P. 1
Kociewski Magazyn Regionalny Nr 9

Kociewski Magazyn Regionalny Nr 9

|Views: 1,254|Likes:
Kociewski Magazyn Regionalny - do numeru 10 była to publikacja seryjna Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim i Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiej. W roku 1994 nie ukazywał się, a od 1995 r. wydawca, Kociewski Kantor Edytorski, jest sekcją wydawniczą MBP w Tczewie.
Kociewski Magazyn Regionalny - do numeru 10 była to publikacja seryjna Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim i Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiej. W roku 1994 nie ukazywał się, a od 1995 r. wydawca, Kociewski Kantor Edytorski, jest sekcją wydawniczą MBP w Tczewie.

More info:

Published by: Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie on Dec 09, 2011
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

06/21/2015

pdf

text

original

DRUKARNIA

Aleksandra Mielewczyk i Jerzy Strzeszyński 83-110 Tczew ul. Wąska 11 Tel.31-04-37
poleca swoje usługi w zakresie wykonywania druków jedno i wielobarwnych druki akcydensowe papiery firmowe etykiety na opakowania druk papieru pakowego A-B-3 ogłoszenia, plakaty, broszury, instrukcje, foldery, karty gwarancyjne, gazety, czasopisma A-B-3

Wykonuje usługi z materiałów powierzonych i własnych oraz świadczy usługi introligatorskie

Zapewniamy

krótkie

terminy

OKAZJA
TANIEJ NIŻ NA XERO CENY KONKURENCYJNE

2 Z redakcyjnego biurka DRODZY CZYTELNICY 4 Rozmowa J.M. Ziółkowskiego z posłem J. Kulasem CZŁOWIEK MUSI BYĆ WIERNY PODSTAWOWYM WARTOŚCIOM 8 Edward Breza JÓZEF WYBICKI I JEGO PIŚMIENNICTWO 13 Aleksandra Elszkowska-Maciejewska WILKIERZ KRÓLEWSKIEGO MIASTA TCZEWA Z 1599 ROKU 15 Przekład WILKIERZA 31 Kazimierz Ickiewicz KASZTEL JOANNITÓW 38 Ks. Jan Sajewicz OMI GŁOS MAJĄ SIEROTY (1) 46 Jerzy Krzyś ENKLAWA BORZECHOWSKA 50 Jan A. Kamiński KS. GÓRNOWICZ Z KOCIEWIA 51 Mirosław Lorch SANKTUARIUM W ŚWIECIU 56 Roman Landowski VERBUM ZNACZY SŁOWO 58 Katarzyna Kamińska-Walkiewicz POMORSKIE ATENY 66 Leon Libiszewski DROŻYZNA W TCZEWIE W 1933 ROKU 67 Elwira Kamień POCZĄTEK ISTNIENIA 70 Malrena Klinowska LEKARSTWO NA SAMOTNOŚĆ 72 Kazimierz Ickiewicz WSPÓŁCZESNA SZTUKA LUDOWA KOCIEWIA 74 Nasze promocje ANETA KOZŁOWSKA © MONIKA ORZESZEK Sagi rodzinnej cz. 2

Czasopismo Towarzystwa Miłośników Ziemi Kociewskiej w Starogardzie Gdańskim oraz Towarzystwa Miłośników Ziemi Tczewskiej w Tczewie PL ISSN 0860-1917 Wydano przy pomocy finansowej Rad Miejskich Starogardu Gdańskiego i Tczewa KOLEGIUM PROGRAMOWE Edmund Falkowski (przewodniczący), Józef Golicki; Andrzej Grzyb, ks. dr Henryk Krenczkowski, Tadeusz Kubiszewski, Roman Landowski, dr Józef Milewski, dr Maria Pająkowska, Ryszard Szwoch, Romuald Wentowski (z-ca przewodniczącego) Józef Ziółkowski REDAGUJĄ Roman Landowski Wanda Kołucka Danuta Stelmach redaktor naczelny sekretarz redakcji współpr. redakcji technicznej

stali współpracownicy Regina Jeszke Golicka i Jan Wałaszewski - graficy Henryk Spychalski i Stanisław Zaczyński - fotoreporterzy przedstawiciele regionalni Bogusław Faltynowski (Starogard Gd.), Jan A. Kamiński (Świecie), Andrzej Solecki (Gniew), Marek Śliwa (Nowe) WYDAWCA Kociewski Kantor Edytorski Tczew - Starogard Gdański Sekcja Wydawnicza Tczewskiego Domu Kultury ADRES REDAKCJI I WYDAWCY 83-100 Tczew, ul. Kołłątaja 9, tel. (069) 31 04 64
Redakcja zastrzega Sobie prawo dokonywania skrótów, zmiany tytułów oraz poprawek stylistyczno - językowych; w tekstach. pub licowanych. Za treść ogłoszeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności Na okładce: Montaż Widoki miast Kociewia; konkurs patrz str. 93 Nakład 2.500 egz. Objęt. 6,5 a. druk. form. B Drukarnia: Wydawictwo Diecezjalne w Pelplinie Skład komp.: Joanna Jendernalik; Montaż: Mariola Piątek. Oddano do składania 15.XI. i 1991; druk ukończono w lutym l992r.

76 Henryk Lemka JUŻ DOROSŁY

82 O. Mirosław Kropidłowski SVD ŻYCIE RODZINNE 86 Józef Weltrowski „GŁOS SERCA POLSKIEGO" • cz. 3

91 Jan A. Kamiński CUKROWNIA ŚWIECIE 93 Konkurs z okładki WIDOKI MIAST KOCIEWIA 95 W kuchni i przy stole WIGILJNA WIECZERZA 97 Anna Łajming BAL W „ESPLANADZIE" (Mój dom) 99 KORZEC OSOBLIWOŚCI • Ze szkolnej ławki sprzed lat • Ważniejsze wydarzenia z dziejów Świecia • Humor — anegdoty

DRODZY CZYTELNICY
Po sześciu latach nieregularnego ukazywania się naszego pisma, podejmujemy ryzyko przekształcenia go w rzeczywisty periodyk. Dotychczas „Kociewski Magazyn Regionalny" korzystał z formuły publikacji nieokreślonej częstotliwości, trafiając do rąk Czytelników w różnym czasie. Osiem wydanych numerów ukazało się w zależności od posiadanych środków finansowych i wydolności redakcyjnej. Od 1992 roku chcemy być regularnym kwartalnikiem. Nowa formuła, oprócz stałej częstotliwości, przyniesie kilka korzystnych zmian, wpływających zarówno na kształt zewnętrzny pisma, jak i jego zawartość. Zmieniamy format i szatę graficzną. Poprawiamy poziom poligraficzny i na miarę naszych możliwości wygląd estetyczny. Chcemy być pismem jeszcze bardziej lubianym i przydatnym. Rozszerzamy także zakres tematyczny. Dominować nadal będzie regionalna problematyka kociewska, wzbogacona jednak o zagadnienia ogólnopomorskie. Ponieważ jesteśmy magazynem, więcej miejsca poświęcimy treściom o popularnym znaczeniu, trochę dla zrelaksowania, trochę celem poszerzenia wiedzy. Ten numer, dziewiąty z kolei, jest jakby numerem przejściowym, ukazującym się na pograniczu dwóch etapów redakcyjnych. Wydany jako ostatni o nieokreślonej częstotliwości, kształtem swym zapowiada przyszły okres regularnych kwartalników. Odtąd wydawany będzie w takiej właśnie postaci, w dalszym ciągu służąc — mamy taką nadzieję — głównie Czytelnikom regionu kociewskiego. Zmiany te nie były możliwe bez życzliwego wsparcia tych, którzy pospieszyli nam z pomocą. Pragniemy serdecznie podziękować kierownictwu Wydawnictwa Diecezjal­ nego w Pelplinie, za wyrażenie zgody na realizację procesu poligraficznego w swojej drukarni. Liczymy również na dalszą pomoc dotychczasowych sponsorów — Rad Miejskich w Starogardzie Gdańskim i w Tczewie. Może wysiłki nasze wesprzą też inni mecenasi. Wiemy, że jesteśmy potrzebni mieszkańcom Kociewia. Pismo zdobyło liczne grono wiernych Czytelników, współpracujących autorów, a także niezłe oceny ośrodków opiniodawczych. Ta przychylność mobilizuje do dalszych starań o to, by „Kociewski Magazyn Regionalny" utrwalał swoją pozycję kulturotwórczą w środowisku. Frag­ menty niektórych wypowiedzi naszych sympatyków drukujemy w tym numerze. Nie narzekamy na brak tematów, w teczkach redakcyjnych czeka na opublikowanie wiele materiałów. Łamy nasze są dostępne dla wszystkich, którzy pragną opisać swoją ziemię najbliższą. Czytelnikom i sobie życzymy, by pismo nasze żyło nadal.

2

KMR

Kilka powodów skłoniło nas do uzupeł­ nienia wstępnego tekstu „Z redakcyjnego biurka". Sytuacje zmieniają się dzisiaj szybko, a skoro jest ku temu możliwość, postanowiliśmy podzielić się nimi z Czytel­ nikami. Pierwsza informacja napawa optymiz­ mem. W listopadzie 1991 roku odbyło się w Starogardzie Gdańskim spotkanie Pre­ zydentów obu wspierających nas miast: Starogardu i Tczewa — z udziałem posła Jana Kulasa oraz Przewodniczących Rad Miejskich, członków Zarządów Miast, przedstawicieli obu stowarzyszeń regional­ nych i redakcji — na którym podjęto ważną decyzję, istotną dla dalszej egzystencji na­ szego pisma. Partnerzy ze Starogardu zna­ cznie zwiększyli swój wkład finansowy w utrzymywanie „Kociewskiego Magazynu Regionalnego". Pierwsza otrzymana po­ moc pozwoliła nam uregulować zadłużenia wypłat honorarium dla autorów tekstów dwóch poprzednich numerów. W tym miejs­ cu władzom Starogardu Gdańskiego skła­ damy serdeczne podziękowania. Jeżeli uzgodnione dotacje na bieżący rok staną się faktem, to „Kociewski Magazyn Regional­ ny" rzeczywiście bez obaw będzie mógł się przekształcić w regularny kwartalnik. Ra­ dom i Zarządom obu miast pragniemy przekazać wyrazy wdzięczności, także w imieniu wiernych Czytelników. Na tymże spotkaniu obiecaliśmy, że ten numer — za 1991 rok — ukaże się jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Ale się nie ukazał. Zmiana drukarni i trybu czyn­ ności redakcyjnych przewyższyły nasze skromne możliwości w trakcie opracowy­ wania numeru. Nie chcemy się tłumaczyć, co bezpośrednio było tego powodem, ale wiedząc, że numer nie trafi do rąk Czytel­ ników do końca grudnia, postanowiliśmy wycofać większość okolicznościowych ma­ teriałów świątecznych (wykorzystamy je w tym roku!) i znacznie przeredagować ten numer. Dzisiaj wiemy, że na skutek tego niefortunnego opóźnienia, następny numer w konsekwencji będzie łączony: 1—2/92

(wiosna - lato), a potem — gdy przyswoimy sobie nowe uwarunkowania organizacyj­ no-techniczne — następne numery powinny się ukazywać już regularnie. Przy tej okazji musimy również podzielić się tym, o czym dotąd nigdy jeszcze nie pisaliśmy. Mamy ogromne kłopoty etato­ we. Pismo nasze przed laty rozpoczynało swój żywot przy obsadzie dwóch pracow­ ników redakcyjnych. Potem udało się nam zespół powiększyć do czterech etatów. Przez ostatnie dwa lata naciski oszczędnoś­ ciowe doprowadziły do tego, że obecnie (od października 1991) pracujemy siłami 1,5 etatu. Zdecydowali o tym ci, którzy praw­ dopodobnie nie wiedzą ile wysiłku wymaga przygotowanie jednego numeru. A warto pamiętać, że wykonujemy te same czynno­ ści co i dawniej, tzn. redagujemy również publikacje zwarte, wydawane przez Kocie­ wski Kantor Edytorski. Nie skarżyliśmy się nigdy, ale naruszenie obecnego, bardzo skromnego stanu organi­ zacyjnego redakcji lub wstrzymanie dopły­ wu dotacji spowoduje śmierć „Kociewskie­ go Magazynu Regionalnego". Walczyć bę­ dziemy do końca. Skoro zaczęliśmy uczyć miłości do ziemi najbliższej, nie zamierza­ my łatwo z tej wdzięcznej niwy ustąpić. Nie tracimy nadziei, bo mamy co drukować i jeżeli tylko nie zawiedzie życzliwość wspie­ rających nas finansowo, „KMR" będzie się ukazywał. Nawet na przekór dziwnym dzi­ siaj czasom i ludziom, traktującym z pogar­ dą wartości kultury regionalnej. Ponawiamy apel do potencjalnych spon­ sorów. Dotąd nie objawił się jeszcze żaden mecenas. Korzystamy jedynie z pomocy Rad Miejskich Tczewa i Starogardu Gdań­ skiego. Po raz kolejny dziękujemy. Obec­ ność naszego pisma w życiu społecznym regionu jest świadectwem troski tych samo­ rządów o zachowanie podstawowej formy upowszechnienia dorobku duchowego mie­ szkańców. Wierni tej idei zamierzamy uka­ zywać się nadal. REDAKCJA

KMR

3

4

KMR

— Jak ocenia Pan program gospodarczy po­ przedniej rady, Miejskiej Rady narodowej? Z tego co można zaobserwować nasuwa się wniosek, że obecna Rada Miejska stara się kontynuować wiele punktów dawnego programu. — Pozostawmy może na chwilę tematykę gos­ podarczą. Myślę, że drugim zarzutem było i to, że w tamtych warunkach ówczesna rada nie próbo­ wała się odwołać do szerszej społeczności. Zanim się ukonstytuował Komitet Obywatelski, zgłasza­ liśmy szereg problemów do Miejskiej Rady Naro­ dowej, część z nas chciała wesprzeć tamten samo­ rząd. Można było jednak odnieść wrażenie, że tamta rada bazowała na swoich przedstawicie­ lach. Wracając do pytania o obecnej Radzie Miejskiej przyznać muszę, że jest to trudna odpowiedź. Były wielkie oczekiwania, dużo obiecywaliśmy w pro­ gramie wyborczym, może nawet nadmiernie, ale takie były czasy i potrzeby. Chcieliśmy szczerze przedstawiony program zrealizować. Realia gos­ podarcze okazały się inne, trudniejsze. Mam świa­ domość, że wyniki są skromne, budzi to dość znaczne niezadowolenie społeczne. Trzeba doko­ nać sporo zasadniczych zmian w przyszłości. — Konkretniej, Panie Pośle! W czym osiągnięto sukces w ciągu tych dwóch lat? — Między innymi w prywatyzacji handlu. W średnim stopniu zaawansowano prace dotyczą­ ce prywatyzacji przedsiębiorstw. Udało się nawią­ zać współpracę z miastem Witten w Niemczech. Próbujemy rozszerzyć stan bezpieczeństwa w mie­ ście, powstanie bowiem Straż Miejska. Ważną też sprawą jest przywrócenie wielu tradycji patrioty­ cznych, chrześcijańskich. Dzisiaj są to sprawy oczywiste, ale jeszcze trzy lata temu były one trudne do zrealizowania. — Czy nie uważa Pan, że zmiany zapocząt­ kowane przez „Solidarność" u wielu uczciwych ludzi, którzy należeli do innych orientacji politycz­ nych, spowodowały dużo goryczy, żalu? Przecież nie zawsze metody walki, stosowane przez siłę zwycięs­ ką, były uczciwe. Pod presją „Solidarności" odeszło wielu dyrektorów tczewskich zakładów pracy. Ci nowi dyrektorzy też nie mają większych szans. Nie sprzyja im nowa polityka gospodarcza rządu. Po­ wstaje coraz większe bezrobocie, nie rozwija się przemysł. Miastu brakuje środków na utrzymanie tego, co powstało w 40 leciu. — Z tą oceną zgodzić się mogę tylko częściowo; jest demokracja, więc możemy się różnić w poglą­ dach. Nie jest ścisłym stwierdzenie, że wymieniliś­ my wszystkich dyrektorów. W dobrych przedsię­ biorstwach, m. in. w „Predom-Metrix", Stoczni Rzecznej zostali dyrektorzy z dużym doświadcze­ niem, konkretnymi sukcesami. Zmiany dotyczyły tych dyrektorów, którzy nie wykazywali więk­ szych osiągnięć. Jeśli chodzi o oświatę, to w grę wchodziła kwestia wychowania młodego pokole­ nia. Nacisk ideologiczny poprzedniego systemu był tak duży, że uznaliśmy, iż w niektórych przy­ padkach wymiana dyrektorów była konieczna. — Panie Pośle, nie uzyskałem odpowiedzi na drugą część pytania. Chodzi o sprawy bardziej generalne, o pewne wzniesienie się ponad podziała­

mi, ponoć żyjemy w państwie demokratycznym, chrześcijańskim. Wprawdzie demokrację mamy młodą, ale chrześcijaństwo w Polsce istnieje dziesięć wieków. — W naszej konkretnej sytuacji w roku 1989 dokonały się wielkie przemiany, które można bez przesady nazwać pokojową rewolucją. Poprzed­ nie wybory do Sejmu i te ostatnie do rad miejskich przyniosły przegraną sił komunistycznych. Cena tej walki wyborczej była dość wysoka, ale ma ona wiele cech pozytywnych. W sposób bezkrwawy, pokojowy stworzono warunki do powstania no­ wego systemu. Uniknęliśmy w Polsce tragedii rumuńskiej, powikłań sytuacji bułgarskiej. Kiedy dzieje się rewolucja, część ludzi czy grup społecz­ nych ma prawo czuć się pokrzywdzona, nie wyko­ rzystana dla dobra ogółu. — Wybór na posła Ziemi Kociewskiej to wielka odpowiedzialność, szczególnie dzisiaj, gdy rozcza­ rowani ludzie oczekują konkretów. Jak Pan chce sprostać tym problemom? — Chcę być w zgodzie z tym, o czym mówiłem i pisałem przed wyborami. Dlatego na pracy parlamentarnej chcę się skupić w sposób profe­ sjonalny. Rezygnuję z funkcji przewodniczącego Rady Miejskiej, delegata na wojewódzki Sejmik Samorządowy; złożyłem też podanie do dyrektora Technikum Kolejowego w Tczewie, gdzie pracuję, o udzielenie mi bezpłatnego urlopu na czas sej­ mowej kadencji. Nie chcę w tej pracy pozostać sam, liczę na pomoc tych, którzy razem ze mną chcieliby pracować na rzecz publicznego dobra. Pożytecznym będzie utworzenie w Tczewie i Sta­ rogardzie Gdańskim biur poselskich. Chcę być posłem reprezentującym tę organizację, która mnie wypromowała, czyli NSZZ „Solidarność". W równym też stopniu będę reprezentował Ziemię Gdańską. — Na Kociewiu uzyskał Pan najwięcej głosów. Mocno postawiono na Pana w Starogardzie, gdzie nie upadło tyle zakładów pracy, jak to się stało w Tczewie. W stolicy naszego regionu utrzymuje się dużo lepsza kondycja finansowa. Trzeba z żalem stwierdzić, że w grodzie Sambora żyje się gorzej. Tu wydłuża się kolejka bezrobotnych, na przetargi o działki budowlane, lokale handlowe, rzemieśl­ nicze. Brak niskoprocentowych kredytów. W sumie to wszystko nie zachęca ludzi do brania losu we własne ręce. I co Pan na to? — W jakimś sensie ta ocena jest bliska rzeczy­ wistości. Starogard dobrze sobie radzi z tymi wszystkimi trudnościami. Dlatego uważam, że Tczew winien z tych udanych przykładów skorzys­ tać. W Tczewie konieczne są pewne korekty, min. jeśli chodzi o Zarząd Miasta, uzupełnienie komisji problemowych Rady Miejskiej... — Proszę pozwolić na małą dygresję: czy nie uważa Pan, tak ogólnie, że w Starogardzie żyją jakby inni ludzie, inaczej reagujący na rozwój miasta? W wyniku tego miasto ładnieje, powstają ładne sklepy, inaczej rozwija się rzemiosło. W Tcze­ wie każda z propozycji władz, tych poprzednich czy obecnych, budzi nerwową reakcję mieszkańców. A może wina tkwi w samej władzy, która nie umie uwiarygodnić swoich poczynań?

KMR

S

—Trudno mi podjąć ocenę tego stanu. Chociaż pewne sprawy można uzasadnić. Negatywnym jest łączenie funkcji samorządowych i administ­ racji państwowej, gospodarczej. Zachodzi pewien przewlekły tryb podejmowania decyzji. Znane są też błędy w zakresie polityki informacyjnej. Przede wszystkim należy społeczeństwo informować o sprawach kontrowersyjnych. — Pragnąc poznać Pańskie poglądy, chciałbym zapytać o niektóre punkty programu wyborczego. Jak należy rozumieć indywidualną odpowiedzial­ ność posłów? — D l a mnie jest to sprawa zasadnicza. Poseł jest nie tylko reprezentantem danej społeczności, ale także przykładem odpowiedzialności, pracy dla publicznego dobra. Jak wiadomo, wyborcy nie zgadzają się z pustkami na sali obrad Sejmu. To należy zmienić, a metoda jest tylko jedna, polega­ jąca na stosownym zapisie w regulaminie pracy Sejmu. —Jest Pan za przyspieszeniem terminu wyborów do samorządu terytorialnego. Czyżby obecni radni już się „spalili"? — Mój głos może być kontrowersyjny, ale jestem do niego przekonany. Nie popierała go znaczna część radnych, lecz zgadza się z nim poważna część mojego elektoratu. Różne powody sprawiły, że obecne samorządy nie mogą spełnić pokładanych w nich nadziei. Wybory, które miały miejsce dwa lata temu, też jakby się odbyły na pewien szyld, pewne hasło. Poprzez wybór nie można było skorzystać ze wszystkich ludzi do­ świadczonych, z konkretnymi umiejętnościami. Udało by się wówczas uniknąć pewnych nie­ prawidłowości, błędów, które nasz samorząd po­ pełnił. Te zjawiska występują w skali całego kraju: głośne konflikty personalne, spięcia na linii zarząd-rada. Nowe wybory stwarzają nadzieję, że sytuacja ulegnie poprawie. — Czy nie uważa Pan, że obecne władze wyko­ nawcze, mam na myśli prezydenta, zarząd, są w pewnym stopniu ubezwłasnowolnione. To kryty­ kanctwo - a nie rzeczowa krytyka - nie sprzyja podejmowaniu mądrych decyzji. Brak też w naszym mieście jasnej wykładni odnośnie sposobu załatwia­ nia spraw mieszkańców, rozwoju miasta, progu pewnych dyskusji. Pełno w Tczewie polemik, plotek, gadulstwa. Mówię o tym do Pana, jako posła, ponie­ waż wiem, że skala problemu sięga poza Tczew. — Polemiki są pewną normą demokracji. Zga­ dzam się z tym, że czasami są one zbyt ostre i dla wielu mieszkańców Tczewa niezrozumiałe. Tego typu spory nie ominęły i tczewskiego samorządu. Wracając do spraw generalnych: uważam, że korekty wymaga ustawa o samorządzie terytorial­ nym. Należy wzmocnić władzę wykonawczą, za­ chowując suwerenność rady miejskiej. Trzeba też doprowadzić do stabilizacji wśród pracowników gminy. Dobry fachowiec - urzędnik powinien mieć poczucie stabilizacji, tej zawodowej i finansowej. — Jaki jest Pana stosunek do problemu bez­ robocia w kraju? — Największe nadzieje wiążę z robotami pub­ licznymi. W budżecie państwa muszą się znaleźć środki na te cele. Nie do przyjęcia jest obecna

praktyka, gdy milionom ludzi płaci się zasiłki, a państwo nie ma z tego tytułu żadnych korzyści. Na to nie stać nawet państwa bogate. Generalnie odwołuję się do tego, co mówi program wyborczy „Solidarności". Związek będzie współtworzyć prawa minimalizujące bezrobocie i umożliwiające tworzenie nowych miejsc pracy. Chodzi tu o wszel­ kiego rodzaju kursy, przyuczenia do zawodu, przekwalifikowania stanowisk itp. — A problem młodzieży? — To najtrudniejsze zagadnienie. Młodzież utraciła perspektywę życia w naszym kraju, wizję normalnego i lepszego życia. Państwo w najbliż­ szych latach musi rozwiązać dwie sprawy: prob­ lem budownictwa i pracy. — A rolnictwo? Uważa Pan, że bez interwen­ cjonizmu państwowego nie będzie mogło się roz­ winąć? — Tak, nie może być ono pozostawione samo sobie. Rolnictwo zapewnia podstawowe zadanie: wyżywienie narodu. Będąc na wsiach, w czasie rozmów usłyszałem wiele krytycznych uwag na temat kredytów i ich oprocentowania, które unie­ możliwiają prawidłowy rozwój rolnictwa. — Nie tylko rolnictwa... Następny temat naszej rozmowy: jak Pan patrzy na region Kociewia? — Może zacznę od podziękowania mieszkań­ com tej ziemi. Mam świadomość, że dzięki głosom z tego regionu będę zasiadał w Sejmie. Jestem też zwolennikiem pluralizmu w prasie. „Kociewski Magazyn Regionalny" odgrywa pozytywną rolę od wielu lat. Został utworzony przez poprzednie władze i było to posunięcie korzystne. Pismo jest czytane w szkołach przez młodzież, ma też dobrą opinię u starszej części społeczeństwa. Oby tylko ukazywał się regularnie. Oprócz takich pism jak „Gazeta Tczewska" może w przyszłości powstaną także inne, wspólnie będą sprzyjały prawidłowe­ mu rozwojowi społeczności kociewskiej. Trzeba też doprowadzić do bliższych więzi wsi i miast kociewskich. Traktuję te związki jako ważny i potrzebny program, realizowany w zależności od możliwości finansowych kraju. — „Głosując na mnie, głosujesz na uczciwość, pracowitość, trzeźwość, odpowiedzialność" - powie­ dział Pan do swoich potencjalnych wyborców. — T o , że zostałem posłem, zawdzięczam chyba temu, że ludzie - obserwując mnie przez ostatnie dziesięć lat - zauważyli, że żyłem zawsze z pracy własnych rąk, z posady nauczyciela. Nie wiązałem się z żadnymi nieformalnymi układami, nie wcho­ dziłem w żadne spółki czy rady nadzorcze. W Ra­ dzie Miejskiej przestrzegałem pewne zasady, które nie szczędziły sytuacji konfliktowych wobec nie­ których członków Zarządu czy administracji pań­ stwowej. Pracowitość jest podstawową wartością każdego człowieka. Trzeźwość wiąże się z działal­ nością w ruchu trzeźwościowym. Pijaństwo, to największa wada naszego społeczeństwa. Nowy parlament będzie musiał w sposób praktyczny ustosunkować się do ustawy o wychowaniu w trze­ źwości. Jest ona w tej chwili nieskuteczna, mimo że zapisy teoretycznie wydają się atrakcyjne. A odpo­ wiedzialność? Ponosi się ją wobec społeczeństwa, najbliższych, rodziny.

a

KMR

— Jakie wartości są dla Pana najcenniejsze? — Człowiek żyje w jakimś środowisku, zależ­ nościach. Ale musi być wierny podstawowym wartościom. W moim przypadku są to wartości chrześcijańskie. Wiem, że znajdowałem się czasa­ mi w trudnych sytuacjach konfliktowych. Pew­ nych błędów nie udało mi się ustrzec. Pewne spory były niepotrzebne. Dokonałem pewnej samooce­ ny. Przypuszczam, że udało mi się wyciągnąć cenne wnioski z własnych potknięć. — Czy nie liczy Pan na miejsce w rządzie? — Nie. Nie liczę na żadne stanowisko! Moja sytuacja posła będzie uwarunkowana w klubie parlamentarnym „Solidarność". Na dzisiaj wy­ gląda to tak, że nasz klub nie zdobył znaczącej ilości głosów w parlamencie. Uczucie porażki nie jest nam obce. W stosunku do rządu znajdujemy się chyba w konstruktywnej opozycji. Decyzje rządu na rzecz poprawy sytuacji w kraju będą się cieszyły naszym poparciem. — Czyli jest prawdą, że „Solidarność" zamyka parasol nad rządem. — Powiedziałbym dobitniej: parasol został już zamknięty! Krajowa Komisja, która zebrała się 6 listopada tego roku, podjęła konkretne stwier­ dzenie, że mówienie o rządach solidarnościowych jest nieprawdą. Powstały bowiem partie politycz­ ne i one wygrały wybory. Muszą więc pracować na własny rachunek. Trzeba obalić pewne mity. Jak pan wie, partie polityczne grupują się wokół pewnych programów liderów, w celu sprawo­ wania władzy. Trzeba też powiedzieć, że obecne partie nadużywają stwierdzenia, że są postsolidar­ nościowe. 1 jak pan również wie, wielu z tych ludzi było nielojalnych wobec „Solidarności". Nie­ którzy z nich nawet nie informowali o odejściu z NSZZ „Solidarność". Należałoby raczej mówić, że są to partie niekomunistyczne. — Wiem, że chce Pan nawiązać kontakt z po­ słami ubiegłej kadencji, wywodzącymi się z Tczewa i okolic. O czym będziecie rozmawiać? —Nie mogę bazować tylko na swoim wykształ­ ceniu czy własnym doświadczeniu. Chciałbym się też kierować pewną mądrością zbiorową. W tym celu pragnę zgromadzić wokół siebie wielu do­ radców, ekspertów, którzy nie byli dotychczas wykorzystani, i to niekoniecznie z „Solidarności". Z pewnych udanych doświadczeń parlamentarzy­ stów ubiegłej kadencji należy również skorzystać. Poza tym chodzi o kulturę polityczną. Mówiąc o wartościach chrześcijańskich muszę je realizo­ wać w praktycznej działalności. — Chciałbym powrócić do pewnej kwestii poru­ szanej już przez Pana. Skoro nowo powstałe partie nie są postsolidarnościowe, a raczej niekomunis­ tyczne, to czy można zatem Sojusz Lewicy Demo­ kratycznej nazwać ugrupowaniem komunistycz­ nym? Myślę, że to już nie ten czas i chyba nie ci ludzie. Lewica uzyskała taką liczbę głosów, która świadczy o jej poparciu. Adwersarze tegoż sojuszu zachowują się dość nerwowo, zdradzają brak kul­ tury politycznej. Także wobec PSL, traktowanego jako dawne Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. Chciałbym być dobrze zrozumiany; nie bronię daw­ nych komunistów, którzy wyrządzili wiele zła. Ale

obecne zachowanie nowych partii, tak zwanych posolidarnościowych, budzi wiele niezadowolenia. Może należałoby zaprzestać konfliktów i zabrać się do wspólnego rządzenia tym krajem? Społeczeństwo bacznie przygląda się tej wojnie na górze i sądzę, że ma jej już serdecznie dosyć. Mówię o tym dlatego, by poznać Pana pogląd na skład polityczny obec­ nego Sejmu. — Potwierdzam, że z partiami typowo komuni­ stycznymi, albo powołującymi się na etos komuni­ styczny, współpracy nie widzę. Zgadzam się, że część ludzi, która wyszła z „Solidarności", zbudo­ wała sobie własne kariery polityczne i kiedy zaistnieje potrzeba, nazwiemy to po imieniu. Nale­ ży wyraźnie rozróżnić pojęcie socjaldemokracji w wydaniu zachodnim, ale gdyby takie formacje wykrystalizowały się u nas, być może wówczas zaistnieje możliwość współpracy z nimi. Uważam, że wybory wygrały partie niekomunistyczne i one winny podjąć trud powołania rządu. Jest dla mnie niewiadomą, jak się w tym nowym parlamencie zachowa Sojusz Lewicy Demokratycznej i jakie racje zwyciężą w tym licznym klubie. Lewica zdobyła prawie 13 procent głosów i na fakt tego społecznego poparcia nie należy zamykać oczu. Zależnie od realiów, zaistniejących w klubie Lewi­ cy Demokratycznej, nasz klub „Solidarności" będzie zajmował odpowiednie stanowisko. W za­ sadzie trzeba dążyć do ograniczenia podziałów, ale nie za wszelką cenę. — Najistotniejszym będzie chyba to, na ile Sejm i rząd dadzą społeczeństwu szansę godnego życia. — Jeżeli ten rząd, który dopiero powstanie i parlament, który praktycznie już istnieje, nie rozwiążą problemów o których mówiliśmy, a tak­ że wielu innych, będzie to Sejm ostatniej szansy. — Zwykło się mówić, że nieszczęścia chodzą parami. W przypadku Pana jest akurat odwrotnie. W przeddzień wyborów do sejmu poślubił Pan uroczą i sympatyczną pannę Katarzynę, by tuż po nocy poślubnej dowiedzieć się, że został posłem do Sejmu Rzeczpospolitej Polski. — Świadomie zawarłem związek małżeński jeszcze przed wyborami do Sejmu, wskazując że jest to mój wybór życiowy. Wybory parlamentar­ ne będą się powtarzały, natomiast wartości ro­ dzinne są wartościami jedynymi i wielkimi. To określa kolejność wartości. — Jakich zapatrywań jest Pana żona? Czy popiera program wyborczy? — Żona żadnej działalności publicznej nie pro­ wadziła, cenię to. Zdobyła wykształcenie pedago­ ga szkolnego i na tym polu ma szereg sukcesów. Ma też szczególny talent: umie zjednywać sobie sympatię środowiska. Myślę, że będę z żoną rozmawiał o sprawach publicznych, tych społecz­ nych, politycznych. Będzie krytykiem i anality­ kiem mojej działalności parlamentarnej. — Dziękuję za rozmowę, życzę w imieniu redakcji spełnienia wszystkich planów rodzinnych, a także zawodowych i społecznych. Dnia 6 listopada 1991 roku rozmowę przeprowadził

JÓZEF M. ZIÓŁKOWSKI 7

KMR

EDWARD BREZA

Józef Wybicki i jego piśmiennictwo w oczach językoznawcy
Pragnę w niniejszej pracy zająć się objaśnieniem etymologicznym nazwiska Wybicki i nieco schara­ kteryzować język pism i prac J. Wybickiego. POCHODZENIE NAZWISKA WYBICKI1 Autor hymnu narodowego sam w pamiętni­ kach 2 próbował objaśnić synom i rodakom na­ zwisko rodowe. Wspomniał zatem, że za czasów Zygmunta Augusta (1572) przybyły na Pomorze rycerz duński Wyben, odznaczył się walecznością i za swoje wojenne czyny, zbawienne dla Rzeczy­ pospolitej, otrzymał od króla szlachectwo, indygenat i dobra ziemskie. Dołączona do tego tekstu notatka łacińska, rzekomo pochodząca z ksiąg miejskich Starogardu, opiewa, że owych czynów wojennych miał dokonać za czasów woje­ wody pomorskiego Firleja pod chorągwią rotmis­ trza Ugowskiego. Dobrami ziemskimi była wieś Koszwały pod Gdańskiem. Sam zaś protoplasta określony został jako heros indefessus - niezmor­ dowany bohater. Co można powiedzieć o tej notatce? Najpierw to, że dopisana ona została inną ręką, nie po­ chodzi od J. Wybickiego. Poza tym zawiera ona wiele informacji pod względem historycznym myl­ nych. Historycy bowiem nie znają wojewody pomorskiego Firleja ani rotmistrza Ugowskiego. Wieś Koszwały była własnością miejską Gdańska, nie była wsią szlachecką. Rzecz wygląda zatem na relację zmyśloną, przekazywaną potomnym dla uświetnienia rodziny, wykazania jej zacności. Przekonanie o cudzoziemskim pochodzeniu towa­ rzyszyło wielu rodzinom pomorskim. Historii tej prawdopodobnie nie wymyślił sam J. Wybicki, przejął ją od przodków i próbował przekazać synom. Zresztą, gdyby nazwisko Wybicki wywodziło się od wcześniejszej formy Wyben, to brzmiałoby Wybeński czy Wybiński. Byłby to regularny proces słowotwórczy. Przechodząc zatem do naukowych rozważań nad pochodzeniem nazwiska Wybicki, trzeba się rozejrzeć za miejscowością Wybice czy Wybić, z której mogłoby powstać nazwisko Wybicki. Niestety, miejscowość taka nie jest znana ani historycznie, ani współcześnie. Jest co prawda na Krajnie przysiółek (wybudowanie) Wybitowo, ale notowany dopiero w roku 1756. Od tej miejscowo­ ści nie może zatem pochodzić nazwisko Wybicki. Poza tym, gdyby właśnie ta miejscowość dała początek Wybickim, omawiane nazwisko winno brzmieć Wybitowski. Słownik staropolskich nazw osobowych pod redakcją W. Taszyckiego (t. VI, s. 222) notuje nazwisko Wybić z Krakowskiego i Wybik z Wiel­ kopolski, z których ewentualnie mogłoby powstać nazwisko Wybicki przez dodanie przyrostka -ski. Ale skąd te nazwy osobowe i jak wiązać te regiony z Pomorzem? Wspomniane formy Wybik czy Wybić pochodzą od germańskiego imienia Wybe. Imię Wybe było używane także na Pomorzu. Niejaki Izbrant Wibe w roku 16ę4 był przewoź­ nikiem na Wiśle pod Malborkiem, w Gdańsku notowany jest bastion Wyjbego, w XVII wieku Adam Wybe, rodem z Fryzji, był inżynierem i wynalazcą w Gdańsku. Imię Wiebe, Wybe czy podobnie pisane wywodzi się z języków germańs­ kich i oparte jest na staro-wysoko-niemieckiej bazie wigan „walczyć" lub wih „święty". Nie sposób rozstrzygnąć jednoznacznie, czy nazwisko Wybicki powstało wprost od wcześniejszych form Wybik czy Wybić za pomocą przyrostka ski, czy

8

KMR

wprost od imienia Wybe przy użyciu przyrostka -icki, jak Sawicki od Sawa, Skibicki od Skiba, Wierzbicki od Wierzba itp. Dodajmy, że proces tworzenia nazwisk na -ski od podstaw imiennych i przezwiskowych był typo­ wy już w XVI wieku, a na Pomorzu przybrał na sile w XVII wieku. Wtedy to Żywicowie stają się Żywickimi, Kropidłowie - Kropidłowskimi, Pellowie - Pellowskimi, Majkowie - Majkowskimi, Derdowie - Derdowskimi itp. W sumie więc twierdzenie o obcym, duńskim pochodzeniu rodziny Wybickich należy poważnie osłabić. Analiza językowa nazwiska przemawia raczej za miejscowym, po­ morskim pochodzeniem rodziny. Również powa­ żni historycy, jak A. Skałkowski, W. Zajewski, A. Kościszewski i inni stwierdzają, że duńskie po­ chodzenie rodziny nie zostało dotąd udowod­ nione. CECHY POMORSKIE I KASZUBSKIE W JĘZYKU J. WYBICKIEGO J. Wybicki doczekał się wielu opracowań jako mąż stanu, polityk, działacz o wyzwolenie narodo­ we i społeczne, mniej zajmował już historyków literatury jako literat, autor sztuk dramatycznych, nikt dotąd w mojej wiedzy nie zajmował się językiem autora hymnu narodowego Polski. Jedy­ nie R. Kaleta karci Wybickiego za niedbały język. Oto jego słowa: Józef Wybicki w rzemiośle literac­ kim nie należał do pedantów; pisał niedbale, czasa­ mi tak, jak mówił. Jego gramatyka jest pełna niekonsekwencji. Utwory swoje przerabiał i po­ prawiał, ale (...) mistrzem korekty nie był3. W języku Wybickiego uderzają przede wszyst­ kim pomoranizmy czy wręcz kaszubizmy. Sam zresztą Wybicki miał ich pełną świadomość, kiedy w „Pamiętnikach" pisał: Już niepojętym wypad­ kiem Polacy w tym wieku, uważani moralnie, zdziecinnieli byli. Nie mieli swego języka, nie umieli mówić jak ich przodkowie Orzechowscy, Kochano­ wscy, Skargowie; utworzyli sobie bełkot jakiś bar­ barzyński z łaciny i polszczyzny złożony, do którego my jeszcze Pomorzanie przydaliśmy słowa Kaszu­ bów i Wandalów4. Nie ma w tym nic dziwnego. Język osobniczy każdego autora kształtuje się w najbliższym otoczeniu: rodzinie, sąsiedztwie, szkole, pracy itp. Wybicki wzrastał na ziemi kaszubskiej (Będomin i szersze okolice Kościerzy­ ny) i pomorskiej (szkoła jezuitów w Szkotach pod Gdańskiem oraz praktyka sądowa w Skarsze­ wach), dlatego cechy językowe Kaszub i Pomorza w jego języku winny być czymś naturalnym. Potem stykał się z Polakami różnych regionów,

wreszcie osiadł w Manieczkach pod ...remem w Wielkopolsce. Na język jego miały więc wpływ środowiska rodaków z różnych regionów Polski. Poważną trudnością w badaniach nad językiem Wybickiego jest dotarcie do rękopisów. Sam Wy­ bicki nie był zatroskany o autentyczność i popraw­ ność swego języka, wiele poprawek wprowadzali mu kopiści, dalsze były dziełem drukarzy. Wspo­ mniany już R. Kaleta pisał tak w omawianej kwestii: Autograf Wybickiego wędrował do kopis­ ty, który przepisywał go nie dbając o zachowanie właściwości języka twórcy. Z kolei ingerował w tekst drukarz. Niejeden drukarz. Toteż niemożłiwe będzie przekazanie czytelnikowi choćby naj­ bardziej zasadniczych znamion języka Wybickiego na podstawie pierwodruków i kopii...5. Wiele ręko­ pisów zaginęło bezpowrotnie, pierwodruki mogły już wprowadzić poprawki do tekstu oryginalnego Wybickiego. Dlatego do podanych niżej cech należy podchodzić ostrożnie. Chodzi tu głównie o cechy fonetyczne i formy odmiany wyrazów, więcej już zaufania można mieć do słownictwa.

KMR

Z cech f o n e t y c z n y c h , znanych dobrze na Pomorzu w wieku XVI-XVIII, a i potem występu­ jących, wymienić można tzw. obniżenie artykulacyjne samogłosek przed spółgłoskami półotwar­ tymi m, n, r, l, ł, a więc realizacje typu ponosiemy ponosimy' (L VII 156, w. 3), równemi (L IV 42, w. 5), na którem (P 129), lubiem (K IV 11, s. 196); zachowanie grup spółgłoskowych -śrz, -źrz-: śrzodków (LII15, w. 20), źrzódło (L IV 42 w. 1,58, w. 9); zachowanie spółgłosek podwojonych (tzw. geminat) typu attakowanie (L V 80, w. 24), massa (L V 67, w. 12), passyjom (L VI 100, w. 21)). Są pewne formy, które możemy interpretować jako kaszubizmy, np. na piśmie (L VII 153, w. 21, L VIII 181, w. 4), dospi (L VI 110, w. 10). Z kolei zapisy typu pisma (L VIII 163, w. 14), na ukoś (L XI 244, w. 4), szlachcic (LVI119,w.l3), żałosnym (P 170), chciecie (P 69), pomniąć (P 134) można interpretować jako hiperkorektywność na tle ka­ szubienia, tzn. autor pragnie uniknąć zastępstwa spółgłosek ś, ź, ć, di przez s, z, c dz, tak typowego dla Kaszub i zmiękcza te spółgłoski, które są wpolszczyźnie ogólnej twarde. W wyrazie usipiało można widzieć północnopolską realizację y jako i. We fleksji r z e c z o w n i k a uderza częstsza niż na innych terenach końcówka -ów w dopełnia­ czu liczby mnogiej i to także w rzeczownikach rodzaju żeńskiego i nijakiego, np. trosków (SzM II 10, s. 420), do kolonijów (L V 79, w. 6),passyjów (L III 28, w. 14), rewolucyjów (L IV 41, w. 24), zbrodniów (L XIII 283, w. 5), bachantków (P 334), cząstków (P 135), zamczysków (P 32), przymierzów (P 246). Końcówka ta obejmuje też tzw. pluralia tantum, czyli rzeczowniki, które występują tylko w liczbie mnogiej, np. Indjów (P 76), mobiljów (P 43). W „Pamiętnikach" końcówka -ów w dopeł­ niaczu liczby mnogiej rzeczowników rodzaju żeńs­ kiego pojawia się w ponad trzydziestu rzeczow­ nikach. Trudno tu wykluczyć właściwość pomors­ ką, do dziś spotykaną w kaszubszczyźnie, w diale­ kcie kociewskim i w innych dialektach. W p r z y m i o t n i k a c h tzw. formy krótsze (rzeczownikowe) mają też przymiotniki: krzywy: Kto krzyw temu? (Sz M II 7, s. 416); który, gwarowo którny: na któren (P 129) podobny: jest sobie podobien (P 185). W c z a s o w n i k a c h znamienne dla Wybic­ kiego są: końcówka -m, w pierwszej osobie liczby mnogiej i używanie czasu zaprzeszłego, obie cechy spotykane w tym czasie także u innych pisarzy. Oto przykłady form czasownikowych z końcówką -m: lubiem (K IV 11, s. 196), będziem (K V 2, s. 208), krzykniem (K V 2, s. 212), wycyganim (K V4, s. 218), płaczem (K II 3, s. 117), porównaj też

z „Mazurka Dąbrowskiego": przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami. Przykłady czasu zaprzeszłego: urodziłem się był (P 1), zniosło było (P 28), byli ogłosili (P 29), był się rodził (L III 38, w. 7). Cechami, jak mi się wydaje, właściwymi Wybickiemu jest szeroko stosowana ruchomość końcówki, np. żeś tchórz (Sz MI 10, s. 390), jam zdrowy (K I 5, s. 89), nie choryś (K I 5, s. 89), za młodym do dzbana (K III 8, s. 170), całam w rozpaczy (K III 7, s. 166), ledwom się przespał (49), com widział (P 26) i wzmacnianie form czasownikowych partykułą -ż, -że, np. Niespokojność moja maż się rodzić z nieufności (L18, w. 24), nie osądziż ich naród (L I 9, w. 17), Poznaż ich dobroć (L19, w. 19), Bajże sobie wreście (Sz M16, s. 376), bądźże cicho (K I 6, s. 94), Przestańże do kata (KII 1, s. 112). Z wyrazów właściwych Pomorzu, a zwłaszcza Kaszubom wymienić warto: - f e r t a ć się: Biegam, biegam, fertam się (Sz M III 5, s. 431). Porównaj kaszubskie fertać są kręcić się, być w ciągłym ruchu, poruszać się bez wyraźnego celu' (Sych VII 64). - d o m a r o s : Zbyt gorliwe zapędy za ludzkością filozofa tyle by złego uczynić mogły w towarzyst­ wie cywilnym, co i błędnego domarosa uprzedze­ nia (L VI 91, w. 18). Porównaj kaszubskie domarus 'człowiek, który poza domem nigdzie nie przeby­ wał, odludek' (Sych I 230). Chodzi tu więc o 'do­ matora'. - o s k o m i n a : Na ten widok słodka mnie zaszła oskomina (Sz M I 6, s. 376), Porównaj kaszubskie oskomina 'apetyt na coś'. - p o d k u r e k : Przy wieczerzy trzymał się, lecz jak na podkurek (K III 3, s. 149). Porównaj kaszubskie podkurek 'podwieczorek' (Sych IV 101). - p o u k r y ć : S ą poukryte wszędzie osobliwe owsy (A W II 588). W polszczyźnie ogólnej powiedziałoby się poukrywane, w kaszubszczyźnie tworzy się czasowniki wielokrotne tylko za po­ mocą przedrostka, porównaj też pozabic poza­ bijać', p o w y r w a ł powyrywał i inne. - u m k o s z t a koszty: Umkoszta prawne (A W II 564). Jest to tzw. pożyczka z niemieckigo Unkosten. CHARAKTERYSTYKA SŁOWNICTWA UŻYWANEGO PRZEZ WYBICKIEGO Słownictwo, to ten dział języka, który najbar­ dziej interesuje i przekonuje niejęzykoznawców. Scharakteryzuję zatem słownictwo używane przez Wybickiego, porównując je z ogólnie znanymi

10

KMR

słownikami języka polskiego: S. B. Lindego (z lat 1807-1814), Orgelbrandta (tzw. Słownik wileński z roku 1963), J. Karłowicza, A. Kryńskiego i W. Niedźwiedzkiego (tzw. Słownik warszawski z lat 1900-1927), PAN pod redakcją W. Doroszewskiego (z lat 1958-1969). Dodam, że SJP z utworów i prac J. Wybickiego uwzględnia tylko „Pamięt­ niki". Mamy więc u Wybickiego wyrazy bądź znaczenia w ogóle nie notowane przez wspo­ mniane wyżej słowniki, wyrazy nie znane SJP (ale znane Słownikowi warszawskiemu), czyli słowa i znaczenia archaiczne, wyrazy kwalifikowane przez SJP jako dawne i przestarzałe, a więc również archaizmy i wreszcie wyrazy zapożyczone nie znane polskim słownikom wyrazów obcych. Osobne miejsce zajmują wtręty obcojęzyczne. Najwięcej przykładów podam z tych wyrazów, których nie notują wyżej wspomniane słowniki: - a n n a ł o p i s a r z 'kronikarz' (A W II 188); - a p o s t u ł k a 'rodzaj pucharu': Kwerenda wtem do niego wypił z apostołki (K III 3, s. 149); - a u k s y l i a r n y 'pomocniczy' (A W I 148) z łacińskiego auxilaris; - b r o d a w k i 'przywary': Mieli, panie, i nasi ojcowie brodawki (K I 3, s. 83); - b i e r k i 'ten, co łatwo bierze, ima się': Mam i ja, zobacz waćpan, dość bierkie szablisko (Sz M I 10, s. 390); - b o g o r o d z t w o 'narodzenie Chrystusa'(A W III 116); - i n d e c y z j a brak decyzji': indecyzją rządu (A W I 305); - n a d z b y t e c z n y 'bardzo zbyteczny': są dla nas nadzbyteczne (A W II 1068); - n a m y s ł o w y 'pochodzący z namysłu': te świetne namysłowe płody (A W II 1010); - n a p a d n i c z y 'skłonny do napadów': Przyszło, iż z owej Europy ucywilizowanej dzikiej i napadniczej hordy dała się widzieć przestrzeń (A W II 509); - o d ś w i ą t 'święto': na odświąt (A W I 50); - p a p i e ż y n a 'papieżyca':papieżynaJoanna (A W III 168); - p i ś m i n y 'twórczość bez większej wartości': piśminy nudne (A W I 263); - p r z e w y ż 'przewyższenie': których cały majątek jest przewyż długu W. K. Mości (A W II 745); - r o g a l 'rodzaj zabawy': Skasowałem bankiety, rogale, kolędy (Sz M III 7, s. 435); - s ą s i a d z i ć 'sąsiadować' (A W II 10 10); - s k o n c e r t o w a ć 'zwalczyć' z łacińskiego concerto, -are 'walczyć': Nie słów znikomych umbry, lecz skoncertowany afekt (K III 6, s. 163);

- s k u p k o w a ć 'połączyć w kupki': konie prowadzą chłopi skupkowane (A W II 936); - s p a r a l i t y k o w a ć 'sparaliżować' (A W I 121); - s p ł a t n y 'kosztowny, wartościowy': spłatniejszego spodziewać się zboża (A W III 1103); - s t r a t a g e m a t 'zabiegi dyplomatyczne' z greckiego strategema, -atos 'manewr wodza', 'wykręt, chytry pomysł': o stratagemacie Austrji (A W I 32); - t y s i ą c o w z o r n y 'tysiąc wzorów mający': tysiącowzorne wychowanie (A W III 117); - u p o m n i e s z c z a ć 'pomieścić': współtowarzyszów wiernych jego nie upomnieszczali (A W II 559); - w o d o b i e g 'strumień, kanał': stykały się wodobiegi (A W III 167); - w o l n o ś c i o d a w c a : zrobił ich swymi wolnościodawcami (A W III 149); - w s z e c h n y 'wszystek' (A W II 681); - z n a c j o n o w a ć 'wprowadzić do różnych narodów': ale że znacjonowali Francuzi wojnę (A W I 228); - z ł a s k a w i ć się przychylnie odnieść się': losy się nie złaskawią (A W I 416), Dzięki złaskawionym losom (A W III 1148). Z wyrazów nie znanych SJP wymienię tu ty­ tułem przykładu: - a f f e k c j a 'pobudzenie, podrażnienie, wrażenie': momentalna affekcja (A W I 121); - a p p r o k s y m a c j a 'przybliżenie się, zbliżenie się np. do prawdy, prawdopodobieńs­ two' z łacińskiego approximatio: aby przez approk­ symacja najmniej dowiodła (A W II 607); - b e z l u d z k o ś ć 'nieludzkość': tyle jeszcze mamy ludzi w tej bezludzkości (L VIII, w. 9, s. 190) - b ł a g a l n i a 'świątynia':prawdziwy Stwórca żadnej nie znał błagalni (L II 21, w. 17); - d o p o m a g a c z 'ten, co dopomaga, pomoc­ nik, popieracz, wspieracz, wspólnik, współdziałacz': Przechowywacz i dopomagacz (A W I 44); - g i d a 'człowiek obrzydliwy, obmierzły, brzydal, brzydota': Wszak to tkliwiej tak nad gidy kozackie (A W I 332); - j e d z ą 'jadło, pokarm, strawa': człowiek (...) pragnie najpierw jedzy (A W I 50); - k o r 'grono, kółko, zastęp, poczet': Umieś­ ciłem Cię w korze inżynierów (A W II 740); -1 i w r o w a ć 'dostarczać': liwruje porcyj (A W II 568); - l u d n i e 'czynić ludnym, zaludniać': rozwinięte kraje ludnią (A W II 1068);

KMR

11

- m a t e r i a 1 i a 'przedmioty potrzebne w kancelariach, jak: papier, pióra, atrament, tj. materiały piśmienne, a nawet drzewo i świece': materialia piśmienne (A W II 1059); - m o t u z 'roztrzepaniec': Ty szczebiocie, motuzie, ty, ty bądźże cicho (K II 2, s. 115); - r o d a c k i 'współobywatelski': rodackie wytępili plemię (A W II 1071); - r o ś 1 'rośniecie, płód, płodność, owoc, plon': W swej pierwszej rośli przyciętym został (A W III 112); - u p o w a ż a n i e , u p o w a ż e n i e ' powa­ żanie, cześć, szacunek': Z najwyższym dla niej upoważaniem (A W II 759), z wysokim uposa­ żaniem (tamże 676), mego upoważenia (A W II 922); - w i a d o m c a 'rzeczoznawca': wiadomca rzeczy (A W III 1103); - w y m i e r z w i ć 'wygnoić mierzwą': Czyli ma je czym wymierzwić (A W I 50). Wyrazów, kwalifikowanych w SJP jako dawne lub przestarzałe, jest u Wybickiego najwięcej. W dobie Wybickiego większość z nich to na pewno wyrazy ogólnie używane; te zaś, które Słownik warszawski określa jako staropolskie, były praw­ dopodobnie archaizmami dla współczesnych J. Wybickiego. Przykładowo można przytoczyć na­ stępujące wyrazy: - a t t e n c y j a 'natężenie uwagi, uwaga, baczenie' (A W I 164, 260); - b u d o w n i k budowniczy': bez pewnej wiadomości budownika (A W III 159); - d e p e n d e n c j a 'zależność, zawiłość, podległość': że chce rząd polski mieć bez wszelkiej dependencji (A W II 552); - d o p o k ąd 'dopóki': Dopokąd żyję (A W III 1150); -ekscepcja 'wyjątek':zastawujązekscepcją (AW III 1138); - e k s k u z a 'wyjaśnienie albo usprawied­ liwienie postępowania, tłumaczenie się, przepro­ szenie': Żadnej ekskuzy nie przyjmę (A W III 1135); - f a k c j a 'stronnictwo, partia': napłodziwszy fakcje gwelfów i gibelinów (A W III 130); - k u z y n a 'kuzynka': swoje kuzynę (A W II443); - m ł o ć b a 'młocka': po skończonej młocbie (A W I 50); - n a d d z i a d 'pradziad, przodek': godni naddziadów naszych (A W II 1023, 1026); - o b a 1 i n a 'ruiny, zwaliska': na obalinach niegdyś sekretarii senatu (A W III 146);

- p 1 a n t a 'plan, program': do uskutkowania ułożonej sobie planty (A W I 6); -posiedziciel 'posiadacz':posiedziciel listów ( A W D 1010); - ś w i ą t n i c a 'świątynia':świątnica wolności (AW III 1112); - w y ż e n ą ć 'wygnać, wypędzić': wyżenie go do krwawej roboty (A W III 105); - z a g r z e ś ć 'zagrzebać': Rzym w gruzach zagrześć' (A W III 143); -zbrodzień 'zbrodniarz' (A W III 1107). Trzeba powiedzieć jeszcze, że autor hymnu narodowego Polski z predylekcją przejmował wy­ razy z łaciny i z języka francuskiego, mniej już pożyczek i wtrętów (cytatów) mamy z niemiec­ kiego i z włoskiego. Przykładem wyrazu zapo­ życzonego, jako normalnego określenia desygnatu jest depot 'areszt': zostać się kazał w depot (A W II 973), z francuskiego depot m.in. 'areszt'. Wybicki cytuje też chętnie wyrażenia czy całe zdania myślicieli, pisarzy i poetów starożytnych bądź francuskich oraz obiegowe wyrażenia. W ko­ mediach np. naliczyłem dwadzieścia sześć różnych cytatów łacińskich typu casu 'przypadkiem': La­ tawców, nużby casu oś lub koła prysły (K II 12, s. 134), de iure 'z prawa' (K V 3, s. 213), invidiafati' nienawiść losu, nienawistny los': Dziewczę jak grosz, cóż kiedy invidia fati (K III 7, s. 166). W „Listach patriotycznych" jest tego typu ponad czterdzieści jednostek łacińskich. Wtręty i cytaty francuskie spotykamy przede wszystkim w kore­ spondencji (Archiwum Wybickiego) i w „Pa­ miętnikach". W tej ostatniej pozycji znajdziemy około dwudziestu wtrętów francuskich, np. Votre pays est partage 'wasz kraj jest podzielony' (P 128), tiers etat' 'stan trzeci' (P 321). Rzadsze są już cytaty w języku niemieckim, np. w „Pamiętni­ kach" przytacza tylko tytuł pracy: „Beytrag zur Geschichte der polnischen Revolution im Jahre 1794" 'Przyczynek do historii polskiej rewolucji w roku 1794' i odpowiedź Niemca: „O, ja" 'o tak' (P 213) Ogólnie o słonnictwie Wybickiego można wy­ powiedzieć jeszcze dwie uwagi: 1) Wybicki chętnie posługuje się synonimami, tj. używa wyrazu obcego i jego swojskiego odpowie­ dnika czy wręcz objaśnia obce słowa. Znamienne jest to dla „Pamiętników", np.: Watykancji, tem słowem barbarzyńskiem nazywano sposób pisania, czy zapisywania, wszelkich czynności prawnych między stronami zaszłych albo z wyro­ ku sądu (P 15).

