P. 1
Alan D. Foster - Przeklęci 01 - Sojusznicy

Alan D. Foster - Przeklęci 01 - Sojusznicy

|Views: 213|Likes:

More info:

Published by: Tomasz Sidorkiewicz on May 20, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as RTF, PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

03/01/2014

pdf

text

original

Sections

  • Rozdział 05
  • Rozdział 10
  • Rozdział 11
  • Rozdział 12
  • Rozdział 13
  • Rozdział 14
  • Rozdział 15
  • Rozdział 16
  • Rozdział 17
  • Rozdział 18
  • Rozdział 19
  • Rozdział 20
  • Rozdział 21
  • Rozdział 22
  • Rozdział 23
  • Rozdział 24
  • Rozdział 25
  • Rozdział 26
  • Rozdział 27
  • Rozdział 28
  • Rozdział 29
  • Rozdział 30

ALAN DEAN FOSTER

SOJUSZNICY
Tytuł oryginału: A call to arms

Cykl: Przeklęci tom 1

Przełożył: Radosław Kot

Data wydania polskiego: 1996 Data wydania oryginalnego: 1991

Rozdział 01

Decydent spoczywał spokojnie na półkolistym legowisku dowodzenia zawieszonym wysoko nad podłogą, na samym końcu rozbudowanych wysięgników maszynerii centrum. Jednym dotknięciem mógł opuścić lub unieść stanowisko, przesunąć je w lewo czy w prawo ku podkomendnym. Równie dobrze mógłby ich wprawdzie kontrolować i wspierać radą za pomocą przypiętych klamrami do głowy łączy komunikacyjnych, jednak rasa Ampliturów nade wszystko przedkładała kontakt osobisty. Poprawił się na poduszce, obejmując ją wszystkimi czterema krótkimi łapami, co pozwalało na swobodne manewrowanie parą wystających z boków głowy czułków. Każdy wieńczyły cztery chwytne palce. Palce te zginały się i poruszały, jakby w niemym walcu dyrygowały niewidzialną orkiestrą. Sferyczne, złotem nakrapiane oczy obiegły rozległe pomieszczenie. Szparki źrenic zwężały się i rozszerzały szukając miejsc, gdzie być może należałoby interweniować. Czyniąc jakiekolwiek sugestie, Decydent zawsze starał się dodać delikwentowi odwagi, unikał opryskliwości, która tak często cechowała inne rasy. Surowości nie przejawiał wcale. Niegdyś wadą, Ampliturów było niezdecydowanie, ale to działo się, jeszcze zanim poznali Cel. Zanim osiągnęli dojrzałość. Trudno uwierzyć, że mogło kiedyś nie być Celu. Decydent znał historię, wiedział jak rzecz wyglądała przed laty, ale nie potrafił ogarnąć tej dawnej epoki wyobraźnią. Jawiła mu się jako fragment dziejów innego zupełnie wszechświata. Świadomość istnienia Celu pozwoliła rasie Ampliturów dorosnąć i odmieniła ją po wsze czasy. Teraz Cel odmieniał oblicze Galaktyki. Zanim to nastąpiło, całkiem zadowoleni z przypadającego im losu Ampliturowie rozwijali po prostu swoją skromną cywilizacje. Uprawiali sztuki, doskonalili się, radośnie gmatwając rzeczy proste i najbardziej ze wszystkiego pragnęli, aby zostawić ich w spokoju, dać im możliwość trwania przy własnym tempie przemian, szansę bycia sobą i nikim więcej.

A potem uświadomili sobie, że istnieje Cel. Decydent musnął łagodnie kontrolki i sierp legowiska skierował się w lewo i na dół, do stanowiska nawigacji. Jak oni mogli żyć kiedyś, nie znając Celu? Niedorzeczność! We wczesnych stadiach ewolucji najważniejszą role odgrywały instynkty. Ampliturowie pławili się wówczas w ciepłych wodach ojczystego świata i przebierając słabo rozwiniętymi odnóżami ledwo potrafili wypełznąć na błotniste brzegi zbiorników, gdzie przeszukiwali czułkami obfitujące w jadalne skorupiaki pokłady mułu. Pojawiały się wprawdzie pierwsze przebłyski inteligencji, jednak istoty te mnożyły się wciąż bezmyślnie, spędzając życie na przetwarzaniu białka roślinnego i zwierzęcych protein. Najważniejsze były dla nich sprawne jelita i odpowiednio ostre zęby. Owszem, jakaś cywilizacja istniała, świadczyły o tym jasno zapisy historyczne, ruiny, przekazy o dawnych triumfach i wytwory rozwijanej z latami, unikalnej techniki Ampliturów. Ale wszystko to było niczym: technika, sztuka, nawet życie samo w sobie nie znaczyło nic bez Celu, który nadawał wszelkiej rzeczy treść i formę. Wystarczyło pomyśleć chwilę aby pojąć, że daje to poczucie siły, pomaga pokonać niezdecydowanie, lęk przed niewiadomym. Decydent był dumny, że może służyć Celowi. Pomruk silników statku i gwar załogi przelewał się z cicha pod legowiskiem. Technicy pogadywali w mnogości języków na różne tematy, opowiadali sobie nawet dowcipy. Pozbawieni praktycznie poczucia humoru Ampliturowie nie odczuwali potrzeby żartowania, ale dzięki wytrwałości i ciężkiej pracy nad sobą zdołali jednak zrozumieć sens tego zjawiska. Zresztą to nieistotne. Ważne, że wszyscy służyli Celowi. To pozwalało nazwać ich istotami prawdziwie cywilizowanymi. Oczywiście zdarzały się gatunki ślepe na prawdę. W opracowaniach historycznych wspominano o takich wynaturzeniach dość beznamiętnie. Były więc rasy, które nie dawały się ani nawrócić, ani odmienić biologicznie, ani w żaden inny sposób naprowadzić na jedyną słuszną drogę. Rasy wrogie lub szalone. Pozostawało je wyeliminować, aby nie przeszkadzały w krzewieniu prawdy. To akurat budziło największy żal Amplitura. Nie żeby uważał zgładzenie całej rasy za coś niewłaściwego, on bolał nad zaprzepaszczeniem szansy. Skoro kogoś nieodwołalnie nie ma, nigdy już nie pozna Celu, nie przyłączy

się do Wspólnoty. W ciągu ostatniego tysiąca lat dwakroć jedynie trzeba było podejmować podobne kroki. Pamięć o tych katastrofach pobudzała Ampliturów i ich sojuszników do jeszcze większych wysiłków. Decydent postanowił sobie, że nigdy nie dopuści do takiej porażki. Jego poprzednicy zrobili rzecz konieczną, ale pamięć o ich niepowodzeniu kładła się cieniem na blaskach sukcesów kolejnych decydentów. Ampliturowie zmienili się jednak przez stulecia, dołączyły do nich nowe rasy pragnące dążyć do wspólnego Celu, powiększyły się zasoby wiedzy, rozwinęła nauka. Przybysze przyczynili się znacznie do owego postępu, wprowadzając nowe sposoby myślenia, nowe spojrzenia na stare problemy, swoje szczególne zdolności oddając w służbę Celowi. Pod tym względem Ampliturowie nie jawili się ani jako lepsi, ani jako gorsi, bowiem wobec Celu wszyscy byli równi. Owszem, byli odkrywcami Celu, wiedzieli jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność. Gdyby pojawiła się jakaś nowa rasa zdolna do przejęcia brzemienia, oddaliby je bez słowa sprzeciwu. Jednak wobec braku kogoś takiego wypełniali swą powinność i nie sarkali. Decydent wiedział, że przecież ktoś musi tym wszystkim zarządzać. Inne rasy służyły Celowi wedle swych możliwości. Krygolici byli świetnymi żołnierzami i jeśli nie udawało się uniknąć walki, zawsze dzielnie stawali do boju. Segunianie prezentowali się jako biegli rzemieślnicy. Mrowie T’returi dostarczało wielu rasom żywności. Podobni fizjologicznie do Ampliturów Molitarowie byli istotami silnymi i wyglądali na tyle groźnie, że czasem samo zademonstrowanie tych istot wystarczało dla przekonania opornych bez walki. Przydawali się bardzo i obniżali tym samym koszty, bowiem wojna to zawsze drogie przedsięwzięcie. Ponadto każdy poległy to o jeden umysł mniej w służbie Celu. Ale nie ma się co martwić, pomyślał Decydent. Wszystko idzie dobrze. Nie tak dawno kolejna inteligentna rasa przyłączyła się do Wspólnoty Celu. Potężnie zbudowane, ale prymitywne istoty. Aszreganie stawili wprawdzie z początku opór, ale wobec wielkiej dysproporcji technologicznej trwał on dość krótko. W chwili nawiązania kontaktu stali na niższym szczeblu rozwoju niż Krygolici, trochę wyżej niż Molitarowie. Równie dobrzy pomocnicy jak wszyscy inni. W odróżnieniu od pozostałych ras mieli zwyczaj unikać walki, gdy uznawali ją za daremną. Potem okazali nieoczekiwaną dojrzałość, błyskawicznie otwierając się na piękno Celu. Taki musi być los każdej inteligentnej rasy i nie ma innego wyjścia,

Pewność. Skromna to nagroda za tyle ciężkiej pracy. Wszyscy. Prosta sprawa. W sali dowodzenia pracowali ramię przy ramieniu przedstawiciele co najmniej tuzina różnych ras. Kierowała nim czysta determinacja. ta sama. Nie można pozwolić. wysięgniki i zasilanie nie zawiodą. Wszystko było sprawą zrozumienia i zaufania technice. ich myśli i czyny dążyły wspólnie do jednego końca. Kamery i detektory były o wiele sprawniejsze i sięgały dalej niż jakiekolwiek oko. prócz zapewne kilku renegatów. Wielu Ampliturów cierpiało na lęk wysokości. na personel wiodący kruchy statek miedzy tymi gwiazdami i raptownie trącił kontrolki. że legowisko. Cała ściana naprzeciwko działu inżynierii była przezroczysta. Widząc nadciągającego dowódcę. że nawet nieco ograniczeni Yandirpowie potrafili rzecz zrozumieć. który zwieńczy dzieło. pająkowaci Segunianie wdzięcznie usuwali się z drogi płynnemu Aszreganowi. Cywilizacja. aby ktoś odpowiedzialny za bezpieczeństwo wielu statków przejawiał aż tak trywialną słabość. tak prosta. inni jeszcze pełnili odpowiedzialne funkcje w pozostałych częściach statku. niczym innym. ale Decydent dawno już zdusił w sobie ów atawizm. Decydent spojrzał na roje gwiazd.pomyślał z przekonaniem Decydent. przesuwając legowisko od centrum nawigacji do wewnętrznego stanowiska inżynierskiego. jednak ten pokaz możliwości fachowych związanych sojuszem z Ampliturami techników robił należyte wrażenie. która wyniosła go na stanowisko dowódcy. Nikt nie wywyższał się ponad sąsiada. Celem bowiem było zbratanie. I tym właśnie był Cel. Jasne smugi układały się w niepowtarzalny. pomarańczowej skórze. wszyscy zjednoczeni w dążeniu do Celu. Drobny Akaryjczyk pomagał masywnemu Molitarowi. pozwoliła zwalczyć lęk. Legowisko wystrzeliło do góry. Załoga tworzyła zwarty zespół. Decydent wiedział. Miła i właściwa reakcja. która osiąga pewien stopień rozwoju technologicznego i . prawda? Dowódca nie uśmiechnął się. bowiem było to niemożliwe z racji specyficznej budowy ust. że nie każdy potrafi pokonać własne słabości. inny dla każdego Amplitura wzór. wszelako złociste i srebrzyste błyski przebiegły po jego cętkowanej. bowiem wśród każdej rasy trafiają się godne pożałowania wyjątki. Uczyniono ją taką z czysto estetycznych względów. kulturowa i umysłowa integracja. załoga żywiej zakrzątnęła się przy pracy. Z góry spojrzał na kręcący się wokół personel. całkowita i obejmująca wszelkie dziedziny fizyczna. był hołdem oddanym ich umiejętnościom.

tak wielka była ich wzajemna nienawiść. będą dawać szansę rozkwitu każdej napotkanej cywilizacji. a ich sojusznicy dzielili ten smutek. by zginęła z własnej ręki. a przy okazji spustoszyła jeszcze doszczętnie swoją planetę. pojawi się z pewnością nowa wartość. że ich praca służy realizacji Celu. Mimo wszelkich działań. aby uświadomić takiej rasie jej prawdziwe możliwości. nie zwykli kiedykolwiek zostawiać żadnej inteligentnej rasy bez pomocy. Wraz z każdą ginącą cywilizacją coś szczególnego i unikalnego ubywało z kosmosu. samo rozumowe dowodzenie nie wystarczało. nie mając nawet szansy. wyższego. a nawet pojedynczy Ampliturowie podważali te zasadę. by podzielić się bogactwem swego istnienia ze Wspólnotą. Ampliturowie nie oczekiwali. dalszego. Decydent uniósł przednią połowę swego ciała i rozluźnił osiem zaciśniętych bezwiednie palców. Atomowa pożoga lub prymitywna tyrania ucisza nieliczne glosy rozsądku i taka rasa przepada na zawsze dla Celu. albo zaczyna staczać się z powrotem w mrok barbarzyństwa i ulega kulturowej degeneracji. coś większego. Nagrodą miała być świadomość. Ale gdy dokona się już pełne zbratanie. która teraz nie nadawała się nawet do zamieszkania. że Ampliturowie próbowali uratować pewną szczególnie obiecującą. Niestety. Ampliturowie niespecjalnie lubili takie podstępy. Wobec szczególnie nieoświeconych istot trzeba było niekiedy odwoływać się do metod prymitywniejszych. Czasem sama logika. że zrealizowanie Celu oznaczałoby utratę motywacji działania. że nawet szczególnie utalentowani w prowadzeniu negocjacji Ampliturowie nic zdołali odwrócić kataklizmu. Istnieli przecież po to właśnie. Praca czeka. ale psychopatyczną rasę przed samobójstwem. Na razie dość jest pracy i wystarczy . Od czasu do czasu niektórzy przedstawiciele innych ras. Samo bycie Ampliturem wiązało się nierozłącznie z gotowością do poświęceń. aby zapobiegać podobnym katastrofom. Raz zdarzyło się.społecznego. Jak długo starczy im sił i środków. rasa dokonała aktu samozagłady. albo ginie w wyniku autodestrukcji. że spotka ich za te poświecenia jakakolwiek wdzięczność. osiągniecie kresu. postanowili niegdyś. z drugiej strony. tak silna była ślepa furia tych istot. Nie pora na tak ponure myśli. pytając: czymże jest Cel? Co przyjdzie nam z jego realizacji? Co potem? Prosta i nieugięta logika wskazywała jednoznacznie. Ampliturowie boleli nad podobnymi wypadkami. ale.

świadomość, że bierze się udział w czymś słusznym i szlachetnym. Rozum to potężne narzędzie, Decydent nigdy w to nic wątpił. Kiedy kres zwieńczy dzieło? W chwili gdy wszystkie istoty inteligentne w Galaktyce poświęcą swe wysiłki dla realizacji Celu, to oczywiste. A jeśli uda się kiedyś pokonać międzygalaktyczne otchłanie, to rzecz rozciągnie się na wszystkie cywilizacje Wszechświata. Decydent musiał zwykle odsuwać podobne rozważania na drugi plan. I tak miał co robić, tu i teraz. Dowódca winien myśleć o całym statku, pełniąc zaszczytny obowiązek. Ciężkie ciało osunęło się nieco na kanapie i była to irytująca niewygoda. Niedługo miał nadejść czas reprodukcji, ale rozmnażanie musiało poczekać do chwili, gdy bieżące zadania zostaną wykonane. Kiedyś funkcje biologiczne przebiegały poza kontrolą, hormony robiły co chciały, jednak rasa Ampliturów nauczyła się panować nad systemem endokrynologicznym... Nie tylko zresztą swoim. Decydent nie mógł pozwolić, aby jego zdolność do podejmowania decyzji została zakłócona przez coś tak trywialnego jak rozmnażanie. Jeden z czułków odnotował uwagę, aby przeprowadzić konieczne testy. Jakby co, to pigułka załatwi sprawę. Złociste oczy wpatrzyły się w półkolistą ścianę, za którą pysznił się przestwór Wszechświata. Piękno gwiazd i dalekich światów, mgiełka obłoków... Amplitur aż się cały ozłocił i osrebrzył od tych doznań. Podczas podróży w podprzestrzeni widok rozmywał się, zamiast wielkich gwiazd widać było tylko kolorowe kleksy. Jeszcze piękniejsze. Ale dopiero znajomość Celu ukazywała prawdziwą cudowność Wszechświata. Decydent nie potrafił odczytać wszystkich tych błysków i smug, do tego służyły nader skomplikowane instrumenty. Niechętnie skierował wzrok z powrotem na pulpit. Ta wyprawa była dlań szczególnie przykrym obowiązkiem. Większość nowych ras chętnie akceptowała zasady dążenia do Celu i sam Cel, gorąco i serdecznie przyjmując wysłanników Ampliturów. Czasem bezpośredni kontakt nie był nawet konieczny, bowiem obca cywilizacja sama dochodziła do słusznych wniosków i napotkawszy braci o podobnym sposobie myślenia domagała się tylko szczegółowych instrukcji, jak Cel osiągnąć. Ba, niekiedy trzeba było wręcz powściągać entuzjazm nowych członków Wspólnoty, by swoimi zbyt energicznymi działaniami nie wywarli opacznego wrażenia na kolejnych kandydatach. Zdarzało się jednak i tak, że potęga rozumu i żelazna logika nie

wystarczały. W takich przypadkach urządzano zwykle mały pokaz. Jakieś, powiedzmy, trzydzieści statków wojennych pojawiających się nagle na orbicie opornego świata było wystarczająco mocnym argumentem, aby miejscowe władze zgodziły się na przemiany wiodące ku wyższym stopniom rozwoju społecznego i bogactwu (duchowemu i materialnemu) całej Wspólnoty. Po środki siłowe sięgano naprawdę rzadko. Niestety, to właśnie była jedna z takich sytuacji. Przykry obowiązek, którego nie można zrzucić całkowicie na ramiona sojuszników. Skoro już rasie Ampliturów przypadł los liderów, pozostawało być konsekwentnym i nie wzdragać się przed udziałem nawet w takich wyprawach. Potężny wysięgnik zamruczał i opuścił dowódcę prawie na podłogę. Przechodzący Aszregan, oficer, zagadnięty zamrugał oczami i spojrzał na Decydenta. – Pozycja statku, inżynierze? Decydent orientował się w wielu sprawach na bieżąco, ale podwładni powinni sądzić, że dowódca naprawdę ich potrzebuje. To dobrze wpływa na dyscyplinę. Aszregan odpowiedział. Była to istota o solidnej budowie fizycznej, jednak pozbawiona szczególnej inteligencji czy wyobraźni. Przedstawicieli tej rasy można było przyuczyć do wielu funkcji, które wykonywali zadowalająco, nigdy jednak nie osiągając perfekcji. Najlepiej radzili sobie jako kontrolerzy, dobrze też wpływali na integrację załogi. Dowódca wysłuchał raportu i podziękował ukłonem, który to gest uchodził między Aszreganami za oznakę szacunku. Odprawił podwładnego, przesyłając mu jednocześnie w myślach wyrazy wdzięczności i pozytywnej oceny wysiłku. To ostatnie także wyróżniało Ampliturów spomiędzy innych ras inteligentnych. Podobnych zdolności nie posiadali nawet przewyższający swoich mentorów intelektualnie Korathowie. Jedynie Ampliturowie potrafili przekazywać samą tylko siłą umysłu swe życzenia, pragnienia, opisywać czyste piękno Celu. Pozostałe rasy były co najwyżej w różnym stopniu wrażliwe na te przekazy, a jeśli któraś okazywała się zupełnie „głucha”, Ampliturowie odmieniali ją drogą eksperymentów tak, by nowa cecha nie tylko zaistniała, ale w naturalny już sposób przechodziła na potomstwo. Ich inżynieria genetyczna stała na bardzo wysokim poziomie, a żadna z poddanych manipulacji ras nie protestowała. Bo i czemu miałaby to robić, skoro to tylko mocniej wiązało ją z Celem? Co więcej, Ampliturowie nadawali myśli, ale nie potrafili czytać

w cudzych umysłach, zatem nie pojawiał się problem naruszania czyjejkolwiek prywatności. W pełni bowiem rozumieli, że każda istota inteligentna pragnie chronić sferę swych intymnych przeżyć. Mimo sporego wysiłku utalentowanych naukowców nie udało się, jak dotąd, znaleźć sposobu „wszczepiania” innym rasom zdolności projekcyjnych. To była niezmiennie domena (i brzemię) Ampliturów. Może dlatego właśnie stali się rasą wybraną do tego, aby nieść pochodnię Celu poprzez nurzający się w ignorancji Wszechświat, pomyślał Decydent. Inne ludy otrzymały rozwinięte układy mięśniowe, będący zaś bezkręgowcami Ampliturowie skompensowali swą fizyczną słabość zdolnością projekcji myśli. Dzięki temu mogli teraz przekazywać innym, niżej stojącym cywilizacjom swoje postanie. Nie ma samotności, gdy dąży się do Celu. Wszyscy działają razem, aby go osiągnąć. Może z czasem pojawią się następne istoty o podobnie aktywnych umysłach, może badania naukowców zaowocują wreszcie sukcesem. To byłby wielki dzień. To zwykłe gdybanie, pomyślał Decydent. I tak jest co robić, i tak jest się z czego cieszyć. Może nie trzeba będzie użyć broni. Ampliturowie potrafili przekazywać nie tylko rozkazy czy sugestie dotyczące dobrego samopoczucia, ale także wrażenie niepewności, lęku a nawet bólu. Po to ostatnie sięgali jedynie w ostateczności i tylko wtedy, gdy wymagało tego dobro Celu. Cierpienie, dawkowane odpowiednio władcom opornej planety, skłaniało ich czasem do uległości. Jeśli to nie pomagało, można było dla przykładu zlikwidować paru osobników. Zawsze to lepsze niż inwazja. Do tego nie dojdzie, pomyślał z przekonaniem Decydent. Wojna to świadectwo niekompetencji. Żaden rozgarnięty umysł nie zapędzi się w taką pułapkę. Amplitur aż się wzdrygnął. Czasem dowódca zastanawiał się, jak to jest, kiedy ma się szkielet zamiast systemu wewnętrznych wiązadeł i ścięgien. System kostny, choć może przydatny na jakimś etapie ewolucji, był przeżytkiem, czymś niepomiernie ograniczającym rozwój i zmuszającym obdarzone nim istoty do wkładania olbrzymiego wysiłku w fizyczne przetrwanie, co z kolei upośledzało możliwości umysłu. Prawie wszystkie wyższe formy inteligentnego życia ukształtowały się wśród bezkręgowców. Wyjątki, jak Aszreganie i Krygolici, były naprawdę nieliczne. Bioinżynierowie Ampliturów zdołali uwolnić pojedynczych Aszregan od szkieletów, wszelako pomysł ten nie znalazł uznania w oczach delikwentów. Zalety funkcjonalne przegrały z walorami czysto

estetycznymi. Tak zatem więcej podobnych działań nie podejmowano. Aszreganie i podobne im biologicznie istoty skazane były na dźwiganie zwapnionych wewnętrznych konstrukcji po wsze czasy. Niemniej wobec Celu traktowano ich jak równych, nawet jeśli biologowie uważali takie twory za relikt przeszłości. Decydent uważał, że zasługują raczej na podziw, skoro mimo niesprzyjających warunków rozwinęli aż taką inteligencję. W tym właśnie zawierało się piękno Celu, że nie dopuszczał do dyskryminowania kogokolwiek: Aszreganie w jednym szeregu z Molitarami, Ampliturowie jako mediatorzy pomiędzy nimi. Dowódca wiedział dobrze, że najważniejsza jest wspólnota myśli, fizyczne zaś różnice schodzą wobec Celu na plan tak odległy, jakby w ogóle ich nie było. Czekające ich obecnie zadanie napełniało niepokojem rozważającego najgorsze scenariusze Decydenta. Niemniej podjął się sprawy energicznie i z poświeceniem, wszak miało to przyczynić się do realizacji Celu i poznania wielkiej tajemnicy przyszłości. Zresztą sam fakt prowadzenia wojny ze Sspari nie oznaczał jeszcze, że dowodzący kampanią musi lubić walkę, nawet jeśli do niej właśnie został najlepiej przygotowany. Działania zbrojne to niewdzięczny interes. Nie dość, że nie mają nic wspólnego z cywilizowanymi obyczajami, to jeszcze pochłaniają gigantyczne ilości materiałów i angażują wielkie siły floty. Nawet zwycięstwo nie przynosi radości, skoro wiąże się z koniecznością uśmiercenia wielu nieprzyjaciół, istot inteligentnych, które na skutek tego nigdy nie poznają Celu. Jedyną pociechą mogła być myśl, że ci Sspari, którzy przeżyją, z pewnością przyłączą się do Wspólnoty. Decydent bolał nad mającym polec wrogiem bardziej, niż nad prawdopodobnymi ofiarami po własnej stronie. Innej drogi jednak nie było. Wyczerpano już wszystkie możliwości negocjacji. Mimo nieprzeciętnej inteligencji i wspaniałych warunków fizycznych, Sspari odznaczali się szczególnym uporem. Na dodatek robili wciąż wiele hałasu o nic, nie chcąc spojrzeć na sprawę z właściwego dystansu. Nawet tradycyjny pokaz siły nie przyniósł efektów. Co gorsza, ostrzeżony przeciwnik miał czas na poczynienie stosownych przygotowań. Ampliturowie liczyli się z taką ewentualnością, ale mimo to uznali, że trzeba spróbować. Dążąc do Celu nie można zdawać się jedynie na walkę,

trzeba rozmawiać; ostatecznie ich zamiarem nic był podbój, tylko integracja. W drugiej kolejności podjęto wysiłki, aby podporządkować sobie miejscowy rząd. Do akcji ruszyli przypominający fizycznie tubylców członkowie sojuszu. Proponowanie łapówek i rozgłaszanie pomówień uznawano wprawdzie powszechnie za metody moralnie wątpliwe, jednak w tym wypadku cel uświęcał środki. Wszystko, tylko nie wojna. Niestety. Rząd Sspari jakoś nie upadł. Skutkiem był wieloletni konflikt. Sspari bywali w nim górą, jednak mimo ich pełnej determinacji i poświęcenia, połączone siły Wspólnoty ograniczały powoli ojczysty świat dzielnych aż do szaleństwa przeciwników. Raz zdobytych obszarów Ampliturowie bronili nie zważając na koszty, podczas gdy Ssparich można było niekiedy zmusić do rejterady. Na co liczyli, przeciwstawiając się Celowi? Nie wiadomo. Musieli potykać się z antagonistą, który górował nad nimi moralnie i militarnie, i był na dodatek przeciwnikiem cierpliwym. Zwycięstwo jawiło się jako pewne i pozostawało tylko kwestią czasu. Decydent nie pojmował, jakim sposobem mogło Ssparim umknąć coś tak oczywistego. Czyżby naprawdę nie rozumieli, że ostateczna integracja, zjednoczenie wszystkich ludów jest nieuniknione? To przeznaczenie wszystkich istot inteligentnych. Prócz tych, które trzeba było zgładzić... Dowódca postanowił sobie, że nie dopuści, aby ten los spotkał także i Ssparich. Gdy wojna dobiegnie końca, minimalna interwencja bioinżynierów uczyni te istoty naprawdę szczęśliwymi. To straszne, pomyślał, że istoty rozumne muszą zabijać się nawzajem, aby stworzyć coś szlachetnego. Umieszczony na czole dowódcy, tuż nad oczami, półkolisty monitor przekazywał nieustannie informacje o przygotowaniach do walki. Gdyby jednostka flagowa orbitowała nieco bliżej macierzystego świata Ssparich, można by dostrzec drobne światełka znamionujące obecność okrętów wojennych, przerzucających właśnie z pomocą wahadłowców oddziały na powierzchnie planety. Statki Wspólnoty miały wyjść na bliskim dystansie z podprzestrzeni, nawiązać krótki kontakt bojowy z siłami Ssparich i po kolei zniknąć z pola widzenia. Walka w podprzestrzeni byłaby oczywistym absurdem. Trudno zdziałać cokolwiek, gdy systemy uzbrojenia i czujniki zawodzą zmylone nadświetlną szybkością celu. Do potyczek dochodziło zatem najczęściej na orbitach spornych światów, gdzie statki wyłaniały się z niebytu w normalną

Taki bój kontaktowy trwał zwykle tylko kilka lub kilkanaście sekund i jego wynik zależał nierzadko od zwykłego przypadku. Gdyby Wspólnota opanowała centra przemysłowe i łącznościowe przeciwnika. gdzie najcięższe bronie były bezużyteczne. zielonobrunatny. ale została odepchnięta w głąb systemu. które dadzą sobie radę także z pozostałymi jeszcze po klęsce fanatykami starych porządków. Niedługo już obejrzy go dokładnie. Ciąg dalszy byłby prosty. decydującego uderzenia. Rzeczywiste kampanie toczono na powierzchniach planet. ale nic dziwnego. Trzeba było przyznać. Piękny świat. Sspari próbowali stawić jej czoło w okolicy otoczonego trzema pierścieniami gazowego giganta. Sspari wiedzieli to równie dobrze. jak biegło przed wojną. który okłamując opinię publiczną doprowadził do krwawej. Sspari bili się dzielnie i dość długo już stawiali opór. Z jednym wyjątkiem: zamiast marnować czas i siły na budowę potęgi swej własnej rasy.przestrzeń. przyłączą się do wielkiego wspólnego dzieła. Bywało. nie pragnęli zemsty. . Dowódca spojrzał przez przezroczystą ścianę. W razie uszkodzenia można było wtedy próbować ucieczki w podprzestrzeń. Ale wszystko na próżno. że życie płynie im tak samo. Flota Wspólnoty dotarła do macierzystego układu przeciwnika. Nastanie pokój i Sspari odkryją niebawem. przynajmniej jeśli w systemach zostało dość mocy na skok. ale i pole bitwy. że odmienione i należycie poinformowane społeczeństwo dawało wyraz ogromnej irytacji związanej z poczynaniami poprzedniego reżimu. Boki okryły mu się z wrażenia brudno pomarańczowymi plamami. że jak na niepozorną rasę. Nie żądali nigdy żadnych reparacji. że kwestię. Wygrywał zatem ten. Decydentowi przypadł w udziale zaszczyt poprowadzenia floty do ostatniego. nie chcieli okupować zdobytych światów. Od pierwszej do ostatniej chwili domagali się niezmiennie tego samego: zrozumienia rzeczy podstawowych. Wzbogacenie Wspólnoty o nową rasę zawsze jest momentem podniosłym. polityki wewnętrznej można będzie potem powierzyć nowym władzom Ssparich. ale Ampliturowie nie zwykli wykorzystywać swoich zwycięstw. Z początku Sspari okryją się żałobą po poległych. walka musiałaby się zakończyć. Ampliturowie wiedzieli z doświadczenia. bowiem mogłyby zniszczyć nie tylko przeciwnika. bezsensownej wojny. na coraz bliższą planetę. aby wysadzić na powierzchnię planety siły wystarczające do jej obrony lub zdobycia. a nie o to przecież stronom chodziło. kto utrzymał swoje statki w przestrzeni rzeczywistej na tyle długo.

Było ich dwunastu i odgrywali w tej kampanii rolę autorytetów moralnych raczej. Drugim zadaniem Ampliturów było stawienie czoła ewentualnym komplikacjom i to była niewątpliwie taka właśnie sytuacja. niż militarnych. Dowódca ujrzał nagle ze zdumieniem. Korathowie byli dość biegłymi taktykami. Ampliturom obce były podobne emocje. aby samodzielnie uporać się z flotą Ssparich. . Komunikator na czole pozwalał na szybkie nawiązanie łączności z innymi Ampliturami. którzy przebywali na pokładach pozostałych statków floty. mogącym łatwo przerodzić się w gwałtowne zamieszki. Decydent nie poddał się panice. aby zapobiec podobnym wypadkom. Co’oi zameldowała przez translator o niespodziewanym ataku ze strony grupy niezidentyfikowanych statków. że to już niedługo. Meldunki napływające z wynurzających się na krótkie chwile z podprzestrzeni i statków zwiadowczych pozwalały sądzić. że na innym ruchomym stanowisku płynie ku niemu dwoje oficerów: Korath Suern i Krygolitka Co’oi.Ampliturowie gotowi byli uczynić wszystko. Na razie jednak trzeba było wygrać finalną bitwę.

Brak pewności. – Głos Koratha był prawie niesłyszalny. przygotować się do zmiany szyku. Ilość przejść do podprzestrzeni jest . ich analiza jeszcze nie została zakończona. – Czy nie za wcześnie na takie przegrupowanie? – spytał Korath. nerwowo poruszając antenkami. Podziałało. – Sterowanie za pośrednictwem sztucznej inteligencji? Krygolitka zawahała się. – Przejść do defensywy. – Flota została zmuszona do zaniechania planowanej operacji desantowej i zwróciła się ku nowemu przeciwnikowi. – Nie można wykluczyć. Dowódca poprawił się na poduszkach i pożałował. – Wyjaśnij sytuację. – Zdolności bojowe? – Kilka nowych rodzajów broni. że znamy położenie wszystkich ocalałych jednostek bojowych Ssparich? – Też tak myślałam – odparła Co’oi. Duża liczba statków. Efektywne i trudne do wymanewrowania. – Sspari nabiorą pewności siebie.Rozdział 02 Myślałem. Wolałbym nie dawać im próżnej nadziei na zwycięstwo. – Nawet nadmiar ostrożności lepszy jest od brawury. że nie ma nóg jak Molitarowie. – Znamy je tylko w przybliżeniu. Odwołać desant. – Krygolitka przerwała na chwilę. Przede wszystkim muszę troszczyć się o nasze załogi. by wysłuchać meldunków napływających do jej komunikatora. – Siły przeciwnika? – Brak dokładnych danych. – Spokojnie – powiedział Decydent. – Atakujące statki różnią się od jednostek Ssparich. wzbogacając przekaz impulsem zawierającym myślową sugestię wyciszenia. Wybuchające wiązki plazmy.

Jasnozielone kropki przedstawiały statki Wspólnoty. Decydent bolał nad ofiarami. Sprawy przybierały nieciekawy obrót. Manewrowały w ten sposób. Symbolizowało śmierć setek lub tysięcy istnień. do stanowisk bojowych. Aby to osiągnąć. wykonywali krótkie taktyczne skoki w podprzestrzeń. Bolesny był widok znikających z ekranu punkcików. A przecież w tej właśnie . kto udzielił wsparcia przegranym? Statki nieznanego typu. Równocześnie nawiązał łączność z pozostałymi Ampliturami. Ale przecież Wspólnota zwalcza ich już od ponad stu lat i nigdy w tym czasie nie napotkano żadnych sojuszników przeciwnika. Dzięki monitorowi Decydent był lepiej zorientowany w przebiegu bitwy niż jego podwładni.. Na razie działajmy zgodnie z tym. chyba żeby jego destrukcja miała zaszkodzić wspólnej sprawie. a Korath rozpostarł górne kończyny. Co spowodowało ten niespodziewany atak.. aby po wyjściu z podprzestrzeni mieć w zasięgu ognia jakąś jednostkę Wspólnoty. cywilizację inną niż Sspari. Między nimi plątały się czerwone punkciki oznaczające nieznane statki. Wahanie źle wpłynęłoby na zaniepokojonych oficerów i techników. rozsądek nakazuje zachować ostrożność. Dowódca podjął stosowne decyzje. Jeśli jednak mamy do czynienia z dwoma odrębnymi akcjami. który przez całe życie służył Celowi. – Decydent poparł te słowa impulsem wymuszającym posłuszeństwo. Sspari próbowali odgrodzić flotę Wspólnoty od swej planety. – Jeśli to podstęp Ssparich. intensywnie czerwone – siły obcych. Skutkami efektu psychologicznego będziemy martwić się później. nowe rodzaje uzbrojenia. żółte – jednostki Ssparich. przekazując Słuchaczowi i Szybkokroczącemu dowództwo nad obroną formacji. że Korath aż zamrugał. Żaden Amplitur. Wszystkie strony ponosiły ciężkie straty. nie bał się fizycznego unicestwienia. tak intensywnym. to niebawem poznamy tajniki pułapki. co widzimy. machając antenkami. Decydent skierował legowisko w drugi koniec pomieszczenia. Krygolitka podziękowała. O własne bezpieczeństwo się nie lękał.ograniczona. a nie chciałbym zostać przyłapanym w przestrzeni rzeczywistej bez możliwości ucieczki przed przeważającymi siłami przeciwnika. Zgaśnięcie każdego punktu oznaczało trafienie wiązką plazmy albo pociskiem termonuklearnym. Takie to proste: bezgłośnie gasnące światełka. Wszystko wskazywało na przybyszów z odległych okolic.

natomiast jednostki obcych zaczęły masowo nurkować w podprzestrzeń. aby ci mogli w ogóle zacząć posługiwać się bronią. które omal nie zamieniły triumfu Wspólnoty w porażkę. Ampliturowie potrzebowali go znacznie mniej niż inne rasy. Ampliturowie musieli wielokrotnie przebudowywać psychikę swoich sojuszników. Statki Wspólnoty wyłoniły się tymczasem po drugiej stronie planety i nim obrońcy połapali się. Nie wszyscy przeciwnicy zdołali umknąć.chwili ginęło ich tak wiele. że to podstęp. I oddalał się czas realizacji Celu. jakich metod używali tamci? Koniecznie trzeba dowiedzieć się o nich jak najwięcej. co robi. oraz zidentyfikowaniem tych obcych sił. Większość ras tego nie potrafiła. Decydent był w pełni przytomny. Gdyby przybyli wcześniej. nikt na pokładzie nie miał wiele czasu na sen. Pozostałe statki Ssparich rzuciły się do spóźnionej interwencji. siły desantu były już na powierzchni.. zatem gdy nadszedł krytyczny moment. Decydent poczynił stosowne kroki w tym kierunku. Oszołomieni chwilowym sukcesem Sspari skupili się na ataku. Doszło do krótkiej wymiany ognia. to zasadnicza robota została wykonana. że bitwa jest już przegrana. Korath wiedział jednak. zwycięstwo mogłoby przypaść im właśnie. zakończonej ucieczką flagowca z przestrzeni rzeczywistej. Zgodnie z przewidywaniami Sspari uznali w pewnej chwili. Przez resztę tego dnia i znaczną część następnego. że reprezentują wysoki poziom rozwoju technicznego. Ampliturowie nie cierpieli ani głupoty.. Nowo nabyci sojusznicy pojęli. pomyślał Decydent. Wśród szczątków i wraków . że znali się na sztuce wojennej i potrafili zrobić właściwy użytek ze swych zdolności. ani trwonienia bogactw. Byli tym bardziej niebezpieczni. że mimo licznych uszkodzeń kadłub nie został naruszony. W tym samym czasie jeden z obcych statków wyłonił się z podprzestrzeni w pobliżu jednostki flagowej Wspólnoty. Bez głębszych analiz widać było. Kimkolwiek byli. Pora zająć się własną reprodukcją. Ciekawe. Sspari zostali pokonani. Ampliturowie mogli już wracać do domu. że groźba wrogiego desantu została zażegnana. i odwołali jednostki strzegące planety. Głupie marnotrawienie. zostawiając resztę kampanii Krygolitom i Aszreganom. sama perspektywa walki przyprawiała je o szaleństwo. Szybko stwierdzono. walczyli dobrze. rzucając je do ataku. Nawet jeśli przyjdzie jeszcze i ze sto lat wojować na powierzchni planety.

podobną do Wspólnoty federację ras. Trafiono na załogę składającą się z przedstawi cieli sześciu różnych ras. Moc stosowanych broni jak i sama próżnia kosmiczna sprawiały. Odkrycie o wielkiej wadze. ale nie ostatnią. Powoli przeholowano zdobycz pod kadłub o wiele większej jednostki flagowej. Opór i owszem był. z drugiej wszakże dawało szansę zdobycia aż sześciu nowych sojuszników. że jednak wytrzymały. Po raz pierwszy trafiono na inną. że nawet lekkie uszkodzenie prowadziło zwykle do utraty całej jednostki. co obiecujące. chociaż żadna z nich nie znała Celu. Nie wszystkie statki obcych zdołano zniszczyć. Wystarczyło wprowadzić do systemu wentylacyjnego statku łagodny środek nasenny i w chwile później można było wyciągnąć bezwolnych rozbitków z wraku. kilka uciekło. Stwierdzono też. Różnice miedzy nimi rzucały się w oczy nawet laikom. ale mizerny. Widoczne w nie uszkodzonych iluminatorach smugi światła sugerowały. jednak można było odszukać pewne funkcjonalne podobieństwa. Mimo ewentualnego oporu należało zrobić wszystko.znaleziono dryfujący bezwolnie na orbicie poważnie uszkodzony statek. przywykłym przecież do nierzadkich we Wspólnocie anomalii biologicznych w obrębie jednego gatunku. Zniszczenia ograniczały się jednak tylko do napędu. Napęd był niesprawny. Z jednej strony mogło oznaczać. że powietrze na pokładzie zawiera tlen i azot w normalnych proporcjach. że obce istoty mają podobną percepcję wzrokową. co dobrze świadczyło o jego budowniczych. Decydent miał nadzieję. Dowodzony przez Segunianina statek zlokalizował uszkodzoną jednostkę. Po takiej bitwie przeważnie nie ma rozbitków. Pierwszą. co należało uznać za wydarzenie niezwykłe. Amplitur nie posiadał się ze szczęścia. Pierwszą niespodzianką był ich wygląd. ale nie nosił śladów implozji. co . co już samo w sobie było niezwykłe. ale nie udało się jeszcze ustalić. Oto grupa istot inteligentnych. które mimo odmiennych korzeni nauczyły się współdziałać. Jednak dla dokładniejszego poznania obcych konieczny był abordaż. czy pokładowe systemy podtrzymania życia działają. aby zdobyć żywe okazy. że przewodzonej przez Ampliturów Wspólnocie przyjdzie zapewne potykać się z sześcioma nowymi cywilizacjami. Mimo takiej różnorodności rasy te najwyraźniej potrafiły ze sobą harmonijnie współpracować. Obcy statek różnił się znacznie konstrukcją od pojazdów Wspólnoty. Było to odkrycie tyleż niepokojące.

że należy jakoś uczcić wspaniałą wiadomość. Obcy nie wyglądali też wcale na zdumionych różnorodnością rasową panującą na pokładzie statku Wspólnoty. Gdy Ampliturowie to usłyszeli. potęga Wspólnoty Celu wzrosłaby dwukrotnie. Po pierwsze. opróżnionej na tę okazję z normalnego wyposażenia. Decydent i jego pobratymcy nie po raz pierwszy pomyśleli z troską. uradowali się jeszcze bardziej. jak mało samodzielności przejawiają niekiedy ich sojusznicy. Wspomniana federacja zwała się Gromadą albo Splotem. jednak naukę zaczynały o wiele wcześniej. to Molitarowie i Korathowie dadzą tu sobie radę i bez nich. Była to niemiła wiadomość. . Przez dłuższy czas potomstwo musiało się odżywiać papką wytwarzaną przez organizmy rodzicieli. Powitaniom na pokładzie towarzyszyły dotknięcia czułkami i tkliwe muśnięcia aparatami gębowymi. jednak byli też przedstawiciele dwóch gatunków oddychających metanem i jeden skrzelodyszny. Czyżby nie pojmowali. Odkrycie było tak ważkie. bowiem zawsze lepiej jest działać z zaskoczenia. by nie onieśmielało obcych. przyswajały sobie przekazywane telepatycznie przez rodzica informacje. Mimo stresujących okoliczności. Niektórzy oficerowie argumentowali wprawdzie. Sztukę poruszania się opanowywały dość późno. Gdyby nawet zginęli skutkiem desperackiego rajdu wroga. że lepiej będzie nie gromadzić wszystkich Ampliturów na jednym statku. ale samych Ampliturów to nie martwiło. że ich federacja może spokojnie równać się pod każdym względem ze Wspólnotą. Co więcej. Jednak Ampliturowie nie zamartwiali się tym przesadnie. jak zwykle zresztą. uznawali.oznaczało. Po piętnastomiesięcznej ciąży nabrzmiałe narośle na grzbietach miały pęknąć. że wobec Celu wszyscy są równi? Pomysł spotkania rzucił Inseminat. Wśród jeńców przeważały istoty płucodyszne. Obserwowały otoczenie. Wszyscy zgromadzili się w sali rekreacyjnej. że Ampliturowie zorganizowali pospiesznie konferencję na pokładzie jednostki flagowej. Gdyby tak przyłączyć ją do tworu Ampliturów. po drugie zaś i tak dadzą sobie radę. że wrogowie zostaną ostrzeżeni. Pozostali zgodzili się. takie spóźnione żale to tylko niepotrzebna strata energii. uwalniając całkiem niezdolne jeszcze do samodzielnego życia młode osobniki. dwóch Ampliturów bliskich było rozwiązania. bo przecież Sspari mogą jeszcze zaatakować. Wnętrzu nadano taki wystrój.

i po niejakim wahaniu dał parę kroków do tyłu. jego przesunięte jest nieco w kierunku ultrafioletu. Dwunastu Ampliturów spoczęło na półkoliście ustawionych leżankach. Obcy zmierzył zwycięzców spojrzeniem. – Czy on nas widzi? – spytał w myślach jeden z Ampliturów. na pewno zaprzestaną tych nielicznych (podobno) waśni i dołączą do dojrzałych intelektualnie ras. co się dzieje. Na znak Inseminata rozjaśniono światła w pomieszczeniu. Wytężał oczy. rzecz jasna. która musiała zostać zraniona. lokował się gdzieś pośrodku. co słyszeliśmy – odparł Inseminat – jego oczy reagują w zasadzie na te same długości fal. W hierarchii dowódczej floty. Ich czułki . podszedł bliżej. Można powiedzieć. W porównaniu z dostępnym nam spektrum. szczególnie dla Ampliturów. że organizacja skupiająca te różnorodne obce istoty zwała się oficjalnie Splotem. Gdy światy Splotu poznają Cel. nie musieli korzystać z jego usług. Ampliturowie potrafili to zrozumieć. i była naprawdę potężna. – Z tego. – Czy oświetlenie jest dla ciebie za słabe? Obcy oficer zachwiał się i przyłożył dłoń do ucha. Drzwi pilnował pojedynczy. ale stał wyżej niż zwykły technik. Jeniec przyjrzał się uważnie dwunastce Ampliturów.Poza Ampliturami stawiło się jeszcze kilku krygolickich techników i paru Segunian. tak więc odpowiednie zaprogramowanie mechanicznego tłumacza nie nastręczało kłopotów. Na pewno nie zajmował stanowiska analogicznego do godności Decydenta. jakby ledwo dostrzegał skąpane w czerwonawej poświacie kształty. która wspomogła Ssparich. Pojmane na pokładzie wraku istoty nie władały szczególnie skomplikowanymi językami. Wyposażony w muskularne ramiona i ostre zęby obcy mógłby być groźny. dających przede wszystkim militarną siłę. Impuls myślowy zatrzymał go w miejscu. a przed nimi stanął wysoki i szczupły obcy.. Ampliturowie.. Jeniec wyczuł. Wyraźnie starał się oszczędzać jedną z dwojga nóg. Wstępne przesłuchanie ujawniło. Zjednoczenie pod sztandarem Celu różniło się zasadniczo od niepewnych i chwiejnych sojuszy. a potocznie Gromadą. że były zjawiskiem zanikającym. Niemniej. istot o miękkich i mało odpornych ciałach. – Kto to powiedział? Nie otrzymawszy odpowiedzi. co w przypadku większości naszych sprzymierzeńców. spory czy walki zaś zdarzały się w jej obrębie nader sporadycznie. ale za to potężny Molitar.

– Zatem nie jesteście naprawdę zjednoczeni – zauważył jeden z Ampliturów. Wiemy. czemu tak wiele ras nie potrafi od razu dostrzec piękna i słuszności Celu. który przechwyciliśmy. Tak w przypadku moich pobratymców. – Jaki „Cel”? Od kiedy tu jesteśmy. Wszystkie inteligentne istoty muszą uznać Cel za słuszny. niedorosły jeszcze osobnik. – Nie chcemy cię skrzywdzić. – Istoty cywilizowane nie uznają przemocy. – Jak dotąd niczego innego nie robiliście. – Zaatakowaliście nas. który dotąd tylko obserwował wszystko w milczeniu. Istota prymitywna. Obcy oficer przyjął typową dla istot dwunożnych postawę obronną: dolne kończyny ugięte. wszyscy gadają nam coś o jakimś „Celu”. w czym rzecz. – Ampliturowie nie pojmowali. To była obrona konieczna. – A jeśli my uważamy inaczej? – odparował Prinak. Cel i tak znajdzie was. górne wysunięte do przodu. – To może być trudne. Obcy zdradzał oznaki niepewności.emitowały powoli nieodgadnione wzory. Tak już jest. poznacie Cel. – Ale zmuszeni będziemy walczyć. – Przekonamy was. Prymitywna reakcja agresywna. Inseminat uniósł jeden z czułków i rozczapierzył wszystkie cztery palcowate odrostki. Był to znak powitania. – Co zamierzacie z nami zrobić? – spytał ostro obcy. pomyślał Decydent. Inny Amplitur wyjaśnił zwięźle. – Brak nam wojowniczości – odwarknął obcy. na poziomie początku ery kosmicznej. Nasza rozmowa niczego nie zmienia. – A jeśli odmówimy. – Nie stanie wam się krzywda – powiedział Mroczek. – Rzadko sięgacie po oręż. Nieuprzejmy nieokrzesaniec. że twoje imię brzmi Prinak i że spośród ocalałych istot to ty jesteś najstarszym oficerem na pokładzie statku. którzy wezwali nas na pomoc? Co wtedy? – Nie macie wyboru. poruszając nerwowo czarnym nosem i uszami. pomyśleli równocześnie wszyscy Ampliturowie. ale skłonni jesteście do swarów. – W tym się zgadzamy – powiedział głośno Inseminat. Na przykład z wami. prędzej czy później. jak Sspari. – Zostaniecie włączeni do wielkiego dzieła. skoro chcecie . jak i wszystkich narodów Gromady.

dzięki własnym badaniom i przemyśleniom. A skoro masz nas za zdobywców. – Zrozumienie nie przychodzi od razu. jakby Ampliturowie nagle ogłuchli i oślepli. – My nie „podbijamy” nikogo – odparli dotknięci do żywego Ampliturowie. – No cóż. – Wobec Celu wszyscy są równi. że przeprowadziliśmy już wiele takich rozmów i nie zaskoczysz nas niczym nowym. – Z tego. – A czemu nie chcą? – spytał podejrzliwie Prinak. Wykształciła się w dawnych czasach. kiedy nasi prymitywni przodkowie walczyli o przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku macierzystego świata. – Decydent machnął pojednawczo czułkiem. tego ostatniego nie rozumiem. objawienia zaś należą do zjawisk rzadkich nawet w tak olbrzymim Wszechświecie. Pragną tego samego. Zresztą lepiej. Oczy jeńca rozszerzyły się ze zdumienia. Narusza znane nam prawa zachowania energii. – Powiedzieliście. pierwsi zrozumieliśmy jego implikacje. – To byłoby bez sensu. – Bo rozumieją Cel. wieczne marzenie o bezpośredniej wymianie myśli. którą posiadamy jako jedyny znany nam gatunek. W rzeczywistości naradzali się. uważacie się za coś lepszego. jeśli służy się Celowi. Zapewne więc przyłączycie się do nas. Co zatem z nami zrobicie? Oficer Splotu odniósł wrażenie. Ampliturowie. Gdyby tylko chciała. Co więcej. – Telepatia to wymysł. – Nie jesteśmy fizycznie przystosowani do walki – dodał inny z dwunastki. wcale nie ma mam ochoty starać się was zrozumieć. Obcy zawahał się. że nie zamierzacie nas skrzywdzić. zamrugał podwójnymi powiekami. rzecz jasna. co my. że w wraz z siłami inwazyjnymi przybyło nas tu ledwie dwunastu? Obcy zastanowił się. Moja załoga myśli podobnie. a skoro tego nie robi. Jednak wy to robicie. – Załoga tego statku mogłaby obezwładnić nas w jednej chwili. Jakim cudem? – To unikalna cecha. gdy rzecz pojął. – My pierwsi pojęliśmy Cel. – Naprawdę? Tylko dwunastu w całej flocie? – Nigdy nie kłamiemy – odparł Inseminat. – Musisz wiedzieć. co widziałem i słyszałem – zauważył nieco uspokojony obcy – wy. .nas podbić. Brak racjonalnych przesłanek. znaczy że nie chce. to co powiesz na fakt. gdy dochodzi się do prawdy samemu i bez przymusu.

Jednak jeśli nikt nie nadaje do ciebie. Ale przecież nie można lękać się idei! – Nie ukryjemy niczego na pokładzie waszego statku ani nie odmienimy waszych umysłów.Nie czujemy się przez to ani trochę lepsi. – Wyczuwamy twój strach. byście nie musieli opierać się tylko na własnych obserwacjach. – Że jak? – Prinak znów zamrugał powiekami. Najlepiej.. nie wiesz nawet. ale teraz posłużycie za wysłanników. chociaż i jedno i drugie przyszłoby nam bez trudu. Sami zdecydujecie. Każdy potrafi odbierać. – Zamierzamy pozwolić wam wrócić do swoich. jak postąpić. Być może nie powiecie swoim ani słowa albo będą to same zmyślenia. to w jaki sposób. nie będzie prania mózgu. zatem napęd podprzestrzenny wszędzie działa na tej samej zasadzie. – Pomożemy wam naprawić statek. zabiliście wielu z nas. Co najwyżej materiały i projekt mogą być inne. Skoro nigdy dotąd tego nie zaznałeś. że zawsze mówimy prawdę. Wyposażymy was w stosowne materiały. Zwyczajna sprawa. – Czytacie moje myśli? – Nie – odparł czym prędzej jeden z Ampliturów. To jest nasza unikalna cecha. bowiem sprawa została już postanowiona – że na początek pomożemy wam w naprawie waszego statku. – Przekonałeś się już chyba. opowiecie Gromadzie o naszym istnieniu. – Jeśli nie potraficie czytać myśli. że to nie boli? – Nie odpowiedzieliście na moje pytanie. Jesteśmy tylko inni. informacje i dane statystyczne. chociaż w niektórych umysłach ta umiejętność trwa w uśpieniu i wymaga rozbudzenia. o czym . – Jeśli obserwowałeś nas uważnie to wiesz. Nie zostaniecie poddani żadnej obróbce. Nie kryjcie niczego. chociaż potrafimy też wydawać modulowane dźwięki. Co z nami zrobicie? – Sądzę – oznajmił Decydent. – Pamiętaj. Obcy po raz pierwszy okazał strach.. że nie poruszamy ustami. tak jak ty. sądziłeś że słyszysz nasze słowa. Jesteście istotami inteligentnymi i macie wybór. przekażecie nasze posłanie.? – Nadajemy. Matematyka jest jednakowa w całym Wszechświecie. Wolnokroczący poruszył się lekko i zademonstrował obcemu. jak potrafimy. Od samego początku naszej rozmowy posługujemy się wyłącznie projekcją komunikatów myślowych. Nie możemy temu zapobiec. Wprawdzie zaatakowaliście nas niczym nie sprowokowani. że potrafisz odbierać.

że próbowałeś nas obrazić. nie znajdziecie tej informacji w bankach pamięci mojego statku. Nie wiecie nawet. objął dłońmi głowę i opadł na kolana. – Nie musicie. chociaż w gruncie rzeczy nie był już tak pewien swoich racji. Największa nawet federacja jest niczym. toniecie w chaosie idei. Starczy. – Nieważne. marnujecie swój intelekt. Nie zniszczycie go. że z czymś takim jeszcze się nie spotkaliście. że i w tym nie będziecie pierwsi. . Przyczynicie tylko bólu i śmierci po obu stronach i opóźnicie swe wejście do Wspólnoty. – Postawiony wobec takiej ignorancji Decydent omal nie stracił cierpliwości. przez co nie stanowicie dla nas zagrożenia. – Nieważne. Życie przecieka wam przez palce. – Decydent machnął lekceważąco czułkiem. Ból trwał ledwie sekundę. – Nikt tu niczego nie „wymusza”. Nie dowiecie się tego ani ode mnie. – Chyba wiem już. że to my was pokonamy. Oficer zgiął się momentalnie we dwoje. ani od mojej załogi. – Możecie spróbować zbrojnego oporu. Archaiczne koncepcje różnicujące istoty inteligentne zależnie od ich zdolności czy cech fizycznych po prostu zanikną. Podejrzewam. język zwisał mu z ust. ale wiesz już. radykalnie zmieniając nastawienie do gospodarzy. To niemożliwe. – Sam to kiedyś zrozumiesz i wstyd ci będzie. poznacie prawdziwy sens egzystencji. ale powrót do przytomności zabrał jeńcowi kilka chwil. on istnieje obiektywnie. że wasi podwładni wiedzą. to było? Co zrobiliście? – Nadać można niejedno – odparł Decydent. niezależnie od nas i poza nami. – Już mi lepiej. – Może się zdarzyć. jak w dwunastu możecie panować nad całą armią. Wszyscy służymy Celowi. Gdy wstał. Pewnego dnia i tak zaniechacie wszelkich sporów. nikt bowiem nie zna prawdziwego zasięgu Gromady. Decydent zapłonął oburzeniem. – Każdy z nas to potrafi. trząsł się cały.. Cel nie jest niczyją własnością.mowa. – Nie wykorzystujemy tych zdolności przy kontrolowaniu podwładnych. – To się jeszcze zobaczy – odrzekł Prinak. Świetny sposób na wymuszenie posłuchu.. – Boli jeszcze? Wezwać lekarza? – Nie – mruknął słabo Prinak. Który to zrobił? – spytał. Prinak odetchnął głęboko. jak wielka i potężna jest Gromada. jeśli nie łączy jej dążenie do jednego Celu. co możecie im zrobić. – Co.

podporządkowując sobie pozostałe rasy. Boisz się mnie? – Oczywiście nie – powiedział Krygolit. – Równi to akurat nie są. faktycznie nie spotkali jeszcze struktury tak olbrzymiej jak Splot. – W obrębie Wspólnoty Celu nie istnieje coś takiego. – Dziwna koncepcja – zauważyli. Był to daremny wysiłek. jesteśmy przyjaciółmi. Szczególnie zaś nie podoba mi się sposób. – Wielka jest twoja ignorancja. ale to zrozumiałe – przemówił Decydent. Jeniec poczuł ich myśli. – Ty tam! Scomatt! To trzeci oficer. Tyle nowych umysłów pozna Cel! Chwila była historyczna i Ampliturowie radowali się. Tutaj nie chodziło już ani o jedną. ani o sześć nowych ras. w jaki traktujecie waszych niewolników. To niemożliwe. w gruncie rzeczy brzydzę się wami. – Nie kocham was. – Spróbuję wam ją przybliżyć. Nie kocham waszego Celu. pomyślał Decydent. Inseminat zagadnął więźnia. Czasem używał dźwięków z powodów estetycznych. Ampliturowie są „twórcami” Celu i to oni kontrolują Wspólnotę dzięki swym telepatycznym zdolnościom. dowódca wrogiego okrętu wojennego. – I niepojęta. o co nas oskarżasz. skoro wszyscy są równi. ale o nieznaną bliżej wielką liczbę inteligentnych gatunków. Zwykle wystarczała łagodna perswazja. że mogą być jej świadkami. – A ty. – Jesteście szaleni – powiedział jednak. Z miejsca pokochali Prinaka miłością wielką i czystą: oto był reprezentant tych istot. jednak Ampliturowie niewiele z tego zrozumieli. – Bo jesteście ślepi. czy boisz się mnie? Wszyscy odpowiadali tak samo. nawet potężny Molitar. – Jestem Decydentem. Dowódca floty pojaśniał z zadowolenia.To może trochę potrwać. – Niewolników? A co to jest? Prinak wyjaśnił. Krygolit – wyjaśnił. – Pracujemy razem dla Celu. . chociaż szczerze mówiąc. Ale z prymitywnymi ludami tak bywa. – Nie rozumiemy. jak opisane przez ciebie niewolnictwo. Te zaś boją się ich i dlatego nie próbują się buntować. Nie widzę w was niczego pociągającego. Aswenie z Segunian. Obcy też musiał to odczuć. Co za okazja! Cała dwunastka była poruszona. który samą masą swego ciała mógłby zmienić Amplitura w marmoladę. co więcej. gdy największe emocje opadły.

Co pozwala ci twierdzić. to niczego nie zmieni. niż czekać bezczynnie. że nie ma między nami powodu do konfliktu. – Powiedzcie to załogom tych statków. Nawet jeśli zabijecie mnie teraz. – Tyle tylko. – Czy nie pojmujesz – spytał zmęczonym głosem jeden z dwunastu – że w przeszłości odbyliśmy już wiele takich rozmów i ostateczny wynik zawsze był taki sam? – Tym razem może być inaczej. to że nigdy nie staniemy się częścią waszej Wspólnoty.– Skąd ta pewność. że to my właśnie niedowidzimy? Proponujemy wam współpracę. może zabierze nam to trochę czasu. nie ingerujemy nigdy w miejscową kulturę czy w sztukę. pieńkowatych nogach i podszedł bliżej do obcego. empatyczne zrozumienie i nie ograniczoną niczym wolność Celu. aby wasze pomysły przyjęły się wśród ras zrzeszonych w Gromadzie. – Nie sądzę. co to znaczy. co mam wam do przekazania. Wielu członków Gromady wahało się. ale z góry wiadomo. że to właśnie ty masz rację. jak to nazwałeś. – Tego czynić nie zamierzamy – odparli wstrząśnięci podobnym pomysłem Ampliturowie. Niczym grupa przyjaciół zmierzamy do jednego portu. Cokolwiek uczynicie. – Może zakończymy sprawę szybko. – Sspari zwrócili się do Gromady o pomoc. – Nie chcemy nikogo zabijać. – Decydent uniósł się na krótkich. niewolników. – Obcy wygłaszał te słowa z wyraźną dumą. że wy miewacie odrębne zdania i wiecznie się spieracie. aż nas zaskoczycie. co ich spotkało. Nie dzielimy się na panów czy. – Dostrzegam wiele podobieństw między nami – zauważył inny Amplitur. że służą w ten sposób Celowi. – Oni nas zaatakowali – przypomniał obcemu Decydent. jednak uznano. – Powtarzam raz jeszcze. – Wszyscy są wolni i mogą czynić. które zniszczyliście. co uznają za słuszne – stwierdził Decydent. czy należy się wtrącać. – Tak właśnie brzmi oficjalne stanowisko Splotu. Życie codzienne biegnie na różnych planetach odmiennymi torami. a ty mówisz nam o lęku przed dominacją. – Cenimy sobie niezależność – powiedział Prinak. a nie my? Czemu nie może być inaczej? – Jedyne. – Pod warunkiem. że ostatecznie i tak sami na nas traficie. Pomyśleliśmy. że lepiej wyjść naprzeciw zagrożeniu. – Wy chyba zapomnieliście już. Opowiedzieli. czym to się . – Nie. nie będzie.

Nikt go nie powstrzymał. że zawsze mówimy prawdę? Potrzebny nam posłaniec. – Już skaczę z radości. Dostaniecie wszelkie dane. Daj innym sposobność do obserwacji. Teraz wracaj na swój statek. – Nic na to nie poradzimy. ale nam jest żal każdej ginącej istoty. We Wszechświecie są miliony zamieszkanych światów i tysiące inteligentnych gatunków. To się nie zmieni. gdy już odlecicie. Decydent nakazał Molitarowi odsunąć się od drzwi. Prosimy tylko o jedno: żebyście nie cenzurowali tych materiałów. które cię przerastają. za prawomyślność. – Czemu mam wam wierzyć? A może jednak to potraficie? – Gdybyśmy mieli zamiar wykorzystać was i manipulować wami. Niech każdy sam rzecz osądzi. – Obcy nie próbował nawet kryć satysfakcji. Szczęśliwie wiele waszych statków zdołało umknąć. My uważamy się za całkowicie oddanych sprawie i już ciebie lubimy. co widziałeś. – Nie jestem filozofem. ale nie zmieniajcie niczego. – Jedno. Co z nimi zrobicie. – Nie tyle zdumieni. analizy. co ucieszeni. – My chyba lepiej wiemy. – Muszę przyznać. – Nadal zamierzacie wyremontować nasz statek i puścić nas wolno? – Czy nie wspominałem. Myśl tylko za siebie. to że nigdy nie będziemy trybikami kręcącymi się dla potrzeb waszego Celu. że was nie rozumiem – powiedział Prinak i skierował się ku drzwiom. – Tak. Powiedz im. – Gdybyście nie byli takimi fanatykami. to już wasza sprawa. tylko oficerem na pokładzie niedużego statku. – Bez końca moglibyśmy rozprawiać. która dadzą się wprowadzić do waszych banków pamięci. Zniszczcie je albo ujawnijcie. . Nie będziemy mogli w żaden sposób kontrolować was. – Amplitur roztoczył wkoło siebie aurę wesołości.skończy. uczciwość i odwagę. mógłbym nawet was polubić. Nie potrafimy oddziaływać na większe odległości. To straszne. co wiem na pewno. – Zatem nie próbuj podejmować decyzji w sprawach. Każda śmierć pomniejsza blask Celu. co znaczy nigdy. to czy mówilibyśmy o tym? Czy nie prościej byłoby to po prostu zrobić? – Nie wiem – uciął Prinak i westchnął. Od tysiąca lat zawsze jest tak samo. że tyle istot musiało zginać tylko dlatego. zapewne byliście tym zdumieni. wyciągania wniosków. do swoich podwładnych. – Dziwna z was banda – mruknął Prinak. jak ty teraz. czym naprawdę jest fanatyzm albo poświęcenie. – To będzie właśnie przejaw niezależności.

Uprzejmi w rozmowie. czyli opartej na przykład na mimice) wytworzone przez inne kultury. Tubylcy mieli zawsze czyste mundury i poruszali się tanecznym niemal krokiem. by baza stanęła pośrodku największego parku w mieście. po czym przyozdobili ją fontannami i malowniczymi skalnymi ogródkami. I rzeczywiście. na przykład. centrum zostałoby wzniesione gdzieś na pustkowiu. o nienagannych manierach i prezencji. a wcale nie obłudni. Ilość reguł interpretacji i norm zwyczajowych była tak wielka. Uważano. w porównaniu z dziedzictwem Waisów wszystkie robiły wrażenie prymitywnych. jak jego mieszkańcy. . niezależnie od tego. że uchodzili za urodzonych lingwistów. Waisowie należeli do ptakowatych: wysocy. cisi. Nic dziwnego. Nawet sama siedziba dowództwa wyglądała dość osobliwie. Niejednemu robiło się wstyd i odpowiednio wcześnie gryzł się w język. która strona je wygłosiła. Waisowie jednak zażądali. Kaldaq myślał. Tych ostatnich wszyscy bali się jak ognia. Trudno było ryknąć na sąsiada wiedząc. każde zachowanie miało swoje ściśle określone znaczenie. że panująca w tym społeczeństwie atmosfera wpływa zbawiennie na członków Gromady i pomaga im unikać przypadkowych konfliktów. że tylko sami Waisowie znali je wszystkie. Gromada nie znała drugiego podobnie złożonego i trudnego do ogarnięcia umysłem społeczeństwa. że to sprawa samokontroli. że uprzejmy Wais ominie w tłumaczeniu wszystkie obelgi. Massudzi tak nie potrafili. z dala od miast. Tutaj każdy gest. Formalne protesty gospodarzy niczego nie zmieniały. Ich język prześcignął swą doskonałością systemy komunikacji werbalnej (i niewerbalnej.Rozdział 03 Cziczuntu było światem równie pięknym. Na Massudai. Z tych też powodów wybierano często światy Waisów na siedziby regionalnych baz dowództwa. może nawet schowano by je głęboko pod granitowym masywem gór. rzadko się podniecali i mało co potrafiło zakłócić ich dobre samopoczucie.

Massudzi też nie kochali wojaczki. Kaldaq poprawił bluzę mundurową i szorty. Niechby tylko jakiś Wais zobaczył te wysoce nieprzystojne poczynania. Związany z elementem rywalizacji obrządek uczynił ostatecznie z Massudów całkiem niezłych żołnierzy. Miał jasnoszare oczy z niemal czarnymi. to jeszcze młodzik. i gdzie można wędrować całymi dniami przed siebie. Nawet osobnicy rasy Czirinaldo. Tym bardziej znaczącym był fakt. nie dość że Massud. ale niezbyt mu się to udawało. czy nikt go nie widzi. Wcale mu się to nie podobało. jak wszystkie istoty inteligentne. jednak rzadko. Nerwowo szarpał swoje starannie utrzymane baczki. to niewielki był z nich pożytek. S’vanowie. pomyślał Kaldaq.. objął powierzone mu dowództwo statku. Naturalnym środowiskiem Massudów były nagie równiny. W Gromadzie takich ras było nader niewiele. chociaż niemal dorównywali w polu Massudom.Cała planeta przypominała zresztą z grubsza wielki park. Wysokie stanowiska dowódcze powierzano raczej zrównoważonym S’vanom. ponownie przejechał pazurem po zębach .. robiąc dobry użytek z długich nóg. mnóstwo rosnących blisko siebie drzew. Kaldaq wiedział o tym i wcale go ta świadomość nie uspokajała. Ostatnimi czasy próbował nieco się odprężyć. że właśnie Kaldaq. skoki w dal i wzwyż były czymś w rodzaju plemiennego sportu. Kaldaq czerpał z podobnego obrazoburstwa sporo przewrotnej satysfakcji. ale gdy dochodziło do walki. Ktoś jednak musiał stawać z bronią w ręce. którzy swoim spokojem lepiej oddziaływali na podwładnych. na skutek czego rzadko awansowali. pionowymi kreseczkami źrenic. Leparowie a nawet Waisowie pomagali jak mogli. jak czynili to przodkowie Kaldaqa. Massudzi byli dość pobudliwi. Nic dziwnego. Przedtem jeszcze rozejrzał się wkoło. Liczne żywopłoty. Co oni właściwie kombinują w tym sztabie? Sprawdził raz jeszcze mundur. gdzie tylko z rzadka rósł jakiś krzak lub gaik. Hivistahmowie. przygładził wystającą spod mankietów sierść. skoro ich przemiana materii oparta była na fotosyntezie. Spojrzał na to coś i rzucił na ziemię. Wędrówki te nie były związane z polowaniem ani z handlem. pod ogniem nieprzyjaciela zawodzili. Podwinął górną wargę i wyczyszczonym pazurem wydłubał spomiędzy kłów drobinę pożywienia. zresztą. Zdarzało się to już w przeszłości. Biegi na długie dystanse. Z pewną nadzieją i sporymi obawami pomyślał o swoim losie. tutaj chodziło o coś znacznie wznioślejszego.

Na początek sprawdzono jego dane osobowe. począwszy od broni. Łatwiej powiedzieć. Czego ode mnie chcą? – zastanawiał się. o wiele lepszy niż w skokach. Jego rodzice także nie pragnęli zostać wojskowymi. umiejętność wpływania na emocje a nawet na metabolizm. a skończywszy na żywności. rzecz szczególnie przydatna przed walką.i przystanął. Kaldaq przesunął odruchowo palcem po lewym uchu. i to mimo dość wysokiego wzrostu. która wyświetliła się na wprost jego oczu. Jako ich potomek czuł ciężar odpowiedzialności. czarnego pędzelka.. że to kwestia odmiennego myślenia. potem poddano testom identyfikacyjnym. Drobna skaza genetyczna. Odpowiadał. niż zrobić. kłótliwa załoga. Gromada tak nie postępowała. Dla innych ras wstrząs był zbyt duży. Konflikty były na porządku dziennym i jedynie istnienie wspólnego wroga ratowało ostatnimi czasy Gromadę przed rozpadem. chociaż żadne z nich nie awansowało nigdy tak wysoko. odpowiadali. Dotarł do drzwi na jednym z wyższych pięter. Biegli w bioinżynierii Ampliturowie potrafili doskonale podrabiać cechy zewnętrzne dowolnej rasy. Tylko Massudzi okazali się dość odporni. W warunkach pokładowych porywczość Massudów mogła mieć zgubne skutki. Zieleń i kwiaty. Wysyłali potem takich agentów.. Zdolność do samokontroli czyniła zeń obiecującego młodego oficera. Może lepiej stąd pryskać? W biegach akurat był całkiem dobry. Nerwowy kapitan. takie pragmatyczne podejście groziło zawsze naruszeniem ładu kruchej koalicji. Tak zatem Massudzi bronili Gromady. Wszedł do budynku i ruszył za projekcją wiodącą. Dowództwo okręgu mieściło się w szpetnym budynku otoczonym malowniczym jeziorem. Oczywiście. by złapać wiatr. Inni Massudzi pytali go często. a ta dostarczała im wszystkiego. Kaldaq był inny. jak to robi. ale nie mieli wielkiego wyboru. co niezbędne. Nic wielkiego. . też żołnierzami. by ci siali zamęt na wybranych światach. by wytrzymać grozę bitwy i zabijania. ale przedstawicielki żeńskiej części jego gatunku to zauważały. Jednak największym z jego talentów była zdolność do głębokiej koncentracji. na którym brakowało normalnego. musiała więc korzystać z naturalnych zdolności poszczególnych gatunków. Ampliturowie po prostu rozwijali pożądane cechy u poddanych sobie ras. Wszędzie pełno kwiatów. Kiedyś był już w podobnym miejscu z rodzicami. Ich intensywna woń upośledzała doskonały węch.

Właściwe nie tylko dla nich. pokryci łuską i skorzy do narzekań. I nie tylko on. Wśród obcych czuli się całkiem dobrze. Przejawiali też niejakie talenty językowe. I Massudzi i S’vanowie byli ssakami. a to za sprawą długich. tyle że . Owszem. Popularności przydawał im puchaty wygląd. Kaldaq chętnie wykonywał rozkazy puszystego i dobrodusznego S’vana. Taki był porządek rzeczy. prawie wszędzie uznawany za sympatyczny i nie kojarzony z niczym groźnym. Owszem. w krytycznych sytuacjach podejmowali niezmiennie właściwe decyzje. Kaldaq nie przejmował się zbytnio Hivistahmami. Ponad wszystko uwielbiali pieśni miłosne i naszpikowaną wieloznacznościami. Waisowie jako przełożeni robili wrażenie wywyższających się. Pośród sług Ampliturów była rasa łudząco do nich podobna. ale dla wszystkich zainteresowanych. ale i tak przewyższali pod tym względem Massudów. Byli zieloni. możesz mu się sprzeciwić. nie byli tak wyrafinowani jak Waisowie. romantyczną poezję. i obecnie zajmował już stanowisko dowódcze. S’vanowie wręcz przeciwnie. oczywiście. Jeśli ktoś jest mądrzejszy od ciebie. ale po co. Miejscowe władze co i rusz trafiały na ślad jakiegoś dywersanta. Przysadziści i obrośnięci bujną sierścią. ale na tym podobieństwa się kończyły. Kaldaq dziękował losowi.Szczególnie wiele kłopotów mieli Hivistahmowie. że pośród niewolników Ampliturów nie było rasy podobnej do Massudów. Nieustannie marzyli o powrocie do domu. Z innymi rasami bywało różnie. musisz się z tym pogodzić i kropka. co na dłuższą metę wywoływało irytację. S’vanowie pochodzili od istot wyłącznie roślinożernych. Pozostawali zwykłymi kompanami. Kaldaq wcale mu nie zazdrościł. ale ze zmiennym szczęściem. czy prostoduszni Leparowie. Podobnie jak wielu innych S’vanów. niezależnie od tego czy otaczali ich wojowniczy Massudzi. Okazywali się chorzy z ponurej tęsknoty i jednocześnie zbyt poważni. byli przydatni. Byli przy tym bardzo bystrzy. Ich wysoka pozycja w Gromadzie była w pełni zasłużona. kościstych palców i wielkich talentów inżynierskich. skoro S’van potrafi zwykle wyjść cało z najgorszej bryndzy? Wojna to nie sport. Brun czekał już na niego. odebrać dowództwo i zginąć śmiercią bohatera. nosili zawsze skąpe i pozbawione ozdób ubrania. Wyłapywały ich. ale podczas długiej podróży niedobrze robiło się od ich towarzystwa. awansował o wiele szybciej niż którykolwiek Massud.

Nie nad samą projekcją. że podobno Ampliturowie i Krygolici zbierają się z T’returimi. aby napaść na skrajne światy Jiidgów. Może była to sprawa ogólnie pozytywnego wrażenia czynionego przez S’vanów. – No to wiesz tyle. rzecz jasna. Brun nie różnił się od swoich pobratymców. że Brun był komendantem sektora. był niższy odeń o połowę. Znacznie starszy od Kaldaqa. odsłaniając jedynie oczy. Inne punkty świetlne oznaczały statki lub całe floty. Projekt S’vanów. Każdy ze świetlnych punktów można było dowolnie powiększyć.sprawniej posługującymi się głową. ostatecznie obecna projekcja ukazywała tylko mały wycinek Galaktyki. Kaldaq poczuł się tak. pozbawiony ogona. . Gdyby któryś zaczął działać na nerwy. Sterowniki sali wyczuły ich obecność i podsunęły im pod nogi stosowną rampę z pola siłowego. Za zgodą Bruna poprosił projektor o powiększenie. ale byli w biurze sami. miał płaską twarz i usta pełne pieńkowatych zębów. że coś wisi w powietrzu. Kaldaq zadumał się. Mimo serdecznego jak zwykle powitania Kaldaq wyczuł. jakby opuścił statek kosmiczny w głębokiej próżni. że to właśnie S’vanowie (a nie Waisowie) robili najwięcej dla utrzymania jedności Gromady. – Jakieś kłopoty? – spytał Kaldaq. Dość miał zadzierania głowy. aż oczom obserwatora ukazywał się pożądany system gwiezdny. Wywoływała dziwne wrażenie. że obrazy gwiazd były świetlnymi symulacjami. jednak nikczemny wzrost jakoś nie rzucał się w oczy. robota Hivistahmów i O’o’yanów. Ki diabeł? Brun był niski. żeby popatrzeć na kapitana. Czarna kaskada kędzierzawych włosów spływała mu na ramiona. nozdrza i usta. nie dosłownie. Kaldaq rozpoznawał wiele z nich. zawsze można było złapać taki kłębek futra i wyrzucić przez najbliższe okno. Dziwna rzecz. Można domniemywać. Nie było łatwo się tego nauczyć. którą musiał skracać co trzy dni. to była rzecz wspaniała ale zwyczajna. Chwilę później przeszli do sali projekcyjnej. W przenośni. – A czemu pytasz? – Bo słyszałem. Pod spodem czerniała gęsta broda. Kaldaq zauważył sporą aktywność sił kosmicznych w sektorze Protan. Tyle tylko. a może tego. ile wszyscy – odparł spokojnie Brun i odsunął się nieco od Massuda. Pojedyncze statki orbitowały wokół centralnej planety sektora. a on pamiętał położenie niemal wszystkich światów Gromady.

który przez uprzejmość pozostał na dole. Podjąć ich dzieło. Nie zdarzyło się jeszcze. – Jesteś więcej niż gotowy. a ciągle czekam. Poza tym byłaby to decyzja nieodwołalna. Problem w tym. Nie znano nawet jej przypuszczalnych koordynatów. a już oni namieszają ci w łańcuchach DNA. Fascynujący był sam pomysł prowadzenia wojny na galaktyczną skalę. – Obawiasz się walki – powiedział Brun. wiedzieli też jak efektywnie wykorzystać swych niewolników. Ampliturowie potrafili walczyć. Z takich miejsc można było dowodzić odległymi o setki parseków próżni statkami. Ampliturowie uznawali słusznie. że jedynym sposobem zakończenia wojny będzie całkowita zagłada Ampliturów. wspiąwszy się na kilka niewidocznych stopni. Parę ras tego spróbowało. którzy zwykli opanowywać wszystkie istotne dziedziny życia i stanowiska. – Nikt zdrowy na umyśle tego nie lubi. Nie walczyć. aby którejś z podbitych nacji dano czas do namysłu i szansę na zmianę zdania o Celu. Zerknął jednym okiem na Kaldaqa. gdzie krąży macierzysta planeta tych stworów. Światłolubni Czirinaldo w ogóle tu nie zaglądali. Było się czego obawiać. Jestem już gotowy. uznaj głośno wielkość ich Celu. . ale nie to było najgorsze. nie poddawali się nawet w najbardziej beznadziejnych sytuacjach. Alternatywa była prosta.Oprogramowanie było zapewne dziełem Turlogów. ale zaczyna mi jakby brakować cierpliwości. Nie każdy potrafił wytrzymać na chybotliwej pozornie kładce zawieszonej nad bezdenną przepaścią kosmosu. Straty nie robiły na nich najmniejszego wrażenia. Niezależnie od ilości i skali porażek. Setki lat temu uznano tę smutną prawdę. Naprawdę przerażająca była ich cierpliwość. Brun poprowadził go dalej. że mimo iż wiele jest ras krnąbrnych. ale do dzisiaj nikt nie wiedział. Beznadziejna sprawa. to nie spotyka się wcale krnąbrnych genów. Świetny pomysł. że oznaczało to całkowite podporządkowanie się nowym panom. chociaż upiorna. Na polecenie Kaldaqa obraz wrócił do poprzedniej skali. Obie strony angażowały w walkę całość swych technicznych i naukowych dokonań. konsekwencja z jaką realizowali swoje cele. lecz przyłączyć się do nich. Przeszedłeś specjalne przeszkolenie. nigdy nie rezygnowali. Dla Kaldaqa był to widok uspokajający. Poddaj się im.

że może zechcesz włączyć się w przygotowania i sam wskażesz konkretnych oficerów. co to dowcip. S’van przyglądał mu się. I jeszcze ze dwóch Waisów. postukując nieznacznie zębami. ukrytym lękiem przed nerwowymi reakcjami istot mniej rozwiniętych umysłowo.. Pełna zdolność akomodacji dla potrzeb wszystkich członków Gromady. S’van nawet sobie nie przerwał. Massudzi wiedzieli. Oczywiście. nierzadko czarnego. Jeszcze nie wszystko postanowione. że uda się dla wszystkich znaleźć zastępstwa na dotychczasowych stanowiskach. Znak rozbawienia. S’vanowie mieli osobliwe poczucie humoru. Chce mi dać statek. – Gdzie zostanę wysłany? Jakie dostanę zadanie? Jaką załogę? – Załoga będzie mieszana. Żaden Massud nie dostąpił jeszcze podobnego zaszczytu w tak młodym wieku.. – Brun zapatrzył się gdzieś w mrok projekcji.. Honor dla całej rodziny. O unikalnych zdolnościach i tak dalej. Jowialność wymuszona. Oczy lśniły mu lekko spomiędzy kudłów. Potrafili naśmiewać się nawet z perspektywy śmierci cieplnej Wszechświata. Oto szansa na rozsławienie imienia. Dostaniesz pełną ekipę hivistahmskich techników i O’o’yanów. Niezbyt obszerny. przy szybkościach podprzestrzennych. – Statek nazywa się. których chciałbyś mieć przy boku w tak specyficznej potrzebie. . Gadanie.Niektórzy uważają cię za nader obiecującego oficera. Oczywiście nie była to obraza. ale trudno. Został specjalnie wyekwipowany i przebudowany na jednostkę bardzo dalekiego zasięgu. – Wielkie dzięki – mruknął odruchowo Kaldaq. – Spokojnie. Oczywiście pod warunkiem. Czirinaldom będzie ciasno. pomyślał Kaldaq. Nie potrafię tego nawet wymówić. jednak silniejszych. Sposób rozładowania sytuacji. Co do reszty.. Pomyśleliśmy. jednak zwykle nie pojmowali ulotnych skojarzeń szybko myślących S’vanów. nie wezwałem cię w charakterze ofermy kompanijnej. być może. Zbudowali go Hivistahmowie z zastosowaniem najnowszej technologii. – Zadanie dywersyjne? Jakiś sabotaż? – Kaldaq ledwie panował nad emocjami. Nie jest to zwykły statek. a jedynie żartobliwa bagatelizacja sprawy. – Masz wolny wybór. – Twoja dotychczasowa kariera i przejawiane umiejętności predestynują cię do szczególnych zadań. obsługę pokładową z dobranych Leparów i przynajmniej paru Czirinaldo. znajdzie się w niej i twoja partnerka.

Jako długowieczni.– Koniecznie? – A co zrobisz. Brun poprowadził Kaldaqa dalej. Kaldaq pomyślał zdumiony. co czyniło ich szczególnie przydatnymi w bitwie. – Tam polecicie. Jest dokładnie za tą ścianą. Jak wszystkie istoty rozmnażające się bez potrzeby odbywania stosunków seksualnych. jeśli wysiądzie ci mechaniczny tłumacz? – Będę porozumiewał się na migi. i przyłączyli się do Gromady tylko w tym jednym celu: aby pomóc ich pokonać. na skutek czego nie wykształcili zbyt bogatego wachlarza więzi społecznych. Szeptem powtarzana plotka głosiła. Zupełnie nie zbadana okolica. w odróżnieniu od Ampliturów byli jajorodni. Podobnie jak i paru S’vanów – dorzucił mimochodem. – Niestety. świetnie obywali się na co dzień bez towarzystwa innych istot swojego gatunku. ukazując całkowicie nieznaną okolicę Galaktyki. Turlogowie byli nieliczni nawet na swojej planecie. że to musi być o wiele ważniejsza misja niż z początku podejrzewał. jak wielkie zagrożenie stanowią Ampliturowie. Niektóre ludy uważały. Jak nikt inny posiadali podzielną uwagę. Jednak nie kochali ani Ampliturów. Nagle S’van zastukał w czarną wykładzinę. Gwiezdne pola zawirowały. Różnili się zasadniczo od wszystkich ras Gromady. że było ich tak mało. – Właśnie. kapitanie. – Zapewne uda się też pozyskać Turlogów. – Ale tam nic nie ma. – Nie rozumiem. Poszczególni Turlogowie wiedli raczej samotniczy tryb życia. ani ich Celu. – Tam. aż stanęli pod ścianą sali. Chociaż hermafrodytyczni. – A gdzie dokładnie mamy lecieć? – Pokażę ci. zawsze chętnie brano ich na pokład. . Wielka szkoda. Chociaż w tym przypadku mówisz chyba o łazience. Poza brzeg mapy. Tak czy inaczej. Wojna była dla nich zjawiskiem egzotycznym. gdy trzeba było często zajmować się kilkoma sprawami na raz. że biologicznie najwięcej wspólnego mieli z Ampliturami. rozmnażali się rzadko. jednak szybko pojęli. Waisowie będą niezbędni. że Turlogowie po prostu przynoszą szczęście i niczym amulety chronią od wszelkiego zła.

Sztorcowanie Massuda za niesubordynację nie miało sensu. jakie nakłada to na ciebie zobowiązania. A żeby wysyłać go jeszcze na poszukiwanie nowych. szkoda było czasu na podobne podróże. Czuł się rozczarowany. jak rzadko decydowano się obecnie odrywać jakiś statek od zadań bojowych. Uwierz mi. No dobrze. Ale po co Massudzi? – Wyprawa w nieznane okolice musi być gotowa na wszelkie niespodzianki. – No dobrze. Trzeba brać to pod uwagę. Kaldaq wiedział. – To bardzo istotna misja. Nie takie miało być jego przeznaczenie. ale drgania górnej wargi i tak go zdradzały. Zostałeś wybrany ze względu na specyficzne . Próbował ukryć swoje odczucia. że już tam są. Szczęściem było dość ciemno. Specjalnie przedsiębrane ekspedycje trafiały zwykle na jakieś życie. – Przede wszystkim mam wypełniać obowiązki – odparł ostrożnie Kaldaq.Kaldaq nie podchwycił żartu i Brun spoważniał. aby je wypełnić. Może się okazać. potencjalnych członków Gromady. ale rzadko były to istoty inteligentne. ta misja to najlepszy sposób. Waszym zadaniem będzie pozyskanie nowych sojuszników dla Gromady. Przez setki lat od czasu rozpoczęcia wojny odkryto tylko dwie mogące wesprzeć jakoś Gromadę cywilizacje. ale to robota dla O’o’yanów. by S’van niczego nie zauważył. Innymi słowy. – Nie ma powodów do rozżalenia – powiedział jednak. Nie znamy granic wpływów Ampliturów. – Wyruszacie na polowanie.. jako stojące na niskim szczeblu rozwoju. Splot zwykle powiększał się dzięki przypadkowym spotkaniom z istotami. Leparów może nie. – Oczekiwałeś na powierzenie ci dowództwa jednostki pierwszoliniowej.. A i te były przeważnie mało przydatne. Ale nie musicie szukać Ampliturów ani Krygolitów czy innych takich. – Znam nieco Massudów i wasz system koligacji rodzinnych. Może nawet desantowej. I wiem. ale czemu ja? Brun nie odpowiedział. Wspólnota Ampliturów rozrastała się zresztą w identyczny sposób. – Może i tak. Kaldaq nie do tego był wyedukowany. które osiągnęły zaawansowany poziom techniki kosmicznej. Hivistahmów czy nawet Leparów. Komendant westchnął.

