W serii

:

Kontrola

Wyb r
Ostatni milion Zołnierze woIności Akwarium

Itu

l,lltzYt

Ail

D

nztt

l,t I

ET!(0ws

Il

Lodołamacz

Dzie

<M>

I
WYDIUilIITUO tDtilltil

Ostatnia republika GRU Radziecki wywiad wojskowy

WARSZ

AWA

ttrrrrffsll
1997

For ttre Pollsh translatlon CopyĘht @ by AndrzeJ Mtetkowsld

For the Polish edition Copyrigltt @ 1995 by Wydawni,ctwo Adamski i Bieli ski

Fotosy z filmu -Akwarium" Copyright @ 1997 by Tomasz Tarasln

Sklad i łamanie Ewa Brudzyriska

ISBN 83-85593-95-0

ełłto;il'dlbpublr@pLpl ark. wyd. L7,5, ark. druk.22,5 Druk i oprawa Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anc4rca SA w Krakowie, ul. Wadowicka 8
zam.11022198

Wydawntctwo Adamski i Bieliriskt Warszawa 1997

Dtntan:i

Prolog
amy bardzo prostą zasadę: nrbel za wejście, dvła za wyjście.To znaczy, że wstąrić do organizacjijest trudno, a|e jeszcze trudniej ją opuścić.Teoretycznie dla wszystkich jej członk w przewidz7atlo tylko jedno wfrście: ptzez komlrL Dla jednych z najwyższynt honorami, dla innych haribiące, ale komin jest jeden. Ęlko przez ten komirr odchodzimy z organlzacji. Oto on... - Siwy wskazuje mi ogronrne, na całą ścianę, okno: - Podziwiaj. Z wysokości dziewiąte$o piętra rozpościera się przed moimi oczamTp rnorama ogromnego, bezkresnego lotniska, na pustkowiu' sięgającym horyzontu. W dole prosto pod nogami - labirynt wysypanych piaslriem dr Żek wijących się pomiędzy sprężystymi ścianamikrzak w. PotęŻny, betonowy mur najeżony gęstą siecią drutu kolczastego, rozpiętego na białych izolatorach , oddzie|a zieleri parku od spalonej trawy lotniska. - oto on... - Siwy pokazuje niewysoki, może dziesięciometrowy' gruby' lnłladratowy komin wyrastający nad płaskim smołowan5rm dachem. Czarny dach unosi się nad zielonymi falami bznw, jak trawa na oceanie, albo jak staroświecki parowiec, o niskiej burcie, z pokracznym kominem. Z komina wypływa lekki, przejrzysty d1rmek. _ Czy ktośwłaśnieopuszcza orgailzację?

fr

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

- Nte - śmiejesię Siwy. - Komin to nie tylko nasze wyjście,to r wnież źr dło naszej energii, a przy okazji powiernik naszych najtajnĘszych sekret w. W tej chwili palą po prostu tajne dokumenty. Wiesz, lepiej spalić, niŻ przechowywać. To pewniejsze' Kiedy ktośopuszcza organizację, dym jest zupehrie inny: gęsty' tłusty. JeŻeli wstąrisz do organlzacji, teŻ pewnego dnia wylecisz do nieba przrzten komin. Ale to nle teraz. Teraz organizacja wycofania się, ostatnią szansę daje ci ostatnią możliwość przemyślenia twojego wyboru. A żebyśmiał się nad czym zastanawiać, pokaŻę ci pew'ien film' Siadaj. Siwy przyciska guzik na pulpicie i sadowi się w sąpiednim fotelu. Ciężkte bn_natne kotary lekko poskrąpując zastaniają olbrzymie okna i z miejsca na ekranie' bez jalrichkolwiek napis w czy wstęp w, pojawia się obraz. Film czarno-biały, kopia stara, mocno podniszczona. Dandęku nie ma i Ęrm wyrazlstszy jest terkot aparatu projekcyjnego. Na ekranie - wysoki mroczny pok j bez okien. Coś w rodzaju hali fabrycznej czy kotłowni. Na zbliżeniu piec z ż'etazrryrni drzwiczkami przypominającymi bramę malutkĘ twierdzy' oraz prowadnica kierunkowa: dwie szyny znikające w piecu, jak tory kolejowe w tunelu. Obok pieca - ludzie w szarych fartuchach. Palacze. Pojawia się trumna. ot co!'.. Krematorium! Pewnie to, kt re widziałem przed chwilą za oknem. Ludzie w fartuchach unoszą trumnę i ustawiają na sąrnach. Drmłiczki płynnie rozsunęły się na boki, ktośpopchnął trumnę, kt ra uniosła swego nieznanego lokatora w ryczące płomienle. A oto najazd kamery rta tvłarz żywego czł'owieka. Twarz zlana potem. Gorąco przy piecu. Tlvarz filmowana jest ze wszystkich stron i w długich ujęciach. Trwa to wieczność. Wreszcie kamera oddala się' ukazując całąpostać. Człowiek nie nosi fartucha. Jest ubrany w drogi czarr:y $arnitur, co prawda straszllwie wymięty. Krawat la szyi skręcony jak sznur. Wzyłvlapano go stalową linką do noszy, kt re oparto o ścianę'na tybrych uchwytach, tak, aby m gł widzieć wlot pieca. Wszyscy palacze raptem odwr cili się do przywiavanego. To powszechne zainteresowanie najv.'1paŹliej mu nie w smak. Krzycry. Straszliwle Lorycry. Nie słychać
8

w rękę nie powiodła się. Zęby przywLa?anego wprjają się w jego własną wargę _ i czarrly strumyk krwi spływa po brodzie. Ostre rna zęby, nie ma co. Skrępowany jest mocno, ale wije się' jak pojmana jaszczllrka. Głowa ulegając zullerzęcemu instynktowi wali rytmicznymi uderzeniarni w drewniany uchwyt. Przywiapany walczy nte o Ęcie, |ecz o lekką śmierć.Jego rachuby są oczywlste: rozhuśtaćnosze iwraz z nimi runąć z szym na cementowąposadzkę. To będzie właśnielekka śmierć'aprzynaJmniej utrata świadomości.W nieśwladomościnawet do pieca nie strach... Ale palacze Tuająsw j fach. Po prostu przytrzyrnują nosze za uchwyty, nle pozwalając im się rozhuśtać.A do ich rąJ< przywiryany nte jest w stanie sięgnąć zębami, choćby nawet kark sobie skręcił. Poudadają' że w ostatnim rrĘnieniu Ęciaczłowiek może dokonać cud w. Instynktownie wszystkie jego mięśnie, cała jego świadomość wola, całe pragnienie życia i raptem koncentrują się w jednym kr tklm szarpnięc1u... I człowiek się szarpn{! Szarpnął się całym ciałem' Szar_ pnął slę tak' jak wyrywa się lis z potrzasku, przegryzając i wyrywając własną skrwawioną łapę. Szarpns się tak, Że zadtżaly metalowe sTyr:y. Szarpn$ się, łamiąc własne kości,rwąc Ęły i mięśnle. Szarpn{ się... Ale stalowa linka nie puściła.I oto nosze płynnle ruszyły w stronę pieca. Drzvłiczki wiodące do paleniska rozsunęły się na bokl, rzucając na podeszu4r dawno riecąlszczonych lakierk w snop białego światła. oto stopy zbllŻająsię do ognia. Człowiek stara się zgiąćnogi, podkurczyć kolana, mriększyć odstęp między stopami i szalejąc5rmi płomieniami. Jego wysiłkt spełzają na nicTym. operator pokazuje palce na zb|IŻeniu. Drut wpił się w nie głęboko' Ale koniuszki palc w nie są skrępowane. I Ęmi koniuszkami człowiek usifuje zatramować ruch noszy. Czubki palc w sąrozczaplerzone i napięte.

dzurięku' ale wiem, że od takiego krąlku szyby dzworną w oknach. Czterej palacze troskliwie opuszczają nosze na podłogę, po cTyrlr ągodnie dźxĘająw g rę. Przywiązany dokonuje nadludzkiego wysiłku, aby im przeszkodzić. T)rtanicznie napięta błłarz.Żyła na czole nabrz:miała tak, Że gotowa pęknąć' Ale pr ba ugryZienia palacza

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Gdyby na cokolwiek natrafiły na swej drodze, człowiek niewątpliwie zdołałbysięzatrzyrna . I raptem nosze nieruchomieją przed samym otworem. Nowa postać, ubrana jak wszyscy pa\acze w szary fartuch, daje im zrrak ręką. Na to skinienie palacze zdejmują nosze z szyla, po czym ponownie stawiająje na tylrrych uchwytach przy ścianie.Co się stało? D|aczego zwlekają? Ach' wszystko jasne. Do sali krematorium na niskim w zku wtacza się jeszcze jedna trumna! Wieko juŻ dokręcone. C Ż za przepych! Jaka elegancja. Trumna ozdobiona frędzelkami i lam wkami. Wszyscy z drogi, jedzie honorowa tnrmna! Palacze ustawiająją na prowadnicy _ I juŻ ruszyła w ostatnią podr Ż. Teraz prĄdzile niezmiernie długo czekać, nim spłonie. Trzeba czekać, cznkać. DuŻo, dużo cierpliwości trzeba... A oto nareszcie i kolej na przfiapanego. Nosze ponownie na prowadnicy. I znow'u słyszę tenbezdŻwięczny krzyk, kt ry m głby zryłvać drzwiz za'wlas w. Znadzieją wpatruję się w frłarz przywiapanego. Staram się dostrzec oznakl szaleristwa. Szalefrcom łatwo jest na tym świecie. Ale nie dostrzegam takich objaw w w przystojnej' męskiej twatzy, nie skażonej piętnem obłędu. Po prostu człowiek nie chce iśćdo pieca i stara się w jakiś spos b dać temu wpaz. A jakże wyrazić to, jak nie krzykiem? No więc krzyczy. Na szczęścile w wrzask nie został uwieczniony. o, juŻ lakierowane buĘ zna|azĘ się w ogniu. PoszĘ, niech to wszyscy diabli. ogieli huczy' Pewnie tłoczątlen. Dwaj pierwsi pa|acze odskakują, dwaj ostatni popychają nosze w głąb. Drzwiczki paleniska zamykają się, ucicha terkot aparatu projekcyjnego. - on... Kto to?... - Sam nie wiem, po co zadaję to pytanie. - on? Pułkownik. Były pułkownik. Był w naszej organlzacji. Na wysokich szczeblach. Oszukiwał organizację. Zato został zniej usunięty. I odszedł. Taką mamy zasadę. Nikogo na siłę nie wciągamy. Nie chcesz, powiedz ,,nie''. Ale jeżeli powiesz ,,tak", to na|eżysz do organizacji bez teszty' Razem z butami i krawatem. No więc?... Daję ci ostatnią szansę. Na rozmyślania minuta.
10

się cyferblatu. A ja znowu miałem przed oczami t.ltllarz pułkownika' w tym ostatnim momencie, gdy jego nogi poŻerałjużpłomieri, ale $łowa nadal żyła,jeszcze krew pulsowała, a z ocZU bił rozsądek, śmiertelny smutek, straszliwe męczarnie i niepohamowane pragnlenie, by Ęć. JeŻe|iprzy1mą mnie do tej orgarizacji' będę sh:Żyć jej duszą i ciałem. Jest to powaŻna i potężna organlza-

- Nie potrzebuję minuty na zastanowienie. - Taki regulamin. Nawet jeżeli nie potrzebujesz tej mirruty' orgarnzacja ma obowią2ek ci ją dać. Posiedź i pomilcz. - Siwy strzelił wyłączrrikiem i długa cienka wskaz wka dobitnie, miarowo nsĄa w koło jarzącego

cja. Podoba mi się taki porządek. Ale jedno widzę cholernie jasno: jeś|Lptzyjdzie mi wyfrunąć prz.ez ten przysadzisty, kwadratowy komin, to z pewnościąnie w trumnie z frędze|karnl 1 falbankami. Mam zgołalrnąnaturę. Nie z Ęchjestem, co to z falbankami... Nie z Ęcla. - Minuta mirręła. Czy potrzebujesz jeszcze czas do namysfu? - Nie. _ Jeszczejedną minutę?... - Nie. - No c ż, kapitanie. W takim razie przypadł mi jako pierwszemu zaszczyt pogratrrlować ci przystąrienia do naszego tajnego bractwa, kt rego llazwabrzm1Gł wny Zarząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego, w skr cie GRU. Czeka cię spotkanie z zastępcą rraczelnika GRU, generałem-pułkownildem Mieszczeriakowem, I wlzyta w Komitecie Centrabrym u generała-pułkownika Ł,emzenk1. Myślę' Że ptz1lpadrnesz im do gustu. }lko nie pr buj przypadklem grać mądrali. I,epĘ zapytaj, jeśliczegoś rrie wiesz, zamiast gfupio m:lcz,eć. W trakcie naszych egzamirr w i test w psychologiczrrych pokażą ci niejedno, co samo nasuwa pytanie. Nie masz się co męczyć, pytaj.Zachowuj się tak, jak zachowywałeś się dziś,wtedy wszystko będzle dobrze. Życzę powodzenia, kapitante.

T I

AKWARIT'M

Rozdział 1
tralnym kr Ęe niezawodnie posąg Lenirra, a za nim obowią7kowo potężne gmaszysko z kolumnami; obwodowy komitet partil. Gdzieśpod boldem r wnież obwodowy komitet KGB' Wystarczy na Ęrm samym placu zapytać jakiegokolwiek przechodnia' każdy wskaże drogę: o, tamten budynek, szary, ponury' tak, tak, właśnieten, na kt ry wskazuje L nin swą betonową ręką. Ale też wcale niekonieczrrie musicle udać się do komitetu powiatowego' wystarczy mtr c1ć, się do osobtlso otdtfu. kom rki bezpieczeristwa w zakładĄe pracy.Tutaj wnieŻI<ai y prĄdzie wam chętrrie z pomocą korytarzem prosto, drzwi po prawej' obite c?'arną sk rą. Istnieje jesz.czn' prostszy spos b zatnrdnienia slę w KGB. Nalezy mlr cić się do byle jakiego bezp7ecnllaka. Zrajdzilecie go na każdej zabitej deskami stacji kolejowej, w każ:dej fabryce, nierzadko na każd5rm fabrycanym wydziale' Jest w każdym pułku, insĘrhrcie, więzieniu, w każ:dej kom rce partyjnej' w biurze projektowym, nie m wiąc już o komsomole, zullapkach zawodowych' organizacjach społeczrtych i stowarzyszeniach. Wystarczy podejśći zwyczajrne vryzrrać: chcę do KGB! Czy
się do byle jal,dego powiatowego miasteczka. Na placu cen-

--r Lra1lbv plzyszławam ochota pracować w KGB, udajcie

I

Natomiast do GRU nie można się tak łatwo dostać. Do kogo się nłr clć? Kogo prosić o radę? Do jakich drzull stukać? Może warto zasięgnąć języka na mtltcji? Ale milicjant teżwzruszy tylko ramionamil taka organtzacja nie istnieje. Gruziriska miltcja wydaje tablice rejestraryjne z literami .GRU"' nie podeJrzewając' Że mogą one mleć jakiśukryty sens. I oto pędzi sobie taki samoch d ptz.ez kraj _ nikt nawet za nim się nie obejrzy. Normalnemu człowiekouri, jak neszĘ całej radzieckiej milicji, owe litery niczego nie sugenrją rne budzą żadnych skojarzeri. Uczciwl obywatele ani milicja nigdy o cą|rmśpodobnym nte słyszeli' KGB licą1 miliony ochotnik w' w GRU jest to nie do pomyślenia. Na tym polega zasadniczar Żnlca. GRU jest orgalnzacjątajną. Ntkt o niej nie wie, nie pragnie więc do niej wstąlić z wlasnej irricjatywy' Ne zal żmy, że ntalazł się ochotrrik' kt ry sobie Ęlko zlaanyrlr sposobem znalazł owe drzwi, do kt rych rnleżry zastukać: przyjmijcie mnie, m wi. ĄrnąB Nte, nie pruyjrna, ochobeicywcale nie są mile widziani. ochotnik zostanie niezwłocznie aresztowany, po czym czeka go dfugie' ostre śledztwo. Wiele padnie pytan. - Gdzieśte trzy litery usłyszał? W jalri spos b zdołałeś nas odna|eźć? Ale przede wszystkim, kto ci w t5rm pom gł? Kto? Kto? Kto? M w, gnoju! - Chłopcy z GRU potrafią wydobyć właściwe odpowiedzl. Z kaŻdego lvylwą zezIlłania. Ręczę za to. GRU' oczywiście, odnajdzie tego, kto pom g1 ochotnikowi.I zn w śledztwood początku: A tobie, bydlaku, kto te llltery zdradzrt? Gdzieśje usĘszaW _ Prędzej cąr poźniej dotrą po nitce do kĘbka' do sźrmego źr dła. okaŻe się nim być osobnik, kt ry znał tajemnicę i nie potrafił powściągnąćjęzyka.o, GRU potrafi takie języki wyrywać. GRU oddziera takie języki wraz z głov/ami. Ikażdy, kto traffł do GRU, wie o tym doskonaIe.Każdy, kto traftł do GRU, strzeŻe własnej głowy, amoŻe ją ocalić tylko w jeden spos b: strzegąc języka. o GRU rnoŻna rozmawiać wyłączrrie będąc w GRU. M wić możma tak' by głos nie wydostał się poza prznjrzyste ścianymajestaĘczrrego gmachu na Chodynce. l{ażdy, kto trali do
13

lie _ to już irrrra sprawa (pevmie' żn pruy1mĄ), ale droga do KGB dla wszystkich stoi otworem.
przyjlma' czy

t2

WIKTOR STIWOROW

A.KWARIUM

GRU święcieczci reguĘ Akwarium: wszystko, o czym tu wewnątrz rozmawiamy, niech pozostanie wewnątrz. Niech ani jedno słowo nie opuści tych mur w. I dzięld temu, że obowią2uje taka dyscyplina' mało kto za szklarrymi ścianami orientuje się, co dzieje się wewnątrz. Ten zaś,kto wie, zachowuje milczenie. A ponieważ wszyscy' kŁ rzy wiedz-ą miJ.cząja nigdy nie słyszał'emo GRU' Byłem dow dcą kompanii. Po wyzwolericzej wyrrawie na Czechosłowację wir przetasowari ząarrn} i mnie: wylądowałem w 3 l 8. DywĘi Strzelc w Zmotoryznwarlych 1 3. Armii Karpackiego olaęgu Wojskowego' Pod moje rozkazy odkomenderowarlo drugą kompanię cznłgw batalionu pancernego 9lo. Pułku Strzelc w Ztnotoryzowanych. Moja kompania, choć się nie wybijała, nie na]eżała teŻ do najsłabszych. Całe swoje prz3l szłe Ęcle przewidywałem na lata naprz' d: po kompanii _ szef sztabu batalionu , pÓźniej trznba będzie przedrz-eć się do Akademii Wojsk Pancernych im' Marszałka Malirrowskiego, potem prĄdzie batalion, pułk, może nawet cośwyżej. Ale los zrządzlłlnacznj. 13 kwietnia 1969 roku o godzinie 4.10 adiutant trącił mnie delikatnie w ramię: - Wstawajcie, starszy lejtnancie, czekająwas wielkie cTWy. Z miejsca jednak zorientował się, że nie jestem w nastroju do Żart w i dlatego' zmieniając ton, kr tko zakomunikował: - Alarm bojowy! Uwin{em się w trzy i p ł minuĘ: koc na bok, spodnie, skarpety' buĘ. Mundurowąbluzę zarzuciłem na ramiona nie zapinając - można w biegu. Jeszcze koalicyjkę z pasem na ostatrrie dzitlrki zacLgnąć, mapnik przerzucić przez rarl7ę i czapkę na gbwę. Kantem dłoni - ptzez daszek, sprawdzić czyr odznaka zgadza się z linią nosa. Ot i wszystko. I biegiem naprz d. Brori mam na przechowaniu w pokoju dyżurnego pułku. Wychodząc odbiorę pistolet z ogromnego sejfu. Plecak, szynel, kombinezon i hehn zawsze czekająna mnie w czołgu. Biegiem schodami w d ł' Ech' żeby tak można jeszc7e pod prysznfucibrzytwąpodgohć policzki. Ale nie czas. Alarm bojowy! PerkaĘ GAZ-66 zapchany niemal do oporu. Oficerkowie wszyscy
I4

m}odzi i ich przyboczni jeszcze młodsi. A na niebie glvtazdy gasną. Zrnkają cicho bez słowa pożegnania, jak z naszego żryc7a odchodzą ludzie, kt rych wspornnienie przesTywa słod]dm b lem nasze czerstwe dusze.

lvych. W powietrzu wisi $ęsta mgła i smr d spalin. Huczą rozbudzone azołgi. Betonową &ogą peŁrą szarozielone pudełka. Na czele szerokie, przysadztste arnfibie kompanii zwiadowczej , za nimi sztabowe transportery opanceuone t kompania łączności, dalej bataliony czołg w, za zahęten tny bataliony strzelc w zrnotoryznwarrych, za nimi pułkowa artyleria, bateria przeciwlotrricza' 7 przeciwpancerna, saperzy, wojska chemiczne i remontowe. Dla jednostek z'apleczanawet miejsca nie starcza na Ęrm ogromn5rm terenie. Zacznąustawiać się w kolumny, dopiero gdy oddziaĘ czoŁowe posuną się daleko do przodu. Biegnę wzdhsż pojazd w do swojej kompanii. Dow dca pułku tur:rzy.lra kogoś na cąrrn światstoi, szef sztabu pułku wykł ca się z dow dcami batalion w, krąlkiem zag;h)szaiąc ryk motor w. Biegnę. Biegną też pozostali oficerowie. Prędzej. Prędzej. No, nareszcie, moja kompania.Trzy czołgs - pierwszy pluton, trzy następne - drugi, jeszcze trzy _ trzeci. M j czołg wysunięty na czoło. Cała dziesiątka w komplecie. I juŻ słyszę wszystkie dziesięć silnik w. Wyr żniam je spośrd łoskotu pozostałych. Każdy silnik ma sw j własny charakter, swoje usposobienie, osobne brzmienie. Żadennie poda fałszywej nuty. Jak na początek wcale rieźle' Dochodząc do mojego czołgu przyspieszam kroku, odbijam się gwałtownie od zlemi i po pochyłej płycie pancerzawspinam się do vłIery. Właz jest otwarty i radiotelegrafista podaje mi heknofon, podłączony jaż do irrterkomu. Przernszę się ze świata huku i łoskotu w krainę ciszy i spokoju' AIe raptem sfuchawki oŻrywająi chwilowe zhsdzerie cisąr pryska: radiotelegrafista melduje ostatrrie polecenia. Wszystko to bzdury,Przerylvźrm mu pytaniem najważniejsTyrni _ Wojna czy ćwlczenia? _Wzrusza ramionaml: - Diabli wiedzą.
15

po;-aO* m;Jl

WIKTOR ST'WOROW

AKWARIUM

Jakkolwiek by było' moja kompania jest gotowa do walki z parku' tak brzmi instrukcja. Zgrupowanie setek pojazd w w Jednprr miejscu to gratka' o Jakiej nasi wrogowie tylko marzą. Patrą do przodu. A|e czyr moana cokolwiek znbaczyć? Pzed nami plerwsza kompania cznĘ6w nie rusza z miejsca. Na peułro dow dca jeszłzr nie dobiegł. Wsryscy pozostali r vmież cz.ekają. Wyskakuję na wieżę. Stąd tepiej widać. Wszystko wskazuje na to, że w komparrii zwiadowcz.ej |<t ryśz czoł$ w nie rnoże zapalić sib:ika, blokując przejazd całemu pułkorvi. Spo$ądam nazegarek Dow dca pułku, ojczulek nasz, ma jeszfz oslem minut. Jeżeli za Gsiem minut kolumny eznĘowe nie ruszą z miejsca - z dow dcy pułku ?EnvąepoleĘ i przepędzą z armii bez emerytury jak starego psa. A do czoła kolumny nie przepycha się w tej chwili Żaden ciągnik z kompanii remontowej: całą centralrrą drogę, wciśniętąmtędzy szare ponure gataż'e, wypekriają szczelnie cznłgi, odjednego krarica do drugtego. Patrzę na zapasową bramę. Drogę do niej przecina gĘboki r wl. zaczęto układanie jakiegośkabla albo rur. Skaczę do włazu i do kierowcy na całe gardło: - Na lewo, naprz dl. - I do reszty kompanii: _ZamnĄ - Po lewej nie ma żadnej bramy, Ęlko mrrrek ce$any między dfugimi blokami warsztat w remontoruych. W czołgu dow dcy siedzl najlepszy kierowca kompanii. Tak ustalono w całej armir dfugo przed moim przyjściem.Krzycą do niego przez irrterkom: - Jesteśas kompanii! Ja cię draniu vrylbrałem! Najvłyższy zaszczytcię kopnął' oagatku: maszyny dow dcy chronić i dog!ądać. Jeślizawiedziesz, zgnoję, zetrę na pył! A kierowca nawet nie ma czasu odpowiedŻeć. Na tym kr ciutkim odcinku rozpędza swego pŹrncernego dinozaura, 'wTztlca jeden po drugim coraz wyż.sze biegi. CzoŁg uderza z impetem w ceglany mur' Wszystko zadżało,zabrzęczalo, zajęcza|o. Lawina cegieł mrallła slę na pancerz, tfukąc reflektory, łamĘc anteny, zlzierając skrzymja znarądĄanli sprzętem, kalecząc zewnętrnrc baki paliwowe. Ryknął m j cznŁgi oplątany pajęc4rną drut w kolczasĘch wyrwal się z ceglanego pyfu na senną uliczkę spokojnego ukrair1skiego miasteczka. Spoglądam ptzez wsteczrly triplex. Czołgi mojej kompanli jeden za druglm poszły w !vy-

InaleĘ jąjak najszybclej wyprowadzić

łom, wesoło, zawadiacko ' DyŻl:lny bazy biegtnie do dziury w murze. Wymachuje rękami. Krzyczy cośw naszą stronę. Usta szeroko otwarte. Ale gdzie tam! Kt ż by dosłyszał' co Wzyczy. Jak w niemym kirrie, widzowie zdani są na grymasy twazy. Domyślamslę, ż;e dyhlrny klnie jak szewc. Mimika na to wskazuje. Nieomylrrie. Kiedy dziesiąty czołg z mojej kompanii wynurzył się z wyłomu' pojawlła się shrżba ruchu: czarrLe uniformy, białe kaski i koaltcyjki. Ci zaprowadząporządek. Ci wiedzą kogo najpierw przepuścić.oddziały rozpoznania przede wszystkim - oto kogo. W każdym pułkujestjedna specjalna kompania zwiadowcz.a, wyposażona w specjalny sprzęt, wyspecjalizowanych Żohlierry i wyspecj alizowanych oficer w. Ale opr cz niej kazdy pułkowy batalion strzelc w zmotoryzowanych i czoĘ w ma teŻ po jednej kompanii, kt re, choć nie posiadają specjalnego sprzętu ani wyspecjalizowarrych ŻoŁnilerzy, r wrieŻ mogą zostaćuŻyte do zadaftmłiadowczych' Te właśniekompanie należy puszczać najpierw. Wypuśćcie nas, białe kaski! Musimy teraz odskoczyć daleko do przodu.

III pułku - llłszystkie na pierwszy rzut oka są jednakowe. Ale tak nie jest. W każdym batalionie pienvsza kompania jest rzeczywiście plerwsza. Niezależnie od tego, ilu niedorajd w liczy batalion, dow dca wył,owi wszystko co najlepsze i - do pierwszej kompanii. Nawet jeźreli brak oficer w, i tak najlepsza kadra wyląduje w pienuszej komparril. Wszak to ona maszenrje na czele, na gł wnej osi natarcia batalionu, prowadząc go do ataku' Ona pterwszazderza się z wrogiem. A od tego' jak slę wszczęło bitwę, zaleĘ nierzadkoJej Vłmik. Druga kompania w każdym batalionie - to średniaki. Oftcerowie w drugich kompaniach niczym specjalnie się nle wyr żniają, jak ja, Żołl.ierze podobnie. Za to kaŻda druga kompania ma dodatkowe przygotowanie wywiadowcze' jakby drugą pokrewną profesję. Stanowi przede wszystkim kompanię bojową, ale gdyby zaszła potrzeba, może prowadzilć rozpoznarlie dla całego batalionu albo

Dpojr"y"" na komparrie w dptdzji

.T

cTy w

16

| - Akwariu

L7

WIKTOR STIWOROW

nawet dla pułku, zastępując lub uzupełrriając działania specj alnej kompanii zsviadow czej. Armia radziecka llczy 2.4OO batallon w strzelc w zmo_ kompania jest nie aniach sfuĄ naj-

AKWARTUM

Mapa na kolanach. Stopniowo wyjaśnia się to i owo. Dywizję pchnięto wwylom i w szybkim tempie posuwamy na

drugich: młodzi niedoświadczeni ofice]:#:ffit"#:"T albo przeciwnie, starąr i nie rokujący iaidnych nadziei. 7-ohtterzy w trzecich kompaniach zawsze brak. Co więcej : na terytorium Związku Radzieckiego trzeche kompanie w przytlaczającej większościw og le nie mają żnhlierzy. Caly ich sprzęt bojowy wciav sterczy w remontach i konserwacji. Wybucha wojna - i tysiące owych kompanii uzupeheia się rezer'wistami, szybko podciągając je do poziomu normalnych bojowych pododdział w. W systemie tym zawiera się głęboki sens: dopełnić dywizje rezerwistami to rozłłia?Arlie po Ęsiąckroć lepsze, nż formowanie owych dywwji składających się w calości z rezerwist w. Moja druga kompania pa.ncerna ostro wyrywa do przodu. Na zakręcie spoglądam do tyłu i |iczę czołgi. Jak na razte wszylstkie ubzymują nalzucone tempo. TuŻ zaostatnim czołgiem wybijając gą.sienicami iskry z betonu sunie, nie odstępując na krok, transporter opźrncerzony z bĘa!ą gtrg1agiewką. Kamle spadł mi Z serca. Mala biała chorągiewka ozIlacza obserwator w. Ich obecność ozrvacza z kolei ćwiczenia' a nle wojnę' A więc _ poŻy1emy jeszcze... Nade mną śmigłowiec ślŻgiemw5rtraca wysokość, zmien ostro pod wiatr, by lepiej po prawej. Wyglądarnz Pilot całkiem ruĘ. Twarz iegami. Ąby śnieŻnobiałe. Smieje się' Dobrze wie, Że dow dc w kompanii, kt rym właśnierozuli zł rozkazyr' czekajeden z mniej zabawnych dni.

j szerokąpiersiątnie świat na p ł i to, co przed nami stanowilo jednośćrozdwaja się po bokach. Migają zagajruki po prawej i po lewej. Huk w środku- pielrielrry.
18

//^1

wnłgm

rv

zach d' Jedna jest Ęlko niewiadoma _ gdzle jest przeciwprzrd samą rnk. Z mapy to nie wynika. Dlatego właśnie dfizjąpędzi ze dwadzieścia kompanii, wśrd nich moja. Kompanie pr4rpominają rozstawione palce jednej dłoni. Mająza' zadarie wymacać słabe miejsce w obronie WToga i tam właśniedow dca dywizji skieruje cios swej Ęsiąctonowej pięści'Tego słabego miejsca Wroga poszukuje się na ogromnych przestrzeriach l dlatego każda z wysłanych na rozpozllanie jednostek posuwa się w zupekrym osamotnieniu' Wiem, Że gdzieś pędzą r wnie brawurowo i żywiołowo takie same kompanie, omijając ogFiska oporu, wioski i rrriasta. Moja kompariateŻ nie daje się wciągnąć przeciwrrika _ zalltelw wyczerpujące potyczki: spotkałeś duj do sztabu i omijaj. omi go jak najprędzej - l nap d.A gdzieś w oddali $ł' urne siły' jak rwący potok, co przemłaŁ tamę. Naprz d chłopcy, naprz d, rn zach d|' Transporter zbiałą chorągiewką nie pozostaje w tyle. Ten drari jest dwukrotnie \zejszy od czołgu, a moc ma niemal taką samą. Kilkakrotnie usiłowałem go zgubić' oderwać się, że niby duża prędkośćto rękojmia zwycięstwa. Wszystko na nic. Kiedy dowodziłem plutonem, takie sztuczki były na porządku dziennym, aJe z kompanią taki numer n1e przejdzle. Porwiesz szyk, czołgi po Żnych bagniskach pogubisz. Za to nikt po gł wce nie pogłaszcze, za to traci się dowodzenie kompanią. Pies was trącał, myślę, kontrolujcie sobie na zdrowie, nie mam zamiar! rozclągać kompanii... _ Zprzodu dźrullg| _krzyczy w słuchawkach dow dca sz stego czołgu, wysłanego naprz djako czujka. Dźwig? Rzeczywlście!Dźwig! Cały zielony, ramię dla zamaskowania opleciorrc szcze|nie gałapkami. Gdzie na polu bitwy rnoŻna dostrzec dź:wig? Sfusznie! W baterii rakietowej! Nie co dzien trafia się taka gratka! - Kompania! - wrzeszczę. _ Bateria raklet! Do boju...

Naprz d! Moi chłopcy wiedządoskonale, jak trzeba sobie radzić z bateriami rakietowymi. Pierwszy pluton, w7lprzedzając mnie, rozs5puje się w szyk bojowy. Drugi gwałtownie
19

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

przyspieszając odpada w prawo i wyrzucając gąsienicami $rudy błota pędzi przed siebie. Trzeci pluton zatacza wielki łuk w lewo, oskrzydlając baterię z flankl. _ Gazlil _ Wzyczę. Kierowcy wiedzą co robić. KaŻdy z n7ch w tej chwili prawą rrogą zaparł się w pancerną podłogę' wciskając pedał do oporu. I dlatego silniki zawyły niepokornie i krnąbrnie' I stąd ten cały huk. I swąd nieznośny i kopeć: paliwo nie nadąża spalać się do korica w silrrikach i potężne ciśnienie gazlrwpzuca je prznz wydechowe gardziele. - Przerywam zwiad... kwadrat l3-41... stanowlsko wyrzutni..' prą{muję bitwę... - to m j strzelec-telegrafista wykrzykuje w eter r:asze ostatrrie być r:":ożr posłarrie . Pododdziały rakietowe i sztaby przeciwnikakażdy ma atakowaćprzy pierrłs4rm spotkaniu, nie czekając dodatkowych rozkaz w,bezwzg!ędu na szanse, zawsze|ką cenę. Ładowriczy jednym pstryknięciem przeĄrwa Ęczność 7rzuca pierwszy pocisk na podajnik. Pocisk płynnie znlka w komorze i potężny zamek jak ostrze giloĘmy rygluje lufę kruszącym serce uderzeniem. WieŻa płynie w bok' a pod moimi nogami odskakuje w lewo podręczrry maga-ąrn po_ cisk w: oparcie kierowcy-mechanika. Komora nabojowa drgnęła i zaczęła sunąć do g ry. Celowniczy wczeplł się palcami w pulpit celownika i potężne stabilizatory poshrsznie ulegając jego zgrubiałym łapskom łagodnymi szaĘ)nięciami przytrzymują działo i wieĘ' by nie poddały się szalonej pląpawicy cznĘu, pędzącego po pniach i konarach. Dużym palcem prawej dłoni celowniczy łagodnie przyciska spust' Aby straszliwe uderzenie nie spadło znienacka na nasze uszy, we wszystkich hełmofonach roz|ega się ostry trzask' powodujący skurcz bębenk w przed druzgocącym łoskotem potężnego działa'. Trzask w sfuchawkach wyptzedza eksplozję o setne ułamki sekundy i dlatego samego wystrzału w og le nie słysz5rmy. Drgnęła czterdziestotonowa masa rozpędzonego czołgu. Lufa szarpnęła się w tył i tzygnęła brzęczącą zadymloną łuską. W tej samej chwili, za działem dow dcy zaszczekaĘ jedno po drugim wszystkie pozostałe. A ładowniczy już drugi pocisk rzuca na podajnik. _ Gazu! _krzyczę co sił.
20

Błota spod gąpienic - fontanny. Łoskot ich zagfusza nawet armatni huk. w hełmofonach trzask _ to celowniczy ponownie naciska spust. I znowrr nie słyszymy swojego strzahr. Tylko działo kurczowo szarpnęło się w Ęł'tylko hrska przerłź|ivłie brzęczy, spadając na stal paflcerza. Dobie$ają nas salwy sąpiednich czoĘ w, oni sĘszą Ęlko nas. Ta kanonada smaga moich dzielnych Azjat w jak kariczugtem po karku. WyłaŻąz nich dzilde bestie. KaŻdego z nich mogę sobie teraz wyobrazić. W piąĘrm cznĘll celowniczy między jednym strzałem a drugim w upojeniu gryzie gumowy nacz łek od celownika. Wszyscy o tym wiedzą nie Ęlko w kompanii, ale w całyrn batalionie. Niedobrze. To go rozprasza, przeszkadza w obserwowanlu syhracji. Za to o mało nie zdegradowarro go do ładowniczfgo. Ale jedno trzeba mv prryZnać: świetrrie strzela, dra . w smym czołgu dow dca zawsze ma pod ręką siekierę i gdy jego działo zachłysĘe się w intensylvnym strzelanlu, wali wpancerz obuchem. W trzecim czoĘu dow dca zapomniał ostatnio wyłączyć nadajnik, zaE;h)szając w całąłącnrcść kompanii. I cała kompania słrrchała, jak zgzytał zębarrn i coraz to wył jak wilk. - Rozwalajl _ szepczę. I szept m j fale radiowe toznoszą natrzydzieści kilometr w, jakbym każdemu zrnoich Azjat w wyszepĘwał to słowo prosto do uszka' _Roz-z-mlalaj| I trzask po uszach, i brzęk fuski. Wystrzelone fuski wydzielają odurzający aromat. Kto w jadowity aromat wdychał, tego ogarniało rozkoszrre oszołomienie. RozwalaJ!Ten huk, ta moc niezwykła, te karabinowe trele upaJaJą moich czoĘist w. I nie powstrzyma ich teraz Żadna slła. Kierowcy czoĘ w jakby się z łaricuch w pozrywali' Szarpią dźwignie' zadręczają swoje masz}my, pędzą je, nlepokorne' w sarno piekło. A ja zerkam za siebie: żeby tylko nie zaszli nas od tyfu. Daleko, hen z.ar:arrlj transporter zblałą chorągiewką' Pozostał w tyle, opadł z sił' Bledacy: nie mają działa potężnego, nie wiedzą, co to rozkosz, n7e zazrtalijej. Dlatego ich strachliwy kierowca om{a ostrożnie każdy kamie czy pieil. Pochwyć maszynę w swe ręce, rwijże ją i nękaj! Pojazd pancerny to oubtelna istota. A gdy poczuje na sobie mocnego jeźdźca, rozbestwi się i ona. I poniesie cię galopem po granito2T

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

i wądoły. Nie się, nie pęknie wał. Rozdzieraj i krusz, poniesie cię tw j czołg jak ptak. Czołg _ on teŻ zachłysĘe się tą walką. Też jest stworzony do walki. Rozwalaj! - ...Wycofać kompanię z boju... Iskry spod gąSienic. Kompania wdarła się na pozycje baterii rakietowej. Zgrzyt w uszach - czy to zgrzytają gąsienice po stalowej płycie, czy to zęby celowniczego w moich słuchawkach? _ ...Wycofać kompanię z boju.'. Aby nie trafić przrypadkowo w swojego, czołglrrie czekając rta rozkaz przerwały kanonadę, tylko warczą' jak wldki rozdzierające jelenia na części.Czołgi tłuką swymi pancern5rrni łbami delikatne podnośniki'dźwigi i Wyrzr;tnię, w tfusty czarnoziern wgniatają dumę i chlubę artylerii rakietowej. Rozwalaj ! - ...Wycofać kompanię z boju''. - dobiega mnie po raz kolejny czyjśodległy skrzekliwy głos, i raptem rozumiem, Że to do mnie zwraca się obserwator. Ech, do diabła! Kt Ż to w chwili szczytowej, bez tnała seksualnej rozkoszy odrywa ludzi od ulubione$o zajęcia? obserwatorze, niech cię szlag, moich ogier w Ęm sposobem na wałach w przerobisz! Cośty, wr g ludu czy blurŻuazfiny szkodnik? Takiego wała! Kompania, rozwalaj! I waląc pięściąwpancerz, wymyślając w otwarty eter całej sztabowej swołoczy' kt ra prochu nigdy w swoich kancelariach nie wąchała, rozkazuję: - Kompania|. Zaprzestać walki! Plutonami jeden za drugim na polankę po lewej, marsz! ściągado oporu M j mechanik w porywie wściekłości |ewy drĘek tak, że czołg całą swą masą przewala się w prawo, łamiąc wp ł brzozę ślicznotkę. Po mistrzowsku wrzuca co sekundę kolejne biegi i błyskawicznie

w1uch gŁazach

i pnlach tysiącletnich dęb w, przez (eje b j się, Że Zer;nriesz gąsienice, nie obawiaj

nia wypadają jeden po drugim z lasu i glvałtownie zwalniając ustawiają się na jednej linii. _ Rozładować! Brori do przeglądu! - rzucam rozkaz i wyrywam przew d hełmofonu z grriazdka. a ładowniczy strzela wyłącznikiem interkomu i przecina całą łączność.

rT\

w tyle. Nim doczołgał się do kompanLi, zdĘyłem skontrolować brori, odebrać meldunek o stanie pojazd w, o zuĘcilt paliwa i amunicji, ustawić kompanię w szyku - i zamarłem pośrodku polany gotowy do raportu. Stoję' czekatn, dokonuję bilansu, podliczam plusy i minusy, Za co mogą mnie pochwalić' a za co ukarać: kompania rozpoczęła wychodzenie z postoju osiem minut przed w1rzflaczorlym terminem _ za to pochwał rie szczędzą za to czasem dow dcy kompanii nawet złoĘzegareczek wpaśćmoŻe. Na wojnie czas liczy się na sekundy. Wszystkie cznłg1, wszystkie samoloĘ, wsąrstkie sztaby muSZą jednym szarpnięciem wydostać się spod uderzenla. Wtenczas pierwszy, najstraszliwszy cios wroga trafi w opuszczone miasteczka wojskowe. Osiem minut! To dla mnie niezaprzeczakty plus' Wszystkie czołgi pozostały sprawne i przez caĘ dziei nie nastąpił Żaden defekt. To plus na konto zastępcy ds. technicznych' Sam sprawuję tę funkcję' Baryr nieptĄaciela om!'aliśmy wielkimi łukaml, przekazując precyĄnie wszystkie wsp łrzędne. To plus na konto dow dcy pierwszego plutonu. Szkoda, Że t Jego nie mamy w kompanii: znowu te braki. Baterii rakletowej nie przegapiliśmy' wywęszyliśmy, wdeptaliśmy
w ziemię. A jedna taka bateria rakietowa, choćby najmar-

lransporter opancerzony obserwator w

zostaŁ daleko

v

dochodząc do najwyższego przełożenia $oni pancernego dinozaura w prz dpoprzezkrzaki i głębokie wykroty' by Za moment brawurowo zawr cić w miejscu, redukując obroty niemal do zera. Czujemy mocne szarpnięcie do przodu,jak w samolocie hamującym nagle przy koricu pasa startowego. Pozostałe czołgi z rykiem rozczarowa22

nlejsza' to kilka Hiroszim. Przerywając zwiad i tzucając swoje pŹrncerne pudełka na te rakiety' zapobiegłem katakllzmom. Za taki numer na wojnie orderek na pierśsię naleĘ, a na manewTach dfugi czas sĘszy się pochwały'.. W koricu zjawia się pułkownik-obserwator. Dłonie btelutkie, czyściutkie, cholewy lśnią.Z obrzydzeniem om|a kału.Że, jak kot, żeby łapek sobie nie upaprać. Dow dca pułku, ojczulek nasz, to też pułkownik, ale
23

WIKTOR SUWOROW

A"KWARIT'M

nika-obserwatora nie podobna ta gęba. - R wnaj! Baczność!W prawo-o pattz! Lecz obserwator nie wysłuchuje mojego raportu, przerywamiwp łsłowa. - Porywa was akcja' starszy lejtnancie! Tracicie głowę! Jak szczeniak| Milczę. Uśmiecham się do niego. Jakby w og le mnie nie beształ, lecz medal przypinał na piersi. A w nim na widok mojego uśmiechu narasta jes zrzn większa'wściekłość. Cała jego świtamilczy ponuro. Wiedząrnajorzy i podpułkownicy' Że artykuł 97. kodeksu dyscyplinarnego zabrania besztać mnie w obecnościmoich podwładnych. Wiedzą majorzy i podpułkownicy, Że strofując mnie w obecnościmoich podwładnych, pułkovneik wystawia na szwank nie Ęlko m j autorytet dow dcy, lecz autor1rtet calego korpusu oficerskiego bohaterskiej Armii Radzieckiej' w Ęm takze sw j własny. Aja jakby nigdy nic. Uśmiecham się. - HaIiba, starszy lejtnancie! To hariba, nie słuchać i nie wykonywać rozkaz w! Ech, pułkowniku, na lufach armatnich powywieszałbyrn tych, kt rych nie porywa wir walki, kt rych nie upaja zapach krwi. To przecleŻ tylko ćwiczenia, a śdyby w prawdziwej bitwie gąFienlce naszych cznĘ w schlapała prawdziwa krew, wtedy dopiero Ęact moi dzie|ni pokazaliby, co potrafią. I nie jest to przejaw ich słabŃci. To przejaw siły. Nikt pod sło cem nie potrafiłby ich powstrąrmać. - No i jeszcze ten murek! Zburzy|iście murek! To jest przestępstwo! A ja już zdĘyłem zapomnieć o tym murku. Wielkie r7'eczy. Na pewno j uŻ $o przez ten czas odbudowali. Ileż to robot5ź Przygnać znad zatoki z-e dula tuziny więźni w w kilka godztrl wzniosą no\ily murek jak się patrTy. A ponadto - skąd mam wiedzieć, pułkovnriku, czy to marrewr5r, czy wojna? Kt Żto moŻewiedzieć podczas alarmu bojowego? A gdyby to była wojna i murek zostawiliĘśmyw spokoJu' a dwustu chłopa wraz ze swoimi wspaniałymi pojaz24

łapska ma spracowane' wielkie jak kat, do ciężkiego trudu przyuczor:e. Czerstwą gębę naszego ojczulka wysmagały rntozy, spiekota i wiatry wszystkich znanych mi poligon w i strzelnic. Do bladej twarzyczki pułkow-

dami bojowymi spłonęłobyna jednej kupie? Co Ę na to, pułkovrniku? Zaszczytny Ęrtuł nosisz, zwiesz się szeI'em wywiadu 13. Armii, więc może byśsię zainteresował, tle obiekt w bojowych moi Uzbecy wykryli w ciągu tego jednego dnia. Po rosyjsku nawet nie gadają a obiekĘ odnajdują bezbĘdnie. Pochwal ich, pułkowniku! Jeślinie chcesz do mnie, to się choć do nich uśmiechnij. I uśmiecham się do niego. Stoję teraz plecami do całej kompanit i w żaden spos b nie wolno m7 tetaz obr cić się do ntch tłłarząale 1 tak wiem, żę cała moja kompania stoi w tym momencie z uśmiechem na twarzach. ot tak,bez powodu. Tacy oni są, prTy byle okazji szczelząte swoje zębiska. Apułkovrnikowi nie przypada to do gushr. Mysli pevnrie' się pułkovlrrik.ZgrzytŻ,e to z niego się śmiejemy. Wściekł

n$

zębarru,jak celowniczy w walce. Nie jest w starrie pojąć l ocenić naszych uśmiech w. I dlatego krzyczy mi w twarz: _ Szczeriaku, niegodnyś dowodzić kompanlą. ZavłIe-

szam cię w czynnościach. Zdać kompanię zastępcy,

niech prowadzi wojsko do koszar! - Nie mam zastępcy - uśmiecham się w odpowiedzi. - W takim razie dow dcy pietwszego plutonu. _ TeŻ nie ma. - I chcąc oszczędzić pułkownikowi wymieniania wszystkich po kolei, wyjaśniam: - Jestem jedynym oficerem w kompanii. Pułkownik przygasł' opadł z niego zapał. Opadł, jakby nlgdy go nie było. Sytuacja, w kt reJ na komparrlę prTypada jeden oflcer naleŻy w naszej armii' mlŁaszcza lta terytorium Zwiapku, niemal do klasyczrrych. Wielu jest chętnych do oficerskich szlif w, ty|e ize wszyscy chcą być pułkovrnikami. Lejtnancki start mało kogo pociąga. Stąd deficyt, brak młodszej kadry oficerskiej. Bardzo dotkliwy brak. Ale tam na g rze, w sztabach, dziwnie się jakoś o tym problemie zapomina. ot' najleps4r przykład: pułkownik po prostu nie pomyślał,Że mogę być jedynym oflcerem w kompanii. Zawiesił mnte jako dow dcę - jego Prawo. Ale kompanię trzeba cofrrąć do koszar. A wodzlć kompanię, i to jeszczn pancerną dziesiątki kilometr w bez oficera - to po prostu niemożliwe. To jest r wnozrlaczne zprz'estępstwem. MoŻebyć ocenione jako pr ba zalraachu stanu' Na tej drodze, pułkowniku ' czeka cię klęska
t - Akwariu

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

kompletna. Skoro zawiesiłeś dow dcę w sytuacji, gdy nie ma zastępc w, tym samyrn przejaleś osobistą odpowiedzialrrośćza całą kompanię i nie masz prawa tej kompanii komukolwiek powierzyć' Gdyby istniało takie prawo, w wczas byle dow dca dpŻji m głby wyprowadzić wojsko w pole' odwołać dow dc w zastępując ich zgodnie ze swoim gustem, i ptucz got w. A u nas nie ma pucz w, bowiem nie każdemu dane jest prawo rozstrzygalia delikatnej kwestii doboru i rozrnieszczaria kadr dowodzenia. odwołać - twoje prawo. odwołać - nic prostszego' Odwołać.każdypotrafi. Jest to r wnie proste, jakzabić człowieka. Ale ptzywracać dow dc w na ich stanowiska to nie to salno, to tak, jakby chcieć martwego oŻ.ywić. No i co, pułkowniku' myśliszz powrotem postawić mnie na czele kompanii? Nic z tego. Nie jestem godzien. Wszyscy to słyszeli. Nie masz prawa powierzyć kompanii niegodnemu' A jeŻe|i na g rze dowiedzą się, że nad samą niemal granicą dymisjonowałeśpełnoprawnych dow dc w kompanii pancernych i na ich miejsce niegodnych mianowałeś?Co wtedy z tobąbędzie? No jak' pomyślałeś tym? o NajlepĘ byłoby' gdyby pułkownik skomr-nikował się z dow dcąmojego batalionu a]bo pułku: że rnby zabierajcie swoją osieroconą kompanię. Ale ćwiczenia się skor1c4rły' Skoriczyły się r vrnie niespodziewarrie, jak się zaczęĘ.Kt ż zezuroli na kor4rstanie z bojowej sieci łączności zakor:po cz-eniu manewr v/.2 Ci, kt rzy pozwalali sobie na takie samowole, w tzydnestym si dmym szli pod mur. Od tego czasu nikomu nie zachciewa się takich Żart6w. No co tam, pułkowniku? Prowadźżr komparrię. A rnoŻe zapomniałeś juŻ, jak to się robi? A moze nigdy nie miałeśz tym do c4rrienia? Może wychowałeśsię w sztabach? Takich pułkownik w jest przecieŻ na kopy. Z bok.u każda czynność wydaje się błahostką. I nawet prowadzenie komparrii czoł$ w wydaje się bardzo proste. Sęk jednak w Ę,łn, Że rozkazy należy wydawać zgodnie Z nowJrm re$ulaminem' Kompania nie składa się z Rosjarr, zaloga nic nie zr:ozumie. Albo co gorsza zrozamie na opak. Wtedy nawet helikopter nie odszuka ich po lasach i bagnach. Cznłg to straszliwa masa, może najechać na człowieka, moŻe nrtąć Wraz Z mostem, rnoże zatonąć w bagnisku. A zapłata jedna i ta sama.
26

Przestał,em się uśmiechać. Sytuacja jest poważna i nie ma się co weselić. Skoro tak, to rnoŻe zasalutować, I: _Czy mogę slę odmeldować, towarzyszu pułkowniku? -Tak czy lnaczej, jestem tu teraz osobą postronną: ani dow dca'

ani podwładny' Wy nawarzyliście tego plwa, wy je spijajcię. Zachciało się komenderować, więc, towarzyszu pułprędko ze mnie kowniku, komenderujcie. Ale złośćbardzo opadła. Moja kompania, moi ludzie i masz5rrry. Choć nie odpowiadam juŻ za kompanię, nie porzucę jej ot tak. _ Towarzyszu pułkowniku - poderwałem palce do daszka_ proszę o zezvło|elie na ostatnie przeprowadzenie kompanii do miejsca postoju. Cośjakby pożegnanie. _ Zgoda _ tzucił kr tko. Przez chwilę wydawało mi się' że z przyz\]vyczajenia chce jak zwykle udzielić kilku pouczeri: nie pędź, rie zapalaj się, nie rozciąg:aj kolumny' Ale nie uczynił tego' Może w og le nie miał zarniarlu, może tylko mi się wydawało. - Tak, tak, prowadŹcie kompanię. Traktujcie m j rozkaz jako jeszcze nieprawomocny. Doprowadzicie komPanię do koszar i tamją zdacie' _ Rozkaz|. - odwracam się ostro na pięcie, kątem oka dostrzegając uśmieszkiw świciepułkownika. Jakże to tak: prowadŹcie kompanię. Świta zdaje sobie sprawę, że regulamin nie przewiduje takiej sytuacji. Albo dow dca $odzien jest swego pododdziafu i ponosi za peŁnąodpowledzlalność,albo przeciwnie, jest go nie$odny, i w wczas zostaje z miejsca zdymisjonowany. ,,Na razie macie dowodzlć'' - to nie romłia?arrie' Zatakądecyzję pułkowntk może słono zapłacić' Jest to jasne dla mnie, podobnle jak dla jego świty. Ale t5rmczasem nie zaprzątam sobie t5rm głołry.Teraz czeka mnie powaŻrrc zadanie. kto Dowodzę kompanią i w nosie mam, co kto pomyślał' postąpił i jaka spotka go za to kara. Jak Dow dca musi podporządkować oddział swojej woli, zanLm wyda pierwszy rozkaz. Musi spojrzeć na swoich żoŁnterzy tak' by przez szereg przebieg dreszcz, Żeby wszyscy zarnat|i, aby kaŻdy poczuł, Że za tnoment z ust dow dcy padnie komenda. A komenderuje się w wojskach pancernych bez sł w. Dwie chorągiewki w dłonlach. T)rmi chorągiewkami dowodzę'
27

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

wstępne oraz wykonawcze. Rozkazern wstępnym dow dca niejako chwyta podwładnych w stalowe cugle swojej woli. I ściągającje musi odczekać pięć sekund' zanirn wyda rozkaz zasadniczy. Wszyscy muszą znieruchomieć w oczekiwaniu, każdy musi poczuć Żdrazne wędzidła, lekko drgnąć, muszą zagrać mięśnie'jakby wyprzedzając ostre smagnięcie, kaŻdy musi czekać na następny rozkaz,jak dobry rumak czeka na cięcie szpicrutą. Czerwona chorągiewka w g rę' po czym obie - w dwie strony i do dołu. Drgnęła kompania, poszła w rozs5pkę, podkutymi buciorami dudniąc po pancerzach. Może chcieli się ze mną w taki spos b pożrgnać, noŻe kompania demonstrowała obserwatorom swoje wyszkolenie, a może po prostu wściekłość poniosła i nle mieli irrnej możliwości,by jąwyrazić. Ach, gdyby przyszło komuśdo głolvy wĄczyć stoper! Ale nawet bez sekundnika wiedziałem, że w świciepułkownika jest niemało czoĘist w zprawdziwego zirarzrria, czoĘist w z krwi i kości' i ż-e każdy z ric}r w tej chwih lubuje się moimi Azjatami. Sam byłem świadkiemwielu rekord w w wojskach pancernych, zrrarr' ich cenę. Widziałem połamane ręce, wybite ąby. Ale teraz szrąście sprzyjało chłopcom! Nle wiemjak,leczz g rywiedziałem, Że atijeden nie zrobi fałszywego kroku, nie pośllzgpie się, wykonując karkołomny skok do włazu' Wiedzialem' że nikomu nieprzytvaśnie palc w. Nie tym ra?rclrl. Dziesięć silnik w ryknęło zgodnym ch rem. Siedzę wysunięty z wieŻy czołgu prow adzącego. Biała chorągie wka w mojej dłon7 ozrlacza: ',Jestem got w!'' I w odpowiedzi widzę dziewięć innych chorągiewek: ,,Got w! Got w! Got w!'' Zdecydowany ruch nad głową i machnięcie na wsch d: ,,Za mną!" Wszystko bardzo proste. Elementarne. Pr5rmiĘwne? Tak, ale Żadęn pelengator nie będzie w stanie niczego wykryć' gdyby nawet r wnocześnie w5rrnaszerowały cztery
2A

Biała chorągiewka ostro w g rę. To m j pierwszy rozkaz'T\m kr tkim i ostrym $estem przekazałem kompanii długi komunikat: ,,Przed wami - dow dca kompanii! Od tej chwili obowia2llje zakaz korzystania z nadajnik w, aŻ do pierwszego kontaktu z WTogiem! Uwaga...''. Rozkazy dzieląsię na

czkirnarny w zanadrzu przeciwko wszelkim innym sposobom rozpozniarria. I dlatego pojawiamy się zawsze niespodziewanie. Dobrze |ub źle _ zawsze znienacka. Nawet w Czechosłowacji, nawet w sile siedmtu armii na raz. Pułkownik-obserwator wgramolił stę na sw j transporter. Świta zaritn. Silnik ryknd, pojazd ostro zawr cił i ruszył inną drogą dobazy. Świta pułkownika Żywi do niego nienawiść,to widać na pierwszy rzut oka. W przeciwnym razie ktośby mu podszepnął, że powinien się posuwać tuŻ za moim czołglem' JestemprzecieŻ teraz nikim. Samozwaniec' Powierzenle mi kompanii prąrpomina sytuację' w kt rej naczelnik policji zleciłby dokonanie aresztowania eks-policJantowi, wydalonemu z pracy. JeŻelljuż przyszedł ci do Ełoury taki pomysł, toprzynajmniej nte odstępuj na krok, aby w razie czego t|a czas interweniować. JeŻeli poMetzyłeŚ komuś kompanię, jeżeli nie potrafisz nią dowodzlć, to przynajrr'nLej bądź w poblizu, żeby w razie potrzeby nacisnąć na hamulec. Ale nikt nie uprzedził pułkownika, Że złoĘłswoje Ęcle w ręce młodego lejtnanta. A lejtnant odsunięty od władzy moŻe pomlolić sobie na kaŻde świstwo, jest w kompanii obcym człowiekiem. Zaśodpowiadaćprzy1dzie tobie. A może wiedzieli wszyscy w świcie, że starszy lejtnant doprowadzi kompanię bez jakichkolwiek irrcydent v/7 Wiedzieli, Że rie będzie starszy lejtnant łamać pułkowniczej kariery. A m głby...

armie pŹrncerne. Podobnie prymitywne i niezawodne sztu-

bywa często: smagną dywlzję knutem alarmu boJowego i ledwie Wyrwie slę na otwartą przestrzert - jl:'ż toŻkaz powrotu. Tkwi w tym głęboki sens. W taki spoo b wyrabia sięprzyzwyczajenie. Kiedy alarm rzlci dywlzJe w prawdziwy b j' ruszą nari jak na wiczenia' A przy okazji us54pta się czujnośćrneprzyjaciela. Radzlecliiie dywizje w1padają ze swych baz często niespodzlewanie. Wr g przestaje reagować na te ruchy wojsk. Kolumny czołg w zapchały wszystkie drogi. Widać, że ;y$nał powrotu otrzymała r wnocześnie cała dywizja.
29

rTl I lak

vI

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

cym okiem. Jednego spojrzenia dość,by ocenić kompanię, baterię, batalion 1 ich dow dcę. Kulą się dow dcy pod ołowiarrym ojcowskim wzrokiem' Potęzrre chłopisko, koalic1ika zapięta na ostatrrie dzir_rki, ledwie ich starcza. Cholewy jego wielkich bucior w z tyfu z lekka ponacinane - w przeciwnym razie nie naciąginie ich na potężne łydki. Pięśćma jak czajnik. I Ęm czajnikiem komuśwymachuje. Pewnie dow dcy trzeciego batalionu strzelc w zmotoryzowanych, kt rego transportery znlkają właśnie w żarłocnlej gardzieli bramy. W tej chwili wchodzi bateria moŹdzierry naleŻąca do tego batalionu, a za r;lią_ TIasZa kolej. I chociaŻ wiem, że wszystkie moje czoĘ sunąjeden za drugim' i choć jest mi to teraz obojętne, nie jestem już ich dow dcą to w ostatrriej chwili tzucam za siebie spojrzenie: tak' są wszystkie, ani jeden nie został w Ęle. Dow dcy wszystkich cznĘ w starają się pochwycić moje spojrzenie. Jazaśznowu gwałtownie obracam się do przodu, prawą dłor1 podrywam do czarnego hełmofonu i do_ w dcy wsąrstkich dziewięciu pozostałych czołg w powtarzająza' mną ten stary gest wojskowego pozdrowienia. Dow dca pułku urykrrykuje jeszłzrjakieśprąlkre pogr ż|<t w śladza kolumną tzeciego batalionu, i wreszcie z\Nraca roĄuszony wzrok na moją kompanię. Leśnygorylu' atamanie zb jecki, kt żwytrryrnałby twoje spojrzenie? Ale spotkawszy jego wzrok, nieoczekiwanie dla siebie samego postanawiam wytrzyrnać wielotonowy nacisk. A ten rozchylił pięść dło jak łopata - i do daszka. Nie każdew mu ojczulek odpowiada powitarriem na powitanie. I nie byłem na to przygotowany. Mrugnąłem raz, drugi, trzeci. Czołg m j mina} już jego stanowisko, a ja odchylam gbwę coraz bardzĘ do tyfu: patrzę na dow dcę' I raptem uśmiechnal się do mnie' Gęba czarna jak negatyw, i dlatego ten uŚmiech śnteżrobiałych zęb w widzi doskonale 30
I

Kto to wie, ile dywizji poderwał dziśalarm bojowy; ile Ich teraz powraca do swych zgnrpowari! MoŻe tylko nasza dywlzja, rnoŻe tłzy dywwje, a moŻe i pięć. Kto wie, może sto dywizji zerwało się na alarm bojowy. Koło bramy naszej bazy rŻnie orkiestra dęta. Dow dca pułku, ojczulek nasz, stoi na czołgu - wita swoje zastępy. Patrzy na nas doświadczonym, wymagają-

cała moja kompania, i pewnie bateria haubic, sunąca za nami, kt rą powita za chwilę wymachując pięścią. Ech, komendancie. Nie wiesz jeszcz.e, że przestalem być dow dcąkompanii. odebrarro mi kompanię, komendancie. Niesławna dymisja. Jakby publiczne baty. Ale nic to, komendancie. Myślisz,Że zapłaczę? Nigdy w Ąciu. Będę się uśmiechać,tak samo jak w tej chwili uśmiecham się do ciebie, komendancie. Niebawem dostanę nową kompanię' Brakuje oficer w, sam wiesz jak jest. Zal mi tylko rozstawać się z rnoimi Azjatami. WyJątkowo Zgrar:a paczka się dobrała. No, trudno. Przeżyjemy to jakoś.Wystarczy mi to, że pułk la czas rozpocza} alarmowy wym [sZ, Że ty, dow dca pułku, nie zleciałeśze stanowiska. I nie trzeba nam żadnego innego dow dcy w pułku' Wybaczamy ci, komendancie, tw j charakter surowy. Jeżeli zajdzie potrzeba, p jdziemy za tobąwszędzie, gdz1e nas poprowadzisz.I ja, komendancie, p jdę za tobąjak w dym' jeślinie jako szef kompanii to jako plutonowy. A mogę teŻ jako prosty celowniczy.

uczyrnć w pierwszej kolejności? Sfusznie. Nalezy napehrtć zbtorniki paliwem. Baki muszą być pekre' Sprawny czy zepsuty - nieważne. WłŻne, Żeby był zatarrkowarry' Kto wle, kiedy gruchnie następny alarm? Każdy pojazd musi być przygotowarry do powt rzenia wszystkiego od nowa w każdym momencie. I dlatego dudni całe obozowisko. Setki woz w r runocześnie pobierają paliwo. KaŻdy cznłg potrzebuje co najmniej tony ropy. Transportery opancerzone teŻ sąbardzo Żarłoczne, podobnie ciągniki artyler51'skie' Wszystkie pojazdy transportowe też m'usząbyć zatarlkowane. R wnocześnie każdy w z musi uzupeheić wyposażenle bojowe, amunicję' Pociski czołgowe waŻąpo 3o kilogram6w. ZwiezLono ich całe setki. LeŻąpo dwa w jedrrej skrzynl.KażdąskrąrniętlzebaĄąćzcięŻar wkj.Pociskiwyjąć, oczyścfućkażdy z osobna z fabrycznego smaru ochronnego - i do czołgtrr. Naboje do cekaem w r wnież w skrzynlach, po 8oo sztuk' Trzeba uzupeheić taśmy do karabi31

-1 \_lay w

z bojowy powraca na miejsce postoju' co należy

vil

wrKToR sttwoRow
Do jednej wchodzi 25o naboj w. Potem taśmynaleĘ u|oĘć w m'ga-'ynkach, kt rych jest 13 w kitzdym cznĘlu. Teraz z kolei tz.eba zabrać wszystkie

AKWARIUM

n w masąmowych.

wystrzelone hski, złoĘćdo slrzyr1 i zdać do magaz5mu. Lufy wyczyścimy p źnĘ'Po kolei calym plutonem każdą lufę czołgową po wiele godzirr dziennie, powtarzając tę sirmą czynnośćdz1efl za' dniem. Ale na razie trzrcba za,Lać luĄlolejem. Potem przychodziczas mycia cznĘ w. Narazie tylko z grubsza, właściweumycie i czyszczenie odkłada slę na p źrnej, a teraz trz'eba nakarmić żntnierzy. Po kolacji wszyscy zabierają się do kontroli technicznej. Do rarra wszystko musi być sprawdzone: silniki, układy transmisy'ne' zawieszenia, zespoĘ jezdne. Tam, gdzie to konieczne, należy wymienić ogniwa w gąFienicach. W czwartym czoł$u _ zniszcznrta lewa naciągarka. W smym - nawala reduktor obrotorrry wiezy. A w pierwszej komparrii cznĘ w muszą w5rmienić Tluraz dwa silrriki. Od rana zacznie się og lne cryszczenie fuf. Żeby wszystko było gotowe! Bo zgnojąl I nagle czuję pustkę w sercu' Na$e przypominam sobie, ils rlie cznka mnie już poralrna kontrola kompanii. A może nawet nie wpuszczą mnie jutro do parku? Wem, że wszystkie papiery w mojej spraw.ie juŻ zostaly przygotowanę 7 Że oficjalnie zostanę odwołany nie jutro rarro, lecz już dztsiaj w'ieczorem. Wiem, że oficerowi przystoi iśćpo dymisję w peŁ:ej gali' jakby maszerował po najwyŻsze odznaczenie. l moja komparria też to wie' Dlatego podczas gdy wykł całem się z ekipą paliwową gdy sprawdzałem karty zuĘcia amunĘi, kiedy właziłempod trznclcznŁg, to już ktośmi choleury w5polerował, kto inny spodnie pzeprasował i świeży koklierzyk prz5rfastrygował. Zrzuciłern brudny kombinezon, prędko pod pryszrric' Go_ liłem się dfugo i starannie' I jtź goniec ze sztabu pułku. Huczy park. Prznzbrarnę ciągnik wlecze tozbĘ transporter. BrącząanŻryte hrski. Dudnią potężne Urale, zaladowane piramidami skrąrr1 po pociskach. Spawarka wyrzuca Snopy iskier jak szt';rczrrc ognie. Do rana wszystko będzie lśnići mienić się w świetle. Na razie brud, brud wokoło' hałas' łoskot jak na wielkiej budowie. Nie odr żeis z oficera od szeregowca. Wsąrscy w kombinezonach, wszyscy brudni' wszyscy klną. I pośrd tego hałasu idzie starszy lejtrrant
32

Suworow. I milkną rozmo]Jt;y. Umorusani czoĘiścispoglądają za' mną Każdy wie _ starszy lejtnant maszenrje po dymisję. Nikt nie wie, za co wyleciał. Ale każdy wie, Że niepotrzebnie go zdejmują. Wszyscy czująto w $łębi serca. Normalnie nikt nie zauwaĘłby starszego lejtnanta. Dhrbalibyw swoich sibrikach, wystawiając usmolone tyłki. Ale tu człowiek idzie po dymisję. I dlate$o sięgając brudnymi łap_ skami do brudnych daszk w saluhrją mi obcy, nieznajomi czoĘści.I ja im salutuję' I uśmiecham się do nich' I oni uśmiechająsiędo mrie, Że niby może być gorzej' trzym się. A za murami zgrupowania _ całe wojskowe miasteczko. Kasztanowce takie, Żewe trzech nie obejmiesz. Młodzi rekruci porykuj ą głośnym,|ecz rięzgodnym ch rem' Starają się, ale niezdarnie im to jeszcze idzie. Starszy szeregowiec zawadTacko pokrzykuje . Ot, i rekruci mi salutują. To jeszcze cielęta. Niczego jeszcze nie rozumĘą. Dla nich starszy lejtnant to bardzo ważna figura, znacznie ważniejszan7ż starszy szeregowiec. A to że cholewy Jego lśniąwyjątkowo? Pewnie ma jakieśświęto.'. Oto i sztab. Tu zawsze czysto. Tu zawsze cicho. Marmurowe schody. Rumuni jeszcze przed' wojną wybudowali. Dywany na wszystkich korytarzach' Aoto p łokrągłasala' za)ana światłem.W kuloodpornym przeztocĄrstym stożku - opieczętowany paristwowymi insygniami sztandar pułku. Pod sztarrdarem zamarł wartownik. Kr tki płaski bagnet rozprasza ostatrri promyk słorica' rozsy1ruje iskrami po marmurach. oddaję cześćsztartdarowi pułku, a wartownik ani drgnie. Wszak 1urzyrna automat. Uzbrojony człovriek nie musi oddawać honor w, llie zrla Żadnych lnnych form powitania. Jego brori starczy za poMtanie. Goniec idzie korytarzem prosto do gabinetu dow dcy pułku' Dziwrre. Dlaczego nie do szefa sztab:u? Zapukał w drzwi. Wszedł, starannie zarnykając je za sobą' Po chwili wychylił się, w mllczeniu ustąlił przejścia: - Proszę wejść. Za dębowym stołem dow dcy pułku: nie znany mi podpułkownik, niewielkiego wzrostu. Widzlałem go dziś w świcie pułkownika-obserwatora. Ki diabeł? - dziwię stę. A gdzie ojczulek' gdzie szef sztabu? Dlaczego podpułkownik siedzi w fotelu dow dcy? CzyŻby z racjl swej

Y.r{

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

mocy ob owi aąującej. ort pr ze z c aly dzieft zar ządza i r ozp o rządza, a ja pod vnecz r przedstawiam odpowiednim dow dcom pułk w i dywizji swoje dokumenty i wszystkie jego rozka4r tracą moc' On się tego nie domyśla. Nie wie' że jego krąrk to wołanie na puszczy. W hierarchii Armii Radzieckiej i całego naszego paristwa jest już Zerem, osobą prywatną nieudacznikiem' wypędzonym z wojska bez emerytury' Wkr tce dowie się o tyrrr z właściwegorozkazll dziennego. Tak więc jego decyzja o usunięciu was zn stanowiska dow dcy kompanii traci wszelką moc.
34

funkcji stał wyżej nź|iojczulek? Jasne , ŻewyŻej.W przeciwnym razie rrie siedziałby za jego biurkiem. - Siadajcie, starszy lejtrrancie _ nie wysłuchując raportu zw'raca się do mnie podpułkownik' Usiadłem. Na sam5rm skraju. Wiem, że za rrlom'ent wybuchnie krąlkiem i trzebabędzie zerwać Się w mgnieniu oka. Dlatego plecy mam w5,prostowane, jak na defiladzie. - Zameldujcie, starszy lejtnancie, dlaczego uśmiechaliściesię' kiedy pułkownik JermoĘew zwalniał was z dowodzenia kompanią? Wzrok pułkownika przenika do samej duszy: m w tylko prawdę, ja ciebie, lejtnanciku, widzę na wskroś. Spoglądam na podpułkownika, na świeżutki kołnierzyk jego podniszczonego, ale schludnego, odprasowanego munduru. I c żrnll na to odpowiesz? - Nie wiem, towarzyszu podpułkowniku. _ Z kor:rpanią Ża| się rozstać? - Zal. - Twoja kompania wykonała zadanie po mistrzowsku' Zwłaszcza pod koniec. A co do muru, wszyscy są zgodni, |epiej zburąrć, niż cały pułk wystawić na strzał. Murek odbudować to żadna filozofia.'' ot co, starszy lejtrrancie. Nazywam się podpułkownik Krawcow. Jestem szefem wywiadu l3. Armii' Pułkownik Jermołajew' kt ry odebrał ci kompanię, jest przekonźrny, Że to orl kieruje wywiadem' W rzeczywistości znstał zdjęty' choć na razie się tego nie domyśla. Na jego miejsce luq1;lzruaczor:o mnie. odbynramy objazd dywizji. on j est przekonany, że dokonuj e inspekcj i, a|e w rzeczywistości to ja zapoznaję się ze stanem !vy!lradu w dywizji. Wszystkie jego decyzje i rozkazy nie mają

Dziękuję, towarzyszu pułkowniku! Nie spiesz się z podziękowaniami. On nie ma prawa zdejmować cię z dow dztwa kompanii. Dlatego robię to Ja. - I gwałtownie zmieniając ton powiedział cicho, |ecz dobitnie. - Rozkazllję zdać kompanię! Jestem przyzvłyczajony prą[mować ciosy losu z uśmiechem. Ale cios padł znienacka i uśmiech jakośnie wyszedł. Poderwałem się z miejsca, dłori pod daszek: _ Rozkaz! Zdać kompanię! - Siadaj. Usiadłem. - Istnieje pewna r Żnica. Pułkownik Jermołajew zdjął clę, ponieważ jest przekonany, że kompania to zbytwiele szczęściadla ciebie. Ja cię zdejmuję, bo sądzę, że kompar_ria to dla ciebie za rnało' Mam dla ciebie funkcję szefa sztabu batalionu rozpoznania. - Jestem tylko starszym lejtnantem. - Aja tylko podpułkownikiem. Ale wezwano mnie i rozkazano objąć wywiad' i rozpozrtanie całej armii. Tak więc obecnie nie Ęlko przejmuję wszystkie Sprawy biezące, ale r wnież kompletuję własną ekipę. Kilka os b zabrałem ze BobąZe swojej poprzedniej pracy. Byłem szefem wywiadu E7. Dfizji' Ale mam teraz o wiele większe $ospodarstwo t potrzebuję wielu rozgarnięĘch, sprawnych chłopak w, na kt rych rnoŻna polegać. Sztab baonu rozpozrtaria: to dla ciebie minimum. Wypr buję c1ę także rn wyŻszych starrowiskach. Jeżeli się sprawdzisz... _ Spogląda rrazegarek. - Masz dwadzieścia minut na spakowarrie. o 2r'3o do sztabu 13. Armii w R wnem jedzie od nas autobus. Jedno miejsce Zarezer\Nowane dla ciebie. Zabieram cię do wydziafu wyviadowczego sztab:u 13' Armii, jeślitylko zdaszjutro egzaminy. Zdałem.

-

AJ(WARIUM

Rozdział 2
wteścieczterdzieści krok w dzieli hotel oficerski od sztabu 13. Armii. Co rano niespiesznie mijam szereg prastarych klon w, puste zie|orrc ławki, zltierz.ając prosto ku wysokiej ceglanej ścianle.Za tą ścianąw gęstym sadzie kryje się stary pałacyk. Przed laty mieszkał tu pewien bogaty człowiek. Naturalnie, został zabity, bowiem to wielka niesprawiedliwość, żeby jedni mieli duże domy, a inni malutkie. Przed wojną w tym pałacyku mieściłosię NKWD, a podczas wojny- Gestapo. Nic dziuneego: to nadzvłyczaj wygodne mĘsce. Po wojnie stanął tu sztab jednej z|iczrlych naszych armii. W tym sztabie obecnie sh)Zę. Sztab jest koncentracją bezwzględnej, nieubłaganej, nieugiętej władzy. W por wnaniu zkt rymkolwiek przeciwnikiem nasze sztaby są bardzo niewielkie i maksymalnie mobilne. Sztab armii liczy siedemdziesięciu generał w i oficer w plus kompania ochrony. To wszystko' Żadnej biurokracji. Sztab armii rnoŻe w kaŻdej chwili ulokować się w dziesięciu transporterach i rozpĘnąć w szarozielonej masie podległych mu wojsk' nie tracąc nad nimi kontroli. Ta nlewidzialność i mobilnoŚć czyni go nieosiągalnym dla wroga' Ale r wnież w czasie pokoju jest zabezpieczorly przed wszelkinri prą;padkami. Jesz-

i

i

I

I

I

ogrodzlł sw j dom i wielki sad cze pierwszy właściciel wysokim ceglanym murem. Wszyscy kolejni właściciele umacniali mur, dobudowywali' wyposażali w coraz to nowe urządzenia ochrorrne. Przy ĄeLonej bramie - wartownik. okazmy mu przepustkę. obejrzy ją uważnie i - dłoti pod daszek: proszę wejść. Z punktu kontroli nie widać samego budynku. Wiedże dori droga wijąca się pośrd gęstych krzak w. Z drogirie skręcisz _ krzakl przeplata nieprzebyta gęstwina drut w kolczasĘch' Idź więc tą drogą, jakbyś tunelem maszerował. Podprowadzi cię łagodnym fukiem do ukrytej wśrd kasztan wwilli. Okna naparterze od latzamurowane. Na pierwszym piętrze ofua z z-ewnątrz mocno zakratowane, a od środkaszczelrie zasłonięte kotarami. Przed $ł wnym wejściemplacyk wybrukowarry czysĘłni, białymi płytkami i otoczony ścianążywopłotu. Wnikliwe oko dojrzy w tych krzakach pr cz drut w kolczastych takŻe szary, chropowaĘ beton. To kazamaty' gniazda cekaem w, połączone siecią podziemnych kor ytarzy z piwnicami sztabo wymi zamienionymi na wartowrrię. od gł' wnego dziedzirca droga zakręca wok ł pałacyku prowadzi do nowe$o dwupiętrowego bloku' dostawionel go do gł wnej budowli. Stąd można wreszcie przedostać slę do parku, kt ry zieloną mgłą otacza nasz Biały Dom. W ciągu dnia w alejkach parkowych rnożla spotkać jedynie oficer w sztabowych, nocą - warty z psami. W tJrm Bamym parku znajduje się niewidoczrre dla obcychwejście do podziemnego punktu dowodzenia, skonstruowanego głęboko pod ziemią i chronionego tysiącami ton betonu l stali. Tam, pod ziemiąjest wszystko - pomieszczenia do precy i pornieszczenia mieszkalne, węeł łączności, stoł wka, szpital, rnĘazyny, słowem to, co jest niezbędne do Ęcla i pracy w warunkach całkowitej izolacji' Ale pr cz tego punktu dowodzenia istnieje jeszczejeden. Chroni go nle tylko beton, stal i psy, ale r wnteż tajemnica. To miraż. Mało kto wie, $dzie się znajduje. Do rozpoczęcia pracy pozostało jakieś dwadzieścia minut i spaceruję alejkami, szurając pierwszym złotem jenleni. Daleko, daleko w obłokach myśliwiec kreśliniebo, 3trasząc żrrrawie krĘące nad niewldocznyTn stąd polem'
37

I

L,

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

oto oficerowie ciągnąjeden za drugim do Białego Domu. Już czas. Na mnie też. Dr Żką do szerokiej alei, koło szemrzącego strumyka, teraz omijam lewe skrzydło pałacyku, i już jestem z powrotem na gł wnym dziedziricu, wśrd gęstych krzak w, pod cięzkim wzrokiem karabinowych strzelnic.

Ponownie okazuję przepustkę salutuj ącemu wartownikowi i wkraczarr do wył,ożonego białym marmurem hallu. Niegdyśdzwoniły tu kielichy, szeleściłyjedwabne suknie, a stnrsie pi ra wach|arzy WyĘ tozlrrarzorry wzrok. Dziś sukni tu nie uŚwiadczysz. Rzadko mignie telegrafistka zwęzła łączrrości. dniczka z strkna, mundurowa' obSp cisła. Co tak wodzicie za riąoczatni, pułkownicy? Fajna? Schodami z blałego marmuru - na g rę. Teraz to za mną wiodą oczaml. Na g rze wartownik. Kolejna kontrola dokument w. Nawet nie każdy sztabowy pułkownik może tu swobodnie wejść.A ja jestem Ęlko starsz5rm lejtnantem - i warta mnie przepl)szcza. Na dole nadziwić się nie mogą. C Ż to za gagatek? Z jakiej racji chadza marmurow5rrni schodami na piętra? ostatnia kontrola przepustki i wchodzę na przyciemniony korytarz, Dywan tłumi kroki. Na koricu korytarza _ c^|\|oro drzwi, na początku _ teŻ czvłoro. Na ko cu znajdują się gabinety dow dcy armii, jego pierwszego zastępcy, szefa sztabu i politycznego szamana 13. Armii, zwanego członkiem Rady Wojskowej. Czvłoro drzwi u wlotu korytarua to najważniejszewydziały sztabu: pierwszy, drugi' smy i specjalny' osobgj' Pierwszy Wydział - operacyjny, zajmuje się planowaniem bojou4rm. Drugi Wydział - zwiadowczo-rozponlawczy, dostarczapier'wszrmu wszelkich informacji o przeciwniku. Ósmy Wydział nie ma nazvły, a Ęlko numer' Mało kto wie, cąrm się zajmuje. Z kollei Wydział Specjalny na odwr L nie ma nulnerll' tylko nazwę. I wszyscy wiedzą czym się zajmlĄe' Nasz korytarz jest najbardziej chronioną częściąsztabu, dostęp ma tu zaledwie garstka oficer w. Naturalnie, zdarza się tu dojrzeć lejtrrarrta: bezpieczniaka albo generalskiego adiutanta. Teraz teŻ patrząza mI7ą pułkownicy: co to za gagatek? A ja ani bezpieczniak, ani adiutant. Jestem oflcerem Drugiego Wydziału' A oto nasze czarne
38

pancerne' jak w czoĘu. Naciskam gl:zik dzwonka, przę'z kuloodporny wizjer zerka na mnie czujne oko i słychać jak strzela zamek - jestem w domu. Dawniej była tu zapewne jedna wielka sala, p Źniej podzielono ją na sześćmniejszych gabinet w. Choć w ciasnocie, ale w zgodzie. W jednym gabinecie - szef wywiadu 13. Armii, m j dobroczy ca i protektor, na razTe jeszcze podpułkownik, Krawcow. W pozostałych gabinetach pracuje pięć grup wchodzących w skład Dnrgiego Wydziahr. Pierwsza kieruje ca|rm podlegĘm wywiadem - batallonem rozpoznaria, pułkowymi kompaniami wyrriadowczymi, wydzielonymi kompaniarri rozpoznania, zwiadem arĘlefiskim, inŻyniefinym' chemicznym. Piąta grupa prowadzi wywiad elektroniczny. Ma do dyspozycji dwa bataliony pelengacji i nasłuchu, a ponadto kontroluje elektroniczny wywiad wszystkich dryizji wchodzących w skład naszej 13' Armii. Druga i trzecia grupa to dla mnie terro trcognita. Ale po miesiącu pracy w czwartej zaczyraalla stopniowo domyślaćsię, cą1m zajmują się te tajemnicą grupy. Rzecz w tym, Że otoczone najściślejszą nasza czularta rupa dokonuje ostatecznej analŻy informacji, spływających ze wszystkich pozostaĘch grup Druglego wydziahr. Ponadto dochodzą do nas informacje z dohl - od sztab w dywŻji, z E ry _ ze sztabu okręgu, od sqpiad w - zpogtarncznych wojsk KGB. Nasza grupa liczy w normalnych warunkach trzy osoby. W czasie działan wojennych winno ich być - dziesięć. Gabinet wytrrosażony jest w trzy biurka. Pracują tutaj dwal podpułkownicy: analityk i prognosta, no i ja - starazy lejtnant. Odpowiadam za najprostszy wycinek: przemleszczenia. PrzełoŻonym jest, rzecz jasna' analityk. Dawniej r wnieŻ przemieszczeniami zajmował się podpułkownik. Ale nolvy szef w5rwiadu wypędził go zwydzlału, zwa|niając miejsce dla mnie. Zgodnie z wojrkową nomenklaturą tego rodzaju robota podlega podpułkownikowi i dlatego' jeślizdołarn się przy niej utrzymać, to bardzo prędko zostanę kapitanem, a cztery lata p źnlej mam zapewnione szlify majora, i jeszcze za pięć

obite sk rą drzwi - pierwsze po prawej. Wystukuję kod l drmli odpływają na bok. Za nimi następne, tym razem

WIKTOR STIWOROW

lat - rangę podpułkownlka. Jeśliprzezten czas potrafię przeblć się wyżej, to i kolejne stopnie przyJdąautomaĘczrtie, z wysługą lat' Ale jeśIizsunę się w d ł, to dla kaŻdej nowej gwiazdki będę musiałwgryzać się w czyjeś gardło. Podpułkownikom wcale rr1e przypadła do gustu inicjatywa nowego szefa wywiadu: posadzić w pułkowniczy fotel starszego lejtnanta? Samo moje pojawienie się w tym gabinecie podważa ich autorytet i doświadczenie. Ale to nie najważniejsze. Najważniejsze, Że r wnież na ich miejsca no!\y szef' możę posadzić młodych i krewkich. Tak więc obaj obserwują mnie uważnie i na powitanie odpowiadają ledwie widocznym skinieniem głowy. W gabinecie grupy i:rformacfnej wydziału wywiadowczego znajd'ują się trzy biurka, trzy potężme sejĄl' p łki z kslĘkarni na całą ścianę i mapa Europy _ też na całą ścianę'Na wprost wejścia - nieduży portret młodo lvyglądającego generała' Po ttzy $wiazdki na epoletach. Czasem, kiedy nikt nie widzi, uśmiecham się do generała i mrugam dori porozumiewawczo. Ale generał z portretu nigdy nie uśmiecha się do mnie. Spojrzenie jego pozostaje chłodne, surowe i pełne powa$i. oczy, zwierciadło duszy' sąbezwzględne i władcze. W kącikach ust - lekki cier1pogardy. Pod portretem brak jakiegokolwiek podpisu. Nie ma go taI<Że z tyfu portretu' Sprawdziłem' gdy byłem sam w pokoju. Zamiast nazwiska widrrieje pieczęć,,Jednostka Woj skowa nr 44388" i groźne ostrzeż-enie: ,,Przechowywać jedynie w chronionych pomieszczeniach Akwarium i podlegĘch mu insĘrtucjl". WyŻ-szy korpus oficerski Armii Radzieckiej Zr:rarn na pamięć. Oficer musi go znaĆ. Ale jestem absolutnie przekonany ' Że generała z naszego portretu nie widziałem w żadnym wojskowyrrr czasopiśmie, z wewnętrznymi biulet5mami włącznie. Dobra, towarzyszu generale, rlje przeszkadzajcie mi w pracy. Prz.ede mną na biurku leży pakiet zaszyfrowarlych komunikat w nadesłarrych poprzednĘ nocy. Moim zada_ niem jest prznjrzeć każdy z osobna, odnotować w ,Dzienniku przegrupowari" rłrszelkie zrn1any w składzie i dysloka_ cji wojsk przeciwnika, po cTyrl: nanieśćje naDuzą M"pę' przechowywaną w Pierwsąrm Wydziale.
40

AKWARIUM

Już pierwsza szyfr wka naĘchmiastzbljarnrie z tropu: na mościekolejowym na Renie w pobliżu Kolonii zarejestrowano trarrsport składający się z dwudziestu anglelskich czołg w Chieftain. Idioci!W jal,rim kierurrku oddatił slę eszelon? To jest umocnienie czy osłabienie? 20 cznĘ w to ghrpstwo.łle' Że zta|ich drobirr, i Ęlko zrich, układa slę og lna prnorrma wydarzei. Zar wno analiĘk' jak l prognosta mają na swoich stołach kopie Ęch samych depesz. I dlatego, że w swoich głowach przechowują tyslące liczb i wskźnik w, nazwisk, rtaznr i dat, nie muaząsie,gać do szyfr wekzpoprzednlch dnl aby odszukać w nich klucz do rcmłia7:rria tak banalnej kwestii. Spoglądająna mnie wyczekująco i nie spieszą by podpowiedzheć właściwerozullryarie. Wstaję zlrlr:zesła, idę do sejfu. Przejrzarrc szyfr wki z poprzednich dnt powinny zawierać jed_ noanaczrlą odpowiedź. A z ĘŁu dwte pary złych oczu utkwlone w moich plecach: pracuj, starszy lejtnancie, ucz się, dowiedz się, za co podpułkoumikom płacą'

do l7.oo z godnrrtąptzerwąna obiad. Kto ma pilną robotę, rnoŻe zostać w gabinecie do 2r.0o. P źniej wszystkte dokumenty ttzeba zdać do tajneJ bibltoteki, a sejff t drzwi opieczętować. Tflko podziemny punkt dowodzenia zawsze czuwa. W zaostrzonej sytuacjl każdy z lnas po kolei zostaje w sztabie na nocny dyżur. Po Jednym oficerze zkażdej grupy. A w okresachkryzyrowych - wszyscy oficerowie sztabowi po kilka dni z rzędu mieszkają i pracują w swoich gabinetach lub pod llemtą. W podziemnym punkcie dowodzenia wanrnki do życta są zrlaczrie dogodniejsze, ale brakuje dziennego unatła i dlatego w miarę możnościstaramy się spędzać Jak naJwięcej czasu w naszych ciasnych gabinetach. Jeżell nie ma sąrfr wek, czytarn "Kompendium \łrywladowcze" Sztabu Generalnego. Polubilem tę pokaźną Goo-stronicową księgę. Zacąrtuję się nią namiętnie' wlele stron zr:am niemal na pamięć, mimo ż niejedna EHWlera czasem po kilkaset rtazvł 1liczb. Jeślinie jesteśmyw okresie napięć i kryzys w, podpułkownicy punł -Alwrrium

DII .|' racujemy

4L

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

Proszę. Gdzie stacjonuje 406. TakĘczne Treningowe Skrąrdło Myśliwskie Sił Powietrznych Starr w Zjednoczonych?

sejfie. od tej chwili zostaję sam. Czytam ,,Kompendium po raz setny z rzędu. Pr cz og lnego kompendium istnieje r wnie gruba księga poświęcona technice wojsk pancernych, flocie, systemowi mobilizacji Bundeswehry, francuskim badaniom nuklearnym, systemom alarmowym NATO i licho wie czemu jeszcze. _ Czy w og le kiedykolwiek śpisz? Nie zauważyłem, jak w progu stanął podpułkovrnik Krawcow. - Czasami, awy? _ TeŻ czasami. - Krawcow śmiejesię. Wiem, Że każdego wieczoru siedzi do p źnych godzin' albo na całe tygodnie znika w podległych mu jednostkach. - Przepytać cię?
wywiadowczę"

ktualnie o 17.00 nljkają. Jak u doświadczalnych ps w Pawłowa, o określonej godzinie ich gruczoły wydzielają ślinę,by splunąć na pieczęć i wcisnąć ją w plastelinę na

Szef wywiadu rzucił oklem i zarządził przekazać je do Plerwszego Wydziahr. Wszystko odbyło się bardzo pro_ zalcznie' Nikt mnie nie wychwalał, ale też nikt nie łvyśmlewał z mojej tw rczości. się

do gabinetu otworzyły się na oścież.W progu 1ejtrrant.

-

3. Dyrvizja Pancerna' 8. Dywizja ZmechanizowŹula Pułk Kawalerii Pancernej. Jak na początek, całkiem nieźle' UwaŻaJ, Suworow, wkr tce kontrola, jeżeli nie podołasz pracy, wywalą cię ze sztabu' Mnie nie wywalą, ale po uszach dostanę. - Robię, co mogę, towarzyszu podpułkowniku. - A teraz marsz' Pora spać. _ Jeszcze z godzinkęmożna popracować' _ Powiedziałem, spać. Bzka dostaniesz i co mi po tobie.

Saragossa. Hiszpania. Co wchodzi w skład 5. Armii USA?

i l l.

