P. 1
Współczesna Przeszłość

Współczesna Przeszłość

|Views: 947|Likes:

More info:

Published by: Mikolaj Kostyrko on Apr 25, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

05/24/2012

pdf

text

original

Sections

Kultura masowa jest wynikiem takich procesów, jak
industrializacja i urbanizacja. To dzięki zagęszczeniu ludności
na małym obszarze i rozwojowi środków masowego przekazu
powstała ogólna, dostępna i tworzona dla każdego kultura,
którą polska nauka nazywa masową. Już samo zdefiniowanie
kultury masowej jest dość problematyczne. Jedną z definicji
sformułował francuski socjolog G. Friedmann (Kłoskowska
2005, s. 105):

Przez kulturę mas rozumiem ogół kulturalnych dóbr konsump-
cyjnych oddanych do dyspozycji publiczności w najszerszym ro-
zumieniu tego słowa
[...] za pomocą masowego komunikowania
w ramach cywilizacji technicznej
.

Zasadniczo ta definicja jest trafna, ale wskazuje na
ową „cywilizację techniczną” jako tą, która dysponuje środ-
kami zdolnymi do rozprzestrzeniania dorobku kulturowego na

wielką skalę. Wynika to głównie z tego, że publiczność jako
odbiorcy tego typu przekazów w gronie tak ładnie określanym
jako „masa” pojawili się wraz z takimi wynalazkami, jak
druk, radio czy telewizja, a więc kultura w sensie masowym
tak naprawdę narodziła się wraz z nimi. Spojrzenie w przesz-
łość pozwala jednak zauważyć pewne zjawiska, które również
można uznać za masowe, znacznie wcześniej niż wymienione
nowinki techniczne zdominowały gospodarstwa domowe.
Zwiększono, więc nieco te ciasne ramy i przyjęło się, że kul-
tura masowa to zjawisko współczesnego przekazywania wiel-
kim masom odbiorców identycznych lub analogicznych treści

378

płynących z nielicznych źródeł oraz do jednolitych form zaba-
wowej, rozrywkowej działalności wielkich mas ludzkich
(Kłoskowska 2005, s. 95). To bardzo szeroka definicja, ale
nawet ona nie obejmuje swoim zakresem całości zjawiska.
Najbezpieczniej więc przyjąć definicję Richarda Malty (Hol-
torf 2006, s. 62), który tak oto rzecze:

[…] kultura masowa to rodzaj dialogu jaki społeczeństwo odbywa ze
sobą
.

Tyle na temat definicji, które pomimo nakreślenia tematu
męczą zawiłością sformułowań. No może z wyjątkiem tej

ostatniej.

Żeby znaleźć archeologa w kulturze masowej nie trzeba
się jakoś szczególnie wysilić. Kilka przykładów czynów
jakich dokonali archeolodzy pozwoli zrozumieć, jak ważna to
profesja dla świata. Tak więc archeolodzy:
odkryli Atlantydę,
zniszczyli Atlantydę…,
…wraz z jej populacją rządnych ludzkiej krwi mutan-

tów,

zabili całkiem sporo smoków,
zabili paru bogów (jakoś szczególnie upodobali sobie

egipskiego Seta),
zwiedzili alternatywne wymiary,
znaleźli Arkę Przymierza, Świętego Graala i Ex-
calibur oraz korzystali z magicznych właściwości tych
przedmiotów,

napotkali pozaziemskie cywilizacje i nawiązali z nimi
różnorakie kontakty,
odkryli, że ewolucja jednak przebiegała od małp do
ludzi, a nie od ludzi do małp,
ożywili całkiem sporą liczbę mumii,
odnaleźli skarabeusza, który zmieniał ich w super-

bohatera,

379

zwalczyli niezliczoną ilość łotrów (od dość
pospolitych oprychów, do tak wyrafinowanych jak Lex
Luthor – arcyrywal Supermana),
i wiele innych rzeczy, które trudno ogarnąć w całości.
Wydaje się, że nie ma zadania nazbyt niebezpiecznego dla
tych ludzi. Ktoś w końcu musi strzec dziedzictwa ludzkości
przed złem jakie na nie czyha. Tylko oni są na miejscu, gdy
pradawna groza chce wyjść ze swej antycznej nory, żeby za-
władnąć światem.

Idąc za ich czynami można też spróbować ich jakoś
podzielić. Wydaje się, że mające już niemal 60 lat spostrze-
żenie Alfreda Kiddera dalej obowiązuje (Holtorf 2006, s. 67):

W powszechnej opinii istnieją dwa rodzaje archeologów: ci owło-
sieni na klatce piersiowej i ci owłosieni na brodzie. Pierwsi to mło-
dzi mężczyźni o dość kwadratowych szczękach, którzy noszą ka-
pelusze, pistolety w kaburach u pasa i przedzierających się przez
dżunglę w poszukiwaniu zagubionych miast i zakopanych skarbów.
Ich buty, zawsze doskonale wypastowane, sięgają im do kolan
prawdopodobnie dla ochrony przed czarnymi mambami i innymi
jadowitymi gadami. Jedyna rzecz jaka ich niepokoi to czy koszula

jest wystarczająca niedopięta, żeby pokazać jego muskulaturę.
Brodaty archeolog jest stary i wydaje się oderwany od rzeczy-
wistości. Jego jedyną bronią jest szkło powiększające, którym
rozszyfrowuje inskrypcje zapomnianych cywilizacji. Przeważnie

tryumfuje w ostatnim rozdziale, kiedy to tajemnica jest przez niego

rozwiązana a jego córkę ratuje młody asystent.

Ten cytat porusza ważne mity, na których zbudowany
jest wizerunek archeologa – Przygodę i Tajemnicę.
Fikcyjny archeolog przeważnie zbudowany jest wokół
jedynie kilku motywów przewodnich. Są to:
Awanturnik i jego fantastyczna wyprawa: jeśli przyj-
rzeć się opowieściom o bohaterach można zauważyć
pewien schemat. Bohater wyrusza w podróż, w której
musi pokonać multum trudności, za które na końcu zo-

380

stanie wynagrodzony czymś niewyobrażalnie cennym.
I tak na przykład: Indiana Jones przeżyje pogoń za
uzbrojonymi po zęby nazistami ocierając się o śmierć
niezliczoną ilość razy po to, aby na końcu dostać od ży-
cia najcenniejszy dar – nawiązuje dawno utracony kon-
takt z ojcem. Ta postać to archetyp w tej klasie opo-
wiadań o archeologach. Nie na darmo plakat drugiej
części filmu reklamowało hasło „Jeśli przygoda ma
imię to nazywa się Indiana Jones”. Nieustraszony (cho-
ciaż boi się węży) i tak swojsko nieokrzesany. Nie da
się go nie lubić. Oczywiście odkrycia naukowe są dla
niego najważniejsze i najbardziej ekscytujące, ale jeśli
przy tym można zwiedzić egzotyczne miejsca i trochę
podnieść poziom adrenaliny, to czemu nie, prawda? Jak
twierdzi magazyn Playboy: „nikt nie ma takich jaj jak
Indiana Jones” (za: Holtorf 2006, s. 76). To właśnie ta
postać była wzorem dla Lary Croft (seria Tomb Raid-
er), Jacka Huntera czy Indiana Goofa – kuzyna disney-
owskiego Goffiego, który zajmuje się archeologią. Nie

ma tak znanego archeologa jak Indy. W przepro-

wadzonym badaniu ankietowym każdy chociaż słyszał
o nim. Nic dziwnego, że w 2008 roku Harrison Ford zo-
stał honorowym dyrektorem Archeological Institute of
America – największej i najstarszej organizacji poświe-
conej archeologii w Stanach Zjednoczonych
(http://www.archaeological.org/webinfo.php?page=104
77). Jak określili prezesi stowarzyszenia „Indiana Jones
być może nie jest najlepszym archeologiem w historii,

ale na pewno najlepszym emisariuszem archeologii na
świecie” (http://www.archaeological.org/webinfo.php?
page=10477). To jest to co tak naprawdę każdy chce
znaleźć w tej dyscyplinie nauki – przygodę swojego ży-
cia i odkrycie czegoś niesamowitego. Nic więc dziw-
nego, że archeolog-awanturnik jest i będzie najczęściej
goszczącym wariantem w kulturze popularnej.

381

Sekrety przeszłości: w dzisiejszym społeczeństwie
mamy do czynienia z dość daleko idącą specjalizacją
wśród zawodów. Jakakolwiek dziedzina powinna być
w powszechnym przekonaniu polem działania jej
ekspertów, tak więc dla archeologów tym polem jest
przeszłość. Jak każdy wie przeszłość bywa mglista,
a jak ją jeszcze przykrywa ziemia to żaden amator re-
konstrukcji zdarzeń nie ma szans. Potrzebny jest więc
ktoś wyszkolony, ktoś kto rozwiązuje zagadki sprzed
tysięcy lat i kto robi to na co dzień – archeolog. Przez
długi czas archeolodzy sami uważali się za pro-
fesjonalnych detektywów przeszłości. Ten archetyp to
właśnie wariant z owłosioną brodą Kiddera. Bądź co
bądź, archeolog ma dużo wspólnego z profesjonalnymi
policyjnymi śledczymi – w pracy ma do czynienia ze
zmarłymi i często musi ustalić, np. przyczynę zgonu de-
nata, no i oczywiście, jak śledczy zbiera poszlaki,
dzięki którym przeszłość staje się jasna. No i też używa
profesjonalnego sprzętu. W ankiecie na pytanie „czego
w swojej pracy używa archeolog” na czwartym miejscu
znalazły się „niebezpieczne chemikalia” (zaraz po
ołówku, łopacie i kapeluszu) – tylko profesjonaliści
używają niebezpiecznej chemii w swojej pracy. W każ-
dej chwili mogą się przekwalifikować ze skrupulatnych
naukowców na śledczych, dla których żadna zbrodnia
nie pozostanie niewyjaśniona. Właściwie to nawet nie
muszą się zmieniać za bardzo, bo przecież z podobnymi
zagadkami mają czynienia na co dzień! Narracja
detektywistyczna występowała, np. w Time Team –
popularnym brytyjskim serialu dokumentalnym, który
może pochwalić się już 10 sezonami w brytyjskiej

telewizji. W Morderstwie w Mezopotamii Agathy
Christie Dr. Leidner, winny morderstwa, po pojmaniu

mówi do H. Poirot: Byłby Pan świetnym archeologiem.
Posiada Pan umiejętność rekonstrukcji przeszłości
.

382

W tym wypadku archeolog jest bohaterem, który za-
miast pięści i pistoletu użyje swojej wiedzy i intuicji.
Tak czy owak, zdobywa serca publiczności. Genialny
detektyw jest właściwie tak samo ponętnym marze-
niem, jak wszędobylski awanturnik. Ojciec Indiany
Jonesa – Profesor Henry Jones to postać całkowicie ba-
zująca na tym archetypie. Nigdy nie mający czasu dla
syna i odrobinę oderwany od świata naukowiec, którego
wiedza na końcu okazuje się równie ważna co
umiejętności walki wręcz syna. Zasadniczo taka
drużyna rozwiązuje większość tajemnic – archeolog-
naukowiec i archeolog-awanturnik to idealne po-

łączenie. Oczywiście czasem cechy brodatego
archeologa są podkreślone w inny sposób i mamy do
czynienia z dość jaskrawą parodią, jak w całym cyklu

brytyjskiego programu komediowego We Are History

lub słynnym skeczu Monthy Pythona Współczesna

Archeologia, gdzie archeolodzy to sfiksowani

naukowcy, którzy są po prostu... nudni. Czasem też ten
archetyp jest czarnym charakterem opowieści, jak np.

skorumpowany Alex West (seria Tomb Raider) czy
nazistowska dr Elsa Schneier (Indiana Jones).
Archeolog na ratunek: większość wykopalisk prowa-
dzonych w Polsce ma charakter ratowniczy. Archeolog
jest więc człowiekiem, który stara się zabezpieczyć za-
grożoną przeszłość przed różnorodnymi niebezpie-
czeństwami. To on ochroni historię przez rządnym
zysku magnatem budowlanym, który chce na cmenta-
rzysku Indian zbudować parking. To policjant dzie-
dzictwa nas wszystkich. Z ograniczonymi (choć często
olbrzymimi) środkami zmaga się z wszystkimi, dla któ-
rych doczesne dobra są ważniejsze od przeszłości. Lara
Croft jest właśnie kimś takim. Mimo dość mylącego ty-
tułu Tomb Raider, tak naprawdę przedstawia nam straż-
niczkę artefaktów, której przeciwnikami są zachłanni

383

antykwariusze. To ona jest po „dobrej” stronie i to ona
jest powszechnie oceniana za moralną w tej opowieści
(mimo dość częstego zabijania adwersarzy). Ten
wariant jest nieco bliższy sedna akademickiej archeo-
logii, ponieważ pojawia się w nim znacznie więcej
„naukowości”, nawet jeśli chodzi o użycie paru „mąd-
rych” terminów. National Geographic Society także
używa tego tematu w promocji swojego DVD Inca
Mummies
: Dołącz do archeologów w wyścigu z ra-
busiami o ocalenie skarbów Inków
.
Skarby!: każdy wie, że jak ktoś ma skarb i nie chce go
wydać od razu to ma tylko dwa wyjścia: może go zde-
ponować w super skarbcu albo zakopać w sobie tylko
znanym miejscu. Do włamania się do skarbca potrzeba
złodzieja, ale do wykopania skrzyni ze złotem najlepszy
jest archeolog. Któż inny mógł trafić w swojej pracy na
coś podobnego? Archeolog przecież na co dzień wycią-
ga z ziemi złoto i klejnoty, o jakich zwykłemu człowie-
kowi tylko pomarzyć zostaje. Najbogatszy mieszkaniec
Kaczogrodu z serii animowanej Kacze Opowieści
Sknerus McKwacz, co prawda trzyma kosztowności
w ogromnym bunkrze, ale zdobył je także dzięki
archeologii. Własnymi rękoma gromadził kosztowności
i precjoza zapomnianych cywilizacji bogacąc się nie-
przyzwoicie. To zdecydowanie najbogatszy z fikcyj-

nych archeologów i jeden z niewielu, który cofa się
w czasie, żeby zapewnić bezpieczeństwo zarówno za-
bytkom, jak i swojemu majątkowi. Za czym goniliby
wszyscy łowcy skarbów, gdyby nie piracki mit za-
kopanego złota. To właśnie niesamowite odkrycie jest
kolejnym marzeniem ludzkości, w którym tak dobrze
odnajduje się archeolog. Wbrew pozorom tę grę na ma-
rzeniach uprawiają także profesjonalni archeolodzy
używając przy opisie swoich badań takich słów, jak
„unikatowe” czy nawet „niesamowite”.

384

Wszystko to składa się na obraz archeologa w kulturze
masowej. To śmiały odkrywca, nie znający strachu strażnik
przeszłości przed złem, który tak urzeka. Taka postać pobudza
wyobraźnię i podsyca urok, jaki niewątpliwie ma archeologia.
Oczywiście żaden z tych wariantów nie traktuje zawodu
archeologa jakoś bardzo poważnie. Największy nacisk po-
łożony jest raczej na przebieg pracy, a nie na jej wyniki
i ogólnie żaden fikcyjny archeolog nie postępował zgodnie
z metodyką prac terenowych dających rzetelny obraz bada-
nego stanowiska. Ale nie o to chodzi. Zdecydowana więk-
szość pytanych przeze mnie osób chciałaby pracować jako
archeolog. Oczywiście można dyskutować o pobudkach, które
kierują takimi wyborami, ale na pewno wpływa na nie wize-
runek prezentowany w mediach. Każdy chce przygody, skar-
bu, tajemnicy i możliwości jej rozwikłania. Archeologia daje
takie możliwości w fikcji i rzeczywistości.
Profesjonalna archeologia różni się jedynie skalą opi-
sanych zjawisk. Każdy interesuje się drzemiącymi w ziemi
lub samej dziedzinie skarbami, które mogą walnie przyczynić
się do rozwoju nauki a w konsekwencji ludzkości. W każdej
rozmowie dawno nie widzących się badaczy w końcu padnie
pytanie „jak tam twój projekt?” albo bardziej dosadniej „co
ciekawego ostatnio wykopałeś?”. To jest ta przygoda w praw-
dziwym życiu, skarby są z brązu, a nie złota, ale dalej są
skarbami. Brodaci mężczyźni w okularach mają wiedzę i roz-
wiązują zagadki przeszłości, ale nie mogliby tego robić bez
młodych, napalonych na okrycia pomocników. To archeolog
broni dziedzictwa przodków przed krótkowzrocznymi ama-
torami z wykrywaczami metali. Wszystkie te schematy wy-

stępują w rzeczywistości, są więc znacznie mniej fikcyjne niż
nam się wydaje. Ludzka wyobraźnia znajduje w archeologu
olbrzymie pole do manewru, bo każdy z nas potrzebuje jakiejś
furtki od codzienności do marzeń. Archeologia to marka, któ-
ra zapewnia interesujące historie i przygodę. Ten wizerunek

385

powinien być jak najbardziej podtrzymywany przez samych
archeologów.

Należy pamiętać, że żyjemy w demokratycznym spo-
łeczeństwie, w którym zasady wolnego rynku nie ominą ni-
kogo i niczego, w tym nauki. Archeologia prędzej czy później
zostanie skomercjalizowana, bo tego będzie wymagał rynek.
Coraz częściej to społeczeństwo, a nie państwo, będzie wy-
magało przedstawienia wyników badań w formie przystępnej
dla siebie. Archeolodzy są w wyjątkowej sytuacji, ponieważ
kultura masowa zrobiła z nich bohaterów, których trudno nie
lubić. Walka z tym mitem nie będzie tak naprawdę walką
o „prawdziwy” wizerunek archeologa, tylko odzieraniem lu-
dzi z marzeń i dobrych konotacji. Każde wystąpienie w tele-
wizji czy radiu powinno być postrzegane jako szansa promocji
własnej dyscypliny. Nie bez powodu archeologia jako dys-
cyplina naukowa zyskiwała poparcie wraz z rozwojem kultury
masowej i wzrostem liczby bohaterów parających się nią.
Przychylność odbiorców w demokratycznym państwie jest ni-
czym innym jak gwarancją sukcesu. Jeśli archeologia chce
zdobywać więcej zrozumienia dla swoich działań, to musi za-
cząć dbać o swoje relacje ze społeczeństwem, a nie zostawiać
tego Hollywood. Niech odkrycia będą „sensacyjne”, a dołki
posłupowe „niesamowite” – takie właśnie są jeśli na chwilę
zapomni się o rutynie. Najmniejsza zanotowana oglądalność

telewizji regionalnej w Polsce wynosi 20 000 ludzi. Rzadko
która książka profesjonalnej archeologii (czyli nie „popu-
larka”) osiągnęła taką sprzedaż. Ludzie chcą wiedzieć
o przeszłości ile tylko się da, a archeologia to idealne medium
dla tej wiedzy pod warunkiem, że jest na to otwarta. To
archeolodzy mają do sprzedania towar – swoją wiedzę i moż-
na do tego zastosować standardowe techniki promocji tego
towaru. To dzięki temu coraz więcej ludzi będzie widzieć
w prawdziwych archeologach bohaterów, a w projektach ba-
dawczych okazję do przygód z przeszłością.

386

Bibliografia

Holtorf C.

2005 From Stonehenge to Las Vegas, Lund.
2006 Archeology is a brand!, Lund.
2007a Doing Archeology in Popculture, Stockholm.
2007b Popular Culture and Archeology [w:] red. D. Pearsall, Encyklo-
pedia of Archaeology
, New York.

Kłoskowska A.

2006 Kultura masowa, Warszawa.

Abstract

This paper presents image of an archeologist
created by the mass media form second half of 20th

century to
modern times. It shows a way that picture passed, on such
examples as Indiana Jones, Lara Croft or characters from
Bonekickers TV show. To expose how many areas of popular
culture the myth of archeologist effected, in the paper are used
not so obvious examples of fictional archeologist such as
Evelynn Cornaham (from Mummy trilogy) and Scrooge
McDuck(from Duck Tales). Spectrum of characters will show
range of the legend that was created around the archeologist
and influenced receivers of popular culture – everybody that
functions in society. The statistical survey will present how
that profession is perceived by the doers of it, common men

and women and will compare image “what we think of
ourselves” and the popular belief of us. In the end, using some

aspects of the sociology of culture it will be shown who and
why created that picture and why it’s worth to sustain it.

387

Leszek Gardeła

Department of Archaeology
University of Aberdeen
Aberdeen

Współcześni wikingowie.

Wojownicy, metalowcy i tak zwani poganie.

Od wielu lat wikingowie i ich epoka (VIII–XI wiek)
inspirują oraz przyciągają uwagę1

. Wśród jej pasjonatów zna-
leźć można, między innymi: Williama Shakespeare’a,
Thomasa Gray’a, Williama Blake’a, Richarda Wagnera,
J.R.R. Tolkiena, ale także Guido von Lista czy Adolfa Hitlera.
Trudno jednak jednoznacznie określić, co jest źródłem tej
szczególnej fascynacji. Czy jest nim wikiński sposób życia –
dalekie podróże, ekscytujące przygody a przy tym wszelkie
aspekty związane z wojną i przelewem krwi? A może poszu-
kiwanie wyidealizowanego poczucia wolności? Patrząc na
rozwój tych zainteresowań z perspektywy czasu, nie ulega
wątpliwości, że w licznych wypadkach wynikała ona przede

wszystkim z silnego poczucia narodowej dumy oraz podziwu
dla heroicznej przeszłości, które tworzyły podstawy skandy-
nawskiej (i nie tylko) tożsamości kulturowej2

.

