P. 1
Łuczak Maciej - Wniebowzięci czyli jak to się robi hydrozagadkę

Łuczak Maciej - Wniebowzięci czyli jak to się robi hydrozagadkę

|Views: 2,766|Likes:
Wydawca: manujoao
“Ucieszne przygody wesołych ludzi, którzy bawią się życiem”.

Tak o parze kultowych bohaterów polskiej komedii – Zdzisławie Maklakiewiczu i Janie Himilsbachu – opowiada Andrzej Kondratiuk, drugi obok Marka Piwowskiego reżyser, który starał się wykorzystać wielki potencjał komiczny tkwiący w tym niezapomnianym duecie.

Tytuł najsłynniejszej komedii Kondratiuka – “Wniebowzięci” – stanowi zresztą świetna metaforę. Oddaje bowiem postawę życiową Maklaka i Himilsbacha, którzy dzięki sile woli, inteligencji, poczuciu humoru oraz setce wódki, potrafili wznieść się ponad beznadziejną, szarą i nudną PRL-owską rzeczywistość. Byli idolami, bo potrafili robić to wszystko, o czym inni mogli tylko marzyć.

Książka, podobnie jak poprzednie, opowiada nie tylko o popularnych filmach – tym razem Andrzeja Kondratiuka: “Wniebowzięci”, “Jak to się robi” i “Hydrozagadka”. Pokazuje także to, co działo się poza kadrem, przedstawiając barwny pejzaż “wniebowziętych”, czyli cyganerii artystycznej lat 70., wśród której prym wodzili Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach.

Po Misiu oraz Rejsie ukaże się więc kolejna pozycja dopełniająca trylogię Macieja Łuczaka, poświęcona kultowym komediom.
“Ucieszne przygody wesołych ludzi, którzy bawią się życiem”.

Tak o parze kultowych bohaterów polskiej komedii – Zdzisławie Maklakiewiczu i Janie Himilsbachu – opowiada Andrzej Kondratiuk, drugi obok Marka Piwowskiego reżyser, który starał się wykorzystać wielki potencjał komiczny tkwiący w tym niezapomnianym duecie.

Tytuł najsłynniejszej komedii Kondratiuka – “Wniebowzięci” – stanowi zresztą świetna metaforę. Oddaje bowiem postawę życiową Maklaka i Himilsbacha, którzy dzięki sile woli, inteligencji, poczuciu humoru oraz setce wódki, potrafili wznieść się ponad beznadziejną, szarą i nudną PRL-owską rzeczywistość. Byli idolami, bo potrafili robić to wszystko, o czym inni mogli tylko marzyć.

Książka, podobnie jak poprzednie, opowiada nie tylko o popularnych filmach – tym razem Andrzeja Kondratiuka: “Wniebowzięci”, “Jak to się robi” i “Hydrozagadka”. Pokazuje także to, co działo się poza kadrem, przedstawiając barwny pejzaż “wniebowziętych”, czyli cyganerii artystycznej lat 70., wśród której prym wodzili Zdzisław Maklakiewicz i Jan Himilsbach.

Po Misiu oraz Rejsie ukaże się więc kolejna pozycja dopełniająca trylogię Macieja Łuczaka, poświęcona kultowym komediom.

More info:

Published by: manujoao on Jan 06, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

02/11/2014

pdf

text

original

Sections

Zdzisław Maklakiewicz i Ewa Pielach w filmie dzielą się autentycznymi doświadczeniami ze swoich spraw
rozwodowych.

dykteryjkę Maklak, który żalił się we „Wniebowziętych": „Ani okupacja, ani
żadne inne historie nie dały mi tak jak te dwie moje żony". Nie był to fragment
wymyślonego monologu, lecz szczere wyznanie skierowane do przyjaciela.
Maklakiewicz nie zrażał się jednak swoimi porażkami w relacjach z kobietami,
a kolejne rozstania nie zniechęcały go do zawierania nowych małżeństw.
- Kiedy zaraz po uzyskaniu rozwodu ożenił się ponownie, zapytałem go, czy tu
chodzi o seks. „Nie, erotyka nie ma tu nic do rzeczy - odpowiedział. - Słuchaj,
jak ci w nocy krokodyl zaczyna pożerać stopę, potem kolano i w końcu masz jego
paszczę nad głową, musi być ktoś, kto cię weźmie za rękę i powie: «Zdzisiu, Zdzisiu,
słuchaj, przecież nie ma krokodyla*". Myślałem, że to taki dowcip, ale była to
prawdziwa wizja, jego nocny koszmar - opowiada Adam Hanuszkiewicz.

/ ciągle początki filmów. Miał Maklakiewicz ich dziesiątki. Ale jeden szczególnie mi się
podobał. Był taki okres, kiedy co drugi film w Polsce i na Zachodzie był o brawurowych
ucieczkach więźniów z obozów koncentracyjnych albo jenieckich. Głupi Niemcy sprytni
więźniowie. Zaczynało się zwykle tak: Noc. Druty kolczaste. Reflektory z wież strażniczych
omiatają teren obozu. Dwie postacie wyczekujące, aż światło reflektora przesunie się dalej,
przeskakują co parę metrów w ciemności. Wreszcie dopadają drutów. Przecinają je.
Próbują wydostać się na wolność. Z wieży już ich dostrzega strażnik. Alarm! Syreny.
Ujadanie psów. Strzały. Zdzisiek ilustrował to wszystko własnymi efektami dźwiękowymi:
szczekał, udawał syrenę, strzały, komendy straży.
- Panie inżynierze tędy! Tędy, szybciej! - krzyczy jeden z uciekających.
Okazuje się, że akcja toczy się współcześnie w Polsce Ludowej i że jest to ucieczka dwóch
więźniów z obozu dla niepłacących alimentów.
Maklakiewicz i paru innych kolegów było zadłużonych z tego paragrafu po uszy. Patos
walki z hitlerowcami zastosowany do finansowych kłopotów rozwodnika. Klisza pewnych
chwytów przeniesiona w szarą codzienność PRL-u. Bał się tych obozowych projektów
ówczesnej Ligi Kobiet jak ognia. Jego popularność na nic by się tu nie zdała"56
.

56

Jerzy Gruza, „Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień", Czytelnik, Warszawa 1998, str. 65.

137

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

138

Wszystkie swoje kłopoty z kobietami Maklakiewicz zwalał na niejakiego pana
Orzeszko, który był oczywiście postacią fikcyjną. Pan Orzeszko miał więc
opuścić swoją żonę, ponieważ zakochał się w pięknej młodej szansonistce
i pojechał za nią do Paryża. Wtedy pani Orzeszkowa z upokorzenia chwyciła za
pióro. Z tego wszystkiego potem wzięła się emancypacja i moje alimenty - opo
wiadał Maklak.

Kiedy jedna z jego żon, powiedziała: „Musisz wybrać - ja albo matka", bez
wahania odpowiedział: „Ja już wybrałem - matkę".
- To było duże utyte dziecko - ocenił Maklaka Janusz Kondratiuk. Maklakiewicz
swoją matkę, z którą dzielił przeżycia okupacyjne, nazywał Cesiuchną. Gdy
wychodził z domu i zapomniał zapałek, wołał z ulicy, aby mu je rzuciła. Wów
czas z góry spadało pudełko. W środku oprócz zapałek był zazwyczaj misternie
złożony banknot stuzłotowy. Relacje Zdzisława Maklakiewicza z matką zostały
świetnie sparodiowane w telewizyjnym filmie Jerzego Gruzy „Przyjęcie na dzie
sięć osób plus trzy", nakręconym na podstawie scenariusza Jana Himilsbacha.

| - Mama to mnie chyba przeżyje - [mówi gtówny bohater, grany przez Maklaka]. - Co mama tu przynio-
sta?
; - Wszystko przyniosłam z miasta. Na obiad kupitam mięso. Na barszcz. Chleb.
;-Piwa nie było?
-Nie byto, bo zapomniałam wziąć.
-Mamo! Mama dostała rentę?
-Dostałam.
-Mama da mi trochę pieniędzy, mama wie, jak trudno jest żyć człowiekowi bez pieniędzy.
-Ale teraz nie, dziecko. Masz wszystko, jedzenie, ubranie.
- Mamo, a gdzie są te pieniądze?
-Na razie schowane.
-A gdzie mama je schowała?
-Nie powiem.
- No, gdzie mama je schowała?
-Nie powiem ci teraz, teraz w tej chwili nie powiem i już!
-Mamo, bo się potnę!