Ęgodni wypadło mi zastąpić podpułkownika-prognostę, kt ry znajdował się w sztabie okręgu. Dzieri i dwie noce przygotowywałem swoją pierwszą prognozę rozpoznauIczą: dwie cienkie kartki papieru Z nagł wkiem ,Brzypluszcza|na aktyvrrrośćbojowa
III Korpusu Bundeswehry w nadchodzącym miesiącu''. 42

DtrI l o upływie dw ch

wysoki, barczysty. Pąznokcie r Żowe, wypielęgnowane' Wszyscy w sztabie tak się zvłracajądo lejtnanta'Pozycję ma godną pozazdro5zczertia: adiutant szefa sztabu13. Armii. Gdyby zwr cić się do niego per ,,towatzyszll lcJtnancie', byłaby to anlyczajna obraza. Dlatego - Konstantirr Mikołajewicz. - Przemieszczertia -- rzuca niedbale Konstantin MikoluJewicz. l|l{oŻna by naturalnie powiedzieć: ,,Szef sztabu wzywa oficera odpowiedzialnego za przemieszczertia z raportem o zmianach w zgrupowaniach przeciwnika W clągu ubiegłej nocy''. Ale można też prościej,tak jak lo m wi Konstantin Mikoła.;ewicz: kr tko, z lekkim odclenlem pogardy. Szybko wkładam sąrfr wki do teczki. Adiutant genernlski złagodniał nieco, nawet się uśmiechnd. - Nie ma (lo slę gorączkowa pod klientem. - Podpułkownicy na ndlutancki Żarcik Sztabowe byd1aki. |''rzysysacie się do Mierzi mnie wasza a\ a|czość.Prcz mnic do stracenia. _ Bez chamstwa proszę, lejtnancie' Wydfużyła się twar2 adiutanta. Podpułkownicy zaml7ltll, wbijają we mnie dzikie spo;rzenia. Dureri, parwellll'lsz, cham. JakŻe ty ośmielasz się rozmawiać z adiulnntem? Z Konstant' l lon. To jllŻ sztabl. łtrT#;:'-ffr;.i#-T#i'*3l?' wyczuwać pewne s}rttracje. Prostaku nieokrzesany, jesz(!?,e na nas gniew ściągniesz!

slę do lejtnanta podprrłkownicy. Przystojny ten lejtnant,

-

Witajcie, Konstaq6nie Mikołajewiczu - uśmiechają

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Wychodzę z gabinetu pierwszy, nie przepuszczając generalskiego adiutanta. I nigdy nie przepuszczę. Też mi wielkie co, adiutancik zakichany! Generalskl fagas. Czyś ty w og le Widział kiedykolwiek na własne ocz3r Żohtierza na stanowisku strzeleckim? Na poligonie? Kiedy ściska załadowarry karabin, a ty tylko czervroną chorągiewkę? Czując brori w dłoni przymierza się żohtierz do celu i na$le dręcząca myślgo ptzeszrya: a może by tak dfugą serlą we własnego dow dcę? W swoim Ęciu kaŻdego mojego żnłnierza dziesiątki raĄr przeptowadzałem przez linię ognia. I rieraz dostrzegałem w ich oczach: walić w dyktę' czy delektować się prawdziwą śmiercią?A Ę, adiutancino, prowadzałeśludzi na linię ognia? A spotkałeś z rirn1 sam na sam w lesie, w polu, na rnrozie, się w $ rach? A widziałeś złość ty żołnierską?A zdarzało ci slę zaskoczyć całąkompanię puaną i z bronlą załadowaną ostrymi nabojami? Adiutancie, klecisz swoją karierę na miękkich dywanach, i odwal się od Witi Suworowa. Może przełkndbym to' gdybyśbył kapitanem, albo gdybyśmy przynajmniej byli r wieśnikami. A Ę, szczylu, jesteśprzynajmniej o rok mł'odszy ode mrrie. Na korytarzu adiutant $eneralski jakby niechcący nadepnął mi z całej siły na nogę. Spodziewałem się jakiegoś wybryku' byłem przygotowany. Szedłem trochę z przodu po lewej. Prawym łokciem ostro szarpn{em w tył' Natrafiłem na cośmiękkiego. Cośzabulgotało w adiutancie' stękn{' szeroko otwartymi ustami łapie powietrze, zgsa}' się w p ł' do ścianyprrypadł. Bardzo wolno prostuje się adiutant. Jest wyższy ode mnie i mocniej zbudowany. Dłonie jak łopaĘ. Piłkę koszykową taka dłor1 może pewnie trz5rmać bez tnrdu' Ale kałdunLo okazał się słabiutki. A lnoże zvłyczajnie nie spodziewał się ciosu' Ech ty' adlutancle, dałeśsię zrob(ć na szaro. Ciosu naleĘ spodziewać się zawsze. W kźdej chwili. Wtedy efekt nie będzie tak druzgocący. Powoli prostuje się adiutant, nie odrywa oczu od mojej ręki. A ja trzymam dwa palce rozwarte, jak widełki. Na całJrm świeciejest to znak wiktor7i, znaczy się zwyclęstwa. A u nas ten gest ozlacza'' "Gały wydfubię' gadzino".
44

Sunąc plecami po ścianie stopniowo się podnosi, zrozwarĘch palc w nie spuszcza wzroku. I wie, że jego wysokl protektor nie jest mu teraz ochroną' Jest wyższy ode mnie lsz.ersz5r wbarach, aleterazjwż rozumie, że ml naniczym nle zaleŻy' żre rljc pr v, zwycięstwa nie jest dla mnie ważne, i Że zwycięstwo got w jestem okupić każdą ceną, nawet ceną Ęcla. Już wie, Że na byle nrch u5r nawet słowo odpowiem straszliw5rm ciosem dw ch palc w prosto w oczy i od razu chwycę za gardło, by go już nie wypuścić. Wolno unosi ręce do szyi' i namacawszy krawat, poprawia węzeł: - Naczelnik sztabu oczekuje... - Was... - podpowiadam. - Naczelnik sztabu oczekuje WAS. Trudno mi powr cić do tego świata. Już się z nirl: pożegnałem, przed śmierteln5rm zwarciem. Ale adiutant nle przyjąłwalki. Wciągam głęboko powietrze i rozcieram zdrętwiałe z napięcia ręce. Wciąż nie spuszcza wzroku z mojej t:warąl. Zapewne odczytał w niej jakąśzmiay1ę, cośmu podpowiada, Że rtarazie nie zamierzatn go zabić. odwracam się plecami i ruszam korytarzem. IdzIe za mną. Jestem starszy lejtnant, a ty jak na razie tylko leJtnant, zasuwaj więc z tyhr, tam twoje miejsce. W poczekalni dwa biurka' jak dwa bastiony brorrią dostępu, każde do osobnych drzwi' Jedne prowadzą do gabinetu dow dcy, dmgie do biura szefa sztabu. Przy drzwiach dow dcy za biurkiem na wysoklpołysk dyżuruJe jego adiutant. Też lejtnarrt, i do niego w sztabie r wnleŻ zvłracają się bez stopnia' Po prostu Arnold Mikołalewicz. Też jest wysokiego wzrostu, też pr4rstojny. Mundur nosi z generalskiego, a nie oficerskiego sukna. On też nie okazuJe mi cienia szacunku, patrz1l na mnle jak na powietrze, w og le rie zauulłżając.Są ku temu powody: m j prz.ełożony, szef wywiadu podpułkownik Krawcow, kt rego :uu1rzreaczorLo na tak wysokie starrowisko bez pytania o zgodę dow dcy armii' jego zastępcy i szrfa sztabu, wyparł z tej odpowiedzialnej funkcji ich protegowanego' To thrmaczy niechęć dow dcy i nieustarrne pretensje szefasztabu do mojego zwierzchnika. To tłumaczy też powszechną nienawiŚć oficer w sztabowych, zwłasz-

r ę':

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

cza zatrudrionych na olimpie' na pierwsz5rm piętrze, do wszystkich' kogo Krawcow prąprowad zi ze sobą. Jesteśmyobcy. Nieproszeni gościew dobranym towarzystwie. Szef sztabu generał-major SzĆwczenko stawia rzeczowe pytania, słucha, nie przerywa. Sądziłem, żebędzie się czepiać, ale on tylko patrzy mi uważnie w oczy. W sztabie pojawiają się nowi oficerowie. Czyjaśniewidzialna potężna ręka wpycha ich prosto na miękkie dywany pierwszego piętra. Nie wiedzieć czemu nikt nie pyta szefa sztabu o zdanie, i nie może mu się to podobać. Wadza przecieka przez palce jak woda, jak ją rrttzylnać? odwraca się do okna i patrz5r na sad, ręce złoŻywszy za plecami. Sk ra na policzku ma odcieri fioletowy, widać prześwitujące Ęłki' Stoję przy drzwiach w rozterce, nie wlem, co mam robić. _ Towarzyszu genera|e, czy mogę się odmeldować? Nie odpowiada. Milczy. MoŻe nie dosłyszałpytania? Ale skąd, słyszałdoskonale' Jeszcze chwila milczenia, po czyIn kr tko' nie odwracając głowy, rzuca,,tak''. W poczekalni obaj adiutanci witają mnie niedobr5rm spojrzeniem. Jasne, Że przyboczrly szefa sztabu wszystko już zdĘył koledze opowiedzieć. Naturalnie, jeszcze nie zameldowali o tym incydencie swoim protektorom, ale uczyrrią to niezawodnie. Muszą wybrać dogodną chwilę' kiedy boss będzie w odpowiednim nastroju' Idę do drzilłi, na karku canję ich nienawisfoie spojrzenia, jak wymierzone lufy pistoletowe. Ścierają się we mnie dwa tucz.rcia - ulga i irytacja. Koniec mojej kariery sztabowej. Czeka mnie biała bezkresna pustynia lodowa za kołem polarnym, a]bo rożarzona ż- 'rta pustynia Ąatycka. Podpułkownicy witają mnie grobowym milczeniem' Nie wiedzą, natural-leie, co wydarzyło się na korytarzu, ale to, co zdarzyło się tu w gabinecie wystarczy, by mnie lgnorować. Jestem parweniuszem' Raptem wzbiłem się na wyŻyny, ale nie doceniwszy należycie mojej szczęśliwej passy, nie potrafiłem utrz5rmać się na wysokości i run{em w otchłari' Jestem nikim. I m j los nic ich nie obchodzi. Interesuje ich kwestia o wiele istotniejsza: czy zadarty mi cios odwetu porazi przy okazji tak bardzo znienawidzonego przez rrjLch mojego szefa.
46

tach. - Nie na|eĘ zadzierać z adiutantami - poucza mnie Krawcow, nie wykazując jednak specjalnego zaniepokoJenia tym, co zaszŁo' Wydaje się, Że całą moją opowieść natychmiast p:uszcza w niepamięć. - Jakie masz plany na dziśwLecz r? _ Przyszykować się do zdania funkcji' - Nikt cię jeszcze nie wywala. - A więc nastąri to niebawem. - Niedoczekanie ich' Ja cię tutaj' Suworow, przp)rowadziłem ze sobą, i Ęlko ja mogę cię wyrzucić' No więc' Jakie masz plany nawiecz r? - Chcę przestudiować 69. Grupę BojowąM Floty USA. - Doskonale. Ale opr cz wysiłku umysłowego potrzeba ci także ćwiczefifizycznych. Jesteśwywiadowcą, mushsz przejść,nasz kurs szkoleniowy. Wiesz, czyrn zajrnuje stę dnrga gnrpa naszego wydzlafu? - Wiem. _ Skąd rnoŻesz wiedzieć? - Domyślilem się. - No więc' czym się wedfug ciebie zajmująj - Kierują wywiadem agenturalnym. - Sfusznie. Amoże wiesz takŻe' czym się zajmujetrzecta grupa? - Spogląda na mnie nieufnie. - Wiem. Chodzi po pokoju, starając się przetrawić to, co ptzed chwilą usłyszał.Po chwili gwałtownym ruchem przysuwa do siebie krzesło. - Siadaj. Usiadłem. - ot co, Suworow: z dnrgiej grupy otrzymywałeś do lvydeopracowarria pewne strzępy informacji, i mogłeś z trzecfuej grupy ni choledukować ich pochodzen7e. Ale ry do clebie nie docierało... - Wnioskowałem opierając się na tym' że siły podporządkowane ttzeciej grupie zaczynają działać dopiero W warunkach wojny' Reszty się domyśliłem. - TWoje domysły mogły być fałszywe.'.
47

Chowam dokumenty do sejfu i w te pędy do podpułkownika Krawcowa: uprzedzić o niechybnych kłopo-

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

wartość.Przebieraj się. Sam jest bosy, ubrany w zieloną kurtkę i w zielone spodnie, miękkie, ale chyba bardzo wytrzymałe. Ręce obnażone po łokcie przywodzą mi na myślowłosione . łapska chirur$a' kt ry przed' pięcioma laty zbierał mnie z powrotem do kupy. Jesteśmyw dużej nasłonecznionej sali gimnastycznej' Stojące samotnie na środku dwa krzesła wydają się zagubione w przestrzeni. - Siadaj. Siadamy na krzesłach twarzami do siebie. _ Poł ż ręce na kolanach, swobodnie' SiedŹ tak zawsze. W każdej sytuacji musisz być całkiem tozluźniony. Dolne zęby nie powinny dotykać g rnych' Szczęka ma leciutko zvłisać. Rozluźnij kark. Nogi. Stopy. Ni$dy nie zakładaj nogi na nogę, to tamuje krwioobieg. No, dobrze. _ Wstał, obszedł mnie ze wszystkich stron, o$Iądając Wytycznie. Potem obmacał moją szyję, mięśnieplec w, dlonie. - Nigdy nie bębnij palcami po stole. To zachowanie tylrowe dla neurastenik w. Radziecki wywiad wojskowy takich nie potrzebuje. No c Ż, roz|uźniłeś wystarczasię jąco' możemy przystąrić do zajęć. Siada na krześle, rękami trzytnając się siedzenia buja się na dw ch Ęlnych n żkach, po czym niespodziewanie odchyla się do tyłu i razem z krzęsłerr' przewraca na wznak' Uśmiechasię. Zrywa się z podłogi. Podnosi krzesło, siada na nim z rękanrri złożonyrni na kolanach. _ Zapamiętaj' kiedy przewTacasz się razem z krzesłem do tyłu, nic ci nie grozi, jeślitylko flie masz za plecami muru albo dofu. Upadek na wznak siedząc na krześlejest r wnie niegroźny'jak stawanie na kolanach czy na czworakach. Ąe natura ludzka przeciwstawia się upadkowi do tyfu. Jedyne, co nas powstrzymuje, to nasza psychika'.. Chwyć dłorimi za siedzenie... Nie będę cię ubezpieczać, i tak nic ci nie może się stać.'. Rozhuśtaj się na tylnych n żkach... Zaraz' chwilę. Boisz się? - Boję się.
I

winni pracować wlaśnieu nas, winni zrozumieć, jak składa się w jedną całość strzępki danych, i jaką mają

to normalne. KaŻdy się boi. Przytrzymaj się Zaczrij bez mojej komendy. Bujaj się. sledzenia. Balansowałem przez moment, po czym silniejszym wahnięciem naruszyłem r wnowagę i krzesło wolniutko poczęło zsuwać się w otchła . Sufit gwałtownie leciał do g ry, ale upadek przecigał się. Czas stan{ w miejscu. I raptem oparcie krzesła runęło na podłogę' Wtedy doplero przestraszyłem się naprawdę i zarazem roześmialem się z ulgą głowa instynktownie odchyliła się lekko do przodu' dlatego zulyczajnie nie mogłem uderzyć się potylicą. Cały impet uderzenia przypadł na plecy, przyctśnięte do oparcia krzesła. Powierzchnia plec w przewyższa zrtaczrie powierzchnię st p i dlatego upadek na wznakjest łagodniejszy, niż zeskok zkrzesła na ziemię. Podał mi rękę pomagając wstać z podłogi. _ Czy mogę spr bować jeszcze raz? _ No pewnie - uśmiecha się. Siadam na krześle' chwytam siedzenie i lecę w Ęł' _ Jeszcze taz! Jeszcze| _ krzyczę zachwycony. - Dobra' dobra, naciesz się do woli.

_ To nic,

metodę wyskakiwania w pekrym biegu z pociągu, samochodu, albo tramwaju... Wzor w matematycznych nie potrzebujesz, Zapamiętaj tylko wniosek: z rozpędzone$o poctągu naleĘ wyskakiwać tyłem i do tyłu, lądować na uglętych nogach, starając się utrzymać r wnowagę i nie dotknąć ziemi rękaml. W momencie zetknięcia z ziernią trzeba odbić się z całej siły i przez kilka sekund biec obok pociągu, stopniowo nlla.J;:1ając. Nasi chłopcy skaaząz pociag w przy prędkości 75 kilometr w na godziilę' To o$ lny standard' Ale są tacy' kt rzy potrafią ten w}mrk przebić zdecydowanie : skacząc ze znacznie szybrzych pociąg w, skacząc na nasypy, z most w, skacząc ż bronią w ręku, z obciĘonyrn plecakiem. Zapamiętaj Żoble raz fla Za'wszei grunt, to nie dotknąć rękami Ziernl. Nogl cię ltrzyrr'ają. Mięśnien g są obdarzone niezwyki łą stłą' sprężystością wytrzymalością.Dotknięcie ręką

,.rk op.."o*iT

L-

51

WIKTOR STIWOROW może naruszyć rozpędzony rytm n g w biegu, spowodować upadek i śmierćw okropnych męczarniach. Zaczynamy trening. Najpierw symulator. Na prawdzilvy pociąg przffdz7e czas. Prędkośćpoczątkowa: dziesięć kilometr w na godztnę.'.

rvl
AKWARIIJM

Żruejstoimy obaj na balustradzie mostu kolejowe$o. Hen, w dole _ zirnna, ołowianoszara rzeka wolno niesie swe wody, zwija się pod betonowymi przęsłami w potężne pierścienie jak wielki wĘ. JuŻ się naucz5rłem i wiem, Że człowiek potrafl chodzić nawet po drucie telegraficznym napiętym nad otchłanią. Wszystko zależy od psychicznej zaprawy. Człowiek musi mieć pewność,Że nic złego się nie przydarzy, i wtenczas wszystko przebiegnie normalnie' Cyrkowcy potrzebują wielu lat na općrnowanie rz-eczy elementarnych. Mylą się. Nie mają naukowego podejścia.opierają swoje przygotowanie na ćwiczeni ach fŻyr czny c}:. lekcewaĄc psychologię. Dużo trenują, ale nie chcą myślećo śmierci'boją się jej, starają się ją obejśćbokiem, zapomtnając, Że mofuta czerpać przfiemnośćnie tylko z cudzej śmierci,ale także ze swojeJ własnej. I tylko ludzie nie lękający się śmierci mogą dokonywać cud w. - Głupcy powiadają, Że nie na|eŻy patrzeć w d ł! krzyczy do mnie. _ JakaŻ rozkosz, o$lądać wiry z tej wysokośct! Spo$ądam w czeluść,i stopniowo przestaje mnie przycilgać' jak zahipnot5rzowaną Żabkę paszcza gadz1ny. I moje dłonie przestaje pokrywać obrzydliwa zimrta

Mi""ią" p

x

"-r"'rf' rał-pułkownik Bis aZmarł nagle dow rln. Nie minął nawet rok odkąd dowodził Karpackim Frontem w Czechosłowacji. Pełen sił i tryskający zdrowlem, z lekkościąi swobodą komenderował czterema armiami swojego frontu. Powiadają, że nildy nie chorował. I oto odszedł. Dow dztwo okręgu wojskowego objął generał-lejtnant wojsk pancernych Obaturow. Z mĘsca w sztabie okręgu rozF,oczęło się masowe usuwanie ludzi Bisarina 7 zastępowanie ich ludźmi Obaturowa. Niebawem fala zmian potocn1ła się w d ł, ogarniając sztaby armii' okręg liczy cztery armie: 57. Powietrzna, 8. Gwardyjska Pancerna, 13. i 28. Po miękkim dywanie naszego korytarzaraźrie przemaszerowali dwaj nowi generałowie - nolvy dow dca naszej 13. Armii i nowy szef sztabu. Tego dnia otwieranie pancernych drzwi wydziafu wywladowczego spocąrwało na mnie. Dzwonek. Przez wizler wLdzę nieznajome$o lejtrranta. o, wiem doskonale, kto zacz. - Hasło? - Omsk. - Upoważnienie?
dc a okręgu gene

otężne

wilgo

.

Masyvrne drzwi płynnie ustąliĘ' Pt zepuszczaj ąc ej tnanta. - Dzien dobry. Towarzyszu starszy lejtnancle, pottzebuJę szefa wywiadu. - 7araz zamelduję. Proszę chwilę poczekać. Pukam do drzwi mojego przeŁoŻorrcgo i wchodzę: _ Towarzyszu pułkowniku' przybył adiutant nowego dow dcy armii.
1

-

_ Proszę wejś.

106.

-

D.rc"" zmiartyw dow dztwie 13. Armii. W foazae; mii - po dw ch generał w-major w artylerii. Jeden dowodzi wojskami rakietowyml i artylerlą' drugi jedno= stkami obrony przeciwlotniczej. W 13. Armii odwołano obu.
52

il

Ntech wejdzie. LeJtnant wkroczył do gabinetu: _ Towarzyszu podpułkowniku, wZWa was gł wnodowodzący. Wedztałem zaulczasl), Że przewidziane są marrew4r, że rlyfr wki będą się s5pać, jak z rogu obfitości, żR młodzi tdlutarrci opadrąz sił, żp będąmieć czerwone' opuchnię-

-

WIKTOR SUWOROW te oczy,gdy po nocach będziemy razem ślęczelinad Wielką Mapą' Wiedziałem, Że po pierwszych vriczeniach dwaj nowi adiutanci i ja urżniemy się w sztok 1 zostaniemy prĄaci łmi. Będę opowiadać im świriskiekawały, a oni zabaune histofiki z Ęc1a intymnego ich zwierzchnik w. Ale jź teraz, po tym jednym' jedynym spotkaniu, widząc jak adiutant prą1witał się ze mną i jak wszedł do gabinetu mojego szefa, ztozurniałem, że jesteśmy ulepieni z jednej gliny. Nowi generałowie w sztabie armii to ludzie obaturowa. Nowi naczelnicy wydzial w, w tym r wnieŻ Krawcow - ludzie Obatr-lrowa. Nowi adiutanci, nowi oficerowie w sztabie - wszystko to są ludzie Obaturowa. Po raz pierwszy uświadamiamsobie, Że ja r wlneŻ naleŻę do tej grupy. I wiem, że sam nowo mianowany dow dca Karpackiego okręgu Wojskowego generał-lejtnant obaturow teŻ jest człowiekiem jalriejśpotężnej gnrpy, gwałtownie i niepowstrzym anie zmier zaj ącej do władzy' Wszyscy ci, kt rzy jeszcze przed, nami przyszli do tego sztabu i do pozostałych sztab w okręgu na|eżądo irrnego gatunku. Ich czas dobiegł korica. Najstarszych wiekiem będą wywalać na rentę, pozostałych - na rozpalone pustynie. Stara grupa runęła.

AKWARIUM

slę na Swego nieszczęsnego towa-rzysza. Walka lch trwała dfugo' i sfora cietpliwie czekała na wyrrik pojedynku. Jeden wył, a dnrgt' słabszy, przerłŹ|i'wie skowyczał, nie chcąc rozstać się z Ęciern' Kiedy poharatany zvlycięzca zagryzł swojego towarzysza, arlroŻe brata, z podwiniętym ogonem zbnĘŁ się do sfory, demonstrując swoją pokorę. Wtedy sfora rzuciła się nari, irozerwafa go na strzępy. Nie wiedzieć czerllu eks-adiutant prą4lominał mi tego psa, gotowego gryżć kogo popadnie, by tylko zostać przyjętym do sfory allycięc w. Gfupiec. Zachowaj godność.Jedź do swojej pustyni i nie merdaj ogonem.

T l

łem w kołchozie. Zimą pracowałem dorywczo, latem

Mtalem wtedy 15 lat. Uczyłen się w szkole i pracowa-

ej nocy śnił się stary poczciwy Zyd, mi

diadia Misza.

xnI

r wni zkrzepkirni7ryral<alni. Kiedy na porządku dziennym stan{ powaimy problem, to i mnie poproszono na

- na

Eebranie. Sprawa była następująca: rokrocznie pod koniec lerpnia nasz kołchoz wysyłat do miasta Zaporoże człowieka, by przez d'wa, trzy ty$odnie handlował arbuzanli. Zb|i-

W tajnej bibliotece zderzyłem się z byłym adiutantem byłego szefa sztabu. Zdawał dokumenty. Jedzie gdzieś hen, daleko, by tam dowodzić plutonem. Jest oficerem od ponad dw ch lat, ale nigdy nie miał pod swoimi rozkazamL niezdyscyplinowanych, na wp ł pijanych żołnierzy. Gdyby od tego zaczęła się jego służba,wszystko potoczyłoby się normalnie. Ale je$o sfużba zaczęłasię od miękkich dywan w. Niezależnie od okoliczności jadał do syta i siedział w ciepełku. Tetaz wszystko runęło. CzłowLekprzymlyczaja się być na dnie przepaści. Ajeżeli był tam zawsze, to z trudem sobie wyobraŻa, że istnieje jakieśinne życie. Lejtnanta wyniosło na szczyty, a teraz spadal na samo dno. I ten upadek byłbardzo bolesny' Uśmiecha się do mnie. A uśmiech ma sobaczy. Kiedyś' dawno temu, na Dalekim Wschodzie, widziałem dwa psy, kt re przylgnęły do obcej sfory' Sfora ryczała, nie chcąc obcych w swoim gronie' Wtedy jeden z Ęc}n ps w rzucił
54

żal slę koniec sierpnia itrzeba było zdecydować, kto pojedzle w Ęrm roku sprzedawać kołchozowe arbtszy.

Y
wtKToR suwoRow cia przewodniczącego, nie moŻIa, znaczy, wydelegować. Machnal ręką sami w takim razie ustalajcie. Znowu hałasy i krzyki' Wsą7scy pozrywali się z miejsc ' Zrrcwllws4rscy niezadowoleni. Siedzę w kącie. Nijak nie rnogę zro^rmieć, o co się ludziska kł cą. Chłopi, kt rzy w ubiegłych latach handlowali arbuzami, m wią że to robota riebezpieczna: chuligani na targu mośązadźgać.JeŻek omylisz się w rachunkach, milĘa zaaresztwje, albo trzeba będzie roz|iczać się z kołchozem z własnej kieszeni. Dzinryne, Że Żaden z Ęc}r, co to już hartdlowali' jakośspecjalnie się nie opiera, nie broni' kiedy go do tej niebezpiecznej i niewdzięcznej roboĘ proponują. Zato całareszta z miejsca Zaczyna tupać i wrzeszczeć, Że to kanciarz i nicpori, i Że przrz niego kołchoz poniesie straty' Też dziwne: skoro robota niebezpieczna i niewdzięczna, to czemu by go nie wrobić, zamiast samemu się narażać? Ale nie, zebranie nie godzi się na żadnego z wymienionych. P adająnazwiska coraz to nowych kandydat w. I wciai zebranie uparcie odrzuca kolejne propo4lcje. Cuda się dzieją. Czemu nie przystać na pierwsząlepsz$ Weźrny, jak proponował przewodniczący, jego nieszczęsnego z|ęcia i poślijmy go na tę przeklętą delegację! Wszystkim od razululĘ. Ale nie, nikt nie ma ochotywysłać ani swojego wroga' ani prz1rjaciela, ani sąsiada. Wygląda rla to, Że każdy sam ma ochotę się załapać, Ę|e Że inrrl mu nie pozwalają' A skoro ja nie mogę, to i ciebie nie puszczę. Kł cili się, spierali, wreszcie opadli z sił. Poprzebierali wszelkie możliwe kandydatury - i wszystkie odrzucili. - No to kog Ż mamy posłać! Witię Suworowa, czy jak? Za mały jeszcze. Ale chłopi byli innego zdania. Nie dor wnuję im wie_ kiem, doświadczeniem ani autorytetem' jestem dla nich jakby nikim. I wysłać mnie, to tak jakby nie wysłać nikogo. Dobra, niech jedzie Witia _ myślał kaŻdy w duchu - żeby tylko m j wr g nie dostał się na delegację. T ak teŻ zdecydowali. Przegłosowali j e dnomyślnie. Nawet przewodniczący i zięć jego Sieriożka podnieśli ręce. Dw ch obrośniętychmuzgk tu przywiozło mnie do miasta o trzeciej nad ranem. Razem rozładowaliśmy ar56
AKWARIUM

l przespać piętnaścienocy. o piątej rano bazar huczał tysiącami głos w. Chłopi dawno już odjechali, zostałem sarnze swoimi arbuzami. Handluję. Nie wychylam się zza|ady. Wstydzę się. Jestem bosy, a w mieście nikt tak nie chodzi' Handluję' przeklinam sw j los. Arb:uzy mam piełwszorzędne. Kolejka do stoiska nie z tej ziemi. Wszyscy wTzeszczą, jak na zebraniu kołchozowym, a ja rachuję. Arbuzy koszĘą po L7 kopiejek za kilogram. Jest to cena pa stwowa, najmniejsze odstępstwo - i więzienie gotowe. Liczę. Lubiłem matematykę' ale tu nic mi nie wychodzi. Arbuz wazy, powiedzmy' 6 kg i 87 dkg' JeŻeli brać po 17 kopiejek za kilogram, to ile koszĘe taki arbuz! Gdyby tfum nie hałasował, gdyby ten tfusĘ babszĘ|nie pchał się łapląc mnię za włosy - policzyłbym raz dwa. A tak - ni czotta mi nie wychodzi. Jak na zlość,nie mam papienr ani oł wka. Skąd mogłem wiedzieć, Że będąpotrzebne? Grube baby w kolejce wściekająsię, że za wolno się ruszam, napierają na ladę. Te, kt re jtrż kupĘ' licząna boku reszĘ, Znowu podbiegajądo stoiska' strasząmilicją. A arbuzy - kaŻdy inny, kazdy xtaczej waĘ, kaŻdy ma lnną cenę, i kopĘki nie rozmienLsz na drobne. Przrypomnlały mi się słowa chłopc w na zebraniu: byle pomyłka' l z własnych pieniędzy będzlesz sięroz|iv,ać zkołchozem. Skąd ja mam mieć własne pieniądze? Ni cholery mi nie wychodzi. Krryczę, Że zalrtykarlr kram. O mało mnie nie zllnczowali: arbuzy rzeczywiście pierwsza klasa. Naprzeciw siedzi w sklepiku stary Żyd zkrzaczasĘmi glwyrni brwiami. Handluje sznurkami. Spogląda na mnle, krąrwi się' jakby go zęby bolaĘ. Nie jest w stanie putrzeć spokojnie na ten m j interes' odwraca się, oczy do nteba wznosi, spluwa. Dfugo tak siedział i się męczył. Nie wytrzymaŁ. Zamknął sw j straganik, stanął przy mnie _ i zacza} się lrtrndel. Rzucam mu arbuzy, kt re wskazuje mi kościśtympaluchem, i nimzdĘęwyciągnąć arbuza ze stosu, laple w locie poprzedni, waży, podaje, odbiera na]eżność, wydaJe resztę, pokazuje mi następny, i jeszcze zdĘy do
I
-- Akwariu

je bury, ułożyliśmy w drewnianej skrzyrri pod z1eloną Bzopą, w kt rej miałem przepracować szesnaściedni

57

wrKToR sttwoRow
każclego się uśmlechnąć. W dodatku nle wybiera byle arbuz'a, ale ze znajomością rzeczy, a to pogoni mnie na szłzyt piramidy, ato z dofu każę wycią$nąć' a to z dnrgiej strony, a to znowu z tej. I do wszystkich z uśmiechem. I do niego wszyscy się uśmlechają, wszyscy go znają. Wszyscy go pozdrawlają - Dziękujemy, wujaszku! W ciągu godziny załat'wiŁ całąkolejkę. Apiramidazmalała o połowę. Ledwie uporaliśmy się z kolejką lvywala mi kupę pieniędzy: banknoĘ trąrnrblowe, porwane ruble, czasami nawet piątka się trafi. Drobne złoĘłna osobną kupkę, źrby było z czego resztę wydawać. - Oto - powiada - tw j utarg. Schowaj do prawej kieszeni, jest dość,Żebyśm gł się roz|Lczyć za ten dziefl ze swoim kołchozem' A wszystko co dziśjeszcze utargujesz pakuj śmiało lewej kieszeni. do No, wujaszku, nie zapomnę wam tego do korica Ęc1al - To nie wszystko - powlada' - To był dopiero wykład z prakĘki. Teraz shrchaj teorii' Przyni sł kartkę papieru. Napisał na niej: r kg - 17 kopiejek; 2 kE _ 34 kopiejki' i tak aż do dziesięciu. Ale z kilogramami nie miałem większych kłopot w, problemy zacrynały stę z gramami. Na toteŻ miał sw j spos b: napisał w osobnyrn sfupku: 50' 1oo' r5o... - Kopiejka jest niepodzie|na, dlatego za 5o g moŻna nie brać ani grosza, amożnawziąćjednąkopiejkę' Jed_ no i drugie w porządku. Za 1oo g moŻesz wz1ąć jedną kopiejkę, albo 1 dwle. od dobrego człowieka bierz zawsze minimum, a od normalnego zawsze makslmum. Szybko noĘe mi odpowiednie ceny... 75o _ minimum 12 kopĘek, maksimum - 13' _ Jakże wy tak szybko rachujecie? - Ja nle rachuję,ja znam ceny. - Do dtabła! - m wię. _ Ptzec7eŻ ceny stale się zmieniają! - No i co tego? Jeślikażą ci od jutra sprzedawać, powiedzmy' po 1 8 kopiejek, to ZnacTy, Że na przykład z.a 5 Ę i 92 dĘ mozrlawziąć minimum l,06 rubla, a maksimum 1,o8 rubla. Gramy teŻ tlzeba zaokrąg;|ać: poządnym ludziom w d t, a normaln5rm w g rę. Porządnym ludziom dawaj porządne arbuzy, normalnym - norma]ne.
58

AI(WARIUM

odr Żrnćporządny arbruz od normalnego potrafię bez trudu. Porządny arbruz ma wysuszony ogonek i na boku ż łtą Ęsinkę. Tylko jak odr żnić porządnych ludzi od normalnych? Jeślispytam, to mnie przecheż wyśmieje. Westchn{em, ale wszak i ja muszę kiedyś zmądrzeć,, wlęc zebrałem się w sobie, i zapytaŁem... Aż przysiadł' Dfugo wzdychał, kiwał głową, nadziwić slę nie m gł mojej $fupocie. _ Prryuważ gospodynie zpoblrża, te, kt re codziennie u ciebie kupują. Im właśnie dawaj co lepsze arbuzy po mlnimalnej cenie. Jest ich niewiele, ale będą cię wychwalać, reklamę ci zrobią, że niby ten właśnie najuczclwszy' skrupulatny i słodkie arbuzy sprzedaje. To one nagonią ci klient w. Jeślidwie koło ciebie stoją znaczy cIęzaraz dziesięć następnych stanie w kolejce. Ale to już cą nabywcy jednorazowt' Im właśnie dawaj arb:uzy zvłyczaJne, słabsze, i po maksymalnej cenie. Jasne? Karton z wypisanymi cenami zawiesił ml nad głową. Z zewnątrz nie widać, ale dość,bym głowę zadarł do t ry, Że niby sumuję - i wszystko mam przed, oczarni. No i ruszył handel. Szybko, sprawnie, dochodowo. Plerllłszorzędne arbuzy! Doskonałe! Komu, komu, bo idę do domu. Już na drugi dzieri okoliczne $ospodynie zaczęły mnie rozpoznawać. Uśmiechają się. Sprzedaję im Brbuzy po minimalneJ cenie - i uśmiech.Wszystkim pozostalym po maksymalnej - i teŻ z uśmiechem. od Jednego kupującego ułamek kopiejki. od drugiego - tak samo. Nagle zrozumia}em sens przysłowia, że plenlądz idzie do pieniądza. Nie oszukiwalem nikogo, po prostu zaokrrylałem te drobne ułamkt na swoją kolryść,ale stopniowo w lewej kieszeni pojawiły się pierTlrre wymięte banknoty trzyrublowe, podarte jednorubl wkt, czasem nawet piątka. Co podliczę doch d - stale mam nadwyŻkępleniędzy. oddam kołchozowl utarg, a w lewej kieszeni ciągle przybyu'".Pojawiła się nawet sze|eszcząca dycha' Pośzedłem do wuJaszka Miszy. Podaję mu banknot. - Welkie dz1ęk1- m wię. - Nauczyliście mnie Ęcia. - Głupiś- powiada wujaszek. - O, tam, milicjant stoi. Jemu daj. Ja mam swoich dość.

Ęs
WIKTOR STIWOROW

ot tak - m wi. _Podejdź i daj. Nie ubędzie ci' A milicjantowi sprawisz przyjemność.

_ Dlaczego milicjantowi? - dziwię się'

AKWARIUM

-

- Nie podniecaj się zabardzo _ poucza wujaszek Migza. _ Chciwośćzgubąfrajer w.
Eobą. Jeżeli zbietart dziennie po

_

mam mu dawać? - Daj' powiadam ci _ sroży się wujaszek Misza' A kiedy będziesz wręczać, nie gadaj wiele. Zwyczajnie wsadź mu do kieszeni i zjeŻdŻaj. Podszedłem do milicjanta. Stoi Surowy, w szarej bluzie, szyja spocona, oczy ołowiane. Aż strach bierze. Ani drgnie' Do kieszonki na piersi wsuwam mu tę dziesiątkę zwiniętąw nrlonik. Nawet nie zauwaŻył. Stoi jak posąg, okiem nie mrugnie. Nieporuszony. Przepadły, myślę' moje pieni@ki. Nawet nie poczuł, jak mu wsunąłem. Następnego ranka milicjant Znowu na posterunku' Dzien dobry, Witia - m wi. Dziwne. Skąd może wiedzieć, jak mi na imię? - Witajcie, obywatelu naczelniku - odpowiadam. A co wiecz r przy1eŻdżałsamoch d zkołchozu. odpalą chłopcy ze dwie, trzy tony arb:uz w, a jarozliczam się za miniony dzien: były r wno dwie tony' sprzedałem 1.816 kg' r84 kg zostały - same Zgniłld i poobijane. oto utar$: 3o8 nrbli 72 kopiejki ' Mużgki młaŻą odrzuty, zarrctująw papierach - i do domu. A ja ładuję poobijane arbuzy do kosza iprzez cały targ taszczęje nawysypisko. Na t}rm procederze przyłapałmnie wujaszek Misza. Jęczy, biadoli, nadziwić się nie może mojej głupocie. - Po co - m wi _ czas tracisz na tę ciężką bnrdną robotę, i w dodatku bez Żadnej dla siebie korzyści? _ Jakiż z nich pożyte|{? - pytam zdumiony' _ Kt Ż tę zgrnłkL i odpady zachce kupić? Znowrl- za głowę się złapał, oczy do nieba wzrrosi. Nie musisz ich, powiada, sprzedawać. Ale też nie ma potrzeby taszczyć na wysytrrisko. Zostaw je' odł Ż na bok. Jutro przy1dĄe kontrola' a ty pokaŻ je znowrr' razem z tymi, kt re jutro pojadą na odrzut. SprzedaŻ dajmy na to 1.8oo Ę, a m w, że tylko I.650. Za trzy dni sprzedasz znowu r.8oo' a pokażesz wszystkie zgniłki i odpady z trzech dni: że niby Ęlko r.5oo udało ci się upłynnić. Tak też wszystko się potoczyło.
60

PrzecieŻ nie popełniam żadnego przestępstwa. Po co

nych arbuzach zgarniałem dziennie do lewej kieszeni po 25 rubli. W kołchozie przez miesiąc bym tyle nie zarobił. A 1 z tych ułamk w kopĘek co nieco zawsze się uzbierało. No i jeszcze parę sekret w podszepnd mi difldin Misza. ostatniego wieczoru zgatna}ern sześćbutelek koniaku, włożyłemnowe lakierki, i pomaszerowałem do wujaszka. - Gfupiś - m wi. _ Bierz te butelki i daj swojemu przewodnicząceInt), żeby i następnego lata wysunal na zebraniu t-oją kandydaturę. - Nie - sprzeciwiłem się stanowczo. _ NloŻe macie swoich pod dostatkiem, ale weźcie też moje. Przyjmijcie Je ode mnie na pamiątkę' JeŻe|i wam się nie podobają, rozbijcie o ścianę'Prz1miosłem je w podanrnku i z poWrotem nie zabiorę.
wę. _

l5o kg odpad w, to nie pokazuję więcej nż 3oo kg' chociaż m głbym bez I<łopot w zaserwować im nawet p ł tony. Na tych poobija-

łle

sam

jlż ztonlmiałem. Staram

się panować nad

A lvy jak długo? Mam teraz 73 lata, a zacza}etn mając lat sześć.Za panowania Mikołaj a Aleksandrowicza. - Pewnle wszystkim zdarzało wam się w Ęciru handlować? - Nie - odpowiada. - Ęlko sznurkami. - Agdyby przyszło złotem obracać, dalibyścieradę? - No pewnie' Ale niech ci się nie wydaje' że rta złocie latwiej się dorobić niŻ na innych towarach. W dodatku wszyscy wiedzą, że jesteśzakonspirowanym milionerem' Na sznurkach zarob7sz więcej 1bez nerw w. - Aczytn najtrudniej handlować? _ Zapałkatni. To wyjątkowo trudna sztuka, ale jeśliją aoble przyswoisz, milion możesz zbić w ciągu jednego roku. - W Świecie kapitalistycznym już dawno bylibyście rnlllonerem... Nlc na to nie odpowiedział.

_ Handlowałem przez

WzL{*.

dwa tygodnie _ Zagajaft7 rozmo-

-

61

IVIKTOR STIWOROW

- U nas, w socjalizmie, skrzydeł nie rozwiniesz: raz, dwa i rozstrzelają. - Nie jest tak źle - protestuje wujaszek. _ W socjalizmie też nie wszystkich milioner w rozstrzeliwują. Trzeba tylko dychę nvnąć w rulonik, i milicjantowi do kieszeni. Wtenczas nie rozstrzelają. - Apoza tyrn - m wił wujaszek Misza - nie ma po co oszczędzać pieniędzy. Trzeba je wydawać. Nie warto popełniać dla nich przestępstwa anL ryzykować z ich powodu. Nie sątego warte. Inna sprawa' dy same lgnądo rąt, w takiej sytuacji nie ma powodu sprzeciwiać się losowi. Zgarlnaj i korzystaj, ile wlezie. A na całym globie nie ma takiego miejsca' nie ma takiego człowieka, do kt rego milion sam by się nie prosił. To prawda, że ludzie tych możliwościpo prostu rlie zawwaŻają i nie wykorzystują. - I powiedzia'wszy to, po trzykroć powt rzył, Że pieniądze szczęścianie dają. A co daje szczęście, tego mi r:ie zdradzi... Rzadko śnimi się wujaszek Misza. Nie wiem czemu, ale w te noce, gdy poczciwy starzec odwiedza mnie na zaśmieconym targowisku, płaczę przez sen. Nieczęsto zdarzało mi się w życiu płakać, nawet w dziecifrstwle. A we śnie- tylko kiedy jego widzę. Szepcze wujaszek Misza na ucho swoje mądrościżyciowe, a ja cieszę się, Że niczego nile przeoczyłem. Każde jego słowo staram się zatrzymać w pamięci, łżdo przebudzenia. Wszystko takie proste, same komunały. Ale budzę się - i nic nie pamiętam.'. PrzeclĘnalem się Zblsdził rnn1e promyk światła' i uśmiechn{em do wlasnych myśli.Długo wspominałem, co teŻ rni wujaszek Misza szeptał do ucha. Kompletna pustka w głowie. A było to cośbardzo waŻnego' czego nijak nie wolno zapornrieć. Spośrd tysięcy reguł jeden tylko drobny strzępek ocalał: ttzeba uśmiechać się do ludzi.

Rozdział 3
I za część wyposażenia żoŁnierzaSp ecnazu to obuwie. Nie licząc, oczywiście, spadochronu. Magaz}rnier' kt ry' sądząc po bliźnie na policzku, sam Bwego czasu robił w dywersji, wydał mi parę but w i teraz oglądam je z zaciekawieniem. Nie są to p łbirty ani buty z cholewami. Cośpomiędzy. Hybrydą sbzyżowaile najlepszych właściwości rodzaj w. W rejestrach obu buty te figunrjąpodnanłąob-S - obuwie skokowe. Tak też będziemy je nazywać. Buty te, wykonane z gn:bej miękkiej sk ry wołowej, aą znacznie |żejsze, niż wyglądają. Na kazdym bucie masa pask w i zapięć: dwa paski wok ł pięty, jeden tzeroki wok ł stopy, dwa - wok ł goleni. Paski r wnież bardzo miękkie. But jest sumą tysiącletnich doświad82C ' PrzecieŻ tak szykowali się do w5apraw nasi przodkowle: owijali stopy miękką sk rą i ściskali rzemieniafltl. Moje obuwie to właśnie miękka sk ra i rzemienie. Jednakże przodkowie nasi nie mieli pojęcia o takich podeszwach. Podeszwy są grube, szerokie i miękkie. Ale mlękkie wca]e rie oznacza, że rnało odporne. Każda podeozwa zavłiera trzy tytanowe płytki, zachodzące;edna Łe drugą' jak rybie łuski - bardzo wytrzymałe i zarazer-r.

Ę*""'iej

s

i

63

7V
wrKToR sttwoRow
elastyczne. Takie hrski wykona\e z Ętanu stosuje się w kuloodpornych kamlzelkach. Żaden pocisk ich nie przebije. Naturalnie, nie wstawiono ich w te podeszwy, by chroniły od pocisk w. Te płytki t5rtanowe mają ochraniać stopę przed kolcami i sąlikulcami, porozrzucan)rmi najczęściejwok ł obiekt w pod specjalnym nadzorem. Gdyby zaszła potrz.eba, na tych podeszwach można biegać nawet po rozŻarzonych węglach. Płytki odgrywają ponadto jeszcze jedną istotną rolę: wystają nieco poza krawędż podeszwy i mogą służyćjako zaczepy do wią7ar1 narciarsklch. Wz. r na podeszwach został skopiowany zbut w uĘwanych przez lnaszych potencjalnych przeciwnik w. W zaleŻnościod terenu dzlałania, możemy zostawiać standardowe śladywojsk amerykariskich, francuskich, hiszpariskl ch, czy j akichkolwiek innych. Ale najlepsza sztuczkarua czyrn innym polega: obuwie m dywersanta, a ściślej wląc ob-S' ma obcas z przodu a podeszwę z tyhr. Tak wlęc dywersant idzie w jednym kierunku, a jego śladyw kienrnkrr przeciwn5rm. Zroztlmiałe, że obcas jest cieriszy, a podeszwa gnrbsza, aby nie było kłopot w z chodzenient' Doświadczonego tropiciela śladw oszukać się nie da. Wie doskona|e, Ż.ę podczas szybkiego mafszl'l czubek buta zostawia ntacznie głębszy śladniż pięta. ALe czy wielu jest takich, kt rzy vrpatrują się w śladyżołnierskich but v/? Czy wiedzą, ż.e czwbk1powinny zostawiać głębszy ś|ad?Czy mlr cą uwagę, że raptem pojawił się ślad,kt ry ma wszystko na opak? A iu z nich potrafi wycią4inąć z tego odpowiednie wnioski? Komu może w og le zaświtać w głowle pomysł btuta z obcasem na nosku i podeszwą na pięcte? Komu przy1dzie na myśl,że skoro śladywiodą na wsch d, to zrvaczy, Że człowiek posuwa się na zach d? A my też nie w ciemię bici. Dywersanci jak wilki, w pojedynkę nie chodzą. I jak wilki idziemy po własnych śladach. Spr buj, zorientuj się' ilu nas było w grupie trzech czy st.u? A gdy po tych samych śladach przernaśladu szerowało wiele n g' to taki szczeg ł jak głębokość obcasa przestaje być możliwy do odr żnienia.
64
AKWARIUM

Do but w ob-S nadaje się tylko jeden gatunek skarpet: bardzo grube, z czystej wełny. I gdziekolwiek byśmy sIę znaleź|i' w tajdze czy na rozgrzanej pustyni' na nogach mamy zavłsze takie same skarpety: bardzo grube, wełniane, szate. Taka skarpeta chroni stopę przed zimnem, potem i obtarciem, no i sama się nie wyciera. A Żołnierz Specnazu ma w plecaku tylko jedną zapasową parę, nieważne, czy tlr.1łrrusza na dziefl', czy na miesląc. Jego sprawa' jak sobie poradzi. Bielizrra lniana, cieniutka. Powirrna być nie nowa, ale Już trochę uż5łvanai przynajmrtteJ raz wyprana. Na tę clenkąbielŻnę osobistązakłada slę "siatkę'' _ dnrgą parę bielŻny' utkaną z gnrbych miękkich sznurk w grubościpalca. Tym sposobem mięfuy odaeŻąwierzchrrią l blelizną stale pozostaje niemal cent5rmetrowa warstwa powietrza. Mądra głowa to wymyśltła.W razie upafu, ktedy pot spływa po rozpalonym ciele, ta siatka jest ledynym ratunkiem. Ubranie nie lepi się do ciała, warctwa powietrza shży za doskonałą wentylację. Gdy nastaJe chł d, ta sama warstwa utrzymuje ciepło, jak pierzyna, i w dodatku nic nie włĘ.Ale to nie wszystko: żądłakomar w trafiają w pustkę, nie sięgają ciała. ŻoŁnlerz Specnazu tylko w ostateczności wyjdzie na otwartą przestrzeit. Bagno i las sąjego żywlołem. Godzinaml czai llę na torfowisku, albo w parzącychpokrzywach, otoczony chmaramibtzęczących komar w' I sznurkowa siatka ,lest jego zbawieniem. Dopiero na tę siatkę zakłada się bluzę i spodnie - zielone, bawehriane. Szwy wszędzie polr Jne' Kurtka i spodnie miękkie, ale bardzo solidne. Na przegubach, na łokciach i kolanach, na ramionach w szędzie potr jna, wzmacniaj ąca warstwa materiafu . Na głowie Żołrierz Specnazu nosi hełm-pilotkę. Zinlą_ ze sk ry i futerka, z jedwabną podkładką, latem _ lluweIniany. Hełm składa się z dw ch części:pilotki l maski. Pilotka nie powinna nigdy' pod żadnym pozorem l w żadnych warunkach zsuwać się z głowy, nawet podczas desantu. Z zewnątrz musi być zupełnie gładka' llczJakichkolwiek sprzączek, pask w czy występ w, bowlem w chwili skoku znajduje się przy samym spadot'ltronte. Na hełmie nie może być niczego, co mogłoby

I

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

maskę. Żohtierz Specnazu ma r wrrleż kurtkę: grubą ciepłą lekką nieprzemakalną. Może taplać się w nlej w bagnie - nie przemoknie, moŻe spać na śniegu- nile przemarznie. Dhrgośćkurtki - do połowy uda - nte krępuje ruch w w marszu, a|e teŻ gdyby przyszło spędztć kilka dn1 z rzędu na lodzie, w wczas moŻe słuĘćza s\edzenie, Z dołu kurtka jest szeroka. To bardzo ważne podczas biegu' albo w szybkim marszu: zapewnia wenĘlacJę. w tazie potrzeby można jednym ruchem ściągnąć d ł kurtki tak, by szczelnie oblegała nog1, zatrzymując ctepło' Dawniej Żołnierze Specnazu mieli takie same spodnie - grube, clepłe. okazaĘ się niepraktyczne' Podczas forsownego lriilkudniowego marszu powodowały zaburzenia całej wentylacji. Nasi nądrzy przodkowie nigdy nie szyli sobie futrzanych spodni. Zamiast tego nosili długie do pięt futra. Wiedzieli, co r bią' Futrzane spodnle przyprawiaJą o si dme poty, a futro --nigdy. Obecnle wykorzystano doświadczenie wiek w, 1 Żołrierz Specnazu ma wyłącznie kurtkę, do kt rej w razLe koniecznościprzypirra się dfugie poĘ, chroniące ciało do samych piętz za'wsze ciepło, nĘdy gorąco. MoŻnaje łatwo odpląć' a zrolowane zajmują w bagażu Żołnlerza Specnazu bar dzo nlewlele miejsca. Do niedawna kurtki rnoŻnabyło nosić na dwle strony. Z jednej strony były w kolorze biĄIm, z drugiej - w kolorze ochronnym. Ale to teŻ rie byłro praktyczne. Kurtka wIrna być od podszewki deltkatrra, jak sk ra kobieĘ, a z zewrtątrz szorstka jak sk ra nosorożca. Dlatego obecnie kurtek nie wywija się na dwie strony. Są delikatne od środka,a po wierzchu szorstkie, w kolorze jasnoburym' jakzeszłoroczna trawa, albo jak przybrudznny śnieg. Trzeba przyznać, że barwę dobrał ktośbardzo trafnie. A gdyby zaszła potrzeba, na kurtki można narzucić lekkie btałe pałatki maskujące'

i brody, pozostawiając odsłonięte tylko oczy, nos i usta. W razie silnych mroz w, a takŻe podczas wykonywania zadaria, na t'warz zakłada się osłonę maskującą, czy|i

o ollrrowarrie, dlatego ściśle przylega do czaszki, sTyi

przeszkodzić w płynnym otwarclu cz.aszy |ub zahacryć

w PD - plecaku desantowym. Plecak, podobnie jak cala odzleŻ i wyposażenie dywersanta, ma kolor jasnobury. Jest to niewielki prostokąbey tornister, wykonany ze cztyvrnego materiału. Aby nle odciągał ramion do tyłu,

Całe wyposażenie Żohllerza Specnazu mieścisię

nadano mu specyficzny kształt: płaski, szeroki i wysoki. Uchwyty l paski umożliwiają zaczepierlie go na r Żne oposoby: moŻna nosić $o na piersi, na barkach, rnoŻna opuścićna same pośladki 1 zaczepilć na pasku, po^tlalaJąc wytchnąć obolaĘrm plecom. Gdziekolwlek wyrusza ŻohlJerz Specnazu, tl:'a zawsze do dyspozycji tylko jedną manierkę z wodą: 81o $. Poza tym ma ze sobą flakonik z malutldmi brunatnyrrri partylkami odkażającymi. Taką tabletkę można wrzucić do wody zanieczysz-cznnej ropącz'r mydlinami' albo skażoneJ bakterią czerwonki, i po upływie minuty cały osad opada na dno, a g rna warstwa nadaje się do picia. Uzyskana w ten spos b woda pitna ma obrzydliwy smak I etlny zapach chlom. Ten kto wie, co znaczy prawdziwe Pragnienie, piJe taką wodę z największą rozkosz4 Kledy żnhlletz Specnazu w5rrusza na akcję - na Ędzie ' na mlesiąc, czas nie gra roli - ma w plecaku zavłsze taką 2'765 g. Czasem w trakcie operacji ramą rację żylr'ności: lamolot podrzucl mu trochę jedzerna' wody i amunicjt. Może się też zdarryć, Że nle podrzuci, i wtedy zdany jest to na własne sĘ. Prawie trzy ldlogramy żyvmości bardzo dużo' jeśliuwzględni się nieavykle v'rysoką kaloryczność tpccJalnie opracou/anego i przygotowanego pokarmu. Gdy lo zabraknie, w wczas trlzeba s rmemu zadbać o wzywlente. Można upolowa jelenia albo dzika, można łowlć ryby, można jeśćj agody, grTyby, jeŻe, żaby, żmij e' ślimaki, dżdżownrce, moŻrla robić wywar z kory brmzowej i żmłędŻl, możnta... a mało to rznuy moŻe Ął.s'ć wy$łodzony czlowtek' bogaty w doświadczerria Ęsiącleci?! opr cz żrywnościŻołn7erz Specnazu ma w plecaku itery pudełka zapałek saperskich, wodoodpornych, zapalaJących slę na wietrze i w deszczu. Ma też sto pastylsk suchego paliwa. Nie wolno mu pod Żadnyrra pozorem rozpalać ogniska; grzeje się i szykuje strawę ptzy płofrfku pastylki. Płomyk jak od świeczki,Ę|e że bardziej

r

WTKTOR SUWOROW

7

AK*ART'M

odporny na wiatr. Ma teŻ w plecaku ze dwadzieścia inr Żnych dolegliwości i zatruć. Poza tytn w plecaku - jeden ręcznik, szczotka i pasta do zęb w, żyletka, tubka mydła w pł1mie, haczyk wędkarski i Ęłka,IlLa z rntką. Żołnierz Specnazu nie używa grzebienia' Przed zrzutem jest strzyŻony r:azero - głowa mniej się poci i zlepione włosy nie przesłaniają oczu. Po miesiącu włosy odrastają, ale nie na Ęle' by trzeba było tracić bezcenne miejsce na gtzeblet;'. I tak ma wystarczająco dużo do nlesienia. Istnieją dwa warianty uzbrojenia Żołrierza Specnazu: uzbrojenie kompletne i wariant |żejszy. Uzbrojenie kompletne składa się z karabinu samocąmnego Kałasznikowa AKMS i 3oo naboi. Niekt re karabiny w5posażone są dodatkowo w tłumik PBS, oraz NSP-3 - noktowizor. Podczas zrzuttt karabin spoczywa w futerale, by nie przeszkadzać w otwarciu spadochronu. Aby zaxaz po wylądowaniu Żołnierz Specnazu nie był bezbronny' dysponuje pistoletem wytłumionym PB-8 i 32 nabojami. Ponadto na prawyrn podudziu ma zawieszony ciężki dywersyjny n Ż, a na lewym cztery zapasowe ostrza. Dywersyjny n Ż to nie nllyczajny n Ż. W klindze ma ukrytą mocną spręż5mę. Możma jąodbezpLeczyć, Po cz'rm nacisnąć przycisk i ostrze z przerłź|iwym świstem wystrzeli do przodu, odrzucając rękęz pustąrękojeścią.Ciężkie ostrze wylaĘe na 25 metr w. Jeżreli trafi w drzewo' rlje zavrsze daje się wyclągnąć' i wtedy żołnierz Specnazu wstawia w uchwyt nowe zapasowe ostrze, cLęŻarem całego ciała napierając na rękojeść'by pokonać op r sprężyny. Następnie przekręca bezpiecznik i z noża dywersyjnego może zrrowtu korzystać jak z kaŻdego innego: kroić nim ludzi i chleb, uŻywać go jako pilnika' albo noŻyc saperskich do cięcia zasiek w. Uzbrojenie kompletne uzupełnia sześćgrarrat w, plastik wybuchowy, miny kierunkowe lub inna ciężka brori. Lżejszy wariant uzbrojenia przysługuje oficerom i radiotelegralistom. 7-awiera karabin i 12O naboi, pistolet z tłumikiem oraz n ż. Wszystko to wydaje mi z rnagazynu terźe doświadczony eks-komandos. Pistolet mam

nych tabletek, na wy1radek

prawdziwy. Ruszam z grupą dywersant w jako obserwator i dlatego nie muszę strzelać. Ale jestem też oficerem wyw'iadu, więc muszę czuć rta ramieniu ciężar karabinu i amunicji. Dlatego dostałem karabin szkoleniowy. Wygląda tak samo jak bro bojowa, Ęle że jest już mocno sfatygowany i spisany ze zbrojownl. W komorze nabojowej ma przewiercony otw r i wybity napis ,,szkoleniowy". Przerztucarn bron przez ramię. od lat jli rne zdarzyło mi się dźnigać karabinu z dziurą w komorze.

od takiej broni zaczytają służbęnajmłodsi reknrci
I

t !

tko w jednostce Specnazu jestem nowicjuszem. Po otrzymaniu karabinu z dzilsrką raptem zupehrie machinalnie postanawiam sprawdzić' cry nie zrobili ze mnie jelenia. Jednym ruchem zrzlucarl: plecak, otwieram, z niewielkiej kteszonki wyciągarn |1żkę.W ĘŻce, podobnie jak w zamku karabinowym, wyw'iercona dzil.;l.:a i identyczny napls: ,,szkoleniowa".

kursanci wojskowych uczelni. Naturalrrie, nie czuję sięŻ ftodziobem. Ale mimo wszys-

- Wybaczcie, towarzyszu lejtnancie - stary wyga robi BPesZoną minę. _ Niedopatrzenie. Jest zawledziony, że niejestem w armii odwczoraj, że lznam te wszystkie oklepane kawały i wykazałem czujllość.Wzywa swojego pomocnika, młodziutkiego żokrietayka' 1w mojej obecności strofuje go za nieuwagę. I on l Ja rozumiemy doskortafe, że młodzik nie ma z tym nic wtsp lnego, Że ,łyŻkę szkoleniową" podsunął mi sierżant
we własnej osobie.

Sierżant rozkazuje z miejsca wp^rttć łyżkę,żeby uniknąć gfupich Żart w na przyszłość. Wlem, rzecz jasna, że rie pozbędą się jej za Żadnę skarby' Posfuży jeszcze wielu pokoleniom żołrierzy Specnaźu. Ale porządek musi być. Sieżant musi wydać odpowlednie dyspozycje' a młody Żołnierz musl zostać skareony. Sierżant natychmiast podaje mi trrną łyŻkę.Żart rlę nle udał, ale widzi, Że mam poczucie humonr' zr:am llę na żołnierskichdowcipach i starych tradycjach: w woJsku nie naleĄ obrażać się na żarty. Znowu jest poważny i rzeczowy: * Powodzenia, starszy lejtnancie. - Dziękuję' sierżancie.

68

wrKToR strwoRow
iw j spado"t rolrł własnoręcznie. Odnosi się to także do generał w; nie wiem, czy Margiełow skakał po t5rm, jak został mianowany generałem armii, ale będąc jeszcze $enerałem-pułkownikiem - skakał. Wiem to na sto procent. Pr czMargiełowa w wojskach powietrznodesantowych jest bardz.o wielu generał w, i wszyscy skaczą. Są r wnież dziesiątki generał w w wywiadzie wojskowym, i ci z nich, kt rzy jeszcze skaczą sami składają swoje spadochrony. To bardzo rozsądne. JeŻeli walniesz w kalendarz, będzie to wyłącznie twoja wina. A żrywi nie ponosząza ciebie Żadnej odpowiedzialności. Wszystkie spadochrony są przechow5rwane w magazynie, zŁożnne, zapieczętowane, 7A'wsze gotowe do użycia. Na każdym spadochronie - napis na jedwabiu: ,,Szeregowiec Iwanow' Spadochron składałem osobiście''. Jeślinie zrywa nas nocny alarm, jeśliudajemy się na zaplanowane ćwiczenia, z pekr5rm cyklem przygotowawczytn, to wszystkie spadochrony zostaj ąrozłoŻone i złożone od nowa' I znowu kaŻdy podpisuje: ',Spadochron składałemosobiście''. Składanie odbywa się w warunkach identycznych jak te, w jakich wypadnie skakać. A skakać trzeba będzie na mrozie, toteż składamy na mrozie. Sz sta rano. DzlścaĘ batalion składa spadochrony. Na szerokim placu, odgrodzonym wysokim płotem od ciekawskich spojrzeri postronnych żołrieruy . Rozłożyliśmy spadochronowe stoły. St ł spadochronolvy to nie zwyczajny st ł. Jest to po prostu podłużna płachta brezentu, rozścielonego na betonie i urnocowar:ego za pomocą specjalnych kołk w. Składanie odbywa się dwufazowo. Najpierw we dw ch składamy tw j spadochron: Ę kierujesz, ja pornagam. Następnie złoŻyrny m j' i role się odwr cą. P Źn1ej złożyrnytw j zapasowy, znowu ty będzlesz dyrygować, wreszcie m j zapasowy, i wtedy kieruję ja. Niekt rych z nas zrzucą nie z dwoma, ale z jednym spadochronem. Komu przypadnie to w udziale _ na razie nie wiadomo. I dlatego każdy szykuje dwa spadochrony.
70

AKWARIUM

Zaczęło się. Czynnośćnumer jeden: rozciagamy czaszę i linki na stołach spadochronowych. Do każdej kompanii przydzlelony jest oficer, pehriący obowią2ki zastępcy dow dcy kompanil ds' sfużby spadochronowo-desantowej zastępca ds. SSD' on wydaje komendy. On też kontroĘe dokładnoŚć ich wykonania' Po sprawdzeniu, że Wszyscy wykonali pierwszy rozkaz, wydaje następny: Zamocować szczyt czaszy! - I znowu rusza wzdłuŻ rzęd w, kontrolując jego należyte wykonanie' Każdy z l:as ma za sobą wielkie doświadczenie w układaniu spadochron w. Ale jesteśmytylko ludźmi. KaŻdy może się omylić. JeŻeli błąd zostanie odkryty' spadochron będzie ponownie rozłoŻony i zaczrie się układanie od początku. Pierwsza czynność.W porządku. Druga czynność'.. Kompania cierpliwie czeka, nim ten kto się pomylił wykona wszystko od początku i dogoni pozostałych. Czynnośćsiedemnasta. Amr z - trzaskający.'' Razem z całyrrr batalionem w układaniu spadochronćlw biorą udział oficerowie wydziafu wywiadowczego Armii. Zostaliśmy wzflaczerLi na obserwator w' A więc l nas czeka wielotygodniowy marsz przez śrrtegizŻolł:r7erzami Specnazu... ZImą wcześnie zapada zmrok. Ko czyrny składanie epadochron w przy świetle reflektor w, w mroźnej mgle. Za chwilę nrszymy do ciepłych koszar, a nasze spadotlhrony pozostaną na mrozie, pilnie strzeżorrc przez wzmocnioną wartę. Gdyby wniesiono je do zamkniętego pomleszczenia' na wyziębionym materiale osiadłyby nietlelstrzegalne gołym oktem kropelki wilgoci. A nazajutrz, nE mrozie, te kropelki zamieniłyby się w drobniutkie loelowe igiełki, kt re wpiłyby się w warstwy jedwabiu. To ślnlerć.Prosta wydawaloby się sprawa. oczywista dla każdego' nawet najmłodszego Żohaierza. Ajednak zdarza llę czasem, że glrląŻołnierze Specnazu wszyscy jak jeden mąż. CaĘm plutonem, całą kompanią. omyłek, możliwych podczas układania i składania są setki. Zapłata ERwsze ta sama _ Ęcie. Skostniałą ręką podpisuję się na jedwabnych paskach obu moich spadochron w: ,,Starszy lejtnant Su7T

rE
WIKTOR STIWOROW
AKWARIUM

worow. Spadochron składałemosobiście''. Roztrzaskam się, a wtrrnego znajdą. Będę to' oczywiście' ja sam.

kolacja. Wreszcie ostatnie prąlgotowania. Wszyscy sąjuŻ ostrzyżrcni na Zęro. Tęraz kolej na łaźnię.Wygrzejcie' chłopcy, swoje kosteczki, nieprędko nadarzy sięwam następna okazja na ciepłą wodę. I spać. Już jest grubo po p krocy. Kai y musi wyspać się na Zapas na wiele tygodni' Dla każdego po dziesięć godztn snu. Okrrawkoszarach szczelrie zasłonięte, żnby rano nikt się nie obudził. Każdy ma spać głębokim snem' Jest na to spos b. PoŁoĘć się na plecach, wyciĘnąć się, roz|uźrlić całe cialo, zanlrkrtąć oczy i pod zamknlęĘrmi powiekami wywr clć źrerice do g ry. Jest to normalny stan oczu podczas snu. W tej pozycjl człowiek zasypiabatdzn szybko, łatwo i głęboko. Zbudzą nas bardzo p źno. Nie będzie krzyku: ,J{ompania - pobudka! Za3o sekund zbi rka|" Przeciwnie, kilku żoheierzy i sierżarrt w, kt rzy Ęrm razem nie skaczą kt rąr stoją na straĘ kompanii, jej uzbrojenia i spadochron w, będzie cichutko podchodzić do każdego z osobna i ostrożnie budzić: ,,Wstawaj Ko|a, jużczas"' Czas' Czas. Czas. Wstawajcie, chłopcy. Na nas czas.

LJr"e;emy

^r

się w przytulnym cieple koszar. Potem p6źna

uI

Grupa dynrersyjna dź;wiga ze sobą dwie radiostacje R-35r-M' aparaturę szyfrującą, aparaturę do ultraszybklej transmisji sy$nał w. Dziśw nocy zostanie przeprowadzona potężna operacJa mająca na celu oślepienie, neutralizację stacji radiolokacyjnych 8. Gwardyjskiej Armii Pancernej, przeciw kt rej prowadzimy obecnie działania. R wnocześnie nastąri zmasowane uderzenie rakietowe i lotnicze wymierzone w jej punkty dowodzenia i zgrupowania wojsk. W trakcie operacji zostanie zrz:ucoray desant dwudziestu ośmluczołowych gnrp dywersyjnych naszego batalionu Specnazu' Grupy mają r żne zadaria i zr Żnicowany gklad: od trzech do czterdziestu ludzi. Na czele jednych atoją sierżanci, na czele innych oficerowie' Każdej nocy będą się odbywać kolejne desanty. od trzech do ośmiu grup w cią4iu jednej nocy. Zrzuty mają się odbywać w r Żnych rejonach, z r Żnych kierunk w i wysokości. Dztśmamy skakać z bardzo niskiego pułapu. Bardzo nlski pułap _ to znaczy 1oo metr w. KaŻdy z nas ma tylko jeden spadochron. Otwarcie nie swobodne, lecz wymuszone' Przy bardzo niskim pułapie Zapasowy spadochron jest zbędny.

-rIv Vzterdziesta trzecia grupa dywersfrna 296. wydzielonego batalionu zwiadowczego Specnazu liczy 12 os b. Ja' oficer informacji, idę z grupąjako trąmasty. Jestem obserwatorem, kontrolującym jej działania. Mam naj-

łatwiejsze zadanie. Nie muszę podejmować żadnych decyzji' Moja rola ogranicza się do tego, by w najbardziej nieoczekiwanych momentach zadawać pytania a to Żołrierzom, a to dow dcy grupy' a to jego zastępcy. I!'{.arrr ze sobą kartkę z setką pyta . Na wiele z nich nlc znalm na razie dokładnych odpowiedzi. P źniej oficerowie z trzeciej gnrpy pod kierownictwem pułkownika Krawcowa ustalą' kto się mylił, a kto nie'
72

Zvłierzęcystrach w ludzkich oczach? da wldziałem' Gdy zrzucają z bardzo niskiego pułapu 8 Wymuszon5rm otwarciem spadochronu. Przed startem Wlzystkich las zvłażoflowraz z caĘrn ekwipunkiem. Najcięższy musi skai tak do najlŻejszego. czasze lżejsryrrn i nie
f

W'u"r"*.ś kiedy

v

Nażwrcta nie znam. W $rupie ma przydomek Łysy Tar-

Bdlotelegrafistaowystającychk"ś:T"?pT,:"/kJffi

:f

I = Alwrrtm

73

rl'
WTKTOR STIWOROW
AKWARIUM

gis-chan - szyfrant grupy. Tę pierwszą tr jkę czekabar' dzo trudny skok. Każdy z nich rlla ze sobą kontener zasviesz-ony na dfugiej, tS-metrowej ltrrce. Skaczą, przyciskając c1ęŻki, nieporęczny pojemnlk do piersi, a po otwarciu spadochronl zrzucają go w d ł. Kontener lecl razem ze spadochroniarzem, ty|e Że plerwszy uderza o ziemię, po czym sko'czek staje się jakby |Żejszy i w ostatnich ułamkach sekundy jego prędkośćspadania rljLeznacznie maleje. Ląduje tuż koło kontenera. Prędkośći podmuchy wiatru spychają spadochroniarza i dlatego prawie nĘdy nie ląduje na kontenerze. Niewielka to pociecha. Skok z kontenerem to wyjątkowo ryzykowna v.ecz, szczeg lnrfue zbardzo nisldego pułapu. Jako czwarty p jdz1e zastępca dow dcy' starszy sierżant Drozdow. Jest największy w grupie. Wołają nari Piącha. Patrzęna jego tytaniczrre łapska i rozumlem, że'lepiej nie spos b wymyśleć' Ale człowiek! ogromnlasty. Ze teŻnatuta zrodzi takie dziwo! Zaraz zaPiąchąruszy dow dca grupy lejtrrant Jelisiejew. TeŻ potężmy, choć da]eko mu do swego zastępcy. Lejtnanta nazywają43-l - od numeru grupy. ocz5rwiście, też majakiśprzydomek, a7e czyŻ w obecności jednego oflcera ktokolwiek ośmieli się wypowiedzieć na głos przezwisko dnrgiego? A za dow dcą sledzą mocarnej postury, zbudowani jak szasl szeregowcy Specnazu: Ka:flczuĘ, Wampir, żIazko, Mikołaj Trzeci, Negatyw, Szopen, Carl de la Duchesse. oczywiście, mnie teżjakośmfuędzy sobąnazywają ale ofĘalnie nie mam żadnego pseudo, tylko numer 43-K. Znacry się kontrola. w 43. gnrpie dywersfinej jestem najmniejszy inaj|Żejszy. Dlatego wypadło, Że jako ostatni mam opuścićsamolot. Ale to r:ie zflaczy, Że sIedzę na samyrn koricu. Przeciwnie, siedzę przy samym włazie desantow5rm. Ten kto skacze ostatni, pełni funkcjęwp|lszczającego' Stojąc przy włazie w1puszczający w ostatnlm momencie sprawdza' czy wszystko jest jak naleĘ i w razie koniecz_ nościma prawo w każdej chwili przerwać desantowanie. Trudna jest rola wyplltszczającego, choćby dlatego, że siedzi w sam1nn ogonie, jak na scenie: wszystkie spojrzenia skierowane sąna niego. Gdz1e spojrzę, widzę utkwio74

ne we mnie oczy komandos w. We wszystkich oczach obłęd. Nie, nie we wszystkich: dow dca grupy drzemie spokojnie, rozlruźriony. AIe z oczu całej reszty bije lekkie szaleristwo. Dobrze jest skakać ztrzech tysięcy! Ęszrrie! A tutaj Ęlko sto. Niejedną sztvczkęwymyślono dla sthrmienia strachu, a|e gdzież się przed nim skr5iesz2 Ten strach jest tuż-tuż.Siedzimy razem w uścisku. Gwałtowna zmiarla ciśnienia zaĘka uszy, samolot gwałtourrrie zntŻalot' Ttrż obok migają wierzchołki drzew. Przrypadła mi w udziale fatalna rola: każdy skoczek ma ltnkę otwierającą spadochron przypiętą do centralnej liny, l tylko rn j zauep zwisa Luźno na piersi. Po prznpwszczrniu pozostałych muszę w ostatniej chwili zatrzasnąć karabiitczyk nad głową. A jeślinie trafię? A jeżeli rozgorączkowany wyjdę' nile zdąffisTy go zapląć? Będzie juŻ za p źno na ręczt|e otrłrieranie spadochronu: ziemia pędzi pod samymi nogami. Nagle wyobraziłemsobie, że spadam w d ł bez spadochronu. Jak kot z rozpostartymi łapami. Ale będzle krzyku! Słyszę w uszach m j przedśmiertelny wrzask i ogarnia mnie niepohamov/any śmiech. Komandosi patrzą wyrozumiale: obserwator wpadł w histerię. A to wcale nie histeria. Po prostu śmiaćmi się chce. Niebieska Żar wka nad włazem zamilotała nerwowo. - Wszyscy wstaćl Skłon. Pierwszy skoczek Łysy Tarzan pochylił stę do przodu, wysuwając prawą nogę dla lepszej r wnowagi. Brat Jewłampij całym clężarem ciała wparł się w jego plecy. Trzeci wparł się w plecy dnrgiego, i tak cała grupa, skleJona w jedną calośćzarnarła w oczekiwaniu. Na dany tygnał ci z tyfu będą napierać na stojących z przodu, l wszyscy niemal r wnocześnie wylecą przez szeroki właz. Dobrze mają, mnie nikt nie popchrrte. Gigantyczne skrzydła pokrywy włazu z lekkim zgrzytem rozsunęły slę na boki. Mr z bije w twarz. Noc bezkslężycowa, ale śnieg jaskrawy, ośleptający. Wszystko wldać jak w dz(en. Zlemia tuŻ-hlż. Krzak|i leśne przeClnlid $alopują jak oszalałe. JAZDA! _ Chłopaki! JAZDA!!! Nlczego gorszego ludzkośćnie w]rmyśliła'PrzemknęĘ Oczy ogarnięte szale stwem' Syrena wyje' jak ginący

rT'
WIKTOR
STIWOROW

AI(WARIUM

wszy. Twarz.e wykrzywia gryjedno straszrre słowo: JAZDA! Nie mas. Każdy krzyc4r spos b się wykręcić. Ztyhlbezlitosny nap r. Cizptzodi posypali się w mroźną mgłę. Strumie wiatnr w5ruraca każdego do g ry nogami. JAZDA|'|). Ci z Ęłu, pchani inwistynktem stadnym, też wylatująw czarny śnieżny rę. Pstryk. I wypadam w locher' Podrzuciłem rękę w $ dowaty mrok. Tu porządny człowiek nle ma czego sztukać, tu tylko diabły i wiedźmy na miotłach, no i Witia zutierz. Ten

ryk rozdzieta

Suworow ze swoim spadochronem. Pr4l bardzo niskim pułapie wszystko dzfueje się r wnocześnie: głowa w d ł, palący mr z nahajkąpo pysku' nogi w g rę, potęŻne Szarpnięcie za kark, nogi w d ł' wiatr za pazuchę, pod futrzaną kamizelkę' uderzenie w nogi, sztyvmym spadochronowym olinowaniem zn w po pysku, a w rękawicach i w rękawach aż po łokcie gorący śnieg, i od razu zaczyna topnteć' obrzydlistwo... Spadochrony zakopaliśmy pod śniegiem,z wierzchu posypaliśmy jakimśświristwem'To Żeby zrnylić psy. Cała miejscowa milicja, KGB, Jednostki MWD* - wszyscy biorą ludziałw ćwiczeniach. Wszystkich rzucono przeciw naszym nieszczęsnym grupom. A nam jakby zvłIapano ręce. Gdyby to była wojna, zdobylibyśmy kilka transporter w, albo innych pojazd w - i w teren. Ale wojny nie ma, i zabroniono nam kategorycznie zdobywać środki transportu. Drakoriski rozkaz: na no$ach' tylko na nogach, byle dalej od ps w. Narty mamy kr tkie, szerokie. Od spodu wykorlczone prawdziwym lisim futerkiem. Narty świetnie suną do prz.odu' a w tył poślizgunie ma. Lisie futro staje pod włos i doskonale hamuje. Specjalne wy1rosażenie Specrrał). Takie narty często w og le nie zostawiają śladw' mlrłaszcza na ubitym zleŻałym śniegu'Sąszerokie' więc się nie zapadają. Z takicl:. nart można nawet zbudować na śniegumałą kfi wkę: futrem do wewnątrz - spać, chłopcy, po kolei. Ale co najważniejsze, narty nie zamarzają, rie pokrywają się zlodowaciałą skorupą.
(Ministierstwo Wnutriennych Dieł) - Ministerstwo Spraw Wtl wnętrznych [przyp. tłum.l.

lziny wycot -T liśmysię z rejonu zrzutw, klucząc i zacierając ślady. Kurtki przemoczone' TWarze zaczerwienione. Pot spływa strumieniami. Serce łornocze, jakby chciało się wyrwać z piersi. Jęryk wywalony, jak u psa w upał. Takie są za'wsze początki. Za tt4r, cztery dni już się wciągniemy t będzie szło jak po maśle'Pierwszy dzie jest za'wsze bardzo ciężki. Pierwsza noc i dwie kolejne doby - straszne. P źriej yż z s rki. - Psy we wsi szczekają. To zły znak. Na pewno obcy
Iudzie.
t tak wczesną porą

T}le wie kaŻdy gh.tpi. Kt Ż inrry m głby w tej gfuSzy rozdrażrić wiejskie psy? Obejdziemy. Ruszamy w lewo. - Po lewej zasadzka KGB. O, w tamtym lasku. Ptaki krryąnad drzewami. TeŻ tacja. Kto je oderwał w powietrze w taki mr z? Ptaki o tej porze siedzą na gałęziach, nastroszone, pokryte szronem. Jasne, Że w tamtym kierunku droga odcięta. Pozostaje jedynie marsz przezwąwozy i uriatrołomy. Droga dla wilk w i dywersant w z grr)py Specnazl). - Gotowi? Naprz d.

ł MWD

Wtecz r. Mr z tęŻeje. W ciĘu dnia przesz|iśmy 67 kllometr w, w tym dwa odpoczStnh. Czas, by znowu walnąć się w śnieg. - Ni cholery, darmozjady - syczy dow dca. - WczoraJ Lrzeba się było wyspać. Dow dca wściekły.Grupa nie wytrzymuje tempa marlzu. Grupa też wśclekła.Zapada noc. To ź|e. W clągu tlllla grupa moŻe przyczalć się w śniegu,w krzakach, w moczarach - i przeczekać. Ale ni$dy w nocy. Noc zoBtłlławymyślona do pracy. Jesteśmyjak prostytutki _ prłcujemy po nocach. JeŻeli w dzieri nie wypocz{eś, w llocy nie masz na co liczyć'

a

godzinę.

vII

76

IV
WTKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Nie żreć śniegu!_wrzeszczy dow dca' - Nogi połvyrywam! To nie do mnie. To groźby pod adresem Czyngis-chana l' żielazka. Mnie zobowiąpuje pełniona funkcja. Obserwator. Nie wolno mi brać śniegu do ust. Gdybym nie był obserwatorem, już po cichutku nałykałbymsię białej wilgoci. Cał1rmi garściami wpychałbym do gęby. Gorąco. Strumyki potu spływają po czole. Całe szczęście, Że czaszka wygolona, bo miałbym na głowie jeden wielki kołtun. Kurtki parują na plecach. Wszystko przepocone, wszystko skute mrozem. Całe ubranie zesztyrłmiałe, jakby z desek uszyte. Przed oczafilj - pomarariczowe kręgi. Grupa nie wytrzymuje tempa marszu'.' Nie żreć śniegu!... Powyrywam!... Nie gap się daleko przed siebie zdechniesz' Lepiej patrzeć pod nogi, cały czas - do ogłupienia' Machinalnie przestawiasz narĘ, nie irytuje nieosiągalny horyzont. - osły patentowane! Lenie! - wścieka się dow dca. Patrzeć przed siebie! Wpadniemy w zasadzkę! NegaĘw przegapLł światełkopo lewej. Uważaj, Negatyw' kijem zęby ci porachuję. - Naprz d, dupy wołowe!

-

VIII mgle nad liliowymi wierzchołka_ mroźnej mi jodeł wypłynęło kosmate, nadęte słorice. Mr z hula w leśnychprzesiekach. LeĘmy w Zagajniku. Dnrgi raz tej nocy. Czekamy na powr twysłanej narozpoznatie czujki. Twarze trupio blade. Nogi jak kłody' Trzeba unieśćje do g ry' żeby krew

.1 Dwita' W

odpłynęła.To przynosi ulgę. Radiotelegrafiścl leżą plecami na śniegu, nogi opierają o swoje kontenery. Pozostali też trrymająnogi w g rę' od zrnstll minęła doba. Cały czas w marszu. Co trzy, cztery godztrry stajemy na kwadrans odpocąrnku' Dw ch obserwrrje sytuację' dw ch wJrrusza na zwiad. Reszta kładĄe się na plecach i z miejsca zasy_ pia. Carl de la Duchesse odrzucił $owę' spod rozpięteJ kurtki wypływa obłoczek pary' Płatek śnieguo nadmłyczaj regularnych kształtach powoli opadł najego odsłonię_
78

i
{

tego gardło i zaraz się rozpł5m$, oc.zy mi się kleją. Jakby ktośnasypał popiohr pod powie}ri. Dobrze by było zmrurŻyć, oczy' zamknąć je i nie otwierać jakieśsześćsetminut. Dow dca gnrpy trze podbr dek, zły znak' Jest w parszywym humorze' I zastępca jego Piącha też ponury. W kierunku węzla łącznościarmii pancernej sunęło r w_ nocześnie z r Żnych stron pięć gnrp dywersyjnych. Rozkazbył prosty: ci' kt tzy do trzeciej nad ranem zdołają dotrzeć do węzła, o godzinie 3.4o ruszą do ataku. Ci, kt rzy rne zdĘą rua czas nie wezmą udziału w akcji' obejdąwęzeł łączności wielkim fukiem, po czyrn ruszą do następnego celu. Nasza 43. grupa rne zdąĘła.Dlate$o Ponury jest dow dca. Z oddali dobiegają odgłosy wybuch w i długie serie z broni masąmowej. To znaczy, Że strzelają z bliskiej odległości.Dystans zerow. Co najmniej trzy grupy dotarĘ na czas. Ale choćby zdąiryła tylko jedna grupa, zdjęła wartę i pojawiła się w węź|e łączrrości schyłku lodowatej nieprzytulnej nocy'.. u o, jedna grupa może masę zwojować przeciur węzłowi lączności,ogrzanemu w ciepłych kontenerach, przeciw spasionym łącznościowcom-okularnikom' przeciw rozpustnym i zawistnym telegrafistkom. Przykro dow dcy, że jego żohtierze fie zdą.żryli do tak ponętnego celu. Jest przekonany, Że grupa lejtnanta Złego dotarła na czas. Pewnie i starszy sierżant Rek zdąĘłswoich chwat w doprowadzić na miejsce. Rek, to znaczy Rekin. Starszy slerżant ma zęby ostre' mocne, ale nier wne, jakby rosły W dw ch rządach. Dlatego właśnieobdarzono go mianem Rekina' Arnoże nie tylko dlatego. Zgrzyta nasz dow dca zębami. Jest oczywiste, że dzisiaj grupie nie popuści' Trzyrrrać się, dupywołowe.

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

dają w pułapki. Batalion stracił już dziesiątki grup dywersfrnych. Nie wiemy, ile. Co noc otrz5rmujemy zrzuĘ loheicze: amunicję, ładunki wybuchowe, Żyumość,czasem spirytus' Taka troskliwośćmoŻe oznaczać tylko jedno: nie zostało nas wielu. W Ęch dniach grupa wykryła linię radiotelefoniczną' o kt rej istnieniu nasz sztab nie miał dotąd pojęcia. Badając kierunek anten nadawczych iodbiorczychgrupaz|oka)tzowałateŻpotęŻnywęzełłącznościi punkt dowodzenia zapleczem' Piątego dnia operacji grupa po raz pierwszy uruchomiła nadajnik' by zakomunikować o swoim odkryciu. Gł wnodowodzący l3' Armii osobiście wyraził nam podziękowarrie, po cz'rm rozkazał wycofać się z tego rejonu. Z pewnościązostał obrobiony rakietamj, albo lotnictwem. Si dmego dnia grupa połączyrłasię Ż czterema innymi, t'worząc oddzLał dywersyjny kapitana o przezwiskuCzurarĘ Zbędny. oddział w pełnym składzie przeprowadził atak na lotrrisko, i to podczas ćwiczebnego startu pułku myśliwskiego. Bez strat oddalił się od prześladowc w i rozbił się na drobne grupki. Nasza dotychczasowa 43. grupa chwilowo nie istniała' rozbita na dwie: 43-l. i 43-2. Teraz połączyłysię na nowo. Ale z akĘwnej pracy na razie nici: śmiglowcew powietrzu, posterunki na drogach, zasadzki w lasach' pułapki wok ł obiekt w strategicznych. A mimo to robimy swoją robotę: 8. Gwardyjska Armia Pancerna sparalżowana niemal w stu procentach - zamiast prowadzić operacje bojowe zajmuje się wyłapywaniem dywersant w na własnych tyłach. Dnefi dobiega korica. Przez caĄdobę nikt nas nie niepokoił. Wypoczęliśmy. Nasza grupa pozostaje niewykryta' bowiem dow dca jest przebie$y jak wĘ. okaz:uje się' że woĘą nari właśniewąŻ. Wytropił nieprą1'acielski magazyn amunicji, i pod tym magazynem koczujemy od trzech dni. Tutaj zaloĘ|tśmy swoją bazę' tu przechowujemy cały grupy bez zbędnego obciężki sprzęt. A po nocach cąść ciąlenia wyrusza na dalekie wypady' dokonuje śmiałych napaści, wTaca dobazy' Wszystkie pozostałe grupy' kt re ukrywały się w nieprzebytych borach dawno juŻ zostaly wytrzebione'A my się jeszcze trą;mamy. Tnrdno'przeciwnikom wyobranć sobie, Że rlasząbazę mająpod samym
80

bokiem, i dlatego helikoptery nam nie dokuczają. A na zasadzki i posterunki trzeba uvłażać. - No jak' dupy wołowe? Gotowi? Grupa stoi gotowa do wymarszu' NarĘ przypięte' pasy i zaciski sprawdzone. - Podskoki. Przed wyruszeniem na akcje kaŻdy musi podskoczyć kilka razy w miejscu, sprawdzić, czy rljc nie brzęczy. _ JuŻ czas. Naprz d.

wyobraŹ sobie, że jesteśmy naprawdę na wojnie. Zastępca dow dcy zglur:aJ.' a dow dca ma przestrze|oną nogę. Ciągnąć go ze sobą, to wyrok na całą grupę, porzucić go, to samo. Nieprzyjaciel zmusi go do gadania, choćby miał mu wycinać wątrobę po kawałku. Specnaz nie wie, co to ewakuacja' Wyobraź sobię, Szopen, Że przeja}eś dowodzenie grupą. Co poczniesz z rannym dow dcą? Szopen bez słowa sięga do niewielkiej kieszonki na rękawie i wyciąga jednorazową sb:zykawkę: Błoga Śmierć. - Bardzo dobrze, Szopen. Na wojnie mamy jedyny spos b przeĘcia: zabijając swoich rannych własnoręcznle. - W notesie wpisuję kolejny plus. Mija siedemnasty dzieri od zrzlltu. Aktyv'me dzlałanla prowadzi już tylko pięć, sześćgnrp Specnazu, w tym nasza. Grupa Rekina, grupa kapitana Złego daumo już wpadły. Dow dca 43. wyczuwa to sz stym zmysłem. Zar wno Rekin, jak Zły' to jego pr4ljaciele i rywale. Pewnie lejtnant Wąż myślio nich w tej chwili, bo leciutkl uśmiech pojawilsię na jego Łwar4l. - Gotowi? Podskoki. Dobra' Naprz d chłopcy' JuŻ.tńe m wi na swoich żołnierzy .d'py wołowe''.

Ułuchaj. Szopen'

-1 \

x

tt
AKWARIUM

Rozdział 4
odmtyczajłem się od ciszy, od dywan w, od ciepełka.Znńczalcrn. W og le człowiek bardzn szybko dztczeje i powraca do świata zulierząt łatwo i lekko, bez żadrtych opoI w' Na korytarzu w sztabie cisza t spok j. Wszyscy syci, wyT)ucowan7' tlłłarze starannie wygolone. Zadnego zziębniętego chrypienia dow dcy anl niecierpliwego skowytu ps w na chwilę przed spuszczeniem 7E smyczy. Naszą43. grupę dywersyjnąpojmano jako jednąz ostatnich. Otoczono, zapędzono w wąw z. Wszystko jak na prawdziwej woJnie. I psy byty prawdziwe. AprzecieŻ cz\^rcr onoŻny pr Ąaciel człowieka rrle wldzi żadnej r żmicy : pr awdzlwa to nagonka, czy ćwicz.ebna... Jeden czort' Zwnrry, sprawny szeregovriec Kariczug nawet z tych tarapat w ur5rszedl obronną ręką. Jego pierwszego odbili od grupy i popędzili w stronę rz'eki. I-ody właśnie ruszyły, więc chcieli go dopaśćna brzegu' Ale Kar1czugzrzucił kurtkę' cisnął karabirr - i popĘmął' lawirując między krą. Nie posłano helikoptera za jednym uciekinierem, a]e psy - nie w ciemię bite _ skakać do wody nie chciały. Po czterech dniach wr cił do koszar swojego batalionu' do reszĘ wynędzntały, w granatowym milicyjnym sąrnelu.
82

Iaę po czerwonFn dywanie. Nie bylo mnie tutaj 23 dni.

TI

Ukradl. ZatenrycTyr: nagrodzono go stopniem sierżanta i piębrastodniowym urlopem. W batalionie nie on jeden taki chwat. Wracają pojed1mczo, na połamanych nartach, w poszarpanych kurtkach, krwawiąc z rarr. Naszą rupę pojmano w $łębokim wąwozie, odcinaJąc jej wszystkie drogi odwrotu. PrzywTezlono nas do koszar pułku MWD. Powitali jak starych kumpli' v{warTyli w łźni,nakarmili, dobę dali się odespać. Dla schwytanych zawczasu wydzlelono osobny barak i lazaret obsługiwał wyłącznie nas. W łaźnlŻohtierze MWD spoglądają na nas z szaclunkiem i przetażeniem: szkielety. _ CięŻka sfużba przypladła wam chłopcy w udziale. Nikt nie oponuje. CięŻka. ^Ifle, Że kaŻdy rok w formacji Specnazu liczy się za p łtora roku sfużby. odsfużysz dziesięć lat _ zapiszą piętnaście. Odpowlednio płacą nam po p łtorej pensji, płacą za skoki' płacą specjalny dodatek za kaŻdy dzlei w terenie. A sadełko niebawem stę za'wiĘe. odespałem zaleglości.Wypocząłem. I oto znowrr stąram po miękkim dywanie' Sztab wita mnie żarcikami: - opowledz, Witla, jak stę odchudzałeś. - Ej' zwladowca, gdzieśsię tak opallł? Twarz mam ogorzałą od lr'Troz1;^, wiatr w i bezlitosnego zimoviego słorica. Warśiczaxrlle, spękane' Nos się łuszczy. - Hej' stary, może w niedzielę na narĘź To okrutny żart. Takich Żart w nie trawlę. W og le po zaprawie w Specnazie naJbardziej nienawtdzę tych, co dobrowolnie przypinają narty, ot tak, bo nle mająriczego lepszego do roboty. Udaję się do szefa wywladu. _ Czy można? Towarzyszu podpułkowniku! o, przepraszam... Na nowiutkich epoletach Krawcowa błyszczą zamlast dw ch - po trzy gwiazdkl. - Towarzyszu pułkowniku, starszy leJtnant Suworow melduje powr t z zadarld'a ćwiczebno-boJowego! _ Cześć. - Czołem, towarąrszu pułkowniku! Proszę plzy1ąć
moje gratulacje
.

ts
WIKTOR SUWOROW
AKWARruM

Takjest. Tutaj dużo pracy. P ki cię nie było, sporo zaszło na świecie'Wszystko zdĘyłeś zapomnieć? Starałem się powtarzać wszystko w pamięci.'. - Mam przepytać? - Proszę' - Spangdahlem. J Spangdahlern:baza lotnicza Sił Powietrznych Stan w Zjednocznnych w Niemczęch Zachodnich. 25 kilometr w na p łnoc od miasta Trier' Stała baza' 52. TakĘcznego Skrzydła Myśliwcw. Siedemdziesiąt dwa myśliwceRF-4. Jeden pas startowy. Dhrgość:3.o5o metr w. Szerokość: 45 metr w. W skład skrzydła wchodzl... - Wystarczy. MoŻesz odmaszerować.
II się w tempie bĘskawicznyIn. Przez 23 dni nie miałem dostępu do informacji, i oto |eŻąprzede mną grube teczk7 komunikat w, rozkaz w, szyfr wek. Wiem dobrze, Że szef wywiadu nie chciał urazić mojej ambicji i zadał łatwe pytanie dotyczące obiektu stałego' bazy lotniczej. Gdyby Spytał na przykład o 6. Zmotoryzowaną Dywtzję Piechoty Bundeswehry' to nieuchronnie znalazłbyrn się w kropce. Sytuację trzeba obserwować z dnia na dzien, na gorąco, w przeciwnym razie zrnieniasz się w kolporter a zdezaktualizowanych informacji. .' A więc..' ,,Ściśle tajne: agentura wywiadu Białonrskiego okręgu Wojskowego wykryła wzmocnienie ochrony wyrzlltni rakiet Pershing na terytorium RFN...''; 'Ściśle tajne: Piąty Wydzlal Zarządu Wynriadowczego FloĘ Bałtyckiej zanotował całkowitą zmianę systemu kodowania w rządovłYch i wojskowych kartałach łącznościw Danii'..''; ',Sciśle tajne: wywiad Sztabu Generalnego stwierdzlł'''": ',Sciśletajne: wyriad l l. Armii Gwardyjskiej Bałtyckiego okręgu Wojskowego na ter5rtorium RFN zarejestrował prace przy budowie szyb w dla min jądrowych. Rozkazuję szefowi I|Zarządll Gł wnego Sztabu General-

- Dziękuję. Siadaj. _ Patrzy na moją wychudzoną gębę' - Nieźle cię obciosało. Wyspałeśsię? -

\Jwiat zmienia

-1 \,

nego' szefom wywiad w GSWG, SGW cGW-, BaĘckiego, Białoruskiego i Karpackiego okręg w Wojskowych połoŻyćszczeg lny nacisk na zbieranie wszelkich informacji odnośnie systemu min jądrowych na terytorium RFN. Szef Sztabu Generalnego generał armii Kulikow...'' Dwadzieściatrzy dni temu nikt nie miał zielone o pojęcia o minach jądrowych... A w tej chwili kolosalrre siły wyuiadu agenturalnego rzucono z zadariem roą)racowania tęo tajemniczego systemu zachodniej obrony. Zm1enia się także obl.icze naszej armii: 'Tajne: wyniki eksperymentalnych ćwiczert 8. Powietrzno-Szturmowej Brygady Zabajkalskiego okręgu Wojskowego...'' Przed dwudziestoma trzema dniami takie brygady w og le nie istrriały..' ,,ŚciśIe tajne: rozkazĄęwprowadzić do uzbrojenia artylerii przeciwpancernej wyrzutnię Malutka-M z triangulacyjn5rm systemem naprowadzaria. Minister obrony marszałekZwiapku Radzieckiego A. Greczko."; ,,Ściśle tajne: wyłączn1e do wiadomości oficer w Specnazu'.' Dochodzenie w spraw'ie śmierci kursant w-obcokrajowc w z odeskiego Specjalnego ośrodkaTrenirrgowego Specnazu podczas ćwiczebnych walk z <kukłamił ... RozkazlĄę nasilić kontrolę i ochronę... Zwr cić szczeg lnąuwagę''.'' Tenrozkaz czytarn trzykrotnie. Jasne, jak należy postępować z ',kukł{, jak ją przechowywać i ochraniać' Ęlko niejasne, co to takiego - ,'kukła'''

,

cw "g"rt#; Specnazu. My, radzieccy żnhlrierze Ęch jednostek, rozpoczniemy dzialarna dopiero podczas wojny, a ci chłopcy, tozrzLlceni po caĘrm świecie,już dzilśsąw akcji' Bohatersko umierają za swoje światłeideały, nawet nie podejrzewając' że sąw szeregach Specnazu. Zdumiewający ludzie! My ich trenujemy, tracimy miliony na ich utrzyrnanie, rzucamy na szalę reputację naszego paristwa, a ciuvłaŻaJą że sąniezdeżrn. Trudno sobie z nimi poradzić. ZjeŻdŻa* Kryptonimy radzieckich

i

sił zbrojnych stacjonujących w NRD,
85

Polsce i Czechosłowacji [przyp. tłum'l.

