome ciało siedzi przed komputerem. W otwartych oczach odbijają się fatalne tęcze. Wątpię. postrzępił brzegi. Zdążam zauważyć. Wstęga dopuszcza mnie do siebie i odlatuje. „Głębio. wirującej z przodu. Co się stało z Romkiem? Czy Vika zdążyła wsiąść do samochodu. Spokój! Próbuję ściągnąć hełm. jest tylko żartem podświadomości? . Nic się nie zmienia. dwójkowy uczeń szkoły nurków smętnie skrobiący w zeszycie jedno i to samo zdanie. Znowu ruszam do taśmy.kopiowanie plików. Nie mogę wezwać pomocy. Co się właściwie dzieje? Czy to szalony świat sformował się wokół mnie. odlatuje. Bez sensu. albo ja przywykłem do tego. Tonę.. ale ona znowu nie daje się wziąć w ręce.. po co byliby potrzebni nurkowie? Teraz w skórze zwykłego bywalca wirtualności gram na zwykłych prawach.

Dźwięk nabiera mocy. Pochylam głowę. posiekane deszczem strzępy. Więc jest jeszcze szansa. Zimny wiatr chłoszcze moją twarz. niechby to nawet było echo Wielkiego Wybuchu. nie ma odległości. idę dalej. Ktoś z kimś walczy. że coś się zmieniło. Tak mógłby szemrać leśny strumyk albo szumieć odległy przybój. Dziwny śnieg – kryształki są za duże. To już właściwie pomarańczowe. Koniec? Stoję nad resztkami swojego dziwnego przewodnika. Jak okiem sięgnąć. . co się dzieje. Podobno. płynące nad ziemią. Może nadeszło szaleństwo.Idę za taśmą. odległy dźwięk. Otwieram oczy. płaska równina. cieszy mnie. sypkie. że to tylko plotki. I spadam w gwiazdę. Świat jakby przygasł. Wiatr. chroniąc oczy. Albo to ona urosła. Mgliste strumienie. Idę. Wszystko jedno. wzlatują ku pomarańczowej kratce nieba. może trzy kilometry. Nawet przez zamknięte powieki czuję. To. Odłamek nieba. ale jej ruchy są coraz wolniejsze i mniej pewne. Każdy kierunek może być tym słusznym – jeśli w ogóle istnieją tu jakieś kierunki. mkną naprzeciw wiatrowi. potrzebuję tego dźwięku – braku ciszy! Kolejne dwa kroki. patrzę na swoją dłoń. albo trzeszczeć płomyk świecy. Otrząsam z kolan śnieg. Wstaję z przyprószonej śniegiem ziemi. Nie ma czasu. to już nie szmaragdy. zmieniają kolor i gęstość. Nie ma horyzontu. Wszystkie miary zlały się w jedną. w komputerze Dimy Dibienki nie było karty dźwiękowej. Deep program nie operuje dźwiękami. Niebo pokryte ślizgającymi się i przeplatającymi nawzajem pomarańczowymi nićmi. kryształki stają się coraz drobniejsze. A przede mną płonie błękitna gwiazda. Biały pył pod nogami jest ledwie widoczny. Może minęła godzina. dotykam ciepłych promieni. nie lepią się. ale nadal jest niewyraźny. Deszcz się nasila. Co teraz? Nie ma innych punktów orientacyjnych. Ostatnie szarpnięcie i spada w dół. Szmaragdowy deszcz stracił wyrazistość. choć możliwe. Syczą na mojej ręce i ulatują białą mgiełką. przemieniają się w igły. Wyciągam rękę. przez które sączy się błękitne światło. wzbijając gejzer białego pyłu. Wstęga wisi przede mną. albo ja stałem się mniejszy – nade mną unosi się migocząca ognista kula. Zamykam oczy i słyszę słaby. lecz brudne odłamki butelkowego szkła.

w ciągu dziesięciu minut. – Jak my.. zimny wiatr. to nie twój.. co jest wokół? Ten.. że on tak chciał.– Cieszę się. może dlatego. Są bardzo okrutni... – Zdążyliście uciec? . – Nieudacznik. bardzo długo milczy.. A jeśli sen. A mnie było bardzo źle. Nie jest mi zimno. – Lonia. Leonid. nie palą mgliste strumienie. – Przynajmniej spróbować. – Z niewielkimi efektami. Ale mogłeś przejść cały Labirynt w ciągu godziny. Lonia – odzywa się zza moich pleców Nieudacznik.. tam. dziękuję ci. Przecież ty mnie ratowałeś.. żebym się odwracał. Może dla niego to było głupstwo. Nie chciałbym być waszym bogiem. – Nie chciałeś zabijać? – Tak. – Wiesz – mówię. – Domyślam się. a może wymagało ogromnego wysiłku? Nie wiem. – Nie mogłem... – Ale to przecież nie jest naprawdę! – Dla ciebie. Nie parzą mnie szare grudki śniegu pod nogami. – Wszystko. – Mogłeś po prostu wyjść albo pobić wszystkie rekordy. sypki śnieg. – Musiałem pomóc – odpowiada bardzo poważnie.. – Nie. – Rozumiem. słyszę krzyk: – Nie. tylko przez moment pomyślałem. który stoi za moimi plecami i nie chce... Przełykam kulę w gardle.. że jesteś mesjaszem. W jego głosie jest smutek. – Ale wyciągnąłeś.. Lonia. – Jak wy – odpowiada jak echo Nieudacznik. że doszedłeś. – To sen? – pytam po chwili milczenia. – Ale dlaczego? – Jeszcze nie zrozumiałeś? – W jego głosie słychać zdumienie.. Strzelcu. – Dziękuję. – Nie. – Nigdy nie mógłbym być taki jak ty. Zanim zdążę się odwrócić. – To nie jest potrzebne. Żadnym z wymyślonych. Rozumiesz? Nieudacznik jest bardzo poważny. walcząc z pokusą odwrócenia się – przez moment. nie trzeba! Równina otulona mgłą.

To wszystko. – To prawda? – Nie wiem. – Nieudacznik zająknął się. Ale teraz to nie zadziała. Pomożesz mi stąd wyjść? Nieudacznik nie odpowiada. nie można traktować go po naszemu. W cudzym dalekim śnie. Powiedz jej. którym hipnotyzerzy machali przed oczami pacjenta – oto. Zamykam oczy. I tylko żyje we mnie ledwie wyczuwalna pamięć dotyku. albo krzepiąco. Czekajcie tam na mnie. że w rosyjskiej dzielnicy Deeptown jest kompania Polana. że ze mną wszystko w porządku.. pod drugą klatką. Lonia? – Nie. na jaką siłę. dokładnie za godzinę. w kalejdoskopie iskier. swoje polowanie na cud. czym jest deep program. Przede wszystkim spokój. Może. Nie ma granicy pomiędzy snem a snem we śnie. Swojego ciała nadal nie widzę.. Niekończący się taniec pod gorącym błękitnym słońcem.... Ja .. – Ty nie przywykłeś liczyć na siłę? – Zależy. że wszystko będzie dobrze. Nie ma tu nic demonicznego. – Nie można. zawsze wynurzałeś się z wiru. Deep program działa. Wahadełko wieku elektroniki. Błyszczące wahadełko. Albo pożegnalnie. – Coś jeszcze. Wstaję w rozbryzgach kolorów. rozkładam ręce. co robić. – Nie uwierzy.. deep program nadal otula mój mózg. wytłumaczyć. – Przywykłeś walczyć z Głębią. – Co ty wyrabiasz. Ona też prawie zrozumiała. – Nieudacznik po chwili wahania dorzuca: – I płacze.. Pamiętam też tamten świat. jak bardzo się myli. – Uwierzy. chyba nie wie. Taki smętny betonowy dwunastopiętrowy wieżowiec. – Będzie ci bardzo trudno. Mimo wszystko chyba to jest piękne. Jesteś dobrym pływakiem. – Powiedz jej.. Ale ja muszę go znaleźć. nadal w nim żyję.. Strzelcu. – Zdołam stąd wyjść? – Tak.– Tak. Pomarańczowe taśmy wiją się na niebie. Coś leciutko musnęło moje ramię. Strzelcu. Siła i napór. Vika podaje kierowcy adres za adresem. A niebo z pomarańczowych nici spadło na śnieżną ziemię. Teraz jeździmy po mieście. kontynuuje swoją pogoń za Nieudacznikiem. Dibienko? – szepcę w szaloną ciszę. – Powiedz Vice. Kolorowe rozbłyski pod opuszczonymi powiekami. To ja buduję te bariery. Należy do niej jeden jedyny dom. Ten przypadkowy stwórca wirtualnego świata mnie nie słyszy.

w którym żyje się ciężko i grzesznikom. – Głębio – szepcę niemal czule – Głębio. układając cegiełki komputerów na cemencie linii telefonicznych. Miasto. Budowaliśmy ją. i zwykłym ludziom. Zbudowaliśmy sobie miasto nieznające granic. Chcieliśmy cudów i wypełniliśmy nimi Deeptown. Było nam ciężko w realnym świecie. gdzie nie mówi się o spadających cenach na megabajt pamięci.. w którym nie ma dobra ani zła. Czas się wynurzyć. Pora dorosnąć. Polany elfów i marsjańskie pustynie. dopóki nie przyjdziemy my. i świętym. odległe gwiazdy i morskie głębiny – na wszystko znalazło się miejsce. – Wypuść mnie. lecz o rosnących cenach chleba.. . Głębio. Głębio – proszę. labirynty i świątynie. Tam. Głębio.. Ale teraz pora się wynurzyć. że jest prawdziwe. napisaliśmy na sztandarze „wolność”. że wolność jest ponad miłością. wielodniowego łamania cudzego programu i wielomiesięcznego pisania własnego. – Głębio. Wierzyliśmy. gdzie nie rozumieją hazardu. Zbudowaliśmy wielkie miasto. że tonę.. naiwnie sądząc. Zmęczyła nas wiara w dobro i miłość. W świecie.wmawiam sobie. W świecie. Tam. jestem twój. gdzie zabija się naprawdę. Ale teraz czas się wynurzyć.

Część piąta NIEUDACZNIK .

A ja jestem prawdziwy. zmienia wyrazistość. Ten domek jest z cegły. To coś nowego. płot drewniany. kiedy i jak to się stało.. Wzdłuż ulicy domy i pałace przypominające dziecięce rysunki – wyraźne kontury – wypełnione kolorem.. wynurzywszy się z obłędu? Z tyłu napływa dźwięk. w ogrodzie przed domem małe świerki. niemal cały ze szkła. Rozerwany w bójce rękaw koszuli.00 Najpierw jest ciemność. Przeszywa mnie dreszcz. wszędzie umowność. Jakbym wszedł w wirtualną przestrzeń bez deep programu. podrapane ręce. Nie zauważyłem. Stoję. stał się narysowany. Stoję przyciśnięty czołem do ściany. nawet koła mu się kręcą. Wszystkie barwy świata znikły w jednej chwili. Co zrobił ze mną deep program. Ogromny dwupiętrowy kolos. Odrywam się od ściany. dzieci. Ale patrzę nie na ekraniki hełmu. Dziwnie to wygląda. kwadraciki zlewają się w brązowe prostokąty-cegły. animowany.. widać każdy włosek. a teraz nie ma już nic... Z boku emblemat Deep Przewodnika. Człowiek pośród animków. Narysowanej ściany narysowanego domu. Kolory wracają. czegoś takiego nie było jeszcze nigdy. Przed chwilą był wokół mnie deep program. podnoszę dłoń do twarzy. Świat stworzony na prościutkich programach. jestem tu jakby naprawdę! Tylko świat przestał być rzeczywisty. Patrzę na niebo – granat z rzadkimi gwiazdami. Wzdłuż ulicy stoją stalowe rury z żółtymi plamami na górze – latarnie. Zresztą dlaczego miałyby być . podtrzymywany przez słabe komputery. wdycham powietrze. Do okien przyklejone są karykaturalne twarze – dorośli. oglądam nieruchome twarze. Narysowany dość dokładnie. brud za paznokciami i zdartą na kostkach palców skórę. Umowność.. Może tak właśnie giną nurkowie? Spadając na samo dno wirtualnej przestrzeni? Paląc komputer i już nic nie czując? Ale ciemność dzieli się na siatkę malutkich kwadracików. Odwracam się – ulicą jedzie autobus. staruszki. Bardziej solidne dzielnice rysowano staranniej. zanurzając tysiąc razy? Co ja z nim zrobiłem. ale teraz jestem gdzieś na samych obrzeżach.

. Niedaleko mnie przystaje facet w jaskrawoczerwonym kombinezonie – pilot wycieczki. Mrugam oczami jak dziecko. rozlega się suchy. który sponsorował tę budowlę. – What atrracts you most. Jeśli jestem na ulicy Czterdziestej Trzeciej.. – uśmiecham się z wysiłkiem... Ale dokładność zapewnia nasz własny mózg.. Grupa staruszków i staruszek w szortach i z aparatami fotograficznymi. Chyba już wiem. Twarze – niewzruszenie regularne. któremu pomagają wysiąść. wybierając z potoku zwrotów odpowiednie słowa. A tak ceniłem program tłumaczący Windows Home. papierowe nośniki informacji wydawane od czasów. pełnoletnich.. Niezły spacerek! Patrzę przerażony na zegarek i panika opada. które wypatroszyło ukochanego pluszowego misia i znalazło w środku pomięte szmatki. gazety. gdzie jestem.. A to są turyści. Kobiety w szykownych sukniach zrobionych znacznie lepiej niż twarze. Mężczyźni w garniturach i krawatach. dojdziemy do dzielnicy rozrywek dla dorosłych. Ostatni jest chłopak na wózku inwalidzkim. – Mamy dwie godziny czasu wolnego – ogłasza przewodnik. Ta bezosobowa szara kopuła nieopodal – to słynne centrum książek noszące imię jakiegoś amerykańskiego prezydenta. – Są tu również. jak u drugoplanowych łajdaków z dziecięcych seriali animowanych. popularne restauracje Miecz Artura i Cztery Dziesięć. wychodzą z niego niezgrabnie ludzie.. – Witaj. Stadko karykaturalnie wielkookich dzieci. Zachwycałem się szybkością i dokładnością tłumaczenia! I to z dowolnego z pięciu języków Deeptown! Szybkość? Na pewno. nieco więcej. obwieszone kosztownościami. czasopisma. Usatysfakcjonowany pracownik Deep Przewodnika odwraca się do swoich podopiecznych. gdzie waszej uwadze zaproponują dowolną literaturę – przerwa – dowolne książki. to zaniosło mnie na przeciwległy koniec miasta.. znajomy głos: – Co zainteresuje was najbardziej w tej dzielnicy Deeptown? Można obejrzeć znane – chwila przerwy – słynne centrum handlu książkami. Zagłuszając go. ale mimiki brak. – Hej – krzyczy do mnie przewodnik i macha ręką..inne – mimikę dodają tylko bardzo dobre. Autobus zatrzymuje się. pogniecione papiery i czyjąś brudną chusteczkę. znajdują się znane. Jeśli przejdziemy po Czterdziestej Trzeciej ulicy sto metrów. Lekki szum wśród turystów – chyba uśmieszki. tylko jedyny w grupie Murzyn ma na sobie dżinsy i t-shirt. Słabe syczenie i głos przewodnika staje się ledwie słyszalny. Usta mu się otwierają. Z ziemi elfów wyszliśmy dwadzieścia minut temu! . obliczone na stałego użytkownika programy.