W ciągu ostatnich kilku dekad epoka wikingów po raz
kolejny została przywrócona do życia oraz „odświeżona”
dzięki komiksom, kreskówkom, reklamom, filmom oraz
szczególnie działaniom rekonstruktorskim. Dziś, ludzie pół-
nocy prezentowani są na wiele różnych sposobów i stopniowo

1

Z uwagi na eseistyczny charakter niniejszego tekstu ograniczam się do podawania
jedynie niezbędnej i najnowszej bibliografii. Niektóre omawiane tutaj problemy
przedstawiałem wcześniej w dwóch innych moich tekstach (Gardeła 2006; 2007).

2

Kwestie te dyskutowane były ostatnio szerzej, między innymi w pracach: Wilson,
Roesdahl (1992), Arvidsson (2006) i O’Donoghue (2008). Na temat okultystycznych
korzeni nazizmu i wykorzystywaniu motywów skandynawskich w Trzeciej Rzeszy
zobacz także: Goodrick-Clarke (2005).

388

usiłujemy zrozumieć, że okres ich dziejów pełen był roz-
maitych subtelności3

. Powoli zaczynamy także odrzucać ro-
mantyczne wyobrażenia o rogatych hełmach oraz krzyczących
wojownikach odzianych w zwierzęce skóry. Prócz postrze-
gania wikingów jako brutalnych żeglarzy i najemników,
wreszcie doceniamy ich zdolności rzemieślnicze czy ku-
pieckie, a ponadto talenty literackie. Niemniej jednak, spo-

soby prezentowania tego wyjątkowego wycinka przeszłości są
nadal bardzo selektywne. Do niektórych aspektów podchodzi
się bardzo dokładnie, a inne całkowicie pomija.
Tak zwani „współcześni wikingowie” przemawiają do
nas nie tylko w trakcie festiwali historycznych, ale także po-
przez muzykę, książki lub artykuły. Niektórzy z nich uważają
się za kontynuatorów dawnych pogańskich tradycji i próbują
przywrócić je do życia dzięki odprawianiu rozmaitych cere-
monii czy neoszamańskich seansów (Blain 2002, Wallis
2003). Z wieloma z tych działań wiążą się jednak kontro-
wersje najróżniejszej natury. W tym krótkim tekście nie spo-
sób poruszyć ich wszystkich, a zatem postaram się przed-
stawić jedynie wybrane, lecz moim zdaniem najbardziej ra-
żące wycinki tego złożonego problemu. Ponieważ sam od
bardzo wielu lat należę do grona pasjonatów epoki wikingów
uznałem, że nim przejdę do sedna mojej wypowiedzi,
przedstawię w jaki sposób rozwijałem swoje zainteresowania
i jakimi drogami podążałem.

Jak rodzi się pasja?

Zawsze sądziłem, że dobrze jest mieć pasję, intere-
sować się czymś, móc się czemuś poświęcić. Od najmłod-
szych dziecięcych lat zaczytywałem się komiksami autorstwa
Grzegorza Rosińskiego i Jean’a Van Hamme, które przed-
stawiały fascynujący świat dalekiej północy, gdzie główny bo-

3

Por. najnowsze, pięknie wydane wielostronicowe kompendium dotyczące epoki wi-
kingów The Viking World (Brink, Price 2008).

389

hater – mężczyzna imieniem Thorgal – przeżywał kolejne nie-
zwykłe przygody. Z niecierpliwością wyczekiwałem coraz to
nowych odcinków i starałem się zdobywać je za wszelką cenę
(co nie zawsze było łatwe).
W późniejszych latach od czasu do czasu udawało mi
się znaleźć jakiś artykuł czy książkę dotyczącą wikingów i tak
powoli rozwijały się moje zainteresowania ich kulturą. Po
jakimś czasie w mieście, z którego pochodzę, powstało
bractwo rycerskie, a ja mając już odpowiednio wiele lat, aby
do niego przystąpić, postanowiłem spróbować swoich sił na
„wojennej ścieżce”. Doskonale pamiętam moment, kiedy po
raz pierwszy dzierżyłem w dłoniach prawdziwy miecz, kiedy
mogłem założyć kolczugę czy hełm. To było jak magia, jak
wyjątkowa możliwość natychmiastowego przeniesienia się

w czasie.

W drugiej połowie lat 90. XX wieku ruch śred-
niowieczny w Polsce rozwijał się sprawnie, ale zdobycie
odpowiedniego ekwipunku czy potrzebnych materiałów do
wykonania strojów lub sprzętów obozowych bywało nie-
małym problemem4

. Nie każdy posiadał w domu internet czy
dostęp do zachodnich, pięknie ilustrowanych publikacji.
Pierwsze stroje współczesnych wikingów przypominały więc
bardziej kostium Conana Barbarzyńcy skrzyżowanego z nean-
dertalczykiem. Wykształciło się też wówczas słynne okreś-
lenie „glany z owijką”. Oznaczało to, że biedniejsi lub niedoś-
wiadczeni członkowie bractw, którzy nie posiadali odpo-
wiedniego obuwia historycznego, często owijali swoje ciężkie
skórzane buty włochatymi skórami (najczęściej z nutrii, bara-
na lub ewentualnie jelenia czy sarny). O dziwo, całkiem po-
dobnie wyglądały też buty słynnego Thorgala i odnoszę wra-
żenie, że dzięki temu niektórym osobom podobne działanie
wydawało się całkiem usprawiedliwione. Przyznam szczerze,
że w pewnym momencie i ja do nich należałem. Obok przy-

4

O ruchu wczesnośredniowiecznym w Polsce por. Bogacki (2008). Tam także kry-
tyczne uwagi na temat jego obecnego oblicza.

390

słowiowych już „glanów z owijką” na wielu festiwalach
królowały kolczugi wykonane z podkładek sprężynujących.
Pamiętam jak dziś, kiedy na kilogramy kupowałem kolejne
podkładki w lokalnym sklepie z narzędziami, a potem po no-
cach plotłem swoją zbroję. Byłem w tym niestrudzony. Nie-
którzy patrzyli na mnie jak na szaleńca, ale ja radowałem się
niezmiernie, gdy każdego dnia mogłem dodać do plecionej
przeze mnie kolczugi kolejny rządek metalowych kółeczek.
Zbliżał się ostatni rok liceum i wówczas byłem już
bardzo mocno zaangażowany w działania założonej przeze
mnie nowej typowo wikińskiej grupy rekonstruktorskiej. Na-
sze wyposażenie bojowe, stroje i sprzęt obozowy zaczynały
wyglądać coraz lepiej (odeszliśmy już na szczęście od etapu
„glanów z owijką”, wojskowych pasów oficerskich oraz kol-
czug z podkładek), a pasja odtwarzania przeszłych dziejów nie
chciała ustąpić niczemu innemu. Jednym z największych
naszych celów była chęć uczestniczenia w Festiwalu Wikin-
gów na wyspie Wolin. To był (i jest nadal) coroczny między-
narodowy zlot największych pasjonatów kultury i dziedzictwa
północy. Czuliśmy, że możliwość uczestniczenia w nim jest
wyjątkowym wydarzeniem oraz zaszczytem. Przygotowy-
waliśmy się więc do niego bardzo poważnie oraz intensywnie.
W obliczu matury i egzaminów na studia należało jed-
nak podjąć decyzję: „co dalej?”. Prawdę mówiąc, zawsze
chciałem kręcić filmy historyczne i zdawać do Szkoły Filmo-
wej w Łodzi. Prócz własnej wyobraźni i pasji nie miałem jed-
nak zbyt wielu praktycznych doświadczeń ani też żadnych
większych dokonań w dziedzinie fotografii czy filmu. Zasta-
nawiałem się więc, co innego mógłbym uczynić, aby rozwijać
swoje wikińskie zainteresowania.
Archeologia wydawała się tutaj całkowicie natural-
nym wyborem. Już wówczas byłem żywo zafascynowany
opowieściami o Jómsvíkingach (Jomsborczykach), których

391

dzieje opisuje XIII-wieczna Jómsvíkinga saga5

. Jomsbor-
czycy, wedle wspomnianej sagi, a także szeregu innych źró-
deł, stanowić mieli ściśle zwartą i doskonale zorganizowaną
grupę skandynawskich (i być może również słowiańskich)
wojowników, którzy za zgodą polskiego władcy Bolesława
Chrobrego (występującego w sadze pod imieniem Burisleifr)
osiedlić się mieli najprawdopodobniej na wyspie Wolin. Jak
podaje saga, powstała tam również wspaniała warownia z ka-
mienną bramą. To właśnie ona nosiła nazwę Jómsborg6

.

Zauroczony tą opowieścią uznałem, że także w Polsce
dopatrywać się można śladów obecności skandynawskiej,
a zatem potencjalnie możliwe jest ich odnalezienie. W tamtym
czasie nie słyszałem jeszcze o badaniach Profesora Jana Żaka

czy innych wybitnych przedstawicieli polskiej archeologii,

którzy wiele uwagi w poświęcili w swych pracach kwestiom
skandynawskim. Moim młodzieńczym marzeniem było więc
odkrycie tajemnicy Jómsborga. Z takim nastawieniem wyru-
szyłem na egzaminy i przyjęty zostałem na studia archeo-
logiczne w Instytucie Prahistorii Uniwersytetu im. Adama

Mickiewicza w Poznaniu. To właśnie tam po raz pierwszy
w życiu miałem nieograniczony dostęp do fachowej litera-
tury, w której namiętnie rozczytywałem się w kolejnych la-
tach. Fascynacja wikingami nie słabła, a wręcz rosła i roz-
wijała się z każdym rokiem. Uczestniczyłem wówczas w co-
raz większej liczbie festiwali historycznych zarówno w kraju,
jak i za granicą. Moja pasja zabrała mnie aż na odległe Lofoty
na samej północy Norwegii, za kołem podbiegunowym. Wę-
drowałem także po Danii, Szwecji, Laponii, Litwie, Wielkiej
Brytanii i wielu innych miejscach w Europie, starając się po-
dążać ścieżkami wikingów, odwiedzać muzea, stanowiska

5

Anglojęzyczne wydania tej sagi dostępne są w tłumaczeniach Blake’a (1962)
i Hollandera (2000). Dotychczas w Polsce saga ta prezentowana była jedynie we frag-
mentach. Przygotowywany obecnie audiobook ma jednak opierać się na wybranych
fragmentach niepublikowanego tłumaczenia mojego autorstwa.

6

Więcej na temat Jómsborga i Jómsvikingów pisali ostatnio: Filipowiak (2005)
i Słupecki (2000; 2005). Zobacz także: Morawiec (2008).

392

oraz parki archeologiczne. Oprócz studiowania książek
naukowych, ciągle uczyłem się przeszłości poprzez czynne jej
doświadczanie. Sądzę, że dało mi to bardzo wiele, wzbo-
gacając niewątpliwie mój sposób postrzegania dawnych
dziejów. W myślach zawsze wracam do tych chwil z wiel-
kim sentymentem.

Po ukończeniu studiów nadal staram się z pasją i po-
święceniem zajmować interesującą mnie epoką, tym razem
pracując nad pracą doktorską o wikińskiej tematyce w De-
partment of Archaeology
, University of Aberdeen w Szkocji.

Wciąż uczestniczę w festiwalach historycznych, ale wraz
z upływem kolejnych lat coraz więcej rzeczy zaczyna mnie na
nich martwić...

Mam nadzieję, że Szanowni Czytelnicy wybaczą mi
ten bardzo osobisty wstęp. Sądzę jednak, że bez niego nie był-
bym w stanie rozpocząć drugiej części mojego tekstu. Po tak
wielu latach rozmaitych doświadczeń w świecie współ-
czesnych wikingów uznałem, że pomimo ciągłego zach-
walania tej przepięknej pasji nadszedł czas, aby powiedzieć
to, co od dawna leży mi na sercu i łamie je kawałek po ka-
wałku. W tym celu intencjonalnie postanowiłem nadać moim
rozważaniom formę eseju.

Mity i gadżety

Każda społeczność miewa tendencje do tworzenia
własnych mitów. Tak samo dzieje się również w świecie
współczesnych wikingów. Niektóre mity trwają długo, a inne
są prędko obalane przez osoby cieszące się szczególnym auto-
rytetem. Muszę przyznać, że jednym z największych
sukcesów współczesnych rekonstruktorów jest porzucenie
głębokiej wiary w to, że hełmy skandynawskich wojowników
zawsze przyozdabiały dwa wygięte w górę rogi. Nad tym pro-
blemem badacze dyskutują od lat, lecz prócz dość zagadkowej

393

ikonografii oraz pewnych miniatur, na których faktycznie
można by się dopatrywać tego typu uzbrojenia7

, nie od-

naleziono dotychczas żadnych przekonujących, namacalnych
dowodów. Mit rogatego hełmu został więc odrzucony i chyba
już nie wróci, dopóki jakiś archeolog nie wydobędzie z ziemi
podobnego wyrobu. Mając chyba pewną świadomość tego
problemu, Jerzy Hoffmann, reżyser filmu „Stara Baśń” roz-
wiązał go kompromisowo i postanowił, że wódz występu-
jących w nim wikingów koniecznie musi na swym hełmie
mieć rogi. Pozostali wikingowie zostali ich jednak pozba-
wieni. W przypadku filmu Hoffmanna, który chyba z zało-
żenia miał być „baśnią”, a na dodatek „starą”, można było po-
kusić się o taki pomysł.

Środowisko współczesnych wikingów operuje jednak
wieloma innymi „mitami”. Wśród nich jest, na przykład
absolutna fascynacja tak zwanym „młotem Thora” – metalową
zawieszką przypominającą swym kształtem młot. W związku
z taką analogią przyjęło się sądzić, że stanowi on symbol
jednego z ważniejszych bogów należących do skan-
dynawskiego panteonu: syna Odyna (staroislandzki: Óðinn),
gromowładnego Thora (staroislandzki: Þórr). Do jego
głównych atrybutów należy właśnie magiczny młot o nazwie
Mjöllnir, który wedle przekazów mitologicznych miał być

wykonany przez krasnoludy (Simek 2006, s. 219). Tego typu

znaleziska lub ich wyobrażenia występują w Skandynawii (ale
także poza nią) w najróżniejszych kontekstach – zarówno jako
dary grobowe dla osób o różnym wieku i płci, ale także jako
ofiary lub znaleziska luźne. Nie można jednak powiedzieć, że
absolutnie każdy mieszkaniec wczesnośredniowiecznego
świata je posiadał. Tym niemniej oglądając dzisiejsze festi-
wale historyczne można odnieść właśnie takie wrażenie.

7

Por. na przykład fragment kunsztownie wykonanej tkaniny z Oseberg (Vestfold,
Norwegia) (Ingstad 1992, s. 232) lub znaleziska miniaturowych „tańczących wojow-
ników” (Holmqvist 1960; Duczko 2002; Price 2002, s. 385-388) oraz inne zawieszki,
jak chociażby słynny „Odyn z Ribe” (Jensen 1991, s. 50-51).

394

Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną anegdotę,
krążącą w niektórych kręgach. Wedle niej wikingowie wy-
ruszający na łupieżcze wyprawy przywozili sobie na pamiątkę
każdej z nich zawieszkę w kształcie młota Thora. Proszę sobie
wyobrazić ile zawieszek tego typu miałby na przykład słynny
Egill Skalla-Grímsson, bohater Sagi o Egilu (isl. Egils saga
Skalla-Grímssonar
)! Problem jednak w tym, że dla Egilla naj-
ważniejszym z bogów był nie Thor, a Odyn. Nie wiemy abso-
lutnie nic o tym, by Odyn również posługiwał się młotem!
Współcześni wikingowie kochają się w biżuterii
i ozdobach. Nie ma w tym absolutnie nic złego. Wiemy
wszak, że podobnie rzecz się miała w wypadku wikingów
z przeszłości. Problemem jest tu jednak kwestia zachowania
pewnego umiaru. Faktem jest, że bogate groby kobiece z prze-
pięknym wyposażeniem, w zależności od regionu Skan-
dynawii, zdarzają się w trakcie wykopalisk dość często. Może
to sugerować pewne szczególne upodobanie do tego typu
przedmiotów lub wyraz szacunku dla zmarłej osoby. Nie-
którzy badacze uznają, że biżuteria (lub broń) składana w gro-
bach posiada także głębokie treści symboliczne. Bez względu
na wszystkie powyżej nakreślone interpretacje, trudno jest mi
uwierzyć, że typowa skandynawska kobieta przygotowywała
codzienną strawę w żelaznym kotle, będąc przybrana w ozdo-
by jak świąteczna choinka. A dziś, na historycznych festi-
walach widok ten jest niemal wszechobecny. Wydaje mi się,
że niektórym rekonstruktorom brakuje czasem wyczucia sy-
tuacji. Jeśli do gotowania kobieta zawiesza na sobie sznury
srebrnych i szklanych paciorków, a do tego zakłada potężne
brosze żółwiowate i kilkanaście pierścieni, to powstaje py-
tanie – w jaki sposób powinna się ona ubrać na ceremonię
ślubną, zacną ucztę lub pogrzeb?

395

Tak zwani poganie i ich bogowie

Wielu rekonstruktorów przeszłości wywodzi się ze
środowisk słuchających muzyki metalowej. Wykształcił się

nawet specjalny gatunek metalu znany jako Viking Metal,

który z założenia nawiązywać ma w swym przekazie do
historii i mitologii dawnej Skandynawii. Sam od lat słucham
takiej muzyki, ale zdaję sobie sprawę, że na pewno nie jest
ona rzetelnym źródłem, z którego można czerpać wiarygodne
informacje o przeszłości. Wraz z Viking Metalem niejed-
nokrotnie sławiącym imiona i czyny nordyckich bohaterów
oraz bogów rodzi się także często pewne upodobanie do
dawnej pogańskiej wiary. Wielu współczesnych wikingów
deklaruje, że są poganami, że noszą Młot Thora jako symbol
swoich przekonań. Chociaż nie ma w tym nic złego, obawiam
się, że w niektórych przypadkach czynione jest to zupełnie
bez głębszej refleksji i stanowi wyraz ślepego podążania za
pewną modą lub ogólnie przyjętymi w środowisku kon-
wencjami. Rekonstruktorzy rzadko rozmyślają nad subtel-
nościami wierzeń wikingów. Postrzegają minioną rzeczy-
wistość w dość schematyczny sposób, oddzielając od siebie
rozmaite aspekty codziennego życia. Widoczne jest to dosko-
nale na festiwalach historycznych. Imprezy te zazwyczaj mają
program, który zamknąć można w poniższym (nieco uprosz-
czonym) schemacie:

rozbijanie obozu – pokazy rzemiosła (ewentualnie gry
i zabawy) – bitwa – obrzęd – uczta

Nie dostrzega się zupełnie, że w ówczesnej epoce
najprawdopodobniej nie istniały ścisłe granice pomiędzy sac-
rum
i profanum (Słupecki 2008). To był jeden sprawnie dzia-
łający organizm (Andrén, Jennbert, Raudvere 2006). Dziś

396

wiemy, że czynności domowe niewątpliwie zawierały w sobie
bogate treści symboliczne (na przykład przędzenie czy tkanie
oraz mielenie ziaren). Niektóre z nich bywały także objęte
swoistym tabu i przypisane tylko kobietom lub tylko męż-
czyznom (Gardeła 2009). Jak pokazało to już wielu badaczy,
kwestie wojny ściśle wiązały się ze sprawami wiary (Price
2002; Hedenstierna-Jonson 2006). Odnajdowało to swoje
odbicie nie tylko w obrzędach dokonywanych przed, w trakcie
czy po samej walce, ale także w określonej ornamentyce broni
czy innych elementów wyposażenia. W środowiskach re-
konstruktorskich niestety niemal zupełnie się tego nie do-
strzega i rzadko prowadzone są w nim dyskusje na podobne

tematy.

Choć współcześni wikingowie składają podzięko-
wania lub modły do Odyna, Thora czy Freyja, to zupełnie
zapominają, że skandynawski panteon liczył sobie jeszcze
wielu innych bogów i bogiń. Obok nich występowały także
rozmaite istoty nadnaturalne, takie jak chociażby: fylgjur,
hamingjur, disir, landdísir, spádísir, landvættir. Roz-

powszechniona była ponadto wiara w karły (staroislandzki:

dvergar), elfy (staroislandzki: álfar) czy olbrzymy (staro-
islandzki: jötnar), czego wyraz daje chociażby wspomniana
wyżej Jómsvikinga saga (21). Tak jak pamięta się jeszcze cza-
sem o walkiriach (staroislandzki: valkyrjur), to w całkowitą
niepamięć popadły postaci norn (staroislandzki: nornir).
A przecież wedle dawnych przekonań to właśnie one odgry-
wały niezwykle istotną rolę w kształtowaniu ludzkiego prze-
znaczenia. Być może warto byłoby sobie o nich przypomnieć?
Tak samo błędne jest przekonanie o tym, że dominu-
jącą rolę we wróżbiarstwie skandynawskim odgrywały runy.
Omówienie tego problemu wymagałoby jednak całkowicie

osobnego tekstu8

. Pozostaje mi więc jedynie go tutaj zasyg-

nalizować.

8

Na marginesie dodam, że doskonałą pracę na temat wróżbiarstwa skandynawskiego
napisał przed dziesięcioma laty Leszek Słupecki (1998).