84 L-A'

WIKTOR SUWOROW

AKWARJUM

wszechnie zrozumiałych określeri:rakieta, glovdca jądrowa, brori chemiczna, dywersant, szpieg. O naszych m wimy: 'wyr b Gcz", ,,spec. brori" ,,Specnaz", "specjalne żr dło". Wiele termin w posiada po kilka znaczeit. W zależrości kontekstu słowo ',czystka'' moŻe ozrtaczaćwyod rzucenie z parti| albo masową eksterminację ludności. Jedno normalne słowo może mleć wiele żargonowych s1monim w. Radzieckich dywersant w moŻrta nazurać o$ lrrikowo Specnaz, a|e też m wi się o nich ,,$łęboki
86

jąc do nas na szkolenie przynosząz'e sobąducha zadnwiającej zachodniej beztroski. Są naivłri jak dzieci i wielkoduszni jak bohaterowie powieści.W ich sercach płonie ogiefl, a w $owach mętlik przesąd w. Podobno niekt rzy uwaŻają ż.e nie wolno zabljaćhldnpodczas wesela, a inni sązdania, Żenie wolreo zabljać podczas pogrzebu. Dziwacy, WzecieŻ cmentarz wymyślono dla umrzyk w. Specjalny ośrodekTreningowy ma Za zadanię wybić im te romantyczne gfupoty z gł w. Też szczlje się ich psami' teŻ zmusza się do biegania po rozŻarzonych wę$lach. Ucząic}: nie bać się wysokości, krwi, szybkości, nie lękać się śmierci.Ci chłopcy nie raz demonstrują światuswoją pogardę wobec śmierci,cudzej i wlasnej' gdy w okamgnieniu opanowują samolot lub ambasadę. Specjalny ośrodeklczy ich sztuki zabijania. Ucz5r, jak zabić umiejętnie, spokojnie, z przyjemnością. Ale co też w tym programie może się kryć pod słowem ,,kukła''? Nasz system ochrony tajemnic wojskowych został udoskonalony, dopracowany do perfekcji. Likwidujemy tych' kt r5rm może się cośzbytecznego w}psn4ć: otaczamy ścisłą tajemnicą kolosalną liczbę fakt w, często nie będących Żadrrą rewelacj ą. StrzeŻemy sekret w poprzez szczeg lrjy system selekcji os b, poprzez system upowaŻrlieil, poprzez system pionowego i poziomego ograniczania dostępu do ściśle tajnych informacji.1 Na ich sttaży stojąwartownicy, psy, urządzenia alarmowe, sejfy, pieczęcie' pancerne drzwi, totabra cenzura. Strzeże ich specjalnie w tym celu opracowany język' szczeg |ny Żargon. Jeże|i ktośpotrafi nawet wedrzeć się do naszych sejf w, to i tak niewiele zdoła zrozumieć. Kiedy m wimy o wrogach, używamy normalnych, po-

zwiad",,,turyści'',',ciekawscy'',,,rajdowcy" . C ż więc kfi e się w tej terminologii za enigmatycznym pojęciem ,,kukĘ"? Czy ,,kukły'' stosuje slę r wnież w szkoleniu radzieckich żohtherzy, czy jest to przywilej zatezeriuowany d|a ząrarticznych kursant w? Czy istniały przedtem, czy teŻ jest to innowacja, podobnie jak brygady powietrzno-szturmowe? Zamykarn teczkę Z mocn5rrn postanowieniem dowiedzieć się znaczerr'ia tego dziwnego terminu. Jest Ęlko Jeden spos b: udawać' że wiem, w czymtzecz, i czekać, ażktośnaprawdę poinformowany niechcący wygada jakiśdodatkow szczeg ł. Czasem starczy mały detal, by domyślićsię reszty.

b zakamuflowania 296. samodzielnego batalionu rozpoznania Specnazu dowodzi znajomości tzeczy, wręcz pewnego gustu' W skład 13. Armii wchodzi pułk łączności'obshrgujący sztab i punkty dowodzenia. Przez ten pułk bezustannie przepływają informacje wagi par1stwowej, i dlatego jest szczeg lnie chroniony. Na terenie pułku stacjonuje znajduje się wydzielony obszar - i tam właśnie nasz batalion' Wszyscy d5noversarrci noszą mundury wojsk łączności.Wszystkie ciężar wki batalionowe rnają zamknięte budy' jak pojazdy łącznościowcw. Postrorrny obserwator zavwaĄr pułk łącznościi nic poza Ęrlr. Co więcej, nawet w sam1rrn pułku większośćżo}rierzy i oficer w Jest przekona.na, że w jego skład wchod?Ą" W zulyczajne bataliony łączności,oraz jeden wydzielony, specjalnie chroniony; pewnie rządowa sieć komunikacfina. R wnież w samym batalionie niemało jest tajemnic' Wlelu komandos w Specnazu sądzi, Że bata|ion |iczy trzy kompanie spadochronowe, składające się ze mvyczajnych' tyle Że silnych i bardzo odpornych Żołnierzy. Dopiero teraz dowiedziałem się, że jest inaczej ' Pr cz trzech kompanii jest jeszcze pluton specjalny, zloŻony wyłącznie z zawodowc w. Pluton stacjonuje osobno, z dala od batalionu. Jest przezflaczony do wykonywania ozczeg lnie trudnych zadafl. O jego istnieniu dowiedzia87

\Jpos

-1 \

IV

l"
WIKTOR SUWOROW
AKWARIUM

łem się tylko dlatego, Żejako oficerowi informacji polecono mi szkolić tych ludzi w zakresie mojej specjalności:prawidłowego i szybkiego odnajdywania waŻnych obiekt w na terytorium przeciwnika. Po raz pierwszy udaję się do specjalnego plutonu i mam lekką tremę. Wiezie mnie osobiście pułkownik Krawcow. On dokona mojej prezentacji. _ Zgadnij' jaki kamuflaż w5rmyśliliśmy tego pludla tonu? - Towarzyszu pułkowniku, to przekracza moje możliwości'Nie mogę przeprowadzić analrizy nie posiadając żadnych element w. _ Postaraj się mimo wszystko. Będzie to test na inteligencję. Przedstaw sobie, jak wyglądają, masz przecieŻ wystarczającą wyobraźrię, po czym postaw się na miejscu szefa wywiadu 13. Armii 1 spr buj ich wykryć. - Powinni być doskonale obeznani z terenem, na kt rym przy1dzie im działać, dlatego muszą często fieŻdŻać za granicę. Powlnni być świetnie wytrenowani... Gdyby to ode mnie zaLeizało, towarzyszu pułkowniku, zmontowałbym z nich drużynę sportową. Kamuflaż, możliwość częstych podr Ę ząraricznych'.. Słusznie! - śmiejesię Krawcow. - Proste jak drut. |J clao dzą za drużzynę CWKS : spado chroni ar ze, bie $acze, strzelcy, bokser4l, zapaśnicy.Każda armia i każda flota ma podobną KaŻdy okręg wojskowy, eskadra czy zgrupowanie mająjeszcze silniejsze i lepiej wytrenowane ekipy sportowe. Pieniędzy na rozul j sportu nie żafujemy. A gdzie byśumieścił ośrodekkondycfiny naszych ,'sporw"? towc - W Dubrowicy. Jest wywiadowcą. Potrafi się opanować' Ęlko zęby zgrzytnęły, i mięśnieszczęk zadrgały. - Dlaczego właśniew Dubrowic/.2 - Kochana 13. Armia dysponuje tylko jednym karnym'batalionem dla niepokornych: w Dubrowicy. Więzienie wojskowe. Z naszej dywizji często wygarniali żołnierzyk w na zwiedzanie tego ośrodka. Wysokie płoty' wściekłepsy, gęste zasieki z drutu kolczastego. Dość wydzielić jeden sektor: idealne miejsce na najbardziej
88

tajne obiekLy. Ludzi rnoŻna przywozić w więziennych budach, nikt nawet rie zauwłĘ... - A mało to w naszej 13' Armii dobrze strzeŻonych obiekt v/7 Na przykład APRTB-... - W APRTB nie ma miejsca dla ,,kukieł", towarzyszu pułkowniku... Posłałmi tylko dfugie' ciężkie spojrzenie, ale nie powiedział ani słowa.

rT\ l yn<o w jesienną

noc można ljtzećtyle gwiazd. T}lko zLmą, wrześniową nocą wybijają się tak wrażnie, jakby srebrne pluskiewki na czarnym aksamicie. Ileż ich patrzy na nas z zirrrr:ei czarnej otchłani! Jeśli spojrz5rmy na Wielką Niedźwiedzicę, to tuż koło jasnej gwtazdy' tejprzy załamarlj'u dyszla, rnoŻna dostrzec jedną gwiazdkę zupełnie malutką. Być rnoŻe wcale nie jest malutka' lecz po prostu bardzo oddalona' Być może jest to wielkie świecidłootoczone dziesiątkami planet. A może to galaktyka' z miliardami gwiazd... Nie jesteśmysami we Wszechświecie' to oczywiste. W kosmosie są miliardy planet, bardzo podobnych do naszej. Na jakiej podstawie mielibyśmy lważać, że stanowimy wyjątek? Nie jesteśmy wyjątkiem. Jesteśmytacy sami, jak wszyscy inni' Możemy się r żnić co najwy_ żej kształtem i kolorem oczu. Mieszka cy jednej planety mająoczy błękitne' jak pułkownik Krawcow, ktośirrny ma oczy zielone, tr jkątne' z odcieniem szmaragdu. Ale na tym, najwyraźnlej, koi:'czą się wszelkie r żnice. Pod każdym względem jesteśmy jednakowi - co jeden to zurierzę. Naturalnie' bywają r Żne zwierzęta: myślące' cywilŻowane i bezmyślne.Jedne r Żnią się od drugich tym, że starają się zamaskować swoją młierzęcą naturę. Dop ki mamy dośćżyvrności,ciepła i samic, dop ty stać nas na dobroć i wsp łczucie. Ale gdy tylko natura
ka odpowiedziafna za transport, składowanie i obsfugę techniczną
poctsk w rakietowych [przyp. tłum.l.
7

v

* Armiejskaja Podwiżnaja Rakieto_Tiechniczeskaja Baza

_

jednost-

-

Akwar

u

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

jedenrnaprzeŻyć, drugi zdechnąć - bez wahania wpijamy się poż łkłymi kłami w gardło sąsiada, brata, matki. Każdy z nas jest bestią. Ja _ z pewnością, i nie staram się tego ukryć' I mieszkaniec dwunastej planety krryącej wok ł pomaraitczowego słorica, zagubiony w otchłani bezimiennej galaktyki - to r wnieŻ zwierz, tyle że udaje dobrego. I szef wywiadu 13. Armii pułkownik Krawcow to teŻ zvłierzę. To bestia, jakich mało. O' siedzi sobie
i los stawiają sprawę na ostrzu noza -

przy ognisku, patykiem Żar rozgarnia. Niewysoki, zadbany' przystojna młoda Lllłarz, z |ekka wyniosła. Szeroki, ujmujący uśmiech, ale kąciki ust zawsze trochę opuszczofle: ozrtaka opanowania i determinacji. Druzgocące, przenikliwe spojrzenie sprawia, Że rozrn wca zaczyma mnrgać, spuszczać wzrok. Wypielęgnowane, nieproletariackie dłonie. W szlifach pułkownikabardzo mu do twarzy. Ludzie jego pokroju miewają czasem dziwaczne s kłonno ści. Nie kt rzy zbier aj ą pono ć zar dzewiałe kopiej ki. Ciekawe, jaką pasję ma nasz pułkownik? Dla mnie, dla nas wszystkich jest prawdziwą zagadką. Wiemy o nim bardzo mało; on wie o każdym z nas wszystko. To młierzę. Niepozorne, krwiożercze, śmiertelrrie niebezpieczne. Wie, czego chce, i zrnierza prosto do celu. Zndm jego gwiazdę przewodnią. Na imię jej WŁADZA. Siedzi przy ognisku i czerwone odblaski miotają się po jego męskiej twarzy' Czarny regularny profil. Czer_ wone cienie. Nlc więcej. Żadnychprzejść.Żadnych kompromis w. Jeślipopełnię choć jeden błąd, zgniecie mnie, zniszczy' JeŻeli go oszukam' wyczyta to z moich oczu' PotęŻny łeb. _ Suworow, chcesz o cośzapytać? Jesteśmysami przy ognisku, w niewielkiej zapadlinie zagubionej w bezkresnym stepie. Nasz samoch d stol ukryty w zaroślach, kierowca odpoczywa. Czeka nas długa jesienna noc. - Tak, towarzyszu pułkowniku' dawniej już chciałem was zapytać... Macie pod swoimi rozkazarni setki młodych, sensownych, doskonale zapowiadających się oficer w, świetnie wyszkolonych, o wykwintnych manierach... A ja jestem chłop, nie czytałem wielu ksiąlek'
90

o kt rych m wicie, nie jest mi łatwo w waszyln kręgu..' Nie interesują mnie pisarze i ma|arzę, kt r5rmi lvy się zachwycacie... Dlaczego wybraliście właśnle mnie? Dfugo Wząta się przy czajniku, najpewniej zastanawiając się' czy ma powiedzieć jak zwykle cośo mojej pracowitości i pojętności, czy wyłoĘćprawdziwe powody. W czajniku warzy morderczy nap j: mieszankę kawy z koniakiem. Wypijesz, i przez dobę oka rie zmnlĘsz' - Powiem ci, Wiktor, całą prawdę, bo sam ją rozumiesz, bo trudno cię oszukać, bo powinieneś ją znać. Ży1erny w okrutnym świecie. Jed5ma szansa przeżycia' to piąć się do g ry. JeŻeli staniesz w miejscu, stoczysz się w d ł i zatratują cię ludzie, kt rzy po twoich gnatach gramolą się wnllyŻ. Nasz światto krwawa bezkompromisowa walka system w, a zarazem walka jednostek. W tej walce kaŻdy potrzebuje pomocy i wsparcia. Ja teŻ potrzebuję pomocnik w, zdecydowanych na wszystko, gotowych w imię zwycięstwa podjąć śmiertelne ryĄrko. Muszę mieć pewność, Że n1e zdradząmnie w najtnrdniejszej chwili' Aby to osiągnąć, istnieje tylko jeden spos b: wybierać pomocnik w z samych doł w. Za'wdzięczaszmi wszystko i jeżeli mnie wywalą, to wyvaląr wnieŻ ciebie. Jeśliwszystko utracę, to i ty stracisz wszystko. Wyciągndem cię z tłumu nie Z uwagi na twoje zdolności, lecz dlatego, że jesteśczłowiekiem z thrmu. Nie jesteśnikomu potrzebny. Wystar czy, że cośmi się przydarzy, 7 zlowu wylądujesz w tłumie, tracąc władzę i przywileje. Ten spos b doboru pomocnik w i ochrony osobistej jest stary jak świat. Tak postępowali wszyscy władcy. Zdradzisz mnie, stracisz wszystko. Mnie dokładnie tak samo wyłoWlono z motłochu. M j protektor pcha się do g ry i ciągnle mnie za sobą. Licząc na moje wsparcie w każdej eytuacji. Jeżeli on zginie, komu będę potrzebny? - Wasz protektor to generał-lejtnant Obaturow? - Tak. Wzia} mnie do swojej grupy' kiedy był jeszcze maJorem, a ja lejtnantem... Niezbyt fortunnym. - Ale i on komuśsh]Ty.Jego też ktościągnie w g rę? - Ma się rozumieć. Ale to juŻ nie twoja sprawa' Możesz być pewny, że jesteś w odpowiedniej $rupie i Że $enerał-lejtnant Obaturow ma wpływowych protekto-

9l

WIKTOR STIWOROW

AKWARTUM

r w w Sztabie Generalnym. Ale ja Zr:ann cię dobrze, Suworow' Czuję, Żę nie tu cię boli' W czyrn rzecz? - Opowiedzcie mi o Akwarium. _ To też już wiesz? Tego słowa nie mogłeś nigdzie usłyszeć. Zlaczy, gdzieśje widziałeś'Zaraz, Zaraz' powiem ci, $dzie je widziałeś. - Na odwrocie portretu. - Ach tam? Sfuchaj uwaŻlie, Suworow: nigdy nikogo o to nie pytaj. Akwarium zbyt powaimie trakĘe własne tajemnice' T\ zapytasz, a oni wezmącię na hak. Nie, ja nie żartuję. Za Żebro, i w g rę. Nie powinienem ci m wić o Akwarium' M głbyśopowiedzieć to komuś,a on jeszcze komuś,potem nastanie moment, gdy wypadki potoczą się inaczej i kogośaresztują dowiedzą się, gdzie usĘszał to słowo, on wskaże ciebie, a ty mnre. - Sądzicie' że jeślizaczną mnie torturować, sypnę wasze nazwisko?! - Co do tego nie mam wątpliwości' iĘ teŻ rnożeszbyć pewny' Ęlko Bfupcy powiadają ze twardy wyŁrz5rmuje na torturach, a słabeusz pęka. Bzdury. Po prostu sĄ-dobrzy oficerowie śledczy aJbo źIi. Akwarium ma dobrych śledc4rch... Jeże|i traJisz na konweje r, przyznasz się do wszystkiego' Ączrie z tyn, czego nigdy nie było... Ale.'. ja wierzę, Wiktor, żr arlj ty' ani ja nie wylądujemy na konwejerze, i dlate$o powiem ci cośniecośo Akwarium''. _ Co za rybki tam pływają? - T\rlko jeden gatunek: pirame. - Pracowaliście w Akwarium? - Nie, ominal mnie ten zaszczyt. Może kiedyś,w przypewnie uwaŻają, że nie mam jeszcze dośćostszłości... rych zęb w' No więc słuchaj. Akwarium to centralny gmach II Zarządu Gł vrnego Sztabu Generalnego, zl|aczy się Gł wnego Zarządu Wywiadowczego GRU. Wywiad wojskowy istnieje pod r Żnyrni nazwarni od 2I październlka l9l8 roku' W ow5rm czasie Armia Czerwona stanowiła juŻ potężny organizm. Armią kierował Sztab Generalny, jej m zg' Ale posunięcia Sztabu cechowała powolnośći brak precyzjl: orgarljzrn był ślepy i głuchy. Wszelkich informacji dotyczących przeciwnika dostarczała CzK. To tak' jakby m zg rejestrował infor92

macje przekazywane nie ptzez własrle oczy i uszy, |ecz dostarczane z zewnątrz. A i czekiści Zawsze traktowali zapotrzebowania pochodzące od wojska jako drugorzędne. Inaczej zresztąbyć nie moŻe; tajna policja ma swoje priorytety, a Sztab Generalny swoje. I choćby nie wiem ile dostarczano mu informacji, nigdy nie będzie dość. Wyobraź sobie, że następuje fiasko operacji. Kogo pociągnąć do odpowiedzialności? Sztab Generalny zawsze może powiedzieć' Że rlje miał odpowiednich informacji o przeciwniku, i stąd klapa. I zanvsze będzie miał sfuszność,bowiem choćbyśna$romadził diabli wiedzą ile danych, szef Sztabu Generalnego zawsze rnożę zadać ci jeszcze milion pytari, kt re pozostaną bez odpowiedzi. oto pow d, dla kt rego zdecydowano przekazaćwywiad wojskowy w jego ręce' od tej chwili jeżeli brakuje informacji, sprawa jest jasna: jest to wina samego Sztabu. - I KGB nigdy nie daąyło do przejęcia kontroli nad GRU? - Za'wsze. R wnież dziś.Jeden razudało się to Jeżowowi: był jednocześnie szefem NIflVD i wywiadu wojskowego. Zapłactł za to własną głową skupił w swoich rękach zbyt wielką władzę. Posiadał wyłączną kontrolę całej tajnej działalności'W oczach najwyŻszego kierownictwa jest to straszliwy monopol. Dop ki istnieją prąrnajmniej dwie tajne organizaqe' toczące między sobą skrytą walkę, dop Ę możma nie obawiać się spisku w łonie jednej z nic}a. P ki są dwie organŻaĘe, działa prawo konkurencji i obie lepiej pracują. Dzle ' w kt rym jedna z nl:ch pochłonie d^gą będzie ostatnim dniem istnienia Politbiura. Ale KGB ograricza Politbiuro do tego nie dopuścl.Działalność się do wrogich orgarrizacjl Wewnątrz kraju MWD wykonuje bardzo podobną robotę. MWD i KGB gotowe są pożreć się wzajemnie. Ponadto w kraju funkcjonuje jeszcze jedna tajna policja: Kontrola Ludowa' stalin' nim został dyktatorem, stał na cze|e tej właśnieinsĘrtucji' A za granicą prze ciwwagę dla tajnej działalnościKGB stanowi Akwarium' GRU i KGB toczą nieustanną walkę o Źr dła informacji, i dlatego obie insĘrtucje odnoszą takie sukcesy' Milczę, trawiąc wszystko, co usłyszałem'Przede mną dfuga noc. Trzydzieści metr w od nas w wierzbinie ukryĘ jest wielki nadmuchiwany model rakiety Pershing - do93

wrKToR suwoRow

AKWARIUM

kładna kopia amerykar1skiego oryginału. Ubiegłej nocy cały batalton Specnazu zrzucono niewielkimi grupkami z dala od tego miejsca. Zaurody. Marszmta - 3O7 kilometr w. Na trasie pięć punkt w kontrolnych: rakieĘ, radar, sztab. Grupa, kt ra pierwsza'prznbędĄe ten dystans wykrywając wszystkie obiekty i komunikując ich dokładne wsp łrzędne, otrzymuje urlop i złoly zegarek dla każdego. Wszyscy ŻoŁnierze zwycięskiej grupy zostaną młodsąrmi sierżantami' slerzanci - starszymi sierżantami., Prz'emarsz grup kontrolują wyżsi oficerowie wydztahr wywiadowczego. Sam Krawcow zwykle lata śmĘłowcernwzdłuŻ trasy, jednak dzśpostanowił udać się na punkt kontrolny i na pomocnika wybrał mnie.

'ł il
i\

l1r

i,l

tt
l

-

Zdaje się, że nadchodzą. Potem pogadamy.

wślŻgujesię gigantycnly ciefi. Płomieri ogniska w pierwszej chwili oślepiłbarczystego dywersanta. Wpatruje się w nasze Fłłatze i, rozponnjąc Krawcowa, melduje: - Towarzyszu pułkownlku, 29. grupa rajdowa drugiej kompanii Specnazu' Dow dca sierżant Poliszczuk. - Witamy' sierżancie. Sierżant odwraca się w stronę grupy i cicho gwiżdże, naśladując glos susła. Po nasy1rie zarz-esz.czaĘ podeszwy dywersant w. Dwaj zajmują stanouriska na gubiecie: obserwacja i obrona. Telegra.ffsta błyskawtcznie monĘe arrtenę. Dwaj inrri rozciągająbrezent: pod płachtąbędzie czarował szyrfrant grupy. Zwyczajny śmiertelnik nie ma prawa znać tajemnicy komunikat w, dlatego szyfrariana c7.as pracy zAwsze prąrkcywa się brezentem. W warunkach bojowych dow dca grupy odpouriada lową ?A jego beąIecze stwo - no i zabezpiecz-e stwo szyfr w, ma się rozlsnieć' Gdyby grupa nrcJazła się w zagro żerljru, dow dca ma obowiąpek zabić sz5rfranta, a księgę kod w i aparaturę szyfnrjącązriszczyć. JeŻe|i tego nie wykona, odpowie głową nie Ęlko on osobiście,ale r wnieŻ cała grupa.
94

ciem stacza się w

d

ł. Do rozpadliny bezszelesbrie

roŻnym

J*'E

jakwĘ

KomunikatJuż gotowy' widzimy go wszyscy. Zwyczajna taśma filmowa z kilkoma rzędami perforacji' Wsuwa się ją prosto do radiostacji. Nadajnik jeszcze nie jest wĘcz-ony ani wyregulowany. Telegrafista śledziwskaz wkę chronometru, i raptem wciska guzik. Radiostacja włącza się' nastraja automatyczrl7e rlawłaściwączęstotliwość,wciąga w swe czeluści perforowanąkliszę, 7 za moment jąw5pluwa. Gasnąkolorowe lampki na nadajniku. Cały seans łącznościnie trwał dłużejniż sekundę. Radiostacja dosłownie strzela ładunkiem informacji. Szyfrant przykłada do taśmyzapa|onązapaŁkę: złośl1wy syk - i w mgnieniu oka taśma zrika. Tylko Z wg|ądu przypomina zulyczajny film. Spala się r wnie szybko, jak nadajnik przesyła zakodowany komunikat. - Gotowi? Podskoki! Dobra! Naprz d marsz! ostry jest sierżant Poliszczuk, wymagający. 7-.ajeźdz1 swoją gnrpę, nte da chwili wytchnienia. Na razie wszystko gra. Ale nie m w hop' dop ki nie przeskoczysz. Co będzie jeżeli grupa zdechnie po pierwszych dwustu kilometrach? Dow dcom pozostawiono dużo swobody w podejmowaniu decyĄi. Chcesz _ tnożresz zatl:zymać gnrpę. Chcesz _ poŁ Ż ją spać. Chcesz - r b post j co 1o minut. T$ko jeśligrupa wyląduje wśrd dziesięciu najsłabszych' to jednego moŻesz być pewny: spadną z twoich naramierrnik w sierżarrckie belki 1zostaniesz zdegradowany do stopnia szeregowca; na twoje miejsce cz1l}ra już wielu chętnych. - Towarzyszu pułkowniku' 11. grupa pierwszej kompanii. Dow dca sierżant Stolarz. - Witajcie, sierżancie. R bcie swoJe, nie zwracajcle na nas uwagi. - Tak jest! NosoroŻec i Brzydkle Kaczątko, na nas54p! - Takjest! - Rzygaczl - Rozkaz! - Dawaj Łączność. _ Jest Ączność| - Gotowi? Podskoki! Dobra! Naprz d marsz! Teraz grupy posypią się jedna po dnrgiej' Tak to jest zawsze na zawodach. Kilka grup wymyka się daleko do przodu, następnie idzie w kr tkich odstępach - albo

wrKToR sttwoRow i bez odstęp w _ gł wna masa' na koricu sp Źnialscy, ci, kt rzy wypadli z trasy. Niekt rzy odpoczywająprzy naszym ognisku godzinę, inni dwie' Niekt rzy stają tylprzekazać doniesieko na chwilę, by nawią7ać łączność, nie - i dalej w d'ogę. Tuż koło nas kilka grup szykuje sobie niewymyślną kolację. Na manewrach nie wolno rozpa|ać ogniska' i komandosi goĘą na suchym paliwie. Ale na zawodach nie zabraria się korzystać z ognia. Na zawodach hczy się przede wszystkim dokładność orientacji, szybkość,pr ecyzja wy zrlaczania wsp łrzędnych i łączność. Reszta jest mało ważna. od ognis ka dochodzą smakowite zapachy. Dywers anci pieką kurę. Pieką ją specjalnym sposobem: obcięli głowę i łapki, wypatroszyli' ale nie oskubali, oblepili grubą warstwą mokrej gliny - i do żaru. Aromat rozrosi się na wszystkie strony. Wkr tce kura upieczona. oĘpuje się warstwę wypalonej g|iny, razem z g|iną odchodzi całe pierze, i ociekający tłuszczykiem ptaszek got w na st ł. _ Towarzyszu pułkowniku, zapraszamy do nas. - Dziękuję. Gdzieście wytrzasnęli kuraka? _ Dziki, towarzylszu pułkowniku. Bezdomny' Podczas zawod w chłopcy zeSpecrlazu nierzadko ,,dzikiego'' prosiaczka zdobędą' albo kurę czy kogucika. Czasem trafią się dzikie ziemniaki, dzikie pomidory i og rki' dzika kukurydza. Irrna grupa właśniegotuje kukurydzę w wielkim czajniku. - A skąd czajrnk? - Jak by tu powiedzieć. LeŻał na drodze. Pomyśleliśmy,Że niepotrzebnie się marnuje. Skosztujcie kukurydryt Znakomita. Krawcow ma zasadę przyjmować kaŻde zapros7frnie prostego ŻoŁnierza z wdzięcznością, jakby go zapraszał szef sztabu okręgu albo sam gl wnodowodzący' Bez Żadnej r żnicy. Wok ł ogniska zapanowało ożywienie. Żartowniśz pułkownika. KaŻdy dywersant $ot w w ogieri za niego skoczyć. Niełatwo pozyskać sobie u nich taki mir. Podporządkowują się każdemu przełożonemu, ale szanująbynajmniej nie każdego, i przebiegły komandos znajdzie tysiąc sposob w, by okazać dow dcy szacunek, albo jego brak. A za co szan:ują Kraw96

AI(WARIUM

cowa? Za to, Że nie ukrywa swojej ztxlierzęcej natury i ukryć stę nie stara. D5rwersanc7 wierzą głęboko' że ludzka natura jest nieodwołalnie zepsuta. Wiedzą to najlepiej. KaŻdego dnia ryzykują własne Ęc1e i kaŻdego dnia mają okazję obserwować człowieka na granicy śmierci.Wszystkich |udz1 dzild^ąna dobrych i zĘ ch. D obry, to - w ich pojęciu - człowiek' kt ry nie ukrywa siedzącego w nim młierzęcia. A taki, co usifuje udawać dobrego, jest wręcz niebezpieczny. Najgroźrnejsi są ci, kt rzy sami głęboko wierzą, że są dobrzy. odraŻający, ohydny przestępca moŻe zarnordować jednego człowieka, dziestęciu, stu, ale nigdy nie zabija milion w. Miliony mordują ci, kt rzy mają się za sarną dobroć. osobnicy pokroju Robespierre'a nie wywodzą się spośr d spośrd dobrych, humanitarzbrodniatry, lecz właśnie nych. Gilotyny teŻ nte wymyśliliprzestępcy' ale humaniści.Najstraszliwsze zbrodnie w dziejach cywilizacji są dzielem ludzi, kt rzy nie pili, nie palili, nie zdradzali swoich żon i karmili wiewi rki z ręki. Chłopcy, z kt rymi wcinamy właśniekukurydzę' są przekonani, Że człowiek może być dobry Ęlko do określonejgranicy. JęŻeLi Życile przyciśnte, ludzie dobrzy staną się źl7, i rnoŻe to nastąpić w najbardziej niewłaściwej chwili' Aby nie dać się znienacka zaskocąrć takąprzemianą lepiej nie rnieć z dobrymi do cąrnienia. Lepiej zadawać się z Ęmi' kt rz5r dzisiaj sążli. Wiesz pr4rnajmniej, czego możesz oczekiwać' gdy fortuna kły wyszczerzy. Pod tym względem dla nich pułkownik Krawcow to sw j gość.Powiedzmy, idzie ulicą piersiasta dziwa. Pośladkiprzewa|ają się' jak dwa arbuzy w siatce. Co dywersant zrobi w takiej sytuacji? Ano, prąmajmniej wzfokiem ją zgwałci' jeżeli nie tnożna lnaczej. Pułkovmik Krawcow zachowa się identyczrie, bez żenady. Za to go szanują' Niebezpieczny jest ten, kto nie ogląda się za kobietą. Niebezpieczny jest ten, kto stara się pokazać, Że Eo te rzecŻy w og le nie interesują. Tacy właśniebywają skrytymi sadystami i zab jcami. Krawcow nie należy do tej kategorii. Lubi płeć piękną (a kto nie lubi?) i nie cz1mi z tego tajemnicy' Lubi władzę _ po c Ż miałby się kryć ze swoją namiętnością?

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

A lubi ją bardzo. KaŻdąwładzę. Poczułem to' gdy po raz pierwszy zobaczyłetn' jak bił ''kukłę''. Była to apoteoza siły i bezwzględnej władzy. ,'Kukła" to człowiek. Człowiek do trenirrgu. Gdy toczysz wa|kę ze swoim towarzyszem' wiesz Z E ry, Że cię nie zabije. on też wie, Że go nie zab7jesz. Dlatego taka walka tracl sens' Natomiast ,,kukła'' może cię zabić' a i ciebie nikt nie zgar:i, jeŻeli połamiesz jej Żebra, a|bo pr zetr ącis z kręgo s łup' Mamy odpowiedzialrrąpracę i ręka nie ma prawa nam zadrŻeć w krytycznej chwili' l nie zadrĘ. Znby nasi dow dcy byli o tym całkowicie przekonani, podsuwająnam do treningu ''kukły"' To nie myśmywpadli na ten pomysł. ,,Kukła'' była w uĄciu juŻ znacznie wcześniej, ale naz5rwźrrro jąnaczej. W CzK m wiono o niej ,,gladiator", w NKWD - ,,wolontariusz", w SMIERSZ-u* - ,,robinson", u nas - ,,kukła''. ,,Kukła'' jest to przestępca, skazany na karę śmierci' Podeszłych wiekiem, chorych' słabowitych, tych, kt rzy zadlrŻo wiedzą likwiduje s1ęzaraz po ogłoszeniu wyroku. Ale co stlniejszych i krzepkich wykorzysĘe się jeszcze przed śmierciądla wzmocnienia potęgi nasze$o paristwa. Krążąpogłoski, że skazanych na śmlerćposyła się do kopalni uranu. Bzdura. Uran wydobywają młyczajni więźniowie. Skazanego na śmierćwykorzystuje się znaczIie bardziej produktywnie. Na przykład robi się zeri ,,kukłę'' w Specnazie, z pożytkiem dla obu stron. My możemy ćw\czyć, kolejne chwyty' nie patyczkując się z przeciwrikiem, a dla niego to odroczenie kłźnl. Dawniej gladiator w czy .kukieł" starczało dla wszystkich. Teraz brakuje. Wszystkiego u nas brak. A to mięsa, a to chleba, no i wreszcie zabrakło ,,kukieł''. A zapotrzebowanie bynajmniej nie maleje - i powstaje wąpkie gardło. Dlatego za(eca slę w miarę ostrożne używanie nie wpły"kukieł", by shrżrylłyjak najdhrżej. Ta dyrekĘwa wa w istotny spos b na przebieg ćw7czeil, Tobie nie wolno partnera zabardzo ka|eczyć, ale on nie ma żadnych
* W latach 194&46 kontrwywiad wojskowy, podległy Ludowemu Komisariatowl Obrony tprzyp. tlum. l.

l{

l

t

ł

I

hamulc w. W każdej chwili może wpaśćw furię. Nie ma kark ukręcić. Dlatenic do stracenia. Może ci śmiało go walka z ,,kukłą'przynosi stokroć więcej poirytku, niŻ ćwiczenia z instruktorem, albo kolegą' Zmaganla z ,,klukłą" to prawdziwa walka' prawdzlwe ryTyko. W całym batallonie Specnazu tylko jeden wydzielony pluton zawodowc w jest dopuszczorry do treningu z ,,kukłami''. Trzy zvłyczajne kompanie dywersyjne nie mają w og le pojęcia o ich istnieniu. Pluton specjalny stacjonuje osobno, ukryty w Dubrowicy, wewnątrz karnego batalionu. Teren jest dobrze strzeŻnny i nla]azło się tam miejsce dla,,kukieł''. Krawcow nie lubi darmo ryzykować, ale lubi władzę. Dlatego zakaŻdymrazem, $dy trafi do Dubrowicy,.wkłada dres i idz1e sam potrenować na "kukłach". Ćwicry dfugo' zapamiętale' TWardziel.

rfa I rochę wody, p ł puszki kawy rozpuszczalnej,

solidna porcja koniaku - i na ogie . Ten barbarzFiski w5rwar musi się dfugo gotować. Wystarczy kilka Ęk w, i skaczesz jak młode koź|ę. Przyjemny aromat łaskocze powonienie. Szary świt.Zimna mgła' Gryzący dym od ogniska. Zrrowu zostaliśmy sami. - Wiele Bezpieka naszej krwl wyssała? - Masz na myślicałą armlę' czy tylko GRU?

V-II

ojcryrźrie, - Byliśmy batdzo naiwni. My służyliśny a czekiści służyli sam)rrn sobie i partii. _ Czy to się może jeszcze powt rzyć? - Tak, jeŻeLibędziemy r wnie naiwni' jak dawniej... Warry swoją miksturę, a mnle się widzl, że to m j los się waży. Nie przypadkiem zna|azł sLę ze mną sam na sam w odludnym stepie. Nie przypadkiem prowadzi takie rozmowy. opowiadając o Akwarium powierąrł ml sw j los. PrzecieŻ mogę go zniszczyć. Po co idzie na takie ryzyko? Ani chybi spodziewa się po rnnie tego samego.
99

- Iarmię,iGRU. - Wiele. _

D|aezego tak wyszło?

98

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

Jestem got w ryzykować razem z Krawcowem i dla niego' Ale jak mam to wyrazić? - Nie możemy dopuścić,by to się powt rzyło. W imię dobra naszej ojczyzny musimy być silni. Armia nie może ustępować siłą KGB... Nagle czuję, że tu właśnieczegoś ode mnie oczekuje i z miejsca podchwytuję: - Nie możemy im na to pozwolić. Monopol władzy w rękach cze}<ist w rnoŻe zadusić radziecką władzę... - A]e mon pol władzy wojskowej teŻ może zriszczyć władzę radziecką. Tego się, Wiktor, nie obawiasz? _Patrzy mi prosto w oczJr.

kich marszałk w i generał w? - Utrzymywałbym ścisłekontakty z kolegami. JeŻeli jeden jest zagrożony, wszyscy generałowie i marszałkowie powinni $o bronić. Musimy być solidarni.

-

Nie. Co byśrobił na moim miejscu? Na miejscu radziec-

_ Wyobraź sobie, Że taka solidarnośćjuż istrrieje. Tajna, ma się rozumieć. Wyobraź sobie, Że partia i KGB postanowiły kt regoŚ z nas strącić' Jak pozostali mają zareagować? ogłosić strajk? Podać się zbiorowo do dymisji?

- Myślę'że powinniśmyodpowiedzieć ciosem na cios. Ale nie uderzać we wszystkich naszych wrog w' Ęlko wybierać najbardziej riebezpiecznych. Jeślimacie osobiście kłopoty z miejscowym kierownictwem partyjnym albo z Bezpieczeitstwem' to nie wy powinniście się z nimi bić, lecz wasi prąfaciele z całego Zw\apku powinni zadavłać wasąEn wTogom skrytob jcze ciosy'.'
stko to sobie uroiłeś.7-,aparntętaj sobie, Że najLepiej trzymać się z daJa od Ęch burd, ale w wczas do korica pozostaniesz w gnoju. Walka o władzę nie zrla pardonu. Kto przegrał, ten przestępca. Zwycięzcy jest wszystko jedno, przestępstwa, czy rie. Tak czy tnaczej: czy popełniałeś winny. Więc lepiej juŻ je popełniać, a jeŻe|Ipopekriać, to nie dać się zbpać, a jeŻelri złapią to się nie przyzrnw7ć, a jeż'r.li się przyznawać, to do czyn w prosĘch, a rie zorganizowanych. Każdy' kto walczy o władzę ma swoją$nr100

- Dobrze' Suworow, ale pamiętaj: ta rozmowa nigdy nie miała mĘsca' Po prostu łykn{eśza d'uŻo koniaku i wszy-

najstraszliwszych torhrrach nie wolno ci odstąpić od tego' Żę działałeś pojedynkę, bo inaczej czekają cię tortury w jeszcze straszniejsze. A teraz shrchaj uwaŻnie. Głos zmienił mu się $wałtownie, podobnie wyraztvłnry. _ Za Lydzieil' p jdzieszjako obserwator z grupą Specnaz;:. Zrzucą was na Storożenieckim poligonie. Nazajutrz gnrpa rozpadnie się na dwie części.od tej chwili znikasz' Ruszasz do Kiszyrriowa. Masz podr żować wyłącznie pociągami towarowymi. T}lko po nocach. W Kisz5miowie znajduje się Wyższa Szkoła Pedagogiczna' Nastroje nacjonalistyczne rua uczelni wychodząpoza notmę. Nocą wymalujesz na ścianieto hasło. Podsuwa mi karteluszek cieniutkiej bibułki. - Nie znasz mołdawskiego, więc wkuj cały tekst na pamięć. od razu. Spr buj napisać' Jeszcze raz. Pan1ętaj. Wszystko robisz sam. Jeżeli gdziekolwiek cię zatrzymają m wisz, że straciłeśkontakt Z gn)p% wypadłeśZ marszruty i starasz się na własną rękę wr cić do sztabu armli. Dlatego podr żujesz nocami w wagonach towarowych. Uważaj, nie zaśpij.Wysypiaj się w dzieri w lesie' - Jakiej wielkości mają być litery? - 15-20 centymetr w wystarczy, żeby strąc1ć przewodniczącego mołdawskiego KGB. - Jednym hasłem? - To jest szczeg lrry przypadek. Z nacjonalizmem na uczelni walczy od dawna i bezskutecznie. Podejmowali najbardziej drakoriskie środki.Wysłali do Moskwy raport, Że sytuacja została opanowana. T} musisz pokazać, Że jest inaczej' Naturalnie, podejrzenie może paść na Odeski okręg Wojskowy, ale tamtejsze dow dztwo bez trudu dowiedzie swojej niewinności. Zadajemy cios nie wprost, lecz zza węgła' z sąsiedniego okręgu. PowtarZarIL, działasz sam jeden. 7'obacąrłeśto hasło na jakimś papierku na ulicy, nauczyłeśsię go na pamięć i napisana łeś ścianie,nie rozumiejąc jego zr:raczertia' Lepiej być ghrpkiem niz spiskowcem. Hasła nie zapomniałeś? - Nie.
101

pę, swoją orgafizację, i tego nikt nie danrje rywalom. Udzia}w orgalizacji' to najstraszniejsze, do czego moŻesz slę przyznać. oznacza dla ciebie potworny koniec. Na

WIKTOR STIWOROW
,. orugiego #iJ grupa rozpadła się na dwie mniejsze. Dow dcy obu podgrup wiedzieli, Że od tej chwili działająsamodzielnLe,bez odg rnej kontroli...

AKWARIUM

go kontrolować' No więc cię kontrolowalem' - Po co mi powiedzieliście,że byłem pod kontrolą? - Aby r wn(eŻ na przyszłośćnie przychodziły ci do głowy $h:pie pomysĘ. Będę ci zlecać od czasu do czasu

mogą mu wpaśćdo głowy najgłupsze pomysły. Trzeba

się do szefa wyMadu. Melduję, Że w trakcie manewr w po rozdzielenlu się grupy miałem spotkać trzecią ekipę, ale do spotkania nie doszło, straciłem orlentację i dfugi czas szwkałem właściwejdrogi, nie korzystając z map ani z pomocy obcych' Niezraczrr5rm uśmiechemdaję do zrozumieria, ż.e robota wykonana. Czysta robota. Lekkim skirrieniem głowy pokazuje, Że Zroa)rniał' Ale nie uśmiecha się do mnie.

D,/Ix p źniej zjawiam się w sztabie armii. Zgłaszalrl I ięć dni

podobne drobiazgi, ale ni$dy nie będziesz mieć pewności,czy podejmujesz śmiertelne ryzyko, czy cię po prostu sprawdzam. - Uśmiechn{ się do mnie szeroko i prĄaźnle. - I wiedz jedno: mam na ciebie taki mateflał, Że w każdej chwili mogę zrobić z ciebię .kukłę''.

po p ł szklanki zimnej w dki i w milczeniu wskazuje jedną z nicb' - Z szefem też się czasem rnożna napić. Nie b j się, to nie ty narnlcasz mi się ze swoją przyjaźnią' to ja cię

o, potem

r""#i

'ws"ysttie likacje. Jasne' że anl w prasie lokalnej, ani w centralnej nic na ten temat nie może się ukazać. Jednakże w miejscowych gazetactt m głby pojawić się artykulik pod nagł wkiem,,Umacniajmy proletariacki internacjonalŻm!'' Nie ma takiego artykuliku... Kładzie mi rękę na ramienil. Za'wsze podchodzi nle postrzeżenie. - Nie trać czasu. Nic się nie wydarzy. - Dlaczego? - Dlatego' Że to, co wysmarowałeś na murze zda się psu na budę. Tekst był zupełnie nieszkodliwy. - Więc po co malowałem go na ścianie? - Po to, żebyrn m gł cię sprawdzić. - Byłem caĘ czas pod obserwacją? - Prawie caĘ czas' Znałemw przyb|żeniu twoją trasę, znałem punkt docelowy' starczyło więc pchnąć dziesięciu chłopa na kontrolę, i niema| kaŻdy tw j krok został zarejestrowany. Kontro|erzy, rzecz jasna, nie mieli pojęcia' co robią..' Kiedy człowiek jest w napięciu,
ro2

pu#

wezwałem. Pij. Ujmuj ę szklankę, podnoszę na wysokoś ć oczu, uśmiecham się do mojego szefa, i powoli wypijam. W dka to ożywczy nap j. Ponownie nalewa po p ł szklanki: _ Shrchaj' Suworow, sw j wzlot za'wdzięczasz tylko i wyłącznie mnie' _ Zanlłsze o tym pamiętam' - obserwuję cię od dawna i staram się ciebie zroz1)mieć. Na moje oko jesteś urodzonym przestępcą, choć się tego nie domyś|asz i rie przeszedłeśkryminalnej szkoły Życia. Nie protestuj, zrtarn się na ludziach lepiej od ciebie. Widzę cię na wskroś. Pij. - Wasze zdrowie. _ Zakąszaj og reczkiem. Ma posępny wt az Błłarzy. Zap ewne j e szcze pr zed' mo lm przyjściern zdą!rył łykną co nieco. A po wypiciu zawsze robi się ponury. Z:upehl,ie jak ja. Widocznie już to zauwaĘł i na tej podstawie, atakże irinych prawie niezau-waŻalnych cech szkicuje m j portret' będący projekcją jego samego.
103

-

DziękĘę'

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

- Gdybyśtxaflł, łotrze, pomiędzy knajak w, przyja|byśsię, jak nic. Wzięliby cię za swego, a po kilku latach cieszyłbyśsię w bandzie wyraŹnyrn autorytetem ' Bierz klełbaski, nie krępuj się. PrzywoŻą rni ze specjalnego rozdzie|nika. Pewnie w og le nie wiedziałeś,Że taka kiełbasa istnieje, zallirn cię wziąłem do siebie. Pij... Ponad p ł metra y dki pochłon{. Stopniowo Zaczyna dzLałać. Widelec w jego dłoni utracił precyzję ruch w, ale głowa nie poddaje się działaniu alkoholu. M wi jasno iwyrażnie, myśli tak samo. - Jednego nie mogę w tobie, Suworow, zrozumieć; naprawdę nie sprawia ci przyjemności męczenie innych, czy rozkoszować się tylko udajesz? Mamy szerokie możliwości swoją siłą. Warikę-pederastę rnoŻna dręczyć, ile dusza zapragnie. Ale ty stronisz od Ęch uciech. D|aczego? - Nie bawią mnie męczarnie. - Szkoda. _ Czy to źle w naszym fachu? - W og le to nie. Na świeciejest astronomicznaliczba prostytutek, \ecz tylko nieliczne delektują się swoją sytuacją. Dla większości jest to tylko cięŻka firyczna praca. Ale niezaleŻnie od tego' czy kurwa lubi sw j fach, czy nie, jakośćświadczonych usług pozostaje w zflaczrlyrn stopniu funkcją jej stosunku do wykonywanej pracy, poczucia odpowiedzialności, pracowitości. Niekoniecznie trzeba rozkoszować się swojąprofesją, niekoniecznie trzebają lubić' ale w każdej sytuacji na|eŻy być pracowitym. Czego zęby szczerzysz? - Ładnie powiedziane:,pracowita prostytutka''. - Nie ma się Z czego Śmiać, nie jesteśmywcale lepsi od prostytutek, teŻ wykonujemy nie całkiem czystą robotę ku czyjemuś zadowolenil, i za nasz cięŻki trud płacą nam nieźle. Nie bardzo |l;.bisz sw j zaw d, ale jesteśpracowity, i to mi wystarcza. Nalewaj sam' - A wam? - Kropelkę. Dwa palce' Starczy. Sfuchaj' po co clę wezwałem' Prz.eĘć na naszej zasranej planecie można tylko pod warunklern, że pr?.egryza się gardziele innym. Taką możliwość daje władza. Utrzymać Się prąr wład4r rnoŻrta jedynie drapiąc slę wzvłyŻ. Ja ciebie ciągnę do g ry' ale
104

potrzebuję też twojej pomocy, kaŻdej, choćby i kryminalnej' Kiedy wdrapiesz się za mną nieco WŻej' sklecisz własną grupę' i będziesz ciągnąć ją za sobą' a ja będę c1ąnąć ciebie, a mnie jeszcze ktośinny. I wszyscy razem będziemy wypychać naszego gł wnego lidera w g rę. Nagłym ruchem chwycił rnnie za kołnierz: _ Zdradz1sz, poŻałwjesz| - Nie zdradzę' - Wiem' _Patrzy surowo. _Możeszzdradzaćkogo dusza zapragrie, choćby nawet ojczyznęRadziecką ale nie mnie. Nie waż się nawet o Ęrm pomyśleć' Ani ci to w głowie, wiem, po twoich oczach diabelskich vurfuę' No' dopijmy' i fajrant. Jutro ptĄdziesz do pracy o si dmej' i na dĄewiątą pr4rgotujesz do zdatia wszystkie papiery. 7'ostafem miarrowany szefem Zarządu Wyw'iadowczego Karpackiego okręgu Wojskowego. Zabieratl do Zarządu swoją ekipę. oczywiście, biorę nie ws4lstkich i nie od razu. Niekt rych przer^)cę p źniej. Ale ty jedziesz ze mną jwż teraz. Docen.

Budzę się w środkunocy i długo gapię w sufit. Gdyby wysłali mnie gdzieśumierać w obronie czyichśintere-

nie w

n.."uofi:

:

nie potrzebuję' Bierzcie, kto chce. No, bierzcie! Zapadam w kI tki' niespokojny sen. I diabli unoszą mnie hen, da]eko. odlatuję wysoko, wysoko. Od Krawcowa. Od Specnazu. Od bezlitosnej walki. Jestem got w walczyć' Jestem got w gryźćgardziele' T}lko po co to wszystko? Walka o władzę, to byrrajmniej nie bitwa w obronie ojczyzny. W obronie ojczyzny? Broniłem już' ojczyzno, twoich interes w w Czechosłowacji' Nieprzyjemne zajęcie, powiedzmy wprost. Lecę coraz wŻej i wyŻej. Z niedościgłychwysokości ogarniam wzrokiem m j nieszczęs|ly kraj ojczysty. Jesteś, m j kraju' cięŻko chory. Nie wiem, co cię trawi. Może sza|eristwo. Nie wiem, jak ci pom c. Trzeba kogośzabijać. Ale nie wiem, kogo. Dokąd lecę? Może do Boga? Boga nie ma! A może jednak do Boga? Boze, miej mnie w opiece!
8

s

w, zostałbym bohaterem. Nie ŻaIrni życia, zupehrie go

_

Akwąrium

105

AKWARIUM

-

Rozdział 5
Lłwow to najbard ziej zasmatwane miasto świata. Tak

TI

właśnie budowano przed wieloma wiekami _ Żeby Wrogowie nie mogli odnalcżć centnrm. Natura zrobiła co w jej mocy, by pom c budowniczym; wzg rza, wąwozy, wijąca się rzeczka. Spiralnie pokręcone lwowskie uliczki wyTzllcają nieproszonego gościaalbo na jej brz'eg, albo do urwistego wąwozu, albo w ślepyzaułek. Pewnie i ja jestem temu miastu wrogiem' Za nic nie mogę odszukać centrum. Zza drzew migocą kopuĘ cerkwi. Jest tuż-tuŻ... Wystarczy obejśćkilka dom w... Ale zaułek prowadzi mnie w s rę, znka pod mostem, potem kilka ostry skręt w - i juŻ nie widzę cerkwi, nie bardzo nawet wiem, w jakim jest kierunku. Ttzeba wr cić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa' To r wnież kortczy się niepowodzeniem. Droga zagłębia się w gęstą pajęczynę krzywych' garbatych' ale zaskakująco schludnych uliczek, i wreszcie \xryr^)ca mnie na hałaśliwybulwar, po kt rym suną malusierikie jak zabawki tramwaje' Nie, to niemoŻIi:we, nie potrafię odnaleźć się w t5rm mieście,na nic całe moje dywersyjne przygotowanie. - Taks wka! Hej' taks wka! Do sztabu okręgu! - Do Pentagonu?
106

wego zostały wybudowane całkiem niedawno. Miasto rrazpa szklane bryły Pentagonem. Lwowski Pentagon to kolosalna organizacja, przytlaczająca nowicjusza mn stwem wart, oficerskich epolet w i generalsldch lampas w. Jednak w rzeczywLstości wszystko nie jest tak bardzo skomplikowane, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Sztab okręgu wojskowego dowodzi obszarem o powlerzchni RFN i o liczbie ludności sięgającej siedemnastu milion w; odpowiada za nienaruszalność władzy radzieckiej na tym terenie, za mobl'Llzację ludności, przemysfu i transportu w razie wojny. Ponadto sztab okręgu kieruje działaniami czterech armii: powietrznej, pancernej i dw ch og lnowojskowych. Podczas wojny przekształca się w sztab frontu i dowodzi ich operacjami bojow5rmi. organŻacja sztabu okręgu odpowiada strukturze sztabu armii, z tąr żnicą' że każda je dnostka jest o stopie wyżej. Sztab składa sięzzarząd w, anie zwydział w, zko|ei zarządy dziel^ąsię na wydziały' a wydziały na grupy. Znając organizację sztabu armii można się tu orientować bez większych trudności' Wszystko jest jasne, proste i iogiczne. Nasza grupa nowo przybyłych stara się sprawdzić w5miesione wiadomościi wszędzie wścibianosy: - Co to jest? Dlaczego tak, a nie inaczej? Po co? Generał-major Bierestow został odwołany ze stanowiska szefa wywiadu Karpackiego okręgu Wojskowego,wraz z rirn wyniosła się cała jego ekipa: starcy na emeryturę, młodzi na Syberię' na Nową Ziemię, do Ttrrkiestanu. Na szefa wywiadu wyzrraczo'no pułkownika Krawcowa, i tetaz my - jego |udzie _ przechadzamy się bezceremonlalnie szerokimi korytarzami lwowskiego Pentagonu. Wybudowano go stosunkowo niedawno i specjalrrie z przezrtaczeprzemyślano co niem na kwaterę sztabu okręgu. Całość do najmniejszych szczeg łćw. Nasz II Zarząd zajmuje całe piętro w weumętrznym bloku kolosalnego kompIeksu budynk w. Jedyny feler - wszystkie okna wychodzą na wielkl, pusty, wybetonowarry dziedziniec. Perłmie ze wz$ęd w
r07

No właśnie, Pentagonu. do PotęŻne budynki sztabu Karpackiego okręgu Wojsko-

WIKTOR SUWOROW jedyrra wada, pozatyrn wszystko się nam podoba' odpowiada nam sensowne roąrlanowanie pomieszczefl, wielkie

AKWARIUM

bezpieczeistwa' Brak ładnego widoku za oknami to chyba

okna' przestronne gabineĘ. Ale najbardziej odpowiada nam odejście naszych poprzednikÓw, kt rzy do niedawna kontrolowali wywiad w całym okręgu, łącznie z 13. Armią. A ter az ztządzeriem |o sll t ozr zllciło ich po naj dals zy ch zakątkach imperium' li/./radza to rzecz wielce delikatna, knrcha. WadzęnaleĘ trzyrnać mocno. l zarazem ostrożnie'
II wnież, bardzo szybko zadomawiamy się w now5rrn miejscu. Robota ta sama, Ę|e Że z większym rozmachem' Ciekawsza. ZdĘy|i mnie tutaj poznać i nawet uśmiechająsię do mnie w sztabie. Mam dobre stosunki z chłopcami z ,,Irtkulizycji''' to jest z grui py tłumaczy; szyfranci z węzła łączności operatorzy z centrum nashrchu radiowe$o Sypią dowcipami. Znają mnie już takŻe poza samym lIZarządern' Przede wszystkim w planowaniu bojow5rm _ w I Zarządzie. Planowanle bojowe bez naszych prognoz nie może istnieć. Ale nie mają wstępu do II Zarządu, więc wołają nas do siebie: - Witia, co też nieprzfiaciel knuje w tym ty$odniu w Bitburgu? Bitburg to amerykariska baza lotnicza w RFN. Zeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę pogrzebać w moich papierach. Dziesięć minut p źniejjestem z powrotem' - AkĘwnośćna lotnisku w granicach normy' z jednym wyjątkiem: w środęprĄatują z USA trzy transportowce C-f4f . Z takichprognoz operatotzy są zadowoleni: ,,Udał nam się facet!'' operatorzy nie mają prawa wiedzieć' kto nam zapewnia świeże,,dostawy''. Ale operator teŻ człowiek, też czyta powieściszpiegowskie, dlatego każdy domyślasię z pewnością,ŻeKrawcow ma swojego a$enta w kt rymś ze sztab w NATo. Rzeczonego superszpiega nazywają w rozmowach ,,ten facet''. ,'Tego faceta'' wychwalają i są

\-rała naszaekipa, ja r

.1

il
:t

zeft b ardzo zadowoleni oficerowie planowania boj owego. Rzeczywiście, ma Krawcow kilku zwerbowanych ludzi. Każdy okr9g wojskowy werbuje cudzoziemc w dla otrzymywanla informacji i dla dyversji. Tle że w Ęrn przypadku ,,ten facet" nie ma z tyr:': nic wsp lnego. Wszystko co dociera od tajnej agentury, Krawcow przechowuje w sejfie i udostępniabardzo nieliczn5rm. Dane, kt qrmi karmimy planowanie bojowe pochodzą z dlużo bardziej prozaicznych żr deł. Te źr dła to tak ZvIaI|e harmonogramy aktyvrrrości. Ów spos b zdobywania informacji sprowadza się do uwaŻnego śledzenia aktywności nadajnik w i radar w przeciwnika. KaŻda radiostacja, każdy radar ma swoje dossier: typt, przeznaczertie, dyslokacja, przryporządkowanie, częstotliwo ść robocza' Bardzo wiele komunikat w potrafi rozszyftować naszY Zarząd'. Ale są też nadajniki' kt rych kody przez całe lata pozostają dla nas zagadką. Na nich właśniekoncentrujemy uwagę, to są bowiem kluczowe radiostacje. Rozumiemy treśćkomunikat w czy nie rozumiemy _ tak czy owak zakłada się harmonogram aktywnościdanej stacji, w kt qrm odnotowujemy każdy seans łączności.KaŻćIy nadajnik ma swoje własne, niepowtarzalne cechy, szczeg lną,,melodię''. Jedne stacje nadają w dziefi, drugie w nocy, inne mająprzerwyw pracy' jeszcze inne nie mają. Systematyczne śledzeniei analŻa kazdego wyjścia w eter pozwala dosyć dokładnie przewidzieć ich zachowanie. Ponadto aktyvrność radiostacji bezustannie konfronĘe się z działaniem wojsk przeciwnika. Bezcenne są dla nas informacje dostarczane przez kierowc w radzieckich ciężat wek jeżdżącychZa graIicę, konduktor w pociąg w, zalogi Aerofłotu, sportowc w i, naturalnie' pochodzące od naszej agentury. Są to najczęŚciej wiadomościwyryrwkowe i oderwane: ,Ąarmowy Wyrnarsz dywizjf'' ,,Bateria rakietowa wybyła w nieznanym kierunku'', ,,Zmasowany start wszystkich samolot w". Nasz komputer por wnuje te syg18 z aktyvrnością w eterze. odnotowuje się wszystkie prawidłowości'uwzględnia się przypadki szczeg lne i odstępstwa od reguł. I oto po wieloletnich alalŁach rl:oŻna wreszcie stwierdzić: ,,Skoro RB-7665-1 rozpoczęła nadawarrie, to znacz5l, Że za cztery dni wystartują wszystkie
109

108

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

jednostki powietrzne zba-zy w Ramstein''. Jest to ż'e|azrn reguła. Jeżeli niespodziewanie odezwie się nadajnik' kt ry określamy jako C-looo, to nawet dziecko będzie wiedziało, żle amerykariskie wojska w Europie otrzyrnaĘ rozkaz zuliększruria gotowości bojowej' A gdyby na przykład.'. - Słuchaj, Witla, my oczywiście wiemy, Że rlje wolno o tym gadać... Ale tego, wiesz... Jak by ci to powiedzieć... No, tak w og le to ochraniajcie tego faceta.

ność.Sprawdzająnie tylko mnie. Wszystkich sprawdzają' oo kogo się uśmiechasz, do kogo się nie uśmiechasz, z kim pijesz, z|irn śpisz.JeŻeli z nikim - znowu Sprawdzanie; a dlaczego?

t-)prawdzają mnie. Całe życie będą mnie sprawdzać. Taka praca. Sprawdzaj4 czy jestem zr wnowaŻony' na sprawdzają na w5rtrzymałość, orientację' na wier-

\,\ -r

trI

Towarzyszu pułkowniku, starszy lejt... Siadaj - pada rozkaz. Siedzę prz.ed pułkownikiem Marczukiem, nowym zastępcą Krawcowa' Radziecki wywiad wojskowy nie posiada żadnych szczeglrLych dysĘmkcji. Każdy chodzi w mundurze tej formacji, z kt tej trafił do wywiadu. Ja na przykład jestem czołgistą. Krawcow - artylerzystą. W zatządzie wyviadowczym mamy piechotę, lotnik w, saper w, chemik w. Pułkownik Marczuk jest lekarzem. W bordowych klapach munduru - złotączaszę oplata wĘ. Ładne insygnia mają medycy. żnfuierze tłumaczą tę symbolikę po swojemu: chytry jak wĘ i od' kielicha nie stroni' Marczuk utkwił we mnie ciężkie, przyt}aczające spojrzerie. Hipnotyzer, czy jak? Poczułem się wręcz nieswojo' ale nie spuszczam oczw. Przeszedłem pod tym kątem solidne przygotowanie. Każdy żołnierzSpecnazu ćwiczy 9ię na psach. JeŻelipatrzeć psu głęboko w ślepia,Żaden ludzkiego wzroku nie wytrzymuje. Człowiek może powstrzymać tozvłścieczonegopsa sam5rrn tylko spojrzeniem. Co prawda tylko jednego, a nie całą zgraję' Gdy masz do czynienia ze sforą, musisz pom c sobie nożem'
110

_ Wejdź.

-

Patrzysz psu w oczy, a kozikiem go pod bok, pod bok. Wtedy przenosisz wzrok na następnego. - No, tak, Suworow, obserwrrjemy cię uwaŹnie. Dobrze pracujesz, jesteśmy z ciebie zadowoleni. Masz głowę jak komputerek... nie wyregplowarry. Ale można cię wyregulować. Jestem przekonany' Inaczej rie zagrzahbyś tutaj miejsca. Pamięć masz doskonałą i odpowiednią zdolność analiĘrcznego myślenia'Masz też gust. DzLewcz5rnęz gr.;.py kontrolnej upatrzyłeśsobie na medal. Piennrsza klasa. Znamy ją. Wszystkich trąlmaha na dystans. Niezły z ciebie ananas... A zdawałoby się, cicha woda... Nie rumienię się. Nie jestem pensjonarką' Jestem bojoqłn oficerem. Moja sk ra też rlje z tych delikatnych. Mam sk rę i krew Azjaty.Inna fizjologia, nie rumienię się. Ale swoją drogą, w jaki spos b, pies ich trącał, wywiedzieli się o mojej dziewuszce? - Wiem' Suworow, że to niemiłe, ale musimy takie rzeczy wiedzieć. Musimy wiedzieć o tobie wszystko. Taką mamy robotę. obserwujemy cię i wyciągamy odpowiednie wnioski, i najczęściejsą to wnioski pozytyvnae. Najbardziej podoba nam się, Że tak szybko wyzbywasz się własnych wad. Już prawie nie masz lęku wysokości ani klaustrofobn. Z krwią też nie najgorzej. Nie boisz się krwi, a to w naszej profesji rzeczfiątkowo istotna' Nie straszna ci śmierć.Dobrze sobie radzisz z pieskami. Musisz się co prawda jeszcze trochę podciĘnąć. Natomiast zpłazarni nie dajesz rady. Co, boisz się? - Boję się _ wyznaŁem szczerze. - A skąd wiecie? - Nle twoja sprawa. Twoją sprawą jest pokonać ten strach. Czeg Ż się boisz? Widzisz' nawet mam takie gadzilny w klapach. Są ludzie, kt rzy pałaszują Żaby ze smakiem. - Chiitczycy? - Nie tylko' Francuzi też' - Gdyby gł d przycisnął, wolałbym, towarzyszu puł' kowniku' ludzkie mięso poŻerać... - Wcale ich gł d nie przyciska. Dla nich żaby to delikatesy. Nie wierzysz? Peumie, Że rie wierzę w takie ghrpoty' Propaganda, że niĘ we Francji bieda. Jeżęllbędzie nalegać, to zgodzę się,
111

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM
rę|<l żaby ani żmii, ale też nie muszę. T} to co irrnego: jesteś,Wiktor, młodym, dobrze zapowiadającym się oficerem wJrwiadu i musisz przełamywać w sobie takie opory. Aż rnnie ścisnęło dołku: czyŻby zamierza|i zmusić w mnie do jedzenia tego obrzydlistwa? Marczuk jest psychologiem. Czyta w moich myślach jak w otwartej księdze: - Nie b j się' nie każemy ci zjadać Żab' Być moŻe Żmije, ale n1e żaby.

oczywiście, że francuski proletariat zyJe w nędzy. Ale to tylko na głos. Wgłębi ducha swoje wiem. Dobre mająĘcie we Francji, proletariat nie jada żab. Ale nie oszukaszMarcztlka. Bez trudu dostrzegł w moich oczac}r wąĘliwości. _ Chodź Ze Inn+ - Przechodzimy do sali kinowej ' $dzie wyświetlają narr. zakazane filmy z Ęcia WToga. Marczuk nacisn{ g)zik i na ekrarrie migpęła kuchnia, kucharze, żaby' koĘ' puł)urowa sa]a restatrracffna' kelrrerzy, konsumenci. Nle wygląda]i na sztukmistrz w, a żabie udka wcinali w rzeczy samej. - No i jak? A co tu moŻrla powiedzieć? Na poz r wszystko gra' Ale w kinie nie tylko żabę _ samego Hitlera rnoŻna na plasterki pokrajać. Inna sprawa' $dyby pułkownik sam żabę połknął.o tak' wtedy bym uwierzył' - No i jak? - ponawia pytanie' Co mam począć? Powiem, Że u'wierzyłem, i zaraz sięprzyczepi: jakże ty uywiadowca, podobne b zdury przyj muj es z za dobr ą mone tę? Pokazuję ci r Żne głupoty' a ty w to wszystko wierzysz? JakŻe ty' oficer informacji, odr Żnisz w takim razie prawdzi-we dokumenty od podrobionych? - Nie - powiadam - nie mogę w to uwierzyć' Falsyfikat. Tarrdeta. Jeże|i ludzie nie mają nic do jedzenia, to w najgorsąrm razie mrcEązjeśćkota albo psa. D|aczrgo od razu Żabfi - Nie ulega dla mnie wątpliwości, że film spreparowarro dla cel w szkoleniowych' Test na spostrzegawczość? Bardzo proszę. ot' jakiego puszystego pudelka trzyrnała paniusia na kolanach! Chcą sprawdzić, czy go zauuraĘłem' No pewnie, Że tak! I stąd wyciągam wniosek, na kt ry tak bardzo czekacie: Ż-aden normalny człowiek nie będzie jadł żab, skoro ma jeszcze pudla w rezerwie. Ewidentny brak logiki. A Marczuk Zaczy'na się denerwować. _ Za Żaby trzeba płacić, i to słono. Milczę. Nie podejmuję dyskusji. Kazdy wie, Że Żaby nie mogą być drogie. ALe przyznaję pułkownikowi rację' dyplomatycznie zapewniając sobie możliwośćodwrotu: - Sadło uderza im do Ełowy. Blsrh;iaĄna degeneracja. - No proszę' Nareszcie uwierzfl. Pokazałem ci ten film, Żebyświedział, ż-ę |udz1e je jedzą a Ę się brzydztsz nawet dotknąć. Jeślimam byĆ szczery, sam też nie wziaJbym do

Cztery bataliony dyrersyjnej brygady Specnazu sktadają się z samych dryblas w' Idąprzez miasteczko jak stado riedźwiedzi. Ale jedną kompanię skompletowano z żohlierąrk w najr żriejszego kalibru, czasem zrrpeklie malutkich. Jest to wydzielona komparria zawodowc w, zrtaczrie grożriejsza riż cztery tamte bataliony razemwzięte. żnłrtterzyk ma wiotką szyję. Nazwisko nosi nierosyj_ skie _ Kipa. Nie pr4rpadkiem trafił do wydzielonej kompanii: bez wątpienia j est specj alistą w j akiej śszczeg lrnlej kategorii morderstw. Pewnego razuwidziałem, jak odpierał atak czterech osobnik w odzianych w ochraniacze i zbrojnych w dhrgie drąi' Bronił sięzllłyczajną saperką. Nie było w nim złości,tylko kunszt walki' Taki pojedynekzawsze przykuwa uwagę. Choćby nie wiem jak spieszył się dywersant, jeśliĘlko zauwaĘ, Że na boisku toczy się walka, obowią2kowo przystanie na chwilę. Ach, jakaż to była wspaniała walka! Ten sam żohl1er4lk stoi właśnieprznde mną. Będzie mnie czegośuczyć''' Zręcznym ruchem wyciąga z wiadra małą zieloną Żabkę i wfiaśnia' że najlepiej oswajać się z niąprzez zabaurę. Z ŻabąrrroŻrla wyprawiać zadziwiające sztuczki. Można na pr4lkład wstawić w nią słomkę i nadmuchać. W wczas pływa caly czas na powierzchni i nie może nurkować; to bardzo zabawne. Żabkę można teŻ rozebrać. ot, taki mały strip-tease. żnhierzyu wyciąga z kieszeni malutki scyzoryk i pokazuje , jak się to robi. Dwa
113

czka jeszcze całkiem dziecinna. Rzęsy dfugie' dziewczęce' Komandos. Dywersant.
Tsłv arzy

I'

La iligranowy ŻoŁnieruyk.

rv

I12

wrKToR sttwoRow
niewiellde nacięcia w Ęcikach pyszrzka i jednym nrchem ściągaz niej sk rę. okazuje się, że schodzi łatwo' jak rękawiczka. Rozebraną ŻabęKlpa p17szc7.a na podłogę. Widać każdy mięsie kazdą kostk ę I 4łkę. żaaua skacze po pod' łodz.e. Rechoce. Ma się wraźrerrie, ize nie czuje b lu. żnatlerzykwsadza' rękę do wiadra, wyciąga następnążabę' ściąga z rneJ sk rę, jakby obierał banana, teŻ |<bdzjłe ją na posadzkę, skaczcie sobie razem'będne wam raźniej.

AI(WARTUM

- Towarzyszu statszy lejtnancie, pułkownik Marczuk polecił mi zaznajomić was z moim gospodarstwem, oswoić was troszkę ztyrni bydlątkami. - 7-e ŻmljamiteŻ soble tak swobodnie pocz:ynasz? - Dopiero z nimi sobie poczynanrir. Żaby trzymam tylko na karmę dla żmij. - Te dwie teŻ p jdąna Żefl - Rozebrane? No pewnle. Czemu mają slę zrnarrpwać? Bierze obie gołe Żabkll prowadzl mnie do pomieszczertia, gdzie trzyma Żmlje. Straszliwa wilgoć i duchota. Podnosi jakąśpokrywę i wkłada Żaby do wielkiego terrarium, w kt rego rogu zasĘgła szara, odraŻająca gadzlna. - Co za paskudztwo tutaj trryntasz? _ ŻmLje, grzechotnikl. ZłoĘ|iśmyzam wienie w wywiadzie okręgu Turkiesta skiego na kobrę, a|e jeszcze nie dotarła. Sama kobra to pestka, drogt jest transport. Trzebają w drodze grzać, dokarmiać' poić. To bardzo delikatne stworzenie: dośćtrochę tylko naruszyć reŻin, zaraz wykorkuje. - Kto cięnalrczył tego wszystkiego? - Nikt. Samouk jestem. Amator. Od dziecka mnie to bawiło. - Lubisz je? - Lubtę. - Powiedział to całkiem naturalnle, bez cienia poTy.InĄe zrozlsniakm, Że szelma nie kłamie... Chryste Panie! Do głowy by mi nieprzyszło, żn, rnożma lubić żmije! W tym momencie obie gołe Żaby przeraź|iwie zasklzeczały. To tfusta leniwa gadzina wreszcie zaszczyciła je swoją uwagą. - Stadajcie' towarzyszu starszy lejtnancie. - Kątem oka zerkanrn na krzesło, czy nie z\I1Ilal się na nim jakiśzimny, oślizĘpadalec. wznrygając się przycupn{em nabrzr;Żku.
LL4

w i sami będziecte ttuprrybiegać. Nie ziściła jego przepowiednia. Czuję wciĘ tę saslę mą odrazę do żmij. Co prawda teraz jestem w stanie brać je do rą]<. Wiem, jak należy je chwytać i patroszyć, potrafię piec węża na dfugim paĘku albo na kawałku drutu. I jeżell Ęcie zrnusi mnie do wyboruz zjeśćczłowieka albo zjeśćŻrn1ję' najpierw zjem Żmiję.

_ Jeszcze z dzlesięć seans

Kipa uśmiecha się:

wysepce. wk ce powr ci, by zabtać Krawcowa, a ja zostanę sam na punkcie kontrolnyrn. _ JeŻe|l grupa zaczrie od nawiąpania łącznoścl,bez zorgarizowania obserwacji i obrony, z miejsca ładuj im jedną karną godzinę'.. - Rozumiem. _ Za najdrobniejsze odstępstwo od regulaminu prz]rgotowywanta szyfr wek wycofaj całą grupę z zavłod w. - Rozumiem. _ UwłŻaJ, żeby prawidłowo pili wodę' Nie wolno poĘkać wody. Trzeba nabrać troszkę do ust i przez klilka sekund trzymać w ustach, zvłI|żającjęzyk i krtari. Kto połyka wodę, ten nigdy się nie naptje' ten się pocl, temu stale wody brakuje, ten pierwszy odpada na trasie. Zopo baczysz, że rrieprawidłowo prją wpisuj śmiało pięć' nawet po dzieslęć punkt w karnych. - Wszystko zrozllmiałem, towarzyszu pułkowniku. Punkt kontrolny to dla mrrie nie pierwszyzna.Może byście się zdrzemnęli? Helikopter przylatuje dopiero za godzinę. W sam raz, żrcby znruĘć oko. PrzecieŻw ogle nie śpicie. - Ach, to nic, Wiktor. Kłropoty sfużbowe to pestka. Gorzej' gdy parti a zacalna dawać w kość.My mamy farta: we Lwowie stosunld między kierowrrictwem parĘ|nym i dow dztwem okręgu Sąnienajgorsze. AwRostowte dow dca P łnocno-Kaukaskiego okręgu Wojskowego $enerałłejtnarrt wojsk pancernych Litowcew robi już bokami. Uwzięli się na niego mĘscowi macherzy partyjni do sp łki z KGB.

I

rr5
,"&

WTKTOR STIWOROW

AKWARIUM

rnożrla począć? Jesteśmy skrępowani masą zaleŻności. Trzymamy się regulamin w' instrukcji, prawodawstwa wojskowego... Jak rnoŻemy mu pom c nie przekraczając tych ram? - Towarzyszu pułkovrrriku ' możr ja potrafię cośwsk rać? _ JaIże ty' starszy lejtnant, m głbys pom c generałowi? _ Dfuga noc przede mną, spr buję cośwymyślić... - W sumie nie ma tu wiele do myślenia...wszystko już zostało przemyślarre. Ttzeba dzialać. oho, zdaje się, że słyszę helikopter... to pewnie po mnie. Sfuchaj' Wiktor, na tych ćwiczeniach jest obecny m j kolega generał-major Zabahljew, szef w5rwiadu P łnocno-Kaukaskiego okręgu Wojskowego. Pragnie osobiścieznbaczyć,jak grupy Specnaz:u radzą sobie w terenie, ale nie chce peszyć chłopc w swoją szarŻą' Jutro zostanie z tobą na prrnkcie kontrolnym. Mundur rnamłyczajny' jak mywszyscy: szarablruza bez insygni w. Nie będzie się wtrącać do działari grup, chce się Ęlko prąflrzęć, t:ro i pogadać z tobą'' JeŻe|i rzecą4wiście$ot w jesteśpom c, zwr ć. się do niego... - Myślicie,towarzyszu pułkowniku, Że po zakoftczeniu zawod w będę musiał zachorować? Jeżeli sam - ode mnie takiegorozkazu nie usłyszałeś. cnljesz, Że trzeba, to inna sprawa. Ale wiesz, że w naszej sfużbie tak łatwo się nie choruje, potrzebne jest zaświadczenie lekarskie. - Będzie zaświadczenie. - W porządku, tylko vwaŻaj: są sytuacje, gdy człowiek czuje się chory, a|ekarzjest odmiennego zdania' Trzeba chorować tak, Żeby lekarz nie miał wątpliwości. Musisz mieć rzeczfiściewysoką gorączkę. Wiesz, jak to bywa: czujesz się źle, a gorączki nie ma. - Będzie gorączka. - Dobra, Wiktor, Ęczę cipowodzenia. Masz czyrrn r:.akarmić generała? _ Znajdzie się. - łlko nie pchaj sięz gorzałą.'' chyba, że sam poprosi,
116

Nie ma Życia. Coraz to nowa skarga leci do KC. Więcej jź spłodzili skarg i donos w, niż Dumas powieścinapisa}.'. _ I nikt mu nie może pom c? - Jak by ci powiedzieć... Ma wielu przy1aci ł. A|e c Ż

., p.rłt o"".ri# Krawcowa. Melduję, że po ćwiczeniach zachorowałem, ale teraz czuję się zrlaczrie lepiej' Ma lskierki w oczach i karci mnie dobrotliwie. Dobrze w5rtrenowany oficer wywiadu nigdy nie choruje.Trzeba się kontrolować.Trzeba pędzlćptecz wszelkie chor bska. Nasze ciało podporządkowane jest naszej woli, wysiłkiem woli rnoŻrlawykurzyć kaŻdą chorobę, nawet raka. Ludzie silni nie chorują. Chorują tylko ludzie słabi duchem. Strofuje mnie, a sam aż promienieje. Nie potrafi powstrzymać uśmiechu. Uśmiecha się całkiem otwarcie. Tak uśmiechają się Żołrierze po walce na bagnety: wara od naszych!
rsancie.

ko tobie jest wczesny świti p źny zmierzch. Bzyczące komary i huczący śmigłowiec twoi Wrogowie. Źte' gdy to
słorice bije w oczy, źIe, $dy dościgną cię macki reflektor w. Niedobrze, $dy twoje serce galopujejak osza]ałe. Biada ci' $dy tysiąc elektronicznych radiolokator w maca eter, wy-

p.""#

chwytując tw j chraptiwy szept i urywarry oddech' Zawsze jest, bracie' niedobrze. Ale bywa gorzej. Bywa całkiem ź|e.

Całkiem źle jest wtedy, $dy pojawi się tw j największy wiele wynajdąna ciebie chytrych szttczek_ przeciwpiechotnych min i elektronicznych czujnik w - ale największy wr gzavłsze pozostanie ten sam. Tw j największy wr g, m j przyjacielu, ma sterczące tusry' poŻGkłe kły w kropelkach złej śliny,szarą siersć i dfugi ogon' oczy piwne w Ż łte cętki i ryże futro pod obrożą' Tw j największy wr g jest szybszy od ciebie' Wyczrrwa nosem fuoją obecność i $i$antycznym skokiem r^ca się do gardła. Oto on, tw j wr g. Największy. Większego nie ma' Patrz, jak dra szczerzy zębiska. Sierśćstaje mu dęba' ogon podwinięty. Uszy po sobie. Pręży się do skoku' 7araz skoczy' bydlę. Nie ryczy' Lecz charczy. lrpka ślina wok ł pyska - ani chybi wściekły'W KGB kazdy taki pies ma własne dosster, a w nim specjalną rubrykę: ,,stopieri złośliwości''.

wr g' Jeszcze

LL7

\

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Tam właśnieuczeni spece wpisują straszre słowa: ,złośliwość dobra", ,złośliwość doskonala''. Ten potw r ma pewnie w swoim dossier same wykrzykniki. Potw r wabi się Mars i jest własnościąpodległej KGB jednostld ochrony pogranicza. Nie powiem, że specjalrrie okazaĘ. Widywałem większe psy' Ale Mars zna sw j fach' i wsąlscy o brm wiedz4 To nie mnie prą4padło dziśw udziale zmierryć się z Marsem. Dziśpracuje z rirn Żeika Ęczenko. Krrylanętiśmy Żefice kilka sł w na drogę: ,Trzym się, stary!", ,'Dopieprz mu!''' ,'Pokaż, co potrafi Specnaz!'' - i tyle. W takich sytuacjach nie udziela się rad, nie jest to w młyczaju. Każda porada, choćby najlepsza, rnoż-ę w |<rytycntej chwili roz_ proszyć uvragę - i niechybnie rozjuszone młierą chwyci za gardło. Dlatego wszelkich doradc w posyła się do diabła. ktlkatrzyrnan żw lewej ręce, a kurtkę -wprawej. Nie omotał dłoni kurtką Trzyrnają po prostu w wyciągniętej ręce. Nie podoba się to psu. Jest inaczej ni zaslsze. In Ż w lewej dłoni też mu się nie podoba. D|aczego w lewej? Nie spieszy się psu. Przenosi swe zwierzęce spojrzenie z rloŻa na gardło' z gardła na n Ż. Raz po raz Ępie na kurtkę. Czemu człowiek nie owinąłjej wok ł dłoni? Bryświe swoim psim rozumem, że u człowieka tylko jedna ręka jest ważrla, druga sh:ży do odwracania uwagi. I on, pies' nie może sobie pozwolić na omyłkę. Musi rzucić się na tę straszniejszą rękę' na tę decydującą. Może by tak jednak do gardła? Łypie złym okiem, wybiera. Kiedy podejmie swoją psią decyzję, wzrok mu urieruchomieje _ po cTym runie naprz d. Czlowiek na arenie i my, widzowie, cz.ekamy na ten właśnie moment. Na ułamek sekundy przed decydującyn skokiem, kiedy pies zalltiera ze spojrzeniem wbitym w cel, a człowiek ma pierwszy wymierzyć cios. Ale Mars jest psem doświadczonym' Rzucił się negle, bezgłośrie, bez ryku i charczenia. Rzucił się tak, jak tylko on potrafi. Nie było znieruchomiałych źrenic ani prężenia się do skoku. Jego wydłużony tuł w zawisł raptem w powietrzu' jego paszcza, jego straszliwe oczy nrnęły niespodziewanie naŻeilkę, nawet nikt nie zdąfiłWzykrąć arri pisnąć. Nikt nie dostrzegł samego skoku. Spodziewaliśmy się go o sekundęp źniei. Pies leciał na odsłonięte gardło żk 118

Wrzasnęliśmy z radości. - RżnU go, żrei*at Kosągo! Nożykiem, nożykiem! Bierz szarego pod obcas, skoricz z nirn p ki lezy! A|e Zerlka nie skopał skomlącego psa' Nle podźgał nożeln cięŻko dyszącej bestii. Ptzesadził barierę prosto w objęcia rozradowanej bandy Specnazu. - Aleśmu dolożył. Żeftka! Buciorem w brzuszysko! W samym locie! Był tuŻ-tuż|.!! Ależ facet! A na arenie, w opiłkach, nad zdychającym psem płakał Żołnierzykw jasnozielonych epoletach, nie wiedzieć po co wkładał do skrwawionego pyska kostkę brudnego cuknr.

ki w zupeklie ciszy. Ęlko kurtka śmignęłabrytana po oczach, Ęlko czarna podeszwa bĘsnęła okuciem, tylko zawył pies, odlaĘąc w najdalszy kąt' 7aryczeliśmy ze szczęścia. O-o-o-o-o!.'. Ryknęliśmyjak dzikie świnie.

T Lowarzyszu
kadrowej. - Już idę.

starszy lejtnancie, wzwa was szef sekcji

vtrr

siwy major gryzipi rek i trzech kancellst w w stopniach starszych szeregowc w. Każdego kogo wezwą do sekcji kadrowej, przenika dreszcz niepokoju: nieważne czy to starszy lejtnant' czy generał-major. Sekcja kadrowa jest insĘrtucją, w kt rej wola dow dcy okręgu przeistacza się w rozkaz na piśmie. A wiadomo: mowa - trawa, pismo grunt... Sekcja kadrowa, to kanał transmisfiny rozkaz-ow od Naczelnego Wodza, ministra obrony, szefa Sztabu Generabrego do ich podwładnych. Sekcja kadrowa dostarcza te rozkazy poszczeg lnym adresatom. - Towarzysnt rnajorze! Starszy lejtnant Suworow melduje się rla rozkaz!
119

Sekcja kadrowa jest najmniejsza w całym sztabie. W sztabach okręg w wojskowych na czele wydział w stoją najczęściej pułkownicy' zarządami kierują generałowie, i tylko sekcją kadrową zarządza major. Ale kiedy oficera wrywają do tej sekcji, zataz poprawia na sobie mrmdul cały się podciąga' Co teŻ mi' do diabła, Zgotowali?! Sekcja kadrowa mieścisię w niewielkiej sali: za biurkiem zasiada

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

Dow d tożsamości st ł. na Nabrałem powietrza w płuca, połoĘłemprzed majorem małą zie|oną ksiĘeczkę ze zLotą gwiazdą. Major spokojnie wzia} do ręki ,,Dow d toŹsamości oficera'', uważnie przestudiował, nie wiedzieć czemu długo wpatrywał się w stroniczkę, gdzie zaznaczoruo moją grupę krwi' Na zuriotczałej twarzy nie drgnie żaden mięsier1. Robi co do niego rla|eĘ, rzetelnie jak masąma ibezrlamiętrrie jak kat. Major przekazał dow d starszemu szeregowcowi. Ten ma jużwszystko przygotowane na swoim stole. Zanurzl długie pi ro ze złotą stal wkąw czarn5rrn tuszu i cośbardzo starannie wpisał do ksiĘeczki. Stoję w postawie zasadniczej, nie wyciąEiam głowy' Żeby zerk-

-

czo, wydobył z malutkiej sekretnej kieszonkiwymyślny kluczyk na łaricuszku, otworzl drzwi potężnego sejfu' wyjal wielkąpieczęć, dfugo rnierzył' po czym nagle ostro i zdecydowarrie śtuknął dopiero co zapisaną kartę. w - Do odczytania rozkazut. Stan{em na baczność. _ ,Rozkaz odnośnieskładu osobowego Karpackiego okręgu Wojskowego m 0257. Tajne. Rmkt l7. Starszemu

lejtnantowi Suworowowi W., oficerowi II 7-arządu Sztabu okręgu nadać przedterminowo stopieri kapitana, zgodnie z wnioskiem szefa II 7nrządu pułkownika Krawcowa i szefa Sztabu okręgu generała{ejtrranta Wołodina. Podpisano: generałłejtnant wojsk pancernych Obaturow''. - Ku chwale ZwiaVktt Radzieckiego! - Gratuluję wam, kapitanie. - Dziękuję, towarzyszu majorze' Proszę przyjąć zaproszenie na w)prowadzenie zwlok. - Dziękuję, Witia, zaparlrLęć. Niestety, muszę odm wić. Gdybym każde zaproszerlie prz5{mował, dawno już wylądowałbJrm na odwyk wce. Nie miej miza złe' Choćby dzisiaj, 116 os b na liściepromoc5{nej' w tym 18 przedterminowo. Nie gniewaj się, po prostu nie mogę. Major podaje mi dow d i wyciĘa dłor1. _ Raz jeszcze dziękuję' towarzyszu majorze.
L20

Przelatuję po schodach i korytarzach, jakby mi skrzydła urosł5r. - Cośtaki zadowolony? - Po co cię wzywał Borsuk do swej nory? Nikomu ani słowa. Nie wolno, moŻna zanrocz3lć. Dow dca pierwszy musi dowiedzieć się o mojej promocji. - Co tak rozkwitłeś,Witia? Awansowałeś'czy jak? - Cośty, na kapitana jeszcze p łtora roku muszę poczekać' Ach' żeby jak najprędzej dotrzeć do wydziału! Szlag by trafił te wszystkie drzwipancerne' te wszystkie przepustki i upowaŻrienia. _ Towarzyszu pułkownlk:u' czy mogę się zameldować? _ Wejdź. - Krawcow nie odwraca wzroku od mapy. _ Towarzyszu pułkowniku, starszy lejtnant Suworow. Melduję się w zuriaąku z przedterminowym przyznaniem mi stopnia kapitana. Krawcow taksuje mnie uważnie. Nie wiedzieć czer:':lu spojrzał sobie pod nogi' - Moje gratulacje, kapitanie. - Ku chwale Zwiapku Radzieckiego! - W naszej armii kapitan ma najwięcej gwiazdek, aż cztery. Pod tymwzględem' Witia' osiągnąłeś maksimum' Dlatego rie Ęczę ci wielu gwiazdek; Życzę ci, byśmiał mał,o gwiazdek' ale za to druĘch. - Dziękuję, towarzyszu pułkowniku' Pozw lcie Zaprosić was na wJrprowadzenie zwłok. - Kiedy? _ Dziś,no bo kiedy? - Co byśpowiedział, żebyśmyprzenieśliimprezę na jutro? W nocy mamy jechać i przygotować ćwiczenia. Chłopaki spiją się z wieczora i rie zbierzemy ich potem do kupy. A tak wymaszerujemy jutro w teren i na świeżym powietrnl zabahljemy . - Doskonale. - Na dziśmasz wolne. Pamiętaj, o trzeciej rano wyruszamy. - Pamiętam. _ MoŻesz się odmeldować. - Takjest!
9

-

Akwarim

T2I

WII(TOR ST'WOROW

AI(WARIUII

zasady odbywają srę każdego roku na tych samych łąĘach i poligonach. oficerowie sztabowi znająna pamięć miejsca, gdzte toczyć się będą ćwiczebne bitwy. Jednak w przededniu wielkich manewr w oficerowie, kt tzy mają wystąpić w charakterze łącznik w i obserwator w są zobowiązan7raz jeszczn sprawdzić czy wszystko zostało należycie przygotowane: teren zabezpiec7;r:.ny, makiety symbolŻujące wroga ustawione, streĘ zagroŻnnia zaznaczone specjalną sygnalizacj1 KaŻdy oĘerwator musi na powierzon5rm mu odcinku wczuć się w żaplanowane operacje, przygotować dla swoich podopieczrlych i elew w wstępne pytania i sytuacje modelowe, odpowiadające właściwejtopograIii. Dzięki temu, że oficerowie Znająw mlarę dobrze teren przyszłych dzlałafi (niejeden tu właśnieprzechodził sw j tejtnancki chrzest, jego samego ktośtutaj przepr.1ywał)' taki wyjazd przeradza się w swoisty piknik' zbiorowy wypocąmek, pewne odprężenie po nerwowej codziennościsztabowej. - C4t wszystko jasne? _ Jasne - ryknęli zgodnyrn ch rem sztabowcy' - No' to pora na obiadek. Proszę do stołu. Dzisiaj podejmuje nas Witia Suworow. Stofu' prawdę powiedziawsTY, rlte ma. Po prostu kilkanaście szarych wojskowych koc w, rozłoŻonych na czystej polance w zagajniku, nad dźnv7ęcznyrn nrczajem. Wszystkle zapasy sąwyłożone:puszkt rybne, konserw5l mięsne, plasterki r Żowej słoniny, cebula, og rki, rzodkiewld. Klerowcy upiekli w ognisku ziemniaki, ugotowali zupę rybną. 7-apraszalla pulkownika Krawcowa na zaszczytte mlejsce. Tak każe obyczaj. on odmawia, pokazując, zebyrn to ja tam zasiadł. To także tradycja. Powirrienem odm wić. Dwukrotnie, Zatszectnrazem mam się zgodzLć i wskazać pułkownlkowi miejsce po mojej prawicy. Cała reszta usadowi się wedfug starszeristwa: zastępcy Krawcowa, szefowie wydział w, potem grup, no t wszyscy pozostali. Butelki ma rozstawiać na stole najmłodszy z obecnych' Ęm razrm wy1radło na Tolę Buturlina, lejtnanta

M"r'".r*

z

IX

z.Inl<lvizycji". Dobry chłopak' a swojąrobotęzna doskonale. Zgodnie z tradycją nie wolno mu się teraz uśmiechać. Irrni też mająpoważne miny. Nie należy śmiaćsię anl rozmawiać' Nie naleĘ też pytać' czemu starszy lejtnant siedzi na honorolvym miejscu. Wszyscy wiedzą z jakiego powodu poJawiająsię kolejne ochłodzone butelki' ale o tym się nie m wi, bo nie w1pada. Siedź spokojnie i trzymaj język za zębami. Tola prąrnosi butelki ze strumyka. LeĘ ich tam cala piramidka w lodowatej wodzie. Struga wartko obmywa przezroczyste szkło, pluszcze i pieni się wesoło. _ Gdzież twoje naczynie? - pada sakramentalne pytanie. - oto ono. - Wycią$am do Krawcowa duŻągraniastą szklankę. Pułkownik napełnia ją po brzeglkrystaliczn5rm płynem. Stawia ostrożnie przede mną. Ani kropla się nie przeleje. Szklanica musi być peŁ:a. Im pekriejsza, Ęrm lepĘ. Wszyscy rniczą jakby n1e zauwaĘ)l^, ilc cośsię dzieje. Krawcovr wyciąga z raport vrki maĘ złocistą glviazdkę i ostrożrym nrchem opusz'cza' jądo mojej szklanki. Ledwo słyszalne brzękrrięcie' gwiazdka zagrala na dnie, zalśniła. Ujmuję'szklankę - ach, żeby tylko nie rozlać! - i powolutku podnoszę do ust. Nie należy zbliać warg do naczynia' choć sama natura podpowiada, Żeby właśnlenadpić odrobinę' wtedy nie przelejesz ani kropelki. Wznoszę szklarrkę wyŻej 1wyżej. o, jltŻ promyk słorlca wtargnął do lodowatego napoju t rozlskrzył się wielobanneątęzą.Teraz sąrbt<7 ruch: od sło ca ku sobie i w d ł. Brzegszklanlri styka się z ustami. z|ffila. Pociagźrm ogpisĘ nap j' Denko coraz wyŻej. Gwlazdka poruszyła się na dnie i łagodnie ześlŻgnęła ku wargom. Już ją czuję' Oftcer jakby stę pocałrrnkiem wita nową gwiazdkę. Przytrtymakem ją lekko zębaml, p ki ognista wilgoć sącĄa się do mojej duszy. To już ostatnie krople. Lewą ręką ostrożnie biorę g1wiazdkę t roz$ądam się wokoło: txzebaprzecieŻrozb1ć szkło. Po to właśniena mięklriej trawie cĄaś przewidująca ręka umieściła spory gbz. Tv.asnsem szklanką o kamier1, aż rozprysĘ się oclłamld' a mokrą gwiazdĘę podaję pułkownikowi Krawcowowi. Malutką linijką lGawcow wataL23

t22

WIKTOR STIWOROW
g5viazdka ma się znajdować dokładnie na czerwonejprry-

AKWARIUM

cza miejsce na moim prawym naramiennlku. Czwarta

ce,25 mm powyżej poprzedniej. Jrź mieni się, mokra, na swolm miejscu. Teraz moja koĘ cośprzegryźć'popić, zakapilć gorzałkę og reczkiem. _ GdzteŻ twoje szkło? _ powtava' się jak refren pytarrie. Dwa ramiona. Dwa epolety. A więc dwie gwiazdki. ,Znaczy slę' dwie szklanki... na wstępie ceremonii. To mi wolno. Nlkt tutaj nie ż pierwszą szklankę wychylić na stojąco. obyczaj nie zabrania. Żreay Ęlko nie uronił oficer bezcennych brylantorłrylch kropli. Błysnęła dnrga gwiazdka śliczrrotkaw w dczanej stnrdze. Duszę wypekria ognista rozkosz. ZadźxłIęczaJorozbite szkło - na drugim naramienniku lśnimokra i ostokątrra... Teraz Krawcow nalewa sobie' Do pekra. Iśażdy milczeniu w napeŁeia własne sz|<ło, kłŻdy sam sobie parrem. Lej, ile dusza zApragrluie. Jeśliszanujesz Witię Suworowa, |ej z cnt bem. Jeślinie szanujesz, lej, ile chcesz. łlko pU do dna. - Wypijmy - łagodnie proponuje pułkownik. W takiej chwili nie wznosi się toast w, nie m wi się za

Zn

w pehra po brzegi. Wsta-

Ęlko ja nie

co pijemy. Pijemy, i tyle. Pijemy wolno i dostojnie. Do dna.

