P. 1
Przewodnik Po Domowych Finansach

Przewodnik Po Domowych Finansach

|Views: 231|Likes:

More info:

Published by: digitalcustomer on Sep 02, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

09/02/2011

pdf

text

original

Maciej Samcik

Przewodnik po domowych finansach
Jak walczyć z deficytem w budżecie domowym Jak zapewnić dziecku dobry start w dorosłość Jak się zabrać do inwestowania

Partner akcji:

Maciej Samcik

Przewodnik po domowych finansach

„Przewodnik po domowych finansach” © 2010 Agora SA, wydanie pierwsze ISBN 978-83-268-0131-0 Egzemplarz promocyjny. Dodatek do „Gazety Wyborczej” Autor: Maciej Samcik Redakcja: Robert Ogłodziński Rysunki: Hanna Pyrzyńska Projekt, opracowanie graficzne i skład: Kaja Mikoszewska Korekta: Anna Książkowska Opieka promocyjna: Marta Marczak Dział sprzedaży wysyłkowej: Infolinia czynna w dni powszednie w godz. 9-17, tel. 801 130 000 (opłata 0,29 netto w sieci TP SA) lub 22 555 44 00, www.kulturalnysklep.pl Agora SA, ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, Polska All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość książki nie mogą być reprodukowane bez wcześniejszej pisemnej zgody wydawcy. Oprawa i druk: Oplograf SA, ul. Niedziałkowskiego 8-12, 45-085 Opole www.opolgraf.com.pl

Spis treści
Rozdział I Rozdział II Rozdział III Cash is king, czyli jak nie zostać bez gotówki Jak walczyć z deficytem w domowym budżecie Jak się wyplątać z pętli długów
Część I: Zanim windykator zapuka do drzwi Część II: Gdy bank sprzeda kredyt Część III: Upadłość konsumencka. Ratunek nie dla każdego

s. 7 s. 11 s. 17
s. 18 s. 21 s. 24

Rozdział IV

Jak się rozsądnie zadłużyć
Część I: Konsumować czy oszczędzać? Część II: Zanim pójdziesz do banku po kredyt Część III: Dobierz kredyt do potrzeb Część IV: Jak wziąć bezpieczny kredyt hipoteczny

s. 31
s. 32 s. 34 s. 36 s. 40

Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII

Kiedy warto się ubezpieczyć, a kiedy nie Jak zabezpieczyć przyszłość dziecka Jak chronić wartość swoich oszczędności
Część I: Wyścig z inflacją. Lokaty, konta i inne pomysły Część II: Obligacje, czyli pożycz pieniądze rządowi

s. 43 s. 47 s. 51
s. 52 s. 58

Rozdział VIII

Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania
Część I: Sposoby na inwestowanie oszczędności Część II: Fundusze inwestycyjne dla opornych Część III: Polisy inwestycyjne unit-link. Ki diabeł? Część IV: Produkty strukturyzowane, czyli czarna skrzynka Część V: Polisy na życie z opcją inwestycyjną. Drogi święty spokój Część VI: Zanim pójdziesz po pomoc do doradcy finansowego

s. 63
s. 64 s. 68 s. 76 s. 78 s. 81 s. 82

Rozdział IX

Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje
Część I: Jak zacząć przygodę z akcjami Część II: Fundamenty i magia wykresów. Ile na giełdzie warta jest złotówka Część III: Kup, nim inni zauważą. Inwestujemy na rynku pierwotnym Część IV: Giełdowe mądrości ludowe

s. 85
s. 86 s. 88 s. 90 s. 93

4 Przewodnik po domowych finansach

O

d lat eksperci finansowi narzekają na niski poziom świadomości finansowej naszego społeczeństwa. Z badań jednak wynika, że coraz więcej Polaków doskonale wie, czego chce, i potrafi tego wymagać od swojego banku. A jeśli tego nie dostaje, bez skrupułów przenosi się do konkurencji. Bardzo nas, banki, to cieszy. I nie ma w tym sformułowaniu żadnej hipokryzji. Wzrost świadomości ekonomicznej jest w interesie nie tylko klientów, ale także instytucji finansowych. Po pierwsze, dużo łatwiej o partnerskie, konstruktywne relacje, jeśli klient ma poczucie własnej finansowej wartości, przekracza próg banku świadomy swoich potrzeb, ale jednocześnie ma podstawowe rozeznanie w kwestii możliwości i ograniczeń produktów finansowych. Wiedza tworzy także atmosferę zaufania sprzyjającą dobrym, długofalowym relacjom. Po drugie, wzrost świadomości finansowej Polaków podnosi poprzeczkę instytucjom finansowym. Wiedza klienta stwarza mobilizującą presję na jeszcze większą konkurencyjność, innowacyjność, niepowtarzalność oferty. Oczywiście nowa sytuacja jest dla nas, banków, wyzwaniem, ale przede wszystkim wielką szansą. Wyedukowany klient przy wyborze produktów finansowych nie poprzestanie na lekturze prostych zestawień instytucji finansowych, np. uwzględniających liczbę klientów. Będzie drążył i szukał najlepszej oferty w swojej klasie. Krótko mówiąc, wzrost wiedzy klientów zmienia układ sił na polskim rynku finansowym, co doskonale odzwierciedlają roszady w licznych rankingach i zestawieniach. Ważniejsze od laurów i wyróżnień są dla nas pozytywne sygnały zwrotne od klientów. Świadomi i wymagający klienci niejednokrotnie deklarowali w naszych badaniach, że od banków oczekują przede wszystkim jasnych zasad. I to już począwszy od podstawowego produktu – konta, w którego przypadku liczy się dla nich prostota, wygoda, brak opłat za podstawowe operacje (prowadzenie konta, użytkowanie karty, wypłaty w bankomatach w Polsce i na świecie) oraz stałe zasady gry. I nie jest przypadkiem, że o tak – wydawałoby się – podstawowych kwestiach mówią otwarcie osoby ponadprzeciętnie wykształcone i zamożne, które stanowią śmietankę bankowych klientów w Polsce. Pół żartem, pół serio, stąd już tylko krok do stwierdzenia, że wiedza to przepustka do bogactwa. Bez ryzyka możemy postawić inną tezę: wiedza ekonomiczna to przepis na mądre, efektywne zarządzanie swoimi finansami – od prostych oszczędności po zmianę nawyków dotyczących systematycznego oszczędzania przez efektywne sposoby pomnażania nadwyżek finansowych. Z przyjemnością bierzemy udział w projekcie „Edukacja w finansach” jako jego partner. Wierzymy, że lektura tej książki da Państwu pewność, iż finanse nie gryzą, a systematyczne oszczędzanie i inwestowanie jest w zasięgu możliwości każdego z nas.

Deutsche Bank PBC

Przewodnik po domowych finansach 5

Drogi Czytelniku,

O

ddaję w twoje ręce książkę, która – mam nadzieję – będzie od dziś twoim przyjacielem w rozwiązywaniu przeróżnych dylematów dotyczących domowych finansów. Jeśli twój budżet z trudem się dopina, a kredyty dają ci w kość – pierwsze rozdziały są dla ciebie. Jeśli zamierzasz wziąć kredyt – przeczytaj o tym, jak się rozsądnie zadłużać. Myśląc o oszczędzaniu lub inwestowaniu swoich zaskórniaków, zapewne najpierw przeczytasz końcowe rozdziały. I dobrze! Tej książki nie trzeba czytać od deski do deski! Niech będzie takim „finansowym pogotowiem ratunkowym” stojącym w twojej bibliotece, które będzie niosło radę i odpowiedzi na nurtujące cię pytania lub wątpliwości. Dziś, jutro lub za kilka lat. W każdym momencie, gdy będziesz takiej rady potrzebował. Ale uwaga! Nie znajdziesz tu konkretnych wskazówek, w którym banku wziąć kredyt, jaki fundusz inwestycyjny wybrać, do którego banku włożyć pieniądze na lokatę lub konto oszczędnościowe. Chciałbym za to, byś po tej lekturze umiał w nowy, bardziej dojrzały sposób pomyśleć o domowych finansach. Zakładający dłuższą perspektywę i zmienność otaczających cię warunków, będący przeciwieństwem tradycyjnej zasady „od pierwszego do pierwszego”. Ten przewodnik powstał na podstawie cyklu artykułów „Edukacja w finansach”, które przez cały 2010 r. ukazywały się co poniedziałek w „Gazecie Wyborczej”. Przygotowałem ci, drogi Czytelniku, kompleksowy przewodnik po domowych finansach. Czy mi się to udało? Oceń sam! Miłej lektury!

Maciej Samcik

Rozdział I

Cash is king, czyli jak nie zostać bez gotówki

8 Cash is king, czyli jak nie zostać bez gotówki

Założę się, że przynajmniej raz w życiu zdarzyła ci się sytuacja, gdy z powodu nagłych, nieprzewidzianych wydatków zostałeś bez grosza w portfelu i z pustym kontem. I pewnie wiesz, jak nieprzyjemne to uczucie, kiedy finansowy grunt usuwa ci się spod nóg. W firmach taki stan nazywają „utratą płynności finansowej”. Jest bardzo niebezpieczny zarówno w budżecie firmowym, jak i w domowym – łatwo w takiej sytuacji wpaść w pętlę zadłużenia. Dlatego właśnie od płynności finansowej zaczynam tę książkę.

Cash is king, czyli gotówka jest królem – to jedno z najbardziej znanych powiedzeń używanych przez inwestorów giełdowych. Oni najlepiej wiedzą, jak bolesne i kosztowne może być nieodpowiednie zarządzanie rezerwami gotówki. Nawet największy rekin giełdowy nigdy nie zablokuje wszystkich swoich pieniędzy, choćby miały dać najwyższy nawet procent. Część pieniędzy kosztem niższych zysków będzie trzymał na nisko oprocentowanych kontach jako polisę ubezpieczeniową na wypadek nieprzewidzianych wydarzeń.

Dla ciebie – choć zarządzasz zapewne mniejszymi kwotami niż miliony złotych – zasada o gotówce, która jest królem, powinna być jeszcze ważniejsza niż dla rekinów giełdy. Jeden z moich znajomych, dość dobrze sytuowany finansowo, opowiedział mi niedawno historię, która pokazuje, jak łatwo zostać bez grosza przy duszy. Otóż znajomy, chcąc kupić jakieś akcje wchodzące na giełdę, przelał wszystkie pieniądze, jakie miał na koncie, do biura maklerskiego. Niestety, popełnił jakiś błąd przy logowaniu się do biura i konto maklerskie zostało zablokowane. Nie kupił akcji ani nie mógł wycofać pieniędzy. Miał też drugie konto w innym banku, ale akurat dzień wcześniej spłacił ratę kredytu hipotecznego, więc zostały na nim niewielkie środki. Znajomy, zwykle szastający pieniędzmi na lewo i prawo, został bez gotówki. I jak niepyszny musiał ratować się wypłatą gotówki z... karty kredytowej, płacąc za to kilkadziesiąt złotych prowizji. Na biednego nie trafiło, przynajmniej ma nauczkę. Najgorzej jest wtedy, gdy z powodu nagłej dziury w budżecie trzeba biec do banku albo do pośrednika finansowego po horrendalnie oprocentowany kredyt chwilówkę. Gdy domowy budżet jest napięty, odsetki od tego kredytu mogą popchnąć niejednego z nas w pętlę zadłużenia. Zasada jest bowiem prosta – im bardziej dramatycznie potrzebujesz gotówki, tym drożej musisz ją pożyczać. Zaciąganie kredytów samo w sobie nie jest oczywiście złe, ale pożyczka może być dużo tańsza, jeśli nie będziesz o nią wnioskował, stojąc pod ścianą. Dlatego właśnie tak ważne jest utrzymywanie płynności finansowej, czyli rezerwy gotówki na nieprzewidziane, nagłe wydatki. Jak to zrobić?

Przewodnik po domowych finansach 9

1. Spisuj wydatki, by nie wpaść w dziurę
Najczęściej płynność finansową tracimy nie tyle z powodu zablokowanego konta lub zgubionej karty, ile z powodu dziury strukturalnej w domowym budżecie. Przez kilka miesięcy można ten budżet łatać pożyczkami lub ekstra dochodami (np. kiedy szef przyzna premię w pracy), ale prędzej czy później nadejdzie moment prawdy. Jeśli miesięczne wydatki są większe od dochodów, kryzys płynności finansowej jest tylko kwestią czasu. Aby sprawdzić, czy jesteś nim zagrożony, przez kilka miesięcy spisuj wszystkie dochody i wydatki. Sprawdź, na co wydajesz pieniądze, czy nie żyjesz ponad stan. Jeśli okaże się, że wydajesz tyle samo lub więcej, niż zarabiasz, weź się za cięcia domowych wydatków. Jak to zrobić – przeczytasz w kolejnym rozdziale. Jeśli chcesz uniknąć kryzysu płynności, to musisz tak skroić domowy budżet, by wydatki były o 10-15 proc. niższe od dochodów.

2. Planuj większe wydatki z wyprzedzeniem
Często w kłopoty może nas wpędzić pojedynczy większy wydatek. Ubezpieczenie samochodu, mieszkania, wyjazd na wakacje. Jest prosty sposób, by uniknąć szoku związanego z takimi przewidywalnymi, ale bolesnymi wydatkami. Planuj je z wyprzedzeniem. Jeśli np. wiesz, że za pięć miesięcy będziesz musiał wydać 2000 zł na ubezpieczenie samochodu, zawczasu zacznij odkładać na ten cel pieniądze np. na koncie oszczędnościowym. Nawet jeśli i tak trzeba będzie wydać na tę polisę jednorazowo większą sumę, odłożone zawczasu pieniądze zamortyzują domowy budżet. Niektórych wydatków nie da się przewidzieć, ale to, że raz w roku musisz ubezpieczyć auto, mieszkanie lub kupić dziecku wyprawkę do szkoły, nie jest żadną niespodzianką.

3. Zadbaj o debet w koncie
Nie jestem zwolennikiem zadłużania się bez potrzeby, ale uważam, że na wszelki wypadek każdy z nas powinien mieć w banku otwartą linię debetową. Czyli po prostu możliwość zejścia pod kreskę z saldem konta osobistego. Za utrzymywanie takiego limitu bank zażąda kilku procent prowizji od jego wartości, więc nie ma sensu ustanawiać zbyt dużego limitu. Ale możliwość zdebetowania konta do jedno- lub dwukrotności comiesięcznych dochodów da ci większą swobodę, jeśli pojawią się niespodziewane wydatki. W sytuacji awaryjnej znacznie taniej i szybciej jest „pożyczyć” pieniądze z debetu, niż biec do banku po szybki kredyt gotówkowy.

10 Cash is king, czyli jak nie zostać bez gotówki

4. Jeśli możesz, płać kartą kredytową, a nie debetową
Karty kredytowe bywają niebezpiecznym narzędziem w ręku osób niezbyt zorientowanych w istocie ich działania. Ale używane rozsądnie pomagają w utrzymaniu płynności domowego budżetu. Co to znaczy rozsądnie? Jeśli masz do wyboru: zapłacić za zakupy kartą debetową (bank natychmiast ściągnie pieniądze z twojego konta osobistego) lub wyciągnąć z kieszeni kartę kredytową, bardziej opłaci ci się to drugie. Dlaczego? Płacąc kartą kredytową, de facto płacisz pieniędzmi banku. Jeśli oddasz pieniądze niedługo po tym, jak bank prześle ci wyciąg z karty (np. w ciągu tygodnia), kredyt w karcie będziesz miał darmowy. W świecie finansów mówi się, że zawsze lepiej jest finansować wydatki cudzym kapitałem, a nie własnym. Stosuj tę zasadę w domowych finansach. Płać za zakupy kartą kredytową, ale pamiętaj – zawsze spłacaj to zadłużenie w terminie wyznaczonym przez bank. Tylko wtedy nie natniesz się na prowizje, opłaty i odsetki od zaciągniętego kredytu. Finansując zakupy kartą kredytową, chronisz swoją płynność i masz rezerwę na wypadek nieprzewidzianych wydatków.

5. Inwestując, część pieniędzy trzymaj pod ręką
Jeśli masz jakieś oszczędności i lokujesz je na rynku kapitałowym (a więc masz akcje, obligacje, lokaty strukturyzowane), to pamiętaj, że potencjalny zysk nie może być jedynym kryterium wyboru inwestycji. Zawsze sprawdź też możliwości wycofania się z inwestycji przed terminem i koszty z tego wynikające. Jeśli nie masz pewności, że zdołasz doprowadzić inwestycję do końca, wybierz coś mniej dochodowego, na krótszy termin. No i przede wszystkim nigdy nie inwestuj wszystkich pieniędzy w instrumenty finansowe wymagające zablokowania ich na długi czas. Część pieniędzy (co najmniej 10-30 proc.) trzymaj na kontach lub lokatach, które możesz w każdej chwili zerwać. Więcej o rozsądnym inwestowaniu pieniędzy przeczytasz w kolejnych rozdziałach.

Rozdział II

Jak walczyć z deficytem w domowym budżecie

12 Jak walczyć z deficytem w domowym budżecie

Z domowymi finansami jest jak z budżetem państwa – wydatki nie powinny przekroczyć dochodów. A jeśli tak się stanie, trzeba gdzieś znaleźć pieniądze na zasypanie powstałej dziury. Minister finansów ma łatwiej, bo rządowi banki i osoby prywatne zawsze chętnie pożyczają pieniądze, kupując emitowane przez niego obligacje. Jeśli jesteś takim „domowym ministrem finansów”, to doskonale wiesz, że tobie nikt nie pożyczy pieniędzy na 6 proc. rocznie, choć pewnie niejeden bank chętnie pomoże ci zasypać lukę w budżecie, udzielając kredytu na 15-20 proc. rocznie. Lepiej poradzić sobie o własnych siłach. Jak więc się zabrać do akcji poprawiania domowego budżetu? Najpierw sprawdź, czy już czas działać. A potem działaj – zdecydowanie i z żelazną konsekwencją.

1. Zrób spis inwentarza
Żeby w ogóle móc planować domowy budżet, musisz wiedzieć, co masz po stronie majątku, a co po stronie zobowiązań, a także jakie są twoje comiesięczne przepływy pieniędzy. Żeby to sprawdzić, weź kartkę i podziel ją na trzy części: • w pierwszej wpisz wszystkie oszczędności (jeżeli je masz): lokaty, inwestycje w fundusze inwestycyjne, pieniądze na czarną godzinę odłożone na koncie; • w drugiej wpisz swoje długi: pożyczki od rodziny, wykorzystane limity debetu na koncie i kredytu w kartach, kredyty ratalne, gotówkowe, na samochód. Pomiń kredyt hipoteczny (jeśli taki masz), bo to trochę inny rodzaj zadłużenia. Obok każdego z długów wpisz ratę, którą co miesiąc musisz spłacać; • w trzeciej wpisz miesięczne dochody: ale bez premii i dodatkowych wpływów – tylko to, co jest pewne. Uporządkowanie wiedzy o twoich finansach przyda się za chwilę.

2. Sprawdź elastyczność budżetu
Teraz czas zorientować się, na co wydajesz pieniądze. Większość z nas nie planuje wydatków, nic więc dziwnego, że pieniądze przeciekają nam przez palce. Czas z tym skończyć. Przez miesiąc zbieraj paragony i zapisuj wszystkie wydatki: osobno na żywność, osobno na inne rzeczy (kosmetyki, chemię, odzież). Swoje miejsce na liście powinny mieć wydatki na transport (bilety, paliwo) oraz te medyczne (leki, lekarze). No i pieniądze, które wydajesz na przyjemności. Podlicz wszystko. W ten sposób poznałeś najbardziej elastyczną część domowego budżetu. Obok wpisz listę rat różnych długów, które spłacasz (porządkowałeś je w poprzednim kroku), i zsumuj wszystkie. To druga, mniej elastyczna część wydatków. W trzeciej wpisz wszystkie stałe rachunki: telefon, prąd, gaz, czynsz, telewizja kablowa, kredyt hipoteczny, internet, raty za angielski dla dziecka, składka polisy na życie.

Przewodnik po domowych finansach 13

Teraz dwie operacje rachunkowe. • Porównaj trzy obliczone przed chwilą części wydatków ze stałymi dochodami. Jeśli wydatki są wyższe od dochodów – trzeba będzie działać. Jeśli nie – jest dobrze, ale... też nie spoczywaj na laurach i nie odkładaj tej książki do kąta. Twój budżet jest dobrze skonstruowany nie wtedy, kiedy z trudem się dopina, ale wtedy, kiedy pozwala na generowanie dodatkowych pieniędzy na oszczędności, bez których nie ma co mówić o bezpiecznych rodzinnych finansach. • Sprawdź elastyczność wydatków. Jaką ich część stanowi suma spłat zadłużenia i stałe rachunki? Jeśli to ponad połowa wszystkich wydatków, to kolejnym krokiem jest przyjrzenie się bliżej właśnie tej części budżetu. Jeśli jest inaczej i większość stanowią wydatki „na życie”, to te trzeba będzie obejrzeć dokładniej.

3. Zracjonalizuj wydatki
„Zracjonalizuj” nie zawsze znaczy „obetnij”, choć jeśli w budżecie masz strukturalny deficyt (wydatki wyższe od dochodów), to pewnych wyrzeczeń nie da się uniknąć. Wpisz z boku tabelki, o jaką kwotę powinieneś obniżyć wydatki, by odpowiadały dochodom (a najlepiej – by budżet miał jeszcze 10 proc. luzu). Znalezienie tych pieniędzy będzie twoim zadaniem na najbliższe miesiące. Nie łudź się, nie wszystko da się zrobić od razu. Restrukturyzację wydatków podziel na cztery części.

Program oszczędności energii. Gaz jest tani, więc wiele na nim nie zaoszczędzisz, ale
na rachunkach za prąd i wodę możesz zaoszczędzić kilkanaście złotych miesięcznie. Zrób listę urządzeń, które mają funkcję czuwania, i wyrób w sobie nawyk wyłączania ich przyciskiem – zaoszczędzisz nawet jedną piątą zużywanej przez te urządzenia energii. Nie włączaj pralki, żeby wyprać dwie rzeczy (pralka i lodówka zużywają najwięcej prądu).

Przegląd stałych rachunków. Nie ma się co oszukiwać – większość z nich jest nie do
ruszenia. Nie przestaniesz płacić czynszu ani nie zrezygnujesz z angielskiego dziecka. Ale być może są jakieś wydatki, które można ograniczyć? Rezygnacja z płatnych kanałów telewizyjnych, obniżenie abonamentu telefonicznego (o ile zmniejszysz też liczbę rozmów, bo tańszy abonament to zwykle mniej darmowych minut), zmniejszenie sumy ubezpieczenia w polisie na życie, zamiana internetu na trochę wolniejszy... Jeśli nie chcesz bawić się w drobne oszczędności, po prostu zrezygnuj z najmniej potrzebnej usługi.

Restrukturyzacja zadłużenia. To dość skomplikowane, ale konieczne posunięcie.
Celem jest redukcja wysokości comiesięcznych rat, by nie rujnowały stabilności domowego budżetu. • Użyj oszczędności. Jeśli masz jakiekolwiek dodatkowe dochody (sprawdzałeś to przy okazji spisu inwentarza), użyj ich do redukcji swego zadłużenia. Możesz np.

14 Jak walczyć z deficytem w domowym budżecie

spłacić nimi najdroższy z kredytów (z reguły jest to kredyt gotówkowy lub w karcie kredytowej). Nawet jeśli ulokowane pieniądze dobrze zarabiają, odsetki od twojego najdroższego kredytu na pewno są wyższe. Aby to zrobić, musisz spełnić dwa warunki: po pierwsze, pod żadnym pozorem nie pozbywaj się wszystkich zaskórniaków (długi długami, ale płynność finansowa też jest bardzo ważna). Do zasypania dziury w budżecie użyj np. połowy z nich. Po drugie, jeśli używasz oszczędności do ustabilizowania budżetu, to od razu zaostrz kurs w cięciu wydatków. Musisz zagwarantować budżetowi wystarczający luz, by w ciągu np. dwóch-trzech lat móc odbudować oszczędności. Zanim zabierzesz się do wcześniejszej spłaty kredytu, sprawdź, czy bank to w ogóle umożliwia (czasem wcześniejsza spłata jest obwarowana wysokimi karami). • Zmień strukturę długów. Jeśli masz niespłacony kredyt gotówkowy albo karty kredytowe, a debet na koncie osobistym nie jest jeszcze wykorzystany do końca, spłać drogie długi na kartach kredytowych, powiększając debet. Odsetki od długów na kartach są znacznie wyższe, a debet na koncie to w większości banków najtańszy rodzaj kredytu. Zmieniając strukturę długów, zbijasz więc wysokość comiesięcznych rat. Spłacone karty od razu zwróć do banku, żeby nie płacić prowizji za ich używanie. • Rozłóż kredyty na dłuższe raty. Jeśli masz kredyty gotówkowe lub ratalne, poproś bank, by rozłożył ich spłatę na dłuższy okres. W sumie będziesz musiał oddać więcej odsetek, ale comiesięczna rata się obniży. A to twój najważniejszy cel. • Zamień kredyty na kartach na ratalne – coraz więcej banków to umożliwia. Kredyt ratalny jest tańszy, więc zaoszczędzisz na odsetkach.

Limity na wydatki bieżące. To najbardziej dotkliwy element planu równoważenia
domowego budżetu. Przyjrzyj się pod mikroskopem wszystkim wydatkom, ze szczególnym uwzględnieniem tych na żywność i inne artykuły oraz – niestety – na przyjemności. Policz, ile średnio dziennie wydajesz na każdą z tych kategorii, i załóż, że od najbliższego miesiąca spróbujesz ograniczyć te wydatki np. o 10 lub 20 proc. W praktyce wygląda to tak, że zapisujesz sobie, ile dziennie możesz wydać na żywność, artykuły przemysłowe oraz przyjemności, a potem sprawdzasz rzeczywiste wydatki. Jeśli jednego dnia przekroczysz limit, następnego musisz ograniczyć wydatki. Po miesiącu, dwóch zobaczysz, że to działa.

4. Monitoruj realizację planu
Na koniec jeszcze jedna zasada. Miesiąc po miesiącu monitoruj wysokość wydatków w poszczególnych kategoriach i wysokość „deficytu” budżetu. Nic tak nie motywuje do dalszego wysiłku jak świadomość, że plan zaczyna działać. Nie od razu będzie działać perfekcyjnie, ale cierpliwości – z czasem pojawią się oczekiwane efekty.

Przewodnik po domowych finansach 15

Przykładowa struktura wydatków domowego budżetu:
Wydatki „na życie”
3,5% 14,1% 7,1% 17,7% żywność (1000 zł)

Raty zadłużenia
4,2% 3,5%

Comiesięczne rachunki
2,2% 2,6% 7,1% czynsz (400 zł) 2,6%

8,8%

26,5% rata kredytu hipotecznego (1500 zł)

8,8% – inne wydatki na życie (500 zł) 7,1% – transport i wydatki medyczne (400 zł) 3,5% – przyjemności (200 zł)

14,1% – rata kredytu samochodowego (800 zł) 4,2% – rata kredytu na kurs językowy (240 zł) 3,5% – rata kredytu na telewizor (200 zł)

2,6% – internet i telewizja kablowa (150 zł) 2,2% – telefony stacjonarny (50 zł), komórka (75 zł) 2,6% – prąd, gaz (150 zł)

Razem wydatki „na życie”
37,1 % budżetu

Razem raty zadłużenia
48,3 % budżetu

Razem rachunki
14,5 % budżetu

Jacek i Ania wydają miesięcznie 5665 zł. Od kilku miesięcy pożyczają pieniądze od rodziny, bo nie starcza im na życie. Jacek zarabia na rękę 2600 zł, Ania 2100 zł, ale Ania ma jeszcze 300-400 zł z korepetycji udzielanych dzieciom z podstawówki. W sumie ich manko wynosi ok. 650-660 zł. O tyle będą musieli obniżyć miesięczne wydatki. W ich przypadku najistotniejsze są raty zadłużenia. Ale tu pole manewru jest niewielkie: mogą tylko czekać, aż skończą się kredyty ratalne (wtedy obciążenia spadną o 440 zł). Zrezygnują też z telefonu stacjonarnego, ograniczą o 100 zł miesięcznie wydatki na żywność i pozostałe, a o połowę wydatki na przyjemności. Zaoszczędzą kolejne 350 zł. Ich budżet odzyska równowagę.

Rozdział III

Jak się wyplątać z pętli długów

18 Jak się wyplątać z pętli długów

CZĘŚĆ I: Zanim windykator zapuka do drzwi
Jeśli przestałeś spłacać raty i z przerażeniem myślisz o wizycie komornika, to restrukturyzacja domowego budżetu nie wystarczy. Czas się zabrać do negocjacji z wierzycielami. Nie uciekaj od problemów, spróbuj zawczasu wyplątać się z kłopotów. Najgorszym rozwiązaniem jest schowanie głowy w piasek i bierne czekanie na wyrok. Bank na pewno nie zapomni o długu, prędzej czy później będzie chciał odzyskać pieniądze. Ale jeśli wykażesz dobrą wolę i spróbujesz się dogadać – możesz uniknąć wizyty komornika.

1. Co robić, gdy nie masz pieniędzy na spłatę kredytu
Stało się. Jesteś już w pętli zadłużenia. Masz do spłacenia kilka-kilkanaście tysięcy złotych. Co robić? Łatwo nie będzie, ale masz przynajmniej kilka potencjalnych dróg wyjścia z trudnej sytuacji.

Restrukturyzacja długu. Spróbuj wynegocjować z bankiem takie zmiany umowy kredytowej, które pozwolą ci udźwignąć zobowiązanie. Zbierz dokumenty świadczące o tym, że wpadłeś w tarapaty niezupełnie z własnej winy, np. zaświadczenie o utracie pracy bądź o obniżeniu ci pensji. Zastanów się też, jaką maksymalną ratę byłbyś w stanie co miesiąc spłacać. W banku mogą cię o to zapytać. O jakie przywileje powinieneś walczyć? • Wakacje kredytowe. Bank mógłby zawiesić ci spłatę kredytu na kilka lub kilkanaście miesięcy. • Spłata tylko rat lub tylko odsetek. Możesz zaproponować bakowi, że przez pewien czas będziesz spłacał tylko same raty kapitałowe (odsetki byłyby doliczane do wartości kredytu i spłaciłbyś je później) albo same odsetki. • Rozłożenie kredytu na dłuższy czas. Bank mógłby się zgodzić, byś spłacał kredyt np. nie przez trzy lata, ale przez pięć lat. Dzięki temu miesięczna rata będzie niższa. Np. jeśli masz do spłacenia 10 000 zł, to przy stawce 15 proc. i trzyletnim okresie spłaty płacisz 346 zł raty miesięcznie. Ten sam kredyt rozłożony na pięć lat będzie cię kosztował 238 zł na miesiąc. • Konsolidacja kredytów. Jeśli masz kilka wysoko oprocentowanych kredytów, to może ci się opłacić skupienie ich w jeden. Nowy bank mógłby udzielić ci nowego kredytu na spłatę starych długów. Jeśli np. masz 35 000 zł długów oprocentowanych na 15-20 proc. rocznie, które musisz spłacić w ciągu dwóch lat, a nowy bank dałby ci pięcioletni kredyt oprocentowany na 10 proc., to zamiast 1700 zł miesięcznych rat płaciłbyś 1000 zł. • Zamiana kredytów na kartach kredytowych na ratalne. Jeśli twoje kłopoty biorą się z tego, że zbyt nieostrożnie się zadłużyłeś na kartach kredytowych i teraz gniotą cię odsetki, spróbuj je zredukować. Część kart kredytowych ma opcję zamiany długu (oprocentowanego zwykle na 20 proc. rocznie) na niżej oprocentowany kredyt ratalny. Zapytaj w bankach, które wydały ci karty, czy mogą dokonać takiej zamiany. Zapłacisz jedno-

Przewodnik po domowych finansach 19

razowo prowizję od wartości zamienianego długu (kilka procent jego wartości), ale później comiesięczne raty będą niższe. • Wykorzystanie debetu. Jeśli spłacasz drogie kredyty gotówkowe albo ciśnie cię limit na karcie kredytowej, spróbuj pokryć te długi z tańszego źródła. W większości banków najtańszą odmianą kredytu jest debet przywiązany do konta osobistego. O ile kredyty gotówkowe i karty kredytowe są zwykle oprocentowane na 15-20 proc., to oprocentowanie debetów nie przekracza 10-12 proc. Jeśli możesz spłacić kredyty gotówkowe i karty kredytowe debetem w koncie, jest szansa na to, że będziesz płacił niższe raty.

Zastawienie ziemi lub mieszkania. Jeśli masz własne mieszkanie lub np. odziedziczyłeś po babci kawałek ziemi, sprawdź, czy nie opłaciłoby ci się zastawić tego majątku, by pieniędzmi z kredytu spłacić stare zadłużenie. Kredyt hipoteczny jest najtańszym rodzajem zadłużenia, więc się opłaca zamienić kredyty gotówkowe i karciane na jedną pożyczkę hipoteczną.

Powiększenie istniejącego kredytu hipotecznego. Jeśli już spłacasz kredyt hipoteczny, zapytaj swój bank, czy nie podwyższyłby jego wartości – będziesz miał pieniądze na spłatę przeterminowanych długów. Uważaj tylko, by bank przy okazji wypłaty ekstra transzy nie podwyższył ci marży od całego kredytu. To się nie opłaca!

Upadłość konsumencka. Od roku obowiązuje ustawa o upadłości konsumenckiej.
Możesz ogłosić niewypłacalność, a banki nie będą mogły naliczać ci nowych odsetek. Ale to nie jest panaceum na kredytowe zło. Wyznaczony przez sąd komisarz spisze wszystko, co masz wartościowego, i wystawi na licytację. Z uzyskanych pieniędzy spłaci twoje długi. W miarę możliwości co do grosza, bez żadnej taryfy ulgowej. Z dobrodziejstw upadłości mogą korzystać tylko osoby, które wpadły w tarapaty nie ze swojej winy, a więc z powodu utraty pracy, choroby lub innych przypadków losowych. Jeśli sąd uzna, że nie zaliczasz się do tej grupy – odrzuci twój wniosek. Więcej o upadłości konsumenckiej napiszę na kolejnych stronach.

2. Ile masz czasu, zanim bank upomni się o swoje?
Na negocjacje masz sporo czasu. Od chwili, kiedy przestajesz regulaminowo spłacać raty, do momentu, kiedy bank (a coraz częściej prywatna firma windykacyjna) przyśle do ciebie komornika, upłynie dobrych kilka miesięcy, przeważnie ponad pół roku. Czego możesz się spodziewać do tego czasu? Droga postępowania banków jest zwykle podobna w przypadku wszystkich kredytów: i tych drobnych, gotówkowych, i tych większych, np. samochodowych, i tych naprawdę dużych, jak kredyty hipoteczne. A także kredytów na kartach kredytowych. Pamiętaj, każdy bank ma własne procedury, więc jego kroki mogą się różnić od tych, które opisuję.

20 Jak się wyplątać z pętli długów

Telefon lub SMS z upomnieniem. Przez pierwszych kilkanaście dni w banku będą
myśleli, że nie zapłaciłeś raty, bo po prostu o tym zapomniałeś. Albo że twój bank zapodział gdzieś przelew (np. jeśli raty spłacałeś przez bankowe polecenia zapłaty). Po dwóch tygodniach bankowcy zaczną się niepokoić. Po trzech – dadzą pierwszy sygnał, że czekają na pieniądze. Najpewniej zadzwonią na numer kontaktowy, który podałeś we wniosku o kredyt, albo wyślą SMS-a. Taki monit jeszcze nic cię nie kosztuje.

Monit na piśmie. Jeśli upomnienie telefoniczne nie pomoże, bank przystąpi do tzw.
miękkiej windykacji. Na twój adres wyśle list (często jest to polecony) z informacją, że powstało przeterminowane zadłużenie i trzeba je uregulować. W piśmie zapewne się pojawią groźby, że dług może trafić do windykacji, że bank rozważa wystąpienie przeciwko tobie na drogę sądową i że zostaniesz wpisany na czarną listę dłużników. Na razie to tylko czcze pogróżki, ale za taki monit bank naliczy już dodatkową prowizję – nawet kilkadziesiąt złotych. Będziesz musiał ją zapłacić razem z przeterminowanymi ratami.

Drugi monit na piśmie i... karne odsetki. Nadal nie reagujesz? Żarty się kończą.
Dostaniesz kolejne pismo, być może opatrzone klauzulą „pismo przedsądowe” albo innym równie groźnie brzmiącym sformułowaniem. Tym razem bank poinformuje, że kredyt został przekazany do działu windykacji i będziesz musiał pokryć nie tylko raty, ale też karne odsetki od przeterminowanego długu (są dwa razy wyższe od zwykłych odsetek).

Kontakt z bankowym windykatorem. To już ostatni, standardowy element bankowego odzyskiwania długu. Zazwyczaj dział windykacji się ogranicza do kontaktu telefonicznego z klientami, ale czasem windykator przychodzi osobiście. W obu przypadkach rozmowa ma podobny przebieg. Usłyszysz: „Prosimy o zwrot pieniędzy, w przeciwnym razie przekażemy sprawę specjalistom z zewnętrznej firmy windykacyjnej”. Windykator zaproponuje spotkanie w banku, aby wspólnie dojść do porozumienia. Przypomni też o karnych odsetkach, postraszy komornikiem. No i nie omieszka dodać, że jeszcze wróci. Teraz mowa jest już nie tylko o kosztach zaległych rat, prowizjach za monity i karnych odsetkach. Bank dolicza do rachunku również koszty działań windykacyjnych.

Wpis na czarną listę dłużników. Kolejnym krokiem banku będzie wpisanie dłużnika
na listę nierzetelnych kredytobiorców. Korzystają z niej wszystkie banki, więc jeśli na nią trafisz, to przez dobrych kilka lat możesz mieć problem z zaciągnięciem nowego kredytu.

Bank sprzedaje dług. To najczęściej stosowane przez banki rozwiązanie w przypadku
kredytów gotówkowych, zwłaszcza tych niezabezpieczonych. Na rynku działa mnóstwo firm, które hurtowo skupują od banków długi za ułamek ich wartości. Bank dostanie za twój dług np. 5-10 proc. jego wartości, ale i tak będzie zadowolony. Po pierwsze, to i tak więcej, niż zdołał uzyskać od ciebie, po drugie, nie musi już wykazywać twojego niespłaconego kre-

Przewodnik po domowych finansach 21

dytu (i tysięcy podobnych) przed akcjonariuszami. Ma problem z głowy. A straty na twoim kredycie odbije sobie, podwyższając oprocentowanie pozostałym klientom. Smutne, ale prawdziwe.

Co to takiego ta czarna lista? Jeśli masz zaległe płatności, nie tylko z tytułu kredytów, ale też z tytułu innych niezapłaconych rachunków, możesz trafić na jedną z list nierzetelnych dłużników. Prowadzą je biura informacji gospodarczej (w skrócie BIG). To prywatne przedsiębiorstwa, które zbierają informacje o nierzetelnych płatnikach i sprzedają je firmom oraz osobom prywatnym, które chcą wiedzieć, czy ich partner w interesach jest rzetelny. Za możliwość sprawdzenia w bazie danych, czy dana osoba lub firma są na czarnej liście, chętnie płacą np. przedsiębiorcy przed podpisaniem ważnego kontraktu, banki przed udzieleniem kredytu, a coraz częściej także osoby prywatne, które chcą sprawdzić, czy np. partner w nowo zakładanej spółce nie ma jakichś grzeszków na sumieniu. Po spłacie długów dane dłużnika znikają z BIG-u. Nie zostaje po nich żaden ślad, a były dłużnik znów jest czysty. Niektórzy mylą biura informacji gospodarczej z Biurem Informacji Kredytowej (BIK) prowadzonym wspólnie przez banki. BIK zbiera informacje tylko z banków i tylko o twoich kredytach. Zarówno tych spłaconych w terminie, jak i tych zaległych.

CZĘŚĆ II: Gdy bank sprzeda kredyt
A jeśli bank już sprzedał twój niespłacany terminowo kredyt? Nie załamuj rąk. Teraz negocjacje będą trudniejsze, bo trzeba będzie dogadywać się ze specjalistami od ściągania należności. Ale na nich też są sposoby. Są bardziej elastyczni niż bankowcy i chętniej godzą się na redukcję spłacanej kwoty albo na wydłużenie rat spłaty. To, że kredyt trafia do windykatora, wcale nie oznacza też, że będziesz musiał spłacić więcej!

Co to jest fundusz sekurytyzacyjny? Zwykle wszystko zaczyna się od listu z informacją, że twój kredyt, w ramach którego masz do spłaty daną kwotę, jest teraz w rękach tzw. funduszu sekurytyzacyjnego. I że pieniądze masz wpłacać na nowy numer konta bankowego należący właśnie do tego funduszu. O co chodzi? Fundusz sekurytyzacyjny to instytucja finansowa, która zawiera w sobie worek z niespłaconymi w terminie kredytami. Fundusz ma swoich właścicieli, którzy będą chcieli wycisnąć z niego jak najwyższe zyski. Fundusz zarobi na siebie tylko wtedy, jeśli np. kupi od banku kredyty za 10 proc. ich prawdziwej wartości, a potem uda mu się odzyskać np. 30 proc. pieniędzy od klientów, którzy nie spłacali w terminie rat. A co to wszystko ma wspólnego z windykatorami? Otóż fundusz taki zwykle zatrudnia firmę windykacyjną, która ma się zająć faktycznym odzyskiwaniem pieniędzy od ludzi. Fundusz zapłaci firmie windykacyjnej prowizję uzależnioną od jej skuteczności w odzyskiwaniu długów.

22 Jak się wyplątać z pętli długów

Odezwać się do windykatora czy czekać? Zwykle już kilka dni po tym, jak dostaniesz list z funduszu sekurytyzacyjnego, przyjdzie kolejny, tym razem od firmy windykacyjnej, która na zlecenie funduszu ma odzyskać dług. W liście oczywiście będzie podana suma, którą jesteś winien, i kontakt do firmy windykacyjnej lub konkretnego windykatora, z którym trzeba się kontaktować w sprawie spłaty. Zastanawiasz się: odezwać się samemu do windykatorów czy czekać, licząc, że zapomną o sprawie? A jeśli się odezwać, to co powiedzieć? Wiadomo, że nie masz pieniędzy, żeby je oddać. Gdybyś miał, tobyś spłacał kredyt terminowo. Więc może nie ma sensu dzwonić do windykatorów? Moja rada: jeśli dostałeś już list z firmy windykacyjnej, to nie ma na co czekać – warto samemu odezwać się do windykatorów i przedstawić jakąś propozycję. Oczywiście nie masz pieniędzy, żeby wszystko oddać od razu, ale firma windykacyjna wcale nie będzie tego oczekiwała. Jej wystarczy, że zaproponujesz jakąś formę zwrotu pieniędzy w ratach, po kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Możesz również zignorować ten list. Ale myślenie, że windykatorzy o tobie zapomną, to naiwność. Ściąganie długów to ich praca, więc tak łatwo się ich nie pozbędziesz.

Czy windykator każe spłacić więcej niż bank? Rzetelni windykatorzy nie doliczają żadnych opłat do wartości zadłużenia. Im wystarczy, że kupują od banku twój niespłacony kredyt dużo taniej, niż wynosi jego wartość. Zarobią sporo już tylko na tym, że oddasz pieniądze co do grosza, dodatkowe prowizje i opłaty nie są im potrzebne do szczęścia. Zresztą prawo nie pozwala na dodawanie do długów klientów dodatkowych kwot. Chyba że klient sam się na to zgodzi. Niestety, zdarzają się też i mniej rzetelne firmy, które z marszu dokładają do twojego niespłaconego zadłużenia kilkadziesiąt lub kilkaset złotych dodatkowych kosztów (rzekomo windykacyjnych). Nie mają do tego prawa. Warto napisać do takiej firmy list z sugestią, że spłacisz chętnie wszystkie zaległości w ratach, o ile firma windykacyjna anuluje ci opłaty dodatkowe. A jeśli nie anuluje – rozważysz złożenie pozwu o ochronę dóbr osobistych. Taki gest powinien zmiękczyć nierzetelnych windykatorów.

Czy z windykatorem można się targować? Oczywiście. Ale żeby skutecznie się targować, musisz mieć w ręku jakieś atuty. Spisz więc swój domowy budżet i ustal, po ile miesięcznie mógłbyś spłacać, żeby twój dług w całości zniknął w ciągu kilku lat. Windykatorzy chętnie zgodzą się na spłaty w ratach – i to bez żadnych dodatkowych odsetek – o ile okres spłaty nie przekroczy czterech-pięciu lat. Ale jeśli masz niespłacony kredyt gotówkowy albo na karcie kredytowej na 5000 zł, to raczej nie licz na to, że firma windykacyjna pozwoli ci spłacać go po 40 zł miesięcznie przez dziesięć lat. Windykatorzy prędzej zgodzą się na opcję spłacania po 80 zł miesięcznie przez pięć lat.

Jak negocjować? Zaproponuj windykatorom możliwość redukcji długu w zamian za to,
że pozostałą część spłacisz wcześniej. Pewnie nie zgodzą się na umorzenie połowy, ale

Przewodnik po domowych finansach 23

20 proc. może udać ci się wynegocjować. Zwłaszcza jeśli zobaczą klienta, który jest zdyscyplinowany i sam sobie wyznaczył plan spłat. Dla funduszu, który kupił twój kredyt za kilkanaście procent jego wartości, te 20 proc. redukcji oznacza tylko tyle, że zarobi na interesie trochę mniej. Ale za to szybciej zamknie sprawę twojego kredytu. Zyskać mogą więc obie strony. Jeśli zdecydujesz się na negocjacje, firma windykacyjna sama przejmie inicjatywę i spróbuje przedstawić ci swoją propozycję ugody. Tydzień po przesłaniu listu windykator może przesłać kolejne pismo, już w bardziej stanowczym tonie, a nawet zadzwonić (bank przekazuje windykatorom wszystkie kontakty do klientów).

Jak windykator będzie chciał cię zmiękczyć? Windykator będzie chciał się umówić na spotkanie w celu ustalenia ugody. Z jednej strony będzie sondował, ile pieniędzy mógłbyś spłacać miesięcznie, żeby w rozsądnym czasie uregulować dług, a z drugiej – będzie wywierał na ciebie presję. Powie, że jeśli się nie zgodzisz na spisanie ugody, to sprawa trafi do sądu, a później do komornika.. W firmach windykacyjnych istnieje cały rytuał zmiękczania klienta. Pierwsze spotkanie zwykle jest bardzo miłe, ale jeśli klient nie wykazuje ochoty do zawarcia ugody, kolejne listy, telefony i rozmowy są już coraz mniej sympatyczne. Windykator nie ma prawa straszyć cię ani ci grozić – to łamanie prawa, może za to nawet pójść do więzienia. Ale i tak będzie roztaczał wizje wstydliwej licytacji twojego majątku i przekonywał, że lepiej od razu się dogadać.

Czego nie wolno windykatorowi? Firma windykacyjna to nie sąd ani komornik. Windykatorzy mogą działać tylko w ściśle wyznaczonych granicach. Ich główną rolą jest doprowadzenie do ugody z klientem i ustalenie nowych warunków spłaty długu. Windykator nie ma prawa wejść do twojego mieszkania (chyba że sam dobrowolnie go wpuścisz). Nie może też spisywać stanu twojego majątku ani sugerować, że może wystawić coś na licytację. Nie ma takich uprawnień i łamałby w ten sposób prawo. Nie może rozmawiać o twoich problemach finansowych z osobami trzecimi – np. sąsiadami czy przełożonymi w pracy. Nie może również samowolnie wpisać cię na czarne listy dłużników prowadzone przez biura informacji gospodarczej. Jeśli windykator zrobi którąś z tych rzeczy, zawiadom o tym jego przełożonych.

Sąd i komornik – blef czy realne zagrożenie? Wiele zależy od tego, jakie wrażenie
zrobisz na przedstawicielach firmy windykacyjnej. Pójście z niezapłaconym długiem do sądu i nasłanie na ciebie komornika to ostatnia rzecz, jakiej chcą. Dużo bardziej opłaca im się dojść z tobą do porozumienia poza sądem. Jeśli więc windykator uzna, że jest szansa na to, żeby się z tobą dogadać polubownie, na pewno będzie chciał z niej skorzystać. Negocjacje dotyczące warunków spłaty długu mogą trwać nawet kilka miesięcy. Dopóki windykator widzi, że nie jest to z twojej strony gra na czas – będzie chciał nadal rozmawiać.

24 Jak się wyplątać z pętli długów

Przedstawiciele firm windykacyjnych mają też takich dłużników, których sprawy już po miesiącu trafiają do sądu. Dzieje się tak głównie w przypadku klientów, którzy nie odpowiadają na e-maile, nie odbierają telefonów i nie można się z nimi w żaden sposób skontaktować. Sprawa w sądzie trwa kilka miesięcy. Zła wiadomość jest taka, że w ramach postępowania sądowego firma windykacyjna może już dopisać do długu własne koszty – listów, ponagleń, telefonów – i koszty dojazdu windykatorów na spotkania z tobą. Sąd dołoży też koszty procesu. Jeśli twój dług nie podlega dyskusji, lepiej nie dopuszczać do tego, by trafił do sądu – będziesz musiał zapłacić jeszcze więcej.

Wyrok już jest. Komornik puka do drzwi. Jeśli firma windykacyjna ma w ręku
wyrok zasądzający na jej rzecz określoną kwotę, to może z takim wyrokiem udać się do komornika. Może, ale nie musi. Niektórzy windykatorzy w takiej sytuacji dają jeszcze klientowi szansę na dogadanie się. Argumenty windykatora będą proste: podpisz ugodę, to uchronisz majątek przed zajęciem przez komornika. I uchronisz się przed dodatkowymi kosztami (komornik z sumy uzyskanej ze sprzedaży twojego majątku pobiera kilkusetzłotową prowizję dla siebie). Oczywiście na tym etapie nie ma już mowy o jakichkolwiek negocjacjach z firmą windykacyjną – ugodę trzeba będzie podpisać na warunkach przygotowanych przez windykatorów. Alternatywą jest wizyta komornika.

Dług spłacony. Nie zapomnij o zaświadczeniu. Niemiła przygoda z windykatorem zakończona? Sprawa zamknięta? Nie zapomnij wziąć zaświadczenia, że nie masz już żadnych przeterminowanych zobowiązań. A w przyszłości, zaciągając kredyt bankowy, trzy razy się zastanów, czy jesteś w stanie spłacić go w terminie, nawet w przypadku zajścia jakichś nieprzewidzianych wypadków losowych. Eksperci od kredytów twierdzą, że dług jest bezpieczny, jeśli miesięczna rata nie przekracza 30 proc. dochodów rodziny. Staraj się trzymać tej zasady.

CZĘŚĆ III: Upadłość konsumencka. Ratunek nie dla każdego
Jeśli nie masz już nadziei na spłatę swoich długów, nie posiadasz żadnej możliwości, by wyrwać się z pętli kredytów, jedyną szansą pozostaje upadłość konsumencka. Dopóki jej nie ogłosisz, wierzyciele, np. banki, bez końca naliczają odsetki, potem odsetki od odsetek, opłaty za windykację i prowizje. Te obciążenia dodatkowo podbijają wartość zadłużenia i powodują, że dłużnik, nawet gdyby stanął na głowie, do końca życia nie jest w stanie spłacić wszystkiego. Upadłość konsumencka, obowiązującą w Polsce od wiosny 2009 r., ma pomóc prywatnej osobie, która ją ogłosi, ochronić się przed rosnącą spiralą odsetek.

Przewodnik po domowych finansach 25

Jakie korzyści daje upadłość? Z chwilą jej ogłoszenia banki i inni wierzyciele (np. operatorzy telekomunikacyjni czy dostawcy prądu) nie mogą już naliczać żadnych dodatkowych opłat i odsetek. Wszystkie długi są spisywane, sprawdzane i zatwierdzane przez sąd. Dzięki temu zadłużona osoba wie, ile pieniędzy jest winna i komu. Ma gwarancję, że po częściowej lub pełnej spłacie długów będzie mogła zacząć nowe życie – bez kolejnych odsetek i komorników. O prywatne bankructwo możesz wystąpić tylko ty sam, nie może zrobić tego żaden z twoich wierzycieli.

Kto może ogłosić upadłość? Jeśli masz długi, których nie jesteś w stanie spłacać, to
pewnie zastanawiasz się, czy możesz skorzystać z dobrodziejstw tego prawa. Może to uczynić tylko osoba niewypłacalna (co to znaczy – piszę kilka akapitów dalej). Ustawa pozwala na upadłość tylko osobie fizycznej, która nie prowadzi działalności gospodarczej. Jeśli prowadzisz jednoosobową firmę, przepisy o upadłości cię nie obejmują. Prywatnego bankructwa nie możesz również ogłosić, jeśli jesteś rolnikiem.

Gdzie się trzeba zgłosić? Jeśli chcesz złożyć wniosek o prywatne bankructwo, zgłoś
się do sądu rejonowego w twoim mieście lub dzielnicy. Za wszczęcie sprawy będziesz musiał wnieść opłatę. Pieniądze nie wrócą do ciebie, nawet jeśli sąd odmówi ogłoszenia upadłości.

1. Jakie warunki trzeba spełnić, by upaść?
Co to znaczy być niewypłacalnym? Zanim sąd się zgodzi na twoje bankructwo,
sprawdzi, czy spełniasz warunki formalne. Przede wszystkim ustali, czy rzeczywiście jesteś niewypłacalny. Potencjalnym bankrutem jesteś wtedy, jeśli nie spłacasz na czas swoich zobowiązań finansowych. A więc masz zaległości w spłacie rat kredytów, rachunków za mieszkanie lub telefon. Prawo nie precyzuje, jak duże to muszą być zaległości i od jak dawna nieuregulowane. Sąd zapewne nie uzna cię za osobę niewypłacalną, jeśli nie zapłaciłeś jednej raty kredytu. Ale jeśli nie spłacasz długów od pół roku, już masz na to szansę. Jest i drugie kryterium niewypłacalności – gdy twoje zobowiązania przekraczają wartość majątku, który posiadasz. Na przykład masz 300 000 zł kredytu, twoje mieszkanie jest warte 200 000 zł, masz starego fiata, miesięcznie zarabiasz tyle, że po uregulowaniu rachunków zostaje ci 1000 zł. Nawet jeśli spłacasz terminowo wszystkie długi, sąd może uznać, że jesteś niewypłacalny. Wystarczy, że spełniasz jedno z tych dwóch kryteriów, by sąd mógł uznać cię za osobę niewypłacalną. Ale to nie oznacza, że będziesz mógł ogłosić upadłość.

Czy sąd sprawdzi przyczyny niewypłacalności? Tak! I ma to kluczowe znaczenie
dla decyzji o ogłoszeniu twojej upadłości bądź odmowie jej ogłoszenia. • Jeśli sąd ma się zgodzić na twoje bankructwo, musi mieć pewność, że długi, które cię przygniatają, nie powstały z twojej winy, np. przez to, że nierozsądnie zaciągałeś kredyty.

26 Jak się wyplątać z pętli długów

• Przywilej upadłości przysługuje tylko osobom, które wpadły w kłopoty finansowe z przyczyn niezależnych od siebie, np. na skutek zdarzeń losowych (przewlekłe choroby, wypadki, niezawiniona utrata pracy). • Jeśli nie spłacasz rat kredytu, bo np. nie przewidziałeś wzrostu oprocentowania, nie będziesz mógł ogłosić upadłości. • Jeśli stracisz pracę, ale umowa została rozwiązana z powodów dyscyplinarnych lub za porozumieniem stron, sąd nie uzna, że straciłeś źródło z powodów losowych i nie pozwoli ogłosić upadłości • Twoje zadłużenie nie może być efektem spirali niespłaconych rat. Jeśli zaciągałeś nowe długi, już będąc niewypłacalnym, sąd nie pozwoli ci ogłosić upadłości. Uzna, że postąpiłeś nierozsądnie, pożyczając pieniądze z pełną świadomością, że nie masz z czego ich oddać.

Nie unikniesz licytacji majątku.
Nie licz na to, że dzięki ogłoszeniu upadłości zrzucisz z siebie przynajmniej część długów i ocalisz własny majątek. To, że twoi wierzyciele nie będą mogli naliczać ci dalszych odsetek, nie oznacza, że sąd uwolni cię od spłaty już narosłych długów. Ustawa mówi jasno, że postępowanie upadłościowe polega na likwidacji majątku dłużnika. Nie ma mowy o tym, by sąd się zgodził, byś spłacił tylko połowę długów, a dzięki temu będziesz mógł zatrzymać np. samochód. Przeciwnie. Wyznaczony przez sąd komisarz spisze wszystko, co masz wartościowego, i wystawi na licytację. Z uzyskanych pieniędzy spłaci twoje długi – bez żadnej taryfy ulgowej.

Między Chapter 7 a zimną Skandynawią. Polska ustawa o upadłości konsumenckiej jest uznawana za jedną z najbardziej restrykcyjnych na świecie. To znaczy, że nie możesz liczyć, iż sąd łatwo zgodzi się na przyjęcie sprawy i uzna twoją upadłość, jeśli w przeszłości się nierozsądnie zadłużałeś. Porównywalnie surowe dla konsumentów prawo obowiązuje tylko w krajach skandynawskich. Ale już w Europie Zachodniej, np. we Francji lub w Niemczech, zadłużonym osobom jest znacznie łatwiej ogłosić upadłość niż u nas. Nie mówiąc już o liberalnych Stanach Zjednoczonych, w których co roku prywatne bankructwo ogłasza ponad milion osób. Ale tam większość upadających konsumentów korzysta z tzw. regulacji Chapter 7 prawa o bankructwie, która pozwala sądowi całkowicie umorzyć długi bankruta, nie obciążając spłatami na rzecz wierzycieli nawet jego przyszłych dochodów! Jedyną konsekwencją prywatnego bankructwa w USA jest to, że w kolejnych latach banki pożyczają takiej osobie pieniądze na znacznie wyższy procent i żądają dodatkowych zabezpieczeń.

Możesz stracić mieszkanie, ale...
W przypadku, gdy do spłaty twoich zobowiązań niezbędna będzie sprzedaż mieszkania lub domu, w którym mieszkasz, sąd się zgodzi i na to. Ale zabierając mieszkanie, wydzieli i przekaże ci na konto pieniądze pozwalające na wynajmowanie innego mieszkania przez rok. O tym, ile dokładnie dostaniesz, zdecyduje komisarz wyznaczony przez sąd – ma obowiązek

Przewodnik po domowych finansach 27

wziąć pod uwagę twoje potrzeby. Jeśli np. masz dzieci na utrzymaniu, dostaniesz tyle pieniędzy, by wynająć przez rok mieszkanie kilkupokojowe, jeśli mieszkasz sam – dostaniesz gotówkę na wynajem kawalerki. To twarde warunki, ale pamiętaj, że jeśli np. nie spłacasz kredytu hipotecznego, to ryzykujesz znacznie więcej – bank może ci zabrać mieszkanie, nie dając nic w zamian.

Masz pięć lat na spłatę długów. Jeśli po sprzedaniu samochodu, mebli, sprzętu RTV
i w ostateczności nawet twojego mieszkania komisarz nie ma wystarczających pieniędzy, by spłacić wszystkie twoje długi, zgłasza ten fakt sądowi, a sąd negocjuje z tobą oraz twoimi wierzycielami plan spłaty pozostałej części długów w ratach. Maksymalny okres, po jakim spłata długów w ratach powinna być zamknięta, to pięć lat, ale w niektórych przypadkach sąd może przedłużyć ten okres nawet do siedmiu lat. Sąd, ustalając kwoty twoich comiesięcznych rat, weźmie pod uwagę m.in. twoje zarobki i to, ile pieniędzy będziesz potrzebował na utrzymanie siebie i rodziny (zwłaszcza jeśli zostałeś bez mieszkania i część zarobków musisz przeznaczyć na wynajmowanie innego).

Co z żyrantami? To, że sąd ogłosi twoją upadłość i ustali plan spłaty długów, w żadnym
wypadku nie zwalnia z odpowiedzialności osób, które poręczyły twoje niespłacone kredyty. Banki nadal będą mogły ściągać pieniądze z żyrantów.

Koniec ze wspólnotą majątkową. Oczywiście twój małżonek odpowiada za twoje
długi – to znaczy, że wasz wspólny majątek wchodzi do tzw. masy upadłości. Chyba że swego czasu spisaliście intercyzę, czyli rozdzielność majątkową. Ale uwaga: w chwili ogłoszenia upadłości wspólnota majątkowa wygasa. Małżonek może od tej pory gromadzić majątek na własny rachunek.

Możesz walczyć o umorzenie! Masz prawo sam zaproponować sądowi, ile pieniędzy
co miesiąc przeznaczysz na spłatę długów. Masz prawo zaproponować, by część długów sąd po prostu umorzył. Sąd uwzględni ten pomysł, jeśli uzna, że rzeczywiście nie masz szans na spłacenie wszystkich długów w ratach na przestrzeni pięciu-siedmiu lat. Dłuższych spłat ustawa nie przewiduje. Sąd ma obowiązek zadbać, byś – spłacając stare długi – nie wpadł w nowe tarapaty. Oczywiście, gdy zaczynasz spłacać uzgodnione z sądem raty, już wiesz, na jakie umorzenie zgodził się sąd. Ale uwaga: umorzenie części długów zaczyna obowiązywać dopiero wtedy, gdy wykonasz ustalony przez sąd plan spłaty.

Czeka cię kredytowy post. W okresie spłat długów w ratach nie będziesz mógł zaciągać nowych pożyczek, kredytów, a nawet robić zakupów na raty lub kupować czegoś z odroczoną płatnością. To rodzaj próby – dopóki nie spłacisz starych długów, nie możesz zaciągać nowych. Twoje dane trafią do wszystkich biur informacji gospodarczej, które prowadzą czarne listy dłużników. Uwaga: sąd ma prawo zwiększyć kwotę comiesięcznych spłat, jeśli po-

28 Jak się wyplątać z pętli długów

prawi się twoja sytuacja materialna, np. jeśli dostałbyś w pracy dużą podwyżkę. Jak również w przypadkach nadzwyczajnych: otrzymania darowizny, spadku czy wygranej w totolotka. Ale jednocześnie w razie kłopotów finansowych możesz liczyć na przejściowe obniżenie rat przez sąd.

2. Od „nie takich wielkich długów” do upadłości
konsumenckiej
Pan Marian i jego żona Marianna zaciągnęli kredyt hipoteczny i kupili mieszkanie za 200 000 zł. Płacili miesięcznie po 700 zł raty. Do tego pan Marian miał kartę kredytową z limitem 5000 zł (wykorzystaną prawie w całości), a pani Marianna spłacała 6000 zł kredytu gotówkowego – rata wynosiła 240 zł miesięcznie. Do tej pory jakoś wiązali koniec z końcem. On pracował w sklepie jako kierownik działu i zarabiał ok. 2000 zł netto. Ona pracuje w zakładzie odzieżowym i zarabia 1500 zł netto. Po spłaceniu rat – w sumie pochłaniają one 1210 zł – na życie zostawało 2300 zł. Z tego 500 zł miesięcznie wydawali na samochód (paliwo, naprawy, ubezpieczenie), 500 zł na czynsz i rachunki mieszkaniowe, a 300 zł na lekcje angielskiego dla synka. Pozostały 1000 zł przeznaczali na zakupy, czasem udało się oszczędzić 100 czy 200 zł. Nadszedł kryzys, sklep pana Mariana zlikwidowano. Został bez pracy. Miał trzymiesięczną odprawę (6000 zł), przez pół roku dostawał też zasiłek dla bezrobotnych, więc jakoś sobie radzili. Ale gdy tych pieniędzy zabrakło, wpadli w pętlę długów. Z pensji Marianny dwie trzecie od razu szło na dziecko, czynsz i samochód. Najpierw przestali spłacać kartę kredytową, potem kredyt gotówkowy. Na domiar złego pani Marianna się rozchorowała i musiała pójść do szpitala. Leki kosztowały fortunę, a w czasie pobytu na L4 na jej konto wpływała niższa pensja. Wtedy przestali też płacić raty kredytu hipotecznego – przeterminowane raty sięgnęły już 12 000 zł. To dziesięć razy tyle, ile dochody rodziny. Pan Marian zgłosił się do sądu z wnioskiem o upadłość konsumencką. Sąd od razu potwierdził jego niewypłacalność. Teraz musiał ustalić, czy pan Marian wpadł w długi z przyczyn losowych i czy nie zadłużył się nierozsądnie. Likwidacja zakładu pracy i choroba żony to bez wątpienia przyczyny losowe, których nie można było przewidzieć ani im zapobiec. Sprawdzając, czy pan Marian nie był lekkomyślny w zadłużaniu się, sąd ustalił, jaka była relacja rat kredytów do całości domowego budżetu rodziny. Ponieważ raty nie przekraczały nawet jednej trzeciej pierwotnych dochodów pana Mariana i jego żony, sąd uznał, że nie ma mowy o lekkomyślności. I zgodził się na ogłoszenie upadłości przez pana Mariana. Banki przestały naliczać odsetki, a sąd podsumował niespłacone długi. Poza kredytem hipotecznym (200 000 zł) na karcie kredytowej zebrało się 6000 zł (w tym 1000 zł samych karnych odsetek), a niespłacona część kredytu gotówkowego (też z karnymi odsetkami) wyniosła kolejne 4000 zł.

Przewodnik po domowych finansach 29

Ponieważ nie było szans na uregulowanie długów z bieżących dochodów rodziny, sąd nakazał sprzedaż mieszkania pana Mariana. Z 200 000 zł, które powędrowały do banku, sąd pobrał i przekazał na konto pana Mariana 20 000 zł, za które będzie on mógł przez rok wynajmować dwupokojowe mieszkanie. Do spłacenia pozostało 30 000 zł (kredyt hipoteczny, kredyt gotówkowy i karta). Pod młotek poszedł więc samochód pana Mariana – komisarz sprzedał go za 10 000 zł. Sąd postanowił, że pozostałe 20 000 zł pan Marian będzie spłacał w ratach przez pięć lat. Czyli po 300 zł miesięcznie. Sąd uznał, że przez rok Marian znajdzie jakąś pracę – choćby za 700-800 zł miesięcznie – co razem z dochodem żony da wystarczającą poduszkę finansową, by spłacać 300 zł raty i opłacić wynajem mieszkania. Być może uda się jeszcze zaoszczędzić na wkład własny do kredytu hipotecznego, który rodzina będzie mogła zaciągnąć po całkowitej spłacie wierzycieli (do czasu zakończenia spłaty starych długów o żadnych nowych kredytach nie ma mowy). Problemy pana Mariana i jego żony nie musiały się skończyć utratą mieszkania. Za wypadki losowe (utrata pracy, choroba) żadne z nich nie odpowiada, ale powinni szybciej zareagować na rosnące kłopoty ze spłatami długów. Mogli np. sprzedać samochód i za uzyskane pieniądze spłacić zadłużenie na karcie oraz kredyt gotówkowy. A jednocześnie negocjować z bankiem zasady spłaty kredytu hipotecznego.

Rozdział IV

Jak się rozsądnie zadłużyć

32 Jak się rozsądnie zadłużyć

Rocznie Polacy oddają bankom kilka miliardów złotych odsetek od zaciągniętych kredytów. Te pieniądze mogłyby zostać w naszych portfelach, ale wędrują do banków. Czy to źle? Oczywiście nie będę namawiał cię, byś w ogóle nie brał kredytów. Sam mam trzy. Ale wiem też, że nie każdy kredyt jest niezbędny. Kiedy warto wziąć kredyt na zakup nowego telewizora lub samochodu, a kiedy lepiej zacisnąć pasa i oszczędzać, by kupić za własne pieniądze? Porozmawiajmy o rozsądnym zadłużaniu się.

CZĘŚĆ I: Konsumować czy oszczędzać?
Często pożyczasz pieniądze, choć mógłbyś przez kilka miesięcy oszczędzać i kupić coś za własne zaskórniaki? Na oszczędzaniu wyszedłbyś lepiej. Bo kredyt kosztuje. Czasem nawet nie wiesz, jak dużo.

1. Czy każdy kredyt jest zły?
Nie! Jeśli kupujesz na kredyt coś, na co musiałbyś oszczędzać przez pół życia – np. mieszkanie – to kredyt jest wręcz niezbędny. Nawet jeśli wszystkie odsetki, różnice kursowe (jeżeli pożyczyłeś w walucie), opłaty i prowizje dodane do rat sprawią, że mieszkanie na kredyt kosztuje dwa, trzy razy więcej, niż gdybyś kupił je za gotówkę, to nie ma wyjścia. Policz sam: rocznie oddajesz bankowi co najmniej 3-4 proc. odsetek od całej kwoty, w skali 20-30 lat uzbiera się z tego 80-120 proc. pierwotnej ceny mieszkania... Albo lepiej nie licz, bo po co się denerwować. Za taką cenę poprawiasz sobie przecież jakość życia, bez kredytu miałbyś mieszkanie, ale na starość. Jeśli starcza ci na raty, to wciąż powód do radości.

2. Kiedy kredyt jest zły?
Gdy kupujesz coś, na co cię stać. Korci cię, żeby wziąć kredyt na kino domowe i mieć
je od zaraz? Nim jednak uchylą się przed tobą drzwi banku, policz, ile miesięcy musiałbyś oszczędzać. Osiem? A może pięć, jeśli trochę zaciśniesz pasa? Naprawdę nie możesz poczekać? Co nagle, to drożej, i to dużo drożej. Może nie warto?

Gdy pożyczasz za dużo. Kredyt staje się niebezpieczny, jeśli może zrujnować domowy
budżet. Nigdy nie kupuj na kredyt, jeśli miesięczna rata miałaby przekraczać połowę dochodów. Jeśli zarabiasz 2500 zł, a z tego 1300 zł przeznaczasz na spłatę kredytów, balansujesz na krawędzi. Co będzie, gdy bank podniesie ratę o 50 zł, a pracodawca obetnie pensję o 100 zł? Kredyt jest bezpieczny, gdy miesięczna rata nie przekracza jednej trzeciej dochodów.

Gdy nie masz oszczędności. Paradoksalnie długi możesz zaciągać, dopiero gdy masz
oszczędności. Bo każdy kredyt to wielka niewiadoma i trzeba mieć jakieś rezerwy, by w razie

Przewodnik po domowych finansach 33

choroby, utraty pracy itp. choćby część pieniędzy oddać bankowi od ręki. I zredukować miesięczne raty do minimum. Poza tym kredyt człowieka oszczędnego jest tańszy – bank mniej policzy sobie za swoje ryzyko. Menedżerowie mawiają, że lepiej wyłożyć na inwestycję pieniądze banku niż swoje. Własne pieniądze radzą trzymać, by mieć poduszkę finansową. Jeśli np. masz na lokacie 5000 zł, a chcesz kupić 50-calowy telewizor, który kosztuje mniej więcej tyle, to częściowo kup go na kredyt. To lepsze, niż pozbawić się oszczędności.

Gdy się panicznie boisz. Są takie przypadki, że ktoś po wzięciu kredytu nie może spać
po nocach, wciąż zerka na kursy (jeśli kredyt jest walutowy), wylicza raty itp. To nie ma sensu. Jeśli z powodu kredytu masz żyć w stresie, lepiej go sobie odmówić.

3. Ile naprawdę kosztuje kredyt?
Zdarzają się, choć coraz rzadziej, kredyty, które nie kosztują nic. Tę miłą cechę mają raty „zero procent” (jeżeli nie ma w nich haczyka) oraz kredyty 50 na 50 oferowane przez dilerów samochodów. Kredyt w karcie kredytowej jest darmowy, jeżeli spłacisz go w 50 dni. Ale najczęściej, kupując na kredyt, przepłacasz. Przykład? Kredyt na samochód. Pożyczasz 40 000 zł na pięć lat przy oprocentowaniu 10 proc. rocznie. Oddasz bankowi ok. 52 000 zł. Auto staje się o 12 000 zł droższe! Tyle że na auto tak jak na mieszkanie trzeba by oszczędzać latami. Popatrzmy jednak na zwykły kredyt gotówkowy, np. na wycieczkę za 3600 zł. Możesz na nią odkładać na koncie oszczędnościowym po 300 zł miesięcznie przez rok, jeżeli wcześniej to zaplanujesz i zaciśniesz pasa, ograniczając inne wydatki. Możesz też wziąć kredyt. Załóżmy, że na 3600 zł z oprocentowaniem 15 proc. (o tańszy trudno) rocznie. Będziesz spłacał 340 zł raty miesięcznie plus 180 zł jednorazowej prowizji. I jeszcze 4 zł miesięcznie ubezpieczenia. W sumie – 4260 zł. Wakacje podrożały o 660 zł! Czy warto aż tak przepłacać?

4. Co zrobić, by kredyt był bezpieczny?
Jeśli masz kredyt, to powinieneś jednocześnie gromadzić oszczędności, np. wpłacając na konto po 100-200 zł miesięcznie. Jak się postarasz, to odsetki od oszczędności zrównają się z tym, co płacisz bankowi za kredyt! Jak to możliwe? W matematyce nazywają to procentem składanym. Jeśli odłożysz 1000 zł na 5 proc. rocznie, to dostaniesz 50 zł odsetek, ale w następnym roku bank będzie liczył oprocentowanie już od 1050 zł. I tak dalej. Im dłużej oszczędzasz, tym więcej zarabiasz. Odkładając przez 20 lat po 200 zł miesięcznie, przy średnim zysku np. 7 proc. rocznie, odbierzesz 102 000 zł. Z tego mniej niż połowa (48 000 zł) to wpłacane przez ciebie pieniądze. Reszta to zysk. Z niego możesz spłacić część kredytów, które zaciągnąłeś.

34 Jak się rozsądnie zadłużyć

CZĘŚĆ II: Zanim pójdziesz do banku po kredyt
Każdy (no, prawie każdy) kredyt kosztuje. Ale nie każdy zrujnuje twoje domowe finanse. Jakich zasad przestrzegać, by się zadłużać w sposób rozsądny i bezpieczny? Poniżej garść porad dla tych, którzy jednak zdecydowali się na kredyt, ale chcą się zadłużyć, zachowując zasady zdrowego rozsądku. Czyli w taki sposób, by ograniczyć do minimum ryzyko, iż kiedyś spłata rat okaże się wysiłkiem ponad siły.

1. Zobacz, czy masz rezerwę w budżecie
Zanim podejmiesz decyzję o zaciągnięciu pożyczki, dokładnie policz, czy stać cię na jej spłacanie przez kolejnych kilkanaście lub kilkadziesiąt miesięcy. Zsumuj miesięczne dochody i stałe wydatki. Policz, ile wydajesz na życie, i zobacz, jak dużą masz rezerwę. Jeśli jest ona niewielka – np. nie przekracza 10 proc. twojego domowego budżetu – głęboko się zastanów, czy warto się zadłużać. Więcej na ten temat pisałem w drugim rozdziale książki. Kredyt jest bezpieczny tylko wtedy, gdy jego spłaty nie zachwieją stabilnością domowych rachunków nawet w przypadku nieprzewidzianych kłopotów, np. większych wydatków na leki, konieczności poważniejszej naprawy samochodu czy zakupu nowej pralki. Dlatego, zanim zaciągniesz jakiś nowy kredyt, musisz się upewnić, że masz odpowiednie środki w domowym budżecie. Jeśli, uwzględniając spłaty rat nowego kredytu, jest on dopięty na ostatni guzik, ryzykujesz, że wpadniesz w pętlę zadłużenia.

2. Sprawdź, jaką część dochodów zabiorą raty
Jeśli widzisz w swoim domowym budżecie wystarczająco duże luzy, by spłata kolejnego kredytu nie zagrażała jego stabilności, to... nie, nie, jeszcze nie idź do banku. Najpierw zrób jeszcze jeden test. Eksperci od finansów twierdzą, że powinno się zabraniać pożyczania pieniędzy osobom, które łącznie wydawałyby na spłatę rat wszystkich swoich kredytów więcej niż połowę miesięcznych dochodów. To rozsądny limit. Zrób sobie podobny rachunek. Jeśli np. zarabiasz 2500 zł, twoja żona 1500 zł, ale macie na koncie spłatę rat kredytu gotówkowego (400 zł miesięcznie), karty kredytowej (300 zł), kredytu samochodowego (1000 zł) i hipotecznego (1500 zł), to nie ma mowy o tym, by kolejny kredyt był bezpieczny.

3. Nie daj się złapać na reklamy
Większość z nas wpada na pomysł zaciągnięcia szybkiej pożyczki pod wpływem reklamy. I pierwsze kroki kierujemy właśnie do banku, który nas zaintrygował swoją ofertą. Nie ma

Przewodnik po domowych finansach 35

w tym nic złego, jeżeli nie poprzestaniesz na tym pierwszym kroku. Postaraj się skonfrontować ofertę wybranego banku z kilkoma innymi, które znasz. Pamiętaj, że nie zawsze reklama mówi całą prawdę. Nie wierz bankowcom na słowo. Jeśli mówią: „u nas najtaniej, bo w promocji”, zawsze weź poprawkę na to, że w promocji ceny bywają wyższe. I wszystko spokojnie policz, nie dając się omamić marketingowym sztuczkom.

4. Nie sugeruj się procentami
Żaden (no, prawie żaden, bo nie wykluczam chlubnych wyjątków) bank nie przedstawia w swoich reklamach prawdziwego kosztu pożyczki. Pamiętaj, że do oprocentowania, które rzeczywiście niekiedy wygląda bardzo atrakcyjnie, doliczane są wysokie prowizje sprawiające, że spłacane raty okazują się dużo wyższe, niż wydawałoby się to na pierwszy rzut oka. Do prowizji banki dodają niekiedy również obowiązkowe składki ubezpieczeniowe, które z pozoru wyglądają niegroźnie (np. 0,5 proc. wartości pożyczki miesięcznie), ale po ich zsumowaniu okazuje się, że mocno podbijają koszt kredytu. Takie 0,5 proc. składki to przecież dodatkowe 6 proc. w skali roku! Porównując oferty, sumuj oprocentowanie, prowizje, dodatkowe opłaty. Wszystko razem da ci przybliżony obraz łącznych kosztów kredytu.

RRSO, czyli jak porównać dwa kredyty? Ten tajemniczy skrót to nic innego jak rzeczywista roczna stopa oprocentowania. Jest to wyrażony w procentach całkowity koszt kredytu uwzględniający wszystkie opłaty (odsetki, prowizje i inne opłaty), które zawiera kredyt. RRSO uwzględnia też tzw. zmianę wartości pieniądza w czasie, czyli ile warte będą płacone w przyszłości raty po uwzględnieniu inflacji. Ten ostatni czynnik sprawia, że – wbrew powszechnej opinii – RRSO nie jest sumą oprocentowania nominalnego i prowizji bankowej. Zgodnie z ustawą o kredycie konsumenckim banki mają obowiązek podawania informacji o RRSO w ofertach i reklamach dotyczących kredytów. To ułatwia porównywanie ofert. Gdy np. masz do wyboru dwa banki i nie masz ochoty porównywać tabel odsetek, opłat i prowizji – po prostu sprawdź RRSO obu proponowanych kredytów.

5. Porównuj miesięczne raty
Tak naprawdę to nawet porównanie procentów nie powie ci jeszcze całej prawdy. Bo przecież wystarczy, że jeden bank wlicza koszty prowizji w poszczególne raty, a drugi każe zapłacić je z góry, i już wszystkie rachunki biorą w łeb. Poza tym banki często stosują różne prowizje dla różnych grup klientów. Można też wybrać różne sposoby spłaty (raty równe lub malejące). Jak sprawdzić, ile naprawdę zapłacisz? Jedyna rada to w każdym odwiedzanym banku zapytać o konkretną symulację dla określonej kwoty i okresu kredytowania, co pozwoli porównać miesięczne raty dla interesującego cię wariantu kredytu.

36 Jak się rozsądnie zadłużyć

6. Odwiedź swój bank, to się może opłacić
Zrób to, nawet jeśli w ogóle nie wiesz, czy oferuje on kredyt, bo nigdzie nie widziałeś reklamy ani ogłoszenia. Jest duża szansa, że twój bank, w którym od lat masz konto osobiste – znając cię na wskroś – zaproponuje specjalne warunki. Np. obniży oprocentowanie, prowizję, nie będzie żądał zaświadczenia o zarobkach. Pamiętaj też, że w świecie finansów obowiązuje niepisana zasada, że im łatwiejszy jest dostęp do pieniądza, tym ów pieniądz jest droższy. Jeśli jakiś bank nie wymaga od ciebie zaświadczenia z pracy o zarobkach, daje pożyczkę praktycznie od ręki, możesz być pewien, że to ułatwienie jest wliczone w oprocentowanie kredytu.

CZĘŚĆ III: Dobierz kredyt do potrzeb
Zanim zdecydujesz się na kredyt, upewnij się, że wybrałeś taką formę zadłużenia, która jest najlepiej dopasowana do twoich potrzeb. Jeśli wiesz, że będziesz mógł spłacić kredyt szybko, nie zaciągaj pożyczki na długi termin. Jeśli nie wiesz, ile pieniędzy miesięcznie będziesz w stanie zwracać, nie bierz pożyczki, która ma stałą, zafiksowaną wysokość raty.

1. Jaki rodzaj kredytu możesz wybrać?
Pierwsze i zdecydowanie najpopularniejsze wśród klientów banków rozwiązanie to kredyt gotówkowy. Spłacasz go w równych, comiesięcznych ratach kapitałowo-odsetkowych. Najlepiej, jeśli stać cię na spłacenie całego kredytu w ciągu roku. W niektórych bankach oprocentowanie 12-miesięcznej pożyczki będzie nawet dwa razy niższe od dłuższych kredytów.

Plusy:
• zwykle udzielany bez większych formalności • gotówka jest szybko na rachunku • bank nie pyta, na co chcesz wydać pieniądze

Minusy:
• w wielu bankach jest wysoko oprocentowany • wyjątkowo często zawiera rafy i dodatkowe koszty

Kredyt odnawialny. To linia kredytowa związana z kontem osobistym. Bank pozwala ci
zejść pod kreskę do wysokości kilkukrotności dochodów (najczęściej to równowartość trzech miesięcznych pensji, ale czasami można wynegocjować i sześciokrotność płacy), a saldo wyrównuje się automatycznie – wraz z wpływającą na konto pensją. Odsetki są pobierane tylko

Przewodnik po domowych finansach 37

od wykorzystanej części kredytu odnawialnego. Raz w roku od całego udostępnianego przez bank limitu trzeba zapłacić prowizję. Z debetem wiąże się pewne zagrożenie – raz wpadając w dług, możesz w nim tkwić przez długie miesiące, o ile nie będziesz miał wystarczająco dużo konsekwencji, by jak najszybciej wyrównać saldo. Jeśli w danym miesiącu zejdziesz pod kreskę, to w następnym bank zabierze ci część pensji na spłatę długu, pozostawiając możliwość ponownego zadłużenia. Albo ograniczysz wtedy wydatki, albo... znów będziesz pod kreską.

Plusy:
• z reguły niższe oprocentowanie od innych kredytów • niższa prowizja za przyznanie niż przy kredycie gotówkowym i brak ukrytych kosztów

Minusy:
• ryzyko wpadnięcia w pętlę zadłużenia • wysokość kredytu ograniczona do kilkakrotnych miesięcznych dochodów

Kredyt ratalny. Opłaci się na zero procent. Bezpośrednio w sklepach sprzedających
meble, sprzęt AGD, RTV lub w salonach samochodowych można wziąć kredyt ratalny. Jego urok polega na tym, że bank od razu przelewa pieniądze na konto sprzedawcy, a ty zabierasz towar do domu. Po kilkunastu dniach z banku przychodzi harmonogram spłaty rat. Kredyt ratalny bywa świetnym pomysłem, jeżeli zagwarantujesz sobie tzw. raty zero procent. Czyli sprzedawca po prostu podzieli cenę towaru na 10, 20 lub więcej rat i będziesz spłacać tylko tę kwotę – bez dodatkowych odsetek. Bank w takim przypadku też zarobi – zapłaci mu sklep, który wcześniej podwyższył cenę towaru i ukrył w niej oprocentowanie rat „zero procent”. Ale i tak wyjdziesz na tym lepiej, niż biorąc kredyt ratalny z oprocentowaniem dla banku. Jeśli zdecydujesz się zastąpić kredyt gotówkowy zakupami na raty, musisz być jeszcze bardziej uważny. Pułapek i kruczków w umowach jest więcej niż przy kredytach gotówkowych. A umowę pewnie będziesz podpisywał w tłoku, pośpiechu, nie czytając jej dokładnie.

Plusy:
• z reguły niższe oprocentowanie od innych kredytów • niższa prowizja za przyznanie niż przy kredycie gotówkowym i brak ukrytych kosztów

Minusy:
• ryzyko wpadnięcia w pętlę zadłużenia • wysokość kredytu ograniczona do kilkakrotnych miesięcznych dochodów

Karta kredytowa. Mając w kieszeni kartę, możesz robić zakupy na koszt banku. Oczywiście tylko w ramach określonego limitu, dla każdej karty jest on inny, ale zwykle wynosi minimum dwu- lub trzykrotność pensji. A często sięga kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy

38 Jak się rozsądnie zadłużyć

złotych. Jeśli oddasz pieniądze w ciągu mniej więcej 50 dni, nie zapłacisz ani grosza odsetek (dla poszczególnych kart ten okres może się różnić). Dopiero po upływie okresu darmowego kredytowania (tzw. grace period) bank zaczyna naliczać odsetki. Zwykle są one porównywalne z oprocentowaniem kredytów gotówkowych lub nieco wyższe od niego. Karta kredytowa może się opłacić tylko pod jednym warunkiem: jeśli jest szansa, że zredukujesz lub całkiem spłacisz kredyt w ciągu kilku miesięcy. Taką kartą warto robić tylko zakupy bezgotówkowe. Wypłacanie pieniędzy z bankomatu zwykle jest obciążone wysokimi prowizjami.

Plusy:
• przez pierwsze dwa miesiące kredyt jest darmowy • możliwość zamiany wykorzystanego limitu na kredyt ratalny

Minusy:
• wysokie odsetki • zdarzają się dodatkowe ukryte opłaty

2. Wyciśnij soki z dotychczasowego długu
Jeśli już masz kredyty, zamiast iść do banku po kolejną szybką pożyczkę, zastanów się, w jaki sposób uzyskać dodatkowe pieniądze z już istniejącego zadłużenia. Są na to dwa najpopularniejsze sposoby. Powiększenie kredytu hipotecznego. Jeżeli kilka lat temu zaciągnąłeś kredyt hipoteczny, twoje mieszkanie jest z pewnością warte więcej niż w momencie zakupu. Z drugiej strony spłaciłeś też część kredytu. Te dwie okoliczności powodują, że udział kredytu w wartości nieruchomości znacznie spadł. Możesz więc wystąpić do banku, by dopożyczył ci pieniędzy. Zrobi to chętnie, choć być może pobierze za to 1-2 proc. prowizji. Będziesz płacił nieco wyższe raty, ale ponieważ owa dopożyczona kwota rozłoży się na kilkadziesiąt lub nawet kilkaset rat, różnica będzie prawie niezauważalna. Jest tylko jedno ograniczenie – w ten sposób nie możesz dopożyczać małych kwot, kilkutysięcznych, trzeba od razu wziąć 10 000, 20 000 lub 30 000 zł. A nadwyżkę ewentualnie gdzieś korzystnie ulokować. Kredyt konsolidacyjny. Jeśli masz na koncie kilka wcześniej zaciągniętych szybkich kredytów i kilka kart kredytowych z wykorzystanym limitem, pomyśl nad skupieniem tego zadłużenia w ramach jednego kredytu. Prawie wszystkie banki oferują tzw. kredyty konsolidacyjne, które pozwalają obniżyć ratę zadłużenia. Największe oszczędności osiągniesz, jeśli przy okazji konsolidacji dotychczasowych kredytów zaproponujesz bankowi zabezpieczenie w postaci nieruchomości (np. własnego mieszkania). Wtedy możesz liczyć na oprocentowanie blisko dwukrotnie niższe od tego, które dziś spłacasz. Bank chętnie też dopożyczy ci pieniądze na bieżące wydatki. Niestety, konsolidacja zadłużenia jest dość skomplikowana – bank będzie żądał od ciebie wielu dokumentów. Gotówki nie dostaniesz też w ciągu dwóch-trzech dni jak w przypadku zwykłego kredytu konsumpcyjnego.

Przewodnik po domowych finansach 39

3. Co czeka cię w banku?
Jeśli już mniej więcej wiesz, jaki rodzaj kredytu cię interesuje, to czas udać się do banku. Najlepiej będzie, jeśli odwiedzisz swój bank (czyli ten, w którym masz konto) oraz jeden-dwa konkurencyjne. Takie, które robią na tobie dobre wrażenie. Zanim wejdziesz do oddziału, pomyśl, ile pieniędzy chcesz pożyczyć i na jak długi czas.

Koniecznie przeczytaj umowę kredytową! To frazes. Oczywiście nie podejrzewamy bankowców o ukrywanie w umowach jakichś dodatkowych opłat. Zresztą wszystkie umowy są pisane według jednego szablonu, do którego bankowcy wpisują jedynie dane klienta i kilka istotnych liczb. Chodzi raczej o sprawdzenie takich drobiazgów jak np. termin płatności raty. Jeśli przypada tuż przed twoją comiesięczną wypłatą, wynegocjuj z bankiem jego zmianę. Inaczej cały czas będziesz wpadał w karne odsetki, a wtedy kredyt okaże się jeszcze droższy, niż myślałeś.

Wśród dodatkowych opłat, które zawyżają koszt kredytu wynikający z oprocentowania, mogą się pojawić: • Prowizja za przyznanie kredytu: spotykana przy kredytach gotówkowych i ratalnych, nie może przekroczyć 5 proc. wartości kredytu. • Opłata przygotowawcza: niektóre banki pobierają ją zamiast prowizji, ale są też takie (to na szczęście rzadkość), które biorą i prowizję, i opłatę przygotowawczą. • Opłata za przedłużenie kredytu: dotyczy kart kredytowych i kredytów odnawialnych. Niestety, każdy rok trwania limitu zadłużenia może generować kolejne prowizje. • Składka ubezpieczeniowa: zwykle zależy od liczby miesięcy, na które jest rozłożony kredyt. Jeśli np. wynosi 0,4 proc. od kwoty kredytu, oznacza to, że dodatkowo do oprocentowania musisz doliczyć 4,8 proc. w skali roku. Pozwala zwiększyć bankowi oprocentowanie nawet o kilka procent. • Obwarowania dotyczące terminu spłaty: najczęściej spotykane przy ratach „zero procent”. Np. będziesz zwolniony z oprocentowania i prowizji za przyznanie kredytu ratalnego tylko wtedy, gdy spłacisz wszystkie raty w ciągu pół roku. Jeśli rozłożysz raty na cały rok – bank naliczy wysokie odsetki.

Nie pożyczaj małych kwot. Jeśli brakuje ci na święta relatywnie niewielkiej kwoty, np. 1000 zł, to zastanów się, czy opłaca ci się iść do banku. Większość instytucji finansowych oferuje małym pożyczkobiorcom gorsze warunki finansowe – nawet jeśli oprocentowanie jest podobne, to opłaty zwykle są wyższe. Np. prowizja za udzielenie kredytu wynosi 2,5 proc., ale nie mniej niż 70 lub 100 zł. Dla kogoś, kto pożycza 1000 zł, owa prowizja stanowi więc aż 7-10 proc. pożyczanej kwoty!

40 Jak się rozsądnie zadłużyć

CZĘŚĆ IV: Jak wziąć bezpieczny kredyt hipoteczny
Kredyt hipoteczny to dla większości z nas największe zobowiązanie w życiu. Dylematów związanych z takimi kredytami jest wiele. Ale najważniejszy z nich brzmi: wziąć kredyt w złotych czy w walucie obcej, np. euro? Kilkaset tysięcy rodzin już podjęło decyzję w sprawie swojego zadłużenia i wybrało kredyty we frankach szwajcarskich bądź w euro. Jedni są z tego wyboru zadowoleni, bo przez długie lata płacili niższe raty. Inni zapewne żałują, bo po zmianach kursów walutowych wartość ich kredytu drastycznie wzrosła.

1. Kredyt walutowy, ale... spłacany w złotych
Jeśli interesowałeś się kredytami hipotecznymi, być może już wiesz, że kredyty w euro lub we frankach szwajcarskich tak naprawdę są kredytami walutowymi trochę „na niby”. Bo przecież od banku wcale nie dostajemy waluty obcej, a tylko polską. Raty spłacamy również w złotych. W walucie obcej jest wyrażona jedynie wartość kredytu i wysokość spłacanej raty, ale wszystkie operacje związane z wypłatą i spłatą pożyczki są przeprowadzane w rodzimej walucie. Bank za każdym razem przelicza więc euro lub franki na złote.

2. Skąd wziął się sukces kredytów
w walutach obcych?
Jeśli rozważasz zaciągnięcie kredytu hipotecznego, to waluta kredytu jest zapewne jednym z twoich najważniejszych dylematów. To, czy bardziej opłaca się wziąć kredyt w złotych, czy w euro, frankach lub dolarach, zależy od dwóch czynników – ceny danej waluty na rynku międzybankowym oraz marży, jaką dolicza bank do tej ceny. Rozłóżmy te dwie sprawy na czynniki pierwsze.

WIBOR, LIBOR i EURIBOR... Cena pieniądza to podstawa wyliczenia oprocentowania każdego kredytu. Bank, żeby mógł udzielić ci pożyczki, przeważnie musi te pieniądze pożyczyć na rynku międzybankowym (czyli od innego banku) lub od własnych klientów, przyjmując od nich depozyty. Generalnie cena, po jakiej banki „kupują” pieniądze, jest zbliżona do wskaźnika WIBOR (jeśli mówimy o złotych), LIBOR (dla dolarów i franków szwajcarskich) lub EURIBOR (w przypadku euro). Na wartość każdego z tych wskaźników wpływają najróżniejsze rzeczy, ale jedną z najważniejszych jest polityka lokalnego banku centralnego. Jeśli bank centralny godzi się pożyczać bankom komercyjnym pieniądze na niski procent, niski jest też ów interesujący nas „BOR”. Oczywiście im jest niższy, tym dla ciebie jako kredytobiorcy lepiej.

Przewodnik po domowych finansach 41

Marża doliczana przez bank. Oprocentowanie kredytu powstaje, gdy bank dolicza do
stawki WIBOR, LIBOR lub EURIBOR swoją marżę. Jeśli zależy mu na udzielaniu kredytów w danej walucie, to marża jest niższa, jeśli zaś chce klientów zniechęcić – narzuca wyższą. Generalnie jednak różnica między wartością stawki WIBOR a LIBOR-em i EURIBOR-em jest tak duża, że po doliczeniu marży banku kredyt w walucie obcej prawie zawsze ma niższe oprocentowanie niż kredytu w złotych.

3. Plusy kredytów w walutach obcych
Niższe raty. Nie ma się co oszukiwać – niższe oprocentowanie kredytu zawsze odbija się
na wysokości raty. Jeśli zaciągasz kredyt liczony w setkach tysięcy złotych, na miesięcznej racie kredytu w euro lub we frankach możesz zaoszczędzić (porównując obciążenia do kredytu w złotych). Przez kilkanaście lat oszczędności mogą urosnąć do kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale nie muszą! Jeśli Polska podejmie decyzję o wejściu do strefy euro i przyjęciu unijnej waluty, stopy procentowe dla euro i złotego bardzo się do siebie zbliżą. Może to być bardzo niekorzystne dla kredytobiorców mających zadłużenie w euro. Jeśli masz taki kredyt, to jego marża może być wyższa od marży kredytu w złotych. A wtedy przy porównywalnych stopach procentowych kredyt w euro będzie miał wyższe raty niż złotowy!

Większa dostępna kwota kredytu. Bank, ustalając, ile pieniędzy możesz maksymalnie pożyczyć, za każdym razem sprawdza twoją zdolność kredytową. A jednym z istotnych parametrów jest wysokość raty, którą będziesz musiał spłacać. Im niższa rata, tym – przy takich samych kosztach utrzymania, stałych wydatkach i miesięcznych dochodach – wyższa maksymalna kwota kredytu. Dla większości z nas możliwość pożyczenia np. 50 000 zł więcej ma kolosalne znaczenie.

4. Minusy kredytów w walutach
Niestabilność rat. Zaciągając kredyt w złotych, wiesz, jakie mniej więcej raty będziesz
co miesiąc spłacał. Oczywiście wskaźnik WIBOR zmienia się w czasie, co oznacza, że przy stałej marży banku może się zmienić wysokość raty, ale to nic w porównaniu z niepewnością, która czeka cię, gdy zaciągniesz kredyt w walucie obcej. W takim przypadku twoja rata będzie się zmieniała z miesiąca na miesiąc, w zależności od tego, po jakim aktualnie kursie stała wysokość raty w euro lub frankach będzie przeliczana na złote.

Spread walutowy. Nawet jeśli różnica w oprocentowaniu kredytu złotowego i walutowego będzie bardzo duża, to musisz mieć świadomość, że twój zysk będzie niższy, niż wynikałoby to z prostego rachunku. Bank bowiem po drodze będzie naciągał cię na spreadzie. Pieniądze przekaże ci po niższym kursie, a raty będzie kazał spłacać po znacznie wyższym.

42 Jak się rozsądnie zadłużyć

Weź to pod uwagę, kalkulując, czy ci się opłaca kredyt w walucie obcej. Zapytaj bank, ile groszy wynosi spread dla danej waluty.

Możliwość wzrostu wartości kredytu. Jeśli masz kredyt w walucie obcej, to nie
tylko comiesięczne raty będą się zmieniały jak w kalejdoskopie, ale i wartość całego kredytu. Jeśli pożyczyłeś 100 000 franków i w jednym miesiącu kurs franka wynosi 3 zł, w drugim zaś – 3,3 zł, to w ciągu 30 dni twoje zadłużenie w banku wzrośnie o 30 000 zł. Oczywiście ten schemat działa w obie strony – jeśli frank spadnie do 2,5 zł, to zyskasz 25 000 zł. Rzecz jasna te wyliczenia mają charakter czysto teoretyczny – póki nie chcesz spłacić całego kredytu, wartość długu nie ma zbyt wielkiego znaczenia, liczy się tylko wysokość comiesięcznych rat. Gdybyś jednak zapragnął spłacić cały kredyt, to musisz się liczyć z tym, że trafisz na niekorzystny kurs i będziesz musiał spłacić więcej pieniędzy, niż pożyczyłeś.

5. Ograniczenia w udzielaniu kredytów walutowych
Banki coraz mniej chętnie udzielają kredytów walutowych. Zniechęca je do tego Komisja Nadzoru Finansowego, która – podobnie jak duża część ekonomistów – uważa, że nie należy się zadłużać w walucie innej niż ta, w której się zarabia. Ryzyko zmian kursowych w przypadku np. kryzysu gospodarczego może być zbyt duże zarówno dla wielu klientów banków, jak i dla samych banków. Dlatego o kredyt walutowy coraz trudniej. Jakie mogą cię spotkać ograniczenia?

Restrykcyjne badanie zdolności kredytowej. Bank, zanim udzieli ci kredytu
w euro lub we frankach, wyjątkowo skrupulatnie sprawdzi twoją zdolność kredytową. Będziesz mógł go dostać tylko wtedy, jeśli byłoby cię stać na kredyt w złotych o 20 proc. wyższy niż w euro lub we frankach.

Wkład własny co najmniej 20 proc. Jeśli chcesz zaciągnąć kredyt w walucie obcej,
w większości banków musisz wykazać się wkładem własnym. Część banków nie wymaga go przy kredytach w złotych, a w walutach obcych jest on niezbędny.

6. Zbuduj sobie poduszkę finansową
Każdy, kto ma kredyt hipoteczny, jednocześnie powinien gromadzić oszczędności pozwalające w dowolnym momencie spłacić jego dużą część. Chodzi o to, żeby w jakiejś kryzysowej sytuacji móc zredukować sobie wysokość rat i nie wpaść w pułapkę zadłużenia. Ta sama rada – w jeszcze większym stopniu! – dotyczy osób, które spłacają kredyt hipoteczny w walucie obcej. Wysokość płaconych co miesiąc rat jest dużo bardziej nieprzewidywalna niż w przypadku jakiegokolwiek innego kredytu! Tym bardziej potrzebujesz więc poduszki finansowej, z której będziesz pobierał gotówkę na wypadek, gdyby bieżące dochody nie wystarczały.

Rozdział V

Kiedy warto się ubezpieczyć, a kiedy nie

44 Kiedy warto się ubezpieczyć, a kiedy nie

Każdego z nas odwiedzają od czasu do czasu agenci ubezpieczeniowi, usiłując przekonać do wykupienia jakiejś polisy. A jeśli nie agenci, to bankowcy, którzy polisy ubezpieczeniowe dokładają do kredytów, kart, a ostatnio nawet do kont osobistych. Są też firmy, które pod przykrywką polis oferują plany systematycznego oszczędzania w funduszach inwestycyjnych. Które z tych ofert warto rozważyć, a które będą tylko zbędnym wydatkiem w domowym budżecie? Kiedy warto się ubezpieczyć, a kiedy polisa ci się nie przyda?

1. Czasem ubezpieczenie jest obligatoryjne
Są rzeczy, które ubezpieczyć musisz. Jeśli jesteś kierowcą, powinieneś mieć obowiązkowe ubezpieczenie OC, a część z nas – i słusznie! – wykupuje też w pakiecie dobrowolne ubezpieczenie AC. Jeśli masz kredyt mieszkaniowy, bank na pewno zażąda od ciebie, byś wykupił ubezpieczenie mieszkania. Ale nie chodzi o polisę na rzecz tego wszystkiego, co znajduje się w środku (mebli, wyposażenia, sprzętu RTV), a jedynie samych murów. By firma ubezpieczeniowa pokryła straty w przypadku, gdyby kupione na kredyt mieszkanie – odpukać! – zniszczył np. wybuch gazu, huragan, powódź albo trąba powietrzna. Większość pozostałych ubezpieczeń ma charakter dobrowolny. Niektóre z nich są tak oczywiste, że nie poświęcę im tutaj zbyt dużo miejsca. Wiadomo, że zawsze warto ubezpieczyć swój majątek, czyli wyposażenie mieszkania, od kradzieży z włamaniem lub pożaru. Takie polisy nie są tanie, kosztują kilkaset złotych w skali roku (w zależności od tego, jaka jest wartość objętych polisą rzeczy), ale jeśli cię na to stać, to powinieneś takie ubezpieczenie wykupić.

2. Kiedy powinieneś ubezpieczyć swoje życie?
Najwięcej wątpliwości dotyczy oferowanych przez firmy ubezpieczeniowe polis na życie. Czy opłaca się przelewać ubezpieczycielowi 100 lub 200 zł miesięcznie, by zapewnić rodzinie odszkodowanie, gdyby coś ci się stało? Na jak wysoką kwotę powinieneś się ubezpieczyć? Czy warto połączyć takie ubezpieczenie z inwestowaniem części składek np. w fundusze inwestycyjne? To największe dylematy. Aby je rozstrzygnąć, powinieneś dobrze zrozumieć ideę ubezpieczenia. Celem każdej polisy jest zabezpieczenie klienta przed określonym ryzykiem. Jeśli więc zastanawiasz się, czy warto wykupić ubezpieczenie na życie, musisz odpowiedzieć sobie na pytanie: co by się stało, gdybym dziś – nie daj Boże – wpadł pod ciężarówkę? Jakie konsekwencje finansowe by to sprowadziło na rodzinę lub bliskich? Jeśli jesteś singlem, nie założyłeś jeszcze rodziny, jest całkiem prawdopodobne, że polisa jest ci zbędna. Nie potrzebujesz tego rodzaju ochrony, bo nikt bliski po twojej śmierci nie zostanie bez źródła utrzymania. Przedstawiciele firm ubezpieczeniowych być może będą cię namawiali, byś przynajmniej wykupił polisę na życie powiązaną z inwestowaniem na emeryturę. Ale to zły pomysł. Takie polisy nie dadzą ci wysokich zysków, więc nie ma sensu ich kupować pod kątem emerytury.

Przewodnik po domowych finansach 45

3. Oszacuj swoje potrzeby
Jeśli jesteś w związku, a do tego masz na utrzymaniu dzieci, sytuacja jest inna. W im większym stopniu status materialny twojej rodziny jest uzależniony od twoich zarobków, tym bardziej potrzebujesz polisy na życie. Chodzi o to, by twoi bliscy nie zostali na lodzie, gdyby z jakichś przyczyn nagle zabrakło twojej pensji. I gdybyś nie mógł znaleźć innej pracy (np. z powodu ciężkiej choroby). Na taką okoliczność powinieneś zagwarantować rodzinie na tyle wysokie odszkodowanie, by przez kilkanaście miesięcy współmałżonek mógł przeorganizować rodzinne finanse i znaleźć pracę lub zmienić tę, którą ma, na lepiej płatną. Im większa jest dysproporcja między twoimi zarobkami a zarobkami partnera (innymi słowy: w im większym stopniu finansowy los rodziny spoczywa na twoich barkach), tym wyższą wartość powinna mieć suma ubezpieczenia. Zasada jest prosta: pieniędzy z ubezpieczenia powinno być tyle, ile przyniósłbyś do domu przez kilkanaście miesięcy. Jeśli jesteś w związku, w którym obie strony zarabiają mniej więcej tyle samo, wówczas można wykupić dwie mniejsze polisy. A jeśli oboje zarabiacie na tyle dobrze, że każde z was poradziłoby sobie samo, gdyby drugiego z dnia na dzień zabrakło, zastanówcie się, czy polisa jest wam w ogóle potrzebna. Oczywiście można powiedzieć, że zawsze lepiej mieć na wszelki wypadek poduszkę finansową. Ale polisy zwykle nie są tanie. Nie ma więc sensu wykupywać ubezpieczenia tylko po to, by poprawić sobie samopoczucie. Ubezpieczenie powinno wynikać z realnej potrzeby, nie zaś z widzimisię.

4. Masz kredyt? Wykup polisę na życie
Drugą okolicznością, która sprawia, że ubezpieczenie na życie jest ci bardzo potrzebne, jest spłacanie kredytu. Zwłaszcza długoterminowego kredytu hipotecznego o wartości kilkuset tysięcy złotych. Nawet jeśli kredyt wzieliście wspólnie z mężem, żoną lub partnerem, a oboje dobrze zarabiacie, powinniście zabezpieczyć się przed sytuacją, kiedy jedno z was straci możliwość zarobkowania. Bank w takim przypadku może nawet wypowiedzieć kredyt, motywując to spadkiem waszej zdolności kredytowej. Polisa na życie powinna mieć wartość odpowiadającą mniej więcej zadłużeniu rodziny. Chodzi o to, by w przypadku twojej śmierci partner otrzymał od firmy ubezpieczeniowej gotówkę pozwalającą mu na spłacenie wszystkich długów i ustawienie na nowo domowego budżetu. Jeśli więc masz do spłaty 300 000 zł, na analogiczną kwotę powinniście się ubezpieczyć. A jeśli oprócz kredytu macie jakieś oszczędności? Teoretycznie wtedy potrzeba zabezpieczenia się polisą na życie jest mniejsza. Ale nie do końca. Pieniędzy złożonych na lokatach, w funduszach inwestycyjnych czy obligacjach nie da się – jeśli nastąpi jakaś kryzysowa sytuacja – wyjąć od razu. A nawet jeśli można to zrobić, to przeważnie oznacza to duże straty.

46 Kiedy warto się ubezpieczyć, a kiedy nie

Dlatego pieniądze z polisy mimo wszystko mogą się przydać, choćby na przejściowe załatanie dziur w budżecie, gdyby stało się coś złego. Inwestycje warto likwidować stopniowo, bez pośpiechu, wtedy, kiedy jest to najbardziej opłacalne, a nie pod presją czasu. Taki komfort w kryzysowej sytuacji mają zapewnić pieniądze z polisy na życie.

5. Polisy inwestycyjne: z czym to się je?
Czasem firmy ubezpieczeniowe oferują polisy łączące dwie funkcję – ochronną (czyli wypłatę odszkodowania w przypadku jakiegoś nieszczęścia) i inwestycyjną (czyli gromadzenie pieniędzy np. na dodatkową emeryturę). Najczęściej w tego rodzaju polisach składka jest dzielona na dwie części. Pierwsza gwarantuje wypłatę odszkodowania, druga jest inwestowana. Nie jestem fanem tego rodzaju połączeń. Po pierwsze dlatego, że żyjemy w erze specjalizacji. Skoro w samochodzie wraz z nadejściem mrozów wymieniasz opony letnie na zimowe, to oznacza, że trudno jest stworzyć oponę dobrą na każde warunki. Tak samo jest w świecie finansów. Łatwiej stworzyć produkt, który będzie dobrze zabezpieczał jedną, konkretną potrzebę, niż taki, który będzie odpowiadał na wszystkie potrzeby naraz. Nie da się zbyt szybko jechać na dwóch koniach jednocześnie. Drugim powodem mojego sceptycyzmu jest to, że polisy inwestycyjne są skomplikowane. Mnoży się w nich mnóstwo opłat i prowizji, w których trudno się rozeznać. Trudno więc też ocenić, ile tak naprawdę będzie kosztowała dana polisa. W świecie finansów nikt nie komplikuje produktów finansowych tylko dla czystej przyjemności. Zwykle robi się to po to, by w mętnej wodzie złowić więcej ryb. Czyli żeby lepiej zarobić na kliencie. Dlatego wolę prostą polisę na życie, w której nie ma żadnych dodatkowych opłat, niż taką, która łączy ochronę i inwestowanie. Boję się, że w ramach tej drugiej ani suma ubezpieczenia, ani zyski z inwestycji nie będą najlepsze. Żeby jednak pozostać obiektywnym, muszę dodać, że polisy inwestycyjne mają też swoje zalety. Po pierwsze, zmuszają do systematycznego odkładania pieniędzy. Można je bezkarnie wycofać najwcześniej po kilkunastu latach, więc jest to dobry bat na tych, którzy nie mają na tyle silnej woli, by gromadzić oszczędności na przyszłość. Po drugie, polisy inwestycyjne zwykle zbierają pod jednym dachem wiele możliwości (np. funduszy), których samodzielne wyszukanie jest zwykle trudniejsze. Prowizje i brak przejrzystości są więc po części rekompensowane wymuszaniem oszczędzania i dużym wyborem inwestycji w ramach polisy. Co wybrać? Decyzja należy do ciebie.

Rozdział VI

Jak zabezpieczyć przyszłość dziecka

48 Jak zabezpieczyć przyszłość dziecka

Wychowanie i edukacja dziecka może cię w ciągu kilkunastu lat kosztować co najmniej tyle, ile dobry samochód. Zaciskasz więc pasa i płacisz za korepetycje, lekcje angielskiego i tańca. Ale jeśli chcesz zapewnić dziecku dobry start w dorosłe życie, niezależnie od bieżących wydatków gromadź kapitał z myślą o przyszłości swojej pociechy. Najprostszym sposobem jest oczywiście założenie osobnego konta, lokaty albo systematyczne kupowanie obligacji skarbowych z myślą o sprezentowaniu ich dziecku, kiedy dorośnie. Odkładanie pieniędzy dla dziecka ma uzasadnienie. Przez 20 lat, odkładając stosunkowo niewielkie kwoty, można zebrać kilkadziesiąt tysięcy złotych. Odkładając po 100 zł na koncie dającym tylko 5 proc. w skali roku, po 20 latach odbierzesz prawie 41 000 zł. Z tego 24 000 zł to będą twoje wpłaty, a reszta – odsetki. Takie pieniądze nie wystarczą na zakup mieszkania, ale na wkład własny – owszem. Drugą możliwością gromadzenia pieniędzy z myślą o przyszłości dziecka jest wykupienie w firmie ubezpieczeniowej polisy posagowej. Plusem takiej polisy jest to, że poza inwestowaniem większości składki daje ona ochronę ubezpieczeniową. Jeśli któremuś z rodziców coś się stanie, nim dziecko dorośnie, otrzyma ono nie tylko zyski z zainwestowanych w ramach polisy pieniędzy, ale i odszkodowanie. Minusem polis posagowych są oczywiście koszty – inwestowanie pieniędzy za ich pośrednictwem zwykle wiąże się z wyższymi prowizjami niż odkładanie pieniędzy samodzielnie. Ale o tym napiszę na kolejnych stronach.

Gdy dzisiejszy berbeć wyleci z gniazda...
Gdy zostałem ojcem, zastanawiałem się: co powinienem zrobić, żeby moje dziecko miało łatwiejszy start w dorosłe życie niż ja? Nie żebym narzekał. Od rodziców dostałem dobrą edukację, umiejętność radzenia sobie w życiu oraz zdolność podejmowania ryzyka, które przeważnie się opłaca. Ale nie ukrywam, że byłoby mi jeszcze łatwiej, gdybym swojego pierwszego mieszkania nie musiał kupować na kredyt (albo przynajmniej gdyby był to kredyt nie za wielki). Niestety, moi rodzice nie byli zamożni, a w dodatku żyli w czasach, kiedy oszczędzanie się po prostu nie opłacało. Pieniądze na lokatach pochłonęła hiperinflacja, zaś oszczędności na książeczkach mieszkaniowych PKO, choć rodzice wpłacali na nie całkiem spore (jak na nich możliwości) kwoty, wystarczyły na sfinansowanie zakupu... dwóch metrów kwadratowych mieszkania w Warszawie. Teraz jest łatwiej – inflacja nie straszy, a możliwości oszczędzania pieniędzy jest znacznie więcej niż kiedyś. Tylko jak oszczędzać, żeby dziecko – dziś jeszcze berbeć – jak najwięcej na tym skorzystało? Jeśli też masz dziecko – lub chcesz je mieć w niedalekiej przyszłości – męczy cię zapewne podobny dylemat. Początkowy kapitał przy wchodzeniu w dorosłość może mieć dla dziecka kolosalne znaczenie. Ilu z nas jest skazanych na słabszą, mniej ambitną i niżej opłacaną pracę tylko dlatego, że koszty przenosin do większego miasta byłyby zbyt wysokie? Mało kogo stać, by uzbierać z myślą o dziecku oszczędności pozwalające mu żyć w ogóle bez bankowych kredytów. To luksus dostępny tylko dla finansowych krezusów. Ale każdy

Przewodnik po domowych finansach 49

z nas może zgromadzić przynajmniej taki kapitał, który potem pomoże dziecku w opłaceniu studiów na renomowanej uczelni za granicą, docenianego w każdej polskiej firmie kursu menedżerskiego albo będzie wkładem własnym przy kupnie mieszkania.

Wady i zalety polisy posagowej
Polisę posagową mogą kupić rodzice, chrzestni lub osoby bliskie dziecku, np. dziadkowie. Co to takiego? Formalnie to zwykła polisa na życie, której głównym beneficjentem (tzw. uposażonym) jest dziecko. Polisa taka przede wszystkim zabezpiecza finansowo dziecko w przypadku śmierci rodziców. Jeśli zdarzy się takie nieszczęście, firma ubezpieczeniowa wypłaci dziecku – po osiągnięciu pełnoletności – kwotę ustaloną w umowie (tzw. sumę ubezpieczeniową). Ponadto do tego czasu przejmie opłacanie składek i wypłaci opiekunowi dziecka regularną rentę (miesięcznie to około 2 proc. sumy ubezpieczeniowej). A jeśli nic złego się nie wydarzy? Pieniądze zainwestowane w polisę nie do końca się zmarnują. Bo ma ona też drugi cel – pomaga odłożyć środki, które ułatwią dziecku wejście w dorosłe życie. Umowa jest taka: ubezpieczyciel wypłaci dorosłemu już dziecku sumę ubezpieczeniową lub narosłe z inwestowania części składek zyski. Należy pamiętać, że na inwestycje trafia tylko część jednorazowej lub wpłacanej regularnie składki. Wypłata po kilkunastu latach wcale nie musi więc być wyższa od wniesionych składek. Ba, często z takiej polisy odzyskuje się mniej pieniędzy, niż się na nią przez lata wpłaciło w formie składek! Ale to cena gwarancji wysokiego odszkodowania, gdyby jednak stało się coś złego. Polisa polisie nierówna. Czasem różnice są spore. Zdarza się, że polisa zawiera w cenie opcje, za które gdzie indziej trzeba dodatkowo zapłacić. Chodzi np. o możliwość wycofania się z umowy przed czasem lub przerwania płacenia regularnej składki czy zapewnienie dziecku dożywotniej renty, jeśli zdarzy mu się nieszczęśliwy wypadek.

Sam zrób sobie polisę
Polisa posagowa to jednak niejedyny sposób na finansowe zabezpieczenie dziecka. Czasami tańszym sposobem okaże się „zrobienie” sobie takiej polisy samodzielnie. Składkę trzeba podzielić na dwie części. Za jedną, mniejszą część można u ubezpieczyciela kupić na rok lub kilka lat zwykłą polisę na życie. Ma ona na celu tylko ochronę finansową rodziny przed śmiercią jednego z jej członków. W przypadku nieszczęścia ubezpieczyciel wypłaci określone w umowie odszkodowanie. Można też dokupić rodzinną polisę tzw. NNW – od następstw nieszczęśliwych wypadków powodujących uszczerbek na zdrowiu. Drugą, większą część składki można samemu ulokować. Tu sposobów nie brakuje. Jednym z nich jest np. zakup obligacji skarbowych. Albo odkładanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym lub w funduszu inwestycyjnym. Więcej na ten temat w kolejnych rozdziałach.

50 Jak zabezpieczyć przyszłość dziecka

Systematycznie oszczędzaj w funduszu
Dobrym pomysłem może być też systematyczne wkładanie pieniędzy do funduszy inwestycyjnych i przekazanie ich dziecku, kiedy wkroczy w dorosłość. Czym fundusze różnią się od polis? W przypadku polis posagowych inwestowana jest tylko część pieniędzy, pozostałą część towarzystwo zabiera sobie na poczet ryzyka, że będzie musiało kiedyś wypłacić odszkodowanie. Z funduszu nigdy nie wyciągniesz więcej pieniędzy niż to, co zarobiłeś na inwestycjach, ale za to pomnażana jest cała kwota (a więc zyski rosną szybciej niż wartość polisy). Fundusze inwestycyjne wbrew pozorom wcale nie są bardzo ryzykowną formą gromadzenia kapitału. Owszem, wkładając wszystkie pieniądze do funduszu akcji, można zarówno zarobić kilkadziesiąt procent rocznie, jak i stracić część pieniędzy, ale np. fundusze stabilnego wzrostu (inwestujące dwie trzecie pieniędzy w bezpieczne obligacje) lub zrównoważone (pół na pół w akcje i obligacje) to – zwłaszcza w kilkunastoletniej perspektywie – dobra oferta nawet dla osób nielubiących ryzyka. O fundusze pytaj w oddziałach banków, biurach maklerskich i u pośredników finansowych. Więcej na ich temat w kolejnych rozdziałach.

Inwestuj w planie, będzie taniej
Prawie wszystkie towarzystwa funduszy inwestycyjnych przygotowały dla swoich klientów specjalne plany systematycznego oszczędzania. Uczestnictwo w planie zobowiązuje do systematycznego wpłacania ustalonych kwot (podobnie jak składek w przypadku polis). Pieniądze można wpłacać co miesiąc, co kwartał, a czasami wystarczy zasilić konto raz w roku, za to większą sumą. W zamian za systematyczne wpłaty towarzystwo obniża – lub nawet umarza – opłatę manipulacyjną pobieraną od zwykłych klientów (zwykle wynosi kilka procent od wpłacanej kwoty). Każdy plan jest inny. Jeden ma duże zniżki na początku, inny premiuje klientów dopiero po kilku latach systematycznego oszczędzania. Oszczędzanie z planem ma sens nie tylko ze względu na zniżki w opłatach. Jest też bezpieczniejsze niż okazjonalne wkładanie większych kwot do funduszu. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku najbardziej podatnych na krótkoterminowe wahania funduszy zrównoważonych i akcyjnych. Wpłacając systematycznie stałe kwoty, ponosi się mniejsze ryzyko, niż stawiając wszystko na jedną kartę. Jeśli na przykład ceny akcji i notowania funduszu spadają, to wpłacana kwota pozwala na kupienie większej liczby jednostek uczestnictwa. Jest też inna zaleta – plan nie jest tak kłopotliwy jak np. polisa. Konsekwencje wynikające z zerwania umowy o systematycznym oszczędzaniu nie są bowiem dotkliwe. Jeśli przed upływem zadeklarowanego okresu klient funduszu inwestycyjnego zrezygnuje z uczestnictwa w planie, fundusz zazwyczaj pobierze co najwyżej opłatę wyrównawczą, traktując go jak normalnego klienta. Nie ma mowy o karach finansowych lub utracie części składek, jak to bywa w przypadku rezygnacji z długoterminowych polis w firmach ubezpieczeniowych.

Rozdział VII

Jak chronić wartość swoich oszczędności

52 Jak chronić wartość swoich oszczędności

CZĘŚĆ I: Wyścig z inflacją. Lokaty, konta i inne pomysły
Nie muszę cię chyba przekonywać, że o pieniądze – jeśli już są – trzeba dbać. Trzymane w skarpecie albo pod poduszką nie tylko na siebie nie zarabiają, ale wręcz tracą realnie na wartości. Wszystko przez inflację. Wystarczy, że wynosi ona 3 proc. rocznie, a po kilkunastu latach twoje pieniądze będą realnie warte tylko nieco więcej niż połowę tego co dziś. Niby będziesz miał w kieszeni tyle samo, ale kupisz za tę kwotę znacznie mniej niż teraz. Prześledźmy to na przykładzie. Jeśli masz 10 000 zł i przez 10 lat będziesz trzymał tę kwotę na lokacie lub koncie oszczędnościowym, to przy średnim oprocentowaniu 4,5 proc. po upływie dekady będziesz miał 13 500 zł. Ale te 13 500 zł będzie wówczas warte tyle, ile dzisiejsze 10 000 zł. Bo w tym czasie ceny – z powodu inflacji – pójdą w górę o 30-40 proc. Ale wyjdziesz na tym lepiej niż na trzymaniu 10 000 zł pod poduszką. Choć nie będziesz bogatszy, a tylko uchronisz realną wartość swoich pieniędzy przed spadkiem.

1. Konto oszczędnościowe. Ni pies, ni wydra...
Czym właściwie jest konto oszczędnościowe? Niby lokata, ale oprocentowana niżej od zwykłego depozytu. Niby konto z możliwością wypłacenia pieniędzy w każdej chwili, a jednak dostęp do gotówki bywa bardzo drogi.

Co da ci konto oszczędnościowe? Dodatkowe odsetki od bieżących zaskórniaków.
Konto oszczędnościowe ma jedną niepodważalną zaletę. Jeśli przelejesz na nie część swojej comiesięcznej wypłaty, możesz liczyć na dodatkowe odsetki – kilka procent w skali roku. Niemało, biorąc pod uwagę, że zwykły ROR nie daje zazwyczaj ani grosza odsetek (choć zdarzają się nieliczne chlubne wyjątki).

Darmowy dodatek do ROR-u. Założenie konta oszczędnościowego nic nie kosztuje,
jego prowadzenie też jest bezpłatne. Skoro dają coś za darmo, to czemu nie skorzystać? Właściwie jedynym momentem, w którym konto oszczędnościowe może cię mocno uderzyć po kieszeni, są zbyt częste wypłaty gotówki. Jeśli wypłaty robisz więcej niż raz w miesiącu, będziesz płacił prowizje. Ale jeśli będziesz korzystał z konta rozsądnie, będzie darmowe.

Kiedy warto założyć takie konto? Choć konta oszczędnościowe uchodzą za bardzo
pożyteczne, większość z nas doskonale się bez nich obywa. Pomyśl o nim zwłaszcza wtedy, gdy: • Masz wysokie dochody, przekraczające np. 5000 zł Oprocentowanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym nie jest aż tak wysokie, by mając 1000-2000 zł miesięcznej pensji, opłacało ci się przelewać na nie np. połowę pieniędzy z ROR-u. Po pierwsze, mało kto może sobie na to pozwolić (pieniądze rozchodzą się szybko i za chwilę

Przewodnik po domowych finansach 53

i tak będą potrzebne). Po drugie zaś, z 1000 zł przechowywanego przez pół miesiąca na koncie oszczędnościowym wyciągniesz w skali roku najwyżej 30 zł odsetek. Niby lepsze to niż nic, ale czy dla takiej sumy warto blokować pieniądze na koncie oszczędnościowym? Co innego, jeśli masz na tyle wysokie dochody, że w skali miesiąca część z nich często leży na koncie i nie pracuje. Jeśli taka górka bieżących pieniędzy, których nie wydajesz od razu, wynosi średnio 2000 zł miesięcznie, to z konta oszczędnościowego możesz już uzyskać 70-100 zł dodatkowych odsetek. To też nie są wielkie sumy, ale dodatkowe pieniądze przydadzą się w każdym, nawet grubym, portfelu. A jeśli masz budżet domowy, w którym co miesiąc pojawia się 7000-10 000 zł dochodów, konto oszczędnościowe staje się dla ciebie absolutnie niezbędne. Przelewając na nie część pieniędzy (choćby tylko na pół miesiąca), możesz zyskać kilkaset złotych w skali roku. • Chcesz odkładać systematycznie pieniądze Żyjesz od pierwszego do pierwszego i trudno ci zdobyć się na systematyczne odkładanie pieniędzy, by za kilka miesięcy kupić za nie wymarzone wakacje, komputer albo np. nowe żelazko? Konto oszczędnościowe może pomóc ci w gromadzeniu oszczędności. Może być twoją wirtualną świnką skarbonką. Z ROR-u pieniądze będą prędzej czy później znikały, bo zawsze pojawi się jakaś pilna potrzeba. Ale jeśli przelejesz 50 albo 100 zł na konto oszczędnościowe, to już tak łatwo ich nie wydasz. W niektórych bankach jedna osoba może założyć kilka kont oszczędnościowych. To niezwykle pożyteczna opcja. Możesz założyć sobie np. jedno konto oszczędnościowe, na którym będziesz zbierał pieniądze na kolonie dla syna, oraz drugie, na którym będziesz oszczędzał np. na zakup nowych mebli. • Chcesz zabezpieczyć pieniądze na ROR przed złodziejami Czy konto oszczędnościowe może zwiększyć bezpieczeństwo twoich pieniędzy? Jeśli tak, w jaki sposób? Do takiego konta trudniej się dostać niż do zwykłego ROR-u. Jeśli trzymasz na koncie osobistym większą gotówkę, to zgubienie karty do bankomatu niesie za sobą ryzyko, że ktoś wyczyści twoje konto z pieniędzy. Zamiast trzymać większe kwoty na koncie osobistym, warto je – nawet nie dla odsetek, ale dla bezpieczeństwa – przetransferować na konto oszczędnościowe. Z niego nie można wypłacić pieniędzy kartą ani przelać ich na dowolne konto. Zwykle żeby wyprowadzić z konta osobistego pieniądze, trzeba je przelać z powrotem na ROR. A to możesz zrobić tylko ty.

Nie ma róży bez kolców. Przekonany? Czas na kolejny krok. Zanim wybierzesz konto
dla siebie, przeczytaj o pułapkach, które mogą się z nim wiązać. Nie ma róży bez kolców, zwłaszcza w bankach. Dlatego nawet najlepsze konto oszczędnościowe warto prześwietlić, zanim z niego skorzystasz. Na co powinieneś zwrócić uwagę? • Wypłacaj pieniądze najwyżej raz w miesiącu Raz w miesiącu możesz pieniądze wybrać bezpłatnie. Natomiast za kolejne wypłaty lub przelewy często już musisz zapłacić. I to słono. W niektórych bankach za każdy dodatkowy przelew na rachunek w innym banku zapłacisz nawet 10 zł prowizji!

54 Jak chronić wartość swoich oszczędności

Jeśli za ponadprogramowe wypłaty i przelewy bank pobiera 10 zł, a na koncie oprocentowanym na 5 proc. trzymasz np. 7000 zł, wystarczą trzy takie operacje w miesiącu, by zaprzepaścić to, co zarobisz na odsetkach. Przy mniejszych kwotach zgromadzonych na koncie nawet jedna czy dwie dodatkowe wypłaty w miesiącu mogą się po prostu nie opłacać. • Lepiej mieć oba konta pod jednym dachem Znaczenie ma również to, czy konto oszczędnościowe masz w swoim banku (tam gdzie ROR), czy u konkurencji. Jeśli pieniądze przelewasz na rachunek osobisty w tym samym banku, to jest zdecydowanie taniej, przeważnie opłata za ponadprogramowe przelewy (ponad limit bezpłatnych przelewów w miesiącu) jest niższa. • Uważaj na oprocentowanie Tak jak w przypadku zwykłych lokat banki często uzależniają oprocentowanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym od zebranej przez klienta kwoty. Często na podawaną w reklamach wysokość oprocentowania liczyć mogą tylko najbogatsi. Przy niskim saldzie rachunku w wielu bankach oprocentowanie okazuje się sporo niższe od maksymalnego. • Sprawdź, co się stanie, gdy przekroczysz próg Może być dodatkowy haczyk – bywa, że oprocentowanie ma charakter progresywny, przez co tylko nadwyżka ponad dany próg będzie wyżej oprocentowana. Oznacza to, że jeśli na koncie oszczędnościowym zgromadzisz np. 2500 zł, to np. tylko 500 zł będzie oprocentowane według wyższej stawki, natomiast pozostałe 2000 zł – według niższej.

2. Obalamy mity o lokatach: jak zarobić więcej?
Jakiś czas temu wpadła mi w oko reklama lokaty jednego z banków. Z sypialni wychodzi zaspany Kowalski i ze zdumieniem widzi wielkie zamieszanie w swoim salonie. „Panowie, przecież jest niedziela, siódma rano!” – skarży się. Ale robotnicy nie przestają robić zamieszania, ich szef zaś uświadamia naszemu Kowalskiemu: „Przecież włożyłeś pieniądze na lokatę pracującą!”. I dodaje, że pieniądze na tej lokacie pracują w dzień i w nocy, a nawet w święta. „Tylko czy muszą pracować tak głośno?” – żartuje wciąż zaspany Kowalski. Przytaczam tę reklamę, bo promuje ona bardzo dobre podejście do oszczędzania. Ważny jest każdy grosz, a z pieniędzy warto wyciskać siódme poty. Jeśli nie nauczymy się wyciskać, ile się da, z małych pieniędzy, tak samo lekceważące podejście będziemy mieć do tych większych, które kiedyś być może wpadną nam do kieszeni. Ważny jest każdy grosz i o każdy trzeba się troszczyć tak, jakby był milionem złotych. Policzmy, co jest do zyskania: jeśli masz 1000 zł na lokacie oprocentowanej na 3,5 proc. w skali roku, to po tym okresie dostaniesz 28 zł odsetek. Z lokaty oprocentowanej na 5,5 proc. dostaniesz po roku 44 zł. Różnica niewielka – raptem 16 zł. Ale jeśli masz do dyspozycji już 5000 zł, to z lepszej lokaty wyciągniesz 80 zł więcej. A jeśli ulokujesz 10 000 zł,

Przewodnik po domowych finansach 55

to różnica wyniesie 160 zł. To już są kwoty zauważalne w każdym domowym budżecie. Obalmy więc kilka mitów na temat lokat bankowych.

Niekoniecznie w swoim banku. Ponad połowa z nas trzyma oszczędności na lokatach
w tych samych bankach, w których mamy konta osobiste. Niestety, akurat w tych bankach oprocentowanie często woła o pomstę do nieba. Zamiast dwóch procent w innym banku możesz wyciągnąć ze swojej lokaty nawet dwa-trzy razy tyle. Założenie lokaty w banku, w którym nie masz konta, też nie jest problemem. Musisz tylko podpisać umowę i przelać pieniądze na wskazane konto (albo wpłacić w kasie). Dostaniesz certyfikat potwierdzający zawarcie lokaty, a po wskazanym okresie do kapitału bank automatycznie dopisze odsetki (czasem też automatycznie przedłuży lokatę na kolejny okres, zakładając, że jesteś zadowolony z jej warunków).

Niekoniecznie na rok. Czasy, kiedy lokatę można było założyć tylko na kwartał, pół
roku i rok, dawno minęły. Teraz bankowcy w miarę swojego zapotrzebowania na gotówkę przygotowują najróżniejsze promocje. Możesz ulokować pieniądze na cztery lub pięć miesięcy albo na półtora roku. Jeśli bank proponuje godziwe oprocentowanie – warto skorzystać z okazji, zamiast trzymać się kurczowo standardowej lokaty. Pamiętaj tylko, że banki podają oprocentowanie w skali roku – np. czteromiesięczna lokata na 4,5 proc. da ci po tym okresie 1,5 proc. Niektóre banki mają bardzo dobre lokaty na tydzień lub dwa, które można też założyć przez internet.

Niekoniecznie standardowa. Wiele banków ma w ofercie tzw. lokaty progresywne.
Ich oprocentowanie jest tym większe, im dłużej trzymamy w banku pieniądze. Np. przez pierwszych kilka miesięcy 3-4 proc., a w ostatnim – aż 10 proc. Jeśli nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pieniędzy z powrotem, lokata progresywna jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Pamiętaj tylko, żeby spytać w banku o uśrednioną prognozę rocznego oprocentowania.

Belką w oko, czyli podatek od lokaty. Wkładając pieniądze na jakąkolwiek lokatę, bierz pod uwagę tzw. podatek Belki. Banki nie uwzględniają go w swoich reklamach, a przecież z każdej złotówki zysku fiskus zabiera aż 19 gr. Jeśli więc oprocentowanie twojej lokaty wynosi 6 proc., to zamiast 600 zł dostaniesz do ręki tylko 486 zł, pozostałe 114 zł bank od razu przekaże do urzędu skarbowego. Tak naprawdę więc oprocentowanie przykładowej 6-proc. lokaty wynosi zaledwie niecałe 4,9 proc.

56 Jak chronić wartość swoich oszczędności

3. Czy warto się przejmować kapitalizacją odsetek?
Zakładając lokatę, warto zwrócić uwagę na to, jak często narosłe odsetki są dopisywane do kapitału. Częsta kapitalizacja odsetek oznacza, że oprocentowanie lokaty jest naliczane dla coraz wyższej kwoty (kapitał bazowy powiększony o wcześniej narosłe odsetki). Wyobraźmy sobie trzyletnią lokatę na 6 proc., na którą wpłacamy 5000 zł. Jeśli odsetki są co roku dopisywane, to na koniec trzyletniego okresu będzie to 955 zł. Odsetki zaś dopisane jednorazowo po trzech latach będą niższe i wyniosą tylko 900 zł. Dla uproszczenia rachunków tym razem pominąłem podatek Belki. Mając do wyboru dwie lokaty o identycznym oprocentowaniu, zawsze wybieraj tę, która wiąże się z częstą kapitalizacją odsetek. Kapitalizacja ma też znaczenie w przypadku kont oszczędnościowych. Odsetki są tam bowiem naliczane co kwartał, co miesiąc lub nawet codziennie.

Magia lokat jednodniowych. Lokaty z jednodniową kapitalizacją odsetek (podobnie jak niektóre konta oszczędnościowe) pozwalają uniknąć płacenia podatku od oszczędności, czyli podatku Belki. Dzięki temu, że bank wypłaca odsetki codziennie, owe odsetki są bardzo małe. A ustawa podatkowa mówi, że najmniejsza kwota, którą można pobrać w ramach podatku Belki, to 1 zł (należny podatek zaokrągla się zgodnie z zasadami matematycznymi, np. jeśli bank naliczy 75 gr, to odprowadza do urzędu skarbowego całą złotówkę). Jeśli od jakiejś lokaty podatek miałby być mniejszy niż 1 zł – w ogóle nie jest pobierany. O ile więc zdeponujesz na jednodniowej lokacie na tyle nieduże pieniądze, by dzienne odsetki nie przekroczyły 2,49 zł (19 proc. podatku od 2,49 zł to minimalnie mniej niż 50 gr), cały ten zysk wolny jest od opodatkowania. Ile trzeba włożyć na lokatę, żeby załapać się na odsetki bez podatku? To zależy od oprocentowania – zwykle ten próg to kilkanaście tysięcy złotych.

4. Polisolokaty, czyli liczy się opakowanie
Polisolokata (niektórzy nazywają te produkty polisami lokacyjnymi) to nic innego jak polisa na życie, w której ramach towarzystwo ubezpieczeniowe zobowiązuje się wypłacić po określonym czasie, np. po roku, świadczenie w wysokości wpłaconej kwoty powiększonej np. o 5,5 proc. odsetek. Od tej wypłaty nie ma żadnego podatku, co oznacza, że zwykła bankowa lokata np. na 6 proc. w ostatecznym rachunku przyniesie ci mniejszy zysk niż oprocentowana np. na 5 proc. polisa antypodatkowa. Niestety, oprocentowanie polisolokat antypodatkowych jest zwykle niższe od oprocentowania zwykłych lokat (bo instytucje finansowe z owej 19-proc. różnicy chcą jeszcze uszczknąć coś dla siebie). Wadą polisolokat jest nieco niższy poziom gwarancji państwowych. Jeżeli przy zwykłych lokatach rząd i Bankowy Fundusz Gwarancyjny zapewniają (w przypadku kłopotów finan-

Przewodnik po domowych finansach 57

sowych banku) zwrot wszystkich pieniędzy, to w przypadku polisolokat odpowiednik BFG – Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny – oferuje gwarancję tylko połowy powierzonych firmie ubezpieczeniowej środków.

5. Fundusz pieniężny, czyli znajdą lokatę za ciebie
Są dwie podstawowe różnice, które sprawiają, że inwestowanie pieniędzy w funduszu nie jest tym samym co ich wpłacanie do banku. To oczywiście nie znaczy, że fundusz jest lepszy lub gorszy od banku. Zgodnie z zasadą rozproszenia ryzyka warto trzymać pieniądze i w banku, i w funduszu. O jakie różnice chodzi?

Bank gwarantuje określony zysk, a fundusz nie. Wkładając pieniądze na lokatę
lub na konto oszczędnościowe, zawsze wiesz, ile dostaniesz odsetek. No, prawie zawsze, bo część lokat ma zmienne oprocentowanie i bank może je w każdej chwili podwyższyć lub obniżyć. Fundusz jedynie obiecuje, że postara się wycisnąć z pieniędzy siódme poty, ale konkretnego wyniku nie zagwarantuje. Zwykle celem funduszy pieniężnych jest pobicie rentowności lokat. Czasem im się to udaje, a czasem nie.

Z funduszu możesz wycofać się w każdej chwili, bez opłat. Pieniądze w funduszu są zawsze do twojej dyspozycji. Na lokacie nie zawsze. Niektóre banki pozwolą się wycofać przed upływem terminu lokaty tylko wtedy, gdy klient odda im część odsetek. Fundusz pieniężny nie nalicza żadnych opłat przy wypłacie pieniędzy i możesz je wycofywać bez żadnych ograniczeń.

Jak inwestuje fundusz pieniężny? Pieniądze inwestorów, które trafią do funduszu
pieniężnego, są inwestowane w taki sposób, żeby przynosiły pewny, możliwie jak najbezpieczniejszy zysk. Fundusz za oszczędności klientów kupuje przede wszystkim tzw. bony skarbowe, czyli krótkoterminowe pożyczki, które zaciąga rząd. Ministerstwo Finansów, by sfinansować bieżące wydatki budżetu państwa, sprzedaje inwestorom, m.in. właśnie funduszom, takie bony skarbowe i po kilkunastu, a najdalej kilkudziesięciu tygodniach wypłaca zysk z odsetkami. Poza tym fundusze pieniężne deponują też pieniądze klientów w banku. Ponieważ przychodzą z workiem pieniędzy, mogą liczyć na lepsze oprocentowanie, niż dostałby na takiej samej lokacie klient indywidualny.

Ile można zarobić? To oczywiście zależy od sprawności menedżerów, którzy zarządzają funduszem. Niektórzy z nich potrafią w gąszczu bonów skarbowych i lokat znaleźć te najlepsze, a inni mają z tym problem. Ze względu na spore różnice w rentowności poszczególnych funduszy warto podzielić swoje pieniądze między co najmniej dwóch powierników, by nie stawiać wszystkiego na jedną kartę.

58 Jak chronić wartość swoich oszczędności

Jak dzielą się fundusze pieniężne? Fundusze pieniężne nie są jednakowe. Najbezpieczniejsza grupa to fundusze rynku pieniężnego, które inwestują wyłącznie w papiery wartościowe emitowane przez polski rząd. Nie zainwestują w lokatę bankową prywatnego banku, bo z założenia robią interesy wyłącznie z rządem. Są też fundusze gotówkowe, których cechą jest to, że starają się wśród krótkoterminowych obligacji znaleźć takie, które mogą dać wyższy zysk niż te rządowe. Jedne fundusze gotówkowe niewielką część pieniędzy ulokują w krótkoterminowe tzw. kwity dłużne prywatnych firm, oprocentowane rzecz jasna lepiej niż bony skarbowe. Inne fundusze kupią za część pieniędzy np. bony skarbowe emitowane przez rząd węgierski, czeski czy np. bony dłużne sprzedawane przez jakieś miasto lub gminę. Daje to szansę na wyższy zysk, ale wiąże się też z pewnym ryzykiem, jeśli któryś z kontrahentów funduszu miałby kłopoty finansowe i nie oddał pożyczonych pieniędzy z odsetkami.

CZĘŚĆ II: Obligacje, czyli pożycz pieniądze rządowi
Czy w interesach może być pewniejszy partner niż rząd? Wielu z nas uważa, że nie, i swoje oszczędności lokuje w emitowanych przez Ministerstwo Finansów obligacjach. Zysk może nie rzuca na kolana, ale za to jest pewny, co najmniej jak w banku. Obligacje na rynkach finansowych już dawno ochrzczono mianem „bezpiecznej przystani”, bo inwestorzy zwracają się ku nim w momentach, kiedy w gospodarce dzieje się coś niepokojącego, np. rośnie inflacja albo na giełdach spadają indeksy. Kupując obligacje, de facto pożyczasz pieniądze ich emitentowi. A ten gwarantuje ci, że odda pieniądze z procentem po umówionym czasie. Obligacje polskiego rządu (każda o wartości 100 zł) możesz nabyć w oddziałach banku PKO BP lub rejestrując się na stronie internetowej www.obligacjeskarbowe.pl. Zakup obligacji przez internet jest bardzo prosty. Uwierz, sprawdziłem to na własnej skórze!

1. Jakie obligacje masz do wyboru?
Dwuletnie (mają symbol DOS). Od lat najpopularniejsze obligacje oszczędnościowe. Inwestorzy rozstają się z pieniędzmi na krótko i z góry wiedzą, jaką dostaną wypłatę po dwóch latach. Odsetki po pierwszym roku są kapitalizowane, czyli procent w drugim roku jest naliczany od nominału (100 zł) powiększonego o już zgromadzone odsetki. Trzyletnie (TZ). Trzylatki mają zupełnie inny sposób obliczania oprocentowania niż dwulatki. Przede wszystkim procent jest zmienny, aktualizowany co sześć miesięcy. Zatem nabywca wie tylko, ile dostanie za pierwsze pół roku. W kolejnych półrocznych okresach odsetkowych wszystko zależy od zmiany ceny pieniądza na rynku międzybankowym, czyli

Przewodnik po domowych finansach 59

wskaźnika WIBOR6M – po tyle banki komercyjne pożyczają sobie pieniądze na rynku międzybankowym na sześć miesięcy. Czteroletnie (COI). Oprocentowanie czterolatek składa się z dwóch elementów – inflacji w danym roku i marży. W praktyce wysokość marży jest realnym zyskiem inwestora, bo inflacja mówi, o ile spadła wartość pieniądza. Te obligacje mogą również uchodzić za rentierskie, bo odsetki są wypłacane co roku. Dziesięcioletnie EDO. Najdłużej „żyjące” papiery skarbowe dla indywidualnych nabywców. Odsetki są naliczane co roku, ale są wypłacane dopiero po 10 latach. Dziesięciolatki zostały wypuszczone przede wszystkim z myślą o przyszłych emerytach, którzy chcą samodzielnie odłożyć sobie trochę kapitału.

2. Licz na realny zysk
Podstawowym celem obligacji jest ochrona zainwestowanego kapitału przed inflacją, czyli spadkiem wartości pieniądza w czasie. Ale marny byłby to interes, gdybyś choć trochę nie zarobił ponad inflację. Tak naprawdę liczy się realny zysk, czyli to, co pozostaje po odjęciu inflacji. Jeśli obligacje w skali roku dają 4 proc., a inflacja wyniesie 2,5 proc., realny zysk to jedynie 1,5 proc. Kupując obligacje, nie zawsze będziesz wiedzieć, ile realnie zarobisz. Mają one stały lub zmienny procent. Wśród oferowanych obecnie obligacji detalicznych stałe są tylko papiery dwuletnie o symbolu DOS. Kupując je, zakładasz się o inflację w ciągu najbliższych dwóch lat. Jeśli pójdzie ona w górę i przekroczy procent, jaki dostajesz, to zapominasz o realnym zysku i liczysz straty. I odwrotnie – spadek inflacji zwiększy realny zarobek. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja przy zmiennym procencie. Najczęściej (obligacje czteroletnie o symbolu COI i dziesięcioletnie – EDO) oprocentowanie jest zbudowane z dwóch elementów – inflacji oraz marży.

3. Rolowanie, czyli nagroda dla wytrwałych
Jeśli już posiadasz obligacje, którym kończy się żywot, to masz dwie możliwości. Albo resort finansów odkupi je i zainkasujesz gotówkę, albo możesz dalej oszczędzać. W tym drugim wypadku pamiętaj koniecznie, aby zamienić (w języku finansistów – zrolować) stare papiery na nowe, bo to się bardziej opłaca niż otrzymanie gotówki i ponowny zakup. Koniecznie pamiętaj o terminie, w jakim należy złożyć polecenie zamiany. Pożyczając państwu pieniądze w obligacjach skarbowych, decydujesz się na rozstanie z oszczędnościami na ładnych parę lat – od minimum dwóch (DOS) do maksimum dziesięciu (EDO). A jeśli potrzebujesz tych pieniędzy wcześniej? Mając na koncie obligacje trzyletnie o symbolu TZ, możesz je po prostu sprzedać na giełdzie, składając zlecenie w biurze maklerskim i płacąc prowizję według taryfy maklerów. Z pozostałymi obligacjami detalicznymi nie jest tak łatwo, bo nie handluje się nimi na giełdzie. Ale i z nich można wyjść przed

60 Jak chronić wartość swoich oszczędności

terminem wykupu. Resort finansów potrąca jednak przy wypłacie prowizję, co obniża dochodowość. Można to porównać do rodzaju kary za zerwanie umowy.

4. Sam składaj na emeryturę
Firmy ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne kuszą ofertami oszczędzania na przyszłą emeryturę, bo wiadomo już, że ze składek zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych trudno będzie godnie wyżyć na stare lata. Kapitał na starość można też odłożyć na własną rękę, wybierając specjalnie w tym celu wypuszczone obligacje dziesięcioletnie EDO. Zaletą takiej prywatnej emerytury budowanej z obligacji jest to, że nie ponosisz dodatkowych opłat, jakich życzą sobie instytucje za zarządzanie twoimi emerytalnymi pieniędzmi. Taka decyzja nie wymaga systematyczności, bo można kupić np. 12 obligacji EDO raz w roku zamiast po jednej co miesiąc. A jeśli zabraknie ci wolnej gotówki, to po prostu zrobisz sobie przerwę w inwestowaniu.

5. A może poprosić o pomoc fundusz?
Zamiast inwestować bezpośrednio w obligacje skarbowe, możesz też powierzyć pieniądze funduszowi inwestycyjnemu, który kupi ci nie tylko obligacje rządowe, ale też te emitowane przez firmy. Poza tym fundusze nie ograniczają się tylko do kilku rodzajów obligacji dostępnych dla każdego. Mogą też kupować przeznaczone tylko dla dużych graczy tzw. obligacje hurtowe. A co ważniejsze – negocjować ceny zakupu papierów. Dlatego zakup udziałów takiego funduszu może być dobrą alternatywą dla samodzielnego inwestowania w obligacje detaliczne. Fundusze, które inwestują w różne obligacje, nie tylko rządowe, ale i korporacyjne (czyli właśnie te emitowane przez firmy), cechują się oczywiście wyższym ryzykiem – zawsze może się przecież zdarzyć, że któryś z emitentów zbankrutuje i nie tylko nie wypłaci odsetek, ale nawet nie odda zainwestowanych pieniędzy – ale też obiecują wyższe zyski. Oczywiście obligacje takich firm jak Coca-Cola czy McDonald’s są czasem mniej ryzykowne niż papiery emitowane przez niejeden rząd. Są też fundusze, które co prawda inwestują tylko w pewne obligacje rządowe, ale... nie tylko z jednego kraju. Taki fundusz, jeśli nastawia się na kupowanie obligacji z różnych krajów, włoży do portfela trochę tych, które emituje rząd węgierski, trochę tych z Czech lub ze Słowacji, nie pogardzi obligacjami z Rumunii albo Bułgarii. Oczywiście to też nie jest całkiem pewna inwestycja – państwa także czasem mają kłopoty ze zdobyciem pieniędzy na wykupienie obligacji i zapłacenie odsetek. Ale pamiętajmy, że fundusz obligacji – czy to inwestujący tylko w polskie, rządowe papiery dłużne, czy też lokujący za granicą lub szukający obligacji korporacyjnych – zwykle ma w portfelu kilkadziesiąt różnych serii obligacji. Nigdy więc, nawet w przypadku niewypłacalności jednego z emitentów, nie straci wszystkich pieniędzy. Jednak zanim kupisz

Przewodnik po domowych finansach 61

fundusz obligacji, zawsze dowiedz się, do której kategorii można go zaliczyć. Oczywiście najbardziej przewidywalne zyski da fundusz, który lokuje wyłącznie w polskich obligacjach rządowych. Najbardziej nieprzewidywalny, ale i potencjalnie najbardziej zyskowny, jest fundusz, który inwestuje w obligacje korporacyjne.

6. Od czego zależy zysk funduszu obligacji?
Ostateczny wynik funduszu nie zależy tylko od wysokości oprocentowania obligacji, ale przede wszystkim od umiejętności zarządzającego nim. Dlatego wyniki funduszy obligacji są często dość mocno zróżnicowane. Fundusze obligacji dobrze zarabiają dla swoich klientów przede wszystkim w okresie spadku stóp procentowych. Dlaczego? Otóż dużą część ich portfela stanowią zawsze długoterminowe obligacje, np. dziesięcioletnie. Często z zagwarantowanym aż do wykupu stałym oprocentowaniem. Gdy stopy procentowe w kraju są wysokie, fundusze napełniają portfele dobrze oprocentowanymi obligacjami. Za rok, dwa, kiedy oprocentowanie lokat i obligacji detalicznych spadnie, fundusze obligacji nadal odcinają kupony od poprzednich inwestycji. Podstawową wadą funduszy obligacji jest to, że o ile kupując samodzielnie papiery, klient często wie, ile zarobi, o tyle kupując fundusz, takiej pewności nigdy nie będzie mieć. Wszystko zależy od tego, jakie obligacje ma w swoim portfelu fundusz. Jeśli kupił kiedyś nisko oprocentowane obligacje, to nawet przy wysokich stopach procentowych nie zagwarantuje wysokiego zysku, co bywa nieprzyjemnym zaskoczeniem dla inwestorów liczących na bezpieczny zysk. Specjaliści zalecają, aby zainteresować się funduszami obligacyjnymi dopiero w momencie, gdy cykl podwyżek stóp się zakończy. Ze względu na niepewność dotyczącą wysokości zysku fundusz obligacji może być dobrym pomysłem na ulokowanie pieniędzy na kilka lat. Raczej nie polecam takiego funduszu w przypadku krótszych, kilkumiesięcznych inwestycji.

Rozdział VIII

Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

64 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

CZĘŚĆ I: Sposoby na inwestowanie oszczędności
Długoterminowe oszczędzanie to żadna sztuka. Po prostu odkładasz pieniądze wtedy, kiedy twoje zarobki na to pozwalają, by móc czerpać z tych zapasów, gdy bieżący dopływ gotówki jest mniejszy. Odkładając tylko po 250 zł miesięcznie, przez 40 lat możesz zebrać blisko milion złotych! Pewnie rzadko myślisz o tym, czy będziesz miał z czego żyć za parę dekad. Ale nawet jeśli lubisz cieszyć się chwilą, to przynajmniej od czasu do czasu zrób sobie małe finansowe podsumowanie. Spróbuj oszacować, ile pieniędzy udało ci się zgromadzić do tej pory. Bo zdolność do oszczędzania to główny wyznacznik finansowego bezpieczeństwa. Teraz i w przyszłości. Co przez to rozumiem? Po prostu powinieneś umieć odkładać pieniądze w tłustych latach i miesiącach, po to by w tych chudych nie zostać bez grosza. Inaczej będziesz co jakiś czas wpadał w długi, z których trudno ci będzie wyjść.

1. Oszczędzaj na podróż dookoła świata...
Jeśli dotychczas przez lata pracy nie udało ci się zgromadzić żadnego kapitału, to najwyższy czas to zmienić. Nie masz pieniędzy, by oszczędzać? Mylisz się! Rzuć palenie albo inną słabostkę i poczekaj cierpliwie 25 lat, a zobaczysz, jak wielką górę grosza uzbierasz. Wszystko przez procent składany, który Albert Einstein nazwał „największym matematycznym odkryciem w historii” i „najpotężniejszą siłą we wszechświecie”. Jak to działa? Załóżmy, że palisz paczkę dziennie (to ok. 9 zł). Miesięcznie wypalasz jakieś 250 zł. Wystarczy odkładać te pieniądze przez 25 lat, by na koniec mieć za co kupić drogie auto lub zwiedzić cały świat. Jeśli będziesz wpłacał 250 zł miesięcznie na lokatę dającą zysk rzędu 5 proc. rocznie, po 25 latach uzbiera ci się prawie 130 000 zł! Nie palisz? To może objadasz się słodyczami, jedzeniem z fast foodów? Jesteś za stary, by tyle czekać? Na oszczędzanie nigdy nie jest za późno. Nawet pozornie drobne oszczędności po latach mogą przerodzić się w prawdziwą fortunę dzięki procentowi składanemu. Warunki są dwa – trzeba oszczędzać długo i systematycznie, a na dodatek nie wolno tknąć zysków, jakie będą przynosić odkładane pieniądze.

2. ...a może i na dobrą emeryturę?
Wszystko zależy od tego, jak duży zysk wypracują dla ciebie inwestowane pieniądze. W optymistycznym scenariuszu, gdybyś odkładał po 250 zł miesięcznie przez np. 30 lat, ze średnim rocznym zyskiem 8 proc. (czyli wyższym niż wspomniane wyżej 5 proc. na lokacie), na koniec odebrałbyś aż 354 000 zł. Oszczędzając przez 40 lat, uzbierasz już... 810 000 zł! Wystarczy na samochód, na podróż dookoła świata i jeszcze na dodatkową emeryturę.

Przewodnik po domowych finansach 65

Ta dodatkowa emerytura to właściwy trop, bo musisz wiedzieć, że to, co dostaniesz z ZUS-u i otwartego funduszu emerytalnego (OFE), nie będzie pozwalało na dostatnie życie. Eksperci szacują, że z ZUS-owskiej emerytury możesz dostać góra 50-60 proc. tego, co dziś zarabiasz. A jeśli twój pracodawca wypłaca ci część pensji na czarno albo masz działalność gospodarczą i opłacasz niskie składki na ZUS – pewnie dostaniesz od państwa jeszcze mniej. Dlatego dobrze byłoby zgromadzić kapitał, który wystarczy na to, na co nie wystarczy emerytura. Skorzystaj z najprostszych pomysłów. Nawet jeśli założysz lokatę w banku albo zwykłe konto oszczędnościowe, na które będziesz wpłacał zaskórniaki, to już dobrze. Każdy dzień się liczy. Zacznij, a po pewnym czasie zobaczysz, że twoje oszczędności rosną niczym śniegowa kula. Odsetki doliczone do zgromadzonego kapitału zaczną przynosić kolejne odsetki, kapitał będzie rósł coraz szybciej i szybciej. Dlatego zacznij od dziś.

Z analizy firmy doradczej Dalbar, która policzyła, ile wynosiły zyski z inwestycji w akcje i obligacje na przestrzeni ostatnich 20 lat, wynika, że średnia roczna stopa zysku amerykańskiego indeksu akcji S&P 500 wyniosła w latach 1988-2008 dokładnie 8,35 proc. rocznie. A jak to wygląda w Polsce? Serwis Opiekun Inwestora obliczył niedawno, że w ostatnich dziesięciu latach średni wynik inwestycji w fundusz inwestujący w obligacje wyniósł 7,3 proc., ci zaś, którzy wybrali fundusze akcji, średnio osiągnęli 8 proc. zysku rocznie. W wieloletniej perspektywie, z uwzględnieniem procentu składanego, każdy punkt procentowy przekłada się na niemałe różnice w finalnej wartości uzbieranego kapitału. Przykładowo inwestując dziś 100 000 zł na 20 lat przy stopie zwrotu 4 proc. rocznie, na koniec odbierzemy 219 000 zł, a przy stopie 8 proc. będzie to już 466 000 zł! Nawet między 7 a 8 proc. zysku różnica sięga 80 000 zł, a więc prawie całej początkowej sumy!

3. Wybierz IKE jako opakowanie
Różne sposoby długoterminowego odkładania pieniędzy – na lokatach, w obligacjach, w funduszach – mają wspólny mianownik. To indywidualne konto emerytalne. Jego podstawową zaletą jest to, że do pewnego limitu wpłat – w ostatnich latach było to niecałe 10 000 zł rocznie – pieniądze gromadzone na takim koncie są zwolnione z podatku Belki, czyli z podatku od zysków z oszczędności, który płacą wszyscy posiadacze lokat, funduszy, obligacji itp. Jest tylko jeden warunek – pieniędzy z IKE nie możesz wypłacić przed osiągnięciem wieku emerytalnego. Inaczej zapłacisz od zysków pełny podatek. Jeśli więc zakładasz, że będziesz gromadził pieniądze aż do emerytury, a jednocześnie wiesz już, w co chciałbyś zainwestować, poszukaj takiej inwestycji, która daje opakowanie zwolnione z podatku Belki. Takie opakowanie to właśnie IKE.

66 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

4. Sprawdź, czy nadajesz się do inwestowania
Sprawdźmy, czy wystawienie nosa z banku może ci się opłacić i dlaczego. Bo – powiedzmy sobie szczerze – są i tacy oszczędzający, którzy powinni ograniczyć się do bankowych lokat i obligacji, a bardziej zaawansowane formy inwestowania nie powinny ich zbytnio interesować. To, czy powinieneś lokować część pieniędzy poza bankiem, zależy od kilku przesłanek związanych z twoim wiekiem, sytuacją rodzinną i finansową oraz planami na przyszłość. Brzmi to jak początek jakiegoś nudnego (bo zbyt mądrego) wykładu, ale tak naprawdę jest bardzo proste. Otóż w oszczędzaniu pieniędzy powinieneś podjąć mniejsze lub większe ryzyko i zabrać część pieniędzy z banku wtedy, gdy spełniasz co najmniej jeden z poniższych warunków:

Masz cel, na który długoterminowo chcesz oszczędzać. Większość z nas żyje
z dnia na dzień, a szczytem planowania finansowego jest chęć remontu mieszkania w przyszłym roku bądź wymiany samochodu za dwa lata. Ale być może twój horyzont planowania potrzeb finansowych sięga dalej: chciałbyś za 10 lat odbyć podróż dookoła świata albo za 15 lat kupić dom. Oszczędzanie pieniędzy w banku nie powinno być w takiej sytuacji szczytem twoich marzeń.

Masz przynajmniej 15-20 tys. zł zaskórniaków. Co prawda w funduszach oraz w polisach inwestycyjnych można gromadzić pieniądze już od 100-200 zł, ale w gruncie rzeczy dla osób mających kilka tysięcy złotych wolnych środków zwracanie się ku bardziej zaawansowanym inwestycjom niż lokaty bankowe lub obligacje może być niepotrzebną komplikacją. Podstawowa zasada różnicowania portfela inwestycji mówi, że nie wkłada się wszystkich jajek do jednego koszyka. Dzielenie niewielkich kwot na kilka różnych inwestycji kosztuje czas i może oznaczać konieczność płacenia wyższych prowizji bądź niższe odsetki (banki często uzależniają oprocentowanie oszczędności od wartości włożonych tam pieniędzy). Ale jeśli twoje zaskórniaki przekraczają 15-20 tys. zł, możesz już pomyśleć o ich korzystnym zainwestowaniu.

Masz wieloletni kredyt hipoteczny. Każdy, kto jest mocno zadłużony, potrzebuje
jak tlenu poduszki finansowej. Celem dla takiej osoby powinno być posiadanie takich oszczędności, by w razie potrzeby można było spłacić nimi resztę kredytu. W jeszcze większym stopniu ta zasada dotyczy cię, jeśli masz kredyt walutowy (np. we frankach szwajcarskich). Niestabilność rat i ryzyko kursu walutowego sprawiają, że poduszka finansowa jest ci szczególnie potrzebna. A dobrej poduszki finansowej nie zbudujesz, trzymając pieniądze tylko w banku.

Masz dzieci, którym chciałbyś zapewnić dobry start w dorosłość. Jeśli jesteś szczęśliwym tatą lub mamą, to nie musisz wyznaczać sobie żadnego długoterminowego celu, by systematycznie odkładać pieniądze i budować profesjonalny portfel inwestycji. Ten

Przewodnik po domowych finansach 67

cel pojawi się na horyzoncie sam, kiedy pociecha (lub pociechy) dorośnie i będzie potrzebowała pieniędzy na wkład własny do mieszkania, zagraniczne studia bądź rozkręcenie własnej firmy. Pomyśl o tym już dziś i gromadź pieniądze, które pomogą ci w przyszłości sfinansować marzenia dziecka.

Jesteś drobnym przedsiębiorcą. Masz jednoosobową firmę? Nawet jeśli nie myślisz
o emeryturze, to prędzej czy później dotrze do ciebie świadomość, że dostaniesz z ZUS marne grosze i jeśli sam nie zadbasz o dostatnią jesień życia – będziesz biedował. Odkładanie 100, 200 albo 500 zł miesięcznie z myślą o przyszłej emeryturze jest dla ciebie koniecznością. Tym większą, im mniej lat zostało ci do emerytury.

A może... To tylko najbardziej oczywiste przesłanki. Aktywnie spędzasz czas, jeździsz na
wakacje za granicę, interesujesz się światową gospodarką i czasem zastanawiasz się, dokąd zmierza euro i Unia Europejska? Nie ma żadnego powodu, byś lokując swoje oszczędności, zamykał się w polskim grajdołku. A trzymając pieniądze w banku, tak właśnie postępujesz. Mark Mobius, zarządzający znanymi na całym świecie funduszami inwestycyjnymi Franklin Templeton, powiedział niedawno, że wartość polskiego rynku akcji i obligacji stanowi tylko 1 proc. wartości rynku światowego. Mobius daje tym samym do zrozumienia, że ci Polacy, którzy mają na tyle duży kapitał, by jego część zainwestować za granicą, ale z tego nie korzystają, tracą 99 proc. szans na zarobek.

5. Najprostszy plan inwestowania
Wciąż nie wiesz, jak zacząć? Wykorzystaj mój patent: załóż w banku konto oszczędnościowe i wpłacaj na nie zaskórniaki. Po 50, 100 lub 200 zł miesięcznie. Takie konto nie przyniesie może kokosów, ale ma niepodważalną zaletę: możesz na nie wpłacać nawet małe kwoty, w dowolnym momencie. I – w razie potrzeby – wypłacić bez utraty odsetek. Prędzej czy później na twoim koncie zbierze się większa suma. To właściwy moment na zrobienie kolejnego kroku: jeśli uzbierałeś np. 10 000 zł, połowę tej kwoty przenieś na lokatę bankową. Pieniądze zaczną pracować szybciej, bo lokaty są zwykle oprocentowane lepiej. Tę operację powtarzaj za każdym razem, kiedy kwota odłożona na koncie oszczędnościowym przekroczy próg 10 000 zł (albo inną ustaloną przez ciebie wartość). Masz już kilka lokat? Czas więc rozbudować plan oszczędzania o fundusze inwestycyjne. W długim terminie fundusze inwestujące w akcje giełdowych spółek przynoszą wyższe zyski niż lokaty bankowe. Przejrzyj gazety i portale internetowe, wytypuj dwa fundusze akcji, które dobrze sobie radzą w krótkim i długim terminie. Najlepiej, gdyby jeden z tych funduszy inwestował w akcje w Polsce, a drugi – za granicą, np. w Azji. Sprawdź, w którym banku możesz założyć konta do wybranych funduszy, i zarejestruj się jako ich klient. Kiedy na koncie uzbiera się np. kolejne 10 000 zł, już nie przerzucaj ich na lokaty, ale zacznij kupować jednostki uczestnictwa wybranych funduszy. Podziel pieniądze na cztery

68 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

części i wpłacaj co miesiąc – unikniesz wejścia do funduszy z całą gotówką w złym momencie. Do funduszy przerzucaj pieniądze z konta oszczędnościowego tak długo, aż będziesz w nich miał 30-40 proc. wszystkich oszczędności. W następnych latach, dopłacając kolejne oszczędności, staraj się utrzymywać proporcje na podobnym poziomie. Chodzi o to, by zawsze stawiać na dwa konie – część pieniędzy trzymać w funduszach, większość na bezpiecznych lokatach. Więcej o inwestowaniu w fundusze piszę w dalszej części tego rozdziału. Oprócz lokat i funduszy możesz włączyć do swojego planu oszczędzania także obligacje. Rząd przygotował dla ciebie specjalne, dziesięcioletnie obligacje emerytalne. Możesz je kupować w banku PKO BP. Więcej na temat obligacji przeczytasz w poprzednim rozdziale niniejszej książki.

CZĘŚĆ II: Fundusze inwestycyjne dla opornych
Większość z nas żyje w przekonaniu, że inwestowanie jest jakąś wiedzą tajemną dostępną dla nielicznych, której lepiej nie dotykać, żeby się nie sparzyć. Nic bardziej mylnego – żeby inwestować własne pieniądze, nie trzeba czytać książek słynnych inwestorów, nie trzeba codziennie śledzić notowań giełdowych, nie trzeba nawet odróżniać hossy od bessy. Jeśli postanowiłeś wybrać systematyczne oszczędzanie w funduszach inwestycyjnych, to zapewne trapi cię milion wątpliwości. Nie wiesz, jak się zabrać za otwieranie rejestru w funduszu, który fundusz wybrać, czy zdecydować się na program oszczędnościowy, czy też wpłacać pieniądze systematycznie. To dobry moment, by zmierzyć się z tymi obawami.

1. ABC funduszy
Co to jest fundusz inwestycyjny? Fundusz to „worek pieniędzy”, którym opiekują
się specjaliści od ich pomnażania. Każdy z nas w każdej chwili może dorzucić do tego worka swoją część. W zamian dostaje coś w rodzaju cegiełki potwierdzającej udział w funduszu. Z tą cegiełką możesz w każdej chwili przyjść do funduszu i poprosić o zwrot wpłaconych pieniędzy. Dopóki tego nie zrobisz, wynajęci przez fundusz eksperci będą robili wszystko, by powierzony im worek pieniędzy rósł szybciej niż wkłady na lokatach bankowych, a cegiełki były coraz więcej warte.

Dlaczego można zarobić więcej niż w banku? Wkładając pieniądze do banku, godzisz się na określone odsetki. Z reguły są one niewysokie, ale wiesz z góry, ile zarobisz. Bank też nie dopłaca do interesu. Zarabia na obracaniu twoimi pieniędzmi i nie dzieli się

Przewodnik po domowych finansach 69

z tobą tym, co zarobi ponad oprocentowanie lokaty. To czysty zysk banku. W funduszu jest inaczej. Wkładając do niego pieniądze, nigdy nie wiesz, ile zarobisz. Ale za to masz gwarancję, że fundusz odda ci prawie cały zysk, który wypracuje, obracając twoimi pieniędzmi. Pobierze tylko niewielką prowizję.

Czy trzeba mieć dużo pieniędzy? Nie. Fundusze świetnie nadają się do systematycznego odkładania pieniędzy, zwłaszcza jeśli nie możesz sobie pozwolić na jednorazowe odłożenie np. 1000 zł. Fundusz przyjmie cię z otwartymi ramionami, nawet jeśli możesz odłożyć tylko 100 zł co miesiąc. Bank przy tak małych kwotach może odesłać cię z kwitkiem albo zaoferować najniżej oprocentowaną lokatę.

Czy pieniądze w funduszu są bezpieczne? Fundusze nie gwarantują osiągnięcia
określonego zysku. Każdy fundusz ma swoją politykę inwestycyjną. Jedne fundusze lokują pieniądze klientów tylko w bezpiecznych bonach skarbowych i obligacjach, inne na warszawskiej giełdzie. Jeśli wybierzesz bezpieczny fundusz, możesz liczyć tylko na niewiele większy zysk niż na lokacie. Ale za to jest on niemal pewny. Jeśli umieścisz pieniądze w ryzykownym funduszu – możesz zarobić nawet dziesięć razy tyle co na lokacie. Ale wyższe jest też ryzyko, że stracisz część pieniędzy.

Czym różnią się od siebie fundusze? Fundusze inwestujące tylko w akcje różnią się
od siebie przede wszystkim skutecznością inwestowania naszych pieniędzy. Jeden fundusz ma lepszego zarządzającego, drugi – gorszego. Jeden myli się częściej, drugi rzadziej. Oczywiście nikt nie jest zawsze na szczycie i nawet najlepszemu funduszowi czasem zdarzają się potknięcia, ale rzecz w tym, by wybrać fundusz, który w długim terminie najczęściej jest w czołówkach rankingów.

Czy fundusz jest tak samo wiarygodny jak bank? Tak, bo w przypadku bankructwa TFI prowadzącego fundusz (notabene w Polsce nie było jeszcze żadnego takiego przypadku) pieniądze klientów nie są zaliczane do tzw. masy upadłościowej. Czyli nawet gdyby TFI zbankrutowało, nikt nie może stracić powierzonych funduszowi pieniędzy.

Na jak długo trzeba włożyć pieniądze do funduszu, żeby się to opłaciło?
W przypadku najbezpieczniejszych funduszy nie ma żadnych ograniczeń – można włożyć do nich pieniądze nawet na kilka miesięcy. W przypadku funduszy agresywnych (np. zrównoważonych czy akcyjnych) bezpieczniej jest inwestować przez kilka lat. Oczywiście żaden fundusz nie zabroni wypłaty pieniędzy już po kilku miesiącach, ale rośnie wówczas ryzyko, że zrobimy to w złym momencie.

Lepiej włożyć do funduszu raz a dużo czy dopłacać co miesiąc po trochu?
W przypadku bezpiecznych funduszy nie ma to znaczenia. W przypadku tych agresyw-

70 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

nych bezpieczniej jest dopłacać po trochu, by uniknąć zakupu jednostek uczestnictwa w niekorzystnym momencie. Może się zdarzyć, że fundusz pobiera wyższe prowizje od małych wpłat. Wówczas warto wpisać się do tzw. planu systematycznego oszczędzania. W zamian za zobowiązanie do systematycznych wpłat będziesz płacił niższe prowizje.

A może fundusz z lokatą? Niektóre banki zachęcają do łączenia inwestycji w fundusz
z atrakcyjną lokatą bankową. Np. inwestujesz połowę pieniędzy w fundusz, a połowę w wysoko oprocentowaną lokatę. Warunek: musisz związać się z danym funduszem na co najmniej rok. Nie masz też dużego wyboru funduszy – musisz wziąć to, co oferuje ci dana grupa finansowa. Nie polecam ofert wiązanych. Lepiej kupić sobie osobno fundusz i osobno lokatę.

2. Jakie fundusze masz do wyboru?
• Pieniężny – najbezpieczniejszy, lokuje tylko w krótkoterminowych bonach skarbowych, dobry dla krótkoterminowych inwestycji, może przynieść zysk porównywalny z lokatami bankowymi. Fundusze pieniężne dzielą się na gotówkowe (biorą na siebie pewne niewielkie ryzyko, ale dają szansę na zysk do 5-6 proc. rocznie) oraz superbezpieczne fundusze rynku pieniężnego. Więcej na ten temat przeczytasz w poprzednim rozdziale. • Obligacji – lokuje w długoterminowych papierach dłużnych, warto w niego włożyć pieniądze na dłużej niż rok, w krótkich okresach wartość udziałów może spadać. Oczekiwane zyski z inwestycji to o 1-3 proc. więcej niż w funduszach rynku pieniężnego i na lokatach. • Stabilnego wzrostu – jedną trzecią pieniędzy inwestuje w akcje największych spółek giełdowych, a resztę w obligacje i bony skarbowe, nadaje się na lokaty przynajmniej na okres roku, dwóch lat. Przy dobrej koniunkturze na giełdzie zyski mogą sięgnąć 15-20 proc. rocznie, a przy bardzo złej – najwyżej 1-2 proc., w najgorszym przypadku mogą przydarzyć się niewielkie straty. • Zrównoważony – połowę pieniędzy inwestuje na giełdzie, a połowę w papiery dłużne. Niektóre fundusze zrównoważone są nieco bardziej nastawione na ryzyko – na giełdzie inwestują do 60 proc. pieniędzy, inne są bardziej konserwatywne – nie przekraczają 40-45 proc. inwestycji giełdowych. Tak czy owak, wkładając pieniądze do takiego funduszu, trzeba się liczyć z możliwością strat. • Akcyjny – lokuje tylko w akcjach, w zależności od strategii mogą to być akcje dużych lub małych spółek, firm z poszczególnych branż. Nadaje się do kilkuletnich inwestycji, wyniki odpowiadają zmianom giełdowych indeksów.

3. Ile kosztuje fundusz?
Specjaliści z funduszy nie pracują za darmo. Oddają klientowi cały wypracowany zysk, ale w zamian żądają prowizji. Prowizje dzielą się na dwa rodzaje:

Przewodnik po domowych finansach 71

• Prowizja manipulacyjna – płacisz ją tylko raz, przy zakupie jednostek uczestnictwa. Im bezpieczniejszy fundusz i im więcej pieniędzy wpłacasz, tym mniejsza jest opłata. Fundusze rynku pieniężnego nie pobierają jej w ogóle, w funduszach obligacji wynosi maks. 2 proc. inwestowanej kwoty, a w akcyjnych maksymalnie 5,5 proc. • Opłata za zarządzanie – naliczana rocznie, ale pobierana codziennie przez fundusz (rodzaj prowizji od wypracowanych zysków). Wyniki inwestycyjne funduszy, które są publikowane w prasie, uwzględniają już opłatę za zarządzanie. Nie trzeba nic odejmować na własną rękę. Opłata za zarządzanie nie przekracza 4 proc. w skali roku.

4. Podstawowe zasady inwestowania w fundusze
Rozkładaj pieniądze na dwa-trzy fundusze. Wybierając na dłuższy termin dobry
fundusz, można zyskać znacznie więcej niż na lokacie. Wybierając słaby, osiągniesz zysk znacznie niższy od dochodu z depozytu bankowego. Oczywiście nikt nie ma monopolu na sukces. Nawet fundusz, który przez dziesięć ostatnich lat pokazał się z dobrej strony, może w kolejnych dziesięciu zawieść. Dlatego zawsze wybieraj dwa lub trzy fundusze z różnych rodzin i w nich odkładaj pieniądze. Ograniczysz ryzyko, że trafisz na fundusz, który słabo sobie radzi.

Inwestuj pieniądze systematycznie. Ceny akcji zależą nie tylko od tego, czy dana
spółka osiąga wysokie czy niskie zyski. Liczą się także nastroje na całej giełdzie. Jeśli przejściowo są złe, nawet akcje dobrych spółek spadają (tyle że wolniej niż akcje spółek złych). To odbija się na wynikach funduszy. Nie ma sensu bawić się w rosyjską ruletkę i próbować trafić w moment, kiedy ceny akcji są najniższe. Udziały w funduszach – zwłaszcza w tych inwestujących na giełdzie – kupuj systematycznie, raz na miesiąc, kwartał lub pół roku. Dzięki temu ograniczysz ryzyko wejścia na rynek w niekorzystnym momencie.

Obstawiaj różne rynki. Im więcej masz pieniędzy do dyspozycji, tym łatwiej możesz
sobie pozwolić na rozłożenie ich między fundusze inwestujące w różnych częściach świata. To ważne, bo może się okazać, że np. w Polsce ceny akcji stoją przez pół roku w miejscu, a w Azji w tym czasie zyskają 50 proc. Tak właśnie zdarzyło się w zeszłym roku. Jeśli więc możesz sobie pozwolić np. na inwestowanie w fundusze tylko 200-300 zł miesięcznie, to wybierz dwa fundusze inwestujące w Polsce. Jeśli możesz poświęcić jeszcze jakiś kapitał, dołóż do tego fundusz inwestujący w całej Europie Środkowej. A potem dodaj do palety fundusz inwestujący w Azji. Takie fundusze są dostępne w większości banków i u pośredników finansowych.

Nie zgaduj najlepszego momentu na inwestycje. Nie czekaj z rozpoczęciem inwestowania na początek nowej hossy. Najpewniej nie trafisz, bo nawet najbardziej wytrawni inwestorzy mają często problem z ustaleniem, czy rynek jest w dołku, czy już z niego wy-

72 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

szedł. Pamiętaj, że 80 proc. wzrostów generuje 5 proc. sesji giełdowych, więc jeśli inwestujesz w fundusz, który większość pieniędzy kieruje na giełdę, nie próbuj zgadywać, kiedy jest „ten” dzień, gdy warto zainwestować.

Nie daj się ponieść emocjom, one paraliżują racjonalność. Większość błędów
w inwestowaniu pieniędzy bierze się stąd, że zmieniamy pierwotne decyzje pod wpływem emocji – strachu lub euforii. Chciwość pcha nas do inwestowania na szczycie, strach do wycofywania się z inwestycji na dnie. Jeśli będziesz inwestował w fundusz akcyjny, nigdy nie panikuj przy pierwszych większych spadkach. Nawet krach to nie koniec świata, tylko naturalny element cyklu koniunktury. Inwestowanie z definicji wymaga długiego horyzontu czasowego i możesz być pewien, że w tym czasie zdarzy się kilka krachów i kilka lat hossy. Naucz się z tym żyć. Próbuj poskromić lęk przed stratami, one też po drodze do bogactwa muszą się zdarzyć.

Unikaj „mentalnego księgowania” zysków i strat. Pamiętaj, że jeśli inwestujesz
długoterminowo, to wszystkie twoje zyski i straty są papierowe. Realne są dopiero wtedy, gdy wycofasz się z inwestycji. Nie wpadaj w euforię, jeśli policzysz sobie, że masz np. 50 proc. więcej pieniędzy, niż wpłaciłeś. Nie załamuj rąk, jeśli okaże się, że straciłeś 30 proc. To tylko wirtualne rachunki. Jesteś inwestorem długookresowym, a takiego – tak samo jak (zdaniem pewnego byłego premiera) mężczyznę – poznaje się głównie po tym, jak kończy.

5. Jak kupić fundusz?
Jednostki uczestnictwa są sprzedawane w bankach, biurach maklerskich, u pośredników finansowych oraz w internecie. Aby stać się klientem funduszu, wystarczy podpisać umowę o otwarciu tzw. rejestru (czyli konta, na którym będą przechowywane inwestycje), a potem wpłacić pieniądze na wskazany rachunek bankowy (na przelewie trzeba podać numer rejestru lub swój PESEL). Po kilku dniach na adres korespondencyjny fundusz przyśle zawiadomienie o zawarciu transakcji. Wpłacona kwota jest dzielona na tzw. jednostki uczestnictwa. Ich wartość podaje prasa. Gdy zdecydujesz się zakończyć inwestycję, fundusz prześle pieniądze na wskazane w umowie konto.

6. PSO, czyli sposób na systematyczne
inwestowanie w funduszu
Specjalne plany systematycznego oszczędzania przygotowały dla swoich klientów prawie wszystkie towarzystwa. Uczestnictwo w planie oznacza konieczność podpisania dodatkowej umowy z wybranym TFI zobowiązującej do systematycznego wpłacania ustalonych kwot. Pieniądze można wpłacać co miesiąc, co kwartał, a czasami wystarczy zasilić konto raz w roku, za to większą sumą. W zamian za systematyczne wpłaty towarzystwo obniża

Przewodnik po domowych finansach 73

– lub nawet umarza – opłatę manipulacyjną pobieraną od zwykłych klientów. Każdy plan jest inny. Jeden ma duże zniżki na początku, inny premiuje klientów dopiero po kilku latach systematycznego oszczędzania. Oszczędzanie z planem ma sens nie tylko ze względu na zniżki w opłatach. Jest też bardziej bezpieczne niż okazjonalne wkładanie większych kwot do funduszu. Ma to znaczenie zwłaszcza w przypadku najbardziej podatnych na krótkoterminowe wahania funduszy zrównoważonych i akcyjnych. Wpłacając systematycznie stałe kwoty, ponosisz mniejsze ryzyko, niż stawiając wszystko na jedną kartę. Jeśli na przykład ceny akcji i notowania funduszu spadają, to wpłacana kwota pozwala na kupienie większej liczby jednostek uczestnictwa. Konsekwencje wynikające z zerwania umowy o systematycznym oszczędzaniu nie są dotkliwe. Jeśli przed upływem zadeklarowanego okresu zrezygnujesz z uczestnictwa w planie, fundusz zazwyczaj pobierze co najwyżej opłatę wyrównawczą, traktując cię jak normalnego klienta. Nie ma mowy o karach finansowych lub utracie części składek, jak to bywa w przypadku rezygnacji z długoterminowych polis w firmach ubezpieczeniowych. Większość TFI oferuje plany oszczędnościowe oparte na kilku swoich funduszach. Możesz więc systematycznie oszczędzać w superbezpiecznym funduszu rynku pieniężnego, obligacji, a także funduszach stabilnego wzrostu, zrównoważonych lub akcyjnych. Niektóre towarzystwa pozwalają łączyć ze sobą fundusze, tzn. wpłacone kwoty dzielić między kilka z nich. Jeśli zamierzasz oszczędzać z funduszem na zakup samochodu czy nowego mieszkania, wybierz plan trwający nie dłużej niż pięć lat. Jeśli zaś myślisz raczej o dostatniej emeryturze, czas trwania umowy nie ma większego znaczenia. Zwykle minimalny okres, na który można podpisać umowę, to trzy lata. Większość powierników po wygaśnięciu umowy automatycznie przedłuża udział w planie na kolejny okres. Niektóre towarzystwa przewidują możliwość czasowego zawieszenia wpłat bez utraty korzyści związanych z systematycznym oszczędzaniem. W większości planów można przez kilka miesięcy nie płacić ani grosza, jeżeli później (najczęściej w ciągu roku) wyrówna się zaległości. Nieliczne fundusze pozwalają zaniechać wpłat na dowolny okres, jeżeli tylko klient ma już na rachunku minimalną kwotę i powstrzyma się od uszczuplających ten stan wypłat. Kryterium ważniejszym od systemu zniżek oferowanego przez towarzystwa funduszy powinny być jednak wyniki osiągane przez poszczególne fundusze. Na opłatach dystrybucyjnych można zaoszczędzić rocznie co najwyżej kilkadziesiąt (przy niższych wpłatach – do 300 zł miesięcznie) lub kilkaset złotych. Tak naprawdę zyski, jakie przyniesie systematyczne oszczędzanie, zależą głównie od sprawności zarządzającego danym funduszem. Dlatego warto wybrać towarzystwo, które daje do wyboru możliwie największą liczbę funduszy, i to takich, które w przeszłości legitymowały się dobrymi wynikami.

74 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

Zmierz się z mitami o inwestowaniu w fundusze
Fundusze są zbyt ryzykowne, nie chcę stracić pieniędzy NIEPRAWDA! Możesz wybrać zarówno fundusz bardzo bezpieczny, gwarantujący,
że nie stracisz pieniędzy (ba, nawet na nim zarobisz, i to trochę więcej niż na lokacie), jak i bardziej ryzykowny, z którym wiąże się prawdopodobieństwo wysokich zysków lub straty części pieniędzy. Wybór należy do ciebie.

Fundusze nie są dla mnie, mam za mało pieniędzy NIEPRAWDA! Do funduszu możesz wpłacać nawet małe kwoty, z którymi nie masz
czego szukać w banku – po 100 czy 200 zł miesięcznie. Wystarczy, że zapiszesz się do planu systematycznego oszczędzania.

Do funduszu nie warto wpłacać małych kwot NIEPRAWDA! Wpłacając po 100 zł miesięcznie przez 20 lat, uzbierasz od 40 000 do
75 000 zł (przy założeniu, że fundusz co roku będzie zarabiał od 5 do 10 proc. – to dość ostrożny szacunek). Trzymając te pieniądze w skarpecie, uzbierałbyś tylko 24 000 zł. Może jednak warto?

Kupowanie jednostek funduszu jest kłopotliwe i długo trwa NIEPRAWDA! Żeby je kupić, wystarczy tylko raz pójść do najbliższego oddziału
banku i podpisać umowę (dużo prostszą niż np. o kredyt bankowy), a potem przelać pieniądze na wskazane konto.

Z funduszu trudno się wycofać, jeśli nagle będę potrzebował pieniędzy NIEPRAWDA! Wystarczy jeden telefon lub wizyta w banku, w którym kupiłeś jednostki funduszu, i po kilku dniach pieniądze (razem z zyskami) będą na twoim koncie osobistym.

Nie umiałbym wybrać funduszu odpowiedniego dla siebie, a jak się pomylę, to stracę pieniądze PRZESADA! Owszem, fundusze mocno się różnią między sobą osiąganymi wynikami, ale nawet jeśli będziesz wybierał fundusz na chybił-trafił w ramach określonej grupy (np. pójdziesz do banku i poprosisz o pierwszy z brzegu fundusz stabilny), to ryzykujesz najwyżej to, że zarobisz mniej niż bardziej doświadczeni ciułacze. Oczywiście lepiej będzie, jeśli najpierw zerkniesz do wyników funduszy w internecie i znajdziesz ten, który radzi sobie najlepiej. Jednak lepiej wybrać nawet fundusz

Przewodnik po domowych finansach 75

pierwszy z brzegu, niż nie inwestować w ogóle, tracąc czas potrzebny na zgromadzenie kapitału.

Trudno znaleźć punkty, gdzie sprzedają jednostki funduszy NIEPRAWDA! Można je kupić prawie w każdym oddziale banku, w niektórych firmach ubezpieczeniowych (i u agentów), u pośredników i doradców finansowych, a nawet przez internet. Owszem, nie wszędzie jest duży wybór funduszy, ale nawet w najbliższej okolicy na pewno znajdziesz coś dla siebie.

Fundusze pobierają wysokie prowizje, zabiorą mi dużą część zysku NIEPRAWDA! Kilka procent prowizji zapłacisz tylko na wejściu (ale np. fundusze
bezpieczne, inwestujące tylko w obligacje, mają niskie prowizje lub nie mają ich wcale). Poza tym uczestnictwo w funduszu jest bezbolesne – fundusz pobiera po cichu drobne opłaty za zarządzanie, ale podawane w prasie zyski już je uwzględniają.

W funduszu należy zablokować pieniądze na długi okres NIE W KAŻDYM! Jeśli inwestujesz w fundusze z udziałem akcji, wskazane jest, by
trzymać w nich pieniądze przez kilka lat (choć nikt cię do tego nie zmusi – wyjątkiem są tzw. fundusze zamknięte). W fundusze bezpieczne możesz inwestować nawet na krótko (tak samo jak na koncie oszczędnościowym w banku).

76 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

CZĘŚĆ III: Polisy inwestycyjne unit-link. Ki diabeł?
Możesz systematycznie wkładać pieniądze do dwóch-trzech wybranych funduszy inwestycyjnych (bo, jak pamiętasz z poprzednich rozdziałów, nie wolno wkładać wszystkich jajek do jednego koszyka) albo wykupić program inwestycyjny w firmie ubezpieczeniowej. Takie polisy inwestycyjne proponują prawie wszystkie firmy ubezpieczeniowe. W obu przypadkach pieniądze zostaną zainwestowane w akcje przedsiębiorstw. I będą zarabiały na wzroście kursu tych akcji oraz na dywidendach z zysku, które przedsiębiorstwa wypłacają swoim udziałowcom. Decyzję o tym, w które dokładnie akcje zostaną zainwestowane pieniądze, podejmują w imieniu klientów tzw. zarządzający, czyli wysoko wykwalifikowani spece od rynków finansowych. Polisy inwestycyjne są nazywane przez fachowców unit-linkami. Są to tak naprawdę inaczej opakowane fundusze inwestycyjne. W ramach unit-linku firma ubezpieczeniowa grupuje pod jednym „parasolem” różne fundusze, między którymi klient może się swobodnie przenosić. W zamian za dostarczenie „parasola” pobiera dodatkową opłatę. Reasumując: unit-link to polisa, która jest tak naprawdę portfelem wielu funduszy inwestycyjnych zapakowanych w jeden produkt (taka odmiana „funduszu funduszy”). Ochrona ubezpieczeniowa jest minimalna. Na rynku dostępne są polisy, w których ochrona na wypadek śmierci wynosi... 1 zł. W ramach polis typu unit-link inwestowane są prawie wszystkie pieniądze, a klient może wybierać z kilkudziesięciu funduszy.

1. Opakowanie, za które zapłacisz
Opakowanie inwestycji w fundusze w umowę ubezpieczenia na życie ma tylko jeden cel – daje korzyści podatkowe. Podatek od zysków kapitałowych (podatek Belki, czyli 19 proc. od zysku) jest naliczany dopiero w momencie wypłaty pieniędzy z programu. W przypadku przenoszenia pieniędzy pomiędzy funduszami w ramach polisy unit-link nie płaci się fiskusowi ani grosza! Gdyby inwestor samodzielnie skakał pomiędzy funduszami, musiałby płacić podatek przy każdej tzw. konwersji pieniędzy. Ale jest i kilka minusów tego typu inwestycji. Opłaty w polisach unit-link (czyli portfelach funduszy) są wyższe niż w przypadku zwykłych funduszy. Bo swoje musi zarobić zarówno sam fundusz, jak i firma ubezpieczeniowa oferująca „parasol”. Poza tym większość tego typu polis jest rozprowadzana przez agentów ubezpieczeniowych, więc i im trzeba odpalić część zysków. Zwykle do agenta trafia cała lub prawie cała kwota wpłacona przez klienta w pierwszym roku inwestowania w unit-link. Inny kłopot z polisą unit-link polega na tym, że jeśli zrezygnujemy z programu przed jego zakończeniem, powiernicy pobiorą tzw. opłaty likwidacyjne, które pochłoną dużą część zysku (ze zwykłego funduszu można wycofać się w każdej chwili, i to bez żadnych opłat).

Przewodnik po domowych finansach 77

Każdy, kto chciałby oszczędzać długoterminowo, np. na przyszłość dziecka lub dostatnią emeryturę, staje przed nie lada dylematem. Obie formy oszczędzania – polisy unit-link i „gołe” fundusze – mają swoje dobre strony, tyle że każda z nich jest przeznaczona dla innej grupy klientów. Polisę unit-link poleciłbym tylko komuś, kto przez wiele lat nie zdołał zgromadzić żadnych oszczędności. Jeśli pieniądze, które są gromadzone na lokatach, prędzej czy później się rozchodzą, jeśli żyjesz chwilą, a oszczędzanie jest dla ciebie abstrakcją, wniosek jest prosty – potrzebujesz bata, który będzie nad tobą stale wisiał. Takim batem jest nakaz wpłacania do polisy określonych kwot i zakaz ich wypłacenia przed upływem np. 10-15 lat. Zapłacisz za to znacznie mniejszym zarobkiem, niż gdybyś oszczędzał w zwykłym funduszu inwestycyjnym. W skrajnych przypadkach dostawca „opakowania” zabierze ponad jedną trzecią zysku. Ale lepiej zarobić mało, niż na starość zostać z pustym portfelem.

2. Nie bierz pierwszej oferty z brzegu!
Nawet jeśli zdecydujesz się na wykupienie polisy inwestycyjnej typu unit-link, nie wybieraj pierwszej lepszej oferty. Pamiętaj, że różnice w opłatach pobieranych przez poszczególne firmy są bardzo duże. Najpopularniejsze dodatkowe obciążenia (poza opłatą, którą pobiera sam fundusz za zarządzanie pieniędzmi) to opłata za zarządzanie portfelem i opłata administracyjna. Zanim cokolwiek podpiszesz – koniecznie policz, ile wyniosą one w skali roku. To pieniądze, które będziesz rok po roku wyrzucał w błoto w zamian za dostarczenie przez firmę „parasola”. Lepiej, żeby tych wyrzucanych pieniędzy nie było zbyt wiele. Druga rzecz to wybór funduszy w ramach polisy unit-link. Jeśli kompletnie się nie znasz na funduszach inwestycyjnych, zawsze możesz wybrać tzw. portfel modelowy, czyli miks skonstruowany przez firmę ubezpieczeniową. Nie jest to żadna zbrodnia, ale doświadczenie pokazuje, że takie portfele modelowe nie zarabiają dla klientów zbyt dużo. Lepiej samodzielnie wybrać dwa lub trzy fundusze w ramach tych, które oferuje dostawca „parasola”. Jak znaleźć najlepsze? Po pierwsze, spytaj doradcę z firmy ubezpieczeniowej, które poleca. Po drugie, znajdź je w internecie i sprawdź, ile zarabiały w poprzednich latach. Po trzecie, porozmawiaj ze znajomymi, którzy inwestują pieniądze w fundusze, może oni coś ci polecą?

78 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

CZĘŚĆ IV: Produkty strukturyzowane, czyli czarna skrzynka
Sztuka inwestowania polega m.in. na tym, by umiejętnie zróżnicować portfel swoich inwestycji – tak żeby nie był uzależniony tylko od polskiego rynku i tylko od jednej klasy aktywów, np. akcji. Są regiony świata bardziej atrakcyjne, jeśli chodzi o inwestowanie tam pieniędzy, niż Polska. Pewnie warto byłoby ulokować choćby niewielką część oszczędności w rynku złota, srebra, ropy naftowej, może opłaciłoby się kupić opcje na wieprzowinę? Niestety, duża część egzotycznych inwestycji (takich jak np. lokaty w kontrakty terminowe na ropę naftową) nie jest dostępna dla prywatnych inwestorów niemających w kieszeni milionów złotych. Niekiedy jedynym sposobem, by zainwestować w coś oryginalnego, jest zakup produktu strukturyzowanego, czyli „paczki”, w której zawarta jest nietypowa inwestycja. Takie produkty, zwane czasami przez bankowców także lokatami strukturyzowanymi albo bardziej pieszczotliwie „strukturami”, można kupić niemal w każdym banku i w większości firm ubezpieczeniowych.

1. Co to jest produkt strukturyzowany?
Mechanizm takich produktów jest prosty: z każdych 100 zł większość pieniędzy – np. 85-90 zł – idzie na zakup bezpiecznych obligacji, które po trzech-czterech latach zapewnią klientowi zwrot zainwestowanych 100 zł. A pozostałe 10-15 zł przeznacza się na zakup tzw. opcji, na których można kilkakrotnie pomnożyć pieniądze albo wszystko stracić. Zyski nie zawsze zależą od koniunktury na giełdzie, można kupić m.in. opcje na pogodę, ceny złota czy brylantów. Banki, pośrednicy i fundusze na wyścigi wprowadzają lokaty strukturyzowane nie tylko ze względu na zapotrzebowanie klientów w złych czasach na giełdzie, ale też i dlatego, że to dla nich kopalnia zysków. Inaczej niż w przypadku zwykłych lokat bankowych czy funduszy są tu duże możliwości pobierania ukrytych prowizji. Wystarczy przeznaczyć na zakup opcji tylko 5 zł zamiast 10 zł. Tańsza opcja to mniejszy potencjalny zarobek klienta, ale ten się o tym nigdy nie dowie, bo mechanizm naliczania zysku z lokaty jest zwykle skomplikowany, a do informacji o tym, jaka opcja została kupiona dla klienta, bardzo trudno dotrzeć. Tak więc ryzyka, że twoje pieniądze zostaną „ubrane” w tanią opcję bez większych perspektyw na zyski, nie unikniesz. Musisz po prostu wliczyć to w inwestycję. Tak samo jak przy każdej innej inwestycji nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka i nie traktuj lokaty strukturyzowanej jak maszynki do zarabiania pieniędzy. Na pewno nie zarobisz kokosów, choć masz szansę na zysk sporo większy niż na lokacie.

Przewodnik po domowych finansach 79

2. Na czym opiera się „struktura”?
W każdej lokacie strukturyzowanej większość pieniędzy idzie na zakup obligacji, ale najważniejsze jest to, jak zostanie zainwestowana pozostała część pieniędzy – te 10-15 proc., które mają zapewnić godziwy zysk. Na pewno będą to opcje, ale jakie? Czy ich wartość zależy od zmian indeksów giełdowych? Jeśli tak, to których? Czy w skład indeksów wchodzą spółki z określonych branż, obszarów geograficznych? A może chodzi o opcje, których wartość zależy od różnicy między wartościami dwóch lub więcej indeksów? Coraz popularniejsze są lokaty oparte na indeksach cen surowców spożywczych (kukurydza, kawa, zboże) lub metali szlachetnych (złoto, brylanty). I rzecz najważniejsza – czy wartość opcji rośnie, jeśli wartość określonego w umowie indeksu rośnie, czy wówczas, gdy spada? A może czasami opcja zarabia na spadkach, a czasami na wzrostach cen? Od czego to zależy? Postaraj się zrozumieć mechanizm działania opcji. To niełatwe, ale w końcu wkładasz w nią swoje ciężko zarobione pieniądze. Ustal, jaka jest sytuacja na rynku, w który zostaną – za pośrednictwem opcji – zainwestowane twoje pieniądze. Sprzedawca będzie oczywiście przekonywał, że perspektywy są świetlane. „Popyt na – tu pada nazwa branży, której dotyczy lokata – rośnie i będzie rósł przez najbliższych kilkadziesiąt lat” – powie. Nie ufaj mu jednak bezgranicznie. Nawet jeśli długoterminowo ceny danego dobra objętego lokatą rosną, to po pierwsze, twoja lokata obejmuje inwestycję tylko kilkuletnią (w tak krótkim okresie wieloletnie trendy wzrostowe nie muszą się sprawdzać), a po drugie, świetlane perspektywy mogą być już wliczone np. w ceny akcji, które są objęte opcją. Poproś sprzedawcę o wykres z informacją, o ile wartości określonych w lokacie indeksów poszły w górę lub w dół w ostatnim roku. I jak kształtowały się np. w ostatnich 20 latach. Jak często szły w górę, a jak często w dół. To ważne, bo dzięki temu określisz swoje szanse na sukces.

3. Jaki jest potencjał zysków?
Zadaniem inwestycji strukturyzowanej jest przyniesienie zysku wyraźnie większego niż zwykła lokata bankowa. Załóżmy, że po czterech latach twoja „struktura” zarobi np. 24 proc. – wbrew pozorom wcale nie będzie to dla ciebie złoty interes. Przez te cztery lata na dobrej lokacie zarobisz prawdopodobnie ok. 22 proc. lub nawet ciut więcej, nie ponosząc w dodatku żadnego ryzyka. A w inwestycji strukturyzowanej pewne ryzyko jednak ponosisz – to ryzyko utraconych zysków. Obiecywane przez sprzedawców zyski zawsze przeliczaj więc na roczne i porównaj z tym, co mógłbyś dostać na lokacie bankowej. Poproś sprzedawcę o informację, ile zarobiłbyś na danej inwestycji strukturyzowanej w przeszłości (każdy sprzedawca ma taką informację na podstawie kilku tysięcy symulacji).

80 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

Widełki zysków będą zapewne spore, więc drąż temat dalej – poproś sprzedawcę o informację, w jakim procencie przypadków lokata nie przyniosła zysków w ogóle. Poproś też o wyliczenie, w jakim procencie przypadków zysk był wyższy niż np. 9 proc. rocznie (lub inna liczba, którą ustalisz sobie jako cel satysfakcjonujący ciebie). A teraz rozważ ryzyko i potencjalne korzyści. Czy wolisz ulokować pieniądze na stały procent w banku i zarobić np. 4-5 proc. rocznie, czy skusić się na produkt strukturyzowany, który w pewnym procencie przypadków w przeszłości dawał np. powyżej 9 proc. zysków, ale też czasem nie dawał zarobić ani grosza?

4. Ten kij ma dwa końce
Oczywiście inwestycje strukturyzowane mają też zalety. Można osiągnąć zysk na rynku kapitałowym z jednoczesnym ograniczeniem ryzyka straty zainwestowanych pieniędzy. W zwykłych funduszach inwestycyjnych można zarobić znacznie więcej, ale nikt nie gwarantuje zwrotu włożonych pieniędzy, gdyby coś poszło nie tak. Ponadto „struktura” – dzięki temu, że częściowo opiera się na inwestycji w opcje – może zarabiać nawet wtedy, gdy tradycyjne rynki akcji spadają. Może to być dobry pomysł na zróżnicowanie portfela i dołożenie do niego elementu, który zamortyzuje straty, gdy na giełdzie panuje bessa. Trzecia zaleta „struktury” to możliwość uzależniania zysku nie tylko od wyników notowanych na giełdach spółek, ale też od notowań towarów czy surowców. Mało kto ma wystarczająco dużo pieniędzy i wiedzy, by samodzielnie kupić opcje lub jednostki funduszy inwestujących w złoto, ropę naftową czy np. kukurydzę. Dzięki produktom strukturyzowanym te rynki zbliżają się na wyciągnięcie ręki do niemal każdego ciułacza. Poza tym zysk z inwestycji strukturyzowanej – inaczej niż w przypadku zwykłych lokat – może być zwolniony z podatku Belki. To dlatego najwięcej jest „struktur” występujących pod postacią polis ubezpieczeniowych. Dochód wypłacany jako świadczenie ubezpieczeniowe jest zwolniony z podatku od zysku (o ile uda się w ogóle jakiś osiągnąć). Można też spotkać „struktury” w opakowaniu certyfikatów funduszy inwestycyjnych (jeśli te fundusze są zarejestrowane w Luksemburgu, a dochód jest wypłacany jako dywidenda, to też nie ma podatku Belki).

Przewodnik po domowych finansach 81

CZĘŚĆ V: Polisy na życie z opcją inwestycyjną. Drogi święty spokój
A może warto połączyć inwestowanie z myślą o przyszłych luksusach z ochroną życia? Polisa powiązana z inwestowaniem na pozór ma bardzo atrakcyjną konstrukcję. Z jednej strony zapewnia wysokie odszkodowanie w przypadku śmierci (a często również ciężkiej choroby) ubezpieczonego, a z drugiej oferuje dodatkową emeryturę, jeśli ów ubezpieczony dożyje określonego wieku. I to właśnie wysoka suma ubezpieczenia na wypadek śmierci odróżnia polisy na życie z opcją inwestycyjną od unit-linków, o których pisałem kilka stron wcześniej. W ramach takiej polisy sam decydujesz, jaką część składki przeznaczysz na ochronę życia, a jaką na inwestycję we wskazany fundusz. Im wyższe jest gwarantowane przez ubezpieczyciela odszkodowanie, tym większa jest też część składki przeznaczana na poczet ryzyka – te pieniądze nie pracują, stanowią jedynie gwarancję dla firmy ubezpieczeniowej, że będzie miała z czego wypłacić świadczenie, jeśli – nie daj Boże – stanie się nieszczęście. Tylko druga część płaconej składki idzie już bezpośrednio na inwestycje w akcje lub obligacje. Zazwyczaj w pierwszym roku to tylko nikły procent naszych oszczędności, w drugim większy, a dopiero w trzecim – 92-95 proc. Jeśli myślisz o wysokich zyskach, zapomnij o takich polisach na życie powiązanych z inwestowaniem. Po latach systematycznego oszczędzania na twoim koncie w firmie ubezpieczeniowej może być nawet mniej pieniędzy, niż wpłaciłeś. Kłania się prosta matematyka: jeśli wpłacałeś 100 zł, ale 50 zł firma zabierała – najpierw na wynagrodzenie agenta, a potem na pokrycie ryzyka wypłaty odszkodowania w przypadku twojej śmierci – to siłą rzeczy zyski osiągałeś tylko z 50 zł, choć wpłacałeś po 100. Te zyski musiałyby być naprawdę duże, żebyś w sumie dostał z powrotem więcej, niż włożyłeś w całą polisę. Zaletą polis inwestycyjnych jest to, że w przypadku twojej śmierci pieniądze zgromadzone na koncie ubezpieczeniowym trafiają do osoby wskazanej w umowie bez konieczności przeprowadzania postępowania spadkowego, a wartość polisy powiększona zostanie o określony w umowie procent lub też sumę wpłaconych składek.

82 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

CZĘŚĆ VI: Zanim pójdziesz po pomoc do doradcy finansowego
Zamierzasz zainwestować pieniądze. Idziesz do doradcy finansowego, aby pomógł ci wybrać najlepsze rozwiązanie. O co pytać? Na co uważać? Jak nie dać się oszukać? Co w praktyce oznacza to, że ktoś mieni się „doradcą finansowym”? Albo raczej: co to powinno oznaczać? Wbrew pozorom nie chodzi tylko o wybór najlepszej lokaty czy funduszu wśród ofert różnych banków, pośrednictwo w wykupieniu polisy ubezpieczeniowej lub pomoc w załatwieniu najlepszego kredytu. Doradca finansowy to ktoś, kto powinien umieć zaplanować twoje domowe finanse. Ustalić, na co i kiedy będą potrzebne pieniądze i w jaki sposób zawczasu je zacząć gromadzić. Łatwo powiedzieć. Związek z doradcą finansowym jest niczym trudna miłość – pełen chwil zwątpienia.

Sześć rzeczy, które powinieneś wiedzieć o swoim doradcy finansowym
Pojawia się i znika... Niestety, większość osób, które nazywają siebie doradcami finansowymi, to zwykli sprzedawcy wynagradzani prowizjami przez banki i firmy ubezpieczeniowe. Wciskają klientom produkt, za który dostają akurat najwyższą prowizję. Nie interesuje ich przyszłość klientów, działają według zasady: „wcisnąć i zapomnieć”. Takich „doradców” się wystrzegaj. W szkole nie miał samych piątek. Nawet jeśli twoimi pieniędzmi zaopiekuje się najlepszy doradca finansowy świata, nic nie zwalnia cię od myślenia. I patrzenia mu na ręce. Doradca finansowy nie ma nic wspólnego z renomowanym doradcą inwestycyjnym, który musiał zdać egzaminy państwowe, uzyskać licencję i podlega kontroli Komisji Nadzoru Finansowego. Tacy eksperci pracują głównie w bankach, biurach maklerskich i firmach asset management i zajmują się pieniędzmi najbogatszych klientów.

A doradca finansowy? Nie musi mieć żadnej wiedzy, nikt nie sprawdza, czy w ogóle
zna się na finansach, odróżnia lokaty od funduszy inwestycyjnych albo umie zbudować finansowy plan dla siebie, nie mówiąc już o swoich klientach. Dlatego, spotykając się po raz pierwszy z doradcą, delikatnie sonduj, jak głęboką ma wiedzę. Zadawaj wszystkie pytania, które przychodzą ci do głowy – te mądre i te niezbyt mądre. Jeśli będzie się gubił w odpowiedziach, to znaczy, że masz przed sobą zwykłego akwizytora.

On popełnia błędy, ty za nie płacisz. Doradca finansowy nie weźmie od ciebie pieniędzy za swoje porady (dostanie tylko prowizję od instytucji finansowej). Doradcy inwestycyjnemu za jego usługi trzeba już zapłacić. Tyle że doradca inwestycyjny ma prawo

Przewodnik po domowych finansach 83

osobiście zarządzać pieniędzmi swoich klientów i odpowiada prawnie za popełnione błędy. A doradca finansowy to tylko twój dobry (bądź zły) druh. Może podpowiedzieć ci pewne rozwiązania, zarekomendować, jak powinien wyglądać twój portfel inwestycyjny. Jednak to ty podpisujesz wszystkie umowy z bankami, firmami ubezpieczeniowymi czy funduszami. Dlatego żadnej rekomendacji doradcy finansowego nie traktuj jako prawdy objawionej. Przemyśl każdy krok, a zanim podpiszesz jakiś dokument, poradź się kogoś.

Jego namiętność szybko gaśnie. Firmy doradztwa finansowego wynagradzają swoich
pracowników głównie za przyprowadzenie nowych klientów (a właściwie ich pieniędzy). Tylko niektóre płacą doradcom również za opiekę nad pieniędzmi starych klientów (ale zwykle niewiele, przynajmniej na początku). Dlatego tylko najlepsi doradcy – tacy z długim stażem lub powołaniem – zajmą się dobrze twoimi pieniędzmi nie tylko na starcie, ale przez lata.

Prowizja jest jego pierwszą miłością. Doradcom finansowym warto patrzeć na ręce
także z innego powodu. O ile na Zachodzie tego typu firmy są rzeczywiście niezależne od banków, o tyle w Polsce jest to niezależność pozorna, bo powstały one za pieniądze banków. Szefowie firm doradztwa twierdzą, że ich bankowe pochodzenie nie ma żadnego znaczenia, bo wszystkie produkty są traktowane tak samo, ale wiadomo, że bliższa ciału koszula... Dlatego jeśli doradca namawia cię głównie do produktów jednej grupy finansowej, powinno zapalić ci się w głowie czerwone światełko.

Woli związki niesformalizowane. Doradca nie podpisze z tobą żadnej umowy, która
precyzowałaby jego obowiązki, a twoje prawa. Dlatego wszystkie ewentualne błędy doradcy idą na twoje konto – on zawsze wykręci się sianem. Niestety, nawet jeśli twój doradca obiecuje, że załatwi za ciebie wszystkie, ale to wszystkie formalności, nie wierz mu na słowo. Żądaj, żeby pokazał ci kopie złożonych w bankach dokumentów z potwierdzeniami ich odbioru, poproś o dane osoby w banku, która zajmuje się twoją sprawą. Doradca nie jest nieomylny, może czegoś zapomnieć, źle wypełnić dokument, zapomnieć o jakimś podpisie.

Sześć rzeczy, których zły doradca nigdy ci nie powie:
„Najchętniej wcisnąłbym ci kredyt z mojego banku”. Doradca finansowy żyje
z prowizji. Jeden bank płaci mu wyższą prowizję, inny niższą. Często najbardziej opłaca mu się sprzedawać produkty, które pochodzą z własnej „rodziny”. Dlatego nie kieruj się wyłącznie tym, co rekomenduje doradca. Zawsze proś, żeby pokazał ci rankingi kredytów i szukaj tych najtańszych. Nie daj się przekonać, że najtańsze kredyty są trudno dostępne, a tylko te, które rekomenduje, są realne. Nie rezygnuj, jeśli doradca powie, że już po dwóch dniach ma pozytywną decyzję kredytową z wybranego przez siebie banku, a z tych, które ty wybrałeś – tańszych – nie ma żadnego sygnału. Zadzwoń do banków i sprawdź, czy doradca przypadkiem nie „zapomniał” wypełnić jakiegoś dokumentu, składając papiery o kredyt.

84 Gdybym był bogaty, czyli jak się zabrać do inwestowania

„Sprzedaż wiązana to dla mnie najlepszy interes”. Mówisz, że chciałbyś zaciągnąć
kredyt hipoteczny, ale od doradcy finansowego dowiadujesz się, że dla bezpieczeństwa powinieneś jednocześnie wykupić program systematycznego oszczędzania. W zasadzie ma on rację – mając kredyt, powinieneś oszczędzać, ale niekoniecznie w ramach tego programu, który poleci ci doradca. Często takie programy są obwarowane licznymi warunkami i wysokimi prowizjami. Dla doradcy sprzedaż kredytu łącznie z programem oszczędzania to szansa na dwu-trzykrotnie wyższą prowizję, więc zapewne łatwo nie odpuści. Nie daj się – oszczędzanie w banku, w obligacjach albo w funduszach inwestycyjnych też jest dobre – nie musisz brać akurat programu inwestycyjnego, który oferuje doradca. A jeśli się na to zdecydujesz, najpierw dokładnie sprawdź wysokość prowizji i ograniczenia w wycofaniu pieniędzy.

„Twoje ryzyko to mój zysk”. Ulokować pieniądze, najlepiej bez ryzyka. Myślisz, że doradca wyjmie tabelkę najwyżej oprocentowanych lokat bankowych? Błąd. Na nich nie zarobi. Większość doradców żyje ze sprzedaży funduszy, polis inwestycyjnych, produktów strukturyzowanych. Dziewięciu na dziesięciu pośredników będzie cię odwodziło od depozytu w banku. Nie daj się zmanipulować. Większość bankowców, pośredników i doradców finansowych dostanie tym wyższą prowizję, na im większe ryzyko wystawi twoje pieniądze. Na przykład sprzedając fundusz inwestujący w akcje, pośrednik może zarobić 5 proc. wpłacanej przez klienta kwoty. A przy funduszach bezpiecznych – tylko 1 proc. Rachunek dla sprzedawcy jest prosty, tym bardziej że nie ryzykuje swoich pieniędzy.