397

Bez rogów na hełmie, ale z rogiem w dłoni

Zbliżając się powoli do sedna tej wypowiedzi, chciał-
bym przedstawić aspekt współczesnych rekonstrukcji, który
nie tylko mnie osobiście najbardziej boli. Mając za sobą wiele
lat doświadczeń, zarówno na festiwalach polskich i zagra-
nicznych, odnoszę nieodparte i smutne wrażenie, że pomimo
wciąż rosnącej jakości strojów oraz wszelkich innych
elementów wojennych czy obozowych, jedno pozostaje nie-
zmienne. Nagminne pijaństwo. To przykre, że dla tak wielu
rekonstruktorów wyjazdy na festiwale przede wszystkim za-
czynają stanowić głównie okazję do picia piwa bez opa-
miętania. Prowadzi to do wielu bardzo niepożądanych kon-
sekwencji, które rzucają cień na oblicze świata współczesnych
wikingów. To właśnie jest, moim zdaniem, jednym z fun-
damentalnych powodów, dla których środowiska akademickie
często stronią od bliższych kontaktów z rekonstruktorami. Bo
jakże można rozmawiać o przeszłości z na wpół przytomnym
wikingiem, którego jedynym celem jest zapełnienie swojego
rogu kolejnymi litrami złotego trunku?

Smutne i brutalne prawdy

Podsumowując, odnoszę wrażenie, że wiele problemów
rodzących się w świecie współczesnych rekonstruktorów
wczesnego średniowiecza wynika z braku głębszej refleksji
nad istotą swoich działań. Ten brak opiera się przede
wszystkim na kilku kluczowych kwestiach. Są to kolejno:
dyletanckie podejście – wielu odtwórców zaintere-
sowanych jest jedynie walką i zawartością własnego

rogu do picia;

nieznajomość źródeł (w tym także problem dostępu

do literatury fachowej);

398

nieznajomość języków obcych (w często których pub-
likowane są najnowsze opracowania materiałów skan-
dynawskich);

niedostateczna ilość doświadczeń lub pewna niechęć
w ich zdobywaniu (podróże, wizyty w muzeach lub na
stanowiskach archeologicznych, kontakty ze środo-
wiskiem naukowym).
Wreszcie, wielkich problemów przysparzają kwestie sa-
mej mentalności rekonstruktorów, a mianowicie:

duma i brak pokory;
przekonanie o swojej „wyjątkowości”, „elitarności”
i „wyższości”;
chęć posiadania wyłączności na „PRAWDĘ” o mi-
nionej epoce i ślepa wiara w jej istnienie.
Przykłady można by mnożyć na jeszcze wielu stronach.
Postanowiłem jednak skupić się na tych, które zawsze wy-
dawały mi się najbardziej rażące. Nie wszystko jednak stra-
cone.

Potencjalne recepty na przyszłość

Leczenie problemów z jakimi boryka się świat współ-
czesnych wikingów nie jest rzeczą łatwą. Wydaje mi się jed-
nak, że rozpocząć je można od przemyślenia szeregu po-
niższych kwestii:

kwestia pokory wobec przeszłości i jej źródeł;
kwestia krytyki źródeł i własnych działań;
kwestia współpracy i budowania szacunku pomiędzy
odtwórcami a środowiskiem akademickim;
kwestia etyki działania. Rozważania nad tym czy po-
winno się rekonstruować niektóre bardzo osobiste i wy-
jątkowe przedmioty? Problem szacunku dla indywi-
dualności/postaci z przeszłości;

399

kwestia ostrożności w igraniu z ogniem. Tyczy się to
szczególnie podejmowania radykalnych prób odtwa-
rzania dawnych obrzędów;
kwestia odrzucenia przekonań o jedynej i sztywnej
prawdzie na temat epoki wikingów. Chęć otwarcia się
na subtelności;
kwestia uwolnienia własnego umysłu od stereotypów
lub przynajmniej wyrobienie w sobie umiejętności kry-
tycznego na nie spojrzenia.

Zamiast zakończenia

Ten krótki, acz pod koniec gorzki esej zakończyć
można jedynie słowami boga Odyna, które wypowiada on
w przepięknym, staroislandzkim utworze Hávamál (12):

Nie tak dobre, jak mówią,
Piwo dla ludzkich jest pokoleń,
Bo tym mniej ma – im więcej pije –
Zdrowego rozumu człowiek.

(Havamál (12), tłum. wg Załuska-Strömberg 1986, s. 21)

Przez wielu współczesnych rekonstruktorów treści
przedstawiane w Hávamál uznawane są rzekomo za pewien
kodeks zachowania. Radziłbym im jednak studiować je dok-
ładniej. Jak mawiał w innym utworze eddaicznym sam Si-
gurd:

Mocny duch lepszy niż hartowny miecz
Gdzie się wrodzy spotykają woje,
Gdyż bohaterskich widziałem mężów,
Co tępym mieczem osiągają zwycięstwo.

(Fafnismál (28), tłum. wg Załuska-Strömberg 1986, s. 266)

400

Obawiam się jednak, że nikt będąc całkowicie pija-
nym – nawet tęgi i brodaty wiking – tępym mieczem zwy-
cięstwa ani sławy sobie nie przysporzy.

Bibliografia

Andrén A., Jennbert K., Raudvere C.

2006 Old Norse religion. Some problems and prospects [w:] red.

A. Andrén, K. Jennbert, C. Raudvere, Old Norse religion in
long-term perspectives. Origins, changes and interactions. An
international conference in Lund, Sweden, June 3-7, 2004
,
Lund, s. 11-14.

Arvidsson S.

2006 The reuse of Norse mythology in our times – Myth and moder-
nity [w:] red. A. Andrén, P. Carelli, Odens öga – mellan
manniskor och makter i det förkristna Norden. Odin’s Eye –

Between people and powers in the pre-Christian North, Hel-
singborg, s. 332-335.

Blain J.

2002 Nine Worlds of Seid-Magic. Ecstasy and Neo-Shamanism in
North European Paganism
, London and New York.

Blake N.S.

1962 Jomsvikinga Saga. The Saga of the Jomsvikings, London.

Bogacki M.

2008 Wybrane problemy odtwórstwa wczesnośredniowiecznego
w Polsce. Zagadnienia ogólne i próba charakterystyki śro-
dowiska [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Kultura
ludów Morza Bałtyckiego,
Tom II: Nowożytność i współ-
czesność. Mare Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza
Bałtyckiego. Materiały z III Międzynarodowej Sesji Naukowej
Dziejów Ludów Morza Bałtyckiego. Wolin 20-22 Lipca 2007
,
Toruń, s. 219-269.

Brink S., Price N.

2008 The Viking World, London and New York.

Duczko W.

2002 Tańczący wojownicy: ikonografia rytuałów kultowo-militarnych
w skandynawskiej sztuce wczesnego średniowiecza [w:] red.
S. Rosik, P. Wiszewski, Imago Narrat. Obraz jako komunikat
w społeczeństwach europejskich
, Wrocław, s. 165-187.

401

Filipowiak W.

2005 Jómsborg i Jómsvikingowie w świetle ostatnich badań archeo-
logicznych [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare

Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego.
Materiały z I Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyc-
kiego, Wolin 6-7 sierpnia 2005
, Toruń, s. 28-46.

Gardeła L.

2006 Skanseny historyczne. Od czego zacząć? Fenomen rekonstrukcji
wczesnośredniowiecznych obiektów mieszkalnych i zabudowań
obronnych; jego konsekwencje oraz pojawiające się problemy,

Gazeta Rycerska 12, s. 45-46.
2007 Myśli zaklęte w przedmioty [w:] red. H. Głąb, E. Haduch,
A. Szczepanek, Non omnis moriar - rozważania nad egzystencją
człowieka w aspekcie badań antropologiczno – archeolo-
gicznych
, Kraków, s. 17-35.
2009 „Tkając myśli”. Czynności domowe i ich metafory w epoce
wikingów [w:] red. M. Bogacki, M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare

Integrans. Studia nad dziejami wybrzeży Morza Bałtyckiego.
Materiały z IV Sesji Naukowej Dziejów Ludów Morza Bałtyc-
kiego. Gospodarka ludów Morza Bałtyckiego
, Toruń, s. 40-92.

Goodrick-Clarke N.

2005 The Occult Roots of Nazism. Secret Aryan Cults and their
Influence on Nazi Ideology
, London.

Hedenstierna-Jonson C.
2006 The Birka Warrior: the material culture of a martial society,
Stockholm.

Hollander L.M.

2000 The Saga of the Jómsvikings, Austin.

Holmqvist W.

1960 The dancing gods, Acta Archaeologica 31, s. 101-127.

Ingstad A.S.

1992 Oseberg-dronningen – hvem var hun? [w:] red. A.E.
Christensen, A.S. Ingstad, B. Myhre, Oseberg-Dronningens
Grav. Vår arkeologiske nasjonalskatt i nytt lys
, Oslo, s. 224-
256.

Jensen S.

1991 The Vikings of Ribe, Ribe.

Morawiec J.

2008 Wolin w średniowiecznej tradycji skandynawskiej, Katowice
(maszynopis pracy doktorskiej napisanej w Instytucie Historii na

Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego).

402

O’Donoghue H.

2008 From Asgard to Valhalla. The remarkable history of the Norse
Myths
, London and New York.

Price N.S.

2002 The Viking Way. Religion and War in Late Iron Age
Scandinavia
, Uppsala.

Simek R.

2006 Dictionary of Northern Mythology, Cambridge.

Słupecki L.P.

1998 Wyrocznie i wróżby pogańskich Skandynawów. Studium do
dziejów idei przeznaczenia u ludów indoeuropejskich
, Warsza-
wa.
2000 Jómsvikingalog, Jómsvikings, Jomsborg/Wolin and Danish
circular strongholds [w:] red. P. Urbańczyk, The Neighbours of
Poland in the 10th

Century, Warsaw, s. 49-60.
2008 Jom, Jomsborg, Wolin, Wineta w pieśniach skaldów, w islan-
dzkich sagach i łacińskich kronikach [w:] red. M. Bogacki,

M. Franz, Z. Pilarczyk, Mare Integrans. Studia nad dziejami
wybrzeży Morza Bałtyckiego. Materiały z I Sesji Naukowej Dzie-
jów Ludów Morza Bałtyckiego, Wolin 6-7 sierpnia 2005
, Toruń,

s. 47-62.
2009 Forn sidr. Pogaństwo jako sposób życia dawnych Islandczyków
[w:] L. Słupecki, Bogowie i ich ludy. Religie pogańskie a pro-
cesy tworzenia się tożsamości kulturowej, etnicznej, plemiennej
i narodowej w średniowieczu
, Wrocław, s. 39-46.

Wallis R.

2003 Shamans/Neo-Shamans. Ecstasy, alternative archaeologies and
contemporary Pagans
, London and New York.

Wilson D.M., Roesdahl E.
1992 What the Vikings meant to Europe [w:] red. S. Karlsson, The
Source of Liberty. The Nordic Contribution to Europe, Stock-
holm, s. 39-63.
Załuska-Strömberg A.
1974 Saga o Egilu, Poznań.
1986 Edda Poetycka, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź.

403

Abstract

The Vikings and the Viking Age (VIII – XI cent.
AD) have inspired and attracted people’s attention for many

centuries. It is hard to say, however, what is the source of this
particular excitement. Is it the Viking way of life – the great
journeys and adventures that many people find to be so
thrilling? Or is it the undying fascination with war and blood-
shed? Perhaps for some it is all fueled by national pride and
admiration of heroic past which forms the foundations of their
cultural identity?

In the last few decades, the Viking Age has been
once again brought back to life in comic books, cartoons,
commercials, movies and re-enactment activities. Today, the
Norse are presented in many ways and we are gradually trying
to understand the various subtleties of their period. The public
is slowly beginning to reject romantic imagery of horned
helmets, and warriors clad in animal skins. Apart from seeing
the Viking Age people only as brutal sea warriors and
mercenaries we are finally acknowledging their skills as
craftsmen and merchants. Nevertheless, the ways of pre-
senting this past are still very selective. Some aspects are ex-
plored in depth and some are completely neglected.
The contemporary Vikings speak to us not only
during historical festivals, but also through music, books or
articles. Some of them claim to be continuators of the old
heathen traditions and aim at bringing them back to life by

conducting religious ceremonies or neoshamanic séances.

What are the consequences of such actions? How do they
enhance or alter the perceptions of the past? All those matters
shall be explored in my paper.

404

405

Maksym Mackiewicz

Instytut Archeologii

Uniwersytet Wrocławski
Wrocław

Zastosowanie skanera 3D w procesie dokumentacji

archeologicznej. Możliwości i perspektywy

Od ćwierćwiecza wraz z rozwojem techniki infor-
matycznej i optycznej, obserwujemy zmieniający się obraz
prowadzenia dokumentacji archeologicznej. Być może, nie
dorównuje on galopującemu tempu tego progresu, a nowinki
nieśmiale trafiają na teren wykopalisk, ale środowisko
archeologiczne, zwłaszcza grupa metodyków-badaczy, od kil-
ku lat postuluje potrzebę zaktualizowania standardów prowa-
dzonej dokumentacji o ogólnie dostępne możliwości tech-
niczne. Użytkowanie aparatów cyfrowych, a następnie kom-
puterowe przetwarzanie zdjęć do postaci ortofotografii staje
się wygodnym i praktycznym standardem. Użytkowanie cyf-
rowego tachimetru na wykopie również nie jest już widokiem
nadzwyczajnym, a koszt takiego sprzętu jest w zasięgu nie-
wielkich firm świadczących usługi archeologiczne. Nie-
wątpliwie stosowanie nowoczesnego sprzętu jest wielkim
ułatwieniem dla badaczy. Wpływa nie tylko na poziom badań,
ale i wygodę pracy. Warunkiem jest jednak samo opanowanie
obsługi sprzętu, którego działanie nie jest intuicyjne, często
wymaga dodatkowego przeszkolenia lub chociaż dokładnej
lektury instrukcji obsługi (co, wbrew pozorom, nie wydaje się
być praktyką powszechnie stosowaną). Dostępność nowo-
czesnych urządzeń, a także licznego oprogramowania do ana-
lizowania pobranych danych pozwala archeologom zająć się
wieloaspektowym opracowaniem materiałów. Często sami
posiadają sprzęt i potrzebne przygotowanie, co pozwala prze-
jąć obowiązki zarezerwowane niegdyś dla przedstawicieli
innych dziedzin. Umiejętność podstawowej obsługi urządzeń
geodezyjnych przejęli archeolodzy. Opracowanie planigrafii

406

znalezisk czy warstwicowego planu stanowiska nie jest już
trudnością, a zawodowy fotograf na wykopaliskach pojawia
się jedynie wraz z dziennikarzem z prasy lokalnej zainte-
resowanym wynikami badań. Technologia komputerowa nie-
zwykle ułatwia archiwizowanie, kopiowanie lub przesyłanie
danych, a także wstępne ich przygotowanie do prezentacji czy
druku. Dokładność takiej dokumentacji przewyższa tę pro-
wadzoną manualnie, a mechanika całego procesu wpływa na
wydajność pracy. Szczególnie ważną zaletą tej formy do-
kumentacji, gdzie część obowiązków przejmuje aparatura, jest
możliwe zminimalizowanie efektu subiektywizmu dokumen-
talisty oraz wyeliminowanie praktyki wstępnej interpretacji na
etapie jej wykonywania (czego duże znaczenie podkreślają
Urbańczyk 2002, Tyszczuk 2006).
Najnowszą nowinką jaka skupiła na sobie uwagę
archeologów są digitizery 3D, popularnie określane skanerami
3D. Istotą ich działania jest możliwie dokładne odwzorowanie
bryły skanowanego obiektu i odtworzenie jej w pamięci kom-
putera. Nowoczesne urządzenia bazują zwykle na technologii
laserowej, pozwalając pobrać niezbędne pomiary bez doty-
kania odwzorowywanego przedmiotu. Uproszczając, zasadę
jego działania możemy porównać do tachimetru laserowego,
gdzie na podstawie czasu pomiędzy emisją a powrotem wiązki
światła, a także znanemu kierunkowi pod jakim wysyła je
urządzenie, zapisywane jest położenie punktu w trój-
wymiarowej przestrzeni1

. Jednorazowy pomiar o rozdziel-
czości kilkudziesięciu tysięcy punktów pozwala na odwzoro-
wanie całej płaszczyzny, zapisywanej w pamięci w postaci
tzw. chmury punktów, następnie wyświetlanych w postaci
siatki trójkątów lub cieniowanych powierzchni. Odwzoro-
wanie całej bryły bez „zacienionych” ubytków (tzw.
„martwych pól”) wymaga wykonania kilku do kilkunastu ska-
nów z różnych stron obiektu. Wyniki pomiarów są następnie

1

Starsze urządzenia opierały się na metodzie dotykowej i rejestrującym powierzchnię
czujniku umocowanym na ruchomym ramieniu. Technologią równie popularną wśród
urządzeń bezdotykowych jest emitowanie pasów światła i rejestracji ich załamywania
się na powierzchni przedmiotu.

407

łączone w jedną całość, tworząc pełny model (Ryc. 1). Obec-
nie produkowane urządzenia posiadają dużą rozdzielczość
optyczną, cechują się dokładnością do ułamków milimetrów,
a oprócz położenia punktów, potrafią rejestrować dane o kolo-
rze, co pozwala na uzyskanie modelu niemal w rzeczywistym
stopniu oddającego geometrię i teksturę przedmiotu. Po-
wierzchniowy sposób zbierania punktów pociąga za sobą
pewne ograniczenia, utrudniając lub całkowicie uniemoż-
liwiając zeskanowanie, np. wnętrza naczynia. Wyroby o po-
wierzchni odbijającej lub przepuszczającej światło wymagają
wstępnego przygotowania i pokrycia powierzchni substancją
o konsystencji talku zapobiegającej powstawianiu refleksów.

Ryc. 1. Poszczególne etapy skanowania rdzenia magdaleńskiego
i ostateczny wynik – model z nałożoną teksturą. Opracowanie:
M. Mackiewicz.

Istnieje szereg różnych systemów przeznaczonych do
skaningu laserowego różniących się parametrami i zastoso-
waniem. Inną charakterystyką cechuje się aparatura do wyko-
nywania skanów obiektów niewielkich (np. zabytków rucho-
mych), inne wymagania stawia się urządzeniom przezna-
czonym do odwzorowywania budynków czy całych wnętrz.
Wśród najbardziej popularnych systemów należałoby wymie-
nić: Konica-Minolta, Cyrax, Riegl, czy Polhemus.
Oddzielną grupą urządzeń są systemy digitizowania
dużych powierzchni terenu za pomocą wiązki lasera z pokładu
samolotu czy samochodu, np. LIDAR. Ich rozdzielczość i do-
kładność nie może się równać z pomiarami zebranymi z uży-
ciem Total Station, jednak pozwala stworzyć odwzorowanie
znacznie szybciej.

408

Wraz z mnogością systemów, pojawia się zró-
żnicowane i niestety nieujednolicone oprogramowanie uży-
wane do przetwarzania danych. W większości wypadków poz-
wala jednak na zapisanie pomiarów w uniwersalnych for-
matach plików (dxf, obj, vrml), umożliwiających dalszą
obróbkę w aplikacjach typu CAD (np. AutoCAD) czy pro-
gramach do wizualizacji (np. 3D Studio MAX).

Skanery 3D zaprojektowane były przede wszystkim
jako narzędzia do zastosowań przemysłowych. Wykorzysty-
wane są w kontroli jakości, przy badaniu geometrii pojazdów,
okrętów i elementów konstrukcyjnych, we wzornictwie prze-
mysłowym, a ostatnio, także w dokumentacji zabytków i dzie-
dzictwa kulturowego. Sposoby na użycie omawianej aparatury
w archeologii zależą głównie od wyobraźni badaczy. W przy-
padku digitizerów przeznaczonych do skanowania niewielkich
przedmiotów, podstawowym zastosowaniem jest skanowanie
zabytków ruchomych. W niektórych konstrukcjach przy za-
stosowaniu zmiennej optyki możliwe jest dokładne od-
wzorowanie przedmiotów o rozmiarach kilku centymetrów do
ponad metrowych. Skanowanie większych obiektów wymaga
łączenia kilku skanów w jedną całość. Bezdotykowy charakter
zbierania pomiarów jest szczególnie cenny w przypadku
materiałów delikatnych, w większym stopniu podatnych na
zniszczenia. Będą to przede wszystkim zabytki drewniane,
z kości lub poroża, a także szklane. Szczególnie podkreśla się
potrzebę wykonywania dokumentacji trójwymiarowej mate-
riałów antropologicznych. Jest to istotne zarówno z powodu
ułatwień w zbieraniu pomiarów, łatwości ich archiwizacji, jak
i z szacunku do ludzkich szczątków, które powinny zostać po-
chowane ponownie (Tyszczuk 2003, s. 50).
Część urządzeń pozwala na wykorzystanie ich w tere-
nie. Rozstawiane na trójnogu i zasilanie, np. z akumulatora sa-
mochodowego, pozwalają także na samodzielną pracę bez
potrzeby podłączania ich do komputera, co ogranicza do mini-
mum ilość sprzętu i niepotrzebnych kabli. Do jego obsługi
wystarcza jedna osoba, a sam sprzęt mieści się do bagażnika
niewielkiego samochodu. Pozwala na skanowanie obiektów in

409

situ i sporządzanie dokładnej dokumentacji polowej. Urzą-
dzenie umożliwia zarówno skanowanie większych obszarów,
jak całych powierzchni murów czy bruków odkrywanych pod-
czas prac wykopaliskowych, a także inwentaryzacje archi-
tektury, skupiając się przy tym na detalach. Pozwala także na
skanowanie obiektów narażonych na zniszczenia podczas
wyciągania z ziemi lub tych, których nie można wyciągnąć
w całości. Mogą to być szczególnie delikatne i łamliwe pozo-
stałości kostne gatunków wymarłych, których wydobycie wy-
maga zwykle specjalnego usztywnienia całości gipsem czy też
popularne, również wyciągane we fragmentach, relikty kon-
strukcji drewnianych. Skanowanie w ten sposób studni przed
jej wyciągnięciem, poza dokładnym odwzorowaniem (z za-
chowaniem wszelkich szczegółów, w tym nawet faktury
drewna) jest doskonałym materiałem ilustracyjnym, źródłem
danych metrycznych, jak i bazą do późniejszej jej rekon-
strukcji z zakonserwowanych już elementów. Skanowanie po-
chówków ciałopalnych eksplorowanych zwykle do poziomu
calca, pozwala na zachowanie nie tylko ułożenia zabytków,
ale także ich szczegółów, jak np. wymiary naczyń, ornament,

stan zachowania. Dokumentacja takiego obiektu przez wpraw-

nego operatora sprzętu zajmie porównywalną ilość czasu co

podstawowa i schematyczna dokumentacja rysunkowa. Przy
obiektach bogatych w szczegóły i o skomplikowanych kształ-
tach – stosunek ten wyraźnie będzie się przechylał na korzyść
dokumentacji mechanicznej. Ciekawe efekty prezentuje
skanowanie architektury, w tym budownictwa drewnianego.
Wiele zabytkowych kościołów nie jest obiektem zaintere-
sowania konserwatorów do momentu, gdy ten zawali się lub
ulegnie spaleniu. Poza bryłą budynku, sprzęt uchwyci także
elementy konstrukcyjne. A skanując wnętrza, możemy uzys-
kać szczegółowy obraz szkieletu czy konstrukcji dachu. Jako
przykład „wnętrza” możemy potraktować jaskinie. Skano-
wanie pozwala na zapis nie tylko geometrii, ale także na
uchwycenie szczegółów takich, jak malowidła czy ryty. Nic
nie stoi na przeszkodzie, aby w następnym etapie dane te po-

410

łączyć z planigrafią zabytków czy wykorzystać w celach wi-
zualizacji.

Ryc. 2. Ceramika naczyniowa kultury lendzielskiej (Jordanów
Śląski, gm. loco) – odwzorowanie przestrzenne w postaci teksturo-
wanego modelu, chmury punktów i przekroju. Opracowanie:

M. Mackiewicz.

Wirtualne odwzorowanie geometrii przedmiotu ce-

chuje się dużą dokładnością, sięgającą nawet setnych części

milimetra, a oprogramowanie pozwala na wygodne pobranie

wszelkich wymiarów przedmiotu (np. od punktu do punktu,
punktów skrajnych), zmierzenie średnic czy kątów. Jedno-
cześnie pozwala na utworzenie dowolnych rzutów izome-
trycznych, zarysowanie konturów czy wykonanie przekrojów
często trudnych do uzyskania drogą tradycyjną (Ryc. 2, 3).
Zastosowanie dodatkowych narzędzi pozwala na obliczanie
powierzchni czy wyliczanie objętości (np. materiałów zuży-
tych na budowę, pojemności skanowanych naczyń).
Wszystkie efekty są czytelne i łatwe do dalszej publikacji
w formie drukowanej bądź cyfrowej.

411

Ryc. 3. Rejestracja przestrzenna motyki kamiennej wiązanej z kul-
turą ceramiki wstęgowej kłutej z Dzielnicy (gm. Cisek): a – rzut izo-
metryczny z zaznaczonymi liniami cięcia, b – przekroje, c – widok
w postaci chmury punktów. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Pliki modelu, zależnie od rozdzielczości skanowania,
wielkości obiektu i formatu w jakim są zapisane, zajmują od
kilkuset kilobajtów do kilkudziesięciu megabajtów, co spra-
wia, że są one łatwe w archiwizacji. Ich niewielkie rozmiary
umożliwiają przesłanie modelu jako załącznika do wiado-
mości email, pozwalając badaczowi na przyjrzenie się kon-
kretnym cechom zabytku, co często nie jest możliwe w przy-
padku fotografii, jak i samodzielnemu pobraniu niezbędnych
wymiarów. Idealnym rozwiązaniem byłoby stworzenie inter-
netowego archiwum – szerokodostępowej bazy danych zabyt-
ków, uzupełnionej poza fotografiami, o modele 3D. Jako
przykład można wymienić system inwentaryzacji zabytków

412

DANA (Digital Archive Network for Anthropology) urucho-
miony na Uniwersytecie Stanowym Dakoty Północnej w Far-
go, USA (Clark, Stator, Perrizo i in. 2002) (Ryc. 4).

Ryc. 4. System DANA z uruchomioną przeglądarką modeli trój-
wymiarowych (Clark, Stator, Perrizo i in. 2002).

Użyteczność trójwymiarowego modelu nie kończy się
na dokumentacji, a może być narzędziem dalszego etapu stu-
diów. Miejmy jednak świadomość, jak wąski jest rynek opro-
gramowania skierowanego do archeologów. Ilość specja-
listycznych narzędzi jest niewielka, co zmusza badaczy do
współpracy z programistami i proponowania własnych roz-
wiązań lub dostosowania mechanizmów już istniejących. Dla
przykładu narzędzia zaprojektowane do kontroli jakości moż-
na ukierunkować na kontrolowanie poszczególnych cech całej
grupy zabytków, np. w celu poszukiwania egzemplarzy wy-
konanych z jednej formy. Patrząc w przyszłość, przełomem
byłyby programy umożliwiające tworzenie statystyk, auto-
matycznie wyłapywanie wspólnych i różniących cech za-
bytków, aż po proponowanie podziałów typologicznych. Apli-
kacje samodzielnie wykonujące składanki czy łączące frag-
menty naczyń w jedną całość, dziś wydają się być bardzo od-
ległe.

413

Nie można także pomijać potrzeby tworzenia wizuali-
zacji. Trójwymiarowa rejestracja zamku stanowi znakomitą
bazę dla prezentacji poszczególnych jego faz przebudowy.
Odwzorowanie obiektu w połączeniu z efektem skanowania
terenu, uzupełnione o tekstury, umożliwia tworzenie styli-
zowanych rekonstrukcji w pełnej realizmu, otaczającej go sce-
nerii. Te w postaci obrazów lub animacji, umieszczane w In-
ternecie, pozytywnie wpływają na popularyzację archeologii

i dziedzictwa kulturowego.

Modele trójwymiarowe równie dobrze prezentują się
w postaci „wirtualnych muzeów”. Aplikacje umieszczane na
stronach internetowych dają użytkownikowi możliwość obró-
cenia zabytku, obejrzenia z dowolnej strony czy zbliżenia na
konkretny szczegół.

Dodatkowym atutem modelu jest jego czytelność, co
można zastosować w celach publikacyjnych. Można użyć
schematycznego sposobu wyświetlania jaki oferuje nam opro-
gramowanie. W przypadku prostych brył wystarczająco kla-
rowna jest chmura punktów (cloud), a przy bardziej skom-
plikowanych kształtach – widok siatki trójkątów (wireframe)
lub modelu z wygładzoną i cieniowaną powierzchnią (sur-
face
). Ostatni tryb pozwala także na nałożenie tekstury
(Ryc. 5). Obróbka modelu w programie CAD, umożliwiająca
podkreślenie krawędzi płaszczyzn, pozwala na uzyskanie
obrazu w formie szkicu, zbliżonego do rysunku technicznego.

414

Ryc. 5. Siekierka kamienna z Dzielnicy (gm. Cisek, woj. Opolskie).
Różne tryby wyświetlania modelu: a – chmura punktów, b – siatka
trójkątów, c – wygładzona powierzchnia, d – wygładzona po-
wierzchnia z teksturą. Opracowanie: M. Mackiewicz.

Model trójwymiarowy można wykorzystać jako bazę
do stworzenia repliki przedmiotu. Gdy w przypadku narzędzia
kamiennego możemy wykonać formę silikonową i odlew gip-
sowy, tak w przypadku zabytków delikatnych możliwości wy-
konania kopii są utrudnione. Poza tym, do wykonania formy
niezbędne jest posiadanie samego znaleziska. W przypadku,
gdy przedmiot ulegnie zniszczeniu lub zaginie odtworzenie

kształtu jest niemożliwe. Technologia obrabiarek sterowanych
komputerowo pozwala na odwzorowanie kształtu modelu
w różnego rodzaju tworzywach z dokładnością sięgającą
ułamków milimetra2

. Detal wykonany w kamieniu, bezpośred-
nio po obróbce może zastąpić wybrakowany element histo-
rycznej architektury, a repliki w drewnie czy porożu, wyglą-
dają niezwykle realistycznie i mogą być kopiami muzealnymi.

2

Najbardziej popularną metodą pozwalającą na wytworzenie bryły przedmiotu na

podstawie modelu cyfrowego jest zastosowanie sterowanych komputerowo obra-
biarek (CNC) oraz droższe, choć bardziej dokładne, odtwarzanie skomplikowanych
kształtów w tworzywie sztucznym techniką stereolitografii laserowej (Rapid Pro-
totyping
).

415

Stworzona w ten sposób rekonstrukcja wykonana w trwałym
materiale może pełnić funkcje egzemplarza dydaktycznego
przede wszystkim ze względu na dokładne odwzorowanie
geometrii. Wirtualny model równie dobrze może zostać użyty
jako podstawa do projektu całego procesu produkcyjnego
pamiątek muzealnych oddających kształt konkretnego zabyt-
ku.

Przewagę dokumentacji trójwymiarowej nad trady-
cyjną w formie rysunku lub fotografii, doskonale prezentuje
dokumentacja konserwatorska rzeźby Dawida autorstwa
Michała Anioła (Scopigno, Cignoni, Callieri i in. 2003).
Model trójwymiarowy zachowuje najdrobniejsze szczegóły

(Ryc. 6). Pozwala przy tym na zarysowanie przekroju w do-
wolnym miejscu – co w manualnie wykonywanej dokumen-
tacji często okazałoby się niemożliwe. Taka forma rejestracji
pozwala na kontrolowanie stanu zabytku, powstających na
nim ewentualnych zniszczeń i zgodne z uprzednio przeprowa-
dzoną dokumentacją – uzupełnienie braków. Szersze zastoso-
wanie modelu pozwala na tworzenie duplikatów czy dalsze

wykorzystanie cyfrowej postaci Dawida w formie wizualizacji
czy animacji.

Ryc. 6. Fragment dokumentacji trójwymiarowej rzeźby Michała
Anioła. Kontury są przekrojami nóg postaci wykonanymi na róż-
nych wysokościach rzeźby (za Scopigno, Cignoni, Callieri i in.

2003).

Działania na wirtualnym modelu pozwalają na uwy-
puklenie słabo widocznych szczegółów. Odpowiednie jego
przeskalowanie lub ustawienie świateł ułatwia odczytanie za-

416

tartych rytów naskalnych lub inskrypcji z epitafiów czy stel
kamiennych. Przeprowadzona w ten sposób dokumentacja jest
szczególnie cenna w przypadku obiektów stojących w otwar-
tym terenie, narażonych na działanie pogody, jak i różno-
rodnych aktów wandalizmu. Grupa archeologów zrzeszonych
w organizacji Wessex Archaeology w analogiczny sposób
podjęła się dokumentowania napisów rytych nożami w korze
drzew przez żołnierzy na obszarze działań wojennych w cza-
sie I i II wojny światowej. Poza umożliwieniem odczytu znie-
kształconych przez rozrost drzew inskrypcji, miało to drugie
znaczenie – utrwalenia świadectwa historii w naturalny spo-
sób podatnego na zniszczenia (Goskar 2008) (Ryc. 7). Nie-
stety dokładność pomiarów wciąż jest zbyt mała, aby użyć po-
dobnych metod do odczytywania małych napisów z drobnych
zabytków, np. zatartych numizmatów.

Ryc. 7. Skan powierzchni drzewa z uwidocznioną inskrypcją (za
Goskar 2008).

Chociaż sama technologia nie jest nowa, tak sto-
sowanie tej metody w archeologii wciąż jest traktowane jako
„nowinka”. Na jej małą popularność, tego wygodnego i per-
spektywicznego, systemu dokumentacji wpływa zapewne wie-
le czynników. Główną barierą jest cena sprzętu i niezbędnego
oprogramowania będąca często ponad możliwości przeciętnej

417

firmy archeologicznej. Również cena za wykonanie do-
kumentacji znaleziska w firmie świadczącej tego typu usługi
jest wydatkiem co najmniej kilkuset złotych od zabytku (co
zdaje się być efektem niewielkiej konkurencji). Kolejną kwe-
stią jest umiejętność obsługi sprzętu oraz oprogramowania.
Programy często nie są intuicyjne, co wymaga przeszkolenia
się samego badacza lub zatrudnienia pracownika technicznego
jako operatora. Zniechęcać może fakt wielu aplikacji prze-
znaczonych do obsługi skanera, gdzie ich wybór deter-
minowany jest przez cenę i współpracę z danym typem urzą-
dzenia, a nie wynika z oferowanych możliwości i opcji po-
tencjalnie przydatnych w dokumentacji archeologicznej. Brak-
uje wielofunkcyjnej aplikacji powstałej nakładami doświad-
czonej firmy gwarantującej dalszy jej rozwój i wypuszczanie
regularnych aktualizacji poprawiających stabilność i funkcjo-
nalność programu.

Znaczna część winy za „niewspółcześnie” pro-
wadzoną dokumentację spada na samych badaczy. Wielo-
krotnie, posiadający umiejętności obsługi komputera (ograni-
czające się edytora tekstu), nie widzą potrzeby dostosowania
się do nowych standardów lub co gorsze, ślepo bronią metod
wpojonych im w czasie studiów. Brak potrzeby dokształcenia
się archeologów, utwierdza bierna postawa służb konserwa-
torskich, które nie zwiększają wymagań wobec prowadzonej
dokumentacji, zmuszając badaczy do prowadzenia jej w pos-
taci cyfrowej godnej XXI wieku.
Metodyczne studia prowadzone przez wiele ekip ba-
dawczych na całym świecie działają na korzyść rozwoju za-
stosowań i popularyzacji skanerów 3D. Często ścigają się
w odnajdywaniu nowych zastosowań, chętnie dzieląc się uwa-
gami i nowymi pomysłami powstającymi podczas realizacji
kolejnych projektów. Problemowe artykuły bardzo licznie
publikowane są w Internecie, zapewniając do nich szeroki do-
stęp i możliwość wykorzystania, a także dalszego rozwoju,
przedstawionych konceptów.

Nowoczesne technologie w polskiej archeologii poja-

wiają się bardzo rzadko, a w przypadku skanerów 3D jest to

418

metoda wciąż mało znana. Można jednak odnotować pozy-
tywne przykłady i wskazać kilka udanych projektów.
Pierwsze wzmianki w polskojęzycznej literaturze syg-
nalizujące możliwości szerokiego zastosowania digitizerów
w dokumentacji dziedzictwa kulturowego pojawiły się w 2003
roku (Gołembnik 2003, 2004, Tyszczuk 2003). Poligonem
doświadczalnym dla nowatorskich metod stały się inter-
dyscyplinarne badania wykopaliskowe Pałacu i Ogrodach
Królewskich w Wilanowie prowadzone przez A. Go-
łembnika od 2003 roku. System prowadzonej dokumentacji,
zdecydowanie wyróżniał się na tle powszechnie stosowanych
praktyk. Odbiło się to także w wysokim poziomie edytorskim
sprawozdawczej publikacji (Gołembnik 2004, Gołembnik,

Jankowski 2005). Wyspecjalizowane rodzime firmy zazna-
czają swoją obecność również w projektach między-
narodowych, np. podczas wykonywania skaningu zabyt-
kowego miasteczka Atturaif w Arabii Saudyjskiej. Projekt

obejmował teren 50 ha, który zinwentaryzowano wykonując
ponad 2100 skanów (Pudło 2008).
Optymizmem może napawać analogiczna sytuacja ja-
ką można było zaobserwować kilkanaście lat temu, gdy na ry-
nek wchodziły programy CAD. Konstruktorzy i architekci
zgodnie twierdzili, że nic nigdy nie zastąpi kalki i tuszu, a te-
raz żaden z nich nie wyobraża sobie powrotu do okresu
„przedkomputerowego”.

Bibliografia

Clark J. T., Slator B. M., Perrizo W. i in.
2002 Digital Archive Network for Anthropology, Journal of Digital
Information
, vol. 2, is. 4. (http://jodi.tamu.edu/Articles/v02/i04/
Clark/).

Gołembnik A.

2003 Archeologia na wirażu, Ochrona Zabytków, nr 1-2 , s. 135-150.
2004 Pałac i ogrody w Wilanowie – badania archeologiczne Krajo-
wego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków w sezonie

2003, Monument. Studia i materiały KOBiDZ, nr 1, s. 135-160.

419

Gołembnik A., Jankowski A.
2005 Badania archeologiczne Ogrodów Królewskich w Wilanowie –
sezon 2004/2005, Monument. Studia i materiały KOBiDZ, nr 2,
s. 275-304.

Gołembnik A., Morysiński T.

2004 Czas na nowe technologie, Ochrona Zabytków, nr 1-2,
s. 93-103.

Goskar T.

2008 Lasers and Light, Wessex Archaeology. (http://www.wessex
arch.co.uk/blogs/computing/2008/10/06/lasers-and-light)

Pudło M.

2008 Laser w arabskim Atturaif, Geodeta, nr 4 (155), s. 4-8.
Scopigno R., Cignoni P., Callieri M. i in.
2003 Using optically scanned 3D data in the restoration of Michel-
angelo's David.
Optical Metrology for Arts and Multimedia,
(red.) Salimbeni R. (http://vcg.isti.cnr.it/publications/papers/
david_rest_spie.pdf)

Tyszczuk S.

2003 Matrix, Archeologia Żywa, nr 3 (26), s. 50-54.
2006 Mechaniczny proces dokumentacji – zagrożenie czy szansa dla
interpretacji? [w:] Badania archeologiczne na Górnym Śląsku
i ziemiach pogranicznych w latach 2003-2004
, s. 259-273.

Urbańczyk P.

2002 Koniec rysowania?, Archeologia Żywa, nr 4 (23), s. 53-56.

Abstract

Since few years, along with IT technology develop-
ment, we have been observing a trend towards digitization of
the archaeological documentation. Traditional photography
has been replaced by digital cameras, extemporary field drafts
created with pencil are transmitted to digital format using
CAD software. GPS and Total Station on the fieldwork
became a standard. Within last few years, the 3D digitizers
riveted archaeologists to create a virtual model of product on
the computer screen. 3D software allows to see the model
from each side, draw a cross section and take every metric
data. Moreover, the model files can be easily send by email.

420

Capabilities of the virtual model do not end with the do-
cumentation. We can keep it in a database, publish as a ‘vir-
tual museum’ or use it as a base of replica production. Variety

of application is only a matter of imagination.

421

Adam Piwek

Instytut Historyczny

Uniwersytet Wrocławski
Wrocław

Zafascynować przeszłością. Metody i sposoby

prezentowania historii w klasach IV–VI polskiej

szkoły podstawowej oraz lower secondary education

w Wielkiej Brytanii

Historia jest nauczycielką życia – to znane powiedzenie
jest swoistym mottem, które przyświeca edukacji historycznej
na jej kolejnych etapach. Na samym wstępie warto zauważyć,
że to nie szkoła, ale dom rodzinny stanowi pierwszy etap
spotkania z historią. Wraz z upływem lat polski przedszkolak,
a potem uczeń kolejnych klas nauczania początkowego poz-
naje najważniejsze barwy i symbole narodowe. Czasami także
wybrane, mocno okrojone faktograficznie fragmenty dziejów
człowieka. Pierwszy pełny kurs dziejów ludzkości z jakim się

spotka to II etap edukacyjny, czyli klasy IV do VI polskiej

szkoły podstawowej (Rulka 2005, s. 59). Dokładnie w tym
samym wieku, co polscy uczniowie szkół podstawowych,
swój obowiązkowy kurs historii odbywają uczący się na
Wyspach Brytyjskich. Wcześniej uczniowie w wieku od 7 do
11 w brytyjskich elementry schools poznawali tajemnice

swojej historii lokalnej, a także odkrywali dzieje starożytnej

Grecji, Rzymu, Egiptu, Sumeru i Asyrii, Doliny Indusu oraz

starożytnych cywilizacji Ameryki i Afryki. Dopiero jako 11–
12-latkowie rozpoczną pełne spotkanie z historią (Majorek
2004, s. 217-218). Ktoś z uczestników może zapytać, dlacze-
go to właśnie szkoła podstawowa, czy w Wielkiej Brytanii
okres lower secondary education jest tak szczególnym okres-
em w odkrywaniu przeszłości? Otóż to czas kształtowania

422

rozbudzonej świadomości historycznej1

, formowania się po-

staw i rozwijania sprawności myślenia.
Statystyczny polski Jaś rozpocznie swoje prawdziwe spot-
kania z historią od propedeutycznego kursu łączącego nau-
czanie historii i wiedzy o społeczeństwie w przedmiocie his-
toria i społeczeństwo, na którego realizację przypada około

2 godzin lekcyjnych w tygodniu (Burda 2004, s. 214-215).
Obowiązująca podstawa programowa zakłada, że zasad-
niczym zadaniem tego przedmiotu jest kształtowanie aktyw-
ności ucznia, rozwijanie postawy patriotycznej, obywatelskiej,
poznanie symboli narodowych, ważnych wydarzeń i postaci
z dziejów Polski, a także Europy i świata. Podkreśla się także
rozwijanie zainteresowań przeszłością rodziny, lokalnej
wspólnoty oraz państwa2

. Zadania jakie przyświecają lekcjom
historii i społeczeństwa sformułowanych w bardzo ogólny
sposób w podstawie programowej wzbudzają wiele kontro-
wersji w środowisku historyków. Zdaniem dydaktyków, his-
toria znalazła się de facto na drugim miejscu pod względem
treści w nauczaniu przedmiotu. Najczęściej klasa IV to epi-
zody z historii połączone z treściami z wiedzy o spo-
łeczeństwie, zaś klasy V i VI to podróż od starożytności po
współczesność ze szczególnym uwzględnieniem dziejów spo-
łecznych. Teoretycy nauczania historii w dyskusjach nad obo-
wiązującą od 1999 roku podstawą programową postulowali
nieco inny model. Proponowali, aby młody człowiek na wstę-
pie swojego spotkania z historią poznawał dzieje Polski, w
klasie V dzieje świata, zaś w VI nauczanie miałoby się kon-
centrować wokół pojęć związanych z naukami społecznymi

(Zielecki 2007, s. 75-80).

W sposób bardziej rozbudowany należy przybliżyć miejsce
historii w brytyjskich systemie edukacyjnym. Już od po-
czątku lat 90. cele i zasady nauczania przedmiotów przed-
stawia National Curriculum, tamtejszy odpowiednik podstawy

1

O znaczeniu budowania świadomości historycznej w edukacji - zob. Maternicki
2004, s. 376-378; 1998 Edukacja historyczna młodzieży - problemy i kontrowersje
u progu XXI wieku
, Toruń; Rulka 2004, s. 59.

2

Propozycja podstawa programowej (…), 2008.

423

programowej, który określa sposób i treści nauczania historii.
Wśród postulatów pojawiało się m.in. prezentowanie dziejów
Wysp Brytyjskich w okresie największego wpływu na pań-
stwa sąsiednie, ukazywania różnić między wyspiarską monar-
chią a kontynentem. Minister Edukacji John Patten za-
proponował nawet, aby 75% wszystkich treści w podstawie do
nauki historii było związane wyłącznie z dziejami Wielkiej

Brytanii (Haydyn 2000, s. 114-115). Na etapie lower secon-
dary education
, czyli obowiązkowego kursu historii dla ucz-
niów w wieku od 11–12 do 13–14 lat, poznaje się przede
wszystkim dzieje Wysp Brytyjskich stanowiących oś do rozu-
mienia dziejów świata, głównie powiązanych z przeszłością
Wielkiej Brytanii. Warto zauważyć także, że National
Curriculum
optuje za zasadą selekcji treści nauczania, które
w inaczej niż w Polsce, stanowiły efekt kompromisu między

dydaktykami, nauczycielami a politykami. Ostatecznie zdecy-
dowano się na kilkanaście celów kształcenia historii poz-
nawanej na różnych etapach edukacji historycznej. Są to:
pomoc w zrozumieniu teraźniejszości poprzez przesz-

łość;

pobudzanie zainteresowania czasami minionymi;
możliwość odnalezienia sensu identyfikacji i zro-
zumienia kulturowych korzeni i zróżnicowanego
dziedzictwa, m.in. poprzez uczenie się o swoim
pochodzeniu, losach rodziny i grup, do których przy-
należy młody człowiek;
przekazanie uczniom wiedzy i rozumienia własnego
kraju i innych państw we współczesnym świecie w kon-
tekście poszanowania kulturowej różnorodności, prze-
ciwdziałania izolacjonizmowi, bez dewaluacji bry-
tyjskich osiągnięć;
wprowadzanie do zgłębiania metodologii historii

i specyfiki tej dziedziny poprzez zdobywanie
umiejętności, także przydatnych na innych przed-
miotach, przygotowanie uczniów do dorosłego życia.
Zajęcia są zatem przygotowaniem do obywatelstwa (Jaku-
bowska 2002, s. 63).

424

Dydaktycy historii wyróżniają trzy rodzaje podręcznika:
syntetyczny lub quasi-syntetyczny zawierający wiedzę
gotową do przyswojenia przez ucznia;
kompendia materiałowe wypełnione surową upo-
rządkowaną faktografią, niezawierające jednak opinii,
sądów, czy wartościowania wydarzeń pozostawiając to

zadanie nauczycielowi lub uczniom;
uniwersalne o charakterze analityczno-syntetycznym
podające częściowo materiał do przyswojenia, częścio-
wo do analizy, unikające wad poprzednich dwóch ty-
pów, natomiast korzystające z ich zalet.
Istnieją także inne sposoby podziału podręczników. Ze
względu na określoną dominującą w nim funkcję wyróżniamy
podręczniki (Bieniek 2007, s. 74-76; Skrzypczak 1996, s. 251-
260):

erudycyjne z bogactwem informacji;
historiozoficzne podkreślające refleksyjność i warto-
ściujące prezentowane wydarzenia;

warsztatowe nastawione na samodzielne dochodzenie
do wiedzy.
Na zakończenie szczegółowego dydaktycznego przed-
stawiania podręcznika warto powiedzieć, że we współczesnej
szkole funkcjonują tzw. podręczniki obudowane. Oprócz
głównej publikacji wydawca proponuje szereg pozycji sko-
relowanych z podręcznikiem, np. zeszyt ćwiczeń, atlas, teksty
źródłowe, programy komputerowe czy materiały wspierające
nauczyciela. Coraz częściej nasze szkolne podręczniki do his-
torii stanowią część pakietu edukacyjnego zawierającego pro-
gram nauczania, przewodnik (poradnik) metodyczny wspiera-
jący nauczyciela, zeszyt ćwiczeń lub karty pracy do poszcze-
gólnych zajęć oraz zestaw różnorodnych środków dy-
daktycznych, np. źródeł czy filmów. Coraz częściej ma on
także charakter multimedialny, a płyta staje się także frag-
mentem podręcznika uczniowskiego (Chorąży, Konieczka-
Śliwińska, Roszak 2008, s. 164-166).
Warto zauważyć, że historia o której będę mówić w tym
referacie, nie jest stuprocentowo zbieżna, mimo ograniczone-

425

go zakresu, z faktografią i opisem dziejów ludzkości pozna-
wanym podczas kursu w ramach studiów historycznych na
uczelniach wyższych (Maternicki 2004b, s. 209):

Nauczanie historii, czyli planowa i systematyczna praca nauczyciela
mająca na celu zapoznanie uczniów z naszą przeszłością, kształto-
wanie racjonalne świadomości i kultury historycznej

nie zawsze będzie odzwierciedlać pełnię badań historycznych
na dany temat, choć oczywiście powinna być mu jak najwier-
niejsza (Maternicki 2004b, s. 210). Warto posłużyć się tutaj

proponowanym przez Jerzego Maternickiego, jednego z naj-
znamienitszych współczesnych dydaktyków nauk o przesz-
łości, pojęciem historii dydaktycznej. Stanowi ona zatem nie
tylko uproszczony, przystosowany do ograniczonych moż-
liwości intelektualnych odbiorców obraz dziejów, ale także
dobrze przemyślany obraz przeszłości podporządkowany
założonym celom dydaktycznym. Dlatego na kartach pod-
ręczników do szkoły podstawowej, o których będę mówić nie
znajdziemy opisu całych kampanii wojennych, a tylko ich wy-
brane elementy. Czasami są to wydarzenia o szczególnej do-
niosłości, czasami jednostki lekcyjne prezentujące określone
postawy i stanowiska, których zadaniem ma być na przykład
poruszenie wyobraźni młodego adepta wkraczającego w świat

historii (Maternicki 2004a, s. 92). Czy polskie i brytyjskie
podręczniki próbują zafascynować młodych ludzi wkra-
czających do krainy historii? Sprawdźmy.

Z dwóch stron żelaznej kurtyny

Już na pierwszy „rzut oka” widać różnicę w kursach
historii odbywanych przez młodych mieszkańców Polski
i Wielkiej Brytanii. W Polsce realizowany jest on najczęściej
w formie trzech podręczników, do każdej z klas, natomiast na
Wyspach Brytyjskich, gdzie nie obowiązuje podział na klasy
sensu stricte, liczba publikacji, na podstawie których uczeń
przechodzi jedyny obowiązkowy kurs historii jest różna.

426

W przypadku analizowanych przeze mnie publikacji z wy-
dawnictwa Folens obejmuje ona 4–5 podręczników przy-
padających na okres trzyletni. Warto także podkreślić inne ra-
my chronologiczne, obejmujące odkrywanie przeszłości
w obu krajach. Na Wyspach Brytyjskich młodzi ludzie pozna-
ją historie od IX–XI wieku do współczesności, zaś w Polsce
poznawanie dziejów człowieka rozpoczyna się okresem pra-
historycznym i dociera do czasów współczesnym, przy włą-
czaniu znacznej ilości treści z wiedzy o społeczeństwie. Chcąc
porównać poruszaną tematykę XX wieku w przypadku
angielskiej publikacji Aarona Wilkesa z różnymi polskimi
podręcznikami do klasy VI również napotykamy na trud-
ności. W polskich podręcznikach wykład o ostatnim stuleciu
stanowi jedynie część publikacji. Stąd zdecydowanie mniejsze
nasycenie informacjami, szczególnie dotyczącymi drugiej po-
łowy XX wieku. Chociaż w postulatach polskiej podstawy
programowej i National Curriculum zwraca się uwagę na
dzieje narodowe, to w epoce najnowszej, szczególnie w bry-
tyjskiej publikacji, widać zdecydowanie większe nasycenie
dziejami powszechnymi, niż ma to miejsce w polskiej serii My
i historia
czy podręczniku Historia i społeczeństwo VI.
W polskiej dydaktyce w odniesieniu do dziejów
powszechnych po II wojnie światowej, w czterech tematach:
Europa podzielona, Europa zmienia oblicze – o okresie
Jesieni Ludów, Droga do współczesnej Europy i Wybranych
obliczach współczesnego świata
mówi się o sytuacji przede
wszystkim „starego kontynentu” (Surdyk-Fertsch, Olszewska
2004, s. 142-143, 152-155). Wykład o modern times Wilkes
rozpoczyna od tematu-pytania: United Nations?. Warto w tym

momencie podkreślić, że każda jednostka tematyczna w tym
podręczniku zaczyna się celami-pytaniami, na które uczeń
pozna odpowiedzi. Następnie autor przedstawia informacje
o tworzeniu się supermocarstw i sposobach walki między ni-
mi. Bardzo ciekawym, a jednocześnie prostym zabiegiem wy-
dają się: umieszczenie mapy pokazującej obszary dominacji
ZSRR w Europie, porównanie potencjałów militarnych USA
i ZSRR w 1963 roku. Znajduje się także mapa uzmysła-

427

wiająca uczniom skalę zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych
jakie niosło umieszczenie radzieckich rakiet na Kubie w okre-
sie kryzysu. Informuje się także o zakończeniu zimnej wojny
wraz z początkiem lat 90., kiedy radziecki przywódca Gorba-
czow przyznał, że siły komunizmu osłabły. Na zakończenie
jednostki lekcyjnej autor zamieszcza Wise up words – słowa,
które znaczenie warto zapamiętać. Są to m.in. pojęcia zimna
wojna
oraz supermocarstwo (Wilkes 2007, s. 108-113). Dla

porównania polskie autorki informują swoich czytelników
o rozłamie wśród sojuszników, podają informacje o tworzeniu
NATO i Układu Warszawskiego, a w wyjaśnianiu pojęcia
zimna wojna posiłkują się właśnie kryzysem kubańskim. Co
ciekawe, prezentują także karykaturę odnoszącą się do kryzy-
su kubańskiego. Jedyne zadanie dla ucznia związane z tym
środkiem obrazowym to nadanie mu tytułu.
Między polskimi a anglojęzycznymi podręcznikami
widać także różnicę w sposobie realizacji zadań bloku ćwicze-
niowego. Wilkes proponuje uczniowi wcielenie się w rolę do-
radcy prezydenta USA w 1962 roku i analizę mapy o zasięgu

radzieckiej broni na Kubie, fotografii bazy militarnej na wys-
pie rządzonej przez Fidela Castro wykonanej z amery-
kańskiego samolotu szpiegowskiego i zdjęcia rosyjskiego
statku transportującego rakiety. Wcielając się w rolę eksperta
prezydenta USA uczeń musi w ciągu 15 minut dokonać
analizy wspomnianych fotografii, wyjaśnić zagrożenie zwią-
zane z sytuacją oraz zaproponować wyjście z sytuacji i je uza-
sadnić. Dodatkowo na podstawie krótkich wspomnień do-
radców Chruszczowa i Kennedy’ego prosi się uczniów o oce-
nę możliwości wybuchu III wojny światowej oraz o stwier-
dzenie wiarygodności tych źródeł. Na koniec pojawia się
pytanie o sposób zakończenia zimnej wojny (Wilkes 2007,
s. 113). Dla porównania polskie autorki proszą swoich
uczniów o wyjaśnienie pojęcia wyścig zbrojeń, hasła zimna
wojna
oraz opisanie na czym polegało niebezpieczeństwo wy-
buchu światowego konfliktu (Surdyk-Fertsch, Olszewska
2004, s. 143). Widać tutaj zdecydowane różnice. Brytyjski
autor odnosi się do różnego rodzaju umiejętności uczniow-

428

skich – znajomości faktów i pojęć podanych w jednostce
lekcyjnej, analizy i interpretacji źródeł, umiejętności krótkiego
wyrażania opinii, a także oceny jakości źródeł pisanych.
Polskie autorki skupiają się w zasadzie jedynie na najniższym
poziomie umiejętności i wiedzy związanym z faktografią i po-
jęciami. Warto zauważyć, że to właśnie pytania niemające
charakteru odtwórczego mają szczególnie istotną rolę w pro-
cesie dydaktycznym. Choćby stosowane przez Wilkesa pyta-
nia problemowe pozwalają uczniom nie tylko na powtórzenie
poznanych wiadomości, ale także strukturalizują poznany ma-
teriał w większą całość (Zielecki 2007, s. 362).

Obrazy pełne przeszłości

W tym miejscu warto także zwrócić uwagę na zna-
czenie środków obrazowych3

w odkrywaniu przeszłości przez
polskich i brytyjskich uczniów. W brytyjskim podręczniku
Wilkesa środki te stanowią znaczący element zajęć. Bardzo
często jedno zdjęcie czy rysunek dominuje na podręcznikowej
stronie, a uczeń proszony jest często o jego powiązanie
z innymi źródłami. Tak dzieje się, np. w temacie Podróż
Titanikiem
. Zdjęcie przedstawiające opuszczenie Sout
hampton stanowi także tło do umieszczenia menu z ostatniego
dnia przed zatonięciem statku czy rysunków prezentujących
restaurację dla gości I klasy oraz reprintu plakatu krążącego
po Nowym Jorku, zachęcającego do podróży z nowego konty-
nentu na Wyspy Brytyjskie (Wilkes 2007, s. 12). Dzisiejszym
polskim podręcznikom do szkoły podstawowej nie można za-
rzucić, że brak w nich ilustracji. Informują młodego czy-
telnika nie tylko o tym, co przedstawiają, ale także dlaczego
są związanie z daną jednostką lekcyjną. W tematach Udajemy
się w podróż
oraz Od konia do dżambo dżeta w podręczniku
wydawnictwa M. Rożak Historia i społeczeństwo klasa IV

3

O ich znaczeniu w edukacji historycznej - zob. Suchoński, 2004, s. 372-374;
Zielecki, 2007, s. 341-361; Bieniek 2007, s. 55-63.

429

zdjęcia i grafika stanowią jednak jedynie nieznaczne uzupeł-
nienie tekstu odautorskiego (Parysek, Wendt 1999, s. 69-73).

W całkowicie inny sposób swoim adeptom historii
przedstawia to Paul Turner w podręczniku Everyday people
everyday lives. Podobnie jak polscy koledzy prezentuje on
przemiany w transporcie, ale koncentruje się przede wszyst-
kim na losach transportu brytyjskiego. Swoją opowieść uzu-
pełnia informacjami o rabusiach grasujących na drogach bry-
tyjskich. Umieszcza także wiele kolorowych grafik. Gdy nie
jest możliwe przedstawienie oryginalnych kolorowych ilustra-
cji stosowane są rysunki odzwierciedlające realia danej epoki.
Warto zauważyć, że grafika jest także pretekstem do za-
mieszczenia wspomnień, m.in. o podróży dwupiętrowym
autobusem z początku XX wieku, czy historii modelu samo-
chodu jakim udał się do Hogwarthu sam Harry Potter. Pre-
zentuje się także plakat zachęcający do wybrania się w podróż
The Flying Scotsman, pociągiem jeżdżącym w 1928 roku
z Londynu do Edynburga z prędkością 90 mil na godzinę, czy
specjalny bilet wydany z okazji koronacji Elżbiety II. W tej
jednostce tematycznej uczniów mogą zainteresować także
zdjęcia z budowy Eurotunelu czy omówienie przemian
w dziejach lotnictwa. Zwieńczeniem tematyki dotyczącej
dziejów komunikacji jest historia podbojów kosmicznych,
gdzie w kontekście lotu Apollo 13 pojawia się kadr z filmu
oraz temat związany z próbami bicia rekordów prędkości
(Turner 2008, s. 129-159).

Wyjątkową publikację, której nie mamy na polskim rynku,
stanowi seria Accessing... Adresowana jest ona do uczniów,
którzy rozpoczęli naukę w trakcie roku szkolnego, bądź mają
problemy ze znajomością języka angielskiego. Trzeba przy-
znać, iż problemów z czytaniem nie będzie miał korzystający
z tej publikacji. Smart omawia skrótowo sposób analizy źró-
deł obrazowych. Podkreśla się w nim nie tylko konieczność
wyjaśnienia umiejscowienia bohaterów, ale także atmosfery,
kolorów, kompozycji, kontekstu, światła, perspektywy, sym-
boli oraz wykorzystywanych technik (Smart 2004, s. 4). Pro-

ponuje uczniowi dziesięć tematów, podczas których spotka się

430

nie tylko z obrazami, ale także z reprintami czasopism, zdję-
ciami pamiątek po generale Nelsonie czy fragmentami
ówczesnych tekstów prawniczych prezentowanymi w ory-
ginale. Bardzo ciekawym, szczególnie z punktu budowania
świadomości historycznej, wydaje się ostatni temat z obra-
zami pokazującymi sposoby odpoczynku pod koniec XIX
wieku. I tak brytyjski uczeń zobaczy różnice między wa-
kacjami na wsi (The Village Holiday), a tymi prowadzonymi
przez brytyjską upperclass (Holiday). Z pewnością bardzo cie-
kawa może wydać się także analiza dzieła Behind the Bar, po-
kazującego miejską rzeczywistość widzianą zza barmańskiego
pulpitu, a także trzy sceny prezentujące formy spędzania czasu
przez mieszkańców miast poza nim – na wyścigach konnych

(Clifton: Racecourse), na zakupach (St. James’ Fair, Bristol)
oraz na wybrzeżu (Ramsgate Sands: Life at the Seaside)
(Smart 2004, s. 44-48).

Warto zwrócić także uwagę na serię polskich pod-
ręczników dla szkoły podstawowej w sposób znaczący wy-
korzystującą znaczenie środków obrazowych w odkrywaniu
przeszłości. Oprócz rozlicznych zdjęć, Michał Błaut (w klasie
IV z Hanną Chamczyk i Iwoną Miklikowską) proponuje
swoim uczniom analizę infografik, czyli zdjęć lub rysunków
opatrzonych komentarzem tekstowym, uzupełniających sens
grafiki. I tak, odkrywając XIX wiek uczniowie poznają trud
pracownika huty żelaza, widok i infrastrukturę miasta na
przełomie wieków, czy właśnie, jak w brytyjskim przykładzie,
sposoby spędzania wolnego czasu w XIX wieku i ich współ-
czesny odpowiednik. Ta infografika wydaje się szczególnie
ciekawa z metodycznego punktu widzenia, gdyż pomaga
uczniowi nie tylko odkryć jak spędzano wolny czasu przed
ponad 110 laty, ale także dokonać porównania sposobów spę-
dzania wolnego czasu między teraźniejszością a XIX wie-
kiem. O to jest proszony młody naukowiec w pytaniu do info-
grafiki. Dodatkowo uczeń ma także wskazać podobieństwa
i różnice między okresami prezentowanymi w infografice, co
pozwala na odwołanie się do wiedzy nabytej podczas jed-

431

nostki lekcyjnej Społeczeństwo w XIX wieku, a także wiedzy
poza źródłowej (Błaut 2005, s. 151).

W poszukiwaniu nowych rozwiązań

Z całą pewnością polskie podręczniki przewyższają bry-
tyjskie pod względem wykorzystania mapy. W angielsko-
języcznym podręcznika Wilkesa mapa4

występuje niezwykle
rzadko, a gdy już jest można mieć do niej sporo zastrzeżeń
(jak, na przykład do prezentacji działań zbrojnych w latach
1941–1942 na Dalekim Wschodzie). Zdarzają się także często
rażące błędy. Na przykład z mapy prezentującej zdobycze te-
rytorialne Hitlera w Europie do 1940 roku wynika, że cała
dawna II Rzeczpospolita została zajęta przez nazistowskie
Niemcy (Wilkes 2007, s. 86). Mapy w polskich podręcznikach
bardzo często bazują na jednolitym kanonie, przedstawiając
niemal zawsze najważniejsze miasta, rzeki oraz granice w da-
nym okresie niezależnie od jednostki tematycznej. Tę sytuację
doskonale ilustrują mapy zawarte w podręczniku do klasy VI

z serii Poznaję Cię historio z wydawnictwa ARKA/Nowa Era.

Odkrywając granicę Rzeczpospolitej Obojga Narodów,
Księstwa Warszawskiego i Polski po II wojnie światowej
uczeń ma przed sobą de facto to samo podłoże kartograficzne,
na którym ziemie państwa polskiego przedstawiane są zawsze
łososiowym lub jasno łososiowym kolorem (Wojciechowski
2005b, s. 45, 109, 177). Bardzo cenną inicjatywę zapropono-
wał odbywającym kurs historii wydawca podręczników z serii
Moja historia. Do każdego z czterech podręczników (w klasie
VI dwie części) dołączony jest atlas. Nie jest to jednak wy-
łącznie zbiór map. Można znaleźć tam także wiele infografik
prezentujących przemiany w społeczeństwie i polityce od

4

Kształcenie w zakresie korzystania i wykorzystywania mapy na lekcjach historii jest
jednym z istotnych elementów polskiej edukacji historycznej. O wykorzystaniu mapy
w polskiej edukacji historycznej – zob.: Skotnicka M., 2006 Integracja wiedzy po-
przez mapę historyczną [w:] red. G. Pańko, J. Wojdon, Korelacja-integracja wiedzy
szansą dla ucznia
, Wrocław, s. 165-176; Zielecki A., 2004 Środki kartograficzne [w:]
red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 371-372.

432

czasów najdawniejszych do współczesnych. Bardzo intere-
sującą propozycją, z całą pewnością zachęcającą do zafascy-
nowania się historią jest gra planszowa dołączona do atlasu
w klasie IV. Autorzy proponują uczniom zabawę, w której

wiedza zdobyta podczas rocznego kursu historii i nauki o spo-

łeczeństwie pomoże w szybszym ukończeniu rozgrywki. Jeśli
będą wiedzieli, np. z jakiego rodu pochodził Mieszko I, mogą
rzucić kostką raz jeszcze. Gdy nie będą posiadali tej wiedzy
tracą jedną kolejkę (Moja historia gra… 2003). Takie odno-
szenie się do nabytej podczas rocznego kursu historii wiedzy
z całą pewnością pozwoli zrozumieć uczniowi celowość nau-
czania przedmiotu, a także może stanowić zachętę do dalszego
pogłębiania wiedzy z tej dziedziny w kolejnych latach
edukacji historycznej.
Warto zaznaczyć, że na polskim rynku funkcjonuje już kil-
ka propozycji posiadających multimedialne uzupełnienie. Jed-
ną z nich stanowi przywoływana już seria wydawnictwa
ARKA/Nowa Era. Bardziej szczegółowo chciałbym przyjrzeć
się multimedialnym spotkaniom zaproponowanym dla ucz-
niów klasy VI, gdzie uczniowie poznają dzieje człowieka od
odkryć geograficznych po współczesność, podejmując tema-
tykę obecności Polski w strukturach europejskich czy god-
ności i praw człowieka we współczesnym świecie. Autorzy
proponują uczniom rozmaite zadania oparte na materiałach
źródłowych, ikonograficznych, filmowych (często przed-
stawiane w bardzo interesujący sposób). Na zakończenie każ-
dej z jednostek lekcyjnych znajduje się przynajmniej jedno
zadanie, dzięki któremu uczeń może zweryfikować stan
swojej wiedzy z danego tematu. Przydatne jest także umiesz-
czenie przykładowych testów wspierających przygotowanie
przed sprawdzianem. Szczególnie cenne wydaje się pod-
sumowanie po jego wypełnieniu, informujące o liczbie uzys-
kanych punktów i dobrze wykonanych zadań. Warto także
podkreślić obecność słowniczka, w którym uczeń może
sprawdzić poznawane na lekcjach pojęcia. Dodatkowo nawi-
gację po płycie, poza czytelnym spisem treści (pokrywa się on
z tematami podręcznikami), ułatwiają też odwołania w pod-

433

ręczniku do poszczególnych zadań na płycie. Z dydaktycz-
nego punktu widzenia niezwykle cenne wydaje się także

umieszczenie szeregu informacji dodatkowych i ciekawostek,

które mogą zachęcić ucznia do dalszego pogłębiania wiedzy

(CD-ROM - Historia 2005).

Dwa kraje - dwie historie?

Polska i Wielka Brytania zdecydowanie różnią się w spo-
sobie prezentowania dziejów. Choć przeważnie autorzy pod-
ręczników kierują się chronologią, to zwracają uwagę na róż-
ne aspekty historii. Jedną ze znaczący różnic jest kwestia
kształtowania warsztatu historycznego, która w brytyjskim
nauczaniu jest istotną częścią procesu nauczania. Taką możli-
wość w cyklu Folens History daje Wilkes w serii tematów Ta-
jemnicze historie
. Uczniowie za pomocą kilku prezento-
wanych przez autora dowodów muszą otrzymać odpowiedź na
pytanie podstawione w temacie. Dlaczego zatonął Titanic? –
to tylko jeden z przykładów. Autor prowadzi młodego czytel-
nika proponując mu postępowanie zgodnie z trzema krokami.
Najpierw należy dokonać analizy zgromadzonych dowodów
w tym relacji uczestników rejsu, zapisując najważniejsze in-
formacje z wypowiedzi każdej postaci. Drugi krok polega na
podjęciu decyzji na temat odpowiedzialności poszczególnych
ludzi za katastrofę. Uczniowie powinni także wskazać osoby,
które są całkowicie niewinne takiej sytuacji. Ostatnie zadanie
polega na rozstrzygnięciu pytania postawionego w temacie.
Jednak zadaniem ucznia nie jest wyłącznie odpowiedzenie na
nie, lecz wykonanie kilku zadań, które staną się swoistym
raportem o katastrofie, m.in. zapisanie informacji o odpo-

wiedzialności poszczególnych osób, przydatności dowodów
i wydaniu sądu w sprawie. Na zakończenie zadań autor przy-
pomina uczniom, że brak oskarżenia nawet jednego człowieka
o całą sytuację nie oznacza klęski całego śledztwa (Wilkes,

s. 14-15). Seria Tajemniczych historii pozwala zatem zrozu-
mieć uczniowi meandry badań prowadzonych przez nau-
kowców zajmujących się różnymi dziedzinami historii, dając

434

także możliwość rozwiązania ciekawej z dzisiejszego punktu
widzenia sprawy – zatonięcie Titanica, prawdziwość lądowa-
nia na Księżycu itp.
Nie tylko na pierwszy rzut oka polskie podręczniki różnią
się znacząco pod względem treści. Przeważa u nas historia po-
lityczna, choć wraz z nowszymi publikacjami coraz więcej
miejsca oddaje się także historii społecznej i życia co-
dziennego5

. Tematyka społeczna często powiązana z co-
dziennością, przeważa w podręcznikach brytyjskich. Często
także za pośrednictwem jakiejś sytuacji z życia wziętej oma-
wia się działania polityczne, np. pokazując los żołnierzy
w okopach mówi się o nowinkach technicznych i polityce
państw podczas I wojny światowej. Pewnym krokiem do

zmiany tego stanu rzeczy jest przedstawiona przez Mini-
sterstwo Edukacji Narodowej nowa podstawa programowa do

nauczania historii. Proponuje się tam właśnie zainteresowanie
uczniów historią poprzez odkrywanie przeszłości w formie
obrazów prezentujących życie codzienne w różnych okresach
historycznych, np. w średniowiecznym mieście, na dworze
Jagiellonów, w XIX-wiecznym mieście przemysłowym oraz
pod okupacją hitlerowską w czasie II wojny światowej. Warto
nadmienić, że w nowej podstawie programowej wśród pięciu
najważniejszych celów pojawia się także umiejętność analizy
i interpretacji historii. Na poziomie klas IV–VI w zrefor-
mowanej szkole uczeń ma potrafić odpowiadać na pytania
postawione do różnych rodzajów źródeł, pozyskiwać, selek-
cjonować i porządkować informacje, a także stawiać pytania
dotyczące przyczyn oraz skutków różnych wydarzeń his-
torycznych i współczesnych6

.
Reasumując, zarówno w polskim jak i angielskim piś-
miennictwie związanym z edukacją historyczną istnieją
zabiegi mające zafascynować młodego adepta przeszłością.
W Wielkiej Brytanii działania koncentrują się wokół pre-

5

O znaczeniu historii codzienności w nauczaniu - zob. Cesarz-Maternicka E., Mater-
nicki J., 2004, s. 121-122.

6

Propozycja podstawy programowej(…) 2008.

435

zentacji dziejów społecznych oraz kształtowania myślenia
i warsztatu pracy historyka. W Polsce, w zależności od wy-
dawcy podręcznika, przyjmują różną formę. Czasem jest to
nastawienie na pracę z infografiką, czasami dodatkowa
multimedialna obudowa dydaktyczna, bądź ikonograficzna
podręcznika. Należy zaznaczyć, że oprócz podręcznika i całej
jego obudowy to właśnie szkolna lekcja historii7

i sposób jej

przeprowadzenia ma nader istotne znaczenie. Warto zatem,
aby przyszli nauczyciele historii byli świadomi ogromu
możliwości, które dostarcza dzisiejszy rynek wydawniczy,
a przede wszystkim wykorzystywali je, aby zafascynować
kolejne pokolenia Polaków dziejami, a nie pokazywać historii
wyłącznie jako przedmiotu pełnego dat, wydarzeń i skom-
plikowanych procesów.

Bibliografia

Bieniek M.

2004 Podręcznik szkolny historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna
Dydaktyka Historii
, Warszawa, s. 266-269.
2007 Dydaktyka historii. Wybrane zagadnienia, Olsztyn.

Błaut M.

2005 Moja historia 6. Część 1. Podręcznik z atlasem dla klasy piątej
szkoły podstawowej
, Gdańsk.

Burda B.

2004 Nauczanie historii i wiedzy społecznej w szkole podstawowej
[w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydaktyka historii, Warsza-
wa, s. 214-215.
Cesarz-Maternicka E., Maternicki J.,
2004 Historia życia codziennego (codzienności) [w:] red. J. Mater-
nicki, Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 121-122.
Chorąży E., Konieczka-Śliwińska D., Roszak S.,
2008 Edukacja historyczna w szkole – teoria i praktyka, Warszawa.

7

Więcej na ten temat pisze m.in.: Rulka J., 2004, s. 15.

436

Haydn T.

2000 Control and resistance: the war of school history in England and
Wales 1984-1996 [w:] red. Majorka C., E. v. Johanningmeiera,

Narodowe i międzynarodowe konteksty reform edukacyjnych.
Przeszłość, Teraźniejszość, Przyszłość, Kraków 2000
, t. V, s.
111-121.

Jakubowska B.

2002 Koncepcja brytyjskiej edukacji historycznej pod koniec XX wie-
ku [w:] red. B. Tarnowska, Historia-dydaktyka-media. Księga
poświęcona Profesorowi Januszowi Rulce w 40-lecie pracy nau-
kowej
, Bydgoszcz, s. 125-133.

Majorek C.

2004 Nauczanie historii na świecie [w:] red. J. Maternicki, Współ-
czesna dydaktyka historii
, Warszawa, s. 216-223.

Maternicki J.

1998 Edukacja historyczna młodzieży - problemy i kontrowersje u pro-
gu XXI wieku
, Toruń.
2004a Historia dydaktyczna [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dy-
daktyka historii
, Warszawa, s. 92-93.
2004b Nauczanie historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dy-
daktyka historii
, Warszawa, s. 209-210.

Parysek J., Wendt J.,
1999 Historia i społeczeństwo. Klasa IV. Podręcznik, Gdańsk.

Rulka J.

2004a Atrakcyjność lekcji historii [w:] red. J. Maternicki, Współczesna
dydaktyka historii
, Warszawa, s. 15.
2004b Edukacja historyczna dzieci i młodzieży, [w:] red. J. Maternicki,
Współczesna dydaktyka historii, Warszawa, s. 59.

Skotnicka M.

2005 Integracja wiedzy poprzez mapę historyczną [w:] red. G. Pańko,
J. Wojdon, Korelacja-integracja wiedzy-szansa dla ucznia,
Wrocław, s. 165-176.

Skrzypczak J.

1996 Konstruowanie i ocena podręczników, Poznań.

Smart D.

2004 Accessing… History Britan 1750-1900, Dunstable.

Suchoński A.

2004 Środki obrazowe [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dydakty-
ka historii
, Warszawa, s. 372-374.
Surdyk-Fertsch W., Olszewska B.,
2004 My i historia. Historia i społeczeństwo dla VI klasy szkoły pod-
stawowej
, Warszawa.

Turner P.

2008 Everyday people everyday lives, Haddenham.

437

Wilkes A.

2004 Folens History Book 4. Technology, War and Identities.
A World Study After 1900
, Dunstable.

Wojciechowski G.

2005 Historia i społeczeństwo 6. Człowiek i jego cywilizacja, Warsza-
wa.

Zielecki A.

2004 Środki kartograficzne [w:] red. J. Maternicki, Współczesna dy-
daktyka historii
, Warszawa, s. 371-372.
2007 Wprowadzenie do dydaktyki historii, Kraków.

Prace zbiorowe

1999 Podstawa programowa kształcenia ogólnego do szkoły pod-
stawowej,
Warszawa, Ministerstwo Edukacji Narodowej.
2003 Moja historia gra edukacyjna «Podróż przez wieki», w: Atlas do
historii i społeczeństwa. Atlas do podręcznika «Moja historia»
do klasy czwartej szkoły podstawowej,
Warszawa.
CD-ROM: Historia. Człowiek i jego cywilizacja 6, [w:]
Wojciechowski G.
2005 Historia i społeczeństwo 6. Człowiek i jego cywilizacja, Warsza-
wa.
2008 Propozycja podstawy programowej kształcenia ogólnego do szkoły
podstawowej,
Warszawa, Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Abstract

My speech consists of two parts:
In first, ca. 5 minutes, I present the best methods
(from methodological point of view) in teaching history with
children (11-13 years old - in Poland: IV-VI class szkoła
podstawowa, in Grate Britain: lower secondary education).
The role of history textbooks is very important here. How
should they present our history to be interested for this age
group - that’s main question, which I explain.
In second, ca. 20 min. with résumé, I show a pe-
netrating analysis of the styles of presenting past in 15 Polish
and British history textbooks (sometimes with multimedia
support). I concentrate my attention on:
the role of narration - lessons topics and differences
between Polish and British textbooks narration;

438

the significance of photos, maps, graphics, infographics
in Polish and British history textbooks;
using the multimedia textbook - as an example the
series of Polish history textbooks Człowiek i cy-
wilizacja
(publishing house ARKA/Nowa Era).

439

Damian Halmer

Instytut Historii

Uniwersytet Śląski

Katowice

Popularyzować czy upraszczać?
Najstarsze dzieje miasta Rybnika w świetle popular-
nonaukowych prac autorstwa Marka Szołtyska

Dzisiaj [...] świat staje się nam coraz bardziej dostępny. Dzięki
prasie, książkom, radiu, telewizji, telefonii i komputerom, docieramy
do najdalszych zakątków ziemskiego globu. Zdarza się nawet, że
więcej wiemy o słoniach i lwach niż o swojskim zającu i kuropatwie.
[...] Współczesny człowiek zaczyna się jednak gubić w tym
informacyjnym gąszczu. Życie problemami całego świata zdaje się
go przytłaczać. Dlatego coraz więcej ludzi powraca do swojego
małego świata. Tendencja ta owocuje coraz silniejszym utoż-
samianiem się ze swymi „korzeniami”, z własnym „Gniazdem”.

(Szołtysek 1997, s. 5).

Autorem powyższych słów jest Marek Szołtysek –
nauczyciel historii, popularyzator śląskiej gwary, historii i tra-
dycji. Urodził się on w 1963 roku w Gierałtowicach, nie-
daleko Gliwic. Studia historyczne ukończył na Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim. Po studiach powrócił na Śląsk,
a dokładnie do Rybnika, gdzie rozpoczął pracę w zawodzie ja-
ko nauczyciel historii w IV Liceum Ogólnokształcącym.
Jednakże poza pracą nauczyciela, Marek Szołtysek
rozpoczął również działalność na wielu innych polach. Dzięki
tej pracy jego postać na Śląsku jest rozpoznawana i w wielu
kręgach bardzo ceniona. Współpracował i współpracuje z Te-
lewizją Katowice i Telewizją Silesia (TVS). Pojawiał się tak-
że jako komentator i „ekspert spraw śląskich” w ogólno-
krajowych serwisach informacyjnych i programach pub-

licystycznych. Jest także autorem kilku wystaw poświęconych
dziejom Rybnika i jego zasłużonym mieszkańcom. Za swą

440

działalność w dziedzinie kultury otrzymał już wiele prestiżo-
wych nagród.

Najważniejszą częścią działalności Marka Szołtyska
jest pisanie i publikowanie. Spod jego pióra wyszła znaczna,
by nie powiedzieć, imponująca liczba artykułów prasowych
i prac popularnonaukowych. Jako redaktor i jeden z autorów
Gazety Rybnickiej opublikował na jej łamach pokaźną liczbę
ponad 400 artykułów, głównie poświęconych historii i kul-
turze Rybnika i całego Śląska. Spełnia się także jako felie-
tonista na łamach dziennika Polska. Dziennik Zachodni,
sporadycznie publikując komentarze lub opinie w innych
(w tym także lokalnych) gazetach i czasopismach. Jest autor-
em kilku wysokonakładowych pozycji, w tym głośnej swój-
ego czasu Biblii Ślązoka, wydanej w 2006 roku (Szołtysek
2006). Swe prace publikuje w wydawnictwie „Śląskie ABC”,
którego zresztą jest właścicielem1

.
Szczególne miejsce wśród publikacji Marka Szołtyska
zajmują pozycje poświęcone dziejom miasta Rybnika: Rybnik,
nasze Gniazdo
(Szołtysek 1997), Dzieje rybnickiego zamku
i sądu
(Szołtysek 1999a), 80 lat PCK, Rybnik 1919–1999
(Szołtysek 1999b), Dzielnice Rybnika (Szołtysek 2000) i Sta-
ry Kościół czyli 200 lat parafii Matki Boskiej Bolesnej w Ryb-
niku
(Szołtysek 2001). Ze względu na narzucone w tytule
ramy chronologiczne, analizie nie poddane zostały pozycje
poświęcone Czerwonemu Krzyżowi i kościołowi Matki
Boskiej Bolesnej. Jako „najstarsze dzieje miasta Rybnika”
rozumie się bowiem czasy od pradziejów do przełomu XII
XIII wieku, które autor omawia tylko w swych syntezach.
Prace Marka Szołtyska wpisują się w szeroko pojęty
zakres historii lokalnej i regionalnej. Zawierają one w sobie
trzy elementy charakterystyczne dla tego typu literatury: wąs-
ki terytorialnie obszar badań, przemieszanie treści tzw. „aka-
demickiej” z popularnonaukową oraz samą postać autora, któ-

1

Biogram za stroną: http://www.slaskie-abc.com.pl/marek_s.html. Krótkie notki bio-
graficzne autor ten zamieszcza także w każdej ze swych prac.

441

ry do swej pracy podchodzi bardziej hobbystycznie niż za-
wodowo (Stobiecki 2007, s. 11-15).
Ze względu na układ treści, sposób narracji i brak apa-
ratu naukowego, prace autorstwa Marka Szołtyska zaliczają
się do prac popularnonaukowych. Fakty historyczne są przez
autora przedstawione w sposób lekki, przejrzysty i zrozumiały
dla każdego niemal czytelnika. Ponadto dydaktyczne do-
świadczenia autora są widoczne w wielu fragmentach, w któ-
rych treści historyczne tłumaczone są nie tylko w sposób zro-
zumiały dla przeciętnie zainteresowanego czytelnika, ale także
dla czytelnika młodego, który dopiero rozpoczyna swą
przygodę z historią lokalną.
Cechą charakterystyczną tych, ale także wszystkich

innych prac omawianego autora, jest bogata szata graficzna
i wiele ilustracji. Ilustracje te nie są tylko dopełnieniem tekstu,
ale często także jego uzupełnieniem. Bardzo dobrze w tym ce-
lu sprawdza się dość często stosowany przez autora zabieg
umieszczania współczesnych fotografii przy opisywaniu naj-
dawniejszych wydarzeń z dziejów miasta. Dzięki temu stają
się one bliższe, a opisywane miejsca można sobie łatwo zlo-
kalizować we współczesnej przestrzeni miasta. Szczególnie
warte podkreślenia jest zastosowanie przez autora osi czasu
(Szołtysek 1997, s. 11), która wkomponowana graficznie
w motyw starego drzewa daje ciekawy efekt, nie tracąc ni-
czego ze swej systematyzującej roli. W połączeniu z po-
jawiającymi się gdzieniegdzie „Wicami” i „Fraszołkami” pra-
ce te dają bardzo plastyczną, a jednocześnie nieszablonową
opowieść o przeszłości miasta i jego najbliższej okolicy.
Wszystkie zastosowane przez autora zabiegi mają na
celu nie tylko ułatwienie odbioru i przybliżenie czytelnikowi
przedstawianych zagadnień. W pewnych momentach można
nawet odnieść wrażenie, iż Marek Szołtysek celowo działa
w kierunku „odnaukowienia” swych prac. Duża czcionka
i ręcznie wykonane rysunki z elementami humorystycznymi,
stają się nie tylko „ubarwieniem” treści, ale i znakiem rozpoz-
nawczym prac tegoż autora, dzięki którym budowana jest

442

marka „lekkich, łatwych i przyjemnych opowiastek o historii
wydawnictwa Śląskie ABC”.
Sam autor we wstępach do omawianych prac potwier-
dza powyższe słowa. Za każdym razem pojawiają się w nich
deklaracje mówiące o tym, iż wydane przez niego prace pi-
sane są z myślą o szerokiej rzeszy historyków niezawodowych
i nie mają ambicji naukowych. Przeznaczone są dla młodych
i starych, dla pasjonatów lokalnej historii i osób dopiero co
wgłębiających się w jej zakamarki.
Od momentu ukazania się pierwszej z omawianych prac
minęło już ponad 10 lat. W tym czasie zarówno sam autor, jak
i omawiane tu prace, trwale zapisali się w lokalną historio-
grafię Rybnika. W większym lub mniejszym stopniu cyto-
wane były przez innych autorów parających się historią lokal-
ną, np. Józefa Kolarczyka (2004) i Tomasza Szafrona (2008).
Powyższe słowa wskazują na znaczący wkład zarówno
samego Marka Szołtyska, jak i jego twórczości, dla wiedzy
o przeszłości Rybnika i najbliższej okolicy. Praca niniejsza
w żaden sposób nie stara się, ani nawet nie chce się starać
tego wkładu umniejszać. Celem moich przemyśleń jest bo-
wiem zastanowienie się nad rolą prac popularnonaukowych
o problematyce regionalnej w kształtowaniu wiedzy his-
torycznej jego mieszkańców oraz wskazanie przestrzeni ba-
dawczych, w których prace te w sposób pozytywny, ale i ne-
gatywny, wpływają na stan tej wiedzy.
Przykład Rybnika i jego najdawniejszych dziejów wyb-
rany został nieprzypadkowo. Z jednej strony do wyboru skło-
niła już sama postać Marka Szołtyska. Ważniejszym jednak
powodem jest to, że problematyka najstarszych dziejów Ryb-
nika i związane z nią problemy są podobne, a nawet re-
prezentatywne, dla wielu innych miast, także spoza terenów
Śląska.

O problemach dotyczących badań nad najdawniejszymi
dziejami Rybnika bardzo trafnie pisał Idzi Panic (2003, s. 17):

Mówienie o dziejach miejscowości w czasach, które w żadnym stop-
niu nie są oświetlone przez przekazy pisane, jest zajęciem wielce

443

ryzykownym. Ryzyko to jest tym większe, jeśli w ślad za brakiem źró-
deł pisanych idzie również brak zabytków archeologicznych. Z takim
właśnie przykładem spotykamy się w odniesieniu do Rybnika
[...].

Słowa te ciągle pozostają aktualne i charakteryzują
obecny stan wiedzy. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi
z dokumentu biskupa wrocławskiego Wawrzyńca wydanego

25 i 27 maja 1223 roku (Appelt 1971, nr 226). Dokument ten
zawiera szereg informacji odnoszących się do czasów wcześ-
niejszych, a dokładnie przełomu XII i XIII wieku. Czasy
wcześniejsze, zwłaszcza zaś okres początków egzystencji ryb-
nickiej osady, ze źródłowego punktu widzenia jest po prostu
nieznany.

Problemu tego niestety nie mogą rozwiązać wyniki ba-
dań archeologicznych. Przeprowadzane do tej pory poszu-
kiwania archeologiczne na terenie miasta Rybnika miały za-
zwyczaj charakter badań ratowniczych i obejmowały nie-
wielki obszar. Dokładniejszym badaniom poddany został
tylko gmach dawnego zamku, obecnie siedziba Sądu Rejono-
wego (Muzolf 1994, 1997). Słabe rozpoznanie archeologiczne
jest szczególnie widoczne na terenie śródmieścia, gdzie
dodatkowym problemem jest silne przekształcenie terenu
i ścisła zabudowa. Natomiast wzgórze kościelne wraz z pozo-
stałościami po cmentarzu i najstarszym kościele parafialnym
p.w. Najświętszej Marii Panny, przebadane zostało z narusze-
niem wszelkich zasad archeologii, co spowodowało przemie-
szanie warstw kulturowych, zniszczenie części grobów i za-
bytków archeologicznych (Furmanek, Kulpa 2003, s. 25-28).
Powyższe problemy z poznaniem i ustalaniem naj-
starszych dziejów miasta spowodowały, iż każdy z badaczy na
swój sposób musiał interpretować szczupłą bazę źródłową
i wysuwać autorskie hipotezy2

.

Sytuacja ta jest wyjątkowo niekorzystna dla autorów
prac popularnonaukowych. Czytelnicy mają bowiem wobec
nich szczególne wymagania. W takich pracach główny nacisk

2

Zob. Halmer 2008, s. 221, przypis 1. Tam zestawienie starszej literatury poświęco-
nej początkom Rybnika.

444

kładziony jest na lekkość i przejrzystość narracji. Dobra histo-
ryczna praca popularnonaukowa powinna w miarę możliwości
w sposób prosty opowiadać o dziejach, bez naukowych wy-
wodów i podawania kilku hipotez (Świeżawski 2001, s. 46).
Prace popularnonaukowe, aby w sposób właściwy popula-
ryzować historię, powinny prowadzić narrację z zachowaniem
troski o poprawność naukową, opierając się tylko i wyłącznie
na tym, co zostało ustalone w wyniku badań naukowych
(Maternicki, Majorek, Suchoński 1993, s. 66-67, tam starsza
literatura).

Jak jednak prowadzić narrację, kiedy stan badań nie po-
trafi rozstrzygnąć o wyższości jednej tezy nad inną? I jak za-
chować przejrzystość narracji w momencie, kiedy dla jej za-
chowania trzeba przedstawić dwie różne hipotezy? To właśnie
dzięki tym wątpliwościom przypadek Rybnika może posłużyć
jako bardzo dobry przykład do zastanowienia się nad przed-
stawionymi już w tytule problemami. Na ile prace popular-
nonaukowe powinny upraszczać trudne tematy prahistorii
i historii średniowiecza oraz czy zbytnie ich upraszczanie mo-
że wpłynąć na zniekształcenie faktów historycznych i spłyce-
nie poziomu wiedzy o lokalnej historii. Analiza prac Marka

Szołtyska posłuży jako materiał badawczy do odpowiedzi na

te pytania.

Najstarsze dzieje Rybnika najszerzej poruszone zostały
w pierwszej z omawianych prac (Szołtysek 1997). Układ
książki nie jest układem chronologicznym, lecz tematycznym
(ale interesujące w tym przypadku tematy zawarte zostały tyl-
ko w pierwszych rozdziałach). Prócz wspomnianej już wcześ-
niej osi czasu, informacje o najstarszych dziejach miasta za-

mieszczone są w podrozdziałach poświęconych powstaniu
rybnickiego zamku, najstarszej rybnickiej świątyni oraz dom-
niemanemu chrztu Rybnika3

. Informacje na temat powstania
rybnickiej osady zamieszczone zostały także przy okazji omó-

3

Rozdziały Kiedy ochrzczono Rybnik? (s. 14–15), Zamek czy sąd? (s. 16–17), Naj-
starszy kościół na górce
(s. 18–19).

445

wienia genezy i znaczenia nazwy miasta4

. Pewne drobne in-
formacje można wyłapać także w kilku innych miejscach, jed-
nak za każdym razem są one jedynie wstępem do dalszego
wywodu poświęconego nowożytnym i najnowszym dziejom

miasta.

W kolejnej z omawianych prac (Szołtysek 1999a), za-
kres informacji dotyczących dziejów Rybnika przed 1223 ro-
kiem jest już węższy, ale to ze względu na uściślenie tematyki
do dziejów rybnickiego zamku. Jednakże i tym razem autor
zamieścił na początku pewne informacje dotyczące powstania
rybnickiej osady (s. 6–7).
Najtrudniejszą do omówienia jest ostatnia z analizowa-
nych prac, w której Marek Szołtysek przedstawił zarys dziej-
ów wszystkich osad tworzących obecnie dzielnice miasta
Rybnika (Szołtysek 2000). W tym wypadku wiadomości doty-
czące wydarzeń najbardziej odległych chronologicznie poja-
wiają się na początku opisów poszczególnych, alfabetycznie
ułożonych dzielnic. Z tego też powodu informacje te rozrzu-
cone są w wielu miejscach.
Układ treści zastosowany przez autora we wszystkich
omówionych pracach uznać należy in plus. Zastosowanie
układu tematycznego w pierwszym i trzecim wypadku wpły-
wa dodatnio na logikę prowadzonej narracji i pozwala omó-
wić dane zagadnienie „od początku do końca”. Odstępstwem
jest jedynie monograficzne ujęcie dziejów rybnickiego zamku
i sądu, gdzie treść podzielona została na kolejne rozdziały we-
dług klucza chronologicznego. Układ ten jest także bardzo
ważny z punktu niniejszej analizy. Podział tematyczny ułatwia
bowiem omówienie poszczególnych rozdziałów bez tworzenia
sztucznych podziałów. Wszak przejrzystość wywodu niezbęd-
na jest nie tylko w pracach popularnych, ale i tych aspirują-
cych do miana naukowych.

Pierwszym z zagadnień, któremu przyjrzę się bliżej jest
kwestia absolutnie podstawowa dla dziejów każdej miejsco-
wości, a więc okoliczności jej powstania. Pradzieje Rybnika

4

„Rybnik” znaczy „staw” (s. 20–21).

446

przedstawiane są przez Marka Szołtyska w sposób margi-
nalny, poprzez podanie jedynie podstawowych informacje do-

tyczących najstarszych śladów osadnictwa sprzed 25 tysięcy
lat oraz wejścia ziemi rybnickiej w skład ziem Gołęszyców
(Szołtysek 1997, s. 14, 1999a, s. 6). Jednakże opisując równie
tajemniczy epizod wielkomorawski, autor rozpisuje się już
o wiele bardziej. O tyle, że jeden z rozdziałów zatytułowany
został Kiedy ochrzczono Rybnik?
Znak zapytania na końcu tytułu jest metaforycznym
podsumowaniem całego rozdziału. Jak już sam autor pod-
kreślił (Szołtysek 1997, s. 14), że kwestia domniemanego
chrztu opiera się głównie na zapisanym w 1922 roku podaniu,
według którego na wzgórzu kościelnym, na którym wznie-
siono kościół NMP, istnieć miała pierwotnie świątynia pogań-
ska zamieniona na chrześcijańską przez Osława, ucznia św.
Metodego. Dokonanie przez Osława chrztu zostało przez
Marka Szołtyska uznane jako niemal pewne. Dla potwier-
dzenia tych słów przywołane zostały także fragmenty z Żywo-
ta św. Metodego.

Teza mówiąca o przyjęciu chrztu z rąk ucznia św. Me-
todego stała się dla Marka Szołtyska punktem wyjścia do za-
stanowienia się nad chronologicznym umiejscowieniem po-
czątków egzystencji rybnickiej osady, które autor widzi naj-
później w IX wieku. Dla potwierdzenia tej hipotezy autor
przedstawia wyniki badań Franza Idzikowskiego, który
w oparciu o analizy warstwy mułu, datował początek stałego
osadnictwa na terenie miasta Rybnika na czasy około 900 ro-
ku naszej ery (Idzikowski 1861, s. 36-37, Szołtysek 1997,
s. 20–21). Tak wczesną genezę miasta Marek Szołtysek
powtórzył także w swych kolejnych pracach (Szołtysek

1999a, s. 6, 2000, s. 6).

Hipoteza mówiąca o powstaniu rybnickiej osady nie
później niż w IX wieku jest ciekawa, ale zarazem także mocno
ryzykowna. Zakłada ona bowiem, że Rybnik szczycić się
może starszym rodowodem niż np. Opole, Racibórz, Cieszyn
czy Koźle (Młynarska-Kaletynowa 1980, s. 351-353, Horwat
1996, s. 46-47).

447

Nie wszyscy podzielają tak wczesną genezę Rybnika.
Wyniki przedstawione przez Marka Szołtyska znacznie od-
biegają od tez głoszonych przez innych, zajmujących się tą te-
matyką badaczy, którzy już znacznie ostrożniej określali po-
czątki miasta na XI lub XII wiek (Kloch 2002, s. 63-64, Bar-
ciak 2003, s. 11, Panic 1992, s. 113, 2003, s. 18). Na ten okres
wskazują także zajmujący się tą tematyką archeolodzy (Fur-
manek, Kulpa 2003, s. 30).

W tym miejscu zastanowić się można nad źródłem tez
mających na celu „postarzenie” Rybnika przez Marka Szoł-
tyska. Jednym z powodów umieszczanie kontrowersyjnych
twierdzeń na temat początków miejscowości może być nie do
końca trafny wybór cytowanej literatury, wśród której poja-
wiają się pozycje przestarzałe i wielokrotnie już kwestio-
nowane przez innych badaczy.

Omawiane tezy głoszone przez Marka Szołtyska oparte
są jedynie na pochodzącej z lat międzywojennych lokalnej
tradycji. Jedynym jej źródłowym poparciem jest przywołanie
powszechnie znanego fragmentu „Żywota św. Metodego
o chrzcie księcia Wiślan. Na tej podstawie trudno uznać

chrzest osady w VIII wieku jako fakt historyczny. Kolejny
argument Marka Szołtyska, a więc wspomniane badania Fran-
za Idzikowskiego, ze względu na swoją umowność i błędne
założenia metodologiczne5

, nie mogą być obecnie uznane jako
rzetelne. Autor nie tylko okazał się w tym przypadku brakiem
ostrożności w formułowaniu, bądź co bądź kontrowersyjnych
poglądów, ale też nie uprzedził czytelnika o umowności
swych założeń. Opierając się na krytykowanych przed chwilą
założeniach nie zamieścił informacji o tym, że obecnie his-
torycy odchodzą od tak wczesnego datowania początków
miejscowości.

Znak zapytania towarzyszy także kolejnemu zagadnie-
niu, jakie poddane zostanie analizie. W pracy pt. Rybnik, na-

5

Franz Idzikowski (1861, s. 36–37) przy badaniu rocznego przyrostu mułu posłużył
się obliczeniami przybliżonymi, bez oparcia o fachową wiedzę w tej dziedzinie. Z te-
go powodu badania te nie mogą zostać uznane jako wiarygodne (Zob. Zgorzelska

1986, s. 59).

448

sze gniazdo zawarty został dwustronicowy rozdział poświęco-
ny dziejom rybnickiego zamku zatytułowany Zamek czy sąd?
(Szołtysek 1997, s. 16–17). Zagadnienie to okazało się dla
autora tematem tak ważnym, a jednocześnie zajmującym, że
w dwa lata później doczekało się popularnonaukowej mono-
grafii (Szołtysek 1999a). Ze względu na interesujący mnie
przedział czasowy, analizie poddałem głównie tematy po-
czątków istnienia rybnickiego zamku.
W pierwszej z prac opisując powstanie budowli, autor
podaje informacje, że (Szołtysek 1997, s. 16–17):

Rybnicki zamek wybudowano najprawdopodobniej pod koniec
XII wieku, za panowania księcia opolsko-raciborskiego Mieszka I
Plątonogiego.

Powstanie zamku miało być związane z początkami
władzy księcia raciborskiego, kiedy dwa największe grody
(Racibórz i Opole) były kontrolowane przez Bolesława
Kędzierzawego (Szołtysek 1997, s. 16). Pogląd ten został
powtórzony przy okazji kolejnej pracy, gdzie lata budowy
rybnickiego zamku zostały uściślone na okres pomiędzy 1163
a 1202 rokiem (Szołtysek 1999a, s. 8–9).
Powyższe tezy Marka Szołtyska oparte są na opub-
likowanym w 1990 roku artykule Idziego Panica, który ba-
dając źródła pisane podjął się przebadania początków ryb-
nickiego zamku, a następnie wydatował je na czas panowania
pierwszego księcia raciborskiego. Zdaniem tego badacza,
pierwszy zamek w konstrukcji drewniano-ziemnej miał być
następnie przebudowany na siedzibę klasztoru norbertanek
(Panic 1990, s. 15-17). Marek Szołtysek przyjął tezy Idziego
Panica niemal bez zmian. Korekty dokonał jedynie pisząc
o konstrukcji zamku, która w pracach tego autora jest oma-
wiana (a także umieszczana na ilustracjach) jako drewniano-
murowana (Szołtysek 1999a, s. 8-9). Marek Szołtysek prze-
oczył jednak pewną, jakże ważną informację przekazaną przez
I. Panica. Otóż jego dociekania, oparte na analizie źródeł pisa-
nych dokumentowych i narracyjnych, nie miały potwierdzenia

449

w badaniach archeologicznych bądź konserwatorskich (Panic
1990, s. 11–12, 15). Markowi Szołtyskowi jednak fakt ten nie
przeszkadza by z dużą dozą pewności opierać się na powyż-
szej pracy.

Najciekawszym jednak aspektem tej sprawy jest fakt, że
w czasie powstawania analizowanych prac Marka Szołtyska,
rybnicki zamek nie tylko został poddany gruntownym bada-
niom archeologiczno-architektonicznym, ale także wyniki
tych badań ukazały się drukiem. Wykazały one, że w okoli-
cach zamku nie znaleziono ani śladów ceramiki, ani też drew-
niano-ziemnych konstrukcji, które można datować wcześniej
niż XIII wiek. Prowadzone badania nie wykazały, by rybnicki
zamek powstał na miejscu dawnego grodu czy innej budowli
drewnianej. Analiza architektoniczna wykazała, że powstał on
„na korzeniu”, a dopiero ta nowopowstała bryła zamku stała
się podstawą do rozbudowy w następnych wiekach. Prowa-
dzący opisywane badania Błażej Muzolf jako najbardziej
prawdopodobny okres powstania budowli uznał 4 ćwierć XIII
wieku (Muzolf 1994, s. 105; 1997, s. 124). Zakwestionował
w ten sposób badania I. Panica, na których bazował Marek
Szołtysek.

Zdecydowanie mniej kontrowersji budzi kolejny poru-
szony przez Marka Szołtyska temat, jakim jest powstanie koś-
cioła parafialnego NMP w Rybniku. Datowanie początków
kościoła możliwe jest dzięki wzmiance zawartej w przywoły-
wanym już dokumencie z 1223 roku (Appelt 1971, nr 226):

Decimas vero quas predecessor noster pie memorie dominus
Sirozlaus quondam Wratizlaviensis Episcopus, ecclesie Sancte
Marie Virginis in Ribnich in ipsius ecclesie consecratione contulit,
cum sepedicti Capituli Wrat. Assensu eidem ecclesie confirmamus.

Dzięki niej wiemy, że poświęcenia nowoerygowanego
kościoła w Rybniku dokonał biskup wrocławski Żyrosław II,
poprzednik wystawcy dokumentu, biskupa Wawrzyńca. Po-
nieważ znane są nam lata pełnienia posługi biskupiej przez
Żyrosława (Silnicki 1953, s. 132, Nitecki 1992, s. 241) okres

450

poświęcenia kościoła określa się na lata 1170–1198 (Zgorzel-
ska 1986, s. 42, Kloch 2002, s. 71, Panic 2003, s. 18). W ten

sam sposób początki rybnickiej parafii datowane są w niemal
wszystkich pracach poświęconych temu zagadnieniu6

.
Także w kwestii nazwy miasta Rybnika Marek Szoł-
tysek podaje nam informacje, które w żaden sposób nie różnią
się od powszechnie przyjętych w literaturze. Już Franz Idzi-
kowski przekonująco argumentował, że nazwą Rybnik okreś-
lane były w przeszłości stawy rybne, od których następnie
wzięła się nazwa miejscowości (Idzikowski 1861, s. 33). Dalsi

badacze jednoznacznie informacje te potwierdzili (m.in. Sien-

kiewicz 1983, s. 36, Borek 1988, s. 201). Marek Szołtysek
fragment opisujący pochodzenie nazwy miejscowości uzupeł-
nił jedynie poprzez przytoczenie przykładów pochodzących
z nowożytnej literatury polskiej, powołując się na pracę Ol-
brychta Strumieńskiego z Mysłowic i fragment teksu Piotra

Skargi7

. Dodatkowo jako ciekawostkę dodał przykład z języka
czeskiego, gdzie słowo rybnik znaczy po prostu staw (Szoł-
tysek 1997, s. 20).

Z pozoru bez kontrowersji podawane są przez Marka
Szołtyska informacje dotyczące najstarszego układu prze-
strzennego miasta. Zdaniem autora najstarsze domostwa ryb-
niczan mogły znajdować się na skrzyżowaniu traktów u pod-
nóża Góry Kościelnej i graniczyć miały z osadami Łony i Za-
grodniki. Aby czytelnikom przybliżyć tą hipotezę autor wy-
rysował specjalną mapę. Za każdym razem jednak podkreśla,
że dywagacje na ten temat mają jedynie charakter przy-
puszczeń (Szołtysek 1997, s. 102, 1999a, s. 10). Układ ten
oraz istnienie średniowiecznych osad Łony i Zagrodniki w są-
siedztwie Rybnika, przedstawiony został przez o. Emila Drob-
nego w jego pracach z 1934 i 1938 roku (Drobny 1934, s. 10-
11, 1938, s. 1-2). I chociaż teza ta nie miała potwierdzenia

6

Wyjątkiem jest jedynie pierwsza monografia Rybnika autorstwa Franza Idzi-
kowskiego, gdzie wymieniony w dokumencie biskup Sirozlaus zidentyfikowany

został jako Żyrosław I, pełniący swą posługę w pierwszej ćwierci XII wieku

(Idzikowski 1861, s. 31-32).

7

Franz Idzikowski powołał się na te same przykłady (1861, s. 33).

451

w źródłach, to jednak aż do 2008 roku była niemal pow-
szechnie i bezkrytycznie cytowana, w tym także przez Marka
Szołtyska (Halmer 2008, s. 225-228).
Jak już wspomniałem, najstarsze dzieje Rybnika oma-
wiane są także na stronach książki poświęconej wszystkim
dzielnicom miasta (Szołtysek 2000). Najwięcej informacji
zawiera część poświęcona dzielnicy Śródmieście (s. 6–8),
która pokrywa się z pierwotną osadą miejską. Większość
z tych informacji jest jednak powtórzeniem rzeczy omówio-
nych powyżej, podawanych przy okazji poprzednich pozycji
tegoż autora. W wypadku innych dzielnic o średniowiecznym
rodowodzie, autor zazwyczaj ogranicza się do podania czasu

ich powstania i genezy nazwy. W przypadku nazw miejsco-

wych Marek Szołtysek zazwyczaj podaje informacje zbieżne
lub identyczne z wynikami badań innych historyków (por.
Sienkiewicz 1983, s. 27–39). W kwestii zaś początków po-
szczególnych wsi, a obecnie dzielnic, informacje podawane
przez autora nieznacznie różnią się od wyników dotychcza-
sowych ustaleń (por. Panic 1992, s. 113–115, Kloch 2002, s.
54). Czasami jednak różnice te bywają większe, jak w przy-
padku wsi Boguszowice, której początki Marek Szołtysek
określił autorsko na okolice roku 1000 (Szołtysek 2000, s. 9),
podczas gdy pozostali badacze opowiadają się za wiekiem
XIII lub nawet jego końcem (Panic 1992, s. 114, Dziechciarz
1996, s. 41–43, Kloch 2002, s. 54).
Powyższe słowa, choć oczywiście omawiają tylko kilka
zagadnień spośród przedstawianych przez autora, pozwalają
zauważyć pewną tendencję. Przede wszystkim razi chęć „po-
starzania” opisywanych miejscowości tworzących współ-
czesny Rybnik. Jest to jednak cecha charakterystyczna dla

części lokalnych badaczy i lokalnych patriotów zarazem, nie
tylko z rejonów Rybnika, co zauważył już Bogdan Kloch
(2002, s. 60):

Rozprawianie o tym co było, mając gotową wizję początków, może
powodować wepchnięcie weń losów osady z całym bagażem pro-
blemów, które całkowicie zostają zagłuszone. Staną się tylko niemym

452

dowodem na to, w jaki sposób możemy uprościć wiele wątków naszej
historii, tak by była nam wygodna. By nie było pytań, które mogą
zachwiać naszym historycznym poczuciem bez-pieczeństwa, lub co
gorsza, pozbawić nas wątpliwego zaszczytu pochodzenia z tak
dawnej, „starożytnej” osady.

Nie tylko jednak „postarzanie” i budowanie otoczki
„starożytności” jest cechą charakterystyczną dla kształtowania
wiedzy historycznej mieszkańców miast, miasteczek i wsi.
Równie często pojawia się także budowanie legendarności czy
też udowadnianie udziału miasta w przełomowych wyda-
rzeniach historycznych. Świetnym przykładem może być tu
łączenie wielu śląskich miast z osobą św. Wojciecha, który
miał w nich prawić kazania, przechodzić przez nie czy też
czynić cuda podczas przenoszenia jego relikwii. Owa tradycja
związana z osobą świętego w wielu miejscach przekształciła
się w podawany przez lokalną literaturę fakt historyczny, któ-
ry mieszkańcy, a czasami także historycy, chętnie i bez-
krytycznie przyjmowali (zob. Pobóg- Lenartowicz 1997, s. 8,
Pszczyński 1997, s. 106-116). Nie dziwi więc, że tak wiele
miejsca poświęcił Marek Szołtysek kwestii domniemanego
chrztu Rybnika, próbując nadać mu wymiar faktu his-
torycznego.

W sytuacji kiedy autor utożsamia się z opisywaną his-
torią czy terenem, często krytycyzm i ostrożność w kształ-
towaniu hipotez zostaje zagłuszona przez chęć udowodnienia
przekonań lub marzeń. Wówczas przytoczone podanie czy też
bardzo późna miejscowa tradycja mogą zostać uznane jako
fakt historyczny. Jest to zresztą problem niemal wszystkich
prac z zakresu historii lokalnej, często także tych wyposa-
żonych w aparat naukowy i pisanych przez doświadczonych
historyków8

.
W przypadku zaś prac popularnonaukowych, gdzie wy-
wód zazwyczaj opiera się na jednej pracy, kwestia dobrego

8

By ograniczyć się do kawałka „rybnickiego” warto wspomnieć pracę Bogdana
Cimały (1985), który opisując najstarsze dzieje ziemi rybnickiej wielokrotnie powta-
rza niewiarygodne i nie udowodnione źródłowo tezy Emila Drobnego.

453

wyboru cytowanych pozycji jest szczególnie ważna. Oparcie
się na tej czy innej książce może znacznie wzbogacić, ale tak-
że i zniekształcić narrację. Dlatego też wybór podstawy bib-
liograficznej wymaga dużej znajomości literatury przedmiotu,
często porównywalnej z wiedzą badaczy tzw. „akade-
mickich”.

Marek Szołtysek ze względu na swe wykształcenie
i doświadczenie, nie może być uznany za autora nie znającego
się na swym fachu. W pierwszej z omawianych prac, przy po-
daniu bibliografii (Szołtysek 1997, s. 109), podaje czytel-
nikom wiadomość, iż:

Przy pisaniu niniejszej książki autor sięgnął do około 400 (!) pozycji
naukowych i popularnonaukowych oraz konsultował się z około

50 osobami.

Dzięki tej informacji czytelnik może liczyć, że wiado-
mości wyselekcjonowane przez autora i podane w tej, a także
kolejnych publikacjach, odpowiadają najnowszemu stanowi
wiedzy na temat przedstawianych zagadnień. Niemniej jednak
wśród prac wymienionych w Bibliografii, które zawierać mają
prace najważniejsze, zabrakło kilku ważnych traktujących
o historii miasta i najbliższej okolicy9

. Są za to takie pozycje,
jak Ilustrowany słownik dziejów Śląska Bogdana Snocha i Je-
rzego Moskala (1991) czy też Historia Śląska Kazimierza
Popiołka (1972).

W pracach Marka Szołtyska widać także dużą ufność
wobec prac najdawniejszych, zwłaszcza Franza Idzikowskie-
go i o. Emila Drobnego. Z jednej strony jest to zabieg słuszny,
gdyż autorzy ci opisywali dzieje Rybnika nie tylko barwnie
i finezyjnie, ale także wzbogacali je o dużą ilość podań i le-
gend. Dla autorów prac popularnonaukowych jest to zawsze
wielki plus, gdyż niezwykle ubarwia narracje i pozwala na

9

Między innymi brak prac ks. Franciszka Maronia (1966), Alfonsa Mrowca (1970)
czy wspomnianych już wyników badań archeologicznych prowadzonych przez
Błażeja Muzolfa (1994, 1997). Brak także niemieckojęzycznej, lecz bardzo ważnej

pozycji Waltera Kuhna (1971).

454

chwilę odpocząć od uczonych wywodów i historii opartej na
źródłach dokumentalnych i archeologicznych. Marek Szoł-
tysek opierając się na tych autorach, popełnił jednak błąd,
przed jakim przestrzegał Aleksander Świeżawski (Świeżawski

2001, s. 46):

Czasem [...] zdarza się, że autor, by ubarwić tok opowiadania, od-
stępuje od ścisłości i rzetelności w przedstawianiu faktów, a swoim
przypuszczeniom, czy nawet fantazji nadaje pozory rzeczywistości.
Prowadzi to często do przyjmowania przez nie znającego zagad-
nienia czytelnika fikcji lub nawet fantazji za oczywistą i niepod-
ważalną prawdę.

Markowi Szołtyskowi nie można zarzucić, że dał po-
nieść się własnej fantazji przy opisywaniu najstarszych dziej-
ów Rybnika. Z pewnością dał się jednak ponieść fantazji
swoich poprzedników. Zresztą, nie on pierwszy i nie ostatni.
Większym jednak problemem jest to, że Marek Szoł-
tysek w pewnych momentach sam zniekształcił informacje
w ten sposób, by zgadzały się z prowadzoną przez niego
narracją. Aby to udowodnić, musimy raz jeszcze powrócić do
problemów związanych z powstaniem rybnickiego zamku.
Jak już zostało wspomniane, w trakcie tworzenia
książek Marka Szołtyska wyniki badań archeologicznych na
zamku były już opublikowane i jednoznacznie stwierdzały, że
zamek zbudowany został „na korzeniu” najwcześniej w dru-
giej połowie XIII wieku, a najprawdopodobniej w ostatniej
ćwierci tegoż stulecia (Muzolf 1997, s. 124). Badania te nie
zdołały jednak przekonać Marka Szołtyska.

Co najciekawsze, sam autor opisuje zdawkowo wspom-

niane badania. W pierwszej książce (Szołtysek 1997, s. 16)
pojawia się następująca informacja:

Na przełomie 1992/1993 roku odkryto część jej [budowli zamku –
D.H] fundamentów.

455

Podobna informacja pojawia się także w powstałej dwa

lata później popularnonaukowej monografii zamku (Szołtysek

1999a, s. 9):

Ta pierwsza [pochodząca z drugiej połowy XII wieku – D.H]
zamkowa budowla w Rybniku była dosyć mała. Jej kształtu
domyślamy się na podstawie części jej kamiennych fundamentów,

odkrytych podczas remontu w latach 1992-1993.

Widać więc bardzo wyraźnie, że autor posłużył się
samym faktem odbycia badań archeologicznych jako do-
wodem do uznania słuszności przedstawianych w swojej pra-
cy tez. Pominął on jednak podstawowe fakty dotyczące chro-
nologii znalezionych fundamentów, by w ten sposób nie za-
przeczyć samemu sobie. Komentarz prowadzącego badania
archeologa i jego wątpliwości wobec wczesnej genezy zamku
zostały przez Marka Szołtyska odrzucone. Jest to zabieg ma-
jący na celu zachowanie logiki narracji, co dla pracy popu-
larnonaukowej jest ważne. Metody prowadzące do tego celu
są jednak naganne.

Powołując się jeszcze raz na słowa Aleksandra Świe-
żawskiego, prace popularnonaukowe z dziedziny historii są
swego rodzaju pomostem między najprostszą wiedzą, a nau-
kowymi dociekaniami i hipotezami badawczymi. Każda
z nich powinna być elementem, który czytelnika zaintereso-
wanego zachęci do bardziej szczegółowych poszukiwań,
a czytelnika obojętnego nie zanudzi (Świeżawski 2001, s. 45-
46). Przemyślenia te, choć sformułowane w rok po powstaniu
ostatniej omawianej tu pracy Marka Szołtyska, są mu jednak
bliskie. Potwierdzają to słowa samego autora zawarte we
wstępach do poszczególnych książek, w których przekonuje
on czytelnika, że jego celem jest jedynie popularyzacja, a nie
przedstawianie najnowszych badań i ustalanie najbardziej
prawdopodobnych wersji. Problem polega tylko na tym, że
upraszczając najstarsze dzieje miasta dla potrzeb pracy po-
pularnonaukowej, łatwo jest się „zagalopować”.
Uproszczenie i proste wyłożenie dziejów Rybnika przez
Marka Szołtyska jest warte nie tylko analizy, ale także swego

456

rodzaju reklamy. Mnogość ilustracji, wplatanie treści w gwa-
rze śląskiej i barwna narracja jak najbardziej zasługują na
pochwałę, a zastosowanie pomocy w postaci osi czasu za-
sługuje już na najwyższe wyróżnienie. Prace te wyglądają ład-
nie, pisane są prosto i działają na wyobraźnie. Są więc świet-
nym startem dla osób dopiero rozpoczynających swoje histo-
ryczne i lokalne pasje.

Z drugiej strony jednak pozycje te mogą być także dos-
konałym przykładem wskazującym czynności, których his-
torycy lokalni i ogólnie historycy powinni się wystrzegać.
Marek Szołtysek, prowadząc swą opowieść zgodnie z zasa-
dami, a także zdrowym rozsądkiem, ograniczał się do jednej
tezy przedstawienia dziejów. Jego zadaniem było jedynie na-
kreślenie ich zarysu, który następnie może być przez czy-
telnika dociekliwego uzupełniany kolejnymi pracami. Autor
jednak nie pofatygował się, by choć zasygnalizować, że w li-
teraturze przedmiotu funkcjonują także tezy oparte na innych,
często nawet opozycyjnych założeniach. Brak takiej wskaz-
ówki nie zachęca czytelnika do dalszych poszukiwań, a wręcz
przeciwnie – przekonuje do zasadności i pewności przeczy-
tanych informacji, które uznawane są jako fakt historyczny.
Jest to błąd, przed którym wystrzegają nawet autorzy pod-
ręcznika do dydaktyki historii (Maternicki, Majorek, Suchoń-
ski 1993, s. 66):

Od autora pracy popularnonaukowej wymagamy [...] aby informo-
wał czytelnika, co w jego pracy jest twierdzeniem w pełni uzasad-
nionym, co zaś tylko hipotezą.

Problem ten nie jest dotkliwy jeśli narracja autora podą-
ża wraz z uznanymi przez naukę twierdzeniami. W sytuacji
jednak, kiedy autor powołuje się na nierzetelne i zdezaktuali-
zowane pozycje czy nawet ociera się o fikcję literacką (a z ta-
kim przypadkiem mamy NIESTETY do czynienia), nie można
z całą stanowczością mówić o popularyzacji. Wówczas popu-
laryzacja historii przemienia się w jej zniekształcanie.

457

Powyższy przykład jest oczywiście tylko i wyłącznie
przykładem lokalnym i nie może posłużyć jako generalizacja
dla wielu podobnych prac obrazujących dzieje innych śląs-
kich, a także polskich miast i wsi. Problemy z niedostateczną
bazą źródłową, brakiem szerszego rozeznania archeologicz-
nego i mnogością hipotez nie są przecież bolączką tylko i wy-
łącznie Rybnika. Dlatego też omówiony przykład może stać
się prolegomeną do szerszego zainteresowania się lokalnymi
pracami popularnonaukowymi oraz ich merytoryczną za-
wartością i metodycznymi założeniami.

Bibliografia

Appelt H. (Hrsg.)

1971 Schlesisches Urkundenbuch, Bd 1, 2. Lieferung, Graz–Wien–
Köln.

Barciak A.

2003 Rybnik przez wieki [w:] red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum

i profanum. Klasztory i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska
w średniowieczu,
Rybnik, s. 11–14.

Borek H.

1988 Górny Śląsk w świetle nazw miejscowych, Opole.

Cimała B.

1985 Zarys dziejów Rybnika i Wodzisławia Śląskiego [w:] red. B. Ci-
mała, P. Porwoł, W. Wieczorek, Wypisy do dziejów Rybnika
i Wodzisławia Śląskiego,
Rybnik, s. 11–103.

Drobny E.

1934 Łony, Ziemia Rybnicka. Organ Związku Przyjaciół Przeszłości
Rybnika i Okolicy,
R. 1, nr 1, s. 10-11.
1938 Krótki zarys historii miasta Rybnika, Rybnik.

Dziechciarz R.

1996 Parafia Boguszowice koło Rybnika w średniowieczu [w:] red.
I. Panic, Ojczyzna wielka i mała. Księga pamiątkowa wydana
z okazji 40-lecia Oddziału Polskiego Towarzystwa Historycz-
nego w Cieszynie,
Cieszyn, s. 40–45.

Furmanek M., Kulpa S.
2003 Stan i potrzeby badań archeologicznych nad początkami i roz-
wojem Rybnika [w:] red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum i pro-

fanum. Klasztory i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska
w średniowieczu,
Rybnik, s. 25–41.

458

Halmer D.

2008 Uwagi na temat umiejscowienia przedlokacyjnego centrum
osadniczego na terenie miasta Rybnik [w:] red. J. Mokrosz,
Trudne bogactwo pogranicza, Katowice–Rybnik, s. 221–239.

Horwat J.

1996 Formowanie się miast księstwa opolsko-raciborskiego do poło-
wy XIV w.
, Gliwice–Rzeszów.

Idzikowski F.

1861 Geschichte der Stadt und ehemaligen Herrschaft Rybnik in
Oberschlesien
, Breslau.

Kloch B.

2002 Rybnik w średniowieczu. Z dziejów miasta i okolic do pierwszej
połowy XIV wieku
, Rybnik.

Kolarczyk J.

2004 Śladami przeszłości ziemi rybnickiej, Racibórz.

Kuhn W.

1971 Geschichte des Rybniker Kreisgebietes bis 1526 [w:] Chronik
von Rybnik O/S
, Dorsten, s. 18-36.

Maroń F.

1966 Początki parafii w Rybniku i w Żorach, Wiadomości
Diecezjalne. Organ urzędowy Kurii Diecezjalnej w Katowicach
,
nr 7/8, s. 102-106.

Maternicki J., Majorek Cz., Suchoński A.

1993 Dydaktyka historii, Warszawa.
Młynarska-Kaletynowa M.
1980 Rozwój sieci miejskiej na Śląsku na przełomie XII/XIII i w XIII
w., Kwartalnik Historii Kultury Materialnej, R. 28, nr 3, s. 349-
361.

Mrowiec A.

1970 Zarys dziejó, [w:] red. J. Ligęza, Ziemia rybnicko – wodzisław-
ska
, Katowice, s. 131–337.

Muzolf B.

1994 Wyniki badań zamku książęcego w Rybniku (siedziba sądu
rejonowego), województwo katowickie, w 1991 roku [w:] red.
E. Tomczak, Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i w Za-
głębiu Dąbrowskim w latach 1991–1992
, Katowice, s. 102–107.
1997 Zamek książęcy w Rybniku, województwo katowickie [w:] red.
E. Tomczak, Badania archeologiczne na Górnym Śląsku i zie-
miach pogranicznych w 1993 roku
, Katowice, s. 120–126.

Nitecki P.

1992 Biskupi Kościoła w Polsce. Słownik biograficzny, Warszawa.

Panic I.

1990 Zamek rybnicki od średniowiecza do schyłku XVIII wieku [w:]
I. Panic, W. Iwanek, Zamek Rybnicki, Zeszyty Rybnickie 1, Ryb-
nik, s. 10–39.

459

1992 Historia osadnictwa w księstwie opolskim we wczesnym
średniowieczu, Rozprawy i Studia Muzeum Śląskiego
, Katowice.
2003 Rybnik w XII wieku: centrum regionu, czy jego peryferie [w:]
red. E. Bimler-Mackiewicz, Sacrum i profanum. Klasztory
i miasta w rzeczywistości Górnego Śląska w średniowieczu
,
Rybnik, s. 17–23.

Pobóg-Lenartowicz A.
1997 Wstęp [w:] red. A. Pobóg-Lenartowicz, Opolskie drogi świętego
Wojciecha
, Opole, s. 7-12.

Popiołek K.

1972 Historia Śląska od pradziejów do 1945 roku, Katowice.

Pszczyński K.

1997 Święty Wojciech w ludowej tradycji górnośląskiej [w:] red.
A. Pobóg-Lenartowicz, Opolskie drogi świętego Wojciecha,
Opole, s. 103-116.

Sienkiewicz W.

1983 Średniowieczne nazwy miejscowe ziemi rybnickiej [w:] Kroniki
rybnickie: numer pierwszy
, Rybnik, s. 25–41.

Silnicki T.

1953 Dzieje i ustrój kościoła katolickiego na Śląsku do końca w. XIV,
Warszawa.
Snoch B., Moskal J.
1991 Ilustrowany słownik dziejów Śląska, Katowice.

Stobiecki R.

2007 Historiografia regionalna. Nowa wizja dziejów czy nowa meto-
da? [w:] red. J. Spyra, Kronikarz a historyk. Atuty i słabości re-
gionalnej historiografii. Materiały z konferencji naukowej Cie-
szyn 20-21 września 2007
, Cieszyn, s. 11–34.

Szołtysek M.

1997 Rybnik, nasze gniazdo, Rybnik.
1999a Dzieje rybnickiego zamku i sądu, Rybnik.
1999b 80 lat PCK, Rybnik 1919–1999, Rybnik.
2000 Dzielnice Rybnika, Rybnik.
2001 Stary Kościół czyli 200 lat parafii Matki Boskiej Bolesnej w
Ryb-niku
, Rybnik.
2006 Biblia Ślązoka, Rybnik.

Świeżawski A.

2001 Warsztat naukowy historyka. Wstęp do badań naukowych, Czę-
stochowa.

Szafron T.

2008 Budynek starostwa rybnickiego [w:] red. D. Keller, Z kart his-
torii powiatu rybnickiego, Zeszyty Rybnickie 6. Konferencje
,
Rybnik, s. 101–112.

460

Zgorzelska U.

1986 W zamierzchłej przeszłości i średniowieczu [w:] red. J.
Walczak, Rybnik. Zarys dziejów miasta od czasów
najdawniejszych do 1980 roku
, Katowice, s. 41–66.

Abstract:

Main thesis of the speech is a critical view on the
history of Rybnik city to the end of 13th century in popular

works of Marek Szołtysek. Mr Szołtysek, a history teacher,

author of many works, press articles and television shows,
received a status of silesian patriot and authority on history of
Silesia. Mr Szołtysek is also author of good-selling popular
works about the city of Rybnik: „Rybnik nasze gniazdo”
(Rybnic our nest), „Dzielnice Rybnika” (The districts of
Rybnik city)
and „Dzieje rybnickiego zamku i sądu” (The
history of castle and court in Rybnik).

From the historians view, works by M. Szołtysek

are full of ambiguities and sometimes just mistakes. These
popular works are on a basis of obsolete works and deprived
of critical sight - especially in parts dedicated to ancient and
medieval history. Mr Halmer, basing on as big as possible
literature list tries to signalize differences between Mr Szoł-
tysek books and so called “specialist literature”.
The problems of Rybnik city and Mr Szołtysek

works are only an example and discussion-starter to think
about the role of popular works about local history in the
process of shaping the local history knowledge. Mr Halmer
tries to think about the line between popularizing local ancient
and medieval history and simplifying it. He also tries to
mention above the mistakes from the excessive simplifying
the local history.

461

462

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->