Krawcow opr żniłszklarrkę' zapił wodą. Teraz padną rytualne słowa...' _ Przybyło w nasą[n pułku! od tego właśniemomentu'uwaŻa sLę, żc oficer otrzymał awans' Dopiero teraz jestem naprawdę kapitanem. W jednej chwili podni sł się o$ lny harmider. Roześmiane t'warze' gratulacje, Ęczeria. Wszyscy gadają na raz, og |na radość.Skoriczyły się ceremonie. Teraz tradycje na bok zaczyma się oficerska popijawa. I jeŻeli in utno uerttas, to cała prawda dziśpo naszej stronie. Leć, Tola, do strumyka. Zasuwaj biegiem. Jesteśnajmłodszy. Nastanie, Tola, tw j czas. I przed twoim okienkiem słorice zaświeci. r24

z osobna, zobaczyć, kto ile sobie nalał. Kto do pełna, a kto dwie trzecie. Ale wszyscy mieli do peŁea. Teraz ?nążry|i już opronić. WcLĘ jeszłze jestem starsz5rm lejtrrantem.

piję. Teraz mogę prz}łrzeć stę każdemu

. Step po fro# zont. Białe słorice, okrutne i obojętne, bije bezlitośnie w oczy,jak lampa śledcze$ona przesfuchaniu. Zruadka tylko pokraczne drzewko obłamane stepowym buranem narusza niesamowitą monotonię krajobrazu. Dobry człowieku, pluri na to wszystko, przeŻegnaj się i wracaj do domu. Nic tu po tobte. A my, grzesznl, p jdzierny naprz d, tarn, gdzie spalony step raptownie spada stromym urwiskiem do mętnego Ingufu, tam, gdzle w drżących oparach wilgoci majacząszkielety wież wartowniczych, $dzie dziesiątki zasiek w kolczasĘch bezlitośnieoplątują rachiĘczne zagajniki. Wyrrędzniałe drzewka. Szare liście pokryte grubąwarstwąpyfu. A może to nie wartownicze w1eŻe? Może geologiczne albo wiertnicze? Do diabła, ładna mi ropa! WieŻe z reflektorami i karabinami masz}mow}rrni. Cała masa. Cała masa reflektor w. Cała masa karabin w. No, znaczy, n(e zbłądziliśmy.Idziemy we właściwymkierunku. Kurs na Z łte Wody. PrĄdzie czas, gdy te dwa słovra będą brzmiały podobnie, jak Katp1' Oświęcim,Suchanowo, Babi Jar, Buchenwald czy Kysztyn Ale ten czas jeszcze nie nastal i na razie nikt nie wzdryga się na dźwięk tej strasznej nazw. Nawet zekt, pędzone w niekonczących się kolumnac}r ze stacji pod wieŻe riczego nle podejrzewają. Wielu nawet zaciera ręce: nie Kołyma' nie Nowa Ziemia, tylko Ukraina... Chłopaki' da slę żyć! Nie wiedząjeszcze, biedne ofiary, jakiego miały pecha, ż-e trafily do tego ,,Gllrro-Ziemnego Kombinatu", do kt rego Komitet Centralny większą przfiapuje wagę, nIż do Fabryki CzoĘ w w Czelabirlsku. Dyrektor Kombinatu, połączony gorącą Iiniąz KC, codziennie składa raport o stanie wydajności. Nie radujcie s7ę zawczasu, że Żatcie tu lepsze, że mięso pływa w kapuśniaku. Jeślikt remuśzęby zacznąlvypadać albo wyłysieje, zaraz go stąd zabiorą. Jeślikt ryś domyślisię co to za gliny, teŻ bardzo szybko zniknie. A gdyby wam przyszły do głouy bardziej dzikie pomysły, na przykład bunt, to musicie wiedzieć, że ochrona w Z łtych Wodach zna sw j fach, a w razie potrzeby my teŻ udzielimy pomocy. Miejcie na uwadze, że w sąsiedztwie
t25

WIKTOR SUWOROW

igrajcie więc z ogniem. Zarniast podskakiwać |epiej zdychaj cie powolutku.. . w,,Glino-Ziemn5rm Kombinacie".

stoi najvriększy ośrodekszkoleniowy Specnazu. Nie

AKWARIUM

ZĘrzrniał marsz powitalny. Jlż nie potrzeba mi wody ani dęszczu. Marsz uskrzydla mnie. W oddali pojawia się samoch d z marszałkiem potężnej postury. Ujtzawszy go, ryknal pierwszy batalion ,,Huraaa!" - i potoczyło się przez stojące szeregi zwielokrotnione echo: ,'.Ą-a-a-a-a-a!'' Zapevłrrc z takim wrzaskiem pokrywały się bataliony do ataku. Hurrraaa! - Towarzyszu marszałku Zwia7|<tl Radzieckiego' melduję p&ącznny korpus sił specjalnych gotowy do prze$ądu i defilady' Szef V 7'arządu generał-pułkownik Pietnrszewski. Spojrzał marszałek na nieprzebrane szeregi dywersant w, uśmiechn{się. Generał Pietruszewski prezenĘe swoje wojsko: _ 27- Brygada Specnazu Białoruskiego okręgu Wojskowego!

czemy dwutorowo z An-I2 I czterotorowo z An-22. Myślicie, że jesteście w stanie wyobrazić sobie czterotorowy ztzut desarttowy? G wno prawda. Tylko ten, kto skakał, wie, co to takiego' Skaczemy w dzie i w nocy. Ż łte Wody to Europa, |eżą pod samyrn Kirowogradem. Ale latem zawsze panuje tutaj duchota i spiekota. Lato jest znojne i bezchmurne' nie zdarza się nielotna pogoda' Dlatego tu właśnie ściĘają wszystkich kraric w ze ZwLapku kompanie, bataliony, pułki i brygady Specnazu, tutaj zrzuca się je na okrągło od czerwca do wrześria. Boże, ześlijulewę. Niechby rozmokło to przeklęte lotnisko. Jest wytrzymałe jak granit, choć to młyczajna glina' ani grama betonu. Słofrce zabetonowało je lepiej nŻ jakakolwiek technologia' BoŻe' ześIlj nam deszcze! Niech wreszcie rozmoknie. Błagamy Cię, Boże! Jest nas tysiące, dziesiątki tysięcy. Zlituj się' spraw, Żeby |ało|

Z dlżego pułapu. Z niskiego. Z bardzo niskiego' Ska-

Kurr.Upał.

Step' Skaczemy. Skaczemy coraz więcej.

XI

nęła w odpowiedzi 27' Brygada.

_ Czołem, zwiadowcy! - huknął marszałek. _ CZOEJM''.RZYSZU'''AŁKU'''ZwĄ'..cKIEGo!

!

!

-

ryk-

B.rr"" nadciąga jak światowa rewolucja: t.rri-i" i r#] pewnie. Wysuszony step. Wiatr pędzi tumany kurzu. Horyzont caĘ w czerri, w oddali widać błyski' dobiega ledwo słyszalrry [rzmot' A deszczu ani na lekarstwo. Ach, z jaką rozkoszą wystawiŁbym tvłarz pod ciężkie krople letniej blurzy' Ale nie będzLe bl:rzy. Jutro czeka nas ten sam zn j, gorący wiatr sypiący drobnym piaskiem. Bezkresny w1palony step. Zaschniętymi gardłami znowu będziemy wrzeszczeć ,,Hurraaa!'' Tak jak teraz. Na całej dłu$ości pasa startowego stoi w zwartyrt szyku kwiat Specnazu. Ledwie kołysze się morze zakurzonych, spłowiałych niebieskich beret w. - Baczność!Na prawo-o patrz| Prezentu-uj brori!
r26

Czołem, zwiadowcy! - CZOEM..,RZYSZU.., _ 72. Samodzielny Ćwiczebny Batalion Specnazu! _ CZOEIy'I.,,RTYSZU,,. - 13. Brygada Specrrazu 6. Gwardllskiej Armii Pancernej! Marszałek wykrzykuje słowa pozdrowienia, echo niesie je aż po horyzont: DoBRZE SŁUŻYCIE! SŁUŻYCIE! SŁUŻYCIE!!! Podniosły i surowy jest ceremoniał wojskowych defilad. Nie na darmo wymyślono parady, nle na darmo. W z generała Pietruszewskiego jedzie po prawej i trochę z tyh] za samochodem marszałka. Co teŻ maĘe się w oczach generalskich? Duma! oczyriście,Że durna! Patrz, marszałku, na swoich chwat w. Czy są gorsi od zbir w Margiełowa? Pewnie' Że nie gorsi! _ 32. Brygada Specnazu Zakaukaskiego okręgu Wojskowego! _ Czołem, bohaterowie! _ CZOEIIyI..RZYSZU,.. t27

- Dobrze sfużycie! - KU CHWALE ZW\Pą..sKLEGO!!! - 3. Morska Brygada Specnazu FloĘ Czarnomorskiej! _

wrKToR sttwoRow
Dobrze sfużycie! Zwyczajowo już każde poważne ćMczenia koriczą się og lnyrn prze$ądem wojsk. Jest to wielowiekowa tradycja. Tak samo po bitwie w dz zbieral swoje hufce,|ic4lł straĘ, pozdrawiał zutyclęzc w. Wielkie mźrnewry zostały zakoflc?:olłee. Dopiero tu, na bezbrzeŻnym polu możra sobie wyobranć potęgę Y 7-arządu GRU. A przecież wtelu tu nie ma. - 7O3. Samodzielna Kompania Specnazu 17. Armii! Jedzie marszałek wzdhlŻ szereg w i na peumo nurtuje go myśl: na kogo by całą tę sforę spuścićz ła cucha? Na Europę? Na Azję? A może na towarzyszy zPolitbiura? No i co, marszałku? Czemu zułIekasz? Tu sami swoi, sami źli. No, spuśćże łar1cucha. Całą Rosję we kr-wi z skąpiemy. Daj tylko rozkaz. oczywiście, nie wszystkich będziemy zabijać. Ęm co mają okazałe dacze i zgrabne limuąmy włos z Błołvynie spadnie. To rrie grzech mieć dnnę i piękny samoch d. Ęch, co głosąsprawiedliwość społeczrrą też zostawimy w spokoju. Grznszao ale nie jest to grzech śmiertelny.Wykar1czać będziemy, marszał]ru, Ęlko Ęch' kt rzy gadają o społeczrrej sprawiedliwości, a sami jeżdĄw limuzynach. Ęch będziemy wieszać jak psy - na latarniach, na słupach telegraficznych. wśclekłe No' spuśćttas z u-więzi! Marszałku! Przecież jeślinie ty, to tw j następca spuściSpecnaz złańclcha. Spuści. MoŻesz być pevrny. Będzie wiele krwi. Im dfużej będziecie zwlekać, ffm więcej krwi popłynie. Ale popłynie! Hurraaa!!! Przetacza stę ryk po polu, goni dalej, odbija się echem w wyschnlętych parowach. - To jak chłopaki, popracujemy? - pyta marszałek. - A-a-a-a! - triumfalnie rycry w odpowiedzi Specnaz.

AJTWARIT'M

-

Lobrisko nie ma korica. Bezkresnym murem stoi Specnaz.

Czasem kompletrra apatia. Spadochrony składamy już bez drŻenia. Ż*ny Ę|ko złoĘćjak najprędzej |przespać się z p ł godzinki. Może sprawdzić jeszcze raz, dla świętego spokoju? A, do dtabła.'. obejdzie się... Ćwiczebne walki. Napalm. Psy. MWD. KGB. Znowu strzelanie i znowu skoki. A śmierćza rtarni krok w krok. Nie, jak dotąd nikogo nie zagŹrrnęła pod swe czarne skrzydła. Ale czuwa kostucha. w l 12. samodzielnym batalionie testują nowy spadochron D-r-8. Niedobry spadochron. Boi się go Specnaz. Cośw nim nie gra. Na sto pr b co najmniej raz mł1ja się olinowanie. Konstruktor spadochronu i jego ludzte są na miejscu. objaśniają, że nieprawidłowo układamy, że źle składamy. A niech was szlag'. ' przecieŻ to my ryzykujemy! Starszy sierżant ze LL2. skoczył' przerzuciło mu taśmyprzez czaszę, w ostatniej chwili ptzecla} je sztyletem. Dobrze wylądował, miękko. Na ziemi żarty sobie z niego stroją: jakże to tak, nie trzeba był'o siekać taśm, la7eŻało poszukać miejsca, gdzie są zszyte jedwabną nitką i starannie wypruć szew. Starszy sierżant po takim skoku zupełnie nie zna się na żartach, klnie w żywy kamieri dowcipnisi w i konstruktoraprzy

łowrocie. Skoki dzierule, skoki nocne, skoki z niskiego pułapu, skoki ze średniego. Skoki z katapultowaniem, nie dla wszystkich. Skoki ze stratosfery, też tylko dla v4rbra c w. Zawody. Zawody.I zn w skoki. Gorzki kurz w ustach. Zaczerwiertione oczy. Złość roryiera. r2a

Dracujemy. Pracujemy dzle i noc. Wszystko jak wxur I ko-

okazji. Śmierć czai się tuż-t:uż.O, za tamtymi ogrodzerriami. Ż łte woay ' ob z koncentracyjny' Uran. Więc śmierć. Czyż to nie tu szefowle jednostek zaopatrują slę w ,,kukły" i 'gladiator w''? Zakazane rewiry. Wieże strażnicze. Wieże spadochronowe. Wszystko na kupie. Kacet i my. Czemu tak jest? żkby nas zasfo:aszyć? A może istrrieje jakiśinny pow d sąsiedztwa Centralnego ośrodka Szkoleniowego Specnazu z kopalniąurarru? Zobozem koncentraryjn5rm? 7n, śmiercią?

I skoki. ,,Kapitan Suworow. Spadochron skła"''olv.' dałem osobiście''. Czynność pierwsza: zamocować szczyt c7Aszy spadochronu. .Spadochron składałem osobiście''. Gotowi? Podskoki. Naprz d. Naprz d. Naprz d marsz.
r29

Txw

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

Takjest. Nikomu ani słowa. W dziale osobowym powiesz, że wzwa cięX Zarząd Gł wny Sztabu Generalnego. - Takjest! - No' to trąrm się, kapitanie. Powodzenia.

ście''. Długo wpatruję się tępym spojrzeniem w podpis kt ry wlaśnie zako czył układanie. Coś mi tu nie gra. Ale jestem otępiały' Brak snu' Z trudem wytężam umysł i raptem olśnienie: - Towarzyszu generale! - Cicho, nie hałasuj. Tak, Witia. Tak. - Śmieje się' Tylko nie r b gwałtu' Już od 32 $odzlnjestem generałem. Ę pierwszy na to wpadłeś' - Moje gratulacje... - Dziękuję. _ Zyczę wielu g1oriazd... _ Przecież m wię, nie r b hałasu.'' P żniej się napijemy. Teraz nie czas. Do diabła, jestem kompletrrie wykonczony. Sw j spadochron chociaŻ złożyłeś? - Oba, towarzyszu generale. - Zdaj oba do magaz5mu. _ Rozkaz. - I czując cośprzez sk rę pytam nieregulaminowo: - Nie skaczę juŻ dzisiaj? _ Nigdy już nie będziesz skakać. _ Zrozumiałem - m wię, chociaŻ nic nie rozumiem. - Wzywają cię do Kijowa. Stamtąd do Moskwy.
mojego sąplada,

,,Generał-major Krawcow. Spadochron składalem osobi-

- Mikołaju Gierasimowiczu _ zwr cił się do kogośgenerał - zaprowadźcie kapitana do toalety. Po upływie dw ch i p ł minuty ponovrrrie staję przed $enerałem' - Teraz got rł/? - Got w, towarzyszts generale. Adokąd?
W ogieli i w wodę, towarzyszu generale. I nie ciekawi was' dokąd? Ciekawi, towarzyszu generale.

wać was do wykonania zadania, powiedzmy pięć lat'

Gdybyśmypostanowili bardzo długo przygotowy-

byściesię na to zapatrywali?
Pozytyurnie.

jak

-

To by oznaczało, Że zadanie jest rzeczywiście powaŻrle. To mi odpowiada. - Co wy wiecie, kapitanie, o X Zarządzie Gł wnym Sztabu Generalnego? - Jest odpowiedzialny za dostawy broni dla wszystkich bojownik w o wolność,szkoli przyw dc w ruch w narodowowyzwolericzych, kieruje doradc w wojskowych do Azji' Afryki, na Kubę... - Co byściepowiedzieli na propozycję skierowania was do XZarządll Gł wnego? - Byłby to dla mnie najwyższy zaszczyt. _ XZarząd Gł wny posyła doradc w do kraj w należących do stre$l klimat w gorących suchych, albo gorących wllgotnych. Co byściewybrali?

Dlaczego?

K.pit*ie, otrzymaliściewstępną decfię Sztabu Generalnego o T^)cerlj'u was na tyłach wroga ze specjalrrym zadaniem. - Niezrrajomy generał zmierzył mnie ciężkim spojrzeniem' - Ile czasu potrzebujecie, by się prz'rgotować? - Trzy minuty, towarzyszu generale. - Dlaczego nie pięć? _Po raz pierwszy uśmiech pojawił się na jego tvłarzy. - Muszę skoczyć do toalety, trzy minuty wystarczy. _ Spostrzegłszy, żts może nie ponlać się na żarcie, dodaję: _ Całą noc wież|i mnie tutaj autobusem' nie było kiedy.
130

xv

Gorący wil$otny. Dlaczego? To jest Wietnam, Kambodża, Laos. Tam toczy się walka' W gorących suchych dziakarlla bojowe sązawieszone.'' - Jesteście w błędzie, kapitanie. Walka toczy sięza'wsze i wszędzie. Rozejmu nigdy nie było i nie będzie. Wojna trwa bezustannie. Jawna wojna czasem przycicha, ale tajna, nlgdy' RomlaŻarl:y właśnieprojekt wysłania Was na wojnę. Na tajną wojnę. - Do KGB? - Nie.
131

-

I

\ WIKTOR

SI'WOROW

AKWARITIM

nego, GRU. Dla zamaskowania swojego istnienia GRU wykorzystuje najr żniejsze orgar:tzacje, także XZarząd Gł vrny. Skierujemy was, kapitanie, na egzafilrxly do tajnej Akademii GRU, ale wszystko zostanie przeprowadzone w taki spos b, jak byściemieli zostać doradcą wojskowym' XZarząd Gł wny to wasza przykrywka. Wszelkie papiery i dokumenty przygotuje dla was wyłącznie ten Zarząd. on też wezwie was do Moskwy, a tam na miejscu zostaniecle przewiezieni do nas na egzaminy... _ Co będzie, jeżeli obleję? otrząsnął się z obrzydzeniem. - Wtedy naprawdę przekaŻerny was do X Z-arządu i rzeczyllltście zostaniecie doradcą wojskowym. Chętnie was przyjmą' podobacie im się. Ale nam też się podobacie. Jesteśmy przekonani' Że zdacię egzarnll.ry' w przeciwnym razie ta rozmowa nie miałaby miejsca. - Wszystko jasne, towarzyszu generale. - Skoro tak, to pozostały pewne niezbędne formalności. WyciągNr{ z sejfu sze|eszczącąjak nowiutki banknot kartkę papieru opatzonągodłem i nadrukiem,,Śtrte tajne". - Przeczytajcie i podpiszcie. Na kartce - dwanaście zurięzłych punkt w' Każdy zacz1una slę od sł w: ,Zabrania się'' i ko{tczy się surową przestrogą .$rozi najwyŻszy wymiar kary'. Konkluzja brzmi: ,,Wszelka pr ba ujaumienia tego dokumentu lub j ego dowolnego fragmentu podle ga karze śmiercl". _ Przeczytaliście? W odpowiedzi skin{em tylko głową. Podsun{ mi pi ro. ZłoĘłempodpis i kartka zniknęła w czeluści sejfu. - Do zobaczertTa w Moskwie, kapitanie.

_ CzyŻ rl.:oŻe być tajna wojnabez udziafu KGB? _ MoŻe. - I tę wojnę prowadzi XZarząd Gł wny? _ Nie' prowadzi jąII7-arząd Gł wny Sztabu General-

w

starszemu lejtnantowi, zjawiłem się w gabinecie mojego byłego już dow dcy: r32

rkt młodziutki"*

bu Generalnego. - Siadaj. Usiadłem' Długo patrzy mi w oczy. Wytrzymuję jego wzrok. Jest zebrany w sobie i poważny. - Decydujesz się, Wiktor, na bardzo poważny krok. Biorą cię do Dztesiątki, ale myślę,że to tylko parawan. Sądzę, Żewezmącię gdzieśwŻęj.Może nawet do GRU' Do Akwarium. Po prostu fla razile nie mają prawa rozmawiać ztobąna te tematy. Ale zapamiętaj moje słowa, przyjdzLesz do X Zarządu, a zabiorą cię gdzleśindziej. Na pewno tak stę stanie' JeŻe|i moja ocena sytuacji jest trafna, czekają cię bardzo trudne egzamirry. JeŻe|i chcesz je zdać, musisz w każdej sytuacji być sobą. Jest w tobie cośwystępnego, cośzepsutego, ale nie staraj się tego ukryć. _ Nie będę tego ukrywać' _ Ibądź dobry. Staraj się zawsze być dobrym.Przyrzekasz mi? Jeżeli będziesz zrnwszorly zabi człowieka, bądż dobry! Uśmiechaj się do niego, zarljrr' $o zabijesz. - Postaram się. _ Ale jeŻe|1 ciebie będą zabijać, nie skowycz i nie płacz. Tego ci nie wybaczą. Uśmiechaj się, gdy będą cię zabLjać. Uśmiechajsię do kata' Tym się unieśmiertelnisz. Tak czy owak każdy Z flas prędzej czy p źniej zdechnie. Zdychaj jak człowiek, Witia. Zdychal z godnością. Następnego dnia zielony autokar dowi zł grupę oficer w na odludną stację kolejową, gdzie formowano wojskowy eszelon. Wszystktch wzywał do Moskwy X Zarząd Gl wny Sztabu Generalnego. Wszystldch czekała prrylszłośćwojskowych doradc w w Wietnamte, w Algierii, w Jemenie, w Syrii, w Egipcie. W tej $rupie byłem teŻ ja. od tej chwili dla wszystkich moich przyjaci ł, koleg w, przełoŻonych i podwładnych po prostu przestałem istnie . Pierwszy punkt dokumentu' kt ry podpisałem zabrałiałmi jakichkolwiek kontakt w z kirnkolwtek, kogo znałem w przeszłości.
133

_ Towarzyszu generale, kapitarr Suworow melduje się zvłiękuz przeniesieniem do XZarządu Gl wnego Szta-

.

AKWARIUM

Rozdział 6
z kolejowego nasJapu, odsłaniasz przede mną swe nieobjęte przestworza. Osiki, brz zki, jodełki, splądrowane cerkwie, dziewczyny przy sianokosach, fabryczne kominy i znowu dziatwa na nas54rie. Machają w moją stronę i śmiejąsię' Mosty, mosty. Rzeka Desna zagruchotała stalowymi przęsłami' Konotop, Briarisk' Kaługa. Koła pociągu podskakują na złączac}:.. Tuk. Tuk. Tuk. W wagonie gwarno. W wagonie popijawa. Tutaj sami swoi. Wojskowy eszelon, żadnych obcych. Sami przyszli doradcy wojskowi. Piją za pomyślność. X Zarząd Za Gł wny. Za generała-pułkownika okuniewa' Kolejna butelka poszła w ruch. Pij, kapitanie! Zatvloje gwiazdki! Za dalszy awans! Dziękuję, majorze, nawzajem! Roziskrzone oczy. Banda chłopak w zafasc5mowanych wojną. Nie po to koriczyliśmy szkoły wojskowe , żeby sprawdzać czystośćżołnierskichbucior w. Szliśmy do tych szk Ł, bo urzekła nas wojenna romantyka' DziśX Zarząd Gł wny daje r:am, szczęściarzom, tę upragnioną szźrnsę' Za Dziesiątkę' chłopcy| Za Dziesiątkę!

I\osjo-mateczko, machasz do mnie dziecięcą rączką
wiecie -o;"to.rf,l węzeł kolejowy. Eszelony. Eszelony. Eszelony. T)rsiące ludzi. Wszystko otoczone drutem kolczastym. Wszystko ukryte za wysokimi pł'otami. Wszystko w oślepiającym świetle reflektor w. Transport czołg w do NRD. Transport reknrt w do Czechosłowacji. Łoskot i zgrzyt. Lokomotywy manewTowe formują nowe zestawy. Eszelon haubic na Daleki Wsch d. To znowrr jakieśkontenery. Wok ł obstawa, jakby samego Breżniewa wieźli. Magazyny' składy' rampy, załadunek i wyładunek. Transport zdemobilwowanych Żohtierzy z Polski. Tuż obok wagony więzienne. okna wąskie i podłużne,zamalowane białą farbą, zakratowane' Krasnaja Priesnia to nie ty.lko wojskowy węzeł, to r wnież więzienie tranąrtowe. 7-ohtierze z psami. Czerwone naramienniki. Transport niespiesznie rusza do zony. Wielkie stalowe wrota. Zasieki. Niebieskie oślepiające światło.Więzienne eszelony. Do Badajbo. Do Czeriepcowa. Do Siewierodwiriska. oo żhłtych W d. Ogromne szare bloki wojskowego punktu tranzytowego.
135

DI

jesteśmy kumplami' Zrtowu butelka w koło. Wasze zdrowie, chłopcy, za waszą pomyślność' ' wasze gwiazdy. 7 A dokąd to diabli mnie niosą? W dokumentach stoi Kuba, ale tylko dlatego, Że w całej grupie poza rxną nie ma nikogo na Kubę. Bardzo wielu do Egiptu' do Syrii' Niekt r4r do Wietnamu. Gdyby rzeczfiścieWzruaczol|o kogoś na Kubę, wtedy dla mnie vrj.myślonoby cośinnego. Krawcow oczywiście domyśla się, ze Kuba to tylko poz' r. Tak naprawdę, to i on nie wie nic konkretne$o. Krawcow' Generał' Widziałem go w stopniu $enerała. Miał na sobie zakurz-ony kombinezon i błękitny wypłowiałyberet' Wyglądał jak pierwszy lepszy Żołnierzy Specnazu. Staram się go sobie wyobrazić w generalskim mundurze, zę złotJrmi epoletami i szerokimi lampasami - i nie mogę. Widzę go tylko takim, jak podczas naszego pierwszego spotkania: nienaganrry mundur' szlisr pułkownlka, tllłarz młodziutkiego kapitarn. Zyczęwam sukces w, generale.

Jest nas tu cała zgraja. Artyleria, lotnicy, piechota, czoł_ giści.Jeszcze wczoraj nie znaliśmysię nawzajem, a dziś
L34

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

isię w bloku B pok

Gnrpa doradc w do Południowego Jemenu! Z$osić j 2l7. Doradca na Kubę! Jestem! - Kapitan Suworov/? - Takjest. - Proszę za mr:.ą' Młody przystojny major prowadzi mnie wzdłuŻ niekoriczących się płot w i stos w zielonych skrzyft' Tędy, kapitanie. Na niewielkim podw rku oczekuje karetka pogotowia ze znakatni Czerwonego KrzyŻa. Proszęprzndem. Drzwiczkizatrzasnęły się i samoch d rusąrł. Kilka razy stajemy - pewnie kontrola ptzed opuszczeniern zamkniętego terenu. I oto jesteśmy w Moskwie. Wiem, że nie jedziemy szosą, że wiozą mnie ulicami dużego miasta. W z skręca raz po raz i często zatzymuje się na światłach.Ale to tylko moje domysły. Dojrzeć niczego nie mogę: okna matowe jak w wagonie wtęziennym.

-

wpłynie na organŻację zaopatrzenla dywizji? Ęrtania sypią się jedno po drugim. Nie ma czźlsu na zastanowienie... Dośćsię zaslahać - już pada nastę1rne. Kto to jest Czechow? Snajper ze 138. Dpizji Strzelc w 62. Armii. A Dostojewskl? TeŻ mL pytanie. Kt ż by n(e zna]' Dostojewskiego? Mikołaj Gierasimowicz Dostojewski, generał-major, szef sztabu 3' Armii Uderzeniowej. Wybuchają śmiechem' ,,Wiecle, kapitanie, niezupeŁ:ie o to nam chodziło, ale zaliczamy wam odpowiedź. Bałdzn wymov.rnie o was świadczy.Nie zwracajcie uwagii na nasz śmiech. Niech was nie peszt''. A cry cokolwiek jest mnie w stanie speszyć2

p

rrr nacisk na cenĘrmetr kwadratowy gruntu wywiera amerykariski cznĘ M-6o? Jakie wolicie ralrieĘ przeciwpancerne: amerykariskie czy francuskie? Dlaczego? Dlaczego schody kręcone w pałacach są - patrząc z dohl _ lewoskrętrre, a nie prawoskrębre? Dlaczego w powozie przednie koła są mniejsze' a Ęlne większe? Co wam m wi pojęcie ''trzy linie''? Dlaczego lufa w rosyjskim karabinie Mosina jest nagwintowana prawoskrętnie, a w japoriskim Arisaka na odwr t? Jakie są podstawowe wady silnika rotacyjnego Wankla? Ile waży wiadro rtęci? Jaki Ęp kobiet wam odpowlada? Ile numer w pisma ukazuje "Ogoniok" się roczrrie? Kto pierwszy zastosował,,oskrzydlenie pionowe''? Co oznacza litera L w nazwie radzteckie$o myśliwca bombardującego Su-7-BKL? Gdyby polecono wam zmodernŻować amerykar1ski bombowiec strategicnry B-58, kt re parametry poprawilibyście w pierwszej kolejności? D|aczego w niemieckich czołgach Pant}rer stosowano zawiesznnie? Radziecka dylvlĄa strzelc w zmo toryznwarlyc}r |icry 257 cznĘ w. Uważacie, ż.e ich liczbę naleĘ zwiększyć, czy zmrnejszyć? o l/re? Dlaczngo? Jak to

tJ"n

T

źrnej oszacowałem, że było tego koło pięciu tysięcy: 50 pytan na godzinę, 17 godz;trl dziennie przezB dni. Niekt re wymagają pięiomirrutouych' czasem dziesięciominutowych odpowiedzi. Na inne wystarczają sekundy. Niekiedy pytania się powtarzaJą. Czasem jedno i to samo pytanie Powraca kilkakrotnie. Nie denerwrrj się. odpowiadaj szybciej. Nie pr buj Ęać, nie pr buj kombinować. No więc, ile w dki moŻesz wyprć za jednym razerrl? oto zdjęcia dziesięciu kobiet, kt ra podoba ci się naJbardzieJ? Pomn ż 262 przez 16. Szybctej. W pamięci. To łatwe: najpierw trzeba pomnożyć 262 prz-ez lo, potem dodać połowę tego wyniku, potem jeszcze 262. E;gzamlrntor patrzy mi w oczy. Prędz-ej, kapitanie. PrzecfueŻ to błatrostka. Prz-ellosąwzrok na sufit. Z wysiłkiem dodaję wszystko do kupy. Spo$ądam przed siebie. Kt remuśz moich poprzednik w zadarrc to samo pytanie, cieniutkim oł weczkiem wyrrotował wszystkie obliczenla na zielonym papierze, poĘnvającym st ł. Łapię gotową odpowiedź i natychmiast pojmuję, Że to młyczaJna prowokacja. M j poprzednik nie m gł mieć prąl sobie cieniutkiego oł weczka, nie m gł pod tym świdnrjącym spojrzeniem rachować po kryjomu na papiev-e.7actskarl szczękli rzucam m j własny vrynik: 4.192. Nawet nie zerkam na zielony papier na stole. Wiem, że tamta odpowiedź jest świadomiebĘdna. A pytania sypią
10

rv \-rzuję się tak, jakby mi zadali millon pyta . Dopiero

-\

136

-

Akwarim

r37

WIKTOR SIIWOROW

AKWARIUM

wam zaproponowali handel arbtszarrt? Czasem na sali jest tylko jeden egzaminator. Niekiedy ttzech, kiedy indziej piętnastu. oto dwieście fotografii, rozpozrajcie na nich osoby, kt re widzieliście w tym pokoju podczas egzamin w. Czas - start! Teraz wybierzcie tych, Ln rzy byli tu tylko jeden raz. W następującym tekście macie skreślićwszystkie litery o, podkreślićwszystkie litery Iu otouyć k łkiem wszystkie C. Nie zwracajcie uwag[ na tego osobnika ani na radio' Czas _ start! Gośćrobi maĘie miny, stara się wyrwać mi obwek, wytrąca krzesło spod tyłka. A radio wrzeszczy: skreślićC, podkreślićo... Czasami w trakcie egzamin w do sali vł1eżzdia wspaniały obiad, czasem zapomirrająw og le o jedzeniu. Czasami puszczają do toalety na pierwszy zrrak' kiedy irrdziej trzeba prosić po trzy nzy. KaiĄego dnia doprowadzają mnie do kresu moich możliwościumysł'owych i fizyczrrych. Zat wno ja sam jak i oni czujemy tę granicę bardzn wyraźnke. Dobrze po p krocy zuraJart śiębez rozbierania na wyro i z miejsca czr'kają. oślepĘącalampa zas5piam. Na to właśnie w oczy. 262 razy 16! Szybciej. W pamięcl.PrzecieŻ to takie już na to pytanie. No, co jest z toproste! odpowiedziałeś b{! 4.ls2| -wr7.eszczęw odpowiedzi. Swiatło gaśnie.

się jak groch: jak byściezareaglowali, kapitanie' gdybyśmy

chce zrozamieć. Mamy bardzn prostą zasadę; rubel za wejście, d'wa za wyjście. To nlacąr, że wstąpić do organizacji jest trudno, a jeszeze trudniej ją opuścić'TeoreĘrcznie dla wszystkich jej członk w przeul7dzlarlo Ęlko jedno wyj ście: prznz komin Dla j ednych z na1vv1rżsąrmi honoramL dla innych haribiące, ale komin jest jeden. T-y|koprzez ten komin odchodzimy z orgarizacji. Oto on...

rzy odpowiedzą prawidł,owo na więcej nlż 9oo/o pytan' odpadają. Nie potrzebują tu zbyt mądrych. E;pzamlrry nie mają bynajmniej na celu ustalenia poziomu wiedzy delikwenta. Wcale nie. Ważna jest tylko ocena zdolrrości przyswojenia jak największej ilościinformacji w możliwle najkr tszym c7Ąsie i w maksymalrrie stresowych warunkach' Bada się r wnleŻ stopieri poczucia humortt, opĘmizmu' opanowanastronia, zdolnośćdo intensyumego dŻałarria, stałość j w i wiele, wiele innYch czYnnik w. - No c ż, młody człowieku, nadajesz stę do nas oświadczyłmi pod koniec sz stego drria siwy egzaminator. - Nasza orga:auzacja, to nie przelewki. Ttrtejsze reguĘ są kr tkie i węzłowate . Zronlmie je każdy, nawet jeślinie
138

Llraezrie p źfiej dowledziałem się, ż-e cI, kt

7v

dal się obcym wywiadom. Przypuśćmy, żrc to prawda. Ale przecieŻ miał doskonałe możliwościucieczki rraZach d' Nie skorzystał' Na Zachodzie mtałby w br d pientędzy' wina, kobiet. W Moskwie i tak nie m gł wydać ani $rosza. Nie m wląc o Ęrm, ircnie bardzo można tuzaszaleć. Babiarz zwiałby dla kobiet i forsy, a on został i balansował nad krematorium. Licho wie, dlaczego. Kręcę się na wygrzanej poduszce, sen nie przychodn. Pierwsza noc bez egzamin w. A może r wrneż po nocach obserwuje mnie oko ukrytej kamery? Pies ją trącał! Wstaję' podchodzę kolejno do każdego kąta i pokazuJę ffgę' Jeżeli nawet teraz mnie podglądacie, to jutrzejszy wyjazd do Komitetu Centralnego zostanie z pewnościąodwołany. Po chwili dochodzę do wniosku, Że fita to za mało, więc wystawiam do kamery - jeślirzeczywlście tu jest - ws4rstko' co Ęlko mogę. Rano zobacTymy, czy mnie wywalą czy teŻ nie. Następnie kładę się z poczuciem głębokiej wewnętrzrrej satysfakcji, po cąrm z miejsca zas)piam, pewny, że nazajutrz pogoniąmnie na Sybir, bym tam dowodziłkompanią cznĘ w. JeŻeli starrie się inaczej, to zrnczy, Że itu da się Ęć i omijać drakoriską kontrolę' Śplę błogo i słodko' Śpię kamiennym snem. Wiem, że przyjmując mnie do Akwarlum radziecld wywiad popełnia kardynalnybłąd. Wiem, Że gdy pozostaje tylko jedna droga wyjściai tylko ptzezkomLn, to w moim przrypadr39

IJyłem przekonany, Że tvłarz pułkownika będzie mnie przez cale Ęcie ptześladowa w nocnych koszmarach. Ale nie przyśniłmi się arli razu. Wiele o nim myślałem. Jednego nie mogłem pojąć. Tfumacąyli rni, Że kochał pienlądze, alkohol' kobiety. Właśnieza pteniądze sprze-

DVI

T
T

WIKTOR STIWOROW

il

AKWARIUM

ku nie będzie to wyjście z honorami. Wiem, żenie umrę naturalną śmiercią.O nie, tacy nie umierają zvłyczajnie! Doprawdy' wywiad wojskowywygrałby na tym' gdyby już dziśprzepuściłmnie przezIsladratowy komin!

ir

fi

wiozą mnie gdzieś zamkniętym samochodem z matowymi szybami. Nie widać nic na zewnątrz i mnie nikt nie widzl Ciekawe dokąd to: Do KC czy na Sybir? Chyba jednak do KC. Gdyby na Syberię, kazallby zabrać walizkę; skoro walŻka została, Znaczy to, że nie wybywam na dobre, że to kr tka wizyta, że wr cimy tam, skąd jedziemy. Zza okrla dochodzi hałas wielkiego miasta. Pewnie przecinamy śrdmieście. Może to Łubianka? Koło Łubianki, na placu DzLe ynskiego, zawsze huk jak nad Niagarą. Jakoś wydaje mi się, że jesteśmy obok Łubianki. Nic dziwnego: Komitet Centralny jest dwa kroki stąd. Samoch d stoi dłuższąchwilę, potem wolniutko gdzieś się wtacza. Za narni zgrzyt Że|aznej bramy. Drzwiczki otwierają się: - Prosimy. Stoimy na wąpiutkim mrocznyrn dziedziilcu' Z czterech stron wysokie mury. Ztyht wrota. Po obu stronach - sierżanci KGB na posterunku. Na podw rzewychodzi kilkoro drarłi. Przy jednych _ r wrież ochrona KGB' przy pozostałych nie widać nikogo' Nad nasz5rmi głowami goĘble gruchają na $zymsie. - Proszę tędy. - Siwy pokazuje jakieś papiery. Sierżant KGB salutuje. Przejście wolne. Siwy zrra &ogę. Prowadzi mnie niekoitczącytni się korytarzami' Czerwone dywany. Sklepione stropy. Drzwi obite sk rą. Ponowna kontrola przepustek. - Proszę datej. - Winda bezgłośniewiezie nas na trzecie plętro. Znowu korytav-e. Ogromna poczekalnia. Starsza kobieta za stolikiem. - Proszę z-aczekaĆ. _ Czekamy. - Proszę wejść.- Siwy lekko popctm$ mnie do przodu i z-aml<nal za Inną drzwi, sam pozostając w poczekalni. Wysoki gabinet. Okno do samego sufitu, bez widoku. Za oknem głucha śQiana, gołębie na parapecie. Dębowe biurko. Za biurkiem szczupły męŻczynla w okularach
140

7 I-lrtowu

vII

$

n

F

I

1".

w ż łtej oprawie. Brapowy garnitur bez dyst1mkcj| żad'nych medali ani order w. Dobrze jest w wojsku - rzut oka na naramierrniki i już Wiesz jak się zsvracać: towarzyszu majorze, towarzyszll pułkowniku.'. A tu jak za$aić? Po prostu przestawiam się: - Kapitan Suworow. - Witajcie, kapitanie. Bardzo wnikliwie was zbadaliśmy i zdecydowaliśmy przy1ąć was do Akwarium' po odpowiednim przeszko|erliu, ma się rozumieć. - Dziękuję. To dla rnrlje zaszczyt. _ Dzśjest 23 Sierpnia. Zapamiętajcie tę datę, kapitanie, na cale Życie. Począulszy od dziśwchodzicie do nomenklatury. Wprowadzźrmy was na bardzn wysoki jej szczebel: do nomenklatury Komitetu Centralnego. Pr cz roz|icznych wyjątkowych przywilej w uzyskacie jeden prrywilej szczeg |r:y. od dziśnie podlegacie kontroli KGB' odtąd KGB nie ma prawa zadawać wam żadnych pytar1' żądaćna nie odpowiedzi, podejmować jakichkolwiekdziałari przeciwko wam. Jeżeli popekricie jakiśbłąd' macie zameldować waszemu przełożonemu' a on poinformuje nas. Jeżeli nie zameldujecie, dowiemy się tak cryl lrnczej.

W kaŻdym razie wsze|ka kontrola waszych pocz1mari na|eĘwyłącznie do kierownictwa GRU' albo Wydziału organ w Administrac11'nych KC. o każdym kontakcie z KGB macie zameldować swojemu ptzełożonemu. Pomyślność KC zaleĘ od tego, w jakim stopniu struktury i poszczeg lrre osoby naleŻące do nomenklatury KC zdołajązachować niezafeŻnośćod wszelkich innych organŻacji. Pomyślność to Zarazem wasza pomyślność, KC kapitanie. Możecie się szczycić zaufaniem, jakim KC darzy wywiad wojskowy i was osobiście.Zyczę powodzenia. gabinet' Zasalutowałem służbiście opuściłem i

VIII porośnięte trzciną' Brzozy nad urwiskiem. Tam, za wysokim płotem, mieści się nasza daczn, Miniaturowa plaża. Ł dki odwr cone do g ry dnem' Na przeciwległ}rm brzegll też jakieśdrewniane zabudowania, teŻ za zielon)rm ogrodze-

D

I\ozległe jezioro ukryte w lasach. Brzegi

L4t

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

ra swoich kandydat w. Zron:lrriałe, żr zabierając ludzi

poprzednio pilotem myśliwca,dwaj sfuzyli w jednostce rakietowej, jeden w desancie, jeden był dow dcą kutra rakietowego. Jest też lekarz wojskowy oraz prawnik. W sumie barvrrre towarąrstwo. Słuą{iśmy pod rozkazami r żnych dow dc w. Z rozmatĘch wz$ęd w kaŻdy Z laas wpadł w oko jakiemuś oficerowi wywiadu dywizji' armii albo jeszcze wyŻszego stopnia. KaŻdego Z nas lrtośwyfuskał do swojej grupy. Właśniespośrd tych grup Akwarium dobieszefom wywiad w nŻszego szczebla Akwarium nie dąĄ do tego' by zagarnąć wszystkich albo najlepszych. Nie, jeżeli dziśAkwarium pozbawi Krawcowa wszystkich jego orł' w,

niem, też pod ochroną. Specjalny teren wydzielony na dącze' ale tylko dla wąskiego kręgu wybranych towarzyszy. Nie tak łatwo tutaj trafić. Dębowe Zagajniki, jeziora, gęste lasy. Gdzieniegdzie czerwone dachy. Zn w zielone płoty. Do naszego jeziora prowadzi tylko jeden dojazd. Innej drogi nie ma. Możesz kręcić w k łko do woli' a tak czy inaczej stale naĘkasz się na zieLone ogrodzenia' Za naszymi płotami też czy1eś letniska. Słychać' jak grają w siatk wkę. Nie powinniśmy wiedzieć, kto tam piłkę odbija' Im do nas też nie wolno zajrzeć. Płot po lewej nieco wyższy rL|ż po prawej. Stamtąd dochodzą wieczorami dźwięki muzyki. Bardzo ptĄemna melodia: tango. Nasz ośrodekjest całkiem spory. Mieszkajątu 23 osoby, a miejsca starcąrłoby dla trzydziestu. Kazdy ma osobny pokoik. Sciany Z sosnowych belek. Zapaclt Ąnwicy. Na ścianie ma]utki pejzaż. Ogromne' wygodne |oŻko. P łka z ksią!,katni. Na dole hall wyłożonywielkim wschodnim dywanem. Wstajemy' kiedy chcemy i robimy, co nam się Żrywrie podoba' Syte śniadanie' Slaomny obiad. Wystawna kolacja. Wieczorami siedzimy przy kominku. Pijemy. Gawędzirny. W poprzednirn Ęci'u wszyscy bylśmy offcerami średnich szczebh w radzieckim wyviadzie wojskowym' W gmpie jest jeden podpulkownik, dw ch major w i starszy lejtnarrt' Cała reszta to kapitanowie. Jeden z nas był

i błogim Snem. Budzę się p źno i idę nad jezioro' Pogoda pochmurna, ale woda ciepła. Pływam godzinami' Wiem,

Dużo śpię.Dawno juŻ rne s54piałem r wnie twardym

Że ten sen i ta swoboda nie potrwają długo. Po prostu ponlla|ają nam odprę Ę ć się po egzamin ach i przed rozpoczęciem roku akademickiego' Więc się odprężam.

zawiapana prĄaźn koftczy się często wrogością. Wiem to doskonale. Moi towar4rsze z grupy teŻ to wiedzą. Dlatego bez pośpiechu bardzo ostrożnie badamy się wzajemnie. Gadamy o gfupstwach. Dowcipy opowiadamy niezbyt ostre. PeŁey luz. Na razie możemypopijać. W imponującym barze obfitośćtrunk w: pij' ile dusza zapragnie' Ale p{emy z umiarem. Kiedyśzostarriemy przyjaci kni' Kiedyś będziemy sobie ufać. Kiedyśbędziemy się wzajemnie

LJzybko

-r \,\

IX

wspierać. Wtedy dopiero zaczniemy pić na serio' Jak na prawdziwych oficer w przystało. Ale jeszcze nie dziś. obmierzono nas dokładnie i wSZyScy paradujemy w cywilnych garniturach. Niekt rym z ruas przyldzie wr cić do munduru' kiedy zostaną generałami. Irrnym w1padnie pozostać po cywilnemu, nawet gdy zdobędą generalskie sz|ify. Taka służba.

jutro Krawcow nie będzie jużtak pieczołowicie kompletować własnej grupy. Dlatego Akwarium bardzn ostrożnie zabieraludzi, Żeby nie zniechęcić tego czy innego dow dcy do dalszej skrupulatnej selekcji.
to

dorowicz R-rf mow - przedstawił się korpulentny osobnik w dresie sportowym i z piłką siatkową W ręce. - Mam 5l lat, z czego 23 sŁluŻę w Akwarium' Pracowałem w trzech krajach. Za graricą spędziłem 16 lat. Mam na koncle 7 werbunk w. Byłem odznaczorly czterema orderami bojowymi i kilkoma medalami. Będę szefem-instruktorem waszej Erupy. Oczywiście, wymyśliciemi jakąśksywę' Zebyście nie musieli łamać sobie głowy, zdradzę wam kilka moich nieoficjalnych przezwisk. Jedno znTch brzlni Słori. Tak przezwa się wszystkich wykładowc w i profesor w Wojskowej Akademii Dyplomatycznej. Na samąAkademię m wi się Konserwatorium, jeślidotyczy
t43

r42

WIKTOR STIWOROW mowa jest o nas, profesorach i wykładowcach' Być może kt ryśz was teŻ zostarie słoniem i przy1dzle tu, by szkolić młode słoniątka' Ąrmczasem chciałbym pogadać z kaŻdyn z was z osobna. Kapitan Suworow.

AI(WARIUM

to was, młodzieĘ, lub też Cmentarzysko Słoni, jeśli

- Jestem, _

Zapomrnjcie, że istnĘe młrot,,tak jest''. Pozostajecie oficerem Armii Radzieckiej, co więcej, wznosicie się na jej najwyż-sze piętro: do Sztabu Generalrrego. Ale mimo to na jakiśczas wyrzućcie z pamięci to ,,tak jest" ' Czy rozmawia-

- Takjest. _

Zwracajcie się do mnie młyczajnie: Piotr Fiodorowicz.

towarzyszw pułkowniku.

jąc zprzełożonymi potraficie nie strzelać obcasami? - Nie potrafię, towarzyszu... Piotrze Fiodorowiczu, - Pierwsza sprawa, Wiktor, twoje pierwsze zadanie. Naucz się siedzieć na krześle bardziej niedbale... Siedzisz sztywno, jakbyś połkn{ bagnet. Cywilni dyplomaci tak nie siedzą' Jasne? - Jasne.

tajną szkoĘ szpiegowską w centrum wielkiego miasta tak' żeby nikt się nie m gł zorientować' żeby nilrt nas nie sfotografował ani pojedync7n, ari w grupie' okazuje się, że to proste. Gł wny kompleks Wojskowej Akademii Dyplomatycnrcj wzrrcsi się przy ulicy Pospolitego Ruszenia. Rz-ecz jasna, nie ma tu żadnych tablic informacyjnych' ogrodzenie we wzory z kutego Żelaza, bujne zaroś|abzu, kolumnady' kraty w oknach' szłzn|ne kotary' warty na kźdyrrr rogu. Ale to nie jest miejsce najważriejsze. Ttrtaj przygotowuje się tylko tych' kt rzy zostanąw ''wielkiej zr:,tie", wKDL-ach. My zaś,In rzy nlajdujemy się na warunkovlym zwolrrieniu, przeznaczeni do roboĘ poza ,,obzem", szkolimy się gdzie indzĘ. Sh:chacze gł wnych kterunk w sąporozrzvcani po całej Moskwle, po niewielkich punktach szkoleniowych. A gdzie się mieści m j punkt' tego i ja nie wiem... Każdego ranka o 8.3o zjawiam się w Instytucie Promieniowanta Elektromagnetyczne go, tuŻ koło parku Ti-

na

zorgar|rzołJ

miriazewa. oficjalnie instytut uchodzi za plac wkę Ministerstwa Przemysfu Radiowego, ale mało kto wie, do kogo w rzeczywistości należy I czynt się naprawdę zajmuje. Na początku lat pięćdziesiątych ta nlepozorna w wczas instytucja zajmowała 4-piętrowy pałacyk w typowym stylu p źnego stalinŻmu: kolumnady' balkoniki, sztukateria. Pracovlało tam najwyżej dwieście os b. Z biegilem czasu instytut szybko się rozrastał, o cąrm świadcząG-piętrowe masJrwne szare bloki. Nieotyrrkowana cegła sylikatowa _ to już piętro chruszczowowskiej rtierozrzlsttlości. obok potężne bryĘ ze szkła l aluminium: symbol militarno-przemysłowego rozmachu epoki Breżniewa. Labirynt mur w i ogrodzeri szatkuje ten obs7At na strefy i sektory. Drut kolczasĘ' białe lzolatory. Mij aj ąc p o s terunek okazać r ozłożnnąprzepustkę !'' " Masa ludzi. Poranna zrniana. Tfum przepĘwa przez wartovrrrię rozbLĘ na dwanaście potok w. ,Na terenle obiektu palenie wzbronione!", ,,Bądtź czujny! Gadtrlstwo służywrogom!'', ,,Przekrocrymy plan pierwszego kwartału!'', ,,Nie st j pod suwnicą!'' Szara masa ludzka rozplywa się strumykami po wydziałach i sektorach. zgtŻytahamulcaml lokomoĘrwa manewrowa. Potężry hangar poVka 6o-tonowe wagony. SpiesTy się L7czofla brać. Thrm wali w mllczeniu. Wszyscy tajni. Wszyscy ściśle tajni. ''Wejściewzbronione!''. ,,okazać roz|ożoną przepustkę!'' Betonowe przegrody. Ceglarre przegrody. R żnobarwne kominy. Strefa 12-B. Nad c4rrn się tutaj pracuje? L,epiej nie pytać. Jeszczeraz okazujemy przepustkę. Cała jest upstrzona masą zakodowanych symboli. Każdy posiadacz przepustld porusza Się wyłącznie w ściśle określonych grarricach swojej stre$. Bez specjalnychznaczk w na legitymacji nikt cię nie wpuścipoza wzllaczorly obszar. Wykręcamy numer na tarcTy _ ijuż jesteśmy w hangarze. Tutaj zbieta się cała nasza grupa. obok stoi zaparkowany potęimy MAZ z pomarariczowym kontenerem. Zajmujemy miejsca w jego wnętrzu. Przypomina kabinę komfortowego samolotu: wygodne fotele, dywany... Tylko okien brakuje. O godzinie 8.4o' gdy kontener jest wewnątrz zamknięĘ na cztery spusty, w hangarze zjawia się kierowca i wy1eżdża cięlar wką na miasto. Nigdy nie widzieliśmy go na oczy. on zaś

r44

t45

WIKTOR STIWOROW nawet nie podejrzewa, żftwozllrudzl. Zadarie ma następuJące: o 8.4o wejśćdo hangaru, wsiąśćdo woztr |przrwieźć kontener z jaldmś bardzn niebezp1eczn5rm ładrmkiem do sosnowego lasu, ldlka dzielnic stąd. Tam r wnież znajduje się pewien tajny obiekt, też stot harrgar. Kierowca wprowadza w z do środka, po czym wychodzi do poczekalrri. Wieczorem robljeszczejeden kurs. Resztę czasu wozi inne pomarariczowe kontenery po Moskwie . Możr- transportuje zapalniki do bomb atomov4rch, możr- śmiercionośne winrsy, zdolne pożrreć caĘ ludzkoś, a moŻe aparafurę do prowadzenia woJny $enetycznej. Skąd miałby wledzieć, co pomarariczowe. Pewnie teŻ zgarnlanlezĘ szmal. W takich ośrodkach badawczych nikomu krzywda się rrie dzieje.

AKWARIUM

Takjest! Pięć minut odprężenia: wdech-wydech. Mamy miłe, zadbane podw reczko. Krzewy bzrr rrlemal w całościzasłaniają szare betonowe mury. Prz5rtulr'le. Nad bzami zasieki z drrt w kolczastych. Co za tym drutem - nie wtadomo. Możemy jedyrrle dojrzeć p łokrągłe dachy hangar w, jak u nas nad basenem i kortem tenisowym. Może mieści się tam jeszcze jeden punkt szkolenlowy? Moźre &viczątam naslpolscy lub węgierscy koledzy,
torium albo magazyn, albo po prostu więzienie. Wczuwając się w ruch naszego pomaranczowego kontenera, staram się każdego ranka odgadnąć kierunek jazdy. Wydaje mi się, ż'e woŻąnas bardzo niedaleko. Mam wraj:erlde, Że gdzieśw poblŹe więzienia na Krasnej Priesnl. Nie spos b, rzecz jasna, ustalić dokładnego miejsca' A sosnowych zagajnik w wok ł MoskwyJestrzeczywLście od metra' - odetchnęli? Dobra. Wszyscy do sali wykładowej . Każdy rusza do swojego sejfu. M j zawiera cztery 9G-strorricowe zeszyĘ: zaPas na trzy lata. Notuj gęsto' staraj się jak najwięcej zapamiętać, łap w locie podawane informacje. Ucz się oszalbo kubar1scy, wł,oscy czy libijscy? Kt Ż to moż'e wiedzleć? Możliwe, Że to tlje punkt szkoleniowy, tylko tajne labora-

-

za'wlerająkontenery? Wszystlde są jednakowe. Wszystlde

deae., po dru$m wyskakujemy

zpomarariczowego kontenera. Hop. Hop. W hangarze wysoko pod dachem ćwierka wr belek.łlko on ara wsizystlde nasze sekreĘ: kto jest

YXil

kierowcą kto tu po nocach sprząta' kto w takim sćrmym
kontenerze przywozl nam jedzenie i nalorywa do stofu. Do-

wstępu. Nawet weJściedo stoł wki przypomina ś|uzę:jeirc|i

p ki jesteśmyw znllie- personel pomocniczy ma zakaz

drzuli z.e stobwki do harrgaru są otwarte i ktośszykuje nam śniadanie, to nie ma mowy' żeby dostać się do kt regośz tych pomieszłzłft Jak psom Pawł,owa danrcnek sygnalŻuje narn, i:,e możemy wejśćdo jada]ni, nikt z zewnątrz nle moźre otlłrorzyć drmli. Automatyka. Jedzenie doskonałe. Nlgdy dotąd mnte tak nie karmiono' nawet w Czechosłowacji. Jednak mt:ia Fnmstaje zr:lrtą a r:asz kontener nazywarrry między sobą pomararlczr'w unrott. Na dobrą sPrawę woĄ nas jak z-ek w, Ę|e żn z wygodami. W specjalnej księdze wpisuję podziękowarte za pyszne śniadanie1 zam wienie na dzien następny. I czym prędzej na zajęcLa. - Wszyscy gotowi?
* Cziorngj Doron, woronak- .czarna wrona": więźniarka, milicyjna buda do przeslożenLa aresztant w [przyp. tłum.].

czędzać papier' Zeszyt z teori wywiadu pod pachę, sejf na klucz - l do sali. Wykładowca siedzi za muślinowym parawanem, Nie rozr Żnia wyraźnie naszych fr\rarzy, anl my jego rys w, ale rozmowa toczy się bez przeszk d' Wszyscy wykładowcy t dow dcy to Słonie. Niekt rzy mają prawo kontaktować się z naml w ramach zajęć, większośćJednak widzi tylko nasze sylwetki za p Ęrzezrocąrstym ekranem i zvłraca się do nas po numerach. To starzy wy1adacze. Spędzili lata za granicami wtelkiej zony. Niekt rzy dzlałali z ukrycia jako wysokiej rangi funkcjonariusze GRU, inni występowali bardziej jawnie: w charakterze wojskorłych atIachź, cywibnych bądź wojskovych doradc w, dzlerrfkaruy, dylrlomat w, przedstawicieli central handlovych, urzędnik w plac wek korrsularnych, Aeroflohr, Morfłotu, Inturistu cąI or9afizacji mięL47

r46

l,l

lr,

lł.

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

dzynarodowych, Każdy z rich ma na swoim koncie jakąF powaŻrą upadkę, dlatego wszyscy vylądowali na Cmlnta-

I
{

ł

-

Tak oto wygląda szpieg. - Na dużym plakacie barprochowcu, ciemne okulary, postace w kieszeniach. - Tak przestawiają sensac)dnych powieści i film w, tak
nie lvyega,

i

f
v

a) nosić ciemne okulary, nawet w upalny, słoneczny dziefu b) nasuwać kapelusz na oczy: c) trzymać ręce w kieszeniach; d) stawlać kołnierz palta lub phaszcza.
d p

n

z nic}: dziesiątki pasażer na normalnych trasach. Ten, kt rego policja choć razskontrolowała przed wejściem do samolotu, odpadał' Potrzebu-

we twarze były jednym z najwaŻrnejszych ar$ument w przy selekcji. Długi czas badaliśmy tysiące oficer w, potencjalnych k t rych po kilka lat trzymaliśmy ten czjs każdy

medal. '..Wygląd to nie wszystko, liczą się także metody pracy. Autorzy kryminał w najczęściej ukazują agenta jako pierwszorzędnego strzelca i specjalistę od łamania kości'W większości przyszliściedo Akwarium z ntższycn' szczebli wynriadu w jednostkach Specnazu albo Floty Wojennej. Tam wszystkie te metody miaĘ swoje uzasadnienie. Ale tutaj, na g rze, w strategicznym wywiadzie agenturalnym Sztabu Generalnego, nie będziemy wczyć was strzelania ani rozbijania cegieł ciosami karate. osiągnęliście najwyższy rnoŻIlvły pułap pracy !vy!vladowczej, i to, co teraz przyda wam się najbardziej, to wasze głowy. Będziecie uĄlci do niezwykle trudnych zadan: jeŻeli zavłledzie was kiedyśrozl)m, nie|iczcie, Że pistolet albo pięść wam pomogą. ...Japoriskie chwyty samoobronne, pistoleĘ i noŻe przy1rominają pasy bezpieczeftstwa, stosowane przy pracy na dużych wysokościach' Zauważcie: tylko mało doświadczony młodzik używa takiej vprzęry. Stary wyga nigdy. Pas daje zhtdzeniebezpleczenstwa. Wystarczy raz zapomnieć, i po tobie. Kto pasa nie używa, nie ma zhrdzeri, stale jest świadomy niebezpieczeristwa i ma się na baczności. Ciąg}a asekuracja osłabia czujnośći dlatego radziecki wpriad strate$iczny nie daje swoim zuchom pas w bezpieczeristwa. ...Niech Ę|ko zdarzy wam się popeh:ić błąd, z miejsca kontrwywiad przeciwnika rzuci przeciwko wam śmigłowce' gaz, psy, supernowoczesną technikę, sto samochod w, trzystu zawodowych policjant w. Na nic zda się wtedy pistolecik. Stwarza Ęlko zfudne poczucie bezpieczenstwa. Pragniemy pozbawić was wszystkich zh:dzen. Możecie liczyć tylko na własną $łowę, na własną inteligencję. Nie macie żadnej asekuracji' Jeden fałszywy krok' i lecicie w d ł. Na tyrn polega r żricamięfuy wami i przysłowiowym sąliegiem w ciemnych okularach. osiągnięcia' jakimi może się poszczycić Akwarium są w}łnownym dowodem właściwegowyboru metod działania. .. .Temat dzisiej szego 6 -godzinne go seminarium brzmi: ,,Metody agenturalnej penetracji".

le. To dowodzi, że sekcja rekrutacfrna spisuje się na

148

r49

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

otworzyliśmynotesy. Szkolenie oficer w w GRU odbiega diametralnie od tego, co rr:oŻna wyczytać w sensacfrnych powieściach' W ciągu następnych trzech lat studi w w Wojskowej Akademii Dyplomatycznej czekało nas jeszcze wiele zaskakujących odkryć.

kufli piwa, chodzić boso po rozżarzonych węglach, moŻe opanować trzy dzileści j ęzyk w' zostać mistrzem olimpij skim w boksie' wyna|eźć telewizor albo rower, zostać $enerałem GRU albo miliarderem. Wszystko jest w zasięgu jego możliwości'Po prostu chcieć - to m c. Najważniejsze - chcieć, teszta jest kwestią treningu. Jednak regularrrc ćwiczenie pamięci' mięśnilub charakteru samo w sobie do niczego nie prowadzi' Regularność trenirrgu jest ważna, ale nie decydująca. Pewien dziwak ćutLczył bardzo re$ularnie. Przez dziesięć lat raz dzierrie podnosił ŻeLazko, a mimo to nie rozwinęła mu się muskulatura. Sukces przychodzltylko w wczas, kiedy każde ćwiczenie (pamięci' mięśni,psychiki, siły woli, wytrwałości)doprowadza człowieka do kresu jego możliwości.Kiedy trening staje się pod koniec torturą. Kiedy człrowiek krzyczy z b lu. Trenin$ jest skuteczny Ęlko wtedy' gdy człowiek jest świadomy swoich możliwości, wie, Że może skoczyć wzulyŻ na 2 metry, zrobić l53 pompkt, zapamiętać dwie strony tekstu w obc5rm języku. Każdy następny trening ma sens tylko' jeżeli stanowi pr bę poblcia rekordu z poprzedniego dnia: zdechnę, ale zrobię 154 pompki... Chodzimy na treningi przyszĘch mistrz w olimpijskich. Oto oni, l5-letni bokserzy, 5-letni akrobaci, S-letni pływacy. Sp jrzcie na ich wyraz twtzy. Poczekajcie do korica treningu, do ostatniej chwili, kiedy na malutkiej dziecinnej twatzyczce pojawi się wściekła determinacja, pragnienie pobicia wczorajszego wyniku. Patrzcie na nich! To właśnie oni przyrriosą kiedyś olimpijskie złoto pod wielką czerwoną flagę z sierpem i młotem. Sp jrzcie
150

\-zzłowiek może dokonywać cud w. Może trzykrotrrie przepŁynąć kanał La Manche , może wypić na raz sto

/ź^1

xul

na tę twarz! Ile w niej napięcia. Jakaż męka!To droga ku sławie. To droga do srrkcesu! Championem rnoże być, tylko człowiek' kt ry wie, że Za moment sztartga zwa|i mu się na głowę - i wyciska ją dalej. W tym życiu wygrywa tylko ten, kto pokonał samego siebie. Kto pokonał sw j strach, swoje lenistwo, swoją nieśmiałość. Słot'r przyprowadził nas na trening młodych olimpijczyk w. - Tak właśnienasz kraj przygotowuje zastępy obroric w jego sportowej chwały. CzyŻbyściechłopcy' sądzili, że mniej poważnie traktuje przygotowanie wywiadow-

cw?

AI(WARITru

popierał. Nie zalśnĘbyna waszych naramiennlkach trzy generalskie gwiazdy. Powodzenia, generale. W lutym 197l roku KGB r GRU rzuciły się sobie do gardeł. y''Jekt Ż m głby dojtzeć to z boku? Wszyscy znają generała-pułkownika Andropowa. Kto zna generała armii lwaszutina? Ale teŻ on nie szuka roz$łosu. Iwaszutin, w odr żnienlu od Andropowa, stoi na cze|e tajnej otganizacji, działającej w cieniu, rrie potrzeba mu
reklamy.

Rozdział 7
N""uoornniany luty 1971 roku. Szef GRu generałl -pułkownik Piotr Iwaszutirr otrzymał stopieri generała armii. Alrwarium szaleje z zachwytu. Cały Sztab Geneości.Wywiad wojskowy g rą! Andropow nadal będzie tylko Co za afront! i

Wiemy doskonale, że Komitet Centralny świadomie dolewa oliwy do ognia l zderzenie KGB - GRU jest nieunllsrio_ ne. JaIdśczas temu do oczenie. Ro4oczęła się

dzy KGB i wojskiem,

Ktośwam w wczas przysz-edł zpolorrocą ryrzykując wlasną głovą. 7a' tę pomoc' zostałem przedterminowo kapitanem. Przecleżwy także, towarzyszu generale, po clchutku komuś pomagaliście i nadal poma$acie, trnczej rrikt by was nie

go generała-Ętnanta wojsk pancernych Litowcewa awan_ Sowano do rangi generała-pułkownika. Czy pamiętacie, towarąIszLl generale, wasz trudny start na tyrn stanowisku?

-flanowaniem woJny zajmuje się Sztab Generalny. Sztab jest m zgiem armii. Wszelka pr ba ingerencji KGB w proces planowania nieuchrorrnie przywodzl całe pa stwo na skraj katastroff' JeŻeh paristwo chce przetrwać, musi ogranilczyćwpĘwy KGB na Sztab Generalny. Aby zapewnlć zwycięstwo w przyszłej wojnie, Sztab Generalny musl mleć własny punkt widzenia na świat. Dlatego pourinlen zbierać niezbędne informacje siłami własnych oficer w obeznanych z zagadnleniami planowania bojowego, zdolnych do podejmowanla samodzielnych decyzji. Sztab Generalny nie ma czasu dopraszać się irrformacji, sam rozkazuje swoim shrżbom wywiadowczym, co należy rozpracować w pierwszej kolejności.Dla zwiększenia efektywności tych operacji Sztab Generalny musi być władny premiować najlepszych wywiadowc w, a takŻe surowo karać rrieudolnych. Takie upraumlenia zostaĘ mu nadane. Posiada własną sfużbę wywiadowczą, postrzega śwlatnrię przez pryzmat KGB' lecz swolmi własnymi oczam7, nie zbiera tnformacji siłami policji, lecz siłamloficer w Sztabu Generalnego, naszymi stłami. Każdy Z nas winien stać stę r wnocześnie oflcerem wywtadu i oficerem Sztabu Generalnego. Mamy na to bardzo mało czasu - zaledwie 5 lat. Waśnie dlatego nasz program przygotowawczy jest tak napięĘ. Jesteścieoficerami Sztabu Generalnego! Jeżeli nie możecie wytrzyrnać Ęch obciąpefr, przeniesiemy was na nlższe
szczeble.
1l

DII

t52

-

Atwari'-

r53

WIKTOR SI'WOROW

AKWARIUM

Robimy; co w naszej mocy. Wytrzymujemy obciążenia. Nle wszyscy. Po nocach śniąmisię wielkie ofensyw5r. Głębokie pancerne kliny. Desanty zpowietrza. Brygady Specnazu na tyłach wToga. Nielegalne rezydentury i strumieri informacji spadających do Sztabu Generalnego. Śni mi się huk bitewny i ogieri. otwieram oczy. Słyszę obrzydliwy terkot budzika; zimne światłobije mi w oczy. Dfugo siedzę na ł żku' Chyba nie wytrzymam. trI leci nieubłaganie. Sesja zimowa. Osiem egzarrrin w. Sesja letnia. osiem egżamin w. Urlop zirnowy piętnaściedni' Urlop letni - miesiąc. Nie wyjeżdżam na wakacje. Co prawda zdałetn wszystkie egzaminy, ale mam jeszcze masę do zrobienia. Znowu ferie zimowe i znowu nie ruszam się z miejsca. Znaszej grupy prawie nikt nie wyjeŻdŻa.Trzeba pracować. Trzeba więcej pracować. Kto chce się utrzymać, musi bardzo dużo pracować. Aż przed' oczarrui zatanczą czervyone kręgi' Nikt nam w pracy rlje przeszkadza. MoŻna ś|ęczećpo nocach' Można spać po trzy godzLny na dobę. Nasza grupa stopniowo się wykrusza. Podpułko\[mik rozkład moralny, seksualrra rozułiapłość. Wygnany na kosmodrom w Pleslecku. To teŻ GRU: karna kolonia dla zesłanych za' wyboczenia. Major wywiadu artyleryjskiego: pijar1stwo. odesłany z powrotem do bazy Specnazu nad Bajkałem. TopnĘe grupa' Było nas dwudziestu ftzech. 7-ostaŁo siedemnastu. Wywalają tych' kt rzy słabną z ptzepracowaria, kt rzy nie potrafią zau'waĘć inwĘilacjl, kt rzy mylą się albo gorączkująprz5l podejmowaniu decyĄi. odpadają ci, co nie są w stanie opanować dw ch język w obcych, nie potrafią prąlswoić historii dyplomacji i wywiadu' całej struktury' taktyki' strategii i uzbrojenia naszej armii i sił zbrojnych naszych wrog w. Znikająniepostrzeżenie. Nigdy już nie awansują' Wyszykuje się dla nich miejsca' gdzie pracują tacy sami pechowcy z GRU, gdzie kwitnie nieufnośći prowokacja. Nota bene, gdzie nie kwitnie?

-1 \-"u"

rukiwaniu wek. Penetmjemy okolice. Wywiadowca potrzebuje setek zakimark w' sdzie nikt nie zakłoci jego samotności, mĘsc, $dziewiedziałby' Że nikt nie depcze mu po piętach, skrytek' w kt rych m głby schować tajne materiały i mie pewność,Że ali dzieci, arri żaden przypadkowy przechodzie ich nie odnajdą Że rlie wyrośnie hr budowa, Że rie uszkodząich wiewi rki an7 szczury' ani woda, ani śnieg. W kazdej chwili wywiadowca musi mieć w rezerwie masę takich kryj wek i żadnej nie ma prawa wykor4lstać dwukrotrrie. Powinrry znajdować się na uboczu, z daIa od więzieri, dworc w, zakład w zbrojeniowych, dzielnic rządowych i dyplomatycznych o zwiększonej aktyvrności policfrnej' gdzie o wpadkę nietnrdno. Niebagatelrra sprawa znaJeźć w Moskwie miejsce, $dzie nie ma więzieri, budyrrk w rządowych albo strzeŻonych wojskowych oblekt w. Cały wolny czas schodzinam na myszkowaniu. Myszkujemy w podmiejskich zagajnikach, w parkach, na zarzuconych wysypiskach i opuszczonych budowach. Myszkujemy w śniegui w błocie. Potrzeba nam masy dogodnych skrytek. Ten, kto r:aluczy się wyszuklwać ich w Moskwie, potrafi znaleźć je takźe w Chartumie, w Melbourne, w Helsinkach.

*T

Ją mi w perukach, ucharakteryzowanych, przebranych w cofaz to inne okrycia. Każdy błąd - kopnięcie prądem.

warria się twarzy sta]e wzrasta. Za każdym razefll oglądam coraz więcej nowych postaci. T}rch samych ludzi pokazu-

rze.Ta"orrity") się odruchem. Przed moimi oczami rr'isają na ekranie tysiące twnry, tysiące ludzkich sylwetek. Trzymam palec na przycisku, jak na spuście. Gdy Ęlko po raz drugi ujrzę tę samą twarz, rr:ann natychmiast nacisnąć. Jeże|i się mylę, czuję lekkie' ale nieprzyjemne kopnięcie prądu. Naciskam w niewłaściw)rrn momencie - buch! Nie nacisn{erĄ_gdy na]eŻało _ buch! Treningi odbywają się regularnie i szybkośćukary-

na cąrnnośćrn

zg'u powinna stać

L54

155

WIKTOR STIWOROW
Lwagę

AKWARIUM

rejestracyjne woz w. Jeślidrugi raz wpadła ci w oko ta sama tablica' miej się nabaczności:może jesteśśledzony? Pokazują mi tysiące numer w rejestrac$nych. Przelatują przez ekuanjak francuski ekspres TGV. Nie trzeba ich zapamiętywać, na|eĘ je rozpoznawać. AnalĘczny umysł nie zda się na nic' Liczy się Ęlko refleks' odruch warunkowy. Ten odnrch lvpajają nam jak psom' metodą Pawłowa. Błąd - i elektrowstrząs' bĘd - i wstrząp. Tablice rejestracffne mogą się stale zrnieniać,, dlatego trzeba umieć rozpoznawać pojazdy nie tylko po rejestracji,lecz takżzę z wyglądu. Ulicami dużej metropolLi jeŻdŻą miliony samochod w, a nasz rn zgniejest w stanie zapamiętać nawet setki, zwłaszcza Że tak wiele jest identyczrtych. Tu refleks przychodzi wywiadowcy z pornoc+ Nasz umysł rnoŻe utrwalić miliony szczeg ł w, ale po prostu nie potrafimy wykorzystać tej masy informacji. Spokojna głowa. Akwarium r:a:uczy.

na

''-"E

vrr (Jesteśmyoficerami Sztabu Generalnego. Często woŻą nas na bulwar Gogola i tam uczą podejmowania decyzji w toku operacji militarnych na wielką skalę. Na ogromnych mapach i bezkresnych r wninach pr bujemy kiepierw nieśmiałoi niepeumie, rrapapierrc, p źnLej naprawdę, w terenie. Być moż.e ni$dy nie będziesz mia]. okaĄ1 wykorąystać w prakĘce tych umiejętności, ale wystarczy raz przesvnąć, choćby na mapie, 5. i 7. Gwardyjską Armię Pancerną z Białorusi do Polski - z miejsca pojmujesz, jak wiele i jakiej konkretnie informacji potrzebuje Sztab Generabry, by m c wykonać ten manewr w realnej wojnie.
rować wielkimi masami wojsk w nowoczesnej wojnie; naj-

T

bie na pytarrie: czy jest śIedzony. Tak, czy nie? W rzeczywistej tajnej wojnie, do kt rej teraz się przygotowuje, nikt mu nie pospiesry zpomocąi nie będzie dzielićzrlim odpowiedzialności za popebeiony błąd. Tak, czy rne? Cztery godzvty kluczyłem po Moskwie Zawczasu'przemyślaną trasą. Zmieniałem taks wki, autobusy, tramwaje. Z zatłoczonych ulic wycoĄrwałem się na odludzie, po czym Znowll rzucałem się w tłum, jak w fale oceanu. KGB r wnieŻ ćwiczy. Dla nich to waŻrla sprawa: poznać własne błędy w inwĘilacji' Pod Ęm wz$ędem interesy GRU i KGB są zbieŻne. Na Ęrm terenie dochodzi do wsp Ęracy rnędzy dwiema rywarizującymi orgalizacjami. Słor1 wie, Że dziśtrenuję na mieście, że dokładnie o 15.OO wyruszam spod hotelu ,,Metropol", kt ry jest niby radziecką ambasadąw kraju nieprzyjaciela. od chwili gdy opllszczarn ',ambasadę'' decyzja naleĘ do niego: dzwonić do KGB albo nie. No więc - tak' czy nie? Raz na Lydzieft Słori gania nas po mieście.Marsznrty kaŻdy opracowuje sam dla siebie. 7'eszłym razetla byłem śledzony' bez Żadnych wąĘliwości.A dziś?Tak, czy nie? Nie wiem' Nie jestem pewny. W takiej sytuacji povrinienem wr cić do ,,ambasady'' i zameldować Słoniowi, Że niejestem pewny. Wtedy każe mi dalej krąiyć po Moskwie' nazajutrz będę musiał dać ostateczną odpowieĆLŹ. No więc - tak, czy nie?

poznaurać inwigilację. Przed rozpoczęciem kaŹdej operacji oficer wywiadu musi jednoznacznie odpowiedzieć so156

,n."tłęa'ri.

H]

lJiegła znajomośćjęzyk w i wyostrzony wzrok to włŻna brori wywiadowcy. Akwarium dokłada wszelkich starari, by zmusić swych oficer w do opanowania język w obcych. Za znajornośćjednego języka zachodniego płacą 1o% więcej. Zakażdy język orientalny - 20%. Jeśliwładasz pięcioma językarlri Wschodu _ masz podw jny okład' Ale to nie premie zrnuszająmnie do wysiłku: jeśli nie opanuję dw ch język w, wywaląna plesiecki kosmodrom' Wcale mi to nie w smak. Dlatego wkuwam. Języb obce przychodzą mi z trudem, nie mam dobrego sfuchu.. WraŻliwośćukładu sfuchowego obniżona po służbie w wojskach pancernych. Staram się jak mogę' Podciągarn się. Pod tym względem jestem naj$orszy w grupie.
r57

DIX

WIKTOR STIWOROW

AKWARITNT

Byli słabsi, |ecz juŻ odpadli. Jestem następny w kolejności.Niech to diabli, nadrobię w innych dziedzinach. - Miałem te same trudności - poclesza mnie Słori. Ucz slę całych stron na pamięć. W ten spos b w rozmowie i na piśmiebędziesz mieć w zanadrzw gotowe ty, zdarlia, kwestie. Biegłośćprzyjdzie z czasem. ^Nropiszę to, co zapamiętałem. Przepisuję te strony po trzydzieściraz5r, starając się wyeliminować wszystkie błędy. Ze wzrokiem jeszcze gorzej rnŻ z jęry|lem. W Specnaz7e nanczyłem się patrzeć w oczy psom. Ale tutaj to nie wystarcza. Każą nam ćvłiczyć przed lustrem: patrz w oczy bez mrugania. Nie spuszczal wzroku' JeŻe|l chcesz kogośzwerbować, musisz przede wszystklm wytrzyrnaćjego wzrok. Przyjaźfi Zaczyrna się od uśmiechu, pierwerbunek _ od spojrzenia. Jeżeli nie wytrzymałeś wszego badawczego spojrzenia swojego rozm wcy, nie pr buj go zwerbować: jest silniejszy psychicznie. Nie ulegnie. Wychodzę z rnetra na stacji J{rasnaJa Priesnia" i idę do Zoo. Jeślimacie ten sam problem, prĄdŻcie tuŻ przed zamknięciem ogrodu. Nikt wam nie będzie przeszkadzać. Tu patrzę w oczy tygrysom, panterom. Staram się kierować swoją wolą zaciskam szczęki. Nieruchome, Ż łte źrenice drapieżnika rozpĘwają się przede mną. Mocniej ściskampięści'wbijam w dłonie pazflokcle. Trzeba niezmiernie wolno zrnrlżyć oczy i zn w wolno, powolutku rozszerzyć, tak, aby nle mrugać. oczy pieką łzawlą. Jeszcze moment - i mrugnąłem. Wielki, rozleniwiony, ryĘkocur odwraca mordę: słabyśjeszcze, Suworow, żeby się ze InrLąrn|erzyć. To nic, stary. Jestem uparty. Przyjdę tu w następną nledzielę' I w następną.I Jeszcze raz. Jestem uparty... Szary kołowr t nocy i dnl. Nasz program rnoŻrra by z powodzeniem rozłoĘćna 10 lat. Ale został skondensowany do lat pięciu i nie każdywytrzymuje.MoŻetoteŻ rodzaj pr by? Może do tego właśniesprowadza się gł wny sens naszego przygotowanla: juŻ tutaj pozbyć się słabeusz w, na własnym terytorium, Żeby uniknąć niespodzianek w przyszłoścl?
158

: wolno .dry** się od ogona! JeżelL widzisz, że jesteś śledzony, przede wszystkim nie daj po sobie pontać, że się zorientowałeś, nie panikuj i nie miotaj się nenłrowo. JesteśdyplomaĘ

Uczę się całych stron. Wkuwam je na pamięć. Następnie

do diabła! Poszwendaj się po mieście. Dziśmusiszzre^]gnować z wyjściana operację. Może udają Że zdję|i obstawę, a w rzeczyw(stości sterczą pod bokiem, jeszcze |iczniejst t w zmienionym składzie: sarne nowe twarze. W drriu, gdy wykryłeśinwĘilację_ zakaz operacji. To żrclazna regrrła. Każdąoperację opracowuje się w kilku wariantach. Dziśś|edzą_powtarzamy ją nazajutrz albo za Lydzte ' a]bo za miestąc. Ale nie pr buj się w5rmykać! Jeśli

nym dyplomat1 Że potrafisz rozpoznawać inwĘilację' że z jakichś tobie tylko znanych powod w musisz się od nieJ uwolnlć. odtąd r:;Ie zazrlasz spokoju. Będą stedzieć ci na karku dziert i noc, l cała twoja robota na rric. Jeden raz zdołasz ich zgubić, aorizaliczącię do kategorti niebez1rieczrrych i już nigdy stę od nich nie uwolnisz, każdego dnia ze txzydziestu będzie dreptać ci po piętach. Tak więc nie wobao gubić ogona. Ale nie d^ś... Dziśmamy zielone światło._ Pleprzyć wasze kariery dyplomatyczrle _ powiedział Sło . - Zdarzają się sytuacje, kiedy Akwarlum rozkazuje wykonać zadarie za wszelką cenę. Urywać się! Jest nas dw ch, Ż,erua i ja. Urywać się! Łatwo powiedzieć. Nad Moskwązapadł już zmierzch. Ziąb. OpustoszaĘ ulice. h'trzy dnizapije, zataitczy Moskwa. Święta, defilady, orkiestry dęte' Miasto zamarło ptzed lvybuchem pijanego szaleristwa. Tylko my dwaj I czarne cierlie za plecami. Nasze' ale nie tylko nasze. Miotają się' nie kryją swojej obecności. Gdybyśmy pracowali w pojedynkę' zgubilibyśmy ich bez trudu. Co prawda rde wolno odrywać się, ale nauczyli nas, jak to się robi. Pierwszy raz wpwaliśmyw pasażu Pletrowskim. Śvrietne miejsce, ludne. Skoczyliśmy w tfum, przez stojące kolejki' rozpychając na prawo i lewo, po stromych schodkach, i znowu w tłum, kllka przejść_ do metra!
159

ich zgubisz, choćby nawet pod najlepsą1rm pretekstem, pokaircsz Ęm samym, że jesteśsąliegiem, arne mlyczaj-

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Ale cienie wciap za narni, nie pozostają w tyle. Na stacji ,,Wzg rza Leninowskie- pr bujemy jeszcze raz. TeŻ niezłe mĘsce. Metro odjeŻdża, trzask zasuwarrych drzwi. Na ułamek sekundy przed' tym trzaśnięciem - wyskakujemylAle i oni nie w ciemię bici. Pusta jest Moskwa' Zirrrno i ciemno. Żeniazna jeszcze jakieśmiejsce, na placu Maryny Raskowej' Idziemy. Ilu mamy dztśna karku? Dużo, psia krew, bardzo dużo. Szkoda, Że lle możemy s1ę rozdzielić. operacja zaplanowana na dw ch. Może jednak, co, Że ka? Przekroczenie pekromocnictw, nie wolno. A jeżelt za-wa|irny całą operację? Co wtedy? żrf*aprowadzi mnie po wyludnionych uliczkach. Dawno już przyszykował sobie to mtejsce. Za moment wynviemy do przodu, zaułkami. Ale nie, szlag by traffł! Za nami trzech dryblas w, rrie odstępują na krok. Nie chowają się. To się r:laąłwa obstawa demonstracyjna. Presja psychiczna. Wielu jeszcze śledzinas z uĘrcia, w uliczkach, zaulkach. Ta tr jka zaśotwarcie depcze po piętach. Śmie3ą się prosto w kark. _ Jeż:nli zaczrąwiać? - pyta tubalny g!os. Dogonimy - zapewnia inny. I śmiech. 7nn7a szturcha mnie lokciem: szykuj się. Jestem got w. Płatki drobnego śniegu zawirowały w świeflelatarrri, pierwszy śnieżektej zimy. Chciałoby się pospacerować po ulicach, wdychając kryształowe poMetrze. Ale nie czas na przechadzkl NajWŻszy czas się odenvać... Żenia szarpn{ mnie za rękę, wpadliśmy w jaką$ bramę. Brudne schody w g rę i w d ł' ciemne korytarze rozchodząsię w r żnych kierunkach. No, żeby tylko n g nie połamać. Na d ł' na d ł po schodach. Jakteś wladra, smr d. Kolejne drmłi, znowu schody i korytarze. - Uft uff -Żkniadysry ciężko. Traci oddech, ale biegnie świetnie. Potężne chł,opisko, nie jest mu łatwo. Za to widz1 w ciemnościach jak kot, każdy szczeg ł. Zn w jakieś drzwi, szmaty, gruz, potfuczorle szkło. Wypadliśmy na ulicę, nawet nie wiem ldzie' Całą Moskwę schodziłem wzdłuŻ i wszerz, ale takich miejsc nie widziałem. Przednalrirltrzy uliczkl. Żenia ciągnie mnie do lewej. Ale facet z ciebie, Żeftkal Mogło się nawet udać. Ileż miesięcy musiałeś nadreptać po Moskwie, żeby takie slę
160

cacko wynaleźć? Cośtakiego trzebaby w złotą ramkę oprawić l są)iegom nowtcjuszom pokazywać; patrzcie, co za wryrmarzone miejsce. Wzorowe . Przyjdzie wam pracować w Lond5mie' w Nowym Jorku, w Tokio - każdy musi stanowczo tnieć cośtakiego dla siebie! 7-eby w razie czego m gł na pewniaka oderwać się od policjl. Ale dziśmamy pecha. Nawet miejsce nam nie pomoże. Lekki śnieżeknad Moskwą. Pierwszy te$o roku. Przy|epia się do but w i śladyciągną się za nami, jak ślady pierwszych astronaut w na Księżycu. Blednemu zawsze wiatr w oczy. Żenka, nie ujdziemy im! Ujdziemy! Ciągnie mnie Żenla zarękę. Opustoszała Moskwa' Pochowali się porządni obywatele w swoich norach. W całym mieścle tylko Zenia i ja... I barczyści chłopcy z KGB. - Uff, ufl uff _ dyszy Żenia. _ Nie boisz się, Witia, skoczyć zpociagu? - Nie, Żer^ka' nie boJę się' - W takim razie zasuwamy, jest jeszcze jedna szansa. P jdziesz na operację sam, ja cię będę ubezpieczać. Biegfiiemy zaułkami i podrv rkami. Gdybyśmywyszli na gł wną ulicę. śladw może by nie byb' za to warują wszystkie ich samochody. Pzed samochodem nie uciekniesz. Przeskoczyliśmy płot, za r:im stacja, pociąg podmiejski staje ze zgrzytem' Uff' uff. Zen7a łapie kurczowo powietrze. Za plecarrrti sapanie trzech dryblas w. Prześadziliogrodzenie, jak rozszalałe konie. Ż-enia ciąginie mnie do kolejki, wpadamy do ostatniego wagonu i biegiem do przodu. Ach, żeby drzwi się teraz zatrzasnęĘ! Nic Z tego' Z tyłu tupot, cała trojka wpada do wagonu i w te pędy za.nami. Przelecieliśmy jeden korytarzyk, drugi, raptem Żen1a popycha mnie mocno do przodu, sam zawTaca w miejscu - i jak myśliwiec wali na nlch taranem. Pędzę do wyjścia.Muszę zdą|ryć! Całym cięŻarem rzucam się na jedno skrzydło drzvłi' sĘszę ich trzask za plecami - i pociąg płynnie rusza ze stacji. Z poclag'u trzeba wyskakiwać tyłem t do Ęłu. Doplero p źnlej sobie to przypomniałem. Wypadłem z wagonu przodem i do przodu. Należał'ościsnąćszczęki, ale o Ęm teŻ zapornniałem i dlatego zęby trzasnęły' jak potrzask, o mało nie odgryzłem sobie języka' Wagon sunął jeszcze
161

l

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

zupehlie wolno, wysokość też była minima]na: peron i schodki są na tym samym poziomie' Ę|e żrc nogę skręciłem i rękę rozdarłem. Pies ją trącał! 7-erwałem się z zieprzemknd ostatni wagon. Moskiewskie komi, właśnie lejki błyskawicznie nablerają prędkości. Uszy świdruje przeraź|iwy zgrzyt: to moje dryblasy szarpnęły zaharrrulec bezpieczeristwa' Ja jestem na ćwiczeniach, ale oni teŻ. Działam tak' jakbym zachow5rwał się podczas prawdzlwej akcji, oni tak samo. TeŻ czekająic}r egzamuty, też dostają stopnie z zajęć. Muszą mnie teraz schwytać za wszelką cenę. Niedoczekanie wasze, chłopcy! Rzuciłem się w stronę płotu i do g ry. I w nogi. Uff' uff' uff' Byle dalej. Dzięki ci, 7-eilka!

zejściami p.d"l] mnyrni i co ciemnĘszymi uliczkami, teraz daję nura do metra. Ma to jedną niezaptzecz'alną zaletę samoch d za tobąnie jedzie. Pusto wwagonie. P źnapora, zresztąchyba zgubiłem ich na dobre ' Teraz najwazlĘsze, to omijać kamery telewiąrjne w korytarzach metra. Pełno ich nakażdej stacji. JeŻeh KGB zgubiło m j ślad,to centralna dyspozytornia dawno jź otrrymała opis mojej skromnej osoby

ja' nikt więcej. oto ona. W najdalsąrm zakamarku do betonowej ścianyprzylega ze dwadz7eścla garaĘ, a między nimi i ścianą- ledwo widoczna szcze|lrla' W powietrzu od r moczu. To dobrze, rlie znajdzie się wielu chętnych' by wścibiaćnos do zaświnionej szcze|iny. Zrobią co mają zrobić - i p jdą... No' ja to co innego, taki jź m j fach. Rozejrzałem się ostatni taz, na wszelki wypadek' wciskam się w szczelinę. Jest sucho i czysto, Ę|e Że ciasno. Muszę przepchnąć się ze trąr rnetry, nim dotrę do sĘku pierwszych dw ch gnaTy. Tam właśniena odległość wyciągnięte$o ramienia tnoŻna czubkami palc w wymacać pozostawiony przez kogoś pakiecik. Niełatwo przychodzą mi te metry' Z'enia nie zmieściłĘ tutaj za żadne skarby. się Wy1ruszczam powietrze z płuc, przepycham się o kilka centymetr w' łapię oddech, znow'u w|puszczalnpowietrze i znowu naprz d'. Ale ze mnie frajer| Trzeba było zdjąć

palto! Dawno temu znalazłem to miejsce; wtedy wlazłem bez trudu, ale to było latem. Jęszczejeden wydech i jeszcze trochę do przodu' Teraz prawą rękę trzeba wyciągnąć przed siebie. Jeszcze ociupinkę, żeby sięgnąć załomu. Teraz rozstaulić palce. W g rę' w d ł. A-a-a-a! Czyjaśręka Że|aznym chwytem łapie za nadgarstek. oślepiające światłow OcZy. Słychać stfumione głosy' Ręka jak w potrzasku - boli, niech to diabli. Ktośszarpnął mnie zarrogi. Bez trudu wywlekli mrlie z rliszy. Dalej ciągną za flogi, twarzą po świeżym śniegu,po nieświeżJrm moczu. Nie wiedzieć skąd pojawia się samoch d osobowy, choć Park Izmajłowski ponoć zamknięty dla ruchu. Pisk hamulc w. Ręce wykręcili mi do tyfu' aż zattzeszczalo w stawach. Ęlko jęknąłem. Trzask zimnych kajdank w' - Proszę zawiadomić konsula! - tak mam wrzeszczeć w podobnej sytuacji. Tlne drzvłiczk1 otwarte na oścież.Teraz powinienem zaprotestować: nie wsiądę do samochodu! Ktośzręcznym ruchem podciął mi obie nogi, Ziemia usunęła się spod st p' jak taboret pod szubienicą' Ale krzepa| Chłopaki na schwał! Ęlko strzeliły rni zęby _ i juŻ siedzę na tylnym siedzeniu, pomiędzy dwoma herkulesami. - Zavłiadomić konsula! - Co tutaj, gnoju, robisz?
163

JateŻ mam sw j rozum. Wysiądę na stacji ''Park lzmajłowski''' Wykryłem tam zaledwie cztery kamery, znam dokładnie ich rozmiesz.czen7e. Jeżeli siedzisz w ostatnim wagonie, masz szansę śmĘnąć riezauważoly' a dalej jtż Ęlko betonowe ogrodzenie, wąpkie przejściedla pieszych i z dziesięć dr Żek do lasu. Szrrkaj potem wiatnr w polu! Skrzypi pod butami pierwszy śnieg,a]e dr Żki juŻ wydeptarre. Pod wiecz r emeryci schodzą się tu na spacery, a w pobliskim zagajniku przesiadują podchmieleni g wrliarze. Teraz kompletne pustki. 7ataczart w lesie wielką pęflę. Przystaję i dfugo nasfuchuję. Spokojnie rozg|ądan się na wszystkie strony. Zazwyczaj w ksiąlkach pisze się w takiej sytuacji ,zerkal ukradkiem na boki". Tak. Dokładnie. Nie mam się czego obawia . Zgubiłem ich definitpnrie. Nikt mnie nie ślerjzi.Miejsce kryj wki zrram tylko
L62

i wszystkie kamery przetrz.ąsająpodziemną Moskwę'

WIKTOR

STIWOROW

nawet jak pieprzycie Brigitte Bardot! Zawiadornić konsula! - Miałeśw ręku tajne dokumenty! - Wepchnęliściemi na siłę! To nie moje papiery! - Przekradałeśsię do skrytki! - Granda! Złapaliściemnie w centrum miasta i silą wciągnęliście do tej śmierdzącej dziurylWezurać konsula! Samoch d skręca z piskiem opon i unosi mnie gdzieś w nieznane' w ciemność. - Wezwijcie konsula! - drę się ile sił. Dosyć mają moich ryk w. i - No dobra' stary, poćwiczyłeś będzie tego. Skoricz z tyrn wrzaskiem! Znam te numery. Gdybyście mnie teraz zwolnili, to by znaczyło, że trening się skoriczył' Skoro mnie nie puszczacie' to znaczy, że trwa. Zaczerpnalem pełne płuca powietrza i drę się jak opętany: - Wezwijcie konsula, bydlaki! Jestem niewinnym dyplomatą! Konsula!!! Wezwijcie konsula! Swiatła n1e ŻahĄą. Dwa reflektory prosto w twarz. oczy pieką b,aulią' Posadzili mnie, a za moimi plecami stanął ponury olbrzym' Ani mi w głowie tutaj siedzieć' Wezwijcie konsula! Wstaję. Ponurak swymi wielkimi łapami wclska mnie z powrotem w $łęboki' drewniany fotel. Czekam, aŻ ze|Żeje nacisk na barkach i raz jeszcze pr buję wstać' Wielkolud znowu wciska mnie w fotel' pomagając sobie potężnym buciorem. Lekko podcina mi nogę' jak w judo, zn w opadam' Bucior wylądował prosto na mojej kostce. BolL. Zza reflektor w dobiega głos: - Jesteśszpiegiem! - Wezwljcie konsula. Jestem dyplomatą ZwLapku Socj alisĘcznych Republik Radzieckich! - Wszystkie twoje knowania przy skrytce zostały sfilmowane! - Ohydna prowokacja! Wezwijcie konsula!

_ Zawiadomić konsula! _ Każdy tw j gest został utrwalony na taśmie! - Prowokacja! Na kliszy m głbym zademonstrować

AKWARTUM

-

Pr buję wstać zfotela. Wielkolud jednym nrchem buciora podcina mi lewą nogę i tracę r wnowagę. Znowu czuję dotkliwy b l. Uderza lekko, w kostkę tuż nad piętą' Nigdy nie prz5puszczałern, że to tak boli. nocą w parku? - Co robiłeś Wezwijcie konsula! Znowu wstaję. Zrrcwu kopie mnie lekko i celnie. Przecież nawet sirlc w nie będzie, nie będę m gł nikomu udowodnić, że ten bydlak mnie torturował. Znowu wstaję i znowu sadza mnie lekkim kopniakiem. Hej, duży' przecieŻ to tylko ćwiczenia. To tylko trenin$. Czemu znęcasz się nade mną? Raz jeszcze wstaję i raz jeszcze przywofuje mnie do porządku. Zerkam przez ratnię _ co też za gębę ma ten gagatek? Nic nie widzę' Przed oczarli skaczą mi roztailczone kręgi. Cały pok j ciemny, tylko dwa jaskrawe reflektory. Nie wiem nawet, czy pok j jest duĘ, czy mały. Chyba spory, bo od reflektor w bije nieznośny Żar, a|e czasem czuję lekki powiew świeżego powietrza. W małym pomieszczeniu nie jest to możliwe' _ Złarnakeśprawo... - Powiedzcie to mojemu konsulowi. C^ję b l i wcale nie mam ochoty raz jeszcze dostać kopniaka w kostkę. Postanawiam podjąć jeszcze tzy pr by. Potem będę siedzieć nieruchomo. O rany, ale mi się nie chce podnosić z drevnriźrnego fotela! No, Witia, do roboty. Zapierarn się nogami o posadzkę, ostrożrie przenoszęciężar ciafa na mięśnie n g i odetchnąlvsry głęboko odpycham się gwałtovrnie do g ry. Pada cios. Lewa stopa wylatuje mi trochę do g ry, a ja z lekkim stęknięciem opadam na fotel' Szkoda, że niejest miękki' byłoby wygodniej. - Kto dostarczył materlały do skrytki? - Wezwijcie konsula! Wiem, Że ten, kt ry kopie mnie w kostkę też się w tej chwili uczy. W przyszłośct'będzie miał taką robotę: stać za krzesłerlr i zrnruszać przesłuchiwanego do poshrsznego siedzenia. Nie jest to łatwe. Ale olbrzym jest pilnym' wytrwałym uczniem. To entuzjasta. Ostatni cios był silniejszy od poprzednich. A może mi się tylko zdawało, bo wciĘ godzą W to samo miejsce? W zasadzie po c Ż ja w og le pr buję wstać? PrzecieŻ mogę zwyczajnie sie165

r64

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

dzieć ldomagać się konsula, a p ki go nie wezwą nie dawać się wciągnąć w Żadne rozmowy. No więc spok j ze wstawaniem. Jeszcze tylko trzy pr by i basta. Następny kopniak dowi dł wielkiego kunsztu i zamiłowania do wykonywanej pracy. Dlatego rlje zrozumiałem ostatniego pytania. Wiem, Że było pytanie, ale nie wiem, jakie. Kilka sekund zastanawiałem się nad odpowiedzią, po czym zna|azłem: - Wezwijcie konsula! Monotonia przesfuchania zaczyna mnie nużyć, ich r vrnież. Wtedy potężne łapy wcisnęły mnie w siedzenie, ktoś włoĘłmi oł wki rntędzy palce . Znart te sztuczki. Jest to bardzo prosĘ spos b i niezwykle skuteczny, co więcej nie zostawia Żadnych śladw. ZatlJm ścisną,przprohrję Z pamięci całą teorię: po pierwsze - nie krzyczeć, po dnr_ gie _ rozkoszować się cierpieniern i Ęczyć sobie jeszcze większego b lu. To jedyny ratunek' CĄaś spocona ręka obmacała moją dłori, poprawiła oł wki między palcami i g}vałtownie je ścisnęła:dłori jak w imadle. Dwa reflektory drgnęły' zadrŻaly i Zawirowały jak szalone. odp\m{em gdzieśz duŻego ciemnego pokoju z ceg|anąposadzką. Życąlłem sobie tylko większego b lu i śmiałem z kogoś. się

Milczę długą chwilę. Raptem poczułem lęk. Ni stąd, ni zowąd zaczęło mi się wydawać, ze śmiejącsię wszystko wygadałem. _ Towarzyszu pułkowniku... czy sypn{em? - Nie. - Jesteściepewni? - Absolutnie' Cały czas byłem w pobliżu, nawet w trakcie aresztowania. - Na czym polegał błąd? - Nie było żadnego błędu. oderwałeśsię doskonale i do skrytki przyszedłeśczystyjak ba. A7e to za dobre miejsce. KGB od dawna ma je na oku. Wykorzystałeśkryj wkę' kt rej obcy szpiedzy uŻywająnaprawdę i dlatego jest pod obserwacją. Wzięli cię zaprawdziwego agenta, nie wiedzie|i, Że to ćwiczenia. Ale niebawem wkroczyliśmydo akcji' Aresztowanie było prawdziwe, a przesfuchanie ćwiczebne. ani słowa. W takich sytuacjach trzebawziąć się w garść, nie wolno litować się nad sobą, nie wolno myślećo zernście'Wtedy wytrzymasz rrajgorszą pr bę. Śpij' Dam ci rekomendacje do roboty z pra'wdzi'wego zdarzenia.