Gdybyśmy wiedzieli. Teraz dawali mu doskonały statek z dobraną załogą specjalistów. ale S’vanowie zawsze mieli rację. Mogą zniekształcać transmisję. ale nikt nie wysyłał jeszcze komunikatów na tak wielką odległość. To się właśnie nazywa doświadczenie. ale uważam. Oczywiście. Lądowanie i dowodzenie na wrogim świecie? Owszem. niemniej i tak niebezpieczną. Niczego lepszego i tak nie mógł oczekiwać. Nie pracował jeszcze z tymi istotami. ale jeśli ktoś chce zostać prawdziwym dowódcą. musi się tego nauczyć. cholera. że dowództwo postanowiło sprawdzić świeżo awansowanego kapitana. Mimo nadal odczuwanego niezadowolenia. brał już udział w kilku bitwach.. ale w głębi duszy wciąż czuł się pokrzywdzony. Nie tracisz głowy w krytycznej sytuacji. co jest poza nim. Kaldaq zawahał się. Jak rozkazywać jednym. Galaktyka. czego należy się spodziewać.cechy charakteru. jakiś doświadczony S’van lub Hivistahm byłby zapewne równie dobrym kapitanem. Ale ktoś musi rozejrzeć się tam pierwszy. co można zainstalować na pokładzie.. Przyjął nowe rozkazy. Turlogowie zajmą się planowaniem trasy. Przyda mu się takie doświadczenie. Nikt nie ma pojęcia. Czirinaldo obsługą systemów uzbrojenia. – Zatem spodziewasz się kłopotów? – Nie wiemy. . jest wielka. mój młody Massudzie. Nikt nie będzie musiał wykonywać roboty. wysyłając go z misją niebojową. Pulsary. a to istotna różnica. Kaldaq jednak się uspokoił. na co traficie. Obszar zamieszkany przez członków Wspólnoty i narody Splotu to tylko jej mały wycinek. Kaldaq odmeldował się. jak drugim. wtedy nie musielibyśmy cię wysyłać. Niestety.. do której nie jest powołany. Cóż dziwnego może być w tym. czarne dziury. ale wtedy nie dowodził. – Środki łączności? – Wszystko. S’van miał rację.. że mianowanie na to stanowisko Massuda zwiększa szansę powodzenia przedsięwzięcia.

Bez oporów podejmowała każdy temat. Podniesiony mocno na duchu Kaldaq słuchał jej z radością. czyby jeszcze nie zrezygnować. Dramatycznym wprawdzie. świadczącym o niezależności i wysokiej samoocenie oficera. ale między dorosłymi Massudami różnice w wyglądzie fizycznym i tak nie miały znaczenia. Massudzi cenili śmiałość. jednakże daremnym. Kaldaq był pewien... Ich mundury były prawie identyczne. że masz dość niezwykły temperament. – Poskrobał pazurami o kły. drobne różnice wynikały z oczywistych różnic anatomicznych. Nazywała się Soliwik i okazała się niewyczerpanym źródłem dobrych rad. co było nie tylko zwykłym zabiegiem higienicznym. Nie okazywała wcale zazdrości czy zawiści. Był też zdumiony. Wahadłowiec miał zawieźć go na statek orbitujący na wysokości równej pięciu promieniom planety. Byli równi wzrostem. To była. Zawsze musiała być taka i lata walki tylko dodatkowo ją zahartowały. Rezygnacja w ostatniej chwili byłaby próżnym gestem. że nikt by jej nie przyjął. Innym .. Starsza. ale pogardzali bezmyślnym trwonieniem autorytetu. – Chodzi o moją zdolność do samokontroli. ale też znaczącym gestem. Jednak witając się w śluzie ze swoim drugim oficerem wciąż jeszcze żywił sporo wątpliwości. Starszyzna rodu też nie byłaby zachwycona. ale piękna. Kaldaq zastrzygł nerwowo pozbawionym pędzelka uchem. Podobno wyjątkową.Rozdział 04 Kaldaq czekał na załadunek i zastanawiał się. na dodatek stosowna notatka trafiłaby szybko do jego akt osobowych. Wyraźnie doświadczona. Koniec z awansami na wiele lat. I o tryb podejmowania decyzji. O wielkim wdzięku. – Słyszałam.. jak kogoś bliskiego. koniec z szacunkiem współbraci. Zapewne zostałby odesłany do jednostki bojowej. Mimo różnicy wieku nie powinno się traktować jej inaczej. komu każe się wykonywać rozkazy oficera młodszego stażem. co byłoby przecież normalne u kogoś. ale. ona.

a ty już mówisz takie rzeczy. Oto właśnie jest okazja. Sukcesu nie trzeba z nikim dzielić. Po drugie. Czuł. – Sądzisz. jeśli misja jest czysto pokojowa? – Po pierwsze dlatego. Chwilowo nie czuję się jednak zbyt pewnie. Ignorując wypełniające korytarz obce głosy i zapachy obrócił się raptownie i spojrzał na panią oficer. żeby oceniać. na pewno na tym zyskamy. ale ta okazja to coś więcej. Na takich rubieżach trzeba mieć dobrze naostrzone kły. Wiem. by martwić się jeszcze czy robisz dobrze to. Dostałeś zadanie. Ten przydział nie jest wyrazem braku zaufania. Czemu? – W społeczeństwie Massudów jednoznaczne ocenianie innej osoby uznawane było za oznakę złego wychowania. – Uniosła trochę krawędź górnej wargi. Dasz sobie radę. Nie przewidzisz. Oboje szukamy dla siebie okazji. – To minie. co ty. usankcjonowany społecznie rytuał.rasom zdawało się. Soliwik nawet się nie speszyła. Jeśli jeszcze przyprowadzimy statek nietknięty i załogę w komplecie. jak początkowe rozczarowanie ustępuje miejsca zaciekawieniu. Tutaj będziemy sami. – Trudno zaprzeczyć – mruknął Kaldaq. Porażki mniej bolą bez świadków. niż prosta szansa na odznaczenie się w boju. To normalne wśród Massudów. jaka nie trafiła się jeszcze nigdy i nikomu. – Tak to przynajmniej określili. że Massudzi nigdy nie wiedzą. – Dopiero co się spotkaliśmy. sprawdzali co nowego tkwi miedzy zębami. szczególnie popularny między najlepszymi żołnierzami Massudów. co czai się miedzy gwiazdami. że podczas walki szansę na popełnienie błędu są większe. które niezbyt ci odpowiada. co robisz i czy robisz to co robić powinieneś. – A to jakim cudem. Znam mechanizmy reakcji w analogicznych sytuacjach. Kto wie. – Na odprawie dostałam te same instrukcje. co zrobić podczas rozmowy z długimi rękami. Mamy spenetrować całkiem spory. Czytałam twoje akta. na dodatek boisz się zawieść. że spotkamy się z wrogim przyjęciem? – Wszystko możliwe. czy nie będziemy musieli tam walczyć? Nie jesteśmy tu za karę. że oboje byliśmy szkoleni do walki. i tak dalej. Sama gwałtowność ruchów była normalna. – Syknęła z . odległy i nigdy jeszcze nie odwiedzany kawał nieba. – Widziałam dość. Może wręcz odwrotnie. Czyścili wtedy paszczękę. Bez potrzeby rozlewu krwi. podczas wielkiej bitwy dokonania pojedynczego statku giną na tle innych wydarzeń. – Już sam nasz powrót będzie sukcesem. Był to cały. Massudzi po prostu zawsze tak się poruszali. Będziesz zbyt zajęty wyciszaniem sporów między członkami załogi.

ale w dal. My. że po powrocie dostaniemy długi urlop. – W Gromadzie jest ledwie parę ras zdolnych do walki. że wiem. Więzy sympatii między Massudami tworzyły się niezależnie od ich płci i było to uwarunkowane nie tyle obecnym poziomem ich kultury. Wyszkoleni wojownicy są zbyt cenni. teraz są duże. to więcej niż pewne. skoro zaś Soliwik już rodziła. – To tak jak Jaruselka. Silne związki stadne były warunkiem prawidłowego rozwoju . Massudzi nie poddają się bez istotnego powodu. ale nie przeżył. Co robi poza tym. ignorując pretensje. – Współczuję. – Podejrzewam. to zapewne łatwiej będzie jej zaprzyjaźnić się z młodszą dziewczyną. Ja skaczę. – Niepotrzebnie. Wstrzymaj się. Drugi oficer przytaknęła ze zrozumieniem. – Nie pouczaj mnie – warknął Kaldaq z lekką irytacją.cicha. troje. że wciąż rozważasz możliwość złożenia rezygnacji. Biegaczowi brak warunków do treningu. by z powodzeniem stawić wszędzie czoło Ampliturom. – Kto ci to powiedział? – Nie czas na dochodzenia. Specjalistką od modernizacji systemów. – Ty też wyglądasz mi na niezgorszego skoczka. – Jeśli nam się uda. – Obowiązuje zakaz rodzenia na jednostkach wojennych – odparła chłodno Soliwik. – Chociaż na statku lepiej być skoczkiem. Zazdrość o partnera była zjawiskiem rzadkim wśród Massudów. Starczy. To prawda? – Owszem. – To wie. by pozwolić im odchodzić ze służby. – Od tego są planety. – Urodziłam już dwanaście lat temu. Jest nas zbyt mało. zaskakując mocno Kaldaqa. – Pomyśl o naszym podstawowym zadaniu – powiedziała. Też chciałabym mieć jeszcze dzieci – dodała. – Chętnie przywitam ją na pokładzie. myślałem o tym. że walczy? – Jest inżynierem. Będzie miała co robić. nie wzwyż. ponurzy Czirinaldo i niektórzy spośród Hivistahmów i S’vanów. Był jeszcze czwarty. Jeden skacze i ma godne uwagi wyniki. – Moja partnerka jest za tą podróżą – mruknął. – Wskazała na nogi Kaldaqa. Nie lubił poruszać takich tematów. Osobiste rozczarowanie otrzymanym przydziałem to żaden powód. co znacznie wcześniejszymi procesami ewolucyjnymi. Może będziecie mogły skakać razem. – Ja jestem biegaczem – poprawił ją. jednak tym razem zabrzmiało to dziwnie ciepło. ale ma nadzieję. – Pragnie mieć dzieci. chociaż to nie jest dobry czas na uprawianie prawdziwej sztuki.

Najchętniej usiadłby z całą gromadką i pogrążył się w beztroskiej konwersacji. Sam zwykle miał sporo kłopotu ze swoimi dolnymi kończynami. pomyślał Kaldaq podziwiając długie nogi sadowiącej się obok pani oficer. . jak i w życiu prywatnym. Szczególnie ciekawie przedstawiały się ich poglądy na kwestie życia i śmierci. Oczekiwali czegoś niezwykłego. o pozostałych nie wiedział nic. by nacieszyć się ciepłem gniazda domowego. tak teraz usuwali neurozy z zakamarków osobowości. Byli potrzebni do walki. Następnego dnia drugi oficer pokazała im statek. W drugiej kolejności poznał zespół Czirinaldo. że nie możemy mieć młodych. Massudzi byli najwyższymi członkami Gromady. Kobiety momentalnie nawiązały głośną konwersację. szczególnie ciepłe słowa zachowując dla Soliwik. W przypadku walki w próżni. co zwykle było specjalnością tego gatunku. Za pomocą translatorów wyrazili radośnie gotowość do natychmiastowej obrony dowolnego obiektu. Tak jak kiedyś prymitywni Massudzi wyciągali sobie nawzajem ciernie z łap. U Ampliturów ich odpowiednikami byli Molitarowie. tak osobliwymi ścieżkami potrafiły błądzić ich myśli. Potrafili obsługiwać jednocześnie kilka systemów broni.jednostek. Massudzi nie miewali wielu okazji. Soliwik zajęła się wydawaniem instrukcji. Kaldaq zaś skupił uwagę na zapamiętaniu imion i przezwisk jak największej części załogi. unikalnych modyfikacji koniecznych przy tak długim rejsie i nie zawiedli się. Jaruselka przywitała ich w śluzie. Było ich dwoje i tworzyli parę tak na służbie. co zdarzało się bardzo rzadko. Co więcej. byli niezastąpieni. Jeśli nie liczyć Czirinaldo. piskliwymi głosami. Najłatwiej poszło mu z członkami grupy bojowej Massudów. Był bardzo przestronny i wyposażony lepiej niż mogli marzyć. Z racji swych rozmiarów mogli poruszać się tylko po niektórych sektorach statku. zgodnie z obietnicą Bruna otrzymali wszystkie nowinki techniczne i to w najlepszym gatunku. Przydomki rodowe niektórych brzmiały dlań znajomo. Po powrocie z wyprawy trzeba będzie pomyśleć poważnie o potomstwie. Odczuwali to szczególnie wtedy. Szkoda. Kaldaq uznał to za dobry znak. więksi nawet i silniejsi. Jak wszyscy Czirinaldo. Ponieważ obie płcie były pod względem psychicznym dość podobne. mówili wysokimi. gdy przychodziło im korzystać z uniwersalnych foteli na statkach Splotu. służba dotyczyła wszystkich. Rozmowa z nimi była zawsze fascynująca. Zawiadywali na statku defensywnymi systemami uzbrojenia.

Oczywiście znali massudzki. poranionych nieszczęśnikach. gorzej było ze skokami. Sprawdzali stan systemów statku. pokaźniejsi jednak od O’o’yanów czy S’vanów. ale mruczał różne rzeczy pod nosem. których zresztą przypominali wyglądem. Napotkani Waisowie pozdrowili uprzejmie kapitana. że mając na pokładzie S’vanów w roli nawigatorów i cały zespół inżynierski Hivistahmów. niezmiennie spokojni. Wyglądali wręcz wesoło. Niżsi niż Massudzi. ostrych zębów. Kaldaq polecił rozpocząć manewr.. Nigdy nie mieli oporów przed przyjmowaniem rozkazów od innych. Kaldaq przeprosił ich i z ulgą zajął się Hivistahmami. Najchętniej trzymali się blisko nieco większych i lepiej rozwiniętych Hivistahmów. nieustannie domagając się jakichś odczytów. Jednak Waisowie zawsze byli wyjątkiem. tęsknił za domem. nie musi nadzorować wszystkiego osobiście. Jakimś cudem wojna przepływała obok nich. że dostali zgodę na natychmiastowe opuszczenie orbity. Spod tunik z wytrzymałego włókna wyglądała gdzieniegdzie lśniąca łuska. powszechnie lubiani i niegroźni. szczególnie te toczone w slangu. Ogólnie przyjaźnie nastawieni. oczywiście o ile kapitan tak rozkaże. jednak cechowała ich zwykle spora powaga. Smukłe ręce i mocne nogi pozwalały im na szybki bieg. Przeciętny technik Hivistahm spędzał większość życia na narzekaniu. Pracowali równie szybko jak Massudzi. Niektóre ich rozmowy. Ufał. Mieli pociągłe pyszczki pełne drobnych.ale nieporównanie mniej rozgarnięci. ocalonych z obcych planet po przegranych bitwach. jednak mieli znacznie delikatniejsze palce. Kaldaq słyszał niejedną opowieść o rozbitych oddziałach. nawet . histeryzował z cicha i dalej robił swoje. o pokrytych skorupą brudu. Wrócił do rozmowy. Tworzyli największą grupę na pokładzie. jednak hiperpoprawność ich wymowy była na dłuższą metę drażniąca. były trudne do zrozumienia nawet dla Waisów. byli odpowiedzialni za codzienne funkcjonowanie statku. Obok przemykali drobni i smukli O’o’yanowie. mieli jasnozieloną skórę i lekko wyłupiaste oczy. Nie biadolił. pozostawali jednak trochę na uboczu.. Kieszenie ich szat były wypchane narzędziami. Hivistahmowie byli kolorowi. Pośród nieustannego przedrejsowego rozgardiaszu ptakowaci trwali niczym samotna wysepka ładu i dyscypliny. Nienagannie czyści. Soliwik oddaliła się na kilka chwil i teraz wróciła z wiadomością.

W razie niebezpieczeństwa mogli uratować sytuację. Z jakichś powodów zawsze próbowali dokonywać rzeczy dla nich niemożliwych. lekko bulgoczącym językiem. o czym też mogą rozmawiać ze sobą tym gardłowym. aby mówić wieloma językami równie biegle jak Waisowie. Ze względu na śluzowatą skórę nie nosili prawie wcale ubrań. że jako dowódca nie może folgować osobistym uprzedzeniom. żeby zostawić ich samym sobie i nie przeszkadzać w robocie. Wychodziło im z tego niestety niewiele. I byli tak samo potrzebni. . trzymając się trudniej dostępnych rejonów statku. Nie pojmowali motywów wroga i bali się tym bardziej. a to z racji dużej odporności na zmienne warunki zewnętrzne. czarne oczy i ciemną. Kapitan odwrócił spojrzenie od małych. że krążownik z załogą S’vanów i Massudów może dokonać w bitwie czynów zaiste bohaterskich. Z drugiej strony Leparowie robili wrażenie. na dodatek jako jedyna spośród inteligentnych ras w Gromadzie posiadali ogony. Kaldaq upomniał się w duchu. Wielu uznawało ich po prostu za brzydkich. przedmiot nieustannych żartów wielu innych gatunków. gdyż jako dwudyszni spędzali większość czasu w wodzie. śluzem okrytą skórę. Byli przydatni. Spojrzał na nich ponownie i po raz pierwszy zadumał się. ale mało kto ich lubił. a nawet walczyć jak Massudzi. obsługiwać statki niczym Hivistahmowie. mieli małe. Zwaliści. jakby nie pragnęli szacunku czy przyjaźni innych ras. No i byli jeszcze Leparowie. Nade wszystko lękali się utraty własnej tożsamości na rzecz tajemniczego Celu. jak ekstremalne temperatury czy brak tlenu. Spośród wszystkich członków Gromady byli zapewne najbardziej zawziętymi wrogami Ampliturów. czarnych oczu Leparów. Zwykle życzyli sobie tylko. Przecież to Leparowie wykonywali większość najbardziej niebezpiecznych obowiązków na pokładzie i nie narzekali jak Hivistahmowie. Przywitali Kaldaqa łamanym massudzkim.od S’vanów. o płaskich twarzach okolonych pierścieniami skrzeli. tyle tylko potrafili powiedzieć bez translatora. W Gromadzie powiadano. Kaldaq skorzystał z pierwszej lepszej wymówki i wyszedł. jakie myśli lęgną się za tymi drobnymi oczami. Marzyli. jednak największe szansę na powrót do bazy ma jednostka obsadzona głównie przez Hivistahmów. Kaldaq nie przepadał za nimi. których podejście do życia uznawali za nazbyt frywolne. Jak zwykle trudni do odnalezienia.

Postarano się. Dla młodej dziewczyny to ważne. by pobyć trochę z pobratymcami. Mimo to znajdował czas. niemniej sam statek nie powinien przysporzyć kłopotów. nie zaniedbywał Jaruselki. czy nie była to przypadkiem cecha mająca pomóc S’vanom w przetrwaniu. Wrodzone tej rasie poczucie humoru okazywało się zaraźliwe. ale ze S’vanami Massudzi zawsze żyli dobrze. Owszem. aby w tak długiej podróży mieć obok siebie doświadczoną kobietę. Ultranowoczesny i zbudowany od postaw według cywilnego projektu. stwarzał o wiele lepsze warunki do życia niż jednostka wojenna. zdarzały się utarczki między Massudami a Hivistahmami. Może. na przykład. że zajęć jednak nie brakuje. Jednak Kaldaq cieszył się z tak licznego towarzystwa współbraci. Massudami i O’o’yanami. co gwarantowało spokój na pokładzie. Oszczędzało to Kaldaqowi wielu zmartwień. która sugerowała możliwość licznych zadrażnień między członkami załogi. aby stłumić w zarodku nawet poważny konflikt. ani żadnych innych wrogów. W ten sposób łatwiej będzie utrzymać całe towarzystwo w gotowości bojowej. Do walki w próżni starczali Czirinaldo. Samym prowadzeniem statku zajmowało się dwóch S’vanów. Kaldaq zastanawiał się czasem. . byli jednak słabej konstrukcji fizycznej. a w przeszłości zdarzało się czasem. że Hivistahmowie i S’vanowie musieli mieszkać razem. Wystarczał drobny żart. Znalazły się też oddzielne kabiny dla drobnych O’o’yanów. Dowodziła nimi Soliwik. ale czujność zawsze jest wskazana.W gruncie rzeczy grupa bojowa Massudów zdawała się najmniej potrzebna w tym rejsie. Ta zresztą trwale zaprzyjaźniła się z Soliwik. Kaldaq stwierdził ze zdumieniem. Chociaż inteligentni i pomysłowi. którzy nie musieli dzięki temu siedzieć stłoczeni w cudzych pomieszczeniach. Przypomniał sobie uwagę Soliwik. Może nie spotkają ani Ampliturów. W bezpośrednim starciu z większością innych gatunków nie mieliby żadnych szans. Gdy tylko weszli w podprzestrzeń. o chłodne i mroczne pomieszczenia dla uwielbiających wilgoć Hivistahmów. która miała już dzieci. myślał Kaldaq.

Został on określony na długo przed startem. W przypadku odkrycia życia na . Aby potencjalny obserwator nie mógł dostrzec statku z powierzchni. aby stwierdzić. Spowijały kadłub jakby kokonem. skalny świat. atmosfera z zawartością tlenu i azotu nie była wcale koniecznym warunkiem rozwoju istot inteligentnych. Samo odszukanie samotnych słońc posiadających układy planetarne już było dość trudne. samą procedurę. Jednego wszakże nikt nie kwestionował: celu wyprawy. Wystarczało zwykle sprawdzić jedynie okolice równika i biegunów. Niemniej postrzegany był jako typowy Massud. powtarzano te. należało spenetrować dokładnie każdy układ planetarny. jak już dobrze wiedziano. prześlizgując się wzdłuż burt. Po pierwsze. zaś wypatrywanie oznak życia podczas lotu w nadprzestrzeni było zgoła niemożliwe. dlatego tylko pobratymcy mogli domyślać się jego rozterek. Wśród ras zniewolonych przez Ampliturów była taka. i Waisowie często musieli wspomagać translatory i wyjaśniać różne subtelności. że świat jest nie zamieszkany. czego najlepszy przykład stanowili Czirinaldo czy dwudyszni Leparowie. gdy docierano do kolejnego systemu. Statek wchodził na orbitę badanej planety. czyli istota nerwowa i chimeryczna.Rozdział 05 Podróż obfitowała w dyskusje o sprawach zarówno codziennych. ale chwilami nie było mu łatwo. jakiś księżyc albo niewielki. Za każdym razem. którą mógł być gazowy gigant. Kaldaq nie pokazywał tego po sobie. stosowano maskowanie polegające na stosownym ugięciu promieni świetlnych. Aby nie ryzykować przegapienia jakiejś szansy. Rozkazy wydawał bez wahania. która oddychała metanem. Należało liczyć się też z możliwością napotkania zupełnie nowych form życia. Nie było nawet czarnego cienia na tle gwiazd. Musiał dowodzić załogą złożoną w większości z doświadczonych fachowców. którzy przyswajali tlen z wody. jak i zasadniczych. sama jednostka zaś nie przysparzała kłopotów.

Pchali się wówczas z dobrymi radami i wszelkim wsparciem. Jeśli chciało się zdobyć ich przyjaźń. Hivistahmscy biologowie nie kryli w takich razach niezadowolenia. wtedy zawsze wiedziało się. Obecna działalność nie była równie jednoznaczna. że Hivistahm odbiegał gdzieś pogwizdując i mrucząc pod nosem różne wyrazy. Starczy poruszać nogami i dobrze rozkładać siły. mógł jeszcze zwrócić się do S’vanów: T’vara i Z’mama. Szczególnie że stronami byli przedstawiciele różnych gatunków. To uwielbiali. Cierpliwi Leparowie nie reagowali od razu. Z Massudami było łatwiej. Nie było to zadanie dla żołnierza i Kaldaq nie czuł się dobrze jako rozjemca. że metabolizm S’vanów opiera się przede wszystkim na dwóch czynnikach: . Teraz trzeba było znaleźć sojuszników. że nic się nie stało.poziomie roślinnym czy zwierzęcym zostawiano planetę w spokoju. Niektórzy twierdzili. a Soliwik dorzucała zwykle kilka treściwych rad. Jakby co. Podczas walki łatwo jest określać zadania i cele. co jest grane. czy jego interwencja w ogóle była komukolwiek potrzebna. W chwilach gdy sytuacja zaczynała przerastać Kaldaqa Jaruselka była w pobliżu ze słowami pociechy. Kapitan zostawał sam i mógł dumać do woli. Niekiedy dochodziło nawet do rękoczynów. Kapitan poświęcał wiele czasu na mediacje w tych hałaśliwych. że mogą nie podołać. Ze S’vanami trzeba było umieć postępować. że to tak samo jak z bieganiem. ale czas poganiał. ale czasem miarka się przebierała. ich frustracja wciąż rosła. Jeśli Ampliturowie zwyciężą. Czasem bliscy byli zwątpienia w sens misji. to przyjdzie jeszcze pora i na badania. należało udać ignorancję lub totalne zagubienie i poprosić ich o pomoc. Lepar zaś dołączał z powrotem do pobratymców i udawał. Bali się. a ponieważ Leparowie nie mogli złapać zwinnych Hivistahmów. a wobec powolnych wodnych stworzeń potrafili być szczególnie opryskliwi. Najczęściej kończyło się na tym. odnotowując jedynie jej położenie. cała nauka zda się psu na budę. To potrafił. Chętnie zebraliby okazy typowe dla każdego odkrytego ekosystemu. Ale czy równie dobrze radził sobie w rozmowach z załogą? Najczęstsze były konflikty między Hivistahmami a Leparami. jakby ich życie od tego zależało. ale w sumie niegroźnych sporach. Zbyt wiele nowych układów czekało na zbadanie. W naturze tych pierwszych leżało nieustanne krytykowanie wszystkiego. Kaldaq myślał czasem. Kaldaq współczuł naukowcom. Jeśli się uda.

gazowe giganty. Sprawdzali metodycznie jeden świat za drugim. W przeciwnym wypadku nikt by ze S’vanami nie wytrzymał. Z regularnością zegara załoga to podniecała się nowymi . Większych problemów nie napotkano. ale trafili też na zdumiewająco wiele form życia. że w następnym systemie też jest życie. Sceptyczni i zgryźliwi Hivistahmowie orzekli. Wszyscy wiedzieli. W pewnym systemie zbadali aż siedem planet: dwa zewnętrzne. że rady. Prace przebiegały sprawnie i nawet mało doświadczony kapitan dobrze sobie radził. Tubylcy stanowczo nie chcieli uznać ich za istoty podobne sobie. ale zaraz potem statek znów zanurkował w podprzestrzeń. Kadra biologów zapomniała zresztą szybko o poprzednim odkryciu. zbadać podobieństwa i różnice. aby przebadać całe trio. Owszem. na dodatek inteligentne. w czym rzecz.. krążyli zgodnie z kursem wytyczonym przez najlepszych astronomów Gromady. W trakcie kontaktu ustalono. których udzielali. porównać przebieg ewolucji na znajdujących się tak blisko siebie światach. Przybysze zostali potraktowani jak bogowie. ale Massud. że kłótnia z Massudem nie prowadzi do niczego dobrego. który Waisowie rozgryźli w parę dni. Znaleźli sporo martwych światów. Statek ruszył dalej. że istoty te porozumiewają się prymitywnym językiem. Naukowcy aż nogami przebierali z ochoty. niestety Kaldaq raz jeszcze musiał im odmówić. gdy okazało się. Nowy gatunek przypominał fizycznie Hivistahmów. dwa skalne światy krążące blisko gwiazdy i trzy na orbitach pośrodku. Kaldaq szybko pojął.. były zazwyczaj dość sensowne. że wystarczy poczekać kilka tysięcy lat. i jego szacunek dla rozsądku komendanta Bruna wzrósł o parę punktów. Wiódł życie plemienne. Po paru dniach naukowcy przestali nawet narzekać. spenetrowano te planety z wysokości orbity. trudnił się głównie polowaniem i zbieractwem. Gdyby kapitanem był S’van. aby przydać się na coś w wojnie z Ampliturami. Na wszystkich trzech kwitło życie! Zdumiewający przypadek. a sojusznicy będą jak znalazł. ale był zbyt młody i niedojrzały. topór i włócznię mając za najnowsze zdobycze techniki. Całe szczęście. to można by próbować przekonać go argumentami z dziedziny filozofii nauk i etyki.oddychaniu i zacności wobec bliźnich.

ale poziom ich rozwoju dopuszczał nawiązanie oficjalnego kontaktu. że Kaldaq klął i żałował. tego Kaldaq nie potrafił orzec. kto niczego nie chciał. gdy pragnął zejść z oczu nawet Jaruselce i swojej zastępczyni Soliwik. W warunkach pokładowych ich przeżycie i praca zależały całkowicie od całego szeregu urządzeń wspomagających.odkryciami. udawał się w mrok sztucznej jamy Turloga. co nie oznaczało ani braku uprzejmości. gdyby ewolucja wyposażyła ich w sprawniejsze ciała. gdy kapitan miał dość czyjegokolwiek towarzystwa. pogadać z kimś. . Na ile te wizyty były dla Pasiiakiliona istotne. Można było się tu odprężyć. gdy dotarli do niewielkiego świata krążącego wokół stabilnej gwiazdy. zapomnieć na chwilę o trudach dowodzenia. Specjalny przetwornik musiał wzmacniać i dopiero potem tłumaczyć jego głos. ani ostentacji. Poczynione z orbity obserwacje ujawniły. Obywało się bez powitania. najważniejsze. że załogant w ogóle podejmował konwersację. nie podróżowały dotychczas nawet między planetami swego systemu. Żyjące na nim istoty inteligentne zdołały wytworzyć całkiem cywilizowane społeczeństwo. że nie jest psychologiem. Siedzący zwykle w kącie gospodarz mierzył go umieszczonym na słupku okiem i nie przerywał sobie tego. A czasem nawet odpowiadał. Turlogowie słynęli ze swej obojętności i odporności na wszelkie indagacje. Czasem. w tym i powietrznego. Gdy lądownik pojawił się po raz pierwszy nad jednym z większych miast. że kompletnie ignoruje gościa. dożywającej połowy okresu swego trwania. wzbudził przede wszystkim zainteresowanie i tylko lekki popłoch. Kapitan zastanawiał się niekiedy. Rozmowa toczyła się spokojnie. z długimi przerwami. Ich kwatery nigdy nie były przytulne. Z góry widać było sporo precyzyjnie wykonanych środków transportu. Jedynym członkiem załogi. to popadała we frustrację tak czarną. Sztywny zewnętrzny szkielet nie pozwalał Pasiiakilionowi na wylewne okazywanie emocji. Wielkie szpony ledwie radziły sobie z obsługą najprostszych urządzeń. Mogłoby się zdawać. jakimi byliby istotami. co akurat robił. W porównaniu z Turlogami Leparowie byli istotami o wielkim wdzięku i elegancji. że istoty te nie odkryły jeszcze napędu podprzestrzennego. który nigdy nie sprawiał kłopotów. Ogólne przygnębienie pierzchło. Jednak w jamie panowała cisza. że Turlog poświęca mu sporo uwagi. jednak Kaldaq wiedział. był Pasiiakilion.

podprzestrzenna podróż do domu musiała zaczekać. że niebawem pojawią się u ich bram następne statki Gromady. że cała ta długa podróż nie została dokonana na próżno. Obawy okazały się bezpodstawne. T’var meldował codziennie o postępach prac na powierzchni. Gdyby nie szansa wstąpienia do Gromady.Doszło do spotkania z przywódcami tubylców. Miejscowi byli rasą dojrzałą i w pełni przyjazną. Warto było. Zgodnie z pierwotnym planem mieli odwiedzić jeszcze jedenaście systemów. Już kilka dni później ich reprezentanci zaczęli regularnie odwiedzać krążący na orbicie statek. jacy naprawdę są ci tubylcy. Z początku Kaldaq był trochę niespokojny. Miejscowi stwierdzili. W końcu nadszedł czas odlotu i serdecznych pożegnań. szybko się uczyła i po dodatkowych przeszkoleniach powinna być przydatna dla zaplecza wojennego. pozostała na orbicie. S’vanowie i Waisowic polecieli na dół. Odszukanie i zjednanie dla Splotu nowej inteligentnej rasy było wyczynem wystarczającym. Do walki wprawdzie się nie nadawali. że będą ich niecierpliwie wypatrywać. Kaldaq mógł sobie powiedzieć. Reszta. Władze nie cenzurowały tych informacji. Nowa rasa posiadała godne uwagi zdolności techniczne. aby uznać wyprawę za w pełni udaną i opłacalną. ale kto wie. Nowo odkryte ludy reagowały czasem nerwowo na Massudów. dopełniono wymogów formalnych. Nic dziwnego zresztą. Ta chęć współpracy była najzupełniej szczera i uzasadniona na dodatek. ale cóż. padliby bez wątpienia łupem Ampliturów. Długa. Wprawdzie S’vanowie potrafili w ostatecznej potrzebie sięgnąć po broń i osłonić odwrót. które globalna sieć multimedialna szybko przekazała wszystkim mieszkańcom planety. podobnie jak i długie urlopy. Tvarowie obiecali nowym sojusznikom. by zadzierzgnąć więzy przyjaźni. to byłby już zbytek szczęścia. Mieszkańcy planety jednomyślnie postanowili przystąpić do Gromady i wesprzeć ją w walce z fanatykami Celu. Ekipa kontaktowa poleciała bez jakiejkowiek ochrony. Fetę powitalną mieli już niejako w kieszeni. Podziwiali dokonania Gromady i z ponurymi minami słuchali historii zmagań z Ampliturami. Na to jednak musiał przyjść czas. szczególnie Massudzi. wymieniono stosowne uprzejmości. . Załoga statku spędziła sporo czasu na pospiesznych konsultacjach i spotkaniach z tubylcami.

że staje się coraz mniej surowy i wymagający. żadnych szans na prawdziwą cywilizację. gdy okazało się. Pierwsze obserwacje zmieniły nieco to nastawienie. sprawą zajmą się S’vanowie i Kaldaq najpewniej nawet nie ujrzy powierzchni nowego świata. czy inteligentne życie może powstać tam. Stęsknieni za powrotem Hivistahmowie nie byli osamotnieni w swych narzekaniach. Wreszcie coś dla tektoników. Najwyraźniej nie znali podróży kosmicznych. najprawdopodobniej sztucznego pochodzenia. W zasadzie nic szczególnego. że załoga jest już zmęczona. Z niejakim znudzeniem i marną nadzieją przystąpiono do niezbędnych przygotowań. Kaldaq dowiedział się o istnieniu gigantycznych ośrodków miejskich w okolicach. Z czasem odkryto dalsze anomalie. prymitywnych osiedli rolniczych. S’vanowie odetchnęli i nawet solidnie już znudzeni Massudzi poweseleli. na planecie roiło się od miast. w których nikt zdrowy na . Czy ktoś chciał. rozrzucone gwiazdy i kompletnie sterylne światy. zdecydowano objąć sondowaniem nie tylko okolice biegunów i równika. Okazało się. Co ostatni wypatrywali powrotu do jednostek bojowych. gdzie nie ma jednej zwartej masy lądowej. Jeśli nawet tubylcy okażą się wystarczająco dojrzali. ale to jeszcze niczego nie przesądzało. Druga równie przyjazna rasa? Mało prawdpodobne. ale sam czuł. Nadal dwa razy na dobę dokonywał inspekcji statku. Początkowa ciekawość przygasła. Dla zbadania rzeczy najciekawszej. Kaldaq wiedział. Kapitan też zaczynał mieć dość. Jednak zawsze coś. Miłe sercu naukowców dyskusje. typowe promieniowanie elektromagnetyczne sugerujące niski szczebel rozwoju. że tubylcy nie zdołali jeszcze nawet wyjrzeć poza swoją planetę. że lądy planety znajdują się w kawałkach. Na dodatek po ostatnim spotkaniu trudno było liczyć na coś. by nawiązać z nimi kontakt. ale cały glob. Zamaskowany statek wszedł na wysoką orbitę. ucięte zostały w zarodku za sprawą wcześniejszych odkryć. Sama planeta była nawet podobna do poprzedniej. bo tylko tam można odznaczyć się w walce i awansować. znalazły się nawet satelity telekomunikacyjne. co przyćmi tamten sukces. czyli struktury geologicznej. Nie leżał daleko. Hivistahmowie sarkali jakby mniej i zaprzestali drażnienia Leparów. Szybko zlokalizowano nieznany świat. czy nie. gdy ku powszechnemu zdumieniu (jak i radości) wykryto słabe radioźródło.Atmosfera na pokładzie poprawiła się zdecydowanie. Dotarli już do kresu drogi wyznaczanego przez nieliczne.

Żeby było dziwniej. spodziewano się. gdyż Hivistahmowie uznawali hazard za marnowanie czasu. – Jesteś pewien. Kapitan podrapał się mimowolnie pod lewą pachą i wyprostował w wysokim fotelu. Kaldaq przełknął ciężko ślinę. Całym jego odzieniem były jedynie ciemne okulary. Nie dość było tej zwariowanej geologii. że i tak wygraliby każdy zakład. – To nie są dialekty – odparł Hivistahm.umyśle nie budowałby nawet marnej osady. Reszta poprawiła słuchawki. wręcz idealne do zasiedlenia połacie gruntu leżały odłogiem. że to nie dialekty? – Całkowicie. o co w tym idzie. Największa znana nam . Leparowie nie pojmowali. oczekujemy. gdzie tak oryginalnie zagospodarowuje się tereny mieszkalne. Owszem. a tu proszę. – I co z tego? Są światy. – Ale przecież nie może być ich więcej niż piętnaście! – Może. Wiedzieli. przyciągnie sporą uwagę specjalistów. to jeszcze języki się poplątały. Jak dotąd udokumentowaliśmy istnienie co najmniej piętnastu różnych języków. Idąc na spotkanie Kaldaq oczekiwał zwykłej wyliczanki danych statystycznych. jak hivistahmski od massudzkiego. Soliwik poruszyła gwałtownie nosem. gdzie znają nawet więcej dialektów. Szef zespołu Hivistahmów zagwizdał coś do translatora. że ten świat. ostatecznie każdy gatunek ewoluował na swój własny sposób. Zbadaliśmy wszystkie nagrania. Co więcej. pobłyskując zieloną łuską. czy poziom techniczny tubylców jest wyższy czy niższy od reprezentowanego przez poprzednio odkrytą rasę. Przy okazji dalszych obserwacji niespodzianki sypnęły się jak z rękawa. że w olbrzymiej Galaktyce można natrafić w końcu i na takie cuda. Massudzi nawet poczynili zakłady w tej materii. powtórzyliśmy analizę komputerową. Niektóre różnią się między sobą niemal tak bardzo. że w miarę prowadzenia obserwacji będziemy odkrywać następne języki. Oni jedyni. zaś Waisowie patrzyli na podobne zabawy z pobłażaniem. Pozostali oficerowie tylko przytaknęli. S’varowie nie zakładali się. że nie powinno. – To naprawdę dziwne – powiedział T’var. olbrzymie. – Podzielam zdumienie S’vana. Rychło też zaczęto się spierać. – Każdy z odkrytych sposobów porozumiewania się to osobny język. Jednak było oczywistym. chociaż zgadzam się. bo byli za uczciwi.

Nie jestem specjalistą. Zerknął z . Może nie wszystkie z tych piętnastu służą tubylcom na co dzień.dotąd liczba języków rozwiniętych na jednej planecie. która pozwala na równoczesne zaistnienie piętnastu języków. A co mówią Waisowie? – Jesteśmy zdumieni – powiedziała szefowa zespołu tłumaczy. wydaje się niedorzeczny. – Inne działy badań naukowych nalegają na to samo – powiedział T’var. Może niektóre są językami wąskich specjalności. – Waisowie używali zwykle trybu przypuszczającego. ale czynili to z uprzejmości. utrzymana w najlepszym guście. że tych języków będzie jeszcze więcej? – jęknął Kaldaq. Ta sztuka udała się tylko Waisom. że to wcale nie są domniemania. ma pan rację. – Właśnie w tej chwili moi koledzy nagrywają kolejne. podzwaniając melodyjnie bransoletami. aby któryś z nich był metajęzykiem specjalistów. Pomysł. rzecz jasna. inny do normalnej rozmowy. – Mamy dopiero wstępne wyniki. starając się nie okazać irytacji. jednak nic nie wskazuje na to. ale komputer porównał je z obecnymi w jego pamięci precedensami. ale to chyba możliwe. Massudom starczał zawsze jeden. aby podjąć studia filologiczne. plus kilka dialektów. – Istnieją specjalne procedury badania nowych światów i my ich nie naruszymy – oznajmił Kaldaq. Tak zdają się mówić nasze analizy. przy czym kolor i położenie każdego drobiazgu coś znaczyły. – No dobrze. ostatecznie nie przybyliśmy tu. Inny język dla wyrażania twierdzeń naukowych. Cała była obwieszona ozdobami i biżuterią. Nawet na taką. kapitanie. Taki funkcjonalny podział języków jest możliwy. by posłużyć za w pełni adekwatny kod porozumiewania się. każda jednak jest wystarczająco złożona. Przynajmniej pięć z poznanych dotychczas języków to struktury całkowicie odmienne od pozostałych. aby gdziekolwiek posługiwano się ponad piętnastoma. – Ogólnie rzecz biorąc. Kreacja była. Jednak w tym przypadku nie ma on chyba miejsca. to sześć. Jedynym sposobem dogłębnego zbadania sprawy będzie nawiązanie kontaktu z tubylcami. – I mimo to uważacie. – Wszechświat jest ogromny i jest w nim dość miejsca na każdą socjopatologię. Kaldaq wiedział. Ale obserwacje mówią co innego. Na dodatek stosunkowo często trafiamy w różnych językach na wzajemne zapożyczenia. – Kaldaq spojrzał na jaśniejący przed nim ekran. obiecujące próbki. Wśród pozostałych dziesięciu zauważamy powtarzające się struktury.

Dostaniecie do swej dyspozycji jeden z późniejszych przelotów. – Jeszcze nie teraz. Aktywność tektoniczna przewyższa oczekiwaną. mogącymi rzutować na zupełnie unikalny rozwój ekosfery. – Niewiarygodne! To musi rodzić olbrzymie stresy. Wprawdzie powinnniśmy wykonać aż trzy cykle obserwacji. aby wyciągać ostateczne wnioski. zamiast pośrodku tychże. Żaden wydział nie będzie faworyzowany. – Poczekamy. Kaldaq zastrzygł uszami. Naszym głównym zadaniem jest nawiązanie kontaktu z tubylcami. jednak dalsze badanie tektoniki zasugerowało inne rozwiązanie problemu. Jak oni sobie z tym radzą? Kaldaq gestem uciszył oficera i poprosił specjalistkę. że możemy nieco nagiąć regulaminy. – Szefowa pokiwała głową. . ale nie możemy tracić z oczu najważniejszego. na dole. – Oczywiście za wcześnie jest jeszcze. Obecnie skłonni jesteśmy to wiązać z istnieniem dużego księżyca obiegającego planetę po stosunkowo niskiej orbicie. nawet jeśli żaden z nich nie wkroczył jeszcze w erę kosmiczną. – Ale dość o tym bełkocie tam. – Zawahała się na sekundę. Czy wiemy coś więcej o dziwacznej tektonice tej planety? Szefowa odnośnego zespołu poprawiła ciemne okulary. co skutkuje niezwykłymi zaiste zjawiskami. Inkryminowany świat obfituje w anomalie. – Ufam. aż wrócą sondy. Być może w przypadku kontaktu tubylcy sami wyjaśnią nam to zagadnienie lub przynajmniej rzucą nieco światła na nasze hipotezy.ukosa na Hivistahma. Ja też. że jest tu co badać. To akurat można stwierdzić bez żadnych przyrządów. Wiem. że Hivistahmowie i tym razem nie zawiodą. co najwyżej z kilkoma wyspami. na tej planecie mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Na początku przypuszczaliśmy. wystarczy spojrzeć przez najbliższy iluminator. Nie będę tolerować żadnej niesubordynacji czy waśni międzywydziałowych. ale w tym przypadku myślę. – Zamiast jednej masy lądowej otoczonej wodą. – Spojrzał wymownie na specjalistkę. Zespoły pracują jak zwykle – dodał ostrzegawczym tonem – i zgodnie z wcześniejszymi założeniami. – Skorupa planety znajduje się w ciągłym ruchu. że za taki stan rzeczy odpowiada niegdysiejsze zderzenie z kometą. – Odkryliśmy nawet czynne wulkany oraz ślady świadczące o występowaniu gwałtownych ruchów w obrębie skorupy i płaszcza planety. Dwóch potencjalnych sojuszników uzyskanych w jednej wyprawie to coś niezwykłego. Każdy niech robi swoje. by kontynuowała. – Na zamieszkanym świecie! – mruknął T’var. Na przykład wielkie pasma górskie występują tu zwykle na skraju płyt lądowych. – Skinął na protestującą szefową tektoników.

Po analizie danych przyjdzie pora na podjęcie decyzji w kwestii kontaktu. Może szczęście dopisze i krajowcy okażą jeszcze jakieś inne talenty prócz skłonności do mnożenia języków. żeby się dogadać? Równie to bezsensowne. co jeszcze odkryjemy i co będzie naprawdę istotne. jak ukształtowanie powierzchni tej planety. hydrologów czy kogokolwiek innego. Być może pierwsza sonda przyniesie wyjaśnienie. może dwa masywy lądowe. kiedy i gdzie wysłać ładownik. Ustali się. ale sondy potrafiły omijać je z daleka. botaników. Po co komu piętnaście języków. Dopiero zaczynamy i trudno powiedzieć.Szefowa mrugnęła potwierdzająco powiekami. . Miały zbadać dokładnie jeden. W przypadku Waisów czy S’vanów kończyło się zawsze na cichych wyrazach ubolewania. To umykało wyobraźni. – Niezależnie od śmiałych hipotez i ciekawych teorii nie mogę pozwolić. Spotkanie dobiegło końca. zdolnych do lotu w każdych warunkach pogodowych i wyposażonych we wszelką aparaturę potrzebną do prowadzenia obserwacji. Piętnaście różnych języków. by potrzeby tektoników i lingwistów zdominowały badanie kosztem. Już wcześniej zauważono. że na niskich pułapach aż roiło się od samolotów. Cała przemowa wygłoszona była głównie na użytek skłonnych do kłótni Hivistahmów. powiedzmy. Rozumiemy się? Wszyscy obecni dotknęli translatorów w geście akceptacji. Kaldaq rozsiadł się wygodniej w fotelu. Statek miał na pokładzie kilka niewielkich samosterujących kapsuł atmosferycznych.

– Chodzi o sondę. T’var czekał na korytarzu. że dość już obejrzeliśmy. Szybko ześliznął się z wysokiej pryczy i ubrał. Kaldaq ruszył pospiesznie korytarzem i zwolnił dopiero wtedy. Wyczuwając stan ducha kapitana. Czyżby ktoś uznał. wolny od służby personel czym prędzej schodził mu z drogi. gdy usłyszał ciężkie dyszenie próbującego nadążyć za nim T’vara. po prostu Massudzi wszystko robili dość gwałtownie. Może dobra przekąska zrekompensuje niewyspanie. Jadąc windą do centrali zamówił przez podręczny komunikator coś na ząb. – W przeciwnym razie bym nie budził – powiedział T’var tonem pokrzywdzonego. jednak z racji sporej pobudliwości Massudzi zawsze potrzebowali sporo snu i jego brak paskudnie odbijał się na ich samopoczuciu.Rozdział 06 Obudzono go w środku nocy. Sam nie wiedział. – Dokładniej. – Że ty tak uważasz. bowiem dla Jaruselki nie zaczął się jeszcze okres rui. W centrali było pełno poddenerwowanych Hivistahmów i równie niespokojnych S’vanów i Massuddw. Przed wyjściem z kabiny obmył jeszcze oczy i przybrał możliwie wojskowy wygląd. – Lepiej. Pośpiech nie wynikał z zaniepokojenia. Ledwo ujrzał kapitana. S’vanowie byli w tym szczególnie dobrzy. przeprosił za pobudkę. Między nimi przemykali technicy O’o’yanów. żeby to było coś ważnego – mruknął zirytowany. – Wróciła? Trochę za wcześnie. to jeszcze o niczym nie świadczy – warknął Kaldaq. Jaruselka daremnie pytała. – No to jak? . Spora nieuprzejmość. Zrobiło mu się wstyd. i ją odwołał? – To nie tak. Nie była ona szczególnie dotkliwa dla Kaldaqa. co się dzieje.

.. Kapitan pokazał zęby i wkroczył pomiędzy techników i oficerów z takim impetem. że zaczęła nabierać wysokości. niemal proste linie świadczące o rozwiniętym transporcie lądowym. – Co to znaczy.. – Pierwszy oficer powinien spokojnie sobie z tym poradzić. Normalny. Chciał jak najprędzej załatwić sprawę i wracać do łóżka. Czy przyszło komuś do głowy. Obraz zamigotał bez ostrzeżenia i powrócił.. Sonda mknęła nad wielką zalesioną równiną. – To trzeba zobaczyć. Uznawano je za niezawodne. W dole mignęło kilka wielkich miast... – Co to było? – spytał Kaldaq tłoczących się wkoło inżynierów. – To dlatego mnie obudziliście? – Kaldaq nie dał nawet T’varowi czasu na odpowiedź. Kaldaq stanął jak wryty. – Wyślijcie następną sondę i sprawdźcie. że T’varowi daleko jest do normalnej jowialności.. Zajęta pracą obsługa jeszcze go nie zauważyła. Oficer wskazał na ekran. Ostatnie przekazy były dość dziwne. że aż ci rozpierzchli się przed nim. że to za sprawą silnych wiatrów – odparł ściśnięty między dwoma Hivistahmami O’o’yan.– W ogóle nie wróciła. widoczną w rzadkich lukach między chmurami. – Potem że awaria aparatury.. Jak widać na wykresie sonda wznowiła pracę. ale. Ani na chwilę nie odrywał oczu od ekranu. spokojny widok. co stało się z poprzednią. Tyle tylko. – Oto co odebraliśmy w ostatnich chwilach przed utratą łączności. kapitanie. – Tutaj. że to mogła być zwykła awaria? – To nie wyglądało na awarię. – Dziwne? Pod jakim względem? – Kamery coś uchwyciły. Zaraz też zażądał pełnych wyjaśnień. . – Dopiero teraz Kaldaq zauważył. kapitanie. wszelako wszystko się kiedyś psuje. że nie wróciła? Sondy były tak zaprojektowane. aby wytrzymać warunki panujące na najbardziej nawet nieprzychylnych życiu światach. Odbiegały od nich radialnie liczne. – W pierwszej chwili myśleliśmy. T’var zagadał coś pospiesznie po swojemu do Z’mama i Kaldaq go opieprzył. – Proszę spojrzeć. – Hivistahm zwolnił tempo odtwarzania. Kaldaq skupił się na obrazie. Nie jesteśmy pewni. – Teraz będzie najważniejsze – mruknął oficer. Jeden z inżynierów wskazał pazurzastyni palcem jakiś punkt na ekranie.

Ledwie sekundę później ekran poczerniał. mielibyśmy obraz aż do chwili uderzenia w ziemię – powiedział niecierpliwie oficer. – Mamy powody. że to tubylcy ją zniszczyli? – Nikt mu nie odpowiedział. aby schodzić z drogi obcym obiektom latającym – wyjaśnił stojący z boku Massud. Dziwnie to brzmi: inny obszar lądu. wykorzystywane są praktycznie tylko dla potrzeb łączności planetarnej. Może ten teren jest pod jakimś względem szczególny. Nagle coś go zaniepokoiło. – Wszystkie sondy są tak zaprogramowane. – Ale chyba nie uważacie. – Szczegółowa analiza danych pokazuje. W końcu zatrzymał jedno z ujęć i powiększył obraz. że transmisja ustała gdy sonda była jeszcze w powietrzu. Tutejsze satelity są dość nowoczesne. – To jeszcze nie dowód – rzucił Kaldaq. – Gdyby sonda się po prostu rozbiła. T’var odchrząknął i poczochrał się po gęstej brodzie. A jeśli to wysunięta placówka Ampliturów? – To akurat sprawdziliśmy w pierwszym rzędzie – odrzekł jeden ze S’vanów. o ile zdołaliśmy się zorientować. – Przejrzałem wstępne raporty. że nie rozmawia z innym S’vanem. ale łączność urwała się i tak. Nad konsolą zawisł bez ruchu cylindryczny obiekt z małymi skrzydełkami. Czasem jedynie komunikują się z jakimiś innymi urządzeniami umieszczonymi w obrębie układu. – Może zatem jakieś szkodliwe zjawisko atmosferyczne. by sądzić inaczej. ale różnią się zdecydowanie projektem i wykonaniem od sprzętu Ampliturów. – Z’mam podszedł do konsoli i odtworzył ponownie ostatnie fragmenty przekazu.. Nie nadają żadnych transmisji poza system. – Sonda zeszła mu z kursu.W polu widzenia pojawił się niewielki obiekt. Wykonany był niewątpliwie z metalu. Tamte też . wszelako obecnie. – O jednym jeszcze zapomnieliśmy. – Brak przesłanek. Poza tym. Rósł w prawym górnym rogu obrazu. niczego stamtąd nie przyjmują. niebo i ląd zawirowały. czegoś takiego dokonać nie potrafią. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie ich dziwactwa. zapominając na chwilę. – Wyślijcie następną sondę. ale z innym programem. – Z dużą szybkością leciał wprost na naszą sondę – wyjaśnił oficer.. – Wygląda na zwykłą awarię – powiedział Kaldaq. – Takie były nasze dotychczasowe spostrzeżenia. Kaldaq spojrzał na żołnierza. Zagadka dla tektoników. Niech spenetruje inny obszar lądu. aż w pewnej chwili chmury. Wybrany wycinek przerzucił na trójwymiarowy projektor.

– Nie mamy wielkiego wyboru. abyśmy w jakimkolwiek punkcie zaniedbali nasze zadania. Zrobiliśmy naprawdę wicie i nie chciałbym. – Chyba coś nam umknęło – powiedział Kaldaq. że musiał chwilami odwracać się od rozmówców. musimy sami zakasać rękawy. co zrobić z tym światem. – Jednak ani w jednym. Do czasu uzyskania większej liczby danych utratę pierwszego próbnika postanowiono jednak przypisać przyczynom naturalnym. – Skoro jestem już dowódcą tego statku. – To wszystko kupy się nie trzyma – mruknął Kaldaq. co do nas należy – zaznaczył i omiótł podkomendnych spojrzeniem. Dokładna analiza danych doprowadziła ewidentnie do tego samego wniosku: sonda została zniszczona świadomie i z użyciem broni. Możemy wrócić bezpośrednio do bazy i zameldować o wszystkim. i niech władze Gromady same dalej decydują. Frustracja była tak silna. – W przypadku gdy tubylcy usiłują nawiązać łączność z sondą. Niepotrzebnie zresztą. Sonda weszła w atmosferę i rozpoczęła realizację programu.nie zdradzają żadnego podobieństwa ze sprzętem Ampliturów czy ich sojuszników. – Pospieszcie się z tą drugą sondą. Obie zostały po prostu zniszczone. . Sondy sprawdzają się świetnie w normalnych warunkach. A ten nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. który bezpośrednio nadzorował pracę próbników. by nie urazić ich widokiem wyszczerzonych kłów. aż zabraknie nam sond. Nie mylę się? – Właśnie – odparł jego drugi zastępca. Przez kilka dni informacje napływały jak gdyby nigdy nic i dopiero na kilka godzin przed odwołaniem sonda zniknęła w podobny sposób. jej program przewiduje odzew – powiedział naukowy szef wyprawy. jak jej poprzedniczka. ale nie zawsze reagują zgodnie z programem. – Czy naprawdę możemy wykluczyć wpływy Ampliturów? Złościła go ta niepewność. – O ile możemy to stwierdzić. ani w drugim przypadku nie stwierdziliśmy takich prób. Możemy kontynuować badania. Jak na razie nie działo się nic szczególnego. nie próbowano kontaktować się z żadną z sond. Możemy też mimo wszystko zrobić. bowiem maniery Massudów od dawna już nikogo nie dziwiły. otwierając zebranie w salonie statku. Po utracie drugiego próbnika zarządził na pokładzie alarm trzeciego stopnia i nie mógł przeciągać tego w nieskończoność. abyśmy poddawali się przed końcem dzieła. Jeśli mechanizmy zawiodły. to nie pozwolę.

Ekipa naukowców była przeciwnego zdania. – Trudno będzie wyszukać coś takiego – zaprotestował szef techników. że możemy wyciągać błędne wnioski. – Będziemy chcieli wylądować w pobliżu jednego z tych skupisk miejskich. Soliwik nie miała uwag. A jeśli żyją tu jakieś gigantyczne. by nie groziło nam wykrycie. Pozostaje starannie wybrać miejsce lądowania. – Oba próbniki poruszały się kursami wytyczanymi przez program. zagwizdali i zaklaskali niespokojnie. My zanurkujemy wprost do powierzchni planety. – Spojrzał na szefa zespołów naukowych. ale trzeba zmienić trajektorię podejścia. wtedy zamaskujemy lądownik. że to tubylcy są odpowiedzialni za zniszczenie obu sond. Wprawdzie rozwinięty transport powietrzny zdaje się wykluczać istnienie jakichś osobliwych zakłóceń atmosferycznych. – S’vanowie i Hivistahmowie jako obserwatorzy. Nie zapominajcie też. Można zatem przypuszczać. Jeden z Hivistahmów wyraził głośno obawy większości. ile czasu zabrało im wyśledzenie pierwszej. Gdybyśmy tak mogli wejść w górne warstwy . Oddział Massudów na wypadek kłopotów. by nacieszyć się ich cichym aplauzem. Posterunki przeciwnika nie zdążą zareagować. Wais do tłumaczenia. Nie oczekiwali. – Za dużo zmiennych. ale nigdy nic nie wiadomo. Jeśli nawet uznamy. że ich możliwości śledzenia celów są ograniczone. które widzieliśmy za pośrednictwem próbników. Zbyt wiele rzeczy musiał jak najszybciej powyjaśniać. – Pomyślałem o tym – powiedział Kaldaq i rozmowy ucichły. – Ale jeśli obie sondy zostały zestrzelone. Co więcej. Kaldaq nie miał jednak czasu. Przygotować odpowiednie zapasy. byśmy mieli kogo badać. ale na tyle daleko. T’var i Z’mam wyrazili ostrożną zgodę. obie sondy krążyły nad gęsto zamieszkanymi obszarami. Lądowisko ma być położone dość blisko miasta. to zauważcie proszę. latające drapieżniki? Nawet S’vanowie byli pod wrażeniem. by podjąć obserwację. wyposażenie i broń. razem ze Z’mamem przejmiecie dowództwo na czas mojej nieobecności. Drugą namierzali jeszcze dłużej. czego jednak oczekiwać od wiecznie niezadowolonych Hivistahmów? – Załoga lądownika ma być mieszana – stwierdził. że Massud może zaproponować coś tak śmiałego. Musi być tam dosyć miejsca na ukrycie promu i wystarczająca rozmaitość tubylców. ten sam los może spotkać lądownik z załogą.Zgromadzeni zamruczeli. – Soliwik. Gdy będziemy już na dole.

To by tłumaczyło mnogość języków. Na dole istniała tylko jedna. z drugiej jednak pochopne reakcje byłyby niewskazane. Chętnych do lądowania nie powinno brakować. która miała pilnować statku. która oczywiście też chciała lecieć. Wyjaśnił to wszystko Jaruselce. nie będę ryzykował. Z jednej strony trzeba było zapewnić maksimum bezpieczeństwa. Pamiętaj przy tym. ale po tak długim rejsie każdy marzył o tym. – Dopóki nie znamy prawdziwych możliwości tubylców. Kaldaq nie mógł tego uczynić. Odmówił. Odwrócił się do T’vara. Analiza przekazów wizualnych kazała odrzucić to przypuszczenie. że nie będzie przesadnie ryzykował. On też chciał doczekać się potomstwa. Kaldaqowi ulżyło. Potem doszło do dłuższej i dość burzliwej dyskusji (jak to zwykle między Massudami). Do pewnego stopnia . Do czasu ustalenia prawdziwego statusu nowego świata badania naukowe schodzą na dalszy plan. Aby przyspieszyć przygotowania. Wybierz techników. że będziemy musieli dźwigać sporo ciężkiego wyposażenia. Kłótnie między naukowcami były o wiele intensywniejsze. – Zbierz grupę. Obcy nie byli potworami. skutkiem czego dziewczynie i tak pozostało jedynie przygotować się na zacieśnianie więzów przyjaźni z tą resztą załogi. którzy nie boją się byle czego. – Zerknął na Soliwik. Kaldaq musiał improwizować. po prostu działał i wydawał całymi seriami kolejne rozkazy. dominująca forma: dwunóg i najprawdopodobniej ssak. Kaldaq zapewnił ją. że wszyscy naukowcy zostaną na razie na orbicie.atmosfery.. Może inny kapitan postanowiłby raczej zostawić cały ten pasztet i wracać czym prędzej. – Musicie sobie jakoś poradzić – odparł Kaldaq. Zamiast zastanawiać się nad czymkolwiek. Statek pozostanie na wysokiej orbicie. że może na tym świecie rozwinęło się kilka inteligentnych gatunków. Każdy wydział i instytut chciał ulokować w ekipie jak najwięcej swoich wysłanników. Przy wzmożonej grawitacji maskowanie czasem zawodzi. Ktoś rzucił hipotezę. by stanąć na powierzchni prawdziwej planety i odetchnąć powietrzem. Biorąc pod uwagę poprzednie odkrycia istota zaskakiwała pospolitością swego wyglądu. Ryzyko ryzykiem. którzy nie strzelają do wszystkiego. które nie pochodziło z odświeżaczy statku.. co się rusza. Kaldaq zarządził. – I żołnierzy.

Lądowali w połowie nocy. Pod nimi rozciągały się liczne płycizny otoczone głęboką wodą. a pokładowy komputer opracował najkorzystniejszą metodę zakamuflowania lądownika. Jednak płytki akwen dawał najlepszą możliwość szybkiego ukrycia wahadłowca.przypominali nawet S’vanów. Idealne miejsce. jednak na uboczu. gdyby usadowili się gdzieś na lądzie. jednak nie pozwalały na jakakolwiek obserwację. a tej właśnie było tutaj najwięcej. Posiadanie trzech zastępców miało swe dobre strony. Równocześnie poszukiwano stosownego miejsca na lądowisko. Ani śladu mieszkańców. Opadanie z orbity nie było miłe. Wyhamowali dopiero tuż nad samą powierzchnią. że mozół techników nie poszedł na marne. a gigantycznym wałem utworzonym przez zwapniałe szkielety drobnych morskich stworzeń. unikną zapewne także większych kłopotów. że wąski i kolisty pasek lądu nie był skałą. Brak aktywności tubylców. bez trudu doprowadziliby statek z powrotem. Jeden rzut oka utwierdził ich w przekonaniu. Głębie oceaniczne byłyby idealne. Kaldaq byłby szczęśliwszy. Massudów trochę mniej. Wytyczono stanowisko leżące na południe od obszaru. Poza tym drużyna bojowa sprawdzała się w pełni dopiero wtedy. . Szybko przeanalizowali skład chemiczny bariery. Ledwie wystający ponad wodę ląd porastały gęste krzewy i wysokie drzewa o pozbawionych gałęzi pniach. Kapitanowie nie brali zwykle udziału w pionierskich lądowaniach. na którym zniknęła pierwsza sonda. rzadkie i słabe transmisje radiowe. możliwie blisko największej koncentracji radioźródeł i szlaków powietrznych. Wkoło wznosił się pierścień wyspy. Akurat dla Lepara i chyba tylko dla niego. Mający go zastępować oficerowie byli i tak bardziej doświadczeni w kwestiach pokładowych i gdyby coś się stało. omijając miasta. co pozwalało nie przejmować się falami i prądami. Biologowie wzięli się z zapałem do roboty i rychło odkryli. Kaldaq był zadowolony. Ostatecznie znaleziono kompromisowe rozwiązanie. gdy dowódca też był Massudem. Zresztą. jednak ten świat wymagał szczególnego postępowania. Zanurzyli się jak najciszej i spoczęli na piaszczystym dnie w bezpiecznej odległości od powierzchni. Massudzi nie przepadali za wodą. Zabierał ze sobą dwunastu żołnierzy – dość by poradzić sobie z większością możliwych zagrożeń.

ale to nie oznaczało jeszcze. tytułem próby czy w nagrodę. lądy pokawałkowane. Zwierzęta morskie były bajecznie kolorowe. Kaldaq był im głęboko wdzięczny za poświęcenie i cierpliwość. że jakiś samolot ich zaskoczy. jak i pod wodą. Chwilowo jednak musiał jeszcze obejść się smakiem. Zastymulowane w ten sposób żyjątka zaczęły radośnie obudowywać siatkę wapieniem i w ciągu kilku dni dookoła statku wyrosła najprawdziwsza rafa. przeanalizować rzecz do końca. . które podłączono do prądu. stwierdził przy jakiejś okazji Kaldaq. o umiarkowanie silnych wiatrach. bowiem pracowali na zewnątrz. Na razie jedynie nocami. Pierwszej nocy spojrzał w niebo. Można było pozazdrościć im umiejętności oddychania zarówno w powietrzu. na którym lśniły tysiące nieznanych gwiazd. gdy będzie mógł opuścić lądownik i poczuć prawdziwy ląd pod stopami. zaś okoliczne ryby i inne. nader kolorowe cudactwa szybko zaakceptowały utworzony niespodziewanie kawałek rafy i zasiedliły jego szczeliny. Od kiedy przybyli. żaden nie przeleciał nad atolem. Mnogość języków. Kaldaq tęsknił za chwilą. Na powierzchni można było czynić to bez skomplikowanych urządzeń odbiorczych. Nie obawiali się.Hivistahmowie i O’o’yanowie pokazali Leparom. że wszystkie są łagodne. Co to za świat. ale mogły się w niej czaić jakieś żarłoczne lub jadowite stworzenia. Na powierzchni i pod wodą. Wszelako był to piękny świat. Tylko Leparowie od dłuższego już czasu cieszyli się swobodą w ciepłych wodach laguny. Tego i wyłącznie tego zresztą. I jeszcze jakimś niepojętym cudem wytworzyło się tu inteligentne życie. Dość ciepły. Ostatecznie skonstruowano zamaskowany podwodny tunel łączący statek z plażą i załoga mogła wyjść na brzeg. Leparowie dodatkowo ozdobili ją okazami miejscowego życia roślinnego. Oddychanie wymagało niejakiego wysiłku. aktywne wulkany. Waisowie pracowali nawet po godzinach. zastanawiał się czasem. Zaczęto ponownie nasłuch transmisji radiowych nadawanych w najpopularniejszych językach planety. jak zbudować wokół wahadłowca kształtne rusztowanie. Ilość docierającego do poziomu gruntu promieniowania ultrafioletowego była do przyjęcia. dzięki czemu kryjówka już zupełnie przestała odróżniać się od reszty otoczenia. Okoliczna roślinność wyglądała niegroźnie. tylko zawartość tlenu w atmosferze pozostawiała nieco do życzenia. by rozpracować struktury gramatyczne i składniowe. Nawet jeśli maleńka wysepka nie dawała szansy na prawdziwie długie biegi.

Jednak Yatoloi nie mógł oprzeć się wrażeniu. Zresztą w ogóle rzadko kiedy rozumiał Massudów. ale S’vanowie jako jedyni opanowali w pełni sztukę konwersacji. Wokół bioder zapięty miał pas z narzędziami. że trzeba wszystko rozumieć. Byle tylko powierzone im zadanie nie wymagało zbytniej zręczności palców ani twórczego myślenia. jeść. monotonnie i bez narzekań. z dotychczasowych obserwacji wynikało. jego własny gatunek nie miał nawet szans na podobne dokonania. W pewnym sensie. Wiele ras potrafiło wyrażać się potoczyście. S’vanowie równie dobrze żonglowali słowami. że tubylcy wolą podróżować za dnia.. po co Massudzi tak biegają. O’o’yanowie czy (cóż za upiorna perspektywa) S’vanowie.Potem ruszył biegiem po piaszczystej plaży w przeciwnym kierunku niż reszta Massudów. że coś w ten sposób traci. Wystarczy pracować. Po co tracić tyle energii bez widocznego rezultatu? A może chodziło o zabawę? Rodzaj żartu? Massudzi mieli spore poczucie humoru. że to dla nich bardzo ważne. że rychło obiegną wysepkę i znów się spotkają. To był ich unikalny talent. Może gdyby był równie błyskotliwy jak Massudzi. A biegali wspaniale. Potrafili jedynie pracować: ciężko. T’var i tak da znać z odpowiednim wyprzedzeniem. Ale nigdzie nie jest napisane. Yatoloi zanurkował i bezwiednie przeszedł na oddychanie tlenem zawartym w wodzie. rzeczą równie istotną w ich życiu jak seks. Nie pojmował. aby wszyscy zdążyli się schować. Brakowało im też technicznych talentów Hivistahmów czy precyzji O’o’yanów. Teraz żaden nie powstrzyma Massudów przed pierwszym od wielu miesięcy prawdziwym biegiem. Ale to mało prawdopodobne. pomyślał Yatoloi. by zwolnić ostatecznie i wywiesić jęzory z boku paszczęk. Wiedział. Leparowie byli inni. spać. okrążać lagunę raz za razem. ale czemu właściwie? Tego też nie rozumiał. Kolory i bogactwo form tutejszego świata zachwycały . Odruchowo wypluł z zewnętrznych skrzeli kilka grudek planktonu. Na statku taki luksus był niedostępny. ale przez chwilę mógł być wreszcie sam. Yatoloi wiedział. na dodatek te kudłate niedorostki (Kaldaq miał na myśli S’vanów) wyrażały się niepochlebnie o sportowych rytuałach. Mogli galopować tak przez całą noc. chociaż i tak nie dorównywali S’vanom. Gdyby zaś jakiś pojazd zbliżał się do atolu. rozmnażać się.. Yatoloi unosił się na spokojnej powierzchni zatoki i przyglądał gnającym po piasku Massudom. jak Massudzi przebierali nogami.

To budziło obawy i on też odczuwał lęk. ale to nie mąciło mu obrazu piękna. Odwiedzał już wiele światów. O wiele bardziej interesowała go sprawa zniknięcia aż dwóch próbników. Jednak spoglądano nań z ukosa. Bez wysiłku pojmował. To wielka pomoc. ale głęboko zakodowana fobia. czym jest piękno. Wiele organizmów świeciło nawet w nocy. pomyślał Haoupi. Bali się ich bardziej. i rozszyfrować ten świat. nie narzeka przy nim zbyt głośno. że od razu robi ci się przykro. Zanurkował głębiej i przyjrzał się pełznącej po piaszczystym dnie istocie. Pracowali zatem na okrągło i nie narzekali. Haoupi ucieszył się na jego widok. I to najważniejsze. Nawet jeśli Hivistahmowie pyszczyli. Leparowie bali się ich o wiele bardziej niż inne rasy. żeby dokonać tego. że to zwykły atawizm. Ale taki już los wszystkich Leparów.go niezmiennie od pierwszej chwili. Zebrał już sporo okazów dla naukowców i zdumiał się niejednym ich komentarzem. lekko tylko machając ogonem. a wszystko w nadziei. Przepływający Leparowie pozdrawiali go stosownymi gestami i grymasami ust. Trzeba sobie z tym radzić. mieć przy sobie kontrolera tej klasy co Yatoloi. Może nawet silniej. Ale nie czas na oglądanie krajobrazów. ale teraz wrócił już do formy. Hivistahmom brak cierpliwości. To cudowne miejsce. a to było miłe. który sprawdzał przyrost rafy wkoło anteny lądownika. Musi pomóc Haoupi. Ale Yatoloi zgodził się ją podjąć. Cierpieli i też nie narzekali. Pracę skończyli o czasie i dzięki talentom Yatoloiego nie musieli nawet prosić o nic dyżurnego Hivistahma. przyleciał i tutaj. Dobrze było wypłynąć na wody laguny. o dziwnej strukturze geologicznej. skoro uprzejmie go poproszono. Zawsze wolał pływać niż chodzić. Byle tylko Ampliturowie nie pozbawili ich jaźni. W razie wątpliwości jest się kogo spytać. Jedna z wielu przeciwności życia. Płynął bez wysiłku. Przynajmniej nikt nie śmieje się z kontrolera. Teraz żywa załoga przybyła. niż mrocznych głębin własnych mórz. Byle tylko dołożyć swoją cegiełkę. że uda się wreszcie znaleźć skuteczny sposób na Ampliturów. Praca kontrolera nic była łatwa: wymagała podejmowania decyzji. Ale zawsze mu dziękowali. pomyślał. czego automaty nie potrafiły. Słyszał o tutejszym pomieszaniu języków. często mówią takie rzeczy. W jego przypadku nie była to jedna z wielu emocji. . Przez kilka pierwszych dni odczuwał ból nie używanego należycie przez długi czas ogona.

ale sztukę przetrwania opanowali do perfekcji.Leparowie nie byli przesadnie inteligentni. .

Jedno z przypuszczeń zakładało daleko idącą specjalizację biologiczną (i tym samym społeczną) poszczególnych grup. Potrzebna była też spora doza szczęścia. na przykład. nagrania miejscowych programów dostarczały im sporo wiedzy. S’vanowie i Massudzi też byli dwunożnymi ssakami. szczególnie pod względem koloru skóry. podział. Turlog jednak starał się za wszelką cenę jakoś sklasyfikować ten dziwny świat. trutnie i tak dalej. Dziwne. S’van spędził sporo czasu z Pasiiakilionem. Owszem. co byłoby nader wskazane. jako że programy dostarczały często sprzecznych danych. ma cechy ssaka i jest bardzo zróżnicowany. Ale wszyscy oni posiadali jeden. wspólny dla całego gatunku język. . co dawało łączną liczbę osiemnastu. z czego wynika ta cecha. Drugi pomysł był o wiele sensowniejszy. Naukowcy nie potrafili jeszcze orzec. albo postarać się o okaz do badań. Pozostawało albo przenieść (mimo wszystko) lądownik bliżej centrów miejskich. Waisowie znaleźli trzy nowe języki. Jeśli istoty te miały równie silny instynkt stadny jak na przykład S’vanowie. jednak nikt obcy nie odwiedził atolu. Z góry przypominał jeszcze jedną odrośl rafy. że tutejsze grupy terytorialne w ogóle potrafiły się porozumiewać. Wszelako postęp zasadniczych badań napotykał na opory. Okoliczne stwory morskie zagnieździły się w niej na dobre. który rozwinął teorię. na robotników. Hivistahmowie. Chcieli podjąć próbę wyizolowania pojedynczego osobnika. Wiedziano już. jednak było to zadanie delikatnej natury. ale badania żywej istoty znacznie przyspieszyłyby prace.Rozdział 07 Piątego dnia statek spoczywał już całkiem zamaskowany na dnie laguny. O’o’yanowie i pozostali to stworzenia przynajmniej stałocieplne. W każdym razie nie były to istoty definitywnie obce. jak ją nazwał. „geosocjologii”. Kaldaq nigdy nie słyszał o takiej dyscyplinie. że dominujący gatunek jest dwunożny. Dla Kaldaqa była to wielkość astronomiczna.

oderwanie jednostki od znajomego społeczeństwa mogłoby spowodować traumę albo i coś gorszego. pomyślał Kaldaq. jednak zapewne trudniej by wówczas przyszło pozyskać ich współpracę. Podwodny wehikuł okazał się wspaniałym punktem obserwacyjnym. Naukowcy podnieśli wielki wrzask. Można by obserwować wzajemne relacje partnerów. tym większe prawdpodobieństwo. dzięki czemu łatwo było rozróżnić samców i samice. a im mniej osób na pokładzie. Ich płaskie twarze nadawały im podobieństwo do S’vanów. uznawał. Pozbawione niemal zupełnie sierści ciała budziły odrazę Massudów. Kapitan uznał. Kwestii płci okazu nie uważano narazić za szczególnie istotną. że samo gadanie nic nie da i trzeba po prostu spróbować. zatem Kaldaq po prostu położył się na obłym pokładzie łódki i przyglądał się obcym przez mnożnik optyczny. Mijały dni. Szkoda. Tubylcy nosili skąpe ubrania. . bowiem biologowie pragnęli i tak zbadać obie. Wszyscy pamiętali jeszcze. że można poczekać na okazję. że wykluczono ich z tej ekipy. Był tylko jeden problem: załogi tych stateczków były nieliczne. Ostatecznie uznano jednak. że obcy nie przypominają Turlogów. czy najbliższy krewniak jest tuż obok. ich zachowania w różnych sytuacjach. ale na wszystkich były co najmniej cztery istoty. jaki los spotkał sondy. Wobec ciepłych nocy można było nie zawracać sobie głowy ogrzewaniem. obcy nie mieli jednak ogonów i nie wydzielali śluzu. aby zlecić misję samym Leparom. Wybrano łódź z trzyosobową załogą. Kilka stateczków wpłynęło na krótko do laguny. Tym przynajmniej wszystko jedno. Atol leżał jednak blisko stałego lądu.. Czterech Massudów wyraziło gotowość podjęcia wyprawy po egzemplarz obcego. co szczególnie cieszyło kiepsko pływających Massudów. jednak gdyby zdobyć parę. ale szybko się przymknęli. Oczywiście nikt nawet nie pomyślał.. Postanowiono porwać obcego z pokładu jednej z przepływających czasem w pobliżu atolu łodzi. że pozostali szybko zauważą brak towarzysza. Po tym względem podobieństwo do Leparów było uderzające. niewątpliwie byłoby łatwiej. Miniaturowa łódka podwodna była urządzeniem cichym i praktycznie niezatapialnym. Mało która wpływała do laguny. czy kilka lat świetlnych dalej. że tylko skończeni głupcy mogą wypuszczać się na otwarty ocean w tak małym gronie. Towarzyszyłby im jeden Wais i jeden Lepar w roli mechanika. Kaldaq podszedł do sprawy sceptycznie.

– Lepar mógłby podpłynąć pod samą burtę – zauważył jeden z żołnierzy. Podrygiwali miarowo w świetle pełnej tarczy księżca. może nadpłynąć inny statek i sprawa się skomplikuje. gdy wpłynął do niej dziwny statek o dwóch kadłubach i rzucił kotwicę. Nadal nie przypominała sztuki cywilizowanej. Ale co z tego? Podstawowe badania utknęły w miejscu. jednak w swym barbarzyństwie była nawet chwilami miła dla ucha. Kaldaq zastanowił się. Jeśli będziemy czekać. Ponieważ my bezpieczne obserwacje prowadzić możemy jedynie w nocy. Żadnego ruchu wewnątrz. Tyle było widać z dala. Była całkowicie odmienna od słyszanych dotąd utworów. Ciekawe widowisko. – Iluminatory są za wysoko. typowy dla miejscowych statków. Poza tym oni pokazują się najczęściej za dnia. Mimo oporów Kaldaq musiał poprowadzić . proponuję wejść na pokład teraz. w końcu przywołał resztę Massudów na naradę. Poza tym nie rozbrzmiewała nazbyt głośno. zrefowany żagiel. żadnych sylwetek na tle świateł. Kaldaq wzdragał się przed zajrzeniem do środka. Kaldaq i Denlak okrążyli stateczek. Kolejne sekwencje harmonicznych wariacji. Zupełnie jakby obcy nie mogli się zdecydować. Pusty pokład. Z wnętrza statku dobiegały rytmiczne dźwięki. co stwarza dodatkowe ryzyko. jaki to rytuał odprawiają owi tancerze. Nie sięgnie. jaka wersja ulubionego utworu najbardziej im odpowiada. ilu krajowców jest na pokładzie. Kaldaq zmarszczył nos. Pary zmieniały się co jakiś czas. Ciała mieli muskularne. która już pierwszej nocy zaczęła dobiegać ze środka. – Po raz pierwszy od długiego czasu mamy do czynienia z pojedynczym statkiem. Nic. postanowiono podjąć tym razem próbę kontaktu. masa materiału dla biologów i socjologów. Laguna była całkiem pusta. Czegoś takiego nie słyszeli nawet w transmisjach radiowych. Ponieważ statek kotwiczył samotnie. centralnie umieszczonej kabiny. Nadal nikogo na pokładzie. Może uda nam się policzyć obcych bez zdradzania swojej obecności. światło dolatujące z dużej. To idealna okazja. Jednak nie konstrukcja wehikułu zaabsorbowała obserwatorów najbardziej. ale najpierw musimy wiedzieć. aż sami się pokażą. ale muzyka. kotwica na dnie. Innych propozycji nie było. tylko muzyka. znak mogący świadczyć o niewielkiej liczebności załogi.Było ich sześcioro.

Przedtem należało jeszcze przepłynąć kawałek wpław. Kaldaq podszedł bliżej i zajrzał do kabiny. Woda była ciepła. Dropahk zgłosił się na ochotnika do towarzystwa. zapięli pasy z oprzyrządowaniem. W środku było jasno. Massudowie i tak byli uprzywilejowani. – Widzę wnętrze kabiny. Stateczek trwał przed nimi nieruchomy i spokojny. Massudzi czekali zatem na pokładzie jednostki podwodnej i rozważali różne możliwości przebiegu akcji. Miedzy kadłubami rozciągała się rozległa. sobie zębate paskudztwa krążące pod nim w wodach laguny. Muzyka dobiega z tego drugiego kadłuba. Zmuszony do wymachiwania łapami Kaldaq aż wyszczerzył zęby. Wysiłek dawał się we znaki. jednak niewielka to pociecha dla kogoś. wysoko wzniesiona nad wodą kabina. W końcu nadeszła właściwa pora. . – Drzwi z tyłu są otwarte – szepnął do kapitana. takie jednostki spotykało się często na prymitywnych światach. Kaldaq i Dropahk zdjęli ubrania. Wyobraziwszy. Spora ich część była niezbyt budująca. Wydawało się. Mokre futro ociekało wodą. ale nie nowatorska. Kaldaq pospieszył za towarzyszem na pokład. Massud domyślił się. W głębi ujrzał kolejne koło i dalsze instrumenty. kto po prostu nie lubi pływać. Z dalszych drzwi dolatywała muzyka. Nie była aż tak przykra. coś niewidocznego pomrukiwało z cicha. tuż obok szeregu pionowych szczelin tworzących coś w rodzaju drabinki. bowiem Hivistahmowie i O’o’yanowie w ogóle nie posiedli tej sztuki. które widywano czasem w pobliżu lądownika. jak się obawiał. szczęściem było blisko i kilka chwil później obaj żołnierze dobili do rufy jednego z bliźniaczych kadłubów. Dropahk chciał iść pierwszy. że musi to być generator energii. Ta ostatnia miała służyć wyłącznie do obrony przed wodnymi drapieżnikami. jako że uchodziły za dość uniwersalne. komunikatorami i translatorami (wyposażonymi w program stosowny dla używanego w okolicy języka tubylców) oraz ręczną bronią. ale i tak raniła uszy.oddział i jako pierwszy wspiąć się na pokład. za nią widniało pomieszczenie z wielkim urządzeniem w kształcie koła i kilkoma prostymi instrumentami. Nic się tam nie porusza. Sama konstrukcja była interesująca. że tubylcy są najmniej czujni w godzinach poprzedzających bezpośrednio wschód słońca. nieco mebli i ozdób.

– Ale mogą być jadowici. – Doradzam ostrożność. Kapitan z ulgą wycofał się do kabiny. o dwa mniej niż O’o’yanowie. chyba musi posiadać słabo wykształcone organy słuchu. O jeden więcej niż Massudzi. Miał nagie ręce i manipulował coś przy licznych urządzeniach. Zaraz położył uszy płasko po sobie i wyszczerzył zęby. nawet jak dla Kaldaqa. W środku pachniało intensywnie obcymi. – Znalazłem tylko jednego – mruknął Kaldaq i skrzywił się pod wpływem nagłego dysonansu.. miękka na oko i wilgotna. Chce mieć tu całą ekipę. potem w prawo. – Czy to konieczne. jak tubylec to wytrzymuje. – Lepiej nic zostawiać takich spraw przypadkowi. – Nie ma nikogo. Dropahk przysunął się bliżej. Kaldaq pochylił się i wszedł do kabiny. – Musimy tam zajrzeć. – Zawahał się i wskazał na otwarte drzwi. kapitanie. Niemal zupełnie bezwłosa skóra. Ale fałsz! – Że on od tego nie wariuje! Nic dziwnego. co Hivistahmowie. Tutaj musiał zgiąć się we dwoje. Zmarszczył nos. . – Wiemy już. dokładnie tyle samo. – Pusto. Tylko muzyka. Siedzi odwrócony tyłem i nie mogę odróżnić płci. – Chodź – szepnął do kompana. Dźwięki rozlegały się tutaj zbyt głośno. Spojrzał ostrożnie w lewo. Niech wezmą tłumaczkę. że jest sam. Po obu bokach widniały otwory łączące centralne pomieszczenie z kadłubami. jacy są. Nie wyglądają na mocarzy. kapitanie? Przecież my dwaj. Przekaż pozostałym. – Będę uważał. Przy każdej dłoni obcy miał pięć nagich wyrostków. Ale to było jedyne. aby przybywali. z którego dobiegała muzyka.. Żadnej łuski.których przeznaczenia mógł się tylko domyślać. Był odwrócony tyłem do wejścia i nie dostrzegł jeszcze Kaldaqa. – To granie wwierca mi się w mózg. Tubylec siedział w drugim końcu wąskiego kadłuba. ale słyszeliśmy już tu gorsze rzeczy. Nie pojmował. co łączyło go z tymi ostatnimi. – Ja też dostaję drgawek. Skierował się ku temu. Dropahk wyjrzał z przeciwległych drzwi. Bezpośrednia obserwacja potwierdzała uzyskane wcześniej informacje.

która urwała się z opisanych przez Holsta pierścieni Saturna. że cierpi na ostrą niestrawność. Dla uzupełnienia braków zapuścił jakiś czas temu bujne bokobrody. Żeby tylko nie musiał tu długo czekać! Spróbowawszy tonacji fis. Instrument uparcie oznajmiał światu. Właśnie: być oryginalnym. coś w stylu czarnej komedii nawiązującej do muzyki Berlioza czy Bartoka. Jedynie lekki szum syntezatora zakłócał ciszę tropikalnej nocy. Will Dulac przerwał na moment. Zupełnie jak zwariowana tuba kontrabasowa. – No to ją przyciągną.. pofalowane włosy. Oparł się wygodnie i spojrzał w zamyśleniu na milczące instrumenty. wystarczy. Pierwsza połowa „Arkadii” była już gotowa. Żołnierz zmarszczył nos i zniknął w mroku. Palcami prawej dłoni przeczesał ciemne. Jednak scherzo sprawiało wciąż same kłopoty. Toccata nawet się udała. Spojrzał ze złością na klawiaturę MIDI i na plątaninę kabli. Dokonać czegoś. ale za żadne skarby świata nie wiedział.. pomyślał. Kaldaq zatkał uszy. Tubylec siedział wciąż przy swojej aparaturze i produkował dźwięki poddające w wątpliwość jego status istoty inteligentnej. ponad czołem pojawiły się już głębokie zakola. Nieustannie zastanawiał się. Dropahk kiwnął głową. I wezwij jeszcze Yatoloia. Potem temat miały przejąć drugie skrzypce i kontrabasy. zgrabnej toccaty dochodziły jeszcze instrumenty dęte. Początek zamierzał rozpisać na flety w kontrapunkcie z solowym fagotem. Nie chodziło o melodię ani o stosownie mroczną tonację. co powinno dać efekt poniekąd humorystyczny. Wszystko brzmiało mu zgrzytliwie. jak zgrabnie przejść od adagia do scherza. widząc zdumione spojrzenie Dropahka. że popływa sobie tuż obok – dodał. Może nam być potrzebna. Nie będzie musiał nic robić. reszta z wolna rysowała się w głowie. którą zdołał w końcu wprowadzić do programu maszynki. zaś podczas małej. Flety ginęły na tle pozostałych instrumentów. ale nagle przypomniał coś sobie i odwrócił się. Główną zagwozdką była orkiestracja dzieła.– A jeśli Wais nie będzie chciała tu przyjść? Ona nie potrafi pływać. jakby tu uatrakcyjnić swój wygląd. zaś co do fagotu. Zero inwencji. – A kto popilnuje naszej łódki? – Właśnie Yatoloi. Czupryna jest jak cofający się lodowiec. który miał brzmieć jak pogrążony w żałobie. A gdyby tak . Tak jak w przypadku muzyki. Łysiał z wolna.

od Hansona po Glassa. Will potrząsnął przecząco głową. Jakąś suitę z wykorzystaniem pieśni ludowych. Nie to jednak chodziło mu po głowie od piętnastu lat. Na pewno czerpiesz natchnienie z jazzu. za to nieustannie nawiązywała do kajuńskiego dziedzictwa Willy’ego. ni mniej ni więcej. chorowity Amerykanin mogli opanować orkiestrę. prawda? Przecież nie może być inaczej”. ale jako wtrącenia i przerywniki w większej kompozycji. Mimo braku towarzystwa. Czerpał właściwie zewsząd. Ludzie mówią mu: „Och. a już krytycy i szeroka publiczność pakują cię do pudełka z napisem jazz. Dulac miał nadzieję. ale w połączeniu z echami współczesnej muzyki amerykańskiej. Uciec od spotykanych po . Wystarczy urodzić się w Luizjanie. że nie jest jazzmanem. których słuchał w dzieciństwie w parafialnym kościółku. to przez całe życie musi udowadniać. a dodanie saksofonisty narażało jeszcze małomiasteczkowe orkiestry na koszty wynajmu stresującego grajków solisty. Do diabła! A takiemu Ravelowi poszło jak z płatka! I Debussy’emu. Szczególną inspiracją była mu cudowna symfonia Johna Vincenta. Pragnął zaadaptować ludową muzykę Kajunów do współczesnej tradycji symfonicznej. nad jeziorem czy nad zatoką też nie było dość spokojnie. Teraz mierzył wyżej. Z tymi skrzypcami. jesteś muzykiem z Nowego Orlanu. na pewno. Mogą nie palić się do wykonania gotowego dzieła. Jego praca nie miała nic wspólnego z jazzem. tak. Owszem. tamte brzmienia też wykorzysta. że kilka tygodni na łodzi pomoże mu przełamać twórczy impas. A on wcale nie miał ochoty zostać drugim Louisem Gottschalkiem. Może dlatego. Paskudne uogólnienia. Jeśli ta banda Francuzów z początku dwudziestego wieku i jeden późniejszy nieco.zastąpić fagot saksofonem? Orkiestracja była już i tak dość złożona. O wiele łatwiej byłoby skomponować jakiś krótszy kawałek. to czemu pewien nowoorleański nauczyciel akademicki z bogatym doświadczeniem tłucze ciągle głową w mur? Może niepotrzebnie unika saksofonu? Może to podświadoma blokada spowodowana pragnieniem ucieczki od brzmień jazzowych? Jeśli ktoś pochodzi z tej akurat części kraju. Potem prosta orkiestracja i można nagrywać. że Vincent nie pochodził z Los Angeles czy Nowego Jorku. Musiał uciec o wiele dalej. Miasto rozpraszało go. W jego twórczości pobrzmiewały wprawdzie wpływy minimalistów. i Griffesowi. tylko z Alabamy.

Dearbom. Ponieważ nie miał dość forsy. że zagra symfonię gdy tylko przybierze ona możliwy do poprowadzenia kształt. to drugie skomponowane dla Baton Rouge PBS. kompozycji. pełen ich muzyki. I oklasków pod koniec. W mieście zawsze kusi człowieka. Z rzadka dorabiał sobie jeszcze gościnnym dyrygowaniem i zleceniami od stacji telewizyjnych. Jeśli miał pokonać to kradnące mu czas monstrum. Wykorzystał wszystko. Łatwo trzasnąć w wyłącznik maszynki i spędzić cały wieczór krążąc po pełnych turystów ulicach. Jedno i drugie było dobrze płatne. i zwalczył pokusę. wtedy będzie musiał poważnie zastanowić się na propozycjami Franka Dearborna. Na razie ważniejsza jest obietnica Dorbachevskiego i wizja znajomych dźwięków rozbrzmiewających dumnie w sali filharmonii. ale w ten sposób niczego się nie osiągnie. że woli obecną niezależność. zamówić cafe au lait i bagietkę. od restauracji i wykładów. „Arkadia” miała być punktem zwrotnym. Szef orkiestry obiecał mu prawie. I jeszcze podkład muzyczny do filmu dokumentalnego o dzikim ptactwie Luizjany. niejednokrotnie proponował Dulacowi stanowisko etatowego profesora. jeśli nie uda mu się ukończyć „Arkadii”. Oczywiście. po prostu chciał mieć dość czasu na komponowanie. Ale to jeszcze nie teraz.księgarenkach przyjaciół i kolegów. to może przyniósłby nawet jakieś większe pieniądze. odpowiadać bezczelnie na ich ciekawe spojrzenia. szef wydziału. musiał poszukać całkowitej pustki towarzyskiej. Można. Żeby tylko te przeklęte flety zechciały pójść mu na rękę! Chwilowo jedynym jego powszechnie znanym utworem było czterdzieści pięć sekund muzyki zamówionej przez dział wiadomości bieżących lokalnej stacji NBC. Nie żeby uwielbiał cygański tryb życia. od uniwersyteckiego zgiełku i gadulstwa. ale gwarantowała ponadto o wiele lepszą jakość wykonania niż w przypadku orkiestry uczelnianej. nadziei i snów o potędze. Jakiejś intelektualnej pustyni. aby poprzestać na modnym minimalizmie czy szokującej . ale on niezmiennie odrzucał te oferty. pozostał mu wynajem łodzi. Wyjaśniał. Głównym motorem działania było zainteresowanie Dorbachevskiego. Gdyby film był o wydobyciu ropy naftowej. Filharmoniczna premiera nie tylko podniosłaby rangę. co pamiętał z dzieciństwa oraz całą wiedzę profesjonalną. by odstawić komputer i przejść się do Cafe du Monde. Niepełne pensum zajęć i kilku indywidualnie prowadzonych studentów starczało mu w zupełności. Poemat symfoniczny o Kajunach.

między hasłami Dukelsky i Dulcen. zbyt cywilizowanie. że to będzie jedna z łatwiejszych partii. uwertura „Jambalaya”. muzyka dla telewizji. Broń Boże w pobliżu wysp Cozumel czy Cancun. Niech tylko spróbują go potem zignorować. A oczekiwał. Jeśli zamierza zająć kiedyś choć kilka wierszy w encyklopediach muzycznych. zbyt blisko. Luizjana. O ile kiedykolwiek . Ale tego też nie uczynił.. Załadował więc katamaran prowiantem. Chociaż co to za ląd: biedna i siermiężna republika Belize. Kilka tygodni gwarantowanego spokoju. za całą inspiracje mając tylko kociołek stewu? W myślach czytał dalej: rozmaite pomniejsze utwory. aż dotarł do tego scherza. To też był pewien sukces. 19. ale niewielki. Czasem dla odmiany kąpał się w ciepłych wodach ogromnej laguny. Czemu nie może jak Strauss czy Mozart płodzić arcydzieła za arcydziełem? Czemu nie słyszy muzyki od razu zorkiestrowanej? Czemu kontrapunkt nie przychodzi sam? Tyle wysiłku.. Kto prócz Kajuna odważyłby się skomponować dwunastominutowy utwór na orkiestrę symfoniczną. z czego ponad połowa znała angielski. W leksykonach figurował już teraz. co znacznie ułatwiało zakupy podczas przyszłych sporadycznych wizyt w Belize City lub Money Town.... musiał najpierw uporać się z oporną orkiestracją. już lepiej zmazać całe dziesięć stron. rzucił cumy. Willowi marzyły się wyrazy uznania.. Dzieło miało być nowoczesne. Ważniejsze dzieła: dwa kwartety smyczkowe. nie tak dawno. Jednak żeby zabrzmiało. takich jak Baker czy Grove. no... Raptem sto sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców. pięćdziesiąt minut muzyki. „Arkadia” wszystko zmieni.. zbiór pieśni. Kawaler (ale chyba nie na zawsze). Kotwicę rzucił dopiero w lagunie Lighthouse Reef. Jachty zaglądały tu z rzadka.atonalności. WILLIAM L. Uśmiechnął się na wspomnienie pierwszego prawdziwego sukcesu.. Poemat symfoniczny. wykazy publikacji na jego temat. ale niezbyt trudne w odbiorze.: urodzony w Slidell. Pogoda była niezmiennie piękna i praca postępowała żwawo. a nawet przypisy do hasła. Szczęśliwie moskity nie występowały w tych stronach. A może allegro? I kocioł? Nie. Przerwać zaklęty krąg niemożności. postawił żagiel i skierował się na południe. do stałego lądu było całe sześćdziesiąt mil. musi skomponować coś znaczącego. tylko komponował. DULAC. Na razie nie podnosił kotwicy. chociaż małe muszki gryzły jak najęte i ze wszystkich sił wypełniały pozostawioną im przez dalekich kuzynów niszę ekologiczną.

wilgotnymi kiściami z gałęzi cyprysów. oto hiszpański mech zwisa długimi.. obrócił razem z krzesłem i spojrzał prosto na jakąś nie znaną mu istotę. Uśmiechnął się z satysfakcją. o wiele lepiej. Usiadł wygodnie i spojrzał na ekran. Ważne jest to. allegro będzie śmiesznie łatwe. Zacisnął usta i sięgnął do klawiatury komputera. Nauczyciele mówili mu zawsze. Elektroniczna orkiestra ożyła. I to było to. powiedział sobie Will. na jego miejsce wstawił saksofon. by w chwilach zwątpienia kierował się instynktem.. kontrabasy i krótkie partie akompaniujących smyczków. co czujesz. Tylko instrumenty dęte.. Stuknął w klawisz ENTER. Lepiej. Słońce rozpraszało powoli mgłę nad mokradłami. .skończy to cholerstwo. Wyrzucił fagot. muzyka popłynęła z głośników.. Saksofon zawtórował fletom i proszę. Nie do wiary. Jeśli upora się ze scherzem. Mniejsza o technikę. ale rozpis partytury nagle jakby nabrał sensu. mniejsza o wymogi formalne. nagrał fragment na CD-ROM-ie i włączył odtwarzanie. pochylającą się właśnie nisko w przejściu do głównej kabiny katamaranu.

co się dzieje. duże i ciemne oczy z pionowymi kreseczkami źrenic. Mimo zaskoczenia Kaldaq zareagował jak mógł najszybciej. Na szyi gość nosił nieduże kwadratowe urządzenie połączone przewodem ze złotym guziczkiem wciśniętym do wnętrza ucha. Krzywiąc się z bólu ściskał prawy nadgarstek. widząc jakiś wycelowany w siebie przedmiot. potem na broń i znieruchomiał. podobne oblicze wyłaniające się zza pierwszej postaci.Rozdział 08 Istota była wysoka i porośnięta krótkim szarym futrem. i rąbnął głową o wykładzinę. Obcy pojął wyraźnie. Osobnik posłuchał. Will dojrzał po chwili drugie. Ku jego zdumieniu przybysz pisnął i cofnął się chwiejnie. Za jego plecami Wais wetchnęła z cicha.. cała trójka wpatrywała się w kompozytora z wyraźnym zainteresowaniem. Miała szeroko rozstawione. Dropahk wycofał się do centralnej kabiny i siadł na podłodze. jak nisko jest sufit. Większość prymitywnych istot woli zachować ostrożność. by ten poszedł za nim. silnie i bez najmniejszego zastanowienia. Spojrzał na kapitana. wydatny trójkątny pysk z baczkami i czarnym ruchliwym nosem. spiczastych zębów. Zerwał broń z ramienia i wycelował ją w tubylca. a w ich oczach pobłyskiwała niewątpliwa inteligencja. Kaldaq skinął na tubylca. Uderzył szybko. Dopiero po chwili ten drugi przepchnął się do przodu i podszedł do gospodarza. żeby nie powiedzieć złowróżbnie. ale drobnokoścista. Co ciekawe. Jedyna widoczna dłoń była całkiem spora. Inne jeszcze wyposażenie zwieszało się z wąskiego pasa wokół bioder. Wyglądało to groźnie.. czteropalczasta. a ten instynktownie odtrącił ją na bok. Istota wyciągnęła ku Willowi rękę. Zaraz potem złapał się za przetrąconą kończynę. odnotowując przy tej okazji obecność . Cofnięte wargi ukazały szarawe dziąsła i komplet ostrych. Na chwilę zapomniał nawet. Dalej stało coś przypominającego wielkiego ptaka o bajecznie kolorowych piórach. Ale się to wszystko pokręciło.

co się stało – powiedziała wstrząśnięta tłumaczka. Przerastał wszystkich członków Gromady prócz Massudów i Czirinaldo. Przyglądał się mówiącemu Kaldaqowi. – Chyba złamana. – A może to jakiś szaleniec? – spytała nagle Wais. – Potem poszukamy jakiegoś bardziej spolegliwego okazu. – Wracaj na pokład. W razie dalszych kłopotów będziesz tylko zawadą. Kaldaq pojął. – Nie widziałam. tubylec spojrzał na nich. Nie rozumiał. Tubylec oparł się plecami o duże. aby poruszał ustami.Wais i jeszcze dwóch Massudów. Jednak coś tu nie gra i chcę wiedzieć. co. koliste urządzenie. kapitanie – powiedział Dropahk. skinął głową i wyszedł. – Chyba oni nie porozumiewają się tak.. ale wyraźnie niczego nie rozumiał. Oblicze miał nawet jeszcze bardziej płaskie niż S’vanowie. Nie widziałem też. – Uderzył pierwszy i nie spróbował nawet dowiedzieć się. – Chcesz powiedzieć. jak szybko się porusza? – Tak – mruknął Kaldaq. Walkę lepiej zostawić fachowcom. – Może dlatego został odizolowany od społeczności? – Sądząc po muzyce. więc chyba nie. Nie miał najmniejszego zamiaru zabijać tej istoty. to niczego nie słyszałem. Nic tu po tobie. jak Ampliturowie? – spytał jeden z żołnierzy. że Wais jest bliska paniki. Nic chcę mieć więcej rannych. czemu przyjazny gest Dropahka wywołał aż taką agresję. Kaldaq zerknął przelotnie na rannego żołnierza.. Pozostała czwórka skierowała oczy na tubylca. Śluz ściekał mu z ust. nie odrywając oczu od tubylca. Dropahk zacisnął usta. Zranił. że Dropahk próbował przywitać się z obcym. Wais trzymała się za plecami Massudów.. ale nie mógł też pozwolić. Pora była ją uspokoić. komentując stan swej ręki. – Gdyby próbował zbliżyć się do kogoś – mruknął Kaldaq – to strzelać. – Zignorował zdumione spojrzenia podkomendnych. W centralnej kajucie było dość miejsca dla wszystkich. – Widzieliście. W postawie wyprostowanej tubylec był nieco wyższy od Waisów.. to całkiem prawdopodobne – warknął Dropahk. a ten bez ostrzeżenia złamał mu rękę? – Jeśli nawet powiedział coś przedtem. – Zareagował fizyczną przemocą. . by kaleczyła jego podwładnych. czego chcemy.

jak na normalne konwersacje z Waisami. nachodzą człowieka. Kaldaq włączył własny translator. ale nikt nie wystrzelił. ale kompozytorowi kojarzyły się nieodparcie z bronią i kropka. a najwyraźniej stało się coś złego. Co oni sobie myślą? Pakują się w środku nocy na cudzy jacht. Ale co powiedziała? Obecność tych trzech zębatych postaci utrudniała koncentrację.. W zasadzie mogły to być fajki pokoju.. I to całkiem dobrze. że żaden z żołnierzy nie zdążył zareagować. w przypadku tych szarych futrzaków to nawet prawdopodobne. Po pierwsze. Na dodatek wszystkie kierowały na Willa końce jakichś krótkich urządzeń mechanicznych. Skąd przybyli? Will wysilił wyobraźnię. Już lepiej. W dodatku próbuje go uspokoić.. by wpakować tam ładunek ogłuszający. musieliby tu przypłynąć specjalnie z Belize. że mimowolnie zranił tego pierwszego obcego. Ale to nie tak. Wais prześliznęła się bokiem i zaczęła wyrzucać z siebie . – Rusza się. Odruchowo zaczął cofać się ku drzwiom wiodącym do lewego kadłuba. Podeszła z wahaniem do krajowca. Chociaż. przebrać się.. ale żaden nie wyglądał na stworzenie wodne. ale wysoki wzrost mocno im w tym przeszkadzał. – Uniósł broń i poszukał na ciele obcego stosownego miejsca. żeby zrobić krzywdę. czemu tylko ten jeden mówi po angielsku. Na pewno nie była to też banda przebranych studentów. – Próbuje uciekać! – krzyknął Wouldea. Uczyniła to tak niesamowicie szybko. nie chcemy cię skrzywdzić – powiedziała tłumaczka w jednym z miejscowych języków. Opanuj się. – Kompletne wariactwo – mruknął pod nosem. Pachnieli laguną. ale ptakowaty? Za mały i za szczupły. Próbowali ścigać obcego. proszę – odezwał się tonem o wiele za ostrym. Nie pragnął wcale weryfikować swych domysłów. Will obrócił gwałtownie głowę. Przemówiła nader poprawnie i płynnie po angielsku. można uszyć taki kostium. Will zastanowił się. – Spokojnie. co widzi i słyszy.. Nie uderzył aż tak silnie. Nawet dziecko nie schowałoby się w takim przebraniu. Ptakowata odetchnęła głęboko i zaczęła wracać do siebie.– Za wcześnie na wyciąganie wniosków. że pozostali traktują go teraz jak wroga. Sam nie wiedział.. Owszem. Przed chwilą pojął. Nagle istota skręciła i zanurkowała w otwór przejścia. Pozostawało jeszcze jedno: czy Will zechce uwierzyć w to. Nic dziwnego. rozdziawił usta i spojrzał na ptakowatą istotę. czujniki do badania składu atmosfery czy mierzenia temperatury ciała. – Uwaga – powiedział Kaldaq. chciał tylko odsunąć jego łapę.

byle dalej od tego koszmaru. gdy osobliwi goście wysypali się z kabiny. było . – Ależ on szybki! Kaldaq uniósł broń. Stał na skraju trampoliny. że sporo tu raf. Powoli cała grupa podeszła do burty. poczeka do rana. Kaldaqa aż zamurowało. strusiowaty sterczał nieco dalej. Ani śladu osobnika. jedna trzecia drogi do celu była już poza nim. Mierzyli prawie po dwa metry. gdy ujrzał obcego skaczącego do wody. senor. jacy byli wysocy. ale wtedy płucodyszna istota pewnie by utonęła. – Nie do wiary – mruknął inny żołnierz. – Nie ma – powiedział Wouldea pokazując obcego. to schowa się tam. Nie próbowały go ścigać. Niesamowici są ci tuziemcy. a potem spróbuje zaalarmować mieszkającego samotnie na Half Moon Cay starszego pracownika administracji rządowej. Jeśli nie poobija sobie nóg. Woda była ciepła. Was ist mit ihnen los? Will wyskoczył przez właz i rozejrzał się gorączkowo. Ciekawe. prosimy cię. że nikt mu nie uwierzy w opowieść o czterech futrzastych przybyszach o ciałach gibbonów i mordach szczurów. – On nie może być dwudyszny. Katamaran rysował się za nim mroczną sylwetką w blasku księżyca. aż strach ich badać. To rozstrzygnęło sprawę i Will skoczył. zaczekaj! – niemal błagalnie zawołał pierzasty. Jeśli zdoła dopłynąć do Goff Cay. Nie chciały lub nie mogły. – Zaczekaj. Przedni pokład był pusty. Half Moon było rezerwatem dzikiego ptactwa i turyści zaglądali tam niekiedy. – Czemu uciekasz? Nic ci nie grozi. Kompozytor uspokoił się nieco. który pokazał się właśnie na powierzchni. jak on może z takim dziobem gdakać po angielsku? Najbliższy z obcych wymierzył broń w Willa.potok wymowy w różnych językach. Trzy potwory stały rządkiem na trampolinie. Na razie trzeba uciekać. to rychło będzie na brzegu. Gdy obrócił się. No problema aqul. Wstąpił na zawieszoną między dziobami trampolinę. ale niewiele sięga tuż pod powierzchnię. tuż przed nim pojawiło się kolejne oblicze. wszystko jedno. Sięgnął po komunikator i wydał stosowne polecenia. Wiedział. którzy przyprowadzili ze sobą jeszcze strusia emu w charakterze tłumacza. Mniejsza z tym. ptak wyglądał przy nich na karła. Nie miał skrzeli. Will zwolnił. Teraz widział dokładnie. Unosiło się na wodzie niecałe pół metra od jego nosa. Mógł spróbować ogłuszyć uciekiniera. Płynął w kierunku niesamowicie odległego lądu. Z poprzednich kąpieli wiedział. by płynąć dalej.

Paszczę miała wystarczająco dużą. pomyślał Will. chociaż na to nie wygląda. Prędzej mnie ryby zjedzą. Gdy tak płynął. skrzela i ogon. by jednym kłapnięciem odgryźć pływakowi głowę. Na znak kapitana Yatoloi wrócił do . nie zrobili tego teraz. że nie dorastała wielkością człowiekowi. Jeśli potrzebował jeszcze jakiegoś budującego dowodu. – Rozumiem. Will sięgnął i przyjął oferowaną pomoc. Nagle poruszyła wargami. ale ta bez trudu przesuwała się.wyłupiaste i lśniące. czyli niepowodzeniem. Will wskazał na łódź i spojrzał pytająco na obcego. otrzymał go dopłynąwszy do burty. Powyżej widniały sterczące baczki i para kocich zgoła oczu. z paszczęką dzielącą je bez mała na dwie części. coś pasującego do postawy i zachowania tej istoty: sugestia łagodności. Całe szczęście. Było raczej ciekawe. niż tobie znudzi się pływanie. uderzyła go myśl. Kaldaq i Dropahk osłaniali ich. że przecież obcy bez problemu mogliby zastrzelić go w wodzie. ale i do obojętności daleko. To nie jest zwierzę. – Nie dam rady – jęknął żołnierz. Wouldea pomógł towarzyszowi i razem wyciągnęli obcego na pokład. No tak. Zresztą stworzenie nie wyglądało na wrogo usposobione. Istota miała też ogon i błonę pławną między palcami kończyn. zresztą ubranie i narzędzia mówią same za siebie. para czarnych oczu spoglądała wprost na Willa. że nie planują natychmiastowego obcinania członków ani wiwisekcji. – Dobra – powiedział zmęczonym głosem. – Niechętnie ruszył z powrotem do katamaranu. Płetwy. Druga próba opłynięcia obcego skończyła się tak samo. zabulgotała i wydała jakieś dźwięki. Will krzyknął chrapliwie i spróbował opłynąć przeszkodę. Z góry wyciągnęła się ku niemu czteropalczasta dłoń. Obcy znów zabulgotał. wciąż zagradzając mu drogę do wyspy. W szerokiej paszczy brakowało zębów. Z szyi wyrastały temu stworowi jakieś różowe rzęski. by toto prześcignąć. – Jest bardzo ciężki. zatem można przypuszczać. Nie przerażała tak bardzo. gdy istota wysunęła kończynę z wody i powtórzyła gest. Ubrana była w jakiś skafander i pas z narzędziami. Na dodatek w czarnych oczach malowało się coś dziwnego. Nie zrobili tego wcześniej w kabinie. Wodnego gościa miał tuż za plecami. Nie zdumiał się nawet specjalnie. Will zatrzymał się i spojrzał uważnie na zawalidrogę. Żadnej szansy. Żadnej wrogości.

– Diabelnie dobry angielski. gdyby znów chciał uciekać. Określenie „goście” wydało mu się teraz jakoś stosowniejsze niż „napastnicy”. – Proszę bardzo. A skąd jesteście? – Z Gromady – odparła tłumaczka. – Dobrze ci mówić. – Jasne. Może zająłbyś się moimi studentami? Wais nastroszyła pióra i zwróciła się do Kaldaqa. Widać translator działał prawidłowo. Will spojrzał z uznaniem na Wais. Rozproszyli się. Jestem tłumaczką. Nie musiałeś uciekać. Po chwili odpowiedział. Goście ruszyli za nim. zaraz się wysuszę. stanął tam i spojrzał na napastników. Chciałbym wziąć ręcznik. – Weź ten swój „ręcznik”. Chwila. . unosząc obie dłonie. – Mówi jednym z najpopularniejszych języków. ciekawa czy obcy dobrze rozumie jej gest. – Z Gromady. Ociekający wodą Will przeszedł do kokpitu. Przypuszczam. To gdzieś tam? – Will wskazał kciukiem na sufit. A swoją drogą. Niewątpliwie na wypadek. wyszukując najbliższy w ziemskim języku odpowiednik potocznej nazwy Splotu. – Mamy ci wiele do powiedzenia. – Jestem mokry i trochę mi zimno. – Spokojnie – powiedział. Ten wzdrygnął się. Głośniczek dopasował się automatycznie do małżowiny. obstawiając wszystkie wejścia. Wais znów nastroszyła się. czego ode mnie chcecie? Wszedł do centralnej kabiny. Ja miałem trochę inne wrażenie. – Bez sensu. Naśladując kapitana starał się przemawiać do maszynki. Musiał rozumieć.opuszczonej chwilowo łódki. a nie specjalistką od zachowań ksenofobicznych – stwierdziła Wais i przeszła znów na angielski. że powodem takiej właśnie reakcji był sam nasz wygląd. – Zachowywaliśmy się przyjaźnie. – A o czym chcecie porozmawiać? Kaldaq nie wytrzymał i podszedł do obcego. Czemu mielibyśmy przerażać? – Tego nie wiem. ale pozwolił na zawieszenie translatora i wciśnięcie nieważkiej końcówki do ucha. Obcy spojrzał zdumiony. że naprawdę nie zamierzamy cię skrzywdzić. że kierował nim nieopanowany odruch ucieczki. co wcześniej do niego mówiłam. – Chcemy tylko porozmawiać – odrzekła Wais. – Podejrzewam. – Ale czemu? – zdumiał się kapitan. Możesz mi wierzyć.

– Świetnie. co? . – przerwał. gdy nie będą już go tak pilnie obserwować. Obcy spojrzał na niego uważnie. Po co od razu używać broni? – A niby co trzymasz teraz w ręce? – Ty uderzyłeś pierwszy. – Spojrzał na tubylca... – Wyjdzie z tego? A właśnie. Przeprasza za wyrządzone zło. Kaldaq powoli zawiesił broń przy pasie. – Wskazał na broń Dropahka. – Ale czemu? Will westchnął. tylko ze strachu.. o Ampliturach i jeszcze o. jak Kaldaq krzywi się lekko. – Nie ze złością. kapitanie. bylebyście do mnie nie strzelali. że tym zajmie się później. – O wielu rzeczach. podobnie jak my.– Ciekawe. wycierając plecy. jeśli będziecie do mnie mierzyć. – A czemu mielibyśmy cię zastrzelić? – spytała Wais i ujrzała. ale pomyślał. liczy się skutek. ale przede wszystkim wolałbym się upewnić. – Lekarze. że naprawdę nie chcecie mnie zastrzelić. Nasi lekarze potrafią przyspieszyć gojenie się takich obrażeń. – Przepraszam. – Nie zamierzam. – Tak już lepiej. – Jeśli zrobiłem ci krzywdę. pomyślał Kaldaq. – Chcemy opowiedzieć ci o Gromadzie. który ściskał broń w zdrowej dłoni. Ze złością. mówisz. to przepraszam – powiedział. chociaż za wcześnie jeszcze na konkluzje. – Wszystko. Tuż obok była radiostacja i telefon komórkowy. – Nie uspokoję się. – Miejscowi musieli uwielbiać lakoniczne odpowiedzi. – Ciągle do tego wracasz – powiedział Dropahk. Pozostali uczynili to samo. nazywam się Will Dulac. – Dropahk wyzdrowieje. Dopiero co się spotkaliśmy. – Dwa imiona? – Tak. Zatem musieliście schować tu gdzieś całkiem spory statek. wytarł się i spojrzał na koło sterowe. – Czemu mielibyśmy to robić? Jesteś istotą inteligentną. Dropahk spojrzał na kapitana. aby dać czas translatorowi. Mniejsza o drobiazgi. Nie chciał też ponownie przerazić obcego. Pomyślny znak.. dodała po massudzku. znalazł czysty ręcznik. – W ten sposób do niczego nie dojdziemy. – Wszystko w porządku. – Will podszedł do szafki.

– Obejrzałem rękę Dropahka – szepnął do kapitana.. – A czemu chciałeś go odsunąć. – Mówiłem już. – Czy jesteś może wojownikiem? – spytał Wouldea. – Przykro mi. – A ty byś tego nie zrobił? – Oczywiście. Nasz statek orbituje w tej chwili pomiędzy twoją planetą a jej księżycem. – Jeszcze nas uszy bolą. – Kaldaq był zdumiony. te dwa utracone próbniki. że moja muzyka wam się nie podoba. – A. Tych trzech . Ledwie zaczynał traktować tę istotę jak inteligentną. to jacy byliby z nich żołnierze? – Nie zapalaj się – upomniał go Kaldaq. – Ale fizycznie są świetnie przystosowani do walki – zauważył optymistycznie nastawiony Wouldca. – Z jakiegoś powodu to akurat stwierdzenie obcych zabolało go najbardziej. żołnierzem. wyściełanej ławie. – Obcy usiadł na długiej. Nie potrafił jeszcze orzec jednoznacznie. którzy bez wątpienia byli równie zainteresowani jego osobą. Chociaż. – Słyszeliśmy – stwierdził Kaldaq. Czemu tak sądzisz? – Uderzyłeś. Zraniłeś. ale nie wyczuwał bezpośredniego zagrożenia. myślałem tylko. pokojowe. – Jeśli to rasa muzyków i nauczycieli. ale tym razem translator wyszukał inne określenie. zaraz wyrywała się z jakimś zupełnie bezsensownym pytaniem. – Nie. jak on nimi.– Tylko lądownik. Patrząc tak na ich gęstą sierść poczuł się osobliwie nagi. Kompozytorem. do diabła. – Poznaliśmy dopiero jednego. skoro nie jesteś żołnierzem? Will przestał cokolwiek pojmować. – Wojownikiem? Wouldea powtórzył pytanie. czy ich intencje są naprawdę. – Nie jestem żołnierzem – mruknął Will – tylko muzykiem. Może byłem zbyt gwałtowny. Willowi zrobiło się wreszcie cieplej. Nie chciałem walczyć. że nie – odpalił bez namysłu równie zaskoczony Wouldea. pomyślał. ale nie chciałem nikogo skrzywdzić. Zerkał na dwóch rozmawiających obcych.. Ale co te istoty z kosmosu mogą wiedzieć o muzyce symfonicznej? Wouldea odsunął translator. – Nawet najbardziej drapieżna muzyka nie świadczy jeszcze o wojowniczym usposobieniu – dodał. że się przestraszyłem. – Dropahk już to sprawdził. Gdy twój kumpel tak nagle do mnie podszedł. żeby go odsunąć. Nie mógł dłużej powstrzymać ciekawości. Tyle.

gdy mówiło się bezpośrednio do nich? A może obcy je wyłączyli? Zerknął na wyposażenie obcych. Will zarzucił ręcznik na ramiona. Jeden z nich musiał być chyba dowódcą. Ten zapewne wyższy stopniem wysunął się przed innych. pomyślał. którzy chyba nie tęsknią za popularnością. może metalu.wysokich przypominało z twarzy szczury. – Żaden z członków Gromady nigdy jeszcze nie odwiedzał tego świata. . Wyciągnięta w kierunku radia dłoń zamarła. Poza domniemaną bronią nosili jeszcze translatory i inne gadżety. Uśmiechnął się niepewny. Chyba nie. – Byliście tu już kiedyś? Odwiedzaliście już nasz świat po kryjomu? – A mieliście już jakieś podobne wizyty? – spytał tamten z niespodziewanym zainteresowaniem. na ile zrozumieli jego intencje. niemal komicznie poruszył wąsami i wyszczerzył zęby. Albo i czegoś jeszcze bardziej egzotycznego. Czy zwrócą uwagę. jeśli pochyli się do kącika łączności i nada wezwanie MAYDAY? Automat sam dołączy do sygnału aktualną pozycję i wszystkie łodzie i statki w okolicy skierują się do atolu. Zachowywał ostentacyjny spokój. – Nie. struś wciąż coś kombinował. jest masa plotek o UFO. Miał wielkie oczy w kolorze szmaragdowej zieleni. ale wodny stwór gdzieś odpłynął. A jeśli i z tym sobie poradzą? Jednak strach zaczął już z wolna ustępować miejsca ciekawości. Może plastiku. W przeciwieństwie do pozostałej trójki nie wyglądał groźnie. Ta istota próbowała rozmawiać z nim bez maszynki tłumaczącej. Manipulował coś nieustannie przy obwieszonym aparaturą pasie. Może odstraszą gości. – Powiedzcie mi coś – odezwał się Will bez namysłu. Nagle obcy przestali jazgotać i spojrzeli na gospodarza. Dwaj obcy dalej dyskutowali zawzięcie. Czy te medaliony tłumaczyły tylko wtedy. zaś władający angielskim ptak kojarzył się jakby z krzyżówką ptaka sekretarza z Albertem Einsteinem. Wrażenia nie psuł fakt. głos miał też dziwnie kojący. Will nigdy nie był dobry w naukach ścisłych i czytał jedynie niektóre czasopisma popularnonaukowe. Teraz już cała trójka szczurowatych wymieniała gorączkowo poglądy. wszystkie z jakiegoś lśniącego materiału. co wcale nie było zabawne. – Aż do tej chwili. ale ja im nie wierzyłem. że istota drastycznie różniła się od humanoidów. To znaczy. jak metaliczne szkło. Obcy zatrzymał się. Rozmowa musiała dotyczyć Willa. Will wyjrzał za burtę.

Trochę uczę. – Czy zawsze jesteście tacy nerwowi? – Nerwowi? – powtórzył Kaldaq. Ale czemu? – pomyślał Will. tym bardziej szczera zdawała się być skrucha krajowca. że dotarliśmy do was pierwsi – powiedział struś po angielsku. Nawet bez potrzeby korzystania z translatora wyczuwał panujące w kabinie napięcie. ale my tak nie robimy i potrwa chwilę. gdy odepchnąłem jednego z was. – Nazywam się Kaldaq. – Każdy gatunek ma cechy. że nieustannie poruszacie ustami. – Co miłe i naturalne dla jednego. – Ja jestem Wais. – Mam trzydzieści osiem lat. – Will niezbyt rozumiał. To tak zawsze? – To naturalna funkcja naszej fizjologii – wyjaśnił Kaldaq. – Co jeszcze możesz nam o sobie powiedzieć? Will rozłożył ręce. może czasem nawet głęboko urażać innych. z mianowania kapitanem. – To dla nas bardzo ważne. Wiesz już nieco o mnie. staram się zdobyć uznanie jako kompozytor. nim przywyknę. – Will spojrzał z ciekawością na delikatną dłoń rysującą jakieś wzory w powietrzu. wargami. Pochodzę ze znamienitego rodu. które zmalało wyraźnie po jego ostatniej odpowiedzi. teraz powiedz nam o sobie. – Przyglądam się wam od dłuższej chwili i widzę. – Przywykniesz – powiedział ptakowaty. – Zerknął na dowódcę obcych. z wyboru biegaczem. do czego to ma prowadzić. jestem mężczyzną i kawalerem. – Dowodzę tą wyprawą. Jestem wybiórczym wszystkożercą. Nasze oblicza pozbawione są aż tak bogatej mimiki. Czemu nie? Will usiadł na kanapce. – Twierdzisz. Musimy mieć pewność. Taki styl życia. które odróżniają go od innych – powiedział Kaldaq. że tamten przywiązuje wielką wagę do tej deklaracji. jednak nie zdążył zapytać. Płeć męska. – Aha. – Willowi zdawało się. uszami. – Czy to ci przeszkadza? – Nie. Na przykład ten gest. Kaldaq przyznał mu rację. Mam jedną partnerkę. ale nie mam dzieci.Nie badaliśmy was. że nie wiadomo ci nic o potwierdzonych kontaktach z przedstawicielami innych cywilizacji? – Właśnie. . Jego życiorys nie należał do najpilniej strzeżonych sekretów stanu. Mieszkam na tej łodzi. jestem Massudem – powiedział wyrośnięty szczurek. Z wykształcenia jestem żołnierzem. Co bardziej konserwatywni przyjaciele patrzą na mnie z tej racji podejrzliwie. Translator ledwie przełknął obie nazwy. włosami i nosem. Im dłużej trwała ta konwersacja.

– To znaczy jesteśmy my. – A my zawsze zastanawialiśmy się. Naturalną koleją rzeczy dotąd badano zupełnie inne okolice. – Postępujemy zgodnie ze standardową procedurą badania nowych światów. prawda? – Owszem. Tutaj nikt nie zaglądał. – Czemu miałbyś nas powstrzymywać? – spylał Kaldaq. – Krajowiec umilkł na dłużej. – Rozumiem. że lepiej będzie chwilowo nie drążyć tematu. – No. – Czy możemy rozejrzeć się po twojej łodzi? Twoim mieszkaniu? – spytała uprzejmie Wais. – A tych akurat jest chyba trochę? – spytał Will. ale pomyślał. Dopiero potem ujawniamy swoją obecność. – Potrząsnął głową. W końcu spytał: – Ale skoro jest ich tyle. na dodatek uczył się szybko i potrafił obserwować.– Niewiele. To daje cztery gatunki inteligentne. – Istnieje wiele cywilizacji. Był też ciekawy. Czyżby ten osamotniony tubylec nie wiedział nic o sondach? Mało prawdopodobne. Jestem półkrwi Kajunem. to moja łódź. Tubylec zaczął wreszcie przejawiać rozsądek. Skoro nie lubicie mojej muzyki. pomyślał Kaldaq. Waisowie i jeszcze ten. który czekał na mnie w wodzie. figura . uznał Kaldaq. – Wcale tego nie sugeruję. czemu wylądowaliście właśnie tutaj? Czemu nie w Waszyngtonie czy w Moskwie? W jakimś ważniejszym miejscu. nie chcemy niczego z niej wziąć. czemu nie? I tak nie mógłbym was powstrzymać. czy jesteśmy sami w kosmosie. gdy mamy do czynienia z istotami inteligentnymi. To tylko takie powiedzenie. a ciekawość zawsze szła w parze z wyższym poziomem inteligencji. to mało tematów nam zostaje. – Jasne. Niedaleko stąd jest Centralna Ameryka i kraj zwany Belize. Siebie nazywamy ludźmi. Osobliwa koncepcja. wy. Szczególnie. – Nasz świat to Ziemia. ale nie zamierzamy jej zniszczyć. Zwykle przybywamy bez rozgłosu i najpierw ustalamy profil miejscowej cywilizacji. to czemu dopiero teraz ktoś się pojawił? Znaczy. chociaż to chyba nic wam nie mówi. A swoją drogą. – Wskazał na najbliższy iluminator i dalej na wyspę. czemu nie przylecieliście wcześniej? – Większość starych i wysoko rozwiniętych światów leży bliżej centrum Galaktyki i to dość daleko od waszego systemu. Kaldaq odpowiadał bez oporów.

stylistyczna. Będziemy zatem postępować tak. jakby to była prawdziwa interpretacja. – Jakie stany ducha wyrażasz. w razie konieczności używając nawet siły. – A co. co ja? Tłumaczka zamachała smukłą dłonią. po czym postanowił jednak usiąść na podłodze. iż w przypadku gdybyś odmówił udostępnienia łodzi do oględzin. – pomyślał Massud. my uczynilibyśmy to i tak. – A co z tym fałszywie zinterpretowanym kolokwializmem? – Nie było żadnego przekłamania. Na przykład zaobserwowaliśmy skłonność do nadużywania czasowników. długie ręce oparł na kolanach. – W porządku. czy translator poradzi sobie z tą kwestią. kapitanie. A może to jakieś nieporozumienie? Poprosił o sprawdzenie translatora. – Wszystkie translatory są sprawne. Im wcześniej ten okaz trafi w ręce specjalistów. Kaldaq obejrzał je. Wais obejrzała urządzenie. nie zrobilibyście tego? Kaldaq był wstrząśnięty. pomyślał kapitan. jakbyś szykował się do poważnych . Że też nie zabrał kogoś biegłego w problemach ksenofobii. Gest w stylu S’vanów. Will nie miał pewności. wyginając wargi w ten sposób? – Poczucie humoru. niektóre niuanse mogą nam jeszcze umykać. W tej samej chwili kąciki ust reprezentanta rasy ludzkiej uniosły się lekko ku górze. Skrzyżował nogi. – Chyba że zakładasz. gdy Dropahk i Wouldea zniknęli w głębi prawego kadłuba. Przynajmniej nic groźnego. niż wymaga tego treść komunikatu. Na razie musieli błądzić praktycznie po omacku. – A co tu zabawnego? – Sposób w jaki usiadłeś. – Zatem potwierdzasz. Nawet proste koncepty wyrażane są w sposób znacznie barwniejszy. Chyba że dowiemy się czegoś nowego. Wyglądasz. – Nie opanowałam jeszcze tego języka w pełni i moi koledzy pracują wciąż nad rozwiązaniem niektórych niejasności. że słyszałaś to samo. W kabinie było jedno krzesło. i sposobem jej wygłoszenia. Kaldaq podwinął górną wargę. jednak nie sądzę. – Ale to nie jest naturalna reakcja – zauważył Kaldaq. aby pański translator cokolwiek przeinaczył. I samą odpowiedzią. tym szybciej uporają się z zadaniem. OK? Nie przejmujcie się. Owszem.

Nawet jeśli tutejsze reguły zachowań dalekie były od normalności. co to znaczy. że niektóre istoty nabierają pewności siebie. Obserwowały jedynie. – Czy nie masz nic przeciwko temu. – Jeśli szukacie ściśle tajnych informacji. Czego innego oczekiwaliście? – One nie stanowiły żadnego zagrożenia. właśnie. skutkiem anormalnej reakcji wywołanej ich nagłym pojawieniem się w kabinie. gdzie zaginęły? Nad Stanami? – Nie wiem. że złamanie ręki Dropahkowi było przypadkiem. że ktoś użył broni. Nie oczekujemy po tobie wszechwiedzy. Ale co chciał przez to powiedzieć? – Jeśli nie potrafiły podać kodów identyfikacyjnych. to wiele wam nie pomogę. Znam się na syntezatorach dźwięków i na łodziach. jak potrafisz. – Zanim wylądowaliśmy. Czy wiesz może. Obie zaginęły. drugie po przeciwnej stronie planety. miał nadzieję nastawić tubylca pozytywnie. Kaldaq upewnił się. To część tej samej procedury. Pewnie naruszyły jakiś zamknięty obszar powietrzny lub coś takiego. aby je zniszczyć? – Tak. Likwidując przewagę wzrostu. to najpewniej zostały zestrzelone.negocjacji. Drugiego potencjalnego sojusznika Gromady. – Nie. Niemniej oto udało się odkryć nową rasę inteligentną. sprawdził gotowość Wais. o której wspomniałem wcześniej. – Jasne. – Zestrzelone – powtórzył Kaldaq i zagadał coś po swojemu do strusia. ale to wszystko. że pozostały z nim żołnierz słucha. – Odpowiadaj. Miły i uspokajający widok. Uznał. wysłaliśmy dwie sondy. – A gdzie to było? To znaczy. gdy mogą na kogoś spojrzeć z góry. miałem tylko ochotę usiąść. – Will wyjrzał na zewnątrz. ale nie cała. Kaldaq pamiętał ze szkoleń. . Ekspedycję można było uznać za naprawdę udaną. Była to prawda. Nie najgorzej. Od tamtej pory krajowiec zachowywał się spokojnie. żeby odpowiedzieć na jeszcze kilka pytań? Will rozpostarł się na kanapie. Obojętny na dramatyczne wydarzenia plankton łagodnie rozświetlał wodę wkoło katamaranu. Miały zbadać dwa najwyżej rozwinięte terytoria. Jedno na północ stąd. co się z nimi stało? Will zastanowił się. – Chcesz powiedzieć. Tubylec pokiwał znacząco głową.

Pewnie pchały się. Hivistahmowie. Rozmawiać rozmawiał. Trzeba zmienić taktykę zadawania pytań. żywa inteligencja. Przynajmniej się nie uśmiecha. . czym są Ampliturowie. że pojawiły się ni stąd. Dobre i to. Co niby mieli zrobić? – Przyjrzeć się im i sprawdzić. Należało odpowiedzieć. ale ludzie na Ziemi żadnym sposobem nie mogli tego wiedzieć. że nie darzysz tych Ampliturów szczególną sympatią. Poza tym jest jeszcze mnóstwo takich. – Will przeniósł spojrzenie z Kaldaqa na Wais. czym jest Gromada. ni zowąd. musisz poznać poczynania Ampliturów. Z całą resztą poczekamy. Kaldaq przyjrzał się uważnie tubylcowi. W Gromadzie jest o wiele więcej ras. że w Galaktyce jest wiele ras inteligentnych. Mimo zapewnień Wais Kaldaq nadal powątpiewał w poprawność tłumaczenia. O’o’yanowie i Czirinaldo. – Ale nie było żadnych podstaw do przypuszczeń o wrogości próbników. Na koniec są cywilizacje związane sojuszem z Ampliturami. Mogę spytać. – urwał. pomyślał kapitan. – Czemu taka właśnie interpretacja przeważyła? Nie były uzbrojone. Na pokładzie naszego statku są jeszcze Turlogowie. Trudno było zagadnąć. nie mogły niczego zniszczyć. a ten w wodzie to był Lepar. Zatem. – Czemu? – spytał zdumiony Kaldaq. Abyś zrozumiał. – Aby zrozumieć. – A wy co zamierzacie? Chcecie studiować naszą kulturę? Kaldaq poprawił nogi. Ciekawość.. znajomość rozwiniętej techniki. które preferują niezależność i nie przyłączyły się do Gromady. w końcu spytał: – Mam wrażenie. że obie sondy zostały zniszczone z użyciem broni? – Tak. ale wciąż nie mógł się porozumieć. – Zgodnie z twoją wiedzą wysnuwasz domysł. – Starczy. Wais już poznałeś. dlaczego? Kaldaq był zachwycony. – Powiedziałem wam: ludzie na Ziemi nie mogli tego wiedzieć. Nie odlecą stąd bez próby pozyskania tych istot dla federacji. jakie są zamiary próbników. Ja jestem Massudem.– Dobra. Obcy zadał pytanie. Tubylec spojrzał na niego przeciągle. – Wspominałem już. muszę opowiedzieć ci o wojnie. ale ten ani drgnął. Wszystko w jednym tubylcu. aż psycholodzy i lingwiści przebiją się przez ten mur. Jako niezidentyfikowane uznane zostały za wrogie. o czym myśli. gdzie nie wolno..

Zazwyczaj nawet groźba eksterminacji nie potrafi tego odmienić. – Rzadko udaje się znaleźć istoty zdolne w znaczący sposób przyczynić się do obrony – powiedział. Większość ras tego nie potrafi. od prostego narzucania woli począwszy. Zmieniają ich genotypy i czynią bardziej agresywnymi. Zabijanie jest antytezą inteligencji. Zabijanie jest antytezą inteligencji. W tej wojnie nie starcza przewaga czysto techniczna. – A jeszcze mniej jest takich. że wy widzicie sprawę podobnie. Wyjaśnił. Gromada jest potężna. Ampliturowie też nie mogą bezpośrednio angażować się w – Trzeba mieć wolę walki. że wy widzicie sprawę podobnie. . Przedstawił stosowane przez nich metody podboju. Większość ras tego nie potrafi. Wspomniał. by pozbawić życia inną istotę inteligentną. ale nie tracimy nadziei i nie ustajemy w poszukiwaniach. ile wysiłku kosztowało zachowanie niezależności i jak trudno jest uchronić się przed telepatycznymi manipulacjami obcych. ale nie tracimy nadziei i nie ustajemy w poszukiwaniach. ale nieustannie brakuje nam wyszkolonych żołnierzy. ale wykorzystują poddane im istoty. – Trzeba mieć wolę walki. – A to czemu? – spytał zaintrygowany Will. dość determinacji. Ampliturowie też nie mogą bezpośrednio angażować się w walkę.Rozdział 09 Z pomocą Wais Kaldaq streścił historię konfliktu między Gromadą a Ampliturami. druga dla wspomożenia walki o niezależność. Zazwyczaj nawet groźba eksterminacji nie potrafi tego odmienić. jak dogmat Celu zawładnął Ampliturami. dość determinacji. które mogą walczyć. Obawiam się. Obawiam się. by pozbawić życia inną istotę inteligentną. Jedna – by włączyć je do służby Celowi. Gromada jest potężna. Komputery i symulatory są niezbędne. ale nieustannie brakuje nam wyszkolonych żołnierzy. na modelowaniu genotypu skończywszy. opowiedział o angażującej setkę ras tysiącletniej wojnie. że obie strony szukały nieustannie nowych sojuszników.

by unicestwić w mgnieniu oka największy nawet statek. gdy zdarzyło się inaczej. Obie strony dysponują bronią dość potężną. że translator jakoś sobie z tą maksymą poradzi. jak Krygolici czy Molitarowie. to tracisz wszelkie szansę. Zresztą jest ich tak niewielu. staramy się uwolnić sojuszników Amplilurów i skierować ich przeciwko byłym panom. – To nie jest wojna na wyniszczenie – powiedziała Wais. Massudzi. zostały już tak odmienione. – Ampliturowie pragną zjednoczyć pod sztandarem Celu wszystkie istoty inteligentne. że nie potrafią nawet samodzielnie myśleć. że w bezpośrednim starciu zwykle przegrywają. Przyjęliśmy tę rolę. Starsze rasy.pomagają. – Jeśli kogoś zabijasz. na których spoczął główny ciężar walki. Turlogowie mogliby walczyć. podobnie jak O’o’yanowie. Problem w tym. czego one dotyczą. ale ich budowa fizyczna i metabolizm sprawiają. Niektórzy przyjmują ich nauki nie pojmując nawet. Zawsze tak było. znam tylko dwa wyjątki. Will siedział w milczeniu przez dłuższą chwilę. Poza Massudami tylko Czirinaldo są prawdziwymi wojownikami. że walka w przestrzeni nastręcza wiele problemów. unikają masowych mordów. Nie chwalimy się. – I tego właśnie chcecie? Abyśmy przyłączyli się do Gromady? – Tego samego oczekujemy od każdej nowo odkrytej rasy – powiedział . – Chcesz powiedzieć. To zadanie dla żywych żołnierzy. jesteśmy tymi. – Chwilę – poderwał się Will. Wracając zaś do twojej uwagi. ale jesteśmy w tym bardzo dobrzy. My dążymy do ocalenia jak największej liczby cywilizacji. O wiele prościej. Waisowie. Pustosząc jakiś świat z orbity zabiliby wroga. na ten przykład – wskazał stojącą obok tłumaczkę – walczyć nie potrafią. Zgładzili cywilizacje. że ta decyzja niczego nie zmienia. które uznali za wyjątkowo groźne dla siebie i mało przydatne dla Celu. ale nie chcą. Statki wyłaniają się z podprzestrzeni w trudnych do przewidzenia miejscach. ale w ograniczonym zakresie. by go pozyskać. Nie można też zbyt długo pozostawać w przestrzeni realnej. taniej i skuteczniej walczy się na powierzchni planet. Ampliturowie przestrzegają tej zasady jeszcze skrupulatniej niż my. to musisz wiedzieć. że wielu nie dostrzega prawdziwej istoty Ampliturów. gdyż nikt inny nie mógł się jej podjąć. ale po co im nie zamieszkana planeta? Jak tylko mogą. My. Yula czy Bir’rimorowie. O wiele lepsi niż wszyscy inni członkowie Gromady. ale same dla nas nie wygrają. Hivistahmowie i S’vanowie są przydatni. że ten trwający od tysiąca lat konflikt kosmiczny wymaga walki na bagnety? – Wojna to skrajna forma polityki – powiedział Kaldaq z nadzieją.

ale w niektórych dziedzinach zaszliście bardzo daleko. Przez długi czas program kosmiczny był na pierwszym miejscu. Macie o wiele więcej sztucznych satelitów. kraje. tak u nas jak i w Rosji. martwiejąc z przerażenia. . niż potrzebujecie. Jeszcze jedna zagadka. – Sugerujesz zmienne tempo postępu? – Właśnie. każdy z nich ma własny program badań kosmicznych i nie współpracuje z pozostałymi? – W zasadzie nie – westchnął Will. Niemniej nie zaobserwowałam na razie niczego mogącego świadczyć o mylnej interpretacji słów tubylca.Kaldaq. podczas gdy w innych nie zrobiliście praktycznie nic. – Podejrzewam. Czyżby mimo wysokiego relatywnie rozwoju technicznego wciąż jeszcze funkcjonował tu system plemienny? Jeśli tak. Zdumiewające. Kaldaq spojrzał na Wais. – Aha – mruknął Kaldaq.. Kaldaq syknął z cicha. – Sądząc po rozmaitości języków. – A co miałeś na myśli mówiąc o „nas” i „Rosjanach”? – No. – Byliśmy na Księżycu – stwierdził Will urażonym tonem. Chociażby wasze technologie. ale obecnie panuje lekki zastój. – Nadal nie rozumiem. której rozwiązanie trzeba będzie odłożyć na później. My nazywamy te twory krajami. a jednak nie wyrwaliście się poza swoją planetę. można się po nich spodziewać mnóstwa kłopotów z porozumieniem. – Nie odkryliśmy tam żadnej aktywności. to Gromada nie będzie miała żadnego pożytku z tej rasy. że te określenia odnoszą się do zbiorowości przypominających plemiona – wtrąciła się po massudzku Wais. – Wasz udział byłby proporcjonalny do waszych możliwości. Podobnie jak Europejczycy i Japończycy. – Automatyczne sondy odwiedziły wszystkie planety. Kim są „Europejczycy” i „Rosjanie”? Will zastanowił się.. a Rosjanie mają swój. a te wyglądają na raczej ograniczone. – Mówisz o plemionach? – Niezupełnie. – To zupełnie nowy gatunek – powiedziała tłumaczka i zamachała rękami.. – Te wszystkie plemiona. – Inne narody. Kolejny paradoks. w Stanach mamy własny program kosmiczny.. Kaldaq znów spojrzał podejrzliwie na translator. – Bo chwilowo nic się nie dzieje.

Zawsze może być lepiej. byśmy mogli wam pomóc. że czas wojen już minął. Wrócili i pogrążyli się w rozmowie z Kaldaqiem. jak powiedziałeś. Nie cierpię wojny. W końcu jednak spytał: – I co znaleźli? – Sporo wyrafinowanej elektroniki w skrajnie prymitywnym otoczeniu – powiedział kapitan. Zresztą. że jednak was dotąd nie docenialiśmy. Z pewnością nie w walce przeciwko Ampliturom. Bardziej przypominamy waszych Waisów. o wiele lepsze i łatwiejsze. Jeśli naprawdę wysłaliście automatyczne sondy na krańce waszego systemu. nie znaczy wcale. to znaczyłoby. Will pochylił się ku obcym. I bez tego mamy dość kłopotów. Wiem teraz. ale to chyba kwestia stylu życia. Nie sądzę.– Mamy nadzieję. Większość moich przyjaciół też jest jej przeciwna. że ich nie było. – To. Wysłani pod pokład żołnierze zakończyli oględziny. że twój gatunek dociera do punktu krytycznego. podczas gdy światło uzyskujesz za sprawą rozżarzonych drucików zatopionych w szklanych bańkach. Jedno wam powiem: nie chcemy mieć z tym nic wspólnego. Jasne. że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. że zostaniecie naszymi sojusznikami. Nie jestem duży ani specjalnie wytrzymały. – Wy znacie lepsze sposoby? – Oczywiście. Zaiste. jeśli są tacy jak ich opisałeś. wojna jest antytezą inteligencji. Ale jeśli wciąż wojujecie. Uważamy. jedno wyklucza drugie. by ktoś grzebał mi w głowie. Nie chcę. Kiepski materiał na żołnierza. – Nikt nie odwiedzał nas dotąd bo. Na przykład ta aparatura do muzykowania jest całkiem nowoczesna. Fajnie było was spotkać. żyjemy na zadupiu . – Na przykład w jaki sposób udało się wam zestrzelić oba nasze próbniki? Zdumiewające osiągnięcie. – No tak. nikt w miarę rozsądny o tym nie marzy. to chyba nie jesteście aż tak rozwinięci. Wszystko zdaje się wskazywać na to. Wielkie odkrycia dokonywane w obrębie wyizolowanych dziedzin przy kompletnym zastoju w innych. – Są jeszcze inne kwestie – przypomniał sobie Kaldaq. Po pięciu tysiącach lat zaczęliśmy wreszcie zbierać nasz świat do kupy. Will mógł tylko siedzieć i patrzeć. które nie prowadzą z nikim wojny. – Po tym względem twój statek jest typowy dla tej planety. popatrzcie tylko na mnie: nie mam kłów ani pazurów. tylko międzygwiezdnej krucjaty nam teraz brakuje. jak na istoty. Wasi sojusznicy mają rację. że ich nie widzieliście.

to też byłoby sporo. wymazali z pamięci i zostawili samych? Nie chcemy dać się wciągnąć w ogólnogalaktyczny konflikt. Nie mam nawet jak tego sprawdzić. poznali kulturę wielu ras. Czy masz coś przeciw temu? – A gdybym nawet miał. – Przecież wsparcie logistyczne też jest istotne. To trzeba będzie jeszcze zbadać. Tyle wiem o tych Ampliturach. – A jeśli nie będziemy chcieli? – Sami nie stawicie im czoła. Wasz wysiłek wojenny mógłby obejmować inne dziedziny.. o jakiej pomocy mówisz. albo zgładzą. Potem pojawią się ich bioinżynierowie. żebyście o nas zapomnieli? Odlecieli. – Tym zajmują się już Hivistahmowie i O’o’yanowie. Albo was podbiją. Odmienią wam geny. Oni nie pozwalają nikomu zostać z boku. – Pod pewnymi względami. Może nie we wszystkim. – I mnie pewnie też – dodał Will. ile mi powiedziałeś.Galaktyki. to co z tego? . jest przeciwko nim. – Przynależność do Gromady nie jest przymusowa. – Z takich badań można się sporo dowiedzieć. że rozmowa utknęła w martwym punkcie. Jestem całkiem pewien. – Cholera jasna! – warknął Will. Gdybyście zgodzili się pomagać nam inaczej niż orężem. że kosmiczna wojna to nie dla nas. – Ale my nie chcemy żadnego wysiłku wojennego! Czemu nie dacie nam spokoju? – Możemy to zrobić – odparł szczerze Kaldaq. które moi przodkowie powtarzali aż do znudzenia przez tysiące lat. zajmą się waszymi umysłami. Kto nie jest z nimi. Zbadaliby go dokładnie. – Nie mam pojęcia. Uzyskalibyście ponadto dostęp do technologii Gromady. Kaldaq uznał. Bez pomocy innych ras Massudzi niewiele by dokonali. – I ściągnęli tu widmo wojny – przerwał mu Will. Nasza technika jest o wiele prymitywniejsza od waszej. Jeśli tylko wylądują na waszej planecie. – Statków wam nie wybudujemy. Tyle jest jeszcze do napisania i skomponowania. Nie możecie po prostu zostawić nas w spokoju? – Niezdolność do walki to żaden wstyd – powiedział Kaldaq. – Musimy jeszcze porozmawiać. – Używasz argumentów. Jutro chciałbym sprowadzić na twój statek naszych specjalistów. Ale Ampliturowie widzą rzecz inaczej. A gdybym tak poprosił was..

Możesz przyprowadzić. Chętnie poznam was więcej. Zniknęli w środku rafy. ta orkiestracja dała mi w kość. Będzie dobrze. pomyślał. na ile może wierzyć temu szczurkowatemu. Nagle zaciekawił się. Ciekawe. jak przybysze kolejno znikają za rufą. gdyby odpłynął do Belize City? Ale tak naprawdę Will wcale nie miał ochoty odpływać. W pierwszej chwili przestraszył się. a znaleźć trudno. Will zastanowił się. co to za sztuczka z tym maskowaniem. Czemu nie paść na koję. Najgorsze. ale jakiś podługowaty kształt wypłynął na spotkanie nieporadnych pływaków. Zamierzał nawet spytać Kaldaqa. Rzadki gość. Mógł też w każdej chwili postawić żagiel i odpłynąć. – Dziękuję – odparł zdawkowo Kaldaq. Nie zrobimy niczego wbrew twej woli. ale zaraz potem w rafie otworzył się jakiś właz i sypnęło gośćmi. że łódź zdryfowała na rafę.Kaldaq jęknął w duchu. ale nie miał . to chyba nie umawiałby się na jutro. czemu obcy wybrali właśnie jego? Dlatego że był sam? Czy próbowaliby zatrzymać go. Szansa na inspirację. poczekać co przyniesie poranek? W blasku dnia świat wygląda inaczej. jeszcze jedna bajeczka o UFO. Tego nie kupisz. Wysoki obcy nalegał na rozmowy i badania. może dostarczyłaby dość inspiracji na uwerturę czy suitę symfoniczną? Albo i poemat symfoniczny? Skoro nie da się uciec. nikt i tak nie potraktuje mnie poważnie. tylko porwał Willa od razu? – Dobra. Nie dojrzał ani śladu poznanej już uprzednio wodnej istoty. kogo chcesz. Łagodna karaibska bryza chłodziła mu rozgorączkowaną głowę. jak może brzmieć muzyka obcych. jeśli jakiś brukowiec zapłaci mi za nią chociaż tysiąc dolców. Obcy nie przestrzegali go przed nawiązywaniem kontaktu z resztą ludzi. że jeśli wyjdę z tego cało. na rozgwieżdżone niebo. Ot. Gdyby jej posłuchał. Gdyby zamyślał wiwisekcję. Nie zdobywa się sojuszników gwałtem. Spojrzał w górę. Mógł spokojnie włączyć radio i wezwać na pomoc wielki statek wycieczkowy. fascynująca i niewiarygodna. Zajrzyjcie rano. Cała przygoda jawiła mu się równocześnie jako przerażająca. Will patrzył. który kotwiczył przy wyspach Turneffe albo miejscową straż wybrzeża. Will znów został sam w kabinie katamaranu. – Jesteś istotą inteligentną. Na razie muszę odpocząć. pozostaje otworzyć szeroko oczy i uszy.

Dobrze byłoby znów trochę pobiegać. wszystko oglądali. – Miło cię słyszeć – powiedział. – Czy wasz znajomy ma odbiornik na pokładzie? – Chyba tak. Niektóre osobniki były mniejsze (Kaldaq powiedział. a wszyscy gadali jak najęci.kiedy. stwierdził kapitan. Szczególnie interesowała ich elektronika. Potem powiem wam. To umyka wyobraźni. Miłe ciepło ogarnęło Kaldaqa. – Tak. podążały za Hivistahmami. – Jak Jaruselka? – Zajęta jak wszyscy. ostre zęby i niesłychana wręcz ciekawość) oraz nieduże istoty z twarzami skrytymi za bujnym owłosieniem. Obejrzyjcie kilka programów. Ci z działu badania psychiki obcych pracują już na trzy zmiany. który zaglądał im przez ramię. Jeszcze inni. . szczególnie za sprawą niespójności tutejszych przekazów wizualnych. i że to się nie nadaje na rozmowę radiową. Mówi. że to O’o’yanowie). Nie chcę was uprzedzać. – Które konkretnie? – Wszystko jedno. działali samodzielnie. czyli kudłate karły. Na pokładzie zaroiło się od obcych. – Kaldaq zlustrował kabinę. co twierdzą ci badacze. stoi w kącie. W innych dziedzinach idzie gorzej. Niech go włączy. że na statku poza tym wszystko w porządku. Była Wais. Zamiast penetrować jacht na własną rękę. – urwała.. Wyodrębniliśmy siedem kolejnych. żeby każdy ocenił rzecz samodzielnie. był Kaldaq w otoczeniu kolejnych Massudów i byli jeszcze inni: zielone gady zwane Hivistahmami (wielkie oczy. że nie wszystkie gady należą do tego samego gatunku. Dość prymitywny. Nagle komunikator kapitana zabrzęczał nachalnie.. Jeszcze siedem. ale. zerkając kątem oka na ekipę inżynierską i na najbliższą wyspę. niemal obwąchiwali. – Na razie staramy się opracować szczegółowe słowniki kilku najważniejszych. Niektóre są wręcz bulwersujące. – Badanie tubylczych języków postępuje całkiem nieźle. Usłyszał jeszcze. – Ale co? – spytał. Szczególnie służbową. pomyślał Kaldaq. Kaldaq starał się dzielić uwagę między pochłoniętych pracą Hivistahmów a tubylca. Pchali się w każdy zakątek. że przekazuje ci wiesz co. Oficer Soliwik nawiązała łączność za pośrednictwem lądownika. lepiej. Wyraźnie nie przejawiały większej inicjatywy. że woleliby unikać wyciągania przedwczesnych wniosków. To do niej zupełnie niepodobne... Bliższa obserwacja pozwoliła Willowi stwierdzić. – Mniejsza o szczegóły. Mówią.

Na TBS leciał jakiś stary John Wayne. Chyba zadowolił gospodarza. Wstrząśnięty kapitan doszedł do siebie. Czasem żyć się odechciewa po wysłuchaniu tych wiadomości. Poza widokiem tego samego obcego siedzącego za stołem w otoczeniu współbraci. Will spojrzał kolejno na wszystkich obcych. – Niezły wynalazek. aż przy kolejnym fragmencie poderwał się mimowolnie. – Możesz uruchomić odbiornik? Chciałbym zobaczyć. jak działa. Ekran poczerniał. Goście reagowali dość żywiołowo. mogę go nagrać do późniejszego odtworzenia. Kaldaq zauważył. Parę niebieskawych piórek opadło na pokład. którego znaczenie i tak musiał od razu wyjaśniać. Zaraz dołączył do nich jeden z Hivistahmów i Wais. cofnij to! – Nie mogę – wyjaśnił uprzejmie tubylec. gdy nerwowo przeczesała pierś dłonią. Kaldaq podziękował gestem. – To telewizja – wyjaśnił Will. .opowiedział z grubsza o paranoicznej sytuacji na dole. – Chwila. To Galaxy Six. która zawsze kręciła się w pobliżu. nastawię CNN. – Teraz tylko odbieram program. – Co chcecie oglądać? – spytał Will. wyłączył komunikator i podszedł do odbiornika. Tubylec pomanipulował coś przy stojącym na telewizorze pudełku. że był to samiec. Znalazł kilka. Aparatura rozjarzyła się światełkami. Może poszukam jakiegoś filmu. Przestał sprawdzać głową wytrzymałość sufitu i bez pomocy translatora zwrócił się do Hivistahma w jego języku. Jeśli chcecie. jeden z naszych satelitów telekomunikacyjnych. – Mamy. – Tutejsza rzeczywistość musi być zupełnie odmienna od tego. – Zdumiewające. na Showtime i Cinemax jakieś nowsze kawałki. – Ja też widziałam – powiedziała Wais spokojnie jak zawsze. Kaldaq patrzył w milczeniu. – Pstryknął czymś przy pudełku. chociaż dziób jej pokłapywał. – Świetnie was rozumiem. – Już wiem. tylko podniosę talerz anteny. ale zaraz pojawił się na nim obraz innego tubylca. – Stój. Widoczna za oknem kabiny okrągła antena podjechała wyżej i poszukała jakiegoś punktu na niebie. co dotąd poznaliśmy. Miał skórę o wiele ciemniejszą niż gospodarz. co chwilę migały sceny z całej planety. – Widziałeś? – Owszem – odparł technik.

Byli tego samego wzrostu co O’o’yanowie. Will posłusznie nastawił CNN. tylko oczy biegały wciąż. że jeśli te transmisje są typowe dla tubylców – mruknął Kaldaq – to umykają oni wszelkim naszym klasyfikacjom. Przełącz z powrotem na wiadomości. pokazując wyłącznie aberracje? – spytała Wais. – Powiedziałbym. Wydał rozkaz i w chwilę później pojawiła się jedna z dwóch niskich i włochatych istot. gdzie mówiono akurat o ostatnich zamieszkach w Libii. chcemy jeszcze trochę pooglądać. ale większy talerz nie zmieściłby się na pokładzie. Chłonął przekaz niczym profesjonalny krytyk. jak u gadopodobnych. Nic otrzymawszy odpowiedzi chciał wyłączyć odbiornik. Odbiór jest trochę kiepski. Dziękuję. – Kapitan skinął na zastępcę i polecił mu: – Popatrz na to. co najbardziej poruszyło obcych. W odróżnieniu od Massudów stał nieruchomy jak posąg. podobnie jak ja i chyba ty. Pokazałem wam chyba wszystkie możliwe kanały. – Czy to normalne? – spytał Kaldaq. S’van przyjrzał się uważnie płaskim obrazom. – Czy jest coś. co o tym myśleć. o co chodziło Soliwik. czyli mierzyli niespełna metr. – Wcześniej było jeszcze gorzej – wtrąciła Wais. ale Kaldaq zorientował się w porę. jednak ich ciała odznaczały się masywną budową. – Nie. – Zrobił T’varowi miejsce przed telewizorem. Pół godziny trwał tak bez ruchu. – Może ten tutaj chce nas oszukać. chociaż wiedział już. . – Co to jest? – spytał niezbyt dyplomatycznie Will. przynajmniej jak na wtorkowy poranek. takie nowiny? Czy filmy? Raczej tak. – Bardzo dziwne. – Dobrze. Po kilku minutach Hivistahm wstał i wyszedł. co właściwie chcecie zobaczyć. Bez wątpienia były to humanoidy. Ja jeszcze nie wiem. ale kombinezony i bujne kudły nie pozwalały przyjrzeć im się bliżej. które przybyły z Hivistahmami. wskazując na ekran.Wyraźnie wczuwali się w dzieło. To ssak. co by was szczególnie interesowało? – spytał w końcu Will. – Ciekawi mnie treść przekazu. Kaldaq rozumiał już. – Co. – Ale ja nie wiem. aż odwrócił głowę. T’var jest S’vanem. – Jeden z moich oficerów.

są wyrazem waszej filozofii. – To prawda. aby tak czynić – powiedział kapitan. – W czym problem? Wais spojrzała na niego. że dwie rasy zapłaczą się w konflikt. My jej nie chcieliśmy. Rozmawiali bez pomocy translatorów i Will mógł im się tylko przyglądać. jednak po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju żadna istota inteligentna nie będzie napadać na przedstawicieli swojego gatunku. to forma rozrywki. – Zgadzam się – przyznał T’var. – Wais podjęła niełatwe zadanie wyjaśnienia sprawy.. Ale nawet Massudowie i Czirinaldo nie lubią walczyć. – Wiem. I co z tego? – Walczycie między sobą – powiedział powoli Kaldaq. . – Co jest? – spytał.. To bez sensu. Wszędzie pojawiają się obrazy. że istoty. że translator przełoży rzecz właściwie. ale z tego. a potem porusza was byle film. ale wcale nie jesteśmy z tego dumni. – Natężenie przemocy jest zdumiewające. takie opowieści. co właśnie widzieliśmy. To aksjomat.– Nie ma powodu. Niemal wszystkie sceny zawierały przemoc. – Czegoś nie rozumiem. wiadomości to wiadomości. Ampliturowie zmusili nas do walki. ale nie o to nawet chodzi. Najpierw opowiadacie mi o tysiącletniej wojnie. – No owszem. muszą po prostu wyginąć – wyjaśnił T’var. A co do filmów. Czemu zatem tak was porusza widok walczących ludzi? – Rzeczywiście nie rozumiesz. – Wojna to nie nasz pomysł. Chyba – dodała po namyśle – że te obrazy są jakąś rozbudowaną alegorią stworzoną w nie znanym nam celu. Will zmarszczył brwi. fantastyka. Zatem to nie stężenie przemocy was zdumiewa. nawet jeśli nam się ona nie podoba. ale sam fakt jej występowania? – Właśnie. Wiecie. – Nagle jakby się speszył. – W przemocy. na których jedni zabijają drugich. tylko wiadomości były prawdziwe. Toczycie wojnę z Ampliturami. reszta to zwykła fikcja. – Will położył dłoń na jazgoczącym telewizorze. które walczą w obrębie własnego gatunku. – Ich liczebność spada szybko poniżej progu umożliwiającego rozwój cywilizacji. To rzeczywistość. – To was tak zdumiało? Nie chwytam. I to. co oglądaliście. – Poza tym nie jest aż tak bystry. Nawet najbardziej wojowniczy spośród nich byliby wstrząśnięci tym. jak jest skierowana. Wojna staje się atawizmem. Można pojąć. Chciał mieć absolutną pewność. – Teoria katastrof pozwala sądzić. – No nie.

– Wszystko, co mogę wam powiedzieć, to że zawsze walczyliśmy. Od początku naszej pisanej historii aż do teraz. Niestety. – Niemożliwe – powiedziała Wais i zaraz powtórzyła to w kilku tuzinach języków. – A jednak. Na dodatek wciąż istniejemy, chociaż nie wiem, czy osiągnęliśmy już należyty, waszym zdaniem, poziom rozwoju. Will stał w palącym słońcu południa i nie pojmował, czemu ci przedstawiciele dawnych i rozwiniętych cywilizacji nie potrafią zrozumieć czegoś tak oczywistego. W końcu coś przyszło mu do głowy. – Czy próbujecie zasugerować, że mimo tej wojny nigdy nie walczyliście między sobą? Cisza. Spojrzał na Kaldaqa. – Powiedziałeś, że Massudzi są żołnierzami. Czy nigdy w waszej historii nie było żadnej innej wojny? – Nie. Były spory pomiędzy jednostkami, klanami rodzinnymi, ale na poziomie plemiennym dominowała współpraca. Jak wśród większości prymitywnych ludów. Współpraca to jedyny sposób, aby wyzwolić się z barbarzyństwa. Wojowniczość uniemożliwia osiągnięcie wyższych stopni rozwoju cywilizacyjnego. Powoduje rozpraszanie wysiłków i myśli. Kaldaq zastanawiał się, ile jeszcze czasu przyjdzie mu zmarnować na wyjaśnianie rzeczy oczywistych. Najtęższe głowy długo będą się biedzić, by ogarnąć tę niezwykłą cywilizację. – Idea cywilizacji ogarniętej wewnętrznymi konfliktami to absurd. Albo konflikty, albo cywilizacja. Równie to pokręcone jak wasza geologia... – O, geologia też wam się nie podoba? – Will zaczynał się gubić. Że też nie ma pod ręką żadnego eksperta... – Powierzchnia planety dzieli się na lądy i morza, to normalne – powiedział T’var. – Ale wyobraź sobie nasze zdumienie, gdy ujrzeliśmy twój świat, gdzie obszary lądowe dzielą się na wiele fragmentów. – To dzięki ruchowi płyt tektonicznych – stwierdził Will przypominając sobie to, czego nauczyli go jeszcze w szkole. – Sądzimy, że wszystkie kontynenty tworzyły kiedyś jeden olbrzymi ląd. Dawno temu rozpadł się na wiele kawałków, które wciąż dryfują. – Lądy nie „dryfują” – powiedział T’var i spojrzał na Kaldaqa, a potem z powrotem na krajowca. – Lądy tkwią tam, gdzie powstały. Nie wędrują po świecie. – Tutaj wędrują. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– Nie sądzicie, że panujące tu nienormalne stosunki mogą być w pewnym stopniu wynikiem aberracji tektonicznej? Równoczesne powstanie i rozwój wielu języków sugeruje rozdrobnienie społeczności globalnej. – Nie znam przypadku, gdzie ukształtowanie fizyczne planety mogłoby w tak olbrzymim stopniu wpływać na charakter społeczeństwa – mruknął zbity z tropu T’var. – Czy niestałość planety może zniekształcać normy społeczne? – To nie nasza dziedzina – powiedział Kaldaq, aby skończyć te rozważania. – Ale sytuacja jest bezprecedensowa. Musimy porozumieć się ze statkiem. Ciekawe, czy tubylcy dostrzegli tu jakąś zależność? Może znają wyjaśnienie? – Zatem na waszych światach nie ma czegoś takiego, jak osobne kontynenty? – Jest ląd, ale jeden. Życie powstaje na nim i na nim się rozwija. Czasem bywają wyspy – wyjaśnił T’var. – Jedna wielka masa lądu. Twój świat to coś zupełnie nowego. – Może to wina Księżyca? – zagadnęła Wais. – Co? – spytali równocześnie Kaldaq i T’var. Kto by oczekiwał naukowych wyjaśnień od tłumaczki? – Jest o wiele za duży dla tej planety. Pomyślałam, że bliskość tak wielkiego ciała mogła spowodować pływy wewnętrzne i te rozerwały jednolitą płytę lądu. – Ciekawa hipoteza – mruknął Kaldaq. – Musimy przekazać ją tektonikom. Kaldaq rozpaczliwie pragnął usłyszeć wreszcie coś, co mógłby spokojnie ogarnąć rozumem. Coś znajomego. Wrogi z początku tubylec okazał się w pełni skłonny do współpracy, ale nadal nie dawało się przewidzieć wszystkich jego reakcji. – Czy pozwolisz się zbadać? – spytał go Kaldaq. – Co? Ja? – Will wyłączył odbiornik satelitarny i telewizor. W ustach mu zaschło. Wyciągnął z lodówki jeden z sześciu kartonów soku ananasowego, wetknął do środka słomkę i pociągnął łyk. Nagle dotarło doń, że jest na łódce sam na sam z ponad tuzinem obcych. Może Kaldaq mówił prawdę i większość z nich nie zna się na walce, ale i tak przewaga liczebna była po ich stronie. Will nie znał żadnej ze sztuk samoobrony, sprawdził już też, że nie ucieknie wpław. – A jeśli powiem nie?

Obcy kapitan wzdrygnął się, dotknięty do żywego. – Wtedy nie będzie badań. – Nie planujecie niczego w rodzaju chirurgii inwazyjnej? – Nie. Jesteś istotą inteligentną. Czemu mielibyśmy cię skrzywdzić? Will dopił sok. – Rozumiem, że nie będzie bolało. Gdzie chcecie mnie badać? – Na pokładzie lądownika. Wyposażyliśmy go należycie. – Chętnie go obejrzę. – To też da się zorganizować.

Rozdział 10

Will nie oczekiwał, że wahadłowiec będzie aż tak duży. Ujrzał nowe, fascynujące miejsce, w którym rozpoznawało się wszakże znajome elementy, bowiem taki na przykład fotel, na ile by nie był dziwaczny, pozostawał fotelem. Jednak niektóre rzeczy zaskakiwały. – Rozumiem już, dlaczego nie podobały się wam żarówki – Will wskazał na biegnące po ścianach korytarza taśmy świetlne. Były chłodne w dotyku. – Nie krępuj się i pytaj, o co tylko zechcesz – powiedział T’var, który razem z tłumaczką oprowadzał Willa po wahadłowcu. Dotarli do małego pomieszczenia wypełnionego nie znaną Willowi aparaturą. Czekała tu już grupa Hivistahmów i O’o’yanów. I jeszcze paru S’vanów. Pośrodku widniała niewielka platforma. Will wiedział, że gospodarze aż palą się do rozpoczęcia badań, podejrzewał też, że w razie kłopotów siłą wpakowaliby go na leżankę, jednak wciąż się wahał. – Na pewno nie będzie bolało? – Nie – zdumiał się T’var. – Dlaczego miałoby boleć? – Najwidoczniej nie chodzimy do tego samego lekarza – mruknął Will, nieco się uspokajając. – Nie ma żadnych pasów ani uchwytów? – Po co mielibyśmy cię wiązać? – Nie wiem. – Odetchnął głęboko. – I co teraz? Mam się na tym położyć? – Gdybyś był tak miły – powiedziała Wais. Leżanka była przyjemnie ciepła, światło ponad nim nie oślepiało. Kilku Hivistahmów podeszło bliżej. Trudno było wyczytać cokolwiek z tych twarzy, chociaż ich oczu nic nie przysłaniało. O’o’yanowie skupili się przy aparaturze. Nie nosili również translatorów, zatem rozmowa musiała toczyć się za pośrednictwem ptakowatego, który na początek poprosił Willa o zdjęcie kąpielówek. Will nie protestował, tylko przez chwilę zastanowił się, czy wśród ekipy są jakieś kobiety. Potem puknął się w głowę: nawet jeśli tak, to co z tego? Samo badanie miało dość tajemniczy przebieg. Will nie rozpoznał

żadnego z instrumentów diagnostycznych, odczyty zaś nie miały nic wspólnego z którymkolwiek ze znanych mu zapisów. Ani przez chwilę nie czuł bólu czy niewygody. Obejrzeli go ze wszystkich stron, poprosili, aby poruszał trochę oczami, ponapinał niektóre mięśnie. Nie wyrażał sprzeciwu, tylko sam zadawał coraz więcej pytań. Kaldaq stał w milczeniu obok T’vara i obserwował badanie. Starszy z techników podszedł do nich na chwilę rozmowy. Wais zajęta była przy okazie, zatem musieli skorzystać z translatorów. – Dziwny organizm. Wysoce zaskakujący. – Na przykład? – spytał Kaldaq. Hivistahm spojrzał z powagą na leżankę i mruknął coś do najbliższego O’o’yana, który pobiegł wykonać polecenie. Will tymczasem pogwizdywał, wiercił się i obracał oczami, czyli robił wszystko, by zadowolić interlokutorów. – Osobliwa budowa czaszki. Na razie trudno powiedzieć cokolwiek więcej, a to za sprawą ograniczonych możliwości aparatury, jak i tego, że mamy tylko jednego osobnika, brak możliwości porównania. Na pokładzie statku byłoby łatwiej. – Zapewne niedługo trafi się sposobność. Co jeszcze? – Zakładając, że ten osobnik jest reprezentatywny dla całego gatunku, należy zwrócić uwagę na silny system kostny i bardzo zwartą muskulaturę. I jeszcze na niezwykłą wrażliwość systemu nerwowego. Może to skutek warunków rozwoju, odpowiedź ewolucji na ich anormalną historię... To tylko wstępna hipoteza. Nie wiemy, jak nieustanna walka toczona w obrębie jednego gatunku wpływa na strukturę fizyczną należących do niego osobników. Skazani jesteśmy wyłącznie na domysły. Poza tym tubylec znakomicie widzi w dzień i całkiem nieźle w nocy. Przynajmniej według naszych standardów. Na przykład w świetle dnia Hivistahmowie odbierają obraz nieco ostrzejszy, jednak w nocy mało co widzimy. Podobnie jest z większością innych ras. Ludzkie oczy wydają się przystosowane do widzenia w każdych warunkach. Massudzi słynęli w Gromadzie ze świetnej orientacji w nocy. – Chcesz powiedzieć, że lepiej radzą sobie w ciemności niż my? – spytał Kaldaq. – Tak, za dnia chyba też. To nie wszystko – dodał, widząc zdumienie Massuda. – Wyniki badań sugerują, że tubylcy potrafią widzieć również pod wodą. W ograniczonym zakresie, zależnie od przejrzystości środowiska, ale jednak. Badany potwierdził to zresztą w rozmowie.

– Czas reakcji na pewne bodźce jest wręcz wspaniały. Nie znamy drugiej podobnej kultury. dalekim od wojowniczości artystą – powiedział T’var. Wprawdzie dobrze czują się w wodzie. – Nie weryfikuję jego słów. wiążę je tylko z odczytami . – Nie potrafimy orzec. układem mięśniowym. pozwala im to na podejmowanie większych wysiłków niż w przypadku mojego gatunku. – Owszem – zgodził się technik. że jego przyjaciele odnoszą się do sprawy podobnie. – A zatem mamy stworzenie – powiedział Kaldaq i spojrzał na leżankę – które widzi lepiej niż Massudzi. nie są w żadnej mierze dwudyszni. Koordynacja ruchowa na poziomie Massudów czy S’vanów. – Will twierdzi. – Mogę mówić jedynie o wynikach badań tego jednego osobnika – stwierdził technik. który zabiłby Hivistahma czy śmiertelne dla Massuda gorąco. gorsza jednak niż u Hivistahmów. Badany powiedział nam. – Mówi. Świetnie też przystosowują się do zmiennych warunków klimatycznych. – Krygolitów też przewyższają? – Być może. że chłód. – Ale nie przypominają Leparów? – Nie. masywnymi więzadłami i ścięgnami. – To też już widzieliśmy – powiedział kapitan. czy te skłonności są cechą wynikłą z procesu ewolucji. jednak to już nie jest takie niezwykłe. – Mają bardzo sprawne palce. Ośmielę się powiedzieć. Jak to pojąć? Ale technik jeszcze nie skończył. którzy jednak kiepsko radzą sobie na lądzie.– Bez okularów? – zdziwił się T’var i technik potwierdził. Mają bardzo wydajne płuca. na nich nie robią aż takiego wrażenia. że jest muzykiem. czy też naleciałością kultury. – Wspominałeś też coś o niezwykłej budowie układu nerwowego. Jednakże codzienna aktywność. że przedstawiciele jego gatunku bardzo lubią spędzać wolny czas w wodzie. – Te istoty posiadają niesłychaną zdolność adaptacji. Chociażby zdolność przechwytywania skierowanych w stronę osobnika obiektów. nawet sztuka i rozrywka epatują przemocą. ale oddychają tylko tlenem atmosferycznym. jest silniejsze od Hivistahmów czy Bir’rimorów. W połączeniu ze strukturą kostną. – To akurat sami widzieliśmy – mruknął Kaldaq i skrzywił się. a w pływaniu ustępuje tylko Leparom.

gdzie trzech laborantów prosiło właśnie tubylca. to najwyżej zwolnimy tempo badań – powiedział T’var. – Jakie są ich potencjalne możliwości bojowe? – Fizycznie znaczące. aberracja kulturowa. że ich postępowanie jest odległe od deklaracji. że tubylcy gardzą walką. Raport podaje. Coś takiego potrafili zrobić tylko Massudzi. – Dłubnął przelotnie w zębach.. W końcu T’var spytał o rzecz najważniejszą. niemożności angażowania się w konflikt międzygatunkowy. Muszę przyznać. ale. Will wysłuchał nagrań i uznał je za urokliwe. Czirinaldo są silniejsi. że to nic nie da. to normalna postawa istot inteligentnych. Mamy jednak podstawy by podejrzewać. że nie można porównywać w ten sposób przedstawicieli różnych ras.instrumentów. Dziwne cechy fizyczne i umysłowe. Uczciwa komparatystyka dopuszczalna jest tylko w obrębie jednego gatunku. choć proste rytmicznie. – Ciekawe.. – Technik zsunął okulary z oczu i przetarł powieki. wstał i uśmiechnął się do gości. – Ale co innego mnie niepokoi. Kaldaqowi trochę ulżyło. – Jeśli analiza nastręczy trudności. Może jeszcze Aszreganie. – Chociaż obawiam się. Zresztą nie wiem. – Odbiór muzyki jest zawsze subiektywny. – Ale nie zrezygnujemy. Takie szczególne szaleństwo. To wszechstronna istota. No i pod warunkiem zdobycia większej ilości tubylców do badań. co sądziliby o naszej muzyce? – zainteresował się T’var.. – A Massudzi? – spytał Kaldaq. mógłby wytworzyć coś w rodzaju blokady mentalnej. nie jestem psychologiem. Leparowie sprawniej pływają. – Massudzi szybciej biegają – rzucił technik. Osobnik wykonał ćwiczenie bez trudności. że walczą między sobą. Podobno poświęciła ona swoje życie muzyce. O’o’yanowie są znacznie dokładniejsi w pracy.. O umysłowych nie potrafię nic powiedzieć. jeśli ta muzyka jest gwałtowna jak żadna inna. – Warto będzie sprawdzić. Technik zawahał się i spojrzał na podwyższenie. że odnajdujemy w tej istocie sporo sprzeczności. zdumiewająco wszechstronna. by usiadł i dotknął stóp palcami rąk. – Tym razem T’var nie bawił . ale cóż z tego. jest istotą miłującą pokój i sztukę. Zmęczony Hivistahm tylko przytaknął. chociaż wiedział. – Wspaniałe. nie zajmuję się zachowaniami ksenofobicznymi. – Weryfikacja tych danych będzie możliwa dopiero na pokładzie statku. Fakt. Hivistahmowie widzą nieco lepiej. Gdy ostatnie dźwięki wybrzmiały w kabinie katamaranu.

Trwa od wielu lat i nie skończy się za naszego życia. Muszę wiedzieć. Nawet bardzo. aby poddawać tubylca złożonym procedurom – zaprotestował zastępca szefa działu medycznego. – Nie zgadzam się – powiedział T’var. Czy da się je tak wyszkolić. Gdy Will zgodził się na dalsze badania. iż nie dostrzegam w jego zachowaniu agresji – zauważył Kaldaq.. – Moje utwory można porównać do współczesnej muzyki popularnej. . lubię wyrazisty rytm. – Zagrajcie mi jeszcze raz ten kawałek z czymś. że to był wypadek. – Jest jeszcze za wcześnie. że jak dotąd krajowiec jest w pełni skłonny do współpracy. każda pomoc z ich strony będzie mile widziana. nieokrzesana. – Jednak złamał rękę Dropahkowi. – I owszem. na ile będą pomocne. że to cecha użyteczna dla naszych celów.się w uprzejmości.. Owszem. Powinniście usłyszeć grupę zwaną Cadmium. pomocny. których bezpośrednich skutków nie potrafimy w żaden sposób przewidzieć? – Widzę. trzeba ustalić. daję dużo perkusji. że to cię zainteresuje.. – Niechby. ale nie dążę do dysonansu. – Twierdzi. że wszyscy zapomnieli o najważniejszym – wtrącił się T’var. – Dla nas twoja jest. – Niektórzy uważali go za wyjątkowo agresywnego i sugerowali. musimy mieć możliwość przebadania większej ilości osobników – powiedział T’var. żebym jej posłuchał? – Jesteś muzykiem – powiedziała Wais. ale dla was to tylko puste słowa. Przyznam. ale o niczym więcej. uśmiechając się wojowniczo. Pora podjąć istotną decyzję. Dlaczego chcieliście. co brzmi jak elektryczne dzwony. Jeśli tak. Ale czy możemy ryzykować poddanie go badaniom. Wasza muzyka przypomina mi ludową muzykę Bułgarii czy pieśni z okolic Palestyny. To może świadczyć o jego sile i niezgrabności. – Złączył dłonie za głową i oparł się wygodnie na kanapie. No. – Żeby ustalić coś takiego. czy te istoty mogą zostać naszymi sojusznikami. Kaldaq zebrał szefów działów naukowych.. – mruknął z zakłopotaniem zastępca. Zaprosił też T’vara i Wais. – Czas ucieka. – Pozwolę sobie zauważyć. aby przeanalizować dogłębnie przynajmniej tego jednego. – Mamy wojnę. – Skłonny do współpracy. – Lub też szansę. – Myśleliśmy. aby wzięły udział w prawdziwej walce? Czy nadadzą się do innych zadań? A może okażą się bezużyteczne? Oczywiście.

na dole. włączając się do konwersacji. Ostrożność jest wskazana. zmagając się z kąpielówkami. – Złożone eksperymenty wymagać będą zgody tubylca. że należy zaryzykować. – Czyżbyś nie chciał zobaczyć całego statku? – spytał T’var. Otaczająca go grupa naukowców ani na chwilę nie przerwała pracy. Teraz trzeba przenieść badania na pokład statku. Ale nikt nie uprzedzał. – Chwila. Spośród wszystkich obcych S’vanowie najbardziej przypominali mu ludzi. – To jakaś obsesja – mruknął T’var. Wydało mu się. – Zabieracie mnie gdzieś wbrew mojej woli. Wais zgrabnie wsunęła się pomiędzy tubylca i protestujących Hivistahmów. Czemu mielibyśmy to robić? . że lądownik zadrżał. aby przekonać dowolne forum. że też się zgubiła. Kaldaq wiedział. – Zatem odnotujcie proszę. moment! – Will zeskoczył z podwyższenia. jak bezwłosa skóra. czy co? – Porywamy? Tym razem translator nie podołał. na ile komponentów się dzieli. że S’vanowie są wystarczająco utalentowanymi mówcami. – Prawda – odpowiedział za pośrednictwem translatora medyk. powinniśmy korzystać z jego pomocy. – Koniecznym okazał się powrót na nasz statek. na miejscu. – Nieporozumienie semantyczne – powiedziała. ale ona tylko kłapnęła dziobem sygnalizując. Gdyby krajowiec zaczął sprawiać kłopoty. – Dla nas statek jest jednością niezależnie od tego. Nie było mowy o żadnej podróży. Jak długo nie zmieni nastawienia. – Oczywiście. – Zgodziłem się pomagać wam tu. – Co można było zrobić tu. – Jasne. T’var uporałby się z nim. to już zrobiliśmy. – Coś się dzieje? Chyba się poruszamy. – T’var spojrzał na kapitana. że polecimy w kosmos. że zgodziłem się jedynie odwiedzić „komponent” – rzucił Will. Will usiadł na platformie i opuścił nogi na podłogę. ale uważam. odepchnął dwóch O’o’yanów i sięgnął po swoje kąpielówki. Porywacie mnie. to musi być genialny widok.Zrażenie do siebie jednego tubylca to nie jest zbyt wysoka cena za szansę skrócenia walki. T’var spojrzał na tłumaczkę. Jak dotąd współpracuje z nami. – Równie osobliwa. – Nie chcesz spojrzeć z góry na cały twój świat? Will rzucił okiem na przysadzistego humanoida.

– S’van chciał wzbudzić ciekawość tubylca i miał nadzieję. Jeszcze jedna ciekawostka do zanotowania pod hasłem „Ludzie”. – W ten sposób ominie cię atrakcyjna wycieczka.. ale i podtekst emocjonalny. może nawet okazałby się bardziej skłonny do pomocy. ale masz prawo wyboru. – Zachowują się w sposób kompletnie nieprzewidywalny. intrygujące były tylko szczegóły. to przede wszystkim twojej pomocy. Czyżbyś wciąż nie pojął jeszcze zasad właściwych naszej społeczności? – Zwrócił się do techników. czy ogólnogatunkowe szaleństwo? Naprawdę trzeba to zbadać. Przybysz zachował się tak. – Jeśli pragniesz wrócić w tej chwili na dół. Potem uśmiechnął. oczywiście. zatem użycie siły nic by nie dało. i tak już w tym siedzę. Sam zgodziłeś się z nami współpracować. – Zaczynam współczuć tym biednym istotom – powiedział po hivistahmsku. podczas gdy towarzystwo tego krajowca trudne było do zniesienia. Wnętrze statku wyraźnie zdumiało gościa. – Obiecujemy – powiedział T’var. czego chcecie. Cała załoga zbiegła się ujrzeć obcego. – Możliwe. Krajowiec zawahał się. że potem. że nie zrobimy niczego wbrew twojej woli – rzekł T’var do krajowca. Leparowie czy Massudzi nigdy nie peszyli T’vara. Poza tubylcem. że translator odda nie tylko treść. – Zapewniam cię. że w każdej chwili mogę wrócić na moją łódź? – Oczywiście – powiedział T’var. że inspiracją może być każda przeżyta chwila. gdy prowadzono go do ośrodka . Will przyjrzał mu się. pomyślał. Dobra.– Aby wyciągnąć ode mnie wszystko. a co najwyżej zaszkodziło. jakby ktokolwiek mógł sądzić inaczej. jednak bez przesady. pomyślał Kaldaq. – Znaczy. która sama nie podróżuje między gwiazdami. Czemu? Przecież nieustannie zapewniał o swym pokojowym nastawieniu. po wszystkim. – Do diabła. odstawicie mnie na moją łódź. Jeden z moich starych nauczycieli kompozycji mawiał. to proszę bardzo. – Ostrzegałem przed taką możliwością – syknął zastępca. Dziwne jak na rasę. patrząc w te z rzadka mrugające oczy. Zupełnie. lecę z wami. Co za osobliwa.. S’van poczuł się dziwnie. Ale obiecajcie. Bez wątpienia znajdziemy kogoś na twoje miejsce. pomyślał Tvar. bogata mimika. – Jeśli czegoś chcemy. Czy to jego cecha osobnicza. że nie są wcale cywilizowane. jakby sam fakt istnienia pojazdu kosmicznego był dla niego czymś oczywistym.

Gdyby skonstruowano wreszcie coś takiego. jak sami to nazywali. – Tubylec chyba zaczyna się niecierpliwić. Soliwik nie mogła powstrzymać komentarzy. Owszem. – Domyślasz się. Chociaż. Will został usadzony na niskiej. że ona też jakby się wahała. poza zasięgiem telepatycznego oddziaływania jeńców. że lepiej będzie nie uprzedzać faktów. jak może zareagować na skanning? – Pojęcia nie mam. – Dziękuję bardzo – powiedział chłodno T’var. mimo braku postępów naukowcy nie tracili nadziei. Kaldaq. a na medycynie w ogóle się nie znam. W porównaniu z laboratorium na wahadłowcu. – Szefowa medyków uznała. – To nie będzie konieczne – powiedział Hivistahm będący szefem działu medycznego. ale wygodnej kanapie. Skanning kory mózgowej był metodą analogiczną do tego. ale reszta do luftu. chociaż nie chciała sprecyzować swoich obaw. ale nie chciałem się spierać. sądząc po tonie osobnik przywykły do wydawania poleceń. Wolę unikać pchania nosa w cudze sprawy. Dziwne jednak. którzy sami byli jeńcami wroga. – Patrzcie tylko! Absurdalna kępka włosów na głowie i prawie żadnej sierści gdzie indziej.badań w centralnej części statku. – Ale cudak. Z’mam zabrał się do dzieła. . byłby to zwrotny moment wojny. co Ampliturowie stosowali wobec swoich niewolników. wcale nie dziwniejszy od S’vanów. Wiele informacji uzyskano też od tych przedstawicieli Gromady. a ich badanie było skrajnie niebezpieczne i musiało odbywać się na odległość. Małe oczy. Mimo setek lat badań nie znaleziono sposobu. – Zaczynają – powiedziała Soliwik.. aby obronić się przed wpływem Ampliturów (przed ich. mięśnie niczego sobie. Oczekiwał kolejnej leżanki. Założył ręce za głowę i spróbował się odprężyć. Na kanapie zmieściłyby się bez trudu dwie osoby. Uznawano go za triumf technologii Gromady. szczególnie że w całej historii wojny zdołano pojmać żywcem ledwie kilku Ampliturów. sposobem komunikowania się). – Kapitan przysunął się do szyby oddzielającej oba pomieszczenia. Niezbyt się z tym zgadzam. – Zwróciła się do Kaldaqa. Prace jednak trwały nadal. – Mam się znowu rozebrać? – spytał. Soliwik i T’var przyłączyli się do reszty widzów stojących w przyległym pomieszczeniu. ale miękkie poduszki podobały mu się o wiele bardziej. zupełnie jak u Leparów. wskazując na laboratorium.. to wnętrze było wręcz komfortowe. zęby marne. Płaska twarz. Will uśmiechnął się.

Nawet jeśli szefowa działu zdaje się być o tym przekonana. Czas mijał i Kaldaq odpłynął myślami daleko od laboratorium. – Pewnie obawia się zbyt przyspieszyć tempo badań. technicy przed ekranami śledzili rutynowe zapisy w nadziei. że te istoty są ledwie cywilizowane. jej personel ma inne zdanie. by wolną dłonią poprawić skraj siateczki. – Widziałeś? – Że co? – Kapitan zamrugał powiekami. Ich twarze pozostawały z reguły niewzruszone. – To rzadkie u Hivistahmów. było słychać jak osobnik protestuje przeciwko działaniom dwóch techników. którzy próbowali założyć mu siatkę na głowę. – Zaraz zaczną – powiedziała Soliwik. O ile wiem. Zatroskany O’o’yan sięgnął. – Wymykają się wszelkim klasyfikacjom. – Lepiej tam pójdę – stwierdził T’var. . Ale nie mamy wyboru. Skaner zaczął działać i na początek wprowadził podłączone osoby w stan podobny do snu. Chwilę potem pojawił się za szybą i z Wais przy boku zaczął wyjaśniać coś Ziemianinowi. pokiwał głową i w końcu pozwolił technikom robić swoje. gdy poczuł nagle. wskazując za szybę.Rzeczywiście. żeby przesądzać o ich bezużyteczności. Podobnie jak ta planeta. że ujrzą w nich coś niezwykłego. Obie siatki zaczęły emitować blade światło. Jak na Hivistahma reakcja niezwykła. Jedna z asystentek siedziała w fotelu na lewo od kanapy. – Spójrz na jej twarz. by dać nam dość czasu na dogłębne analizy. – Na tyle chyba mnie już znasz. Kręcący się u jej nóg O’o’yan sprawdzał wstępne odczyty aparatury. Przeciętny Amplitur uporałby się z takim zadaniem w kilka sekund. Był to zwykły między Massudami gest zwrócenia czyjejś uwagi. Za szybą T’var pogadywał o czymś z Wais. ale za wcześnie jeszcze. jak Soliwik kopie go w kostkę. – Naprawdę masz jeszcze nadzieję? Kaldaq spojrzał z wyrzutem na zastępczynię. Tamten opuścił ręce. czemu szefowa medyków była taka małomówna – mruknęła Soliwik. jak asystentka krzywi się lekko. – Nie widzę w tym nic niebezpiecznego. Kaldaq ujrzał. którą nałożono krajowcowi. Ampliturowie nie przerwą naporu. Słyszałam. Jej głowę oplatała siatka czujników podobna do tej. – Ciekawe.

Śpiący obok człowiek tylko obrócił się na drugi bok i poruszył raptownie nogą. Technik poleciał do tyłu. jej gałki oczne miotały się pod na wpół przymkniętymi. Odraza. pociekła krew.Kaldaq aż podskoczył. kopała nogami. Asystentka oszalała. Wszystko w jednym geście wściekłości. a w niej pokazało się coś białego. Nawet przez szybę słychać było ten trzask. drżącymi powiekami. . młóciła ramionami. jego podręczna konsola wylądowała w drugim kącie pomieszczenia. Przerażenie. gdy asystentka nagle zamachnęła się lewą ręką i z całej siły uderzyła technika w twarz. Zęby.

ale osobnik jęknął głośno przez sen i odrzucił technika. Człowiek spał już spokojnie. Przełączyła kilka funkcji. Na przykład tutaj. wygląda niekonwencjonalnie. – Spojrzała nerwowo na kanapę. z nosa ciekła jej krew. – Naprawdę. ale nie zawiera anomalii. Nic niezwykłego. Kaldaq wyrwał mu urządzenie i zażądał wstępnej interpretacji danych. aktywność w . Po massudzku. ale to naprawdę nie mamy pojęcia – odparła wstrząśnięta zastępczyni. siłą rzeczy. Kaldaq i Soliwik pobiegli na pomoc. technicy zdarli już siateczkę z głowy asystentki i złożyli jej bezwładne ciało na leżance. Odczyt. – Sami widzieliśmy – mruknęła Soliwik. Inni próbowali uspokoić syczącą wściekle i szamoczącą się asystentkę. – Zaczęliśmy typowo. Pojawił się technik z czytnikiem. – Nie myślę jedynie o zachowaniu. Szefowa medyków pochylała się nad nią i przesuwała końcówką zestawu diagnostycznego wokół głowy. Odważniejsi ruszli ku kanapie. by otrzymać więcej danych. ale miał jakiś dziwny wyraz twarzy. Tymczasem ktoś nałożył asystentce na twarz podłużną maskę. Technicy zdjęli mu już siatkę. – Proszę spojrzeć – powiedziała. Jeden z O’o’yanów schwycił lewą rękę tubylca. Zasyczał gaz. Potem przeszliśmy do stymulacji konkretnych ośrodków i wtedy zrobiło się dziwnie i zupełnie nietypowo. – Co się stało? – spytał Kaldaq. Słaba stymulacja służąca sporządzeniu indywidualnej mapy reakcji. – Na początku wszystko było w normie. – To nie ma sensu. Jakaś laborantka z Hivistahmów potknęła się i legła jak długa na podłodze. Przeklinając pod nosem. Zastępczyni wzięła czytnik i zerknęła na monitor. Ofiara była nieprzytomna.Rozdział 11 Obsługa laboratorium wyrwała się z wywołanego szokiem odrętwienia i ruszyła na pomoc jęczącemu i zakrwawionemu technikowi. Gdy dotarli do pomieszczenia za szybą.

– Co niepokoi mnie tym bardziej. wiele można mu przypisać. że cokolwiek uczynił. Reakcja miała charakter instynktowny. krajowiec nie zamierzał skrzywdzić asystentki. Sprawdzamy jeszcze. Te linie w tle pokazują dla porównania odczyty typowe dla innych gatunków.obrębie kory mózgowej wzrosła tak bardzo. – Czym wywołany? Zastępczyni zadarła głowę. Dalej zresztą śpi. Jednak odczyt nie kłamał. pomyślał kapitan. prawie prosta oznacza Leparów. – Miło mi to słyszeć – stwierdził Kaldaq. wszyscy byliśmy świadkami aktu przemocy. Ale co? – Bardzo ucierpiała? – Soliwik wskazała na asystentkę. – Tubylec twierdzi. – Z braku innego wyjaśnienia musimy na razie przyjąć. że kłamie? – Może. – Też mnie to zastanawia – mruknął kapitan. – Ja też nie. Ale przecież Will Dulac nie był wariatem. ale ja rzadko bywam w laboratoriach. Kaldaq pochylił się nad ekranem. Pierwsza diagnoza sugeruje szok kataleptyczny. że należy do pokojowej rasy. Czy to możliwe. Tubylec jest tutaj. – Musnęła zadbanym paznokciem wnętrze ucha. – Znaczy. że nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziała. – Niemniej to uczynił. ale jeśli naprawdę zamierzał cokolwiek przed nami ukryć. Jak to Massud. Zastępczyni zamyśliła się. to nie rozumiem. Musimy zatem przyjąć. Owszem. że aż skala nam się skończyła. Niezależnie zresztą od przyczyny. których ten żadną miarą nie kontroluje. Szefowa mówi. odzwierciedlał coś. Głębsze pokłady umysłu zareagowały na płynący z zewnątrz bodziec. by spojrzeć Massudowi w oczy. to podejrzenie. że to skutek sprzężenia zwrotnego z tubylcem. – Tego jeszcze nie wiemy. Kaldaq skrzywił nos i zastrzygł uszami. dlaczego zgodził się na testy. – Stan zagrożenia. – Kaldaq postukał w ekran czytnika. chce wszystko wiedzieć teraz i zaraz. Krzywa przypominała wykresy otrzymywane przy badaniu szaleńców. że taki przebieg zdarzeń sugeruje istnienie u obcego reakcji warunkowych.. . ale nie wykryliśmy żadnej usterki aparatury. Średnie natężenie bodźców. nie był to wynik świadomie podjętej decyzji. – W czasie całej awantury krajowiec spał głęboko. – Co to była za stymulacja? – spytał Kaldaq. Ta falista to Hivistahmowie. pomyślała zastępczyni wodząc palcem po wykresach. ale nie obłęd.

Lekarze uspokoili ją lekami i dobrym słowem. – Spojrzała na szefową. skąd tyle pytań. – Aż nadszedł moment stymulacji i nagle. ale to nie byłoby stosowne. uzupełnionych pożywieniem S’vanów. które zupełnie skrywały oczy asystentki. – Zajmują się nią. Trochę zrozumiałej obcości. ale umysł badanego był otwarty i spokojny. ale to wszystko. – Proszę nie nalegać. Zdumiał się nawet. – Wszystko szło dobrze. na które Kaldaq nawet by nie spojrzał. Dwie godziny później Will przekręcił się na „trzeci bok”. że miał cokolwiek przeciwko tak prostemu i niegroźnemu testowi. Zagadnięty przez Hivistahmów odparł. Zupełnie jakby jakaś siła cisnęła mnie w bezdenną otchłań Wszechświata.– Ale nie potraficie jeszcze powiedzieć dlaczego? – Za dużo danych do przeanalizowania. – Ale chyba szok nie mógł być ciężki? – spytała Soliwik. – Czy możesz powiedzieć nam cokolwiek o tym wydarzeniu? – spytał łagodnym tonem patrząc na czame okulary. Drzemka odprężyła go i odświeżyła. krzycząc i gwiżdżąc z przerażenia. pochłonął zaś część takich dań. Żadnych koszmarów. wkoło zaś stanęło całe grono specjalistów. Śmiał się teraz w duchu. otoczył mnie chaos. – Umilkła na chwilę i upiła trochę płynu z podajnika. że czuje się dobrze i niczego nie pamięta. kapitan i wszyscy jego zastępcy. przyciemnili szkła jej okularów. Chyba nie potrafię oddać tego słowami. Zgodnie z życzeniem poszkodowanej czym prędzej przeniesiono ją do innej części statku. Kark mu trochę zesztywniał. Mam nadzieję. W jakiś czas później szefowa działu medycznego pozwoliła wreszcie na rozmowę z poszkodowaną asystentką. Kilka potraw uznawanych za przysmaki zostawił ledwie spróbowawszy. Najpierw będziemy chcieli usłyszeć relację asystentki. jakby dopiero co umknęła w panice przed jednym z wielkich drapieżców jej rodzimej planety. Wcześniej ponad wszelką wątpliwość stwierdzono. że tubylec może przyswajać ten pokarm. Leżała na boku pod derką. abym sobie to wszystko . Wydał mi się nawet nieco prostacki. ziewnął i otworzył oczy.. – Naprawdę nie wiem. Poprosił o coś do jedzenia i przyniesiono mu kilka racji Massudów. Potem spyta ją o opinię. Jednak w praktyce było gorzej. Asystentka oprzytomniała chwilę później. nie napotykałam oporu. aż dojdzie do siebie. że masz rację. Kaldaq chciał też zaprosić Jaruselkę.. Czekamy. bez żadnego ostrzeżenia. co się stało – odparła głosem bardziej szeleszczącym niż zwykle.

niewiele lepsze od Stachków. – Ale ich zwyczaje społeczne to zupełnie inna sprawa. że translatory nie uchwyciły treści. ale teraz mówiła jeszcze ciszej. w końcu zrozumiał jednak. – Mój umysł zapłonął żywym ogniem. co w przypadku istot stojących na takim poziomie jest zjawiskiem bezprecedensowym. – Ciągle nie wiemy na pewno. To było przerażające. Najważniejsze. położyła głowę na oparciu i powtórzyła już ciszej: – Nie. Chora uspokoiła się wyraźnie. Potem przesunęła parę razy palcem wskazującym między oczami pacjentki. – Musisz się uspokoić – mruknęła szefowa. Deklaruje swe pokojowe nastawienie i twierdzi. – Wszystkie oczy skierowały się na T’vara. – To twoja interpretacja. W gruncie rzeczy to krwiożercze i prymitywne bestie. – Nie będziemy naciskać – powiedziała starsza Hivistahmka. – Wyjaśnienie tego epizodu ma dla mnie drugorzędne znaczenie. – Współpracuje przy wszystkich testach i eksperymentach. – Pozbądźmy się tego jednego i odlatujmy. ale gorąco nalegam. – Nie wyszłaś jeszcze w pełni . to czy da się te istoty wykorzystać przeciwko Ampliturom. Inny kapitan pewnie wygłosiłby już swoją opinię. – Pod względem umiejętności technologicznych – odezwał się ktoś inny. Walczą między sobą.przypomniała. Ukrywają swoją prawdziwą osobowość pod otoczką cywilizacji. Tak radzę. – Jednak dzisiejsze wydarzenie rzuca zupełnie nowe światło na wyniki naszych dotychczasowych badań – stwierdził jego kolega. że jeśli nie przerwie sporu. Nie chcemy takich sojuszników. – Szeroko otwartymi oczami spoglądała na obecnych. co właściwie się stało – powiedział jeden ze specjalistów. – Musimy też pamiętać o naszych doświadczeniach z tym osobnikiem. to potrwa on głęboko w noc. – Te istoty to urodzeni mordercy. Nie lubił nikomu przerywać. zanim nas wykryją. – Usiadła nagle i zerwała okulary. ale nie Kaldaq. Jeszcze nie teraz. po prostu koncentrat nienawiści. że wojowniczość jego rasy jest cechą zanikającą. – Nie! – Asystentka znalazła się momentalnie w centrum uwagi i jakby zawstydzona swoim wybuchem. Nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Pochyliła się ku asystentce i szepnęła coś do niej tak dyskretnie. Tubylcy nie wyglądają na prymitywnych. Nie dowodzę tutaj. – Podobne konflikty napotyka się dość często – zaznaczył technik – ale zawsze dotyczy to społeczeństw o bardzo niskim zasobie wiedzy.

Spotkała coś. jak dzisiaj w laboratorium. – Tubylec utrzymuje. – Nie wiem – zawahała się Soliwik. wydawał się on odprężony i chyba nawet dobrze się bawił. Opinia jednej przerażonej asystentki to za mało. – Nie mogę oprzeć się wrażeniu. aby zrezygnować. kto ponosi tu największą odpowiedzialność i komu przyjdzie podjąć ostateczną decyzję. Słyszeliście wszyscy. Pomyśl lepiej o domu. – Śpij i zdrowiej – powiedziała szefowa działu. dałoby się zapewne jakoś to zneutralizować. by zadowolić pracujących z nim techników. – Z jednej strony mamy szokujące reakcje poszkodowanej asystentki – powiedział kapitan do swoich zastępców – a z drugiej taką oto rzeczywistość. Translatory nie zdołały przełknąć tych paru zdań. Rozmowa kwitła w najlepsze i chociaż Kaldaq nie potrafił wyczytać wiele z zachowania obcego. przemoc cechuje tylko jego reakcje. Will nie odmawiał żadnej prośbie. – Proszę mnie tak nie traktować – powiedziała asystentka i dodała coś w jednym ze slangów Hivistahmów. coś sprzecznego z jej systemem wartości. Ale czegoś takiego.z szoku. – Trzeba zabić tego tutaj – wyrzuciła z siebie podniecona. W laboratorium Will Dulac robił tymczasem wszystko. ale i tak była to reakcja zdumiewająca jak na Hivistahma. Gdybyśmy potrafili tyle. zostaw nam analizy. Nie mogę się cofnąć. – Wiele już widziałam i słyszałam w ciągu całego życia. wykwalifikowanego technika w szczególności. Nie jestem naukowcem ani technikiem. – I wykorzystać? – spytał Kaldaq. tylko żołnierzem i jedno wiem: asystentka ucierpiała. Bukoliczny obrazek. a technicy mieli pełne ręce roboty z odczytami. – I opuścić na zawsze ten system. jak zdecydowanie nalegała na zabicie osobnika? To niezwykłe. – Pokazał na scenę po drugiej stronie szyby. mogą być reemisje. co Ampliturowie. co naruszyło jej równowagę umysłową i emocjonalną. Jednak te deklaracje pozostają w sprzeczności z jego gotowością do specyficznie gwałtownych reakcji. spojrzała prosto na Kaldaqa. że stanęliśmy przed wielkim odkryciem. jeszcze nie spotkałam. . Świadoma. – Może o to właśnie chodzi: on nie zachowuje się gwałtownie. Z tyłu pomieszczenia Lepar kończył właśnie codzienne sprzątanie. Przekazała jeszcze kilka poleceń personelowi i wyprowadziła grupę z pomieszczenia. że jego rodacy są z natury pacyfistami i nie zechcą stawać Ampliturom na drodze. Soliwik śledziła poczynia techników.

– Poniuchał przez chwilę. – Bo nie wiem jeszcze. – Spojrzał wyczekująco na Kaldaqa. Nic nie sugerowało pobudzenia. Soliwik ma rację. nawet jeśli ta rasa na nic nie przyda się Gromadzie. gdy mówi o skłonności tubylców do agresywnych reakcji. – Oparła dłoń o szybę. Naszym zadaniem jest zgłębić praktyczną stronę zagadnienia. Jedno musimy stwierdzić z całą pewnością: czy można skłonić te istoty. ale to mnie nie interesuje. Mechanizmy obronne ożywające jedynie w przypadku nieświadomego pobudzenia rzeczywiście nie dadzą się wykorzystać. kapitanie. – Zastępczyni szefowej medyków ostrzega jednak. Jak wiecie. A najpewniej je przewyższa. Owszem. Jeśli nie ten okaz. a tutaj wciąż brakuje nam danych. – Jeśli ich agresja może ujawniać się tylko podczas snu lub w sytuacjach ekstremalnych – zauważyła Soliwik – to nic nam z nich nie przyjdzie. co o tym myśleć. Był spokojny. Każda wiedza jest na swój sposób cenna. ale nie on. Niezależnie od kwestii moralnych i niechęci do „pozbywania” się jakiejkolwiek istoty inteligentnej. – Ale przyznaję. Kaldaq zastanowił się nad tym. – Cały czas byłeś dziwnie milczący. to nie wyobrażam sobie ich jako żołnierzy. Nie możemy po prostu odlecieć. Bo wiemy już. Raz i drugi wierzgnął nogą.– A ty? – Kaldaq spojrzał na T’vara. że walczą między sobą. Jestem przeciwko ucieczce. – Nie odlecimy stąd. też była mocno poruszona – odpadł T’var. Gdyby tak było. sam potem zeznawał podobnie. że mogą być żołnierzami. Kaldaq nawet się nie oburzył. I Leparowie. ale ja śledziłam zachowanie tubylca. Musimy kontynuować badania. Tę aberrację niech badają inni. że tubylcy mają ograniczone możliwości samokontroli. My też. że wiele możemy się jeszcze od nich nauczyć. podejrzewam. to inne z pewnością. – Większość z was patrzyła w krytycznej chwili na asystentkę. by toczył we śnie jakąś walkę. Musimy się dowiedzieć. nic nie wskazywało. – Moim zdaniem ich potencjał bojowy jest co najmniej równy umiejętnościom Massudów. dopóki nie będziemy mieli pewności. że to byłoby dziwne. Kwestia temperamentu. – Jej wnioski mogą być mało obiektywne. Skłonny jestem raczej stanąć po pańskiej stronie. przerywając badania. jak daleko może posunąć się na jawie. by walczyły raczej z Ampliturami niż miedzy sobą. Niektórzy z jego podkomendnych mogliby zareagować gwałtownie. Hivistahmowie są zupełnie inni. Wiemy już. – Położył dłoń na ramieniu zdumionego taką . na ile deklaracje tubylca sprzeczne są z jego zachowaniami i czy możemy jakkolwiek na tych rozbieżnościach skorzystać. – Musimy ustalić.

Chcielibyśmy znać przyczynę.poufałością T’vara. aby personel naukowy zajął się najważniejszym i nie tracił czasu na inne prace. – W żadnym przypadku nie pragniemy eksportować naszych słabości. że w epoce broni masowej zagłady walka nie ma już sensu. że tak będzie. – Może uznać temat za drażliwy – powiedział T’var. O wiele bardziej interesowały go rośliny ustawione w pomieszczeniu. Mówicie. W końcu całe towarzystwo przysiadło na specjalnie przygotowanych plastikowych ławach. – Spojrzał w zamyśleniu na tubylca. jeśli cię uraziłem – mruknął T’var spoza nieprzeniknionej czarnej brody. Jednak i Massudzi i Czirinaldo mnożą się powoli.. ale nie potrafię wyjaśnić przyczyny tej aberracji. Potrzebujemy konkretnych wskazówek. – Przepraszam. czemu nasze dzieje wyglądają tak. . Zajęci sprzątaniem Leparowie w ogóle ich zignorowali. Will westchnął. że nasza historia nasuwa jednoznaczne wnioski. – Mam nadzieję. pora spytać o zdanie krajowca. Ludzie zaczynają rozumieć. jaki skutek mogą te słowa wywrzeć na słuchaczach. Nie wiem.. T’var zaczął przekonywać opornego krajowca. Próbowano to zmienić. – Skoro już doszliśmy do porozumienia. – Wy jednak postępujecie dokładnie odwrotnie. a nie inaczej. Wolimy żyć w pokoju. każda innej wysokości i kształtu. Rozumiem. My sami z rzadka się tym zajmujemy. że tylko niektóre zrzeszone w Gromadzie rasy potrafią czy mogą walczyć. – To nie tak. – Ty dopilnujesz. Po drodze nie wzbudzili większego zainteresowania załogi. a nie czystej teorii. to zajrzeliście pod zły adres – powiedział Will. że to anormalne i osobiście zgadzam się z wami. – Uśmiechnął się nieświadom. jakimi chcecie nas widzieć. – T’var przeczesał palcami pajęcze pnącza pobliskiej rośliny. by przedstawiciele różnych ras mogli czuć się równie swobodnie. Żołnierzami są niemal wyłącznie Massudzi i Czirinaldo. – Jeśli szukacie sposobu na założenie hodowli żołnierzy. Od tysięcy lat próbujemy skończyć w wojnami i prawie nam się już udaje. do którego przeszli. Krajowiec nie tylko z miejsca się oburzył. – Dojrzewanie do cywilizacji wymaga zjednoczenia wysiłków jednostek. – Wyjaśniliśmy ci już. dopiero to umożliwia ujarzmienie sił przyrody. Kaldaq nie zawiódł się. Po prostu taka była linia naszego rozwoju. ale. ale nawet nie chciał podejmować wątku. tylko z rzadka ktoś zerkał na grupkę. ale nie jesteśmy tacy. bo nikt nie może zwyciężyć w takiej wojnie.

– Luksus wyboru nie będzie wam dany. aby śledzić jednostkę przemieszczającą się w podprzestrzeni. Will zamilkł na bardzo długą chwilę. To fizyczna niemożliwość. że anormalny rozwój może być związany z anormalną geologią. Nie jesteśmy gotowi do udziału w waszej wojnie. Niby na co moglibyśmy się przydać? – Niech to wyjaśnię – powiedziała zastępczyni z działu medycznego. Na innych światach ewolucja miała miejsce na jednej masie lądu. Zresztą nawet wtedy zniszczenie jakiegoś statku nie zmienia wiele. Ampliturowie nie uznają neutralności. – Czy sądzisz. – Kocie oczy wpatrzyły się weń intensywnie. po stworzeniu kosmicznych systemów broni i statków zdolnych śmigać po Galaktyce. – Upieracie się. że wojna kosmiczna oznacza wielkie bitwy staczane przez ciężko uzbrojone statki. przy czym wszyscy starają się zawsze oszczędzać miejscową ekosferę oraz lokalny dorobek cywilizacyjny. Albo walczysz o realizację ich Celu. Naszym zadaniem jest zniszczenie Ampliturów. Will oparł się o kształtną poręcz ławy. to wojna o „rząd dusz” – stwierdziła Soliwik. Oni nie spytają was o zdanie. W normalnej przestrzeni odległości między flotami są zwykle tak ogromne. Jeśli nie zechcecie się do nas przyłączyć. co ułatwiało przechodzenie do etapu współpracy. – Wciąż jeszcze myślisz. – Może i macie rację – mruknął Will. – Najważniejsze bitwy toczone są na powierzchni planet. a nie wszystkich opanowanych przez nich światów. Ampliturowie i tak was w końcu znajdą. Nie ma sposobu. jacy z nas odmieńcy. że łatwo nam przyszło sięgnąć po broń? Niestety.– My też – odparł Will. Musisz nam uwierzyć.. że po tysiącu lat wojny. wciąż jeszcze walczycie w taki sposób jak nasi przodkowie? .. gdy spotkaliśmy Ampliturów – wyrwała się Soliwik. Nie znamy się na budowie statków kosmicznych ani na żegludze międzygwiezdnej. Wciąż powtarzacie. albo jesteś ich wrogiem. prócz tego jednego. – Niektórzy specjaliści sugerują. że użycie broni nie wchodzi w grę. – To nie jest wojna na wyniszczenie. Do walk dochodzi dopiero na orbitach planet. – Ale dlaczego my? Czemu staliśmy się dla was nagle tacy ważni? Cholera! Sami mamy dość problemów. – We wszystkim. Poza tym sami powiedzieliście. że dojrzałość cywilizacyjna idzie w parze z pokojowym współistnieniem? – Tak było z nami do chwili. Tutaj wszystko jest rozdrobnione.

– Jaki dowód byłby dla was wystarczający? – Jako dla istoty inteligentnej jest dla ciebie niewątpliwie oczywiste. Naprawdę. że przebyliśmy długą drogę i nie chcielibyśmy wracać z pustymi rękami. Sami Ampliturowie nie biorą udziału w walce. która entuzjastycznie zgodziła się przystąpić do Gromady. – Nie wspomniał dotąd ani słowem o napotkanej wcześniej cywilizacji. że z twoją pomocą odbędzie się to o wiele sprawniej. Gdyby nie ich poddani. Kwestia historii. Sprawa zaczynała się komplikować. Nie lubimy i już. w nasze położenie. co warte byłoby zdobycia. To był przymus. Ale ludzie nie lubią walczyć. Will zastanowił się. Musimy mieć pewność. wojna skończyłaby się w kilka lat. – Współczuję wam. że dobrym słowem nie da się tego odwrócić. – Inżynieria genetyczna – powiedział T’var. Zupełnie jak rebusy stryjka Dana. Ich niewolnicy czują się w pełni szczęśliwi. . Nie sądzę. – Możesz mieć rację. że nie można oceniać całego gatunku na podstawie wyników badań tylko jednego osobnika. kogo szukamy? Nie tylko my zresztą. geografii. – Rozumiem. by zmienić stanowisko. by mogły skuteczniej walczyć.– Bitwa kosmiczna to czysta rozrzutność – stwierdził T’var. geologii czy czegoś tam jeszcze. – Jeśli okaże się. odlecimy niezwłocznie. – Oczywiście zawsze przekonują delikwentów. Tyle to też już wiemy. – To uczciwe postawienie sprawy – przyznał Will. – To oczywiste. ale Ampliturowie potrafią przekształcać różne rasy tak. Pranie mózgów jest tak skuteczne. Potrzebujemy reprezentatywnej próbki mieszkańców tej planety. Wiemy. – Przekształcać? – spytał Will. jednak nie na tyle. że to aberracja. że jest jak mówisz. odwracając się od translatora. Will był wstrząśnięty. No i nie mają zahamowań moralnych. że to dla ich dobra. – To trzeba będzie sprawdzić – powiedziała Soliwik. abyście mogli zmienić nastawienie ludzkości. zachowanie dalekie od cywilizowanego. Mówicie. Wybacz nam. Pamiętaj. Na razie wczuj się. proszę. Zaczynasz już rozumieć. co ty. że to złe i staramy się unikać konfliktów. – W próżni nie ma nic. Niech przejdą te same testy i badania. że oczekujecie ode mnie pomocy w znalezieniu stosownej grupy ludzi? T’var przytaknął. jeśli wydajemy się nachalni. Kaldaq przytaknął i spojrzał na Willa. może zaczynamy po prostu dojrzewać.

tym szybciej odlecimy. że masz jednak rację. Zgodnie ze zwyczajem należy zawsze odwdzięczyć się jakoś za przysługę. Fajnie. – Dobra. Dlatego mnie potrzebujecie. Już wam o tym mówiłem. – Ty się zgodziłeś – zauważyła Soliwik. Ale przyprowadzić ich do statku i namówić na poddanie się badaniom. – O ile wiemy – powiedział Kaldaq – samo nasze pojawienie się w jednym z waszych miast nic by nie dało. Tylko jedno: żadnych zawodowych żołnierzy. a ludzie sami się znajdą. że większość ludzi jest chyba gotowa. Zgodnie z twoimi sugestiami powinienem popłynąć na stały ląd. co się da. – Nie da się tak po prostu poprosić człowieka. – Nie. Zrobię.. – Nie mam pojęcia. Chcecie reprezentatywną próbkę populacji i dokładnie to wam dostarczę. – Pewnie mógłbym namówić parę osób. – Ale bez entuzjazmu. ale spróbuję. strasząc uszy. to powinieneś wybrać przeciętnych mieszkańców dowolnego obszaru – zaznaczyła zastępczyni. Ominę osoby przyuczone specjalnie do walki z innymi ludźmi. żeby zrobił dla was coś niezwykłego.. – Jeśli wyniki testu mają być wiarygodne. to już zupełnie inna sprawa. jak może pamiętacie. Zresztą nie wiedziałbym jak zacząć. żadnego personelu wojskowego. Poza tym byłem sam. – Gdyby tak dało się jakoś ich przekonać. do nas ona nie pasuje. jak namówić kogokolwiek do współpracy. żeby ich tu ściągnąć. ale muszę wymyślić jakiś sposób. Na gębę mogą mi nie uwierzyć. Kwestię kontaktu z innymi rasami roztrząsa się już od tak dawna.. – Zgoda – powiedział Kaldaą.– A czemu miałbym wam pomóc? – Bo im szybciej ukończymy badania. Will wolał nie pytać o te „inne” sposoby. Większość uzna to za bajdę. gdyby okazało się. obiecując spotkanie z obcymi. ale wy nie wierzycie i musicie to sprawdzić na innych. . – Ale to nie jest dojrzała cywilizacja. – Chcesz powiedzieć – spytała zdumiona zastępczyni z działu medycznego – że trudno ci będzie znaleźć ludzi gotowych do pomocy? Żadna dojrzała cywilizacja nic wzdraga się przed podjęciem współpracy. – I jeszcze coś – mruknął Will. – Will zaczął się zastanawiać.. Wy macie swoją własną definicję cywilizacji. – Spojrzał na rozmówców. – Łatwo ci powiedzieć. A jeśli nie? – To poszukamy innego sposobu przeprowadzenia koniecznych testów – powiedziała Soliwik.

że kruszec można uzyskać z wody morskiej. Jednak z dostateczną ilością złota kilku w końcu znajdzie. pomyślał Will. Nie. Wystarczyło zmodyfikować lekko tę samą metodę. za to muzyka Hivistahmów. W ich muzyce nie było dysonansu.. że tylko marnują czas. Zresztą w Belize wojskowych nie powinno być wielu. Prymitywne dzikusy umykające przed ucieleśnieniem bożka. że podróżuje w kosmosie. w jakiej postaci. ale płacić za udział w testach? Niezwykłe. Po krótkiej dyskusji poproszono ekipę naukową o wytworzenie większej ilości złota.. To jednak odpowiedzialna rola. Byle było prawdziwe. a zatrudniłem się w charakterze królika doświadczalnego u obcych. gdy okazało się. Dzieła Massudów rozczarowały go prostota.. Któregoś dnia wykorzystam to wszystko w wielkiej symfonii.. w pełni dojrzała. to tym lepiej. Początkowa niechęć zniknęła. Nie potrafił przekonać Kaldaqa i jego podwładnych. Wracając na dół odtworzył sobie kontrapunktowe pieśni S’vanów i z miejsca zapomniał. Co innego mógłbyś zaproponować? – Nie chciałbym napytać sobie biedy – mruknął Will. że gdyby obcy nie trafili na niego. a w szczególności S’vanów. gdy poznałem już muzykę obcych. Zatytułuję ją „Kontakt”. Jeśli zwieją potem na sam widok Kaldaqa. która posłużyła do szybkiego zamaskowania lądownika. mniej wiedzącego o świecie. Prawdziwa mowa dźwięków. A może złoto? Nieważne. Miałem komponować. Przekazywanie dorobku technologicznego nie wchodzi w grę. Tylko rytm wydawał się jakiś osobliwy.. . niejeden uzna. znaleźliby kogoś innego. każdego. większość uznałaby je za fałszywe. Dostał całą stertę nagrań.– To normalne. że ma do czynienia z przemytnikiem. – Chociaż w specyficznych okolicznościach może być wskazane. Ludzie potraktują go z niedowierzaniem. może bardziej ograniczonego. – Szlachetne kamienie. szemrała niczym dwa pogadujące wodospady. kto może choćby wyglądać na żołnierza. – Kaldaq zwrócił się do podwładnych. Co ja tu robię? – pomyślał nagle.. brak tu stosownej tradycji... Wybierze samych zwykłych ludzi. gdy wahadłowiec wszedł w atmosferę. Ale wiedział. Teraz.. Muzyka działała relaksujące. okazała się złożona.. Łatwo było pojąć. ale teraz ominie szerokim łukiem wszystkich mundurowych. czemu ziemskie kawałki były dla obcych tak szokujące. Pójdą za nim z chciwości lub ciekawości. gotowego wywołać fałszywe wrażenie. może nawet wyśmieją.

Będzie mógł komponować. że Ziemia to prowincja zamieszkanego kosmosu. zanim zdołają odkryć istnienie człowieka. o czym opowiadał im przez cały czas.. Pewnie zostaną pokonani wraz z tym ich Celem. Potem zostawią go z garścią złota w kieszeni i nagraniami ich własnej muzyki. aby zatrzymać sobie jedno i drugie. Dość inspiracji na dwadzieścia lat. Will nie widział przeszkód. ale historia patronatu jest długa i bogata. Belfrowie wszędzie są nędznie opłacani. . Na własne oczy zobaczą teraz to. myślał.... Przecież Kaldaq wspominał jasno. Will Dulac będzie korzystał z hojności Massudów. Wagner dostawał forsę od Ludwika Bawarskiego.A potem emisariusze tajemniczej Gromady odlecą i zostawią go w spokoju. Zaś Ampliturowie.

gdyby wierzyć zszokowanej asystentce i jej przełożonej. Chcę udowodnić wam. rzadka sieć mało . Will przekładał je nieustannie z jednej ręki do drugiej. ci wyjaśnili mu. Jeśli za to uda się rozwiązać tutejsze zagadki. ale żeby niebezpieczną. Nie był wielki. Gdy podzielił się tą refleksją z ksenopsychologami. Prymitywny zakątek. że kondensowano je zapewne wokół jakichś drutów czy czegoś takiego. Obecnie uznawał on tę planetę za osobliwą wprawdzie. a wtedy będziecie musieli zaczynać wszystko od początku. że niepotrzebnie marnujecie tyle czasu na nasz świat. to może nadzieje nie okażą się płonne. zwykle służący do badania powierzchni nowych światów. że Ziemianie są bardzo pewni siebie. Wahadłowiec zabrał tym razem również pojazd atmosferyczny. – To mała fortuna. że zmuszał do nocnych podróży. Złoto miało postać rurek o grubych ściankach i Will podejrzewał. iż to tylko przypuszczenie i że taka teza musi być oparta na odpowiednich badaniach. Pudełko po narzędziach okazało się dość ciężkie i chociaż wyglądało na mocne.. jednak zdanie dwóch pracownic działu medycznego nie mogło przeważyć opinii większości. Dulac nie był nigdy dalej niż w Belize City. ale do przewiezienia Willa na stały ląd nadawał się idealnie. niczego podobnego nie zamierzam. uchwyt nie budził zaufania.Rozdział 12 Ponowne usadowienie lądownika na dnie laguny i wypreparowanie z wody pudła żółtych „argumentów” potrwało kilka tygodni. Każdy z nas ma swoje powody. Dalsze badania zaś zdawały się oznaczać podjęcie ogromnego ryzyka.. Tyle tylko. T’var odnotował w myśli. ale wiedział. Nie. że większą połać kraju pokrywa puszcza tropikalna i mokradła. – A czemu miałbyś to zrobić? – spytał zastępca kapitana. – I tak spokojnie mi to zawierzacie? – spytał T’vara. jakby żywcem przeniesiony z pisanej w latach dwudziestych powieści Williama Somerseta. Mogę popłynąć na brzeg i zniknąć wam z oczu. w tym i T’vara. – Masz rację. Niewiele połączeń lotniczych. Zbyt wielkiego.

Zmęczenie kazało mu zapomnieć o tarantulach. Jeśli zdoła przekonać kilkanaście osób. Brytyjczycy utrzymywali wciąż niewielki garnizon. to byłoby nazbyt oczywiste oszustwo. – Wybierz reprezentatywną próbkę populacji – powiedziała Wais. aby szkolić własne oddziały do walki w tropikach. że spotkacie mnie tu samego i bez złota – powiedział. co się da. – Oczywiście – skłamał Will. które zwykły mieszkać na bananowcach i też często zabierały się w drogę. niemniej wytrzęsło go za wszystkie czasy.. Zeskoczył. Technicy domagali się przynajmniej kilku osób. Nie dodawał już.uczęszczanych dróg. tym większe ryzyko. Żadnych żołnierzy z ich archaicznymi poglądami.. Amerykanie przybywali do tutejszej dżungli. Byle tylko nie trafić na bandę zubożałych najemników. Nie. narzucił plecak na ramiona. żeby ponad wszelką wątpliwość uniknąć nieporozumień. dźwignął pudło i ruszył wąską błotnistą uliczką. Pick-up był niemal równie wiekowy jak siwy kierowca. przy której wznosiły się wielopiętrowe . że będą czekać na niego dokładnie w tym samym miejscu za tydzień. przefiltrowaną uprzednio stosownie przez Willa Dulaca. Will nie okazywał przesadnego optymizmu. gdy pojawił się wreszcie ruchomy wrak samochodu. pomyślał Will. Potajemne przekroczenie linii brzegowej nie powinno być problemem. – Ale zrobię. który nie miał zamiaru przesadzać z naukową rzetelnością. aby strzec swej byłej kolonii przed zapędami gwatemalskich szowinistów. Kaldaq będzie miał swoją próbkę. polecieć gdzie indziej i poznać prawdę. – Może się zdarzyć. Uradowany Will wskoczył na tył pojazdu i ułożył się z ulgą między kiściami bananów. że im liczniejsze grono. Nie wybierze samych pacyfistów. Nogi z wolna wzrastały mu w siedzenie. Stawonogów nie spotkał. I rzeczywiście. Will wyjaśniał cierpliwie. że Will będzie musiał sam targać swój bagaż aż do miasta. dał kierowcy dolara. Ostatecznie w mieście mogło być parunastu żołnierzy na przepustkach. wojownicze ucieleśnienie marzeń obcych. iż przemyci się w nim jakiś abnegat. jego grupa będzie bardziej niż „reprezentatywna”. Wysadzili go obok głównej autostrady i obiecali. że zbyt duża grupa na pewno zwróci czyjąś uwagę nawet w tak zapyziałym miejscu. jak Belize. Obcy mogliby wtedy zrezygnować z jego usług. Panująca nocą na szosie pustka znaczyła.

Wilgotny klimat obezwładniał skutecznie wszystkich miłośników przygód i awanturników. Nikt nie zwracał na niego uwagi. aż przeznaczenie wyciągnie do nich rękę. Libańscy imigranci pocili się przy budowie nowego sklepu. borykających się z regularnie nawiedzającymi okolicę huraganami i ogólną niemożnością. to nowe władze nie odeszły jeszcze daleko od dawnych wzorców. Po śniadaniu złożonym z pieczonej ryby i butelki wody przystąpił do pracy. Wszędzie trafiało się na niegdysiejszych mieszkańców Albionu i innych uchodźców. niż przewidywała norma. Rastafarianin wlókł się uliczką. Nieduży. ani we flocie rybackiej. Belize było zacofanym krajem zamieszkanym przez biednych. równie energicznie poczynając sobie z zakupami i dziećmi. czyli jedyne gmachy dość solidne. Tych ostatnich wszędzie było pełno i one jedne robiły wrażenie radosnych. Reprezentacja ludzkości. kołysał warkoczykami i potykał co chwila. Will ukrył pudło w ciemnym kącie i przespał spokojnie do rana. którzy znaleźli tu swoje miejsce pod słońcem. jak najbardziej. ale dość miłych ludzi. Trwali zamiast żyć i czekali. Na każdym rogu sterczeli mężczyźni o pustych spojrzeniach. Amerykańscy i niemieccy turyści oblegali . Bieda wynikała głównie z kolonialnej przeszłości i tego. bo brakło mu siły.budynki. Mały człowieczek wyglądający jak postać rodem z inskrypcji Majów siedział nieruchomo na popękanym betonie i obserwował przechodniów. jak wielkie jest ich ubóstwo i cieszyły się z każdej zabawki. Wśród morza architektonicznej szpetoty i prowizorki jak wyspy sterczały nieliczne budowle w stylu wiktoriańskim i parę masywnych kościołów. że chociaż Brytyjczycy wycofali się już z administrowania krajem. Miasto pękało w szwach od wszelkich nieudaczników. ani w rodzącym się dopiero przemyśle turystycznym. Belize przypominało mikrokosmos ludzkości i tylko potu było tu więcej. Puste w nocy ulice zapełniły się ciżbą spieszących gdzieś ludzi. Nie wiedziały jeszcze. Utykali tu na dobre. by przetrwać powtarzające się co kilka miesięcy powodzie. Kobiety jazgotały w sklepikach. choćby była to tylko pusta litrowa butelka po 7-Up. Dolna strefa stanów niskich. którzy nie znajdowali pracy ani na plantacjach. by unieść nogę nawet na wysokość krawężnika. ale zadziwiająco czysty hotel pozwolił umknąć przed duchotą tropikalnej nocy. przypominającego kształtem meczet. tak. nie mając już dokąd dalej gonić.

śniadoskórych robotników. jak zacząć? Zjadł podły lunch w fałszywej chińskiej restauracji. myślał. Will ominął dwa sklepy. To nie dla nas. i pomaszerował nad brzeg oceanu. Zatęsknił za swoją łodzią. . który wyglądał na jakieś dwanaście lat. – Ma pan dziesięć centów. ale najpewniej miał ich co najmniej piętnaście. opalony i bosy. Obaj byli chyba głodni. Mamy dość własnych zmartwień. Niedaleko stał drugi: postarzały przedwcześnie i zastygły gdzieś między szesnastym a dwudziestym piątym rokiem życia. Kogo wybrać? Uznał. że okolica jest zbyt ludna. za sprzętem muzycznym i klawiaturą. Byli nawet błękitnoocy tubylcy. nosił tylko podarte szorty i jeszcze bardziej złachaną koszulę. chyba żeby wziąć pod uwagę tutejsze góry. których sprowadzono niegdyś na Karaiby do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. mister? Will obrócił się i spojrzał na chłopca. Byli Indianie Meskito umykający przed niepokojami w Nikaragui. Leparami i resztą tej bandy wojującej od eonów lat z Ampliturami! Ale stało się i teraz musiał natężać umysł. nie trzeba nam jeszcze cudzych kłopotów. on jednak wciąż zastanawiał się. przyjrzał się człapiącym nie opodal stolika ludziom. Że też na niego musiało trafić z Massudami. rzeki i rafy koralowe. czy dopiero za chwilę. zastanowił się przelotnie czy niestrawność powali go zaraz. Usiadł na płaskim kamieniu i zapatrzył się na fale. co mijali w szybkim marszu ulicami. które przy każdym przypływie zwracało hojnie miastu wszystkie jego śmieci. za komponowaniem. Szczupły. Byli też Hindusi. Zresztą nie tylko jedzenia im brakowało. Połamane złote słomki wypychały mu kieszenie spodni. prawnuki niegdysiejszych Konfederatów przybyłych po Wojnie Secesyjnej w nadziei na wskrzeszenie dawnego Południa. potomkowie niewysokich. w których zdarzało mu się uprzednio kupować prowiant i przeszedł do tej części miasta. Spaleni słońcem młodzi i zdrowi Skandynawowie w skórzanych portkach i ciężkich butach szczerzyli zęby do wszystkiego. Zapłacił zatem. lasy. pragnąc czym prędzej kupić jakikolwiek przedmiot miejscowej roboty i wrócić na strzeżone plaże i do klimatyzowanych hoteli w Ambergris Cay. która zdobywała ostatnio sławę jako centrum turystyczne. Belize City leżało nad samym morzem. ku zaśmieconej do niemożliwości plaży. Belize nie tchnęło majestatem ani wielkością.nieliczne sklepy z pamiątkami. jak utrzymać ludzkość z dala od tej bryndzy.

Czwartym był spotkany w hotelu niegdysiejszy mieszkaniec południowo-wschodniej Anglii. staruszku. – Will uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni. miał na liście ich opiekuna. – Chuck Norris. Ostatnio spędzał czas głównie w . – Spokojnie.. którzy jednak okazali się sierotami. ale gadania nam nie trzeba. czy co? – Chodzicie do szkoły? – Słuchaj pan – powiedział dzieciak i cofnął się o krok.– Jasne. – A jak? Ma pan nas za sieroty. Ale czego pan chce? Nie chcemy z bratem żadnych kłopotów. Metal błysnął w tropikalnym słońcu. Ani śladu beżu czy czekoladowego brązu. – Może czasem. – Lubisz się bić.. – Ma pan dla nas parę centów. – To już widzieliśmy. Poza tym był chyba najciemniejszym człowiekiem na świecie. obcymi? Jak w kinie. Zwariowałeś. weźmiemy i podziękujemy. – Nabierasz. – Byliście kiedyś w kinie? No wiesz. potężnie zbudowanego rybaka. ruchome obrazki. to fajnie. – Jasne. z ludźmi z innych światów. Jego skóra lśniła czernią równie głęboką. To nie może być prawdziwe. – Ten tam to twój przyjaciel? – Brachol. stary. – A chcielibyście zarobić trochę prawdziwej forsy? Gdybym zaproponował wam spotkanie z. Miałby pan dziesiątaka i dla niego? – A wasi rodzice wiedzą. który czasem udzielał im schronienia. że żebrzecie? Chłopak uśmiechnął się nieszczerze. jak mroczne wody pod molem na Mississippi w bezksiężycową noc. – Zawołaj brata.. – Jakie filmy lubicie? Z kim? – A jak pan myśli? – Chude ręce poruszyły się jak skrzydła wiatraka. co? Chłopiec zawahał się. Po omacku wyszukał złotą rurkę o długości prawie dziesięciu centymetrów. – W kinie? – chłopak przyjrzał mu się uważnie. – Przyciszył głos do konspiracyjnego szeptu. Nasz kumpel ma magnetowid. I tacy inni. – Naprawdę? – Will wyciągnął złota rurkę i pokazał ją chłopcu. Nie jestem kaznodzieją. Bruce Lee. Pod koniec trzeciego dnia prócz pary chłopaków. Wiecie.. Jest interes do zrobienia.

ani z pozostawioną w Surrey żoną. aby po powrocie do domu zrobić wielką forsę i przez resztę życia wylegiwać się na plażach Złotego Wybrzeża. Zgoda na udział w imprezie była po prostu kaprysem. Potrzebował właśnie kogoś takiego jak oni. Anglik przybył niegdyś do Ameryki Środkowej. zdołał rozpoznać złoto. nigdy mniej niż pięćdziesiąt cztery. gdzie pewnie i tak nie będzie fajnie – powiedzieli. dobra liczba. Ciekawe. – Nie będziemy marnować czasu ani pieniędzy na odwiedzanie okolicy. kogoś pozbawionego zdrowego rozsądku. którego Will widział już pierwszego dnia na ulicy. młodego i głupiego jak . doliny i rzeki. W ostatniej chwili poznał jeszcze Kena Woodsa i Tamy Markowitz. jak Wais poradzi sobie z tłumaczeniem jego bełkotu. Był naćpany trawką. Oczywiście uważali się niemal za zbawców ludzkości. Will aż się uśmiechnął. nawet na pomysły lęgnące się w głowach zbzikowanych Amerykanów. widząc oczami duszy reakcję Kaldaqa na to indywiduum. Na trzeźwo potrafił wyliczyć wszystkie kraje świata razem z ich ważniejszymi miastami. Chętnie zgodził się na spotkanie ze wszystkimi prawdziwymi i urojonymi istotami pozaziemskimi. ale Will odczuwał jeszcze niedosyt. Miał dość czasu na wszystko. i Will miał z nimi spory kłopot. a Will pomyślał. jakie mają góry. Potem pojawił się jeszcze młodzieniec z warkoczykami. jak wiadomo. Przyszli intelektualiści zwiedzali właśnie świat i przygotowywali się do tego. Świetny nabytek. Następnego dnia miał się jednak stawić ze swą czeredą przy szosie osiem mil od miasta i nie zostało mu wiele czasu. Gotów na spotkanie każdej przygody pod jednym warunkiem: że zawsze będzie miał pod ręką stosowną ilość płynu do balsamowania swojej powłoki. że warkoczykowiec trafi na czas do hotelu. ale spodobało mu się i został na stałe. ale kontaktował. by spędzić tu roczny urlop naukowy. ale w końcu ich przekonał.miejscowych barach i chociaż zawiany. Pozostało mieć nadzieję. Will zignorował ich pretensjonalność i włączył oboje do grupy. czy widok Kaldaqa wzbudzi w nim równie wiele wesołości. Siedem to. Następni kandydaci przybyli pod postacią pary studentów z Sydney. ten sam rastafarianin. a także co te kraje eksportują. Od tamtej pory popijał i powtarzał sobie. Młodziutka para szukała właśnie (jak określiła to dziewczyna) „miejsca na potencjalny miesiąc miodowy”. że nic nie łączy go ani z ojczyzną. Wyliczankę kończyły miejscowe marki piwa. – To dopiero będzie kawał! – zaśmiał się.

Dulac siadał już za kierownicą. gdy obok pojazdu stanęła jakaś starsza pani. Australijska para zniknęła z tyłu i wdała się w pogawędkę z angielskim nauczycielem. dwóch chłopców za sobą. że ten nieznajomy szuka ludzi do jakiegoś tajemniczego zadania i że . w obcych nie wierzyli ani przez chwilę. pomyślał Will. Will nie bardzo nawet wiedział. – Po mieście krążą opowieści o jakimś nieznajomym białym. – To dobrze – powiedziała stanowczo i poprawiła koszyk. aby ujrzeć obcych. to pewnie osłupieją. Miała zamiar wypstrykać na tych ludzi kilka filmów. Fascynowała ich ta skupiona już wkoło Dulaca zbieranina. nawet nie dla złota. Will wynajął dla nich mikrobus. który to grat kosztował go aż kilka kawałków złota. że brak jej czterech siekaczy. Łapówka dla pracownika wypożyczalni przewyższyła chyba wartość samego pojazdu. przed hotelem. Pod pachą ściskała spory koszyk. potem posadził mamroczącego coś rastafarianina na przednim siedzeniu obok siebie. ich opiekuna przy drzwiach. – Słyszałam też. – Przepraszam. Ubrana była jak do kościoła. Zgodzili się nie po to. – Ale to nie są pieniądze z handlu narkotykami? To byłaby obraza wobec Boga. sir – powiedziała cicho całkiem dobrą angielszczyzną. Ich reakcja może być naprawdę ciekawa i pouczająca. jacyś desperaci mogliby przecież spróbować dokonać napadu. jak dziewczyna wygląda. – Nie mam nic wspólnego z prochami. – Różne rzeczy gada się w Belize City – odparł i spojrzał na starszą panią. – W czym mogę pani pomóc? Uśmiechnęła się łagodnie. w kapelusz z szerokim rondem i nieskazitelnie białą suknię. Wood i Markowitz znaleźli sobie osobne miejsca. Will sprawdził umocowanie bagaży na dachu.niedorobiony yuppie. który rozdaje złoto. Cała ta cudaczna nawet jak na Belize dziewiątka zebrała się wieczorem przed hotelem. Było już ciemno i nawet tutaj. ale po prostu z ciekawości. gdzie olbrzym miał przynajmniej nieco więcej miejsca na nogi. Nawet w mdłym świetle latarń widać było. bowiem niemal cała jej twarz ginęła za ogromnymi lustrzanymi okularami. Że też wcześniej o tym nie pomyślał. a Markowitz parała się profesjonalnie fotografią. Jak zobaczą to wszystko. Will rozejrzał się niepewnie.

to ja też chcę jechać. dwoje wnucząt. Nie wiem. co więcej. Agencja JPDP (Jedna Pani Drugiej Pani) działała w Belize City o wiele sprawniej.płaci hojnie. o co pan poprosi. – Nie zajmę wiele miejsca – powiedziała prosząco. To. chłopca i dziewczynkę. sir. pomyślał Will. – poszukał właściwego słowa – silną. – Niech pana Bóg błogosławi. Humor mu się nieco poprawił. Nie mają pieniędzy. Will nie zastanawiał się nawet. Ogólny bilans wyjdzie zatem na plus. – Jeśli tylko można coś na tym zarobić. Jakiś bagaż? – Mam tu wszystko. Chcę tylko zarobić. – Przepraszam za śmiałość. Mam syna. sir. aż zacznie się coś dziać – mruknął i pomyślał. że nie mam siły. Bardzo duży i zawieszony w kosmosie między nami a Księżycem. niż jakakolwiek kompania telefoniczna. Pracowałam całe życie. co to ma być? Jedziemy spotkać ludzi z innego świata. – Pokazała na koszyk. Po co ktoś taki hivistahmskim uczonym? Jednak Will zawahał się i przyjrzał kobiecie uważnie. – Jestem silniejsza niż się wydaje. ale zatrzymała się jeszcze i obejrzała na Willa.. Trzecie zmarło w zeszłym roku. ale zaznaczam. – To wszystko nieważne. Kobieta ruszyła do wejścia. Nic mnie nie trzyma w tym mieście. żeby mnie odwiedzić. Nie chciał przyczynić się do czyjejkolwiek śmierci. że jestem wdową. co pan zamierza. – Z tym lepiej poczekaj. Mój mąż zmarł dwa lata temu. – Mam już komplet. który pracuje w San Pedro. pomyślał Will. że jestem mała i stara. – Zerknął na zegarek. Dulac usiadł ponownie za kierownicą i zatrzasnął drzwi. Ma żonę i dali mi. Zrobię wszystko. Will zaczął łagodnieć. ale nie wygląda pani na osobę. Nigdy jeszcze nie wyjeżdżałam z Belize City. Chcę jechać z panem. – Wskazała na hałaśliwych pasażerów mikrobusu. Tam zostaną poddani badaniom i testom. gdzie ona mogła to usłyszeć. Chcę zarobić dość pieniędzy. – Bo i co mi więcej trzeba? Zaiste. zaledwie parę razy byłam w centrum miasta. Bogu niech będą dzięki. Czas go jeszcze nie gonił. aby zamieszkać blisko syna i wnuków. że starsza pani jest w gruncie rzeczy równie niezdolna do pojęcia prawdy o . sir. – Czy wie pani. sir.. nie znaczy jeszcze. a potem ci tutaj lecą na ich statek. – Niech pani spróbuje znaleźć sobie miejsce z tyłu.

Pomyślał. – A póki co. Will ponownie spojrzał na zegarek. Markowitz pstrykała zdjęcie za zdjęciem (zupełnie bez sensu). że nie utrzyma gromadki zbyt długo. Po poprzednim lądowaniu pojazdu nie zostało nawet śladu. jeśli nie przylecą. przejechał jeszcze milę po wyboistym trakcie i stanął na skraju płytkiego mokradła. Will wiedział. zawrócił i wyjechał na główną ulicę. noc pełna oskarżeń i pretensji. Złoto też będzie. – Żadne takie. Mocno zawiany nauczyciel rozwijał przed Australijczykami jakiś bliżej nie sprecyzowany wątek. Włączył silnik. Ciekawe. Will skręcił przy dużym drzewie tamaryndowym. facet – powiedział starszy z chłopców.tej całej wyprawie. – A gdzie złoto? Młodszy stanął na brzegu stawu i rozejrzał się nieufnie. – Jesteśmy na miejscu. Pasażerowie mamrotali coś bez ładu i składu: dziesięcioro ludzi mających nieświadomie przekonać Kaldaqa i pozostałych o niezdolności gatunku człowieczego do służby wojskowej w szeregach Gromady. a sam zostanie by czekać na . swój już mamy. Rastafarianin bełkotał sam do siebie i nie reagował na zaczepki obu chłopców. podobnie jak milczący rybak. że cały świat spiskuje przeciwko jego osobie od dnia. mroczne niebo. Było późno i mało kto plątał się po opustoszałej szosie. jak rastafarianin czy obaj chłopcy. Will wyłączył silnik i wysiadł. może pomoglibyście mi z bagażami. – Coś nie tak. narzekań było coraz więcej. kiedy zdarzyło mu się przyjść na ten padół. że w ostateczności da im resztę złota z pudełka i odeśle mikrobusem do miasta. Ken Woods nie odmówił. Czas mijał. – Przylecą. Facet był silny i wspaniale umięśniony. a przez ostatnie pół godziny nie napotkali już w ogóle nikogo. – No i gdzie oni są? Will zerknął na zaniesione chmurami. – W ręku trzymał obwiązaną sznurkiem paczkę.. błoto i sprężysta trawa bagienna skryły skutecznie wszelkie znaki.. Starszy chłopak robił wrażenie kogoś przekonanego. Cała noc na mokradłach. sam się bujaj. Gdy stos bagaży legł już na ziemi. I jeszcze te żmije. Czarny jak sadza rybak patrzył w milczeniu przez okno. co będzie. Pozostawało jeszcze znaleźć w ciemności drogę do szosy.

Nagle. którym będzie musiał opowiedzieć jakąś bajeczkę o porażce. bez żadnej zapowiedzi. jakby troll kołysał swoje dziecko do snu. mroczny zarys pojazdu wykwitł nad bagnem i zaczął przymierzać się do lądowania. Za plecami Willa rozległy się pierwsze zdumione ochy i achy. .obcych. zaszumiało. Zawarczało.

Kaldaqowi towarzyszył T’var i kilku massudzkich żołnierzy oraz Wais. ale potrwa trochę dłużej niż jeden wieczór. – To różne gatunki. Nikt cię nie zatrzyma. Ten jednak nie odrywał oczu od lądującego pojazdu. że maszyna przyziemiła. Taki wygłup. że to żaden kawał. dobry. – Jak chcesz. tyle że włochata jak opos. Nikt nie uciekł a nawet. ta sama starsza pani. że kapitan wpatruje się uporczywie w kandydatów do badań. Rampa wysunęła się i dotknęła suchego lądu. Odzyskany kapelusz ściskał kurczowo w jednej dłoni. Rastafarianin gapił się na pojazd niczym cielę na malowane wrota.Rozdział 13 Angielski wygnaniec potknął się i zgubił kapelusz typu panama. palcami drugiej przeczesywał resztki siwych włosów. Zabawa na jeden wieczór. Ale tutaj to już głupieję. Popatrz na tego wysokiego z tyłu. – Zabawy będzie dość. To przecież dziewczyna. Nagle otrzeźwiały nauczyciel przysunął się do Willa. żaden program z cyklu „ukryta kamera”. Podczas powitania Will zauważył. ku wielkiemu zdumieniu Willa. podeszła nagle do . że to żart. Ci ostatni wyglądali na mocno podenerwowanych. – Myślałem. – Nie. która dołączyła do grupy w ostatniej chwili.. – To nie tak – odparł jej rudy towarzysz głosem godnym postaci z książek Dickensa. Uprzedzałem zresztą. Stały w nich jakieś postacie. żeby opowiedzieć kiedyś o wszystkim chłopakom w Tunbridge Wells. – Czemu oni są różnej wielkości? – spytała scenicznym szeptem dziewczyna z Australii. na razie chyba jeszcze zostanę. powyżej zajaśniał otwór drzwi. Tylko rybak stał nieporuszony i milczący. ale wciąż coś bełkotał. starsza pani z Belize City przeżegnała się nabożnie.. co oznaczało. – Spojrzał z namysłem na starszego pana. Plusnęło z cicha. Widać dotarło do nich wreszcie. to możesz uciec. – Wskazał na nadchodzącą Wais.

który chociaż był o dobre pół metra niższy od niedużego człowieka. Teraz masz takich dziesięcioro. jak ściskanie dłoni. – Nasze programy telewizyjne zazwyczaj zniekształcają rzeczywistość społeczną – powiedział Will. – Od dawna próbuję wam to uświadomić. – mruknął Ken Woods. zaintrygowani jasnymi oczami i gęstym futrem. Kapitan tymczasem dalej lustrował całą gromadkę. Zresztą włochaci Massudzi i pierzasta Wais nie umywali się nawet do niesamowitych stworów przedstawianych w różnych hollywoodzkich gniotach. – Tak jak złoto było prawdziwe. – Trudno jest dotknąć S’vana czymś tak prostym. – Ejże. Niepokój był bezpodstawny. pamiętasz? Żadnych żołnierzy i tym podobnych. że nigdy jeszcze nie wyjaśnił obcym znaczenia tak prostego gestu. T’var zadarł głowę i spojrzał na parę Australijczyków. – Will oczekiwał. I tak na ogół się nam zazdrości. T’var nie wyglądał na przygnębionego. Will skrzywił się. – Co to za misiaczek? – spytała dziewczyna. to część naszej sztuki przetrwania. Przekazy telewizyjne nie sugerują aż takiej rozmaitości.. jak długie palce Kaldaqa owijają się wkoło dłoni starszej pani. – Miło mi pana poznać. – Naprawdę? – spytał młodzieniec. ale najwidoczniej wszelka proza fantastyczna i filmy dość dobrze przygotowały współczesne społeczeństwo do kontaktu z obcymi. Oficer wyglądał na rozbawionego. – To najlepsze. jak bardzo różnią się barwą skóry. co udało ci się znaleźć? – Chciałeś reprezentatywnej próbki. Teraz trzeba brać się do pracy. Ci z kolei pochylili się nad nim. – A to niby czego? . Nazywam się Annalinda Mason. – Ciekawe. to jest on. – To T’var. to jednak wyraźnie zdradzał cechy humanoidalne i nie onieśmielał tak bardzo. – Do niego mówi się „sir”. Oni chyba nigdy nie dają się wytrącić z równowagi. prawda? – szepnęła na boku do Willa. że ktoś zawyje nagle i rzuci się z rozwianym włosem do ucieczki. – Tak – odparł Will uświadamiając sobie. Sami zwykli ludzie. Grupka patrzyła z zainteresowaniem na S’vana. sir. – Nie. co chcieliśmy. pomyślał Will. to żadna obraza – powiedział przez translator.znacznie wyższego od niej Massuda i wyciągnęła pomarszczoną dłoń do powitania. Szybko naprawił błąd i ujrzał. jeden z zastępców kapitana. to dzieje się naprawdę.. – Mamy.

Jeśli się zgodzicie. – Wcale nie zamierzałem. Oka. których przyprowadziłeś. które tak wysoko cenicie. – Dowodzę statkiem. który wkrótce miał odlecieć na orbitę. – Nie. Postanowiłem zostać i proszę cię. Będziecie dobrze traktowani. występując przed pozostałych. – Jeśli postanowicie zrezygnować. o których nawet nie śniliście. zostaną zabrani na najbliższy rozwinięty świat. dostaniecie wszystko. wkrótce będziecie mogli sami go zobaczyć. odszukawszy Willa. co potrzebne. Za nim podążyli Australijczycy. miejscowi na pewno zaraz to . – Jeśli zbudujecie tu coś większego.– Widzicie – mruknął jeden ze stojących za Kaldaqiem żołnierzy. – Potem w dużym skrócie wyjaśnił najważniejsze sprawy tyczące Gromady. co da się zgromadzić. za nimi starsza pani. Niedużą.. Ze względu na unikalne cechy twojego świata postanowiliśmy założyć tu stałą bazę. dla których Ziemia znalazła się w sferze zainteresowań federacji. który przebywa obecnie na orbicie wokół waszej planety. to tylko ciekawość. będziemy musieli opuścić Układ Słoneczny. Nie stanie się wam żadna krzywda. Reszta poszła en masse. że ty też nie? – Wyczuwam twoje zmieszanie. a na koniec odwieziemy was do domu i zaopatrzymy hojnie w to złoto. Will pokręcił z wolna głową. Walczą nawet na słowa. będziecie mogli opuścić nas w dowolnej chwili. – Pogłoski mówią prawdę. Na koniec wyłożył powody. – Ty nie lecisz z nimi – powiedział Kaldaq. ale dobrze wyposażoną. gdzie przejdą kompleksowe badania. Lot na rafę trwał raczej krótko. ujrzycie natomiast rzeczy. rzucił kluczyki od mikrobusa na siedzenie kierowcy i też pomaszerował ku rampie. To już było dziwne. Tam pojazd przycumował do wahadłowca. Z drugiej strony my mamy robić swoje tutaj.. – Co znaczy. spojrzał na znajome nocne niebo. – Ja też nie – ciągnął Massud. Badania komplementarne. abyś zechciał nadal nam pomagać. – Aby określić dokładnie stopień waszej przydatności. Dostaniemy wahadłowiec i wszystko. Will odetchnął głęboko. Nikt nie będzie zmuszał was do niczego wbrew waszej woli – dodał jeszcze nauczony doświadczeniem. Will usłyszał to i zaraz pospieszył z wyjaśnieniami. – Jestem Kaldaq – powiedział kapitan. Ampliturów i wielkiej wojny. Rybak podniósł swój tobołek i bez słowa ruszył na pokład. ludzie.

co trzeba. – Jak długo ich nie będzie? – Aż nauczą się wszystkiego. nie będzie miał wiele czasu dla siebie.zauważą. która jest w tym zresztą znacznie lepsza ode mnie. – Jeszcze jeden Massud. że wy mniej zajmujecie się techniką niż inni. od lat marzył o czymś takim. trafia się okazja. Dokończy wreszcie poemat muzyczny. może kilka utworów na orkiestrę kameralną. że będziesz tu na nas czekał. Zaraz po odlocie całej ekipy zamierzał postawić żagiel i wrócić do Nowego Orleanu. – Zespół badawczy został już skompletowany – powiedział Kaldaq. Nie wiemy. – Pora już. Łatwiej będzie nam . uprzedzając następne pytanie. Will poczuł. ile to potrwa. – Zauważyłem. Moglibyśmy znaleźć kogoś nowego. Moja dziewczyna wróci razem z nimi. Twoja współpraca byłaby dla nas nadał bardzo cenna. Póki co zajmiemy się waszym światem. – Ja też zostaję – powiedział T’var. Jeśli zostanie z Kaldaqiem. A potem weźmie się do kantaty. startujemy. ale wysoko cię cenimy. by badać stąd gatunek ludzki. – Być może nie jesteś wojownikiem. by uważniej postudiować muzykę obcych. – Jego komunikator zapiszczał natarczywie. że ktoś szarpie go za pasek przy spodniach. Chciał już z tym skończyć. – I kapitan i zastępca? To kto poprowadzi statek? – Dwóch pozostałych zastępców – wyjaśnił Kaldaq. Z drugiej strony. pewnie kilku Leparów. – Marny dość precyzyjną aparaturę. Hivistahmowie i S’vanowie jako technicy. Żadnych Czirinaldo. Damy sobie radę. Widziałeś. Zbyt samotne. umyć ręce od całej sprawy i znów zająć się „Arkadią”. wiesz o co nam chodzi. – Kaldaq zawahał się. Gdy tylko wrócisz na swoją łódź. ale ty już nas znasz. Za kilka dni przylecimy z powrotem i zaczniemy budowę bazy. jak nasz wahadłowiec. Poza sprawami walki bywamy dość uniwersalni. skomponuje coś krótkiego. że udało nam się nawet zakamuflować częściowo nasz pojazd atmosferyczny. – Wszystko zamaskujemy równie dobrze. Willu Dulac. Pozostała jeszcze w pudełku reszta złota powinna pozwolić mu na dłuższy urlop. Mam nadzieję. jak w przypadku S’vanów. – Chcecie osiedlić się w lagunie? Trochę odludne miejsce. – Bo my walczymy i nie ma nas kto zastąpić. W razie potrzeby będziemy mogli czynić wypady na brzeg. – Z’mam i Soliwik. Will zastanowił się. Przed pojawieniem się Ampliturów nasze społeczeństwo było równie spokojne.

który uniósł się nad zwierciadłem morza i bezgłośnie uleciał ku niebu. – pomyślał Will. Podobnie para z Connecticut. podczas przygotowań do wejścia statku w podprzestrzeń. kto ma rację? – spytał T’vara. Will powitał Kaldaqa w kokpicie. Pamiętał o nich wtedy. Osobiście mam wrażenie. Czy oni są cywilizowani. – Will Dulac czy ksenopsychologia? – Gdybym potrafił na to odpowiedzieć. Nie po raz pierwszy Kaldaq pozazdrościł S’vanowi bystrości umysłu. – Widziałem wahadłowiec – powiedział Will – ale gdzie materiały do . Widok kotwiczącego wciąż w lagunie jachtu sprawił mu niespodziewanie wielką ulgę. aby ich opisać. Dalsze badania poprowadzimy przyjmując. Jakimś cudem S’vanowie pamiętali zawsze jeszcze o punkcie C i świetnie wiedzieli. – Zastanowię się nad tym – powiedział głośno. Nie czas na jałowe rozważania i niepokoje. Pewnie pracował nad tą swoją dziwną muzyką. że anormalność jest tu normą i wszystkiego można oczekiwać. Przed samym odlotem nauczyciel wręczył mu jeszcze pospiesznie skreślony list do przyjaciół w Anglii. gdy patrzył na urządzających się w kabinach ludzi i potem. Słowa T’vara nie dawały kapitanowi spokoju przez całą drogę. Wiedział. – Ten świat pełen jest takich sprzeczności. co tam się dzieje. w miejscu zanurzenia się wahadłowca woda burzyła się z lekka. Człowiek czekał na nich. Will obiecał nadać oba przy pierwszej okazji. Ależ ja nie akceptuję żadnego z waszych dążeń. można by zaniechać dalszych badań. też patrzy w dół i zawzięcie komentuje widok. czy nie? Musimy wykuć nowe terminy. by wyciągnąć dłoń. Kaldaq spoglądał przez iluminator wahadłowca.kontynuować pracę z tobą. aż chmury skryły łódkę i lagunę. Myśli Massudów biegły zwykle prostym torem od punktu A do punktu B. W końcu musiał upomnieć sam siebie. – Jak ktoś może nie rozumieć samego siebie? To sprzeczność. Tłukły się echem przy powrocie na powierzchnię błękitnobiałej planety. – Jak myślisz. kto mógłby okazać się mniej inteligentny czy wyrozumiały. że w innej części statku dziesiątka ludzi tłoczy się przy oknie. Z kokpitu łodzi śledził potem coraz mniejszą sylwetkę lądownika. że te istoty nie potrafią zrozumieć samych siebie. niż szukać kogoś. Kapitan przypomniał sobie o ludzkim geście powitania akurat na czas. Księżyc świecił jasno.

– Załoga została dobrana specjalnie do eksploracji nowych światów. Kopuły i korytarze imitowały do złudzenia odrosty koralowca. Może dojrzałby coś w świetle reflektora łodzi. chociaż ze względu na masę nie wszędzie mogą wejść. że to jedyna dwudyszna rasa inteligentna.budowy bazy? – Na miejscu. Przyznaję. Stawialiśmy na zróżnicowanie. – Aha. Dwunogie. Tak samo pozyskaliśmy złoto. nawet . ale lepiej nie ryzykować. chociaż z drugiej strony są trochę jakby. że maszynka poradzi sobie z fachową terminologią. że Leparowie mogą pracować pod wodą. jak poprzednio zamaskowaliśmy lądownik – powiedział Kaldaq.. Z drugiej strony. gdy wahadłowiec znów upodobnił się do rafy i przestał być widoczny z powietrza. Budowa już się zaczęła. – Widziałeś. Uspokoił się dopiero. – Tak. Nawet Czirinaldo są bardziej towarzyscy. manipulując przy translatorze. płucodyszne ssaki zwykle stronią od wody. a potem przystąpią do tak zwanej elektrofosforyzacji. Nad Lighthouse Reef rejsowe maszyny nie pojawiały się wcale. Jednak potrafią pilnie i ciężko pracować. ociężali. Przy tej przejrzystości wody nisko lecący samolot mógłby bez trudu wykryć lądownik obcych. chociaż sam był tylko przeciętnym pływakiem. To jeden z nich zatrzymał mnie wtedy w wodzie. Z pomocą Leparów pójdzie całkiem szybko. – Miły zbieg okoliczności. No i mają inny metabolizm. – A my? W czym niby mielibyśmy przodować? – Tego właśnie chcemy się dowiedzieć. Miał nadzieję. – A Leparowie? – Oni są dwudyszni. Will spędzał wiele czasu w wodzie i obserwował budowę bazy. że pod wodą jest zbyt ciemno na cokolwiek. – Leparowie wznoszą już rusztowania. Blask światła mógłby zwabić jakąś przepływającą łódź. których użyjemy następnie jako budulca. nie podejrzewaliśmy. Will zerknął za burtę. Zaskoczyłeś nas. skąd tu samolot? Najbliższy uczęszczany korytarz powietrzny biegł z północy na południe wzdłuż wybrzeży Jukatanu i wiódł do Hondurasu. że potrafisz tak pływać. Wyodrębnione z wody związki będą osiadać na stelażach. Nasi biologowie wciąż się zdumiewają. Każdy w czym innym jest najlepszy. że miałeś ich w załodze.. Wydawało mu się. Różnią się bardzo od pozostałych i trzymają nieco z boku. Leparowie. W obecnych okolicznościach to bardzo cenne. Will przytaknął.

Will cierpliwie wyjaśniał. Skoki też były raczej niskie. Okoliczne mięczaki i homary zaraz wprowadziły się do nowych domów. czasem wyrażając nawet podziw dla ludzkiej sztuki. że byłby to pokaz nie tyle sprintu. To Kaldaq wyjaśnił mu. Will zaglądał do bazy. uznał jednak. Zdawali się płynąć nad piaskiem. Ludzkość pragnęła rozwijać taki właśnie typ cywilizacji. Will zdumiał się wszakże. Trzeci zastępca szefowej działu naukowego. gdy bez wysiłku krążyli miedzy palmami i krzewami. co braku dobrych manier. co Leparowie. jakie wyniki osiągają ziemscy sportowcy.barwę miały identyczną. Na razie urabiał techników przekonanych. posępniał wszakże coraz . Sam fakt. że ludzie walczą miedzy sobą. mówił. że radośnie ruszą na wojnę z federacją obcych. Nie chodzi o to. która cechowała S’vanów czy Hivistahmów. Sztuka. o której ledwie słyszeli i która nie uczyniła im niczego złego. transmisje telewizyjne zdawały się potwierdzać ich mniemanie i Will tracił wiele czasu na wyjaśnianie różnic miedzy prawdą a fikcją. gdzie mogli nabiegać się do woli. Tak jak bieganie Massudów. nie świadczy jeszcze o tym. szczególnie muzyka i teatr potrafiły ich czasem także szokować. by śmiać się z kogoś. Mimo swoich trzydziestu paru lat Dulac mógłby zapewne wygrać z nimi nawet na średnim dystansie. ale razem z innymi. ale gra zespołowa z cennymi elementami rywalizacji. który objął obecnie kierownictwo nad komórką ksenopsychologów. że mimo wielkiej wytrzymałości żaden Massud nie biega szczególnie szybko. ile radości czerpać można z biegania i skoków. Korzystał z tej samej śluzy. Nawet dowcipy jawiły im się czasem jako mordercze. z uświęconej tradycją walki z grawitacją. że rasa ludzka daleka jest od pokojowego współistnienia. objaśniał. Piłka nożna to nie jatka na trawie. szczególnie jednak cenili wszystkie przykłady współpracy i tolerancji. Słuchali go z zainteresowaniem. Nie wspomniał też. Niekiedy wyciągał łódkę i przewoził nią niecierpliwych Massudów na pobliskie wysepki. kiedy chciał. Niektóre transmisje sportowe uznawali za sceny z pola walki. co zdumiało Willa jeszcze bardziej. Pozostali obcy nie mieli w ogóle podobnych zamiłowań. Niestety. Jednak nie ze wszystkim było tak wspaniale. wyładować gromadzącą się w nich energię. służył radą.

– Will wyjaśnił mu już. W . jak Massudowie. – Naprawdę nie wiem. jednak Kaldaq niezbyt rzecz pojmował. jednak brakowało im żywej mimiki. – No tak.bardziej. a nie na cywilizowanych światach. To nie jest wyłącznie moja opinia. – Może uważasz ich za takich. czego można oczekiwać po huraganach. tym bardziej jestem skłonny przyznać jej rację. czy to żołnierz czy broń. Technik rozplótł smukłe palce. jak inaczej to wypowiedzieć. ponieważ wciąż jeszcze ich nie rozumiemy? – Może i tak – zastanowił się technik. co twierdzi Ziemianin Will. Nagle Hivistahm zaczął krążyć po kajucie. Hivistahmowie nie przechadzają się podczas rozmowy. Przecież takie wichury wieją tylko w atmosferze gazowych gigantów. – To nie jest naukowe podejście. Oni sami nie znają siebie. reagują na określone bodźce z możliwą do opisania niezmiennością. – Pamiętasz reakcję tej asystentki. Kaldaq aż się skrzywił. Co gorsza. co mówi. która ucierpiała podczas skanowania? – Tak. Kaldaq nie wiedział. Czasem mamy wrażenie. ludzie też są nieprzewidywalni. co mówi krajowiec. Hivistahmowie porozumiewali się w znacznej mierze gestami. że na tym świecie tracą ważność wszystkie prawdy i zasady obowiązujące w całej reszcie Wszechświata. – Ale nawet istoty zdolne do walki. jednak im więcej czasu mija. O ludziach tego nie da się powiedzieć. czy nie? – Jedno i drugie. – Powiedz mi – spytał go kiedyś Kaldaq. Wszystko. – Wszystko. to istotnie wyjaśnia sprawę – sarknął kapitan. Potrafili trwać w bezruchu dość długo. zaprosiwszy uprzednio na prywatną rozmowę do swej malutkiej kabiny – zgadzasz się z tym. by sfrustrować dowolnego Massuda. To zwyczaj Massudów. – Też to słyszałem. co ma o tym myśleć. jak powtarza nieustannie nasz główny obiekt doświadczalny. – Ten świat umyka rozumowemu poznaniu. Dziwne. W boju każdy niepewny czynnik. to kłamstwo. to prawda. stanowić może śmiertelne niebezpieczeństwo. – To była reakcja ekstremalna. Nawet pogoda jest dziwaczna.

– Obecnie niepokoi mnie co innego – powiedział na wstępie. ale Kaldaq zbył jego obiekcje machnięciem. Czirinaldo i Massudzi powinni ustalić. Najpierw sprawdźmy. jak mówi Dulac. że Hivistahmowie nie wiedzą. – O czym mówisz? – Możemy przyjąć do wiadomości słowa tubylca i uznać. jak tu włączyć je w istniejącą strukturę dowodzenia? Odnosi się to również do naszego przyjaciela. – Hivistahm dał znak. – Nie mogę uwierzyć. że Ziemianie uwielbiają spokojne życie i tylko obiektywne uwarunkowania skłoniły ich do walki. Ale co się wydarzy. co to ironia. Kaldaq nie był w humorze. Może uda się ich zintegrować na tyle.trakcie walki to bywa groźne. zaszeleścił szerokimi sandałami i wyszedł. a ostatnio miał jej szczególnie dużo. którą to cechę uczą się obecnie kontrolować. zanim Trzeci ponownie zdecydował się na rozmowę z kapitanem. Kaldaq odłożył pióro świetlne. – Wy i S’vanowie macie zdecydować. jeśli nie będą mogli wybierać? Kaldaq poruszył baczkami i spojrzał uważniej na technika. że chciałby coś powiedzieć. że nasz krajowiec się myli i te istoty okażą się wspaniałymi wojownikami. i postawieni wobec wyboru Ziemianie nie zechcą wziąć udziału w konflikcie. Jeśli te istoty nie znają swoich własnych reakcji. kapitanie. czy przydadzą się na coś Gromadzie. Obrócił się. Niech każdy zajmie się swoim. Wiedział. Możemy odlecieć. które od dłuższej chwili obracał w palcach. że stanie się tak. czy Ziemianie mogą być pomocni. Technik rozmyślił się nagle i nie powiedział nic więcej. a taktykę zostawcie łaskawie mojej osobie. jak silne więzi potrafią wytworzyć. że nieprzewidywalność przestanie mieć znaczenie. Podnosi wtedy głos. jak Ziemian wykorzystać. – Nie umknęło. Potem zajmiemy się pozostałymi problemami. to czy naprawdę chcemy mieć takich sojuszników? Czy ich psychiczna niestałość nie okaże się równie niebezpieczna. – Nawet jeśli przyjmiemy. Nie wiemy jeszcze. – Co takiego? – Możliwe. – Hivistahm zamrugał nerwowo zza okularów. . Minęło kilka tygodni. aby umknęło to twojej uwagi. jak uderzenia wroga? – Nieznajomość własnej psyche to tylko jedna z ich osobliwości. który nieustannie zmusza nas do słuchania opowieści o pokojowym usposobieniu Ziemian. Nie cierpiał papierkowej roboty. zaczyna gestykulować.

że nigdy nie staną się naprawdę cywilizowani. jeśli tak bardzo pragną pokoju? Kim jesteśmy. humor zaczyna mi się poprawiać. Trzeci wyszedł. a kiedyś osiągną pewnie próg prawdziwej cywilizacji. Jeśli zaś włączymy ich do Gromady i udostępnimy im nasze zasoby wiedzy i naszą technikę. Niech jego mieszkańcy rozwijają się sami. Kontemplował je bardzo długo. Gdy zostaniemy. to nie znikną. – Wiele wskazuje. Po prostu nie pozwolimy im na akt samozagłady. ale wówczas istnieje ryzyko. – A z czego tu się cieszyć? – Z tego. że ta idea zdobywa coraz więcej zwolenników. – Owszem. aby interweniować na taką skalę w dzieje potencjalnie cywilizowanego gatunku? – Gdy słyszę takie rzeczy. – Do czego zmierzasz? – Gdy odlecimy.zatrzeć wszystkie ślady naszej wizyty i niech ten świat trwa dalej w nieświadomości. – Albo zniszczą sami siebie – mruknął Kaldaq. Czy mamy prawo utrudniać ich rozwój? Czy nasze potrzeby są ważniejsze od ich pragnień? Czy wolno nam wciągnąć ich w wojnę. Krajowiec opowiada o pokojowej koegzystencji i dowodzi. albo znikną. nie będą mieli okazji sprawdzić samych siebie. zaś nasza obecność zakłóca ten proces. to albo wespną się wyżej. że są już do tego zdolni. że decyzja w tej sprawie nie do nas należy. . a Kaldaq wpatrzył się w swoje pióro świetlne.

– Przyszło mi coś do głowy. po drugie byli z natury towarzyscy. którym zależało jedynie na pozyskaniu jak największej ilości materiału badawczego. po trzecie uwielbiali gadać. podobnie jak i sierść porastająca kawowej barwy skórę. Will przyciszył nagranie Dwunastej Symfonii George’a Lloyda. Ale to nie jest tak. usiłuję przekonać twojego dowódcę i jego naukowców. który wycierał się właśnie ręcznikiem do sucha. Jeden z Hivistahmów przez kilka godzin rozmawiał ze mną o nieprzewidywalnych reakcjach ludzi. z jaką wprawą żonglują aluzjami. ale stronili od reszty i prawie nie było ich widać. W bazie pracowało jeszcze kilku Leparów. Chyba. Uważa. Nie . by ogrzać atmosferę konwersacji. czy w razie spotkania potrafiłby w ogóle zagadnąć któregoś. Spośród wszystkich poznanych obcych S’vanowie najbardziej przypadli Dulacowi do gustu. S’vanowie po prostu cieszyli się towarzystwem Ziemianina.Rozdział 14 Will siedział w kokpicie i rozmawiał z T’varem. Will powątpiewał. W odróżnieniu od Kaldaqa czy Hivistahmów. Wracając zaś do S’vanów. – Coś cię gryzie? – spytał Tvan Will przytaknął. Mieli też wyrafinowane poczucie humoru. insynuacjami i rzucanymi od niechcenia. żebym to ja tylko miał rację a wszystkie ich wnioski były błędne. Massudzi potrafili drażnić mimowolnie gryzoniowatą ruchliwością. Bo widzisz. Gęsty zarost właściwy był obu płciom. Oparty o ścianę kokpitu T’var przypominał kuchenny kosz na śmieci z czarnymi oczkami. Will zastanawiał się czasem. Will mógł tylko podziwiać. S’vanowie zaś byli po pierwsze ssakami. jak też może naprawdę wyglądać skryte za czarną brodą oblicze T’vara. zaś Hivistahmowie i O’o’yanowie (a oni tworzyli większość personelu bazy) nazbyt przypominali gady. że ludzie nie pasują do waszej wojny. Obie strony mają rację. że to czyni nas mniej zdatnymi do boju od zdeklarowanych pacyfistów. ktoś mierzący zaledwie metr nie budził również lęku. trafnymi zwykle konkluzjami.

aby ich przekonać? Staramy się odciąć od pełnej gwałtu i przemocy przeszłości. szczególnie gdy chodzi o istoty nikczemnej postury.patrzyłem nigdy na sprawę w ten sposób. Will zmarszczył czoło. zatem też musieliście zaobserwować niejedno przez te kilka miesięcy. Tak zatem wolimy schodzić z oczu. że nawet w tak wspaniałej federacji nie zawsze dobrze jest pchać się na piedestał. Nadal wyglądacie na bardzo obiecujących. Urosła tak bardzo. Chyba domyślasz się. że ten mimowolnie podskoczył. – Cholera! Co mam zrobić. a sami trzymacie się cicho z tyłu. Waisów czy O’o’yanów. że stanowimy tylko nikły procent populacji całej Gromady. Broda skryła przypuszczalny uśmiech gościa. Willu Dulac. Z tobą mogę o tym rozmawiać swobodniej niż z moimi towarzyszami. tak że jego oczy znalazły się na poziomie twarzy obcego. – Powiem ci coś. Zamierzam przedyskutować to z Kaldaqiem. . ale on może mieć rację. – Już o tym rozmawialiśmy – powiedział Tvar. – No to czemu trzymacie wciąż usta zamknięte na kłódkę? Dlaczego nie przejmujcie przywództwa? – To nie tak. Nie zdajemy się we wszystkim na żywioł. Podsuwamy sugestie. jeśli wziąć pod uwagę. jak Hivistahmowie czy Bir’rimorowie. – S’vanowie unikają wydawania pochopnych sądów. Zasiedlamy tylko jeden świat. że współczynnik inteligencji S’vanów przerasta zdolności Massudów. Hivistahmów. niezbyt liczne na dodatek. chociaż w twoich oczach może na taki wyglądać. – Co z wami jest? Pozwalacie innym podejmować decyzje. nieproporcjonalnie wiele. Czy Kaldaq potrafi to zrozumieć? – Spojrzał na pierwszego oficera tak ostro. Nie wyobrażasz sobie nawet. do jakich konfliktów dochodzi czasem w jej obrębie. – To już zauważyłem – mruknął Will i przysiadł przy kole sterowym. emocjonalną. wpływamy na tryb podejmowania decyzji. nasz własny i nie podejmujemy prób kolonizacji. – A ty? Co sądzą S’vanowie? T’var skupił spojrzenie na krótkich paluchach prawej dłoni. – Ta cecha może nie mieć też żadnego wpływu. także tę prymitywną. że i tak zajmujemy wiele ważnych stanowisk. – Czujecie się zagrożeni? – Cóż. – Jesteście spostrzegawczy. że gdyby nie zewnętrzna groźba. Mamy spore wpływy i tym samym jesteśmy szczególnie wystawieni na krytykę. Dość powiedzieć. Jest niepodważalnym faktem. Gromada nie jest monolitem.

Dobrze ubrany nie wywołasz zbiegowiska. chociaż dalej będzie przyciągał spojrzenia. Do walk nie dochodzi. – Dziękuję za zaufanie. teraz jednak włączył translator. – Spostrzegawczy i uparty na dodatek – mruknął T’var. może byś tak pojechał ze mną na stały ląd? Zaiste nieobliczalny. Na przykład zazdrość. jak żyjemy? – spytał nagle Will. Ale czy to wyklucza was całkowicie. Kaldaqa zabrać nie mogę. – Od dawna myślałem o czymś takim. kogo potem chwalą? Ważne.. – Will wstał i przeciągnął się. – Wiem.zapewne dawno by się już rozpadła. inne zaś pomija. uwielbienie dla świata. ale sam wygląd skreśla go w przedbiegach. aby dokuczyć sąsiadom. którzy są niźsi od was. Czirinaldo i Massudzi walczą. ale osobiście skłonny jestem zgodzić się z Trzecim. – Nikt nie ma monopolu na emocje. pozwalamy innym decydować. – Mniejsza o to. tego jeszcze nie wiem. pomyślał T’var. Czy to istotne. – Bo kurdupel – dokończył T’var. Niscy jesteśmy tylko w porównaniu z Massudami czy Ziemianami. Ponieważ my akurat jesteśmy raczej słabi. – Nie mogę mówić w imieniu innych S’vanów. – A czemu nie spróbujesz sam zobaczyć. Telewizja wyolbrzymia wiele rzeczy. bo. ale kogo innego mogę zabrać? Lepara? . Hivistahmowie i O’o’yanowie zbyt kojarzą się ludziom z jaszczurami. ale są jeszcze inne sposoby. S’vana można zamaskować. Wiele istot ją odczuwa. tego tam nie znajdziesz. nawet w przebraniu wzbudzałby sensację. także skalę przemocy. – Wiesz chyba. Pole walki to nie miejsce dla istot nieobliczalnych. więc nie ma tu miejsca na obrazę. – Zamiast pytać mnie ciągle i oglądać telewizję. wśród ludzi bywają i tacy. Will pokiwał w zamyśleniu głową. że jest za co. komplement czy przyganę. Do tej pory korzystał z własnej znajomości angielskiego. my doradzamy. Cywilizowane sposoby. – Ja? – A czemu nie? Pokażę ci naszą codzienność. – Można by cię ostrzyc – zastanowił się Will – ale w tej części świata to chyba nie będzie konieczne. że miejscowy klimat niezbyt nam odpowiada. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.. Nawet lepiej. I to jest najgorsze. Zwykła radość życia. bo włosy zakryją szczegóły anatomii. nie wiadomo. Wais pewnie dogadałby się z każdym.

Skąd tu jachty? Owszem. Will obracał w zamyśleniu kołem. księżycowa. – O ile? Wam nikt się nie oprze. . – T’var przeczesał brodę.– Pomijając ryzyko.. nagrywali i zapisywali wszystko dla późniejszego przebadania. towarzystwo młode. Nikt nie obnosił się z bronią. O ile najpierw przekonam kapitana. ale Will uznał. Wezmę jeszcze kogoś. ale tutaj bieda rozlewała się spokojnym bajorkiem. że jego towarzysze zauważą ten drobiazg. Noc była jasna. – Ja akurat jestem tu od papierków. – Żeby to była prawda. Masz szansę ujrzeć ludzkość w jej naturalnym środowisku. nie utrudniając przy tym ruchów. To zadanie dla wprawnych obserwatorów. Nie powinniśmy mieć kłopotów... W Meksyku czy Gwatemali byłoby trudniej. – Wtedy ugadalibyśmy Ampliturów. psy warczały na dostojnie obojętne koty. Will miał nadzieję. – Tutaj nikt nie pcha nosa w cudze sprawy. ale nikt ich o nic nie pytał. – Belize to zbieranina ludzi z całego świata – wyjaśnił Will. Pół tuzina karzełków wywoła zbiegowisko. nie byłoby wojny i moglibyśmy zostawić was w spokoju. S’vanów miało być dwóch. Dodawały parę centymetrów wzrostu. Dzieciaki buszowały w ulicznym błocie. przyciągnęli nieco spojrzeń ludzi kręcących się po porcie. – Na ląd możemy popłynąć łódką. jako że w Belize City nie było przystani jachtowej. Ostatecznie większość filmów sugerowała pełną militaryzację. T’var i E’wit rzeczywiście chłonęli każdy szczegół. Mimo wszystko popłynę. podwójny ster katamaranu skrzypiał z lekka. turystów oglądających ściągnięty piracko z satelity mecz Miami w Pittsburgu. na dłonie przewidziano rękawiczki. muzyka wylewała się z zatłoczonych barów. nie od badań. Dwa karzełki tuptające za dorosłym mężczyzną to tylko ciekawostka. Kaldaq podszedł do pomysłu sceptycznie. Wyposażona w elektryczny silnik łódka zawiozła ich na brzeg. to byłoby bez sensu. Pijani nie zaczepiali. – To może się nie udać. Nikt nie będzie przyglądał się nam zbyt uważnie. Obszerne kapelusze miały skryć bujne czupryny.. tańczące i roześmiane. Aby poprawić ich wygląd przygotowano specjalne buty na grubych podeszwach. Nocą. Potem napotykali już tylko splecione pary. naćpani schodzili z drogi. Will przycumował przy nabrzeżu drobnicowym. – Niech tam. że T’var ostatecznie i tak postawi na swoim.

W końcu dotarli na deptak przy plaży. Will wskazał na dwie pary siedzące na pobliskich ławkach. Dla tych świat nie istniał, zajęci sobą popatrywali czasem na morze. – Co oni robią? – spytał E’ewit. – Spędzają razem czas – powiedział Will i nagle coś ukłuło go boleśnie. W jego życiu nie było żadnej kobiety, a ostatnie miesiące spędził sam lub w towarzystwie obcych. – Może to małżeństwa, może kochankowie. Lub tylko przyjaciele. Ludzie potrzebują towarzystwa. – Zupełnie jak my – mruknął T’var. – A to co? Will spojrzał na wąską uliczkę, która oddzielała domy od muru nad plażą. – Muzyka. Chodźmy popatrzeć. Tłum słuchał miejscowej kapeli grającej dla mieszkających w pobliskim hotelu turystów. Trzech mężczyzn, z których jeden śpiewał, a dwóch uderzało w stalowe bębenki. Wychodziło im całkiem zgrabne kalipso. Słuchacze klaskali po każdym utworze, nawet strażnik w drzwiach hotelu uśmiechał się i przytupywał do taktu nogą. Mimo napięcia Will zasłuchał się. To też mogło się kiedyś przydać. Jemu i nie tylko. Również ludzkości. Zostali do końca występu i dopiero gdy tłum się rozszedł, a pierwsze promienie świtu zaczęły rozpraszać bezpieczną ciemność, cała trójka wróciła do czekającej łódki i popłynęła z powrotem na atol. Will biedził się właśnie nad rozpracowaniem nastrojowego tematu z muzyki O’o’yanów, gdy zainstalowany przez obcych na katamaranie komunikator oderwał go od pracy. Zirytowany odstawił klawiaturę i włączył urządzenie. Od razu rozpoznał głos T’vara, którego angielski pozostawiał jeszcze nieco do życzenia. – Mam coś ciekawego. Nasz statek powrócił. – Szalenie się cieszę. – Will wiedział, że statek się spóźnia i zaczął się już nawet niepokoić. Nie tylko on zresztą. Wprawdzie nie można przechwycić statku lecącego w podprzestrzeni, myślał, ale wypadki chodzą nawet po obcych. Will żył ostatnio ustalonym rytmem. Obcy czuli się coraz pewniej i rzadko prosili go o pomoc. Mógł wreszcie zająć się komponowaniem. Dokończył „Arkadię” i przefaksował partyturę do Nowego Orleanu. Otrzymał potem entuzjastyczną odpowiedź, a co ważniejsze, znajomy dyrygent też zapoznał się z utworem i zapowiedział, że wykona go jesienią. Murowany sukces.

Gdy dziekan usłyszał, że Will rozpoczął już następną kompozycję, poemat tonalny „Inne spojrzenie”, zaproponował natychmiast Dulacowi przedłużenie urlopu. Wiedział, co robi. Proces twórczy wymagał swobody i czasu, a każdy uniwersytet z południa Stanów chciałby się pochwalić przynajmniej jednym publikującym kompozytorem. Może stypendium? – spytał nawet. Will odmówił uprzejmie. Mógł sobie na to pozwolić. Dzięki gościom powodziło mu się lepiej niż dobrze. Otrzymywane z morskiej wody dwudziestoczterokaratowe złoto pozwoliło wyposażyć katamaran w nowinki, o których dotąd mógł tylko marzyć. System nawigacji satelitarnej, dwa bezgłośne silniki, pełne wyposażenie do nurkowania. Wystarczyło odpowiedzieć na kilka pytań dziennie, a mógł mieć wszystko, czego zapragnął. I oto nachodził kres wygodnej rutyny. Statek wrócił, przywiózł świeży prowiant i zapasy, wieści z dalekich stron, dawnych znajomych, a może nawet rozwiązanie niektórych zagadek. Will wyszedł z kabiny i przeciągnął się. Było wilgotno, gorąco i dość jasno jeszcze, żeby popływać. Założył płetwy, maskę i rurkę, sprawdził czy translator tkwi bezpiecznie w uchu i rozwinął wiodące do wody schodki. Narybek rozpierzchnął się przed nim, ale Will pomachał rybkom i te zwolniły, wracając do leniwego krążenia. Po kilku minutach poczuł, że nie jest sam. Niespiesznie popłynął przyjrzeć się pracy Lepara. Ten zauważył gościa od razu, ale nie spróbował się przywitać. Will pamiętał, że Leparowie lubili rozmawiać raczej we własnym gronie. Mieli ograniczone słownictwo, ale to nie wadziło, bo i tak rzadko się odzywali. Ten przyjrzał się w końcu Willowi i podpłynął. Will zsunął maskę na czoło i wytarł oczy ze słonej wody. – Ty jesteś Yatoloi? Poznałem kiedyś Lepara imieniem Yataloi. – Nie, Yatoloi to kontroler. Ja jestem Otheleea. – I co robisz, Otheleea? – Montuję i naprawiam różne rzeczy. Głównie pod wodą. Nikt inny nie potrafi pracować i pod wodą i w powietrzu. – My potrafimy. Może mógłbym ci pomóc? – Słyszałem, że dobrze pływasz, ale oddychasz tylko powietrzem. – Lepar zamrugał małymi, czarnymi oczkami. – Ale to nie znaczy, że nie mogę pracować pod wodą. Otheleea wskazał na skromny sprzęt Willa. – Nie masz zbiorników z powietrzem, a to urządzenie nie wystarczy.

– Nie, to tylko rurka z blokadą. Ale mogę wstrzymać oddech. Proszę. Chciałbym spróbować. – Ale jeśli coś ci się stanie, to ja będę odpowiedzialny. – Bzdura. Odpowiadam za siebie. Nic zamierzam zrobić sobie krzywdy. – Massud by tego nie potrafił. Will uśmiechnął się. – Nie jestem Massudem. Lepar spojrzał nań znowu. Fizjonomię miał nieodgadnioną. – Nie, nie jesteś – powiedział w końcu i zanurkował. Will nałożył maskę, oczyścił ją i spłynął na samo dno. Pod wodą nie mógł korzystać z translatora, ale gesty Lepara były proste do zrozumienia. Wypływając raz za razem dla nabrania oddechu, Dulac przytrzymywał narzędzia lub podpierał mocowane na swoich miejscach płyty szklistego plastiku. Po skończonej pracy wypłynęli równocześnie na powierzchnię. Lepar spojrzał na Willa z czymś na kształt zdumienia. – Miałeś rację. Pomogłeś. Nikt inny nie pomógłby tak bardzo. – Lubimy pływać, to wszystko. – I nie sprawia ci kłopotu praca ze mną? – Nie. To miłe. Dobre ćwiczenie. Komponowanie to raczej siedzące zajęcie. – Pomogłeś mi dlatego że chciałeś, a nie dlatego że musiałeś. – Właśnie... hej! – W jednej chwili Lepar pokazał płetwy i zniknął pod wodą. Will dojrzał jedynie przypominający torpedę kształt znikający za koralowym narożnikiem bazy. Wzruszył ramionami i zawrócił do katamaranu. T’var miał rację: trudno pojąć Leparów. Oczekując na nocne przybycie wahadłowca przebrał się w czyste rzeczy. Ostatecznie nie miał pojęcia, kto zejdzie z pokładu. W pewien sposób żałował, że baza zniknie niedługo i jej mieszkańcy odlecą. Był pewien, że testy mogły wykazać tylko jedno: Ziemianie są do niczego. A przecież zdążył zaprzyjaźnić się już z Kaldaqiem i T’varem, zjednał sobie nawet kilku burkliwych Hivistahmów. Życie popłynie dalej. Will będzie miał swoją muzykę, obcy swoją wojnę. Zostaną na Ziemi obecni w jego symfoniach i może kiedyś, w dalekiej przyszłości, gdy znów zawitają na błękitną planetę, ich potomkowie będą zdumieni własnymi melodiami przetworzonymi na tutejsze instrumenty. Trudno o lepsze upamiętnienie krótkiej wizyty obcych na Ziemi.

Rozdział 15

Kaldaq dreptał nerwowo z kąta w kąt. Will patrzył na niego i zastanawiał się, kiedy czarny nos kapitana odleci samopas od ruchliwego pyska. Uszy chodziły jak małe, włochate semaforki. Obok stał wpatrzony w nocne niebo T’var, szefowa ekipy naukowej, jeszcze jeden, nie znany Willowi Hivistahm, asystent O’o’yan i wszędobylska Wais. Lepar czekał cierpliwie w łódce. Dopiero T’var przerwał ciszę. – Jest coś, o czym musisz wiedzieć – powiedział do Willa i obaj zapatrzyli się w gwiazdy. – Chodzi o to, co kilka miesięcy temu zdarzyło się na Yasarih. Will uświadomił sobie, że statek odleciał prawie rok temu. Jakoś nie dłużył mu się ten czas. Wiele zrobili, a Dulac pomagał jak umiał. Przykro będzie się z nimi żegnać. Doświadczył czegoś unikalnego w historii ludzkości. No, wespół z tą dziesiątką, która wraca. Pewnie nie mieli powodów do narzekań. – Yasarih to planeta opanowana po części przez Ampliturów – ciągnął T’var. – Twoi pobratymcy wzięli tam udział w walce. – Co? – Karaibskie niebo przestało istnieć dla Willa. – Przeszli stosowny trening i zrobili z niego użytek. – Jak mogliście na to pozwolić? Jak mogliście wpakować bandę cywilów, dzieciaków i starców w sam środek strzelaniny? Wiem, że chcieliście sprawdzić potencjał bojowy człowieka, ale... – Gdy wyjaśniono im sytuację, wszyscy zgodzili się pomóc – oznajmił spokojnie T’var. – Poszli na ochotnika. Nikt ich nie zmuszał. My nie zmuszamy do niczego, nadal tego nie rozumiesz? – Na ochotnika? Wszyscy? – Tak. Ludzkie reakcje bywają ciekawe, pomyślał T’var, który dobrze znał stanowisko Dulaca i całym sercem je podzielał. S’vanowie niczego tak nie pragnęli, jak wykluczenia Ziemian z wysiłku wojennego, ale musieli też

pamiętać o groźbie Ampliturów. To było najważniejsze, wszyscy poświęcali się dla tej jednej sprawy. Czy powinno to objąć również mieszkańców tej planety? Jeszcze nie wiadomo. Wahadłowiec nadleciał w kamuflażu i od razu zarysował się ciemnym cieniem na tle gwiazd. Osiadł łagodnie w płytkiej wodzie przy brzegu, błysnęło światło z otwieranego włazu i pasażerowie zaczęli schodzić na ląd. Kaldaq czekał u stóp rampy. Ledwo poznawał kogoś w ciemności, ale odróżnił dwoje Massudów. Rozpoznał Jaruselkę. Przywitali się energicznie, ale Will prawie tego nie zauważył. Podobnie nie zwrócił uwagi na radosne spotkania Hivistahmów. Przy każdej innej okazji nie traciłby ich z oczu, ale nie teraz. Patrzył na kolumnę ludzi, którzy schodzili po rampie na biały piasek plaży. Dopiero po chwili pojął, że wszyscy oni noszą mundury, zmodyfikowaną wersję brunatnożółtych kombinezonów Massudów. Na przedzie szło młode trio z Nowej Anglii. Było ich troje, bowiem Tamy Markowitz niosła w ramionach dziecko. Położyła je ostrożnie na plaży, jej mąż przyklęknął obok. Dopiero wtedy zauważył kompozytora. – Dulac, prawda? William Dulac? – Tak, jasne. Ken Woods spojrzał na swego syna. – To Robert. Piękny, prawda? Pierwszy człowiek urodzony poza Ziemią. – Uśmiechnął się. – Nie wiedzieliśmy, że Tamy jest w ciąży, ale potem okazało się, że to i tak nie ma znaczenia. Hivistahmowie byli zachwyceni, w Mt. Sinai General nie mielibyśmy lepszej opieki. Tamy Markowitz znalazła muszelkę i włożyła ją w dłoń dziecka. Drobne palce zacisnęły się na skorupce. – Tak, kochanie, jesteś w domu. To jest twój dom, to jest Ziemia. William przez dłuższą chwilę patrzył, jak gruchają nad niemowlakiem, aż w końcu poszukał innych. Obaj zabrani z Belize City bracia zmienili się nie do poznania. Nie tylko byli o rok starsi, ale jakby bardziej dorośli. Sylwetki im zmężniały, zniknęła cała bojaźliwość i wahanie. Ruchy mieli pewne, zdecydowane. Oderwali się zaraz od grupy i razem z kimś nieco starszym ruszyli na przechadzkę po plaży. Will poznał w tym kimś studenta z Australii i zaraz rozejrzał się za jego towarzyszką. Stała obok czarnoskórego rybaka. Na widok Willa mężczyzna uśmiechnął się i wyciągnął dłoń. Ani śladu dawnej frustracji.

pamiętam cię. szczególnie z tymi dużymi jaszczurami. bez drgawek. – To i tak nie moja sprawa – wymamrotał Will. przyjdziesz tu z nim pogadać? Z mroku wyłonił się rastafarianin. Powiedzieli. – Ty nic nie wiesz! – Skinął na kogoś. ani nic takiego. czy Will jest prawdziwy czy może sfałszowany.. stary. Najpierw poprosiłem ich o marychę. Chcę ci podziękować za to. rozumiesz? Dzięki nim poczułem się kimś. zupełnie nie tego. Tylko włóczyliśmy się razem. – Jak nasz stary świat? Obył się jakoś bez nas? – roześmiał się serdecznie. ale to było przedtem. – Nie pogadaliśmy wtedy.. Poszedłem z tobą. Steven przestał się liczyć. szkoleniem i badaniami. Nie tego oczekiwał. Mam coś lepszego. Wszyscy zaczęliśmy nowe życie – dodała dziewczyna. bez warkoczyków. stary. od czego robiło się odlotowo. – Zmieniłeś się. a gdy poznałam Matthiasa. no. To wszystko – ogarnął gestem ręki sporą połać nieba – zmieniło moje życie. że bardzo im pomogłem i to było to. żeby był kiedyś bardziej szczęśliwy. Spojrzał uważnie na Willa. – Całe moje życie było niczym. – Wiesz. jedno wielkie gówno. ale sporo gadaliśmy. że teraz dumny jestem. – A co tutaj? – Rybak klepnął go w plecy. Nie byliśmy zakochani ani zaręczeni.– Cześć. wszyscy wydajecie się być tacy szczęśliwi. – Dziewczyna uśmiechnęła się i objęła rybaka. – Jak wszyscy. iż urodziłem się człowiekiem. pobraliśmy się. – Steven? Nie widziałam jeszcze. A potem znów gadaliśmy i dowiedziałem się tyle. to. . Will spojrzał znacząco na plażę. Przed tą podróżą i przed Leą. – Ale wy. Włosy przyciął krótko i trzymał się prosto jak wyspowe palmy.. – Dokładnie. – A ty? Dobry był dla ciebie ten rok? – Chyba tak – odparł ogromnie zdumiony Will. – Eleroy trącił rybaka w żebra. Pobrali mi krew i dali coś. – Eleroy. Willy’ego aż zatkało i nie zdołał wydusić z siebie żadnego z lęgnących się tuzinami pytań. Ale bez szklistego spojrzenia. Zawdzięczam ci życie. Zajął się bez reszty treningiem. jakby chciał ustalić. co dla mnie zrobiłeś. bo nie kontaktowałem. – Zdumiony Will oddał uścisk. miałem coś do roboty. Nie muszę już brać. – Co mianowicie? – spytał Will. – Znam cię. A ci tam mnie naprawili. Nie zrozumieli..

Ampliturowie przylecą i już. nawet o nas samych.. żeby trochę poczekać. Obronę domu. albo ludzkość zniknie. Ja swoją. że coś nie gra? Pokazali nam prawdę. Widzisz. – Młodzi są tacy niecierpliwi – zauważyła starsza pani. Obok stała ta starsza pani. Z . czy co? – Nie. Nie rozumie. Przez ten rok byłem na różnych światach. – No ale oni mają swoje powody. ale naraz usłyszał nowy głos i ktoś chwycił jego dłoń. – W gruncie rzeczy nie mamy wyboru – wtrąciła się dziewczyna. że aż głowa mi pęka.Rastafarianin skrzywił się lekko i stuknął w jakieś zawieszone przy pasie urządzenie. Tego zapachu. Oboje świetnie wyglądali w mundurach. dziewczyno. ale nigdzie na pachnie tak jak tutaj. to nasza ojczyzna. – Cel w życiu. stary. Massudowie mówią. Nie tutaj. Nigdy nie miałem o co walczyć. Wszystkiego. – Ręka w rękę odeszli w głąb wyspy. Przejdziemy się trochę.. – Pranie mózgu wam zrobili. Rastafarianin wymienił spojrzenia z przyjaciółmi. – Chodź. – On nie wie. stary – odparł rastafarianin. – Pokazali nam tylko. ale w Monkey Town. – Ale przecież mamy wybór. – Gdzieś tam mieszkają moje siostry. Gdy ktoś raz za razem wali cię w gębę. – Prędzej czy później ty też ją znajdziesz.. Ziemia. Walkę dla Gromady. – Musimy walczyć. Odszukam je i podzielę się z nimi tą prawdą. bo tak masz na imię. – Ale będzie. Will chciał jeszcze go zatrzymać. – Spojrzał na ocean. Jego TAM nie było. – Uśmiechnął się do przyjaciółki. – Spojrzał na okolicę i odetchnął głęboko. Matthias znalazł swoją prawdę. jaka jest prawda. – Brakowało mi tego. To był niegdysiejszy belfer. a ci Ampliturowie chcą zabrać nam człowieczeństwo i wszystko. Will tylko kręcił głową. Przysiądziemy sobie gdzieś na boczku i wyjaśnimy ci to i owo. ale nie sam. Możemy. prawda? Przez ostatni rok moje stare oczy widziały tyle nowego. a Will aż uśmiechnął się na widok tego samego kapelusza. to w końcu zrozumiesz.. Marna perspektywa. Nie tylko morza. Ziemi. ale to chyba nie potrwa długo. Ta planeta. Williamie. – powiedział Will. – Chodź z nami. który też przetrwał miniony rok bez szwanku. – Możemy trzymać się na boku. – Nie było – zgodził się Matthias. która dołączyła do grupy w ostatniej chwili.

że dobrze znamy życie. – A tak – mężczyzna aż pojaśniał z zadowolenia. że im dłuższa podróż. Nie trzęsła się. – Wasze stroje. . i uwinęli się błyskawicznie. albo nawet oddychają czymś zupełnie innym niż ty. – wymamrotał Will. Pokazała naszym gospodarzom. Podeszliśmy więc do niej poważnie. Przyznaję. ale o charakterze. nigdy nie miałem wiele. które gdzieś miały moje nauki i wolały mecze czy MTV. Jak to się stało? – Po pierwsze. że to gardłowa sprawa. – Słyszałem. – Tyle zaskakujących rzeczy – przytaknęła kobieta. młody człowieku – upomniała go starsza pani. że posłali was do walki. że wyjeżdżając ocalę tę resztkę szacunku wobec samego siebie. to zaczynasz rozumieć. tym więcej zyskujesz. gdy tak przestaje się codziennie z istotami. Nawet zmarszczki na twarzy zdawały się teraz nie świadczyć o wieku. Ale nikt nie dodawał. Starsza pani wyglądała o dziesięć lat młodziej. że była jeszcze sprawa defraudacji skromnej kwoty z funduszów szkoły. nikt nas do niczego nie zmuszał. ale stała prosto. a ta młoda dziewczyna z antypodów okazała się projektantką odzieży i tak już poszło. zrobili się bardzo serdeczni. – Widzisz. A jeszcze potem wszystko samo się jakoś ułożyło. Myślałem. pociłem się w Surrey nad bachorami. dumnie unosząc głowę. że podróże kształcą. o co chodzi.początku traktowaliśmy to jak żart. gdy wszystko porównasz. Zaczynasz pojmować. które nie oddychają jak ty. naturalną koleją rzeczy zaproponowaliśmy naszą pomoc – dodał nauczyciel. Dlatego właśnie wyjechałem z Anglii. stary. Zupełnie nowym. co jest naprawdę ważne. – Wszyscy sądziliśmy. że chcemy im pomóc. Kiedy usłyszeli.. – Wiesz. ale nagle musieliśmy stanąć przed czymś zupełnie nowym. gdy rozmawiasz tak z nimi. – Gdy już dowiedzieliśmy się. co mają uszyć. Will nie skomentował tego. jak większość zmęczonych pracą staruszek. Przypomniałem sobie jeszcze. Twoje własne kłopoty bledną nagle i maleją. – Każde z nas miało swój własny powód. Byłem biednym nauczycielem. aby zgodzić się na twoją szczególną propozycję – powiedział nauczyciel.. dostrzegasz różnice między złym a dobrym. – Chcieliśmy mieć coś takiego jak Massudzi. że istnieją pewne prawdy nadrzędne. ale potem okazało się. Całe życie powtarzano mi. gdy byłem w wojsku. kładąc dłoń na ramieniu Anglika. jaki mundur nosiłem kiedyś.

jak to jest – powiedział nauczyciel. Moje doświadczenie. ale obcy są w tej kwestii dziwnie nieudolni. których znalazłeś w Belize City. Czirinaldo. Tak jak z tymi mundurami.. – Ale wiem jedno: to dobre istoty. Steven też to rozumie. które nas badały. jaki jesteś wspaniały. Kiedy pojawiłeś się przede mną. Nie. Dlatego mianowali go dowódcą. stary. ważny. byłem w wojsku. Mimo sporego wzrostu nie są też silni. – Co takiego? – Walka. co widziałam. Pierwszy sukces tak ich podkręcił. Raczej jego brak. – Wiesz. – Gdy wszyscy mówią ci.. – Przez całe życie patrzyłam. Jestem dobry w planowaniu. ostatecznie alkohol nie pomaga w pracy. Para z Connecticut też jest niezła. że zostawiłem wszystko. na przykład Lea to prawdziwa Amazonka. W Belize na gwałt potrzebują nauczycieli i nikt nawet nie pytał mnie o kwalifikacje. Okazało się. Chociaż trochę. Myślałem. czy zauważyłeś. Ci Ampliturowie jawią mi się jako ucieleśnione zło.. Potrzebują dobrej opieki. która o wiele lepiej czuje się beze mnie. Właśnie. i o naszym systemie wydzielania wewnętrznego. Sama nie jestem w tym dobra. chociaż dziwnie wyglądają. Otrzymałem nawet więcej. nie potrafię. i doświadczenie Annalindy. – Ja nic z tego nie rozumiem – oznajmiła starsza pani. picie stało się już ważniejsze od belferki. . mówiły ciągle o strukturach neuromięśniowych czy jakoś tak. Ale wyszło tak. A tu nagle otrzymałem wspaniałą szansę na naukę. Massudzi owszem. rzecz jasna. Sens życia. nie mieliśmy dzieci. tylko ten ich refleks. Te jaszczury.jaka mi została. podobnie chłopak z Australii. – Widzisz. Nie wiem. Potrzebują naszej pomocy. żebym tutaj uczył lepiej niż w Surrey. Po prostu popłynąłem i wyrzuciło mnie tutaj. Te biedne chłopaczyska z ulicy są dla mnie teraz jak wnuki. Dzięki Bogu. To urodzony strateg. gdy przychodzi do terminów naukowych. że mogłam im pomóc. że to już dla mnie zamknięte. a translatory zawodzą. ale ci drudzy są rozpaczliwie powolni. Skomplikowane to. że istnieje coś. twarda jak jej kompan czy ci dwaj chłopcy. No i jeszcze odzyskałem szacunek dla samego siebie. nawet żonę. ale mogłam opowiedzieć innym. zaczynasz czuć się dziwnie dobrze. Steven.. coś potrafią. jak cenna jest twoja pomoc. w czym jestem naprawdę dobry. Jestem szczęśliwa. Wielu Anglikom to się zdarza. jak ludzie walczą ze sobą. Tylko Massudzi i jeszcze jedni. Od dwunastu lat nie mam z nią kontaktu. bardzo przydało się tym młodszym.

ale spędziłem wiele czasu na tym świecie. – Cieszą się. Jaruselka usiadła obok niepomna. – Na górze borykają się teraz z nie lada problemem. Kochają i pokój. i na swój sposób aspirują do miana inteligentnych. Edwardzie. – Mrugnął na Willa i przekrzywił panamę. nawet różnice w kolorze skóry nie rzucały się tak bardzo w oczy. pomyślał. co ci powiedziałem. Ostrożność idzie o lepsze z nadzieją. Cieszą się jak dzieci. Kaldaq nie poczuł ani zazdrości. – Racja. że zarówno indywidualnie. – Zatem kończymy z izolowaniem tego świata? – Nie. – Trudno mi to pojąć. Ludzie jazgotali wkoło. Nie widziałem tego. jak i w grupie. co Will Dulac mówił nam o ludziach. ani zawiści. Czy to nie dziwne? – Nie rozumiem. to prawda. Ostatecznie to nie Yasarih. ale nie w tym akurat są najlepsi – powiedziała rzeczowo szefowa programu. – Prawda jest taka. Bycie istotą inteligentną oznacza przecież umiejętność akceptowania faktów. skrzyżował nogi. to mogliby . – Pomyśl o tym. że gdyby zostawić ich samym sobie. Nawet Massudzi. że wszystko. I tak łatwo ich zadowolić. kochana. – Aspirować mogą. położył dłonie na kolanach i odetchnął głęboko powietrzem tego dziwnego świata. badałem. Kaldaq wbił spojrzenie w odległe rzędy palm. że potem będzie musiała wyczesywać piasek z sierści. Możliwości tych istot przewyższają nasze najśmielsze oczekiwania. żeby nie wdali się w jakąś awanturę. W mundurach byli dziwnie podobni. – Jaruselka poprawiła się na piasku. – Jasne. i muzykę. a przecież ta garstka wydźwignęła się ponad tutejszą przeciętną ignorancji. uczyłem się. co my. osoba starsza i powszechnie szanowana. Lepiej. Kaldaq usiadł na piasku. W nocy mogła obyć się bez ciemnych okularów. Anno. Sam wstępny raport wprawił dowództwo Gromady w entuzjazm. te istoty nadają się do walki o wiele lepiej niż ktokolwiek inny. co ty. dobra.– Starczy na razie. tak jak my wszyscy. że się cieszę. stary? Oniemiały Will odprowadził ich spojrzeniem. Nie widziałeś tego. Nie opodal przystanęła kierująca całym programem Hivistahmka. Obserwowałem. – Nie byłeś na Yasarih. – Poszukajmy chłopców. Skłonny jestem twierdzić. – Podejrzewamy. – Starsza pani pociągnęła Anglika w górę plaży.

że to zwykłe przeoczenie. jak. że nie wymieniła Massudów. Nie rozważyłam sprawy do końca. Samymi Ziemianami będzie można zająć się potem. – Nawet. Najpierw musimy zadbać o to. – To już postanowione? Jaruselka spojrzała na niego ze współczuciem. Każde inne wyjście będzie niemoralne. – Wszelako brak takiej pewności. ale słyszałam. – Możliwe. jeśli ta „własna droga” doprowadzi ich do samozagłady? – Głupkowata maska zakłamania nie skryje twoich prawdziwych motywów. Kaldaqowi gniew zaczął z wolna przechodzić. że skłonienie Ziemian do rozwinięcia cech wojowniczych. wiele skomplikuje. – Obróciła się z powrotem ku dwojgu Massudom. że zostawieni samym sobie rozwiną podobny typ cywilizacji jak O’o’yanowie. – Nie przyłożę do tego ręki. a Kaldaq spostrzegł. że nauczą się panować nad swoimi instynktami. Hivistahmowie. Tej rasie trzeba pozwolić na znalezienie własnej drogi do cywilizacji. jeśli pozwolimy tym istotom pójść własną drogą. Jaruselka też wstała. aby przytulić ich do cywilizowanego serca i tak dalej. Wtedy będzie dość czasu. – Rada . i staną się rasą równie pokojową. która doprowadzi je ostatecznie do pełnego członkostwa w Gromadzie. Przetrwanie Gromady zależy od wspólnego poświęcenia. Ciekawe. Jej sandały zostawiały na piasku trójkątne ślady. Kaldaq zerwał się na równe nogi. bowiem starsza Hivistahmka westchnęła z zakłopotaniem. Równie dobrze można podejrzewać co innego: że wspomniane inklinacje nie zanikną i to niezależnie od postępu technologicznego. – Rada Naukowa w pełnym składzie – wtrąciła Hivistahmka. nad nie skrywaną wojowniczością. że stawką jest przyszłość wielu ras. że przeciwko Ampliturom. jeśli padną łupem Ampliturów? To prawda. wówczas stracimy najpewniej cudowny oręż. powiedzmy. Na dodatek co im przyjdzie z własnej drogi. S’vanowie czy Waisowie – powiedziała postukując paznokciami. Niemniej. – To prawda. że Rada długo się nad tym biedziła. kapitanie. Nie zapominaj wszakże. aby tej cywilizacji nie zabrakło. – To całkiem prawdopodobne. jakie społeczeństwo wówczas otrzymamy. tyle. po pokonaniu Ampliturów. jej oczy błysnęły w blasku księżyca. Zakłamanie nie mogło być takie zupełne. – My i tak nie mieliśmy tu nic do powiedzenia.uporać się z tym atawizmem – zauważył Kaldaq. tu nie chodzi tylko o samych Ziemian. – Istnieje szansa. – Szefowa programu postąpiła kilka kroków ku wodzie. Uznał.

ale na odcinku obsadzonym przez Ziemian przeciwnik został po prostu rozbity. Szefowa mówi prawdę. Co więcej. Idą do walki. – Ty? – spojrzał na nią ostro. W walce te istoty przechodzą jakby w inny stan świadomości. przedtem jednak otrzymali sporo rad od swoich seniorów i od naszych żołnierzy liniowych. – Jaruselka położyła mu dłoń na ramieniu. że po raz pierwszy w swojej historii stanęli naprzeciwko przedstawicieli innego gatunku. – I mówicie. poza tym znałam tego pierwszego. – I co się stało? – nalegał Kaldaq. że największy kłopot mieliśmy ze . Cały system wydzielania wewnętrznego zaczyna funkcjonować w zupełnie inny sposób. Walka jest dla nich jak narkotyk. Kaldaq machnął z rezygnacją dłonią i usiadł na piasku. coś w głębokich pokładach jaźni. jakkolwiek dziwnie i przykro to brzmi. „z pieśnią na ustach”. Siły Ampliturów na Yasarih składają się głównie z Krygolitów i T’returich. nie dość. Niemniej taka przemiana to nie jest ich świadomy wybór. – Nie można powiedzieć. Nie ma takiej potrzeby.Generalna nie wie jeszcze o istnieniu tego świata. tylko bardziej zagrzewał ich do boju. których pierwotnym zadaniem była opieka nad nowicjuszami. wciąż wydawały się niewiarygodne. są jeszcze podzieleni tubylcy. System nerwowy tak samo. ale ci drudzy zajmują się wsparciem logistycznym. – Sama widziałam. jak to oni sami mówią. – Walczyli wespół z Massudami? – Tak. Rozumiałam Ziemian lepiej niż reszta tamtejszych Massudów. że sami siali spustoszenie. to jeszcze zarazili tym Massudów. by tracili nad sobą kontrolę.. jak się wtedy zmieniają. Fakt. gdyby pojawiły się jakieś kłopoty. Willa Dulaca. To miał być ostrożny test dla potwierdzenia wyników wcześniejszych badań. Jak inaczej mieliśmy je zweryfikować? W teście wzięli udział tylko ci najmłodsi i najsilniejsi. ale instynkt. – Tylko byś się denerwował. ale i tak walczą zupełnie inaczej niż nasi żołnierze. Hivistahmka zawahała się. Yasarih to pomniejszy teatr działań wojennych. – Nie mówiłaś. co to to nie. No. – Biją się jak maszyny – powiedziała Hivistahmka. że oni wzięli już udział w prawdziwej walce? Szefowa programu podrapała się z zakłopotaniem. że jak by nie spojrzeć na uzyskane dane. Przecież nawet Massudzi zmuszają się do walki. – Starsza osoba wyraźnie wciąż nie mogła tego pojąć. – Na Yasarih.. – Czy wiesz. Sęk tkwił w tym. Inaczej niż u nas. A co miałam robić? Jestem tak samo żołnierzem jak wszyscy. – Oni sami nie wiedzą. Ziemianie nie zmuszają się do niczego.

– No to co mamy robić? – Kaldaq poczuł się zagubiony. – Dziesięcioro z nich tkwi już w tym po uszy. – Rozbudowy? Ale jeśli Rada już zdecydowała. – Po raz pierwszy w życiu Kaldaq miał ochotę uderzyć Hivistahmkę. – Wcale nie wpłynął. że mają wybór. Dlatego przywieźliśmy wszystko. – Mamy swoje obowiązki. – Bo nie wiedzieli. kapitanie. ale ostatecznie doszedł do własnych wniosków. może asekuranctwo. Nie wiedzieli też o swej szczególnej dwoistości charakteru. Walczymy ze wspólnym wrogiem.. – Tylko Rada Naukowa. Pamiętaj. Podejrzewam. – Jestem kapitanem. S’vanowie przynajmniej nie tracą w takich sytuacjach poczucia humoru. Niemniej wahania Rady mogą sugerować podobnie izolacjonistyczne skłonności.ściągnięciem ich z pola walki? Chcieli tam zostać i bić się dalej! – To absurd – mruknął Kaldaq. Z nie znanych mi bliżej powodów wahają się ciągle.. – Nikt nie pragnie walczyć. że to rasa pokojowa i dążąca do cywilizacji? – Najpierw musimy ocalić siebie. Czego oni właściwie chcą od tego świata? I od niego osobiście? . co potrzebne do rozbudowy tutejszej bazy. nie ma żadnego znaczenia? Nasze badania nad Ziemianami to nic? Nasze ustalenia. dowodzę okrętem Gromady. czy zechcą poprosić Ziemian o pomoc. jednak nie jest to wróg Ziemian. Dlatego właśnie Rada chce mieć więcej informacji. Nie ty jeden zastanawiasz się nad ryzykiem. jeśli może wycofać się bez ofiar. czego tu się dowiedzieliśmy. Wszyscy zgłosili się z dobrej woli i uczynili to z entuzjazmem. Szefowa programu była już zmęczona tą jałową dyskusją. Hivistahmowie są zawsze bezwzględni. że nikt nie zmuszał ich do walki. Oni nie znają samych siebie. – Och. A swoją drogą. nie widziałeś walczących Ziemian. że to typowa dla Rady podejrzliwość. To bardziej zdumiewający widok niż możesz sobie wyobrazić. – Ale to nie jest jeszcze reprezentatywna grupa. Dla uspokojenia tych młodszych trzeba było wzywać pomoc medyczną. Dotąd musiał wciąż rewidować swoje mniemanie o tym świecie. – Właśnie. kapitanie. Trudno przeoczyć ten fakt. potem zajmiemy się nimi. – I Gromada chce ich zaangażować? – Kaldaq cisnął muszelkę do wody. – Czy wszystko. nie wiedzą jeszcze. które teraz wyższa instancja zdaje się podważać. Nie ty jeden masz moralne opory. ciekawe na ile ten Dulac wpłynął na twoje poglądy.

– Pojmują tam moralną dwuznaczność sytuacji. Najpierw poruszyła baczkami. muszę wykonywać rozkazy Rady. rekrutować ich bez współpracy z jakimikolwiek centrami władzy. Dlatego właśnie potrzebne są dalsze badania. ale wobec tutejszej decentralizacji instytucji rzecz powinna się udać. – My zajmijmy się militariami. w ich naturalnym środowisku. Zresztą nie byłoby to możliwe. Warknął na nią. Nigdy jeszcze nie próbowano tej metody. – Niezależnie od prywatnych uprzedzeń. – Nie planuje się ogłoszenia oficjalnego apelu do mieszkańców planety. – Musimy zaufać mądrości tych. którzy zęby zjedli na podejmowaniu decyzji. aby go uspokoić. – No to czego chce Rada? Jak mamy uczynić z tych istot sojuszników. – Ich wola walki zdawała się poniekąd chwiejna. Ich społeczność jest rozdrobniona. – Nie zgodzę się jednak na nic sprzecznego z moimi przekonaniami. – A co myślą o tym nasi bezpośredni przełożeni? Jaruselka nie odpowiedziała od razu. nie prosząc ich otwarcie o pomoc? – To nie jest niemożliwe. – Ale oni nie widzieli tych istot.– Wiem. kochany – odezwała się Jaruselka. Gdyby większa formacja Ziemian na pierwszej linii stwierdziła nagle. skutki byłyby straszne. Naczelna Rada Wojskowa składała się głównie z Massudów i S’vanów. – Czirinaldo nie mają ramion – warknął Kaldaq. że ma dość wojaczki. – Hivistahmka skinęła na Jaruselkę. oni nie mają jednego. – Masz wiele do powiedzenia w kwestiach szczegółowych – pocieszyła go Hivistahmka. aby zdjęli chociaż część ciężaru z ramion Massudów i Czirinaldo. dlatego najlepiej będzie wykorzystać więzi nieformalne. Może co innego jest dla nich najlepsze? – Ale jakie mamy prawo określać takie rzeczy? – To pytanie dla filozofów – mruknęła całkiem już spokojna szefowa programu. że w najlepiej pojmowanym interesie Gromady należy włączyć Ziemian do walki. każdego z osobna? Na jaką motywację do walki możemy . – Pogłaskała Kaldaqa po pysku. – A kto wie. tak jak ja. – Tego akurat nikt po tobie nie oczekuje. – Ta dziesiątka też często wykazywała zaobserwowaną wcześniej nieobliczalność – powiedziała dziewczyna. ale bez złości. – Ten ich dziwaczny świat nie ma w sobie nic znajomego. co jest ich „naturalnym środowiskiem”? – spytała Hivistahmka jakby pewniejszym głosem. – Zatem mamy kontynuować badania i jednocześnie rekrutować ich pojedynczo. centralnego rządu ani globalnej stolicy. ale uważają. że to trudne.

że chociaż zdarza się tak często. – Wciąż nie jestem przekonany. że ktoś gotów jest ryzykować życie i mącić sobie w głowie dla czegoś tak nieistotnego. I owszem. po czym zaatakowali i zlikwidowali całą kompanię. Niemniej. Kaldaqowi nagle zrobiło się duszno. – Kaldaq nie odezwał się. Tego było już za wiele. – Wiem. – Uwierz – powiedziała Jaruselka. ale pamiętaj. dwóch ciemnoskórych i jeden jaśniejszy. nie jest regułą. Jak sam powiedziałeś. są i tacy. na ile powszechne jest to podejście. – Pozostaje nam zrobić z nich jak najlepszy użytek i nie ustawać w badaniu reakcji.wtedy liczyć? – Niektórzy zdają się cenić walkę samą w sobie. Nie wiemy jeszcze. iż w naszym rozumieniu oni nie są cywilizowani. – Żaden inny gatunek tak nie postępuje. więc podjęła wątek. że to niewiarygodne. – Ale użyteczne. co może potwierdzać ich cywilizacyjną niedojrzałość. – Dowództwo uwierzyło.. choć bez osłony. Z naszych obserwacji wynika. – Wedle meldunku trzech z nich. Inni lubią towarzyszące jej napięcie. Posłanie ich do boju wiąże się z pewnym ryzykiem. które musimy jednak podjąć. Nie znaliśmy dotychczas takiego świata. jak. Ale nie to było najdziwniejsze. Ale Jaruselka potwierdzała każde słowo Hivistahmki. Poza Ziemianami. Krygolici myśleli. ale mimo to mamy prowadzić rekrutację. i zaskoczeni nie stawiali prawie wcale oporu. Masy rzeczy jeszcze nie wiemy.. Komentarz do meldunku podawał. to za mała próba. – Chcecie powiedzieć. że całej trójce mocno się ta awantura spodobała. to czy możemy być ich pewni? – Nie możemy – przyznała trzeźwo Hivistahmka i podrapała się za uchem. którzy chcą walczyć za całkiem skromne wynagrodzenie. że okopali się bezpiecznie. Wszystko wbrew zdrowemu rozsądkowi. – Te istoty wykazują zdumiewająco małą troskę o własne bezpieczeństwo – powiedziała Hivistahmka. . podług cywilizowanych zasad prowadzenia wojny nikt by ich nie ugryzł. Jeśli obieca się im dość złota. wzięło pewnego dnia broń ręczną i nie czekając na rozkazy zrobiło wypad na teren kontrolowany przez Krygolitów. do tego potrzeba dalszych badań. zgodzą się prawie na wszystko. takich istot. – To nienormalne. Cokolwiek myślisz. że oni są właśnie tacy. – Jeśli tak. przeszli przez linie czujników.

– Tak. Wielka szkoda. – To więcej niż odwaga – wtrąciła Jaruselka. że nie mieli przyczepionych czujników. – Dostrzegłeś zapewne. Nie ma powodów do zmartwienia. że w niektórych dziedzinach Ziemianie poczynili zdumiewające postępy technologiczne? – Owszem. Ta spojrzała na niego uważnie. Jego uwagi są równie pomocne jak wszystko inne. Wiedział. – Co też uczynię. I dlatego walczą wspaniale. Doszli do perfekcji w konstruowaniu broni. ale mimo to czuł się mocno dotknięty. Potrzebujemy współpracy znającego nas już dobrze krajowca. taka dziwna chemia ciała. – Był zły i aż odsunął się od Jaruselki. co dzisiaj usłyszał. – Na razie jednak muszę wiedzieć co innego. abyś dalej kierował tutejszą placówką. to Rada nie mogła postąpić . Niemniej nasz przyjaciel. Bardziej już niepokoję się o mój statek. i na orbicie.– Ale chyba cenią sobie życic? – spytał zagubiony Kaldaq. Te istoty robią to odruchowo. była prawdą. – I bardzo dobrze. – Jestem dowódcą statku. chociaż formalnie składam protest. – Którą trzeba poznać bliżej – powiedziała szefowa programu. ale w zapale walki przestają o tym myśleć. zapadły poza nim. „szaleństwo z metodą”. – Odwaga to cenna cecha – mruknął kapitan. Proszę go nie zniechęcać. Do zastosowania i tutaj. Poza tym. Będzie starał się udowodnić coś wręcz przeciwnego. Ampliturowie sztucznie wygaszają u swych poddanych instynkt samozachowawczy. by Hivistahmka zauważyła jego frustrację. gdy ta spróbowała go udobruchać. które pozwoliłyby opisać zmiany neurochemiczne zachodzące w ich ciałach pod ogniem. tutaj jesteśmy bezpieczni. W przyszłości trzeba będzie to naprawić. – Przywieźliśmy zmodyfikowane moduły maskowania. – Owszem. – Rada pragnie. że wzywanie go na konsultacje zabrałoby zbyt wiele czasu i że Rada nie chciała czekać. jeśli chociaż połowa z tego. byle do przodu. jak sami mówią. – Zatem od tej strony wszystko w porządku – mruknął bez entuzjazmu kapitan. Chciał. Will Dulac. kapitanie. Czy mimo osobistych uprzedzeń czujesz się na siłach wykonać przekazane ci polecenia? – Było to typowe dla Hivistahmów postawienie sprawy: mniejsza o taktykę. nie zgodzi się z wnioskami grupy badawczej. Zupełnie jakby tracili nagle zdolność logicznego myślenia i kierowali się jedynie wolą odniesienia zwycięstwa. Jednak musiał robić swoje. Decyzje zapadły bez jego udziału. – Chyba bardziej kontrolowane szaleństwo.

Wręcz przeciwnie. – Mamy nadzieję na pozyskanie nowych kandydatów. Gdy wyjaśniono im wszystko. zwiększono ilość laboratoriów. o których istnieniu jeszcze wczoraj nie wiedzieli. gdy w pobliżu atolu pojawiał się jakiś przypadkowy jacht czy łódź rybacka. – Możesz mieć rację – odparł T’var – i dlatego właśnie. Szukałem takich. która rozrastała się we wszystkich kierunkach. że robicie miejsce dla nowych rekrutów – warknął Will i trącił ozdobny stojak z bańkami. Może uznali. które zabrzęczały melodyjnie. Pomyliłem się. obejmując coraz większą połać dna laguny i pobliskie wysepki. Z’mam. Ciężar rozmowy przejął na siebie T’var. Siedzieli w jednym z nowych pomieszczeń bazy. Słuchając jego gniewnej odpowiedzi Kaldaq notował w myślach coraz to nowe agresywne nuty i gesty Ziemianina. – A ja myślałem. przede wszystkim dlatego rozbudowujemy nasze centrum. natraficie na inne reakcje. Nie wiem. Może to odległość od Ziemi. Ich to wszystko nie poruszy. – Nie było przymusu. Tego talentu można mu było pozazdrościć. – To są fakty – powiedział S’van. – Zatem wybrałem niewłaściwych. – Obaj S’vanowie wymienili znaczące spojrzenia. Tak czy inaczej. Może okazać się. – Możesz je tylko zaakceptować. wtedy zniszczymy wszystkie urządzenia i odlecimy cichcem. . ale nie przerwiemy badań. co się z nimi porobiło. który przyleciał statkiem z całą grupą. musieli nie być przeciętnymi ludźmi. ujrzeli wszechświat jakim jest naprawdę i bardzo chcieli pomóc. sal do ćwiczeń. Jeśli przyjrzycie się bliżej tym lepiej sytuowanym. Ponad całym kompleksem po dawnemu pływały ryby. budowa znów ruszała. Zmieniliście ich chyba. Will Dulac zareagował zgodnie z oczekiwaniami. Niektóre wpływały do laguny. Oni nie zechcą pójść za obcymi. Dodano kilka nowych poziomów. chociaż nie wiem jak. szczęśliwszym. Ledwo znikały. Nocą wahadłowce dowoziły z wielkiego statku wyposażenie i nowy personel. że jednak jest tak jak mówisz. którzy nie mieli wiele do stracenia i dawali się wypadkom nieść przez całe życie. – Nie mogę i nie chcę. ciągów komunikacyjnych. też był na Vasarih. że i tak nie mają wyboru i chcieli jakoś zadowolić gospodarzy. osobom z zamiłowaniami i ułożonym życiem. Prace ustawały tylko wtedy. odosobnienie między obcymi. – Twoja pomoc może tylko przyspieszyć badania.inaczej. Będziecie mieli upragnioną izolację. ale bez specjalnej aparatury i tak nie mogłyby niczego wykryć.

przestraszy perspektywa walki. – O to cię nie prosimy – powiedział rozbawiony Z’mam. – Will zaczynał rozumieć. by udowodnić wam ich bezsens. zgoła za nic. Obecni wyrazili wdzięczność i zostawili Willa. znudzi ich podróż. Potem wziął się znowu do komponowania. Teraz już nie miał wyboru. Ale w ten sposób kupią tylko ludzi prymitywnych. Będę wam dalej pomagał w badaniach. Czyje wpływy zwyciężą. Ale ucieczka też nic nie da. że aby zdziałać cokolwiek musi dotrzeć do przedstawicieli wyższych władz Gromady. Są bardzo chętni. Brak im doświadczenia. jak zwykle w głębokim zamyśleniu. – Nie potrafią. Niektórych uda wam się pozyskać za bezcen.– Nie chcę mieć nic wspólnego z rekrutacją. Mało tu wybitnych indywidualności. Ameryka Środkowa. by dalej mógł sobie trącać stojak z bańkami. obcy znajdą ludzi gotowych walczyć. – Chyba nie popłyniecie sami na brzeg? Może jeszcze otworzycie punkt werbunkowy? – W żadnym przypadku. Tutaj nic nie wskóra. że są jeszcze wyjątki. Współpraca stworzy więcej okazji do siania ideologicznej dywersji. Tym zajmie się kilkoro z wyszkolonej już dziesiątki. Reszta grupy nie przedstawia się o wiele lepiej. Ostatecznie miał wyższe wykształcenie. myślał. różniąca się kolorem skóry para i trzech bohaterów z Vasarih to wybitnie inteligentne jednostki. Rekruci zmęczą się szybko. Odmowa oznaczałaby wykluczenie ze sprawy. stwierdził Will. gotowych zrobić wszystko za złoto. A kto będzie prowadził rekrutację? Prosty rybak. Owszem. Ten starszy mężczyzna z osobliwym nakryciem głowy. Na pewno znajdziecie dość chętnych. Ale tylko po to. Rozsądniejsi spośród nich otrzeźwieją i . Will pokręcił głową. – Dobra. byście mogli w ten sam sposób przyciągnąć cały rodzaj ludzki i przekonać go do waszej sprawy. musiał ciągnąć dalej ten wózek. Co innego mu zostało? Zawiadomić władze? Czy to na pewno najlepszy sposób przekonywania o pokojowych zamiłowaniach ludzkości? Niemniej zadanie jawiło mu się jako wykonalne. ich czy moje? Poza tym to Belize. ale to nie oznacza jeszcze. – Może. Czynił to namiętnie. pełnych słomianego zapału. miał też pewne doświadczenia. ale pamiętajcie. pijak i dzieci ulicy. Chciał znaleźć jakieś ukojenie po tych wstrząsających wiadomościach. – Chyba ich nie doceniasz.

Ludzie z natury pragną pokoju. . Nie może być inaczej i Gromada rychło się o tym przekona. Will poczuł się o wiele lepiej.stracą serce do imprezy. a pewnie nawet zażądają w imieniu całej grupy odstawienia do domu. Ustaliwszy to.

Że biedni dawali się namówić. Zdarzali się i tacy. Gdy ostatecznie docierało do nich. Poczekajcie. zdumiewał się obecnością licznych przedstawicieli klasy średniej. i nie wiedzieli. Czasem trafiali się też turyści (głównie parami) lub błądzący po świecie Europejczycy. myślał Will. Rekrutacja biegła swoim torem. tylko za cholerę nie pamiętają. zabijaki z pól naftowych Jukatanu. Potraktowani tak delikwenci wracali tam skąd przyszli. może na użytek filmu. może dla telewizji. powylegiwać się na białym piasku Ambergris Cay i którym złoto nie było pilnie potrzebne. którzy poznawszy obcych i ich technologię nadal uważali rekrutację za jakiś gigantyczny żart. którzy przybyli do Ameryki Środkowej by połowić ryby. Spytani mówili. Z czasem przestawali się tym martwić i wracali do normalnej codzienności. rozmyślał Will Dulac. A jednak słuchali pogłosek rozsiewanych w barach i na plażach i ciągnęli na atol. badania swoim. Hivistahmowie z . zaczną żądać odstawienia ze złotem do domu. Wobec tych ostatnich stosowano chemioterapię powodującą selektywną amnezję. w tym jednostek całkiem bogatych. zubożali rolnicy z Hondurasu i Salwadoru. gdzie właściwie. to akurat Willa nie dziwiło. Potem zniknie wszelka dyscyplina.Rozdział 16 Rekruci napływali z niepokojącą regularnością. ale poza tym zdrowi. nieco skołowani. dzięki czemu w ogóle mógł tutaj pracować. Pamiętali jedynie kolorowe kształty i czystą wodę tropikalnej laguny. Mniejsza z tym. A jeszcze potem obcy zmęczą się Ziemianami i odlecą. wpadali w panikę i zamierzali uciekać. Widocznie to pustka w życiu tak działa. Na szczęście był ostrożny i cierpliwy z usposobienia. aż zaczną zgłaszać rezygnacje. aż pojawią się pierwsi odmawiający walki. co im się właściwie zdarzyło. i Trzeci przeżywał skutkiem tego nieustanne rozterki. Nie wszyscy chcieli współpracować. Byli to ludzie. że to dzieje się naprawdę. że byli na wakacjach. biedni zbieracze trzciny z Gwatemali.

może okazać się groźna dla Gromady. – A ty nadal stwarzasz problemy. – Ile razy trzeba ci przypominać. . że nazbyt zawierzamy istotom. Trzeci zabierał głos jedynie podczas sesji medytacyjnych. Czytał te same raporty. O’o’yanów. że potrafimy je wykorzystać. – Tak. – Najważniejsze. Zapadła cisza. Siadał wtedy w kręgu swych współplemieńców i wraz z nimi kontemplował własne wnętrze. którzy uwielbiali roztrząsać każdy drobiazg w wielogodzinnych dyskusjach. Trzeci nie odpowiedział. – Nie twierdzę. tym zacieklej walczą. – Z czasem przyjdzie i zrozumienie. że każdy następny Ziemianin oznacza. Pilnie obserwowała przy tym pojawiające się na ścianie obrazy kół. którzy od wieków dźwigają największe brzemię. To było dobre dla S’vanów czy Massudów. Przede wszystkim jednak są użyteczni. – Nie tylko na Vasarih. że nasze prywatne niepokoje nie znaczą nic wobec imperatywu pokonania Ampliturów? – Obawiam się jedynie. to zdumiewające – zaznaczył czyjś głos. także dostrzegam mnóstwo paradoksów. – Ważne.reguły zresztą nie przejawiali zbytniej dociekliwości. – Owszem – wyszeptał jakiś technik. – Im więcej ofiar ponoszą. Hivistahmowie dumali nad sobą i Wszechświatem. Zamknięte oczy nie przeszkadzały mu jednak mówić. że Ziemianie zastąpią nawet naszych serdecznych przyjaciół Massudów. które inni już dawno uznali za rozwiązane lub nieistotne – powiedziała siedząca po drugiej stronie kręgu seniorka. – Te istoty przyczyniły się już do osiągnięcia kilku istotnych zwycięstw – rzucił ktoś inny. których nie rozumiemy. Którego dnia może się okazać. że Ziemianie to istoty normalne. ale także na Sz’harun. a nawet więcej. – Niepotrzebnie się niepokoisz – stwierdził jeden z jego kolegów. To wbrew logice. iż nie trzeba będzie angażować do walki tylu Hivistahmów. jakie stanęło dotąd przed massudzkimi dowódcami. Powstrzymać ich od walki to najtrudniejsze zadanie. – Przecież przeszkolenie drugiej grupy Ziemian postępuje równie sprawnie jak poprzednio. która stroi się w piórka cywilizacji. Leparów czy Yula. o co się ich poprosi. Ale to nie oni a Hivistahmowie skolonizowali trzydzieści pięć światów. co wszyscy. ale cywilizowana nie jest. Robią wszystko. – Rasa.

– Gdy już się z nimi uporamy. że dogadują się nawet z Czirinaldo. Też do tego doszedłem. – Trzeci był trochę zły. – Prawie ich nie znamy. – A to miłe – powiedział technik. . Przynajmniej do pewnego stopnia. Jak chyba każdy. że będą chcieli przystąpić do Gromady. To nie jest cywilizowane podejście. że wystarczy im sam udział w konflikcie i dalej się nie posuną. aby chwila ciszy uwydatniła zawarty w tym pytaniu sarkazm. że chociaż Gromada przyjmuje zawsze wszystkich z otwartymi ramionami. Niektórzy otrzymali już od Massudów stanowiska dowódcze. – Raz jeszcze muszę ci przypomnieć. Obecna sytuacja jest wyjątkowo dogodna. gdy pewnego dnia odkryją. Działamy tak. Nie jesteśmy tu z wyboru. – Nie są gotowi do członkostwa w Gromadzie. ile setek lat trwa już wojna z Ampliturami – odpalił technik. – A jeśli zacznie przybywać ich tu coraz więcej. to my już nie musimy. Trzeci omal nie spojrzał na rozmówczynie. pozwala nam angażować te istoty bez podejmowania kwestii ich członkostwa. ale tylko pro forma i niezbyt wytrwale.Właśnie. chociaż nie jestem specjalistą. to Rada zapewne będzie usiłowała ich przekonywać. – Ani trochę. – Nie jest również istotne – stwierdziła seniorka. Chyba że według ciebie te istoty są dla nas już dzisiaj zagrożeniem większym niż Ampliturowie? I zawiesił głos. ale z konieczności. – Wcale nie pragnę ujrzeć ich odwiedzających mój świat. Są tak pełni sprzeczności. jak dyktują nam lokalne warunki. że walczą. im akurat odmawia się członkostwa? – Zakładasz. – To naprawdę nieważne. to co się stanie. Jeśli tak się stanie. – To nie podlega dyskusji – mruknęła Hivistahmka. Byłaby to zbrodnia popełniona na tradycji. że i taką możliwość trudno wykluczyć. Ważne. ale wydaje mi się. – Jeśli oni się z nimi dogadują. będzie czas na wszystko inne. Słyszałem. – Zatem zgadzasz się ze mną. ale Hivistahmowie nie zwykli pokazywać po sobie emocji. co pcha ludzi do walki. – Inni jeszcze walczą tylko dla materialnej nagrody. pozwalając wyobraźni odpłynąć swobodnie jak najdalej. To zawsze ją odprężało. Unikamy interakcji na większą skalę. – Ich oddziały szybko zintegrowały się z formacjami Gromady. pomyślał Trzeci.

– Zdecydujcie się. chociaż czyniła to z innych powodów. jak bardzo różnicie się od pozostałych ras – członków Gromady nie mieli nawet pojęcia. – Zatem jeśli zostaniemy za burtą waszej cywilizacji. Jednak takie rzeczy trudno zataić na dłużej. że zmuszasz ich do takiego okrucieństwa. gdzie jest Ziemia. najpierw dojdź do ładu sam ze sobą. – Rozmyślne wykorzystanie prymitywnej rasy. jacy dotąd tu trafili. Ampliturowie nie powinni trafić na nasz ślad. przeciągnęła się. – To już postanowione – powiedział Trzeci i na wszelki wypadek sprawdził swój translator. . albo się ich boicie. i w ten sposób sesja dobiegła końca. – Położenie waszego świata pozostanie tajemnicą. Jedno albo drugie! A ty. Skręcili w odnogę korytarza. Para mijanych O’o’yanów tylko zerknęła na Ziemianina. Prędzej czy później może się zdarzyć. a więcej medytacji. Trzeci. Wtedy dowiedzą się wszystkiego. Kilka eksperymentów i więźniowie zwykle godzą się na pełną współpracę. – Ale oni podobno nie potrafią czytać w myślach? – Nie potrafią.– Ale to oznacza proste nadużycie – warknął Trzeci. że nie dojdzie do rozszerzenia działalności poza bazę? – spytał Will Dulac i też zerknął na translator. W całej bazie była jednak osoba. Trzeci potarł kościsty łuk brwiowy. O tym. ale mogą skutecznie namówić do złożenia zeznań. o mechanice ciał niebieskich i nawigacji nie wspominając. Myślę o waszej ignorancji. jeśli się mylę. tak czynimy z każdą nową planetą. Sugerowałabym mniej gadania. tylko kilku posiadało minimalną wiedzę z zakresu astronomii. Mogą zastraszyć. – A jak badania? – Biegną swoim torem. Wstała. – Nie otrzymacie propozycji wstąpienia do Gromady. że któryś z twoich współziomków wpadnie w łapy Ampliturów. – Popraw mnie. Żaden z nich nie potrafiłby pokazać Ampliturom. – W tym przypadku los wam sprzyja. Następnego dnia spotkali się obaj w korytarzu. Spośród wszystkich. Albo chcecie ich pomocy. ale czy to znaczy. – Dokładnie tak. Oczywiście serce im będzie pękało z żalu. wywołując paraliż czy obłęd. która w pełni podzielała obawy Trzeciego.

Zostawicie nas w spokoju. co mówią inni. Zdumiony Hivistahm aż zakłapał kilka razy zębami. – To nie miało dotrzeć do twoich uszu. ostatecznie jesteśmy po tej samej stronie. Ty domagasz się odlotu. Co nas obchodzi jakiś przedpotopowy konflikt. kto tylko chce słuchać. wy chcecie tego samego. Dalej powinno pójść już normalnie. ja chcę. powiedzą. Jestem człowiekiem. najpierw oni a potem ich przełożeni. To pomaga im w badaniach. Wiem. ale takich cudaków zawsze jest pełno. Rekruci oswoją się z nowymi rolami. Ale ty chyba się mnie nie boisz? Trzeci dotknął delikatnie miękkiej. Myślą tylko o tej pomocy. Spędziłem wiele czasu między Hivistahmami. nigdy jeszcze się z czymś takim nie spotkali. Zapragną wrócić do domów. naszej psychologii. aż w końcu przestanie ich to bawić. Przyjmują wszystkich: biednych. artystą. . nie potrafią radzić sobie z niesubordynacją. Chcę.– Nie o tym mówię. że nie warto współpracować z Ziemią. Niczego nie dowiodą. abyście odeszli. – Powiedz mi coś. że opowiadasz każdemu. – Urwał nagle. – A co z wracającymi? – Kto im uwierzy? Będą próbowali sprzedać swoją historyjkę. Chodzi mi o twoje własne dociekania. znudzonych życiem. – Cieszę się tu sporą swobodą i niemal wszyscy chętnie ze mną rozmawiają. ja twierdzę. – Ostentacyjnie sprawdził zamocowanie słuchaweczki translatora. Minie kilka lat i życie popłynie po staremu. – Ani trochę – skłamał. jaką może być dzisiaj garstka Ziemian. Możemy sobie pomóc. ludzkiej dłoni. a wasi spece od militariów nie widzą dalej własnego nosa. – Rozumiem – uspokoił się Trzeci. Will uśmiechnął się. nawiedzonych. byście odlecieli. że jesteśmy potencjalnym czynnikiem destabilizującym i nie można nam ufać. – Jaki przewidujesz rozwój wypadków? – Nie znacie naszej historii. A ja słucham. Kompozytorem. – Czujesz się urażony? – Cóż. Wasi dowódcy. jak Kaldaq i Soliwik. Trzeci. Wtedy właśnie uznają. Ty masz nas za niebezpiecznych. Gdzieś mamy wojnę. że zmierzamy do trwałego pokoju.

Jeszcze za wcześnie. daj im z rok. Tym razem z pomocą autopilota. a na koniec zajrzał do pewnego słynącego z dyskrecji kupca handlującego metalami szlachetnymi. gwarne i zagonione miasto podziałało nań jak zimny prysznic. Potem przyszła pora na kupno nowych kaset. Will posmutniał. jak najbardziej. Gdy wpływał ostrożnie na wody Lighthouse Reef. następne wielkie dzieło jest już na warsztacie. Szybko zwrócił na siebie uwagę wysłanego dla sprawdzenia nowej jednostki Lepara i kilkanaście chwil później kroczył już znajomymi korytarzami bazy. Dyrektora filharmonii upewnił że owszem. nieważne. ale wszystkim dociekliwym (w tym i kobietom) odpowiadał. nic nie wskazywało na pieniące się pod powierzchnią wody życie. po czym zapłacił całą górę zaległych rachunków. przeczytanie nowych książek. pomyślał.Rozdział 17 Ostatecznie Will popłynął z powrotem do Nowego Orleanu. że i tak skazana jego zdaniem na fiasko. Tylko Trzeci wyłamał się z szeregu i okazał zgoła nie hivistahmskie poruszenie. ale przecież tego właśnie się spodziewał. Wyjaśnił. zaprowiantował ponownie katamaran i skierował się deltą rzeki na południe. że chwilowo nie może być do ich dyspozycji. jednak poza tym nie umawiał się z nikim w żadnej sprawie. ale jednak szramy przyciągają . że w zasadzie nic się nie zmieniło. przyjął wyrazy uznania po premierowym wykonaniu „Arkadii” (na którym to koncercie był obecny). Kaldaq ucieszył się szczerze na jego widok. Cieszył się nagłym zainteresowaniem swoją osobą. obejrzenie nowych filmów. przywitanie z pozostałymi było jakby mniej gorące. Odwiedził przyjaciół i znajomych. Podchodził do sprawy trochę tak. Ciekaw był wszakże. Po długim czasie spędzonym w rozlazłym Belize wielkie. Potem się zacznie. jak patrzy się na boksera: w zasadzie z odrazą. jak postępuje integracja. Kilka miesięcy później dokończył sprawy bieżące. A przecież oprócz homarów i ryb mieszkały tutaj setki obcych i ludzi.

ale przecież wiedział. jednostki nieprzystosowane. który spadł na nich jak grom z jasnego nieba. Ziemianie cieszyli się walką. że dotąd musieli walczyć z przedstawicielami własnego gatunku – odpowiedział Kaldaq. Kaldaq był tak samo zagubiony. Kaldaq musiał przyznać mu rację. Ziemianie byli inni. przy czym często odwoływał się do ziemskiej sztuki. – Wciąż próbuję wam uświadomić. czemu Ziemianie poświęcają tyle czasu sporom o sprawy oczywiste. Ziemianie trafili już na kilka światów. Rodzaj ludzki obfitował w kontrasty. – Po raz pierwszy mają innego wroga. czy Massudzi nie czynili tak samo? – spytał kiedyś Will. Większość ludzi nie cierpi wojny. ale Will Dulac nie ustawał w propagowaniu swego punktu widzenia. wysuwając wręcz tezę o istnieniu dwóch odmian Ziemian. On też chętnie by ujrzał klęskę obcych. jak dwóch dorosłych mężczyzn. Podobnie było z uwielbiającymi spokój. Znaczy. że w walce gustują tylko typy aspołeczne. Do Dulaca nie docierało jednak. chociaż ksenopsycholodzy nieco przesadzili. był jednocześnie wojowniczy i miłujący pokój. . Osobiście nie cierpiał widoku. Postulowali dalsze badania dla wyodrębnienia tego drugiego gatunku. – Znasz ich aż na tyle? Każda istota uwielbiająca walkę z definicji przestaje być inteligentna czy cywilizowana. Will dowiedział się. Był to ciężki obowiązek. łamie sobie nosy i tłucze nawzajem na krwawe befsztyki. Nawet Will nie potrafił temu zaprzeczyć. jak jego przełożeni. zazwyczaj biednych i czarnoskórych. – To bez znaczenia. Ta rzeczywiście bywała znakomita. co dało mu do myślenia. Nikt w Gromadzie nie potrafił pojąć. że masa ludzi oczu od tego nie może oderwać. A twoi pobratymcy są bez wątpienia inteligentni. coś w tym jest. – Może dlatego. Z drugiej wszakże strony. Potrafił zbijać nawet argumenty S’vanów. różniących się jedynie genetycznie uwarunkowaną skłonnością do agresji. Wprawdzie wstępne testy wskazywały na wysoką bojowość ziemskich żołnierzy. że nie jest to szczególnie istotny odcinek. nieco rozlazłymi Czirinaldo.wzrok. cierpiące na aberracje umysłowe. że Massudzi nie czerpali z walki żadnej przyjemności. chociaż przemoc pojawiała się w niej aż za często. zapoznawszy się z kilkoma przykładami obcej literatury. cywilizowany i barbarzyński. Widać mimo całej retoryki Gromada nie była jeszcze zbyt pewna nowych żołnierzy. ale najbardziej zaangażowali się na Vasarih.

Nam też. skoro tyle w niej podejrzliwości i lęków. to naprawdę polubili Massudów. których akurat nie zatrudniono w bazie? Zastępczyni z działu medycznego i Trzeci mieli własne powody. Ja żyję muzyką. która dawała się dostrzec. bowiem nic nie łączyło przecież Ziemian i milkliwych dwudysznych. Komu zatem byli najbliżsi? Massudom? S’vanom? Może jakimś innym. To prawdziwy cud. Trafiali się wyżsi niż Massudzi i niscy jak Hivistahmowie. Massudzi witali ich gorąco. nosić mundur i zginąć chwalebną śmiercią na polu bitwy. a może nawet szczerym braterstwem broni. aby zostać żołnierzem. a ci odpłacali się podziwem. myślał Kaldaq. gdzie od lat nic nie mogło poruszyć zastygłych frontów. ale S’vanowie potrafili gadać z każdym. Inne rasy rzadko wchodziły z nimi w bliższą zażyłość. że pracujesz nad nową kompozycją. co pogarszało wyporność. – Jak można pragnąć zagłady? – Mówię ci. Niewdzięczne zajęcie. Kaldaq zmarszczył nos.– Wiem. jednak głosy te nic nie znaczyły wobec wieści. Na Vasarih wchodziła właśnie do walki trzecia i największa grupa Ziemian. Uznawali Ziemię za ślepy zaułek i co pewien czas ponawiali prośby. – Jeszcze nie jest gotowa. Jeszcze nie tak dawno każdy dzieciak marzył. szukam wciąż tematu do finału. które obiegły już połowę Galaktyki. Jeśli wierzyć meldunkom. jak różnej wielkości potrafią być te istoty. zresztą ludzie też jakoś nie palili się do bliższej znajomości z Hivistahmami czy O’o’yanami. Przy każdym wydechu biedak szedł na dno jak . Ziemianie pchali się do pierwszego szeregu. by sprzyjać Dulacowi. – Której czasem chętnie słucham. że to się wam nie zgadza. prowadzili ataki. że gdy skończę. chociaż w tym przypadku zachowywali jednak trochę rezerwy. wierząc. Kaldaq spojrzał z odchodzącym Ziemianinem i raz jeszcze zdumiał się. że to historia. by zostawić tę planetę swojemu losowi. – Kaldaq wyraźnie chciał zmienić temat rozmowy. Will próbował ostatnio nauczyć Trzeciego trudnej sztuki pływania. że z tymi sojusznikami uda się osiągnąć przełom nawet na tych odcinkach. – Słyszałem. Chętnie spędzali czas ze S’vanami. Pojemność płuc Hivistahmów była niewielka. W Gromadzie tylko dorośli Leparowie byli podobni. – Czekam niecierpliwie. będziesz pierwszym słuchaczem. że Gromada w ogóle trwa. Jeszcze jedno dziwo tutejszej ewolucji. Obiecuję.

po czym tylko ogon mignął i już go nie było. bo chociaż opanował do pewnego stopnia massudzki i mowę S’vanów. z radością wystawiając się na ciepły blask słońca. jakiego spotkałem. Jednak Trzeci postanowił zaryzykować. Miał nadzieję. Trzeci musiał machać kończynami o wiele intensywniej niż ludzie. Kilka lat temu. – Zwykle trzymają się z dala od innych – powiedział Trzeci przyciemniając do maksimum szkła okularów. – Wiesz o nich chyba tyle. Nie są ciekawi. Will usiadł w końcu na płyciźnie. w którą stronę skierowana będzie ich agresja. podczas pierwszej wizyty Kaldaqa i jego ekipy. że im więcej dowie się o Ziemianach. ale Lepara trudno jest spotkać. Lepar wyraził gotowość niesienia pomocy. że Hivistahmowie nie lubili wody. Nie bał się już Willa. na ciepłym. – Spędzasz między nimi wiele czasu. – Owszem. wilgotnym piasku. to przed kląskaniem i gwizdaniem Hivistahmów musiał skapitulować. że grupa pięciu lub więcej Ziemian w obliczu niewiadomego zachowa się zawsze w sposób agresywny. prawda? – Potrafisz ich rozpoznać? – To był pierwszy Lepar. najwyższa pora na chwilę odpoczynku. O ile to był on. aby woda nie zalała mu wąskiej głowy. Sformułował nawet wzór 5Z(x)=P? wyrażający twierdzenie. że jest tu z własnej woli i nic mu nie grozi. gdy obok pojawiła się inna. Za element kluczowy uznawał liczebność grupy. – Są dwudyszni. pucołowata twarz. Nogi go bolały. – Nie wiem nawet. tym łatwiej będzie mu znaleźć argumenty przemawiające za opuszczeniem tej planety. co ja – powiedział Trzeci. ale stwierdzenie faktu. Wyłupiaste oczy zerknęły jeszcze na Hivistahma i Ziemianina. Na dodatek smukłe ręce i nogi stawały wodzie mniejszy opór. ale Trzeci wyjaśnił. ale zapewne też najmniej inteligentni. Ten język opanowali tylko Waisowie. przy czym nie wiadomo. – Ten to był Vatoloi. podobno miało to coś wspólnego z podwójnym zestawem strun głosowych. ilu ich tu pracuje. To nie wyraz krytyki. Nic dziwnego. Robił co mógł. że tubylcy inaczej zachowują się w grupie. nowych rzeczy próbują tylko wtedy gdy wiedzą na pewno. wiedział. Pewne rzeczy robią całkiem dobrze. Żeby utrzymać się na powierzchni.kamień. – Opowiedz mi o Leparach – poprosił. . – Vatoloi to szarża. inaczej w pojedynkę. Nigdy nie podejmują żadnego wyzwania. że im się uda. Ale nie ma co się nimi zajmować. – Will używał translatora.

rzeczy niezrozumiałe traktuje podejrzliwie. – To znaczy jak? – Nie są emocjonalni. – Nie. Głęboko pod piaskiem kwitło życie bazy. . – A myśl sobie. Twierdzisz. Przynajmniej nic o tym nie wiemy. – Czy my naprawdę jesteśmy tak pełni sprzeczności? – spytał cicho Will. by ryzykować.– Nie podam ci liczby – mruknął Trzeci zirytowany takim marnowaniem cennego czasu. Płaczą nad każdym poległym wrogiem. jak reagujecie w sytuacjach walki. – Też uważasz nas za takich? – Will podniósł wyblakły kawałek korala i cisnął go do wody. wy zaś lejecie łzy przy każdej okazji. – Dzięki. Już prędzej za rozkojarzonych. czy użyteczne szaleństwo to dość. Na tym opieram moją nadzieję. czemu chciałeś się nauczyć pływać? – Aby was lepiej poznać. Rzadko udawało mu się zostać z Ziemianinem sam na sam. ale nie wrogich. nawet wysokie dowództwo nie wie jeszcze. Dyskusje nie milkną. to muszę stwierdzić. – A swoją drogą. jak ludzie czy nawet Massudzi. że nauczyliście się już panować nad własną nieobliczalnością. Gromada jest ogólnie konserwatywna. – Lepiej poznać wroga? Hivistahm zakłapał zębami. – Obu nam na tym zależy. co chcesz. – Uważam was za niebezpiecznych. których zabiliście. wygrywają albo przegrywają i już. – Przepraszam za moją nieudolność. Tylko Ampliturowie zachowują się w ten sposób wobec wroga. Mam znacznie cięższy kościec. W wodzie buszowały barwne pintany i chyba jakieś drapieżniki. co brzmi jeszcze gorzej i czyni was tym bardziej niebezpiecznymi. Wielu ma was wręcz za szaleńców. radziłeś sobie całkiem dobrze. Massudzi podchodzą do sprawy chłodno. którą podobno tak pogardzacie. Żałujecie nawet tych. Tylko pomóż mi przekonać Kaldaqa i jego przełożonych. nie jesteśmy jednak stworzeni do pływania. co nie przeszkadza wam następnego dnia ruszać znowu do bitwy. że nie pozna już światłego Celu. W milczeniu kontemplowali lagunę i zarośla. – Pomyśl o tym. Ale skoro już o tym mowa. że ludzkie dziwactwa są większe niż możesz przypuszczać. Katamaran Willa spoczywał spokojnie na kotwicy.

Wśród ludzi trafiają się jednostki rozwinięte jak Waisowie i prymitywne jak Vasarih. – Niepokoimy? A to dlaczego. a ja nie dostrzegłem w tobie przejawów dewiacji. że warunkiem dojrzałości cywilizacyjnej jest wytworzenie globalnego języka. że trzeba walczyć. może namawiać potem innych do walki. co dla was dobre. Nazwanie was szalonymi to pójście na łatwiznę. kim jesteście. Psychicznie po prostu ślizgacie się po powierzchni. Teraz to już i nasza przyszłość. z różnych powodów. Inni też odmawiają rekrutacji. Kolejny będzie perorował o pacyfizmie. Musicie wiedzieć. i dlatego tak niepokoicie Gromadę. – Rozumiem. Pełna dychotomia. Wasza ewolucja przebiegała w sposób nietypowy. Może zatem i ciebie niepokoję? Dłuższe wahanie Trzeciego nawet nie zdumiało Dulaca. – Hivistahm nagle przysunął się do Willa. Nie wiecie. kto sam nie chciał wstąpić do szeregów. Nawet ktoś. Massudzi nie cierpią wojny. Czirinaldo tak samo. Dziwne. Wasza przyszłość rysuje się tajemniczo i boleśnie zarazem. – Też się tego obawiam. w żaden sposób nie popierając tego swym zachowaniem. ale po raz pierwszy usłyszał o tym wprost. Will wiedział. Na przykład ta rozmaitość języków. że sami siebie nie znacie. ale wiedzą. Tyle jeszcze chcielibyśmy się o was dowiedzieć. S’van powiedziałby to ogródkami. Willu Dulac. Na przykład to obsesyjne uwielbienie . a potem rozmyśli się i zażąda demobilizacji. – Mówisz. za kogo się podajesz – ciągnął Trzeci. – Nie jesteś wyjątkiem. od początku niczego nie kryłeś. skoro nasi żołnierze wygrywają dla was wszystkie bitwy? – Bo dziwne jest posługiwanie się bronią. – Ty? Nic. – Niepotrzebnie. że wojna ich mierzi. Nie macie czegoś w rodzaju „mentalnego zakotwiczenia”. oni zwykle lubili zachować dystans. czego chcecie. Jeszcze dziwniejsze. że od pierwszego dnia poddawany jest coraz to nowym badaniom i testom. której zasady działania w ogóle się nie zna.– Może nie w tradycyjnym rozumieniu. – Jesteś dokładnie tym kimś. Zdumiewające. Dlatego jesteście tak cenni z militarnego punktu widzenia. – Will przetoczył się na bok. – Prawda jest taka. że nie czujesz lęku przede mną. Drugi znów wstąpi z ochotą. bowiem Ziemianie wymagają stworzenia nowych definicji i kategorii. Niektórzy mówią. jednak wasz postęp techniczny dokonuje się mimo tej bariery.

Jak na Massuda. Albo brak skutecznej dystrybucji surowców. to jednak ktoś to kiedyś odkryje. co nazywa się „bezpiecznikiem”. Widziałem waszą broń. ale nie jest też filozofem. że ta aberracja ma w waszym przypadku coś wspólnego z przemożną wolą walki. Jeśli zabierze się ludziom broń. Musisz wiedzieć. I jeszcze ta technologia. Do opisu waszego gatunku trzeba było opracować zupełnie nowy słownik terminów naukowych. – Mówisz tylko o swoich kolegach. tańcach godowych. podczas gdy inne nie mają nawet czym oświetlić swoich miast. Jedną z waszych charakterystycznych cech jest silne zróżnicowanie poziomu życia i majętności. wielu moich kolegów nie uważa was wcale za cywilizowanych. podobne ekspedycje prowadzili zwykle Hivistahmowie. Ręczna ma wbudowane coś. że nigdy dotąd nie powierzano Massudom zadań badawczych. że też jest rozdarty wewnętrznie i wolałby wykonywać proste rozkazy. – Ale chyba przesadzacie z tą wojowniczością. S’vanowie lub Waisowie. – Jak sądzisz. a przy każdej wizycie prace zamierają. – Wiem. chociaż sąsiedni szczep ma wszystkiego pod dostatkiem. Nie lekceważy cudzego zdania. Już dawno powinniście z tego wyrosnąć. Nie jestem ślepy. zapominają wszystko po prostym i nieszkodliwym zabiegu. kanały łączności są w pełni bezpieczne. przestają walczyć. ale dopiero po zaspokojeniu podstawowych potrzeb wszystkich członków społeczeństwa. ile to jeszcze potrwa? Wprawdzie mało kto tu zagląda. potrafi snuć wyjątkowo wnikliwe analizy. rytuałach spożywania posiłków i wychowaniu młodych. Ci. Gdzie indziej też to się zdarza. Cecha widoczna nawet w waszych codziennych rozmowach. że najważniejszą cechą waszej społeczności jest plemienność. – Wygląda na to. Kilka wielkich nacji zużywa większość wytworzonej na planecie energii. Nie przydaje wam to popularności. Ludzie z jednego plemienia mogą głodować.złota. – Kaldaq jest dowódcą. A Kaldaq? Trzeci spojrzał jednym okiem na lagunę. który zapobiega przypadkowemu użyciu. Bardzo chcielibyśmy znaleźć taki „bezpiecznik” w samym człowieku. drugim na Willa. – Pewien jesteś? Bo ja tak nie sądzę. którzy w trakcie badań zmieniają zdanie i chcą odejść. – Wcześniej czy później zdarzy się kilku. Moi koledzy sądzą. – Dobrze maskujemy statki. Uważamy. ja w to powątpiewam. że on istnieje. ale podejrzewam. kapitanem statku. . którzy porównają swoje fragmentaryczne wiadomości i odgadną prawdę.

– Do tego czasu zapadnie już decyzja. albo ujawnimy naszą obecność przed wszystkimi Ziemianami. . Ja liczę na to pierwsze. Albo odejdziemy. – Swoją drogą. – I nawzajem – skłamał Trzeci z wprawą S’vana. będzie mi was brakowało. – Miło. że zmierzamy do tego samego – mruknął Will. co robić.

gdy nagle Kaldaq i Jaruselka przerwali tę sesję. – Zapewne. o czym mówisz – odparł kapitan. – Co się stało? – spytał zaciekawiony Will. na przykład. zaś O’o’yan odmeldował się i ulotnił na korytarz. stan załadowania broni. Dokładniejsze śledztwo pozwoliło ustalić. – Co to znaczy „zapodziały się”? – Co pewien czas rutynowo przeglądamy całe uzbrojenie – wyjaśniła Jaruselka. uszy mu chodziły. inne cele nie wchodzą w . ujawnił brak trzech sztuk. Żaden Massud też niczego nie wynosił. że jest daleko od nas. mieli różne specjalności. – Gdzieś się zapodziały trzy egzemplarze broni. – Trzeba odzyskać tę broń. To pomaga w szybkiej wymianie ładunku. zresztą przepytaliśmy cały nasz personel.Rozdział 18 Will zaprzyjaźniał się właśnie z O’o’yanem. Will odłożył dyktafon. Will zastanowił się. Gdy wyznaczony do tego Lepar przejrzał magazyn. Czy powinienem się zdziwić? – Nie wiem. że nie można poznać płci Massuda po głosie. że broń była rozładowana. – Każdy egzemplarz ma elektroniczny symbol. Dulac wyłączył magnetofon. – A technicy pracujący nocą na brzegu? – Nie noszą broni. – Will odnotował po raz kolejny. który gwizdał mu melodie popularne wśród przedstawicieli swego gatunku i pozwalał nagrywać je na dyktafonie. – Zostają więc tylko ludzie – wtrącił Kaldaq. Kolanami prawie dotykał brody. Kaldaq usiadł w fotelu naprzeciwko. który można odczytać na odległość i sprawdzić. ale rzadko widywało się ich razem w czasie pracy. że odbieramy słabe sygnały. a kody sygnalizatorów wyposażenia są zupełnie inne. tylko dlatego. Ale słabe nie dlatego. Szkolimy ludzi tylko do walki z Ampliturami. Stanowili parę. aż na kontynencie.

. ale ostatecznie całe Belize można w jeden dzień objechać samochodem.. szczególnie w nocy. Will znalazł fragment ogrodzenia. siatka dawała pewny uchwyt dłoniom. Will pomyślał chwilę. Lądownik nie przyziemił w pobliżu Belize City. – Kaldaq przymknął szare oczy. stolicy kraju. – Nie damy rady – odparła Jaruselka. i przy pomocy Willa. ale nie cały ich oddział. – Chyba nie chcecie płynąć na kontynent? Nie pamiętasz. Will rozejrzał się trwożnie. – Z wami? – Will spojrzał na milczącą Jaruselkę i znów na Kaldaqa. Massudzi zaszemrali. Widziany z tyłu Massud mógł od biedy ujść za człowieka. Trudno. Pojedynczy Massud. Twarzy też nie da się ukryć. – Dalej. Will spojrzał ze zdumieniem na dół. aby się na nich podciągnąć. W Stanach takie miejsca zawsze były pełne psów i strażników. Lot nie trwał długo. – Już łatwiej byłoby przemycić słonia. ale jednak z dala od ludzi. Znam ludzi lepiej niż inni. Ogrodzenie mogło mieć niespełna trzy metry. Broń musiała być gdzieś w pobliżu Belmopan. Postarali się wylądować tuż obok wskazanego na ekranie miejsca. Zaraz też sześciu Massudów wyskoczyło na ziemię i zajęło pozycje obronne za wypalonym wrakiem ciężarówki. – Byłbym wdzięczny za wszystkie sugestie. Złomowisko starych samochodów na przedmieściu wydawało się idealną kryjówką. będą musieli przemykać się chyłkiem.. skoro nawet nie spytał o zgodę. – Kurwa. aby pomóc uporać się z tą sprawą. co jest? – wyszeptał. który wyróżniałby się niczym drużyna koszykówki na ulicach Bangkoku.grę. – Z czym? – Nie wleziemy za tobą. to zadanie dla Massudów. Wkoło wciąż panował spokój. – Pójdziesz z nami. ale w Belize wystarczał przerdzewiały drut kolczasty. wspiął się na szczyt i wyciągnął rękę do pozostałych. – wyrwało się Willowi. tylko skierował się w głąb lądu. – Mamy za słabe palce. Jeśli . że nawet S’vanowie ledwo mogą pokazać się miedzy ludźmi? – Skoro chodzi o broń. zatem wypada na mnie.. gdzie konar drzewa przegiął górę siatki. Sprawdziwszy. czy drut nie jest pod napięciem. Chętnie zabrałbym też jakiegoś Czirinaldo. Poza tym Kaldaq musiał być chyba zdeterminowany.

– W salonie pali się światło. Budynek stał na niewielkiej podmurówce. – Idę z tobą – szepnął Kaldaq. – Pokaż wykrywacz – poprosił Will i Jaruselka dała mu niechętnie urządzenie. kto tu dowodzi. Spróbował . Jaruselka zaczęła namierzać broń w terenie. że ich broń może tego dokonać. Byle tylko nikt nie zauważył zniszczeń przed porankiem. Idę o zakład. Will zastukał dość mocno. – I co im powiesz? – spytał Kaldaq. Na mrocznych uliczkach spotkali tylko kilku przechodniów. z dachu ściekały krople schłodzonej mgły. to musiał on chyba leżeć gdzieś pijany. a nie Chicago. Kilka drewnianych schodków prowadziło na mały. reszta przycupnęła za żywopłotem.złomowisko miało strażnika. No tak. – Ale to nie znaczy jeszcze. Siatkowe drzwi nie były zamknięte. Jeden żołnierz dołączył do niego. twój cyrk. – To tutaj. – Nie możesz. którzy zresztą zmykali błyskawicznie na widok włóczących się po nocy gigantów. to Belize. Jaruselka przystanęła wreszcie przy żywopłocie i wskazała na drewniany dom z pięterkiem. jak jej użyć. Sprawdzili ślad i weszli na schody. Kapitan wydał rozkazy podkomendnym. Z tym akurat uporano się szybko i cicho. – Jak ich przekonasz? – Zależy. że chcą zarobić na sprzedaży nowej technologii. Will zaś układał pod nosem stosowny do chwili akompaniament muzyczny. Pamiętaj. że wiedzą. Siatka nie stawiała oporu i wszyscy przecisnęli się przez nieduży otwór. – No to wypalcie dziurę w ogrodzeniu. – Dobra. ale bez przesady. jeśli ktoś się tu kręci. Czytnik wskazał na ostatni pokój. Nie chciał wywoływać paniki. Korytarz na piętrze tonął w wątpliwym blasku słabej żarówki.. – Dulac wiedział. – Oni mają broń – przypomniała. Nie jestem Waisem. ze ścian odłaziła brunatna tapeta. kryty ganek z drzwiami z drobnej siatki. pomyślał Will. Skłoniwszy Massudów do schowania się w cieniu. przez którą widać było obskurne wnętrze. jak zareagują. Pójdę pierwszy i sprawdzę piętro. zaraz was zauważy. Nawet nie podnosili krzyku. A jak ktoś cię zobaczy? – To moja sprawa.. Żadnej odpowiedzi. aby obudzić mieszkańców.

że kobieta w niego celuje. Nie wiecie.silniej. Szczegółów nie musisz znać. która godzina? – warknął ktoś ze środka. W każdej z dłoni trzymała pistolet. – Zapłaciliśmy z góry za ten pokój. Will cofnął się. – To Hans. Rozmówcy nie poznawał. Mniejszy mężczyzna smyrgnął ku drzwiom i wyciągnął spod łóżka dwa karabiny obcych. – Nie ufasz mi. – Macie broń z bazy. – Nie możemy zabić ich tutaj – powiedziała kobieta. pęknięte lustro. – Jak nas znalazłeś? Will wyczuł. nad wyraz atrakcyjna kobieta. Dobra. tylko z bazy. że nie wolno wywozić technologii Gromady na brzeg? – Coś o tym słyszałem. Siadajcie. Nie jestem z hotelu. Will skorzystał z krzesła. Ja jestem Jean-Pierre. Ich widok zrobił na mężczyźnie należyte wrażenie. wszyscy. co? Nawet trudno ci się dziwić. . Typ orientalny. – Raz jeszcze pytam. byłoby za wiele szumu. – Miyoshi siedzi w kiblu. że w pokoju jest ktoś jeszcze. że możecie nas znaleźć. ale zamarł widząc. Jeden rzucił kompanowi. Dwójka Massudów wyszła z cienia. – Will obejrzał się. Z jakiegoś powodu podniosło go to trochę na duchu. Massudzi woleli stać. Chwila ciszy. entrez. ale zwalisty i nie ogolony gość zmierzył go spojrzeniem i nie zainteresował się korytarzem. – Słuchaj. – Gdyby ktoś znalazł ciała. – Wiesz. – Powinienem tego oczekiwać. Kaldaq sięgnął odruchowo po własną broń. Hans ostrzegał. Jak nas znaleźliście? – Wszystkie egzemplarze broni mają wbudowane identyfikatory. Pokój był ciasny: umywalka. Zahuczała spłuczka i w drzwiach łazienki stanęła niska. – Mężczyzna pokazał na kogoś zakopanego w pościeli. może wejdziesz i pogadamy? – Uśmiechnął się. wyjaśnię. mes amis. na pewno nie widział go wśród rekrutów. – Otworzył szerzej drzwi. Drzwi zaskrzypiały. – Sam jesteś? – Nie. Massudzi musieli schylić się w drzwiach. – Nazywam się Will Dulac. dwa zrujnowane łóżka. – Jakiej bazy? – Za późno na struganie głupka.

– Czemu po prostu nie oddacie broni? – Will starał się opanować. Jean-Pierre przystanął na dole schodów. – wskazała na drzwi. Co zamierzacie? Jean-Pierre sprawdził korytarz i ruszył na dół. który pomaga szczurom i legwanom od samego początku. W Nowym Jorku czy Nagoi. Jeszcze by ktoś zobaczył.. Nigdy nie pomyślałeś. . – Wzięliśmy ją. Reszta szła z tyłu. Massudzi zapomną wam wszystko. – Kaldaq zaczął schodzić na parter. – Jak długo będziemy mieli broń. O to im chodziło! Bardzo prymitywne podejście. Chyba jednak zostaniemy przy naszym planie. Siatkowe drzwi były coraz bliżej. Poza tym i tak ci nie uwierzą. my też tego nie chcemy. a tak wolno kumasz. by trójka przybyszów była cały czas na muszce. – Ale my nie możemy wam jej oddać – powiedział duży. – Słyszeliśmy o tobie. – Nie chcecie ujawniać swojej obecności. – Nie uwierzą w żadne twoje słowo. – Weźcie ich na tyły. aby rabować za jej pomocą pieniądze. I bardzo ludzkie. – Ale ja zawsze dotrzymuję obietnic. że przyszliście tylko pogadać. – A niech spróbują. wyrzucimy ich gdzieś na bagnach i po krzyku. Teraz są górą i nie poddadzą się w zamian za żadne obietnice. że zostaną oszukani i potraktowani tak samo jak ci. Ty jesteś ten muzyk. – Fajnie. – Czemu chcecie nas zabić? Nie zamierzamy was skrzywdzić. Boją się. Niby jesteś bystry. bo jest nam potrzebna. Will odruchowo uniósł ręce i skierował się do wyjścia. jaki fajny użytek można zrobić z karabinów energetycznych i kombinezonu maskującego? Każdy wóz pancerny jest twój. – Spojrzał na Willa. – Nie chwytam. – Nie pojmą tego. którzy odeszli z kursu. – Dlaczego? Z ich punktu widzenia to powinna być korzystna wymiana. – Ci ludzie to zwykli złodzieje – powiedział po massudzku. – Nie rozumiem – odparł Kaldaq. Nie zrobią krzywdy. ne c’est pas? – Spojrzał na kobietę.– Dogadamy się – stwierdził Jean-Pierre zezując na obcych.. – A może by tak dać im złota? – Nie rozumiesz. – Wzięli broń. – Non. Tacy ludzie nigdy nie mają dosyć. Przyprowadzę wóz. Oni nie myślą w ten sposób. – Znów ta wasza obsesja. zawsze nas znajdą. Obejdzie się bez strzelaniny. Oddajcie tylko broń. Ani moje czy czyjekolwiek. – Oddajcie broń i wracajcie do grupy.

Trafiali się malkontenci. Jean-Pierre przytaknął i poprowadził trójkę w stronę krzaków. Nie sądzę. indywidua nie mogące przystosować się do społeczeństwa. – Myślisz. ale to jedyne wyjście. – Niedługo zaczną nas szukać – ciągnął Will. nie wszyscy też byli chciwi. cokolwiek zrobicie. a ty i Hans rozejrzycie się za jakąś ciężarówką. co uznał za najwłaściwsze: padł plackiem na ziemię.– No to nas puść. że to rekwizyty do filmu. Nie wszyscy rekruci byli altruistami. można powiedzieć. – To niech lepiej zaczną jak najszybciej. Gwarantuję ci. Mamy ważniejsze sprawy na głowie. – Zrzucę ich potem do rowu odpływowego i przykryję śmieciami. ludzie z przeszłością. Nie będziemy was śledzić. i nie będą nawet chcieli otwierać naszych. Tyle chyba sam rozumiesz. – Słyszeliśmy coś o jakiejś wojnie – powiedziała kobieta. zrobił zatem to. żeby mogli wyczuć te zabawki na drugim końcu świata. – Nic do was nie mam. Typy różne i różniste. Jakiś . dowódca bazy. – Będą nas szukać – powiedział Will. To by nie miało sensu. Broń wypadła walczącym z rąk i całe towarzystwo zaczęło się kotłować w błocie. Massudzi wyrośli wkoło jak spod ziemi. za wszelką cenę starał się nie patrzeć na żywopłot. Tym razem Dulac w pełni rozumiał zagubienie Kaldaqa.. – Zresztą powiemy. coś huknęło sucho niczym gigantyczne wyładowanie elektryczne i wilgotne powietrze wypełnił odór spalonego ciała. – A was znajdą. Wypowiedzieli własną wojnę. – Byli już prawie przy żywopłocie. Jean-Pierre spojrzał ostro na Massuda. oddawali się w służbę Gromadzie. jednak postanowili zaryzykować. Rano łapiemy rejs TACA do Mexico City. Jean-Pierre otworzył drzwi. Will nie przeszedł nigdy żadnego szkolenia wojskowego. co? A to pech. Jak dotąd wszyscy znajdowali nowe życie. – Zastrzelcie ich tutaj – powiedziała nagle kobieta. że nie mamy nic do oclenia. Will wstrzymał oddech. że się nie połapią. że przemycisz broń na pokład? – A czemu nie? Wcale nie wyglądają na karabiny.. Ci troje pasowaliby do reszty. mes amis. Jedno tylko dziwiło Willa – że coś takiego nie zdarzyło się wcześniej. – My mamy własne rachunki do wyrównania. Mężczyzna skinął na resztę. wyszedł na ganek i sprawdził alejkę. – Dowódca. Powiemy. Tego zdania już nie dokończył. – To Kaldaq.

Nos i uszy dopowiedziały swoje. a teraz okazało się. Massudzi nigdy jeszcze nie bili się ze swymi sojusznikami. Uniósł karabin. Niżsi. – Dziękuję. Reszta zmagała się z kobietą. – Nie. kocimi oczami. jak mężczyzna sięga po karabin. Strzelił pierwszy. Will zupełnie nie potrafił odtworzyć kolejności zdarzeń. kolana przyciągnął do piersi i znieruchomiał. drugi jeszcze Massud legł nieprzytomny w rowie odwadniającym. Will – powiedział. Pojmani wylewali nieustanny potok przekleństw w co najmniej trzech językach. że w bezpośrednim starciu przegrywają z kretesem. W ten sposób Hans był wolny. W końcu upadł na bok. Kaldaq polecił dwóm żołnierzom wziąć ciało zastrzelonego. Will wiedział. albo nie chciał słyszeć. Chłopak Kajunów wcześnie uczy się posługiwać bronią. po wszystkim. Ujrzał wytrącone kobiecie z dłoni pistolety. że Kaldaq krzyczy coś do niego. Cienka purpurowa nitka dosięgła celującego Hansa. Kaldaq z dwoma żołnierzami obezwładnili Jean-Pierra i nałożyli mu pęta. że to odpowiednik spustu. Hans zadrżał i padł na kolana. Broń była lekka jak zabawka. co za chwilę nastąpi. Lufa karabinu wryła się w ziemię i podtrzymała go przez chwilę. Will ujrzał. i nie musiał domyślać się. jak grupa renegatów wygrywa walkę. Dulac spojrzał w panice wokoło. – Nie rób tego! – krzyknął. Później. – Podał kapitanowi pistolet. Masz. Potem wysoki Massud znalazł się tuż obok. Oboje byli już związani. Wprawdzie nie należało oczekiwać. mocno zbudowani Ziemianie byli nie tylko silniejsi. Pamiętał widok mężczyzny celującego do trzech Massudów skupionych wokół przeklinającego Jean-Pierre’a. Miał wrażenie. ale i zwinniejsi. jakby grubasowi pękły szelki. Will stał oszołomiony i wpatrywał się w bezwładny kształt. Odruchowo podniósł jeden i wymierzył w wysokiego Niemca. – Nic ci nie jest. Ku swemu przerażeniu Will ujrzał. by stanowisko . patrząc uważnie na Dulaca wielkimi. przyjacielu? Will usiłował zrozumieć cokolwiek z jego słów. Huknęło głucho. Pistolet też należał do obcych. – Zabawa skończona! Młodzieniec jednak albo nie słyszał. inny jęczał ze złamaną nogą. Oprócz tego ze złamaną nogą. weź to. zaleciało piżmem. Palec trzymał na zgrubieniu z boku broni.żołnierz wyleciał w powietrze.

Jako dziecko polował na zalewiskach. ledwo po wstępnym treningu. Przestał łapać powietrze i zaczął normalnie oddychać. Will siedział ponury przez całą drogę. Pewność i sprężystość zniknęła z ich kroków. myślał Will. Wiedzieli dobrze. cała wyprawa mogłaby skończyć się tragicznie.. Uczynił to bez zastanowienia. – Kaldaq stał nad nim. zarówno fizycznie. ale o morale Massudów. ale nawet byle konowała mógłby zastanowić widok tak nietypowej rany postrzałowej. że gdyby nie interwencja Willa. bez doświadczenia w boju. moglibyśmy nigdy ich nie znaleźć. która zaszumiała i dopasowała się do jego wagi i sylwetki. Zaraz zajęli się bandytami. patrzył jak jego ojciec oprawiał zwierzynę. przyjmujący pozycję embrionalną. To było doświadczenie. Ziemianie. niż tylko jedna zarwana noc. Wśród czekających na powrót maszyny było kilku uzbrojonych Massudów. I to martwiło go najbardziej. Nie chodziło o podsuwanie głupiego pomysłu innym. instynktownie. A gdyby ci bandyci byli weteranami z Vasarih? Przykre. Massudzi byli solidnie wyczerpani. Chciała kopnąć żołnierza przed sobą i zbić z nóg tego z tyłu. .. Nikt nie przeoczył znaczenia tego faktu. W świetle dnia maskowanie nie sprawdzało się najlepiej. Ale zginęła tylko jedna osoba: Ziemianin.koronera w Belmopan obsadzał ktoś nazbyt lotny. Zabity z ręki innego Ziemianina. – Nie miałeś wyboru. jak psychicznie.. – Gdyby uciekli do dużego miasta. Cała nasza praca tutaj byłaby zagrożona. Kilku zdrowych Massudów poszło za nimi. Dla uderzonego żołnierza trzeba było szybko znaleźć jakieś kule.. ale wciąż czuł mdłości. które kosztowało ich więcej. W drodze na złomowisko kobieta próbowała uciec. Teraz zabił dla ratowania przyjaciół. Do dzisiejszej nocy uważali się za znakomitych żołnierzy z doborowej jednostki liniowej. Od tej chwili Massudzi byli bardziej ostrożni. wręcz upokarzające doświadczenie. Ten padający mężczyzna. nieruchomiejący. broń była już teraz o wiele lepiej strzeżona. Pilot czekał na nich niecierpliwie i zaraz wystartował. Opadł na ławę. Przeklinała potem jeszcze barwniej po japońsku. Fatalne obrazy wracały raz za razem. Również aby ratować siebie.. Zmęczeni i poobijani załadowali się w końcu do maszyny. ale długie ręce Massudów też się czasem na coś przydawały. Nie trzeba tego nagłaśniać. O połowę mniej liczni ludzie omal nie wybili ich do nogi..

że gardzisz przemocą.. gdzie został uderzony. Po to.. Kapitan usiadł obok. – To niewielki procent. Zawsze jest jakiś margines. Ziemianin. że zdołają z tym uciec. – Ich zachowanie nie sugerowało szaleństwa – mruknął Kaldaq.– Wiem – wykrztusił Will. co potrafi w pełni wyszkolony ziemski żołnierz. pewien odsetek wyrzutków. Nie byli przygotowani na. Wiele miesięcy przekonywania Kaldaqa o pokojowym usposobieniu człowieka diabli wzięli. – Spojrzał na Willa. Sądziłem. źle byśmy skończyli. nigdy nie widzieli Ziemian w walce.. przez cały czas to powtarzałeś.. gdzie się wychowałem. jeśli sądzili. Może da się zatrzeć paskudne wrażenie. – Kaldaq spojrzał w dal korytarza. Mam nadzieję. Nie wszyscy jesteśmy tacy jak tych troje. że ludziom wystarczy złoto. pomyślał Will. Will westchnął ciężko. sądzę. – To mogło się zdarzyć już na początku. – Gdzie nauczyłeś się strzelać? Zawsze mówiłeś mi. Trzech przeciwko ośmiu. Wyszedł z tego ledwie szept. że czeka ich nie lada niespodzianka. a przegrywaliśmy. Będę musiał bardziej się przyłożyć. – szukał właściwego słowa.. – Ampliturowie wykorzystują do walki głównie Krygolitów. – No tak. Jedna przegrana bitwa jeszcze wszystkiego nie przekreśla. jak zacznie chodzić: – Rozumiem. Nie po raz pierwszy pożałował. – Skrzywił pysk. Wszystko przez jedną. Powinieneś nas ostrzec. Will nie mógł tego przeboleć. Więźniowie z eskortą znikali za rogiem. . że działali całkiem racjonalnie. – Musieli chyba oszaleć. Zrobiłeś co trzeba. – Zamilkł na chwilę. Nawet na Molitara bym nie stawiał. skrajności. że któregoś dnia będzie mi dane ujrzeć. Dziwne i przerażające. dzieciak uczy się strzelać zaraz po tym. – Mam wrażenie. – Gdybyś go nie zabił. – Wśród innych ras tego nie ma.. który uczynił z walki swój zawód. głupią w sumie tragedię. – Tam. gdyby przyszło mu w pojedynkę potykać się z Ziemianinem. – Nie chciałem o tym myśleć. na tak zaciekły opór. Humor chyba mu wracał. – Żaden z moich ludzi nie był na Vasarih. Ława znów zaszumiała z cicha. Ha. – Pomasował odruchowo siniec na prawym udzie. by walczyć ze współbraćmi. że studiował muzykę a nie psychologię.

jak znajomy świat znika w dali? Setki rekrutów już przez to przeszło. – Byłem kształcony na kapitana statku.Zastanowił się. Tymczasowe. Ja chyba też mogę? pomyślał. Okoliczności zmusiły nas obu do zmiany zawodu. Wyglądał na zadowolonego. – Polecisz z następną grupą rekrutów – powiedział Kaldaq. . gdy pojmą wreszcie bogactwo Galaktyki i kryteria cywilizacyjne – powiedział nagle. co Kaldaq naprawdę o tym myśli. Jednak jaka inspiracja. Chciałbym do tego wrócić. – A ja marzę o spokojnym komponowaniu. To oznacza też rozstanie z muzyką. – Ciekawie jest obserwować zmiany w mentalności prymitywnych ludów. Spytał. ale zawsze.. – Może sam chciałbyś zobaczyć to wszystko na własne oczy? – O czym myślisz? – Co byś powiedział na wycieczkę na Vasarih? Opuścić Ziemię? Patrzeć. Kaldaq zamilkł na chwilę.. – Ciekawy pomysł.

która jeszcze kilka miesięcy temu zdałaby im się osobliwą bajką.Rozdział 19 Dulac zamknął katamaran jak mógł najlepiej. zwinął ciasno żagle. dogadywali się bez kłopotu. Treningi i spotkania integracyjne odbywały się regularnie i Will wziął udział w kilku z nich. ale zawsze. uzasadnionego wprawdzie. Chociaż pochodzili z kilkudziesięciu różnych krajów. ale przypominają raczej . Dziwne. wszyscy chętnie rozprawiali o przyszłości. by uznać lot kosmiczny za zjawisko naturalne. Translatory rodziły sobie z hiszpańskim czy angielskim równie dobrze. żeby nikt nie uznał jachtu za opuszczony. jak hivistahmskim i massudzkim. Przyznany Willowi w charakterze przewodnika J’hai chętnie odpowiadał na wszystkie pytania. Wracam za kilka dni”. przyłączał się do dyskusji. chociaż w lagunie był i tak bezpieczniejszy niż. europejscy turyści. Chłopi z Gwatemali. normalnie bowiem taką rolę pełniłby Hivistahm lub O’o’yan. sprawdził obie kotwice. Był to S’van. co świadczyło o szacunku wobec Dulaca. Między ludźmi krążył Wais – wyjaśniał to i owo. a dla ciekawskich zostawił karteczkę „Popłynąłem na brzeg. a wszyscy gadali jak najęci. nauczyciele i studenci. Lepiej. Ledwie wyczuwalny przyrost szybkości. Najpierw zatrzymali się na orbicie planety zwanej Motar. odłączył akumulatory od baterii słonecznych. w Cancun czy BVI. Lot wahadłowcem trudno było uznać za interesujący. że będzie osobiście miał łódź na oku. Motarianie są wyjątkowo inteligentni. Widzieli już i przeszli w bazie dość. Vatoloi obiecał zresztą. nieco wstrząsów wywołanych prądami powietrznymi mocno kontrastowały z podróżą przez podprzestrzeń. że w ogóle istnieją jako osobny gatunek. Na pokładzie było też kilkuset rekrutów. Ta była po prostu nudna: żadnego przyspieszenia. Szybko się jednak zniechęcił. ale mnożą się powoli. – Tutaj właśnie twoi pobratymcy przechodzą wstępny trening bojowy. To ssaki. pocieszał strapionych. nazbyt wiele było tam militaryzmu. statek jakby stał w miejscu.

Pamiętaj poza tym. trzeba wielu obliczeń i przygotowań. – J’hai spojrzał na Willa. Wejście na orbitę Vasarih było o wiele trudniejsze niż w przypadku Motaru. – Wszystkie ważniejsze bazy na powierzchni są umocnione. – Słyszałem. Lepiej pokonać wroga bez hekatomby ofiar. czemu statki nie atakują celów naziemnych.S’vanów niż Ziemian. Oczywiście. – Zerknął w iluminator. Podróż na Vasarih trwała znacznie krócej. – Potem Ampliturowie przegrupowali i zreorganizowali swoje siły. chociaż te same kłopoty mają obie strony. Naziemne środki rażenia potrafią na dodatek zniszczyć dowolnie duży statek. Dopiero teraz do Willa dotarło. w znacznej mierze to wciąż loteria. że taktyka nie jest ci całkiem obca? – spytał J’hai. jak wiekowy jest ten konflikt i nawet się nie zdumiał. Nawet dla bardzo rozwiniętej cywilizacji budowa czegoś takiego nie jest przedsięwzięciem łatwym. owszem. – Znaczy. – Chociaż nieliczni. że są dość korpulentni i bezwłosi – zachichotał J’hai. aby nie wejść w paradę statkom Ampliturów. Dwieście lat temu nawet z kilku. – Wyładunek nie potrwa długo. – Już mi to wyjaśniano – odparł Will. Udostępnili swój świat. że wy to zmienicie. Służą do transportu oddziałów i materiałów wojennych między światami. a Will potwierdził. by nimi szastać. ale nic nie narusza w istotny sposób równowagi sił. a statki kosmiczne są zbyt cenne. Potem olbrzymi statek znów zanurkował w podprzestrzeń. okazali się bardzo pomocni. Will pamiętał. dałby im radę. gdzie można urządzać poligony. ale obie strony chcą przecież uniknąć zniszczeń. Zbyt kosztowne. Statki są kosztowne. Kapitan wybiera sektor przestrzeni z rzadka nawiedzany przez ich statki. jak daleko jest z Ziemi do zamieszkanego centrum Galaktyki. Ładunek nuklearny. by marnować je do zadań szturmowych. Mają masę pustych obszarów. Tyle tylko. wyparliście kiedyś Ampliturów z jakiejś planety? – Zdarzało się. – Mamy nadzieję. . Obie strony zyskują co parę lat nowych sojuszników. Od tamtego czasu nie zdarzyło się nic wyjątkowego. a nie gubić ich. Musimy działać w ten sposób. rozwijają nowe systemy broni. – Udało się to kiedykolwiek? – spytał Will. Świat pokonany z użyciem broni termonukleamej byłby światem nie wartym fatygi. Podróże w podprzestrzeni nie są takie proste. – Chociaż wciąż nie pojmuję. – No to zrozumiesz przyczyny naszej ostrożności. że Ampliturowie pragną odmieniać podbitych.

Spotkasz ich pewnie paru wśród więźniów. pomyślał Dulac siadając w fotelu wahadłowca. chociaż inteligencja raczej umiarkowana. Idealni słudzy swoich panów. „gaciowi”. doradzają. – Zaczynamy schodzenie. to przepadło. J’hai zajął miejsce naprzeciwko. Wiesz. Wahadłowiec zwolnił nad niewielkim skupiskiem chmur burzowych i . kierują. – Zimny dreszcz przeszedł Willowi po plecach. Rośli i groźni wojownicy. – Po czyjej stronie są mieszkańcy Vasarih? – Po naszej. Albo polecimy po ciasnej orbicie. że Ampliturowie mogą oddziaływać na umysł? – Słyszałem. Sam zresztą będziesz wiedział. To zależy od tego. – pomyślał Will. – Rozległy się brzęczyki ostrzegawcze. Nie możesz już zmienić zdania. W zasadzie kontrolują po prostu poddanych. A. czy napotkamy wrogie statki. Kilkunastu znalazło się po stronie Ampliturów. ale większość nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Czemu pytasz? – Byłem tylko ciekaw. i są jeszcze Aszreganie. Ale tamci nie pytają o zdanie. Stateczek jak kamień runął ku powierzchni planety. Nagle za oknami wahadłowca zrobiło się jasno. Turlogowie są sojusznikami. Poczujesz ciąg silników. logistyka i te rzeczy. Chmury. jak wy to mówicie. – Wahadłowiec odłączył się od statku macierzystego. gdy ktoś grzebie ci w myślach? – Czy na Vasarih są jacyś Ampliturowie? – Jak zawsze przy okazji większych konfliktów jest ich tu kilku. czy przyłączyli się dobrowolnie czy zostali zmanipulowani. albo będziemy musieli wracać i umykać w podprzestrzeń. Obserwują. Zresztą to nieważne. pilnują. Obie rasy są już od dawna związane sojuszem z Ampliturami.Przykro mi będzie cię rozczarować. że całą wieczność wiszą już pod olbrzymim kadłubem statku. co się dzieje. nie wiadomo. Różne bywają sposoby sprawowania kontroli. Jakie to uczucie. Niczego nie kontrolują. Willowi zdawało się. – Widziałeś kiedyś Aszregana? – Nie. Jeśli raz się do nich przyłączysz. Nawet by nie chcieli. Garstka. służą radą i analizą sytuacji. Administracja. by im się co w głowach nie lęgło. – Tak jak Turlogowie pomagają Gromadzie? – Fałszywa analogia. Jest też kontyngent Molitarów. morze i ląd zawirowały w barwnym kalejdoskopie. – Kto tu walczy dla Ampliturów? – Głównie Krygolici.

Światła przygasły nieco i Will mógł wreszcie wstać. – Rąbnęli – mruknął J’hai i spojrzał na sklepienie schronu. Niektóre z tych istot Will już widział. że mamy Massudów. zwykle oznaczone kolorowymi paskami. w górach. Kontakty między ośrodkami miejskimi a prowincją są tu wciąż dość rzadkie. Powiedzieli mi tylko. Will odetchnął kilka razy głęboko i ruszył za przewodnikiem. że wiesz. tak się to chyba po waszemu nazywa. który nas przywiózł. Gdzieś z oddali dobiegł go głuchy łomot. Tak nisko. jak łatwo jest zestrzelić wahadłowiec czy inny statek. – Świetnie – mruknął Will. – Tak myślałem. Mamy tam największą bazę. Tam też będziesz miał okazję porozmawiać ze swoimi. dlatego walki toczą się głównie w okolicy znanej jako południowe równiny. – Nie. W podziemiach było całkiem rojno. J’hai nazywał ich jakoś. . i większość tubylców współpracuje z nami. Wylądujemy na północno-zachodnim skraju spornego terenu. ale dostarczają przynajmniej żywność i różne drobiazgi. Nic nie sugerowało. że toczy się tu wielka wojna dwóch kosmicznych federacji. Przeszli nisko nad poszarpanymi graniami. Myślałem. Dobrze. Wylądowali na wąskim pasku granitowej półki. Gromada odkryła ją na krótko przed wysłannikami Wspólnoty. dawno już zanurkował w podprzestrzeń. Nawet nie wiesz. musieliśmy mieć gościa na ogonie. że nie muszę walczyć osobiście. Morze i ląd. że dostanę przewodnika. Wiele nie potrafią. a nie fizycznego. – Vasarih są na niższym poziomie rozwoju technologicznego niż wy. Cieszę się. że Willowi aż dech zaparło. Ja się do tego nie nadaję. – Przez cały czas musimy przeczesywać przestrzeń wokoło. Ten.zaczął spokojne schodzenie. która nagle rozsunęła się i wchłonęła stateczek. Jednak wojna to sprawa wysiłku umysłowego. Miejscowi Vasarih wyprowadzili się już dawno z tych okolic. – A czym się zajmujesz? – Wywiad wojskowy. Znaleźli się w głębi jaskini. głęboko pod stokami gór. Większość miast leży nad morzem. jednak parę zaskoczyło go wyglądem. Żadnej ze stron nie zależy na wyniszczeniu planety. Przez luki w obłokach Will zaczął poznawać szczegóły terenu. co chwilę mijali ich obcy i załadowane czymś pojazdy. ale translator wypluwał tylko bezładne charkoty i Will musiał go podregulować. Ktoś spędzi miłe popołudnie sprzątając lawinę.

Przez cały czas wypatrywał znajomych sylwetek ludzi. Ale na pierwszą linię cię nie zaprowadzę. Właśnie tam się udajemy. tam przydają się najbardziej. ale zwiad powietrzny nie jest niczyją mocną stroną. Gdybyś zmienił zdanie. Zamieszkują dwanaście światów. jak radzą sobie w walce? Jeśli tak. to chcę zobaczyć. Miała . W końcu Will dojrzał kogoś. Ziemian zaciągnęło się ledwie kilkuset. Pomyśl o tym choć przez chwilę. – I jak sobie radzą? – Tego jeszcze nie wiem. ale nie spotkał żadnego człowieka. ani Ziemianinem. – Niech będzie – mruknął S’van. Ten pojazd jest za mały. W wieżyczce na dachu czuwał masywny Czirinaldo. Zobaczymy. że dostanie się kulkę. Ja nie jestem ani Massudem. ale skoro już tu jestem. – Wąwóz pozwala uniknąć wykrycia przez dalekodystansowe detektory Krygolitów. Nie odlecę bez tego. Tutaj już żaden trening nie pomaga. – Ale Massudów mamy tu bez liku. – Nie. Posłaliśmy ich tam. obok pasażerów piętrzyły się paki z medykamentami dla walczących oddziałów. by udźwignąć zestaw maskujący. Na szczęście mam ze sobą specjalną terapię antyszokową i będę mógł ci towarzyszyć. – Tutaj nie ma ich wielu – wyjaśnił J’hai. blokują szlak do największego miasta w okolicy. aby to sprawdzić. jak radzą sobie rekruci. że są w terenie. – Na front? – Nie tego chciałeś? Zobaczyć. Satelity też bywają regularnie niszczone. Powiedziałem. – Niedługo. Twoi rodacy działają na odcinku najbardziej wysuniętym na zachód. Dziewczyna rozmawiała z Czirinaldo. Też nie cierpię wojny. – Większość jest w polu. Góry rychło zniknęły w tyle i wkoło rozciągnęła się pustynia. Parów zwęził się niebezpiecznie. a na pranie mózgu nie mam ochoty. I wciąż ani śladu ludzi. Byle tylko trafić na chwilę przerwy w ostrzale. to trzeba zaryzykować. możemy odlecieć następnym wahadłowcem. ale potem wyjechałem i nie miałem jeszcze okazji się dowiedzieć. – Bo ich w ogóle jest dużo. – Will wskazał na najbliższą trójkę. gdy dotarli wreszcie do pomniejszonej wersji wielkiej bazy. Tutaj było jeszcze więcej broni i jeszcze więcej Massudów. Wyjechali opancerzonym wozem unoszącym się kilka metrów nad kamienistym terenem. – Ale mieli tu być.

– Dobrze jest oderwać się na chwilę od rozkazów i reszty. Nie tego oczekiwał. jej mundur przekreślały dwa srebrzyste paski. Nie przypominało to powitania przez kompanię honorową. Gdyby nie ty. dziewczyna uścisnęła mu mocno dłoń i pocałowała go soczyście i serdecznie w usta. Nie wiedział nawet. – Kapitan Echevarria. ale Will nie protestował. Oni wiele ich nie mają.. legendarny. superrewizorzy. senor Dulac. – Tak jakby. Nie teraz. Na korytarzu kręcili się Hivistahmowie. – To jest William Dulac. – Legendarny Dulac – mruknęła. – Żartujesz? – Uwolniła ramię i wydłużyła krok. – Si. Dziewczyna pociągnęła Willa za ramię w głąb bazy. Była bardzo ładna. Tylko normalni żołnierze i suppra. – Jej angielszczyzna była nieco chropawa. że mam wyjść po jakiegoś ważnego gościa – powiedziała do S’vana i zmierzyła Willa spojrzeniem. Nieźle mówię po angielsku. – To ty to wszystko zacząłeś. Ty dałeś nam tę szansę. O’o’yanowie i Massudzi. Ja jestem właśnie superrewizorem-kapitanem. Ładne kwiatki. jak na babę. – Powiedziano mi. gdy czuł tuż obok jej ciepłe i sprężyste ciało. – A gdzie reszta? Nie widzę ludzi. nigdy byśmy tu nie trafili. Musieliśmy stworzyć własne stopnie. – Skręciła gwałtownie w boczny . który podziękował uprzejmie i gdzieś się oddalił. nie na to liczył. Tylko proszę. aby otworzyć jakąś dinero. a nawet Bir’rimorowie. Dulac poczuł się tym zaskoczony. nie opowiadaj mi bajek. Dziewczyna uniosła brwi. verdad? – Zanim zdążył odpowiedzieć. – Jesteś kapitanem? – spytał. jestem kompozytorem. pomyślał Will. – Nic lepszego nie przychodziło Willowi do głowy. gnilibyśmy wciąż tam.czekoladową skórę i czarne włosy. Ignorując zdumienie gościa. Dobrze sobie radzę. – Zatem jesteś kapitanem. a nie legendą. spuer. Will zapragnął nagle wleźć ponownie do transportera i czym prędzej ruszyć z powrotem na Ziemię. parsknęła coś do S’vana.. Czy to nie dziwne? – Skąd pochodzisz? – Mexico City. Przyjechałam na wybrzeże. czy ma ochotę poznawać bliżej tych „wszystkich”. – Muy miło cię poznać. Maria Echevarria. Wszyscy tu znają twoje imię. gdzie los nas rzucił. nie mogąc oderwać oczu od dziewczyny.. ale entuzjazmu starczało jej za dwóch. Cholera..

ale tam. Może kiedyś je zobaczę. – Nie trzeba wdzięczności. – Prawie wszyscy poszli zabijać robale. kochany? O czym ty mówisz? Płacą nam świetnie. Z początku wszyscy węszyli jakiś podstęp. kim byłeś na Ziemi. ale niech każdy wierzy w co chce. aż echo poszło po podziemiu. ale oni naprawdę nie oszukują. Z tego. Oni nas kochają! Nikogo nie obchodzi. – Wskazała w głąb korytarza. – Większość tych ludzi. Musimy wycofać się. Dobrze sobie jednak radzą z ciężkim sprzętem. których mam pod . ile złota ci się należy. – Kto. te duże chłopy. Wiemy. stary. Walczymy dla nich i robimy to dobrze. żaden z nich nie przeżyłby tygodnia. Nie są tacy twardzi. – Nie! – krzyknął.. że to wielkie miasto. Można zacząć wszystko od początku. Ja próbowałem utrzymać ludzi z dala od tej wojny. – Może. Potem wypuścimy się na zewnątrz. zanim nas nie spotkali. Zresztą Krygolici też mają dobre giwery. Nie wiem. przynajmniej ci. – Chcą. ale to łatwe cele. To nie nasza sprawa. wiesz? Oni tu rzetelnie zapisują. – Byłaś w meksykańskiej armii? Roześmiała się serdecznie. żebyście za nich walczyli. po prostu inna moralność. żaden z nas nie widział. Może wyglądają trochę śmiesznie. kapujesz? Nie widziałam nigdy żadnego. co tam robiłeś. Nie walczymy tylko za pieniądze. To wcale nie takie złe. Gdyby Pancho Villa miał kilka takich. że nigdy nie słyszałeś o machismo. Nie masz się czego bać. – Sama tu jesteś? – przerwał jej w końcu Will. dobra? Nie myśl o mnie źle. czy to takie moralne. Massudzi tak nie walczą. Bo wiesz. zanim. Massudzi też są dobrzy. gdzie ja wyrosłam. Tylko to się liczy. oni tak myśleli. Zbyt się czają. Żadna strategia czy taktyka. to nie ma czasu na myślenie. Tutaj jesteśmy po prostu Ziemianami. Trzeba działać. ale widząc reakcję dziewczyny spuścił z tonu. To znaczy. Nie żeby byli tacy niewinni. Tylko ci pieprzeni Krygolici.korytarz. ale są dla nas cholernie dobrzy. Czirinaldo. są nieco lepsi. kochany. gdy już tu jesteś i lezą na ciebie dwa robale z karabinami. A ty skąd jesteś? – Z Nowego Orleanu. Chyba lepsza niż nasza. ja? Żartujesz? Kobieta w meksykańskiej armii? Nie mów. Mnie poprosili. co wiem. Kalifornia byłaby znowu nasza.. jak promienniki i ogłuszacze. Zajmiemy się tobą. – Słyszałam. – Zanim co. ci Ampliturowie to banda pendejos grandes. ale paru się znajdzie. ile ci zawdzięczamy. Ale na razie mam tu coś do zrobienia. abym po ciebie wyszła.

może nie odpowiadają im nasze charaktery. Karku im skręcić nie można. Tylko Massudzi patrzą na nas inaczej. cztery stopy i wielkie czułki wyrastające z buziek. Jeden był agentem ubezpieczeniowym w Niemczech.swoimi rozkazami. ale oni są jakby wyskrobani. bezkręglo.. że robią to. – Ja wiem swoje... – Mam pod sobą trzech poruczników. To są. aby cała ludzkość uwikłała się w. Widziałam tych. Jedynie S’vanowie są nieco milsi. ale nigdy nie wiesz. Przyjechali tu. – Niby czemu mamy się stąd wynosić? Dulac musiał zebrać myśli. . – Zachichotała. – W co? – nie pozwoliła mu dokończyć zdania. co robią. Nie możesz winić nikogo za to. jak to mądrze powiedzieć. a połkną cię całego i wpakują ten swój Cel do łba. jacy mamy być? To nie bal dobroczynny tylko wojna. Chyba przerażamy trochę tych tutaj. Czemuś nas się nie lubi. aby odnaleźć siebie i zdobyć dinero. jak to jest po hiszpańsku – roześmiała się. comprende? Ale Amplitura chciałabym zobaczyć. Przenicowani i złożeni z powrotem do kupy. czy Ampliturowie nie zostawiliby nas. – Wykonała znaczący gest dłonią. Krygolitów i Molitarów. nada? Ci Ampliturowie się nie cofają. Szkoda.. którzy walczą dla Ampliturów. – Ale czemu tak was tu mało? Wszyscy ludzie są na froncie? – Nie. Nie wiem nawet. – Mniejsza z tym. tego. Geny im przerobili. że nie widziałeś. ale odpowiedział. Ja nie chcę mieć przerobionych genów. co nazywamy kropidłem. ale nie można pozwolić. jak rozwalała robale z takiego czegoś. Taka sztuka. Raz spytałam jednego. Cholera ich brała. Teraz siedzi na innym odcinku.. Nie wiem. co taki S’van myśli. bo nie mają karków. A teraz wszyscy są szczęśliwi. zawsze klepała biedę. Podobno mają śliczne oczka.. nie robotę. Czego jeszcze chcieć? – Czarne oczy spojrzały z wyrzutem na Willa. ale do diabła. Ten trzeci starzał się przedtem na plantacjach trzciny cukrowej w Dominikanie. że inni członkowie Gromady są delikatniejsi. Przy okazji Will zauważył. – Nikt ci nie powiedział. Jego kobiety tu nie ma. drugi pracował dla IRS w Nowym Jorku.. wiesz. – Może to tylko propaganda. – Wzruszyła ramionami. Ciekawe. Nie wiemy. – Może niektórym to służy.. ale powiem ci coś. Gówno mieli. że dziewczyna ma pomalowane na czerwono paznokcie.. No bo my czasem hałasujemy. ale to była znudzona cipka. jakim się urodził. Dasz im palce. że nie chcą z nami przestawać.. Hivistahmowie dają nam całkiem dobre żarcie. bezkręgowce. Kogo to obchodzi. czy potrafiłabym przerobić takiego na abstrakcję.

Co myślisz? A może chcesz zabić jakiegoś Krygolita? Zorganizujemy ci broń. co tu się naprawdę dzieje. Chciałam być piosenkarką. – Chcesz spotkać innych? Może ci się nie podobam? – To nie to – spojrzał na Marię. – To atawizm. – Tylko trochę. Teraz opowiedz o sobie. – Klepnęła Willa w plecy. Kompozytorem – odparł bez entuzjazmu. teraz to nie mam nawet pojęcia. – Hombre. gdy rzucono nas razem z Massudami na front. ale jemu nie o to chodziło.. Gadał coraz dziwniej. że celnie strzelam.. Niedługo wyrzucimy ich z tej planety. stary. Teraz jest lepiej. – Rozumiem. – A jak wam idzie? – spytał mimowolnie. wiesz? Masz pojęcie. zamiast kiepską piosenkarką. Major Echevarria. – Zmarszczyła brwi.– Ale my też nie urodziliśmy się wojownikami – warknął Will. Znasz Marię. stary. Chyba połowa z nich chce zostać piosenkarkami. Od tamtej pory pogoniliśmy ich chyba z tysiąc kilometrów. ile biednych dziewczyn jest w Mexico City? Szesnaście milionów. – Dobrze się dzieje. Cholerna ciekawość. stary. – Chcę tylko zobaczyć. Przedstawię cię im. czemu nie spróbować? Chciałam odjechać jak najdalej od Mexico City. a Belize to dalej niż Cancun – zachichotała. to mi się podoba. zostałam dobrą kurwą. – Naprawdę? Śpiewam trochę. ale pomyślałam. bo mój alfons chciał mnie zabić. ale na razie tylko tyle. Potem pokazał mi złoto. Jednego dnia taki zabawny Anglik podszedł i zaczął zadawać dziwne pytania. To nawet łatwe. Słyszałam wiele o bogatych turystach w Cancun. prostytutką. Powiem ci coś. Powiedział. Więcej złota. Ja musiałam walczyć przez całe życie. Może gdy przyjdzie więcej ludzi. No i tak. kurwą. Ampliturowie podchodzili już do takiego jednego wielkiego miasta. – Nie chcę żadnego zabijania – odparł słabo Will. Zrobili mnie kapitanem. że też mogę trochę dostać. mamy tu jednych takich. zabijaki nie z tej ziemi. gadam prosto z mostu i niczego się nie boję. Jak myślisz? Mamy jeszcze jednego pułkownika i kilku majorów. wiesz? Oni nie mają tu ani Europy. . – I już. Za taką forsę zrobiłabym numer nawet na żyrandolu. stary. – Mów za siebie. – Jestem muzykiem. zajdziemy wyżej. bardzo dobrze. chociaż wiele miałam do czynienia z żołnierzami. – Czyli jednak byłaś żołnierzem. jak daleko zawędrowałam. Byłam puta. może już wrócili. Może dlatego. – To znaczy w walce. – Powiem ci. niż widzi się u jubilera. więc pojechałam tam. – To nie tak. ani Afryki. za dużo na raz. Wyjechałam z Mexico City.

stary. Zanim oni skończą naradę. To wojna. że to tworzywo spolaryzowane w ten sposób. Okrążymy ich siły i rąbniemy w główną bazę od tyłu. Will pokiwał głową. Chang! – krzyknęła. a jeśli spróbują się wycofać. by dołączyli. U nas. Nauczyliśmy ich kilku. którzy zaciągnęli się podczas urlopów czy na przepustkach. Gdy widzisz. to my już wracamy po robocie i machamy do nich. Nie tego oczekiwał. rozczarowanie. Massudzi tak nie potrafią. to prosty ludek. tym jest goręcej. nieco rannych. to posiekamy ich na plasterki. kto wie? Ale lubią nas. Świetny facet. podłoga wznosiła się tarasami na różnych poziomach. – Jesteśmy na miejscu. żeby odbić energię wybuchu nawet taktycznej głowicy jądrowej. – Znasz massudzki? – Will aż usta otworzył ze zdumienia. za dużo gadają. A jak tam sprawy na Ziemi? – Wciąż tak samo. za to że im pomagamy i mniej Massudów ginie. Ale nic z tych rzeczy. Joh. to znaczy tak łatwo. Najniższy poziom pełen był foteli i leżanek. Willa najbardziej zdumiało w pierwszej chwili wielkie okno. Weszli do wygiętego w kształt półksiężyca pomieszczenia. Nie sądziliśmy przedtem. Oni wtedy zawsze się cofają. żeby statkiem dopłynąć na Jamajkę. że przyjaciel ginie. że tak będzie. Jest nawet jeden rosyjski major. – Prowadzę wam kogoś. wziął żonę i dzieciaki. Gdy tylko się o nas dowiedział.Tylko jeden wielki kawał lądu i morze dookoła. liczył raczej na tęsknotę za domem. – Kilku zabitych. – Zdarzyły się jakieś ofiary? – spytał po drodze. Może jesteśmy dla nich za szybcy. Jest dość miejsca jeszcze na kilka ziemskich armii. To coś w rodzaju kasyna. żeby przysłali więcej prawdziwych żołnierzy. ale Maria wyjaśniła. – Will nie wiedział. za mało robią. Massudzi tego nie rozumieją. Czuł. – Nie takie trudne. i wydał wszystko na bilet. – Dziewczyna wydała kilka gardłowych dźwięków. Prosto z Ziemi. Oglądali coś na małych ekranikach wielkości dłoni i śmiali się rozgłośnie. – Lepiej. im więcej ofiar. tylko mało przekleństw. Maria poprowadziła Willa w kierunku gromadki. – Jasne. obskoczyli Dulaca. o co dokładnie chodzi. Po massudzku mówi lepiej ode mnie. Tych nam brakuje. Tam właśnie zebrali się Ziemianie. wyściskali i wycałowali. Oto jak zaczyna się krzewienie ludzkiej kultury. Może robimy wszystko na odwrót. kto wie? Hej. Gdzieniegdzie widać było popijających coś i rozmawiających Massudów i Hivistahmów. Mamy kilku. tym gwałtowniej atakujesz. Gdy poznali jego imię i nazwisko. Meble były tu proste i praktyczne. trochę jak w teatrze. że w ich reakcji nie ma żadnego .

że robią im pranie mózgu i potem kontrolują myśli. – Znów spojrzał na Marię. większą chatę. – Najpierw zobacz jakieś przesłuchanie.udawania. – Pokaż mu tych dwóch Aszreganów z kawalerii. – Tak. miał za sobą już jedną werbunkową podróż na Ziemię. gapisz się w coraz większy telewizor z wodotryskiem i co z tego? Co to ma wspólnego z prawdziwym życiem? Możesz startować do Kongresu albo do Banku Rezerw Federalnych. Namówił kilku swoich przyjaciół. Oni mają tak zmienione DNA. Na Ziemi zarobisz swoje. wyjaśnił Davis. jakiego dotąd nie znaliśmy. co tu się dzieje? – spytał niegdysiejszy makler. – Kawalerii? . Co to za życie? Ale wracając do rzeczy. która przynosiła im kilkaset tysięcy dolarów rocznie. co mówi. Słyszałeś. z jakiego zakątka Ziemi pochodzimy czy co tam robiliśmy. jak to zdarza się czasem podczas koncertu. – A tutaj nie ma miejsca na nudę. niezależnie od tego. – Czy Will widział już więźniów? – Nie. jak lezą na ciebie przy natarciu. Ta gromadka ludzi. których los rzucił lata świetlne od domów. bo to przecież wielka sztuka i nie wypada wyjść. kupisz bardziej szpanerski wóz. Wyraźnie żal mu było zagubionego Willa. To coś bardziej subtelnego i gorszego zarazem. że to przechodzi na potomstwo. co Ampliturowie robią ze swoimi poddanymi? – Słyszałem. kiedy kompletni ignoranci klaszczą demonstracyjnie po każdej części utworu i siedzą dalej na sali. – Wskazał na okno. i poszli walczyć dla Gromady. Paskudny widok. – Musisz mu ich pokazać. Wszyscy oni zrezygnowali z roboty. wąchając uparcie jakąś buteleczkę. Nie żeby ci było źle. właśnie – powiedziała rozparta na kanapie kobieta pochodząca najwyraźniej gdzieś z Dalekiego Wschodu. Cieszymy się szacunkiem. naprawdę nie wiesz. dobrze wiedziała. dopiero przyleciał. ale bezmyślna rutyna zabija wszystko inne. jakiego nie zaznał żaden człowiek w całej historii świata. – Ale potem przychodzi taka chwila. ale ostatecznie i tak nikniesz w tłumie zwykłych biurokratów. których złapaliśmy w zeszłym tygodniu – dodał jakiś ciemnoskóry mężczyzna z tyłu. – Trudno nazwać to kontrolą. myślisz. – Robienie pieniędzy pociąga. ale tylko na początku. Davis makler giełdowy. że to nie jest życie. Davis pokiwał ze zrozumieniem głową. Nie widziałeś krygolickich zombie. nudząc się upiornie. Wszyscy tutaj wierzymy w sens tej roboty. że zrobisz coś dobrego. latasz pierwszą klasą. – Sam nas tu ściągnąłeś i nie wiesz? – spojrzał na Marię. gdy czujesz.

ale tego nie wyplenisz. – Zobaczymy się potem – rzuciła przez ramię do pozostałych. Są naprawdę szybkie. ile chcesz. – Ale ja nie chcę. S’vanowie i inni też o tobie słyszeli. – A potem zajrzyj tu jeszcze. – Właśnie. – Zatyczka do nosa – rzucił ktoś i wszyscy się roześmiali. – Nie pytaj mnie. Kaca też nie zostawia. Pogadamy. Mario. ale trafione rozlatują się na kawałki. Zwykle latają nimi Krygolici. Nie tylko wśród nas. – Takie perfumowane świństwo do inhalacji. – Mniejsza z tym. Mają coś w rodzaju latających skuterów – wyjaśnił Davis. Rzadko zdarza się. Maria wzięła Willa za ramię. ale czasem na pokładzie bywa i coś innej rasy. – Powąchał buteleczkę. jakby legenda. jak to działa. gospodarze wciąż wymyślają dla nas nowe rozrywki. jakbyś wąchał lody truskawkowe. wodą. by któryś miękko wylądował. Etykietka bohatera przylgnęła do ciebie i koniec. Nie było to szkło. Daje miły szmerek. – Na razie ciesz się życiem. Wiem tylko. skałą. do zobaczenia. żeby tak było – jęknął Will. – Wiesz. Pokaż mu wroga.– Powietrznej. Wyszli z kasyna. Mario. – Uśmiechnął się. Dulac wciąż bił się z myślami. Żarcie mamy dobre. na dodatek Davis niczego nie przełykał. błotem. – To nie tak. że śmigają jakieś pół metra nad ziemią i mogą latać nad wszystkim. nie spiesz się. jesteś tu trochę jak postać z bajki. . Protestuj. ale nie uzależnia. Will przyjrzał się uważniej butelce. Mężczyzna zauważył ciekawe spojrzenie. Naprawdę nie tego oczekiwał. Tak. brakło otworu. W każdym jest pilot i strzelec. Muszą przecież jakoś trzymać tych zwariowanych ludzi w formie. Massudzi. – Towarzystwo pożegnało ich w kilku językach. Tu nie ma powodu do nerwów. – Makler klepnął Willa w ramię.

Wzruszyła ramionami. że walczycie za pieniądze? – I co z tego? I tak są cudaczni. ilu walczy nie tylko dla złota? – Nie wiem. – Bo wszyscy wydajecie się tacy szczęśliwi. wyrastali w różnych zwyczajach. Różnie to wygląda. Ale wiesz. i jeszcze złoto mnoży nam się na kontach jak szalone. Po massudzku mówią lepiej niż sami Massudzi. – Nie przeszkadza mi to. to niejeden spyta. żeby pakować dzieci w coś takiego. – Wyglądasz na zatroskanego – powiedziała dziewczyna. – Gdy ludzie zaczną stąd wracać na Ziemię. Ale nieważne. każdy z dwiema przeciwległymi ławami i małym panelem kontrolnym. skąd to złoto? Sprawa się wyda. gdzie korytarz rozszerzał się i jego przekrój przybierał owalny kształt. – To nie w porządku. Teraz wszyscy jesteśmy obcokrajowcami. niektórzy wzięli dzieciaki. Jak myślisz. Kto by się nie cieszył? – Ja. coś dobrego. – Kilkoro urodziło się już tutaj. – A nauka? – Nauczycieli też mamy. ale teraz są równi. Maria dotknęła kilku przycisków i pojazd ruszył w głąb tunelu. pochodzą z różnych krajów. Na przykład siostry Saki. Nie mają najmniejszego pojęcia. Mimo sporej szybkości Will nie czuł podmuchu powietrza. o co chodzi. Mamy własny żłobek. Wszyscy tutaj mają za sobą różne zakręty życiowe. chyba istniała tu jakaś niewidoczna osłona. spoglądając na oblicze Dulaca. Dzieciaki uczą się różnych rzeczy. stało kilka otwartych wagoników. compadre.Rozdział 20 W miejscu. Ile mają lat? . Mamy coś do zrobienia. – Mówiłaś coś o Rosjaninie z rodziną. że S’vanowie i Hivistahmowie stronią tak od was właśnie dlatego. bo złoto jest tak czy inaczej. – Czy nie dociera do nikogo. – Bo jesteśmy.

To już nie było kasyno. To wygodniejsze niż korzystanie z translatorów. I tak są szczęśliwe. Po drodze Maria zamieniła kilka zdań z jednym z żołnierzy. – Ta broń nie zabija. Will aż się wzdrygnął. – Zapomną o Ziemi. ale robiły wrażenie zdolnych do szerokiego rozwarcia. Szepnęła coś do ściennego terminalu i poczekała. nawinął się nawet jeden Wais. tylko paraliżuje – wyjaśniła dziewczyna. na zmianę używając translatora i łamanego massudzkiego. Któregoś dnia wyrosną na dobrych żołnierzy. aż drzwi się otworzą. Więźniowie w prostych ubraniach spojrzeli na niego z nie mniejszym zainteresowaniem. – Nie próbowali przeforsować własnego języka? – Do diabła. Will zamrugał. stąd się nie ucieka. znamy mowę S’vanów. – Szkoda marnować Massudów do służby wartowniczej – uśmiechnęła się. czy śmieje się z ciebie czy do ciebie.– Chyba dziewięć i dwanaście. Czasem mijali też Hivistahmów i O’o’yanów. każdy tu mówi trochę po massudzku. – To cela dla czterech. być może za . Musi być jakiś sposób. – A jak porozumiewacie się podczas walki? – Po angielsku. Zresztą te jaszczury nie musiały jeszcze nigdy strzelać. Bez ceregieli wyjaśniono kto. kostna wypustka okalała cofnięte ku tyłowi uszy. usta małe. – Nie mówiąc już o ludziach. skąd i dokąd. Mieli dość miejsca. zawsze znajdzie się jakiś Wais i przetłumaczy. – Nie szkodzi. Echevarria przytrzymała Willa za ramię i przesunęła dłonią po niewidzialnej barierze. Za drugim punktem kontrolnym trafili do wysokiego pokoju ze skromnym umeblowaniem. Bo ze S’vanem nigdy nie wiesz. Niewielkie oczy wyglądały spod wydatnych brwi. Jak rozmawiasz z Waisem. o co chodzi. Lubię ich bardziej niż S’vanów. Mili są. Pojazd dowiózł ich do ruchomego chodnika głęboko w trzewiach góry. Przystanęła przed drzwiami pilnowanymi przed dwóch uzbrojonych Hivistahmów. aby przerwać ten koszmar. Widok ten mocno zdziwił Willa. Nigdy nie pakują ich więcej do jednego pomieszczenia. nos był płaski. z dwoma otworami. za którą kręciło się dwoje więźniów. to zawsze kojarzysz. Jakoś tak się przyjęło. Na tyłach jest łatwiej. Obecni tu Massudzi byli uzbrojeni i od razu spojrzeli pytająco na Ziemian.

– Uśmiechnął się. Aszreganie walczą. więźniowie bardzo przypominali ludzi. żeby przemówić. – Dlaczego Ampliturowie dążą do podbicia innych ludów? Czemu pozwalacie. kim jesteś – powiedziała Echevarria. Ampliturowie doradzają. – Chce wiedzieć. niewiele wiem o teorii równoległej ewolucji. prawda? Ampliturowie nie wydają rozkazów. Dość. Każdy pomaga najlepiej. – W ogniu każdy improwizuje – odparł jeniec. Wszyscy od dawna nic tylko marzą o tym cholernym Celu. Pomijając te różnice. Mnie nie. co? Nie pomylisz ich z Massudami czy S’vanami. Ale czy ludzie nie przyjmują rady od S’vanów? A przecież to nie czyni jeszcze S’vanów niczyimi panami. – W walce robimy to. Mniej byłoby bólu i . by wami pomiatali? Oboje Aszreganie wymienili zdumione spojrzenia. – Rozumiesz go? – spytał Will. co sami uznamy za stosowne – wypaliła Maria. ale ciebie mogliby udawać. Pachniała naprawdę intensywnie. nogi dziwnie krótkie. jak umie. Aszreganie podsłuchali ostatnie słowa. – Facjaty do śmiechu i ogólnie kanciaści. ale zbytnio się od nas nie różnią. że łatwiej byłoby was zignorować. Nie śmiem się wypowiadać na ten temat. – Rzeczywiście są bardzo podobni do nas.sprawą elastycznego zawieszenia szczęk. ale skąd ten upór. by wszystkich w to wpakować? – Sami wiemy. ale miły. – Skoro chcecie żyć dla tego swojego Celu – wtrącił się pospiesznie Will – to niech wam będzie. Nie jestem aż tak szpetna. – To sojusznicy Ampliturów? – Od jakichś sześciuset lat. – Aszreganie – skrzywiła się Maria. Głos miał chropawy. Jeden z obcych podszedł do bariery i powiedział coś cicho. żeby dostać kuku na muniu. podsuwają tylko „sugestie”. – Nie nosisz munduru i to go zdumiało. – Całymi latami moglibyśmy dyskutować o semantyce. – Seńor Davis chyba nie przesadził. Ręce długie. Maria przysunęła się bliżej. że musi dostroić translator. ale zaraz przypomniał sobie. – Jestem tylko prostym żołnierzem naszej sprawy. – Wobec Celu nie ma panów ani sług. – My też to zauważyliśmy – powiedział osobnik rodzaju męskiego. Will zmusił się.

Jeniec spojrzał na nią.cierpienia. spełnienie Celu ma oznaczać skupienie wszystkich istot inteligentnych w jedną federację? – Właśnie – przytaknął uradowany Aszregan. po czyjej stronie widać światło prawdy. – Może i tak – naciskał Will – ale jeśli ktoś nie życzy sobie takiego wyniesienia. niewzruszoną logikę? – Bo my. że macie pusto w głowach – warknęła Maria. – Frustracja przez ciebie przemawia – odezwał się głosem kaznodziei. jeśli można cieszyć się światłem Celu? Odmawiacie sobie prawa do godnego życia. – A potem? – Ampliturowie przypuszczają. nie wie na pewno. jesteście wspaniałymi żołnierzami. – To dlatego. Ampliturów nie można pokonać. tego nikt jeszcze. kto doświadczył światłości Celu. Gdyby nie walka ze Wspólnotą. Czemu ginąć za Ślepotę Gromady. Waszym przeznaczeniem jest uznać wielkość Celu. że po dopełnieniu się integracji wstąpimy na kolejny etap ewolucji. uwiedzeni kłamstwami S’vanów i reszty. No i powiedz mi. „zaprogramowany”? – O ile dobrze zrozumiałem.. A może został on stosownie. jesteśmy w pełni zadowoleni – dodała partnerka więźnia. – Wy. Hivistahmów i S’vanów zjednoczonych w walce przeciwko prawdziwej jedności i pokojowi. że można odwrócić się od Celu. Aszreganie nie spotkali jeszcze kogoś takiego. nie pragnie waszego „piękna”? Aszreganie znów się uśmiechnęli. Ampliturowie przyjmą was na swe łono z radością. . nawet Ampliturowie. Will milczał przez dłuższą chwilę. porzucić prymitywne sojusze Splotu. ocalą przed zagładą. Co widzisz? Massudów. Czy będzie to stadium zbiorowej superświadomości. bowiem w ten sposób wyrwą was kulturze śmierci. S’vanowie potrafią uwodzić muzyką swych słów. Aszreganie. Ziemianie. Ale ktoś. dawno już zaczęlibyście wybijać się wzajemnie. czy co innego. Ziemianinie. Wykorzystują was do swoich celów. Szansy na wyniesienie do miana istot prawdziwie cywilizowanych. – Spójrz wokoło. nie może z czystym sumieniem odmówić innym szansy do poznania tego piękna. Pomyślcie i spróbujcie przekonać innych. która zawsze umniejsza blask Celu. spajanym jedynie przez fałszywe przekonanie. W ten sposób nigdy nie osiągniecie prawdziwej harmonii. Nie można odwrócić tysięcy lat biegu historii. Zastanawiała go elokwencja tego żołnierza. Splot jest tworem z gruntu sztucznym..

– Czy macie lepszą teorię? Willa aż zatkało. Uważamy jednak. że was nie przekonam. a szczególnie wskrzeszania instynktu stadnego. zero. jednak bez paznokci. że nie można sterować niczyim losem w imię niepewnych ideałów. gdzieś tutaj – klepnęła się w bok głowy. – Nie. Robią to pechowym Massudom i S’vanom. Nagle rozumiesz wszystko.. aby federacja osiągnęła pożądaną wielkość? – Tego nie wiadomo. Nie wiedzą. – A co wy o tym sądzicie? – spytała istota płci żeńskiej. nie zrobią niczego samodzielnie. – A jeśli nic z tego nie będzie? Żadnego wyższego stanu świadomości. ale teraz przeciągnęła się i spojrzała na Willa. nic. Ci tutaj to produkt sterowanej ewolucji. bo nie znacie lepszego życia. Przecież mamy Cel. podobno mają piękne oczy. żadnego stopienia się umysłów.. inni umierają w męczarniach. o naszym własnym szczęściu. na czym polega wolna wola. – Możemy opowiedzieć wam tylko uczciwie o sobie. Gdyby był tu jakiś Amplitur. .. – A potem widzi się to całe światło prawdy. Kobieta zamachała rękami. Choćbyś ich wkręcił w wyżymaczkę.. Nie zamierzał roztrząsać metafizycznych zawiłości.to zaraz wszyscy zobaczylibyśmy Cel cały w kwiatkach i koronkach – wtrąciła oparta o ścianę Maria. Potem czuje się takie łaskotanie. by siać antywojenną propagandę. – Mówicie tak. – Niemniej niektórzy ludzie mogą preferować niezależność. Niecywilizowane. U każdej dłoni miała pięć palców. Przybył tu. Lubimy wolność myśli i wyboru. Obawiam się. – To nielogiczne. – Ależ osiągnięcie Celu daje słodycz i uczucie spełnienia tak intensywne. nul? Jeśli okaże się.– A ile ras inteligentnych trzeba zgromadzić. że nie potrafisz sobie tego nawet wyobrazić. – Objąłby nas miłośnie mackami. – Jesteśmy tylko prostymi żołnierzami i nie liczymy na sukces w przekonywaniu – odezwał się wciąż nie zrażony Aszregan. zajrzał głęboko w oczy. Nie znacie światła. Od paru minut tylko słuchała. Od tysięcy lat starają się powiększyć swoje szeregi. Niektórych daje się wyleczyć. Jak można stawiać pragnienia jednostki ponad dobro wszystkich istot? – A może my chcemy pozostać niecywilizowani? To nasza sprawa. że wszystkie te podboje Ampliturów do niczego nie doprowadzą? – Muszą. – .

Jedna prawdziwa. to polecimy na następną planetę. – Trzymajcie tak dalej. Do szczęścia na pewno – mruknęła pani kapitan. zawór w mózgu. . gdy nie robi się tego za pieniądze. Trzeba dopiero zmienić temat. Dość mam tych ofiar lobotomii.. Major mówi. ale gdy przychodzi do rozmowy o Celu. A właśnie. Widać jeszcze nie dorośliście. – Dobra. też dostanie w dupę. S’vanowie nie powiedzieli nam jeszcze. to koniec. Równoległa ewolucja. Klapki na oczach. Aszreganie też walczyli kiedyś ze sobą. druga mroczna. Zobaczysz. gdy byli już na korytarzu. że czas skopać im dupy. – Nie przypominają robotów czy zombie. że nie jest beztroską nastolatką. Tyle tylko. owszem. – A. – Klepnęła Willa w siedzenie. – Sam nie wiem – odparł powoli Dulac. żeby wydali ci broń. Może gdybyś poczuł się potem nieco znudzony i zapragnął towarzystwa. na jaką. – Massudzi wciąż się wahają. że w głowach im chlupocze. Jak tylko przyleci następny kontyngent z Ziemi. aż doszli do pierwszego posterunku.. jak spychamy Aszreganów i Krygolitów przez cordillera do morza. – Chodźmy już stąd. – To nie jest cywilizowane życie! – I co o tym myślisz? – spytała Maria. Ale na pewno nie będziemy cackać się z robalami przez selki lat jak Massudzi. Teraz było widać. – Odmawiasz sobie prawa do godnego życia. to przyjdzie Amplitur i was doszczęśliwi. comprende? To całkiem fajna sprawa. – Pamiętajcie! – krzyknął za nimi Aszregan. która pozwala służyć Celowi. – Są bardziej rozumni niż oczekiwałem. jak to brzmi po rosyjsku? A jeśli jakiś Amplitur stanie nam na drodze. – Dwie są niezależności. Pracujemy razem dla Celu i jesteśmy szczęśliwi. – Wzięła Willa za ramię i ruszyła do wyjścia. – Zależy do czego.Słyszeliśmy już trochę o was. jakie to szczęście stanąć przed Ampliturem – odparła kobieta. Wiesz. co każe zabijać dla ułudy! – Głos nie umilkł. dobra – rzuciła Maria. Pójdziesz z nami na pierwszą linię? Załatwię. ale my mamy dość siedzenia w miejscu. – A jak skończymy tutaj. Chociaż oni chyba nie mają tyłków. – Uśmiechnęła się jak wilczyca. bo jak nie. zaczniemy porządną ofensywę – szepnęła konspiracyjnie. ale takie konflikty zostały już dawno za nami. – Jak na kompozytora to z tyłu wyglądasz nawet nieźle. aż ten podskoczył. – W zasadzie są równie niezależni jak ty czy ja. – Nie wiesz. I bardzo do nas podobni.

Sama nigdy nie widziałam. – Chcesz zobaczyć coś ciekawego? – Oczywiście – mruknął Will. to spytaj kogokolwiek. – Tak mówią. Czasem myślę sobie. Te stwory urabiają sobie ogony. – I tak.. – Jaszczury znają się na regeneracji. – Zaprowadzę cię do J’haia. Może nas niezbyt lubią. Są tak powolni i na oko naiwni. – Pokazała gdzieś na wschód. Gdyby jeszcze te jaszczury chciały walczyć. Jeden trzyma oprawę. jak oberwiesz. – Ale i u nas. ilu Leparów trzeba do wymiany fotoogniw? – Nie – mruknął Will. że robią żarty z konieczności. ale linii nie potrafiły odtworzyć. kto ciągle żartuje? Nawet Lepar załatwiłby takiego miśka – uśmiechnęła się. Na pewno nie chcesz broni? – Nie – odparł Will. Pocisk urwał mi rękę.. Ja też ich lubię. wybitnie kobiecą. choćbyś miał potem łazić z plastikowymi flakami. że oni wszystkich lubią.. około pięciu centymetrów powyżej dłoni. to jeśli tylko zostanie dość kawałków. – A co ze S’vanami? Myślałem. Podobno Ampliturowie umieją odtworzyć wszystko. Smukłą. Dziewczyna spoważniała.. żeby byli napastliwi. chłopie. Jak złościć się na kogoś. ale starają się jak mogą. tam widzę coś strzelającego.. – A wiesz. – Rzeczywiście. – Wózek zaczął zwalniać. że trudno nawet wrzasnąć na któregoś.. – Niczego nie widzę – stwierdził nieco skołowany Dulac. – Gdybyś mnie szukał. . żeby tylko wszystkim pomóc. drugi ładuje nowe ogniwo a trzeci pilnuje tych dwóch. – Dobra. ale nie dorównują w zręczności Hivistahmom. gdzie nie spojrzę. – Ja raczej lubię Leparów – stwierdził Will i sam zdumiał się swoim stanowczym tonem. – Nie widzisz? Nie ma linii. – Trzech.– Pomyślę o tym – wykrztusił z siebie Will i na wszelki wypadek szybko zmienił temat. a J’hai chce pokazać mi jeszcze resztę bazy i. jej dłoń była idealnie gładka. o tutaj – przesunęła palcem po nadgarstku. Wsiedli do pojazdu. żeby niczego nie zjedli – zachichotała. Zawsze są przyjaźnie uśmiechnięci. Wszyscy ich lubią. Naprawdę o nas dbają. – S’vanowie są mądrzy. Podsunęła mu pod nos swoją dłoń. Tych na palcach też nie mam. – Muszę to sobie przetrawić. – Szturchnęła go po przyjacielsku. jaszczury poskładają cię do kupy. – Dobra. – Przyjrzyj się. – Wyprostowała palce. – Nie bądź taki serio. Tacy są mali i słabi.

Niedorostek powinien mieć spokój. Dziwne. Udane pączkowanie to wielkie szczęście. ale niestety. istnieje poważna groźba. Potomek wyciągnął się. dużo spokoju. wykazując gotowość i posłuszeństwo. potem dookoła. One oddzielą się ostatnie. Cztery nogi tkwiły jeszcze w ciele rodzica. Miniaturowe słupki oczne wyłoniły się z fałdów ciałka i zalśniły wilgotnie. Jednak Probus był na tyle zdolny i bystry. i poruszył mackami. że dowództwo mimo to życzyło sobie jego obecności na najbliższej sesji. prawym okiem zlustrował narośl wystającą w dwóch trzecich długości nakrapianego pomarańczowo korpusu.Rozdział 21 Probus miał robotę do wykonania i dodatkowe obowiązki dość go irytowały. machając miniaturowymi czułkami. zawsze to więcej doświadczenia. Malec odpowiedział. Minie jeszcze trochę czasu. Musi nauczyć się panować nad swoimi układami – oddechowym i krwionośnym. Probus odnotował obecność całego dowództwa razem z sojuszniczą kadrą oficerską. Na razie mieli jeszcze trwać połączeni. ale Aurun . wydając w myślach stosowne polecenie. a będzie już w pełni uformowany i oddzieli się od ciała rodziciela. wiązało się zawsze z szeregiem niedogodności. straciliśmy Vasarih. Vasarih była zawsze niepewną placówką. Zajął miejsce z boku i przywitał się z pobratymcami. Komendant wystąpił przed wszystkich i Ampliturowie uspokoili swych zmutowanych przyjaciół. – Obudź się. że stracimy też Aurun. Może udział w spotkaniu da coś jego potomkowi. Spojrzał w górę. Probus starał się patrzeć na sprawę optymistycznie. które potrafiły objąć już co mniejsze przedmioty. Komendant przemówił głośno. Od razu wykształcony i dojrzały. Pokój był zatłoczony. Testus – powiedział. – Jak wszystkim wiadomo. Dla wygody ogółu przekładał lotne myśli na chropawy język dźwięków.

choć nie są zbyt odporni. w niewielkiej liczbie. Silni fizycznie. – Nie udało się dotąd sformułować właściwych kryteriów oceny tych istot. stanowią poważne zagrożenie. – Aurun możemy uznać za stracony. że są rdzennymi mieszkańcami tego świata. Najwidoczniej o tym ostatnim nie wiedzieli. Jednak ostatnie wydarzenia zawróciły ich z drogi szczęścia. Aurunianie porzucili zdegenerowaną Gromadę i otworzyli oczy na piękno Celu. Było ich mało. Znamy już takie przypadki. – Okazy ujawniły zdumiewające zdolności motoryczne. Gromada chroni ich jak może. . Taktyka i strategia Massudów jest dla nas czytelna. Ich działania pozbawione są logiki. Wyposażone były w standardowe uzbrojenie Gromady. A już czuliśmy się tam bezpiecznie. Jak można oczekiwać. – Przy ich boku Massudzi walczą lepiej. czego byśmy już nie znali. aż umysł Krygolita odzyska równowagę. Dalekowidzący poczekał chwilę. nic. Zdołaliśmy jednak zdobyć kilka żywych okazów. – Na przykład? – spytał Probus. – Gromada zyskała nowego sojusznika. ale nic ponadto. Być może potrafią wpływać także na Hivistahmów i S’vanów. który zajął miejsce mówcy. w zdumiewającym tempie opanowują systemy broni Gromady. dlatego gotowi byliśmy sądzić. nakazując jednocześnie potomkowi zdwoić uwagę. łączące w jedno prymitywną dzikość i zaawansowaną technologię. Te istoty mają dar integrowania innych wokół siebie. W rezultacie nie można praktycznie wyprzeć ich z utraconego terenu. że ich systemy nerwowe i mięśniowe są rozwinięte w stopniu nie spotykanym u ssaków. ale z nimi jest inaczej. Stosują nietypowe metody walki. Dalsze badania dowiodły jednak. Głos zabrał następny Krygolit. One dostarczyły nam najwięcej informacji.uważaliśmy już za świat opanowany. Poddanie sekcji kilku ciał nie wyjaśniło wiele. że istoty te pochodzą z jakiejś własnej planety. ale i tak zdestabilizowały sytuację na Vasarih. Każdy ich oddział zdaje się zachowywać inaczej i jakby niezależnie od woli wspólnego dowództwa. Można uznać ich za szalonych. Tak czy inaczej. a nawet elementarnego rozsądku. – Zwyciężaliśmy na Vasarih – odezwał się krygolicki oficer – gdy nagle pojawiły się te istoty. chociaż na razie to tylko nie potwierdzona hipoteza. wiemy tylko tyle. Żadnej superbroni. istoty wybitnie wojownicze. Najpierw pojawiły się one na Vasarih. – Komendant skinął na Dalekowidzącego. Są gotowi do osobistych poświęceń i zupełnie nieobliczalni. Zaobserwowano też pewne efekty uboczne. że na jednej planecie rozwijają się dwie rasy inteligentne. – Krygolici zaszemrali.

– Chcemy tylko poznać prawdę. Zatrzymała się równo z eskortą i omiotła spojrzeniem cały krąg obcych. Dziewczyna szarpnęła się w pętach. – Decyzje zapadną – mruknęło jednocześnie kilku Ampliturów. – Massudzi walczą razem z Ziemianami. Massudka odwróciła spojrzenie od pięknych. abyś powiedziała nam wszystko. z których jeden miał nawet niebawem rodzić. – Dalekowidzący podszedł do więźnia. – Wcale nie potrzebujemy strażników. Ze zdumieniem odnotowała obecność Ampliturów. – Kłopoty! Straciliście Vasarih – odparła Massudka z pasją i złote błyski mignęły w jej szarych oczach. – Ale to nie za waszą przyczyną. Owszem. ale trafiła plecami na zwalistego Molitara. Najmędrsi. jeśli możemy uczynić krok do przodu. czarnych oczu Amplitura. wszystkie oczy spojrzały na dwóch wyjątkowo olbrzymich Molitarów prowadzących między sobą nieco tylko niższą. by się z tobą spotykać. Probus . i spojrzała na innego Amplitura. – Jasne. – Nie zamierzamy cię zabić – szepnął Komendant. – Czego chcecie? Wątpię. damy im szansę jak wszystkim. Chcemy. ale po co mamy się cofać. – Przecież wiesz. Mieliśmy ostatnio pewne kłopoty na Vasarih. Pora na decyzje taktyczne. podejdziemy do nich z naszą zwykłą cierpliwością. otrzymawszy translator. Wiedziałaby jak jej użyć. zatem nie feruj pochopnych ocen. – Te istoty działają nazbyt skutecznie. – Komendant machnął wymownie czułkiem. Ten wycofał się i zrobił miejsce Probusowi. jednak nie tak pewnie jak przedtem. że nie cierpimy przemocy – upomniał ją Dalekowidzący. że nie ma żadnej broni. – Chcesz powiedzieć. Tylne drzwi stanęły otworem. kto walczy za was. Wy też znaleźliście kogoś. – Czas na Oświecenie – odezwał się Komendant. – Do pewnego stopnia masz rację – przyznał Amplitur. że chcecie – odparła Massudka. Ręce krępowała jej szybko schnąca pianka.Potrzebujemy rady. że wolicie wyręczać się innymi w walce? – Służymy sprawie na miarę naszych możliwości. – Nie możemy na to pozwolić. który stał nieruchomo za Komendantem. – Po co mnie przyprowadziliście? – spytała. lecz znacznie szczuplejszą Massudkę. To nasza wspólna wojna. co o nich wiesz. Massudka próbowała odsunąć się. byście chcieli narażać swe cenne skóry na szwank. tylko tych nowych istot. Pożałowała.

– Ta rasa nie zna technologii Gromady. z którymi przez cały czas pozostawał w kontakcie myślowym. Umysł Massudki reagował jak każdy inny. Zdwoimy wysiłki. Ta Massudka wiedziała tylko. Potem pojmana jakby omdlała. – Poradzimy sobie z tym. aby pokonać niebezpieczeństwo. jak ze wszystkim w naszej historii. – Nie wolno nam lekceważyć tego niebezpieczeństwa. aby podjąć działanie. aż Ampliturowie zakończą naradę. że Ziemianie pochodzą z jakiejś nader odległej okolicy. oczy uciekły jej w głąb czaszki. skąd pochodzą i czemu walczą u boku obarczonych dewiacją Massudów. nos. To było o wiele prostsze niż zwykłe przesłuchanie. – Weźcie ją teraz i dobrze traktujcie – powiedział Komendant. Czekam na propozycje. – Tym dziwniejszymi jawią się ich dokonania – zauważył Probus. nie trzeba było wysłuchiwać przekleństw czy protestów. Probus zwolnił uścisk. teraz wysiłki zostaną wzmożone. tego nikt poza samymi Ampliturami nie wiedział. – To dobry umysł. Trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o tych istotach. ale sytuacja tego wymaga – powiedział Komendant. Nie marnowało się czasu na pertraktacje z więźniem. Po ruchach czułków i szypułek ocznych można się było zorientować. – Za wszelką cenę musimy powstrzymać rozprzestrzenianie się tej zarazy. uszy i baczki znieruchomiały. Żadnych barier. uprzedzeń.skoncentrował się. Na chwilę zapadła cisza. Aszreganie i Molitarowie stali cierpliwie i czekali. któregoś dnia posłuży Celowi. pomyślał Probus. Gdy było już po wszystkim. . – Komendant wyraźnie lękał się czegoś. Prawie nie nadzorowaliśmy dotąd tej planety. – Gromada będzie kryła położenie ich macierzystego świata. Na świecie zwanym Motar założono bazę szkoleniową dla Ziemian. zahamowań. Umysł ma czysty jak biała karta. Gotowy do nauki. Probus wyjaśnił jeszcze sens zabiegu potomkowi i cofnął się między pozostałych pięciu Ampliturów. że dyskusja ma burzliwy przebieg. Jednak co przyniosła. – Ziemian jest mniej niż myśleliśmy – odezwał się jeden z szóstki. Niecierpliwił się. Massudka zadrżała i prawie upadła. Krygolici. – Wszystkie nasze niepowodzenia są przejściowe. ale Molitar ją podtrzymał. – Uzyskanie tej infomacji będzie nas wiele kosztowało – stwierdził senior grupy. Żadna przegrana nie jest ostateczna – dopowiedział Probus. W końcu Komendant przemówił. – Owszem.

Po drodze dyskutowali zawzięcie nad tym. Uprzednia niepewność zniknęła bez śladu. jej miejsce zajął świeży zapas entuzjazmu. aby ich sojusznicy czuli się nieszczęśliwi.Ampliturowie przekazali podwładnym sygnał. Tamci podziękowali i zaczęli wychodzić. po części sterowanego. . co właśnie widzieli. Po części prawdziwego. że narada dobiegła końca. ale przecież Ampliturowie nie mogli pozwolić.

Nie mamy jeszcze pewności. wybrał kombinację i wyciągnął otrzymany od obcych translator. Gromada nie może decydować za was. Teraz grupują siły w pobliżu P’hoh. To prowincjonalny świat. – W jaki sposób? – Nie wiemy dokładnie. Życie było piękne. Na nich będzie spoczywać odpowiedzialność za dalsze wasze działania. – Nie ma czasu do stracenia – odparł z powagą Kaldaq i usiadł na podłodze. ale P’hoh to najbliższa Ziemi planeta opanowana przez Ampliturów. Za nim stał T’var. – Podejrzewamy. – I co teraz? – Rada Wojskowa spotkała się już z Radą Generalną. gdzie ziemscy rekruci przechodzą wstępny trening. Potem już pójdzie. Postanowiono zawiadomić rządy Ziemi. co jest przyczyną tej koncentracji. Lepsza nawet od „Arkadii”. kantata zapewni mu pozycję. że gdy tylko wysłannicy Gromady opuszczą Ziemię. ale czy to takie istotne? Od pewnego czasu przejawiali wielką aktywność w rejonie Motaru. karaibskie słońce. niewart ani zdobywania. dalej poemat symfoniczny. . Następna będzie opera. Miał nadzieję. Koniec z nauczaniem głuchych na dźwięki panienek z bogatych rodzin Południa. Wszelkie myśli o muzyce momentalnie uleciały mu z głowy. Plecy oparł o stół nawigacyjny. ani obrony. Zobaczywszy gości. – Rozumiem – mruknął Will. utwór doczeka się wykonania.Rozdział 22 Kantata wymagała już tylko drobnej kosmetyki i Will wiedział. T’var gramolił się na fotel. Will wrócił do szafki z zamkiem cyfrowym. że Ampliturowie ustalili położenie Ziemi. Odgłos kroków na pokładzie skłonił go do wyjrzenia na jasne. – Co za niespodzianka w samym środku dnia? – powitał dowódcę bazy. „Arkadią” zwrócił na siebie uwagę. gdzie Kaldaq czekał już na pozwolenie wejścia do kabiny. – Och. że to najlepsza rzecz. jaką kiedykolwiek skomponował. Will opadł na kanapę naprzeciw Massuda.

– Te kilka tysięcy Ziemian. czego nie osiągnął nikt przed wami. Możecie szykować się do walki. Will zastanowił się. Will milczał. iż najpewniej nie powstrzymamy wszystkich lądowników wroga. – Wszystko zależy od tego. decydujące bitwy trzeba będzie stoczyć na powierzchni planety. możecie spróbować rozmów. Trzeba coś zrobić. Will schował głowę w dłoniach. chociaż Kaldaq nie rokował im szans na sukces. że tego nie . Napastnik był jeszcze daleko. – Nie zbierają sił bez wyraźnej przyczyny. – Ależ nie wiadomo jeszcze. – Spotkali was na Vasarih i Aurun – powiedział T’var. – Nie mogę sam podjąć tak ważkiej decyzji. Znacie się wystarczająco dobrze na prowadzeniu wojny. włącznie z Radą. Gromada pomoże wam bronić Ziemi. – Jest jeszcze inna możliwość. którzy tworzą wszystkie rządy. Jesteśmy pewni. jacy jesteście groźni. – Ampliturowie poznali was. Jeśli zdecydujesz i zażądasz. – Nie da się. czy tu przybędą – zaprotestował Will. Kaldaq spojrzał uważnie na Dulaca. A nuż uda wam się coś..– Myślałem że poczekacie z tym. Nie sądzę. z najlepszej strony. ale musicie zdawać sobie sprawę z zagrożenia. jak szybko uporacie się z przygotowaniami i ile czasu dadzą wam Ampliturowie. aż sprawa przydatności naszych żołnierzy stanie się jasna. Jeśli Ampliturowie tu przylecą. T’var musiał czuć to samo. by wiedzieć. czy sięgać po broń? Osobiście wolałby pertraktacje. – Nie. – Zatem musimy poinformować tych mieszkańców twojej planety. Wiedzą. szykuje się już do powrotu z Vasarih i Aurun. Bo na pewno nie chodzi im o jałowy P’hoh – zauważył od niechcenia T’var. przywiązują wielką wagę do twojej osobistej opinii. Nadal będziecie mieli wybór. Rozmawiać. że sprawa przybiera poważny obrót. aby chcieli rozmawiać. by wyszkolić następnych. Ale Bóg mi świadkiem. że wasze armie zrobią co w ich mocy. że było to widoczne mimo gęstego zarostu. A co z muzyką? Co teraz? – Dobra. ale z pomocą weteranów pójdzie im o wiele łatwiej. – Do Willa dotarło. że tak powiem.. – Może wciąż nie wiedzą o Ziemi. T’var pokręcił głową tak intensywnie. Jak wszędzie indziej. którzy znają systemy walki i broń Gromady. Wszyscy.

– Kocie oczy spojrzały chłodno na kompozytora. że znajdą się i tacy. – Jak najszybciej. Mówiłeś o nieobliczalności Ziemian i nie myliłeś się. Stary scenariusz.chciałem. ci szybko przyjmą bezkrytycznie każde słowo Ampliturów. ma prawo wiedzieć o niebezpieczeństwie i przygotować się tak. że ostatecznie przekonałeś mnie o waszym pokojowym usposobieniu. Ja jestem muzykiem. Kaldaq i T’var zostawili Ziemianina sam na sam z myślami. gdyby udało się go przekonać. iż ci będą myśleć za całą resztę i rzadko wyrabiają sobie własne zdanie. którzy za nimi pójdą. Opóźnialiśmy oficjalny kontakt i twoje skrupuły nie były tu bez znaczenia. jak będzie. – Może jednak nie. – Kiedy zaczniecie zawiadamiać rządy? – mruknął Will. co trzeba. jak się do tego zabrać. Jestem zarządcą. Na żadnym innym świecie nie mogło by się to zdarzyć. Wiesz. Kaldaq uniósł się miękko z podłogi i pochylił głowę. tylko zaczną przekonywać. Daj mi chwilę do namysłu. aby zrobić wrażenie. komu grozi napaść Ampliturów. Jednak każdy. Nie moja to sprawa. jak sam uzna to za stosowne. Jeśli dotrą do ziemskich przywódców. Pamiętasz wszakże incydent z zaginioną bronią. Może nawet twoje będzie na wierzchu. Jeśli Will Dulac dobrze zna swoich. – No i proszę. Wróciwszy do bazy S’van podniósł głowę i popatrzył na o wiele wyższego Massuda. jak rozmawiać z politykami. Robimy wszystko. Nie mamy żadnej praktyki w obcowaniu z tak osobliwą strukturą socjopolityczną. Pomyślę. Trzeba im przeszkodzić. ty zarządcą. ale nie zaatakują. Przylecą w dość dużej sile. że Ampliturowie i tak w końcu was znajdą. by nie wyrżnąć ciemieniem w sufit. – Ja bym się tak nie przejmował. Jednakże w kwestii militarnej mnie nie przekonałeś. że doradzisz nam. Nie wiem. – Ostrzegaliśmy. że Ziemianie oczekują od swoich przywódców. czego chyba wciąż nie rozumiesz. Na dodatek z naszych badań wynika. Tylko boję się. – Byłoby dobrze. oceniać takie rzeczy. Mam nadzieję. czy dzisiaj zasnę. – Już kilka lat temu mówiłem. to wie. – Pamiętaj. Muszę przyznać. Sprzedadzą tę całą swoją filozofię Celu. chociaż dla Ampliturów nie ma to żadnego znaczenia. W dalszej perspektywie działamy też dla dobra . – Wiem. aby uratować nasze gatunki. że każdy dzień przybliża nas do najazdu.

– Nie skłamaliśmy – stwierdził T’var. Rozeszli się. – Pojadę z tobą – powiedział niespodziewanie Kaldaq. Ale wolałbym w pełni uczciwe postawienie sprawy. każdy do swoich zajęć. – Najpierw pomyślą. że nader łatwo wywołać u ludzi reakcję szokową. – Znasz nas dłużej niż ktokolwiek tutaj – pocieszył go Tvar. – Pokaz siły. – Nikt nie zawiera sojuszy z Ampliturami. Wyobraź sobie Ziemian walczących u boku Molitarów i w sojuszu z Ampliturami. chcielibyśmy ujawnić się jednocześnie przed reprezentantami wszystkich ważniejszych szczepów – dodał Kaldaq. kapitanie: załóżmy. weźmiemy jeszcze Hivistahma. Ale macie rację. – Poradzisz sobie równie dobrze. oni wszystkich tylko wykorzystują. T’vara i Z’mama. – Obawiam się. i tak nie uwierzą w żadne filmy czy zdjęcia. ostatecznie będą musieli . że brak mi genialnych pomysłów. włochaty doradco. że zwialiście z planu zdjęciowego. – Na Vasarih słyszałem o jakimś rosyjskim oficerze – podsunął Will. Niezależnie od nas. a my chcielibyśmy. – Prędzej czy później wojna zawitałaby i tutaj. A wy do czego doszliście? – spytał Will i spojrzał na obecnych w pokoju Kaldaqa. znał się na politykach. Taka delegacja będzie chyba dość przekonująca? – Nie od razu – mruknął trzeźwo Will. – Soliwik poruszyła uszami. Niemiła wizja. – Zapewne. – Aby nie naruszyć równowagi politycznej. żeby dokumentował spotkanie i Waisa. – Zapewne przyda się. – To rozumiem.Ziemian. Will pochylił się do przodu. Soliwik. Był radnym miejskim. – Wciąż nie możemy się oswoić z istnieniem na tej planecie wielu równorzędnych przedstawicielstw władzy. gdyby były trudności z konwersacją. czy jeszcze inaczej? – Wyniki badań sugerują. – Ale jak mam przekonać wszystkich? Cokolwiek pokażę. ale masz rację. że Ampliturowie odkrywają ten świat przed nami. Że też nie ma tu stryjka Emila. – I pomyśl jeszcze o tym. czy po jednym lądowniku na każdą ważniejszą stolicę. oparcie posłusznie podążyło za jego plecami. aby pierwszy kontakt miał charakter osobistego spotkania. Mało spał ostatniej nocy. – T’var też. bardziej niż ja.

ale nikt nie wyśle armii poza planetę. siadanie na trawniku przed Białym Domem to nie jest najlepszy pomysł. Lepiej nie wzbudzać paniki. gdy Z’mam go uprzedził. – Tacy już jesteśmy – mruknął T’var przepraszającym tonem. Kapitan uznał. – Wiecie co. przed Biały Dom. że wzbudzicie powszechne przerażenie. że ja się mylę. Wybierzmy jakieś takie miejsce. – No to znasz miasto lepiej niż ja. Will zastanowił się raz jeszcze. – To trzeba załatwić osobiście. Wasza telewizja jest na tyle prymitywna. Jeśli okaże się. Kaldaq zerknął na przysadzistego ludka. Gdy dowiedzą się o wojnie. Kaldaq już chciał odpowiedzieć. a wy macie rację. – Wiemy. – Na razie to starczy – mruknął S’van. – A jakoś się nie palimy. to koniec. Will westchnął głęboko. gdzie to jest.. do Smithsonian Institution. . – Będziemy o tym pamiętać. że od razu uznają wasze racje. że niezwykłe okoliczności w pełni uzasadniają pominięcie protokołu. pokój i zjednoczony świat. – Nisko się cenicie. Osobiście mógłbym cię zaprowadzić pod pomnik Lincolna.. byście odlecieli. nie zablokuje informacji ani nie wykorzysta jej do własnych celów. że łatwo oszukać widza. – Czy wasz pojazd atmosferyczny doleci do Waszyngtonu? Pokażę wam na globusie. – Tego akurat Will był więcej niż pewny. – Owszem. Will uśmiechnął się krzywo. – Może gdyby dostać się jakoś do telewizji. gdzie leży Waszyngton – stwierdził S’van. Szlag trafi sztukę.. muzykę. – zastanawiał się Will. jak daleko sprawy zaszły. Biorąc pod uwagę. – Znaczy gdzie? – spytał T’var. niektóre kraje mogą zmobilizować siły do obrony. my też nie próżnowaliśmy. – I dobrze o tym wiesz.zaakceptować oczywistość. Ludzie mają sporą skłonność do zachowań paranoidalnych. to my – powiedział S’van. zażądają. – Nie – przerwała mu Soliwik. – Ale może być i tak. gdzie rząd nie będzie miał wiele do powiedzenia. – Wy potrafilibyście żartować sobie nawet z końca świata. no. – Gdy ty siedziałeś nad swoją muzyką. Zobaczycie. ale nic nie powiedział. to może i lepiej. Jeśli ktokolwiek ma do tego prawo.. Samo zagrożenie nie przesądza jeszcze agresywnej reakcji. To nie znaczy.

.– Chyba już wiem.

W drzwiach stała młoda asystentka. skoro sezon zaczyna się dopiero w listopadzie? W progu pojawił się rosły i łysy mężczyzna po pięćdziesiątce. oczy wielkie. że obśmiałem się jak norka. hę? Ja nie łażę całymi dniami po bankietach i przyjęciach dobroczynnych. – Ale na dachu jest latający talerz. Widzisz? – Ostentacyjnie uniósł kąciki ust. – I to wszystko wyjaśnia? – Niezupełnie. Znów Kambodża? Co tym razem? – To nie Kambodża. że nazywa się William Dulac i że jest z Luizjany. że to nie twój pomysł? – Nie. Asystentka odetchnęła z ulgą i usunęła mu się z drogi. przekonanych. Razem z nim jest czterech obcych. jakby ujrzała ducha. – Nieźle. – A co oni tam robią. Wrócił do pracy ale zaraz znów spojrzał na drzwi. jak niektórzy. – Jeszcze tu jesteś? – Sir? Ale na dachu naprawdę jest latający talerz. że właśnie trafili na temat swego życia. Sir. kto to wymyślił. Starszy pan spojrzał z rozpaczą w ekran komputera. panie Benjamin. Starszy pan oparł się w fotelu obrotowym i założył dłonie za głową. Niby jak mam to skończyć. Robię ostatnią korektę niedzielnego wydania i nie życzę sobie ciągłych wizyt geniuszy redakcyjnych. sir – wyjąkała asystentka. sir. to skończy w dziale nekrologów. – Niech zgadnę. na twarzy miała niezdrowy rumieniec.R. . że to kawał na jeden raz. – Ale przekaż też. – Wiem.Rozdział 23 – Mister Benjamin? Sir? C. sir. Benjamin spojrzał pytająco na przybyłego. że jednak coś istotnego. że na Karaibach czeka ich o wiele więcej. Z człowiekiem w środku. ale ja naprawdę wydaję gazetę. Powiedz temu. Może trudno to sobie wyobrazić. Jak ktoś znów zacznie mi zawracać głowę. On mówi. Mówi. Bo rozumiem. Benjamin spojrzał znad biurka. – Mam nadzieję.

Bo wiesz. – Naprawdę. na końcu jakiś człowiek. jak się nazywasz. wszyscy piszą tak samo. zaś asystentka pisnęła dziwnie i schowała się w kącie.– Marcus? Tylko nie mów. Ale bądź łaskaw zamknąć drzwi. Na korytarzu narastał harmider. a poruszało się jak nerwowy baletmistrz.R. – Zerknął na szefa działu miejskiego. Ponadto miało na sobie dopasowany kombinezon z rękawami kończącymi się na łokciach i kolanach. że musiało pochylić się przy pokonywaniu framugi. Ostatecznie spojrzał na istotę ludzką. na tyle wysokiego. ale tego redaktor zdawał się nie słyszeć.. Proszę bardzo.R. – Nikogo nie wzywaj.. dalej kroczył struś w modnym wdzianku. że też dałeś się w to wrobić. zębata morda zaczęła intensywnie niuchać. Ten talerz nie jest duży. – Rozumiem. Benjamin spojrzał w milczeniu na gości. czy na dachu mojego budynku faktycznie stoi latający talerz? – To tylko pojazd atmosferyczny – odparł Will. synu? . Z wierzchu było jakby trójkątne i porośnięte gęstym. – Czy mam wezwać ochronę? – spytał rozpłaszczony na boazerii szef działu miejskiego.R. – Co to wszystko ma znaczyć? – Benjamin zerwał się z fotela. szarym futrem. C. i pas z przywieszonymi doń jakimiś przedmiotami. ale w porze lunchu! Szef działu miejskiego wsunął się do pokoju. To coś było ubrane inaczej i miało inne wyposażenie. jacy są ludzie. – Nie życzę tu sobie żadnego zamieszania. Ten przytaknął i oczyściwszy framugę z gapiów. Marcus. C. To dlatego tak trudno dziś o naprawdę dobrych skrybów. Do środka weszło coś wysokiego. Zaraz potem przez próg wtoczyło się coś na kształt dinozaura bez ogona. Długie ręce zwisały prawie do podłogi. – Powiedz mi. ale śmigłowcem byś go na dach nie wpakował. Zawsze szukają podobieństw. – To dzieje się naprawdę – zahuczał niskim głosem szef działu miejskiego. Jako trzeci obiekt ukazał się muskularny i włochaty karzeł. – Czy tu już w ogóle nie można pracować? Tylko żarty wam w głowie. – I nie jest wcale w kształcie talerza. C. odciął gabinet od reszty świata. Benjamin siadł powoli. panie. młody człowieku.

być może słowa wdzięczności. co widzę i słyszę. ani to nie jest kawał. Ci tutaj – wskazał na swych milczących towarzyszy – naprawdę przybyli z innych światów. Benjamin machnął ręką. że starszy pan wykazuje zdumiewające opanowanie. synu. Benjamin chrząknął. Każdy reprezentuje osobną rasę zjednoczoną w federacji zwanej Splotem lub Gromadą. – Sądząc po hałasach.R. że mówisz prawdę. a dla dziennikarza to za mało. i że nie ma tu nic ciekawego do oglądania. że nasi recenzenci skopali ich ostatnie kawałki. Benjamin zatarł ręce teatralnym gestem. – A gdybyś był teraz w Nawlings. Asystentka ulotniła się z własnej inicjatywy. – Rozumieją pańskie niedowierzanie. – Lubię. Nie jesteście z sieci Foxa? Wiem. Szef działu miejskiego wymamrotał coś. to jesteś blagierem z Południa. że dasz mi czas i sposobność. – Oto mamy zatem z dawna oczekiwany pierwszy kontakt. zetknęli się już bowiem z tym na wielu innych światach. – Oyster po’boy. Ani nie jesteśmy od Foxa. nie zostałby redaktorem naczelnym jednej z najważniejszych gazet w Stanach. Wydawcę zatkało. powiedz tym ludziom.– Dulac. ale odpowiedział. sir. – Marcus. A teraz. – Zatem faktycznie pochodzisz z Luizjany. i wyrwał na zewnątrz. by wracali do pracy. co byś najpewniej wziął na lunch? Will zmarszczył czoło. bym to wszystko sprawdził? Na razie muszę polegać tylko na tym. – Zakładam. Chociaż z drugiej strony. Will musiał przyznać. To pozwala oszczędzić na korespondentach. William Dulac. – Nie. jak tematy same przychodzą do biura. – Załóżmy na chwilę. jeśli to jakiś kawał. C. a to już coś. na korytarzu musiał zebrać się już całkiem spory tłum. Wydawca z aprobatą pokiwał głową. Ten Splot to coś w rodzaju Wspólnego Rynku? – To federacja niezawisłych i samorządnych światów zawiązana dla ułatwiania handlu. Jeśli jesteś blagierem. bezbłędnie posługując się angielskim. wymiany myśli i wzajemnej obrony – odparł Wais. tylko prawdę i całą prawdę. gdyby tak nie było. to oświeć mnie. – Benjamin . – Moi przyjaciele gotowi są poddać się badaniom lekarskim – zapewnił go Will.

. nawet jeśli to nie jest pierwszy kontakt. czemu właśnie w ten sposób? Nie żebym miał jakieś obiekcje. Oni są tutaj już od paru lat. sir. – Ten z piórami lepiej mówi po angielsku niż cały mój dział sportowy. – No. to i tak bomba. Jeśli to nie kawał. Od paru tysięcy lat nikt nie miał lepszego tematu do wstępniaka. to dobrze wybraliście. organ innego wielkiego szczepu – wyjaśnił Wais. sir. Ja gadam trochę po ichniemu. – Dobra. Ale. Jakim cudem młodzieniec z Luizjany trafił między. Gdyby rzecz zależała ode mnie. niestety. Obserwują. jeśli mogę spytać. „New York Limes”? – Nie. które nosił na szyi. sir – przerwał mu Will. bowiem trzeba opowiedzieć wszystkim ludziom o paru sprawach. Benjamin wskazał na Waisa. – Najpierw najważniejsze. – Zaraz wszystko wyjaśnię. sir. niemożliwe. chętnie dalej trzymałbym wszystko w sekrecie. z niektórymi nawet współpracują w tajemnicy. – Wiadomość musi jak najszybciej pójść w świat. – „Izwiestia”. – Sir.. Ale ciebie znaleźli chyba już kilka dni temu. że nie ma pan monopolu na te informacje. ich są setki – wtrącił Will. że dowiem się zaraz. ale to już. że mieliście swoje powody. Muszę zaznaczyć. młody człowieku? – To nie tak. Poza tym mamy translatory. Domyślam się. panie Dulac. – Wskazał na urządzenie.wyłączył komputer i uruchomił dyktafon. sir. I pewien jestem. – Aha. Zakładam. badają. Nieocenzurowana i kanałami niezależnymi od rządu. Pomożemy wam więcej niż chętnie. że są aż cztery. Nie sądziłem. – I to od razu z czterema obcymi rasami.. sir. Dziękuję panu. Chyba nie wejdziemy sobie w paradę. – I wszystkie one nabrały nagle ochoty na oficjalne spotkanie w moim gabinecie. – Setki – mruknął zmieszany Benjamin. że szybko mi je wyjaśnicie. A wy przynosicie mi go na tacy. – Tak. – Lingwistyka to domena Waisów. Jesteśmy tutaj. – Rozumiem. – Och. Niemniej wszyscy tu obecni władają do pewnego stopnia ziemskimi językami.. – Tak. skąd ta tajemniczość. – I bardzo dobrze. aby postąpić właśnie w ten sposób. to nawet nie będziecie . – Szczepu? – Benjamin aż uniósł brwi.

– mruknął pod nosem Will. Żeby zniechęcić ludzi do udziału w imprezie.musieli wykręcać mi ręki. Ampliturowie. – Przepraszam. wyczekujące spojrzenia całej czwórki obcych. Pytanie brzmi: czy mamy tylko siedzieć na tyłkach i czekać. nie wszystkie z nich są przyjazne. – Słucham? – Benjamin spojrzał po rozmówcach. – To nie nasza wojna. żeście się kiedykolwiek urodzili. to pożałujecie. Wyraźnie przetrawiał usłyszane sensacje. – Wspomniałeś o setkach inteligentnych ras. – Nie wiemy jednak. ale w pełni zrozumiałą angielszczyzną. że te wrogie istoty. czy przybędą walczyć czy rozmawiać. – Powód naszej obecności. Gdy ptakowaty skończył. – Jeszcze nie teraz. Zdecydowanym ruchem wyłączył wszystkie nachalnie mrugające światełka konsolki na biurku. – Wspaniale. synu. ale to jedno rozumiał i bez tłumacza. redaktor zamilkł na dłuższą chwilę. Oczywiście. – Współpraca z panem leży w naszym interesie – dodał Kaldaq nieco chropawą. aby ci pomogli im w walce. W ten sposób zdążymy napisać kilka słów. – Owszem. że to pomoże w pertraktacjach.. Członkowie Gromady nie mają ochoty na pranie mózgu.. Nie potrafił odczytać wyrazu ich dziwnych twarzy. co z tego wyniknie? Może lepiej przygotować . – Ptasi gość powiedział. – Nie musimy się angażować – powiedział Will przerywając ciszę. jeśli okaże się. sam oddam wam pierwszą stronę jutrzejszego wydania. – Co gorsza. Nie jesteśmy członkami Gromady. i dlatego Ampliturowie pchają się do nas już teraz. To szokująca wiadomość. Benjamin odnotował zdumione. – Już żałuję. Will pozwolił Waisowi opowiedzieć całą historię konfliktu między Ampliturarni a Gromadą. Nie macie nic przeciwko fotografiom? – W żadnym wypadku – odparł Wais. Może w ogóle nie przylecą? – Nie synu. najpierw trzeba go upewnić – odparł po massudzku Dulac. przerabiają wszystkich na swoją modłę. dorzucimy opinie ekspertów. to nie są dobre pytania. zrobimy trochę zdjęć. – powiedział Kaldaq do Willa. Po cichu rekrutują ludzi. – Coś w tym rodzaju – przyznał Will. że to jednak podpucha... Benjamin przymrużył oczy. że to nie żarty. Mając nadzieję.

– To nie jest konieczne. nie żądanie. Nie jest ich wielu. że nie popieramy nawet tak zwanych „chirurgicznych interwencji” przeciwko baronom narkotykowym. – Chwilę. Jednak z drugiej strony wcale mi się ci Ampliturowie nie podobają. aby translator na pewno przełożył dobrze każde słowo. Nie możemy rzucić ich rodzinnej planety na pastwę Ampliturów. którzy mają karki.się najpierw na każdą ewentualność? Postaraj się dobrze mnie zrozumieć. – Kaldaq mówił powoli. Nie sądzę. że przybycie Ampliturów jest wysoce prawdopodobne i że na ten wypadek dobrze byłoby przygotować wasz świat do obrony. Nie powiedzieliśmy. – Od paru lat kilka tysięcy Ziemian walczy u naszego boku. sam powiedziałeś. postanowią jednak . – Tu nie ma żadnego altruizmu.. że to wy musicie go bronić. jakiego dotąd spotkałeś. – Robimy to dlatego. panie Dulac? Will poczuł. Niektórzy oddali życie w służbie Gromady. – A jeśli ten chłopak Kajunów ma rację? – Redaktor wskazał na Willa. – Stwierdziliśmy tylko. – Musicie się do nas przyłączyć – powiedział Kaldaq za pośrednictwem translatora. będę optował za podjęciem przygotowań do skutecznej obrony. Jeśli czytasz naszą gazetę. jestem najbardziej pokojowo nastawionym do świata człowiekiem. – To dość altruistyczne podejście. abym życzył sobie takich wychowawców dla moich wnuków. Czy ma pan coś przeciwko temu. ale odgrywają znaczącą rolę. – Czyżbyśmy mieli tu do czynienia z niejaką różnicą poglądów? Mniejsza z tym. Poza tym dostrzegamy niebezpieczeństwo związane z poddaniem was Ampliturom. że gdy ludzie dowiedzą się o konflikcie. – Czemu mielibyście nadstawiać za nas karku? Znaczy ci z was. W razie konieczności Gromada podejmie wszystkie niezbędne działania. Ale nie pojął jeszcze znaczenia tego faktu. Cokolwiek zostanie postanowione. to wiesz. że kilka minut rozmowy ze starszym panem obróciło wniwecz jego wieloletnie starania. To sugestia. – Przypuśćmy. o ile nie za jej sprawę. – Choćby dla własnej ochrony.. – Nie należymy do waszej federacji – zauważył Benjamin. że niektórzy z was oddali nam spore usługi i mamy nadzieję na jeszcze większą pomoc w przyszłości. Zdumiony Will spojrzał na Kaldaqa.

Ktoś mniej opanowany dawno już chodziłby po pokoju. poczucie piękna – odezwał się Will. że nie uda nam się przekonać ich. – Będą walczyć na otwartym terenie tak długo. – Albo popiera się ten ich Cel. aby wymusić kapitulację – wyjaśnił Kaldaq. – A jak ty sądzisz? – spytał Hivistahm. – No i proszę! – krzyknął Will. – Nie chcą was wygubić. od czego ci Ampliturowie zaczną. – Ale przecież oni mają własną sztukę. – Potem będą chcieli nawiązać bliski kontakt z waszymi przywódcami. nie znam się na militariach. Macie jakieś pojęcie. Ze będą sobie życzyć. że większość walk toczy się na powierzchni planet i że praktycznie nie można powstrzymać sił inwazyjnych przed lądowaniem. aby zostawili nas w spokoju? C. aby wpłynąć na ich umysły. – Czemu nie możemy podzielić się z nimi tym dziedzictwem. – Jeśli wszystko. Jeśli im na to nie pozwolicie. Ja jestem tylko tłumaczem. Reszta obrońców składałaby się z Massudów wspieranych przez inne rasy. źródłami energii i dystrybucją żywności. – Kaldaq zrobił kilka kroków. W razie pełnego niepowodzenia uznają was za skrajnie niebezpiecznych i zdecydują się na eksterminację.R. – Kapitan komandor Kaldaq może podać przykłady. – Jaka będzie opinia większości populacji? – Nie wiem. gdy już tu przylecą? – Najpierw spróbują rozmów – wyjaśnił Kaldaq. Będą chcieli przejąć kontrolę nad instalacjami wojskowymi. Siły Ampliturów nie wylądują na terenach zurbanizowanych. Nie potrafił tak długo stać nieruchomo w jednym miejscu. albo jest się wrogiem. abyście się wszyscy wynieśli. ale podporządkować sobie – dopowiedział T’var. których mieszkańców będą starali się oszczędzać.nie brać w nim udziału. – Dokładnie. – Kto mówi. postarają się narzucić wam swoją wolę siłą. Na dodatek mogę sobie jakoś wyobrazić reakcję mieszkańców tego jednego kraju. jest prawdą. to raczej nie ma co liczyć na pozytywny wynik negocjacji z tymi stworami. Od tego są badania opinii publicznej. zamiast walczyć? . Benjamin podrapał się po czole. – Zgadza się – powiedział Wais. co słyszałem. – Brzmi to cywilizowanie – mruknął Benjamin. – Ptakowaty mówił. aż unicestwią wszystkie wysyłane przeciwko nim siły. którzy znają już nasze systemy broni. – Jak moglibyście nas bronić? – Możemy sprowadzić z powrotem kilka tysięcy Ziemian.

Ale nie wiem. zadzwoń do Prestwicka z CBS. mam rację? – spytał Benjamin. Może ustalmy teraz. – Postaram się. całą pierwszą stronę? – Właśnie. – Panie Benjamin.– Podejrzewam. Myślę. – Jak dla mnie. że ludzkość jest czymś unikalnym. Mattie. Potem połącz mnie z sekretarzem prasowym prezydenta i postaraj się złapać generała Maxwella z Pentagonu – uśmiechnął się do gości. że ma zwolnić dla mnie całą pierwszą stronę. Zrobimy wydanie specjalne. że cała ich sztuka nastawiona jest na opiewanie wspaniałości Celu. – Tak. co . Powiedz Elenie.. że dziś pracuję do późna. że mamy szansę na powodzenie. – Nic panu nie jest. – Tak czy inaczej. gdy redaktorzy się ze mną nie zgadzają.. ale myślę. oparł wygodnie w fotelu i złożył ręce na brzuchu. – Dopilnować.. tylko winieta zostaje. ani do ciebie. – Od iluś lat nasi goście wmawiają mi. Mattie. Will słyszał nawet przytłumiony gwar w tle. Przecież większość z was nawet nie zna Ziemi. panie Benjamin? – Bez paniki. Przekonajmy o tym Ampliturów. z „Washington Post” ma pilną sprawę. Gdy już załatwisz co trzeba. – Jak go złapiesz. ale. – Kim są ci. – Wyłączył się. Zwykle nie wpuszczają tam gości. czy możemy wymagać od całej waszej gromadki – zwrócił się do obcych – żebyście dla nas walczyli. Chociaż nie. to powiedz mu. aby zorganizował zebranie szefów Połączonych Sztabów. Taki homogenizowany. jednorodny świat jakoś mnie nie kusi. Po drugiej stronie zaraz odezwał się jakiś podniecony głos. Nie lubię systemu nakazowego.? – Pytania później. a na koniec zadzwoń jeszcze do mojej żony i przekaż. widząc protesty Willa. że C. – Może. – Tyle na razie. Panuję nad sytuacją. aby was wysłuchano.. – Słyszał pan już wszystko. rzecz jasna – dodał. jestem mu to winien.R. – Ależ nie możemy mieć pewności – zaprotestował Will. To ożywia sprawy. Co zamierza pan zrobić? – spytał T’var. że tym razem zrobią wyjątek. I jeszcze masę miejsca w środku. tak będzie łatwiej. ani do nikogo w tym pokoju. – Włączył stojący na biurku interkom. – Pochylił się ponownie do interkomu. lubię za to. – Mamy kilka minut. sir. decyzja nie należy ani do mnie. Reszta później. Teraz musimy złożyć numer.. że nie ma w całym kosmosie równie niezwykłych istot.. to zbyt restryktywne podejście. wróć. Na tym polega moja praca. może. O ile dojdzie do jakiejś walki.

aby to przewidzieć. gdy strzela się do ludzi. Zdumienie. Naoglądał się pan starych filmów z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Nie było szansy. Kilka dni potem. że uwierzą w choć jedno nasze słowo? – Oczywiście. jak rozmawiać z obcymi. Wymażą wszystkie myśli. Każdy (i każda) z nich miał swoje pięć minut przed kamerami. a świat zaczął się mobilizować do odparcia potencjalnego zagrożenia. debata i co? Opór? Reakcja była o wiele bardziej złożona niż Will mógł przewidzieć. Pewien zbieracz trzciny cukrowej z Trynidadu powiedział: „To nie to samo jak wtedy. a ja za minutę wezwę kilku biologów. A w Gromadzie płacili mi dobrze. że nas wysłuchają? – spytał Will. Specjaliści Gromady cierpliwie tłumaczyli. Nie minęło wiele czasu. że w Galaktyce są setki inteligentnych ras oraz że od tysięcy lat toczy się w niej okrutna wojna. To inny świat. – Sądzi pan. jak i w sercu Afryki. Całe to towarzystwo ma pusto we łbach. tylko prostymi ludźmi. a nie chcemy. O ile na początek poznają wyniki badań. ale i to. gdy ludzkość dyskutowała wciąż w najlepsze. aż świata nie będziecie widzieć poza tym ich Celem. czego naprawdę może oczekiwać. które . nagle zmęczony całą sytuacją. którzy zaraz rozjeżdżali się w rodzinne strony. chociaż powody po temu podawali rozmaite. Amplitury ich przerobiły i was też przerobią. Nie byli ani politykami. gdy powie pan politykom. Niech pan zwróci uwagę co będzie. jak was dopadną. Will i jemu podobni mogli tylko patrzeć bezradnie. ani zawodowymi żołnierzami. czemu nie da się zastosować żadnego wczesnego ostrzegania i dlaczego nie można powstrzymać wroga zanim wyląduje.powiecie przedstawicielom władz. ale ja potrafię gadać z politykami. Ludzkość musiała przyjąć do wiadomości nie tylko rewelacje dotyczące pierwszego kontaktu. żeby zrozumieli nas opacznie. I Molitarowie i Akarianie. Równie dobrze mogło to nastąpić na Manhattanie. to o wiele lepsze niż ścinać trzcinę”. – Myśli pan. Pan wie. Jedno było pewne: Ziemi nie groziło bombardowanie z orbity. Starszy pan budził zaufanie. panie Dulac. ale Will nie wiedział. Niezadowolenie okazywali tylko nieliczni. jak początkowe zamieszanie przeradza się w gorączkę bitewną. na Ziemię zaczęli wracać setkami weterani z Vasarih i Aurun. Ci Krygolici są paskudni. pozostali chwalili sobie przygodę. Aszreganie mają okropnie śmieszne gęby. że identyczne spotkanie odbywa się właśnie na Kremlu.

że prawie jeszcze nie wiedzą. Potrzeby frontów spowodowały. Massudzcy specjaliści pracowali wraz z ziemskimi strategami nad planami kontruderzeń. opierając się obok o barierkę galeryjki. Tubylcy uczyli się szybko i organizacja globalnej obrony postępowała wielkimi krokami. Wielu pomniejszych przywódców też miało żal. jak zintegrować obie armie. jakby był to świat należący do federacji. Będą musieli uczyć się na błędach. – Ampliturów czeka spora niespodzianka – powiedział Kaldaq. – Nie możemy liczyć tylko na to. – Spodziewałem się. że nie przedyskutowaliśmy tego najpierw z nimi. Ampliturom nie . Dowództwo nie chciało marnować czasu. Po raz pierwszy w wojowniczej historii ludzkości wszystkie armie świata zjednoczyły się przeciwko wspólnemu wrogowi. iż Rosjanie i Amerykanie powarczą trochę na siebie. tyle lat wzajemnego szpiegowania musiało dać efekty: Świetnie wiedzieli. ale co innego słyszeć. – Zawahał się. Na dodatek przyjdzie im borykać się jeszcze z tutejszymi przedziwnymi warunkami geologicznymi. To oznaczało. – Miałem nadzieję. W ciągu kilku miesięcy na wysokie orbity błękitnej planety weszło kilkadziesiąt jednostek wojennych Gromady. że lądy jakiejś planety dzielą się na kontynenty. jak technicy rejestrują do późniejszych badań kilkadziesiąt programów telewizyjnych jednocześnie. – Raz. że przede wszystkim to was należy bronić przed waszą własną nieobliczalnością. No tak. co innego ujrzeć to na własne oczy i walczyć w tych warunkach. mam wrażenie. dwa. że prezydent kręcił nosem na wasze statki. przyjacielu. że Ampliturowie będą musieli wywalczać sobie dojście do Ziemi tak samo. że więcej ludzi będzie protestować przeciwko zbrojeniom – roześmiał się gorzko. Jeden za drugim olbrzymie transportowce materializowały się na orbicie. Jednak Hivistahmowie i Yula dopilnowali. jak wygląda wasz świat. nie przysłali kontyngentu bojowego. tylko wymogi taktyczne. Will siedział w rozbudowanym centrum łączności bazy. jakbyś nie był zadowolony. – Nie on jeden. Nam zaś nie polityka była w głowie. że Massudzi mogli jedynie pomagać w szkoleniu miejscowych sił. Patrzył. a tymczasem padli sobie w ramiona. – Owszem. – Słyszałem. aby na Ziemię trafiło dość broni. – Spojrzał na Kaldaqa. – Czasem zaczynam myśleć. że dysputy potrwają nieco dłużej. że mają szmat drogi do pokonania. Will.spotykało nierzadko mniej rozwinięte cywilizacje.

że musi rozproszyć siły na sześć kontynentów. Energię uzyskujecie z tysięcy mało wydajnych. Dopiero gdy napotka jakieś silne pole magnetyczne. ale ich nie znajdą. gdy wyjdzie z podprzestrzeni i zrozumie. Słyszałem. Chociaż teraz zadziała to na waszą korzyść. ale na płyciźnie pojawią się nad nim charakterystyczne zafalowania. nie będą mieli łatwego zadania. krwiożercze potwory z kosmosu. Will wzruszył ramionami. – Ampliturowie nie mają wyłupiastych oczu. Pomyśl tylko o próbie opanowania głównych źródeł energii. Ale Ampliturów zdziwi to nie mniej niż nas. I jeszcze ta nieprzewidywalna pogoda.będzie łatwo. kiedy przybędą? – Z Ziemi niestety nie. nie marnując czasu na konflikty. Kaldaq nie zrozumiał żartu i zdziwił się bardzo. Za złoto. – Większości Ziemian przychodzi to chyba z łatwością. Zostaniemy. Przed walką zawsze milej słucha się dumnych haseł niż zimnej (i niewygodnej) prawdy. że nie macie na całej Ziemi ani jednej instalacji do zimnej syntezy. nikt by mu nie uwierzył. również przed kamerami. – Nie da się ustalić. Tyle lat już czekamy na wyłupiastookie. – Zdumiewające. jak wasze. – Skrzywił wargi.. – Gdyby jakiś pisarz chciał opisać takie społeczeństwo. które można wykryć. Statek poruszający się w podprzestrzeni nie zostawia żadnego czytelnego śladu. Gdybyście dorastali normalnie. Przy odrobinie szczęścia dojrzymy ich z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Zaawansowana technologia i spalanie związków węgla! I to tylko dla pozyskania energii! Żadnej w tym logiki. Nie. Będą próbowali. tak ja wy walczyliście przy nas. Chciałbym zobaczyć minę ich dowódcy. Co nie znaczy. – Mieliśmy z tym trochę kłopotów – mruknął Will tonem usprawiedliwienia. Na głębinie go nie dostrzeżesz. Ale nie ma powodów do obaw. powoduje zakłócenia.. że na pewno przegrają. pomyślał Will. Dulac wiedział jednak. Cała flota zbliżająca się do magnetosfery waszego Słońca da wystarczająco silny sygnał. mielibyście to wszystko już dawno. Gromada was nie zostawi. – Dwa tygodnie – mruknął Will. Jak na . Walki mogą trochę potrwać. Coś jak obiekt płynący pod wodą. – Trochę mało czasu. by przygotować się psychicznie do walki. Nie piją krwi. – Pewnie. Większość rekrutów nie zwracała uwagi na sprawy Gromady i wcale tego nie kryła. że nie ma sensu o tym wspominać. rozrzuconych po całej planecie instalacji spalających kopaliny.

muszą najpierw opanować lądy. ale nadal coś mu się nie podobało. nawet niechęć.. – Tak też myślałem – przyznał Will. to chciałbym cię o coś zapytać. Hivistahmowie i O’o’yanowie krążyli między stanowiskami. – Słyszałem. które porządkują im obraz świata. ale nie nienawiść. Gromada zdecydowała się nam pomóc. Byłbym spokojniejszy. inne kwestie muszą poczekać – odparł gładko Kaldaq. Właściwie dlaczego? – Rada Generalna sądzi. – Ludzie uwielbiają metafory. Niezgoda – owszem. Zerknął na dół. Mają całkiem dobre detektory. szczególnie takie. Żeby myśleć o walce w wodzie. Nie szkodzi. z braku wojny wymyślają różne rzeczy. Nie lubię broni. twoi specjaliści powtarzają nam to bez końca. Potrzebują jakiegoś obiektu nienawiści. żeby różne szczegóły im umknęły. Odparcie inwazji to jedno. A skoro już o tym mowa. – Sądzisz. z jaką kapitan znalazł odpowiedź. Nienawiść to cecha. Planeta stwarza dość szumu elektronicznego. Jednak nikt nie zająknął się jak dotąd na temat naszego członkostwa w federacji. – Ale my nie czujemy nienawiści do Ampliturów. że niektórzy z was od wielu pokoleń przygotowują się do starcia z armiami niejakiego „Diabła”. Ale nie mogę niczego obiecać. Podobnie jak wielu Ziemian. że przez ostatnie miesiące telewizja nadaje prawie same defilady i reportaże z poligonów. wpadali na grupki S’vanów. – Powiem ci to samo. niedorozwoju. To niepotrzebne. Lepar przykucnął w kącie. – A czego od nas oczekiwałeś? Nie jesteśmy dojrzali. że mimo wszystko będziemy jednak walczyć w obronie interesów Gromady. gdybyś zgodził się jednak nosić broń. Samotny Wais przepłynął wdzięcznie przez próg i przygładził pachnące piórka.. To ich filozofia jest odstręczająca. Zdaje się. że zaatakują bazę? Przecież to centrum operacyjne Gromady na Ziemi. Nawet prymitywne drapieżniki nie czują nienawiści do ofiary.bezkręgowce są nawet całkiem ładni. . złość – tak. Atawizm emocjonalny. Może ta łatwość.. To marnowanie protein. co powiedziałem pewnej kobiecie na Vasarih: to nie dla mnie. Will znów wzruszył ramionami. na którą polują. Ale chyba cię rozumiem – dodał po chwili namysłu. – Chyba jesteśmy tu dość bezpieczni. ale kiedy będzie już po wszystkim. że przede wszystkim należy ocalić wasz świat.. widocznie nie miał akurat żadnej wiadomości do doręczenia.

gdybym musiał chronić moją rodzinę. że jesteście równie przebiegli jak S’vanowie. – Bo chciałem ocalić życie przyjaciół. . Will skierował się ku drzwiom. Will wzdrygnął się. To zupełnie co innego – mierzyć w kogoś tylko dlatego. aż będzie po wszystkim. że nie tak dawno sam użyłeś broni i to przeciwko innemu Ziemianinowi? Zabiłeś. ale obawiam się. tylko górna warga zadrżała mu nerwowo. – Nie zaczynajmy wszystkiego od początku. Nie chcę broni i już! Kaldaq nie uśmiechnął się. Odkąd się spotkaliśmy. Najpierw całe narody ruszają z ochotą do walki. jak szybko armie powędrują do domów. – Jesteś dziwnie pewien swego. – Nie kłócę się. – Naprawdę? – Nie mam ochoty rozprawiać na ten temat. Może nawet nie będziesz musiał czekać tak długo. a broń wyląduje w arsenałach. że z tego chaosu wytworzy się ogólnoplanetarny rząd dla koordynowania dalszych działań przeciwko Ampliturom. Czasem myślę tylko. – Nie chcę się kłócić. Zrobiłbym to samo. – Poczekaj. – Nie widzę sensu w zabijaniu. – Właściwa Ampliturom fiksacja na tle Celu jest groźniejsza od najstraszniejszej broni. że myśli inaczej niż ja. ale przez ostatnie pół wieku sporo się nauczyliśmy. tylko lepiej to ukrywacie. niż wyładowanie frustracji na niewinnej istocie. Jeśli jednak sądzisz. Czyżbyś zapomniał już. – Will otworzył drzwi. Może nie zawsze było dokładnie tak. Po każdej wojnie jest tak samo. – Oczywiście. – Zobaczymy. to się mylisz. Gdybym ją miał. wychwalasz swój gatunek.zdziwisz się. że to wszystko to tylko twoje pragnienia. potem na samą myśl o tym doznają obrzydzenia. – Chodzi mi tylko o rzeczy oczywiste. Zabicie w samoobronie to co innego. a nie opis rzeczywistości. – Nikt nie przelicytuje S’vanów – zauważył Kaldaq.

popyt na kompozytorów zaś zmalał chwilowo do zera. Nie znał się ani na walce. Brukseli. Jeden okręt obrońców został uszkodzony. o stosunkach międzynarodowych nie wspominając. Włóczył się bez celu po bazie. Mimo mianowania w ostatnich dniach na wysokie stanowisko naczelnego oficera łącznikowego. i to za ich pomocą ludzkość próbowała zorganizować obronę swego świata. Czasem odpowiadał na pytania dziennikarzy. na skutek czego tamtejsi rolnicy mogli podziwiać na niebie zjawisko nader rzadkie w tych stronach: wywołaną eksplozjami zorzę polarną. Ampliturowie oczekiwali. ani na łączności. Moskwie. że kilka najbliższych godzin zdecyduje o zwycięstwie.Rozdział 24 Czuwające na rubieżach Układu Słonecznego okręty Gromady odnotowały zbliżanie się floty Ampliturów niecałe dwa tygodnie przed ich planowanym lądowaniem. Nairobi i Sydney. Will nie był szczególnie zaangażowany w przygotowania. Działo się to dokładnie nad Azorami. Rio. wiadomość i tak wstrząsnęła planetą. Wszelako łączność między poszczególnymi centrami urwała się rychło i główne dowództwo straciło . tubylcom pozostało działać dalej i czujnie spoglądać w niebo. która i tak przestała już spełniać wiele z dawnych funkcji. Doszło do zażartej i zadziwiająco krótkiej wymiany ognia. Niewiele też miał do roboty. Chociaż wszyscy szykowali się na taki bieg zdarzeń. Siły naziemne zestrzeliły kilkanaście lądowników. którzy odwiedzali bazę w poszukiwaniu jakiegoś nowego tematu. miast propozycji rozmów sypnęła od razu lądownikami. reszta przyziemiła na czterech z sześciu zamieszkanych kontynentów. Gdy w końcu wroga armada pojawiła się nad centralnym Atlantykiem. Pociski i wiązki skoncentrowanej energii wyrządziły stosunkowo niewiele zniszczeń. Powstały nowe ośrodki w Waszyngtonie. Na pokładach jednostek Gromady ogłoszono stan pogotowia. jeden statek napastników zmienił się w bezwładny wrak. Tokio.

ale przecież potem trzeba by je i tak któregoś dnia odbudować. Nikt jednak nie potrafił racjonalnie wyjaśnić. że tutejsze uzbrojenie nie ustępowało prawie importowanym środkom bojowym Gromady. ale miejscowa technologia. W żadnej jednak mierze nie spowodowało to tak oczekiwanej przez Ampliturów paniki. była osobliwie zaawansowana w dziedzinie wymyślania i produkcji wszelkiej broni ze szczególnym uwzględnieniem rozmaitych systemów pocisków ziemiapowietrze. setki osobnych szczepów zamiast jednego. jednak niezbyt daleko stąd leżała ważna strategicznie instalacja hydroelektryczna. Oczywiście ostrzał z dalekiego dystansu mógłby obrócić wszystkie urządzenia w perzynę. Planeta nie nosiła śladów konfliktu i można by sądzić. podobnie rolnictwo i wszelkie sztuki. Lądujące oddziały na własnej skórze przekonały się już. Dowodząca jednostką Krygolitka przyhamowała ślizgacz i poczekała.kontrolę nad poczynaniami większości podkomendnych. globalnego rządu. W tym jednym (i tylko w tym) doszli prawie do perfekcji. Okoliczni farmerzy schowali się na sam widok Krygolitów i tylko jakieś niedorostki obrzuciły pojazdy kamieniami i patykami. O wiele prościej byłoby dotrzeć do elektrowni drogą powietrzną. w to akurat Krygolitka nie wątpiła. Cała ta planeta w ogóle nie nadaje się do prowadzenia wojny. Inne oddziały miały podejść do elektrowni wodnej od północy i odciąć drogę ewentualnej odsieczy. Istniała nadzieja. Trudno nawet uznać te istoty za prawdziwych wrogów. że tubylcy czerpią jakąś szczególną przyjemność z konstruowania narzędzi zagłady. To nie cywilizowany świat. chybiając zresztą całkowicie. Może to sprawa jakiejś zdeformowanej estetyki? Ich architektura była prymitywna. Brak wielkiego lądu. Lepiej zatem przechwycić wszystko w nietkniętym stanie. która na . skoro mówią setkami różnych języków. brak centralnych źródeł energii. Zdumiewająca aberracja. aby zlustrować teren. pomyślała dowodząca. Wszyscy zatrzymywali się kolejno. że w tych rejonach obrońcy nie ulokowali żadnych większych sił. Ampliturowie zmienią nastawienie tubylców. skąd wzięło się tu tyle rozmaitego sprzętu. Nieciekawe miejsce do walki. aż dołączy do niej reszta oddziału. ale dom wariatów. Skanery pokazywały jedynie żółtawe. Jak dotąd nie napotkali oporu. piaszczyste wzgórza pozbawione nawet śladów jakiejkolwiek wegetacji. który Ampliturowie mogliby bezkrwawo sobie podporządkować. chociaż ogólnie raczej prymitywna.

który w każdej chwili może wciągnąć ciężkie pojazdy i żołnierzy w polowym oporządzeniu. Produkowało je pewne japońsko-amerykańskie konsorcjum. Kilku wojowników obdzierało trupy z wszelakiego dobra. wszystkie wyposażone w nowoczesny system maskowania. i mniejsza o to. nie mający wiele wspólnego z cywilizowanym obszarem kosmosu. Kopanie szło im niesporo. Nigdy nie wiadomo. ale jej podkomendnym ta sztuka była obca. Klimatyzowane kryjówki typu „borsucza nora”. zaprzeczało zdrowemu rozsądkowi. w której na dodatek można się dobrze zamaskować. że prowincjonalny świat. Postępujący za oddziałem zwiadowczym inżynierowie zaczęli prace przy stawianiu zabudowań bazy. że ślizgacze nie miały dość miejsca na manewrowanie. Wylądowali bez przeszkód. Pora wracać do bazy. Nie da się posuwać po podmokłym terenie. Być może krajowcy potrafią chodzić po błocie. Okoliczna obrona była słaba i kiepsko zorganizowana. aby ruszać dalej.dodatek znacznie utrudniała pacyfikację. co im jeszcze przyjdzie do głowy. jak czynili to przez setki lat ich rabujący karawany przodkowie. zaś wkoło na wydmach płonęły i eksplodowały ślizgacze Krygolitów. Oddział musi być gotowy na wszystko. Reszta została dobita podczas próby odwrotu. zaczęto rozprowadzać kilka tygodni wcześniej. zupełnie tak samo. Właśnie wydała rozkaz. Kto by oczekiwał. tuż pod podstawę antenki. Ale to wszystko tylko początkowe trudności. Nie spotkali żadnego z tych upiornie zwrotnych i hałaśliwych samolotów. Los oszczędził im widoku ciężko opancerzonych pojazdów naziemnych z wielkokalibrowymi działami i bronią maszynową. trafili na twardy grunt. Tuaregowie zwinęli je sprawnie i wezwali przez radio transport. jak cała ich cywilizacja. co gada ten przeklęty dowódca grupy. że to będzie idealne miejsce na wysuniętą placówkę strzegącą podejścia do pobliskiego dużego miasta. które zdziesiątkowały inne grupy desantowe. Były to urządzenia lekkie. uznała wojowniczka. przenośne i niewykrywalne dla skanerów przeciwnika. . Drzewa wkoło rosły tak gęsto. pomyślała. Tu trzeba transportu powietrznego. będzie pękał w szwach od militariów? To zaprzeczało doświadczeniu. Powiedziano im. Krygolitka przesunęła skaner nad głowę. gdy Tuaregowie wyskoczyli z borsuczych nor i w kilka chwil unicestwili dziewięćdziesiąt procent napastników. Taktyka walki takich istot może być równie dziwna. spokojna okolica. pomyślała wojowniczka Wspólnoty.

żadnej koncentracji sił wroga. odczyty są mylące. – Są nad nami. Potem opanuje się przynajmniej ten jeden kawał lądu. Prościej będzie je obejść. skoro jej operatorzy nie mieli czym oddychać. by jak najszybciej zrzucić palące odzienie. pomyślała. Posykując z rozdrażnienia. Żaden nawet nie spróbował jej pomóc. Drogę tarasowały powalone pnie leśnych gigantów. Powoli i ostrożnie przedarła się między olbrzymimi drzewami i ich splątanymi korzeniami. Szarpała za złącza. Dołączyła jednak do nich. Tylko kilku krajowców. – urwał nagle. czepiającej się pancerza kulki.baza zapobiegnie atakom od strony leżących na wschodzie miast. – Co się dzieje? – Ustał dostęp powietrza! – jęknął inny technik. Ostry sygnał wezwał ją na czoło oddziału. – Nie wiem. Coś plasnęło mokro o naramiennik wojowniczki. Zatkali system wentylacyjny. ale zewnętrzne urządzenia zapewniające dopływ powietrza musiały być drożne. Spojrzała na plamę rozpełzającą się wkoło kleistej. Normalne zachowanie co prymitywniejszych społeczności. W najbliższej okolicy nie było żadnego miasta. wiele zwierząt ma rozmiary tubylców. Tutaj byli bezpieczni. a jej oddział przykucnął w zaroślach. – Ilu ich jest? – spytała technika. przecież ten jeden transporter mógłby samodzielnie zrównać z ziemią małe miasto. Kaszląc i krztusząc się. ten wóz mógł wytrzymać nawet taktyczne uderzenie jądrowe. Nagle rzuciła broń i zaczęła tańczyć na wszystkich czterech nogach. Niesamowite. .. W dżungli mógł się przecież czaić jakiś snajper lub szpica wroga. Typowa próba obrazy przeciwnika podjęta wobec braku możliwości skutecznej obrony. Jej podwładni rzucili się do najbliższego transportera opancerzonego. Kilku jest na pewno. System filtrów pozwalał przetrwać nawet w przypadku silnego skażenia radioaktywnego. Okolica roi się od wszelkiego rodzaju życia. Opuściła wizjer hełmu i zlustrowała skanerem otoczenie. wydała stosowne rozkazy. Ja. żadnych nisko krążących samolotów. pocięcie tego na kawałki zajęłoby zbyt wiele czasu.. wojowniczka kazała uaktywnić systemy broni. biologicznego czy chemicznego. Wojowniczka przeszła do stanowiska operacyjnego. Ale broń była bezużyteczna. Przezroczysty płyn przepalił jej pancerz i z sykiem przenikał coraz głębiej. Sięgnęła po broń.

Dostałem trzy dni urlopu. I od tej całej inwazji. Oficer go zignorował. by usuwać podobne przeszkody. Ale takie drobiazgi nie zbijały doświadczonego oficera z tropu. – Wiesz. oczywiście. Oficer wziął dwóch przybocznych i podszedł bliżej. Dwoje dorosłych i dwoje dzieci. aż reszta oddziału wyląduje w pobliżu. lekkiego materiału. małej konstrukcji wzniesionej z metalowych rurek i cienkiego. Byli wyżsi niż jakakolwiek rasa inteligentna. – Jest schowana pod którąś z tych gór. – Młodociany samiec zaczął robić miny do Aszreganów. Pozostali nieustannie przeczesywali skanerami okolicę. młodociany osobnik pisnął cienko i zanurkował do środka. Było zimno i chociaż kombinezony chroniły przed chłodem. że nawet najlepsi piloci ślizgaczy ledwo dawali sobie radę. Ale manipulatory też coś blokowało. to klimat i nierówny teren bardzo utrudniały posuwanie się do przodu. Zbili się w ciasną gromadkę. Głównodowodzący Aszregan nie cierpiał walki w górach. włączył urządzenie i spojrzał na wyłaniających się ze schronienia tubylców. Gdy ślizgacze pojawiły się w polu widzenia. Dorośli przerastali Aszregan i Krygolitów. Wprawdzie na zewnątrz stał tylko jeden krajowiec. że w tej okolicy ulokowana została ważna instalacja wojskowa – powiedział oficer. podobnie zresztą jak jego podkomendni. wojownicy Bantu już na nich czekali. że widzi przeciwnika. Zagłuszacze nie pozwoliły nam namierzyć jej dokładnie.– Użyć manipulatorów! – Mechaniczne ramiona były właśnie po to. Mieszkali w czymś zupełnie prowizorycznym. – Czego od nas chcecie? – Wiemy. Niektóre wąwozy były tak ciasne. Poczekał. Wiodący pojazd dał znać. Tych było czworo. Osobnik rodzaju męskiego opiekuńczo objął samicę ramieniem. Tylko oficer miał translator zaprogramowany na miejscowe języki. – Przyjrzyjmy się im – powiedział oficer i skierował swój ślizgacz w stronę tubylców. Trzeba było wyjść na zewnątrz i ręcznie oczyścić otwory. – Obozujemy tu sobie. Całość tkwiła pośrodku łączki. – Spojrzał ponad ramieniem oficera na czekające . – Dwadzieścia stopni na prawo. gdzie to jest? – Jestem tylko strażakiem – odparł tubylec. ale skanery bez trudności wyczuły trójkę schowaną wewnątrz. – Ledwie paru – zameldował. z wyjątkiem Molitarów. i uaktywnił działko. Gdy włazy odskoczyły i Krygolici zaczęli wyłaniać się z transportera. Trzeba czasem oderwać się na chwilę od roboty. – Co jest? – spytał niespokojnie.

skąd przyszliście? – spytała samica. gdzie co buduje. Całe wasze społeczeństwo zaangażowało się w walkę. które zaczęło zawodzić jękliwie i sączyć jakiś płyn z oczu. Typowa reakcja lękowa. To nie nasza sprawa. – Nie mają ani broni. – Czemu nie zostawicie nas w spokoju? Oficer uznał. że to nie czas i miejsce na wyjaśnianie piękna i istoty Celu. Oficer podziękował ruchem głowy i znów spojrzał na tubylców. Ampliturowie są w tym lepsi. Starsza krzyknęła. że przybyliście tu pieszo. Ampliturowie nie pochwaliliby tej metody. – A wy skąd się wzięliście? Miało was tu nie być. – Niby dlaczego? Armia nie trąbi głośno. pomyślał oficer. a to znaczy. – Jeśli nie powiesz mi wszystkiego. to on gasi. ale ich tu nie było. że mieszkacie w okolicy. aby sprawdził schronienie. – Chcemy informacji. Jeff! I tak to znajdą. uznał oficer. to przekonają tubylców. – Słuchajcie. co wiesz o tej instalacji. który wczepił się w nogę rodzicielki. co robi strażak? Jak coś się pali. Wszyscy zawsze wiecie. Dorosła samica pisnęła i objęła dziecko. Ale ich organizacje militarne nie były prymitywne. Wiecie. – Nie my – upierał się tubylec. Jak przylecą. Ostatecznie były to istoty inteligentne. zanim partner zdążył ją uciszyć. Nie jestem wojskowym. Obozujemy tu sobie. gdy przyboczni wzięli go na cel. Niemniej i tak powiedział im kilka słów. – Kłamiesz. Trudno uwierzyć. Nie włączyli mnie nawet do rezerwy. – Dlaczego nie wrócicie. Skąd mam to wiedzieć? Oficer wypalił cienką linię na ziemi tuż u stóp młodocianej. o czym pan mówi – mruknął Ziemianin. – Oficer skinął na jednego z przybocznych. Oto świat pełen zadziwiających kontrastów. reszta nas nie interesuje. nawet jeśli tworzyły beznadziejnie prymitywne społeczeństwo. Nic nie wiem. gdzie są najbliższe urządzenia wojskowe. Ten wrócił po minucie. to zastrzelę waszego najmłodszego potomka. – Powiedz im. – Nie wiem. Aszregan uniósł broń i wycelował w młodocianego osobnika rodzaju żeńskiego. to możecie przeszukać nasz namiot. – Czy ktoś tu walczy? Widzieliście jakąś broń? Jak chcecie. To oni mają . abyście naprawdę nic nie wiedzieli o wielkiej bazie wojskowej. ani urządzeń łączności. Dorosły samiec postąpił krok. nie mam wam nic do powiedzenia. ale zatrzymał się.ślizgacze. – Widzę. – Jestem strażakiem.

Mieli szczęście. nie mieli nawet radia. aby ostrzec innych. by przyhamować nieco przed nieuniknionym zderzeniem z poprzednikami. Harrison – podniósł płonące nienawiścią oczy. w końcu skapitulował. ale przegrzane silniki stawały w płomieniach. będą tak inni od barbarzyńskich rodziców. Dorosła zaczęła jeszcze intensywniej przekonywać partnera. Po chwili całość runęła na odległe o ponad trzysta metrów dno kanionu. zatem ślizgacze mogły poruszać się całkiem sprawnie. Mają solidną obronę. jeszcze nie znacie. Trzeba wybrać północny i jechać nim do końca. Oficer wycelował w czoło młodocianej. – Ta o dwa kilometry na zachód od rozwidlenia kanionów. Ściany były strome.. sam zachowałby się podobnie. którego wy.. Jakiś operator broni trafił w sąsiedni pojazd. Ten eksplodował. Ten zawahał się. Piloci ślizgaczy próbowali uwolnić pojazdy. Ci tutaj nie stanowili zagrożenia. Strzały wypalały tylko małe otwory w wytrzymałej pajęczynie. ale trening Ampliturów wziął górę. Harrison jest najwyższy. Kilka dni temu dowieźli nowe uzbrojenie. Młodociani staną się pewnego dnia rzecznikami Celu. Oficer w pełni rozumiał ich chęć ucieczki przed wojną. – Nie mogę tego zrobić. Omijając w pędzie łagodny zakręt wąwozu nie mieli szansy dojrzeć rozpiętej między zboczami sieci. gdyby nie Cel. aż ujrzy się kilka szczytów. Przy pełnej szybkości jedynie ostatni w kolumnie mieli dość czasu. Zresztą i tak zaraz runęły masywne bloki skalne przymocowane w rogach sieci. Skanery znajdowały wszędzie tylko nagie skały. których skanery nie wyczuwały. Na skały opadła już tylko jedna wielka masa . ale nie pionowe. czy by nie zastrzelić całej czwórki. Niech sobie idą walczyć. – Ziemianin wyraźnie bił się z myślami. sprawdzając teren na wyświetlaczu wizjera. Tracy. pieszo zaś musieliby iść kilka dni do najbliższej osady. Wkrótce dotarli do rozwidlenia i skręcili na północ. – Góra Harrison – mruknął oficer.broń. – To na południowym zboczu Mt. Była utkana z nowych supercienkich włókien. Oficer zastanowił się. Do tego czasu ciężka broń zniszczy instalacje wroga. – Nic nie wskóracie. że spotkali tę rodzinę. podpalając jeszcze dwa. żeby was piekło pochłonęło. – Która to? Gadaj zaraz. Cel był najważniejszy. Tam siedzą też Massudzi.

Ci z zachodniego brzegu pomachali tym ze wschodniego. Świetnie nakręcają nam interes. a potem wcisnął poły czarno-czerwonej flanelowej koszuli z powrotem w spodnie. – Lucas. że mamy następnych. Nie. Pułapka się udała. . – Zamaskowany mikrotalerz anteny przekazywał jego słowa ponad górami w sposób niewykrywalny dla skanerów orbitalnych. nie sądzę. Wyszli z kryjówek i spojrzeli na piekło w dole. Jeden ze stojących na wschodnim urwisku mężczyzn odsunął czapkę z czoła. aby zdołali nadać ostrzeżenie. – I jeszcze jedno.ognistego złomu i krzyczących żołnierzy. Skoczcie do rodziny Sorrellów na Clover Ridge i poproście ich. Następnie sięgnął po mały komunikator. przekaż do Denver. aby zostali tam jeszcze na trochę z namiotem. Nad krawędzią wąwozu pojawili się ludzie. – Nikt nie ocalał. – Coś huknęło głucho na dnie kanionu.

opryskliwa odpowiedź. Nogę stracił podczas wypadku jeszcze w młodości. proszę – powiedział Tripedus. Obaj Ampliturowie pracowali ciężko. Translator przekazał szept do izolatki Ziemianina. Był to samiec ubrany w podarty mundur jednej z wielu ziemskich armii. ale zadanie i tam mogło być ryzykowne. Przecież po raz pierwszy ich gatunek miał spotkać się osobiście z nowym wrogiem. ale ponieważ została w pełni zregenerowana. ale byli niespokojni. Obok stał Wgapiacz. aby w spotkaniu wzięło udział tylko dwóch Ampliturów i żeby wszystkiego należycie dopilnowali. Jeniec nie wyglądał na onieśmielonego otoczeniem ani rosłymi strażnikami. Statek mknął bezpiecznie w podprzestrzeni. Personel Tripedusa odniósł się ze zrozumieniem do decyzji Komendanta. Ci skłonili się i zniknęli. aż w końcu dostrzegł pobłyskujący ekran. – Usiądź. Wgapiacz przesłał Molitarom myślowe polecenie odejścia. Niemniej i Tripedus i jego towarzysz czekali niecierpliwie na chwilę konfrontacji. gdy z podłogi wyrosło przed nim krzesło i stolik ze stojącą na nim miską czystej. – Niby dlaczego miałbym to zrobić? Typowa. chłodnej wody i próbkami zdobytych w walce racji żywnościowych. Ten rozejrzał się gwałtownie. Ale czego innego można się spodziewać? . Tubylec zdumiał się trochę ich odejściem. Patrzył uważnie na sprawdzaną po raz ostatni komorę z jednostronnym monitorowaniem. którego wnętrze było doskonale widoczne. obecnie nie odczuwał potrzeby zmiany swojego losu.Rozdział 25 Tripedus nie przejmował się swoim imieniem. który oddzielał go od przesłuchujących. Kulał nieco na jedną nogę i Tripedus poczuł z miejsca przypływ współczucia dla rannego. Dwaj Molitarowie wprowadzili pojmanego do specjalnego pomieszczenia. a jego zaskoczenie wzrosło jeszcze.

Ale tego też należało oczekiwać. kim jesteśmy? – spytał Komendant. Chyba dobrze panował nad emocjami. – Nie wyglądacie imponująco – stwierdził tubylec. – Nie. można by oczekiwać kogoś większego. – Tak. Nasi przyjaciele pokazali nam wasze zdjęcia. mierząc gospodarzy spojrzeniem. Musisz być zmęczony. Nie przeraź się. – Dzięki. Są częścią Wspólnoty. – Prócz Massudów. Obaj Ampliturowie czuli. Czemu nie weźmiecie dup w troki i nie wrócicie. – Wielkość organizmu niczego nie determinuje – stwierdził Wgapiacz. – Sądząc po waszej reputacji. Jesteś pierwszym Ziemianinem. zmieniając na chwilę barwę i stając wygodniej. – Oni. Takie zachowanie pasowało do bitewnych talentów tych istot.. – I pewnie niejedno jeszcze kłamliwie opowiedzieli. to . niż z Molitarem. S’vanów i ich przyjaciół. poznać piękno. Na milczące polecenie Tripedusa Wgapiacz zmienił polaryzację ekranu. – Powinieneś czuć się zaszczycony. – Naprawdę? No to popatrzcie sobie. – Wiemy już wszystko o twojej fizjologii. To chyba najtwardsze towarzystwo. – Możecie dostąpić oświecenia. którego spotykamy osobiście. Z wyraźną ulgą odciążył ranną nogę. jakie dla was pracuje. – Tubylec odsłonił białe zęby. – Tripedus przysunął się bliżej do ekranu. abyś stał. – Możecie stać się istotnym elementem Wspólnoty. ignorując obraźliwy ton. – Tubylec rozpostarł ramiona i wyprostował się na krześle. tak. Pewnie reakcja obronna. pomyślał Tripedus..– Bo nie ma powodu. – Molitarowie nie pracują dla nas – zaprotestował Tripedus. – Jesteście Ampliturami. wiem.. Tubylec zareagował spokojnie. ale mamy dość własnego. skąd was przyniosło? – Podążamy za naszym przeznaczeniem – odparł Komendant. Wasze nie jest nam potrzebne. że kłamie. ale wolałbym bić się z którymś z was. – Jeśli S’vanowie przekazali wam choć trochę prawdy. Wszystko jest częścią tego waszego Celu. – Nie jestem zmęczony – warknął tubylec. – Nie boisz się? – spytał Wgapiacz. – Wiesz. – Teraz nas zobaczysz. No i nas. Krajowiec skinął głową i przymrużył oczy. w końcu jednak usiadł. – Może..

Wgapiacz sięgnął myślami do mózgu obcego. że jest jeńcem na pokładzie statku. ale od kogoś i tak trzeba było zacząć. aż Komendant zadrżał pod jego spojrzeniem. wśród których najsilniejszą była nienawiść. Działał ostrożnie. że nawałnica negatywnych emocji ledwie go musnęła. udało mu się to tylko częściowo. Gdy Wgapiacz nacisnął powłokę mentalną. Komendant tylko przyglądał się jego wysiłkom i dzięki temu nie ucierpiał tak bardzo. Oczy tubylca rozszerzyły się. Komendant stał jak sparaliżowany i czekał. co się stało. to jeszcze nie poddający się kontroli. aż ból złagodnieje. Probus wybrałby wprawdzie inny egzemplarz. Zaznają spokoju.wiesz. który leci w podprzestrzeni. że tubylec próbuje w ten prymitywny sposób dodać sobie odwagi. że przecież ta istota nie potrafi wpływać na cudze umysły jak Ampliturowie. będziemy musieli was wyrzucić. zwierzęcych instynktów skrytych pod pozorami inteligencji. Gdy już przyłączy się te istoty do Wspólnoty Celu. W walce to przydatne. że nie możemy czynić inaczej. Sądząc po reakcji tubylca. Takie żarty świadczą o braku poczucia rzeczywistości i skłonności do przyjmowania irracjonalnych postaw. cały ten ładunek eksplodował. przy czym był to bolesny proces. Ziemianin zerknął ze zdumieniem na Tripedusa. przyjdzie pora na wyleczenie ich umysłów. musi też wiedzieć. Na razie mieli tylko tego jednego samca. Obaj Ampliturowie porozumieli się krótko. – Tak właśnie was opisali. Stojący obok Tripedus jeszcze trząsł się cały. Ale to nasz świat. jak towarzysz. Nie dość. Po chwili dotarło do niego. że zapewne już nigdy nie ujrzy swoich. Przecież musi wiedzieć. Gdy próbował później odtworzyć przebieg zdarzeń. o jakim dotąd nie śniły. Macki zwinął ciasno przy ustach. zalewając eksperymentatora falą niewypowiedzianego bólu i strachu. z wprawą. W umyśle tubylca wrzały pod olbrzymim ciśnieniem ślepe emocje. był on równie zaskoczony swoimi zdolnościami obrony mentalnej. ale nigdzie poza nią. Nieszczęsny Wgapiacz musiał trafić nieoczekiwanie na wrażliwy . Tym straszniejsze było to. oczy schował całkowicie w fałdach ciała. mało co widział i dopiero zaczynał pojmować. Tubylcy okazali się ze wszech miar niebezpieczni. Tripedus uznał. Jeśli będziecie dalej pchać się tu nieproszeni. Spojrzał na leżącego na boku Wgapiacza. że nieobliczalni. Amplitur wpadł w stan śpiączki.

bo nigdy nie spotkał się z podobnym zagrożeniem. – Ja go załatwiłem. całkiem nieoczekiwanie. Poczułem. jakiś ośrodek służący obronie mentalnej. Bliższy Molitar strzelił. nie potrafiła gołymi dłońmi odbijać wiązek energii. Podszedł do ekranu i załomotał weń obiema dłońmi. Ale ku zadowoleniu Komendanta istota padła w końcu. że obcy odczytał jego myśli. A jeśli próbujecie. Ziemianin kopnął strażnika w kolano. zaniósł się śmiechem tak gwałtownym. Jeniec poweselał raptownie. że nie możecie nas dostać. Tubylec wyciągnął rękę w kierunku nieprzytomnego Wgapiacza. aż nogami się nakrywacie. On próbował mnie przekabacić. ale przecież to było niemożliwe. szmaciane skurwysyny. Molitar wrzasnął i runął na podłogę. – To znaczy. – Ten sukinsyn próbował dobrać mi się do głowy. Okaz zareagował instynktownie. potem wyprostował i niczym błyskawica dźgnął Molitara w oko. – Zabić zaraz! Niecywilizowane. by uwierzyli bez reszty w ten wasz Cel. Przez jedną straszną chwilę Tripodus myślał. jednak ten w nieprawdopodobny sposób złożył się prawie w pół. prawda? Mieszacie innym myśli i przerabiacie po swojemu. Ale nie mógł. aż się ludzie dowiedzą! Bez ostrzeżenia runął na Molitarów. – Zabić go! – wrzasnął w myślach Tripedus. Nie ucierpiał jednak. Na wezwanie Komendanta do pokoju wbiegli uzbrojeni Krygolici i Aszreganie. jak wszystkich innych! Poczekajcie tylko. ałe tubylec uchylił się i ładunek trafił w ekran dokładnie na wprost Komendanta. Jego kompan próbował złapać tubylca prawą ręką i zdzielić lewą. Trysnęła krew i strażnik zwolnił uchwyt. Gdy rozszedł się dym. Tripedus wiedział. aż łzy popłynęły mu po policzkach. że ekranu nic nie przebije. Tubylec splunął w ich kierunku a potem. – Spojrzał na Tripedusa. ekran potrafił wchłonąć nie takie dawki energii. – Uśmiechnął się nagle. nie możecie nam tego zrobić! Nie możecie załatwić nas tak samo. niegodne i wstydliwe pragnienie. na podłodze leżało tylko trochę . to coś w nas daje wam takiego łupnia. ale i tak cofnął się odruchowo od tego bezwłosego i wykrzywionego oblicza. Ziemianie nie znali telepatii. – Wy biedne. Nie mógł tego przewidzieć. Ten drgnął odruchowo i schował słupki oczne.element systemu nerwowego Ziemianina. Coś go poraziło. Drzwi celi otworzyły się i wbiegło do niej dwóch uzbrojonych Molitarów. – Tak to robicie.

Można zmobilizować wszystkich żołnierzy i każdy statek i spróbować podbić ten świat. Ale długi zastój oznacza wzrost sił nieprzyjaciela. Jeden z dowódców floty przejrzał uważnie wykres funkcji myślowych obcego. Czy to takie niezwykłe. Pozostali Ampliturowie z początku nie dowierzali Tripedusowi. jak działa mechanizm obronny i unieszkodliwi się go lub zneutralizuje. – Widzicie ten szczyt aktywności korowej? Co to jest? – Nie wiem – odparł inny czując. skoro na macierzystej planecie tych istot nie występuje żadne zagrożenie tego typu? – spytał któryś z wysokich oficerów. Starszy specjalista w dziedzinie neurologii też niewiele z tego rozumiał. tubylec był zdumiony i nie podejrzewał. Przejrzałem odczyty i trudno z nimi dyskutować. Wszyscy obecni byli równie zaskoczeni. ale nagrania z sesji mówiły same za siebie. martwej protoplazmy i kilka kości. Co gorsza. Inaczej nie da się z nimi walczyć. No i był nieprzytomny Wgapiacz. Skierował się do centrali. Najpierw trzeba w pełni zrozumieć nieprzyjaciela. Czas działa na jego korzyść – powiedział . Należy zdobyć więcej żywych okazów. Dopiero wtedy będzie można otworzyć Ziemianom oczy na prawdę Celu i wyrwać to plemię z barbarzyństwa. Nie. Widać wyraźnie.niegroźnej. Biorąc pod uwagę osobliwość tego świata. Jednak to wystawiłoby światy Wspólnoty na ataki wroga. – Jak zaznaczył Tripedus. – Ale skąd ta zdolność chronienia własnego umysłu. Ampliturowie osiągnęli aż tyle wyłącznie dzięki cierpliwości i starannemu planowaniu. jak wiele ryzykowaliśmy. Tripedus jak mógł najszybciej uciekł z pokoju przesłuchań. Reszta to już zadanie dla bioinżynierów. Bezwzględnie konieczne będą dalsze badania systemu nerwowego tych istot. – Ewolucja bywa kapryśna i rozrzutna. Ustali się. zorganizowana naprędce druga fala desantu mogłaby ponieść klęskę. którego lekarze wciąż nie mogli docucić. że posiada tak skuteczny mechanizm obronny. zanim obrońcy urosną jeszcze bardziej w siłę. Nie znamy w pełni środowiska tych istot. rozmyślając po drodze nad stosownymi środkami zaradczymi. że płacimy teraz za nadmiar pewności siebie? – Sytuacja na Ziemi zdaje się obecnie stabilna. Potem będą już szczęśliwi. podejmując atak bez uprzedniego rozpoznania przeciwnika. ale nie kształtuje cech całkiem niepotrzebnych. nie powinno nas to dziwić aż tak bardzo. że w tym przypadku jego wiedza w zakresie biologii jest dalece nie wystarczająca.

Inkryminowana zdolność ujawniła się dopiero przy próbie sondowania. Mając dość czasu rozwiążemy ten problem. ale reakcja była czysto instynktowna. ale to nie znaczy jeszcze. Niemniej te istoty mogą w niespotykanym stopniu zagrozić Celowi. Przez aklamację. – Nie traćmy poczucia rzeczywistości. i tak damy sobie radę – zapewnił go Tripedus. – Morale to rzecz zmienna – odparł Tripedus. – Ich morale wzrośnie niepomiernie.specjalista od taktyki. – Czy na podstawie odczytów możesz stwierdzić z całą pewnością. Trzeba będzie zatrudnić nasze najbystrzejsze umysły. oczywiście. że nie będziemy umieli sobie poradzić. Nawet gdyby tak się stało. Próba zniszczenia całej planety raczej się obecnie nie powiedzie. . – To raczej gwałtowna reakcja. – Ależ to będzie wspaniały prezent dla Gromady – zaprotestował ktoś. Trzeba będzie wyizolować geny odpowiedzialne za tę reakcję i odpowiednio je przekształcić. obcy wiedział. Jeśli się nie uda. to sprawy mocno się skomplikują – zauważył taktyk. Nie spotkaliśmy się jeszcze z niczym podobnym. – Jeśli w ogóle do tego dojdzie. Działajmy zgodnie z tym. Zwykła chemiczna zagadka. Potrzeba tylko dość czasu i badań. co właściwie się stało. Sugeruję wycofać się z ich świata i dać sobie czas na skuteczne rozwiązanie trudności. – Nie jestem pewien. ale decyzja i tak zapadła. póki jeszcze możemy je w większości ocalić. Powiem wprost: zabierzmy stamtąd resztki naszych oddziałów. Każdy problem rozwiązuje się tak samo. – Ale jeśli Gromada dowie się o odporności Ziemian na naszą łagodną perswazję. czy „odporność” jest tu właściwym określeniem – zastanawiał się głośno neurospecjalista. potem reszta. Rozwiązywalna. co wiemy. Cisnące się wszystkim na czułki pytanie nie zostało głośno wypowiedziane. że tubylec nie zrozumiał. gdy Wgapiacz dotknął jego umysłu? – Nic nie wskazuje na świadomą reakcję. Najpierw skok aktywności kory mózgowej. – Ale póki co. – Najpierw spróbujemy pozyskać dość okazów do badań.. Jak sam widziałeś. To było coś skrytego głęboko pod pokładami jego jaźni. co Wgapiacz zamierza. – To bezprecedensowa sytuacja i trzeba postępować nietypowo. – Wycofamy się z tego systemu – powiedział z napięciem Tripedus. przedtem trwała uśpiona. Tak zatem nie ma powodów do paniki.. – Tripedus zwrócił się w myślach do naczelnego specjalisty od neurologii obcych. Tubylec sam nie znał jej mechanizmu. nie możemy z nimi skutecznie walczyć – zaznaczył ktoś.

że to była instynktowna reakcja. zapewne dostarczy nam dalszych informacji i pomoże w przyszłych badaniach. – Muszę też wyrazić żal z powodu śmierci jedynego okazu – pomyślał Komendant. – Dokładnie tak – przyznał Komendant i zakończył spotkanie. co właściwie się stało ani co może jeszcze nastąpić. Jednak mimo wielu obowiązków. tak militarne jak i moralne. Nie potrafił zapomnieć tej jednej chwili przerażenia. – To była reakcja obronna – zaprotestował jeden z naukowców. – To zdanie miało trochę uspokoić coraz bardziej wzburzonego taktyka. Gdyby obcy potrafił nią sterować. które już na niego czekały. nie powinny być duże. straty. kiedy jeszcze nie stoimy w obliczu przegranej. zaatakowałby cię tak samo jak Wgapiacza. – O ile jego umysł nie został trwale uszkodzony – zauważył neurolog i wszystkim zrobiło się dziwnie nieswojo. .poszukamy ich gdzie indziej lub kiedy indziej. – Gdy Wgapiacz wyzdrowieje. W takich okolicznościach mamy raczej do czynienia z przypadkiem obrony koniecznej. Dopiero teraz wiemy. Tripedus nie przestawał myśleć o owym przykrym incydencie. – Nie mogłeś przecież od razu wiedzieć. Ponieważ odwrót zostanie przeprowadzony teraz.

Akariowie i sami Ampliturowie. ale jakoś dziwnie nie miał na to ochoty. – Ale podobno w tym tempie do wieczora wyniosą się całkiem z systemu. że T’var uśmiechnął się nawet pod gęstą brodą. Zostawiają nawet te bazy. Na lagunę nawet nie spojrzał. – Kiedy podano tę wiadomość? – Kilka minut temu. Aszreganie. – Wygraliśmy. . Will wiedział. że to prawdziwy odwrót. że ich wypieramy. O miano siedziby delegacji obcych rywalizowało kilka najważniejszych stolic świata. – No to teraz zacznie się szaleństwo. gdyby Ampliturowie jutro poprosili o pokój. Massudzi powszechnie skłaniają się ku stwierdzeniu. tutaj zaś. Atol u wybrzeży Belize nie stanowił już centrum aktywności Gromady na Ziemi. – Wycofują się. podwodny kompleks wyrósł ponad wodę. Wielkich Równin. Wahadłowce krążyły przez cały ranek.Rozdział 26 Już po wszystkim. które chwilowo były jeszcze bezpieczne. – Angielski T’vara był już całkiem dobry. Hivistahmowie podejrzewają jakiś podstęp. Przyszła ekranowanym łączem z miasta zwanego Londyn. Ukrainy i Matto Grosso. ale nic nie sugerowało tak szybkiego zwycięstwa. skoro nie było potrzeby dłużej się kryć. – Możliwe. – Po czym niby? – Po bitwie o wasz świat. eleganckich wież mierzyło wysoko w tropikalne niebo. – Słyszałem. Wszyscy: Krygolici. przynajmniej jeden wielki okręt wojenny też nie zdołał umknąć w podprzestrzeń. I z zewsząd naraz. Will uniósł głowę znad biurka. ale oni martwiliby się nawet wtedy. Molitarowie. Czemu to robią? – Tego nie wiemy. że w zasadzie powinien krzyczeć i skakać z radości. – Nie rozumiem – powiedział cicho Will. zestrzeliliśmy kilkanaście z nich. – T’var znalazł wreszcie ławę przystosowaną do jego wzrostu. Kilka smukłych. Z Gobi. jak czyniło to zapewne w tej chwili parę miliardów ludzi. pozostał jednak istotnym ośrodkiem badawczym.

którzy pojawili się na scenie wydarzeń kilka chwil później. Stało się dokładnie tak. – Musiało im się tu nie spodobać – mruknął Will w zamyśleniu. Zdumieni Massudzi. w bazie. Ani myśleli. wypytali szczegółowo swych towarzyszy broni o przebieg zdarzeń i niedługo potem przeprowadzono całą serię ostrożnych eksperymentów. ale zamiast uniknąć w ten sposób niewoli. zapragną zapewne wrócić do dawnych zajęć. – Nie zapominaj. Już kiedyś ostrzegałem was przed taką możliwością. To wielka chwila dla was. T’var spojrzał na niego zawadiacko. – Ależ to nieprawdopodobne. Zdarzyło się to przypadkiem. i na całym świecie. Mimo wytężonych wysiłków wroga członkowie i sojusznicy Gromady dowiedzieli się wkrótce o ludzkiej odporności na manipulacje Ampliturów. Ludzie zjednoczyli się w obliczu wspólnego wroga. – Niezbyt rozumiem twoje uwagi.– Już się zaczęło. żeby zacząć się ich lękać. I tutaj. – Będziemy podgrzewać ich tak. obawiają się jej i nie zbadali jeszcze. że ten świat pełen jest egoistycznych głupców. gdy grupa ziemskich żołnierzy chciała pojmać oficera Ampliturów. ale byli jeszcze odporni (jako jedyni) na mentalne manipulacje wroga. jak długo to potrwa. że Ampliturowie wiedzą już o tej szczególnej właściwości ludzi. Nie można cofnąć się w rozwoju. jaki jest mechanizm owej odporności. Dlatego też z niedowierzaniem przyjęto wiadomość. gdy znikła bezpośrednia groźba. – Nie oczekujcie zbyt wiele po Ziemianach. Przedstawiciele Gromady nie mogli tego pojąć. – Potraktowano tak samo. jak przewidywał Dulac. że ludzkość nie włączy się masowo w walkę z rzecznikami Celu. Nie dość. Teraz. aż zepchniemy ich na macierzystą planetę i nieważne. Te z kolei dowiodły. sam wpadł w konwulsje. Zatem to nie strach skłonił ich do podjęcia takiej a nie innej decyzji. rodzaj ludzki może nie zareagować po waszej myśli. – Może – przyznał powoli Will. wielka chwila dla Gromady. jak przedtem na Vasarih i Aurun. tyle że bez porównania goręcej – zapalił się T’var. ale jeszcze poszło szybciej niż kiedykolwiek. Massudzi ucieszyli się niepomiernie i zaczęli darzyć swych pozbawionych futra towarzyszy broni jeszcze większym szacunkiem. Dla oddziałów liniowych to ostatnie nie mało znaczenia. ale skoro wróg ucieka. że ludzie okazali się wspaniałymi żołnierzami. że udało się wyrzucić Ampliturów z tego świata. Ten zaatakował ich mentalnie. Nie dość. .

jednak żołnierze nie uczyli się już zwalczać nawzajem. Każdy kraj miał własne priorytety. aby dać wrogom ludzkości kolejną nauczkę. Głupio i bez sensu byłoby podnosić rękę na sąsiada. Pewnie zgłosi się do was jeszcze parę tysięcy rekrutów. Wszystkie media pełne były rozważań i opinii rozmaitych ekspertów. – Tak czy inaczej musimy próbować – odparł Massud. Owszem. jak zwykle zresztą. W praktyce była to jedna. która mogła w ogóle nie nadejść. . Wola walki odeszła wraz z najeźdźcami. Waisowie czerpali przyjemność z kultywowania manieryzmu. Jak zwykle opracowywały nowe systemy broni na wypadek wojny. zawsze były one odmienne. Z tego samego powodu nie zlikwidowano armii. że nie można liczyć na nasz udział w wojnie na dalekich światach. mówili. ale poza tym nie potrafią się dogadać. Ziemianie zaś uwielbiali się kłócić. Mimo tych i podobnych ostrzeżeń rządy świata nie chciały wesprzeć zbrojnie odległego i dla wielu niezrozumiałego konfliktu. Pojawiły się spory o przebieg granic i pokrzykiwania rozmaitych grup wpływów. Przedstawiciele Gromady prosili i przekonywali. którzy tylko bardziej gmatwali sprawę. że Ampliturowie zostali odparci. gdy rodzaj ludzki wrócił do dawnego bałaganiarstwa. Pewnego dnia mogą powrócić silniejsi i lepiej przygotowani. Jeśli ludzkość zdecydowała się wydać im wojnę. oczywiście. skoro być może i tak trzeba będzie pewnego dnia się z nim zjednoczyć. Massudzi z biegania.S’vanowie i Massudzi próbowali negocjacji. Planeta rozkwitła. ale i ich zatkało w końcu ze zdziwienia. Will odetchnął nieco. Konflikty między państwami same jakoś zniknęły. Wszystkie rządy uznały za stosowne wypowiedzieć się raz. – Ostrzegałem was – powiedział do Kaldaqa. Kompozytor nie omieszkał. to prawda. przy czym niezależnie od systemów politycznych. Cóż. drugi (czasem i trzeci). ale nie gwarantuje to jeszcze ostatecznego zwycięstwa. – Nigdy nie postawicie na swoim – stwierdził Will. ale żadnego nie było stać na szczególną oryginalność. Zagrożenie zniknęło i globalny system obrony ponownie rozpadł się na wiele armii. – Przewidywałem. podzielić się radością z przyjaciółmi. wszystko na próżno. Winniście cieszyć się z tych rekrutów. którzy przybywają. globalna armia. wyjaśniali i schlebiali. Korporacje zbrojeniowe nadal miały co robić. to będzie musiała walczyć z nimi jeszcze nie raz. ale nie pozyskacie rządów do współpracy. – W sytuacjach ekstremalnych ludzie współpracują zgodnie.

z kim ma do czynienia. W odróżnieniu od pozostałych pomieszczeń. czy zapisał wszystko na dysku. zsuwając się z ławy. – Ktoś chciałby się z tobą spotkać. Dopiero w blasku sączącym się z zewnątrz Will poznał. Właśnie przepływały za nią roje kolorowego narybku. za chwilę. W cieniu obok okna poruszyło się coś dużego i zwalistego. niż do pełnego elektroniki wnętrza bazy. te kryły się głęboko we wnętrzu rafy. Znaczenie Turlogów było odwrotnie proporcjonalne do ich liczebności. Ziemia jest teraz znacznie milszym miejscem. jakich argumentów użyjecie.Niezależnie od tego. Mamy wreszcie pokój. Will wiedział. Wielkie okrągłe drzwi prowadziły do wnętrza. – Wyglądasz na zadowolonego. po czym wygasił aparaturę. Nawet S’vanowie przyznawali. ale nie miał pojęcia. Will słyszał. przyzwyczajając źrenice do panującego tu półmroku. że ta istota wzięła udział w obronie planety. tworzyła gigantyczna przezroczysta obłość wychodząca na morze. – Czy możesz pójść ze mną? – spytał T’var. Przeciwległą ścianę. sztywnych nóg i był wielki jak dobrze wyrośnięty wół. Reszta tymczasem może zaznawać spokoju i pracować w imię postępu kulturowego i ochrony środowiska. Wstrzymał oddech. Zamrugał oczami. Chitynowy stwór podszedł do kręgu światła. . Turlog. niech tylko to wyłączę. Podobnie malkontenci. – Dobra. Widok obramowywały olbrzymie gąbki. któremu dane jest ujrzeć nieśmiałego mizantropa. Nie mógł powstrzymać ciekawego spojrzenia. większość opowie się za pokojem i izolacjonizmem. Zdawał się należeć raczej do świata za szybą. że jest zapewne pierwszym człowiekiem. że na statku Kaldaqa był Turlog. – Sprawdził. Miał sześć krótkich. Analitycy Turlogów przyczynili się walnie do zwycięstw na Vasarih i Aurun. T’var zaprowadził go do nowej części kompleksu badawczego. ludzie o wojowniczych skłonnościach mogą udać się do waszego punktu werbunkowego. Wyładowują swoje frustracje setki lat świetlnych od pobratymców i wracają spokojni jak baranki. jakim był Turlog. nawet przedstawicieli własnego gatunku. – Ja? Jestem zachwycony. jakiego Will jeszcze nie widział. że bez pomocy tej jednej rasy Gromada dawno uległaby Ampliturom. Na co dzień nie cierpieli niczyjego towarzystwa.

– Tu jest cicho. – A ja chyba o tobie słyszałem. Zostali zauważeni i to powinno wystarczyć za całe powitanie. potem zawahał się. Ciszę przerwało chrapliwe szeleszczenie. Lubię twój świat. – Tyle energii i wysiłku dla samej reprodukcji. ale wyczuł. że ten stwór mógłby zapewne poświęcić życie dowolnej sprawie i nie robiłoby mu żadnej różnicy. – To kokon mego jaja. pomyślał Will. W odległym kącie jaśniał mdło kapelusz świecącego grzyba. czasem groteskowych kształtów. zewnętrzny i wewnętrzny. Czy nie przybyłeś tu razem z Kaldaqiem? Znów rozległo się coś. Jak może wiesz. – To Pasiiakilion – szepnął T’var. Willowi przyszło do głowy. Blade oczy i nieruchoma maska twarzy nie wyrażały niczego. Dwoje srebrzystobladych oczu patrzyło beznamiętnie. ale Pasiiakilion wyłoży ci to lepiej niż ja. – Czemu mnie tu przyprowadziłeś? – szepnął Will do dziwnie małomównego T’vara.Twór ten posiadał dwa szkielety. nie podchodź bliżej – zaszeleścił beznamiętny głos. Gdzieś w pobliżu musiał być translator. bowiem zaraz popłynął tekst po angielsku. jesteśmy hermafrodytami. nie wiedziałem. – Być może spotka mnie za ten czyn reprymenda. że to nie miejsce na próżne gesty. obcych przedmiotów i rozmaitych. Jak Ampliturowie. ale pomieszczenie pełne było nic nie mówiących mu. tak nieruchawa istota nie mogła być groźna. – Myślę. skutkiem czego poruszał się bardzo wolno i był ogólnie niezdarny. – Will Dulac. Interesuje mnie. powinniście wiedzieć o czymś – odparł spokojnie S’van. że wy. galaktycznej wojnie czy kwiatowych płatkach. Nie ze strachu. Każda ze sztywnych kończyn błyskała poczwórnymi szczypcami. . niby szmer fal mieszających żwir na pustej plaży. Will rozejrzał się. – Często zastanawiamy się nad fenomenem płciowości – mruknął Pasiiakilion. czy rozmyśla o cząstkach elementarnych. Ziemianie. gdy przez dłuższą chwilę Turlog i Ziemianin mierzyli się spojrzeniem. Will spróbował zrobić krok w tym kierunku. Znam cię. ale mało ruchliwe. – Proszę. – Nie. Może tutaj należało mówić cicho? Will wyciągnął odruchowo rękę. Wyglądały na ostre. Ale nie mamy o tym jednoznacznej opinii.

Nie będzie oficjalnego wsparcia ani żadnych sojuszy. nie chcemy was przyjąć do Gromady. – Will zasznurował usta. – Zgodzono się powszechnie. nie stworzyliście dotąd globalnego rządu. – pomyślał Dulac. A może nawet kimś więcej: języczkiem u wagi. Ale w najlepiej pojmowanym interesie Gromady to nie leży. – Od lat mówię to samo. – Wcale nie chcemy wstępować – odparł Will. bo w tym jesteście najlepsi – powiedział Turlog. – Chcemy was w roli żołnierzy. co potrafimy robić najlepiej. chociaż sporo myśleliśmy o tak ważkiej sprawie. – Mówię prawdę. że dobrze sobie radzimy. – Myślałem. Nie znaleźliśmy dotąd nikogo równie dobrego. Wam chyba także nie jest potrzebne. że oto wreszcie udało mu się spotkać między obcymi drugą. – Jak wielu. – Rzadko się odzywam i w mowie jestem kiepski. Pewien był.. to nie jest akurat to. że źle coś zrozumiał. Nie zaprzeczam. – Wiem. – Ponieważ wasz rozwój społeczny zostaje daleko w tyle za technologicznym. Zatem też uważacie. koniecznych. Na ile znam stanowisko przynajmniej części członków federacji. ale na zasadzie indywidualnego wyboru. – Na razie bez rewelacji. – Pozwól mi dokończyć – przerwał mu Pasiiakilion. że chcecie naszej obecności w Gromadzie. Ukształtowanie powierzchni waszej planety też wam nie sprzyja. że należy pozwolić na walkę w szeregach Gromady wszystkim chętnym. – Jesteście swarliwi i dziwni – powiedział Turlog – ale walczycie wspaniale. że powinniśmy powstrzymać się przed zawieraniem oficjalnych sojuszy? To wspaniale. podobnie refleksyjnie nastawioną do życia istotę.. Chociaż za wcześnie jeszcze na szczegółowe prognozy. – Kaldaq mówił co innego. Will odczuł lekki niepokój. W ten sposób nie spełniacie wymogów formalnych. – Też tak słyszałem. Mimo to. Willa zamurowało. ale.Dziwnie poważne podejście do sprawy. Zamiast ucieszyć się. zupełnie nietypowe dla S’vana. aby wstąpić do Gromady. Może zostawieni samym sobie wykształcimy społeczeństwo równie . Jesteście najlepszymi wojownikami. to w każdej chwili gotowi są przeszkolić i postać do walki nawet całą ludzkość. To dobrze. – Nie.

których i bez was mamy dosyć. są też oddani sprawie. – Nie dorośliście jeszcze. nie będziecie chcieli już walczyć.pokojowe. Nie tylko dla Ampliturów. Może. abyście walczyli. Z czasem to może się zmienić. Dziś cieszycie się zwycięstwem. ale nie przyjaciele. – Rozumiem. Wam brakuje cierpliwości. ale nie partnerstwa. Chyba mylicie się co do nas i to od samego początku. że nie będziecie się ubiegać o członkostwo w Gromadzie. że złej. Sama wasza obecność sprawiałaby kłopoty. O’o’yanowie i Leparowie was nie chcą. – To nie nastąpi. ani w żadnej przewidywalnej przyszłości. żeby zostać przyjaciółmi – stwierdził bezlitośnie Pasiiakilion. Za oknem słońce migotało na drobnych falach. To byłoby niezręczne i kłopotliwe. dlaczego cieszy nas wasza decyzja. – Po prostu chcę. jak O’o’yanowie czy Waisowie. to i tak byłoby za mało. W ten sposób obie strony mają to. Jesteście niebezpieczni. W Gromadzie jest wielu . Nie musimy wam odmawiać. Napotkał spojrzenie małych czarnych oczu. Ampliturowie nie zostaną pokonani jutro. – Naprawdę chciałbym w to uwierzyć. chyba że nie doceniamy Ampliturów. Waisowie. gdyby te wasze Narody Zjednoczone stały się prawdziwą reprezentacją całej ludzkości. Nie można oczekiwać po was racjonalnego działania dla osiągnięcia jakiegoś celu. Chcemy. – Moim zadaniem było prowadzenie wnikliwych badań waszej psychiki. Najemnicy. Wprowadzenie do Gromady istot tak niecywilizowanych mogłoby ją zniszczyć. czego chciały. Jednak na razie zachowamy ostrożność. – Will milczał. inna rzecz. abyś wiedział. Nie znacie granic własnej słabości. Zawsze reagujecie odwrotnie od oczekiwań i zawsze gwałtownie. ale nowych żołnierzy. Pragniemy waszej pomocy. – Uważa się. Will spojrzał ostro na T’vara. Niezależnie od waszego wysiłku. – Gdybyście potrafili jakoś stworzyć choćby zaczątki globalnego rządu. ale dla każdego cywilizowanego gatunku. nie chcemy tylko waszego członkostwa w Gromadzie. Hivistahmowie. Obecnie Gromada nie potrzebuje nowych przyjaciół. Jeśli jednak was odmienimy. – Możesz to rozwinąć? – spytał Will. nawet dla samych siebie. że przy odpowiedniej pomocy i nauczaniu możecie dojrzeć. – Tęgo nie możesz wiedzieć na pewno. ale to się zmieni. – Turlog poruszył widocznymi na tle okna szczypcami. My was nie chcemy. Są cierpliwi i mają surowców pod dostatkiem. Nawet S’vanowie was nie chcą.

– Naprawdę tak bardzo zależy wam na tym. Bo dzięki nam inni nie muszą walczyć. że to może być istotne.. gdy już pokonamy Ampliturów i zniknie ten ich Cel? – spytał Will po dłuższej chwili. Ale pochwały wyłącznie za sprawne zabijanie Krygolitów. Myśleliśmy jednak razem ze S’vanami. A teraz znaleźliśmy was. na co z dawna nalegałeś? – Nie wiem – mruknął Will. To żaden szacunek. – Jesteście podziwiani na wszystkich światach Gromady. Turlog obrócił się i spojrzał na okno. że powinieneś . – Czy to ważne zatem – spytał Turlog – jak udało wam się ostatecznie osiągnąć to. może tysiąc. – Najpierw trzeba ich pokonać. to owszem. Nikt inny tego nie potrafi. żebyście byli lubiani? Szacunek nie starczy? – Jeśli byłby to szacunek dla zalet. groziła rozpadem. – Co wtedy? – Mówisz o dalekiej przyszłości – wtrącił pospiesznie T’var. żebyś chciał ją od razu przytulić. Od dnia powstania Gromada chwiała się. Co mamy przekazać naszym odległym potomkom? Poza tym – zaczął tonem tak gniewnym.. ale teraz sam nie wiem. Podziw wobec osiągnięć kultury. Jesteście nam potrzebni. – Wy nazywacie to „cienką linią między miłością a nienawiścią” – wtrącił T’var. Pokonanie Ampliturów może nastąpić za sto lat. jak nigdy jeszcze – czy nie tego właśnie chciałeś? Aby zostawić was w spokoju? – Tak. – Nie ma mowy o pogardzie – odezwał się Pasiiakilion. – Osobiście najbardziej interesuje mnie ten mechanizm. któremu najwyraźniej wracało poczucie humoru. Brakuje wojowników. ale to nie znaczy. owszem. gdyby mieli wybór.artystów i filozofów. Ale nie w pogardzie. – A co się stanie. muzyków i inżynierów. Chcemy żyć w spokoju. – Jasne. – Tych nam nie trzeba. Srebrzyste oczy wciąż wpatrywały się w twarz Willa. – Nawet Turlogowie? – Nawet Turlogowie. cywilizacji. Możesz podziwiać kobrę. który osłania ludzki umysł przed manipulacjami Ampliturów. – Boicie się nas? – Nie was. Tajemnicy. która w was tkwi. Nawet Massudzi przestaliby walczyć. nikt z nas tego nie dożyje. – Przykro mi. – Sądziłem. – Boimy się kłopotów – dodał T’var. Tak czy inaczej.

Ich nikt nie lubi. Czemu zatem Ziemianom miałoby tak zależeć na sympatii ze strony innych ras? I tak jesteście w dobrym towarzystwie. – T’var skręcił do windy na powierzchnię. – Miałem wrażenie. – Muszę zająć się jajkami. – Kiedy? – Z czasem. nie zostaniemy powszechnie zaakceptowani. – Usłyszałeś już wszystko. – Pasiiakilion poświęcił ci więcej czasu. Tak to dzisiaj wygląda. Will poczuł się jakoś pewniej w pełnym blasku dnia. czyli współpracę z Gromadą. ale w końcu do tego dojdzie. – Kiedyś do tego dojdzie. gdy Gromada nas zaprosi. – Nikt nie chce nas w Gromadzie? Dotarli na poziom morza. – T’var pociągnął Willa za rękaw. gdy byli już na korytarzu. przechlapane. – Jeszcze chwila. – Powinieneś czuć się zaszczycony – powiedział T’var. – Pomagają. ale są podziwiani za znaczny wkład we wspólny wysiłek.. zamiast poprzestać na wygłoszeniu informacji. w waszych materiałach propagandowych zetknąłem się i z czymś takim. – Nie za naszego życia. żeby jakiś Turlog kłamał. że nas nie lubi. Też trochę poczytałem przez ostatnie lata. – S’van uśmiechnął się niewinnie. jak teraz.. To raz. bo nie chcą paść ofiarą Ampliturów. To najbardziej niewątpliwa rzecz pod słońcem. – To co innego – stwierdził Dulac. Wybrali mniejsze zło. Aż do chwili. Tak. – Turlogowie nie „lubią” nikogo. aby niższy S’van mógł za nim nadążyć. – To znaczy bezrozumnymi maszynami do zabijania. – Wy jesteście wszyscy istotami cywilizowanymi. niż komukolwiek za mojej pamięci.znać prawdę.. – Innym razem – zaszemrał Turlog. Will zwolnił kroku. Nawet Kaldaqowi.. – To wszystko była prawda? – Nie słyszałem. a po drugie. Bardzo chce was zrozumieć. tak. A my? Zwykle budzimy zawiść.. – Jesteś pewien? – Oczywiście. Gdy nie będziecie już takimi. z dala od jaskini obcego. odpowiadał na twoje pytania.. mam pytania. My nie. . – Czas iść. Kto mówi o powszechnym uwielbieniu dla S’vanów? A Leparowie to już w ogóle mają prze. Nawet innych Turlogów. – Pomyśl o Turlogach. jak wy to mówicie.

Wiedzieli. które dręczyły zwykle naukowców Gromady. że żaden inny gatunek nie wkłada tyle wysiłku w rozwój militariów. dość mordowania się z powodu koloru skóry czy religii. że ich wytwory nie zostaną użyte przeciwko współbraciom. aby czym prędzej wyruszyć na Motar. Różne koncerny zbrojeniowe współzawodniczyły radośnie w tym nowym wyścigu. nawet ci. Skrupułów rzeczywiście nie mieli żadnych. O ile żołnierz nie został ze szczętem uśmiercony na polu walki. z jednym wszakże wyjątkiem. Kto szedł na wojnę. o jakiej ludzkość marzyła od wieków. aby wrócić do domu zdrowym i bogatym. ale wolny wybór. Wiedzieli przecież. po tylu doświadczeniach. Oto ludzie i ich . że tutaj ich wyszkolenie pójdzie na marne. czyja „zabawka” jest bardziej śmiercionośna. Gromada była szczodra dla przyjaciół. Teraz nie była to już kwestia patriotyzmu. Dość bratobójczych walk. Obecnie. chcieli spełnić marzenia o dalekich podróżach czy ziścić sny o chwale. temu nikt złego słowa nie powiedział. nie wywoływało to zdumienia obcych socjologów. Wielu jednak myślało podobnie jak Will. czynił to z własnej woli. Kto zostawał w domu. zaś skutek tych starań zdumiał nawet S’vanów. potrafiła leczyć nawet bardzo poważne obrażenia. Ze wszystkich armii świata nadciągnęło sporo żołnierzy i oficerów. którzy jej unikali. Medycyna Gromady stała o wiele wyżej od ziemskiej. Ziemska nauka ustępowała dokonaniom Gromady. licytując się. Oto wreszcie trafiła się okazja. którym nie dane było wziąć udziału w obronie Ziemi. Inni jeszcze. Lub po prostu mieli nadzieję się odegrać. miał wszelkie szansę po temu. Druga fala rekrutowała się spomiędzy biedoty wielu krajów. Wielu spośród tych. W tym przypadku rolę werbowników odegrali po części rekruci z pierwszych zaciągów. Ludzie nie wykazywali przy tym żadnych oporów czy zahamowań moralnych. chociaż nadal wszyscy przyznawali. sfrustrowanych perspektywą permanentnego pokoju i brakiem napięć między mocarstwami. Niektórych Will pamiętał jeszcze z Belize.Rozdział 27 W okresie po inwazji rekrutacja ziemskich żołnierzy stała się o wiele łatwiejsza. z miejsca wzięli się do udoskonalania standardowych typów uzbrojenia. paliło się teraz. Gdy tylko naukowcy i inżynierowie uzyskali dostęp do technologii Gromady.

jak ten chroniący macierzystą planetę. Ampliturowie ze swoim Celem działali na przeciętnego Ziemianina jak czerwona płachta na byka i punkty werbunkowe nigdy nie świeciły pustkami. Militarystyczna propaganda. Jednak w skali całej populacji nie była to grupa aż tak znacząca. jak bardzo zależy Gromadzie na utrzymaniu obecnego status quo. Hivistahmami i innym rasami Gromady. Przewodnictwo Ampliturów zaś oznacza utratę indywidualności. pod ich światłym przewodnictwem. My i oni. albo giniesz. S’ranami. Ludzkość została w domu. Co bardziej upartym osobnikom przypominano relacje Ziemian. wolnej woli i wszystkiego. Wracali potem otoczeni podziwem. Nie trzeba myśleć. W dole nieustannie lądowały i startowały wahadłowce dowożące rekrutów i zaopatrzenie dla statków. Kapitan wiedział. co nikogo nie martwiło. zniknęła zanim zdążyła zaistnieć. rzecz jasna. co ludzie tak kochają. Nikt nie musiał nawet rozpętywać na Ziemi prowojennej histerii. a wręcz przeciwnie. Sytuacja prosta i jednoznaczna. którzy wrócili z planet frontowych. mówili. Wybór jest prosty: albo walczysz razem z nimi. chociaż nadal nie mieli zamiaru występować o formalne włączenie do federacji. której Will się tak obawiał. wszystko jasne. i zachęcali następnych do tego samego. które kilka godzin temu wychynęły z podprzestrzeni. Na granicach słonecznej sfery magnetycznej rozmieszczono już system ostrzegawczy równie sprawny i nowoczesny. Korytarzem nadchodziła grupa odznaczonych ziemskich żołnierzy. Nosili mundury zaprojektowane jeszcze przez pierwszych rekrutów i z ożywieniem o czymś rozprawiali. Jednostki bojowe Gromady patrolowały niskie orbity Ziemi. Dojrzawszy Kaldaqa wykonali szczególny gest. Dulac nie miał powodów do zmartwień. Kaldaq szedł przez górne poziomy bazy wznoszącej się obecnie wysoko ponad palmy i koralowe wysepki. Ampliturowie łapczywie zagarniają wszystko dla większej chwały Celu i nie znają pojęcia „neutralności”. Ci akurat nie mieli żadnych kłopotów z wytyczeniem granicy między dobrem a złem. że nazywają to salutowaniem i wyrażają w ten sposób szacunek wobec przełożonego. Ludzie mogli się czuć bezpieczni. kapitana. zadowoleni i bogaci. Tylko Will Dulac wiedział.sojusznicy stawali przeciwko strasznym głowonogom i ich niewolnikom. Głosy wzywające do skrajnego izolacjonizmu były teraz nieliczne i nie wywoływały żadnego oddźwięku. I tak ludzie pociągnęli na wojnę razem z Massudami. W armiach Gromady nie było .

Zjemy razem? – Tak. Czyżby czynili to odruchowo? Spojrzał za nimi. nie przerywając nawet rozmowy. była to dość częsta reakcja. Pomachał żołnierzom. jakbyś się czymś martwił. – Ciągle czymś się gryziesz – zbeształa go. O’o’yan schował się za większymi Hivistahmami. – Nie. szorstkiego i odpychającego. Obecność partnerki pozwalała mu ukoić rozbiegane myśli. Przywitali się serdecznie. Dyskutujący wciąż głośno żołnierze niczego nie zauważyli. Nawet wśród Massudów wielu nie kryło niechęci wobec ludzi i to niezależnie od faktycznie istniejącego braterstwa broni. Czemu po prostu się nie przywitać? – pomyślał Kaldaq. Jakiś szczególny brak taktu i opanowania. Ciekawe. Gdy ujrzeli ludzi. nie było lepszych towarzyszy niż Ziemianie. Po służbie okazywało się z reguły. rzecz jasna. Niestety. Oni bali się ludzi. niuchając po karkach i szepcząc czułe słówka. pomyślał Kaldaq. co Ziemianie potrafią. jednak z tego samego powodu również mało kto ich lubił. W dobrym tempie. W ludziach było coś nieokrzesanego. Taka dziwna fizjologia. ludzie musieliby biec.podobnego zwyczaju. Cała trójka przymrużyła oczy. W walce. Walczyli wspaniale i mało kto nie był im za to wdzięczny. Wszyscy wiedzieli. – Zupełnie jak Hivistahm. aby za nimi nadążyć. ale po służbie Massudzi woleli zwykle ich unikać. ale na dłuższą metę żaden nie dorówna Kaldaqowi. że jego pozdrowienie jest znacznie mniej dynamiczne. owszem. Jednak Kaldaq przyjrzał się jaszczurom uważnie. Kaldaq usłyszał wołanie Jaruselki i przyspieszył kroku. jak mecząca może być kompania istot niecywilizowanych. . Żeby mundur zmieniał aż tak wiele? Jeszcze jeden przykład militarystycznych ciągot ziemskiej kultury. – Nie mów tak. Tamci salutowali siarczyście. Wiedział dobrze. Dwóch Hivistahmów pogadywało z O’o’yanem. zamyśliłem się tylko. Dopiero po chwili Jaruselka spojrzała uważniej na Kaldaqa. ale teraz będą mogli przejść resztę drogi razem. Mieli spotkać się dopiero w jadalni. Mam dobre nowiny. jeden z techników szepnął coś do pozostałych i grupka zeszła Ziemianom z drogi. – Wyglądasz. że potrafią bez trudu prześcignąć nas na krótkich dystansach.

Nie jest to raczej szczególna zdobycz. Awanse zdarzały się i już. niskie i smukłe jak O’o’yanowie. Poza tym dostajesz przydział bojowy. zajrzymy do domu i potem przejmiemy nowy przydział. Zwolnił i spojrzał w jej lśniące oczy. Teraz sam sprawdzi. – To rzeczywiście dobre wiadomości. Przez ostatnie lata pracy zupełnie zapomniał o porządku promowania. – Mnie też awansowano. Nie wiedział wiele o Kantarii. jak upływ lat. Prymitywny świat. skoro tak bardzo potrzebni są gdzie indziej. . – Dostałeś awans. Widać uważają Kantarię za bezpieczny poligon. – Chętnie opuszczę Ziemię. Za długo już tu siedzę. – Kto tam walczy? – Głównie Krygolici i jeszcze paru innych. S’vanowie dogadują się z Ziemianami o wiele lepiej niż my. Są też Mazvekowie. Zostały prawie całkowicie podbite przez Ampliturów. – I co powiesz. – Może. Teraz Kaldaq miał ruszyć do walki za tę sprawę. aby przyciągnąć rekrutów. Ampliturowie dopiero testują ich w walce. jak Ziemianie. ale pozbawione talentów tych ostatnich. że Wspólnota usadowiła się tam dość mocno. co tam słychać. Massudzi zwykle nie przywiązywali do tego takiej wagi.– O walkach na Kantarii? – Nie – odparła. nowi we Wspólnocie. Ale gdyby odebrać ją Ampliturom. wspinająca się dopiero na wyższe stopnie ewolucji społecznej. Kantarię zamieszkiwała rasa niedojrzała. że nie jesteś tu teraz niezbędny. tacyż mieszkańcy. opanowała większość terytorium. i trzeba będzie odbijać je skrawek po skrawku. Zdumiony i zaniepokojony przymknął oczy. kochana? – spytał Jaruselkę. Na przykład na Kantarii. To wielki zaszczyt dostać skierowanie na tak trudną placówkę. – Mięso armatnie dla Celu – mruknął ponuro Kaldaq. tyle tylko. Szkoda Massudów do zadań administracyjnych. na szczęście Gromada odkryła ich planetę i zainterweniowała niemal w ostatniej chwili. Normalna kolej rzeczy. Twoi przodkowie byliby dumni. Były to ssaki. – A co z moją pracą tutaj? – Dowództwo uważa. Co za ironia. to sporo da się z nimi zrobić. pod nadzorem garstki Ampliturów. Zamierzał wykorzystać nagrania przedstawiające walki o ten świat. Inni przejęli już brzemię. Teraz dostaniemy krótki urlop.

jakiego poznałem. – Ani trochę. Jedni i drudzy uznawali się. Na horyzoncie majaczyły sylwetki zielonych gór kontynentu. – Na przykład Dulaca. Dla żołnierza to zaleta. Ale to już nie nasze zmartwienie. Ale jest człowiekiem. – Spojrzała w głąb jasnego korytarza. wszyscy razem i każdy z osobna. – I owszem. – Jaruselka nie kryła zaskoczenia. dla istoty potencjalnie cywilizowanej kula u nogi. Teraz mamy nowy przydział i jasno określone zadanie. za pępek wszechświata. Chętnych było znacznie mniej. Gdy są w grupie. Tutaj było tak inaczej. to był pierwszy Ziemianin. niż obojętnych wobec sprawy. nawet cywilizowanego. że to skutek działania feromonów. wysoce ryzykownych hipotez. Zmieniają się. Pod wieloma względami wciąż uważam go za godnego szacunku. a ja już dość mam ludzi. Dalej. bardziej na północ. bez żalu się stąd wyniosę. – Ale niektórych będzie ci chyba brakowało – zauważyła. Minęli panoramiczne okno. leżały ziemskie miasta pełne potencjalnych rekrutów. – Badania trwają – powiedział Kaldaq. ale muszę wyznać. – Polubiłam niektórych Ziemian. słyszałem też kilka innych. niż w dawnej części bazy. . dzieje się z nimi coś dziwnego. – Tak. – Przecież zaprzyjaźniłeś się z nim. podobnie jak kilku wyjątkowych zgoła przywódców tutejszych szczepów.– Właśnie. że jako gatunek nie budzą mojej sympatii. – Są sugestie.

zaś satelity komunikacyjne nigdy nie zagrzewały zbyt długo miejsca na orbicie i łączność szwankowała cały czas. co zresztą nie dziwiło. Po niespełna roku Kaldaq pojął. Zdarzało się w ciągu tego roku. Tubylcy. W rzadko rozrzuconych miastach widywało się większe budowle ze spojonych surowym cementem otoczaków. jak i na klimat.. że Massudzi nie mieli na Kantarii dość miejsca na bieganie. wystarczyło małe zaniedbanie higieny. Doszli zaledwie do szczebla plemion i klanów. Podobnie widok śniegu okrywającego górskie szczyty. że jakiś odcinek kilka razy przechodził z rąk do rąk. Na dodatek nieustannie padał lodowaty deszcz. pierzchali na widok każdej obcej istoty i kryli się w kamiennych chatach. Walka nigdzie nie była łatwa. że na Kantarii żadnej ze stron zwycięstwo nie przyjdzie łatwo. ale te opady. Ukształtowanie terenu utrudniało walkę. niewielkie. Deszcz działał na te uwielbiające blask słońca istoty demoralizująco. Nieprzyjaciel umacniał opanowane miasta. ale co z tego.. który łagodniał tylko w wąskim pasie wokół równika. Ląd planety przecinały skaliste góry poznaczone głębokimi dolinami i wartkimi strumieniami. a liszaje okrywały nawet stopy. Wszystko pleśniało od wilgoci. który różnił się tylko dialektami. tubylcy władali wprawdzie wszyscy tym samym językiem.Rozdział 28 Kaldaq popadał w coraz głębsze zgorzknienie. Najgorsze zaś. Dopiero co skończyła się tutaj epoka lodowcowa i nie pozostało to bez wpływu zarówno na topografię. Wymiana handlowa dopiero raczkowała. obie strony urządzały czasem wypady . ale na Kantarii wszystko jakby sprzysięgło się przeciwko niemu. Wojska Gromady wyzwoliły sporą część lądu. kiedy oddziały wroga i tak przenikały bez przerwy dolinami i wzdłuż łańcuchów górskich. Wojna wlokła się niemiłosiernie. gdzie pełni lęku zbijali się w grupki wokół paleniska. ale nie mieli centralnych instytucji władzy. Chłód był do wytrzymania. szczupłe dwunogi.

Ampliturowie mieli jeszcze jedną przewagę. porównywali potem desant do penetracji pieca hutniczego. Wystarczyło poprosić jakiegoś wodza czy kacyka o chwilę rozmowy. Zdrowie im szwankowało. Ostatnia próba opanowania pewnego większego miasta skończyła się totalną klęską. Nie byli dość rozwinięci. Z początkiem drugiego roku walk na Kantarii Kaldaq stracił Jaruselkę. ślepota na wszystko poza Celem i skłonność do bezgranicznych poświęceń w jego imię. Co gorsza.na umocnione pozycje. nie wspominając o koncepcji Celu. przestać mu odpowiedni przekaz myślowy. Byli po prostu zbyt osłabieni wilgocią. że wrogowi było równie ciężko. Ale wróg siedział na Kantarii już od dawna. Walki toczyły się praktycznie na podwórkach ich chat i chowanie się na widok uzbrojonych oddziałów nie mogło w żaden sposób pomóc. bezczynność demoralizowała. wyczerpani deszczem. Lądujący transportowiec dostał się pod ostrzał oddziałów walczących na otwartej przestrzeni oraz tych okopanych na stokach gór. Massudzi rzadko potrafili obronić zdobyte doliny. by pojąć istotę sporu. Nieliczni. a on już mówił swoim ludziom. Zdolności Mazveków (którzy faktycznie całkiem dobrze radzili sobie w tych warunkach) też nie miały wiele do rzeczy. poczucie obowiązku słabło. Jedyną pociechą pozostawał fakt. że za sukcesami przeciwnika stoi jego fanatyzm. Nie działo się to za sprawą lepszego uzbrojenia czy wyszkolenia Krygolitów. komu właściwie mają wierzyć. kontrolował większość planety i powoli ale nieustannie spychał wojska Gromady w stronę morza. co trzeba. którzy ocaleli. Kaldaq wiedział. W odróżnieniu od walk na innych światach. tutaj ofiary wśród tubylców były znaczne. . Tymczasem nieszczęśni Kantarianie wysłuchiwali peror obu stron i coraz mniej wiedzieli.

Może to i dobrze. jednak przełożeni odrzucali niezmiennie wszystkie prośby Kaldaqa. Krygolici byli równie zdumieni. Jako weteran był potrzebny tutaj. by osłonić odwrót. by dojrzeć. Jaruselka była w tym momencie w drugim patrolowcu. co go zabija. Kaldaq miał to ciągle przed oczami: pękające poszycie. znosił z cierpieniem paskudny klimat świata. Wystrzelili tylko kilka razy. a ekrany ochronne były niczym wobec tysięcy ton sypiącego się na pojazd skalnego gruzu. walczył i patrzył na śmierć innych. Kaldaq wiedział. Bezpośrednia osłona toczyła akurat walkę z samolotami wroga i niczego nie dostrzegła. jedynym sensownym na tej planecie środku transportu powietrznego. Przy każdej okazji składał wniosek o przeniesienie na jakąś inną planetę. Od tamtej pory wykonywał wszystkie obowiązki jakby w otępieniu. deszcz plastikowych odłamków spadający wraz z kamieniami. czemu te obce potęgi ich masakrują. Siedział w patrolowcu. Jeden z wystrzelonych na oślep pocisków trafił w granitową ścianę bezpośrednio nad patrolowcem Jaruselki. że na tej straconej planecie nie było nic wartego .Rozdział 29 Nadzorował atak na obsadzoną przez Mazveków grań. Z pojazdu i jego pasażerów mało co zostało. Z czasem stawanie do raportu zmieniło się w cykliczny rytuał przypominający boleśnie o osobistej tragedii. Wolał pamiętać ją taką. miażdżone stabilizatory. jak wszyscy. Nie był to nawet planowy atak. Jej pojazd zawisł natychmiast u stóp skalnego urwiska. gdy drużyna Krygolitów na śligaczach zaleciała walczące oddziały od tyłu. myślał. z którego się wyłonili. które dawało pewną osłonę przed pociskami. Całość runęła ciężko na dno doliny. i pognali w kierunku wylotu tego samego wąwozu. którego mieszkańcy nie mieli nawet pojęcia. Pilot nie miał najpewniej nawet szansy. która blokowała dostęp do jednego z ważniejszych miast. który koordynował celność ostrzału i krążył poza zasięgiem ognia. jaka była za życia.

że to nie jego los zabrał. Może wytrzymają tu jeszcze wiele lat. Ale na razie w życiorysie Kaldaqa przybędzie czarna karta opisująca odwrót. Bo przecież tak właśnie będzie. Jednak to drugie nie było takie proste. Gromada zawita tu znowu i oswobodzi mieszkańców planety. Gromada traciła kolejne góry i kolejne doliny. Ale co się stało. które gdzie indziej mogą zadecydować o zwycięstwie? Lepiej uznać się za pokonanego na drugorzędnej planecie. bowiem co pewien czas udawało się odnieść jakieś zwycięstwo.. że nigdy w życiu nie będzie już nikim innym. bardziej dokuczał jego podkomendnym niż wrogowi. Pozostał im już tylko wąski skrawek lądu na zachodzie. że będzie to klęska przez niego niezawiniona. aż trzeba było opuścić i tę. że tutaj o klęsce decydowała w pierwszym rzędzie sama planeta. Minęło dość czasu. Tak samo byłoby. podobnie jak ze śmiercią Jaruselki. gdyby zdarzyło się odwrotnie. aby mógł znaleźć nową partnerkę. to już się nie odstanie. że Jaruselka nie pragnęłaby wcale widzieć go osamotnionym. ważniejszą. porażkę. Od szeregu dni padał wciąż ten sam. Nic uzasadniającego cierpienia żołnierzy. kiedy wyrzuci się już Ampliturów z tej części Galaktyki. i wyglądało na to. za to zwyciężą gdzie indziej.śmierci Jaruselki. Jak zwykle. Oddadzą Kantarię. ale czy warto marnować siły. Latające stanowisko dowodzenia unosiło się nad wschodnim wejściem do doliny. Kaldaq wiedział też. Tę wojnę obie strony toczyły ze zmiennym szczęściem. chociaż wiedział przecież. Planeta była stracona. same fiordy i urwiska spadające wprost do lodowatego oceanu Kantarii. ale zdobyć inną. Wcześniej czy później ktoś zarządzi całkowitą ewakuację niedobitków i pechowi Kantarianie staną się mięsem armatnim dla Celu. nawet sto. skłaniał do zaniedbywania obowiązków. Zwycięstwa i klęski. Widział z góry. w przyszłości. Zresztą jego nie będzie już wtedy wśród żywych i nie ujrzy ostatecznej klęski Kantarii. ulewny deszcz. tak było już od setek lat. Gorzej nawet. jeśli okopią się i ukryją. w której zginęła Jaruselka. Żołnierze nie powinni myśleć za dużo o takich sprawach. Przegrana przychodziła powoli. ale nic go w tym kierunku nie ciągnęło. Ampliturowie zmienią ich genotypy i żegnaj spokojny ludu Kantarii. . Kiedyś. co się z tobą stało. Nigdy nawet nie zrozumiesz. Był przecież dowódcą. ale obrót spraw był jasny i wcale nie podnosił Kaldaqa na duchu. Kaldaq coraz częściej żałował. Z tym Kaldaq mógłby się pogodzić. Nie szkodzi..

zdołali nawet opanować część wschodniego wylotu doliny. że pod rządami nowych panów zdziesiątkowani tubylcy nie będą już cierpieć. przy ogniu z . zaś żołnierzowi brakowało lewego ucha. żołnierzu? – Kaldaq opuścił dłoń z komunikatorem. Przygotowania do odwrotu były na ukończeniu. ale wszystko to na nic. Ale po co? W końcu i tak morze zaszumi im za plecami. że zdołają uciec żywi z orbity. Skok w podprzestrzeń może się uda. – Skanery wychwyciły niespodziewaną szpicę Krygolitów w wąwozie tuż za nami. – Komandorze! – Co.że zarządzony chwilę wcześniej odwrót jest już w pełnym toku. Mają pociski ziemia-powietrze i system naprowadzania. a artyleria Krygolitów położyła ciężki ogień. gdy do centrum dowodzenia przybiegł zdyszany podoficer. – Nie da się inaczej. Jaruselko. Szpitale polowe na Kantarii nie dysponowały sprzętem do regeneracji tkanek.. Będą musieli opuścić tę dolinę. Ocalały podoficer kazał wycofywać się z zachowaniem możliwie jak największej dyscypliny. Zażądać od jednostek wsparcia uderzenia na ich pozycje. W obecnej sytuacji.. – Dlaczego? – Kaldaq był spokojny. To wiedział z góry. Nie było żadnych widoków na posiłki. – Znam nasze położenie. czy Ampliturowie nie polecą ich śladem. Pora ruszać. Przyjdzie okopać się na następnej grani i zacząć wszystko od nowa. Gdzie indziej było jeszcze gorzej.. Jeszcze jeden spłachetek ziemi w rękach wroga. Pora wynosić się z tego świata.. w najgorszym razie podzieli tylko los ukochanej. ale nie wiadomo. Massudzi próbowali stawiać opór. Horda Mazveków zalała obrońców i wybiła niemal wszystkich. Zostawić Kantarian Ampliturom. te góry. jestem zmęczony i tęsknią za tobą. Kaldaq nie po raz pierwszy musiał być świadkiem krwawego odwrotu i zobojętniały wypełniał już tylko swoje obowiązki. Jaruselko. I tak załadują się w końcu do wahadłowców w nadziei. Nic ponadto. Kolejna dolina w rękach wroga. Następny rok walki o te skały nie wskrzesi Jaruselki. Jego pancerz był w kilku miejscach ponadpalany. komandorze? Wróg jest bardzo blisko. nie zmieni losów tej wojny. Cóż. pustosząc przy tej okazji pobliską wioskę i otaczające ją pola. dobrze chociaż. Kaldaq spojrzał na projekcję terenu. – Nie możemy uciec.

Albo dopiero co przybyli do tego sektora. to nie mamy wyboru – rzucił obojętnie Kaldaq.dużego dystansu też możemy oberwać. Krygolici nie zdążą wyjść z ukrycia. Przez całe lata nosił ją jakby to był brelok. Osłona odwrotu nie należała do łatwych zadań. – Podejrzewamy. a co dopiero mówić o wrogu. chciałbym wiedzieć. Mają ślizgacze nowego typu. czy ma broń przy pasie. tym większa szansa. – Skoro jest tak jak mówisz. którymi przyszło mu dowodzić. aby nas dopaść. Sprawdził ją. Od kiedy Ampliturowie zaczęli rozsiewać mikroustroje pożerające zawartość baterii. Jeśli będziemy mieli szczęście. że prawie nie można ich wykryć tradycyjnymi metodami. gdzie zaległy własne wojska. że im wcześniej dostaną ogień na podaną strefę. – Inaczej postrącają nas kolejno. Ktoś musiał popełnić błąd i nie pora. – Ostrzec oddziały i przekazać. Kaldaq nie myślał o sobie. by to rozpamiętywać. Starszyzna rodu pochwaliłaby taką postawę. Teraz mogła się przydać. Swoją drogą. zaś nasze pojazdy nie wzniosą się na pułap szczytów. że wyjdą z tego żywi. Z przodu blokują drogę duże siły nieprzyjaciela. Możemy wycofywać się tylko w jednym kierunku. aż zaczniemy się wycofywać. – Kaldaq sprawdził. Dowództwo wsparcia taktycznego miało obiekcje. ale o ocaleniu tych. które otaczają tę dolinę. Tak duży pojazd był kuszącym celem. o wiele szybsze i zdolne do lotu tak blisko podłoża. W takim terenie trudno było połapać się. Była w pełni naładowana. takie rzeczy należało kontrolować nieustannie. trzeba spróbować. Podoficer spojrzał z niepokojem na wyraźnie wyczerpanego dowódcę i pomyślał. – Słyszałem o nich – mruknął Kaldaq. ale posiadał grubszy pancerz. Pojazd dowodzenia był wolniejszy od zwykłych patrolowców. Uda się czy nie. Teraz trzeba walczyć. – Zatem prosimy o ostrzał? – Tak. Przynajmniej zabierzemy ich paru ze sobą. Mniejsza o precyzję. Normalnie nie ruszał się bez . Poproszę o dziesięć minut przerwy na wycofanie naszych sił z doliny. aby trzymali się jak długo będą mogli. Kaldaq musiał wyjaśnić dokładnie. jak przedostali się przez naszą sieć czujników. Powodzenie nieprzyjacielskiej taktyki nie martwiło go ani trochę. Niech nie szczędzą siły ognia. Spróbujemy zgrać to wszystko w czasie. że podkopywali się od dawna i czekali z zasadzką na chwilę. że należy pomóc starszemu wiekiem i stopniem Massudowi.

Jeszcze nie zostali wykryci. nawet najprymitywniejsze czujniki wykryją coś tak dużego. Może być i tak. aby wyznaczyć eskortę. – I jak? – spytał Kaldaq. że potrzebuje ochotników do załogi pojazdu dowodzenia. Tym lepiej: skuteczniej ściągną na siebie ogień i dadzą tym samym szansę pozostałym. który uchronił się jeszcze po części przed bakteriami Ampliturów.osłony. Pożegnali się pospiesznie. O ile owe zaświaty istnieją. Kaldaq nie był zdziwiony. ale to nie starczało. Nadleciał z tylu i uderzył w lewy stabilizator rufowy. Postanowił. by zmylić skanery. – Na razie nic. nadał ostatnie rozkazy. polowy system łączności. Nieprzyjacielskie pozycje z tyłu i przed Massudami skryły się w fontannach wybuchów. Lepsze to. co pozwoli podwoić obsadę ślizgaczy szturmowych i transportowców. Ostatnie przygotowania zajęły tylko chwilę. Jeśli pojazd dowodzenia ruszy pierwszy i skieruje się wprost na pozycje Krygolitów. aby wychynęli zbyt szybko. Nikt nie pokładzie nie zauważył nawet wystrzelenia pierwszego pocisku. żeby odejść. Wiedział. Opancerzony kadłub nie podda się od razu i otworzy drogę ucieczki reszcie oddziału. W pojeździe dowodzenia panowała cisza. że usunie z pokładu wszystkie zbyteczne osoby. czy ostrzał ustał na dobre. niszcząc główny silnik . niż rozpuścić się w deszczu. granitowego kurzu i opadających wciąż szczątków roślinności. Już niedługo spotka się w zaświatach z Jaruselką. – Samotny podoficer uzbrojenia robił co mógł. na czym polega dowodzenie i uważał. może uda się zmylić przeciwnika lub przynajmniej ściągnąć ogień na siebie. to warto próbować. Zawołał. Kaldaq nie wahał się. Śmierć na stanowisku to nie jest najgroszy z możliwych sposób. W wąwozie było ciemno od dymu. w końcu nie mogli wiedzieć. Ciężki pojazd uniósł się ponad osłonę drzew i skręcił na zachód. Komandor odliczał sekundy. ale po nieudanym szturmie doliny Kaldaqowi zostało za mało żołnierzy. że wróg przejrzy podstęp. Setki lat walki pozwoliły obu stronom poznać całkiem dobrze taktykę przeciwnika. Chętnych zgłosiło się aż nadto. że jeśli ta akcja dywersyjna pozwoli ocalić chociaż kilku żołnierzy więcej. aby ogarnąć wzrokiem jednocześnie trzy stanowiska. Według meldunków Krygolici byli dobrze okopani. Nie oczekiwał. Próba zamaskowania byłaby i tak daremna. ale czasu było już bardzo mało.

kim jesteś ani o co walczysz. Pod tym względem był równie słaby jak inni. Rzeczywiście. Kaldaq złapał się kurczowo fotela. W końcu puściły i Kaldaq runął na podłogę. że wylądują zapewne dość twardo. ale nie unicestwił. Spośród wszystkich najważniejszych urządzeń cały pozostał tylko jeden silnik pomocniczy. Prawdopodobnie wśród nacierających sił był jakiś Amplitur. Wiedział. pomyślał Kaldaą. że pilot krzyczy coś do niego przez ryk wiatru i syk płomieni. Z przyzwyczajenia sprawdził pasy.. aby wywieźć kogoś takiego z planety i poddać „reedukacji”. Jeden osobnik mógł uczynić więcej szkód. gdzie siał dywersję ideologiczną i zamieszanie. co my tu właściwie robimy. aż nie wiesz. Nie zapisze się do tej ich szkółki. – Nawet na pełnym ciągu ledwie się wlekliśmy. Może ten dodatkowy manewr stworzy im jakiś problem. – Niech mój ród mi wybaczy.. ale raczej w jednym kawałku. wyjątkowo celnie ulokowany pocisk trafił w centrum kadłuba. Kaldaq odzyskał przytomność. Chyba że znowu oberwą. Buchnął dym i pojazd przechylił się. co się tam dzieje. drugi i trzeci zapięcie pasów. Coraz bardziej bezwładny pojazd zaczął opadać. że mógłby stawić jakikolwiek opór manipulacjom Ampliturów. Dym przesłaniał wszystko i komandor musiał poszukać drogi do luku po .i obniżając zdolność manewrową o blisko jedną trzecią. Komandor nie łudził się. Dał sobie minutę na odpoczynek i spróbował wstać. Wykonać! Podoficer kiwnął głową i nic już nie powiedział. Kaszląc i łapiąc ciężko powietrze szarpnął raz. ale ich władcy starali się zawsze wziąć przeciwnika żywcem. – Korygować kurs dyszami manewrowymi! – Ale wtedy stracimy szybkość! – zaprotestował podoficer. sunąc łukiem w poprzek doliny. komandorze! Robiłem. Obrabiają umysł tak długo. dopiero potem pojedynczy. Mimo wypełniającego kabinę dymu Kaldaq zdążył ustalić. Kaldaq musnął broń palcami. Przeciwnik musi teraz zachodzić w głowę. Ledwie usłyszał. przez dłuższą chwilę nikt do nich nie strzelał. Poobijał. Tylko Cel masz w głowie. Zbliżał się moment przyziemienia. Sami Krygolici czy Mazvekowie zniszczyliby obezwładniony pojazd. co w mojej mocy. W głowie mu huczało. niż najpotężniejsza nawet bomba. „Skorygowany” tą metodą Massud był odsyłany na rodzimą planetę. Przewrotny los zostawił go przy życiu. Sekundę później jego głos zginął w łoskocie i zapadła ciemność.

To pewnie Mazvekowie. oddychał płytko. Głosy rozlegały się coraz bliżej. Kaldaq za nic nie mógł go unieść wyżej bioder. Nikt na niego nie czekał. Zza kurtyny ulewnego deszczu dobiegły go jakieś głosy. jakie ważne dla życia organy mogły zostać uszkodzone? Ile jeszcze pociągnie? To przecież i tak nie ma znaczenia. Miał wrażenie. Trafili go dokładnie pod żebro. Gdyby tylko mógł dźwignąć tę armatę. Niestety. widocznie promień przypalił tkankę. Krygolici. Jeśli spróbuję teraz wstać. Jeśli szczęście mu dopisze. Żołnierz żył jeszcze. że drugi. potem zarzucił sobie podwładnego na ramię i zabrał ze sobą. Palce były sprawne. to powiedziałby swoje ostateczne i zdecydowane „nie” Celowi. że rana nie krwawi. Krygolici bywali nieokrzesani. Ostre. Zrobił następny krok i coś zabolało go w boku. I był tak blisko. Nic dziwnego. Chłodna plastikowa kolba dodała mu odrobinę pewności siebie. bo musiałby rzucić podoficera na ziemię. gdy jakiś głos mówiący płynnie po massudzku nakazał mu stanąć w miejscu. Najpierw trzeba stąd wyjść na światło. Może i szkoda. pomyślał. Docierał właśnie do drzew. Raczej ujrzał niż poczuł. . zrozumiał po chwili. Rana nie była chyba zbyt groźna. Las był gęsty. identyczny ślad ma na plecach. Zawtórowały im cichsze. Elektronika wysiadła. potem spróbuję pomóc reszcie. nawet jej nie widział. Ale wciąż tylko czuł kolbę pod palcami. to mimo wyraźnych rozkazów otrzymywanych od Ampliturów zastrzelą go na miejscu. Runął do przodu. Zerknął w dół: w mundurze czerniał niewielki otwór. zanim wydobył broń. Musiał otworzyć zamek ręcznie. Wiedział. kląskające. Kaldaq zgarnął kępy mchu i ugasił nimi płonący mundur. pistolet był za ciężki. leżąc w bezruchu na zmacerowanym poszyciu. chłodnego powietrza. Kaldaq nie mógł wyciągnąć broni. Będzie przez to wolniej umierał. pomyślał. ale niezbyt chciały go słuchać. to zemdleję. Całą wieczność trwało. ale po paru krokach ból zbił Kaldaqa z nóg. Powlókł się w stronę największej gęstwiny drzew. nosowe pohukiwania.omacku. Wypadł przez otwór na zewnątrz i złapał w płuca tęgi łyk wilgotnego. Po drodze omal nie przewrócił się o dymiące ciało podoficera. że pada razem z towarzyszem. Widocznie pilot przyziemił pojazd w bardzo niedostępnym terenie i wróg dopiero przedziera się do wraku. mroczny i pełen potencjalnych kryjówek. Przez głowę przeniknęło mu pytanie.

Dojrzeli mnie. Gdy Krygolici znikną z pola. – Dzięki niech bada Kręgowi Rodzinnemu. – Kaldaq nie chciał zarażać kompana pesymizmem. Jeszcze chwila. Ale palce go zdradziły. Nie. Obaj sięgnęli po pistolety i zastygli w . czy ktoś zdołał ujść cało. a podoficer będzie mógł przestać marzyć o powrocie do bazy. – Bitwa o dolinę już się skończyła. Nawet zdrowy Massud miałby kłopoty z przejściem przez góry. pomyślał Kaldaq i nagle ujrzał w dali jakiś ruch. Lepiej winić sprzęt niż żołnierzy. Błyskało i huczało. Nie mam pojęcia. Obok siedział oprzytomniały już podoficer. – Nadchodzą – szepnął. Kaldaq był cały mokry pod pancerzem. – Ktoś musiał się uratować – mruknął Kaldaq. Przyciągnąłem pana tutaj. Nie zacisnęły się. żeby się rozejrzeć. Nawet bliskie spotkanie ze śmiercią nie odmieniło jego ambiwaletnego stosunku do życia. proszę nie wstawać. – Ciągle nie rozumiem. Rana pulsowała boleśnie. że Massudzi niewiele widzą w nocy. Żyje pan. Obok leżał jego pas z bronią. jak mogli tak nas podejść po cichu. Gdy obudził się powtórnie. ale pewnie dlatego przestali nas szukać. Gdy zawróciłem. Mamy szansę. – Nie wiem. że to już koniec. W końcu zdołał obrócić trochę broń i wycelować ją z grubsza w swoją pierś. Środkiem rozpadliny rwał niewielki strumień. Podoficer nie doznawał podobnych rozterek. do głównej bazy. Siedzieli pod zamaskowanym gałęziami nawisem wielkiego głazu w bocznej odnodze wąwozu. Pewnie jakiś czujnik wysiadł. Przeklął je i znowu zemdlał. ale serce biło. będziemy mogli ruszać do swoich. usłyszałem kanonadę gdzieś na zachodzie.Nagle zaczęli krzyczeć. leżał pan obok mnie. Nie zastanawiał się. – Gdy oprzytomniałem. jakby wbito mu tam ostry nóż i zapomniano go potem wyjąć. pokonać jakoś wezbrane deszczem rzeki. jak poważne mogą być jego obrażenia. – Oczywiście. ale trzeba będzie spróbować zmierzyć się z tymi graniami. pomyślał z rezygnacją. komandorze. Padał ponury kapuśniaczek. Jeśli nie mogę wygrać. pozbawię was chociaż jednego owocu zwycięstwa. – A inni? – spytał Kaldaq żałując. Z początku myślałem. może zlokalizowali naszą kolumnę. na niebie pobłyskiwały z rzadka wyglądające zza chmur gwiazdy.

ruszcie no tyłki! Szczury mokną na deszczu! Kaldaq z ulgą opuścił rękę i sam też padł na skałę. Kaldaq przyglądał się ich płaskim obliczom wyglądającym spod uniesionych wizjerów... deszcz spływał po ich pancerzach i przezroczystych wizjerach hełmów. – spytał cicho Kaldaq. Postać skręciła i krzyknęła coś przez zewnętrzny głośnik. Kaldaq zmrużył oczy. Robale uwielbiają powolne cele. że coś ukuło go w bok i ból zaczął gasnąć. aby wstać. Jeden zerknął w kierunku szałasu. – A inni. Nie był pewien. Mieli jakieś dziwne wyposażenie. Podchodzili lekkim krokiem. – Reszta kolumny. Z wolna wracały mu siły. – Myśli pan o tych pańskich ludziach. Jeśli nie użyła radia. W mroku zamajaczyły wysokie sylwetki. że przyszliśmy dopiero teraz – powiedział żołnierz. komandorze – powiedział w łamanym massudzkim. Nowo przybyły przeskoczył zwaloną kłodę i pochylił się nad Massudami. ale żaden jaszczur nie potrafił działać w warunkach frontowych. który znalazł ich pierwszy. Kaldaq uniósł broń i mimo drżenia dłoni spróbował wycelować. Kaldaq poczuł. Nadal miał kłopoty z oczami. gdy strumień światła omiótł jego twarz. co właściwie usłyszał.. to znaczy że w pobliżu musi być ich więcej. chociaż tymczasowa. – Tyro. Zapewne Mazvekowie. Był to młody chłopak z jasną skórą i złocistymi włosami. Wielka ulga. – Miło mi pana widzieć.. Kaldaq nie widział jeszcze nigdy takiego uzbrojenia. Hivistahm uporałby się z tym zadaniem szybciej.bezruchu pod przemakającym szałasem. – Jest was tylko dwóch? – Wykorzystaliśmy nasz pojazd dowodzenia jako wabik. Z cichym trzaskiem odblokował i uniósł wizjer hełmu. za małe na Molitarów. którzy próbowali się wycofać? Gdy . Za duże na Krygolitów. – No tak. – Przepraszam. Chwilę potem przy szałasie stało półkolem wiele sylwetek. Żaden nie pomyślał nawet o ucieczce. Obok przyklękła sanitariuszka w mundurze oznaczonym czerwonymi pasami i rozłożyła polowy zastaw diagnostyczny. Latarka omiotła postać podoficera. ale wiedział skąd pochodzi mówiący. Krygolici byli uprzejmi skorzystać – wyjaśnił podoficer. W tych okolicznościach fatalny akcent nie miał znaczenia. Kaldaq miałby akurat tyle siły. Ephraim. Mimo częściowego zamroczenia Kaldaq od razu poznał ten język. Gałęzie trochę ich jednak zasłaniały. Odgłos przedarł się przez szum deszczu.

Podoficer wyciągnął długą rękę i jeden z ziemskich żołnierzy ścisnął mu najpierw dłoń. byli w połowie drogi. Wiedział. – Co my tu mamy? – Dwa przytopione szczury. w mroku zabielała kolejna twarz. sir – oznajmiła sanitariuszka. że boli jak diabli. Od chwili gdy rozbiliśmy ich zasadzkę.. Pada zupełnie jak w moich stronach.. – Założę się. co oni. sir. Wiem. Trochę w lewo a poszłoby w kręgosłup. Jemu i wielu innym Massudom. Oficer. Nigdy im nie dorównam.. – Spadliśmy na nich jak trolle i posłaliśmy całą bandę do diabła. – Uśmiechnęła się do niego ciepło i Kaldaq po raz kolejny zdumiał się. Zabierzemy pana za kilka minut. – Krygolici są przed nami. Powitanie na dwa sposoby. Nie otrząsnęli się jeszcze z zaskoczenia. – Ale się nas nie spodziewali. Te osobliwe skłonności znowu uratowały mu życie. – Jeden to . Zmykają jak zające. Kaldaq kątem oka odnotował skrzyżowane paski na prawym ramieniu. że spośród wszystkich ras oni jedni potrafią cieszyć się walką. Rozległ się nowy głos. nie ustajemy w natarciu. – Możecie nas stąd zabrać? – Jasne. Kaldaq nie zrozumiał od razu. – Serce Kaldaqa zamarło. – Ci Krygolici są nawet twardzi. ale za dużo myślą. sir. Ampliturowie i Krygolici już na nich czekali. że ludzie potrafią na polu bitwy okazać innym nawet serdeczność. Też straciłem kilku ludzi – dodał ponurym głosem. Chciałabym umieć tyle. Pozostali rozmawiali beztrosko. – Proszę raczej nie próbować chodzić. Kaldaq poczuł nadchodzące otępienie. ale lepiej niech zajmą się tym Hivi. Sanitariuszka dalej zajmowała się raną i pomrukiwała to i owo pod nosem. To teraz nasza dolina. że to nieprzyjemnie tak leżeć na deszczu.. – Dałam panu coś na sen. zagoi się – powiedziała. ale teraz nie mógł już tego krytykować.się pokazaliśmy. – Miał pan szczęście. – To już czas przeszły. – Miła noc. – Spojrzał w ciemność. Dziwny spokój rozlewał się po całym ciele. – W mroku błysnęły białe zęby Ziemianina. – Małokalibrowy promiennik – spojrzała Kaldaqowi w twarz. Cholernie fajnie wyszło! Kaldaq wyczuł radość w głosie Ziemianina. okopali się i przejęli kontrolę nad wszystkimi kluczowymi pozycjami. potem ujął za łokieć. Tym razem był to skutek działania leków. sir – zameldował żołnierz. – Żadnych trwałych uszkodzeń. Wie pan o co chodzi.

naprawdę niewiele. – Ejże. – Ale niejasny jest dla mnie kontekst słowa „szczur”. sir – powiedział oficer. trudno byłoby mi uznać to za dyshonor. Ostatnią rzeczą jaką odczuł było zdumienie. Gdy pierwsze raporty dotarły do bazy. W tym byli dobrzy. Teraz to Krygolici i Ampliturowie zwiewają w panice. Wręcz przeciwnie. Skąd wziął się tu jego dawny przyjaciel? Czyżby Ziemianie werbowali teraz kompozytorów? . czy my się czasem nie znamy? – Nie sądzę – mruknął Massud. – Bez obrazy. że wciąż komponujesz swoją muzykę. że ledwo może złożyć kilka słów. Zły był na siebie. Ziemianin zagwizdał z cicha. – Lepiej brzmi? – Miło mi słyszeć. – Przerwał i pochylił się niżej. Oprzyrządowanie tamtych wysiada przy nocnej ulewie. Williamie Dulac – szepnął Kaldaq i odpłynął w sen. a szczególnie żołnierze uwielbiają nadawać wszystkiemu przezwiska. Oficer zerknął na Kaldaqa. jak wygląda szczur. Prawie całkiem uśpiony Kaldaq nie zareagował. – Niewiele brakowało. że to żadna ujma.komandor. – Skoro i tak nie pamiętam. Kaldaq poznał tę melodię. – Jak teraz? – spytał cicho człowiek. – Chodzi o wasze oblicza. chociaż ostatni raz słyszał ją wiele lat temu i w zupełnie innym miejscu. mój oddział zgłosił się na ochotnika do pomocy. Ludzie. Moi ludzie poganiają ich jak mogą i odławiają w ciemności. Zapewniam. – Przepraszam – wymamrotał Kaldaq.

Rozdział 30

Kaldaqowi śniło się, że sanitarka dwakroć musiała odpierać ataki wroga, nim dotarła na wybrzeże, gdzie mieściło się okręgowe dowództwo Gromady. W majakach widział walczącego Williama Dulaca. Aparatura medyczna migotała światełkami i sączyła w głąb ciała komendanta kolejne życiodajne lekarstwa. Jak przez mgłę usłyszał w pewnej chwili swój własny głos. – Myślałem, że odrzucasz to wszystko. Myślałem, że idea walki z Ampliturami jest ci z gruntu obca. Zawsze mówiłeś, że chcecie być równie cywilizowani jak inne rasy w Gromadzie, że pragniesz powstrzymać swych pobratymców od boju. – Owszem. Tak było. Ale w końcu poddałem się. A raczej włączyłem – uśmiechnął się Will. – Męczyło mnie to, aż nie mogłem spokojnie pracować. Cały czas o tym wszystkim myślałem. – Jak to się stało? – S’vanowie poprosili mnie o skomponowanie muzyki do filmu o walkach na Vasarih. Najpierw nie chciałem, potem powiedziałem, że spróbuję. – Zamilkł na chwilę. – Poszło jak po maśle. Muzyka sama rodziła się w głowie, od razu z orkiestracją. Nie było nawet co poprawiać. Posłałem ją mojemu agentowi i wyszedł z tego prawdziwy przebój. Ludzie do dziś nucą sobie główny temat. Potem na jednym oddechu skończyłem sześcioczęściową symfonię, ponad godzina muzyki. Miałem nawet dostać Grammę, ale przestało mnie to obchodzić. Chciałem komponować dalej, jednak brakowało mi inspirującego doświadczenia. Filmy to nie to samo. Prawdziwe arcydzieło wymaga osobistych doznań. No i zapisałem się. A oni z miejsca mianowali mnie oficerem. Nie prosiłem o to, ale wiesz co? Dobry jestem. Gdy byłem mały, dziadek zabierał mnie na polowania i wiele pamiętam. Tutaj jest inaczej, ale nie aż tak bardzo. Poza tym jest łatwiej. Nie poluję na ludzi, a przygotowywanie ataku to jak budowanie napięcia w symfonii. Komponowanie nie różni się wiele od taktyki wojennej. Zresztą myślę, że

robię coś dobrego. Nawet walcząc czuję spokój. Nie ma już we mnie rozterki. Może na tym polega bycie człowiekiem. Sam wiesz, że ciągle słyszy się masę opinii. – Nie wiem – szepnął słabo Kaldaq. – No tak, przecież ty siedziałeś od lat na Kantarii. Ale ja już się odnalazłem, przyjacielu. Walczę i wymyślam muzykę. To teraz jedno. Wielu artystów robi tak samo. Coraz więcej. W boju czujesz, że żyjesz, to dopiero jest inspiracja. Pewnie to chemia ciała. Gdybyś jeszcze powiedział mi, gdzie stacjonuje Jaruselka... – Nie żyje. Od ponad roku. Will umilkł na długą chwilę. – Przepraszam. Przykro mi. Nie wiedziałem. – Zginęła na tej planecie – mruknął Kaldaq. – A ja nie mogłem jej pomóc, tylko patrzyłem. – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, skomponowałbym coś na jej cześć. Wykorzystam tonacje z muzyki Massudów, aby i wam się spodobało. Ludzie potrafili mówić o zmarłych z takim entuzjazmem... Inne rasy czciły tylko żywych. A ludzie malowali, pisali, komponowali i rzeźbili dla utrwalenia śmierci. Czemu tak ich fascynowała? Ale uratowali mu życie. Sen rozmył doznania. Oto znów Will. Pocieszający. – Już nic nam nie grozi. Minęliśmy południowo-zachodni masyw. Niedługo będziemy w bazie. Łóżko czeka już na ciebie w szpitalu. Kaldaq ujrzał, że dookoła jego przyjaciela tłoczą się jakieś małe postacie. Szczebiotały coś po swojemu. Człowiek spojrzał na Kaldaqa i przełączył translator na massudzki. – To Kantarianie. Ocaliliśmy ich wioskę i niektórzy chcieli potem pójść z nami. Chcieli pomóc. Słyszałem, że to jakby przełom w stosunkach z tubylcami. Wiesz, Kaldaq, gdyby nie ty, dalej walczylibyśmy miedzy sobą zamiast ratować takich biedaków, jak ci tutaj. Kaldaq zdołał obrócić głowę i przyjrzeć się smukłym Kantarianom skupionym wkoło wysokiego Ziemianina. Byli prawie tego samego wzrostu, co Hivistahmowie czy Leparowie. Dziwny widok. Will uśmiechał się do nich. Czy rozumieli znaczenie uśmiechu? Wpatrywali się w człowieka prawie z nabożeństwem. To nie w porządku, pomyślał Kaldaq. Wszystkie istoty inteligentne są sobie równe. – Miły ludek, ci Kantarianie. – Will przeprosił tubylców, zamknął drzwi i

podszedł do koi Kaldaqa. Sanitarka zakołysała się lekko i komandor spojrzał niespokojnie. – To tylko prądy powietrzne. Ta paskudna tutejsza pogoda. – Straszna. Nic tylko deszcz i wilgoć. – Naszym ludziom to nie przeszkadza. S’vanowie mówią, że to za sprawą niestabilnego klimatu Ziemi. Wiesz, przyzwyczajenie. Podobno na większości światów jest pod tym względem aż za nudno. Tutaj czujemy się jak w domu. – Jak ktokolwiek cywilizowany może uważać tę planetę za dom? – Kantarianie tu mieszkają. – Ale oni nie są cywilizowani. – My też nie, zapomniałeś? Może dlatego tak dobrze się z nimi dogadujemy. Kaldaq pomyślał znów o tym, gdy obudził się w wygodnym łóżku szpitala w Bazie Centralnej. Prawie go nie bolało. Hivistahm przy aparaturze zakłapał zębami widząc, że pacjent otwiera oczy. – Jak długo tu leżę? – spytał Kaldaq. – Prawie dziesięć dni, komandorze – odparł technik znad monitorów. Łóżko zmieniło konfigurację, nadając Kaldaqowi pozycję siedzącą. Izolatka była dość skromnie wyposażona, jak na rangę pacjenta. – Czy jest w bazie pewien oficer z Ziemi? Nazywa się Will Dulac. Pewnie go nie znasz, ale może spytałbyś w administracji? – Nie ma takiej potrzeby, komandorze. – Hivistahm podał pacjentowi jakąś pigułkę, którą ten posłusznie połknął. – Wszyscy znają Williama Dulaca. – Naprawdę? – Oczywiście. Jest nowym dowódcą okręgu. – Dowódcą okręgu – powtórzył skrajnie zdumiony Kaldaq. – Właśnie. Od chwili przybycia na Kantarię Ziemianie wygrali już mnóstwo bitew. Spychają Krygolitów coraz dalej. Słyszałem, że podobno przenikają też za linie wroga i niszczą jego bazy, przecinają szlaki zaopatrzenia u stóp południowego łańcucha. – A co z moimi żołnierzami? Drugi i trzeci batalion, sektor południe. – Ci, co przetrwali bitwę bez szwanku, są teraz z Ziemianami. Z tego co wiem, poszli wszyscy na ochotnika. – Hivistahm gwizdnął. – Dziwnie układają się losy wojowników. Czy to prawda, że w towarzystwie Ziemian Massudzi walczą lepiej? – Nie miałem okazji się przekonać.

Technik prawie go nie słuchał. – Pozostaje czekać. Niektórzy powiadają, że Ziemianie usuną wroga z Kantarii jeszcze przed końcem roku. – To niemożliwe – mruknął Kaldaq. – Tamci okopali się, umocnili, ich linie zaopatrzenia są silnie bronione... – Dla Ziemian to żadna przeszkoda – przerwał mu technik. Dziwny brak manier. – To zrozumiałe, bo oni nie są cywilizowani. Widziałem filmy. To najdziksze bestie lądowe, w dodatku inteligentne. Oto prawdziwi Ziemianie. Chociaż – dodał po niejakim wahaniu – ich muzyka bywa całkiem miła. – Podwójne powieki mrugnęły, oznaki specjalności na skafandrze błysnęły jasno w blasku szpitalnych lamp. – Powiedz mi coś. – Jeśli tylko to wiem. – Technik zerknął na chronometr. Hivistahm miał wyjątkowo długie paznokcie. Pewnie służyły mu do czegoś konkretnego. – Co sądzisz o Ziemianach? – Osobiście? – Właśnie. Technik zastanawiał się przez dłuższą chwilę. Hivistahmowie preferowali grupowe wyrażanie opinii. W końcu jednak się namyślił. – Sam niewiele korzystam z ich obecności. Hołdują prymitywizmowi, pod każdym niemal względem, chociaż sami upierają się przy tym, że ich kultura jest na wysokim poziomie. Podziwiam ich umiejętności bojowe, bo sam takich nie posiadam, i cieszę się, że walczą za mnie. – Wzdrygnął się wyraźnie. – Ziemianie walczą i umierają za Hivistahmów i za ich światy. – Co innego pcha ich do walki – skorygował Kaldaq. – Ich osobliwa skłonność do gromadzenia dóbr jest powszechnie znana. To tylko potwierdza ich status istot niecywilizowanych. Ale mnie to nie martwi. Ważne że walczą i bronią wszystkich innych. – Ale co myślisz o nich zupełnie prywatnie? – Mało ich dotąd spotkałem – odparł technik z namysłem. – Tych paru okazywało zawsze wdzięczność za każdą, nawet drobną przysługę. Zupełnie jakbym czynił im wyjątkową uprzejmość, a przecież to moja praca. Ich otoczka cywilizacyjna jest na tyle słaba, że sprawy tak normalne, jak udzielenie pomocy innej istocie, jawią im się niezwykłymi. A prywatnie? Nie pragnę ich bliżej poznawać. Gdyby zamknąć mnie w jednym pokoju z Ziemianinem, to chyba rychło zacząłbym kopać w drzwi. Ale tutaj – wskazał na szpitalne otoczenie – spędzam większość czasu ze

swoimi. S’vanowie i O’o’yanowie nam pomagają. Podobnie Yula i Massudzi. Nie przebywam wiele z Ziemianami. – Zatem nie budzą twego niepokoju? – A czemu by miało tak być? – Bo walczą zajadle i ciągle zwyciężają. Bo tylko walczyć potrafią naprawdę dobrze. Wyłupiaste oczy spojrzały ze zdumieniem na Kałdaqa. – Ależ ja się z tego cieszę, podobnie jak wszyscy Hivistahmowie. Drzwi odsunęły się, wpuszczając O’o’yana. Różnił się od Hivistahma kolorem skóry i kształtem czaszki oraz wielkością i postawą, ale poza tym podobieństwo było uderzające. – Praca na mnie czeka, komandorze. Niech pan odpoczywa. Jak dobrze pójdzie, to za parę dni wyjdzie pan stąd na własnych nogach. – Dziękuję – powiedział Kaldaq dość poprawnie po hivistahmsku. Technik znał massudzki, ale to nic dziwnego, skoro ciągle miał do czynienia z pacjentami Massudami. Kaldaq nigdy jednak nie słyszał jeszcze Hivistahma mówiącego po angielsku. Ciekawe, czy nie opanowali nowego języka, czy nie chcieli się go uczyć? Użycie translatorów pozwalało na zachowanie pewnego dystansu wobec rannych ludzi. Ten tutaj stwierdził, że podziwia ludzi, ale ich nie uwielbia. O’o’yanowie mają zapewne podobne zdanie. Wyglądało na to, że tylko Massudzi potrafią dzielić niektóre emocje z Ziemianami. Bo S’vanowie tylko udawali, bystry obserwator wychwytywał to całkiem szybko. W gruncie rzeczy podzielali zdanie Hivistahmów. Kaldaq wracał do zdrowia i rozmyślał. Wciąż o tym samym. Wszystkim odwiedzającym zadawał identyczne pytania. A zaglądali do niego uradowani ocaleniem dowódcy oficerowie, i liczni Hivistahmowie, i jeszcze inni. Pewnego razu zagadnął nawet sprzątającego izolatkę Lepara. Tylko Will Dulac nie odwiedził go ani razu. Kierował natarciem na główne pozycje Krygolitów w górach na wschodzie. Kaldaq zadowalał się tymi gośćmi, których miał. Zbeształ dwoje wyższych oficerów, którzy przybyli pogratulować bohaterowi z doliny Takicohn. To oni przekazali mu wiadomość o przyznanym wyróżnieniu. Kaldaq zaprotestował, przecież nie zasłużył, przegrał bitwę. Udany odwrót nie był niczym szczególnym. Goście obrócili wszystko w żart. Stwierdzili, że pacjent jest zbyt słaby, aby stawić skuteczny opór, i odczytali mu tekst pochwały, która miała zostać włączona do kronik rodu. Nieco sfrustrowany Kaldaq tym bardziej

– Huswemak zastanawiał się. Sam widziałem. – Ludzie uderzyli na naszych wrogów z całą siłą. Jeśli spytać ich o zdanie. Ale widziałam. – Słuchajcie! Kiedyś myślałem tak samo jak wy. odpowiedzą że nie cierpią Ampliturów i ich metod. – Spojrzała na kolegę. – Może powinniśmy poprosić lekarza? – Mówię wam. Gdyby mi ktoś o tym opowiedział. To mogło się na nim odbić. Nie dostrzegam żadnego zagrożenia. – Sama widziałam. Goście wymienili zdumione spojrzenia a jeden. – Ziemianie są niebezpieczni – upierał się Kaldaq. – Dlaczego? – spytał. próbując zachować normalny ton głosu. – Dla Ampliturów i Krygolitów – rzuciła Arenont. Wszyscy wiedzieli. czy pacjent przeszedł już wszelkie testy psychofizyczne.zapragnął dać wyraz dręczącym go ostatnio obawom. co my. – Nigdy jeszcze nie mieliśmy tak wspaniałych towarzyszy broni. jak dla Ampliturów. – Wiem. nigdy bym nie uwierzyła. – Musisz być bardzo zmęczony – mruknął uspokajająco Huswemak i już zaczął się podnosić. – Czyli na co? – spytała druga odwiedzająca. Tutaj uratowali nas przed pewną klęską. – Ale oni nie walczą z tych samych powodów. – Nie od razu to pojąłem. jak bardzo cierpiał po stracie partnerki. jak usiąść znowu. pomyślała. że nic mi się w głowie nie mąci! – Kaldaq poruszył gniewnie baczkami. . by uratować oddział Massudów. Już wygrali wiele bitew. przyjrzał się uważnie pacjentowi. Kaldaq zmienił konfigurację łóżka. Nie są altruistami. Pewna Hivistahmka próbowała mnie kiedyś ostrzec. – Huswemak wstał. ale wtedy myślałem tylko o pozyskaniu Ziemian i byłem ślepy na wszystko inne. jak ranny człowiek zaatakował Molitara w walce wręcz i pokonał go. Teraz mógł siedzieć prosto. – Ale przeszedłeś ciężkie chwile. Najwyraźniej komandor nie wyszedł jeszcze z szoku pourazowego. – Kaldaq poprawił się na łóżku. – Z takiego wstrząsu nie wychodzi się w kilka dni. – Musimy zrezygnować z pomocy ziemskich żołnierzy – powiedział i spróbował przekonać do tej idei oboje oficerów. jak rzucili się na pilnie strzeżone umocnienia Krygolitów po to jedynie. co mówię – odparł szorstko Kaldaq i oficerowi nie pozostało nic innego. Ale bez skutku. – Że Ziemianie są dla nas potencjalnie równie groźni. imieniem Huswemak.

kiedy miał już opuścić szpital. Wiem.. – Dobrze . – Nie wiedziałem. Mimowolna ofiara Willa Dulaca. Straciła wiele łusek na głowie i karku. w którym tak długo wracał do zdrowia. zdobędą się na odmienne spojrzenie. odwiedziła go jeszcze pewna Hivistahmka. Wcale się nie cieszę – mruknął Kaldaq. I Trzeci. Nie ma co przekonywać. – Lekarzom? – spytał ironicznie Kaldaq. którzy nigdy nie widzieli z bliska walki. bywają sceptyczni. – I co? Chcą wiedzieć czy zwariowałem.– Słynny jesteś wśród Massudów z niezwykłego opanowania i zdolności analitycznych. Oni nie są tak wpatrzeni w Ziemian. Powieki jej pogrubiały i pociemniały. W dniu. Kaldaq zauważył jednak. Była w bladozielonym mundurze dyplomowanego lekarza. Mało się na tym znając. Musiałam przyjść do siebie. na ramieniu nosiła oznakę stopnia. czy tylko udaję. – Pamiętasz mnie. – Od niedawna. Gdy on działał. ja jeszcze milczałam. jakie poglądy głosisz ostatnio. że minione trzy lata nie obeszły się z nią łagodnie. w ich miejscu widniały protetyczne wszczepy. – Dowiedziałam się. Nie chcą wierzyć. Była to ta sama asystentka. – Kto jak kto. wchodząc poniuchała powietrze w pokoju. ale ty powinnaś to wiedzieć. Gdy wyszli. że jesteś na Kantarii. I od razu usłyszałam o twoich czynach. komandorze Kaldaq? – Tak. Samo w sobie nie było to dziwne. Gdyby mógł skłonić ich do zastanowienia. Ale może ostatnio za wiele myślałeś? S’vanowie czasem cierpią z tego powodu. jeśli go pamiętasz. i wysłali ciebie? – Taki sarkazm bardziej przystoi S’vanom – stwierdziła. Przypomniał sobie słowa Arenont. – Z całym respektem przekażemy twoje słowa dalej. Kaldaq opuścił łóżko i wpatrzył się w błękit sufitu. ale potrafią słuchać. – Odpowiednim osobom – powiedział cicho Huswemak. które otworzyły się bezszelestnie.. Owszem. że nie zwariowałeś. która niegdyś ucierpiała podczas pierwszego testu sondującego na pokładzie statku. to pewne. Jak wszystkie jaszczury. ale tej osoby się nie spodziewał. Oficerowie stali już przy drzwiach. – Podeszła blisko i spojrzała w twarz oficerowi. Nie przekonał ich. – Pamiętam go dobrze. bo medycy zaglądali doń często. Może S’vanowie. – Stał obok tego samego łóżka. – Nagrodzono mnie za porażkę. Nie wierzą.

– Rada wie o wszystkim – zaprotestował Kaldaq. na samym początku. – Może zatem we dwoje przekonamy innych. jak tylko będzie to możliwe. – Pozornie. Wśród swoich uchodzisz za myśliciela. Byłam uparta. ile prawdy jest w twoich słowach. co stało się na statku? – To i nie tylko. Miałam dość czasu na badania i obserwacje. A prawda była taka. Jesteś żołnierzem. – Niech wojownicy pozostaną niewinni. Sami Massudzi to powtarzają. Pomożesz? – Nie. Zapomniałaś? – Nie zapomniałam. – Masz na myśli to. to cenią ich za walkę dla Gromady. – Wysuwałam już podobne propozycje. Ale wtedy też dowiedziałam się czegoś. To już nie te same zmagania. co nie było powszechnie znane. naszych. Zaprezentowałam im nagrania o moim wypadku. dałoby się ich odizolować. chociaż wiele zdrowia mnie to kosztowało. Kaldaqu Massudzie. ale jednak. jak to my mamy we zwyczaju. Powoli.wiem. Zresztą. nawet jeśli nie chcą mieć z Ziemianami nic wspólnego. że Ziemianie odmienili oblicze tej wojny. że Ampliturowie wygrywają. Chciałbym dojść tak wysoko. Inni też. Dlaczego mi nie pomożesz? – Bo niezależnie od moich. Zapewne nawet Rada o tym nie słyszała. to by i tak nic nie dało. obaw nie da się ukryć faktu. Możemy do tego wrócić. kiedy odkryliśmy świat Ziemian. Nawet do Rady Wojskowej. Obie strony po równo traciły i zyskiwały. Ale nie pomogę ci. by zmienić bieg rzeczy. aby zabić Dulaca i uciekać z tamtego systemu. Od dłuższego czasu nagłaśniano nasze . Nawiązałam stosowne kontakty i dotarłam do osób związanych z członkami Rady. Może wtedy. Ale teraz są już wszędzie i nikt nie wyobraża sobie walki bez nich. – Nie rozumiem. że nie. które ciągnęły się przez setki lat. – To ty chciałaś. Spokojnie. – Nastawienie można zmienić. – Nie. Rada Wojskowa nie miała wątpliwości. Ale nie możesz równać się z Hivistahmami i S’vanami – zauważyła z humorem. – Oczywiście. Już za późno. – Ale przecież zgadzasz się ze mną – powiedział zaskoczony Kaldaq. że przegrywaliśmy tę wojnę. – Jesteś dobrym żołnierzem. Wsparcie przedstawiciela innej rasy i lekarza zarazem bardzo mi się przyda. – Ale bez ludzi też dobrze nam szło.

żeby ci to uświadomić. Tym. przez co ogół nie dostrzegał. Powiedzmy zresztą. zostałby z miejsca usunięty i zastąpiony kimś skłonnym do współpracy. Rada Wojskowa nie miała wyboru. którego tak pamiętasz. o co chodzi? – spytał. ale nasze siły przeszły już do ofensywy. – To też nieważne. Nie mieliśmy im czego przeciwstawić i to ostatecznie zaważyło. . Najpierw musimy przeżyć. Nie tylko oddalili widmo klęski. bo musieli zabijać siebie nawzajem. jakie te istoty stanowią dla naszej cywilizacji. potem przyjdzie pora na teoretyzowanie. Przedstawiono dowody. Przez tysiące lat odrzucali tę skłonność. ale teraz mają innego wroga i mogą dać upust swoim instynktom. Kaldaq długo się nie odzywał. strategię. Sam widziałem. Prawie sto lat temu Gromada znalazła się w odwrocie. A ja przyszłam po to. – Nie myślę o niczym tak drastycznym. I wtedy pojawili się Ziemianie. którzy łączyliby minimum inteligencji z wielką gwałtownością. gdy zaczęłam żywo protestować przeciwko wykorzystaniu Ziemian w walce. pławią się w tym. że dobrze walczą. Nic nie wskóramy. – Ale rozumiesz. I co mieliby uczynić? Wyrzucić ludzi z armii? Ampliturowie o niczym innym nie marzą. Starczyłoby zawiesić wszelkie połączenia z Ziemią. Poznają naszą taktykę. – Nie o to. Powiedziano mi o tym dopiero wtedy. Jak sam widzisz. Był to dla mnie szok nie mniejszy. Żadne z nas nie dożyje końca wojny. Nie chcę umniejszać niebezpieczeństwa. Historia nas osądzi. Naszą cywilizację. ale zdolni w kwestiach technicznych. – Ale możemy próbować. kiedy przyjdzie Gromadzie ułożyć się jakoś z Ziemianami. – Po co? Ziemianie wiedzą o nas. Z każdym dniem coraz lepiej przyswajają sobie osiągnięcia naszej technologii. Nie zmusimy ich wszystkich do powrotu na macierzysty świat. Ampliturowie nie spotkali jeszcze takich wrogów. co stało się z moim przyjacielem. Zaczęła przegrywać. Nie cofniemy czasu. Upór i fanatyzm wroga stawiał go w lepszej pozycji.drobne zwycięstwa i pomniejszano wagę porażek. I jeszcze ta ich nie wyjaśniona wciąż zdolność do obrony swoich umysłów przed manipulacjami Ampliturów. że przekonałbyś Radę. Odmienni od wszystkich innych ras. ale prawda jest taka. Gdyby ktoś na kluczowym stanowisku próbował podjąć inną decyzję. że bez nich cywilizacji tej nie będzie. Musiała sięgnąć po ziemskich ochotników. Oni lubią walczyć. Niecywilizowani. Nie o ich niezwykłe mózgi. jak się rzeczy mają. Nie mówiąc już o mentalnych umiejętnościach Ampliturów. niż zapewne dla ciebie. To prawda.

znasz ich jako żołnierzy. ale to już się zmieniło.– Tak myślisz? Ty tylko żyłeś między nimi. Inni doszli do podobnych wniosków. członkowie niewojowniczych ras zostaną w pełni poinformowani. Za jej . Przypomina manipulacje Ampliturów. Przejęli od nas tyle. Różnymi drogami. tak i my uczymy się od nich. – Jeśli naprawdę wierzycie. Sami zdecydują. że już to potrafią. – A co nam zostało poza optymizmem? Boisz się Ziemian. – Nie planujemy zamachu na ich niezależność. Wiem. ale mogę cię zapewnić. ale ja widziałam więcej. jak by wtedy zareagowali? Nie. – Kto wie. Już tylko z tego jednego powodu dobrze jest mieć ich wśród sojuszników. Kaldaq znów zatęsknił za uspokajającą obecnością Jaruselki. a niejedno nawet udoskonalają. Dysponują olbrzymim potencjałem. ale szukam sposobów. Naprawdę. Ja też. – Co chcesz przez to powiedzieć? – Że mogą budować własne statki. Tak jak oni uczą się od Gromady. chociaż ja poznałam je. Rozwijają się jak nigdy w całej ich historii. aby jakoś się jednak z nimi ułożyć. jak postąpić z Ziemianami. to jesteście niepoprawnymi optymistami. Wtedy rzeczywiście niczym nie różnilibyśmy się od Ampliturów. – Brzmi to podejrzanie. Gdy sytuacja na frontach się zmieni. mam nawet po temu więcej powodów niż ty. który wreszcie mogą w pełni wykorzystać. chodzi nam o skierowanie ich energii na bardziej twórcze tory. – Nic nie jest stracone. na własnej skórze. – Zakłapała zębami. Nie da się ich odizolować. Nie my jedni dostrzegamy potencjalne niebezpieczeństwo. – No to wszystko stracone. Opanowują błyskawicznie każdą nowinkę. Na razie nie godzi się podejmować głośnej dyskusji na ten temat. że pewne grupy po cichu już się tym zajmują. Ostatecznie rozgryziemy ich kiedyś i zintegrujemy z cywilizacją Gromady. Badamy ich i może nawet poznamy kiedyś mechanizm ich obrony mentalnej. Zapomniałeś o ich uzdolnieniach technicznych. Dotąd marnowali wiele sił na konstruowanie militariów i spory międzyplemienne. że tak powiem. że to się może udać. że są potencjalnym źródłem kłopotów. – Rozgryziemy? – spytał Kaldaq. – Nie ma mowy o zmienianiu Ziemian w ten sposób – odparła nie zrażona Hivistahmka. Kaldaq aż usiadł. ale zdołałam pogodzić się z ich obecnością.

aby spuścili swoje instynkty ze smyczy. – Tak. że i tak mieliśmy szczęście – oznajmiła. – Samozagłada im już nie grozi. a kiedyś uczynimy ich również cywilizowanymi. jak robią to samo z Ziemianami. że nie jest tak źle. że musimy czekać. anormalne więzi społeczne. Nad zachodnim oceanem ciągnęły ciężkie chmury. Oni jedni dorastają w atmosferze rywalizacji. to wiedz. Samotność ciążyła mu coraz bardziej. ale nie mamy wyboru. Widziałam. Skażone geny. Inaczej nigdy by tego nie osiągnęli. Zyskali poczucie jedności gatunkowej. Im dłużej będziemy korzystać z ich wojowniczych skłonności. – Każdemu można pomóc. Na razie musimy jednak przekonywać ich. – Jeśli nie. Obecnie przeznaczeniem Ziemian jest walka. Ale nie są bez szans. jak pustoszyli przedtem własną planetę? I mówili jeszcze bzdurnie. Wiesz. – Jesteś pewna? – S’vanowie manipulują nami tak biegle. – Wiem. – Nigdy ich nie zrozumiemy – powiedział cicho. Z czasem się ucywilizują. są do tego wręcz stworzeni. – To wszystko można zmienić – zauważyła lekarka. Mają zewnętrznego wroga. że zwykle nawet tego nie zauważamy. bo postrzega się ich jako genialnych i barbarzyńskich zarazem. że w ogóle potrzebuje leczenia. że to „walka o pokój”. Musimy iść dalej tą samą drogą i mieć nadzieję. co widziałeś. Nawet sami zaczynają to już zauważać. Hivistahmka spojrzała na Massuda. ludzi prawie cywilizowanych. ale nadal się ich boję. a właściwie ich własny sposób na powstrzymanie szaleństwa. – To. a jako lekarz wiem. – Jeśli to cię pocieszy. to będzie nasza wina – zaznaczył Kaldaq. – Wszystkie istoty dojrzewają dzięki współpracy. Nikt się z nimi nie brata. Czy teraz już rozumiesz? Za oknem padało. Ale jeszcze nie teraz. – Poprosiliśmy ich. – Miałem okazję obserwować ludzi żyjących w pokoju. – Lekarka machnęła ręką. A sugestia S’vana różni się zasadniczo od prania mózgu w wykonaniu Amplitura. tym trudniej będzie nam potem ich zmienić. – W czym? . Martwi mnie. że pierwszym krokiem do wyzdrowienia jest zawsze uświadomienie sobie przez pacjenta.radami. Ziemianie podążą za nami. Daliśmy im czas i metodę. – To straszna odpowiedzialność. – Kaldaq wbił oczy gdzieś w dal. Żeby zaprzeczyli wiekom starań. to była maska. – W środku są wszyscy identyczni. Teraz potrzebujemy ich dzikości. że gdy już zawierucha się skończy.

– Pomyśl. KONIEC tomu 1 . gdyby to Ampliturowie pierwsi trafili na Ziemię. co by było.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->