P. 1
Wiktor Suworow - Akwarium

Wiktor Suworow - Akwarium

|Views: 766|Likes:
Wydawca: gosuvart

More info:

Published by: gosuvart on Jun 29, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

02/14/2013

pdf

text

original

W serii:

Kontrola

Wyb r

Ostatni milion

Zołnierze woIności

Akwarium

Lodołamacz

Dzie

Ostatnia republika

GRU
Radziecki wywiad wojskowy

I

Itu l,lltzYt Ail D nztt l,t I ET!(0ws Il

WYDIUilIITUO

WARSZ

tDtilltil
AWA

ttrrrrffsll

1997

For ttre Pollsh translatlon
CopyĘht @ by

AndrzeJ Mtetkowsld

For the Polish edition
Copyrigltt @ 1995 by
Wydawni,ctwo Adamski i Bieli ski

Fotosy z filmu -Akwarium"
Copyright @ 1997 by Tomasz Tarasln

Sklad i łamanie
Ewa Brudzyriska

ISBN 83-85593-95-0

Wydawntctwo Adamski i Bieliriskt
Warszawa 1997

ełłto;il'dlbpublr@pLpl
ark. wyd. L7,5, ark. druk.22,5
Druk i oprawa
Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anc4rca SA
w Krakowie, ul. Wadowicka 8

zam.11022198

Dtntan:i

Prolog

amy bardzo prostą zasadę: nrbel za wejście, dvła za
wyjście. To znaczy, że wstąrić do organizacjijest trudno,
a|e jeszcze trudniej ją opuścić. Teoretycznie dla wszys-
tkich jej członk w przewidz7atlo tylko jedno wfrście:
ptzez komlrL Dla jednych z najwyższynt honorami, dla
innych haribiące, ale komin jest jeden. Ęlko przez ten
komirr odchodzimy z organlzacji. Oto on... - Siwy wska-
zuje mi ogronrne, na całą ścianę, okno: - Podziwiaj.
Z wysokości dziewiąte$o piętra rozpościera się przed
moimi oczamTp rnorama ogromnego, bezkresnego lotni-
ska, na pustkowiu' sięgającym horyzontu. W dole pro-
sto pod nogami - labirynt wysypanych piaslriem dr Żek
wijących się pomiędzy sprężystymi ścianami krzak w.
PotęŻny, betonowy mur najeżony gęstą siecią drutu kol-
czastego, rozpiętego na białych izolatorach , oddzie|a zie-
leri parku od spalonej trawy lotniska.
- oto on... - Siwy pokazuje niewysoki, może dziesię-
ciometrowy' gruby' lnłladratowy komin wyrastający nad
płaskim smołowan5rm dachem. Czarny dach unosi się nad
zielonymi falami bznw, jak trawa na oceanie, albo jak
staroświecki parowiec, o niskiej burcie, z pokracznym ko-
minem. Z komina wypływa lekki, przejrzysty d1rmek.
_ Czy ktoś właśnie opuszcza orgailzację?