- Ajak tamŻefika? _ W porządku. Trochę go potarmosili, też nie pisn$

_ Aco zŻeni{

-

Tak samo.

Wszyscy jeszcze śpĄ. Przejechał samoch d pocztowy. Za-

ranek.

ro,oofJ

spany dozorca zatniata ulicę. Leżę na miękkim odchylonym siedzeniu. 7a' oknami przelaĘe Moskwa. Bocnla s4rba lekko uchylona, mroŹny wiatr unosi strzpy jakichś koszmar w. C^ję, Że marn zarost na policzkach, włosy na czn|e z|epione, tllłarz mokrą. I jest mi dobrze. Wielka, czarna limuzyna wiezie mnie w nieznanym kierunku. Odwracarn głov/ę do kierowcy. To Słoti. To on prowadztw z. - Towarzyszu pułkowniku, nie puściłempary z ust. - Wiem, wiem. - Dokądjedziemy? - Do domu. - Zwolnili mnie? - Tak.
166
&.

Nigdy. Tym lepiej. _ Sło raptem spoważniał'- oto twoje bojowe ćwiczenie. obiekt: Zakłady Rakietowe w Mytiszczach. Zadarie: nnleźćodpowiedniego człowieka i zwerbować go. Cel pierwszy'' poznać praktykę prawdziwego werbunku. Cel dnrgi: wykryć ewentualne kanaty' kt rych vrrogie shrżby wywiadowcze mogłyby trŻyć celem werbowania naszych ludzi w ośrodkach o szcz.ęg lrr:yrn zrtaczeriu strategiczqrm' ograniczeria; po pierwsze, całą operację naleĘ przeprowadzić w dni wolne od zajęć, w niedziele, świętai podczas urlopu, więc nie Licz, że zostanie ciwydzielony czas na werbunek; po dnrgie' ogrźrniczenia finansowe: wszelkie kor67

kiedyśw Mytiszczach? Crbyłeś

-

wtKToR suwoRow
szta pokrTwa się wyłącznie z własnej kieszeni' nie otrzymasz ani kopiejki z fixldwszy operacy1'nych. Ęrtania? - Co wie o tym KGB? - Wie tylko tyle' Że zazgodąWydziału organ wAdministracyjnych KC prowadzimy podobne działania regularnie na terenie całego miasta i okolic. JeŻe|i KGB cię aresztuje' wyciągniemy cięz tarapat w, a|e''' zagranicę już nie poślemy. _ Co mam prawo powiedzieć werbowanemu o sobie i o swojej organtzacji? - Wszystko' na co masz ochotę. opr czprawdy. Werbujesz go nie w imieniu radzieckie$o paristwa, to potrafiłby kaŻdy gfupi' ale we własn5rm imieniu i za własne pieniądze. _ To znaczy' że gdybym go zwerbował, będzie ucho' dzić za prawdziwego szpiega? - Dokładnfue. Z jedną istotną r Żnicą: przekazane przezen informacje nie opuszczągran:lic kraju. - Ale to w Żadnym stopniu nie łagodzi jego winy? - W żadnym. _ C6ż go czeka? - Artykuł 64. Kodeksu karnego. CzyŻbyśnie wiedział? - Wiem, towarzyszu pułkowniku. - No, to Życzę powodzenla' Pamiętaj, powierzono ci sprawę wagi pa stwowej' Ucząc się r wnocześnie pornagasz naszemu paristwu pozbywać się potencjalnych zdrajc w. Cała grupa otrzytnaŁa podobne zadania, tyle że w innych obiektach. Cała Akademia robi to Samo. Rokrocznie. ostatnia sprawa: podpisz tlstaj' Że otrzymałeś zadanie' To całkiem poważne zadanie.

T eoria werbunku l

głosi, że na wstępie należy zlokalizować dany obiekt' Nie jest to trudne. Mytiszcze to niewielkie miasteczko pod Moskwą. W samym miasteczku znajdują się duże zakłady. Drut kolczasty rozciągnięty na izolatorach. Nocą fabrykę za|ewaTnorze jaskrawego światła.Zaogrodzeniem ujadająwilczury. Nie ma mowy o pomyłce' Zresztą przedsiębiorstwo musi mieć odpowiednią nazwę. JeŻe|i napis nad bramą głosi, że zakład
168

xlv

AKWARIUM
ReZyseria: Antoni KRAUZE, Scenarlusz: Jan PURZYCKI i Antoni KBAUZE, Zdjęcia: Tomasz TARAS|N Kierownik produkcji: Kazlmierz S|OMA

Wiktor Nawigator

-

-

Jurij SMOLSKIJ, Krawcow - Janusz GAJOS, Witold PYRKOSZ, Tania- Swiettana MIELNIKOWA

Produkcja: Studio Filmowe ,,Dom", Telewizja Polska SA, Manfred Durniok Produktion - Berlin, Ukrtelefllm - Kijow, Wytwornia Film w Dokumentalnych i Fabularnych - Warszawa

AKWARIUM

ł

produkuje elektryczne oprzyrządowanie do traktor w, rnoże to znaczyć, Że poza produkcją zbrojeniową wytwarza r wnież cośdla traktor w, ale gdy widnieje nic nie m wiąca r:.azwa Ępu ,,Uralrnasz'', ,,Klsźnica Leninowska'', ,,Sierp i Młot'' - możecie nie mieć rvątpliwości: fabryka zbrojeniowa w czystej postaci. Druga zasada werbunku przypomina, Że nie trzęba forsować ogrodzeri. Ludzie sami wychodzą z zakładu' Zrnierzają do czytelni, do klub w sportowych, do restauracji, na piwo' W poblŻu wielkiej fabryki musi znajdować się osiedle, gdzie Żyje spora częśćpracownik w, gdzie mieści się szkoła, przedszkole, przychodnia' tereny rekreacyjne itp. To wszystko trzeba sprawdzić. Trzecia zasada werbunku m wi, że nie ma potrzeby werbować dyrektora ani naczelnego inżyniera, o wiele prościej zwerbować ich sekretarki, kt re wiedzą nie mniej niż ich zwierzchnicy' Z tyr:"r kłopot: reguły szkoleniowego werbunku zakazwją nam rekrutacji kobiet. Za granicą - proszę bardzo, na trenin$ach - nie wolno. Trzeba znaleŹć kreślarza,programistę, archiwistę tajnej dokumentacji' obshrgę fotokopiarki itp. Wszyscy otrzymaliśmy podobne zadania ikaŻdy szykuje własny plan, jak przed decydującąbitwą' Ćwiczebny werbunek wcale nie jest łatwiejszy niż bojowy' JeŻel-i gdziekolwiek na Zachodzie przyłapią cię na takim pro' cederze, zapłata rnoże być tylko jedna - ekspulsja. Natomiast jeżeli dopuścisz się błędu na treningu i wpadniesz w łapy KGB' konsekwencje'są poważniejsze: ni$dy nie w1pusz cZą c1ę na Zach d' Na plac w ce Zagr an:iczrrej masz do dyspozycji niezbędny czas' finanse też nie są ograniczone, a tutaj sesja na $łowie: egzamirry ze strategil, z taktyki' z s1ł zbrojnych USA, z dw ch język w obcych. Kombinuj, jak potrafisz. Chcesz, ucz się do egzamin w, chcesz - werbuj.

szar o średnicy jednego kilometra wok ł fabrycznyc}r mur w' Na tym terenie no$a moja nie moze postać. Tam
12

DXV wszystkim L rzede
Akwariu

wyznaczyłem sobie hipotetyczny ob-

r69

wrKToR sttwoRow kaŻdy centymetr kwadratowy jest pod bezustanną obserwacją KGB. Nic tam po mnie. Teraz wyczekuję korica zmiany. Jęknęła syrena' Zbramy wylewa się czarny potok |udzi. Gwar, tupot, śmiech' Na przystanku autobusowym tfum. Skrzypt śnieg' Latarnie spowija rlrroźna mgła. Ludzie gadają pokrzykują toz.chodząsię po knajpach i barach. Na razie to mnie nie interesuje, to zbyt ryzykowna droga' zachowam ją na wypadek' Bdyby inne warianty nie wypaliły. Teraz potrzebrrję biblioteki. Jak ją zna|eźć? Nic prostsz ego. Trzeba obserwować, dokąd teŻ podĘają okularnicy. Przy czepiłem się do takiej grupki inteligentnie vryglądających chłopak w. Miałem rację, szli do biblioteki. Nie, to nie tajna biblioteka, tajną mają na terenie zakładlu. Zwyczajna, osiedlowa, wstęp wolny' Wchodzę razem z nirlri. Puszczam oko do dziewczyny za stołem, uśmiechasię do mnie - i gtoję przy p łkach. Przeglądam ksiąlki i bacznie obserwuję, kto się czym interesuje' Potrzebuję punktu zaczepienia. O' tamten rudy okularnik przebiera w fantastyce naukowej. Dobrze. 7-aczekamy na niego. Przeszedł do drugiej p łki' potem do następnej. - PrzepraszaflL _ szepcę mu do ucha - gdzie tu jest fantastyka naukowa? - O, tam. _ Gdzile, nie widzę? - Chodźmy, pokaĄ wam. Dopiero po dw ch dniach udało mi się nawiapać dobry kontakt. - Gdzte mogę znaleźćcośo kosmonautach? o Ciołkowskim? - Ttrtaj, na drugiej p łce. - Gdzie, gdzle? - Chodźmy, pokażę u'am.

AI(WARIUM

kwencjąldowcipem. Jego argumenĘ sąnieodparte i ofiarabez trudu przystaje nawszystkie propozycje. Kompletna
170

,a.,

uły"""'yT#

bzdura' W rzeczywistości wszystko odbywa stę zupehrie inaczej. Czvł arta zasada werbunku $łosi, że kaŻdy człow.iek nosi w soble masę genlalnych pomysł w i kazdy najbardziej cierpt dlatego, że niktgo nie chce sfuchać' Problemem w Ęciu człowleka jest nnlezienie sobie shrchacza' Każdy szuka sfuchacza dla siebie samego i nie lnrlapi się do wysfu chiwania cudąrch bredni. Kurrszt werbunku sprowadza się przede wszystkim do umiejębeości uważnego shrchania rozm wcy, Nauczyć się shrchać bez ptzerywaria - sukces zagwarantowany. To bardzo trudna sztuka. Chcesz zna|eźćprzy1aeiela - sh-rchaj nte przerywając' Znalazłem sobie przyjaciela. Przeczytal wszystkie ksiąZki o Canderze, Ciołkowskim, Korolowie. M wiąc o nich wspomlrrał czasem zakazarrycle wynalazc w i uczonyctr: Jangela, Czełamieja, Babakina, Steczkina. Ja tylko sfuchałem' og le leśnej gdzie rence' $dzie pocią$aliśmypiwo. Piąta reguła werbunku, to zasada tnrskawek. Lubię truskawki. Lubię łowić ryby. Jeże|i zacznę łowić ryby zakładając na przynętę truskawki, nie złowlę ani jednej. Rybie trzeba zaproponować to, co lubią ryby _ dżdŻownlcę. Jeżelt chcesz się z kimśzaprzy1aźrić, nle roztnawlaj z nim o truskawkach, kt re ty lubisz. Rozmawiaj o dżdżovmicach, kt re on lubi. M j prą{aciel miał fioła na punkcie system w doprowadzatia paliwa ze zbiornTk w do silnik w rakietowych. Istnieją dwa sposoby tłoczenia paliwa: pompy wirowe i systemy w)T)orowe. Sfuchałem go i prąrtakiwałem. W pierwszych nlemieckich rakietach zastosowano pompę wirową. Dlaczego obecnie zatz:ucol7o ten prosĘ i tani patent? Av.euywlścte _ dlaczego? Ten spos b, choć wymaga zbudowania nadmłyczaj solidnych i precyzyjnych turbin, chroni nas przed sporą nteprą{emnością - eksplozją zblornik w paliwa w razie skoku ciśnienia sprężonej miegzanki w1porowej. Zgadzan się z Ęrm w zupeheości' Na następnym spotkaniu mlałem w kieszeni magnetofon w formie papierośnicyi przez rękaw marynirki
L7r

WIKTOR STIWOROW

AKWARJUM

biegł cieniutki przew d do mikrofonu, wmontowanego w m j zegarek. Siedzieliśmywrestauracji i gadaliśmy o perspektywach wykorzystania czterotlenku dwuazotu jako utleniacza I mieszanki ciekłego tlenu z naftą jako właściwegopaliwa. IJzlał, że jest to co prawda kombinacja przestarzaŁa, ale sprawdzortaw działaniu, więc na dwadzieścialat mamy spok j. Nazajutrz puściłemnagranie Słoniowi. Popehniłem dość poważry bĘd natury techniczrrej: nie naleł umieszczać mikrofonu w Zegarku, jeżeli rozmowa tocĄr się w restauracji. PrzeraźIiwy brzęk sztućc w na pierwszym planie po prostu o$fuszał, a nasze $osy dochodzĘ jakby z oddali. Niezwykle ubawiło to Słonia. Raptem spoważniał izapytał: - Co on wie na tw j temat? - Ęlko tyle, Że mam na lmię Wiktor. - A nazwisko? - Nigdy nie zapytał. - Kiedy masz następne spotkanie? - W czwartek. - Przed Ęm spotkaniemZorgarll^Ąę ci konsultację w x Zatządz\e Informacji GRU' Będzie z tobąrozmawiać offceĘ zajmujący się analŻą amerykariskich silnik w rakietolvych. Wte, nahrra]rrie, m rsę tal<ze o naszych silnikach' on da ci prawdziwe 7:Ldallie, takie, kt re by Bo interesowało, gdybyśmiał się spotkać z amerykariskim inĄmierem rakietowym. JeŻehpotrafisz wydusić z okularnika w miarę jasną odpowiedź, to możnszvznać, żr ci się powiodło. Jemu nie...

Za to jaka wydajność energetyczra! Zastanawialiście się nad tym? Toksyczność,rrwima zredukować, nasz dnrgi

jomy wie o paliwie borowodorowym. Siedzimy w obskurnej piwiarni i m wię mojemu przyJacielowl, że paliwo borowodorowe nigdy nie będzie zastosowane. Nie wiem, dlaczego jest przekonarty, Że pracuję na cmłaxtq wydziale fabryczn5rm. NĘdy nic podobnego mu nie m wił'em, zresztą nawet nie mam pojęcia' co to za cmłarĘ wydział. Rzuca mi długie, badawcze spojrzerrie: aseku- To u wurs na czw rce tak myślą.Zrnst jawas,prawda. rant w' Toksycznośći wybuchowość... Wszystko r72

)nnr T m j znalnformacja GRU zapra$nęla dowiedzieć się, co

Przy są5iednim stoliku poznaję cĄeśznajome plecy. CzyŻby Sło ? Tak jest. W towar4rstwie jakichśimponujących osobistości. Następnego dnia Słot1 pogratulował mi pierwszego werbunku. - Szkoleniowy. Ale to nic. Zarim kociak zostanie kotem, musi zaczynać od piskląt, a nie od wr bli' A o borowodorowym paliwie zapornnij. To nie dla ciebie sprawy. _ Rozkaz zapomnieć! - okularnikateŻ zapomnij. Jego sprawę razemzfrnroimi raportami i nagraniam i przekażemy komu naleĘ. Żeby trzymać Beąriekę w ryzac}:, Komitet Centralny potrzebuje konkretnych materiał, w o złej pracy KGB. Skąd je wziąć? Proszę bardzo! - Sło otwiera na oścież sejf' pełen meldunk w moich koleg w o pierwszych ćwiczebno-boj owych werbunkach... Jednak w1padło miraz jeszcz,e zetkląć się z systemami wyporowymi i paliwem borowodorowym. Przed sźrmyn zakoflczeriem Akademlt umożltwiono nam konsultacje z konstnrktorami broni, abyśmy mieli og lne pojęcle o radzieckim przemyśle zbrojeniowym. Pokazywali nam czołgi l artylerię w Sohriecznogorsku, najnowsze samoloty w Monino, rakieĘ w Mytiszczach. Spędziliśmypo kilka dni w towarzystwie czołowych inżynier w i konsbrrktor w, nie znając ich nazwisk, ma się ronlmieć. oni też nie bardzowiedzfueli, z kim mają do cą;rnienia. ot' jacyśmłodzi ludzie z Komitetu Centralnego. I oto w Mytiszczachprzewieziono mnie przeztrzywartownte, przez niezliczonych kontroler w t strażnik w. W wysokim, jasnym hangarze pokazano nam zielony kadhrb. Po długich oĘaśnieniachpytam, czemu by nie powr cić do starych w5r1pr bowanych pomp wirowych na miejsce system w wyporowych. - SpecjalŻujecie się w rakietach? - zaciekawił się inżynler. - W pewnym sensie...
L73

wydzial nad tym pracuje. Wierz mi, sukces gwarantowany, a wtedy otllłorząsię przed nami niesłychane możliwości...

AI(WARIUM

zdołałem przed piątkiem nikogo zwerbować _ cztery dni to _ Jednak zbyt kr tki okres ale wykonałem krok we właści-

Była to doskonała rada, na lepszą nie miałem co li_ czyć. JeŻeh ktoświe, $dzle i jak można zdobyć tajne papiery, to sam się tym zajmuje' Po c Ż miałby dzie|ić ze mr:ąswoje zasfugi? Nie miałem wyboru, zabrafern się ostro do roboty. Nie

-

Pracować'

Rozdział 8
I ! 'T1 lrzectego dnia po przylocie do Wiednta wezwał mnie do sieble szef wiederiskiej rezydentury dyplomatycznej GRU' generał-major Golicyn. - Walizki juŻ rozpakowane? - Jeszcze nie, towarzyszu generale. _ To slę nie splesz.

wym kierunku i rezydent zawiesił m J odlot na tydzier1' potem na następny. W ten spos b przepracowałem u generała Golicyna cztery |ata. Zresztą wszyscy, łączrie z Pierwsąrm 7-astępcą byli w takiej samej syhracji.

Uestem szpiegiem.

TII

_?

PotęŻna pięśćhuknęła w dębowe biurko, aż podskoczyła flllŻatlka: - W piątek lecl nasz samolot do Moskwy. odeślęcię z powrotem, leniu patentowany! Gdzie twoje werbunki?! Czerwony ze wsĘrdu wypadłem z generalskiego gabinetu prosto na ,,przodek" - do wielkiej sali rezydentury. Nikt nie zun cił na mnie uwagl, wszyscy zanadto pochłonięci byli pracą. Trzy osoby stały pochylone nad wlelkim planem mlasta, ktośpisał na masąmte, inni usl}owali bezskutecznie wcisnąć wielki, szary podzesp ł elektroniczny z francuskim napisem do kontenera poczty dyplomaĘcznej. T$ko jeden stary rłryga uŻaltł się nade mną - Nawi$ator, tzecz jasna, obiecał, że odeślecię następnym lotem? To niewykluczone.

_ C Żmampocząć?

Ukoriczyłem Wojskową Akademię Dyplomaty czną i p ł roku spędziłem na stażrr wIXZarządzie Sfużby Informacji GRU. Potem z pionu analwy danych przeniesiono mnie do dziafu zajmującego się lch zdobywarriem. Nie' lnformacji nie zdobywa się wyłączrrie za grarricą. Zw7aąek Radziecki odwiedzaj ą miliony cudzozlemc w, częśćz nich jest w posiadaniu interesujących nas wianaleĘ wyławia , werbować, wydomości. T}ch właśnie _ siłą, postępem albo pieniędzmi. dzierać im sekrety Praca przy zdobywarnu informacji, tobemłzg|ędna walka tysięcy oficer w KGB i GRU o najbardziej interesujących obcokrajowc w. Jak sfora ps w rzucają się na zdobycz.IJest to doprawdy pieskie życie. W Moslrwle lłderuje tą robotą be zwĄędny generał-major GRU Borys Aleksandrow, kt remu najtnrdniejsze nawet zadania wydają się wykonalne, kt ry bez wahania z powodu błahych potknięć lamie kariery mlodym wywiadowcom. Rok przepracowałem w 7-arządzie generała Aleksandrowa. Był to najcIę^zy rok w moirn ĘcLtl. Ale był to zatazern rok mojego plerwszego werbrrnku, rok plerwszego samodzielnie zdobytego tajnego dokumentu. Ten kto potrafi dokonać tego w Moskrrie, kt ra już nie ma dla nas wielu tajemnic może |Iczyć nawy3azd. Kto potrafi pracować w Moskwie, wszędzie da sobie radę. Dlatego właśnlesiedzę w malut175

L74

WIKTOR SIIWOROW kiej wiede skiej piwiarni, ściskającw dłoni zimny, wilgotny kufel aromaĘcznego, prawie czarnego piwa. Jestem oficerem zdobywającym informacje, tak zwa-

AKWARIUM

n5rm oficerem operacyjnym. Moi

ubezpieczania. Trzeba odwracać uwagę policji, skontrolować na trasie ',testowej'' każdego oficera wynrszającego na operację' wbezpieczać go podczas sekretnego spotkania, trzeba odbierać od niego zdobyte materiały iryzyklljąc własną karierę dostarczać je do rezydentury. Trzeba regularnie odwiedzać skrytki i skrąmki kontaktowe, kontrolować sygnalizację, wykonywać tysiące czynności, często nie rozumiejąc ich sensu iznaczeria. Wszystko to wymaga wytężonej pracy, wszystko vnrye się z ryzykiem.

ne ręce roboĘ, kaŻda akcja wymaga odpowiedniego

starsi koledzy mająpeł-

A L \mbasada

we bezpieczniackle bezguście' Sztuczny majestat. Klasycyzm rodem z Łubianki. W swoim czasie m j kraj obfitował w takie napuszone budowle - kolumny, fasady, gzymsy' iglice, wieĘczki' balkoniki. Wewnątrz ambasady teżjak na Łubiance: ponuro i szaro. obsypujące się sztuczne marmury, spleśniałasztukateria, obite sk rą drztlli, czervyone dywany, nieŚmiertelrra wori tanich bułgarskich papieros w. Jednak nie cała ambasada prą4pomina fillę Łubianki. Jest tu jedna wydzielona lvyspa, będąca suwerenną i niezdentą ekspo4rturą Akwarium. Mamy nasz własny sĘrl, własne tradycje i reguły. Gatdziurry stylem Łubianki' Nasz jest prosĘ, Surowy, żadnych upiększeri, nic zbędnego. Ale nasz styl loryje się pod ziemią. Tlko my możemy go nbaczyć. Tak jak w Moskwie' ldzie potężne gmachy KGB wznosząsię w samym środkumiasta, a budynki GRU są skrzętnie ukryte. GRU tym się r żri od KGB, że jest organlzacją tajną. Ttr, w Wiedniu, podobnie : beryiecniacki styl wystawiony na pokaz, styl GRU starannie zakamuflowany. Lecz na terenie radzieckiej ambasady istnieje jeszcze jeden, trzeci styl. W zarośniętym ogrodzie wznoszą się
176

mina Łubiankę. Ten sam sĘl, te sam barwy. Ępo-

III radziecka w Wiedniudo zŁudzenia przy1ro-

surowe i majestaĘczne dzurorlnice cerkwi prawosławnej. Pięć kopuł zlmeilczonych złotymi krzyżami, nad nimi jeszcze jedna kopuła, teŻ z WzyŻem. Dlaczego nie zburzy|i tej świątyni?Nie wiem' Stoi dumna i niezawisła' jej zŁotekrzyże g rują nad czerwoną flagą' Dobrze wiem' że Boga nie ma' Nigdy w życiu nie byłem w kościele. Nigdy w życiu nie przystanąłem przed Żadną cerkwią, choćby zburzoną, opr cz tej jednej' w Wiedniu. Dziefi w dzie mijam ją w drodze do pracy. Nie wiem, dlaczego budzi we mnie dziwny niepok j. Jest w niej coś misĘcznego i magicznego. od ponad stu lat stoi w tym samym miejscu. Rzecz jasna, przez ostatnie 50 lat nie odprawiono tu żadnej Inszy, jej dzwony $fucho milczały' Ale i bez bicia dzwon w jest po prostu piękna. Mijam cerkiew i patrzę pod nogi. Czuję' że jeślipodniosę wzrok, nie zdołarrl się powstrzymać, by nie paś na kolana przed tym tajemnym, kusząc5rm pięknem l tak pozostać na zawsze.

ciach. N.*ig.tT sfucha w milczeniu, nie przerywa. Wzrok wbity w biurko. Dziwne. Abecadło szpiega każe patrzeć rozm wcy prosto w oczy, wytrzymać przecLag;łe spojrzenie. Dlaczego więc szczvłaty lis nie respekĘe elementarnych zasad? Cośtu nle gra' Spinam slę wewnętrzrrie' nie spuszczając zeft wzroku, i w myślach szykuję się na najgorsze. - Dobra - powiedział wreszcie, nadal nie odrywając wzroku od papier w _w przyszłościnadal będziesz pracować pod kontrolą Pierwszego Zastępcy, ale dwa razy la mlesiąc wysfucham cię osobiście. Jak na pierwsze tygodnle zrobiłeśniemało, dlatego dam ci teraz poważniejsze zadanie. Udasz się na spotkanie z człowielnem, kt rego zwerbował Pierwszy 7-astępca. Nie chcę, aby sam poszedł na spotkanie, to zbyt ryzykowne. Dlatego p jdziesz ty. Ten czlowiek ma dla nas szczeg lne znaczrie. Towarzysz Kosygln osobiście interesuje się naSZąpracą. Nie mamy prawa zmarnować takiego człowieka. Pracuje w Niemczech Zachodnich' skąd dostarcza nam części do amerykarisL77

WIKTOR STIWOROW

W
,ll $

AIIWARIUM

kich rakiet przeciwparrcernych TOW. Przerzucimy cię dyskretnie do RFN' 7-obaczysz się z facetem. Otrzymasz części.opłacisz usfu$t. Zjeżdztsz szmat drogi, z-eby zattz-eć ślady.Spotkasz się Z pomocnikiem radzieckiego attachć wojskowego w Bonn. Prz.ekaircsz mu towar, ale w opakowarriu. Nie powinien wiedzieć, co otrąrmał' Datej ładunek pojedzie pocztądyplomaĘczną do Akwarium. Ęrtania? - Dlaczego by nie z|ecić ca}ej operacji naszym oficerom w RFN? - Po pierwsze dlatego' że jeślijutro Niemcy Zachodnie wywalą wszystkich nas4rch dyplomat w, to strumie lnformacjl o RFN nie zmaleje. Będziemy odbierać tajne przesyłki przez Austrię, Nową 7-elarldię, Japonię. Dla KGB ekspulsja całej siatki szpiegowskiej z Wielkiej Brytar;'ji oznacza katastrofę; dla nas nie. Nadal moŻerny otrzymywać angielskie sekreĘ przez Austrię, Szwajcarię, Nigerię, Cypr, Honduras i te wszystkie kraje' w kt rych znajdują się oficerowie Akwarium. - Po drugie dlatego, Żepo otrzymaniu zdobytychprzez nas częściraldet szef GRU młoławszystkich dyplomatycntych i ,nielegalnych"" rezydent w GRU w Niemczech Zachodnich i ca}ej tej semce genera_ł w zada pytanie: ,,Jak to się dzieje, że Golic5m będąc w Austrii potrafi zdobywać takie cacka na terytorium RFN, a wy, tacy i owacy, siedzicie tu, na miejscu - i nic?! Cz-ekacie, aŻ same w1radną wam do kieszeni? Do kitu z takąroboĘ'' w Właśnie taki spos b, Suworow' rodzi slę konkurencja' a Ęlko bezulz$lędna konkurencja |eĘ u podstaw naszych sukces w. Wszystko zrozumialeś? Wszystko, towatzyszu $enerale. Chcesz o cośspytać?
Nie.
siatka, ,,nielega]na" rezydentura - agentura wyw'iadowcza w danym kraju składająca się z lludzi ukryrł-ających swoje powiązania z ZSRR: mieszkarlc w tego kraju, obywateli paristw zaprzy1ażniorrych i os b pod przybraną tożsamością.Działa r wnolegle do ,jawnej'' sieci - ',rezydentury dyplomawcznej" czyli agent w występujących jako radzieccy dyplomaci, przedstawiciele Aeroflotu, Inturistu itp. [przyp' tłum'].

ł ,,Nielegalna"

- Chcesz, zrtam twoje pytanie! Jedno nle daje ci teraz spokoju: za te częściPierwszy Zastępca dostanie order, aryzykować zariego będzie młody kapitan i g wno mu z tego ryzykaprzy1dzie' Tak myślisz? Nagle odrywa oczy od. papier w. To jest jego sztuczka! Wyczrkalz tym spojrzenlem do ostatniej chwili. Wzrok ma oknrtny, żadnej islrierki. Rzuca spojrzenie niespodziewanie' błyskawiczrie. Nie byłem na to przygotowany. Wytrą1muję ję$o wzrok, ale wiem, że rńe potrafię skłamać. - Tak, towarzyszu generale. - Pracuj aktywnie. Szukaj. Werbuj. Wtedy i ciebie będzie ktośasekurować. Będziesz pracować wyłącznie głową a ktośinny za cieble nadstawi karku. Zadrgały mu mięśnietwarzy, wzrok zirnny, ołowiany. _ Szczeg Ę uzgodrisz zPierwszymZastępcą. MoŻesz slę odmeldować. Strzeliłem obcasami i zawr ciwszy na pięcie opuściłem gabirret dow dcy. Na korytarzu pusto. W dużej sali żyvej duszy. Urządzerne do klimaĘzacji z cichym świgtem rzuca w p łmrok strumieri chłodnego powietrza. Podkręciłem nieco błęldtne oświetlenie i po gęsĘm' tfumlącym dźwięk krok w dywanie przeszedłem w najdalszy koniec sali do sejf w. Kilka sekund gapię się bezmyślntena obrotową tarczę, ciężko wzdycham i v4lkręcam kombinację cyfr. Ciężkie drzwi pancerne ustępują płynnle 7 bezszelestnie, odsłaniając dwanaściepar niewielklch masynrny ch dr zuticzek. Włas n5rm kluczem otwieram te, na kt rych widnieje starannie namalowany numer 4l. w środkuspoczywa moja teczka. Zamykam sejf' kładęJąna swoim biurku, ostrożnie ciągnę za dwa jedwabne sznurki, naruszając wyraźny wz r dw ch pieczęci najpterw z godłem, potem mojej' Zteczkiwyjmuję kartkę tztywnego białego papienr z re$ularną kolumną napia w, raz jeszcze westchnąwszy gĘboko' notuję: nr 11 otwarto w dniu 13 llpca' godzina 12.43 "Teczkę czasu miejscowe$o"' Cofam się nieco, podpisuję. ostrożete chowam papier do teczki, po czym !wcią[am cleniutkąbĘszczącą akt wkę z numerem r73-w-4r. Plerwsza kartka gęsto zapisana, następne zupełrrie czyste. rJcdną z rich uJmuję ostrożnle w dwa palce i kładę przed
L79

t7a

WIKTOR SUWOROW

sobą. w lewym $ rnym rogu stawiam własną pieczątkę, po cTymwkręcam kartkę do maszyrry' W prawym $ rqrm rogu jak zwykle szybko wystukuję ,,Sciśle tajne'', następnie, przepuściwszy kilka linii' na sam5fin środku: PLAN. Opieram $łowę na ręce, tęsknie spoglądam na ścianę. Nienawidzę całego Aż mnle tozsadza z wściekłości' nienawidzę siebie, nienawidzę blurka, błękitneświata, go światła,brąpowych dywan w i zielonych teczek. Spośrd ludzi iprzedmiot w, kt rych nienawidzę, wyrll;;tza się jedna tularz, najbardziej nienawistna. Twarz Nawigatora. Łatwo jest wydawać rozkazy| Przecież to.nie dowodzenie dywizją. P jdż tam, zr b to. Wszak nl$dy nie byłem w Niemczech Zachodnlch. Posłać mnie ira taką robotę po trzech tygodniach pracy w rezydenturze! A jeŻellzawalę całą operację? Gdybym m gł w tej chwill da komuś w gębę' u|żyłoby mi z pewnością. omiotlem wzrolrdem w5polerowaną powlerzchnię biurka szukając czegoś, r:aczyrrn m głbym wy. ładować swojązłoś Wpadł mi w rękę |usto\ilny kubeczek peł'en dhrgopts w i oł wk w. Ścisn{em go w dłoni' o$lądając uwaŻnie, po cąlm z całej siły trzasn{em o ścianę. - Szajba ci odbiła? Odwracam się. 7a' moimi plecami, koło sejf w _ Pierwszy Zastępca.Pogra2ony w myślachnawet nie zauwaĘłem' kiedy się pojawił. - Przepraszam _ wydusiłem z slebie, nie podnosząc wzroku. - O co chodzi? - Nawi$ator polecił mi udać się na spotkanie z waNo to ruszaj. Co za problem? Szcz.ęrz.e m wiąc nie wiem, od czego z.acząć, co roblć... - Napisać plan! _ wybuchn{ nagle. - Napisz' ja ci podpiszę' i w drogę... - A jeżeli wypadki potocząsię niezgodnie z moim planem? _ Żk co proszę? _ patrzy zdumiony. Spogląda rua Zegarek, na mnie, wzdycha i m wi zwyrzutern; - Zableraj swoje papiery. Choclźmy.
szyml czŁowlekiem...

T

AKWARTUM

-

_

Gabinet instnrktazowy zawsze kojarzy mi się z kajutą na wielkim luksusowym statku. Kiedy system ochronny jest włączony' podłoga, ścianyi sufit pomieszczenia ledwo wyczuwalnie wibnrją jak pokład lirriowca, gdy pekrą parą pruje fate oceanu. Wewnątrz mur w, za warstwami izolacji, umieszczoT|e są potężne ząhlszatki. Iz.olacja tysiąckrotrrie osłabia ich ryk, a w pomleszczerl7u słychać Ęlko sthrmiony pomnrk, jakby szum dalekiego przypływu. Gabinet instruktażowy lśnibielą. Niekt rzy nazywają to pomieszczenle,,blokiem operacll'nym". Ja tej nazwy nie lubię, za'wsze m wię ,,kajuta''. W kajucie stoi tylko st ł i dwa krzesła. Zar wrrc st ł' jak i krzesła sąprzeztocz5rste, co stwarza wrażenie luksusu i niecodzienności. Plerwszy Zastępca gestem pokazuje mi krzesło i siada naprzeclw. - Na Cmentarzysku Słoni nie nauczono cię niczego poirytecznego. Jeżeli chcesz odnosić sukcesy, musisz przede wszystkim zapomnieć o wszystkim, czego uczono clę w Akademii. Słoniamt zostają cI, kt rzy sami nie potrafiąpracować w terenle.Teraz sfuchaj uważnie. Przede wszystkim trzeba ułoĘćplan. Musisz go rozpisać na r Żne warianty i przedstawić swoje postępowanie w odpowiednich sytuacjach. Im więcej napiszesz, tym lepiej. Plan jest zabezpieczenlem na wypadek fiaska. Gdyby Akwarium rozpoczęŁo dochodzenie, w wczas masz solidny rrgument na swoją korzyść:proszę, fazę ptzygotowawczą potraktowałem bardzo poważaie. Zapamiętaj: cąrm więcej papieru' tym czystsąr włek.Po napisaniu planu weź się do przygotowar1. odpręż się maksymalnie, posiedź w saunie. Wyrzuć z siebie wszelkie negaty$me emocje, stresy, watpliwości. Musisz wyruszać na akcję z absolutnym przeświadczeniem o jej powodzeniu. Jeżeli nle masz tej pewności, lepiej zrezygnuj na wstępie' NajwłŻnlejsze to t:larztucić sobie ton agresyumego zsłycięzcy. Ktedy juŻ odpręĘsz się należycie, posłuchaj Wysockiego, na przyktad .obławy". Ta muzyka powinna brzmileć w tobie podczas całej operacjl' Zwłaszcza Edy będzLesz JuŻ wracać. Największych błęd w dopuszczamy stę po udanym spotkaniu, w drodze powrotnej. W radosnym unlesieniu zatracarny ducha agresyumego zwycięzcy. Nie
18r

180

wrKToR sttwoRow
wyzbywaj się tego uczucia dop ty' dop kt n7e zatrzasną się za tobą nasze p rrrcerne drzwi. Powtarzaml najwaŻniejsze to nie plan, lecz nastawienie psychiczne. Jesteś zwycięzcą tak długo' jak dfugo sam czujesz sLę zwycięzc4 Zyczę ci powodzenia.
na'wiapać z n7m kontakt i go zwerbować?

AI(WARITIM

ny lnżynier, to w jaki spos b Pierwszy Zastępca zdołał
Niezbyt odpowiada mi rola turysty nędzarza: podarty sweter, Zr:oszone buty. I w takim stroju mam spotkać amerykariskiego generała? Co sobie pomyśli o GRU' gdy ujr4r m j pogruchotany wehikuł? Wybiła um wiona godzina. Nikt się nie zjawia. Generale, co z tułojądyscypliną? 7'zazakręttl wyłania się wielkl zabłocony traktor z prryczepą. Stary Niemiec' rolnik, cuchnie nawozem. Niech to szlag, tego tylko brakowało! Spędziłem tu dwie godzvlry i _ żrywego ducha. Pewnie przeznastępnych pięć dni też ludzka noga tu nie postanie. A tego właśnie teraz diabli nadali! No zjeżdżaj'byle szybciej. Jak na złość zatrzymuje traktor, wysiada. Czego chcesz, stary durniu? - Kt ra godztrn? - pyta. Masz godzinę! Podtykam mu ze$arek pod sam nos.7-obaczyłeś I jazda. Ale jemu nie spieszy slę. Stoi koło mnie po prawej' pokazuje na przyczepę. Cholera jasna, pewnie coś nawaliło, trzeba będzie pom c, a tu lada chwila generał slę zjawi... I nagle olśnienie: skąd mi prz5rszło do gł,owy' że ,,specjalne żr dło'' to generał? Wskakuję naprzyczepę, zdzieram podarty zatłuszczony brezerlt. Wielkie nieba! Pod plandeką - pogruchotane szczątki rakiety Tow. Pamiętacie ten drapiezrry srebrzysĘ fiek? Przerzucam do bagaznika odłamki stabilizator w, zakurzorle obwody drukowane' poszaĘ)źrne, splątane przewody, rozbiĘ l zabłocony blok układu naprowadzania. Dąnke sch n. l biegiem za kierownicę. Chłop groźnie stuka laską po masce samochodu. O co chodzi, stary capie? Gestem pokazuje, Że czeka na zapłatę. Na śmierćzapomniałem. Pędem do zagajnika' wykopuję szkatułkę. Bierz. Teraz dopiero gęba mu się rozjaśnia.Sprawdź jeszcze na ząb, dztadygo! Na co ci, staruchu, Ę|e złota? I tak do grobu ze sobą nie zabierzesz. Przypomniała mi się instrukcja: ,,specja}ee źr dła" na|eŻy szanować, a prąmajmniej okazywać szacunek. Więc uśmiecham się do niego' Rusza w swoją stronę, ja w przeciwną. Szybko oddalam się z miejsca spotkania. Teraz rozumiem prosty mechanizm caĘ operacji.
183

ktety' Ktośjeszcze wyŻej? A jeżeli to generał albo naczel-

ut. czas -r.""1 się niemlłosiernie. Siedzę w starym, poobtjanym samochodzie, zaparkowan5rrn na poboczu leśnej drogi. Wedfug paszportu jestem obywatelem jugosłowia skim' ni to turystą ni to bezrobotrrym. M j Boże! Dopiero tu, na mĘscu zorientowałem się' jaką masę ludzi wciąginięto do operacji' bym w efekcie m gł znaleźćsię w tym lesie. Ktośmuslał wynająć dla mnie w z, tak, aby nikt się nie zorientował , ż-e to obywatel radziecki zażyczyłsobie właśnie starego grata. Ktośinny pom gł mi przekroczyć granicę. Ktośwreszcie zdobył dla mnie solidne papiery. No więc siedzę i czekam. Szkatułkę złotych monet na wszelki wypadek zakopałem w pobliskim za$ajniku. Gdyby aresztowano nas podczas spotkania, te pieniądze stanowiłyby dodatkową okolicznośćobciąlającą. Jestem przecież biednym wł czegą' Skąd więc złote dukaĘ/? Nasz ,,prĄac7e|" zażądal zapłaŁy nie w dolarach, rrie w markach' ale właśniew złocie. Wymyślił'cwaniaczek, żrw raCzekam. "PrĄac1e|" czy - jak go naą^/amy - .specjalne Żr dło" ma się zjawilć o l3.oo. Moje znaki rozpoznawcze to japoriskie radfrko w lewej ręce i znaczek pilkarski w klapie. Jego mam poznać po tym, Że zjawi się punkt trzyrrasta i zapyta o godzinę' stojąc po mojej prawej ręce. Ciekawe wjaki spos b naszprzyjaciel zdobywaczęścl amerykariskich rakiet przeciwpancernych? CzyŻby był $enerałem? A może konstruktorem? Kt Ż inny m głby młędzić' takączęść,bo ant InŻynier, ani magazynier, ani strażnik w fabryce zbrojeniowej. Każdy wyprodukowany element jest odpowiednio ponumerowany' Właściwie konstruktor i generał teŻ nie mogą ukraśćkawałka razie wpadlri będzie się tłrrmaczyć' że to spadek po prababce.

ra2

v
WIKTOR STIWOROW
AKWARIUM

Amerykariska r. Dywizja Pancerna otrzymała rakiety TOW i strzela nimi na poligonie. Naturalnie bez glowic bojowych. W koricowej fazle lotu pocisk po prostu rozbija się uderzając o miękki grunt. U nas podczas strzelania Falangami albo Trzmielami ogromne przestrzenle poli$onu pokrywa slę brezentem, a po zakoriczeniu ćwiczefi rzlca się batalion do wyszukiwania naj drobniejszych odłamk w. Amerykariska armla takimi $łupstwami nie zajmuje się, dlatego nie ma potrzeby werbować generał w czy naczelrlych inżynier w, wystarczy skaptować pastucha, leśniczego, str Ża, chłopa' Nazbiera wam odłamk w choćby i dwieściekilo. Ile zmieścisię w bagaŻniku! Stary śmierdzący łajnem chłop może stać się .specjalnym źr dŁem" i za trzydzteścisrebrnik w sprzeda wszystko, czego dusza za-

pragnie. Nie ma głowic? To bez zlaczen7a. Bez gł,owic układ naprowadzania zostaje niemal nienaruszony. Zresztą nasze głowice dor wnują amerykariskim' Interesuje nas układ naprowadzania, obwody drukowane. Nasi spece oczyszcząje i wypucują na medal. Jeśliczegoś zabraknie - przywieziemy następnym razem' Chcemy zbadać skład stop w, materiał w kompozytowych, mechanŻm otwierania stabilŻator w, resztki paliwa, nawet osad na turbinach stenrjących - to wszystko stanowi dla nas bezcenny materiał. I wszystko to spoczywa w moim bagażniku. I wszystkim tym interesuje się osobiście towarzysz Kosygin. Pędzę prostymi jak strzała niemieckimi autostradami. Hltler budował. Solidnie. Dodaję gazu, podśpiewuję pod nosem. Kiedy wr cę, udam się do Nawigatora i Pierwszego Zastępcy, Żeby ich przeprosić. Nie wiem za co, ale podejdę i powiem: jlowarzyszu generale, proszę mi wybaczyć", ,,towarzyszu pułkowniku, jeślimożecie _ !vybaczcie". Są wywiadowcami najwyŻszej klasy. Ęlko tak naleĘ dzlałać. Szybko, bez przyc1Ęania uwagi' Jestem $ot w ryzykować własną karierę i własne Życie dla dobra spra!vy, dla powodzenia waszych olśniewającychswoją prostotą operacji. Wybaczcie mi, proszę.
184

szych miesiącach pracy na plac wce winien unikać udziafu w aktyurnych operacjach. Tlrmczasem ma za zadanie wczuć się w ro1ę: poznać miasto i kraj, w kt rym będzie pracować, poznać obowiąpujące przepisy, obyc7aje, tradycJe. Liczne shrżby wywiadowcze tak właśnie przygotowują swoich agent w do przyszłych odpowledzialnych zada - W tym czasie miejscowa policja nie zwraca na nich specJalnej uwagi, mlejscowa policja ma dośćkłopot w z rutynowanymi szpiegami. Ale GRU to wywiad szczeg |ny. Nie prąrpomina żadnego innego. Skoro w początkow5rm okresie cieszysz się względną swobodą - wykorzystaj to maksymalnie. Przez pierwszy miesiąc byłem w nieustarrnym ruchu: umleściłemjakiśpakiet w skrytce, przez tydziefi obserwowałem mlejsce, gdzie ktośmiał zostawić um wiony sygnał' nocą odbierałem w lesie jaldeśskrzynki i dostarczalem je do ambasady' ściągałem naszych oficer w, gdy grupa nashrchu stwierdziła zwiększoną aktynmośćpolicyjnych nadajnik w w rejonie operacji. Moja działalność sprowadzała się do ubezpieczaria innych, pomocy innym, do udziału w operacjach, kt rych celu ani zTIaczenia nie znałem. W naszej rezydenturze na czterdziestu oflcer w GRU z pionu operac5[nego ponad połowa wykonuje taką robotę - ,,ubeąrieczająogon". Przezywa się ich pogardliwie chartami' Chart to pies myśliwski' kt rego karmić dużo nie trzeba, a garila się go po polach i lasach w poszukiwaniu lis w czy zajęcy. MoŻna napuścićcharty także na grubego zuIierza, oczywiścte nie w pojedynkę, |ecz całązgrają. Chart - to dfugie nogi i mała głowa. Wszystko jest względne na Ęm świecie.Jestem oficerem SŹabu Generalne$o' W stosunku do milion w oficer w Armii Radzieckiej należę do naJwyższej elity. W ramach Sztabu Generalnego jestem oficerem GRU, a więc wyŻsząkastą wśrd tysięcy innych oficer w tegoż sztabu. W GRU jestem oficerem ,,wyjazdowym", co oznacza, że można mnie wypuszczać na robotę Za Eraricę. oficerowie ,,wyjazdowi" _ to zrlaczrie wyŻ'sza, kategoria niż
I

cy jako dyplomata, dziennikatz czy bŻnesmen w pierw-

IJ*.u"

slę

na og ł, Żepoczątkujący szpieg' występują-

VI

!

- Akwarim

185

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

zu]yczajnl oflcerowie GRU' kt ryc}a za' grarncę się nle puszcza. Wśrd ,,ulyjazdowych" r wnieŻ zal7czam się do lepszeJ klasy, ponieważ na|eĄ do sekcji operacfinej' a ta ceni się wżej od naszej sfużby łącznościi nasfuchu, od sfużb wartowniczych, od naszych mechanik w i technik w. Wewnątrz eLĘ natomiast jestem plebejuszem. Oficerowie pionu zdobywania informacji dzie|ąsię na charty i wiking w. Ct pierwsi - to uciskana, pozbawiona wszelkich praw większnśćuprzywllejowanej kasty oficekontrolą r w operacyjnych. KaŻdy pracuje pod ścisłą jedne$o z zastępc w rezydenta, niemal nigdy nie spotykając samego rezydenta. Polujemy na tajemnice, m na wiąc ściślej ludzi' będących w posiadaniu tych tajemnic. To nasza gł wna działalrrość. Poza tym jesteśmy bezlitośnie wykorzystywani do ubezpieczania tajnych operacji, kt rych zrlaczelia możemy się tylko domyślać. wikingowie stoją zrtacntile wyŻej w hierarchii rezydentury' W jęryk:u Prasłowian Wikingowie oznaczali nieproszonych, zamorskich przybysz- w _ okrutnych' podstępnych. drapieżnych, zuchwałych. Nasi wikingowie pracują pod osobistą kontrolą rez5ldenta, respektują jego zastępc w, ale operacje prowadzą najczęściejsamodzielnie. Cl, kt rzy odnoszą najwięcej sukces w, z c?Asem sami zostają zastępcami rezydenta. W wczas otrzymują do dyspozycji Ęraję chart w. Pierwszy 7astępca rezydenta sprawuje o$ lną kontro1ę nad ekipą. Aktyumy i zdolny oflcer wyspecjalŻowany w zdobywarriu informacji nadzoruje _ pr cz własnych bieŻących operacji i swoich chart w _ r wnież grupę nasfuchu radiowego, a takŻe pracę wszystkich oficer w, w tym r wnież technicznych i operacyjno-techrricanych. odpowlada przy tym za ochronę rezydentury i jej bezpieczeristwo. Nie podlegają mu jedyrrie szyfranci, kt rymi dowodzi sam rezydent. Rezydent czyll Dow dca, czTrli Nawigator, czyll Ptzechera odpowiada za wszystko. Posiada praktycznie nieograniczone pełrromocnictwa' Dla przykladu, ma prawo zabLć każdego z podlegających mu oficer w, włącznie z Pierwsz5rm Zastępcą, gdyby w grę wchodziło bezpieczeristwo rezydentury, a ewakuacja oficera powodujące186

gozagroŻenie nie była możliwa. Prawo zabljania oficer w GRU ma _ opr cz rezydent w - jedynie Sąd Najwyższy l to wyłącznie za zgodąKC. Tak więc nasz Dow dca jest w pewnych kwestiach ponad Sądem Najwyzszym; nie potrzebuje żadnych rad ani konsultacji. Decyduje sam. Nasz Nawigator podlega szefowi 5. Sektora I Zarządu GRU' jednak w wielu sprawach podporządkowuje się wyłączrne szefowl GRU. W razie r żnhcy zda ma prawo w uryjątkowych okolicznościach komunikować się bezpośrednioz Komitetem Centralnym' Bezgraniczną władzę Rezydenta r wnoważy jedynie fakt istnienia r wnle potężnej, rneza(eirnej i anta$onistyeznej reąrdentury KGB. obaj rezydenci nie są podporządkowani ambasadorowi. Ambasador figuruje wyłączniejako parawan dla zamaskowania w składzie radzieckiej misji obecności dw ch gnrp uderzeniowych. Zronlrniałe, Że w obecności os b postronnych obaj rezydenci - dyplomaci wysokiej rangi - okazlĄąmu pewien szacunek. Na tym szacunku koftczy się ich za7eŻność ambasadora. Każdarezydenod tura posiada na terenie ambasady własne, wydzielone terytorium, kt rego broni przed obcymi jak tvrierdzy. Drmłi rezydentury przypomirrają solidny sejf. Dawno temu jaldśżartowniśprzywi zł ze Zwia2ku metalową tabltczkę zdjętą ze słupa wysokiego napięcia: ,,Uwaga! Grozt śmiercią!".U E ry - trupia czaszka. Ptzyczeplono Ją ao zielonych drzwi i od lat chroni naszą twierdzę przed ciekawościąpostronnych.

mLzernym dorobkiem. Pierwsi: cała pierś w orderach, drudzy: Jcden' dwa medale. Pierwsi w wtększości przeżyli wojnę, drudzy ginęli tystącami. Wojenne statystyki są bezlitosne: średnlodziewięć godzin w powietrzu, potem śmierć. Przeciętnie pilot myśliwcaginął podczas piątego lotu. A w tej pierwszej kategortl na odwr t każdy zaliczał setki lot w bojowych i tysiące godnnw powietrzu... _l['{l j rozLA7

Btrące na koncie, drudzy (większość)z bardzo

ż.e podczas wojny w nasą[n lotnicturle były dwle kategorie ptlot w: jedni (mniejszość) z dzlesiątkami

A Ut"k"*.,

VII

WIKTOR STIWOROW

AT(WARIT'!il

lotrrictwa Kuczumow, w czasie wojny as lotnictwa, po wojnie as wywiadu wojskowego. Z polecenia szefa GRU przeprowadza inspekcję zagraniczrtych ekspozytur Akwarium. Do pewnych kraj w przybywa jako cźonek najr imiejszych delegacji do spraw rozbrojenia, redukcji, prĄaźni ltp.' w innych zjawia się w charakterze czlonka rady weteran w wojennych. Sam bynajmniej n7e zalicza siebie w poczet weteran w, jest czynnym oficerem tajnego frontu. Dokonuje inspekcji i - mogę dać gł'owę _przeprowadza błyskawiczne i oszałamiające tajne operacje. Teraz siedzimy we dw ch w ,,kajucie". Wrywa nas pojedynczn. Rozmawiając z narni kontroluje zarazem naszego dow dcę, aprTy okazji mu pomaga. - Na wojnie obie kategorie pilot w dzieliła prz.epaść. Żadnego ogniwa łączącego, Żadnej warstwy pośrednĘ. Prryrcryna takiego stanu rzecz'r była bardzo prosta. Wszyscy lotrricy otrąrmywali jednakowe przygotowanie, stawiali się do jednostek reprezenĘąc mniej więcej taki sam poziom. Po pierwszej walce dow dca dzielił ich na aktywnych i biernych. Ci' kt rzy rwali się do boju, nie chowali się w chmury, nie bali się czołowego ataku, z m7ejsca zostawali prowadzącymi, reszta miała osłaniać aktyvrnych. Nieraz selekcja aktywnych odbywała się od razuw czasie pierwszej bitwy powietrznej. Dow dcy eskadr' pułk w dywĘi' korpus w i armii rnlcali wszystkie siły' by wspierać akĘvrnych w walce, by ich :ubezp(eczać, chronić w najbardzĘ z.aiarĘch starciach. Im większe sukcesy odnosił aktyurny pilot' Ęrm bardziej asekurowano go w walce, Ęrm ' bardzie; mu pomagano. Widziałem w akcji Pokryszkina, gdy miałjuż na koncie ponad 50 zestrzelonych samolot w niemieckich. Na osobisĘ rozkaz Stalina aż dwie eskadry ubezpieczały go w każdej walce' Sam wynrsza na łowy, na ogonie ma skrzydłowego, za nim dwie eskadry: jedna nad nim' dru$a pod nim. Dziśna piersi lśniąmu trzy złote gwiazdy i jedna diamentowa, jest marszałkiem lotrrictwa, ale nie myś|, że to wszystko samo spadło z nieba. Bynajmniej. JllŻ w pierwszej walce wykazalsię aktyvmością i odtąd $o ubezpieczano. Był bardziej zadĄorny, więcej umiał i dlatego coraz więcej mu pomagano. Gdyby ta
188

m

wca to Bohater Zw\ry,ku Radziecldego generał-major

lnni spalają się na pierwszej delegacji. ...7-,apoznałem się z twoim dossilar, podobasz mi się. Dziśtwoja praca sprowadza się wyłącznie do osłanianii

ki tysiące oficer w. Życie bardzo sąrbko dzieli ich na aktyvmych i biernych. Jedni wzbijają się na szczyĘ,

"ffiido wal-

ca po trochu będzie cię uwalniał od pracy przy ubezpieczaniu, co więcej, zarządzi, by ciebie z kolei osłaniano, narażano slę dla twoich operacji. Taka to prosta filoznf1a.

189

WIKTOR STIWOROW

AKWARIT'M
.

Niestety, nie do każdego docierają moje słowa. Mamy wielu fajnych chłopak w,kt rzy ni$dy nie wybiją się na prowadzących, pozostaną w ubezpieczaniu, do pierwszej wpadki. Zyczę ci powodzenia i pomyślnych wiatr w. Wszystko za|eży od ciebie. Dokładaj starari, wtedy dwie eskadry będą cię osłaniać w walce.

robotę: podnosić ducha bojowego i skutecznośćdzlała

dzieckich minister spraw ?Agraricznych ZSRR zwraca się do rząd w zaprĄaźnionych paristw oraz podlegającej im administracji wojskowej i cywiJnej z prośbąby na mocy Konwencji Wiede skiej z l8l5 roku umożliwiły swobodny ptzrw z pocz$ dyplomaĘcznej ZSRR' bez poddawania jej jakiejkolwiek kontroli' w tym r wnież celrrej. Mirrister spraw zagraricznych ZSRR A. Gromyko... Policjant czyta dokument, wydrukowany na szeleszczącym papierze opatrzonym godłem i filigranami. Gdyby czegoś nie rozumiał, ma do dyspozycji wersję angielską i francuską. Kr tko i jasno: poczta dyplomatyczna ZSRR. Policjant zgrzyta zębami i zerka na potężny kontener. Cośmu nie gra. Przez Wiederl radziecka poczta dy1rlomatyczna płynie nieprzerwanym potokiem. Istna Niagara. Raz na tydzien uzbrojeni kurierzy radzieccy zatrzymtĄą się w Wiedniu, po czym ruszają w dalszą drogę: do Berna, Genewy, Rzymu. W radzieckich ambasadach zostawiają przywiezione kontenery i zabierają Lrlne, przeznaczone do Moskvry. Do ambasad wiozą zanllyczaj po pięć' czasem dziesięć So-kilogramowych kontener w, w drodze powrotnej _ po trzydzieścilub czterdzieśc7. Zdarza się, że sto. Za utratę kontenera kurierom grozi śmierć. Zakażdy kontener odpowiada $łową sam ambasador. Do niego naleŻy odbi r i wysyłka poczty dyplomatycznej. My r wnież uczestnicz1rmy w tej procedurze. Dop kl kurier ze swoimi kontenerami podr żuje po danym kraju' stale towarzyszy mu przedstawiciel ambasady, by w razie konieczrtości przypomnieć komu trzeba, Że rla pr bę
190

n n"p.rum F"l

zatrzymania kontenera Zw7a7ek Radziecki może odpowiedzieć sankcjami, z militarnymi włącznie. Gdyby ktoś clekawski pragnął zaznajornlć się z zawartościąprzesyłki, kurier ma prawo własnoręcznie się z nim ro4rawić. To jego prąrwilej. Konwencja przewiduje użycie broni celem ochrony poczty dyplomatycznej, więc kurierzy są odpowiednio w5pos aŻeni. obfita jest nasza wallza dyplomatyczna. Pęka w szwach. Kontenery transportująwszystko, co zdołamy zebrać: naboje i pociski, optykę i elektronikę' odłamki pancerzy i częścirakiet' i dokumenĘ, dokumenty. Najr żmiejsz.e' Plany militarne, opisy techniczrle, projekty nowych rodzaj w broni, kt re wkr tce wejdą do produkcji albo trafią do lamusa. Kurierzy wioząto, co Zach d zatlvierdził i to' co odrzucił. Prry1rzymy się z bliska. Pomyślimy. Być rnoŻe weźmiemy to, co Zach d odrzucił; może wymyślimy antidotum na to, co Zach d zamierza produkować. Podr żują informacje w zielonych skrzynlach. Ściśle tajne! W imieniu Zwiapku Soc3aiistycznych Republik Radzieckich! Na mocy Konwencji Wieder1skĘ z 1815 roku! Jadą kurierzy, wiozą kontenery. Zgrzyta zębami policja. Dziśma szczeg lnie twardy orze ch do zgryzienia' D z1slaj nasi kurierzy wiozą nie jak młykle wiele kontener w, lecz jeden wielki - 5 ton! W imieniu Zwiry,kuSocjallstycznych Republik Radzieckich! Zgromadziło slę całe policyjne naczalstwo. Klną pod nosem. Krzywo patrzą na nasz kontener. Dziśja mu towarzyszę. okazałem już wszystkle niezbędne papiery. W zanadrzu mam gotową formułkę:,,Zatrzymanie poczĘ dyplomatycznej ZSRR' Jak r wnież pr bajej przejęcia, kontroll, przeglądu, poclaga za sobą...'' - i tak dalej. PusĘ kontener dostarczono do Wiednia osobną platformą towarową. Teraz jest załadowany. Z każdej strony czerwienieją wielkie pieczęcle:,,Poczta Dyplomatyczna ZSRR. Nadawca - Ambasada ZSRR. Wiederi". Kontener otaczająnasi kurierzy. Są uzbrojeni' TowarTysTy im radziecld dyplomata, co prawda niewysokiej rangi, ale zawsze nietykalny przedstawiciel ZSRR. $rtko go ruszcte, spr bujcie' Napaśćna dyplomatę r wna się obrazie r9r

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

paristwa, kt re on reprezentuje. Napaśćna dyplomatę rnoże być lzr:ar.a za napaśćna samo paristwo. Zgrzyta zębami policyjna g ra. - Możemy sprawdzić, czy kontenerjest na|eżycieprzymocowany do platformy? - Wasze prawo - odpowiadam. Ale nie wolno im dotykać go rękami. Tylko spr bujcie. Mam bezpośredniąłącntośćz konsulem generalnym ZSRR w Wiedniu; konsul ma na linii radziecki MSZ. Sprawdzajcie. Kręcą się policjanci wok ł kontenera' JakŻe chciellby wiedzieć' co teŻ zawiera! Nic z tego' panowle. Kiedy wywoziliśmy kontener zbrarny ambasady, nasi sąpiedzi z KGB psioczyli zawistrrie: a to szubrawcy lvywinęIi numer!Ani chybi GRU gwŻdnęło kawałek reaktora! Miejscowa policja jest najwyrłźniej tego Samego zdaria. Jeden z rich snuje się stale koło platformy. Na pewno ma w kieszeni licznik promieniowania. Postanowił sprawdzić' czy nie wieziemy bomby atomowej. Nie mogę mu w tyrnptzeszkodzić. Nie rusza kontenera, tylko przechadza się tam i z powrotem. Na rljc zda się licznik - to nie bomba atomowa i nie kawałek reaktora jądrowego' Jeszczejeden kręci się w pobliżu. Straszliwy upał, a ten w płaszczu. Pod spodem pewnie cały obwieszony aparaturą elektroniczną' Jak nic starają się sprawdzić, czy wieziemy cośmetalowego, czy rie. A jeŻeli zwędziIlśmy silnik znajrrcwszego modelu czołgu? o' pojawiły się psy. Że niby dla nasze$o bezpieczenstwa. Obwąchują kontener. Daremne starania. Nie ma co wąchać. Nasi kurieruy patrzą na mnie z szacunkiem. Dobrze wiedzą, Że marn z tą sprawą bezpośredni zwiavek. Ale zawartość kontenera to dla kurier w tabu. Nigdy się nie dowiedzą, co wieźli. Wiedząjedno: ładowalo GRU, a nie KGB. Kurierzy dyplomatyczni mają w tyrl"r względzie szczeg |Ilego nosa. Latami wykonują tę robotę' Znają odbiorcę ładunku i stąd wnioskują' kto jest nadawcą' W tym wypadku polecono im tylko przewieźć kontener przez granicę. W Bratysławie czeka na nich radziecki konw j wojskowy, kt remu mają go przekazać. AleŻ zdzi'wiliby się kurierzy dyplomatyczni, gdyby im powiedziano, Że po przyyeŹdzie do Bratysławy kontener r92

zostanie przewieziony na pierwsze z brzeg'u radzieckie lotnisko wojskowe i tam cała za'wartośćwyląduje w piecu. A przecież tak się właśnie stanie. JuŻ od dawna Nawigator prosił ambasadora o udostępnienie nam strychu ambasady' Zpoczątku ambasador odmawiał. Nie' powiada, i kropka' Ąrmczasem rezydentura się rozrasta. Z rok:u na rok przybywat Żnych szarych skrzynek najeżonych antenami i lampkami. - Musimy mieć ten strych - molestuje Nawi$ator' Takie polrrieszczęnie się marnuje' a t5rmczasem ja nie mam gdzie się wcisnąć z elektroniką podsfuchową. Ambasador machnął ręką' - Dobra, niech ci będzie - powiedział. - Ęle, że to istna stajnia Augiasza. Trzeba wszystko doprowadzić do porządku. Potrafisz, masz strych na własność.T}lko Żebyrn nie miał dodatkowych kłopot w. Musicie sobie r adzić własnymi siłami. _ Bardzo zagracone? - zaciekawił się Nawi$ator. - Wszystko, co znajdziesz, jest twoje - odpowiedział enigmatycznie ambasador. - Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. Gdybym potrafił, dawno już sam bym uporządkował' Poprzednicy zostawili tam niemały spadek''. Ubili interes. Ambasador dał Nawigatorowi kluczyk od strychu i jeszcze raz poprosił' Żeby nie opowiadał za dużo, co tam się znajduje. Nawi$ator w te pędy na strych, otwor4rł drn , łamiąc osobistą pieczęć ambasadora, zaświecił latarkę _ i zartarŁ Pełen strych ksiąpek. Piękne wydania. Kredovry papier, błyszczące okładki. Ksiąpki rnają r Żne Ęrtuły' ale autor ten sam: Nikita Chruszczow. Nawigator z mĘsca zrozumial,w cĄftnrzecz. Przed laty partia zaprąlęła' by cały światusłyszałjej głos. W tym celu wystą)ienia Wodza drukowano na najlepszym papierze i rozsyłano do wszystkich kraj w. Poszczeg |ne ambasady rozdawały je bezpłatnie, rozsyłałydo bibliotek. Partia bacztie śledziła, ry ambasador gorlikt wie roąrowszechnia jej słowo, a kt ry zarnało się przykłada. Wsp Ławodniczą ambasadorowie: kto więcej ksiąlek rozdaw swoim kraju' Ślą kotejne raporty: sto tysięcy egzemplarzy! Trzysta tysięcy!! Moskwa zacieraręce, że dzieła
193

WIKTOR STIWOROW

Wodza cieszą się takim powodzeniem. Skoro tak dobrze idzie, masz jeszcze sto Ęsięcy! Rozdawaj i pamiętaj: w Paryżrr ambasador anaczłie lepiej radzi sobie z kolportażem! W Sztokholmie nasze ksiąiki wzbudzająsensację!W Kanadzie opędzfuć się nie moŻnaod chętnych... Nie wiem' jak to wyglądało w Paryint, w ottawle. W Wiedntu po latach wyloyto wsz5rstkie ksią|ki na sbychu ambasady. Nawi$ator udał stę do ambasadora. - Wywalić wszystko na śmieci- powiada. - CośĘ _ Żactna} się ambasador. - 7-araz prasa burŻuaĄna się dowie. Gazety napiszą, że skoro mydliliśmy oczy poprzedniemu szefowi naszej partii, to może obecnego tak samo nabijamy w butelkę. - No to spalić! _ zaproponował Nawi$ator, ale ugryzł się wjęzyk. Jak można niepostrzeŻenie spalić takąl'Iczbę ksiąlek? Wiadomo' gdy w ambasadzie pali się tony papieru' znaczy że wojna. Wybuchnie panika. Kto ma za to odpowiadać? Palić po trochu też się nie da, potrzeba lat, Żeby opr żnić strych. Nawigator zakls siarczyście,po czym skreślił szyfr wkę do Akwarium: dostaniemy strych na nasze potrzeby pod warunkiem, Że bez zbędnego hałasu wyręczyfr|y ambasadora. Akwarium dało zgodę. Przysłano kontener i odpowlednie glejty. Dwie noce zgraja chart w na własnych grzbietach dźnł1gala ksiąlki ze strychu do kontenera. Ledwie dotkniesz - kichania na dwie $odŻny. Upał, kurz, karkołomne schody. Przelecisz się tam i z powrotem - serce wali, pot spływa z ełnła.Zwymyślaliśmy Nildta, od najgorszych! cię, Kontener trzeba było podwieźć pod same drzwi; prześwitzasł'oniliśmypłachtami brezentu, dookoła rozstawiliśmywarty' Sąpiedzi zKGB zawistnle zerkająna ochronę, na kontener.

Rozdział 9
$ się nowe twal rze. Nazwiska nowo mianowanych szef w II, VII i XII Zarządu, 8. Sektora Yl Zaruądu i 4. Sektora K Zarządu są mi zupełnie obce, Sami generałowie i admirałowie. Natomiast nazwisko szefa V Zarządu zILaIrL aiŻ nadto dobrze. Generał-lejtnant Krawcow. Pięć lat temu, gdy wynrszałem do Akademii, otrzymał swoj ą pierwszą generalską g1wiazdkę. Teraz ma dwie, pewnie wkr tce prTyJdzTe trz.ecia. Wszyscy jego poprzednicy na tym stanowisku mieli stopieri generała-pułkownika. Y Zarząd! Ten nleduży, zy|asty człowiek kontroluje dziścaĘ Specnaz. Podlegają mu siatkl dywersyjne i siatki agenturalnego zdobywania tnformacji szesnastu okręg w wojskowych, czterech grup wojsk, czterech flot marynarki wojennej, czterdziestu jeden armii i dwunastu flotylli' Ma dziś44 lata. Życzę powodzenia, generale. Mnie się natomiast nie wiedzie. Wiem, Że tzeba sztukać dojśćdo tajnych informacji, |ecz mlyczajnie brak mi czasu. Całe dnie i noce, świątkii piątki schodzą na ubezpieczartiu naszych agent w. Licznik w moim samochodzie dostaje kręćka. Nie ma tygodnia bez co najmniej tysiąca przejechanych kilometr w. Czasami te tysiące
195

Policjanci raz jeszcze obrzucili wzrokiem ładunek na platformie, po raz kolejny sprawdzilt papiery, mactrnęli ręką pies was trącał. Nie ma wątpliwości,że radziecki wyviad wojskowy buchn{ cośbardzo ważnego, ale nie wiadomo, jak zdołano wtaszczyć to do ambasady. Ale skoro tak się stało, to trudno. Jazda!
194

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

wskakują w przerażającym tempie, wtedy Siertoża Nesterowicz - trasz mechanik samochodovry - na polecenie Pierwszego zastępcy podkręca licznik. Ma do tego specjalne urządzerie: pudełeczko z dh:gąmetalową linką w rurce. Gdybym był na jego miejscu, już dawno zwiałbym z tym cuderikiem do Ameryki. Skupowałbym używane samochody, podkręcał liczniki i sprzedawał jak nowe. Sierioża majstruje nie tylko przy moim samochodzie. W rezydenturze jest Spora zgraja chart w. KaŻdy Z rlas śmigapo Europie jak Henry Kissirrger. Licznik to legityrnacja wywladowcy. Nie wolno nam p okazyw ać włas nej Błłat zy . Podkręcaj' S ie rioża !
II
zaceera ręce:

No, wchodźcie. Siadajcie. Wszyscy są? Pierwszy Zastępca obrzuca nas spojrzeniem. PrzeLLcza. Uśmiecha się do Nawigatora: _ Wszyscy obecni, towarzyszw generale, z wyjątkiem szyfrant w' grupy kontroli radiowej i grupy nasłuchu. Nawigator spaceruje po sali, patrzy pod nogi. Oto podnosi głowę, widać, Że zadowo|ony. Nigdy nie widziałem go w tak doskonałym humorze. - Dzięki wysiłkom Dwudziestego Dziewiątego nasza rezydentura zdołała zebrać informacje doĘczące syste-

Nu**.ao r

-

mu bez1rieczeristwa na mającej się odbyć w Genewie wystawie TELECOM-7S. Podobne materiaĘ :uąrskaly rezydentury dyplomatyczne GRU w Marsylii, Tokio, Amsterdamie i w Delhi' Ale nasze informacje są wcześniejsze i bardziej precyzyjne. Dlatego szef GRU - Nawigator zawiesił g}os' by dodać uragi ko cowej frazie - dlatego szef GRU powierzył narn przeptowadzenie podczas targ w masowej akcji werbunkowej! Zawyliśmy z radości.Ściskamy dłori Dwudziestemu Dziewiątemu. Nazywa się Kola Butenko. Jest kapitanem, jak ja. Przyjechał do Wiednia p Źniej ode mnie, a zda7ył zaliczyć dwa werbunki. Wiking. - Dwudziesty DziewiąĘ!
196

- Tak jest' towarzyszu generale. - Kola zetwał się na baczność. - Dobrze się spisujesz! - Ku chwale Zwia4kts. Radzieckiego! _ A teraz spok j. Na zachwyty będzie czas p źniej. Wiecie dobrze, jak wygląda zmasowana akcja werbunkowa' nie jesteście dziećmi. Na targi wyjeŻdŻarny całą rezydenturą, w komplecie. Wszyscy pracujemy wyłącznle prąr zdobywaniu informacji. Ubezpieczarie bierze na siebie genewska rezydentura dyplomatyczna GRU glenerała-m aJor a Zwiezdina i berneriska rezydentura generała-majora Łarina. W razie konleczności wfrazdu na terytorium Francji, marsylska i paryska rezydentury GRU są przygotowarre do akcji ubezpileczających. Ja sprawuję o$ lne kierownictwo. Na czas trwania operacji zostanie oddelegowanypod moje rozkazy szef 3. Sektora lX Zarządu Sfuzby Informacji GRU generał-major Feklenko. Przybędzie rla czele potężnej delegacji. Mikołaju Mlkołajewiczu... - Tak jest - zelwał się zastępca do spraw informacji. - odpowiadasz za pr4rjęcie delegacji, zakwaterowanle, transport. - oczywiście, towarzyszu generale. - Podczas masowego werbunku stosujemy klasyczną taktykę. JeżeLi ktośzrobi głupstwo, nie zawatram się poświęcićgo dla dobra całej operacji' jak paryski rezydent GRU poświęciłswojego attachć wojskowego podczas akcji na Le Bourget. Pielwszy Zastępca zapozl7a was z tymi członkami delegacji, z kt rymi będziecie pracować' Zy czę powodzenia.
UI z Moskwy przybywa do Wiednla o godzinie 17'58' Wolno przesuwają się zielone wagony. Lekki zgrzyt hamulc w. - Dobry wiecz r, towarzysze! Witamy na gościnnej ziemi austriackiej! _ BagaŻowych wołać nle trzeba, sami ściągnęlina nasz peron; wiedzą że oflcjalna delegacja radziecka nie poskąpi suĘch naplwk w.
197

YT\ L lJkspres

s!

nłKToR suwoRow
Delegacja rzeczywiście potężna. Oficerowie informacj i GRU, oficerowie z Komisji Wojskowo-Przemysłowej przy Radzie Ministr w- ZSRR, eksperci z r Żnyc}n resort w przemyshr zbrojeniowego, konstnrktorzy broni. Ma się rozumieć, żadna z tych kwalifikacji nie figuruje w ich paszportach. Sądząc po paszportach są to przedstawiciele Akademii Nauk, Ministerstwa Handlu Zagranicznego, jeszcze jakichśnieistniejących instytucji. Ale cryrż moŻna zaufać naszym paszportom? Czy w moim paszporcie dyplomatycznym stoi, że jestem oficerem opera_ cfin5m GRU? Witajcie! Witajcie!

AKWARIUM

Na naszej małej, śmlesznej planetce dzieją się zdumiewające rzeczy, kt re poza mną nikogo nie dziwią. Nikogo w og le nie interesuje przybycie ogromnej radzieckiej delegacji. Nikt nie zadaje kłopotliwych pytaI1. Na przykład: dlaczego radziecka delegacja nie jedzie prosto do Genewy, po co ten trzydniowy post j w Wiedniu? Czemu delegacja przybyła do Austrii w zwartym szyku, jak batalion, po cz5[n w Wiedniu natychmiast się rozpadła, rozsy1rała, zatomizowała? Dlaczego delegaci udająsię do Genewy r Żnyrni drogami, r żnymL środkami - pociągiem, autokarem, samolotem? Dziwne - do Wiednia niespiesznie' pociągiem, a dalej szybko samolotem? Dlaczego na genewskich targach dyplomatom

ZSRR towarzyszą radzieccy funkcjonariusze oNZ
z Wiednia, a nie ich koledzy z Genewy? Wiele jest pytari.

Na szczęście, nikt ich nie zadaje
odpowiedzi.
*

i

nie szuka na nie

Wojenno-Promyszliennaja Komisija (WPK) - insqrtucja koordynująca szpiegostwo naukowo-technologiczne, odpowiedzi alna za: a) gro' madzenie i analizę konkretrrych zapotrzebowari nadsyłanych przez ministerstwa powią,zane z sektorem militarn1'rn; b) ustalanie na ich podstawie rocznego planu dla służbspecjalnych; c) przekazywanie planu do odpowiednich instancji wykonawczych (KGB, GRU, wyriady wschodnioeuropejskie); d) zbieranie wszystkiego' co owe służbyzdobyły w ciągu roku szpiegowaniem i kradzieżą e) sporządzanie rocznego bilansu płynących stąd oszczędności w sektorze badawczym i produkcji [przyp' tłum.].

krzesłach, w kt re nie spos b wmontować jakiejkolwiek aparatury, siedzą dwaj nieznajomi. Pierwszy Zastępca dokonuje prezentacji: - Oto Wiktor. Kłaniam się z rezerwą. - Wiktorze, to jest Mikołaj Siergiejewicz, pułkownik-lnżynier z N-II-107. - Witam, towarzyszls pułkowniku. - To jest Konstantin Andriejewicz, pułkownik-Inżynlef z 1. Sektora IXZarządu SłużbyInformacji GRU. - Witam' towarzyszu pułkowniku. Ściskam wyciągnięte dłonie. Mikołaj Siergiejewicz od t azu przy stępuje do rzeczy'' - Interesuj ą mnie wszelkie urządzeria odbiorcze, służące do przechwytywania odbitego promienia laserowego, oświetlającegoruchome cele podczas ostrzafu z osłoniętych stanowisk ogniowych... - Ma się rozumieć, moje wiadomościw t5rm zakresie 9ą bar dzo powierzchowne. _ Zdajemy sobie z tego sprawę' Dlatego tu jesteśmy. Do was na|eĘ werbowanie, do nas, zapewnienie odpowledniego nadzoru technicznego. Mikołaj Siergiejewicz otwiera teczkę' - Według danych uzyskanych ptzez Sfużbę Informaclt GRU największe sukcesy w tej dziedzinie osiągnęła ameryka ska firma Hughes. _ Nie mogę prowadzić przeciw niej jakichkolwiek operacJi na targach. Skonsternowani pułkownicy spoglądają na mojego ptzełoŻonego' ale Pierwsąl Zastępca jest tego samego zdania: - Taka obowią2uje zasada. Na każdej wystawie przy gtolskach dużych kompanii aż się roi od agent w ochrony. Na targach rozpracowujemy wyłącznie niewielkie firmy, kt rych stoisko obsługuje Ęlko jeden człowiek, zreprzedsiębiorstwa. Z takirn ntoŻna eweng|uły właściciel tualnie pr bować szcąścia. - Wielka szkoda.
199

przezroczy"tyil

198

WIKTOR STIWOROW

AI(WARIT'M

Nie ma rady, styl naszej pracy zmienia się zasadniczo zaleŻrie od okoliczności... - Trudno. PrzywieŻ|iśmy prospekty i wycinki prasowe o niew'ielkich firmach, młiązanych z interesując}rm nas zagadnieniem. Oto plan ich rozmieszczertia na'targach. oto zdjęcie eksponatu. Za tę szarą skrzyneczkę WPK gotowa jest zapłacić l2o tysięcy dolar w: opracowanie podobnego systemu w kraju pochłonęłobywiele lat i milion w. Skopiować zawsze taniej. - Macie ze sobą forsę? - Tak. _ MoŻnarzucić okiem? Muszę s1ęptzynvycza7ć,. Konstantin Andriejewicz |<ładzie nowlutką, bĘszczącą dyplomatkę flaprzezroczysty st ł' oturiera. W środku pełno gazetowych wycink w, folder w reklamowych, jeszcze jakichś papier w: makulatura dla zmylenia kontroli przy wejściut wyjściuz wystawy. Rozlega się trzask i uchyla się drugte dno. Co za bogactwo! Zarnarl.em z wrażeria. Pewnie tak hrabia Monte-Christo napawał się widokiem swoich skarb w. JakiŻ ludzki wysi}ek, jaka rozkosz zawiera się w tych sze|eszczącvch, starannie ułożonych paczkach zielonych papierk w! Pieniądze są mi obojętrre, powiedzmy: prawie obojętne. To co ujrzałem przerosło jednak moje wyobrażenle. Zagryzłem wargę. _ Ta teczka służytylko do demonstracji - objaśnia Konstantin Andrlejewicz. - Pieniądze są prawdzlwe, ale jest ich mniej, nŻ się wydaje. Nie możemy zab7erać ze sobą na targi dużej got wki. Waśnie dlatego skrytka została tak spreparowana, ż;e sprawia wrażenie, iżmieszcząsięw niej setki tysięcy dolar w. W rzeczywistości jest dośćpłytka. Nigdy nie płacimy na terenie wystawy, demonstrujemy tylko zawartość.NajlepĘ prezenĘą się nowe banknoĘ o dużych nominalach. Wypłaty dokonujemy z dala od wystawy, mniejs4rmi' używanymi banknotamt. Oto one... Ot\łnera starą podniszczoną walizeczkę' wypełnioną po brzegi paczkami pieniędzy' DoĘkam ich, biorę do ręki, wącham i odkładam na miejsce' Wszyscy wybuchają śmiechem. Z czego się śmieją?
2o'0

-

- Nie gniewaj się, Wiktor - m wi Pierwsąl 7astępca. _ Dnrga wa]jzeczka zawiera o wiele więcej forsy, ale rlJre zrobiła na tobie wielldego wrażenia. Natomiast dyplomatka po prostu cię urzekła. Było to tak udezające, że trudno powstrąrmać się od śmiechu.C Ż, cieszy nas, że teczkaprzezrlaczotLana pokaz nawet na ciebie dziaŁa tak sugestyvrnie.
rięa"ynaroaowJ przestrzeit operac5dna; to pole, to dla GRU wymatzorua z kt rego GRU zbiera obfite Żni'wa. Przez ostatnie p ł wieku na naszej planetce nie odbyła się ani jedna wystawa, kt rej nie odwiedziłoby GRU' Targi są miejscem spotkari specjalist w, są swoisĘm zjazdern fanaĘk w. Wiadomo' że fanatyk potrzebuje sfu chacza. Potrzebuje kogoś,kto kiwałby ze zrozumieniem głową i wysfuchiwał jego bredni. Sfuchać i przytakiwać' zaskarbić sobie zaufarrie - to rrasza robota' GRU interesuje się każdą wystawą. Wystawą kwiat w, wojskowej elektroniki, czołg w, kot w, maszyn rolnlczych. Jeden z najlepszych werbunk w w dziejach GRU miał miejsce na wystawie chiriskich złotych rybek. Kto zuliedza takie wystawy? Ten, kto ma drrżo forsy. Kto ma powią2atia ze światemfinans w, wielkiej poliĘki' wlelkiego biznesu. Chadzająhrabiowie i markizy, ministrowie i ich sekretarki. R żni ludzie tam bywają' to Jasne, ale trzeba też umie wybierać. Wystawa to takie miejsce, gdzie bardzo łatwo nawiązuJe się kontakty, gdzie moŻna zagadać z każdym, nie bacząc na rangę. GRU nigdy nie pracuje w dniu otwarciawystawy. Pierwazy dztefi to inauguracja, przem wienia, toasĘ, Wzątanina, ważlte osobistości ' zbyt |iczna i nerwowa policja. WyBtawa naleĘ do nas począvłszy od drugiego dnia. Dzieil otwarcia wystawy jest dla każdego z nas r wnie ltłłŻny,jakdla dow dcy ostatnie godziny przed natarclem. Nie odrywa wtedy lornety od oczu, bada pole przyozłej bitwy: ominąć rozpadltnę, z tamtej strony osłonić chłopc w zasłoną dymną, do diabła, żeby tylko nie pol4 -- Akwarium

20r

wrKToR sttwoRow

AKWARIUM

topill się w tym bagnie, mogą r:;ie zauważyć, w tamtym kierunku trzeba dać ogier1 zaporo:uuy z dziesięciu baterii' stamtąd ruszy kontratak. Na razie trzymamy slę z dala od teren w targowych' Rzesza specjalist w od zdobywania informacji, analizy i agenturalnego ubezpieczania rozlała się po bulwarach i nabrzeŻach, po wąskich uliczkach i szerokich alejach. KaŻdy lustruje w pamięci pole bitwy: Żeby tylko nie oskrzydlili, żeby nie uderzyli Z tyhr. Nie wiem, dlaczego, ale jutrzejsza zmasowana akcjawerbunkowa flatazie mnie nie podnieca. Serce mi blLje spokojnie. Nie' nie dlatego, że jestem wielkim wywiadowcą od-

t w. Ręczę głową, Że i dziśskutecznie pracują tu niele$alne rezydentury GRU. Piękne miejsce. Wiedział Wadimtr Iljicz, gdzie Ęć, w jakich parkach się przechadzać. W tamĘch czasach po parku Mon Repos i po rue de Lausanne spacerowali terroryścimarząc o zabiciu rosyjskiegq cara - Goc, Griliant, Mlnor'* Gdy spotykali Lenina, na pewno kłaniali mu się, uchylając czarnego

waźrrie wynrszającym na ryzykownąoperację. Po prostu co

innego mi w $owie. Zajrrruje mnle nie rychły werbunek, lecz wielkie miasto Genewa. Dobra wr Żka rzrrciła mnie w kr lestwo przeszłości,gdzie najednej ulicy pomieszały się wszystkie epoki. Rue de Lausanne - ulica GRU. na Przed wojną tu właśnie, rue de Lausanne, w niesię pozorn}rrn mleszkaniu, mieściło centrum nielegalnej rezydentury GRU' kt r5rm kierował Sandro Rado. Dyplomatyczny rezydent GRU nawet nie podejrzewał, że tuż obok, kilka dom w dalej' dzlałapotęŻnatajnarezydentura ,,Dora', kt ra oplątała swoją siecią Europę' Na tajnej retej samej ulicy znajdował się węzeł łączności generał Mrazydentury GRU ,,Rolland", kt rą kierował czkowski. Rezydentura,,Rolland'' działałaod Szang;lraju do Chicago. Jej Nawi$ator nie miał pojęcia o istnieniu .Dory''. A Nawi$ator.Dory'' nic nie wiedział o Mraczkowskim i jego wszechmocnej ekipie. A rezydent dyplomatyczny nlc nie wiedział ani o jedn5rm, ani o drugim. Słoneczny jesienny dzie . Upał' W parku liściesze|eszcząjuż pod nogami. Cudzozlenlscy robotnicy' Hiszpanie albo Włosi, odziani w pomarariczowe kombinezony zgarnlają pierwsze złoto za ścieżek.Naprzeciw parku Mon Repos - szkoła. Jak pałacyk! Zegar na wieży. Pod nim data _ ,,l9o7". Znaczy, Że i I'en;ln zachwycał się jej widokiem. A może nie przepadał za t5rm burżuazy1nym stylem? W każdym razie, mieszkał tutaj' Na rue de LausŹulne, tam, gdzie p źniej rozlokowały się rezydentury GRU, gdzie dziśwznosząsięwielkie domy dla dyploma-

melonlka' przykładając dłor1 do wykrochmalonego gorsu. A może i$norowali się, nie kłaniając się sobie w o$ le? Tak czy inaczej, $dy Lenin zdobyłwładzę,wystrzelał wszystkich terroryst w, jacy wpadli mu w tęce, a przy okazjli cara, kt rego terroryści nie zdołall zabić. Muszę się spieszyć. Mam Ęlko jeden dzie . ostatrri dz1e przed walką przed moim pielwszym zagraricznym werbunkiem. Muszę poznać pole bitwy jak własną kieszeil. oczarował mnie stary park, świadek bogatej przeszłości. w Tu właśnie paźldnerniku 194l roku, rra jednej złanveczek odbyła się narada nielegalnych rezydent w GRU z całeJ Europy. Dop ki Zwiaąek Radzlecki nie brał udziahr w errropejskiej wojnie, Gestapo nie ruszało jego agentur' choć orientowało się w ich poczynaniach. Ale pierwszego dnia wojny posypaly się wpadki. ZaczęĘ się masowe aresztowarria. Wszelkie pr by lokalizągj1 ,,wsyp'' i ,kotł v/' nie odnosiły rezultat w. Wpadki mnoĘĘ slę jedna z-a drugą laricuchowo. Wpadki na liniach łączrrości'Kompletna Żolacja. Skrzynki kontaktowe niepewne. Każdy jest podejrzany. Każdy rezydent podejrzewa swojego oflcera i agenta' każdy z ricln podejrzewa wszystkich pozostałych. Każdy rezydent cz;.Ąe już oddech Gestapo na karku i zapach knrri w celach torhrr. Wszechogarniaj ące poczucie bezsilności. W tej sytuacji doszło do spotkania w Genewie, w pźilku Mon Repos. Nie mieli do tego prawa. Żadenz nich nie mlał prawa wiedzieć o dztałaniu lnnego rezydenta GRU. To straszliwe przestępstwo określa się jako poziome kontakty w agenturalnej sieci operacyjnej. 7-a takie spotkante, jeżeli wieśćo nim dotrze do Moskwy _ pluton egzekucyjny. A mimo to się spotkali' Z własnej inicjatywy.
* Socjaliści-rewolucjoniści, czlonkowie terrorystycznej organizacji tłum.|. tsoJoweJ eser w [przyp.

WIKTOR STIWOROW

To były zaszczwte wilki. Zapędzone do matni. W jaki spos b zdoła|i się wzajemnie odszukać? Nie mam pojęcia. Prawie węchem. Jak prost5rtutka, kt ra w tfumie wśrd tysięcy kobiet moŻe bezbłędnie wska zać rieznajomą koleżankę po fachu. Jak złodziej w1dzlzłodzieja' Jak ten, co siedział w więzieniu bez trudu, dzięki jakimś nieuchwytnym znakom, rozpozna innego byłego więźnia. Spotkali się. Siedzieli ponuro, być może pod tym kasztanem. Asy wywiadu. Sama elita agenturalnej sieci operacffnej - nielegalni rezydenci. Nawigatorzy i Dow dcy. Siedzieli i milczeli. Może to milczenie było ich pożregnaniem z Ęcilent, psychicznym prąIgotowarriem do tortur, wzajemn5rm braterskim wsparciem. Wątpliwe' by ktokolwiekpatrząc na nich z boku m gł przwuszczać, że to kwiat kierownictwa superpotężnej organizacji. 7-e kaŻdy z nich niepodzielnie wlada tajną siatką, zdo|nąprzerikać najwyŻsze sfery władzy, strącać ministr w i całe rządy, wstrząsać stolice milionowyml manifestacjami. Kto by m gł pomyś|eć,Że ci ludzie w parku Mon Repos dysponują nieograniczonyml bogactwami? Siedzielt tu odziani w przetarte palta, sfaĘgowane marl,rnarki, zfloszon;e buty. Prawdziwy wywiadowca nie powinien przycitać uwagi. Jest niedostrzegakry, jak asfalt. Jest szary. Z wierzchu. Siedzteli długo' spierali się. Podjęli decyzję: zmienili taktykę, zmienili systemy łączności, sposoby lokalizacji wpadek, weryfikacji i werbunk w. Każdy miał podjąć robotę rzekomo z własnej inicjatywy' nie meldując GRU o tajnej zmowie. Zresztąnie był,o w wczas żadnej łączności. Wszyscy przeŻyli wojnę' KaŻdy zrich osiągnął znakomite w5miki. W f 956 roku wsp lnie zameldowali kieroqrnictwu GRU o odbytej w czterdziestym pierwszym bezprawnej naradzie. Wszyscy zostali bohaterami. ZWcięzc w się nie sądzt. Kto poza granicami ZSRR oszacował ich wkład w zWcięstwo? Kto uwzględniał ich działania, planując błyskawiczne rozgromienie Armii Czerwonej? Czemu nie pamięta się tych ludzi w sfaty$owanych mar1markach na ławce genewskiego parku Mon Repos? 204

r

*
Dpson",

Są to cytadele GRU. w og le hotele położone "Derby''. pomiędzy rue de Lausanne, parkiem Mon Repos, brzegiem Jeziora Genewskiego i me du Mont-Blanc od dawna służąza bazy wytrradowe GRU albo KGB. Właśnie z tych hoteli wyruszyły wczesnyln rankiem grupy agent w, kierując się w stronę Palais des Expositions' Budowa tej ogromnej konstrukcji trwała wiele lat' Z wie|ką salą przypominającą halę dworcową, zlewają się inne sale, tworząc pod jednym dachem bezkresne, betonowe pole. Beton przykrywa się wykładziną hale przecina się przegr dkami i każdy wystawia sw j dorobek' Do potężnego pawilonu ściągająze wszystkich stron grupy agent w GRU najr żniejszych specjalności. Gdyby pozycję każdego wikinga i charta, każdego naszego samochodu zaznaczyć na planie miasta malutką ruchomą żar weczką' byłby to doprawdy niesamowiĘ obraz. ILeż woz w z rejestracją dyplomatycznązjechaJo na genewskie taĘi! A ile szarych niepozornych Ford w, autokar w, furgonetek bez numer w dyplomatycznychl Konsul generalrry z Berna i konsul z Genewy zaparkowali czarne
Mercedesy po przeciwnych stronach Plaine de Plainpalais.