„Jak cię przywiążę, to więcej zarobię”. Najlepszy klient to ten, który zobowiąże się
do wpłacania określonych kwot przez kilka lub najlepiej kilkanaście lat. Od takiego klienta doradca może dostać prowizję równą nawet jego półrocznym wpłatom! Nic dziwnego, że każdy pośrednik będzie ci proponował przeróżne plany systematycznego oszczędzania. Warto systematycznie odkładać pieniądze, ale czy trzeba od razu podpisywać cyrograf na kilkanaście lat, bez względu na warunki i obostrzenia, jakie się z tym wiążą?

„Moje wykresy mają ładnie wyglądać”. Doradca pokazuje ci pięknie rosnące wykresy funduszy azjatyckich albo inwestujących w złoto? Poproś go o wykresy z długiego okresu, np. za kilkanaście ostatnich lat. Bo wykresy na spotkanie z tobą na pewno zostały tak spreparowane, aby więcej było na nich widać wzrostów niż spadków.

„Mam stu klientów, nie mogę wszystkimi się zajmować”. Większość doradców
pozuje na prawdziwych opiekunów klienta. Obiecują, że będą systematycznie doglądać inwestycji. Że zaraz zadzwonią, jak tylko zauważą, że sytuacja na giełdzie się zmienia i trzeba zmienić jeden fundusz na drugi. A jak jest w praktyce? Przeważnie to tylko czcze obietnice. Większość doradców gros zarobku osiąga z pozyskiwania nowych klientów, więc nie mają już czasu, aby opiekować się starymi.

Rozdział IX

Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

86 Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

CZĘŚĆ I: Jak zacząć przygodę z akcjami
W ostatnim rozdziale niniejszego przewodnika po domowych finansach pokażę ci, jak samodzielnie inwestować w akcje. Nie jest to może najprostsze, ale też nie warto się tego przesadnie obawiać. Daj mi i sobie szansę i przeczytaj kilka stroniczek giełdowego ABC. Wbrew obiegowej opinii samodzielne inwestowanie na giełdzie nie musi być dla gracza amatora rosyjską ruletką. Pod warunkiem że będzie się stosował do kilku zasad.

1. Na giełdzie inwestujemy, a nie spekulujemy
Oczywiście parkiet jest miejscem, gdzie w ciągu kilku dni lub tygodni można pomnożyć swój kapitał. Sęk w tym, że najczęściej taki zarobek staje się udziałem graczy najbardziej doświadczonych, najlepiej poinformowanych, żyjących w symbiozie z parkietem od bladego świtu aż do zamknięcia handlu. W dzisiejszych czasach amatorowi trudno jest wygrać ze spekulantami zawodowcami. Ale na pożarcie przez rekiny jesteśmy skazani tylko w krótkim terminie – na dłuższą metę wybór właściwej spółki i pozostanie jej wiernym przez lata może przynieść zyski porównywalne z tymi, które krótkoterminowi spekulanci osiągają dzięki skakaniu z kwiatka na kwiatek.

2. Na parkiecie inwestujemy to, co możemy stracić
Na początek na inwestycje giełdowe przeznacz najwyżej co trzecią złotówkę ze swoich zaskórniaków. I to tylko tych, których nie potrzebujesz na bieżące wydatki i nie będziesz potrzebował w najbliższej przyszłości. Nie ma nic gorszego niż konieczność sprzedawania akcji po niekorzystnym kursie, bo pieniądze są potrzebne np. na zakup samochodu.

3. Nie stawiamy na jednego konia
Tak samo jak przy innych inwestycjach nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka. Choćbyś nie wiadomo jak był przekonany o świetlanych perspektywach jednej, konkretnej spółki, nie wkładaj w jej akcje wszystkich pieniędzy przeznaczonych na inwestycje na parkiecie. Pieniądze podziel choćby na dwie-trzy spółki. A najlepiej na pięć-sześć.

4. Wiemy, w co gramy, bo mamy stop-loss
Na giełdzie najważniejsza jest konsekwencja. Kiedy pod wpływem emocji inwestor zaczyna zmieniać pierwotne plany, zwykle przegrywa. Najczęściej spotykane błędy w inwestowaniu to niechęć do akceptowania straty (jeśli akcje spadną o 10 proc., to nie sprzedajemy ich, bo żal ściska serce, a kilka tygodni później musimy zaakceptować stratę znacznie większą)

Przewodnik po domowych finansach 87

oraz nadmierna pazerność. Zarobiliśmy na danej spółce 30 proc., ale nie sprzedamy jej akcji, bo liczymy na jeszcze więcej. Ale żadna hossa nie trwa wiecznie. Jedną z moich pierwszych inwestycji giełdowych był zakup akcji prywatyzowanego Banku Śląskiego. Mogłem je sprzedać, inkasując kilkunastokrotną przebitkę, ale... uważałem, że to mało. I kilkanaście miesięcy później sprzedawałem te papiery z przebitką „tylko” trzykrotną. Aby się uchronić przed takim „frycowym”, które zwykle płacą początkujący inwestorzy, zastosuj prostą strategię: załóż sobie już na etapie kupowania akcji górny poziom akceptowalnych strat (tzw. stop-loss) i zysków. Po przekroczeniu przez kurs jednego z tych poziomów zamykaj oczy i po prostu pozbywaj się akcji spółki. Nawet jeśli serce i emocje podpowiadają inaczej.

5. Wybieramy spółki, które dobrze rokują
To oczywiście najtrudniejsza część całej zabawy w inwestowanie na giełdzie. Wymarzona spółka powinna kosztować niedużo w porównaniu z zyskami, które generuje, powinna wypłacać co roku sutą dywidendę, jej zyski powinny być z roku na rok coraz wyższe, powinna też wykazywać rentowność z prowadzonej działalności wyższą niż konkurenci działający na tym samym rynku i... powinno ją wyróżniać jeszcze kilka drobiazgów. Przerażony? Niepotrzebnie, w praktyce nie trzeba być inwestycyjnym guru, by znaleźć taką nieodkrytą jeszcze przez nikogo kopalnię zysków. Kiedyś jeden z giełdowych analityków zdradził mi sposób, który stosuje, dobierając spółki do zarządzanego przez siebie portfela. Po prostu idzie do sklepu lub salonu, który oferuje produkty albo usługi danej firmy i... obserwuje. Usiłuje zrozumieć, o co w danym interesie chodzi oraz czy ludzie kupują. Podobno kiedyś zadecydował o sprzedaży akcji sieci odzieżowej głównie dlatego, że... zobaczył w jej salonie pustki w sezonie wyprzedażowym. Tak, w inwestowaniu na giełdzie ważna jest również intuicja. Wybierz akcje spółek, których wyroby cię interesują, jesteś ich fanem i uważasz, że mają wysoką jakość. To oczywiście nie jest jedyny wyznacznik. Kiedy już ustalisz krótką listę kilku spółek, które są w orbicie twoich zainteresowań, trzeba oddzielić ziarno od plew. Wejdź do jakiegoś biura maklerskiego albo zajrzyj do internetu. Poszukaj tam analiz, które na temat interesujących cię spółek napisali specjaliści od zarządzania aktywami. Oczywiście nie namawiam cię do torturowania własnych oczu i czytania ich w całości. Co to, to nie. Ale na kilku pierwszych stronach takiego raportu zwykle zawarta jest najważniejsza wiedza, jaką zdobyli analitycy na temat danej spółki – na podstawie prześwietlania jej finansów, porównań z konkurencją, rozmów z zarządem i wizyt w zakładach spółki. Sprawdź, na ile wyceniają spółkę eksperci. Oczywiście nie traktuj ich analiz jak wyroczni. Oni też mogą się mylić, a ty możesz mieć inne zdanie od nich. I możesz wygrać. Bo – chyba się powtarzam... – na giełdzie liczy się również intuicja.

88 Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

CZĘŚĆ II: Fundamenty i magia wykresów. Ile na giełdzie warta jest złotówka?
Jak to się dzieje, że niektórzy inwestorzy prawie zawsze prawidłowo dobierają akcje do swoich portfeli? Jakimi przesłankami kierują się, kupując lub sprzedając akcje? Podejmując decyzję o zakupie lub sprzedaży akcji danej spółki, musisz ocenić jej atrakcyjność. Cała trudność polega na tym, że na giełdzie najczęściej „kupuje się przyszłość”. A więc spółki, które mają szansę szybko się rozwijać, są droższe od tych, które mają wątłe perspektywy rozwoju. Po prostu w cenę tych pierwszych wliczone jest to, że ich zyski będą rosły. Istnieją dwie szkoły prognozowania zachowań kursu danej spółki w przyszłości. Pierwsza z nich to analiza techniczna, czyli przyglądanie się wykresom i badanie, jak dany kurs zachowywał się w przeszłości. Druga szkoła to analiza fundamentalna, czyli ocena wskaźników ekonomicznych interesującej nas firmy. Wskaźniki oblicza się na podstawie danych rynkowych (np. giełdowych) dotyczących spółki oraz na podstawie sprawozdań finansowych firmy.

1. Fundamenty, czyli w gąszczu wskaźników
Wskaźników jest bardzo dużo, ale my przyjrzymy się tylko kilku najważniejszym. Oczywiście nie będziesz ich próbował liczyć sam. Chodzi tylko o to, żeby nie wzbudzały w tobie przerażenia, kiedy zobaczysz je w analizie spółki, którą przeczytasz w biurze maklerskim lub w internecie. Większość wskaźników nie ma jednej, optymalnej wartości. Dopiero odniesienie ich do wskaźników z poprzedniego okresu lub też do wskaźników obliczonych dla innych firm z tej samej branży pozwala na ustalenie, czy dana spółka jest relatywnie tania, czy droga.

Wskaźnik rentowności aktywów (ROA). Pokazuje, jak efektywnie firma zarządza swoim majątkiem. Im wyższy poziom rentowności aktywów, tym lepsza sytuacja finansowa firmy. Zachodnie banki udzielające kredytów oczekują od firm, aby wskaźnik ten osiągał poziom 2-6 proc. Jednocześnie w małych firmach powinien być wyższy niż w dużych. Stopa zwrotu z kapitału własnego (ROE). Informuje o wielkości zysku netto przypadającego na każdą złotówkę kapitału zainwestowanego przez firmę. Im wyższa jest wartość tego wskaźnika, tym korzystniejsza sytuacja finansowa firmy. Wyższa efektywność kapitału własnego wiąże się z możliwością uzyskania wyższej dywidendy dla akcjonariuszy. Zysk na jedną akcję (EPS). Jeden z najważniejszych wskaźników giełdowych. Określa wielkość zysku przypadającą na pojedynczą akcję. EPS jest wskaźnikiem określającym sytuację spółki na rynku. Cena rynkowej akcji do wartości księgowej (P/BV). Mówi, ile razy wartość spółki na rynku jest większa (mniejsza) od jej wartości księgowej. Gdy P/BV spółki X wynosi

Przewodnik po domowych finansach 89

0,5, znaczy to, że jedną złotówkę jej majątku można kupić za 50 gr. P/BV mniejszy niż 1 oznacza, że cena rynkowa akcji jest na niższym poziomie niż jej wartość księgowa. W praktyce niska wartość wskaźnika zwykle oznacza, że spółka osiąga małe zyski i jej majątek nie jest w pełni wykorzystywany. Gdy majątek takiej spółki jest znaczny, branża zaś stwarza nadzieję na dobre wyniki, poziom wskaźnika P/BV jest ważną informacją dla inwestorów chcących kupić akcje na dłuższy okres. Niski poziom tego wskaźnika może oczywiście świadczyć o kłopotach spółki. Z kolei zbyt wysoka wartość P/BV może oznaczać, że akcje są przewartościowane.

Zasady inwestycyjne Benjamina Grahama,
autora słynnej książki „Inteligentny inwestor”. Zachowawczym inwestorom, niezajmującym się zawodowo giełdą, Graham proponuje wyszukanie spółek, które spełniają poniższe warunki. Wielkość większa niż przeciętna. W warunkach polskiej giełdy ograniczamy się do spółek z WIG20 i kilku innych dużych spółek. Dobra kondycja finansowa. Wskaźnik płynności bieżącej powinien wynosić co najmniej 2, a zadłużenie długoterminowe powinno być niższe od kapitału obrotowego. Stabilność zysków. Przez ostatnie 10 lat spółka nie powinna mieć strat w bilansie rocznym. Regularne dywidendy. Spółka powinna co roku w czasie ostatnich co najmniej 10 lat wypłacać dywidendy. Wzrost zysków. Średni zysk z trzyletniego okresu powinien być większy co najmniej o 33 proc. od zysku z trzyletniego okresu sprzed 10 lat. Wskaźnik ceny do średnich zysków za ostatnie trzy lata powinien być niższy niż 15. A więc wskaźnik P/E powinien być niższy niż 15. Cena do wartości księgowej niższa niż 1,5. A więc wskaźnik P/BV powinien być niższy niż 1,5.

Wskaźnik ceny akcji w stosunku do bieżących zysków (P/E). Określa,
ile razy wartość rynkowa firmy przewyższa wartość wypracowanego w ciągu roku zysku. Wskaźnik ceny do zysku należy do najpopularniejszych i najczęściej stosowanych wskaźników na giełdzie. Niski poziom P/E (grubo poniżej 10) może sugerować, że inwestycja jest korzystna, ponieważ firma osiąga spore zyski przy relatywnie niskiej wycenie rynkowej. Zbyt niski jego poziom sygnalizuje, że akcje spółki są niedowartościowane, i zachęca do taniego ich nabycia. Wysoka wartość P/E (przekraczająca 20) może świadczyć o dużym optymizmie inwestorów, którzy spodziewają się, że spółka będzie szybko zwiększała zyski.

2. Gra emocji, czyli analiza techniczna
Większość inwestorów uważa, że badanie kondycji finansowej spółek to nie wszystko. Że zmiany cen w średnim terminie, czyli trendy, to także wynik emocji inwestorów. A ponieważ zachowania ludzi w określonych sytuacjach powtarzają się, śledzenie wykresów

90 Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

notowań i tworzonych przez nie schematów daje pewne wskazówki co do przyszłych zachowań rynku. To śledzenie zachowań wykresów i ich przewidywanie nazywa się analizą techniczną. Podstawowym założeniem analizy wykresów jest to, że ceny nie zmieniają się chaotycznie i przypadkowo, lecz podlegają określonym trendom. A trendy to po prostu kierunek, w którym podąża cały rynek. Na wykresach trend określa linia przecinająca kolejne, coraz wyższe dołki ceny w wypadku trendu wzrostowego bądź stopniowo opadające cenowe górki, jeśli mamy do czynienia ze spadkowym trendem notowań. Układ dwóch równoległych wobec siebie linii, z których jedna łączy lokalne maksima, a druga minima ceny, to tzw. kanał trendowy, który może być spadkowy bądź wzrostowy. Jednak nie zawsze ceny stopniowo i konsekwentnie rosną bądź spadają, bywa, że przez dłuższy czas rynek nie może się zdecydować na zwyżkę lub spadek, a kursy lub indeksy falują, nie schodząc poniżej pewnego minimum i nie wzrastając powyżej okresowego maksimum. Wtedy mówimy o trendzie horyzontalnym, inaczej bocznym. Trendy można też klasyfikować przez pryzmat czasu ich trwania, określając jako krótko-, średnio- i długoterminowe. Trend może się zmienić, jeśli kurs wybije się z danego kanału trendowego. Dla analityków technicznych jest to zwykle sygnał, by coś z akcjami zrobić. Jeśli np. spadający do tej pory kurs wybija się z trendu spadkowego, zazwyczaj jest to przyczynek do decyzji o zakupie akcji. Analitycy wykresów przekonują, że to, iż wydają się tanie, nie znaczy, że nie będą jeszcze tańsze. A o tym wszystkim najczęściej nie przesądzają względy ekonomiczne (czyli np. wyniki finansowe spółki), lecz emocje inwestorów, które widać właśnie w analizie wykresów.

CZĘŚĆ III: Kup, nim inni zauważą. Inwestujemy na rynku pierwotnym
Akcje giełdowych spółek można kupować bezpośrednio na parkiecie albo w ofercie publicznej, czyli jeszcze zanim zadebiutują w normalnym handlu. Ten drugi sposób bywa wyjątkowo dobry dla początkujących inwestorów. O tym, że na spółce, która dopiero przygotowuje się do debiutu, można często nieźle zarobić, wiedzą wytrawni menedżerowie tzw. funduszy inwestycyjnych typu private equity. Oni wypatrują firm, które są niezauważonymi przez nikogo żyłami złota, kupują ich udziały, rozwijają i potem wprowadzają na giełdę. Zarobek z takiej „obróbki” przedsiębiorstw zwykle sięga 20 proc. w skali roku. My, zwykli inwestorzy indywidualni, uczestnikami tego typu funduszy być nie możemy (choć zdarzają się fundusze przyjmujące wpłaty od inwestorów „z ulicy”, a nie tylko od tych wybranych). Ale każdy z nas może kupować akcje spółek w ofertach publicznych,

Przewodnik po domowych finansach 91

czyli tuż przed ich debiutem na giełdzie. Firmy, które w ten sposób sprzedają swoje akcje, zwykle poszukują pieniędzy na rozwój działalności. A to oznacza, że powinny dyktować inwestorom atrakcyjną cenę. Niższą od tej, która ukształtuje się potem, kiedy akcje wejdą na giełdowy parkiet. Dla mało doświadczonych inwestorów zakup akcji przed ich wejściem na giełdę jest zwykle bezpieczniejszy niż inwestowanie w spółki już notowane na parkiecie. Ale nawet jeśli w ofercie publicznej swoje akcje sprzedaje pewniak do zarobku, nie można sobie pozwolić na kupowanie jego akcji w ciemno.

1. Pierwotnie jest bezpieczniej
Kupowanie akcji na rynku pierwotnym – czyli jeszcze przed ich wejściem na giełdę – jest zwykle bezpieczniejsze niż inwestowanie w spółki już notowane na parkiecie. Choćby dlatego, że nie musimy wybierać wśród dwóch setek notowanych przedsiębiorstw, szukając najlepszej inwestycji. Skupiamy się na jednej spółce, której akcje są akurat oferowane na rynku pierwotnym. I oceniamy, czy są one tanie, czy drogie. Im tańsze, tym większa szansa na to, że da się na nich zarobić, kiedy już wejdą na parkiet. Najpewniej jest kupować akcje od ministra skarbu. Wówczas mamy pewność, że kupujemy dobry towar. Oczywiście możemy zań przepłacić (minister jest przecież zainteresowany, żeby uzyskać jak największe wpływy do budżetu), ale na pewno nie wpadniemy na minę – spółkę, która na pierwszy rzut oka ma świetne wyniki, a przy bliższym poznaniu okazuje się bankrutem...

2. Słuchaj ministra, czekaj na dywidendy
Oferty prywatyzacyjne to jedyna okazja, żeby się potargować o cenę akcji. Prywatnym spółkom zależy tylko na tym, by sprzedać akcje jak najdrożej. Minister musi też dbać o to, żeby społeczeństwo się bogaciło. Inwestorzy indywidualni od czasu do czasu mogą więc liczyć na specjalne względy. Np. cena, którą zapłacą, będzie niższa od tej, która zostanie podyktowana inwestorom instytucjonalnym. Z punktu widzenia niezbyt doświadczonego gracza najlepiej, kiedy spółka zadeklaruje, iż będzie wypłacać coroczną dywidendę, czyli podzieli się zyskami ze swoimi akcjonariuszami. Taka dywidenda może stanowić nawet kilka procent ceny akcji! A więc niezależnie od tego, jak się zmienia kurs, inwestor co roku dostaje do kieszeni kilka procent od zainwestowanej kwoty. A jeśli przy okazji zarobi na rosnącym kursie akcji – to tym lepiej!

3. Szybkie ryzyko czy długoterminowa inwestycja?
Giełda nie jest najbezpieczniejszym miejscem dla krótkoterminowych spekulacji. Im dłużej zamierzasz trzymać akcje, tym mniej ryzykujesz, kupując je w ofercie publicznej.

92 Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

Więcej ryzykują inwestorzy kupujący akcje w ofercie tylko po to, by je sprzedać z zyskiem na jednej z pierwszych sesji po debiucie giełdowym. To, z jakim przebiciem zadebiutują akcje (albo z jaką stratą...), zależy bowiem nie tylko od tego, czy firma jest dobra, czy zła, ale też od bieżącej koniunktury na giełdzie. Jeśli w danym dniu inwestorzy sprzedają na giełdzie akcje, by zainwestować je np. na rynku obligacji, to pechowy debiutant też może mieć słaby start. Oczywiście im większe było zainteresowanie akcjami w ofercie, tym większa jest szansa na udany debiut. Jeśli inwestorzy, którzy nie nasycili swojego popytu, będą dokupować akcje po debiucie, zapewne wywindują kurs powyżej ceny z oferty. Szansa na kilkuprocentowy zysk po debiucie zwiększa się też wtedy, kiedy inwestorzy indywidualni w ofercie kupowali akcje taniej niż instytucje. Tak naprawdę to one decydują o cenie rynkowej akcji na giełdzie.

4. Poznaj spółkę, czytaj prospekt
Chcąc kupić akcje spółki, która zamierza zadebiutować na giełdowym parkiecie, trzeba zapisać się na nie w biurze maklerskim. Informację o tym, które biura maklerskie pośredniczą w składaniu zapisów oraz gdzie można zadeklarować zakup akcji, zawiera prospekt emisyjny spółki, czyli podstawowy dokument, w którym spółka zapisuje wszystko, co inwestorzy powinni wiedzieć na jej temat. Poza wiadomościami na temat samej sprzedaży akcji w prospekcie jest przedstawiona strategia rozwoju firmy oraz – co najważniejsze – są rozpisane wszystkie tzw. czynniki ryzyka, czyli potencjalne zagrożenia dla inwestorów, którzy kupią akcje. Z tą częścią prospektu warto się zawsze uważnie zapoznać. Jeśli nie posiadasz rachunku inwestycyjnego w biurze maklerskim, to pierwszym krokiem do swobodnego dysponowania swoimi akcjami jest podpisanie umowy o otwarcie rachunku inwestycyjnego (zwanego potocznie maklerskim lub brokerskim) oraz wpłata kwoty na zadeklarowaną liczbę akcji. Rachunek inwestycyjny składa się z dwóch części – rachunku papierów wartościowych (na którym gromadzone są papiery wartościowe) oraz rachunku pieniężnego (gromadzone są na nim pieniądze, za które chcemy kupić akcje). Cena akcji jest zwykle ustalana w ostatniej chwili. Składając zapis, inwestor wie tylko, w jakich widełkach może się zawrzeć cena. Na rachunek maklerski wpłaca kwotę taką, jaka byłaby potrzebna, gdyby ustalona cena akcji pochodziła z górnych widełek podanych przez spółkę. O tym, ile wynosi cena akcji w ofercie publicznej, decyduje zwykle tzw. book-building, czyli budowanie księgi popytu na akcje. Ma to na celu określenie zainteresowania największych inwestorów zakupem akcji firmy, a także pomaga ustalić cenę dopasowaną do popytu inwestorów. Po zamknięciu zapisów pozostaje nam tylko sprawdzenie, na jakim poziomie została ustalona ostateczna cena akcji i czy liczba przydzielonych papierów nie została zredukowana (czyli zmniejszona z uwagi na popyt znacznie przewyższający podaż). A potem czas na trzymanie kciuków za udany debiut na giełdzie.

Przewodnik po domowych finansach 93

CZĘŚĆ IV: Giełdowe mądrości ludowe
„Giełdę nie tylko dla orłów” zakończę krótkim przeglądem złotych zasad inwestowania na parkiecie. Niektóre potraktuj z przymrużeniem oka, ale przeważnie w tych giełdowych powiedzeniach jest znacznie więcej niż ziarnko prawdy. Są one niczym mądrości ludowe przekazywane sobie nawzajem przez inwestorów z pokolenia na pokolenie. Bo rynek akcji rządzi się swoimi sprawdzonymi zasadami, które wykraczają poza analizę fundamentalną i techniczną. Ich źródłem są wieloletnie doświadczenia inwestorów. Pomagają one podejmować rozsądne decyzje inwestycyjne niezależnie od tego, czy na rynku króluje hossa, czy trwa właśnie wieloletnia bessa (tfu, tfu, żeby nie zapeszyć).

1. „Na giełdzie większość nigdy nie ma racji”
Kupuj wtedy, gdy wszyscy chcą sprzedać, sprzedawaj, gdy wszyscy kupują. Największe zyski przynoszą inwestycje w dołku bessy, gdy poziom pesymizmu jest rekordowo wysoki. Tak było wczesną wiosną 2003 r., kiedy trwała wojna w Iraku. Giełdy przeżywały głęboki kryzys, który był wynikiem globalnego spowolnienia po pęknięciu spekulacyjnej bańki internetowej w 2000 r. oraz serii skandali finansowych i oszustw księgowych, których symbolem stał się upadek w USA potężnej firmy energetycznej Enron i telekomunikacyjnego WorldComu. Nasz indeks WIG20 liczył wówczas ok. 1150 pkt, a grupa aktywnych inwestorów giełdowych pod względem liczebności przypominała bardziej kółko miłośników modeli latających. Właśnie wtedy WIG20 rozpoczął ponadczteroletni marsz w górę, który okazał się największą hossą w historii naszej giełdy i przyćmił zarówno dziewiczą hossę z 1993 r., jak i internetową z 2000 r. Pod koniec października 2007 r. WIG20 osiągnął szczyt – ponad 3900 pkt, czyli zyskał 240 proc. Historia powtórzyła się w 2008 r. Po krachu cen akcji, które w kilka miesięcy straciły po 60-70 proc. wartości, większość analityków zastanawiała się, jak głęboko jeszcze pchnie spółki w otchłań światowy kryzys finansowy. Kiedy WIG20 zbliżył się do daty bitwy pod Grunwaldem, czyli poziomu 1410 pkt, nastąpiło niespodziewane odbicie. Przez kilka kolejnych miesięcy mówiono, że to tylko korekta, że bessa musi wrócić. Ale po dwóch latach WIG20 dotarł do 2750 pkt. Kto wtedy zamknął oczy i kupił akcje – niemal podwoił swój kapitał. Takich odważnych inwestorów było oczywiście niewielu, bo wygrać ze strachem przed ryzykiem nie jest łatwo.

2. „Trend is your friend” (Trend jest twoim przyjacielem)
Kiedy akcje spółki zaczynają drożeć, w głowie każdego inwestora rodzi się pytanie: jak długo może to potrwać? Czy sprzedawać z zyskiem 10-proc., 100-proc., a może 1000-proc.? Nie

94 Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje

należy zadawać sobie takiego pytania. Silny trend wzrostowy może trwać latami, przerywany okresowymi korektami. Na samym szczycie kursu mało komu udaje się sprzedać. Jednak załamanie trendu wzrostowego będące sygnałem do sprzedaży będzie dobrze widoczne. Wyśrubowane akcje zaczną tanieć, nawet jeśli spółka będzie chwalić się dobrymi wynikami. Kiedy trend się załamie, można sprzedać papiery np. z 20-30-proc. stratą do szczytu, ale w zapasie często ma się setki, a nawet tysiące procent zysku.

3. „Sell in May and go away”
Na giełdzie, gdy nadchodzi lato, przynajmniej teoretycznie powinien być sezon ogórkowy, bo inwestorzy wyjeżdżają na wakacje. Obroty są niskie, zmiany cen niewielkie, a wykres indeksu płaski jak stół. Dlatego obiegowa opinia mówi, że najlepiej w maju sprzedać papiery i wrócić na rynek we wrześniu, gdy wypoczęte rekiny znowu rzucą się w wir handlu. Ta zasada nie zawsze się sprawdza, ale najbardziej przesądni gracze giełdowi nigdy nie wyjeżdżają na wakacje z akcjami w portfelu.

4. „KISS!”
Niestety, nie ma nic wspólnego z całowaniem. To skrót popularny w londyńskim City: „Keep it simple stupid!”. W wolnym tłumaczeniu: „Bierz to prosto, głupcze!”.Oznacza, że na giełdzie nie ma co kombinować, dzielić włosa na czworo i wdawać się w matematyczne dywagacje o wskaźnikach. Jak zaczęła się hossa, to trzeba kupować. Jak bessa – sprzedawać.

5. „Nie łap spadającego noża”
Ta przestroga oznacza, że kupowanie akcji, które gwałtownie tanieją, obarczone jest ryzykiem. Można się przy tym porządnie pokaleczyć, czytaj: kupić akcje, których wartość nadal później będzie spadać. Często wielu inwestorów, widząc, że akcje potaniały np. o 10 proc., rzuca się na zakupy, a potem z niedowierzaniem obserwuje, jak akcje nadal spadają i spadają. W czasie kryzysu 2007-08 mieliśmy spektakularny pokaz „łapania spadającego noża” przez najsłynniejszego inwestora świata Warrena Buffetta. Pod koniec września 2008 r., świeżo po upadku Lehman Brothers, kupił on za 5 mld dol. akcje jednego z dwóch ocalałych banków inwestycyjnych z Wall Street – Goldmana Sachsa. Poszedł kompletnie pod prąd, czym zaszokował światowe rynki. Jednak kto pod koniec września, naśladując Buffetta, również kupił akcje, dziś raczej liczy straty, i to znaczne. A sam Buffett? Być może „złapał spadający nóż”, bo jest długodystansowcem. Zwykł mawiać, że jego ulubionym horyzontem inwestycyjnym jest... wieczność.

Przewodnik po domowych finansach 95

6. „Nawet zdechły koń się odbije,
jeśli się go zrzuci z dachu”
Na giełdzie oznacza to, że chwilowo podrożeć może każda, nawet najgorsza spółka pogrążona w największych tarapatach finansowych i mająca za pasem ogłoszenie upadłości. Staje się często celem rasowych spekulantów, którzy liczą na to, że kupione w dołku akcje uda im się odsprzedać drożej innym inwestorom przyciągniętym chwilowym odbiciem kursu.

7. „Kupuj plotki, sprzedawaj fakty”
Kursy akcji są bardzo wrażliwe na nowe, często sensacyjne informacje. Wiele z nich pojawia się jako plotki, nieoficjalne doniesienia prasowe czy przewidywania. Jeśli inwestorzy spekulują, że spółka ogłosi dobre wyniki finansowe, to kupują pod to akcje dużo wcześniej, niż spółka poda raport. Gdy wreszcie ujrzy on światło dzienne, nawet jeśli wyniki są zgodne z oczekiwaniami, to akcje często tanieją, bo o tym fakcie wiedzą już wszyscy. Prześledź zachowanie inwestorów przed kluczowymi decyzjami, np. banków centralnych o zmianach stóp procentowych. Jeśli ceny idą w górę, bo spodziewana jest korzystna dla rynku akcji obniżka stóp, to bardzo prawdopodobne, że już po podjęciu tej decyzji indeksy będą dołować. Chyba że decyzja będzie zaskoczeniem, bo obniżka będzie głębsza.

ISBN 978-83-268-0131-0 Kod kreskowy dla „Gazety Wyborczej” i książki

Partner akcji:

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->