Dziękuję. Głębię czy samego siebie. samotnicy przeważnie do miejsc rozrywek dla dorosłych. – Podobieństwo powinno być wewnętrzne! Puszcza w niebo strużkę dymu. – Niezbyt – odpowiadam na chybił trafił. Ale coś poszło nie tak. Przewodnik wyjmuje potężne cygaro. z kieszeni wystaje końcówka eleganckiego długopisu i kawałek notesu. – Jestem Kirk – przedstawia się mężczyzna. szczera. .. albo prawdziwym w animkowym świecie. Nigdy nie interesowałem się amerykańską kulturą masową. – Jesteś tu stałym bywalcem. Jestem twój. Zasłaniam twarz rękami. koleś? – pyta dobrodusznie przewodnik. Twarz otwarta. – Dziękuję. A jednak proszę: – Bądź mną. kogo prosić. – I słusznie! – popiera mnie Kirk.Turyści rozchodzą się. Wszystko jak przedtem. Chciałeś wyrzucić mnie z gry. zręcznie przerzuca cygaro z jednego kącika ust do drugiego.. Podchodzi do mnie. którą sam posiada. Dał część tej siły. narysowane lepiej niż jego twarz. – Jak chcesz – przewodnik nie wygląda na obrażonego odmową. Może nawet rysunkiem spacerującym wśród prawdziwych mieszkańców Deeptown. co. Głębio. przypala. Głębio. dobra.. Chłopak na wózku w towarzystwie siwej staruszki i Murzyna jedzie do centrum książek. Widzieć miasto i ludzi. Tak powinni wyglądać ludzie wprowadzający w Głębię niedoświadczonych nowicjuszy. a nie kolaż dziecięcych rysunków i prymitywnych kreskówek. Mogę być prawdziwym człowiekiem w prawdziwym Deeptown. Nawet domyślam się. podsuwa cygarnicę. może nawet zabić. Wszystko w porządku. patrzę w ciemność. że przedtem ich nie było. Chowa cygaro do kieszeni. nie palę. Dimka Dibienko. ciałem z ciała Deeptown. I za to wielkie dzięki. Rodziny do restauracji. – Podobny? Pewnie ma na myśli jakąś postać z gry albo z folkloru. Ręczę. Jestem częścią Głębi. Czy już tak zawsze będzie? Czy takiego zwycięstwa nad Głębią chciałem? Nie. prawda? – Prawda – przyznaję się. odgryza kawałek. Nieudacznik jednak mi pomógł.. bez wątpienia odpowiednio drogie. Nawet lepiej. Z całego serca. Kołnierz czerwonego kombinezonu jest rozpięty. Uśmiecha się. Gotów jestem okłamywać się nadal.. – Chcesz cygaro.. Nie jestem sędzią tego świata ani obojętnym obserwatorem. Nie wiem.

jak . – Murzyn? Kirk o mało się nie udusił od tak rozpasanej rasistowskiej wypowiedzi. Dziewczyna. że teraz z przyjemnością stoję i prowadzę tę głupawą rozmowę. Jestem tak wykończony deep programem. panowie potężnego kraju. to gdzie? W Kanadzie czy w Meksyku? – pytam. Musieliśmy zanocować. Mruga do mnie chytrze.. i cała reszta. i w pobliżu restauracje. mówię: „To jest nurek!”. – Miałem kiedyś przyjaciółkę. z zasadami! I kiedyś. Wesoło! Jeździliśmy po mieście. Zaczyna chichotać i daje mi kuksańca w brzuch. postanowiliśmy zatrzymać się tutaj. A Seattle. czy naprawdę nie znam tak wspaniałego miasta. ale trochę później. – A ja z Sankt Petersburga. w dżinsach. Omal autobusu nie przewrócili. wszyscy rzucili się na tamtą stronę. – Brawo! Przyjadę do was.– Jestem z Seattle – kontynuuje rozmowę. – Biznes ojca.. – Wiem! Byłem u was! Czuję przyjemne zdumienie. – A ja wożę turystów – ciągnie Kirk.. Kirk żuje swoje cygaro. Z przyjemnością zwiedziłbym ojczyznę Tomka Sawyera. Sam to ten wysoki. wtedy wstąpię i do was! – Przyjedź. akurat zepsuł się karburator. żeby popatrzeć. Kirk uderza mnie radośnie w ramię. żeby mu pokazać centrum książek. żeby pokazać jej nurka. – Ale Sam ciągle prosił. sympatyczny z niego gość. nie wie. w koszuli z krótkimi rękawami. ale nie na długo. W wieku czterdziestu pięciu lat planuję zwiedzić Europę. mam kilka spraw do załatwienia – mamrocze i szybko bez pożegnania idzie do autobusu. Wzruszam ramionami. – Ładne miasteczko – dzieli się Kirk wrażeniami. Gdybyście wiedzieli. Tego w Rosji. No to wskazałem jakiegoś chłopaka. chociaż ja się nie przedstawiam. – Wy też macie Sankt Petersburg? – Mamy. Jak można nazwać Murzyna Murzynem! – Pójdę już. – Rosja! – Kirk jest mile zaskoczony.. – Jestem z innego Sankt Petersburga. Śmiejemy się obaj. i on ma blisko. jak to mówią. pełnokrwistym Amerykaninem. czy żartuję. – W Ameryce! – Południowej czy Łacińskiej? Chociaż jest typowym. – Rzadko tu przyjeżdżamy – Kirk cmoka cygarem. a jedna dziewczyna przez cały czas prosiła.. gdy pod wieczór dojeżdżaliśmy do Sankt Petersburga. ale teraz to zarozumialstwo doprowadza mnie do szału..

Podnoszę rękę. że może pana powitać – mówi kierowca. . Zresztą na mnie też już pora. – Kompania Deep Przewodnik cieszy się..śmieszne i głupie są wasze kompleksy. śmiejąc się cicho. Jak na zamówienie – ciemnoskóry.. Wsiadam do samochodu. Zza rogu z gotowością wyjeżdża taksówka.

ale z gustem. Mało tego – zaczynam zmieniać odbiór przestrzeni fragmentami. zmieniając świat z prawdziwego na narysowany i odwrotnie. że jego komputery nie tylko zestawiają kredyt z debetem. Mój komputer nie byłby w stanie utrzymać samodzielnie całego domu. a ja mogę w dowolnym momencie wyjść. nie mam zamiaru tego zmieniać. Udaje mi się to bez żadnego wysiłku. którym jadę. Jeśli to właśnie jest obłęd. Znam tę dzielnicę doskonale. nie zwracając uwagi na tabliczkę WYPROWADZANIE PSÓW ZABRONIONE! ruda dziewczyna spaceruje ze . pracujący w bankowości. to mnie się podoba. Urządzony skromnie. Centrum miasta. Stoją obok siebie i rozmawiają dwaj kolesie – animowany i prawdziwy. Idę chodnikiem. Finansiści nie widzą większego sensu w takich inwestycjach. należy do dwóch dużych rosyjskich banków. Lekki nacisk na skórę – i dłoń czuje wiatr. że nawet nie da się tu przyjechać normalną drogą. nieoficjalnie. Coś się zmieniło. Ten będzie odpowiedni. ale programiści. Niewiarygodne! Świat wokół należy do cudzych serwerów. Niedrogo i dość pewnie. Jestem tu przejazdem. chyba w Białorusi. I który dyrektor z nowych Rosjan dowie się. wypaść z nieistniejącego samochodu. Narysowany samochód wyprzedza nasz. prawdziwy. Po drodze zabijam czas. dlatego Polana mieści się na czyimś serwerze do wynajęcia. Malutki skwerek z malutką fontanną i kilkoma ławkami przylegający do ściany wieżowca. Prawdziwa dziewczyna idzie po narysowanej ulicy. możliwe.01 Jedziemy dość długo. wypatrując w miarę spokojnego zaułka. obok dzielnice mieszkalne i miejsca rozrywki. nawet gdy kupię zamiast pentium porządny komputer. staje się narysowane. żeby się zatrzymał. urządzili tu sobie mieszkania na koszt państwa. Oczywiście. Volvo.. Kręci się tu sporo ludzi. Deep Przewodnik podłącza się do kompanii Polana przez szereg pośrednich hostów.. Już nie nurkuję w Głębię. Po trawniku. ale i podtrzymują część powierzchni Deeptown? Idealne miejsce dla sprawdzenia nabytych umiejętności. Wysuwam rękę przez szybę. w którym sam u siebie wynajmuję mieszkanie. żyję w niej! Dwie ulice przed moim domem proszę kierowcę.

obok mnie cicho grucha jakaś parka. ale po krótkiej naradzie zaczynają wspólnie pracować nad zamówieniem. Jest słonecznie rudy jak jego pani. Nie czas żałować róż. „Sewka. klamka. Andriusza lepiej narysował potwora!”. W końcu praca skończona i młode talenty patrzą na mnie: poznam się na wartości arcydzieła czy nie? – Wspaniale! – mówię szczerze. Kawałki zaczerpnięte ze skarbnicy mądrości ludowej mnie nie uspokajają. Dzieci uparcie czekają. a nie poszukiwacze bezpiecznych przygód. to za nią są komputery bardzo znanego banku. że to czołg. – Dziękuję bardzo! Drzwi naprawdę są nieźle narysowane. Znajdują się pomiędzy trąbą słonia. Ale całość wykończona jest lufą. gdy płoną lasy.. oczywiście poza grami. nie można jej odmówić logiki – zakaz jej nie dotyczy. Szczególnie lubią je Japończycy. Przyglądam się wysokiej ścianie. Parka się obejmuje. biorą się do roboty. co chwila przystaje i próbuje ściągnąć ją łapą. Pod ścianami biegają dzieci – dziewczynka i dwóch chłopców. Spróbować? I tak jestem oskarżony o spowodowanie milionowych strat. więc domyślam się. który połknął słonia. Jest dziurka od klucza. nawet zawiasy. którzy kochają zwierzęta i cierpiana alergię.. Chciałbym wierzyć. możecie narysować drzwi? – pytam całą trójkę. oddycham głęboko. Chudy smagły Andriej pracowicie sapie. tworząc jakieś niewiarygodne monstrum. Słychać radosne okrzyki: „Janka. Pulchny okularnik Sewa biega wzdłuż ściany. Kotkowi smycz najwyraźniej obrzydła. a samurajskim mieczem.swoim kotkiem. Pytanie ich najwyraźniej zakłopotało. sprytny i ruchliwy. Uśmiecham się w odpowiedzi na surowe spojrzenie dziewczyny i po sekundzie wysiłku na chwilę robię ją narysowaną. zabieraniem sobie kredy i sporem – trzeba czy nie trzeba narysować dziurkę od klucza? Czekam cierpliwie.. Wstaję i podchodzę do dzieci. Dziewczynka rysuje samuraja z mieczem. daj czerwoną! No. Może tak sobie wymyślił. Cóż. których w realu rozdzielają tysiące kilometrów. W tle szmer fontanny. miecz wygląda niemal jak prawdziwy. a może chciał narysować człowieka. nie zwracając na mnie uwagi. Drzwi rysowane są z zapałem. Kotek zostaje żywy. Jeśli mam rację. to jest lufą czołgu. że to zakochani. W końcu dzieci cichną. – Dzieciaki. rozluźniam się i zamieniam drzwi w ... może w ich mieszkaniach-panelach nie można trzymać prawdziwych? Poza tym narysowane zwierzaki kupują ci biedacy. z zapałem malują po ścianie. Z kolorową kredą w rękach. Wirtualne zwierzę – jeden z najbardziej intratnych interesów Deeptown.. daaj!” Najwidoczniej ktoś wyszedł ze swoimi dziećmi na spacer w wirtualności. Wtedy robię ulicę narysowaną. rysując coś w rodzaju węża. – Bardzo mi pomogliście – przyznaję. Siadam na ławce.

zaczyna podskakiwać w miejscu. przez środek biegnie rząd kadzi. Dużo brudnej wody i kilka kilogramów pieniędzy. gdy kadź zaczyna się przechylać i wylewa na taśmociąg swoją zawartość.. najbardziej odważnych amatorów łaźni. Przy akompaniamencie krzyków wchodzę w nieprzeniknioną ścianę. kilku innych. szklana kopuła przyprószona śniegiem. Przy barze. ale mnie interesuje coś innego. po którym biega. Wyciągam rękę i ciągnę za klamkę. wzbijając fontanny suchego śnieżnego pyłu. raczej z radości. Łaźnia to superpomysł. to. . Otwierają się do środka. Jednak się udało! Dzieci za plecami wrzeszczą – nie ze strachu czy zdumienia.. Brawo. że wyrzuca mnie z wirtualności. że wszedłem! Kolumny otaczające basen na razie zasłaniają mnie przed obcymi spojrzeniami. oszczędni Finowie i Rosjanie pękliby z zazdrości. Otwierają się ciężkie drewniane drzwi i z parówki z wyciem wychodzi chudy chłopak. Zresztą. ale długo to nie potrwa. Za oknami widać góry i zbocze. owinięty w prześcieradło. Pokusa zrzucenia spodni i dołączenia do towarzystwa jest ogromna. Nie są potrzebne. Starożytni Rzymianie.prawdziwe. W łaźni człowiek ubrany rzuca się w oczy. drugi. Wszystko to przypomina zautomatyzowaną pralnię ze starej powieści fantastycznej.. w których głośno pluska woda. czego się spodziewałem? Ze złością kopię prawdziwe drzwi w narysowanej ścianie. Na ekranach hełmu widzę cyfry. żłopie piwo łysy grubas i pobłażliwie popatruje na wodę.. Raz. wzbija falę. Zdjąłem hełm. którzy znali się na rzeczy. przez który przebija się chłodne zimowe słońce.. co w ogóle nie ma odpowiednika w wirtualności. zapominam nawet wymamrotać wierszyk o Głębi. tabele. bankowi programiści. brawo! Nieźleście się urządzili! Ciekawe. Odwracam się do ściany – drzwi już nie ma. Otwierają się. Trafiam do łaźni.. to oblewają się potem w realu? Nieważne – najważniejsze. Staranne słupki cyfr. Ale chyba trafiam gdzie indziej. Ogromna marmurowa sala. niezrozumiałe zdania. Już chcę iść dalej. Posępne puste pomieszczenie. w którym stygnie kilku mężczyzn. Wzdłuż nich pełznie taśmociąg. To tylko iluzja... z dziur w suficie sypie się coś w rodzaju proszku do prania. Wchodzę w ścianę. Pośrodku sali okrągły basen. Szok jest tak ogromny. czy gdy smagają się rózgami w parówce. tylko iluzja. Skacze do basenu. Żadnego efektu.

spada w dół. Ale moja sprytna podświadomość przywykła do obrazków. Najważniejsze dopiero przed nami. czyjaś krew. Wytrzymaj trochę. podnoszę studolarowy banknot. że zgodnie z dokumentami banku on się tu w ogóle nie pojawił. Spoglądam na ten niekończący się strumień. Potem Vika zauważa mnie i strapiona milknie. graficzne przedstawienie całego procesu przerzucania pieniędzy z jednego konta na drugie. Ogromna mapa rozwieszona w pustce. spojrzałem na zegarek. Wiszę nad nią. czuję asfalt pod nogami. Albo prawie wszystko. Wyjąłem z biurka napoczętą paczkę tabletek od bólu głowy.. Vika biegnie w moją stronę. Mogę sprawić. popiłem. Może podłączę się do odizolowanej bankowej sieci i sam o tym nie wiedząc. Macham ręką idę do nich. Rzucam banknot na taśmociąg. W kadziach głośno huczą wirniki piorące pieniądze. Nachylam się. gdybym wziął z taśmociągu kilka milionów? Z jakiegoś powodu jestem pewien. Jedna puszka coli jeszcze była. za którym stoi czyjś pot. rozgryzłem tabletkę. żadnych wierszyków i próśb do Głębi. wystukam na klawiaturze polecenie transferu pieniędzy? Może komputery banku same przeprowadzą całą operację posłuszne mojemu pragnieniu? Teraz nie jestem zwykłym złodziejem odpornym na iluzje Głębi. Mogę nawet zapamiętać jego numer. mój nieszczęsny organizmie. Nurkuję do niego. Krztusząc się. Przecież nie proszę swojego ciała. Po taśmociągu pełzną dolary. o czymś rozmawiają. Wszystko teraz mogę.. Zanim wróciłem do pralni. przebijam płaskość schematu. marki i ruble. że znalazłyby się na moim koncie. Trzeba coś zjeść. podchodzę do ściany. Nigdy więcej żadnych wysiłków. i tym razem postarała się na całego! Bardzo rozbolała mnie głowa. Co by się stało. Za piętnaście druga. żeby oddychało! Vika i Nieudacznik stoją przed klatką. Jeden krok i świat blaknie. przemieniając się w płaski schemat pod nogami. Efekt wielokrotnego deep programu? Czy skutek napięcia. . patrząc na nitki ulic. Jestem Głębią. Widzę już mój dom. zajrzałem do lodówki. a tym bardziej ich prania nie miałoby sensu. Jestem jej częścią. którego teraz doświadczyłem? Co za różnica.Oczywiście.