,

-"8

Nie biorą udziahr w operacji, pozostają w ubeąrieczaniu i to nie agenturalnym, lecz og lnym. Gdyby kt regoś z nas aresztowano, będą inter'weniować, protestować, gozić pogorszeniem stosunk w i odpowiednimi sankcjami ze strony Moslovy _ słowem, mająnaciskać na policję. Radziecki ambasador w Szwajcarii Gierasimovr i stała przedstawicielka ZSRR przy Europejslłdm Biurze oNZ w Genewie Mirono\ila r wnież są na postenrnku. oni teŻ zapewniają og lne ubeąrieczanie. Nie w(edządoktadnie, co się święci, ale obąrmali zaszyrfrowane polecenie z KC, by przez caĘ czas by wpogotovdu| grozić, straszyć, naciska , odwracać uwagę. Kunerzy dyplomatyczni są w stanie pogotowia. Być moŻe zajdziepotrzebapilnego przerzutll do Moskwy. Aerof|otteŻjest uprzedzony. JeŻeh ktośzostarrie ?AtIzymarry przrzpolicję, tuż po w5puszczeniu ma zapewniony błyskawiczny powr t do kraju. Unikać rozgbsu, żadnej pożrywki dla prasy, żadnego skandalu''. Cisza i spok j.
205

WIKTOR STIWOROW

"Ę'f Ę\

\
AI(WARIUM

Bardzo wiele wejść,przed każdym kolejka. Giniemy w tłumie. Bilety po siedem frank w. - Poproszę trzy. _ Dwadzieściajeden frank w. - Doskonale. Dwadzieścia jeden to szczęśliwa |Iczba. Jestem przesądny, jak każdy w tym fachu. Z całej tr jki Ęlko jeden ma w ręku teczkę-dyplomatkę. Do demonstracji' - Możecie skontrolować, prześwielić- same papiery. Moi towarzysze z miejsca wyrywają do upatrzonych stoisk. O, nie! Tutaj ja rządzę. To ja mam faceta werbować, mnie, a nie wam, ptzyjdzie go obrabiać. Zaczekajcie' jeśliłaska. o, do tego gościapodejdźmy. To was nie ciekawi? Trudno. Zamienimy z rim kilka sł w, może kawę wypijerny. Teraz przejdźmy do tamtego stoiska. Zn w chwilkę posiedzimy, pogadamy z przedstawicielami firm, pokiwamy z uznaniem głowaml. Proszę, tw też warto rzucić okiem: radiostacje. Powolutku doszliśmy do naszych stoisk. Wielkie koncerny' wielkie oslągnięcia. obok gromadzą się grupki ciekawskich' specj aliścitłumaczą coś,wyj aśniają,słttŻba bezpieczeristwa firmy jawnie czuwa. Chodźmy dalej' dalej. O, tu możemy przystarrąć. Prąr szarych niepozornych pudełeczkach samotnie nudzi się niewysoki jegomość.Mała firma, więc jest sam. Właściciel,czy r;:roże dyrektor i obstawa w jednej osobie? _ Dzień dobry' - Witam pan w. - Bardzo interesują nas pariskie pudełeczka. Niebywałe urządzen7e, - Moi towarzysze udają Że nie znają język w, a ja jestem zathlrr:Lacza. To dobry chwyt: w ten spos b InająZnacznie więcej czasu na odpowiedź. Poza tym wysuwają mnie niejako na pierwszy plan. - A ile pan sobie Życzy za takie cudo? - 5.5OO dolar w. Wybuchamy śmtechem.Zerkam przez ramię, otwieram teczkę, odrazu ukazując drugie dno: niech nasyci wzrok zie|oną poświatą'I natychmiast zamykam. Nie odrywa wzroku od zamkniętej teczki. _ 7a' ten prryrząd gotowi jesteśmyz mĘsca odpali panu 12o.ooo dolar w. Jeden Ęlko szkopuł: jesteśmy ze Zwiap|<ll Radzieclrdego, a wasze zachodnie r7Ądy w barba_
206

rąn1ski spos b grałcą swobodę handlu, więc, niesteĘ, nie możemy nabyć par1skiego pudełeczka. Wielka szkoda! odchodzimy. Uszliśmy kawałek, skręciliśmy w bok mieszając się z tfumem' - No i jak? Prawdziste cz3t atrapa? - Najprawdz7'wsze w świecie. Do roboty. Eksperci techniczni chodząze rr:I:'ą' żeby rzucićklJ'ka mądrych sł w i pomacać towar przed transakcją. Mnie lmożna nabić w butelkę. Ich nie. Za'wracam do stoiska, dy1rlomatka w ręku. Poznał mnie. Uśmiecha się. Mijam go, też z uśmiechem.W pewnej chwili' jakbym się nagte zdecydowal, zulracarlr się do niego: - A może wypijemy wieczorem po kleliszeczku? Uśmiech gaśnlemu na twatzy. Przeciągłym' zimn5rm spojrzeniem patrzy mi w oczy. Zerka na teczkę, znowll na mnie' wreszcie kiwa potakująco. Podaję mu kartkę z adresem: ,,H tel du Lac" w Montreux. Aby maksymalnie skr cić spotkanie, juŻ poprzedniego dnia zanotowałem na odwrocie: 21.oo' od stoiska lecę' jakby mi skrzydła urosły. Werbunek! Zgodził się! Jest już moim tajnym agentem! Serce młotem wali. Doganiam moich towarzyszy i spokojnie oznajmiam' że werbunek się powi dł. Zwiedzamy jeszcze kilka stoisk. Rozmawiamy, podziMamy, prąrtakujemy' popijamy kawę. A może raz jeszcze oŃor4rć tecntszkę? Może jeszcze kogośzahaczyć? oczy zapaJLĘ mi się na samą myśl'Dwa werbunki! Ale przypomniał mi się stary' poczcivr5l diadia' Misza. Nie. Nie będziemy werbować drugiego. Chciwość_ z#bąfrajer w.

chod w. t"#: tko zastawione po brzegi. Szukaj tu swoich. W z radzieckiego konsula generalnego stoi na miejscu, a więc obeszło się bez je$o pomocy. Wszystko idzie zgodnie z planem, mźrmy na koncie dziesiątki drogocennych werbunk w bez wsypy. Bez komplikacJi. Z daleka dostrzegam nasz wlelki autokar, zaparkowany wśrd wielu irrnych autobus w. W środku Nawigator przyjmuje

ł*

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

swolch najzdolniejszych uczni w. Nie dorosłetn jeszcze do takiego zaszczytu, by sprawozdarie o postępach w pracy składać samemu Nawigatorowi. T}rmczasem podlegam jego Pierwszeml) Zastępcy. GdzieŻ się, do diabła' podziewa? Widzę Eo.Pr?f,d^eram się do autokaru lawirując wśrd riezlTcznnych pojazd w. W autobusie pełno' Wszystkie przednie siedzenia zajmują oficerowie informacji GRU i WPK' Ci' kt rzy pomagali nam werbować. Tylne siedzenia są wolne. Zasłony opr;lszczorre, niby chronią przed słoricem. Na ostatrrim siedzeniu - Plerwszy Zastępca. Wzywa nas pojedynczo. Melduj szeptem. Jak w dz, co na polu wygranej bitwy odbiera pierwsze raporĘ. A my wszyscy' wikingowie i charty, tłoc4lmy się w przejściu,niby bez celu. Hałas, przepychanki, żarty.W rzeczfistości to po prostu kolejka do raportu. Każdemu pilno, oczy płon4 Śmiech' Pierwszy Zastępca skinął na mnie. Moja kolej. _ Zwerbowałem. Czas: 6 minut 40 sekund. Dztświecz,or em pierwsze spotkanie. _ Zllcll.. Gratulacje. Następny.

ry przez dziesięciolecia będzie nam dostarczać najnowocześnlejszych oprzyrządowa do samolot w, artylerll, śmigłowcw bojowych' rakietowych system w naprowadzających. Co do tego, Że został zwerbowany ani Pierwszy 7astępca, ani ja nie mamy cienia wątpliwości. To prawda, Że o nowym tajnym agencie GRU wiemy tylko to, co widnieje na jego wizyt wce. O jego aparaturze wiemy znaczrtię więcej: dysponujemy dwoma wycinkalm7 z opisem przyrządu Rs-77. Ale to nie problem. WaŻne, Że potrzebujemy tego lrządzenla i będziemy je mieć. o samyn agencie dowiemy się niebawem więcej. Najważniejsze, Że zgodził się na tajnąwsp łpracę. Przez riecałe siedem minut werbunku przekazałern mu masę istotnych wiadomości.Wypowiedziałem kilka banalnych zda z kt rychwynikało, że:
208

L*.rbo-^łem cerrnego agenta, kt

,-,

vnl

jesteśmy oficjalnymi przedstawicielami Zwtry,ku Radzieckiego; - interesuje nas nowoczesna elektronika wojskowa, w szczeg Inościjego aparaty; - jesteśmy gotowi sowicie je opłacać, cena jest Znanai - pracujemy dyskretnie, zręcznfue' ostrożnie' nie naciskamy i nie nalegamy; _ rrie pottzeba nam wielu egzernp|arzy urządzenia, ale tylko jeden, do skopiowania. Na podstawie tych informacji sam może bez trudu urywnioskować, Że: - nie stanowimy konkurencji dla jego flrmy; _ jeŻellprodukcja tego sprzętu zostanie unrchomiona w ZSRR, to wcale na tym nie traci, wręcz przeciwnie: wzrośnie popyt na jego aparaturę i niewykluczone, Że zachodnie armię zarn wią cośnovrego, bardziej nowoczesnego, zatem droższego; - sprzedając nam tylko jeden egzemplarz urządzenla moŻebez tnrdu ukryć ten fakt przed władzami i policją: Jeden to nie sto i nie tysiąc; co - ma pełnąjasność do naszych ofert i zapotrzebowari, dlatego nie boi się nas; dobrze wie, Że sprzedaż urządzenLa kwalifikuje się wyłącznie jako szpiegostwo przemysłowe, za kt re na Zachodzie groz7, nie wiedzieć czemu, znaczrlie łagodniejszy wyrok. Wszystkie aspekty transakcji są dlar1oczywiste' W jednym zdaniu wyłożyłemmu nasze zainteresowania' warunki i ceny. Skinąwszy głowąi przystając na spotkanie, tym samym powiedział jasno ,,tak" radzieckiemu wywladowi wojskowemu. Rozumie doskonale, że uprawialny zaniemniej zgadza się na kontakty bronioną działalność, z naml. A więc..' Moja kr tka rozmowa werbunkowa stanowi odpowiednlk sytuacji, w kt rej zwr ciłĘm się na przykład z propoTycją do młodziutkiej przystojnej studentki: jestem bogatym rozpustnikiern i za stosunki z ładną dzilevłczynągot w jestem szczodrze zapłacić. Potem pokazuję pientądze i wymieniam sumę, po czyln proponuję spotkanle, by posłuchać mtrzyki sam na sam. Jeżeli wyrazi zgodę, to o czym mowa? Co tu jeszcze ustalać?

-

l-

WTKTOR STIWOROW

AKWARTUM

Tak właśnieprzeprowadza się na targach błyskawiczne, masowe akcje werbunkowe: to nas lnteresuje, jesteśmygotowi płacić, gdzie się spotkamy? Z dnlgiej strony, gdyby ktośnagrałnasząrozmowę na magpetofon, nie doszukałby się rriczego zdroŻnego. obejrzeliśmy urządzeria z zaciekauł7eniem, wyraziliśmy Żal, że nie rnoŻemy ich kuplć' Dopiero p źruej wr ciłem i zaproponowałem wsp lne wypicie kieliszka wina.

mi, że tracę siedem minut na jeden werbunek. Werbunek powinien odbywać się błyskawicznie' Dziesięć sł w. Jedno zdanie. Jeden Ęcz|iwy uśmiech' Werbunek musi być natychmiast skutecznie zatajony: powinienem obejśćsetki stoisk, powtarzając jedno i to samo, uśmiechającsię tak samo. I nie werbować. Nawet jeśli jestem śledzony' jak vryłowić spośrd setek ludzi tego jednego, kt ry radzieckiemu wywiadowi wojskowemu pow'iedzial ,rtak2 Kręci się nas hr caka zgraja' Wielu werbujących, wielu ubezpieczających. Każdy zabeąiecza własny werbunek setką niewinnych rozm w i spotkarl' Dookoła Ęs|ące zwiedzających. Spr buj tu kogośśledzić... Świezego agenta trzebajak najszybciej oddalić od terenu werbunku. Jeszcze tej nocy moi bardzieJ dośMadczeni koledzy odbędąpierwsze rozmowy ze zwerbowan5mi Spotkają się z nimi na terytorium Francji, Wł'och' RFN. Ja mam spotkanie w Montrerrx' Ktośirrny w Bazylei, Zury' chu, Lucernie. Byle dalej od Genewy! Jak najdalej! To dopiero rendez-uotls. Następne odbędą się w Austrii, Finlandii, w USA. Byle dalej od Szwajcarii! Byle dalej!

destem młody i niedoświadczony. Na razie wybaczają

TIX

Długo kluczę, koledzy ubezpieczają' Jeże|i byłem śledzony, dawno zdołałem się urwać. W5parowalem. Rozpłyndem się w wielkich supermarketach. Przepadłem na potężnym podziemnym parkingu' Wymkn{em się zapchartąwindą. Z Genewy do |-ozarny podr ż:rrję w bagażriku samochodu na dyplomaĘczrrych numerach' To moje pierwsze
2IO

ubeąrieczenie: wikin$owie z genewskiej rezydentury dyplomatycznej GRU. Nie widzieli mnie na oczyt i nic o mnie nle wiedzą. Po prostu o określonejporz-e zostawili w z z otwartym bagażnikiem na podziemnym parkingu i odeszli. Wszystko w myślinstrukcji. Domyślająsię zapewne, Że ich ubezpieczanie ma jakiśnxtiapek Z targarni. Ale jaki? Nle mają prawa zag;|ądać do bąaznika. Pędzą autostradami. Co najmniej cztery godzrlry sprawdzali, czyrnemają ogona. Teraz też spravłdzają. Podziemny parking w [.ozannie: clemno, masa pięter, schod w i w$ść. Mol wikingowie załatwiają mn stwo spraw. Spacerują po mieście, wykonująjakieś niezrozumiałe manewry, potem wracają do wozu i jadą dalej. Kolejne postoje, kolejne podziemne parkingi. Sami nie wiedzą, czy bagażmtk leszcze jest załadowany. A ja jlŻ od dawna siedzę w poclągu. Druga klasa. Szary wagon, szar:y pasażer Jadę dhrgo. Nagle wysiadam, zmieniam pociąg' znowu jadę. Znlkalrt w przejściach podziemnych, w tłoku' w piwiarnlach, w ciemnych uliczkach. To dla mnie nowy kraj, ale znam go na pamięć. Ktośstarannie przygotował dla mnie wszystkie przrjścia. Ktoścałymi miesiącami wyszukiwał Je l opisywał. Ktośodwalał beznadziejną robotę charta, ubezpieczając m j werbunek. Są tylko cztery warianty, kt re mogą spowodować wpadkę: - jestem śledzony; - obserwowana była jedna z os b, z kt rymi się dziś wldziałem; - na miejscu spotkania przypadkiem ktośnas rozpozna l zaw7adomi policję; - m j nowy przyjaciel jest prowokatorem poĘi albo pruestraszył się, zloĘŁ raport iteraz znstał prowokatorem. Z tych cztetech możliwościtrzy odrzucam od razu, Po plerwsze nie jestem śledzony' Po drugie widziałem dziś crkoło setki os b. Nie spos b objąć invrigilacją wszystklch. Po trzecie genewslde charty GRU wybrały całkiem natknięcia się flleź|e miejsce na spotkanie. Możliwość nu kogoś znajomego w zasadzie wykluczona. Zostaje ootatnia możliwość:m j nowy kumpel. Ale jego też nie trudno będzie sprawdzt ' Dziśw nocy eksperci GRU

2Lt

WIKTOR

STIWOROW
e

AKWARTUM

sekretami' nie otrzymując niczego w zamian. Miejsce schadzki wybrano mi całkiem przynlroite. To teŻ zashsgajakiegoŚ bezimiennego charta. Szukał, opisywał, wykazywał zalety' Gdybym uznał, że miejsce mi nie odpowiada, m głbym nazajutrzposkarŻyć się Pierwszemu Zastępcy, a następnego dnia dowiedziałby się o tym szef GRU i niebawem doszłoby to do genewskiego Nawigatora. Ale nie zamierzam się skarżyć. Miejsce jest w porządku. Hotel musi być duży, wtedy nikt rlje zwraca na nikogo uwagi; musi być z klasą, ale nie luksusowy. 'H tel du Lac'' spekria te wymagania' I najwaŻniejsze: muszę mieć osłonięty punkt obserwacyjny,by przez godzinę bacznie śledzićwszystko, co się w pobliżu dzieje. Jest taki punkt. JeŻe|i koleżka zameldował o nasz5rm spotkaniu, jeżeli policja zdecyduje się na inwigilację, to przy odrobinie szczęściazawwaŻęjakiśpodejrzany r:uc!n' Czekann godzinę. Nic się nie dzieje. o 20.54 zjawia się m j nabytek. ZajeŻdża złotym Audi, sam' Zapamiętuję numer samochodu, to ważny szczeg Ł. Nikt za nim nie jedzie. Przed wejściem do restauracjl rozejrzał się. To bardzo dobra oznaka' Gdyby był pod ochroną policyjną, nie rozglądałby się nerwowo. Spoglądanie na boki zdradza kompletnego amatora, ale nie powiem mu tego. Pr4rjdą następne spotkania. Zawsze będzie przez flas kontrolowany' Niech się rozgląda. Będziemy spokojniejsi' To oznacza, że nie kombinuje z policją. o 21.o3 opuszczam punkt obserwac5{ny i wchodzę do restauracji. Uśmiechamy się do siebie. Teraz najważniejsze, to go uspokoić, odkryć przed nim karty, przynajmniej sprawić wrażenie, że są wyłożone. Człowiek boi się jedynie niewiadomych; jeżeli sytuacja jest jasna - przestaje się bać. A jeślisię nie boi, to i głupstw nie popełnia' - Nie ?.ari:rierzam wciĘać pana w Żadne afery. - W tej

nie działa, znaczy, że rn j przy1acie| jest czysty. Mało prawdopodobne, by policja zgodziŁa się tak słono płacić

zb adaj ą do s tarc zony pr zez nie go aparat. J

żeli ur ządze -

wiścieto wszystko bajki. Za moimi plecami stoi superpotęŻna struktura, ale mam zakaz m wić ''my''' W Wojskowej Akademii Dyplomatycznej karano mnie za to. - Jestem got w zapłaclć za pariskie urzĄdzenie' Jest mi niezbędne. Ale nie nalegam. - Skąd przyszło panu do głouy' że jestem got w dla was pracować? - Tak mi się zdaje. Czemu nie? Gwarancja bezpieczeristwa, świetne ceny... _ Rzeczywiście jest pan skłonny wyłoŻyć12o.ooo do-

t w. Pragnąwierzyć, że o ich zdradzie wLedzą na całym świecietylko oni i jeszcze ktośjeden. Ęlko jeden' oczy-

lar

- Tak. 60.000 już w tej chwili. Za to, że pan się mnie nie boi. Następne 60.000 dopiero po tym, jak sprawdzę, że urządzertie rzeczytwiście funkcjonuj e. - Ile czasu zajmie to panu?
gwarancję, Że otrzymam drugą połowę należności? - Pan jest dla mnie niezwykle cenn5rm człowiekiem' Mam nadzleję, że nie poprzestaniemy na tym jednym przyrządzle. Jaki miałbym interes oszukiwać pana przy pierwszym spotkaniu? Spogląda na mnie, uśmiechasię lekko. Rozumie, że lnarr' sfusznoŚć. Ja zaśpatrzę na niego, na mojego pierwszego zwerbowanego Za granicą agenta. Za trzydzieści srebrnik w sprzedaje bezpieczeilstwo swojego ptęknego kraju. Zupełnie mi się to nie podoba. Pracuję przy zdobywaniu informacji' poniewłŻ rie mam innego wyjścia.Taki los. Jeżeli nie tutaj, to w innym miejscu system znal'azłby dla mnie odpowiednio okrutne zajęcle. Gdybym odm wił, system by mnie zmiażdżył.Jestem człowiekiem zniewolonym, ale on sam rw'ie się do pomocy' Jeślibysię na mnie napatoczył' kiedy byłem w Specnazię, pilnikiem bym mu ząbk1spiłował.Nagle przpomlnam sobie' ze agenci winni się uśmiechać,więc składam gębę do uśmiechu. - Pan nie jest Europejczykiem?

v/?

- Dwa dni. - Jaką mam

:

sytuacjizamiast.my''mwię'ja''.Występujęwewłasn1rm

l
:

imieniu, a nie w imieniu organizacji. Nie wiem, dlaczego to znaczrlie lepiej działa na zvłerbowanych agen-

2I2

-

Nie.

Ł-

213

wrKToR sttwoRow

AKWARIUM

- Myślę'że byłoby lekkomyślnościąspotykać się w pa skim kraju, jednak powirrniśmy unikać r wnież Szwajcarii. Co by pan powiedział na Austrię? - Doskonały pomysł. - W takim razie czekam na pana za dwa dni w Austrii. oto adres. _ Podaję mu poczt wkę z adresem i wizerunkiem hotelu. - Biorę na siebie wszystkie koszty' R wnież night-club. Uśmiecha się. Nie wiem do korica, jak ten uśmiech rozurnieć: zadowolony, niezadowolony? Znaln się na og ł na zluaczeniu uśmiechw' ale tu' w p łmroku, nie mam
pewności.

Czy nie chce mnie pan czasem zamordować? Niech pan będzie rozsądny. Potrzebuję przyrządu, po diabła mi pariskie Ęcie? - Chcę cię mieć irywego - dodaję w myślach - mogę zapłacić ci miliony, tylko daj towar! - Skoro jest pan got w zaoferować tak pokaźne sumy' to zruaczy, Że wasz przemysł zbrojeniowy wiele zyska na tej transakcji. Czy tak? - Dokładnie. - Za pierwszy przyrząd płacicie 12o.ooo' a sami oszczędzacie miliony. - Słusznie. - W przyszłościzapłacicie mi milion, a zarobicie sto milion w. Dwieście. Trzysta. - Całkowita racja. - To jest wyzysk! Nie zarnierzam pracować na takich warunkach. Nie sprzedam wam mojego urządzenia za r20.ooo. - No to niech pan je sprzeda na 7-achodae za 5.5OO. Jeżeli w og le ktośje kupi. Jeżeli zrlajdne parr nabyvucę, kt ry zaoferuje więcej rnŻ ja, par1ska sprawa. Ja nie nalegam. A Ęrmczasem kupię niemal identyczrry aparat w USA. To juŻ blef' Nie mam żadnego innego dojścia do odbiornik w odbitych promieni laserowych. Niemniej uśmiecham się spokojnie. Nie chcesz - to nie. Nie masz monopolu' Kupię gdzie indziej.

- Prrywi zł pan aparat? - Tak' jest w samochodzie, w bagażniku. - Pojedzie par: 7A' mną do lasku i tam wezmę go od parra' _ -

Kelner, rachunek! Patrzy mi w oczy' Dfugo patrzy. Potem uśmiecha się. pada na jego twarz i już wiem, że W tej chwili światło ten uśmiechnle kryje w sobie niczego złego. Sam ponownie uśmiecham się do niego..' Wyciąga pakunek zbagaŻrnka i podaje mi. - Nie, nie - macham rękami. - Lepiej' Żebym tego nie dotykał. Niech pan zaniesie do mojego wozu. _ W razie czego powiern, Że zapomniał: jakie tam szpiegostwo?! Roztargnienie. Wsiada do mojego wozu (nie jest m j' ma się rozumieć, tylko wynajęty przez chłopc w z ubezpieczania). Zanlaykam drzwi od wewnątrz' jak każe instrukcja. Pakunek - pod siedzenie. Rozpinam kamizelkę. To specjalna kamizelka do transportu pieniędzy. oddaję mu do rąĘ sześćpokaźnych paczek' - Niech pan sprawdzi. Jeżeli za dwa dni otrąlmam od pana dokumentację techniczną wypłacę pozostałe 60.000 I jeszcze 12.ooo za dokumentację. 5iwa głową. Sciskam mu rękę. Odchodzi do swojego samochodu. Z piskiem opon znikam w ciemności.

-

operacji? Nie mam pojęcia' Wiem natomlast, że tej nocy czekaj ą mni e jeszcze dwa spotkarria. Po pierws ze otrzyrnany aparat powinien jak najszybciej znaleŹĆ sięza murami radzieckiej ambasady. Po drugie muSZę oddać wynajęty samoch d i odebrać sw j własny, dyplomatyczrry. Po p ł godzinie na g rskiej przełęczy w letniej mgle spotykam drugiego sekretarza radzieckiej ambasady w Bernie' Przfechał białym Peugeotem, ledwie widocznym w gęstych oparach. Moja zdobycz jest już ukryta w zielonym brezentow5rm worku, zamkniętym i podw jnie opieczętowanym. Dyplomata jest podpułkownikiem GRU, ale nawet on nie ma prawa wiedzieć, kim jestem ani co się znajduje w worku.

Txoficer w GRU ptąrdzielono do ubezpieczania llu

mojej

2L4

2r5

WIKTOR SUWOROW Ma polecenie spotkać się Ze mną, odebrać towar, zartirłląć od środkadrzwi samochodu _ i w te pędy do ambasady. Od momentu kiedy pakunek zlajdzie się w wozie dyplomaĘ cznym' j est wz$ędn ie bezpteczny. Całkowicie bezpie czny jest dopiero za kamiennym murem ambasady. Zatrzymuję samoch d tak, Że nieomal ocieramy się drzwiami, uchylam okno. Jego szyba jest opuszczona. _ Trą1maj! Jest dobrze zbudowanym blondynem o zaciętym wyrazie twarzy. Przysiągłbym, że doskonale werbuje. Wiking' to jasne' Tacy zaŻarci faceci w ubezpieczarriu miejsca nie zagrzeją, Po prostu dzisiaj jest zwariowany dziefi.' z genewskiej i berneriskiej rezydentury wszystkich zmobilizowano do ubezlrie czania. Nie wolno r:am Ze sobą rozmawiać' tym bardzĘ po ros5{sku. Podjechałeś'wrzuciłeś towar i spływaj. W tej jednej kr tkĘ chwili ujrzał moją twarz; wydaje mi się' że toryoznał we rnnie zmordowanego ciągłym uganianiem się charcika, kt ry po raz pierrvszy w Ęciu poczuł slę wikin$lem. Uśmiechnd się do rnnie. Nic nie powiedział, Ęlko poruszył wargami. Zronsrtiałem: _ Życą powodzenia. Mignęły czerwone światła bialej mgle. Znikn$. w Odczekałem trzy minuty. Teraz on ma pierwszeristwo. To on wiezie ładunek. Za dwie godziny mam następne spotkanie, pod Interlaken: oddać poĘczony samoch d' odebrać własny. Tej nocy moglem znstać zauważnny we Fryburgu l w Neuchatel. swit z-asta]' nu] e w Zlxychu.Teraznajważniejsze _ po|<azać się w wielu miejscach i z r Żnymi ludźmi' odwiedzihm wielką blbliotekę, sklep z bronią piwiarnię' dworzec kolejowy. Rozmawiałem z męŻcąrnlarri i z kobietami. WypyĘwałem o jakąśfirmę, kt ra naprawdę istnĘe' ale kt rej wcale nie szukałem. Wertowałem ksią7ki telefoniczte, znajdowalem ludzi, kt rzyr kompletnie nas nie interesują. Ponoć lis tak chytrze zaciera sw j trop. P żnym wieczorem prz-ehocz5rłem granicę w Bregenz. Na przejściu nie było irywej dl:szy. Choćby i byli celnicy, kto śmiałbykontrolować samoch d na dyplomatyczrych numerach? Gdyby jednak uzyli sĘ i łamiąc Konwencję Wiederiską z |8I5 roku sprawdzili moje ba$aże, nic by nie

AKWARIUM

czas gdy ja kluczyłem i myliłem trop, specjalny samolot z uzbrojonytni kurierami dyplomaĘcznymi dostarczył na mĘsce dztesiątki opieczętowanych zielonych work w, starannie poukładanych w aluminiowych kontenerach. Austriaccy policjanci witają mnie uprzejmie. DokumenĘźBardzo proszę. obejrzeć samoch d? Ani im to w głowie. opasłe, dobroduszne chłopisko z pistoletem u boku przykłada rękę do daszka: droga wolna! Po c Ż mieliby się czepiać radzieckiego dyplomaty o tak szczeryrrn, ujmującym wy$lądzie? Ani trochę nie przypominam Ęch zarośnięĘchbrodaĘch tenoryst w, kt rych fotografie rozplakatowano na ścianie posterunku. Salutuję, wolno mijam szlaban graniczny. Nie jestem wrogiem, jestem prawie przfi acielem. Przeprowadziliśmy masowy werbunek, ale wśrd naszych nowych agent w nie ma ani jednego obywatela Szwajcarii, ani jednego Austriaka. Waszych ludzi werbujemy gdzle lndziej. Moi koledzy' kt rzy prowadzą operację przeciw Austrii robią to z terytorium innych kraj w. Nigdy nie naduĄwamy gościnności'

zrnleź|i. To, co naprawdę ciekawe, jestjużwMoskwie, na Chod5mce, w wielkim gmachu zwan)rm Akwarium. Pod-

dywanik do Starego. - O co chodzi? _ Nie b j slę' nie na rozpra'wę. W saunie spoĘkam trzech kumpli: Czularty, Dwudziesty, Trzy dziesty Drugi. _ Cześć,chłopaki. - Serwus, wiking. Widać parząsię tu od dfuższej chwili. Czerwoni jak raki. - Witia, chcesz piwa? - Jeszczejakl Kola chłoszcze mnie t zgami po plecach, po tyłku'
ll - Akwarim

tularz. Człowiek w lustrze ma zaczerurienione, zapadnięte oczy. Jest bardzo Tnęczofly. _ Zasuvłaj na d ł, do sauny' wygrzej gnaty. Potem na

DXI w lustro. Spozlera L atrzę

na mnie szata, zarośnięta

2r6

2L7

WIKTOR STIWOROW

AKWIIRIUM

Lepiej plwka się napij.

_ Hej' stary' nie zasypiaj' m wię ci,

-

Jak tamkrĘenie? Lepiej ci?
O-o-o... Mowa...
to niebezpieczrrc.

St ł w wielkieJ sali uroczyście zastawiony. Krzesel nie ma. Kt Ż by teraz usiedział? Wszyscy milczą, miny zadowolone. Zjawia się Nawigator, za nim jakwierny adiutant - pierwszy szyfrant. _ Nie będę się rozułodzić nad, szczeg łami zakoitczonej operacji. Nie mam prawa. Powiem tylko, że porviodło slę wszystkim bez wyjątku. Niekt rzy mają po trzy werbunki. Kilka os b po dwa. Nawi$ator A^naca się do sąrfranta: - Aleksandrze Iwanowiczu, proszę zapoznać zesp ł z treściąodpowiedniego ustępu szyfr wki. Aleksander Iwanowicz otwiera zieloną teczkę i czyta z patosem: ,'Generał-major Golicyn, dow dca rezydentury dyplomatycznej r73-w. Osiem kontener w poczĘ dyplomatycznej' nadanej przezwas z Genewy, Berna iParyża o tr4rm ałem. Pierwsz a analiza, pr zepr ow adzorta p r ze z IX Zarząd Sfużby Informacjt jest pozytywna, co pozwala wstępnie wnioskować o wiarygodnościwszystkich wciągniętych do wsp łpracy. Podpisali: szef I Zarządu GRU wiceadmirał Jefremow. Szef 5. Sektora I Zatządu GRU generał-major arĘlerii Liaszko". Gęby nam się śmieją' _ Cąrtaj dalej. - Dow dca promienieje. ,,Wasza operacja stanowi jeden z bardziej udanych masowych werbunk w w ciĘu ostatnich miesięcy. Gratuluję wam i całemu zespołowi rezydentury poważnych osiągnięć. Zastępca szefa Sztabu Generalnego, szef II Zarządu Gł wnego general armii lwaszutin". - Szampana! Korki huknęły salwą. Mieni się, iskrzy złocisty nap j. Zroszot:re butellid. Srebrne wiaderka z lodem. Jak bardzo jestem zmęczolay. Jak bardzo chce mi się pić - i spać''' Jeden za drugim, pojedlmczo - do Nawigatora. Moja kolej.
218

Towarzyszu generale, moje gratulacje. Wiele dobrego ma Japonia, wiele Ameryka, ale my od dziśmamy wszystko. Uśmiecha się. _ Jeszcze nie wszystko, ale mamyjuż dojścia do wszystkiego. Dlaczego nie zdecydowałeśsię na dnrgi werbunek? - Nie wiem, towarąrsnl generale, bałem się, że sknocę. - Słusznie zrobiłeś.Najstraszniejsze w naszej robocie to zbytnia podejrzliwośći nadmierna zachlanność.Jeden werbunek to IeŻbatdzo dużo. Gratuluję. - Dziękuję, towarzyszu generale. - Aleksandrze Iwanowiczu... - Tak jest! _ Czytaj ostatnią. Pierwszy szyfrant ponownie otwiera swoją teczkę: ,,Do generała-majora Golicyna. Gratrrluję owocnej sfużby. Szef Sztabu Generalnego generał armii Ktrlikow''. - Hurraaa! - ryknęliśmy pełną piersią. Dow dca zn wjest poważmy. Uroczyście wzrrosi kielich.'.

-

$łowę do poduszki, obudził mnie trzeci szyfrant. W sali rekreacfrnej ustawiono osiemnaście ł żek polowych. Nlekt re już są puste. Na irrnych śpiąjeszcze moi towarzysze, ci, kt rych czeka dziśdruga operacja. - Wiktorze Andriejewiczu, mam nadzieję' że nie pomyliłem {odzlny? - Szyfrant zerka na swoją listę. Patrzęr:a zegarek i kiwam głową. Śniadanie podarro mi w dużej sali. W powiebzu unosi się Jeszczezapach szźrmpźrna.Nie mam apet5rtu' C^jęza'wroĘ gtowv. Zmuszam się do wypicia szklanlri zimnego soku l zJedznrna phstra bekonu. A szyfrant już w drzrłriach: - Pierwszy Zastępca was oczekuje. Kawę możecie wzląć ze sobą. Pierwszy Z-astępca ma przekrwione, obrzękłe oczy. Pewnle w og le nie spał tej nocy. - Kamizelkęzfotsązapnij na wszystlrle guziki. Drzvłi w samochodzle lr:lusząbyć stale zamknięte od wewnątrz.

,3ak

przpumTll

2t9
Ąj&i

WIKTOR SItWOROW

W razie jakichśnieprz5,jemności żądaj widzenia zkonsulem. Przez noc tw j samoch d został wymyty' Wyregulowany' zatankowany, podkręcono licznik' Marszrutę i system sygnał w na wypadek przerwania operacji uzgodnisz w grupie kontroli. To wszystko. Życzępowodzenia. Następny! Wr ciłem po dw ch dniach. Nowy agent, teraz juŻwystępujący pod kryptonimem I73-w-4I-7o6, przfi zł na spotkanie pekrą dokumentacj ę technic zną pr zyr ządu RS-77. Przekazał mi listę oficjalnych osobistości utrzymujących kontakty z jego firmą - ewentualnych kandydat w do werbunku. Była to kartoteka z pra'wdziwego zdarzenia; kr tkie życiorysy, zdjęcia' adresy, a co najwuŻniejsze _ wykaz ich skłonnościi słabych stron' Wypłaciłem mu pozostałączęść należności,ustaliliśmy datę i miejsce kolejnego spotkania. Dane, kt re zebrał z własnej inicjatywy będą opłacone następflyrn razerrr' Uzyskane dokumenty pozwoliły rranr| zaoszczędzić rniliony i lata.

Rozdział 10
,*ą, o-5h"i| kołdrą jak kożuchem' To stary nawyk żołnierski, bezwiedny odruch, chęć zachowania ciepła do same$o rana. Nie sy1riam juŻ w zimnych namiotach, w mokrych ziemiankach, w wilgotrrym jesiennym lesie. Ale nawyk został mi na całe życie' Ostatrrimi czasy kołdra wywołuje we mnie lęk' Budząc się nagle w środkunocy' w nieprzeniknionych ciemnościach,ogarnia mnie niepewność:czy nie obudziłem się w trumnie? Ostrożnie dotykam nosem miękkiego ciepłego koca. Nie przypomina trumny. A rnoże to całun? Tak chyba zaczyma się szaleristwo. A może już od dawna jestem schŻofrenikiem? To całkiem możliwe. Być wariatem wcale nie jest tak źIe' Nie zdziwię się, jeżeli jutro zawiną mnie w prześcieradłai zawiozą do wariatkowa, nie będę się opierać ani protestować - tam moje miejsce. ocąrwiście, że jestem nienormalny' Kto wok ł mnie jest normalny? Jeden wielki dom wiariat w' Kompletny obĘd. Dlaczego Zach d:uupluszcza nas do siebie setkami i tysiącami? Przecleż jesteśmy Szpiegami. CryŻ nie jest oczywiste, że skierowarro mnie tutaj, aby wyrządzić Zachodowi maksyrnalną
22r

Generalnego. Smutno mi jakoś.A zdawałoby Się - taki dzieri powinien napawać mnie radością. Gdy dow dca odczytał szyfr wkę, wyrecytowałem:,,Ku chwale Zwiapkts' Radzieckiego!''. postępują ze rnnątak samo' jak A w duchu pomyślałem: ja z moim agentem. on dostaje parę setek tysięcy, a ci na g rze mają z te$o miliony. Ja zdobywam te miliony, i w nagrodę - aluminiowa gwiazdka. Nawet nie mam prawa jej nosić: mundur wisi w szafte z naftallrlą. Smutno mi, nie cieszą mnie szlify i ordery, cośmnie dręczy, choć nie wiem, co. Najważniejsze _ nie pokazywać' w jakim jestem stanle. Wystarczy, że ktośzauwaŻy brak optymizmu w moich oczach, a zostaną podjęte odpowiednie kroki. Nie wiem, jakie' ale zostaną podjęte. Tego chcę uniknąć' Patrzę w generalskie oczy, promienieję radościąi szczęściem.
220

o"r.-

xIIr dni p źniej awansowałem na majora Sztabu

WIKTOR

SITWOROW

AI(WARIUM

stują? Skąd w nich ta niewolnicza pokora? Może młariowali? A może wszyscyjesteśmy szalericami? Ja na pewno. Nie bez powodu prześladuje mnie wieko trumny' Zaczęło się to przed p ftora rokiem na spotkarriu zKirem.

szkodę? D|aczego mnie nie areszhrją nie wydalą? D|aczego ci dziwni, riezroa;rriali zachodni ludzie n dy nie prote-

Komitet Centralny jest stale w budowie. Dziesiątki budynk w sąpołączone międ4l sobą a wszystkie wolrre dziedzi ce l przejścia zabudowuje się wciąż nowymi szklanymi wieżowcami. Dziwne, ale od strony miasta, od Starego Placu, Ęch białych $mach w niemal nie widać. To zrlaczy są widoczne, ale nie rzucają się w oczy. Na Stary Plac
wychodzą wielkie okna szarych, przedrewolucsnych gmach w stojących w jednym ciągu' od wewnątrz kompleks Komitetu Centralnego jest znacznle mniej ascetyczny i ponury. Przemieszały się tutaj wszystkie sĘle architektury. - Proszę tędy.

wszędzie, zslrłaszcza we Francji. Rzymski dnrlomatyczny rezydent GRU, generał-major Kir Łemzenko dysponował nadzulyczajnąwŁadzą' I przydomek miał odpowiedni: Papież. Teraz jest już generałem-pułkownikiem, pracuje w Wydziale Organ w Administracyjnych KC. Z ramienia partii sprawuje kontrolę nad GRU i KGB. P łtora roku temu, po tym jak ptzeszedłem komisję wfrazdową GRU, zostałem wezwany do Kira. Pięciominutowa rozmowa. Przeprowadza taką rozmowę z każdym oficerem GRU i KGB, oddelegowanym do pionu operacffnego. Kir wszystkich za$lłierdza. w jego rękach spoczywa los każdego oficera GRU i KGB' Stary Plac' Pomnik grenadier w' Dookoła pełno milicji. Grupki cywil w' Szare płaszcze, ołowiany wzrok. Brama nr 6. - Proszę okazać legityrnację partyjną! - Suworow! - wywołuje chorąiry w $ranatowyrn mundurze. - Wiktor Andriejewicz _ odzywa się drugi' znajdując moje nazwisko na kr tkiej liście. - Tak jest - m wi pierwszy. _ Proszę tędy, Wiktorze Andriejewiczu. Prowadzi rnn[e przez korytarz trzecl chorĘy. Ten nie ma pojęcia' klm jest Wiktor Andriejewicz Suworow' Wie tylko' że ten Suworow został zaproszony do Komitetu Centralnego na rozmowę. Będą z nim rozmawiać na si dmym piętrze, w pokoju 788. Oto one _korytarznwŁadzy. Sklepione sufity' pod kt rymi chadzaJistalin' Chruszczow i dalej chadzaBreżriew. Komitet Centralny to prawdziwe miasto. KC to osobne paristwo w s rmym centrum Mosku4l. Jak WaĘkan w Rzymie.
222

nie tylko we Włoszech. Klr odnosił sukcesy dosłownie

miał stałą siedzibę w Rz5rmle, ale pracował, oczywlście,

Kira nl'ają wszyscy, to wielka figura. Kir Łemzenko

przypadkiem nie pobrudzić. Bezszelestne windy. - Proszę zaczekać. Przede mną wielkie okno. Za oknerl: wąskie uliczki starego mlasta, biały gmach hotelu ,,Rossija'', złote ko' pułki cerkwi, zriszczonych i na nowo odbudowanych dla zagraricznych turyst w. Widzę teŻ potęŻną bryłę Wojskourej Akademii Inżynieryjnej. Za oknem świeci słorice t $ołębie gruchają na gzymsach. Na mnie czeka Kir. - Wejdźcie, bardzo proszę. Ma przestronny gabinet. Cała jedna ściana ze szkła. Widok na spiętrzone zielone dachy kompleksu KC. Pozostałe ścianysą w kolorze jasnoszar5rm. Podłogę pokrywa miękka, szara rnata ze strzyżonej wełny. Duże biurko' bez jakichkolwlek papier w. Duż,y sejf. Poza tym pusto. - Dzleft dobry, Wiktorze Andriejewiczt) - m wi dobrotliwie. _ Dz7eil dobry' Kirze Gawriłowiczu. Nie lubi, Żeby gonazywać $enerałem. Amoize lubi' tylko tego nie okazuje. W każdym razie jest powiedziane' żeby zulracać slę mlyczajnie per ',Klrze Gawriłowicnt, a rie generale". Kir - co za' dziwne imię? Sądząc po "towarzyszu nazwisku jest Ukrairicem, a imrę jakieśasffiskie. Po rewolucji prawowierni marksiściwymyślali swoim dzieciom zupeb:ie nieprawdopodobne imiona: Władlen - Władimlr Lenin, Stalina, Iskra, Kim - Kommunisticzieskli lnternacjonał Mabdiożv. A niech to diabli! Kir też jest z lego gatunku - Kommunisticzie sĘ lnternatjonnL Komintern'

z polerowanego brą2u. Aż strach ująć takąklamkę' żeby

olśntewająca czystość'Czerwone dywany, klamki

i-&

WIKTOR SIIWOROW

AKWARIUM

Siadajcie, Wiktorze Andriejewiczu' Jak się macie? Dziękuję, Kirzę Gawriłowiczu, w porządku. Jest niewysoki, lekko łysiejący. Twarz raczej przeciętna' Zobaczysz na u|icy - nawet się nie obejrzysz' Garnitur nosi najzwyklejszy w świecie,szary w prĘki. Skrojony' ma się rozumieć, zklasą. Prz54pomina zvłyczajnego człowieka, a to przecieŻIśr! Spodziewam się po nim jakichś pompatycznych fraz: ',Kierownictwo GRU i Komitet Centralrry okazały wam wielkie zatufanie'''" Ale nie ma takich fraz o wysuniętych plac wkach walki z imperializmem, o powinnościradzieckiego wywiadowcy, o zvłycięskich ideach' Po prostu dfugo przyg).ąda się mojej twarzy: uważnie, w milczeniu. - Wiecie, Wiktorze AndrĘewiczu' w GRU i w KGB bardzo r z'adko zdar zają się |ludne, kt rzy uciekaj ą na Zach d' SkinaJem głową. - Wszyscy sąbardzo nleszczęśliwi.To nie frazes.650/o uciekinier w wraca ze skruchą. Rozstrzeliwujemy ich. Wiedzą o tym, i mimo wszystko wracają. Ci, kt rzy dobrowolnie nie wracają do Zwiapku Radzieckiego' najczęściejpopełniają samob jstwo, spUają się, lądują na samym dnie. Dlaczego? _ Zdradzii swoją socjalistyczną ojczyznę. Gryzie ich sumienie. Utracili przyjaci ł, rodziny, sw j język''. - Nie to jest najważniejsze, Wiktorze AndrĘewiczu. Są poważniejsze prrycTpy. Tutaj' w Zwia7ku Radzieckim' kaŻdy z nas na|eĘ do najwyzszej klasy. Każdy oficer GRU jest nadczłowiekiem w stosunku do wsąystkich pozostałych. Dop ki pozostajesz w nasąrrn systemie, posiadasz kolosa]ne przywileje. Kiedyjest się młodym i zdrow5rm, ma się władzę, nie pamięta się o takich sprawach. Docenia się je dopiero wtedy, gdy to wsąrstko bezpowrotnie zrrika. Niekt rzy z naszyc}e uciekają na 7-.ach d w pościguza wspaniałym samochodem, willą z basenem, pieniędzmi. Ale kiedy zdrajcama już Mercedesa iwłasnybasen' wtedy nagle spostrzega, Że jest jednym z wielu, że wszyscy wokoło mająporządnewozy ibaseny. Na$le Zaczyna czuć się jak mr wka w mrowisku' Raptorłrrrie traci poczucie wyŻszościnad otoczeniem' Nawet jeżeli wrogi wywiad zaangażuje naszego zdrajcę, to i tak nie odnajdzie on utraconego
224
*

-

poczucia wyŻszoścL, bowiem na Zachodzie sfużba w wywiadzie nie jest wcale traktowana jako najwyzszy honor i pow d do dumy. Urzędnik, pluskiewka i tyle. - Nigdy o tym nie myŚlałem... - Myślo tym. Myślzawsze. Bogactwo, rzecz względna. Jeżeli śmigaszŁadą po Moskwie, przystojne dziewczyny odwracają się za tobą. Jeżeli suniesz po Paryżu wielkim Citroćnem' nikt cię nawet nie zauważy. Lejtnant na Dalekim Wschodzie to cesarz i b g w jednej osobie, władca Życia. Pułkownik w Moskwie to pionek; dookoła są tysiące pułkownikÓw. Zdradzisz, stracisz wszystko. Wtedy dopiero prz5pomnisz sobie, że kiedyś zupekrie nienależałeś potężnej organizacji' byłeś do zwykłym człowiekiem, w}Tliesionym ponad miliony innych' Zdradzisz, poczujesz się szarakiem, niedostrzegalną marnotą, taką' jak wszystko wokoło. Kapitalizm daje pieniądze, ale nie daje władzy i honor w. Są też wśrd nas chytre $a$atki: nie uciekająna Zach d',lecz zostają i po kryjomu sprzedają Tlasze sekrety. Mają pieniądze kapitalŻmu i korzystają z pozycji nadczłowieka' Jaką im daje socjalizm. Ale takich bardzo prędko odnajdujemy i likwidujemy. - Wiem, Pierikowski.- Nie tylko. Pierikowski jest znany na całym świecie. Wielu nie jest znanyc}:' Na przykład Wadimir Konstantlnow. Wr cił do Moskwy na urlop, a trafił prosto na śledztwo' Niezbite dowody. Wyrok śmierci' _ 7-ostaŁ spalony? - Nie' Prosił, by Bo nie zabijać' - I nie zabito Eo?
* oleg Pie kowski, pułkownik GRU. W latach 196I-62 przekazał na Zach d kluczowe informacje dotyczące radzieckich sekret w politycznych i wojskowych, co między innymi umożliwiło prezydentowi Kennedy'emu zręczną rozgry\vkę podczas kubar1skiego kryzysu rakietowego. Aresztowany jesienią l962 r.' Pierikowski został skazany na karę śmierci.Jego aresztowanie spowodowało kataklizm w całej radzteckiej hierarchii wojskowej: dymisję dw ch marszałk w, upadek gen. Sierowa, odwołanie do Moskwy 3oo oficer w operacfnych GRU lprzyp. tłum.l.

WIKTOR SUWOROW Nie' nie zabtto. TleŻe pewnego razuzasnal smacznie w swojej celi, a obudził się w grobie. Głęboko pod ziemią. Prosił, by go nie zabljaÓ więc go nie zabLto. Ale trumnę musiano zakopać.TakkażE instrukcja. No' idźjuż'Wiktorze Andriejewiczu' Zycą ci powodzenia. I pamiętaj: tu nie KGB' tu pr gzdrady jest o wiete nfz.szy. Pilnuj się.

AKWARIUM

-

krętu? W tej czarnej tiszy, na masy\łmym dębow5rm zydlu przesiadywał zapewne sam Hermann G ring. Tętaz siedzę tu ja z wielkim kuflem ptwa' Służbowo. Kto przejdzle koło mojego stofu? Kto mnie tropi? Czy w tym wlrze ludzkim' w tym p łmroku, wpiwnych oparach nie szperają za mr:ą czy1eśrozbiegane ocz{? Zdaje się' że spok j. W takim razie z powrotem w wąskie uliczki. W błękitną zarnieć.

ągnięte rior.t rI| Ulicami spieszą mieszczuchy, nosy pochowane w futrzanych kokrlerzach. Na mieście pełno choinek. Latarnie w śnieżnejzad1rmce. oślepiająca biel zakrywa brud 1 szarośćcywilizacji' Wszędzie czysto, znikły brudne plamy nawet na dachu Deutsche Bank. Kiedy pada śnieg, jest cicho i cieplo. JeŻrLi nastawić ucha, moŻna usłyszeć szelest spadających białych płatk w. Ludzie, posfuchajcie jak pada śnieg!Hej' mieszczuchy, gdĄe wam tak spieszno? Zaczekajcie! Nie słychać wycia wiatru ani pisku hamulc w. Tylko cisza nad białym miastem. Miękkie płatki śniegu osiadaJąna mojej twarry. Lubię śnieg, nie chowam się przed nim. Czasami śnieg bywa ostry i szorstkl, ale nie dziś'Dziśpr szy przffemny, dobry śnieg'więc wystawiam nieosłoniętą twarz. Z dwotca kientję się na Marienplatz. Nikt mnie nie śledz1, a jednak muszę kJuczyć' zacierać trop. Pogoda jak znalazł. Maj or GRU' kryptonim 1 73 -W -4I' Z.acierarn śIady po spotkaniu z agentem L73-w-4|-7o6. Schadzka miała miejsce w Hamburgu , tan teŻ jakiśmłody chart z botiskiej dyplomatyczrrcj rezydent::o.y GRU odebrał ode mnie otĘymane dokumenty. Do Monachium przyjechałem vryĘcznie dla zmylenia przecivmika. Uliczkami, zaułkami, coraz dakrrrzawę. Pojawiam się w ludnych lokalach' lej w śnieżną w nie koriczących się labiryntach piwiarni, gdzte niegdyś rodziła się partia Hitlera. To nie piwiarnia. To istrre miasto z ulicami i placami. Z nieprznbranymi rzędami stoł w. Z thtmani ludzi. To niezawish piwne paristwo, jak Watykan w Rąrmie' jak Komitet Centralny w Moskwie. Dalej, dalej wzdłuż stoł w, za r g, za następny. Odczekać chwilę w ciemnej wnęce. Kto się wyłoni zza za226

Udaje się do Genewy na sesję Międzynarodowej organizacji Pracy . Towarzysz Szeliepin jest szefem radzieckich zwlaąk w zawodowych. Towarzysz Szeliepin jest członklem Politbiura. TowarzSrsz Sz-eliepin to gwiazda pierwszej wielkości. Ale nie wschodząca gwlazda. Zachodząca. Był czas' kledy towarzysz Szeliepin pełnił(tajnie) funkcję zastępcy przewodniczącego KGB i zarazem (jawnie)wiceprzewodnic zącego Międzynarodowej Federacji MłodzteĘ Demokraty cznej' Towarzysz Szeliepin organizował potęŻne manifestacje w obronie pokoju iprzyjaźnlmiędzy narodaml. Miliony gfupc w szĘ za towarzyszem Szelieplnem. Skandowali, domagali się pokoju, rozbrojenia l sprawledliwości. Za to właśnieawansował na zastępcę przewodniczące1o KGB. Rządził twardo, srogo. Rządzrt połową świata,w tym r wnież pacyfistyczną demokratycznąmŁodzieŻą Żądającą pokoju za wsze|ką cenę. Tyle że mu się noga powinęła iterazruądzi radziecktmi młiązkowcami. Dlatego też w ambasadzie wysoki gośćnie cietzy się szczeg |rlyr.r' szacunkiem. Jedziesz do swojej Genewy, to zasuwaj. Byle prędzej. Dla wszystkich jest jakby Jasne, Że towarzysz Szeliepin sunie w d ł. Cała ambasada wie, że towarzysz Szeliepin (dla swotch: źklazny Szurek) spua się do nieprzytomności. Lider radzieckiego proletariatu klnie jak szewc. Bije sprząlaczlid. Cisn{ ptzez okr:o ciężkąkryształową popielnicę I znLszczyl dach limuzyny kubariskiego ambasadora. Bnm wie, Że przyszła na niego kryska' Były szef KGB iegna sIę z władzą. Szaleje.

D

*r.*a

zawitał przejazdem towarzysz Szeliepin.

ilI

wrKToR sttwoRow
Zderzyłem się z nim w kor5rtarzu. Ma opuchniętą, pooraną zmarszczkami twarz, zupełnie niepodob4ą do tej z portret w. Poznałem go zresztą tylko po tym, że był w sztok za|any - nikt nie ośmiela się łazić w takim stanie po ambasadzle _ t po obstawie. Komuż innemu mogłoby towarzyszyć pięctu goryli? Obstawa ma kamienne twarze, przepisowo. Do obstawy wybiera się tylko takich' kt rzy nie nauczyli się jeszcze śmiać.Ważniaki. Wsiowe chłopaki na szczytach władzy. Nie rozumieją, rzecz jasna, że gdy spadanie się zacznie, nic Eo już nie powstrzyma. Szefa goryli pozrraję po lekkim grymasie. Mnie ten grymas nie zmyli: gł vmy goryl nie chroni towarzysza Szeliepina przed wrogami ludu. Pilnuje, by towatzysz Szeliepin _w dz najbardzieJ uświadomionej klasy rewolucyjnej - nie dał drapaka. Gdyby towarzysz Szeliepin rzuc7Ł się do ucieczki, szef ochrony sięgnie po pistolet. I w potylicę! Daleko nie ucieknie. Towarzysz Szeliepin zacltodząca gulazda pierwszej wielkości_ wie dobrze, Że naczelnik ochrony nie jest obstawą, Iecz konwojentem' Że znstał odpowiednio poinstruowany. I ja to wiem. Ach, żebym to ja miał taką instrukcJę!

AKWARTUM

prąrtraflło się Informacji w lot cię nakr5[e. To właśnie w rr l73-W-4l-7o6. obecnie mojemu koleżce ZtaIg

Nawlgator ma srogą minę. W ręku trąrma szyfr wkę' Nasz przyjaciel nr 706 zacza}. produkować dezinformacje. Anallza dostarczanych przezeit dokument w nie pozrłrala lvykryć pr by oszukania GRU' ale kazdy dokument, każde urządzerie, każdy model broni jest kupowarry przez Akwarium w kilku egzemp|arzach i w r Żnych częściach świata' krformacJe dotyczące systemu obniżania szum w w reduktorach atomowych okręt w podwodnych klasy George Washington zdobyŁ dyplomaĘcnly rezydent GRU w Urugwaju, natomiast kompletnej dokumentacji technicznej o tych okrętach dostarczyła belgijska nielegalna agentura GRU. Zestawia się wszystkie analogicnrc fragmenĘ informacji. Jest to normalna procedura, doĘczy dosłownie kaŻdej uzyskanej wladomości'kazdego dokumentu. Spr buj cośdorzucić od siebie, cośukryć - Sfużba
224

De"inro.macja!

rv

w ostatnim otrzymarr1łn od niego dokumencie brakuje l.:zec};r stron. Są to ważne strony, a usunięto je tak zręcznie, Że nie spos b zorientować sLę, lż kiedykolwiek istniały. Dopiero por wnarie z analogiczrrym dokrrmentem' zdobytym w Algierze, a może w lrlarrdii, pozwala stwierdzić, Że ktośumyślniestara się wyprowadzić nas w pole. Fałszerstwo wykonane po mistrzowsku. Fachowa robota. Wniosek oczywisĘ: Siedemset Sz sty jest kontrolowany. Sam się zgłosił na polĘę czy teŻ wpadł przez nieuwagę to nie gra roli. Najważniejsze, że majągo w ręku. _ Czy mam zlikwidować Siedemset Sz stego? Nawigator zerwał się na r wne no$i: - ocknij się, majorze| Co za brednie! Kryminał w się naczytałeś?!! Jeżeli ty zdradzisz, zabijemy, bo to nauczka dla pozostałych. Ale co Z tego, że sprzątriemy powszechnie szanowanego burżuja, właścicielafirmy'.z Dla kogo ma to być nauczk{ I{azałbym go wykoticzyć' dyby stwarzał jakieś zagroŻerie, ale przecież nie ma o nas zlelonego pojęcia. Nie wie nawet, dla kogo pracował: dla KGB, czy GRU? Znatylkojeden sekret: że Wiktor Suworow jest Szpiegiem. Ale o tym wiedzą wszyscy. Zab\ć, to spora pokusa. Niejeden wywiad się na nią nabiera. Dają stę wciągnąć w tajną wojnę l zapominają o swoim podstawowym obowiąpku: o zdobywaniu tajnych informacji. A my potrzebujemy tajemnic, jak zdrowy męŻczyznapotrzebuje kobiety. Z-apalniętaj, majorzn: tylko słaby' ghrpi, chwiejny rnęŻczyzna morduje i gwałci. Tak właśnie przedstawiają nas bulwarowe gazetki i tandetne kr5rminały: jako słabych i gfupich. Mądry, silny, pewny siebie wywiad nie ugania się za agenturą, jak za kobietami. Mądry męŻcz5rnn ma kobiet w br d' sźrme na niego lecą. Mężcryzna, kt ry ma setki kobiet nie mścisię na jednej' choćby go zdradzIła. Po prostu nie ma na to czasu, musi slę zajmowa pozostałyrni. ]Vota bene, masz cośw rezerwie?

DoĘchczas wszystko sało. Teraz okazało Się,

Że

- Macie _

na myśllnowych ,,przyjaci ł"? się Wyłącznie to mam na myśli_ rozzłościł nagle.
229

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

Nawi$ator, ma się rozumieć, dobrze wie' Że opt cz Siedemset Sz stego nie mam żadrrych ,,ptzy1aci ł"; nic się też nie zapowiada na najbllższą prąrszłość.Pyta' żeby wytknąć mi nieudolność. - Nie, towarzyszugenerale, nie mam niczego wzapasie. - Do ubezpieczania! - Rozkaz, do ubezpieczaria!

tym. To prawda, jest manipulowany, ale wcale nie musi wiedzieć, że GRU rozgryzłojego grę. Sp otkanie przebiegło j ak zwykte' 7-apŁaciłem, powie działem, Że Ęrmczasem nie potrzebujemy jego materiał w' Że spotkamy się za rok. Być moŻe będziemy mieć laowe zam wienie. W ciągu roku pod byle pretekstem zostanie odstawiony do lamusa" Do ,,uśpionej" siatki. Czekaj na sygnał. Na Ęrm przerywamy wszelkie kontakĘ: czekaj' łż zglosi się do ciebie szczeg lnie waŻny agent! Niech poczeka nasz koleŻka, wTaz z rlirn policja. Nie doczekają się' Takie posunięcie nosi nazwę ''odcięcia pod pozorem konserwacji''. otrąrmaliśmy od niego niezbędne urządzeria. Zaoszczędziiśmy miliony. Jego materiały - w wczas w najlepsąrm gatunku -byĘ teŻwykorzysĘrwane do sprawdzania kogośinnego' Tęraz Żegnaj. Proszę cz-ekać na um wiony sygnał, na szczeg |nie ważrre spotkarrie. Z Siedemset Sz stym Sprawa załatwiona, żadnych komplikacji. Ale co rnar:":teraz robić? Zn w z'acząło się pieskie życie. Zrrcww smętny los charta. Zn wbeznadzĘna robota w ubez1rieczaniu. A czeg Ż się, Wiktorze Andriejewiczu, spodziewacie? Nie umiecie pracować samodzielnie - popracujecie dla innych.

OUOUł..n jeszczejedno spotkanie z Siedemset Sz

s-

v

czas masowych akcji werbunkowych' kiedy cała rezydenkt rych sens pozostaje dla nas tajemnicą. opr cz tego biorę udzial w ubeąlieczatill akcji nielegalnych rezydentur GRU. To zupeŁlie cośinnego. IJberyieczanie,,nielegalnych" uchodzi zazaszczyt My' charty,bardzo rzadko go dostępujemy. Na nasze barki spada wyĘcznie cilęlkairiewdzięczna robota: ogromne ryTykc, masa straconego czasu - i żadnych honor w. Zwyczajne ubezpieczarie agenturalne w og le się nie liczy, jak praca maszynistki u wielkiego pisarza: ani pieniędzy, ani sławy, zato spr buj się pomylić! Taka właśnierobota prrypadła rni dziśw udziale. Jadę w 9 ry na piknik. Pora roku zupełnie nieodpowiednia, pogoda fatalrra. Muszę jednak znaleźćsię w g rach. Jeśliby nas śledzono, aresztowano, wydalano - wymyśliłĘm cośbardziej wiarygodnego. Nie warto jednak silić się na oryginalność'bo Anglicy dokuczają nźrm bardzo rzadko, Amerykanie prawie nigdy' a w pozostałych krajach stosunek do nas - szpieg w - jest niemal Ęczlivły. Piknik wystarc4r aŻ nadto. Kogo obchodzi, Że radziecki dyplomata wyrusza samotnie na piknik w godzinach prac/.2 W bagażniku wiozę ręczny granatrrik przeciwparrcerstarannie zawinięta. ny RPG-7 1 pięć granat w. Całość Wszystko razem mam umieścićw skrytce' Granatrrik wazy 6 kg.Każdy granat _ 2.2oo g. Do tego dochodzi waga s rmego opakowarria. Łącznie ponad 20 Ę w jednyrn szarym opakowaniu. Dla kogo przeznaczony jest granatnik? Nie mam pojęcia. Jadę zakopa go w g rach, w sĘrtce, za
ttrra wyrusza w teren na określone operacje,

podlegam be4ośrednio Pierwsze mu 7astępcy i nie mam prawa spotkać osobiście Nawigatora. Nie ma czasu dla takich jak ja. To prawda, Że niekt rzy zdolni ^r*.więc wikingowie także pracują w ubezpieczaniu, ale tylko pod230

VI

J wki' Adresat za'wsze dostaje opis skrytki dopiero po Ęrm' Jak materiał został w niej umieszczony, nawet dyby chciał nas zdradzić, nie zdoła tego ucąrnić. otrąrma opis l pospiesąr w um wione miejsce, ale mnie juz tam nie zastanie. Ani ja sam, ani moja dyplomaĘczrla rezydentura, ani radziecki wywiad wojskowy, ani cały ZwiapekRadztecki - nie mamy z tym nic wsp lnego.I'eżał granatnik
w ziemi i tyle. Był tu chyba od za'wsze, był tu od początku świata'ż-e r adzieckiej produkc.! i? A rrroŻe Amerykani e zdo byli go w Wietnamle i chowają terazw Alpach?

kt tą łaziem sześćdni. Ktośkomuśkiedyśprzekłże Bzczeg łow plan i oznakowanie' wskazujące miejsce kry-

23r

wrKToR sttwoRow
Komu potrzebnyjest ten granatnik? Nie mam zielonego pojęcia. Jedno pewne: nie jest to ręzerwa na w1padek wojny. Do dfugotrwałego przechowywania stosuje się ciężkie kontenery' a ten ma całkiem lekkie opakowanie. To zllaczy, że w najb|Iżsąych dniach ktośgo stąd zabierze. Niewykluczone, Że niebawem zostanie uiryĘ. W przeciwn5rm razie musiałby dhlższy cz ls u kogoś keżeć, ato zawsze niebeąrieczne. Jasny gwint' przecieŻ ja w tej chwili Blłorzę Historię! MoŻe m j granatnik odwr ci bieg dziej w ludzkości? RPG-7 to potężna brot'r, lekka i prosta w obsfudze. Wszyscy zachodni prryw dcy pochowali się za parrcernymi szybami. A jeirc|i rąbnąć w wźls, parrourie, granatem PG-7W? Nie ostatnie się żadna kuloodporna limuzyna. AteŻ będzie wrzasku. Ciekawe, kogo teŻ upatrzyło sobie Akwarium? Dla kogoprzenlacz1lło te pięć granat rł4 Dla gł'owy paristwa? Generała? Pap1eŻ* Aprz-ecieŻrnoŻna rąbnąć nie tylko w samoch d. obrorica środowiska naturalnego moŻe na znak protestu palnąć w cysternę z gazern trującym albo w reaktor atomowy' obrorica pokoju może zaczaić się na konw j z anerykaflskimi głowicami bojowymi - i spokojnie nacisnąć spust. Szum się zrobi na cały świat.Do eksplozji jądrowej oczywiście nie dojdzie' ale prasa podniesie taki rwetes, Że Zach d nie będzie miał i::nego wyjścia'jak Ęlko się rozbroić' Krryę po skrzyŻowaniach, zwalniam, zn w przyspieszam, wyskakuję na autostrady, zawracam na wyboiste polne drogi. Kto mnie śledzi?Chyba nikt. Komu jestem potrzebny? Nikomu. Jestem sam, na wąpkiej leśnejdrodze. Nad $łową szumi las. Zostawiarn w z na poboczu. TuryściteŻ tlurieraz parkują. Siedzę w zaroślach i z pag rka obserwuję własny samoch d. Nie miałem ogona, to pewne. Możliwe jednak' Że pol1cja zamontowała w wozie .pluskwę", kt ra sygnalizuje im moją pozycję. Może nie śledziltmnie jak zwykle, może trzyma|i się na dystans? Gdyby tak było, wkr tce ktośpowinien zja'wić się w pobliżu. Naokolo las i s ry' więc mogą nadjechać Ę|ko zjednej strony. Pokręcą się chwilę przy samochodzie, zastanawiając się, w jakim poszedłem kierunku. W wczas wezmę m j drogocenny pakunek, zatoczęwielkie koło, i ldy }uŻ nikogo
232

AKWARIUM

tu nie będzie, wr cę do punktu wyjścia.Wsiądę do samochodu, pozamykam drzwi od wewnątrz i będę krĘyć po g rach i lasach. Następnie wr cę do ambasady i jutro powt rzę wszystko od początku. Spoglądam ponownie na zegarek: minęło trzydzileści minut. Na drodze nadal pusto. Pakunek z granatnikiem rnoŻrla był'o na dobrą Sprawę zostawić w bagażniku i teraz, wiedząc, że nikt mnie nie śledzi, wr cić po ładunek i nlszyć w g ry. Ale to nie nasza technika. Jeszcze chwtlę zostaję w krzakach, wsfuchując się w leśneszmery. Żywego ducha. Wkładam gumiaki, czapeczkę z dobrotltwym brytyjskim lwem, plecak: klasyczny turysta. W ręku cygaro. Nie palę' ma się rozumieć: od lat obowią2uje rnrlje zakaz palenia. Niemniej jednak zawsze mam ze sobą duże, aromatyczne cygaro. Teraz odłamuję koniuszek, rozcieram Ęrto w dłoniach, rozsypuję wokoło. To moje pozdrowienia dla piesk w' Dfugo przedzieram się przez zatoś|a,wychodzę nad strumieri i brnę pod prąd. Teraz nikt mnie nie śledzi.A jeżeli zwaJąsię tutaj za kilka godzin z psami, z helikopterami? Szkoda, że granatnik tak bardzo rzuca się w oczy. Ktokolwiek zauwaŻy, że zp|ecaka sterczy mi takl dzi'waczny pakiet omotany nieprzemakalnym pł tnem od'razlt pojmie, że jestem chłopcem na posyllłd GRU' że pracuję w niewdzięcznym lbezp7eczarliu za karę za to, że nie potrafię samodzielnile zna|eźć dojśćdo tajnych informacji. Czreka mnie dfuga droga. Piechotą caĘ ez,as na nogach, strumieniem pod g rę' jak za daumych dobrych lat w Specnazie. Rewoluc1'ne oddziały boJownik w o wolność potrzebują broni, aby zrnrcić jarzmo kapitalizmu. MoŻe na ten granatnik cz-ekająwłoskie albo niemieclde zuchy, by ruz jeszcze przypieprzyć kapitalisĘcnrcj zgrn7lźrne? Dfugi maxsz to świetrraokazja, by poćwiczyć szare kom rki. C Ż mam wymyślić'by wr clć do samodzielnej pracy'? Może skreślićraport do szefa 5. Sektora IZarządu proponując cośoryginalnego? Niech na przykład chłopcy w RFN albo we Włoszech polwą prezydenta, albo mlrristra obrony' To by im dobrze zrobiło, odświeżyłoby rewolucyjne idee, podniosłoby rewolucfiną świadomość
l Akwarium

233

Tl.

wrKToR sttwoRow
trybunałem. Niech go stracą. Przed wykonaniem wyroku moglibyśmypogadać z rtirn na osobności: pilnildem po zębach - wyśpiewaj, bydlaku, wszystkie sekrety! Brnę w wodzie, śmiejącsię z własnych fantazji. oczywiście, rlie zamierzam niczego taldego zaproponować. Dawanie rad jest bardzo niewdzięczrl5rm zajęciem. Nikt nigdy nie wspomni inicjatora. Nagradza się nie pomysł, a wykonanie. Idea jest na tyle prosta, Że znajdą się inni r wnie mądrzy. Muszę v4rmyślećcośtakiego, żebym sam był inicjatorem i wykonawcą. Zaritn przedstawię dow dcy własny projekt' muszę opracować Ęsiące szczeg ł w, muszę być obkuty pod każdym względem, żeby nie dało się zepchrląć mnie na bok, zlecając przeprowadzenie operacji bardziej doświadczonym wikin$om. Crysty g rski potok pluszcze pod moimi stopami. Czasem wychodzęnabrzeg, omijam siklawy' Wtedy odłamuję kawałeczek cygara, knrszę w palcach i rozsypuję po ziemi. Skaczę z kamienia na kamieri' nie zostawiać śladw. Jestem na mĘscu. Kryj wkę wybrałem sam; zaakceptował ją Pierwszy Zastępca, zahłłierdził szef I Zarządts' GRU. To nie żadna jaskinia ani tajna piwniczka. Skrytka to miejsce, kt re bez trudu odszuka osoba wtajemniczona, i kt rego za rlic nie powinien zna|eźć człowiek postronny' Skrytka to miejsce, $dzie nasz towar nie może zostać przypadkowo odkryty. Moja kryj wka spełrria te wymagania pod każdprr wględem. Znajduje się z dala od ludzi, w g rach, w roąladlinie. Stzegąjej nieprzebyte chaszc?E kolczastych krzak w. Turyścitu nie chodzą nie bawią się ciekawskie dzieci, budowy tu teŻ riebędzie. Mojej skrytce nie #oŻąĘrnięcia ani powodzie. Aznaleźć jąjest bardzo prosto. Jeż-ehwiesz, jak. oto linia wysokiego napięcia, rozclagarnęta na potężnych metalowych sfupach. od sfupa rr o42 nalezy iśćw stronę shrpa nr o4l' po cTyr:-r w miejscu' gdzie przewody zwisają najnizej - skręcić w lewo. Teraztrz-eba oddalić siętrzydzieśclmetr w w kierunku prostopadłym od kabli. Kolce kfują w tvlarz? To nic. W lczakach sterta pbznw, obok ślady dawnego ogfriska. SĘd dziesięć krok w na prawo. Wclskam się w skalną sz-czelinę. oto kupa kamieni. To jest 234

AKWARIUM

mas. PorwŹrrrego niech postawią przed rewoluc]dnym

właśnieskrytka' NiezbytsyrnpaĘczrrc miejsce. WiĘoć' p Ł mrok, kolczaste zarośla. ostatrrim razella nawrzucałem do
w

roąpadliny najr żnĘsąychśmieci, co Ęlko zrnJazłern poblżu: zardzewiatąpuszkę, butelkę' jakieś druĘ. Żeby nikomu nie wpadło do głowy rozłoĘć się tu na piknik' Jeszcze raz omiatam wszystlo spojrzeniem. od poprzedniej wizyĘ nie zmieniło się dokładnie nic' Puszka po konsenłrach IeĘ w tym samym mlejscu. Pfugo wsfuchuję się w sanm wiatnr tlra szczytach g r. Zywej duszy' Zrzlscam na ziemię plecak: nieźIe dał mi w kośćna tym podejściu. Proponowałem dow dcy, by zakopać granatrrik, ale polecił tylko przywatić go kamieniami, wybierając co cięŻsze. Proponowałern teŻ, żeby dostarczyć na mĘsce jakiegośbezdomnego kota i zŁoĘć go tu w ofierze interesom światowegoproletariatu. Jego szczątki odpęfunyby wszystkich myśliwych'turyst w, zakochane par5r sztrkające zacisznych kącik w. Tej propozycji r wnież nie zafrrierdzono. Pierwszy Zastępca rozkazaL mi uiryć płynu ZRG wariant 4. Niewielka buteleczka, ale wori trzyma się dfugo. ZRG wariant 4, to smr d spalonej gumy, zostanie tu na wiele tygodni' odstręczając nieproszonych gości t g|warantując samotnośćodbiorcom mojej przesył7n. C Ż, życzę warn powodzenia, nieustraszeni bojownicy o wolnośći sprawiedliwość.Wshrchuję slę w świstwiatru i jak cnrjny młietz przemykam wśrd skał.

igłbym o.."o.HI Jako przewodnik turystyczrry w Amsterdamie albo Hamburgu: proszę wycieczki na lewo, proszę wycieczki na prawo. Wiederi teŻ znart dobrze, choć nie tak' jak Zl:rych.To zrontmiak:. Cygan nie kradnie tan, SdzLe mieszka. Jasne, że moi koledzy zRryn'u, Bonn, ParyŻa, Genewy znająWlederi lepĘ ode mnie. oni pracujątu, a ja jadę na ,,$ościnne lvystępy" w ich strony. Wszyscy stosujemy tę samą taktykę: nie rrcJeĘ zadzierać z miejscowymi władzami' skoro można przeptowadzić operację gdzieśb ardz-o daleko. Dziśpracuję w Bazylei. Nie pracuję samodzielnie: ubezpleczam. Baz1Ąea to sĘk Francji, Szwajcarii i RFN. Bardzo

WIKTOR STIWOROW _ wygodne' wfrątkowe miejsce. SWzyż.owanie' Byłeś zrikna}eś. Łatwo tutaj zniknąć,bardzo łatwo. Siedzę w niewielkiej knajpce, naprzeciw dworca.

AKWARIUM

W og le trudno orzec czy to restauracja, czy piwiarnia. Sala przedzielona na dwie części. Z jednej strony malutka restauracyjka' czerwone obrusy na stołach. Z drugiej strony piwiarnia. Dębowe stoły bez obrus w' Tu właśnie siedzę' Sam. Na ciemnym drzewie wyżłobionywzorek i data: ',1932". To znaczy, że ten st ł pojawił się tu jeszcze przed Hitlerem. Dobrze być Szwajcarem. Sągiednią ulicą biegnie granica z Niemcami. Wojny nigdy nie było' Syrnpatyczna' niewysoka panienka stawia przede mną na tekturowej podstawce kufel piwa' Skąd ta piersiasta ma wiedzieć, Że siedzę na bojowym posterunku? Ze sekundy bUą- mojej głowie, Że siedzętutaj właśnie,ponieważ mogę widzieć duĄ dworcowy zegar? Skąd ma wiedzieć, Że jego wskaz wki baczrlie śledzi jeszcze ktośinny, ktoś,kogo nigdy nie zrrałem i nigdy nie poznam? Skąd ma wiedzieć, że koniuszki palc wmam jtż nasmarowane kremem MPP, dzięki czemu nie zostawiają odcisk v/? Skąd ma wiedzieć, że w mojej kieszeni IeĘ zulyczajna porcelarrowa rączka, taka' jakie wiszą w toaletach na łaricuszku? Tę rączkę wykonano w IrrsĘrtucie Kamuflażu GRU. Wewnątrz mieści się pojemnik. Może zawierać opis skrytki, Pieniądze, złoto, diabli wiedzą co. Nie wiem, co jest w środku. Wiem Ęlko, że za sLedem minut ql'dę do toalety i w przedostatniej kabinie zdejmę rączkęzłarlcllszka, schowam do kieszeni, a najej mĘsce powieszę tę, kt rąmam ze sobą. Ktośirrny, kto właśniew tej chwili patlzy na dworcowy zegal wejdzie po rnnie do tej samej kabiny, zdejmie rączkę z pojemnikiem' a na jej miejsce awiesi zvłyczajną. On zapewne też Ściska ją w kieszeni palcami wysmarowźrrr)rrni kremem MPP. Wszystkie trzy rączki są idenĘczrre. Nie odr znisz' Nie na darmo trudzi się IrrsĘrtut Kamuflażu' Strzałka na zegarze drgnęła. Jeszczn sześćminut. TuŻ kolo dworca znajduje się wielka budowa. Może poszerzają hale dworcowe, tnoŻe budująhotel. Spod rusztowania wyłania się zgabna konstrukcja, jakby vnezy' Ściany zbrązowego metalu, okna też ciemne, prawie bn:natrre. Wysoko w niebie - robotnicy w pomararicznwych kaskach. Go236

łębie na gąrmsach. Jeden z goĘbi powoli i w skupieniu zablja swojego towarz3rsza. Dziobem w łepek: bęc, bęc. Chwilę odczeka. l nl w dzlobem. Gołąb to obrzydliwe ptaszysko. Ani jastrząb' ani wilk' arri krokodyl nie zabijajądla zaba'wy. Gołębie zabijająswoich wsp, łbraci wyłącznie dla rozrywki. ZabIjająpowolutku' rozkładaj ą przyjemność. Zebyrn tak miał w ręku karabin Kałasznikowa! Przerzuciłbym bezpieczrik na ogieri ciągły' zarepetowałbym jedn5rm ruchem dłoni - i straszliwy huk targn{by dworBazyl^ei. Pociągn{cow}łn placem pogrąŻor:ej w p łśnie bym długą seriąw gołębia-zab jcę' Rozfupałbym go ołowiem, zamieniłbym w strzęp pierza i krwi. Ale nie mam

przy sobie karabinu. Nie jestem w Specnazie, lecz w agenturalnym zdobywaniu informacji. Szkoda. Przecież zabiłbyrn naprawdę, nie przyszłoby mi na myśl,że ratując słabego gołębia przed powolną śmiercią,ratuję zarazern zab jcę. Wszystkie one mają tę samą gołębią
naturę' Dojdzie do siebie' oprzytomnieje' wyszuka obok słabszego - i fup! Dziobem w łeb! Gołąb to odrażający ptak. A przecież są ludzie, kt rzy tego bezvłzględnego mordercę mająza symbol pokoju. Słaby gołąb na gzymsie rozrzuc7ł skrzydła. Gł wka mu zwisa. Silny gołąb cały zebrał się w sobie' Dobija. Cios. Jeszcze jeden. WaIi z całych sił' Czubek dzioba ma czerwony od krwi. R b swoje, na mnie czas. Do toalety. Na ściśle tajną operację.

się nie tracić czasu. Gdy ubezp ieczam kogoś w RFN, rozmyślam' jakby tu samemu rozgryżć niemieckie tajemnice. Jeżeli jestem we Włoszech, analŻuję możliwe dojściado włoskich sekretnych plan w. We Włoszech rnoŻna teŻ zvłerbować Amerykanina, Chlilczyka lub Austriaka. Szukam takich, kt rzy mają dostęp do lnformacj i wagi p aristwowej. Wr ciłem właśniez Bazylei i składam Nawigatorowi raport z przebiegu operacji. Zamvyczaj melduję się u Pierwszego Zastępcy, ale dziśprzyj{ mnie sam szef. Pewnie byla to bardzo ważna akcja. Korzystając z oka237

-1 D,.r.-

VilI

'T
WIKTOR SUWOROW

Mi|cąr. Przj'gotuj ę szczeg bry raport... Ml(czy. Wcląga w rlozdtza metr sześciennypowietrza, wJrrzuca z siebie: - Do ubezpleczania! IUb,ezp1eczarie jest dla wywiadowcy tym, cąrm mi d dla muchy. Niby bez ryzyka, słodko, a wydostać się nie można' Skrzydełka zlepione - zdechnieszw tej słodyczy. Tlko ten będzie prawdziwym wikingiem, kto potrafi stę !vymłać z pułapki. Na prz5lkład Żenia-konsul. Wylądowaliśmyw Wiedniu w tym samym czasie. Dostaliśmy po trz1r miesiące rrarozponlanie miasta: mamy być lepsi od wiede skiej policJi. Po upływie tego okresu - egzamin. Co się znajduje na Luegerp|atz? Dziesięć sekrrnd na zastanowienie. Nazwy sklepik w, hoteli, restauracji, przystanki autobusowe, jakie konkretnie - wszystko po kolei. Szybciej! A może w og le nie ma tam ani jednego hotelu? SzybcĘ, szybciej! Znać miasto lepiej niż tutejsza policja! Jakie rrlice przectrnją Taborstrasse? Szybciej! Ile przystank v/? Ile skrą4ek pocztowych? Gdyby jechać w kierurrku... co będzie po lewej? Co? Co? Jak? Jak? Jak?

zj|, przedstawiam Nawigatorowi moje propozycje, ja!< wejśćw posiadanie ściśle tajnych dokument w dotyczących systemu Floryda. Floryda to system obrony powietrznej Szwajcarii' Sam w sobie jest tylko małą cegiełką ale z taklc}r cegiełek zbudowany jest system obrony powietrznej USA. Jeżeli uda się nawiapać znajomośćze szwajcarskim sierŹantem, amerykariski system :ukaŻe się nam w now5nn świetle... Nawigator utkwiłwe mnie ciężkie spojrzenie. W oczach oł w, nic więcej. Spojrzenie byka, sycącego wzrok widokiem młodziutkiego toreadora, nim weźmie go na swe potężre rogi. od tego wzroku mąci mi się w głowie. ZdołałemjuŻ zebrać nazwiska i adresy oficer w z punktu dowodzenia obrony powietrznej Szwajcarii, wiem też, jak rrawiryać kontakt z sierżar em, ale od tego morderczego spojrzenia gubię wątek i zapominam całą logiczrrą konstnrkcję molch wywod w: - Postaram się to zrobić..'

ATWARIUM
Ill

I
.llr

_

Zda7iśmy egzaminy za drugim podejściem. Nie zdasz - cofną do Zwiapku. Zaraz po egzaminach rzucono mnie do ubezpieczania, a Żenię nte. Łażąc po mieściepoznał jakiegośmachera, handlującego paszportami: podrabianymi, czystyml blankietami albo zwyczajnie skradzionymi turystom. Ęła to spora gratka dla l. Wydziału' kt ry hurtem skupuje wszelkie dyplomy, prawa jazdy, ksiĘeczki wojskowe. Nikt ich ponownie nie używa, służąty|ko za wzorce, niezbędne do produkcji własnych fałsąywek. Wszystkie te papiery nie uchodzą, rzecz jasna, Za rzecz wielkiej wagi, a ich zdobywarlje zanajvłyŻsząklasę pracy agenturalnej. Ęle że mnie skierowano do ubezpieczaiia, a żreruę nie: rrtech załatwia te zakichane paszporty. P ki kręcił się wok ł paszport w mial teŻ sporo czasu na inne tzecTy, rie zmarnował okazji. Tu kogośpoztuał, tam z klmśpogadał. Wtedy też skierowano mnie do ubezpieczarllajego operacji, do osłaniania mu ogona. Po jego kolejnych spotkaniach odbierałem od niego jakieśteczki i woziłem do ambasady. JeŻeh kogośareszĘą przy weJściu do budynku, to mnie, a nie Giennadija Michajłowicza. On ma ręce czyste. Z czaserl: wciągn{ się w jakieśpoważniejsze sprawy. Idzie na operację, a pięciu albo t siedmiu chart w ubezpiecza go' Po roku awansował przedterminowo na podpułkownika. Ęlko dwa lata chodził w stopniu majora. Nie jestem zawistny. Nlech ci się, Żrcnia wiedzie jak najleptej. Powodzenia| JateŻ, stanrszku, zostanę niebawem wtkingiem. Ósma wiecz r. Spieszę do domu. Cztery godziny snu, a potem w teren, na ubeąrieczan1e.

za trzec7m

...Nawigator uśmiechasię do mnie, po raz pierwsąr od wlelu miesięcy' - Nareszciel Zaulsze wiedziałem, Że potrafisz znależć samodzielną drogę. Jak go poznałeś? - Przypadkiem. Pracowałem w ubeąrieczaniu, w Innsbrucku. W drodze powrotnej postanowilem poszukać skrytld' tak, na wszelki wypadek. Zatrzymałem się przy Bzosie, znalazŁent odpowiednie miejsce, chcę już wracać...
239

238

rT WIKTOR STIWOROW
AKWARIUM

nic z tego. Tylne koła buksująna mokrym poboczu. Ztyh) skarpa' więc sam za rljc nie ruszę. Stoję przy drodze, macham, wszyscy pędząprzed siebie. W pevrnej chwili zatrzyrnlĄe się Fiat. Kierowca jest sam. Pom $ mi popchnąć samoch d, wydostałem się z błota, a]e za ostro przygaznwałem i ochlapałem go od st p do gł w. Przeprosiłem, chciałem dać mu butelkę whisĘ, ale w ostatrriej chwili zmieniłem zdarrie.,,Proszę mi wybaczyQ powiadam, moŻe wejdziemy do restauracji. Wyczyścipan ubranie' przekąpimy. Stawiam kolację.'' _ Zgodził się? - Tak. - Ętał' kim jesteś? - Nie' zapytał tylko' gdzie mieszkarn. Powiedziałem' że w Wiedniu, co dziśjest zgodne z prawdą. - MiałeŚ dyplomatyczną rejestrację? - Nie' Pracowałem w ubezpieczarl7u. Cudz5rm wozerr-;.' Nawigator obraca w palcach wizyt wkę. Nie może się nacieszyć. 'Otto Velara. Inżynier''. Rzadko kiedy generał GRU ma w ręku taki skarb. otto Velara! Istna złotaŻyła. Nie wszyscy doceniają Wochy jako ojczyznę genialnych myślicieli, ale z pewnościąnie naleĘ do nich GRU. GRU wie, że Włosi mają głowy do genialnych wynalazk w. Mało kto dziśpamięta, Że przed wojną Wochy wzniosły się na niesłychany poziom technologiczrrcgo rozwoju. Walczyli niespecjalnie i to właśnie przyćmiło wloskie osiągnięcia w dzLedzirie techniki militarnej. Ale ich zdobycze, zlxlłaszcza w zakresle lotnictwa' okręt w podwodnych, szybkich kutr w torpedowych były doprawdy zdumiewające. Pułkownik GRU'Lew Maniew7cz przed wojną przerzucił do ZSRR całe tony dokurnentacji technicznych najwyŻszej wagi. Włochy _ zapoznany geniusz wojenno-morskiej technologii! GRU wie o tym doskonale. otto Velara! Inżynier! - Myślisz,Że nie jest podstawiony? - Nawi$ator sam nie wierzy w podobną możliwość, jest zobowiązany ale zadać to pytanie. - Wykluczone! - zapewniam żarliwie. - Sprawdzaliśmygo' Grupka kontroli radiowej też nie zauwaŻyła niczego podejrzanego. 240

- Nie gorączkllj się. W takich sprawach trzeba zachować zimną krew. JeŻeli nie jest podstawiony, to trzeba przyznać, że ci się poszczęściło. Ęle to wiem i bez niego. - No dobra - m wi Nawigator. - Na wszelki wypadek przygotuj natychmiast kwestionanusz. Zdąirysz na jutro? - Nocą pracuję w ubezpieczariu. Skrzywił się. Potem zdj{ sfuchawkę telefoniczną i nie wykręcając Żadnego numeru m wi: - Wpadnlj. Wchodzi Pierwszy Zastępca. _ Trzeba by na jutro znaleźćzastępstwo dla Wiktora Andriejewicza. - Nie mam nikogo, towarzyszu generale. - Zastan w się. - Chyba że Giennadija Michajłowicza? - Konsula? - Tak. - Dawaj go do ubezpleczania. Niech pobiega trochę z chartaml, bo cośostatnio zadziera nosa. Wiktora Andriejewicza zvłolrisz ze wszystkich operacji w terenie. Kroi mu się bardzo ciekawy wariant.

Nawigator nie ma najmniejszej chęci rozstawać się z otto Velarą z ftrmąbudującą zdumiewająco szybkie i potężne okręty wojenne. Nawi$ator nie ma ochoty czytaćmi otrzymanej depeszy. Po prostu ptzekansje odpowiedź Akwarium: ,,Nie". Szyfr wka nie podaje powod w. W każdym razie kr tka i zdecydowana odmowa oznacza, że lm j znajorny figuruje w centraln1rm komputerze GRU. Gdyby nic nie było o nim wiadomo, odpowiedź byłaby pozytyvnea: ,'Spr bujcie''. Szkoda. Szkoda tracić takiego clekawego gościa. A Dow dca pewnie użala się nade mną' może po raz pierwszy. Widzl, Że za wszelką cenę chcę zostać wreszcie wikingiem. Nie ma wcale ochoty ponownie wclskać mnie między charty. Milczy. Wiem doskonale, Że tam właśnienajbardziej brakuje ludzi'

DIX ch dniach nadeszła szyfr wka z odpowiedzią. l o dw

24r

t"
wrKToR suwoRow

- Towarzyszu generale, jutro pracuJę w ubezplecza' niu. Czy mogę się odmeldować? _ Idź. - I nagły śmiech. - Wiesz, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. - W moim prąpadku jest raczej na odwr t. - WłaśnleŻe nie. Zabronili ci dalszych spotkari, to Ź|e. Tle że skarbnica naszych doświadczeri wzbogaciła się o jeszcze jedno ziarenko.
tarapaty i tylko dzięld temu zawarłeś znajomośćz ciekawym człowiekiem. W naszym fachu najtrudniejszy jest piet.wszy moment, nawią2anie kontaktu. Jak podejśćdo faceta? Jak ząalć rozmowę? Jak utrwalić znajorność?Na przyszłośćgdy Lylko ntajdziesz lnteresującego dla nas człowteka, ładuj się samochodem w jego pojazn. W ten spos b pierwszy kontakt masz załatwiony. Weź od niego adres. Przeproś,zaptośna kielicha. Czym się pan interesuje? MoneĘf? ZnaczW? Mam jeden ciekawy egzernplarz... - Towarzyszu generale, zgadzac7e się płaci zatozbilte samochodf - pytam rozbawlony. _ Zgadzam się - odpowiada z powłżnąminą.

-?? - Wpadłeśw

Rozdział 11
bardziej lrzęznę w bagnie drugorzędnej agenturalnej har wki, zapadam się' tracę wszelką swobodę ruchu' Już stę nie wyrwę' Murarz na budowie potrzebuje do pracy trzech pomocnik w: Jeden miesza zaprawę) drugi podaje cegły' trzeci w miarĘ potrzeby rozfupuje je na poł wki. W agenturalnym zdobyvaniu tnformacji trzeba zrraczllie więcej pomocnik w, a nikomu rrie chce się mleszać zapraury,kaŻdy pragnie od początku by murarzem. Mistrzem moŻesz zostać dopiero, gdy wykłŻesz się, że sam jesteśniegorszy od innych mistrz w, a możr, nawet lepszy. A jak to zrobić, skoro ubezpieczanie pochłania cały czas, noce, niedzlele, święta? Towarzysz Nikołaj Wiktorowicz Podgorny, radziecki pre-

-rr Uzu1ę, jak z każdym dniem coraz

dostę1ru do nle, za to ci
{

gator podle
243

;

fr'

WIKTOR STIWOROW

Sżabu Generalnego, szef Sztabu podlega KC. Ambasadorowie, prezydenci - to tylko karnuf7aż.

'T

AKWARIUM

Do diabła! Skoro prezes, choćby nawet lipny, znlka p ł dnia go wspomirrają żeli ja pewnego dn7a za-

II JeSt mi dobrze. Tak tu cicho i przytulnie. ż:eay tylko nie zasnąć. Jestem zmordowany. Cicha melodia. Siwy pianista, niewątpliwie dobry muąrk, teŻ zntużony jak ja. Przymlors oczy' jego dfugie' zwinne palce tariczą po klawiszach fortepianu' M głby grać w najlepszej wiederiskiej orkiestrze, a produkuje się w wiederiskiej kawiarni .Schwarzenberg". Cry znacie kawiarnię ,,Schwarzenb erg,,? szczerze po|ecam. Jeżeli macie cięŻką, wyczerpującąpracę, zmęczone

Wr"r*.raJem pod stołem zmęczor'enogi.

liku. Podczas upał w wiedericzycy siadają na świeĄlm powietIzu. Przyjemnie, ale to nie dla mnie' Ktośm głby mnie obserwować z oddali. Zawsze wchodzę do środka, skręcam w prawo i zajmuję miejsce w rogu' przy wielkim oknie, zasłoniętym ptzeztocąrsĘrmi biał5rmi firankami , kto wchodzi na salę. Cz Schwarzenbergplatz. Dz Dobrz-e mi samemu w tym przytulnym miejscu. Lustra w seces54'nych ramach. Abstrakcyjne obrazy. puszyste dy_ wany. Dębowa boazena' Cicha melodia. Aromat kawy pobudza i uspokaja zaraz.err. Gdybyrn miał własny pałaryk, zam wiłbym sobie takie właśnieściany,na nich rozwlesiłbym te dekadenckie lustra i obraz5r, kazałbyrn postawić fortepian, zaprosiłbym tego stanrszka pianistę, a sam sieZ wyciągniętymi nogarni i poam wrażenie, że gdzieśjuż tę mi się' Że widzialem już te
244

obrazy na dębowych ścianach i te malutkie stoliki. ocrywiście, Że widzialem. Natura]nie, pamiętam te tagodny aromat i czarującą melodię. Tak, wszystko to jllŻ widzlałem. Dawno, kilka lat temu... Było wielkie, piękne mlasto, cichy plac z tramwajowymi szynami, duŻe okna kawiarni. Na placu, tuż koło kawiarni i białych stolik w stały trzy brudne, zdroŻone czołgs z szerokimi białymi pasaml*. Stały w ciszy. Było upalne lato. Wielkie okna kawiarrri otwarto na oścież i piękna rnluzyka spokojnie, jak leśnystrumyk, sączyŁa się na zewnąttz. Nie wiedzieć czemu zupełnie wyrłźnie wyobraziłem sobie trzy błotem oblepione czołgi z białymi pasami na Schwarzenbergplatz. Czołg ma osobliwy zapach. Nie spos b go pomylić z Żadnyrn innym. Lubicie zapach czołgu? Ja przepadam. Zapach czołgu kojarzy się z metalem, super?otężnymi silnikami, polnymi drogami, z lasami i świeŻą trawą, z przestrzenią i mocą; upaja, jak zapach wina i knyi. Ten zapach nagle odurza mnie w cichej wiederiskĘ kawiarence. IV,!'ajaczą mi się tysiące zabłoconych czołg w na ulicach Wiednia. Kipi miasto ogarnięte strachem, a na ulicach dudntą nieskoriczone kolumny czołg w' Z wąskich ll|iczek, zza zakręt w wyłaniają się wcią! nowe i nowe pźrncerne dinoza:.rry. Wzy zmiarie bieg wbryzgajączarnym dymem t płatami sadzy. Zsrzyt i łoskot. Iskry spod gąsienic. Czarne osmolone tllłarze Żołrierzy. Czołgi na mostach, przed dworcem, przed wspaniałymi pałacami, na szerokich bulwarach i w wąskich uliczkach. Wszędzie czołgl. Starzec z rozlxłianąbiałą brodą krzyczy cośi wymachuje pięścią'Kto go usłyszy? Nie przekrzyczy ryku dieslowskich silnik w. 7-ap źno, staruszku. Kiedy po chodnikach walą podkute buty, kiedy wokoło słychać zgrzyt l łomot niezliczonych czołg w _ za p źno na krzyk. Trzeba strzelać albo milczeć. Miasto wre. Miasto spowite
* Na wszystkich pojazdach bojowych uczestniczących w operacji Dunaj (lnterwencja w Czechosłowacji 1968) wymalowano szerokle blałe pasy' aby można je było odr żnić od tego samego t)pu sprzętu' należącego do armii czechosłowackiej lprzyp. tłum.|.

WIKTOR STIWOROW

AKWARIT'M

dymem. Gdzieś strzelają. Gdzieś krzyczą. Swąd spalonej gumy. Zapach kawy. Z-apachkrwl. Zapach czołg w. Chyba zwariowałem. A może to nie ja, to światoszalał. Szalericami są ci, co na swoich brudnych czołgach wdzierają się do pięknych spokoJnych miast; szalericami są ci, co w7edzą że wcześniejcTy p źniej te czoĘi wtargną na Schwarzenbergrlatz i nic nie robią aby temu zapobiec. Do diabła, a co ze mną? Gdzie jest moje miejsce? Byłem juŻ wymłolicielem. Nigdy więcej. Co robić? Uciec?! Będę Ęł w tym zadzlwiającym świecie naiwnych i beztroskich ludzi. Będę siedział w kaMarni z wyciąginiętymi nogaml i podpartym pollczkiem. Będę shrchał czarującej melodii. Kiedy zjawiąslę czołgi zb1ałymi pasami' będę razem z tfumem krryczał i wgraŻał pięścią.Źteuyć bezradnym obywatelem kraju, po [t rego drogach ze zgrzytern i hukiem sunąpancerne kolumny wyzwolicieli. A czyŻlep(ej być wyzwolicielem?

radziecki ąttachć woj skowy w Wiedniu . Ptze padł. Wyparowal. Wywieziono go do domu, do Zwia7ku. jak to się u nas m wi. Ewakuacja oflce"Ewakuowano", r w GRU i KGB następuje z powodu taŻących błęd w' nier bstwa lub podejrzertia o niedozwolone kontakty, czy teŻ o zarniar ucieczki. Nie mam pojęcia' za co ewakuowano attachć wojskowego. Takich rzecz\r r'igdy się nie m wi. Znknal. Pruepadł. Wfiechał na urlop i nie powr cLł' Zwlapek Radziecki to duży kraj' moŻrla się zgubić. Jego zielonego Mercedesa przejął w spadku pułkownik Cwietajew, nowy attachć wojskowy. Chodzi napuszony, ma się zanacze|nIka' Sąsiedzi z KGB sąprzekonani, Że to on jest Pierwszym Zastępcą. Jednakw GRU' jak w każdej tajnej organŻacji, oficjalnie zajmowane stanowiska nic nie znaczą' Mamy własną hierarchię. Tajną. Zakonspirowaną' Niewidoczną dla świata. Paraduj sobie, pułkowniku'strugaj ważriaka. Ale uważaj, już wkr tce Nawigator wezwie cię na dywanik' aby w zaciszu swojego gabinetu łagodnie poinformować, ż,enIe
246

7m Z-lniknĄ

podlegasz bezpośrednio Jemu osobiścieanl Pierwszemu 7-astępcy,ariteżŻadrrcrl:luzezvlyczajnychzastępc w,lecz po proshr kt remuś z nemuzwiking w. Mo tant. Oficjalnie nadal dłonie, a tw j asystent w stopniu majora albo podpułkownika będzie nosił za tobą teczkę. Ę Mercedesem, on Fordem. Ale to tylko oficjalnie, a strona oficjalna naszej dzlałalnościnie oĘrywa Żadrrcj roli. Szef mafii może w cią lu dnia udawać kelnera, co wcale rtjre ozrtacz4 że dyrektor restauracji ma większą od niego władzę. w GRU obowiązuje ten sam system. SzarŻe, pełnione funkcje - to wszystko Ęlko rn pokaz. Butaforia. Prąrw dc w i najbardziej utalentowarrych oficer w zawsze wycofuje się na dnrgi plan, wystawiając na proscenium r Żnychpyszalk w. Za kulisami obowiąpują nas własne rang, własne szafirc' własna skala wartości.Ttr, za kulisami' wiking rozkazlĄe chartom, trz5rma je za gardło. Wiking zdobywa tajne informacje, llzebago ubezpieczać.Tw j pomocnik już się wybił na wikinga, w zaś,pułkowniku' p ki co jesteś chartem: Pimpęk, Azorek. Będziesz jeŹdz\ł zielonym Mercedesem t osłairiałoperacje swojego pomocnika - Zabłahe uchybienia major wyśmieje cię pubticzrrie w obecnościcałej ekipy operacyjnej .7apoważne błędy wsadzi cię do pudła. To on będz1e ci wystawiał opinię, tw j los spocąrura w jego rękach. Jeden fałszywy krok - i przepadłeś,wyparowałeś. Ewakuacja. Tak było z twoim poprzednikiem. Pamiętaj' za trzy miesiące egzamlrr z'e zrtajorności miasta. Masz zrlać Wiederi lepiej nżwiederiskapolicja! Sto pytan. Musisz dać sto prawidłowych odpowiedzi. Błędna odpowiedź - to błąd w ubeąriec?Anilr, w akcji. To wpadka, skandal' komisja KC, konwejer' więzienie. Jeżeli, pułkowniku, zdasz elzamirr, czeka cię ubezpieczanlle'Będzhesz osłaniał ogony. Bez urlop w. Bez nLedziel i świąt.Bez wytchnienia.