-Mój synu!

-Oj mamo, mamo. Gdzie mama schowała te pieniądze?

Druga scena. Rozmowa z milicjantem. Bohater grany przez Maklakiewicza
właśnie wyszedł z więzienia i przez trzy miesiące musi „odpocząć" i „przyjść do
siebie".

- Nie pracujecie? - surowo pyta milicjant.
-Mam matkę! - pada odpowiedź.
-Ile macie lat?
-Trzydzieści osiem.
-A matka?
-Siedemdziesiąt trzy.

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

139

-To nie wstyd wam być na utrzymaniu matki?
- Panie Tufta, człowiek, który ma matkę, zawsze pozostaje dzieckiem. Dopiero kiedy ją straci, dba o swo
je wyżywienie. Tu wiek nie odgrywa żadnej roli!

Podczas kręcenia tego filmu w Krakowie prastary polski gród odwiedził akurat
kubański przywódca Fidel Castro. W prasie i telewizji pełno było opisów jego
niekonwencjonalnych zachowań. Podobno raz nawet uciekł swojej obstawie -
grał w koszykówkę, wpadł do jakiegoś klubu studenckiego i przespacerował się
po Plantach.

Rano, przed zdjęciami, przy stoliku reżysera Jerzego Gruzy zasiadł wesoły,
a zarazem uduchowiony i rozmarzony Zdzisław Maklakiewicz.
- A ja wczoraj wieczorem spotkałem Fidela - pochwalił się.
- O rany, poważnie? I co, rozmawiałeś z nim?
- Oczywiście, cały wieczór.
- Jak to?
- Wypiliśmy trochę, gawędziliśmy o tym i owym.
- W jakim języku?
- Po polsku. Całą noc.
- To on mówi po polsku?
- Całowaliśmy się, tylko ta broda trochę mi przeszkadzała.
- Niesamowite, całowałeś się z Fidelem Castro?!
- Tak, dopiero nad ranem zorientowałem się, że to bufetowa z dworca Kraków

Centralny.

Anegdota, przytoczona we wspomnieniach Jerzego Gruzy, zapewne zainspi
rowała Himilsbacha, który wymyślił swoje znane powiedzenie: „Nieważne
z kim, kurwa, kładziesz się do łóżka, ważne, z kim się budzisz".
- Himilsbach bardzo często mówił „kurwa", ale było to dla niego naturalne
środowisko językowe. Wszystko przecież zależy od sposobu mówienia, intonacji,
akcentu. W „kurwie" wypowiadanej przez Himilsbacha nie było żadnej agresji,
bo nie mówił tego przeciwko komukolwiek - uważa Marek Piwowski.
- W jego ustach słowo „kurwa" było jak szczypta soli w dobrym daniu -
dodaje Zdzisław Rychter.
- Jak Janek mówił do mnie: „Kurwa, ty dziadu stary", to przecież nie było
obraźliwe. „Gdzieś ty, kurwa, był, jak ciebie nie było. Co ty, kurwa, myślisz?
Nie wiesz, że tu człowiek umiera bez papierosa?". Przecież jest to tylko śmieszne
- wspomina Andrzej Kondratiuk.
Taką interpretację sposobu wysławiania się Jana Himilsbacha potwierdza
historia opowiadana przez poetę Zbigniewa Jerzynę. Pewnego dnia wesołe i lekko
podpite męskie towarzystwo bawiło się w kawiarni. Przy sąsiednim stoliku
siedziała pisarka i satyryk Magdalena Samozwaniec, córka Wojciecha Kossaka.
Koledzy założyli się o 500 zł o to, czy Himilsbach podejdzie do niej i powie jej
prosto w twarz: „Ty kurwo". Bez najmniejszych oporów zadanie zostało wykonane.
Najbardziej zaskakująca była jednak reakcja samej Magdaleny Samozwaniec,
kiedy to usłyszała.

-Jasiu! Niech cię pocałuję. Nikt mi jeszcze takiego komplementu nie powiedział!

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

140

Nie był to jednostkowy wypadek, ponieważ Himilsbach bardzo często używał
pod adresem kobiet niewyszukanych epitetów. Co zastanawiające, często
spotykały się one z przychylnymi reakcjami.
- Nie mamy przy sobie grosza, a chcemy się napić. Dwie panie idą ulicą -
relacjonuje Janusz Kłosiński. - Do jednej z nich podchodzi Himilsbach. „Dawaj,
kurwo, stówę na wino". Kobieta posłusznie wyciąga pieniądze z portmonetki
i podaje banknot. Jej przyjaciółka patrzy z mieszanką przerażenia i zdziwienia
w oczach. Po chwili krzyczy: „Na co ty mu pozwalasz! Żeby ci taki cham ubliżał!
Jeszcze mu dałaś sto złotych!". „To jest przecież Himilsbach, to zupełnie inna
sprawa".

- Zdzisiek, w przeciwieństwie do swojego przyjaciela, zazwyczaj używał wul
garyzmów tylko w opowiadanych przez siebie dykteryjkach - wspomina An
drzej Kondratiuk. Inne przekazy przeczą jednak tej opinii. Kiedyś znajomy Hi
milsbacha zaprosił go razem z Maklakiem na weekend do swojego domu.
Powiedział mamie, że przyjadą w odwiedziny sławni artyści, znani z kina i tele
wizji. Starsza pani była zachwycona. Zakładała, że muszą to być wspaniali, kul
turalni i dystyngowani ludzie. Sobota rano. Świeci słońce. Babie lato. Okna sze
roko pootwierane. Przy stole w kuchni siedzi przyjaciel Himilsbacha ze swoją
mamą. Właśnie skończyli śniadanie i z niecierpliwością czekają na parę sław
nych artystów. Nagle z ulicy zaczynają dobiegać czyjeś męskie ożywione głosy.
- Ja ci, kurwa, mówię, że to jest tu!
- Ty mi tu nie pierdol, bo to nie jest tutaj!
- No co ty, kurwa!
- O nareszcie! Węgiel przywieźli! - odzywa się starsza pani.
- Nie, to nie węglarze. To przyjechali pan Himilsbach z panem Maklakiewiczem.
W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, preferującego raczej brutalny język,
Maklak z lubością opowiadał erotyczne historie. Czasami bardzo krótkie,
praktycznie sprowadzające się do samej puenty. „O jednej pani. Wchodzę w nią.
Poczułem się jak wieczorem w Spatifie. Pełno znajomych".
Jerzy Gruza skwapliwie kolekcjonował anegdoty o Zdzisławie Maklakiewiczu,
zapisując je w notesie. Zgubił go, niestety, podczas jednej z wielu swoich prze
prowadzek. Na szczęście sporo zapamiętał.

Wszyscy uwielbiali słuchać, jak różnymi głosami wśród klubowego gwaru improwizował
swoje miniatury z życia intymnego. Zawsze w nich było coś z własnej biografii i literackiej
fikcji.

Noc. Dziewczyna i chłopak w pokoju warszawskiego mieszkania. Obok śpią rodzice.

Młodzi szepcą.

- Zdzisiu, weź tę rękę... Idź już. Jutro - mówiła przeciągając sylaby - spotkamy się
w kawiarni „Danusia". Pa!
- Dobrze, dobrze, już idę. Pa! Pa!
Cmok.
Cmok.
- Zdzisiek, weź tę rękę! Jutro - mówi tak samo wolno - spotkamy się w kawiarni
„Danusia", to porozmawiamy.
- Dobrze, już dobrze.. .No, pa!

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

Maklak często grywał amanta i uwielbiał opowiadać erotyczne anegdoty.
Aktor na planie „Wniebowziętych" razem z Ewą Pielach i Reginą Regulską.

-Pal
-Pa!

- Weź tę rękę, Zdzisiek!
- Dobrze, już dobrze.
Cmok.
Cmok.
-Pa!
-Pa!
- Zdzisiek, nie rozbieraj się! Rodzice śpią obok... Wszystko usłyszą. Jutro spotkamy się
w kawiarni „Danusia" i tam porozmawiamy.
- No dobrze... Pa!
- Pa! Zdzisiek! Rodzice wszystko słyszą! Weź to! Co to jest?! Zdzisiek!!! - łagodny szept.