12

KMR

Dysydenci, to jest wyznania kalwińskiego i luterańskiego Polacy (P 27); z praw dawnych być indygeną, to jest rodakiem pomorskim (P 18); kończono ją palsadować, albo powiem dobrym płotem odwodzić (P 56); naokół wyniesio­ ne brzegi fosy niby to szańce czy chcesz nazwać mury (P 57). Liczył się wiec Wybicki z młodocia­ nym czytelnikiem, dla którego głównie przezna­ czał „pamiętniki". 2) Znamienne, że stosuje łacińskie nazwy mie­ sięcy obok określeń rodzimych. Mogą to być niekiedy formy przejęte z języka niemieckiego czy gwar pomorskich. W „Pamiętnikach" spotykamy m.in.: 8 februor luty' (P 285), 2 aprila 'kwietnia' (P 285), 13 Junii, 14 Junii 'czerwca' (P 286), 15 Julii lipca' (P 75,292), w miesiącu septemberze 'wrześ­ niu' (P 81), 10 oktobra i wiele innych 'paździer­ nika' (P 253), przed nowembrem 'listopadem' (P 253) i inne, 2 decembra 'grudnia' (P 249). Osobnym zagadnieniem byłoby omówienie wy­ razów zapożyczonych z łaciny, w tym dotyczących głównie prawa i sądownictwa oraz wyrazów prze­ jętych z francuszczyzny, ale to zostawiam już do periodyku ściśle naukowego. prof. Edward Breza Objaśnienia zastosowanych skrótów

ALEKSANDRA ELSZKOWSKA-MACIEJEWSKA TADEUSZ MACIEJEWSKI

Wilkierz królewskiego miasta Tczewa z 1599 roku

A W Archiwum Wybickiego, t. I (1768 - 1801), zebrał i wydał A. M. S k a ł k o w s k i, Gdańsk 1948; t. II (8210 -1822), Gdańsk 1950, t. III: Z materiałów zebranych przez A. M. Skałkowskiego i A . Lewaka przygotował do druku A. Bukowski, Gdańsk 1978. K J. Wybicki, Kulig (w) Utwory dramatyczne, oprac. R. K a 1 e t a, Warszawa 1963. L. W y b i c k i, Listy patriotyczne. Opracował K. O p a ł e k , Wrocław 1955. P J. Wybicki, Życie moje... Z rękopisów wydał i objaśnił A. M. S k a ł k o w s k i , Kraków 1927. SJP Słownik języka polskiego PAN pod redakcją D o r o s z e w s k i e g o , t.I-XI,Warszawa 1958-1969. Sych B. S y c h t a, Słownik gwar kaszubskich na tle kultury ludowej, t. I - VII, Wrocław 1967 - 1976. Sz M J . W y b i c k i , Szlachcic mieszczanin (w) Utwory dramatyczne, Oprac. R. K a 1 e t a, Warszawa 1963. Przypisy
1) Szerzej zob. E. B r e z a, Pochodzenie nazwiska Wybicki, Rocznik Gdański XLIV, 1984, s. 1, s. 189 - 197. 2) Zob. skrót P. e) R. K a 1 e t a, J. W y b i c k i, Utwory dramatyczne. Wybrał, opracował i wstępem opatrzył..., Warszawa 1963, s. 451. 4) Życie moje... op. cit. s. 9. 5) R. K a 1 e t a... op. cit. (w przyp. 3), s. 451 - 452.

I

I

Jedynym jak dotąd badaczem wilkierza tczews­ kiego był niemiecki uczony O. Gunther1. Nie opracował on go jednak pod względem formal­ noprawnym, a ograniczył się jedynie do wydruko­ wania odkrytego w archiwum gdańskim rękopisu zawierającego spisany w języku niemieckim tekst 2 statutu . Omawiany wilkierz stanowi rezultat faktycznego wykorzystania przez władze Tczewa autonomii w zakresie ustawodawstwa wewnętrznego, jakie przyznano miastom pruskim przywilejami Kazimierza Jagiellończyka z 1454 roku3. Tczew nie był zresztą jedynym miastem pruskim czynią­ cym użytek z możliwości wydawania własnych statutów4. W tym samym czasie podobne wilkierze uchwalono bowiem w Nowym Stawie (1584 r.), Gniewie (1588 r.), Dzierzgoniu (1631 r.), Starogar­ dzie (1634 r.), Wejherowie (1653 r.) 5 itd. Stanowiły one istotny element rozwijającego się samorządu miejskiego6.

KMR

13

Wilkierz, zgodnie z informacją zawartą w na­ główku, został uchwalony przez wszystkie władze miejskie, tj. Radę, Ławę i Trzeci Ordynek, w ratu­ szu tczewskim 16 kwietnia 1582 roku, następnie zrewidowany 24 marca 1599 roku oraz poprawio­ ny 19 marca 1619 roku (art. 34, 86, 104). W tej formie zachował się w rękopisie pochodzącym z 1691 roku. Wilkierz składa się z trzech zasadniczych części — wstępu, właściwego zbioru przepisów praw­ nych oraz zakończenia. Część wstępną wilkierza tworzą: nagłówek —„Wilkierz królewskiego miasta Tczewa", infor­ macja wymieniająca wszystkie ordynki miejskie, jako władze zbiór ten ustanawiające oraz data. uchwalenia zbioru (1582 r.) i jego późniejsze uzupełnienia (1599 r.). Z kolei następuje część właściwa zbioru obejmująca przepisy prawne, a całość tekstu zamyka partia końcowa, specjalnie wyodrębniona, co zresztą wśród wilkierzy miejs­ kich było wyjątkiem, mianowicie pod nagłówkiem „Beschliesslich" ustanowiły tutaj wszystkie wła­ dze miejskie wytyczne dla rady w zakresie przy­ szłej polityki prawodawczej i wykonawczej. W szczególności radę zobowiązano do obrony praw, przywilejów i wilkierzy miejskich i zapew­ nienia ich stosowania w praktyce, za co społecz­ ność miejska ze swej strony przyrzekała radzie wierność i posłuszeństwo. Ustalono też, że ze względu na stale zmieniające się warunki życia miejskiego, rada miejska winna była w razie potrzeby naradzać się nad wprowadzeniem nie­ zbędnych zmian w wilkierzu, odpowiadających postępującym stosunkom społecznym. Realizo­ wano więc w ten sposób postulat aktualizacji przepisów prawnych. Przechodząc do innych elementów techniki ko­ dyfikacyjnej, zastosowanych w wilkierzu, stwier­ dzić należy, iż cały statut podzielony został na rozdziały, a te z kolei na artykuły, przy czym te pierwsze zaopatrzone zostały w nagłówki, zwięźle, bo jednozdaniowo ujmujące treść przynależnych do nich 149 artykułów. Na przedmiotowy statut składało się 28 roz­ działów o następujących tytułach: 1. Co każdy obywatel ma obowiązek czynić w związku z posia­ daniem nieruchomości — 18 artykułów; 2. Co mieszczanie winni ponadto czynić w stosunku do ulic — 6 artykułów; 3. W sprawie zgromadzeń — 5 artykułów; 4. W sprawie darowizny, tes­ tamentu oraz kurateli — 3 artykuły; 5. W sprawie zmian i podziałów — 3 artykuły; 6. Trzymanie warty — 8 artykułów; 7. O ogniu i pożarze — 10 artykułów; 8.0 miarach i wagach — 2 artykuły; 9.

W sprawie moczarów Leuss — 1 artykuł; 10. W sprawie szarwarku — 3 artykuły; 11. O świę­ tach — 2 artykuły; 12. O bydle i pastuchach — 5 artykułów; 13. O ogrodach i płotach —7 ar­ tykułów; 14. O najemcach i obcych — 8 ar­ tykułów; 15.0 służbie — 7 artykułów; 16. O wa­ rzeniu piwa —10 artykułów; 17. O handlu — 15 artykułów; 18. O murarzach i cieślach — 1 ar­ tykuł; 19. O piwowarach i ich pomocnikach — 5 artykułów; 20. O słodownikach — 1 artykuł; 21. O funkcjonariuszach miejskich — 2 artykuły, 22. O domokrążcach — 3 artykuły; 23. O ryba­ kach —4 artykuły; 24.0 kramarzach — 1 artykuł; 25. O zbrodniach — 8 artykułów; 26. O koniach miejskich — 1 artykuł; 27. O sprawach prawnych i apelacjach — 5 artykułów; 28. Odczytywanie wilkierza — 1 artykuł. Warto przy tym zaznaczyć, iż poza wspomnia­ nymi rozdziałami zamieszczono również w wil­ kierzu zaraz po części wstępnej (lecz bez wy­ odrębnienia w osobny rozdział) pięć artykułów dotyczących obywatelstwa miejskiego, co wymo­ wnie zdaje się świadczyć o znaczeniu, jakie po­ stanowienia te posiadały dla życia miejskiego. Aleksandra Elszkowska-Maciejewska Tadeusz Maciejewski

PRZYPISY 1. O. Gunther Die Willkur der Stadt Dirschau vom Jahre 1599. Zatschrift des Westpreussichem Geschichtsvereins, H.48, Danzig 1905, s. 30-53. 2. PAN Ms Nr 59; Guxnther we wstępie do wydania podaje, iż nie znalazł innych odpisów wilkierza ani w Gdańsku i Królewcu, ani też w Tczewie. Zawartość wilkierza omówili A. Elszkowska-Mackjewaka, T. Maciejewski: Wilkierz miasta Tczewa, ZN UG, Prawo, Nr 12, s. 129-139. 3. Szczegółowe informacje o radzie miejskiej w Tczewie i innych władzach prawodawczych można znaleźć m.in. w pracach: E. Rozenkranz: Początki i ustrój miast Pomorza Gdańskiego do schyłku XIV stulecia, Gdańsk 1962; F. Lorentz: Jeszcze raz o nazwie Tczew (Nochmals der Name Tczew — Dirschau), SO. R. 10, 1931, s. 338-347; tegoż: Tczew — Dirschau — Truso, SO. R. 5, 1926, s. 529-531; R. Petonga: Die Grundung und alteste Binricktung der Stadt Dirschau, Ap. Ms. Ig. 22,1885, s. 1-44, tegoż: Die Stadtmark Dirschau in rechtgeschichtlicher Hinsicht, Ap. Ms. Jg. 24, 1887, 8. 637-647; Raduński: Zarys dziejów miasta Tczewa, Tczew 1927 itd. 4. W. Maisel Kodyfikacje prawa miejskiego w dawnej Polsce, w: Dzieje kodyfikacji prawa, 1974, s. 93-126. 5. T. Maciejewski: Ustawodawstwo wilkierzowe miast regionu gdańskiego i jego stosunek do prawa chełmińskiego. Studia Culmensia Historico-Iuridica, t. 2, Toruń 1988, s. 327-363. 6. E. Cieślak: Przywileje wielkich miast pruskich z XV w., jako etap rozwoju samorządu miejskiego. Rocznik Gdański, T. XXV, 1966, s. 31 i n .

14

KMR

Wilkierz Królewskiego Miasta Tczewa
Początkowo zamknięty i uchwalony przez wszystkie Ordynki w Ratuszu dnia 26 kwietnia Anno 1582. Następnie ulepszony dnia 24 marca Anno 1599 oraz poszerzony o wiele artykułów. My, obywatele starzy i młodzi tego miasta Tczewa stanowimy niniejszym w imię Boże dla siebie i naszych potomnych jednomyślnie co następuje: 1. Żaden z przybyszy nie może u nas nabyć mieszkania i założyć gospodarstwa domowego, jak również handlować, warzyć piwo, wykonywać rzemiosło czy rękodzieło inaczej, niż za przyzwoleniem i zgodą Czcigodnej Rady i po uzyskaniu praw obywatela miasta. W tym celu musi on udokumentować swoje pochodzenie z prawowitego, wolnego małżeństwa, musi dać zaliczkę 10 groszy, a następnie zapłacić podatek w wysokości 6 groszy od każdej marki wartości posiadanego majątku. Następnie musi on złożyć męską przysięgę na wierność naszej zwierzchności. Kto tego nie dopełni, musi płacić karę w wysokości 36 szylingów co 14 dni. 2. Syn obywatelski, jeżeli chce wykonywać zawód mieszczański, musi złożyć za zgodą Czcigodnej Rady przysięgę naszej zwierzchności. Zwolniony jest on jednak od zaliczek i opłat majątkowych. 3. Nie przyjmujemy jednak u siebie żadnego człowieka, którego cześć została naruszona przez wyrok i prawo, aby w ten sposób nie wpuszczać do miasta nacji wędrujących, Szkotów i włóczęgów. 4. Gdy obywatel miejski odejdzie stąd i poszuka sobie w innym miejscu pracy i mieszkania, a wróci po upływie jednego roku i jednego dnia, wtedy musi on na nowo starać się o nabycie obywatelstwa, które trwa w takim przypadku tylko jeden rok i jeden dzień. W przypadku natomiast, gdy w ciągu tego roku złożył on przysięgę zwierzchności w nowym miejscu zamieszkania to pomimo, iż powrócił do nas przed upływem jednego roku i jednego dnia, musi starać się na nowo o prawo obywatelskie, stosownie do postanowień artykułu I. 5. Żadnemu obywatelowi miasta nie wolno warzyć piwa, jeżeli nie posiada on własnego domu; poza tym wolno mu zdobywać środki utrzymania przy pomocy uprawiania rzemiosła lub handlu w wynajętych domach. Co każdy obywatel ma obowiązek czynić w związku z posiadaniem nieruchomości 6. Stanowimy także, że wszystkie budynki, piwowarnie, słodownie, spichlerze, kramy i stajnie w mieście muszą być pokryte dachówkami pod groźbą kary miejskiej; z tego powodu Czcigodna Rada nie sprzeda nikomu obcemu cegieł i dachówek, jeżeli miałoby ich zabraknąć dla obywateli miasta.

KMR

15

7. Nie zezwala się nikomu dokonywać dalszego podziału połowy zagrody, czy też ćwiartki nieruchomości i pomniejszać w ten sposób swoją ziemię. Nie wolno również wnosić dwóch trzecich nieruchomości do połowy zagrody. Ponadto nie wolno z ćwiartki nieruchomości, posiadającej przynależne łąki i pola zrobić stajni, a wszystko, co już takiego uczyniono, jak długo to by już nie trwało, zostaje unieważnione, z chwilą ogłoszenia tego faktu; każdy spadkobierca zachowa wiec swoją powierzchnię nie podzieloną, razem z przynależnym polem i łąkami. 8. Nie wolno wykonywać kominów z gliny; winny one być murowane od fundamentów lub co najmniej obmurowane wokół paleniska i przy wyjściu z dachu. Komin musi być wysoko co najmniej na dwa łokcie ponad dach, pod karą miejską. 9. Każdy musi zlecić oczyszczanie swego komina tak często, jak tego zażąda Czcigodna Rada, pod karą 10 szylingów. 10. Nikomu nie wolno stawiać budowli o dwóch kondygnacjach z drewna, stajnie zaś w ogóle bez kondygnacji, pod karą miejską. 11. Nikomu nie wolno wysuwać się ze swoją nieruchomością dalej w ulicę poza miejsce zajmowane przez poprzedników, pod karą miejską. 12. Gdy ktoś chce wybudować na swojej nieruchomości dom, temu winien pomóc sąsiad, któremu zakomunikowano o tym na rok naprzód. Nikt nie może nikogo zmusić do murowania wyżej, niż do przyciesia. Gdyby zaistniała taka sytuacja, że jeden człowiek nie dałby rady budować, wtedy drugi winien położyć fundament i murować dla obu, a następnie powinien on ugodzić się z drugim tak, aby ten biedniejszy płacił budującemu rocznie, tyle na ile się ugodzili lub też ustaliła Czcigodna Rada, pod karą miejską. 13. Jeżeli ktoś, kto nie jest zasiedziałym mieszkańcem nabywa wewnątrz lub na zewnątrz miasta dom czy inną nieruchomość przez kupno, dziedziczenie, zaspokojenie roszczeń prawnych lub w inny sposób, jaki by to nie był, musi wejść w jego posiadanie w ciągu roku i dnia lub sprzedać go i przekazać osobie o pełnej zdolności prawnej. W przeciwnym razie będzie płacił zastaw w wysokości 36 szylingów za każde 14 dni. Przepis ten nie dotyczy panów szlachciców oraz mieszczan obcych. 14. Żaden z mieszkańców miasta nie może sprzedać lub frymarczyć nieruchomością spadkową czy też inną, leżącą w obrębie miasta, obcemu, bez uprzednio wyrażonej zgody Czcigodnej Rady; sprzedawca naruszający ten przepis podlega karze 6 marek. 15. W domach, stajniach, spichrzach i stodołach każdy powinien mieć swoją własną ściankę działową na żądanie sąsiada, pod groźbą kary miejskiej. 16. W każdym domu, w którym uprawia się działalność zarobkową, winna być 1 dzida oraz 1 długa strzelba, pod każdorazową karą 10 szylingów.

16

KMR

17. Jeżeli jakaś nieruchomość czy spadek w mieście lub poza miastem, która nie została jeszcze w pełni spłacona, stanie się wolna przez śmierć posiadacza, to należy ją podzielić na części pomiędzy jego rodziców i dzieci, przy czym nie należy robić różnicy pomiędzy dziećmi pełnego czy połowicznego urodzenia. Oszacowanie tej nieruchomości powinni przepro­ wadzić zaufani ludzie. Obcym takie niespłacone nieruchomości należy jednak sprzedawać tak drogo, jak np. tylko jest możliwe. 18. Obywatel miejski, który uporczywie odmawia płacenia czynszu ze swej nieruchomości, podlega karze miejskiej. 19. Obywatel miejski, posiadający dwa, trzy lub więcej domów nie ma większych uprawnień do uprawiania działalności zarobkowej od swego sąsiada, posiadającego jeden dom, pod karą miejską. 20. Każdy obywatel miejski powinien posiadać przy domu, w którym mieszka, dwa skórzane wiadra i jedną sikawkę, pod karą miejską. 21. Nikomu nie zezwala się na inne, niż pierwotne użytkowanie nieruchomości leżącej poza miastem, pod karą miejską; zezwolenia na takie inne użytkowanie może udzielić Czcigodna Rada. 22. Nikomu nie zezwala się na pożyczenie pieniędzy pod zadłużenie nieruchomości od więcej, niż jednego pożyczkodawcy. Gdyby ten jednak nie mógł pożyczyć już więcej pieniędzy, nieruchomość nadal przedstawiałaby wystarczające zabezpieczenie, to można pożyczać pieniądze, również od innych pożyczkodawców. Tym ostatnim nie wolno brać większych procentów niż sześć od sto marek, a kto by brał więcej, ten płaci karę 10 marek i nie otrzyma większego procentu, niż sześć.

Co mieszczanie winni ponadto czynić w stosunku do ulic 23. Nikomu nie wolno zastawiać ulic skrzynkami owoców, beczkami czy też trzema lub więcej wozami. Każdy taki przypadek zostanie ukarany grzywną w wysokości 5 groszy, a ponadto winowajca musi uprzątnąć przeszkodę z ulicy. 24. Każdy obywatel miejski powinien uprzątnąć ulicę przed swym domem aż do kamienia środkowego, a za stajnią — aż do ścieku. Gnój może on piętrzyć pod murem, jednak w taki sposób, aby mógł on spłynąć bez uszkadzania murów, pod karą miejską. 25. Nie wolno wyrzucać ze stajni gnoju na ulicę, nad którą i obok której mieszkają ludzie oraz pozostawiać go tam przez dzień i noc. Kto nie usunie gnoju, zapłaci za każdą noc po 5 groszy kary. Rzeźnicy w żadnym wypadku nie mogą wyrzucać gnoju pochodzącego od zabijanych zwierząt na ulicę, lecz winni go natychmiast usuwać, pod karą 10 groszy.

KMR

17

26. Na każde zarządzenie należy ulice utrzymać w czystości z przodu i z tyłu, jak również usuwać gnój. Kto tego nie uczyni w tym samym tygodniu, ten podlega karze 5 groszy. Sąsiad każdorazowo na wezwanie sąsiada musi wystrzegać się wyrzucania na jego teren gnoju i wylewania wody.
27.

Kto wyrzuca gnój, odchody lub popiół na teren sąsiada, jak również pod bramami czy też fosy względnie do rynsztoku, podlega każdorazowo karze 5 groszy. Zapłata kary nie uchyla obowiązku usunięcia nieczystości. 28. Nikomu nie wolno przepędzać luźno koni przez miasto czy rynek, pod karą 1 grosza od każdego konia. Konie winny być prowadzone za lejce. W sprawie zgromadzeń 29. Nikomu nie wolno zwoływać zebrań bez zgody Rady, nikomu również nie wolno stanowić nowych praw bez wiedzy i zgody Rady; kto czyniłby tak, temu zostanie wymierzona sprawiedliwość.
30.

Każdy, kogo Rada wezwie na zebranie całej gminy do Ratusza winien się stawić. Jeżeli nie przyjdzie po pół godzinie, wtedy zapłaci karę 10 szylingów, chyba że udokumentuje powód niestawiennictwa. 31. Jeżeli ktoś opuści zebranie przed załatwieniem na nim spraw, płaci karę 5 groszy.
32.

Kto znieważa słownie sąsiada na zebraniu w ratuszu, winien albo zapłacić nawiązkę w wysokości 1 marki, lub też być ukarany dwoma dniami wieży; nawiązka ma być zużyta na cele dobroczynne.
33.

Jeżeli wezwany przez Pana Burmistrza lub do ratusza za pośrednictwem sługi, nie przyjdzie bez ważnych powodów, wtedy ma do wyboru albo zapłatę grzywny w wysokości 10 szylingów, albo też pobyt w wieży przez dzień i noc. W sprawie darowizny testamentu oraz kurateli
34.

Gdy małżonkowie zapisują sobie wzajemnie co czwarty grosz, wtedy natychmiast po dokonanym zapisie przypada z całego dobra Czcigodnej Radzie opłata 10 marek według starego zwyczaju. Z dobra o wartości poniżej 100 guldenów otrzymuje Rada z każdej marki po jednym szylingu. 35. Gdy się okaże, że jeden drugiego obdarował lub też sporządził na jego ręcz testament, także małżonkowie wzajemnie, wtedy obdarowany powinien przekazać na rzecz Czcigodnej Rady po jednym szylingu od każdej marki.

18

KMR

Nikomu nie wolno bez zgody Czcigodnej Rady przyjmować na siebie obowiązku sprawowania kurateli, pod karą 10 marek. Opiekunowie winni składać coroczne rozliczanie wytypowanym przez Czcigodną Radę przedstawicielom ze sprawowanej kurateli, w szczegól­ ności w odniesieniu do zarządu majątku nieletniego oraz jego wychowania. W sprawie zmian i podziałów
37.

Nikomu nie wolno dzielić mienia ani też przyjmować podzielonej części mierna, chyba że za zgodą i wiedzą Pana Burmistrza, po uwzględnieniu, że dokonane czynności nie będą ze szkodą miasta i potomstwa. W innym przypadku dokonane podziały i związane z nimi korzyści będą nieważne, pod karą 10 marek. 38. Żaden wdowiec ani wdowa nie mogą zawrzeć nowego związku małżeńskiego, jeżeli nie zabezpieczyli dzieciom z poprzedniego małżeństwa odpowiedniego podziału mienia, opar­ tego o prawidłowo sporządzony spis, pod karą 10 marek. 39. W przypadku, gdy dokonane podziały nie zostaną spisane i zarejestrowane w księgach ławniczych w ciągu 4 tygodni, winny uchybienia podlega karze miejskiej. Trzymanie warty
40.

Panowie radni oraz pisarz miejski są zwolnieni od trzymania warty. Nie trzyma się straży przed słodowniami. 41. Ławnicy, ze względu na fakt, że muszą być do dyspozycji przez dzień i noc, mają wolny wybór, czy chcą pełnić wartę osobiście, czy też przyślą w zastępstwie innego obywatela miasta.
42.

Obywatel, na którym ciąży obowiązek pełnienia obywatelskiej warty, winien stawić się osobiście na wartę nocną i nie wolno mu przysłać zastępstwa. Jeżeli nie może pełnić warty ze względu na wiek, stan zdrowia czy też z innych powodów małżeńskich, wtedy winien on ten fakt zgłosić odpowiednio wcześniej Panu Wart tak, aby ten mógł wyznaczyć na jego miejsce innego zaprzysiężonego obywatela miasta. Kto tego nie dopełni, zapłaci karę 20 szylingów.
43.

Inni obywatele, wyznaczeni na współwartowników, mogą trzymać straż osobiście w zastępstwie innego zaprzysiężonego obywatela, pod karą 10 szylingów, lub wieży. Kramarzy i komorników nie dopuszcza się do trzymania samodzielnej warty, pod karą wymienioną wyżej. Mogą oni być jedynie współwartownikami.
44.

Ktokolwiek ubliży słownie warcie, nawet jeżeli dokona tego funkcjonariusz miejski, ten zostanie ukarany wieżą. Kto naruszy nietykalność warty czynnie, czy przy użyciu morder­ czych broni, ten odpokutuje za to głową lub ręką, zależnie od wielkości popełnionego przestępstwa. 45. Kto z luźnych ludzi zostanie schwytany przed miastem po godzinie dziesiątej, tego należy przetrzymać do chwili ustalenia jego tożsamości i stanu majątkowego.

KMR

19

46. Gdy warta w czasie wieczornego lub nocnego obchodu usłyszy u któregoś mieszczanina czy gospodarza krzyki i hałasy w domu, wtedy ma prawo zapukać i żądać wpuszczenia, pod karą wieży lub 10 groszy. Jeżeli zapuka i nie zostanie wpuszczona, podlega to karze według uznania Czcigodnej Rady. 47. Jeżeli warta nie wypełnia pilnie rozkazów Pana Wart lub złapie się ją na spaniu czy też nad dzbanami, wtedy każdy z wartowników podlega karze 5 groszy lub wieży przez dzień i noc.

O ogniu i pożarze 48. Kto zauważy ogień lub pożar i związane z tym widoczne niebezpieczeństwo, a nie zaalarmuje okrzykiem, podlega karze trzech marek. 49. Gdy dzwoni się do pożaru, wtedy każdy obywatel winien przybiec z siekierą, wiadrem, toporem i innym sprzętem gaśniczym pod karą 10 groszy. 50. Kto zabierze świadomie do domu po pożarze wiadra, siekiery lub inne przedmioty, które nie stanowią jego własności, zamiast zanieść je burmistrzowi, podlega karze 5 groszy. 51. Jeżeli spali się jakiś dom, a pożar nie rozprzestrzeni się, wtedy miasto zobowiązane jest odbudować połowę domu; jeżeli ogień rozprzestrzenił się, wtedy obowiązek upada. 52. Żaden szewc czy garbarz, ani też nikt inny nie powinien wnosić pod dach garbniki, len czy konopie, pod karą 3 marek. 53. Szewcom oraz wszystkim innym zabrania się wypalania w mieście z dziegciu smoły, pod karą 3 marek. 54. Zabrania się oświetlania stajni łuczywami, pod karą 12 groszy. Nikomu też nie wolno wchodzić do stajni i dworów przed miastem z pochodniami, łuczywami i świecami, chyba że wymagać tego będzie wyjątkowa okoliczność, pod karą wymienioną wyżej lub wieżą przez dzień i noc. 55. Każdy winien trzymać słomę stajenną w takich miejscach, że nie może to wyrządzić nikomu szkody, pod karą 12 groszy. 56. W stajniach winno omiatać się pajęczyny. Również słoma i siano nie powinny zwisać ze ścian, pod karą 5 groszy. 57. Obywatelom, którzy prowadzą gospody, zezwala się na wwiezienie i trzymanie w stajni fury siana i słomy. Inni jednak nie powinni trzymać w stajni siana, pod karą 1 marki. Słomę i siano mogą oni trzymać tylko w małych ilościach, jednak dobrze zabezpieczone przed ogniem.

20

KMR

O miarach i wagach 58. Nikomu nie wolno używać korca jako miary, przed ocechowaniem go przez miejską izbę miar, pod karą 3 marek. Co roku przez 14 dni po Świętej Trójcy należy sprawdzać wszystkie korce. Obywatel, który na wezwanie Pana Burmistrza nie przyśle swego korca do sprawdzenia, podlega karze 5 groszy od każdego korca: sprawdzającemu przysługuje opłata 1 grosza od każdego korca i półkorca. Do słodowania wolno używać jedynie korca Rady, a za opłatą w wysokości 1 szylinga od 10 korcy. 59. Inne miary i wagi używane przez obywateli winny być zgodne z chełmińskimi miarami i wagami, pod zarzutem fałszerstwa i kary z tym związanej. W sprawie moczarów Leuss 60. Zabrania się wycinanie bez zezwolenia krzaków i wyrębu drzew z moczarów Leuss i majątku Schliwem, pod karą 3 marek. W sprawie szarwarku 61. Kramarze, najemcy i komornicy nie będący obywatelami miasta zobowiązani są do szarwarku na każde wezwanie Czcigodnej Rady. Mieszkańcy przedmieść, ogrodnicy, a także obywatele posiadający ogrody obciążone szarwarkiem, winni wykonywać obowiązek szarwarku tak, jak dotychczas. 62. Gdy miasto potrzebować jednak będzie ogólnej pomocy, a Czcigodna Rada wraz z przysięgłymi i starszymi taki obowiązek uchwali, wtedy wszyscy razem i każdy z osobna musi działać dla wspólnego pożytku czy to w formie szarwarku, podatku lub w formie innych

świadczeńjakby ich nie zwać. Gdy taka. sytuacja, zaistnieje,wtedy wszyscy muszą ponieśćrówne ciężary, czy to będzie obywatel miejski, kramarz, czy też dzierżawca lub komornik. 63. Jeżeli za dopustem łaskawego Boga dojdzie do wojny czy też innych klęsk, wtedy każdy wierny obywatel powinien pomagać w obronie miasta, stosownie do uchwał Czcigodnej Rady oraz przysięgłych i starszych. O świętach 64. Niedziele i inne wielkie święta należy świętować według przykazań Boskich, wstrzymując się od wszelkiej pracy, pod karą 10 guldenów. 65. Gdy ktoś w niedziele lub inne święta w czasie, gdy w kościołach odbywają się nabożeństwa i kazania, handluje, wtedy płaci karę po 1 marce od każdego wozu towaru, który wwiózł do miasta. Żywność nie podlega karze. O bydle i pastuchach 66. Nikomu nie zezwala się na trzymanie własnego pastucha w okresie od świętego Wolperta do świętej Jadwigi. Kto tak uczyni, płaci karę 1 marki.

KMR

21

67. Każdy obywatel winien powierzać swoje bydło lub świnie pastuchowi lub pilnować je sam tak, aby nie wyrządzała szkody. Gdy to bydło lub świnie zostanie zapędzone do miasta przez woźnego sądowego, wtedy można będzie wykupić bydło po jednym szylingu za sztukę. Bydło lub świnie zajęte poza miastem należy wykupić po groszu za sztukę. 68. Kto swoje świnie, spędzone przez woźnego, wabi lub odpędza musi je wykupić w taki sam sposób. 69. Także ten, kto poi swój inwentarz, jaki by on był, z wiadra studziennego, zapłaci karę w wysokości połowy firdinga. 70. Nikomu nie zezwala się na swobodne puszczanie kaczek i gęsi po ulicach, pod groźbą ich utraty. O ogrodach i płotach 71. Każdy zobowiązany jest do ogrodzenia swego ogrodu i zagrody dla zapobieżenia szkodzie, pod karą 10 groszy. 72. Jeżeli na skutek złego stanu płotu sąsiad dozna szkody, winien mu wynagrodzić właściciel złego płotu. 73. Jeżeli ktoś zostanie schwytany na łamaniu płotu, tego należy z mocy prawa i wyroku ukarać pręgierzem. 74. Kto wrzuca do ogrodu słomę czy siano lub wpędza inwentarz, podlega karze 5 groszy. 75. Każdy powinien trzymać i wywozić swój nawóz poza płotami, wyładowując go wewnątrz zagród lub do zbiornika gnoju, pod karą 20 groszy. Nie wolno zatrudniać na terenie miast nikogo obcego do wywozu gnoju, pod groźbą jego utraty. 76. Na ziemiach położonych poza miastem, a należących do miasta nie zezwala się nikomu na sprzedaż piwa, ani też na prowadzenie gospody, czy oberży, pod groźbą kary miejskiej, chyba że Czcigodna Rada i wszystkie ordynki wyrażą na to zgodę. 77. Nie wolno też nikomu przed miastem przyjmować odpłatnie gości, ani też sprzedawać owsa czy siana bez istotnej potrzeby, pod groźbą kary w wysokości 36 szylingów. O najemcach i obcych 78. Żaden obywatel ani mieszkaniec nie ma prawa bez zgody Czcigodnej Rady przyjmować do swego domu obcego mężczyznę czy kobietę jako najemcę lub komornika, pod karą 20 groszy.

22

KMR

79. Żadnemu kramarzowi, najemcy czy komornikowi lub mieszkańcowi przedmieścia nie zezwala się na stałe zamieszkanie u nas, chyba że za wiedzą Pana Burmistrza, po uprzednim złożeniu przez zainteresowanego zaświadczenia moralności oraz wpłaceniu miastu zaliczki w wysokości 15 guldenów. Ponadto musi on zobowiązać się do uczciwej pracy dla miasta i nie szukać bez zgody Pana Burmistrza żadnej pracy poza miastem, pod groźbą utraty mieszkania. 80. Nikt nie będzie bez zgody Czcigodnej Rady przyjmował u siebie i gościł obcego, nieznanego ludu, pod karą 20 groszy. 81. Jeżeli się zdarzy, że dobra i nieruchomości zostaną odziedziczone przez obcych ludzi, to nie zezwala się tym ostatnim na zabranie żadnego mienia od nas, chyba że przekażą nieruchomości w wierną rękę. 82. Gdy ktoś przekaże szmat ziemi leżącej poza miastem, podlega zwierzchnictwu obcych panów, krewnemu w linii bocznej z miasta, to miasto otrzyma z tego co czwarty grosz. Gdy jednak jakaś ziemia wewnątrz miasta zostanie przez spadek przekazana na zewnątrz, wtedy Rada otrzyma z każdej marki po 6 groszy. 83. Gdy Rada zleci zajęcie mierna, a dłużnik nie chce oddać komornikowi zastawu lub też ubliży mu słownie, to podlega on karze wieży lub 5 guldenów, niezależnie od przedmiotu zastawu, który musi oddać. 84. Jeżeli u kogoś przeprowadzi się zajęcie w jakiejkolwiek sprawie, a dłużnik nie może wykupić zastawu w ciągu 6 tygodni to należy rozumieć, że rezygnuje on z wykupienia fantu. 85. Wszystkie akty kupna czy ugody, zawarte wieczorem przy piwie, lub w stanie nietrzeźwym są nieważne, chyba że strony następnego dnia potwierdzą je w stanie trzeźwym. O służbie 86. Żaden parobek ani służąca nie może iść do nowej służby przed zakończeniem okresu starej służby. Kto takich zatrudnił, płaci karę 2 marek, a parobek czy służąca idą do wieży. Żaden obywatel, obywatelka lub mieszkaniec nie powinni przyjmować do służby parobków czy służące na okres krótszy niż jeden rok, pod karą. Również żaden parobek nie może przed upływem umownego okresu służby przyjmować nową służbę. Po tym okresie może pozostać w dotychczasowej pracy lub szukać sobie nowej. Kto najmuje służbę na okres krótszy lub też przed upływem starej służby, płaci karę 3 marek, a parobek czy służąca idą do wieży. 87. Kto porzuca służbę przed czasem, podlega karze więzienia. Obywatel, który świadomie przyjmie takich ludzi do służby, musi ich zwolnić i płaci karę 12 guldenów. Jeżeli czyni to nieświadomie, to nie płaci kary. 88. Kto podkupuje sąsiadowi służbę, płaci 1 markę kary i musi zwolnić podkupionych służących.

KMR

23

89. W przypadku, gdy służący przyjął służbę u kogoś i otrzymał „grosz Boży", a potem wyraża chęć powrotu do starego pana bez zgody nowego, taki wiatrem podszyty sługa powinien zostać ukarany wieżą i zostać na służbie u nowego pana. 90. Od tej chwili służbie nie wolno pić piwa cechowego pod karą wieży. Kto służbie takie piwo sprzeda, płaci karę 10 guldenów. 91. Zabrania się również parobkom przesiadywania nad piwem latem po godzinie dziewiątej, a zimą po godzinie ósmej oraz wznoszenia okrzyków na ulicach, pod karą wieży. Szynkarka, która w tym czasie poda piwo parobkom lub innemu luźnemu ludowi, za pierwszym razem płaci karę 1 marki; za następnym razem karę określi Czcigodna Rada. 92. Nie wolno również żadnemu obywatelowi, kramarzowi czy komornikowi, mieszkańcowi przedmieść lub karczmarzowi nocować u siebie, gościć i przetrzymywać obcej służby, pod karą wieży lub 20 guldenów.

O warzenia piwa 93. Do warzenia piwa ma prawo każdy obywatel miasta, który posiada własny dom, jeżeli w domu tym dotychczas piwo warzono. 94. Wszystkim połówkom czy całym zagrodom zezwala się na warzenie piwa co trzy tygodnie przez cały rok, ćwiartkom nieruchomości czy też połówkom ćwiartek nieruchomość jedynie co 5 tygodni; każdy kto warzyłby piwo częściej, niż wynika to z powyższych uprawnień, płaci karę 10 marek. 95. Kto sprzedaje czy podaje swoje piwo drożej lub taniej niż ustalono, ten płaci karę w wysokości 1 marki. Przepis ten nie obejmuje piwa marcowego. 96. Komu piwo nie uda się bez jego winy, ten winien zgłosić to Radzie pod karą 3 marek. 97. Nie wolno żadnemu mężczyźnie ani żadnej kobiecie sprzedawać w mieście piwa, jeżeli nie są oni ludźmi zacnymi i nie posiadają klienteli, pod karą wieży. Każdy musi zapłacić z wyszynku piwa 1 florena rocznie Radzie. Nie wolno też rozpocząć wyszynku piwa przed zgłoszeniem Panu Burmistrzowi tego faktu, pod wymienioną wyżej karą. 98. Każdy obywatel czy gospodarz, warzący i sprzedający w swoim domu piwo, winien je również sprzedawać przy zachowaniu odpowiednich miar na ulicy, pod karą 3 marek. 99. Nie wolno nikomu przynosić do miasta i sprzedawać tu obcych napoi (miodu i piwa), pod każdorazową karą 30 guldenów za każdy taki występek. Wino mogą jednak sprzedawać tylko ci, którym Czcigodna Rada udzieli specjalnego zezwolenia i ustali wysokość opłat na rzecz miasta. Miód litewski może sprzedawać każdy bez ograniczeń, jednak jego składowanie

24

KMR

w piwnicy wymaga specjalnej zgody Pana Burmistrza oraz wniesienia opłaty 30 guldenów od każdej beczki. 100. Gdy zabraknie w mieście starego piwa marcowego, wtedy Czcigodna Rada wyda zezwolenie na sprzedaż jedynie piwa gdańskiego, jednak nie gdańskiego piwa słodowego. 101. Nie zezwala się również na przywożenie i sprzedaż obcej wódki, pod groźbą jej konfiskaty. 102. W niedziele w czasie nabożeństw zabrania się, jeżeli nie zaistnieje stan wyższej koniecz­ ności, sprzedaży wódki i piwa, chyba że podróżnym, pod karą 12 guldenów.

O handlu 103. Gdy kupiec zakupił ziarno i przyjdzie do niego biedny sąsiad czy inny biedny człowiek z prośbą o sprzedanie mu po cenie zakupu jednego korca, dwóch lub trzech, wtedy kupiec winien mu je odstąpić, pod karą 3 marek. 104. Nie zezwala się żadnemu obywatelowi na zakup fur zboża, które jadą do miasta, przed ich wjazdem za mury. Każdy towar winien być wwieziony do miasta i dopiero tam sprzedawany na targu, za wyjątkiem sprzedaży na wolnym jarmarku, pod karą 1 marki. Ten artykuł został w 1619 roku wyjaśniony w sposób następujący: Żaden obywatel nie będzie zatrzymywał i kupował poza miastem drewna, dyle, węgla i zboża, jak również wszystkich innych towarów. Wszystkie towary winny zostać wwiezione do miasta i tutaj, sprzedawane na wyznaczonym rynku, za wyjątkiem sprzedaży na wolnym jarmarku, pod karą 1 marki. 105. Kto zostaje przy bramie i czatuje na towary, ten płaci 1 markę kary. 106. Kto przywołuje jadących ulicą dwóch, trzech lub więcej chłopów i targuje jednym z nich, płaci karę 1 marki. 107. Zabrania się dwom osobom z jednego domu dokonywania równoczesnych zakupów zboża, pod karą 3 marek. 108. Obywatel może kupować zboże i inne towary za pośrednictwem sługi, nie będącego obywatelem, jednak zyski i straty obciążą pana, a nie sługę. Jeżeli jednak będą tu stosowane jakieś wybiegi, wtedy Czcigodna Rada wymierzy stosowną karę. Jeżeli taki sługa przy handlu przekroczy przepisy wilkierza miejskiego, to karę poniesie jego pan. 109. Gdy obywatel zobaczy stojącego i targującego jakiekolwiek towary sąsiada, wtedy nie wolno mu przeszkadzać i samemu włączać się do targu, pod karą 1 marki. Gdy jednak sąsiad odejdzie od wozu, to drugi może podejść i zacząć targowanie.

KMR

25

110. Obcej szlachcie, nie zajmującej się handlem, zezwala się na sprzedaż własne zboże naszym obywatelom. Jeżeli taki szlachcic nie chciałby sprzedać zboża naszemu obywatelowi, lecz chciałby je spławić, to może to uczynić. 111. Nie zezwala się żadnemu obywatelowi na wywożenie czy spławienie z miasta jęczmienia, słodu czy owsa, jeżeli tych towarów brak w mieście, pod groźbą konfiskaty. Nie zabrania się jednakże sprzedaży tych towarów obcym, jeżeli nasze miasto jest zaopatrzone w sposób wystarczający. Swoje własne płody, jak jęczmień, słód, żyto czy owies może każdy obywatel przewozić lądem i wodą, jednak pod warunkiem, że miasto jest w nie zaopatrzone w sposób wystarczający. 112. Nie wolno nikomu kupować nad wodą łat, dyli, drewna stolarskiego, opałowego lub innego, celem jego spławiania, pod karą 3 marek. 113. Zabrania się sprzedawania własnego różnorodnego drewna, pod karą 1 marki. 114. Każdy obywatel czy mieszkaniec może swobodnie kupować drewno; jeżeli nie potrzebuje go miasto. Miasto ma jednak pierwszeństwo w nabyciu drewna, szczególnie dyli i łat. Jeżeli który z obywateli potrzebowałby pilnie drewna, dyli i łat, to nabywca nad wodą winien mu je odsprzedać bez oporu po cenie zakupu. 115. Pracownicy trący drewno na żądanie Czcigodnej Rady muszą być zaprzysiężeni, że przestrzegać będą właściwych wymiarów tak, aby nikt nie poniósł szkody. 116. Nie zezwala się żadnemu obcemu handlowania i kupczenia na naszym rynku; jeżeli ktoś potrzebuje czegoś, to winien to kupić od naszego obywatela, pod groźbą utraty towaru. 117. Żaden obywatel nie powinien stawiać swych beczek soli przed domem czy przed więcej domami, celem ich sprzedaży. Każdy winien wystawiać swe towary przed własnym domem, jednak w taki sposób, aby nie zastawiać drogi; kto będzie wystawiał swe beczki pod cudzymi drzwiami, zapłaci karę w wysokości 3 marek. O murarzach i cieślach 118. Murarze i cieśle, którzy rozpoczęli pracę u jakiegoś obywatela, winni są zakończyć; można ich jednak oderwać od pracy dla dobra miasta. O piwowarach i ich pomocnikach
1 1 9

Piwowarzy i ich pomocnicy winni pracować w ciągu jednego dnia i nocy nie więcej niż w jednej piwowarni. 120. Żadnemu piwowarzowi nie zezwala się na wykonywanie obowiązków mistrza przy kotle, jeżeli przedtem nie złożył przysięgi, pod groźbą kary ciężkiego więzienia.

-

26

KMR

121. Mistrz - piwowar, który nie stawi się do pracy, podlega karze 8 dni wieży. 122. Piwowarzy, których znajdzie się śpiących przy kotle warzelnym, podlegają karze wieży. Zniszczone piwo muszą zapłacić; jeżeli nie będą w stanie tego uczynić, to odsiedzą dług w wieży. 123. Tylko wyciągacze wody, a nie ich żony, czy inni, mają prawo do mielenia słodu w młynach, pod karą wieży. O słodownikach 124. Słodownik winien zaprzysiąc, że będzie uczciwie wykonywał swe obowiązki i nie zniszczy słodu; jeżeli zniszczy słód, wtedy zapłaci jego wartość, a jeżeli nie będzie miał pieniędzy, to odsiedzi dług w wieży. O funkcjonariuszach miejskich 125. Funkcjonariusze miejscy uznają za swą zwierzchność przede wszystkim Pana Burmistrza i Panów Radnych; nikt nie może wydawać im poleceń bez zezwolenia Pana Burmistrza, pod karą 1 marki. 126. Funkcjonariusze ci winni być również do usług pierwszego obywatela, który się do nich zwróci i zaszpuntować jego piwo, pod karą wieży. O domokrążcach 127. Nie zezwala się żadnemu obywatelowi miasta sprzedawania towarów domokrążców w swoim domu, gdyż towary te winny być uprzednio wystawione w kramach pod ratuszemffi, pod karą 12 guldenów za każdy taki występek. 128. Zabrania się również domokrążcom sprzedawania wszystkich towarów kramarskich w takim zakresie, w jakim obywatele mają je w swoich kramach. Poza przyprawami, wszystkie inne towary winni sprzedawać na wartość groszową, a nie na funty, pod karą 12 guldenów. 129. Zabrania się domokrążcom i innym w ich imieniu dokonywania zakupów kur, gęsi czy innych towarów celem dalszej odsprzedaży przed godziną dziesiątą, pod karą 10 groszy. O rybakach 130. Kto przyniesie ryby na targ, ten winien je sprzedać nie później niż do południa następnego dnia, pod karą 20 guldenów.

KMR

27

131. Wszyscy rybacy winni przynosić złapane ryby na nasz targ i tu je sprzedawać; jeżeli zaniosą je gdzieś indziej, to stracą swe mieszkanie. 132. Gdy rybak przyniesie ryby na targ, a Burmistrz lub Radni, czy Panowie Targowi stwierdzą że są one nieświeże, wtedy rybak na ich polecenie winien usunąć te ryby z targu. 133. Panowie Targowi winni pilnować na targu rybnym, aby nikt nie mógł dokonywać przedkupu ryb przed godziną dwunastą. Żaden rybak nie powinien również pomagać obcemu handlarzowi ryb, pod karą 12 guldenów. O kramarzach 134. Wszyscy mieszkający w kramach, również na przedmieściu, mają prawo do wykonywania wyuczonego zawodu, jak również do utrzymywania się z rąk pracy tak, jak to umieją, powstrzymując się jednak od handlu i innych zajęć mieszczańskich, pod karą utraty towarów. O zbrodniarzach 135. Kto w dzień czy w nocy kradnie drugiemu drewno i zostanie na tym złapany, ten w zależności od ciężkości przestępstwa zostanie ukarany szubienicą lub chłostą. 136. Żaden gospodarz nie może świadomie tolerować i ułatwiać w swoim domu zdrady małżeńskiej oraz prostytucji, pod karą 3 marek. Prostytutka, kobieta dopuszczająca się zdrady małżeńskiej czy łajdaczka, jak również filut i hultaj mają być naprawieni przez Czcigodną Radę przy pomocy kar pieniężnych i wieży, lub w inny sposób ukarani. 137. Jeżeli ktoś zostanie okradziony, to winien to najpierw zgłosić sołtysowi, a następnie iść do Burmistrza i poprosić go o pachołków miejskich. Burmistrz winien mu ich przydzielić dla przeprowadzenia przeszukania. Jeżeli jednak trzeba prowadzić pościg za przestępcą poza miastem, a Burmistrz uzna, że jego słudzy nie wystarczą, wtedy wzywa do pomocy obywateli; wezwany obywatel musi się stawić do pomocy, pod karą 1 marki. 138. W przypadku, gdy obywatel kazałby osądzić w mieście przestępcę, wtedy wszystkie koszty związane z procesem zostaną wyegzekwowane i wszystko, co jeszcze pozostanie równo rozdzielone pomiędzy obywateli, winogrodników, kramarzy i mieszkańców przedmieścia. 139. Kto wyjmie nóż, płaci karę 3 marek. Kto skaleczy kogoś nożem, płaci karę 10 marek, niezależnie od kosztów sądowych. 140. Nikomu nie zezwala się wyzywania w naszym mieście do walki na pięści. Jeżeli ktoś to uczyni używając słów ubliżających godności, to podlega karze pieniężnej, więzieniu lub innej karze nawet w przypadku, gdy nie zaistniała żadna szkoda.

28

KMR

141. Gdy zaistnieje zbiegowisko, to nasi pachołkowie miejscy winni je rozpędzić przy użyciu broni. Co przy tym zostanie zgubione, to otrzymają pachołkowie miejscy, winni zbiegowiska zaś zostaną ukarani w sposób opisany wyżej. 142. Każdy, kto by to nie był, kto rozmyślnie i świadomie narusza cześć mężczyzny czy kobiety, ubliża im i zniesławia, a zostanie o te czyny pozwany do sądu, ten winien po stwierdzeniu niewinności pomówionych, odwołać publicznie przed sądem poczynione zarzuty oraz zostać ukarany ciężkim więzieniem. Jeżeli sprawa odbywała się przed Radą, to winny powinien dać niewinnemu odpowiednią nawiązkę, zapłacić wysoką karę pieniężną lub zostać ukarany więzieniem. O koniach miejskich 143. Koni miejskich nie wolno używać nikomu samowolnie. Mogą one być użyte tylko w sprawach miejskich i przy uroczystościach, pod karą 3 marek. O sprawach prawnych i apelacjach 144. Obywatel, który jest dłużny miastu, ma obowiązek uregulować te długi przed wszystkimi innymi, de simplici et piano absque strepitu iudicii. 145. Miasto ma zawsze prawo zastawu na obywatelu i jego nieruchomości, gdy zalega z zapłatą czynszu gruntowego, bez wszelkich warunków i wezwań sądowych. 146. Miasto nie będzie dochodziło sprawiedliwości, o co by nie chodziło, przeciwko obywate­ lom po upływie 31 lat. 147. Nie zezwala się żadnemu mieszkańcowi wnoszenia skargi przeciwko sąsiadowi gdzie indziej, jak przed sędzią jego właściwości rzeczowej, pod karą 3 marek. Nie wolno również powoływać się na niewydany jeszcze wyrok, pod karą 6 marek. Po wydaniu wyroku niezadowoleni mogą do niego apelować. 148. We wszystkich sprawach i od wszystkich wyroków, wydanych w oparciu o nasz wilkierz, nie powinien się odwoływać nasz mieszkaniec, lecz być rozsądnym i nie wykraczać ponownie przeciw prawu. Jeżeli to uczyni, to zapłaci karę 2 marek i nadal będzie poddany wyrokowi i wilkierzowi. Odczytywanie wilkierza 149. Corocznie, po odbytym wyborze Rady, Burmistrz odczyta całej gminie wilkierz. Na zakończenie Ustanawiamy także, że przedstawicielem naszym i naszego miasta jest Czcigodna Rada, która winna działać dla powszechnego pożytku, stosownie do złożonej przysięgi; winna ona

KMR

29

dla nas i dla naszych potomnych zachować nasze prawa, siłę, wolność i przywileje oraz wielkierze, my zaś winniśmy okazywać jej całą miłość, posłuszeństwo i wierność. Szczególnie jednak ze względu na fakt, że dzień następny jest mistrzem dnia poprzedniego i że następować mogą zmiany, których nie przewidziano w tym wilkierzu, jest więc słuszne, a nawet wysoce konieczne, aby te przypadki, które nie mogły być osądzone według prawa ziemskiego czy wilkierza, Czcigodna Rada rozsądziła i wydała orzeczenie, co nie byłoby sprzeczne z prawem Boskim, Królewskiego Majestatu oraz ogólnych swobód krajowych, a służyło ogólnemu dobru, któremu przysięgamy służyć posłusznie. Koniec Wilkierza W rękopisie następuje teraz formuła odnosząca się do Tczewa: Gmina obywateli w Ratuszu w ustanawianiu przedłożonych spraw powinna trzymać się tych ustaleń. Ustanowiono A. 1591, oraz kilka postanowień z 19 kwietnia 1591 r. dotyczących szczególnie oczyszczania rowów, następnie rejestr wilkierzy oraz kilka formuł przysięgi, a w końcu bieżący wyrok, używany codziennie w sądzie Tczewa.
• Widać tu wyraźnie luki w tekście.

Od redakcji

zamieszczony wyżej tekst jest pierwszą publikacją wilkierza w języka polskim, udostępnioną naszemu pismu, za co Autorowi składamy serdeczne podziękowanie.

Od niedawna zaczęłam czytać „ M a g a z y n " , (...) dla mnie jest w nim dużo a r t y k u ł ó w w a r t y c h przeczytania. (...) Moja radość jest t y m większa, że czytając inne pisma w i e m , iż jestem od ich redakcji bardzo daleko, a redakcja „ M a g a z y n u " jest w Tczewie. Pisząc do Was czuję, jakbym pisała do koleżanki. (...). Może mnie teraz wyśmiejecie, ale czternastolatka jest w stanie pokochać region w k t ó r y m mieszka!
(Ala Gołuńska, Starogard Gd.)

Jestem w posiadaniu trzech n u m e r ó w „ K o c i e w s k i e g o Magazynu Regionalnego" i oczywiście sięgam po nie bardzo często, gdyż czytając w r a c a m myślą do przeżytych najwspanialszych choć i t r u d ­ nych lat mego dzieciństwa. (...) Los rzucił mnie w roku 1955 na skalne Podhale i choć jestem nim zauroczona, wciąż tęsknię do stron rodzinnych. W ostatnich latach często bywałam na K o c i e w i u , a ściślej mówiąc, w m o i m rodzinnym Ś w i e c i u , gdzie za każdym m o i m t a m pobytem koleżanki szkolne, k l u b o w e i z zespołu teatralnego, a zwłasz­ cza najwierniejsza Irka, urządzają spotkania. Są to dla mnie naj­ wspanialsze c h w i l e , w czasie k t ó r y c h w r a c a m y do w s p o m n i e ń bez­ t r o s k i c h lat młodości. Ponieważ w r a c a m y w przeszłość, w r a c a m y także do g w a r y , a ja oczywiście staram się n o t o w a ć niektóre słowa. Listę przesyłam w załączeniu dla ewentualnego wykorzystania. (...)
(Marta Fabisiak, Nowy Targ)

30

KMR

Z DZIEJÓW MIASTA
Najstarszą wczesnośredniowieczną osadą, ist­ niejącą na miejscu dzisiejszych Skarszew, była wieś Równino (Roueninow bądź Revenino), wspomniana w dokumencie z 1174 roku, mocą którego książę Grzymisław ze Świecia, darował ją swemu wiernemu rycerzowi. Według niepotwier­ dzonych źródłowo przypuszczeń, znajdował się tu prawdopodobnie gród obronny, usytuowany na stromym cyplu wzniesienia w zakolu rzeki Wietcisy, stanowiący centrum opola, nie przekształ­ cony jednak później w kasztelanię. Grodzisko, o kształcie zbliżonym do prostokąta i rozmiarach około 60x130m, od strony wschodniej oddzielone było prawdopodobnie wałem i rowem. W 1198 roku książę Grzymisław przekazał ten teren zakonowi rycerskiemu joannitów, którzy w miejscu pierwotnego grodu wybudowali w I po­ łowie XIII wieku gotycki zamek, zwany później Zamkiem Wysokim. Gdy w 1305 roku Skarszewy stały się stolicą baliwatu, czyli okręgu administracyjno-wojskowego joannitów, na zamku skar­ szewskim rezydował komtur tego zakonu. U podnóża zamku, nad Wietcisą rozciągało się podzamcze z zabudowaniami gospodarczymi fol­ warku joannitów. W ciągu XIII wieku na terenie podzamcza powstał znaczny ośrodek rzemieślniczy, któremu joannici nadali w 1320 roku przywilej miejski. Komtur joannicki, Adolf von Schwallenberg, po­ twierdził prawa miejskie w dokumencie, wysta­ wionym 3 lutego 1341 roku dla Skarszew. Skar­ szewy były w rękach zakonu joannitów do 1370 roku, kiedy to za 10 tysięcy grzywien nabyli je Krzyżacy i podporządkowali je wójtowi krzyżac­ kiemu w Tczewie. W 1410 roku, już po zwycięstwie Jagiełły pod Grunwaldem, odbył się w Skarszewach zjazd

poddanych Zakonu, na którym wyrażono chęć złożenia hołdu królowi polskiemu. Zjazdy nie­ chętnych rządom krzyżackim odbywały się w tej miejscowości do wybuchu wojny trzynastoletniej. W 1433 roku miasto zostało zdobyte, a zamek zniszczony przez wojska husyckie. Zakon jednak szybko go odbudował. Po wybuchu wojny trzynastoletniej Skarszewy zwróciły się do władz Gdańska z prośbą o pomoc i opiekę nad miasteczkiem. Została ona udzielona przez skierowanie zaciężnych wojsk gdańskich. Przez blisko rok miasto wolne było od najazdów krzyżackich, dopiero z początkiem 1455 roku rozpoczęły się one na nowo. Ponownie oddziały krzyżackie zjawiły się w Skarszewach w 1460 roku. W latach 1462-1466 miasto wraz z zamkiem przechodziło z rąk do rąk, będąc przez to po­ ważnie niszczone. Odbudowane po wojnie, stało się ważnym ośrodkiem polityczno-administracyj­ nym i gospodarczym na Pomorzu. Od 1613 roku starostami skarszewskimi byli wojewodowie po­ morscy. Zamek będący ich siedzibą, stał się zara­ zem miejscem sprawowania sądów, mieścił się tu bowiem Sąd Grodzki, któremu przewodniczył sam wojewoda pomorski. W latach 1613-1772 urzędowało w Skarszewach 17 wojewodów, ostat­ nim był Ignacy Przebendowski. Odbywające się w Skarszewach zjazdy szlachty i inne zgromadze­ nia przybywających ze stolicy, ożywiły tutejszy handel i rzemiosło. Nie bardzo dbano jednak o sprawy obronności miasta. Nieszczęścia prześladowały Skarszewy również w okresie wojen szwedzkich. Już w 1629 roku Szwedzi opanowali miasto i zamek, dokonując poważnych zniszczeń. W XVIII wieku trzykrotnie wybuchały pożary, które niszczyły i zamieniały miasto w ruinę. W dniu 14 września 1772 roku przybyli do Skarszew komisarze króla pruskiego, którzy prze-

KMR

31

jęli miasto i starostwo. Zlikwidowane zostały funkcjonujące urzędy administracyjne. Dzień ten zakończył dzieje miasta jako stolicy województwa i jednocześnie starostwa, spychając je do pozycji podrzędnego ośrodka najbliższej tylko okolicy. Zniszczony został również zamek i częściowo mur wokół miasta, które nigdy nie odzyskało już dawnej świetności. Upadek miasta pogłębiły woj­ ny napoleońskie. W dniu 30 stycznia 1920 roku Skarszewy przyłączono do Polski. Dnia 2 wrześ­ nia zajęli je Niemcy. Zaczęła się okupacja, która trwała do 8 marca 1945 roku, kiedy to Armia Radziecka wyzwoliła miasto. Dni poprzedzające wyzwolenie przyniosły największe zniszczenia. Wysadzono wieżę ciśnień na stacji kolejowej oraz skład amunicji z pociskami artyleryjskimi, któ­ rych wybuchy poważnie uszkodziły wiele budyn­ ków mieszkalnych i gospodarczych. Podobnie, jak już nieraz w ciągu swych dziejów, miasto odczuło tragizm także tej wojny. Powojenne lata charak­ teryzują się troską o rozwój miasteczka. Uprzemy­ słowione i rozbudowane, osiągnęło około sześciu tysięcy mieszkańców. Relikty dumnej przeszłości historycznej - to gotycki kościół farny pod wezwaniem św. Michała Archanioła, XVIII-wieczne domy w rynku, w tym ratusz, Dom pod Gutenbergiem, Dom Wojewo­ dów, wreszcie zamek wraz z zachowaną pierwotną dolną kondygnacją i piwnicami oraz resztkami murów obronnych. Natomiast w skarbcu parafia­

lnym odkryto gotycki złoty kielich z łacińskim napisem: Módlcie się za duszę Gertrudy. Dookoła miasteczka rozciągają się przepiękne okolice pełne jezior i lasów, będące rajem dla turystów, zbiornicą legend i baśni związanych choćby z zamkiem.

ZAMEK DAWNIEJ I OBECNIE
Największym pod względem historycznym za­ bytkiem Skarszew jest dawny zamek gotycki. Warownia wymieniona po raz pierwszy w doku­ mencie z 1305 roku, składała się z następujących części: Zamku Wysokiego, Zamku średniego, Przygródka, Podzamcza i Przedzamcza. Miasto otaczały mury obronne. 1. Zamek Wysoki -jak już wspomniano, stano­ wił siedzibę komturów joannickich (1305-1370). Ze względów obronnych, położony został na cyplu wzniesienia oraz odcięto go od miasta głęboką fosą, nad którą znajdował się zwodzony most. Po pierwszych właścicielach przebywali w zamku Krzyżacy (1370-1466). W czasach pol­ skich stanowił rezydencję starostów skarszews­ kich (od 1472 roku) oraz wojewodów pomorskich (1613-1772). Często gościli w jego murach królo­ wie Rzeczypospolitej. Trudno dziś ustalić, czy Krzyżacy przejmując od joannitów w 1370 roku zamek, dokonali w nim

Zamek Wysoki po odbudowie

32

KMR

przeróbek. Na pewno jednak na wysokości trzech metrów od strony północnej i południowej - na zewnętrznej ścianie murów - umieścili dwa duże kamienie polne na znak ostatecznego zwycięstwa nad wojskami husyckimi, które w 1433 roku czasowo opanowały miasto i zajęły zamek. Jak podaje Inwentarz starostwa skarszewskiego z 1628 roku miasto było murem otoczone z trzech stron, z czwartej strony muru żadnego nie masz, na niektórych miejscach ruina. Z miasta do zamku droga wiodła przez muro­ waną bramę. Zamek był wówczas dwukondygna­ cyjny. W jego wnętrzu były liczne pokoje, duża komnata jadalna, dwa alkierze, piekarnia, kuch­ nia i piwnice. W czasie pierwszej wojny szwedzkiej - jak podaje lustracja z 1664 roku - zamek zrujnowany został przez Gustawa Karola szwedzkiego. Po woj­ nach ze Szwedami został odbudowany i zapewne przebudowano jego wnętrza zależnie od potrzeb urzędu starościńskiego i sądu. Natomiast, jak wynika z Inwentarza starostwa skarszewskiego z 1737 roku, zamek był wówczas w złym stanie, jego ściany groziły obaleniem. Nad fosą, oddzielającą teren zamkowy od miasta,znajdował się jeszcze stary drewniany most. Na dziedzińcu zaś stało kilka budynków gos­ podarczych. Jeszcze w 1772 roku zamek był budowlą piętrową z murowanymi wieżami po bokach. W czasie zaboru pruskiego nastąpiła częściowa rozbiórka zamku. Obniżono go do poziomu jednej kondygnacji i zlikwidowano wieże otaczające zamek. Wysokie mury i baszty uległy zniszczeniu. Zamek Wysoki łączył się prawdopo­

dobnie podziemnym przejściem ze skarszewską farą. Pozostałości zamku z gotyckimi sklepieniami piwnic i parterową częścią murów w XIX wieku pokryto dachem i przystosowano pierwotnie na magazyn solny, a następnie na młyn - kaszarnię. W XX wieku zamek ponownie pełnił funkcję magazynu, a ostatnio były tu nawet izby mieszkal­ ne. W stanie postępującej dewastacji, zachowały się jeszcze dawne sale: królewska, rycerska i jadal­ na. Nadmienić też wypada, że w 1965 roku na ścianie wschodniej wmurowano tablicę upamięt­ niającą działalność Józefa Wybickiego, który w miejscowym Sądzie Grodzkim praktykował w latach 1762-1767 w charakterze jurysty. 2. Zamek Średni - stanowił uzupełnienie Zamku Wysokiego. Urzędował w nim Sąd Grodzki, znaj­ dowało się w nim także archiwum, administracja starościńska, pomieszczenia gospodarcze, stajnie, wozownie, mieszkania dla straży, służby zamko­ wej i folwarcznej. Jego teren był otoczony murem obronnym i basztami. Od strony miasta znaj­ dował się wjazd, którego strzegła brama z mostem zwodzonym i suchą fosą. Dziś zachował się tylko fragment muru obronnego, a na fundamentach jednej z baszt i budynku sądowego w XIX wieku wzniesiono budynek mieszkalny. Fosę zasypano w XVIII wieku. W 1949 roku dawne budynki gospodarcze i mie­ szkalne w północno-wschodniej części zamku zni­ szczył pożar. Po zniwelowaniu terenu, na uzys­ kanym placu władze miasta zorganizowały tar­ gowisko miejskie.

Obiekt byłego Zamku Średniego

KMR

33

3. Podzamcze - stanowiło je w XIII wieku obecne Stare Miasto. Na obszarze tym wybudo­ wano: młyn, tartak, folusz, browar, karczmę, a także kuźnię i mielcuch. Joannici obszar ten ufortyfikowali od strony północnej. Całość oto­ czono moczarami Wietcisy, rozlewiskiem stawów i fosami, które łączył z zamkiem most zwodzony, usytuowany u podnóża Zamkowej Góry. Stromą skarpą prowadziła droga do Bramy Młyńskiej, zwanej też Bramą Wojewody, znajdującej się obok baszty przy kościele farnym. Obecnie na Podzam­ czu znajduje się zabytkowy budynek dawnej kar­ czmy z XIX wieku i budynek mieszkalny z połowy XIX stulecia. 4. Późniejsze Przedzamcze - zlokalizowane było na prawym brzegu Wietcisy na przeciw Przedmieś­ cia Chojnickiego. Nie posiadało ono jednak cha­ rakteru gospodarczego, lecz stanowiło część skła­ dową zamku właściwego.

OŚRODEK KULTURY NA ZAMKU JOANNITÓW
Zamek w Skarszewach, a właściwie jedynie jego parterowa część pozostała po rozbiórkach prze­ prowadzonych w okresie zaboru pruskiego, o wy­ miarach 12,80 x 15,50 m, została dokładnie od­ restaurowana. Po trwającym wiele lat remoncie została w grudniu 1989 roku oddana do użytku społeczeństwa Skarszew jako ośrodek kultury. Powodzenie tego przedsięwzięcia, to w dużej mie­ rze zasługa Wojewódzkiego Konserwatora Za­ bytków w Gdańsku - inż. Tadeusza Chrzanow­ skiego i dyrektora Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Skarszewach - Je­ rzego Kolwasa, od początku zaangażowanych w odbudowę zamku. Złożyła się na nie także pomoc finansowa i organizacyjna Wydziału Kul­ tury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku i władz lokalnych Skarszew. Dzięki umiejętnościom wykonawczym ekip gdańskiej PKZ (generalny wykonawca), wspoma­ ganych przez brygady remontowe i specjalistyczne z SKR w Skarszewach, RSP „Zgoda" w Bo­ lesławowie, USP „Gryf z Tczewa oraz firmy rzemieślnicze, zamek joannitów będący przez dłu­ gi czas w ruinie, odzyskał swój dawny kształt i wystrój. Gospodarzem obiektu od kilku lat jest Miejs­ ko-Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Skarszewach, który uzyskał obecnie wymaganą siedzibę. Zabytkowe wnętrza od piwnic po pod­ dasze są funkcjonalne, przystosowane do prowa­ dzenia różnorodnej działalności kulturalnej. Oprócz pomieszczeń przeznaczonych do pracy w zespołach i sekcjach zainteresowań, jest salon wystawowy, kawiarnia, sala widowiskowa i tele­

wizyjna. Obiekt wyposażony został w nowoczesny sprzęt elektroniczny. Dysponuje komputerami, płytoteką kompaktową, odtwarzaczem video, ka­ merą video i anteną satelitarną. Część pomieszczeń zamkowych przeznaczono na cele wystawowe. Już na otwarcie placówki jej gospodarz zaprezentował ekspozycję ukazującą historię i tradycje kulturowe rejonu Skarszew. Poprzez zbiór starych i najnowszych fotografii pokazano etapy odbudowy zamku. Skarszewskie pejzaże, to plon pleneru artystów plastyków ama­ torów z 1988 roku. Jest też stały kącik poświęcony Józefowi Wybickiemu - autorowi Mazurka Dąb­ rowskiego - pieśni, która stała się hymnem narodo­ wym. Jak powszechnie wiadomo, w życiorysie tego wielkiego Polaka wpisane są lata spędzone w Skarszewach. Znalazło się także miejsce dla ekspozycji regionalnej twórczości ludowej. Na początek zaprezentowano pracę nieżyjącego już Stanisława Rekowskiego - artysty ludowego ze wsi Więckowy. Dawny zamek joannitów doczekał się więc właściwego przeznaczenia, a Skarszewy wzboga­ ciły się o placówkę kulturalną z prawdziwego zdarzenia.

MURY OBRONNE MIASTA
Według niektórych historyków, mury obronne o długości około 1100 m zbudowane zostały dopiero w końcu XIV wieku, czyli już w czasach krzyżackich, podczas gdy joannici mieli wznieść jedynie niektóre baszty i ustawić między nimi częstokół. Istnieje także pogląd, że niektóre odcin­ ki murów wraz z basztami mogą pochodzić z koń­ ca XIII wieku, tj. z czasów joannickich. Jest prawdopodobne, że już w 1274 roku teren Pod­ zamcza otaczały mury obronne z kamienia pol­ nego, dochodzące do 5 m wysokości. Rozbudowa­ no je po 1320 roku (Skarszewy uzyskały wówczas pełne prawa miejskie), a w XV wieku nadbudowa­ no je cegłą. Miasto otaczały mury obronne o wysokości do 8 m i grubości do 2 m. Znaczny ciąg murów od

Tablica upamiętniająca Józefa Wybickiego

34

KMR

strony wschodniej i południowej zachował się wraz z basztami do czasów obecnych. Dla wzmocnienia obronności w paśmie murów umieszczono 22 baszty. Wjazd do miasta umoż­ liwiały dwie bramy: Chojnicka - w połud­ niowo-wschodnim narożniku murów oraz Gdańs­ ka - we wschodmej części umocnień obronnych. Bramy miejskie miały prawdopodobnie rozbudo­ wany system przedbramia. W XV wieku wyburzo­ no dwie baszty, stawiając na ich miejsce basteje, z których jedna zachowała się do czasów obec­ nych. Od strony północnej broniły miasta mury obronne zamku. W tej części w pobliżu kościoła farnego znajdowała się też trzecia brama: Młyńska - otwierająca drogę na Podzamcze. W odległości około 50 m znajdował się na Wietcisie most zwodzony. W połowie XIX stulecia Prusacy rozebrali bra­ my miejskie - Chojnicką i Gdańską - oraz znaczną część murów obronnych i baszt. Ten sam los spotkał także Bramę Młyńską oraz większość murów obronnych zamku. Obronność murów od strony zachodniej i pół­ nocnej wzmacniały strome skarpy, które na odcin­ ku północnym zostały w XVI wieku ufortyfikowa­ ne. Resztki tych fortyfikacji ziemnych zachowały się do czasów obecnych. Do naturalnych walorów obronnych Skarszew zaliczyć należy rzekę Wietcisę, która opływa mias­ to i zamek od strony północnej i zachodniej, a w średniowieczu tworzyła rozlewiska i bagna, dodatkowo utrudniające dostęp na Podzamcze

i Zamkową Górę. Także od strony południowej dostępu do miasta broniły poza murami istniejące wówczas bagna i jezioro. Zachowane baszty, bądź ich fragmenty, wskazują na odmienność w kształcie, wielkości i budulcu, z jakiego są zbudowane. W najlepszym stanie zachował się południo­ wo-wschodni narożnik murów obronnych. Naj­ bardziej okazałą z zachowanych baszt jest Baszta Skazańców. Jako baszta narożna, na planie koła średnicy 10 m, ma od strony wschodniej wy­ brzuszenie koliste o średnicy około 3 m. Zbudo­ wana została z cegły gotyckiej na kamiennym fundamencie. Natomiast mury sąsiadujące z Basz­ tą Skazańców sięgają wysokości około 4 m; po­ wstały z kamienia polnego, później nadbudowane cegłą. Baszta Skazańców, prawdopodobnie z koń­ ca XV wieku, ma cechy bastei. Tradycja ludowa wiąże ją z miejskim wymiarem sprawiedliwości, niejednokrotnie bowiem wykonywano tam wyro­ ki śmierci. Kolejną basztą, pierwszą z linii południowej murów obronnych licząc od narożnej Baszty Ska­ zańców, jest dobrze zachowana mała baszta ka­ mienna o wymiarach 3 m długości, 5 m szerokości i 4 m zachowanej wysokości. Nadbudowana była cegłą, o czym świadczą ślady wzmocnienia murów obronnych, według niektórych źródeł, dokonane po wojnie trzynastoletniej (1454-1466). Dalej usytuowana była Baszta Wysoka, której zachowane fragmenty - o szerokości 3 m, długości 3 m i wysokości 6 m - pozwalają przypuszczać, że

Baszta Skazańców

KMR

35

nazwa tego obiektu była zgodna z dawnymi rozmiarami tej budowli. Baszta Wysoka zacho­ wała do dziś tylko ścianę boczną i fragment ściany frontowej. Znajdowały się tu strzelnice. W części przyziemnej zachowały się dalsze fragmenty tej baszty. Trudno z nich jednak wnioskować, jaka była pierwotna szerokość tej budowli. Kolejna baszta, na zachód od Baszty Wysokiej, zajduje się obecnie w stanie szczątkowym. Dalej w kierunku zachodnim widnieją pokaźne fragmenty murów obronnych, z których odcinek przy kolejnej baszcie o rozmiarach: 10 m długości i około 5 m wysokości, został w latach sześć­ dziesiątych poddany zabiegom konserwatorskim. Znajdujące się obok fundamenty kolejnej basz­ ty (5 m szerokości i 4 m długości) są jedynie pozostałością po tym umocnieniu. Do 1955 roku baszta występująca w tym miejscu pełniła rolę domu mieszkalnego, po czym obiekt został roze­ brany. Baszta Szkolna, usytuowana przy ulicy o tej samej nazwie, stanowi kolejne wzmocnienie w sys­ temie obronnym Skarszew. Silnie wysunięta, z obroną boczną i czołową, została usytuowana w miejscu, gdzie kończyło się jezioro i tereny bagienne. Obecność baszty i suchy przekop sku­ tecznie zabezpieczały miasto z tej strony. W XVIII wieku w mury baszty (szerokość 11 m, długość 9 m, zachowana wysokość 5-7 m) wbudowano dom mieszkalny. Prawdopodobnie nazwę swą zawdzięcza kolejnej budowli, znajdującej się u wy-

lotu ulicy Kościelnej, która w XVI i XVII stuleciu mieściła szkołę luteranską. Dziś nie pozostało po niej śladu, została bowiem rozebrana wraz z mu­ rem obronnym pod koniec XVIII wieku, aby nie utrudniać dostępu do znajdującego się tam kośdoła ewangelickiego. Fundamenty i fragmenty ściany zewnętrznej następnej baszty zachowały się w piwnicznej i par­ terowej ścianie budynku przy wspomnianej ulicy szkolnej. Ostatnim wreszcie fragmentem murów obronnych w pasie południowym jest mur bieg­ nący ku nieistniejącej już Bramie Chojnickiej, długości około 50 m, wysokości 2-4 m i grubości około 1 m. Za Bramą Chojnicką znajdowała się Brama Narożna — bliźniacza w stosunku do Baszty Skazańców. Na odcinku północnym zachował się tylko fragment ściany bocznej baszty usytuowanej obok Bramy Myńskiej oraz fragment muru obronnego za kościołem farnym. Zachowały się też fragmenty fundamentów baszty w narożniku północnowschodnim. Wymiary świadczą, że był to obiekt niewielki, a wpływ w tym względzie miała praw­ dopodobnie stroma i pokaźnych rozmiarów skar­ pa, pozwalająca budowniczym ograniczyć wiel­ kość tej baszty bez uszczerbku dla średniowiecz­ nego systemu obronnego miasta. Baszta, znajdująca się między ulicami Ogro­ dową a Rzeczną, posiada zaokrąglone naroża. Jej fundamenty są kamienne, co jest charakterystycz-

Baszta Szkol

36

KMR

Fragment murów obronnych od strony południowej

ne także dla wielu innych baszt w systemie obron­ nym Skarszew. Przy ulicy Ogrodowej, na wprost fary, zacho­ wały się resztki furty, prawdopodobnie z XVIII wieku, a także boczna ściana kamiennej baszty z obroną boczną, o czym świadczy zachowany fragment strzelnicy bocznej. Kolejnym obiektem w systemie murów obron­ nych była Brama Gdańska z przedbramiem. Do dziś nie zachował się żaden jej fragment. Za Bramą Gdańską znajdowała się niewielka baszta z kamie­ nia, którą mieszkańcy okolicznych domostw roze­ brali na początku lat sześćdziesiątych, gdyż gro­ ziła zawaleniem. Obecnie zostały tylko nikłe ślady fundamentów.

Prawdopodobnie była jeszcze jedna niewielka baszta, dziś już nie istniejąca, a tuż za nią wspo­ mniana na początku Baszta Skazańców, jako baszta narożna. Ocalałe fragmenty murów i XIII wiecznych baszt obronnych, zbudowane z polnych kamieni, rozbudowane w pierwszej połowie XIV wieku przez joannitów i po 1370 roku przez Krzyżaków, a nadbudowane w końcu XV wieku przez sta­ rostów polskich, należą nie tylko do najstarszych, ale również do najciekawszych pod względem historycznym i najlepiej zachowanych na Kociewiu i Pomorzu Gdańskim.
Kazimierz Ickiewicz Fot. Roman Knopp

Niedawno miałem okazję wziąć do rąk po raz pierwszy „Kociewski Magazyn Regionalny" (...) Była to dla mnie duża niespodzianka! Pismo na tle jakże skromnych i często nieciekawych wydawnictw regionalnych — niezwykle i szczególnie interesujące... A więc słowa najwyższego uznania dla Zespołu Redakcji, (...) za podjęcie trudnego ale koniecznego dzieła przybliżenia nam, Polakom, historii i piękna Ziemi Kociewskiej. (...)
(Tadeusz Barglik, Zawiercie)

KMR

37

Rozpoczynamy druk trudno dostępnej książki ks. Jana Sajewicza OMI o wielkim społeczniku, ks. Henryku Szumanie, proboszczu starogardzkim lat trzydziestych. Przez pięć kolejnych numerów publikować będziemy ten wyjątkowo cenny tekst, ukazujący nie tylko portret szlachetnego człowieka, ale również przekazujący wiele informacji z Kociewia. Opracowanie drukujemy niemal w całości - z pominięciem rozdziałów wstępnych - na podstawie wydania Biblioteki Polskiej Katolickiego Ośrodka Wydawniczego „Veritas" w Londynie.

KS. JAN SAJEWICZ OMI

Głos mają sieroty
Życie i działalność wielkiego opiekuna sierot ks. prałata Henryka Antoniego Szumana proboszcza starogardzkiego zamordowanego w Fordonie w 1939 r.
NA PLACU ZWYCIĘSTWA Fordon. Stary gród nadwiślański, którego początki sięgają XIV wieku. Niszczony przez stulecia przez wojska szwedzkie i przez pożary, aby na nowo odradzać się do życia. Miasto krwawej hekatomby z czasów najazdu hitlerowskiego. Miasto męki i zwycięstwa. Na murze barokowego kościoła oglądam czarną płytkę z napisem: „Tablica pamiątkowa ku czci pomordowanych w dniu 2.X.1939 r. w Fordonie". A więc to tu ich rozstrzelano. Pod frontowym murem kościoła parafialnego. Na rynku miasta, nazywanym Placem Zwycięstwa.

38

KMR

Na środku Placu Zwycięstwa czworoboczny pomnik. Na płaszczyźnie frontowej ściany pomnika symboliczna płaskorzeźba martyrologii. Pod nią dedykacja:
Ofiarom wojny 1939-1945 poległym i pomordowanym za wolność i niepodległość ojczyzny w dwudziestą rocznicę śmierci mieszkańcy Fordonu.

Pomordowanych było około dwóch tysięcy. Najwięcej w pobliskiej, między wzgórzami rozłożonej kotlinie, nazwanej Doliną Śmierci. Po dokonanej w 1947 roku ekshumacji, przewieziono ich zwłoki z Doliny Śmierci na Wzgórze Wolności, i pochowano je na Cmentarzu Bohaterów w Bydgoszczy, wespół z 36 tysiącami mieszkańców miasta, zamordowanych w czasie okupacji. Napis na bocznej ścianie pomnika na Placu Zwycięstwa przypomina, że W dniu 2 października 1939 r., ulegający przemocy hitlerowskiego żołdaka, na tym placu pod murami kościoła śmiercią męczeńską zginęli: Koszewski Benon, Piotrowski Albin, Podgórski Waldemar, ks. Reszkowski Hubert, ks. Szuman Henryk, Wawrzyniak Wacław, Zalesiak Stefan, Ziółkowski Polikarp. Ks. prałat Szuman był w tym czasie proboszczem w Starogardzie Gdańskim. W jaki sposób znalazł się w ósemce fordońskich męczenników? Trochę szczegółów podaje Kazimiera Bieńkowska, nieodstępna towarzyszka jego siostry Wandy. Dwa dni przed wybuchem wojny - pisze w swych zeznaniach - niespodziewanie stanął u nas w Poznaniu. Zapowiadał straszną wojnę i męczeństwo. Odchodząc dorzucił: Kazia, nie zostawiaj Wandy samej. Odszedł powoli.. W październiku doszła nas wieść, że 2.X.1939 r. zginął z rąk niemieckich oprawców... W 1944 r. krążyły wiadomości, że obraca się w okolicach Warszawy... Po powrocie z wysiedlenia dowiadujemy się jednak, iż prawdą jest, że zginął rozstrzelany w Fordonie... W r. 1946 pojechałyśmy do Fordonu, gdzie proboszczem był nasz znajomy, ks. Weltrowski. Tam dowiedziałyśmy się, jak wyglądała tułaczka naszego kapłana. Otóż miał on opuścić Starogard z nakazu niemieckiego starosty, który miał mu oświadczyć, że nie mogą obaj rządzić w jednym mieście. Nasz kapłan jak tułacz z walizeczką szedł w nieznane. Jak wyglądała ta wędrówka, tego nikt nie podaje. Jedno jest wiadome, że skierował się do

Pomnik martyrologii na Placu Zwycięstwa w Fordonie

KMR

39

Fordonu, gdzie proboszczem był jego dobry przyjaciel ks. infułat Józef Szydzik. Nie zastawszy go tam, pozostał na posterunku w parafii fordońskiej, w której można znaleźć jego podpisy w księgach chrztów i pogrzebów. Z opowiadania miejscowego restauratora, który miał widzieć całą egzekucję, wynika, że według rozkazu wyprowadzono 8 osób przed kościół i że ks. Szuman szedł wyprostowany, rzucając słowa otuchy do młodego i zalęknionego ks. wikarego: ,Bądźmy dzielni, niedługo staniemy u Ojca Niebieskiego...' Naszemu kapłanowi dano drugi strzał, po którym upadł. Tak zginęło dwóch kapłanów, burmistrz miasta i 5 obywateli Fordonu. Od ich krwi zarumienił się Plac Zwycięstwa. Mur kościoła żałośnie zajęczał od zbrodniczych wystrzałów. A ponad Wisłą słońce zniżało się ku zachodowi - słońce nadziei na nowe jutro. Na nowe życie. Bo moc śmierci wtula zwłoki człowieka jak pszeniczne ziarno w żywot ziemi, aby obumierając, mogło przezwyciężyć umieranie i wydać owoc zmartwychwstania. Zwycięstwo pochłonęło śmierć. Gdzież jest zwycięstwo twe, o śmierci?. Ale wróćmy jeszcze do pomnika na Placu Zwycięstwa. Została nam do obejrzenia ostatnia płaszczyzna bocznej ściany pomnika. Wyryto na niej taki wiersz: Groby wy nasze, ojczyste groby. Wy pełne życia mogiły. Wy nie ołtarze próżnej żałoby, Lecz twierdze siły. Nie z szlochem żalu, nie z westchnieniami, Nie z pustym szeptem pacierzy, Ale z płonącym sercem przed wami Stać dziś należy. Tak. To są groby nasze. Ojczyste. Pełne życia. Twierdze siły... Stać przed nimi należy z płonącym sercem... Ale również i z „szeptem pacierzy". I to nie „pustym". Pacierz jest zarzewiem wiary w Bożą sprawiedliwość. Wyrazem niezachwianej nadziei w zwycięstwo prawdy. Płonącego serca zapalną iskrą. Nie „pusty", ale brzemienny w żywą moc. Przypuszczalnie wszyscy pomordowani na Placu Zwycięstwa i w Dolinie Śmierci oddawali życie z wiarą i szeptem pobożnych pacierzy. Między nimi byli kapłani. Na 701 kapłanów diecezji chełmińskiej aż 299 księży zostało zamordowanych, a 75 księży i kleryków zabitych wskutek działań wojennych. Szli oni na śmierć z modlitwą w sercu i na ustach. Ks. Szumana brutalnie ściągnięto z klęcznika, na którym klęcząc ostatnie szeptał pacierze i wprost z kościoła poprowadzono do więzienia, a za parę godzin pod mur śmierci. Czy godzi się więc naruszać świętość grobów męczenników pustymi frazesami? Według autentycznych relacji świadków egzekucji na Placu Zwycięstwa ks. Szuman wzniósł w ostatniej chwili okrzyk: „Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Polska!" A po tym okrzyku -jak pisał bydgoski tygodnik „Kujawy" - pocisk żołnierza hitlerowskiego plutonu egzekucyjnego w Fordonie przebił pełne dobra, miłości i nadziei serce księdza Henryka Szumana. Na odjezdnym z Placu Zwycięstwa wstępuję jeszcze do kościoła. W imieniu wszystkich sierot i podopiecznych ks. Szumana, rozproszonych dziś po świecie, składam przed ołtarzem symboliczny wieniec z wyszeptanych pacierzy. W zakończeniu powtarzam - jakoby wespół ze wszystkimi sierotami - jego przedśmiertne słowa: Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Polska! Zwracam ostatnie spojrzenie na pokaleczony od kul mur śmierci. Wokół kościoła panuje zadziwiający spokój. Nie ma już strzałów. Jest tylko Plac Zwycięstwa. DOM PRZY UL. SZUMANA Kiedyś była to może najmniejsza ulica w Toruniu. Zaułek. W latach powojennych prawie przestała istnieć. Domy wyburzono, a ulica Szumana musiała ustąpić miejsca pokaźniejszym i dogodniejszym arteriom komunikacyjnym. Pozostała jednak nazwa. I przede wszystkim pozostał dom - dom rodziny ks. Henryka Szumana. A nie był to zwykły dom. To była zarazem życiodajna oaza, tryskająca obficie duchem wiary i chrześcijańskiej dobroczynności. Ognisko buchające płomieniami patriotyzmu. Dom szerokiej sławy uczonego lekarza polskiego, dra Leona Szumana. Ojciec ks. Henryka, dr Leon Szuman urodzony w r. 1852 we wsi Kujawki, zasłynął w Toruniu jako lekarz ze wszech miar nowatorski i postępowy, jako realizator nowych teorii wiedzy medycznej, jako

40

KMR

chirurg o „złotych rękach". Ale po wieniec zwycięstwa musiał sięgać przebojem. Był przecież jednym polskim lekarzem w mieście pod władzą pruską. Gdy w r. 1879 sprowadził się tu z Wrocławia, gdzie przez dwa lata pracował jako asystent kliniki chirurgicznej, władze niemieckie, które w tym czasie zaostrzały kurs walki ż polskością, odmówiły mu stanowiska w Szpitalu Miejskim. Przyjmuje przeto posadę w szpitalu sióstr diakonisek. Tu zdobywa gruntowną praktykę. Dokonuje rewelacyjnych operacji. W krótkim czasie urasta na sławę lekarską. Po 4 latach podejmuje śmiały krok: urządza własną klinikę w wydzierżawionym lokalu. W r. 1893 waży się na jeszcze śmielszy: wznosi własny gmach, w którym pomieszcza fachowo wyposażony szpital i zapewnia sobie swobodę stosowania najnowszych metod lecznictwa. Klinika w domu Szumana przeobraża się wkrótce w przodującą i szeroko znaną placówkę leczniczą. Dr Leon Szuman staje się powagą w ówczesnym świecie lekarskim. Fenomenalne wyniki jego operacji komentowane są w Warszawie, Berlinie i Petersburgu. O jego osobę i współpracę zabiegają Towarzystwa Lekarzy z Warszawy, Łodzi, Petersburga, Lublina i Lwowa. Niemiecka Izba Lekarska w Gdańsku powołuje jego jedynego spośród lekarzy polskich na swego członka. Do kliniki Szumana w Toruniu napływają pacjenci nie tylko z Pomorza, ale także z Polski centralnej i z Niemiec. W Berlinie lekarze niemieccy zagadywali pacjentów znad Wisły: Wy z Torunia do nas? Przecież macie tam Szumana. Polskiemu lekarzowi z Torunia chodziło jednak o coś więcej niż o blask sławy lekarskiej. Nie po to sprowadził się na Pomorze i usamodzielnił się we własnej klinice, by zamknąć się w kole lekarskim. W krytycznej chwili, kiedy władze zaborcze zaogniały walkę z Kościołem i usiłowały przyspieszyć pro­ ces germanizacji, dr Szuman nie poniechał żadnej sposobności, by podtrzymywać i umacniać ducha w narodzie. Ręka w rękę działał z duchowieństwem, zdając sobie sprawę, że Kościół jest najmocniejszą ostoją polskości w zalewie niemieckim. W jego mieszkaniu obok kliniki prowadzono tajne komplety nauczania języka polskiego, a rolę nauczycieli spełniały często jego żona i dzieci. Dla swoich pacjentów miał nie tylko niezawodny prawie lancet chirurgiczny, ale przede wszystkim serce dobrego Samarytani­ na, który obwiązawszy rany tego, co wpadł między zbójców, pielęgnował go w własnej gospodzie. Bo dr Szuman był lekarzem ubogich. Dwie sale w swojej klinice przeznaczył dla najbiedniejszych, którzy nie mieli środków na opłacenie leczenia. Dużo czasu poświęcał na rozmowy z pacjentami, bo zasady wiary nakazywały mu dopatrywać się w każdym z nich świętości obrazu Bożego.

Dom dr Leona Szumana

KMR

41

Krystyn Mazurkiewicz opisuje w magazynie społeczno-kulturalnym „Pomorze" jego poważny i ujmujący wyraz twarzy, zamiłowania i wykształcenie przyrodnika, a równocześnie umysł humanisty. Mieczysław Mielżyński określa go w referacie dla Towarzystwa Lekarskiego w Toruniu jako człowieka niezwykle prawego, akuratnego i punktualnego. Nie pozwalającego sobie nigdy na najdrobniejszą nieścisłość czy przesadę, nigdy na kłamstwo — nawet wobec Niemców. A przy tym wszystkim jako ojca i człowieka bardzo dobrego i wyrozumiałego dla swych dzieci, otoczenia i kolegów. Wśród nawału zajęć lekarskich i naukowych dr Szuman wyżywał się jeszcze w zamiłowaniach humanistycznych i literackich. Czynnie angażował się w Towarzystwie Naukowym, w stowarzyszeniach polskich, w związkach śpiewaczych, sokolich i teatralnych. Obok drukowanych prac naukowych pisywał także poezje, utwory sceniczne, opowiadania i pieśni patriotyczne, wciąż nawołując do pracy dla ojczyzny: W pracy i trzeźwości weźmy się do dzieła, Pokażmy, że Polska jeszcze nie zginęła. W domu Szumana—niby płomień w kuźni kowalskiej — płonął znicz wiary i działania. On zaś, i jako lekarz, i jako społecznik — niby kowal z ciężkim młotem w dłoni — wykuwał godne podziwu wzorce chrześcijańskiego miłosierdzia i czynów dla zachowania świadomości narodowej. Płomień domowego znicza podsycała jego żona, Eugenia z Gumpertów, którą poślubił w rok po osiedleniu się w Toruniu i doczekał się z nią dziewięciorga dzieci. Obdarzona niezwykłymi zaletami kobiecego uroku, kultury i dobroci, była jakby aniołem domu i kliniki dra Szumana. Przedwczesny jej zgon w 1895 r. w następstwie gruźlicy, był dotkliwym ciosem dla męża i siedmiorga dzieci. Tęsknotę i dojmujący żal po niej wyraził dr Szuman w krótkim wierszu, w którym uwielbia ją jak anioła swego i opiewa jej śliczne modre oczy i niezapomnianą pieszczoną mowę. Henryk miał w tym czasie 12 lat. Wpływ matki i przeżycia jej śmierci utkwiły w jego pamięci na całe życie. Wyżłobiły w jego młodym sercu charakterystyczny rys dobroci i wyczuliły na niedolę dzieci pozbawionych miłości matki. W rok później ożywiło dom Szumanów serce drugiej żony doktora. Na szczęście tak samo oddane i kochające jak serce pierwszej żony i matki. Drugi szczęśliwy związek małżeński zawarł Leon Szuman z Emilią, siostrą Eugenii z Gumpertów. Według notatek w aktach rodzinnych, była to postać poważna, skupiona, cicha, o słodkim uśmiechu i dobroci... Ona i mąż skupiali wokół siebie nie tylko najbliższe grono dzieci i wnuków, ale i olbrzymi odłam obywatelstwa miejskiego i wiejskiego... Zajmowała pierwsze miejsce w Toruniu dla swych wielkich cnót i zalet, wyznaczone jej przez uznanie całego społeczeństwa... Emilia Szumanowa była przepojona miłością Boga, ojczyzny i bliźnich i stąd płynęła jej wielka siła do pełnienia obowiązków, nawet wówczas, gdy ciężka choroba nerek niweczyła jej organizm. Obie żony dra Szumana wywiązały się znakomicie z przypadającego im zadania. Obie kolejno przewodniczyły Towarzystwu Pomocy Naukowej dla dziewcząt, nawiedzały chorych i służyły potrze­ bującym pomocą i poradą. Dzieci były dla nich skarbem nieocenionym. Eugenia obdarowywała je macierzyńskim sercem. Emilia zaś podsycała ich ambicje do nauki i zaprawiała je do przyszłej służby dla społeczeństwa i ojczyzny. W taki to sposób dom dra Szumana stawał się jakby zaczarowanym bastionem, z którego rzutowała moc wiary i zrywów ku wolnej ojczyźnie. Rodzina Szumanów przetrwała w nim najcięższe lata jarzma pruskiego. Z przyległej do tego domu małej ulicy powitała zorzę wolności. Władze miasta nadały jej po odzyskaniu niepodległości miano ulicy Leona Szumana. Synowie i córki kroczyli śladami ojca, służąc niepodległej Polskiej Rzeczypospolitej na odpowiedzialnych stanowiskach. Henryk, jako młody kapłan, rzucał się z zapałem w wir pracy, aby społeczeństwo religijnie odnawiać, bezdomnym sierotom wojny zapewnić opiekę i przełamać w narodzie plagę pijaństwa. Dr Leon Szuman na krótko przed śmiercią w 1920 r. wyśpiewał —jak biblijny prorok Symeon, oglądający chwałę swego narodu — hymn pokoju i dziękczynienia, zaczynający się od słów: 0 Ty najwyższy Panie na tej ziemi, Co miałeś litość nad nieszczęśliwymi, Przed Tobą lud nasz korzy się w pokorze Za Twą pomocną dłoń, nasz wielki Boże. 1 z głębi serca dzięki czynim, Panie, Za Twe nad Polską wielkie zmiłowanie.

42

KMR

MIŁOŚĆ JAK SŁOŃCE Nad biurkiem, przy którym ks. Henryk Szuman spędzał długie godziny kapłańskiej, redaktorskiej i opiekuńczej pracy, wisiała zawsze duża fotografia jego matki. Z jej łagodnie zamyślonego oblicza i w dal utkwionego wzroku można było odczytać dużo troskliwego zaangażowania i twórczej miłości, co w sercu matki jest jak słońce, które nie zachodzi. Łatwo można było zaobserwować, jak wpatrywał się w nią, zamyślał się i zatapiał we wspomnieniach. Wtedy to zapewne wywoływał w wyobraźni jej obecność, wsłuchiwał się w bezsłowne szepty jej mądrych wskazówek i zasilał nimi ducha. A nade wszystko musiał tak radować się jej żywym wspomnieniem, jak dziecko raduje się światłem promieniującego słońca, wdzierającego się przez otwory okiennic. W rozmowach z sierotami ks. Szuman raczej nie ujawniał osobistych przeżyć rodzinnych. Przypusz­ czalnie, by nie urażać naszych sierocych uczuć, które przecież tej miłości prawie nie znały. A jeśli przyszło mu raz po raz wspominać matkę, czynił to zawsze z uczuciem szczerego wzruszenia i przywiązania, a nawet — jak wspomina dr Kryzan — ze łzami. Szczęśliwym jednak trafem zachowało się kilka autentycznych listów, które ks. Henryk Szuman starannie przechowywał od wczesnej młodości. Jedne pisane były przez jego matkę Eugenię Szumanową, inne przez ciotkę Emilię Szumanową, która jako druga żona ojca zastąpiła mu zmarłą matkę. Listy te nie wymagają komentarza. Tak pełne są pedagogicznej mądrości i troskliwej miłości, że mówią same za siebie. Warto je poznać, choćby tylko w skrótach. List matki (bez daty) do Henryka, przebywającego czasowo u stryjostwa: Mój Chłopyszku Kochany! Posyłam Ci dziś Twoje rzeczy... Na spodzie pudelka znajdziesz trochę czekolady, którą poczęstuj wszystkich... Miałam list od Cioci Teci, która Ci przysyła malutki święty obrazek... Mam nadzieję, że tam jesteś wesoły, mój Synku, i że dużo biegasz po dworze. Kwiatków nie potrącaj i zachowaj się grzecznie. Ja dziś może pójdę do Teklanera... i powiem mu, że mój Henryczek dopiero za kilka tygodni do szkoły powróci, ale potem przez podwójną pilność i uwagę będzie się starał stracony czas dogonić. Niech Cię Bozia błogosławi, mój milutki Synku. Napisz, co tam porabiasz. Nad życie Cię kochająca mamusia... List matki, przebywającej na kuracji w Gorbersdorf, z 11.VI. 1894: Mój Najdroższy Syneczku! Urodzinki bez mamusi to smutne, ale da Bóg doczekać, to mamusia niedługo przyjedzie i wtenczas będzie wesoło. Niech Cię Bozia błogosławi dziś, co kończysz Twój dwunasty roczek i rośnij na pociechę Twych rodziców i na chwałę Boską. Wypełniaj sumiennie obowiązki, choć małe i drobne, a później trudne i wielkie z łatwością pokonasz. Posyłam Ci dziś kałamarzyk w formie kuli ziemi. Temu małemu globusowi przyglądaj się czasami, a przybędzie Ci trochę wiadomości geo­ graficznych... Powiedz Tatce, że dzisiejszej nocy spałam dobrze, bez kaszlu i lekarstwa. Podobno ładną modlitwę ułożyłeś o zdrowie mamusi. Poślij mi ją, mój Kochany Chłopyszku, i dziękuję Ci naprzód za ten dowód przywiązania do mnie. Po­ syłam Ci tysiąc buziaczków, rozdziel je pomiędzy siostrzyczki i braciszków, a najlepsze zatrzymaj dla siebie. Twoja mamusia. W liście, najprawdopodobniej ostatnim przed śmiercią matki, pisanym 26.VI.1894 w Gorbers­ dorf, czytamy: Mój chłopcze jedyny! Twoje liściki są prawdziwą pociechą dla mnie, bo widzę w nich, że mnie bardzo kochasz i że umiesz to wyrazić. Jeszcze więcej się cieszę, jak ciocia Tecia mi pisze: Hen­ ryczek grzecznie i pilnie się lekcji przy mnie nauczył. Czy też tak zawsze jest?... W każdym razie całuję Cię w myśli, mój chłopyszku, w Twoje poczciwe

Miłość

jak

słońce

KMR

43

oczęta za to, żeś mamusi słowa dotrzymał. Postanów sobie co dzień przy rannej modlitwie zwalczać tego dnia jakąś wadę, np. nie dawać nikomu opryskliwej odpowiedzi, albo utrzymywać Twój pokoik, Twoje biureczko w wzorowym porządku, a potem powiedz sobie, że mężczyzna danego słowa nie łamie. W ten sposób najlepiej przygotujesz się do godnego przyjęcia tego Boga, do którego Twoje serduszko ciągnie Cię od młodości. Ten pociąg to też łaska Boska, bo nic nam tyle pociechy nie daje w przykrościach tego życia jak prawdziwa pobożność. Ile razy byłeś na Mszy św. od mego wyjazdu? Czy już zacząłeś chodzić na naukę? Napisz mi o tym wszystkim, mój Miły Synku i niech Bóg czuwa nad Tobą. Kochająca Cię matka. Słowa matki padały —jak ewangeliczne ziarno — na podatny grunt i owocowały w młodym sercu Henryka coraz to głębszym zaufaniem i religijnym natchnieniem. Świadczą o tym jego wypowiedzi w niżej cytowanym liście, które także wskazują na to, że miłość do matki wzbudziła w nim pierwsze zrywy do układania wierszy: Droga Mamo! Niech się Kochana Mama Nie tęskni, chociaż sama A jednak Mama nie jest opuszczona, Bo Pan Bóg jest wszędzie Mamy obrona, I Pan Bóg ciągle będzie z Mamą. Niech się Mama nie tęskni, bo nie jest samą. I dodaje: Dwanaście tygodni nie będziemy mogli Mamusi oglądać. Tyle tygodni, tyle dni, tyle godzin! Aż wreszcie wybija godzina, w której Mamusia do naszego kółka powróci... Mamusia jest wprawdzie chora, ale pocieszajmy się tym słówkiem: Pan Bóg naszą Mamusię wyleczy. Całuję Mamusi serdecznie rączki. Kochający Henryk. Nie mniejszy wpływ po śmierci matki wywierała na dzieci Emilia Szumanowa. Jej pieczołowitość i troskę o Henryka zwłaszcza w podtrzymywaniu jego pobożności i ideałów kapłańskich, można uważać za kontynuację tej samej miłości, jaką miała dla niego matka. Dostrzega się to w zachowanych listach, które cytujemy w wyjątkach. Chalons (Francja), 9.7.1895. — Drogi mój Henryczku! Nic nie wiedząc, co się tam z Wami dzieje, piszę do Ciebie prosząc, abyś jak najprędzej doniósł, co tam porabiacie, choć wystawiam sobie, że jak najlepiej i najwięcej z czasu wakacji korzystacie. Spodziewam się, że Cioci Walosi zanadto trudu i hałasu nie dajecie i że Waszą grzecznością staracie się Jej wywdzięczyć za Jej tak wielką dobroć dla Was... Od Waszego biednego Ojca mam częste wiadomości, ale smutne i bardzo smutne. Tęskni On bardzo za Wami i za tym białym krzyżem, pod którym leży Wasza najlepsza, najukochańsza Mamusia. Toteż, Henryczku mój drogi, pisuj często do biednego Twego Ojca, starając się Twą miłością Jego ciężkie życie osłodzić, za co Cię Mamusia będzie błogosławiła, ona, która w wilię śmierci jeszcze Cię nazwała swym kochanym dobrym chłopcem. Nie zapominaj, że w przyszłą niedzielę są jej urodziny, a że w ten dzień nikt nad jej kochanym grobem nie uklęknie, więc tym więcej trzeba się za jej drogą duszę pomodlić... Tatko mi pisał, że tego roku Ty się wiele lepiej uczyłeś. Dziękuję Ci z całego serca za to, mój Ty drogi Henryczku! Mnie za Wami bardzo tęskno, moje kochane dzieci i strasznie smutno, że nas tak wielka odległość rozłącza. Ściskam i całuję Was tak jak Was kocham, to jest z całego serca i dobroci Boskiej Was polecam. Twoja bardzo przywiązana — ciotka Emilia. Chalons, listopad 1895. — Mój kochany Henryczku! Odebrałam Twoje cztery tak serdeczne listy i każdy z nich bardzo mnie ucieszył, bo w każdym z nich wyczytałam, że mnie bardzo kochasz i że to Twoje przywiązanie połączone jest z wielkim zaufaniem, na co ja wielką wartość kładę. Cieszysz się, że te kilka dni, które odmego wyjazdu ubiegły, zbliżają nas do mego powrotu... Przy pracy sumiennej i modlitwie wzajemnej i one przejdą, a radość z zobaczenia naszego będzie tym większa, że mój kochany Henryczek będzie się starał wszelkimi silami i biednej oddalonej cioci Emilii tym sposobem dużo szczęścia sprawić. Tatko mi pisze, że się chętnie uczysz; ucieszyłam się tym bardzo. Widzisz jak Twój kochany Ojciec pracuje pomimo częstego i wielkiego zmęczenia. Dawajcie Mu wszyscy przynajmniej dużo pociechy, a Mamusia Wasza Droga będzie Was błogosławić z nieba... możesz chodzić na cmentarz i uklęknąć przy tym białym ślicznym krzyżyku, pod którym Twoja Mamusia droga spoczywa... Niech Cię Bozia ma w swej opiece. Ściskam Cię z całego serca, mój Ty dobry, kochany Henryczku. Twoja Ciotka E.

44

KMR

Chalons, 23 grudnia 1895. — Moje najdroższe dzieci! ]al mi bardzo, bardzo serdecznie, że nie mogę Was uściskać osobiście w święto Bożego Narodzenia i powiedzieć Wam jak bardzo z całego serca Was kocham; a także i błogosławić w imieniu Waszej najdroższej Mamusi, która to czyni w niebie, gdzie się u Boga znajduje, ale której brak Wy tak bardzo uczujecie, moje kochane dzieci, szczególniej w tych dniach, w których dotąd dla Was była prawdziwym szczęściem i prawdziwą miłością, a dzisiaj tak pusto i smutno bez Waszej Mamusi... Ty Henryczku kochany, życzyłeś sobie fotografię Mamy, ale Tatko mi pisał, że Ci już powiedział, że dostaniesz taką dużą ode mnie, jak ja powrócę do Torunia... Niech Bozia Was błogosławi. Wasza serdecznie Was kochająca, Ciotka E. Chalons, 16 stycznia 1896: — Mój najdroższy Henryczku! Co Ci życzyć na dzień Twoich Imienin, jeśli nie błogosławieństwa Boskiego? Bo z pomocą Najwyższego i swoją własną dobrą chęcią i woła nic na świecie się niemożliwym wydaje. Toteż i Tobie praca wiele lepiej idzie od czasu, gdy starannie ją wykonujesz i spodziewam się, że teraz zawsze tak będzie, aby uszczęśliwić Twoją Mamusię ukochaną w niebie — ale także i wynagrodzić Tatce całe jego poświęcenie dla Was i dla Ciebie szczególniej... Ściskam Cię także bardzo czule przy tych imieninkach i błogosławię za Mamusię, dużo i gorąco modlę się za Ciebie i za Was wszystkich, moje drogie i kochane dzieci... Dziękuję Ci bardzo czule, mój Henryczku kochany, za wieczny odpoczynek zawsze odmawiany w moim imieniu na grobie Waszej ukochanej Mamusi; sercem i ja tam często jestem — i czy znowu kiedykolwiek uklękniemy tam wszyscy razem?... Ucałuj ode mnie bardzo serdecznie Twoje Rodzeństwo, każde z osobna, a Ciebie, mój Henryczku, ściskam i całuję bardzo, bardzo czule, Twoja Cię serdecznie kochająca Ciotka Emilia. Tarasp. 10.7.1901: — Mój Drogi i Kochany Henryczku!... gdyby nie tęsknota za ukochanemi dzieciakami, dobrze by nam tutaj było. Kuracyą biorę bardzo sumiennie i ze skutkiem, jak się zdaję, bo czuję się lepiej, niż w ostatnim czasie w Toruniu... W niedzielę pojechaliśmy do Schuls do kościoła na nabożeństwo i tam byliśmy na znakomitem i ślicznie i głęboko, a przy tem praktycznie oddanem kazaniu przez Kapucyna, potem na Mszy Św., pięknie śpiewanej, tak jak to w Francji zwyczajem jest... Na tem tak b. religijnem nabożeństwie modliłam się za Was z całego serca, moje kochane dzieci, a bardzo za Ciebie, mój Stary Ukochany, aby Bóg pozwolił, abyś Ty posiadał tę głęboką wiarę owego zakonnika, którego słowo wielkie wrażenie pozostawia i z pewnością niejedną duszę do Boga prowadził... Bóg z Wami, moje drogie dzieci, ukłony dla wszystkich tak dobrych dla Was, a buziaki dla Was od — Mamusi. Szlachetna miłość matki szła krok w krok za nimi. Jak słońce rozświetlała jego ścieżki. Wiodła go przez życie. Cieszyła w smutkach i umacniała w słabościach. Pobudzała do pobożności i poświęcenia. Uczulała jego serce na ludzkie cierpienia i niedolę osieroconych dzieci. Jak słońce siłą jasnych promieni przedzierała się poprzez ciemne chmury, by mu wciąż na nowo ukazywać wzniosły ideał złożonej ofiary ku posługiwaniu w kapłaństwie Chrystusa, i tajemniczym szeptem z zaświatów przypominać, że mężczyzna danego słowa nie lamie. A gdy się już miało ku wieczorowi i dzień jego życia się nachylał, miłość matki, jak zachodzące słońce, oblała go jasnością niezachwianej nadziei, że z świtem nowego dnia znowu zajaśnieje w blaskach rannej jutrzenki. I w okresie najcięższej próby ta miłość przywiodła mu ponownie na pamięć, że nic nam tyle pociechy nie daje w przykrościach tego życia, jak prawdziwa pobożność. Miłość matki natchnęła go wiarą w życie — życie, które przezwycięża śmierć. Modlitwą i błogo­ sławieństwem z nieba zasilała go, by w chwili męczeńskiej śmierci żył w nim i panował Chrystus Król. By w jego ofierze za sprawą narodu żyła Polska. Bo miłość matki jest jak słońce, które nie zachodzi. Ciąg dalszy w następnym numerze

Zachęta do lektury
Autor znanej nam i cenionej „Sagi kociewskiej", Bolesław Eckert z Bydgoszczy, śmiało może zachęcić Czytelników do kolejnej swojej powieści pt. „Na styku". Książka ukazała się w końcu 1991 roku w bydgoskich księgarniach. Jej tytuł odnosi się do styku dwu kultur — polskiej i niemieckiej. Trudne sąsiedztwo ukazane zostało na przykładzie losów rodziny rozdzielonej nową granicą po przyłączeniu w 1929 roku Pomorza do Polski. W powieści znajdujemy ciągle ważne dla nas problemy i bliskie realia, w tym choćby to, że Kociewie jest rodzinną ziemią matki bohatera. MP

KMR

45

JERZY KRZYŚ

Enklawa Borzechowska
Mało znanym faktem z przeszłości Kociewia jest prawie 280-letnia przyna­ leżność rejonu zblewsko - borzechowskiego do krzyżackiej komturii w Gru­ dziądzu, a potem do królewszczyzny, stanowiącej starostwo grudziądzkie. Wymieniony rejon tworzył swoistą enklawę, otoczoną terenami podległymi innej władzy zwierzchniej. Stan taki trwał od 1303 do 1581 roku, choć do macierzystego Grudziądza było prawie siedemdziesiąt kilometrów. Z tego okresu nie ma zbyt wiele materiałów źródłowych, można jednak dokonać pewnej rekonstrukcji dziejów tej enklawy.
DAROWIZNA WACŁAWA II Pod koniec XIII wieku, w związku z rozbiciem dzielnicowym Polski i walką o suwerenną władzę państwową, zaistniała na Pomorzu Gdańskim zagmatwana sytuacja polityczna. Skrzętnie wyko­ rzystali to Krzyżacy dla rozszerzenia różnymi drogami stanu posiadania swojego państwa, także na zachód od Wisły. Szczególnie sprzyjające im okoliczności zaistniały w okresie przewagi czeskiej za rządów króla Wacława II (1271 - 1305) i jego zmagań z Władysławem Łokietkiem (ok. 1260 - 1333). Zakon Krzyżacki był od dawna zaprzy­ jaźniony z dynastią Przemyślidów, gdyż miał rozległe dobra w Czechach, jak i licznych protek­ torów na królewskim dworze w Pradze. Wza­ jemną przyjaźń pogłębiła pomoc militarna Krzy­ żaków podczas likwidowania inwazji księcia rugijskiego Sambora, syna Wisława II. W dowód wdzięczności król Wacław II ofiarował zakonowi rozległe dobra w rejonie Borzechowa i Grudziądza (ok. 1303 r.). Oryginalny dokument nadania nie jest znany, może to była tylko ustna obietnica. Ale wkrótce, siedem dni po śmierci Wacława II, fakt darowizny został potwierdzony oficjalnie przez jego małoletniego syna i następcę, Wacława III (1289 - 1306), w formie aktu, wystawionego w Pradze w dniu 28 czerwca 1305 roku. W doku­ mencie tym podano, że Zakonowi Krzyżackiemu zostały podarowane dobra z wszelkimi przynależnościami w następujących miejscowościach: Borchow, Stubelow, Globen i Zubessow. Paweł Czapiewski w obszernym wywodzie dowiódł, że Borchow to właśnie Borzechowo, a nie Barchnów czy Barchnowy, jak mniemali niektórzy badacze. Nazwa Stublew to Zblewo. Pozostałe dwie nazwy odnoszą się do wsi, położonych po drugiej stronie Wisły naprzeciw Grudziądza: Lubienia i Bzowa. Warte jest podkreślenia, że darowizna dotyczyła już istniejących od lat osad pomorskich i to zamieszkałych przez ludność chrześcijańską. Władysław Łęga rozróżniał w tym względzie dwie średniowieczne fazy osadnicze na kociewskich ziemiach. Pierwsza z nich miała miejsce od VII do IX wieku, do której ów historyk zaliczył bliski ziemi borzechowskiej gród Pinczyn nad rzeką Piesienicą. O długiej przeszłości osadnictwa w tej części Kociewia świadczy także dowodnie duże cmentarzysko, odkryte w 1889 roku w Zble­ wie, obejmujące 14 grobów skrzynkowych z 254 urnami, także twarzowymi. Była to wówczas swoista sensacja archeologiczna. Do drugiej fazy osadniczej, zaliczył powyższy badacz prehistorii takie grody, jak Boroszewo, Borzechowo, Brzeź­ no, Starogard, Zduny oraz liczne wsie, a między innymi i Zblewo. Tak więc w wyniku hojności króla Wacława II przejęli Krzyżacy już zamiesz­ kałe miejscowości pomorskie rejonu borzechows­ kiego. POD PANOWANIEM KRZYŻACKIM (1303 - 1466) Już od początku, zapewne z polecenia ówczes­ nego mistrza krajowego zakonu Helwiga von Goldbacha, rejon Borzechowa został włączony do dobrze zorganizowanej komturii grudziądzkiej, a nie do dużo bliższej lewobrzeżnej komturii w Gniewie, która to była dopiero w okresie formowania i budowy umocnień, gdyż ziemia

46

KMR

gniewska stała się własnością zakonną dopiero od 1282 roku. Natomiast już od osiemdziesięciu lat liczny konwent i silna załoga strzegła z Gru­ dziądza krzyżackiego stanu posiadania. Zamek i obwarowania miasta, któremu nadano w 1291 roku lokacyjne prawo chełmińskie, były już pra­ wie na ukończeniu. Ludność między bezpiecznym obwodem murów, dzięki nowemu osadnictwu, stale się zwiększała. Kolonizowano też okolicę, powiększając areał pól uprawnych. Cała ta działa­ lność budowlana i osadnicza była bardzo pra­ cochłonna. Szczególnie duże ciężary miejscowa ludność ponosiła na wyżywienie rycerzy oraz utrzymanie ich służby i koni. Odtąd miała w tym partycypować także ludność rejonu borzechowskiego, a komturzy potrafili wyegzekwować nało­ żone świadczenia, gdyż na swoim terenie mieli nieograniczoną władzę administracyjną, fiskalną, sądowniczą i wojskową. W tym czasie Borzechowo stało się głównym ośrodkiem okolicy, przewyższając Zblewo z całą parafią. Krzyżacy wykorzystali naturalne walory obronne dużej wyspy na jeziorze, która była niezbyt daleko od brzegu: zbudowali tam małą murowaną warownię, która stała się siedzibą zarządcy enklawy, jego drużyny i służby. Nie wiemy, jak wyglądał dokładnie ów zameczek, przypuszczalnie miał on charakter obronnego dworu z wysoką basztą bramną, która broniła dostępu od strony lądu przez most i równocześnie stanowiła donżon, czyli ostatni punkt obronny załogi. Jezioro nazywało się wówczas Zamko­ wym, a na jego brzegu wzniesiono podręczny folwark dla obsługi warowni. Nie miała ona jednak większej wartości bojowej, nie figuruje we współczesnych almanachach zamków polskich i nie odegrała żadnej roli podczas działań wojny trzynastoletniej. Sama enklawa borzechowska stanowiła tereny wydarte puszczy, na północnym jej skraju. Nie­ zbyt liczna ludność trudniła się pasterstwem, rybołóstwem w zasobnych jeziorach, pszczelarst­ wem w leśnych barciach, zbieractwem, wyrębem drzewa, produkcją smoły, myślistwem, a w mniej­ szym stopniu rolnictwem. Jego rozwój utrudniały piaszczyste, mało wydajne gleby, wrzosowiska i zarośla. Natomiast rozległe łąki nad Wdą i jezio­ rami sprzyjały hodowli bydła. Komturia grudzią­ dzka utrzymywała potem tutaj stadninę, która liczyła siedemdziesiąt klaczy. Zakon rozpoczął wkrótce działalność kolonizacyjną, która przeja­ wiała się najpierw ustanowieniem nowych wa­ runków najmu ziemi, uważanej za własność za­ konną. Wiemy, że w 1340 roku komtur grudziądzki, Dietrich von Schenkenberg, nadał wsi Zblewo nowy przywilej osadniczy, zgodnie z zasadami obowiązującymi w komturii i całej ziemi chełmińskiej. To tzw. prawo chełmińskie było odmienne od prawa lubeckiego czy polskiego,

według których rządziły się inne osiedla Pomorza Gdańskiego. Kilkudziesięciu gospodarzy otrzy­ mało po dwie włóki (33,6 ha), a sołtys Andrzej dwa razy tyle. Istniejące w Zblewie probostwo — zda­ niem Stanisława Kujota—miało już przydzielony swój grunt, dlatego zostało pominięte w akcie nadania. Powstały w ten sposób duże gospodars­ twa kmiecie (gburskie), które, mogły stosować w uprawie system trójpolowy. Za dzierżawę płaco­ no rentę pieniężną oraz w mniejszym stopniu świadczenia w naturze (kury, gęsi) i w szarwarkach. W równoległym etapie aktywizacji enklawy nastąpiła kolonizacja nowych terenów uprawnych osadnikami z krajów niemieckich. Już na począt­ ku XIV wieku, w otoczeniu Borzechowa i Zblewa powstały nowe miejscowości, takie jak Bytonia, Iwiczno (w którym nawet przez pewien czas był kościół), Lubichowo, Osowo, Zielona Góra. Kniei wydzierano coraz to nowe obszary i wszystkie te wyżej wymienione miejscowości powstały na tzw. „surowym korzeniu", to jest na zrębach. Gos­ podarka ziemi borzechowskiej zaczęła rozwijać się coraz pomyślniej, zwłaszcza że enklawa nie była nękana najazdami i działaniami zbrojnymi pod­ czas wojen polsko-krzyżackich w pierwszej poło­ wie XV wieku. Stanowiła ona więc dla komturii grudziądzkiej stały rezerwuar gotówki, zasobów materiałowych i nowych żołnierzy. Chociaż komunikacja z Grudziądzem była dość trudna, gdyż trzeba było przeprawić się przez Wisłę, pokonać jej rozlewiska i przebyć rozległe obszary leśne należące do ziemi nowskiej i sąsied­ niej enklawy komturii pokrzywnickiej, obejmują­ cej rejony Osieka i Skórcza, to jednak Krzyżacy umieli stąd wszystko wyzyskać. Jak wynika z protokołów zdawczo-odbiorczych trzydziestu urzędujących komturów, zamek w Grudziądzu miał liczną załogę, był dobrze uzbrojony (nawet w broń palną) i posiadał wielkie zapasy żywności. Komturię stać także było na zakup dzieł sztuki, a dowodem tego jest słynny ołtarz szafowy z kaplicy zamkowej, który do dzisiaj jest po­ dziwiany w Muzeum Narodowym w Warszawie. Niemały udział w dostarczaniu pieniędzy i pro­ duktów mieli także chłopi rejonu borzechowsko-zblewskiego. Przeciwko zdzierstwom i przemocy Zakonu Krzyżackiego rosła opozycja, która doprowadziła do wybuchu powstania w 1454 roku. W pierw­ szych dniach jego trwania został wyzwolony rejon Borzechowa. Niestety, w toku działań wojny trzynastoletniej znalazł się on znowu w rękach krzyżackich, podczas gdy Grudziądz był obsadzo­ ny od początku przez związkowców i wojska królewskie. Dopiero opuszczenie przez Krzy­ żaków Starogardu (24 VII 1466) i drugi pokój toruński unormowały definitywnie sprawę przy­ należności państwowej spornych ziem.

KMR

47

W STAROSTWIE GRUDZIĄDZKIM (1466 - 1581) Po 163 latach rządów krzyżackich i przyna­ leżności do komturii grudziądzkiej, rejon borzechowski wrócił, jak całe Kociewie, w skład ziemi Królestwa Polskiego. Cała własność zakonna przeszła w ręce królewskie, a z posiadłości kom­ turii grudziądzkiej, teraz królewszczyzny, utwo­ rzono osobne starostwo grudziądzkie. W skład jego wchodziła przez dalszych 115 lat również ziemia borzechowska. Powstały przy tym pewne anomalia, gdyż sam Grudziądz i okolica na pra­ wym brzegu Wisły należały do województwa chełmińskiego, a enklawa borzechowska do wo­ jewództwa pomorskiego. Obydwa województwa wchodziły w skład Prus Królewskich. Ewenementem była także organizacja podległo­ ści kościelnej. Parafia Zblewo (do której wcho­ dziły także Borzechowo i Bytonia) należały do dekanatu tczewskiego, a nowsza parafia Lubicho­ wo (z Iwicznem, Osowem i Zieloną Górą) do dekanatu zaborskiego czyli podlaskiego. Obydwa dekanaty wchodziły od kilku wieków do archidia­ konatu pomorskiego diecezji włocławskiej, która z kolei podlegała metropolii gnieźnieńskiej. Wiek XVI to okres rozkwitu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej. Borzechowscy kmiecie i komornicy pracowali stale intensywnie jak w kie­ racie. Szczęście, że nie było w tym czasie w Prusach Królewskich wojen, nastał więc złoty wiek pokoju. Dochód z klucza borzechowskiego, zarządzanego teraz przez administratora, podstarościego, szedł na rzecz macierzystego starostwa w Grudziądzu, a ściślej mówiąc do rąk starosty-dzierżawcy (tenutariusza) tej intratnej królewszczyzny, który po opłaceniu niskiej kwoty najmu zagarniał całą nadwyżkę czystego dochodu. Przez 62 lata pozos­ tawało starostwo grudziądzkie w rękach rodziny Sokołowskich, z których Jan junior był wojewodą pomorskim. Potem, w latach 1548-1569, dzier­ żawcą był Piotr Feliks Wojanowski, ziemianin z okolic Grudziądza, a po nim przez 10 lat wojewoda pomorski Fabian Czerna, który jako ostatni starosta grudziądzki eksploatował jeszcze rejon borzechowski. REJON BORZECHOWA W 1565 ROKU Pierwszy dokładny opis enklawy borzechowskiej jest znany z listopada 1565 roku, kiedy to z polecenia sejmu obiektywne jego komisje doko­ nały lustracji stanu królewszczyzn. Chodziło o we­ ryfikacje rzeczywistych dochodów z podawanymi, co następnie stanowiło podstawę do odprowadza­ nia ich czwartej części (kwarty) do skarbu państ­ wa, z przeznaczeniem na utrzymanie regularnego wojska. Przy kontroli starostwa grudziądzkiego dokonano także przeglądu gospodarki i przynale­ żnego klucza borzechowskiego. W protokole po-

lustracyjnym można znaleźć wiele faktów i opisów typograficznych tej części Kociewia oraz wiele dawnych nazw, co może być dla czytelnika inte­ resujące. Rewizorom rzucił się w oczy rozległy na cztery mile wąski pas ziemi uprawnej między bormi gęstemi i lasy wielkiemu Gleba była tutaj piasz­ czysta, nieurodzajna. Dlatego też, aż 93 włóki stały odłogiem, co przewyższało areał ziem osiad­ łych, który wynosił tylko 69 włók. Uprawiano żyto, jęczmień, owies i groch. Pszenicy nie siano wcale, gdyż się nie udawała, natomiast rozległe łąki dawały dużo siana. Lasy obfitowały w dziką zwierzynę, szczególnie w sarny. Dokładnie opisano jeziora, których było równo trzydzieści: 2 duże, 8 średnich i 20 małych w za­ roślach borowych. Do dużych należało jezioro Ocziep albo Ocziepin (obecnie Borzechowskie) z trzema wyspami oraz jezioro Niedaczka koło Zblewa (obecnie Niedackie). Nazwy średnich je­ zior — według protokołu — brzmiały następują­ co: Klienim, Czichowo, Ostrowithe, Malhe, Wiel­ kie, Stoklinskie, Lubichowskie, Ossowskie. Z kolei małe, wymieniono w ten sposób: Starzisko, Tylpan, Oszieczno, Osziepino, Swienthe, Zabink, Kur­ czą, dwoie Badziki, Liubichowo, dwoie Gogolinki, Thuczno, Glemboczkie, Nowiczki, dwoie Jeszienne, Bazanka, Piaseczno, Mankusz. Najbar­ dziej zasobne było jezioro w Borzechowie, gdzie występowały leszcze, szczupaki, płocie i okonie. Starosta Piotr Wojnowski zainwestował w zbudo­ wanie specjalnej śluzy dla łapania węgorzy. Nad całą gospodarką jeziorną czuwał osobny pracow­ nik, którego określono mianem „rybickiego". Punktem centralnym klucza borzechowskiego była duża wyspa, o obszarze 10 morgów (ok. 6 ha), do której prowadził z lądu długi most, o długości określanej na 180 sążni. Po przeliczeniu wyno­ siłoby to aż 311 metrów! Część mostu była zwo­ dzona. Dostępu do wyspy broniła także bliżej nie określona baszta, zapewne z czasów krzyżackich. Dalej w głębi znajdował się dwór z zabudowania­ mi gospodarczymi i pasieką. Nad jeziorem, bliżej Borzechowa, rozpościerał się folwark, nastawiony na hodowlę bydła i ptactwa domowego, zwłaszcza gęsi. Do klucza należały także cztery wsie: Borze­ chowo (60 włók), Sablewo-Zblewo (52 włóki), Libichowo-Lubichowo (50 włók) i Ossowo-Osowo (30 włók). Oprócz tego były jeszcze „puste dziedziny", to jest miejscowości wówczas już nie zamieszkane, częściowo tylko obsiane żytem. Wymieniono tutaj Zieloną Górę, BithumięBitunię i Iwiczną-Iwiczno. W tym ostatnim miejs­ cu znajdował się mały folwarczek dla pomiesz­ czenia prywatnego stada owiec starosty grudzią­ dzkiego. W Zblewie pracował młyn o dwóch kołach mącznych, który wykorzystywał dla napędu wod­ nego różnicę poziomów między jeziorem a ryb­ nym stawem. Tylko młynarz był uprawniony do

48

KMR

łowienia na nim ryb za pomocą żaków i siecią. Oczywiście płacił on za wszystko czynsz dzierżaw­ ny. Dodatkowym źródłem dochodu starosty było jeszcze 6 karczem, które, jak to było wówczas w powszechnym zwyczaju, mogły tylko szynkować własne „pańskie" piwo. Ten tzw. przymus propinacyjny, jakby mikromonopol, był bardzo opłacamy. We dworze borzechowskim warzył piwo mały browar, którym zawiadywał osobny piwowar. Jego produkcję uzupełniały dostawy piwa starościńskiego z wydajniejszego browaru w Bzowie. Czysty dochód z klucza borzechowskiego, oce­ niany przez komisję sejmową, wynosił w przeciągu roku 666 złotych czerwonych w gotówce. Koszty własne były minimalne. Płacono tylko skromne kwoty urzędnikowi, gospodyni i jej dwom pomoc­ nicom, rybickiemu, klucznikowi, pastuchowi i pi­ wowarowi, dając im ordynarię w naturze. Miesz­ kańcy wsi ponosili olbrzymie ciężary, odrabiając pańszczyznę. Chłopi z Borzechowa musieli praco­ wać na roli we folwarku i podczas koszenia łąk. Do nich też należała zwózka drzewa opałowego i budulcowego dla dworu. Do wieśniaków ze Zblewa należała orka, a do tych z Osowa praca przy żniwach. Ośmiu bartników z tej wsi ob­ sługiwało leśne pasieki, a miód z tych barci odstawiano na zamek w Grudziądzu. Podobnie chłopi z Lubichowa mieli liczne odrobki i szarwarki. Powyższe wsie kmiecie łożyły jeszcze na utrzy­ manie probostw, dając ziarno. Ryby złowione w jeziorze solono i odwożono do Grudziądza dla żywienia czeladzi w zamku. Wzrastał więc global­ ny zysk z klucza borzechowskiego, który stanowił niemal czwarą część całego dochodu ze starostwa grudziądzkiego. W protokole nie napisano nic o liczebności mieszkańców, o ciężkiej doli chłopów, którzy musieli pracować od świtu do nocy, o ich życiu i o potrzebach np. o szkole. ODRĘBNE STAROSTWO BORZECHOWSKIE Powyższa lustracja starostwa grudziądzkiego z kluczem borzechowskim z 1565 roku uwido­ czniła niedorzeczność owego reliktu czasów krzy­

żackich, aby część dóbr królewszczyzny leżała tak daleko od siedziby starostwa. Dlatego też po wygaśnięciu kontraktu Fabiana Czerny, oddzielo­ no rejon borzechowski i utworzono z niego odręb­ ne starostwo z siedzibą tenutariusza lub jego przedstawiciela w Borzechowie. Zmieniła się także przynależność kościelna, gdyż jak to przekazał protokół wizytacji z 1583 roku, do parafii w Lubi­ chowie oprócz Osowa i Zielonej Góry należał także dwór starościński na Ostrowie pod Borzecho­ wem i dwa majątki szlacheckie - Steklno i Bietowo. Król Stefan Batory wydzierżawił uszczuplone starostwo grudziądzkie kasztelanowi gnieźnień­ skiemu, Janowi Zborowskiemu, który objął tenutę w dniu 5 marca 1581 roku. Tym samym skończyła się prawie trzystuletnia zależność Bo­ rzechowa od Grudziądza. Ale w niczym nie zmie­ niło to doli miejscowych chłopów, którzy nadal mozolnie pracowali dla obcych potentatów. Na przykład, w 1664 roku starostwo borzechowskie należało do Joanny Katarzyny Radziwiłłównej, księżnej na Ołyce i Nieświeżu. płk dr Jerzy Krzyś

LITERATURA 1. Biskup M., Labuda G.: Dzieje Zakonu Krzyżackigo w Prusach, Gdańsk 1986; 2. Biskup M., Tomczak A.: Mapy województwa pomorskiego w II polowie XVI w., Roczniki TN w Toruniu, t. 58, 1953; 3. Czapiewski P.: Co posiadali Krzyżacy na Pomorzu przed jego zajęciem w roku 1308 /1309? Zapiski TN w Toruniu, t.10, s. 273; 4. Hoszowski S. (wyd.): Lustracja województw malborskiego i chełmińskiego 1565, Gdańsk 1961; 5. Kujot S.: Kto założył parafie w dzisiejszej diecezji chełmińskiej?, Roczniki TN w Toruniu, t. 10, s. 186-187; 6. Łega W.: Obraz gospodarczy Pomorza Gdańskiego w XII i XIII w., Poznań 1949; 7. Milewski J.: Starogard i okolice, Warszawa 1954; 8. Szymański K.: Dzieje zamku grudziądzkiego, Rocz. Grudz., t. 1, s. 73; 9. Ziesemer W.: Der grosse Aemterbuch des deutschen Ordens, Wiesbaden 1968.

kultury i historii regionu kociewskiego, który jest nam bliski i nieobo­ jętny, (...) Jestem pełen uznania dla Waszego społeczno-patriotycz­ nego zaangażowania, którego przejawów tak mało widzi się w Gru­ dziądzu. Życzę wszelkiej pomyślności i rozwoju Waszego pisma. (Czesław Opałka, Grudziądz) KMR 49

JAN A. KAMIŃSKI

Ks. Górnowicz z Kociewia
Zgodnie z rozkazem Hitlera, wy­ danym jeszcze przed wybuchem woj­ ny, dnia 22 sierpnia 1939 roku, hit­ lerowcy przystąpili do niszczenia „polskiej warstwy kierowniczej". Zaliczono do niej także duchowieńs­ two. Albert Forster — geuleiter Po­ morza — w instrukcji z połowy paź­ dziernika 1939 roku, zatytułowanej Zasady postępowania na obszarach zajętych przez oddziały niemieckie, polecił ujęcie i internowanie polskich przywódców. Na liście tej znaleźli się księża ze Świecia n. Wisłą. Duchownych umieszczono po­ czątkowo w więzieniu miejskim w Świeciu. Różne potem były ich losy. Ks. Paweł Konitzer, znany działacz społeczny, po pobycie w li­ cznych obozach koncentracyjnych trafił do Dachau, gdzie zginął 17 czerwca 1942 roku, w wieku 66 lat. W październiku 1939 roku zamor­ dowano ks. Franciszka Szybowskiego, kapelana Szkoły Lotniczej dla Małoletnich w Świeciu. Miał 37 lat. Około stu księży więziono również w zakładzie OO. Słowa Bożego w Górnej Grupie. W październiku 1939 roku 17 z nich rozstrzelano, a pozostałych wywieziono do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Pod­ czas pobytu w Grupie duchowni przechodzili udręki fizyczne, szyka­ ny i bicie. Wśród aresztowanych przebywał ks. Stanisław Krauze, po­ wojenny proboszcz w Świeciu (zmarł 16 II 1948 roku, w wyniku napadu na plebanię w Świeciu). Jedną z pierwszych ofiar był pre­ fekt Państwowego Gimnazjum i Li­ ceum w Świeciu, ks. Brunon Szy­ mański. Aresztowany 13 września 1939 roku, więziony w Świeciu i Gór­ nej Grupie, wywieziony do Stutthofu, trafił do Oranienburga, gdzie 25 lipca 1940 roku w wieku 35 lat został zamordowany. W wiadomości do rodziny cynicznie podano oficjalną wersję: Zmarł na skutek zapalenia opłucnej, wywołanej forsownymi ćwi­ czeniami gimnastycznymi. Z rąk hitlerowców zginął także ks. Leon Michałowski i ks. Alojzy Górnowicz z Przechowa. Temu osta­ tniemu warto poświęcić nieco więcej uwagi. Urodził się 8 listopada 1901 roku w Lubikach (gmina Kaliska), w dawnym powiecie starogardzkim, w licznej rodzinie rolnika Michała i Marianny z domu Brzezińskiej. Był jednym z jedenaściorga rodzeństwa. Do szkoły ludowej uczęszczał w Lu­ bikach, a do gimnazjum w Choj­ nicach, Frankfurcie nad Odrą i Cheł­ mnie, gdzie zdał maturę. Potem wstąpił do Seminarium Duchowne­ go w Pelplinie, gdzie w 1926 roku został wyświęcony. Mszę prymicyjną odprawił w Piecach. Obowiązki wi­ karego pełnił w Chełmży, Chełmnie, Rogoźnie i Przechowie, gdzie już jako ksiądz-kurator w 1937 roku

Ks. Górnowicz w towarzystwie najbliższych Fot. ze zbiorów autora

50

KMR

rozpoczął budowę kościoła. Wów­ MIROSŁAW LORCH czas miejscowość ta nie należała jesz­ cze do Świecia. Niewiele ponad trzy miesiące po wybuchu wojny, dnia 8 grudnia 1939 roku, ks. Górnowicz wraz z gronem parafian zorganizował spotkanie w lokalu Pawła Pudetko — wójta gminy Świecie - wieś. Obecni na nim byli: Jan Matuszewski, Antoni Kwiatkowski, Alojzy Minikowski, Bolesław Grajewski i żona dyrektora młynów, p. Mordawska. Omawiano wówczas sprawę przetransportowa­ nia okien witrażowych z Bydgosz­ czy. Niestety, blisko mieszkający sto­ larz, Niemiec, zawiadomił o tym nie­ legalnym spotkaniu Gestapo. Ks. Alojzy Górnowicz został are­ sztowany. Początkowo przez trzy ty­ godnie przebywał w zamienionych Powoli, majestatycznie, niezwykle uroczyście, 15 października na więzienne cele piwnicach Szpitala 1989 roku białym samochodem-kaplicą zmierzał w kierunku Świecia Psychiatrycznego, potem wywiezio­ nad Wisłą obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, by tu - w grodzie ny został wraz z ks. Pawłem Koninad Wdą i Wisłą - pozostać na zawsze. Obraz, najpiękniejszy ze tzerem do Górnej Grupy, następnie do Stutthoffu i Sachsenhausen, by wszystkich, jaki w swym życiu artystycznym namalował profesor w końcu trafić do Dachau, gdzie Seminarium Duchownego w Pelplinie, śp. ks. Franciszek Znaniecki, zmarł 18 czerwca 1942 roku w wieku nim trafił do Świecia, odbył daleką wędrówkę. Dnia 8 listopada 1983 41 lat. roku przez diecezjalną pielgrzymkę złożony został u stóp Ojca W ostatnim pożegnalnym liście do Świętego w stolicy Piotrowej w Rzymie. Papież obraz poświęcił matki, dziękował jej za wychowanie, przepraszał za wszystkie krzywdy. i własnoręcznie podpisał, potwierdzając miejsce jego przeznaczenia Z Dachau przesłano rodzinie jego dla szerzenia kultu Maryjnego w odległym od Watykanu o setki kilometrów kościele p.w. św. Stanisława, który od stuleci ściśle ubranie, z wyjątkiem futra, które —jak napisano —przeznaczono dla związany jest z ziemią kociewską. Wehrmachtu na zimę. O patriotyz­ Przez wieki ziemia świecka doświadczyła wiele dramatów, a ludzie mie, bezinteresowności i wielkiej tro­ tej ziemi wiele wycierpieli. Jedyną ostoją był kościół, a pocieszycielką sce o swoich parafian ks. Górnowireligia. Świecie, leżące na szlaku bursztynowym, szybko zetknęło się cza wspominają starsi mieszkańcy z chrześcijaństwem. Pomorzanie mieli niegdyś pradawne pogańskie Przechowa do dziś. wierzenia, swoje świętości i swoją kulturę. Z czasem zostały one Kościół w Przechowie hitlerowcy zarekwirowali na magazyn zrabowa­ wyparte, warto jednakże zaznaczyć, że nie obyło się bez wstrząsów, nych przedmiotów muzealnych. Wy­ walki, podejrzeń i nieufności. To przez kociewską ziemię wędrował sadzono go w powietrze 5 marca św. Wojciech do Prus, by tam szerzyć katolicyzm. Legenda za­ 1945 roku, przewrócona wieża runę­ chowała w pamięci wiele wydarzeń, m.in. ogromny głaz narzutowy ła na szosę. Było to już w niecały w Leosi koło Gródka, gmina Drzycim, zwąc go imieniem świętego miesiąc po wyzwoleniu Świecia. Po­ dobno potrzebny był teren pod bu­ po to, by uczcić pamięć o ołtarzu z tego kamienia, uczynionym podczas mszy św. odprawionej przez św. Wojciecha. Organizacja dowę lotniska. W odbudowanym kościele znalazła się tablica o skrom­ kościelna na trwałe wpisała się w historię Kociewia od 1124 roku, nej treści: Ks. Alojzy Górnowicz kura­kiedy to powstało biskupstwo kujawskie (włocławskie). Obejmowa­ tor w Przechowie w wieku 41 lat ło ono większą część Pomorza Gdańskiego, tworząc archidiakonat zginął śmiercią męczeńską. pomorski w ramach diecezji włocławskiej. Do najstarszych w pomorskim diakonacie należy właśnie kościół Jan Kamiński w Świeciu n.Wisłą, który został konsekrowany w dniu 11 listopada 1198 roku pod wezwaniem - jak większość ówczesnych kościołów Źródła: grodowych - Panny Marii. Śmiało więc można powiedzieć, że kult 1. Wspomnienia rodziny Górnowicz Maryjny trwa na Kociewiu od zarania chrześcijaństwa na tej ziemi. 2. Kronika parafialna w Przechowie, W tym miejscu trzeba dodać, że konsekracja wcale nie musiała być spisana przez Bolesława Grajewskiego

Sanktuarium Maryjne
w Świeciu nad Wisłą

KMR

51

równoznaczna z powstaniem pierwszego kościoła na kociewskiej ziemi - taki kościół mógł istnieć, i z pewnością istniał, znacznie wcześniej. Nie można także wykluczyć, że kościół, p.w. Panny Marii był drugim z kolei kościołem w Świeciu, bowiem o pierwszej konsekracji historia milczy, choć mogło tak być, ponieważ Świecie było prze­ cież stołecznym miastem książęcej dzielnicy. Przy kościele Panny Marii istniała grupa kanonicka, która w owym czasie spełniała bardzo ważne funkcje nie tylko duszpasterskie, ale i administ­ racyjne, kancelaryjne itd. Kościół Panny Marii istniał do końca XIV wieku, jako jedyny otrzymując jeszcze w XII stuleciu (poświadczenie tego faktu w 1338 roku) drugie wezwanie św. Stanisława, (kanonizowane­ go w 1253 roku). Kościół ten stał najprawdopodo­ bniej na lewym brzegu Wdy u ujścia tej rzeki do Wisły, w tym bowiem miejscu położony był świec­ ki gród, (dokładne położenie kościoła i grodu nie jest znane do dziś), przeprowadzone wykopaliska nie pozwalają na jednoznaczną ocenę. Świecie czeka więc nadal na swego odkrywcę. Jest to o tyle istotne, że pod koniec XIII wieku władca Świecia, Mściwoj II (Mestwin), przeniósł swoją siedzibę na drugi brzeg rzeki, w miejsce obronne w widłach Wdy i Wisły. W tym bowiem czasie zaczęło wzra­ stać niebezpieczeństwo potęgi krzyżackiej. Rów­

nież w tym okresie archidiakonat pomorski został prawdopodobnie podzielony na trzy dekanaty: gdański, tczewski i świecki, a pierwszym znanym ze źródeł dziekanem w Świeciu był Benedykt. W niecałe bowiem sto lat później zaczęła się budowa kościoła, który dziś odnowiony gości w swych murach wizerunek Matki Boskiej Częs­ tochowskiej. Koniec II połowy XIV wieku - w tym niewątpliwie okresie rozpoczęła się budowa za­ chowanej do dziś świątyni - jest to okres panowa­ nia nowej dynastii w Polsce - rodu Jagiellonów. W Świeciu rządzili w tym czasie Krzyżacy zdoby­ wszy w 1309 roku gród zdradą. W Zakonie Krzyżackim - a trzeba o tym pamiętać - braćmi zakonnymi byli także Polacy. Może to któryś z nich zainicjował budowę świątyni dla miesz­ kańców grodu? Czy mury kościoła stawiali ludzie wolni, najemni? Kto był głównym architektem? Za czyje pieniądze budowano? Dziś nie znamy odpowiedzi na te i tym podobne pytania. Historia przekazała nam jednak zamierzenie mieszczan świeckiego grodu. Postanowili bowiem zbudować kościół większy od świątyni Mariackiej w Gdańsku! Gdyby zamysł został wcielony w ży­ cie, kościół w Świeciu byłby największym w Po­ lsce. Dogodne położenie świeckiego grodu na szlaku handlowym oraz wzrastająca potęga Krzyżaków

Fara w Świeciu według sztychu z XIX w.

52

KMR

- militarna i gospodarcza - sprzyjały ambitnym zamierzeniom. Zamek obronny -jedyny „wodny" w państwie zakonnym - także dawał rękojmię osłony przed niespodziewanym atakiem napast­ ników. Handel się rozwijał, potęga ustabilizowała, a dobry zarządca był przecież warunkiem ureal­ nienia zamierzeń. I tu pojawia się związany z Sanktuarium wątek fascynującej legendy. Najpotężniejszym z zako­ nów był Zakon Templariuszy, który na początku wieku XIV został zniweczony przez króla francus­ kiego, Filipa IV. Legendarny bajoński skarb Za­ konu, przepadł ponoć bez wieści. Nikt nie wie, gdzie i dokąd prowadziły jego drogi. A może część owego skarbu przywędrowa wała do Świecia? Może, któryś z zakonnych braci Templariuszów tu znalazł schronienie i tu zaczął realizować wiel­ kość swej idei? Że tak być mogło świadczą frag­ menty prezbiterium, mówiące niewątpliwie o związkach z Templariuszami. Jeśli to ów zakon i jeśli to owe bogactwa to i pomysł zbudowania w Świeciu największego kościoła na przestrzeni kilkuset tysięcy kilometrów kwadratowych powie­ rzchni ziemi, nie jest wcale tak nierealistyczny. A prezbiterium do dziś stoi i... jest wyższe od nawy, co jest niewątpliwie ewenementem. Kościół św. Stanisława miał ponadto, choć pewności nie ma, jakieś podziemne przejścia. Można się jedynie domyślać, że owe podziemne przejście prowadziło do zamku (ok. 1 km od kościoła) oraz poza grodowe mury. Legenda jed­ nakże uparcie głosi, że Świecie miało połączenie podziemnym korytarzem, prowadzącym pod Wis­ łą wprost do Chełmna, oddalonego w linii prostej o trzy kilometry. Czy legenda to, czy prawda? Prawdą jest to, że Krzyżacy znali sposób uszczel­ niania takich korytarzy, a także to, że wieża świeckiego kościoła ma charakter wybitnie obron­ ny. Do górnej kondygnacji wieży prowadzą bo­ wiem wąskie, zakręcane w prawo schody. Ob­ rońców tam zgromadzonych mógł więc atakować tylko jeden napastnik i to napastnik władający orężem lewą ręką. Interesujące to szczegóły i zaga­ dki... Jest ich z pewnością więcej. Czekają na odkrywców i badaczy, czekają na życzliwe zainte­ resowanie. O wiele prostsza jest odpowiedź, dla­ czego nie zbudowano świątyni tak wielkiej, jak zamierzano. Wojna polsko-krzyżacka i bitwa pod Grunwaldem złamała potęgę Zakonu. Odbiła się niekorzystnie na bogactwie miasta, przede wszyst­ kim mieszczan i kupców. Może pod Grunwaldem polegli ostatni rycerze z dawnego Zakonu Temp­ lariuszy? Może Henryk von Plauen w malborskim

zamku okupił się Witoldowi i Jagielle świeckim złotem? Kolejne zagadki... Architektura kościoła jest bardzo wymowna, świadczy niewątpliwie o wpływie kultury Kociewia, o zespoleniu się idei budowniczych z doświad­ czeniami budowlanymi tego regionu. Miasto, skupione w widłach Wisły i Wdy, rozwijać się mogło jedynie w kierunku zachodnim. W północno-zachodniej stronie usytuowano więc świątynię o czteroprzęsłowym, prosto zamknię­ tym prezbiterium, z kruchtą od południa i zakrys­ tią od północy. Rzadkim motywem architektoni­ cznym jest niewątpliwie górna kondygnacja za­ krystii, która otwiera się w formie empory w kie­ runku prezbiterium. Do prezbiterium przylega bazylikowy, trojnawowy korpus nawowy, z nawą środkową o szerokości prezbiterium, ze znacznie węższymi nawami bocznymi. Korpus nawowy zakończony jest od zachodu wieżą, usytuowaną na osi. Być może pierwotnie projektowano przesklepienie prezbiterium, o czym świadczą silne, zwieńczone sterczynami przypory opinające prez­ biterium. Z tego też powodu zarówno prezbite­ rium jak i nawa główna nakryte zostały stropami. Nawy boczne mają sklepienia kolebkowo-krzyżowe. Korpus nawowy jak i strona zewnętrzna kościoła noszą ślady wieloetapowych prac budow­ lanych, powodowanych licznymi zniszczeniami. Prezbiterium zbudowane zostało pod koniec XIV wieku, a jego forma jest zbliżona do prezbiterium fary w Brodnicy. Najpierw powstało prezbiterium z przybu­ dówkami oraz cokół wieży. W latach 1470-80 podjęto budowę dalszej części kościoła w układzie hallowym, o czym świadczą filary międzynawowe. Następne prace podjęto dopiero w drugiej połowie XVI wieku. W dość prymitywny sposób, według zmienionego planu, ukończono budowę korpusu nawowego, który ostatecznie otrzymał kształt bazylikowy przy znacznie mniejszej szerokości naw bocznych. Włączenie części korpusu hallowego do bazylikowej formy budynku zmusiło do wykorzystania górnych istniejących już filarów międzynawowych, jako elementów ścian zewnęt­ rznych nawy głównej. Taki stan dotrwał do wojen szwedzkich, a spowodowany „potopem" upadek miasta nie pozwolił na dalszą budowę kościoła. Podjęto ją dopiero w drugiej połowie XVII wieku. Zasklepiono wówczas nawy boczne, wybudowano osobne szczyty wieży, a nawę główną i prez­ biterium nakryto stropami, dekorowanymi scena­ mi z życia Chrystusa, a także stylizowaną or­ namentyką roślinną. W ten sposób powstał koś-

KMR

53

54

KMR

tego kościoła największe świętości — relikwiarz Krzyża Świętego i Biskupa Stanisława. Ocalał przepiękny baldachim, także barokowe kielichy i monstrancje, gotyckie ornaty i trzy XVIII-wiecz­ ne feretrony. Wspomniane naczynia liturgiczne i inne przedmioty związane z religijnym kultem, przechowane zostały przez księży z parafii p.w. Andrzeja Boboli. Zachowało się także barokowe tabernakulum i znacznie starsza kropielnica. To dużo, a jednak pozostał niedosyt, bo gdzie są inne przedmioty kultu z przedwojennej świetności koś­ cioła św. Stanisława? Czy kiedykolwiek się odnaj­ dą? Czy znajdą się osoby, które pamiętają świąty­ nię z lat dwudziestych, trzydziestych, którzy prze­ chowali zdjęcia, pamiątki. Czy zechcieliby wzbo­ gacić wiedzę o historii kościoła? Czy gdzieś za­ chowało się zdjęcie sufitu starej fary, wraz z niepo­ wtarzalnym wzornictwem kociewskim? Może je­ szcze nie jest za późno? Nie wiadomo, gdzie zapodział się kościelny duży dzwon. Jest 15 października 1989 roku. Niedziela. Chłodno, wietrznie, deszczowo. Kilkadziesiąt mi­ nut po godz. 13-tej zza chmur wychodzi słońce. Rozświetla promieniami trzydziestotysięczne Świecie. Na Dużym Rynku tłumy ludzi, miesz­ kańcy miasta i regionu, przyjezdni z daleka i blis­ ka. To na tym rynku ma być odprawiona uroczys­ ta msza święta, po raz pierwszy od lat pięćdzie­ sięciu, i nastąpić ma uroczyste powitanie z Pel­ plina przybywającego Obrazu Matki Boskiej. Od czasu poświęcenia go przez papieża, czekał w pelplińskiej katedrze, informując wszystkich, że miej­ scem jego przeznaczenia jest świecki kościół. Tu, na świeckim rynku w październikowe popołudnie dopełni się przeznaczenie. Dzieci, młodzież, piel­ grzymi z Grudziądza, Wejherowa, Nowego, kap­ łani, delegacje „Solidarności", ludzie pracy, po­ czty sztandarowe Zrzeszenia Kaszubsko- Pomors­ kiego. Ulicą Mickiewicza i 10 Lutego białym samochodem - kaplicą jedzie powoli Święty Ob­ raz. Samochód przystaje tuż przy rynku. Strażacy w białych rękawiczkach, lśniących kaskach i galo­ wych mundurach niosą na ramionach Obraz do ołtarza. Mszę koncelebrował i homilię wygłaszał Ordynariusz Diecezji Chełmińskiej, ks. biskup Marian Przykucki. „Bogurodzica", kwiaty, dary, dla Matki Boskiej, dla Sanktuarium, pieśni religij­ ne, modlitwy, orkiestra Zakładów Celulozy i Pa­ pieru w Świeciu, popadający w czasie mszy deszcz —wszystko to wpływa na atmosferę tego dnia, na mijającą z każdą chwilą niepowtarzalną dla mias­

ta uroczystość. Jeszcze tylko przemówienie Woje­ wody Bydgoskiego, St. Kupczaka, słów kilka Naczelnika Miasta w Świeciu, Z. Sobolewskiego. Medalem 650-lecia Nadania Świeciu Praw Miejs­ kich odznaczony zostaje przez wojewodę ks. bis­ kup Marian Przykucki. Podziękowania, życze­ nia... Kończy się uroczysta msza, a zaczyna nie­ mniej uroczysta procesja. Święty Obraz przenie­ siony zostaje do kościoła p.w. św. Stanisława, do starej fary na Stare Miasto. W konsekrowanym latem 1988 roku kościele, następuje podniesienie do godności kanonika ks. J. Kosza, tego który na co dzień z ramienia kościoła sprawował pieczę nad odbudową świątyni. Podziękowania dla inż. Mie­ czysława Delmaczyńskiego, który dokonał tego, czego inni się nie spodziewali. Podziękowania, modlitwa, tupot z cicha brzmiących kroków opu­ szczających kończącą się uroczystość ludzi. Jeszcze tylko Anioł Pański, Pasterka, spojrzenie na Obraz i cisza kościelna, ta cisza pełna do­ stojeństwa, która towarzyszy mrokom samotnych godzin... Sanktuarium Maryjne w Świeciu nad Wisłą w kościele p.w. św. Stanisława otwarte jest dla wiernych. W skupieniu oczekuje pielgrzymów. Młody, energiczny ksiądz rektor Marian Miotk, kustosz Sanktuarium, krok po kroku zdąża do wyznaczonego przez siebie celu: chce z świeckiego Sanktuarium uczynić miejsce hołdu, należne Kró­ lowej Polski. Ta świątynia ma emanować na cały region, szerząc nie tylko kult Maryjny, ale również kulturę chrześcijańską w pełnym tego słowa zna­ czeniu. Tuż przy kościele zbudowano Dom Pielg­ rzyma na 60 osób, z myślą o rekolekcjach dla różnych wspólnot. Odbywać się będą spotkania i warsztaty twórcze dla historyków, artystów, polityków, pisarzy, a także tych wszystkich, któ­ rzy wyrażą chęć i potrzebę takich spotkań. Będzie tu miał miejsce, być może doroczny, Pomorski Festiwal Pieśni i Piosenki Religijnej, bowiem kościół ma świetną akustykę. A kto dołączył już? Kto przyczynił się do wyposażenia Sanktuarium? Warto tu przyjechać, zobaczyć i zachwycić się tym, co zrobiono. Fara czeka na wiernych i ich modlitwę, jak w latach swojej świetności. Przed­ wczoraj Kościół Marii Panny, wczoraj św. Sta­ nisława, dzisiaj Sanktuarium. To tylko świątynie i ich wezwania się zmieniały, Kościół był i jest jeden. Mirosław Lorch

KMR

55

Verbum znaczy słowo

Idźcie w misyjną dal, choć wam tej pięknej Górnej Grupy żal! Tymi słowami chór zakładu misyjnego pod dyrekcją ojca Pietrka żegnał wycho­ wanków Górnej Grupy. Wspomina o tym werbista, o. Bernard Bona, rodowity Koriewianin, który w Górnej Grupie uzyskał maturę, by po dalszych przygotowaniach i studiach ruszyć „w misyjną dal". A było rzeczywiście żal, bo piękna to miejscowość! Górna Grupa leży w południowej części Kociewia, między Warlubiem a Świeciem, przy drodze komunikacyjnej nr 1, dawniej zwanej E 16. Ma także przystanek kolejowy na linii Laskowice-Grudziądz. Malowniczo położona na krawędzi wysoczyzny, otwiera widok na dolinę Wisły i leżący po drugiej stronie rzeki Grudziądz. Dom Misyjny Zgromadzenia Słowa Boże­ go, czyli krócej - werbistow (od łac. Societas Verbi Divini), założony w Górnej Grupie, jest drugim w kolejności zakładem tego zakonu w Polsce. Kiedy w wyniku plebiscytu na Śląsku w 1920 roku Bytom znalazł się w granicach Niemiec, dwa lata później po­ lscy werbiści przenieśli się z tamtejszego pierwszego ośrodka do klasztoru w Ryb­ niku. Działalnością swoją nie byli jednak w stanie objąć całego kraju i wówczas wyło­ niła się konieczność powołania drugiego ośrodka misyjnego, najlepiej gdzieś w pół­ nocnej części Polski, na Pomorzu. Wybór padł na Górną Grupę, wieś pięknie położoną nad brzegiem wiślanej pradoliny. Latem 1923 roku Polska Prowincja SVD wykupiła teren. Z końcem roku stała już kaplica i znaczna zabudowa przyszłego do­ mu misyjnego. Organizatorem Zakładu był o. Tomasz Puchała, ówczesny przełożony

Zgromadzenia Słowa Bożego w Polsce, któ­ ry przybył tu, na Pomorze, wraz z ojcem Józefem Dominikiem i braćmi Maureliuszem i Jerzym. W dniu 1 października roku następnego biskup Klunder poświecił ośrodek i roz­ poczęto w nim działalność. W czterech kla­ sach męskiego gimnazjum misyjnego zasiad­ ło 70 uczniów. Otwarto także roczny nowic­ jat dla braci przygotowujących się do pracy zakonnej oraz Niższe Seminarium Duchow­ ne. W 1926 roku ta placówka oświatowa uzyskała przywileje państwowe, odpowia­ dające 5-klasowemu gimnazjum klasyczne­ mu, co świadczyło o wysokim poziomie nauczania, bowiem wśród ponad trzydziestu różnych polskich szkół tego typu - prywat­ nych, społecznych i wyznaniowych - tylko ośmiu nadano takie uprawnienia. Wiatach międzywojennych Dom Misyjny św. Józefa w Górnej Grupie szybko się rozwinął. Prowadził ożywioną działalność oświatową na całym Pomorzu. Posiadał bo­ gatą bibliotekę, gabinety i pracownie nauko­ we, muzeum misyjne. Miejscowy klasztor był bazą dla stałych zajęć rekolekcyjnych. Na dni skupienia i medytacje zjeżdżali się tu głównie duchowni i młodzież męska. Znany był zespół teatralny, chór, kapela dęta i mała amatorska orkiestra symfoniczna. Od 1931 roku w Górnej Grupie działała własna drukarnia, zbudowana i wyposażona ze składek Polonii Amerykańskiej, o co usi­ lnie zabiegał o. Paweł, surowy a sprawie­ dliwy wykładowca gimnazjalnej łaciny. To tutaj wydawane były czasopisma misyjne Nasz Misjonarz, Mały Misjonarz, periodyki religijne Skarb Rodziny, Posłaniec Świętego Józefa oraz dwa roczniki Kalendarz Słowa Bożego i Kalendarz Małego Misjonarza. Kol­ portażem tych wydawnictw zajmował się

56

KMR

w 1932 roku brat Józef Czubek, także Kociewianin, urodzony w Kierwałdzie (obszernie o Nim pisaliśmy w poprzednim, 8 numerze „KMR"), który był jednym z tych pierw­ szych, przybyłych w 1924 roku do Górnej Grupy. Zmarł w 1989 roku w Sydney, uzna­ ny za najstarszego polskiego misjonarza. Te wszystkie „pozateologiczne" dziedzi­ ny, jak uprawianie plastyki, gra na instru­ mentach, nauka sztuki drukarskiej, zajęcia sportowe, techniczne, a także wiedza felczerska, poza rozwojem osobowości stanowiły niezbędny element przygotowań do samo­ dzielnej pracy na „misyjnej dali". W 1939 roku w domu misyjnym przeby­ wało ponad 300 mieszkańców, w tym 240 uczniów zakonnego gimnazjum seminaryj­ nego. Okupacja hitlerowska okazała się tragicz­ na dla bywalców zakładu i mieszkańców tej części Kociewia. Klasztor zamieniono w wię­ zienie. Oprócz miejscowych werbistów are­ sztowano 68 księży z diecezji chełmińskiej, gnieźnieńskiej i włocławskiej. W okolicznych lasach 17 z nich rozstrzelano, a 35 zginęło w obozach koncentracyjnych. W Dachau zamęczony został o. Piotr Gołąb (ur. 1888), dyrektor gimnazjum misyjnego, autor pracy naukowej Gwara Schodni i okolicy, uznanej w 1955 roku przez Polską Akademię Nauk za najlepsze opracowanie dialektologiczne. W obozach życie stracili również inni oj­ cowie z Górnej Grupy - Alojzy Liguda (lubiany przez wszystkich polonista), Stani­ sław Kubista, Roman Kozubek, Teodor Sąsała. W okolicach Górnej Grupy i poblis­ kim Mniszku hitlerowcy wymordowali oko­ ło 2700 Polaków z Pomorza, a prawie poło­ wę z tej liczby stanowili pacjenci Szpitala Psychiatrycznego w Świeciu. Po zakończeniu działań wojennych kilku braci zakonnych rozpoczęło pracę nad przy­ wróceniem zakładu misyjnego. W 1949 roku pierwsza grupa 49 uczniów podjęła już nau­ kę w gimnazjum. Ale po trzech latach dom werbistów przestał istnieć. Ówczesna polity­ ka władz państwowych doprowadziła do

likwidacji niższych seminariów duchownych w Polsce i konfiskaty dóbr kościelnych i za­ konnych. Zakład wraz z klasztorem zamie­ niono na filię szpitala psychiatrycznego. Werbistom pozostawiono tylko kilka pomiesz­ czeń mieszkalnych i zezwolono na spełnianie obowiązków kapłańskich w szpitalnej kap­ licy i miejscowej parafii. W 1980 roku w szpitalu wybuchł groźny pożar, który strawił cały obiekt, powodując śmierć 55 pacjentów. Przez cztery lata dom popadał; w ruinę, ale potem rozpoczęto jego odbudowę, która trwała sześć lat. W 1990 roku, w wyniku nowych uregulowań praw­ nych między państwem i Kościołem katolic­ kim, odbudowany zakład zwrócono daw­ nym właścicielom. Dnia 19 marca 1991 roku, w święto Patro­ na, miała miejsce uroczystość powtórnego poświęcenia Domu Misyjnego św. Józefa w Górnej Grupie. Dokonał tego Ordyna­ riusz Diecezji Chełmińskiej w Pelplinie, ks. biskup Marian Przykucki. Odtąd zakład stał się siedzibą tzw. postulatu dla kan­ dydatów do służby misyjnej. Jest to forma­ cja, obowiązująca w Zgromadzeniu Słowa Bożego od 1984 roku, jako roczna kon­ tynuacja nowicjatu zakonnego. Przy tej okazji warto przypomnieć, że w Polsce funkcjonują obecnie cztery werbistowskie domy formacyjne: nowicjat w Chludowie, postulat w Górnej Grupie, semina­ rium z wydziałem teologii w Pieniężnie i se­ minarium z wydziałem filozofii w Nysie. Dom w Górnej Grupie będzie również pełnił rolę „oazy" dla werbistów seniorów, współbraci chorych i starszych wiekiem. Tutaj znajdą opiekę i wypoczynek po długo­ letniej pracy misyjnej. Rektorem ośrodka jest o. Jan Wichary, prefektem postulatu o. Feliks Kubicz. Pod ich kierownictwem i przy udziale wszystkich mieszkańców zakładu, dom werbistowski w Górnej Grupie na nowo wrośnie w kul­ turalne i humanistyczne tradycje Kociewia. oprac. Roman Landowski

KMR

57

Rozpoczynamy druk interesującego opracowania Katarzyny Kamińskiej - Walkiewicz, dotyczącego najpoczytniejszego kiedyś w naszym regionie (i nie tylko) pisma - Pielgrzyma - wydawanego w Pelplinie, a ściślej: folkloru literackiego w nim zamieszczanego . Temat ten był przedmiotem pracy magisterskiej Autorki, opatrzonej tytułem Folklor literacki w Piel­ grzymie pelplińskim w latach 1869-1914. napisanej na Wydziale Humani­ stycznym Uniwersytetu Gdańskiego pod kierunkiem doc. dra hab. Tadeu­ sza Orackiego, a obronionej w 1988 roku. Po nieznacznych przeredagowaniach, skrótach i zmianach tytułów, rozprawę tę publikujemy na naszych łamach, by przez kilka następnych numerów dostarczyć Czytelnikom kolejną porcję wiedzy o tym zasłużonym piśmie pomorskim i publikowanej w nim literaturze ludowej. Za udostępnienie tekstu, który wzbogaci plon publicystyczny naszego Magazynu, Autorce serdeczne podziękowania składa Redakcja

KATARZYNA KAMINSKA-WALKIEWICZ Folklor literacki w pelplińskim „Pielgrzymie" 1869-1914

Pomorskie Ateny
Pelplin jest małym miasteczkiem, położonym w dolinie po obu stronach dolnej Wierzycy, we wschodniej części Pojezierza Kociewskiego. Ta mała osada, licząca zaledwie kilka tysięcy miesz­ kańców, otrzymała prawa miejskie dopiero w 1931 roku. Co zatem wpłynęło na fakt, ze miasteczko zdobyło sobie zaszczytne miano „Aten pomorskich", kuźni polskiej myśli? Najstarsza wzmianka historyczna dotycząca osady pochodzi z 1274 roku, kiedy to książę Mszczuj II w 1258 roku nadał Pelplin i okolicę cystersom. Pelplin stał się siedzibą opata, czyli zwierzchnika zgromadzenia zwanego konwen­ tem. Cystersi prowadzili działalność kulturalną i oświatową. Przy klasztorze urządzili pracownię przepisywania dokumentów, książek i nut.

Pelplin na XIX wiecznym sztychu

58

KMR

W pierwszej połowie XV wieku powstała w Pelplinie szkoła średnia, nadająca tytuł bakałarza, niezbędny do otrzymania świeceń kapłańskich. Założono też szkołę klasztorną dla młodej szlachty oraz bibliotekę. Niekiedy wysyłano mnichów na dalsze studia do Pa­ ryża, Krakowa, Heidelbergu i Lipska. Pokój toruński (1466) oznaczał koniec dominacji Krzyżaków i powrót Pelplina do Polski. Nastąpił długi okres bujnego rozwoju opactwa, które oparło się niepokojącym wy­ darzeniom ruchu reformatorskiego, wojnom szwedzkim, nie przeszkodziły mu również klęski nieurodzaju i zarazy. Pierwszy rozbiór Polski i aneksja Pomorza do Prus były zapowiedzią likwidacji opac­ twa, które dekretem króla pruskiego zostało zniesione w 1823 roku, po 549 latach istnie­ nia. W rok później Pelplin stał się siedzibą diecezji chełmińskiej, przeniesionej z Cheł­ mży. O nową siedzibę biskupią ubiegały się miasta znaczniejsze - Toruń i Chełmno. Jednak rząd pruski nie zgodził się na te propozycje głównie ze względów politycz­ nych, obawiając się, aby w większym mieście nie zaktywizowała się działalność ruchu pol­ skiego. Jednocześnie władze pruskie popie­ rały rozwój protestantyzmu i kolonizację niemiecką, celowo zmierzając do germaniza­ cji ludności polskiej na Pomorzu. Tej polityce przeciwstawił się założony w Pelplinie w 1869 roku Pielgrzym, pismo religijne dla ludu. Od tego czasu Pelplin, obok Torunia, Chełmna i Grudziądza, stał się ważnym ogniskiem polskiego życia kulturalnego na Pomorzu Gdańskim. Druga połowa XIX wieku była dla Pelpli­ na okresem dynamicznego rozwoju. Liczba ludności powiększyła się w tym czasie dwu­ krotnie. Edward Myczka stwierdza, że o narodo­ wości przeważnie świadczyło wyznanie: lutera­ nie byli Niemcami, katolicy Polakami. Miesz­ czanie pozostali przy narodowości niemieckiej, natomiast szlachta i w większości lud reprezen­ towali ludność polską. (Z dziejów walki o wia­ rę i polskość pod zaborem pruskim, Studia Gdańskie 1976; ss. 2 i 36). Przyjmując zatem przynależność religijną za wyznacznik naro­ dowościowy (spisy ludności nie uwzględniały takiego podziału), z dużą dokładnością moż­ na odtworzyć skład ludności Pelplina w la­ tach 1890-1919, co ilustruje następująca tabelka:

Rok

Liczba miesz­ kańców ogółem 2412 3400 4000

Katolików

Protestantów

Żydów

1890 1900 1919

2256 3106 3600

146 278 390

10 16 10

R. Frydrychowicz: Nowy lustrowany przewodnik po Pelplinie, Pelplin 1928

Ważnym czynnikiem dla rozwoju miasta było otwarcie w 1852 roku linii kolejowej między Gdańskiem i Bydgoszczą, jednej z najstarszych na ziemiach polskich, która połączyła Pelplin z ważniejszymi ośrodkami miejskimi. W następ­ nych latach zmodernizowano szosy do Starogar­ du i Tczewa, w 1878 roku uruchomiono cukrow­ nię, a w trzy lata później oddano do użytku nowy gmach szkoły ludowej. Wiatach dziewięćdziesią­ tych wybudowano mleczarnię, wielokondygna­ cyjny spichlerz i tartak. Intensywnie rozwijał się handel i rzemiosło. Rozwój ekonomiczny miasta łączył się ściśle ze wzrostem życia kulturalnego i naukowego. W latach 1864-1877 żył i działał w Pelplinie Walenty Stefański, księgarz, przywódca rady­ kalnego Związku Plebejuszy. W 1866 roku został on współzałożycielem Towarzystwa Rolniczego i biblioteki. Wzmożona działalność antypolska w drugiej połowie XIX wieku zmusiła Polaków do obrony swoich praw narodowych i społecznych. Pisano petycje do władz, organizowano wiece i uroczys­ te obchody rocznic narodowych, zakładano różnego rodzaju polskie organizacje i towarzys­ twa. Na terenie Pelplina w 1914 roku działały już takie towarzystwa i kółka, jak Towarzystwo Czeladzi Katolickiej, Towarzystwo Ludowe, To­ warzystwo Wzajemnej Pomocy, Towarzystwo Polskie, Towarzystwo Ogrodniczo-Pszczelarskie, Towarzystwo Sokół (gimnastyczne), Towa­ rzystwo Śpiewacze, Towarzystwo Rzemieśl­ ników Budowlanych, Towarzystwo Zupełnej Wstrzemięźliwości, Kółko Amatorskie, Kółko Rolnicze, Koło Kaszubologów (założone przez J. Karnowskiego) i inne. Działała także, tak potrzebna polskiemu życiu gospodarczemu, organizacja kredytowa, zwana Spółką Pożyczkową, którą przekształcono wkrótce w Spółdzielczy Bank Ludowy. Bank ten ułatwiał Polakom w czasie parcelacji wykupywa­ nie ziemi z rąk niemieckich. W walce o utrzymanie polskości Pomorza Gdańskiego wzięło również udział ducho-

KMR

59

wieństwo pelplińskie. Pruskie ustawodawstwo antykościelne miało na celu nie tylko podporzą­ dkowanie kościoła państwu, ale także złamanie ducha narodowego, społecznego i politycznego przez ograniczenie możliwości działania ducho­ wieństwa. O tym, że plany germanizatorow zakończyły się fiaskiem, najlepiej świadczyła nieprzerwana działalność Collegium Marianum i Seminarium Duchownego. Collegium Marianum, szkoła działająca od 1836 roku, która swój początek zawdzięcza biskupowi Anastazemu Sedlagowi, stała się ważnym ośrodkiem polskiego ducha narodowe­ go na Pomorzu Gdańskim w czasach niewoli. W pelplińskim progimnazjum wszystkie jego pokolenia spotykały się z polską mową, kształcąc się na najwybitniejszych dziełach na­ szej literatury. Collegium Marianum było jedy­ nym zakładem naukowym na Pomorzu, gdzie język polski trwał przez cały czas istnienia szkoły. Przeszczepione z Chełmna idee filomatów pomorskich w istotny sposób wpłynęły na kształtowanie patriotycznych postaw semina­ rzystów - Polaków, którzy na trwale zapisali się w historii Pomorza. Do zasłużonych absolwen­ tów pelplińskiej uczelni należeli m.in. ks. Romu­ ald Frydrychowicz, ks. Stanisław Kujot, ks. Jakub Fankidejski, ks. Franciszek Sawicki i ks. Alfons Mańkowski.

Ks. Romuald Frydrychowicz (1850-1932), pi­ sząc w języku niemieckim, opracował pierwszy przewodnik po Pelplinie. Przez pięćdziesiąt lat wykładał historię w Collegium Marianum. Pró­ bował zaszczepić w sercach swoich uczniów umiłowanie do polskiej przeszłości Pomorza, a w szczególności do miasta Pelplina, któremu poświęcił kilka prac. Interesowała go również folklorystyka. Przez wiele lat, przy pomocy swoich uczniów gromadził podania pomorskie, które objaśniał i wydał własnym nakładem w 1914 roku pt. Podania ludowe na Pomorzu w czasie wojen napoleońskich. Zasługi dla życia naukowego położył także ks. Stanisław Kujot (1845-1914), twórca pel­ plińskiej szkoły historycznej. Gruntownie wy­ kształcony na uniwersytetach w Monasterze i Berlinie, przez wiele lat był wykładowcą historii i literatury polskiej w Collegium Marianum. Tematykę historyczną popularyzował na łamach wielu czasopism pod pseudonimem Stanisława Kostki. Znany jest ks. Kujot jako autor licznych powieści historycznych i obyczajowych dla ludu, z których największą poczytnością cieszyła się Głowa świętej Barbary. Zdobył trwałą pozycję naukową jako autor prac: Opactwo pelplińskie (Pelplin 1875) oraz Dzieje Prus Królewskich (Pelplin 1925). Całe życie poświęcił ks. Kujot realizacji pragnienia, aby: wykształcić się i stać

Ks. Romuald Frydrychowicz

Ks. Stanisław Kujot

60

KMR

się przez to pożytecznym krajom i społeczeństwu. Doceniono ten wielki trud księdza. Uniwersytet Jagielloński nadał mu w 1900 roku tytuł doktora honoris causa. Podobnie jak Stanisław Kujot, także ks. Ja­ kub Fankidejski (1844-1882) związany był z To­ warzystwem Naukowym w Toruniu. Odegrał ważną rolę przy opracowaniu haseł do Słownika geograficznego Królestwa Polskiego. Jego zasługi w niestrudzonym zbieraniu materiałów zostały docenione nie tylko przez najbliższych, ale i przez znanego historyka i wydawcę źródeł, profesora Uniwersytetu Jagiellońskigo, Wincen­ tego Zakrzewskiego. Następnym uczonym, który przyczynił się do rozsławienia pelplińskiego ośrodka akademic­ kiego był ks. Franciszek Sawicki (1877-1952). Jego dorobkowi naukowemu poświęcono już szereg monografii, a jego kilkanaście dzieł prze­ tłumaczono na inne języki. Był on związany z Pelplinem już od chło­ pięcych lat jako uczeń Collegium Marianum, a następnie student seminarium. Po specjalis­ tycznych studiach we Fryburgu objął katedrę filozofii i dogmatyki, a następnie apologetyki. Ks. Sawicki był niewątpliwie najwybitniejszym przedstawicielem środowiska pelplińskiego i twórcą pelplińskiej szkoły filozoficznej.

Ks. Alojzy Mańkowski

Z ducha tej szkoły wyrosły też zainteresowa­ nia naukowe ks. Alfonsa Mańkowskiego (18701941), wychowanka pelplińskiego seminarium. We wszystkich parafiach, w których pracował, czynnie włączał się do pracy polskich towa­ rzystw, piastując w nich różne funkcje. W swoich badaniach naukowych główną uwagę poświęcił dziejom Prus Królewskich, a szczególnie prze­ szłości diecezji chełmińskiej. Zasłużył się jako prezes Towarzystwa Naukowego w Toruniu. Zakres prac ks. Mańkowskiego obejmuje prawie wyłącznie dzieje, kulturę, etnografię, zwyczaje i obyczaje oraz inne zagadnienia związane z Po­ morzem. Spory dział jego twórczości stanowią życiorysy osób związanych z Pomorzem, zarów­ no dawniejszych jak i współczesnych. Jest auto­ rem około czterdziestu artykułów do Polskiego Słownika Biograficznego. Do rozsławienia pelplińskiego ośrodka nau­ kowego przyczyniła się także działalność innych profesorów Collegium Marianum i seminarium, których nie sposób wymienić i omówić. Ograni­ czyłam się do wyszczególnienia tych, którzy stali się głównym filarem życia naukowego Po­ morza. Pierwszy zakład drukarski powstał w Pelplinie w 1835 i istniał do 1837 roku jako filia drukarni J.J. Kantera w Kwidzynie. Kierownikiem filii był Albert Henryk Vetter. Właściwa działalność dru­ karska w Pelplinie zaczęła się od Jana Nepomu­ cena Romana i jego syna Stanisława, którzy w 1865 roku przenieśli się tu z Trzemeszna. Zachęcił ich do tego Julian Wagner, syndyk biskupi. Dzięki Romanom w 1866 roku powstała w Pelplinie księgarnia, a w 1868 roku drukarnia. Niestety, kary nakładane przez władze pruskie na redaktora Stanisława Romana spowodowały, że w marcu 1883 roku sprzedał on swoją oficynę Edwardowi Michałowskiemu. W 1903 roku nowym właścicielem oficyny i wydawnictwa zostało towarzystwo pod nazwą Drukarnia i Księgarnia „Pielgrzym" (Spółka Akcyjna z ograniczoną odpowiedzialnością), które dźwignęło i znacznie rozszerzyło podupa­ dły wskutek choroby poprzednika interes, wzniosło nowy gmach i sprowadziło nowoczesne maszyny drukarskie. Dnia 1 stycznia 1869 roku wyszedł pierwszy numer nowego czasopisma pt. Pielgrzym z pod­ tytułem: Pismo religijne dla ludu. Pismo w for­ macie 24x15 cm liczyło osiem stron. Stopniowo jednak powiększało swoją objętość jak i roz­ miary, w 1902 roku utrwalając swój ostateczny wygląd, zachowany do 1939 roku.

KMR

61

Na przestrzeni lat zmianom ulegała częstotli­ wość ukazywania się Pielgrzyma. Początkowo był to tygodnik (do 1875), potem wydawano go dwa razy w tygodniu (1876). W następnych latach pismo drukowano trzy razy w tygodniu aż do 1919 roku, w którym przekształcono je w dziennik. Po kilku miesiącach wrócono do poprzedniej koncepcji, której już nie zmieniono. Odtąd gazeta trafiała do rąk czytelników zawsze we wtorki, czwartki i soboty. Wychodziły także dodatki do Pielgrzyma: Podarek od Pielgrzyma dla dobrych dzieci, Krzyż, tygodnik religijno-powieściowy, Przyjaciel Dzieci, pismo dla pouczenia i rozrywki dzieci, Rolnik, zamieniony później na Gospodarstwo, Robotnik Polski, Do­ bra gospodyni, Filut, pismo humorystyczno-satyryczne i Dla Nauki i Rozrywki. Warto zatrzymać się nad genezą tytułu gazety. Ks. Mańkowski twierdził, że nazwa nawiązy­ wała do popularnych powieści i wydawnictw. W 1817 roku księżna Izabela Czartoryska wy­ dała popularny utwór pt. Pielgrzym w Dobromilu. W latach 1822-1823 redagowano w Krako­ wie Pielgrzyma z Tęczyna, a w Paryżu wydano w 1832 roku Pielgrzyma Polskiego, redagowane­ go przez Eustachego Januszkiewicza. W tym też roku ukazały się Księgi narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Adama Mickiewicza. Redaktor pelplińskiej gazety znał niewątpli­ wie niektóre z tych utworów czy czasopism. Możliwe więc, że chęć kontynuacji, naśladow­ nictwa, czy też wreszcie samo znaczenie słowa pielgrzym, przyczyniły się do nadania nowo założonej gazecie właśnie takiego tytułu. Sam redaktor, ks. Szczepan Keller, w pierw­ szym numerze gazety tak motywował wybór nazwy: właśnie dlatego to pismo nazywa się „Pielgrzym", żeby nam przypominało, że tu jes­ teśmy wszyscy w obcym kraju, pielgrzymami tylko idącymi do domu wieczności. Ażebyś nie zbłądził, ale trafił do nieba, ten „Pielgrzym" ci chce wskazać drogę. W tej wypowiedzi samego redaktora wyraże­ nie „obcy kraj" nie ma tu znaczenia aluzyjnego do ówczesnej sytuacji politycznej. Chodzi raczej o rozumienie tego zwrotu w kategoriach es­ chatologicznych. „Obcy kraj" to pewien etap na drodze człowieka do osiągnięcia zbawienia w niebie. Dobre, czyli zgodne z wiarą katolicką przejście etapu ziemskiego jest gwarancją życia wiecznego. Pielgrzym był gazetą zdecydowanie religijną o charakterze konserwatywnym, co znalazło odzwierciedlenie w omawianych na bieżąco za­

gadnieniach politycznych, gospodarczych, spo­ łecznych i religijnych kraju i świata. Redaktor Stanisław Roman tak pisał w numerze noworocz­ nym: Będzie „Pielgrzym"podawał nie tylko cie­ kawe zdarzenia z polityki i wiadomości z naszych okolic, ale też artykuły o naszej biedzie, o położe­ niu naszym i środkach zaradczych przeciw utracie wiary i języka ojczystego. Prócz tego będą w każ­ dym numerze ceny targowe. Wszelkie interesy społeczne, gospodarcze i po­ lityczne zostały w Pielgrzymie podporządkowa­ ne naczelnej idei zachowania potęgi Kościoła i istniejącego ustroju społecznego. Uzasadnione to było faktem, że z ogólnej liczby redaktorów około pięćdziesiąt procent stanowili duchowni. Nie zabrakło na łamach Pielgrzyma miejsca na publikowanie utworów związanych z regionem kaszubskim i kociewskim. Pisał o tym we wspo­ mnianym noworocznym numerze Stanisław Ro­ man: Dla przykraszania zaś drukować się będzie ciekawe pamiątki i powieści tyczące przede wszys­ tkim naszych stron rodzinnych, wzory życia pra­ cowitego i cnoty wytrwałej. Pismo interesowało się w sposób szczególny regionem pomorskim. Zamieszczało kronikę wydarzeń, listy czytelników, materiały biogra­ ficzne różnych rodzimych działaczy, anonso­ wało polskie wydawnictwa, prowadziło kronikę zmian personalnych tak duchowieństwa, jak i świeckich (nauczyciele), podawało rozmaite dane statystyczne różnych parafii, cytowało urzędowe dokumenty, zamieszczało podania lu­ dowe i inne materiały folklorystyczne, a przede wszystkim informowało o życiu religijnym w Polsce i poza granicami. Pielgrzym był więc wartościowym źródłem informacji dla ówczes­ nych czytelników, a dla współczesnych jest cenną kartą historii Pomorza Gdańskiego. W pelplińskiej oficynie drukowano oprócz Pielgrzyma następujące czasopisma: Rolnik. Ty­ godnik Ilustrowany Rolniczy, Przemysłowy i Pra­ wniczy, Krzyż. Tygodnik religijno-powieściowy, Odczyty dla Towarzystw Polskich. Organ Związ­ ku Towarzystw Ludowych, Kłosy. Organ Związ­ ku Kółek Rolniczych Zachodnio-Pruskich, Gaze­ ta Chojnicka. Pismo katolicko-polskie dla ludu polskiego w zachodnich powiatach Prus Zachod­ nich i sąsiedniego Pomorza oraz Organista. Organ Związku Towarzystw Organistowskich na diece­ zję chełmińską. Niektóre z nich pełniły funkcję dodatków Pielgrzyma, o czym już wspomniano poprzednio. Ważną rolę w kształtowaniu ducha narodowe­ go odegrały liczne polskie druki, poczynając od

62

KMR

modlitewników, śpiewników, rozważań religij­ nych i żywotów świętych, poprzez książki bele­ trystyczne, historyczne i inne. Wydano także utwory ks. Stanisława Kujota, Anny Karwatowej, Władysława Łebińskiego, Hieronima Derdowskiego, Hieronima Gołębiowskiego, ks. Ro­ mualda Frydrychowicza, ks. Jakuba Fankidejskiego i ks. Ignacego Zielińskiego. W ciągu siedemdziesięciu lat istnienia Piel­ grzyma było dwudziestu sześciu redaktorów. Na uwagę zasługuje fakt, że okres pełnienia funkcji redaktora był z upływem lat coraz krótszy. Od powstania pisma w 1869 roku do 1920 roku wynosił średnio sześć lat, od 1920 roku do 1939 roku zaledwie jeden rok. Wielkie zasługi w for­ mowaniu kształtu i charakteru Pielgrzyma mieli jego pierwsi redaktorzy, organizatorzy i wydaw­ cy. Pierwszym redaktorem i jednocześnie założy­ cielem gazety był ks. Szczepan Keller, który piastował tę funkcję do swej nagłej śmierci w 1872 roku. Po nim redaktorami byli: Stanisław Roman (do 1883), Edward Michałowski (do 1902 roku) z przerwą w 1888, kiedy to redakcję na krótko objął Adam Napieralski, ks. Leon Nelke, Leon Formański, Ludwik Gayzler i Leon Kowal-

Po pierwszej wojnie światowej Pielgrzyma redagowali: ks. Jerzy Chudziński, Bolesław Kiełbratowski, Bonifacy Chmielewski, Stani­ sław Lewandowski, Józef Matłosz, Michał Ma­ jewski, Józef Korczak-Ziółkowski, Franciszek Gwizdalski, Wacław Ciesielski, Jan Zacholla, Teofil Bianek, Jan Bielawa, Grzegorz Ziółkow­ ski, Kazimierz Rapior, Alfons Wyczyński, Pa­ weł Ponczek, Alojzy Scholz i Aleksander Sikor­ ski. Ks. Szczepan Keller urodził się w 1827 roku w Chmielnie na Kaszubach. Początki jego działalności związne były z okresem Wiosny Ludów. Jako uczeń gimnazjum chełmińskiego ogłosił w miejscowej Szkole Narodowej, pod pseudonimem „Chłop z mirachowskiej ziemi", artykuł pt. Kaszubi. Studiował w Seminarium Duchownym w Pelplinie. Wcześnie dał się po­ znać jako świetny kaznodzieja oraz zdolny pisarz ludowy o wyraźnie religijnym i moraliza­ torskim nastawieniu. Właśnie taki charakter miały następujące jego utwory: Jad człowieczy gorszy od jadu żmii i padalca czyli przekleństwa co znaczą i co płacą (1864) i Pól kopy wykrętów pijackich (1872). Szczepan Keller umiał łączyć pracę duszpas­ terską z działalnością oświatową i pracą pi­ sarską. Będąc proboszczem parafii katolickiej w Ostródzie założył prywatną szkołę katoli­ cką, w której sam był nauczycielem. W Pelplinie założył bibliotekę dla kleryków, a w swojej parafii czytelnię ludową. Najbardziej jednak zasłużył się jako założyciel i redaktor Piel­ grzyma. Na jego łamach zamieszczał swoje artykuły i pieśni, których był namiętnym zbie­ raczem. Głównym dziełem życia ks. Kellera jest trzykrotnie wydany Zbiór pieśni nabożnych ka­ tolickich do użytku kościelnego i domowego (Pelplin 1871,1886, 1920), liczący ponad tysiąc sto tekstów. Ks. Ignacy Ograbiszewski pisał, że wrodzony mu Kellerowi zapal do nauk, pilność niezmordowana, rzadka energia i hart ducha przezwyciężyły wszelkie trudności. Nie przezwy­ ciężyły jednak ułomności ludzkiego organizmu. Zmarł bowiem niespodziewanie w 1872 roku, w wieku 46 lat. Pochowany został na Kociewiu, w Pogódkach. Ogromne zasługi dla rozwoju Pielgrzyma położył także syn księgarza i drukarza pelplińskiego, Stanisław Roman (1842-1913). Stu­ diował na Uniwersytecie Wrocławskim, a na­ stępnie uczył się księgarstwa i drukarstwa w Be­ rlinie. Początkowo pracował w księgarni ojca. W 1872 roku objął sam redakcję Pielgrzyma.

Ks. Ignacy Ograbiszewski

KMR

63

W czasie jedenastu lat pełnienia przez niego funkcji redaktorskich gazeta zmieniła nie tylko szatę graficzną, ale także częstotliwość i do pewnego stopnia profil. Stała się bowiem poczytnym pismem nie tylko religijnym, ale także politycznym. W latach 1869 - 1883 nak­ ładem księgarni Jana Romana i drukiem Stanisława Romana ukazało się ponad 120 druków polskich o treści niemal wyłącznie religijnej. Następca Stanisława Romana, Edward Mi­ chałowski, był redaktorem prawie dwadzieścia lat. Zanim przeniósł się do Pelplina, od 1876 do 1883 roku mieszkał w Gdańsku, gdzie założył księgarnię. Był także prezesem towarzystwa Ogniwo, skupiającego młodą inteligencję gdań­ ską. W Pelplinie dał się poznać jako odważny redaktor Pielgrzyma, za co spotykały go szyka­ ny ze strony władz pruskich. Między innymi w 1886 roku, za wydanie książki poety śląs­ kiego, K. Damrota (ps. Czesław Lubiński) pt. Szkice z ziemi i historii Prus Królewskich. Listy z podróży, został skazany na sześć tygodni więzienia. Edward Michałowski zachował wprawdzie konserwatywno-klerykalny charakter gazety, ale jednocześnie uczynił z niej organ polityczny, wymierzony przeciw germanizatorom, popula­ ryzujący dzieje i piśmiennictwo ojczyste. Wzbo­ gacił gazetę dodatkami: Krzyż (od 1883), Przy­ jaciel Dzieci {od 1892), Rolnik (od 1897). Z dru­ karni Michałowskiego wyszło ponad 80 druków w języku polskim. W 1888 Edward Michałowski oddał na krót­ ko redakcję Pielgrzyma Adamowi Napieralskiemu (1861-1928), znanemu pod pseudonimem Marian Firlej lub Robotnik Michał od Byto­ mia. Ale jako redaktor niczym szczególnym się nie wyróżnił. Kolejnym redaktorem był Leon Kowalski (1882-1952), działacz społeczny i narodowy. Redagował Pielgrzyma w 1907 roku, potem pracował w redakcji Gazety Grudziądzkiej, a w latach 1910-1911 prowadził własną drukar­ nię w Starogardzie, wydając pismo Nasza Gaze­ ta, która ukazywała się do 1914 roku. W mieście tym założył w 1913 roku stowarzyszenie śpiewa­ cze Lutnia, będąc jego pierwszym prezesem. Działał również w Sokole jako wiceprezes. Kociewski filomata uczestniczył w Powstaniu Wie­ lkopolskim, potem zamieszkał w Świeciu n / W, gdzie kierował administracją tego miasta, był starostą świeckim (1927-32) i burmistrzem (1936).

Zasłużonym działaczem pomorskim, redak­ torem i dziennikarzem był także Leon Formański (1883-1945). Pracował w redakcji Pielgrzy­ ma w latach 1907-1920, a więc także przez cały trudny okres pierwszej wojny światowej, pełniąc m.in. funkcję redaktora naczelnego pisma. In­ teresował się losem ludności polskiej na Warmii, poświęcając jej artykuły w Pielgrzymie i an­ gażował się również w walkę polityczną na tym terenie. Na osobie Leona Formańskiego kończy się lista redaktorów pelplińskiego pisma do wybu­ chu pierwszej wojny światowej. Pozostali kon­ tynuowali dzieło pierwszych twórców i dbali o zachowanie dotychczasowego charakteru pis­ ma. Z pokaźnej liczby czasopism, które wówczas wychodziły, najważniejszą rolę odegrały cztery pisma: Gazeta Toruńska, Gazeta Grudziądzka, Gazeta Gdańska i pelpliński Pielgrzym. Były to gazety wyznaniowe, stale podkreślające swój katolicyzm i zasadę podporządkowania się Koś­ ciołowi, co jednak nie przeszkadzało im w licz­ nych atakach na duchowieństwo katolickie, które częściowo było zaangażowane w procesy germanizacyjne społeczeństwa polskiego. Wy­ różniała się tutaj Gazeta Grudziądzka, często krytykowana na łamach Pielgrzyma, który tak­ że nie stronił od umiarkowanej krytyki sfer duchownych, czemu dawał wyraz w licznych artykułach. Niezamierzonym skutkiem kulturkampfu by­ ło stopniowe wygasanie sporów ideologicznych w prasie Pomorza Gdańskiego i skupienie się wszystkich środowisk społeczeństwa polskiego na działaniach skierowanych przeciw polityce eksterminacyjnej władz pruskich. Na stronach tytułowych gazety zamieszczały propolskie has­ ła i wezwania, jak np. Uczymy nasze dzieci czytać i pisać po polsku. Do chwili ukazania się w 1894 roku Gazety Grudziądzkiej, najważniejszą rolę w działalności antygermanizacyjnej odegrały: Gazeta Toruń­ ska i Pielgrzym, które przypominały kulturę i historię polską, i dążyły do tego, aby każdemu Polakowi żyjącemu pod zaborem pruskim uświadomić jego przynależność narodową. Póź­ niej dołączyła do nich Gazeta Gdańska (1891) i Gazeta Grudziądzka, która zdobyła sobie szcze­ gólną pozycję w pierwszym okresie swego ist­ nienia. Popularyzowała wśród młodzieży m.in. polską książkę i historię Polski, wydawała także Elementarz polski. Tę jakże godną wyróżnienia rolę pełniła Gazeta Grudziądzka aż do wybuchu

64

KMR

pierwszej wojny światowej. Wszystkie wymie­ nione gazety odważnie występowały przeciwko antypolskim zarządzeniom i poczynaniom rzą­ du pruskiego, narażając często swoich redak­ torów na kary więzienia i grzywny. Pielgrzym, który w założeniach miał być pismem religijnym, rozszerzył jednak krąg swo­ ich zainteresowań o tematy społeczne, politycz­ ne i narodowe. Poruszał wszystkie aktualne problemy tamtego okresu. Podobnie jak to czyniła Gazeta Toruńska, redaktorzy pelplińscy z powodzeniem propagowali tworzenie organi­ zacji i towarzystw polskich, tak ważnych dla ówczesnego życia kulturalnego i społecznego. Na łamach pisma znajdowały miejsce problemy związane z zarządzeniami pruskimi, a więc ustawy o szkolnictwie, polityka wyznaniowa i kolonizacyjna, a także programy partii poli­ tycznych, udział Polaków w wyborach do par­ lamentu i organów samorządowych, walka o ziemię, rugi pruskie, emigracja, strajki szkol­ ne. Nie bez powodu pruski minister Gustaw Gessler na forum sejmowym w Berlinie, oświad­ czył że: W Pelplinie istnieje drukarnia, w której tłoczą „Pielgrzyma" pełnego jadowitych wycie­ czek przeciw Niemcom, a urzędowy dziennik Posener Tageblatt w 1893 roku nazwał tę małą miejscowość główną siedzibą agitacji polskiej w Prusach Zachodnich. Gazeta Gdańska, która przyjmowała dosyć umiarkowaną postawę w sprawach społecz­ nych, także włączała się do walki z Komisją Kolonizacyjna. Częściej od innych gazet atako­ wała posłów polskich w sejmie pruskim i par­ lamencie niemieckim za ugodowość i brak odwagi. Gazeta Gdańska dystansowała inne czasopisma w działaniach zmierzających do pozyskania ludności kaszubskiej. W tym celu wydawała specjalny dodatek w dialekcie kaszu­ bskim. Różnice programowe miedzy poszczególny­ mi gazetami powodowały skupianie się wokół nich ugrupowań narodowo - demokratycznych i ziemiańsko - klerykalnych. Gazecie Grudziądz­ kiej sympatyzowały masy chłopskie, część robotników, drobnomieszczaństwo i inteligen­ cja chłopska. Pielgrzyma popierało wyższe du­ chowieństwo, część mieszczaństwa i ziemiaństwa. O wzrastającej poczytności tych dwóch gazet na terenie regencji gdańskiej świadczy zestawie­ nie liczby stałych abonentów.

Tytuł Gazeta Gdańska Pielgrzym Gazeta Grudziądzka

liczba abonentów 1895 939 375 102 1903-07 2.279 12.486 70.510

Pielgrzym, obok Gazety Grudziądzkiej, odeg­ rał ważną rolę w rozwoju kultury na Pomorzu Gdańskim. Zastępował czytelnikom szkołę, ucząc historii i literatury polskiej, zaznajamiał z osiągnięciami narodu polskiego. Włączył się także w aktualnie omawiane tematy polityczne, społeczne i obyczajowe. Propagował twórczość w języku polskim, a także literaturę ludową, omawiał wystąpienia teatralne, imprezy kultu­ ralne oraz działalność różnych stowarzyszeń. Redakcja Pielgrzyma mobilizowała również spo­ łeczeństwo do stałej pracy nad wzmocnieniem pozycji ekonomicznej, podnoszeniem świado­ mości narodowej i ogólnego poziomu kultural­ nego, zachęcała do organizowania własnych spółdzielni polskich i udziału w instytucjach samorządowych. Wskutek zależności Pielgrzyma od Kościoła, którego był niejako nieoficjalnym organem, jego założenia programowe miały specyficzny chara­ kter. Pismo dążyło do zapewnienia Kościołowi i duchowieństwu decydującego wpływu na życie polityczne, publiczne, społeczne i kulturalne, a jednocześnie starało się zachować związki ze społeczeństwem, ostrzegając je przed zgubnymi wpływami liberalnej ideologii socjalistycznej. Z tego powodu Pielgrzym przez niektórych historiografów jest uznany za pismo wybitnie klerykalne, odróżniające się od innych gazet na Pomorzu. Przy próbie krytycznej oceny działalności Pielgrzyma, należy jednak wziąć pod uwagę ówczesną skomplikowaną sytuację wyznaniową, społeczno-polityczną i dalekowzroczność polity­ ki Kościoła pod zaborem, aby ustrzec się przed formułowaniem niesprawiedliwych lub niedo­ statecznie uzasadnionych opinii. Sytuacja Koś­ cioła pod zaborem była zawsze niezwykle trud­ na, a jego udział w kompromisowym współżyciu z zaborcą był często wykorzystywany koniunk­ turalnie w rozgrywkach politycznych. Zarzuty zbytniej ugodowości wobec władz pruskich, sta­ wiane gazecie przez różnych krytyków, są tylko

KMR

65

częściowo słuszne, gdyż głównym celem narodu w niewoli było jego przetrwanie, które wymagało także taktycznych kompromisów. Roztropnej polityce Kościoła zawdzięczał Pielgrzym swoją mocną pozycję. Gazeta ukazywała się przecież przez cały czas swego istnienia w języku polskim (także w okresie pierwszej wojny światowej). Podobnie, dzięki polityce Kościoła, Collegium Marianum było jedyną uczelnią pomorską, w której zachowano język polski jako przedmiot studiów. Wychowankowie tej zasłużonej szkoły wnieśli duży wkład w dzieło tworzenia państwowości polskiej na Pomorzu po pierwszej wojnie świato­ wej (Brejski, Łaszewski i inni), a podczas osta­ tniej wojny byli pierwszymi na listach ofiar hitlerowskich.

W przekonaniu hitlerowców decydujący wpływ na działalność polonizacyjną na Pomorzu wywarł Kościół katolicki, który za tę patrio­ tyczną postawę zapłacił śmiercią około połowy kapłanów diecezji chełmińskiej (najwyższy od­ setek zamordowanych kapłanów w porównaniu z innymi diecezjami Polski). Znaczna ich część współpracowała z Pielgrzymem. Katarzyna Kamińska-Walldewicz

Wykaz bibliografii zamieszczony zostanie po zakończeniu całego cyklu.

W następnym numerze: Folklor literacki - legendy, bajki, podania.

DROŻYZNA W TCZEWIE W 1933 ROKU
Przeglądając w Wojewódzkim Archiwum Państwowym w Bydgoszczy akta nar 1224 Kuratorium Okręgu Szkolnego w Toruniu — Inspektorat Szkolny w Tczewie za rok 1933, znalazłem w nich pismo z dnia 10 listopada 1933 roku, skierowane przez przedstawicieli urzędników państwowych i samo­ rządowych w Tczewie, a dotyczące przyznania miejscowym nauczycielom lokalnego dodatku drożyźnianego. Postulat swój uzasadnili wnioskodawcy niepomiernie wysokimi kosztami żywności w Tczewie, co wiązało się z masowym jej wywozem na teren ówczesnego Wolnego Miasta Gdańska. Postulanci wskazali, iż koszty żywności, w porównaniu z innymi regionami w kraju, tu zajmują znacznie wyższy procent w ogólnych kosztach utrzymania, uniemożliwiając przez to urzędnikom polskim, utrzymanie odpowiedniego poziomu życia. Wskutek takiego stanu rzeczy w oczach mniejszości, zwłaszcza niemieckiej, maleje autorytet państwa polskiego. Poniższe zestawienie stanowi skrócony załącznik do omówionego pisma. Pełne zestawienie obejmuje 9 powiatów z terytorium ówczesnego województwa pomorskiego oraz 15 artykułów pierwszej potrzeby. Ceny detaliczne za 1 kg.
Powiat
Tczew Starogard
Świecie

masło 3,80 4.00 3,40 3,20

mleko 0,18 0,16 0,17

jaja 1,80 2,00 1,65 1,70

mąka żytnia 65% 0,26 0,22 0,22

chleb żytni 65% 0,30 0,30 0,30

mięso wołowe 1,40 1,20 1,20

mięso wieprzowe 1,80 1,45 1,60 1,40

kiełbasa zwyczajna

1,20 1,00 1,20

W badanych aktach brak jest odpowiedzi na pismo z dnia 10 listopada 1933 roku. O ile wiem, dodatku drożyźnianego petenci nie uzyskali. A trzeba nadmienić, że wynagrodzenie urzędników państwowych w roku 1933 wynosiło w trzech najniższych grupach: XI - 130, X - 160, IX - 190 zł W obecnych kalkulacjach kosztów utrzymania koszty żywności stanowią 50-60 %, w zależności od ilości osób w gospodarstwie domowym. Kto chce, może przeprowadzić analizę porównawczą kosztów utrzymania w latach 1933 i 1991, po zebraniu dodatkowych elementów kalkulacji. Dla wszystkich pozostałych czytelników, opracowanie niniejsze stanowić chyba będzie ciekawostkę z przeszłości. Leon Libiszewski

66

KMR

ELWIRA KAMIEŃ

k istnienia
Jest to historia, która się zdarzyć mogła każdej nastolatce. Nie musiała, ale mogła. To się zdarzyło naprawdę, nieprawdziwe jest tylko imię dziewczyny. Ania po ukończeniu podstawówki postanowiła wreszcie sko­ sztować życia. Chciała poznać smak samodzielnych wyjazdów i nadarzyła się ku temu okazja. Niedawno poznała chłopaka, który zaprosił ją na biwak. Rodzice nie chcieli nawet słyszeć o „czymś takim z kimś takim". Nie odpowiadał im chłopak i cały wyjazd. Kategorycznie powiedzieli: nie. Ania, niewiele sobie robiąc z „bezcelowej gadki", po prostu spakowała plecak i pojechała. Szczęście na biwaku trwało krótko. Rodzice szukali córkę i znaleźli. Potem okazało się, że Ania jest...w ciąży. Ojciec dziewczyny chciał, by córka udała się do szpitala na zabieg. — To niewiele kosztuje, a do tego nie będzie później kłopotu z dzieciakiem—mówił. Matka była załamana. Jako praktykująca katoliczka była przeciwna usuwaniu ciąży, ale czy jako katoliczka mogła tolerować takie prowadzenie się córki? — Przecież okropieństwem jest, aby dzieci miały dzieci! — mówiła często. Nie mogła uwierzyć, że jej wypieszczoną Anię - oczko w głowie - coś takiego mogło spotkać. To było nie do po­ myślenia! Po wielu przemyśleniach przyznała jednak rację życiu i dała szansę przyszłemu wnukowi. Nie mogąc dojść ze sobą do porozumienia, ojciec wraz z matką dali córce wolną rękę — pozwolili wybrać, czy chce uczyć się, czy wychowywać dziecko. Ania długo się zastanawiała. Na chłopaka Uczyć nie mogła: dziewiętnastoletni, niedoszły „tatuś" nie chciał żenić się z szes-

Życie ludzkie rozpoczyna się w momencie poczęcia. Jest to fakt biologiczny i medyczny czyli niepodważalny. Każde przerwanie ciąży jest po prostu ... zabójstwem człowieka. Zapytałam kilku osób, co uważają na temat aborcji. Zda­ nia były podzielone. Oto nie­ które z nich.

Jestem przeciwna ustawie z 1954 roku i ogólnie przeciwna aborcji. Dopuszczam jedynie przerwanie ciąży, gdy powstanie ona w wyniku gwałtu. Przecież to nie wina kobiety, że zajdzie wte­ dy w ciążę. Więc dlaczego póź­ niej ma cierpieć za cudze grze­ chy?...
Kobieta, lat 25, wykształcenie średnie

KMR

67

Uważam, że aborcja jest bez­ nastoletnią przyszłą „mamusią". Wybrał najłatwiejszą drogę sensowna, każdy człowiek ma —wyjechał zostawiając dziewczynę z problemem. Rodzice Anki prawo do życia i rozwoju. Nawet nie chcieli rozgłosu, a każdy kolejny krok poszukiwań chłopaka, w wypadku gwałtu dziecko na­ to coraz więcej osób plotkujących o ich córce i jej... rosnącym leży utrzymać przy życiu, gdyż brzuchu. jest to także żywy organizm, jest Ania dalej myślała — pozostali więc rodzice i... I co dalej? to po prostu człowiek. Gdy zdro­ Tylko dziecko! A gdzie wymarzone życie? Gdzie są podróże? we kobiety są zagrożone? Myślę, A dziecko? Najpierw w pieluchach, potem w wózku, a na koniec że ciążę należy utrzymać. Trze­ wszędzie! ba dać małemu stworzeniu szan­ Ania wystraszyła się. Chciała już mówić rodzicom, że nie chce sę na przeżycie, na istnienie. być jeszcze matką, że nie chce, nie!..., ale postanowiła jeszcze A gdy kobieta zobaczy dziecko... przejrzeć książkę Michalika Ocal życie bezbronnemu. Chciała na pewno jej własne zdrowie nie znaleźć poparcie dla swojego wyboru. Przeczytała ją i... zaczęła będzie już ważne... się wahać. Z jednej strony krzyczała mała istotka—nienarodzo­ ne dziecko, z drugiej strony przypominało o swoich racjach Dziewczyna, lat 17 wspaniałe, beztroskie życie. Studium Nauczycielskie Beztroskie życie mówiło: — Wiele kobiet usuwa ciąże i potem może normalnie żyć. — Dobrze — odrzekło nienarodzone dziecko. — Zauważ jednak, że większość, a może i wszystkie kobiety mają później powikłania zdrowotne: chorują, nie mogą mieć dzieci, trafiają do zakładów psychiatrycznych. * * * Beztroskie życie nie dawało za wygraną: — Nie można jednak pozwolić, aby dzieciaki, takie jak ty, mnożyły się bez końca! Nasz kraj nie jest zbyt bogaty, brakuje nam pieniędzy na żłobki i przedszkola. — Czyżby?—zapytało dziecko. — Brakuje nam pieniędzy na Mi jest wszystko jedno. To żłobki i przedszkola, ale stać nas na leczenie ponad 500 tysięcy sprawa dziewczyny, chłopaka, kobiet rocznie w zakładach dla psychicznie chorych z powodu... rodziców dziewczyny. To wszys­ aborcji? A dokładnie z powodu niezbyt udanej aborcji? tko zależy od sumienia. Jeżeli — Ale aborcja może być udana! — powiedziało beztroskie uważają, że przerwanie ciąży z dumą. — I co wtedy powiesz? jest niemoralne - niech ta dziew­ Dziecko uśmiechnęło się i rzekło: czyna urodzi dziecko. Jeżeli —Zapomniałeś, moje drogie, o mnie... Przecież ja istnieję! Już uważają, że można przerwać cią­ chwili zapłodnienia ustalają się wszystkie moje cechy, mój w żę, to dlaczego nie? Tak właś­ wygląd i płeć. W trzecim tygodniu mojego życia powstaje ciwie to sprawa jest między dzie­ zaczątek mózgu, pojawiają się oczy, płuca, jelita, żołądek i ... wczyną i jej chłopakiem. Jak się zaczyna bić serce! Mając osiem tygodni jestem już w pełni kochają, to mogą mieć to dziec­ ko, jak już nic do siebie nie mają, rozwinięte. Posiadam w sobie to wszystko, co ma dorosły człowiek. Budowa wszystkich organów została zakończona! to po co sobie psuć życie. Teraz dbam już tylko o doskonalenie tego, co wybudowałem i o wzrost. Dziewczyna, lat 18, — No, dobrze — przyznało rację beztroskie życie. — Ale co Zasadnicza Szkoła Zawodowa dziewczyna zrobi później, mam na myśli jej życie, które będzie Życie człowieka zaczyna się w chwili zapłodnienia. Nazwijmy ją chwilą zero. Owa zapłodniona komórka - zygota -jest rozmiarów małego łebka szpilki... W kropelce znajduje się ukryta moc kształtująca postać ludzką w wytyczonym kierunku jej indywidualnego rozwoju... Już w pierwszej sekundzie po nastaniu godziny zero zostało ustalone, że: osiągniesz 176 cm wzrostu, włosy twoje będą ciemne i kręcone, wargi wąskie, podbródek z dołeczkiem, nos nieco zadarty, że jesteś dziewczynką czy chłopcem. W. Fijałkowski: Dar Rodzenia. IW PAX, Warszawa 1985, str. 58

68

KMR

z Tobą. Przecież ona wraz z Twoimi urodzinami wszystko musi przekreślić! — Nieprawda — nienarodzone pozostało niezbite z tropu — Dziewczyna, czyli moja przyszła mamusia, może przecież uczyć się, pracować, może jeździć na urlopy, wakacje. Może żyć prawie tak, jak przedtem. A jej życie będzie bogatsze. Bogatsze o mnie i doświadczenia ze mną związane. — A jak rodzice wyrzucą ją z domu, to rzeczywiście będzie mogła się uczyć? — powątpiewało beztroskie. — Są Domy Samotnych Matek. W nich można mieszkać, uczyć się, pracować... Ania pomyślała, że jej to nie grozi. Rodzice będą ją utrzymy­ wać, nie wyrzucą jej z domu. Więc? Szybko podjęła decyzję. Poszła do pokoju, w którym siedzieli rodzice i rzekła: — Będziecie dziadkami. Musicie się do tego przygotować! Obecnie Ania ma osiemnaście lat, Michałek — jej synek — półtora roczku. Dziewczyna postanowiła zacząć naukę w szkole średniej, zaocznej. Dziecko jest ładne, zdrowe i nawet nie przypuszcza, że jego los mógłby być tragiczny.

Potępiam aborcję w każdym calu. Nie pozwoliłbym zabić dzie­ ciaka, nawet poczętego w wyniku gwałtu. Gdyby moją dziewczynę zgwałcili - ożeniłbym się z nią. Nie wiem, czy kochałbym tego malucha tak samo, jak własnego, ale na pewno starałbym się stwo­ rzyć jemu normalny dom.
Chłopak, lat 19. Zespół Szkół Rolniczych ***

Aborcja? To sprawa dziewczy­ ny. Są przecież jakieś tabletki, które się bierze, aby nie mieć dziecka... A jeśli już by zaszła w ciążę - to jej sprawa. Jak chce - niech urodzi, jak nie, to nie.
Chłopak, lat 19, robotnik

Bardzo ogólnie można by wyróżnić w ciągu życia jednostki dwa okresy, życie wewnątrzłonowe i pozałonowe. (...) W rozpowszechnionym u nas odczuciu jednostka ludzka staje się członkiem rodziny i społeczeństwa dopiero w chwili urodzenia się. (...) Jednak w niektórych wielkich populacjach, w starych wysoko rozwiniętych kulturach, np. w Chinach, wiek jednostki liczy się od chwili poczęcia. Można to uznać za dowód doceniania znaczenia rozwoju wewnątrzłonowego człowieka. Prof. dr hab. med. A. Blaim: Rodzina i dziecko. PWN, Warszawa 1986, str. 77 i dalsze

Istnieje wiele kobiet, które pomimo nie­ zbyt sprzyjających warunków społecznych decydują urodzić dziecko. Dla nich podaję adresy domów dla samotnych matek, znaj­ dujących się na terenie województw: gdańskiego, elbląskiego i olsztyńskiego. Oto one:

3. Gdańsk-Matemblewo 80-294 ul. Matemblewska 9 tel. 477-907 4. Elbląg 82-300 ul. Gen. J. Bema 79 tel. 28-079 5. Brąswald k. Dobrego Miasta woj. olsztyńskie
69

1. Wejherowo 84-200 ul. Obrębna 3 2. Gdynia 81-376 ul. Fredry 3 tel. 205-526
KMR

Dyskutując na temat dopuszczalności usu­ wania ciąży, spotykamy się z różnorakimi argumentami. Spróbujmy ustosunkować się do niektórych z nich: — Jeżeli ciąża powstała na skutek gwałtu... Dziecko nie wybiera sobie matki czy ojca. Dziecko nie decyduje o swoim poczęciu. Dla­ czego więc dziecko obarczamy odpowiedzial­ nością za swoje przyjście na świat? Ojciec nienarodzonego dziecka, który jest winien przestępstwa gwałtu, zostaje skazany na kilka lat więzienia. Podczas postępowania są­ dowego ma jednak zapewnioną obronę pra­ wną. A dziecko? Nikt nie pyta je o zdanie, czy chce żyć. Nie można dopuścić do tego, aby poczęte dziecko, niewinne i pozbawione obrony, zo­ stało skazane na najwyższy wymiar kary: karę śmierci. Nie można dopuścić, aby wyrok wyko­ nano... — Jeżeli się stwierdzi chorobę lub wady rozwojowe u poczętego dziecka... Nie możemy być pewni, że dziecko będzie kalekie przez całe życie. Współczesna medycy­ na potrafi zapobiegać rozwojowi wielu chorób. Ponadto obowiązkiem każdego lekarza jest otoczenie troskliwą opieką chorego, małego pacjenta. Jak lekarz może eliminować chorobę przez zabicie człowieka!? — Kobieta ma prawo do własnego ciała... Zgoda. Kobieta ma prawo decydować o wła­ snym ciele, nie ma natomiast prawa decydowa­ nia o losie swojego dziecka. Nienarodzone, które rozwija się w jej łonie stanowi odrębną całość. Matka i dziecko mają różne garnitury chromosomowe, mają często też odmienne grupy krwi. Matka nie ma prawa decydowania o losie potomka, ma jednak prawo decydowa­ nia o jego poczęciu. — Jeżeli ciąża zagraża zdrowiu kobiety... Dla ratowania ZDROWIA jednego człowie­ ka nie można poświęcić ŻYCIA drugiego. Muszę jednak dodać na marginesie, że współ­ czesna medycyna stwierdza, iż nie istnieje koli­ zja pomiędzy zdrowiem kobiety a kontynuacją ciąży.

MARLENA KLINOWSKA

Lekarstwo na samotność
(...) Istotą pomocy społecznej jest pomaganie osobom znajdującym się w nietypowych sytuacjach. Czy samotność jest nietypową sytuacją? Jest na pewno chorobą naszego wieku, tak samo jak nerwice, nowotwory czy choroby układu krą­ żenia. Zakres i częstotliwość jej występowania jest duża. Ludzi samotnych mamy wielu. Znaczny procent wśród nich stanowią osoby starsze i scho­ rowane. Człowiek samotny, zwłaszcza stary, ni­ gdy dotąd nie był tak bardzo skazany na siebie jak dziś. Umieszczenie samotnego, schorowanego czło­ wieka w Domu Pomocy Społecznej jest jakimś wyjściem. Tylko jakimś. Symbolizuje ono osta­ teczną utratę wszystkiego. Wyrwanie człowieka ze środowiska, w którym do tej pory żył, nie jest szczęśliwym rozwiązaniem. Mądre przysłowie mówi, że nie przesadza się starych drzew. I wiele w tym racji. Starszy, samotny człowiek, składając prośbę o umieszczenie go w Domu Pomocy Społe­ cznej mówi: nie mam innego wyjścia. Na miejsce w takim domu czeka się bardzo długo, dłużej nieraz niż starczy życia. Świadczone przez siostry PCK i opiekunki domowe Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej usługi zapewniają opiekę do ośmiu godzin. A po­ południa, wieczory i noce? A dni świąteczne? Pozostawanie we własnym, pustym mieszkaniu, zdanie się na często niewystarczającą opiekę ob­ cych ludzi, nie jest dobrym wyjściem. Puste miesz­ kanie, w którym nikt się nie krząta, w którym nie ma z kim rozmawiać, wyżalić się, w którym nikt nie czeka... A najbardziej uciążliwe są niedziele i święta, ponieważ wówczas pustka jest najdotk­ liwsza, odczuwana jak niekończący się bezmiar milczenia i obojętności. Kto ma więc zająć się starszymi, schorowanymi, samotnymi ludźmi? Serdeczni przyjaciele? Sami też są starzy, nieporadni, sami wymagają pomocy i stale uszczupla się ich grono.

70

KMR

Rodzina i krewni? Każdy ma przecież nie­ kończące się zajęcia domowe, zawodowe, liczne obowiązki, mało czasu... Jest jednak wiele rodzin, które serdecznie opie­ kują się swoimi samotnie mieszkającymi starszymi krewnymi. Robią to z poczucia moralnego obo­ wiązku i potrzeby serca, bezinteresownie oddając chwile wolnego czasu. Jest także wiele osób, które nie interesują się losem zniedołężniałej matki czy ojca, pozostawiając to innym. Są też tacy, którzy zwracają się do różnych instytucji z pytaniem, kto im zapłaci za opiekę nad starszymi już i chorymi rodzicami czy dziadkami, mieszkającymi w dru­ gim końcu miasta. W naszych czasach starość nie jest atrakcyjna, zwłaszcza jeżeli jest to starość samotna, schorowa­ na i niezbyt dobrze sytuowana finansowo. Demo­ grafowie określają osoby starsze jako grupę „zale­ żną". Zależną, bo wymaganą przez tych, którzy są aktywni zawodowo. Sama zależność jest właściwością przypisaną każdemu człowiekowi. Przybiera ona różne formy w poszczególnych etapach życia: od całkowitej zależności małego dziecka, poprzez pewną nieza­ leżność człowieka dorosłego, do większej zależno­ ści osoby starszej. Stopień tych zależności jest związany ze starzeniem się organizmu, powolną utratą sił życiowych, stosunkiem członków rodzi­ ny, znajomych i przyjaciół. Z dnia na dzień trudniej jest wykonywać niezbędne w codziennym życiu czynności. Pojawia się strach przed nie­ możliwością samodzielnego funkcjonowania, po­ jawia się poczucie zagrożenia. Kilka lat temu zostały przeprowadzone badania przez Joannę Staręgę-Piasek i Adama Lisowskie­ go w Instytucie Gospodarstwa Społecznego, doty­ czące psychospołecznych aspektów starzenia się i starości. Obraz reprezentanta przeszło czteromilionowej grupy „samotników" jest jednak pesymistyczy, chociaż autorzy zastrzegali, że wizeru­ nek ten nie powinien w całości wystąpić w rzeczy­ wistości, między innymi dlatego, że nikt najpraw­ dopodobniej nie jest stary psychicznie i społecznie w sposób tak skrajny. A więc człowiek stary czuje się źle, bo zmniejsza się u niego poczucie bezpieczeństwa i pogarsza stan zdrowia. Nie chce dokonywać ważniejszych zmian w swoim życiu. Jest rzadko odwiedzany przez znajomych. Chciałby częściej widywać się z najbliższymi, odczuwa ich brak. Trudno mu zdobyć się na większą aktywność (związaną np. z zaproszeniem do siebie krewnych czy przyjaciół mieszkających w innym mieście). Odczuwa przy tym brak kontaktów towarzyskich i zainteresowa­ nia sobą. Nie pożycza ludziom pieniędzy i sam nie ma nikogo, od kogo mógłby pożyczyć w razie potrzeby. Szuka pociechy w wierze i kościele. Rzadko wyjeżdża poza miejsce swojego zamiesz­ kania. Nie lubi ludzi przedsiębiorczych. Nie lubi poznawać nowych ludzi. Myśli o sobie: jestem do

niczego. Nie ma wyrobionego zdania w sprawach publicznych. Jest nieufny. Czas mu się dłuży, ale niechętnie wychodzi z domu. Zdarza mu się bezczynnie siedzieć dłuższy czas i nic nie robić. Nie ma planów na przyszłość. Niespodziewany dzwo­ nek do drzwi budzi jego obawę i niepokój. Często jest w złym nastroju, czuje się bezradny i osamot­ niony. Nie jest zadowolony z życia. Nie lubi samotności. Ma jakieś trwałe uszkodzenie ciała, cierpi na przewlekłą chorobę, źle słyszy. Nisko ocenia swoje zdrowie. Często ze względu na stan zdrowia, musi rezygnować z czegoś, co lubi. Uważa, że jego życie jest gorsze od życia więk­ szości ludzi. Często jest sam. Rozmyśla o przy­ krych sprawach. Z przyjemnością wraca do wspo­ mnień swego dzieciństwa. Ceni ludzi pracowitych. Uważa, że nie poradziłby sobie z obsługą pralki automatycznej. Twierdzi, że dobrze gospodaruje pieniędzmi. Nie widzi możliwości podniesienia swoich dochodów. Młodych ludzi uważa za roz­ rzutnych. Ceni samodzielność. Nie odczuwa, aby był komuś niezbędny. Uważa, że inni go nie cenią. Nie oczekuje niczego przyjemnego w przyszłości. Nie godzi się z poglądem, że życie na świecie staje się coraz ciekawsze. Tyle mówią wyniki badań. Istnieje pogląd, dość powszechny, że ludzie starzy mają znacznie mniejsze potrzeby niż ludzie młodzi. Jednakże potrzeby te są jedynie inne i powinniśmy o tym pamiętać. Problemy osób w wieku poprodukcyjnym mają często związek z trudną sytuacją materialną, po­ garszającym się stanem zdrowia, odizolowaniem i brakiem kontaktów społecznych. Wszelkie zmia­ ny przyjmowane są z ostrożnością, na dystans i nieufnie. Znajome środowiska ulegają szybkim zmianom. Ulubione sklepy, gdzie dokonywanie zakupów było przyjemnością, zmieniają branże i właścicieli. — Czy wie pani, co oni zrobili? — mówi jedna starsza pani do drugiej — Sklep spożywczy zmie­ nili w sprzedaż zlewów, a materiały na garnki! — A najgorsze — mówi druga pani — że z mrożonek zrobili parasole! Starsi ludzie czują się przez to zagubieni i zdezo­ rientowani, bo wieloletnie przyzwyczajenia muszą ulec zmianie, co w podeszłym wieku nie przy­ chodzi łatwo. Starość. Jest ona normalnym procesem roz­ wojowym, następującym powoli po młodości. Taka jest kolei rzeczy. A każdy człowiek powinien mieć prawo do godziwej i spokojnej starości. Człowiek jest istotą społeczną. Żyje wśród ludzi, dla ludzi, z ludźmi. Słowo samotność jest już samo w sobie smutne. A najsmutniejsza jest samotność człowieka starszego i chorego wśród innych. Sa­ motność jest chorobą i jako taka powinna być poddana leczeniu. Prawdziwym, najskuteczniejszym i jedynym le­ kiem jest po prostu życzliwa obecność drugiego człowieka.

KMR

71

Współczesna sztuka ludowa Kociewia
Po osłabieniu sztuki w swojej dawnej tradycyjnej postaci, postępującym od połowy XIX wieku, w ostatnim okresie nastąpiło wyraźne odrodzenie rękodzieła ludowego i folkloru na użytek współczesny. Wiele wartości tej sztuki na Kociewiu ponadto stało się źródłem natchnienia twórców. Zjawiska te potwierdzają od kilku lat organizowane w Tczewie konkursy „Współczesna sztuka ludowa Kociewia", uznane za lokalne biennale. Zmierzając do zachowania kulturowej i historycznej ciągłości, Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie (Zarząd Główny oraz Oddział w Tczewie) wspólnie z Miejs­ ką Biblioteką Publiczną w Tczewie zorganizowało już po raz trzeci konkurs, w którym tym razem wzięło udział trzynastu twórców ludowych w czterech dziedzinach: rzeźba i płaskorzeźba, haft, malarstwo na szkle, kowalstwo artystycz­ ne. Patronat nad konkursem sprawował Wydział Kultury, Nauki, Sportu i Turys­ tyki Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku. Jury konkursu w składzie: mgr Krystyna Szałaśna - etnograf, dr Maria Pająkowska - dialektolog i mgr Kazimierz Ickiewicz - historyk, przyznało następujące nagrody i wyróżnienia: w dziedzinie rzeźby I nagrodę - Alojzemu Dmochewiczowi z Gniewa II nagrodę - Stanisławowi Placie z Gdańska III nagrodę - Edmundowi Zielińskiemu z Gdańska oraz trzy wyróżnienia - Rajmundowi Zielińskiemu ze Zblewa Jerzemu Zielińskiemu ze Zblewa Czesławowi Birrowi z Mściszewic w dziedzinie haftu I nagrodę - Helenie Abramowicz z Gdańska II nagrodę - Alfredzie Nawrockiej z Gdańska w malarstwie na szkle I nagrodę - Wojciechowi Lesińskiemu z Tczewa II nagrodę - Edmundowi Zielińskiemu z Gdańska za prace kowalskie nagrodę specjalną - Andrzejowi Staśkowiakowi z Tczewa

72

KMR

Jury - biorąc pod uwagę poziom artystyczny i techniczny oraz związek z regionem kociewskim i wymogi sztuki ludowej - nie zakwalifikowało do oceny prac szydełkowych i malarstwa olejnego, jako niespełniających warunków określonych w regulaminie. Nagrody i wyróżnienia opiewały na łączną kwotę 7 milionów złotych. Pierwsze nagrody wynosiły 1 milion zł, drugie - 700 tysięcy zł, trzecie - 500 tysięcy, a nagroda specjalna również 500 tysięcy zł oraz wyróżnienia 300 tysięcy zł. Ufundowali je: Wydział Kultury, Nauki, Sportu i Turystyki Urzędu Wojewódzkiego w Gdańsku, Przedsiębiorstwo Usługowo-Promocyjne „Perfekt" oraz Michał Spankowski, właściciel Agencji Usługowo-Promocyjnej „Foksal" z Tczewa. Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród nastąpiło dnia 9 października 1991 roku w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Aleksandra Skulteta w Tczewie, podczas otwarcia wystawy pokonkursowej nagrodzonych i wyróżnionych prac kociewskich twórców ludowych. Na uroczystość tę przybyli twórcy ludowi - uczestnicy konkursu, przedstawiciele placówek kulturalnych z Gdańska, Tczewa i innych miejscowości Kociewia. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie reprezentowali m.in. prezes Zarządu Głównego - prof. dr hab. Józef Borzyszkowski oraz wiceprezesi ZG - dr Maria Pająkowska, mgr Jerzy Kiedrowski i red. Stanisław Pestka. Obecny był przewodniczący Rady Miejskiej w Tczewie, mgr Jan Kulas, poseł na Sejm RP obecnej kadencji. Otwarcia wystawy dokonał mgr Jerzy Kiedrowski przy współudziale Michała Spankowskiego, prezesa Oddziału Zrzesze­ nia Kaszubsko-Pomorskiego w Tczewie. Kociewskim twórcom ludowym nagrody wręczył prof. Józef Borzyszkowski, prezes ZG ZK-P w Gdańsku, obecnie już senator RP. Wystawa pokonkursowa dobrze służyła popularyzacji sztuki ludowej Kociewia. Obejrzała ją młodzież tczewskich szkół i mieszkańcy miasta. Zainteresowanie zarówno konkursem jak i wystawą może więc cieszyć organizatorów oraz miłośników regionu kociewskiego. Należy mieć nadzieję, że konkurs będzie kontynuowany również w latach następnych. KAZIMIERZ ICKIEWICZ

Gratuluję! Kolejny numer „Magazynu", jak i poprzednie, czyta się z wielkim zainteresowaniem, odkrywamy za jego sprawą rzeczy dotąd „opatrzone" fizycznie, a teraz wzbogacone o „du­ szę". Cieszy tez bardzo, że coraz szersze zatacza kręgi potrzeba popularyzowania naszej bogatej historii i tradycji, że robi to się na Pomorzy coraz więcej. •. (Zbigniew Talewski, Słupsk) KMR 73

Nasze promocje

Aneta Kozłowska
* * *

Z moich snów wyśniony pełen szczęścia i chłopięcego uroku Z moich marzeń o życiu w cieniu kasztanów Pozwól mi rozwinąć siebie w twoich ramionach Daj mi czas byśmy mogli się nauczyć siebie na całe życie Dokąd zmierzać będziemy oddzieleni... Ty z moich myśli człowieku Przyjdź i bądź wreszcie wrzesień 1991

Aneta Kozłowska mieszka w Sępólnie Krajeńskim. Jest uczennicą IV klasy Liceum Ogólnokształcącego. Debiutowała wiosną tego roku na łamach tczewskiego pisma społecznego „Uwaga".

KMR

Monika Orzeszek

ODEJŚCIE

A jeśli się kocha Boże to co? Na miłości się nie kończy A jeśli się nienawidzi Boże to co? Na nienawiści się nie kończy A jeśli się płacze Boże to co? Na łzach się nie kończy A jeśli się odchodzi Boże to co? Na odejściu się przecież nie kończy Zostaje jeszcze coś co wyzwala łzy i strach co pozwala samotności przybić nas aż do ziemi i nagle odbiera wszystko co mamy Nie pozwól mi odejść Boże!
30 września 1990

JESZCZE RAZ Zapomnę jeszcze raz imienia wykutego w nocy na pamięć Zapomnę jeszcze raz twarz którą widziałam w blasku księżyca Zapomnę po raz któryś tę inną twarz nad kubkiem czarnej kawy Może znowu zapomnę oczy między słowami Moja miłości od pierwszego wejrzenia
28 października 1991

Monika Orzeszek jest mieszkanką Tczewa. W 1990 roku w tym mieście ukończyła Liceum Ogólnokształcące. Publicznie zaprezentowała swoje wiersze na dwóch kolejnych — w latach 1990 i 1991 — Diecezjalnych Przeglądach Twórczości Sakralnej, które corocznie odbywają się w Tczewie. W tym numerze drukiem przedstawione utwory są debiutem młodej poetki.

KMR

75

HENRYK LEMKA

Saga rodzinna
Część 2 : Już dorosły
PO MATURZE Pierwsze tygodnie po maturze upłynęły na licz­ nych przyjemnościach. Mama urządzała przyję­ cia, na których było mnóstwo gości, znajomych i przyjaciół mojej rodziny, jak również sporo kolegów maturzystów. Gościliśmy się wzajemnie, aby przy tej okazji opowiedzieć sobie raz jeszcze swoje wrażenia i przeżycia maturalne. Otrzyma­ łem również zaproszenie od wujostwa do Gdańs­ ka, na całe dwa tygodnie. Uroczy wujek Paweł, brat mojej matki i ciocia Weronika, kobieta o nieprzeciętnej urodzie, darzyli mnie wielką miło­ ścią i specjalnymi względami. Pobyt u nich był dla mnie zawsze czymś uroczystym i niezwykłym. Jako kilkuletni chłopiec, wraz z moim ojcem, często odwiedzałem wujostwo w Gdańsku. Już samo miasto każdorazowo robiło na mnie wielkie wrażenie. Tłumy ludzi na chodnikach, liczne przejeżdżające na ulicach samochody oraz z wielkim łoskotem toczące się po szynach tram­ waje, tworzyły ów wielkomiejski gwar, który na mnie, przybysza z małego, powiatowego miastecz­ ka, działał oszałamiająco. Dotychczasowe wizyty były przeważnie tylko kilkudniowe, tym razem jednak przybyłem na dwa tygodnie, już jako „dojrzały" mężczyzna i trochę inaczej patrzyłem na Gdańsk. Inne też miałem zainteresowania. Zwiedzałem wszystko, co było atrakcyjne. Przede wszystkim teatr, operę leśną w Sopocie, katedrę oliwską, gdzie wysłuchałem koncertu organowe­ go. Kilkakrotnie byłem w Nowym Porcie, gdzie podziwiałem statki „olbrzymy" pod różnymi ban­ derami; ba, niektóre z nich nawet z załogami ciemnoskórych marynarzy. Byłem też na plaży w Sopocie, na słynnym molo, skąd można było zobaczyć znane na całym świecie „Kasyno Gryf' i Grand Hotel. Ciocia Weronika opowiadała mi o kilku ciekawych wy­ darzeniach, jakie się w tym kasynie rozegrały. Niektóre kończyły się tragicznie. Rzadko się zda­ rzało, żeby ktoś wygrał większą sumę pieniędzy. Ciocia też czasami próbowała swego szczęścia w ruletce, ale przeważnie przegrywała już pierwszą stawkę. Bywaliśmy również z ciocią w kawiarni, na pysznych lodach z bitą śmietaną i smacznych ciastkach. Obdarowany słodyczami, pełen wrażeń z mojego pobytu, żegnany przez ciocię i wujka, opuściłem gościnny Gdańsk. Byłem niezmiernie wdzięczny za pobyt w tym mieście. Po powrocie z Gdańska pomagałem Wackowi Żukowskiemu, jak mu obiecałem, urządzić za­ bawę dla Rodzin Kolejowych. Dochód z niej przeznaczony był na obóz kolejowej drużyny harcerskiej. Zabawa była udana, a władze kolejo­ we przyznały jeszcze dodatkowo znaczną sumę pieniędzy, więc w radosnych nastrojach wyjecha­ liśmy po kilku dniach na dwutygodniowy obóz harcerski do miejscowości Rytel koło Chojnic. Wspaniałe położenie na urządzenie obozu wybrał Wacek. Namioty rozbiliśmy na polanie, między rzeką Brdą i sztucznym kanałem. Kilometr wyżej, w miejscowości Mylof, Brda wypływa z jeziora. Tam też bierze początek ów sztuczny kanał, który nawadnia kilka tysięcy hektarów ziemi ornej i łąk. Z rzeki mieliśmy jak kryształ czystą wodę do gotowania potraw, a w kanale odbywała się codzienna kąpiel. Miejscowość Rytel oddalona była od obozu około kilometra. Była to kościelna wieś, licząca około 1.000 mieszkańców. Z chwilą naszego przy­ bycia, ożywiło się we wsi wyraźnie. Czyniliśmy tu codziennie zakupy w sklepie spożywczym i węd­ liniarskim. Jak wszędzie, tak i tu, harcerze cieszyli się wielką sympatią mieszkańców. Bezinteresow-

Henryk Lemka po maturze w 1937 r.

76

KMR

W Starogardzie w mundurze Przysposobienia Wojskowego. Trzeci z lewej H. Lemka

nie pomagaliśmy w upiększaniu wsi i w porząd­ kowaniu poboczy głównej szosy. Białym wapnem pomalowane krawężniki i pnie drzew, pięknie odbijały się od soczystej zieleni. Przygotowywano się, jak w całym kraju, do Święta Morza, przypa­ dającego w dniu 29 czerwca, na Św. Piotra i Pawła. Program przewidywał defiladę, zawody sportowe i wieczorem zabawę taneczną. Wzięliśmy udział w całej imprezie. W defiladzie wypadliśmy im­ ponująco, a w zawodach zdobyliśmy nawet kilka pierwszych miejsc. Zakończyły się one dla nas, niestety, tragicznie. Wacek Żukowski skręcił nogę i do końca trwania obozu był właściwie unie­ ruchomiony. Przysporzyło to jemu, jako kierow­ nikowi zgrupowania, mnóstwo kłopotów, a nam znacznie utrudniło wykonanie dalszych zajęć, przewidzianych programem. Ku zadowoleniu wszytkich druhów, obóz był jednak udany. Niektórzy zdobyli wiele sprawności harcerskich: pływaka, pływaka ratownika, czło­ wieka leśnego, trzy piórka, kucharza itp. Wszyscy zdrowi i opaleni wróciliśmy do domów. Wacek też się wkrótce wykurował i jesienią 1937 roku po­ szedł do wojska na podchorążówkę. Po obozie długo nie odpoczywałem. Upodo­ bałem sobie pracę telefonisty przy robotach na­ prawczych linii kolejowej z Górek do Zajączkowa Tczewskiego. Angażował mnie do tej pracy ów­ czesny zawiadowca Odcinka Drogowego, pan naczelnik Turko. Mieszkał wraz z rodziną w sąsie­ dnim budynku kolejowym. Z jego córką Marią i synem Kazikiem znaliśmy się dobrze, chodziliś­ my bowiem razem codziennie do szkoły. Oni byli trochę młodsi ode mnie, więc i w niższych klasach. Ta praca była zajęciem chwilowym. Wynagro­ dzenie wynosiło 75,- zł miesięcznie. W ZARZĄDZIE MIEJSKIM W TCZEWIE Z dniem 1 października 1937 roku zostałem przyjęty, jako praktykant, do Zarządu Miejskiego w Tczewie. Urząd mieścił się w piętrowym budyn­ ku na placu św. Grzegorza, za kościołem farnym. Burmistrzem miasta Tczewa był mgr Wiktor Jagalski, a jego zastępcą, wiceburmistrzem, inż. Karol Hempel. Przechodziłem z działu do działu, zapoz­ nając się z tajnikami ówczesnej administracji ko­ munalnej. Otrzymywałem 60,- zł miesięcznie, a po

upływie trzech próbnych miesięcy, zaangażowano mnie jako urzędnika XIV grupy, z wynagrodze­ niem 110,- zł miesięcznie. O pracę było wówczas bardzo trudno, nawet z maturą nie każdy miał zajęcie. We wszystkich urzędach zasadniczym wa­ runkiem przyjęcia do pracy, był uregulowany stosunek do służby wojskowej. Tacy jak ja, o pra­ cy nawet marzyć nie mogli. Moja sytuacja była wyjątkowa. Jako sportowiec, członek Towarzyst­ wa Gimnastycznego „Sokół", do którego należa­ łem nielegalnie już jako uczeń gimnazjalny, mia­ łem specjalne względy. Prezesi „Sokoła" byli wpływowymi ludźmi w Tczewie i niejedną, „nie­ możliwą" sprawę potrafili załatwić. Poza tym burmistrz Jagalski chętnie dawał studentom miejs­ kie stypendium, ale po przepracowaniu w jego Zarządzie co najmniej dwóch lat. Nie miałem nic do stracenia, więc zgodziłem się na tę nisko płatną posadę, w nadziei że po dwóch latach otrzymam jednorazowe stypendium miejskie w wysokości 2.000,- zł i rozpocznę studia na Politechnice Gdańskiej. Jednak losy potoczyły się inaczej. Nad Europą zaczęły gromadzić się już coraz czarniejsze chmury, a gdzieniegdzie ukazywały się nawet błyskawice, zwiastujące nadchodzącą burzę wo­ jenną. Ale o tym później. Tymczasem wezwano mnie do gimnazjum, gdzie profesorowie oferowali mi korepetycje słab­ szym uczniom. Wybrałem dwie oferty. Jedna była od pana Nikodema Labinskiego, dzierżawcy Hali Miejskiej w Tczewie (obecnie Dom Kultury Kole­ jarza) wraz z nocnym lokalem „Esplanada". Dy­ rektor Żabiński, tak bowiem go tytułowano, ży­ czył sobie, abym jego dwóm synom udzielał korepetycji z łaciny, matematyki i z języka niemie­ ckiego. Poza tym miałem dopilnować prawid­ łowego odrabiania lekcji ze wszystkich przed­ miotów. Zapłata za to wynosiła 2.50 zł dziennie plus obiad w „Esplanadzie" o godz. 15.00, po wyjściu z pracy z Zarządu Miejskiego. Tytułem „honorowego" profesora, jak mnie z kolei pan „dyrektor" nazywał, miałem kartę wolnego wstę­ pu do Hali Miejskiej na wszystkie imprezy. Druga oferta, jaką przyjąłem, dotyczyła kore­ petycji u zamożnego kupca w Tczewie, właściciela kilku kamienic i wielkich sklepów, pana Brzozow­ skiego. Jego synek, jedynak, był wątłym chłopacz­ kiem i wyraźnie potrzebował pomocy, tak fizycz­ nej jak i duchowej. Tu przebywałem codziennie od godz. 17.00 do 19.00, odrabiając z nim systematy­ cznie wszystkie lekcje. Otrzymywałem zapłatę w wysokości 2,- zł za lekcję i zapraszany byłem każdorazowo na wspólną kolację. Państwo Brzo­ zowscy byli bardzo mili dla mnie i wdzięczni za sumienne prowadzenie korepetycji, co w efekcie znalazło swoje dodatnie odbicie na stopniach ich syna w szkole. Pensję magistracką oddawałem matce, a ubie­ rałem się za zarobione pieniądze za korepetycje. Za resztę kupowałem słodycze, owoce i upominki dla najbliższych. Nałogów nie miałem, alkoholu nie piłem, nawet piwa, nie paliłem papierosów. W wolnych chwilach znalazłem zawsze czas na sport. Nie uprawiałem go wyczynowo, a raczej szkoliłem młodzież „Sokoła" w gimnastyce ak­ robatycznej i w boksie. Przez pewien czas byłem sekundantem drużyny bokserskiej, walczącej

KMR

77

o mistrzostwo Pomorza. Jako syn kolejarza na­ leżałem do sekcji koszykówki i siatkówki KKS „Unia" w Tczewie. Barwy tego klubu reprezen­ towałem już będąc uczniem gimnazjum — w 1936 roku na Igrzyskach, pod nazwą „Szukamy Olim­ pijczyków", które odbyły się w Toruniu. Zdoby­ liśmy wówczas w grupie miast niewydzielonych pierwsze miejsce w siatkówce mężczyzn, a w ko­ szykówce drugie miejsce. W reprezentacji obok mnie grali między innymi: Antoni Grabowski, Jan Siejka, Zimnoch i inni. NA SCENACH AMATORSKICH TEATRÓW W TCZEWIE Moją najbardziej ulubioną rozrywką już wów­ czas było występowanie na scenie w teatrze amato­ rskim. W Tczewie działały w tym czasie różne zespoły teatralne. Różny był ich repertuar jak i poziom artystyczny. Wywodząc się z kolejarskiej rodziny — te związki były wówczas silne — wy­ stępowałem w zespole kolejarzy, na scenie daw­

niejszej poczekalni IV klasy. Reżyserem tego ze­ społu był znakomity fachowiec, Jan Temski, z za­ wodu inspektor Urzędu Celnego na stacji Tczew. W zespole tym występowali już wówczas bardzo popularni w Tczewie aktorzy—amatorzy: Wanda Lipińska, Urszula i Maria Nowakówne, doskona­ ły komik Władek Gołębiewski i inni. W reper­ tuarze mieliśmy przeważnie krótkie, jedno lub dwuaktowe, komedie. Był to wtedy ulubiony typ rozrywki w Polsce, propagowany w licznych fil­ mach przez wielkiej sławy komików: Dymszę, Bodo, Fertnera, Sielańskiego, Waltera i innych. Prawie każdego miesiąca dawaliśmy premierę, bawiąc tczewskich kolejarzy i ich rodziny. Powo­ dzenie przedstawień zmuszało nas do kilkakrot­ nego wystawiania tej samej sztuki. Były również wyjazdy zespołu na gościnne występy do Gdańska dla tamtejszej Polonii. Oprócz przynależności do zespołu kolejowego, chętnie występowałem dorywczo w innych ze­ społach i to w ciekawych nieraz rolach. Któregoś

„Chata za wsią" wg Kraszewskiego - Tczew 1938 r

U góry: Henryk Lemka w roli Dadosa; obok: razem z Klarą Karczykowską w roli Cyganki

U dołu: cały zespół po spektaklu; od prawej stoją: Władysław Jurgo, Henryk Lemka i Jelonek (z gitarą)

78

KMR

dnia Brunon Sznajder, kolega biurowy, zapytał mnie, czy nie chciałbym zagrać jakiejś roli w jego zespole — Katolickiego Stowarzyszenia Młodzie­ ży Żeńskiej przy parafii Św. Józefa na Nowym Mieście. Tam podjął się wyreżyserowania trudnej sztuki, 5-cio aktowego dramatu ludowego z muzy­ ką i śpiewem, opartego na powieści J.I. Kraszews­ kiego „Chata za wsią". — Dziewcząt mam dużo do wyboru, aby ob­ sadzić żeńskie role — mówił Brunon, — ale niestety chłopaków jak na lekarstwo. Obiecałem mu, że przyjdę i przyjmę każdą rolę, jaką mi przydzieli. I rzeczywiście poszedłem. Było to 3 września 1938 roku. o godzinie 19.00. Scho­ dziłem właśnie krętymi schodkami w podziemie, gdzie mieściła się świetlica KSMŻ i na tych właśnie schodkach spotkałem... — Tak, to właśnie on! — powiedziała do koleżanki, pokazując na mnie i szybko obie po­ frunęły do świetlicy. Gdy zszedłem i ja, przywitała mnie prezeska, pani Gabska i kolega Brunon, który mnie z kolei wszystkim przedstawił. —Tego pana to ja znam — powiedziała „ona", ładna brunetka, która mnie takim okrzykiem na schodkach przywitała. Zrobiło się nagle cicho i wszyscy czekali co „ona" powie na mój temat. I powiedziała, że ją niegrzecznie przyjąłem, jako interesantkę w Urzę­ dzie, bo nie chciałem jej załatwić jakiegoś zamel­ dowania i dopiero na skutek „protekcji" Brunona ustąpiłem i sprawę załatwiłem. Sądziłem, że po takiej rekomendacji, straciłem wszystko w oczach dziewcząt. Jednocześnie uznałem, że odwaga i ene­ rgia tej dziewczyny mają nieocenioną wartość i kto wie, czy już wówczas... Ta czarnowłosa dziew­ czyna o piwnych oczach nazywała się Klara Karczykowska i miała 18 lat. Próby odbywały się prawie co wieczór. Obec­ ność na próbach była zawsze stuprocentowa, co pozwoliło w szybkim tempie opanować tekst, śpiewy i tańce. Grałem Dadosa, dowódcę bandy cygańskiej, a „ona" grała rolę pięknej cyganki, Azy. Powtarzaliśmy nasze role aż do znużenia, do łez czasami, ale też wychodziło nam nieźle. Naj­ trudniej było o stroje, właściwie szyły je dziew­ czyny w swojej świetlicy, bo miały maszyny do szycia, ale o materiał, cekiny, korale i inne świeci­ dełka, trzeba było samemu się postarać. Nareszcie nadszedł dzień premiery: 18 grudnia 1938 roku. Pamiętny to był dzień. Matka Klarci obchodziła w tym dniu urodziny, ale mimo to przyszła, wraz z rodziną, podziwiać swoją córkę na scenie. Nas widownia mniej obchodziła, byliś­ my przejęci swoimi rolami i staraliśmy się od­ tworzyć je jak najwierniej. Już po pierwszym akcie porwaliśmy widownię, wyraźnie świadczyły o tym oklaski. Minął akt drugi i trzeci, nadszedł akt czwarty, dla mnie i Azy najtrudniejszy. Ja, stary cygan, kocham młodą i piękną Azę, a ona kpi i szydzi ze mnie, wymykając się na schadzki do wsi i do dworu. Zazdrość mnie zaślepia i w porywie szalo­ nego gniewu chwytam topór i chcę ją posłać do ... piekła. Ona naturalnie z krzykiem przestrachu, ucieka, budząc śpiących cyganów. Mój gniew, mój szał, moja chęć zabicia jej były chyba nieźle

zagrane, bo widownia zamarła i w grobowej ciszy dał się słyszeć okrzyk matki Klarci z drugiego rzędu: — Jezus, Maryja! On ją zabije. Ale wnet się uspokoiła, bo zgodnie ze scenariu­ szem, zbudzeni cyganie wiążą mnie, a ona, Aza, ogłasza się królową bandy. — Jam tu panią — mówi do mnie szydząc, — Jam królową, a ty psem będzisz, szukelą u moich stóp. Powodzenie przedstawienia było ogromne. Dość powiedzieć, że graliśmy je siedem razy, zawsze przy pełnej widowni. Wspólny sukces, wspólne próby, wspólna gra na scenie, bardzo wiążą cały zespół. Nic więc dziwnego, że zaczęliś­ my omawiać szczegóły następnej sztuki. Mieli to być „Krakowiacy i Górale". Do wstępnego czyta­ nia przystąpiliśmy wiosną 1939 roku, a premiera miała się odbyć jesienią. ZEW MORZA SPOTKANIE Z NURKIEM W tym miejscu muszę cofnąć się do lipca 1938 roku, kiedy to podczas mojego urlopu przebywa­ łem w Gdyni u mojego kolegi. Wydarzyło się tam bowiem coś, co później przestawiło tory mojego życia w zupełnie innym kierunku. Kolega mój, który po ukończeniu „Handló­ wki" w Tczewie pracował jako pomocnik maklera w firmie „Bloksped", zaopatrującej statki w żyw­ ność i inne artykuły, wiedząc o moich znajo­ mościach języków obcych, namawiał mnie do pracy w tejże firmie. Zarobek był nęcący, wynosił bowiem 200,- zł miesięcznie plus prowizja za sprzedany towar. Licząc na mnie, wyrobił nawet u swego szefa odpowiednie przepustki, abym mógł

Autor wspomnień w skafandrze nurka

KMR

79

swobodnie poruszać się po terenie portowym. W czasie owego urlopu pomagałem mu w pracy. Znajomość języka niemieckiego i francuskiego, rzeczywiście przydały się bardzo. Szło mi niezłe, więc kolega oraz jego szef byli bardzo zadowoleni z moich próbnych „galopów" w zawodzie mak­ lera. Wówczas nawet nie śniłem, że ten drobny epizod gdyński w tak wielkim stopniu zaważy na dalszych losach mojego życia. Przypadek chciał, że w czasie wędrówek po nabrzeżach portowych natknąłem się na pracującego nurka. Pierwszy raz w życiu widziałem, jak człowiek ubrany w skafan­ der wchodzi do wody i po chwili z niej wychodzi zdrów i cały. I wówczas zamarzyłem, żeby samemu zejść pod wodę. Zobaczyć, co się tam na dnie znajduje, jakie tajemnice kryje woda i jak się czuje człowiek, otoczony zewsząd zielonkawą tonią. Nazajutrz znowu znalazłem się na Nabrzeżu Pomorskim w gronie gapiów, obserwujących pracę nurka. Jak tu zawrzeć znajomość z tym rycerzem królestwa Neptuna? Jak go zagadać? Na próżno czekałem na okazję. — Jutro przyjdę z samego rana — pomyślałem — gdy jeszcze gapiów nie będzie. Wezmę ze sobą butelkę koniaku i jakąś kiełbasę eksportową na zakąskę i niech się dzieje co chce! Już przed godziną 7 rano znalazłem się przy kołyszącej barce. Samego nurka jeszcze nie było, tylko jego pomocnicy przygotowywali sprzęt do pracy. Wynosili ciężkie buty nurka, jego hełm i całe zwoje węża powietrznego. Po chwili nadszedł on sam. Poznałem go z daleka, był wysoki i bar­ czysty. — Dzień dobry, panie nurek! Bardzo pana przepraszam, chciałbym się czegoś więcej dowie­ dzieć o pańskim zawodzie, poznać go trochę bliżej. A później, gdyby pan zezwolił, choćby na chwilę zejść po wodę. Niech mi pan wierzy, byłby naj­ szczęśliwszym człowiekiem na świecie. O, mam tu coś dla pana. — Wręczyłem mu przygotowaną paczuszkę. Z początku był zdziwiony. Zaskoczyły go moje słowa i moja, bądź co bądź, dość dziwna propozy­ cja. Po chwili jednak wziął ode mnie paczuszkę, uśmiechnął się i powiedział: — Chodź, chłopie, na moją barkę i poznaj załogę. To zaproszenie zabrzmiało w moich uszach jak najpiękniejsza melodia. Nogi mi zadrżały z wraże­ nia. Załoga przyjęła mnie jak swojego, objaśniając dokładnie, o co pytałem. A interesowało mnie wszystko. Po godzinie już byłem zorientowany. Wiedziałem, jak się schodzi do wody, czemu służy skafander i reszta sprzętu, jak działa pompa powietrza, jak należy regulować ciśnienie w hełmie i jak wypuszczać nadmiar powietrza na zewnątrz. Wszystko to było niby proste, ale dla laika, jak ja, wydawało się bardzo zawiłe i tajemnicze. — No, to co! — Powiedział nurek na zakoń­ czenie objaśnień. — Nie chciałbyś od razu dziś spróbować zejść pod wodę? Po co zwlekać. Nie mam na razie nic pilnego do roboty, więc proszę! Chłopaki, dawajcie skafander, niech amator sko­ sztuje, co to nurkowanie znaczy. Opanowałem rozdygotane nerwy i jak tylko umiałem, najspo­

kojniej poddałem się opiece pomocników nurka. Najpierw ubrałem bieliznę nurkową: wełniane kalesony, skarpety i sweter z golfem, po czym wsunąłem się nogami do skafandra. Ręce przeło­ żyłem przez gumowe mankiety, kończące rękawy skafandra. Poprzednio je namydlono, aby się dłonie łatwiej prześlizgnęły. Potem założono mi naramiennik i dwa ciężarki ołowiane. Wszystko to odpowiednio umocowano do skafandra. Na nogi założono mi buty z ołowianymi podeszwami. Na końcu przykręcono hełm. Tak ubrany próbowa­ łem się podnieść z fotela i zrobić parę kroków. Wtedy dopiero poczułem, jaki to ciężar dźwiga nurek i jak niewygodnie się w tym poruszać na powietrzu. Nogi mi drżały, a serce waliło jak młot. Wreszcie poszła w ruch pompa powietrza i sam nurek, udzielając mi ostatnich rad i wskazówek, zakręcił przednie okienko w hełmie. Zostałem zupełnie sam, odizolowany od otaczającego mnie świata. Jakież nieporęczne i niezgrabne uczyniłem pierwsze kroki w tym stroju, aby dojść do drabinki i z jakim trudem zszedłem po niej do wody! Nie bardzo wiedziałem, co się ze mną działo. Gdy się zanurzyłem po szyję, zgodnie z instrukcją, otrzy­ maną poprzednio, trochę odważniej rozejrzałem się dookoła. Głowę miałem na poziomie lustra wody. Skafander ani trochę nie uciskał, całe obciążenie dźwigała wyporność wody. Już całkiem spokojnie wypuszczałem nadmiar powietrza, czu­ jąc że staję się coraz cięższy i mogę zanurzyć się w głębinę. Powoli zsunąłem się po tak zwanej linie zejściowej na dno. Otaczała mnie zielonkawa toń wody morskiej. Byłem pod wodą!!! Pierwszy raz w życiu! Byłem tym faktem tak podniecony, że nie widziałem nic dookoła. Po chwili poczułem szarpnięcie linki sygnałowej. Było to zapytanie z góry: jak się czu­ jesz? Odpowiedziałem jednym krótkim szarpnię­ ciem, co oznaczało: wszystko w porządku, czuję się dobrze. Następny sygnał, jaki otrzymałem po chwili, to były cztery szarpnięcia, co w języku nurków oznaczało: proszę wychodzić z wody. Odpowiedziałem takim samym sygnałem i wów­ czas poczułem, że naciąga się przewód powietrzny i linka sygnałowa. Wyciągano mnie z wody. Po chwili wynurzyłem się na powierzchnię. Oślepiający blask słońca, po tym pobycie w cie­ mnościach otchłani, raził mnie w oczy. Z wielkim trudem, krok za krokiem, wychodziłem po drabin­ ce na pokład. Ciężar sprzętu nurkowego znowu odczułem na moich barkach. Tu już nie działało prawo Archimedesa i pot obficie skropił moje czoło. Dopiero gdy mnie uwolniono z tych cięża­ rów i znowu swobodnie mogłem rozejrzeć się dookoła, zdałem sobie sprawę z tego, co się właściwie dokonało. Rzeczywiście, byłem pod wodą, wprawdzie tylko przez kilka minut i zaled­ wie pięć metrów pod powierzchnią, ale byłem! Marzenia moje się spełniły. Pan Jan Sieja, bo tak się nazywał właśnie ów nurek, złożył mi gratulacje za dzielną postawę. Zapraszał, bym znowu kiedyś zaglądnął do niego, na barkę. Z zaproszenia skorzystałem kilka razy. Od­ wiedziłem pana Sieję, aby „pomyszkować" pod wodą. Szło mi to coraz zgrabniej, ale urlop wnet się skończył.

80

KMR

Dr Mieczysław Węglewski wraz z członkiniami PCK podczas kwesty pieniężnej w 1938 r. w Tczewie. Druga z prawej: Klara Karczykowska

CHMURY NAD EUROPĄ Wróciłem do Tczewa, pełen wrażeń po przeży­ tych emocjach i z pokaźną sumką dodatkowo zarobionych pieniędzy. życie znowu potoczyło się normalnym trybem. Znowu udzielałem korepetycji, a wieczorami chodziłem na próby zespołu teatralnego. Do do­ mu wracałem przeważnie około godz. 22.00. Po próbie bowiem, obowiązkowo należało odprowa­ dzić nasze koleżanki do domów, choćby mieszkały najdalej. Czyniliśmy to przeważnie całą gromadką z młodzieńczą radością. Tymczasem nad Europą zawisło widmo wojny. „Anschluss" Austrii do III Rzeszy Niemieckiej w 1938 roku mniej nas, Polaków, obchodził, bo to niby dwa bratnie narody, mówiące tym samym językiem i mające w swojej przeszłości dużo wspól­ nych interesów, chociażby rozbiory Polski. Jednak już następne wydarzenia w Europie były dla wszystkich poważnym ostrzeżeniem. Mimo dyplomacji państw europejskich, między innym Anglii, Francji i Polski, Hitler stawiał coraz now­ sze żądania terytorialne. Obalał wszystkie po­ stanowienia Traktatu Wersalskiego, dotyczące granic III Rzeszy, ustalone po pierwszej wojnie światowej. Samozwańczy dyktator wytyczał nowe granice na mapie Europy. Jego bezczelne propo­ zycje i groźby początkowo nie były traktowane poważnie przez rządy państw europejskich. Do­ piero wkroczenie wojsk hitlerowskich w marcu 1939 roku do Czechosłowacji i zajęcie jej w całości, otworzyło oczy zaślepionym niedowiarkom. Na nic się zdały usilne starania dyplomatów, aby odwieźć Hitlera od rozpętania burzy wojennej. Upojony sukcesem, coraz śmielej wyciągał łapy po nowe tereny. Sprawa tak zwanego „korytarza" była tylko pretekstem. Niemcom chodziło o całe Pomorze wraz z Gdańskiem, aby połączyć się z Prusami Wschodnimi. Emigranci z Czechosłowacji, ucie­ kający przed Hitlerem drogą przez Gdynię na Zachód, ostrzegali nas, że w najbliższej przyszło­ ści, czeka nas, Polaków, ten sam los. Lato 1939 roku było wyjątkowo pogodne i upa­ lne. Gorące też były dni dyplomacji polskiej, czyniącej wszystko, aby zapobiec zbliżającemu się

niebezpieczeństwu. Trwały jednocześnie gorącz­ kowe przygotowania do obrony przed ewentualną napaścią wroga. Polska bowiem, mimo zapewnień naczelnego dowództwa, a nawet samego Rydza Śmigłego, do wojny nie była wcale przygotowana. W związku z ogłoszoną powszechną mobiliza­ cją i u nas, w Zarządzie Miejskim, rosło napięcie pracy biurowej. Doręczanie kart mobilizacyjnych, przyjmowanie coraz to nowych rozkazów i pole­ ceń, przedłużyły się urzędowania do pełnych 24 godzin na dobę. Trwał ostry dyżur wszystkich służb. Zaroiło się na ulicach od mundurów, a noc­ ne patrole czuwały w różnych punktach miasta. Szczególnie strzeżone były mosty na Wiśle. Tu na straży stał pociąg pancerny, a w komorach filarów mostowych przygotowane były ładunki wybucho­ we. Nikt nie znał dokładnej daty, kiedy się burza wojenna rozpęta. Każdy jednak czuł, że chwila ta najdejść może lada dzień. Z pośpiechem kończono żniwa na polach, a w domach robiono zapasy żywności. Zaczęła się też ewakuacja rodzin z tere­ nów pogranicza w głąb kraju, do województw południowo-wschodnich, na Wołyń i Podole. Jed­ nym z transportów rodzin kolejowych wyjechała moja mama i moje trzy siostry. Ojciec, jako dyżurny ruchu PKP, został na posterunku. Koleżanki z zespołu teatralnego, jako człon­ kinie PCK, przechodziły dodatkowe przeszkole­ nie sanitariuszek. Widywaliśmy się wprawdzie coraz rzadziej, ale kontakt ze sobą utrzymywa­ liśmy. Zwłaszcza nasza trójka była nierozłączna. Tworzyły ją Klarcia, jej koleżanka Kasia Klein i ja. Byłem dość częstym gościem w domu obu tych uroczych dziewcząt. Najmłodszy brat Klarci, Ja­ nek otrzymał kartę mobilizacyjną, wzywającą go pod broń. We wszystkich domach panowała trwo­ ga na samą myśl, co to będzie i jaka nas czeka przyszłość. Dzieci zostawały bez ojców, żony bez mężów, a matki żegnały swoich synów. Niepewny był los mieszkańców pogranicza. W takich mo­ mentach przyjaźń szczególnie była każdemu po­ trzebna. Jeden drugiego podtrzymywał na duchu i pocieszał, że może jakoś to będzie. Jedynie nasza młodzieńcza fantazja rozładowywała ten ponury nastrój, wnosząc trochę beztroskiej wesołości i is­ kierkę nadziei do serc naszych rodziców i osób starszych, lepiej z pewnością rozumiejących powa­ gę sytuacji.
W następnym numerze ciąg dalszy: WOJNA

KMR

81

O. MIROSŁAW KROPIDŁOWSKI SVD Etos mieszkańców Kociewia na tle literatury etnograficznej

Życie rodzinne
Rodzina to wspólnota życiowa osób różnopłciowych, związanych ze sobą w jednej generacji małżeństwem, w innych zaś generacjach pochodze­ niem przez zrodzenie i wychowanie. Taką definicję St. Witka można spotkać w Słowniku terminolo­ gicznym nauk moralnych. Rodzina jest jedną z podstawowych grup społe­ cznych. Stanowi ona żywą i twórczą komórkę życia społecznego oraz jest początkiem i fun­ damentem społeczności. Zapewnia społeczności nie tylko ciągłość istnienia, ale również stanowi żywy czynnik jej odnowy, szansę rozwoju fizycz­ nego i postępu duchowego. NARODZINY DZIECKA W RODZINIE Okres ciąży i narodzin dziecka był dla rodziny kociewskiej wielkim wydarzeniem. Z pojawieniem się nowego członka rodziny wiązano wiele zwy­ czajów, wierzeń i przesądów. Zabiegi o pomyśl­ ność dziecka rozpoczynały się wtedy, gdy było ono już poczęte w łonie matki. Dlatego zabroniono matkom wykonywania niektórych czynności, mo­ gących zaszkodzić dziecku. Nie powinny lękać się pożaru i biegnącej myszy, gdyż dziecko mogłoby się urodzić ze skazą na ciele w postaci czarnej plamki, i to w miejscu, które matka w chwili przelęknięcia dotknęła, a więc na twarzy, ramieniu czy piersiach. Plam tych nie można było już usunąć. Nawet oglądanie rzeczy przykrych - uło­ mnego, brzydkiego człowieka, obrazu przedsta­ wiającego jakąś groźną scenę - było niby dla dziecka niebezpieczne, bowiem cechy te mogły przejść na dziecko. W zamian matka miała się wpatrywać często w piękne twarze i obrazy świę­ tych. Nie powinna także sobie wyrywać zębów, by uchronić dziecko przed próchnicą. Aby dziecko nie miało zeza, kobieta ciężarna nie powinna patrzeć przez dziurkę od klucza. Żeby zaś ucho­ wać je przed całkowitą ślepotą, nie powinna była patrzeć przymkniętymi oczami. Również nie po­ winna zbierać grzybów do fartucha, gdyż dziecko zawsze by się śliniło. Okres ciąży miał nie tylko wpływ na cielesne lecz też i na duchowe przymioty potomstwa. Z tego powodu nie godziło się, aby kobieta w ciąży kradła, gdyż dziecko zostałoby złodziejem, ani wpatrywała się w obcych mężczyzn, ponieważ dziecko byłoby w swym przyszłym małżeństwie nieszczęśliwe. Plamy na twarzy matki podczas ciąży świadczyły o tym, że urodzi się dziewczynka, gdyż to ona właśnie odbiera jej urodę. Wczesne odzywanie się płodu dawało matce pewność, że jej dziecko będzie silne i zdrowe. Jeżeli rodzice prag­ nęli, by ich dziecko było chłopcem, ciężarna powinna się przywdziewać w męską koszulę, a jej mąż chodzić w butach z długimi cholewami i od czasu do czasu gwizdać. Kociewska kobieta mogła się już w czasie ciąży dowiedzieć, czy urodzi dziewczynkę, czy chłopca. Dziewczynka bowiem informowała o sobie ruchami po prawej stronie łona matki, a chłopiec po lewej. Nieobojętny był czas narodzin. Dziecko, które przyszło na świat przed północą, miało wnet umrzeć, przychodzące zaś o północy miało być upośledzone pod względem psychicznym. Szczę­ śliwe miało być dziecko narodzone w niedzielę podczas nabożeństwa oraz w czerwcu i grudniu. Smutne życie miało mieć dziecko urodzone w pią­ tek. Dziecku urodzonemu o północy niektórzy przypisywali zdolność widzenia duchów. Za nie­ bezpieczny dla dziecka uznano okres od urodzenia do chrztu, ponieważ w tym czasie miało pozo­ stawać pod wielkim wpływem złych duchów. Szczególnie pilnowano, by w tym czasie krasno­ ludki nie zamieniły dziecka na swoje, które później pozostałoby karzełkiem lub w inny sposób byłoby upośledzone. Celem zneutralizowania złych sił używano święconych ziół i religijnych symboli. Nowo narodzone dziecko kąpano w wodzie, do której wrzucano szczyptę ziół, poświęconych w kościele w święto Matki Boskiej Zielnej. Następ­ nie zakładano mu medalik lub różaniec, pozo­ stawiając je aż do chrztu. Potem następował niekiedy akt przyjęcia dziecka do rodziny, który polegał na tym, że wszyscy członkowie rodziny

82

KMR

podchodzili do dziecka i je całowali. Kobieta wiejska, pomagająca przy porodzie, zaraz po wykąpaniu owijała nowo narodzoną dziewczynkę w fartuch matki, aby była dobrą gospodynią. Za szczęście, a niekiedy za znak, że dziecko jest wieszcze, uważano fakt urodzenia się dziecka w czepku płodowym na główce, ów czepek suszo­ no i sproszkowany dawano dziecku do zjedzenia z plackiem w pierwszym lub drugim roku życia. Sprzedawano je również owczarzom, jako taliz­ man na dobry chów owiec. W pewnych częściach Kociewia matka po uro­ dzeniu dziecka pozostaje z nim w odosobnieniu, do chwili udania się po raz pierwszy do kościoła. Czyniła tak dlatego, by się ustrzec złych spojrzeń, szczególnie kobiet, gdyż to zaszkodziłoby jej zdro­ wiu. Niektóre sąsiadki umyślnie nie odwiedzały położnicy, aby nie ściągnąć na siebie podejrzenia, w razie gdyby ta zachorowała. Rodzice dziecka wybierali mu imię, gdyż trzeba je było podać w kancelarii parafialnej i w Urzędzie Stanu Cywilnego. Imię dziecka zazwyczaj wybie­ rał ojciec. Często nadawano imiona modne. W XIX wieku ulubionymi imionami męskimi były: Jan, Józef, Jakub, Andrzej, czyli imiona przejęte z Biblii, natomiast późniejszych wśród świętych największym powodzeniem cieszył się Franciszek. W XX wieku zaznaczył się spadek liczby imion biblijnych i kościelnych. W ich miejs­ ce zaczęły się pojawiać coraz częściej imiona polskie i słowiańskie, jak Bronisław, Bolesław, Władysław, Kazimierz, Bronisława czy Jadwiga. Jeszcze przed chrztem przy łóżku matki urzą­ dzono ucztę zwaną goła noga. Zapraszano na nią najbliższych sąsiadów. W naszych czasach goła noga polega już tylko na poczęstunku w gos­ podzie. Wipsijma se na ta goła noga - mówił zwykle ojciec narodzonego dziecka, zachęcając innych do picia. Przed chrztem wkładano dziecku na szyję róża­ niec lub między poduszki święty obrazek, co miało chronić je przed oczarowaniem. Nie wypożyczano również w tym czasie nic z domu, aby nie zabrać dziecku szczęścia. Jeśli ksiądz równocześnie udzie­ lał chrztu dwóm dziewczynkom i jednemu chłop­ cu, to ten chłopiec miał mieć w przyszłości powo­ dzenie u dziewczyn, a one wśród chłopców. Przy ubieraniu dziecka do chrztu trzeba było uważać, aby rozpocząć tę czynność od prawej rączki, bo w przeciwnym razie zostanie mańkutem. Mań­ kutem mogło zostać również wówczas, jeżeli pod­ czas chrztu ojciec lub matka chrzestna trzymali jego główkę na lewej ręce zamiast na prawej. Rodzice chrzestni wychodząc z dzieckiem z domu do chrztu mówili: Bierzem poganina, przyniesieni chrześcijanina lub inne podobne formułki.Przestrzegano też tego, aby matka chrzestna siadając na wóz, nie stąpnęła nogą na koniec osi, bo dziecko byłoby smarkate, a jakby szła lub jechała z dzieckiem przez wodę, to miała je obudzić, aby

się zawsze w nocy budziło, gdy będzie miało „potrzebę". Podobny przesąd zabraniał matce chrzestnej pójścia do ubikacji, jeżeli wzięła już dziecko na rękę. Pod poduszką dziecka, jako symbol dobrobytu, wkładano kawałek chleba i trochę soli. Inni naszywali dziecku pióro, aby potrafiło dobrze pisać; wtykali w sukienkę igłę, aby było zręczne do szycia. Radzono również, by okrążając po chrzcie ołtarz, trącić główką dziecka o ołtarz, co zapewniało duże zdolności do nauki. Według ks. Łęgi, pierwotnie igła i pióro, jako przedmioty ostre, miały na celu oddalenie wpływu złych duchów. Specjalne zabiegi stosowano wówczas, gdy w rodzinie już wcześniej umarły jakieś dzieci. Z takiego domu chrzestni nie wynosili dziecka przez próg i drzwi, lecz wyszedłszy przed dom, odbierali dziecko od któregoś z domowników przez okno. Podobnie czyniono także po powrocie z kościoła. Gdy zachodziła obawa o życie dziecka, ofiarowywano kościołowi płótno. W czasie chrztu nie należało mówić Zdrowaś Mario, gdyż łatwo można było się pomylić i wypowiedzieć Zmoraś i wówczas dziecko byłoby zmorą. Chrzestni dawali pieniężny datek, który wkła­ dali pod poduszkę dziecka lub za kaftanik na pier­ si. Wyjmowano go stamtąd dopiero wieczorem, co miało zapewnić dziecku materialną egzystencję. Matką chrzestną nie mogła być kobieta w ciąży, bowiem jedno z dwojga dzieci mogłoby umrzeć. Wierzono również, że w takim przypadku dziecko trzymane do chrztu zbyt późno samodzielnie postawi pierwsze kroki. Na Kociewiu istniało też przekonanie, że dziecko dziedziczy zalety i wady swych rodziców chrzestnych, zwanych kiedyś ku­ motrami. Ilekroć matka układała dziecko do snu, czyniła znak krzyża nad kolebką, by coś Złego do niej nie zajrzało. Kolebała je, przyśpiewując w takt ruchu kołyski. Gdy dziecko jednak nie zasypiało, matka podawała mu tarty mak z mlekiem. Dzieci, które dużo krzyczały, miały być w przyszłości dobrymi śpiewakami. Do jednego roku nie obcinano paznokci, ale ogryzano je. Czyniła to zwykle matka. Obcinanie paznokci miało bowiem pociągnąć za sobą to, że dziecko zaczynało późno mówić. Nie należało również obcinać włosów. Kiedy księżyc „chudł" (w fazie między pełnią i nowiem, przyp. red.), matki kociewskie odstawiały od piersi chłopców, aby nie biegali w przyszłości za dziewczynami. Natomiast kiedy kwitły wiśnie, podobnie czynio­ no z dziewczynkami, żeby miały czerwone lica. Z napięciem śledziła matka pierwsze słowa dziecka, jakimi bywały zwykle mama i tata, ponie­ waż z nich mogła się dużo wcześniej dowiedzieć, czy następne jej dziecko będzie chłopcem czy dziewczynką. Jeżeli mówiło słowo mama, to „za­ wołała" sobie siostrę, natomiast gdy wypowie­ działo słowo tata, to „zawołało" sobie brata.

KMR

83

Kto ujrzał pierwszy ząb u dziecka, temu matka powinna dać jakiś podarek. Nie wolno było, według Kociewiaków, nigdy przechylać dziecka głową na dół, ponieważ mógł mu spaść z haków języczek i wywołać zbaczenie mowy oraz spu­ chnięcie gardła. Języczek można było przywrócić na pierwotne miejsce, pociągając dziecko za włosy w szczytowej okolicy głowy. Gdy dawniej chłopcu po raz pierwszy włożono spodnie, a on się posiusiał, ubierano go z powrotem w sukienkę. W dniu, w którym dziecko kończyło pierwszy rok życia, rodzice stawiali przed nim chleb, książ­ kę, różaniec, pieniądze, piasek i wodę. Jeżeli dziecko sięgało po chleb, miało być dobrym gospodarzem względnie gospodynią, jeżeli po książkę, miało się dobrze uczyć, jeżeli po różaniec, miało wstąpić do klasztoru, jeżeli po pieniądze, miało być bogate. Jeżeli natomiast wyciągnęło rączkę w stronę piasku lub zanurzyło ją w wodzie, miało niebawem umrzeć lub utonąć. WYCHOWANIE DZIECI W RODZINIE W okresie wychowania dziecko stawało się pełnoprawnym członkiem wspólnoty rodzinnej i Kościoła. Na Kociewiu znano wiele kołysanek, śpiewa­ nych dzieciom przed snem. Miały one charakter wybitnie regionalny. Ta liryczna poezja ludowa objawiała dziecku po raz pierwszy szeroki świat nieznanych wyobrażeń. Również podczas różnych zabaw z dziećmi rodzice śpiewali im piosenki lub recytowali swoiste, regionalne wierszyki. Ostatnie i najmłodsze dziecko w rodzinie nazy­ wano wiskrobek lub cicek i było zazwyczaj roz­ pieszczane. Jeżeli w rodzinie było tylko jedno dziecko, mówiono na niego pojedinak. Kociewiacy twierdzili, że nie jest dobrze, gdy się pozwala dzieciom na dużą swawolę. Niegrzeczne dzieci straszono dużym kotem, zwanym Pujacem. Jedynym ze sposobów wychowywania było... bi­ cie. Sprawiedliwość tę dzieciom wymierzał ojciec. Chcąc w dziecku wzbudzić poczucie wstydu, Ko­ ciewiacy odzywali się doń odpowiednim wier­ szykiem. Fuj, fuj! wstidź sia, wszistkie ludzie widzó cia. Surowo karano dzieci rzucające na ziemię chleb. Rodzice, mający już nieco większe dzieci, często wzdychali, że z małymi dziećmi jest mały kłopot, a z dużymi duży kłopot. Poszczególne etapy rozwoju i obowiązków rodziców wobec córki wyrażała jedna z kociewskich zagadek. Jak je mała, to sia z nió psieść, Jak je wianksza, to jó czesz, Jak podrośnie, to jó strzeż, A jak dorośnie, daj garść psiniandzy kómu, Co tobie weźmie to niezdarstwo z dómu. Na przełomie XIX i XX wieku nie we wszyst­ kich wsiach dzieci chodziły do szkoły. Młodzież

wykonywała różne prace niezbędne w gospodars­ twie. Dziewczęta pasły gęsi, zbierały jagody i grzy­ by, szydełkowały pończochy i szyły. Chłopcy pomagali ojcu lub dziadkowi w różnych zajęciach na roli i w gospodarstwie. Dzieci chętnie się wybierały na święta do miasta albo na jarmark. Często jednak w ogóle nie wyjeżdżały poza ro­ dzinną miejscowość. Kociewiacy uważali, że na wychowanie córki wielki wpływ ma jej matka, która jest wzorem postępowania. Stąd przysłowie mówiło: Jaka matka, taka natka, czyli córka. Zdarzało się, że matka była złą kobietą. Taką wyrodną matkę na Kociewiu zwano mamorą. Rodzice mieli wobec swoich dzieci różne, często ambitne plany. Nie zawsze jednak dzieci były im posłuszne. O stosunku dzieci do rodziców ks. F. J. Wołoszyk w swojej pracy Ogień i łzy (wyd. Detroit -Michigan, 1982) pisał:... w każdej chacie kociewskiej i kaszubskiej, wpajano od wczesnej młodości w serca dzieci wielki szacunek dla rodziców i w ogóle dla starszych osób. Nawet dorosłe dzieci nie od­ ważyłyby się odezwać do ojca lub matki przez „ty". Zawsze była w użyciu liczba mnoga:,, Wy''. Syn czy córka, choćby najbardziej wykształceni i będący już w podeszłych latach, nie śmieliby inaczej zwrócić się do rodziców jak w liczbie mnogiej: „Mamo, jak się czujecie? - Tato, co wam dolega? - Nieprzejmujcie się waszą chorobą...". Taka sama forma obowiązy­ wała dzieci w stosunku do każdego w starszym wieku. Lud polski na Pomorzu wprost gorszył się, słysząc jak w rodzinach miejskich, będących na wakacjach na wsi, nieletnie nawet dzieci odzywały się do ojca lub matki przez „ty", jak do kolegi, do rówieśnika. Niekiedy ich rodzice tłumaczyli się, stając w obronie dzieci: „Taka teraz u nas moda w mieście". Nic tedy dziwnego, że wieśniacy mówili przed II-gą wojną światową, iż wszelkie zło przy­ chodzi z miasta na polskie wioski. Moja mama liczy w tej chwili 97 lat, a ja już pod siedemdziesiątkę, ale przy spotkaniu w rozmowie nie mogę inaczej ode­ zwać się do matki jak przez „wy". Rodzice po prostu wbijali dzieciom do głowy stare pobożne zwyczaje, zaklinając, żeby na całe życie je zachować jako skarb cenny, jako tradycję polsko - religijną ludu pomorskiego. Zdarzało się, że starzy rodzice woleli iść do przytułku, aniżeli pozostać z dziećmi, gdyż te były dla nich niewdzięczne i złe. Zazwyczaj jednak rodzice, wycofujący się z zarządzania gospodars­ twem, oddawali je jednemu z synów, zobowiązu­ jąc go do spłaty należności innym dzieciom, a sami wymawiali sobie „deputat" zwany też niegdyś „agnaryją", obejmujący mieszkanie i utrzymanie. Kiedy rodzina była bezdzietna, adoptowała niekiedy sieroty. Adoptowanie nazywano przypi-

84

KMR

saniem na swoje, a dziecko adoptowane przy­ branym. Los sierot był jednak bardzo smutny i działa im się wielka krzywda, o czym świadczy ilość utworów, poświęconych właśnie żałosnej doli sierot. Oto fragment tekstu jednej z pieśni ludo­ wych z Pieniążkowa pt. Zła macocha, zamiesz­ czonej w śpiewniku Władysława Kirsteina Pieśni z Kociewia (s. 70): Biydna ta siyrota, biydne to je dziecie, w lostatni koszulce wandruje po śwecie, nicht ji nie lopsierze, nicht ji nie przitula, a macocha nie chce wiprać ji koszula. INNI CZŁONKOWIE RODZINY Na Kociewiu pokrewieństwo i powinowactwo odgrywało wielką rolę. Krewni byli określani różnymi nazwami: tata, mama, dziadek, dziadziuś, babka, babusia, wnuk, wnuczka, wuj, wujna - żona wuja, stryj lub stryjka - brat ojca, stryjenka - żona stryja, brat, siostra, ojczym, macocha, pasierb, pasierbica, szwagier, szwagier ka. Były również nazwy swoiste: pubrat - kuzyn lub brat po jednej matce a innym ojcu, lub odwrotnie, pusiostra - z podobnym znaczeniem, swak - szwagier ojca, czyli mąż ciotki, brat ciotecz­ ny - syn ciotki,pociotek - syn siostry w stosunku do ciotki, pan ojciec - teść, pani matka - teściowa. Wśród nich panowała zazwyczaj solidarność, gościli się wzajemnie i wspomagali. Bywało jednak też i inaczej. Dzieci nieślubne nazywano pogar­ dliwie znalazkami lub znajdkami. Przykładem silnie rozwiniętych tradycji rodzin­ nych mogą być spokrewnione ze sobą rody Felskich, Partyków i innych w Lisówku. Okazją do zjazdu całej rodziny na Kociewiu były odpusty parafialne. W Komórsku Wielkim wysyłano na­ wet listy z zaproszeniami do wzięcia udziału w tym dorocznym święcie. Dzień odpustu był bowiem porównywany do przylotu ptaków do rodzinnego gniazda. Dużą rolę odgrywało w rodzinie kociewskiej posiadanie brata lub siostry. Córka wyręczała

matkę w piastowaniu młodszych dzieci, a w ogóle starsze rodzeństwo chętnie się bawiło z młod­ szymi, przy czym zabawy te często były połączone z wypowiadaniem odpowiednich, żartobliwych wierszyków. Miłość wzajemną pomiędzy rodzeńs­ twem podkreślało wiele pieśni, w tym również żołnierskie, gdyż na Kociewiu nie dotyczyły one tylko pożegnania między kochankami, ale rów­ nież traktowały o miłości i pożegnaniu między rodzeństwem, z których jedno szło na wojnę. Częstym tematem przysłów i pieśni były stosun­ ki między teściową a synową lub szwagrem. Niektóre z tych przysłów były bardzo złośliwe. Mówiły one, że szczęściem jest upadek teściowej, po którym się ona już nie podniesie, a rok życia z teściową przyrównywano do dziesięciu lat poby­ tu w czyśćcu. Jak jidziesz z teściowo ulico, a óna sia łobali, ale wstanie ji jidzie dali, to jestaj nieszczaście, a jak sia niy podniesie, to je szczaście. Pieśni natomiast podkreślały, że nigdy żadna synowa teściowej nie dogodzi. Nakazywała jej wykonywać różne prace i wypominała jej, że nic nie potrafi zrobić, że matka źle ją wychowała itp. Synowa nie pozostawała dłużna, wypominając, że sama do niej syna posyłała, że on wiele się przechwalał, a okazało się, że to co mówił jest nieprawdą, a w domu jej matki wszystko było lepsze. Takie kłótnie doprowadzały nawet do wzajemnych gróźb: Bóndź cicho, sinowa, nie rozdziawiaj gambi, bo jak wezna palka, wibija ci zambi. Na to odpowiadała synowa: A ti, babo, miślisz, że ja nie potrafsia? Wezna ji ja kamniań, prosto w kii cia trafsia. Taką to kłótnię między matką i synową przeka­ zała Franciszka Powalska z Konarzyn, zamiesz­ czoną w śpiewniku Władysława Kirsteina Pieśni z Kociewia. o. Mirosław Kropidłowski SVD

Związany pochodzeniem z regionem Kociewia, z radością prze­ czytałem w „Słowie Powszechnym" o Waszym ambitnym przed­ sięwzięciu. Zawsze pragnąłem znaleźć coś o swoim regionie, zwłasz­ cza miejscu mojego wychowania, tj. wsi Łąski Piec w gminie Śliwice. (Andrzej Trepkowski, Kwidzyn) KMR 85

JÓZEF WELTROWSKI

„ G ł o s Serca Polskiego"
Część 3
ZBIERANIE WIADOMOŚCI DO DRUKU Artykuły do druku napływały różnymi drogami i od różnych osób, których ja osobiście nie znałem, ani nie zdążyłem do dziś poznać. Niektóre tylko fakty i okoliczności, związane z gromadzeniem materiałów do publikacji, pozostały w mojej pa­ mięci. W czasie wojny posiadaliśmy nowy rower mę­ ski, tzw, „półbalonówkę" z czerwonymi oponami marki „Stomil". Rower ten był starannie utrzymy­ wany, a jego pojawienie się na drodze było syg­ nałem, że jedzie ktoś z rodziny Weltrowskich. Służył on do przewozu meldunków (w ramie pod siodłem) do drukarni i z drukarni. Ponieważ obowiązkowo trzeba było z naszego gospodarstwa odstawiać mleko, bańki do mleka miały podwójne dno, co również umożliwiało przekazywanie wiadomości i materiałów, a także kolportaż wydrukowanej gazetki. Ważną rolę spełniała też skrytka kontaktowa, która znaj­ dowała się w lesie przy ścieżce rowerowej, pro­ wadzącej z Jastrzębia do stacji kolejowej Czarna Woda, niedaleko tartaku obok betonowej szosy. Zbieraniem informacji, kolportażem i łącznością zajmowała się grupa członków naszej rodziny i szereg osób spoza Jastrzębia. Anna Schomburg, narzeczona „Japana", była najwierniejszą łącz­ niczką i kolporterką na teren Gdyni, Pucka, Wejherowa i okolic. Istotną funkcję pełnił też Jan Klaman, oficer Wojska Polskiego, nauczyciel z Karsina, a zarazem dowódca konspiracyjnej grupy bojowej i wywiadu, łącznik z terenów Karsina, Wiela, Czerska, Chojnic i Kościerzyny. Także Bernard Babiński ze wsi Będzimierowice był związany z drukarnią jako łącznik i kolporter gazety na teren Bydgoszczy i Tucholi. Dostarczał gazety również do okolicznych wiosek i bunkrów partyzanckich w Borach Tucholskich. Józef Grzonka, policjant ukrywający się w miej­ scowości Wygonin koło Starej Kiszewy, zamiesz­ kały przed wojną w Bytoni, miał liczne powiązania z członkami TOW „Gryf Pomorski". Był bardzo pomocnym jako zaopatrujący w materiały dru­ karskie i żywność. Poza tym był doskonałym łącznikiem i kolporterem na teren Zblewa, Kisze­ wy, Skarszew, Starogardu i okolic. Brat mojej matki, Julian Szmagliński, gospodarz z KIonówki, po raz pierwszy skontaktował nas z Ludwikiem Główczewskim „Japanem", a później wraz z Czes­ ławem Piesikiem, przybranym synem Szmaglińskiego, utrzymywał ścisłe kontakty z ukrywającymi się Polakami na terenie Starogardu, Tczewa, Pelp­ lina, Gniewa i Świecia. Były to kontakty bardzo rzetelne i dokładne, bogate w informacje, szcze­ gólnie dotyczące węzła kolejowego w Tczewie oraz stacji w Chojnicach, Gdyni Port i Gdańsku. Wiadomością, która wstrząsnęła całą naszą rodzinę, była informacja o budowie nowego mos­ tu przez Wisłę koło Tczewa (obecny most Knybawski). Informacja dotyczyła nie tylko mostu, lecz głównie losu, jaki miał spotkać po zakoń­ czeniu budowy zatrudnionych tam Polaków. Po oddaniu mostu do eksploatacji, firma miała być zaangażowana do budowy bunkrów w Prusach Wschodnich. Przypominam sobie, że informację tę przywiózł Julian Szmagliński, a potwierdziły to wywiady Szustaka i Klamana: każdy zatrudniony przy budowie tych bunkrów, zostanie po ukoń­ czeniu budowy zgładzony. Mój starszy brat, Da­ wid, który został przeniesiony wraz z firmą Krau­ zego, budującą poprzednio szosę betonową z Chojnic do Tczewa i most w Knybawie, miał również trafić do Prus Wschodnich. Po otrzyma­ niu tej informacji, rozpoczęto starania, by brata mego jakoś z tej firmy wydostać. Na początek trzeba było dać okup, w postaci szynki i kur, Niemcowi Dukedorfowi z innej firmy, który mógł tę sprawę załatwić. Dzięki zabiegom rodziny i po­ mocy podziemia, brat mój przeżył wojnę, przenie­ siony do innej firmy pracującej na terenie Gdańs­ ka. Pamiętam informację, która została przekazana gdy byłem sam w bunkrze. Łącznik (nazwiska nie

86

KMR

pamiętam) podał opisy obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu-Brzezince. Losy ludzi w obozie zostały potem przez „Japana" wydrukowane w naszej gazetce. Pamiętam również informcję pochodzącą z bliż­ szej okolicy, która dotyczyła działań partyzantów z oddziału „Szyszki". Ich dziełem było wykoleje­ nie dwóch pociągów na linii kolejowej Berlin - Królewiec. Pierwsze wykolejenie miało miejsce w nocy z 8 na 9 czerwca 1942 roku, w miejscowości Strych, pomiędzy stacjami Kaliska i Zblewo, około 12 km w linii prostej od Jastrzębia. Drugie spowodowali z 21 na 22 czerwca tego samego roku w odległości 4 km od naszej drukarni, pomiędzy stacjami Czarna Woda i Kaliska, na otwartej przestrzeni, wśród łąk zwanych „lądami", nawad­ nianych przez Kanał Wdy. Było to szczególne miejsce, gdyż przez łąki tory kolejowe biegły na wysokim nasypie. W miejscu wykolejenia wyso­ kość nasypu dochodziła do 8 m, a odległość od lasu wynosiła około 200 m. O skutkach tych akcji nadchodziły różne informacje. Mówiono, że oku­ panci ponieśli znaczne straty w ludziach i sprzęcie, że zginęło kilku generałów i wyższych oficerów niemieckich, oraz że był to pociąg specjalny, w którym znajdował się Hitler, przejeżdżający z Królewca do Berlina. Były to wiadomości prze­ kazywane pod wpływem emocji i nie mogły być przyjęte do publikacji. Osobiście bardzo to wszyst­ ko przeżywaliśmy i cieszyliśmy się, że „leśni chłopcy" tak skutecznie działali. Niemcy po tych akcjach zaczęli przetrząsać pobliskie lasy i wioski. Nie ominęło to również Jastrzębia i naszego gospodarstwa. Gdy szczęśliwie przeżyliśmy niemieckie akcje odwetowe, utwierdziliśmy się wraz z „Japanem" w przekonaniu, że te wykolejenia spowodowały duże zniszczenia, skoro Niemcy zaangażowali aż tyle wojska i policji w celu wykrycia sprawców. Władze niemieckie przeznaczyły 250 tyś marek nagrody za ujęcie winnych wykolejenia pociągu. Po zakończeniu akcji poszukiwawczych wznowi­ liśmy pracę przy wydawaniu gazetki. Znowu przy­ chodzili łącznicy z informacjami, podając bliższe szczegóły działań partyzantów. Najważniejsza in­ formacja pochodziła od łącznika Józefa Grzonki ze Zblewa, który stwierdził, że pociąg wykolejony pod tą miejscowością był transportem wojska, sprzętu i amunicji. Natomiast pod Czarną Wodą wykolejono pociąg pośpieszny, który przewoził wyższych oficerów. Przypuszczenia o tym, że miał się w nim znajdować Hitler, okazały się niepraw­ dziwe.

Aby uniknąć częstych przyjazdów informato­ rów do Jastrzębia, Marian Szustak wpadł na pomysł urządzenia skrzynki kontaktowej, którą zainstalowano niedaleko wioski na skraju lasu, w dołku pod mchem. Wiedziały o niej tylko wtajemniczone osoby. Odtąd skrzynka kontak­ towa była najważniejszym punktem łączności z drukarnią. Przypominam sobie, jak wujek Ig­ nacy Ebortowski przywiózł pocztę, która najpierw została sprawdzona przez dowódcę, Mariana Szustaka, a potem dopiero przekazana do drukarni w celu wykorzystania tych wiadomości. Były to wiadomości bardzo pozytywne i wprowadziły wszystkich w dobry nastrój. Rozmawiano o tym nie tylko w bunkrze drukarni, ale również w rodzi­ nie, podczas posiłków. Nie raz słyszałem jak pytano, czy już przyleciała jaskółka, a tą pocztą właśnie nadszedł meldunek i obszerna relacja z pierwszej ręki, że jaskółka jest już w Borach Tucholskich. Zdałem sobie sprawę, że jest to ważna osoba w konspiracji, lecz nie znałem jej osobiście. „Jaskółka" był to pseudonim. Dopiero w latach 80-tych spotkaliśmy się na uroczystości odsłonięcia Pomnika Poległych Partyzantów pod Łubianą. Okazało się, że „Jaskółka" była okupa­ cyjnym pseudonimem łączniczki Stefanii Lesikowskiej, po wojnie żony Jana Szalewskiego. To w czasie tego spotkania nasunęły mi się skojarze­ nia o tym, że właśnie „Jaskółka" swoimi infor­ macjami i gotowymi do druku artykułami w zna­ cznej mierze przyczyniała się do sprawnego funkc­ jonowania konspiracyjnej drukarni. NA RYBACH Któregoś dnia, latem 1942 roku, po wykoleje­ niu transportu pod Czarną Wodą, poszedłem łowić ryby w Wdzie, która na długości około 1 km płynęła wzdłuż naszego pola. Stałem w rzece za szuwarami, a gdy się dobrze rozjaśniło, rozej­ rzałem się po terenie, w obawie czy jakiś niemiecki patrol nie zbliża się do wioski. I rzeczywiście, zauważyłem dwuosobowy patrol na koniach, zmierzający wzdłuż rzeki. Nie miałem możliwości ucieczki. Pozostało mi tylko schować się głębiej w szuwary, by przeczekać, aż Niemcy przejadą. Ledwo patrol zniknął, już pojawił się drugi, a po­ tem i następny. Patrole penetrowały Jastrzębie i przeczesywały zagajniki przyległe do rzeki z jed­ nej i z drugiej strony. Dobrze ukryty w szuwarach zastanawiałem się, kogo szukają i czy przypad­ kiem nie wpadli na ślad naszej drukarni. Siedząc po pas w błocie myślałem już, że aresztowali

KMR

87

rodzinę i nigdy nie zobaczę moich rodziców i rodzeństwa. Jeżeli razem z patrolem są tropiące psy, to i mnie w tej wodzie znajdą. Przez cały dzień słyszałem odgłosy obecności Niemców. Uspoko­ iło się dopiero pod wieczór. Patrole opuściły wieś, a ja mogłem wyjść z wody, aby się rozgrzać i zorientować w sytuacji. Gdy było już zupełnie ciemno poszedłem ostrożnie do domu. Bałem się, że nie zastanę rodziny. Zanim doszedłem do zabudowań od strony rzeki, zauważył mnie na straży stojący ojciec. To oddaliło przypuszczenie, że Niemcy natrafili na ślad drukarni. Ucieszyłem się że wszyscy żyją, również i ja pomimo 17 godzinnego ukrywania się w wodzie. Muszę przyznać, że łowienie ryb było moją wielką pasją i pozostało nią do dziś, lecz wówczas sytuacja była inna. Łowienie ryb było koniecz­ nością. Należało wyżywić całą rodzinę, jak rów­ nież i osoby pracujące w drukarni. Kartki żywnoś­ ciowe przeznaczone dla Polaków gwarantowały zakup tylko nieznacznej ilości margaryny, mar­ molady i oleju. Natomiast o hodowaniu świń w celach uboju nie mogło być mowy ze względu na bezpieczeństwo drukarni. TABAKIERA NIE TYLKO DLA NOSA Ojciec mój nie palił papierosów, a zażywał tabakę. Matka nieraz czyniła mu z tego powodu wymówki, mówiąc by chusteczki prał sobie sam. W wojennym czasie jego tabakiera stała się jednak ważnym elementem zabezpieczenia drukarni. Gdy Schupo lub Jagtkommando zbliżały się z psami do naszego obejścia, to ojciec wyciągał tabakierkę i tabaką obsypywał teren wokół bunkra z druka­ rnią. Psy, węsząc po podwórzu, trafiały na tabakę, zawracały i przestawały szukać. W ten sposób tabaka nie jeden raz ratowała drukarnię od wpad­ ki. „Japan", jak również inne osoby, po każdej wizycie policji lub Jagtkommando wychodzili z bunkra dla zaczerpnięcia świeżego powietrza. Pamiętam jak „Japan" w jasny, słoneczny dzień wyszedł kiedyś z ciemnego bunkra zupełnie ośle­ piony. Jego oczy długo przyzwyczajały się do zmiany światła. Było to po owej wizycie Niemców z psami, kiedy właśnie tabaka ocaliła drukarnię. Jeden z psów narobił na ścieżkę, prowadzącą od domu mieszkalnego do szopy z bunkrem, a „Ja­ pan" oślepiony wdepnął w łajno. Potem długo wycierał but o metalową wycieraczkę aż podarł podeszwę. To szalone wycieranie było chyba spo­ wodowane napięciem nerwowym.

GDY WOZIŁEM MLEKO W czasie okupacji każdy gospodarz, który miał krowy, musiał odstawiać do mleczarni mleko. W każdym tygodniu mleko woził inny gospodarz, który miał konia. W naszym gospodarstwie były cztery dojne krowy i dziennie odstawialiśmy od jednej do trzech baniek mleka. Sytuację tę wyko­ rzystywaliśmy dla celów konspiracyjnych. Razem z bańkami wysyłaliśmy meldunki i wydrukowane gazety. Natomiast do nas w bańkach przychodziły informacje, dokumenty, papier i farby. Bańki nasze nie różniły się niczym od innych, miały jedynie szczególną numerację. Wiedzieli o tym kierownik mleczarni w Osiecznej, mleczarz ze Zblewa jednocześnie wykonawca tych baniek oraz ja, wiozący mleko. Całą akcją kierował i kontakty z drukarnią utrzymywał Józef Grzonka, ukry­ wający się w rejonie Starej Kiszewy. Jak już wspomniałem, przed wojną mieszkał w okolicach Zblewa, więc swoje dawne kontakty potrafił wy­ korzystać w pożyteczny dla nas sposób. Ze Zblewa nadchodziły nie tylko informacje, ale i masło, lekarstwa, papierosy. Mleczarnia w Osiecznej nie była duża, od­ wirowywano w niej tylko śmietanę, a odtłuszczone mleko z powrotem wracało do gospodarzy. Śmie­ tana była przewożona w bańkach do Zblewa, celem przerobu na masło. Bańki krążyły więc w różnych kierunkach: z Jastrzębia do Osiecznej, z Osiecznej do Zblewa, a może nawet dalej, i stamtąd z powrotem do Jastrzębia. Pewnego razu, załadowując przy rampie mle­ czarni w Osiecznej bańki z odtłuszczonym mle­ kiem na mój wóz, odezwałem się po polsku do wozaka z Osówka: — Nie pomieszaj swoich baniek z moimi. Poczekaj, aż ja załaduję. Nie zauważyłem, że nadszedł policjant. Słysząc, że mówię po polsku (co było zabronione), wy­ ciągnął pejcz i zaczął mnie nim okładać. Upadłem na wóz pomiędzy bańki. Kiedy się podniosłem, ogarnęła go ponownie złość i bił mnie nadal wyzywając od polskich świń. W końcu Niemiec uderzył mnie tak mocno, że straciłem przytom­ ność. Jak się później dowiedziałem od świadków tego zdarzenia, był to policjant z Osiecznej o na­ zwisku Milchgesang, który miał na sumieniu niejednego Polaka. Świadkowie twierdzili, że przed dalszymi razami uchronił mnie kierownik mleczarni, pan Szybowski. Widząc co się dzieje, przybiegł i uspokoił Niemca, a mnie i moje bańki załadował na wóz, prosząc woźnicę z Osówka,

88

KMR

jadącego w tym samym kierunku, aby mojego konia z wozem wyprowadził na drogę do Jas­ trzębia. Kiedy odzyskałem przytomność, byłem już blis­ ko domu. KONTAKT Z ANGIELSKIMI JEŃCAMI Zaraz po zajęciu Polski, Niemcy przystąpili do odbudowy i rozbudowy szosy, łączącej Berlin z Królewcem. O ten właśnie „korytarz" tuż przed wojną toczono spory z rządem polskim, by uzys­ kać wolny przejazd do Prus Wschodnich. W 1940 roku w okolicach Czarnej Wody pojawiła się niemiecka firma Krauze i firma przygotowawcza Dukendorf. To drugie przedsiębiorstwo trudniło się gromadzeniem kamieni, przeznaczonych do budowy nowej nawierzchni. Na naszym polu i w rzece znajdowało się dużo kamieni. Tak więc część naszego podwórza zamieniono w bazę firmy Dukendorf. Do poszukiwania, kopania, zwożenia kamieni i ich obróbki werbowano miejscowych Polaków. Ja również zostałem zatrudniony do tej pracy. Do moich czynności należało transpor­ towanie wozem konnym obrobionej kostki bruko­ wej na stacje kolejowe w Czarnej Wodzie i Osiecz­ nej. Pozostałe kamienie, w chwilach wolnych od prac polowych, wywoziłem bezpośrednio na od­ cinki budowy nowej szosy betonowej pomiędzy Łęgiem, Czarną Wodą i Piecami. Do robót przy betonowej szosie byli tam zatrudnieni angielscy jeńcy wojenni, którzy przebywali w obozie przejś­ ciowym w Łęgu. Codziennie rano wychodzili oni grupami do pracy pod nadzorem wachmanów. Było mi tych chłopców bardzo żal, przecież sam też byłem młody. Mieli na sobie drewniane buty, bardzo zniszczone mundury i byli wycieńczeni głodem. Pracowali ciężko, a między 7 0 0 do 15 00 pozostawali bez posiłku. Przywożąc kamienie miałem zawsze w worku schowany chleb. Gdy jeńcy pomagali mi zładować kamienie, znajdowali przy okazji ten chleb. „Japan" w ten sposób nawiązał kontakt z Anglikami. Informował ich o sytuacji w świecie i położeniu Polaków w hit­ lerowskiej niewoli. Oni zaś do worka wkładali kartki z prośbami, podawali adresy swoich rodzin w Anglii by je powiadomić o miejscu przebywania. Czyniliśmy to bardzo chętnie, listy do Anglii docierały drogą konspiracyjną. Po pewnym czasie jeńcy zaczęli otrzymywać korespondencję i paczki od swych rodzin. Zainteresował się nimi Między­ narodowy Czerwony Krzyż. Odtąd ich sytuacja zmieniła się na lepsze. Byli nam za to bardzo wdzięczni ponieważ wiedzieli, że dzięki nam

poprawił się ich los. W zamian dzielili się papiero­ sami, kawą czy czekoladą z otrzymanych paczek. Przez jakiś czas, mimo że wachman pilnował jeńców, udawało mi się z nimi kontaktować. Pewnego dnia podszedł do mnie mistrz budowy, Niemiec, i ostrzegł mnie że jestem obserwowany. Jeżeli Anglicy będą nadal tak chętnie rozładowy­ wać właśnie mój wóz, to mogę mieć przykrości. W tej sytuacji musiałem zaniechać dalszego woże­ nia kamieni na budowę. Odtąd woziłem je tylko na stację kolejową. Byłem jednak zadowolony, że przyczyniłem się do polepszenia sytuacji życiowej jeńców. WYNIKI KOLPORTAŻU Trudno dzisiaj, po tylu latach, dokładnie usta­ lić, ile wydano numerów „Głosu Serca Polskie­ go". Osoby żyjące — moja matka, rodzeństwo, najbliżsi sąsiedzi: Ignacy Ebertowski, Bernard Babiński czy Czesław Piesik lub wuj Józef Szmagliński — różne podają ilości. Przypuszczam, że w pierwszym roku działania drukarni (zaczęto drukować na przełomie maja i czerwca 1941 roku) wydrukowano około 500 egzemplarzy pierwszego numeru. Później nastąpiła przerwa. Zbierano bo­ wiem informacje, jak pismo zostało przyjęte przez czytelników. Informacje były wręcz rewelacyjne, wskazujące na coraz większe zapotrzebowanie. Przy wydawaniu następnych numerów zwiększo­ no nakład do 1000 egzemplarzy. Mieliśmy wy­ starczający zapas papieru i farby drukarskiej. W pierwszym roku o tym nakładzie wydano osiem numerów. W roku 1942 ukazało się około 15 numerów, odczuwaliśmy już brak papieru i farb. Niekiedy pismo wydawano dwa razy w miesiącu, w miarę dostarczanego papieru i napływu bieżą­ cych informacji. Zdarzały się nieraz przymusowe przerwy w wydawaniu. Na jakiś czas zawieszono druk po wspomnianym już wykolejeniu pociągu przez partyzantów w Czarnej Wodzie. W 1943 roku sytuacja zaczęła się zmieniać na skutek przy­ puszczeń, że Niemcy wpadli na trop naszej druka­ rni. Wydrukowano chyba jeszcze osiem numerów. Ludzie, do których docierał „Głos Serca Pol­ skiego", byli przekonani, że ukazywał się on nakładem emigracyjnego rządu w Londynie i był przywożony samolotami do Polski. Szczególnym powodzeniem cieszyła się stała rubryka „Wiado­ mości radiowe ze świata — z frontu wschodniego i zachodniego". Drukowano także wiadomości krajowe oraz z terenu Pomorza. Zamieszczano też stały komentarz polityczny, prostujący kłamstwa o niemieckich sukcesach frontowych.

KMR

89

Każdy kolejny numer sam „Japan", jako kiero­ wnik drukarni, starannie składał do butelki i zako­ pywał w ziemi pod skarpę bindugi, pod małym drzewkiem, na wprost szczytu stodoły. Po wojnie, w latach 50 tych (1957 lub 1958), przyjechał do Jastrzębia autobus z młodzieżą szkoły średniej z Gdyni i zaczęto poszukiwania zakopanych ga­ zet. Niestety, poszukiwania te nie dały rezultatów. Na tym terenie w lutym 1945 roku toczono zacięte walki o przyczółek po drugiej stronie Wdy. Tędy prowadził szlak bojowy wojsk radzieckich. Pod­ czas wyzwalania Jastrzębia przebywałem wraz z całą rodziną w bunkrze, usytuowanym nisko w ogrodzie i miałem możność obserwowania, jak Niemcy ostrzeliwali wioskę, parów i rzekę, na której saperzy radzieccy aż trzy razy budowali most, aby czołgi mogły przejechać na drugą stronę

i odeprzeć Niemców okopanych wzdłuż rzeki. Z naszych zabudowań gospodarskich nie pozos­ tało śladu. Wszystko strawił pożar, a pole, skarpy i drzewa zostały przeorane pociskami. Mimo zachowanych zdjęć nie można było rozpoznać tego terenu i dlatego nie odnaleziono zakopanych egzemplarzy pisma. Sam „Japan" w swoich wspomnieniach też nie podaje, ile wyszło numerów „Głosu Serca Pol­ skiego", ani w jakim nakładzie. Jeden egzemplarz gazetki odnalazł w archiwum byłej Komendy Wojewódzkiej MO w Bydgoszczy dr Konrad Ciechanowski. Jest to jedyny egzemplarz, na który się natknąłem po wojnie. Można mieć nadzieję, że wśród ludzi, dawnych czytelników, znajduje się więcej numerów pisma.

90

KMR

cetnarów cukru. Podczas kampanii z lat 1889 + 90 przerobiono 541 tysięcy cetnarów buraków. Suro­ wiec dostarczano furmankami i składowano na pryzmy. Stąd robotnicy przewozili buraki tacz­ kami do czyszczalni. Czyszczenie odbywało się ręcznie, a pracę tę wykonywały kobiety przy pomocy skrobaków. Soki oczyszczano przy po­ mocy węgla kostnego i siarki. W 1894 roku zakończono kampanię w dniu 20 grudnia i przero­ biono wówczas 71,2 tysięcy ton buraków, uzys­ kując 8.656 ton cukru. Cukier, wyłącznie surowy, wirowano w kilku małych wirówkach, skąd wy­ bierano go łopatami i składowano luzem w drew­ nianej szopie. Wysłodki świeże składowano w za­ sobniku murowanym przy bramie południowej. Buraki, które głównie uprawiano na nizinach nadwiślańskich, transportowano drogą lądową (transport plantatorów oraz fabryczny, o którym W pierwszej wydanej w Polsce publikacji, na tradycja przekazuje, że około 200 koni i wołów temat produkcji cukru: Rozprawa Stanisława Ba­ dowoziło buraki ze stacji w Terespolu) i drogą lińskiego o fabrykacji cukru z białych buraków z zlecenia Jaśnie Wielmożnego Feliksa Łubieńskie­ wodną. Rzeka Wda, regularnie pogłębiana, umoż­ go ministra sprawiedliwości w Warszawie z 1811 r. liwiała swobodny transport barek, zwanych „berw Drukarni Rządowej, odnaleźć można intere­ linkami". Fabryka dysponowała własnym paro­ wcem. Załadunek następował w fabrycznej przy­ sujący fragment, dotyczący wyrobu cukru z bu­ raków. Robota ta sześciu wymaga działań: opłuka­ stani, gdzie w chwili wywozu cukier workowano i ładowano na barki, skąd dalej Wisłą transpor­ nia, tłoczenia, wyciśnięcia, parowania, warzenia towano go do Gdańska. Tam surowy cukier i krystalizacji. przerabiano w rafineriach, aby po obróbce go Siedemdziesiąt lat po wydaniu tej historycznej eksportować. książki założono w Świeciu Towarzystwo Akcyjne Cukrownia Świecie. Było to 24 września 1881 W 1888 roku ukończono budowę linii kolejowej roku. Akcjonariuszami zostali miejscowi ziemia­ Świecie-Terespol. Wybudowanie własnej bocznicy nie, zainteresowani uprawą buraków cukrowych. kolejowej rozwiązało problem transportu i ułat­ Urządzenie fabryki kosztowało 490 tysięcy marek. wiło dostawy surowca do fabryki. Koniec XIX Cukrownia rozpoczęła produkcję 15 września wieku obfitował w ważne wydarzenia dla cukro­ 1883 roku i przy dziennym przerobie 225 ton wni, bowiem w 1898 roku zastosowano pierwszą buraków i zatrudnieniu 300 robotników wyprodu­ maszynę parową do napędu urządzeń. Zbudowa­ kowała 15 tysięcy ton surowca. no pierwszy spławiak (staw z wodą), skąd kanałem buraki wędrowały do spłuczki napędzanej mecha­ Podczas pierwszej kampanii przerobiono 300 nicznie. tysięcy cetnarów buraków i otrzymano 40 tysięcy

JAN A. KAMIŃSKI

CUKROWNIA ŚWIECIE

KMR

91

W 1899 roku wybuchł w cukrowni pożar wsku­ tek zapalenia się siarki. Straty były znaczne i spo­ wodowały przerwę w produkcji. Podczas odbudo­ wy dokonano znacznej modernizacji, która trwała do 1906 roku. W tym czasie wybudowano dwupaleniskową suszarnię wysłodków, nowy piec wapienny, a także własną elektrownię, która pozwoliła na oświetlenie całego zakładu. Po od­ budowie i modernizacji był to zakład na ówczesne czasy nowoczesny. W 1906 roku Cukrownia Świe­ cie mogła przerobić na dobę 750 ton buraków cukrowych. W latach 1913/14 postawiono nową stację pomp kosztem 10 tysięcy marek. W dniu 1 stycz­ nia 1914 roku w cukrowni pracowało 110 robot­ ników. Wybuch i przebieg I wojny światowej spowodował stagnację zakładu. Celowo ograni­ czono areał uprawy buraków na rzecz zbóż i roś­ lin, potrzebnych na zaopatrzenie ludności i wojs­ ka. W latach 1915-1918 przerabiano rocznie około 160 tysięcy kwintali buraków, przy przerobie dobowym 3.366 kwintali i długości kampanii około 30 dni. Od 1920 roku, już po powrocie Pomorza do Macierzy, skład spółki akcyjnej Cukrowni Świecie niewiele się zmienił. W dalszym ciągu udziałow­ cami byli Niemcy. Nazwa zakładu pod koniec lat dwudziestych brzmiała: Cukrownia ŚwiecieSpółka z Ograniczoną Poręką. Nastąpiła wówczas dalsza rozbudowa fabryki. W 1930 roku posta­ wiono nową kotłownię i kocioł wysokoprężny. W 1931 i 1936 roku cukrownia pobudowała dwa magazyny. W latach 1936/37 przebudowano fab­ rykę dla potrzeb produkcji cukru konsumpcyj­ nego. Podczas kampanii 1937/38 rozpoczęto wy­ twarzanie kryształu białego. Lata trzydzieste, to trudny okres dla cukrowni. Przed bramami pomorskich i kujawskich „słod­ kich fabryk" zbierały się tłumy bezrobotnych, pragnących otrzymać pracę choć na kilka tygodni lub miesięcy. Także w Świeciu liczba bezrobot­ nych zaczęła gwałtownie wzrastać. W tej sytuacji każda doroczna kampania cukrownicza stwarzała poważne źródło dochodów dla wielu rodzin robo­ tniczych. Wobec poważnego ograniczenia przez ówczesny rząd wewnętrznego kontyngentu cukru, małej siły nabywczej ludności, jak również niskich cen na cukier surowy na rynkach zagranicznych, cukrownia znalazła się w poważnych kłopotach finansowych. Przedsiębiorstwo stało się deficyto­ we, udziałowcy rozważali ewentualność zamknię­ cia fabryki i jej likwidacji. W 1934 roku sprzedano cukrownię koncernowi w Chodorowie. Dzięki temu zaistniały realne szanse na rozwój przed­ siębiorstwa. Widmo deficytu przestało istnieć. Spółka należała do Związku Zachodnio-Polskiego Przemysłu Cukrowniczego i Kartelu przy tym związku. Wrzesień 1939 roku rozpoczął ponurą kartę okupacji hitlerowskiej. Zamordowani zostali

m.in. pracownicy cukrowni: Jan Kozicki i Bo­ lesław Omiński. Przypomina o tym pamiątkowa tablica na terenie cukrowni. Znajdujące się w po­ wiecie świeckim fabryki i zakłady zostały skonfis­ kowane i przekazane powiernikom komisarycz­ nym. Niemcy utworzyli nową spółkę akcyjną. Nie wprowadzono w zakładzie żadnych ulepszeń. W 1943 roku wmontowano jedynie drugi bęben suszarni, z przeznaczeniem na suszenie ziemnia­ ków, brukwi i marchwi. Produkty te potrzebne były na zaopatrzenie wojenne. Postawiono też trzy drewniane baraki, które służyły jako pomiesz­ czenie dla zatrudnionych w cukrowni jeńców różnych narodowości. Tuż po wojnie, na mocy art. 3 Ustawy z dnia 3 stycznia 1946 roku cukrow­ nia w Świeciu stała się własnością państwa. W 1945 roku dyrektorem zakładu został Alfred Pietras. W tym okresie wybudowano magazyn wysłodków suszonych. Od stycznia 1946 roku zaczęto przebudowywać i modernizować zakład, zmierzając do sukcesywnego zwiększania przero­ bu dobowego. W tym roku ukończono budowę garaży i warsztatów samochodowych przy ul. I Armii Wojska Polskiego. W związku ze wzros­ tem uprawy buraków oraz zapotrzebowania na cukier konsumpcyjny, zaistniała konieczność wy­ miany niektórych urządzeń. W 1949 roku wybu­ dowano nowy melaśnik. Następne inwestycje zre­ alizowano w latach 1950-1953. Wymieniono 13 wirówek „Westona" na szybko-obrotowe typu „Record". Wybudowano budynek kotłowni i za­ instalowano kocioł parowy typu „Babcock-Zieleniewski". W 1951 roku funkcję dyrektora powierzono pracownikowi cukrowni z Ostrowitego, Antonie­ mu Piwkowskiemu. W tym okresie wymieniono maszyny parowe na turbinę parową Siemensa, otrzymaną z Malborka. W 1954 roku dyrektorem zakładu został Zyg­ munt Czerniak z Pelplina. Podczas jego kadencji zmodernizowano składowisko węgla i wprowa­ dzono hydromechaniczny rozładunek. O dobrej pracy fabryki i zaangażowaniu pracowników świadczy fakt zdobycia w 1951 roku, w wyniku współzawodnictwa pracy o tytuł najlepszej cukro­ wni w Polsce, pierwszego miejsca w skali byłego Zjednoczenia Gdańskiego i drugiego miejsca w kraju. Największej jednak przebudowy doczekała się cukrownia w latach 1966-1971. Zbudowano wów­ czas nową wapniarnię i piec wapienny, dokonano wymiany dyfuzji robertowskiej na ciągłą o przepu­ stowości 1400 ton na dobę, zainstalowano nowy warnik pierwszej cukrzycy. Zmodernizowano pa­ kownię i zainstalowano przenośniki taśmowe, wagi automatyczne typu „Rapido" oraz maszynę do zszywania worków. Rozbudowa przypadła na okres kadencji dyrektora Jana Sochackiego. W ciągu dalszego etapu rozwoju fabryki uno­ wocześniono stację filtracji soków. Zamiast błot­ niarek ramowych wprowadzono zagęszczalniki

92

KMR

WIDOKI MIAST KOCIEWIA Konkurs z okładki Na pierwszej i ostatniej stronie okładki niniej­ szego numeru zamieściliśmy łącznie dziewięć wido­ ków kociewskich miast. Dla ułatwienia podpowia­ damy, że widoki dotyczą pięciu miast, a więc nazwy niektórych miejscowości będą się powtarzały. Rozwiązanie polega na wypełnieniu drukowane­ go obok kuponu, podając w ponumerowanej kolej­ ności od 1 do 9 nazwę miasta i fragment lub obiekt przedstawiony na widoku; np. 10. Starogard Gd. - Baszta Młyńska 11. Nowe - widok ogólny od Wisły, itp. Podane przykłady są oczywiście fikcyjne. Na odwrotnej stronie kuponu należy wpisać swoje personalia i adres, następnie kupon wyciąć i w koper­ cie przesłać go na adres naszej redakcji: Kociewski Magazyn Regionalny, 83-100 Tczew, ul. Kołłątaja 9, Tczewski Dom Kultury - z dopiskiem „konkurs z okładki". Termin składania rozwiązań upływa 30 kwietnia 1992 r. (decyduje data stempla pocztowego na kopercie). Uwzględnione zostaną odpowiedzi przysłane tylko na oryginalnym kuponie. Wśród autorów poprawnych odpowiedzi rozlosu­ jemy szereg nagród rzeczowych i zestawów książek. Prawidłowe rozwiązanie oraz listę nagrodzonych Czytelników opublikujemy w następnym numerze (1-2/92). Życzymy udanej wędrówki po kociewskich miastach. Kupon odpowiedzi

WIDOKI MIAST KOCIEWIA Konkurs z okładki

pomysłu inż. Sochackiego i inż. Adamczaka. Przebudowano stację defekosaturacji, wybudo­ wano nową stację ujęcia wody, w której zain­ stalowano nowoczesne pompy diagonalne, zape­ wniające bezawaryjną dostawę wody do produk­ cji. Zautomatyzowano zagęszczalniki, stację nawapniania soków, zagrzewaczy oraz wprowadzo­ no automatyczną regulację utrzymania właści­ wych poziomów soków na całej stacji wyparnej. W zakresie inwestycji plantacyjnej pobudowano cztery budynki wagowe na punktach odbioru buraków. Utwardzono place w zakładzie i terenie, służące pod składanie buraków. Aby poprawić

rozładunek surowca zakupiono dwa „komplek­ sy" do rozładunków, dwie ładowarki „Fadroma", trzy ładowarki typu TŁ-3 i ładowarkę typu „Wa­ ryński". W latach 1969-1970 zmodernizowano biura techniczne i laboratorium oraz uzupełniono izolację termiczną aparatów produkcyjnych. W 1971 roku dyrektorem cukrowni został Ta­ deusz Lichaj. W toku dalszej modernizacji wybu­ dowano trzy pomieszczenia ocieplające dla bry­ gad remontowych, a w 1973 roku wybudowano nowy wjazd do fabryki od strony ulicy Parkowej. Oddano także do użytku nową trafostację wraz z urządzeniami towarzyszącymi.

Cukrownia świecie w 1982 r.

KMR

93

(...) Wiemy dużo z prasy i telewizji o szerokim świecie, a bardzo mało o Kociewiu. Jedynym fundamentem i kopalnią wiedzy o naszym regionie jest właśnie „Magazyn". Brawo !!! (...) (Ryszard Beżyk, Nowe n.W.) 94 KMR

Na kociewskiej wsi wieczerza wigilijna należała raczej do skromnych uroczystości. Więcej uwagi przykładano do tradycji obrzędowej niż zastawionego stołu. W przeszłości biedny lud tego regionu po prostu nie miał czym tego stołu zastawić nawet w dniu tak świątecznym. Leon Libiszewski w swojej monogra­ fii o Dzierzążnie wspomina, że często jedyną wigilijną potrawą był śledź z kartoflami, a gdy i tego zabrakło, zadawalano się tzw. ślepym śledziem, tj. karto­ flami zaprawionymi rozcieńczo­ nym octem z cebulą i cukrem. Bożena Stelmachowska stwierdza, że na stole zakrytym białym obrusem, obok siana i żłóbka, u zamożniejszych poza śledziem trafiały się inne ryby oraz kluski z makiem, zupa z pi­ wa, kapusta ze suszonymi grzy­ bami, pierogi i czasem ser. W Zblewie np. w latach między­ wojennych na wigilijnej wiecze­ rzy spotykało się także zupę owocową, żur lub barszcz. Nie tak biednie wyglądał stół w zamożniejszych domach chło­ pskich, na dworach czy w rodzi­ nach mieszczańskich, choć pa­ nował i tutaj umiar w jedzeniu, bowiem wielką wagę przywiąza­ no do tego, że był to dzień postny. Ilość potraw, według powsze­ chnej tradycji na Pomorzu, mia­ ła być dokładnie dziewięć, ale zależnie od zamożności od licz-

by tej odbiegano w obie strony. Najwięcej było dwanaście po­ traw, bo Chrystus miał tyluż apostołów, albo jedenaście (po odejściu Judasza), a najmniej pięć, ponieważ tyle było Chrys­ tusowych ran. Z liczbą potraw wiązała się niegdyś pewna pol­ ska hierarchia zamożności. Do jedenastu potraw uprzywilejo­ wani byli magnaci, dziewięć fundowała sobie szlachta, a wie­ śniacy pilnowali siedmiu po­ traw. W czasach kryzysu cieszo­ no się u komorników, gdy było ich chociaż ze trzy.

Wigilijna wieczerza
Za Longinem Malickim moż­ na uzupełnić zestaw wigilijnych przysmaków. Był więc jeszcze groch, fasola, siemie konopne, suszone owoce. Dbano o to, by świąteczne a postne jadło skła­ dało się z różnych płodów całe­ go roku. W kącie izby stawiano często żytni snop, żeby w nad­ chodzącym roku zboże dobrze plonowało. W latach „tłustych", gdy wio­ dło się lepiej, potraw było nie­ kiedy więcej niż tradycja naka­ zywała. Ale i na to był sposób: Dobrze przebrane grzyby należy kilka razy szybko opłukać w zim­ nej wodzie. W tej ostatniej wodzie moczyć je przez kilka godzin, po­ tem gotować pod przykryciem na małym ogniu, w tej samej wodzie, razem z pokrojoną cebulą. Włosz­ czyznę oczyścić, umyć lub opłu­ kać, zalać wrzącą, osoloną wodą i ugotować razem z potłuczonymi (nie mielonymi) ziarenkami piep­ rzu i koperkiem. Gdy grzyby i wa­ rzywa zmiękną, oba wywary prze­ cedzić i połączyć ze sobą. Gotować

wszystkie gatunki ryb i możli­ wość ich przyrządzania trakto­ wano za jedną potrawę: ryby. Radzono sobie także w sytuac­ jach odwrotnych, kiedy w okre­ sach biedy naliczono zaledwie trzy potrawy. Ponieważ nigdy nie zabrakło w całej Polsce słyn­ nej potrawy — grochu z kapustą —liczono wówczas jej składniki podwójnie, oddzielnie groch i kapustę. Podobnie było w przypadku klusek z grzybami — osobno traktowano kluski i grzyby. Ryba numer 1, zwana królew­ ską, na kociewskie stoły wigilij­ ne masowo trafiła dopiero w czasach współczesnych, gdy doczekała się na tych terenach warunków hodowlanych. Daw­ niej karp był tu mało znany. Wśród ryb dominował śledź. Towarzyszył mu dorsz, zwany pomuchlem. Ze szlachetniej­ szych gatunków słodkowod­ nych wigilię zaszczycił czasem szczupak, leszcz albo lin. Bogat­ si nie pogardzili węgorzem i pstrągiem. Częste były płoć i okoń. Spośród zup panował wszech­ obecny czerwony barszcz. Po­ pularna była również zupa grzy­ bowa. Zupełnie nie znano staro­ polskiej zupy migdałowej. Kompot wigilijny, podobnie jak i dzisiaj sporządzano ze suszu owocowego, czyli zwanego na Pomorzu brzadu (susz z jabłek, gruszek i śliwek). jeszcze przez kilka minut. Następ­ nie posolić według upodobania i ewentualnie zaostrzyć smak odrobiną soku cytrynowego. Da­ wniej do tego celu służył sok z ki­ szonej kapusty lub z kwaśnych ogórków (nie więcej jak 0,1 1). Ugotowane na miękko suszone grzyby, drobno pokrojone mogą służyć za farsz do oddzielnie przy­ rządzonych pasztecików lub uszek. Jeżeli podajemy bez tych dodatków, grzyby pokrojone w paseczki dodajemy do zupy.

Jest to zupa postna, która nie ma nasycić lecz tylko pobudzić apetyty i rozgrzać żołądek.

KMR

95

W

K U C H N I
ZUPA PIWNA

I

P R Z Y

S T O L E

Przepis na 4 osoby: 1,5 1 jas­ nego piwa, 0,5 łyżeczki kminku, 2-3 goździki, trochę cynamonu, 2 żółtka, 15 dkg białego sera (chudego twarogu).

Jest to dawna zupa pomorska, obecnie mało znana. Niegdyś sporządzano ją z domowego pi­ wa, wyrabianego z jałowca (piwo zielone) lub z kłączy perzu, a po­ tem z jęczmienia i słodu. Dzisiaj można użyć zwykłe piwo jasne. Piwo zagotować z goździkami, cynamonem i kminkiem (lub w takiej chwili nie powinien być smutnym ani opuszczonym. Po latach zestaw wigilijnych potraw został mocno zróżnico­ wany. Ma na to wpływ wymie­ szanie tradycji regionalnych, spowodowane migracjami lud­ ności, albo po prostu zaniecha­ nie obyczajów. Zaproponowane z naszej kociewskiej kuchni pot­

w dwóch wersjach: z goździkami i cynamonem albo bardziej regio­ nalnej — tylko z kminkiem). Żół­ tka utrzeć z cukrem i połą­ czyć, mieszając, z gorącym pi­ wem. Ser dobrze obsuszyć i po­ kroić w kostki. Podawać go od­ dzielnie. Zupę spożywać ciepłą, zagryzając serem. rawy, sporządzane przez babcie i prababcie, mogą stanowić at­ rakcję niejednego miejskiego stołu końca bieżącego stulecia. Spróbujmy chociaż w ten spo­ sób powrócić do atmosfery świątecznej wieczerzy sprzed kilkudziesięciu lat. Oprac. M. ROLAND

Szczególnym zwyczajem wi­ gilijnego stołu jest oddzielne na­ krycie dla nieobecnych. Na ta­ lerz kładziono odrobinę każdej potrawy, przeznaczoną dla zmarłych. Podobną tradycją jest wolne nakrycie dla samotnego gościa lub przygodnego wędro­ wca. Oni w ten wieczór też mają prawo zasiąść do stołu. Nikt

KAPUSTA Z GRZYBAMI Przepis na 6 osób: 1 kg kiszo­ nej kapusty, 6-8 dkg suszonych grzybów, 2 łyżki masła, 1 łyżka mąki, 1 średnia cebula, sól i pieprz do smaku. Jeżeli kapusta jest bardzo kwa­ śna, należy ją przepłukać na

cedzaku pod bieżącą wodą. Zalać 2 szklanki wody i gotować do miękkości. Oddzielnie, w niewiel­ kiej ilości wody, ugotować do miękkości opłukane grzyby. Na­ stępnie pokrajać je w paseczki i razem w wywarem dodać do gotującej się kapusty. Z części masła i mąki przygotować za­ smażkę, a z pozostałego masła i drobno posiekanej cebuli przy­

gotować drugą zasmażkę. Wszy­ stko dodać do kapusty, posolić i popieprzyć. Całość jeszcze goto­ wać do momentu, kiedy potrawa zgęstnieje. Ewentualnie pozostałą z wigilii kapustę można następnego dnia odgrzać i podać do potrawy mięsnej. Najsmaczniejsza jest ja­ ko dodatek do wieprzowej pie­ czeni.

Przysmaki z innych stołów
Obchodzona w całym chrześcijańskim świecie Wigilia, na wieczerzach różnych narodów różne na stołach gromadzi potrawy. Dla nas niespotyka­ ne, nader egzotyczne i trudne do wyobrażenia dla polskiego podniebienia. WŁOSI przestrzegają swoich siedmiu tradycyj­ nych dań vigilia di Natale. Są to: soczewica, fasola, groch, bób z moszczem i miodem, kapusta, ryż na mleczku migdałowym oraz makaron z sar­ dynkami w orzechowym sosie. W GRECJI wigilijnymi słodkimi przysmakami są: imbirowe ciasto mocno polane syropem i ozdo­ bione migdałami oraz faworki polane miodem i posypane cynamonem. FRANCUZI są bardziej wymyślni. Ich siedem podstawowych dań wigilijnych składa się z zupy szałwiowo-czosnkowej, szpinaku, dorsza, innej ryby smażonej, kalafiora i sera, a także selera w sosie anchois. Do tego dochodzi trzynastodaniowy deser - dla upamiętnienia uczestników ostatniej wieczerzy: Chrystusa i 12 apostołów. Składa się nań głównie garnitur owoców - wino­ grona, daktyle, migdały, śliwy, pomarańcze, gru­ sze, jabłka, marynowane skórki pomarańczowe, konfitury z pigwy, pieczone w syropie migdały, a także placuszki na mleku i placki na oliwie. NIEMCY mają zestaw zbliżony do naszego, ale obowiązkowo na stole musi się znaleźć kawior, śledź, karp, groch, proso, kasza, jajka, mak, a przede wszystkim kapusta. W FINLANDII kolacja wigilijna składa się najczęściej ze smażonego dorsza z ostrym sosem, zapiekanki z ćwikły, słodkiego ryżu z cukrem i cynamonem i ciepłych ciasteczek korzennych w kształcie gwiazdek. WĘGRZY zaś wieczerzę zaczynają od szklane­ czki wytrawnego wina. Potem zagryzają czosn­ kiem i jabłkiem, by następnie dobrać się do klusek z makiem, fasoli, twarogowych placuszków i ostrego kapuśniaku.

96

KMR

ANNA ŁAJMING

Bal w „ E s p l a n a d z i e "
Bal sylwestrowy miał się rozpocząć o godzinie dziewiątej. Mroźny wiatr wiał od wschodu, kiedy biegliśmy po twardym, chrzęszczącym śniegu do śródmieścia. Ulice były prawie puste, tylko na Dworcowej dwóch mężczyzn szarpało się krzycząc: - Puść mnie, ty upity czarcie! Mąż przyspieszył kroku, skręciliśmy w dół do „Esplanady", pod którą czekali na nas skurczeni z zimna państwo Godlewscy. Weszliśmy do środka, gdzie już za samo przechowanie okrycia słono płaciło się naprzód, a za kalosze osobno. Dochód z tego przeznaczono na fundusz dla bezrobotnych. Na moją sukienkę, zrobionej z pięknej żorżety od babci Olgi, Godlewska wytrzeszczyła oczy. Ale było tam tyle pięknie ubranych pań, w maskach i bez, że trudno było wszystkim się przyjrzeć: panie w japońskich kimonach, w strojach cyganek, w sukniach balowych ostatniej mody. Mąż przedstawiał mnie niektórym ziemianom. Prócz Łubieńskich, najbardziej zapamiętałam piękną i młodą hrabinę Mielżynską. Jej serdeczny uścisk dłoni czuję po dziś dzień. Rozmawiała z nami przez długą chwilę. Ubrana spokojnie, ale bardzo elegancko, była w towarzystwie pasierba Karola, o smutnej twarzy, który milczał, bo się jąkał. Na bal przybyli też bogaci kupcy z miasta. Zanim zaczęły się tańce, na salę weszła nagle żona pana Abińskiego, właściciela „Esplanady", w tak pięknej sukni, że zaćmiła inne toalety. Suknia ze srebrnego atłasu, długa, przybrana była białym pióropuszem, plecy gołe. Na lewym ramieniu zwisał koronkowy szal. Pani Żabińska w ręku trzymała zamknięty wachlarz, choć wachlowanie się było niemodne. Gdy wkroczyła - najpierw zrobiło się cicho, a potem przeszedł pomruk podziwu i pogardy. Żona knajpiarza i parweniusza... Przez nią niektóre panie prędko znikły z sali, pojechały do domu. Bal rozpoczął się jak zwykle polonezem. Kiedy po następnym tańcu, wówczas bardzo modnym charlestonie, wróciliśmy do stolika, pani Godlewska po cichu kłóciła się z mężem. O to, że potykał się w tańcu. Był w tenisówkach o chropowatej, gumowej podeszwie, w których nie sposób tańczyć, i musieli taniec przerwać. Zerknęłam pod stół. Rzeczywiście na nogach miał te same szare tenisówki. — Skórzane buty nie dały się wyreperować—bronił się Godlewski z uśmiechem. Wobec tego następny taniec mój mąż zatańczył z jego żoną, a pan Godlewski przyniósł wodę z cytryną, którą popijaliśmy przez słomkę. Kiedy z kolei mąż poprosił do tańca panią Mielżynską, pan Karol przyszedł po mnie. Gdy tań­ czyliśmy, nie przemówił słowa. Zapytałam później męża o powód. Opowiedział mi wtedy straszną historię. Kiedy Karolek był jeszcze wyrostkiem, ciężko przeżył śmierć matki, do której ojciec strzelił z rewolweru, gdy zastał ją przy fortepianie w towarzystwie kuzyna. Podejrzenie było urojone, podobnie jak w „Sonacie Kreutzerowskiej" Tołstoja. Hrabiego nie aresztowano od razu, w Berlinie piasto­ wał jakiś wysoki urząd. Akurat w tym czasie wybuchła pierwsza wojna światowa, KMR 97

i on, z desperacji po żonie, dobrowolnie zgłosił się na front, by tam, pod kulami, znaleźć śmierć. Ale żadna kula go nawet nie drasnęła. Po wojnie ożenił się powtórnie z bardzo majętną Żydówką. Mają teraz ośmioletnią córeczkę. A pan Karolek poza tym maluje, jest ogromnie utalentowany muzycznie. Całymi dniami grywa na fortepianie po matce najwybitniejsze utwory muzyczne z całego świata. Zamyśliłam się, uważając, by nie spoglądać w stronę bohatera tej opowieści. Nie przypuszczałam wtedy, że kiedyś, po drugiej wojnie światowej, Karolek Mielżyński odnajdzie mego męża w pegeerze Biesowice w województwie słupskim i że będziemy mieli z nim wiele kłopotu. Mąż zatrudnił go wtedy jako świetlicowego. Ale pan Karolek żył swoim światem, we dnie chodził po parku, a wieczorami pokazywał nam pliki szkiców, które narysował i które z sobą przywiózł. Rad, że interesujemy się jego pracami, unosił rysunki w górę, by je lepiej uwidocznić, przy czym pomiędzy jego zniszczoną kamizelką a spodniami za każdym razem ukazywał się nagi pępek. Więc nie miał bielizny! Nieregularnie przychodził też na posiłki. A jak już w świetlicy dorwał się do pianina, grał bez opamiętania, jak nieprzytomny, nie zważając na nikogo, do późnej nocy, z taką werwą, że zdawało się wszystkim, iż instrument roztrzaska na kawałki. Nie dbał o siebie, nie kąpał się ani przyjąć nie chciał od męża bielizny. A że u nas mieszkał, zaczęłam mężowi dokuczać. — Tak — zgodził się mąż kręcąc głową. — To nie są ludzie pracy na czas dzisiejszy... Ponieważ w świetlicy był nieużyteczny, pomógł mu się wystarać o papiery —jeździł z nim jak z niemowlęciem tu i tam, tracił czas — aby mógł wyjechać do Palestyny, dokąd, jeszcze przed wojną, wyemigrowały jego macocha i przyrodnia siostra, z którymi korespondował. Ale powróćmy do sali balowej. Kiedy mąż mój tańczył z panią Godlewską, kilkakrotnie prosił mnie do tańca pan Schuhmann, który opowiadał mi w tańcu, że widuje mnie codziennie, jak biegnę do pracy. Mieszka w narożnej wilii przed fabryką „Arkona", gdzie skręcam w ulicę Paderewskiego. Z moim mężem zna się już dawno. W tańcu zapytał też, kim są ci państwo przy naszym stoliku. Gdy wyjaśniłam, powiedział, że ten pan ma poły jaskółki podpięte agrafkami do pasa. Czy to tak specjalnie na dzisiejszy bal maskowy? — Boże kochany! Nie zauważyłam tego —wyszeptałam i pomyliłam takt. Schuhmann wprowadził mnie ponownie w rytm tanga, a jak tylko odprowadził do stolika, od razu poszeptałam z Godlewskim o agrafkach. Usłyszała to jego żona i zrobiła się purpurowa. Ale on spokojnie wstał z krzesła i z uśmiechem agrafki odpiął. W tej chwili zadudniły bębny, bo wybiła północ. W pobliskim kościele Świętego Krzyża uderzono w dzwony. Kto był w masce—ujawniał się. Wygłaszano toasty, składając sobie życzenia na Nowy Rok 1930. Zagrała muzyka i gdy zatańczyłam z mężem, posypały się kolorowe gwiazdki i serpentyny. Żegnaliśmy rok 1929. Nikt z nas nie przewidywał wówczas, jak wyglądać będzie Polska w dziesięć lat później.
ANNA ŁAJMING: Mój dom. Wspomnienia. Wydawnictwo Morskie, 1986 r. s. 24 - 27 Tytuł fragmentu pochodzi od redakcji

98

KMR

KORZEC OSOBLIWOSCI
POWAŻNYCH I ZABAWNYCH

Ze szkolnej ławki sprzed lat
Przeglądając archiwalne materiały obecnego Zespołu Szkół Ekonomicznych w Tczewie - udostęp­ nione przez prof. Jana Kaznochę - szczególną uwagę zwróciliśmy na kroniki klasowe z lat 1949 -1950. Niegdyś w latach tych obowiązywał zwyczaj prowadzenia dziennych zapisków przebiegu każdego dnia w szkole. W różnych okresach i w różnych klasach tygodniowi kronikarze także różnie wywiązywali się z tego obowiązku. Niekiedy zapisywano nawet przebieg każdej lekcji. Z wiele powodów ciekawa to lektura, ilustrująca atmosferę szkoły sprzed czterdziestu lat. Wybraliśmy te fragmenty kronik klas licealnych lub technikum, które dzisiaj budzić mogą największe zdziwienie pod względem - nazwijmy to - ustroju politycznego. Uczniowie pisali w taki sposób, jak zapewne im kazano, a nauczyciele przechodzili obok tego mniej lub bardziej obojętnie, bo tak po prostu być musiało. Zapiski te ujawniamy dlatego, by uświadomić Czytelnikom - zwłaszcza tym młodszym - że taki był wówczas model szkoły. Sądzimy, że podobnie przyjmą naszą intencję również ci Czytelnicy, którzy odnajdą siebie wśród grona kronikarzy. KLASA II A 14.XI.1949, poniedziałek Zebraliśmy się na arytmetyce w auli celem oznajmienia nam przez p. prof. Skwierawskiego, iż marszałek ZSRR - K. Rokosowski, dzięki prośbie prezydenta B. Bieruta został marszałkiem Polski, natomiast dawniejszy marszałek - Żymier­ ski, został przyjęty w skład Rady Państwa. Może­ my być z tego dumni iż Polak, robotnik warszaw­ ski, który przyczynił się do oswobodzenia ziem polskich, objął tak zaszczytne stanowisko w pańs­ twie. Gieldon Elżbieta 21.11.1950, wtorek W związku z kończącym się karnawałem, klasa nasza urządziła „śledzia" w domu prywatnym, u jednej z koleżanek. Złożone ofiary w naturze (naturalnie uczennice tylko z II a) starczały w zu­ pełności dla nasycenia obecnych. Wieczorek upię­ kszyła nasza wychowawczyni swą obecnością oraz muzyka z płyt. Miła ta chwila minęła jak krótki czarujący sen. Kolasińska Lidia KLASA II licealna 16.1.1950 W czasie wakacji świątecznych cała nasza klasa odbywała bezpłatną praktykę, jako czyn przywi­ tania planu 6-cio letniego. (...) 23.1.1950 Nadmieniając do praktyk, które odbywaliśmy w czasie wakacji świątecznych; każdy uczeń (nica) naszej klasy pisali sprawozdania z ukończonych praktyk w formie wypracowań. Ze sprawozdań tych Rada Pedagogiczna wybrała najbardziej wy­ różniające się i przesłała do D.O.S.Z-u Klasa nasza może poszczycić się tym, że największy odsetek wysyłanych sprawozdań z całego naszego zakładu przypadło na naszą klasę. (Gdyż na 9 wy­ różnionych sprawozdań z naszej klasy wysłano 6). Jóźniuk KLASA I licealna 17.IX.1949 Dzisiaj lekcje nie odbyły się, gdyż wszystkie trzecie i licealne klasy poszły z ramienia S.P. odrobić pracę dorywczą. Punktualnie o godz.

KMR

99

8-mej była zbiórka na nowym dworcu. Opieku­ nem naszym był p. profesor Wojciechowski. Po­ ciągiem dalekobieżnym pojechaliśmy z humorem i śpiewem na ustach do Zajączkowa. Tutaj przy­ dzielono nam pracę. Otrzymaliśmy kilka łopat i poszliśmy oczyszczać tory. Otrzymaliśmy od­ cinek najbardziej zanieczyszczony zielenią. Więc rzetelnie i sumiennie zabraliśmy się do pracy. Jednak między nami byli tzw. leniuszki, którzy wiercili się, nie wiedząc gdzie i co mają robić. Ale p. profesor stał im na karku i dogadywał im, że mają robić, gdyż mamy ciężkie zadanie do wyko­ nania. Już przed terminem ukończyliśmy naszą pracę, gdzie zasłużyliśmy na krótki odpoczynek. Po tym odpoczynku poszliśmy dalej pracować, ale naszą pracę przerwaliśmy, gdyż nadszedł czas do odjazdu. Z uśmiechem na ustach pojechaliśmy do Tczewa. Weiss Zenon 30.XI.1949 W środę odbyła się akademia ku czci dwóch wielkich poetów świata - Mickiewicza i Puszkina. Była ona bardzo bogata w części artystycznej jak i oficjalnej. Na akademii tej wygłosiła bardzo pięknie wiersz pt. „Pomnik" (Puszkina) koleżan­ ka z naszej klasy - Lewandowska Halina. (...) W sobotę na konkursie recytacji wierszy Mic­ kiewicza, Słowackiego i Puszkina, wspomniana już wyżej kol. Lewandowska Halina zdobyła I-wsze miejsce w recytacji wierszy Puszkina. Z tego cieszyliśmy się bardzo. Od koleżanek i kolegów otrzymała za to burze oklasków. R.R. 15.11.1950 (...) Na lekcjach O.T.H. czytaliśmy o Miejskim Handlu Detalicznym, współzawodnictwie praco­ wników handlowych w Związku Radzieckim, i o walce w związku ze spekulacją. Najwięcej cieszyliśmy się gdy nadeszła sobota. W dniu tym szkolne Koło Z.M.P. urządziło dla młodzieży szkolnej ostatnią zabawę karnawałową. W przed­ dzień zabawy 7 osób z naszej klasy brało udział w robieniu kotylionów. Bawiliśmy się dobrze, chociaż tylko do godz. 21-ej. KLASA III B 17.V.1949 (...) L. 3 to jest historia, było zastępstwo. Pani profesor Szczerbowa przyniosła gazety, zaczęliś­ my czytać o kongresie pokoju, Welter niechcąco rzucił papierkiem pani profesor w czoło, zapytała się kto to zrobił, podniósł się Welter, pani profesor zaczęła jego wyzywać i zadała jemu pracę. Miał napisać pięć tysięcy razy: „Nareszcie będę mąd­ rzejszym". (...)
K.J.

KLASA II B 15.111.1950 (...) Na siódmej i ósmej lekcji mieliśmy gry i zabawy, jest to jedna z najlepszych lekcji, gdyż nasza młodzież lubi uprawiać sport. Ale tym razem nie bawiliśmy się ani w piłkę ani w siatkówkę, lecz poszliśmy do parku. Tam zbieg­ ło się kilku chłopców, którzy się przyglądali naszej zabawie, lecz po pewnym czasie nadeszło ich więcej, lecz ci już nie dali nam spokoju jak tamci, tylko rzucali do nas zdechłymi wronami. Gdy to młodzież ujrzała zaczęła uciekać, a ci widząc nas uciekających tym bardziej nas gonili i rzucali.
(-)

K.H.

17.IV. - 22.IV.1950 (...) Na lekcji śpiewu nauczył nas pan profesor nowej piosenki pt. „Pochód Przyjaźni". We wto­ rek na lekcji historii pani profesor Bela zadała nam, żebyśmy się uczyli życiorysu Prezydenta Bolesława Bieruta, ponieważ przypadała w tym dniu 58-ma rocznica urodzin Prezydenta B. Bieru­ ta. (...) M.J. A tak obchodzono wówczas dzień 1 Maja, Święto Pracy. KLASA II licealna 1 Maj (1949) Poranek był dość pochmurny i chłodny, pomi­ mo to jednak na ulicach miasta Tczewa panował ruch. Tysiące ludzi dążyło na punkt zborny. O godz. 8.45 na dziedzińcu szkolnym Państwowe­ go Liceum Handlowego odbyła się zbiórka. Część uczniów stanęła pod transparentem Z.M.P. pozo­ stali tworzyli hufiec S.P. Zbiórka była ukończona i my również podążyliśmy na plac koło Liceum Pedagogicznego. Plac już był pełen. Przez mikro­ fon nadawane były dla poszczególnych organiza­ cji wskazówki gdzie mają zająć właściwe miejsce, aby nie było zbytniego zamieszania. Z trybuny przewodniczący partii, Z.M.P. i inni przemówili do 10-tysiecznego tłumu. Tymczasem słońce po­ konało złe chmury i złotymi radosnymi promie­ niami zalało całe miasto. Po przemówieniach o godz. 11-tej ruszył pochód. Przodowała mło­ dzież Z.M.P., dalej maszerowały poszczególne szkoły, robotnicy fizyczni i umysłowi poszczegól- . nych zakładów. 3 godziny przeciągał ulicami miasta pochód długi, barwny i roześmiany. Po­ chód pieszy zamykały traktorzystki na umajonych traktorach, samochodach i wozach. Z trybuny

100

KMR

rozbrzmiewały raz po raz oklaski na cześć przodo­ wników pracy, ludzi, którzy nie szczędzili swych sił dla Polski Ludowej. Po raz pierwszy Tczew obchodził tak uroczyście dzień 1 Maja. Tłumy ludzi przez swą wielką manifestację pokazały światu, że pragną pokoju, którego nic i nikt nie potrafi zakłócić. K.O. KLASA II C 29.IV.1950 Poniedziałek, tj. 24 bm. rozpoczął się pod adresem wykonywania zobowiązań krótkofalo­ wych 1 Majowych. W środę, tj. 26 bm. odbyły się ćwiczenia (przygotowania do marszu na 1 Maja, Święto Pracy). Trwały one od godz. 10.00 do godz. 13.45. Jak z powyższego wynika lekcje zostały oczywiście przerwane. W czwartek, tj. 27 bm. nasze artystki nauczyły się tańca „cygańskiego" by go następnie przedstawić w piątek (przypomi­ nam 28 bm.) na akademii. Poza tym odbywają się przygotowania, dekoracje które nasza klasa zobo­ wiązała się wykonać do 1-szego Maja. W sobotę, tj. 29 bm. przygotowania na 1-szy Maja przybie­ rają na sile, tak że lekcje prawie że się nie odbyły.
(...)

dlowego, poszła w dniu 20 grudnia o godz. 9.30 do kina „Wisła", na film produkcji radzieckiej pt. „Delegat floty". O godz. 12.30 odbyła się w auli Państwowego Liceum Handlowego uroczysta akademia ku uczczenia 70-tej rocznicy urodzin Józefa Stalina. Spośród zaproszonych gości przy­ byli przedstawiciele PZPR. Akademię otworzył Pan Dyrektor słowem wstępnym, a następnie odśpiewano hymn Zw. Radzieckiego i hymn Polski. Następnie kolega Orzęcki wygłosił referat, w którym zobrazował życie wielkiego wodza proletariatu, jego niestru­ dzoną działalność dla podniesienia dobrobytu klasy robotniczej całego świata, oraz zasługi jakie położył dla Polski. Uzupełniając referat, pan Dyrektor przeczytał uchwałę sejmową według której cztery największe zakłady przemysłowe Polski zostały nazwane imieniem Stalina. (...) Jeleń Ryszard

KA A LS
20.XII.1949

I I

C

Reszka K. KLASA III B 16.IV. - 23.IV.1950 Już w tygodniu podjęliśmy rezolucję jako czyn pierwszomajowy w skopaniu ogródka sąsiadują­ cego z oknami naszej klasy. Czyn ten został już zrealizowany i w miejscu dawnego ogródka, który stał smutny patrząc w okno naszej klasy, dziś stoi ustrojony czekając dumnie za powitanie święta 1-szo Majowego. Tak samo zostały podjęte inne rezolucje przez organizacje: S.P., P.L.K., Z.M.P. i inne. W ramach organizacji S.P. podjęliśmy rezolucję uprzątnięcia boiska szkolnego, które zostało już uprzątnięte. (...) Szkoła żyła także wszechobecnym Józefem Stali­ nem. Każda kolejna rocznica jego urodzin musiała być uroczyście obchodzona. KLASA II licealna 19.XII - 23.XII.1949 Z ważniejszych wydarzeń jakie zaszły w tym tygodniu, to dzień 21 grudnia, dzień 70-tej rocz­ nicy urodzin Józefa Stalina. Dlatego też, ku uczczenia tej rocznicy cała młodzież Liceum Han­

We wtorek 20. XII cała szkoła była obecna na filmie pt. „Delegat floty" produkcji radzieckiej, który wzbudził powszechne zainteresowanie. Na­ stępnie odbył się uroczysty poranek ku czci 70 rocznicy urodzin wielkiego przyjaciela Polski - Józefa Stalina. Na program poranku składały się przemówienia, referaty, wystąpienia chóru i ta­ niec. W ostatnim dniu szkolnym, tj. dnia 22 odbył się występ zespołu Z.M.P. z Sopotu o tym, jak Związek Radziecki walczył o wyzwolenie spod władzy cara, który się wszystkim bardzo podobał, wywołując głębokie zainteresowanie. Potem od­ było się rozdanie paczek świątecznych Pomocy Koleżeńskiej i Koła Rodzicielskiego pomiędzy uczniów naszej szkoły. Na tym zakończyły się uroczystości tego roku. Kluziakówna K. Trudno też w programach wychowawczych było pominąć tak istotnej wówczas sprawy, jak pol­ sko-radziecka przyjaźń oraz rocznica Wielkiej Re­ wolucji Październikowej. KLASA II A 15.XI.1949, wtorek Na lekcji historii była mowa o Wielkiej Rewolu­ cji Październikowej, rewolucji, która obaliła Rząd Tymczasowy, uwolniła ludność spod władzy cara­ tu i wytworzyła nową erę w dziejach ludzkości. Gieldon Elżbieta

KMR

101

17.X. - 22.X.1949 W ramach miesiąca pogłębienia Przyjaźni Polsko-Radzieckiej byliśmy na filmie produkcji ra­ dzieckiej pt. „800 lecie Moskwy". Film kolorowy przedkładał nam piękno stolicy ZSRR. Tomczak Henryk

31.X. - 5.XI.1949 Z ważnych wydarzeń w tym tygodniu należy zanotować zebranie SKOW, na którym ustalono program następnego zebrania, które odbędzie się w grudniu br. Mieliśmy możność w tym tygodniu oglądać film produkcji radzieckiej pt. „Moje uniwersytety". W dniu 5.XI. odbyła się akademia ku czci 32-giej rocznicy rewolucji październikowej (listopadowej), która odbyła się w następującym porządku: na samym początku nastąpiło zagajenie przez p. Dyre­ ktora, po którym kol. Szymański wygłosił referat. Następnie p. Dyrektor odczytał hasła z okazji 32 rocznicy rewolucji październikowej. Po ukończeniu części oficjalnej nastąpiła część nieoficjalna - artys­ tyczna, w której uczennica III klasy zadeklamowała wiersz; następnie chór naszej klasy odśpiewał dwie pieśni „Hej do Pracy" i „Marsz Lotników". Uczen­ nice I licealnej odtańczyły kozaka. (...) Tomczak Henryk
Zebrała Danuta Stelmach

24.X - 29.X.1949 W dniu 25 bm. w ramach przyjaźni Polsko-Radzieckiej byliśmy w kinie. Wyświetlano film pt. „Młodość Poety". Treścią filmu była młodość poety Puszkina jako ucznia gimnazjum. W tym tygodniu byliśmy na przedstawieniu w Domu Kultury Robotniczej. Pod koniec tygod­ nia na 3-ciej lekcji był odczyt na temat Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Tomczak Henryk

Ważniejsze wydarzenia z dziejów miasta Świecia
1198 11 listopada Grzymisław, władca księstwa świecko-lubiszcwskiego, nadal zakonowi rycerskiemu joannitów posiad­ łości ziemskie w okolicy Starogardu. Była to pierwsza historyczna wzmianka o Świe­ ciu (Zwece). Tegoż dnia został konsek­ rowany kościół p.w. Panny Marii. 1217 Wartysław I otrzymał we władanie dzielnicę świecką (po śmierci swego ojca Mściwoja I). 1229 Umarł Władysław I. Księstwo świeckie przejął po nim senior, najstarszy brat — Świętopełk II, książę dzielnicy gdańskiej. 1242 4 grudnia Świętopełk stracił na rzecz Krzyżaków arcyważny gród, Sartowice, pełniący rolę stacji celnej na Wiśle. Gród świecki przeniesiono w widły Wisły i Wdy. 1266 10-11 stycznia umarł Świętopełk II zwany Wielkim. Dzielnicę gdańską otrzy­ mał młodszy syn Wartysław II, a najstarszy (senior) Mściwoj U pozostał w dzielnicy świeckiej, więc stolicą księstwa pomorsko-gdańskiego stało się Świecie. 1271 W Wyszogrodzie umarł Wartysław II. Po jego śmierci panem całego Pomorza Gdańskiego został Mściwoj II. 1282 15 lutego w Kępnie Mściwoj II darował „za życia" Przemysłowi II, księciu Wielkopolski, Pomorze. Układ stanowił, że po śmierci Mściwoja, który nie miał potomka męskiego, całe księstwo Pomors­ kie przejdzie pod władanie Przemysława II. Był to istotny akt w dziele zjednoczenia państwa polskiego. 1294 25 grudnia umarł Mściwoj II (Mestwin). Władanie nad Pomorzem Gdańskim przejął Przemysł II. 1306 Wobec zagrożenia Świecia ze stro­ ny Krzyżaków, książę Polski Władysław Łokietek zasilił gród rycerstwem. 1309 Krzyżacy zdobyli Świecie. 1335 Rozpoczęła się budowa zamku w widiach Wisły i Wdy. 1338 25 lipca Świecie otrzymało prawa miejskie. 1375 Rozpoczęła się budowa miejskich murów obronnych. ok. 1400 Rozpoczęła się budowa miejs­ kiego kościoła, farnego p.w. św. Stani­ sława. 1409-10 Pod Świeciem swe siły zbrojne skoncentrowało rycerstwo zakonne. 1419 Miał miejsce pierwszy pożar od­ notowany w kronice miasta. Spalona zo­ stała wówczas dawna siedziba książęca. 1440 5 maja Świecie przystąpiło do Związku Pruskiego. Kolejny pożar strawił prawie wszystkie budynki i uszkodził mury miejskie. 1454 4 lutego rozpoczęła się wojna trzy­ nastoletnia z Zakonem. 19 lutego związ­ kowcy zdobyli zamek w Świeciu. 1455 10 lipca wojska krzyżackie nie­ spodziewanie napadli na uśpione miasto. Zginęło wielu mieszczan z burmistrzem na czele. Zamek pozostał w rękach polskich. 1466 4 lipca przybył do Świecia na wstę­ pne rokowania z Krzyżakami poseł króla Kazimierza Jagiellończyka, Jan Długosz. 1530 28 marca — wtórnie nadano Świe­ ciu prawa miejskie. 1508-43 Starosta świecki i wojewoda po­ morski Jerzy Konopacki I, zbudował kor­ pus kościoła farnego p.w. św. Stanisława. 1543-66 Jerzy Konopacki II, kolejny starosta świecki, przebudował zamek, a w 1565 roku zbudował młyn papierniczy w Przysiersku. 1631 Królowa Konstancja została sta­ rościną świecką. 1646-67 Urząd Starosty świeckiego peł­ niła żona kolejnych dwóch królów z rodu Wazów - Władysława TV i Jana Kazimierza - Maria Ludwika Gonzaga. Nadała przy­ wileje Bractwu Kurkowemu i piwowarom. 1655 14 października Szwedzi spalili i spustoszyli miasto, zniszczyli m.in. zamek i kościół farny.

102

KMR

1677 W wyniku licznych pożarów i dzia­ łań wojennych Świecie straciło na znacze­ niu i uznawano je za miasto nieistniejące. 1667-87 Stanisław Jabłonowski, Het­ man Wielki Koronny, towarzysz walk kró­ la Jana III Sobieskiego, został starostą świeckim. 1696 nów. Spalił się kościół OO. bernardy­

mnastyczne „Sokół", pierwsze stowarzy­ szenie sportowe w mieście. 1898 1899 Otwarto Aptekę „Pod Orłem". Uruchomiono zakłady mięsne.

8-9 października przy ul. Polnej odbyła się pierwsza publiczna egzekucja mieszkań­ ców. 1939-40 Miały miejsce masowe mordy w okolicznych miejscowościach: w Seroc­ ku, Świekatowie, Janiej Górze, Jastrzębiu, Luszkówku, a przede wszystkim w Mnisz­ ku - Grupie, gdzie zginęło ponad 10 tys. mieszkańców Świecia i okolic, w tym wszy­ scy pacjenci Szpitala Psychiatrycznego. 1945 10 lutego wojska radzieckie wy­ zwoliły miasto. W wyniku walk, zniszczeniu uległ kościół farny na Starym Mieście. 1948 Oddano do użytku Dom Kultury (tzw. „stodołę"). 1961 9 maja karczowaniem lasu roz­ poczęto budowę kombinatu celulozo­ wo-papierniczego. 1962 30 sierpnia powołano Oddział PTTK w Świeciu. 1966 21 marca powstało Towarzystwo Miłośników Ziemi Świeckiej. 1967 28 czerwca zszedł z taśmy pierwszy produkt ZCIP. Uruchomiono celulozownię bukową. We wrześniu oddano do użytku nowy gmach Zespołu Szkół Zawodowych. 1970 10 lutego, w 25 rocznicę wyzwole­ nia Świecia, dokonano otwarcia Szkoły Podstawowej nr 3 przy ul. Ogrodowej. Rozpoczęto renowację zamku. 1971 20 lipca otwarto stadion sportowy ZKS „Wda" przy ul. Sienkiewicza. 1973 W styczniu rozpoczęto budowę Osiedla Marianki, zaprojektowanego dla 10 tysięcy mieszkańców. Do Świecia doprowadzono gaz ziemny. 6 grudnia oddano do użytku dworzec PKS -PKP. 1975 W wyniku reorganizacji administ­ racyjnej kraju zlikwidowano powiat świec­ ki. 1976 15 lipca oddano do użytku Szpital Rejonowy przy ul. I Armii WP. 1977 22 lipca otwarto amfiteatr.

1900 Zbudowano szpital przy ul. Win­ centego. 1902 Ulice miasta zostały oświetlone prądem z elektrowni miejskiej. Pożar stra­ wił kościół poklasztorny. 1904-8 Podjęto budowę wodociągów miejskich. 1912 Miały miejsce rozruchy antyprusIrie społeczeństwa polskiego, których po­ wodem było sfałszowanie wyborów do parlamentu. 1913-15 Ukazało się pierwsze czasopis­ mo w języku polskim - „Gazeta Świecka". 1916 Oddano do użytku Szkołę Pod­ stawową nr 1 przy ul. Sienkiewicza. 1916-19 Nasiliła się działalność polskich organizacji patriotycznych i handlowych. Powstały m.in. organizacje wojskowe, filomackie i tajny skauting. 1920 25 stycznia, po prawie 148 latach zaboru, Świecie wróciło do Macierzy. Pol­ skich żołnierzy - hallerczyków owacyjnie powitali mieszkańcy Świecia. 1923 1 maja nastąpił rozruch pierwszego hydrozespołu elektrowni w Gródku. Otwarto Szkołę Specjalistów Morskich. 1924 Na skutek wielkiej powodzi woda zalała miasto dochodzące aż do budynku poczty. 1928 17 października powstał Klub Sportowo-Wędkarski. 1930 15 lutego uruchomiono elektro­ wnię w miejscowości Żur. 1931 Powstała dzielnica Chmielniki. Wybudowano Czyszczalnię Nasion Bura­ czanych. 1931-38 Z inicjatywy władz rządowych i właścicieli gruntów wybudowano wzdłuż Wisły i Wdy wały przeciwpowodziowe. Na obwałowanym terenie zaczęło rozwijać się sadownictwo. 1937 W sierpniu, na skutek pozbawienia pracy, robotnicy ogłosili „okupacyjny strajk głodowy" przy ul. Nadbrzeżnej, któ­ ry wobec zdecydowanej postawy klasy ro­ botniczej miasta, jej solidarności, zakoń­ czył się pełnym sukcesem. Robotnikom przywrócono prawo do pracy. Powstała Podoficerska Szkoła Lotnictwa dla Małoletnich. 1938 3 grudnia powstał Świecki Klub Szachowy. 1939 3 września wojska hitlerowskie wkroczyły do Świecia. Nastąpiły masowe aresztowania.

1721 Zakończyła się budowa barokowe­ go kościoła przyklasztornego, który po­ wstał w miejscu świątyni strawionej poża­ rem w roku 10%. 1772 Świecie znalazło się pod zaborem pruskim. 1794 6 października przybył do Świecia poseł Ziemi Pomorskiej, późniejszy współ­ twórca Legionów (1797) i autor hymnu polskiego, gen. Józef Wybicki i powołał pierwszy na terenie Prus Królewskich zalą­ żek władzy powstańczej - Komisję Porząd­ kową z byłym burmistrzem Melchiorem Gerłowskim na czele. Również w paździer­ niku gościł w Świeciu gen. Jan Henryk Dąbrowski, przywódca powstania kościu­ szkowskiego na terenie Wielkopolski i Ku­ jaw. 1807 28 stycznia do Świecia przyjechał po raz drugi gen. Jan H. Dąbrowski, twórca Legionów Polskich we Włoszech. 1827 W pobliskim Kozłowie gościł i kon­ certował Fryderyk Chopin. 1855 W poklasztornych budynkach pow­ stał szpital psychiatryczny. 1855-76 Seria powodzi zniszczyła mias­ to. W związku z tym podjęto decyzję o przeniesieniu miasta na lewy brzeg Wdy. 1863 Szkoła Podstawowa (obecnie nr 7) przy ul. Szkolnej przyjęła pierwszych uczniów. 1876 Pierwsi uczniowie rozpoczęli naukę w nowo otwartym gimnazjum. 1877 Zapoczątkowała swą działalność wytwórnia „Zdrój Marianki". 1855-81 W Bukowcu k. Świecia przeby­ wał i pracował Florian Ceynowa. Owoca­ mi tego pobytu były wydrukowane w świe­ ckiej oficynie wydawnictwa kaszubskie. 1882 na. Powstała Ochotnicza Straż Pożar­

1980 W nocy z 31 .X. na 1 .XI. wybuchł tragiczny w skutkach pożar szpitala w Gó­ rnej Grupie. 1983 Rozpoczęto odbudowę kościoła farnego na Starym Mieście. 1985 27 października odsłonięto w Koz­ łowie obelisk ku czci Fryderyka Chopina. 6 grudnia powstał Oddział Zrzeszenia Ka­ szubsko- Pomorskiego. 1986 1 września oddano do użytku Szko­ łę Podstawową nr 8 na Osiedlu Marianki.

1883 Cukrownia „Świecie" rozpoczęła pierwszą kampanię cukrowniczą. 1888 Miasto uzyskało połączenia kolejo­ we z Terespolem. 1890 Oddano do użytku gmach poczty.

1893 Drukarnia przy ul. Mickiewicza 27 odbiła pierwsze druki. 1896 W Przechowie rozpoczął produkcję młyn parowy. Powstało Towarzystwo Gi­

Oprac. Jan A.Kamiński

KMR

103

HUMOR • ANEGDOTY
U jubilera U jubilera zjawia się kawaler z propozycją zwrotu pierścionka zaręczynowego. — N i e pasuje on pana narzeczonej?—py­ ta jubiler. — On tak, ale ja nie !
* * *

Ciągle je moczy, a ja muszę prać i nie mam gdzie je suszyć w naszym małym mieszkan­ ku. Mąż zastanowił się i po chwili wpadł na znakomity pomysł. — Dawaj dziecku mleko w proszku — oznajmił. — Wówczas wystarczy pieluchy odkurzyć.
* * *

Rocznica Mąż w dwudziestolecie ślubu z życzeniami wręcza małżonce skromną wiązankę. — Jasiu, na dwudziestolecie dajesz mi tylko dwie róże? — dziwi się żona. — Ale policz te kolce, Magda, policz !

Paciorek Babcia pyta wnuczkę: — A odmawiasz wieczorem paciorek? — Nie. Moja mama mówi za mnie. —Jak t o ! — zmartwiła się babcia. — A co ona mówi? — Bogu dzięki, że jesteś już w łóżku.
* * *

Dziwny tata Dwunastoletnia Kasia skarży się matce: — Jednak dziwny jest nasz tata. — Dziwny? — zastanowiła się matka. — Dlaczego? — Bo do mnie mówi: duża panno, a do sąsiadki mała żabko.
* * *

Tęsknota za bielą Siedmioletnia Anka zapatrzyła się w wi­ trynę sklepową, wypełnioną eleganckimi ciuchami. — Gdybyś miała dużo pieniędzy — zaga­ duje ją ciocia — to co byś sobie kupiła? — Kupiłabym sobie białą sukienkę, biały płaszcz, białe pończochy i białe buty. — No ładnie — pochwaliła ciocia. — I co wtedy byś ... — Wtedy weszłabym w błoto!
* * *

Można dostać po buzi Młoda ciocia układa siostrzenicę do snu. — Daj cioci jeszcze całuska na dobranoc i do łóżeczka! — O nie, tego nie zrobię! — zaprotes­ towała dziewczynka. — No, dlaczego? — Żebym dostała po buzi, jak wczoraj tata?
* * *

Spać z kurami Mała Ania broni się przed pójściem do łóżka. — Dlaczego jesteś niegrzeczna — karci ją babcia. — Gdy ja byłam taka mała, to szłam spać razem z kurami. — Tak??? — ożywia się Ania. — To jak, babciu, wlazłaś na grządki. Na podstawie dowcipów zebranych przez BERNARDA JANOWICZA

Kłopot z pieluchami — Ładne to nasze dziecko — mówi żona. — Największy kłopot mam z pieluchami.

104

KMR

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->