fr

WIKTOR SUWOROW

- Nte - śmieje się Siwy. - Komin to nie tylko nasze
wyjście, to r wnież źr dło naszej energii, a przy okazji
powiernik naszych najtajnĘszych sekret w. W tej chwi-
li palą po prostu tajne dokumenty. Wiesz, lepiej spalić,
niŻ przechowywać. To pewniejsze' Kiedy ktoś opuszcza
organizację, dym jest zupehrie inny: gęsty' tłusty. JeŻeli
wstąrisz do organlzacji, teŻ pewnego dnia wylecisz do
nieba przrzten komin. Ale to nle teraz. Teraz organizacja
daje ci ostatnią możliwość wycofania się, ostatnią szansę
przemyślenia twojego wyboru. A żebyś miał się nad czym
zastanawiać, pokaŻę ci pew'ien film' Siadaj.
Siwy przyciska guzik na pulpicie i sadowi się w sąpied-
nim fotelu. Ciężkte bn_natne kotary lekko poskrąpując
zastaniają olbrzymie okna i z miejsca na ekranie' bez ja-
lrichkolwiek napis w czy wstęp w, pojawia się obraz. Film
czarno-biały, kopia stara, mocno podniszczona. Dandęku
nie ma i Ęrm wyrazlstszy jest terkot aparatu projekcyjnego.
Na ekranie - wysoki mroczny pok j bez okien. Coś
w rodzaju hali fabrycznej czy kotłowni. Na zbliżeniu -
piec z ż'etazrryrni drzwiczkami przypominającymi bramę
malutkĘ twierdzy' oraz prowadnica kierunkowa: dwie
szyny znikające w piecu, jak tory kolejowe w tunelu.
Obok pieca - ludzie w szarych fartuchach. Palacze. Po-
jawia się trumna. ot co!'.. Krematorium! Pewnie to,
kt re widziałem przed chwilą za oknem. Ludzie w fartu-
chach unoszą trumnę i ustawiają na sąrnach. Drmłicz-
ki płynnie rozsunęły się na boki, ktoś popchnął trumnę,
kt ra uniosła swego nieznanego lokatora w ryczące pło-
mienle. A oto najazd kamery rta tvłarz żywego czł'owie-
ka. Twarz zlana potem. Gorąco przy piecu. Tlvarz fil-
mowana jest ze wszystkich stron i w długich ujęciach.
Trwa to wieczność. Wreszcie kamera oddala się' ukazu-
jąc całąpostać. Człowiek nie nosi fartucha. Jest ubrany
w drogi czarr:y $arnitur, co prawda straszllwie wymięty.
Krawat la szyi skręcony jak sznur. Wzyłvlapano go sta-
lową linką do noszy, kt re oparto o ścianę' na tybrych
uchwytach, tak, aby m gł widzieć wlot pieca.
Wszyscy palacze raptem odwr cili się do przywiava-
nego. To powszechne zainteresowanie najv.'1paŹliej mu
nie w smak. Krzycry. Straszliwle Lorycry. Nie słychać

8

AKWARIUM

dzurięku' ale wiem, że od takiego krąlku szyby dzworną
w oknach. Czterej palacze troskliwie opuszczają nosze
na podłogę, po cTyrlr ągodnie dźxĘają w g rę. Przywią-
zany dokonuje nadludzkiego wysiłku, aby im przeszko-
dzić. T)rtanicznie napięta błłarz. Żyła na czole nabrz:miała
tak, Że gotowa pęknąć' Ale pr ba ugryZienia palacza
w rękę nie powiodła się. Zęby przywLa?anego wprjają się
w jego własną wargę _ i czarrly strumyk krwi spływa po
brodzie. Ostre rna zęby, nie ma co. Skrępowany jest
mocno, ale wije się' jak pojmana jaszczllrka. Głowa ule-
gając zullerzęcemu instynktowi wali rytmicznymi ude-
rzeniarni w drewniany uchwyt. Przywiapany walczy nte
o Ęcie, |ecz o lekką śmierć. Jego rachuby są oczywlste:
rozhuśtać nosze iwraz z nimi runąć z szym na cemento-
wąposadzkę. To będzie właśnie lekka śmierć' aprzynaJ-
mniej utrata świadomości. W nieśwladomości nawet do
pieca nie strach... Ale palacze Tuająsw j fach. Po prostu
przytrzyrnują nosze za uchwyty, nle pozwalając im się
rozhuśtać. A do ich rąJ< przywiryany nte jest w stanie
sięgnąć zębami, choćby nawet kark sobie skręcił.
Poudadają' że w ostatnim rrĘnieniu Ęciaczłowiek mo-
że dokonać cud w. Instynktownie wszystkie jego mięś-
nie, cała jego świadomość

i wola, całe pragnienie życia
raptem koncentrują się w jednym kr tklm szarpnięc1u...
I człowiek się szarpn{! Szarpnął się całym ciałem' Szar_
pnął slę tak' jak wyrywa się lis z potrzasku, przegryzając
i wyrywając własną skrwawioną łapę. Szarpns się tak,
Że zadtżaly metalowe sTyr:y. Szarpn$ się, łamiąc własne
kości, rwąc Ęły i mięśnle. Szarpn{ się...
Ale stalowa linka nie puściła. I oto nosze płynnle ru-
szyły w stronę pieca. Drzvłiczki wiodące do paleniska
rozsunęły się na bokl, rzucając na podeszu4r dawno
riecąlszczonych lakierk w snop białego światła. oto
stopy zbllŻająsię do ognia. Człowiek stara się zgiąćnogi,
podkurczyć kolana, mriększyć odstęp między stopami
i szalejąc5rmi płomieniami. Jego wysiłkt spełzają na ni-
cTym. operator pokazuje palce na zb|IŻeniu. Drut wpił
się w nie głęboko' Ale koniuszki palc w nie są skrępo-
wane. I Ęmi koniuszkami człowiek usifuje zatramować
ruch noszy. Czubki palc w sąrozczaplerzone i napięte.

WIKTOR STIWOROW

Gdyby na cokolwiek natrafiły na swej drodze, człowiek
niewątpliwie zdołałby sięzatrzyrna . I raptem nosze nie-
ruchomieją przed samym otworem.
Nowa postać, ubrana jak wszyscy pa\acze w szary far-
tuch, daje im zrrak ręką. Na to skinienie palacze zdejmu-
ją nosze z szyla, po czym ponownie stawiająje na tylrrych
uchwytach przy ścianie. Co się stało? D|aczego zwleka-
ją? Ach' wszystko jasne. Do sali krematorium na niskim
w zku wtacza się jeszcze jedna trumna! Wieko juŻ do-
kręcone. C Ż za przepych! Jaka elegancja. Trumna oz-
dobiona frędzelkami i lam wkami. Wszyscy z drogi, je-
dzie honorowa tnrmna! Palacze ustawiająją na prowad-
nicy _ I juŻ ruszyła w ostatnią podr Ż. Teraz prĄdzile
niezmiernie długo czekać, nim spłonie. Trzeba czekać,
cznkać. DuŻo, dużo cierpliwości trzeba...
A oto nareszcie i kolej na przfiapanego. Nosze po-
nownie na prowadnicy. I znow'u słyszę tenbezdŻwięczny
krzyk, kt ry m głby zryłvać drzwiz za'wlas w. Znadzie-
ją wpatruję się w frłarz przywiapanego. Staram się do-
strzec oznakl szaleristwa. Szalefrcom łatwo jest na tym
świecie. Ale nie dostrzegam takich objaw w w przystoj-
nej' męskiej twatzy, nie skażonej piętnem obłędu. Po
prostu człowiek nie chce iść do pieca i stara się w jakiś
spos b dać temu wpaz. A jakże wyrazić to, jak nie
krzykiem? No więc krzyczy. Na szczęścile w wrzask nie
został uwieczniony. o, juŻ lakierowane buĘ zna|azĘ się
w ogniu. PoszĘ, niech to wszyscy diabli.
ogieli huczy' Pewnie tłoczątlen. Dwaj pierwsi pa|acze
odskakują, dwaj ostatni popychają nosze w głąb. Drzwi-
czki paleniska zamykają się, ucicha terkot aparatu pro-
jekcyjnego.

- on... Kto to?... - Sam nie wiem, po co zadaję to

pytanie.

- on? Pułkownik. Były pułkownik. Był w naszej orga-
nlzacji. Na wysokich szczeblach. Oszukiwał organizację.
Zato został zniej usunięty. I odszedł. Taką mamy zasa-
dę. Nikogo na siłę nie wciągamy. Nie chcesz, powiedz
,,nie''. Ale jeżeli powiesz ,,tak", to na|eżysz do organizacji
bez teszty' Razem z butami i krawatem. No więc?... Da-
ję ci ostatnią szansę. Na rozmyślania minuta.

10

AKWARIUM

- Nie potrzebuję minuty na zastanowienie.
- Taki regulamin. Nawet jeżeli nie potrzebujesz tej
mirruty' orgarnzacja ma obowią2ek ci ją dać. Posiedź
i pomilcz. - Siwy strzelił wyłączrrikiem i długa cienka
wskaz wka dobitnie, miarowo nsĄa w koło jarzącego
się cyferblatu. A ja znowu miałem przed oczami t.ltllarz
pułkownika' w tym ostatnim momencie, gdy jego nogi
poŻerałjuż płomieri, ale $łowa nadal żyła, jeszcze krew
pulsowała, a z ocZU bił rozsądek, śmiertelny smutek,
straszliwe męczarnie i niepohamowane pragnlenie, by
Ęć. JeŻe|iprzy1mą mnie do tej orgarizacji' będę sh:Żyć
jej duszą i ciałem. Jest to powaŻna i potężna organlza-
cja. Podoba mi się taki porządek. Ale jedno widzę choler-
nie jasno: jeś|L ptzyjdzie mi wyfrunąć prz.ez ten przysa-
dzisty, kwadratowy komin, to z pewnością nie w trumnie
z frędze|karnl 1 falbankami. Mam zgołalrnąnaturę. Nie
z Ęchjestem, co to z falbankami... Nie z Ęcla.
- Minuta mirręła. Czy potrzebujesz jeszcze czas do

namysfu?
- Nie.
_ Jeszczejedną minutę?...
- Nie.
- No c ż, kapitanie. W takim razie przypadł mi jako
pierwszemu zaszczyt pogratrrlować ci przystąrienia do na-
szego tajnego bractwa, kt rego llazwabrzm1Gł wny Za-
rząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego, w skr cie GRU.
Czeka cię spotkanie z zastępcą rraczelnika GRU, genera-
łem-pułkownildem Mieszczeriakowem, I wlzyta w Komite-
cie Centrabrym u generała-pułkownika Ł,emzenk1. Myślę'
Że ptz1lpadrnesz im do gustu. }lko nie pr buj przypad-
klem grać mądrali. I,epĘ zapytaj, jeśli czegoś rrie wiesz,
zamiast gfupio m:lcz,eć. W trakcie naszych egzamirr w
i test w psychologiczrrych pokażą ci niejedno, co samo
nasuwa pytanie. Nie masz się co męczyć, pytaj.Zachowuj
się tak, jak zachowywałeś się dziś, wtedy wszystko będzle
dobrze. Życzę powodzenia, kapitante.

T

I

AKWARIT'M

przyjlma' czy lie _

to już irrrra sprawa (pevmie' żn pruy1mĄ),
ale droga do KGB dla wszystkich stoi otworem.
Natomiast do GRU nie można się tak łatwo dostać. Do
kogo się nłr clć? Kogo prosić o radę? Do jakich drzull
stukać? Może warto zasięgnąć języka na mtltcji? Ale
milicjant teżwzruszy tylko ramionamil taka organtzacja
nie istnieje.

Gruziriska miltcja wydaje tablice rejestraryjne z literami
.GRU"' nie podeJrzewając' Że mogą one mleć jakiś ukryty
sens. I oto pędzi sobie taki samoch d ptz.ez kraj _ nikt
nawet za nim się nie obejrzy. Normalnemu człowiekouri,
jak neszĘ całej radzieckiej milicji, owe litery niczego nie
sugenrją rne budzą żadnych skojarzeri. Uczciwl obywate-
le ani milicja nigdy o cą|rmś podobnym nte słyszeli'
KGB licą1 miliony ochotnik w' w GRU jest to nie do
pomyślenia. Na tym polega zasadniczar Żnlca. GRU jest
orgalnzacjątajną. Ntkt o niej nie wie, nie pragnie więc do
niej wstąlić z wlasnej irricjatywy' Ne zal żmy, że ntalazł
się ochotrrik' kt ry sobie Ęlko zlaanyrlr sposobem znalazł
owe drzwi, do kt rych rnleżry zastukać: przyjmijcie mnie,
m wi. ĄrnąB Nte, nie pruyjrna, ochobeicywcale nie są
mile widziani. ochotnik zostanie niezwłocznie aresztowa-
ny, po czym czeka go dfugie' ostre śledztwo. Wiele padnie
pytan. - Gdzieś te trzy litery usłyszał? W jalri spos b zdo-
łałeś

nas odna|eźć? Ale przede wszystkim, kto ci w t5rm
pom gł? Kto? Kto? Kto? M w, gnoju! - Chłopcy z GRU
potrafią wydobyć właściwe odpowiedzl. Z kaŻdego lvylwą
zezIlłania. Ręczę za to. GRU' oczywiście, odnajdzie tego,
kto pom g1 ochotnikowi.I zn w śledztwo od początku: -
A tobie, bydlaku, kto te llltery zdradzrt? Gdzieś je usĘ-
szaW _ Prędzej cąr poźniej dotrą po nitce do kĘbka' do
sźrmego źr dła. okaŻe się nim być osobnik, kt ry znał
tajemnicę i nie potrafił powściągnąć języka.o, GRU po-
trafi takie języki wyrywać. GRU oddziera takie języki wraz
z głov/ami. Ikażdy, kto traffł do GRU, wie o tym doskona-
Ie.Każdy, kto traftł do GRU, strzeŻe własnej głowy, amoŻe
ją ocalić tylko w jeden spos b: strzegąc języka. o GRU
rnoŻna rozmawiać wyłączrrie będąc w GRU. M wić możma
tak' by głos nie wydostał się poza prznjrzyste ściany maje-
staĘczrrego gmachu na Chodynce. l{ażdy, kto trali do

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->