Vika mruży oczy. a uruchomienie wszystkich systemów bezpieczeństwa nie jest łatwe. – A Romek? Vika patrzy na mnie zdumiona. Szczęk zamka. Zewnętrzny efekt wirusa może być różny. Zawsze mi się wydawało. – Co on z tobą zrobił? – pyta Vika. To Romek. – Kto tu jeszcze mieszka? – Nikt. gdy jesteśmy odcięci od zewnętrznego świata.. że ma słabiutki komputer. zerkając na Nieudacznika. długo grzebiąc przy zamku. Milczę. Po prostu chwycił go za gardło i wilk zaczął płonąć. Zupełnie. nurek-wilkołak. – Mieszkam na jedenastym piętrze. rozumie. – Vika. Zresztą na to zawsze brak czasu. Wyglądało to na bardzo potężny wirus.. Vika się krzywi – rzeczywiście boi się wysokości. Nawet takiej. – Jakby chusteczką. Powinienem był przylecieć tu od razu. Nieudacznik podnosi nagle głowę – chyba poczuł. jak to wyglądało z boku? – Dibienko czymś w ciebie rzucił.. . – Wciskamy się do kabinki windy. I ty się w nią zapadłeś. – Znalazłem okrężną drogę – mówię. Nie pora współczuć cudzemu zmartwieniu. coś sobie przypominając. Mój przyjaciel. niekończące się zanurzenie. – Wynurzenie było niemożliwe. to Romek będzie musiał na nowo instalować cały soft. szarpnięcie i pełzniemy do góry. naciskam przycisk. Kiwam głową. Pewnie nawet optyki magnetycznej nie ma. Dopiero teraz. W końcu decyduję się i po prostu rozkazuję drzwiom. nareszcie się rozluźnia. – Spalił go. – Marszczy czoło... – Wilk.10 Zamykam drzwi od klatki. Jeśli Człowiek Bez Twarzy użył broni.. taki jak mój.. miga światełko sygnalizacji ochronnej. jak podziałał na komp Romka. – Chodźmy – kiwam na nią i Nieudacznika. – Ale ty.. najważniejsze.. – Deep program – znajduję dla siebie nieskomplikowane usprawiedliwienie. – Cykliczny deep program. – Lonia.. Vika cały czas trzyma moją dłoń. żeby się zamknęły.

– Zobaczyć pałac? – Niekoniecznie. Przykładam palec do ust. – Oto i mój pałac. wychodzimy. Drepcze na progu. Rozumiem jej stropienie. że na chwilę wychodzi z Głębi. – Chodź – mówię. Jej spojrzenie przesuwa się po wyblakłych tapetach. w pewnym sensie. tapczanie. – Przepisy kulinarne są w setkach serwerów – oznajmia Nieudacznik. jakby zastanawiając się. Pewnie jest rozczarowana. Bardzo interesujący. na chwilę wychodzimy! Jakby co. spodziewałam się.. Najwyżej strzelania do ludzi. – Nieudacznik. że też jestem projektantem przestrzennym. ale choćby cokolwiek. – Lonia. – Nauczyć cię parzyć kawę? Zamiast odpowiedzi Nieudacznik idzie do kuchni. Zdejmuje z półki największy tygiel. – Aha – mówię tylko. – robię unik. Tylko teraz wolę ci nie wchodzić w oczy.– A wcześniej mieszkali? – No. witam serdecznie – mówię.. Ale to chyba nie jest umiejętność. – W rodzaju twojej chaty? W milczeniu kiwa głową. ale najwidoczniej niegodne utrwalenia w wirtualności. – Cii! Nie przeszkadzajmy im! . I dodaję już tylko do Nieudacznika: – Rewizyta? Kiwa głową. otwierając drzwi mieszkania. Vika siedzi na tapczanie.. jesteśmy na schodach! Vika posłusznie idzie za mną. – Interesujące – mówi Vika i czuję.. niechby i nieźle narysowane. – Chodźmy – ciągnę Nieudacznika za rękę. czy warto zdejmować buty.. a zobaczyła ubogie mieszkanko. i ona to rozumie. – Jestem – oznajmiam i Vika zamyka oczy. szybko wybiera pośród torebek z kawą tę najdroższą i w dodatku najlepszą. Na lewo pokój i balkon – oznajmiam uprzejmie. Rzecz jasna nie warto. Vika ostrożnie zagląda do pokoju. żeby wrócić w Głębię. co mnie wcale nie dziwi. Vika wchodzi pierwsza. zatrzymuje na biurku z komputerem. szafce. żebym mógł go czegoś nauczyć. którą byłby w stanie sobie przyswoić. – Na prawo łazienka z toaletą i kuchnia. Bierze solniczkę. Była przekonana.. – Pięć minut temu dziewczyna z Rostowa dodała jeszcze jeden. Zaryzykujemy? Trudno się spodziewać. Nieudacznik rozgląda się z ciekawością.. Na klatce jest cicho i czysto. – Czuj się jak u siebie – mówię tylko i wracam do pokoju. ogląda książki na półce. lodówce. patrzy na moje mieszkanie trzeźwym okiem. Nie krępuj się. – Interesujące – powtarza ona.. Otwierają się drzwi. Na chwilę.

Potem zanurza się z powrotem. Tak miało być. czy ty jesteś normalny? – pyta cicho Vika. Dymiąca fajka w popielniczce i gorący czajnik na kuchence. Bardzo dużo pudełek i słoiczków z przyprawami. gdy psom nadaje się ludzkie imiona. O ścianę stoi oparty dziecięcy rowerek. Po chwili wahania dodaję: – Pudel wabi się Gerda. kończy szkolę. Na kuchence gorący rondel z barszczem. w którym ludzie prawie mieszkają. I podłogi są zimne. Vika milczy. Starsza córka Lida. Też pewnie dziwactwo. patelnia z kotletami.. gdzie nie ma i nie może być ludzi. Ale tak sobie wymyślili. Ale ja niezbyt lubię ludzi. Wchodzimy do środka. Po co. Pod ścianą buty.. przez minutę ogląda kuchnię. że w domu nikogo nie ma. A raczej dom. jakaś kobieta spaceruje ze starym powolnym pudlem. Tak mniej więcej wyobrażam sobie wytrych. mówi surowo: – Nie właź mi teraz w oczy. – Ja budowałam góry. Lonia? . Na placyku biegają dzieci.i jeszcze kapiący kran i śmieci podmiecione przez samotnego mężczyznę pod kanapę. Podchodzę do drzwi naprzeciwko. zabawki leżą porozrzucane na podłodze. nanieśliby błota. – Koszula wisi na oparciu krzesła. Vika odwraca się do mnie plecami. Kostia i Igor. – A ty zbudowałeś dom. – A co to za miasto? – Witebsk. ale mieszkania żyją – szepce Vika... – A nuż? – odpowiadam tajemniczo. – Nie kłam – proszę. Duże trzypokojowe mieszkanie. w którym nigdy nikt nie będzie mieszkał. zaintrygowana. poddaje. rzecz jasna. Chyba Witebsk. – Lońka. Wyszła z wirtualności.. Duża rodzina. Wiktor Pawłowicz i Anna Pietrowna. – Znam tylko imiona. Przyjęła zasady gry. Vika szybko przykleja się do szyby. – Kto tu mieszka? – pyta Vika. W oknach cichy zielony skwerek. Grzebię drutem w cudzym zamku. – Gospodarzy w domu nie ma. Na wieszaku płaszcze i kurtki. Niespecjalnie lubię. który się.– Przecież mówiłeś. Tak? Milczę. Podaję Vice klapki.. I trzech chłopaków. jakichś powideł i marynat w słoikach. Oleg. czworo dzieci. Vika czeka. Istna Marie Celeste.. stareńkie polskie meble. – szepce Vika. odwraca do mnie i pyta: – Tak jest wszędzie? Kiwam głową. Zaglądam do kuchni. wyciągam z kieszeni zagięty kawałek drutu. jeszcze z czasów radzieckich. sam też zdejmuję buty i mówię: – Tutaj tak trzeba..

. meloman.. że kineskop się nie zużywa. ale niezły. Wymyślać charaktery i twarze. w tym jej milczeniu. że trzeba stukać w podłogę.. Żyła tam żydowska rodzina.. Ale on jest w porządku. mieszkanie sprzedali jakiejś firmie pośrednictwa. nieszkodliwy. radości i smutki. Lubi pisać miłosne kryminały. Na piątym piętrze też siedzi dziwny typ. a ta widać nie może się go pozbyć.. Miłość to też tajemnica. Czytałem jego rękopisy. przedtem produkowali broń. Telewizor włącza tylko wtedy.... całkowicie. Vika nie odpowiada. że ona nie rozumie i nie potrafi zrozumieć do końca. To przykre zwłaszcza przed świętami. że się pomyliłem. Tym bardziej. Małżeństwo od roku. śmieszni. pracuje w tulskiej fabryce. tego obłędu. pochodzą z Ufy. wymyślił taki gatunek.. może ma rację. Vika milczy. że jej ciężko. Zaczynam mówić bardzo szybko. jak ona żyje. w dobrej dzielnicy. Czasem się zapomni i puszcza magnetofon tak głośno. z Charkowa chyba. nie trzeba było pokazywać jej pustego mieszkania. Dzieci o niej zapomniały. Ciągle się kłócą i godzą. Chyba najgłośniejszy i najbardziej złośliwy w Kursku. Urządza awantury w sklepach. Najwięcej krążków. Nikomu nie są potrzebne. kłóci się z sąsiadami. wiem. a może i jedno. boi się zamienić mieszkanie na mniejsze. tylko rzeczy. Ale mnie się wydaje.. stary. Ma wspaniałą kolekcję: kasety. zawsze szybko przeskakuję . chłopak w rosyjskim mundurze wojskowym.. a on ma adapter. – Na trzecim piętrze mieszka staruszka. o kulach. że jest skądś z Ukrainy. to naprawdę bzdury.. myśli. gdy nadają opery mydlane. ma zdjęcie na ścianie. rzadki typ grafomana. a może nie miała dzieci. wiesz. a to drzwiami tak trzasną. Wszystkiego po trochu. – Na parterze staruszek inwalida. Pewnie wyznaczyli za wysoką cenę. ona nie zrozumie tego dziwnego szaleństwa. że się nie rozwiodą.– Nie mam prawa zasiedlać tego mieszkania naprawdę. że nie urodził się w XVIII wieku. teraz różne AGD. jednym tchem: – Piętro niżej mieszka chłopak. od razu przycisza. a sprawia mi ból patrzenie. Coś ich razem trzyma. przecież nie mogę jej pomóc. albo miłość... Niech tak będzie. Rzadko do niej wstępuję. Potem je drukuje wieczorami na drukarce i nikomu nie pokazuje.. Sam wie... Z Podolska. Już wiem. czasem słychać aż na klatce. Ale boi się wynająć pokój komuś obcemu. naiwne. Vega. Uduszę się w tej ciszy. albo jakaś tajemnica. że mu nie wychodzi. a tym bardziej mówić o tych ludziach. A tam jest trzypokojowe mieszkanie. Chyba jest inżynierem. w końcu mieszkanie w Moskwie. albo zginęły na wojnie. czarne krążki. Przez cały czas mam wrażenie.. że tynk odpadnie. najstraszniejsza nędza to nędza. i drugie. puste.. szkoda. która próbuje powitać Nowy Rok. ale takie sympatyczne. – Na pierwszym taka para. CD.. One też mogą wiele opowiedzieć.. że w ten sposób czerpie mniej energii. przyciemnia obraz. który tworzyłem dwa lata.. sama w trzypokojowym mieszkaniu. a to zbiją filiżankę. teraz można je kupić za grosze.

. – To Obcy. – nic już nie rozumiem. w to. – Te moje narzekania na pracę z psychopatami. – Wyszedłem na klatkę i wołałem. Pamiętasz jego słowa o ciszy? Vika wzdryga się. – Mój Boże. – Vika. choć odrobinę? Przecież ty naprawdę umiesz kochać. Lonia. to rosyjskie towarzystwo. w betonowych grobowcach. Vika kręci głową i nagle zamiera.. przecież to nie jego wina. nie mówisz wszystkiego! Wiesz. ale żywa kobieta? Jestem idiotą. tylko boisz się swojej miłości. Sam się nazwał Alien. – Jest człowiekiem... w mieście elfów. nad brzegiem nie mam władzy. a on przez to przeszedł.. nauczymy się i my. Pustka i cisza. zawsze to jakiś pożytek.. Zrozumiała. że jego statek jest niematerialny. To by było nieładnie. Tylko tutaj. – Wybacz mi – mówi Vika. na łajdaków.parter.. Od gwiazdy do gwiazdy. co niemożliwe. w którym nie ma niczego. – Nie widzisz żadnej nadziei? Tam.. życie. drzwi . To życie. nie chcę starcia. którzy zabłądzili. Choćby w ten sposób. Z Kosmosu. mrok. Leciał tu w najbardziej przykry sposób. przecież on prawie wyznał. Toną.. – Wołałem was – mówi. – Lonia.. – Nie wierzysz. Sam rozumiem.. by uwierzyła w to. na co jest miejsce jedynie w brukowcach? – Vika. Potem zajrzałem tutaj.. Obcy.. tam. w prawdziwym świecie? – Teraz widzę. Odwracam się – Nieudacznik stoi na korytarzu. – Kto to jest „oni”? Jak jej wyjaśnić? Jak sprawić. – My boimy się to sobie nawet wyobrazić. Cóż. – Ktoś cię porzucił. gdyby mnie tak walnęło jak ciebie. Życie? Jakie życie? W pustych mieszkaniach narysowanego domu. – Lońka – mówi ona. gdzie tylko rzeczy pamiętają o ludziach? Bomba neutronowa doceniłaby moją pracę. kim on jest? – Wiem. Vika kręci głową. Ich komputery nie znają angielskiego.... w które wierzyłeś? Poddałeś się? – pyta cicho.. Vika. nie może uwierzyć. – Tutaj mogę pomóc.. Przybysz. Wydaje mi się. co się z tobą stało? A nie mówiłem. Jeśli oni umieli stać się takimi. że stał się taki.. ale nie chce.. zdradził cię? Straciłeś ideały. – W jakimś sensie. Setki. że wyciągnę z narysowanego świata tych. że nie umieją pływać.. że jesteś zdolny komuś pomóc. Ale oni przecież nie toną dlatego. A brzeg. Vika może zająć się nowym tematem. jak głupio brzmi to słowo. Kliniczny przypadek.. tysiące lat... Już jest nadzieja. bo nie mają sił zostać na brzegu. Teraz pojawił się Nieudacznik. tak.

. Chodźcie. Po chwili milczenia odzywa się Vika. kawa gotowa.były otwarte. – Nie jesteś człowiekiem? – Nie jestem.

proszę cię.. że w ogóle mogę zauważać odcienie smaku. – W jaki sposób? Smak w wirtualności to tylko pamięć o tym. Zrywam się. Dziwne. . Wydaje mi się. oboje spokój! Vika. Zrób to samo dla Viki! Nieudacznik podnosi wzrok. – Powiedz jej. po przekroczeniu której Vika traci cierpliwość. – Mnie pomogłeś wydostać się z pułapki – szepcę. – Tylko dla koneserów – mówi Nieudacznik. – Nie wiem jak. czego próbowaliśmy w prawdziwym świecie! Jeśli nie jesteś człowiekiem. żeby mi ktoś wierzył – odpowiada cicho Nieudacznik. Udowodnij. że nie. Czuję. – Ja nie.. że jest inaczej? Nieudacznik patrzy na ścianę. jak rośnie jej agresja. – Czujesz smak? – pyta Vika. – Próbowałeś kiedyś czegoś podobnego z kawą? – Tylko gdy byłem u ciebie w gościach. ruszaj na plac Viniera. – Stop! Wystarczy. – Tak. swojej siły. ale dałeś mi część swoich zdolności. Ja. Nie mogłeś wyśledzić jego sygnału i sprawdzić? Co cię napadło! On jest człowiekiem. wmawiasz sobie! – Vika celowo ignoruje Nieudacznika. – Nie jesteś specjalistą od technologii komputerowych. odsuwając filiżankę. On może – zaglądam Nieudacznikowi w twarz. czy taka ilość soli mogłaby udoskonalić smak kawy. – Nie mogę nic udowodnić. – Zwyczajnie kłamiesz! Wiesz co. ale nic nie mogę zrobić.11 Pijemy kawę. waha się – nie mogę nawet powiedzieć. – Kłamiesz – mówi z przekonaniem. Nie podoba mi się przepis dziewczyny z Rostowa. – Na pewno dla koneserów.. ludzkie reakcje! To człowiek! Możesz udowodnić. to. – Nieudacznik patrzy na mnie. – Próbuję sobie wyobrazić.. tam jest klub ufologów! Ucieszą się na twój widok! Uwierzą ci! – Nie proszę. Najwidoczniej jest jakaś granica. ja mu wierzę! – Lonia. ma ludzką wiedzę. że w ogóle się odżywiam.

który dowodził międzygwiezdnymi armiami. stań się niebem.. I już. Nieudacznik kręci głową. jak bardzo jesteśmy różni. zostań Głębią. uśmiecha się. – Ale kontakt. Nie mam prawa dawać takich prezentów. Nie jest potrzebne. Przypomnij sobie Labirynt... Milknę w pół zdania.. ludzkość prowadzi partyzancką wojnę przeciwko rozumnym meduzom. To nie ma sensu. – Po co. Brakowało ci tylko wiary. – Koleś. – To twoja metoda poznania? – pyta ironicznie Vika. że wszystko jeszcze przed nami. nie mąć mu głowie! – mówi ostro Vika. na ile było to możliwe. Chcesz poznać gwiazdę.. Jeśli chcesz poznać niebo. że to jest możliwe. – Nieudacznik. ale uczonym. kim jesteś. Kręcę głową. Nie mam prawa wtrącać się do waszego życia. – Tak. Pomogłem ci zdobyć tę wiarę. Sam. – Błyszczący statek kosmiczny na polance przed Białym Domem? Długonoga blondynka podaje kwiaty fioletowemu krokodylowi w skafandrze? Pełne ładownie maszyn i przyrządów. Dalsza rozmowa nie ma sensu..... politykom.. – Ale jeśli przybyłeś do nas – krzyczę – to coś znaczy! Chcesz nam coś powiedzieć! – Nie.. – Po prostu tu żyję.– Leonid. potrzebny ci był cel. – Przecież i tak będziesz musiał udowodnić.... niechby nie nam. Że nastał czas kontaktu. że świat nie złoży się jak domek z kart. Prędzej uwierzycie właśnie w to. – Ale tu jesteś człowiekiem – mówi Vika.. – kładę mu rękę na ramieniu. nie runie w Głębię. Wybacz. Zdecydowałeś. – Ale. nie mam rąk. Leonid! Przypomnij sobie człowieka. Uwierzyłeś. – Tak. nie mam czym na niej stanąć. skoro tacy jesteśmy różni? Skoro nie jesteśmy sobie. Leonid. Niczego poza kłopotami.. – Nic nikomu nie będę wyjaśniał. – To ty sam potrafiłeś. – Chcesz poznać Głębię. potrzebni? . Nie mogłem! Nie mogłem zrobić tego sam! Nieudacznik nie odwraca spojrzenia. I nie mogę uścisnąć ci dłoni. zostań gwiazdą. – Czym jest kontakt? – uśmiecha się. proszę cię. o który warto walczyć. że jestem przybyszem. Wyjaśnić. To jest kontakt? Uwierzyłeś we mnie. – Nieudacznik zerka na mnie. Spotkałeś mnie i znalazłeś ten cel. nic ci nie dałem. Stałem się człowiekiem na tyle. Nigdy nie stanę na Ziemi. galaktyczna encyklopedia zapisana na tysiąc i jednym syntetycznym diamencie? Lekarstwo na raka i system sterowania pogodą? A może coś innego? Latające talerze palą miasta. – Niczego ci nie dałem. Nie możesz sobie nawet wyobrazić. Leonid. Alien.

zmieni się moja pamięć.. żeby pojawić się na Ziemi. To było obce.– Jestem zmęczony. Leonid. W taki razie opowiedz mi. Jest zupełnie obcy.. – W takim razie znalazłeś idealne miejsce. miasta i ludzie. Chciałem znaleźć odpowiedź. Zapewne Człowiek Bez Twarzy wiedział o tym. . – Twoja zasada. to tylko pamięć.. Czy uważasz. – Mylisz się.. na migoczącą iluminację Deeptown. W takim razie to rzeczywiście koniec. którzy mnie zabijali.. Zmienię się ja. – Jeśli spróbuję wyjaśnić swoją etykę – mówi Nieudacznik – będę musiał przejść na język praw fizycznych i matematycznych równań. może miałeś rację? Nie można mierzyć Nieudacznika ludzką miarą. słowa i kolory. kultury. konstrukcji statków i zasad międzygwiezdnych podróży. Nie mnie sądzić. Ja próbowałem i co z tego wyszło? – Załóżmy – odzywa się za moimi plecami Vika – że nie kłamiesz. A cud nie jest nami zainteresowany. Odszukać cud. Nie chciałem sprawić wam kłopotów i nie chciałem przeszkadzać. Taka jest zasada. czyje są lepsze. – Nieudacznik albo przeprasza. jak przegonić chmury czy leczyć grypę. że zachowają się w ludzkim wyglądzie? – Tak myślałem. układając poematy i rysując obrazy. Emocje. Zbyt długo byłem sam.. Niemający nic wspólnego z ludźmi.. nie. i ci. Wkrótce stąd odejdę i wszystko się zmieni. Że chcesz nas czegoś nauczyć.. Że naprawdę jesteś obcy. Ci. dobro to tylko słowo. Odchodzę od stołu. Teraz. Przybysz z gwiazd czy intelekt zrodzony przez Sieć – wszystko jedno. Wy żyjecie według innych reguł. Rozumiesz? Różnica nie polega na poziomie rozwoju. smaki i zapachy. Jego dobroć jest niczym syte zadowolenie z siebie. ukrywając się za słowem „załóżmy”.. będzie przesłuchiwać Nieudacznika na okoliczność jego etyki.. albo przekonuje Vikę. – A mnie się wydawało – mówię – że możesz nie tylko brać. a teraz. zrobię to. – mówię. Może Vika zaczyna wierzyć. na przykład.. Ale to nie moralność. To. choćby dobra. na który od dawna nie ma miejsca na Ziemi. Nie mam co dać ani wziąć. Nie wyrządzać krzywdy. smak kawy i zapach ogniska. Różnica leży u podstaw. Człowieku Bez Twarzy. którzy ratowali. co otrzymałem. – Leonid. znaleźć ideał. Nie mogę zabić istoty żyjącej. Jeśli spróbuję przekazać naukę.. patrzę w okno. Wolność i nieingerencja. Twoja nieufność i wiara Leonida. Wszystkie barwy życia od czerni do bieli. – Oczywiście. Przybysz z gwiazd. nie tego. proponując mi pójście do Labiryntu. – Potrzebowałem tej pamięci. Prędzej fizjologia. – Tak. zostanie ze mną na zawsze.

– Gorąco tu było. to bez sensu. Z zaułka niespiesznie wyjeżdża taksówka. obficie utkanym oknami. właśnie.. by można to uznać za przypadek. Przebijam je ręką. Co mi to daje? Krążę wokół wklęśnięcia. – Strzelec? – wykrzykuje radośnie Gilermo. Willy – mówię. – Witaj! Wiedziałem. że z samochodu. robię krok i jestem nad miastem. pusta ulica. powiedz! – Witaj. Wzdłuż tamtej ulicy. Wirtualność taka. Budynki.. Jestem tak pewien. a on rozkwita w uśmiechu. Trupy ochroniarzy Dibienki już znikły: albo je zabrano.... – Gilermo zerka na stopiony asfalt.. Domek elfów. Wolność kierunków i form. który właśnie stanął. zastanawiając się. reklamy. w którym wilkołak walczył z Człowiekiem Bez Twarzy. Mknę nad głowami przechodniów szybciej niż samochody Deep Przewodnika. Zwykłe metody nie pomogą. Cóż. Wchodzę na chodnik i zmieniam się w człowieka. potwornie rozlanym budynkiem.. Schodzę niżej. jaka powinna być. W oddali mignęła i znikła taksówka.. O. Dyrektora służby bezpieczeństwa Labiryntu lubię nadal. A w miejscu.. asfalt nadal jest stopiony i wgnieciony. pewnie myśli. narysowane okno. nie znajdę żadnych śladów. Spełnienie marzeń hakerów i fantazji hollywoodzkich reżyserów.Też dobrze. że nie od razu poznaję tego mężczyznę. przechodnie. cmoka językiem. idąc w moją stronę. Zbyt powoli.. przełączając się z serwera na serwer. Czego ja właściwie szukam? Śladu bitwy. – Jesteś Strzelcem? – pyta znowu Gilermo. wyjdzie Dibienko.. samochody. – Jesteś Strzelcem? Milczę. Mnie już nie ma. – Zostawię was na minutkę – mówię.. To przykre. powinienem był się spodziewać zasadzki. Dalej. ogromnym. wiedziałem. albo rozpadły się same. tak? . Nie. – Muszę się upewnić. która skończyła się kilka godzin temu? W wirtualności czas jest skompresowany. że robię czasowe wyjście z Głębi. czy warto wyciągać z domu programy startowe i wymacywać przestrzeń. nie odwracając się. Vika nie protestuje. Jedyny znak. Po prostu surfuję w powietrzu. Nie. Deep Przewodnik słynie z szybkości. Narysowana ściana.. Zataczam koło nad pałacem Microsoftu. Ale mimo wszystko muszę to zrobić. próbuję określić kierunek na serwer elfów.. sunie w moim kierunku. moje ciało znikło. Jestem niewidoczny dla innych.

Gilermo staje się czujny. – Strzelcu. czekałem na pana na własne. – Nie. Nie jesteśmy mu potrzebni. – Strzelcu.. Lokuję się obok. Tak. Strzelcu! Wcale nie jestem przekonany. eee. – Ale nie możemy stać z boku! Przecież przeniknięcie nastąpiło na naszym terenie! Kwestia prawna jest bardzo złożona. drugi w samym rozkwicie swojego protestu. którą on mógłby się podzielić.. to pańskie dzieło – mówi Willy.. nie. – Willy. – Bardzo niezwykła i krwawa walka. – Niepotrzebni? – wykrzykuje Gilermo. Ja marzyłem o szczęściu dla wszystkich.. W końcu pan pierwszy zaczął podejrzewać niezwykłość Nieudacznika. nie żałując eleganckiego garniturku. najprościej rozwiązać ją po dobroci. że to pan jest winien naszych kłopotów. które on mógł przynieść.... – Po co? Żeby spróbować mnie zatrzymać? Nie wyjdzie. I nie powinien pan teraz za to cierpieć! – Dziękuję. Wie pan. że to... – Jest mi bardzo przykro. To niesłuszna metoda! – I co teraz? Gilermo wzdycha i. Szybko się domyślili. ale nie wypytuje mnie. Gilermo kiwa głową ze zrozumieniem. a teraz tym bardziej. on nie ma zamiaru się z nami kontaktować! Kompletnie. No tak.. – Podejrzewałem.. ale nadal wierzący w demokrację. Willy. po ludzku. – Pan zapewne chciał sławy i swojej doli przy podziale technologii. Taki cichy bunt przeciwko kierownictwu Labiryntu. chciałbym odnowić naszą współpracę. Chyba go rzeczywiście zaskoczyłem. Nie wyszłoby już wcześniej. Przecież jesteśmy ludźmi! Nie spodziewałbym się po labiryntowcach takiego tempa. słyszeliśmy już tę śpiewkę. wie pan. naprawdę! Byłem przeciwny obwinianiu pana! Ale tam – urażone spojrzenie w górę – postanowili pana nastraszyć. – Willy rozkłada ręce. Protestujące machanie rękami. Siedzimy obok resztek stosu pogrzebowego Romka.. jaki jest nasz wspólny problem? – Al Kabar? – pyta szybko Gilermo.. . ryzyko. Labirynt nie jest organizacją komercyjną. Każdy z nas chce czegoś od Nieudacznika. co jest grane! – Willy – mówię – to wszystko nie ma sensu. jak dwóch hipisów różnych pokoleń. takie abstrakcyjne szczęście.– Tak. co się tu wydarzyło. Jeden w sile wieku. No. siada na asfalcie. – Czy mister X? – Nie.. Może zawiniły nieporozumienia z Al Kabarem? Co? Mruga do mnie jak spiskowiec.

– Willy.. – Tak? – Za to ja mogę w każdej chwili spotkać się z Nieudacznikiem.. Interesujące. gdy pańskie usługi i wysiłki naszych nurków nie przyniosły efektu. powtarza Gilermo. zresztą Willy nie spodziewa się reakcji.. Oho... gdy Nieudacznika nie ma obok mnie.. Szukaliśmy. moim zdaniem chyba energetyczna. – To całkiem poważna teoria. – mamrocze Willy. A teraz ma zamiar kontynuować swoją drogę przez gwiazdy.. żeby odpocząć.. Ale wirtualność to inna sprawa. – Dobrze! – Willy podnosi ręce. czuję ten sam sceptycyzm. Czekam na dalszy ciąg. – Tak. – Wydaje się. Nieudacznik to obca forma życia. poddaję! Zwyciężył pan. – Energetyczna forma życia... – bardzo uprzejmie i grzecznie. Milknę. Na początek współpracy.. wymieńmy się informacjami. i nie znaleźliśmy. zaczęliśmy szukać kanału wejścia Nieudacznika. Strzelcu! Jak zawsze. Gilermo porusza wargami. Zatrzymał się tutaj. Na razie nie możemy kontaktować się w normalny sposób. Tak? – Jest u pana? – pyta szybko Willy. To nasz największy błąd. Strzelcu. Gilermo mruga do mnie chytrze i ciągnie: – Zna pan teorię światów równoległych? – Z literatury SF. jego rozum kardynalnie różni się. Jak to wszystko głupio brzmi! Teraz. – Na dowód współpracy. – Poddaję się. ale całkiem rzeczywiste. Równolegle z naszym światem mogą istnieć inne światy. Niewidoczne. nie przyszedł tu z własnej inicjatywy! Albo nie tylko z własnej! Teraz kierownictwo Labiryntu w panice postanawia: pozwolić mu na szczerą rozmowę czy nie.. jakby zwracając się do chorego. zwyciężył pan! Nie reaguję na komplement. Strumienie informacji . I porozmawiać. szukaliśmy.. nieosiągalne. a wreszcie pyta: – Drogę przez gwiazdy? – Tak.. Kto z nas jest większym idiotą? – Willy. Pociera nos i mówi triumfalnie: – Nie od razu doceniliśmy fenomen Nieudacznika. że znam pańską informację – Willy mruga do mnie chytrze. co Vika.– Absolutnie. – Mogę odejść – zauważam. Milczę. – Jakie gwiazdy? Chyba się nie rozumiemy. Jednak troska Labiryntu o klientów odegrała pozytywną rolę.

nie wnosząc przy tym w świat chaosu. zetknąć się z naszą moralnością. niechby tylko górą wiórów. Co mogę mu odpowiedzieć? Powtórzyć sen o spadającej gwieździe? – Jak zrozumiałem. co oddać drogocenny kamień czy ukochaną książkę. a może nie. Inną sprawą są komputery. zakłóca równowagę porządku i chaosu. On przecież nie mówił wprost. prowadzić do entropii. Nawet istota z innego świata. on tylko nie negował moich słów. Bardzo słabo. które niosły w sobie nienormalną komplikację informacji. tam rodzi się cud. Jest poruszony. Była zjawiskiem anormalnym. Tam pęka granica pomiędzy światami. które były odbiciem znanej i przeważnie niepotrzebnej wiedzy. – Informacje nie mogą zmieniać praw natury – mówię szybko. To informacja w czystej postaci. gdzie ludzkie czyny rodzą nowe rozumienie świata. To było jak przekleństwo – im więcej informacji w książce. Nie mówię o podręcznikach. kulturą. zdolna jest przybyć do nas. A jednak cały Wszechświat się chwieje. że większość książek niewarte było drzew ściętych do produkcji papieru. Każdy przedmiot stworzony rękami człowieka niósł w sobie pozytywny i negatywny ładunek. Spływa z różnych kierunków. – To była jego własna wersja czy potwierdził pańską sugestię? – Potwierdził.. Płaciliśmy przede wszystkim za te książki. ale wskazać niewłaściwy .. prawda?. Zadrżeć i zamrzeć. – mamroczę. najwyraźniej chce się wygadać. To one zaczęły wpływać na życie ludzi. A jednak to zjawisko również zostało zrekompensowane: choćby tym. naszymi marzeniami. Pałka wycięta z pnia drzewa była nie tylko bronią. gdzie zmienia się samo spojrzenie ludzi na życie. Chociaż może niezupełnie mam rację. – I w takich punktach. tylko o tych książkach.. – Typowe – decyduje Gilermo. Ale została skompensowana. – Przyznać się do obcości..żyją własnymi prawami. – Naprawdę? Gdy w ograniczonym wycinku przestrzeni dochodzi do komplikacji struktury. Niezależnie od naszej woli czy naszego życzenia. burzyć. Wchłonąć w siebie całą wiedzę Sieci. Zawartość informacji i chaos przy jej powstawaniu nie były już równoznaczne. kumulują się.. tym silniej wstrząsała ona światem. Komputerowa sieć to najpotężniejszy w historii ludzkości twór zmniejszający entropię. Bardziej złożonym zjawiskiem stała się książka. że jest przybyszem z innej planety? Kiwam głową.. oczywiście. może człowiek. wirtualność wpływa na fizyczne prawa świata. uporządkowaną strukturą w chaotycznym świecie. tam dzieje się coś niezwykłego. które tworzyły nową etykę i rozumienie świata. mnoży. Ta informacja rozrywa przestrzeń Wszechświata. Gilermo milknie i bierze głęboki oddech. Nie znika bez śladu.. odbija się to na całym Wszechświecie. gdzie sama natura wszechświata ulega transformacji. oddać plik z informacją to nie całkiem to samo.. gromadzi się. tworzą centra. Nieudacznik oświadczył. Człowiek nie miał sił. by tworzyć porządek. Strumienie informacji biegną przez Sieć.

starał się mi pomóc. cóż.kierunek. Gilermo powoli i niezgrabnie wstaje. Niech odejdzie. Jego cywilizacja prawdopodobnie jest pokojowa. Nie mogę jej uścisnąć. Zapomnimy o błędach. mam nadzieję. Nie komputerowy rozum. Jest wolny.. gościem. Ale na razie najbardziej prawdopodobną teorią wydaje się wersja o światach równoległych. Ja pomogłem mu wyjść. że ma pan rację. – Wy. A on nie chce nic mówić.. o mutacji. że Głębia to nie tylko krwawe jatki.. a ja milczę. Może – Gilermo poważnieje – istota ze świata równoległego. Pokazałem. Powiedział. nasi specjaliści raczej się z tego wyśmiewają.. by mogło być prawdą. kim jest Nieudacznik. Zapewne powiedział prawdę i chyba nie chce wyrządzić Nieudacznikowi krzywdy.. On może się nas bać. że nie trzeba się nas bać. – To niesłuszne podejście. pretensjach. – I pan pozwoli mu odejść. – Tajemnica zniknie na długo albo na zawsze. Nikomu nie wyrządził krzywdy. Rosjanie. Żadnych.. W swój równoległy świat czy do odległych gwiazd. On był i jest lepszy niż wielu prawdziwych ludzi.. Myśleliśmy o przybyszu z gwiazd. a Urman jest zbyt daleki od współczesnych technologii. nie. Żadnego nacisku. Willy – mówię. Bez względu na to. Ich podejście jest mechanistyczne. ale zbyt piękne. Willy. kim był Nieudacznik? – Wolność. Może – pobłażliwy uśmiech – przybysz.. mamy dobrych programistów. oklapł. Ale ja nie mam prawa podejmować decyzji. W Głębi nie ma granic. nasza niezbyt. To piękne.. urazach. To jego prawo. tak samo jak my. Po prostu różnica w podejściu. oni również pracują. Zdecydujmy razem. i nikt się nie dowie. Willy. która stworzyła człowieka-komputer. Nie. Al Kabar mało zajmował się ludźmi. który zmęczył się samotnością. Możliwe. po prostu zabłądził w naszym złym świecie. Jego decyzja. patrzy na czekającą taksówkę. – A kto ma? – pyta cicho Gilermo.. Mamy niezłą grupę psychologów pracujących nad danymi. Ale. Patrzy na mnie smętnie i ze zmęczeniem. Gilermo jakby się osunął. – Siądziemy razem i porozmawiamy.... zawsze stawialiście państwo i społeczeństwo ponad jednostką – mówi Gilermo. walk – Gilermo pogardliwie w skazuje stopiony asfalt. – Nie mogę przyjąć pańskiej propozycji.. nie człowiek zrośnięty z komputerem. Tylko Nieudacznik.. – Przepraszam. że nie jesteśmy tacy źli. Jego dłoń wyciąga się do mnie. Strzelcu? – pyta. – Braliśmy pod uwagę wersję Al Kabaru o powstaniu komputerowego rozumu. ale przecież jest pan Rosjaninem! – Jestem obywatelem Deeptown. Wyciągniemy rękę. Jeśli to mało.. nie. – Rozważaliśmy różne teorie – mówi Gilermo. Tam na pewno jest . – Tylko on sam. że jest Obcym. Już dawno nikt mnie tak nie walnął w twarz. wyjaśnimy. I teraz chce odejść.

– Mógłbym zobaczyć albo dowiedzieć się. Romek. zapadając się w narysowany asfalt. Romek wypada z Głębi. w dawno wyłączony kanał połączenia. – Chyba tak. Nie widziałem. zrywa się połączenie. ciało zwinięte w spazmie bólu... Mój nieszczęsny partner. co? – pyta z nieoczekiwaną nieśmiałością. Twardziel jego kompa szarpie się. widzę blady ogień.. Znikam. Płomień otula wilcze ciało. . ze swojej rozpaczliwej i beznadziejnej walki. Może także moi przyjaciele.kilku żołnierzy Al Kabaru. potem pochylam się nad lejem w asfalcie. Patrzę na niego. – Nieudacznik coś panu dał. to znaczy wirus Człowieka Bez Twarzy przenika w komputer Romka. Strzelcu? – pyta Willy. Czuję zapach spalonej sierści. Anatol i Dick.. jak się to stało. kasując informacje i niszcząc programy. ale mogę sobie wyobrazić. Dwie godziny temu zginął tu nurek wilkołak.

. na który wychodzi setka takich samych drzwi. pomoże! . Czuję ból i po raz pierwszy w Głębi rozumiem. mam przed sobą drzwi.. nuci fałszywie jakiś motyw. – Wypij. i wpadam do pokoju.. nawet nie dopuszczając myśli. Obok stoi opróżniona do połowy butelka dżinu i popielniczka pełna niedopałków. Na ścianach portrety rozebranych kobiet.. długim i posępnym. i zapach jałowca ostatecznie przywraca mi przytomność umysłu. chwytając się ściany. Boli.. potem zrywa się. – Zabierz. który targa moim ciałem w prawdziwym świecie. nie powinien robić człowiek. – Witaj. chwyta mnie pod ręce i ciągnie do fotela.. Romek! – mamroczę. Chyba jęczę. że nie jest wymyślony. – Lońka. Jeden z hoteli w wirtualności? Ból jeszcze nie zgasł. Krzyczę. Ty też wchodzisz w wirtualności z jednorazowych adresów. W oczy wbijają się rozpalone gwoździe. wyciągając informacje z programów.. tyłem do mnie siedzi nieznajomy mężczyzna. i oprzeć się czołem o zimne drewno drzwi. pod ścianą stoliczek zastawiony napojami. to ty? – pyta nieufnie nurek. Romek podsuwa mi pod nos pełną szklankę dżinu. zwymiotuję.100 Iskry przenikają ciało. że mogą być zamknięte. Już można podnieść się z podłogi – bardzo ostrożnie. Gdy dochodzę do siebie. ale stał się bardziej delikatny. Leżę na korytarzu. Dziwnie to wszystko wygląda. Romek? Pcham drzwi. – Ja. wali w klawiaturę komputera. patrzy na mnie stropiony. przykładając do głowy nieistniejące ręce. Spiralne błyskawice chłoszczą twarz. Robię to. jest ciężko.. – odsuwam jego rękę. To słaby odgłos bólu. które od dawna nie działają... ale muszę wytrzymać.. Idę przez Sieć.. Mężczyzna właśnie dopija szklankę taniego hogarta. czego nie może. Mężczyzna odwraca się. skórę trze coś jak pumeks. to. Teraz można odpocząć. To zapłata za rzeczy niemożliwe. Kontaktuję się z komputerem bezpośrednio.

.. czego nigdy przedtem nie odważyłem się powiedzieć głośno – tylko ty możesz pić czysty dżin. cygara na stoliku. – Ile ty masz lat. – Bałem się. – wiem. – Kompletnie mi kompa zablokował! – Jak wyszedłeś? – Wirus był czysty. żeby dalej wypytywać. – mówię niejasno. – Zdążyłeś uciec przed tamtym gadem? – pyta... Ale Romek jest chyba zbyt ucieszony moim pojawieniem się. Macham ręką i dopijam trunek. Wszystkie te panienki na ścianach. ale po zresetowaniu zdechł. – Niezłych wrogów się dorobiłeś. – Mnie tam bez różnicy. Romek odwraca wzrok.. kurczę! – Romek chichocze z przymusem.. rozglądam się uważniej.. – Drzwi były zamknięte! Wyjaśnianie. Kiwam głową. udało się. Wylewa większą część szklanki na podłogę. głupstwo. – Jak wszedłeś? – pyta Romek.. ale nie umiem się powstrzymać. Zawiesił komputer. – Zdążyliśmy. – Nie przeszkadzam ci? – pytam.. – Jakiego sprawdzianu? – Z informatyki....– Alkoholik – szepcę to. piłeś kiedyś wódkę szklankami albo czysty dżin? . obfitość alkoholu. że zachowuję się nieładnie... Tym razem nie odmawiam. Romek? – pytam. Lonia! – Zazdrosny? – Aha! – przyznaje się szczerze Romek. że mężczyzna naprzeciwko posępnie zaciska szczęki. – A jak mnie znalazłeś? – A tak.. trwałoby zbyt długo. że nie zdążycie uciec. dodać toniku? – domyśla się Romek. zapala papierosa. Moje podejrzenia nasilają się. Zaczynam chichotać.. – Tak. Wszystko w granicach Konwencji. przygotowuję się do sprawdzianu. Mieszkanie Romka naprawdę jest dziwne. dwa świeże numery „Playboya” na łóżku i młodzieżowa gazetka o muzyce rockowej. dolewa toniku i znowu mi podaje. nalewa sobie dżinu do szklanki i w końcu pyta: – No i co w tym takiego śmiesznego? – Romek. Wilkołak zerka na włączony komputer. jak po ciele rozlewa się rozkoszne otępienie.. Niezła jazda. – A. – Nie.. Na monitorze linijki prościutkiego programu. piję i czuję.. dlaczego już nie przeszkadzają mi zamknięte drzwi. – Piętnaście. Śmieję się. nie zwracając uwagi na to... – Romek. a Romek wstaje.. – A to bydlę – mówi Romek... – Śliczną masz przyjaciółkę – mruga do mnie Romek.

którzy z takim zaangażowaniem opowiadają świńskie dowcipy albo ciągle podkreślają swoją twardość. a gdzie kłamstwo – mówię. żeby się dowiedzieć.. rzadko umieją żyć w nieludzkim ciele. że od razu nie zrozumiałem. Oni nie toną. Romek cierpliwie czeka. – Romek. Ich świadomość jest ukształtowana na filmach i książkach o wirtualności. który nie całkiem jest człowiekiem. dodaję toniku. – Cieszę się.. ale instalować wszystko od nowa to kupa roboty. – I nie próbuj. oni wiedzą. Plastyczność. – Dibienko? – Ten sam. jak się drzwi otwierają.. Oni łatwiej pokonują barierę deep programu. A może rozumem zrodzonym przez komputer. Tylko trochę dziwne. Chcą wyciągnąć od niego coś pożytecznego. Słyszę. Zawsze obrywałem. Szukałeś mnie. że wśród moich przyjaciół nurków. czy mutantem. Patrzę na Romka i myślę. wchodzisz ze swojego komputera? – Z ojca. . żeby się orientować.. Niepotrzebne mu nazwy Labiryntu i Al Kabaru. Ale po tych słowach nie mam wyjścia. wchodzącym w Sieć bezpośrednio. – Natknąłem się w Sieci na człowieka. Chciałem się poradzić. – Skąd wiesz? – No. Wilkołak kiwa głową. A nam to wychodzi.. Wilkołak kiwa głową. gdy mnie zastawał w wirtualności. O dziwo. – wstaję.. – Nawet nie wiem. – A teraz się rozmyśliłeś? Ma rację. gdzie jest prawda.. – Dlaczego? Wśród wilkołaków jest wielu uczniów. I nazwisko Dmitrija Dibienki. Jestem tępy.... że tam jest tylko rozpusta i mordobicie. a wtedy nurkowie przestaną się kryć. – Może jest przybyszem z Kosmosu. którzy skończyli osiemnastkę. co ze mną? Bardzo chciałbym potwierdzić. że u ciebie wszystko w porządku. Ci. że Deeptown narysowany jest nie tylko rozumem. ale i sercem.– Nie. Może będzie ich coraz więcej. – A jak ja się cieszę! Mam timer. chyba jesteśmy ze sobą bardziej szczerzy.. rozmyśliłem się. nie za bardzo.. co się dzieje w mieszkaniu. bez kompa. Ojciec myśli. Jak na dorosłego faceta zachowywałeś się zbyt męsko! – Tak się to rzuca w oczy? – pyta posępnie Romek.. Szukają go przynajmniej dwie wielkie firmy. – Nie. I musiałem jakoś wychodzić. – Romek.. plastyczność psychiki. nalewam sobie dżinu na dwa palce. na pewno jest wielu nastolatków. Na zawsze. ale to by było kłamstwo. – Nie tylko. a może gościem z równoległego świata. A on chce odejść. wydarzyła się dziwna rzecz.

Nie podnoszę ręki. dlaczego masz rację. – Zatrzymać go nie zdoła nikt. Nie znalazłbym twoich śladów bez tych nowych zdolności. nie nasze nieszczęścia. Dowiedzieć się czegokolwiek. czy mam prawo milczeć i go kryć. samochody. Przechodzę obok obojętnego portiera. za nim jest nie nasze życie. czy jeden człowiek ma prawo do własnego cudu? – Nie. uśmiechając się do słów Romka. przeciwnie. a ja starym cynikiem. W przeciwnym razie nadal siedzielibyśmy w jaskiniach. czy warto go wydać? – pyta Romek. Powiedz. niech się Deep Przewodnik nie cieszy. ale mimo wszystko ją masz. nie musisz tego udowadniać. Udało ci się dojść do słusznego wniosku niesłuszną drogą. Ziarnko jego wiedzy może stać się dla człowieczeństwa nowym stopniem rozwoju. Ale mimo wszystko. Powodzenia na sprawdzianie! – Nie dziękuję! – wrzeszczy za mną Romek. – Dziękuję – mówię i wstaję. – Obraziłeś się? – pyta Romek. to przecież inny świat. Cud zawsze jest sam z siebie.. Ściągamy cud do swojego poziomu. Istnieje sam dla siebie. to wielkie.. – Nikt nie ma praw do cudu. Już w drzwiach zatrzymuję się na chwilę i dodaję: – Nie pij tak ostentacyjnie. Inna wiedza. Cieszę się. – Przecież on zdołał w jakiś sposób. Ta niecierpliwość rozumu. nie spodziewałem się innej odpowiedzi. Romek.. mnie zmienić. Wiem to.. dlatego. istnieją nie nasze radości. Co dzieli mnie od Nieudacznika – chłód kosmosu. – Nie. – Chcesz mojej rady? – pyta Romek z jakimś nieoczekiwanym lękiem. karmiąc chrustem zapalony błyskawicą czerwony kwiat. wyjaśnić.. że ty jeszcze jesteś nastolatkiem. zmienić świat. Jeszcze nie umiem powiedzieć. To złażona przeze . Mogę oddać światu cud. Cud jest sam z siebie. Pewnie to dobrze. Może zdołają go przekonać. Kiwam głową. skoro on żyje! Idę ulicą.. niezaspokojone pragnienie. – Może – przytakuje ochoczo Romek. Tego jestem pewien. Nawet Boga uczyniliśmy człowiekiem. – Poważnie? – Tak. światła reklam. ludzie. że on żyje. że u ciebie wszystko w porządku. otwieram drzwi. Zrozumieć. Idę korytarzem hotelu. stukając w szkło – a jednak przeszedłeś go do końca. Ulica Deeptown. Nie wiem. Właśnie. Ale Romek jeszcze nie skończył. inna kultura.– I zastanawiasz się. Fajny z ciebie chłopak.. Dlatego jest cudem. I tak jesteś dorosły. niewyobrażalna przepaść innej przestrzeni? Jaka różnica.. pokonać! Cud powinien być posłuszny i oswojony. Pójdę do domu. Jakbyś szedł przez lustrzany labirynt. Ale nie mam prawa – dlatego. co może. I dopiero wtedy nauczyliśmy się wierzyć.

.. Zanim on odejdzie na zawsze. dlaczego jest właśnie taki. czarna piramida satanistów i – jak kpina – ognista reklama nad pubem. kościoły katolików. i powspółczuli ekologom z Greenpeace’u ratującym jeże na europejskich autostradach. a nie kominami obozów koncentracyjnych i mydłem z ludzkiego tłuszczu. zapominając o tym. Nieudaczniku. wystawy projektantów przestrzennych. Gwiazdy i Planety. W przeciwnym razie faszyzm byłby renesansem techniki. na której zbierają się lekarze z całego świata. W dzielnicy studentów pomógłbyś pierwszorocznemu studentowi z Wołogdy zgłębić tajniki sopromatu. Koronki świątyni turińczyków. gniazdem dobrodusznej i cierpiącej na lekkie otłuszczenie sekty Wyznawców Piwa. I nie gorzej ode mnie wiesz.. na konferencję nas tak łatwo nie wpuszczą.mnie wzdłuż i wszerz dzielnica rosyjska. że jednak masz rację. z pogonią za plecami i niepewnością z przodu? A przecież to nie był przypadek. Całą bezsilność i głupotę. konferencję medyczną. skromne synagogi. zamiast siedzieć pod purpurowym niebem Labiryntu. że twoja droga biegła przez areny gladiatorów i domy publiczne. Różne Zabawy.. mnie – jaka ona jest. która w nas żyje. że nie tylko z tego utkany jest wirtualny świat. Jaka szkoda. Kluby czytelników. technologię. ale otworzyłbym drzwi i stanęlibyśmy cicho z boku. gdzie każdy muzyk jest obywatelem świata. pójdę pieszo. w którym żyją krowy Stellera i mamuty. Ty wydałeś swój wyrok i wyjaśniłeś. Czy to ja jestem winien.. gdzie dzieciaki jeżdżą na prawdziwych samochodach wyścigowych. gdzie rodzą się nowe światy. która służy wadom! W przeciwnym razie po co bylibyśmy w Głębi? . Labirynt. Świat sądzi się nie po jego najlepszych cechach. Nieudaczniku. Nie tylko mordobicie i rozpusta. Lorien elfów. Ale przynajmniej dobę moglibyśmy na to poświęcić.. Galeria obrazów Deeptown mogłaby zająć nam cały miesiąc – spróbuj przejść od razu Ermitaż. Postalibyśmy na placu zabaw. Dzielnica kościelna – złocone kopuły prawosławnych świątyń. patrząc. ta Głębia. wspaniałymi samolotami i potężnymi silnikami. i na spektakl. Zoo. dlaczego nie warto detalizować obrazu jesiennego lasu. gdzie ludzie spierają się o dobre i mądre książki. jak amerykański anestezjolog i rosyjski chirurg planują operację czarnoskórego górnika z Zairu. Sam wybrałeś tę drogę. gdzie każdy widz to uczestnik sztuki. Czy mamy prawo czuć się urażeni? Czy mamy prawo bić się w pierś i krzyczeć: „Jesteśmy dobrzy”? Ale ty nie możesz... galerię Prado. a ja wyjaśniłbym kanadyjskiemu malarzowi. wziąłeś w siebie Głębię i pokazałeś – nie sobie. coś zrobić. Mógłbym ci wiele pokazać. nie powinieneś zabierać ze sobą tylko tego! Ludzki brud i piękno pustych gór. Zaprowadziłbym cię do opery. Galerię Trietiakowską i Luwr. konsultując chorego pochodzącego z zapomnianej przez Boga prowincji. że oni są źli. całą agresję. Muszę zdążyć coś powiedzieć. muzułmańskie minarety. To wcale nie jest zły świat. Muszę zrozumieć Nieudacznika do końca. W świątyni oddalibyśmy cześć wszystkim bogom.

którzy już nigdy nie zanurzą się w Głębię. który do mnie podszedł. Jeśli nawet kiedyś umiał mówić proszącym tonem. niczym przekleństwo... Więc jest taki niepozorny i zwyczajny.. znajome formy.. to on opuścił świat w Głębię? Zdobył miliony i dostał udziały w Microsofcie i America Online? Pierwszy zrozumiał. Nudny i zwyczajny. – Ja. którego jednak nie ma.. – Leonid? Człowieka. nieznany mi człowieku. Niski. Można wejść i pomodlić się do starożytnego Boga. proszę cię o rozmowę. w starych dżinsach i starym swetrze. na dziewczynę siedzącą w dali na trawie. na alejki. Ale on zna moje imię – a więc jest wrogiem. – Pan od kogo? – pytam. Wirtualność to życie. z banalną twarzą. równe alejki. A życie nie może istnieć bez śmierci... . Pewnie nie ma w tym nic nienormalnego. – Cholera – mówię tylko. że Nieudacznik jest przybyszem z zewnątrz? – Pięć minut. Ale pamięć o tobie leży tu. lecz przy kuflu żygulowskiego piwa. Mały piesek na zawsze pozostaje szczeniaczkiem. – Z Al Kabaru? Człowieczek nie odwraca spojrzenia. elektroniczny ekwiwalent marmurowych aniołków. Może jednak przejdziemy na ty? – Jesteś bydlakiem – zgadzam się. to cmentarz – mamrocze Dibienko. nie włożą wirtualnego hełmu. na nim był jeszcze młody... Uspokaja i nastraja filozoficznie. Żadna decyzja nie będzie słuszna. a twoja prawdziwa mogiła porasta burzanem. przy malutkim popiersiu. Wybacz.Co bylibyśmy warci? Stoję pod drzwiami kościoła katolickiego. Omijamy kościół. Czyżby to była podstawowa postać Dimy Dibienki? Widziałem jego zdjęcie. to narysowana płaczka. jego miejsce jest nie w wirtualności. kamienie. Głos nie pasuje do jego wyglądu zewnętrznego. O pięć minut rozmowy. – Chodźmy. Wierzby. – Leonid.. – Tak. Dibienko otwiera kluczem prowadzącą do sadu furtkę. Ale patrzę na nagrobki. To nie złamany nieszczęściem człowiek. kompletnie nie znam. Przyjaciele chowają tu tych. Wierzyłeś w cuda i skakałeś w różnobarwność wirtualnego świata. Można wrócić do domu i uścisnąć Nieudacznikowi rękę na pożegnanie. topole. I ten facet wymyślił deep program. lubię tu przychodzić. Bez twarzy. pełnego przepychu i przytłaczająco wielkiego. zdanie na najbliższym nagrobku. było to w zamierzchłej przeszłości. – Leonid. przyciskającą dłonie do twarzy. „On wierzył w cud” – krótkie. ale dawne. widziałeś mnie w innej postaci. – Dmitrij? – Tak. Cicho i spokojnie.

Ale Dibienko mówi dalej.. bardzo chciałem dodać muzykę. tracąc pół dolara. że wiedziałem. – Jaką nagrodę? Za co? – Za zdradę – Dibienko patrzy mi w oczy. dosięgła i zmusiła do zrobienia deep programu! Przeszył mnie dreszcz – i nawet nie dlatego. a ziemia.. który znalazł perłę w kupie nawozu. właśnie ciebie! Pewnie niepotrzebnie. co mogłem zaproponować. oczy i pomiętą twarz.... czy ty rozumiesz. piórem.. którym wodziła cudza ręka! Z daleka. Nie mnie sądzić! – Słucham. to nie zachłyśniemy się wolnością! Chyba znowu nic nie rozumiem. ja jej nie stworzyłem! To Głębia.. – Nie pytam. – Inni tępakiem. Lonia – mówi Dibienko.. w drobny mak! Przykleiłem się do kompa. Wiedziałem. że jednak odebrałeś swoją nagrodę. dopasowywać rytm obrazu. Wciągnął mnie w cud. przez ciszę. rozprawia się z nurkami jak ze ślepymi kociakami. Dima. spać mi się nie chciało i grać mi się nie chciało. to słowo ci nie pasuje? A przecież to zdrada! Nas wszystkich. a komp miałem bez karty dźwiękowej! Legendy nie kłamały. – Niekoniecznie równania i wykresy. która przyjęła twoje prochy. jak się wyrwałeś.. któremu nie jestem potrzebny. gdyby twoi przyjaciele poświęcili dwie godziny swojego życia. co i jak stworzył. ale nie tworzyłem! Jestem tylko przewodnikiem. – Dima. nawet nie szczepionki i przepis na sprawiedliwe społeczeństwo. więc zacząłem zestawiać paletę braw.. żeby napić się wódki na twoim grobie? Wolność. co mi zarzucasz? Nie mamy prawa żądać od Nieudacznika niczego! Niczego! – Dlaczego nie mamy prawa? – Dibienko opiera się łokciami na pomniku wierzącego w cud i uśmiecha się krzywo. że Dibienko wspomniał o ciszy. Ja też znam to uczucie. – Co. – człowiek z sińcami pod oczami chwyta mnie za rękę. który nie rozumie. Dibienko ma czerwone. rodzi nowe życie. jak to się stało! – krzyczy Dibienko. że możesz. Ale to on stworzył ten świat i muszę go wysłuchać. to grosze. Głębia przyszła przeze mnie na świat! Zrozumiałem. Może uczciwiej by było. co robię? Wtedy? Nie! Upiłem się! Na umór. że wszystko będzie dobrze! Jeśli on jest. którzy dzisiaj żyją! Mogłeś zostać jego przyjacielem. wszystkich ludzi. czym stała się wirtualność? – Wolnością! – W takim razie.Twoi przyjaciele przychodzą tu. – Nie wiem.. – Myślisz. to znaczy. a ja milczę. – To ona zapragnęła się narodzić. jakby od niewyspania. To. poczułem. pracą już rzygałem. A to nieprawda! Dzięki mnie . – Rozumiem. przerażenie stwórcy. przez mrok. i dlatego wynająłem ciebie. – Jedni nazywają mnie geniuszem. Ale mógłby nam dać choć nadzieję! Nam wszystkim! Jeśli on tu przyszedł..

. wszedł w dzieciństwo wirtualnego świata.. a można się śmiać! – Dibienko uderza pięścią w nieistniejący nagrobek. Po prostu tam.. odgrywając tragiczną scenę.. Tylko głos. z przyszłości Ziemi. w uniesieniu. Nie znoszę litości – zabija równie łatwo. a pamięć o tym chłopaku przeżyje nas wszystkich! Informacja nie jest ograniczona czasem.. Szepce: – Czy on ci cokolwiek powiedział? Czy chociaż napomknął. znam twój adres w Deeptown! Kompania Polana.. Dibienko patrzy na mnie chciwie... Może po prostu był im potrzebny przyczółek. Z tej pięknej dali. taras widokowy. Ściągnąłeś całą informację z dysków i wyrwałeś się! On cię tego nauczył. to czas. żeby zajrzeć do naszego świata. – To wojna? – Tak! A na wojnie trzeba walczyć. pozycją w radzie dyrektorów Al Kabaru. komputerowy rozum. tego nie ma. jak nienawiść... że wiem! – Dibienko zagląda mi w oczy. ile jest wersji o Nieudaczniku? . bądźmy sobie dzicy i nieokrzesani! Ale czy może nam powiedzieć cokolwiek.Głębia przyszła na świat! A więc komuś to było potrzebne. jestem zwykłym człowiekiem.. Może to zostało przewidziane. ale Dmitrij Dibienko wyciąga do mnie rękę. mieszkanie numer czterdzieści dziewięć. kim jesteś! Leonid. – Przybysze ze światów równoległych.. Tylko już nie Gilermo.. I ja stałem się piórem w czyjejś ręce. – Nie mogłem stworzyć deep programu przypadkiem! To tak jakby strzelać z zawiązanymi oczami i trafić w cel tysiąc razy z rzędu! Nie jestem geniuszem. której nie dożyjemy. Czym ryzykowałem. Mam cię w garści! Prawdziwy adres też mogę poznać! Ale ja ci nie grożę! Ja proszę: bądźmy razem! Deja vu. ale Dibienko zasługuje na współczucie. jakby sławny aktor upokarzał się... co nie ma granic. – Przyczółek? – pytam. – Ale jedyne. nurku? On? Przykro na niego patrzeć. Ale wyrwałeś się. – Skąd ci przyszło do głowy. głos nie pasuje. No i niechby nawet. Brzmi. Komputerowa sieć żyje i będzie żyć. – Kiedy uciekłeś – szepce Dima – wpadłeś w sidła. nie mogłeś się wyrwać z mojego kompa.. Nieudacznik zajrzał w przyszłość ludzkości. agentami w Labiryncie.. tysiąclecie? – Dima – mamroczę.. dać nam wiarę? – Dmitrij.. ale teraz. nie zrozumiesz. – Można wierzyć.. nie ma nic prócz nas! Wczoraj i jutro jesteśmy tylko my! Już rozumiem. kosmici.. ale ja cię rozgryzłem! Wyśledziłem kanał! Wiem. wy w Rosji do tej pory nie rozumiecie. – Wiesz. wiek. – Oni nie potrafią zrozumieć – szepce. potem.. i brać jeńców.. – Nie wyobrażasz sobie – mówi Dibienko – ile sił w to włożyłem. skąd przybył? Rok.. ale dlaczego? Dlaczego tak myślisz? – Dlatego. w przyszłości postanowili stworzyć wirtualność.

Zdołał wyśledzić mnie u Romka. Tylko tracimy czas.. niechlujny. Wie. .. a tutaj panują nasze prawa! Powinniśmy zrozumieć. gdzie jestem w wirtualności. zmęczone oczy.– Tak. nie próbując mi przeszkodzić. Czego on chce? Żebym zmienił zdanie? Oddał mu Nieudacznika? Tak czy inaczej. zapuszczony wygląd. nie mam takiej możliwości. czas.. kim on jest. A teraz gra na zwłokę. rzucam się do furtki. Czego on właściwie chce ode mnie? Patrzę na Dibienkę – drżące wargi. – A jeśli on nie jest z przyszłości? Jeśli jest z innego świata? – Wtedy tym bardziej! Teraz jest w naszym świecie. Dibienko patrzy na mnie. który odegrał swoją rolę i teraz wsłuchuje się w oklaski.. On zna moje imię i mój adres. Odskakuję. Tylko na twarzy pojawia mu się uśmiech. zadowolony uśmiech aktora.

Operację przeprowadza policja. Pojawiłem się w samym środku. Za ścianą ochrony. Coś się zmieniło w samej przestrzeni. Mundury miejskiej służby bezpieczeństwa. Miasto wokół mnie zamyka się. poprzez cudze komputery – do swojego domu. Natychmiast we mnie mierzy setka luf. – Leonid! Proszę podnieść ręce i podejść tutaj! – rozlega się głos nad ulicą. komisarz Jordan Rade. Bez skutku. Przynajmniej starają się przestrzegać pozorów prawa.. pierścień wokół domu. . snajperzy z karabinami. Pająki dogadały się i zarzuciły pajęczynę. poprzez odległość. automaty za przezroczystymi tarczami. Staję się realny. To nie pożar. w tęczowych odblaskach iluminacji – grupka ludzi.. Widzę dom – zasiedlony przedmiotami wieżowiec – ale nie mogę przeniknąć do wnętrza.. Wojna. Jak Dibienko zdołał mnie odciąć od sieci transportowej Deeptown? Może tam też ma udziały? Ale przecież teraz nie potrzebuję już Deep Przewodnika. na chodniku.. mnóstwo ludzi. Jego głos odbija się echem na końcu ulicy. prędzej niewiarygodna iluminacja. nie w samym budynku. zamienia w schemat. Lecę nad nim... No proszę! Co za zaszczyt! I gdzież ma się zgłosić biedny nurek? Oficjalni i nieoficjalni władcy Głębi spotkali się pod jego domem! – Leonid. I ludzie. Biegnę za samochodem. strażnicy Al Kabaru. I uderzam w ścianę. Willy. Wspólnie. wiszący w powietrzu strzelcy z reaktywnymi silnikami. macham z całej siły. Dom płonie. Urman. Znajome uczucie. Dom wygląda jak dziwaczny prostokątny brylant w promieniu reflektora. ale obok.101 Taksówka przejeżdża obok – jakby moja uniesiona ręka nic już nie znaczyła w Deeptown.. Człowiek Bez Twarzy. Ściany mienią się kolorami i każde ziarenko piasku lśni jak drogocenny kamień. ochroniarze Labiryntu.. proszę powoli podejść! – powtarza Rade.

czy nawet jego sił nie wystarczy? – Poddaję się – mówię. – Strzelcu. uśmiecha się zjadliwie. Ochrona rozstępuje się. a w rzeczywistości jedynie jego sekretarz.Idę pod wycelowanymi we mnie lufami.. Proszę to przerwać. i uciec.. pójdźmy na wzajemny kompromis. – Niech pan nie próbuje ukryć się w rzeczywistości – ostrzega.. daję panu dziesięć sekund.. – Szukamy dowodów. Jordan kręci głową. To zgniły materac. Leonid. każdy bajt informacji płynie pod niewidoczną obserwacją. Patrzę w narysowane twarze. bez względu na to. w realu. Z lekko współczującym wzrokiem. prawdziwe przesłuchanie – to nie hazard wirtualnych walk. Ale Rade’a nie tak łatwo zbić z pantałyku. żeby wydrzeć kawałek tajemnicy. – Zwróciliśmy się z prośbą do Interpolu o pański areszt fizyczny. Nasycenie kanałów informacją.. Oglądam się na płonący budynek. Gilermo odwraca wzrok... Nie ma granic dla łowców cudu. Może tam. Głębio. pozbawiając woli. Zamrożenie. – to Willy. – Człowiek Bez Twarzy. przepuszcza mnie. – Jordan. Dziesięć sekund. skąd przyniósł ją los. zwracam się do Rade’a: – Co się dzieje? – Został pan oskarżony o bezprawne przeniknięcie w cudzą przestrzeń informacyjną i użycie broni. Każdy mój krok jest oceniany i wyważany.. a także o zatajenie informacji niezwykle ważnej dla Deeptown – mówi wyraźnie Jordan.. – Zostaje pan zatrzymany do wyjaśnienia. jest niewzruszony. co spowodowało znaczne szkody materialne. Urman. – Wam wszystkim. ale i z niezachwianym zdecydowaniem. Ignorując wszystkich.. Czy Nieudacznik zdoła odeprzeć atak.. – Twoje siły też mają swoje granice. Mój Boże. – Opamiętaj się. przecież oni . A może moja ojczysta policja.. – szepcę. – Uznaję wszystkie zarzuty. pod nadzorem setek komputerów. Szukanie? Raczej konserwacja. Dibienko.. znowu w swojej mętnej masce. bałanda według przepisu niezmiennego od czasów stalinowskich. zakratowane okienko i nie skażony intelektem konwojent. na ochroniarzy z bronią.. żeby się stąd zabrać. jeszcze nie nauczyła się szybko pracować? Głębio. przy całej swojej gotowości wymiany rosyjskiego obywatela na dziesięć spisanych ze stanu przenośnych radiostacji. Ogarnia mnie wściekłość. za moimi plecami już stoją posępne typy w czarnych maskach? Prawdziwe więzienie. Ze wszystkich zakątków Ziemi zanurkowali w Głębię. – O co oskarżony jest mój dom? – pytam.. niszcząc siły. – to Rade. Zalewa mnie fala strachu..

że podgrandziłeś kilka milionów. Prości obywatele Deeptown. Rade odpycha go i ryczy: – Warunki! Może trochę zgadłem z tymi podatkami? – Przerywacie polowanie. przypomina. – Wycofujemy oskarżenie. i dodaję: – Za minutę tak się właśnie stanie! Nie wiem. mija i ulica jest pusta. nawet na szarej mgle Człowieka Bez Twarzy – też strach.. albo ja jej nie zauważyłem. Dlaczego jeszcze tu jestem. nurku? – krzyczy Urman. Jordan – mówi Willy. czy to możliwe.. wszystko dla mnie. Jakby moje spojrzenie odbiło cały ten syf. Albo bez komendy. Ogień i ból. a obok stoją ci. – Tylko w Głębi jesteś bogiem – mówi Człowiek Bez Twarzy. Przed nimi jest cud. którzy go podpalili. żeby do nich dotarło. samym spojrzeniem – i ciała gniotą się jak szmaciane lalki pod obcasem.. Kabaru kiwa głową. najbardziej utajnione. że ulicą podchodzą ludzie. – Rade. zwijają i rozpływają w powietrzu. Stoję w ogniu. Ochrona zaczyna strzelać. zastygają. Kątem oka dostrzegam.. mapy utracone. dyrektor Al. – Nie warto angażować Interpolu. które dałem wrogom. Wszystko. Ale za nimi zbyt wiele do stracenia. Więc to tylko groźby? Kłamstwo. co mogło być wymyślone przez lata istnienia Głębi. – Czyżby? – Podchodzę bliżej. Urman i Gilermo patrzą po sobie. jak ty się trzymasz – zaczyna Dibienko – ale. Nie wiem nawet. Tylko płonie mój dom. . z prastarym komputerem i pustymi rękami! Dlaczego? – Nie wiem. zamiast zdejmować hełm przed szarym monitorem zabitego kompa? Sięgam do ochroniarzy – nie rękami. Urman! Wszystkie sekrety Al Kabaru są ogólnie dostępne! Willy! Labirynt jest martwy! Poziomy wykasowane. Pięć sekund. Nie znam swoich sił. Ledwie zauważalnie kiwa na mnie. skąd się wzięły. Wszędzie kłamstwo.. najlepiej sprawdzone. który sypie się w moją stronę. Nie grozi. potwory w panicznej ucieczce! Dima! Twoje odciski palców należą do seryjnego zabójcy! Daję im kilka sekund. – Czego ty chcesz.. teraz.. komputery policji podatkowej zaraz uzyskają informację. dlaczego tkwię w Głębi. zaszczutego.. – Pięć sekund – mówię. Ale oni wierzą. a na twarzach wokół strach... rozsypują się w popiół.się mnie boją! Boją! Jednego przeciwko wszystkim.

Nie będę go o nic prosił. Kółko dotyka czarnego płaszcza i przykleja się. Niech moja droga w górę będzie powolna.gdy tamtych już nie ma. stół. Nie dlatego. Sięgam poprzez odległość. Słyszę fragmenty muzyki i niezrozumiały szmer rozmów.. że nie mogłeś tego zrobić. Rwę czyjś program. Wiem. walcząc o każdy metr przestrzeni. Dziękuję. Dibienko jednak nie odłączył programu skuwającego budynek diamentowym lodem. Nie zmusi do mówienia tego. jednym wysiłkiem. i nie dlatego. upadał i uczył się wstawać. nurku. Nawet nie pamiętam. I może stanie się lepszy. To tylko dwie i pół setki schodów. Dobrze. W końcu jesteśmy ziomkami. której już nie ma i oto ciężki krążek leży w mojej dłoni. Będziesz miał się czym usprawiedliwić. gdy przechodzę obok.. Z mglistej maski dobiega szept: – Zdradzasz cały świat. Ale nie jest gotów zrezygnować z cudu. Dostałeś swoją nagrodę i zdradziłeś nas. Przyglądam mu się chwilę. Odwracam się i idę do swojego domu. na którym został Medal Bezkarności.. Dziwny ze mnie typ... . niechby nawet w różne strony. Jak każdy człowiek. kiedy i co programowałem. Za każdymi drzwiami słychać szelest i szum.. – Zrehabilituję go. kto chce mówić. Zmiatając ze ścian fałszywy blask. mogą zaspokoić ciekawość. I nie zamknie ust temu. Nam obu wyższa idea wywichnęła mózg. A ty. Nigdy więcej nie wejdę do tego domu. Szarpię drzwi i wchodzę na klatkę połyskującą niczym jaskinia cudów Alladyna.. pudełka z softem. – Nie chcesz się dzielić. obudzę życie w pustych mieszkaniach. Dopiero wtedy za moimi plecami iluminacja zaczyna gasnąć i znika. kłapanie bosych stóp i pisk drzwi. – Nie zapracowałem na niego. że gotów jest włóczyć się po amerykańskich sądach przesiąkniętych komputerowymi technologiami. Ładnie to wygląda. Patrzy tylko na mnie. Mój narysowany świat ożywa. otaczając się nieistniejącymi sąsiadami. brzęk rozbijanego szkła i rytmiczny stukot młotka. że mogę usunąć całe zamrożenie od razu. Przypominam sobie magazyn. kto chce milczeć. Ten świat będzie żył. Mogłeś.. I nie mów. lekko potrząsa. Niech patrzą.. Wchodzę. ty stworzyłeś Głębię. – To twoje – mówię i rzucam medal Człowiekowi Bez Twarzy. Jordan bierze Dibienkę za ramię. – Słyszał pan? Operacja skończona! Koniec! Proszę odłączyć swoje systemy! Więc budynek zamrażał Dmitrij? Policji nie starczyło sił? Człowiek Bez Twarzy opędza się od komisarza. Ale nie robię tego. stopniowa.. On jeden ma moje groźby gdzieś. że w nie nie wierzy. Białe tło i tęczowa kula. Nie zapomnij wziąć swojego Medalu. Pajęczyna sieci otoczona niewinnością i czystością.

że w mieszkaniu nic się nie zmieniło. – Tylko niecierpliwy. szczekanie psa i brzęk kieliszków. On też patrzy w górę. patrząc na dom. – On wcale nie jest zły – mówię Nieudacznikowi. spływają kroplami wody. Nawet nie chce mi się sprawdzać. Ostatni zakręt schodów. które zakładałem w Głębi. Nieudacznik i Vika stoją przy oknie. W każdym okruchu odbicie mojej twarzy. Wciąż napływają nowe fale ludzi i zamierają. Dopiero pod samym oknem tłum się rozstępuje. patrzą na ulicę. – W takim razie odejdź – proszę go. czy nas widzi. Nie ma czego zapamiętywać ani o co się martwić. – Nikogo nie osądzam – zgadza się Nieudacznik. Ulica nabita ludźmi. Jednej z wielu twarzy.Płacz dziecka i wycie niesprawnego kranu. zmieniają się w kawałeczki lodu. To były moje kule. Głębio. Nieco dalej zamarły samochody Deep Przewodnika. Gęsty tłum. Podchodzę. . jakby mógł nas zobaczyć. Popłacz za mnie. Zatrzymuję się na chwilę przed drzwiami złożonymi z diamentowych drobin. Tam krąg pustki otacza Człowieka Bez Twarzy. Tutaj program Dibienki był bezsilny. Vika w milczeniu bierze mnie za rękę i razem patrzymy na Deeptown. Dmucham na drzwi – diamenty gasną. ale teraz nauczyłem się chodzić bez nich. Wchodzę – i do razu widzę. Ja nie mam czego opłakiwać. – To najlepsza pora.

– Obcy i Rosjanin.. Łatwo zabłądzić. że wirtualność zmieni świat. że się obrazisz. sprytnym hakerem. Śmieszą mnie jego słowa... Można w nich zobaczyć siebie.. uśmiechałeś się do tego. da ludziom dobroć i siłę. Można spojrzeć na świat. Nałożona maska staje się twarzą. Uśmiecha się smutno i dodaje: – Ale to byłaby bardzo dziwna przyjaźń. że pamiętam. – Głębia dała wam milion luster. że ty wiesz.. który wszystkim mąci w głowie. Nieudacznik wyciąga rękę. Magicznych luster. Uczyni go czyściejszym. – A ja rozmawiam z tobą tylko dlatego. – Wiem. nurku... To cudowny prezent. – Nie o tę Głębię. Można narysować swój świat. nurku. zdenerwowany. na każdy jego zakątek. Ja też chciałbym zostać twoim przyjacielem... Leonidzie. Jakby chciał dojrzeć moją prawdziwą twarz. Znosiłeś to.. Nieudaczniku – mówię. a to zupełnie co innego. złość w szczerość. – Bałem się. Dla niej on jest człowiekiem. – Nie.. Wady zmieniają się w wytworność. – Jakie? – Marzyłeś. co teraz czuję. – Pamiętasz lustrzany labirynt. Zabiłem tę wiarę.. snobizm w elitaryzm. Więc Nieudacznik jej nie przekonał. Kiwa głową.110 Bardzo długo na mnie patrzy – ten. zrozumieć. a on ożyje. – Jesteś urażony? – pyta w końcu. – bracia na zawsze? – pyta Vika. Przecież zniszczyłem twoje marzenie. Podróż w świecie luster nie jest zwykłą przechadzką. który odkupi wszystkie grzechy i pomyłki. co cię drażniło. Czy on naprawdę tak sądzi? Czy ja naprawdę tak myślałem? – Nie chodzi o Głębię. Leonidzie? Oczywiście. co cię oburzało. kładzie na moich i Viki splecionych dłoniach. jeden jedyny moment. Posłuszne i kłamliwe. Wcale. Ale lustra są zbyt posłuszne. który wszedł do Głębi w postaci Nieudacznika. odbity w lustrze. – Wierzyłeś w moment. .

I pokój staje się taki jak przedtem. w jakie lustro się spojrzy. – powtarzam. Przez sekundę nic się nie dzieje. Zerwać z cudu maskę. Ale po prostu chciałbym umieć go nazwać. sterta CD na półce zaczyna sama z siebie odtwarzać wszystkie piosenki jednocześnie. jakby ktoś je rozciągnął we wszystkie kierunki. Skoczyć w ślad za Nieudacznikiem i zobaczyć.. Potem przechodzimy ja i Vika. przemyka gigantyczne drzewo. ale mnie jest wszystko jedno. że to. Dom zaczyna drżeć. ogromnymi susami zbliża się latający ochroniarz Człowieka Bez Twarzy z dyszącym ogniem silnikiem rakietowym za plecami. ale z uporem. pod którym wiją się pomarańczowe wstęgi. jak obiektyw aparatu fotograficznego. skąd on przyszedł. Nieudaczniku. czy nie. przebierając łapami. Ze skóry sypią się kaskady różnobarwnych iskier. Mieszkanie zmienia się w ogromną salę. Przelatuje Alex z karabinem na ramieniu. potwór-pająk. co poznał! Biegną. zwijać w lej. światło w oknie przechodzi przez wszystkie barwy spektrum i wypala na papierowej ścianie nasze sylwetki. Tunel zwęża się powoli. Podłoga staje się lustrem. Przez moment mam wrażenie. Ściany stają się przezroczyste. nurku. Odsuwa dłoń od naszych dłoni.. w lśniący tunel odchodzący w niepoznawalność. kim jesteś – mówię.. sztuczny intelekt. Zabiera wszystko. Do swojego świata. – W takim razie będę wybierał.. Ku błękitnemu słońcu. odchodzi w tunel wymyślona rodzina. – Pamiętaj. wreszcie papierowe. Wirując jak śmigło. jacy jesteśmy. Bardzo starannie. Powiedz. potem seledynowe. – Ściąga informacje. – Pamiętaj o nas. co widzę. Jego ciało drży. trzymając się za ręce.. na parapecie zakwita w doniczce pokojowy granat. Sufit odpływa w górę i wygina się w kopułę. drepcze hobbit z przestraszoną mordką. co to jest? – krzyczy Vika. – Pamiętaj nas takich..– Nie pytam. – Wierzysz. pełznie.. przezroczyste cienie. W mieszkaniu zaczyna hulać wiatr. Tunel zaczyna się zwężać. którą ratowaliśmy w Labiryncie. . ceglane. co będzie? – Zależy. A teraz odejdź. Przybysz z gwiazd czy z innego wymiaru. Nieudacznik robi krok do tyłu.. ale i tak wiesz więcej niż my. Potem ściana za jego plecami zaczyna się wyginać.. ale jeszcze można zdążyć. to mógł to wszystko.. kto przeszedł do naszego świata. rozpływa się. – Informacje – odpowiadam.. – Lonia.. – Jeśli jest dobrym hakerem. – Mimo wszystko nie wierzę. W ostatnim momencie wciskają się w otwór machające skrzydełkami. że on jest Obcym – mówi Vika niepewnie. to ten. przenikając przez nas. latające klapki Maga Komputerowego. – Pamiętaj o nas – mówię w ślad za odpływającymi błyskami światła.

Obrót – znika parter z awanturującym się emerytem. – A na ciebie polują. gdy w dalekim Mińsku wynajmowany serwer otrzymuje polecenie. Płyniemy objęci nad Deeptown i patrzymy sobie w oczy. Ożywa mój komputer i blakną ściany mieszkania. Wracam i znowu ją obejmuję. co otworzyło się przed nami? Wszystko jedno. Podchodzę do okna. Jak wspaniale. Biedny Jordan będzie jeszcze musiał udowodnić. Dom znowu drży. Na zawsze. Nie patrzę na stół. znajduję cichy zaułek pomiędzy budkami telefonicznymi a fontanną. Głębia zrodziła nową legendę. Gdy mój dom rozpływa się w powietrzu. Kiwam bez słowa. Nigdy nie zrozumiem kobiecej logiki. ścierając informacje. Magnetyczny pasek przesuwa się po dysku. ale wiem. ale wątpię.. gdy nie trzeba nic tłumaczyć. Tędy wychodzimy z Głębi. ale my zostaliśmy – mówi Vika. Głębio! – wołam w milczeniu. żeby nie wiedzieli nawet tego. Czy widzieli choćby fragment tego. Człowiek Bez Twarzy nadal tkwi bez ruchu. jak to robię... Martwią się ludzie. – Masz nadzieję. że to nie jego robota. Może uda im się wytypować miasto.. tłum zaczyna krzyczeć. To jest coś. gdy ją obejmuję. – Sam nie wiem. – Przecież on odszedł. Jeśli zabłądzisz w labiryncie luster.. Lepiej.. Na ulicy harmider. Vika – proszę. Jej usta znajdują moje. Obok supermarketu. – Będziesz tęsknił za swoim domem? – pyta Vika. – Trochę. na styku dzielnicy ukraińskiej i nadbałtyckiej. – Nie wiesz. obrót – dziesiąte piętro z kolekcjonerem czarnych krążków. – Nurek Leonid też powinien odejść – zgadzam się. Ale nie od razu. ale Vika krzywi się: . – Ścierasz swoje ślady? – pyta Vika. – On odszedł. ale ja nie mam innego wyjścia. ostrożnie otwierając objęcia. Teraz nie trzeba się już spierać. na ulicy trwa wymiana poglądów. – szepce Vika. Bardzo chciałbym usłyszeć. Obrót – odchodzi szóste piętro z cichym grafomanem.. że mieszka w tym samym mieście. Kiwam głową. Teraz już można wierzyć. – Nie trzeba. patrzę w dół. Jak za rowerkiem na trzech kółkach. jak całujesz? – pyta zdumiona. że narysowana na monitorze Vika uśmiecha się do mnie po raz ostatni. że cię nie znajdą? – Spróbują. – A mnie możesz zaufać? – Sankt Petersburg – mówię. stłucz je i wyjdź na światło. – Super. co już nigdy nie zniknie. Programom nie jest smutno.Milknie. gdy się je wykasowuje..

z dysków optycznych. a ja mógłbym teraz sięgnąć do kasy lotniczej i dowiedzieć się. – Co zrobić. patrząc na wyjście Viki. a całkiem inna sprawa – zobaczyć się w realu.. – Masz rano czas? – Przecież boisz się latać. Ładne ma wyjście z Głębi. dobrze? Czekam. który zatrzymał się.. Widzę tylko. bezlitośnie wyskrobując informacje zewsząd. – W takim razie o dziesiątej przy informacji – postanawia Vika.. – Jak cię poznam? Vika wzrusza ramionami: – Zobaczymy. Vika wraca. I znikam z wirtualności. czy wystarczyłoby mi śmiałości. pociągiem za długo. Doskonale ją rozumiem. z optyki magnetycznej. Ale.. poczekaj tu na mnie. Biegnie do supermarketu. nawet te. Co innego pokochać kogoś w świecie wirtualnym.. Ze stimerów. Vika staje się półprzeźroczysta i rozpływa się jak wir iskier. Potem odwiedzam wszystkie zapasowe adresy. – Wyobrażasz sobie. sprawdzam. dokąd się wybiera. Teraz nigdy nie wchodziłem w Głębię. A jak ja poznam ciebie? – Będę miał w zębach czerwoną różę – mówię posępnie. okay? Muszę się spakować. – U nas też. Wszystko. by pierwszemu zaproponować spotkanie. Macha mi przed oczami starannie złożonym biletem lotniczym. Mrugam do przechodnia. czy nie został jakikolwiek ślad.– Petersburg. kawałek drogi. I na mnie pora. a ja jeszcze raz sięgam do mińskiego serwera. Na ekranikach kompletna ciemność. – Pójdę. – U nas jest już chłodno – uprzedzam. nie zrobię tego. oczywiście. – Spróbujemy się nie pomylić? – Spróbujemy. Małe gierki w samodzielność. z których nigdy nie korzystałem i rozbijam je... Jako ostatni czyszczę twardziel swojego internetowego prowajdera.. . była kolejka – śmieje się. Strach jest mówić o sobie. Lonia. Nie wiem. będziesz na lotnisku? – Jaki lot? – O dziesiątej rano czekaj przy informacji. kto i skąd brał bilet do Petersburga. – Pilne zakupy? – Jeden.

Zdejmuję hełm. Otworzyłem okienko terminalu i. Wchodzić z Internetu będziemy ręcznie. Mimo to podniosłem słuchawkę i wsłuchałem się w ciszę. typowe dla pracowników ATS. Można wchodzić w Głębię bez żadnych urządzeń technicznych. Wirtualny sekretarzu Friedricha Urmana.. . Na monitorze migocze złociste tło Windows Home. Dość kochania narysowanych ludzi.. Pod sam koniec dnia pracy. wpatrywałem się w migającą linijkę: No dial tonę! Trzeba płacić rachunki telefoniczne. nic nie rozumiejąc. Viki już nie ma. Potem sprawdziłem logi – telefon odłączyli mi trzy godziny temu. miałeś rację. Ściągnąłem kombinezon i powlokłem się do tapczanu.

zlane w jedność. Zawsze zapominam nakręcić. zerkając na komputer. Głębia czeka!” Niech czeka. zrób krok i wejdź w Głębię. które postawiły na wirtualność.. ekonomia. Gdzieś pomiędzy wiadomością o przyjeździe popularnego śpiewaka a sportem. zawały. i słuchałem gadaniny spikerów. od slipek po smoking... zbankrutują. Całe ciało rozbite. czego ja nauczyłem się wczoraj. Umyłem podłogę. z przestrachem spojrzałem na zegarek. Wymacałem leżący na podłodze pilot. A może przeciwnie.. stanie się dostępne dla wszystkich. Siódma. Dobra. w pokoju było zimno. wytarłem kurze. żeby się tylko nie bali. w głowie ołów. nie nienawidzili. dwa i dla wszystkich bywalców Deeptown nadejdzie czas zapłaty. W każdym razie będę miał szansę przeżyć tę katastrofę jako jeden z pierwszych. . zobaczymy. gdy przywykłeś rysować całe ubranie. Trudno dbać o swoją garderobę. Zwykłego człowieka bawią animkowe pejzaże i narysowani ludzie. Człowiek nie jest przystosowany do wirtualnego świata. Może jeszcze rok. kursy walut. To. próbując wybrać coś porządnego. który pracował całą noc. Wirtualność i real. Bez żadnych kombinezonów. Dobrze. Wtedy imię Dibienki zmieszają z błotem. korporacje.. Polityka. Pośród innych ciekawostek.111 Obudził mnie telewizor. pewnie od wczoraj. Pożyjemy. Stał... ogrzewania na razie nie włączyli. ciekawe.. Po ekranie powoli płynął napis: „Lonia. Ubrałem się i jeszcze raz przeszedłem po mieszkaniu. a poważni uczeni oznajmią. Dwa światy. jak zawsze po serii długich i częstych zanurzeń.. Leżałem zawinięty w kołdrę. ślepota. nie zazdrościli.. nastąpi ten przełom.. Dżinsy i sweter. o którym marzył i na który czekał Dibienko. Telewizja lubi robić reportaże z Deeptown. że się z nas śmieją. wprowadziłem na ekran zegar. Jakieś paraliże.. czy powiedzą w wiadomościach o wczorajszej panice w wirtualności? Może i powiedzą. Spokojnie zdążę. że przewidzieli to dawno temu i bezustannie ostrzegali. Podniosłem głowę. Wstałem i zaścieliłem łóżko. wygrzebałem z szafy wszystkie ubrania i grzebałem w nich przez pięć minut.

Przecisnąłem się obok radosnego psa i powlokłem na dół. – Dzień dobry – mówi za mną dziewczynka. Plastykowy przycisk przypalony papierosem. był prawie pusty. Ale nie chciałem się spieszyć.. Można wymyślać cudze losy. Miałem pieniądze. patrząc na odpływającą wstęgę drogi. Jeszcze by poklepał psa po karku. Bóg wie. ale tak trudno poznać tych żywych i prawdziwych. Bałem się tego oczekiwania. zawczasu przeżywając naszą wspólną hańbę i wzajemne rozczarowanie. Cóż. I pojawia się Vika. to się nie przestraszy. Już w drzwiach przypominam sobie. który wyłonił się w świecie żywych. piękna i zgrabna. których nie znałem i nie miałem zamiaru poznać... w workowatej sukience. No proszę.. – Dzień dobry – mówię. Miałem ochotę na piwo. przez dziesięć pięter. ale wyraźnie nieświeże.. że nawet nie próbowałem sprzątnąć w kuchni. co byłoby gorsze. Stałem z tyłu. ledwie mżące światełko pod palcem.. modnie ubrana. a na twarzy pojawia się spóźniony uśmiech.. Jeśli Vika miała kontakt z hakerami.. można martwić się o nieistniejących ludzi i kpić z nich... obok sąsiadów z betonowego pudełka. jak stoję na lotnisku. nawet dzieci się mnie boją. Drzwi windy akurat się rozsunęły i malutka dziewczynka z dużym terierem na smyczy wystraszona cofnęła się o krok. dziewczyny ubrane bardzo jaskrawo. albo inaczej. Wyłączam komputer. a pies klapnąłby z radości na podłogę. Może Vika nie przyleci? Rozmyśli się. że Nieudacznik nie zapomniałby się przywitać. . w ostatniej chwili poczuje to samo co ja – że nie można mieszać dwóch światów? Wyobraziłem sobie.. w płaszczyku sprzed dziesięciu lat. Zjadłem śniadanie w jakiejś budce z hamburgerami – podgrzane. nie. W windzie ciepło. Wyskakuję z klatki. czerwone jak u narkomana oczy.. Zrobić choćby krok w ich stronę. Winda powoli powiozła mnie na dół. ale pod pobłażliwym spojrzeniem sprzedawcy zdecydowałem się tylko na lemoniadę. Jakieś senne towarzystwo z ogromnymi torbami. na kolejne żądanie mody.. Odzwyczaiłem się od powitań.. ten wyczyn już nie dla mnie. Zajęczałem cichutko. odzież niewymagająca żelazka. Ale nie tak ładnie jak w Głębi. mogłem nawet dumnie zajechać pod lotnisko taksówką. zaprezentujemy się w pełnej krasie. uciekinier z wirtualnego świata.. który jechał na lotnisko. Czysta podłoga i uprzątnięty chłam tylko podkreśliły zastarzały kawalerski bajzel.Moje wysiłki zmierzające do doprowadzenia mieszkania do porządku nie dały rezultatu. Jestem pewien. wzywam windę. Blada twarz. Idzie przygarbiona okularnica.. wystarczy. Autobus. Śmieszna postać. Pospiesznie zamykam drzwi.

Nie potrzebuję już komputerów. ponuro dźwigali swoje torby handlarze. będę czekał godzinę.. Każda twarz jest jedyna w swoim rodzaju. popatrzyłem jego oczami. Włączyć deep program. Przyrosnę do tej ściany. wiry opracowywanej komputerami informacji. gdy wejście jest tuż obok. W ciągu pół godziny wylądowały cztery samoloty. a może szkoda. Powlokłem się do informacji. Oparłem się o ścianę i czekałem. Chabrowska i z Moskwy. zanurkować. A jeśli wyznaczyła czas spotkania z zapasem. Malutka kula Ziemi. kolejka lekko ubranych obywateli szła do rejestracji na jakiś południowy lot. Albo dwie. Może nie latają w taką pogodę. Pół godziny – moja stała taryfa ulgowa dla kobiecej nieobowiązkowości. Na lotnisku było ciepło i głośno. Głębia leżała przede mną. ale ani jedna kobieta nie wyglądała mi na Vikę. Wypełzłem z niego z optymizmem skazańca.. Vika mogła przylecieć z Taszkientu. zmieni się razem z nami. Gdzieś obok. Wchodził w Głębię. to do dyspozycji była cała Rosja i niemal cały świat. na lotnisku. dla Viki zrobię wyjątek. I może następny gość w Głębi nie będzie jedynym Nieudacznikiem nieumiejącym strzelać do ludzi. postałem pod siąpiącym deszczem. Sięgnąć i znaleźć się tam.. Przydałby się teraz notebook z modemem. ludzki. tylko trzeba w to wierzyć.. zanim wszedłem do budynku. zmęczonych i zmartwionych. z Rygi. – A gdzie czerwona róża? To było najstraszniejsze – odwrócić się i spojrzeć na Vikę. Tyle nieładnych. poprzecinana różnobarwnymi liniami. aż mnie milicja odklei... bezdenna przepaść. widziałem odległe budynki Deeptown.. głośny i nieporządny. ktoś korzystał z komputera nie do końca zgodnie z jego przeznaczeniem.Może nie jechać. Wyszedłem z Sieci. Na chwilę stanąłem za jego plecami... Trudniejsze niż wszelkie moje . wycelowany nowy pocisk. startujących i lądujących. przeczesać wszystkie pliki kompanii lotniczych. Może Vika nie poleciała.. Tego w Głębi nie ma. Tam stało kilka osób. Głębia czekała. Widziałem iskry samolotów. To poczułem od razu. Czarny aksamit. Nie błąkać się po labiryntach. Szczodry i bezkresny. To mój świat.. Nie zakochiwać się w odbiciach. Przestudiowałem numery rejsów na tablicy – spóźnionych czy odwołanych nie było. gdy obok są żywi ludzie. Stanie się lepszy.. Zamknąłem oczy. Na elektronicznym zegarze zmieniły się cyfry – dokładnie dziesiąta. Za piętnaście dziesiąta autobus zatrzymał się przy lotnisku. Wokół rodziców biegały podekscytowane czekającym je lotem dzieci.

– Ta róża nadal rośnie. Zanurzając się w Głębię. z torbą na ramieniu.. która żyła w moich snach. która uśmiechała się do mnie co rano z monitora. Tą.. są przestraszone.. patrząc sobie w oczy. Tą.. Ale to moja Vika.. .Była dokładnie tą dziewczyną. Biorę ją za rękę i stoimy tak przez sekundę. – Bałam się. którą rysowałem. oboje żyliśmy w swoich prawdziwych ciałach. . – mówię.. że obiecasz mi ją narysować. Zanim pójdziemy do domu.. tak jak moje. Wystraszona śmiertelnie dziewczyna w dżinsach i lekkiej kurtce.wyczyny w wirtualności. Tylko włosy ma nieco jaśniejsze. Najlepsza na świecie maska – własna twarz.. – Wystarczy już narysowanych kwiatów. Vika lekko się rozluźnia.... I krótsze... I oczy się nie śmieją. – Nie – szepczę..

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->