Lsbrieją dwa rodzaje ubezpieczania agenturalnego: beątośrednte i og tne. T\rm razem całanaszadzięlnarezydenfura uczestriczy w akcji bezpośrednlej' Wszyscy bez wyjątku.
247

TIV

I

WIKTOR

STIWOROW

AKWARTUM

Ubezpieczanie koordynuje sam Nawigator. og lną asekurację zapewrriają ambasador ZSRR i konsul generalrry. T}rm razem r wrieŻ nie mająpojęcia, co się święci. Zrtowu dosta]i szyfr wkę zKC, cry|iz.krstancji": obstawiać, osłaniać, bronić własną piersią. Jęzr|i my, ubezpieczarie bezpośrednie,dopuścimy się blędu, ubezpleczarlie og lne postara się odgrodzić nas zasłonąd5rmną. Ambasador zkonsulem mają wtedy podnieśćwrzawę, zarzucać austriackiej poticji potwarz i prowokację, absolutnie wszystkiemu zaprzeczać. Mająbezcznlnie patrzeć w oczy odgrywając niewinnych, gronć pogorszeniem prĄanrych stosunk w i koricem odprężenia, przy1romnieć, żr Armia Czerwona bezinteresownie wyzwoliła Austrię, przypornnieć ofiary wojny i zbrodnie naztzrnu. To ich zadarie. Po to są by w razie błędu z nasz.ej strony osłaniać odwr t. Na razie nie zrobiliśmy żadnego fałszywego kroku. Na razie wszystko tdzie jak po maśle.operacja, kt rą prowadzimy' wymaga zgranej wsp Ęracy kilku rezydentur i wszystkich oficer w operacyjnych z tych plac wek: przez Austrię jedzie silnik czołgowy. Jak na razieprzemierzył już kilka kraj w. Tranzytem. Rzekomy punkt docelowy: Turcja. Jakoby. Austria - to ostatrri trudny etap tej złoŻonej podr Ę. Stąd silrrik pojedzie na Węgry' po czym raptownie zmieni marszrutę. Silnik czołgowy waży l,5 tony. Nasi wikingowie zwę_ dzili go w jakimś kraju i przerzucLllprzez granicę jako zupeheie niewlnne urządzenie. Podr żuje już dośćdługo, przekroczył kolejne granice, zakażdyrn tazerrr zmieniając nazwę,jak nielegalny agent GRU' kt ry w drodze raz po raz ztnieria tożsamość. Teraz kontener z silnikiem znajduje się na terytorium Austrii. W papierach figuruje jako ,,eksper5rmentalny układ zasilania drenażowych system w irygacfinych''. Kraje Azji i Afryki głodują! Przepuśćcie,,eksperymentalny układ zasilania''! Niech wreszcie biedne kraje rozwiąŻą dratnatyczny problem braku Ęurności! Nerwowa praca' cfuęŻka. Kto ni$dy nie miał okazJl tnrdnić się przesyłaniem potężnych ładunk w przez granlce paristwowe, ten nie ma pojęcia, ilu biurokrat w uczestricąl w taktej procedurzel Zko|eIGRU musi mieć 24a

absolutną pewność,Że Żaden z nich nie podejrzewa, jakie jest prawdziwe przeztaczenie .eksperymentalnego układu zasilania". Gdyby jednak kt ryśsię domyślił, powinien szybko otrzyrlrać godziwą rekompensatę za swoją domyślność' mu się opłaciło nie wiedzieć, aby w czymrzecz, Każdego zric}r GRU musi przez caĘ czas tranzytu uważnie kontrolować, przynajmniej z oddali. T}m się właśnie zajmujemy. Na pewno kt ryśznaszych wiking wwierci już dziurkę na order. Silnik czołgowy! Najnowszy! Nie do kopiowania, ma się rozumieć. Do zbadania. Tak samo amerykar1ski producent samochod w u4yścigowych byłby zainteresowany najnowszym japo skim silnikiem Formuły I. Jasny gwint' gdzie m głbym skombinować cośpodobnego? Ciekawych rzeczy jest cała masa. Czasem nawet nietnrdno je zdobyć. Ale Sfużba Informacji kupuje trzy, czteryjednakowe egzemplarze albo dokumenty w r żnych częściach świata - więcej nie potrzeba. Żądają czegoś nowsizego, czego nikt nie rnoŻe zdobyć. Nleraz proponujesz jakieśrewelacje, lecz GRU odpowiada odmownie: _ D^ękujemy, rezydentura dyplomatycr|aw Ttrnisie była szybsza. Dziękujemy, już to mamy. GRU to bezlitosna konkurencja. Utrzymują się Ęlko najsilniejsi.

zas w|ecze się niemiłosiernie. Mam dziśnocną służbę. Jest 2'43' Muszę się przejść,przem c senność'

Prawie wszystkle pomieszczenia rezydentury są pozbawione okien. W caĘm gmachu w Wiedniu są tylko trzy. Trueba opuścićwielką salę, przejśćhol, dalej po schodach, minąć laboratorium fotodekodażu' dojśćdo korytarza C, stamtąd znowu schoda.mi do g ry. Czterdzieści osiem stopni. Ttr właśnie mamy malutki korytarzyk, kt ry prowadzi do mas5rwnych drzwi centrum antenowego. Zkorytałzyka wychodzą trzy okna. To miejsce nazryarny Newslłdm Prospektem' chyba dlatego' ŻekaŻdy z nas, nasiedziawszy się w ciemnościachkazamat w
17

- Akwarim

249

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

rezydentury, stara slę zajrzeć tu na chwilę, by na tych panr metrach przestrzeri zŁapa , choć promyk slorica. od nasąlch roboczych pomieszczert dzielą go mury, przegrody, dziesiątki drz'Wi. obowią2uje tu zakaz omawiania sekretrrych zagadnier1. NiemnĘ ws4rstkie trzy okrn są chronione zgodnie ze specjalrrymi przepisami GRU. Z z-ewnątrz riczyrn się nie r Żnią od' zwykłych okien. Takie same kraĘ' jak w całej ambasadzie. Ale nasze okna są jakby nieco prąrmglone. Z z-ewnątrz nie można dojrzeć, co się dzieje w środku. Grubośćszyb też specjalna, nie do przebicia. Poza Ęrm gnrbe szkło znacznie słabiej wibnrje. Więc gdyby nacelowano nari silne źr dło promieniowania elektromagneĘczrrego' nie będzie mogło słuĘćza rnernbrarrę. Sryby sprawiają wrażenie niestarannie wykonanych - tu trochę grubsze, tam trochę cierisze. Na Ęm dowcip polega: wszystkie nier wnościzostały komputerowo opracowane i ktośnawet dostał nagrodę za pomysł. Gdyby przeciwnikom pr4lszło do głowy wykorz3lstać flasze szyby w charakterze membrany' to nier wne szkło chaotyczrrie rozpraszając padającą wiązkę promieniowania uniemożliwiłoby naleĄĘ odbi r modulowanej drganiami fali. Lufcik w oczywiście nie ma. System wentylacfiny też jest specjalny, chroniony' mało wiem na ten temat. Jedno pewne: okien do tego celu się nie używa. KaŻde okno ma potr jną szybę i ramy z metalu. Pomiędzy poszczeg lne elementy ram włożono miękkie uszczelki, r wnież w celu zmniejszenia wibracji. Szyby wewnętrzna i zewnętrznaryglądająjak zwykłe szkło, ale wystarczy prĄrzeć się wewnętrznej, by zauwaĘć, że Żadna z nich nie jest płaska' Wszystkie szyby sąlekko zgięte,ktżdama inny kąt nachylenia, teżwyliczony komputerowo. To r wnież shlĘ uniemożliwieniu podsfuchu. Mury, rzecz jasna, chronione sąjeszcze lepĘ. Zwhaszcza tam' pod ziemią. Za oL<nami - nieprzenikniona noc. Wiedziałem o t5rm. Przyszedłem tu tylko po to, żeby pochodzić.po schodach i korytarzach. Jestem oficerem dyżurnym i nie mam prawa zasnąć. Cała nocna zrriana pracuje praktycznie bez mojego udziafu. Grupa TS na okrąglo' przez całą dobę prowadzi nasfuch i dekodaż depesz wojskowych i rządowych. Gru250

pa kontroli takŹe prowadzi nasfuch, ale to zupekrie inrra spravra. TS pracuje dla Sh"lżby Informacji GRU, zdobyva szczątkowe dane, na podstawie kt rych punkt dowodzenia i centralny komputer bezustannie modeĘą obraz sytuacji w świecie' Grupa kontroli radiowej ma inną, choć nie mniej odpowiedzialną funkcję' Pracuje wyĘcznie na rzecz naszej rezydentury. Radiokontrola śledzi działalność wiederiskiej policji. Jest na bieŻąco zorientowana, co robi polĘa' kogo inwigilują jej cywilni agenci. Radiokontrola zawsze może powiedzieć, że dziśśledzihoni pod dworcem Jakiegoś podejrzanego Araba, awczoraj wsąrstkie sity policfne brały udział w osaczarriu grupy handlarzy narkoĘkami. Bardzo często nie spos b roz.szyfrować poczyna policji, ale nawet w takiej sytuacji grupa kontroli radiowej rr:'oże z wielką dokładnościąostrzec, w jakim rejonie miasta ma miejsce tarńezrozumiała aktyvrność. opr cz grup nasfuchu nocny dyŻur mająteŻŁącznościowcyi szyfranci' ale nie mam prawa wtrącać się do lch pracy. Po co więc sterczę tu przez całą noc? To konieczne. Przecież pracuje kilka gnrp, niepodporządkowanych sobie wzajemnie. To znaczy, że ktośmusi stać nad nimi. Dlatego dyżurujemy po nocach' Jestem nnyczajnym oficerem operacfinym, nie mam szczeg lnych zasług' ale w ich oczach stanowię uosobtenie władzy. Nieważne, czy jestem wiking czy chart. Należę do wyŻszej kasĘ' Zdobywam informacje, stoję wtęc wyżej niŻ ci' kt rzy nie mają bezpośrednich kontakt w z cudzoziemcami. Dla każdego z rljctr, niezafeŻnie od wojskowego stopnia, zostać oficerem operacsnym to plękne, lecz nieosiągalne marzenie. - Wiktorze Andriejewtczu, kawki? To Borys, trzeci szyfrant. Nudzi się, nie ma nic do foboty. Gł wny odbiornik milczy' w odbiorniku radiostacji agenturalnej cisza. - Tak, poproszę. Zarn7erzałem skoriczyć opis znal.eziollych przeze lr-;rn7e lądowisk dla brygady Specnazu 6. Gwardyjskiej Armii Pancernej. Na polecenie GRU wyszukałem trzy odpowlednie miejsca. Na wypadek wojny. Ale gdy Boria wy|ezte ze swojej dziury, nie ma co marzyć o dalszej pracy.

25t

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

- Nie, Boria, dziękuję' Nigdy nie słodzę. Boria jest żarliwym czcicielem bogini Wenus. Wszyscy szyfranci GRU i KGB' rozproszeni po świecieskładają jej hołdy. Boria lvrc, Że mam masę roboĘ, krąży wok ł mnie, usiłuj ąc odciągnąć moj ą uwag ę od przyszłej wojny i skierować na kwestie bardziej pasjonujące. - Wiktorze Andriejewiczu! - Co takiego? - nie odrywam się od zeszytu. - Kurierzy przywieźli nowy wierszyk. - Świr1ski, ma się rozurnieć? - Innych nie zbierają' - Pies ci mordę lizał! Powiedz sw j wierszyk. Boria odchrząJ<naJ., przyjł pozę rec5rtatora:
o jedngmmarzę: Bez dupg _ nie mogę!

-

Cukru?

Gdg po rosie łażę' obmgtua mt nogę'

I

To juŻ' Boria' dawno słyszałem. Zmarkotniał, ale tylko na moment: - Mieliśmyw Leningradzie takiego jednego cierpiętnika. Poeta pełną gębą:

_

Miasto moich sn u! Wszgscg Ludzie - bladzie. A jajestem zuch!

Le ning r adzie, Lening r adzie !

Nie da mi spokoju. A nie mogę psuć sobie z nim stosunk w, bo co prawda szyfranci to n1ższa kasta, ale za to są najbliżej Nawigatora, jak wierni lokaje. Nie mam

ochoty zagłęblać się w jego poezję, a|e też byłoby nierozsądne przerwać mu w p łzdania' Lepiej sprowadzić dyskusję na inny temat: w - Służyłeś sztabie Leningradzkiego okręgu? Nie, w Ósm5rm Wydziale sztabu 7. Armii. - A potem? - Potem prosto do Watutinek.
252

Ho, ho! Watutinki to otoczone ścisłą tajemnicą miasteczko pod Moskwą. Centralna stacja odbiorcza GRU. Tam wszystko jest tajne, nawet cmentarz. Watutinki to istny raj i podobnie jak prawdziwy bibtijny raj posiada jedną niedogodność:nie ma stamtąd wyjścia.JeŻeli ktośtraJi do Watutinek' może być pewny, Że będzie pochowany na tamtejszym tajnym cmentarzu. Zdarza się, że kt ryśze szczęściarzyz-amkniętych w tym rajskim zakątku zostaje oddelegowany zagralicę. Jednak jego irycie wcale nie jest przez to bardziej urozmaicone' Wszyscy sąrfranci zatrudnieni w rezydenturze mają ściśle :uqtzrraczofle stresl, w kt rych wolno im się poruszać. KaŻdy ma własną. W przypadku Borii jest to szesnaściepokoi, łącznie z tym, w kt rym mieszka, wielką salą, gabinetem Nawi$atora i jego zastępc w. Dalej nie ma prawa wysunąć nosa' opuszczeriewznaczonej streĄl jest przestępstwem. }lm bardziej opuszczenie ambasady. W tej strefie Boria spędzi dwa lata' po czym zostanie odwieziony do Watutinek. Do żony Boria nie jeździ. Jest przewoż-ony. Pod eskortą. Ale Boria jest zadowolony. Większośćz tych, kt rzy wylądowali w Watutinkach, w og le nie opuszcza graric miasteczka. A przecież i oni Są szczęściarzami'w por wnaniu z tysiącami szyfrant w' służących w sztabach okręg w, flot i armii. Dla nich Watutinki są Ęlko pięknym, rieziszczalnSrm marzeniem. - Wiktorze Andriejewiczu' opowiedzcie, proszę, coś o prosĘtutkach. Już wkr tce WTacam' W Watutinkach chłopaki mnie wyśmieją:byłeś Wiedniu i nie przywiow złeś Żadny ch opowiastek. - Boria, nie mam zielonego pojęcia o prostytutkach. Ręczę głową, Że Borla nie prowokuje mnie na odg rne polecenie, po prostu jest ciekaw. Szyfranta wracającego z wielkiego światado Watutinek ocenia się wyłącznie wedfug jego repertuaru na tematy seksualne. Ws4rscy wiedzą, że w ambasadzie miał bardzo ograniczony teren poruszania się, czasem tylko pięć pokoi' KaŻdy rozumie, że te jego historie to czysta bujda, Żę żaden oficer operacyjny nigdy nie pozwoli sobie na takie zvłierzenia, nile-

-

WIKTOR

STIWOROW

mniej w Watutinkach zdolny gaulędziarz nie ma ceny, jak b ajarz wśrd niepiśmiennych. - Wiktorze Andriejewiczu' no proszę was, opowiedzcle o prosĘtutkach. Co, tak zvtlyczajnie stoją na ulicy? A jak ubrane? Wiktorze Andriejewiczu, wiem, że się do nich nie zb|iŻacie, ale jak one wyglądająz daleka? Przed l 945 rokiem Ę cie szyfrant w wyglądało zupełnie inaczej' Cieszyli się nieograniczortą swobodą. Mieli prawo poruszać się po gmachu ambasady, czasem moEli ją nawet opuszczać. Z obsta:wą, ma się rozumieć. Byli jednak wolni. Na świętamogli jechać do Watutlnek, a po roku służby przysługiwał im mlesięczny urlop. Taki system pracy stwarzał szyfrantom wiele pokus. We wrześniu 1945 roku Igor Guzenko, szyfrant w ambasadzie radzieckiej w Ottawie, skorzystał ze sposobnoUcieczka Guzenki była dla zsRR szokiem, por wnywalnym z wybuchem II wojny światowej. W owym czasie, podobnie jak dziśGRU swoje operacje w5rmierzone w dany kraj prowadziło z terytorium innego kraju' Kanadyjska ekipa GRU miała na celowniku USA. Pod koniec II wojny światoweJ rezydentura w ottawie odniosła ogromny sukces' Rezultaty były tak zdumiewające, Że rla czele Akwarium musiał na pewlen czas stanąć pierwszy zastępca szefa GRU, bowiem sam szef osobiście kierował Pracą rezydentury w ottawie. W apogeum tej operacji Igor Guzenko zwr c1ł się do władz kanadyjskich o azy| poliĘczny. Zach d dowledział się ze zdumierliem, że Moskwa jest już w posiadaniu plan w amerykariskiej bomby atomowej. Dla szyfrant w nastały ciężkie czasy. Wszelka pr ba ucieczki stała się nie do pomyślenia. Przewidziano najbardziej karkołomne warianty: $dyby samolot wiozący szyfranta stan{ nagle w płomieniach i zacza}. spadać, szef eskorty rna rozkaz zastrze|Ić swojego ',podopiecznego". Podobnie kurier dyplomatyczny: gdyby w sytuacji zagroŻenia uznal' Że za'wartość kontenera może dostać się w niepoŻądarrc ręce, ma polecenie złarnać pieczęcie i wcisnąć czervyony guzik.
254

i '

AKWARIUM

przechodtl7 w za ręce

Wiktorze Andriejewiczu, cZ'I to prawda' że łapLą i zapraszają, by się z nirlJ ptzespali?

ści-iwybrałwolność.

Prostytucja to zaw d, puszczanie się to hobby' Anastazja, żona Bori, należy do tej drugiej kategorii. Siedzi trż obok' !łaszcząc mnie po ramieniu. Trzymam ręce na kierownicy i nie mogę jej w Ęm przeszkodzlć. Śmiejąc się m wi, Że to ze strachu przed zdetzeriem z nadjeŻdŻającyrn z przeciwka, że po prostu chciałaby mi pom c. Gdy z przeci:wka nlc nie jedzie, Jej ręka zostaje na moim ramieniu. Anastazja wielbi Wenus jak jej maŁonek. Ęle, że on siedzi w klatce, a ona może fruwać swobodnie. Siedzt koło mnie. Ma piękne kolana' Żony szyfrant w nie mają dostępu do Źadnych taje_ mnic, dlatego mogą cieszyć się względną swobodą' Raz na miesiąc, nawet częśctej'mają prawo opuścićambasadę w towarzystwie raczej niepoważnej eskorty: jednego oficera operacyjnego. Naturalnie, nie wolno im przebywać poza ambasadą po ztnierzchu ani wchodzić do wielkich supermarket w, skąd mogłyby zostać porwane' Wszelkie rozmowy ze sprzedawcami są zabronlone, zresztą nie mają prawa znać Żadnych język w obcych, więc zmuszone są porozumiewać się na migi. - Witia. - Nie m wi do mnie "Wiktorze Andriejewiczu" Inl.erozr żnia stopni. Całąludzkość dzieli namęŻczyzn t kobiety. Wśrd mężczyzn wyr Żrna dwa gatunki: seksualnie aktyrłneych, i resztę. Najwyraźniej zaliczyła mnie do tej pierwszej grupy. - Witia, byliśmyjużw skleple i mamy czyste sumienle. Może zabrałbyśmnie do klna? - Na co? - Najlepiej na jakiśfllm miłosny. - To jest zabronione. - Wiesz, Witia' w Somali mieliśmyNawigatora: generał-major Szerstniew, moŻe znasz?.'. kt ry powiedział ml kiedyś:gdy masz pewność,że nikt trzeci się nie dowie, rnoŻesz robić to, na co masz ochotę. W przeciwnym razie życie nie byłoby zbyt interesujące.
255

q'
I

WIKTOR SUWOROW
I co' robiłaśznirn, to, o czyrn nikt trzeci nie wiedział? Robiłam, Witia. Ale możemy być śledzeni... Witia, jesteśoficerem operacyjn1rm, wiesz, jak się przekonać...

AKWARIUM

-

wszech sił stara się zniknąć w cieniu, wystawiając ubezptecz-ające charty na pastwę policyjnych szperaczy. Policja austriacka jest niezwykle poczciwa, ale nawet ona traci cierpliwość. Nie wydalająnas publicznie, to jasne nie jesteśmy wszak w Wielkiej Brytanii' Niemniej w Austn1 teŻ czasem zdarza się jakaśekspulsja. Po cichu, bez zbędnego hałasu' Skoro nie potrafisz pracować w Austrii, to czyŻrnoŻna wysłać cię do Holarrdii, gdzie policja całkiem serio traktuje swoją robo!ę a]bo do Kanady, gdzie warunki i perspektylvy dawno juŻ przestały prrypominać stare dobre czasy? Każdy wiking pozostaje w cieniu, kaŻdy chart znany jest całemu światu. Wikirrgowie shrszrrie robią wystawiając nas na sttza]', zasłaniając się nasząnieporadnościąi ignorancją. Ale i ja zostarrę wlldngiem, na mur! Choćbym miał nie spać całe noce' nlo.jdę dojściado tajemnic! Wszystko' czego :uczono nas w Akademii' trąci myszką; chwyty, stosowane co najmnlej od dwudziestu lat, wielokrotnie już wykorzystane do nicze$o nie prowadzą' Nie ma rady, trzeba sz:ukać nowych dr g' Może to zabrzrlri dziwnie, ale dla rozbudzenia w nas tej specyficznej wyobraźri, nieodzownej w działaniach nielegalnych, przestępczych' zrnluszarLo nas do czytania kryminał w. Chodziło raczej o pobudzenie krytycznego stosunku do poczyna i decyzji innych. Autorzy kr5rminał w, to przecieŻ specjaliści od zabawiania publiczności,a nie zawodowcy od zdobywania tajemnic. Ale jak wykonać zadanie zdobycia nowego typu broni, skoro o tej broni nle wiadomo nic. NIC' Swiat w og le się jeszcze rtie domyśla'że podobna brori może istnieć. Aprze256

vI -1 \-rierpię na dotkliwy brak wyobraźni. Wielka szkoda. Oficer, kt ry samodzielnie planuje swoje posunięcia, ze

cież GRU rozpoczęło łowy na amerykariską bombę atomową' $dy nikt na świecie nawet nie podejrzewał, Że rnoŻIla cośtakiego stworzyć, gdy sam prezydent USA nie potrafił jeszcze docenić jej znaczerlia. Aby nauczyć nas złodziejskiego podejścia do zdobyvania informacji, wożono nas do tajnego dziafu Muzeum KryminalisĘki, ul. Pietrowka 38. Moskiewska milicja nie miała' naturalnie, pojęcia, kim jesteśmy. Mrrzeum odwiedza masa tajnych delegacji z MWD, zKGB, z Kontroli Ludowej, z Komsomofu' diabli wiedzą skąd jeszcze. Wszysry powinni rozwijać kryminalny spos b myślenia. Ciekawe muzeum, nie powiem. NajbardzĘ spodobała mi się masz}ma do robienia pieniędzy. Model opracowali studenci moskiewskiej Wyższej Szkoły Techniczrrej i sprzedali Gruzinom za IO.OOO rubli: potrzebujemy prawdziwej forsy, a taką mas4rnę możemy sobie zrobić jeszcze jedną' Pokazali, gdzie nalewać farbę, spirytus' jak wkładać papier. Zakręcrli korbą- wylatująwspaniałe, szeIeszczące dziesięcionrbl wki. Zaden ekspert nie był ich w stanie odr Żrnć od prawdziwych banknot w. Studenci lprzedzli nabywc w: nie przeginajcie pały, chciwośćgubi frajer w! Nie przegrzewajcie urządzenia' bo filigrany mogą stracić kontrast. Gruzini spakowali manatki' uzięli aparat - i do Gruzji. Siedzą wieczorami' drukują pienią|ki' Raptem masz1ma się zacięła. Trzeba było wciągnąć do szajki mechanika. Przyszedł, zdjął wieko - i tylko gwizdn{. Zrobill was w konia, powiada. Ta masąma nie dnrkuje fałszywych pieniędzy. W środku było sto prawdziwych banknot w. Przekręcisz korbkę - wylaĘe nowiutka dycha. ALe juŻ się skoriczyły. Koniec, szlus, rnc juŻ więcej nie wyskoczy. Gnrzini na milicję. Student w złapano _ l po tt4l lata za oszustwo. Gnrzinom - po dziesięć. Za zarn7ar i pr bę robienia fałszywych pieniędzy. Shrsznie: studenci oszukali tylko Gmzin w, a Gmzini chcieli oszukiwać nasze robotniczo-chłopskie par1stwo. Mają ludzie głoury, mają fantazję. A ja co wymyślę?

$
li
{

AKWARIUM

Rozdział L2
rt potowante nal sobole. Ttzeba mierzyć prosto w oko' żeby nte zniszczyć futerka' Prawdziwy myśliwynie ma z tym trudności. Wytropić sobola w tajdze - to dopiero wielka sztuka. GRU poluje na ludzi mających dostęp do tajemnlc. Jest ich niemało. Sęk w tym, Że doradcę prezydenta, konstruktora rakiet czy generała sztabowego oddzielają od nas goryle, zasieki, psy wartownicze. GRU poszukuje taktch' kt rzy mają dostęp do poufnych irrformacji, a mieszkają samotnie, bez ochrony, nie mają przed sobą śwletlanychperspektyw, nie inkasują zawrotrrych honorari w i potrzebująpieniędzy' Jak ich znalęźć?Jak ich wyłuskać w morzu osobnik w stykających się z tajną informacją? Nie wiecie? Bo ja wiem! Terazjuż wiem' Wpadłem na wyśmienity pomysł. Naj$orzej' Żew żaden spos b nie mogę dostać się do Nawigatora. Od wielu dni siedzi zaszyĘ w swoim gabinecie, jak w cell, nikogo nte przyjmuje' Pierwszy Zastępca chodzi wściekĘjak pies. Lepiej nie zb||żać się do niego. on teŻ prawie na okrą iło przesiaduje w gabinecie dow dcy. Jest tam z rimi Piotr Jegorowicz Dunajec. oficjalnie pełni funkcję wicekonsula, nieoficjalnie jest
258

pułkownikiem GRU, zastępcąNawigatora . T eraz do tego dobranego towarzystwa dołączyłkontradmirał Bodnar zastępca szefa I Zarządu GRU. Przyleciał do Wiednia w składzie jakiejś delegacji - cywilnej' ma się rozumleć. Delegacja nie widziała go w o$ le na oczy. Ma ważniejsze sprawy na głovrie. Całe towarzystwo - generał, kontradmirał i dw ch pułkownik w _ z rzadka tylko opuszcza gabinet, siedzą jak stachanowcy w kopalni. CzyŻby atakowali nolvy rekord świata? Żenia' piąty szyfrant, zanosl lm do gabinetu posiłki śrriadanie, obiad, kolacje. Wynosi stamtąd pełne tace na talerzach wszystko zimne, nietknięte; w5mosi sterty filiżanek po kawie, piramidy niedopałk w. Co slę tam dzieje? żknia, oczywiście,nie ma o tym zielonego pojęcia. Wszystkie szyfr wki do i od dow dcy przechodząwyłącznie ptzez ręce Aleksandra Iwanowicza - pierwszego szyfranta. Ale ten ma zawsze kamienną gębę bez :uqlraz:u. Nie ma wąĘliwości:chodzi o tak zvłaĄ ',lokalŻację wsypy''. Wszystko zdaje się wskazywać, że tym tazetn ws}ł)a jest poważna. Trzeba odcinać wszelkie nici, kt re mogłyby naprowadzić policję na trop. Do gabinehr wTywani sąpojedynczo najlepsi znaj|epszych wlking w rezydentury' a po kr tkim instnrktażtr ntkająna kilka dni. Nie mam pojęcia, co robią w Ęrm czasie' Jedno pewne: zacierają ślady' Jak? MoŻna się Ęlko domyślać. Wręczająagentom pieniądze i pasąrorĘ: wiej do Chile' wyr5rwaj do Paragwaju' szmalu starczy ci na całe życie. Nie wsąlscy mają Łakie szczęście' W tej prze stawką jest bezpieczeristwo GRU' Czy potężna orgarrizacja zdoła, jakzawsze, pozostać w cieniu, czy też jak KGB i CIA stanie się fupem sensaq[nych' bulwarowych gazet? GRU musi za wszelką cenę oddalić się w mrok, dlatego energicznie przecina nici. Ktoś w nagrodę za|atawiernej sfużby zprzeraź|lvłyrnkrzykiem wpada pod pociąg. KtŃ utonął w kąlieli. Każdemu może slę ptzydarzyć. Najczęściej dochodzi do wypadk w samochodowych. GRU, jak anakonda, nigdy nie zabija dla przyjemności. GRU zabijatylko w ostateczności, ale zabilja pewnie i czysto. Szarpie nerw)r taka robota. Dlatego lepĘ teraz nie zblriŻać się do Pierwszego Zastępcy.

WIKTOR

STIWOROW

AKWARTUM

zgabicię twoja dobroć' Nie można być takim dobrym' Człowiek powinien być dobry Ęlko do określonej lranicy' Potem albo sam będzlesz gryzł, atbo inni cię Zagryzą. Darwin nawet uzasadnił naukowo to prawo. PrzeĘć może tylko najsilniejszy. Powiadają że ta teoria stosuje się tylko do zvłierząt Słusznie' Ale przecIeŻ i my jesteśrnynrłierzętami. Mało czytn się r żnimy. Zwierzęta nie mają chor b weneryczlrych, a ludzie mają. Co jeszcze? Tlko uśmiech. Człowiek potrafi się uśmiechać.Ęle że od tych uśmiech w świaiwcale nie staje się lepszy. A utrzymanie się prąl Ęciu to cią$ła walka, walka o miejsce pod słoricem. Nie bądź mięcźakiem, Witia i niebądż dobry. Zatratują. P beoc już dawno minęta. od Dunaju ciągnie chłodem. Gdzieś daleko ląduje samolot. Deszczustał, z drzew spadają ostatnie ciężkie krople. Naprzeciw mnie siedzi ze smętną miną Pierwsry Z-astępca. Co prawda nie jest już Pierwsz5rm Zastępcą, ale naąrwamy go takzprzyźwyćzajenia. Tęraz to po prostu pułkownik GRU MikoĘ Tarasowicz Moroz, oficer operacyjny działający pod przykrywką dyplomaĘczną. Nie jest to wiele. Pułkownili GRU lo też nievdele. Pułkovmik w mźrmy w GRU nakopy. Liczy się nie stopie , tylko osiągnięcia i zajmowana pozycja. Pułkownik operacyjny moŻe być zwyczajnym chartem, jak wojskowl attad , kt rych ewakuowano jednego po drugim. MoŻe teŻ być wydajnym, pewnym siebie wit ingiem' Pułkownik może być zastępcą Szefa albo Pielwszym Zastępcą. w pevrrrych przypadkach może być nawet Szefem jakiejś niewielkiej rezydentury dyplomatycznej albo nielegakrej. Teraz pułkowrrik Mikołaj Tarasowicz Moroz został ściągniętyz przedostatniego sz.rzrcblra rta sam d ł. Lokalizacja wpadki dobiegła korica. Usunięto Pierwszego Zastępcę. Trzy charty, kt re zawsze go ubezpieczaĘ, ewakuowano do Moskwy. Wsąlstko ucichło. Jakby nic się nie stało. Sko czyła się władza pułkownika Moroza. Na razie nie przysłano nikogo na jego miejsce, więc Nawigator kieruje nami osobiściei poprzez swoich zastępc w' Nie jest mu łatwo bez Pierwszego Zastępcy, ale szczerze
260

Wr."", Witia'

n

m wiąc Nawi$ator też się specjalnie nie wyslla. Wszystko jakośtoczy się samo przez się. Upadek Pierwszego Zastępcy przeĘŁkaŻdy irraczej. Dla oficer w TS, radiokontroli, fotodekodażu, sąirfrant w i całej reszĘ nie biorącej udziału w zdobywaniu informacji, pułkownik Moroz wciĘpozostaje p łbogiem. Wszak nadal jest oficerem operacfrnym! Ale wśrd nas, operacyjnych, r Żnie się do niego odnoszą' oczywiście,kapitanow'ie, majotz5r i podpułkownicy nie pozołalają sobie na żadne wyskoki. To prawda, że ma taką samą jak oni po4lcję, ale zawsze to pułkownik. Natomiast w grupie pułkownik w, z$rłaszcza tych mniej rzutkich, słyszy się Ęiny pod jego adresem. Ciekawa jest natura ludzka: pierwsi do szyderstw są ci, kt rzy wczoraj najbardziej mu się podliąrwali. Podobno prĄaa ł poznaje się w biedzie. Mikołaj Tarasowicz nte obraża się' nie odcina się. Mikołaj Tarasowicz pije. Ostro p{e. Nawigator patrzy przez palce: niech pije, ma powody. Cośmi się widzi, że NawĘator sam też pociąga' Boria, trzeci szyfrant, powiada, że Nawigator zaszwa się w gabinecie i pije do lusterka, bo uważa plcie w samotnościza poważny objaw alkoholizmu' Nte wiem, czy Bona Żartuje, czy m wi prawdę, wiem Ęlko, Że trzy miesiące temu nie odważyłby się na takie żnrĘ, rne zdradzalby osobistych tajemnic dow dcy. osłabławidać ręka Nawigatora, ojczulka naszego. Być może spotykają się czasem z byĘn Pierwszym 7astępcąi pociagają we dw ch po kryJomu. Ale Stary potrafi zachować to w tajemnicy, a MikołaJ Tarasowicz niwet się nie krg'e' Dziświecz r pędzę w uleumym deszczu do samochodu, a ten biedaczyna, caĘ przemoczotly, nie może trafić kluczykiem do zamka swojego Citroćna' - Mikołaju Tarasowiczu, wsiadajcie, podrzucę was do domu! - Ajak ja' Witia' wr cę rano do ambasady? - Wpadnę po was. Jedziemy. - Słuchaj' Witta, może po kielichu? JakŻe miałbym odm wić? Zavłiozłemgo za Dunaj, mam tam kilka fajnych niedrogich miejsc, mało kt ry wywiad o nich wie. Pijemy.
26r

WIKTOR SUWOROW

AKWARITIM

Dobry z ciebie człowiek' Witia. Nie można tak. WypoŻre. Powiadają Że |udzie to bestie' Nic podobnego, ludzie są gorsi od zwierząt. Są okrutni jak gołębie . - Mikołaju Tarasowiczu, jeszcze wszystko wr ci do normy' nie warto się zamartwiać. Nawigator ma was za brata, wstawi się gdzie trzeba' Macie wielkie chodywAkwarium: w naszyrn Zarządzie i w Informacji... - Wszystko to prawda, Witia... Ale wiesz... to tajemnica. Miałem wpadkę... PotęŻną... Doszło do Komitetu Centralnego'.. tll juŻ nie pomogą nawet moje chody w Akwarium' Dlaczego, myślisz,jeszcze tu jestem? No bo jak by to wyglądało: w jednym kraju toczy się proces o szpiegostwo, a z sąpiedniego znikają radzieccy dyplomaci... Dziennikarze cwaniaki zaraz się zorientują, skojarzą! Aha, przyznają się do winy, zacierająślady!''. Dla polityki odprężenia to jak sierpem przez gardło. Tymczasem jestem w Wiedniu. Trochę wszystko przycichnie, przyschnie' wtedy mnie zabiorą, odeślą.Ewakuacja. - A gdybyśmy zdĘyli zwerbować jakiegośważniaka? Patrzy na mnie markotnym wzrokiem. Trochę mi niezręcznie za to, co powiedziałem. obaj wiemy, Że cud w nie ma. Ale cośmu się spodobało w moich słowach i uśmiecha się do mnie smutno. - Wiesz co, Suworow, dzisiaj za dlsżo gadam, chociaŻ nie mam prawa. Gadam tak, bo jestem pijany, a jeszcze dlatego, że spośrd zrrajomych jesteś chyba najmniej zarażnny podłością.Sfuchaj' Suworow i pamiętaj: teraz w naszej Zgrai nastało kompletrre toz|uźrienie, p Łdrzernka' jak po stosunku. Dlate$o tak się dzieje, że Nawi$ator dostał po $owie, ledwo się utrzymał, mnie wywalono, tr arvyt'nielegalny ch" przrz Austrlę chwilowo zawieszony, cały potok zdoblej dokumentacji płynie do Alnvarium innymi kanałami. Większościwydaje się, Że nic nie trzeba robić. Wszyscy rozleniwili się, rozbisurmanili bez cięŻkiej ręki ojczulka. To nie potrwa dhrgo. Nasza zgraja straciła niesłychanie cenne Źr dło informacji i KC niebawem ntun to wypomni. Stary łvpadnie w firrię. Wtedy każdemu wystawi rachunek, kazdego weŹmie w karby i znajdzie ofiarę' by jązłoĘćna ołtarzu radzieckiego wywiadu wojsko-

ciĘniesz człowieka z biedy, a on cię

-

wego. Żeby xrtym odeszła ochota do obijania się. Miej się'

Wiktor, na baczności. Wkr tce przyniosą Staremu szyfr wkę od Kira. Stary jest strasznyw swoim gniewie, wiele karier roztrzaska.I sfuszrrie. Na diabła czekająna instrukcje jak stado baran v/?! Wiktor, pracuj juŻ dnś.Jutro laaoŻebyć zap źno. Sfuchaj mojej rady... - Mikołaju Tarasowiczu, mam jeden niezły pomysł, ile juŻ od dawna nie mogę się przebić do Nawi$atora' Może jutro spr buję? _ Nie radzęcr, Witia, nie radzę. Poczekaj, wkr tcezacznie wąrwać każdego po kolei na d1rwanik, na sąd ostateczrry, wtedy powiesz, jaki masz pomysł. łlko nic mi nie m w, mnie nie masz prawa opowiadać swoich koncept w. Zr esztą m głbym c1 teŻ sptzątrtąć j akiśpomysł. Piekielnie potrzebuję teraz pomysł w. Nie boisz się? - Ani trochę. - Na pr Żno, Suworoq na pr imo' Jestem takie samo bydlęjak inni. Może nawet gorsze. No to co, moŻerla dupy? _ JuŻ p źno, Mikołaju Tarasowiczu. - Najlepsza pora. Chodź, pokaŻę ci takie dziewczynki' że padniesz! Nie b j slę' chodź. W og le nie mam nic przeciwko temu, żeby rzllcić okiem na dziewczynki. Wcale się go nie boję. Chociź ma slę za zvłierzę, chociaŻ ręka jego prąrwykła do zadawania śmierci, mimo wsz5lstko jest człowiekiem. Rzadki okaz pośrd tysięcy dwunogich bestii, jalrie spotkałem na swojej drodze. Jestem bardziej znierzęcherlrriżon, mam normalnie rozwinięĘ instynkt rozrodczy i wcale nie gorzej - instynkt zachowawcryr, kt ry mi podpowiada, że facet jest na bani i może nas wpakowaćw nlezłąkabaĘ. Ato ozrlacza ewalnrację. _ P źno juŻ. Mikołaj Tarasowicz wie, że nie mam nic przeciwko dzievłczynkorn, Że lubię rozluźnićsię w ich towarzystwie, ale że dziśnie p jdę. Nie protestuje .

Iludzie dz1elą się na kapitalist w i socjalist w. Jedni l drudzy potrzebują pieniędzy. R żnią ich tylko metody
zdobywania . JeŻel1 kapitalista potrzebuje pieniędzy, ostro

TtrI

262

wrrToR srrwoRow

AKWARIUM

U kapitalist w podobnie jak u socjalist w wszystko jest jasne i logiczne. Ja zaśnaleŻę do jakiejśniezrozumiałej kategorii. W nasąrm społecze shnrie wszystko stoi na głowie. U nas też każdy potrzebuje forsy, jednak powszechnie uważa się' że nie uchodzi rozmawlać o pieniąrlząch, a robić je - to przestępstwo' Nie społeczeristwo' a diabli wiedzą co. Gdybym naleinł do normalnego spoleczeristwa' niezawodnie zostałbym socjalistą: strajkowałbym na okrąglo iw ten spos b doszedłbym do wiellriej fortrrny. Mam teraz ochotę myślećo czymkolwiek, o kapitalistach, o socjalistach, o świetlanej przyszłościnaszej planeĘ' lłdedy wszyscy JuŻ znstaną socjalistami' gdy każdy będzie miał swoje prawa i żadnych obowląpk w. W og le mam ochotę uciec myślamiJak najdalej, zastanawiać się nad wszystkim, tylko nie nad tym, co rnrię czeka za chwilę za pancernymi drzwiami Nawigatora. Straszny jest Stary w swoim gniewie. Straszny zulłaszc?A' w chwili, $dy otrzymuje szyfr wkę od Kira' Na polecenie Starego, Aleksander lwanowicz, plerwszy szyfrant, odczytał depeszę z naszej zgrai. ostra "Instancji" całej depesza. Jeden za drugim pomaszerowali pułkownicy na dywanik. Stanęli pr zed obliczem. Za pułkownlkami - podpuŁ kownicy. Nie patyczkuje stę Stary, szybko zapadajądecyzje. Wkr tce moja kolej... Strach.
Referuj. Ttrrystyka alpejska. Turystyka alpejska? - Nawtgator wolno unosi się z fotela. - Powtedziałeś:turystyka alpeJska? _ Nie może usiedzieć. Szybkimi krokami przemierza pok j ipatrząc $dzieśnade mną powtarza: - Turystyka al-pej-ska' Palcem wskazującym prawej dłoni dotkn$ wielkiego czoła 7 z miejsca nacelował go na mnie, jak pistolet: _ Zaulsze wiedziałem, że masz głowę na karku. Rozsiada się w fotelu. Pomarariczowy odblask lampy zaświeciłw rozumnych oczach.
26'4

zabiera się do pracy. JeŻeh socjalista potruebuje pieniędzy, ratca robotę i innych namawia, by poszli w jego ślady.

-

Opowiedz mi o alpejskiej turystyce. Towa:zyszu gęnera]e, VI Flota amerykariska kontroluje Morze Śr dziemne. Jasna Sprawa, że GRU śledziich z Woch, Grecji, Turcji, Syrii, Libanu, Egiptu, Libii, Tunezji, Algierii, Maroka, Hiszpanii' Francji' z MalŁy, z Cypru, z satelit w, z ol<ręt w piątej eskadry. M Flotę możemy obserwować teŻ od wewnątrz, nie tylko z boku. Punkt obserwacyjny: AIpy Austriackie. To jasne, Że rlasze doświadczenia będą wykorzystane niebawem w Szwajcarii i w innych krajach' ale to my będziemy pierwsi. M Flota amerykariska to żyłazłota' Lotrriskowce atomowe, najnowocześniejszesamoloty' okęty podwodne, oklęty desantowe, a na nich czoĘ, arĘleria, wszelkie uzbrojenie wojsk lądowych. W M Flocie jest wszystko: ładunki jądrowe, reaktory atomowe, elektronika... Shrcha nie przerywając. - ...Sfużba w M Flocie, to zarazem możliwośćzobaczerlia co nieco w Europie; po c Ż lecieć do USA' skoro moŻna spędzić wspaniały urlop w Austrii, Szwajcarii, we Francji? Po wyczerpujących miesiącach w znojnym g upale oficer marynarki trafia w śnieżne ry... oczy mu błyszczą. - Gdybyś się był urodził w rodzirrie szakali-kapitaliprzedsiębiorcą... M w dalej. st w' byłbyś Proponuję zmienić takĘkę. Proponuję przestać łow'ić mysz w rrorze, a bwić ją dopiero w chwili, $dy wyjdzie zr:ory. Proponuję nie penetrować specjalnie chronionych obiekt w, zaprzestać polowania na konkretrrą określoną mysz. Zbudujemy łapkę na myszy. Niewielki hotel w g rach. Praktyczrt7e za darmo. 5oo tysięcy dolar w to g ra. Dla zrealizowania planu potrzeba mi Ęlko jednego: agenta, kt ry dfugo pracował przy zdobywaniu informacji i wys?'edl z obiegu. Potrzebuję Jednego ze starc w, bez reszty, na amen wciągniętego w nasze sprawy, kogoś' komu ufacie. Myślę'że powinniściemieć kogośodpowiedniego w agenfuralnej ,,konserwacJi". Znajdziemy niewielki hotel w g rach na skraju bankructwa. O taki nietrudno. Tchrriemy weri nowe życie, wprowadzając naszego agenta z forsą w charakterze partnera. Uratujemy hotel i właściclela będziemy mieli w kieszeni. Zgromadzimy dane o wieli - Atwariu

-

wrKToR sttwoRow lu hotelach, a wybierzemy ten, w kt rym Amerykanie z VI F|oLy goszcząnajczęściej. Hotel nie ma być mieJscem werbrrnk w, lecz punktem roą)racowywania oblekt w. BVskawiczny werbunek p źniej, ldzie lr ziej. - Mlmo wszystko hotel to wariant bierny: ktośprzyjedzie, albo nie prĄedzie... za dużo czekania... - Rybat< też czeka, musi tylko wiedzieć, $dzie zarzucić wędkę 1z jakąprzynętą. - Dobra. Masz z-ebra materiał na temat maĘch g rskich hotelik w, kt re z r żmych względ w są do sprzedania. Wybieraj takie, w kt rych interes nie idzte najlepiej. _ Towarzyszu generale, zebrałemjużodpowiednie materiaĘ. Oto one...

AKWARItnIil

Teraz wszyscy zdąĘli się już przynłyczaić i tylko ciekawi ich, czemu zawdzięczam takie wyr żniente, Czasem wpadnie mi w ucho strzęp rozmowy: zwerbował chi skiego ąttachć| R żne sfuchy Wryąna m j temat. Do ścisłegogrona wtajemniczonych naleŻątylko Nawigator' pierwszy sz5rfrant i Mikołaj Tarasowicz Moroz, byly Pierwszy Zastępca. Już nie pije. Nikt już się z niego nle nabija. Poprzednio' gdy był Pierwsz5rm Zastępcą' m wił: ,'Rozkazuję!''. Potem nic nie m wił. Teraz, będąc nadal zvlyczajnym oficerem operacyjn5rm, zacz$ m wić: ,,W imieniu Rezydenta rozkazuję!". Jego głos zn w nabrał pewności. Skoro wydaje rozkazy' znacąI, Że ma peŁromocnicbłła, że Ina za sobą prawo.

,ły ,,prroa.t" widzl.KaŻdy stara się przepowiedzieć rrrlprzyszłość.Czy aby na długo te przywileje? odgadnąć, co może nastąlić nie jest trudno, wystarczy obserwować pierwszego szyfranta. Wie wszystko, jest barometrem aktualnych sympatii i antypatii Starego. Pierwszy szyfrant raptem zacza} zvłracać się do mnie z szactrnkiem per ,,Wiktorze Andriejewiczu". Szyfr wka dla was, Wiktorze ArrdrĘewiczu. Dzieil dobry, Wiktorze Arrdriejewlczu. Proszę tu podplsać, Wiktorze Arrdriejewiczu. Prawdzlwy wstrząg. Nigdy Eo jeszcze takim nie widziałem. To nic, Że nie jest oficerem operacyjnym, aJe za to stoi najbliżej Nawi$atora. Ma stopieri podpułkownika. Z taklm szacunkiem zlxłracałsię dotychczas tylko do pułkowntk w operacyjnych, a do podpułkowntk w, major w czy kapitan w zwracał się bezosobowo: - Szyfr wka dla was! - i tyle. A tu raptem taka zmianai przpomniał sobie moje imię! Gdy po raz pierwszy publiczrrie zulr cIł się do mnie po imieniu, cała sala przycichła zwraŻen7a. Zdumione oczy patrzyĘ w moją stronę. Sierioży Dwudziestemu Si dmemu aŻ szczęka opadła. Wtedy właśnie,kiedy pierwszy raz dostąpiłem takiej łaski, szyfrant wzywał mnie do Nawi$atora: - Wiktorze Andriejewiczu, dow dca was oczekuje.
26'6

il

Bierz. Kogo? Uzgodnlsz z Mkołajem Tarasowiczem. Kto wolny, tego zabieraj. - Ajeżeli to będąpułkownicy, podpułkowrricy? _ TeŻ możesz wziąć' - I dowodztć nimi? - Jak najbardziej. W dniu operacji zezsralam na formułę: ,,W imieniu Rezydenta''. - Dziękuję , towarzyrszll generale.

- Towarzyszu generale, potrzebuję najutro trzech ludzi do ubezpieczania, a w nocy z soboty na niedzielę pięctu' -

P."c.'ję w parue z Mikołajem Tarasowiczem. Jak dw ch as w przesfułorąr pod osłoną cahj eskadry' Zastaullamy w g rach pułapkę' Rozkręcamy wielki interes. Nie mam nic przeciwko temu, że były Pierwszy Zastępca został podłączony do mojego projektu, że jestem mu podporządkowany: ma wielkie doświadczenie a własną agenturą. 7.a zgodąAlrrvarium NawĘator wyciąga z ,konsemracji" starych agent w i ściągaich do Austrii celem przeprowadzenia operacjl ''TurysĘka atpejska". Kupiono nle jeden hotel, lecz trzy. Niewielki wydatek jak na kieszeri GRU. 7-djęci z ,,konserwacji'' starzy agenci operacyjnl mają bardzo r ime zadaria. W większościweszli w skład gnr-

WIKTOR STIWOROW

AKWARruM

py agenturahej z bezpośrednim kanałem łączności.Mogąprzesyłać swoje doniesienia prosto do Watutinek,bez nataŻanja siebie i nas na jakiekolwiek ryTyko. Kilku starych pracuje pod kontrolą Mikołaja Tarasowicza, jeden podlega mnie. Dawniej występował pod loryptonimem 1 73-W- l 06-299' teraz nazywa się 173-W-4I-299. Zwerbowano go w l957 roku w Irlandii. Plęć lat pracował prry ztobywaniu informacji. Co zdobywał konkretrrie, tego dosster nie ujav.rria. Między wierszami moŻna dom1łślećsię dużej aktywności i znaczny ch oS iągnięć. D alej następuj e taj emnic za ptzerw a w życiorysie. Dossier m wi jedyn7e, Że w tym czasle nie podlegał wiederisldemu rezydentowt GRU i miał bezpośredniąĘcznośćz Akwarium. Ten okres zakoricryłs1ęprzyzraniem mu orderu lfnina' wypłaĘpotężtej premii i wycofaniem na dhsinzą,konserwację" z r wnoczesn)rrn prz-ejściem pod kontrolę naszej rezydentury. Przez cahe lata ,,konserwacji'' nikt nie zjawial się u niego na Żadne spotkanie. Obecnie powraca ze śpiączki do czynnej sfużby. otrąrmał kontrolne zadanie; sądzi, Że pracuje, ale jest tylko sprawdzany: CnJ nie sypnął? Czy nie przeszedł na drugą stronę?

nia' Co się, u diabła, dzheje? Nawigator zajęty, nikogo nie prz5{muje, a zastępcom niezbędna jest jego rada. Nlc nie
pomoż:e, trzeba

Zacą$ się zupełnie nowe operacje. Skontaktować się z biurem podr Ę! 7-ebtać odpowiedni materiał o Przewodnlkach g rskich i personelu hotelowym. Ściśle tajne. Nawią2ać kontakt z agencjąreklamową nawybrzeŻu

zavłinal sterem i prowadzi nas z okręt prznz wzblsrznne fa7e. Ryzykuje. Przechył jest coraz większy. Jeszcze trochę i nabierzemy wody przez burtę! Ale Stary ma pewną dło . Cośslę zmienia. Wzrasta intensyumośćubezpieczania'

czujemy. o"trT

od tego turystycznego biznesu! oficerowie operacyjni tłumnie walą do zastępc w Navrigatora, potem nie ma ich po kilka dni. Schować nadajnik w g rach' tilFroĘć pieniądze do skrytki. Więcej pieniędzy . Zastęp cy N awigatora weryfikuj ą wykonane zada264

śrdzlemnomorskim' Niech to diabli' w głowie się kręci

p jśćdo Mikołaja Tarasowicza. Co prawda już nie jest Pierwszym 7-astępcą, ale nadal, drari, wszystko wie jak dawniej. Tłoczą się zastępcy w gabinecie MikoĘa Tarasowlcza. Na dobrą sprawę rrie należy mu się gabinet' bo jest jednym z wielu operacyjnych' Ale nowy Pierwsąr 7-astępca jak dotąd nie przybyl... Mikołaj Tarasowicz jest nikim, a mlmo to zastępca Nawigatora wo|i zajrzeć do niego, przekonsultowa to i owo, r:IŻ narazić się na wym wki Starego, niż stę pomylić. Wystarczy jeden błąd - i Syberia. Znowu ubezpieczanie wciąginęło wszystkich w sw j kierat. Dnie i noce bez rttedziel' bez świąt,bez w5rtchrrienia. - Mikołaju Tarasowiczu, nie ma kogo dać do ubezpieczanial - Pomyślcie,Aleksandrze Aleksandrowiczu, zastan wcie się. Aleksander Aleksandrowicz myśli. _ MoŻe Witię Suworowa? _ Nie. Jego nie można. - W takim razie kogo? - Aleksander Aleksandrowicz, zastępca Nawi$atora' ma tylko jednego oficera operacy'nego w rezerwie, jest nim Mikołaj Tarasowicz Moroz. Spogląda nar1pytająco. Może sam się Zgłosi? Wiadomo, że nie ma kogo posłać. Wszyscy w terenie. Ale Mikołaj Tarasowicz milcąr. - No i co, ja sam mam iśćna ubezp7eczatne, czy jak? Jestem bądźcobądź zastępcą' - A czemu nie mielibyściesię razprzelecieć, skoro rrle ma nikogo innego? Aleksander Aleksandrowicz zastanlavłia się jeszcze chwilę' wreszcie znajduje rozwiaparie : Saszka-Aerofłot skoczy dura tazy w ctągu jednej nocy. - No widzisz? M w[sz, że rlje ma kogo posłać w teren.
Gdzież ty nas, Nawigatorze, tak popędzasz? Cry rnoŻna dawać Ęle pary? żreay ql<o nie skoliczyło się u4lbuchem... Nie wybuchną, sąwyćwiczeni, wszyscy ze Specnazl:. Do ubezpieczania! Wszystkich! Aleksander Ale-

WIKTOR STIWOROW

AI(WARIUM

ksandrowicz, do ubezpieczarljd! A ciebie obstawia nowy attqchć, zielonym Mercedesem. Wszyscy są zmordowani, nerwy napięte. Jedna pomyłka _ i tiurma. KaŻdąoperację uzasadnia szczeg łoluu;ł plan' z każdej operacji składa się szczeg łowe sprawozdanie. Wszystko na piśmie,Żeby w razie czego ułatMć oficerom śledczym z I Zarządu GRU ustalenie winnych. W wielkiej sali światłojuŻ w og le nle gaśnie,nie wznacza się dyżurnych, bo o każdej porze dnia i nocy tkwi tam masa oficer w operacyjnych. Po lewej ode mnie siedzi przy biurku Sława zprzedstawicielstwa handlowego, młodziutki kapitan. Pisze raport, zasłania go ręką prznd moim wzroklem. Słusznie, nikt nie ma prawa znać cwdzych sekret w. Skąd miałby wiedzieć, że to ja jestem autorem operacji, ŻeprzedLygodniem całąnoc ustalaliśmy wszystkie szczeg ły| Nawigator, Mikolaj Tarasowicz i ja. Skąd miałbyś'Sława, wiedzieć, że to mnie właśnielbezpieczaheś? Widziałem cię wpażnio gdy wyszedłeśna leśnąprzestekę. A Ę mnie i nie widziałeś,widzieć nie mogłeś nie mlałeśprawa widz1eć. Dobrze juŻ, p1sz, ptsz.

Jakby w og le nie istnieli. W dodatku japoriski turysta ni$dy nie powraca na to sŹrmo miejsce - zupełnie jak dywersant Specnazu - bo pragnie jak najszybciej zwiedz1ć całą planetę. Japoriskich turyst w z regtły przePara Anglik w z Londynu. Ciekawe? Nie wiem. Przepuszczamy. - Mikołaju Tarasowiczu, proszę zobaczyć, co zrtal^aPrJszczalJ)y.

l-Doli mnie głowa, pieką mnie oczy. Stedzę w gabinecie Mikołaja Tarasowlcza. Sprawdzam hotelowe księgi meldunkowe. Z r Żnyc}n hoteli, włącznie z tymi, kt re do nas nie na|eŻą. Mamy kopie rejestr w. To już tristoria, ale kto zna hlstorię, potrafi wyciągną wnioski rraprzyszłość. Sfuszne czy niesfuszne _ to juŻ inna sprawa. Nie można jednak przeulidzieć przyszlościn7e znając przeszłości terźnlejs zości. i W Austrii są tystące hoteli, miliony turyst w' Gdy gnrpy operac5flne zbiotą wtększą liczbę ksiĘ meldunkowych, zaprzĘ'JlierJJy do roboty komputer: niech analizuje dane i wydaje prognozy. T}rmczasem robimy to sami, ręcznie. Grupajaporiskich turyst w, szesnaście os b. Czy mogą nas interesować! Ewentualnie, tylko nie mamy do nich żadnego klucza. Nie wiemy cTy sąciekawi, czy rie, i niestety musimy z ry zaliczyć ich do nieciekawych'
270

DVI

Patrąr, kiwa ghową, cmoka z zadowo|enia. Samotrry Amerykanin z małego włoskiego portu Gaeta. Co wam m wi ta nazwa? Co ta nazwa rnoŻe komukolwiek powiedz1eć? Co ta laaz;$Ia powie oficerowie KGB? Dokładnie nlc. Zwyczajna wioska rybacka. Każdy, komu powiecie, że w ustrorrn1rm austriackim hoteliku, $dzieśw g rach, stanął Amerykani:n z GaeĘ, wzruszy ramionami. Każdy, ale nie my. Jesteśmy oflcerami wywiadu wojskowego. Wszyscy bez wyjątku zaczynaliśmy sfużbę w grupie albo wydzia]e informacji. Wkuwaliśmy Ęsiące liczb i miejscowości.Dla nas nazwy takie' jak Pirmasens, Penmarch, Oban, Holy Loch, Woodbridge, ZweIbrticken grzm1ąjak muzyka. Co za rozkosz usłyszeć nazwę Gaeta! W tej portowej wiosce bazuje jeden jedyny okręt wojenny' Na burcie widnieje wielki numer 1o. To amerykariski krą2ownik USS ,Ąbany'', okręt flagowy VI FloĘ - kondensacja wszelkich tajemntc marynarki wo_ Jennej. Co za idiota ze mnie! Czemu dopiero dziś,a nie przed rokiem przyszedł mi do głowy pomysł g rskich hoteli? Cał]riem niedawno w jednym z Lych pensjonat w wp)ocTyvuał Amerykanin z Gaety. Z pewnością miał coś wsp lnego z krĘowrlkiem ".Ąlbany''. Nie wiemy, kto to taki, ale nie ulega wąĘIiwości,że Amerykanirtz tej zabitej deskamidziury nie m gł nie znać rodak zWĘow'w nika. Nie musi być kapitanem arri oficerem, ani w og le shlŻyć na 'Albany'' l mieć cokolwiek wsp lnego z rnarynarką wojenną' Może być pastorem '1bo załogąkrąpornografii; kimkolwiek byl' miał kontakt z "p.".aawcą żownika - a to najważniejsze. Gdybyśmynaszą pułapkę zastawili rok temu, całąz-grająrzucilibyśmy się na tego Bogu ducha winnego Amerykanina.
27t

złern|

WIKTOR SI'WOROW

AKWARIUM

Wielka nagonka! Dziesiątki szpieg w na jedną ofiarę! Nieszczęśnik czuje, że rekiny otaczajągo ze wszystkich stron, Że nLe ma odwrotu. Zdarza się, że ofiara nie wytrzyrnuje zmasowanego' bezlitosne$o ataku całej zgra\ naporu tej bez mała macedo skiej falangi _ i koflczy samob jstwem' Najczęściej jednak przystaje na wsp łpracę. Gdybyśmy przed roklem wiedzieli o nim tyle, co dziś'miałby na karku całą potęgę GRU! Gdyby Nawigator poprosił o wsparcie, Akwarium mogłoby rzucić siły kilku rezydentur na jeden werbunek. W takich przypadkach ofiara krzyczy i miota się bezsilnie, otoczona zgrająchart w i wiking w. Gdyby zadnllon7ł na policję, m głby natknąć się na naszych chłopc w przebranych w policyjne mundury. Policja prąlszłaby mu z pomocą po cTym doradzałaby samob jstwo albo zgodę na propozycje GRU. Kiedy horda naciera, nieszczęsna ofiara może dzwon(ć pod dowolny numer, wszędzle uslyszy to samo: _ Zapędzić go w kąt! W matnię! _ R żne bywają matnte: flzyczne, moralne, finansowe.'. Umiemy zapędzać w kąt! Umiemy ponlżać i wywyŻ.szać. Potrafimy zmusić do skoku w otchłari i w ostatniej chwili podać pomocną dł,ori. - Rozmarzyłeśsię? - och tak, Mikołaju Tarasowiczu. _ Patrz, co znatazłem. Czytamwpis w księdze meldunkowej. Małżerlstwo Anglik w z małego miasteczka Faslane; mieścisię tam baza bryĘjskich atomowych okręt w podwodnych. Jest więc bardzo prawdopodobne, że mają z tą bazą cośwsp lnego. Ów jegomośćmoże się okazać dow dcą jednostki albo wartownikiem, śmieciarzem obsługującym bazę lub jej okolice, mleczarzem, właścicielempobliskiej knajpy. Może pracować w bibliotece albo w kantynie, albo w szpitalu. Każdy wariant stwarza wspaniałe możliwości,oznacza' bowiem, że sĘka się on z załogarrlf., zbrygadami remontowymi, z oficerami sztabowymi. JeŻe|Iw Faslane są prostytutki, można śmiałopowiedzieć, Że teŻ są nll7aąane z bazą. MoŻna za Lch pośrednictwem zdobywać tajne lrrformacje, o jakich nawet dow dcy jednostek nie mają pojęcia.
272

Faslane to zapadładziura, więc każdy jest tam wjakiś spos b zvłiapany zbazą.

We Francji też istrrieje baza atomowych okręt wpodwodnych - Brest. Brest to wielkie miasto, nie kazdy mieszkanlec musi mieć cośwsp lrrego z maryrrarĘwojenną. właśnie dlatego staramy się wyszukiwać małe mieściny'w kt rych znajdują się waŻrre obiekty wojskowe. Na przykład Faslarre. Lnndyiska reąydentura dyplomatyczna r:nika wysyłania tam swoich ludzi; brytyjskl konbrłrywiad rlJie pr Żnuje: łapie często i bez skrupul w wydala. Nie roanriniesz tam skrzydeł' Zresztąkażdy obcy wzbudziłby czujnŃć miejscov4ych. Właśniedlatego siedząc w Austrii poĘemy na przybysz w zĘchmaVch miasteczek, kt rych llra^]vy tak słodko brzrrnąw uszach każdego oficera opera-

Całe noce spędzamy na wertowaniu rejestr w. Licho wie, a nuż komuś z gościprzyjdz1e do głowy Jeszcze raz odwiedzić ten sam pensjonat? Jeślinie, to trudno. Znajdziemy sobie nowych. Księgi meldunkowe to przeszłość. bylo, nie wr ci, Co Jednak z lektury wczorajszych zapis w wyłania nam się wyr aźrne kształt jutrzejszych operacji.

cyjnego.

Nawigator ma srogą minę. _ Rozkazem szefa Sztabu Generalnego został wyznaczorly m

vil

Aleksandrze Iwanow'iczu, proszę odczytać szyfr wkę. Pierwszy szyfrant obrzluca nas obojętnym wzrokiem, a następnie czyta z niewielkiego, jaskrawoż łtego karteluszka: .Ściśle tajne. Rozkazuję mianować na stanowisko pierwszego zastępcy dow dcy rezydenhrry dyplomatycznej GRU r73-W pułkownikaMoroza Mikołaja Tarasowicza. Szef Sztabu Generalnego marszałek Zwiryku Radzieckiego ogarkow. Szef GRU generał armii lwaszutin''. Dow dca uśmiechasię' Uśmiechasię pierwszy szyfrant. Mikołaj Tarasowicz jest wznrszony _ znowu jest
273

-

j Pierwszy 7-astępca. Milcąrmy'

FF WIKTOR SI'WOROW

Pierwszym Zastępcą. Cieszę się, moi towarz7rsze t wnież. Nie wszyscy. U nas w GRU' w Armii Radzieckiej i w KGB, w całym Zwiapku Radzieckim bardzo rzadko się zdarza, żeby ze stanu niełaski awansować na wyższe stanowisko' To prawie jakby z grobu powstać. T}lko nielicznym się udaje. Na og ł jeŻe|i juŻ spadasz, to na samo dno i na Podchodzimy do Plerwszego Zastępcy i po kolei składamy mu gratulacje' Koniec z formułą,,w imieniu Rezydenta'', odtąd jest wszechmocny r wnieŻ pod względem prawnym. Myślę,Że nLe całkiem zapomniał, kto pozwalał sobie na kpiny w trudnych dla rriego chwilach. Kpiarze teŻ to rozumiejąiwledzą, Że przypomni im to w odpowiednim czasie. Nie teraz, poczeka. KaŻdy wie, Że oczekiwanie zemsty j e st znacznie gorsze' riŻ sarna zemsta. Pierwszy Zastępca ma d:uŻo czasu. - Winszuję wam, Mikołaju Tarasowiczu' - To moja kolej. Sciska mi dłori, patrzy prosto w oczy, m wi cicho: - Dziękuję' opr cz nas tylko Nawigator i pierwszy sąrfrant rozumieją prawdziwe znaczerlie tego ,,dziękuję''. W ubiegłym miesiącu podlegający mi agent l73-w-4l-299 - obecnie wsp lwłaściciel małego hoteliku _ zulr c:d się do mnie o kontakt. Chciał zawiadomić mnle o pobycie gościa z małego belgijskiego miasteczka, kt rego nazł{a śnisię po nocach wszystkim oficerom GRU. Powinienem był natychmiast udać się na werbunek. Połączyłem się z Nawigatorem - i odm wlłem. Nie mo$ę, za mało mam doświadczenia. Za ten werbunek dostałbym czenyoną gwiazdę na pierśalbo srebrną na ramię' Doświadczenia teŻ mi nie brakuje' Ale... odm wiłem. Nawigator wysłał Mikołaja Tarasowicza, no i dzisiaj jest jubilatem. - Dziękuję' Witia. - To NawĘator ściskami prawicę. Wszyscy na nas patrzao nilrt nic nie rozumie . 7a, co rn1 NawĘator dziękuje' za co mi dło ściska,co za święto? A Nawigator położyłmi rękę na ramieniu, kiepie po plecach: iprz-ed twoim okienkiem sł'orice zaświeci. Nie wiem, c?śmu spuściłemwzok. Nie żal mi tego werbtrnku, arri trochę. Powodzenia Ęczę, Mikołaju Tarasowiczu.
274 za'wsze,

AKWARTUM

kiedy mam nawał pracy. Ęm bardziej teraz. Jestem daleko w $ rach' Wiem, że nikogo tu nie ma, umiem to sprawdzać. Nie' nie czekają mnie żadne skrytki ani tajne spotkania. Przyszedłem tu na mr wki. Wielkle, rude, leśnemr wki. Na słonecznej polance, wśrd sosen mająswoje kr lestwo, swoje miasto-paristwo. Rozbleram się i skaczę w mrowisko, jak do zimnej wody. Są tch tysiące! Cała masa, mr wczy Szanghaj. Biegająoszalałe po rękach i nogach, lvpUają się boleśnie w moje ciało. Gdyby zostać dhźej, zjedząŻrywcem, lecz jedna minuta uzdrawia' jak jad żmii. Dtużo _ to śmierć,odrobina to lekarstwo. Nie na darmo wal uchodzi za symbol medycyny. Nigdy nie leczyłem się jadem Żmii, nie miałem na to czasu' Na mr wki nie potrzeba czasu, starczy zna\eźć duŻe mrowisko i hop! Substancja wydzielana ptzez mr wcze gruczoĘ to wspaniały środekkonserwujący. Dopadnie mr wka gąslenicę, ukąsi _ i taszczy do swojej mr wczej spiżarni' Po tym ukąszeniu odwłok przechowa sięprzez całe lata Jak w zannrażalnlk:a. Z żywyn ciałem prawdziwe cuda się dzieją: tvłarz bez zrnarszczek, cera zdrowa, zęby mocne. M j dziadek zmarł w wieku 93 lat bez jednej zrnarszczki i z prawie wszystkimi zębami. Te trzy brakujące - Czerwoni wyNie tylko m j dziadek, cała Ruśznala sekret mr wczej terapii. A przedtem Bizancjum. JruŻw starożytrrym Egipcle wystawiano faraon w po śmiercina dwie doby na mr wcze zgrornadzenia. Mijają tysiąclecia, a ciała ich nie uległy rozkładowi. Mr wka wie, gdzie kąsać. KĘe swym żądłemdokładnie tam, gdzie ttzeba. Jak w chiriskiej akupunkturze. Galopuję przez krzaki, strącam mr wki. Dobra, kochane, starczy na dzisiaj.
brli.

\-rtroru;ą tylko lenie. Czy to łŻtaki wysiłek _ raz rla miesiąc skoczyć do lasu, aby zażegnać wszelkie chor bska? Ja osobiście zawsze znajdę chwilę czasl]', nawet

-r

vnr

ls
I

275

WIKTOR

mek rezydenta KGB' naszego Gł wnego Sąpiada. Chłopcy z bezpieczniackiego gniazdka chodzą posępni. Pewnie sami dobrze nie wiedzą, co się dzieje. Rezydenci KGB z Wiednla, Genewy, Bonn i Kolonii zostali wezwani do Moskwy i z niewiadomych powod w nie wr cili. P ki co rezydenturami kienrją ich zastępcy. _ , Ewakuacja r7.ecz okrutna i nieodwołalrra. Dostajesz szyfr wkę: ojciec cięko chory, pragnie poŻegnać się przed śmierciąIrcisz samolotem - a tu eskorta' żr.byśczasem nie prysn{. Przybywasz do bohaterskiego miasta Moskwy i prosto z lotniska na śledztwo.Kto u nas jest bez winy? Dajcie Ęlko człowieka, paragraf zawsze się zrrajdzie. Prawda, Że teraz rlje rozstrzeliwują jak w trzydziesĘrm si dmym' Rozstrzeliwują tylko na mnĘszą skalę' Na czym się Przyjacielowi Ludu noga powinęła? Kto to wie? Można, oczywiście, posłuchać plotek' ale wiadomo, że specjalna sekcja je rozsiewa, żeby ukryć prawdziwe przyczyny...

7rx Prą4'aciel Ludu. Przyjacie| Ludu - to przydoZlnLknal

STIWOROW

AKWARIUM

Nasze pensjonaty alpejskie na razie nle przynoszą spodziewanych rezultat w. Nie jest to prosta sprawa. Nte co dzien trafiająw nasze progi ludzie z małych mieścino dhv7ęcznych nazwach' jak Minot albo offutt. Nasza trotelarska agentura otrrymała karteczki ze spisem miej scowoś ci, gdzie praktyczni e kaŻdy mieszkaniec mu si być zw7ązany z obiektami najwyższej wagi. Na razie clsza, do sieci trafila jedna rybka' to wszystko. Tę jedną Jedyną rybkę dobrowolnle odstąpiłem Pierwszemu Zastępcy, ponieważ pilnie potrzebował sukcesu. Ton szyfr wek z Akwariurn zdradza lekkie rozdrażrienie: dlaczego Cąterdziestego Pierwszego nie dajecie do ubezpieczania? Sam przecieŻprzyznaŁ, Żenie dor sł do samodzielnej pracy.

z

sukces: werbunek, zakt ry PierwszemuZastępcy prze_ baczono haniebną wsypę. Pierwszy Zastępca wraz z rupą ubezpieczania raz po razprzenosi kolejne supertajne dane. Po każdym takim wy1radzie generał-pułkownik 7ntow, szef Informacji GRU, śleentuzjasĘczne szyfr wki. W Sfużbie Informacji słowo ,,dostateczrie'' pada tylko w wczas, gdy jakosć dostarczanych informacji jest słaba. W każĄrm innym wypadku słysąrmy ,"rr1edostatecznie''. Podobnie miliarder 7Aws?E chce mieć więcej pienlędzy' kobiecie nĘ;dy nie dośćpięknych stroj w, zbieracznwi 7A1^1s7r'. brakuje jedne go zardzrvłiałego miedziaka' Sztab Generalny chce znać jaknajwięcej sekret wwroga.Bezwzględu na to, ile zdobędziemy, ?Aws7'e będzie czegos brakować w ustaleniu dyslokacji przeciwnika, jego plan w, uzbrojenia.
276 lĄ

Często tak bywa, Że rozhęcasz jakiśinteres i od początku leci jak z płatka, szalone powodzenie. Nie na długo. Takteżbyło z naszymi przedsięwzięciami komercyjnymi. Ledwo zaczęLiśrnyoperację - odrazu niebywały

nari bezskutecznie rezydentury KGB w rilzrrych krajach, wiederiska rezydentura a w koricu dopadła ofiarę właśnie d1rplomatyczna. 7-astępca rezydenta KGB nawią2ał kontakt z wywiadem amerykariskim i podsun{ mu zupekrie wiarygodne tajne informacje. Po pewnym czasie wyraz* chęć przejścia na stronę Amerykan w' Przed podjęciem ostatecznej decyzjlpostawił wanrnek, Żn chce się spotkać z radzieclłiim oficerem' kt ry zwiał jakiśczas temu, aby przekonać się' jak mu się żyje. Wywiad amerykariski nie młęszyłsprytnej prowokacji' przysłał nieszczęśnika na spotkanie zKGB, dlatego dziśsąpledzi świętują. C ż, powodzer:ia, przyjaciele ludu. Nieźle nauczyliście stę wykradać |udzi, ale jednak nie potrafiliście dobrać slę do amerykariskich sekret w atomowych, nie udało wam się przechwycić szkic w francuskich rakiet przeclwpancernych, angielskich torped, niemieckich silnik w czołgowych? Co? _ Wiktorze Andriejewiczu, sygnał dla was. Filiżanka zka'wąna bok. Dokumenty do teczki, teczka do sejfu, klucz do skrytki pancernej. Dziśzmienili szyfr, trzeba zapamiętać.
277

ij. Kilka tat temT radzieck7ego okrętu wojennego uciekł oficer. Polowały

wrKToR StrwoRow

AI(WARIUM

- Biegiem. C sch cji'

cbka guzik sygnaliza_

za

rllrm. Betonowymi

Jesteśmyw małym, betonowym pomieszczeniu. Ścia-

ś'

kombinacji automatycznie m, czy to prawda, czy tylko operacyjny rlje nta ich se_

Wiede ską rezydenturę dyplomatyczną GRU ochra-

L

- Dzie dobry, Wiktorze Andriejewiczu. - Pietia wita mnie ciepło. _ Jak się masz, rzezirnieszku. Zgnuśniałeś reszty do w tym bunkrze? - Nie ągnuśruałem,tylko ocipiałem - śmĘesię Pietia. Sześćmiesięcy nle widziałem sp dniczki. Nawet z da]eka. _ Trzymaj slę, na okrętach podwodnych bywa gorzej. Idę korytarzem wzdhlŻ parrcernych drvrłi' W poprzek zavłiesznrlo dziesiątki ciężldch kotar, więc nie wiadomo' czy jest długi' czy l'ie. Być rłroŻe już a następną kotarą korytarz slę rozwidla albo zakręca. Nie mam prawa tego wiedzieć. Drzluli do sali sygnalizator w - pierwsze po lewej. W nlskim pomieszczęniu też pekro szarych zasłon. Podobno na w5padek pożaru. W każdym razie bywałem tu dośćczęsto, a jednak pojęcia nie mam, ile sygnalizator w znajduje się w sali' Jedna zasłona jest odsunięta' czeka na mnie' Zarńąstoi szara skrzynka. Na tabliczce informacyjnej starannie wykaligrafowany napis: ,,Nadał 299. PrzyjĄ 4I". Szyfrartt wkłada kluczyk, prz'ehęca go, po czym opuszczapok j. Terazja wkładam sw j klucz, teŻ przekęcam i otwieram sta]owe drzul7czki. Ukazrrją się rzędy zielonych Żar weczek' Jedna z nich się świeci:28. Wciskam guzik, światełko gaśnie. R wnocześnie gaśnie kontrolka nad moim aparatem: znak dla szyfranta, Że znsta}. odebrany jakiśsygnał. Szyfrant nie ma prawa wiedzieć, jaki to sygnal. Ęlko ja wlem, że chodzi o sygnał "28''. Nawet gdyby szyfrarrt dowiedział się, że otrzymałem sygnał .28" od agenta r73-w-4L-299 i tak nic by z tego nie zrozumiał. ZapaJona żar weczka 28 oznacza, Że ąent |73-w-4|-299 pragnie skontaktować sięze mną. Sygnał,,28" ustapośrednia',Jrieosobista'', nastąpi w piel.w|a, Że łączność szą sobotę |icząc od dnia nadania sygnałrr. Czas spotkanta - między 4.3o a 4.45 nad ranem. Miejsce spotkania Attersee, rejon Salzburga. Dwieście Dziewięćdziesiąty Dziewiąty ma do dyspozycjl cały system sygnał w i może w dowolnej chwlili zaŻądać kontaktu pośredniego lub bezpośredniego. Kazdy jest opracowany w najdrobniejszych spos b łączności szczeg łach i ma ustalony numer. Pod numerem 28
279

274

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

kryje się precyĄny p|an, zawlerający r Żne warianty i zapasowe kombinacje' GRU zapewnia sobie bezpieczenstwo unikając spotkar1 Z cenną agenturą sprowadza je do minimum, w miarę możności- do zera. JuŻ dziesięć miesięcy pracuję z agentem 299' ale nigdy nie widziałem go na oczy' co więcej - nĘdy go nie znbaczę. Dwa trzy razy na miesiąc nieosobistą, ale w c1ągu 2I nawią7uje się z nim łączlość siąty Dziewiąlat pracy dla GRU i widział tylko ty miał zaledwie 6 aktyka. Dzięki dw ch oficer w GR niej agentura nie ponosi konsekwencji naszych błęd w' a oficerom operacyjnym rlj'e zagraŻają skandaliczne wsypy i sensacyjne zdjęcia na pierwszych stronach gazetPodczas kontaktu nieosobtstego oflcer GRU i jego siątki kilometr w' Ani agent znajduJe je$o rozm wleden albo wymienić jakieś ca' C

ptzez

wodnYch. Niech sobie Woda jest najlepsTym przepolĘa przesfuchuJe eter. wodnikiem sygnał w, niemal niekontrolowanym' Kiedy policja zaczrie śledzićwszystkie rezen]yuary, wszystkie rzeki, jezlora, morza i oceany, wtedy zmienlmy system' Do tego czasu Instytut ŁącznościGRU na pewno coś wykombinuje.

Naj GRU

acji z cennYm agentem

K.opt" rosy na butach. Brnę w wysokiej, mokrej trawie w stronę jeziora. Wokoło brzozy i jodły. Czubki choinek obwarowały wodę gęstym częstokołem. Cisza dzwoni
280

XI

w uszach' Zeby tytko nie nadepnąć na suchą gałąź,nie naruszyć spokoju tej czystej wody, tej kryształowej przej-

rzystości nieba i r żowych szcz5rt w g r' Kiedyś prĄdzte tutaj Specnaz, ale miękkie obuwie dywersant w rtie zakł ci tej ciszy. A po nich z hukiem i wyciem przejdzle tędy 6' Gwardyjska Armia Pancerna. I znowu cisza. Mały, przytulny ob z koncentracyjny na brzegu jeziora nie zburzy tej sielanld. MoŻę będę komendantem obons, a lnoże mlyczajnyn z'ekiem - wsp łtowarzyszem niedoli miejscowych soqialist w i pacyfist w. Tak było Zawszei kto pierwszy w1ta Armię Czerwoną, ten pierwszy pada pod jej ciosem. Zorza zwiastuje nadchodzący dz1efl. Zaraz wsch d słorica. Już niebawem zza g rskich szczyt w wytrysną kaskady światła.Jeszcze moment i oghrszający szczebiot triumfalnym hymnem powita światłość. razie Na cisza. Natura zarnarła na chwilę przed wybuchem olśnienia, radościI Ęcia. Kto podziwia ten widok? ĘIko ja. Witia-szpieg. No t m j agent nr 299. Skrada się do jeĄora od drugiej strony. Czy zdaje sobie sprawę, Że w tej właśnie chwili obaj prąlgotowujemy na tym pięknym brzegu teren pod budowę kacetu? Czy stary dureri pojmuje, że obaj możemy się zna|eŹć w tym malowniczo położonym łagrze, a jego agenturalny numer kodowy moŻe być jego ptzyszłym numerem obozowym? Ja to co innego. Nie wiem, co począć, urodziłem się i wychowałem w tym systemie. A ta zakuta pała pomaga nam z własnej, niepr4rmuszoneJ woli. JeŻel^i komuniścinie postawią mrrie pod mur, Jeżeli nie spalą mnie żywcem w krematorium i nie zatoplą na przepehrionej barce, |ecz zrobiąmnie komendantem lagru, wtedy wszystkich Ęch wolontariuszy umieszczęw osobnym sektorze i nie dam im nawet kęsa. Niech poŻerająsię nawzajem. Niech każdego dnia ustalają' kto z ntch jest najsłabszy' Niech każdy boi się zrnruŻyć oka, żeby nie udusi]i go we śniei nie zjedli. Wtedy może Żtozumie, że nie ma na świecieharmonii i być nie może. Że kłŻdy musi bronić sam siebie' Do diabła, Żeby teŻ zechcieli zrobić mnie komendantem obozu! Już czas. Zarzucam wędkę. Wygląda j ak avyczajna wędka. R żnlca polega na Ęm, że z uchwytu moŻrlawyciągnąć ma19

- Akmrim

28L

WIKTOR SUWOROW

lutki drucik i podłączyć. go do zegarka' Z ko|ei zegarek jest połączony przewodem z malutkim szaryrn pudełkiem; przew d ukryty w rękawie znika w wewnętrznej

kieszeni. Tarcza mojego trochę niecodziennego zegarka zaświecilai po minucile zgasła. To znaczy, Że emisja została odebrana i nagrana na cieniutki dnrcik magnetyczny mojego magnetofonu' Fale niosące komunikaty nie trafiająw eter. Nasze sygnały rozchodząsię między dwornabrzelanmi i nie przekraczają granic jezlora' Komunikaty nagrywa się z.awczasu na ma$netofon' a emĘa odbywa się z maks5rmalną szybkością. Przechwycenie meldunku a$enturalnego jest bardzo trudne, nawet jeżeli z E ry wiadome jest miejsce, czas, częstotliwość.Bez tych informacji jest wręcz niemożliwe. Udaję' Że nakręcam zetarek. Tarcza jarzy się przez moment i gaśnie:odpowiedź została wysłana. Czas zvłijać manatki.

Rozdział 13
T**r"zu
z Dwieście Dzlewięćdziesiątym DziewiąĘrm. Zawiadamia, że jest mało prawdopodobne, by w najbtizszych miesiącach pojawili się u niego w hotelu klienci z interesujących nas miejscowości. - To fatalnie. - Ale nr 299 nie pr żnuje. Zawarł przfiazne stosunki cznych pensjonat w i czasem pod ma:nożno ść przejr zeni a re zerwacj i
generale

,

navł1a7'a!em kontakt

przrz wodę

I

- Myślisz,ż.e to riczlTn rne gron? - Dow dca wie, że to nlcryrn nie grod, ale ma obowią2ek zadać mi to pytanie.

piszę nazwisko. - Pracuje w His4arrii, w mieście... cztery litery: ROTA.

Na leżącej przede mną kartce stawiam triumfalnie

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Patrzy na mnie, nie wierzy własn5rm oczofi:- Jeszcze raz piszę tę kr tką cudowną naz\^lę, o kt rej całe GRU może tylko śnićpo nocach, kt ra w naszych uszach brzmijak anielski śpiew:Rota. Radośćmnie rozsadza. Na całym świeciesą setki miejsc lnteresujących radziecki wywiad wojskowy' a każde z nich to gratka, uśmiech fortuny. Ęm razem traftłem w dziesiątkę: Rota! _ Mam cię sprawdzLć? _ Żart'uje, naturalnie. Nie ma takiego oficera GRU, kt ry nie znałby szczeg łowej charakterystyki tej bazy. Na słowo ROTA w m zgu jak w komputerze zapalają się kr tkie sygnały: powierzchnia akwenu - 25 kilometr w kwadratowych; wejścia do portu chroni falochron - 1.500 metr w; trzy pirsy po przy pirsach - 12 metr w; skład 35o metr w, głębokość amunicji - 8.OOO ton; zbiorniki paliwa - 3OO.OOO ton; lotnisko, jeden pas startowy - 4.ooo metr w. O tym, Że jest to baza annerykariskich atomowych okręt w podwodnych, wie każde dziecko. Nawigator ptzemierza $abinet wzdłużiwszerz, zaciera ręce. - Przygotuj kwestionariusz. - Rozkaz!

\_zzłowieku z hiszpariskiego miasteczka Rota, rric o tobie nie wiem. Nie wiem nawet, czy jesteśAmerykaninem' czy Hiszpanem. Siedzę i pracowicie wypekriam kwestiona_ riusz. Jutro zostanie pt?Eprrs7.c?-ony pr"-u centralny komputer GRU, kt ry powie mi o toble wszystko' co wie. Centralny komputer GRU jest dziełem $enialnych amerykarlskich inż:yrrier w. Sprzedalt go Zwią2kowi Radzieckiemu kr tkowzroczni amerykariscy politycy. Za ten komputer Ameryka dostała wiele milion w, a straciła - miliardy. Centralny komputer zna wszystkich. Jest bardzo mądry - pochłania istne rr:rorze informacji o całej ludzkości. Jest bardzo Żarłoczny - wsysa ksiąpki telefoniczne, listy absolwent w wyŻszych uczelni, pracownik w za244

.!.II

chodnich firm. Jest nienasycony _ pochłania miliony ogłosze prasowych, zawiadomieri o narodzinach l śmierci.Zywi się nie tylko tą makulaturą' Pożera r wnież tajne dokumenty w niesłychanych ilościach. KaŻdy z rtas troszczy s1ę, by to żarłoczne amerykaliskie dziecię nigdy nie zaznafo glodu. Być rnoŻe dane doĘczące człow7eka z Roty będą bardzo wyrywkowe i niekompletne. Może centralny komputer poda nam tylko datę urodzenia albo dzieil, ktedy jego nazwtsko po raz pierwszy pojawiło się na liście zastrzeŻonych numer w telefonicznych. Może dowiemy się nazwy banku, w kt rym ma swoje konto. Te wyrywkowe informacje w zupełności wystarczą' by punkt dowodzenia GRU riezu oczrie skierował kilka szyfr wek tam, gdz1e rnoŻna zdobyć coświęcej na jego temat. Jakiś chart być rnoŻe odszuka rodzic w, koleg w ze szkolnej ławy, miasto rodzinne, zdjęcie. Więc kiedy spotkamy się w niewielkim hoteliku nad brzegiem g rskiego jeziora, będę wiedział o tobie, człowieku z Roty' zlacznie więcej' nrż sądz7sz. Do zobaczenia, drogi prą{acielu. A propns, dla większej lvygody masz już sw j numer: 7|3. W pełn5rm brzmierriu - I73-w-4l-713. odtąd każdy wtajemniczony wie od razl:', że pracuJe z tobą czterdziesty pierwszy oficer operacyjny wiederlskĘ rezydentury dyplomatycznej GRU.

oszaLaĘ. ZrlowudziefiInoc zmieszały się w białoczarnym wirrze tanzyt z Libanu; nawiapanfue Ęcznośc7z grupą zwerbowanych ostatrrio w RPA; pośredni ubez1rieczanie kontakt z jakimś rriezrranym "przyjacielem"; ,,nielegalnych"; tranzyt do Irlandii. Nawigator i Pierwszy 7-astępca zabrarriająmi tracić czasnagfupstwa' jednak co chwila wyskakuje jakieśubeąrieczarrie wyŻszej wa$i: a to .nielegalnych", a to ubeąrieczanie masowe, kiedy wszyscy jak jeden mĘ ruszająw teren z zastępcarni rezydenta włączrie. Bez wyjątk w! Wszyscy do ubezpieczania|' Skąd brać |udzl? P jdziesz dwa raz3l w jedną noc! Traną1t z Francji. Tranzyt z Hondurasu' Kręćka rnoŻna dostać'

-rm \-"." pędzi jak

AI(WARIUM

sonem] kobieta na tylnym siedzeniu Mercę6ę5ą puka się Palcem w czoło, pokazując' o tym bu parri, madnfiLa tramulca, pisk oPon, znosi

leciał w pruepaść Podobająmu się rriu odbijam w bok' na w nam się pod g rę' a potem * Y' ':_ :_ korzystain , upy, Zrtamte okolice na parnięf' purpurowe storlce sŁrrĘ m1zapunkt orientacyjny' nad brzegiem leśDo hotelu dotarłem o zmroku' Stoi nego jeziorka u st p łagodnego-zb"j1?'.ZL'"ąna pewno wJ"yśtto mieni sięiuta5 ko]orami narciarsyigh skafantlrow. Teraz,latem _ ciśzai spok j' 1E :'ciągnie chłooem, nal Ęltą ścielesię wieczofna m$ła' Nie mam czasu ego pokoju' ną podziwianie ptękna -drugie do zamka' ną piętro. Nie walŻkę ciTrzeba-wziąć się w ka

wypuszcą jej, choćbym wysokicĘ ob}otach' nie

skąmwkąt-ipodprysz

Czysty' wykąpany, wkł $arnitur, na szyję jaskr strem. Nie. nic ztego: oczY nięty - fatalnie. Wyraz tw beztroski. o, j.uŻ lepiej' Te nie. Patfzą
myśl,jaki;

bez

nieazie

ie na Ęcile ujący

nYch twarzach tryskających ener$iąludzi' Nąłaz wyrywa się trąbka' dzwtęk w i CzuJę w szę roziskrzony kielich z ptzezroczystĘ łd1cym napoj.'i. i;;;i;;i4ą" twarz wolno omiataą wzrokiem ''i* napięcie, kątem oka dostrzesta'am
"ąrę.