- Tylko uważaj57
.

Takich i podobnych historii Maklakiewicz opowiadał dziesiątki, wznosząc się
przy tym na wyżyny swojej sztuki aktorskiej. Podobno jedna z dykteryjek trafiła
nawet - za sprawą scenarzysty Janusza Głowackiego - do filmu Janusza
Morgensterna „Trzeba zabić tę miłość". Bohaterka wchodzi do mieszkania ojca
i jego młodej żony. Przez uchylone drzwi widać unoszące się rytmicznie na pod
łodze fragmenty nóg. Z pokoju dochodzą też westchnienia i jęki.
- Hmmm.
- Hmmm.

57

Jerzy Gruza, „Czterdzieści lat minęło...", op. cit., str. 61.

141

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

- Do końca.
- Szybciej.
- Nie dotykaj brzuchem.
- Hmmm.
- Nie podpieraj się na łokciach.
- Przecież widzisz, że się nie podpieram.
- Podpierasz!
- Siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście.
- Siedemnaście.
- Ale kończ już, bo się zamęczysz.
- Ja mam krzepę, mógłbym tak bez końca!
- Hmmm.
- Hmmm.
- No kończ już. Na dzisiaj starczy.
Otwierają się drzwi. Okazuje się, że słyszeliśmy nie erotyczny dialog kochan
ków, lecz rozmowę o technice pastowania podłogi.
- Nie, tego nie wymyślił Maklakiewicz. No, ale przecież jeśli się tak długo
przesiadywało z kimś przy stoliku w Spatifie... - mówi Janusz Głowacki.
Jeszcze jedną historyjkę z erotycznych opowieści Maklaka przytacza Jerzy Gru
za. Przygnębiony kolega Maklakiewicza z Teatru Narodowego, blady cień człowieka, na
próbie skarży się mu, że ma kłopoty z kobietami. Przedwczesny wytrysk. Ejaculatio precox.
- Słuchaj, jest na to dla aktorów bardzo dobra rada. W trakcie stosunku recytujesz
w myślach jakiś monolog, jakiś wiersz... Co znasz najlepiej?
Chwila zastanowienia.
- „Pana Tadeusza". „Litwo! Ojczyzno moja...".
- O, świetnie! To spróbuj - mówi Maklakiewicz.
Następnego dnia kolega przychodzi na próbę rozpromieniony i podniecony.
- Bomba! Zacząłem od inwokacji: „Litwo! Ojczyzno moja!" i wspaniale mi szlo. Żona
zachwycona. Dojechałem, mówię ci, spory kawałek, bo do „Gdzie bursztynowy świerzop,
gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała...", aż tu nagle sta
nąłem na słowie „dzięcielina". Przez chwilę zastanawiałem się, czy „dzięcielina", czy
„dzięcielina" i poszło! Jutro wezmę od „Właśnie dwukonną bryką wjechał młody pa
nek. ..". Bez tej pieprzonej „dzięcieliny" ze dwie księgi wykonam. Zobaczysz!58
.

Maklakiewicz uwielbiał dramatyzować najprostsze sytuacje. Każde zdarze
nie było pretekstem do stworzenia minikreacji aktorskiej albo choćby zaryso
wania małego ćwiczenia warsztatowego, granego jednak z pasją. W taki oto
sposób Maklak opowiadał Andrzejowi Kondratiukowi o swojej kolejnej wybran
ce, pani Izie:

- Mam kobietę, wyobraź sobie. Kobietę. Kapujesz. Kobietę. Kobietę. Rozu
miesz. Tam, gdzie Chrystus wskazuje palcem. Tam ona mieszka - opowiada An
drzej Kondratiuk, naśladując przy tym głos Maklakiewicza, i kontynuuje: - Na
adapterze Bambino nastawiał piosenki Grzesiuka, najczęściej „Czarną Mańkę".
Zdzisiek grał amanta. Za to Pani Iza wcale nie grała. Tam dopiero było kino.

58

Jerzy Gruza, „Czterdzieści lat minęło...", op. cit., str. 63.

142

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

Kiedy Zdzisiek osiągał swoje apogeum teatralne - czyniąc to oczywiście z kary
katuralną ekspresją - był znienacka gaszony przez Panią Izę. „Zdzisiu, Zdzisiu -
mówiła - już dobrze, ale zjedz rosołku". Wtedy grzecznie siadał przy stole,
zakładał śliniaczek i zaczynał jeść gorący rosołek z kluseczkami.
We „Wniebowziętych" polski Humphrey Bogart i rodzimy Spencer Tracy nie
z garniturem pięknych białych zębów, lecz sztuczną szczęką, zagrali parę podta-
tusiałych amantów. Są to ulubione sceny reżysera filmu Andrzeja Kondratiuka.
- Oto idą korytarzem hotelowym z prowiantem i pukają do drzwi. „Dziewczyny,
dziewczynki" - szepczą. To świadomie robili, to była synteza takiego przaśnego,
czeskiego podrywu. I ta ich duma i godność. A potem: „Rzuć to wszystko
w cholerę!" - opowiada z pasją reżyser.

Maklakiewicz: Ewa, wpuść nas... Regina... Te, a może one wyszły gdzieś?
Himilsbach: Gdzie! 0 tej porze! W obcym mieście! Przecież noc jest!
Maklakiewicz: No, nie ma ich, może uciekły?
Pukanie, a potem łomot do drzwi.
Himilsbach: Chamie! Co ty wyprawiasz?
Maklakiewicz: Idź ty!
Himilsbach: Ty baranie!
Maklakiewicz: Fiucie!
Himilsbach: Ludzi pobudzisz! Zostaw, z hotelu nas powyrzucają! Co za cholerny człowiek! Żebym
wiedział, tobym w życiu tutaj nigdy nie przyjechał!
Maklakiewicz: Ciii. Zamknij się!
Pukanie do drzwi.
Himilsbach: Ewulka... Reginko... Ach...

Tymczasem panie za drzwiami świetnie się bawią. Nadludzkim wysiłkiem
woli powstrzymują śmiech. Wierzgają nogami, pokładają się na podłodze. Cała
sekwencja jest utrzymana w konwencji czeskiego kina lat 60. To poetyka filmu
Milośa Formana „Miłość blondynki". W jednej ze scen para nagich kochanków

- Ewulka... Reginko - to ulubiona scena Andrzeja Kondratiuka z „Wniebowziętych".

143

„Ani okupacja, ani żadne inne historie nie daty mi tak, jak te dwie moje żony".

leży w łóżku. Kiedy już ma dojść do miłosnych uniesień, nagle podnosi się
papierowa zasłona w oknie. Chłopak wstaje i ją opuszcza. Zasłona nie daje za
wygraną i znowu idzie w górę. Sytuacja powtarza się kilkakrotnie. Czar i ro
mantyzm pryskają bezpowrotnie.
Druga ulubiona scena Andrzeja Kondratiuka z „Wniebowziętych" kojarzy
się raczej z filmami Jima Jarmuscha. Oto po nieudanym podrywie Maklakie
wicz i Himilsbach wracają do swojego pokoju hotelowego. Postanawiają pójść
spać.

- Robią męski striptiz. Zdejmują podkoszulki, skarpetki. W samych gaciach
kładą się do łóżeczka. Janek, jako bohater zmęczony i bohater rozczarowany,
zapala papierosa. Janek palił extra mocne bez filtra. I to jest ten Jack London.
Papierosy bez filtra. To jest ta męskość. Bez filtra! I do tego extra mocne. Poruszając
się pomiędzy schematami literackimi i filmowymi, rzucaliśmy hasło: bohaterowie
są zmęczeni. Ta scena niestety została bardzo skrócona - wspomina reżyser. -
„Mhmm.... ani okupacja, ani żadne inne historie - cytuje dialog - nie dały mi
tak jak te dwie moje żony...". To mówi Zdzisiek, a Janek sznapsbarytonem
dodaje: „Tylu fajnych chłopaków zmarnowało się przez kobiety". To było tworzenie
legendy, byłem tym zachwycony. Bezczelnie trzymałem kamerę - żadnych
ruchów. Plan średni. Postacie co chwila opuszczają kadr. Snują się po pokoju.
Cała inscenizacja toczy się w poprzek. To było bardzo śmiałe. Nikt tak nie
odważył się wówczas kręcić. A potem słyszałem: „Jakie to podobne do Jarmuscha"
- żali się Andrzej Kondratiuk.
„Wniebowzięci" powstali w 1972 roku, natomiast Jim Jarmusch nakręcił swój
słynny sześciominutowy film „Kawa i papierosy" 14 lat później. Steven Wright
i Roberto Benigni siedzą przy kawiarnianym stoliku na tle brudnej, popękanej
ściany. Palą papierosy, piją kawę i próbują nawiązać rozmowę o niczym. Leniwa
narracja, filmowanie nic-niedziania-się, statyczna kamera, długie ujęcia. Cele
browane jest każde słowo, niepozorny gest, mimowolny grymas. To wszystko
pozwala na uzyskanie absolutnej naturalności oraz na wydobycie gorzkiego
komizmu ludzkiej egzystencji.

144

TYLU FAJNYCH CHŁOPAKÓW ZMARNOWAŁO SIĘ PRZEZ KOBIETY

- Wszystkie erotyczne podboje, tak jak pokazane we „Wniebowziętych",
mieściły się w ramach sztubackiej zabawy, gdzie bardziej liczy się flirt niż
ostateczna zdobycz. Kobiety, które kochał, nie powinny traktować go serio, bo
to były tylko role. Te, które traktowały go serio, były w błędzie - puentuje
Andrzej Kondratiuk.
- Na Himilsbacha chłopaki często rwali dziewczyny. Gdy w autobusie, tram
waju lub na ulicy pojawiła się ładna dziewczyna, to trzeba było do niej podejść
i zapytać: Widziała gdzieś tu pani Himilsbacha? - opowiada Janusz Kłosiński,
który wystąpił w noweli filmowej Pawła Pitery „Sen o Violetcie". Grał w niej
niejakiego Jana Karolaka, samotnego mężczyznę pracującego jako hydraulik na
wiślanej barce, który nocami pisze opowiadanie o miłości robotnika do Violetty
Villas. Utwór wygrywa w konkursie pisarzy amatorów. Nagrodą za pierwsze
miejsce jest udział w programie telewizyjnym, w którym występuje jego
wyśniona gwiazda.

- Dostałem potem od Violeni wspaniale zdjęcie z dedykacją. Ale mi gdzieś
przepadło - opowiada Janusz Kłosiński i pokazuje fotografię Violetty Villas z jej
autografem. Niestety, dedykowaną komuś zupełnie innemu.

10. Wniebowzięci...

Himilsbach w parze z Maklakiewiczem mogli stworzyć wielki duet kinowy. Rozumieli
to tacy reżyserzy jak Piwowski, bracia Kondratiukowie... Ale wszystko, jak to u nas, jakoś'
się rozmyło. Szansa została zmarnowana bezpowrotnie
59

- krótko podsumował arty
styczne dokonania aktorskiej pary w swoich zapiskach Krzysztof Mętrak.
Uprawnione jest jednak zupełnie inne myślenie: paradoksalnie, właśnie dlatego, że
Maklakiewicz z Himilsbachem nie zrobili wielkiej kariery, jak Daniel Olbrych
ski, Gustaw Holoubek czy Beata Tyszkiewicz, do dzisiaj żyje wielki mit niespeł
nionego duetu. Parafrazując znaną strofę Zbigniewa Herberta, można powie
dzieć, że najwspanialszy ich film to ten, którego nigdy nie nakręcili. Gdyby zrobili
karierę, staliby się całkowicie niewiarygodni jako outsiderzy. Za wzniesienie się
na artystyczny Olimp, pieniądze i zaszczyty musieliby zapłacić utratą wiarygod
ności. Tak się nie stało, dlatego ich legenda jest o wiele ciekawsza od tego, co
osiągnęli jako artyści.
Wszystkie duety filmowe są budowane na kontraście charakterów, jakby
według słynnej zasady Maklakiewicza. „Film ma swoje prawidła. Białe - czarne.
Czarne - białe. A - B. B - A. Klamka - klamka. Akcja wzrasta, wzrasta, wzrasta.
I myk. I koniec jest". Zgodnie z tą zasadą, okrągła twarz Zdzisława Maklakiewi
cza została zestawiona z marsowym obliczem Jana Himilsbacha. W ten sposób
powstała zupełnie nowa jakość. Dlaczego? Już na samym początku kina radzieccy
teoretycy filmu Pudowkin i Kuleszów przeprowadzili słynny eksperyment. Naj
pierw nakręcili zbliżenie nieruchomej twarzy aktora Mozżuchina. Potem zmon
towali trzy eksperymentalne sekwencje. Identyczne ujęcia jego twarzy połączono
z talerzem zupy, martwą kobietą oraz bawiącą się dziewczynką. Widzowie, którym
zaprezentowano te sekwencje, byli zachwyceni grą aktora. Dostrzegli bowiem

59

Krzysztof Mętrak „Himilsbach ante portas...", op. cit, str. 8.

146

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

Tworzyli klasyczną parę filmową, jak wcześniej Flip i Flap.

wyrażone wyłącznie mimiką twarzy różne emocje: głód, smutek i radość. Tak
naprawdę cały czas obserwowali oczywiście to samo kamienne oblicze. Komen
tując ten eksperyment, reżyser Sergiusz Eisenstein porównywał potem ten
rodzaj montażu, nazwanego od tamtej pory intelektualnym, do egipskiego
pisma hieroglificznego, w którym zestawienia dwóch znaków dawały zupełnie
nową jakość. Woda i oko oznaczało płacz; ucho i drzwi - słuchać; pies i usta -
szczekać; usta i dziecko - krzyczeć; usta i ptak - śpiewać, nóż i serce - smutek.
„Ale to jest właśnie montaż! Tak to właśnie robimy w filmie, wiążąc plany, które
są przecież opisane, jednoznaczne i treściowo neutralne, w konteksty i układy
0 treści intelektualnej" - twierdził reżyser „Pancernika Patiomkina".
Podążmy dalej za tym sposobem rozumowania, nawiązującym wprost do
zasad montażu filmowego. Tak jak zestawiono nieruchomą twarz aktora z talerzem
zupy, martwą kobietą i bawiąca się dziewczynką, połączmy dwa niezwykłe oblicza:
Maklakiewicza i Himilsbacha. Niewątpliwie uzyskamy - posługując się języ
kiem filozofii marksistowskiej - syntezę albo wartość dodaną.
- Oni tworzyli klasyczną kinową parę. Byli jednak czymś więcej niż Flip
1 Flap. To była szansa na stworzenie wędrującej pary, dwóch ludzi, którzy zde
rzają się ze światem i każdy z nich odbiera go w trochę inny sposób, a w sumie
tworzy to pełną wizję, straszną i śmieszną - mówi Janusz Głowacki.
Funkcjonowanie duetu można wytłumaczyć także na przykładzie koktajli
alkoholowych albo zestawień barwnych. Weźmy na przykład taki gin, czyli jak
najbardziej swojską jałowcówkę. Przyjmowana w czystym składniku nie jest

147

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

„Duet byt zwierciadłem, w którym każda lewizna i kottuństwo widziało swoją gębę" - uważa Andrzej Kondratiuk.

zbyt smaczna i ciężko się ją pije, niezależnie, czy jest to rodzimy gin lubuski czy
też wytworny angielski Seagram's Gin. Mieszając jałowcówkę z tonikiem, uzysku
jemy zupełnie nowe walory smakowe, przy jednoczesnym zachowaniu dawnej,
dosyć wysokiej, skuteczności działania. Równie istotne jak rodzaje składników
są ich proporcje. Podobnie jak w drinku musi być nieco więcej toniku niż ginu,
tak w scenach z parą naszych aktorów zazwyczaj dominował Maklakiewicz,
który najczęściej prowadził dialog. Himilsbach stanowił z kolei mocne, wysoko
procentowe i aromatyczne dopełnienie - kontrastował, był tłem, słuchał, ale
także zgłaszał swoje uwagi. Komentował i puentował. Tak miało być w słynnej
scenie o polskim kinie w „Rejsie", jednak Sidorowski był zbyt zamroczony alko
holem, aby aktywnie włączyć się do rozmowy.
- Lepszej dyskusji na ten temat nigdzie nie było. Nikt inny tego by lepiej nie
wykonał. Na twarzy Janka malowało się autentyczne zmartwienie, on jest
naprawdę zafrasowany. Zdzisiek też mówi swój tekst z pełną wiarą i przekonaniem.
Jakikolwiek dystans komediowy zniszczyłby tę scenę. Oni to grają na sto pro
cent. Dzięki temu każda prezentowana przez nich idea była ukazana w oparach
absurdu. W ten sposób ośmieszali i kompromitowali otaczającą ich rzeczywistość
- komentuje Andrzej Kondratiuk.
Zestawienie Maklakiewicza z Himilsbachem oznaczało powstanie duetu
aktorskiego, który nie był arytmetyczną sumą zdolności obu, nie nazbyt przecież
wybitnych, aktorów. Efekt uzyskany przez reżyserów „Rejsu" i „Wniebowziętych"
można porównać z przełomem w tradycyjnej matematyce. W tym wypadku,
jeśli założyć, iż każdego z aktorów z osobna należy ocenić na cztery, suma
uzyskanych przez nich punktów nie da nędznych ośmiu, lecz co najmniej okrągłe
dwadzieścia!

- Duet Maklakiewicz-Himilsbach był szczególnego rodzaju zwierciadłem, w któ
rym każda lewizna i kołtuństwo widziało krzywą swoją gębę. Byli detektorem do
wykrywania obłudy towarzyszącej nam na co dzień - mówi Andrzej Kondratiuk.
- To wina naszego środowiska filmowego i reżyserów, którzy nie potrafili,
choć próby podejmował właśnie Andrzej Kodratiuk, stworzyć dla nich dobrego

148

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

„Easy Rider", czyli rowerowy „Rejs"

Najciekawszym chyba pomysłem było zrealizowanie polskiej wersji, w zasadzie
będącej parodią, kultowego amerykańskiego filmu „Easy Rider", pokazywanego
także pod tytułem „Swobodny jeździec". To najbardziej klasyczny z filmów drogi.
Reżyserski debiut Davida Hoppera opowiada o parze przyjaciół. Billy (w tej roli
wystąpił reżyser) oraz kapitan Ameryka (Peter Fonda) są handlarzami narkotyków,
którzy w poszukiwaniu klientów i wolności jadą na legendarnych harleyach
z Los Angeles do Nowego Orleanu. A wszystko - według relacji Janusza Gło
wackiego - miało się tak zaczynać: Janek i Zdzisio jako dwaj urzędnicy na urlopie
mieli przejechać się na rowerach przez Polskę. Jankowi zaraz na początku ukradziono
by rower, więc Zdzisio musiałby go wieźć na ramie. Mieli składać kwiaty pod pomnikiem
Lenina. Uzasadniać niepodważalność naszych praw do Ziem Zachodnich i cieszyć się
z czterystukilometrowego dostępu do morza. Wszystko miała rozpoczynać opowieść Janka,
jak to kiedyś na Nowym Świecie zachciało mu się lać. Wszedł do pierwszej bramy, ale
wyrzucił go milicjant. Wszedł do drugiej, przy biurku siedział facet w garniturze. Janek
spytał, czy tu się można odlać? Tak, odpowiedział tamten, ale musi się tu pan podpisać.
W ten sposób - mówił Janek - zostałem członkiem Stronnictwa Demokratycznego
- opo
wiadał w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej" Głowacki60
.
Ten scenariusz był utrzymany w typowej dla niego poetyce. Głowacki lubi
bowiem w swojej twórczości nawiązywać do istniejących kanonów kultury
i klasycznych dzieł literackich. Stąd jego „My sweet Raskolnikow", „Fortynbras się
upił", „Czwarta siostra", „Kopciuch" czy „Antygona w Nowym Jorku". Z kolei

60

„Nic tak dobrze nie robi pisarzowi jak upokorzenia", z Januszem Głowackim rozmawiają Kata
rzyna Bielas i Jacek Szczerba, „Magazyn Gazeta", nr 41 z 1998 r., str. 12.

149

scenariusza. Takiego, który pozwoliłby wydobyć cały ich geniusz aktorski -
twierdzi Marek Piwowski.
Nie można jednak zapomnieć również o tym, że byli artystami niezwykle trud
nymi do prowadzenia. Zwłaszcza Jan Himilsbach, który podczas kręcenia choćby
„Rejsu" bardzo często uciekał z planu. Odnajdywano go najczęściej w jakiejś
knajpie albo na posterunku milicji. Kiedyś znalazł się na cmentarzu. Właśnie
wykuwał okazały nagrobek. To wtedy, odrywając się od swojego ulubionego
zajęcia, wygłosił do Piwowskiego swoją słynną kwestię: „Marku, to, co ja zrobię
w kamieniu, przetrwa wszystkie twoje filmy". Janusz Kondratiuk, aby nie szukać
Himilsbacha, wieczorami przykuwał go kajdankami do łóżka. Alkoholowy impera
tyw byt bowiem znacznie silniejszy od miłości do filmu. Przed każdym reżyserem,
który chciał nakręcić film z Himilsbachem, wyłaniało się bardzo trudne zadanie:
zmuszenie aktora do całkowitej abstynencji, zgodnie z zasadą sformułowaną
przez Andrzeja Kondratiuka: „Janek - ani grama". Pomimo trudności już po
nakręceniu „Rejsu", „Wniebowziętych" oraz komedii „Jak to się robi" powstało
kilka scenariuszy filmowych, napisanych specjalnie dla słynnego duetu. Czy
rzeczywiście mogły wyzwolić tkwiące w nich możliwości?

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

150

Andrzej Wajda o pomyśle Janusza Głowackiego, według którego powstał scena
riusz „Polowania na muchy", mówił: „Jest to odwrócony mit o Galatei i Pigmalio-
nie. Tylko że Pigmalionem jest kobieta, a Galateą mężczyzna, którego ona rzeźbi".
- Byłem zaangażowany w ten pomysł, dopóki nie pojawił się ten tytuł „Easy
Rider", wówczas bowiem uznałem go za wtórny. Głowa współpracował więc
z samym Maklakiewiczem. Założenie filmu opierało się na skonfrontowaniu
wielkiego amerykańskiego mitu wolności z polskimi realiami. Ot, choćby z tym,
że naszą pompką do roweru można zrobić wszystko, oprócz jednego: nie można
nią napompować dętki w przebitym kole - wspomina Marek Piwowski.
- Ja już nie wiem, jak to było. Pamiętam tylko, że wymyślaliśmy scenariusz razem
z Piwkiem, a potem go spisywałem. Czy Maklakiewicz miał w tym jakiś udział,
nie wiem, ale skoro Marek tak twierdzi, to pewnie tak było. On mi się zawsze mylił
z Maklakiewiczem, bo są bardzo podobni do siebie fizycznie - mówi Głowacki.
Nawiązanie do klasycznego amerykańskiego kina drogi - podobnie jak
w „Rejsie" i „Wniebowziętych" - było szansą, że powstanie bardzo dobra komedia.
Byłoby to również dopełnienie filmowej trylogii z Maklakiewiczem i Himilsbachem,
dla których po statku i samolocie następnym w kolejności środkiem transportu
miał się stać rower. Od tego zaczynałyby się wszelkie komiczne dość porównania.
Bohaterowie filmu „Easy Rider" za sprzedaną świetnej jakości heroinę sprawiają
sobie dwa piękne Harleye Davidsony. Wsiadają jednak nie na zwyczajny motocykl,
ale na symbol wolności (prototyp został wyprodukowany w 1901 roku w Mil
waukee w stanie Wisconsin). Na skórzanych kurtkach harleyowców zazwyczaj
widniał napis: „Jeździć, by żyć, żyć, aby jeździć". Billy oraz kapitan Ameryka
przemierzają więc południowe stany na luksusowych harleyach - model Tour
Glide był zwany „pełnym kredensem" i miał charakterystyczny zbiornik paliwa
w kształcie kropli.

Zamiana w polskim filmie dwóch kultowych amerykańskich motocykli na
czarne, nieporęczne i bardzo ciężkie rowery marki Ukraina bez przerzutki to
byłoby coś! Od samego początku mogło być bardzo śmiesznie. Maklakiewicz
i Himilsbach - podobnie jak bohaterowie „Swobodnego jeźdźca" - także robią
świetny interes. Jednak nie zarabiają na narkotykach. Udaje im się sprzedać
dwieście butelek w punkcie skupu opakowań szklanych. Za otrzymane kilkaset
złotych okazyjnie kupują sobie właśnie dwa rowery marki Ukraina. Jeden
z nich zostaje skradziony sprzed sklepu monopolowego. Maklak z Himilsbachem
- tak jak w znanym żarcie - kłóciliby się, ile mają kupić butelek (jedna czy
dwie), a potem, gdy się okazywało, że chodzi o oranżadę, zgodnie mówili do pani
sklepowej: „A do tego poprosimy sześć półlitrówek". Tonąca w czerwieniach
Monument Valley w polskiej wersji filmu zamieniłaby się na białą Jurę Kra
kowsko-Częstochowską z dominującą nad okolicą Maczugą Herkulesa. Objeż
dżając kraj, nasi bohaterowie mogą wreszcie odwiedzić Rzeszów i złożyć
wiązankę kwiatów pod Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego na Rzeszowszczyźnie.
Z kolei po zapaleniu zniczy pod monumentem Lenina w Nowej Hucie jadą do
Poronina. Maklakiewicz przed laty czytał pamiętnik Marii Kasprowicz, która
zanotowała w nim takie zdanie: Najtrudniej było ustalić, w którym domu w Poroninie
mieszkał Każdy z górali gotów był z początku przysięgać, że byi to właśnie ten dom...

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

151

Na siedzibę zaś muzeum Lenina wybrano miejsce najbardziej reprezentacyjne i nadające
się do tego celu.
Dlatego Maklak i Himilsbach wśród okolicznej ludności postana
wiają przeprowadzić własne śledztwo w tej sprawie. Niestety, nie przynosi ono
efektu, ale pozwala bardzo przyjemnie spędzić czas. Nasi bohaterowie ruszają
w drogę. Zamiast oddawać się wolnej miłości pod wpływem narkotyków na
cmentarzu w Nowym Orleanie (jak to czynią harleyowcy), Jan Himilsbach we
wrocławskim zakładzie kamieniarskim chwyta za dłuto, Maklakiewicz zaś zostaje
wynajęty przez rodzinę znanego z przenikliwości i niesłychanego daru przewi
dywania adwokata do wygłoszenia nad jego grobem wstrząsającej mowy po
grzebowej. Wcześniej jednak zadaje rodzinie zmarłego proste pytanie: „Ciekawym,
dlaczego on to zrobił?", czym nawiązuje do fraszki Lechonia: „Starego Talleyran
da gdy szlag wreszcie dobił, Metternich rzekł: Ciekawym, dlaczego on to zrobił?".
Kręcony w 2004 roku film „Easy Rider po polsku" mógłby zawierać z kolei taki
oto współczesny motyw: Maklakiewicz z Himilsbachem idą do sklepu monopo
lowego. Tam kupują - już ostatnie stojące na półce - dwie tzw. małpki, czyli
wódkę w butelkach o pojemności 0,25 1, które zgodnie z dyrektywami Unii
Europejskiej zostaną zastąpione nieco mniejszymi buteleczkami (0,2 1). Nie chcą
jednak opróżniać kultowych ćwiartek i postanawiają zachować je w stanie nie
naruszonym, jako pamiątkę z Polski przedunijnej.
Kolejną aluzją w komedii mogłoby być zastąpienie kolorowego święta Mardi
Grass z jego ulicznymi przemarszami swojskim i równie radosnym pochodem
pierwszomajowym. Nasi bohaterowie ginęliby inaczej niż dwoje jankesów - Billy
i kapitan Ameryka - do których strzela psychopatyczny południowiec
podróżujący z naładowaną strzelbą. Maklakiewicz i Himilsbach tracą życie,
ponieważ pijany dróżnik nie opuścił szlabanu. Rower Ukraina z polskimi jeźdźcami
wpada pod koła opóźnionego o 78 minut pociągu osobowego relacji Małkinia-
-Warszawa. Tak kończyłaby się gorzka komedia „Easy Rider po polsku", nazwana
potem przez krytyków filmowych „Rowerowym «Rejsem»".
- To miał być pełnometrażowy film, rzeczywiście utrzymany w poetyce „Rejsu"
i „Wniebowziętych". Przypominam sobie także scenę, jak Janek i Maklak cieszą
się z tego powodu, że morze się rusza. Scenariusza do końca nigdy nie napisaliśmy,
bo wszyscy, którym przedstawialiśmy ten pomysł, mówili, że to nie ma żadnego
sensu. Nie było absolutnie zainteresowania ani chęci, żeby ta para dalej funk
cjonowała na ekranie - twierdzi Janusz Głowacki.

„Duo, czyli 24 godziny z życia artystów"

Nowela filmowa została napisana specjalnie dla Himilsbacha, który zresztą
pojawia się w niej pod swoim prawdziwym nazwiskiem, oraz Zdzisława Maklakie-
wicza, występującego pod pseudonimem Maklako. Autorami tekstu byli Janusz
Kondratiuk (to on w przyszłości miał reżyserować film), Krzysztof Mętrak oraz
Janusz Głowacki, tak opisujący kulisy powstania scenariusza: Kilkanaście lat temu
byłem kilkanaście dni w Oborach, czyli tak zwanym Domu Pracy Twórczej Pisarzy kolo
Konstancina. Wymyślałem jakieś opowiadanie, w sąsiednim pokoju Krzysztof Mętrak

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

pracował nad esejem, a dwa pokoje dalej Janusz Kondratiuk pisał scenariusz. Któregoś
wieczoru złożyli nam wizytę Janek Himilsbach i Zdzisio Maklakiewicz. W nocy, kiedy
wszyscy przyzwoici pisarze poszli spać, w pięknej sali pałacowej wydaliśmy na cześć gości
bankiet, w którym zgodziły się uczestniczyć pokojowe i kucharki. Przerażających szczegółów
wolę nie przypominać. Kilka dni później trochę dla zabawy napisaliśmy we trójkę z Krzy
siem i Januszem utwór pod tytułem „Duo" z rolami dla Janka i Zdzisia.
Akcja noweli
filmowej toczy się w XVIII wieku. Jej bohaterami są słynny mistrz klawesynu
Himilsbach i równy mu sławą mistrz fletu Maklako. Wirtuozi jadą do pałacu
J.O.W.M. Xiecia P. Miłościwego, aby zagrać mu, jak czynili to zawsze, piękną
melodię w g-moll. Łagodnym staccato klawesynu wtórowały słodkie trele fletu. Po
nienagannym andanteglissandami przeszli w lento. Grali spokojnie, płynnie, bez wysiłku

- to opis niebiańskiej muzyki wydobywającej się z klawesynu Himilsbacha oraz
fletu mistrza Maklako. Sztuka dwójki artystów zupełnie jednak odbiegała od
panujących na dworze kanonów estetycznych. Nie poznał się na niej J.O.W.M.
Xiąże E Miłościwy. Wirtuozerskie dźwięki klawesynu i fletu „nie wzięły" władcy.
Z tego powodu Himilsbach i Maklako zostali oblani smolą i wytarzani w pierzu.
A wszystko to przez ich „nonkonformizm" oraz niezależność artystyczną.
- Z „Duo" poszliśmy do telewizji, ale oni w ogóle nie byli zainteresowani, bo
ich to nie bawiło. To była kolejna moja próba, żeby wykorzystać siłę komiczną
tej dwójki moich przyjaciół - mówi Janusz Głowacki.
Scenariusz zawierał wiele metafor dotyczących nie tylko cenzury oraz egzy
stowania pary bohaterów na marginesie środowiska twórczego, ale również
sporo aluzji. Nieco złośliwie brzmi nawet zdanie opisujące ucztę w pałacu księ
cia: Kostki chrupały w potężnych zębach Himilsbacha, który przecież był zdany na
łaskę sztucznych szczęk. Miejscem spotkań XVIII-wiecznej bohemy przedsta
wionym w „Duo" jest długa, kiszkowata sala, do złudzenia przypominająca Ściek
(czyli Klub Filmowca na ulicy Trębackiej w Warszawie).
- Przed laty napisałem opowiadanie o przygodach Janka w Ścieku. Był mroźny
luty. Człowiek pióra, Himilsbach, został wpuszczony do środka pod warunkiem,
że będzie zachowywać się przyzwoicie. Solennie to przyrzekł. Nie udało mu się
jednak dotrzymać słowa. Człowiek pióra, cierpiący na chroniczny niedowład
kończyn i poruszający się już tylko o lasce, został wyrzucony na ulicę. Całe miasto
było już uśpione. Tylko mróz i gwiazdy, jak brylanty na niebie. Cisza. Nawet radio
wóz nie przejeżdżał. To on mi to opowiadał. Człowiek pióra potknął się na oblo
dzonym chodniku. Upuścił swoją laskę i na lodzie upadł jak żółw. Leżał w śniegu
i zdawało mu się, że obejmuje całą naszą planetę oraz kocha całą ludzkość.
W tym współczuciu przymarzł i odmroził sobie łapy. Ktoś, pewnie jakiś pijaczyna,
go uratował. Sam nie był w stanie się podnieść - opowiada Andrzej Kondratiuk.

„Połowa braci", czyli nagan przystawiony do brzucha

- Z Jankiem Himilsbachem znacznie więcej razem napisaliśmy scenariuszy,
niż nakręciliśmy filmów. Jeden z naszych pomysłów mógł stać się proroczy. To
było o skurwieniu komunisty - wspomina Andrzej Kondratiuk.

152

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

153

Scenariusz zatytułowany „Potowa braci" przedstawiał typową robociarską
rodzinę. Prostą, ale z tradycjami. Ojciec gra na flecie w orkiestrze tramwajarskiej.
Życie toczy się swoim rytmem. Nagle najstarszy syn, Stefan, zaczyna robić karierę
polityczną. Pnie się. Jest wysokim funkcjonariuszem partii. Przeprowadza się
do willi w alei Róż w Warszawie, gdzie mieszkał m.in. premier Cyrankiewicz.
- Sprawując władzę, zupełnie odrywa się od swojej bazy i zapomina, skąd
wyszedł. Ostatnia scena to parodia „Reduty Ordona". Towarzysz Stefan się
wysadził. Zamknął się w toalecie, schował przed swoją rodziną, która przyszła
mu wpierdolić pasem. „Co tam u Stefana?". „Chyba się wysadził!". Taki był
koniec. Bardzo długo pisaliśmy ten scenariusz. Podczas pracy nad nim Himilsbach
prezentował skrajny realizm, za to ja bujałem w obłokach. Tadeusz Konwicki go
odrzucił, mówiąc, że zespół, którym kieruje, nie jest zainteresowany, aby taki
film powstał. To „Stary ruski zardzewiały nagan przystawiony do brzucha
polskiej inteligencji" - orzekł Konwicki. Ładnie powiedziane. Być może zrobił
to tylko dlatego, że jest to naprawdę świetna kwestia. Podejrzewam, że nie miał
złych intencji. Janek, gdy mu to powtórzyłem, podsumował jednak: „Nie bój
żaby, to też jest lepszy Kuba, ten Tadeusz!".
- Mieliśmy z bratem problemy, aby sprzedać jakikolwiek scenariusz filmu,
w którym mieli zagrać Maklakiewicz z Himilsbachem - kontynuuje Andrzej
Kondratiuk. - Chociaż formalnie nie istniał na nich żaden zapis, odrzucano
nam każdy pomysł. Był taki facet, nazwiska nie pamiętam i chuj z nim, który
na kolaudacji scenariuszowej powiedział: „Dosyć już mamy tych Himilsbachów,
dosyć tych Maklakiewiczów". To był początek epoki gierkowskiej i towarzysze
mieli w głowie już klepkę i boazerię, już stawali się jaśniepaństwem. Wtedy
kształtowała się w nich mentalność obecnych „kapitalistów". My natomiast jak
naiwni chłopcy nadal wierzyliśmy w potęgę plebejskiej kultury. Wierzyliśmy
w swoje posianie, chcieliśmy atakować kołtuna. Wtedy już dostrzegaliśmy zgni
liznę tamtego aparatu, całego programu oraz przedstawianej wizji dla Polski.
Niby ta cała nasza twórczość to była zabawa, cha, cha, cha, tu seteczka, tam
seteczka, ale pod spodem to była bardzo poważna sprawa. Nasze obawy chcie
liśmy wyrazić właśnie tym scenariuszem „Połowa braci", który może i byl nie
zgrabny, ale na pewno proroczy. Mówi! o degrengoladzie, którą przeżywa klasa
robotnicza razem ze swą matką partią.

„O, jaki ciemny ten film", czyli bardzo tania produkcja

Podstawowym pomysłem Zdzisława Maklakiewicza na kino było zrealizowanie
bardzo taniej produkcji zatytułowanej: „O, jaki ciemny ten film".
- Na ekranie ciemno. Cisza. Zaczynają dochodzić jakieś dźwięki. Ryczą tygrysy,
wrzeszczą małpy, skrzeczy papuga albo odzywa się człowiek. Na końcu ktoś mówi
z ekranu: O, jaki ciemny ten film - opowiada ze śmiechem Andrzej Kondratiuk,
który zainspirowany pomysłem Maklakiewicza chciał zrealizować trzy straszne
obrazy. Pierwszy miał przedstawiać: „Walkę Murzynów na Morzu Czarnym, stoczo
ną w trakcie całkowitego zaćmienia księżyca niewidzialnego z powodu gęstej

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

„Kobieta", czyli sex i sax

Kolejny pomysł Maklakiewicza wymagał już sporych nakładów finansowych
i uruchomienia całej - tak nielubianej przez niego - machiny produkcyjnej.

Wszystko miało być utrzymane w poetyce genialnego kiczu rodem z „Casablanki".
Pomysł przedstawia Andrzej Kondratiuk, świetnie naśladując sposób opowia
dania i głos Zdzisława Maklakiewicza:
-Bigproduction. Niezwykle bogata czołówka. Wielki przepych. Tytuł: Kobieta.
Kilkakrotnie wymawiał to słowo, nadając mu wiele różnych znaczeń. Kończy
się czołówka. Nazwiska, czerwone w czarnych obwódkach. I muzyka, wspaniała
muzyka. Monte Carlo. Panorama. Pięknie gra saksofon. Schodzimy niżej
i zaglądamy do lokalu nocnego. Ty wiesz, jakie kobiety tam siedzą, i one mają
gołe plecy. Siedzą i sączą dżin z tonikiem. I jest sex i sax. Kamera panoramuje
morze, a tam wielki sztorm. Tam mężczyźni na okrętach walczą z olbrzymią falą
i krzyczą: Hej, hej, hej. Jak oni tam walczą. A tu nocny lokal i muzyka. I jest sex
i sax. Statki dobiły do brzegu. Udało się tym razem. Oni wychodzą zmoczeni.
I oni idą takim krokiem, no wiesz, jakim krokiem, i przychodzą do tego lokal.
Podchodzą do tych kobiet. Staje mężczyzna przy kobiecie, a tu ta muzyka, i gładzi
ją po gołych plecach i mówi: Kobieta, kobieta, kobieta. I koniec jest, absolutny
koniec jest i jest koniec filmu.
- Chcieliśmy to nawet nakręcić, ale nie było nas stać na realizację takiego pro
jektu. Gdzie? W Monte Carlo? To był oczywiście zupełnie idiotyczny film, no ale
przecież Zdzisiek doskonale wiedział, że to jest idiotyzm, a zarazem satyra na

154

mgły". Z ekranu do widzów dochodziłyby tylko krzyki, w rodzaju: „Kurwa, zaraz
ci przypierdolę". Dwa kolejne pomysły to: „Czarna dziura odkryta przez genialnego
samouka z Kolymy" oraz „Ruiny wieży Babel niewidoczne z powodu zaćmienia
księżyca". Stosowne czołówki do tych wszystkich filmów zostały już wykonane.
- Coś jednak powinno majaczyć w tej czerni. Musi ona działać na wyobraźnię
widza. Jest ciemno, ale jednak nie ciemno. W tym musi być jakaś tajemnica -
mówi Andrzej Kondratiuk.
Konceptualny pomysł Maklakiewicza „O, jaki ciemny ten film" to wynik jego
miłości do czystego kina. Kręcenie filmów po latach uprawiania aktorstwa coraz
mniej go ciekawiło - było zbyt dosłowne, a on był mistrzem wyobraźni. Jakieś
światła na planie, kable, ekrany ustawiane dla uzyskania lepszej ekspozycji, dzie
siątki osób stojące za kamerą. To wszystko zabijało całą magię filmu i wyobraźni.

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

producentów. No, bo co oni wiedzą o sztuce? A sztuka jest taką panią, która
nagle przychodzi i równie znienacka znika - dodaje Andrzej Kondratiuk.

„Patyczek", czyli to jest moje życie

- Postanowiłem zacząć kręcić filmy kamerą ósemką i kupiłem sobie japońską
yaschikę z trzema obiektywami - opowiada Kazimierz Kaczor. - Strasznie się
nią chwaliłem i przynosiłem nawet do teatru. Kiedyś zarejestrowałem kawałek
próby. Maklakiewicz zobaczył, co robię, i zaczął: „Wiesz co, Kaziu, interesujesz
się filmem, to może razem coś nakręcimy? Mam już nawet taki scenariusz. To
będzie krótkie. Tą twoją kamerą to da się nakręcić. Wyobraź sobie zapaleczka,
taki mały kawałek drewienka. A obok taki wąski strumyczek. Tam do niego
wpada ten patyczek. I jedziesz za nim kamerą, cały czas panoramujesz. Filmujesz
po tych kamieniach, jak woda płynie, a z nią patyczek. Tu jakiś wir, tam biała
piana - trzymasz cały czas zbliżenie patyczka. Pokazujesz, jak się on z tego wiru
wydobywa, jak się w nim kręci, a potem wpada w gówno i się do niego przylepia.
Nie za długo to trzymamy w kadrze, bo patyczek robi myk i się uwalnia. Potem

płynie sobie dalej, a tu strumyczek wpada do rzeki. Taki malutki patyczek,
a wokół niego wielka woda. Ty robisz odjazd kamerą, a tam już jest morze. To
jest moje życie". Taką puentą kończył swój scenariusz Maklakiewicz.

„Złote runo", czyli „Wniebowzięci 2"

Film „Złote runo" w reżyserii Janusza Kondratiuka powstał w 1997 roku.
Gdyby wówczas jeszcze żyli Maklakiewicz i Himilsbach, na pewno zagraliby
w nim dwie główne role. Komedia, której scenariusz napisał Andrzej Kondratiuk,
jest nawiązaniem do mitologicznych Argonautów, zamienionych jednak
w filmie na dwóch rodzimych cwaniaków: biznesmena Stefana oraz pijaczka
Rysia. Fantastyczny pomysł Stefana na zbicie fortuny wymaga tylko jednego -
żelaznego żołądka. Próbie poddaje się Rysio - wypija kilkanaście butelek piwa,
zjada kilka porcji kiełbasy z rusztu i wsiada na diabelski młyn w Cricolandzie.
Test wypada pomyślnie. Wówczas potrzebny jest już tylko metalowy nocnik.
Poznajemy świetny biznesplan. Okazuje się, że Stefan chce w żołądku Rysia
przemycić na zachód diamenty. Pomimo wielu perypetii podczas podróży barwnym
pociągiem jadącym z Moskwy do Berlina, kontrabanda się udaje. Drogocenne

155

ŻYCIE JEST PIĘKNE, NIESTETY, TRZEBA UMIEĆ Z NIEGO KORZYSTAĆ

kamienie zostają sprzedane, a bohaterowie filmu mogą zaznać rozkoszy koloro
wego życia na Lazurowym Wybrzeżu.

Przypuszczam, że we wszystkich recenzjach „Złotego runa" Janusza Kondratiuka autorzy
zwrócą uwagę na podjętą w tym filmie próbę wskrzeszenia niezapomnianego duetu
komicznego Himilsbach-Maklakiewicz. Bo też istotnie zamiar taki rzuca się w oczy Para,
skojarzona kiedyś przez Marka Piwowskiego w sławnym epizodzie „Rejsu", najskuteczniej
-jako główna sprężyna filmu - zostaje potem uruchomiona przez Andrzeja Kondratiuka
we „Wniebowziętych" (1973). Jeżeli ten skromny telewizyjny średni metraż stał się dziś
„kultowy" i sporo młodych ludzi zna go na pamięć, to dzięki temu zwłaszcza, że udało się
w nim wydobyć całą niejednoznaczność duetu. Himilsbach z Maklakiewiczem to była,
owszem, para mętów spod budki z piwem, ale równocześnie para subtelnych marzycieli,
niepoprawnych idealistów, eleganckich dżentelmenów. (...) Zrealizowane dwadzieścia trzy
lata później, kiedy Maklakiewicz i Himilsbach od dawna już nie żyją, „Złote runo" pokazuje,
jak się to marzenie spełnia
- pisał Tadeusz Lubelski na łamach „Kina"61
.

Nigdy nie mówiłem, że moi bohaterowie mogą zastąpić tamtych. Są drugą parą, może
być najwyżej jakaś kontynuacja. Każda para, nawet ta kompromitująca wszelkie genera-
lizacje, broni jednego mitu - przyjaźni. Przyjaźń i zaufanie to ostatnie wartości, w które
wierzymy
- mówił Janusz Kondratiuk 62
.
Potem, pytany, czy w filmie znajduje się świadome nawiązanie do „Wniebo
wziętych", reżyser odpowiadał: „Oczywiście, było to zamierzone. Nie chodziło
jednak o konkretne powtórzenie duetu Maklakiewicz-Himilsbach, ale o stwo
rzenie pary bohaterów. Zawsze para jest ciekawsza, śmieszniejsza od pojedynczej
osoby, różnorodniej sza, bogatsza psychicznie i fizycznie. Bohaterowie rozma
wiają ze sobą, to nie jest monolog wewnętrzny. Z drugiej strony miałem szczę
ście - podobnie jak Zbyszek Buczkowski i mój brat Andrzej - być przyjacielem
Maklakiewicza i Himilsbacha. I muszę powiedzieć, że oni ciągle w nas żyją -
poprzez postacie, które stworzyli w naszych filmach". Janusz Kondratiuk opowiadał
także o swoim aktorskim odkryciu: „Ze Zbyszkiem Mazurkiem poznał mnie
Zbyszek Buczkowski. Pan Mazurek jest prawdziwym biznesmenem, właściwie
pierwszym, jakiego w życiu poznałem. Już po kilku minutach rozmowy zorien
towałem się, że on czuje bluesa. Zapytałem, czym się zajmował wcześniej.
Odpowiedział: «Próbowałem występować w cyrku, grałem na akordeonie*.
Stwierdziłem więc: dobra, to teraz zagrasz u mnie w filmie. On popatrzył na
mnie, zapytał, czy nie żartuję i zgodził się. Z całą pasją poddał się wymogom
produkcji i naszym naciskom"63
.
- Zbigniewa Mazurka poznałem przypadkowo na jakimś eleganckim przyjęciu.
Pojawił się tam jako przedstawiciel firmy Paco Rabanne na Polskę. Zaciekawiła
mnie jego postać. Zapoznałem Janusza Kondratiuka z Mazurkiem, który
początkowo miał zagrać drobny epizod: Żyda handlującego diamentami
w Antwerpii. Zobaczył go Kondratiuk i mówi: „Wieloryb zagra razem z tobą
główną rolę". Wystraszyłem się wtedy trochę. Gra zawodowego aktora

61

Tadeusz Lubelski, „Wniebowzięci z czasów transformacji", „Kino", nr 12 z 1997 r., str. 10-11.

62

„Szansa na odlot" - mówi Janusz Kondratiuk, reżyser „Złotego runa", rozmawia Katarzyna
Bielas, „Gazeta Wyborcza", nr 119 z 1998, str. 14.

63

Rozmowa z Pawłem Smolińskim, Internet.

156

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->