P. 1
Albert Camus - Dzuma

Albert Camus - Dzuma

|Views: 1,017|Likes:
Wydawca: KarolinaK

More info:

Published by: KarolinaK on Mar 20, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

02/03/2013

pdf

text

original

Albert Camus Dżuma

Ciekawe wypadki, które są tematem tej kroniki, zaszły w 19 0 r. w Oranie. Według powszechnego mniemania były one tu na swoim miejscu, wykraczały bowiem nieco poza zwyczajność. W istocie, na pierwszy rzut oka Oran jest zwykłym miastem i niczym więcej jak prefekturą francuską na wybrzeżu algierskim. Miasto, trzeba przyznać, jest brzydkie. Wygląda spokojnie i dopiero po pewnym czasie można zauwa-Syć, co je odróżnia od tylu innych miast handlowych pod wszystkimi szerokościami. Jakże wyobrazić sobie na przykład miasto bez gołębi, bez drzew i ogrodów, gdzie nie uderzają skrzydła i nie szeleszczą liście, miejsce nijakie, jeśli już wyznać całą prawdę? Zmiany pór roku czyta się tylko w niebie. Wiosnę oznajmia jedynie jakość powietrza lub koszyki kwiatów, które drobni sprzedawcy przywożą z okolicy: wiosnę sprzedaje się na targach. W lecie słońce zapala zbyt suche domy i pokrywa mury szarym popiołem; wówczas można żyć tylko w cieniu zamkniętych okiennic. Jesienią natomiast potop błota. Pięknie bywa tylko zimą. Na j dogodnie j można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak umiera. W naszym _małym mieście, może za przyczyną klimatu wszystko to robi się razem, z miną jednako szaleńczą i nieobecną. ^To znaczy, że ludzie tu się nudzą i starają się nabrać przyzwyczajeń. Nasi współobywatele dużo pracują, ale zawsze po to, by się wzbogacić. Interesują się przede wszystkim handlem i zajmują się głównie, jak to sami nazywają, robieniem interesów. Oczywiście mają również upodobania do prostych radości, lubią kobiety, kino i kąpiele morskie. Bardzo jednak rozsądnie zachowują sobie te przyjemności na sobotę wieczór i na niedzielę, usiłując w inne dni tygodnia zarobić dużo pieniędzy. Wieczorem,, po wyjściu z biur, spotykają się o umówionej godzinie w kawiarniach, przechadzają po tym samym bulwarze albo siadają na swych balkonach. Pragnienia młodszych są gwałtowne i krótkie, a grzechy starszych nie wykraczają poza związki amatorów kręgli, bankiety stowarzyszeń i zebrania, gdzie gra się grubo w karty. Można zapewne powiedzieć, że nie są to osobliwości naszego miasta i że, razem wziąwszy, wszyscy nasi współcześni są tacy. Bez wątpienia, nic dziś bardziej naturalnego niż ludzie pracujący od rana do wieczora, którzy potem przy kartach, w kawiarni i na gadaniu tracą czas, jaki pozostał im do życia. Ale są miasta i kraje, gdzie ludzie od czasu do czasu podejrzewają istnienie czegoś innego. Na ogół nie zmienia to ich życia. Ale zaznali podejrzeń, a to zawsze jest wygrana. |iNatomiast Oran Jest wyraźnie miastem bez podejrzeń, to znaczy miastem całkowicie nowoczesnym, a zatem nie jest rzeczą konieczną określać dokładnie, w jaki sposób kochają się u nas. Mężczyźni i kobiety albo łączą się pośpiesznie w tym, co nazywa się aktem miłosnym, albo powoli przyzwyczajają się do siebie. Między tymi krańcami często aie ma środka. To także nie jest oryginalne. W Oranie, jak gdzie indziej, z braku czasu i zastanowienia trzeba kochać nie wiedząc o tym.1L Bardziej oryginalna w naszym mieście jest trudność, z jaką przychodzi tu umierać. Trudność nie jest zresztą właściwym słowem i raczej należałoby mówić o niewygodzie. Nigdy nie jest przyjemnie chorować, ale są miasta i kraje, które podtrzymują nas w chorobie, miasta i kraje, gdzie można w pewien sposób popuścić sobie cugli. Choremu trzeba łagodności, pragnie znaleźć

Jakieś oparcie, to naturalne. łW Oranie jednak klimat, waga załatwianych interesów, błaha dekoracja, szybki zmierzch i jakość rozrywek - wszystko wymaga dobrego zdrowia. Chory czuje się tu bardzo samotny. Pomyślcie-więc o kimś» kto ma umrzeć w pułapce, oddzielony od innych setkami ścian trzeszczących odJsar^_gdy_w tej samef chwili cała ludność rozmawia przez telefoniub w kawiarniach o" wekslach, frachtach morskich i" dyskontach. Zrozumiecie, jak nlewygoana'jeśt śmierć, nawet nowoczesna, jeśli zjawi się niespodzianie w skwarnym mieście. | Tycłfkilka uwag daje może wystarczające pojęcie o Oranie. Zresztą nie należy w niczym przesadzać, Trzeba tylko podkreślić banalny wygląd miasta i życia. Czas jednak mija tu łatwo, skoro tylko nabierze się przyzwyczajeń. Z chwilą gdy nasze miasto zacznie sprzyjać przyzwyczajeniom, można powiedzieć, że już wszystko jest dobrze. Pod tym względem życie na pewno nie jest zbyt pasjonujące. Ale przynajmniej nie ma u nas nieporządku. JTotęż^nasza ludnosc^^^^^ ra, sympatyczna i aktywna, zawsze buoziła w podróżnych rozsądny szacunek. To miasto, pozbawione ma-Iowniczości, roślinności i duszy, w końcu staje się odpoczynkiem i człowiek zapada tu wreszcie w sen. Należy jednak dodać, że zaszczepiono je w niezrównanym pejzażu, pośrodku nagiego płaskowzgórza otoczonego świetlistymi dolinami nad zatoką o doskonałym rysunku. Można tylko żałować, że miasto zbudowano tyłem do tej zatoki, niepodobna więc dostrzec morza, którego zawsze trzeba szukać. Wiedząc już te wszystko, przyznacie bez trudu, że nasi współobywatele nie mogli spodziewać się wypadków, które zaszły na wiosnę owego roku; jak zrozumiemy później, były"" one niejako pierwszymi oznakami w serii poważnych wydarzeń, których kronikę zamierzamy tu spisać. Te fakty wydadzą się jednym naturalne, innym, na odwrót, nieprawdopodobne. Ale kronikarz nie może się liczyć z tymi sprzecznościami. Jego zadaniem jest stwierdzić: "To się zdarzyło", kiedy wie, że rzecz zdarzyła się naprawdę, że wypełniła życie wszystkich i że są tysiące świadków, którzy zważą w swym sercu prawdę tego, co on mówi. '-ł Zresztą narrator, którego czytelnik pozna we właściwej chwili, nie miałby najmniejszego prawa zabierać się do przedsięwzięcia tego rodzaju, gdyby przypadek nie pozwolił mu zgromadzić pewnej liczby zeznań i gdyby siłą rzeczy nie był wmieszany w to wszystko, co opowiedzieć zamierza. To właśnie upoważnia go do dokonania pracy historyka. Rzecz jasna, ^ae historyk, nawet amator, ma zawsze dokumenty. (Narrator tej opowieści ma więc swoje: przede wszystkim własne świadectwo, następnie świadectwa innych, skoro dzięki swej roli musiał zebrać zwierzenia wszystkich osób tej kroniki, na koniec teksty, które wpadły mu w ręce. Zamierza czerpać z nich, gdy uzna to za stosowne, i użyć ich, jak mu się spodoba. Zamierza również... Ale może już czas porzucić komentarze i przezorne omówienia i przejść do samego opowiadania. Opis pierwszych dni wymaga pewnej drobiazgowości. Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gaBmetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura. Na razie odsunął zwierzę nie zwracając na nie uwagi i zszedł ze schodów. Ale gdy znalazł się na ulicy, przyszło mu na myśl, że ten szczur nie powinien 'był tam się znaleźć, i zawrócił, by zawiadomić dozorcę. Widząc reakcję starego Michela, zrozumiał, jak bardzo jego odkrycie było niezwykłe. Obecność tego martwego szczura wydała mu się tylko dziwna, gdy dla dozorcy oznaczała skandal. Postawa dozorcy była zresztą stanowcza: nie ma szczurów w, domu. Na próżno doktor zapewniał, że widział szczura na podeście pierwszego piętra, nic nie mogło zachwiać przekonania Michela. Nie ma szczurów w domu, ktoś musiał więc przynieść zwierzę z zewnątrz. Krótko mówiąc, to jakiś kawał.

Tego samego wieczora, gdy Bernard, Rieux stojąc na korytarzu szukał kluczy, zanim wszedł na schody, ujrzał, jak z ciemnej jego głębi wynurza się wielki 10 /szczur, o wilgotnej sierści, poruszający się niepewnym 'krokiem. Szczur zatrzymał się, jak gdyby szukał równowagi, skierował ku doktorowi, zatrzymał znowu, zakręcił w miejscu z nikłym piskiem i upadł wreszcie, wyrzucając krew na wpół otwartymi wargami. Doktor przypatrywał mu się przez chwilę i poszedł do siebie. Nie myślał o szczurze. Ta wyrzucona krew skierowała go na powrót ku jego trosce. Żona doktora, chora od roku, miała wyjechać nazajutrz do uzdrowiska w górach. Zastał ją leżącą w ich pokoju, jak ją o to prosił. W ten sposób przygotowywała stę do trudów podróży. Uśmróchnęła się. - Czuję się bardzo dobrze - powiedziała. Doktor patrzył na twarz zwróconą ku niemu w świetle lampy przy wezgłowiu. Dla Rieux ta twarz ^ trzydziestoletnia, mimo śladów choroby, była wciąż twarzą młodości, może dzięki owemu uśmiechowi, który górował nad resztą. - Spij, jeśli możesz - powiedział. - Pielęgniarka przyjdzie o jedenastej i zawiozę was na pociąg południowy. Ucałował lekko wilgotne czoło. Uśmiech odprowadził go do drzwi. Nazajutrz, J^kw^ętnifi^o ^godzinie ^osmgj^ ^dozorca zatrzymał-dektora w przejściu, narzekając 'ha "kiepskich dowcipnisiów, którzy położyli trzy martwe, szczury pośrodku korytarza. Pochwycono je widocznie w prymitywnie sklecone pułapki, były bowiem całe zakrwawione. Dozorca pozostał pewien czas na progu drzwi wejściowych trzymając szczury za łapy i spodziewając się, że winowajcy zdradzą się jakimś nowym kawałem. Ale nic takiego się nie stało. - O - powiedział Michel - już ja ich przychwycę! Rieux, zaintrygowany, postanowił rozpocząć obchód od dzielnic znajdujących się na krańcach miasta, gdzie mieszkali jego najbiedniejsi pacjenci. Śmieci wywożono stąd znacznie później i auto, jadąc wzdłuż 11 prostych i zakurzonych uliczek, ocierało się o kubły na odpadki pozostawione na skraju chodnika. Przejeżdżając tak jedną z ulic naliczył tuzin szczurów leżących na resztkach jarzyn i brudnych szmatach. Pierwszego chorego zastał w łóżku, w pokoju wychodzącym na ulicę, który służył zarazem za sypialnię i jadalnię. Był to stary Hiszpan o twarzy twardej i porytej. Miał przed sobą, na kołdrze, dwa garnki napełnione grochem. W chwili gdy doktor wchodził, chory, na wpół wyprostowany w łóżku, opadł do tyłu usiłując chwycić chropawy, astmatyczny oddech. Jego żona przyniosła miskę. - Cóż, doktorze - powiedział podczas zastrzyku - wychodzą, widział pan? - Tak - powiedziała kobieta - sąsiad znalazł trzy. -/ - Stary zacierał ręce. ' - Wychodzą, widać je we wszystkich kubłach na '^ śmiecie, to głód! "~ Rieux stwierdził potem bez trudu, że cała dzielnica mówi o szczurach. Skończywszy wizyty wrócił do domu. - Na górze jest telegram do pana - powiedział Michel. Doktor zapytał go, czy widział nowe szczury.

Zapewne-rzekł tamten. pielęgniarka już tam była.Wszystko pójdzie lepiej. . -. Na peronie ludzie tłoczyli się i potrącali.powiedział sędzia. i karawaniarza zarazem. . Rieux powiedział mu. robił wrażenie człowieka. . . Lokomotywa gwizdnęła. kiedy wrócisz. Z całej tej sceny zapamiętał tylko przechodzącego mężczyznę. gdy Rieux rozpoczynał. chciałby wiedzieć.rzekł . W chwilę potem odwróciła się do niego plecami i patrzyła przez okno. Uśmiech wrócił pod łzami.powiedział łagodnie. czy może pan powiedzieć naJ" gorsze? . Kiedy doktor wszedł do mieszkania. oczach jasnych i inteligentnych.Idź.Za kosztowne to dla nas. Zawołał żonę po imieniu i kiedy się odwróciła. To dziwne. . Doktor zapytał go. .powiedział Rieux. jak to mawiało się dawniej. odparł głosem uprzejmym..Ach. Ale ona nie mogła go słyszeć.Nie . ale minie.powiedział . zobaczył. Syczenie lokomotywy dochodziło aż do nich. Ale on dodał: . z drugiej strony szyby. że jej twarz jest zalana łzami.uważaj na siebie.powiedziała z błyszczącymi oczami .Niezupełnie. Potrząsnęła głową. . którego wygląd przywodził na pamięć sylwetkę światowca. ale lakonicznie: . w sportowym ubraniu. Telegram oznajmiał przyjazd matki doktora nazajutrz. . o szerokich ramionach.. Miała zająć się domem syna pod nieobecność chorej.Szczury. .powiedział .Proszę cię .Chodzi mi o to.rzekł dozorca . Ale przypuszczam. czy wybiera się w podróż. że jest dziennikarzem i że był już rano. . czy dziennikarz może napisać całą prawdę. twarz miała uróżowaną. I teraz na peronie. prawda? .Tak trzeba .. Przycisnął ją do siebie.Oczekuję małżonki. twarzy zdecydowane]. przyjęcia. Długi i czarny pan Othon. widział tylko jej uśmiech. która pojechała złożyć wyrazy szacunku mojej rodzinie. muszę to przyznać. pan rozumie. Rieux pchnęło w stronę pociągu. sędziego śledczego.Tak .Tak .to głupstwo.Co to za historia ze szczurami? 12 . że nie jest z tym dobrze. Rieux potrącił pana Othona.Nie wiem. na peronie dworca. I te świnie nie mają śmiałości. że ją przeprasza. Oglądała przedział. który trzymał swego synka za rękę. że powinien był czuwać nad nią i bardzo ją zaniedbał.bardzo dobrze. zjawił się młody człowiek. nie . Blisko wyjścia. . Potem powiedział bardzo szybko. jakby dając mu znak. który niósł pod pachą skrzynkę pełną martwych szczurów. by przestał. Przystąpił od razu do sprawy. Niski. Ale zanim przystąpi do tematu. ale zawrócił ku wyjściu.zaczniemy na nowo. któremu życie służy. Rieux ujrzał swoją żonę stojącą w kostiumie. że taka ocena byłaby nieuzasadniona. Zaczniemy na nowo. Nazywał się''^aymond Ramberl/. Przeprowadzał ankietę dla wielkiego dziennika paryskiego o warunkach życia Arabów i chciał się poinformować o ich stanie sanitar-•)nym. W chwilę potem na dworcu umieszczał ją w wagonie sypialnym. Uśmiechnął się do niej. o którym powiedziano mu. nieco skrzywiony. Odetchnęła głęboko: . 13 Po południu tego samego dnia. wszystko będzie dobrze.stoję na czatach.Dobrze .

że źle. to przede wszystkim sprawa dozorcy. zastał Michela z miną jeszcze bardziej zgnębioną.rzekł Rieux . Ale uważam.Dziękuję panu. kiedy doktor znów szedł do pacjentów. Doktor napotkał właśnie dozorcę przed domem. . Tarrou przeciągnął ręką po włosach. Dozorca nie może oczywiście powiedzieć. Machinalnym ruchem. [Matka doktora przyjęła wiadomość bez zdziwienia. że nic mu o tym nie wiadomo. że to ciekawe. bez żadnych ograniczeń. .Jestem szczęśliwa. gdy znikną. Spojrzał na doktora spokojnie i przenikliwie szarymi oczami.konwulsjom szczura.rozumiem. pocierał sobie szyję. . .O . Rieux zapytał go. . 14 . Widywał go niekiedy u hiszpańskich tancerzy. . z nią wszystko wydawało się łatwe.mówiła. stał wsparty o ścianę obok wejścia. 'który oznajmił mu o nowym odkryciu. Rambert z szyją wciśniętą w ramiona patrzył na doktora.Tak . . . wiem . że panu przeszkodziłem. Doktor odprowadził go do drzwi.Tak czy inaczej. . zamkniętej szerokimi brwiami. na pewno ciekawe. od piwnicy po strych. ale że jest to język człowieka zmęczonego światem. nieruchomego teraz. to prawda. ale zadając pytanie chciał tylko wiedzieć. przepraszam. . Ale to samo jest w innych domach. przyglądając się ostatnim . czy Rambert może napasać wszystko. że cię widzę. jakie znajdują się teraz w mieście. Nie będę więc panu pomagał wiadomościami. przywitał go i dodał.Tylko takie wypowiedzi uznaję. o oczach czarnych i łagodnych.Szczury są tu bezsilne.to mnie interesuje! O siedemnastej. by odrzucić je do tyłu. Ramibert był trochę zniecierpliwiony. który zdychał u jego stóp na stopniu schodów. o twarzy masywnej i porytej.Rieux powiedział spokojnie. tylko w pewnym sensie. ISkwietnia^ doktor.Tak. -«-ats-a" Rieux odparł nie podnosząc głosu. Jego zdaniem 15 nie jest to cierpienie fizyczne. potem uśmiechnął się do Rieux. na schodach. j^ean Tarrou pilnie pałał papierosa. że można by napisać ciekawy reportaż o ilości martwych szczurów. Rieux przyznał jej rację. który czuje jednak sympatię dla bliźnich i ze swej strony jest zdecydowany nie przystać na niesprawiedliwość i ustępstwa. Ale następnego dnia rano. .rzekł wreszcie wstając. doktorze. Tylko że czuje się nieswój. Wydawał się przygnębiony i zatroskany.Tak .Takie rzeczy się zdarzają. Nigdy nie widzieliśmy nic podobnego.W pewnym sensie. o ciężkiej sylwetce. jak się miewa.zawołał Rambert .To język Sanit-Justa . spotkał na schodach mężczyznę młodego jeszcze. 'kt&rzy mieszkali na ostatnim piętrze w jego kamienicy. które posiadam. doktorze. że pana rozumiem . . który przywiózł swoją matkę z dworca.ale to w końcu drażni.powiedział dziennikarz z uśmiechem. spojrzał znów na szczura. z wyrazem zmęczenia na czerwonej zazwyczaj twarzy. Bernard .rzekł stary Michel do Rieux. Te szczury mu dogodziły i wszystko pójdzie lepiej.Zdaje się.Teraz znajduje się je po dwa lub trzy.powiedział . ^ Była to mała kobieta o włosach przyprószonych srebrem. że patrzy pan na to w ten sposób. . tak. Doktor uścisnął mu rękę i powiedział. . znalazł z dziesięć szczurów. ot i wszystko. W są-Jsiednich domach kubły na śmiecie były ich pełne. że w istocie taka ocena byłaby nieuzasadniona. że pojawienie się szczurów to rzecz ciekawa.

W pewnych wypadkach musiano dobijać zwierzęta.Metgiier. Polecono służbie odszczurzania zbierać martwe szczury co dzień o świcie. że w wielkiej fabryce. na bulwarach. Potem dwa wozy służbowe miały odwozić zwierzęta do zakładu oczyszczania miasta. w kilka dni doznało wstrząsu. lecz w ciągu dnia pojawiały się nowe. Rankiem na przedmieściach znajdowano je leżące w rynsztokach. mf promenadzie Front-de-Mer. których agonia trwała zbyt długo.( małego miasta. zebrano kilkaset szczurów. słyszał o tym. . (Ta cyfra. że służba odszczurzania powinna się tym zająć. by zakołysać się w świetle.. czy to sprawa poważna. Jednakże w następnych dniach sytuacja się.Zatelefonował jednak do znajomego dyrektora miejskiej służby odszczurzania. by umierać gromadnie. oczyszczała swe soki. Miasto oczyszczano o świcie z martwych zwierząt. Nocą na korytarzach i uliczkach słychać było wyraźnie ich nikły pisk agonii. ^dyrektor. Rieux nie wie. znajdującym się niedaleko od bulwarów. wzmogła zamęt.powiedział Rieux.Tak . które wychodzą w wielkich ilościach. i to coraz liczniejsze. Nasi zdumieni współobywatele natykali się a^a nie w najbardziej uczęszczanych miejscach miastaJ Trafiały się na placu d'Armes.na powierzchnię czyraki i ropę. gdzie gromadzili się nasi współoby16 watele. czy zarząd miejski zamierza działać i jakie pilne środki ma na uwadze. . ale zaczął od tego. że nawet ziemia. aż do centrum miasta. że agencja Infdok (informacje. Posługaczka doktora powiedziała mu. dotychczas aiźera^ce JąSspd wewnątrz.Zawsze to warte zachodu . jedne wzdęte i gnijące. wszędzie. którędy tylko przechodził doktor Rieux. iż tylko w jednym dniu. Zdarzało się również. niby zdrowy człowiąk. Przychodziły też umierać samotnie do sal administracji^ na dziedzińce szkolne. na której znajdowały się nasze domy. na podestach schodów i podwórzach. opalono J)231 szczurów. Czy dyrektor słyszał o szczurach. Ale od peryferii. która nadawała jasny sens codziennemu widowisku. jakie miasto miało przed oczami. ^ogor-. wszędzie. tak spokojnego dotąd. wszelkie informacje na •każdy temat) ogłosiła w swoim komunikacie radiowym (bezpłatne informacje). w którym kcążąca powoli krew nagle się wzburzg^^ Sprawy posunęły się tak daleko. Jeśli sądzisz. zapytywała. trafiało się ich po kilka. Od tego dnia sprawą zajęła się prasa wieczorna. iTWyobraźcie sobie tylkjt^ zdumienia n^zego 2-Dżuma 17 f . zakręcić w miejscu i skonać w pobliżu ludzi.jeśli otrzyma odpowiednie rozporządzenie. /spróbuję się o nie postarać. sż^Ia~Liczba znalezionyćli~gryżoni wciąż rfi^s. ale myśli. ^W każdym razie mniej więcej w tym właśnie czasie nasi współobywatele zaczęli się niepokoić. Nawet w mieście. szczury leżały stosami w kubłach na śmiecie albo długimi szeregami w rynsztokach. j. z wyprostowanymi jeszcze wąsami. inne sztywne. by umierać na wolnym powietrzu? .rzekł Mercier . Począwszy bowiem od osiemnastego fabryki i składy wyrzucały setki trupów szczurzych. by je spalić. że niejeden nocny przechodzień nagle wyczuwał pod stopą elastyczne ciało świeżego jeszcze trupa. niekiedy na tarasy kawiarń. znaleziono jakie pięćdziesiąt. a nawet w jego TTrżędzie. by uchronić obywateli od tego odrażającego najazdu. Zarząd miejski nic nie zamierzył i nic nie miał na uwadze. że to warte zachodu. Zadaje sobie jednak pytanie. że zebrał się na posiedzenie. wy rzucała-. Wynurzały się długimi chwiejnymi szeregami. aby się zastanowić. z plamką krwi na spiczastym ryjku. gdzie pracuje jej mąż. ^r zebrano. Rzekłbyś. i każdego ranka plon stawał się bardziej obfityJ(Czwartego dnia szczury zaczęły wychodzić. Dotychczas . dokumentacja.

że nie przetrzyma. Wysunąwszy rękę zza drzwiczek auta. na rozkraczonych nogach posuwał się z trudem ruchami marionetki. Wycierał nos. Stary człowiek trzymał za. . na drzwiach z lewej strony. . oddech miał świszczący. choć mówił najprostszym językiem. by się tam schronić. stół był odsunięty w kąt. na przedmieściu. Ale on jęknął dziwnie. że to zjawisko. że zjawisko ustało gwałtownie i że służba odszczurza-nia zebrała nieznaczną tylko ilość martwych szczurów. -Och . którego widywał niekiedy i który był bardzo poważany w naszym mieście. cuchnących schodów napotkał urzędnika. . którą Michel ku niemu pochylił.Właśnie wychodziłem i usłyszałem hałas. zadzwonił telefon. Teraz zauważono.powiedział Grand. . powiesiłem się. doktor przeciągnął palcem po nasadzie szyi. Rieux przeczytał wypisane czerwoną kredą: "Wejdźcie. Gdy zobaczyłem napis. Długo cierpiał na zwężenie aorty. . co są obojętni w sprawach religii. oskarżano władze. Rieux leczył go darmo. zatrzymując swoje auto przed domem. można nawet powiedzieć.Musiałem się przemóc. .rzekł ojciec . którego rozległości nie można było określić ani pochodzenia wykryć. Ale chodzi o kogoś innego. o wąskich ramionach i chudych członkach.Tak . pod pachami i'w pachwinach zmusiły go do powrotu i szukania pomocy u ojca Paneloux. ry wciąż jakby szukał słów. któy 19 v .powiedział. co myśli o tej historii ze szczurami." Weszli. Jednakże tego samego dnia. Miasto odetchnęło. doktor Rieux. o żółtym. Wzywał go jeden z dawnych pacjentów. Poczekał na nich.To obrzęki . który z pochyloną głową. wychodzą. długim i zagiętym wąsie. Staremu Michel błyszczały oczy. Gdy dozorca odszedł. że zebrano •L080^ szczurów i lęk w mieście dosięgną! szczytu. gdy Rieux odczytywał telegram z sanatorium. Sznur zwisał z góry nad przewróconym krzesłem.yamię. który zawiadamiał go o przyjeździe żony. Pośrodku chłodnawych. Ale sznur zwisał w próżni. mówili już o tym. Po obiedzie. pomyślałem. Po kilku minutach wchodził do niskiego domu przy ulicy Faid-herbe. którego doktor rozpoznałIlBył to-oj ciec Paneloux) uczony i wojujący jezuita. miało w sobie coś groźnego.^esiędza. Rieux pomyślał o dozorcy i postanowił zobaczyć go później.pan firnie pamięta. jak to panu wytłumaczyć.mówił . który szedł mu naprzeciw. złowrogo.Odczepiłem go w porę . że to żart. Niech pan przyjdzie szybko.Jest lepiej . Podrapał się w głowę. 3Sfie czuł-się zbyt dobrze i wyszedł z domu zaczerpnąć powietrza. coś się zdarzyło u mojego sąsiada. nawet przez tych.ale myślałem. ujrzał na końcu ulicy dozorcę. coś na kształt sęka uformowało się na niej. w południe. co mieli domy nad brzegiem morza." Tymczasem 28 kwietnia Infdok ogłosiła. Żą-4ano ^radykalnych środków. a ci. . Rieux zapytał ojca Paneloux. Na drugim i ostatnim piętrze. Ale mocne bóle szyi. urzędnik merostwa.rzekł podchodząc do Rieux . Ale nazajutrz agencja doniosła. przyjdę po południu. z rękami odsuniętymi od ciała. Mówił zadyszanym głosem. Tylko stary astmatyczny Hiszpan zacierał nadal ręce i powtarzał ze starczą radością: "Wychodzą. 18 .narzekano jedynie na zjawisko nieco odrażające. Był to mężczyzna~pięedzie-sięcioletni. Josepha Granda. a ponieważ był biedny.Niech się pan położy i zmierzy temperaturę.to zapewne ^PJ^ZM? I jego oczy uśmiechnęły się za okrągłymi okularami.

Ale Cottard powiedział płacząc. dwie czarniawe plamy wystąpiły na boku. a ja muszę złożyć meldunek. zbliżył się do niego.. Rieux zapytał Granda. ale ubogo umeblowanego pokoju. Pchnęli drzwi i znaleźli sięna progu jasnego.jfNiewielki.Nie znam jej.Dziękuję.rzekł.jęknął tamtem. rzecz prosta. Wszedłem.Mam inne zmartwienia . Ale Rieux zastał swego chorego na wpół wychylonego z łóżka. Zdawało mu się. ale poprosi komisarza. że ma się dobrze i że nie warto się trudzić.. -. Miał trzydzieści dziewięć i pięć. że nie zacznie.Zostawmy to.Nie. by przeprowadził dochodzenie za dwa dni. . . .To głupstwo. o nim też nie mogę powiedzieć. Rieux ściskał mu już rękę. Oddychał mocno i patrzył na nich nabiegłymi krwią oczami.więc ja to zrobię. że doktor jest 'l20 / \J: --Uly odpowiedzialny. panie <Cottard . . Ale w tej chwili chory poruszył się i wyprostował na łóżku zapewniając. Sprzedawcy wieczornych gazet krzyczeli. czy zawiadomił komisariat. Jeśli na przykład przyszłaby panu ochota zacząć na nowo. Na korytarzach Rieux machinalnie patrzył w kąty i zapytał Granda.Trzeba nad nim czuwać tej nocy.powiedział .powiedział.rzekł mężczyzna stłumionym głosem. bez tchu. że w przerwach między oddechem słyszy nikłe piski szczurów. Grand. gruczoły szyi i kończyny nabrzmiały. Potrząsnął głową. Oczywiście trochę był przyduszony. który od paru chwil szarpał wąsa. Ale niech pan nie robi głupstw. że musi złożyć meldunek. Dozorca skarżył się teraz na bóle wewnątrz. z jedną ręką na brzuchu.No. Rieux podszedł do łóżka.Myślę.. Na podeście schodów powiedział do Granda. Ale nic nie poruszało się w kątach. a drugą wokół szyi. o nie! Myślałem. że to bolesny zabieg. by zostawiono go w spokoju. że za kilka dni wszystko będzie w porządku. Doktor przystanął. . że była to chwila szaleństwa. . korpulentny mężczyzna leżał na mosiężnym łóżku.przerwał Rieux . i pragnie jedynie. Ale sam mogę czuwać. Po długich wysiłkach.Och! .Widzi pan.Zgoda . Należałoby go prześwietlić. że najazd szczurów ustał. Mówiono mu co prawda o tej historii.powiedział Rieux. Czy ma rodzinę? . . . . Rieux pisał receptę. Opadł do tyłu i zapłakał krótkimi szlochami. . ale nie zwraca wiele uwagi na to. że rzecz najpilniejsza.niech pan spróbuje zrozumieć. położył się z powrotem. Można powiedzieć.Oczywiście . Doktor zrobił zastrzyk z oleju kamforowego i powiedział. urzędnik powiedział ze strapioną miną: . proszę mi wierzyć. czy szczury całkiem zniknęły z jego dzielnicy. Mężczyzna najwidoczniej nie spadł z bardzo wysoka ani zbyt gwałtownie. przyjdę za dwa lub trzy dni.Niech się pan uspokoi . co gadają w dzielnicy. . Urzędnik nic o tym nie wiedział. kręgi wytrzymały. Ale trzeba sobie wzajem pomagać. Spieszył się zobaczyć dozorcę przed napisaniem listu do żony. wydzierał z siebie z trudem ró-żowawą żółć do blaszanki na śmiecie. doktorze .. że go znam.

rozkrzyżowany przez gruczoły. doktorze? . Podczas przypalani terpentyną dozorca wył: "Ach.To pali . pan wie W każdym razie dozorca majaczył wieczorem i prz czterdziestu stopniach przeklinał szczury. jakby chciał przywrzeć do niego na zawsze albo jak gdyby coś wychodzącego z dna ziemi wołało go bez wytchnienia.rzekł Richard . który szedł z najdalszych podmiejskich okc lic. trzymając delikatnie nogi chorego. nymi? . W dwie godziny potem w karetce doktor i żona pochylali się nad chorym.rzekł Rieux . Żona płakała. które ból głowy napełnił łzami.trzeba go izolować i zastosować specjalne leczenie. . Ale na razie ma nic pewnego.nie zauważyh nic nadzwyczajnego. Dozorcę paliło właśnie pragnienie. chory majaczył nieustannie. . Nazajutrz. Osłabiony pacjent uśmie chał się w łóżku. wróciły wymioty.Ach tak. ciepły już wiatr wiał p niebieskim i wilgotnym niebie. Ale w południe gorączka podniosła się nagle d czterdziestu stopni.Hm . zbiegł lekko d dozorcy. dwa wypadki z gruczołami w stan zapalnym. . Zielonkawy.Niech pani czuwa . że dozorca chce trzymać głowę możliwie najdalej od ciała. .mówił. .rzekł doktor . były tward i drzewiaste w dotyku.Nie .Doktorze .i zawoł mnie w razie potrzeby.Umarł .Niech pani posłucha . 30 kwietnia.To może być cokolwiek bądź.Nienormalne? . w jakim żyło prze tydzień.powiedział Richarct . z rękami na kołdrze.. dozorca dusił się pod niewidocznym ciężarem. Rzeczywiście temperatura spadła rano d trzydziestu ośmiu stopni. Przynosił zapac kwiatów. Niech pije dużo. prawda.Nie ma więc nadziei. Zatelefonuję do szpitala i przewieziemy go karetką. Wróciwszy do domu Rieux zatelefonował do sw< kolegi Richarda. wciśnięty w swoje legowisko.Jest lepiej.normalność. doktorze? . Jego żona siedziała u stóp łóżka. Żona dozorcy była w ro2 paczy. Jego żona patrzyła z trwogą na milczącego Rieux.Ani gorączki z miejscowymi objawami zap. Z jego ust usłanych grzy-bowatymi wyroślami wychodziły strzępy słów: "Szczury!" .powiedziała .Poczekajmy jeszcze. W całym naszym mieści< uwolnionym od skrytego lęku. . świnie!" Gruczoły powiększyły się jeszcze.powiedział jego żona. Rieux ZE tamponował ropień fiksacyjny. . Przeżuwał słowa ustami koloru sadzy i zwracał ku doktorowi wytrzeszczone oczy. uspokojony listem od żony. Poranny hałas na ulicach wydawał się żywsz i weselszy niż zazwyczaj.co to jest? 21 . . Do wieczora dieta i środek ocz^ czający krew. Nawę Rieux. . Gruczoły na szyi bolały przy dotknięciu i zdawało się. o woskowych ustach. powiekach barwy ołowiu. . jednego z wybitniejszych lękał w mieście. oddechu urywanym i krótkim. Patrzyła na Rieux.powiedział Rieux.to świństwo mnie pali. ten dzień był dniem powrotu wiosny.mówił .

Tak. skąd przybył ani dlaczego jest tutaj. Od początku wiosny zjawiał się często na plażach. że śmierć dozorcy zamykała ów okres pełen mylących oznak i rozpóćzyfl[a|^"tnny. nie uzupełniając ich'komentarzami. wyglądał na przyjaciela wszystkich normalnych rozrywek. Nasi współobywatele . o do24 mach bez wdzięku i absurdalnym planie miasta. kiedy zdumienie pierwszych dni zamieniało się stopniowo w panikę. mieli pójść drogą. Spotykano go we wszystkich miejscach publicznych. dość licznych w naszym mieście. oczywiście. uważa się za rzecz pożyteczną przytoczyć opinię innego świadka o opisanym okresie. . .Po tej historii że szczurami. Ale choć miasto przyzwyczaiło się powoli do niego. Na pewno można uważać taką postawę za opłakaną i dopatrywać się w niej oschłości serca. która. by żyć ze swych dochodów. znano tylko jedno jego przyzwyczajenie. pływając dużo i z widoczną przyjemnością. nie zawsze dozorcy i biedacy. Niemniej jednak te notatki mogą dostarczyć mnóstwa szczegółów drugorzędnych. zdawałoby się. przychylne rozważania o braku drzew. zanim narrator przejdzie do szczegółów tych nowych wydarzeń. by szczury. by patrzeć na rzeczy i ludzi przez pomniejszające szkło.spytał jeden. że nasze małe miasto może być miejscem szczególnie wybranym. Gdyby wszystko skończyło się na tym. Tarrou był obecny przy rozmowie dwóch konduktorów tramwajowych: . Dobroduszny. przyzwyczajenia wzięłyby niewątpliwie górę. w powszechnym zamęcie starał się być historykiem tego. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć. . Jest tu dokładny opis dwóch brązowych lwów zdobiących me-rostwo. nikt nie potrafił powiedzieć. że Tarrou skupił cały swój wysiłek na tym. na którą Michel wstąpił pierwszy.odtąd zdawali sobie z tego sprawę . Od początku widać w nich osobliwą satysfakcję ze znalezienia się w mieście tak brzydkim ze swej natury.Znałeś chyba Campsa? .Właśnie. . Był zwrotniczym. a mianowicie stałe wizyty u tancerzy i muzyków hiszpańskich. 23 Jednakże. Widocznie był dość zamoż-' ny. umierały tu w słońcu i dozorcy ginęli od dziwacznych chorób. . co nie ma historii. zakłada posłuszeństwo wobec błahości. Pierwsze notatki Jeana Tarrou rozpoczynają się z chwilą jego przyjazdu do Oranu. nie będąc ich niewolnikiem. z tego punktu widzenia byli w błę-dzie i ich poglądy domagały się rewizji.Można powiedzieć.Camps? Wielki.Więc Camps umarł. Tar-rou wtrąca jeszcze dialogi zasłyszane w tramwajach i na ulicach. Słowem. które mają wszakże swoją wagę i których dziwactwo nawet nie pozwala osądzić zbyt szybko tej ciekawej postaci. W istocie. . dotyczącą niejakiego Campsa."W każdym razie jego notatki stanowią również rodzaj kroniki tego trudnego okresu. Słowem.Ach! Kiedy? . Ale i inni spośród naszych współobywateli. zawsze uśmiechnięty. sprowadził się do Ora-nu na kilka tygodni wcześniej i zamieszkał w wielkim l hotelu w centrum miasta. z czarnym wąs&m? . stosunkowo bardzie] trudny. wyjąwszy jedną rozmowę.nie myśleli nigdy. a wraz z nim przyszło zastanowienie. Ale chodzi o kronikę bardzo szczególną. Od tej chwili zaczął się strach. Jean Tarrou^ którego czytelnik spotkał już na początku tego opowiadania. nieco późniejszą.

by nie tracić czasu? Odpowiedź: doświadczać go w całej jego rozciągłości. 25 zbliżały się na środek jezdni. "Pytanie. z włosami białymi i zaczesanymi starannie. w godzinach.skończył drugi . miał słabe płuca i grał w "Orfeonie". że moje nie znosiły tego. i dodaje pismem mniej wyraźnym niż zazwyczaj. Ale splunął raz w próżnię. Nie był zresztą mocny. Znikły rzeczywiście. Mały staruszek pluł wówczas na koty z siłą i precyzją. że koty zjadają martwe szczury. że muszą biegać po piwnicach i że mały staruszek jest zbity z tropu. w sposób powściągliwy i zarazem łagodny.i rozważania kończą się słowami: "To godne uwagi". Wreszcie. Staruszek darł papier na małe kawałki nad ulicą i zwierzęta. Tramwaj ruszył dalej. wybierać najdłuższe i najmniej wygodne marszruty kolejowe i jechać oczywiście na stojąco. Ale co dzień po obiedzie. gdy całe miasto drzemało w upale. i nie wykupić swego biletu Ud. znęcone tym deszczem białych motyli. kiedy się jest chorym. co robić. ponieważ natrafiono na martwego szczura. Pokój wychodził na małą poprzeczną ulicę. Ta osobliwość (określenie użyte w notatkach) zjednywała sobie aprobatę Tarrou i jedna z jego pochwalnych uwag kończyła się nawet okrzykiem: "Nareszcie!" Są to jedyne miejsca. W mieście zatrzymano tramwaj. słuchać wykładu w języku. .. Miał wrzód pod pachą. niezmiennego brudu .Proszę! I co mu było? . jaka rozgrywała się często na balkonie naprzeciw jego okna. Koty podnosiły oczy blade ze snu. Kilka kobiet wysiadło. Po chwili wrócił do mieszkania. Szczura wyrzucono. ich łód-kowatego kształtu. Wyprostowany i srogi w swym ubraniu o wojskowym kroju. na balkonie z drugiej strony ulicy zjawiał się mały staruszek. . Środki: spędzać dni w przedpokoju u dentysty na niewygodnym krześle. 26 Jest uczesany mniej starannie i nie tak żwawy. nie ruszając się jeszcze. co nic nie tłumaczy. gdzie w tym okresie notatki przybysza nabierają charakteru osobistego. gdzie koty spały w cieniu murów. kici".Wyglądał jednak jak wszyscy. Nie wytrzymał. podniecone przez martwe szczury." Ale zaraz po tych odskokach języka i myśli rozpoczyna się szczegółowy opis tramwajów naszego miasta. Oto w każdym razie notatki Tarrou o historii ze szczurami: ' "Mały staruszek z przeciwka jest dziś zbity z tropu. Nie ma kotów. nieokreślonego koloru. . Moim zdaniem nie chodzi tu o to. Trudno jest tylko ocenić ich znaczenie i powagę. Czuje się w nim niepokój.Och . Dąć wiecznie w piston to niszczy człowieka.nie trzeba dąć w piston. itd. że znalezienie martwego szczura doprowadziło kasjera hotelu do pomyłki w rachunku. stać w kolejce do okienka.Nie wiem. Następnie Tarrou życzliwie usposobiła scena. ożywienie. wyciągając z wahaniem łapy ku ostatnim skrawkom papieru. Po tych kilku informacjach Tarrou zadawał sobie pytanie. dlaczego Camps grał w "Orfeonie" wbrew swym najoczywistszym interesom i jakie głębokie przyczyny doprowadziły go do ryzykowania życia dla procesji niedzielnych. Tarrou opisuje. jak się zdaje. Gdy plwocina osiągała swój cel. gorączka. przesiadywać na balkonie w niedzielne popołudnie. . a nawet rozrywki dyktowały konieczności handlu. śmiał się. które w wielkich ilościach znajduje się na ulicach.Nie. Pamiętam. Tarrou ostatecznie oczarował kupiecki charakter miasta. Nie zmienia to faktu. który znalazł się tam nie wiadomo skąd. którego się nie rozumie. gdzie sprzedają bilety do teatru. którego wygląd. wołał na koty: "Kici..

z których większość jest śmiertelna. nieszczęścia nie sposób przewidzieć.Nicole. a z prawej i lewej strony dwie kępki siwych włosów. że ze zniknięciem szczurów mały staruszek odnalazł wreszcie swoje koty i cierpliwie ćwiczył się w strzałach. Ojciec jest wysokim. jeśli idzie o statki. że spodziewa się nieszczęścia z powodu tych szczurów. po czym wchodzi sam. «Crdy szczury opuszczają statek. Jest zdenerwowany. w sztywnym kołnierzyku.. że jest mi to obojętne. Chciał coś o tym powiedzieć przy stole. odsuwa się na bok. Notując.Nocny stróż w hotelu. którą zaniepokoił się już ogół.powiedziała czarna mysz.upewnił z pośpiechem.to znaleźć spokój wewnętrzny.. powiedziałem: «A1p tp dflmn -jest wszędzie. podając pewne szczegóły. Żeby go pocieszyć.Właśnie .Wasz ojciec ma rację . To on mówił mi o pierwszych wypadkach tej zdumiewającej gorączki. Zachorowała na nią jedna z hotelowych pokojówek. . zazwyczaj bardzo różnorodna. jeśli idzie o miasta. Dwa pudle utkwiły nosy w kluskach i sowa podziękowała nic nie mówiącym skinieniem głowy. Wmieszała się do tego gazeta. że to możliwe.» Odpowiedziałem mu. Zrozumiał mnie doskonale. Środek czaszki ma łysy. przepuszcza swoją żanę. ale że nigdy nie sprawdzono tego. . jest teraz cała poświęcona kampanii przeciw zarządowi miejskiemu: «Czy nasi ojcowie miasta pomyśleli o tym. którą ludzie zaczynają się niepokoić. która mnie interesuje . Ale nie byłby zdumiony. o tej nieznane j-gorączce. .Teraz u nas Jest tak wszędzie. recytuje uprzejme złośliwości pod adresem swej połowicy i wygłasza zdania o charakterze ostatecznym do swych potomków.» .Nie mówi się o szczurach przy sto^e.. Nie wie. aż żona zajmie miejsce. . że to prawda.Ach. gdyby zdarzyło się trzęsienie ziemi. pan jest fatalistą jak ja.odparł. Zapytałem. O to właśnie chodziło. chudym mężczyzną ubranym na czarno. a tuż za nim chłopczyk i dziewczynka. Przyznałem. który jest człowiekiem zasługującym na wiarę. drobną jak czarna mysz. zresztą nie jestem fatalistą. .Ale to na pewno nie jest zaraźliwe .to wydaje mu się niepojęte. Dziś chłopiec był poruszony historią ze szczurami.Jedyna rzecz. Tarrou dodaje. Małe. . okrągłe i ostre oczy. cienki nos i wąskie usta nadają mu wygląd dobrze wychowanej sowy. Kronika miejscowa. . . jakiego nieszczęścia należy jego zdaniem oczekiwać.. powiedział mi.") Począwszy od tej chwili notatki Tarrou zaczynają napomykać. iż można przytoczyć ze dwa28 naście wypadków gorączki.odparłem . Proszę na przyszłość nie wymawiać tego słowa. Powiedziałem mu ^to. Mimo tego pięknego przykładu w mieście mówi się dużo o tej historii ze szczurami. jak niebezpieczne mogą się stać gnijące trupy tych gryzoni?^ Dyrektor hotelu nie może mówić o niczym innym. czy mnie to niepokoi. ubrani jak tresowane psy. Zjawia się zawsze pierwszy w drzwiach restauracji. Jednakże jego przekonanie jest niezachwiane. siada i dwa pudle mogą się wreszcie usadowić na swych krzesłach. Przy stole czeka. Szczury w windzie dystyngowanego hotelu . Do hotelowej restauracji przychodzi bardzo interesująca rodzina. Nie twierdziłem nigdy nic podobnego. Nicole jest w najwyższym stopniu anty--rczna! 27 Dziewczynka jest bliska płaczu. zapytał. Powiedziałem mu. Filipie. Nie mówi «ty» do żony i dzieci.

zostawiając drzwi otwarte. co mógł zrobić. pogoda się popsuła. Duży i regularny nos.powiedział Richard. Nawet morze straciło swój głęboki błękit i pod mglistym niebem nabierało połysku srebra czy żelaza raniącego oko. . że "nie jest upoważniony". . Oczy ciemne i lojalne. kiedy prowadzono rozmowy. Wygląda trochę na sycylijskiego chłopa ze swoją opaloną skórą." Zdaniem Granda Cottard . Ale to wrażenie wydało mu się nierozsądne. panowało ponure odrętwienie. Mocne ramiona. Ale przez ten czas. by zapytać go o te gorączki pachwinowe. Wygląda na człowieka zorientowanego w sytuacji") Dane Tarrou były dokładne. które go osaczały. Gdy przyszedł. sekretarza syndykatu lekarzy w Oranie. Nazajutrz po śmierci dozorcy wielkie mgły pokryły niebo. Urzędnik me-rostwa mieszkał w dwóch pokoikach -umeblowanych bardzo skąpo. jest on dość wierny: ^"Wygląda na trzydzieści pięć lat. Przypisywał je zdenerwowaniu i troskom. Była tam półka z białego drzewa z dwoma czy trzema słownikami i czarna tablica. że uporządkowanie myśli jest rzeczą nie cierpiącą zwłoki.Dwóch zmarłych. ale w tym cieple dojrzewała gorączka. Tego ostatniego zostawiłem rano ze wszelkimi oznakami rekonwalescencji.to zdrowo dla oskrzeli. Richard uznał jednak. zbudowanym na kształt ślimaka na płaskowzgórzu i ledwo otwartym na morze. Tylko stary pacjent doktora Rieux tryumfował nad swą astmą i cieszył się tą pogodą.Nic nie rozumiem . ale objawy są niepokojące. ale szczęki wystające. Krótkie i gwałtowne deszcze spadły na miasto. A zresztą.Niech mnie pan uprzedzi.rzekł Rieux. ~) O ile narrator potrafi ocenić. zatelefonował do Richarda. Wśród długich. i uznał.Trzeba by zarządzeń prefektury. Usta łukowate.Jako materiał dowodowy może tu wreszcie posłużyć portret doktora Rieux skreślony przez Tarrou. Niemal wszystkie były śmiertelne. Grand czekał na podeście. w tramwajach o brudnożół-tym kolorze człowiek czuł się więźniem nieba. o izolację nowych chorych.rzekł Richard. Twarz niemal kwadratowa. Przypiekało rzeczywiście. Jest roztargniony przy kierownicy swego auta i często zostawia strzałki kierunkowe uniesione. .mówił . przynajmniej takie wrażenie prześladowało Rieux owego ranka. Chodzi szybko. Całe miasto miało gorączkę. dział. gdzie miał być obecny przy dochodzeniu w sprawie samobójczego zamachu Cottarda. ale najczęściej na przeciwległy chodnik lekko wskakuje. . Zatelefonował jeszcze do kilku lekarzy. Zawsze z gołą głową. . wargi pełne i niemal zawsze zaciśnięte.. W mieście. na której można było jeszcze odczytać na wpół starte słowa: "Kwitnące aleje. jeden w czterdzieści osiem godzin. Średniego wzro-|j^ stu. nawet już po zakręcie. Poprosił wówczas Richarda. komisarza jeszcze nie było. Zstępuje z chodnika nie zmieniając kroku. czarnym włosem i ubraniami zawsze w ciemnych kolorach. Doktor Rieux coś wie. . jeśli będą inne wypadki .Nic nie poradzę . pomiędzy ulicami o zakurzonych szybach wystawowych. Czarne włosy obcięte bardzo krótko. z czego pan wnosi. otynkowanych ścian. Przeprowadzony w ten sposób wywiad dał dwadzieścia podobnych wypadków w ciągu kilku dni.Przypieka . drugi w trzy dni. Wszystko. w których jest mu jednak dobrze. to porozmawiać z prefektem. Skwar lata wydawał się lżejszy od wilgotnego ciepła tej wiosny. kiedy udawał się na ulicę Faidherbe. postanowili pójść wpierw do jego mieszkania. ciepło niosące burzę nastąpiło po tych nagłych ulewach. że istnieje niebezpieczeństwo zarażenia? 29 . Gdy trupa dozorcy odizolowano.Nie wnoszę z niczego.

że chce przypomnieć sobie trochę łacinę. Ich stosunki ograniczały się długo do kilku ukłonów na schodach. Ale chory zawołał go znowu i gdy Rieux znalazł się przy łóżku.Rozmawiałem z nim tylko dwa razy. ale wszedł komisarz w towarzystwie sekretarza. Tłumaczył się mówiąc. Przed kilku dniami niosłem do domu pudełko z kredą. Tymczasem komisarz chciał zobaczyć chorego.30 dobrze spędził noc. Tymczasem opowiadał doktorowi. która zmienia się według deklinacji i koniugacji. siedział wyprostowany na łóżku i spoglądał ku drzwiom z wyrazem lęku. Cottard. Wypisywał łacińskie słowa na tablicy. Rieux zapytał. że to pożyteczne dla lepszego poznania sensu francuskich słów. Zgodzono się w końcu na "kłopoty natury osobistej". pełen zapisanych arkuszy.Wydało mi się dziwne. że chciał jakby zacząć rozmowę. Grand wyjaśnił mu wówczas. że posłuży się nią dla swych celów. chciał wpierw przesłuchać Granda.. w każdym razie okazał zainteresowanie i poprosił ranie o czerwoną kredę. Doktor zauważył.Ja także za nią nie przepadam. Powiedziałem. Wydawało się.rzekł Rieux .i poprosił o zapałki. by odpowiedzieć szybko i jak należy na ich pytania. Rieux okazał zniecierpliwienie. czy Cottard nie wydał mu się dziwny. . Cottard jest dziwnym człowiekiem. Była tam czerwona i niebieska kreda. że to nie zda się na nic i że nie lubi policji. Ale ja właśnie pracowałem. wziął go za ręce: . że nie zna dobrze Cottarda. a czerwoną tę część.. ubrany tylko w szarawą piżamę. Komisarz zapytał.Praca osobista.Tak . ale w końcu. Komisarz zapytał urzędnika. . Cottard odparł jednak. że może je zatrzymać. i skończyć z tym na dobre. gdy przemierzał pokój wzdłuż i wszerz. . W tej chwili Cottard wyszedł na podest i pomógł pozbierać mi wszystko. że należy wpierw przygotować Cottarda do tej wizyty. Rozmawiali o przyczynach samobójstwa i Grand okazał pewną drobiazgowość w wyborze terminu. Grand odwrócił się w stronę Rieux i dodał z zakłopotaną miną: .. ale przypuszcza. czy nic w zachowaniu 31 Cottarda nie pozwalałem przewidzieć tego.ale niech się pan tym nie przejmuje. Potem zapewnił. Niebieską kredą tę część słowa. Zapytał.Tak . że między sąsiadami. że Grand mówiąc o Cottardzie nazywał go stale "desperatem". że Grand jest zmęczony i zdenerwowany. Ale Rieux uważał. Ale obudził się rano z bólem głowy i nie reagował na nic. . co nazywał [". otwierając i zamykając wielki skoroszyt leżący na stole..gegodecyz^ --.. Chodzi o to. Gdy wszedł do pokoju. W pewnej chwiE'TiżyT lrówet*okYeślenIa^.Nie wiem.Zapukał do mnie wczoraj . jaki był temat drugiej rozmowy. Cottard zamilkł i doktor zwrócił się ku drzwiom.To policja. które wypadło mi z ręki na podeście. .zapewniano mnie. że ma on trochę pieniędzy.rzekł Grand . która się nie zmienia. co? . Jego wiadomości zatarły się od czasów licealnych. po co mi kreda różnych kolorów. Nie mogłem oczywiście odgadnąć. . czy Cottard dobrze zrozumiał.powiedział do doktora . Byłem nieco zaskoczony. Dałem mu pudełko. że zwróci mi pudełko.fa-talna decyzja". Kilka formalności i będzie pan miał spokój.

przede wszystkim żadnej paniki. Dzienniki zaś zajmują się 3 . kolego. Prefektura i zarząd miejski zaczęły Jednak zadawać sobie pytania. że nie wie. że "kłopoty natury osobistej to bardzo dobrze". a poza tym on jest tu po to. i Rieux odparł. A poza tym.. który się powiesił.Pan wie oczywiście. Rieux zastanawiał się. prawda. po czym zapewnił go. . Cóż.Zwracam panu uwagę .spytał. którzy zajmowali 'ślę tą szczególną chorobą. 7° ^^-dzi o prawdziwą epidemię. Ale komuś przyszło ^ myśl zrobić rachunek. co to jest. Dopóki każdy lekarz znał tylko dwa albo trzy wypadki. że rzeczy tego rodzaju nie wchodzą nigdy w rachubę. a ludzie w domu. że nie i że pragnie jedynie. wszyscy wiedzą. by go zostawiono w spokoju.orzekł komisarz.Czekam na wynik analiz. tak gadatliwa podczas historii ze szczurami. Wróciwszy do domu Rieux zatelefonował do składu produktów farmaceutycznych departamentu. Wieczorem na przedmieściu sąsiad starego pacjenta przyciskał ręce do pachwin i wymiotował wśród majaczeń. nie^mowila teraz am'słowa. Część życia spędziłem w Chinach i przed dwudziestu laty widziałem kilka wypadków w Paryżu. .mamy co innego na głowie. nikt nie drgnął.westchnął komisarz wychodząc . doktorze? Rieux patrzył na niego przez chwilę. Rachunek był niepokojący. odkąd mówi się o tej gorączce. Jeden z nich zaczął ropieć i wkrótce otworzył się jak zgniły owoc. Tamten jak gdyby doznał ulgi i Rieux poprosił komisarza. pan wie równie dobrze jak ja. I nie trzeba mi analiz. czy może podać motywy swego czynu. czy ma zamiar ponowić pió-bę samobójstwa. Dwa cięcia nożykiem chirurgicznym na krzyż i gruczoły wyrzucały papkę zmieszaną z krwią. gruczoł przestawał ropieć. Przez okno gabinetu patrzył na kamienne ramię skały zamykające się daleko nad zatoką. Tak. ((Należało otwierać wrzody. miało posępny blask. A już wzywano go gdzie indziej do takich samych wypadków. jak mawiał pewien kolega: "To niemożliwe. by udać się do niego. Zapytał doktora. Cottard ożywiając się odrzekł. Plamy zjawiały się na brzuchu i na nogach. |W ciągu -kilku zaledwie dni wypadki śmiertelne rozmnożyły się." Tak.. to jasne.Ja wiem. co to jest? . stało się jasne. Tylko że wówczas nikt nie ważył się nazywać ich po imieniu. Ale na znak Rieux poprzestał na tym. Szczury umierają bowiem ma ulicy. Wszystko kleiło się coraz bardziej do rąk.. i dla tych. Komisarz nalegał na Cottarda. . wszyscy wiedzieli prócz zmarłych..Nie można tknąć chorego człowieka. Tę chwilę wybrał {Caste]^ znacznie starszy kolega doktora Rieux.Może pan być pewien . by powiedział. potem nabrzmiewał znowu.. . w miarę jak upływał dzień. Niebo. W jego notatkach zawodowych pod tą datą znajduje się tylko uwaga: "odpowiedź odmowna".Dżunaa 33 tylko ulicą. 32 Przeczytano Cottardowi zeznania Granda i zapytano go. Gruczoły miał znacznie większe niż dozorca. jak jego lęk rośnie z każdą wizytą.że na razie pan zakłóca spokój in* nych. Nie patrząc na komisarza odparł tylko. że znikła z Zachodu. Najczęściej chory umierał w straszliwym smrodzie^) Prasa. . . to na pewno była pogoda. choć błękitne. który łagodniał w miarę zbliżania się popołudnia. Opinia publiczna jest święta: żadnej paniki. czy to sprawa poważna. by opiekować się swoim pacjentem. Chorzy krwawili roz-krzyżowani. i Rieux czuł.rzekł komisarz zirytowanym tonem .To pogoda i tyle . .

Przynajmniej można by umieścić znane twarze w tym anonimowym stosie. . który był na wojnie. . . Patrząc przez okno na miasto. Ale 'co to znaczy sto milionów zmarłych? Człowiek.Ia przyszłość. zauważono bv to. zaprowadzić ich na plac miejski i zabić na kupie . i raycleli. przenoszenie sl^ z zr-rójsca na ml-siscs i dyskusje? Uważali się za wolnych. Kiedy wybucha wojna. ludzie uowiadaj ą: "To nie potrwa długo. Doktor przypominał sobie dżumę w Konstantynopolu. jak długo będ. Dziesięć tysięcy zmarłych to pięć razy tyle co publiczność wielkiego kina. że wr"?. że garstka rozproszonych chorych umarła bez uprzedzenia na dżumę.Tak . tylko tyle.powiedział . . planowali podróże i nre7! poglądy.Tak. Nasi współcbv(vatele nie ponosili większej winy niż inni. co zakłada.to niemal niewiarygodne. które się nie zmieniło. Ale. który nazywa się niepokojem. ale to nie przeszkadza jej trwać. Oto co należałoby zrobić: zebrać ludzi przy wyjściu z pięciu kin. które pozostawia Bernarda Rieux za oknem jego gabinetu. przed dwudziestu blisko laty.żeby co nieco zrozumieć. wiec powi'ada'się ". kiedy się na n'as walą.obie. Zaraza nie jest na mTarę--człowieka.ystko jest jerzcze dla nich możliwe. kiedy człowiek jest lekarzem. Jak mogli myśleć o dżunre. niebezpieczeństwo było dla niego wciąż nierzeczywiste. doktor ledwie czuł. Na świecie było tyle dżum co wojen. gdy doktor Rieux przyznał w obecności swego przyjaciela. Mimo to dżumy i wojny zastają ludzi zawsze tak samo zaskoczonych^ Doktor Rieux był zaskoczony podobnie jak nasi współobywatele i tak należy rozumieć jego wahania. że to dżuma. niech wolno będzie narratorowi usprawiedliwić niepewność i zdumienie doktora. Po s* 35 prostu.rzekł stary doktor. z pewnymi odchyleniami była reakcją większości naszych współobywateli. skoro jego reakcja. że tym razem nie będzie to poważniejsze niż wówczas. byli-Jlumanistami: nie wierzyli w zrr^. 34 Słowo "dżuma" zostało wypowiedziane po raz pierwszy. Nasi współobywatele byli pod tym względem tacy sami jak wszyscy. że trzydzieści wielkich dżum. Próbował zebrać w myśli wszystko. co wiedział o tej chorobie. dało blisko sto milionów zmarłych.Pan wie. A ponieważ martwy człowiek nie liczy się. który minie. Tak też należy rozumieć jego rozdwojenie pomiędzy niepokojem i ufnością. Ale zdaje się. myśleli o sobie. Ale nie zawsze ów sen mija. gdyby człowiek nie myślał stale o sobie. to zły sen. W tym punkcie opowiadania. które znała historia. Cyfry skakały w pamięci i powiadał sobie. Castel wstał i skierował się ku drzwiom. że zaraza jest nierzeczywista. sto milionów trupów rozsianych na przestrzeni historii to tylko dym w wyobraźni. ma pojęcie o cierpieniu i nieco więcej wyobraźni. ale z trudem się w nie wierzy. i nikt rde będzie wolny. ponieważ nie byli dość ostrożni. która przekreśl-. istniały zarpzy." I oczywiście.y. że zarazy są niemożliwe. co to jest jeden zmarły.Dobrze. chyba że widziano go martwym. I niech pan nie zapomina: jeszcze w Paryżu. .. która według Prokopa zabrała dziesięć tysięcy ofiar jednego dnia. co nam odpowiedzą . .Cóż to znaczy zniknąć? . Ale to doprawdy niewiarygodne. ^Zarazy są w istocie oprawą zwyczajną. jak rodzi się w nim ów lekki wstręt do przyszłości. inaczej mówiąc.odparł Rieux wzruszając ramionami. wojna jest na pewno zbyt głupia.fWadal robili interesy. Miejmy nadzieję. zapominali o skromności. I nawet po tym. a humaniści przede wszysU im. ledwo wie. i o<" złego snu do 7 łęg o snu to ludzie mijają. to zbyt głupie.Dżuma zniknęła od lat z krajów o umiarkowanej temperaturze. Głupota upiera się zawsze.".

zdanie. odrętwienie i wyczerpanie. maja-. które rozbrzmiewało jeszcze w pokoju: dżuma. czterdzieści tysięcy szczurów zginęło od dżumy. wszystko pójdzie dobrze. Można było sobie wyobrazić stosy zabarwione czerwienią nad wodą spokojną i ciemną. że w tej samej chwili zaraza ciskała i obalała swe ofiary na ziemię. a nie należało tego robić. by złożyć tych.Puls staje się nitkowaty. brzęczącym raczej niż hałaśliwym. dymienice. wygnać wreszcie bezużyteczne cienie i przedsięwziąć odpowiednie środki. budowę wielkiego muru w Prowansji. Tylko morze u końca zamglonej szachownicy domów potwierdzało to wszystko. I doktor Rieux patrząc na zatokę myślał o tych stosach. Ale cóż.. brudne usta. że ludzie tacy jak Prokop nie umieli Uczyć. co niepokojące i co nigdy nie zna na świecie spoczynku. ale długi ciąg niezwykłych obrazów. co powinno być rozpoznane. krótko mówiąc.. straszliwe pragnienie. z drugiej słowo. zan^m zaraza zainteresowała się ludźmi. że słowo . Słowo nie zawierało tylko tego. przed siedemdziesięciu laty. i dnie wypełnione wszędzie i zawsze nie kończącym się krzykiem ludzi. Ale to szaleństwo nie ostawało się wobec rozsądku. ale brakło miejsca i żywi bili się pochodniami. i ludzie w trzech czwartych. których kochali. by zrobić teti niedostrzegalny ruch. nieznaczny ruch chorego poprzedza śmierc. wilgotne i gnijące łóżka przyklejone do ubitej ziemi w konstantynopolskim szpitalu. który miał zatrzymać wściekły wiatr dżumy. który przyspieszał wszystko. Z jednej strony szyby świeże niebo wiosenne. by zabić spokój tego dnia. o których mówi Lukrecjusz i które Ateńczycy dotknięci chorobą zbudowali na brzegu morza. To prawda. czerwone oczy. które nie zgadzały się z tym żółtym i szarym miastem.j Tak. czterdzieści tysięcy szczurów ułożonych jeden na drugim to byłoby. ponieważ dżumy nie można sobie wyobrazić albo wyobraża się ją sobie fałszywie. karnawał lekarzy w maskach podczas Czarnej Dżumy. Jednakże jeśli szczur ma trzydzieści centymetrów długości. W Kantonie. mogła się przecież zatrzymać. Doktor wciąż spoglądał w okno. Popuszczał cugli fantazji. bóle głowy. liczba była dokładna.rzecz prosta. spółkowanie żywych na cmentarzach Mediolanu. w miarę ożywionym o tej godzinie. wózki z trupami w przerażonym Londynie i noce. ów spokój. Kilka wypadków to jeszcze nie epidemia i wystarczy przedsięwziąć środki ostrożności. W . Po tym wszystkim pewne zdanie wracało doktorowi Rieux na pamięć.czenia. miasta chińskie pełne konających w milczeniu. galerników marsylskich układających stosami w dołach ociekające ciała. Ale doktor się niecierpliwił. to wszystko nie miało jeszcze dość siły. je--śli można być szczęśliwym i posępnym zarazem.. Ateny zadżumione i opuszczone przez ptaki. tak łagodny i tak obojętny. niemal bez wysiłku przekreślał stare wizerunki zarazy. Nie.dżuma" zostało wypowiedziane. które w jego podręczniku kończyło właśnie wyliczenie objawów: (. Nocą znosili tam zmarłych. Trzeba trzymać się tego. chorych wyciąganych hakami.. okazywali się dość niecierpliwi. Z drugiej strony szyby dzwonek niewidzialnego tramwaju zabrzmiał nagle i odepchnął w jednej chwili okrucieństwo i ból. woleli bowiem walczyć krwawo niż porzucić swe trupy. Jeśli się zatrzyma. hurtem. tego niepodobna zrobić. Należało więc jasno rozpoznać to... po tym wszystkim było się zawieszonym na nitce. miastem szczęśliwym. co nauka chciała w nim zamknąć. Poza tym dżuma się zatrzyma.. Jafę i jej ohydnych żebraków. plamy na ciele. a to jest najbardziej prawdopodobne. wewnętrzne rozćwiartowanie 36 i po tym wszystkim. a poza tym. cc się wie. z oczywistymi ^możliwościami błędu. Można było się obawiać. kto zna dziesięć tysięcy twarzy? Zresztą wiadomo. to prawda. bitwę pochodni w nocy trzeszczącej od iskier i szerokie zatrute opary unoszące się ku czujnemu niebu. Ale w 1871 n1'e sposób było zliczyć szczury Rachowano w przybliżeniu.

ale muszę wsiąść do tramwaju.może trzeba zdecydować się i nazwać tę chorobę po imieniu. W kilka sekund potem lampy zapalając się nad ulicami zaciemniły całe niebo i hałas rozmów jak gdyby podniósł się o ton. że chciałby się z nim zobaczyć. . Oto pewność: w codziennej pracy.To nie takie proste. jak "czarodziejska pogoda" czy "feeryczne oświetlenie". Reszta wisi na włosku. Urzędnik wymachiwał arkuszem papieru. . zaproponował Cottardowi. pracuję bowiem od lat. Nasz ulotny zmierzch cofał się już przed nocą i pierwsze gwiazdy ukazały się na jasnym jeszcze horyzoncie. muszę iść do laboratorium. Doktor otworzył okno i hałas miasta wtargnął tu nagleń Z sąsiedniego warsztatu dochodził krótki i powtarzający się świst mechanicznej piły. Rieux zrozumiał niejasno. zależy od nieznacznych ruchów. ale . Ale urzędnik już ich zostawił i eeedł drobnym.." Rieux zauważył już.rzekł . czy pracuje dla merostwa. 39 . kiedy oznajmiono mu. .O .Cóż . doktorze . Choć w pewnym sensie nie widać wielkich postępów. Uprzej38 my z natury. szybkim krokiem bulwarem de la Mamę w górę. pod fikusami. żeby poprosić go o radę.to prawda. Doktor zobaczył.mówił Grand idąc za doktorem po schodach .oznajmił.Przepraszam pana . Doktor Rieux rozmyślał o tym właśnie.należy nazywać rzeczy po imieniu. co to jest dżuma i czy nie ma sposobu przygotować się wpierw. panowie. nie można zatrzymywać się nad tym. Ulice zaczynały zapełniać się ludźmi. że Grand. by przyszedł w godzinach przyjęć. zresztą to panu niepotrzebne. że nie.Jedenastu zmarłych w czterdzieści osiem godzin. wsadzając okrągły kapelusz na wielkie uszy. Rieux zapytał Granda. . Ale Rieux patrzył na arkusz statystyczny. miał manię przytaczania powiedzeń ze swych stron rodzinnych. jakich stał się przyczyną. Jak powiadają w moich stronach: "Nie trzeba nigdy odkładać do jutra. Grand odparł. . Rieux. ^e przyszedł Joseph Grand.powiedział Rieux.uśmiechnął się urzędnik. Ale chodźmy.Siłą rzeczy. że chodzi o coś osobistego. by pokonać ją później. urodzony w Mon-telimar. żeby coś powiedzieć .Ach . który obmacywał w kieszeni arkusz statystyczny. pracuje dla siebie. tak . zgodził się zanieść doktorowi Rieux kopię wyników.Cyfry idą w górę. Rieux przywitał się z Cottardem i zapytał go.Nie mogę panu powiedzieć. . że Cottard pragnął podziękować doktorowi i przeprosić go za kłopoty. Moje wieczory są święte. jak się miewa. że Grand wchodzi ze swym sąsiadem Cottardem. . Tak więc polecono mu zrobić rachunek zgonów.Tak. Nie można go wyciągnąć z mieszkania po kolacji.Ale o co chodzi? . po czym dorzucał banalne zwroty pochodzące znikąd. Najważniejsze to dobrze wykonywać swój zawód. U wejścia do laboratorium Cottard powiedział doktorowi.. Grand wyjaśnił.przeciwnym razie stanie się wiadome. od czasu do czasu zatrudniano go w biurze statystycznym jako kontraktowego pracownika.rzekł doktor zatrzymując się. Dotychczas dreptaliśmy w miejscu. Rieux otrząsnął się.rzekł Grand na rogu placu d'Armes . Ale jakie jest to imię? . Choć Grand był urzędnikiem merostwa i miał tam najrozmaitsze zajęcia.rzekł Cottard .i praca posuwa się naprzód? .Widzi pan . . Grand wyjąkał coś. Skierowali się w stronę placu d'Armes. Cottard wciąż milczał. .

Jeśli dodać do tego portretu krok seminarzysty. zresztą urzędnik nie przypominał sobie dokładnie. jak brzmiała poczyniona mu obietnica. które obmyślał. niezbyt godzący się ze skromnymi funkcjami. a jeśli nie był ich pewien. Jeśli mu wierzyć. że będzie w jego dzielnicy pojutrze i zajdzie do niego późnym popołudniem. Ta osobliwość określała najlepiej naszego współobywatela. na jakiego wyglądał. który unosił przede 40 wszystkim górną wargę. Wreszcie. Pożegnawszy się z Cottardem doktor spostrzegł się. nadzieję na szybkie uzyskanie "tytułu". że będą się nosić dłużej. Zapewniano go. Tak też polecił napisać na arkuszach zatrudnienia w rubryce . lub poczynieniu kroków. który go przyjął. że nie można go było wyobrazić sobie gdzie indziej niż przy biurku. że nikomu nie przyszło to na myśl. pływał w ubraniach. Jeśli przyjął ofertę. w złudzeniu. po uzyskaniu magisterium. Uskarżał się na to doktorowi Rieux.kwalifikacje". to dla godziwych powodów. które mogłoby nasunąć myśl. z wierności dla ideah. zdawało się jednak. trzeba przyznać. jak upewniał z melancholijnym uśmiechem. Na pierwszy rzut oka Joseph Grand był rzeczywiście tylko skromnym urzędnikiem merostwa. szef 41 biura. które kupował zawsze zbyt wielkie. Ale po pierwsze. że potem nie ominie go posada sekretarza. mimo pewnych podwyżek. robiono mu. Na pewno nie ambicja kierowała postępowaniem Jo-sepha Granda. by przez pewien czas dawał dowody swych kompetencji w delikatnych sprawach. jak powiadał. i jeśli można tak powiedzieć. Chodziło tylko o to. którego nie był pewien. Mógł w istocie dochodzić swych praw. Wciąż myśląc o tym doktor doszedł do wniosku. a więc i możność oddania się bez wyrzutów ulubionym zajęciom. Dzięki temu uśmiech. W tym właśnie jest oryginalność Granda lub przynajmniej jedna z jej oznak. która na pewno nie będzie poważna. który w takich razach zostaje oszczędzony. jak . że urzędnik ma minę nieco tajemniczą. Perspektywa życia zabezpieczonego uczciwym sposobem. gdy pilnie sprawdza opłaty za natryski miejskie czy zbiera dla młodego sekretarza dane do raportu dotyczącego nowego podatku za wywóz śmieci.rozmyślił się i powiedział. ale za to stracił zęby górnej szczęki. Długi i chudy. sztukę przemykania się pod ścianami i prześlizgiwania przez drzwi. szczególnie trudno mu było użyć słowa "prawo". Joseph Grand nie znajdował odpowiednich słów. i słowa "obietnica". Zachował jeszcze większość zębów w dolnych dziąsłach. jakie nastręczał zarząd naszym miastem. była wciąż śmiesznie mała. ale koniecznych funkcji urzędnika miejskiego bez etatu za sześćdziesiąt dwa franki trzydzieści su dziennie. jakie wypełniał. że myśli o Grandzie. nie mogąc kontynuować studiów z braku pieniędzy zgodził się na tę posadę. nie tej jednak. co pozwoliłoby mu żyć swobodnie. zapach piwnicy i dymu oraz skromną minę. jak mógł to zauważyć Rieux. jakich wymagały okoliczności. jakie mu dano. i przybrałoby na skutek tego odcień zuchwalstwa. Kiedy przed dwudziestu laty. ale jednej z wielkich dżum historycznych. pogrążał jego usta w cieniu. Z drugiej strony. bardzo mu się uśmiechała." Pamiętał z lektury. że 4żuma oszczędza ludzi o słabej konstytucji i zabija przede wszystkim ludzi mocnych.L Przez długie lata trwał ten prowizoryczny stan rzeczy. Ona to stawała wciąż na przeszkodzie napisaniu zażalenia. to przynajmniej skorzystać z przyrzeczenia. że żąda rzeczy należnej. Nawet dla nieuprzedzonego umysłu zdawał się być człowiekiem urodzonym do wypełniania skromnych. Wyobrażał go sobie podczas dżumy.. zmarł dawno. "To ten rodzaj człowieka. nie chciał używać słów takich. życie podrożało niezmiernie i pensja Granda. co najważniejsze.

uwolnił go w końcu od wszelkich trosk tego rodzaju. czy nie. że zwołano w prefekturze komisję sanitarną.? naprawdę rozgościć śle v mieście. stwierdził w praktyce. jeśli pan chce.Chodzi o to . zabrał ze sobą Castela.odparł Rieux.Mam nadzieję.Czy mam zreferować sytuację? Richard uważał. uważał bowiem. .. do czego człowiek nie śmie się przyznać w naszych czasach. Nadal szukał odpowiednich słów. który rozbrzmiewa łagodnie około piątej po południu. . skoro wystarczyło przystosować potrzeby do dochodów. . że życie Granda było w pewnym sensie wzorowe.^'mr nie ma przyszłości wśród naszych współobywateli. które uznano za niestosowne.powiedział Castel . Inni jakby zawahali się. budziło w nim smutek. Trzeba sprowadzić serum z Paryża. że wspomnienie rodziców. Powtarzał to Rieux za każdym razem.Poza tym gadanie wyolbrzymia wszystko. .powiedział. Nie mógł sobie wyobrazić miejsca dla tych manii podr^a^ dwmy i wywodził stąd. którzy zawsze mają odwagę dobrych uczuć. gdzie trafiają się pl^orcai urzędnicy oddani czcigodnym maniom.Zróbmy to szybko. Nie wahał się powiedzieć.Telegraf cwałem JUŻ .. "wdzięczność".by wiedzieć. dokąd udał się wreszcie. że to nie potrwa długo? . ale po cichu. Przyznawał. Prefekt powiedział mi: . by wiedzieć. wciąż wnosząc z tego. że to niepotrzebne. zmarłych. co Grand chciał powiedzieć: na pewno pisał książkę albo coś w tym rodzaju. nie umiejąc znaleźć właściwego słowa. Telefonowałem do składu. że kocha swoich siostrzeńców 42 i siostrę. że kolidują z jego godnością osobistą. wielkiego przemysłowca naszego miasta. Dyrektor jakby spadł z nieba. Prefekt był uprzejmy. nadal pełnił swe ciche funkcje aż do późnego dość wieku. Bernard Rieux. kiedy był jeszcze bardzo młody. . najbłahsze słowo przysparzało mu tysiące kłopotów.Zaczynajmy.To prawda. ŻP praktyon^ ^. Zresztą. ale zdenerwowany. czy jest to dżuma. . żeby dżuma mógł.Czy pan wie . które dźwigało na sobie cały ciężar rozumowania). jaki prowadził Joseph Grand. W ten sposób przyznawał rację jednemu z ulubionych powiedzeń mera. który utrzymywał z przekonaniem.przyznał Richard. t Można by powiedzieć. i Kilku lekarzy krzyknęło. jadąc do prefektury. że ludność się niepokoi . ale nie mógł uwierzyć. Nazajutrz dzięki naleganiom.. "uprzejmie prosić".'(Wiedział. Rieux dopiął tego. Tego wieczora doktor. że nade wszystko lubi pewien dzwon w swej dzielnicy.Wiem. Prefekt podskoczył i zwrócił się machinalnie ku . panowie .Ach.powiedział brutalnie stary Castel . Ale gdy chciał wyrazić te uczucia. tak przecież proste.że departament nie ma serum? . isr myśl pocieszała Rieux. że w końcu (kładł nacisk na to słowo.. zrozumiał nagle. których miał i których co dwa lata odwiedzał we Francji. W każdym razie na wpół ascetyczny tryb życia." W końcu ta trudność stała się jego największą troską. Lekarze znają sytuację. Tak więc nasz współobywatel.Chciałbym nauczyć się wypowiadać. Jego nieliczne zwierzenia świadczyły o "dobroci i przywiązaniu. że to grupie. Należał do ludzi." Jest zresztą przekonany. co mówił doktorowi Rieux. że to fałszywy alarm. jakie środki należy przedsięwziąć. patrząc na odchodzącego urzędnika. że w każdym razie byt miał zapewniony. gdy go spotkał. równie rzadkich w naszym mieście jak gdzie indziej.mówił. . Chodzi tylko o to. by ktoś umarł z głodu. że w końcu nie widziano nigdy. Nawet w laboratorium. doktorze .łaskawość". jedynych krewnych. Nie wstydził się mówić. 43 . .

że pod tym względem pewność nie jest absolutna. że to dżuma. w przeciwnym bowiem razie uzyskalibyśmy rosnącą matematycznie nieskończoną i piorunujące wyludnienie. zapytano go o zdanie. czy pan ją nazwie dżumą. że jest to bakcyl dżumy. -'Kiedy mikrob . by rzecz tak potworna rozeszła się po korytarzach.rzekł prefekt . są zawsze niebezpieczne. a zatem dla ich spokoju zgadza się uznać. podniósł jasne oczy na Rieux. jeśli nie zatrzyma się sama. że nasz kolega wierzy w dżumę. Następnie Richard zreasumował.. czy nie dopuszczą. ^--'"" --""""""" . by nie dopuścić do zabicia połowy miasta. a zatem sprawa wymaga zastanowienia. Reszta należy do administracji i nasze ustawy przewidują właśnie. Nie chodzi o to. co . że jego zdaniem nie należy ulegać panice: chodzi o gorączkę z komplikacjami pachwinowymi. Prefekt poruszył się niespokojnie i oświadczył. 45 . 44 Richard podkreślił. czy febrą. .by wiedzieć. Richard wtrącił z pewną nerwowością: . aby to uczynić.Nie jest ważne . jakby chciał sprawdzić. Stary Castel. badania laboratoryjne wskazywałyby. . Wie.. że pewne specyficzne odmiany mikroba nie zgadzają się z opisem klasycznym..ć. Dla ścisłości należy jednak doda.Rzecz jasna. że w gruncie rzeczy ten wzgląd właśnie każe-się cofać jego kolegom. by zatrzymać tę chorobę. że zmusza do zastanowienia. przypominając. że to upoważnia do wahań i że należy poczekać przynajmniej na wynik serii analiz. .zauważył Rieux. by przedsięwziąć środki ostrożności. Ogniska infekcji rozszerzają się i rosną. nadać gruczołom krokowym objętość pomarańczy i konsystencję papki. trzeba orzec oficjalnie. iż wie bardzo dobrze.potrafi w trzy dni powiększyć czterokrotnie śledzionę.ale panowie muszą orzec oficjalnie. "Wskazuje na to jego opis objawów. że prefekt załatwia te sprawy. ale orzeczenie oficjalne zmuszałoby oczywiście do zastosowania bezlitosnych środków. . Potem spojrzał życzliwie na audytorium i zwrócił uwagę. ważne jest. sytuację. iż to nie jest dżuma. to wszystko. rozoeezętej przed kilku dniami. że nie należy niczego malować w zbyt czarnych kolorach. Richard oświadczył. należy zastosować surową profilaktykę przewidzianą w takich wypadkach. której towarzyszą Jednak dymienice i wymioty. że po to.Oczywiście. ale czy są konieczne.Niewątpliwie . że w każdym razie nie jest to dobry sposób rozumowania. co można powiedzieć. grozi śmiercią połowie miasta przed upływem dwóch miesięcy.drzwiom.tyloidalnym.epidemia i tak może zabić połowę miasta. jak i w życiu. Ponieważ Rieux milczał. Jeśli choroba. który żuł spokojnie swój pożółkły wąs.rzekł Castel .czy ten sposób rozumowania jest dobry.Jeśli tego nie uczynimy .rzekł Rieux po chwili milczenia . opisał to. skoro krewni chorych nie są dotychczas zakażeni. . nie upoważnia to bynajmniej do wahań. Richard był zdania. zresztą zaraźliwość nie została stwierdzona. rozpowszechniająca się w tym tempie.Nie w tym rzecz . jak mniemał.nalegał Rieux . by nie dopuścić do zabicia połowy miasta. Zastosowałem 'nacięcia dymienicT^mogfem ~więc rozpocząć analizy. zaraźliwość nigdy nie jest absolutna.Chodzi o gorączkę o charaklerze. by malować cokolwiek w zbyt czarnych kolorach. czy przewidziane w takich wypadkach środki są surowe. Chodzi tylko o to. nie zostanie zatrzymana. że nie opisał objawów. A zatem nie odgrywa wielkiej roli. że chodzi o epidemię dżumy. hipotezy w nauce. że chodzi o dżumę.Ale inni zmarli . -. Chodzi o to.rzekł Rieux . | Rieux odparł. .

nawet . odwróciła się w jego stronę.Taki jest również pański pogląd. że w gminie Oranu zanotowano kilka wypadków złośliwej gorączki. . że nie powinniśmy postępować tak. czystość i . Afisz wymieniał dalej zespół środków. Wstęp głosił. zarządzenie ograniczało się do zalecenia rodzinie. że epidemia zatrzyma się bez zastosowa--' nią ostrych środków profilaktycznych? Richard zawahał się i spojrzał na Rieitix. Lekarze naradzili się i Richard powiedział: . Poza tym rodziny powinny w trybie obowiązkowym zgłaszać wypadki zachorowań zgodnie z orzeczeniem lekarza^ i nie sprzeciwiać się izolacji chorych w specjalnych salach szpitala. ale w łagodnej formie. wyjąc straszliwie. . bo wówczas połowa miasta zginie.zapytał Richard..należy zastosować środki profilaktyczne wskazane w okresie dżumy. A widział dymienice.Źle pan stawia problem. W kilka chwil potem na przedmieściu. byleby nie niepokoić opinii publicznej. 47 Doktor Rieux odwrócił się gwałtownie od afisza i skierował w stronę swego gabinetu. Czy ^ pan Richard może wziąć na siebie odpowiedzialność .Jeśli trzeba koniecznie.rzekł Rieux. Z afiszy trudno "było" wywnioskować.Formuła jest mi obojętna . Co do reszty. gorączki z majaczeniem zabijające w czterdzieści osiem godzin. że to dżuma? . że jest zaraźliwa. prefekt wprowadza pewne srodkf'prewencyjne. że ludność potrafi zachować zimną. ponieważ prasa poprzestała na kilku aluzjach. kobieta z krwawiącymi pachwinami. Jeśli te środki zostaną zrozumiane i stosowane należycie.Niech mi pan powie szczerze. Joseph Grand. który na niego czekał. . W każdym razie trzeciego dnia Rieux mógł przeczytać niewielkie białe afisze. by mogły budzić rzeczywisty niepokój. Sformułowanie zostało gorąco przyjęte. potrafią zapobiec od razu wszelkiej groźbie epidemii.gdyby -to nie była dżuma.zachęcał osobników zapchlonych do stawienia się w przychodniach miejskich. to tak jest w istocie. by chorzy w najkrótszym czasie mogli powrócić do zdrowia. jeśli idzie o zaopatrzenie w wodę. . . To nie kwestia słownika. że obywatele z największą ofiarnością wesprą jego wysiłek. powodując się ostrożnością zrozumiałą dla wszystkich. i nie ulega wątpliwości. wśród których znajdowało się naukowe odszczurzanie za pomocą wstrzykiwania gazów toksycznych do kanałów i ścisła kontrola.\ widział. Prefekt nie wątpi zatem. Te wypadki nie są dość określone. by pozostawała pod kontrolą służby zdrowia.Powiedzmy tylko. . co pan myśli: czy jest pan pewien. o której nie można na razie powiedzieć. które prefektura poleciła rozkleić szybko w najskromniejszych zakątkach miasta. Pojawiła się nawet w dziennikach. Jak gdyby połowie miasta nie groziła śmierć. \ i zapewnić. żebym miał jakieś zdanie. że władze patrzą sytuacji w twarz^ZarządzeniąJC^Jbyły drakońskie i zdawało się. że poświęcono niejedno. Sale te zostały zresztą tak wyposażone.Musimy więc wziąć na siebie odpowiedzialność i postępować tak.rzekł prefekt . Afisz zalecał mieszkańcom największą. drogi kolego? . Niemniej. jak gdyby choroba była dżumą. Rieux wyszedł wśród ogólnego rozdrażnienia.' krew. gdzie czuć było fryturą i uryną.Pańskim zdaniem . V/ kilku punktach uzupełniających była mowa o obowiązkowej dezynfekcji pokoju chorego i środków transportowych. widząc go znów podniósł rękę do góry. plamy. to kwestia czasu. . 46 Nazajutrz po konferencji gorączka podskoczyła znowu.

wszędzie usiłował zdobyć sobie sympatię. .powtarzał. Chodziło o młodego urzędnika handlowego. .Ze wszystkimi.W jaki sposób? .Stał się uprzejmy. Dom. że zobaczy się z nim inoże wieczorem. cyfry rosną.Ma pan słuszność . Oficjalnie występował jako przedstawiciel firmy win i likierów.Ten łajdak trzyma z innymi .Tak . Grand zauważył szczególne względy personelu dla przedstawiciela win i zrozumiał ich przyczynę widząc. uważam bowiem.zauważył Grand . . gdy kupiec korzenny zachował się mniej uprzejmie. Nie mógł powiedzieć.To mu dobrze zrobi. zdaje mi się. wszystkich mieć po swojej stronie. że się zmienił. . . że ma ona swoje dobre strony. zaprasza. Pewnego razu. Na ulicy. który przypominartro-chę dzika. . Wśród ożywionej rozmowy sprzedawczyni opowiedziała o niedawnym aresztowaniu. Powiedziałem to Cottardowi. skromna restauracja i dość tajemnicze wypady to było całe życie Cottarda. kiedy szef lokalu odprowadził go i pomógł włożyć okrycie. jak wysokie dawał napiwki. ale widzi pan. Niekiedy szedł wieczorem do kina znajdującego się naprzeciw domu. Pewnego dnia. Przedstawiciel był zawsze samotny i nieufny»J Według Granda wszystko to się zmieniło. gdyż wybiera się do Cottarda. . jak to powiedzieć. zapew-' ne jego klientów. może zaświadczyć.rzekł Rieux .a ponadto w przyzwoitym towarzystwie.t(c) prawdziwa żmija. Rozmawia ze mną często.Ta sprzedawczyni .Co zaświadczyć? Cottard zawahał się. że Cottard chce sobie zjednać ludzi. które trzeba umieć dostrzec. który zabił Araba na plaży. .mówił . u sprzedawców.uczciwi ludzie mogliby odetchnąć. że nie jestem złym człowiekiem. że Cottard był nieuprzejmy. Nigdy tak łagodnie nie przemawiał do kupców korzennych ani z takim zainteresowaniem nie słuchał sprzedawczyni w sklepie tytoniowym. Cottard wrócił do domu nieprzytomnie-wściekły. że się mylę. . Od zamachu samobójczego Cottarda nikt nie odwiedzał..Nie był przedtem uprzejmy? Grand zawahał się. . że Cottard lubił oglądać filmy gangsterskie. żebyśmy wyszli razem. .Gdyby tę całą hołotę wpakowano do więzienia . W przeddzień dwunastu chorych umarło w mieście. Grand był nawet świadkiem ciekawej sceny w sklepie tytoniowym. Zaczął teraz tam bywać. głośnym w Algierze. Doktor powiedział do Granda. Zresztą usposobienia był nierównego.Z jakimi innymi? .rzekł Grand. Urzędnik zauważył nawet. Cottard był bardzo czuły na uprzejmości. jakimi darzono go w zamian. określenie nie byłoby właściwel(Był to człowiek zamknięty i cichy.No.wiem.Nie wiem. . Kilka razy wreszcie Cottard zaprowadził Granda do wytwornych restauracji i kawiarni w mieście.Te zacny chłop. Zresztą Cottard mnie interesuje i właściwie uratowałem mu życie. Od czasu do czasu odwiedzało go kilku ludzi.Człowiek jest w tych lokalach dobrze obsłużony .powiedziała sprzedawczyni . ale mi 48 odparł. i nie zawsze umiem odmówić. Cottard powiedział do Granda: . .

to wiadome. zjadają małych". .. Grand odparł: . ale dzięki temu przypomniał sobie.Ach! . Chwilę przedtem Cottard rozmyślał raczej siedząc w półmroku. gdy rozlepiono afisze . Również w kilka dni po wstaniu z łóżka poprosił Granda. gdyby . Rieux zamilkł na chwilę. że przyrzekł odwiedzić przedstawiciela wm.rzekł Ca-stel. jak Cottard.. Jego ulubione zdanie: "Wielcy-zawszę. czuł potrzebę ludzkiego ciepła. że się boi. <y. Albo też boi się gorączki. . Cottard mruknął siadając. Rieux zapytał go.powiedział.Nie sądzę. nie można bowiem było mówić. a miałby się jeszcze lepiej. Doktor wzruszył ramionami. Serum nie nadchodziło. gdy myślał o dżumie. i jeśli pan chce znać mój pogląd.rzekł Rieux do Granda tego ranka. . który wyskoczył ze sklepu bez słowa przeprosin. Po południu Rieux miał konferencję z Castelem. Wieczorem doktor zastał Cottarda przy stole w jadalni. której urzędnik oddawał się co wieczór. niż pan myśli! .rzekł Cottard . nie podzielam pańskiego zdania . Ale my przecież nic nie wiemy..»rand zwrócił zresztą uwagę Rieux na inne zmiany w charakterze Cottarda. ot i wszystko. Wóz akcji odszczurzania przejechał pod oknem z wielkim hałasem. Ale naprawdę bardzo ją kocham. Ale wieczór był już późny i zapewne trudno było czytać w zapadającej ciemności. że miewa się dobrze.Dlatego. . że z niejaką ostentacją czyta go w miejscach publicznych.A więc . który ma sobie coś do zarzucenia . Kiedy wszedł. . Tamten spojrzał na niego z powagą. . Grand musiał odpowiedzieć na pytania Cottar-da zaintrygowanego pracą. ((przez cały dzień doktor czuł rosnący zawrót głowy.in-ny.zapytał Grand. . ale to bardziej skomplikowane. by nadał przekazem pocztowym sto franków. 50 .Niech pan wyśle dwieście franków.Chciałbym być na pana miejscu. jak się miewa. Ale w gruncie rzeczy niczym się od siebie nie różnią.No cóż . Myśli.Dlaczego? . . które co miesiąc wysyła mieszkającej daleko siostrze.historia ze szczurami zawróciła mu w głowie jak wielu innym.O. Dwa razy wszedł do ^przepełnionych kawiarni.Te bestie zawsze wyglądają oryginalnie. (W końcu stwierdził. . Wreszcie Cottard miał z Grandem ciekawą rozmowę. Na więcej mu się pozwala. czy się na co przyda? . Cottard miał bardzo liberaine poglądy. Jak wyraził się komisarz.Tak pan przypuszcza. świadczy o tym wy starcza j ąco^Dd pewnego czasu jednak kupuje tylko prawomysmy dziennik orański i nie sposób obronić się przed wrażeniem.Ale musiała przerwać. miał co innego na głowie. widząc nieoczekiwane wzburzenie Cottarda. że przypuszczam. Wszyscy jednak jesteśmy zdani na przypuszczenia. którego doznawał zawsze.Zresztą.zawołał Cottard. On także. Grand i sprzedawczyni pozostali na miejscu oniemiali. Grand okazał zdumienie i Cottard wybąkał.Oczywiście. że artysta jcna^więce^JaiaaLJiiż-J&to. doktorze. że zawód artysty zapewne wiele ułatwia. .Owszem.To człowiek. . na stole leżała otwarta powieść kryminalna.pisze pan książkę. to będzie dla niej miła niespodzianka. Rieux uważał to za głupie. że wcale nie pamiętam o niej.Bakcyl jest dziwny. . po czym zapytał z roztargnieniem o pogląd urzędnika. Cottard powiedział: .zapytał Rieux. Ale w chwili gdy Grand wychodził.

52 Potem zapytał doktora.Czy pan zna pana Rigaud. jeśli umrze dziesięciu ludzi to szczyt wszystkiego.Ma pan rację. że takie rzeczy się trafiają. nie chodzi o to. przytłaczała go dzisiaj na skutek tego.To mnie nie dotyczy. którego niespodziewanie aresztują z rana. a on nic o tym nie wiedział. że nic innego nie robi. . Ale jedno z nich o brudnej twarzy. o przylizanych czarnych włosach z równiutkim przedziałkiem. dziecko uśmiechnęło się pokazując wszystkie zęby. ' . spokojne i poważne. Jest tam biedak.Ludzie zawsze mówią. zupełnie nagle.Czy możemy zapalić światło? . Ale na przykład ta powieść. syreny niewidzialnych statków. Nie trzeba długo pozostawać w zamknięciu. Motor już warczał.rzekł Cottard . wesoły i pachnący szum wolności wypełniał powoli ulicę. że wolno tak postępować z człowiekiem? . Nie tego nam trzeba. doktorze? .rzekł do Cot-tarda. które. Ulica przedmieścia ożywiała się i przytłumiony okrzyk ulgi powitał chwilę. . architekta? To mój przyjaciel. . nie spuszczało z niego oczu. Kilka razy obejrzał się za siebie. Rieux zauważył. do szpitala. czy zechce go zawieźć swym autem do miasta. ta pora. . W centrum ulice były już mniej ludne i światła trafiały się rzadziej. mały człowieczek spojrzał na niego mrugającymi oczami.Czemuż by nie? Cottard zapytał wówczas.rzekł Rieux.rzekł Rieux. Musi pan wychodzić. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Rieux odparł. zapach mięsa pieczonego na ruszcie.W pewnym sensie rzeczywiście nie wolno. Cottard wydawał się zdenerwowany. . Rieux wyszedł na balkon. którzy zajmują się przysparzaniem kłopotów innym. Nawet poza dzielnicą nie brak mu stosunków. Na prośbę Cottarda doktor zatrzymał auto przed grupą dzieci. i jeśli zajdzie potrzeba. utkwiło w Rieux jasne i onieśmielające oczy. Rieux trzymał rękę na przełączniku biegów.Och.Ludzie mówią o epidemii.To zależy . zgiełk idący od morza i przepływającego tłumu. że nie zawsze można być samemu. cała dzielnica może poświadczyć za niego. Czy to prawda. Doktor odwrócił spojrzenie. Mówiono o nim <* 51 F w biurach. I nagle. Pokrzykując bawiły się w klasy. Zajmowano się nim. gdybym zachorował? . Przedstawiciel win mówił głosem ochrypłym i z trudem. by aresztowano kogoś znajdującego się w klinice lub w szpitalu. co wiedział. Cottard stojąc na chodniku uścisnął mu rękę. szepty. . . proszę o tym pamiętać. . Noc.Widzi pan . którą Rieux znał dobrze i lubił dawniej. Uważa pan to za sprawiedliwe? Uważa pan. Mówię o ludziach. powiedział. jak co wieczór w naszym mieście.ja mam zaufanie do pana. kiedy zapaliły się lampy. którą zagarnęła hałaśliwa młodość. Cień gęstniał w pokoju. czy zdarzyło się kiedy. wpisywano jego nazwisko do kartotek. Cottard za nim. doktorze.Niech mi pan powie. . to naturalne . ale wszystko zależy od stanu chorego. Rieux milczał. Dzieci bawiły się jeszcze przed bramami. Gdy zrobiło się jasno. iż nikt się nim nie zajmuje. lekki wiatr niósł. Ale spojrzał znów na dziecko. czy weźmie mnie pan do siebie. A zresztą. Ze wszystkich dzielnic dokoła.mógł być pewien.

lPo raz pierwszy doktor czuł.Czego więc nam trzeba? . że coś kryją. Nigdy Rieux nie uważał swego zawodu za tak ciężki. zgiętych nad swymi dymieni-cami. Nazajutrz agencja Infdok oznajmiła. Cottard uczepił się nagle drzwiczek i zanim uciekł.Pogrzeby śnie są dozorowane? . a wiedział. następny dzień minął mu na nie kończących się jazdach we wszystkie strony świata.Są tacy. to cholera? .zapytał doktor uśmiechając się do dziecka. i inni. . Przywitał doktora z uradowaną miną. to nie cholera. by służył im do doświadczeń" . doktorze. Jeśli choroba nie zatrzyma się sama.ci ważniacy idą na całego! . że chronią się w głębi swej choroby z rodzajem nieufnego zdumienia: Byjtato walka. czym jest szpital dla biednych. Tylko w kilku wypadkach nacięcie dymienie przyniosło poprawę. albo nie warto w ogóle zaczynać. 54 . na rozmowach z rodzinami chorych i na sporach z chorymi. czuł strach. Stary astmatyk siedział wyprostowany na łóżku.tOLOCzywiste. że na tym samym przedmieściu czekać będzie na niego jutro rano z dziesięciu chorych.powiedział doktor.Oczywiście jest więcej niż trzydziestu chorych w mieście? . .Nie. .. Ale dla większości choroba oznaczała szpital. co się boją..Skąd to panu przyszło do głowy? . . że trzeba środków radykalnych. "Nie chcę. Jeśli chodzi o sale. Oddychał-jakby lepiej i liczył groch. Wiedział. które wymyśliła administracja} Jednakże wieczorem oficjalne komunikaty nadal brzmiały optymistycznie.rzekł stary człowiek bardzo podniecony . szpary w oknach zostały zatkane i pawilony otoczono kordonem sanitarnym. że to nie w jego mocy.|Przed-sięwzięte środki były niewątpliwie niewystarczające. .Nie.Z gazety.Ile łóżek mają pawilony? .I cóż? ^ . bardziej liczni. Moim zdaniem cyfry pójdą w górę. Rieux z trudem podniósł się z siedzenia. Telefonowałem do Richarda. . Tak. Zbadał chorego i siedział teraz pośrodku -ubogiej jadalni. specjalnie "wyposażone"^ znał je także: dwa pawilony.Odpowiedział mi.A więc. i radio mówi to samo. nie zwalczą jej środki. Dotychczas chorzy ułatwiali mu zadanie. . NieJagdzie służył im do doświadczeń. Castel zatelefonował do Rieux. umrzr-. krzyknął głosem pełnym łez i wściekłości: . z których wyniesiono w pośpiechu innych chorych.Trzęsienia ziemi! Prawdziwego! Nie było trzęsienia ziemi i jeśli idzie o Rieux. którego 53 odwiedzał na końcu. poddawali mu się. . albo zbuduje się przeciw epidemii prawdziwą barierę. który przesypywał z jednego garnka do drugiego.W każdym razie . do której nie był jeszcze przyzwyczaj onx_J kiedy około dziesiątej wieczór auto zatrzymało się przed domem starego astmatyka. którym nie starczyło czasu.Niech pan w to nie wierzy . Stał chwilę patrząc na ciemną ulicę i gwiazdy.powiedziała mu żona jednego z chorych. to wszystko. że środki zalecone przez prefekturę zostały przyjęte spokojnie i że zgłosiło się trzydziestu chorych. 'które ukazywały się i znikały na czarnym niebie. a nie frazesów.Osiemdziesiąt.

Dziesiątki tysięcy pcheł. trzydziestu dwóch. dwudziestu czterech.Środki są niewystarczające. Na pozór nic się nie zmieniło. Mogło wystarczyć dla wypadków objętych leczeniem. są oczywiste. . jak powiadał.Nadejdzie w ciągu tygodnia. którzy dotychczas maskowali swój niepokój żartami. jeśli epidemia się rozszerzy. Cottard kręcił się po mieście. Rieux czekał na szczepionki i otwierał dymienice. . . pogrzeby zostaną zorganizowane przez zarząd miejski w warunkach. i w ciągu kilku dni 58 zanotowano tylko dwanaście zgonów. Obowiązkowe zgłaszanie choroby i izolacja pozostały w mocy. Rieux dał opis kliniczny i cyfry. które się ustali. rodzina podlega kwarantannie.wnioskował.Budzą więcej niż niepokój. Tego samego dnia zmarło czterdzieści osób. 55 .Rzeczywiście w ciągu trzech dni pawilony były pełne. że zapas jest wyczerpany i że rozpoczęto nową produkcję. Na depeszę Rieux odpowiedziano. Czwartego dnia ogłoszono otwarcie pomocniczego szpitala w przedszkolu. . Grand co wieczór wracał do swej tajemniczej pracy w domu.Mamy cyfry . Tarrou przyglądał się małemu staruszkowi. wszystko w tej porze roku usposabiało pogodnie. że epidemia się cofa. Rieux postanowił zatelefonować do prefekta. Piękne.rzekł prefekt . wciąż wodził za sobą swoją menażerię. Rieux odłożył słuchawkę w obecności Castela. błękitne niebo lejące żółte światło.Zarządzenia! Wystarczyłaby wyobraźnia. jeśli nie zatrzy-• ma się jej na czas. sędzia śledczy. W dzień później przywieziono serum samolotem. Nasi współobywatele. Zresztą zdawało się. Będzie niewystarczające. Prefektura za pośrednictwem Richarda zwróciła się do Rieux o raport przeznaczony dla stolicy kolonii. puste i brudne w ciągu dnia. warkot samolotów w rosnącym upale. Stary astmatyk przesypywał groch i czasem widywano dziennikarza Ramberta z miną spokojną i zaciekawioną. a mały staruszek pluł na koty. zalecone środki." Depesza oznajmiała: .A serum? . Tymczasem ze wszystkich podmiejskich okolic wiosna przybywała na rynki.budzą w istocie niepokój. . Potem nagle skoczyła w górę jak strzała. . W dniu kiedy liczba zmarłych doszła znowu do trzydziestu. dwudziestu ośmiu. Castel wrócił do swych starych książek i długo przesiadywał w bibliotece. Prefekt przyrzekł od jutra zaostrzyć. która ją bardzo przypomina . że opróżni się szkołę i przygotuje szpital pomocniczy. Richard utrzymywał. którą podał mu prefekt ze słowami: "Przestraszyli się. Bernard Rieux czytał oficjalną depeszę. wyglądali bardziej przybici i jakoś przycichli. jakie pozostawiły. Tramwaje wciąż były pełne z rana.Szczury zginęły od dżumy albo od choroby. Tysiące róż więdło wzdłuż chodników w koszykach sprzedawców i ich słodki zapach unosił się po całym mieście. Jednakże w ciągu czterech dni gorączka cztery razy podskoczyła zdumiewająco: szesnastu zmarłych. Rieux milczał. Wieczorem ten sam tłum wypełniał ulice i kolejki wydłużały się pod kinami. Mieszkania chorych mają być zamknięte i wydezynfekowane. Tymczasem pogoda się ustaliła. a pan Othon. Słońce wypijało kałuże z ostatnich ulew.Zwrócę się o zarządzenia do Urzędu Generalnego Gubernatora. żeby otrzymać zarządzenia. rozprzestrzenia infekcję w proporcji geometrycznej.

że nie mogą się połączyć ani skomunikować. 58 -którzy przez telefon lub osobiście przedstawiali urzędnikom sytuacje równie ciekawe i równie niemożliwe do rozpatrzenia. kiedy ci sami strażnicy zdawali już sobie sprawę z powagi sytuacji." Niektórzy spośród nas upierali się przy listach l chcąc porozumieć się ze światem zewnętrznym. W pierwszych godzinach dnia. pewni. którzy całowali się na peronie naszego dworca.grzeczność". że pierwszym skutkiem brutalnego najazdu choroby było zmuszenie naszych współobywateli do takiego postępowania. jednym z najbardziej godnych uwagi następstw zamknięcia bram była nagła rozłąka istot do tego nie przygbtowanych. znaleźli się w jednym worku i że trzeba się jakoś urządzić. ledwie czując ten wyjazd wśród codziennych zajęć. Matki i dzieci. Ale było to w pierwszych dniach epidemii. że zobaczą się za kilka dni lub najdalej za kilka tygodni. pogrążeni w głupiej ufności ludzkiej. Telefoniczne rozmowy międzymiastowe. że znajdujemy się w sytuacji bez kompromisu i że słowa takie..-chodziło bowiem o to. wywołały takie przeciążenie kabin publicznych i linii.^Ogłos^J^stan^zumY^Zainklu. Telegramy stały s-ę wtedy naszym jedynym ratunkiem. dozwolone z początku. nowe zarządzenia zabraniały wymia. Odmówiona nam nawet drobnej przyjemności pisania listów.~\ kacji. jak śmierć.y ny wszelkiej korespondencji.jeie miasto. Zamknięcie bram nastąpiło bowiem w kilka godzin przed ogłoszeniem zarządzenia prefektury i. z drugiej. której rozmiarów nie mogli przewidzieć. A ponieważ sformułowania. nasi współobywatele zrozumieli." II Można powiedzieć. jak mógł i na swoim zwy-_kłym miejscu. nie sposób było wziąć pod uwagę pojedynczych wypadków. Tak więc. Doprawdy. trzeba było wielu dni. To niewątpliwie powinno było trwać. narodziny i ślub. a potem ogran. miasto nie było już połączone z reszTą kraju zwykłymi środkami komuni. udziałem całej ludności i. gdy zarządzenie weszło w życie. . że rozstają się na jakiś czas. nie mają już sensu. długie wspólne życie czy bolesne namiętności streściły się rychło \v wymianie gotowych formuł jak: "Mam się dobrze. że od tej chwili począwszy dżuma stała się sprawą nas wszystkich. Istoty złączone zrozumieniem. nie chcieli Srać na siebie odpowiedzialności. Myślę o tobie. i narrator także. Z jednej strony.) Rzeczywiście. byśmy zdali sobie sprawę. każdy z naszych współobywateli nadal robił. którzy zgo. mimo zaskoczenia i 'niepokoju. naturalnie. ujrzeli nagle. sercem i ciałem musiały ograniczyć się do szukania znaków tej dawnej wspólnoty w drukowanych literach depeszy złożonej z dziesięciu słów. polecając sobie wzajem to i owo. wraz ze strachem. małżeństwa. ^r by liszy nie przenosiły infekcji^ Z początku kilku •^ uprzywilejowanych mogło porozumieć się u bram •"^ miasta z wartownikami na posterunkach. jak "układać się". jak gdyby nie mieli uczuć indywidualnych. co do niego należało. Można powiedzieć. doznanie równie indywidualne jak świadomość rozłąki z ukochaną istotą stało się nagle. Po pewnym jednak czasie. jakie przyniosły te szczególne wydarzenia. którzy przed kilku dniami sądzili. -kochankowie. co nazywano pilnymi wypac l^nii. f Ale kiedy bramy zostały zamknięte. na przykład.c-dzili się przekazać listy na zewnątrz. nieustannie wymyślali kombinacje. których można użyć w depeszy. głównym cierpieniem tego długiego okresu wygnamia. że przerwano je całkowicie na kilka dni. na prefekturę natarł tłum petentów. wówczas gdy strażnicy uważali za rzecz naturalną pójść za odruchem wspólcz-Jcia. że są oddaleni od siebie bez ratunku. wyczerpują się szybko. Serdeczności. "wyjątek".. Aż dotąd.c-Jono surowo do tego. które zawsze oka59 . że wszyscy. od pierwszych tygodni.

Ta rozłąka. Po kilku dniach namysłu prefektura odpowiedziała twierdząco. i postanowili znosić tę rozłąkę. dzień po dniu.za przyczyną naszego cierpienia i tego cierpienia. rzadkich zresztą.. i wobec tej prawdy. ograniczeni do kręcenia się w kółko po swym ponurym mieście. dżuma była drobnostką. że wedle wszelkiego prawdopodolbień/"\ ^ • ^60 stwa ci małżonkowie aż dotąd nie mieli pewności. nie otrzymując odpowiedzi. z nieobecnymi. Mężczyźni. którzy uważali się za lekkoduchów w miłości. że nie potrafią żyć z dala od siebie. Lecz nawet wówczas. a tak już dalekiej. I w końcu konwencjonalny telegram wydawał nam się lepszy od tego bezpłodnego i upartego monologu. czy są zadowoleni ze swego związku. którzy żyli obok matki ledwo na nią patrząc. pozostawiała nas zbitych z tropu. odnajdywali stałość. para kochanków.zywały się bezskuteczne. Synowie.. niezdolnych do reakcji na wspomnienie tej obecności jeszcze tak bliskiej. gdy wymyślone przez nas sposoby odnosiły skutek. przyszło "nam na myśl zapytać. W swoich spacerach bez celu musieli bowiem chodzić wciąż tymi samymi ulicami. przepisywać te same wiadomości i wołania. dobrze przecież znamy (jak była o tym mowa. że repatrianci w żadnym wypadku r j e będą mogli opuścić mia?ta-i jeśli wolno im przyjechać. brutalna. jednoznaczna. i narrator ma prawo powiedzieć. W innych okolicznościach zresztą nasi współobywatele znaleźliby wyjście w życiu bardziej skierowanym na zewnątrz i bardziej aktywnym. zwodniczej grze wspomnień. że są zazdrośni. kochance. Przez całe więc tygodnie musieliśmy zaczynać na nowo wciąż ten sam list. Pani Castel na kilka dni przed epidemią wyjechała do sąsiedniego miasta. Zresztą po kilku dniach. którzy wyjechali przed epidemią. nie wolno im będzie wyjechać. która nagle wyszła na jaw. . które przemierzali dawniej. a w tak małym mieście były to najczęściej te ulice. które stanowiło nasze życie i które. Zaznaczono jednsk wyraźnie. bez możliwej do przewidzenia przyszłości. jak sądziliśmy. tak że po pewnym czasie słowa. które przypisywaliśmy nieobecnym: synowi. by skorzystali z okazji. zaproponowało im. Chodziło jpr-1yrr:o_Q starego dpkjoraJGastęl_i_jegQ_ŻQne^ którzy pobrali się przed wielu laty. kiedy stało się jasne. na jakie niebezpieczeństwo narażają swych bliskich. Nie było to nawet Jedno z tych małżeństw dających światu wzór przykładnego szczęścia. -. namiętności orańczyków są proste). odkrywali. że (nikomu nie uda się wyjść z naszego miasta. którzy mieli największe zaufanie do swych towarzyszek. Toteż uczucie. Przepisywaliśmy je wtedy machinalnie. cały swój niepokój i żal zawierali w zmarszczce jej twarzy. Podczas największego nasilenia choroby zdarzył się tylko jeden wypadek. Ale bardzo szybko więźniowie dżumy zrozumieli. przybierało nowy wyraz. to było oczywiste. To był wyjątekj W większości wypadków rozłąka mogła się skończyć tylko z epidemią. Nie była to. jak można by się spodziewać. która wypełniała teraz nasze dni. Wtedy jeszcze kilka rodzin. od tej jałowej rozmowy. Ale dzięki dżumie mieli więcej wolnego czasu. Mężowie i kochankowie. Ale brutalna i przedłużająca się rozłąka pomogła im upewnić się. wydani byli. które z początku wychodźcy całe krwawiące z naszego serca. próbując przy pomocy tych martwych zdań dać znać o naszym trudnym życiu. żonie. których miłość rzucała ku sobie górując nad cierpieniem. nawiedzającej ich we wspomnieniu. zlekceważyło sobie sytuację i dając pierwszeństwo pragnieniu zobaczenia krewnych przed wszelką ostrożnością. Rzeczywiście cierpieliśmy podwójnie . czy nie pozwolono by na powrót tych. nie wiedzieliśmy o tym nic. kiedy uczucia lu"dzkie okazały się silniejsze od strachu przed śmiercią pełną tortur. traciły swój sens.

nie zwracać się ku przyszłości i spuścić oczy. że w końcu nie ma powodu. Było to bowiem naprawdę poczucie wygnania. razem z tym lub tą. W owej chwili upadek ich odwagi. wyrzekali się tego tak szybko. Ale ta ostrożność. I w Lońcu jedynym sposobem ucieczki od '. ta próżnia. źle wynagradzane. mógł się znaleźć w naszej dzielnicy.podobnie jak do wszystkich sytuacji.. jaką dżuma przyniosła naszym współobywatelom. osiadając na mieliźnie wpół drogi od tych przepaści i szczytów. jeśli urządzaliśmy się tak. Doznawali więc głębokiego bólu wszystkich więźniów i wszystkich wygnańców . którego nie chcieli za żadną cenę. gdy mogli zapomnieć o dżumie wśród obrazów przyszłych spotkań. dla którego choroba nie miałaby trwać dłużej niż pół roku. Nawet ta przeszłość. nawet względnie szczęśliwych. woli i cierpli62 wości był tak gwałtowny. swego życia więźniów włączali nieobecnych. było wygnanie. Jeśli niekiedy popuszczaliśmy cugli wyobraźni i znajdowaliśmy przyjemność w oczekiwaniu na dzwonek powrotu czy znajomy krok na schodach. to oszukiwanie cierpienia. f Rozumieliśmy wówczas. kluczenie. były. gdy napięli ostatnie siły. jednocześnie wyrzekali się tych chwil.płonące strzałki pamięci. wówczas przyjaciel spotkany przypadkiem. opinia wypowiedziana przez dziennik. czym byli wówczas. nie mogło ich zadowolić. jaki mogli sobie przyswoić. że nie uczynili czegoś. Dlaczego? Dlatego. by zostać w domu w godzinach. niż żyli. zwyczaju. Narrator sądzi. nawet publicznie. wrogowie pr es^łjści. przelotne podejrzenie lub nagły błysk świadomości nasuwały im myśl. który przyjeżdżał pośpiesznym pociągiem. że ta zabawa nie mogła trwać. I tak. Zniecierpliwieni teraźniejszością. jeśli w tych chwilach chcieliśmy zapomnieć. przypominaliśmy tych. a mianowicie obliczania czasu rozłąki. Chcieliby dorzucić do niej to wszystko. nigdy nie potrafią się już wydobyć z tego dołu. wydani dniom bez kierunku i jałowym wspomnieniom . którym śpi awiedliwość lub menawiśc ludzka każe żyć za kratami. może nawet rok lub jeszcze więcej. i to. że. że pociągi nie przychodzą. że gdy najwięksi pesymiści ustalili termin na pół roku na przykład i wyczerpali zawczasu gorycz tych przyszłych dni. którą stale nosiliśmy w sobie. rzecz prosta. by żyć przyszłością. gdy zapuszczały korzenie w ziemię swych cierpień. W szczególności wszyscy nasi współobywatele pozbyli się bardzo rychło. jakimi wyobraźnia karze w końcu tych. Przychodziła zawsze chwila. by cofnąć lub zmusić do pośpiechu czas . co opłakiwali pamiętając. na których czekali .ycn wakacji nie do . jak tylko to było możliwe. które wtedy tylko mogły nabrać siły. rzecz prosta. miała jedynie smak żalu. co jej ufają. Toteż postanowili nie myśleć nigdy o terminie wyzwolenia. pozbawieni przyszłości. kiedy zdawaliśmy sobie jasno sprawę. nierozumna chęć. czując rany. trzepotali się raczej.iTak więc pierwszą rzeczą. rozciągniętego na tak długi szereg dni. że nasza rozłąka będzie trwała i że trzeba poradzić sobie z czasem. by nie dopuścić do walki. to dokładnie określone wzruszenie. jak mniemali. czego sam doświadczył.błąkające się cienie. jeśli można się tak wyrazić. by nie słabnąc trwać na wysokości tego cierpienia. o które] rozmyślali bez przerwy. gdy było to jeszcze w ich mocy. że pociągi są unieruchomione. w sumie dość częstych. Wówczas wracaliśmy do naszej sytuacji więźniów skazanych na przeszłość i jeśli nawet niektórzy z nas doznawali pokusy. Chroniąc się przed tym upadkiem. skoro doświadczył tego< w tym samym czasie co wielu naszych współobywateli.żyli pamięcią nier przydatną do niczego. gdy zazwyczaj podróżny. gdy z wielkim trudem wznieśli swoją odwagę do poziomu tej próby. że może napisać tutaj w imieniu wszystkich 61 to.

1\ i zgadzaliśmy się mimo to z mniejszym lub większym spokojem. to znaczy cierpieli i żywili nadzieję bezJpowodu. I choć narrator znał tylko ten rodzaj wygnania. niepokój mu właściwy. że dla kogoś. nie byli bowiem sami wobec świata. że jako przybysze zaskoczeni przez dżumę i zatrzymani w mieście byli zarazem oddaleni od istoty. przywołujących w milczeniu wieczory i poranki. Niektórzy nasi współobywatele na przykład podlegali innej niewoli. co ów nieobecny robi ze swym czasem. . jaką okazali nie starając się o to dowiedzieć lub z jaką udawali. Tak więc każdy musiał zgodzić się żyć z dnia na dzień. spłyciła je wszakże z początku. które przyszło do nas z zewnątrz i dotknęło całe miasto. że 64 nie ma miłości. gdzie jakieś światło. czuli również przywiązanie do przestrzeni. cierpienia 63 rozłąki powiększały się jeszcze przez to. oskarżali się o lekkomyślność. I to nieszczęście. Zamykali oczy na świat zewnętrzny. i od swego krajTTJw wygnaniu 6gólnym byli najbardziej wygnani. Z radosną miną witali zwykłe złociste światło. jak we wszystkich. W zwykłych czasach wiedzieliśmy wszyscy. a nieustannie natykali się na mury. którzy są najciekawsi i o których narrator ma może prawo się wypowiadać. że nie wieazą. rosa wieczorna czy osobliwy promień pozostawiony czasem przez słońce na pustej ulicy. Ta zupełna samotność. Od tego momentu począwszy. na które mogliśmy się oburzać. z całą konsekwencją przynosiło nam nie tylko niesprawiedliwe cierpienie. Karmili więc swoje cierpienia błahymi i zbijającymi z tropu znakami. uparcie pieszcząc swoje nazbyt rzeczywiste chimery i ścigając ze wszystkich sił obrazy ziemi. Był to jeden ze sposobów. świadomie lub nie. w większości wypadków było wygnanie'n we własnym domu. kto kocha. I rzadko zdarzało się. że nasza jest średnia. która żyła z nimi. na odwrót. który zawsze może wybawić od wszystkiego. było im łatwo cofnąć się wstecz w miłości i zbadać jej wszystkie braki. zdawało się. dręczyły ich jeszcze inne obawy. by w tych okazjach ich własne słabcńci nie ukazywały im się jasno. Mówiąc wreszcie bardziej wyraźnie o kochankach. jakimi rozporządzała choroba. gdy dni deszczowe kładły grubą zasłonę na ich twarze i myśli. Pierwszą do te^o sposobnością była trudność dokładnego wyobrażenia sobie czynóy/ i gestów nieobecnego. użycie czasu przez istotę kochaną nie jest źródłem wszelkich radości. że po raz pierwszy odczuwają bezpośrednio pogodę. z którą nie mogli się połączyć. Widząc ich. nie powinien zapominać o ludziach takich jak dziennikarz Rambert lub inni. a więc zgadzania się na ból. Kilka tygodni wcześniej wymknęliby się tej słabości i nierozumnemu poddaństwu. ulubione drzewo czy twarze kobiet składały się na klimat dla nich niezastąpiony. która mogłaby z czasem zahartować charaktery. sam w obliczu nieba. istota. wśród których należy wymienić wyrzuty sumienia. Boleli wów-css3.zniesienia było znów poruszyć wyobraźnią pociągi i wypełnić godziny dźwiękiem dzwonka. które dzieliły ich zadżumio-ne schronienie od utraconej ojczyzny. mimo to milczącego uparcie. której nie przerasta (miłość większa. Od tej chwili natomiast byli w sposób oczywisty wydani" kaprysom nieba. by odwracać uwagę i wywołać zamęt. Ale wspomnienie jest bardziej wymagające. dla których. w pewien sposób stała między nimi a światem. które tylko oni znali. Sytuacja pozwalała im w istocie rozpatrywać swoje uczucie z rodzajem gorączhov ej obiektywności. kilka •wzgórz. jeśli bowiem czas wzniecał w nich. Ich właśnie wi-dywaao błąkających się o każdej porze dnia po zakurzonym mieście. oddającej ich we władze słońca i deszczu. Zmuszało nas również do zadawania sobie cierpień. Jeśli to było jednak wygnanie. jak lot jaskółek.

Dżuma 65 lancholię. bez przejścia wpadał w najgłębszą ciszę ziemi. seryjną me5 . On bowiem wypowiadał się z głębi długich dni rozmyślań i cierpień i obraz. Życzliwa czy wroga. ich nieszczęście miało dobre strony. zdarzało się to niemal zawsze. Zwykłe oży66 wianie.__krańcach samotności wreszcie nikt nie mógł spodziewać . wszelka odpowiedź. Ich pierwszą reakcją na przykład było zrzucenie winy na administrację. była dość nieocze-kiwana. sa"motne stosy beczek i worków na nadbrzeżach świadczyły o tym. że handel również zmarł na dżumę.tych. Nikt naprawdę nie zgodził się jeszcze na chorobę. zgadzali się ns język rynku. zgasło gwałtownie. tuzinkowe cierpienie.^Ńa_ . Wówczas bowiem. gdy ludność zaczynała tracić głowę. że w pierwszym okresie dżumy ci wygnańcy byli uprzywilejowani. Port wyglądał także osobliwie. ani agencja Infdok nie otrzymały oficjalnych statystyk choroby. ale nadal stawiano na pierwszym miejscu troski osobiste. Czy nie można by pomyśleć o pewnej elastyczności przewidzianych środków?"). jaką otrzymywał.am _ze swoją troską. co naruszało ich przyzwyczajenia lub godziło w ich interesy. Odpowiedź prefekta na krytyki. Drugi natomiast wyobrażał sobie konwencjonalne uczucie. jeśli patrzyło się nań z wysokości bulwarów. zanim ten ktoś miał czas zwrócić na nią uwagę. dżuma'rozmieszczała przy bramach straże i zawracała z drogi statki zmierzające ku Oranowi. przewrócone na bok wagoniki. którą byliśmy skłonni brać za zimną krew.* Albo też ci. Okazywali więc rozdrażnienie lub irytację. językiem zwykłego sprawozdania. jaki chciał przekazać.się pomocy sąsiada i każdy pozostawał _s. że jego rozmówca i on me mówią o tym samym. to tylko o tyle. które odbiły się echem w prasie (. co im się zdarzyło. odpowiedź zawsze była niewłsściwa i Ł'zeoa było wyrzec się' rozmów. drobnych wiadomości. Od zamknięcia bram ani jeden pojazd nie wjechał do miasta. jak rozłąka czy strach. i to jest najważniejsze. choć to puste mimo wszystko serce tak trudne było do udźwignięcia. Teraz prefekt przekazywał je agencji co dzień. skoro nie mogli znaleźć prawdziwego języka serca. najczęściej go raniła. prosząc o sporządzenie komunikatów tygodniowych. Podczas gdy nasi współobywatele próbowali dać sobie rade z tym nagłym wygnaniem. Jednakże. T^lko za tę cenę więźniowie dżumy mogli zdobyć współczucie oo-zorcy czy zainteresowanie słuchaczy. Jeśli na przykład kogoś z nich zabierała choroba. można powiedzieć. a nie są to uczucia. dla których milczenie stało się nie do zniesienia. Ale wielkie rozbrojone żuź-awie. Począwszy od tego dnia odnosiło się wrażenie. Ludzie byli przede wszystkim wrażliwi na to. ich myśl całkowicie obracała się ku istocie. Tu znów najprawdziwsze cierpienie przywykło się wyrażać w banalnych formułkach. na którą czekali. Dotychczas ani dzienniki. Rozpacz ratowała ich od paniki. Wnosili więc do samego serca epidemii zbawienną nieuwagę. dzięki któremu port ten był jednym z pierwszych wybrzeża. i oni także mówili w sposób konwencjonalny. że samochody kręcą się w kółko. wypalał się wolno w ogniu oczekiwania i namiętności. Jeśli któryś spośród nas próbował przypadkiem zwierzyć się lub powiedzieć coś o swym uczuciu. Nie miał czasu na nic. Były uczucia wspólne. 'które można przeciwstawić dżumie. choć ten niepokój był tak bolesny. codziennej kroniki. Mimo tych niezwykłych widoków nasi współobywatele mieli najwyraźniej kłopoty ze zrozumieniem tego. Widać tam było jeszcze kilka statków odbywających kwarantannę. o ile mogła im grozić wieczną rozłąką. W powszechnym nieszczęściu chronił ich egoizm miłości i jeśli myśleli o dżumie. Zdawał sobie wówczas sprawę. . Wydobyty z owej długiej wewnętrznej rozmowy z cieniem.

sklepy z towarami luksusowymi. Orar zdawał się złudnie świętującym miastem. o których będzie mowa dalej. •*Ale wszystkie te zmiany były w pewnym sensie ( tak niezwykłe i zaszły tak szybko.. gdzie zatrzymano ruch i zamknięto sklepy. na wystawach innych sklepów pojawiły się wywiesz-ki "nie ma". mimo ich oczywistego znaczenia. Po pierwsze.C. około drugiej nad ranem. Jest to ten rodzaj danych. że chodzi o zjawisko niewątpliwie przykre./ 67 l -ć/ U ^. Mimo to ich dochody nie zmniejszały się. . które. kupujący wystawali zaś w kolejkach przed wejściem. "Piąty tydzie'1 dał bowiem trzystu dwudziestu jeden zmarłych. zapełniało ulice i kawiarnie. pod pięknym niebem. Na razie nie byli jeszcze bezrobotnymi. Ale brakło możliwości porównywania. gdzie handel win i alkoholu zajmuje pierwsze miejsce. ale w końcu przejściowe. nie wszyscy może zmarli na dżumę. ludzie pili dużo. by wśród ogólnego niepokoju nasi współobywatele nie sądzili nadal. ^ mniej wzrost był wymowny. umocniło się jeszcze. niż biadali. Liczba pieszych powiększyła się znacznie i nawet w godzinach pracy wielu ludzi. F upływie dwóch tygodni kina musiały wymieniać sw< 68 je programy. poważniejsze zmiany wpłynęły na wygląd naszego miasta. nie przemawiał jeszcze do wyobraźni. Zalecano nawet oszczędzanie prądu elektrycznego. który nigdy nie zaprząta uwagi. Dopiero z czasem. Tak więc około trzeciej po południu na przykład. stwierdzając wzrost liczby zgonów. nikt w mieście nie wiedział. rzecz oczywista. zmuszonych do bezczynności na skutek zamknięcia sklepów czy niektórych biur. Pewna kawiarnia umieściła wywieszkę: "Alkohol zdrowiu sprzyja. Pozory były uratowane. Nie byli zresztą tchórzliwi. Nie wiedziano. Komunikat. zamykano z dnia na dzień. Po drugie. Rzecz jasna. mogły również obsłużyć swych klientów. Tylko niezbędne produkty przybywały drogą lądową i powietrzną do Oranu. Ale urwała si łączność z filmami krążącymi w departamencie.' . mieli urlopy. dzięki znacznym zapasom zgromadzonym w mieście.przed chorobami zakaźnymi. że w trzecim tygodniu dżuma zabrała trzystu dwu ludzi. nie będą trwały wiecznie. opinia publiczna uświadomiła sobie prawdę. W rezultacie nadal wysuwaliśmy na plan pierwszy nasze uczucia osobiste. i gdzie mieszkańcy wylegli na ulice by wziąć udział w zabawach. Tak więc ruch kołowy zmniejszał się stopniowo. "późnię j zaś wyświetlały wciąż ten sam film. Jednakże pod koniec miesiąca. Prawdę powiedziawszy.<-mienia jąć optymistyczne poglądy. Frzynaj8ł ' -Ą-Y. że alkohol chroni '. i przyjmowali z dobrą miną niedogodności. . że niełatwo było uznać je za normalne i trwałe. zabija bakcyla". czy ta proporcja zgono\v jest normalna. Oran przybrał więc wygląd szczególny. a szósty trzysta czterdziestu pięciu. Miasto miało dwieście tysięcy mieszkańców. Ale nie był dość znaczny. że kina korzystały z tego powszech nego urlopu i robiły wielkie interesy. by umożliwić po chód ludności. więcej żartowali. Nadal więc krążyli po ulicach i siadywali na tarasach kawiarń. Co "^ noc. mniej więcej podczas tygodnia modlitw. dość pokaźna gromada ^ pijaków wyrzuconych z lokali zapełniała ulice wy.^ nione wśród ludności przekonanie. Kawiarnie wreszcie. benzynę wydawano w określonej ilości.Jednak i tu ludność nie zareagowała natychmiast. aż ustał niemal zupełnie. i rozpo wszech. Przede wszystkim prefekt wydał zarządzenia dotyczące ruchu pojazdów i zaopatrywania w żywność/żywność ograniczono. ilu ludzi w tygodniu umiera zazwyczaj.

Opowiadano na przykład. ani on nie opuszczali V nigdy swojej dzielnicy. Po pracy zawsze można go było ujrzeć siedzą-\! cego w kącie przy oknie." Cottard miał w zanadrzu pełno historyjek. Oczywiście nie odeszła sama. . Nie jestem szczęśliwa . ta przeklęta dżuma.. pochyliła się ku niemu ze słowami: "Jakie to piękne!" Uścisnął przegub jej ręki. Doktor się zgodził.zauważył Cottard miłym tonem. kocha jeszcze trochę. zamyślony. Grand zawsze czuł lęk.rzekł mały człowieczek. Potem Jeanne odeszła. że żona jego wyzdrowieje. Zauważył fotografię pani Rieux na biurku i spojrzał na doktora. Wszystko przewróci się do góry nogami. Zapracowany mężczyzna. Matka zajmowała się gospodarstwem. by zrozumieć. Tamten zaś stwierdził z niejaką wesołością: . Choć szukał wciąż jeszcze słów. Doktor odparł. Właśnie żeby się ożenić. wszystko w porządku . "Umarł. skoro szef jego biura nie dotrzymał obietnic.^ Dalsza historia była według Granda bardzo prosta. przyglądał się ru-) chowi ulicznemu. co Grand chciał powiedziećtpTa. przyszłość zamykająca się wolno. Szli przez chwilę razem. co mówił teraz. ze zapomina kochać. na temat epidemii. Rieux powinszował mu wyglądu. Ani Jeanne. kiedy przyszli go zabrać do szpitala.. Pojazdy wydawały mu się wówczas olbrzymie. należy tylko mieć nadzieję. "Kochałam cię.w takim świecie nie ma miejsca dla namiętności. milczenie wieczorem przy stole . że jest ko. ale teraz jestem zmęczona. rzucił 99 się ma pierwszą spotkaną kobietę i objął ją krzycząc. . Jeanne prawdopodobnie cierpiała.powiedział Grand.W pewnym sensie jest to szansa . Pracuje tyle. ^Ożenił się bardzo młodo z młodziutką dziewczyną z sąsiedztwa. I po raz pierwszy. . Cottard opowiadał. że cierpi się długo nie wiedząc o tym.W dwa dni po zamknięciu bram doktor Rieux wy» chodząc ze szpitala spotkał Cottarda. rozumiem . Dżuma nie płaci. to zaczyna wyglądać poważnie. Pewnego razu przed sklepem przybranym na Boże Narodzenie Jeanne.Tak. żeby sprzedać je za wysoką cenę. Lata mijały. pod łóżkiem znaleziono puszki z konserwami. chana. jak gdyby od dawna myślał o tym.. żeby zatrzymała się teraz. Jak ze wszystkimi: człowiek żem się. 70 Jeanne też musiała pracować.Pięknie . że pewnego ranka w centrum miasta jakiś mężczyzna z objawami dżumy wybiegł wśród majaczeń na ulicę. . niemal zawsze je znajdował. że pewien wielki kupiec korzenny w jego dzielnicy zgromadził na składzie produkty żywnościowe. W ten sposób zapadła decyzja o małżeństwie. prawdziwych i fałszywych. Przychodził do dziewczyny •s i rodzice Jeanne pokpiwali sobie trochę z tego ci-^ chego i niezręcznego konkurenta. który uniósł 'ku niemu twarz pełną zadowolenia. Jeanne jej pomagała. zaczął mówić płynnie. który nie pasował do jego opowieści . przerwał stu-<"") dia i wziął posadę. od kiedy Rieux go znał.Ach. to pewne. że kiedy przechodziła przez ulicę. patrząc oczarowana na wystawę. pracuje.wszyscy zwariujemy. . bieda. Rieux odparł. że jego żona leczy się poza miastem. Została jednak: bywa tak.powiedział Grand. z ogromnymi ^» rękami złożonymi płasko na udach. milkł coraz bardziej i nie podtrzymywał swej żony w mniemaniu. że ma dżumę. że to bez wątpienia szansa. Tu trzeba by nieco wyobraźni.Nie ma powodu. skutek zmęczenia opuszczał się. Była tak drobna. Ojciec był kolejarzem. Po południu tego samego dnia Joseph Grand także zwierzył się doktorowi Rieux.Niech mi pan powie. doktorze. hm.

Ale to trudne . Nazywam się Raymond Rambert. gdyby pozwolono mu wyjechać. a korespondent mojego dziennika na nieszczęście jest głupcem. Gdy szli wzdłuż spadzistych ulic. że nie mogą mu pomóc. ale nie potrafiłem. Zostawił żonę w Paryżu. Chciał napisać list do Jeanne. jak długo może to potrwać. Wieczór się zbliżał. Teraz z kolei cierpiał Joseph Grand. żółta-Jyyim i fioletowymi ścianami mauretańskich domów. ale to •wychodzi na jedno. W trzy tygodnie po zamknięciu bram Rieux wychodząc ze szpitala spotkał młodego człowieka. . Po dwóch godzinach czekania w ogonku musiał się wreszcie zgodzić na telegram. gdy wstawał. przyszło mu nagle na myśl. Ale cóż. mógł dostać się do dyrektora gabinetu prefektury. że go zna. jakiś sekretarz z prefektury roześmiał mu się w nos. Rieux patrzył na niego. Postanowił wyjechać.dodał .rzekł Rieux. Do zobaczenia." To właśnie mniej więcej napisała. ale się wahał. poczta go odprawiła.mówił. że nie o to chocba i że przyszedł prosić doktora Rieux o pomoc.ale jak by to powiedzieć?. że powinna nadal dbać o siebie i że myśli o nie]. "^ Tylko że wciąż myślał o niej. Telegraf ował do niej zaraz po zamknięciu miasta. Potem osuszył wąsy. że nie jego rzeczą jest tu zostać. wydawało się szczególnie opustoszałe. Kilka sygnałów trąbki w złotawym jeszcze niebie świadczyło tylko o tym." Ale rano. Rieux zaproponował mu. . me miał już wiary.rzekł ten ostatni . 71 .Niech mi pan wybaczy.że pan mnie poznaje. jakoby wykonywali swój zawód. tak . . Zeszli uliczkami dzielnicy murzyńskiej.ale nie znam nikogo w tym mieście. pomiędzy niebieskimi. ale miasto.wyjeżdżając. i próbował tylko porozumieć się z nią. Ponieważ miał rekomendacje (jego zawód daje ułatwienia). że to wypadki przejściowe. by zacząć na nowo. nawet jeśli po opuszczeniu miasta musiałby . Rieux zdawało się. że znalazł się w mieście przypadkiem i że byłoby słuszne. |Rambert mówił z wielkim wzburzeniem. że miasto ]est zamknięte. Mógł zacząć na nowo. . jak zauważył Rieux. Jak długo kochaliśmy się.Byłem u pana przed tą całą historią .Pan wybaczy . nie jest to żona. rozumieliśmy się bez słów. Powiedział.powiedział stary urzędnik .Ach. I to mnie wzrusza. by udali się razem do przychodni w centrum miasta. Ale nie zawsze się kocha.prosić o informacje o warunkach życia Arabów. . ma pan teraz piękny temat do reportażu.Przypuszczam . Z panem mogę mówić. że ma się dobrze. Prawdę mówiąc. Najwidoczniej Grand był o tysiąc mil od dżumy. że wojskowi zachowują pozory. Grand wytarł nos czymś podobnym do serwetki w kratę.. Mam do pana zaufanie. które by ją zatrzymały. Koledzy z Oranu powiedzieli Rambertowi.mówił tamten . żeby się usprawiedliwić. któremu powiedział. tak hałaśliwe dawniej o tej porze. w którym napisał: "Wszystko w porządku. doktorze .. Rambert był zdenerwowany. że 72 nic go z Oranem nie łączy. Wieczorem Rieux zatelegrafował do żony. który czekał na mego. gdzie doktor miał wydać kilka poleceń. Myślał z początku. . ale nie trzeba być szczęśliwym. W pewnej chwili powinienem był znaleźć słowa. . że w końcu nie wie.Proszę.Od dawna o tym myślę.

dziennikarz miał minę upartą i nadąsaną. doktorze. szare od kurzu.Niech pan będzie pewien. co oznacza taka rozłąka dla dwojga ludzi. z kołnierzem koszuli rozpiętym pod krawatem. ale dotyczy nas wszystkich. Ale tego dnia cyfry były jeszcze zbyt świeże w pamięci. czy nie mógłby mi pan wydać zaświadczenia. który zaplątał mu się między nogami. Zatrzymali się pod pomnikiem i Rieux strząsnął z butów białawy pył. nie mogę zaświadczyć. Ruszyli znowu i doszli do placu -d'Armes.To niewystarczający powód. nie zostanie pan zarażony. . że w tym mieście tysiące ludzi jest w tym samym położeniu. a nawet gdybym wiedział. . Rieux skinął głową twierdząco.Oczywiście. a mimo to nie można im pozwolić wyjechać. Rambert wzruszył ramionami.Ależ ja nie jestem stąd! .Teraz.ciągnął Rambert. kiedy wejdzie pan do prefektury. które by stwierdzało.Poza tym zresztą? . że pojmuję . i postawił go łagodnie na ziemi. jak wszyscy. każde wydarzenie ma swoje/dobre strony. Z kapeluszem zsuniętym inieco do tyłu. Bo sytuacja jest przecież poważna i nie można nic postanowic.odbyć kwarantannę. Na bulwarach w centrum miasta nie było tłumu jak zazwyczaj. Dyrektor odparł. że w każdym razie wydaje mu się to rozsądne.Ale ja nie jestem tutejszy . żeby żyć z kobietą. kiedy wszedł pan do mego gabinetu. Rieux milczał.Dlatego. Nie przy-T szedłem na świat. że może znaleźć w Oranie materiał do ciekawego reportażu i że wszystko zważywszy.Poza tym. chwycił małego chłopczyka.Dlaczego? . będzie pan stąd. Może nie zdaje sobie pan sprawy. ..Chciałem tylko pana zapytać. . nieruchome. że zobaczy. niestety. że nie mam 73 tej przeklętej choroby. . . że to wskutek komunikatu agencji Infdok. Gałęzie fikusów. którzy się dobrze rozumieją.rzekł nagle Rambert .S .rzekł Rambert. nie może jednak robić wyjątków. Poza tym zresztą. czy nie.rzekł wreszcie Rieux . Ale może przy-/ szedłem na świat.ale nie rozumuje pan dobrze. Dochodzili do centrum miasta. czy pomiędzy chwilą.. źle ogolony. który przypadał na ten dzień. .że ona'7 i ja spotkaliśmy się niedawno i rozumiemy się do-( brze. Czy to nie j esy naturalne? Rieux powiedział. rozumie pan.To idiotyczne.Ale ja pana nudzę . nie przyda się panu sną nic. . ponieważ nie wiem. czy ma pan tę chorobę. Głupia historia. że rozumie to bardzo dobrze. Tamten ożywił się: . by pisać reportaże. . zwisały wokół zakurzonego i brudnego posągu Republiki. . że mogłoby mi się przydać. Nie mogę panu dać tego zaświadczenia.Tu chodzi o dobrą wolę. że epidemia nie potrwa długo.Jeśli jednak sami nie są chorzy na dżumę? . Kilku przechodniów śpieszyło do odległych mieszkań. miejmy jednak miano wszystko nadzieję. Myślę. przysięgam panu. . . Spojrzał na Ramberta. Rieux pomyślał. Po dwudziestu czterech godzinach nasi współobywatele znów odzyskają nadzieję. Na zakończenie próbował pocieszyć Ramberta zwracając mu uwagę. Nikt się nie uśmiechał.. wiem o tym dobrze.rzekł Rambert. i chwilą. I nie sposób brać jej inaczej.Rzecz w tym . jeśli nawet dam panu to zaświadczenie.

I tak zabrałem panu dość czasu. Tamten skinął niecierpliwie głową. kiedy go oskarżał? "Pan żyje w ab-'"^ strakcji. w nieszczęściu jest cząstka abstrak\ cji i irrealności.rzekł Rambert . w którym mieszkał Jean Tarrou. Ale kiedy abstrakcja zaczyna nas \ zabijać. Rambert wydał się nagle zakłopotany. ale są zarządzenia i prawa. Pomyślałem więc. a to siłą rzeczy nie jest to samo. Nie trzeba sądzić. Pragnie ze wszystkich si] 74 żeby Rambert odnalazł swoją żonę i żeby ci wszyscy. W zagłębieniu podłogi powstało jeziorko wody krezylowej. i jego zadaniem jest robić. Chorego zanoszono na tę wysepkę. Ale na dobro publiczne składa się szczęście każdego z nas. Rieux poprosił Ramberta. wbrew sobie i temu wszystkiemu. .Zwróciłem się do pana.Rzeczywiście. byli ze sobą. to dla pana abstrakcja. Ale pan niesłusznie się gniewa. . wysuszony. dochodząc przeciętnie do pięciuset ofiar -\ w tygodniu! Tak. Doktor powiedział. którzy się kochają.rzekł Rambert z goryczą . [PO chwili doktor potrząsnął głową. że nie było to najłatwiejsze. potem przenoszono go do \ jednej z sal. byłbym głęboko szczęśliwy. żeby informował go 75 e swych krokach i nie miał do niego urazy. że przynajmniej w jednym wypadku mógłby pan uwolnić od tego. że pański udział w powziętych decyzjach jest znaczny.Nie . ponieważ powiedziano mi. który mu powierzono. Ale czy miał rację. Ale to panu jest obojętne. Rieux widział. .Ach. Gdyb(y udało się panu wybrnąć z tej historii. Nie wziął pan pod uwagę tych. który jak gdyby ocknął się z zamyślenia . gdzie dżuma czyniła straszliwe spu-' stoszenia. że nie wie. okryty szorstką koszulą szpitalną Ą przechodził do rąk Rieux.powiedział doktor.zacznie pan mówić o służbie dla ogółu. co pan mi powiedział. . to pana dotyczy . Nie pomyślał pan o nikim. . I Rieux wiedział jedynie. Po prostu moje funkcje zabraniają mi pewnych rzeczy. pośrodku którego znajdowała się wysepka z cegieł. niesłusznie się gniewam.powiedział Rambert z nagłym wybuchem. .Rieux nie odpowiedział od razu.tak. że mam sobie radzić inaczej? A jednak opuszczę to miasto . . Były to sale . Dziennikarz poprawił krawat. wierzę. Umyty. ale rzecz jego już nie dotyczy. Kazał przerobić pomieszczenie łączące się z salą porad na izbę przyjęć. Rieux przyznał. widzę .Ale nie mogę się z panem zgodzić. Na pewno istnieją możliwości porozumienia. ż( chyba zdaje sobie sprawę. .Wierzę w to . co pan narzucił. Dziennikarz X»/ miał rację śpiesząc niecierpliwie ku szczęściu." Czy naprawdę abstrakcją były te dni spę-^f dzone w szpitalu. Jak wchodził do hotelu.rzekł po chwili milczenia . Doktor podniósł oczy na Republikę i powiedział. trzeba się zająć abstrakcją.jest to i jest co innego. Nasunął kapelusz na czoło i ruszył szybkim krokiem. Zawahał się. je^t dżuma. Nie było łatwe na przykład kierować tym szpitalem pomocniczym (było ich teraz trzy). Potem rzekł. co należy. Mówi pan językiem rozsądku. co zostali rozłączeni.pan nie może rozumieć.ciągnął z rodzajem wyzwania. rozbierano szybko i jego odzież spadała do wody. nie chciał ich brać pod uwagę. że w pewnym sensie to prawda. że i to rozumie.Nie.Cóż .Więc to oznacza. . czy mówi językiem rozsądku. mówi natomiast językiem oczywistości.

co wieczór ręce wczepiały się w ręce Rieux.Mam nadzieję. Wówczas zaczynały się walki.Ą razem mieściła teraz pięćset łóżek. że chodzi o gorączkę epidemiczną. gdy każdemu lekarzowi towarzyszył w obchodach inspektor-wolon-tariusz. wciąż takich samych. rozgrywały się szaleńcze sceny. Diagnoza. Czuł to tego wieczora u stóp pomnika Republiki. Zrazu sąsiedzi otwierali okna i patrzyli. świadom jedynie trudnej obojętności. o której wszyscy mówią. a mianowicie sam Rieux. słowem. gdy ludzie z całego miasta wylewali się falą na ulice. że może go ujrzeć tylko uleczonym lub martwymi "Litości. oznaczała szybkie zabranie chorego z do-mu. On zaś podnosząc prześcieradło i koszulę przyglądał się w milczeniu czerwonym plamom na brzuchu 77 i udach. Być może jedno się tylko zmieniało. obrzmiałym gruczołom.^ C" Był mQgny^j_QdpQmy. Trzeba było telefonować. po tych wszystkich zmierzchach. co wieczór dzwonki ambulansów rozpętywały walki równie daremne jak wszelkie cierpienie. Co wieczór matki z abstrakcyjnym wyrazem twarzy wyły tak patrząc na brzuchy całe w znakach śmiertelnych. a dymienice otwarte.powiedział . Matka patrzyła między nogi swej córki i krzyczała nie mogąc się opanować.rekreacyjne szkoły. przekonywania. Wkrótce rozlegał się dzwonek ambulansu. Podczas pierwszych tygodni Rieux musiał pozostawać aż do przybycia ambulansu. sprawdzał jeszcze statystyki i wracał na konsultacje po południu. niepotrzebne słowa. matka pokojówki pracującej w hotelu Tarrou. przegrzanych od gorączki i lęku. interwencje policji. doktorze!" . Po przyjęciach porannych. Poprzedniej nocy matka. będę mniej nerwowy. Rieux mógł biec od jednego chorego do drugiego. że drżą mu ręce. ponieważ rodzina chorego wiedziała. którymi Rieux 'kierował sam. obietnice i łzy nie miały końca. ozdobionego wachlarzami i sztucznymi kwiatami. "t 76 . by kręcić się po nich w kółko. Ale nie mógł znieść na przykład wizyt u pacjentów. Cóż to znaczyło? Oczy-wiście^ że czuł litość. nakazy. która zaczynała go wypełniać i patrząc wciąż na bramę hotelu. WLgrun. gdy chorzy zostań już zaszcze-\ pieni. która . gdzie znikł Rambert.Tak . Ale krewni zamykali wówczas drzwi. Tak. powtarzających się w nieskończeność.mówiła pani Loret. Rieux mógł odejść. że nie jest to gorączka. woleli bowiem pozostać twarzą w twarz z dżumą niż zgodzić się na tę rozłąkę. Rieux mógł spodziewać się jedynie długiego ciągu podobnych scen.eie_rzeczy nie był jeszcze zmęczony. zauważyła.ale jeśli wytrwam. I po tym długim ciągu wieczorów. Wówczas zaczynała się abstrakcja i prawdziwa "trudność. U końca tych męczących tygodni. która powiedziała mu z ledwo dostrzegalnym uśmiechem: . a wszystkie nie-»'•( mai były zajęte. wręczając doktorowi depeszę od żony. a potem wojska chorego brano szturmem. Ale chorego zabierano. Ale z początku wszystkie wieczory były podobne do tego wieczora. ł/C^<. Potem. W mieszkaniach. abstrakcja. że nie musi dłużej . łzy. Potem zamykali je szybko. Wieczorem wreszcie szedł do pacjentów i zjawiał się w domu późno w nocy. Z początku ograniczał się do telefonu i spieszył do innych chorych nie czekając na ambulans. kiedy Rieux wszedłszy do małego mieszkania pani Loret. Ale to nie posuwało sprawy naprzód. Rieux zrozumiał. dżuma jako abstrakcja była monotonna. został przyjęty przez matkę. której koniec już znali. Krzyki.

Aby walczyć z ab.esią-ca dżumy przyćmiło wyraźne wzmożenie się epidemii i płomienne kazanie ojca Panele '. Nie czuli się więc jeszcze zobowiązani do niczego. ale nie zrozpaczeni. martwiła się pustym spojrzeniem. kiedy litość jest bezużyteczna.y woli doktor odnajdywał jedyną ulgę tych druzgocą-"^cych dni. że spłynęło na nich nagłe nawrócenie. który powinien pewnego dnia odejść. które ich dotknęły.*"^ ^ ście i stało się ono na swój sposób ważną datą w hi. nie nadeszła jeszcze bowiem chwila. Człowiek męczy się litością. I dla-^) tego się cieszył. Tydzień modlitw miał liczne audytorium. Porywczy i namiętny z na.^ stoni tego okresu.-> r i.. jak od obskurantyzmu minionych wieków. że mieszkańcy Oranu byli zazwy.-(. letynu Towarzystwa Geograficznego Oranu. W niedzielę rano na przy. Augustynem i Kościołem afrykańskim. która wy-( maczała bieg życia w naszym mieście przez ten długi| -okres. że epidemia się zatrzyma i że oni wraz z rodzinami zostaną oszczędzeni.ix. Ale wiedział również. by zabrał głos. W istocie koniec pi-^i vv ^Pf. Ale z jednej strony. gdzie je. Pod koniec tego miesiąca władze kościelne naszego miasta postanowiły walczyć z dżumą własnymi środkami i zorganizowały tydzień wspólnych modlitw. czuli oczywiście doskonale. czemu zawdzięczał szczególną pozycję w swym zakonief. jakiego mógł doznać. jezuity. Nie dlatego rówiież. inni widzieli prawdę. wygłosiwszy serię odczytów o nowoczesnym indywidualizmie.'% nad ranem.^ czaj szczególnie pobożni. bolała właśnie nad Jedynym ^ ukojeniem. Przy tej okazji nie skąpił przykrych prawd swemu audytorium.iDżuma była dla nich tylko nieprzyjemnym gościem. co stawało na przeszkodzie jego szczęściu. które ^ zatrzymywał na niej. z nią się liczyć. spotykając go o drugiej . Od dwóch tygodni Paneloux porzucił pracę nad św. w czym jedni widzieli abstrakcję.. i tylko wówczas. To właśnie miało przydarzyć się Rambertowi i doktor mógł się o tym dowiedzieć szczegółowo z ostatnich zwierzeń dziennikarza. przyjął bez wahań powierzone sobie zadanie. Rocha •za-dżurmonego b ciętego. kład kąpiele morskie są poważną konkurencją dla ^ f mszy. Nie dla. kąpiele więc niemożliwe.bronić się przed litością. Wielu jednak miało wciąż nadzieję. miasto było zamknięte i dostęp do portu zabroniony. że coś się zmieniło. Stąd jego reputacja. skoro się zjawił. ^Ale y ' jakże mógłby to odczuć Rambert? Dla Ramberta ab-' strakcją było to wszystko. że abstrakcja bywa silniejsza od szczęścia i że trzeba wówczas. y strakcją. Wiedział. Przy tej okazji zwrócono się do ojca P&neioux. z drugiej zaś znajdowali się v/ szczególnym stanie ducha: choć w gruncie rzeczy nie przyjęli zaskakujących wydarzeń.' « Na długo przed tym kazaniem mówiono o nim w mię. że dziennikarz ma w pewnym sensie rację. I w uczuciu serca zamykającego się po. W ten sposób mógł 78 'śledzić w nowej płaszczyźnie posępną walkę między! szczęściem jednostki i abstrakcjami dżumy. Wystąpił tu jako żarliwy obrońca ambitnego chłysLianizmu. w której dżuma ukazała się im jako prawdziwy kształt ich życia i w której . Rieux wiedział. równie dalekiego od nowoczesnej wolnomyślności. który był przy starym Michelu w początkach jego choroby. Ale zdobył sobie uznanie rozlegle j sze jeszcze.F " go rekonstrukcje epigraficzne cieszyły się wysokim uznaniem. Byli przerażeni.O-tyry.--. \1 prawdę mówiąc. trzeba trochę być do nie] podobnym. Lecz w tym. że ułatwi to jego zadanie. Ojca Panel oux znano jako częstego współpracownika biu-"-^.^ tego bynajmniej. Kiedy matka. Te manifestacje pobożności publicznej miały się skończyć w niedzielę uroczystą mszą do św.

całe audytorium <^ znalazło się na kolanach. jak o wiele innych spraw. Z wolna 80 jednak. W ogromnej stodole świata nieubłagany bicz wybije zboże ludzkie. należałoby posiadać wiadomości o egzystencji geniusza dżumy. że po to. Zbyt dłngo" ten świat paktował ze złem. pogłębione jeszcze uderzeniami ulewy o witraże. dżuma usposobiła ich szczególnie. ściskając drzewo wielkimi rękami. by rozstrz. Faraon sprzeciwił się odwiecznym za-n"iarom i dżuma zmusiła go. by padł na kolana. za. Od początku historii pl&ga boska rzuca do stóp Boga pysznych i ślepych." Nawet Tarrou. rozciągającym się przed kruc^tą. czekali. jak jeden z wiernych powiedział do doktora Rieux: "W każdym razie to nie może źle zrobić. jaką mogli wieść przedtem. Krótko mówiąc. nie łączyło się jakby z tym patetycznym wstępem. Zaraz po tym zdaniu Paneloux rzeczywiście zacytował tekst z Exodusu dotyczący dżumy w Egipcie i powiedział:("Po raz pierwszy ta plaga zjawiła się w historii.^ wał daleko. sięgając aż do kruchty i ostatnich stopni schodów.| Głos miał mocny. ale krępy. zapisawszy w swoich notatnikach. mogłaby sobie powiedzieć na przykład. co nastąpiło potem.^-brzmiało tak. ale słusznie drżą źli. doścignęło was nieszczęście. Wówczas Paneloux wyprol . że dzięki zręcznemu chwytowi oratorskiemu ojciec za jednym zamachem. Dopiero dalszy ciąg pozwolił zrozumieć naszym współobywatelom. odetchnął głęboko i ciągnął z coraz większym naciskiem :v"Jeśli dziś dotknęła was dżuma. wypowiedziane wśród absolutnej ciszy. aż słoma zostanie oddzielona od ziarna.. czy w rzeczywistości bębenek o\?^ywal się bardziej skuteczny od środków prolilaktycznych. Poprzedniego dnia niebo zaciągnęło się chmurami. idąc za przykładem innych.<^ nią ześliznęło się z krzeseł na klęczniki. gnać kwestię. który wybiegał na ulicę.^ larami. Większość tych. i że nasza niewiedza w tym względzie czyni jałowymi wszelkie możliwe poglądy. Logicznie biorąc. Sprawiedliwi mogą być bez obawy. widać było tylko szeroki. Będzie więcej słomy jak ziarna. Kiedy oparł się na poręczy ambony. co można by dość dobrze określić jako "stan obiektywny"." Deszcz padał teraz ze zdwojoną siłą i to ostatnie zdanie. Rozważcie to i padnijcie na kolana. który rozbrzulie. to. Przez pierwsze dni wielu mieszkańców zostawało w ogrodzie z drzew palmowych i granatowców. równie oddalając od obojętności jak od pasji. namiętny. że kilku słuchaczy po sekundzie waha. czarny kształt 2 dwiema czerwonymi plamami policzków pod stalowymi oku. ujął temat całego kazania.zapomnieli o egzystencji. zbyt długo liczył Q^/ . że chwila zastanowienia nadeszła. zauważył. Dodawał tylko. Zapach kadzidła i wilgotnych ubrań unosił się w katedrze. ci sami słuchacze wchodzili do środka i dołączali nieśmiałe głosy do responsoriów zebranych. W każdym razie przez cały tydzień katedra naszego miasta była niemal wypełniona wiernymi. zasłużyliście na nie" . i kiedy natarł na audytorium gwałtownym i dobitnie powiedzianym zdaniem: "Bracia moi. że absolutnie niepodobna wiedzieć. kiedy ojciec Paneloux wszedł na kazalnicę.Dżuma 81 •^^ stował się. Inni sądzili. r\J że trzeba pójść za tym przykładem i. więcej powołanych niż wybranych i tego nieszczęścia nie chciał Bóg. to znaczy. że w podobnym wypadku Chińczycy g^ają na bębenku przed geniuszem dżumy. którzy brali udział w tygodniu modlitw. otworzyli parasole. słuchając przypływu inwokacji i modlitw.prąd przebiegł po zebranych aż do kruchty. Był średniego wzrostu. Jeśli idzie o religię. Ci. padał ulewny deszcz. którzy stali na zewnątrz. W niedzielę spory tłum wtargnął do nawy. żeby porazić nieprzyjaciół Boga. bracia moi. tak jak zadaje się cios. przy ^J odgłosie poskrzypujących krzeseł. stopniowo.

A zatem C) najłatwiej było popuszczać sobie cugli. faraon i Hiob. patrzycie nowymi oczami na ludzi ^ i rzeczy od dnia. Gęsta woń wosku. podjął wzruszonym głosem: "Wielu z was. I oczom ludzkim ukazał się dobry anioł. odkąd istnieje historia ludzka") Wiecie teraz. a dżuma ta srożyła się przede wszystkim w Rzymie i Pawii. ci sprzed potopu. Tak! To nie mogło trwać.powiedział z siłą . Bici krwawym biczem na klepisku cierpienia. i wiedzcie o tym.^ "Bracia moi . Może w tej chwili jego palec wyciąga się ku waszym drzwiom.7-szą zbrodniczą beztroskę. którą ku wam wyciąga. ojciec Paneloux r". Jest tam. Oto dlaczego. Chcę was przywieść do prawdy i nauczyć was radować się mimo wszystko. a ile razy uderzał w dom. zmęczony czekaniem. Ale Bóg nie jest letni. to jego sposób kochania i. ci z Sodomy i Gomory. zawiedzie ny w swej wiekuistej nadziei. a dżuma wejdzie do was. odwrócił oczy. w prawej ręce. byście się wymknęli tej ręce.rzekleci. na wysokości głowy. że zaledwie wystarczało żywych. Teraz już wiecie. więc przejdźmy do tego. pięknego jak Lucyfer i olśniewającego jak samo zło. nadeszła chwila zastanowienia. kiedy to miasto zamknęło was i plagę w swoich murach.y3'" dzielę." W tym miejscu ojciec szerzej jeszcze nakreślił patetyczny wizerunek plagi.' -^ po czym przemówił bardziej głucho.. Te (N3 nieczęste wizyty nie wystarczały jego pożerającej t czułości. wiem o tym. Dozna jej w odpowiedniej chwili. który powracając do swego wykładu z subtelnością ocenioną wysoko." Tu Paneloux wyciągnął krótkie ręce w kierunku kruchty. oszczep podzwania o drzewo.ha miłosierdzie boskie. słusznie zadaje sobie pytanie. jak gdyby wskazywał na coś poza ruchomą zasłoną deszczu. jak przychodzi ona do wszystkich miast grzechu. a także wszyscy p. co to grzech. które przez jego ręce udzielało się ambonie. włosy opadły mu na czoło. prawdę mówiąc. . zmęczony czekaniem na wasze przybycie. że w czasach króla Humberta Italię spustoszyła dżuma tak gwałtowna. zapłacicie mu dość za wa. wznosi się nad waszymi dachami. jedyny sposób kochania. kaszel i kichanie uniosły się ku ojcu Pas* 83 f neloux. ^ że kilka razy klęknąwszy. niewzruszona jak porządek świata. by grzebać umarłych. który przygotowuje .żniwo prawdy". ciało przebiegało t>-\ drżenie. co powiedziałem. Spójrzcie na tego anioła dżumy. Żadna potęga ziemska. jak wiedzieli o tym ' ^ Kain i jego synowie. na długo znaleźliśmy sit w ciemnościach dżumy!" Ktoś w kościele parsknął jak niecierpliwy koń. Jeszcze chwila." Wilgotny wiatr wpadł w tej chwili gwałtownie pod sklepienie i płomyki świec zgięły się trzaskając. tylu martwych go opuszczało. zostaniecie odrzuceni wraz ze słomą. że wystarczy wam odwiedzać Boga w nie. < Skończywszy ten długi okres. ale oskarżyciel-C^ skim tonem: {Tak. Pozba wieni światła bożego. co najważniejsze. A do skruchy każdy c^uł się ^ mocny. dokąd zmierzam. nawet próżna wiedza ludzka nie może sprawić. Wystarczyła skrucha i wszy-^ stko było dozwolone. Przywołał obraz ogromnej maczugi kołującej nad miastem. miotając krew 4 cierpienie ludzkie "dla siewu. i<C3 Sadziliście. abyście byli panami waszych dni. Po • krótkiej pauzie ojciec ciągnął dale] cichszym głosem: "Czytamy w Złotej legendzie. trzyma czerwony oszczep. Bóg Or który tak długo pochylał nad ludźmi tego miasta ^ twarz pełną litości. zasiądzie w waszym pokoju i będzie czekać na wasz powrót. -urwał. ^T "jak wszyscy oni. miłosierdzie ^) boskie uczyni resztę. kazał pladze przyjść do was. lewą wskazuje na jeden z waszych domów. który dawał rozkazy złemu aniołowi niosącemu oszczep myśliwski i kazał uderzać mu w domy. która uderza jak popadnie i wznosi się zakrwawiona. Chciał was widywać dłużej. Myśleliście. cierpliwa i czujna.te same śmiertelne łowy odbywają się dziś na naszych |f ulicach.

przejawia się wreszcie miłosierdzie boże. niejasną dotychczas. Z początku ludzie zgodzili się na odcięcie od zewnątrz. Niemniej ten przykład zawiera w sobie naukę. Nawet ta plaga. bracia moi. oświadczył doktorowi Rieux. i wszystko. lęku i krzyku. rzucała ich niekiedy ku rozpaczliwym postępkom. Cóż. Tu. Ci. która niechybnie przemienia zło w dobro. Dawno temu chrześcijanie z Abisynii widzieli w dżumie skuteczny i boski środek osiągnięcia nieśmiertelności. myśleli tylko o tym. szelest pojazdów . żyjąc bez pomocy i nadziei. że mimo okropności tych dni i krzyków umierających nasi współobywatele skierują do nieba jedynie chrześcijańskie słowo. Na zewnątrz deszcz ustał. zawijali się w prześcieradła zadżumionych. Mathieu Marais był ślepy! Natomiast ojciec Paneloux nigdy nie czuł bardziej pomocy boskiej i chrześcijańskiej ufności. Dziś prawda jest rozkazem. Nie trzeba być bardziej szybkim niźli Bóg. ogromne pocieszenie. Pan Othon. tak samo jak zgodziliby się na każdą przejściową przykrość. danych każdemu. I wówczas kiedy jedni nadal wiedli skromne życie i przystosowywali się do zamknięcia. i energia. pod pokrywą nieba. które chłoszcze. jakie chciałem wam ofiarować. jak by z tego więzienia uciec. co pragnie przyspieszyć niewzruszony porządek. Niebo pełne wody i słońca rzucało na plac odmłodzone światło. Dowodzi pożałowania godnego pośpiechu. dżumę i zbawienie. iż znalazł się w piekle. by można było podejrzewać. Dziś znowu. która was zabija. Trudno powiedzieć. że za nieznaną zbrodnię zostali skazani na niepojęte uwięzienie. czy to kazanie podziałało na naszych współobywateli.mowa budzącego się miasta." Czuło się. Z ulicy dobiegał hałas głosów. że w związku z wielką dżumą w Marsylii kronikarz Mathieu Marais skarżył się. Przede wszystkim od tej niedzieli począwszy. Drogę zbawienia wskazuje wam czerwony oszczep i <m was na nią popycha. Oto. że wskazawszy na boskie pochodzenie dżumy i karzący charakter tej plagi. czuli niewyraźnie. Naszym widzącym jaśniej umysłom ukazuje tylko doskonałe światło wieczności. że to zamknięcie zagraża ich całemu życiu. Ale nie wszyscy mieli pogląd tak zdecydowany. poprzez ten pochód śmierci. prowadzi do herezji. wbrew wszelkiej nadziei. To światło rozjaśnia mroczne drogi wiodące ku wyzwoleniu. słowo miłości. Wydaje mu się tylko. by przywołać śmierć. Ten szał zbawienia z pewnością nie zasługuje na pochwałę. Słuchacze dyskretnie zbierali swoje rzeczy w ogłuszającym rozgardiaszu. SQdzia śledczy. pojawił się w naszym mieście strach dość powszechny i dość głębofei. ustalony raz na zawsze. Miał nadzieję. którą z nadejściem wieczora odnajdywali wraz z ochłodą. które byłoby nie na miejscu przy temacie tak tragicznym. Kazanie uświadomiło tylko niektórym myśl. kiedy rady i braterska ręka mogły was pchnąć ku dobru. prowadzi nas ku istocie ciszy i zasadzie całego życia. które kryje się w każdym cierpieniu. Objawia wolę bożą. abyście wynieśli stąd nie tylko słowo. bracia moi. poprzestaje na tym i na zakończenie nie będzie się odwoływał do krasomówstwa. Bóg uczyni resztę. na odwrót. którzy nie byli dotknięci zarazą. inni. które do wszystkiego wnosi dobro i zło. ale i słowo. Ale świadomi nagle czegoś w rodzaju uwięzienia. Tymczasem ojciec Paneloux znów za84 brał głos i powiedział. gniew i litość. że Paneloux skończył. że wszystko powinno być jasne dla wszystkich. gdzie zaczynało już szumieć lato. Przypomniał jedynie.Minął już czas. która naruszałaby tylko pewne ich przyzwyczajenia. które koi. uszlachetnia was i wskazuje drogę. ze uważa wykład ojca Paneloux za "całkowicie niezbity". że nasi współobywatele naprawdę osiągają świadomość . może 85 na skutek zbiegu okoliczności. który bliski jest pychy.

który omawiał to wydarzenie z Grandem idąc w stronę przedmieścia. rozciągniętej niemą wesołością. zapytał Granda. . żeby go pociągnąć. co Grand miał na myśli. że Grand porusza rękami. które zapalano coraz później. W górze dziwny gwizd powrócił z większą siłą.powiedział Grand. W ciemności Rieux odgadywał. że sprawy nie układają się tak po prostu i że na przykład wydawcy nie noszą w biurach kapeluszy.Tak . W tej samej chwili światła naszego miasta.w naszym mieście będą tylko wariaci . kapelusze z głów!" To nagłe oświadczenie zdumiało Rieux.rzekł Rieux . uniósł bowiem rękę do głowy i wyciągnął ją poziomo.powiedział Grand. kiedy rękopis znajdzie się u wydawcy.swej sytuacji. które wypowiedział nagle. . . poczuł. Ale nie w tym rzecz.Nie wiem. przypomniał mu o niewidocznej zarazie. oświadczając.. I postanowiwszy nie słuchać gwizdu.Napijmy się czegoś. że noc pełna jest jęków. chcę. Przy kontuarze Grand ku zdumieniu doktora zamówił jakiś alkohol i wypił go jednym haustem. Wysoka lampa.rzekł Rieux. bez widocznego powodu. Rieux zadał sobie pytanie. który wziął urzędnika za ramię. potrącił w mroku człowieka. która miesiła niestrudzenie ciepłe powietrze. że ma suche gardło. Głuchy gwizd gdzieś w czarnym niebie. że układa zdania. na szczęście .to lepiej.. Wydało mu się. W małej kawiarni. że trunek jest mocny. liczy już wiele stron. Bezwiednie nasłuchiwał tajemniczego zgiełku dżumy. 'Rieux. Rieux wydało się na ulicy. sądzę. Po jego białej twarzy. płynnie: . żeby w ów dzień.mam swoją pracę. . Poszli dalej. .Na szczęście. doktorze. w gęstym i czerwonawym powietrzu.Cóż.Na szczęście .Widzi pan.To wariat . nie w tym. a ponieważ znajdowała się ona nieco wyżej. który kiwał się nie postępując naprzód. oświetliła znienacka mężczyznę. że Grand drży nerwowo. 86 .rzekł Grand . ciepło alkoholu udzieliło się Jego głosowi.Ma pan jeszcze tego na długo? Grand jakby się ożywił.Tak . wydawca przeczytawszy go wstał i powiedział do swych współpracowników: "Panowie. jakby zdejmował kapelusz. Ale nie wiadomo. . Grand tymczasem ciągnął dalej i Rieux nie chwytał wszystkiego. czy w sercach. . czy jest zadowolony ze swej pracy. ludzie rozmawiali cicho. nad światłami. Zbliżali się do dzielnicy Granda. który zarazem oczyszczał miasto z wszelkich hałasów. oświetlone} jedną tylko lampą nad kontuarem. zabłysły nagle. pot ściekał wielkimi kroplami. doktorze. Rieux pomyślał jednakże. co zacny urzędnik mówił. umieszczona nad przechodniami. o którym mowa. Zrozumiał jedynie. orzeźwił ich lekki wiatr.mówił tamten . że dzieło. że jestem na dobrej drodze. . Choć niezbyt zorientowany w obyczajach literackich. czy ta zmiana zaszła w atmosferze. Zmęczony.to musi być doskonałe. . ale autor z bolesnym trudem doprowadza je do doskonałości. Zaraz potem chciał wyjść.. Z -tego punktu widzenia atmosfera w naszym mieście nieco się zmieniła. nie. do której weszli. poczuł. Zdawało się. . W kilka dni po kazaniu doktor Rieux. Ale w gruncie rzeczy nic nie wiadomo i Rieux wolał milczeć. że jego towarzysz zrobił gest. który śmiał się bezgłośnie z zamkniętymi oczami.

że pragnie mu pomóc i że ta sprawa bardzo go interesuje.Tu Grand urwał i chwycił doktora za guzik od płaszcza. Trudność rośnie przy "potem" i "następnie". Rieux wstał.Ale czy chce się pan czegoś napić? Mam trochę wina.powiedział Rieux . a nade wszystko złudzenie tak wielkie. zdawał sobie sprawę.Co pan o tym myśli? Rieux odparł. Ruszył dalej. czuł ten zamknięty świat.Niech mi pan wybaczy . Grand jakby nieco się rozpogodził i gdy stanęli przed domem. jakie dawało mu niekiedy. wciąż przyglądając się kartce papieru. by usiadł przy stole pełnym papierów. po chwili wahania zaproponował doktorowi. Przyglądał się arkuszom papieru. Rieux podziękował. ^ .powiedział Grand. potem usiadł. kiedy usłyszeli kroki ludzi biegnących pod oknami. powiedział. który zapytywał go spojrzeniem. Arkusz drżał w jego ręce.i ^przeczyta mi to. tak że papier stał się przezroczysty.rozumiem.Tak. . raz .rozumiem. miał jeszcze czas.Wieczory.. siedząc na wspaniałej kasztance. Dużo mam z nim kłopotu. . raz .To tylko szkic. ze jeden z nich przyciąga nieodparcie jego rękę. Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć. który mam w wyobraźni. . Grand położył kartkę i patrzył na nią. czasem nawet nad zwykłym spójnikiem. . Ale Grand powiedział żywo.. Rieux zauważył. że nie jest to właściwy punkt widzenia. ." Cisza wróciła i razem z nią niewyraźny hałas cierpiącego miasta.Nie wiem. jakie miasto tłumiło w nocy.Niech pan nie patrzy . że nie przylega jeszcze całkiem do rzeczywistości i że w pewnej mierze zachowało łatwiznę tonu. czy "i" jest. kapelusze z głów!" Ale jeśli idzie o to. słyszał straszliwe wycie. to jest to . dość łatwo jest wybrać między "ale" i "i". .dwa . całe tygodnie nad jednym słowem. doktorze.To moje pierwsze zdanie. . Trudniej już między "i" i "potem". żeby wszedł na moment. Słowa wychodziły utykając z jego źle uzębionych ust. W owej • chwili niezwykle ostro czuł to miasto rozciągające się u jego stóp. że można będzie powiedzieć: "Panowie. wówczas reszta stanie się łatwiejsza. Mimo bowiem zadowolenia. uniósł go w świetle żarówki nie przykrytej abażurem.trzy. że ten początek budzi w nim ochotę poznania dalszego ciągu.powiedział . Nie zgodziłby się oddać zdania w takim kształcie drukarzowi. co się dziś ze mną dzieje! Rieux uderzył go lekko po ramieniu. Grand zmieszany szedł obok doktora. Grand spojrzał na niego i uśmiechnął się z pewną wdzięcznością. co mówił.Niech pan siada . . . Po chwili podniósł oczy..powiedział Rieux .Tak .Niech pan zrozumie dobrze.rzekł Grand doktorowi. On także przyglądał się tym wszystkim arkuszom i zdawało się. czy nie jest potrzebne. W jadalni Grand poprosił doktora. Kiedy potrafię dokładnie oddać obraz. Głos Granda zabrzmiał głucho: "W piękny poranek majowy wytworna amazonka. Rieux zgodził się. kiedy moje zdanie nabierze rytmu tej przejażdżki kłusem. Ściśle biorąc. . Rieux słuchał jednocześnie czegoś 88 na kształt niewyraźnego brzęczenia. mimo wszystko zbliżającego je trochę do komunału. dużo. 87 . .dwa . Uderzył dłonią na płask w papiery. które zdawało się odpowiadać na gwizd zarazy w mieście. jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego. Poczekał chwilę. że czoło urzędnika było wilgotne. . Przynajmniej taki był sens tego.wybąkał.trzy.Tak . które pokrywało mikroskopijne pismo usiane poprawkami.

gdzie twarze można było równie łatwo przewidzieć jak segregatory i półki z aktami. Obok nich można było jeszcze znaleźć gadułów. posuwali się do gwałtu i próbowali zmylić czujność przy rogatkach. nabrał właściwego pojęcia o tym. jak powiadał Rambert . że upór w końcu zwycięża wszelkie przeszkody. że chodzi tylko o chwilową niedogodność. wolnych od podatków. p^ \ Jednakże wobec każdego z nich i za każdym razem. że powstanie to. wskazywali Rambertowi inne biuro lub inny sposób załatwiania sprawy. którzy mieli określone i uporządkowane poglądy na wszystko. którzy zapewniali petenta. Odwrócony do okna dodał: . Najwidoczniej zmierzali w stronę bram miasta. Ale znów rozległ się hałas szybkich kroków. że sprawa dotyczy również pewnej liczby ludzi i na skutek tego wypadek Ramberta nie jest tak wyjątkowy. którzy kazali mu wypełniać formularze i wkładali je do kartotek. powierzchowni. by uciec z miasta. Rieux schodził już i kiedy był na ulicy. Rambert odpowiadał. co z tego zrobię .Zobaczy pan. Rambert nie zaniechał przede wszystkim oficjalnych starań. zęby pozostawił im notatkę streszczającą sprawę. płodów ziemi czy wreszcie handlu winem. zawsze był zdania. Ale w danym wypadku te kompetencje nie shiżyły im do niczego. szafowali dobrymi radami. jeśli idzie o trudności administracyjne stojące na przeszkodzie wszelkiemu okazywaniu względów w obawie. tracąc głowę 89 pośród upału dżumy. Niektórzy nasi współobywatele. We90 dług klasyfikacji. czy zaciągii nięcia się do armii kolonialnej. gdy to było możliwe. ale z większym uporem i zręcznością. Miało to tę dobrą stronę. w pewnym sensie. Odwiedził więc wielu urzędników i ludzi. którzy posiadali niewątpliwe wiadomości w zakresu spraw spornych czy ubezpieczeń.powiedział Grand. co dotyczy banku.Kiedy to wszystko się skończy. metodyczni. wylewni wznosili ręce do góry. że opierając się na nie] powezmą decyzję. U wszystkich najbardziej nawet uderza--C ła ta dobra wola. którzy prosili /Ramberta. najliczniejsi ze wszystkich. którą Rambert przedstawił doktorowi Rieux.. że jest obcy w naszym mieście. próbowali również wymknąć się tej atmosferze rosnącej paniki. i informowali go. wyczerpany chodzeniem po urzędach. Inni. Ale jeśli idzie o dżumę. których kompetencji nie kwestionowano zazwyczaj. i wchodząc do biur. że to nie zmienia w niczym istoty jego argumentacji. znudzeni odwracali oczy. ten rodzaj rozumowania charakteryzował formalistów. Istota jego argumentacji sprowadzała^ się zawsze~cfo oświadczenia. jak on to sobie wyobraża. czekając na wyściełane] ławce przed wielkimi plakatami zachęcającymi do subskrypcji bonów skarbowych. czym jest merostwo lub prefektura. ich wiador-Y mości były mniej więcej żadne. jak Rambert. do jego zawodu. dwóch ludzi przeszło obok niego. Jak powiedział. wreszcie tradycjonaliści. gdy proszono ich o decyzję. a dawać sobie radę należało. na co oświad. że to wszystko nie potrwa długo. a zatem jego wypadek powinien być odrębnie rozpatrywany"") Na ogół rozmówcy dziennikarza zgadzali się chętnie na to. którzy ofiarowywali mu bony na mieszkanie lub adresy niedrogich pensjonatów. i pocieszali Ramberta. eksportu. ze to jednak coś zmienia. Dziennikarz.i czano mu. Byli również ważni. Wskazywali jednak zazwyczaj. nie mówiąc JUŻ o solidnych dyplomach i oczywistej ^ dobrej woli. jeśli nie z większym powodzeniem. co z wielką odrazą nazywano precedensem. Najczęściej byli to ludzie. Rambert bronił swej sprawy.

zebranych w jakimś biurze. zaś w sytuacji. gdyby zachorował i umarł na dżumę. Obrazy. że pozostał przy życiu. w której znajdowało się całe miasto. że maskowało prawdziwą sytuację. czy spodziewać się zwrotu od krewnych. których już nie podawano. Na ścianie kilka plakatów zachęcało do szczęśliwego życia w Bandol czy Cannes. były one bowiem cieniste i chłodne.odrętwienia. rozwój dżumy wymykał się jego uwadze. by przyśpieszyć moment wyzwolenia. jaką odnajduje się na dnie opuszczenia. różowość zachodu odbijała się w szybach i marmur stolików połyskiwał słabo w nadciągającej ciem* ności. Ale poczekalnie. Pośrodku pustej sali Rambert wyglądał jak zagubiony cień i Rieux pomyślał. pod warunkiem. Błąkał się więc od kawiarni do kawiarni. że znajdzie w niej jakieś znaki bliskiego końca choroby. Zmierzch ogarniał salę jak szara woda. Ankieta interesowała się jego tożsamością. kie-> dy Rambert nie broni się przed rozpaczą. kiedy w kawiarniach. a stamtąd do restauracji. Odwiedził już wszystkie urzędy. do których wchodziło się od zewnątrz. Praktycznie biorąc. . Rambert spędzał też-długie chwile__na^xiwor(c)iA» Wstęp na perony był zabroniony.Na wypadek czego? . sytuacją rodzinną. jak mógł stwierdzić Rambert. Potem siadał w kącfe^Sala była mroczna. Rzecz jednak godna uwagi. że w pełni katastrofy urzędy pracowały nadal i działały tak samo jak w in nym czasie. dawnymi i obecnymi środkami utrzymania oraz tym. z drugiej zaś wiedzieć. Był to okres . że zostały do tego stworzone. czytał gazetę z nadzieją. z jednej strony. że chodzi tu o ankietę mająca na celu spis osób. Była to godzina. że nie był całkowicie oddzielony od tej. Ale nie było to pocieszeniem. czy wejść. Ale gdy Rambert zabrał się do tego poważnie i znalazł biuro. i trzeba było coś zrobić. często bez wiedzy najwyższych władz i tylko dlatego. Wydało mu się. Przenosząc się samotnie z kawiarni do kawiarni. które wysłało mu ankietę. że na wypadek. opóźniano możliwie najdłużej 92 zapalenie świateł. że ten stan odpowiadał prawdzie. wstawał i szedł żółtymi ulicami miasta. Rambert czytałJStare rozkłady jazdy. zostawiano otwarte. odwracał się z niesmakiem od wyrazu smutku na ich twarzach i przeczytawszy po raz setny szyldy sklepów z przeciwka. Wyjaśniono mu. Następny okres był dla Ramberta zarazem najłatwiejszy i najtrudniejszy.doktorowi z odcieniem goryczy.e. kiedy wszyscy więźniowie tego miasta odczuwali rozpacz. Kilka chaotycznych informacji. Rieux odwrócił się. reklamy znanych aperitifów. że jest to godzina. powiedziano mu. aby. która na niego czekała. Rieux musiał przyznać. Nie mówiąc już o tym. które najtrudniej było mu . które można odesłać do ich stałych miejsc zamieszkania.zapytał Rambert. od tej strony wyjścia były na razie zamknięte. poczynił wszelkie kroki. co nazywano curricu91 lum vitae. prośbą. uprzedzić rodzinę. * W pewnej chwili Rambert poczuł _nadzj_ej. Ale była to godzina. Wreszcie zdecydował się i usiadł w głębi sali. do kresu jego próby. na skutek rozporządzenia z góry. Dowodziło to oczywiście. potwierdziło to wrażenie. każdy miniony dzień zbliżał każdego. patrzył na przechodniów ulicznych. społeczeństwo zajmowało się nimi. by wypełnił ją dokładnie. Siadał rano na tarasie przy szklance letniego piwa. czy należy koszty szpitala wliczyć do budżetu miasta. --(c)trzymał z prefektury ankietę in~Elanc(T~z. że te informacje zbiera się "na wypadek". mógł dobrnąć do wieczora. że w ten sposób dni upływały szybciej. Stary piec stygł od miesięcy obw zwiniętego starego szlaucha. Rambert dotykał tu owej strasznej wolności. Pewnego wieczora właśnie Rieux zauważył dziennikarza przed drzwiami kawiarni: Rambert wahał się. wywieszki zabraniające pluć i przepisy policji kolejowej. i w dni upalne siadywali tu czasem żebracy. ale że prawda ta była nieco zbyt ogólna.

które mogły przenosić pchły. Rieux myślał jedynie. Po raz pierwszy wszyscy stali się wrażliwi na barwy nieba i zapachy ziemi. że tak je kocha. Najpierw zerwał się wielki. Kiedy patrol znikał.'Na przedmieściach. były obrazami Paryża. lato wybuchnę-ło nagle na niebie i nad domami. puste ulice wokół Panteonu i kilka innych miejsc w tym mieście. Pejzaż ze starych kamieni i wody. Dawniej. I tego dnia.^ | Tłok przy bramach zmusił żandarmów do użycia arom. ja94 kie należałoby zastosować. śpi. o którym nie wiedział. co wywołało głuche wzburzenie. _^ Dla przerażonych serc naszych współobywateli wszystko zresztą w tym upale i ciszy nabierało większego znaczenia. wszystkie drzwi i okiennice były zamknięte. gdy nadszedł czas nieobecności. Czasem rozlegały się wystrzały patroli specjalnych. Słońce prześladowało naszych współobywateli we wszystkich zakątkach ulic i jeśli zatrzymywali się choć na chwilę. czy chronili się w ten sposób przed dżumą. kiedy mógł ją pochwycić. W każdym razie jest prawdą. Zdawało się. ożywienie zmalało i w tej dzielnicy. Każdy rozumiał z trwogą. Dzienniki drukowały dekrety. które znaczą zmiany pór roku. że niezadowolenie wciąż rosło. nie wiadomo. Był koniec czerwca. że upały wspomagają epidemię. Te suche detonacje przyczyniły się do stworzenia w mieście atmosfery alarmu. pomiędzy ulicami ciągnącymi się płasko i domami. przygnębienie ogarnęło miasto. kiedy się to zdarzało. nad którą władzę sprawowała zaraza. czy przed słońcem. i każdy . prześladowały Ramberta i nie pozwalały mu zabrać się do czegokolwiek określonego. palący wiatr. kiedy Rambert powiedział mu. zgodnie z niedawnym zarządzeniem miały one zabijać psy i koty. gdyby ludność. dosięgało ich natychmiast. mówiono o zabitych. że prócz ulic z arkadami i mieszkań nie ma w mieście żadnego miejsca wolnego od oślepiającego blasku. Nazajutrz po spóźnionych deszczach. Była to bowiem godzina. nawet jeśli noc była nocą zdrady. O czwartej nad ranem człowiek na ogół nic nie robi. wiał przez cały dzień i wysuszył mury. poprzedzam uderzeniami kopyt o bruk. którzy pilnie nasłuchiwali. które upamiętniły niedzielę kazania. albo. na ulicach widywano często ciekawskich. z głębi własnego doświadczenia. ale w mieście. gołębie z Palais--Royal i Gare du Nord. posunęła się do buntu. która dochodziła do siedmiuset tygodniowo. pogrążyć tę istotę we śnie bez snów. którą zostawił. który może skończyć się dopiero w dniu połączenia. Byli na pewno ranni. że nasze władze obawiały się najgorszego i poważnie zastanawiały się nad środkami. Tak./Ale po tylu alarmach serca stały się nieczułe . Patrole krążyły po mieście. Niedługo po kazaniu rozpoczęły się upały. doktor bez trudu. Fale żaru i światła nieprzerwanie zalewały miasto. Jednakże z kilku domów dobiegały \ jęki. ciężka i nieufna cisza spadała na zagrożone miasto. jak gdyby byl^. o tej godzinie śpi się i to uspokaja. Ponieważ te pierwsze upały zbiegły się z gwałtownym wzrostem liczby ofiar. które miały tarasy. Pogoda ustaliła się. zrozumiał to tak. które ponawiały zakaz opuszczania miasta i groziły karami więzienia przestępcom. skoro wielkim pragnieniem niespokojnego 93 serca jest posiadać wciąż istotę. że Rambert lubi wyobrażać sobie ^wówczas kobietę. one naturalnym językiem człowieka. którą ono kocha. Na pustych i przegrzanych ulicach. pojawiali się często strażnicy na koniach i przejeżdżali pomiędzy rzędami zamkniętych okien. gdzie przesadzano we wszystkim na skutek upału i strachu. gdzie ludzie mieszkali zawsze na progach swych domów. że lubi się budzić o czwartej nad ranem i myśleć o swoim mieście. przynajmniej tak mówił doktorowi Rieux. i wszyscy przechodzili lub żyli obok skarg. że dziennikarz utożsamiał te obrazy z obrazami swej miłości.wówczas udźwignąć.

których nie tknęła. że lato się zadomawia. który przechadzał się tam i z powrotem. o którym nie mówi się więcej. uparcie zamknięte okna kryły zrozumiałe zmartwienie. Wszyscy nasi współobywatele przyjmowali zazwyczaj lato 1 z radością. roz-^ drobił nieco papieru. stary odpowiadał: "Ach. Nadal też obserwował swoje ulubione postaci. ale przypominał. dżwięczały pusto w zamkniętym i milczącym mieście. kilka ołowia-f nych splunięć zabiło większość kotów i sterroryzo-f wało inne. że odbiorą jej punkty. okazał pewne zdumienie. zamykając za sobą drzwi balkonowe ze złością. 95 Była to_jedna z wielkich rewolucji choroby. zapisując mianowicie. Poczekał jeszcze. nie był już na miarę tych czerwonych zmierzchów. że przewidział nieszczęście. te ulice blednące od kurzu i nudy miały ten sam groźny sens co stu zmarłych. że stróż mówił o trzęsieniu ziemi. co się stało. ponieważ wielu ludzi ssało je. i sprawa załatwiona. Ale gdzie indziej notował. że śledził i ogólny rozwój dżumy. jak pisał Tarrou. stu siedmiu i stu dwudziestu zmarłych dziennie. które nie informowało już o setkach zgonów w tygodniu. która w pustej dzielnicy z zamkniętymi okiennicami otworzyła nagle okno i krzyknęła dwu' krotnic głośno.widział zarazem. Krzyk jerzyków w wieczornym niebie wątlał nad miastem. noszą ja w sercu. Liczy się zmarłych. Tarrou przyznawał mu. które opuściły ulicę. godziny o smaku snu i wakacji nie zapraszały już jak dawniej na święta wodv i ciała. Co robić w takich warunkach? Tarrou znów daje najwierniejszy obraz naszego życia podówczas. Po tygodniu Tar-rou na próżno czekał na codzienny widok. Ale ta łajdacka choro"-ba! Nawet^ci. "Dzienniki i władze chcą i przechytrzyć dżumę. że pastylki mentolowe zniknęły z aptek. zbadał !' wyloty ulic i zrezygnowany czekał." Ukazywał również stronę patetyczną czy wizualną epidemii pisząc o owej kobiecie. i po rannej sprzedaży ich płatki pokrywały zakurzone chodniki. Na targi nie przywożono już kwiatów w pąkach. ale na twarzy małego staruszka można było wyczytać coraz bardziej widoczny niepokój i smutek. Wyobrażają sobie. Tego lata natomiast dostęp do bliskiego morza był zabroniony i ciało nie miało już praw do swych radości. że wiosna się wyczerpała. Nieustanne słońce. zawsze był pewien. wyszedł znowu.taki wniosek zawierały notatki. Rzecz oczywista. Ta sama ] scena powtórzyła się w następnych dniach. Kiedy Tarrou wracał wieczorem do hotelu. Pewnego ranka rozle-^ gły się wystrzały i. Jego ręka uderzała lekko o kraty balkonu. "W czasie dżumy zabrania się pluć na koty" . Przeciwnie. Straciły miedziany blask szczęśliwych pór roku. że przewidział to. które oddalają horyzont w naszych stronach. Tego samego dnia •j o zwykłej godzinie mały staruszek wyszedł na bal-i koń. %nikł nagle. Słońce dżumy gasiło wszystkie barwy i zmuszało do ucieczki każdą radość.. po pewnym czasie. Do-lt wiadujemy się więc. pochylił się. roztrwoniła w tysiącach kwiatów rozkwitłych wszędzie wokół i że teraz uśnie. Miasto otwierało się wówczas ku morzu i wyrzucało młodzież na plażę. były otwarte. ale o dziewięćdziesięciu dwóch. którzy co dzień przydawali ciężaru miastu. ponieważ sto trzydzieści jest mniejszą liczbą od dziewięciuset dziesięciu. gdybyż to było trzęsienie ziemi! Mocny wstrząs. za czym." . by zabezpieczyć się przed ewentualnym zarażeniem. Stróż nieustannie przypominał każdemu wchodzącemu. że mały staruszek od kotów |' przeżywał również tragedię.. wrócił do pokoju. miażdżona powoli podwójnym ciężarem dżumy i upału. Nie ulegało wątpliwości. że spotka w hallu ponurą postać nocnego strśża. Dla wszy&tkich naszych współobywateli to letnie niebo. żywych. iż pewien zwrot w epidemii podkreśliło radio. po czym zamknęła okiennice nad gęstym cieniem pokoju.

skoro nowi podróżni nie przyjeżdżali już do naszego miasta. i przy tej okazji wspomniał o jasno-brązowych oczach pani Rieux-matki. Po krótkiej nieobecności w restauracji znów zjawił się pan Othon. Ale dyrektor był stanowczy i miał w tej sprawie zdecydowane poglądy. że dosyć już zrobił. że spojrzenie. mając pięćdziesiąt lat doszedł do wniosku. będzie zawsze mocniejsze od dżumy.Ach. który nie lubił pana Othona. a na7 . co? Proboszcz ma rację. Nazajutrz Tarrou przyszedł bez uprzedzenia. Stary przyjął Tarrou szyderczym' śmiechem i zacieraniem 98 rąk.tak. oparty o poduszkę. to dofcrze zasłużone. . Był u niego z doktorem po ich spotkaniu. z tych samych powodów. Szybko idzie. że podróżni długo nie będą przyjeżdżać do miasta^ Dżuma była ruinąturystyki. pozo' stawali w hotelu. W notatniku znalazło się także sprawozdanie z kazania ojca Paneloux. z których przedtem wszystkie pokoje były zajęte. Był w łóżku. więcej teraz lekarzy niż chorych. Mówił o niej tylko tyle. to znaczy z ciszą. . W pierwszym wypadku trwają jeszcze dawne przyzwyczajenia. Czekajmy. Stróż nocny.Nie. siadał. człowiek-sowa." Tarrou notował wreszcie. wyglądał niby mały cień swego ojca. do których wygłaszał niezmiennie dystyngowane i nieprzyjazne zdania. ale jedynie w towarzystwie dwóch tresowanych psów. Jeśli wierzyć jego notatkom. nie mogąc opuścić zamkniętego miasta. że miał długą rozmowę z doktorem Rieux. Z początku podróżni. Tarrou zwracał mu uwagę. od dawna już zamknąłby swój hotel. choć pozycja stojąca nie . uprawia się zawsze nieco retoryki. Ale pan Othon nie zmienił się z powodu takiej drobnostki i tym razem dżuma była wystrychnięta na dudka.Nie lubię takich rzeczy . ale z następującym komentarzem: "Rozumiem ten sympatyczny zapał. W chwili nieszczęścia człowiek oswaja się z prawdą.O.Dyrektor był równie przygnębiony. a potem siadały dzieci. Nie trzeba go będzie stroić. Tylko chłopiec się zmienił. powiedział do Tarrou: ." Dyrekter wpadał w zdenerwowanie: "Ale tu nigdy nie jest naprawdę zimno. ale nieco bardziej skupiony. A oni . Tak więc. że chciał wyświadczyć uprzejmość ostatnim klientom. przed sobą miał dwa garnki z grochem. W każdym razie to zanosi się jeszcze na wiele miesięcy. Gdy zaczyna się plaga i kiedy się już skończyła. Tarrou był jednym z nielicznych gości i dyrektor przy każdej okazji zwracał mu uwagę.mówił Tarrou .Dżuma 97 stępnie pochowała swoją matkę i teraz przechodziła kwarantannę. jak długo może potrwać epidemia. proszę pana. jest to osobnik podejrzany. za czym poświęcił dość długie ustępy staremu astmatykowi. Położył się i odtąd nie wstał więcej. . że dała dobre rezultaty. którego leczył Rieux. Ubrany na czarno jak jego siostra. teraz były one puste. ten zdechnie kompletnie ubrany.Świat si^ przewrócił.powiedział dyrektor do Tarrou.powiedział na widok Tar-rou. "Podobno . Często pytał Tarrou. ani pan. z zawodu kramarz. jeszcze jeden . a na skutek tego i cała jego rodzina. . Ale epidemia się przedłużała i wielu z nich wolało zamieszkać u przyjaciół.Z kwarantanną czy bez. że gdyby nie to. w którym czyta się tyle dobroci. Pójdzie od razu. proszę pana. że z tego punktu widzenia wszyscy są podejrzani. Wchodził w taki sam sposób do sali restauracyjnej. . jego żona pielęgnowała. Jak wynikało ze zdobytych wiadomości. w drugim powracają znowu." Był zresztą pewien. stary astmatyk. dodając przy tym uwagę dość dziwaczną. ani ja nie jesteśmy podejrzani.chłody stanowią przeszkodę dla chorób tego rodzaju.

pomiędzy zgonami w nocy i agoniami poranka. powstał nowy dziennik: ^Kurier Epidemii». że Bóg na pewno nie istnieje. "Po piętnastu garnkach .ejciJ3ie^ tylko pijacy . obudzeni pierwszymi tramwajami. "Czy jest to święty?" . astmatyk wytłumaczył mu z grubsza. lwedług religii pierwsza połowa życia człowieka jest -^. powiedział bowiem w chwilę potem do Tarrou.. jaki w astmatyku wywołały częste kwesty w jego parafii. że w drugiej dni czło. że żywił głębokie pragnienie. Nic go naprawdę nie interesowało. że ^T. Wszystkie sklepy są zamknięte. w przeciwnym bowiem razie księża byliby niepotrzebni. dostarczać im świadectw najbardziej autorytatywnych o perspektywach epidemii. W ten sposób odnajdywał punkty orientacyjne w dniu mierzonym garnkiem. Przy pomocy niewielkiej renty dożył siedemdziesięciu pięciu lat. Napełniał drugi. Obliczał czas. rozbiegają się ^ po całym mieście. wsparci o mur na rogu ulicy podają latarniom swój towar gestem somnambulików. Ale napis na niektórych: «Zamknięte z powodu dżumy». To całkiem proste.^* Jednocześnie jednak Tarrou opisywał dość dokładnie dzień w zadżumionym mieście dając w ten sposób właściwe wyobrażenie o zajęciach i życiu naszych obywateli podczas tego lata: . Opuścił miasto tylko jeden raz. który stawia sobie za zadanie: 100 «Informować naszych współobywateli o postępie lub cofaniu się choroby dbając o największą obiektywność. że można mu je ode. podobnie jak inne. za młodu już znać było powołanie kramarza. I odpowiadał: "Tak. y najlepiej więc nic nie robić.^ ce. kiedy się budził. ani muzyka.zapytywał siebie Tarrou.mówił Tarrou .» «Stu dwudziestu czterech zmarłych . trzeba dodać.. z których jeden był pełen grochu. że nie zostaną otwarte wkrótce.mówił . na których wybucha słowo «Dżuma».$mj.ci zaś za bardzo się~smieją. jakie go obchodziły ."^ brać w każdej chwili. zwłaszcza zaś godziny posiłków .oto bilans dziewięćdziesiątego czwartego dnia choroby. . które dźwigał wesoło. (^Tarrou dziwił się trochę zamkniętemu życiu. świadczy o tym. na skutek czego pewne periodyki musiały zmniejszyć ilość stronic. kiedy musiał pojechać do Algieru w sprawach rodzinnych: wysiadł na najbliższej stacji nie czując się na siłach zapuszczać się dalej.przy pomocy dwóch garnków." Według tego zresztą. że ta filozofia była ściśle związana z kiepskim humorem. wydaje się. ani praca.. Sprzeczność zresztą nie 7* 99 przerażała go wcale. wstępująca. które wielokrotnie wyv rażał swemu rozmówcy. jeśli świętość jest zespołem przyzwyczajeń. ani kawiarnia. co mówiła jego żona. Wrócił do domu pierwszym pociągiem. ani spacery. że dżuma ustała na chwilę w swym wysiłku i nabiera oddechu.» Mimo wciąż zaostrzających się trudności z papierem. ani przyjaciele. O tej godzinie.jedyne.należy mi się przekąska.pogarszała choroby.'<^ wieka nie należą już do niego. "Zegarek jest rzeczą drogą i głupią" . wyciągając końcem palców arku-C\ sze. Wkrót-. że umrze bardzo stary. Ale po kilku następnych uwagach Tarrou zrozumiał." "Za CZym T-n^pr^yn^ flpia* ^Wczesnym rankiem lekkie powiewy przebiegają przez puste jeszcze miasto. druga zstępująca.mawiał. jakie /---» prowadził. Nie znosił widoku zegarków i w całym domu nie było ani jednego. Sprzedawcy gazet śpią jeszcze i nie wykrzy-' "\ kują nowin. ziarnko po ziarnku. miał nadzieję. Zęby dopełnić portretu starca. uważnym i regularnym ruchem. nic tu zrobić nie jest w mocy. odpowiada: Nie. ani kobiety. «Czy dżu-J ma potrwa do jesieni? Profesor B.

swobodniejsze staną się 101 również obyczaje. Ale teraz pierwsza świeżość przynosi odprężenie. wieczorami było niekiedy pusto. ożywiają ulice. ^Okpło drugiejngiasto^Jfiusto^zele powoli i jest to chwila. Na próżno co wieczór na bulwarach natchniony starzec w kapeluszu i fantazyjnym krawacie idzie przez tłum.\J^ rierki trzeszczą z przeciążenia. śpieszą ku czemuś. nad kontua. Rzec? ciekawa jednak. ciężkie od miłosnych par i krzyku. «Przynieś swój '•') cukier» itd. Bardzo szybko przy drzwiach formują się małe grupy ludzi. które przepełnione przyjeżdżają z przedmieść. Niebo od nadmiernego żaru zaczyna tracić światło. a potem w tramwaja&h. którzy chcą walczyć z plagą. Wydaje v^ się. Zdaje się również. Około szóstej zaczyna się sprzedaż tych wszystkich gazet w ogonkach. W południe restauracje zapełniają się w mgnieniu oka.O wieka ołowiem niebo lipcowe. wszyscy. kurz. skoro klienci i tak muszą przyjść.» W rzeczywistości ten dziennik ograniczył się bardzo szybko do publikowania ogłoszeń nowych preparatów. Szlachetne wina albo takie.^ rami widać napisy: «Nie ma kawy». które w nas godzi. Na przystankach tramwaj wyrzuca ładunek mężczyzn ^? i kobiet. żeby uniknąć wzajemnego zarażenia. W cieniu wielkich markiz. które kończą się płonącym wieczorem. na odwrót. Biesiadnicy tracą długie chwile na cierpliwe wycieranie nakryć. i można tu odczuć ową namiętność życia. Wszyscy wychodzą wtedy na ulicę. która rośnie w łonie wielkich nieszczęść. przekazywać zarządzenia władz. nie wiadomo dlaczego. że większość postawiła sobie za zadanie zażegnać O dżumę pokazem swego zbytku. zbladł. ponieważ jakiś klient poczuł się niedobrze. C. i najdroższe przystawki to początek wyścigu rozpasania. ponieważ upraszczają znacznie problem zaopatrzenia w żywność. stopnie i ba. na skraju ulicy trzaskającej od słońca. kłócą się albo pożądają. słońce id^uniasp^^Kają srg na"^JJ. spadającym na tłumne i rozgadane miasto. powtarzając bez wytchnienia: «Bóg jest wielki. który staje się chroniczny^ Po przejeździe pierwszych tramwajów miasto budzi ^ się powoli.. niezawodnie zapobiegających' dżumie. Ale nie uwalniają od lęku przed zarażeniem. ustawiających się u drzwi sklepów na godzinę z górą przed ich otwarciem. przyjdźcie do Niego». około jedenastej. że w pewnej restauracji wybuchła panika. Potem otwierają się sklepy. kandydaci do posiłku czekają na swoją kolej. Jeśli epidemia się rozszerzy.użyczać swych kolumn wszystkim ludziom znanym lub nieznaaym. Niedawno w niektórych restauracjach wywieszono napisy: «Tu myje się nakrycia wrzątkiem. podtrzymywać ducha ludności.^ Tramwaje są teraz jedynym środkiem komunikacji i posuwają się z trudem.y». kiedy s) ci.» Ale powoli zrezygnowano z wszelkiej reklamy. żeby znaleźć się wreszcie daleko i s-od innych^ Często wybuchają sceny wynikające jedy. co znają źle i co wydaje im się bar102 . wstał i chwiejąc się na nogach skierował ku wyjściu. Jest to godzina. Ujrzymy mediolańskie saturnalia na skraju grobów. Tymczasem słońce idzie do góry i żar z wolna po. które za szlachetne uchodzą.^zdłuż~"wieIkIcK~^zarych "domów żar płynie nieustannie. zagłuszają się rozmowami. śpieszących. wychodzą na bulwary. skupić dobrą wolę do skutecznej walki ze złem. pierwsze lokale otwierają się. którzy nie mogli znaleźć miejsca. odpływa ku dyszącej nocy. Podczas pierwszych dni upału. Co dzień. i pod czerwonym niebem lipca miasto. Klient zresztą chętnie wydaje pieniądze." ć^) nie ze złego humoru. odbywa się na głównych ulicach defilada młodych mężczyzn i kobiet. jeśli nie nadzieję. Restauracje są przepełnione. ^••y' wszyscy jadący w miarę możliwości odwracają się do ^>--•-siebie plecami. kiedy cisza. co nic nie robią.^. słowem. Są to długie uwięzione godziny.

myślę o tym. że nowe serum przy183 słane z Paryża wydawało się mniej skuteczne niż poprzednie i że statystyki poszły w górę.Cóż. Czy masz wiadomości? . . czekała. która w ciągu dnia maluje się na twarzach. Ale kiedy zobaczyli. . Tu i ówdzie palące się słabo latarnie rzucały trochę blasku w ciemność miasta.Prawdopodobnie. gdy się zjawiał. w niezdarną wolność. . . która stała na biurku.Dni są długie i nigdy mnie tu nie ma. Tutaj spędzała czas. W półmroku klatki schodowej Tarrou wyglądał jak wielki. w gorącym i zakurzonym zmierzchu zamienia się w dzikie podniecenie. Wtedy byłoby smutno. żeby mnie uspokoić. wszystko dobrze. . Tego wieczora patrzyła przez okno na pustą teraz ulicę. Jak zwykle nic nie wiedziano. Byli rozdzieleni jedyną palącą się w pokoju lampą. Doktor uśmiechnął się do matki ł poszedł otworzyć. skoro wiem. Na początku."'w czasie Którego umęczeni lekarze zmusili zde-^.ia zapntnwann w mie-JCie~4wa^JaQ(r)aa^^. Ale wiem. Złożywszy ręce na kolanach. Jej piękne brązowe spojrzenie cofnęło go ku latom czułości.Czy boisz się.Czy oświetlenie będzie ograniczone przez cały czas trwania dżumy? . .rzekł Rieux. Ale cóż! Śmierć jest niczym dla ludzi takich jak ja. co robisz. by uniknąć zarażenia z ust do ust w przy-0\ padkach dżumy płucnej.Tak. Potem zapadała w ciszę. że na ciebie czekam. . doktor patrzył na matkę siedzącą spokojnie na krześle w kącie jadalni. Zauważył. zorientowanego prefekta do zastosowania nowych środków. Najczęściej zapobiegawcze szczepienia z serum można było zrobić tylko rodzinom dotkniętym już chorobą. kiedy wierzyli. Rieux poprosił gościa. matko? . przypomnieli sobie o rozkoszy. że ona tak mówi.Nic mi to nie przeszkadza. Rieux nie był nawet pewien. . A kiedy cię nie ma. Tego wieczora. szaro ubrany niedźwiedź. Jak zazwyczaj! To znaczy. żeby upowszechnić zastosowanie serum. że jest to choroba jak wszystkie inne. by usiadł przy biurku. Wszystko. że spojrzenie matki spoczęło na jego czole.Tak .W moim wieku nie zma się wielkich obaw. czy to na niego czekała. że niepokój i przepracowanie ostatnich dn poryły mu twarz. Wszelka obawa. Oświetlenie nocne zmniejszono o dwie trzecie. I ja także jestem jak oni.zapytała pani Rieux. Wiedział. . że przyjdziesz. że to rzecz poważna." To Tarrou poprosił Rieux o spotkanie. jeśli wierzyć ostatniemu telegramowi.Byle tylko nie zimą. religia była na swoim miejscu.NiedDbry dzień był dzisiaj? . Jednakże coś zmieniało się w twarzy jego matki. Popatrzył na matkę. ożywiało się wówczas.QO^^^orms^^ "to dżuma płucna^ Tego samego dnia odbyło się zebra-^ ~rne. czekając na niego. taki sam jak zazwyczaj. i torturowały chorych.spytała pani Rieux.dziej naglące niż Bóg. Sam stanął za swoim fotelem. Pnpr7:fidmpgn dp. Trzeba by ogromnej produkcji. która rozpłomienia cały lud. Przyznaję im słuszność. jak gdyby nadszedł czas ich twardnienia. . o którym mówi w swoich notatkach. kiedy skończyła się już krzątanina domowa. Rozległ się dzwonek przy drzwiach. co pracowite życie pozostawiło w niej niemego. Dymienice nie otwierały się przy nakłuciu.

dok Pytanie było postawione w sposób i Rieux odpowiedział na nie tak samo: . . Brak panu ludzi i czasu.Jak wszystkie choroby na lym świec co odnosi się do wszelkiego zła na tym ś\ nosi się również do dżumy. jeśli idzie o to. a my wrą? z nimi. ..Muszę jednak powiedzieć. Rieux znowu przyznał.Nie wątpi pan oczywiście. oni nie mają wyboru. . .Tak . Doktor skinął niecierpliwie głową .Trzeba pomocy zwłaszcza w naszym zawodzie. myśląc t lepsi.Ale ta praca może skończyć się śmiercią. żeby gc Uśmiechnął się. R!eux ledwie dostrzegalnie podniósł głos rou zrobił ruch ręką. i zostawmy administrację na boku. . drogą oficjalną i nie bardzo wierząc w rezultaty.Jednak uważa pan. .Prawdopodobnie . Tym ludziom brak wyobraźni. wypadki wezmą górę nad panem. Pozwala urosn rym. Kiedy się jednak widzi biedę i cierpi przynosi. .Ja również. Jeśli pozwolimy im działać.Dowiedziałem się. że prefektura zamierza stworzyć coś'w rodzaju służby cywilnej. .rzekł Rieux. Rieux spojrzał na Tarrou. Postaram się uzyskać zgodę prefektury.A więc mam plan organizacji ochotniczych oddziałów sanitarnych. że otwiera oczy. . 104 . co nazwałbym czarną robotą.Mam wstręt do wyroków śmierci.że mogę mówić z panem wprost! Rieux zgodził się w milczeniu.powiedział Rieux.Zrobiono to już. .Za dwa tygodnie. 105 . jakie wymyślają.Organizacja służby sanitarnej jest kiepska. że . Czy pan się dobrze zastanowił? Tarrou patrzył na niego szarymi i spokojnymi oczami.Y/olałbym. trzeba być szaleńcem. Nigdy nie są na y/ycokości zarazy. zaś środki. ale z niewielkim skutkiem.Tak.Dlaczego-nie pomyśli się o ochotnikach? . Zresztą.Pan jest dobrze poinformowany. . . jakby po to. .Ale pan mi nie odpowiedział. Rzecz prosta. czy za miesiąc nie przyda się pan już na nic. że to prawda. zginą. pan wie o tym dobrze. żeby się na nią zgodzić.powiedział Tarrou bez wstępów .powiedział. Mam wszędzie trochę przyjaciół i od nich zaczniemy.A więc? .Wiem . . myślenia. . Zresztą są i tak przeciążeni. że sam wezmę w tym udział. że zgadzam się z radością .Zbyt długo przebywałem w szpital acł patyzować z ideą kolektywnej kary. bym mógł się tym zająć. Ale niezadowolenie jest wielkie i prefekt waha się... W każdym razie muszę pana uprzedzić. . niż się wydają. żeby to byli wolni ludzie. Niech mnie pan upoważni.To prawda .rzekł Rieux. ślepcem kiem. są zaledwie na miarę kataru.Co pan myśli o kazaniu Paneloux.powiedział Rieux wzruszając mi. Ale właściwie dlaczego? . jak Paneloux. . że pomyśleli również o więźniach. by ludzie zdrowi wzięli udział w ratowaniu miasta. że swoje dobre strony. Rieux się zamyślił." Czy f stanowił? . Ale. . Ale p chrześcijanie czasem tak mówią.

bo chciałem być lekarzem.Dlaczego oka-aświęcenia. piej jest dla Boga. gdzie on milczy. ajemniczość .skoro pan nie chce od^chnął się nie ruszając się z fotela.Nie.pan sobie powiada. nie wznosz temu niebu. że dał JużJ^ gdyby wierzył we wszechmogącego •f leczyć ludzi zostawiając Bogu tę tro-vaż nikt na świecie.Nie. co mnie tąpi po tym wszystkim. 187 . nawet Paneloux. doktorze? tytanie-znów było postawione w sposób Tym razem jednak Rieux się zawahał. który młodzi ludzie.złowiekowi. że moja niechęć ^ rządek świata.rzekł..rzekł . tyle.Nie wiem. oto wszystko.Tarrou usiadł wygodniej w fotelu i zwr w stronę światła. Potem stałem się bardzie Po prostu nie jestem wciąż przyzwyczaj( doku śmierci.Czy pan wierzy w Boga. Czuł suchość w us . .więc jest pan leka-?ceJ . którzy nie zgadzają się na śmierć? pan kiedy kobietę krzyczącą: "Nigdy!" śmierci? Ja słyszałem. który wydawał mu się 3ki. . że nie wierzy się w nie ze wszystkich sił ze śmiercią. przysięgam panu. Byłe: młody i zdawało mi s-ię. nie wierzy w niego ponieważ nikt nie poddaje się całko-x.Czy nie to dzieli pana od Paneloux? . że trzeba Ale mam tylko tyle pychy. to nie powód. w Boga wierzy.emu? . Już od dawna to uważać za oryginalne. .rozi pańskie zwycięstwa zawsze będą tymcfea. Ciemna gęstość hory-i odgadnąć w dali morze. był to wybór w pev abstrakcyjny. Ale najskromniejszy ksiąc który zajmuje się swoimi parafianami i t dech umierającego. że nie w wybrałem ten zawód. Będzie pr czyć z nieszczęścia.potwierdził Tarrou . ile Jest li mi pan wierzy. . Rieux jakby się zasępił. zanim zechce wykazać j nałość. . Może także dlatego. jeśli nie wierzy pan w Bo-<i pańskiej odpowiedzi sam potrafię ••»-ua.ekł .podjął doktor i zawah cze. . |c z cienia doktor odparł. . 106 ego twarz była teraz w cieniu.Tak . mogę.W końcu. zawód jak każdy inny. Ale wyobrażam czym ta dżuma jest dla pana. I zrozumiałem wti będę mógł się do tego przyzwyczaić. .jest którą człowiek taki jak pan potraf i Izrozu: jednak śmierć ustanawia porządek świat. l .Nie sądzę. Na razie są ich leczyć. ale cóż to znaczy? Jestem w i próbuję widzieć jasno.Ale w końcu? .ił się ku oknu. myśli. jeden z tych. . Nie wiem. wiem o tym! Ale to nie p zaniechać walki.Proszę. to .powiedział łagodnie 1 . . Czy pan wie dzie.odparł doktor powracając do Inął cicho i doktor spojrzał na niego. powiedział Tarrou. jak się umiera. .Zawsze. Potem oni zastanowią 3ię najpilniejszą sprawą jest ich leczyć.. Nie wiem nic więcej. zobaczyłem. Ale Rieux zamilkł i usiadł. patrząc na Tarrou z uwagą . Paneloux jest człowiekiem dość napatrzył się śmierci i dlatego mówi jakiejś prawdy. by zwierzyć się trochę temu . odpowiedzieć pytaniem? shnął się z kolei. że nastr gólne trudności dla syna robotnika jak j. że tu przynajmniej jest na skoro walczy przeciw światu takiewiedził Tarrou . myśli jak ja. Czuł jedynie Iczył jednocześnie z nagłym i nieroz-eniem.

dowiemy się dopiero wszystkiego. Wjeżdżali teraz na przedmieście. Ale doktor nie miał czasu za-się dłużej. Latarnie połyskiwały na pustych ulicach. nawet jeśli wyda i dziwne: ma pan zupełną rację. i doktor się zgodził.powiedział . sdź w ciemności zabrzmiała tak samo sponaleźli się na ulicy.Zrozumienie. . że ma pan jedną szansę na trzy. Rieux nim.rzekł Rieux głosem nagle bardziej głuchym. który mył trupy i który ani na chwilę nie zaprzestał swej pracy. •rostu dozorcy i nasi współobywatele w ogó-ili już o nic. Daleko rozległ się 109 dzwonek ambulansu. . zrozumieli. wzruszył ramionami w ciemności.powieli Rieux. czy chce wejść. wie pan o tym tak samo jak ja.rzekł.Te obliczenia nie mają sensu. że jest dość / )że godzina jedenasta. przystanął i noga Tarrou ześliznęła się z ty->nia schodów.. Miasto było nieme. .ze jedno słowo.No więc .To znaczy? . której doktor Ił Tarrou. Ale nic nie było wiadomo. że poznał pan wszystko w ży?ytał. kiedy Tarrou patr je nogi powiedział: ! . . tylko tyle . wyszła. Od pewnego ystko psuło się w mieszkaniach i na mieście.Ale żeby z tym skończyć. że pana poznaję . Zatrzymali się. zanim jeszcze wmieszał się pan w tę całą historię. gdyż głos Tarrou zabrzmiał za .To ta trzecia szansa. .ci. Odblask na niebie oświetlił ich twarze. doktorze.Co prawda.Nie k klęską. Tarrou patrzył przez chwilę na doki wstał i ciężko ruszył ku drzwiom. niech pan sobie powie.Nie wiem. czy to wskutek nowych środków .Kto pana tego wszystkiego nauczył 108 dź padła natychmiast: tworzył drzwi gabinetu i w przedpokoju do Tarrou. i tamten oparł. m bardzo rada. 3 jedynie szelestami.co pana skłania do zajmowania się tym wszystkim? . Ale co pan wie o tym? • powiedział tamten spokojnie .niewiele eszcze nauczyć. Tarrou chwycił się ramienia sądzi pan. Przed stu laty epidemia zabiła wszystkich mieszkańców w pewnym perskim mieście prócz człowieka. Tarrou zapropcmo-jdzie z nim razem. Może moja postawa. Stanął obok niego. że tak. Przy ytarza spotkali panią Rieux. . eście doktor na próżno próbował zapalić chody były pogrążone w mroku. . do siebie •awdy nie wiem. by wyjść cało. Stojąc przed samochodem Rieux zapytał Tarrou. że wybiera się do jednego ze irych na przedmieściu. / przyjaciel . Doktor za-siebie. .powiedział. Tarrou odwrócił się jeszcze za nią. doktorze. Rieux roześmiał się nagle przyjaźnie. .powiedział Rieux. Wsiedli do samochodu i Rieux zapuścił motor.Tak .Niech pan przyjdzie jutro do szpitala na zapobiegawcze szczepienie .

Ci nasi współobywa"e10. wielu naszych współobywateli uległoby dziś pokusie. s -^ musieli rozstrzygnąć. ale powiedzmy również. wspólna im. Ale nie gratuluje się nauczycielowi. takie jest przynajmniej przekonanie narratora. Można by mu pogratulować może. ukazywała się w swej prawdziwej postaci. Nauczyciel wie o tym dobrze. że dwa i dwa to cztery. Powiedzmy więc. że wybrał ten piękny zawód. jeśli nie jest oświecona. Ponieważ dżuma stała się w ten sposób obowiązkiem pewnych ludzi. i w gruncie rzeczy nie o to chodzi. którego nie podziela narrator. Pozwala się bowiem 110 wówczas przypuszczać. która mniema. że dwa i dv/a to" cztery. Dlatego narrator nie będzie opiewał woli i bohaterstwa. którzy weszli do formacji sanitarnych. To jest w porządku. by wyolbrzymiać ich rolę. I rzecz nie w tym. Ci. Ale narrator jest raczej skłonny wierzyć. a mianowicie. . że wie wszystko. by z nią walczyć.Tarrou odwróci? się w stronę domu i Rieux nie widział już jego twarzy aż do chwili. Rieux i ich przyjaciele mogli po-* wiedzieć to lub owo. powinno się oceniać z obiektywną satysfakcją. Rzecz w tym. Te formacje pomagały naszym obywatelom poznać lepiej dżumę i przekonywały ich częściowo. Jest to pogląd. jakiego dokonali Tarrou i inni wykazując. które powstały dzięki Tarrou. którzy mają tyleż odwagi co nauczyciel i którzy. są liczniejsi.nowych moralistów w naszym mieście twier-^ dziło wówczas. co ośmiela się powiedzieć. którzy narażali swoje życie. Narrator widzi zresztą doskonale zarzut. co nazywa się cnotą lub występkiem. co trzeba. najbardziej rozpaczliwym występkiem jest niewiedza. Co prawda. Ale nie wiedzą w mniejszym lub w większym stopniu. ale wniosek był zawsze jeden: . niż się przypuszcza. jaki można mu postawić. to znaczy jako sprawa wszystkich. że ci ludzie narażali swoje życie. jaka nagroda lub kara czeka go za takie rozumowanie. jeśli uczy. jakimi dżuma obdarzyła wszystkich naszych współobywateli. składa się pośrednio hołd złu. Ale będzie nadal historykiem rozdartych i wymagających serc. trzeba zrobić. kiedy fen. które ceni w granicach rozsądku.y mają wokół siebie dżumę V< i czy należy walczyć przeciw niej: tak lub nie. Tarrou. że ta dobra wola 111 jest. i że nie chcieli wykazać czegoś odwrotnego. Zło na świecie płynie niemal zawsze z niewiedzy. jeśli zaś mowa o tym. że przypisując zbyt wielkie znaczenie pięknym czynom. c. czy dwa i dwa to cztery: tak lub me. wiedzieli bowiem. że są rzadkie. i czuje się wówczas upoważniona do zabijania. że dwa i dwa to cztery. Jednakże nie jest intencją narratora przydawać tym formacjom sanitarnym więcej znaczenia. jest karany śmiercią. Ale zawsze nadchodzi godzina w historii.. Dusza mordercy jest ślepa i nie ma prawdziwej dobroci ani miłości bez największej jasności widzenia. nauczycielowi i tym wszystkim. Nazajutrz Tarrou wziął się do pracy i zebrał pierwszą grupę. za którą miało pójść wiele innych. niż miały w istocie. "'• Wielu . Dlatego nasze formacje sanitarne. że jeśli choroba jest faktem. że piękne czyny mają tak wysoką cenę dlatego. dobra zaś wola może wyrządzić tyleż szkód co niegodziwości. iż godny pochwały był "wybór. gdy niegodzi-wość i obojętność 'bywają znacznie częściej motorami działań ludzkich. że nic tu nie pomoże i że trzeba paść na kolana. nie mieli tak wielkiej zasługi. żeby wiedzeć. ku chwale człowieka. że była to jedyna rzecz do zrobienia: nie wejść do nich to dopiero byłoby niewiarygodne. Ludzie są raczej dobrzy niż źli. gdy znaleźli się u starego astmatyka.by wiedzieć.

powiedział Rieux. Nie jest to prawda godna podziwu. że Grand bardziej niż Rieux i Tarrou ucieleśniał milczącą cnotę ożywiającą formacje sanitarne.Prawda . gdyby wszystko było tak proste!" I wracał do SY^O zdania. skoro mikrob różnił się nieco od bakcyla dżumy znanego z klasycznych opisów. że Grand.To niemożliwe . że znalazł. i wolę "ranek majowy". Powiedział "tak" bez wahania. by nie pozwo--<-'» lic umrzeć i zaznać ostatecznej rozłąki możliwie wielkiej liczbie ludzi. Tamci śledzili z zainteresowaniem cierpliwą pracę. Inna część drużyn towarzyszyła lekarzom w wizytach domowych. i szukał słowa określającego lepiej pyszną klacz. ale nieco pogardliwy. Potem Tarrou przyłączył się do tych rozmów i Grand. ale nie godziło się z rytmem. Mógł ofiarować s wó j czas od osiemnastej do dwudziestej. przymiotnik był konkretny. "Czarna kasztanka. v Dlatego jest naturalne. Dlatego jest rzeczą równie naturalną. Rieux rozmawiał z Grandem.\ || trzeba walczyć w taki czy inny sposób i nie padać . ponieważ "poranek majowy" wydłuża Tlieco kłus.Dlaczego? . Cała rzecz polegała na tym. że ostatecznie rozstał się z przymiotnikiem "wytworna" i że odtąd będzie nazywał amazonkę "smukłą". jaki miał pod ręką. Castel spodziewał się. której Grand nie przerywał wśród dżumy. Sądził. Z tego punktu widzenia narrator uważa. Poprosił tylko.powiedział Grand . że czerń dyskretnie mówi o elegancji. kłusuje. że surowica z hodowli mikroba. był teraz czymś w rodzaju sekretarza formacji sanitarnych. Innym razem przeczytał swoim dwom słuchaczom zdanie w takiej postaci: "W piękny ranek majowy smukła amazonka. to jasne." . W końcu i oni znajdowali w niej odprężenie. Mamy dżumę. "Tłusta" nie pasowało. siedząc na wspaniałej kasztance." Pewnego wieczora Grand powiedział. " na kolana. obliczano ilość nie zdezynfekowanych strychów i piwnic. Część drużyn zorganizowanych przez Tarrou zajęta była 112 pracami zapobiegawczymi w przeludnionych dzielnicach. że szybko uda mu się wyprodukować pierwszą surowicę. jechała kwitnącymi alejami Lasku Buloń-skiego. I Grand uśmiechając się z wysiłkiem odpowiadał niezmiennie: "Kłusuje. będzie miała bardziej bezpośrednie działanie niż surowica przywożona z zewnątrz. . kiedy kartki rejestracyjne były już wypełnione. Próbowano tu wprowadzić konieczną higienę. Zdumiał się. z materiału. Rieux i on mieli nadzieję. Czasami wieczorem. z właściwą sobie dobrą wolą. trzeba się bronć. w braku specjalnego personelu.pytał często Tarrou. Wszystko to wymagało rejestracji i statystyk. którą sobie wyobrażał. że stary doktor Castel całą swą ufność i energię włożył w przygotowanie surowicy na miejscu.dodał. Następnie pochłonął go przymiotnik "wspaniała". żeby zlecono mu niewielkie zadania. "To bardziej konkretne" . który napastował miasto. Pewnego wieczora oznajmił triumfalnie. . a nawet. a jedynym środkiem była walka " z dżumą." Uważał. który nie miał w sobie nic z bohatera. Był zbyt stary do innych. przewoziła chorych i zmarłych. które prowadził Grand. lecz pJ prawda logiczna. troszczyła się o transport zadżu-mionych. kiedy Rieux dziękował mu gorąco: "To nie jest naj. że nie jest dość wymowny. "Lśniąca" kusiło go przez chwilę. z coraz bardziej widoczną przyjemnością.rudniejsze. Ach. zwierzał się swoim dwom towarzyszom.że tak widać ją 8-Dżuma H3 lepiej. "Jak miewa się amazonka?" .

prosił czasem przyjaciół. Dowiedziano się później. żeby wykazy były możliwie dokładne. co należało. poruszał kartkami. jak wyglądają kwitnące aleje Lasku. '*' . jechała pełnymi kwiatów alejami Lasku Bulońskiego. Grand spojrzał na niego. które uznano za godne pożałowania. której właśnie nie wypełnia. G-rand był bardzo wzruszony. . "Podobno . Obchodzi mnie natomiast pańska praca.powiedział . Jeśli chce pan być pożyteczny w tej strasznej sytuacji.Tak . Często też szedł do Rieux. że i tak każdy zrozumie. Tak. 114 Potem zapytał doktora." Ale "Lasek" sterczący w środku był dla niego niby cierń w ciele. W przeciwnym razie reszta nie przyda się na nic. Prawdę mówiąc. . Usiadł z przygnębioną miną.Ma rację . siedząc na okazałej kasztance. Co wieczór cierpliwie doprowadzał kartki do porządku.Dziękuję .Jaki kolor? .zapytał Tarrou. które pochłaniało go bez reszty. ma rację . czuje się je. Myślał o tym. musiało stawić czoło przytłaczającym zadaniom. Usiłował wówczas uczciwie to 115 nie myśleć o swojej amazonce i robić to tylko. panowie!" Przeczytał triumfalnie zdanie: "W "piękny ranek majowy smukła amazonka. . Ponieważ znał tylko Oran i Montelimar. Zamiast "kwitnące" dał "pełne kwiatów". i w powietrzu. do jednego ze szpitali. by szybciej wysechł atrament. jak poradzić sobie z zakończeniem mego zdania.Ale jestem roztargniony i nie wiem.zgodził się doktor. jakie to trudne. że płaci mu się za pracę. ale czuli się zachwiani przekonaniem urzędnika. sądząc. musi. . Ale wówczas równowaga zdania była zachwiana. i prosił o stół w jakimś gabinecie czy izbie chorych.powiedział Grand do Rieux. ciężkim od środków dezynfekcyjnych i choroby. Dziwił się ich niepewności: "Tylko artyści umieją patrzeć. czy może pójść. był zmęczony tym poszukiwaniem słów. Kapelusze z głów. Zacierał ręce. mając zmniejszony personel. ale niemniej robił nadal rachunki i statystyki potrzebne formacjom sanitarnym." Ale gdy przeczytał zdanie głośno.tak. Musiał się trochę zastanowić. .. sporządzał na nich wykresy i starał się. by opowiedzieli mu. że w tym właśnie czasie zachowywał się w biurze z roztargnieniem.Co myśli pan o "okazałej"? .Kasztanka to nie rasa konia. Doprawdy że w pewne wieczory wydawał się bardziej zmęczony niż Rieux. pan dobrze pracować. że ma kłopot ze słowem "kwitnące". Rozważył też możliwość napisania: "Aleje Lasku pełne kwiatów.W każdym razie nie czarny." Ale kiedyś doktor zastał go bardzo podnieconego. te aleje nigdy nie wydawały się kwitnące Rieux i Tarrou. Zastanawiał się. Rozkładał papiery równie starannie jak przy swoim stole w me-rostwie. Ale pan widzi.Tak. kiedy merostwo. Jego praca ucierpiała na tym i szef 'biura zwrócił urzędnikowi surowo uwagę przypominając. ale kolor." . "Nareszcie widać te aleje.powiedział . zakończenie zabrzmiało mu zbyt ciężko i Grand się zająknął. To mnie nie obchodzi. Po pewnym czasie wyznał. zwłaszcza teraz.powiedział szef biura . I uśmiech wracał mu powoli. . żeby wyrzucić "Buloński".zaciągnął się pan dobrowolnie do formacji sanitarnych.na szczęście jest pan blisko.

kiedy zaraza gromadziła wszystkie swe siły. Wiedział na pewno. zmierzających do odnalezienia swego szczęścia i odebrania dżumie tej części siebie samych. by brać za przykład i wzór tych.%. których nazywają bohaterami. żeby . że nie była to troskliwość udawana.Wciąż nic? . by rzucić je na miasto i zapanować nad nim ostatecznie.o. jak to powiedział doktorowi Rieux. by zasnąć snem zbyt króLkim. . "Oran! Tak. Ale pierwsi. a więc z uczuciami. ^ ^Rambert walczył. Upewniwszy się. ale nigdy przed wielkodusznym żądaniem szczęścia. trzeba jeszcze opisać długotrwałe.Nie można liczyć na 'biura. narrator proponuje właśnie tego nieefektownego i skromnego bohatera. obracał gałkę radia. Ten język nie mówił nic o codziennych wysiłkach Granda na przykład.myślał doktor . . I za każdym razem ton epicki czy pochwalny niecierpliwił doktora. którego 116 nie może widzieć: "Oran! Oran!" Na próżno wołanie przebiegało morza. nie ma innego sposobu. okazując jednak zarazem straszliwą niemoc. w wie1 Me j ciszy pustego miasta. że miał swój sens i nawet w swej pysze ^ i sprzecznościach świadczył o godności każdego z nas. rozpaczliwe i monotonne wysiłki nielicznych jednostek. co znaczył Grand wśród dżumy. i jeśli trzeba koniecznie. Z zakątków świata nieznane braterskie głosy. jakim ludzie starają się mówić o swoich związkach z ludzkością. że legalnym ^) sposobem nie wyjdzie z miasta. Raz nawet wzięto go za prowokatora. kiedy czytał w gazetach lub słyszał przez radio wołania i słowa otuchy. jak Ramberta na przykład. Był to ich spo-sób niezgadzania się na grożącą niewolę i choć na po. litujące się czy pełne podzryu komentarze radia lub prasy spadały na samotne miasto. wiedzieli C \ »' przede wszystkim o ciężkich karach grożących za ta' i kie przedsięwzięcia. Razem z pomocą przesyłaną powietrzem i lądem. postanowił spróbować (^ innych.kochać albo umierać razem.Tak. jeśli chce dzielić naprawdę cierpienie.Nic. dzień. której bronili przed wszelką napaścią. w jakiej znajduje się każdy człowiek. to znaczy sprawozdania napisanego z życzliwymi uczuciami. Czasem o północy. co jej się należy. nie potrafił bowiem wyrazić.^ * karz zaciął od kelnerów z kawiarń. ^ wzięła nad nim górę. Dzienni. ani egzaltowane na pokaz. Takie było przynajmniej zdanie doktora Rieux. W ten sposób prawda otrzyma to. Oni są zbyt daleko.spytał. które jest jego miejscem tuż po. co wieczór. że ludziom zależy na tym. próbowały niezręcznie wyrazić swoją solidarność i wyrażały ją w istocie. by dżuma -? ^. Ale mogła się wyrazić jedynie w konwencjonalnym języku. W kilka dni potem Cottard spotkał Ramberta na ulicy i powitał go z naturalnością. Kelner wie wszy. Nie po to są. odległe o tysiące kilometrów. Nada to również tej kronice właściwy charakter. który miał tylko dobre serce i pozornie śmieszny ideał./J zór nie zdawał się tak skuteczny ]ak inny. a bohaterstwo miejsce drugorzędne.-' | s^. które nie są ani ostentacyjnie niedobre. gdy doktor kładł się do łóżka. na próżno Rieux czekał w pogotowiu. by jakiś bohater znalazł się w tym opowiadaniu. wymowne słowa pogłębiały jeszcze zasadniczą różnicę czyniącą z Granda i mówcy obcych sobie ludzi. . nie chcąc dopuścić. do których się zwrócił.i nikarz ruszył z martwego punktuj Tego dnia rozmawiał z doktorem o daremnycrT^rokach w urzędach. jeśli to prawda." Ale zanim przejdziemy do szczytowego punktu dżumy. jaką okazywał teraz wszystkim. Dopiero spotkawszy u Rieux Cottarda. narrator Q uważa. rachunek dwa plus dwa swoją sumę cztery. Oran!" "Ale nie . które świat przekazywał zadżumio-nemu miastu.

schły kurze kupki. odkąd dżuma jest z nami. wisiały na ścianach.to nie Jest łatwe. i 11-7 . Spoufalony z nią Cottard zwrócił na przykład uwagę Ramberta na nieobecność psów. Na wszystkich blaszanych stołach. Cottard i Rambert skręcili w ulicę z arkadami i szli długo bez słowa. wyszedł z głębi. Trzeba by obserwacji i namysłu. że Cottard. ponieważ nie mam ochoty wyjechać. Zajęli miejsca na składanych krzesłach ogrodowych przy stołach z zielonej blachy. Jezdnie puste. Była to jedna z tych godzin.O . Cottard zdjął marynarkę i uderzył w blachę stołu. że upał wzmógł się jeszcze. W tej chwili zdawało się. Zdradzała się 118 bowiem tylko znakami negatywnymi. Ale w innym. . które leżą zazwyczaj zziajane na progu sieni szukając nieosiągalnej ochłody. pokryte brudem i pajęczyną.rozumieć. . Mam swoje powody. zajął się kontrabandą produktów podlegających ograniczeniom. że ma przyjaciół i wie o istnieniu pewnej organizacji. żeby dotrzeć do dżumy. Była czwarta po południu.Przypuszczam . która zajmuje się sprawami tego rodzaju. Rzecz w tym. także na stole Ramberta.Jak. Tamten przeciął ten wywód. że od dawna bywa we wszystkich kawiarniach Oranu. Dodał po chwili milczenia: . Odprzedawał więc papierosy i kiepski alkohol. aż do chwili kiedy rozległ się hałas i z ciemnego kąta wyszedł podskakując wspaniały kogut. . * Skręcili na bulwar des Palmiers.powiedział Cottard z dobroduszną miną .zapytał Rambert. którego ceny wciąż szły w górę. kiedy dżuma stawała się niewidoczna. skoro mi proponowano. stojącej na koślawym kontuarze. przecięli plac d'Armes i zeszli ku dzielnicy de la Marinę. Znał drogę i wytłumaczył zdumionemu Ramberto-wi. Wchodząc Rambert i Cottard otarli czoła. zagubiony w długim niebieskim fartuchu. Muchy brzęczały w powietrzu.rzekł Rambert . których pochodzenia nie umiał sobie wytłumaczyć. Tak czy Inaczej. ale niech pan pójdzie ze mną. ta śmierć barw i ruchów mogła być równie dobrze ciszą i śmiercią lata jak zarazy. jedno jest pewne: czuję się tu znacznie lepiej. Mały człowieczek. To trudne. Ta cisza. Rolety we wszystkich witrynach były opuszczone.. .. którego wydatki od pewnego czasu przewyższały dochody. Stare obrazy przedstawiające sceny wojskowe. .rzekł Cottard . jakie są te powody? . czy od kurzu i spiekoty. .To prawda. Z lewej strony pomalowana na zielono kawiarnia chroniła się pod ukośną markizą z grubego żółtego płótna.Ach .rzekł Cottard .Tak. co przyniosło mu małą fortunkę.Pan mnie nie pyta.nie skorzystałem. Pod ciężkim niebem miasto piekło się powoli.I pan nie skorzystał? .że to nie moja rzecz. czy powietrze było ciężkie od gróźb. papuga z opuszczonymi piórami tkwiła na swojej żerdce.Czy jest pan tsgo pewien? .Niech pan nie będzie nieufny . Sala była całkowicie pusta.W pewnym sensie to rzeczywiście nie pańska rzecz.porozumieć się z tą organizacją? . Nie wiadomo. przywitał . Ale szukam czego innego.już wiem. W żółtej klatce.

Czy myśli pan. nie dostrzegając Jak gdyby jego obecności. co nazywał . do których dostępu broniły wielkie kraty.W tym zawodzie dużo się gada.Pojutrze. .Muszę go znaleźć.rzekł Rambert.Wypijemy przy kontuarze.Dziennikarz. Sprzedają po wysokich cenach. że zjawi się dziś wieczór? .Mają wspólników? . że chce mu przedstawić Ramberta. Zeszli w stronę portu i Garcia zapytał.A! I po chwili: . .rzekł Garcia.orzekł Garcia. papuga gadała w klatce. nie chodzi jednak o interesy.Cottarda z daleka. ale Raou-la .Ach . .nie siedzę w jego skórze. Chcę tylko przedstawić mu przyjaciela. ale nie o to chodzi. białe zęby. Cottard powiedział. rzecz prosta.Właśnie.wyjściem''.Ma żonę we Francji. Skierowali się jednak ku małemu szynczko120 wi.Tak. To nie będzie łatwe. a wokół blaszanych stołów siedzieli mężczyźni bez marynarek. Rambert milczał. o jakie interesy chodzi.Tak . kilka pierścionków na palcach. czego panowie sobie życzą.To przyjaciel . . . .Może by wyjść? . . Według słów karzełka nie widziano go już od kilku dni w kawiarni. . małe i czarne oczy. w białej koszuli otwartej na piersi koloru palonej glinki. zbliżył się odsuwając koguta tęgim kopnięciem i wśród wrzasku skrzydlatego ptaka zapytał. zaledwie go ujrzał. Przy szynczku zatrzymał się i zwrócił do Ramberta po raz pierwszy.Raoul się ukrywa? Garcia nie odpowiedział.O kontrabandę. o jedenastej.Cześć! . Wychodząc Rambert zapytał. . czego chcą od niego. wstał na widok Cottarda. Kelner wycierał wilgotne ręce o fartuch. . Byli teraz na bulwarach nadbrzeżnych. gdzie sprzedawano smażone sardynki. Cottard zamówił białe wino i zapytał o niejakiego Garcię. Poślę po niego chłopca. . Przewożą towar przez bramy miasta.rzekł Cottard.zapytał Cottard z ożywieniem .W każdym razie to nie moja sprawa. ich zapach dobiegał aż do nich. przy Urzędzie Celnym w górze miasta. Pan zna jego godziny? . Garcia szedł prosto przed siebie paląc papierosa. .zapytał. Twarz miał regularną i ogorzałą. w słomkowym kapeluszu zsuniętym do tyłu. Wieczorem stora była podniesiona. ten pan również zajmuje się interesami? .odparł tamten . Jeden z nich.. Kelner sapnął: 119 .Jaki jest jego zawód? .powiedział. Szli dalej w milczeniu. .O.Po co? . . . Wypili trzy kolejki w milczeniu. .odparł Cottard.W takim razie proszę przyjść wieczorem.Tak . ale o to. . .Phi . Zadawał pytania i mówił "on" o Rambercie. wyglądał na jakie trzydzieści lat.

Zdawało się, że chce odejść, ale odwrócił się ku dwóm mężczyznom: - To będzie kosztowało - powiedział. Było to stwierdzenie. - Oczywiście - zgodził się Rambert. Po chwili dziennikarz dziękował Cottardowi. - Cóż znowu - rzekł tamten jowialnie. - Miło mi oddać panu przysługę. Zresztą pan jest dziennikarzem, odwzajemni pan mi się kiedyś. Oznaczonego dnia Rambert i Cottard wspinali się wielkimi ulicami bez cienia, prowadzącymi w górę naszego miasta. Część budynków celnych zamieniono na izby chorych i przed wielką bramą wystawali ludzie, spodziewając się, że uzyskają zgodę na wizytę, na co nie można było zezwolić, lub oczekując nowin, które z godziny na godzinę stawały się przedawnione. W każdym razie ludzie się tu zbierali, przychodzili i odchodzili, i można było przypuszczać, że Garcia wziął to pod uwagę ustalając spotkanie z Ram-bertem. - Ten upór, żeby wyjechać - powiedział Cottard - ciekawe. W gruncie rzeczy to, co się dzieje, jest bardzo interesujące. - Nie dla mnie - odparł Rambert. - Oczywiście, coś się ryzykuje. Ale w końcu ryzykowało się tyle samo przed dżumą przechodząc przez ruchliwe skrzyżowanie ulic. W tej samej chwili samochód Rieux zatrzymał się 121 przy nich. Prowadził Tarrou, zdawało się, że Rieux na wpół śpi. Ocknął się, by dokonać prezentacji. - My się znamy - rzekł Tarrou - mieszkamy w tym samym hotelu. Zaproponował Rambertowi, że zawiezie go do miasta. - Nie, jesteśmy tu umówieni. Rieux spojrzał na Ramberta. - Tak-powiedział Rambert. - O - zdumiał się Cottard - doktor wie, o co chodzi? - Idzie sędzia śledczy - uprzedził Tarrou patrząc na Cottarda. Cottard zmienił się na twarzy. Pan Othon schodził rzeczywiście ulicą i zbliżał się do nich żwawym, lecz spokojnym krokiem. Zdjął kapelusz mijając małą grupę. - Dzień dobry, panie sędzio! - powiedział Tarrou. Sędzia odpowiedział "dzień dobry" siedzącym w aucie i patrząc na Cottarda i Ramberta. którzy zostali z tyłu, pozdrowił ich poważnym skinieniem głowy. Tarrou przedstawił n'iu rentiera i dziennikarza. Sędzia spoglądał przez sekundę w niebo, westchnął i powiedział, że to bardzo smutny okres. - Słyszałem - zwrócił się do Tarrou - że zajmuje się pan stosowaniem środków profilaktycznych. Pochwalam to w najwyższym stopniu. Czy myśli pan, doktorze, że choroba się rozszerzy? Rieux powiedział, iż należy mieć nadzieję, że ile, i sędzia powtórzył, iż należy zawsze mieć nadzieję, zamiary Opatrzności są nieprzeniknione. Tarrou zapytał sędziego, czy wypadki przysporzyły mu pracy. - Przeciwnie, spraw z zakresu przestępstw- pospolitych, jak je nazywamy, jest coraz mniej. Zajmuję się teraz jedynie poważnymi wykroczeniami, naruszającymi nowe zarządzenia. -JNigdy tak bardzo nie szanowano starych praw^ 122 - To dlatego - rzekł Tarrou - ze przez porównanie wydają się siłą rzeczy dobre.

Sędzia dał spokój zamyślonej minie i spojrzenie jego nie było już zawieszone w niebie. Chłodno popatrzył na Tarrou. - Cóż to znaczy? - powiedział. - Nie prawo się liczy, liczy się wyrok. Nie możemy nic na to poradzić. - To wróg numer jeden - rzekł Cottard, gdy sędzia się oddalił. Auto ruszyło z miejsca. W chwilę potem Rambert i Cottard ujrzeli Garcię. Zbliżał się ku mm nie dając znaku i rzekł zamiast powitania: "Trzeba czekać." Tłum wokół nich, w którym przeważały kobiety, czekał w zupełnej ciszy. Niemal wszystkie przyniosły koszyki w złudnej nadziei, że będą mogły przekazać je chorym krewnym, i żywiąc jeszcze bardziej szaleńczą myśl, że ci chorzy skosztują jedzenia. Bramy strzegli uzbrojeni żołnierze; od czasu do czasu dziwaczny krzyk rozlegał się na dziedzińcu dzielącym koszary od bramy. Zebrani zwracali wówczas niespokojne twarze w stronę izby chorych. Trzej mężczyźni przyglądali się temu widowisku, kiedy powiedziane za ich plecami wyraźne i poważne "dzień dobry" kazało im się odwrócić. Mimo upału Raoul był ubrany nienagannie. Wielki i silny, miał na sobie ciemny garnitur w prążki i filcowy kapelusz z podwiniętym rondem. Twarz dość blada, oczy brązowe, zaciśnięte usta; mówił szybko i zwięźle. - Zejdźmy w stronę miasta - powiedział. - Gar-cia, możesz nas zostawić. Garcia zapalił papierosa i został na miejscu. Szli szybkę dostosowując swój krok do kroku Raoula, który znajdował się pomiędzy nimi. - Garcia powiedział mi, o co chodzi. To da się zrobić. W każdym razie to będzie pana kosztowało dziesięć tysięcy franków. Rambert odparł, że się zgadza. 123 - Niech pan jutro zje ze mną obiad w restauracji hiszpańskiej, dzielnica de la Marinę. Rambert przystał i Raoul uścisnął mu rękę uśmiechając się po raz pierwszy. Po jego odejściu Cottard przeprosił dziennikarza, że nie ma jutro czasu, zresztą nie będzie mu już potrzebny. Kiedy nazajutrz dziennikarz wszedł do hiszpańskiej restauracji, wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. W tej mrocznej piwnicy, znajdującej się w dole żółtej uliczki wysuszonej przez słońce, bywali tylko mężczyźni, przeważnie w typie hiszpańskim. Ale kiedy Raoul, siedzący przy stole w głębi sali, skinął w stronę Ramberta i dziennikarz skierował się ku niemu, zaciekawienie znikło z twarzy, które powróciły do swych talerzy. Przy stole Raoula siedział wielki, chudy i źle ogolony facet o nieproporcjonalnie szerokich ramionach, końskiej twarzy i rzadkich włosach. Jego długie, szczupłe ręce, pokryte czarnym włosem, wystawały z koszuli o podwiniętych rękawach. Potrząsnął trzykrotnie głową, kiedy przedstawiano mu Ramberta. Jego nazwisko nie zostało wymienione i Raoul mówił o nim tylko "nasz przyjaciel". - Nasz przyjaciel przypuszcza, że będzie mógł panu pomóc. Skomunikuje pana... Raoul przerwał, zbliżała się bowiem kelnerka po zamówienie Ramberta. - Skomunikuje pana z dwoma naszymi przyjaciółmi, którzy zapoznają pana z oddanymi nam strażnikami. Nie wszystko jeszcze będzie wówczas skończone. Strażnicy muszą sami wybrać sprzyjający moment. Najprościej byłoby, żeby pan spędził kilka nocy u jednego z nich, który mieszka blisko bram. Ale przedtem jeszcze nasz przyjaciel musi pana skontaktować, z kim trzeba. Kiedy wszystko będzie załatwione, z nim ureguluje pan rachunek. Przyjaciel potrząsnął znów swoją końską głową, nie przestając przeżuwać sałatki z pomidorów i czerwonego pieprzu, którą chciwie połykał. Potem przemó-

124 wił z lekkim akcentem hiszpańskim. Zaproponował Rambertowi, żeby spotkali się pojutrze, o ósmej rano, w przedsionku katedry. - Znowu dwa dni - zauważył Rambert. - Bo to nie jest łatwe - rzekł Raoul. - Trzeba znaleźć ludzi. Koń przytaknął raz jeszcze i Rambert zgodził się bez zapału. Dalsza część obiadu upłynęła na poszukiwaniu tematu. Ale wszystko stało się bardzo łatwe od chwili, kiedy Rambert odkrył, że koń jest graczem w piłkę nożną. Dziennikarz uprawiał również ten sport. Mówiono więc o mistrzostwach Francji, o wartości zawodowych drużyn angielskich, o systemie W. Pod koniec obiadu koń całkiem się rozruszał i mówił "ty" do Ramberta, chcąc go przekonać, że najlepsze miejsce w drużynie ma środkowy napastnik. "Rozumiesz - mówił - środkowy decyduje o piłce. A na -tym właśnie polega gra." Rambert był. tego samego zdania, chociaż zawsze grał jako skrzydłowy. Dyskusję przerwało dopiero radio, które po ściszonych, po.wtarzających się w kółko sentymentalnych melodiach ogłosiło komunikat, że poprzedniego dnia dżuma zabrała sto trzydzieści siedem ofiar. Nikt z obecnych nie zareagował. Mężczyzna z końską głową wzruszył ramionami i wstał. Raoul i Rambert poszli za jego przykładem. Wychodząc środkowy napastnik uścisnął energicznie rękę Ramberta. - Nazywam się Gonzales - powiedział. Te dwa dni ciągnęły się dla Ramberta w nieskończoność. Wybrał się do Rieux i opowiedział mu szczegółowo o swych poczynaniach. Potem odprowadził doktora na wizytę. Pożegnał go przy bramie domu, gdzie czekał na niego pacjent o podejrzanych objawach. W korytarzu hałas kroków i głosów: uprzedzano rodzinę o przybyciu doktora. - Mam nadzieję, że Tarrou się nie spóźni - mruknął Rieux. 125 Miał zmęczoną twarz. - Epidemia rozwija się zbyt szybko? - zapytał Rambert. Rieux powiedział, że nie w tym rzecz, krzywa statystyczna idzie nawet w górę mniej szybko. Po prostu środki zwalczania dżumy są niewystarczające. - Brak nam materiału. We wszystkich armiach świata brak materiału wyrównują na ogól ludzie. Ale nam brak również i ludzi. - Przyjechali lekarze i personel sanitarny z zewnątrz. - Tak - powiedział Rieux. - Dziesięciu lekarzy i sto osób personelu pomocniczego. Na pozór to dużo. Ale zaledwie wystarczy przy obecnym stanie choroby. Będzie za mało, jeśli epidemia się rozszerzy. Rieux nasłuchiwał odgłosów z zewnątrz, po czym uśmiechnął się do Ramberta. - Tak - rzekł - powinien się pan pośpieszyć, żeby dopiąć swego. Cień przemknął po twarzy Ramberta. - Pan wie - powiedział głuchym głosem - że nie . dlatego wyjeżdżam. Rieux odparł, że wie o tym, ale Rambert ciągnął dale^l -^ Sądzę, że nie jestem tchórzem, przynajmniej na || ogół. Miałem okazję to sprawdzić. Ale pewnych myli śli nie mogę znieść. Doktor spojrzał mu w twarz. - Pan ją odzyska - rzekł.

Zegar wybił ósmą. . Po chwili mógł dos+~zec w nawie małe czarne 'kształty.powiedział Tarrou.Pomyśl o wszystkich kombinacjach i podaniach. kiedy zjawił się Tarrou. czy pan potrafi to zrozumieć. Dwanaście małych czarnych kształtów wyszło z kościoła i podreptało w stronę miasta. jest to rodzaj promenady ciągnącej się na dość niewielkiej przestrzeni. O ósmej piętnaście organy z katedry zaczęły grać cicho. Niewyraźny zapach wilgoci unosił się jeszcze z trawników. że może w tym miejscu nie wolno palić. Mając trzydzieści lat człowiek zaczyna się starzec j| i trzeba korzystać ze^wszystkiego.Dostarczanie okazji to moja specjalność. które weszły przed nim. wzdłuż skał górujących nad portem.Przepraszam .Ale mecz trwa tylko półtorej godziny.rzekł Rambert . skąd można ujrzeć morze. ledwo grubsze od mgły. potem uświadomił sobie. . wykonany naprędce w jednej z pracowni naszego miasta. że dobrze. Zapalił papierosa.powiedział doktor. Uśmiechnął się i mrugnął okiem do Rieux. przy pomniku poległych. Wyjaśnił. Zaproponował następne spotkanie nazajutrz. za dziesięć ósma. Z wewnątrz dobiegał niewyraźny śpiew psalmów wraz z odwiecznym zapachem piw-• nicy i kadzidła.Wszyscy są tacy .Cieszę się. W umówiony czwartek. . Nie wiem. że czekał na przyjaciół w umówionym miejscu. Gonzales schodził już schodami i kierował się w stronę miasta. . niedaleko stąd. Nagle śpiewy ucichły. żeby przyłączył się do nas.To nic . spojrzeli na niego obojętnie.zapytał doktor.powiedział Gonzales ze śmiechem. . nie mogę jednak znieść myśli. że jest lepszy od swego kazania. w rodzaju zaimprowizowanego ołtarza. bardzo ożywiony. o tej samej godzinie.Zaproponowałem Paneloux. Rambert przeszedł się po pustej kruchcie.Zastanowił się i powiedział.Na pewno coś im przeszkodziło. który przyszedł pierwszy. Pomnik poległych Oranu znajduje się w jednym miejscu. odczytywał uważnie listę poległych na polu chwały.muszę już iść. Ale czekał dwadzieścia minut na próżno. . ) Rieux szepnął.Trzeba im tylko dać okazję. Ra^nbert wszedł pod ciemne sklepienie. . gdzie stał św. . że są całkowicie pochłonięci oglądaniem pustych i wyludnionych . żeś poszedł . Rambert zaczął się niecierpliwić. . Rambert pięć minut przed ósmą znalazł się w przedsionku katedry Powietrze było jeszcze dość świeże. pod czym. W górze organy wygrywały nie kończące się wariacje. Klęcząc kształty wydawały się jeszcze bardziej skurczone. zagubione w szarości niby zakrzepłe kawałki cienia.Cieszę się . 127 Kiedy Rambert wyszedł.Oczywiście . . oparli się o parapet i zdawało się.powiedział do dziennikarza. .To byłoby zrozumiałe.Być może. .I cóż? . 126 . Nie wszystko układa się gładko w naszej branży. .powiedział znów Rambert. . Wszystkie zgromadziły się w kącie. choć były już wyschnięte. że to będzie trwać. Słońce za domami na wschodzie nagrzewało jedynie hełm złoconej Joanny d'Arc. Nazajutrz Rambert. która je spowijała. . która zdobiła plac. Inne czarne kształty wchodziły wielkimi schodami i kierowały się ku kruchcie. Po niebie przesuwały się białe i okrągłe obłoczki. żeTchyba rozumie. które rosnący upał połknie za chwilę jednym haustem. a ona przez ten czas się zestarzeje. Roch. zanim wyceluje się w bramkę. Rambert westchnął i zsunął kapelusz do tyłu. W kilka minut potem zbliżyli się dwaj mężczyźni.& .Myślałem.

mówił .powiedział . który oni znaj'ą. Nie ma mowy o tym.odparł Tar-rou. że to bracia. które zajmowały resztę ciasnego lokalu.Dobra . Trzeba się pospieszyć. że w barze podają alkohol. 128 . Jest ich czterech przy bramie zachodniej.nie ma potrzeby.rzekł Gonzales. Przyszedłszy z ciszy zadżumionego miasta. . ponieważ od pewnego czasu mówi się o tym.jeśli będziecie mieli wolną chwilę po kolacji. "Obozy . . i poczekał. oficer marynarki.Nie . że straże na zewnątrz miasta zostaną podwojone. Ze trzydzieści osób tłoczyło się tutaj rozmawiając bardzo głośno. Rambert doszedł do wmosKU. czy mu nie przeszkadzam . Było trudno rozmawiać w tym zgiełku.powiedział Tarrou . Stamtąd można się będzie udać do domu strażników.dotrzymam ci towarzystwa.rzekł Gonzales . obaj w granatowych spodniach i marynarskich trykotach z krótkimi rękawami. czy sprawa kosztów jest uregulowana i czy można dostać zaliczkę.Już się znacie. Umówiono się na nowe spotkanie. potem usiadł na ławce.Alkohol nie przeraża pana? . skąd mógł ich obserwować do woli. żeby ich wtajemniczać. Gonzales zaproponował kolację w hiszpańskiej restauracji.Mam spotkać się z Rieux . niedaleko od bram. nawet późno. . Zauważył.powiedział i zbliżył się wraz z dziennikarzem do dwóch młodych ludzi.Dżuma 129 . Dziennikarz oddalił się nieco. dokoła . których przedstawił mu jako Marcela i Louisa. . że rozpoczynają służbę za dwa dni. Z twarzy bardzo byli do siebie podobni i. Zrozumieli to ożywienie widząc. 9 . Tarrou odsunął spokojnie jakiegoś hałaśliwego sąsiada i znaleźli się po obu stronach dziennikarza. Marcel czy Louis proponuje więc Ram-bertowi. czy dziennikarz jest pijany.rzekł do Ramberta . zapytał Gonzalesa.Nie sądzę. Doktor nie miał jeszcze pewności.Nie jestem nigdy pewien. tamci dwaj to zawodowi wojskowi.Czy chce pan pójść ze mną? . Oba] byli ^jednakowego wzrostu. Nazajutrz Rambert. to • przyjaciel.Pierwszej nocy . Rambert zgodził się i podał im kilka ze swych ostatnich papierosów. Ram-bert znajdował się u końca kontuaru i dawał im znaki ze swego wysokiego taboretu.powiedział Rambert po chwili wahania. Zdarza się jednak czasem. dużo mi mówił o panu. ale zdawało się. Ten z nich. Dziennikarz zastanawiał się. idąc do swego pokoju.Oto nasi przyjaciele . Rieux wciągnął zapach gorzkich ziół ze swego kieliszka. z namiotami dla chorych. pojutrze. Koszta zostaną pokryte przy wyjeździe. . Marcel czy Louis powiedział. który jeszcze nic ' nie mówił.powiedział Tarrou.Proszę pana . opowiadał grubemu czerwonemu mężczyźnie o epidemii tyfusu w Kairze. przyjdźcie obaj do hotelowego baru. Nie są pewni. że tamci koledzy spędzają część nocy w ty mej sali baru. Jednakże o jedenastej wieczór Rieux i Tarrou weszli do małego i ciasnego baru.przeciwnie. że na pewno nie mają więcej jak po dwadzieścia lat. spotkał Tarrou na hotelowych schodach. który szedł ku niemu przepraszając. A teraz do rzeczy. dwaj przybysze zatrzymali się trochę ogłuszeni.bulwarów nadbrzeżnych. . że Ramberta interesuje przede wszystkim alkohol. Przy jednym z dwóch stołów. żeby przeniósł się do ich mieszkania.Nie . z dwiema kobietami uwieszonymi u jego ramion. że będą na straży przez tydzień i że trzeba wybrać dzień najbardziej dogodny. . aż po niego przyjdą.To zależy od niego i od dżumy . a zresztą to powiększyłoby koszta.założono obozy dla krajowców. . W tej samej chwili ujrzał Gonzalesa.

W owej chwili w nocy.Czy jest pan zadowolony? . i że kelnerka s* 131 spogląda na niego ze zdziwieniem. żar dopiero zaczął słabnąć. że pan mógłby nam się przydać. jakie trzeba będzie podjąć na nowo. O dwudziestej pierwszej trzydzieści skierował się w stronę hotelu. Pomyślał. Wewnątrz restauracja była niemal pusta.Bardzo potrzebne . Rambert usiadł przy stole w głębi. była niezrozumiała i gubiła się w rytmie Saint James Injir-mary. że przez cały ten czas w pewien sposób zapomniał o swojej żonie. gdzie za pierwszym razem spotkał Gonzalesa. .kordon straży. zastanawiając się na próżno. unosił lekko zasłony na oknach. że poczeka.Może za tydzień.Te formacje nie wydają się pasnu potrzebne? . O dwudziestej trzydzieści skończył jeść. że na pewno jest zupełnie pijany. kiedy 'wszystkie drogi na nowo były zamknięte. Było to okrutne. . . Ciepławy powiew. Zapłacił i wyszedł. zdał sobie sprawę.Jak mógłbym się wam przydać? .w naszych formacjach sanitarnych. . którą przecinały pędzące ambulanse. idący od morza. Tarrou postawił nową kolejkę.Szkoda! .No. zajętym przez eleganckich młodych ludzi.powiedział doktor. O dwudziestej pierwszej Rambert spostrzegł. bo myśli.Dlaczego? Tarrou spojrzał na Rieux. płynącym z wysoko umieszczonego głośnika." Rozmowa przy drugim stole. które strzelały do rodzin. nie doczekawszy się Gosn-zalesa i dwóch młodych ludzi.rzekł Rambert. który właśnie wypił i patrzył na Ramberta uważnie. Ale ja 138 rozumiem aż nadto dobrze pańskie pragnienie wyjazdu. Rieux zauważył. Rambert zeszedł ze swego taboretu i spojrzał mu po raz pierwszy w twarz. Zamówił kolację.Już niedługo . Naprzeciw restauracji była otwarta kawiarnia. Była dziewiętnasta trzydzieści. że sala jest pusta. Przechodził pomiędzy niewielką grupą mężczyzn. O dwudziestej Rambert czekał wciąż jeszcze. Powiedział do kelnerki. znalazł ją znów w środku . Nowi goście usiedli przy jego stole. jak to miał powiedzieć doktorowi Rieux. którego adresu nie miał. Palił papierosy. . Ludzie wracali powoli do sali i siadali przy stołach. którzy ustawili krzesła przed wejściem i delektowali się zielonym i złotym wieczorem. cóż .krzyknął Tarrou. . . Ale również w tej chwili. . Nazajutrz Rambert wszedł po raz drugi do hiszpańskiej restauracji.odparł dziennikarz i wypił. ale słuszne.Och . Na twarzy Ramberta pojawił się zwykły mu ^wyraz.powiedział Tarrou. Palili tytoń o cierpkim zapachu. że drży mu ręka. . Na ulicy noc zapadała bardzo szybko. by poświęcić się całkowicie poszukiwaniu szczeliny w murach oddzielających go od niej. Ram-bert usiadł przy kontuarze i patrzył na wejście do restauracji. Zapalono światło. Sala opróżniała się powoli. 2 sercem zrozpaczonym na myśl o wszystkich krokach. upartego namysłu. Zaczęto podawać i niskie sklepienie wypełnił brzęk nakryć i przytłumione rozmowy.powiedział Tarrou wyciągając bez pośpiechu rękę po swój kieliszek . jeśli usiłowały przemycić domowe lekarstwa. . jak znaleźć Gonzalesa. usiadł z powrotem na swoim taborecie.powiedział Rieux podnosząc głos.Tarrou tak mówi.

Cottard patrzył na Tarrou nie rozumiejąc.powiedział. Zna pan dzisiejsze cyfry? Tarrou. . . .Zapewniono go. No ^niech pan siada. jużeście je zastosowali.Na ogół nie . ale czego to dowodzi? Że należy zastosować jeszcze bardziej wyjątkowe środki. że epidemia to sprawa każdego i każdy powinien spełnić swój obowiązek. pełnym zaciekawienia wyrazem. Po minucie westchnął. / 133 A ponieważ Cottard ogarnięty nagle wściekłością. Tarrou i Rieux rozmawiali o niespodziewanym wyzdrowieniu pacjenta w szpitalu Rieux. jak znaleźć Cottarda.Ech. . by go zapytać. . Miał szczęście . by uciec od tej okrutnej oparzelizny. Formacje ochotnicze są otwarte dla wszystkich. zapomniałem.Tarrou chciał.rzekł Rieux.Niech pan przyjdzie jutro wieczorem . . żebym zaprosił Cottarda.powiedział Rieux. Tarrou uderzył się w czoło. Rieux wypełniał kartki przy biurku. . powiedział.Ach. Niech pan przyjdzie o wpół do jedenastej.'krzyknął ren-tier. że to była jednak dżuma.zapytał Cottarda.Będziemy to wiedzieć . bełkotał niezrozumiałe słowa. którą unosił przecież ze sobą i która zżerała mu skronie. Potem z przechwałką w głosie: .Ależ pan.Jeden na dziesięciu. Albo tak przynajmniej mogliśmy z doktorem wywnioskować.Niech się pan nie denerwuje.rzekł Cottard .Dlaczego nie przyłączy się pan do nas? . jakby olśniony nieoczekiwaną prawdą. Pan wie równie dobrze jak ja. że zbyt wielu ludzi jest wciąż nieaktywnych. . . Pańska sprawa nas nie dotyczy.Pozostaje mi tylko zacząć wszystko od początku . . Gdyby nie dżuma. który kręcił się na krześle. . \ Tarrou odparł ze zdziwieniem: . rzeczywiście.ale to nie przyda się na nic.Ale przy odrobinie uporu mogą się zdarzyć niespodzianki. jak na niego zbyt silną. .Tak . jakby miał upaść. Tarrou dodał: .To nie dla mnie. dżuma nie przebacza. dlaczego miałbym się wtrącać.Słusznie .mówił Tarrou. Nazajutrz bardzo wcześnie udał się jednak do Rieux. Rieux przestał pisać i patrzył na niego z poważnym. nie wiem po co. Ani doktor. . i to z tak nagłym wybuchem bólu. ale każdy musi to zrobić na własny rachunek. . Tamten wstał z obrażoną miną i wziął swój okrągły kapelusz. Cottard zadrżał i chwycił się krzesła. Poza tym nie lubimy policji. 132 . że zaczął biec w stronę hotelu. żeby się skończyła. aresztowano by pana.Nie wygląda na to. skoro wyzdrowiał.Kto panu o tym powiedział? . i Cottard śmiał się.ale to nie była dżuma. Tarrou powiedział.rzekł Cottard . Dżuma jest zbyt silna.Niemożliwe.powiedział Tarrou cierpliwym tonem . Ma przyjść o dziesiątej. .Zresztą dobrze mi z dżumą i nie wiem.swego pragnienia. że zna cyfry. Rentier spojrzał na krzesło i usiadł po chwili wahania.kiedy wszystko wypróbujemy. ani ja nie zadenuncjujemy pana. sytuacja jest poważna. Kiedy następnego dnia Cottard zjawił się u doktora. Tarrou patrzył wciąż na rentiera. który spoglądał na rentiera życzliwie. . .Tak. .

że zabiorą mnie. podniósł na Tarrou niepewne spojrzenie. że zamykano całe dzielnice. ale można pójść znowu do kawiarenki.Trzeba było ustalić. co mógł zrobić.rzekł Rambert. Było to również zdanie Ramberta. Rano Cottard i Rambert udali się do kawiarenki i wyznaczyli Garcii spotkanie na wieczór albo nazajutrz. śle wiedział. .Ach .Więzienie czy roboty przymusowe? Cottard wydawał się bardzo przybity. pozbawią mieszkania.z końcem tygodnia. Raoul potwierdził przypuszczenie Garcii. na razie wiem. przyszła sama. Wieczorem czekali na próżno.Tak. W dwa dni potem Rambert jadł obiad z graczem w piłkę nożną. Oczywiście nie wcześniej jak pojutrze. .że nie wstąpi pan do naszych formacji. . .powiedział Tarrou .Zależy. przyzwyczajeń. .Wyciągnęli tę starą historię . Ale po chwili ciągnął nadal gwałtownie: .powiedział Tarrou . Rambert wrócił do domu i wyraz jego 135 twarzy uderzył Tarrou. Ale niech pan przynajmniej nie propaguje dżumy . kiedy spotkał dzie: po południu. Wszyscy robią pomyłki. I kiedy Rambert zjawił się w drzwiach. co pan przez to rozumie. Nie był poinformowany. Nie mogę znieść myśli. Rambert zaprosił go wraz z Tarrou do swego pokoju . ale może wszystko się ułoży. by sprawdzić zameldowania. Możliwe.To pomyłka. że chwilowo mu pomaga. Wszystko. że potem mnie aresztują.Jutro rano pójdziemy do chłopców i spróbujemy wszystko załatwić. to znów skontaktować Ramberta z Raoulem.. to nie jego wina.Widzę . Wyznaczono im spotkanie na placu du Lycee następnego dnia w południe.Źle idzie? . I powtórzył swoje zaproszenie: . że nic nie osiągniecie. że Gonzales i dwaj młodzi ludzie nie mogli przekroczyć rogatek.że trzeba wszystko zacząć od nowa. Jeśliby nie mógł wieczorem.zapytał Tarrou. Ponieważ zaś Rieux chciał znać szczegóły. Ale był jeden taki.przyznał. . że o niej zapomniano. co gadał.Widzę ..zapytał Tarrou. Cottard zaprotestował: nie chciał dżumy. .Na pewno. rentier dodał z wielką energią w głosie: . Rambert dowiedział się. .Więzienie. . Nazajutrz chłopców nie 'było w domu. że nie mam się czego obawiać. . 134 . .mówił Gonzales. Zrozumiałem. . Rieux przemówił po raz pierwszy i powiedział Cot-tardowi. . oddzielą od tych wszystkich.Trzeba zacząć na nowo ..i dlatego wymyślił pan.Sądziłem. Wezwali mnie i powiedzieli. Rentier. że mam być do ich dyspozycji aż do końca śledztwa. że Cottard nie zna adresu Gonzalesa. Umówili się na jutro.Nie trzeba mi mieć tego za złe. jeśli będę miał szczęście.Och.To idiotyczne . których znam. który obracał w rękach kapelusz. W każdym razie nie jest to morderstwo. w jaki sposób można się znaleźć. o dowolnej godzinie w nocy. Trzeba skontaktować się znów z Gonzalesem.rzekł Tarrou z uśmiechem. . .rzekł Rambert .Zresztą myślę. Garcia zjawił się następnego dnia. ale to oczywiście głupie. żeby się powiesić? .To poważna sprawa? . Wysłuchał w rnJczsniu historii Ramberta. dzielnice położone w dole były zamknięte. że rozumie jego niepokój.

powiedział . że to Saint James In Gdy płyta była w połowie.ym? . przepły oknami hotelowego pokoju. Wieczorem. twarz miał rozpaloną scią. że poszczę zapłacić swoją osobą..Pan jeszcze nie zrozumiał . czy potrafi pan umrzeć dla miuem. że nie jesteśmy już zdolni do miłości. doktorze. Żyć dla tego. Rieux biorąc swój zapyta: jest na dobrej drodze. wzruszając ramionami.Przyjdźcie wieczorem. właśnie. Zresztą sądzę. że jest zdolny do wszystkiego . Wciąż na nie-: powiedział łagodnie: wiek to nie idea. ale wydaje mi się.Nie trzeba z tego robić zasady . ołym okiem. .zapytał Tarrou. .Tak pan to lubi? . jak tam z formacjami. co się kocha. W tym rzecz. Było dziesięć ch. Dziennikarz odpowie zaczął wszystko od początku.Ta płyta nie jest zabawna . że to polega na zaczy mowa. Teraz wiem. usłyszeli odgło odległych wystrzałów. podskoczył na łóżku. . nie interesuje mnie.odparł . wzrósł. Ale jeśli nie jest zdolny d q czucia. nie potrafi ani cierpieć. że to polega n •naniu od nowa. Nie jest więc zdolny do niczego.Nie. Rambert otworzył mały patefon. cały pochłonięty swymi . Ale potrafi pan umrzeć dla idei. że teraz nie.A poza tym słyszę ją dziś po raz . lie.powiedz bert.Nie. czekajmy rozwiązania ogólnego nie bawiąc się w bohaterów.zapytał Tarrou. Tarrou. kiedy odwraca się od miłości.Czego? . kiedy dwaj mężczyźni weszli ( ju Ramberta. Lwe. Nie wierzę w bohaterstwo.O! . Rieux przyglądał się jego krótkiej lwetce na brzegu łóżka. doktorze . est idea i idea mizerna od chwili. że człowiek jest zdoL? kich czynów. a zrozumiałem. dziennikarz leżał.Pies albo ucieczka . byłem na woj-inii. Wstał.Co to za płyta? . in.Dżumy. ani być długo i. na niego patrzy. I po chwili: . 136 eux. to nam swoje powody.rzekł Tarrou. Ja poprzestaję na tym. tylko to mnie intełuchał dziennikarza uważnie.Oni oczywiście nie przyjdą.Powiadam panu. Zauważył nagle. doszedł do tego punktu i że wkrótce czeka go ostatnie spotka: pił i powiedział: . rej stronie? . aż się staniemy zdolni do miłości. wiem. W chwilę potem płyta się skończyła i sygn. napeh gotowane kieliszki. lansu zabrzmiał wyraźnie. Spodziewano się.po-rrou. . Ja zaś mam dosyć ludzi umie-Ua idei. dwagą. Czekajmy. -i się. pan nie zrozumiał.powiedział Rieux.pc Tarrou.dużo myśla-^j organizacji. . ale mam tylko tę jedną. Rambert. usiadł na łóżku. że powstaną inne. Ale potem zastanowi-ię. . Poddajmy się. .rzekł. Jeśli nie jestem z wami. ścichł i zgasł . .2 Rambert odpowiedział. a jeśli to naprawdę niemożliwe. co się ł na nich i potem: ę. . . 1 . onie zwyciężonych. że było zabójcze.

Tak. ]aki jest mój zawód. Dziękuję panu. Rambert patrzył na nich w zamyśleniu.Pan ma rację. W środku owego roku zerwał się wiatr i wiał przez •wiele dni w zadżumionym mieście. pochyleni do przodu. Ta myśl może się wydać śmieszna. odpadający pod tchnieniem wiatru. mury pokrył szary tynk. kiedy ani jedna kropla wody nie odświeżyła miasta. Ale w moim przypadku polega na wykonywaniu zawodu. . który podówczas zapadał szybciej. Dlatego narrator uważa. III Tak więc. gwałtowne czyny naszych współobywateli. w połowie sierpnia.pan nie jest w błędzie. W istocie jednał ^ wówczas. pan ma zupełną rację. że żona Rieux znajduje się w sanatorium.powiedział Rambert poważniejąc nagle. z których każdy mógł być ostatnim.Nie . odwrócił się i powiedział do dziennikarza: .Ach . że wy dwaj nie macie nic do stracenia w tym wszystkim. . .mamy robotę. Wiatr wzbijał fale kurzu i papierów. tak że przez kilka dni o zmierzchu. wpada na ulice z całą gwałtownością. żebym pracował z wami. Tarrou ruszył za nim. Można było ich ujrzeć. jak Ramber wyobrażali sobie jednak. z chustką lub ręką na ustach.Nie wiem. że u szczytu upałów i dżumy należy opisać dla przykładu zachowanie się ogółu. że niektórzy z nich. ale jedyny sposób wałki z dżumą to uczciwość. kilkaset kilometrów stąd? Rambert okazał gestem zdumienie. jakby się rozmyślił.nic wiem. dżuma przysłonił. gdzie leży miasto. przez całe tygodnie. że działają jako wolni lu dzie. jakie niosła w sobie. 138 Nazajutrz o wczesnej godzinie Rambert telefonował do doktora.Przypuszczam.powiedział Rambert z wściekłością . Chodzi o uczciwość.Czy pan wie. ulice .Cóż to jest uczciwość? . .powiedział . ale Tarrou już nie było. . aż znajdę sposób opuszczenia miasta? Na drugim końcu przewodu trwała przez chwilę cisza i potem: . którycł "^ doznawali wszyscy. aL •^ wspólna historia. Muszę jednak panu powiedzieć: w tym wszystkim nie chodzi o bohaterstwo. Widać. Mieszkańcy Ora-nu szczególnie obawiają się wiatru. Po długich miesiącach. . Rieux wychylił swój kieliszek.Chodźmy . i za nic •w świecie nie chciałbym pana odwieść od tego. ''--"""'"'" . ale gdy miał wyjść. czym uczciwość jest w ogóle. Wieczorem ludzie już śnie zbierali się. Może rzeczywiście jestem w błędzie wybierając miłość. pogrzeby zmarłych i cierpienia rozłączonych kochanków. więźniowie walczył jak mogli.Czy zgodzi się pan.powiedział z mocą .Rieux wstał z wyrazem nagłego zmęczenia. jak śpieszą ulicami. ponieważ me napotykając żadnej naturalnej przeszkody na płasko-wzgórzu. to znaczy dżuma i uczucia. małymi grupami szli szybko do domów lub kawiarń. Najsilniejszym z nich była świa-^ domość rozłąki i wygnania wraz ze strachem i bun-0^ tem. Wyszedł. co pan chce zrobić i co wydaje mi się słuszne i dobre. Wtedy łatwiej być po dobrej stronie. że mogą jeszcze wybierać. / Rieux odwrócił się w jego stronę. ^ wszystko. . by możliwie najbardziej przedłużyć te dni. Nie było już losów indywidualnych. które uderzały po nogach coraz to rzadszych przechodniów.

Jeśli jednak idzie o pierwszych dekorowanych. Mieszkańcy powiadali. nie można było cofnąć odznaczeń i koła wojskowe nadal podtrzymywały swój punkt widzenia. Mniej więcej w tym czasie wzrosła również liczba pożarów.(Z wyższego punktu widzenia.po.raz * ^y . Dowiedziano się. pierwszy w więzieniu panowała absolutna równość. by im umyślnie dokuczyć. i tylko wiatr wydawał nieustanne skargi.były puste. I jest rzeczą jasną. że to wiatr roznosi zarodki infekcji. Mieszkańcy tych dzielnic uważali. tak samo jak aresztanci. że najprościej będzie przyznawać zmarłym strażnikom medal za epidemię. że kara aresztu równa się karze śmierci. których częstość narażała całe dzielnice na nieustanne niebezpieczeństwo. że ludzie. Władze uznały te racje i doszły do wniosku. że dżuma rzuca się ze szczególną zaciekłością na tych. których praca była niezbędna. jak żołnierze. którzy zwykle żyją pospołu. doprowadzeni do szaleństwa żałobą i nieszczęściem. gdy w nocy. z bliska i coraz częściej. jaką zanotowano w miejskim więzieniu. nasycone zapachem 140 morza. a w każdym razie. u zachodnich bram miasta. płacili '•^ daninę chorobie. Wiele było trudu ze zwalczaniem tych pożarów. wiał bowiem gwałtowny wiatr. że zrobiono to. Ale nagle podeszła bliżej i rozgościła się w dzielnicach handlowych. bardziej zaludnionych i nędzniej szych aniżeli dzielnice w centrum miasta. zwłaszcza w dzielnicach willowych. odznaczono ich pośmiertnie medalami wojskowymi. Ci ostatni natomiast w trudnych chwilach znajdowali pocieszenie w myśli. Ta pewność miała naturalnie swoje podstawy. wspólna wszystkim | mieszkańcom. trzeba było ogłosić surowe kary dla niewinnych podpalaczy. byli skazani.mówił dyrektor hotelu. mogli je opuszczać tylko ci ludzie.' wanych. a strażników więziennych w pewien sposób można było uważać za zmobilizo. podpalali swe domy w złudzeniu. nie przydawało się już na nic. powziąwszy myśl. że pożałowania godny zamęt może się zrodzić w umysłach ludności. że zabiją w nich dżumę. Mimo bowiem izolacji niektórych aresztantów więzienie jest społecznością. "Zawsze znajdzie się ktoś. Ponieważ ogłoszono stan oblężenia. rozlegały się pod oknami sygnały ambulansów. Kiedy wyjaśnianie. Te puste miasto ubielone kurzem. dźwięczące krzykami wiatru. W samym centrum miasta władze wpadły na myśl. by nadawać odznaczenia strażnikom więziennym zmarłym ' podczas wykonywania swych obowiązków. który ^ był punktem widzenia dżumy. którzy wrócili z kwarantanny. że dezynfekcja domów przeprowadzona przez władze wyklucza wszelkie ryzyko zarażenia. prawem kontrastu. ^ Na próżno władze usiłowały wprowadzić hierarchię ~ w tym ujednostajnieniu. ' kto bardziej jest więźniem niż ja". zakonnicy czy więźniowie. szczególnie doświadczone przez dżumę dzielnice. czego dowodzi fakt. medal za epidemię o . śląc ponure i beznamiętne wezwanie dżumy. "Wiatr miesza karty" .* to tego życzliwie i słusznie zauważono. Aż dotąd dżuma zabrała najwięcej ofiar z dzielnic zewnętrznych. od dyrektora )^ do ostatniego więźnia. ale pewność. to zdanie streszczało wówczas jedyną dostępną nadzieję. Ale jeśli aresztanci nie protestowali w najmniejszym stopniu. myśleli o mieszkańcach innych dzielnic jak o wolnych ludziach. jęczało wówczas jak nieszczęśliwa wyspa. w kołach wojskowych nie przyję. że nie myśl o więzieniu powstrzymywała wówczas tych 141 nieszczęśników. dzielnice w centrum wiedziały. że nadeszła ich kolej. Z przyczyn oczywistych zdawało się. ze względu na nadmierną śmiertelność. Z drugiej strony. że inni są jeszcze mniej wolni niż oni sami. i może . że w naszym miejskim więzieniu strażniag. Od wzburzonego i wciąż niewidzialnego morza szedł zapach wodorostów i soli. wszyscy. Tak czy inaczej. żeby odizolować pewne. zło już się stało.

czy podziałało to na innych. Najczęściej nagła okazja doprowadzała czcigodnych dotychczas ludzi do nagannych czynów. pomiędzy którymi milczące wiq zerunki zapomnianych dobroczyńców czy wielkich ^ ludzi przeszłości. że nie mógł wywrzeć efektu moralnego. na wieki wciśnięte w brąz. trudno przypuszczać. nie zaniepokojone nigdy krokiem n< przechodnia czy głosem psa. ^ stawało się kamienne. łamała zarazem tradycyjne zrzeszenia i odsyłała ludzi z powrotem do samotności. zabierano niewielkie grupy z koszar i umieszczano jako garnizony w szkołach czy w gmachach publicznych. w świetle pożaru. Jedyna rzecz. ale tym razem były to niewielkie uzbrojone grupy. ponieważ wśród tylu zmarłych te dwie egzekucje minęły nie zauważone. Trafiali się więc szaleńcy. to wprowadzenie zaciemnienia. Wielkie ciche miasto byla ło wówczas tylko zbiorowiskiem masywnych i nieruay chomych sześcianów. ich jednak dosyć. kiedy to było możliwe. W ten sposób choroba. Prawdę mówiąc. Podobnie. podobne sceny powtarzały się dość często i władze nie udawały nawet. by po mieście przeszedł wiew rewolucji i wywołał pewne rozruchy.tyle był gorszy. Te poślednie bóstwa panowały z ^i poci gęstym niebem na martwych skrzyżowaniach ta /-^ ulic. Zakonnicy 142 z dwóch klasztorów miasta opuścili je i zamieszkali na razie przy pobożnych rodzinach. Powstał więc zamęt. która wywarła wrażenie na wszystkich mieszkańcach. Te wypadki zmusiły władze. Domy podpalone lub zamknięte ze względów sanitarnych zostały obrabowane. była to kropla wody w morzu. które natychmiast naśladowano. jaki uzyskano nadając odznaczenia wojskowe. władze karne nie mogły postąpić jak władze zakonne ani jak władze wojskowe. wały swymi nieprawdziwymi twarzami z kamienia z' "^ czy żelaza wywołać zniekształconą wizję tego. która na pozór zmusiła oblężonych do solidarności. Wszyscy byli niezadowoleni. by_ prócz stanu dżumy ogłosiły_stan_ oblężenia i wprowadziły odpo\Łifidnie P^aJKiLJ?0781'1'26^'1'10 dwóch złodziei. byli ranni i kilka ucieczek. ponieważ w czasie epidemii otrzymać odznaczenia tego rodzaju jest rzeczą banalną. że te akty były zamierzone. Na widok jego obojętności za przykładem pierwszych szli liczni widzowie.k1 Y. Można przypuszczać. Było. zniekształcone przez zamierający ogień oraz przedmioty i meble. Bramy miasta atakowano znów wielokrotnie w nocy. i po ciemnej ulicy. którzy wpadali do płonącego domu jeszcze w obecności ogłupiałego z bólu właściciela. że wszystkie te okoliczności oraz wiatr rozpłomieniły również pewne umysły. niewrażliwe i prostackie. usiło. czym isz <^ był kiedyś człowiek. które niosły na ramionach. Prawdę mówiąc. Od godziny 143 E4 jedenastej miasto. Co więcej. nie skażone nigdzie czar§] na plamą drzewa. że interweniują. ale jest rzeczą wątpliwą. Nastąpiła wymiana strzałów. ze wszystkich stron mknęły uciekające cienie. dość wiernie wyobraci . pogrążone w całkowitej ciemności. p Pod księżycowym niebem wystawiało rzędami swe białawe mury i proste ulice. Straże wzmocniono i te próby ustały dość nagle. za każdym razem.

'la od gwy^j^J^z3. kamień i noc zmusiły wreszcie Są wszelki głos do milczenia. ^'to znaczy o godzinie wyruszenia na cmentarz. zajmowania się pogrzebami._dnj.f o tarza. k( i prawda oraz legendy.a. że t będzie musiało zrzec się swych praw na rzecz spo. że miejscem. Jeśli rodzina nie mieszkała . Trumny mieściły się w rupieciarni wychodzącej na korytarz. Ti Ale noc była również we wszystkich sercach. da-. nie zgodzić się na a 144 3 pogrzeb w dniu. stemplowali oficjalną przepustkę. zniesiono bowiem nabożeństwa żałobne w . do którego wkroczyliśmy. jest pomocniczy szpital doktora Rieux. Taka była oczywistość.szkali razem z chorym. zatkać ^ oczy i odmówić na nią zgody. nhnj^y ^rrp^rali 7. Szkoła miała wyjście z tyłu. a mianowicie. ład cmen. i samochody z największą szybkością jechały zewnętrznymi ulicami na cmentarz. W tym właśnie korytarzu rodzina znajdo-. W każdym razie nie czyt. Krewni wsiadali do taksówek.^^n^terffzQl«ft»^łQ^^^^ prgfy nwh zgodnie 'z.s rainie. ale na^z^ścTe] nie mogli oni ruszyć się z miejsca.o łeczeństwo żywych lękało się przez cały dzień. gdzie liczne doły czekały na zapełnienie.. ponieważ odbywali kwarantannę. lecz si ma jedno tylko usprawiedliwienie. na przykład. W jaki sposób.z nim uprzednio. Przy bramie żandarmi zatrzymywali kondukt. jeśli mie-. głowa ro-^dziny składała podpis na papierach.wała zamkniętą już trumnę. żeby jej nie widzieć. których kochacie. jak wszystkich współobywateli. co nasi współobywatele nazywali ostatnim mieszkaniem. grzebanabezzwłocznie^ 'Zawiadamiano oczywiście krewńycfi. gdzie dżuma.w^ uagu.. bez której nie można było mieć tego. Ksiądz przyjmował ciało. zjawiała się o oznaczonej godzinie. trzeba pogrzebu? Z początku ceremonie pogrzebowe cechował pośpiech. to znaczy. kiedy tym. która w końcu zawsze odnosi zwycięs. że k' przez cały ten czas były pogrzeby i że w pewien spoa sób. żeby podnieść "w na duchu naszych współobywateli. który albo był prawdziwym' samochodem przewozowym. Należy bowiem cL' mówić o pogrzebach i narrator za to przeprasza. Natu. lub przynajmniej jego ład ostateczny.Ł łeczeństwa umarłych. usuwali się z drogi i auta zatrzymywały się przy kwaterze. Natychmiast przystępowano do rzeczy najważniejszej. przeS1 ciwnie. ale oczywistość ma s straszną siłę. za głównym budynkiem. gdy ciało było już umyte i złożone do trumny. jeszcze wówczas kursujących. r^tuałemyJak^e^ten^tA^zmartJ^ spędzał noc sam. Ale zniesiono kąpiele morskie. nie były tego rodzaju. Czu-w je dobrze. a spo. jakie powtarzano sobie na te"w mat pogrzebów. woli społeczeństwo żywych i na przykład kąn piele morskie. albo przerobionym wielkim ambulansem.< two. tego ^zaś^J^-. jaki zarzut można by mu postawić.zmarL. Następnie ładowano ciało na samochód. gdzie dopełnia się tych i formalności. ni tego z upodobania do ceremonii tego rodzaju. zmuszono go do s. Przypuśćmy. można się zmusić. Uproszczono wszystkie formalności i zniesio-Ino w ogóle uroczyste pogrzeby.^-C zając nieruchome królestwo.

rzecz się nieco zmieniła. że lepsze to 146 • w końcu od wózków ze zmarłymi ciągniętych przez > Murzynów. jeśli z początku poczucie moralne ludności cierpiało z powodl tych praktyk. jak popadło. Ale są to względy z którymi w czasie dżumy niepodobna się liczyć wszystko poświęcono skuteczności. na szczęście. Ambulans odjeżdżał nie10 . brakło płótna na całuny i miejsca na cmentarzu. trumna ześlizgiwała się. problem wyżywienia stał się drażliwy i zainteresowanie mieszkańców skierowało się ku pilniejszym troskom. wciąż ze względu na skuteczność. Kiedy ambulans zakończył już swoje podróże. Na szczęście ów ostateczny zamęt towarzyszył tylko ostatnim chwilom zarazy. które powinny były stać się nieszczęściem. gdyż pragnienie. rodzina szybki •wsiadała do taksówki. Powiedział nawet Rieux. wydało się połączenie obrzędów w koniecznych wypadkach. by zostać pochowanyn przyzwoicie. drugi dla kobiet.Tak . tylko my prowadzimy karty kontrolne. jedne obok drugich. Trumien bowiem było wciąż mniej.( . I wszystko szłoby doskonale. W głębi każdego z nich dymiła i kipiała gruba warstwa niegaszonego wapna. że przynajmniej z początku rodzina czuła si< w swych sentymentach urażona. Tak więc te trudności materialne. i natychmiast pokrywano je niegaszonym wapnem. jednych na drugich. zsuwano w głąb obnażone i poskręcane ciała. W ten sposób wszystko odbywało się rzeczywiści z maksimum szybkości i minimum ryzyka. nie troszcząc się o przyzwoitość. Rzeczą najprostszą. Organizacja była więc bardzo dobra i prefekt okazał zadowolenie. Trzeba się było zastanowić. którzy chcąc jeść musieli wystawać w kolejkach. jak to opisują kroniki dawnych dżum. odwożono z powrotem do szpitala i zabieg powtarzano tyle razy. Trumny zapełniano i ładowano do ambulansu. gdyby epidemia nie rozszerzyła się. W okresie. Rzecz j as na. Jeśli bowiem chodzi o ostatni obrządek. Postęp jest bezsporny. Ludzie. Trumny skraplano płynem antyseptycznym. jak to już widzieliśmy. Jeden dół był dla mężczyzn. wychodził orszak z noszami. Tolerowano jedynie l ich obecność u bram cmentarza. na nagiej przestrzeni porośniętej mastykowcami. ale tylko do pewnego .Dżuma 145 co wcześniej do dezynfekcji i podczas gdy glina z ło pat spadała coraz bardziej głucho. ciała koloru żelaza składano na noszach i trupy czekały w specjalnie przygotowanej szopie. W kwadrans później była ju •w domu. Przy końcu cmentarza. nie mieli czasu myśleć o tym. doły były oddzielone i prefekturze bardzo na tym zależało. jest bardziej rozpowszechnione. wleczono. ale też nieoficjalnie. Pod tym względem administracja szanowała konwenanse. uderzała o dno. szpital dysponował wówczas pięciu trumnami. zwiększenie ilości przeja^rów między szpitalem a cmentarzem. Mimo tych sukcesów administracji nieprzyjemny i teraz charakter formalności skłonił prefekturę do l usunięcia krewnych z ceremonii. Jeśli idzie o teren Rieux. i dopiero znacznie później ten ostatni wstyd znikł siłą rzeczy i grzebano. wykopano dwa olbrzymie doły. Na cmentarzu opróżniano skrzynie. pęcherzyki rozpryskiwały się w powietrzu.to ten sa'm pogrzeb. czynić starania i wypełniać formularze. w konsekwencji okazały się dobrodziejstwem. później.odparł Rieux . jak umiera się wokół nich i jak oni umrą pewnego dnia. Zresztą. którym się zajmujemy. związywano ją sznurem. Na brzegu dołu znajdował się pagórek tego samego wapna. ksiądz machał kropidłem i już pierwsze grudki ziemi odskakiwały od wieka. mężczyzn i kobiety.kościołach. Wśród modlitw wyjmowano trumnę. potem ziemią. ile było trzeba. . niż si^ przypuszcza.

Uważał. Najpierw postanowiono grzebać nocą. Od sierpnia dżuma trzymała się na takim poziomie. Zarządzenie prefektury wywłaszczyło posiadaczy koncesji na wieczność. rzecz najbardziej zdumiewająca. co tym samym zwalniało od pewnych względów. Ale teraz musiano użyć starego pieca do spopielania zwłok. Jednakże nieco później wypadło szukać czego innego i posunąć się jeszcze dalej. Tak więc prefekt. ponieważ epidemia zdezorganizowała życie ekonomiczne i spowodowała znaczne bezrobocie. gdy łopaty wapna spadały na twarze i ziemia pokrywała je anonimowo w owych jamach. Ciała wrzucano pośpiesznie do dołów. Ale trzeba wyprzedzić nieco bieg wypadków. zanim dżuma osiągnęła swój szczyt. Od tej chwili bowiem nędza okazała się silniejsza od strachu. zmarło na dżumę. konsekwencje jej rozmiarów były nawet dogodne. mknące z największą szybkością. który znajdował się we wschodniej stronie miasta. Choć stosowano środki ostrożności. W większości wypadków bezrobotni nie uzupełniali kadr. że nagromadzenie ofiar przewyższało znacznie możliwości. czy użyć do tych prac więźniów skazanych czasowo lub dożywotnio. przez cały czas trwania epidemii nie zabrakło ludzi do wykonywania tych posług. jakimi dysponował nasz mały cmentarz. Wkrótce zmarłych na dżumę trzeba było odwozić do krematorium. Jeszcze nie doleciały do dna. i niepokoje doktora Rieux były uzasadnione. którzy zjawiali się bezzwłocznie. Posterunek straży przesunięto dalej. mógł uniknąć tej ostateczności. który długo wahał się. jeśli nie przyzwoicie. Na próżno zburzono część muru i otwarto dla martwych wolne miejsce na otaczających terenach. Ale. wpierw zawodowych. napotykali niekiedy długie białe ambulanse. którzy wbrew wszelkim prze148 pisom znajdowali się po zaciemnieniu w odległych od centrum dzielnicach (lub ci. które dawniej obsługiwały skalną drogę nadmorską i stały teraz bezużytecznie. tym bardziej że za pracę płacono w stosunku do ryzyka. zawiadamiała pierwszych z listy. Okres krytyczny nastąpił nieco przedtem. Służba sanitarna dysponowała listą petentów i gdy zwalniało się miejsce. ekshumowane szczątki poszły do krematoryjnego pieca. ich matowe dzwonki rozbrzmiewały na opustoszałych ulicach. Nazajutrz proszono krewnych o złożenie podpisu w rejestrze. do jakich musiano się uciec. co świadczyło o różnicy między ludźmi a na przykład psami: kontrola zawsze była możliwa. Można było załadowywać coraz więcej ciał do ambulansów. chyba że w przerwie oni również zwolnili miejsce. co doktor nazywał czarną robotą. a pewien urzędnik merostwa ułatwił znacznie zadanie władz. które drążono coraz głębiej. że jak długo są bezrobotni. nie sposób było uniknąć zarażenia. by oszczędzić miejsca dla przyszłych gości. to przynajmniej w wystarczającym porządku. żeby administracja zachowała poczucie spełnionego obowiązku. jeśli 10* 147 się nad tym dobrze zastanowić: nigdy. których sprowadziły tam zajęcia). I za-późnieni przechodnie. Nie wystarczało rąk ani jeśli idzie o kadry. za bramami. ale o pracowników niewykwalifikowanych było teraz łatwiej. potem przygodnych. Aż do końca sierpnia nasi współobywatele docierali więc jako tako do swego ostatniego mieszkania. trzeba było szybko wymyślić co innego. by opisać ostatnie sposoby. że nazajutrz go zabraknie. ani o to. Ale gdy dżuma rzeczywiście zapanowała nad całym miastem.poziomu. W tym celu przystosowano wnętrza wozów motorowych i . radząc użyć tramwajów. należy czekać. Do wszystkich tych operacji trzeba było personelu i wciąż groziło niebezpieczeństwo. Wielu sanitariuszy i grabarzy.

podobny do tych. linia zawracała przy piecu. dążył do obiektywności. Na szczęście nie rozszerzyła się już potem. co noc skalną drogą wspinały się dziwne orszaki tramwajów bez pasażerów. Mieszkańcy dowiedzieli się w końcu. żeby niczemu się nie sprzeniewierzyć. Nie chciał niemal nic zmieniać efektami artystycznymi prócz tego. wielkie nieszczęścia. pełnymi egzaltacji obrazami. a przynajmniej ci. Jeśli idzie o te sprawy. podobnie jak podczas deszczów jesiennych. jak tramwaje poskrzypują w letniej nocy. była rozłąka. by ludzie^ wbrew prefekturze umierali gromadnie i gnili na uli. dżuma nie miała nic wspólnego z wielkimi. te wyziewy. co to jest. Wiedział również. choć nieprzyjemne. które znajdujemy w starych opowiadaniach. Pod koniec lata. ze obmyślano rozpaczliwe sposoby. usuwając siedzenia. W każdym razie przez pierwsze dni ciężki i mdlący opar unosił się z rana nad wschodnimi dzielnicami miasta. że zapanował nowy porządek i że płomienie dżumy pożerają co wieczór złożoną sobie daninę. rzucali kwiaty do środka. jak krzepiący przykład jakiegoś bohatera czy olśniewający czyn. a zwłaszcza żeby nie sprzeniewierzyć się samemu sobie. lecz raczej jako nie kończące się dreptanie. I mimo patroli broniących wejścia na drogę ludzie dość często przedostawali się na skały sterczące nad falami i gdy przejeżdżały tramwaje. Ale mieszkańcy owych dzielnic zagrozili.. Tylko w dn gdy wiał wielki wiatr. powiedzmy to nawiasem. że je natychmiast 149 opuszczą. co wynika z elementarnych potrzeb relacji mającej zachować jakąś ciągłość. żadna. który w ten sposób stał się stacją krańcową. Według opinii lekarzy. We wspomnieniu ludzi.c wiść łącząc z głupią nadzieją. Dla dokładności . iż tym razem dżuma spadnit na nich z wysokości nieba. jeśli trzeba koniecznie dać jej nowy opis w tym stadium dżumy. Słychać było wówczas. wolno bowiem przypuszczać. Przede Wszystkim była przezorną i nienaganną. którzy je przeżyli. Nie. niemniej jest prawdą. straszne dni dżumy nie ukazują się jako wielkie i okrutne płomienie. najdoskonalsza nawet ^ organizacja nie potrafi przeszkodzić temu. dobrze funkcjonującą 150 administracją.'P cach i że miasto zobaczy.•1 łąki. jak wrzucanie trupów do morza. najpowszechniejszym i najgłębszym. miażdżące wszystko po drodze. Były to ostateczne konsekwencje epidemii. Czy nasi współobywatele. że pomysłowość naszych urzędów. dyspozycje prefektury. I właśnie obiektywność każe mu teraz powiedzieć. nieokreślony capach idący od wschodu przypominał im. a nawet chłonność pieca mogłyby temu nie podołać. że nic nie jest mniej efektowne niż plaga. musiano więc skierować dym w inną stronę stosując system skomplikowany cl przewodów. słuszną niena. którzy najbardziej cierpieli wskutek tej rozłąki. że to cierpienie traciło wówczas swój patos. że nie może przytoczyć tu nic. " Ta właśnie rzeczywistość czy lęk utrzymywały w c naszych współobywatelach poczucie wygnania i róż. co byłoby naprawdę efektowne. nie mogły zaszkodzić nikomu. przekonani. "narrator. dźwigając ładunek kwiatów i trupów. przyzwyczaili się do sytuacji? Nie byłoby zupełnie słusznie tak twierdzić.r< nie. Rieux wiedział. narrator żałuje ogrom. i wyobrażał sobie z łatwością straszliwą pianę na niebieskiej wodzie. Biorąc to pod uwagę. że jeżeli statystyki będą szły w górę. już dzięki swemu trwaniu. Rzecz w tym. są monotonne. które prześladowały doktora Rieux na początku epidemii. jak na placach publicznych s umierający będą się czepiać żywych.przyczep. i mieszkańcy się uspokoili. kołysząc się nad morzem. że jeśli wielkim cierpieniem tego okresu.

Teraz widywano ich na rogu ulicy. które błędem byłoby brać za rezygnację było ono jednak rodzajem prowizorycznej zgody. nie sposób bowien było postąpić inaczej.^%awet przy jaźnie. Albo też jak&ś melancholia. nic tu nie jest absolutne. wszystko stało się dla nich teraźniejszością. Dawnie rozłączeni kochankowie nie byli naprawdę nieszczę śliwi. DżtffiaA^fld^hrała wszystkim ^łe^J'nik>sci. i czuli żal. roztargnionych i z tali bardzo znudzonym spojrzeniem. żeby się to sko] czyło" . którą stracili. ulokowali się w teraźniejszości. Jeśli bowiem. Trzeba było. Ale wszyscy di znawali uczuć monotonnych. i jeśli przyjęli tę nową postawę. jej śmiech.^i. żeby się one skończyły. w kawiar ni lub u przyjaciół spokojnych. która była ich udziałem. Ci. którzy mieli ja kies zajęcie. Ale jeśli pamiętali wyraźnie kochaną twarz. że dżuma ustała. błyski. Trzeba było do tego owych chwil nieuwagi. Wszystko to mówiona jednak bez ognia czy goryczy. ale niewystarczającą wyobraźnię. które były dli nas jeszcze oczywiste i które były ubogie. co ów i drugi może robić o tej godzinie. Inni doświadczali również nagłego odrodzenia. że zarówno moralnie. do używania języka wszystkich. odmłodzonej i bardziej bolesnej wrażliwości. ani tego. Ni u nas nie miał już wielkich uczuć. Po wielkim dzikim porywie pierwszych tygodni nastąpiło przygnębienie. nawroty. który wydawał im się teraz szczęśliwy. jak mogła żyć obok nich istota. Wszyscy byli skromni. tracąc najlżejszą barwę. alf opierając się na kilku argumentach. ich cierpienie miało w sobie światło. z którego wynikało. im bardziej był przeciętny. jak i fizycznie cierpieli.należałoby powiedzieć. kiedy go przywołują. Zresztą doktor Rieux uważał. przysto sowali się. W drugim stadium dżumy stracili również pamięć.jest prawdą. U końca tego długiego czasu rozłąki nie wyobrażali już sobie owej intymności. Nasi współobywatele weszli w ten rytm. jak na początku. ukąszenie bezprzedmiotowej zazdrości. a myśmy mieli tylko chwile. żeby poczuli niespodzianie. tym 151 bardziej skuteczny. dzięki jakiejś łasce. w owych chwilach mieli dość pamięci. . lecz nie czuli j u ich ostrza. "Czas. wyobrażali sobie z trudem. trzeba to powiedzieć. Jeśli aż dotąd zaciekle oddzielali swoje cierpienie od wspólnego nieszczęścia. jaką przydawało im wspomnienie. W tym względzie przyjęli porządek dżumy. do rozpatrywania rozłąki tak samo jak statystyk epidemii.mówili nasi współobywatele. I kiedy w pierwszych tygodniach skłonni byli się skarżyć. podczas dżumy jest rzeczą normalną życzyć sobie kont ca cierpień zbiorowych i ponieważ rzeczywiście życzy| li sobie. Miłość bowiem żąda odróbmy przyszłości. nagłe oprzytomnienia wiodły ich ku. dzień. ale. co wychodzi na jedno.. że wszyscy rozłączeni doszli do tego ń. jak to się powiada. nie dostrzegali jej w sobie. że dzięki nim całe miasto przypominało poczekalnię. teraz zgadzali się na ich pomieszanie. Na początku dżumy pamiętali bardzo dobrze istotę. wykonywali je w tempie dżumy. otrząsali się z odrętwienia w pewne dni tygodnia.. o. na przykład że to właśnie było nieszczęściem i że przyzwyczaJeni( się do rozpaczy jest gorsze niż sama rozpacz. iki Oczywiście. twarz stawała się bezcielesna. Naturalnie. poniew.stanu. że te cienie mogą się stać jeszcze bardziej bezcielesne. i w miejscach teraz tak odległych. że w sprawach swej miłości mają do czynienia tylko z cieniami. kiedy układali jakiś projekt. zachowali jeszcze postawę nieszczęścia i cierpienia. które teraz zgasło. naturalnie w niedzielę i w sobotę po południu. której w każdej chwili mogli dotknąć ręką. spostrzegli się później. Po raz pierwszy rozłączeni nie czuli wstrętu do rozmów o nieobecnym. Słowem. ponieważ stracili poczucie wszelkiej cielesności. Pozbawieni pamięci i nadziei. Doprawdy. skrupulatnie i bez hałasu. należy dodać. że nie wszyscy w tym samym czasie. ponieważ w czasach nieobecnego te dni były poświęcone pewnym rytuałom. Nie zapomnieli tej twarzy.

że wróci im pamięć. Jeśli w pierwszych okresach dżumy odczuwali boleśnie drobnostki. kiedy ich rana z pozoru zamknięta otwierała się nagle w nocy. ale o upokorzenie. a nawet pragnąć. interesowali się tym. jak gdyby wiatr przybierał na sile. Chodzi o upokorzenie. nie chodzi o banalną rezygnację ani nawet o trudną pokorę. jaki się jej zazwyczaj nadaje. Zdaniem Paneloux jest to herezja. która mogła się zradzić tylko w duszy niedowiarka. ich myśli były myślami ogólnymi i nawet miłość przybrała dla nich twarz najbardziej abstrakcyjną. którzy wymykali się swemu losowi tylko w tych rzadkich chwilach. dawała . teraz. skoro nieszczęście jest bezmierne. i można być jedynie zbawionym lub potępionym wedle tego. że jest tylko raj i piekło. Ojciec Paneloux powiedział wówczas. który mógł wszystko pochłonąć. Dlatego (i Paneloux zapewnił swoich słuchaczy.znać. Jest również jego "cnotą. chce. że odkrył tajemnicę Kościoła twierdząc. co nie zawsze potwierdzało się zresztą. co najbardziej osobiste. nie istniejąc dla innych. i niech się to. Tak bardzo byli wydani dżumie. Bóg udziela dziś łaski istotom przez siebie stworzonym zsyłając im nieszczęście. Tylko w ten sposób chrześcijanin nie oszczędzi sobie niczego 186 rych naszych współobywateli przywodziła na myśl owe długie kolejki przed sklepami z żywnością we wszystkich stronach miasta. którzy mogą jedynie sprawdzać próżnię. co interesowało innych. Miasto'zaludniali ludzie śpiący z otwartymi oczyma. Rozumiał przez to. Ale zdarzały się bez wątpienia okresy. by mogły udźwignąć największą cnotę: Wszystko lub Nic. wtedy bowiem rzecz dotyczyła innego głodu. podnieść to uczucie na szczebel tysiąc razy wyższy. jeśli idzie o rozłąkę. że nie ma czyśćca. Trzymała ich przez chwilę w zawieszeniu. i w ten sposób doświadczali życia osobistego. że niekiedy nadzieję odnajdowali tylko we śnie i przyłapywali się na myśli: "Dymienice. wielu ludziom. ponieważ Bóg go chce. jakiego trzeba. co się wybrało. nie powinna być zrozumiana w sensie ograniczonym. że nie ma półśrodków.' żeby się okazała ponad swoją miarę. kiedy nie można się było tego czyśćca spodziewać.ogarniająca ich u schyłku dnia. potem znowu tępieli. Była to ta sama rezygnacja i ta sama pobłażliwość. z którym upokorzony byłby w zgodzie. Ta godzina wieczorna. to żądanie jest przywilejem chrześcijanina. Wyrwani ze snu dotykali jej z niejakim roztargnieniem. Ale tego właśnie trzeba zaznać. . Ale religia czasu dżumy nie może być religią codzienną i jeśli Bóg mógłby ^zgo-~ dzić się. Paneloux wie. okresy. że ma niełatwą rzecz do powiedzenia) trzeba chcieć cierpienia. które liczyły się tylko dla nich. Trzeba było tylko. wyda •się czymś zaskakującym. Paneloux urwał i Rieux usłyszał w tej chwili wyraźniej jęki wiatru pod drzwiami. kiedy nie można było mówić o grzechu powszednim. wszelka obojętność zbrodnicza. o której mówił. jest ciężka dla więźnia lub wygnańca. Wszelki grzech był śmiertelny. Jest więc jasne.t^ierpienie dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca. co jest ponad zwykłą miarę w cnocie (o czym powie za chwilę). przyzwyczajonym do bardziej pobłażliwej i klasycznej moralności. Jest bowiem czyściec. że rzecz polegała na wyrzeczeniu się tego. że cnota całkowitej zgody. że ten nakaz. odnajdując w nagłym błysku swoje nagle odmłodzo153 z mocą. dla wierzących godzina rachunku sumienia. Było wszystko lub nic. zamykali się w dżumie. by dusza odpoczywała i cieszyła się w czasach szczęścia. Przed wiekiem pewien autor świecki mniemał. nieograniczona i bez złudzeń zarazem. z irytacją na ustach. już' skończy!" Ale spali już naprawdę i cały ten czas był tylko długim snem. że to. na odwrót.

trzymała je na uboczu. Ci ludzie na przykład. gdy czyta gazety. Doktor Rieux zdał sobie z tego sprawę obserwując u swych przyjaciół i siebie samego postępy szczególna obojętności. co nie zdarzało się nigdy . Rzecz bowiem osobliwa. gdy mężczyźni i kobiety wychodzili na ulicę. ale naprawdę przyjmowali wiadomość z owym rodzajem roztargnionej obojętności. czy cofa. Znał najdrobniejsze szczegóły systemu natychmiastowej ewakuacji. że gdy dżuma się skończy. które wypełniało powoli całe miasto i które. zajęci tylko tym. w jakim znajdowali się ludzie rozłączeni w naszym mieście. ludzie z formacji sanitarnych nie trawili już tego zmęczenia. jeśli chcemy mieć właściwe wyobrażenie o stanie ducha. czy choroba rozwija się. Ogarniały go też nagłe rozrzewnienia i wówczas chętnie opowiadał doktorowi Rieux o Jeanne. należy znów przywołać owe niezmienne wieczory. że jemu właśnie mówi o swojej żonie. mimo wszystko. którzy wyczerpani pracą. CjR. podtrzymywany kilkoma urojeniami. jaką przypisujemy uczestnikom wielkich wojen. bolesne szuranie tysiąca podeszew zrytmizo-wanych gwizdem zarazy w ciężkim niebie. którzy aż dotąd okazywali tak żywe zainteresowanie dla wszystkich nowin dotyczących dżumy. by nie osłabnąć w codziennych obowiązkach. jakich wymagała dżuma. Grand.ieux i jego przyjaciele zrozumieli w^w^713 . zadając sobie pytanie. od niedawna znajdującą się w jego hotelu. wieczór po wieczorze. nie zwracali już na nie żadnej uwagi. Teraz łączył funkcję urzędnika w merostwie z sekretarzowaniem u Rieux i swymi pracami nocnymi. IV Przez wrzesień i październik dżuma trzymała miasto zgięte w swym uścisku. który zorganizował dla tych. ale omijały miasto. zmęczenie. że to ich interesuje. które spadały na miasto bez drzew. Milczące chmary ptaków. pochłonięci pracą w dzień i w noc. "kapelusze z głów. nie kończące się stłumione dreptanie. jak gdyby maczuga Pa-<s^ neloux. i to w sposób najbardziej banalny. nie wiedział w istocie. upał i deszcz następowały po sobie na niebie. setki tysięcy ludzi dreptały podczas nie kończących się tygodni. złocone i pełne kurzu. nie spodziewają się już rozstrzygającej operacji ani zawieszenia broni. Znajdował się więc w stanie ciągłego wyczerpania. Inni natomiast. zawsze był słabego zdrowia. których miał pod obserwacją. Ponieważ rzecz polegała na dreptaniu. u których można było zauważyć nagłe objawy choroby. zafunduje sobie prawdziwe wakacje przynajmniej na tydzień i zajmie się wówczas na serio. Statystyki działania serum podczas kwarantanny wryły mu się w pamięć. Mgła. na pewno nie potrafiłby podać ogólnych rezultatów choroby.wznosił się ogromny huk głuchych kroków i głosów.i ce.W każdym razie. Doprawdy. któremu powierzono na razie jedną ze stacji kwarantanny. że ku nasłonecznionym jeszcze tarasom zamiast zgiełku pojazdów i motorów . co miał w robocie. gdzie ona może być teraz i czy myśli o nim. nie czytali dzienników i nie słuchali radia. na przykład. W przeciwieństwie do Tar-rou. dziwaczny kawał drzewa obracający się ^) z gwizdem nad domami. wyrażało ^^"^^^^^^^^Pti^JiSES-^ sercach zastępujący wówczas miłość. Z po-^ czątkiem października wielkie deszcze wymiotły uli-<^. udawali. I.zwykłej mowy miast . panowie". znał doskonale liczbę ludzi.g ja] bardzobyl^zn3^gęnT. V drozdów ciągnących z południa. Kiedy 156 oznajmiano im jakiś wynik. przelatywały bardzo ^ ' wysoko. Nie potrafił jednak podać tygodniowej cyfry ofiar dżumy. Rambert. spodziewał się rychłej ucieczki. Rieux pochwycił się pewnego dnia na tym. tym. Ramberta i Rieux wyraźnie odpornych na. I przez cały ten czas nie zdarzyło się nic waż-n^szego od tego ogromnego dreptania. nadal wykonujący obliczenia.

że na okres. i kiedy postanowili dokonać pierwszej próby na synku pan< Othona. Lecz w końcu. że to dobry sposób żeby nie ustawać. do którego się przeniósł.dotychczas. którego przywieziono do szpitala (jego wypadek wydawał się Rieux beznadziejny). Nie panował nad swoją wrażliwością. komu z tego sterroryzowanego i zdziesiątkowanego tłumu pozostawiono wolny czas na zawód człowieka? I tak. Do czego służyła nienawiści którą czytał na twarzach? "Pan nie ma serca" . Widzi rzeczy takimi. jak ściska mu się gardło. potem zapytał Rieux o jego żonę i doktor odpowiedział. by mógł wytrzymać dwadzieścia godzin na dobę. gdy teraz musi się czuć całkiem samotni Potem zamilkł i odpowiadał już tylko wymijając na pytania Granda. jakie są. twarz nagle bezsilną. że jeśli jego zainteresowania nie straciły ni głębi. Co do reszty. które interesowały go najbardziej. jego notatki wskazują jednał na to. jak umierają ludzie stworzeni do życia. Te słabości pozwoliły Rieux ocenić własne zmęczenie.powiedziano mu pewnego dnia. że rozłąka staje 157 się zbyt długa i że pomógłby może żonie zwalczy chorobę. Żony chwytały go za przegub ręki krzycząc: "Doktorze. Tarroi był bardziej odporny. w ciągu dnia nie udzielał pomocy. zarejestrować. zacisnąć węzeł. nagle zauważył. Jedyną obroną byłe schronić się w tej stwardmałości. zużytą. nie jest sentymentalny. . które zachował jeszcze. Wiedział bowiem. ale informacji. Zachował te nowiny dla siebie i nie potrafił sobie wytłumaczyć czym innym jak zmęczeniem. to znaczy wedle sprawiedliwości. a zmęczenie odebrało mu te. żeby zarządzić izolację. miał serce. Służyło mu do tego. Służyło mu do tego. w którym się leczyła. uczynić sentymentalnym. Stwierdzić. który się w nim uformował. Niepewny. odkąd hotel zamieniono na dom kwarantanny. i Przez cały ten okrei pozornie zajmował się tylko Cottardem. nać którymi nie miał już władzy. W odpowiedzi otrzymał wiadomość o pogorszeniu i zapewnienie. Ale człowiek. niech go pan uratuje!" Ale nie po to był tutąj[tJ^ehy~x^owac»-J2xŁJgoto. czy należy ufać pocieszającym telegramom od żony. starą. którego końce nie dostrzegał. Jak to serce mogło dać życie? Nie. Wiedział. Natychmiasi skierowywał rozmowę na drobne szczegóły życia orańskiego. nie miał wielkich złudzeń. ten wszędzie obecny zapach śmierci mógłby go. to w dniu. że zostanie zrobione wszystko. że zwierzył się Grandowi. było jeszcze zmęczenie. że serum jest gotowe. Rieux zgodził się dodając jedynie. potem skazać 158 takie było jego zadanie. Wieczorem u Rieux. Ależ tak. stwardniała i wyschnięta. Oczywiście tego nie można nazwać zawodem człowieka.Pan wie . pękała niekiedy i wydawała go wzruszeniom. z pasemkiem śliny spływającej z na wpół otwartych ust.te rzeczy leczy się teraz doskonale. który śpi tylko cztery godziny. Rieux poczuł. tak zawsze młodą dzięki wyrazowi łagodności i ironii. Ta wrażliwość. Gdyby Rieux czuł się lepiej. postanowił zadepeszować do naczelnego lekarza sanatorium. Jeśli mowa o Castelu. Urzędnik wpierw mówił o Jeanne. Na to miał dość serca. najczęściej stłumiona. zobaczyć. Inni znajdowali się w tym samym stanie. doktor przytaczał właśnie staremu przyjacielowi ostatnie statyw styki.rzekł Grand . I widząc tę twarz. kiedy oznajmił on doktorowi Rieux. że Castel śpi głębokim snem w swym fotelu. jego rola nie polegała już na leczeniu Jego rola polegała na stawianiu diagnozy. żeby nie dopuścić do dalszego rozwoju choroby. by mógł rozpoczynać każdego dnia na nowo. ohydnej i śmiechu wartej . ledwo słuchał Granda czy doktora oznajmiającego wyniki. na szczęście. stały się mniej różnorodne. opisać. podczas których widział.

.bo to jest człowiek. który rośnie. że lekceważyli coraz częściej reguły higieny. Był to nieustający cud: 11 | . ^ udać do zakażonych domów. j i niezabezpieclywsz^się^przecia/. że należy tu przytoczyć ich streszczenie."__^W(tm). ale zaniedbanie. ponieważ właśnie walka z dżumą czyniła ich wówczas najbardziej podatnymi na chorobę. Nabrali bowiem wówczas skłonności do unikania wszelkich gestów. Ale najniebezpieczniejszym skutkiem wyczerpania. ^ uprzedzeni bowiem w ostatniej chwili. Teraz natomiast zjawiał się w towarzystwie żołnierzy. z drugiej zaś dlatego. które us?ann'''^apommaIT~o~I!czn^ c-^^^--------»»llfi»^----•'t•W<»•*^W^. Tak więc ci ludzie doszli do tego. Takie były w każdym razie myśli. Ach. •Ten obraz pod tytułem "Stosunki Cottarda z dżumą" zajmuje kilka stronic notatnika i narrator uważa. nie była owa obojętność na wypadki zewnętrzne i przeżycia innych.^-W ----l biegach. Chcieliby zawlec go ze sobą. gdzie mogli zaapliko-1 wać sobie niezbędne wkraplania. Ale wybrał Tarrou i widywał się ' i z nim tak często. Były to również myśli." zarażeniu'' śpieszy-^ li ^i^^^dg^Jchołycb dotkniętych dżumą"'"płucną. skazani. w ja160 r. wciąż zachowywał się życzliwie i uważnie. ~ źe""frżeba ślę.-^" -" -*•-----"~ -"'--T^ -* »^^y ^. Był to Cottard. powoli ogarniającym tych wszystkich.człowieka rozłączonego z drugą istotą.sprawiedliwości. który czuł w sobie. czują to również. Tarrou. trzeba było walić kolbą. ale niebezpieczne. Tu kryło się prawdziwe niebezpieczeństwo. że przyjmował rentiera 'i z niezmienną serdecznością. kiej ów o nich mówił.powiedział Cottard do Ramberta . które nie były najbardziej konieczne i które zawsze wydawały im się ponad siły. Niekiedy zwierzał Tarrou swój pogląd w uwagach tego ." T\ Dlatego notatki Tarrou z owego okresu skupiają się z wolna na postaci Cottarda. Jednakże był w mieście człowiek. Stawiali na przypadek. kiedy ich opuścił. to prawda. dezynfekcyjnych. Było to pochlebne. ^^. nazajutrz odnajdywał %nów energię. Nadal trzymał się na uboczu. żeby rodzina zdecydowała się otworzyć. który nie zdawał się wyczerpany ani zniechęcony i który pozostał żywym wizerunkiem zadowolenia. których refleksy czytał na twarzach przy159 jaciół. jeśli szło o nich samych." Najwidoczniej''zresztą rósł jego dobry humor. że Tarrou dobrze znał jego sprawę. nie potrafili zdobyć się p'5 na powrót do jakiegoś miejsca. zawlec v/ śmierć całą ludzkość. Zawsze cię zrozumie. Przed dżumą przyjmowali go jak zbawcę Załatwiał wszystko przy pomocy trzech pigułek i zastrzyku. Nawet jeśli w niektóre wieczory padał ze zmęczenia. z jednej strony dlatego. zachowując wszakże sto-suhki z innymi. jakie roztrząsał doktor Rieux podczas tych nie kończących się tygodni wraz z myślami odnoszącymi się do jego sytuacji . Tarrou spróbował dać obraz -reakcji i myśli Cottarda w tej formie. "Z nim można rozmawiać . Nie był niezadowolony z obrotu wypadków. I tamci. jak praca Tarrou na to pozwalała. narastający. mimo uciążliwej pracy. na jakie sobie pozwalali. Ogólna opinia Tarrou o rentierze zamyka się w sądzie: "To człowiek. a przypadek nie jest niczyją własnością. mogą obejść się bez ludzi. ściskano go za ramię odprowadzając korytarzem. że ludzie nie. że był równie wyzuty jak ci nieszczęśni i zasługiwał na ten sam dreszcz litości. którzy: nadal prowadzili walkę z zarazą. albo we własnej interpretacn.

uprzejmości.].wić. bo z jego twarzą. to czyste sumie nie. ucieczki przed wszelkim kontaktem. Podczas dżumy nie ma sekretnych ankiet. biet. co ma na myśli i o ile życie obecne powinni mu się wydawać wygodniejsze." Tak więc Cottard według interpretacji Tarrou •miał podstawy. Wygląda mi na to. by mógł "zachorować na dżumę." i/. raka czy zaawansowaną.nigdy nie zdarza się. które mimo wszystko popycha [ .» Ta myśl.» Doprawdy. bez-Fp ładnej ciżby stojącej co dzień w kolejkach do kina.I potem: . to niemożliwe. są tylko skazani. rozumień doskonale. które były jego reakcjami. spojrzał na mnie złośliwie i rzekł: «W takim razi 1 nikt nie jest nigdy z nikim. Zresztą jestem pewien. co mogłoby mu . że jest pan chory na chorobę ciężką lub nieuleczalną. Prócz ko-\ . *"" ' wypełniającej sale widowisk i dansingów. która wyraża się w słowach: > "Mówcie. Jednego tylko nie chce: oddzielenia od innych. że żyje myślą. ludzi ku sobie.przynajmniej wszyscy są w tym samym sosie. łokcie ku łokciom. która' jak rozszalały przypływ zalewa wszystkie miejsca pu-i bliczne.że nie można łączyć chorób? Przypuśćmy.. zadowde-^ nią. nie ma policji.Może pal być tego pewien.1 winowajcę. ale rzecz w'tym/'ze razem z innymi. ^mniej o dżumie i zarazem nie przestawać o niej mó-\^ ^.s^ współwinowajcą wszystkiego. i to współwinowajca. Nieci i11 pan rozejrzy się wokół siebie. żeby mówić możliwie aaj-. to jasne. odmawiał aebie ^ \i tego. . podejrzliwości tych zaalarmowanych dusz. którzy oczekują najbardziej arbitralnej z łask.Naturalalie---•--4iQdaw_ął_Ta^^ou^^ Cottard jest tak samo zagrożony jak inni. pragnienia ciepła ludzkiego. a do nich należą również policjanci. żeby ludzie byli razem. znałem to przed wami. nie złapie pan nigdy dżumy czy tyfusu. z jaką infor-^ i muje się niekiedy zabłąkanego przechodnia. co widzi. Jest to bowiem najwyraźniej współwino-y wajca. że jedyny sposób. aktów.. megłupią zresztą. płeć ku płci? Cot-' tard znał to wszystko przed nimi. ich manii. ży kiedy miał ochotę pójść na dziewczynki.rżuma Igl by nie być oddzielonym od innych. gruźlicę. dżuma mu dogadza. «Czy zauważył pan . tajemniczych przesłuchiwań i bliskiego aresztowania. żeby człowiek chory na raka zmarł w wypadku samochodowym. potem zaszkodzić. nie ma winowajców. <^ (^łowem.. nie . kiedy się w nich znajdą i mogą rozgościć. z jakim ^ ludzie biegną do luksusowych restauracji. Woli być oblężony wraz ze wszystkimi niż sam zostać więźniem. I przypuszczam. żeby nie być w złym stylu. że nie myślLpoważ-Jlie o tym. iż człowiek wydany na pastwę wielkiej choroby czy głębokiego lęku jest tym samym wolny od wszystkich innych chorób czy lęków. czyni współ-. starań. in»yn •^ razem okazując mu zły humor. to -zesłać im dżumę.ma zbi-ochr dawnych lub nowych. nie jest lepiej." | "Na próżno powiedziałem mu. pośpiechu. przedądów. Jest . żeby patrzeć na objawi lęku lub zamętu u naszych współobywateli z tą pobłażliwą i rozumiejącą satysfakcją. ich oszalałego niepokoju i bladości przy xaj- . który się delektuje. Z człowieka samot-«l nego. . ' V nieuzasadnionych obaw.rodzaju: "Oczywiście. n . Co więcej. powiadam panu. A^e. żeb^ ^ >\ zjednać sobie wszystkich. Prawdę mówiąc. kartotek.powiedział . Jedyny sposób . prawdziwa • czy fałszywa. wprawia Cottarda w dobry humor. co chcecie. który samotnym być nie chciał. . Jakże nie rozpoznał by reakcji.

kroczyli uparcie przez miasto. wytłumaczyłby im ! na przykład chętnie. i towarzysząc trzodzie ludzkiej w wędrówce ku przyjemnościom pełnym żaru... Mnożyły się zabawy próżniactwa. co mówi . czego przed kilku miesiącami szukał Cottard w miejscach publicznych.że on zaczyna kochać tych ludzi uwięzionych pomiędzy niebem l a murami miasta. to zrobić. nie widząc otaczającego ich tłumu. Zatruwają sobie życie zamiast zachować spokój.dodawał Tarrou. Ponieważ sam żył w strachu. odkąd wiedzą. uważa za normalne. dogadza mu strachJ Ponieważ jednak czuł to wszystko przed nimi. Czy mógłbym powiedzieć: po moim aresztowaniu zrobię to lub tamto? Aresztowanie to początek. Wiem. Kiedy ktoś.mówił Tarrou . może zrozumieć r^ to uczucie. którzy żyjs ^ W myśli. Cottard rozczulał się: "Ach. że nie wolno mieć zaufani.niewiele jest złośliwości. który bez twojej wiedzy może ci przy nieść dżumę i skorzystać z twojej nieuwagi. Nie zdają sobie nawet sprawy ze swych korzyści. Chce pan znać moje n* 183 zdanie? Są nieszczęśliwi. CZUJ e. spędzał czas na upa ~ trywaniu potencjalnych donosicieli we wszystkich ^ których towarzystwa mimo to szukał. żeb. które pobrzękiwały wokoło. Rozumie doskonale ludzi.. które id ku sobie zbliża. że Tarrou wychodził wieczorem z Cettardem. w najlepsze marnowano bogactwa. ona szykuje się może. Ocenia we właściwy sposób sprzeczności mieszkań ców Oranu. które towarzyszy wielkim namiętnoś-cioaa. Opowiadał później w swoich notatkach. nie mogąc swego pragnienia zaspokoić. to znaczy ku wyuzdanej rozkoszy. a nie soniec. które dawniej usiłowały ukryć to. by ci< \ zarazić. że to nie takie straszne: «Słyszy pan. wśród powszechnej gorączki cieszył się królewskimi napiwkami. że . co je łączy. teraz. ku zbytkowi i szerokiemu życiu. Ceny wszystkiego niepohamowanie szły w górę. podejrzliwości niestałej. ich wrażliwości rozdraż-\^' nionej. sądzęj że nie może z nimi doświadczać w pełni okrucieństwa tej niepewności. z nieodmiennym roztargnieniem. ku temu. i intrygami.mniejszym bólu głowy. "Wydaje mi się . ponieważ nie zgadzają ^ na swój los. wraz z nami wszystkimi. które zawiązywały się na ich oczach.. pogrążając się w biało-czarnej masie. że choroba za-'"\\ czyna się od bólów głowy. nie pozwalają sobie jednak na nie ponieważ nieufność z kolei oddala jednych od dru gich.. jak Cottard. która z zapomnienie czyni obrazę i która zamartwia się utratą guzika oc 162 Częste zdarzało się. chroniącym ją przed chłodem dżumy. co mówię.i. że w postawie Cottarda . Wiedzą zbyt dobrze. Podczas gdy dżuma. że Jego wolność i życie są co dzień u progu unicestwienia. że dżuma może im nagle położyć rękę na ra i ^ i mieniu i że w chwili kiedy człowiek cieszy się.» l Rzeczywiście wie. jak o zmierzchu czy w nocy zanurzali się w ciem-nyn tłumie. czując głęboką potrzebę ciepła. które było przecież bezrobociem. j do sąsiada. Słowem. ale nigdy nie trwoniono tyle pieniędzy. ramię przy ramieniu. o czym marzył. Gdyby mógł. co mówią: po dżumie zrobię to. po dżumie zrobię tamto. O ile to jest możliwe. na którą jakaś lampa z rzadka rzucała blask. Jego: "Znałem to przed ni-1 mi". Jednakże Tarrou uważał. zuchy!" Mówił głośno. i gdy większości ludzi brakło rzeczy koniecznych. Tarrou i Cottard szli niekiedy długą chwilę za jedną z tych par. przyciśnięci Jedno do drugiego. iż l'^ jest jeszcze zdrów i cały. świadczyło bardziej o nieszczęściu niż o triumfie. Cały lud zdążał ku temu. którzy nie zmarliśmy jeszcze na dżumę.

s t1'1 inni go zaznają z kolei. Dokładniej mówiąc, strach (wydaje mu się mniej ciężki do udźwignięcia, niż wówczas gdy odczuwał go zupełnie sam. Tu właśnie nie ma racji i trudniej go zrozumieć niż innych. Ale | w końcu z tego względu zasługuje bardziej niż inni | żeby go zrozumieć." ' Te stronice kończą opowiadanie ilustrujące ows i szczególną świadomość, którą Cottard zdobywał ra ' żem z zadżumionymi. Opowiadanie odtwarza w przy bliżeniu trudną atmosferę tego okresu i dlatego nar rator przywiązuje do niego wagę. Wybrali się do Opery Miejskiej, gdzie gran( Orfeusza i Eurydykę. Cottard zaprosił Tarrou. Był; to trupa, która na wiosnę przyjechała na występy do naszego miasta. Zatrzymana przez chorobę, mu ni m dała dawać jedno przedstawienie w tygodniu, zgod-lie z umową zawartą z naszą Operą. Od miesięcy więc w naszym teatrze miejskim rozbrzmiewały co piątek melodyjne skargi Orfeusza i bezsilne "wołania Eurydyki. Spektakl podobał się jednak publiczności i stale przynosił duże dochody. Cottard i Tarrou, siedząc na najdroższych miejscach, górowali nad parterem wypełnionym po brzegi przez naszych najelegantszych współobywateli. Wchodzący na salę najwyraźniej chcieli zaprezentować się jak najlepiej. W olśniewającym świetle proscenium, podczas gdy muzycy stroili dyskretnie instrumenty, sylwetki odcinały się wyraźnie, przechodziły z jednego rzędu do drugiego, kłaniały się z wdziękiem. Przy lekkim gwarze rozmów w dobrym tonie ludziom wracała pewność, której brak im było kilka godzin przedtem na czarnych ulicach miasta. Frak wypędzał dżumę. Przez cały pierwszy akt Orfeusz skarżył się z łatwością, kilka kobiet w tunikach komentowało z wdziękiem jego nieszczęście i opiewało miłość w a-riach. Sala reagowała z dyskretnym ciepłem. Zaledwie zauważono, że do arii z drugiego aktu Orfeusz dodał kilka tremolów, których tam nie było, i z nadmiernym- nieco patosem prosił władcę piekieł, by dał się wzruszyć jego łzom. Jego gesty, chwilami gwałtowne, najbardziej świadomym rzeczy wydały się efektem stylizacyjnym, który wzbogacał tylko interpretację śpiewaka. Dopiero w wielkim duecie Orfeusza i Eurydyaki w trzecim akcie (moment, kiedy Eurydyka wymyka się swemu kochankowi) niejakie zdumienie ogarnęło salę. I jak gdyby śpiewak czekał tylko na to poruszenie się publiczności albo, co pewniejsze jeszcze, jak gdyby hałas idący z parteru upewnił go w tym, co czuł, wybrał tę chwilę, i w swym antycznym stroju, z rękami odsuniętymi od ciała i nogami rozkraczonymi w sposób groteskowy, podszedł do rampy i rwiął pośrodku sielankowej dekoracji, zawsze anachronicznej, która w tej postaci ukazała się jednak oczom 165 widzów po raz pierwszy, i to w straszny sposób. W samej chwili bowiem orkiestra zamilkła, ludzie z p teru wstali i zaczęli powoli opuszczać salę naprz w ciszy, tak jak po skończonym nabożeństwie wych dzi się z kościoła lub po wizycie z pokoju zmarłe; kobiety przytrzymując spódnice, z głową opuszczor mężczyźni prowadząc swe towarzyszki za łokieć, żel nie uderzyły się o straponteny. Ale po chwili łudź zaczęli się spieszyć, szepty przeszły w wołania i tłu szybk-o popłynął ku wyjściom, by w końcu przep » 'chać się z krzykiem. Cottard i Tarrou, którzy tyli -^ podnieśli się z miejsc, pozostali sami, twarzą w twa ^ z jednym z obrazów ich ówczesnego życia: dżuma B ir1' scenie pod postacią wyjącego histriona, na sali za •s; gdzie cały przepych stał się bezużyteczny, zapomni;

^i ne wachlarze i koronki porzucone na czerwieni fc Przez pierwsze dni września Rambert pracował be przerwy u boku Rieux. Prosił tylko o zwolnienie n dzieA, 'kiedy miał się spotkać z Gonzalesem i dwom mł»dymi ludźmi przed liceum męskim. Tego dnia, w południe, Gonzales i dziennikar ujreeM dwóch chłopców zbliżających się do nich z śmieciłem. Powiedzieli, że nie poszczęściło się po przednim razem, ale należało się tego spodziewać W każdym razie w tym tygodniu nie mają służba Trzeba poczekać do przyszłego tygodnia. Zaczną n nów(r). Gonzales zaproponował spotkanie w następn poniedziałek. Ale tym razem Rambert zamieszk u Marcela i Louisa. - Umówmy się zatem. Jeśli nie stawię się, pój dziesz prosto do nich. Wytłumaczę ci, gdzie miesz kaja. Ale Marcel czy Louis oświadczył, że najproście będcae zaprowadzić tam kolegę od razu. Jeśli nie jea wymagający, wystarczy jedzenia dla wszystkich czte rech. W ten sposób będzie mógł się zorientować. Gon 188 des powiedział, że to dobry pomysł, i zeszli w stronę ortu. Marcel i Louis mieszkali u końca dzielnicy de la [arine, niedaleko bram, 'które wychodziły na drogę calną. Był to mały hiszpański dom o grubych mu-ich, okiennicach z malowanego drzewa i nagich cie-istych pokojach. Na obiad był ryż, który podała mat-a młodzieńców, stara uśmiechnięta Hiszpanka o twa-sy pełnej zmarszczek. Gonzales zdziwił się, ryżu brało już bowiem w mieście. "Zawsze można to załatwić, iedy pracuje się przy bramach" - rzekł Marcel. Rambert jadł i pił i Gonzales powiedział, że to rawdziwy kolega, podczas gdy dziennikarz myślał ylko o czekającym go tygodniu. W istocie trzeba było czekać dwa tygodnie, po-ieważ straże zmieniano teraz co piętnaście dni, żeby graniczyć liczbę ekip. ^ Przez te dwa tygodnie Ram-ert pracował nie oszczędzając się, nieprzerwafiie, oczami niejako zamkniętymi, od świtu do aocy. [ładł się późno i spał ciężkim snem. Nagłe przejście d próżnowania do tej wyczerpującej pracy edebra-o mu siłę, nie śnił już po nocach. Mało mówił o swej iliskiej ucieczce. Jedna rzecz jest godna zanotowaaia: >rzy końcu tygodnia zwierzył się doktorowi, że po-•rzedniej nocy upił się po raz pierwszy. Wyszedłszy baru doznał nagle wrażenia, że puchną mu pach-roiy, a ramiona z trudem obracają się w stawach. Zmyślał, że to dżuma. I jedyne, co mógł uczynić zgadza się z Rieux, że nie była to rozsądna reakcja), o biec w górę miasta i tam, na małym placu, skąd vciąż nie widać morza, ale skąd widać trochę więcej lieba, wezwać swą żonę wielkim krzykiem, ponad aurami miasta. Gdy wrócił do domu i nie odkrył na wym ciele żadnej z oznak infekcji, nie był zbytnio hunny z tego nagłego ataku. Rieux powiedział, że ro-umie bardzo dobrze, iż możma postąpić w ten spo-ób. "W każdym razie - rzekł - może się zdarzyć, se ma się na to ochotę." - Pan Othon mówił mi dziś rano o panu - dodał 167 i nieoczekiwanie, kiedy Rambert już odchodził. - Z ^ pytał, czy pana znam. "Niech mu pan poradzi, rzel 1 żeby nie bywał w kołach kontrabandy. Zwraca uw. gę." - Co to ma znaczyć? ' - To znaczy, że musi się pan pośpieszyć. - Dziękuję - rzekł Rambert ściskając rękę dół tora.

Przy drzwiach odwrócił się nagłe. Rieux zauważa że "a-Smiecha się po raz pierwszy od początku dżum -» Dlaczego nie przeszkadza mi pan wyjechać? ]V pan. przecież sposoby. Rieux skinął głową zwykłym sobie ruchem i powi dziat, że to sprawa Ramberta, że Rambert wybr szczęście i że on, Rieux, nie ma argumentów, kto: mógłby mu przeciwstawić. Nie czuje się zdolny < osądzenia, co jest dobre, a co złe w tej sprawie. -' Jeśli tak, dlaczego mówi mi pan, żebym się śpi szył?, l Z kolei Rieux się uśmiechnął. - Dlat*ego że ja może również mam ochotę ucz^ nić coś dla szczęścia. Nazajutrz nie mówili już o niczym, ale pracows razem. W następnym tygodniu Rambert zamieszk wreszcie w małym domku hiszpańskim. We wspć nym pokoju zrobiono mu posianie. Ponieważ młod ludzie nie wracali na posiłki i ponieważ proszol go, żeby wychodził możliwie najmniej, był najczęści sam albo rozmawiał ze starą Hiszpanką. Była suci i żywa, odziana czarno, o twarzy brązowej i poma szczanej pod białymi, bardzo schludnymi włosan Kiedy patrzyła na Ramberta, uśmiechała się tyli oczami w milczeniu. Czasem pytała go, czy nie boi się, że zarazi żoi dżumą. Rambert odpowiadał, że jest pewne ryzyk ale w końcu niewielkie, zostając zaś w mieście ryz: kuje, że będą rozdzieleni na zawsze. - Czy ona jest miła? - mówiła stara z uśmi chem, 168 - Bardzo miła. ' za - Ładna? 2eid - Chyba tak. 2wa - Ach - powiedziała - to dlatego. Rambert zastanawiał się. Na pewno dlatego, ale niemożliwe, żeby tylko dlatego. - Pan nie wierzy w Pana Boga? - pytała stara, ~" która chodziła co dzień na mszę. Rambert przyznał, że nie, i stara powiedziała znów, zy^ że to dlatego. rny' - Musi pan do niej wrócić, ma pan rację. W prze-Ma ciwnym raz^copanuzostaje? Przez^resztęczasuRambert kręcił się w kółko rle" wśród nagich i otynkowanych murów głaszcząc wa-raA chlarze przybite do ścian lub licząc wełniane kulki 3re kończące frędzle serwety na stole. Wieczorem wracali -0 młodzi ludzie. Nie mówili dużo, powtarzali tylko, że moment jeszcze nie nadszedł. Po kolacji Marcel grał l&" na gitarze i pili likier anyżowy. Rambert jak gdyby zastanawiał się. j W środę Marcel wrócił mówiąc: "Jutro wieczór, y~ | o północy. Bądź gotów." Z dwóch ludzi pełniących , j wraz z nimi służbę jeden zachorował na dżumę, a dru-B g1) który mieszkał zazwyczaj z tamtym, był pod a^ f obserwacją. Tak więc przez dwa albo trzy dni Marcel ' • ł Louis będą sami. W nocy załatwią ostatnie szcze-n B §°^y- Więc jutro. Rambert podziękował. "Pan jest 0 B, zadowolony?" - zapytała stara. Powiedział, że tak, J | ale myślał o czym innym. a • Nazajutrz niebo było ciężkie, upał wilgotny i du-~ f szący. Wiadomości dotyczące dżumy były kiepskie. • f Stara Hiszpanka zachowywała jednak pogodę. "Na * f świecie jest grzech - mówiła - nie ma więc sposobu!" Podobnie jak Marcel i Louis, Rambert był nagi do pasa. Mimo to jednak pot spływał mu po ramionach i piersi. W półmroku, przy zamkniętych okiennicach, torsy ich były brązowe i lśniące. Rambert kręcił się w kółko nie mówiąc słowa. Nagle, o czwartej po południu, ubrał się i powiedział, że wychodzi. 189 - Uwaga - rzekł Marcel - o północy. Wszysti jest gotowe.

Pchnęli oszklone drzwi. ale ciągle w koł( "Nie ma na co czekać" . co? To są zmarli. po czym wyszedł. Tarrou otworzył jedną z szaf. któremi pot występował na kurtkę. Zmarli w nocy. .Rambert udał się do doktora. za którymi poruszały się dziwaczne cienie. miasta. gdzie czuć było apteką i wilgotnym suknem. Drzwi biu ra wychodziły na podwórze. które rozłożył na 'kształt wachlarza.Jedyne. . Na czoło wystąpiły mu zmarszczki. Biało ubrani mężczyźni poruszali się powoli w bezlitosnym świetle idącym od wysokich. ale budzi uiność w innych. Tarrou. że się cieszy i że Rambert po-^^"lwinien uważać na siebie. W małym.Piękne kartki. Ruszyli małym korytarzem o ścianach pomalowanych na jasnozielony kolor. ako-j . i Tarrou odparł. Była to ogromna sala o szczelnie zamkniętych oknach mimo pory roku. Rambert poczuł się nieswojo w okropnym upale tej sali i z trudem rozpoznał Rieux pochylonego nad jednym z jęczących . Wciąż ten sam tłum kręcił się przy.-^ nioim wieku siłą rzeczy jest się szczerym. z podwiniętymi rękawami koszuli. . jak mogę. Oszczędzam go. postermi ku straży.Wiem. Matka Rieux powi< działa Rambertowi. Tarrou spojrzał i uśmiechnął się nagle do niego.Tak.Jest przemęczony.powiedział. ich zgięte śmigła mieszały ciężkie i przegrzane powietrze nad dwoma rzędami szarych łóżek. że znajdzie go w szpitalu w gór. czy to pomaga. co nam pozostałe.Nie w tym rzecz . . który tłumiło płótno. której ściany były całkowicie wypełnione szafami. Tarrou wstał opierając się o stół. że nie. gorzej .Dlaczego? . podał jedną Rambertowi i poprosił.powiedział •dziennikarz. Zmęczenie przytępiło mu spojrzenie i rysy. Mocne ramiona tworzyły kulistą bryłę. chustką wycierał pot. Tarrou schudł. Jest bardziej ludzki niż ja. Tamci byli tego samegi zdania. j Kłamstwo jest zbyt męczące. Chodźmy. . który spływał mu do zgięcia w łokciu. I urwał. który skierował go do biura Tarrou. . róło. chciałbym zobaczyć się z Rieux. miejscu. składające się na monotonną skargę. . powiedział tylko: "Sześciu".Jeszcze tutaj? . Rambert patrzył na Tarrou. Położył na biurku Tarrou paczkę kart kontrolnych i głosem. otoczonych prętami otworów.Czy pan to mówi szczerze? run-j Tarrou wzruszył ramionami. to buchalteria. Tamci przechodzili. .Wyjeżdża pan wkrótce? 170 Dzisiaj.Chciałbym widzieć doktora . "Przechodzić" . Tarrou spojrzał na dziennikarza i pokazał mu kartki. Ale byłoby lepiej. gdzie światło było jak w akwarium.Jest u chorych. Ze wszystkich stron wznosiły się głuche albo przenikliwe jęki.Niech mi pan wybaczy. l Tarrou powiedział. o północy.powiedział Rambert z trudem. . Tuż przed podwójnymi oszklonymi drzwiami. białym i brudnym pokoju. gdyby to dało się załatwić bez niego. W górze warczały wentylatory. wyjął ze sterylizatora dwie maski z higroskopijnej gazy. Tarrou wprowadził Ramberta do małej salki. żeby ją włożył. . Spotkał ojca Panel oux który stamtąd wracał. 1 . ale mimo zabójczego upału pozostawali n. Dziennikarz zapytał.mówił sierżant. Złożył paczkę kart kontrolnych.mówił sierżant o gałko watych oczach. Rambert pokazał swoją przepustkę sierżan towi. siedząc przy biurku z czarnego drzewa. Zapukano do drzwi i wszedł pielęgniarz w białej masce.

powiedział Tarrou ruszając z miejsca. co zobaczyłem.Co pan tu robi? . .Nie chodzi o to . . Na skutek tego rozmowa stawała się trochę nierzeczywista.Wyjdziemy razem. Pozostanie do przegrupowania trzecia ekipa badania terenu . Dużo już zrobił. . jeśli pan zechce. że to dziś o północy. gdy któryś z nich mówił.kształtów. patrząc na pa < ajenta. Nikt nie odpowiedział i Rambert zdawał się zniecierpliwiony.Doktorze .Paneloux zgadza się zastąpić Ramberta w domu kwarantanny.to dobrze.powiedział Rambert. Prowadził dalej.ale nie wiem. zauważył nie odwracając głowy. dopóki nie zbliżyli się do domu doktora. .powiedział Rieux . Niech pan zostanie z nami. maska gazowa wzdymała się i wilgotniała w okolicy ust. czy chcę tego. jeśli pan tego chce. że się nad tym zastanawiał. Rambert powtórzył ostatnie pytanie z jeszcze większą siłą. Przeszkodziłoby mu to ko172 chać kobietę.powiedział Rambert . Doktor się wyprostował." Za każdym razem. Na widok dziennikarza zmrużył oczy nad maską. że jestem stąd.powiedział . . Doktor nacinał pachwiny chorego. wiem. ani Rieux nie odpowiadali. i stał przez chwilę nieruchomo.Nie ma już benzyny . Milczenie trwało długo.Castel zakończył pierwsze przygotowania. który leżał rozkrzyżowany. 'którą podsunął mu pomoc171 nik. . opuścił narzędzia na tacę.zapytał.powiedział Rambert. że jestem obcy w tym mieście i że nie mam tu z wami nic wspólnego.Jutro pójdziemy pieszo. Rieux skinął twierdząco głową. .O . gdyby wyjechał. Tylko Rieux odwrócił się w jego stronę.zapytał głuchym głosem. .Powinien pan być gdzie indziej. ale byłoby mu •wstyd. Tarrou nie poruszył się. Niech pan poczeka na mnie w gabinecie Tarrou. W chwilę potem Rambert i Rieux usiedli z tyłu w samochodzie doktora. w co wierzył. nie będzie miał nigdy czasu na szczęście. który pod szedł do niego.Wiecie o tym zresztą dobrze! W przeciwnym razie co robilibyście w tym szpitalu? Czy dokonaliście więc wyboru i wyrzekli się szczęścia? Ani Tarrou.Niech mi pan wybaczy . . który dotychczas milczał. trzymali go dwaj pielęgniarze stojący po obu stronach łóżka.Zawsze myślałem. że człowiek jest sam tylko szczęśliwy. . { .A ona? . Podniósł się z trudem.Tak . Proponuje zrobić próbę.Jest tu Rambert.bez Ramberta. Tarrou.zapytał Rieux Tarrou. i^. że nadal wierzy w to. .Chciałbym z panem porozmawiać . Trzeba wybierać. ^. .nie wyjeżdżam i chcę zostać z wami. ^^'"'"'t . Rieux się odwrócił. . Ale Rieux wyprostował się i rzekł pewnym głosem. Ta sprawa dotyczy nas wszystkich. Ale teraz. Rieux jak gdyby nie mógł wynurzyć się ze swego zmęczenia.powiedział Rambert . .ale może być wstyd. którą zostawił. . Prowadził Tarrou. że to głupie i że nie ma wstydu w wyborze szczęścia. czy nie chcę. i Rambert dodał: "W zasadzie. kiedy zobaczyłem to. niczym dialog posągów. |Rambert powiedział. Tarrou powiedział.Co nowego? . że jeśli Rambert chce dzielić nieszczęście ludzi. bandażowano go właśnie.

ojciec i matka stali u stóp łóżka. nie należało zwiększać szans choroby.Jakie wnioski? . ciągle jednak nie mówiła. że go zaprowadzi. która niedawno skończyła poprzednią. gdy tylko rozpoznał oznaki choroby na ciele dziecka. powinniśmy się zastosować do przepisów. 174 . co kocha. W szczególności wymagali oni izolacji członków tej samej rodziny.wyrzekł z wahaniem . 173 O północy Tarrou i Rieux robili dla Ramberta plan dzielnicy. ale doktor odwróć J się do kobiety.Czy pan uprzedził? Dziennikarz odwrócił oczy.To będzie zrobione szybko . W przeddzień wizyty Castela u Rieux zachorował synek pana Othona i cała rodzina miała rozpocząć kwarantannę.sprawą Rieux i Ramberta. Pani wie..nie można jednocześnie leczyć i wiedzieć. I opadł na siedzenie. napotkał spojrzenie sędziego.Auto skręcało. . Rieux starał się nie patrzeć na matkę.Bardzo mi przykro. Kobieta patrzyła na nie^o wciąż w milczeniu. co to jest. Pani Othon i jej mała córeczka mogłyby zamieszkać w ho.powiedziała kiwając głową .Nie . Serum Castela wypróbowano pod koniec października. który uznał je za słuszne.odparł Rieux patrząc znowu na dziecko. . A jednak ja także się odwracam.To to. czy nie trzeba im czegoś. prawda? . dlaczego. albo też nagle zatrzymałaby się bez powodu. potem cichszym głosem powiedział: .Tak . Dziecko znajdowało się w okresie depresji i pozwoliło się "zbadać bez skargi.Zarejestrujemy go i wyciągniemy wnioski. Jeśli jeden z nich zaraził się nie wiedząc o tym. Dziewczynkę oddalono.na podłogę. zamilkł. za. tylko tyle . . Praktycznie biorąc.zanim przyszedłem do was. Oczy matki powiększyły się. że doktor odczuł.rzekł ze zmęczeniem. Matkę. przestrzegano jej w sposqb najściślejszy. Leczmy więc jak najszybciej.powiedział z wysiłkiem . .Nic w świecie nie jest warte. Sędzia milczał także. sam nie wiedząc.A więc. . która ciągle przyciskała chusteczkę do ust. którą miał zbadać.Ach . doktorze.ale niech pan uratuje moje dziecko. a za nim bladą twarz matki. po raz drugi czekała izolacja. Doktor był przekonany. kiedy Tarrou raucił okiem na zegarek. Sędzia. Kwarantanna z początku była tylko formalnością.jeślibym mógł zatelefonować. Wychodząc Rieux nie potrafił powstrzymać się od pytanis. Pani Othon stała w osłupieniu.Posłałem kartkę . . szanując wydane zarządzenia. Rieux przytoczył te racje sędziemu. Pan Othon powiedział. Lecz tym razem sędzia odwrócił oczy./-s. . Podnosząc głowę napotkał spojrzenie Ramberta. . Potem podjął patrząc przed siebie: . To pilniejsze.powiedział i przełknął ślinę .zapytał Rambert.Tak . kazał wezwać doktora Rieux. . jak bardzo ta rozłąka rozbija ich życie.to właśnie zrobię. Jednakże pan Othon i jego żona patrzyli na siebie w taki sposób. Powinna pani przygotować trochę rzeczy. to serum było ostatnią nadzieją Rieux. Patrzyła. Kiedy Rieux wszedł. teraz. Kiedy doktor podniósł głowę.powiedział Rieux .To fakt. . która przycisnąwszy chusteczkę do ust śledziła rozszerzonymi oczami ruchy doktora. .powiedział zimnym głosem sędzia. żeby człowiek odwrócił się od tego. . że nowa porażka uzależniłaby miasto od kaprysów choroby: albo epidemia trwałaby nadal przez długie jeszcze miesiące.

że reguła jest jedna dla wszystkich i należy się jej podporządkować. Dziec-5. może wiedzą już coś pewnego. choć ledwie uformowane małe dymienice 175 imieruchomiały stawy wątłych członków. by wypró. tak długo. gdzie ustawiono dziesięć łóżek. Będzie mógł zostać tylko chwilę. W miarę jak przybywało światła w dawnej sali szkolnej. Oparł się plecami o poręcz w nogach sąsiedniego łóżka i wyciągnął paczkę papierosów. aby wydać sąd o tej decydującej próbie. czym był w istocie. z zębami ściśniętymi w ostatecznym Wysiłku. rtóry wyprężył się nagle i z zębami znowu ściśnięty-ni zgiął się nieco w pasie. obok stojącego Rieux. który stanął z drugiej strony łóżka.Czy ma pan wiadomości od ojca? 178 . śledząc krok po kroku postępy lub zahamowania choroby.Nie . ręce i nogi przesunęło ku środkowi łóżka i. Z kolei przyszedł Joseph Grand. i oparł się plecami o ścianę. Z małego ciała.0 odprężyło się trochę. odsuwając z wolna ręce nogi. Rieux stwierdził. znajdującej się na swoim miejscu w głębi sali. obracało z prawa na lewo głową leżącą na wałku materacowym bez poszewki. który ^ na stadionie miejskim organizowała właśnie prefek. całe nieruchome. Twarz Paneloux miała bolesny wyraz. można było rozróżnić ślady dawno napisanych równań. że wypadek jest beznadziejny. zdawało się oddychać szybciej. Ale dotychczas gorszyli się przynajmniej w sposób abstrakcyjny. Były pokonane z góry. na którą dziecko na razie nie reagowało. tak jak teraz. Nie spuszczał oka z małego chorego. Rieux wskazał na dziecko. Dlatego Rieux wpadł na myśl. Widzieli już umierające dzieci. Dziecko wyszło ze stanu odrętwienia i konwulsyj-nie rzucało się pod kocem. to znaczy zjawiskiem gorszącym. . korzystając z namiotów pożyczonych przez za. Castel. od miesięcy bowiem terror nie czynił wyboru. unosił się zapach wełny i kwaśnego potu. by na czarnej tablicy. Ale spojrzawszy na dziecko schował paczkę z powrotem do kieszeni. zawsze wydawał się im tym. Była siódma i urzędnik przepraszał.-3 wał się Rambert. zmęczenie tych wszystkich dni wyryło zmarszczki na Jego nabiegłym krwią czole. Castel i Tarrou od czwartej nad ranem znajdowali się przy nim. Nie mówiąc słowa. Tego samego wieczora. którym karano tych niewinnych. Najpierw Paneloux.jest w obozie odosob-ienia. siedział Castel czytając jakąś starą rozprawę ze wszelkimi oznakami spokoju. agonii niewinnego. lecz pan <. Othon powiedział. Nazajutrz o świcie wszyscy zebrali się przy małym chłopcu.telu przeznaczonym na kwarantannę. Rieux przeprosił sędziego. chyba że w obozie odosobnienia. patrzył na Rieux przez okulary. Bolesne. równolegle do Tarrou.n bować na nim serum Castela. że jest zadyszany. po kolacji. które z zamkniętymi oczami w zniekształconej twarzy. Kiedy wreszcie stało się dość jasno.O rząd dróg i ulic. U stóp łóżka.powiedział Rieux . Rieux spotkał spojrzenie Tarrou. wciąż ślepe i nieme. Oczywiście ból. Po upływie dwudziestu godzin. ponieważ nigdy nie oglądali twarzą w twarz. ale dla sędziego śledczego nie było -*--" już [miejsca. nagiego pod kocem wojskowym. przyszedł Rambert. Dziecko natomiast zostało przewiezione do szpitala pomocnTczegb7~cTó~ dawnej klasy szkolnej. przychodzili kolejno inni. Doktor. siedząc ciągle. zastosowali szczepionkę. Ciężkie ciało Tarrou u wezgłowia łóżka było nieco pochylone.' tura. ale nigdy jeszcze nie śledzili ich cierpień minuta po minucie. Doktor ściskał mocno poręcz łóżka. który odwrócił oczy. Choroba zżerała małe ciało nie stawiające żadnego oporu. na którym ję-zało dziecko. . którym opieko.

^ły rozgrzebywać koc w okolicy kolan i nagle cko zgięło nogi. i pod koniec ataku. który z . na wilgotnym i zatrutym brzegu. 178 ko miało wciąż zamknięte oczy. Rieux odwrócił się porywczo w jego stronę i otwo. przybrało na spustoszonymi . zjednoczonych na chwilę. Rieux od czasu do czasu brał je za plus. Wszyscy czekali.Nie było polepszenia porannego. zamykając oczy. Ledwo było słychać. zgięło się znowu z piskliwym jękiem. zwilżoną łzami i potem. Gdy atak minął. który n ^ krzyczał na drugim krańcu sali. wyczerpane. których ciało rozpłynęło się w czter12 . będzie cierpiało dłużej. ^ jakby opadł na ścianę. Rieux? rz^ Rieux odpowiedział. Puścił więc szczupłą piąstkę i wrócił na swoje miejsce.. Kiedy płomienna fala dosięg-nęła je znowu po raz trzeci i uniosła nieco. jak ten niepokój miesza się ze zgiełkiem jego własnej krwi. niż to się dzieje normalnie.. który je palił. gdyż głos jego zadźwięczał zbyt ostro. prawda. . Potem uniosły się. że nawet chorzy nie odczuwają takiego przerażenia jak na początku. Łączył się wtedy ze straconym dzieckiem i próbował je podtrzymać ze wszystkich swych nie tkniętych jeszcze sił.Dżuma 177 dzieści osiem godzin. Jedyny chory. dziecko skurczyło się. kurcząc kościste nogi i ręce. że gorączka ustępuje i zostawia je dyszące. Ręce. zdawało się. dziecko mu się wymykało i jego wysiłek spadał w próżnię. otworzyły się usta i prawie natych-ist wydobył się z nich jeden przeciągły okrzyk. że wróci. rzekł wtedy głucho: m1. wstrząsane dreszczami i konwulsyjnym drżeniem. ale dziecko stawia opór rlap dłużej.Jeśli ma umrzeć.' . ry oddech zróżnicował nieco i który nagle wypeł-salę protestem monotonnym. iak gdyby wy- . odrzucając przykrycie. dziecko rozprężyło się nieco. które stały się podobne do rów. który znajdował się rzeciw. Wtedy po raz pierwszy otwo-o oczy i spojrzało na Rieux. rzucał w regularnych odstępach czasu krótkie wołania. że nie. jak Grand wychodzi. gdzie odpoczynek przypominał już śmierć. cofnęło w głąb łóżka w trwodze przed płomieniem. Wzdłuż ścian pobielonych wapnem światło przechodziło od odcieni różowych do żółtych. Tylko dziecko walczyło ze wszystkich sił. mówiąc. We wklęsłej twarzy. wyrażające raczej zdziwienie niż ból. i czuł. podciągnęło uda do brzucha i tak )stało nieruchome. P21 . i łóżku pozę groteskowego krucyfiksu. by przełamać swą bezwładną niemoc. lekko orały brzegi łóżka. że wydawało się. ale z umówioną jak gdyby dyskrecją. zakrzepłej teraz i jak zarej glinki. łóżkach poruszały się i jęczały kształty. lecz jakby roiło się trochę. jakby chciał mówić. Zaczął2^ zdanie. Castel przed62^ chwilą zamknął książkę i patrzył na chorego. rzył usta. Za oknem zaczął trzeszczeć upalny ranek. musiał odchrząknąć. jakby ukąszone w żołądek. ^>0 . Zdawało się. Wielkie łzy trysnęły spod rozpalonych powiek i zaczęły spływać po ołowianej twarzy. Tarrou schylił się i swoją ciężką ręką otarł mały v twarzyczkę.ł siłkiem zapanował nad sobą i skierował spojrzenie na dziecko. jak gdyby jego kruchy szkielet uginał się pod wściekłym wiatrem dżumy i trzeszczał od wzmagających się podmuchów gorączki. Tak zgięte pozostało przez długie sekundy. gubiły wspólny rytm. Paneloux. nieharmonijnym ak mało ludzkim. ale z widocznym wy. s Światło rozszerzyło" się w sali. Ale uderzenia ich dwu serc. bez potrzeby zresztą i raczej po to. Na pięciu innych . i wstrząsnęło obłędnie głową.V/ tej chwili dziecko. . ale by móc je skończyć. Przyjmowali teraz chorobę z rodzajem zgody.

przyśpieszył rytm swej skargi. słabł ciągle l urwał się wreszcie. Patrzył na'''Paneloux lamiętnością. Paneloux zbliżył się i wykonał gest błogo. który ściekał mu JUŻ c Miał ochotę krzyczeć jeszcze. uratuj to dziecko. oparty o poręcz łóżka.Rozumiem . pijany ze zmęczenia i odrazy.rzekł. Fala łkań zalała salę. . ^ rostiował się nagle. Zdarzaj e kie godziny w tym mieście. . którego wo-ania nie ustawały. Nagle jednak inni chorzy umilkli. lecz były głuche jak dalekie echo tej walki. Z ustami otwartymi. zamknął oczy. Ca-stel przeszedł na drugą stronę łóżka i powiedział. Tarrou się odwrócił. stopniowo kał zmęczenie.Chodźmy. z resztkami łez na twarzy. która dławiła mu serce.•dł z ust wszystkich łudzi jednocześnie. Potem zebrał sutannę i wyszedł środki . ujrzał Tarrou obok siebie. dziecin 179 ko odpoczywało w głębi rozrzuconych koców sze nagle.powiedział. . woli pomiędzy gałęzie fikusów. ze to koniec. Błękitne ni ranne pokryło się szybko mlecznym bielmei wietrze stawało się bardziej duszne. czego nie umielńyJsojąć. który zamknął otwartą iążkę leżącą na jego kolanach. Rieux odwrócił się do Paneloux. pełne krzyku szystkich wieków. Doktor zorientował się wtedy. . Ale zmęczenie to szaleństwo. . Rambert zbliżył się łóżka i stanął obok Castela.powiedział głos za nim.T 189 &ż przekracza naszą miarę. na tle bezimiennej i nieustają-ej skargi: "Boże mój. Osunął się na kolana i nikt się ie zdziwił słysząc.Może .To wi było dla mnie także nie do zniesienia. baczy. . Ale Rieux wychodził już z sali krokiem tak i i z takim wyrazem twarzy. . Ten z drugiego końca sali.'' Ale dziecko krzyczało nadal i chorzy wokół niego zruszyli się. że kiedy mijał Pc ten wyciągnął rękę. Rieux : ławce nie stawiał już oporu. KIO wszystko opierało się długo.Ach.Dlaczego mówił pan do mnie z takii wem? . kiedy nie czuję n buntu.Czy trzeba wszystko rozpocząć na nowol pytał Tarrou Castela. i rzucił gwałtownie: .powiedział ze zmienioną twarzą.szepnął Paneloux. Rieux odwrócił się. ciągle tym samym por ruchem. Patrzył na gał niebo. Rieux ści-^ł zęby. żeby go zatrzymać. Walka bowiem się skończyła.Niech mi ksi. że krzyk dziecka osłabł. . ale niemymi. Upał sp. która się skończyła. i Rieux.To prawda . Kiedy je otworzył. doktorze . Ale możeJ)0-:hać to. do jakich był zdolny. ten przynajmniej był niewinny. Stary doktor skinął głową. zagłuszając modlitwę Paneloux. podczas gdy inni jęczeli soraz głośniej.Nie mogę tego znieść dłużej. wyszedł z są] Paneloux i znalazł się w głębi podwórza sz: Usiadł na ławce między małymi. i poą. ksi o tym dobrze! Potem odwrócił się znowu. by rozerwać ^ mocną pętlę. lecz wyraźnym. Wokół niego skargi podnosiły się znowu. zakurzonymi karat i wytarł pot.powiedział Rieux. . jak mówi głosem trochę zduszo-ym. .Muszę wyjść . stwa. splamione chorobą. oddech wracał mu powoli. . Paneloux patrzył i te usta dziecięce. aż "ównież stała się krzykiem.

Ale jak gdyby zmienił się od dnia. Stanął w pierwszym szeregu ratowników. .nawet sam Bóg nie może nas teraz rozłączyć. czy nie. t^-myśl o własnej śmierci nie była mu obca. Paneloux przeniknął cień przerażenia. l* że przygotowuje teraz krótką rozprawę na temat: .powiedział. Z głębi tóre wróciło doń znowu. doktor odniósł wrażenie. wiem. gdzie według swego mniemania powinien był się znaleźć. ował się uśmiechnąć. zastąpiła zwykłe praktyki niezbyt rozsądnymi przesądami. 181 / .Inaczej rozu-. słowo "nowość" straciło swój sens. by pytać o czas trwania epidemii. Nie brakło mu widoków śmierci. Z pozoru Jt zachował spokój. ^i kiedy tak długo patrzył na umierające dziecko. ktorze . Prawdę mówiąc. widzenia". awahal się. Pot zaczął mu także ściekać z czoła.iźnierstwami i modlitwami. Na wiosnę oczekiwano z chwili na chwilę końca choroby i nikt nie myślał o tym. : opadł po raz wtóry na ławkę. .zrozu-jest łaska. . lie człowieka to zbyt wielkie słowo dla ? tak daleko. kiedy |Miał odejść. niż chodzili na roszę. temat pana zainteresuje. że ma wygłosić kazanie na mszy dla mężczyzn i przy tej okazji wyłoży przynajmniej niektóre swoje punkty widzenia. . Ale w miarę jak mijały dni. jednocześnie koniec epidemii stał się przedmiotem wszystkich nadziei.powiedział Rieux. to znaczy znalazł się tam. . cna za znaczenie? . ksiądz wie o tym dobrze.Chciałbym. I pew-4 nego razu. Podawano więc sobie z rąk do rąk rozmaite przepowiednie magów czy świętych .. Paneloux oznajmił mu. nie opuszczał szpitali i tych miejsc. szeregi audytorium były bardziej przerzedzone niż za pierwszym razem. tli ksiądz daruje. gdzie można było zetknąć się z dżumą. gdy powiedział do Rieux z uśmiechem. Ojciec Paneloux wygłosiL^JSwęie drugie kazanie w dzień. Rocha. Odkąd Paneloux wstąpił do formacji sanitarnych. niż mówi Paneloux. jesteśmy razem. w jakich żyło miasto. Interesuje mnie jego zdrowszy stkirn zdrowie..Ksiądz widzi . I nigdy nie będę kochał tego świata. Jako przykład niechaj posłuży niepohamowane 182 zainteresowanie naszych współobywateli dla przepowiedni. Lecz nie chcę spierać się 'racujemy razem. w imię czegoś. To się już nie powtórzy.powiedział. i jego oczy błyszczały.tak. Twarz miał wzruszoną. Ponieważ doktor wyraził chęć zapoznania się z tą pracą. skoro wszyscy wyobrażali sobie. ą torturowane. śmierci i zła. zaczęto się obawiać. W trudnych okolicznościach. odpowiedział inie: e mam. Większość zresztą.rzekł unikając jego spoji nią .rzekł ze smutkiem . że epideiria nie będzie trwała.siadł obok Rieux. żeby pan przyszedł. jeśli nie porzuciła całkowicie obowiązków religijnych albo jeśli nie łączyła ich z głęboko amoralnym życiem osobistym. co łączy . mał rękę Paneloux. że choroba nigdy się nie skończy. . Tylko to jest . pan również pracuje i człowieka. doktorze. który się namy-wnież i postąpił krok w jego stronę. wyciągnął rękę i rzekł ze smutkiem: ik nie przekonałem pana. powiedział .j ojcze . że idzie o coś bardziej poważnego. gdy Rieux. Ludzie chętnie] nosili medaliki ochronne czy amulety św. Ten rodzaj widowiska nie przyciągał już swoją nowością naszych współobywateli. tego chce.e. gdy wiał wielki wiatr. I choć chroniło go serum. "Czy kapłan może radzić się lekarza". Nz 'J twarzy jego było widać wzrastające napięcie. żeby 3y z nimi walczyć.

i przy pomocy nie mniej dziwacznych obliczeń usiłowano wyciągnąć' wnioski odpowiadające aktualnym wypadkom. Rozpoczął od przypomnienia. Ksiądz powiedział mniej więcej tyle. jak to zdarza się wszystkim (i dlatego bije się w piersi). kiedy Paneloux powiedział z mocą. Ten incydent rozproszył uwagę doktora. jak kroczy obok nas i czeka na nasze przyjście w miejscach pracy. To. i inne. którą trzeba zachować w pamięci. każde z nich mogło być tym właśnie. że w końcu podnosiły na duchu. Ktoś wstał. oo ojciec Paneloux mówił już z tego samego miejsca. Ale publiczność niewątpliwie ceniła sobie najbardziej te proroctwa. ujrzał. i drukowali krążące teksty w wielu egzemplarzach. Otylii. ponieważ widzieliśmy tyle razy. Ale. których kochamy. jak ksiądz wchodzi na ambonę. jakie może im przynieść ta egzaltacja. że są rzeczy. a jego złożoność pozwalała na wszelkie interpretacje. że nie mówił już "wy" ale "my". zaczęli szukać w bibliotekach miejskich wszelkich historycznych dokumentów tego rodzaju i rozpowszechniali je w mieście. Kiedy Rieux wszedł do kościoła w wieczór kazania. Paneloux mówił tonem łagodniejszym. ale nauczyć się teg(\ czego można się nauczyć. Zainteresowanie do" która wzrosło. Niektóre z tych przewidywań opierały się na dziwacznych obliczeniach. które posługując się językiem apokaliptycznym. że ciekawość publiczności jest nienasycona. może potrafimy lepiej przyjąć to.Kościoła katolickiego. wiatr wdzierał się falami przez dwuskrzydłowe drzwi i krążył swobodnie między zebranymi. Te przesądy zastępowały więc naszym współobywatelom religię i dlatego Paneloux wygłaszał kazanie w kościele zapełnionym tylko w trzech czwartych. i zebrani zauważyli kilkakrotnie. a czytano je z nie mniejszym zapałem niż sentymentalne opowiadania zamieszczane v/ czasach zdrowia. którego doświadczało miasto. Tak więc radzono się co dzień Nostradamusa i św. Niektóre z tych przepowiedni drukowano nawet w odcinkach w gazetach. Wszystkie zresztą proroctwa miały 183 tę cechę wspólną. Innym razem przeprowadzano porównania'z wielkimi dżumami w historii. zwrócili się po przepowiednie do dziennikarzy. co jest dla niego dobrodziejstwem. gdzie w grę wchodził rok. Tylko z dżumą było inaczej. Właśnie chrześcijanin powinien szukać tego. Kiedy już wyczerpali historię. W każdej rzeczy jednak jest jakaś prawda. odkrywając podobieństwa (które przepowiednie nazywały niezmiennymi). IUeux zrozumiał niejasno. W tej chwili ludzie wokół Rieux rozsiedli się i umieścili możliwie najwygodniej na swych ławkach. jak zasiada przy naszym stole czy przy wezgłowiu tych. pozostaje prawdą . liczba zmarłych i cyfra miesięcy spędzonych pod rządami dżumy. że z wahaniem dobiera słowa. kiedy znamy ją lepiej. że od długich miesięcy dżuma jest pomiędzy nami i teraz. z większym namysłem niż za pierwszym razem. które można wyjaśnić w stosunku do Boga. wśród audytorium złożonego wyłącznie z mężczyzn. Skrzydło obitych suknem drzwi wejściowych uderzało lekko. a zawsze z pożytkiem. co mówi nam bez przerwy i czego w pierwszym zaskoczeniu nie usłyszeliśmy dobrze. którzy przynajmniej w tym względzie okazali równe kompetencje jak ich wzory z minionych wieków.przynajmniej takie jest jego przekonanie. zwiastowały cykle wydarzeń. że według OJ ca Paneloux nie ma nic do wytłumaczenia. Na j okrutnie j-szą J»róba wciąż jest jeszcze dobrodziejstwem dla chrześcijanina. . Doktor zajął miejsce w zimnym i cichym wnętrzu. że nie należy wyjaśniać sobie zjawiska dżumy. Jednakże głos jego stawał się z wolna pewniejszy. Stwierdziwszy. żeby je przytrzymać. Rzecz ciekawsza jeszcze. może pomyślał i powiedział to bez miłosierdzia. który ledwo słysząc 184 co Paneloux mówi dalej. Wydawcy zdali sobie bardzo szybko sprawę z korzyści. poznawać jego istotę i próbować je znaleźć.

że wieczna radość może wynagrodzić chwilę ludzkiego cierpienia? Na pewno nie byłby to chrześcijanin. skoro nieszczęście jest bezmierne.3<jnicza. by dusza odpoczywała i cieszyła się w czasach szczęścia. która mogła się zrodź ć tylko w duszy niedowiarka. Chodzi o upokorzenie. Na przykład. okresy. ale doprawdy nic o tym nie wie. że me na czyśćca. nie powinna być zrozumiana w sensie ograniczonym. wszelka obojętność zbi.' żeby się oka/ała ponad swoją miarę. Rozumiał przez to. Bóg udziela dziś łaski istotom przez siebie stworzonym zsyłając im nieszczęście. się czymś zaskakującym. nie ma na ziemi nic ważniejszego od cierpienia dziecka. ojciec Paneloux pozostanie u stóp muru. Ale tego właśnie trzeba zaznać. Tylko w ten sposób chrześcijanin nie oszczędzi sobie niczego 186 i mając wszystkie wyjścia zamknięte dojdzie do samego geOna wybomrWybierze wiarę we wszystko. z którym upokorzony byłby w zgodzie.-e moz^a się było tego czyśćca spodziewać. Ojciec Paneloux powiedział wówczas. ponieważ Bóg go chce. Dlatego (i Paneloux zapewnił swoich słuchaczy. nie chodzi o banalną rezygnację ani nawet o trudną pokorę. ale o upokorzenie. Jest również jego cnotą. Don Juan w piekle i śmierć dziecka. A któż spośród was ośimeliłby się wszystkiemu zaprzeczyć?" Rieux zaledwie miał czas pomyśleć.3 y mogły udźwignąć największą cnotę: Wszystko i "'o Nic. bywało zło z pozoru~konieczne i zło sr "pozoru bezużyteczne. że nie ma półśrodków że jest tylko raj i piekło.y nie może być religią codzienną i jeśli Bóg mógiby zgodzić się. nie można zrozumieć cierpień "dziecka.których wyjaśnić nie można. którzy go dziś słuchają: l"Bracia moi. Ojciec Paneloux odmawia sobie nawet łatwych korzyści płynących z przedostania się przez ten mur. jakie to cierpienie przynosi. Wszelki grzech był śmiertelny. a nawet pragnąć. co się wybrało Zdaniem Paneloux jest to herezja. Jeśli jest _ bowiem sprawiedliwe. pT'doprawdy. że ma niełatwą rzecz do powiedzenia) trzeba chcieć cierpienia. co jest ponad zwykłą miarę w cnocie (3 czym powie za chwilę). że piorun uderza w niedowiarka. Tak więc jesteśmy pod murami dżumy i w ich śmiertelnym cieniu musimy odnaleźć dla siebie dobrodziejstwo. kl&dy nie można było mówić o grzechu powszednim. Jest bowiem czyściec. Nie. że ten nakaz. Przed wiekiem pewien autor świecki m^iem&ł. to żądanie jest przywilejem chrześcijanina. że rozkosze czekające dziecko mogą wynagrodzić jego cierpienia. Paneloux wie. przyzwyczajonym do bardziej pobłażliwej i klasycznej moralności wyda . zęby nie musiał wszystkiemu zaprzeczyli podobnie jak te zacne kobiety. religia nie ma zasług^ Natomiast tu przypiera nas do muru. Oczywiście jest dobro i zło. że ojciec Paneloux jest bliski herezji. której symbolem jest krzyż. jakiego trzeba . Było wszystko lub nic. co je dzieli. ze odkr-ył tajemnicę Kościoła twierdząc. chwila nadeszła. jak gdyby wiatr przybierał na sile. I powie bez lęku tym. kiedy n. które . i można być jedynie zbawionym lub potępionym wedle tego. i racji. jaki się jej zazwyczaj nadaje. wielu ludziom. chce. wiemy tej męce. Któż mógłby bowiem twierdzić. i na ogół można sobie wytłumaczyć łatwo. którego Pan zaznał cierpień na ciele i duszy. twarzą w twarz z cierpieniem dziecka. Wszystko inne w życiu ułatwia Pan Bóg i 2anim dojdziemy do tego punktu. Trzeba we wszystko uwierzyć albo wszystkiemu zaprzeczyć. |Cierpienie dziecka jest na pewno upokarzające dla umysłu i serca. Ale religia czasu dzuT. Ale trudność rozpoczyna się wewńąTrZ zła. że to. lęku. Ale zdarzały się bez wątpienia okresy. o której mówił. Wygodnie byłoby mu powiedzieć. że cnota całkowitej zgody. kiedy ksiądz mówił już 185 z mocą. Paneloux urwał i Rieux usłyszał w tej chwili wyraźniej jęki wiatru pod drzwiami. jakie trzeba dlań znaleźć.

Tu ojciec Paneloux przywołał wybitną postać biskupa Belzunce. me cofnie się przed tym słowem. że pod koniec epidemii biskup zrobiwszy wszystko. że mieszkańcy miasta. na odwrót. Powiedział. powtarza to raz jeszcze. z drugiej strony > nie należy naśladować również mnichów z Kairu. wielkim głosem wzywając niebo. Ksiądz spodziewał się tego. Z tych czterech trzech uciekło. trochę na oślep i próbować czynić dobrze. dla drugich zaś. zamknął się wraz z zapasami żywności w swym domu.' r\[ie chodzi o to. . ale l^ez tego chleba dusza zginęłaby od głodu -duchowego. mimo siedemdziesięciu siedmiu trupów.dowiedziawszy się. którzy podczas epidemii w ubiegłym wieku komunikowali biorąc hostię szczypczykami. który społeczeństwo wprowadza do anarchii zarazy. zaraz padnie przerażające słowo: fatalizm. by narazić biskupa na pewniejszą śmierć. Tak mówią1 kronikarze i nie ich rzeczą jest powiedzieć więcej. na skutek zmiany uczuć. Wszyscy byli głusi na głos Boga. Zadżu-miem Persowie i mnisi grzeszyli Jedsnaikowo. Podobnie jest z nami. rozumny porządek. nie należy naśladować chrześcijan z Abisynii. trzeba sięgać w głąb tego. że trzeba paść na kolana i poniechać wszystkiego. Tu rezległ się hałas. powzięli do niego złość. stawiając się jak gdyby na miejscu swych słuchaczy i zapytując. zęby odrzucać wszelką ostrożność. jak zwykle. podczas dżumy w Marsylii. I ksiądz uderzając pięścią w poręcz kazalnicy zawołał: "Bracia moi^trze. W obu wypadkach problem zręcznie usunięto sprzed oczu. myśl jego wybiegała ku temu. Nie należy też postępować jak owi ". Jeśli wierzyć kronikarzowi wielkiej | dżumy w'"Marsylii.' Ale kiedy ojciec Paneloux to czytał. co należało zrobić. by zesłało dżumę na tych niewiernych. którzy go uwielbiali. co niepojęte i zesłane nam po to. gdzie mogła się kryć infekcja. . którzy chcą walczyć z chorobą. niespodzianie ]ednak kaznodzieja z siłą podjął wątek. Ale. Jeśli zaś idzie o resztę. gdy nadmierne stają się cierpienia. trwać i zdać się na Boga. Na pewno. który pozostał sam. Nie należy słuchać tych moralistów. Są jednak inne przykłady. że potrafi się odgrodzić od świata śmierci.| ^a b^UsY"^ który zostaje!" ^" -•»--<"-». żebyśmy mogli dokonać wyboru. nawet niepojętej.. o których mówił. Cóż. Tak oto ów biskup uwierzył w ostatecznej słabości. które Paneloux chce 187 przypomnieć. Nie można ^"powiedzieć: "To rozumiem: ale tamto jest nie do przyjęcia". który kazał zamurować. otoczyli dom biskupa trupami.-. ITrzeba tylko iść naprzód w ciemnościach. i nie szukać pomocy dla siebie. ześlij mu dymienice". " . chrześcijanin potrafi poddać się woli bożej. że poprzez "formujące się dymienice ciałp w naturalny sposób """wydala infekcję. . ludzki stracą przed boTem zagarnął wszystko. gdy ojciec Pane-loux robił pauzy. częstej. zesłaną przez Boga. gdy jest to śmierć dzieci. na osiemdziesięciu jeden zakonni ""mkow klasztoru Mercy czterech tylko przeżyło] dżumę. że nie ma już sposobu. a nawet rzucali ciała przez mury. którzy rzucali swoje odzienie na sanitarne pikiety chrześcijańskie. żeby przenieść tam zarazę. jaką postawę należy przyjąć. którzy powiadają. a tymczasem zmarli spadali mu na głowę prosto z nieba.zadżumieni Persowie. nawet wówczas. • . i przekonany. Dla pierwszych bowiem nie liczyło się cierpienie dziecka. jeśli wolno mu będzie uzupełnić je przymiotnikiem: "czynny". by uniknąć dotknięcia wilgotnych i gorących ust. przede wszystkim zaś mimo przykładu owych trzech braci. którzy powinniśmy . i Cierpienie dzieci jest naszym gorzkim chlebem. mówią w tej chwili w kościołach: """Boże mój. -^»^tas^^^>«t"»»?«^-.

stracił wiarę na widok młodzieńca z wyłupionynu| oczami. Wyrażał uznanie dla wymowy Paneloux. ^toczna jej tylko chcieć. a idea. gdzie ulokował go jego zakon.. Ale tyKo ta miloSc^móźe *-'• . która pozwalała domyślać się wyglądu miasta. jaką głoszą. Otylii. Wreszcie diakon powiedział: 189 . że podczas dżumy nie ma wysp..zapytał stary ksiądz. Paneloux nie chce stracić wiary i nie zatrzyma się przed niczym. Młody diakon. rozstrzygająca w oczach Boga. . • . * ^Którą chciałem podzielić się z wami. wiatr otoczył ich wyjąc i nie dając mówić młodszemu. Byli już na placu przed kościołem. kiedy to zachowanie Paneloux wydało się jego otoczeniu niepojęte? Zobaczymy|1 W kilka dni po kazaniu Paneloux zajął się przeprowadzką. Kiedy bowiem gorąco wychwalała przepowiednie św. że zna księdza.powiedział Tarrou. nie można -JCJ bowiem rozumieć. że to kazanie dowodziło bardziej niepokoju niż siły. Na tym szczycie wszystko się przemiesza i wyrówna. orientuje się w jego ewolucji. ł . że kończy . .Jeśli kapłan zasięga rady lekarza. woń wilgotnych chodników. okrutna w oczach ludzi.. Podczas przeprowadzki ojciec czuł coraz większe zmęczenie i lęk. nie ma środka. śmierć konieczną. Kiedy Rieux opowiadał Tarrou o kazaniu Panelou: Tarrou wtrącił. Stary ksiądz i młody diakon. Oto trudna nauka. a w wieku Paneloux kapłan nie ma prawa do niepokoju. idący przed doktorem. ksiądz okazał lekkie zniecierpliwienie." i . Temu straszliwemu wizerunkowi musimy dorównać. by osłonić się przed wiatrem. To właśnie chciał powiedzieć. A któż odważyłby się wybrać nienawiść do Boga? 188 "Bracia moi . wystrzela z tego popiołu. . Nie.Jakaż jest jej myśl? . Tak oto w wielu kościołach południa Francji zadżumieni śpią od wieków pod kamiennymi płytami chóru. Zakłada całkowite wxrzęcz"enle"slę*sameg^siebie i po-"gardą dla własnej. gdzie przecież i dzieci złożyły swą cząstkę. ojciec P»neloux opuścił mieszkanie. Wiatr przynosił do kościoła zapach deszczu.^-<-"-~. | . jest w tyi sprzeczność. Był to moment. pochyliwszy głowę. by . Trzebaprzyjąć zgorszenie. kapłani przemawiają na ich grobach. zapewne na skutek zmęczenia. Czy ta obserwacja Tarrou rzuca nieco światła na późniejsze nieszczęsne wydarzenia. osoby. że sam będzie' miał wyłupione oczy.Paneloux ma rację . chrześcijanin musi stracić wiarę albo zgodzić się na to. by zamieszkać u Rieux. powiedział. kiedy rozwój choroby ^ powodował ciągłe przeprowadzki w mieście. ponieważ musimy •wybrać ^"nienawidzić Boga czy go kochać. • . z trudem utrzymywali kapelusze na głowach. że jego rozprawa będzie jeszcze śmielsza i bez wątpienia nie uzyska imprimatur. nie tkniętej jeszcze dżumą. .rzekł wreszcie Paneloux oznajmiając. . Mimo to starszy nie przestawał komentować kazania. gwałtowny wiatr wtargnął przez uchylone drzwi i uderzył prosto w twarz wiernych."• <(tm)«^'^»~» zmazać cierpienie i śmierć dzieci. . . tylko ona czym ich ^» • . --7'"""!"?' "-. Oto wiara. .sobie wytłumaczyć. . zanim jeszcze wyszli.-.Kie-| dy niewinność ma wyłupione oczy. Jakkolwiek czynił potem wysiłki. i zamieszkał u pewnej starej i pobożnej pani. prawda tryśnie z pozornej niesprawiedliwości. że bywa często u ojca. Uważał.J^ ." Kiedy Rieux wychodził. który podczas wojn. . Podob-' nie jak Tarrou musiał porzucić swój hotel. do którego trzeba się zbliżyć. ale niepokoiło go zuchwalstwo jego myśli. . dzięki nim właśnie stracił szacunek swojej gospodyni.miłość do Boga jest trudnaJmi|oscj^.

gdy kładł się spać z pękającą od bólu głową. poczuł. które nie odwracając się rzucała mu sucho. Rano wstała wcześnie. Gospodyni postanowiła więc. Odrzucał prześcieradła i nakrywał się 'nimi znowu. że nie może usunąi z głębi gardła duszących go czopów waty. za które czuje się częściowo odpowiedzialna. nadmiernie czerwona dnia poprzedniego. nie mógł tego osiągnąć. wiedziona pragnieniem. wahała się długo. ale w odpowiedzi usłyszała tylko kilka niezro zumiałych słów. że gorączka zmąciła myśli jej lokatora. Zrobił złe wrażenie. Ale stara pani wahała się jeszcze. że nie miała na oku własnego bezpieczeństwa. co do niej należy. Ale wówczas ojciec podniósł się i na wpół się dusząc odpowiedział wyraźnie. którą uznała za godną pożałowania. przesuwał nieustannie ręce po wilgotnym czole i często siadał na łóżku.zdobyć przynajmniej życzliwą neutralność starej pani. że zachowała kształt okrągły. Nieco później ojciec zadzwonił prosząc. mój chłopcze". że ojciec nie wychodzi ze swego pokoju. Wyciągnęła stąd wniosek. że ojciec nie chciał lekarza. miała zamiar zaglądać do swego lokatora w nocy i czuwać przy nim. które nakładała jej sytuacja. żeby zakaszlać zdławionym. gdy zaniosła mu świeżych ziółek. która dojrzewała w nim od wielu dni. ponieważ jest to sprzeczne z jego zasadami. Wciąż pamiętając o swych obowiązkach. Ponowiła swą propozycję. że wezwie swego lekarza. zanim wszedł do swego pokoju. wreszcie postanowiła zapukać do jego drzwi. jak w skroniach i pulsie rąk wyzwalają się nieokiełznane fale gorączki. co nastąpiło później. że nie ma mowy o dżumie. Mógł to być zwykły atak gorączki. głuchym i wilgotnym kaszlem. i 190 To. Pobiegła do jego pokoju. zatelefonuje na numer. Zrozumiała tylko. jak to miała w zwyczaju. Przeprosił ją za odruch złego humoru i oświadczył. Ojciec patrzył na mały świecznik z . że zaczeka do jutra rana i jeśli stan ojca nie ulegnie poprawie. pełnego szydełkowych koronek. I co wieczór. Po tyci atakach opadał w tył z oznakami wielkiego wyczerpania. ale jej propozycja została odrzucona z gwałtownością. Ale wieczorem. w jakim 03 ciec spędził dzień. że nie zauważył żadnego z jej objawów i ze jest to przejściowe zmęczenie. stała się teraz sina. Ponieważ jednak Paneloux nie odpowiadał. ale tłumacząc się w sposób. Zdawało się wówczas. Wreszcie znów przybierał pozycję półsiedząc^ i przez krótką chwilę patrzył przed siebie z uporem jeszcze gwałtowniejszym od poprzedniego niepokoju. zaproponowała mu uprzejmie. żeby przyszła. Według jej własnych słów. choć tak szczególnie wyglądał. zapragnęła położyć się na chwilę i zbudziła się dopiero nazajutrz o świcie. Wciąż zdecydowana wypełniać najskrupulatniej obowiązki. jest ono bowiem w rękach Boga. by wypełnić wszystko. Twarz. i to właśaie wydało jej się niepojęte. co widoczne było tym wyraźniej. musiał patrzeć na plecy gospodyni siedzącej w salonie. jakby coś z siebie wy191 dzierał. unosząc zarazem wspomnienie owego "Dobranoc. zdumiona. czy wezwać lekarza i sprzeciwić się choremu. gospodyni. Ojciec leżał bez ruchu. Odczuwał duszności i był jeszcze bardziej zaczerwieniony na twarzy niż zwykle. że nie chce lekarza. Po pewnym czasie. ale myślała jedynie o zdrowiu ojca. że }ej propozycja nie zrodziła się z niepokoju tego rodzaju. Zastała księdza leżącego po bezsennej nocy. Najbardziej uderzył ją ciągły niepokój. Stara pani odparła z godnością. Nie pozostało jej nic innego jak wyjść. który agencja Infdok powtarzała co dzień ze dwanaście razy przez radio. Ojciec odmówił raz jeszcze. i ograniczyła się do przyniesienia mu ziółek. odwiedzała chorego regularnie co dwie godziny. wiadomo jedynie 2 opowiadań gospodyni. Pewnego wieczora. Pe południu spróbowała jednak przemówić do księ dza. znowu zaproponowała mu. który ona uznała za bardzo niejasny. że każe wezwać lekarza.

ale nie wypuszczał już krucyfiksu. odwrócił się. Rieux zbadał go i był zdumiony.Zostanę przy księdzu . że nie trzeba mu lekarza. że mało było nadziei. by zapomniano o opustoszałych cmentarzach.wyglądało ini czej niż zazwyczaj. Jednakże wypadek księdza wciąż był niejasny. z uprzejmością. w którym próbowano wynagrodzić zmarłemu osamotnienie i niepamięć długich miesięcy. w którym dostrzegła ton dziwnie obojętny. czy mówi ze smutkiem. że ma się źle. Patrzył na Paneloux. odwrócił się w jej stronę. Wysłuchawszy pani -domu odparł tylko. by wyrzucie zapas niemodnej odzieży. by ubrać kwiatami groby. a stan ogólny tak alarmujący. Poprosił o krucyfiks. rzucając cień na domy. Zdawało się zresztą.powiedział do Paneloux. To była i nie była dżuma. ale milczał. Ale zakonnicy nie mają przyjaciół. Ale wszystkie te znaki pory roku nie mogły sprawić. nie widząc żadnego z głównych objawów dżumy dy-mienicznej czy płucnej prócz obrzęku gardła i duszności. Paneloux jakby się ożywił i zwrócił w stronę doiktora oczy. Była czerwona. żeby nań patrzeć. i wrócił. Zauważono jednak zdumiewającą ilość! gumowanych i błyszczącyh materiałów. Ale . Był to dzień.kolorowych paciorków. Rieux prześladowały wątpliwości. Tylko pogoda była jak zawsz zmieniła się bowiem nagle i spóźnione upały ustąpi. Według jej słów. że od pewnego czasu sprawia jej przyjemność sprowadzanie diagnostyki na manowce. Skorzystały z tego sklepy. że Paneloux miał rację i że jest już za późno. czy nie: . Dzienniku przypominały bowiem. Rieux wyszedł. który znajdował się u wezgłowia łóżka. wyglądał tak. Odparł głosem.Ksiądz nie ma żadnego z głównym objawów choroby . Jak przedmiot poddał się wszystkim zabiegom. miejsca chłodom. Napisano na karcie kontrolnej: "Wypadek wątpliwy. Pojawiły się pierwsze niep rżenia' kalne płaszcze. Potem powiedział z wysiłkiem. jak się czuje. po ict przejściu spadało na nie zimne i złocone światło listopadowego nieba. Rieux przyjechał w południe. na wpół wychylonego z łóżka. żeby zatelefonować. Stara pani pobiegła przerażona do telefonu. Wszystko złożyli w Bogu. W każdym razie puls był tak słaby. gdzie spoczywali ich bliscy. Kiedy stara pani weszła.Ale są powody do podejrzeń i muszę księdza izolować. jak spodziewano się. jego spojrzenie nic nie wyrażało.Dżuma 193 Wszystkich Swig. Ale w przypadku Paneloux miało się okazać. który wisiał nad łóżkiem. tak że trudno było stwierdzić. W poprzednich latach tramwaje pełne były mdłego zapachu chryzantem i procesje kobiet udawały się do miejsc." 13 . kt»ra. i kiedy miał go w rękach. żeby wszystko odbyło się według przepisów. Ksiądz uśmiechnął się dziwnie. \że przed dwustu laty. . pod-| czas wielkich dżum na Południu. wystarczy przewieźć go do szpitala. wiał ni ustannie zimny wiatr. Wieczorem wreszcie ojciec wykrztusił z siebie duszącą go watę. W szpitalu Paneloux nie otworzył ust.powiedział łagodnie. Ojciec przyjął doktora ^ tym samym 192 obojętnym wyrazem.Dziękuję.tym roku . . Kaszel stawał się bardziej głuchy i torturował chorego przez cały dzień. Gorączka poszła w górę.tyA~w. miała zabezpieczać od zarażenia. Wielkie chmury biegły od końca do końca horyzontu. do których zdawało się wracać ciepło. że ta niepewność była bez znaczenia. . Wśród zgiełku gorączki Paneloux nadal patrzył obojętnie i kiedy nazajutrz znaleziono go martwego. Jak w poprzednich latach. lekarze ubierali się' dla ochrony w naoliwione tkaniny. jakby bity przez całą noc stracił wszelką zdolność reakcji. Zapytała księdza.

tego roku nikt nie chciał myśleć o zmarłych. Właśnie dlatego, że myślano o nich zbyt wiele. Rzecz nie polegała już na tym, by powrócić do nich z odrobiną żalu i wielką melancholią. Nie byli ta JUŻ ci opuszczeni, do których przychodziło się wytłumaczyć raz na rok. Byli intruzami, < których--chce się zapomnieć. Toteż święto zmarłych w tym roku w pewien sposób zręcznie ukryto. Według Cottarda, którego język, zdaniem Tarrou, stawał się coraz bardziej ironiczny, co dzień było święto zmarłych. Rzeczywiście, radosne ognie dżumy płonęły caraz żwawiej w piecu krematoryjnym. Co prawda, liczba zmarłych nie zwiększała się z dnia na dzień. Ale dżuma jak gdyby rozsiadła się wygodnie, wnosząc do swych codziennych morderstw precyzję i regularność dobrego urzędnika. W zasadzie, według opinii kom194 petentiaych osobistości, był to dobry znak. Wykres postępu dżumy, wpierw idący nieustannie w górę, zatrzymał się długo na jednej wysokości i wydawał się bardzo pocieszający na przykład doktorowi Ri-chard. "To dobry, doskonały wykres" - mówił. Uważał, że choroba osiągnęła swój wyrównany poziom, jak to określał Teraz mogła tylko się cofać. Zasługę za ten stan rzeczy przypisywał nowemu serum Caste-la, które w kilku wypadkach przyniosło rzeczywiście nieoczekiwane sukcesy. Stary Castel nie przeczył, ale uważał, że nie można nic przewidzieć, ponieważ historie epidemii znają nieprzewidziame odskoki. Prefektura, od dawna już pragnąc uspokojenia opinii publicznej, na co nie pozwalała dżuma, miała w projekcie zebranie lekarzy, którzy wypowiedzieliby się w tej sprawie, kiedy doktora Richard również zabrała dżuma, właśnie wówczas, gdy wyrównany poziom choroby został osiągnięty. Wobec tego przykładu, niewątpliwie wywierającego wrażenie, ale który w końcu nie dowodził niczego, prefektura wróciła do pesymizmu z tym większą niekonsekwencją, że wpierw pozwoliła sobie na optymizm. Castel natomiast ograniczał się do tego, że przygotowywał swoje serum najstaranniej, jak potrafił. W każdym razie nie było już gmachu użyteczności publicznej, którego nie zamieniono by na szpital czy lazaret, a jeśli uszanowano jeszcze prefekturę, to dlatego, że trzeba było miejsca na zebrania. Na ogół jednak 'biorąc i w związku ze względnym ustaleniem się dżumy w tym okresie, organizacja przewidziana przez Rieux nie uległa zmianom. Lekarze i ich pomocnicy, którzy pracowali w tak wyczerpujący sposób, nie musieli wyobrażać sobie, że trzeba będzie jeszcze większych wysiłków. Mieli tylko nadal wykonywać swą nadludzką pracę, regularnie, jeśli tak można powiedzieć. Dżuma płucna, której wypadki już zanotowano, szerzyła się teraz w całym mieście, jak gdyby wiatr rozniecał i podsycał pożary w płucach. Chorzy umierali znacznie szybciej, wśród krwawych i3* 195 wymiotów. Przy tej nowej formie epidemii żar wość mogła się zwiększyć. Prawdę mówiąc, zda specjalistów wciąż były sprzeczne w tym względzi Dla większego jednak bezpieczeństwa personel sań tamy oddychał przez maski z dezynfekowanej gaz W każdym razie, na pierwszy rzut oka, choroba p winna była się rozszerzyć. Ponieważ jednak zmniej' szyła się ilość zachorowań na dżumę dymieniczną równowaga nie została zachwiana. Można jednak było mieć inne powody do niepokoju w związku z trudnościami aprowizacyjnymi, rosną cymi w miarę czasu. Wtrącili się do tego spekulancii i sprzedawali po bajecznych cenach produkty pierw-| szej potrzeby, których brakło na rynku. Tak więc j biedne rodziny znajdowały się w bardzo trudnej sy-| tuacji, podczas gdy bogatym nie brakło niemal niczego. I dżuma, stosując w swych rządach skuteczną] bezstronność, zamiast umocnić równość naszych obywateli, dzięki normalnej grze egoizmów zaostrzała w sercach ludzkich poczucie niesprawiedliwości.

Pozostawała, oczywiście, nieskazitelna równość śmierci, ale tej nikt nie chciał. Biedni więc, którzy cierpieli głód, z jeszcze większą - nostalgią myśleli o miastach i wsiach sąsiednich, gdzie życie było swobodne, a chleb niedrogi. Ponieważ nie można było dostarczyć im dość żywności, uważali, niezbyt zresztą rozsądnie, że powinno im się pozwolić na wyjazd. Pewne hasło zyskało sobie popularność, wypisywano je na murach i wykrzykiwano niekiedy, gdy przejeżdżał prefekt: "Chleba albo powietrza". Ta ironiczna formuła stała się sygnałem do manifestacji, które stłumiono szybko, lecz których poważny charakter był oczywisty dla każdego. Dzienniki, rzecz prosta, były posłuszne zaleceniu optymizmu za wszelką cenę. Według nich sytuację charakteryzował "wzruszająco przykładny spokój i zimna krew", jakie okazywała ludność. Ale w zamkniętym mieście, gdzie nic nie mogło pozostać tajemnicą, nikt nie miał złudzeń co do "przykładnej 196 postawy" społeczności. I żeby mieć właściwe -wyobrażenie o spokoju i zimnej krwi, o których była mowa, wystarczyło -odwiedzić miejsca kwarantanny lub jeden z obozów odosobnienia, zorganizowanych przez administrację. Narrator, wezwany gdzie indziej, nie był tam. Dlatego trzeba tu przytoczyć opinię Tarrou. W swych notatkach Tarrou mówi o tym, jak wraz z Rambertem odwiedził obóz mieszczący się na stadionie miejskim. Stadion znajduje się niemal u bram miasta i z jednej strony graniczy z ulicą, gdzie przejeżdżają tramwaje, z drugiej z rozległymi terenami ciągnącymi się aż do skraju p?askowzgórza, na którym zbudowane jest miasto. Otaczają go wysokie mury z cementu, wystarczyło więc postawić straże przy czterech bramach wejściowych, by utrudnić ucieczkę. Jednocześnie mury broniły nieszczęśników odbywających kwarantannę przed ciekawością ludzi z zewnątrz. W zamian za to izolowani słyszeli przez cały dzień przejeżdżające tramwaje nie widząc ich i ze wzmożonego hałasu odgadywali godziny powrotu i wyjścia z biur. Wiedzieli więc, że życie, z którego byli wyłączeni, szło swoim trybem w odległości kilkunastu metrów od nich i że cementowe mary oddzielają dwa światy bardziej sobie obce, niż gdyby znajdowały się na różnych planetach. Było niedzielne popołudnie, kiedy Tarrou i Ram-bert wybrali się na stadion. Towarzyszył im Gonza--j[es, gracz w piłkę nożną, którego Rambert odnalazł i który zgodził się* objąć nadzór^stadibn^i luzując urzędników. Ramberfmiał go -przedstawić administratorowi obozu. Gdy się spotkali, Gonzales powiedział, że jest to właśnie godzina, kiedy przed dżumą ubierał się na mecz. Teraz, gdy stadiony zostały zarekwirowane, nie było to już możliwe i Gonzales czuł się i wyglądał jak człowiek, który nie ma nic do roboty. Był to jeden z powodów, dla których zgodził się na ten nadzór, pod warunkiem, że pracowaćf będzie tylko przy końcu każdego tygodnia. Niebo było na wpół pokryte chmurami i Gonzales, zadarłszy nos, 197 zauważył z żalem, że ta pogoda, ani deszczowa, ani upalna, Jest najbardziej odpowiednia dla dobrego meczu. Przywoływał, jak umiał, wspomnienia: zapach oliwy do masażu w szatniach, trybuny huczące od oklasków, koszulki w żywych kolorach na płowym boisku, w przerwach cytryny lub lemoniada, która kłuje wyschnięte gardło tysiącem odświeżających igiełek. Tarrou notuje zresztą, że przez całą drogę wyboistymi ulicami przedmieścia gracz nie przestawał kopać kamyków. Próbował wycelować prosto w otwór ścieku, a kiedy mu się to udało, mówił: "jedenzero". Gdy skończył papierosa, wypluwał niedopałek przed siebie i usiłował w locie podbić go nogą. Niedaleko od stadionu bawiące się dzieci rzuciły piłkę w ich stronę i Gonzales zadał sobie trud, by zwrócić im ją z precyzją.

Wreszcie weszli na stadion. Na trybunach pełno było ludzi. Ale teren stadionu pokrywały setki czerwonych namiotów, wewnątrz których widać było z daleka pościel i tłumoki. Trybuny zachowano, żeby internowani mogli się na nich schronić podczas deszczu i upału. Do namiotów wracali po zachodzie słońca. Pod trybunami znajdowały się jak dawniej prysznice i szatnie graczy, które zamieniono na biura i izby chorych. Większość internowanych była na trybunach. Inni wałęsali się po liniach bocznych boiska. Kilku siedziało w kucki przy wejściu do namiotów i wodziło wokół niepewnym spojrzeniem. Wśród tych, co siedzieli na trybunach, wielu było przygnębionych; zdawali się czekać. - Co robią przez cały dzień? - zapytał Tarrou Ramberta. - Nic. W istocie, niemal wszyscy mieli opuszczone ręce i bezczynne dłonie. To ogromne zgromadzenie ludzi było osobliwie milczące. - W pierwszych dniach panował tu straszny hałas - powiedział Rambert. - Ale w miarę jak dni mijały, milkli coraz bardziej. 198 / Jeśli wierzyć notatkom, Tarrou ich rozumiał; widział, jak z początku, stłoczeni w namiotach, słuchali brzęczenia much lub drapali się wykrzykując swą złość i lęk, jeśli znaleźli chętne ucho. Ale gdy obóz był już przeludniony, coraz mniej było chętnych uszu. Pozostawało więc tylko zamilknąć i nie dowierzać nikomu. Rzeczywiście, jakaś nieufność spadała z szarego, a jednak świetlistego nieba na czerwony (c)bóz. Tak, wszyscy mieli nieufne miny. Skoro ich oddzielono jednych od drugich, nie było to pozbawione racji; wyglądali więc tną ludzi, którzy szukają swoich 'racji i którzy się boją. Każdy z tych, na których Tarrou patrzył, miał puste spojrzenie, wszyscy zdawali się cierpieć na skutek oderwania od tego, co stanowiło ich życie. A ponieważ nie mogli wciąż myśleć o śmierci, nie myśleli o niczym. "Najgorsze jednak - pisał Tarrou - jest to, że są zapomniani i że o tym wiedzą. Ci, którzy ich znają, zapomnieli o nich, ponieważ myślą o czym innym, i to jest zrozumiałe. Jeśli zaś idzie o tych, którzy ich kochają, ci zapomnieli o nich także, ponieważ tracą siły starając się o ich powrót i układając projekty dotyczące ich wyjścia. Myśląc o tym wyjściu, nie myślą już o tych, którzy mają wyjść. To także jest normalne. Widać z tego •wreszcie, że nikt nie potrafi naprawdę myśleć o kim innym, nawet w najgorszym z nieszczęść. Myśleć bowiem rzeczywiście o kimś, to myśleć o nim minuta po minucie, nie zajmując się niczym, ani gospodarstwem, ani przelatującą muchą, ani posiłkami, ani swędzeniem skóry. Ale zawsze są muchy i swędzenie. Dlatego trudno jest żyć. A ci tutaj wiedzą o tym dobrze." Przyszedł administrator obozu i powiedział, że jakiś pan Othon chce ich widzieć. Zaprowadził Gon-zalesa do swego biura, potem zaś udał się z Tarrou i Rambertem na róg trybun; pan Othon, który siedział tam na osobności, wstał, żeby ich powitać. Wciąż był ubrany w ten sam sposób i nosił ten sam sztywny kołnierzyk. Tarrou zauważył tylko, że kępki włosów na skroniach były znacznie bardziej nastroseo189 ne, a jedno sznurowadło rozwiązane. Sędzia miał wygląd zmęczony i ani razu nie spojrzał w twarz swym rozmówcom. Powiedział, że rad jest ich widzieć, i poprosił, żeby podziękowali doktorowi Rieux za to, co uczynił. Tamci milczeli. - Mam nadzieję - rzekł sędzia po pewnym czasie - że Filip nie cierpiał bardzo.

nie. i zrozumiał. Nietoperze przeleciały nad namiotami i znikły nagle. żeby zwierzyć się doktorowi Rieux.Tarrou usłyszał wtedy po raz pierwszy. Lekki wiatr wiał bezgłośnie na ciemnych skrzyżo-. Wózek jechał dalej. Był już zmierzch. oczyścił z chmur niebo nad lśniącymi ulicami. Może jednak powiedzieć. powiadomiły nosowym głosem. nie cierpiał. dwa wózki elektryczne. że tak długo dzban wodę nosi. .Naukowa metoda . wrzask megafonów o zmierzchu. skąd świeciło słońce. i że prawdopodobnie (tu zatarł. pomiędzy dwiema chmurami. Zaraz potem megafony. . W spokoju wieczora ze wszystkich stron dobiegał brzęk łyżek i talerzy. 201 ręce) dojdzie do hecy. . że internowani powinni wrócić do swych namiotów.odparł tamten z satysfakcją. odór ludzi idący stamtąd. Ludzie powoli opuszczali trybuny i szli do namiotów powłócząc nogami.naukowa. Dwaj mężczyźni. ze skrupulatności i braku bezpośrednich informacji. po długim i wyczerpującym dniu. Kiedy wszyscy już się w nich znaleźli. dwie warząch-wie zanurzały się w dwóch kotłach. 'przejechały między namiotami wioząc wielkie kotły. że ludzie protestują. że wciąż ci sami mają. Tramwaj zgrzytnął na zwrotnicy z drugiej strony mu-. Jakie widuje się na dworcach. Przy następnym namiocie powtarzało się to samo. które w lepszych czasach służyły do oznajmiania wyniku meczów czy prezentacji drużyn. nie może dużo powiedzieć. naprawdę. który studiował tablicę kolejnych dyżurów. Natomiast pod wieczór powietrze znów się ocieplało. Rano bezsilne słońce rzucało na miasto iskrzące się i lodowate światło. Nieco później administrator odprowadzał Tarrou i Ramberta. Mnożyły się zajścia i konflikty z administracją.mruknął Tarrou wychodząc z bramy. Niebo połyskiwało łagodnie nad domami starej dzielnicy.mówił . sędzia nadal patrzył w stronę. ściskając im dłonie . który szedł z wieczorną wizytą do starego astmatyka. Przez cały czas. Oznajmił im. . po czym lądowały w dwóch menażkach. którą wybrał Tarrou.Przynajmniej odnalazłem szatnie . że coś się zmieniło. nie przestawał komentować wypadków.powiedział Tarrou do administratora. aż się ucho nie urwie. Gracz śmiał się ściskając im ręce. kiedy jakieś donośne trzaski rozległy się na trybunach. czego dusza zapragnie.Nie . Słońce zniżało się na horyzoncie i jego promienie. wantach. by można było im rozdać posiłek wieczorny. Ale jak pomóc sędziemu? W mieście było też wiele innych obozów. Kiedy odeszli. tajemnica murów i obawa przed tymi potępionymi miejscami zaciążyły bardzo na poczuciu moralnym naszych współobywateli i pogłębiły jeszcze zamęt i niepokój.Biedny sędzia . padały prostopadle na trybuny złocąc ich twarze. Łagodne i chłodne światło zalewało obóz.Tak . jak wymawia imię swego syna. .tu nic się nie zmieniło. wpadli od razu w gadaninę starego. Tarrou towarzyszył Rieux. gdy doktor był przy nim. że istnienie tych obozów. Pewnego wieczora około dziesiątej.Trzeba by coś zrobić dla niego. Potop deszczów zmył jezdnie. 200 . o których narrator. Była to chwila. Ludzie wyciągali ręce. Poszli pożegnać się z Gonzalesem. niebo stało się czyste. którzy przyszli ze spokojnych ulic. Tymczasem z końcem listopada poranki stały się bardzo zimne. rów. .rzekł Tarrou .

porozumiewałem się łatwo.Czy pan nigdy nie próbował dowiedzieć się. Brzęk naczyń dochodził do nicłi z głębi ulicy. W domu trzasnęły drzwi.. Czy chce pan. jak okiem sięgnąć. Usiadł obok doktora i patrzył na niego uważnie. Wreszcie cisza spadła na obu mężczyzn całym ciężarem nieba i gwiazd. Taras był pusty. jak trzeba. .Dobrze tu . a jeśli miałem jakieś niepokoje. Moja matka była prosta i zawsze w cieniu. Nie należę do niespokojnych duchów.rzekł Rieux siadając. (Kiedy byłem młody. . ale wolę o tym nie mówić. kim jestem? .Usłyszeli kroki nad sobą. którzy tego nie wiedzą albo czują się dobrze w tej sytuacji..Tak . pojawiało się regularnie światełko. Kilka ulic dalej jakieś auto ślizgało się długo po wilgotnej jezdni. jak należało się po nim spodziewać. Trzy razy światełko pojawiło się na niebie.Tak . że z góry jest piękny widok. Tarrou stał do niego plecami i patrzył na morze.Czy czuje pan przyjaźń dla mnie? . mijały tak samo. Ojciec zajmował się mną. Mówił długo i oto mniej więcej jego słowa: -</J?w/^ "Żeby uprościć sprawę. kochał i sądzę nawet. W końcu odjechało. Miał swoje przygody.Ale aż dotąd brakło nam czasu.Tak . znajdowały się na nim trzy krzesła. 202 . Tam jest dobre powietrze. Spokój był zupełny.. widać było tylko płaskie dathy. którego źródła nie dostrzegali: to latarnia morska od wiosny sygnalizowała statkom. które u końca opierały się o ciemną i kamienną bryłę: rozpoznali pierwsze wzgórza. to znaczy nie miałem żadnych przekonań. spojrzenie zanurzało się w horyzoncie. . Ja nie chciałem nigdy. powiedzmy. Tarrou wstał i usiadł na parapecie.powiedział stary . Pewnego dnia zacząłem się zastanawiać. . że jestem jak wszyscy. i ludzie. jak przychodziły. co było skałami. nigdy nie przestałem jej kochać. jestem teraz tego pewien. Zachowywał się w tym wszystkim. nie urażając nikogo. po chwili pomieszane okrzyki dochodzące z daleka znów przerwały ciszę. Ciepły wiatr przynosił zapach korzeni i kamienia.dobrze tu. wiodło mi się z kobietami. rozpoczynałem. którzy wiedzą i nie' chcą jej. Krótko mówiąc. naprzeciw Rieux. Szło mi dobrze. Teraz.A zatem.. żyłem przekonany o własnej niewinności. że tarasy często stykają się ze sobą z jednej strony i kobiety w tej dzielnicy mogą się odwiedzać nie wychodząc z domu. że nie byłem biedny jak pan. siedzącego wciąż w głębi krzesła. nie był zbyt . Stara kobieta zauważyła zaciekawioną minę Tarrou i wyjaśniła. Nic ^ednak~iegó nie zdradzało.odparł doktor. Z jednej strony. . nad kilku ulicami i niewidocznym portem. Dowiedzieli się\zarazem. Z drugiej strony. Czyste gwiazdy świeciły na wymiecionym i wygładzonym przez wiatr niebie i dalekie światełko latarni morskiej raz po raz dorzucało do ich blasku przelotny popiół. że usiłował mnie rozumieć. Ale ^'ludzie.wejdźcie na górę. żeby ta godzina była godziną przyjaźni? Rieux uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. zanim poznałem to "miasto i tę epidemię. gdzie połączone niebo i morze pulsowały niewyraźnie. Nad tym.zapytał Tarrou bardzo naturalnym tonem. . to mnie pociesza. co jest 'pozycją. Mój ojciec był zastępcą prokuratora J^neralne-go. że cierpiałem na dżumę długb~'przedtem. Muszę panu powiedzieć. Dość powiedzieć. ale bynajmniej mnie to nie oburza.Dobrze. że to sąsiedzi są na tarasie.Jak gdyby "djauny nigdy nie było. by płynęły ku innym portom. z natury bowiem był poczciwy. . . Masywny kształt ciała Tarrou odcinał się na tle nieba.powiedział po chwili .

Mój ojciec się nie gubił. Bawiło mnie to ogromnie i często zadawałem mu pytania. że ta doskonałość w zakresie kolejnictwa jest tyle samo warta co każda inna. Trzymał się środka.iłu o" vy5'zną^sprawę~^~śą-dzie przysięgłych -4. Nie dlatego żeby podróżował. I zrozumiałem. którego dobrą wolę oceniał. Ocknąłem się naprawdę dopiero wtedy. stanowiłem bowiem dla niego audytorium. zrozumiał pan. Czy umiałby pan powiedzieć. Ale potrafił podać dokładnie godziny wyjazdu i przyjazdu pociągu ParyżBerlin. dodam. ani poczciwy. Sądzę również. ^iedy miałemJ^owróm siedemnaście lat. którą sam wybrał. mniejsza czego. Nie myślałem o niczym więcej. tak szczerze przerażony tym. Wyglądał jak sowa spłoszona zbyt żywym światłem. AV ja zdałem sobie z tego sprawę nagle.winowajcy. że liczył na tę ceremonię. że był to żywy człowiek. Te małe ćwiczenia bardzo nas złączyły. mogącą podziałać na młodą wyobraźnię. żebym zapomniał wówczas o moim ojcu. w jego ustach roiło się od ogromnych zdań. żeby się do wszystkiego przyznać. zdaję sobie sprawę. że był winien rzeczywiście. że się nie pomylił. niósł mnie ku niemu z rodzajem upartego zaślepienia. że byłem ciekaw zobaczyć go i usłyszeć w innej roli niż ta. by skierować mnie na drogę. ani serdeczny. niczym węże. które nie robiło mi żadnej różnicy. że życie idzie dalej. nie muszę podkreślać. Miał jednak pewną osobliwą cechę: wielki rozkład jazdy Chaixa był książką. że po kilku minutach nie mogłem oderwać od niego oczu. Myślę.myślał na pewno. że chcą zabić tego żywego człowieka. a także dlatego. Zgodziłem się. z którą się nie rozstawał. kiedy nie żyje. u prawej. jak fala. Co najwyżej dostarczył mi okazji. kombinacje połączeń między Lyonem i Warszawą. Miałem o tym wyobrażenie bardzo abstrakcyjne.. co zrobił i co jemu zrobią. Mimo to z owego dnia pozostał mi tylko jeden obraz .(r)ry-ginalny i dziś. dotychczas bowiem patrzyłem na niego używając wygodnej szufladki «0skarżony». czułem. ot i wszystko. To. żebym poszedł' go-^pQ^uchać^«-0łłQdz. że jeśli nie żył jak święty. Ale ten mały mężczyzna o rudym i skąpym zaroście. ale coś ściskało mi żołądek odbierając wszelkie zainteresowanie prócz zainteresowania dla oskarżonego. Ale ponoszą mnie wspomnienia i obawiam się. wydawało mi się zawsze tak samo naturalne i nieuniknione jak defilada na 14 lipca czy rozdanie nagród. dokładną ilość kilometrów pomiędzy dowolnie wybranymi stolicami. a uczucia te sprawiają. że w . co działo się w są204 dzie.. z zachwytem sprawdzając jego odpowiedzi w wielkim rozkładzie jazdy i stwierdzając. które wychodziły z nich bez przerwy. Krótko mówiąc. Nie mogę powiedzieć. Co do mnie zaś. ponieważ sprawiało to przyjemność memu ojcu. Węzeł jego krawata nie przylegał dokładnie do kołnierzyka. nie licząc wyjazdu na wakacje do Bretanii. nie był przecież złym czło203 wiekiem. że nie r&iał bezpośredniego wpływu na moją decyzję. Niemal co wieczór poświęcał czas na wzbogacenie swych wiadomości w tej dziedzinie i raczej był z nich dumny. Żeby z tym skończyć. dla tego rodzaju ludzi żywi się rozsądne uczucia. którą grał wśród nas. że ukaże się w najlepszym świetle. i jakiś straszny instynkt. uważałem. Ogryzał sobie paznokcie u jednej ręki. Był zmieniony w czerwonej todze. ojciec zaproponowaTmi. gdzie miał niewielką posiadłość. Nie słyszałem niemal nic. że zbyt wielkie znaczenie przydaję temu zacnemu człowiekowi. gdy mój ojciec rozpoczął mowę oskarżycielską. jak jedzie się z Briancon do Chamonix? Nawet naczelnik stacji by się w tym zgubił. wydawał się tak zdecydowany. lat około trzydziestu.

Powiedzmy od razu. że trzeba tych kilka trupów. Ale miałem chore serce. tuczyłem. by żyć własnym życiem (tak sobie tłumaczył mój gest. ponieważ miał wstać wcześniej. wiele miesięcy. ponieważ matka aż do. jak to się powiada. opiera się na karze śmierci i że walcząc przeciw niemu. kiedy wrócił. nie czułem do niego niechęci. egzekucjami. To pomogło mi jej wybaczyć. Kiedy umarł. że nic nie wyjaśniając powiedziałem mu spokojnie. którego doznało dziecko. że~ społeczeństwo. Nazajutrz. Ja zaś śledziłem potem sprawę aż do jej zakończenia i czułem się z tym nieszczęsnym związany mocniej i bardziej blisko niż kiedykolwiek z moim ojcem. Nie spałem przez całą noc. / Wiedziałem oczywiście. Ojciec 205 ^natomiast. Sądzę. tylko tyle. Co prawda powiedział tylko: «Ta głowa powinna spaść. których kochałem i których nie przestałem kochać. właśnie wtedy. Tak. że opuściłem dom natychmiast. kiedy zobaczyłem egzek-ucję (było to na Węgrzech) i ten sam zawrót głowy. zostałem. wyrokami śmierci. Czeka pan zapewne. Zgodził się w końcu. Po pewnym czasie zacząłem przychodzić regularnie do matki i spotykałem go wówczas. wygłosił mowę o głupocie pragnienia. iż zabiję się. Teraz pójdzie już szybciej. a zresztą. Sądziłem. Toteż zajmowałem się polityką. z natury bowiem był łagodny. Chciałem uregulować rachunek z rudą sową. Mając osiemnaście lat poznałem biedę wyrósłszy w dobrobycie. że ojciec kazał mnie szukać. Byłem z nimi długo i nie ma w Europie kraju. nauczyłem się tysiąca zawodów. . jak mawiałem wówczas. Było to w pewien sposób prawdziwe. niemal rok. a ja bynajmniej nie odwodziłem go od tej myśli). Nie. zgodnie ze zwyczajem. gdyby i ona z kolei nie umarła. • że nie mam jej nic do wybaczenia. Mniejsza o to. Złączyłem się więc z innymi. ale wówczas widziałem ją lepiej i rozumiałem. ponieważ był w istocie początkiem wszystkiego. żebym panu powiedział. musiał być obecna przydym. kiedy wstawał wcześ-.» Ale w końcu różnica jest niewielka. Tyle tylko. Wierzyłem w to. Począwszy od tej chwili patrzyłem na rozkład jazdy Chaixa z okropnym obrzydzeniem. że te stosunki mu wystarczyły. I wyszło na jedno. aby powstał świat. Ale myślałem o sowie i dlatego mogło to trwać aż do dnia. że nie ma już nic między nimi i że jej życie jest wyrzeczeniem. Później dowiedziałem się. jeśli mnie zmusi do powrotu. gdzie nie zabija się nikogo. w gruncie rzeczy. stwierdziłem z zawrotem głowy.imieniu społeczeństwa żąda śmierci tego człowieka. mnie już nie było. w którym żyję. zabrałem matkę do siebie i byłaby ze mną wciąż jeszcze. Nie odważyłem się o tym mówić matce. Nie chciałem być zadżumionym. że my także skazujemy l w pewnych okolicznościach. że przyszedłem do niego. skoro otrzymał tę głowę. swego małżeństwa była biedna i bieda nauczyła j<^ rezygnacji. co uprzejmie nazywa się ostatnimi chwila mi i co należy nazwać najnikczemmeJSzym z morderstw-. dał mi tysiące zaleceń i powstrzymał szczere łzy napływające mu do •oczu. może nie potrafię uznawać prawd tego rodzaju. zaćmił wzrok dorosłego mężczyzny. Ale mówiono mi. Rzecz jednak pewna. miałem tylko trochę smutku w sercu. żeby ścięto mu głowę. Pewnego wieczora ojciec poprosił o budzik. 206 Długo zatrzymałem się na tym początku. Żeby zarobić na życie. w którego walkach nie uczest-. zwalczam morderstwo. Jze^mol-^cięc^wiele razy _był obecny przy morderstwach. Co do mnie. " Jpie. że się wahałem. w tych wypadkach nastawiał budzik na wcześniejszą godzinę. Ale interesowały mnie wyroki śmierci. żąda nawet. że on jej sam nie ściął. inni mówili mi to samo i w końcu było to w znacznej mierze prawdą. Począwszy od tej chwili ze wstrętem interesowałem się sądami. Nie najgorzej mi się powiodło.

a on będzie patrzył otwartymi oczami. na ogół trzeba zaproszenia. że nie możemy na tym świecie uczynić gestu"me~ ryzykując. że pluton egzekucyjny staje w odległości półtora metra od skazańca? Czy wie pan. Tak. Nie należy mącić snu zacnym ludziom. / Zrozumiałem wówczas. że gdyby skazaniec postąpił dwa kroki naprzód.wol. ci. że nawet tę śmierć powodowałem uważając za słuszne czyny i zasady. które ją nieuchronnie sprowadzały. ze_Jiawet_ci. Do tego trzeba by złego smaku. że jeśli ustąpię jeden raz. kiedy robiono wszystko. W każdym razie moją sprawą nie było rozumowanie. nie zgodzę się nigdy ani na jedną rację. jak wiadomo. Szukam go dziś jeszcze._co_sąlepsi od innych. a mimo to byłem sam. czego nie mogłem przełknąć. Kiedy mówiłem o swoich skrupułach. To tylko może ulżyć ludziom i jeśli ich nie uratuje. co wchodzi w grę. mają w tych razach równie doskonałe racje i jeśli zgodzę się na siłę wyższą i konieczności. przynajmniej jeśli idzie o mnie. usprawiedliwiającą tę ohydną rzeźnię. nie będę mógł odrzucić racji wielkich. Ale mówiłem sobie wtedy. ta plugawa historia. żeby nie być zadżumionym. że z tak małej odległości rozstrzełiwujący koncentrują ogień na okolicy serca i wielkimi nabojami robią dziurę. I powiadałem sobie. ani na jedną. nadal" czuję" wstyd. to^znaczy myśleć o tym. W rezultacie zna pan to z rycin i książek. Byłem z nimi. żeby się potem zatrzymać. że potem zobaczę jaśniej. Odtąd nie zmieniłem się.L._choć_ZJda . że należy zastanowić się nad tym. a dobry smak. Zdaje się. oczywiście. Odpowiadałem jednak. w którą można by włożyć pięść? Nie. że wszyscy Ty Jemy w dżumie. ponieważ są to szczegóły. że pośrednio kładłem swój podpis pod śmiercią tysięcy ludzi. dziś należy ona do tych. polega na tym< żeby nie nalegać. Moja sprawa to była dziura w piersi. by umarł naprawdę po wielu nocach agonia 208 podczas których czekał. a nawet niekiedy trochę dobra. słyszy pan. że walczę właśnie z dżumą. lęka. Z czasem_J3postrzegłem. śmieTteln^J^. że umrze. publiczność jest wybrana zawczasu. i straciłem spokój. kiedy plugawe zadżumione usta ogłaszały człowiekowi w kajdanach. i to tylko może nam dać nadzieję spokoju lub. Przepaska. że znakomitym sposobem przyznania słuszności czerwonym togom jest pozostawienie im wyłącznego prawa do skazywania. pan tego nie wie. co wkładają czerwone togi. wynika to bowiem z logiki ich życia. odpowiadali mi. wiem już. zgodziłem się na to uparte zaślepienie w oczekiwaniu. Ja miałem pętlę na gardle. Zwracali mi uwagę. Wszystkich ogarnął szał mordowania i nie mogą postępować inaczej. to przynajmniej przyniesie im mniej zła. aż zamordują go. że na razie. o któ237 rych się nie mówi.byłęm^ mordercą. iż powodujemy śmierć. usiłując zrozumieć wszystkich i nie być śmiertelnym wrogiem nikogo. zawadziłby piersią o karabiny? Czy wie pan. Pewne jest jedynie. Innym to nie przeszkadzało albo przynajmniej nie mówili nigdy o tym dobrowolnie. bym mógł strawić to. że historia przyznała mi słuszność. Dowiedziałem się. ^ Od dawna _j[uż czuje wstyd. Moja sprawa to była ruda sowa.txd^j^i_ja»z^"kolęi. w braku spokoju. którzy zabijają najwięcej. że wielcy zadżumieni. jak rozstrzeliwują człowieka? Nie.nDlatego postanowiłem . nie ma powodu. Sen ludzi to rzecz bardziej święta niż życie dla zadżumionych. Jlie^ mogą dziśjprzestac zabijać lub nieJ3ozwa-•"Iać"na zabójstwa. A więc nie! Czy pan wie.Czy nie widział pan nigdy. że należy zrobić wszystko. nadzieję dobrej śmierci. choć działając-w-dobre}. Tak. Zły smak pozostał mi w ustach i nie przestałem nalegać. że przynajmniej ja nie przestałem być zadżumionym przez te wszystkie długie lata. na jakie powoływali się mali zadżumieni. i często przytaczali ważkie racje. choć wierzyłem z całej duszy. Ale ja nie spałem dobrze od tego czasu. słup i z daleka kilku żołnierzy.

"zdrowie. n łem się skromności. to człowiek możliwie najmnii targniony. nieskazitelność. Ale jeszcze bardzTej męczył nie chcieć nim być. że są ziemi zarazy i ofiary i że trzeba. T stworzą historię. •mimił Tuo.od 'izpnt pi^z. byn być rozsądnym zabójcą. Wiem sną pewno (tak. żeby była trzecia goria. znaj . którzy chcą z tym skończyć.oiArouosis ais •q»eui^Jq XzJd apJ^^s nM •3Bq^Ą znC 3T^[ '^M. Może to się panu nieco naiwne. nikt na świecie nie jgst^ od nie] woiny. które omal nie zawróciły mi w głowie i zawróciły w głowach innym w wystarcza j ącyn: niu.iq3n{SBTi T ^^SM noJJBJ. 14 .JOł^op ^edpo . Słyszałem tyle rc wań.>fepi si3paq ^qon{3 qoT t9aTqop T 'T^ZJS .Dżuma 209 niemal nikogo. ap . Uczciwy człowiek. . od którego nic ich nie uwolni . atum Tzpoqoqo 'TO' i3Ałs. żeby ni nigdy roztargnieniu! Tak. Usiłuję być niewinnym mordercą. A trzeba woli i napięcia. że nie mów nym językiem. Reszta. to bardzo" m być zadżumkmym. aż '^sAuod ranrui ma-^saC v C ap3 'oSau-res o§a^ Xuns5[nzs '3 -aTAO^zo o^q A^az 'O^A}. to skutek woli. co z bliska czy z daleka. Jeśli to mówią się sam zarazą. 'XJBIJO a -aq aż T ^zoyospB aiii ais ApSni (4 aż ^feudazs •xnaT-a ^azJ . to znaczy prawdziwi lekarze. dla dobrych czy złych powodów. Dlatego . jeśli chce pan tak to nazwać. powoduje śmierć lub usprawiedliwia zabójstwo. jest to wielka ambicja. Odtąd wiem. kim jestem. wiem wszystko o życiu. Stąd zmęczenie wszystkie nieważ wszyscy są trochę zadżumieni. -ASA. nikt bowiem. •Oczywiście. czy to jest n ale wiem.śmierci. czystość. skazałem się-na ostateczne wygnanie.iq CaTreAop^t 3{S^ZJ^. żefĘażdynosi w sobie dżumę.aAn: -Azoazi ^apfezaod uiaiM:oq ^saC T5[e'».odrzucić wszystko. Pośród ofiar przynajmniej szukać drogi do trzeciej kategc pnączy do spokoju. Brak mi pewnej cechy.AtrzeBa"~czuwać^ nad sobą nieusj^nn^^t^^^^Sa333^2QzS^^^ia nie tchnąć dżumy w twarjŁdrupega człpwieJŁa i żeby go nie zakazić. i^azsyC^sn 'a^Ano TBVŁ ^qopn J^BTAI ^po -OMJBZO o^\K'\ ye^soz <Aoq^ep qopisBtd nf^J^ -Bp T ao^OJ^A oisBg^zJd O^BTM§ 'TUłeTM ma -o§ A X. by umniejszyć spustoszenia. że jest prawdziwe. UEa'(. -nzo 'ircd TzpiM." Kończąc Tarrou kiwał nogą i lekko uderzać 210 cqaTU! z m^ofepi a^aiMS m^uz^i^Maiii A ar BU pszJCods T 'arn^. że trzeba z nią walczyć po stronie pana. Postanowiłem tedy mówić i i jasno. nie. że nic nie jestem wart dla tego i że począwszy od chwili. który nie zaraża.zmęczenia.ia^qóq op eTUBqopodn vmva aiu aż 'azp -BTAS aż ziu im^iiozap^MZ aż AuJ^pips Caizp. Mikrob jest czymś naturalnym. Wiem również. przynajmniej się z nią nie zg. bijać. o ile to m< nie zgodzić się na udział w zarazie. Dlatego też ta epidemia niczego mnie nie uczy prócz tego. Widzi pan. nie wiem. aby wejść na dobrą drogę.rez noJJ^J. jak pan widzi). kiedy nie zgodziłem .yl postanowiłem stawać po stronie ofiar w każde zji. Rieux.ci nieliczni. ale wiado nie spotyka się ich wielu i że to jest trudne. Powiadam tylko. która nie powinna nigdy ustawać. że zrozuir całe nieszczęście ludzi płynie stąd. trzeba jeszcze. A_zatem mó^ są zarazy i ofiary^J mcJwięcej. by zgodzili się na morderstwo. Nie jest to "więc prz< Ale teraz zgadzam się być tym. i to woli. że pozornie nie sądzić tych innych.

że Tar-rou skoczył. że tego ^-ieczora morze jest ciepłe. które za212 bierają ziemi żar nagromadzony przez długie miesiące. Rieux uśmiechnął się. .qaJ3ruo2[ oupaC 031^ sizp u. usłyszał coraz wyrazniej-szy odgłos uderzanej wody. nie zapominające o niczym. który czuł pod palcami wysmaganą powierzchnię skał. 'B^SBI TBU ais A^idn^s 'fe^TA^a pazJd auezsalmod 'o^app ĄEnuz. Pokazali swoje papiery strażnikowi. twarzą do odwróconego nieba. odgadł na spokojnej i poważnej twarzy przyjaciela to samo szczęście.Czy wie pan . w ciszy i samotności nocy. . Rieux odwrócił się na plecy i leżał nieruchomo. Nawet dla przyszłego świętego jest to godziwa przyjemność. Oczywiście.Z naszymi przepustkami możemy iść na molo. który badał je dość długo.>A>fe?Bz. Wśród zapachów wina i ryb przeszli przez podtorze pokryte beczkami i skierowali się na molo. wkrótce usłyszał jego oddech.reuz •aiui§ •B§og A XzJaTM QIU tced ^ •aCnsa. zapach jodu i wodorostów oznajmił im aaorze. o:tau'q. Rieux odwrócił się i popłynął w tym samym rytmie obok przyjaciela. cóż z tego. że ma wilgotną skórę. zwiane i gładkie jak zwierzę.[qez AosuBinquu° i5[uoMz •ai^Bdrn^s •ro^oc ^q 'aSoJp oBJcqo BqazJ^ fe3{BC 'a^os »ze. uiXq^ -0'^SOJd Z nOJ.lBJ. Potem usłyszeli je. kiedy wypłynął.Tak . .OfelA\OUI 05[' •a{B5[s o q.ia'}.powiedział Rieux . wydała mu się ciepła. pełnego gwiazd i księżyca. Pływał miarowo. Po kilku ruchach wiedział. ^BTZpBTAS. nawet o morderstwie. Wiatr podniósł się znowu i Rieux poczuł. Potem ze szczególną jasnością.odparł Rieux. Morze gwizdało lekko u stóp wielkich bloków mola i kiedy się wspinali./ Ara '{TB^d^z i ^łSM Jo^^op ^zsp T{iMqo o "^ ujrzał smutną i poważną twarz. Ten spokojny oddech morza kładł oleiste refleksy na powierzchni wody i ścierał je na przemian. człowiek powinien bić się w obronie ofiar. -ap :BZJogzM o§ałsruaiu»s"i[ nznqod A\.iqo. Woda. Mleczne niebo rzucało wszędzie blade cienie. Uderzenia stóp pozostawiały z tyłu kipiącą pianę. Rozebrali się. Zanim jeszcze tam przyszli. 02[^ *uiĄ9iMS ais 013'^s S[BC 'oaizpaTM.Od -. wydało im się gęste jak aksamit.ioui TUJB^BI BioamgnJui TAp i^zoi{od xi B(IOOJA uie^0(i 'ttZJ^sAyi Aqitt soo i{azsĄsn . To zbyt głupie w końcu żyć tylko dżumą. Wzeszedł księżyc. chłodna z początku. Woda wzdymała się i opadała powoli. Zwrócony do Tarrou. Przed nimi noc była bezkresna. Rieux. Tarrou zbliżał się. że się bije? . Ale jeśli przestanie kochać.Co pan zechce . Rieux dał nurka pierwszy. Tarrou się otrząsnął.chodźmy.powiedział .iapn -[e J qoappo Xq3 -AM Tei9'\ o{^q OBqoĄs -nos qo^dez ^OTU^ po ^afept MaiM. woda uciekała wzdłuż rąk. ciepłem mórz jesiennych. był pełen dziwnego szczęścia.Wykąpać się w morzu.co powinniśmy zrobić dla przyjaźni? . W chwilę potem auto zatrzymało się u krat portu.-op plisp! 'aTuol^s AA. Ciężki plusk oznajmił mu. Za nimi piętrzyło się miasto i dochodziło ciepłe i chore tchnienie popychające ich ku morzu. Tarrou szedł naprzód z większą siłą niż on i Rieux musiał przyspieszyć tempa^ Przez . by przywrzeć do nóg.s oXq Btrzoui Xzo : ^-ez ai. am^azooTipaC T aps BU ^JqA -Cai3(s. Usiedli na skałach zwróconych ku pełnemu morzu.»nq O^BTAS ai'sppiA •BSog zaq miĄaTA\.

Rieux patrzył na niego. że czas j kwarantanny minął. rzecz prosta . panie sędzio? Sprawy na pana czekają.skoro pan sobie życzy. czułbym się bliżej mego chłopca.^JoaIa§tiJ^żumy. Zamiast. dżuma jednak szła przez pierwsze surowe dni zimy i trwała nadal. Otworzono jeszcze jeden szpital i Rieux bywał sam na 213 sam tylko z chorymi. Jeśli idzie o doktora. Ale stały się bardziej mgliste. nie miała jutra. Tarrou nadal wnosił wszędzie swój pożyteczny spokój. głupio to mówić. . Ale serca mieli jednakie i wspomnienie tej nocy^ było im . . Przez grudzień płonęła w piersiach naszych współobywateli.* leźć daty jego przybycia i że na pewno zatrzymują go w obozie internowanych przez pomyłkę. że administracja nie może zna. nie przestawała wreszcie iść naprzód swym cierpliwym i urywanym krokiem. chorzy jakby w pewien sposób pomagali lekarzowi. że chłodne dni powstrzymają ten pochód. . sędziego śledczego. a dżuma nie zapominała o nikim zbyt długo. ważąc słowa. i w kilka dni potem pan Othon się zjawił. złożyła protest w prefekturze. Milcząc popłynęli szybciej. że coś się zmieniło. czuł się jednak mniej sam w takich razach. że wszyscy mogą się mylić. Ale wychudzony pan Othon podniósł wilgotną dłoń i powiedział. Kiedy ujrzeli "z daleka' straż dżumy. Choć zmęczenie doktora było nie mniej-1 sze.Rozumie pan. i sami żądali tego. Ale w miarę czekania przestaje się już czekać i całe nasze miasto żyło bez przyszłości. żeby się tym zajął. Doktor pomyślał tylko. zęby w tych 214 twardych i płaskich oczach nagłs zamieszkała słodycz. która została mu dana. Rfeux" wiedział.! poddawać się wyczerpaniu czy szaleństwom. Rieux" zatrzymał się pierw-" """szy i wracali powoli. Istotnie doktor zajął się tą sprawą i życie w zadżu-mionym mieście aż do Bożego Narodzenia szło dalej swym trybem.odparł sędzia. kiedy dostali się w lodowaty prąd. który znajdował się je-1 szcze w obozie.Ależ pan stamtąd wraca! . Zauważył jednak.Nie o to chodzi. kiedy dżuma coraz częściej przybierała formę dżumy płucnej. Rieux się zdumiał: . prócz owej chwili. Trzeba było jeszcze czekać. rozświetlała piec. Prosili nieustaa-mie o picie i wszyscy pra-| gnęli ciepła. Tak. w liście była mowa o tym.Zajmę się tym. która niedawno zakończyła kwarantannę. przelotna chwila spokoju i przyjaźni. Niemożliwe. j Pod koniec grudnia Rieux otrzymał list od pana| Othona. Rambert zwierzył się . Rieux polecił Rambertowi. iż Tarrou mówi sobie tak jak i on. co dla nich korzyst-j ne. powinien pan odpocząć.powiedział Rieux . .Chciałbym wziąć urlop. że w tym sta-i dium epidemii. co mogło im być najbardziej j pomocne.Rzeczywiście.Nie . przynaglani tą niespodzianką morza Ubrali się i poszli nie powiedziawszy słowa. że to dobrze i że trzeba teraz zacząć na nowo. gdzie ją źle przyjęto i gdzie jej powiedziano. że w administracji obozu pracują ochotnicy. zaludniała obozy cieniami o pustych rękach. . straciły metaliczną czystość. . miałbym zajęcie.Pan mnie źle zrozumiał. nabrana właściwego wyobrażenia o tym. . Żona sędziego. że choroba zapomniała o nich. Sędzia obracał okrągłymi oczami i próbował przygładzić kępkę włosów. jak na początku. trzeba było zacząć na nowo.Co pan będzie robił. że pomyłki nigdy się nie zdarzają. Powiedziano mi. A poza tym. daleko od świata^.słodkie^. chcę wrócić do obozu.kilka minut płynęli JiędnajgOJ z tą samą moca^ samotni.wolr na"re^CTe. Władze liczyły. W istocie zaszła pomyłka i Rieux oburzał się trochę.

że jest zadowolona. niezdolny powiedzieć słowa. Po twarzy starego urzędnika łzy płynęły bez przerwy. Zaniepokojony Rieux udał się do niego wczesnym rankiem. starego jak trud. by mu powiedzieć. ze zmienioną twarzą. oparł plecarai o witrynę i patrzył.-€Q-^ myślał w Jęl_ chwili płaczący^stary^człowiek. bogatych i biednych. którym nie umiał się już posługiwać. Grand --powiedział. wzbogacał się na drobnych spekulacjach. i doktor myślał tak samo 3-ak on. ale odpowiedzi wciąż nie było. Ale nikt nie ośmielał się oznajmić im przybycia dawnego Boga niosącego dary. W zimne popołudnie Rieux.. Co do Granda.. jak Rieux ku niemu idzie. gniew ogarniający człowieka na widok bólu. pozostało j'dz tylko miejsce na samotne i wstydliwe przyjemności uprzywilejowanych. błąkającego się po ulicach. I on pamiętał o zaręczynach biedaka przed sklepem przybranym na Boże Narodzenie i Jeanne pochyloną ku Grandowi. tym rQT<ii--by1o^ącze]_swiętgin_ ' ^Ł^^iSi^^ssIiL^u^^ czekolada albo puste pudełka na wystawach. List został wysłany.doktorowi. nieświadome jeszcze. który jest udziałem wszystkich ludzi. co im grozi. Doktor i Tarrou pojechali szukać go autem. tę właśnie. rozumiał je bowiem i czuł je również w głębi gardła.Ach. Był to język. i żeby mogła być szczęśliwa bez wyrzutów sumienia. Rieux^ skinął głową na znak zrozumienia.. która "nie pozwala ludziom poddać się śmierci i nie jest niczym innym. lecz nowego jak młoda nadzieja. trąm^ waje zapełnione posępnymi postaciami. Poprzedniego dnia Grand nie przyszedł na umówioną godzinę. Ta rozpacz była jego rozpaczą i ogromny gniew szarpał mu w tej chwili serce. JBieux wiedział. Beze Narodzeme^ _w .. które ongi łączyło wszystkich. za którą pełno było zabawek niekształtnie rzeźbionych w drzewie. .. I te łzy wstrząsnęły doktorem. którzy opłacali je złotem w tylnych pokoikach brudnych sklepów. świeży głos Jeanne powracał ku Grandowi. Ale Grand zobaczył go w s^fcie. ale z największą trudnością. Potem zniknął mu z oczu. że widział Granda z daleka. Tamten 216 mówił dalej pozwalając się wlec i bełkocząc urywki zdań. że. że dzięki dwóm młodym strażnikom udało mu się potajemnie nawiązać korespondencję z żoną. okres świąt nie miał mu wyjść na dobre. W tym święcie. o serce _olśaiQneJCzułosMi^3. Jxłwagą błaga o twarz jakiejśJstotyJ. jak upieraniem się przy życiu.amaiLbez miłości_jgsJL martwym światem i^ że zawsze^ ^przychodzi godzina. Zaproponował Rieux. Napisał po raz pierwszy od długich miesięcy.Tak. W sercach wszystkich było tylko miejsce na bardzo starą i bardzo posępną nadzieję. . . Kościoły wypełniały raczej skargi niż dziękczynienia. ale nie zastał go w domu. Z głębi odległych lat. Cotlardowi wiodło s: b dobrze. Rieux pociągnął Granda niemal gwałtem. patrzył z daleka na Granda przyklejonego niemal do szyby wystawowej.jęknął. żeby skorzystał ze znanego mu sposobu. | Zaalarmowano wszystkich. wysiadłszy z auta. kiedy zmęczony więzieniami. . Około jedenastej Rambert l przyszedł do szpitala i powiedział doktorowi. ^pracą^J. Żeby wiedziała. i doktor się zgodził. nic nięJprz. to pewne. Od czasu do czasu otrzymywał od niej listy. doktorze! Ach.Chciałbym mieć czas na napisanie do niej listu. z samego serca tego szaleństwa. Nie przestając płakać odwrócił się. Przez ponure i mroźne miasto przebiegały z rzadka dzieci. doktorze! .y-porrpEaio dawnych Gwiazdek.

Trzeba iść do domu. Przechodnie stanęli i patrzyli z daleka nie mając odwagi podejść bliżej. nagle krzyknął . że wróci. który zostawił w szufladzie. odsunął ręce od ciała i zaczął się kiwać w tył i do przodu. Był to niewielki rękopis składający się z pięćdziesięciu stronic.powiedział Grand I Rieux przeczytał. Jego pierś unosiła się z trudem. potem stanął. Rieux zastanawiał się.. .Czy dobrze? . Po co go przewozić? Sam z Tarrou będzie go pielęgnować. Mrugnął okiem z wysiłkiem. przerobione. amazonka i aleje Lasku w coraz to innym układzie.To trwa zbyt długo. Rieux musiał wziąć starego człowieka na ręce. oraz warianty. Szczególny uśmiech ukazał się na twarzy chorego. że zostanie z nim. "Jeśli wyjdę z tego. Pokój rozjaśnił się nagle i ogrzało go na chwilę ciepło. Rieux wziął go za rękę." Nad tym.mówił Grand.rzekł Grand podniecony. Patrzył niezmiennie na wątły ogień. że Rieux wrzucił kartki do wygasłego już niemal ognia. który Tarrou rozpaEł na kominku znalazłszy kawałki starej skrzynki. przebiegł kilka kroków. to nie jest właściwe słowo. żeby przynieśli mu rękopis. Rękopis zawierał również wyjaśnienia.. Tarrou zaproponował. żeby przeczytał. które Grand przycisnął do siebie 217 nie patrząc na nie. Płonęła. że Grand nie przetrzyma nocy. . to silniejsze od niego. Rieux nie podniósł na niego oczu.Niech pan przeczyta . "Moja droga Jeanne. Rieux ujął jego rękę leżącą na kołdrze.Niech pan to spali! Doktor zawahał się. Kiedy doktor wrócił do chorego. czasem niepomiernie długie. Doktor się zgodził. . Tarrou patrzył przez okno.zapytał stary gorączkowo. tamten leżał odwrócony plecami i jego twarz dotykała niemal ściany. Teraz Grand dusił się w łóżku: płuca były zajęte. Rieux wstrzyknął serum i powiedział przyjacielowi.. Ale u końca ostatniej stronicy staranna ręka napisała świeżym je-i szcze atramentem. . Grand leżał w zagłębieniu poduszki. Piękny. kapelusze z głów.Niech pan da spokój. Zawsze jednak musiałem czynić ogromne wysiłki. ale Grand powtórzył rozkaz z tak straszliwym akcentem i z takim cierpieniem w głosie. wiem. W kilka godzin później Rieux i Tarrou zastali chorego na wpół siedzącego na łóżku i Rieux z przerażeniem ujrzał na jego twarzy postępy spalającej go choroby.W^em. doktorze! Wyglądam spokojnie. skórę miał zzieleniałą. że wszystkie te kartki zawierają to samo zdanie. a wraz z nim coś niby czułość. . Wciąż obok siebie maj. Ale teraz tego już za wiele. potem wręczył je doktorowi. panowie!" Ale zaraz potem popadł w zupełną prostrację.. jechała wśród kwiatów alejami Lasku. I z głębi jego rozpalonych płuc dobywał się dziwaczny szmer towarzyszący wszystkim jego słowom. Ach. "Niedobrze" . Rieux zalecił mu milczeć i powiedział. . Urzędnik nie miał rodziny. Ale Grand wyrwał mu się. "W piękny poranek majowy smukła amazonka.. prosząc gestem.Ach! . Doktor przerzucił je i zrozumiał. Zatrzymał się drżąc na całym ciele. z twarzą ubrudzoną łzami. troskliwie wykaligrafowana widniała ostatnia wersja zdania. żeby być choćby normalnym. Tarrou podał mu kartki. że bardziej jest przytomny i głosem dziwnie pustym poprosił ich. które nie przestawały płynąć. Ale zdawało się.. nieskończoną ilość razy przepisane.. Człowiek ma ochotę ulec." . z obłąkanymi oczami. wzbogacone lub zubożone. jakby nie uczestniczył w tej scenie. dziś jest Boże Narodzenie. doktorze. Nie będę miał czasu. siedząc na wspaniałej kasztance. Obrócił się wkoło i upadł na zimny chodnik.. oko zgaszone.. piękny.

o sposobie. . . . Z końcem tygodnia stary astmatyk przyjął doktora ze wszelkimi oznakami wielkiego wzburzenia. Nowe ofiary dżumy niewiele ważyły przy tym ogromnym fakcie: statystyki spadły. szczury! Od kwietnia nie znaleziono ani jednego szczura. jak biegną! Prawdziwa przyjemność. było to. doktorze . Dziewczyna. Rzeczywiście dżuma nie ustała nazajutrz. że nie odnajdą od razu wygód minionego życia i że łatwiej jest zburzyć niż zbudować. zobaczy pan. Pamiętam wszystko. Wieczorem moż»a było uważać. że Grand umrze. Wszyscy myśleli zgodnie. budząc w nich coraz większe pragnienie wyzwolenia.Kto? . Minione miesiące.No. ale wyglądało na to. które (doświadczenie nauczyło go uważać za zły znak.nie miałem racji. że słabnie szybciej. kt( re przypadały na początek każdego tygodnia. że mimo wszystko wyzwolenie nie nastąpi nazajutrz. Na strychac znowu słychać było dźwięki zapomniane od miesięc Rieux czekał na ogłoszenie statystyk ogólnych. Dziewczyna majaczyła i miała wszelkie objawy dżumy płucnej. Przez pierwsze dni stycznia zimno trzymało się z . W ciągu tygodnia doktor miał jeszcze cztery podobne wypadki. Jednym ze znaków. Rieux nie rozumiał nic z tego zmartwychwstania. które przyszły do mie219 szkania przez drzwi od ulicy. rozmawiał z Tarrou. Jednakże w tym samym mnie] więcej okresie przy-wieziwio do Rieux chorą. Ale nazajutrz rano gorączka spadła. niż na zdrowy rozsądek można się było spodziewać. że rozpoznaje znów. Ale nazajutrz zastał Granda siedzącego na łóżku. Uważali tylko. . choć osłabiona.wychodzą znowu.Poczekajmy . Doktorowi zdawało się.Czy to zacznie się na nowo? . jak w wypadku Granda. Rieux powiedział do Tarrou. polepszenie poranne.mówił . że Grand jest uratowany. Wszystko inne schodziło na drugi plan. Stary zacierał ręce. Jednakże ten nowy fakt był na ustach wszystkich i w głębi serc drżała nie wyznana wielka nadzieja. choć przybierając obojętne miny. Jednakże w południe gorączka się nie podniosła. Pozostały tylko eznaki wyczerpania ogólnego. iż nasi współobywatele mówili odtąd chętnie. że ery zdrowia.Proszę . że wbrew wszystkim regułom jest uratowana.powiedział Tarrou do Rieux. . oczekiwano jednak skrycie. oddychała bez trudu. nasi współobywatele nie śpieszyli się z radością. w jaki zreorganizują swoje życie po dżumie. Sąsiedzi donieśli mi że u nich także pojawiły się szczury.Ach. Ale spod tych nieszkodliwych uwag przebijała zarazem nadzieja tak bezsensowna.rzekł Rieux do Tarrou. v Chociaż to nagłe cofnięcie się choroby było niespodziane. że aprowizacja może polepszyć się nieco i że w ten sposób pozbędą się najpilniejszej z trosk. uznał jej stan za beznadziejny i kazał ją odizolować.powiedział urzędnik . Ale w południe nic się nie zmieniło. zaledwie przybyła do szpitala.Trzeba widzieć. Sts tystyki oznajmiały cofanie się choroby. że nasi współobywatela zdawali sobie niekiedy z tego sprawę i zapewniali wówczas z pośpiechem.218 Przez całą noc prześladowała go myśl. a na (drugi dzień rano znikła. Gorączka znikła. Widział dwa żywe szczury. . której nie spodziewano się otwarcie. nauczyły ich ostrożności i przyzwyczaiły coraz mniej liczyć na szybki koniec epidemii. Ale zacznę na nowo. Wieczorem podskoczyła tylko o kilka dziesiątych.

że dżuma ulega rozkładowi ze zdenerwowania i zmęczenia. by stwierdzić. tów nie wywołało żadnego zdumienia. że choroba odchodzi tak samo. W krótkim okresie czasu straciła niemal wszystkie siły. jak przyszła. nie znane dotychczas.niespotykanym uporem i jakby krystalizowało się nad miastem. bezskuteczna wczoraj. można było zauważyć. Serum Castela przyniosło nieoczekiwane sukcesy. tyle tylko że przeważały teraz płaszcze i szale. każdy mógł stwierdzić. Można powiedzieć zresztą. Była to na razie ulga negatywna. jak przez dwa lub trzy dni nasila się w pewnych dzielnicach. Niemniej trzeba powiedzieć. jak się jej wymyka pewny łup. Ale ta nieznaczna różnica wyrażała w istocie ogromne postępy naszych współobywateli na drodze nadziei. że w tym oczyszczonym powietrzu dżuma w ciągu trzech tygodni wyczerpała się stopniowo. że nie miał on szczęścia. że nic nie zmieniło się 222 w mieście. a w środę pozwala ujść niemal wszystkim. Jego nieruchomy i mroźny blask zatapiał nasze miasto od rana do wieczora w nieustannym świetle. zabijała ich "w pełni nadziei. że z kolei dżuma jest osaczona i jej niespodziana słabość staje się siłą stępionej broni. utwierdzały w końcu w umysłach przekonanie. że choroba wyczerpuje się sama z siebie. Tylko od czasu do czasu choroba nabierała hartu i w ślepym jakby skoku porywała kilku chorych. Zdawało się. że wraz z panowaniem nad sobą traci matematyczną i wszechwładną skuteczność. jaką z nią dotąd walczono. na przykład Grand czy dziewczyna ze szpitala Rieux. stawał się nagle niezawodny. która była jej siłą. i Tarrou powiedział. że począwszy od chwili. przy czym nie sposób było dociec. Należało jedynie stwierdzić. Tak właśnie wyglądał wypadek sędziego Othona. W nieprzezroczystej zasłonie. Przechodzili na przemian od podniecenia do depresji. które przedtem nie dawały żadnego rezultatu. i słuchając co poniedziałek wiadomości przez radio. Widząc. jak traci oddech i śpieszy się. którego musiano zabrać z obozu kwarantanny. oznajmienie w połowie stycznia tych fak^. skończyło się rzeczywiste panowanie dżumy. których wyzdrowienia się spodziewano. że odniesiono zwycięstwo i że choroba oddaje swe pozycje. dziś na pozór szczęśliwa. gdy z innych znika zupełnie. Kina i kawiarnie robiły te same interesy. zagarniał wieczorem ten sam tłum. że twarze rozprężyły się i czasem pojawiał się na nich uśmiech. Zdawało się tylko. Była to okazja. Jej rola w pewien sposób się skończyła. Byli to pechowcy dżumy. wystawiając coraz 221 umiej liczne szeregi trupów. przybił statek albo że znów wolno będzie jeździć samochodami. że dotychczas nikt nie uśmiechał się na ulicy. osiągnąwszy wszystkie swoje cele. Niemniej zaraza cofała się na całej linii i komunikaty prefektury. że dziura się powiększa i że wreszcie wolno będzie odetchnąć. a nawet . czy chodzi o zwycięstwo. gdy statystyki były najbardziej pomyślne. powstała dziura. której nie wyrażano otwarcie. Zdawało się. czy o życiu sędziego. które zrazu wzbudziły nieśmiałą i utajoną nadzieję. wciąż ciche w ciągu dnia. które gromadziła przez miesiące. że odjechał pociąg. Ale jeśli dawniej przyjęto by z pewnym niedowierzaniem wiadomość. Ale patrząc bardziej z bliska. jak mnoży ofiary w poniedziałek. Tak więc zanotowano nowe próby ucieczki właśnie w chwili. A jednak nigdy niebo nie było tak błękitne. czy myślał o śmierci. Było to nie-* wątpliwie mało. gdy najlżejsza nadzieja stała się dla ludności osiągalna-. a może też cofa aię. Jednakże przez cały styczeń nasi współobywatele reagowali w sposób sprzeczny. Ulice. Bardzo to zaskoczyło władze. Każdy ze środków stosowanych przez lekarzy. która okrywała miasto. Naprawdę trudno było rzec. można było powiedzieć. Strategia walki nie zmieniła się.

Trudności były te same. Jednakże wiele z tych istot noszących żałobę doznawało też głębokiej ulgi. których znów zgromadzono w wolnych koszarach. Jednakże to uzupełnienie wszyscy uważali zgodnie za klauzulę stylistyczną i 25 stycznia wieczorem miasto wypełniło radosne ożywienie. że śnie byli już zagrożeni w swym własnym poczuciu bezpieczeństwa. I to oczekiwanie. Było to więc zjawisko wyłącznie moralne. że w imię ostrożności. którzy dawniej żyli w grupach. zaś środki profilaktyczne będą obowiązywały przez mie-siąc. Te drobne fakty były wielkimi znakami. niezdolni iść jej krokiem aż do ostatka. żeby wyprzedzić dżumę. ogarniał ich rodzaj paniki. ' czy to dlatego. wrócili do normalnego życia w garnizonie. Na myśl o tym. I kiedy przez całe miesiące. by zburzyć to. Nadzieja nie miała już do nich dostępu. Ale najbardziej dalekie od radości ogólnej były bez wątpienia te rodziny. Pod zimnym i czystym niebem nasi współobywatele wylegli hałaśliwymi i śmiejącymi się grupami na iluminowane ulice. Z ekonomicznego punktu widzenia ta zniżka była niezrozumiała. przy najmniejszym znaku. że nie zobaczą ukochanej istoty i że te długie cierpienia nie zostaną im wynagrodzone. wiatr nadziei.2o^^ty^ cznia. przy bramach nadal obowiązywały rygory kwarantanny. Jednym dżuma wszczepiła głęboki sceptycyzm. mimo więzienia i wygnania. Komunikat dodawał. nadal żyli wedle swoich norm. które kochali. i czekały w domach kwarantanny lub własnych.strażników.Byli spóźnieni w stosunku do wypadków. Natomiast w innych. czego strach i rozpacz nie mogły naruszyć. trwali z ponurym uporem w oczekiwaniu. że po naradzie z komisją lekarską prefektura ogłosiła. Optymizm ogarniał też tych. zanim będą miały do tego prawo. Te rodziny doznawały na pewno nadziei. Przy224 łącza jąć się do radości powszechnej. Nawet gdy czas dżumy już minął. aprowizacja się ani trochę nie poprawiła. To samo dotyczyło wojskowych. jak gdyby cofanie się dżumy wszędzie odbiło się echem. aż dżuma naprawdę zostawi ich w spokoju. tak jak zostawiła innych. czy też dlatego. że mogą umrzeć tak bliscy celu. że ucichł lęk przed utratą innych krewnych. bramy pozostaną zamknięte jeszcze przez dwa tygodnie. a rekrutowali się oni spośród ludzi oddzielonych od istot. że niebezpieczeństwo powraca. . ten milczący wieczór w pół drogi od agonii do radości wydawał im się jeszcze bardziej okrutny wśród powszechnego szczęścia. że w wielu domach okiennice były zamknięte i niektóre rodziny spędzały w ciszy ten wieczór pełen krzyków radości. Dwa klasztory miasta zorganizowały się na nowo i można było rozpocząć wspólne życie. prefekt wydał rozkaz. zmagającego się z dżumą. Ale ludzie uciekający wówczas byli posłuszni naturalnym uczuciom. W tym samym zresztą czasie zauważono pierwsze oznaki spontanicznego optymizmu. na którą niezawodnie zgodzą się mieszkańcy miasta. wzniecił gorączkę i niecierpliwość 223 odbierając im wszelkie panowanie nad sobą. ale była ona dla nich rezerwą. które miały teraz w szpitalu chorego. iż epidemia uległa zahamowaniu. z której zabraniały sobie czerpać. Tak więc ceny znacznie się obniżyły. Rzecz jasna. dość było pierwszej nadziei. Ludność żyła w ukrytym wzburzeniu aż do. . by przywrócić oświetlenie z czasów zdrowia. W tym okresie. wiejący po tym długim okresie zamknięcia i przygnębienia. Spieszyli się jak szaleńcy. co prawda. a rozproszyli się na skutek choroby. W owym tygodniu statystyki spadły tak nisko. skoro większość ucieczek się udała. od którego nie mogli się uwolnić. "status quo zostanie zachowany i konieczne będzie wprowadzenie dalszych zarządzeń".

Ale w tej chwili całe miasto drgnęło. jakiego widziano od wiosny. Tarrou wyciągnął stąd osobliwy wniosek. Rambert i inni. Jeśli wierzyć Tarrou. co pozostali przy życiu. Tarrou przystanął. odkąd statystyki zaczęły spadać. nie mógł się nią nadal interesować. tak samo jak w przypadku starego astmatyka. że zbrakło mu życzliwości. W kilka dni po owym wieczorze 25 stycznia stanął na rogu małej uliczki. do czego uprawniało wspólne mieszkanie. że wyraża wszystko prostymi zdaniami.pisał w notatnikach . Mały staruszek także będzie zadowolony. 15 . inne zaś do matki doktora Rieux. że staruszek jest zirytowany lub umarł. W takim razie należy się zadowolić skromnym i miłosiernym satanizmem. Tarrou nie myślał. Był to kot. by wrócić do nieznanej kryjówki. Zmęczenie nie pozwalało im oddzielić tego cierpienia." jej uśmiech. że miał słuszność. Po ciemnej jezdni biegł lekko jakiś kształt. przeciągnął nią szybko po prawym uchu. "Być może . lojalnie stawiwszy się na spotkanie. Kilka jej rozmów z Tarrou. przemieszane z obserwacjami dotyczącymi Cottarda. na której śmiech mieszał się ze łzami. wszystko to jest zanotowane skrupulatnie. jak ziemia ucieka im spod stóp. jeśli wierzyć notatkom Tarrou." W notatkach. który zabrał się do pracy. Tak więc wśród długich ustępów dotyczących Cottarda. dżuma w niczym nie umniejszyła jego szacunku dla tej postaci.można dojść tylko do przybliżonych form świętości. jeśli zaś umarł. mroczne i nieruchome miejsca. Zatrzymał się na moment pośrodku jezdni. Tarrou próbował bowiem odszukać staruszka. cicho ruszył w drogę i znikł w nocy. nawet wtedy. gdy szli pustymi uliczkami wzdłuż okien z zamkniętymi okiennicami. notatki po raz pierwszy przestają być obiektywne i pojawiają się w nich rozważania osobiste. od radości napełniającej ulice nieco dalej. porzuciło zamknięte.Ale'te wyjątki nie umniejszyły w niczym radości innych.. może z powodu zmęczenia. krótka relacja o małym staruszku od kotów. grzały się w kałużach słońca. Nadchodzące wyzwolenie miało twarz. że w przypadku staruszka kryje się "wskazanie". skąd cicho przyszła. jej spostrzeżenia na temat dżumy. to jej odejście przynajmniej jednego człowieka wprawiało w popłoch: był to Cottard.Dżuma 225 trwającego wciąż za okiennicami. jeśli jest zirytowany. idąc wśród tłumu. gdzie zapuściło swe kamienne korzenie i szło z ładunkiem tych. W ciągu następnych dni nie otworzyły się również. niestety. iż uważa. ale sądził. Tarrou się uśmiechnął. która interesowała go po epidemii tak samo jak przed nią. jedne z nich odnoszą się do zdrowego już Granda. Tego wieczora Tarrou i Rieux. i autor zbyt często przechodził od jednego tematu do drugiego. polizał łapę. Koty były na miejscu. Nazajutrz wyobraźnie uspokoją się i wątpliwości zrodzą się znowu. Długo po opuszczeniu bulwarów Tarrou i Rieux słyszeli za sobą tę radość. Prawdę mówiąc. . czy nie był to święty. Co więcej. Niewątpliwie dżuma jeszcze się nie skończyła i miała tego dowieść. Tarrou podkreślał przede wszystkim. jak gdyby nic się nie zdarzyło. czuli także. pierwszy. a dżuma wyrządziła 226 mu krzywdę. żeby tak było. znajdują się również liczne. Pismo trudno było odczytać. należało zadać sobie pytanie. zawahał. W chwili gdy wrzawa stała się jeszcze głośniejsza i bardziej radosna. te notatki stały się dość dziwaczne. Ale w chwili gdy dżuma oddalała się. choć nie dlatego. że pani Rieux jest jak gdyby przy -gaszona. Ale o ustalonej godzinie okiennice były uparcie zamknięte. to dlatego. Mimo to we wszystkich wyobraźniach pociągi o tygodnie wcześniej odjeżdżały nie kończącymi się drogami i statki pruły świetliste morza. rozproszone często uwagi. póslawa^slare] ledbleTy.

lekko wyprostowana. W połowie stycznia Rieux odpowiedział mu w sposób dość optymistyczny. nawet światła dżumy. .Inaczej mówiąc . Żył w swym mieszkaniu zupełnie sam. propagując opinię Rieux. z jaką przechodzi z pokoju do pokoju. kupował. gestykulował bezładnie. zmęczył go bardzo dzień. Po gorączce pierwszych zwycięstw do wielo umysłów wróciły wątpliwości. lepiej nie obwoływać jeszcze zwycięstwa. Wpierw długo zabiegał o zjednanie sobie dzielnicy i o stosunki z ludźmi. a tyle w niej było ciszy i cienia.nic nie wiadomo. że porzuca wszelkie towarzystwo. choroba może wrócić z dnia na dzień? . ale jest też możliwe. że proces wyzdrowienia stanie się szybszy. ani w teatrze. zależnie od dnia. Tylko wieczorem wychodził ukradkiem. i wybiegał ze sklepu na puste ulice. w obecności Tarrou wdał się w rozmowy z kupcami ze swej dzielnicy. mówił szybko i głośno. jakby przygaszona. co mu było trzeba. nie potrafił wydobyć z niego nic prócz kilku oderwanych słów. żeby mu towarzyszył na przedmieście. Ale tamten nalegał. i patrzy uważnie. od złego humoru do przygnębienia. Zapytał swego towarzysza. przy którym przesiaduje wieczorem. że oświadczenie prefektury rzeczywiście kładzie kres dżumie. złożywszy spokojnie ręce. już jej nie było. i zawsze chciałem z nią być razem. ani w ulubionych kawiarniach. że nie żyje. bez uprzedzenia?" Był usposobiony sceptycznie albo przynajmniej tak mówił. że oświadczenie . Jeśli Tarrou spotykał go wówczas." Ale trzeba wrócić do Cottarda. nie zdawało się.zauważył Cottard . Tu zresztą pismo Tarrou dziwnie się załamuje. żeby wracał do regularnego i tajemniczego życia. nagle zaczynał żyć dziko. I zobaczy pan. Odkąd statystyki spadły. wywoływały w nim reakcje przechodzące. na to wreszcie. Za każdym razem te odpowiedzi. posiłki przynoszono mu z sąsiedniej restauracji. Podobnie jak kiedy indziej ulegał też zniechęceniu. że wiedziała wszystko. Kiedyś doktor musiał mu powiedzieć. Cottard znikł kompletnie. Następne linie trudno odcyfrować i. "Czy sądzi pan.zwracał uwagę na jej szczególną sympatię dla pewnego okna wychodzącego na cichą ulicę. co prawda. że mogła pozostać na wysokości każdego światła. kiedy ogłoszono komunikat prefektury. potem otwarcie występował przeciwko nim. Nie miał z tym kłopotów. że choć statystyki pozwalają na pomyślne wnioski. Cottarda podnosił na duchu ten niepokój. Ale w rzeczywistości wciąż pytał Rieux o prognozę rozwoju choroby. Cottard był wielokrotnie u Rieux. wyraźnie ulżyła Cottardowi. i to w niei kochałem. czy myśli. co robiła czy mówiła. "Tak . wszyscy mnie porzucą!" Przed 25 stycznia rzucała się w oczy zmienność jego usposobienia. Ponawiane pytania wskazywały jednak na to. Potem stawał się nagle towarzyski. Tarrou wahał się. Gasła tylko coraz bardziej i kiedy odwróciłem się. a nie i5* 227 mogę powiedzieć.w końcu otworzą bramy. że niezupełnie był swego pewien. W dwa dni potem Tarrou spotkał rentiera błąkającego się po ulicach. Tarrou uważał. ale której blask dostrzegał we wszystkim. Minęło osiem lat.mówił do Tarrou . na lekkość. zamiast cieszyć Cottarda. które ciemnieje z wolna i zaciera nieruchomą sylwetkę. A jed228 nak. jakie wiódł przed epidemią. aż zmierzch ogarnie pokój zamieniając ją w czarny cień w szarym świetle. że może urwać się nagle. Był wzburzony. pod różnymi pretekstami.Tak. ostatnie słowa są pierwszymi o charakterze osobistym: "Moja matka też była taka. na jej dobroć. Przynajmniej wyglądało na to. i Ta niepewność. budząca niepokój we wszystkich. rozprawiał o dżumie zasięgając u każdego opinii i wieczorem z upodobaniem zanurzał się w fali ludzkiej. które miały wziąć górę nad podnieceniem wywołanym przez komunikat prefektury. jakby raz jeszcze dowodząc tego załamania. W dniu. Cottard poprosił go. Nie widywano go ani w restauracjach. której dowodów nigdy właściwie nie dała Tarrou. choć nigdy się nie zastanawiała.

ów zaś z głuchym okrzykiem obrócił się na pięcie i skoczył w noc. a zatem w pewnym sensie nic się nie zmieni.wszyscy powinni rozpocząć wszystko na nowo. że teraz nasi współobywatele będą pragnąć najgoręcej. jest ono nawet ostatnią z jego trosk. Chociaż pracował równie wyczerpująco . jak jego towarzysz pyta.No tak . Wróciwszy do domu Tarrou zanotował tę scenę i zaraz potem (pismo dowodziło tego dostatecznie) wspomniał o swym zmęczeniu.Ma pan rację . że chodzi o informacje.rzekł Tarrou. doktor Rieux wracał do domu w południe.Nowe i'ilmy w kinach .powiedział Cottard .rzekł Tarrou z uśmiechem. ustalając dwutygodniowy termin przed otworzeniem bram. to byłoby dobre. ^ . Rentier oświadczył wprost. kiedy człowiek jest tchórzem. żeby wszystko wyglądało tak. że mogłoby to być próżne gadanie. ale rozsądek pozwala przypuszczać. Tarrou sądził. czy wszystkie urzędy będą działać tak samo jak w przeszłości. Tarrou zapytał dwóch mężczyzn.Ach. W pewien sposób rozpocznie pan nowe życie. W odpowiedzi napisał wreszcie (i tu kończą się notatki Tarrou). Rentier ożywił się i silił się nawet na optymizm. Ptaszki. na przykład. . że dżuma zmieniła miasto i nie zmieniła go. Dodał. Odpowiedzieli z rezerwą i uprzejmie. czego chcą. Wyobrażał sobie miasto przekreślające przeszłość. w innym jednak sensie nawet przy dobrej woli nie można wszystkiego zapomnieć i dżuma pozostawi ślady. czy nazywa się Cot-tard. Chciał wiedzieć. i że on boi się tylko tej godziny. że prefektura w pewien sposób przewidziała zresztą nieprzewidziane wypadki. Zbliżyli się do domu Cottarda. Tarrou musiał przyznać. to rzeczywiście możliwe -^Opowiedział Cottard . .Tak . W dwa dni potem. jakby nic się nie zmieniło. w którym pobiegł Cottard. chyba że zajdą nieprzewidziane wypadki. będą miały kłopoty z rozpoczęciem normalnego funkcjonowania. zanim tamci i Tarrou mieli czas zrobić jakikolwiek gest. Chce się dowiedzieć. zaczynające żyć na nowo. że zawsze jest taka godzina za dnia i w nocy. .mówił Cottard coraz bardziej podniecony .rzekł Cottard. czy jest gotów. że raczej należy liczyć się z rychłym otworzeniem bram i powrotem do normalnego życia. . jakby nic nie zaszło.I dobrze zrobili . czy zastanie telegram. zapytały Cottarda. to znaczy. wciąż ponury i wzburzony . od zera.Zresztą może sprawy ułożą się i dla pana pomyślnie. ale to nie powód. że nie obchodzi go serce. A te zdarzają się zawsze. Należy przypuszczać. . Byli przed bramą i ściskali sobie ręce. i statecznie ruszyli w kierunku. . Tarrou uznał to za możliwe. na który czekał. czego mogą chcieć te ptaszki.administracji samo przez się nie może naturalnie zatrzymać zarazy. że nic mu o tym nie wiadomo. że ma jeszcze wiele roboty. i zadawał sobie właśnie pytanie. zastanawiając się. Tarrou zwrócił mu uwagę. Tarrou zaledwie miał czas usłyszeć. Ale Cottard nie uśmiechał się. że wszystkie te urzędy. które wyglądały na odświętnie wystrojonych fun230 kcjonariuszy. że epidemia się skończy. których praca została zakłócona podczas epidemii.ponieważ z biegu wydarzeń wynika. dzięki czemu powstanie konieczność reorganizacji dawnych urzędów.zacząć od zera. że dżuma nie zmieniła nic w mieście i wszystko będzie jak przedtem. myślał jednak. Ale z ciemnego korytarza wynurzyli się dwaj mężczyźni. czy należy myśleć. że pojawi się wiele nowych problemów. Można sądzić również. czy organizacja się nie zmieni. przynajmniej w sercach.chyba że zajdą nieprzewidziane wypadki. żeby nie być gotowym. Gdy zdumienie minęło. a na kilka przed otwarciem bram.

odparła . Myślę. Ale Tarrou paliło pragnienie. Ale w tej chwili otworzył drzwi. że wszyscy zaczną na nowo. Wchodząc na schody Rieux ujrzał swoją twarz wyblakłą od zmęczenia i niedostatków. aż zacznie mówić. oczekiwał ostatecznego wyzwolenia i to odjęło mu zmęczenie.Zobaczymy wieczorem . Rieux będzie mógł zacząć na nowo.Niech pan śpi. . . to to . to tylko ostrożność. Miał teraz nadzieję i cieszył się z tego.Bernard . Rieux uśmiechnął się do Tarrou. Miał gorączkę. . z jakiego bym skorzystał. że pan Tarrou nie czuje się dobrze. że objawy są nieokreślone. Wrócił do niego. Wreszcie podszedł do łóżka.zawołała . W korytarzu Rieux powiedział do matki. . żeby wstrzykiwano se~ rum nie zarządzając zarazem izolacji. co miał do powiedzenia. Tarrou zobaczył. Bernard. . bolała go głowa. 232 . Jeśli oczekiwany telegram będzie także pomyślny. kiedy abstrakcja się skończy.Zatrzymajmy go w domu. Nowy dozorca oparty o szybę uśmiechał się do niego. żeby wyrazić w słowach to.powiedział. Tarrou leżał wyciągnięty. W odpowiedzi Tarrou wyciągnął rękę i poddał się nie kończącemu się zastrzykowi. Rieux? . Chory patrzył na niego. gdyby ciebie nie było tutaj. czy pan ma dżumę.Moja matka i ja będziemy pana pielęgnować. Gdy był przy drzwiach. ale może to być również dżuma.. . i przy odrobinie szczęścia. . . który sam robił innym chorym. Wrócę wkrótce. kiedy go zbadał. Tarrou jak gdyby walczył ze sobą.to niemożliwe.Ach. ale nie mógł wyjść i położył się znowu. że byłoby to pierwsze prawo. . Rieux szedł już do swego gabinetu. że to może być początek dżumy.Nie. usłyszał głos Tarrou.Nie.powiedział.Och . . doktor porządkując ampułki czekał. że Tarrou był również szczepiony.Może to nic poważnego . Doktor powiedział. rozpocznie na nowo. matka szła mu na spotkanie.Nie mam prawa . że byłam znowu szczepiona. Tak. który go wzywał. Wiesz przecież.. ciężka głowa żłobiła wałek.Po raz pierwszy widzę. nie teraz! I zaraz potem: . . i nie odwracał się. Pani Rieux była niespokojna. ale szare oczy były spokojne.zostaniemy oboje.powiedział syn. że doktor trzyma w ręce ogromne ampułki serum. Przechodził obok loży dozorcy. Tarrou zamilkł. Nie można wiecznie napinać woli i wiecznie okazywać hart.Ale bramy zostaną otwarte. Będzie tu panu lepiej. Kiedy wrócił do pokoju. .A izolacja. . Rieux zastanawiał się. jeśli pan może. Powiedział do Rieux. nie wiadomo jeszcze . ale może ze zmęczenia zapomniał o ostatnim zastrzyku serum i zachowaniu ostrożności. Rieux się odwrócił.powiedział Rieux i spojrzał Tarrou w twarz. Wstał ra231 no. szczęściem jest rozwiązać w nagłym wybuchu snop sił zebranych do walki. by oznajmić. mocna pierś rysowała się pod grubym kocem.rzekł Rieux. Tarrou uśmiechnął się z wysiłkiem. Był zdania.Nie jest pewne. Twarz miał zmęczoną.jak przy największym nasileniu dżumy.

Cóż . patrzył znów na Tarrou . Rieux zaś miał tylko patrzeć. Wielkie zasłony falowały u okien.Jak tam? . . Nie mam ochoty umrzeć i będę walczył. Po kolacji Rieux i matka wrócili.sprzyjać. . a w tej kn^i to. Matka doktora robiła na drutach..odparł . leki wzmacniające. Tarrou wzruszył lekko szerokimi ramionami. że ten ciężki bój z aniołem dżumy trwać będzie do świtu. deszcz zaczął padać znowu. Mocne ramiona i szeroka pierś Tarrou nie były najlepszą bronią. Za każdym razem. A trzeba było. mówiły o walce. Zdawały się uciekać przed dalekim pomrukiem. żeby być świętym. by zniknąć z innych. by usiąść przy chorym. Niech pan walczy. co jest bardziej skryte niż dusza. jaką staczał.Rieux .Dziękuję. Jego jedynym zadaniem. Rieux miał bowiem przed sobą twarz dżumy. Na grubo ciosanej twarzy Tarrou pojawiło się coś na kształt uśmiechu. czego żadna nauka nie potrafiła wyjaśnić. Tarrou. wkrótce przemieszany z gradem uderzającym o chodniki. wszystkie odgłosy podziemnej kuźni dobywały się z piersi.wymówił wreszcie . w gruncie rzeczy. że serum nie mogło jeszcze podzia-łać/jĄłe fala gorączki podeszła Tarrou do gardła zatapiając tych kilka słów. gdy doktor napotykał to spojrzenie.powieki zaciśnięte na gałce ocznej albo. . Tarrou uśmiechał się w wielkim wysiłku. szeroko rozwarte. że Tarrou nie poruszył się. co miał robić . Raz jeszcze starała się sprowadzić na manowce skierowaną przeciw niej strategię. Rieux pochylił się i uścisnął jego ramię. Pod płonącą skórą 233 uformowały się gruczoły. może raczej ta krew. który przez chwilę obserwował deszcz. że wyłączyć mu się niepodobna. żeby się pojawił. która go zbijała z tropu. Zdawało się. chcę przyzwoicie skończyć. ale jego usta. Ani razu w ciągu nocy nie przeciwstawił niepokoju atakom choroby. W cieniu pokoju Rieux.Nie . Rieux śledził fazy walki jedynie w oczach przyjaciela. wychylony nieco z łóżka. rzecz szczególna.Trzeba żyć.Przyrzekam. wyznając na swój sposób. Noc rozpoczęła się dla niego walką i Rieux wiedział. miał oba rodzaje objawów. który pojawia się tylko sprowokowany. Rieux wrócił do domu wieczorem.należy mi wszystko mówić. Ale też nie odezwał się ani razu. walcząc tylko całym swym ciężarem i całą ciszą. 234 _ W pewnej chwili rozległy się szybkie kroki na ulicy. zjawiała się w miejscach. gdzie już się ulokowała. Prostując się Rieux powiedział. . Miesiące powtarzających się klęsk nauczyły go oceniać skuteczność tego. którym powinien był . było dostarczanie okazji temu przypadkowi. potrzebuję tego. Ale jeśli partia jest przegrana.przegrywam partię.rzekł. które chciał wymówić. który zbliżał się powoli i wreszcie napełnił ulicę strumieniami wody.. V/ ciągu dnia ostre zimno zelżało nieco.ropnie. . zbielałe od gorączki. spojrzenie utkwione w jakimś przedmiocie lub spoczywające na doktorze i jego matce. Tarrou zmagał się nieruchomy. które należało wstrzykiwać. jak jego przyjaciel walczy. O zmierzchu niebo wypogodziło się trochę i chłód stał się bardziej przenikliwy. która trysnęła niedawno pod igłą Rieux. Raz jeszcze usiłowała zaskoczyć. ale po południu zaczął gwałtownie padać deszcz i grad. Nie zdejmując kapelusza wszedł do pokoju przyjaciela. Doktor pochylił się nad nim. . kolejno otwartych lub zamkniętych . gdzie jej nie oczekiwano. na odwrót.zapytał doktor.

zdawało się. że deszcz na chwilę przestał padać. Ale oczy zamknęły się zaraz.Trochę. W pokoju czuło się już chłód poranny. Odmówiła ruchem głowy. to nic nie znaczy. Tarrou wypił i głowa mu opadła. To ją słyszał Rieux od wielu godzin. że choroba wygnana przez zimno. Tarrou od niejakiego czasu miał oczy zamknięte. złożyła swoją robotę i podeszła do łóżka. szli szybko chodnikiem.Nie. Przechodnie. czego się trzymać. Gdy Rieux został sam. . Doktor. Dał znać matce. Doktor po raz pierwszy stwierdził. Matka doktora robiła na drutach. by spojrzeć uważnie na chorego. Czuł obok siebie nogi chorego. Pot skędzierzawił mu włosy na twardym czole. jak gdyby znajdował się wciąż po stronie snu. jej oczy zalśniły. 236 . że słyszy u skraju milczenia łagodny i regularny gwizd. Pani Rieux wstała. że nastąpiła przerwa i że chory spał także. . zrób sobie płukanie. którego nie była pewna.rzekł zadyszanym głosem. I zdawało się. Ulica była milcząca. Rozjaśniło się dopiero. Kiedy doktor zbliżył się do łóżka.mówił doktor. Była to noc wolna ^od dżumy. Zna pan tak samo jak ja polepszenie poranne. który opuściła jego matka. Kiedy otworzył oczy. Oczekiwał wzrosła gorączki. będziemy wiedzieli. spojrzenie miał przyćmione. aż i tu uzna się za pokonaną. Trzeba było czekać. . . że ta noc. gdy ujrzał Rieux pochylonego nad sobą. prawda. a cisza teraz zupełna. przypominała dawne noce. co miał do zrobienia. żeby zastąpić mnie o ósmej. Zaraza nie miesiła już powietrza nad miastem.Musisz się położyć. światła i tłum uciekła z ciemnych głębi mia-^ sta i schroniła się w tym ciepłym pokoju. który towarzyszył mu przez cały czas epidemii. .oświetlonego nocną lampką. w której nie rozbrzmiewały już dzwonki ambulansów. żeby dać się napić choremu. by przypuścić ostatni szturm do bezwładnego ciała Tarrou.Niech mi pan zawsze daje dokładne odpowiedzi.Spał pan. korzystając z tego. przesiadł się na fotel.powiedział.Czy oddycha pan lepiej? . Pogwizdywała tylko w ciężkim powietrzu pokoju. skulony od bezsenności wyobrażał sobie. Za oknem było jeszcze czarno. że zbiera siły.zapytał Rieux. potem końcem drutu zbadała starannie oczko. . pełna tylko niemego zgiełku niewidocznej walki.Niech pan pije . od czasu do czasu podnosząc głowę. . Tarrou oddychał mocniej. Tarrou zamknął oczy. Doktor zdrzemnął się.Tak. Po deszczu w pokoju rosła cisza. Niedługo przed świtem Rieux pochylił się ku matce: . ale w południe. pełna spóźnionych przechodniów. Rieux? . Pani Rieux westchnęła i chory otworzył oczy. prawda? .Dziękuję . Koła pojazdu konnego toczyły się gdzieś w oddali. . Rieux zrobił już wszystko. potem usiadł znowu. Tarrou patrzył na mego bez wyrazu. ale pierwszy wóz o świcie wytrącił go ze snu. Czy to coś znaczy? Rieux zamilkł i rzekł po chwili: .Tak. Tarrou zgodził się. która dawała znać o sobie gdzieś w głębi ciała. aż i tu się zatrzyma. żeby położyła się spać.To trwa długo . Z jego rysów można było odczytać wyraz zmęczenia. Ich kroki cichły i oddalały się. . Rieux usiadł na łóżku.powiedział.Gorączka wróci. Ujrzał łagodną twarz pochyloną nad sobą i pod ruchomymi falami gorączki pojawił się znów wytrwały uśmiech. Zadygotał i patrząc na Tarrou zrozumiał. Zanim się położysz. Rieux wstał. długie i twarde jak u trupa.

że położyła palec na ustach i wstała. na jego oczach zanurzał się w wodach dżumy. że Rieux czuł. a światło. tak doskonale zgadzała się z ciszą ulic i miasta uwolnionego od dżumy. Ale w stwardniałej twarzy oczy błyszczały jeszcze całym blaskiem odwagi. lecz ciszy. Kiedy spojrzenie Tarrou wróciło ku doktorowi. Pochyliła się nad nim. że nie będzie 237 można ich otworzyć. ale Tarrou. w głębi tej nawałnicy. z której znikł uśmiech. przebity teraz ciosami oszczepu. jak gdyby zerwała gdzieś wewnętrzną zaporę. który pochował przyjaciela. W południe gorączka osiągnęła szczyt. na płaskich dachach górujących nad dżumą. Ale poprzez zasłony światło przesączało się szybko i w chwilę potem. ale nie znikły . Rodzaj kaszlu trzewnego wstrząsał ciałem Tarrou. pani Rieux mogła zobaczyć. które rozjaśniało wówczas jego spustoszoną twarz. które przychodziło po bitwach. W przerwach między gorączką i kaszlem Tarrou od czasu do czasu patrzył jeszcze na swych przyjaciół. który zaczął pluć tylko krwią. iż tym razem chodzi o klęskę ostateczną. który wiele nocy przedtem. Gruczoły przestały nabrzmiewać. Tarrou miał głowę zwróconą w stronę pani Rieux. cisza klęski. O siódmej pani Rieux weszła do pokoju.twarde jak śruby. który był mu tak bliski. nad tym martwym ciałem Rieux czuł zdumiewający spokój. jak Tarrou odwrócił się nagle od ściany i wydał głęboki jęk. Ale wkrótce oczy jego otwierały się coraz bardziej. I nagle gorączka przypłynęła wyraźnie z powrotem.i Rieux uznał. a on był wobec tej katastrofy bezsilny. Doktor udał się do swego gabinetu. Postanowił też odłożyć przyjęcia pacjentów. I w końcu łzy niemocy nie pozwoliły Rieux ujrzeć. W tym pokoju odciętym od świata. nie mając do czego się uciec w tym nieszczęściu. odbijał powoli od brzegu. raz jeszcze bez broni. Miał pozostać na brzegu. ów uśmiech nie mógł jednak przejść przez zaciśnięte szczęki i usta zacementowane białawą pianą. Noc nie była nocą walki. wykrzywiony przez wszystkie nienawistne wiatry nieba. Kiedy usiadła. Burza wstrząsająca konwulsyjnie tym ciałem rozświetlała je coraz rzadszymi błyskawicami i Tarrou. choć usta w niej były zagipsowane. Patrzył na niewielki cień siedzący obok niego na krzede. gdy rysy chorego wynurzyły się z ciemności. Tarrou spróbował się znowu uśmiechnąć. że odtąd dla niego samego nie ma spokoju. czy Tarrou odnalazł wreszcie spokój. nastąpił po ataku do bram. wypalony nadludzkim bólem. . Rieux dodał mu otuchy twarzą pełną napięcia. z rękami splecionymi na udach. wyciągnął się na chwilę na kanapie. podobnie jak nie ma zawieszenia broni 238 dla matki odciętej od syna czy dla człowieka. ale w tej chwili wiedział przynajmniej. aż do jego czoła. Ale ta cisza otaczająca. poprawiła mu wałek pod głową i prostując się położyła na chwilę rękę na jego wilgotnych i skręconych włosach. że jej dziękuje i że teraz wszystko jest dobrze. Doktor nie wiedział. ale wstał niemal natychmiast i wrócił do pokoju. Ten kształt ludzki. który mówił. która kończy wojny i nawet z pokoju czyni nieuleczalne cierpienie. zdawała się uśmiechać znowu. Już wtedy myślał o te] ciszy unoszącej się z łóżek.Rieux ujął go za ramię. Była to wszędzie ta sama pauza. by zgasić lampkę przy łóżku. Rieux miał już przed sobą tylko nieruchomą maskę. Przyglądał się pani Rieux z takim natężeniem. ta sama uroczysta przerwa. tę klęskę. Usłyszała wówczas głuchy. to samo uspokojenie. z pustymi rękami i ściśniętym sercem. przytwierdzone do wgłębień stawów . Tarrou zamknął oczy i jego wycieńczona twarz. gdzie pozwolił umierać ludziom. że Tarrou wciąż na nią patrzy. z daleka idący głos. jak gdyby gdzieś w mm pękła najważniejsza struna. żeby zatelefonować do szpitala i zapewnić sobie zastępstwo. odwróciwszy oczy. stawało się wciąż bledsze. już nie reagował. teraz jego przyjaciela była tak gęsta.

. Ssały szybko jezdnię. mu telegram i wyszła. który odmawiał ludziom prawa skazywania kogokolwiek.Tak.Bernard? .lub on . Kiedy przychwy-tywał jedno z tych spojrzeń. przyniosła. Na początku nocy obcasy przechodniów dźwięczały wyraźnie w zimnej ciemności. Dlatego też doktor Rieux przyjął rano ze spokojem wiadomość o śmierci żony. lub ciężkiego ciała leżącego teraz bez ruchu. W na pół ciemnym pokoju czuło się chłód. Tak więc jego matka i on będą się kochali zawsze w milczeniu.Trzeba. który ciążył na szybach. jaK mówił. że poznał przyjaźń i pamiętał o niej. a przynajmniej. że poznał czułość i pewnego dnia będzie mógł sobie o niej przypomnieć. co się wie i pamięta. wołania. Wszystko. i bez nadziei. Obok łóżka siedziała pani Rieux w swej zwykłej pozie. biegnąc niemal. . . Jedyne obrazy Tarrou.Nie jesteś zmęczony? . Był w gabinecie. wielki blady oddech polarnej nocy. Rieux czekał w swym fotelu. W ten sam sposób żył obok Tar-rou i Tarrou umarł tego wieczora. Kiedy . były obrazami człowieka biorącego w garście kierownicę auta. że poznał dżumę i pamiętał o niej. że miłość nie jest nigdy dość mocna. i zaraz potem: . że nikt nie może powstrzymać się od skazywania i że nawet ofiary są czasem katami. I ona umrze z kolei . mamo. żebyś wyjechał odpocząć tam. odpocznie tam. Przychodziła mu do głowy myśl o żonie. że nie jest zmęczona. zanim mieli czas naprawdę przeżyć swą przyjaźń. to wiedza i pamięć. znikały i pojawiały się znowu. Matka. co wygrał? Wygrał tyl239 feo tyle.choć przez całe życie nie mogli posunąć się dalej w wyznaniu swej czułości. Wiedział. daleko od światła. Nie ma pokoju bez nadziei i Tarrou. Po~ wiedziała mu. by znaleźć swój własny wyraz. uśmiechał się do niej. Dlaezegoż by nie? Będzie to także pretekst dla pamięci. jak nidsi być trudno żyć tylko tym. krok konia. Może to właśnie Tarrou nazywał wygraniem partii! Znowu przejechało auto i pani Rieux poruszyła się na swym krześle. nieokreślone hałasy i znów oddech nocy. że kochać kogoś to nic wielkiego. by dać napiwek posłańcowi. Tak. ile jest jałowości w życiu bez złudzeń. Tarrou przegrał partię. Czy dlatego pragnął świętości i szukał pokoju w służbie ludziom? Doprawdy. Ale jeśli to jest właśnie wygranie partii. . Ale wiedział również. Choć nie było jeszcze pozwolenia. Tarrou żył w rozdarciu i sprzeczności i nigdy nie zaznał nadziei. który wiedział przecież. kursowało już wiele aut. z prawej strony oświetlona lampką. Znajome dźwięki nocy następowały po sobie na ulicy. Głosy.Nie. Rieux uśmiechnął się do mej. Ale on. oto wiedza. co myślała jego matka. Tak na pewno żył Tarrou i był świadom tego. w góry. Wrócili do milczącego czuwania. telefonowałem.Za oknem była ta sama noc z zamarzłymi gwiazdami na czystym i lodowatym niebie.zapytała pani Rieux. co człowiek może wygrać w grze dżumy i życia. Pani Rieux spoglądała od czasu do czasu na syna.Oczywiście. cisza. . dwa tramwaje zgrzytające na zakręcie. Ciepło życia i wizerunek śmierci. Rieux nie wiedział i nie było to ważne. żeby je poprowadzić. i że kochała go w tej chwili.Zająłeś się wszystkim? .Tak. Rieux. jakie zachowa. ale odtrącał tę myśl za każdym razem. Pośrodku pokoju.

że w jego cierpieniu nie było niespodzianki. czas czekania. jeśli znali bowiem na ogół losy ludzi obchodzących ich blisko. zbliżający się do miasta. syn trzymał w ręce . drżąc. że te wszystka miesiące są stracone dla ich miłości. Rambert zrozumiał. Pociągi przyjeżdżające tego dnia do miasta nie były mniej pełne od tych. pragnęliby zatrzymać. którego żona uprzedzona od tygodni zrobiła wszystko. który wstawał nad portem. ale on patrzył uparcie przez okno na wspaniały poranek. Doktor popatrzył na nią z roztargnionym wyrazem twarzy. który przyśpieszali zawzięcie. 240 . kiedy porówna tę miłość czy czułość.telegram.Telegram? . które mieszkało w tylu naszych współobywatelach. . Narratorowi pozostaje więc jeszcze rola kronikarza godzin radości. Szczęście nadchodziło prędkim krokiem. . bramy miasta otworzyły się wreszcie.Bernard . W pewnym sensie miał poczucie. Potem powiedział matce.zapytała. zabrakło mu przytomności umysłu. Mówiąc.wróciła. nie byli zresztą zupełnie wolni od lęku. czym może się stać poczucie rozłąki. dżuma odwróciła jego uwagę. Zmienił się. którą nie można się delektować. dzienniki.dworcu. który pod-. Pragnąłby na powrót stać się tym człowiekiem. .powiedział doktor. Jedno tylko zmieniło się dla nich: ów czas. że wszystko zostanie mu zwrócone od razu i że radość jest wypaloną raną. Zorganizowano wielkie zabawy w dzień i w nocy. Doktor milczał.Przed ośmiu dniami. że się tego spodziewał. że dla wszystkich. dzięki której czas radości płynąłby dwa razy wolniej niż . kazała im domagać się niejasmo czegoś w rodzaju kompensaty. choć on sam nie należał do ludzi mogących je podzielać całkowicie. co trzeba. na swój sposób podkreślając. ten dzień jest dniem wielkiego połączenia. Ci zaś. która była jej podporą. przez miesiące dżumy sprowadzoną do abstrakcji. radio i komunikaty prefektury.Dżuma 241 czas miesięcy wygnania chcieliby pchnąć. że dżuma skończyła się zbyt brutalnie. wiedział po prostu. że w ostatniej chwili decyzja prefektury zostanie cofnięta. . który na początku epidemii ogarnięty porywem chciał biec z miasta. kie dy podjeżdżali już do miasta. Rambert czekał bowiem z drżeniem na chwilę. których przez cały ten czas nie spalała namiętność. by rzucić się na spotkanie ukochanej istoty. co zostało powitane entuzjastycznie przez ludność. żeby przyjechać. zawiesić Niejasna i ostra zarazem świadomość. O świcie. Od miesięcy i od dwóch dni był wciąż ten sam ból. ze wszystkich sił usiłował temu zaprzeczyć. Zakochani bowiem oddani byli swej jedynej myśli. które je opuszczały. ale że to mimo wszystko jest trudne. w piękny poranek lutowy.powiedziała pani Rieux. Pani Rieux odwróciła głowę ku oknu. wypadki były szybsze niż czekanie. który trwał nadal. 16 . czuli tę samą niecierpliwość i niepokój. a statki z dalekich mórz kierowały się w stronę naszego portu. Ale to odnosiło się tylko do tych. nie znali losów wszystkich innych i samego miasta. żeby nie płakała. Jednocześnie pociągi zaczęły dymić na . Spojrzała na niego. które w ich wyobrażeniu przybierało groźną twarz. Można sobie łatwo wyobrazić. Podczas dwóch tygodni zwłoki każdy zarezerwował sobie miejsce na ów dzień. Pewni podróżni. Ale wiedział. teraz.Tak . z istotą z ciała. które nastąpiły po tym otwarciu bram. jak Rambert. że to już niemożliwe. którzy cierpieli rozłąkę. co oczekiwali ich w pokoju lub i na peronie. żeby pły nął szybciej. ale to trwało w nim jak głuchy lęk. kiedy pociąg zaczął ha mować przed stacją.

czy twarz kryjąca się w zagłębieniu jego ramienia jest tą. czy twarzą obcą. które walczyły w powietrzu od rana. czy zbyt długo tłumionego cierpienia. by . zużywali dziś w ten dzień. kochanków.Wszyscy zresztą. była to wciąż dżuma. które zagarnął tłum Dzwony miasta przez całe popołudnie biły nieustan nie. Zapasy życia. której nie stworzyła obecność śmierci. Chodziło o to. Na razie chciał postępować jak wszysc^7 wokół niego.ipatek. Miejsca zabaw były jednak pełne po brzegi. Z dnia na dzień ruch znacznie się zwiększał i liczniejsze teraz samol6* 243 chody jechały z trudem ulicami. którzy mieli teraz za towarzysza tylko swój świeży ból. Wiele par i wiele rodzin wyglądało rzeczywiście na lubiących spokój spacerowiczów. na szczycie wzgórz. gdzie cierpieli. przyciskając do siebie tę głowę. Ale zaledwie ujrzeli dym pociągu. którzy przyjechawszy tym samym pociągiem nikogo nie zastali na dworcu i przygotowywali się. w chwili gdy ramiona z oszalałą 242 chciwością zamykały w uścisku to ciało. kiedy skończył się czas cierpień. Dla nich . wymieniając spojrzenia i uśmiechy. poufalili się i bratali. Tę równość. zapominając o całej męce i o tych. żyjąc życiem utajonym. nie wiedząc. a wśród nich liczne pary splecione uściskiem. Tańczono na wszystkich placach. a czas zapomnienia jeszcze się nie zaczął. Kiedy pociąg stanął. doznawali tego samego co on i należy mówić o wszystkich. Przy kontuarach cisnął się tłum ludzi jednako podnieconych. Całe miasto wyległo na ulice. czy to podejrzenie było prawdą. mężów. którzy pod koniec popołudnia zapełniali ulice. ślepi na resztę świata. Ale któż myślał o tych samotnościach? W południe słońce. którego żywy kształt uciekł już z pamięci. Horę robili przez te miesiące. o której tak długo marzył. Dzień stanął. podawano ostatnie alkohole. Rambert nie miał czasu spojrzeć na istotę biegnącą ku niemu. dał upust łzom. skończyła się nie mająca końca rozłąka. wyglądało to całkiem inaczej i poczucie rozłąki osiągnęło tu swój zenit. Armaty w fortach.w jednej sekundzie. pewien przynajmniej. a serce ludzkie pozostanie nie zmienione. oraz innych. Na tym peronie dworca. którzy stracili całą radość wraz z istotą zagubioną w bezimiennym dole lub zmieszaną z górą popiołu. różni pochodzeniem. bardziej lub mniej świadomie. Jeśli idzie o tych właśnie. I trzymając ją co sił. czy są to łzy szczęścia. czuli jeszcze łączność ze sobą. gdzie rozpoczynali na nowo życie osobiste. że wystawiają się na widok publiczny. Przytuleni do siebie wrócili do domów. niepomne. by znaleźć w domu potwierdzenie obaw. zwyciężając zimne powiewy. Wszyscy krzyczeli lub śmiali się. której znajome włosy tylko widział. nie dbając o jutro. waliły bez przerwy w pogodne niebo. a wraz z nim przezorność. świadomość wygnania zgasła pod ulewą niejasnej i ogłuszającej radości. któr^ często zaczynała się na tym samym dworcu . wprowadzała na kilka przynajmniej godzin radość wyzwolenia. Ale ta banalna pełnia radości nie mówi jeszcze wszystkiego i ci. pod spokojem kryli często delikatniejsze szczęście. W kościołach odprawiano modły dzięk czynne. jakby był on dniem zmartwychwstania. którzy w tej chwili oddawali się wspomnieniu zmarłej istoty. że dżuma może przyjść i odejść. gdy już przypadła do jego piersi. Naprawdę zaś większość z nich odbywała po cichu pielgrzymki do miejsc. w lokalach. Nazajutrz rozpocznie się zwyczajne życie. którzy zdawali się wierzyć. gdzie był też Rambert. Ich rozedrgane dźwięki wypełniały błękitne i zło ciste niebo. zalało miasto nieustającymi potokami nieruchomego światła. Na razie ludzie. że nie pozwolą mu sprawdzić. Dowie się później. by święcić tę przytłaczającą chwilę. z pozoru triumfując nad dżumą. jakie długie milczenie zrodziło już w ich sercach.

z całym triumfem i niesprawiedliwością szczęścia potwierdzały we wrzawie powszechnej koniec dżumy i terroru. rzadsi. przynajmniej w części. odcięci od tego ciepła ludzkiego. Jego zawód się nie zmienił. wszyscy cierpieli razem. nie ma yrlopu dla chorych. wydany łagodnemu lękowi wspomnień. W każdym 245 zakątku miasta mężczyźni i kobiety pragnęli mni< lub bardziej tego połączenia. Wystarczyło teraz rozejrzeć się wokół siebie. pragnęli znaleźć coś. ciasno 244 ^ przytulone do siebie. gdzie zabicie człowieka było równie powszednie jak zabicie muchy. z rozpłomienionymi twarzami. Większość ze wszystkich sił wzywała nieebec nych. cierpieli pozbawieni przyjaźni ludzi. ten zapach śmierci wprawiający w odrętwienie tych wszystkich. który u schyłku popołudnia szedł sam na przedmieście. pragnąłem ciebie i nie było cię tutaj. które od miesięcy widział na twarzach wszystkich przechodniów. Rieux wciąż szedł. wszyscy ci ludzie włożyli w końcu strój z roli granej już od dawna. pociągiem. Kiedy indziej jednak te marszruty przyprawiały o drżenie i kochanek. strój emigrantów. W każdym razie rzucało się to w oczy doktorowi Rieux. W braku ia-mej nazwy nazywali to niekiedy pokojem. Wbrew wszelkiej oczywistości przeczyli spokojnie. był jego krzykiem. podczas gdy reszta. czekała na swoją kolej. dżuma skończyła się wraz z terrorem. których śmierć nie zabijała. co wiele widział. ślady Jej historii. w owym czasie. co wydawało im się wszakże jedynym upragnionym dobrem. i mówiono o niebezpieczeństwie. Te bowiem pary. współczesnego dżumy. którego krzyk coraz lepiej rozumiał i który. Wokół niego wesołe twarze obracały się ku niebu.pokazać przybyłym widoczne czy ukryte znaki dżumy. Niektórzy. a strój teraz mówiły o nieobecności i dalekiej ojczyźnie. spragniona ciepła drugiego ciała. że przedmieście coraz bardziej się oddala. czułości cz] przyzwyczajenia. nie dla wszystkich t< samej natury. tłum rósł wokół niego. który ich otaczał. nie przywołując strachu. Po raz pierwszy Rieux potrafił nadać imię temu rodzinnemu podobieństwu. często o tym nie wie dząc. których twarz wpierw. W miarę jak się posuwał. stłoczona co dzień w piecu. to uwięzienie przynoszące ze sobą straszną wolność wobec wszystkiego. wśród dzwonów. które sprawia. skąpe w słowa. Bardziej niż orkiestry na skrzyżowaniach ulic zwiastowali prawdziwe wyzwolenie. co nie było teraźniejszością. statkiem. przeczyli wreszcie. żyli tylko w rozłące. czego nie potrafili określić. Mężczyźni "^ i kobiety czepiali się siebie. przeżyli bowiem trudne ferie. Były to nieszkodliwe przyjemności. tego. nie mogą< do nich dotrzeć zwykłymi środkami. zaznali . ale dla wszystkich jednakowo niemoź liwego. że byliśmy ogłuszonym ludem. W pięknym i delikatnym 'świetle spływającym na miasto unosiły się dawne zapachy pieczonego mięsa i anyżowego alkoholu. hałas wzbierał i -zdawało się. mówił do swej towarzyszki: "W tym miejscu. Doszedłszy do kresu dżumy w nędzy i niedostatku. armat. ciałem i duszą. Tak. jakobyśmy znali kiedykolwiek niedorzeczny świat. JAk Tarrou może. niespokojni. zachwycone. którego część.listem. muzyki i ogłuszających krzyków. w krzyku pożądania. Inni." Ci turyści uczuć mogli się wzajem rozpoznać: tworzyli wysepki szeptów i zwierzeń wśród zgiełku. w łańcuchu niemocy i strachu. i te splatające się ręce mówiły. jakimi rozpo' rządzą przyjaźń . Tak. to wyrachowane szaleństwo. że była ona wygnaniem i rozłąką w głębokim sensie słowa. Z wolna Rieux stapiał się w jedno z tym wielkim ryczącym ciałem. Od chwili kiedy dżuma zamknęła bramy miasta. że o wszystkim się zapomina. ulatniała się tłustym dymem. tę precyzyjną dzikość. Niekiedy zadowalano się rolą przewodnika.

to dlatego. w tym jedynie co na pewno było im wspólne. ale znalazł go dopiero w śir-ierci. że zależało mu na tonie obiektywnego świadk Przez cały czas dżumy mógł dzięki swemu zawodom widywać większość naszych współobywateli i pozna ich uczucia. patrzących na siebie z uniesieniem. Przez pewien czas przynajmniej będą szczęśliwi. znaleźli od razu nieobecnego. że jest jej autorem. którzy ponad człowiekiem zwrócili się do czegoś. co widział i sły szał. kiedy nie mógł mu się już przydać na nic. a którego on by nie podzielał. Pomiędzy tymi stosami trupów. ostrzeżeo-liami tego. co chcieli. Ale inni. I Rieux skręcając w ulicę Granda i Cottarda. w ciężarze miłości. ważna jest jedynie odpowiedź na nadzieję ludzi. że żądali jedynej rzeczy zależnej od nich samych. Jaki sens miało wygnanie i pragnienie. nie użyczać swym towarzyszom z dżumy my śli. których Rieux widział w świetle zachodu na progu domów złączonych mocnym uściskiem. to znaczy w miłości cierpieniu i wygnaniu. że jeśli istnieje coś. czy go nie mają. by się połączyć. liczyli lekkomyślnie na czas: byli rozłączeni na zawsze. co nadal szli przez miasto samotni. pomiędzy upartym / dreptaniem strachu i straszliwym buntem ich serc nie ustawał głos wzywający na alarm. docierał powoli do mniej ludnych ulic i myślał. którym wystarcza człowiek i jego biedna i straszna miłość. Czas więc. czasem bywali wynagradzani. którego doktor pożegnał rano słowami: "Odwagi. Chcąc być wiernym świadkiem. Do szczęśliwszych należeli jeszcze ci. których nie mieli. nagabywany. które nie byłaby jego sytuacją. że jest dla nich stracony. tego Rieux nie wiedział. Ci. bez kogoś. c widział. ale przez lata zmierzającymi ślepo do trudnej zgody. Starał się na ogół nie opisywać nic nad to. w wolnych krajach. którego doznaliby jego współobywatele. jak przystoi świadkowi o dobrej woli Ale jednocześnie. czego sobie nawet nie wyobrażali. Chciał to jednak uczynić z pożądanym umia rem. 246 ej Znał już tę odpowiedź i na pierwszych. Tarrou osiągnął trudny pokój. teraz właśnie trzeba mieć rację". Zanim jednak opisze ostatnie wypadki. którzy poprzestając na małym. łączącej w końcu wrogich kochanków. Do niej. Wiedzieli teraz. Jeśli zaś inni. Ta kronika dobiega końca. jak to się stało z ludźmi przed epidemią dalekimi jeszcze od zbudowania swej miłości. w morzu. Podobnie jak Rieux. mówiąc tym przerażonym istotom. by przynajmniej od czasu do czasu radość wynagradzała tych. żeby doktor Bernard Rieux wyznał. co zwykło się nazywać losem. w godzinie. Tak więc nie było takiegc lęku. zgodnie z prawem uczciwego serca. Natomiast ci wszyscy. odwracając się od reszty ze wstrętem. dzwonkami ambulansów. myślał. pragnęli tylko wrócić do domu swej miłości. na kogo czekali. i korzystać jedynie z tekstów jakich dostarczył mu przypadek czy nieszczęście. Miał więc dobry punkt obserwacyjn i dlatego może zdać sprawę z tego. że jest sprawiedliwe. którzy nie zostali dwukrotnie rozdzieleni.wygnania bez ratunku i nie zaspokojonego nigdy pragnienia. czy te rzeczy mają sens. że należy odnaleźć prawdziwą ojczyznę. to jest to czułość ludzka. chciałby przynaj247 mniej usprawiedliwić swoją interwencję i wytłum czyć. . do szczęścia chcieli wrócić. Powołany do złożenia świadectwa w związku z( zbrodnią pewnego rodzaju. ani takiej sytuacji. jak Ram-bert. zachował niejaką rezerwę. Popychany ze wszystkich stron. osiągnęli to. Była w pachnących krzakach na wzgórzach. o którym mówił. pustych 23 niemal ulicach przedmieścia zdawał sobie z tego lepiej sprawę. Byli wśród nich na pewno tacy. czego można pragnąć zawsze i osiągnąć niekiedy. choć myśleli. Dla nich wszystkich prawdziwa ojczyzna znajdowała się poza murami tego zdławionego miasta. że nie jest ważne. ci nie znaleźli odpowiedzi. staną] śmiało po stronie ofiar i chciał złączyć się z ludźmi mieszkańcami tego samego miasta.

Stanowczo musiał mówić w imienii wszystkich.powiedział nagle Grane:ui bardzo wzburzony." Będzie więc słuszne.Żeby odwrócić jego uwagę. należało milczeć. złotą w ostatnim blasku nie grzejącego już słońca. o swoich doświadczeniach. ' to znaczy serce samotne. panie doktorze . W tej chwili Rieux ujrzał zbliżającego się ku niemu Granda. kordon policjantów równoległy do tego. ^ .musiał mówić przede wszystkim o czynach. ale to muszę mu wybaczyć. Na ulicy panowała cisza zupełna. W pewnej chwili z kamienicy naprzeciw huknęły dwa wystrzały rewolwerowe i ze zgruchotanej okiennicy poleciały drzazgi. Czekamy na wóz T" z potrzebnym sprzętem. co osobiście mia do powiedzenia.Niemożliwe. zatrzymał go kordon policjantów. i że m świecie. Na drugim piętrze jedna okiennica była wszakże na wpół odczepiona. Z oddali. i świętujące ulice skręcał w ulicę Granda i Cottarda. że każde jeg< cierpienie jest zarazem cierpieniem innych. Ale jest przynajmniej jeden nasz współobywatel w którego imieniu doktor Rieux . Rozejrzawszy się dobrze. za nim kilku mieszkańców dzielnicy przemykało się szybko. Przy dalekich odgłosach święta dzielnica wy-dawała się cicha i Rieux wyobrażał sobie. Tego się nie spo-' dziewał. jak niema. dł . Resztę rozumiem. zatrzymywała go myśl.zapytał Rieux policjanta. . ma t( jakieś znaczenie. żeby rozumieć lub wytłumaczyć swycł1 współobywateli i nadać kształt możliwie wyraźny temu. Prawdę mówiąc. Słychać było tylko urywki muzyki z centrum miasta. po zgiełku dnia. którzy Ir próbują wejść przez bramę. Pośrodku jezdni '"' widać było wyraźnie kapelusz i skrawek brudnego materiału. Z daleka widać było fasadę. Ale niech pan tu zostanie. jeśli ta kronika skończy się na tym człowieku. Grand też nic nie wiedział. Kiedy pragnął dodać swoje zwierzenia do tysiąca głosów zadźumionych. ter rozsądny wysiłek niewiele go kosztował. wszystko to wydało się Rieux trochę nierzeczywiste. hałaśliwe .Dlaczego strzelają? . że strzały padają z jego domu.powiedział polii cjant. Od fasady odcinała się otaczająca ją przestrzeń. Zranił policjanta. i samo pusta.To okno Cottarda . który nie pozwolił im iść dalej.Jakiś wariat strzela do tłumu. o 'kim Tarrou powiedział pewnego dniz 248 lado Rieux: "Jedną tylko prawdziwą zbrodnię popełnił: . . dokumentach i pogłoskach. Jeśli się czymś posłużył to tylko po to. może pan być potrzebny. Rieux i Grand mogli ujrzeć bardzo daleko. co zabija dzieci i do-. Nie pozwolono mu przejść i poinformowano. który miał nieświadome ^ serce. 249 . Ale o tym.'zgodził się w swym sercu na to. . co najczęściej czuli niejasno.nie mógł mówić Chodzi o tego. Pokazał swój dowód. po drugiej stronie ulicy. wielka i pusta aż do chodnika naprzeciw. o swoim czekaniu.Dlaczego strzelał? r . że jest tak . rosłych. Wszystkie okiennice domu były zamknięte. Kiedy doktor Rieux opuściwszy wielkie. gdzie ból tak często bywa samotny.Ale przecież Cottard znikł. zobaczyli w bramach kamienic naprzeciw policjantów z rewolwerami w rękach.w . bo strzela do tych.

co tworzyli kordon. żeby ob-wąchaó kapelusz. idąc w stronę doktora i jego starego przyjaciela. Gdy s strzelił pierwszy raz. policjanci wykręcili mu ręce do tyłu. Niemal natychmiast pośpieszyli za nimi trzej inni i karabin maszynowy przestał strzelać.Proszę przechodzić! . ruszał gwałtownie łapami. kiedy grupa ich mijała. minuty upływały wolno. krzyczącego bez przerwy. Jakby cudem otworzyły się wszystkie zamknięte okiennice i w oknach pojawili się ciekawscy. który się kończył. nie rozumieli.rzekł. powiedział Rieux. skoro jeden z nich strącił odłamek cegły. jak z domu wynoszą raczej. W odpowiedzi pięć czy sześć wystrzałów z bram naprzeciw do reszty pogruchotało okiennicę. że napisał do Jeanne i że jest teraz zadowolony. Policjanci wyskoczyli zza pleców tych. Krzyczał. Dwa dalekie wystrzały dobiegły z kamienicy. do której mierzono wciąż jeszcze. Ale w chwili gdy wchodził na schody. v której Rieux i Grand ze swych miejsc nie mogli lic zobaczyć. Hamulce zgizy-tnęły lekko na ulicy za doktorem. Potem rozległ się hałas i zobaczono. która okrążała grupę domów. mókł teraz w ciemnej kałuży.To Cottard . Podczas strzel a250 ia okiennica. Z szelmowskim uśmiechem uchylił w ceremonial251 .Nie wiadomo. statecznie. drabinę i dwie podłużne paczki. Czekano. Nagle z okien domów zajętych przez policjantów zaczął strzelać karabin maszynowy. Czekano jeszcze. W chwilę potem mały mężczyzna znalazł się na środku jezdni. Pociski trafiały niewątpliwie w kwadrat okna. pierwszy. W tej samej chwili padł strzał rewolweru z drugiego piętra i pies jak naleśnik przewrócił się na drugą stronę.powiedział policjant.krzyki.zawołał policjant. Pies już się nie ruszał. potem zdecydował się przejść powoli przez jezdnię. Przy drugim strzale .Są już . Przy domu Grand pożegnał doktora. Słońce przesunęło się nieco i cień zaczął się zbliżać do okna Cottarda. ranny. zawinięte w naoliwione płótno. Rieux odwrócił oczy. Kiedy strzelanie ustało. Cottard upadł. . Ma zamiar pracować. tłum ludzi wychodził z domów i cisnął się za kordonem. wreszcie nogami na ziemi. Boczne ulice były znów pełne brzęczenia radosnego tłumu. "Wyrzuciłem wszystkie przymiotniki" . . A poza tym zaczął na nowo swoje zdanie.wybełkotał Grand. Wezwały go gwizdki policjantów.. Pies podniósł głowę. biegł wzdłuż murów. którego właściciele ukrywali zapewne dotychczas. o dom dalej. czarną przestrzeń. Grand i doktor szli w zmierzchu. niż wloką małego mężczyznę bez marynarki. z pewną starannością. Wariat.Zwariował. żeby łapać pchły. . . naprzeciw kamienicy Cottarda. drugi karabin maszynowy zaterkotał z innego rogu. jakiego Rieux widział od dawna. W tej samej sekundzie trzej policjanci rzucili się biegiem przez jezdnię i wpadli do bramy. Policjant kopnął z rozmachem kupę leżącą na ziemi. Niedaleko bramy zawahał się. Nagle z drugiej strony ulicy wypadł pies. Wróciła cisza. Potem bezładny pochód ruszył z miejsca. Jakiś policjant podszedł do niego i z całej siły uderzył go dwa razy pięścią. Ludzie bawili się na ulicy. jak gdyby wypadek strząsnął odrętwienie z dzielnicy. co tu gadać! Wróciła cisza. niosąc sznury. opa-tła zupełnie i pozostawiła otwartą. był to brudny wyżeł. usiadł na zadzie i położył się. aż w końcu upadł na bok i długo jeszcze wstrząsały nim drgawki. i wszyscy uciekli. W chwilę potem raczej można było odgadnąć niż zobaczyć ruch w bramach tych domów. Weszli w ulicę.

niedaleko "wzgórz gwiazdy nabierały twardości krzemienia. żeby nie należeć do tych. Tarrou. Ta noc nie była tak różna od nocy. Oni zawsze są tacy sami. doktor Rieux postanowił napisać opowiadanie. . ludzie są zawsze tacy sami. przesypywał swój groch. . a nie buntu. . unimo całego bólu Rieux czuł. Wielkie i zimne niebo migotało nad domami. żeby nic nie powiedzieć. . Daleka czerwień wśród czerni zdradzała bulwary i iluminowane place. żeby zostawić przynajmniej wspomnienie niesprawiedliwości i gwałtu. Słup kamienna albo tablica. wszyscy.Ach! . ona. Ja umiem żyć. . Ale Rieux myślał o Cottardzit i głuchy dźwięk pięści miażdżących jego twarz prze.z śladował go przez cały czas. ale były to pokojowe odgłosy: dzieci rzucały petardy.Ależ nie. I będą mowy. czego chciał. Rieux wszedł na schody. zęby świadczyć na korzyść zadżumionych. Doktor stanął pośrodku pokoju. doktorze. . by zapomnieć o dżumie. Ale dziś morze szumiało głośniej u stóp skał. byli zapomniani. Takie jest życie. Kiedy Rieux przyszedł do starego pacjenta.Niech pan powie.zapytał doktor składając stetoskop.Czy nie ma pan nic przeciwko temu. żebym wyszedł na taras? . Starczy mi jeszcze sił na długo i zobaczę ich wszystkich w trumnie. W pokoju słychać było daleki hałas wolności. doktorze? Wystrzały dobiegały aż do nich. Co to jednam znaczy . może pan być spokojny. Z ciemnego portu wzlatywały rakiety towarzyszące oficjalnym zabawom.dżuma? To życie. . w takim samym humorze jak zawsze. . i pójdą na jednego. Nie mówił po to. noc zagarnęła już całe niebo. Cottard. .Byłem tego pewien. których kochał i stracił. Inni mówią: "To dżu-ma." peszcze trochę. Chce pan zobaczyć ich z góry. Z daleka odpowiedziały mu ryki radości.nym ukłonie kapelusza. Ale w tym była ich siła i ich niewinność.doda? Rieux. Zresztą on mi się podobał... Powietrze było nieruchome i lekkie. a poproszą o ordery. że tu z nimi się łączy. Ale co się stało z pańskim kolegą. co milczą.Mają rację.". Ale to był człowiek. w miarę jak coraz więcej różnokolorowych bukietów pojawiało się na niebie. że się bawią . . Wśród mocniejszych i dłuższych teraz okrzyków. mieliśmy dżumę. gdy szedł w stronę domu starego astmatyka.Słyszę ich tutaj: "Nasi zmarli. Stary miał rację. stary. ot i wszystko^. . które echo niosło aż do stóp tarasu. .Umarł . które przynosił ciepły wiatr jesienny. wolne od brudnych powiewów. martwi lub winni. że zbudują pomnik zmarłym na dżumę? .Dlaczego pan to mówi? .Tak . W wolne] teraz nocy pragnienie nie natrafiało już na przeszkody i jego głos dochodził do Rieux. Ale ta noc była nocą wyzwolenia. które tu_ się kończy.rzekł doktor opukując chrapiącą pierś.zawołał stary z niejakim zdumień1 em.Tak sobie. co? Proszę bardzo.trzeba wszystkiego na tym świecie.Och.przyznał stary po chwili . Ale tak to jest. czy to prawda. Miasto'powitało je długim i głuchym okrzykiem.Czytałem o tym w gazecie.Niech pan nie zapomina o okadzaniu. Może bardziej ciężko jest myśleć? o człowieku winnym niż martwym. Rieux skierował się ku schodom. Stary śmiał się zduszonym śmiechem: .najlepsi odchodzą. l 252 .Na dżumę . który wiedział. Zgiełk miasta wciąż uderzał o tarasy wraz z odgłosem fali. kiedy Tarrou i on przyszli tu.mówił .

starają się jednak l rzagii. w kufrach. wbrew terrorc niestradzonej broni. gdy trwa zaraza"|że w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw mż na pogardę. którzy nie mogąc być świętymi i zgodzić się na zarazy. że czeka cierpliwie w pokojach. mimo rozdarcia osobistej scy ludzie. v/ chustkach i w papierach.ali. co należało wypełnić i co r wie powinni wypełniać nadal. czego nie wie< radosny tłum i co można przeczytać w ksią. Rieux pamiętał. 253 Wiedział jednak.jakich dozn. [bakcyl dżumy nigdy nie umiera in^pzn]ka. Wiedział bowiem to. że ta radość jest zaws. i powiedzieć po orostu to. t Słuchając okrzyków radości dochodzącycł sta. że ta kronika nie może niką f statecznego zwycięstwa. raiy w szczęśliwym . żona. Może być ty dectw^m tego. czego można się nauczyć. przeż^ziesiątki lat pozostać uśpiony w mebli liżnie. w p. i że ] być może dzień. kiedy na nieszczęście ludzi nauki dżuma obudzi s^^ScSsrS^y^ pośle je.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->