"iiop".'o*ać

WIKTOR SUWOROW

AKWARTUM

gam człowieka, kt ry w zielonej glansowanej teczce figuruje pod numerem 713. Widziałem'go przedtem tylko jeden raz, na malutkiej fotografii, a|e teraz poznajębezbłędnie' To on. Przykładam szkło do ust, pociągam alkohol, wolno odwracam twarz. On powoli podnosi na mnie wzrok. Nasze spojrzenia krzyżllją się. Udając radosne zdziwienie macham mu ręką na powitanile. Zdumiony odwraca się za siebie - nikogo. Zn w patrzy na mnie pytająco: - Do kogo machasz? - do ciebie, do ciebie, do kog Żby innego! - Rozsuwaj ąc tartczących, z kieliszkiem w dłoni przepycham się w jego kierunku. - Jak się masz! Nigdy bym nie przwvszczał, że cię tu spotkam! Pamiętasz ten wspaniały wiecz r w Varrcouver? - Nigdy w życiu nie byłem w Kanadzie' _ o, przeptaszam - m wię speszony' wpatrując slę w jego tułarz. - Tak tu ciemno, a pan tak bardzo przypomina mojego znajomego... Proszę wybaczyć... Zr w przeblam się do banl. 7n dwadzieścia minut przyglądam się taricząc5rm. W moim Zyciu nigdy nie było czAsl:na tarice. Staram się teraz zaparniętać najbardzĘ charakterystyczre nrchy. Kiedy prąfiemne ciepło roz(ewa się po caĘrm ciele, wstępuję na parkiet, a tfum Ęczhwie slę rozstępuje' Taitczę dhrgo. Stopniowo moje ruchy nabierają właściwejgiętkości i swobody' A moze tylko mi się tak zdaje. W kazdym razie nikt rlje zllłraca na mnie uwĘi' Rozbawiony tfum przyjmuje wszystldch iwybacz-a wszystkim. Nie wiem nawet, kiedy odszedł. opuściłembar p Źną nocą jako jeden z ostatnich...

dzvrięk budzika wyrywa mnie ze snu. Dhr$o leŻę z twarząwtuloną w poduszkę. Męczy mnie chroniczne niewyspanie. Pięć godzin to stanowczo za mało jak

E)v I\ankiem

na wielomiesięczne zaległości' Wreszcie Zrlal)szafil się do wstania. Kwadrans katuję się forsowną gimnastyką' potem lodowaty prysznic, po nim gorący i zn w lodowaty, i zn w prawie wrzący. Kto regularnie stosuje tę procedurę' wygląda o 15 lat młodzilej. Dziśmuszę mieć rześkii wesoły wygląd.
284

Schodzę pierwszy na d ł i z obojętną minąpogrąŻam slę w porannej prasie. oto schodzi na śniadanie starsze maŁeristwo' Po chwili kobieta w nieokreślon5rrn wieku, nieokreślonej narodowościz gfupim, napastliwym pieskiem' oto gnrpa Japoncąlk w. A oto i m j człowiek' Uśmiecham się, kiwam mu głową. Poznaje mnie, odpowiada na pozdrowienie..' Po śniadaniuWracam do pokoju' Sprzątanie jeszcze się n7e zaczęło. Wywieszam na drzwiach tabliczkę ,'Nie przeszkadzać", zamykam drzwi na klucz, spuszczam żaluzje t w p łmroku z rozkosząWciagan się na ł żku. Dawno marzyłem o takim dniu, kiedy nigdzie nie trzeba się spieszyć. Staram się odtworzyć w pamięci szczeg ły z poprzedniego dnia, lecz tylko błogi uśmiechwypływa na mojej błłtzy.Z qm uśmiechem najpewniej zasy1riam' Wieczorem taftczęzapamiętale. On siedzi na Ęrm samyln miejscu, co wczoraj. Jest sam. Ujrzawszy $o uśmiecham stęprzy1aźnie. Puszczam do niego oko i na mi$i zapraszam do rozochoconego tłumu. Uśmiecha się i gestem odmawia. Następnego ranka zn w jestem pierwszy w holu. Zjawia się ttlŻ po mnie. _ Dziefi dobry - m wię' podsuwając mu porŹrrrną prasę. - Dzie , dobry - odpowiada uprzejmie. Na pierwszych stronach wszystkich gazet prezydent Ugandy Idi Amin. Zarnieriarrly kilka sł w i idziemy na śniadanie. Teraz najważliejsze' Żeby go nie spłoszyć. Można, ma się rozumieć, chwycić byka za rogi, ale mam kilka dni w zapasie i dlatego stosuję ,J<ontakt stopniowy''. Wiele stron jego osobowości pozostaje dla nas tajemnicą a]e nawet kilkudniowa obserwacja dostarcza masy bardzo waŻnych informacjl: jest sam, nie uganla się za sp dniczkami, nie szasta pieniędzmi' ale też nie liczy się z kaŻdym dolarem. Ma wesoł,e usposobienie, co nie jest bez znaczenia: najgorzej werbować ponuraka. Nie spUa Się' ale sącąr regularnie. Drźo czyta. Uważnie ogląda dziennik telewizyjny. Ma poczucie humoru, ceni dobry dowcip. [Jbiera się starannie, bez luksusu. Nie nosi drogich ozd b. Włosy nie zawsze ma nienagannie uczesane: ten szczeg ł też wymownie świadczy o pewnych cechach. Często zaciska szczęki, co sugeru-

WIKTOR STIWOROW je wevrnętrzrrą samokontrolę' dyscyplinę' siłę woli. Trudno talriego zwerbować, za to potem łatwo się z nilrr pracuje. Dhrgo śledzęukradl,riem jego twarz. Szczeg bete interesują mnie oczy, kaidy szczre$oł jest ważny: szeroki rozstaw, niewielkie world pod oczami. źrerice poruszają się wobeo, na dfugo zatrrymrując się w jednej poąycji. Powieki opuszczabardzn wolno i rownie wolno podnosi. Spojrzenie przeclągłe' rie za'wsze wnikliwe, najczęściej nieobecne, rzadziej badawcze. Analizując cznaq osobowośćnalezy pilnie obserwować mięśnie ust w r żnycln sytuacjach: śmiech,

'w'

AKWARIIIM

gniew, rozdrażIienle, relaks. Uśmiechmożr- być pobłażliwy' wzgardliwy, szczęśhwy,1r oriczny, sarkastyczny, bywa uśmiechmlycięzcy i uśmiech zvłyciężnnego, uśmiech człowieka speszonego i uśmiech złowrogi. Wszystko to za7eĘ od mięśnidllarzy; ich praca jestjakby zwierciadłem duszy. Wszystkie te szczng Ę są o wiele waŻniejsze riż zrnjorność finansowych i shrżbowych kłopot w delikwenta, choć i te mają swoje niewąĘliwe nlaczenie... Nocą rzucam do bagażntka plecak, gumiaki, wędki i jadę nad odległe jez7oro na ryby. O brzasku z sitowia wyłania się Pierwszy Zastępca. Siada koło mnie i zarzwca spławik. Dokoła żryvłej duszy. WodaJest ciepła, lekko paruje, r ż'owa poświatazapowiada rychły świt,choć słorica jeszcze nie wldać. Zastępca Nawigatora nienawidzi wędkarstwa. Zwłaszcza mierzi go myśl'Że sąna świecieludzie, kt rąr dobrowolnie gołymi rękami nabijają robaka nahaczyk. Boi się tlorąć ros wkę palcem. Gdyby był tozkaz, to co innego. Tutaj jednak on jest szefem i nie musi brać ich do ręki, dlatego zarzuca pusty haczyk. Jest bardzo zrnęczofly, ocz'r ma przekrwione' szarącerę. Dla tej kr tkiej rozmow ze mną spędził całą l|oc ?A' lderownicą amaprzecieŻ na głowie masę waŻnych spraw. Słuchając mnie nie jest w stanie pohamować ziewaria. Co prbwda pod koniec opowieści przestaje z7ewać i nawet się rozpogadza. - Wszystko w porządku, Wiktor. - Myślicie, Że mozna werbować? Trzeci raz w życiu obdarzył mnie spojrzeniem, jakim zlll:ęczor:y naucąyciel patrzy na wyjątkowo niepojętnego r:cznia. Nauczyciel trze opuchnięte z niewyspania oczy. 290

- Sfuchaj, Suworow, matrt wrażerie, Że Ę czegoś nie rozumlesz. PrzecieŻ w takiej sprawie zvłyczajnie nie masz prawa pytać o zgodę. Jeżelri zapytasz, powlem rrie. Kiedyś zostaniesz Pierwszym Zastępcą albo nawet Nawigatorem' a|e zaparriętaj: nawet wtedy nie powinieneśnikogo pytać. Wyślesz szyfr wkę do Akwarium, a odpowiedź z peulrnściąsp źni sIęzprzycryn technicznych' Mogę bardzo duŻo wiedzieć o twoim człowieku, ale przecieŻ nie mogę go wycnlć' To ty z nim rozmawiasz i tylko twoja intuicja moŻe prĄśćci z pornocą. W tej sytuacj!ani ja' ani NawigatoĘ ani Alrwarium: nikt z nas nie ma ochoty brać na stebie odpowiedzialności. JeŻel| go nie zwerbuj esz' będzie to tw j błąd' kt ry nieprędko zostanie ci zapomniany. JeŻeli przypadkiem zostaniesz aresztowarry w chwili werbunku, to teŻ nie będzie ci wybaczone. Decyzja naleŻy wyłączrrie do ciebie. Zwerbljesz, zarobisz na sw J własny order. Będzie to tw j sukces i twoja kariera. Wtedy wszyscy staniemy za' tobą. Zaparnętaj: Akwarium ma zawsze rację. Zapartiętaj: Almrarilum zawszejest po stronie tych, co odnoszą sukcesy. Jeżeli zŁarniesz reguĘ i v4padniesz' starriesz przed trybunałem GRU. Jeślibędziesz postępować zgodnie z re$ułami i wpadniesz, oskarŻą cię o dogmatyczne stosowanie regulamlnu. JeŻeli odniesiesz sukces, wszyscy cię poprą i wszystko a wybaczą łączrie z rlanlszarljem elementarnych reguł. .TW rczo i elasĘcznie wykorzystał regulamlrr, odrzucaj ąc przestarzahe, zdezakhralizowane zasady''. Jesteśpewny srrkcesu, idź i werbuj. Nie jesteśpewny, wycofaj się już teraz. Poślękogo lnnego, kaŻdy wywiadowca tylko marTy o taldej okazji. TWoja sprawa. - Będę werbować. _ To jttż irrna rozmowa. I zapamiętaj: ani ja. ani NawĘator' ani Akwarium nie zaaprobowaliśmy twoich za:riar w' Najzwyczajrnej w świecie ich nie znamy. Pomylisz się' powiemy, Ześgh]pi szczeriak, kt ry przekroczył swoje uprawnienia i zasfuguje wyĄczrie na kosmodrom w Plesiecku. - Rozumiem. - W takim razie Powodzenla. Zabrał kilka złowionych przeze mnie rybek i skrył się w szuwarach.
291

wrKToR SUWOROW

AXWARTT'M

VI pijemy z Siedemset Trąrnastym. Nie podejrzewa, Że od dauma ma sw j numer' że centralny komputer poświęcił mu szczeg- lną uwagę, że dookoła g rskte$o hotelu zgromadzono niebagatelne siły GRU, że z Aklvarium przybył jeden z cz.ołowych psycholog w IlZarządu Gł vnrego pułkownik Streszniew, kt ry dokonał wnikliwej analriąl nakręconego przeze mnie kr clutkiego filmu. Siedemset Trzynasty nie wie, Że pracęmięśni jego t:warz3r badali być może najlepsi psychiatrzy tajnego śwlata wywtadu. Ptjemy i żartujemy. Rozmawiamy o wszystkim: o pogodzie, o pieniądzach, o kobietach, o sukcesie, o władry, 'o obronie pokoju i zapobieganiu światowejkatastrofie nuklearnej. Musl się zna|eźćjakiś temai tto'y on podchwyci i sam zaczItie m wić. Najważniej sze, Żeby m wił więcej ode mnie. Trzeba Ęlko znaleźćwłaśc\ury kluczyk, właściwytemat' Znowu p|emy i opowiadamy

Wr.""o'em

- Nasze spotkanie zostało sfilmowane i będziesz mnie teraz szarltażować? - Nasze spotkanie zostałro sfilmowane, ale nie mam zamLaru cię szantażowa . Być może to się kł ci z kanonem powieści szpiegowskiej, ale szarfttż nigdy r'je przynosił pożądanych v,rynik w i dlatego nie stosujemy szźrntażnl. Przynajmniej moja instytucj a.
JesteśzKGB? Nie, jestem z GRU. Nigdy o czymś takim nie sł5rszałem. Tlm lepiej. Słuchaj, Rusku, składałemprzysięgę, że nigdy nie przekaŻę Żadny ch informacj i ob cym mo cars twom. - Nie musisz nikomu przekazywać Żadnych sekret w. - No więc, czego się po mnie spodziewasz? - Najwyraźrnej nigdy w życiu nie spotkał Żywego szpiega i rozmowa ze mnąbardzo go ciekawi. - Napiszesz ksiĘkę.

-

Kluczyk już jest. Interesują go rekiny. Ęrta, czy wi_ działem film ,,Szczęki"? Nie, jeszcze nie. Ach, co za film! Paszcza rekina pojawia się w najmniej spodziewanym momencie. Efekt piorunujący! opowiada mi o z-vły|czajach rekin w. Zdumiewające istoty... Śmiejemy się. Stara się odgadnąć moją narodowość.Grek? Jugosłowianin? Czech skrzyŻowany z Włochem? Turek Ńiem" cem? Nie, jestem Rosjanlnem. obaj wybuchamy śmiechem. c Ż w, Rusku' tutaj porabiasz? Jesteśszpiegiem? Chcesz mnie zwerbować? Tak! Ryczymy ze śmiechu. Raptem przestaje się śmiać. - Naprawdę jesteśRosjaninep?
Naprawdę. Jesteśszpieglem? Szpiegiem. Prąrszedłeśmnie zlłerbować? - Jak najbardzlej. - Wlesz o mnie wszystko? - Wszystkiego nie wiem. Tlko co nieco. Długo mil'czyr.

zabawrrc

histofiki.

_

PrzecLeż werbuję właśnie ciebie, a rrie tych przy sąsiednim stoliku. Zrlowu wybuchamy śmiechem. - Mam wrażenie' że oglądam film sensacfiny. _ 7awsze ma się takie wrażenie. Ja też nigdy nie PrTpruszczałem, Że trafię do wywiadu. - Sfuchaj, Rusku, zaczekaj. Dobra, powiedzmy, że naplszę ksiąlkę' I co dalej? - opublikuję ją w Zwia7ku Radzieckim. - Milionowy nakład? - Nie. Tylko 43 egzemplarze. - To niewtele. - Płacimy po r7.ooo dolar w za każdy egzetnp|arz. Kontraktu nie podpisujemy. IO% z g ry. Reszta po otrzymaniu rękopisu, pod warunkiem, ma się rozumieć, Że porusza zagadnienia interesujące naszych czytelnik w. Potem książkę moŻnabędz7e wydać po angielsku. Jeżeli pewne szczeg ły okaŻąsię nieciekawe dla zachod-

- O czyrn? - o okrętach podwodnych z bazy - Wiesz' że Jestem z tej bazf?
_

Rota'

292

qt'
WIKTOR STIWOROW

-

Ntekt rym. Uregulowalem rachunek l poszedłem spać.

Rozdział L4
\-rudowne, niezapomniane chwile powrotu z samodzlelnego werbunku do betonowych rodzimych kazamat w. Ę$odniową nieobecnŃć' zauwaĘll wszyscy bez uyjątku, cała z4raja' Kiedy oficer operacyjny znlka na trzy dni, wiadomo, Że był przy lbezpleczaniu' Ale ponad ĘdzIeifl Gdzie slę podziewał? Nie ulega wąĘliwości:werbunek. Idę korytarzem. Cała lnasza brać sz1riegowska rozstępuje stę, milkną rozmowy. Zaciskam wargi, żeby nte pokazywać' jak mnie radośćrozpiera' Nie wolno cteszyć się przed spotkanlem z dow dcą. To uchodzi zarieptzyzwoitość. oni też szanuJą tradycję. Żaden nie wyrwie się z niedyskretnym pytantem, nikt slę nie roześmieje, nle pogratuluje. Pierwszeristwo należy do Nawigatora. Nlkt, oczywiście, nie ma pojęcia, za co m7 slę gratulacje należą ale każdy czuJe sz, sĘm zmysłem, że cośtam być musl, Że to dz7ert moJego trlumfu. Jak prĄemnle, że nile ma w nich zawiścl'a tylko ztozum7erie, szacunek, radość.I duma. Dumnt są ze mnie t z całej naszej bandy: widzlsz, Wtfia, idziesz po czerwon5mr dywante prosto do generalsklego gabtnetu l cteszymy się, że cl się udało. Tak samo stąpaliśmy po

AI

t;

i

t
1
',i

i

$
1

!i,

p
WIKTOR
STIWOROW
i:

AKWARJUM

tym dywanie, a jeŻe|i dopiero nas to czeka, z pewnością będziemy jak ty - dumnl i opanowani. Drzlln gabinetu otwierają się przede nrną siln Nawigator wychodzi mi na spotkanie. Bez zbędnych ceregieli przepuszcza rnnie przodem: _Wejdź, proszę, Wiktorze An-

boką depresją, histerią samob jstwem. Mądrzy wikingowie dobrze o tym wiedzą. Nawigator teŻ to wie, dlatego mimo zadowolenia stara

A za nim cała banda' Regulamin GRU kategory cznie zabraria informowania

się być surowy. Wytyka mi jakieśbzdurne niedopatrzenia, żeby tylko nie rozsadziło mnie z radości' A jak tu się nie cieszyć? Zgodzil się. Zainkasował zaliczkę. Wzial spis zagadnieri, kt re powinny zndeźć, się wjego książce. Biorąc pieniądze dobrowolnie oddał się w nasze ręce. Niebawem wyda otrzymarre 73.ooo i zechce odebrać pozostałe. GRU wie z doświadczeria, że wielu ludzi postanawia wziąć 10-procentową zaliczkę i na tym skoric4rć. W rzeczywistości'$dy Ęlko poczują smak łatwych pieniędzy' nie związarlych z d'uĘrn ryzykiern, robią rzetelnie co było ustalone i Ąaszająsię po następne. Ta reguła rie zna wyjątk w.

raz1e podtrzymywać stale ducha wsp Ławodnictwa weułnątrz tajnej orgar:izacjl? Dow dcy wynajdują r Żne chwyty' pozvła|ające obejśćsztyvney regulamin 7 zadęmonstrować całej zgrai swoją s5rmpatię do jednych i niezadowolenie z innych. Mają na to sposoby. W moim przypadku Nawigator zastosował wariant edwie drzvłi gabinetu zamknęły się przedefilował sz sty szyfrant w biabutelką szampźrna w srebrnym za-

'T1 dziwne, Io

koncentracja uwagt na każdym słowie, na każd5rm kroku, na kazdym oddechu. podczas werbunku wywiadow_ ca natęŻa całą swoją wolę, sw j charakteĘ całą posiadaną wiedzę, aby uderzyć w ofiarę, a r wnocześnie ani na moment nie traci z oka tego, co dzieje się wok ł niego. Sukces to nagłe odprężenie. Raptowne rozładowanie napięcia moż:e się skoriczyć katastrofą, załamaniem, głę296

II nie cieszy. ChyWczyrmnie ba rację mają ci, co m wią, że szczęściem jest tylko droga do sukcesu, szczęściesię ko czy, kiedy dopniesz celu. Sp jrzcie na ludzi' kt rzy stanęli u szczyrtu sławy. Niewielu naprawdę wie, co to szczęście. Wśrd obdarĘch' brudnych, wygłodzonych wł częg w prędzej znajdziesz szczęśliwych, riŻ wśrd gwiazd ekranu albo ministr w. Częściejzdarzają się samob jstwa wśrd sław anżeli wśrd śmieciarzy. Jest mi źle. Nie wiem, dlaczego. Jestem teraz gotowy na wszystko' Ciekawe, dlaczego nas nikt nie werbuje? M głby podejśćdo mrrie, powiedzmy, amerykariski dyplomata l rzucić: - Hej ty' chodź no tutaj, chcę cię mlerbować! Ąodziłbyrn się natychmiast, nie ŻarnĄę' Znając AvyczaJe GRU na pewno oniemiałby ze zdumieria' - Ty kretynie zdumiałby się m j amerykariski kolega _ czy zdajesz sobie sprawę, na co się naraŻasz w razie lvsypy? _ W pehei odpowiedziałbym radośnie' - No już' werbuj rnnie wreszcie' przeklęty kapitalisto! Za damo będę dla ciebie pracować, zaphtę od CIA rnoŻesz pakować do własnej kieszeni! Chcę po prostu ryzykować własną głową. Czyż rne upaja spacer po krawędzi przepaści? Czy rne wciąga igranie ze śmiercią?Są przecieŻ na świecieszaleftcy, co ujeżdżnją
ale niedawny
20

-

Akwarim

wrKToR SUWOROW
albo ta cząna arenie przed rozsza,laĘm bykiem. Nie dla pieniędąl. Dla prąrjemności. Wrogowie! Werbujcie mnie! Godzę się na wszystko! Czemu milczycie?

AKWARIT'M o wszystkim, co się prryttaflło mnie albo moim kolegom. 7-obaczę w lesie kumpla zarazLecę zameldować. JeŻeli nic mu się nie stało, znaczy Że był w lesie na operacji, a moŻe umyślnie go tam skierowano' by dow dca m gł skontrolować, czy go zauwaŻę, czy zarnelduję na czas. Nieustannie sprawdzają: kogo wolę - Akwarium czy przy1aciela? Jasne ' że A7<lvarium. Spr buj tylko nie zameldować! A jeżeli to kontrola? Koniec zaba'wy, trafisz na konwejer. Muszę ptzyznać, że ostabrimi czasy Zaczęto mi bardziej :ufać.Tenz sam biorę udział w sprawdzaniu innych. R wrneŻ dzś.Czarna noc, samoch d porzucony daliko Z tyfu, człapięw ciemnościpo kałużach. Nogi mi przemokĘ, trzęsę się z zimrta. Jak tylko wr cę do domu, naleję walulę gorącej wody, po|eąz godzillkę, wygrzeję się. W kieszeni mam niewielką paczuszkę, a w niej Biblię.

_eih. mustangi

w dcy wyczerpujący raport

Zn w weryfikacje, sprawdziany, kontrole. Wykoriczyły mnie te wieczne weryfikacje.
nle pod zna, oczwiście,ich nazwisk' życiorys w ani zajmowanych stanowisk. Ząadnienia interesujące Akwarium bada się z wielu mĘsc' nteraz oddalonych o tysiące kilometr w od śledzonego obiektu. Plany Sztabu Generalnego Bundeswehry

K

agentem. Nic wielkiego, niech tylko nadsyła odpowiednle materiały. Skoro policja gotowa jest zapłacić takącenęza zhldznrie rozgr5nvki z GRU - niech płaci. Takie podanrnki prądmujemy z otwarĘrmi ramionami' Gdy tylko okaże się,

koi ich jedno: jak też Ęrm razem zareaguję? Ja żaś reaguję za:wsze jak ttzeba: niezwłocznie składam do294

miałem okazję zakosztować tych sztuczek. Stale niepo-

Mała kst@eczka, wydrukowarra na cleniutkim papierze. To te r Żne stowarzyszenia religijne specjalnie tak wydają, Żeby łatwiej było przewozić, do Zwiapku. Biblię włoŻę do skrzynki na listy Wowki Fomiczewa. Wowka to pomocnik attachć wojskowego, a więc nasz chłop, z Akwarium, od niedawna w rezydenturze. Nie wiem, czy się domyśla, że Akwarium podkłada mu ostatnio całą serię świrlstw. Teraz teŻ idę do ntego w tym celu. Jutro rano wyciągnie Biblię ze sktryrlki. Nic w Ęm nadmłyczajnego, wszystkie te organizacje religune i gminy stale podrzucająnam podobne publikacje' Przez myśl mu nle przejdzle, Że tyrlit raz;ern to nasza robota. Może ksiĘeczka go zaciekawi, moŻe z chęci zysku postara się ją zachować: w Zwiapku ludzie całkiem poszaleli, za takie rzeezy płacą kupę forsy, nie żahrją Jutro niedziela, nle idziemy do pracy, no wlęc z-obaczymy, co zrobi: przyleci skoro śwlt'żeby zameldować czy zaczeka do poniedziałku. AmoŻ.e w og le nie powie, schowa lub wyrzuci, żeby uniknąć kłopot w. KaŻdy jednak wariant pr cz plerwszego _pr cz naĘchmiastowego raportu - oznacza dla niego koniec. Konwejer. Zinlno i mokro, na ulicach Żywego ducha. Tylko ja' samotny szpieg, trybik wielkiego systemu. Sprawdzam właśnieswego wsp łbrata. Zresztą trudno orzec, kto

wrKToR sttwoRow
kogo sprawdza. Wowka Fomiczew to m j dobry kumpel. Dwaraz3r wychodziliśmyjuż razerla na operację. Pracuje po mistrzowsku, na pewhiaka. Diabli go jednak wiedzą przybył dopiero co, ale bardzo możllwe, Że ma zlecone specjalne zadałie. Może to z jego pomocą mnie właśnle sprawdzają? Cośzabardzo laarz:uca się ze swoją przyjaźrną. Doświadczenie chciałby zdobyć, powiada. Wcale niewykluczone, Że to ja dziśjestem sprawdzany. Biblię wTzucę do skrzynki, a sam po prĄaźrn spr buję go uptzedzić, Żeby w te pędy poleciał z raportem. I j!ż mnie mają. I juŻ ląduję na konwejerze: prĄaciel jest ci droŻszy nż radziecki wywiad wojskowy! Dom Wowkl Fomiczewa jest duży i elegancki, mieszka w nim bardzn wielu dyplomat w wszelldch narodowości. Gmach znajduje się, oczywiście,pod kontrolą policyjną a już na pewno gl vłee wejście.Chociaż rnoŻn 1nie, ale zawsze to Ęiej wybrać gorszy wariant i na nim opierać swoje plarry. Właśnie dlatego nie wchodzę gł lvną bramą Iecz od Ęfu podur rkami przekradam się koło schludnych pojemnik w na śmieci - i do garażu. Mamy klucze od bardzo wielu gmaz', i bram dom w, zamieszkałych gl wnie pruez dryp|omat w. Mogę r wnieŻbrez trudu dostać się do dowolrrego wieder1skiego hotelu. Mamy caĘ wielĘ szafę kJucąr i wytrych w' Gdziekolwiek przejdae ktośz Akwarium, zrobi odbitkę klucza. NajwaźnĘsz1r jest dobry stan ewidencji i przechowywania, żrcby 7Awsze m c na czas odnaleźćwłaściwykluczyk. Dziśmam w kieszenltrzy. Gdyby zaszb' potrzeba, mogę dostać się nawet do mieszkania Wowki. Skąd miałby wiedzieć, irn prznd' bzema laĘ w tym samyrn apartamencie mieszkał jego pechowy poprzedrrik i to on właśniewykonał dla GRU odbitki k|uczy? Niestety, nie sta go było na rric bardzĘ heroiczrrego' więc został haniebnie ewakuowany i wydalony zn Sztab:u Generalnego. Koty z dzikim wrzaskiem rozpierzchły się spod śmietnika na wszystkie strony. To dobry zlak, to zrtaczy, Że nikogo nie ma w pobliżu. A rnoŻe śledzimnie ukryta kamera? Ciemno choć oko wykol' pewnie oszczędzają prąd. Zresztą światło podw rku nie jest konieczne, na a ukryta kamera może pracować r wtieŻ na promienie podczerwone. Nie zapinam płaszcza, aby widoczna była
300

AJ(WARIUM

spinka krawata. Wygląda jak najzwyklejsza w śwlecie spinka, ale pokrywająca jąfarba luminescencyjna świeci się w promieniach podczerwonych i od razu wykrywa obecność noktowizora. obracając się mogę gobez trudu z\oka7izować. J eŻeli jestem obserwowanY' wysikam się pod śmietnikiem i poczłapię dalej. Ale spinka nie świeci się, nie ma kamery. Wyciągam klucz i ostrożnie wkładam do zanrlka. Drzwt garażu ustępują bezszelestnie. Znajduję się w wielkiej hali z setkami pojazd w. Stąlam ostrożnie, starając się jednak nie skradać, nie rozgllądać się ukradkiem jak zlodziej. Powinienem sprawiać wrażenie człowieka, kt ry przed chwilą zaparkował samoch d i udaje sięwlaśnie do domu. Dnłgim kluczem otwieram żn|azne drmvi- Jadę windą prosto z garażl;- na ostatrrie piętro i tam odczekuję kilka minut pilnie nasfuchując. Dom śpi.Nie słycha otwierania drmłi ari zjeŻdŻającej windy. Spoglądam na zngarek Jeżeli nawet jestem śledzony,nikt nie jest w stanie połapać się w moich zamiarach. Może mam spotkanie z arnerykarlskim dyplomatą, moŻe czeka na mnie kobieta. Jeże1i jestem śledzony,w wczas włożenie Biblii do skrzynki na listy wyda się kamuflażem i przeciwnik dfuglo będzie sobie
głowę łamał nad prawdziwyrrr celem mojej rali2y1y. Windy nadal stoją nikt nie idzie po scho{agh. Martwa

cisza.

ostrożfie schodzę w d ł. Stąpam nie na palcach i nie całąpodeszwą dotykam stopni tylko zewnętrznymi karrtami but w, posuwając się jak klown na z$iętych nogach, Mam buĘ na mięklrich zel wkach, nie skrzypią lepiej jednak chodzić tak' jak mnie uczono; w ten spos b nigdy nie słychać krok w. Jtrż jestem na parterzn W wyłożonym marmufalni westybrrlu vnfuę z dztesięć skrytek na listy' Wiem, kt ra mnie interesuje, ale zatrzymqę się po kolei przedkaŻdą wcą1tuję się w nazwiska mieszkłic w. Potem całym ciałem przywieram do bloku skrąrnek i niedostrzegatnym ruchem WTzucam paczkę do właściwegootworu' Gdyby nawet ktośśledziłmnie z tyhr' nie wiedziałby, kt ra sloąmka mnie zaciekawiła i co przy niej majstrowałem. Pieszo, schodami, z obojętną, zb|azowanąminą kieruję się z powrotem do garażu.
301

wrKToR SttwoRow Kto wchodzi i wychodzi tą samą drogą pokazuje, że nie czuje smaku konspiracji. Ja nabrałem tego smaku. Nie prz5r1romina smaku wina ani miłości' ani walki. ST* konspiracji jest zupeheie inny, jedyny w swoim rodzaju. Lubię ten smak, potrafię się ntm delektować. To nie brak smaku goni mnie zn w do ciemnego garażu, po prostu nie ma stąd innego rłyjścia. trI niewyspany. Kiedy miałbym się wyspać? Oczy mnie pieką. Skoro świtzjawiam się na ,pr"odk..., choć dziśniedziela. Czekam na Wowkę' ,l^lrz. byłoby wspaniale, gdyby zjawi się jeszcze przede mnąl eie na razie Ęlko Saszka-Aerofłot ziewa smętrrie w kącie. Teżma opuchnięte oczy, teŻ pewnie podkładałkomuś świnię, może nawet mnie. on też pevmie czeka na kogoś, kto powinien przybiec z wywiesznnyrr' jęznrem' Usprawiedlivrta się przede mną, że niby musi pilnie zamt.mĄć, rozhczenle fi] nansowe. Wiem, oczywiście,że to prawda, choć nie cała. Co innego przygnało go w niedzielę o sz stej rano. M wię mu, że zalegałn Ze sprawozdanlami z przeprowadzonych operacji. Kurier nie będzie czekać. Saszka jednak też nie w ciemię biĘ, wie, żre to nie jest jedyny pow d mojeJ porannej wizyty. Udaje, ze pilnie pracuje, ale co ,rur rnrka na zelarek Ja tak samo' ale robię to ukradkiem. RozłoĘłempapiery na biurku, a sam gapię się w ścianę.Szkoda, ż.e nie wolrro rram mieć tu oklenek. o ro.oo Pierwszy Zastępca zapraszaSaszkę-Aerofłota _ do swojego gabinetu. Z,ostałem sam. o 11'32 zjawia się Nawigator.
całego systemu.

A.KWARIT'M

stanowi zagroŻenle dla naszej tajnej organizacji

i

dla

- Wiktorze Andriejewiczu, idź do domu, wyśpij się porządnie. Bądź fu z powrotem o l8.oo. - Takjest.
GRU nie wie, co to wypoczynek. KGB r wnież. Wyobraźmy sobie jednak na moment, Żewkażdy dztefiwolny częśćdyplomat w nie zjawia Się w pracy, natomtast reszta _ zdecydowana większość - przychodzi jakby nigdy nic. od razu stanie się jasne, kto jest rzecą1wiście dyplomatą a kto nie. Aby uniknąć podobnej sytuacji, wymyśla się masę pretekst w i sztuczek, żeby każdy dyplomata musiał r wrljeż w soboĘ i niedziele zajrznć do biura: musimy schować się za kurt;.nzy1nym' dyplomaĘcznym uśmiechem, musimy utrzymać w tajemnicy nieprzerwaną pracę rezydentur. W świętai dni wolne od pracy ambasada przypomina rozgrznbane mrowisko. Nie bez powodu. Tlko w te dnt możra odebrać koresponden$e z ZSRR. Listy i prasę. Każdy potrzebuje świeŻych,,Izwiestij", aby sprawdzić najnowsze kursywalut. Każdy rachuje zapamiętale: warto dzisiaj wymienić dewvy na bony, czy rnoŻe jeszcze zaczn|<ać? Kurs skacze, co dŻeri inne notowania. Jaki Ędz1e za' Ędzie kurs Gosbanku? _ jeden Pan B g rac4l wLedzieć. Ponadto w dni świątecznew radzieckich ambasadach na caĄrm świecie otwierane są specjalne sklepy: ceny takle, Że oko bieleje. Cała radz1ecka kolonia zwartym tłumem pcha się do lady. W niedziele odbywają się ponadto prelekcje. Sale nabite po brzegi. Nie to, żeby lgnęli do wiedzy' bynajmniej' Na wykładach sprawdza slę obecność,zAznaczakrzyŻykami, kto był' kto opuścił.W zasadzie nie ma prą[nusu, wolna wola, ale jeżeli ktośraptem l)zr:a, że powiedzmy, Iwan Pawłowicz ostatnio rl7e zabardzo się udziela, przejawia skłonność apatit i przestał interesować się polido tyką to do ewakuacji jeden krok. Kt rejśnocy sfukanie do drzwi: tatuś niedomaga, pragnie się pożegnać. Eskorta - jak na zawołarrie; nieważne czy sarn Iwan Pawłowicz chce się poŻegnać z rodzIcIe|em, czy nie : - Do samolotu!

Zno*irstem

- Noico?

Z mxry Nawigatora wnoszę' Że to rie mnie sprawdzano, tylko Wowkę Fomiczewa. Elementarna prowokacia' Połknąłprzynętę. Zna|azł Biblię, ale rrie wiadomo dlaczego nie powiadomił naĘchmiast przełoŻonych. Jak w takim razie postąpi, jeżeli przytrafi mu się cośpoważniejszego? Zamelduje czy teŻprzemiczy? Jasna sprawa:
302

szk d. Jeszcze nie ma reakcji.

_ _|owarąlszu generale, wloĄlłem prezent bez ptze-

wrKToR suwoRow

AJ(WARIUM

R wnież w niedziele w ambasadachradzieckich odbywają się projekcje. Pokazują nowe i nle całklem nowe filmy. Zrlowu pełno: masowe uczestnictwo _ to oznaka rozwiniętej świadomościi nierozerwalnych więz w z socjalistyczn ą ojczyzną. Tłoczno jest w niedziele w radzieckich ambasadach. Nie ma ldzie zaparkować samochodu. Mnie to nie dotyczy, mam zatezetwowane specjalne miejsce.
Spacerujemy z Nawigatorem po ogromn5rn parku. Gawędzimy' zerkarny dyskretnie na gł wną bramę. Przechadzająsię r wnież wicekonsul Piotr Jegorowicz Dunajec i Mikołaj Tarasowicz Moroz, pięrwszy sekretarz ambasady. Niby nie młracają na nas uwagi' ale wiem, że nieprzypadkowo postanowili się przewietrzyć. Szyk:uje się ewakuacja. Pomocnik radzieckiego attachć wojskowego w Wiedniu kapitan GRU Wadimir DmitriewiczFomiczew okazał się osobnikiem niepewn5rm. Samolot już czeka. W ewakuacji bierze udz1ał bardzo ograniczona Lfuczba os b: Nawigator - to on podjął decyzję; ja - bo brałem udz1ał w kontroli, więc jestem zorlentowany w całej sprawie; pułkownicy Dunajec i Moroz - zastępca i Pierwszy Zastępca rezydenta. Szary Ford Fomiczewa miękko wpłynąłprzez bralrtę. Pomocnik attachć wojskowego przfrechał z małżonkądo kina. Ech, Wowka, czemuśnie przyleciał zdyszany skoro świt?Czemu nie przyniosłeś Biblii? Po co ją schowałeś? Na cholerę cl ona potrzebna? Boga nie rna, najwyŻszy czas, Żebyśwbił to sobie do łba. Wszystkie te religijne hoclri-klocki, to wredna anĘradziecka robota. Nie ma raju po śmierci.Raj trzeba budować na ziemi. JeŻeli wierąrsz' Że raj nastąpi po śmierci, automaĘlcznie sam się odsuwasz od aktyurnego budowania raju na zierni Niepiśmierrnej babinie rnonla to wybaczyć, tobie - nie' P jdzlesz na konwejer, tam już się przyznasz do wszystkiego. Po cośchował Biblię? A może wcale jej nie schowałeś'tnoże wyrzucileś ją do śmieci,zeby uniknąć nieprz11'emnych wfiaśnie' Sądziłeś, nikt się nie dowle, że a my w'iemy wsąrstko. Masz obowiąpek meldować cokolwiek się przydarzy. GRU nie przr-baczy ci milczenia.
304

Zastępca Naw'igatora statecznym krokiem spaceruje i jakby nigdy nic przesuwa się w trderunku bramy. Do ambasady prowadzi jedna droga; opuścićteren można ty|ko przez bramę wejściową' Pomocnik attachć wojskowego nie ma juŻ drogi odwrotu. Prąr bramie stoją wartowrricy. Nie są wtajemniczeni w całą operację. Jeżeli Fomiczew nie rzuci się do ucieczki, w og le niczego się nie dowiedzą. Gdyby pr bował zvłiać, pułapka zatrzaśn7e mu się przed samym nosem. Nawigator i Piemłszy Zastępca niespiesanie, spacerkiem kienrją się do biblioteki. Przy samej bibliotece jest zapasowe wejściedo bunkra. Zaczękarn tu jeszcze chwilkę. Boria, trzeci szyfrant, spieszy na parking. Boria nie jest wtajemniczony. Ma zazadarie podejść,przywitać się i powiedzieć: - Władimirze Dmitriewiczll, szyfr wka dla was' obserwuję z oddali. Boria zblriża się do samochodu. Fomiczewwysiada. Nie widzę jego twarzy. M wi cośdo żony, lekko ją cafuje. Już poszła sama do sali projekcyjnej. Kapitanie' nie wiesz, co cię czeka!Jesteś przestępcą. Nie zameldowateś dow dcy, że zgniły kapitalŻm usifuje cię zdemorallznwać, ściągnąć na manowce' Za to, kapitanie, nikt cię nie rozstrzela, to jasne, ale do tiurmg p jdnesz _ zapr bę oszukania rezydenta. W więzieniu dołoŻąci kolejny vr16ok. Takim jak Ę za'wsze dokładają. Jeże|i kiedyś nawet wy1dziesz z plsdła, to nie jest pewne ' czy twoja żnna jeszcze cię zechce, Rzuci cię. Widział,emjąkiedyśzbliskana jakimś prznęciu dyplomaĘcznym. Rzuci, jak nic. Na mnie czas. Pancerne drzol.. Korytarz. Schody w d ł. Następne drzuli, te z trupią czaszką. Zn w w d ł. Do bunkra' Wielka sala' Korytarz' Mała sala. Jeszcze jeden korytatz. Drzwi na prawo i zaraz na lewo. Naciskam dzvłonek. Wychyla się Bałarz Pierwszego Zastępcy. Zasłania się drzwiamI jak tarczą. Co w środku - nie widać. - Czego chcesz? _ Trzeba w cąrmśpom c? - Nie, nie' Idź, obejrzyj film. Damy sobie radę. - Do widzenia' Mikołaju Tarasowiczu' - Do widzenia.

WIKTOR STIWOROW

AKWARIUM

Korytarz. Schodami do g ry. Mała sala... - Witia! - Pierwszy Zastępca dogania mnie zdyszany. - Tak? - Sfuchaj, Witia, na śmierzapomniałem. Zaczekasz, aż film się skoriczy. Podejdziesz do jego żony' Walentyny' powiesz' Że mry dostał pilne zadarie. Wr ci zadwa dni. Niech się nie niepokoi. Powiesz, że poufne zadanie. Wykombinujesz coś,żeby się nie zorientowała. Odwiezlesz jądo domu. Ęmczasem zabierz w z Fomiczewa z parking1u i Ąedź do podziemnego garairu. Masz klucze. To wszystko. Do juta. - Do jutra, Mikołaju Tarasowiczu. WalenĘma Fomiczew na|eŻy do specjalnego gatunku kobiet. Za ta|rjrri kobietami rnęŻczyźnloglądająsię na ulicy. Jest niewysoka, ostrzyŻona na chłopca. ogromne, czarujące oc4l. Lekko kapryśnyuśmiech. W kącikach ust ma cośrozllliryłego, ale żeby to dostrzec, trzeba przy1rzeć się bardzo uważnie. Jest w niej niewątpliwie cośszatariskiego. Co? Dobrze nie wiem. MoŻe cała jej uroda jest szata ska. Po coś,Wowka, taką żonę sobie wybrał? Piękna Żona _ cudza żnna' W ambasadzie kto żyw wodz1 za niąwzrokiem. W mieście tak samo. Zwłaszłza pohldniowcy, wysocy, korpulentni, lekko Ęsiejący. Tazgrabnafigurka nie daje im spokoju. Jedziemy samoświdnrjąmnie chodem, zatrzymujemy się na światłach, ironiczrre spojrzenia: na co ci, brzydalu, taka ślicznotka? A ona wcale nie moja. odwożę ją do domu, bo małżonek trafił na konwejer, śpiewaaŻ mlło. Jeszcze tutaj, w Wiedniu, wyrwą z riego odpowiednie z'eznan7a. Potem trafi do Akwarium, do wielkiego szklanego gmachu na Chodynce. Walentyna, jego żnrta', rla tazie niczego się nie domyśla. Wynrszył na noc, na akcję' Jest przymryczajona, nie denerwuje się. opowiada mi o nowych połyskujących płaszczach, cały Wiederi teraz je nosi. Byłoby jej w takim pŁaszcnsbardzo do twarzy. Jak kr lewna Snieżka mącisz nasz spok j swym zirnnym, v6miosłym spojrzeniem.I|eŻwładzyr w Ęch zaciśnięĘch, wąpldch dłoniach! To pewne, Żn potrafi owinąć wok ł palca każdego' kogo napoĘka na swojej drodze. Gdyby je ścisnąć,rozsypałaby się jak kryształowa wa?A'. Z takąkobietą możra spędzić Ęlko jedrą rloc i zataz
306

trzeba ją porzucić' W pzeciwnym raĄe ljarzml. ranci na kolana. Znarn takie' miałem kiedyśtaką samą, też malutką i delikafol1 Ież s1ę za liąo$ądano. odszedłem od niej sam, nie czekałem ażprzepędzi, oszuka, złamie' Głupiś,kapitanie, Żeśza taką poszedł' Wiem na pewrlo, że śmiała się w nos, a Ę, miotany zazdrością, ci ją śledziłeś zza węgła. P źniej, ulegając chwilowej zachciance, zgodzlła się zostać twoją żoną. Teraz pewnie na konwejerze też myślisztylko o niej i dręczy cię, że nie wiesz, kto ją teraz odwozi do domu' Uspok j się, kapitanie, to ja, Witta Suworow. Niepotrzebna ml ona, omiJam takie z daleka. Zresztą Wiederi to nie miejsce na takie zabauły. Zbyt uważnie śledzimysię nawzajem. - Suworow, dlaczego nĘdy stę do mnie nie uśmiechasz?

Tak' Wszysry się do mnie uśmiechają.Bolsz się mnie? Nie. Boisz się, Suworow. Ale ja cięzmuszę do uśmiechu. GrozTsz? obiecuję. Resztę drogi jedziemy w milczeniu. Wiem, że to nie prowokacja GRU' Takie kobiety tak właśnie wią. Zrem sztą GRU nie może mrrie teraz śledzić.operacje GRU są precyzyjne i nieskompllkowane. GRU r żnl się od irr_ nych wywiad w prostotą swoich operacji. GRU nigdy nie stara s1ę złapać laaraz dw ch srok za ogon. Właśnie dlatego dzLała tak skutecznie. Mam nadzleję, Suworow, Że nle porzucisz mnie przed domem. Jestem ładną kobieĘ może mnie ktoś zgwałcić na klatce. Wtedy wszystko będzie na cieble. - W Wiedniu tak1e rzeczy się nie zdarzają. - Mimo wszystko boję się sama. Nie boi się niczego na świecie,zt7arn taliiie, zvłierz w sp dnicy. Jesteśmysami w wirrdzie, Walentyna śmiejesię figlarnie: - Jesteśpeurny, że Wołodia nie wr ci na noc? - Jest na operacji. - A nie boisz slę zostawić mnie samej? Ktośm głby mnie porwać...
307

-

Czyjajeden?

I,f

WIKTOR

ją przodem. do mieszkania. otwiera drz\łi - Co robisz dz1św nocy? - Śpię. - Zkim ty śpisz,Suworow? - Sam. _ Jateż sama - wzdycha. Przekracza pr g i nagle odwraca się do mnie. Płonący wzrok. Twarzyczka wzorowej uczennicy. To najbardzĘ perfidny rodzaj kobiet. Nie cierpię takich.
Winda zattzylr;ruje się, przepuszczam
IV szybko' E*un u cja zavłsze odbywa się samolotem, tylko jedna kontrola PolicYjna. Ewakuacja zawsze odbywa się w dzieri. W nocy policja jest bardziej podejrzliwa, rano przychodzl nowa zmiana, świeżesiły, z kolei pod wiecz r samoloty z regiuł}r nie wynrszają na dalekie trasy. Dlatego w dzierl. Rozkład lot w Aerofłotu z większości zachodnich stolic do Moskwy został tak opracowany' Żeby samoloty startowały "w dzier1. Nie zawsze jest to możliwe, ale w więktak' Ludzl ewakuuje szości wypadk w ustalono właśnie się nie kazdyrr' rejsem Aerofłotu, ale w razie nagłej potrzeby wszystko jest z g ry zaplanowane. Były kapitan GRU, były pomocnik attąchć wojskowego siedzi na taborecie. Głowa zwieszona. Nie jest skrępowarry, po prostu siedzi. Nie ma już ochoty krryczeć i awanturować się. Przeszedł pierwsze stadium konwejera. Zeznał już wszystko: tak, była Biblia w skrąmce na listy. Nie , rellgia mnie nie interesuje. Tak jest, wykazałem karygodne nledbalstwo. Tak, wyrzuciłem do śmieci. Trzeci pojemnik od lewej. Biblia lreŻy juŻ na stole. Znaleziono bez trudu. Dow d rzeczow' leĘ w celofanowym opakowaniu. Kiedy wiozłem twoją żonę, wyciągano z ciebie, kapitanie, pierwszą sertę zezlart. - Tak, wcześniej też oszukiwałem Nawi$atora. Cztery razy odwiedzałem prostytutki. Nie, nie mam żadnych kontakt w z zachodnimi wywiadami. Ni$dy nie otrzy308

STIWOROW

AKWARITJM

małem żadnych propozycji wsp Ęracy. Nie, nie przekazywałetn im tajnych informacji. Ewakuacja. - Spirytus. Zarriast spiryhrsu aptekarskiego używamy najczęściej dżinu Gordon z barku Nawi$atora. - Strzykawka. Strzykawka jednorazowa. Zupelnie jak w Specnazie. Ale to nie Błoga Smierć, to po prostu Błogość. Miejsce zastrryrkw trzeba starannie przetrzeć watką z dŻil:em, żeby n1ebyło zakłżenIa.

lotrisko. Huk sitrik w. Lśniącepodbgl. Kioski zparrn$kami. Lalki w strojach regionalnych, zapalnlez,ls. Ronsona. - Kontrola bilet w. BagaŻ? - BezbagaŻu. Kr tka podr Ż służbowa. - Paszporty proszę' Zielone paszporLy. ,,W imieniu Ztnrrupku Socjalistycznych Republik Radziecktch. Minister spraw zagranicznych ZSRR..." - Proszę przechodzić. Jest nas trzech: były kapitan, ja' wicekonsul. Były kapitan podr żuje, my dwaj go odprowadzamy. Jakoby. W rzeczywistości zapewniamy bezpośrednie lbezp7eczanie. A tam dalej' prąr kiosku - konsul generalny ZSRR. Ubezpieczanie og lne. Grozić! Protestować! osłarriaćl Teraz do samolotu . - Poczta dyplomatyczna - to o nas. Płytą lotniska - do samolotu. Dwa kro}d, nie potrzeba autobusu. TU-134. Dwa trapy. TVlny dla wszystkich. Przedni - dla szczeg lnie włŻr:ych osobistości i poczty dyplomatycznej, to znaczy dla nas. Przy wejściu na schodki jeszcze jedna stewardesa, szczerzy zęby do pasaŻera. Nie wie, że kapitan przesta} być szczeg lnie ważną osobistością, a uśmiecha się tylko dlatego, Że go naszprycowano Błogością. Przy trapie - kurierzy dyplomatyczni. Jest ich dw ch. osiłki. Wiedzą, jaki wiozą dziśładunek' Są uzbrojeni i nie kr51'ą się z t5rm. Taka jest międzynarodowa prakĘka dyplomatyczna. Takie sązasady ustalone już w l8l5 roku na Kon$resie Wiederiskim.

WIKTOR SttwoRow

brotliwle. Do kogo się uśmiecha? Możze nawet do mnie' Jateż uśmiecham się do nlego.

Rozdział 15
_ rozkazujeNawi$ator. Wkładam.r" gło*ę pr".l ' Wro, helm, on r wnież' obaj wyglądamy jak kosmozroczysĘ
naucl. Hełmy są połączone elas Ęrcznyrnl 1 pt?.ezroczystymi rurkami. Podsfuchanie jakiejkolwlek rozmowy w gabinecie dow dcy jest nawet teoretyczrrie rriemożliwe. Jeżeli pomimo wsąlst}dch istnieJących zabezplecze i zag,hlszarek Szef poleca mi użycte hełmowego interfonu' to znaczy, że ma cośniezwykle interesującego do zakomunikowania. - Robisz postępy' nle tylko w zdobywarriu irrformacji. Niedawno przeszedłeśserię test w i weryfikacji zorgarizowanych przez Ak'warlum i przeze mnle osobiście.Nie domyślałeś niczego, ale przebyłeś się wszystkie pr by celująco. Tym samym przeszedłeśdo naJwyższej kategorll zaufania. JeżeII to prawda' to GRU z lekka przesadza. Mam patę grzeszk w na sumieniu, rrie jestem święty.A może NawĘator nie m wi mi wsąrstkiego. Nie na darmo nazrya|ągo Przecherą. - GRU powierza ci przeprowadzenie operacji najwyŻszej wagi. Do Wiednia przybywa agent występujący pod kryptonimem Stary Przyjaciel. Jest dla nas bezcenny,
311

WIKTOR

STIWOROW

AKWARIUM

najlepszy dow d, że w Moskwie kieruje nim osobiście generał-pułkownik Mieszczertakow' Nie wiem' kto to taki i nie mam prawa wiedzieć. Ty tym bardziej nie masz prawa. Jasne, Że z takim człowiekiem nie spotykamy się osobiście.Ni$dy, pod żadnym pozorem. Pracuje on w oparciu o system skrytek i um wionych sygnał w. Jednak GRU jest przygotowane do nawia?ania z nim bezpośredniego kontaktu w dowolnej chwili' Musimy mieć pewność, że taki kontakt da się na'wiapać w kaŻdych warunkach i w kaŻdej chwili' Dlatego raz na k7lka lat przeprowadzamy spotkanie kontrolne. Prz51'aciel otrzymuje odpowiedni sygnał i pojawia się w ustalonym miejscu. Nie nawią2ujemy z nim żadnego kontaktu, tylko obserwujemy go z oddali. JeŻe|i się zjawia, znaczy, Że funkcjonuje bez zarzutu. Poza tym sprawdzałącntość nastąri lmy, czy wok ł niego jest czysto' Teraz właśnie taka operacja. Rozkazem szefa GRU zostałeśwyznaczony do jej przeprowadzenia. Zatezerwujemy ci pok j w hotelu' Przez d'wie doby będziesz sprawdzał z st|ną grupą ubezpieczarria czy nie masz ogona. Zjeźdztsz caĘ kraj wzdłuż | wszerz. Porzucisz samoch d w Innsbrucku' Znikniesz. Ulotnisz się. Zjawisz się w Wiedniu jak widmo. Przeprowadzisz ostateczną kontrolę' Do hotelu wejdziesz przez restaurację, na g rę do pokoju, gdzie wszystko będzie przygotowane. Dostaniesz Minoxa z teleobiektywem. Aparat będzie załadowany taśmąMikratna -93!Tarcza. Negatyw ma dwle warstwy światłoczułe: jednej zdjęte zostaĘ austriackie lotniska wojskowe. T}r będziesz eksponował drugą warstwę. W razie aresztowania postaraj się wyrwać taśmęz aparattu i ją prześwietlić.JeŻelri ci się nie uda, sami jąwywołają. otrzymają Ęlko zdjęcla lotnisk, bo wyvoływacz antomatyczrie zniszczy drugąwarstwę, właściwą.Niech cięmająza zwykłego szpiega, płotkę. Wszystko jasne? - Jasne. - Więc słuchaj dalej. o um wionej porze Stary PrĄaciel pojawi się przed wystawą sklepu z obuwiem. Będziesz go obserwował z odległości1oo metr w i z wysokości18 metr w. Sfotografujesz moment pojawienia się Przyjaciela. Nie wiem, kto to będzie, może kobieta prze312

sprawy' P ł godziny przedryZr:.aczor:yrr' spotkaniem zaczrrij fotografować wszystko, co wyda ci się podejrzane. ustalonej potze w ściJak go poznasz? Zjawi się o ściśle ga?Rta w prawej ręce to śleustalonym miejscu. Zwirnęta zt:lak rozpozt|awczy i zarazern sygnał' że wszystko jest w porządku. Ta sama gazeta w lewej ręce oznaczar ebezpieczeflstwo. Stary Przyjaciel udaje się na spotkanie. Nie wie, czy tyn razern my się stawimy. Gdyby został w międzyczasie namierzony, rnoże zapobiec spotkaniu, moze uratować naszego oficera, a zarazem własną sk rę. Jeżeli jest kontrolowany przez policję, to wjego własnym interesie leĘ zariechanie kontakt w znarrlri. Jeśliw ciągu pięciu minut nikt się nie zjawi, odejdzie i ponownie zgłosi się na kontakt, gdy tylko otrzyma od nas wez\Manie. Może to być za lo lat i na drugim koricu planeĘ. Byćrr'oŻe tylko go sprawdzimy, nie nawią.zując kontaktu bezpośredniego. Czy cośjest niezrozumiałe? - Wszystko jasne. - Jeszcze jedno. Czas i miejsce operacji podam ci w ostatniej chwili. od tego momentu, aż do jej zakofrczenia, absolutny zakaz kontaktowania się z cudzoziemcami. o każdym przymusowym kontakcie masz mi osobiściemeldować. operacja jest ściśle tajna, nawet pierwszy szyftant nie jest wtajemniczony. Depesza z Centrali z moim osobistym kodem jest zapieczętowana. W pokoju hotelowym nie masz prawa rnieć Żadnego innego aparatu opr cz tego, kt ry ci wręczę tti przed operacją. Za dodatkowy aparat moŻesz zapłacić głową. Musisz bardzo ostrożnie obchodzić się z Minoxem. Film założnnow Akwarium, aparat opieczętowano. Pieczęci prawie nie widać, uważaj' żeby jej nie uszkodzić. Nie masz prawa m wić nikomu, nawet rnnie, jak wygląda Stary PrĄaciel. Zapieczętowany Minox poleci pocztądyplomaĘczną do Akwarium, tam dopiero film zostanie odpowiednio wywołany. Czy maszjakieś pytania? - Zadnych. - W takim razie powt rz wszystko od początku'

brana za rnęŻczyzĄę, a może mężczyzna przebrany za kobietę. Niech cię nie pesry, Że facet na przykład jest niechlujnie odziany i rozczochrany. Tak jest lepiej dla

J

2I

-

Atwarim

313

WIKTOR ST'WOROW

AKWARIUM

ściąrzecąr.J.* to narożny pok j' mogę więc obserwować r wnocześnie trzy zaciszne zaułki. o, tam znajduje się sklep obuwniczy. Na przylegĘch uliczkach niemal pusto' Żadnego ruchu. Do pojawienia się Starego Przyjaciela mam jeszcze trzy godz1ny i dziesięć minut. CĄaśtroskliwa rękaprzyszykowała wszystko, co tylko może być potrzebne: teleobiektyw do Minoxa wielkościbateryjki, duŻąlornetkę 7r-lissa, chronometr omega, komplet filtr w' plan miasta, termos z gorącą kawą. Sam aparat przyniosłem ze sobą. Minox. Chromowane kwadratowe pudełeczko z gwziczkami i okienkami. od dziesięcioleclwszystkie !vy!vlady świata poshrgują się wyłącznie tym aparatem. Kim Philby używałMinoxa pracując dla wywiadu radzieckiego przeciw Brytyjczykom. Pułkownik oleg Pierikowski pracował Mirroxem dla angielskich służbspecjalnych przeciw radzieckim. Oto on, trz5rmam go w dłoni. Malutki poręczny Minox. Podtączam teleobiekĘw i pr buję fotografować. Na razie tylko się prąrmierzafl|. Dla takiePrzy go malego aparatu 1oo metr w tu duża odległość' ręki wszystko zamazane, nienaj|Żejszym drgnieniu ostre. Minox do tego się nie nadaje, wymyślono go do fotografowarria rozłoŻonych na stole dokument w. Czas w|ecz.e się niemiłosiernie. Z domu naprzeciw wychodzi tęga kobieta, idzte prz.ed stebte. Nic ciekawego. Przejechał listonosz na rowerze' Znowuwszystko zamarlo. Przemknął czarny Mercedes, na tylnym siedzeniu facet odziany w białe prześcieradła.To przedstawiciel biednego kraju udaje się na konferencję, by Żądać pieniędzy od kraj w bogatych. Dyplomaci z bogatych kraj w teŻ jadą na konferencję, ale ich pojazdy są skromniejsze - Fordy' Volkswageny. Specj aliśc1frłIerdzao Że przepaśćoddzielaj ąca kraje biedne od bogatych w przyszłościma się po$ęblać prz-edstawiciele biednych kraj w będą jeŹdzić wyłącntie Rolls-Royce'ami, a dyplomaci z Waj w bogatych przesiądą się na rowery, bo to oszczędniej. Cienka wskaz wka malutkiego chronometru niezmordowanie krąpy po cyferblacie. Znowu przeszła tęia ko314

bieta. Zn w zaskrzrypiały opony dlżej czarnej limuzyny z przyciernnionymi szybami: jeszcze jeden biedak pojechał po wsparcie. Ponownie omiatam Zeissem u|icę. Zeby tylko nikogo nie przegaplć. Zapamiętać nurlrrery. ZapamiętaćBłłarze.Zapamilętaćkażdyruch'kaŻdązmiarlę. Minox czeka odbezpiecznny jak cekaem w czoĘu. Pogotowie bojowe' KaŻdy podejrzany szczeg ł - na kliszę' Klatki na filmie są mikroskopijne, więc mieścisię ich bardzo dużo. A to co takiego? Co??! Zaritn cokolwiek zdaiyłern sobie uświadomić, poczułem, że stała s1ę rzecz straszna i nieodwołalna' Przy krawężniku zatrzyrnał się elegancki Citroćn' Poznałbym go wśrd tysięcy innych samochod w: to Citroćn Pierwszego Zastępcy' Z wozu wysiada kobieta' kt ra szybkim ruchem pochyla się ku Pierwszentu Zastępcy i cafuje go na pożegnanie. Właśnie ten moment utrwala m j mały niezawodny Minox' Kobieta wsiada do sportowego Fiata i odjeżdża. Pierwszy Zastępca już dalłno zniknal za rogiem. Siedzę w fotelu, zaciskam wargl. Kobieta nie jest, oczywiście, Źoną Pierwszego Zastępcy. Znart jego żonę. Nie jest to r wnieŻ tajna agentka: Nawigator zr:a czas i mieJsce kźdej operacji i z pewnością zabronił jakichkolwlek działa w moim rejonie. To znaczy, że GRU znowu mnie sprawdza. Wpakowali mnie do tego kreĘmskiego pokoju i odegrali komedię. Teraz czekają: zamelduję o występku uwielbianego przeze mnie człowieka czy też przemi|czę? Aparat dali mi, żeby sprawdz|ć, czy się zawahałem choć chwilę' czy teŻ użyłem go naĘchmiast. Po samym zdjęcfil teŻ potraffą ocenić czy zadrż:.ła ml ręka, czy teŻ zachowałem spok j i oparrowanie. Nie bez powodu zagryzan wargl. Jest jeszcze jedna możliwość. Cicha, spokojna uliczka to w5rmarzone miejsce na tajną schadzkę. Mało kto wie, Że siedzę tu, na szostym pLętrzł, ukryĘ za' c(ęŻkąkotarą. Mikołaj Tarasowicz nie ma o tym pojęcia' jeżeli nie bierze udziafu w operacji. Pierwszy Zastępca i kochanka. Amerykanka? Angielka? oczywiste, Że cudzoz7emka. Kobleta radziecka za graricą nie powinna mieć samochodu, tym bardziej sportowego. Na co jej sportowy w ź? Wszystkie samo315

!
WIKTOR STIWOROW

korzystają znic}r tylko ci, co stojąna strażyjego potęgi. JeŻe|i to nie była gra ani weryfikacja, to prryszła kryska na Pierwszego Zastępcę. Klapa. Szlus. Finitalacommedta. Konwejer. Pehty konwejer z bardzo nieprz11'emnym finałem. A moŻe to jednak kontrola? Mało to razy tak właśnie nas sprawdzali? Postąriłem jak należało'Szybko i zdecydowanie. Patrzę przez okto szklanym wzrokiem. Pusta ulica, nic nie zakł ca spokoju' Tylko jakiśnieprzyjemny garbus z gazetą w łapie sterczy przed sklepem z obuwiem. Co tam, człowieku, takiego ciekawego? Zarturzarn się w fotelu, gapię się w sufit. Nagle zrywam się na r wne nogi' przewTacam termos' Łapię Minoxa, pstrykam. PrzecieŻ to oN! A niech to wszyscy diabli, to STARY PRZYJACIEL! Pstryk, pstryk, pstryk. Jeszcze raz. Szlag by trafił wszystkich prĄaci ł do kupy z pułkownikiem Mieszczeriakowem' z Pierwszyrn Zastępcą i jego dziwką. Czas minaJ. Przyjacie| obojętnie rzwca gazetę do kosza i znika za rogiem' Marna jakośćzdjęć rnoŻe zdradzić m j stan ducha' moŻe zastlgerować, że się wahałem, Że nie chciałem wydać Pierwszego Zastępcy. Podrywam się z miejsca. Wykręcam teleobiektyw. Zawijam termos' obiektyw i lornetę, paczkę wkładam do kosza na śmieci. Ktośto p żrltej zabierze. Minoxa ściskam w lewej ręce. W ten spos b łatwiej wyrwać film w razie aresztowania. Ach, gdyby mnie teraz aresztowano! A może upozorować napaśćpolicji? Nie, taki numer nie przejdzie. Konsul generalny zaraz zadzuroni na komisariat i dowie się, Że to czysta bujda. Wtedy czeka mnie konwejer. Wychodzę na ulicę' jaskrawe słorice razi prosto w oczy. Nie, ten radosny światnie moŻe być aż tak okropny. To była najzwyklejsza kontrola, zwyczajna prowokacja GRU. Nie dałem się nabrać. W Akademii nie takie badania nam urządzalo. Wtedy naprawdę bywało gorąco, życie najbliŻszych istot rzucano najedną sza|ę. Potem okazywało się, Że to nasi szefowie takie z nas żarty sobie stroili. Niejeden tego nie wytrzymał. Ja wytrzymałem.
316

chody na\eŻą do paristwa radzieckiego

i

AKWARIUM

UI nadszedł Stary Przy1acie|? Przez rnoment zawahałem się: skłamać czy nie? - Nie widziałem, towarryszu generale. - MiałeśprzecieŻ chronometr. Czyżby nie przyszedł punktualnie? Milczę. _ Czy cościę zb7ło z tropu? 7nbac4lłeścośpodejrzanego? Niezrozumiałego? Dziwnego? Cz1r cościę speszyło? - Wasz Pierwszy Zastępca'.. W jego oczach maluje Się nieopisana trwoga. - Wasz Pierwszy Zastępca był na miejscu spotkania 12 minut przed pojawieniem się Starego Przy1acie|a.'. z kobietą. Kostki zaciśniętych pięścirobią się białe. Twarz jak kreda. Mi|czy. Patrzy przeze mnie na wskroś,na ścianę. Potem pyta cicho i spokojnie: go - Ma się rozumieć, nie zdĘyłeś sfotografować.'. Trudno zrozurnieć' pyta czy stwierdza. A może grozi. _ ZdĘyłem... Boję się spojrzeć mu w oczy. Patrzę pod nogi. CzaS w|ecze się potwornie. zegar cyka na ścianie. - Co teraz zrobimy? - Nie wiem - wzrtlszan;-: ramionami. - Co teraz zrobimy!? - wali pięściąw st ł ibryzgając ślinąsyczy mi w twarz: - Co ZRoBIMY!? - Ewakuację! - odcinam się nagle, rozwścieczony. M j krzyk uspokaja go. Przycichł. Jest po prostu starym' zmęczonym człowiekiem, na kt rego zwaliło się wielkie nieszczęście. To silny mężczyzna. Ale system jest od nas silniejszy. System jest najsilniejszy. pod jego nieubłagany top r może trafić każdy z laas. Patrz5r niewidzącym wzrokiem. - Wiesz, Witia, pułkownik Moroz w sześćdziesiątym czurartym roku uratował mnie od KS. od tego czasu ciągn{em go za sobąpo caĘrm świecie.Werbował kobiety. Ale jakie kobiety! Kochał je i one go kochały. Wiedziałem o jego wyskokach, wiedziałem , że w każdym mieście ma kochankę. Wybaczałem mu. I wiedziałem, Że prędzej cz1r p źrnej wpadnie ' Wiedziałem. Jakże się tu ukfiesz

Souo

'1S

WIKTOR SUWOROW

AKWARIUM

w tej Austrii? Dobra. Czy darny radę we dw ch przeprowadzić ewakuację? - Damy. _ Weź strzykawkę z szafy. - Mam. Naciska Sluzik interfonu : - Pierwszy szyfrant. - Jestem, towarzyszu generale - odpowiada aparat. - Wezwać do mnie Pierwszego Zastępcę. - Rozkazt
staje za biurkiem' Lewa dłofr na blacie' prawa znienrchomiała w szufladzie' Staję zakrzesłern, na kt rym siedzi już

-

Siadaj - m wi zmęczor:ym głosem dow dca. Sam zo-

Mikołaj Tarasowicz. Ręka w szufladzle m wi Pierwszemu Zastępcy wszystko, a moja obecnoŚć podpowiada mu, Że to ja go sprawdzałem i cośdoniosłem. PrzeciĘa się całym ciałem' wszystkimi mięśniami,aż słychać chrzęst kości. Następnie spokojnie zakłada ręce Za poręcz Wzesła. Zna reguły gry.Zatrzaskuję kajdanki. Ostrożrie podwijam rękaw jego marynarki, rozpinam złotą spinkę 1 odsłaniam przegub' Cienką serwetką zvłllrżnnądlŹinemz zielonejb:utelki przecieram sk rę w miejscu zastrzyku. Wciągam do strzykawki przezroczysĘ płyn z butelki, unoszę jąna wysokośćoczu, naciskam tłok' ażkiJka kropelek spływa po Ęe. oslrożnie wb!'am łę pod sk rę. Gdy strzykawka jest pusta' nie puszczając tłoka - m głby zassać wszystko z powrotem - delikatnie wyciągam i$ę. Już po wszystkim. Nawi$ator kiwnięciem Śłowy pokazuje, że mam opuścićgabinet' Wychodzę, zamykając za sobądrz:łtli slyszę jego beznamiętny głos: - Opowiadaj.

Nigdy nie przytrafiło mi się cośpodobnego. Kwękają tylko słabeusze. To oni w5rmyślają sobie choroby i głęboko przejmują się migrenami, zawrotarni głowy' utratąprzytomności, wyrzutami sumienia. W rzeczywistości
318

rv -r się fatalnie, po prostu bardzo źle się czuję. L-rzu;ę

zaszcnste zvłierzę. Trzyrmarn łokcie na stole nakrytym czystyrn obrusem w czerwono-białą kratkę. Przedę mnąwielki kufel Zrzriętego szkła napeheiony piwem kolonr koniaku. Na pewno pyszne, a]e nie czuję dziśsmaku. Na sali tłok. Wesołe towarzystwo, wszyscy się pewnie znają bawią się. Naprzeciw mnie siedzi czur rka potężnych dryblas w: kapelusiki z pi rkiem, sk rzane kr tkie spodnie na szelkac}r.7Arowe, czerstwe gęby, ryże brody. Cały st ł zastawiony opr żnionymi kuflami. Co wam tak wesoło? Och, z j*ą chęcią strzeliłbym kuflem w te wasze roześmiane mordy. Co z tego, że jest was czterech, że kułaki macie jak te kufle, zupełnie jak m j dow dca pułku' A tnoże skoczyć na nich? Niechby mnie fu zatfukli na miejscu. Niechby mi roztrzaskali łeb dębowym taboretem albo austriackim krrflem. Nie ma movry, rne zabiją wyt^7cą tylko na zbiĘ pysk i zaurołająpolicję. AmoŻe rzucić się na policjanta? Albo jeszcze lepiej: wkr tce do Wiednia prąyjeŻdża Breżniew na spotkanie z naiwniaczkiem Carterem. Może rancić się na Breżniewa? Wtedy murowafle, Że zabiją. A co to za prĄemnośćzginąć z ręki policjanta albo obstawy Brezniewa? To juŻ lepiej niech zabijącię ludzie dobrzy i silni jak ci naprzeciw. A oni wciĘ rechoczą. Nigdy nikomu rlje zazdrościłem,a tu nagle zawiśćjak gadzxta, trawi duszę. Wiele bym oddał, Żeby teraz sie-

r:icze$o takiego nie ma, wszystko to choroby z urojenia. Nie uważam siebie Za supermena. Jestem normalny, a człowiek normalny nie miewa b l w śłou1l, atak w serca, rozstroj w nerwowych. Nigdy nie chorowałem, nigdy nie stękałem i nie prosiłem ntcąrjej pomocy. Ale dziśnaprawdę miejsca sobie znaleźć nie mogę. Przertź|iwa śmiertelnachandra. ZarŻna}bym kogoś z rozkoszą! Zaszyłem się w kącie małej piwiarni. Siedzę w kącie jak

potrzeba Śmieją się do Łez, zrywają boki. Jeden aż się zakztwstł, ale dalej ryczy.Inny usifuje wstać _ pehy kufel w dłoni pokłada się ze śmiechu. Patrzę mu prosto w oczy. Nie
319

dziećw t kiem na

am' Czego leśzcze

papelusiku

zpi

r-

WIKTOR STIWOROW

AKWARIT'M

wiem' co mam w oczach, a7e sWzyŻowaĘ się nasze spojtzerlia i potężny Austriak, dusza towarzystwa, umilkł w jednej chwili, twarz mu się zmieniła' Też patrzy mi w oczy przeciągle i badawczo. Ma jasny, czysty wzrok, patrz'| na mnie, zaciska wargi, przechyla głowę. Czy to z moich oczu powiało chłodem śmiertelnym, czy też zrozumiał, że jestem u kresu? Nie wiem, co sobie ten wielkolud pomyślał'dość,że kiedy zbległy się nasze spojrzenia, z miejsca dziwnie przygasł. Podchmielona kompania śmiejesię wesoło, a on siedzl ponury zewzrokiem wbitym w ziemię' Aż mi się go ża| zrobiło. Po co zepsułem człowiekowi zabawę? Wreszcie wstają i kierują się do wyjścia.Na samym koricu idzie m j olbrzyn' Przy drzvłiach zatrąmuje się, odwraca, spo$ąda na mnie spode łba, nagle całym potęŻnyrn cielskiem rusza w moją stronę. GroŹny jakrozpędznny czoĘ. 7-astygłem w oczekiwaniu na druągocący cios w szczękę' Nie czuję strachu. Bij, Austriaku, bij, ile w|ezie, spieprzyłem ci ten wiecz r, na|eĘ mi się w pysk' Tak nasz obyczajkażr.ZbllŻa się, potęŻrym swoim kahunem przesłania mi cały świat.Bij, wal, nie mam zarriarusię bronić. CięŻka ręka opada na moje lewe ramię, czuję lekki uścisk' Silna ręka, ale ciepła, Ęcz|Lvła. Splywa na mnie cośjak_ by ludzkie wsp łczucie' Uścisnąłemmu rękę, uścisnąĘm zwdzięcznością. Nie patIą mu w oczy, odułracam wzrok. Dziwnie mi jakoś.Pochyllłem głowę nisko nad stołem. Poszedł do wyjścianiezgrabnynr, ociężałymkrokiem nie obejrz.aulszy się. obcy człowiek, istota z tnrrcj planety. Aprzecież lepszy ode mnie' Stokroć lepszy'

szerokiej spracowanej łapy, kt ra poklepała rnnie po ramieniu, powstrzymała na skraju przepaści. Ale co mi się stało? Dlaczego przygasł nagle cały świat?Może właśnie to narywająludzie słabi wyrzutami sumienia? Wykluczone. Nie mam sumienia, nie dręcą mnie żadne wyrzuĘ. Czemu miałyby mnie dręczyć? Z jakjej racjl? żle zdradzi320

Na szczęściejuż mi

/r^1 Uo się zemnądzieje?

Coza'prznmizrrra? Co zawyskoki? lepiej. Pewnie od piwa' A może od

v

I

łem Pierwszego Zastęplcę? To dobry człovriek, ale co z tego? Rachunek jest prosĘ: albo ja jego' albo on mnie wepchnaJby na konwejer. Taką mźrmy robotę. Wydając Pier'wszego Zastępcę ochroniłem GRU przed moŻ|iwąpr4rkrą niespodziartką. Za takie rzecz'l w Komitecie Centralnyrn sam Kir m wi ,,dziękuję''. ZabiorąPierwszego Zastępcę, przyś|ąinnego. Czy warto się Ęm aż takbardzn przejmować? Gdyby każdy dawał upust swoim uczuciom, cały system dawno by się za'wa]ił. AprzecieŻ stoi i rośniew siłę. Rośniew siłę dzięki temu, że natychmiast uwalnia się od kaŻdego, kto pozwala sobie na chwilę słabości. Bez Cry rzeczywiście miałem chwilę słabości? wątpiegł mnie ktośw tym stanie zobaczyć? Niewylria. Czy m kluczone. Czy widać było' że jestem w rozterce? Na pewno. Nieszczęśnik ze zwtsając1rmi rękami, ze zgaszonym wzrokiem - czeg Ż l rięcej trzeba? Jeżeli nawet Austriak zrozlmiał, że Ź|e ze mllią, to co dopiero doświadczony wywiadowca, kt ry by mnie śledził.A przecieŻ Nawigator spokojnie m gł po ewakuacji Pierwszego Zastępcy dać mi dyskretrrą obstawę: jak się zachowuje Czterdziesty Pierwszy? Czy nie stracił ducha? Niewątpliwie cośsię ze rl:^rrąstało, że na kilka godzin przestałem nad sobą panować. Jeżeli Nawigator dowie się o tym, najbliższej nocy czeka mnie ewakuacja. Kolejny samolot odlatuje dopiero zatrąr dni. Cały ten czas spędzę w ciemni fotograficznej. Tej rlocy z pewnością zawloką mnie do ciemnicy' Samolotu, w kt rym może choć przez chwilę nawalić cośw układzie sterowania, nie dopuszcza się do lot w. Wywiadowcy tym bardziej. Wywiadowca, kt ry traci kontrolę nad sobą staje się niebezpieczny. Wycofuje się go niezwłocznie' Wlokę się z piwiarni do samochodu. Jeślichcesz wykryć inwigilację' udawaj obojętność.Patrz pod nogi, idź niespiesznym krokiem, postaraj się uspokoić śledzących. Wtedy ic}:zobaczysz, bowiem pozbywszy się obaw zaczynają popełniać błędy. od lat prowadzę w z i wc1Ę jak pilot myśliwca zerkam wstecz. Patrzę do Ęłu więcej' nrż przed siebie. Taki fach. Ale nie dziś.Teraz chciałbym uspokoić tych' kt rzy być może mnie śledzą,uśpićich czujność.Samo-

32r

IVIKTOR SUWOROW

ch d m j sunie spokojnie' Żadnych sztuczek, Żadnych pr b ucieczki.

AKWARIUM

ewakuację. Nie jadę do ambasady. Ambasada to kajdanki i zastrzyk. Jadę do domu. Muszę przygotować się do nieuchronnego uderzenia losu.

Ciekawe, ile samochod w wysłałojczulek na miasto, żeby kontrolowały moje ruchy? Jasne, Że nie jeden. Gdyby śledził mnie tylko jeden, siedziałyby w nim dwie osoby. Kierowca był sam, zatem musi być więcej woz w. Elementarne. Ta heca musi zakoriczyć się ewakuacją. Trzeba noanrnieć dow dztwo GRU. Skoro człowiek pod wpływem takiego gfupstwa traci panowanie, więc iw przyszłościmoże się to powt rzyć, przy czym w najmniej odpowiednim momencie. A może to nie pierwszy raz? l|l[oŻe wTogie organizacje zdołaĘ już skorzystać z takiej chwili słabości? Zabiorą mnie tej nocy' Gdybym był na miejscu Nawigatora, postąpiłbym dokładnie tak samo: po pierwsze zataz po Ęm, co zaszło, poleciłbym śLedz1ć;po drugie stwierdziws zy riezadowalający stan rzeczy, nakazałbym

targniony, nie patrzę za siebie, ż
322

go? Rozpoznałem? Pociesza się,

Kierowcę Forda dręc4l teraz

nątrz,.r"nyr*.* okno' JeŻellnie starczy mi męstwa, by spotkać ich twarząw Fdłarz, wyskoczę. Pode mną - siedem pięter. Wystarczy. okno to najprostsze wyjście,ale trzeba się zastanowić, bo to wyjściedla bojaŹliwych. JeŻe|L w ostatniej chwili obleci mnie strach, skorzystam z tej drogi. Niedawno dumny wiking z GRU tak właśnie unikn{ konweJera - w samyrn centrum ParyŻa runął z okna na bruk. Inny wiking GRU, tym razerrl w Londynie, pracował w Szwajcarii przy ubezpieczaniu najułyŻszej wag1. PopeŁeił błąd. Nie chciał iśćna konwejer. Podci$ sobie Ęły.Jednak major Anatolij Fiłatow, chart GRU' nie uląJ<ł się konwejera' Ja teŻ się nie ulęknę. A w og le to diabli wiedzą. Łatwo teraz się zakl.tna . A, pal to sześć!Wstaję i zdecydowanym ruchem zamykam okno. To nie dla mnie. Nie p jdę na konwejet' przęz okno też nie. Kiedy zastukają, otworzę drzwi i wpiję się komuśzębarl:i w gardło.
323

WIKTOR STIWOROW z.emie,

AIIWARIUM

Co mam począć? T

rach. Nauczono mnie

przyszykować

zejśćw podgdzieśw g -

Bezgłośnieotworzyłem zasuwę.

la slę światnie spodzie-

kt rzy szli pokornie pod komunistyczny top r bez słowa protestu, dziśsię osądza' - zriewolone duszyczki, riezdolne do sprzeciwu, macie to, na coście zasfuĘĘ. Ludn, kt rzy r:dle zgodzih się iśćdobrowolnie rla rzeź, kt rzy uciekali albo walczyli, też się potępia: zdrajcy, kolaboranci, przeniewiercy, poplecniql wroga! JeŻe|i poddam się dobrowolnie - jestem ghrpcem, fagasem, niewolnikiem. Jeżeli się nie poddam - jestem renegatem. Możecie mnie kochari, u'waŻać za przestępcę, ale nie zafąasa. Przestępcy też nie r bcie ze mnie zbyt wielkiego' Wszyscy bliscy towarzysze Lenina okazali się zdrajcami, renegatami i agentami obcych wywiad w' łączrie z Trockim, Zinowiewem, Kamieniewem, Rykowem, Bucharinem i innymi' Kim wtęc był Lenin? CzyŻby był hersztem szajki zdrajc w, szpieg w i terroryst rł/? Jak zatem nazwać tych wszystkich' kt r4r mu wiernie shrżyli, kt rzy do dziśbiją przed rrlm czołem? Ze Stalinem była podobna historia. Jego r vmież otaczal.i sami wrogowie, szpiedzy, zdeprawowani antypartyjni kombinatorzy. On teŻ okazał slęzwyczajnym bandziorem. Jak namlać tych, kt rry pokornie spełniali każdy rozkaz tego przestępcy? Prędzej czy p źnilejwszyscy nasi kolejniwodzowie znajdą się na liściezdrajc w i łotr w. Uciec od nich to, oczywiście,przestępstwo. A zostać i wysfugiwać się? Zlrnno w lesie, ziąb. Nie przywykłem tak intensyvmie myśleć,tl|ozofia to nie moja dziedzirla. Muszę odpowiedzie sobie na jedno zasadricze pytanie: czy uciekam dlatego, że nienawtdzę systemu, czy też dlatego, Że dał ml kopniaka? Nie ma wątpllwości;za'wsze byłem mu przeciwny, $ot w był'em oddać wszystko' nawet własną $łowę' Żeby zamienić obecny ustr j na jakikolwiek irrny, choćby na dyktaturę wojskową. A jednak' dyby system nie nadepn{ mi na ogon - nie uciekałbym, to perłnre. Nadal służyłbymwiernie, osiągając coraztepsze rezultaty. Nie wiem czy kiedykolwiek odważyłbym się na słowo protestu, wiem natomiast, że w tej chwili po prostu ratuję własną sk rę' odpowiedź jest jednoztaaczna i mało dla mnie pochlebna. Trzeba było, drogi Witia, wcześniej się do tego zabraćlTrzeba było wiać przy pierwszej nadarzającej się
325

324

WIKTOR STIWOROW

o'kazjl. Albo jeszcze lepiej: ttzebabyło mł[apać się z zachodnim wywiadem i przekazywać mu materiały o Akwarium, jak to c4rnili Pierikowski, Konstantinow, Fiłatow. Zle slę stało. A może ieszcze da się cośzrobić? Za p źno. Gdybym zdołałwynvać się ze szpon w Akwarium: siedziałbym cicho jak mysz pod miotłą' Albo m głbym'.. Znleruchomiałem z napięcia. ostateczny, rrieodwracalny wniosek sam się nasuwa: jestem zdrajcąl renegatem, samowolnie porzuc am reŻim i dlatego źasłrgu;ęia najwyższ1rwymiar kary. Zato, żenLldy tego syste-mu nie zwalcza|em r wnież na|eży mi się xŚ. teriz ."t.tJę własną sk rę, ale jeżeli wybrnę z Ęchtarapat w, *yau-,' śmiertelnyb j' JeŻeti zdołam się wywinąć, nie będę siedzieć cicho. Będę pracować dzbrti noc, po wiele sodz\n. JeŻeli nie potrafię zrobić czegoś poważnego, apiszę przynajmrriej kilka ksiąpek. Ale to,sprawa drugorzędna. U-czyrnę, co w mojej mocy, Żeby zadać im dotkliwe Wiem, jak to zrobić, sami mnie tego nauczyli. "io"y. Będę ryzykować. Nie dbam o własną sk rę. ostatnia sprawa: dokąd wiać? Wyb r jest prosty: Wielka Brytania. Nie tak dawno Londyn wypędził ios radzieckich dyplomat w _ rezydentury KGB i GRU w pełn5rm składz7e. Poza Wielką Brytanią nikt nie odważyi się na takie posunięcie. Skoro potrallą skutecznie bronić własnych interes w, to może i moje uda się ochronić? Stu pięciu! StatysĘka przemawia na korzyśćAngtik w. Tetaz muszę pomyśleć,w jaki spos b skontaltować się z rządem Jej Kr lewskiej Mości.Jest Ęlko jedna droga, a miarrowicie poprzez przedstawicieli iego iządu. Im mniej biurokratycznych szczebll, tym sz5rbciej zapadnie decyzja. Do ambasadora ntkt mnte nie *pLS"r, t1ięc p jdę do byle jakiego wysoko postawionego angiel:ki9go dyplomaty' Przed ambasadą brytfiską, "-iryka ską czy francuską na pewno czekająna mnte chłopcy z Akwarium. Muszę udać się do prywatnej rezydencji. Nasz Przechera ma się rozumieć Ito przewidzlał, ale nie jest w stanie kontrolować wejśćdo wsąrstkich dom w zachodnich dyplomat w wysokiej rangi. poza tym p jdę pieszo, samoch d ukryję w lesie. 326

.(a.ngielski d5rplomata mieszka w wielkim białym domu z kolumnami. Dr żki wysypane żwirem, wsparriaĘ ogr d. Jestem nleogolony, mam na sobie czarnąsk rzaną kurtkę, nie mam wozu. Zupelr:rile nie wyglądam na dyplomatę. Zresztą nie jestem dyplomatą. Już nie reprezentuję mojego kraju. Wręcz przeciwnie' jestem przestępcą ściganymprzez n jkra} W domu angielsktego dyplomaty wszystko jest inaczej n1Ż zwykle. Nie ma dzwonka. Zam7ast dzwonka na drzwiach mosiężna kołatka w kształcie lisiej mordki' Stukam. NajważnieJsze, żeby otworzył gospodarz, a nie ktośz domownik w. Mam szczęście. Dziśsobota, nie poszedł do pracy i sfużba teŻ ma wolne.

avn

AKWARIUM

Dzleft dobry. Witam pana. Podaję mu m j paszport dytrrlomatyczrly'Przez chwilę go wertuje, po cTyrlr gestem zaprasza do środka. - Mam list do rządu Jej Kr lewskiej Mości. _ Proszę z$losić się do ambasady. - Do ambasady nie mogę. Ptzekazuję ten list zapana pośrednlctwem. - Nie ma moułr' Ntczego nie przyjmuję. -Wstaje i otwiera przede mną drzwl wyjściowe.- Nie Jestem sąpiegiem

-

- To nie szplegostwo. JuŻ nie... Jest to list do rządu Jej Kr lewsliiiej Mości.Może pan go prĄąć albo nie, ale uptzedzam pana, Żezachwtlę zatelefonuję do ambasady brytyjskiej i powiem, że list do rządu jest w pariskim posiadaniu. Zostawiam go tu, na bturku... Zrobl part z tTirr;r to, co uzna za stosowne. Patrzy na mnie wzroklem, kt ry rne wr Ę rlJiczego
Proszę dać ten list. hzepraszarn, ale potrzebuję koperty. Nie ma pan nawet koperĘ - oburza się. Niestety... Kładzie przede mną papier, koperty, pi ro. Papier odsuwam na bok' zkileszeniwyciągam plik karteczekznazrulami i adresami kawiarni i restauracji. Każdy szpieg
327 dobrego.

i proszę mnie nie wciągiać w te wasze szplegowskie historie.

-

WIKTOR SUWOROW

pana do tego lokalu. Szybko przeglądam całyplik. Wybieram jedną. Chwila zastanowienia, co napisać' Biorę pi ro i stawiam trzy litery: GRU' Kartkę wkładam do koperty. Zaklejam i adresuję: ''Do Rządu Jej Kr lewskiej Mości''.Na kopercie przybijarn swoją pieczątkę : r 73-W-4 r. - To wszystko? - Tak. Do widzenia. Jestem zrl w w lesie. Oto m j samoch d' Pędzę przed' siebie, byle dalej. Teraz spotkanie z miejscową policją r wnież moŻe zako(lczyć się fatalnie. Ambasada radziecka mogła dać znaĆ na policję, ze jeden z jej dyplomat w mrariowaŁ i krĘy po kraju. Mogli zawiadomić Interpol, że uciekłem z milionem dolar w' Mogąwystosować protest, oświadczyć, że zostałern siłąporwany przezwładze austriackie i zaŻądać naĘchmiastowego zwolnienia, w przeciwnym bowiem razie... Szumne deklaracje to przecież ich specj alność. JwŻ czas. Muszę połączyć się telefonicznie z ambasadą brytyjską. Muszę wyjaśnićsprawę, nim pierwszy lepszy wiejski posterunkowy nie zatrzyma mnie i rtie zawiadomi radzieckiego konsula. Wtedy będzie za p źno na tfumaczerie. Po tym pierwszym spotkaniu raptem zacznę się niepohamowanie ślinić,śmiaćsię albo pła_ kać, i przyś|ąpo mnie specjalny samolot. Dop ki nie mam jeszcze ślinotoku, będę pr bować... Znam kilka ustronnych budek telefonicznych. - Halo, ambasada brytyjska? Przekazałem list... Tak' wiem, Że nie mogę rozmawiać z ambasadorem' ale potrzebuję kogośodpowiedzialnego... Nie chcę nazwiska, sami zdecydujecie... Skierowałem list... Wreszcie kogośzna|eż|i. - Słucham'.. kto m wi? _ Przekazałem list' Ten' komu go oddałem zna moje nazwisko... - Naprawdę? - Takjest. Proszę spytać.
324

ma w zapasie ze dwadzieścia takich karteluszk w' Aby uniknąć tfumaczenia nowemu,,przy'acielowi'' miejsca przyszłego spotkania, daje mu się kartkę: zapraszam

T ł
i

AKWARIUM

W słuchawce głucha cisza. Za rnomertt oŻyła. - Czy pan reprezentuje sw j kraj? - Nie, reprezentuję tylko siebie. Sfuchawka znowu zamilkła. _ Czego właściwie od nas oczekuje? pan otworzyli teraz kopertęi przekaza|i Chcę, żebyście list do brytyjskiego rządu. Cisza. Sapanie. - Nie mogę otworzyć koperty, skoro nie jest zaadresowana do mnie, a do rządu.'' - Niech pan otworzy, bardzo pana prosz ę' To ja jązaadresowałem w ten spos b, żeby treśćlistu nie z.ostala ujawrriona. Ale teraz upoważniam pana do otwarcia koperty'.. Z te|ęforicznych otchłani dobiegają mnie jakieśszepty. _ Tobardzo dziwne pismo. Jakaśrestauracja..' - Nie' to nie to'.. Proszę spojrzeć na odwrocie... - Tutaj też cośdziwnego. Widzę tylko jakieś litery... - Waśnie.Proszę jeptzekazać'.. - Pan oszalał. Posłanie ztrzechliternie rnożr-byćważne. - O tym, jeślipan pozwoli, zdecyduje juŻ rząd Jej Kr lewskiej Mości... Shrchawka mltcz5r. Jakieśtrzaski, piski.'' Znowu oz5rła. _ Znalazłem rozwiapanie kompromisowe. Nie będę wysyłać komunikatu radiowego ani teleksu, wyślępa ski list pocztą dyplomatyczną| _ W jego głosie słyszę zadowolenie ucznia, kt ry rozwiąpał trudne zadarńe' - Szlag by was trafił z waszymi angielskimi kompromisami! Komunikat moŻe być waŻny albo bez znaczenia, nie do mnie na|eĘ ocena, ale jest pilny! Za godzxtę' moŻe wcześniej,będzie za p źno. Proszę mi wierzyć, potrafię być uparty, skoro za cośsię zabrałem, to nie ustąpię tak łatwo. Zadzvłorię do pana za kwadrans. Bardzo proszę przekazać ambasadorowi moje poslanie. - Ambasadora dzlśnie ma. - W takim razie komukolwiek. Na przykład pa skiej sekretarce' MoŻe czasem bierze gazetę do ręki. Może podszepnie panu rozwi apanie... Rzucam sfuchawkę. Przenoszę się z miejsca na miejsce' omijam wioski. omijam |udzi. W uszach dudni mi straszna pieś''ob22

ł
I

-

Akwariu

329

wrBToR sttwoRow
teraz jestem pebn świeźrych Kurczowo wczepiłem się slł. w lderoumlcę jalc kamikazew ster samolotu. Nie wezmą mnle ż5łv'cem.Roztrzaskam każdego, kto starrle ml na

ława". Doplero co czułem się Jak zaszcnlĘ mrlerz, ale

drodze. A gdyby co, w kieszenl mam duży śrubokręt. Wepchnę go komuśwgardło po samąrękojeś . Życiena sprzedaŻl Komu' komu? Tanio nie odstąlię!

pr ba. Rzadko o cośdwa razy prosił'em,Tr4r razy nigdy. R wnież naprzyszłośćnie mam zamlaru... Zresztąnte kt rą soble obrałem była koĘka.

Dzwonlę do ambasady brytyjsldej. Druga

l ostatrla

zostało Jej tak wlele... obiecałem, Że zadzvłotuLę za piętnaście mtrrut, ale udało mt się dopiero yn czterdzhestu trzech: do budlri,

Ambasada brytyjska? Tak. - I z mleJsca sĘszę radykalną zmianę. Kr tka odpowiedź brzmi ostro i wpaźnile jak rozkaz. Znajomy męski głos: - Czy vlszystko u pana w porządku? Niepokoiliśmy się... Pan tak dhrgo nie dzwonlł. - M J ltst... _ Znstał prz.ekazarry do L,ondynu. To bardzo waima wiadomoś. otrzymaliśmy już nawet odpowiedź. CzłkaJą na pana'.. Czy jest pan got u/? - Tak. - Adres na karteczce to rrteJsce, gdzie mamy pana spotkać? - Tak. - Nie podał parr godziny. Cry to znaczy, ż'e mamy pana spotkać jak najszybctej? - Tak. Nasi - Tak też myśleliśmy. oficjalnt przedstawiciele sąjuż na miejscu. - Dziękuję. - Jakośto ostatnle słowo pourlerlziało mi slę po rosyjsku. Nie wiem, czy mnie zrozumiał, KONIEC

-

Aneks

NA CHODYNCE

Centrum Moskwy. 1. Kreml; 2. Rządowa podzlemna kolej ewakuacyjna; 3. Przejściepodziemne; 4. Plac Czerwony; 5. Teatr ,,Bolszoj"

WIKXIOR SITWOROW

AI(WARIUM

r>
oY (s.tr
co OE oo -co

E o

PE >'=

!E E9.
.8 ;"

6o
o!

gE

.9lś
o=
N(d (dt

3.=

o.c r* 5

60

tE '-o

!! p

{ xH
ts(!e

E.: E .- .. o-

tE9 0!Po
.>f

9_5 tr(D(r,
6.> EH ęę & Ńo6
gE.s
:oc ! otO 9-

5ut
=tr>

Eśfl
;'d
L
I

E I

o
J

i

334

335

WIKTOR SI'WOROW
RADZI ECKI VIIYWIAD STRATEG ICZNY

AKWARIUM

szTABU GENERALNEGo slŁ ZBROJNYCH ZSRR (GRU)

szEF ll zARzĄDU GŁoWNEGo

ZASTĘPcA
SZEFA GBU
SAMODZIELNY SATELITARNEJ

I

ączNoścI

WYDzlAŁ

JAMODZIELNY DYREKCJA
l zARzĄD:
1

VvYDZlAŁ

M0SKWA: kontakty przez MSZ, Europa bez Wielkiei Brytanii,Maroko
MHZ' Akademię NaUk itp

ARCHIWA

SAMODZIELNY
ll zABzĄD: Ameryka Pn. i PLd.. Wielka Brytania' Australia. Nowa Zelandia.

ZABĄD

DYREKCJA 2
BERLIN: kierunek operacyiny NATO i BFN

-TECHNICZNY

WYDzlAŁ 1 (PASZPORTY) I

iu

CJ

=
ct
N

= !o

lv zABzĄD:Afryka, BIiski i Środkowy Wsch d

DYREKCJA 3
lnfiltracja ruch w

ct
E, =

-

Et
V zARzAD:

=
ts o

'

c,

wvwiad oDeracvinv w 16 okreoach w iskowvch,4- rupach wois'lii 4 flotach.

i

narodowo-wyavole czych organizacli terrorystycznych

ct
l!
I -l

vnYDzlAŁ2
(FINANSE)

vl zABzĄD: WyWiad Radiowy i Radiotechniczny.

DYBEKCJA 4
KUBA: kierunek operacyjny USA i Ameryka Środkowa

-

WYDzlAŁ 3 (SZYFRY)

336

337

WIKTOR SIIWOROW
f E

AI(U'ARIUM

o
o
Ń

o =
.E = IL

s t
^z #BH5 o<>P (/)-oo u'<ą td

o
= Y

g=00

J lrJ N

o
f t (t o
Ń

z

!EgE
5<< tt

o=

s (r

e=33

!aI al TI ol
T o

=

Es* NN()
oo>

o

I

=,-l 591

z EĘ
Ńe

9B

oEl.l.

=EF E3H
L

s8
Ńg
A J E

Ś6 ao 3ę -o

d= Ó>

:e

H6

H=E a\)

$E

d=
338

Ę.=

$s ==
339

WIKTOR ST'WOROW

AITWARIUM

SPECNAZ

BRYGADAMORSKA SPECNAzu

E o

9 lt

3 Y o B'
=l oJ G,

o

1. l6mpania dowodzlwa; 2.Grupa miniaturowych okęt tr podtł,odnych; 3. Batalion pletwonurk w; 4. Batalion spadodrronowy; 5. Kompania Ęczności; 6. Jednoolki wsPomagania.

BBYGADA SPECNAZU

E =

o o = o Ś
= = ła

UJ

N

Ń o
=
340

1. Kompania dowodztwa; 2. Batalion spadochronowy; 4. Jednosilti wspomagania.

3' l(ompania Ęczności;

341

WŁADIMIR BoGDANowIcz REZUN (ps. Wiktor Suworow) ros$ski pisarz i historyk ur. w 1947 roku. Był oflcerem wywiadu w sztabie okręgu wojskowego. Od f 97O roku - w nomenklaturze KC KUR. w 1974 roku ukorlczył WojskowąAkademię Dy1plomaĘczną Cztery lata -Jako dyplomata radzlecldego MsZ _ pracował w rezydentlsrze vryrwiadu woJskowego Sztabu Generalnego Armii RadziecldeJ (GRU) w Genewle. w 1978 roku uciekł do WielkĘ Brytanti. Wyrokiem Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego ZSRR skazany zaoczn7e na karę śmiercl.Autor dzlesięciu kstąiek: m.tn. Aląuąl7tlm, żohicrze uolnoścl-, Specnaz, Ldołanlncz, Dzleri s;I[,, Kontlola.. Po upadku komtrnizmu wyroku śmierci nie uchylono. Mieszka zrod nąw Welkiej Brytar'ti.

}lajpehiejszy ltybór książek lłrydawnicnila AiB można znaleźć w następqiących księgamiach:
a a a a a a a a a a a a a a a

Warczawa

ul. Marzalkowska 74

Księgamia Fundacji Pomo(y Bibliotekom Polskim Ksiegamla "MDM' ul. Piękna 3ll37 Ksiegarnia M. Jakóbczyk J. Matysiak Księgarnia,,Nike" rrl. Zgcda 12 Księgarnla,,odeon"
ul.

ul. hrhwska 16

Rodzinna Ksiegarnia Mokotowska
ul. Rrhwska

Hoż 19

Księgamie ,Tomikom": PAN1MW ul. Witosa 31; PROMENADA' ul. ostrobramska 75a; WNrcW, ul. Jagiellońska l 5 oraz w punktach kslęgarskich na Dworcu centralnym

7l

Chorzów

Księgamla Jłatras'' ul. Wolności 25 Księgamia "Taurus'

E!49!!

ul- Dlvorcowa 24

Tóimiasto

Księgarnia schodkach" ''Po Gdańsk ul. Grunwa|dzka 99/ Księgamla,,Fantom Press" Gdarisk ul. Grobh I I 3 Księgamia Press" "Fantom cdvnia ul. ŚwiętojaJiska l Księgamia "Hit' ul. l -9o Maja I 6

l 0

l

Jelcniąśórą
Kielce
ul. Matd

rśięgamh

l0'Dom

Ksi.rżki'

.
a a a a
a

Księgarnia Książki' "Dom Ryn€k Główny 34

op9Ę

ul. Rynek

Księgamia
I

'omega"

9

Szczecin

Kslęgamh 'Feniks" u|. Milczańska 45 Foębsq/: ul. odzieżowa 5, ul. Kosynierów 14 oraz KsięgEmie 'M'W. stoiska w superma*etach: MAGNEI ul. Lelewela 8a i HEtlos lł ul. Rydla 52 Księgamia "fureka' ul. Dluga I Księgarnia
ul. Veńtas''

świdnica

a a a

Księgamia "Vratislavia' pl. Legionów 14

"lNco Kuźnlca llll3

Sprzedaż wysylkotłĘ prowadzą:
KsięgErnia Wsyłkowa "Fakto/' 02-792 WaBzawa 78 skr. poczt.60 "Nepo'' Aktualrry kataloq: http://ww.elektron-pl/nepo zamówienia książek nepo@elektron.pl

Księgamia vwsyłkowa

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful