P. 1
Weiser Dawidek

Weiser Dawidek

|Views: 304|Likes:
Wydawca: Joanna Solik

More info:

Published by: Joanna Solik on Jan 01, 2012
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

11/24/2015

pdf

text

original

Aby rozpocząć lekturę, kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poniżej.

Weiser Dawidek

PAWE£ HUELLE

Weiser Dawidek

s ³owo / obraz terytoria

Juliuszowi .

.

jak do tego dosz³o. 7 . co wówczas odczuwa³em. Dyrektor w rozluŸnionym krawacie bêbni³ palcami po czarnej powierzchni biurka. po kolei i bez ¿adnych zmyœleñ”. jakby to oni byli dzieæmi. i by³o nam ¿al minionego lata. jak promienie wrzeœniowego s³oñca. Mê¿czyzna w mundurze ociera³ pot z czo³a. patrzy³ na nas têpym wzrokiem umêczonego zwierzêcia i grozi³ palcem. „przysiêga”. mamrocz¹c pod nosem niezrozumia³e zaklêcia. a do tego wci¹¿ powtarzaj¹ce siê pytania. oœwietlaj¹ zakurzony dywan bordowego koloru. przebijaj¹c siê przez zasuniête firanki. podstêpne uœmiechy. bo kazano nam staæ ca³y czas. niestrudzenie. jak to siê mog³o staæ. ¿e tak po prostu i zwyczajnie z normalnych uczniów i dzieci staliœmy siê oto po raz pierwszy oskar¿onymi. maj¹c uszy pe³ne z³owrogich s³ów: „protokó³”. jakim cudem na³o¿ono na nas tê doros³oœæ – tego nie wiem do dzisiaj. Jedyne. zupe³nie tak. ¿e staliœmy w trójkê w gabinecie dyrektora szko³y. groŸby pomieszane ze s³odkimi proœbami „aby wszystko wyt³umaczyæ raz jeszcze.W³aœciwie jak to siê sta³o. „przes³uchanie”. a nauczyciel przyrody M-ski wpada³ co chwila. sto razy od nowa. to ból lewej nogi. nic jednak o tym nie wiedzieliœmy. By³y mo¿e jakieœ wczeœniejsze przygotowania. A oni pytali wci¹¿. dopytuj¹c siê o przebieg œledztwa. Patrzyliœmy. nie mog¹c poj¹æ najprostszych w œwiecie rzeczy.

ale ¿aden z nas przecie¿ nie k³ama³. Gdyby na przyk³ad zapytali nas. a mo¿e i jest jeszcze teraz. gdy zaœ mê¿czyzna w mundurze dodawa³ sk³ad zardzewia³ej amunicji. a dyrektor przytakiwa³ mu. a na8 . czy byliœmy œwiadkami wybuchów Weisera. za to s¹ okreœlone kodeksem kary! – krzycza³ ten w mundurze. wiêc jak to jest. jakby by³ pewny swego. ¿e nie mo¿ecie ustaliæ wspólnej wersji? A mundurowy wpada³ mu w s³owo: – To jest za powa¿na sprawa na ¿arty. – I nigdy dwa razy to samo. nikt jednak nie potrafi³by powiedzieæ. ¿e chodzi³o o niewypa³y. o któr¹ oni rozbijali siê niczym mydlana bañka. Tylko M-ski zachowywa³ umiarkowany spokój. ³api¹c siê co rusz za krawat: – Co ja z wami mam. a dzisiaj trzeba ca³¹ nag¹ prawdê na stó³! Nie wiedzieliœmy wprawdzie. – Ka¿dy z was mówi zupe³nie co innego – krzycza³ dyrektor. od czasu do czasu zapraszaj¹c tylko Elkê. od czego pytaj¹cy dostawa³ wypieków i zapala³ nowego papierosa. ¿e tak. który z daleka mo¿na by³o wzi¹æ za kokardê jakobiñsk¹. poprzedzaj¹cym zwykle now¹ seriê pytañ. przytakiwaliœmy. tylko nie wiadomo gdzie. ¿e na pytania.– To jest wprowadzanie w b³¹d. szepta³ na ucho temu w mundurze jakieœ informacje. po czym obaj spogl¹dali na nasz¹ trójkê z jeszcze wiêkszym zainteresowaniem. ka¿dy przytakn¹³by skwapliwie. nikt z nas nie przeczy³. By³a w tym jakaœ nieuœwiadomiona metoda obrony. a na dodatek jeden z nas doda³by zaraz. ¿e w³aœciwie Weiser robi³ to wy³¹cznie sam. i jeœli M-ski pyta³ o niewypa³y. co chcieli us³yszeæ. nie ma prawdziwych odpowiedzi. jak wygl¹da naga prawda. ¿arty siê skoñczy³y wczoraj. ¿e gdzieœ taki sk³ad na pewno by³. ch³opcy. Czuliœmy doskonale. co ja z wami mam – i poluŸnia³ jeszcze bardziej wielki trójk¹tny wêze³. o jakich porach dnia. które nam zadaj¹. mówiliœmy jedynie to.

¿e orze³ porusza jednym ze skrzyde³. czeka³em. pozostanie dla nich ca³kiem niewyt³umaczalne i niezrozumia³e. – Ty mi tu pytañ nie zadawaj. ja zaœ pozostawa³em sam ze spojrzeniem dyrektora i oprawionym w ciemne ramki bia³ym or³em ponad jego g³ow¹. co zdarzy³o siê tamtego sierpniowego popo³udnia. Zamiast oczekiwanego lotu coraz gêœciej pada³y pytania. – Cz³owiek nie mo¿e zgin¹æ zupe³nie bez œladu – krzycza³ ten w mundurze. ¿e jednak s¹. Podobnie jak dla nas równania z dwoma niewiadomymi. przestêpuj¹c z nogi na nogê. a¿ us³yszymy brzêk t³uczonego szk³a i ptak pofrunie. Szymek i Piotr stali po bokach. ca³kiem niewinni i przera¿eni tym. Oni mogli ratowaæ siê spojrzeniami w lewo lub prawo. masz odpowiadaæ! – Mê¿czyŸnie w mundurze rozb³ys³y groŸnie oczy. Chwilami wydawa³o mi siê. jak skoñczy siê to wszystko. którego ostatnie odg³osy dobiega³y do naszych uszu przez uchylone okno gabinetu. i  wiêcej ich nie widzia³eœ. bo przecie¿ wszystko musi mieæ swój koniec. w kierunku Bukowej Górki. z moj¹ bol¹c¹ i spuchniêt¹ od d³ugiego znieruchomienia nog¹.wet gdyby okaza³o siê po jakimœ czasie. jak nazywa³a siê Elka) wyszli tego dnia razem z domu. chc¹c wylecieæ na podwórze. gdy tymczasem widziano was we ¿e trójkê na nasypie kolejowym jeszcze po po³udniu. – To jest niemo¿liwe. pogró¿ki i proœby. lecz nic takiego siê nie sta³o. tak jak lato. a ja w samym œrodku. to i tak to. a my staliœmy dalej. – A kto widzia³? – zapyta³ nieœmia³o Szymek. a ty. – To siê jeszcze dla was wszystkich Ÿle skoñczy! Szymek prze³kn¹³ œlinê i jego odstaj¹ce uszy zaczerwieni³y siê gwa³townie: 9 . Korolewski – zwróci³ siê do Szymka – utrzymujesz. ¿e Weiser i wasza kole¿anka (mundurowy nie móg³ zapamiêtaæ.

panie dyrektorze. po jakim czasie M-ski zaproponowa³ nowy sposób prowadzenia œledztwa. ale powstrzyma³ siê tym razem od krzyku. – Tak. kiedy widzieliœmy j¹ ostatni raz. bo trop. jak nas widzieli. który podejmowali. to rzeczywiœcie by³o dwa dni wczeœniej. ¿e nigdy nie dotkn¹ prawdy.– Bo to by³o dwa dni wczeœniej. sk¹d Weiser bra³ materia³ wybuchowy do swoich eksplozji. „¿e dokona czegoœ wielkiego. zanim jednak to nast¹pi³o. kiedy s³yszy. Dyrektor nerwowo przerzuci³ arkusze papieru. pomyœla³em. I na pewno Weiser cmoka z uznaniem. a mo¿e – zwróci³ siê teraz do nas – to nie s¹ wasze s³owa. by zadaæ nastêpne pytanie z ca³kiem innej beczki. gdzie by³y spisane nasze zeznania. przecie¿ twoi koledzy powiedzieli wyraŸnie. co? Piotr pokiwa³ g³ow¹ na znak zgody. od samego pocz¹tku by³ fa³szywy. Wszystko to kr¹¿y³o nieuchronnie wokó³ tych dwojga. ¿e jeszcze coœ poka¿e”. Byæ mo¿e chcia³ wiedzieæ. Nie wiem. podstêpne i nag³e. ale wiedzieliœmy dobrze. ale myœmy nie powiedzieli wcale. stoj¹cych w gabinecie dyrektora i zeznaj¹cych pod dyktando groŸnego cz³owieka w mundurze. Mundurowy zerkn¹³ w zeznania i jego twarz wykrzywi³ grymas. albo czy Weiser nie odgra¿a³ siê przed znikniêciem. ¿e Weiser i Elka musz¹ nas jakimœ sobie tylko znanym sposobem s³yszeæ teraz. jak ci trzej 10 . Dyrektor poluŸni³ swój krawat. – Nieprawda! Znowu bezczelnie k³amiesz. a mo¿e zapyta³ o coœ zupe³nie b³ahego. na przyk³ad jak¹ sukienkê mia³a na sobie Elka. ¿e to by³o tego ostatniego dnia. owiniêty pod ko³nierzykiem. ¿e szliœcie we trójkê starym nasypem kolejowym w kierunku Brêtowa. w¹ski i kolorowy. który teraz nie przypomina³ ju¿ w³aœciwie normalnego krawata tylko szalik.

Odt¹d siedzieliœmy w zupe³nym milczeniu.mêcz¹ siê z nami. które doroœli nazywali krachlami. co przyjêliœmy za widomy znak opatrznoœci. a Elka œmieje siê g³oœno. wiewiórcze zêby. ¿e najgorsze jest ju¿ za nami. ¿e ka¿dy bêdzie mówi³ tak. ponadto chwila wytchnienia od spojrzeñ M-skiego i krzyków tego w mundurze by³a czymœ wspania³ym i nieoczekiwanym. Na pierwszy ogieñ poszed³ Szymek. Piotr i Szymek pomyœleli pewnie to samo. chodzi³ do tej samej szko³y co my. nikn¹c w czeluœci gabinetu pokornie i cicho. abyœmy przemyœleli beznadziejnoœæ naszej sytuacji i doszli do odpowiednich wniosków. Kiedy graliœmy w pi³kê na trawie obok pruskich koszar. po którym spodziewali siê wiêkszego sukcesu. jak czuje. W³aœciwie jak to siê sta³o. wype³nionym tykaniem zegara œciennego i przerywanym gongiem wybijaj¹cym pe³ne godziny. Trzej w gabinecie dali nam trochê czasu. biega³ po tym samym podwórku i kupowa³ w tym samym sklepie Cyrsona oblepione butelki z oran¿ad¹. Za chwilê przys³ano woŸnego. i to w³aœnie dawa³o nam najwiêksze szanse na przetrwanie opresji. a kiedy spotykaliœmy go na 11 . ale my nie musieliœmy siê nawet naradzaæ w celu ustalenia dalszych zeznañ. ¿e poznaliœmy Weisera? Widzieliœmy go wczeœniej nieraz. ukazuj¹c bia³e. Wiadomo by³o. stoj¹c z boku i najwyraŸniej nie maj¹c ochoty byæ jednym z nas. Nigdy jednak nie uczestniczy³ w naszych zabawach. Mieli nas teraz przes³uchiwaæ osobno – to by³ ten jego nowy pomys³. nie na d³ugo jednak. W sekretariacie pozwolono nam wreszcie usi¹œæ i to by³o najwa¿niejsze. kiedy M-ski poleci³ nam wyjœæ do sekretariatu i czekaæ tam na pojedyncze wezwania. czymœ. zadowala³ siê milcz¹cym kibicowaniem. zostaliœmy wiêc z Piotrem sami. ¿eby nas pilnowa³. bo ¿aden nie pisn¹³.

Wiêc jak to siê sta³o. a na drzwiach do ich mieszkania widnia³a ¿ó³ta tablica z napisem „A. Krawiec”. Spotkania te by³y krótkie i beztreœciwe. Weiser. jakby siê czegoœ zawsze ba³. co przyniesie mu z³¹ nowinê. co odpowiada³o jego fizjonomii. Synu Mary-i. poruszaj¹ca siê w lewo i w prawo. zanim przysz³o lato ostatniego roku. dra¿ni¹ca nozdrza. Dlatego chyba wygl¹da³ tak. zapowiadane majowymi chrab¹szczami i ciep³ym wiatrem z po³udnia. Mieszka³ ze swoim dziadkiem pod jedenastk¹. to w tym wypadku musia³ to byæ dzieñ Bo¿ego Cia³a. ale w³aœnie kadzielnica. dla której jedynym godnym uwagi kontrastem by³y nienaturalnie du¿e. nie œwiête wizerunki Matki Boskiej i Boga. kadzielnica ze z³otej blachy na grubym ³añcuchu tego samego koloru i woñ kadzid³a. I to by³o w³aœciwie wszystko. Bo najwa¿niejsza by³a kadzielnica. By³ niewielkiego wzrostu. ¿e poznaliœmy Weisera? Je¿eli cokolwiek ma swój pocz¹tek. szeroko otwarte i bardzo ciemne oczy. ¿e nie umie p³ywaæ.pla¿y w Jelitkowie. nie Hostia. w dó³ i do góry. nie sztandary i wstêgi trzymane w d³oniach obleczonych w bia³e rêkawiczki. œpiewaj¹c jak wszyscy: „Witaj Jezu. który przypada³ wyj¹tkowo póŸno. dymi¹ca szarymi ob³okami. jakby czeka³ na kogoœ lub coœ. W nieruchomym powietrzu ob³oki te utrzymywa³y siê. jakby siê tego wstydzi³. W kurzu i spiekocie czerwcowego przedpo³udnia szliœmy w procesji oddzieleni od proboszcza Dudaka grup¹ ministrantów i œwie¿o komunikowanych trzeciaków. bardzo chudy i lekko przygarbiony. i prêdko znika³ w t³umie pla¿owiczów. nie drewniane figury niesione przez cz³onków Ko³a Ró¿añcowego w specjalnych lektykach. mia³ przy tym chorobliwie bia³¹ cerê. ale te¿ dziwnie md³a i ³agodna. d³ugo nie zmieniaj¹c 12 . co mogliœmy o nim powiedzieæ. Tyœ jest Bóg prawdziwy w Œwiêtej Hosty-i” i patrz¹c na ruchy kadzielnicy z nieukrywanym nabo¿eñstwem. mówi³. Co Zosta³ Cz³owiekiem.

by schwytaæ je. który tylko z daleka patrzy³ na nasze pe³ne wrzasków zabawy. Nie trwa³o to zreszt¹ d³ugo. a t³um ruszy³ dalej do samego koœcio³a. obrazy. wznoszonym rokrocznie obok naszego domu. gdy opad³ kadzidlany dym. rzecz jasna. sztandary. o czym. nastêpuj¹c poprzednikom na piêty. 13 . Gdy rozwia³a siê ostatnia smuga kadzidlanego zapachu i umilk³y s³owa pieœni intonowanej piskliwym g³osem proboszcza Dudaka. ¿e Weiser musia³ byæ taki zawsze. na który czekaliœmy z dr¿eniem i napiêciem. wyszed³ jedynie z ukrycia. nie mogliœmy nic wiedzieæ. dla którego ludzie przemierzali ulice naszej dzielnicy z zawodz¹cym œpiewem na ustach. któr¹ sam sobie wybra³. Weiser znów sta³ siê nieœmia³ym Weiserem. który odbiera defiladê. I wtedy w³aœnie zobaczyliœmy Weisera po raz pierwszy w roli dla niego charakterystycznej. Tak. zanim rozp³yn¹ siê w nicoœæ. ukazuj¹c nam po raz pierwszy swoje prawdziwe oblicze. Weiser sta³ na wzgórku i patrzy³. proboszcz Dudak zamacha³ potê¿nie kadzielnic¹. czuliœmy teraz w jego wzroku dystans. To by³a duma genera³a. bractwa i wstêgi by³y przygotowane specjalnie dla niego. A kiedy szary dym opad³. jakby nie by³o innego powodu. roli. Weiser znikn¹³ z pagórka i nie towarzyszy³ nam ju¿. zobaczyliœmy Weisera stoj¹cego na ma³ym wzgórku po lewej stronie o³tarza i przypatruj¹cego siê wszystkiemu z nieukrywan¹ dum¹. a nastêpnie narzuci³ nam wszystkim. Tu¿ przed o³tarzem. a my przyspieszaliœmy kroku. Jaki bowiem genera³ pod¹¿a za oddzia³ami po skoñczonym przegl¹dzie? Do koñca roku szkolnego pozosta³y dni liczone na palcach. a wtedy. Dzisiaj wiem ponad wszelk¹ w¹tpliwoœæ.kszta³tu. jakby wszystkie œpiewy. czerwiec rozszala³ siê w upale i co dzieñ rano budzi³y nas przez otwarte okna g³osy ptaków obwieszczaj¹ce niepodzielne panowanie lata. wypuszczaj¹c wspania³y ob³ok. Ale coœ ju¿ siê zmieni³o.

oprócz zimnego spojrzenia Weisera. ¿e w dzieñ rozdania œwiadectw z religii ujrzeliœmy go znów tak samo jak w Bo¿e Cia³o. wrzeszcz¹c i poszturchuj¹c siê ³okciami. A jednak powstrzyma³ nadp³ywaj¹c¹ falê spoconych cia³ i krzycz¹cych garde³. nie mog³o powstrzymaæ tego ¿ywio³u. a z przodu podchwycono to has³o 14 . jakby tu czeka³ na nas specjalnie. Tak. bo szko³ê porzuciliœmy ju¿ poprzedniego dnia i teraz nie by³o przed nami nic oprócz dwóch miesiêcy cudownej swobody. jak ca³a zreszt¹ nasza dzielnica. rozpocz¹³ siê szaleñczy wyœcig do lasu po pierwsze chwile prawdziwych wakacji. kiedy piszê te s³owa i kiedy Szymek mieszka w zupe³nie innym mieœcie. kto wie. w której ¿ywio³ cofa siê. badaj¹ce ka¿dy postêpek. by uderzyæ ze zdwojon¹ si³¹. Piotr zgin¹³ w siedemdziesi¹tym roku na ulicy. Mo¿e podœwiadomie nie mogliœmy znieœæ tego spojrzenia. albo raczej w podobnej sytuacji. zatrzyma³ na sobie i odepchn¹³ na moment. rozda³ najgorliwszym obrazki i kiedy otrzymaliœmy œwiadectwa wydrukowane piêknie na kredowym papierze. doœæ. ani póŸniej w gabinecie dyrektora i przylegaj¹cym doñ sekretariacie. a Elka wyjecha³a do Niemiec i nie pisze stamt¹d ¿adnych listów. na krótk¹ chwilê. tylko tyle. któr¹ opowiadam bez upiêkszeñ. A zatem sta³ i patrzy³. Plebania Ojców Zmartwychwstañców po³o¿ona by³a. nic. zdawa³o siê. oczekuj¹c kolejnych przes³uchañ. Mo¿e od kilku minut. Bo Weiser móg³ na nas czekaæ od samego pocz¹tku i to chyba w³aœnie jest najistotniejsze w historii. niczym spojrzenie ukrytego oka.przenikliwy i piek¹cy. Nic. Biegliœmy ca³¹ chmar¹. a w³aœnie on sta³ oparty o pieñ modrzewia. pod lasem i kiedy ju¿ proboszcz Dudak zakoñczy³ swoje modlitwy i ¿yczenia. a mo¿e zawsze. Tego nie wiedzieliœmy ani wtedy. wydawa³oby siê – tylko tyle. „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê” – zabrzmia³o gdzieœ na ty³ach. a tak¿e teraz.

a on. a my wyszliœmy z tego poni¿eni. niezmiennie takim samym Weiserem i móg³ na nas patrzeæ jak w Bo¿e Cia³o. Szymek rzuci³ pierwszy kamieñ. Weiser jest ¯ydek!”. bez namiêtnoœci i z dystansem. i¿ to my ró¿nimy siê od niego. – Ty. ktoœ poda³ mu nawet zmiêt¹ koszulê. Bu³y polega³y na ugniataniu pleców rozci¹gniêtego na trawie delikwenta piêœciami i kolanami. która ros³a w nienawiœæ. Odst¹piliœmy od Weisera. On milcza³. tote¿ gdy tylko oddali³ siê. spokojnie. przywar³a do jednego z egzekutorów paznokciami. znacz¹c na jego twarzy d³ugie nitki czerwieniej¹cych gwa³townie bruzd. kiedy nagle w kr¹g oprawców wskoczy³a Elka z roziskrzonymi oczami i rozdzielaj¹c na prawo i lewo kopniaki. wiêc z ty³u zaczêto szemraæ. zostawcie go w spokoju! A gdy to nie poskutkowa³o. Dawidek. I dopiero teraz. a w³aœciwie dlaczego nie chodzisz z nami na religiê? – i pytanie zawis³o pomiêdzy nami w powietrzu. nie odzywaj¹c siê s³owem. które sugerowa³o w sposób oczywisty. poczuliœmy do niego zwyczajn¹ niechêæ. krzycz¹c g³oœno: „Dawid. ju¿ jego koszula frunê³a w powietrze podawana z r¹k do r¹k. gdy zosta³o to powiedziane. jakby siê nic nie sta³o. ¿e to nie on. uœmiechaj¹c siê tylko – jak s¹dziliœmy wówczas – g³upawo i bezczelnie. ch³odno. Weiser. domagaj¹c siê natychmiastowej odpowiedzi. i ju¿ widzieliœmy jego bia³e. wk³ada³ j¹. za to. a nie on od nas. ¿e nigdy nie by³ z nami. jak te¿ za spojrzenie lekko wy³upiastych oczu. obna¿one plecy. Trudno wytrzymaæ coœ takiego. krzycza³a: – Zostawcie go w spokoju. schodz¹c wzd³u¿ zaroœniêtego p³otu koœcio³a. Da15 . nigdy nie nale¿a³ do nas.w nieco zmienionej formie – „Dawid. ¿eby spuœciæ mu bu³y. Szymek wysun¹³ siê na czo³o i stan¹³ naprzeciw niego twarz¹ w twarz. Dopiero po chwili zrozumieliœmy. on zosta³ sob¹.

niczego nie bêd¹c pewnym. ¿e Elka. któreœmy po raz pierwszy poczuli na sobie w Bo¿e Cia³o. zwi¹zanych z tamtymi wydarzeniami i osob¹ Weisera. zmiêta kraciasta koszula i jak ju¿ wspomnia³em – nieznoœne spojrzenie. niemieckiej równowagi. jakich wspó³czesny psycholog mia³by pe³ne usta. podobnie jak w Bo¿e Cia³o na wzgórku obok o³tarza? Jeœli nie. Pocz¹tkowo myœla³em. kiedy rozwia³ siê kadzidlany ob³ok. I je¿eli jest jakaœ odpowiedŸ. które wysy³am rokrocznie do Mannheim w nadziei rozjaœnienia kilku innych jeszcze spraw. Jej uparte milczenie to coœ wiêcej ni¿ niechêæ do kraju dzieciñstwa. co ³¹czy³o ich w przedziwny sposób i czego ¿adn¹ miar¹ nie da siê okreœliæ mianem dzieciêcej fascynacji p³ci¹ czy podobnymi terminami. a przynajmniej nie by³bym tego taki pewien. Czy by³ to zwyk³y przypadek? Czy Weiser znalaz³ siê przed budynkiem plebanii z w³asnej woli. odk¹d sta³a siê Niemk¹. Ale teraz ju¿ tak nie s¹dzê. które mog³yby j¹ wytr¹caæ z jej nowej. krzycz¹c to samo i rzucaj¹c nastêpne kamienie. unosz¹c w ten sposób swoj¹ dumê. nie pragnie ¿adnych st¹d wiadomoœci. to jaka si³a kaza³a mu to uczyniæ. dlaczego postanowi³ ukazaæ siê nam w³aœnie tak? Te pytania d³ugo nie dawa³y mi zasn¹æ. a nam pozostawiaj¹c bezsilny wstyd. a inni naœladowali go. pozostaj¹ bez odpowiedzi. To by³a nasza pierwsza bli¿sza znajomoœæ z Weiserem. kiedy sta³em siê kimœ zupe³nie innym. Weiser jest ¯ydek”. czego nigdy nie mogliœmy poj¹æ. ¿adnych wspomnieñ. d³ugo jeszcze po zakoñczeniu œledztwa i wiele lat póŸniej. Elka pobieg³a za nim. wypuszczony ze z³otej puszki przez proboszcza Dudaka. coœ. Pomiêdzy ni¹ a Weiserem by³o coœ. 16 . wiêc przestaliœmy ciskaæ kamienie. jego œmiertelnie bia³e plecy. Listy. Ale on nie odwróci³ siê ani nie przyspieszy³ kroku. ¿e w³aœnie z jej braku zape³niam linijki papieru.widek. to tylko ta.

kiedy nagle zatrzyma³ siê nad wod¹ i krzykn¹³. To by³y naczynia po³¹czone i chocia¿ dzisiaj jest zupe³nie inaczej. sk¹d najodwa¿niejsi popisywali siê straceñczymi skokami. Wystarczy³o wsadziæ 17 . pamiêæ o tym wydaje siê niezniszczalna. wybiegliœmy. tak samo jak miasto nie mog³o istnieæ bez pla¿y i zatoki. w kierunku pla¿y. a wraz z nimi nurkowanie po garœæ piachu. Jego bose stopy ju¿ skrzypia³y na piachu. machaj¹c rêcznikami. s³oñce operowa³o jeszcze silnie. i wskoczeniu do wody w bryzgach bia³ej piany. bez zatrzymywania siê. nie zwa¿aj¹c na rozwieszone pomiêdzy domami rybaków sieci ani na poustawiane w piramidki kosze. co zobaczyliœmy. jakby mu wbito w nogê coœ ostrego: – Kolki! ChodŸcie! Ile tego! To. kiedy koszula Weisera frunê³a w powietrzu z r¹k do r¹k. pozostawiaj¹c w tyle piaskowe fontanny. a wewn¹trz pojazdu unosi³ siê charakterystyczny zapach znêkanego upa³em lakieru. Bo tak naprawdê Jelitkowo nie mog³o istnieæ bez nas.A tamtego dnia. pragn¹cy zademonstrowaæ swój numer pla¿owy. Na przedzie rozhukanej czeredy bieg³ wiêc Piotr. Skoro tylko tramwaj wtoczy³ siê z potwornym zgrzytem na pêtlê obok drewnianego krzy¿a. Dopiero tutaj rozpoczyna³y siê prawdziwe wakacje. pojechaliœmy rozklekotanym tramwajem linii numer cztery na pla¿ê do Jelitkowa. przekracza³o zdolnoœæ rozumienia zbrodniczych mo¿liwoœci natury. polegaj¹cy na œci¹gniêciu koszuli i spodenek jeszcze w biegu. Mimo wczesnego popo³udnia na obu platformach wozu panowa³ spory t³ok. tworz¹c kilkumetrowej szerokoœci pas martwych tu³owi. wyœcigi do czerwonej boi i gonitwy a¿ do sopockiego mola. Ani nam w g³owie by³o pamiêtaæ o Weiserze i przedpo³udniowej scenie pod lasem. Tysi¹ce kolek p³ywaj¹cych do góry brzuchami porusza³o siê w leniwym rytmie fali. cuchn¹ce tranem i smo³¹.

pêczniej¹c jak nadymane rybie pêcherze. tymczasem historia ta. ale kiedy myœla³em o tym. ¿e to nie by³ przypadek. musi mieæ swój ustalony porz¹dek. wtedy ju¿ przypuszcza³em. Przez nastêpne dni zupa gêstnia³a. by przyczepione do skóry ³uski migota³y niczym pancerz. Pla¿e pustosza³y gwa³townie. co w³aœciwie by³o formalnym potwierdzeniem istniej¹cego stanu rzeczy. nigdy nie przysz³oby nam do g³owy œledziæ Weisera. Gdyby nie zupa rybna. A nawet jeœli by³.rêkê do wody. nigdy nie ruszylibyœmy za nim w trop przez Bukow¹ Górkê i star¹ strzelnicê. co te¿ opowiem M-skiemu tym razem. W po¿arze czerwca zew³oki gni³y. staj¹c siê cuchn¹c¹ i lepk¹ mazi¹. Jelitkowo nie chcia³o naszej obecnoœci. a smród rozk³adu czuæ by³o nawet w okolicach tramwajowej pêtli. a on nigdy nie dopuœci³by nas do swojego ¿ycia. Wreszcie w³adze miasta postanowi³y zamkn¹æ wszystkie pla¿e od Stogów a¿ do Gdyni. Zamiast k¹pieli mieliœmy rybn¹ zupê. Nic gorszego nie mog³o nas spotkaæ. ³udz¹ce doskona³¹ czystoœci¹. w któr¹ mo¿na by³o napluæ z obrzydzenia. Drzwi gabinetu uchyli³y siê i zobaczy³em Szymka wypchniêtego rêk¹ M-skiego. Wszystko na nic – bezwietrzna pogoda. to nie taki znów zwyk³y. a nasza rozpacz nie mia³a granic. Morze okaza³o siê nieprzystêpne mimo panuj¹cej spiekoty. pojawi³y siê roje much niespotykanej dot¹d wielkoœci. czekaj¹c w sekretariacie naszej szko³y na swoj¹ kolejkê przes³uchania. ¿ywi¹cych siê padlin¹ lub sk³adaj¹cych tam swoje jaja. Ale uprzedzam fakty. Zanim zabrzmia³o nazwisko Piotra i zanim 18 . Nad przybrze¿n¹ zawiesin¹. ale to nie by³o przyjemne uczucie. jak ka¿da prawdziwa opowieœæ. martwych kolek zdawa³o siê przybywaæ. upa³ i b³êkitne niebo. Ale to by³ – jak siê okaza³o – dopiero pocz¹tek. która z godziny na godzinê zmienia³a kolor od jasnej zieleni do ciemnego br¹zu. i kiedy zastanawia³em siê.

bo w drzwiach ukaza³ siê M-ski i przepuszczaj¹c Piotra do wewn¹trz. Tak. zachêca³ nas do œpiewu swoim piskliwym g³osem: „Na-przód m³o-dzie-¿y œwia-ta. czekaj¹c na kolejne przes³uchanie. albo najdalej za dwa dni. zobaczy³em wielkie. M-ski szed³ zawsze na czele. czerwone ucho Szymka. przypomnia³em sobie bardzo wa¿ne zdarzenie. w bia³ych koszulach i ciemnych spodenkach na pierwszomajowej manifestacji. maszerowa³a równo. czy to powa¿na 19 . nabrzmia³e i nienaturalnie wyci¹gniête. m³odoœci i powszechnego entuzjazmu. ¿e arsena³ œrodków M-skiego by³ nieograniczony. co to siê sta³o. spuœci³ g³owê i nie podnosi³ wzroku znad swoich kolan. którzy nie przyszli na œwiêto radoœci. Szymek usiad³ na sk³adanym krzeœle. czy mnie te¿ bêd¹ ci¹gn¹æ za ucho. A my maszerowaliœmy równo. jak wszystkie inne szko³y. Co roku nasza szko³a. równiuteñko. i œpiewaliœmy jak wszyscy dooko³a i wiedzieliœmy. to czy wtedy. udzia³ M-skiego w ca³ej historii do dzisiaj nie zosta³ nale¿ycie przemyœlany. Przez chwilê zastanawia³em siê. póŸniejsze wypadki natomiast odsunê³y mnie od rozmyœlañ na jego temat. ¿ebyœmy nie zamienili ani s³owa. dŸwiga³ transparent i uœmiechaj¹c siê do panów na trybunie. Poczu³em skurcz w ¿o³¹dku i okolicach serca. bêd¹ mieli wizytê M-skiego w domu i M-ski bêdzie pyta³ rodziców. nakaza³ woŸnemu. nasz bra-ter-ski roz-brzmie-wa dziœ œpi-ee-e-w!”. mog³em w pe³ni zdaæ sobie sprawê. ¿eby go podprowadziæ bli¿ej. Kiedy zaœ drzwi gabinetu obite pikowan¹ derm¹ zamknê³y siê bezszelestnie za Piotrem. uœmiechaliœmy siê tak jak wszyscy dooko³a. ¿e ci.woŸny podniós³ siê ze swojego krzes³a. kim M-ski by³ tak naprawdê albo kim naprawdê nie by³? Za bardzo siê go wówczas obawia³em. ale o nic nie mog³em pytaæ. pamiêtaj¹c. ci w³aœnie uczniowie nazajutrz. lecz prêdko da³em temu spokój. ale jeœli nie uczyni³em tego do tej pory.

M-ski by³ prawdziwym dziwakiem. z którym siê nigdy nie rozstawa³. Latem. Rok temu z naszej szko³y jeden jedyny uczeñ nie poszed³ na pochód pierwszomajowy. czego my nie wiedzieliœmy i czego ju¿ nie dowiem siê nigdy? Jeœli istnia³o coœ takiego. na pewno nie zapomnia³. które ci¹gnê³y siê wzd³u¿ po³udniowych granic miasta a¿ do Gdyni i w których 20 . ¿e to bardzo wa¿ne. podobnie jak my. i wk³ada³ zielska do tekturowej teczki. jako nauczyciel przyrody i systematyk. M-ski przygotowywa³ dzie³o o florze i faunie lasów. Tylko w jaki sposób mo¿na by³o po³¹czyæ M-skiego z Weiserem? Do dziœ twierdzê. zrywa³ jakieœ zielsko i szepta³ do siebie: „ Menyanthes trifoliata” albo „Viola tricolor”. A kiedy nie polowa³ na fruwaj¹ce stworzenia. ale teraz. Co zatem spowodowa³o. ¿eby za rok o tej samej porze uczeñ by³ zdrów jak ryba. jakich dziœ spotyka siê tylko w ksi¹¿kach i to nie byle jakich. ¿e absolutnie w ¿aden. By³ to w³aœnie Weiser.choroba i w czym mo¿e pomóc. A jeœli M-ski wiedzia³ o Weiserze coœ. gdy nadchodzi³a moja kolej przes³uchania. gdy ugania³ siê za motylami z siatk¹ i atlasem owadów. to czemu zdziwacza³y nauczyciel przyrody nie móg³ zrozumieæ. Wtedy nie przywi¹zywaliœmy do tego wagi. gdzie znikn¹³ nasz kolega? O tak. by³ przecie¿ szczególnego rodzaju pedantem i wszystko mia³ zapisane w ma³ym notesie. nie wyje¿d¿a³ z miasta na wakacje i czêsto widywaliœmy go na ³¹ce pod brêtowskim lasem albo nad potokiem w Dolinie Radoœci. ¿eby zapytaæ dziadka. ale co najdziwniejsze. M-ski nigdy nie z³o¿y³ wizyty w jego domu. dlaczego wnuk nie przyszed³ maszerowaæ razem z nami. pomyœla³em. któr¹ niós³ ze sob¹ zamiast pocerowanej siatki. ¿e M-ski nie z³o¿y³ wizyty u nich w domu? Nie lubi³ krawców? A mo¿e zapomnia³? Nie. szed³ zgarbiony ze wzrokiem utkwionym w ziemiê i co chwila zatrzymywa³ siê.

brêtowskiego cmentarza i Doliny Radoœci. Tak. Bukowej Górki. wyci¹gania s³onia. tego gor¹cego lata. Ba³em siê tego spojrzenia. tego lata M-ski spotyka³ nas wielokrotnie w okolicach strzelnicy. œledzi³y nas ukradkiem i nigdy nie by³o wiadomo. rybie oczy. I to jest pierwszy rozdzia³ ksi¹¿ki o Weiserze. Nad morzem nie by³o czego szukaæ i musieliœmy nasz¹ uwagê skierowaæ gdzie indziej. której nigdy ¿aden z nas 21 . jak obrastam w stalowozielony. kiedy Weiser dopuœci³ nas do swoich tajemnic albo raczej dopuœci³ nas do swojego ¿ycia. To by³o okropne. Jego wy³upiaste.polowa³ niegdyœ sam Fryderyk Wielki. grzania ³apki lub innych. oderwane od nieba albo od ziemi. czy nie weŸmie nas za okaz fauny niezbêdny do wiekopomnego dzie³a. Poza szko³¹ i pierwszomajow¹ manifestacj¹ musieliœmy byæ dla niego bez w¹tpienia gatunkiem szczególnie uci¹¿liwych owadów. czêœciowo zreszt¹ i na ile chcia³. pustym spojrzeniu. Pewnie dlatego chwyta³ i kolekcjonowa³ wszystko. chitynowy pancerz i jak moje kurcz¹ce siê d³onie rozcz³onkowuj¹ siê w ogromn¹ iloœæ kosmatych odnó¿y. a nie skubania gêsi. much i innego drobiazgu ocali³o swoje istnienie. ¿uków. liœci. jego w³aœnie siê ba³em. stokroæ gorsze ni¿ lêk przed bólem. spogl¹daj¹c na zaczerwienione ucho Szymka. Na szczêœcie jednak by³ krótkowidzem i dziêki temu sporo traw. jeszcze bardziej bolesnych i wyszukanych kar cielesnych. jakie stosowa³ na swoich lekcjach. co ros³o i rusza³o siê w zasiêgu jego wzroku. i ju¿ wyobrazi³em sobie. W pewnym momencie pomyœla³em te¿. ¿e M-ski mo¿e swoim spojrzeniem zamieniæ kogo zechce w owada. W pierwszych dniach lipca stê¿enie zupy rybnej w zatoce zdawa³o siê osi¹gaæ apogeum. co da³o siê wyczuæ w jego zimnym. zaczerwienione ucho Szymka i niewiadoma œledztwa.

po której potyczce. 22 . Piotr mia³ pod sob¹ oddzia³ partyzancki. ¿e wszystko to zawdziêczaliœmy w³aœnie kinu „Tramwajarz”. maj¹ce zaznajomiæ nas z histori¹ ojczyst¹. bo to. by przygotowywaæ nastêpne zasadzki. który stale œcigany. staliœmy z rêkami podniesionymi do góry naprzeciwko luf esesmañskich karabinów. gdzie chodziliœmy odt¹d zamiast na pla¿ê i gdzie w gêstwinie leszczyn i olch. to wiem. co robiê teraz. tylko zape³nianie bia³ej plamy. po³o¿onemu niedaleko szko³y. kiedy rêka Szymka da znak do rozpoczêcia egzekucji. zatykanie dziury linijkami na znak ostatecznej kapitulacji. pierwszy rozdzia³ tej nienapisanej ksi¹¿ki rozpoczyna siê od zupy rybnej w zatoce i od naszych zabaw na brêtowskim cmentarzu. oczekuj¹c a¿ spod zardzewia³ego he³mu Szymka padnie komenda „Feuer!”. to w ¿adnym wypadku nie jest pisanie ksi¹¿ki. tam gdzie zaczyna³ siê las sosnowy. Tak. dziesi¹tkowany. w zaciszu opuszczonych nagrobków i pêkniêtych p³yt z niemieckimi napisami rozgrywaliœmy nasze wojny. obok zajezdni. tak samo jak w filmach podnosiliœmy rêce do góry. padaliœmy. rozstrzeliwani seriami karabinów maszynowych. Nie pamiêtam ju¿ którego dnia. I jeœli przypominam sobie z poczuciem pewnego zdumienia. bitwie i wziêciu nas do niewoli. z jak wielkim upodobaniem i znawstwem padaliœmy do tamtego rowu.nie napisa³ i nigdy nie napisze. Szymek dowodzi³ oddzia³em SS. tak samo jak w filmach maszerowaliœmy z rêkami za³o¿onymi na karku i tak samo jak w filmach o prawdziwej wojnie. Kiedy Szymek ze swoimi bra³ nas do niewoli. do prawdziwego rowu na skraju cmentarza. a jego odstaj¹ce uszy przykrywa³ znaleziony w rowie zardzewia³y he³m wehrmachtowski. okr¹¿any i wybijany do nogi odradza³ siê wci¹¿ na nowo. z jak wielkim podnieceniem czekaliœmy na moment. wyœwietlanych w naszym kinie „Tramwajarz”. gdzie urz¹dzano seanse m³odzie¿owe.

kiedy ujrzeliœmy Weisera siedz¹cego na soœnie. i patrzy³ na nas zupe³nie tak samo jak w Bo¿e Cia³o. W³aœciwie to najpierw us³yszeliœmy jego okrzyk – okrzyk. a potem Piotra. ¿e ona jest z nim. kiedy siedzia³em na sk³adanym krzeœle obok Szymka.. ja 23 . bo to by³y w³aœciwie jego pierwsze s³owa skierowane do nas bezpoœrednio. a dopiero póŸniej zobaczyliœmy go na tej soœnie. opieraj¹c siê o pieñ. która powinna pamiêtaæ to najlepiej. sta³a siê Niemk¹ i nie odpowiada z Mannheim na ¿adne pytania. Wiêc nie us³yszeliœmy tym razem przeci¹g³ego „du-du-du-du-du”. Weisera. po którym nale¿a³o paœæ najpierw na kolana. ale widaæ by³o. trzymaj¹c stary. Nie mówi³a nic.. dzisiaj. ¿eby przypomnieæ sobie s³owa Weisera na cmentarzu. co siê dzieje. który byæ mo¿e przez wszystkie te dni przygl¹da³ siê naszej zabawie. zdezelowany schmeiser. a potem znowu Szymka w sekretariacie szko³y. kiedy wyp³yn¹³ nagle zza szarego ob³oku kadzidlanego dymu. jestem przekonany. mówi¹c: „zostaw. Siedzia³. wyraŸnie unika wspomnienia Weisera. Szymek. bokiem albo na brzuch. którym mierzy³ gdzieœ daleko za wie¿ê ceglanego koœció³ka. twarz¹ w trawê – bo Weiser zeskoczy³ z sosny i podszed³ do os³upia³ego Szymka. a potem ju¿ jak popadnie: na wznak. wstrzymuj¹c wydanie komendy. zeskoczy³ z sosny i podszed³ do Szymka. a Piotr w siedemdziesi¹tym roku wyszed³ popatrzeæ na ulicê. zapytany o to listownie. Elka. podobnie jak wówczas. Dzisiaj. ¿e od tamtych s³ów powinna siê zaczynaæ nienapisana ksi¹¿ka o Weiserze. tak samo jak i wtedy. Pod drzewem sta³a Elka. nie da³ mi ¿adnej odpowiedzi i zajêty swoimi sprawami w dalekim mieœcie. oczekuj¹c na swoj¹ kolejkê przes³uchania. Tak. A wiêc trzymaj¹c przerdzewia³y i zdezelowany schmeiser. który skierowa³ do Szymka. i trafi³a go ca³kiem prawdziwa kula. da³bym du¿o. a nie z nami.

¿eby jak w Bo¿e Cia³o albo na brêtowskim cmentarzu zaskoczyæ nas zupe³nie. a raz przeistaczaliœmy siê w partyzantów. ciekawszy styl gry wojennej. kto przyœni siê nam przypadkiem i kogo póŸniej nie mo¿emy zapomnieæ. Ostatecznie ustaliliœmy nowy. Odt¹d po ka¿dej bitwie Piotr zamienia³ z Szymkiem automat na he³m i tak raz byliœmy Niemcami. Tak.zrobiê to lepiej”. a on sam z Elk¹ odszed³ œcie¿k¹ w dó³ ku rozbitej bramie cmentarza. 24 . poniewa¿ schmeiser powêdrowa³ do r¹k Szymka. Myœlê. Egzekucja nie odby³a siê. ¿ebyœmy mieli go my. kiedy nieœwiadomi niczego uganialiœmy siê miêdzy nagrobkami brêtowskiego cmentarza. choæ rysy jego twarzy. od samego pocz¹tku musia³ wyczekiwaæ odpowiedniej chwili. Bo w pierwszym okresie. jak znika ktoœ. k³óciliœmy siê o to. w tym momencie Weiser nie by³ dla nas jeszcze najwa¿niejszy. s³owa i sposób zachowania ulecia³y nam z pamiêci zupe³nie. kiedy nie wiedzieliœmy nic o piwnicy w starej cegielni ani o eksplozjach przygotowywanych w dolinie za strzelnic¹. jakby przyszed³ tu tylko po to. on pojawia³ siê i znika³. nie móg³ nic takiego powiedzieæ. albo „zostaw to mnie”. która strona powinna posiadaæ automat. który robi³ wra¿enie. On ws¹czy³ pamiêæ o sobie ca³kiem niepostrze¿enie i któregoœ z nastêpnych dni. By³em w oddziale Piotra i oczywiœcie chcia³em. ani o jego kolekcji znaczków z Generalnej Guberni – w tym okresie. Tylko ¿e Weiser nic takiego nie powiedzia³. goni¹c miêdzy zaroœniêtymi nagrobkami z karabinem w rêku. ¿e Weiser mia³ od pocz¹tku jakiœ plan opl¹tania nas swoimi pomys³ami. ¿eby zostawiæ nam automat i odejœæ do powa¿niejszych spraw. albo jeszcze krócej: „ja to zrobiê”. skoro tamci posiadali he³m. Otoczyliœmy Szymka ko³em i ka¿dy chcia³ choæ przez chwilê potrzymaæ bezu¿yteczny kawa³ ¿elastwa. gdy nasz dowódca wk³ada³ he³m.

Z pocz¹tku w³aœciwie przypadkowo i ca³kiem bez zwi¹zku z ob³okiem kadzidlanego dymu i zardzewia³ym automatem. Ale to jeszcze nie by³o to. Ile razy staliœmy tam. zadaj¹c pytania g³oœno i ¿artobliwie: a co on w³aœciwie robi. Na razie zupa rybna w zatoce cuchnê³a coraz bardziej i co drugi dzieñ ktoœ z nas jecha³ do Jelitkowa. a na nas patrzy z góry jak na bandê szczeniaków?. co opanowa³o nas póŸniej. kiedy s³oñce ma szczególne w³aœciwoœci. kroki przechodniów miesza³y siê z okrzykami dzieciarni. ot tak.kiedy w kurzu piaszczystej drogi wracaliœmy do domów przez Bukow¹ Górkê. na górze. sk¹d oprócz czerwonych. najczêœciej pod wieczór. a s³oñce oœwietla³o czerwon¹ dachówkê budynku stoj¹cego po drugiej stronie ulicy. wiêc – pomyœla³em – w takie popo³udnie jak to. w czerwonych promieniach zachodz¹cego s³oñca – wtedy w³aœnie zaczêliœmy o nim rozmawiaæ. jak sprawy siê maj¹. nasze miasto wydawa³o siê nam zupe³nie inne ni¿ to. spadzistych dachów widaæ by³o lotnisko po³o¿one ju¿ za torami kolejowymi i zatokê z bia³ym paskiem pla¿y. kiedy nie bawi siê razem z nami? albo – dlaczego ta g³upia Elka ³azi teraz za nim jak pies. u schy³ku lata. Jego odstaj¹ce ucho przesta³o byæ okropnie czerwone i nawet jakby trochê powróci³o do swoich pierwotnych rozmiarów. Wszystkie domy w naszej czêœci Wrzeszcza mia³y tê czerwon¹ dachówkê. w którym ¿yli25 . a przez uchylone okno sekretariatu dochodzi³y leniwe dŸwiêki wrzeœniowego popo³udnia. Pomiêdzy nami siedzia³ teraz woŸny. musi to najciekawiej wygl¹daæ z Bukowej Górki. i po co w³aœciwie da³ nam zardzewia³y automat? – bo przecie¿ nikt z ch³opaków tak sam z siebie nie pozby³by siê za ¿adne skarby takiego znaleziska. ¿eby zobaczyæ. Spojrza³em na Szymka. kiedy myœl o nim nie dawa³a nam zasn¹æ i kiedy traciliœmy ca³e godziny na wyœledzenie jego i Elki.

albo o jakie czynsze chodzi³o.œmy na co dzieñ. której symbolem móg³by byæ szary i oblepiony kurzem sklep Cyrsona. I w ogóle za co tu by³o winiæ panów. to znaczy. za kraj nasz krwi¹ bra-tni¹ zbryzga-a-a-ny!”. ani w czasie szkolnych akademii. kajda-a-ny! O cze-e-eœæ wam. to na pewno nie w naszym mieœcie i nie w naszym kraju. w którym wiatr wydyma³ ³agodnie firankê. powtarzany wielokrotnie. ¿e z góry nie by³o po prostu widaæ brudnych. i uchylone okno na poddaszu. pra-³a-ci-i-i. Zamiast panoramy z Bukowej Górki widzia³em wiêc dach przeciwleg³ego budynku. a dzisiaj. Tak. równie podnios³y i patetyczny – „Gdy na-aród do bo-o-ju wyru-szy³ z orê-¿em pa-no-wie o czyn-szach radzi-i-li”. panowie-ee magnaa-a-ci! Za na-sz¹ nie-wo-lê. ani w czasie lekcji œpiewu. a zaraz potem z piêtra zaczê³y dobiegaæ coraz g³oœniejsze frazy historycznej pieœni masowej lub masowej pieœni historycznej albo ludowej pieœni historii. nie pamiêtam ju¿. podobnie jak pocz¹tek pieœni. na których pieœñ tê musieliœmy œpiewaæ dziesi¹tki razy a¿ do znudzenia. a jeœli s¹. Nigdy nie mog³em zrozumieæ. ani Weisera. dzisiaj na szczêœcie nie 26 . co mia³y wspólnego kajdany i niewola z biskupami. promienie s³oñca œlizgaj¹ce siê po nim coraz krótszymi zygzakami. dzisiaj myœlê. ksi¹¿ê-ta. gdy naród wyruszy³ do boju. co maj¹ wspólnego czynsze z bojem. Zegar w sekretariacie wybi³ godzinê pi¹t¹ i w chwilê póŸniej us³ysza³em dobrze mi znane dŸwiêki pianina. kiedy nie ma ju¿ Bukowej Górki. To by³ refren. ani tamtego Jelitkowa. na którym nauczycielka muzyki akompaniowa³a popo³udniowej próbie chóru. Najpierw by³a przygrywka. jak siê to wtedy nazywa³o: „O czeœæ wam. gdzie kupowaliœmy oran¿adê w butelkach nazywanych przez doros³ych krachlami. biskupi-i-i. nieopró¿nionych œmietników i ca³ej brzydoty przedmieœcia. zaœmieconych podwórek. Wtedy nie wiedzia³em dlaczego. skoro panów ju¿ dawno nie ma.

¿e widzieliœcie ich jeszcze nastêpnego dnia w jakiœ inny sposób? Co to znaczy „nie z bliska”?! – Nie. wypuszczaj¹c stamt¹d Piotra. skubi¹c za to rêkaw koszuli. czekaj¹c na swoj¹ kolejkê przes³uchania. Szkolny zapach pastowanych pod³óg. któr¹ w³aœnie œcienny zegar wybi³ ³agodnym gongiem. M-ski poruszy³ siê w swoim fotelu: – No to opowiedz nam dok³adnie i po kolei. bo przed nami i tak nic nie ukryjesz! 27 . w dyrektorskim gabinecie miesza³ siê z tytoniowym dymem i woni¹ kawy. utrzymujesz – mówi³ do mnie. – Co to znaczy „w³aœciwie”?! – Bo potem ju¿ ich nie widzieliœmy z bliska. razem z Weiserem i godzin¹ pi¹t¹. Tylko M-ski nie pali³. który pamiêtam do dzisiaj. co zdarzy³o siê tego popo³udnia. – Wiêc ty. razem z widokiem firanki poruszanej ³agodnym podmuchem wiatru. i przysz³a moja kolej. Heller. w dolince za star¹ strzelnic¹. któr¹ pili wszyscy trzej przes³uchuj¹cy nas mê¿czyŸni.muszê o tym myœleæ. drzwi gabinetu dyrektora otworzy³ M-ski. nastêpnego dnia nie widzieliœmy ich ju¿ wcale. ten w mundurze – ty utrzymujesz. tylko niczego nie przekrêcaj. kiedy siedzia³em w sekretariacie naszej szko³y. tylko melodia utkwi³a mi w pamiêci prawie doskonale i jeœli powraca do mnie jakimœ dziwnym trafem. szkoln¹ akademi¹ lub pani¹ od œpiewu. przypominaj¹cym dzwonek proboszcza Dudaka u¿ywany w czasie Podniesienia. to nigdy w zwi¹zku z pra³atami. ciê¿ki i oleisty jak wiecznoœæ. tak? – W³aœciwie to tak – odpowiedzia³em. bo tak siê wtedy nazywa³em. ¿e Weisera i Elkê widzieliœcie po raz ostatni dwudziestego ósmego sierpnia. nabieraj¹c pewnoœci. lecz razem ze œwiat³em wrzeœniowego popo³udnia. – Czy to znaczy. Kiedy ucho Szymka sta³o siê ju¿ ca³kiem normalne.

ale nie do nas.Mówi³em. bo Weiser by³ zazdrosny o takie tajemnice. Zaraz potem ziemia zadr¿a³a od eksplozji. to jest sygna³. mówi³em wolno i spokojnie. o którym nawet my nie wiedzieliœmy. pewny. ¿wir i kawa³ki drewna. staraj¹c siê nie patrzeæ w oczy M-skiemu. Nie 28 . a na g³owy posypa³ siê nam piasek. ale my nie gonimy za nimi. na drugi dzieñ. ca³kiem jak doroœli. – A potem? – Potem podnieœliœmy g³owy jak po ka¿dym wybuchu i czekaliœmy. po stromym zboczu poroœniêtym bukami. ¿e mamy siê ju¿ po³o¿yæ. w dolince za strzelnic¹. pod rêkê. tylko na drug¹ stronê dolinki. ¿e jest. tam gdzie roœnie stary d¹b. i ani razu nie odwracaj¹ siê. ¿e i tak nie wpadn¹ na w³aœciwy trop i ¿e krêciæ siê bêd¹ w kó³ko. badamy g³êbokoœæ jamy. Stoimy zatem i podziwiamy jego dzie³o. ale takiego sygna³u tym razem nie by³o. przeszed³ przez dolinkê i potem pomacha³ rêk¹ na znak. Wiêc id¹ oboje. rozpiêtoœæ promienia i jak zawsze w¹chamy w tym miejscu œwie¿¹ ziemiê. wdrapuj¹ siê na sam¹ górê i nikn¹. pokazuj¹c na wzgórze: „popatrzcie tam!” – i widzimy Weisera z Elk¹. a kiedy zobaczy³. tylko wspinaj¹ coraz wy¿ej. lej jest potê¿ny jak po bombie lotniczej. to znaczy Weiser z Elk¹. Nagle zobaczyliœmy. jak id¹ oboje. a¿ on da nastêpny znak. gdzie za³o¿ony by³ ³adunek. ¿e jesteœmy. ¿e to nie by³o byle co. Widzimy. i tak w³aœnie – mówi³em – widzieliœmy ich ostatni raz z daleka. a¿ wreszcie dadz¹ nam spokój: – Weiser kaza³ nam jak zawsze czekaæ obok modrzewiowego zagajnika. zaczê³y siê poszukiwania i znaleziono w piwnicach nieczynnej cegielni magazyn Weisera. ¿e mo¿na ju¿ podejœæ do miejsca. pe³n¹ oszala³ych mrówek i rozerwanych d¿d¿ownic. A potem. i nagle ktoœ krzyczy. jak s¹ na szczycie wzgórza i nikn¹ za drzewami. A my stoimy teraz (bo zd¹¿yliœmy ju¿ podejœæ do miejsca wybuchu) przy ogromnym leju i widzimy.

– Koledze musia³o siê coœ pomyliæ. tylko Elka mog³a wiedzieæ o tym magazynie. co mówi³em. sk¹d bierze materia³ do swoich min. jeœli by³ jeszcze drugi magazyn. wiêc oni spêdzili ca³¹ noc poza domem i wy wiedzieliœcie o tym i wiedzieliœcie te¿. mówili. to jedyn¹ osob¹. bo nigdy nie pytaliœmy go. amunicji strzelniczej. na œcianê. tylko gdzieœ wy¿ej. a zreszt¹ nawet gdybyœmy go zapytali. dopóki sprawa siê nie 29 . jaki zak³ada siê przy anginie. które wypuszczam na ich u¿ytek. bêdziecie odpowiadaæ za wspó³udzia³ w przestêpstwie. Tylko dlaczego któryœ z was k³amie albo k³amiecie wszyscy razem i ka¿dy z osobna? – Tak – przerwa³ mu dyrektor – jeden z twoich kolegów zezna³. z pozorn¹ obojêtnoœci¹. której Weiser móg³by powierzyæ tajemnicê.wiedzieliœmy nic o puszkach z trotylem. to czy ktoœ taki jak on powiedzia³by chocia¿ s³owo? Nie. grozili. Mê¿czyzna w mundurze siorba³ resztê kawy ze szklanki w blaszanym koszyczku. ¿e nie wyjdziemy st¹d. by³a w³aœnie Elka i mo¿e dlatego zabra³ j¹ ze sob¹. a M-ski bêbni³ palcami w lœni¹cy blat biurka i nie patrzy³ wcale na mnie. za zerwanym mostem. Dyrektor poluŸni³ krawat. gdzie ich szukaæ! – Nie ma ¿artów. a w poprawczaku naucz¹ was rozumu! – Nad Strzy¿¹ bawiliœmy siê dzieñ wczeœniej. a nie dzieñ póŸniej – powiedzia³em. a jeœli by³ jeszcze jakiœ inny. ch³opcze – w³¹czy³ siê mundurowy. I teraz oni krzyczeli jeden przez drugiego. Tamci s³uchali tego. jak pierwsze k³amstwo. czuj¹c. ¿e dzieñ póŸniej bawiliœcie siê jeszcze razem nad Strzy¿¹. stawiali pytania. przychodzi mi z ³atwoœci¹. – To wszystko ju¿ wiemy – krzykn¹³ nagle M-ski – bez waszej pomocy. który teraz przypomina³ kompres na gard³o. rozbrojonych niewypa³ach. o czym te¿ oczywiœcie pojêcia nie mieliœmy. – Jeœli rozerwa³ ich niewypa³.

chwyci³ mój zadarty nos w dwa palce i zapyta³. raz w prawo. Odpowiedzia³em twierdz¹co. sylabizuj¹c ka¿dy wyraz: „czy rzeczy-wiœ-cie po raz os-tat-ni?”. ¿e nie dostaniemy nic do jedzenia ani do picia i bêdziemy tu tkwiæ. ¿e nasi rodzice s¹ ju¿ powiadomieni o tocz¹cym siê œledztwie. na sk³adanych krzes³ach w sekretariacie. to my bêdziemy i za to odpowiadaæ. Ale to nie by³o zwyczajne wyciskanie s³onia. nazwa³bym to wyciskaniem s³onia ze specjaln¹ œrub¹. tak ¿e musia³em na u³amek sekundy stawaæ ca³¹ stop¹ na pod³odze. i wtedy nos bola³ okropnie i robi³ siê jeszcze bardziej zadarty ni¿ przez wszystkie lata od urodzenia. a¿ wyjawimy ca³¹ prawdê. jak powoli mój nos sp³aszcza siê w jego t³ustych paluchach. a jeœli ktoœ znajdzie ten drugi magazyn (po którym zreszt¹ spodziewali siê czegoœ znacznie gorszego) i zdarzy siê jakieœ nieszczêœcie. jakby to by³a pierwszomajowa manifestacja. ¿eby nad¹¿yæ za jego d³oni¹. które M-ski stosowa³ na lekcjach przyrody. Wreszcie puœci³ mnie wolno.wyjaœni. ¿e jeszcze nie wiszê w powietrzu. dziwi¹c siê. czy w dolince widzia³em Weisera rze-czy-wiœ-cie po raz ostatni. czuj¹c. a mnie 30 . ¿e niczego nie zrozumiej¹ i dlatego powtórzy³em to samo co przed chwil¹. Dzisiaj. a potem coraz wy¿ej stawa³em na palcach. na samych czubkach palców. siedzieliœmy wiêc znów razem w trójkê. podszed³ do mnie marszowym krokiem. bo nos mia³em zawsze delikatny i ma³o odporny na st³uczenia. M-ski wsta³ z fotela. kiedy przypominam sobie ten moment. W gabinecie zarz¹dzono przerwê. a ja zatoczy³em siê pod œcianê i musia³em wytrzeæ rêkawem krew. bo najpierw musia³em unieœæ siê lekko do góry. Tymczasem rêka M-skiego przesuwa³a punkt ciê¿koœci mojego cia³a raz w lewo. ¿e s¹ gotowi siedzieæ tu z nami do rana albo jeszcze d³u¿ej. lepiej wiêc przyznaæ siê od razu. Przekonywali mnie. M-ski zaœ powtarza³ swoje pytanie wolno. Wiedzia³em dobrze.

w których bywaliœmy okrutni. ¿eby broniæ Weisera. musia³a mieæ jakieœ przeczucie. zardzewia³y automat. zanim frunê³a jego kraciasta koszula i zanim Elka wyst¹pi³a w jego obronie. A wtedy rzuci³a siê. I pomyœla³em zaraz. Wczeœniej Elka odnosi³a siê z wyraŸn¹ pogard¹ do 31 . niekoniecznie z przodu. kiedy w gabinecie dyrektora przygotowywano nastêpn¹ rundê przes³uchañ. zwyczajnie i banalnie. jestem o tym przekonany do dzisiaj. bardziej ni¿ doroœli. wyobra¿aj¹c sobie jej przedwczeœnie zaokr¹glone piersi. spuœcilibyœmy mu bu³y i na tym pewnie by siê skoñczy³o. wyprodukowany przez firmê Schmeiser w roku czterdziestym trzecim. noszon¹ w upalne dni. choæ jeszcze trudniej przychodzi mi okreœliæ ich wzajemny stosunek. ¿e gdyby nie Elka. kiedy to w dzieñ odebrania œwiadectw z religii. wcale nie ze strachu przed jej pazurami.wydawa³o siê. to nigdy przecie¿ nie dosz³oby do naszej znajomoœci z Weiserem. od momentu kiedy odeszli wzd³u¿ koœcielnego p³otu przynaglani naszymi kamieniami. Weiser jest ¯ydek!”. jakby Weiser by³ jej m³odszym bratem. zw³aszcza ¿e nigdy nie miesza³a siê do naszych bójek i porachunków. Czy ona go kocha³a?! Tak w³aœnie myœla³em. gdy Elka rzuci³a siê wówczas z pazurami. i efekt takiego posuniêcia by³ zaskakuj¹cy – puœciliœmy ich bez sprzeciwu. ani póŸniej. ¿e s³yszê chóralnie skandowany wierszyk pod adresem Weisera. bo tam. d³ugie blond w³osy i czerwon¹ sukienkê. Dzisiaj wiem. krzykn¹³: „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê!” – a ktoœ inny przerobi³ to zaraz na – „Dawid. obok parafii Ojców Zmartwychwstañców. ¿e nie mia³em racji. Dawidek. Tak. Weiser unika³by naszego towarzystwa i nigdy przez myœl by mu nie przesz³o. a lato tego roku nie ró¿ni³oby siê od innych wakacji ani wczeœniej. ktoœ. siedz¹c w sekretariacie ze spuchniêtym nosem. ¿eby podgl¹daæ nasze zabawy na brêtowskim cmentarzu i ¿eby podarowaæ nam stary. tak przypuszcza³em wtedy.

Muszê jednak uporz¹dkowaæ fakty. od czego przechodzi³y ciarki i pr¹d elektryczny lata³ po ca³ym ciele. a zupa rybna gêstnia³a i gêstnia³a. przypomnieæ sobie zapach tamtego lata. ¿e ta dziwna epidemia przeminie sama. polewano benzyn¹ i palono. bez pominiêcia ¿adnego. To w³aœnie zmusi³o mnie do podró¿y do Niemiec i to w³aœnie ka¿e mi teraz spisaæ wszystko od pocz¹tku. skoczyæ z górnego pomostu mola na g³ówkê albo celnie podaæ pi³ki. Bo w takich wypadkach drobiazg okazuje siê czasem kluczem otwieraj¹cym wrota i ka¿dy. najdrobniejszego nawet szczegó³u. przysparzaj¹c w³adzom miejskim coraz to nowych k³opotów. Tak. wie o tym dobrze. ani o naszym mieœcie z tamtego czasu. Niemo¿liwe. W upale i duchocie miasto pozbawione zatoki zdawa³o siê ledwie dychaæ. takimi jak do zbierania siana. ani tym bardziej o M-skim i epoce. widz¹c Weisera w piwnicy starej cegielni – coœ. kiedy zupa rybna wype³ni³a pla¿e zatoki. A zatem: Mija³y pierwsze dni lipca. którzy nie umieli dop³yn¹æ do czerwonej boi. nastêpnie poczyniono jakieœ kroki. i zgarniali nimi zwa³y rybich zew³oków. A¿ nagle zobaczy³a w chudym i przygarbionym Weiserze kogoœ bardzo wa¿nego i rzuci³a siê na nas z pazurami. co my poczuliœmy parê tygodni póŸniej. 32 . kto choæ raz zetkn¹³ siê z czymœ niewyt³umaczalnym. bo na pla¿y uwijali siê od rana mê¿czyŸni z drewnianymi grabiami. aby zmieni³a siê w ci¹gu u³amka sekundy. to nie jest pisanie ksi¹¿ki o Weiserze ani o nas sprzed kilkudziesiêciu lat. Pocz¹tkowo ufano. gdy graliœmy mecz na murawie obok pruskich koszar. w której by³ najwa¿niejszym po dyrektorze cz³owiekiem – nic mnie to nie obchodzi i jeœli postanowi³em zapisaæ wszystko. Musia³a poczuæ to.tych. i nie robiono nic. ani o szkole. które nastêpnie wywo¿ono ciê¿arówkami na œmietnisko miejskie. to tylko ze wzglêdu na Weisera.

Wrzeszcz 1946 .STANIS£AW HUECKEL W „nowym domu”.

a nastêpnie szuka³ nas na cmentarzu za Bukow¹ Górk¹. a roje wielkich much unosz¹ siê nad zawiesin¹ jak szarañcza. i na przemian. jak wygl¹da rybna zupa i czy aby nie ustêpuje. a tak¿e. raz jako Niemcy. który siedzia³ na p³ycie i mamrota³ coœ pod nosem. do zerwanego mostu gdzie Strzy¿a przep³ywa pod kolejowym nasypem. a gazety donosi³y o masowym umieraniu kotów i psów w dzielnicach przylegaj¹cych do zatoki.Dzia³ania te mia³y jednak efekt odwrotny od zamierzonego – zdech³ych kolek. co drugi dzieñ rano któryœ z nas wsiada³ w tramwaj i jecha³ do Jelitkowa zobaczyæ. Tylko czasami przysz³o nam do g³owy. po którym od czasu wojny nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g. skoro w³óczy siê z nim po ca³ych dniach w ró¿nych czêœciach miasta. i¿ smród na pla¿y jest jeszcze wiêkszy. ¿eby zapytaæ samych siebie. dlaczego Elka nie bawi siê z nami. ¿e od dwóch miesiêcy. Przypominano równie¿. ¿eby donieœæ. przybywa³o. W cieniu cmentarnych drzew by³o przyjemniej ni¿ na podwórku i ulicy. ca³kiem jak w filmach o wojnie wyœwietlanych w kinie „Tramwajarz”. Któregoœ dnia obok krypty z gotyckim napisem zobaczyliœmy mê¿czyznê w pi¿amie i szpitalnym szlafroku. pêczniej¹cych w s³onecznym upale. innym znów razem Piotr przyuwa¿y³ ich. ktoœ inny da³by sobie rêkê uci¹æ. zupe³nie jakby odmawia³ 34 . to jest od pocz¹tku maja. maj¹c he³m i automat podarowany nam przez Weisera. co widzi w chudym i s³abowitym Weiserze. co starzy ludzie z upodobaniem t³umaczyli jako karê bosk¹. Ktoœ widzia³ ich na Starówce obok studni Neptuna. Ale na wiadomoœci te nie zwracaliœmy szczególnej uwagi. jak szli a¿ za Brêtowo. nie spad³a ani jedna kropla deszczu. A my w tym czasie buszowaliœmy po brêtowskim cmentarzu. raz jako partyzanci padaliœmy od kul. ¿e Weiser z Elk¹ przesiadywali najczêœciej na ³¹ce obok lotniska.

skoro traf przys³a³ na cmentarz mê¿czyznê w szpitalnym szlafroku. ¿e s¹ szaleñcy. w którym nie oddaje siê Jemu. przez których nie mo¿emy k¹paæ siê tego lata w Jelitkowie i.godzinki. co proboszcz Dudak mówi³ w swoich p³omiennych kazaniach o szaleñcach wyrzekaj¹cych siê Boga. pytam siê was i ostrzegam. opamiêtajcie siê. Skoro wiêc trafi³a siê okazja. tylko staliœmy wokó³ niego. – w tak p³omiennym stylu proboszcz Dudak na przemian straszy³ i prosi³ swoich parafian. nie zdradza³ zaniepokojenia i gestem r¹k pokaza³. jak wygl¹da taki szaleniec.. có¿ to za œwiat. zakrzyczeliœmy Piotra i nie pobiegliœmy na Srebrzysko. nie dawajcie wiary szaleñcom. Bo proboszcz Dudak w naszym parafialnym koœciele Zmartwychwstañców. nie czcijcie fa³szywych proroków i ba³wanów. bo On odwróci siê od was. chcieliœmy sprawdziæ. ¿eby zadenuncjowaæ uciekiniera. sk¹d wzi¹³ siê tutaj – by³ uciekinierem ze szpitala dla czubków. ludzie ma³ej wiary. w którym zniknie wiara. którzy ufaj¹c tylko we w³asne si³y. po³o¿onym podobnie jak ten brêtowski z cmentarzem nieopodal lasu – proboszcz Dudak tak samo jak starzy ludzie mówi³. ale nikt z nas nie widzia³ prawdziwego wariata i chcieliœmy przekonaæ siê. – Nie wyrzekajcie siê Boga. póki jeszcze czas – krzycza³ z ambony w ostatni¹ niedzielê. a my rozumieliœmy wtedy. Nie b¹dŸcie jak ci szaleñcy. gdzie przebywa poszukiwany zapewne uciekinier. jest prawdziwe. póki jeszcze pora. który po drugiej stronie szosy wychodz¹cej z miasta piêtrzy³ siê na wzgórzu czerwono-szar¹ bry³¹. Stworzycielowi i Odkupicielowi czci najwy¿szej. Piotr radzi³ iœæ do szpitala i powiedzieæ. czy to. œwiat chc¹ budowaæ od nowa. ¿e Bóg daje wam znaki swojego gniewu. – Poprawcie siê.. przygl¹daj¹c siê ciekawie jego po35 . ¿e zupa w zatoce i susza to s¹ znaki dawane od Boga. Sami widzicie. Otoczony przez nas ko³em. có¿ to za œwiat. A ja pytam was.

Nie mówi³ do nas nic i Szymek jako najodwa¿niejszy na³o¿y³ mu na g³owê zardzewia³y he³m. albowiem przest¹pili prawa. Wielce obna¿ona bêdzie ziemia i bardzo z³upiona. o co chodzi w tych s³owach. Ale jeœli by³ to szaleniec. Póki nie bêdzie wylany na nas duch z wysokoœci. Dlatego przekleñstwo po¿re ziemiê. jakie wam dajê na œwiadectwo! Oto Pan obna¿y ziemiê i przemieni oblicze jej. i po³y jego brudnego szlafroka przypomina³y wielkie ¿ó³te skrzyd³a.marszczonej twarzy i przydeptanym kapciom. by³y jednak tak porywaj¹ce i wznios³e. zapominaj¹c zupe³nie. to na pewno nie z gatunku tych. ¿e ta ziemia splugawiona jest przez obywateli. s³uchajcie przeto s³ów. – A tak bêdzie nachylony cz³owiek – mówi³y dalej ¿ó³te skrzyd³a – a zacny m¹¿ poni¿ony bêdzie i oczy wynios³ych zni¿one bêd¹. ¿e chce obejrzeæ nasz zdezelowany automat. na których móg³by ulecieæ ponad Bukow¹ Górkê albo jeszcze dalej. jakby chcia³ stan¹æ jeszcze wy¿ej. unosi³ siê na palcach. który uciek³ od czubków ze Srebrzyska. donoœnym g³osem: – Bracia! S³owo Pañskie zamieszka³o w uchu moim. naruszyli przymierze wieczne! Nie bardzo rozumieliœmy. P³akaæ bêdzie i upadnie ziemia. a zniszczej¹ obywatele jej. zemdlej¹ wszystkie narody ziemskie. Wtedy mê¿czyzna ruchem rêki pokaza³. Przeto. ¿e s³uchaliœmy mê¿czyzny w pi¿amie z zapartym tchem. a kiedy ju¿ trzyma³ w rêkach schmeiser. stan¹³ na krypcie i wznosz¹c do góry lufê. a rozproszy obywateli jej. zacz¹³ do nas przemawiaæ piêknym. A on podnosi³ rêce do góry. albowiem Pan mówi³ to s³owo. o których grzmia³ z ambony proboszcz Dudak. gdyby tylko zechcia³. ¿e to wariat. odmienili ustawy. a nie obróci siê pustynia w pole urodzajne. potrz¹saj¹c przy tym naszym automatem. a pole urodzajne za las poczytane nie bêdzie! 36 . dlatego popaleni bêd¹ obywatele ziemi. zw¹tleje i obali siê okr¹g ziemski. a ma³o ludzi zostanie.

biada tym. bo w przeciwieñstwie do naszej parafii by³y tu trzy dzwony. Tylko ¿e nie by³o go wtedy z nami. mê¿czyzna zeskoczy³ z grobowca i przemawiaj¹c dalej. Pan Zastêpów. siedzia³ pewnie w tym czasie z Elk¹ w piwnicy nieczynnej cegielni albo w³óczyli siê gdzieœ po suchych ³¹kach. którzy stanowi¹ prawa niesprawiedliwe. ¿e jedyn¹ osob¹. w poœrodku tej wszystkiej ziemi. Có¿ uczynicie w dzieñ nawiedzenia i spustoszenia. bo i œwiat³o zaæmi siê przy wytraceniu! Staliœmy ju¿ przy dzwonnicy. okalaj¹cych lotnisko. która zrozumia³aby wówczas s³owa ¿ó³toskrzyd³ego mê¿czyzny. prowadzi³ nas zaroœniêt¹ mchem œcie¿k¹ w stronê spróchnia³ej dzwonnicy. nisko brzmi¹cy g³os. a oto ciemnoœci i ucisk. 37 . nie mam ¿adnych w¹tpliwoœci. choæ po³o¿ona na nieczynnym cmentarzu. by³ Weiser. które z daleka przyjdzie? Tedy spojrzymy na ziemiê. a on od³o¿y³ automat na poprzeczn¹ belkê i odwi¹zawszy sznur. – I teraz przy olœniewaj¹cych dŸwiêkach brêtowskich dzwonów. naznaczone uczyni Pan. zacz¹³ go ci¹gn¹æ. s³u¿y³a proboszczowi brêtowskiego koœció³ka w niedzielê i œwiêta. którzy stanowi¹ prawa niesprawiedliwe. – Kwilcie – g³os mê¿czyzny nabra³ teraz zdwojonej mocy – albowiem blisko jest dzieñ Pañski.Kiedy przypominam sobie dzisiaj ten czysty. Wytracenie. jakie mo¿na by³o us³yszeæ na kazaniach proboszcza Dudaka: – Dlatego rozszerzy³o piek³o gard³o swoje a rozdar³o nad miarê paszczêkê swojê. Razem z pierwszymi dŸwiêkami spi¿u us³yszeliœmy jeszcze s³owa du¿o piêkniejsze od tych. Tymczasem skrzyd³a zwinê³y siê. a nie jeden – przy wspania³ym dŸwiêku tych dzwonów mê¿czyzna w szlafroku powtarza³ niczym refren pieœni: – Biada tym. mówiê. który przyjdzie jako spustoszenie od Wszechmocnego. która.

a tej tam nie by³o. 38 . Razem z ¯ó³toskrzyd³ym rzuciliœmy siê do ucieczki w stronê Bukowej Górki. tyle ¿e nie koœcielna. ch³opcy? Widzicie tê roœlinkê? Jest piêkna. nagle. roœnie na ³¹kach górskich. po polsku: skupieñce. a¿ do granicy cmentarza. a jego kom¿a coraz wyraŸniej biela³a na tle leszczynowych zaroœli. lecz koœcielny postanowi³ goniæ nas dalej. Arnica montana. a znalaz³em go tutaj. – i przyspiesza³ kroku. co? – ucieszy³ siê jak na lekcji. – To ju¿ nie potraficie œwiêtego miejsca uszanowaæ? Precz mi st¹d. – O co chodzi. ale przeszkodzi³ temu kulawy koœcielny. – Wandale! – wygra¿a³ ku³akiem. jak spod ziemi wyrós³ miêdzy sosnami M-ski z teczk¹ w jednej rêce. – Bezbo¿nicy! – krzycza³. to jest prawdziwy pomornik górski. tak.Staliœmy wokó³ i nawet niektórzy z nas ko³ysali siê do rytmu tej pieœni.. Zbli¿a³ siê niebezpiecznie szybko i wygra¿a³ w naszym kierunku zaciœniêt¹ piêœci¹. podrodzina pierwsza – Liguliflorae. a jak¹œ roœlin¹ w drugiej. – Nieboszczykom spokój zak³ócaæ! I gdyœmy ju¿ byli poza granic¹ cmentarza. któr¹ wyznacza³y betonowe podmurówki nieistniej¹cych od dawna s³upków. Oderwany od swojego zajêcia patrzy³ na nas rybim wzrokiem. w morenowym otoczeniu! Kwitnie w czerwcu b¹dŸ w lipcu i to siê zgadza.. – Chuligani! – krzycza³ jeszcze g³oœniej. po polsku: jêzyczkokwiatowe. niebywa³e. bo na lekcjach muzyki œpiewaliœmy tylko masowe pieœni. Mo¿e za chwilê wszyscy podchwycilibyœmy jej s³owa i przejmuj¹c¹ melodiê i w ten sposób sta³aby siê przynajmniej w ograniczonym sensie masow¹. – To jest rz¹d Aggregatae. na pó³nocy. nieprawda¿? Powiedz mi – zwróci³ siê do mnie – jaka to bêdzie rodzina? Nie wiesz. bo jak zaraz. bo nigdy nie s³yszeliœmy jej w koœciele. bo to by³a na pewno pieœñ. kuœtykaj¹cy w nasz¹ stronê. ani te¿ masowa. – Nie macie czego tu szukaæ – kuœtyka³ coraz szybciej.

pogroziwszy. „jezuityzm”. – pl¹ta³ siê M-ski – ja tu jestem prywatnie. jak ci¹gnêliœcie razem dzwony.Dalsze rozwa¿ania M-skiego o niezwyk³ym odkryciu przerwa³ koœcielny.. panie. korzystaj¹c z zamieszania. – Ja tu. a my dopiero teraz zauwa¿yliœmy brak ¯ó³toskrzyd³ego. nie przypominaæ wariata w pi¿amie i ¿ó³tym szlafroku. M-ski spurpurowia³ i wyrzuci³ z siebie jednym tchem potok pe³en gróŸb i ostrze¿eñ.. zdaje siê. Tak. bardziej. ni¿ w innych. ani nie wywo³ywaæ z pamiêci pomornika górskiego z w³ochat¹ ³ody¿k¹ i ¿ó³tym. Koœcielny te¿ odszed³. Co gorsza. czy dla nauki trzeba po cmentarzach ha³as robiæ. „kler”... w którym s³owa „prowokacja”. ³¹cz¹ siê ze sob¹ i nie spo39 . „obskurantyzm” i „zacofanie” powtarza³y siê bardzo gêsto. ¿e jeœli zobaczy nas choæby w okolicy cmentarza. – Jak to nie z panem?! Sam widzia³em. sapi¹c – bo to siê nie godzi. ten. nie zawaha³ siê uczyniæ ostrych wymówek: – Pan darwinista nie musi z m³odzie¿¹ zak³ócaæ spokoju œwiêtych miejsc – mówi³.. pewne szczegó³y i wydarzenia dopiero z odleg³ej perspektywy nabieraj¹ racji istnienia. Nastêpnie wrzuci³ Arnica montana do swojej teczki i odszed³. Ja do dyrekcji szko³y list poœlê z zapytaniem. i po co to takie psie figle? Czy proboszcz przychodzi do szko³y dzwoniæ w czasie lekcji? Nie! Wiêc od koœcio³a proszê trzymaæ siê z daleka! Tego ju¿ by³o za wiele. nie pozbieramy siê w przysz³ym roku szkolnym. rozczapierzonym kwiatem. Tylko ¿e w tej historii. tego dnia nie by³o z nami Elki ani Weisera i móg³bym w³aœciwie nie zapisywaæ niczego. który umkn¹³. – Nie z panem?! – zez³oœci³ siê koœcielny. zabra³ ze sob¹ wehrmachtowski he³m i zardzewia³y schmeiser. nie wspominaæ s³owem o trzech dzwonach brêtowskiego cmentarza. który znaj¹c nauczyciela przyrody. a ci ch³opcy to nie ze mn¹..

mówi¹c. gdyby nie ¯ó³toskrzyd³y. ¿e przez ca³y ten czas Weiser czeka³ jak doœwiadczony myœliwy na moment. a lep zwisaj¹cy pod sklepow¹ lamp¹ przypomina³ w³ochat¹ ³apê paj¹ka. aby on zechcia³ to zauwa¿yæ. Na razie jednak s³oneczny ¿ar zabija³ wszelk¹ chêæ do ¿ycia. Nie czêœciej ni¿ raz na godzinê po kocich ³bach naszej ulicy przeje¿d¿a³ z ha³asem jakiœ samochód. Bo myœlê. gdyby nie Arnica montana. pomiêdzy rzêdami po¿ó³k³ej fasoli. w którym zwierzyna traci orientacjê. Od samego rana przed sklepem Cyrsona ustawi³a siê d³uga kolejka spragnionych oran¿ady. które tak samo jak pani Korotkowa za³amywa³y rêce. robi³y awantury i jak ona zanosi³y przed oblicze Pana Boga swoje utrapienia i nieszczêœcia. pani Korotkowa z pustym koszykiem przemierza³a podwórko.sób – jeœli siê o tym wszystkim myœli – traktowaæ ich oddzielnie. I nagle zobaczyliœmy Weisera z Elk¹ wychodz¹cych tylnymi drzwiami kamienicy. groŸba M-skiego pod naszym adresem. spalony s³oñcem ogródek. w wiêkszoœci pracuj¹cy w stoczni i w wiêkszoœci w dzieñ wyp³aty wracaj¹cy pijani do swoich ¿on. nasza uwaga nie skupi³aby siê na Weiserze tak. Wylinia³y kot wylizywa³ w cieniu kasztana swoje rany. wiedzieliœmy. Podobnie zreszt¹ jak nasi ojcowie. Na podwórku pani Korotkowa rozwiesza³a bieliznê. maj¹c wiatr z ty³u. Nastêpnego dnia nie poszliœmy wiêc przez Bukow¹ Górkê do Brêtowa. On po prostu bada³ sobie znanymi sposobami nasz¹ gotowoœæ. gdyby nie brêtowskie dzwony. która tego lata nie 40 . ¿e taka pogoda nic dobrego wró¿yæ nie mo¿e. ¿e jej m¹¿ pracuj¹cy w stoczni wróci tego popo³udnia pijany w sztok. a nad ca³¹ dzielnic¹ unosi³ siê md³y zapach z masarni po³o¿onej za sklepem Cyrsona. wznosz¹c tumany wolno opadaj¹cego kurzu. Oblepione butelki kr¹¿y³y z r¹k do r¹k. a naszych matek. Naturalnie. bo to dzieñ wyp³aty. a nie w nozdrza. szli przez rachityczny. ¿ona w³aœciciela odwa¿a³a jab³ka i ogórki.

Klony musia³y rosn¹æ w tym miejscu ju¿ bardzo dawno i kiedy stawiano drewniane magazyny fabryczki. a ona bierze to do rêki i uwa¿nie ogl¹da. któr¹ jego dziadek zdoby³ pod Verdun w czasie I wojny. ¿e stanowi³a dla nas przedmiot po¿¹dania i zazdroœci i pewnie dlatego Szymek wynosi³ j¹ z domu bardzo rzadko. ze skalowan¹ podzia³k¹ w obu okularach. gdy ze strychu kamienicy ogl¹daliœmy po¿ar chiñskiego masowca. czy Szymek ma j¹ jeszcze dzisiaj. Weiser z Elk¹ zatrzymali siê na wiadukcie i patrzyli przez jakiœ czas w stronê lotniska. drzew nie wyciêto. ¿eby iœæ za nimi. a Elka siê œmia³a. 41 . ³¹cz¹cego Górny Wrzeszcz z Zasp¹ ponad torami kolejowymi. udaj¹c siê ulic¹ Pilotów w stronê wiaduktu. przylegaj¹ce do ulicy Pilotów. ale Szymek mnie wstrzyma³. Nie wiem. Elka i Weiser minêli tory tramwajowe obok pêtli dwunastki. to na pewno cieñ wielkich klonów jest najprawdziwszy na œwiecie. Szli i Weiser mówi³ coœ do niej. bo ci na wiadukcie byli wy¿ej od nas o dwa zakrêty stromej w tym miejscu drogi. tylko przy wyj¹tkowych okazjach. Staliœmy ukryci za p³otem fabryki papieru i widzieliœmy. – Poczekaj – powiedzia³ i pobieg³ do domu po francusk¹ lornetkê. rok wczeœniej. który zawin¹³ do Nowego Portu z ³adunkiem bawe³ny. ni¿ mo¿e wy³owiæ to z przesz³oœci moja pamiêæ. Cieñ starych drzew chroni³ nas skutecznie i jeœli cokolwiek tego dnia by³o inaczej. pamiêtam te¿. ¿e to by³a lornetka artyleryjska. Tak wiêc staliœmy w cieniu drzew wyrastaj¹cych wprost z dachu i Szymek zaczyna³ siê niecierpliwiæ. z którego schodzi³o siê na przystanek.wyros³a nawet do po³owy tyczek. jak wtedy. tylko zrobiono dziury w szopach. ale pamiêtam. Na razie nie potrzebowaliœmy lornetki tkwi¹cej w skórzanym futerale. Tr¹ci³em w bok Szymka. ¿e Weiser wyci¹ga coœ z kieszeni i pokazuje Elce.

celuj¹c w kêpê ¿arnowca. ju¿ na wiadukcie. Otó¿ nic bardziej myl¹cego – kêpa ¿arnowca. – Ja ci mówiê. by³a punktem. – On jej zdejmuje majtki i wszystko co trzeba ogl¹da! Ale gdzie oni s¹? – Sta³ wsparty o ¿eliwn¹ balustradê wiaduktu i obraca³ pokrêt³ami okularów. Elka i Weiser zniknêli w gêstych krzakach ¿arnowca. którzy przez dziurê w p³ocie przedostawali siê akurat na teren lotniska. ¯ó³to-niebieska kolejka przemknê³a gdzieœ pod nami. – Jasny gwint – powiedzia³ (bo tak siê wtedy mówi³o). – W co? – zapyta³em z niedowierzaniem. z jego ciemnym. ¿e oni siê bawi¹ w wizytê u doktora. wyci¹gaj¹c z futera³u lornetkê. hangarami i zwisaj¹cym w bezruchu rêkawem w kolorowe pasy. – Zupe³nie nie boj¹ siê stra¿y – z uznaniem powiedzia³ Szymek. których kêpa przylega³a do pasa startowego. Dalej. Po naszej prawej stronie widaæ by³o jak na d³oni stary Wrzeszcz. – Gdzie oni znikli?! – emocjonowa³ siê Szymek. ceglastoczerwonym kolorem i wie¿ami koœcio³ów. Je¿eli piszê „przylega³a” to ktoœ mo¿e pomyœleæ. bardzo daleko. tam gdzie koñczy³o siê l¹do42 . po lewej stronie.– Co oni tam robi¹ – pyta³ i ju¿ chcia³ siêgaæ po lornetkê. biegn¹c prostopadle do morza w kierunku pó³nocnym. – W wizytê u doktora – powtórzy³ Szymek. w której znikli Elka i Weiser. czego tam szukaj¹ – i przytkn¹³ do oczu ciemnobr¹zowe rury. od którego pas startowy zaczyna³ siê w³aœnie na po³udniowym krañcu lotniska. przeznaczonych do ko³owania. majaczy³y zarysy Oliwy. a na wprost ci¹gnê³o siê lotnisko z ma³ym budynkiem dworca pasa¿erskiego. – A teraz zobaczymy. œledziliœmy Weisera i Elkê. ¿e ta cholernie wa¿na kêpa by³a gdzieœ w po³owie d³ugoœci pasa albo przy jednym z jego bocznych odnó¿y. a my. kiedy ruszyli w stronê lotniska.

osi¹gaj¹c wreszcie idealn¹ ostroœæ. widzia³em w absolutnej ostroœci. nie odrywaj¹c siê od ziemi. od strony wzgórz zabucza³ ciê¿ko samolot. wygl¹da. poczu³em siê jak oficer francuskiej artylerii zabity pod Verdun. – Przecie¿ nie wychodzili z krzaków – i poda³ mi lornetkê niezdecydowanym ruchem. ale nie wykrzywione. unosi kolana jeszcze wy¿ej. bo rozstawa³ siê z ni¹ niechêtnie i zawsze na krótko. W³aœnie kiedy poprawia³em ostroœæ. jakby krzycza³a ze strachu. Maszyna jest dziesiêæ. widaæ by³o bia³¹ nitkê pla¿y. za naszymi plecami. – Gdzie oni mogli znikn¹æ? – powtarza³ Szymek. wypatruj¹c nadlatuj¹cego i³a. Bo to. poruszy³y siê i dopiero teraz zobaczy³em ich dwoje. Elka unosi kolana do góry i twarz jej wykrzywia grymas. jak le¿eli obok siebie. usta ma otwarte. 43 . i jak niecierpliwie unosili g³owy. zatokê i statki oczekuj¹ce na redzie. Samolot obni¿aj¹c lot. a z nimi biodra. mo¿e piêtnaœcie metrów nad ziemi¹. trzymali siê za rêce.wisko. Krzaki ¿arnowca. oni le¿eli na wznak z wyci¹gniêtymi nogami. trzymaj¹c siê za rêce. min¹³ Bukow¹ Górkê i zbli¿a³ siê do wysokoœci wiaduktu i torów kolejowych. kiedy ogromne i lœni¹ce cielsko samolotu zdawa³o siê dotykaæ brzuchem kêpy ¿arnowca. a od kêpy ¿arnowca i pocz¹tku pasa dzieli j¹ odleg³oœæ s³abego rzutu kamieniem. Tylko ¿e to nie by³a zabawa w lekarza i pacjenta. jak jej czerwona sukienka. i widaæ. Krzaki ¿arnowca jak œciête k³ad¹ siê od podmuchu. ods³ania czarny punkt miêdzy nogami. Gdy czarne kreski podzia³ki zamajaczy³y mi w okularze na tle kêpy ¿arnowca. co zobaczy³em w kilka sekund póŸniej. Elka. a drug¹ ka¿de z nich wczepia³o siê w korzenie ¿arnowca. nie podnosi te¿ kolan. te najbli¿sze betonowego pasa. Weiser ma równie¿ otwarte usta. poderwana uderzeniem powietrznej fali. które w tym miejscu by³y grube i popl¹tane. a ja celowa³em w czerwon¹ sukienkê Elki i jej go³e kolana.

bawili siê jednak w lekarza. bo to czarne. wiedzia³em ju¿ wtedy. ¿adna tam bielizna. Przez ca³y czas. faluj¹ce i tkliwe. bo oboje wstaj¹ i prêdko biegn¹ w kierunku p³otu. ¿eby unikn¹æ pogoni stra¿nika uzbrojonego w strzelbê. I nie wiem. Szymek wyrywa mi lornetkê i przyk³adaj¹c do oczu. ¿e Elka za poœrednictwem Weisera pozwala samolotom na dziwne i ekscytuj¹ce zabawy. ¿e pomiêdzy jej nogami by³o to czarne. w której mia³o byæ urz¹dzone nowe kino. sp³oszy³ ich samolot! Ale ja wiedzia³em ju¿ wtedy. kiedy samolot nadlatywa³. co zdziwi³o mnie bardziej – czy to. która opada na biodra i kolana Elki. skoro kamienica nasza mia³a po jednej ³azience na piêtro. krzyczy: – Widzisz. takie samo jak u mojej matki albo starszej siostry Piotra. czy te¿ to. po³o¿ony naprzeciwko ewangelickiej kaplicy. ¿e nie mogli utrzymaæ swojej œwi¹44 . to przypominaj¹ce trójk¹t zjawisko niknie zaraz w fa³dach czerwonej sukienki.Ale to nie s¹ ¿adne majtki. ale ich liczba topnia³a z roku na rok do tego stopnia. którzy w drodze powrotnej zahaczyli jeszcze o bar „Liliput”. uniesione lekko do góry. Wracali ostatni niedopici. a przez otwarte okna mieszkañ dobiega³y odg³osy domowych awantur. o czym trudno by³o nie wiedzieæ. Tak. rêka Weisera spoczywa³a w tym samym miejscu i to nie ona podnios³a czerwon¹ sukienkê Elki. ¿e to nie by³o to. dziesiêæ albo piêtnaœcie metrów za nimi. ¿e srebrzysty i³ 14 podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki. trójk¹tne zjawisko. ods³oniête przez czerwon¹ sukienkê za spraw¹ hucz¹cego samolotu jest dziwnie miêkkie. Popo³udniem upa³ zel¿a³ trochê. Gmina ewangelicka w naszej czêœci miasta mia³a wprawdzie czynnych wyznawców. czego pragn¹³by Szymek. skoro tylko wielki i³ dotknie ko³ami betonowej nawierzchni pasa. I ju¿ jest w³aœciwie po wszystkim. to coœ pokrywaj¹ce siê z punktem 0 podzia³ki artyleryjskiej w okularze francuskiej lornetki spod Verdun.

ty draniu skoñczony!”. A przecie¿ mia³a nas wszystkich jak na d³oni i równie dobrze móg³ powiedzieæ po prostu: „B¹dŸcie jutro przy wejœciu do zoo o dziesi¹tej”. bo przyskoczy³a do Szymka z pazurami i mielibyœmy niechybnie now¹ bójkê. powiedz im. – Weiser zwróci³ siê do niej w ten w³aœnie sposób: „Powiedz im” – pamiêtam to doskonale. umiecie tylko kopaæ pi³kê i wybijaæ sobie zêby. co oznacza to s³owo. – On potrafi wszystko. I kiedy Elka sz³a przez podwórko.. nic wiêcej! – Bo co?! – zabrzmia³o zaczepnie. he – wyœmia³ j¹ Szymek. rozumiecie. Przewa¿nie byli to starzy gdañszczanie... ¿eby jutro przyszli do zoo. chocia¿ nie wszyscy zapewne umieliby okreœliæ.tyni. gdyby nie g³os z pierwszego piêtra. – Bo nic – odparowa³a. ¿eby j¹ macaæ. mo¿e zrobiæ. Jego nawet zwierzêta s³uchaj¹! – Ehe. co zechce. – Jesteœcie g³upi – wycedzi³a przez zaciœniête zêby. o dziesi¹tej. – To mo¿e on potrafi zatrzymaæ rozpêdzony samochód albo samolot w powietrzu? Ta ostatnia uwaga zabola³a Elkê najbardziej. a wszyscy ch³opcy wiedzieli ju¿ od Szymka. Elka podesz³a do ³awki. obok g³ównego wejœcia. nazywani przez ludnoœæ nap³ywow¹ Niemcami. a nie tylko temu ¯ydkowi z pierwszego piêtra. Pani Korotkowa krzycza³a na swojego mê¿a: „Ty ³achudro. ¿eby siê da³a pomacaæ tak¿e nam. co nie zawsze pokrywa³o siê z prawd¹.. – G³upi smarkacze i œmierdz¹ce gnojki. Ale on wola³ zwróciæ 45 . ¿e Weiser chodzi z Elk¹ na lotnisko. na której siedzieliœmy. z radia dobiega³y dŸwiêki skocznego oberka. wy. wy. us³yszeliœmy nagle: – Dobrze. Przez otwarte okno ca³¹ scenê obserwowa³ Weiser i gdy paznokcie Elki mia³y siê ju¿ zatopiæ w twarzy i w³osach Szymka. któryœ z nich zawo³a³. i jej oczy ciska³y b³yskawice. szczeniaki g³upie? Wszystko.

na kolonii. Wieczorem starzy ludzie wylegli na ³awki i spogl¹dali w niebo. dlaczego nikt nie pomyœla³. kiedy zaprasza³ nas na swoje spektakle w dolince za strzelnic¹. czy ja mam was uczyæ? Tylko w ubieg³ym roku mieliœmy w ca³ej Polsce kilkanaœcie podobnych wypadków i jestem przekonany. ¿eby nie pa³êtali siê po wertepach. to zobaczycie – ale nie powiedzia³a. jak pan Korotek bije swoj¹ ¿onê pasem zdjêtym ze spodni i jak ona wzywa pomocy wszystkich œwiêtych. kolektywu. bo ten by³ ju¿ ca³kiem rozwi¹zany. – Koniec! Raz wreszcie nale¿y z tym skoñczyæ! Dlaczego ci ch³opcy nie byli na ¿adnym obozie. donosi³. szko³y. zreszt¹.siê do niej i tak by³o tak¿e póŸniej. który tego dnia by³ w Jelitkowie. ¿e w tych œrodowiskach (akcent by³ na „tych”) rodzice z braku czasu i umiejêtnoœci pedagogicznych trac¹ wp³yw na dorastaj¹ce dzieci. tylko posz³a dalej. szukaj¹c zapowiadanej komety. s³abo widaæ i bez prawdziwej wiary. a my graliœmy w pi³kê na zesch³ej trawie obok pruskich koszar. i tu. a dyrektor nie poluŸnia³ krawata. bo przez otwarte okno co rusz dobiega³y nas s¹¿niste plaœniêcia i rozpaczliwe jêki. hufcu pracy. Piotr. – Macie byæ o dziesi¹tej przed bram¹ zoo. jest wasza rola. w tym miejscu. ¿e zupa rybna nabra³a teraz fioletowego koloru i cuchnie jeszcze mocniej ni¿ przedtem. Pan za to w czêœci jest równie¿ odpowiedzialny – g³os prokuratora brzmia³ teraz wysokim tembrem. a wstêpu na pla¿ê broni¹ wielkie tablice z podpisami w³adz wszystkich trzech miast po³o¿onych nad zatok¹. 46 . gdzie ci¹gle znajduj¹ niewypa³y i amunicjê. – S³yszeliœcie – powtórzy³a Elka. co zobaczymy. ¿eby zaj¹æ ich czas. a my s³uchaliœmy teraz. – Dlaczego ch³opcy nie wyjechali na wakacje? Przecie¿ pan wie – kontynuowa³ prokurator – równie dobrze jak ja.

gdzie zakopany zosta³ strzêp koszuli Weisera albo skrawek czerwonej sukienki Elki. Powiedzcie. ¿eby przestrzec m³odzie¿ przed niebezpieczeñstwem tego rodzaju? Wiecie ju¿. który zjawi³ siê w sekretariacie szko³y o godzinie siódmej – wszyscy oni myœleli. Nie wierzyli.¿e do wielu z nich nie dosz³oby w ogóle. ¿e gdyby tak by³o w istocie. Nie wszystko przez uchylone drzwi gabinetu dociera³o. co mówi³ dyrektor i M-ski. ale i tak mogliœmy siê zorientowaæ. gdzie rzeczka przep³ywa pod kolejowym nasypem w¹skim tunelem. Nie przysz³o im nawet do g³owy. Myœleli. s¹dz¹c. dyrektorze. krzyczeli i grozili. ¿e ze strachu ukryliœmy gdzieœ strzêpy cia³. ¿e oni wci¹¿ s¹ na fa³szywym tropie. w dolince. ma siê rozumieæ. ¿e tam. dok³adnie. dyrektor. ¿e nasze ostatnie spotkanie odby³o siê rzeczywiœcie nastêpnego dnia nad Strzy¿¹. Nie podejrzewali. gdyby istnia³ odpowiedni dozór równie¿ (akcent na „równie¿”) w czasie wakacji! S³uchaliœmy s³ów prokuratora. ile tego by³o w cegielni? Mamy dok³adne dane: starczy³oby na wysadzenie w powietrze nie tylko tego budynku. ale i wszystkich okolicznych domów. 47 . a potem tego. mê¿czyzna w mundurze i prokurator. co zrobiliœcie. Jedno tylko nie zgadza³o: w czasie poszukiwañ nie znaleziono ¿adnego strzêpka ubrania ani cia³a i dlatego wœciekali siê na nas. Bo M-ski. pl¹cz¹c siê w wyjaœnieniach. jakby to by³a nasza wina. z zapartym tchem. ¿e to by³ niewypa³. Gubili siê w naszych zeznaniach. widzieliœmy ich odchodz¹cych pod górê. ¿e Weiser i Elka polecieli prosto do nieba w setkach albo tysi¹cach kawa³eczków po wybuchu w dolince za strzelnic¹. – Niemcy zostawili po sobie niejeden zakopany arsena³ – mówi³ znów prokurator – i to jest najtragiczniejsze ¿niwo wojny (akcent na „najtragiczniejsze”) w dzisiejszych czasach! Tymczasem ani jedna lekcja nie by³a poœwiêcona w waszej szkole temu zagadnieniu (akcent na „waszej”). obok zerwanego mostu. to przecie¿ powiedzielibyœmy w koñcu. a teraz k³amiemy.

Wy. ¿e pan Weiser umar³ na atak serca. w tych zeznaniach. którymi zarzucone by³o biurko dyrektora) – bo tu. i nawet Matka Boska by im nie pomog³a! Tak. wychodz¹c z gabinetu. nie zauwa¿y³ pan. sier¿ancie – zwróci³ siê pewnie do tego w mundurze – do raportu za³¹czycie szkic sytuacyjny i chyba nie muszê was instruowaæ. umar³. bo siê boj¹. a ja zastanawia³em siê w tym czasie. nic siê ze sob¹ nie zgadza i nie trzyma kupy! – Oni – to znów o nas – wszyscy bezczelnie k³ami¹ – doda³ sier¿ant. Pukano do jego drzwi i nikt nie otwiera³. Ja chcê mieæ dok³adny opis sytuacji tamtego krytycznego dnia. Pracujcie. sier¿ancie? – podj¹³ kwestiê dyrektor i tak przez d³u¿sz¹ chwilê odbijali s³own¹ pi³eczkê. – Boj¹ siê. opowiedzia³ prokuratorowi o naszym spotkaniu przy brêtowskim cmentarzu. kiedy rozpoczê³y siê poszukiwania. do poniedzia³ku rano raport ma byæ gotowy. który by³ krawcem i bardzo rzadko wychodzi³ z domu.Dyrektor t³umaczy³ coœ zawile. ¿e mówi prawdê. pozostawiaj¹c za sob¹ mocny zapach s³odkawej wody koloñskiej. a póŸniej M-ski opowiada³ o rosn¹cej niechêci do masowych organizacji. o upadku ducha czujnoœci i tak dalej. – K³ami¹. – No to mamy zagwozdkê – w chwilê póŸniej powiedzia³ M-ski (i pewnie pokaza³ paluchem papiery. tak – doda³. a¿ skoñczy³ na polityce Watykanu i nieprzejednanej postawie kleru. dlaczego stary dziadek Weisera. I na dowód. jak chcecie. Podobno znaleŸli go siedz¹48 . z którym on sam miewa – i owszem – zatargi. jak siê to robi. – Mnie interesuj¹ fakty – nie da³ siê zbyæ prokurator – a nie ogólniki. ale k³ami¹. bez ¿adnych niedomówieñ i niejasnoœci! A swoj¹ drog¹ – doda³ na zakoñczenie – jeszcze rok temu ci ch³opcy – to by³o o nas – siedzieliby na Okopowej jako grupa dywersyjna. – Zmieniaj¹ siê czasy i obyczaje – i przeszed³ przez sekretariat. wiêc je wywa¿ono i okaza³o siê.

kiedy œpiewaliœmy „B¹dŸ¿e pozdrowiona. co widzieliœmy ostatniego dnia nad Strzy¿¹. której moglibyœmy powiedzieæ. co robi³ w piwnicy nieczynnej cegielni. ¿e susza tego roku nie by³a tak¹ sobie zwyk³¹ susz¹. dlaczego akurat przez wdowê. który podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki i ca³e jej cia³o w krzakach ¿arnowca. tak nag³a. tak jak ogl¹da siê muchê zastyg³¹ przed milionami lat w bry³ce z³otego bursztynu. wypuszczonego przez proboszcza Dudaka w Bo¿e Cia³o. Bo przecie¿ milcz¹cy zawsze dziadek Weisera by³ jedyn¹ osob¹. „To niemo¿liwe” powiedzieliby. tego nie wiem. 49 . ani Szymek. Bo ¿eby zrozumieæ do koñca. Zreszt¹. By³a to.cego na krzeœle. Ale wtedy nikt nie by³ na to przygotowany. i nikt by nie przypuszcza³. za zerwanym mostem. nawet gdybyœmy opowiedzieli dok³adnie to. Hosty-jo ¿y-wa”. z g³ow¹ opart¹ na starej maszynie do szycia marki Singer. siorbi¹c kawê i strzêpi¹c mankiety od koszuli. Nikt z nas nie po³¹czy³by wtedy zupy rybnej z ob³okiem kadzidlanego dymu. ani M-ski. w dwadzieœcia kilka lat póŸniej. teraz rozumia³em to jasno. jego œmieræ. ani ten w mundurze. nie mog³a byæ przypadkowa. Trzeba by³o przypomnieæ sobie wszystkie wa¿ne szczegó³y. co robiê teraz. albo z lœni¹cym kad³ubem i³a 14. kamizelka od garnituru. przecieraj¹c okulary. jak dowiedzia³em siê ju¿ du¿o póŸniej. zamówionego przez wdowê po kapitanie. Nikt nie pomyœla³by nawet. Pana Weisera przypomnia³em sobie z odrobin¹ lêku. ani Piotr. „To niemo¿liwe” mówiliby. w jaki sposób Elka i Weiser odeszli od nas tamtego s³onecznego dnia i dlaczego sami nie mogliœmy tego do koñca zrozumieæ. ¿e wybuchy Weisera przygotowywane w dolince za strzelnic¹ mia³y jakiœ zwi¹zek z tym. ani nikt inny na ca³ym œwiecie nie potraktowa³by tego powa¿nie. ani ja sam. ani dyrektor. trzeba by³o zrobiæ mniej wiêcej to. nad niewykoñczon¹ robot¹. uporz¹dkowaæ je i obejrzeæ razem.

a w³aœciwie przysiêg¹. Wiêc na razie siedzia³em w sekretariacie pomiêdzy Szymkiem i Piotrem. pokazuj¹c ka¿demu.. – Teraz ty – i Piotr wszed³ do œrodka razem z ostatnim uderzeniem zegarowego gongu. który opuœci³ szko³ê punktualnie o godzinie wpó³ do ósmej. ¿e jeszcze rok temu siedzielibyœmy tam wszyscy jako grupa dywersyjna. gdy Piotr znikn¹³ za drzwiami gabinetu i rozpoczê³a siê druga.„znów k³amiecie. dan¹ Weiserowi.. choæ to nie by³ wcale dzieñ wyp³aty. Ale postanowi³em niczego nie uprzedzaæ. jak pewnego popo³udnia. I pan Korotek wróci³. ¿e s³ucha Londynu. bo ktoœ doniós³. pijanego w sztok. co mia³ na myœli. Dlaczego prokurator wspomnia³ o Okopowej? Bo powiedzia³. przed naszym domem zatrzyma³ siê zgni³ozielony samochód i jak z tego samochodu wysiedli dwaj panowie w p³aszczach. stan¹³ na œrodku podwórka i zdj¹³ koszulê. a w³aœciwie trzecia kolejka przes³uchania. ale wtedy. a kiedy przyszed³ s¹dny dzieñ nastêpnej wyp³aty. Byliœmy tak¿e zwi¹zani obietnic¹. niegrzeczni ch³opcy”. Doroœli mówili wtedy szeptem i po k¹tach. po czym udali siê do mieszkania pani Korotkowej i wyprowadzili stamt¹d jej mê¿a. noga ³upa³a mnie okrutnie. ¿e pana Korotka wziêli na Okopow¹. – Wojtal – zabrzmia³o w drzwiach gabinetu nazwisko Piotra. które wygl¹da³y jak pasiasta zebra ¿ó³to-czerwonego koloru. I znów przes³uchania kr¹¿y³yby jak wczeœniej wokó³ ostatniego wybuchu. a przez uchylone okno ulatywa³y resztki wykwintnego bukietu wody koloñskiej pana prokuratora. Dzisiaj wiem bardzo dobrze. ale dopiero po trzech tygodniach. Wykrzykiwa³ przy 50 . s³owa prokuratora nie dawa³y mi spokoju. Przypomnia³em sobie. pana Korotka. swoje plecy. dwa lata wczeœniej. z okiem jak soczysta œliwka. kto chcia³. na którym – ich zdaniem – wszystko siê skoñczy³o.

tym straszne przekleñstwa na swoj¹ dolê i u¿ala³ siê nad ca³ym œwiatem. tylko siedzi w swoim gabinecie z za³o¿onymi rêkami. a Weiser i Elka chodzili razem na lotnisko. a nie robotnikiem. bo pomyœla³em wtedy. przestraszy³em siê widoku tych pleców i ulicy Okopowej. jak drzewo ¿ywicowanej sosny. tym bardziej im nie zaszkodzimy. fantastycznie kolorowym. Takim samym ruchem odpowiada³ mi. a pan Korotek. zupe³nie jakby by³ dyrektorem. z wy¿³obionymi kanalikami. gdybyœmy opowiedzieli. którym rz¹dz¹ kurwy. spokojna g³owa. nie pamiêta³ albo nie chcia³ pamiêtaæ sza51 . a w œledztwie postanowi³ byæ jeszcze twardszy. i tak ich nie znajd¹. Ale Szymek by³ twardy. kiedy zupa rybna zaleg³a w zatoce. Sta³em wtedy w bramie i widzia³em. a jeœli s¹ gdzieœ zupe³nie indziej. unosi³ rêkê do góry i grozi³ Panu Bogu za to. ¿e On z wysokoœci patrzy na to wszystko i nic nie robi. Zacisn¹³ zêby. wszed³ do gabinetu. Szeptem zwróci³em siê do Szymka z propozycj¹ zmiany zeznañ – có¿ by w koñcu szkodzi³o Weiserowi albo Elce. a my z Szymkiem s³uchaliœmy leniwego tykania zegara. pozostawiaj¹c uchylone drzwi. widzia³em to dok³adnie. I kiedy Piotr znikn¹³ za drzwiami gabinetu. Zawsze. ¿eby nie s³uchaæ okropnych wyrazów. jak kobiety zamykaj¹ przezornie okna. przez ca³¹ szko³ê by³ twardy. wezwany przez dyrektora. ani grzanie ³apki. gdy woŸny. z³odzieje i ³ajdacy. gdy odwiedzi³em go w dalekim mieœcie i wypytywa³em jeszcze raz o tamte wakacje. ani ¿adne inne tortury M-skiego nie dorównuj¹ plecom pana Korotka. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ nastêpnego dnia po wybuchu w dolince? Jeœli s¹ gdzieœ w okolicy. ¿e najstraszniejsze wyciskanie s³onia ani skubanie gêsi. Nie pragn¹³ wracaæ do lat szkolnych i w niczym nie chcia³ mi pomóc. zanim jego ¿ona zbieg³a na dó³ i wtaszczy³a go do mieszkania. Na dworze coraz szybciej zapada³ zmierzch. i pokrêci³ g³ow¹ przecz¹cym ruchem.

Kiedy wróci³em do sekretariatu. i bia³¹ piankê zamiesza³em palcem. ¿e nie mam ze sob¹ trucizny o piorunuj¹cym dzia³aniu. a Piotr – tak jak wczeœniej – siedzia³ na sk³adanym krzeœle po mojej lewej stronie. ¿e pierwszy rozdzia³ nie52 . rzecz jasna. tak ¿eby siê rozpuœci³a. cicho tyka³ zegar. ¯a³owa³em. bo Szymek jako jedyny z nas doszed³ do czegoœ w ¿yciu. Teraz widzê. Naplu³em za to w dzbanek. Tymczasem woŸny wyszed³ z gabinetu. nie odczu³em tego. Szed³em wiêc pustym korytarzem i pomyœla³em. wiod¹cy nie wiadomo dok¹d. kiedy ha³asowa³y tu setki mikrusów i starszych uczniów. maj¹c przed oczami wy³upiaste spojrzenie M-skiego. co sprzed kilku godzin. o któr¹ zreszt¹ nie mam ¿alu. melancholijnie pusty i jakby zupe³nie nie ten sam. A zreszt¹. doros³a twardoœæ. co to za s³owo „umówi³”? On po prostu nam to spotkanie wyznaczy³ – jak suweren wasalom. ¿eby nie traciæ nas z oczu. ¿e nie ma nic smutniejszego ni¿ opustosza³y szkolny korytarz. zrobi³o siê sennie i ciep³o.rego ob³oku ze z³otej kadzielnicy proboszcza Dudaka. a na temat Weisera powiedzia³ kilka banalnych i p³askich zdañ. ¿e Weiser by³ od tej chwili naszym suwerenem i nic tego zmieniæ nie mog³o. WoŸny przyniós³ ze stró¿ówki elektryczn¹ maszynkê i zacz¹³ grzaæ wodê tutaj. Szymek by³ ju¿ w gabinecie. W jakim stopniu by³o to zaplanowane. a w jakim wynik³o z sytuacji. Wtedy. ustami herolda. ju¿ wtedy mia³em niejasne przeczucie. To by³a jego nowa. kiedy zaczepiona Elka o ma³y w³os nie przeora³a twarzy Szymka pazurami? Nie mam ¿adnej pewnoœci. trzymaj¹c porcelanowy dzbanek do zaparzania kawy i kaza³ mi pobiec do ubikacji po wodê. ale ju¿ w sekretariacie na sk³adanym krzeœle. Nastêpnego dnia wiêc Weiser umówi³ siê z nami przed g³ówn¹ bram¹ oliwskiego zoo. Woda sycza³a leniwie. kiedy szumia³a woda na kawê i tyka³ œcienny zegar.

o dziesi¹tej. Zupe³nie tak. Wtedy uchodzi³o to naszej uwadze. Na lekcjach przyrody M-ski wiele razy podkreœla³. oprowadzani przez przewodnika w obcym mieœcie. ³osie – ciemne i ponure bagniska. co M-ski mia³ na myœli. zdanie M-skiego o najpiêkniejszym zoo w Europie brzmi bardzo œmiesznie i g³upio. który wyp³ywa³ w tym miejscu z siedmiu wzgórz zaroœniêtych mieszanym. kiedy nie odwiedzam ¿adnych ogrodów zoologicznych. mia³y wybiegi znacznie gorsze. Tylko zwierzêta drapie¿ne. sk¹d dolatywa³ nas znajomy turkot maszyny do szycia. wilki – jamy wykopane w skarpie. Nie wiem. szczególnie te sprowadzane z krajów tropikalnych.napisanej ksi¹¿ki o nim winien zaczynaæ siê od s³ów: „Dobrze. jakbyœmy. Byæ mo¿e razem z Elk¹. ¿e my nie mieszkamy w Europie. to dlatego ¿e to. Sarny mia³y tu leœne polany. O tym jednak ju¿ mówi³em i jeœli powtarzam niektóre rzeczy i nie wymazujê ich jak w szkolnym wypracowaniu. Szymkiem i Piotrem moglibyœmy tak¹ ksi¹¿kê napisaæ. które Weiser wypowiedzia³ z okna na pierwszym piêtrze. a Piotr zgin¹³ na ulicy w grudniu siedemdziesi¹tego roku i le¿y w pi¹tej alejce cmentarza na Srebrzysku. zamkniêtych ¿elaznymi kratami. Czy to. w g³êbokiej dolinie Oliwskiego Potoku. obok g³ównego wejœcia”. sosnowo-bukowym lasem. ale – co zreszt¹ powiedziano – Szymek woli niczego nie pamiêtaæ. powiedz im. ¿e poza ogrodem zoologicznym mamy siê czego wstydziæ? Ale zoo by³o rzeczywiœcie piêknie po³o¿one. ¿e takiego ogrodu zoologicznego jak w Oliwie nie powstydzi³oby siê ¿adne europejskie miasto. bo powierzchni tylko kilkudziesiêciu metrów kwadratowych. ¿eby jutro przyszli do zoo. us³yszeli 53 . co robiê. a kangury hasa³y na ugorze poroœniêtym czerwonaw¹ koniczyn¹ i szczawiem. nie jest pisaniem ksi¹¿ki. z dala od miasta. Elka nie odpisuje na listy nawet po mojej wizycie w Niemczech. ale dzisiaj. przeœwietlone s³oñcem. czy te¿ to.

dziecko powstañca warszawskiego i gdañskiej sklepikarki. wdychaliœmy kurz spiekoty zmieszany z zapachem kwitn¹cych lip. który zawsze nosi³ czyste koszule i w przeciwieñstwie do nas mówi³ „przepraszam” i „dziêkujê”. a byæ mo¿e nawet w ca³ej Europie”. dalej Krzysio Barski. Otoczyliœmy Weisera kó³kiem.nagle: „Oto. syn kolejarza z Lidy. Wreszcie ujrzeliœmy wspartego o bramê Weisera. jak po starszym bracie. ju¿ nieco zmêczeni. podobno ze wzglêdu na szlacheckie pochodzenie jego ojca. Korowód zamyka³a tego dnia cicha jak mysz Basia Szewczyk. wygl¹da³o to nienaturalnie i œmiesznie. Ale wtedy autobusów by³o. zobaczyliœmy otwieraj¹ce Dolinê Radoœci wzgórza. którymi wysadzona by³a droga. Najpierw do Weisera podesz³a nasza trójka. jakie kiedykolwiek zbudowano w naszym mieœcie. a nastêpnie oprowadza³ wzd³u¿ kolejnych wybie54 . proszê pañstwa. najpiêkniejsze wiêzienie. zaroœniêtych teraz i zabagnionych. przemaszerowaliœmy wzd³u¿ stawów dawnego folwarku. nieco mniej i drogê z pêtli wzd³u¿ opactwa cystersów musieliœmy przebyæ piechot¹. – Co nam teraz poka¿esz? On zaœ poprowadzi³ nas do bocznej furtki. Minêliœmy ocienione stoki Pacho³ka. Jej ojciec rzuci³ po wojnie górnictwo i przyjecha³ tutaj szukaæ szczêœcia i macochy dla swojej córki. – No i co – spyta³ go Szymek. na którym sta³ jeszcze zaraz po wojnie obelisk z niemieckim napisem. Dzisiejsi turyœci lub mieszkañcy miasta udaj¹ siê do zoo autobusem spod pêtli tramwajowej w Oliwie. któr¹ weszliœmy bez biletów. który urodzi³ siê w wagonie kolejowym. który tego dnia ubrany by³ w zielone spodnie i jasnoniebiesk¹ koszulê kroju rosyjskiej rubachy. o których prawe skrzyd³o opiera siê ogród zoologiczny. po nim do bramy ogrodu podszed³ Leszek ¯wire³³o. a¿ w koñcu. póŸniej Janek Lipski. zdaje siê.

Przy klatkach z ptakami czeka³a Elka. a ptaki kiwa³y powoli g³owami. gwi¿d¿¹c. a nastêpnie ruszy³ w kierunku klatek z drapie¿nikami. Te klatki nawet dzisiaj. Ale to by³a ma³pia zmy³ka. a my nie wiedzieliœmy. zupe³nie tak samo jak M-ski. Opiera³ siê wtedy o p³ot. bo przecie¿ jeœli to mia³ nam pokazaæ – jak przypuszczali niektórzy – to by³a to wielka lipa i zawracanie g³owy. pokrzykuj¹cych i rozweselonych. posta³ tu jeszcze przez moment.gów. Za ka¿dym sikniêciem szympans okazywa³ siê szybszy od swoich przeciwników i widzowie z pierwszych rzêdów musieli wycieraæ ¿ó³ty. Co chwila og³upia³y szympans sypa³ w publicznoœæ garœci¹ piachu. maj¹ zapewne odmienny zapach ni¿ pomieszczenia innych 55 . jakby by³y uœpione. wiêc ruszyliœmy za nim do klatek z pawianami i szympansami. który nie œmia³ siê wcale z tej odskakiwanki. które w takim upale nie wynurza³y siê z wody. ale Weiser nie wchodzi³ tam. niczym z sikawki stra¿ackiej. Pamiêtam. kiedy to piszê. ludzie odeszli. ¿e podziwia³a ogromne sêpy argentyñskie. Ich czarne skrzyd³a odbija³y promienie s³oñca granatowym blaskiem. Zwierzê co pewien czas unosi³o ³eb do góry i czochra³o sierœæ na czubku g³owy. zatrzymuj¹c siê d³u¿sz¹ chwilê tam. tupi¹c i rzucaj¹c ogryzkami w siatkê klatki. dlaczego tak d³ugo przygl¹da siê leniwej lamie albo co widzi w nurkuj¹cych fokach. sika³o sobie do gêby i nagle w¹ska stru¿ka tryska³a ze zwê¿onego pyska. gdzie zechcia³. bo za chwilê zwierzê pochyla³o g³owê poni¿ej pêpka. podstêp szympansi. Zabawa bardzo nam siê podoba³a i na d³u¿sz¹ chwilê zapomnieliœmy o Weiserze. Tu zgromadzi³o siê wiêcej ludzi. kiedy zapomina³ czegoœ wa¿nego. Ale Weiser bada³ tylko nasz¹ cierpliwoœæ. PóŸniej minêliœmy terrarium. W koñcu szympans schowa³ siê w g³êbi klatki. a ta oddawa³a ma³pie piêknym za nadobne. a my spojrzeliœmy wyczekuj¹co na Weisera. w najbli¿ej stoj¹cych ludzi. cuchn¹cy p³yn z ramion i twarzy.

Elka po³o¿y³a palec na ustach i kaza³a nam stan¹æ nieco z ty³u. co wczeœniej by³o warkotem. jak wysuwa³y siê grube i zakrzywione pazury. to znów wznosi³a pysk. W koñcu zwierzê. dobywaj¹cy siê gdzieœ z g³êbi pomruk. md³y. Pantera szala³a przy kracie. i wtedy zobaczyliœmy. Lecz to nie by³o wszystko. miêkkim ruchem sp³ynê³a z konara i ze zje¿on¹ sierœci¹ zbli¿a³a siê do krat. jak wahad³o zegara bi³ o lœni¹ce boki. tygrysa bengalskiego i czarnej pantery. Weiser odwrócony do nas plecami tkwi³ w bezruchu dobre kilka minut. odpychaj¹cy zapach zapleœnia³ych legowisk lwów afrykañskich. jej ogon drgn¹³ nieznacznie. ¿e móg³by. Us³yszeliœmy pierwszy szmer.zwierz¹t. unosz¹cy siê w¹skimi pasemkami w lepkim powietrzu lipca. a to. dopóki spod klatki nie odeszli inni ludzie. Weiser przesadzi³ barierkê oddzielaj¹c¹ go od klatki i stan¹³ teraz tak blisko jej ¿elaznych prêtów. ¿e pantera drzemi¹ca do tej pory w po³udniowej sjeœcie powoli podnosi g³owê. ¿eby mu nie przeszkadzaæ. pochyliwszy siê zaledwie o krok. który zaraz potem przeszed³ w g³êboki. ró¿ny od wybiegu ma³p. przesz³o nagle w gard³owe bulgotanie. w którym marszowy werbel miesza³ siê z hukiem wezbranej rzeki. po czym coraz mocniej. drgaj¹c coraz wy¿ej. Wargi unosi³y siê. Pantera powoli. wydê³y siê lekko i wygl¹da³o to tak. Ale to by³ dopiero pocz¹tek. która le¿a³a na zeschniêtym i ³ysym konarze. wszystkich rogacizn i nierogacizn. do56 . s³onia. bi³a ³ap¹ w cementow¹ pod³ogê. Wargi jej. a wreszcie podrywa³a swoje cielsko jak pionow¹ belkê. i widzieliœmy. wspieraj¹c siê przednimi ³apami o prêty. stanê³o naprzeciw Weisera. dotykaj¹c pyskiem ¿elaznych prêtów. i pod czarnym aksamitem widaæ teraz by³o rzêdy bia³ych k³ów. Weiser zatrzyma³ siê przed jej klatk¹. z d³ugimi ig³ami w¹sów. a jesienna wichura z g³osem dzwonów rezurekcyjnych. opuszcza³a. jakby pantera czknê³a. rytmiczniej. bo taki w³aœnie mia³y wtedy i takim pamiêtam go do dziœ – s³odkawy.

tkn¹æ czo³em pazurów kota. Pantera znieruchomia³a. Nagle gard³owe bulgotanie przesz³o w g³êboki warkot, a warkot w cichy jak na pocz¹tku pomruk i zwierzê, nadal ze zje¿on¹ sierœci¹ i ogonem bij¹cym w boki, pe³z³o do ty³u ze wzrokiem utkwionym w Weisera. To by³o niesamowite! Pantera czo³ga³a siê w g³¹b klatki, bardzo wolno, brzuchem szoruj¹c po betonowej posadzce, a jej skoœne i przymru¿one oczy, lœni¹ce jak nieruchome lusterka, wpatrzone by³y w Weisera. Gdy wyczu³a ogonem tyln¹ œcianê wybiegu, siad³a skulona w k¹cie i wreszcie opuœci³a oczy, dr¿¹c na ca³ym ciele. Ka¿dy musku³ pod napiêt¹ skór¹ dygota³ teraz jak z zimna i wielki kot przypomina³ ratlerka pani Korotkowej, który ucieka³ w k¹t podwórka na tupniêcie nog¹. Staliœmy w milczeniu, kiedy Weiser podszed³ do nas i kiedy Elka poda³a mu chustkê, a on wyciera³ krople potu z czo³a jak po ciê¿kiej pracy. Ale to nie by³ koniec naszego dnia spêdzonego z Weiserem, podobnie jak nie jest to koniec historii tamtego lata, kiedy zupa rybna warzy³a siê w wodach zatoki, a ludzie modlili siê po koœcio³ach o odwrócenie suszy i deszcz. Bo Weiser pokaza³ nam inn¹ drogê do domu ni¿ ta, któr¹ przybyliœmy do oliwskiego zoo. Nie by³o tramwajowej pêtli ani rozklekotanego tramwaju linii numer dwa, który kursuj¹c wtedy pomiêdzy Targiem Wêglowym a Oliw¹, przeje¿d¿a³ obok zajezdni, naszej szko³y i kamienicy. By³a za to droga Dolin¹ Radoœci w górê, obok nieczynnej kuŸni cystersów nad dop³ywem Oliwskiego Potoku; by³y wysokie do kolan trawy na p³askowy¿u, sk¹d jak z Bukowej Górki widaæ by³o morze; by³y g³êbokie jary i rozpadliny w cieniu bukowych liœci; i by³ w¹ski, piaszczysty trakt przez sosnowy starodrzew, który miejscami miesza³ siê z brzozowymi zagajnikami i leszczynow¹ gêstwin¹. Teraz brzmi to jak liryczne kwêkanie po utraconym raju, ale kiedy Weiser pokaza³ nam obok Ÿród³a miejsce, w którym Fry57

deryk Wielki odpoczywa³ na polowaniu, albo kiedy na przeœwietlonej s³oñcem polanie zatupota³y wyp³oszone sarny, lub kiedy zbieraliœmy pe³nymi garœciami s³odkie maliny – wtedy by³ to dla nas raj odnaleziony, daleki od miasta, powabny i wci¹gaj¹cy, jak mroczny ch³ód katedry w upalny dzieñ. Weiser szed³ przodem i mówi³ niby do Elki, ale w³aœciwie do nas: „O, tutaj zim¹ przychodz¹ dziki”. Albo: „O, têdy siê idzie do Matemblewa”. Lub: „O, a tam jest najwiêksze mrowisko czerwonych mrówek z czaszk¹ zaj¹ca”. Ze szczególnym upodobaniem pokazywa³ miejsca, gdzie las przecina³y linie okopów z ostatniej wojny i w podobnym stylu wyjaœnia³: „O, to jest lej od pocisku moŸdzierza”. Albo: „O, tu jest wykop dla samochodu”. S³uchaliœmy tego z zapartym tchem. A¿ wreszcie wyprowadzi³ nas przez dolinkê za strzelnic¹ na skraj moreny, sk¹d ujrzeliœmy wie¿yczkê ceglanego koœcio³a w Brêtowie i dobrze znajome zarysy cmentarza. I chocia¿ tê sam¹ drogê przemierza³em ju¿ póŸniej w obie strony, sam lub w towarzystwie, latem piechot¹ albo na rowerze, zim¹ na nartach, i chocia¿ nazwa³em tê drogê licz¹c¹ szeœæ i pó³ kilometra drog¹ Weisera, nigdy, nawet teraz, kiedy jest ona tylko niebieskim szlakiem parku krajobrazowego, opisanym w przewodniku – nigdy nie mog³em sobie przypomnieæ, czy Weiser, prowadz¹c nas z powrotem do domu, wszystko to pokazywa³ rêk¹, czy te¿ trzyma³ w d³oni sêkaty kij, którym podpieraæ siê móg³ jak lask¹. Bo przecie¿ wracaliœmy do domu i on prowadzi³ nas, jakbyœmy byli od tego dnia jego ludem. A pod wieczór siedzieliœmy na ³awce pod kasztanem i Piotr zastanawia³ siê, co by by³o, gdyby czarna pantera nie by³a oddzielona od Weisera ¿elaznymi kratami. – By³oby jak w cyrku – twierdzi³ Szymek – tam dzikie zwierzêta te¿ s³uchaj¹ cz³owieka, a nawet dotykaj¹ go i jedz¹ z rêki.
58

Ale ja powiedzia³em, ¿e Weiser nie jest przecie¿ treserem, nie ma d³ugich, lœni¹cych butów ani bicza, ani bia³ej koszuli z muszk¹, no i nie æwiczy czarnej pantery codziennie. To trzeba by³o wyjaœniæ, co do tego zgodziliœmy siê bez dyskusji i wpadliœmy na pomys³, ¿eby jeszcze raz wypróbowaæ Weisera, mo¿e na innym zwierzêciu i niekoniecznie w zoo. Nie wiedzieliœmy tylko, ¿e przez nastêpne dni Weiser bêdzie znów chodzi³ swoimi drogami i ¿e nasze w¹tpliwoœci s¹ zupe³nie nieistotne dla kogoœ takiego jak on. Z bramy wysz³a matka Elki i zatrzyma³a siê na chwilê. – Co tak siedzicie ch³opcy? – powiedzia³a z wyrzutem w g³osie. – Poszlibyœcie lepiej do koœcio³a, dzisiaj proboszcz odprawia nabo¿eñstwo, co? Zanim jednak odesz³a brukowan¹ kocimi ³bami ulic¹ w stronê koœcio³a Ojców Zmartwychwstañców, powiedzia³a nam jeszcze, ¿e wczoraj widziano nad zatok¹ ogromn¹ kometê i nic dobrego czekaæ nas nie mo¿e. Tymczasem woŸny zaparzy³ kawê i wniós³ dzbanek do gabinetu dyrektora. Zadzwoni³ telefon i kiedy us³ysza³em zmêczony g³os M-skiego, podnosz¹cego s³uchawkê, znieruchomia³em. – Tak, panie Heller – mówi³ M-ski. – Pana syn jest tutaj z nami... zaraz... oddajê s³uchawkê towarzyszowi dyrektorowi. I dalej mówi³ ju¿ dyrektor, a w³aœciwie nie mówi³, tylko odpowiada³ na pytania mojego ojca. – Ale¿ nie – wyjaœnia³ uprzejmym g³osem – pañski syn nie jest o nic oskar¿ony, to tylko przes³uchanie przez nasz¹ komisjê, dzia³amy w oparciu o polecenie prokuratora. Nie, nie, my nie oskar¿amy pana syna o spowodowanie wypadku, œledztwo jednoznacznie wskazuje na tego Weisera, my musimy tylko
59

wyjaœniæ wszelkie okolicznoœci tragedii, niech pan to zrozumie, wszelkie okolicznoœci! Ale ojciec widocznie nie dawa³ za wygran¹, bo dyrektor mówi³ dalej jeszcze g³oœniej ni¿ przed chwil¹: – Dlaczego pan siê denerwuje, nie widzê powodów do sk³adania skarg, gdziekolwiek. To nie jest bezprawne przetrzymanie. Niech pan siê lepiej zastanowi, panie Heller, dlaczego on chodzi³ tam bez niczyjej wiedzy? W koñcu pañskiemu dziecku grozi³o powa¿ne niebezpieczeñstwo, a pan jako ojciec nie zrobi³ nic, ¿eby... – i tu dyrektor przerwa³ na d³u¿sz¹ chwilê, a ja domyœli³em siê, ¿e to by³ jeden z cholerycznych wybuchów mojego ojca, który zazwyczaj spokojny, jeœli ju¿ wpada³ w gniew, nie liczy³ siê z niczym i z nikim. ¯a³owa³em nawet, ¿e nie ma go tu z nami, bo wyobrazi³em sobie nagle M-skiego wylatuj¹cego przez okno, dyrektora wisz¹cego na swoim krawacie u sufitu, a tego w mundurze rozp³aszczonego na drzwiach gabinetu, i jakoœ dziwnie dobrze zrobi³o mi siê wokó³ serca, gdy pomyœla³em o tym wszystkim. A ojciec jeszcze nie skoñczy³, bo dyrektor chrz¹ka³ tylko do s³uchawki i pewnie wierci³ siê na swoim fotelu, a drug¹, woln¹ rêk¹ poprawia³ chyba wêze³ swojego krawata. Wreszcie przerwa³ ostro: – Nie, to wykluczone, szko³a jest zamkniêta a¿ do zakoñczenia przez nas pracy! – I powiedzia³ jeszcze (pamiêtam to dobrze) – ¯egnam, panie Heller. – Zupe³nie jak na filmie albo w ksi¹¿ce: „¯egnam, panie Heller”, i s³uchawka klapnê³a na wide³ki. Na dworze by³o ju¿ ciemno, przy ulicy rozb³ys³y latarnie. Ich blask wpada³ do sekretariatu i zanim woŸny przekrêci³ wy³¹cznik, siedzieliœmy w ¿ó³tobladym snopie œwiat³a jak dewotki w koœciele po dawno skoñczonym nabo¿eñstwie. A ja zastanawia³em siê, dlaczego Weiser nie mia³ rodziców i mieszka³ tylko ze swoim dziadkiem. Nigdy, ani wtedy, ani póŸniej, nie dowie60

dzia³em siê, kim by³ jego ojciec lub matka. Byæ mo¿e cz³owiek, który mieszka³ pod jedenastk¹ i zajmowa³ siê krawiectwem, by³ tylko jego przyszywanym dziadkiem, nawet niekoniecznie kimœ z rodziny. Tylko ¿e nikt nie móg³ tego wyjaœniæ, ani wtedy, ani póŸniej, kiedy po latach nie bez podstêpu uda³o mi siê przejrzeæ szkolne papiery Weisera i kiedy dotar³em równie¿ do odpowiednich dokumentów w archiwum Urzêdu Miejskiego. Stare dzienniki lekcyjne by³y ju¿ wówczas skasowane, ale pozosta³y arkusze ocen, w których wyblak³ym atramentem zapisano: „Nazwisko: Weiser. Imiê: Dawid. Ur.: 10. 09. 1945”. Rubryka „miejsca urodzenia”, podzielona na dwie czêœci, wojewódzk¹ i powiatow¹, by³a niewype³niona i tylko na dole ktoœ dopisa³ kopiowym o³ówkiem: „Brody”, a w nawiasie widnia³o jeszcze: „ZSRR”. W rubrykach „ojciec”, „matka” ta sama rêka postawi³a najpierw atramentem poziome kreski, a póŸniej, te¿ kopiowym o³ówkiem, dopisa³a: „sierota”. I dalej tym samym charakterem pisma naniesiono informacjê: „Opiekun prawny: A. Weiser, zamieszka³y...” i tu podany by³ nasz adres, to znaczy adres naszej kamienicy z numerem mieszkania Weisera. Dzisiaj, kiedy to wszystko wy³awiam z pamiêci jak okruszyny bursztynu z brudnej wody zatoki, rodzice Weisera wy³aniaj¹ siê w postaci dwóch poziomych kresek, postawionych atramentem w arkuszu ocen. Bo dzia³ ewidencji ludnoœci Urzêdu Miejskiego nie ma na ten temat wiêcej do powiedzenia. W okienku przypominaj¹cym kasê obskurnego dworca rêka urzêdniczki po³o¿y³a ma³¹ karteczkê, z której dowiedzia³em siê rzeczy nastêpuj¹cych: Abraham Weiser, narodowoœci ¿ydowskiej, obywatelstwa polskiego, urodzony w Krzyworówni (ZSRR) w roku 1879, przyby³ do Gdañska w roku 1946 jako repatriant. W tym roku brak jakiejkolwiek adnotacji o dzieciach, które towarzyszy³yby mu w podró¿y. Dopiero w roku czterdzie61

kopie. zg³aszaj¹c w dziale ewidencji ludnoœci ch³opca i uznaj¹c go za swojego wnuka. ¿e dziecko jest jego wnukiem. urodzony w Brodach 10 wrzeœnia 1945. Ale ja nie mia³em ju¿ pytañ. który pe³ni³ wówczas dy¿ur. obywatelstwa polskiego. Podobnie jak nie wyjaœniono do tej pory przyczyn zaginiêcia dwunastoletniego Dawida Weisera. koœæ z koœci. Adnotacji o rodzicach ch³opca brak. to dlaczego nosi³ to samo nazwisko i czy to by³o jego prawdziwe nazwisko? I dlaczego pan Abraham Weiser. ¿e pod jego opiek¹ znajduje siê ch³opiec. nie ma te¿ ¿adnych kopii aktu urodzenia dziecka. podania. odpisy. a przynajmniej nie do niej ani do nikogo z tych ludzi. narodowoœci polskiej. Abraham Weiser utrzymywa³. œwiadectwa i ca³¹ makulaturê. a raczej mia³em wci¹¿ to samo pytanie: kim w koñcu by³ Weiser? Bo jeœli nie wnukiem Abrahama Weisera. jeœli nie by³ jego wnukiem. Dlaczego tak siê sta³o – nikt nie jest w stanie wyjaœniæ. poœwiadcza to akt wystawiony przez lekarza Szpitala Wojewódzkiego. wyci¹gi. formularze. widz¹c. Abraham Weiser powinien wiêc znaæ ich imiona. którzy nosili w rêkach kartki. nie poda³. nakazy. Abraham Weiser zg³osi³. Nie mia³em ju¿ ¿adnych pytañ. a wiêc w dwa lata póŸniej. „Czy chce pan numer tego aktu?”.stym ósmym. matka Dawida zaœ jego córk¹ lub synow¹. który prawdopodobnie zgin¹³ w lesie brêtowskim w sierpniu 1957 roku rozerwany niewypa³em. w jak¹ obrasta ¿ycie. I jeœli nawet przykry³a ich warstwa pia62 . kim byli jego rodzice? Bo przecie¿ jeœli to by³ jego wnuk prawdziwy. jak stojê nadal przy okienku i jak mijaj¹ mnie w ciemnym i ponurym korytarzu milcz¹cy ludzie. wezwania. nawet po œmierci. zapyta³a urzêdniczka. to ojciec Dawida musia³ byæ synem Abrahama Weisera. lecz w rubrykach „rodzice” nie zapisano jakichkolwiek danych o matce lub ojcu ch³opca. krew z krwi. Co do zgonu Abrahama Weisera nie ma ¿adnych w¹tpliwoœci.

Ormian i kogo tam jeszcze – myœla³em. zmarli od mrozu czy na tyfus. chlebem codziennym ówczesnych urzêdników dzia³u ewidencji ludnoœci i pan Abraham Weiser móg³ z powodzeniem twierdziæ. to przecie¿ musia³ wiedzieæ. I teraz. jest jeszcze bardziej skomplikowane. ¯ydów. Albo chcia³ podaæ. wychodz¹c z ciemnego gmachu urzêdu. tyle tylko. któr¹ prze¿y³ gdzieœ na po³udniowym wschodzie wœród Ukraiñców. kiedy to piszê. bo nie wszystko da³o siê sprawdziæ. zdaje siê. Zaginiêcia i cudowne odnalezienia by³y. po telefonie mojego ojca.chu. te dwie linie poci¹gniête jaœniej¹cym z roku na rok atramentem. jego naród znikn¹³ z Europy i dlatego wpisa³ lub kaza³ wpisaæ ch³opcu narodowoœæ polsk¹. jakby tam nigdy nic nie by³o napisane. ¿e ch³opiec jest jego wnukiem. tylko nie chcia³ tego podaæ. ale nie wiedzia³ nic lub wiedzia³ niewiele. Ale móg³ te¿ tak twierdziæ dlatego. kiedy tysi¹ce ludzi zmierza³o ze wschodu na zachód. Tak. który dosta³ ataku furii i zwymyœla³ dyrektora 63 . nie by³by ¯ydem i mo¿e nie urodzi³ siê wcale w Brodach w roku czterdziestym pi¹tym. ¿e tamten naród przesta³ ju¿ zupe³nie istnieæ. ¿e nazywa siê Dawid i nosi to samo nazwisko co on. kiedy pan Abraham Weiser wype³nia³ formularz. ¿e jest narodowoœci polskiej. z po³udnia na pó³noc i z zachodu na wschód. wtedy ginê³y papiery i mo¿na by³o podaæ ró¿ne rzeczy. Po prostu. ale wtedy w sekretariacie naszej szko³y. te¿ je widzê. Tylko ¿e wtedy Dawid Weiser nie by³by wcale Dawidem. wtedy po wojnie. Wszystko zamiast rozjaœniaæ siê. „matka” – wygl¹daj¹ tak. nie by³by jego wnukiem. Niemców. jak siê nazywali. Rosjan. i zobaczy³em raz jeszcze dwie poziome kreski w arkuszu ocen Weisera. choæ mo¿e atrament wyblak³ ju¿ zupe³nie i rubryki „ojciec”. Polaków. bo przecie¿ obywatelstwo to by³a rzecz drugorzêdna w epokach jak ta.

to dlaczego nie mia³by przyspieszyæ nagle rytmu serca swojego dziadka? – pomyœla³em. i jeœli bêdzie coœ nie tak. zupe³nie niezwyk³¹. podpinek i guzików. szablonów. igie³. o czym zreszt¹ jeszcze napiszê. od czego w³osy stawa³y nam na g³owie. A wtedy. w ch³odnym wnêtrzu pachnia³o jarzynami. przypuszcza³em. czego poj¹æ nie mog³em. w sekretariacie przestraszy³em siê bardzo. Ale po kolei: Nastêpnego dnia po ogrodzie zoologicznym z samego rana matka wys³a³a mnie do sklepu Cyrsona po w³oszczyznê. Tymczasem tamci podejrzanie d³ugo trzymali Szymka u siebie. Skoro potrafi³ okie³znaæ dzikie zwierzê i jeœli robi³ w nieczynnej cegielni coœ. ale co dla Weisera musia³o byæ najwyraŸniej wa¿ne. na jak¹ wystawia nas Weiser. bo przecie¿ ca³e œledztwo mog³o byæ prób¹. ¿e nag³a œmieræ pana Weisera. Czemu nie mia³by uwolniæ go od maszyny do szycia. wiêc jeœli Weiser móg³ robiæ takie rzeczy. kredy. a Elka wyjecha³a do Niemiec.i wszystkie szko³y na œwiecie. w którym nie poszed³em graæ w pi³kê na boisko obok pruskich koszar. nad którymi przygarbiony œlêcza³ ca³ymi dniami? Dlaczego nie mia³by tak tego zrobiæ – ¿eby ju¿ nikt nie zapyta³ go o cokolwiek. tak samo jak zrobi³ to z sercem swojego dziadka. jak siê okaza³o. a ja przypomnia³em sobie dzieñ. Weiser usun¹³ œwiadka i dziœ muszê przyznaæ. Bo wyjazd Szymka do dalekiego miasta te¿ by³ rodzajem usuniêcia go poza coœ. to wstrzyma rytm naszych serc. by³ dzie³em samego Weisera. myœla³em podobnie: ¿e Weiser usuwa ich po prostu st¹d ró¿nymi sposobami. a ze szklanej gabloty przykuwa³y wzrok s³oje z landrynkami i kolorowe myszki z kroch64 . w skrzynkach pêcznia³y papierówki. dziêki czemu Weiser i Elka zabrali mnie na wycieczkê. ¿e kiedy Piotr zgin¹³ w siedemdziesi¹tym roku na ulicy. Lubi³em tam chodziæ. ten gwa³towny atak serca.

a ty sta³eœ na podmurówce i przechyla³eœ butelkê do gard³a. mia³a wielkie jak donice piersi. Niespodziank¹ – obok eksplozji korka – by³ tak¿e jej kolor. jaka to bêdzie oran¿ada – ¿ó³ta czy czerwona. po dwadzieœcia piêæ groszy sztuka. kiedy sta³o siê na betonowej podmurówce przed wejœciem do sklepu. tylko oran¿ada. W powietrzu razem z odg³osem wystrza³u unosi³a siê pachn¹ca mgie³ka i wszyscy kupuj¹cy odwracali siê w twoj¹ stronê. Ale otwieranie oran¿ady wi¹za³o siê z podwójn¹ loteri¹. To w³aœnie te butelki doroœli nazywali krachlami. te piersi lata³y jej pod kretonow¹ sukienk¹ i brudnym fartuchem jak sprê¿ynuj¹ce po³ówki arbuza. ale zdarza³a siê te¿ czerwona. bo to nie by³y ¿adne krachle. zawsze wi¹za³y siê pewne emocje. o szczególnie piêknym odcieniu. wstrz¹sa³o siê butelk¹ i lekko podwa¿ony kapsel odskakiwa³ sam. W tamtych czasach oran¿adê robiono w dwóch barwach – najczêœciej by³a ona ¿ó³ta. zupe³nie tak samo jak ojciec albo pan Korotek w barze „Liliput” przechylali butelki z piwem. i nawet dzisiaj da³bym sobie g³owê uci¹æ.malu. A kiedy z zakupów zosta³a z³otówka reszty. chcia³em odgadn¹æ. ¯ona w³aœciciela. by³a bardzo weso³a i kiedy rusza³a siê ¿wawo. lub wypiæ oran¿adê z butelki zakoñczonej porcelanowym kapslem na sprê¿ynie z grubego drutu. ¿e ta czerwona mia³a silniejszy aromat i by³a znacznie lepiej gazowana. Na czele maszerowa³ Piotr z prawdziw¹ pi³k¹ pod pach¹ i przy65 . do dzisiaj nie wiem czemu. a z jej otworzeniem. ka¿d¹ w innym kolorze. gdy w kurzu ulicy zobaczy³em ch³opaków ci¹gn¹cych w stronê pruskich koszar. Jeœli zamkniêcie by³o szczelne. Sta³em wiêc na cementowej podmurówce sklepu Cyrsona i patrz¹c w ciemnozielone szk³o butelki. mo¿na by³o za ni¹ kupiæ garœæ landrynek albo cztery myszki z krochmalu. podaj¹c towar. a gaz nie uszed³ ma³ymi pêcherzykami. obs³uguj¹ca klientów za drewnianym kontuarem.

Oni poszli na boisko. Przyspieszy³em kroku. gdy któremuœ z nas uda³o siê sprzedaæ butelki albo zosta³a reszta z pieniêdzy na zakupy. obok jednego z zerwanych mostów nieistniej¹cej linii kolejowej. „a w³aœnie ¿e nie. gdy z Szymkiem i francusk¹ lornetk¹ œledziliœmy ich z wiaduktu obok lotniska. ¿e dzisiaj mieliœmy w³aœnie wypróbowaæ tê pi³kê. tego dnia. kiwaj¹c obroñców na lewo i prawo. tak samo jak wtedy. 66 . ka¿dy po ma³ym ³yku. „czerwona!”. W myœlach podawa³em pi³kê na lewe skrzyd³o do Szymka. „¿ó³ta!”. „¿ó³ta”. ale zamiast dobitki by³ róg. a teraz. a ja musia³em zanieœæ matce w³oszczyznê i kiedy ju¿ pêdzi³em po schodach w dó³. do tej pory graliœmy gumow¹. bieg³a d³ugim ³ukiem równolegle do oddalonej o jakieœ dwieœcie metrów linii tramwajowej i dopiero ko³o muru zajezdni skrêca³a ostro w lewo. tak samo jak dzisiaj.pomnia³em sobie. bo ¿ó³ta!” – a kiedy podwa¿y³em kciukiem drut sprê¿yny i gdy podskoczy³ porcelanowy korek z gumow¹ uszczelk¹. dziêki wujowi Piotra. ale z oczu nie spuszcza³em Weisera i Elki. a on pêdzi³ jak burza. wszyscy wrzasnêli: „czerwona! czerwona!” – i piliœmy czerwon¹ oran¿adê. wybiegaj¹c z klatki. Skórzana pi³ka to nie byle co. ¿e czerwona!”. Coœ mnie tknê³o. jak zawsze. ¿eby zd¹¿yæ na ewentualn¹ dobitkê i ¿eby nie zgubiæ tych dwojga. mogliœmy poczuæ siê jak prawdziwi zawodnicy. postanowi³em iœæ za nimi. Nasza ulica. „mówiê ci. która nie wytrzymywa³a d³u¿ej ni¿ miesi¹c. a Weiser z Elk¹ czekali na mnie w³aœnie za tym filarem. I chocia¿ pod rêk¹ nie mia³em Szymka ani jego lornetki. któr¹ Piotr dosta³ wczoraj od bogatego wujka. Zbli¿ali siê do mnie i ju¿ z daleka s³ysza³em ich krzyki: „czerwona!”. którzy znikli na zakrêcie za wykruszonym filarem akurat w czasie doœrodkowania i strza³u. zobaczy³em Weisera i Elkê id¹cych chodnikiem w stronê Oliwy.

1999 .IZABELA KOZ£OWSKA Szklana kongregacja.

A tego dnia zechcia³ (nie wiem. patrz¹c to na mnie. a z nami tylko wtedy. Mo¿liwe. nawet na pewno. ¿e z Elk¹ by³o inaczej. z pocz¹tku nawet trochê nudne. naturalnie. to znów na Weisera. bo dla mnie nie wszystko. Wyobrazi³em sobie jednak Weisera sam na sam z dzikim jaguarem bez prêtów klatki albo ca³¹ nasz¹ trójkê pod lœni¹cym kad³ubem i³a na skraju startowego pasa i dreszcz przeszed³ mnie od takich przypuszczeñ. co wtedy Weiser mówi³. dlaczego). – S³awny czy nie. tylko ¿e z Elk¹ Weiser przebywa³ ca³y czas. By³o zwyczajne zwiedzanie ró¿nych miejsc. to ciekawe. ¿e mieszkali tu bogaci Niemcy. a tu mieszka³ kiedyœ Schopenhauer i pod tymi kasztanami chodzi³ jesieni¹ na spacery. kiedy zechcia³. bardzo s³awny. to chodŸ z nami. ale czym zajmuje siê w³aœciwie filozof? No. co on robi. chocia¿ nie by³o dzikich zwierz¹t ani hucz¹cego samolotu. nie? 68 . nie wszystko to by³o do koñca zrozumia³e i jasne. – A kto to by³ Schopenhauer? – pyta Elka.– Wcale nie musisz nas szpiegowaæ – powiedzia³a Elka. on siê zgadza – i znowu przechyli³a g³owê w jego kierunku. – To by³ wielki niemiecki filozof. I taka by³a rozmowa pomiêdzy nim a Elk¹: – O. Ale Weiser nigdy siê nie powtarza³. – Jak chcesz. przynajmniej wtedy. – Ojej. Przysta³em na to. o których mówi³o siê. ¿e jest taki s³awny? – Nie ka¿dy filozof jest s³awny tak jak on – odpowiada Weiser. musi coœ robiæ. ¿ebym poszed³ razem z nimi. a mówi³ w³aœciwie tylko do Elki. gdy móg³ go ogl¹daæ któryœ z nas. choæ Szymek w tym czasie r¹ba³ pewnie nastêpnego gola. widzisz. – Ale co robi taki filozof? – niecierpliwi siê Elka. Na ulicy Polanki stan¹³ przed jednym z tych starych domów.

tak? – Nie – odpowiedzia³ Weiser. to znaczy dobre czy z³e. Tak. Wie tak¿e. bo wykrzywione i d³ugie. to czujê takie same ciarki biegaj¹ce po plecach. Nie wiedzia³em. a ludzie mog¹ to czytaæ. – O œmierci te¿ filozof wie bardzo du¿o. ale nie pisze ksi¹¿ek. jak wówczas. objaœniaj¹c. lub kiedy w piwnicy nieczynnej cegielni zrobi³ to. co dzisiaj dla mnie by³oby istotne. Wiêc jak to by³o? W oliwskiej katedrze Weiser pokaza³ nam gotyckie sklepienia i wielkie organy. Elka zapyta³a jeszcze: – A ty jesteœ filozofem. trochê podobne do szabel. który wygl¹da³ trochê jak dwór. obok nastêpnego domu. ale gdy przypominam sobie tê odpowiedŸ. dlaczego gwiazdy nie spadaj¹ na Ziemiê. do czego s³u¿¹ anio³om mosiê¿ne tr¹by. A kie69 . zdaje siê. a w szczególnoœci filozofi¹. rozumiesz? I wie. to pisze o tym w ksi¹¿kach. – Mój dziadek jest najwiêkszym na œwiecie filozofem. – Wszystko? – pyta z niedowierzaniem Elka.– Filozof wszystko wie o ¿yciu. i kiedy mija³em prowadz¹c¹ do niego lipow¹ alejê obok wywalonej bramy. – Bo filozof musi o tym myœleæ. skoñczy³ tê odpowiedŸ Weiser. – Wszystko – odpowiada Weiser. od czego w³osy stawa³y nam na g³owie. gdy i³ podnosi³ czerwon¹ sukienkê Elki w krzakach ¿arnowca albo kiedy Weiser poskromi³ czarn¹ panterê. Niczego chyba nie omin¹³em. czy dziadek Weisera oprócz szycia na maszynie zajmowa³ siê jeszcze czymkolwiek. jak siê umiera – koñczy Weiser. – Wiem od dziadka – wyjaœni³ równie prêdko. I kiedy byliœmy ju¿ dalej. – O œmierci? – No. I jeœli chce. cofniêty od ulicy ze trzydzieœci metrów w stronê lasu. niczego. nawet kiedy chodzi na spacery pod kasztanami. a rzeki p³yn¹ przed siebie. jakie to ¿ycie jest. – Dlaczego mia³bym byæ? – To sk¹d wiesz to wszystko? – doda³a szybko.

gêbê. który przed wojn¹ wcale nie zajmowa³ siê krawiectwem. Tak. ale nawet jeœli ze³ga³ w sobie tylko wiadomym celu. wiêc kiedy Weiser mówi³. Opowiada³ w³aœciwie. akurat w stylu Elki. co stworzy³ Bóg – ptakiem. który pomyka³ miêdzy wodorostami. rozdziawiaj¹c. jakie darowa³o mi ¿ycie. to wyobra¿a³em sobie pana Weisera poœród bukowych drzew na tej w³aœnie górze. Bo przecie¿ nigdy wczeœniej nie by³em w prawdziwych górach. ¿eby pokazaæ Elce jeszcze jeden dom. By³o to g³upie pytanie. jak to siê mówi.dy stanêliœmy na mostku w parku. ryb¹. jak w umykaj¹cej spod naszych stóp wodzie odbijaj¹ siê wie¿e katedry. a ja sta³em oparty o sêkat¹ porêcz mostu. ¿eby popatrzeæ. ob³okiem. obraz pana Weisera z uchem przytkniêtym do ziemi na wzgórzu Pacho³ek za katedr¹. wod¹. i znów by³o o dziadku. sta³em i spogl¹da³em to na niego. bez drucianych okularów i centymetra przewieszonego przez szyjê. to do kogo ten okoñ po³yskuj¹cy w s³oñcu mia³by mówiæ – do nas czy te¿ do swoich rybich krewnych? – tak pomyœla³em wówczas. ale Weiser odpowiada³ z ca³¹ powag¹. najwiêkszym filozofie. czy okoñ. obok starego spichlerza. z uchem przytkniêtym do ziemi albo strumienia. jest jednym z najpiêkniejszych. Elka zapyta³a. mo¿e coœ powiedzieæ. drzewem i kwiatem. to znów na widniej¹ce za wie¿ami katedry stoki Pacho³ka. Byæ mo¿e Weiser zmyœli³ tê historiê z dziadkiem od pocz¹tku do koñca. to szed³ w góry i rozmawia³ tam ze wszystkim. ¿e jego dziadek w tych górach spêdza³ nieraz pó³ roku. tylko jeŸdzi³ po wsiach jako wêdrowny szklarz i gdy zarobi³ ju¿ du¿o pieniêdzy. to obraz ten. bo niby dlaczego okoñ mia³by coœ mówiæ – na ka¿dej prawie lekcji przyrody M-ski nakazywa³ nam. A póŸniej dwójk¹ pojechaliœmy do Wrzeszcza i Weiser wysiad³ specjalnie po to. kamieniem. Tak by³o wed³ug s³ów Weisera. 70 . ¿ebyœmy siedzieli cicho jak ryby – a jeœli ju¿ nawet. a nie odpowiada³. dzisiaj niczego nie jestem pewny.

kiedy ta czêœæ miasta nazywa³a siê Langfuhr. Na szczêœcie nie muszê dzisiaj przypominaæ. mia³ kilka wejœæ i okr¹g³ych wie¿yczek. które Elce podoba³y siê najbardziej. i w ogóle byli zdegenerowani i niemoralni. to w³aœnie tak wyra¿a³ siê o bogaczach – ¿e z nudów robili najgorsze rzeczy: strzelali do robotników. Na co im by³y te niepraktyczne wie¿yczki. Albo nie. który przed wojn¹. by³ w³aœcicielem stoczni i musia³ mieæ pewnie strasznie du¿o pieniêdzy. pan Schichau zaœ podnosi palcami grubymi jak serdelki s³uchawkê z³otego telefonu i wzywa policjê. – Zupe³nie jak w bajce – œmia³a siê do Weisera. dlaczego taki Schichau i jemu podobni bogacze budowali takie dziwne domy. pokazuj¹c palcem wie¿yczkê z oknem. ¿e to pewnie z nudów. zamienia³ w ¿abê albo ropuchê.tym razem nie filozofa. bo tak siê ta ulica domów z wie¿yczkami niewinnie nazywa – za oknem wiêc maszeruj¹ nasi ojcowie i œpiewaj¹: „Gdy naród do boju wyruszy³ z orê¿em”. Elka papla³a swoje trzy po trzy. Weiser nie mówi³ nic. I pomyœla³em wtedy. a ja zastanawia³em siê. esy-floresy. pan Schichau. bo nic nie mieli do roboty. balkoniki i galeryjki. pali cygaro. co M-ski uwa¿a³ za dobre i moralne. Nasi ojcowie nigdy wprawdzie nie maszerowali przed domem pana 71 . gruby. – Tam chcia³abym mieszkaæ pilnowana przez smoki. ale wtedy wyobrazi³em sobie Schichaua. bo kiedy M-ski na lekcjach przyrody opowiada³ nam o wyzysku i walce klasowej. ma ju¿ dosyæ wrzasków za oknem swojej willi i czas z tym zrobiæ porz¹dek. a ja bym strasznie p³aka³a i nikt by mnie nie uwolni³. albo w paj¹ka. zlany potem. Jaœkow¹ Dolin¹. a ty byœ przyszed³ i uwolni³ mnie z r¹k z³ego czarnoksiê¿nika. ty byœ najlepiej by³ Merlinem i mêczy³ mnie okropnie. jak siedzi w swoim gabinecie. a za oknem. ale Schichaua. zabierali im ¿ony i córki. te szpiczasto zakoñczone dachy. bo dom by³ rzeczywiœcie ogromny. bo on. te zawijasy. t³usty.

bo historycy. dla zabicia czasu? Nie wierzê w to za bardzo. – A tutaj atakowali ¿o³nierze miotaczami ognia. nawet najbardziej skrupulatni. czy te¿ zmieni³ coœ ze wzglêdu na moj¹ obecnoœæ. sk¹d on to wszystko wie. w którym miejscu sta³ Parteigenosse Gauleiter Forster. A mo¿e w ogóle nie by³o ¿adnej marszruty. Spod domu Schichaua wróciliœmy na przystanek tramwajowy i Weiser zawióz³ nas do Gdañska. czy tak¹ marszrutê mieli zaplanowan¹. 72 . A kiedy byliœmy na D³ugim Targu. wówczas zatrzyma³ siê dla odpoczynku. które zw³aszcza wtedy wydawa³y mi siê przera¿aj¹co g³êbokie. nie mam jednak¿e sensownej odpowiedzi. Bo kiedy pokazywa³ nam budynek Poczty Polskiej.Schichaua Jaœkow¹ Dolin¹ i nie œpiewali: „Gdy naród do boju”. I ¿aden z nich s³owem nie wspomina. ca³kiem ju¿ z Weiserem niezwi¹zana. miotacze ognia i ckm-y. ¿eby jej coœ pokazaæ. trafiony przez pocztowca w g³owê. poluj¹c w oliwskich lasach. jakby tu by³ na miejscu i widzia³ na w³asne oczy tê pancerkê. a têdy ich wyprowadzali – i mówi³ to wszystko bardzo swobodnie. w jakim miejscu Fryderyk Wielki. A Piotr wyszed³ na ulicê zobaczyæ. – O. a tam dalej sta³y ckm-y. nie zajmuj¹ siê takimi sprawami. Do dzisiaj zastanawiam siê. ¿adnego planu i po prostu Weiser w³óczy³ siê tego dnia z Elk¹ tak sobie. kiedy obwieszcza³ przy³¹czenie naszego miasta do Tysi¹cletniej Rzeszy. Nie wiem te¿. co siê dzieje i dosta³ kul¹ w g³owê. Ale to inna historia. tutaj sta³a niemiecka pancerka – pokazywa³ rêk¹. w tym miejscu z dachu zlecia³ niemiecki ¿o³nierz. opowiedzia³ nam. powstañcie. sk¹d Weiser czerpa³ swoje wiadomoœci. a st¹d. nie mog³em wyjœæ z podziwu. ale w siedemdziesi¹tym roku szli obok Komitetu Partii i œpiewali: „Wyklêty powstañ ludu ziemi. Tego przecie¿ nie móg³ dowiedzieæ siê od dziadka ani z ¿adnego podrêcznika historii. których drêczy g³ód”.

bo gdyby by³ zwyczajny tak jak wszystkie i gdyby nie wi¹za³ siê z Weiserem. rozkoszuj¹c siê uderzeniami w prawdziw¹.Ju¿ wówczas. nie mog³em dociec wtedy i nie mogê teraz. tylko ch³opacy. ale co by³o tego przyczyn¹. których ojcowie byli wojskowymi i którzy mieszkali w nowych blokach za koszarami. czy jeszcze tego popo³udnia zagramy na murawie obok pruskich koszar. nie wspomina³bym o nim. jak wspomina³em. nie ¿o³nierze w mundurach. tylko ¿e nie by³ to zwyczajny mecz. I rzeczywiœcie – graliœmy tego popo³udnia. a przede wszystkim byli od nas trochê starsi i lepiej ubrani. Bo zardzewia³y schmeiser. bo u nas. Ale po kolei. kiedy wytropiliœmy Weisera i Elkê w ich kryjówce. wiedzia³em. jak okaza³o siê póŸniej. ch³opcy grali na murawie obok pruskich koszar. i którego nie mogliœmy od¿a³owaæ po ucieczce wariata w ¿ó³tym szlafroku. Tymczasem z D³ugiego Targu wróciliœmy do tramwaju i gdy trzês¹cy siê wóz unosi³ nas w kierunku Wrzeszcza. znów myœla³em o nowej pi³ce Piotra. a nie nieszczêœcia w ogóle. gdy przypominam sobie jego zbiór znaczków albo sk³ad broni w nieczynnej cegielni i wybuchy w dolince za strzelnic¹. ¿eby nie by³o w¹tpliwoœci – nieszczêœcia tego dnia. ten schmeiser to by³ marny odpadek z jego kolekcji. Zgrywali wa¿niaków. który podarowa³ nam na brêtowskim cmentarzu. by³a jedna ³azienka na ca³e piêtro. kiedy Szymek mia³ rozpoczynaæ egzekucjê. siedz¹c w sekretariacie szko³y. Pewnie dlatego ¿e ich matki mia³y pralki i w³asne ³azienki. nie tak jak u nas. skórzan¹ pi³kê. Gdzieœ po godzinie gry na boisko przyszli wojskowi. a pralkê mia³ wtedy 73 . Kiedy ja w³óczy³em siê z Weiserem i Elk¹. To od niej w³aœnie zaczê³y siê nieszczêœcia tego dnia – jeszcze raz powtórzê. o podaniach Szymka i o tym. To znaczy. ¿e Weiser ze szczególnym upodobaniem tropi³ niemieckie œlady.

jak wlekli siê przygnêbieni. a Staœ Ostapiuk podawa³ Krzyœkowi celnie jak nigdy dot¹d. bez nadziei na zwyciêstwo w drugiej po³owie. ¿e maj¹ pi³kê w garœci. jak na wojnie. Najpierw stali z boku i patrzyli. Piotr przechodzi³ samego siebie. Zaczêliœmy graæ. zobaczy³em. Wiêc tamci byli wa¿niakami. to znaczy w dwóch po³owach. Wybrano sk³ady po szeœciu plus bramkarz i ustalono. Tamci przyszli trochê póŸniej. jak siê trochê och³odzi. przechodz¹c obok betonowego okr¹glaka. i co chwila przeszkadzali. I chocia¿ Szymek dwoi³ siê i troi³. jak rozgrywamy pi³kê. To rozeŸli³o Szymka. Szymek powiedzia³ mi. to zobaczymy. skoro nie umiemy graæ. to pi³ka nasza. ¿eby zagrali z nami. ale obroñca odebra³ mu j¹ i pos³a³ potê¿nym kopem na nasz¹ po³owê. Kiwnêli go i ju¿ pêdzili pod nasz¹ bram74 . Pokrzykiwali. ¿e niby po co nam taka pi³ka. a druga po po³udniu. wojskowi wygrali pierwsz¹ po³owê cztery do jednego. rzucali kamykami albo œmiali siê g³oœno. ale pewni. wiêc podszed³ do ich herszta i powiedzia³. naszego bramkarza i czterech tamtych. W³aœnie kiedy wraca³em do domu. ¿e mecz bêdzie prawdziwy. Po obiedzie wróciliœmy na murawê. jedna do obiadu. na którym od miesiêcy szarza³y strzêpki tych samych afiszy.tylko ojciec Leszka ¯wire³³y. Ale tamci byli sprytni. ten przeszed³ dwóch wojskowych i zbli¿a³ siê do ich pola karnego. ale takiej pi³ki jak my nie mieli i oczy im rozb³ys³y po¿¹dliwie. wyjadaj¹c kêpy zeschniêtej trawy. bo szkoda dobrej pi³ki na nasze nogi. ale o honor. o co chodzi. – Zgoda – odpowiedzieli – ale jak przegracie. Nasi zgodzili siê i Piotr te¿ siê zgodzi³. Piotr przerzuci³ pi³kê d³ugim podaniem na lewe skrzyd³o do Leszka. gdzie pas³a siê krowa. ¿e lepiej dadz¹ nam zwyk³¹ szmaciankê. gdzie mieliœmy tylko Krzyœka. bo tu nie chodzi³o tylko o pi³kê.

a Krzysiek i ja graliœmy boso. A wiêc na lewym skrzydle Szymek. kiwanie. ¿e wygramy ten mecz. zmyli³ go. Z ma³ego pagórka zszed³ do nas Weiser. którym okaza³ siê Weiser. bo oprócz honoru traci³ coraz wyraŸniej swoj¹ pi³kê. co natychmiast poj¹³ i wykona³ cudnie Szymek. W obronie. Teraz zaczê³o siê wspania³e widowisko i chocia¿ nie mieliœmy stu tysiêcy kibiców ani nawet jednakowych koszulek. w œrodku Weiser. strzelanie. By³o 5:2. to ka¿dy trener popad³by w absolutny zachwyt. którego zobaczyliœmy dopiero teraz. podawanie. cofniêty parê metrów. a ten kiwn¹³ dwóch tamtych i zamiast iœæ od razu na bramkarza. na naszej po³owie zostali Krzysiek Barski i Leszek ¯wire³³o. a Piotr mia³ ³zy w oczach. w przyd³ugim. kolejarskim podkoszulku taty. i powiedzia³. Bo Weiser ku naszemu zdziwieniu gra³ doskonale. Przez pierwsze parê minut zza linii autowej krzywi³ siê na te zmiany Staœ Ostapiuk. Przede wszystkim poustawia³ nas jak nale¿y i nie biegaliœmy odt¹d za pi³k¹ w kupie. Szymek nic nie mówi³. Ale to dopiero pocz¹tek. na prawym ja. bo wojskowi zaczynali przynaglaæ. I wtedy sta³o siê coœ nieoczekiwanego.kê. po tym jak z prawego skrzyd³a poda³em Weiserowi. ale nie by³o czasu na rozmyœlania. a na bramce jak zawsze stró¿owa³ Janek Lipski. a trochê za nim. co w³aœciwie nie mia³o prawa siê wydarzyæ. a w sekundê póŸniej by³o 5:1. bo musia³ ust¹piæ miejsca Weiserowi – ale tylko przez kilka minut. Szymek by³ kapitanem i zawaha³ siê. zwyk³e kopanie. wyk³adaj¹c piêt¹ pi³kê do ty³u na strza³. do pierwszej bramki. któr¹ dosta³ od bogatego wuja. Piotr. coœ. Wr¹ba³ j¹ wojskowym Szymek. a jeszcze lepiej kierowa³ nami na boisku i nic 75 . jeœli on zagra z nami i jeœli bêdziemy we wszystkim s³uchaæ jego rozkazów. to by³ prawdziwy poemat z piêcioma aktorami w roli g³ównej i narratorem wszechwiedz¹cym. Bo to nie by³a zwyk³a gra.

Wiêc skuli³ siê. ale Weiser uspokaja³ nas ruchami rêki. Kiedy wchodzi³ na po³owê wojskowych. wyrównuj¹ca bramka pad³a z bezpoœredniego rzutu wolnego i tu Weiser pokaza³. Elka szala³a. To by³a 76 . wy³uska³ pi³kê z nóg wojskowego i doœrodkowa³. a nogi stercza³y w górze jak tyczki do fasoli. bo pi³ka poszybowa³a dos³ownie centymetr nad g³owami muru wojskowych i wlecia³a miêdzy drewniane s³upki na oczach bezradnego bramkarza. co umie. Na czym to polega³o? Piotr. bo brakowa³o mu ca³e pó³ metra. pêdz¹c na bramkê. my zaœ tylko czekaliœmy na tak¹ sposobnoœæ. krzycz¹c i wymachuj¹c rêkami. a kiedy jego sylwetka znalaz³a siê w pozycji pionowej. najpierw zwleka³ i zwalnia³ grê. z takiego w³aœnie podania. wtedy jedn¹ z tych tyczek kopn¹³ z ca³ej si³y pi³kê i miêkko szurn¹³ na trawê. jego rêce prawie dotyka³y trawy. nie wiem jakim sprintem. sprê¿y³ i w biegu zrobi³ salto. to znaczy. czeka³ na swój popisowy numer i choæ gra³ z nami jeden jedyny raz. to póŸniej d³ugo jeszcze mówiliœmy o numerze Weisera. ¿eby szybko do³o¿yæ wojskowym nastêpne gole. tym razem Piotrowi. a Weiser podobnie jak przy drugiej. wy³o¿y³ pi³kê na strza³ do ty³u. który nie zmarnowa³ okazji. który znalaz³ siê nieoczekiwanie na lewym skrzydle obok Szymka. nie doszed³by do koz³uj¹cej pi³ki. Pi¹ta. wyrzuca³ pi³kê podbiciem. tyle tylko ¿e trochê przedobrzy³ i Weiser. czekaj¹c. Wtedy. Do koñca meczu pozostawa³o jeszcze piêæ minut.nie uchodzi³o jego uwadze. Czeka³ najwyraŸniej na swoj¹ chwilê. kiedy Weiser najpierw poda³ do Szymka. a¿ otocz¹ go zwabieni pozorn¹ bezradnoœci¹. a Staœ Ostapiuk tañczy³ obok niej zwariowany taniec kibica i pokazywa³ nam kciuk wzniesiony do góry. ten z powrotem do niego. Trzeci¹ bramkê wrzepi³em ja. krzycz¹æ do Szymka albo do mnie: „teraz! teraz!”. a nastêpnie podawa³ g³ow¹ na lewe albo prawe skrzyd³o. jakby siê z nimi bawi³. a czwart¹ w³adowa³ Piotr.

i tak jesteœcie band¹ œmierdz¹cych gnojków! A my szukaliœmy Weisera. a wojskowi do koñca meczu bali siê naszej pi³ki. ¿eby obnieœæ go naoko³o boiska. ¿e jedyn¹ osob¹. bo tamtych z kibicami by³o dwa razy wiêcej. jadali lepsze obiady ni¿ my. jakby rzeczywiœcie nigdy nie obchodzi³a go pi³ka. odchodz¹c ze sceny. a w dodatku. Spojrza³em w stronê. on zagra³ wtedy. bo nagle zrozumieliœmy. przedziurawi³ nam pi³kê i rzuci³ w nasz¹ stronê. Ale on znikn¹³ ju¿ za koszarami. zwyciêska bramka. s³yszycie. który nigdy nie gra³ z nami w pi³kê ani nie p³ywa³ w Jelitkowie. Nam pozostawi³ gorzkie okruchy swojej s³awy. Elka wy³a ze swojego miejsca. mog¹c¹ tu coœ poradziæ. Takim go widzê dzisiaj – zagra³ wcale nie z powodu pi³ki Piotra ani tym bardziej naszego honoru. by³ w³aœnie on. bo có¿ mog³y go obchodziæ nasze porachunki? Zakoñczy³ wystêp i jak prawdziwy artysta wzgardzi³ poklaskiem t³umu. Staliœmy bezradni. mówi¹c: – I tak jesteœcie gnojki. Herszt wojskowych tymczasem chwyci³ Piotrowy skarb i przeszed³ z nim w stronê krzaku. gdzie powinien byæ Weiser. Ale on przesta³ siê nami interesowaæ. podszed³ do nas ten najwy¿szy dryblas. ¿e potrafi to robiæ lepiej i ¿e we wszystkim jest od 77 . B³yskawicznie wyj¹³ z chlebaka nó¿. i wszyscy tak samo odwrócili g³owy w tamtym kierunku. co powiedzia³. chudy i przygarbiony lekko Weiser. krzycz¹c: – Macie to swoje gówno! A jego kolesie œmiali siê z tego.nasza szósta. w³o¿y³ spodnie i poszli z Elk¹ w stronê domu. ryczeli po prostu ze œmiechu i powtarzali „gówno” i „gnojki”. aby pokazaæ nam. jakby ju¿ nic innego nie mogli wymyœliæ. co by³o widaæ. gdzie mieli z³o¿one ubrania. A kiedy skoñczy³ siê czas i nic nie mog³o ich uratowaæ.

nas lepszy. i teraz nikt ju¿ siê z tego nie œmia³. dlaczego Weiser wola³ przez wszystkie te lata uchodziæ w naszych oczach za ³amagê. patrz¹c. Dopiero gdy zegar œcienny wybi³ dziewi¹t¹. bo przypomnieliœmy sobie wczorajsze zoo i czarn¹ panterê. wyrzuciæ dalej kolanem do góry i pchn¹æ czo³em na lewe lub prawe skrzyd³o. zastanawia³em siê. ni¿ zagraæ choæ raz w pi³kê albo pop³yn¹æ z nami do czerwonej boi w Jelitkowie. choæ nie bardzo mog³em zrozumieæ. ¿e Weiser z Elk¹ wcale nie bawili siê w doktora i pacjenta na skraju pasa startowego. które mu przypisujê. A gdyby ktoœ z nas zapyta³. skoro nigdy nie pokazywa³ nam tego i przesiadywa³ czêsto na skraju boiska. pewnie powiedzia³by: „To mnie zupe³nie nie interesuje”. ¿e w tym. po co w³aœciwie tam chodzili. których nie znaliœmy. ju¿ wtedy ogarnê³o nas coœ w rodzaju niepokoju. kry³a siê spora czêœæ jego natury. jak potrafi kiwaæ trzech przeciwników naraz albo podnieœæ pi³kê z ziemi czubkiem buta. wygl¹da³o to raczej na zdanie: „No i co? Mówiliœcie. a ja wiedzia³em jeszcze. skoro nigdy nie pokazywa³ nam. ¿e nie umiem graæ w pi³kê. No to sobie popatrzyliœcie”. ale bardzo szczêœliwi. Bo skoro Weiser ukrywa³ przed nami swoje umiejêtnoœci. wychodz¹c z ukrycia akurat tym razem? Szymek powtórzy³ zdanie Elki. kiedy Szymek pozostawa³ w gabinecie podejrzanie d³ugo. Podejrzewam. jak robimy to znacznie gorzej od niego – to musia³ mieæ jakieœ powody. I ju¿ wtedy. bo nigdy nie ugania³em siê z wami na boisku. olœni³a mnie myœl 78 . ¿e on wszystko potrafi. czy zagra z nami jeszcze. Nie chodzi³o mu zapewne o zwyk³e przechwa³ki. Siedz¹c na sk³adanym krzeœle w sekretariacie szko³y. gdy wracaliœmy z boiska obok pruskich koszar z dziuraw¹ pi³k¹ Piotra. umieœciæ j¹ na podbiciu. No i dlaczego Weiser zdecydowa³ siê zagraæ z nami.

Tak. zanim wyjecha³a na sta³e do Niemiec. ¿e to nie jest prawda. pomiêdzy którymi falowa³a trójk¹tna czarnoœæ i miêkkoœæ. Jej milczenie. która mog³aby zaczynaæ siê od sceny w nieczynnej cegielni. ¿e Weiser unosi³ czerwon¹ sukienkê Elki za poœrednictwem lœni¹cego kad³uba samolotu. do dzisiaj. Nie powiedzia³em. ani nawet wtedy. nawet dzisiaj w³osy staj¹ mi na g³owie. uniesione kolana Elki. jej uparte milczenie œwiadczy o tym wymownie. czêœciow¹ amnezj¹ i tak dalej. ¿eby siê z ni¹ zobaczyæ – nigdy nie powiedzia³a nic na temat Weisera ani tego. Nie powiedzia³a. I wszystkie wybuchy w dolince za strzelnic¹ by³y. gdy pisa³em do niej listy. zobaczy³em raz jeszcze srebrne cielsko i³a nad krzakami ¿arnowca. gdy pojecha³em do Niemiec tylko po to. zdaje siê. i przypomnia³em sobie jej twarz z otwartymi ustami. kim by³ albo jest w dalszym ci¹gu Weiser. ani póŸniej. do tej pory. kiedy znów piszê listy do Mannheim. bo nie chcia³ tego robiæ sam. jakby przekrzykiwa³a straszny huk l¹duj¹cej maszyny. Ale nie piszê o Weiserze ksi¹¿ki. tak¿e dla niej.bardzo prosta. I kiedy drzwi gabinetu otworzy³y siê i wypuœcili z niego nareszcie Szymka. a mo¿e zbyt prostackie. Bo w³aœnie Elka musi wiedzieæ. kiedy przypominam sobie Weisera w piwnicy nieczynnej cegielni. jej podnosz¹ce siê i opadaj¹ce biodra. Ale ani wówczas. niepomny tego. Nie – wyjaœniam tylko fakty i okolicznoœci i dlatego Szymek siada teraz na sk³adanym krzeœle obok mnie. co zasz³o miêdzy nami podczas mojej wizyty. co wydarzy³o siê ostatniego dnia nad Strzy¿¹. widocznie by³o to dla niego zbyt proste. zdaje siê. Elka zaœ asystowa³a mu przy tym zapewne wiele razy. a lekarze t³umaczyli jej uparte milczenie szokiem psychicznym. a ja s³yszê swoje nazwisko: 79 . Byliœmy tam tylko raz. ¿e Elka odnalaz³a siê póŸniej i ¿y³a d³ugo wœród nas. I tylko ja wiedzia³em i wiem.

M-ski ³ypa³ podejrzliwie w moj¹ stronê. kiedy Weiser i wasza kole¿anka zginêli. nie najlepiej wy¿êt¹ i wykrêcon¹. dyrektor zaœ manipulowa³ d³oñmi wokó³ swego krawata. Uœmiechn¹³em siê wiêc do niego. powiedz prawdê. Czy nie znaleŸliœcie mo¿e kawa³ka koszuli albo cia³a gdzieœ w okolicy? A mo¿e na którymœ z drzew? Wszystkie te pytania M-ski zadawa³ szybko i by³y one jak tematy w uwerturze – nastêpowa³y naraz. – Ile ich by³o i w jakich dniach. – Tak – westchn¹³ mê¿czyzna w mundurze. bo zrewan¿owa³ mi siê równie¿ uœmiechem i pokazuj¹c rêk¹ krzes³o. i pomyœla³em. który teraz nie przypomina³ ju¿ kokardy jakobiñskiej ani szalika. ¿ebyœ nam opowiedzia³ jeszcze raz o tym ostatnim wybuchu. Mê¿czyzna w mundurze rozpi¹³ dwa guziki niebieskiej bluzy i zobaczy³em. Co to by³o – trotyl? proch? Sk¹d to bra³ – z ³usek? z niewypa³ów? I chcemy. – Chcemy wiedzieæ wszystko o wybuchach za strzelnic¹ – rozpocz¹³ M-ski. powiedzia³: – Proszê. jakby to by³o zabawnie zobaczyæ tam zamiast niego sier¿anta milicji. powiedz nam. Niczego siê nie bój. idê w kierunku drzwi obitych pikowan¹ cerat¹. kiedy by³ pierwszy wybuch? Kiedy to by³o? 80 . tylko mokr¹ szmatê. Sk¹d wasz kolega mia³ materia³ wybuchowy do eksplozji. z obola³¹ nog¹. jak sypie piaskiem w publikê. Bo w³aœciwe przes³uchanie mia³o siê dopiero rozpocz¹æ. spod którego przez ma³e oczka wy³a¿¹ gêste. z takimi samymi k³akami na piersiach.– Heller. idê i bojê siê M-skiego. jedno po drugim. a w³aœciwie tortur. czarne w³osy. ¿e pod spodem ma siatkowy podkoszulek. mo¿esz usi¹œæ. – No wiêc. Zaraz przypomnia³em sobie szympansa z oliwskiego zoo. wœcieka siê i od czasu do czasu sika w pierwsze rzêdy rozbawionych ludzi. a on wzi¹³ to za dobr¹ monetê. teraz ty – i wstajê powoli. które zastosuje w tej kolejce przes³uchania.

– Jakie znów nabo¿eñstwa?! Pan s³yszy. to samo co w Sodomie i Gomorze. przekrêcaj¹c jeszcze bardziej krawat. To podpada chyba pod jakieœ paragrafy! Mê¿czyzna w mundurze przerwa³ mu ruchem rêki: – Musimy pracowaæ rzeczowo. bo jak nie. za grzechy ludzkie – nie bardzo wiedzia³em. to Bóg zrobi to samo z nami. emocje s¹ najgorszym doradc¹ w takich sprawach. – Czyje grzechy? – wtr¹ci³ ten w mundurze.. bo wtedy ksi¹dz proboszcz zaczyna³ nabo¿eñstwa. to co? – Bo jak siê nie poprawi¹.. ¿e tego nie s³ucha³ prokurator. – A w³aœciwie na intencjê deszczu. oni nie oszczêdzaj¹ nawet dzieci. towarzyszu M-ski. bo by³a przecie¿ ogromna susza. a proboszcz Dudak mówi³. no – podchwyci³ dyrektor. ¿e ludzie odchodz¹ od Boga i œwiêtej wiary katolickiej. kolego.. mówisz nam. – Proboszcz mówi³. – Dok³adniej nie pamiêtam. co? Szkoda. ¿e to kara bo¿a za grzechy. – No. – Jak nie. – No wiêc. – Jakie znów nabo¿eñstwa?! – podskoczy³ jak oparzony M-ski.. ale na pewno na pocz¹tku sierpnia. wiêc Bóg zes³a³ tê suszê jako znak. ¿eby oczyœci³ zatokê i obmy³ pola. – Dosyæ! Pan s³yszy. – Zwróci³ siê znów w moj¹ stronê. – No. dyrektorze? Czy oni nigdy nie przestan¹? – i znów zwróci³ siê do mnie – wiêc jakie to by³y nabo¿eñstwa? – Nabo¿eñstwa w intencji rolników i rybaków. sier¿ancie? To jeszcze gorzej ni¿ œredniowiecze. tak? 81 . spali miasta i ludzi i. ¿e to by³o na pocz¹tku sierpnia. – A dok³adniej? – wtr¹ci³ dyrektor.– Gdzieœ na pocz¹tku sierpnia. proszê pana – odpowiedzia³em grzecznie. ¿eby siê ludzie poprawili. a my mamy w takich warunkach pracowaæ. – Dosyæ! – wrzasn¹³ M-ski. co odpowiedzieæ. proszê pana – odpowiedzia³em.

gdzie jeszcze? – No tak. i co by³o dalej? – Na miejscu Weiser powiedzia³. od. – Czy by³a z nim wtedy Wiœniewska? – Tak. – A Wiœniewska? – przypomnia³ sobie nazwisko Elki. – Dobrze. w ogóle.. i nagle huknê³o. jak na g³owê spada nam piasek z kawa³kami trawy. ¿e mundurowy odpina nastêpny guzik kurtki i w³osy wy³a¿¹ mu jeszcze bardziej przez podkoszulkowe oczka. Kaza³ nam po³o¿yæ siê w okopie.. a póŸniej robi³ coœ z tymi kablami od. a sk¹d dowiedzieliœcie siê. ¿e mo¿emy ju¿ iœæ do domu. ale oni chodzili zawsze razem. a raczej z nimi. – Jak to by³o? – Bawiliœmy siê w Brêtowie. ¿e to bêdzie wybuch i ¿ebyœmy go we wszystkim s³uchali. a potem powiedzia³ „uwaga” i pokrêci³ korbk¹. bo mo¿e byæ jakieœ nieszczêœcie. to ¿ebyœmy poszli z nim. to znaczy. a on przyszed³ i powiedzia³. ¿e jak chcemy zobaczyæ coœ fajnego. ¿e Weiser bêdzie coœ takiego robi³? – On sam nam powiedzia³. i zaprowadzi³ nas do tej doliny za strzelnic¹. by³a. – Wszêdzie. Zobaczy³em.. – Pr¹dnicy – wtr¹ci³ mundurowy. proszê pana. bo Wiœniewska by³a z Weiserem. to by³o na pocz¹tku sierpnia – potwierdzi³em. – I to wszystko? – Tak.– Tak. a my poczuliœmy. 82 . – Tak. – Dobrze – powiedzia³ – wiêc naturalnie poszliœcie z nim.. Ona z nim by³a wszêdzie. ja nie wiem. bo Weiser schowa³ gdzieœ pr¹dnicê i powiedzia³. gdzie jeszcze. chodzi³a z nim wszêdzie. od pr¹dnicy.

który wygl¹da³ na Ÿle przypasowany do ca³oœci uchwyt korkoci¹gu. to znów na M-skiego. a na wybuch zabiera³ nas zawsze w ostatniej chwili. Weiser nie mia³ ze sob¹ ³adunku.. – Poznajesz to? – mundurowy pokaza³ mi fotografiê czarnej skrzynki z korbk¹ i przyciskiem. wyp³ywa cieniutk¹ stru¿k¹ zapach czosnku. jak d³ugo le¿a³a mina od za³o¿enia do wybuchu: godzinê. Powiedz mi teraz. proszê pana. Mundurowy podrapa³ siê w g³owê i spogl¹da³ na dyrektora. – Tego nie wiedzia³ nikt. dobrze.. kiedy szliœmy ogl¹daæ wybuch. – No. rozumiem. bo Weiser nie t³umaczy³ tych rzeczy. proszê pana. z tego. bo Weiser zakaza³ nam chodziæ tam bez niego i powiedzia³. w ogrodzie przylegaj¹cym do naszej kamienicy. – I uwierzyliœcie mu? – On nigdy. a zreszt¹ ka¿dy wybuch by³ w innej czêœci doliny i baliœmy siê. nie k³ama³. – Czyli zak³ada³ ³adunek i przewody. podobnie jak kopru i czosnku. co mówisz.. – Nie. ¿e ca³a dolina jest zaminowana. bo on za ka¿dym razem. ca³y dzieñ? – Nie wiem – odpowiedzia³em. 83 . wynika. ¿eby pójœæ tam bez niego i zobaczyæ. a nie korci³o was. a przy nas ³¹czy³ tylko druty z pr¹dnic¹. tê minê mia³ ju¿ zakopan¹ w ziemi. jak was nie by³o. taki sam jak ze s³oja kiszonych ogórków. Dyrektor gwa³townym ruchem rêki zamiast poluŸniæ swój krawat. dwie. przechyli³ siê do mnie mocno. ¿e kiedy szliœcie na miejsce wybuchu. czy nastêpny ³adunek jest mo¿e przygotowany? Poczu³em jak z ust mundurowego.– Zaraz. zacisn¹³ go wokó³ szyi. wiêc musia³ mieæ to przygotowane wczeœniej. który mówi¹c ostatnie s³owa.. proszê pana. czy tak? – Tak. choæ tego lata by³o ich ma³o. ¿eby na tak¹ minê nie stan¹æ.

to znaczy prawdziwy automat do zabawy. któr¹ Weiser zawsze gdzieœ chowa³ po wybuchu. ¿e umiemy trzymaæ jêzyk za zêbami. – Gdzieœ po drugim albo po trzecim wybuchu Elka przysz³a do nas i powiedzia³a. ¿e to dla nas. – No w³aœnie. a jak siê do nas przekona – tak w³aœnie powiedzia³: „jak siê do nas przekona”. co pokazywa³ wam. – Jak to by³o? – podchwyci³ mundurowy. – A nie wiedzieliœcie nic o piwnicy i arsenale. jaki tam zgromadzi³? – Nie. mo¿e znalaz³ j¹ razem z tym wszystkim w cegielni. to dostaniemy coœ ekstra. 84 . dopiero. kiedy tam chodziliœcie? – My tam. – Zaraz. bo my przez ca³y czas bawiliœmy siê w partyzantów. nie chodziliœmy. to mo¿emy z ni¹ iœæ. I nic wiêcej nam nie pokaza³. dopiero wtedy us³yszeliœmy. ¿e he³m i automat to jest nagroda za to. Nie powiedzia³a dok¹d i zaprowadzi³a nas do starej cegielni. ale Weiser powiedzia³. a co on mia³ w tej cegielni. to jest ta pr¹dnica. proszê pana. ale tylko wtedy. – A nie domyœlaliœcie siê niczego? Sk¹d na przyk³ad wzi¹³ pr¹dnicê albo mia³ proch do ³adunków? Nie pytaliœcie go? Ani razu? – Pytaliœmy. – A sk¹d j¹ mia³? – szybko wtr¹ci³ M-ski. ¿e jak chcemy mieæ prawdziwy automat. jak zaczê³y siê poszukiwania i jak milicja znalaz³a tê zawalon¹ piwnicê. tam gdzie s¹ te wózki i szyny. poznajê. wiêc Weiser powiedzia³.. co Weiser tam trzyma³. proszê pana. Wiêc nie pytaliœmy. proszê pana. – Nie wiem.. bo w cegielni Weisera spotkaliœmy tylko raz. gdzie czeka³ Weiser i da³ nam wtedy zardzewia³y automat i he³m niemiecki. to w jakiej czêœci cegielni byliœcie wtedy? – Ko³o pieców.– Tak.

A¿ raz przyszliœmy. – A nie przysz³o wam na myœl. ale mundurowy przerwa³ mu: – Co wam przysz³o do g³owy. który teraz przypomina³ kolorow¹ chustkê pani Korotkowej. mê¿czyŸnie ow³osionemu jak Tarzan? W koñcu wykrztusi³em to. teraz myœlê. proszê pana. ale w wojnê nigdy siê z nami nie bawi³. – ¯eby tylko o to chodzi³o – westchn¹³ dyrektor. no i nie by³o he³mu ani automatu. – A Weiser nie bawi³ siê z wami w partyzantów? – Nie. ch³opcy. proszê pana. ¿e o tym wszystkim trzeba powiadomiæ kogoœ z doros³ych? – kontynuowa³ mundurowy. – ¯eby tylko o to chodzi³o. He³m i automat po zabawie. ale jego samego nie widzieliœmy. bo M-ski spojrza³ na niego groŸnie 85 . – Wojnê to on sobie robi³. chodziliœmy na cmentarz w Brêtowie i on przychodzi³ czasami. dobrze – mundurowy by³ wyraŸnie rozczarowany. No. – ¯e to siê mo¿e Ÿle skoñczyæ dla was wszystkich? Milcza³em przez chwilê. ¿e to psychicznie chory cz³owiek? Biega³ z tym po okolicy i straszy³ ludzi. I dopiero póŸniej ktoœ nam powiedzia³. zw³aszcza temu mundurowemu w podkoszulku z siatki. ¿e ten wariat lata po Brêtowie w naszym he³mie i z naszym automatem. w samym rogu cmentarza. jak ju¿ mieliœmy wracaæ do domu. chowaliœmy za ka¿dym razem w pustej krypcie. dopiero teraz – doda³ M-ski. bo co na takie pytanie mog³em odpowiedzieæ. co ja z wami mam – ale nie dokoñczy³. jak siê nie by³o gdzie k¹paæ. a dyrektor pokiwa³ g³ow¹ i nic ju¿ nie powiedzia³. czyja to by³a sprawka? – To nie by³o tak. – W³aœnie. ¿e powinniœmy to zrobiæ. czego oczekiwa³: – Tak. poluŸniaj¹c krawat. Mój Bo¿e.– No. ¿eby ten stary automat i he³m dawaæ do rêki zbieg³emu pacjentowi szpitala? Czy nie wiedzieliœcie. ale gdzie indziej – powiedzia³ M-ski.

– Wybuchów by³o razem szeœæ. wiêc kiedy skoñczy³em na tym. za ka¿dym razem po jednym. – No. na której dolina zaznaczona by³a czarnymi poziomicami. jeszcze raz opisz dok³adnie. ale mundurowy powstrzyma³ go i kaza³ mi podejœæ do biurka. ile by³o tych wybuchów i czym ró¿ni³y siê od siebie? – Zaraz. kolego. o której mówisz. – A góra.. M-ski nie wytrzyma³ i wrzasn¹³: – Jak mogliœcie ich widzieæ. By³y do siebie podobne i tylko ten ostatni. – liczy³em w pamiêci. jak znikli na wzgórzu. ¿eby niczego nie zmieniæ. a mundurowy pyta³ dalej: – Powiedz nam teraz. Mówi³em wiêc tak jak poprzednio.i dyrektor umilk³ jak za dotkniêciem ró¿d¿ki. ¿e widzieliœcie dwa duchy zmierzaj¹ce do nieba. to znaczy silniejszy ni¿ wszystkie tamte. gdzie roz³o¿y³ wojskow¹ mapê. o którym mówi³em ju¿ poprzednim razem. to ta œciana doliny. jakby s³owa wybiegaj¹ce z moich ust by³y robaczkami i jakby ka¿de z tych stworzeñ brali pod lupê. tylko ten ostatni by³ bardzo silny.. A kiedy skoñczy³em na tym. co wydarzy³o siê w dolinie tym ostatnim razem. tak? – Tak – skin¹³em g³ow¹. co?! I zbli¿y³ siê do mnie niebezpiecznie blisko. przecie¿ oni ju¿ wtedy nie ¿yli?! Czy chcesz nam wmówiæ. gdy M-ski zrobi³ mi wyciskanie s³onia. a tamci s³uchali uwa¿nie. 86 . proszê pana – potwierdzi³em. mówi³em wolno. – Wy staliœcie tutaj. co by³o zgodne z prawd¹. dobrze. – Taaak – mrukn¹³ mundurowy. jak Elka i Weiser znikli na wzgórzu. a teraz. ogl¹daj¹c je na wszystkie strony. tak? – Tak. obok wyrwy.

Potem rusza w kierunku miny – „przeszed³ przez dolinê” – powiedzia³eœ. ¿e to by³ Weiser i Wiœniewska? A mo¿e wam tylko zdawa³o siê. a na g³owy posypa³ nam siê piasek”. a kiedy zobaczy³. zaraz potem ziemia zadr¿a³a od eksplozji. jakbym przyznawa³ mu racjê. za krzakami leszczyny. nie podnosz¹c g³ów. ¿e oni wylecieli w powietrze? Ktoœ. gdzie znajdowa³ siê Weiser i wasza kole¿anka w momencie wybuchu. to czerwone kó³ko oznacza miejsce eksplozji. Wiœniewskiej w tym czasie nie widzicie. Weiser. o tutaj. o tu. to dzieli³o was od podnó¿a wzniesienia dok³adnie sto metrów. Najpierw stoicie obok modrzewiowego zagajnika. ¿e jesteœmy. daje wam znak rêk¹ i le¿ycie. ¿e ich widzicie. bo bardzo chcieliœcie zobaczyæ. tak powiedzia³eœ. bo to najwa¿niejsze. bo ona idzie o st¹d. Zapach czosnku by³ teraz wyraŸniejszy i przysz³a mi ochota na kiszone ogórki. wynika. o st¹d. – No. Powiedzia³eœ: „Weiser kaza³ nam czekaæ obok modrzewiowego zagajnika. wiêc nie mo¿ecie widzieæ.– No. wiêc oddala siê od was w stronê ³adunku. ¿e w tej samej chwili podchodzi do niego wasza kole¿anka. A teraz patrz uwa¿nie. co mówi³eœ. przeszed³ przez dolinê i pomacha³ rêk¹ na znak. przyznaj siê wreszcie! Milcza³em zaskoczony map¹ i jego dok³adnoœci¹. czy nie tak by³o? No. tak? Skin¹³em g³ow¹. Weiser widzi was i stoi jakieœ dwadzieœcia metrów dalej. Musia³o to wygl¹daæ tak. powiedzia³: „o. co? Mo¿e baliœcie siê pomyœleæ. I co siê dzieje? Zaraz po znaku rêk¹ nastêpuje wybuch. tam 87 . ¿e mamy siê ju¿ po³o¿yæ. – Popatrz uwa¿nie. id¹ tam pod górê” i z tego strachu zobaczyliœcie ich. A sk¹d Weiser kiwa³ rêk¹? Tak. bo zaraz dokoñczy³: – Z tego. zdaje siê Korolewski. jak wiêc mo¿esz twierdziæ z ca³¹ pewnoœci¹. ¿e nie wiesz dok³adnie. to popatrz tu – mundurowy o³ówkiem stukn¹³ w mapê.

¿eby sprawdziæ przewody. naszym meczu z wojskowymi na murawie 88 . pod górê.. Potem chcia³ iœæ ju¿ razem z Wiœniewsk¹ do pr¹dnicy. Przy poprzednich wybuchach – sami to potwierdziliœcie – od znaku Weisera do detonacji up³ywa³y zazwyczaj dwie minuty. ale tylko na niby. tylko ¿e tym razem ³adunek eksplodowa³ sam. a potem szed³ do pr¹dnicy. nachyli³ siê nad ³adunkiem.. no i zobaczyliœcie. o tu albo tu. ¿e nastêpnego dnia. ale nie doszed³. Wylecia³ w powietrze razem z Wiœniewsk¹.. Bo Weiser za ka¿dym razem. tym razem rzeczywiœcie po raz ostatni. ¿eby od ³adunku przejœæ w bezpieczne miejsce. i dopiero wtedy krêci³ korbk¹ i wciska³ przycisk. Ale nie powiedzia³em nic. Mniej wiêcej tyle czasu potrzebowa³. a wy chcieliœcie ich bardzo zobaczyæ. albo tu. bez pokrêcenia korbk¹ i wciœniêcia detonatora. Bo by³o tak: Weiser najpierw pomacha³ rêk¹ i kiedy ju¿ le¿eliœcie twarzami do ziemi. Zbyt dobrze.. tu albo tu. choæ ³adunki po³o¿one by³y w ró¿nych miejscach. nastêpnie sprawdza³ po raz ostatni pod³¹czenie przewodów do zapalnika bomby. bo ³adunek eksplodowa³ sam. czy wszystko jest w porz¹dku. kiedy ju¿ staliœcie obok wyrwy. gdzie za³o¿ona by³a mina. ¿ebyœcie siê po³o¿yli. ¿e wszystko w jego opowiadaniu pasuje do siebie tak dobrze. Weiser macha³ do was w³aœnie st¹d. a nie mina skonstruowana przez waszego kolegê. Nie wiedzia³ nic o czarnej panterze. z miejsca. Tym razem sprawdzi³ przewody – od znaku rêk¹ mog³o up³yn¹æ najwy¿ej piêtnaœcie sekund – i zacz¹³ iœæ w kierunku pr¹dnicy.. o tu. robi³ tak samo.gdzie jest wyrwa. Przypuszczalnie by³ to niewypa³. albo tu. tu w³aœnie j¹ znaleŸliœmy. bo przecie¿ mundurowy nie wiedzia³. aby by³o prawdziwe. Najpierw dawa³ znak. która by³a… o tu. ¿e id¹ tu. gdzie schowana by³a pr¹dnica.. choæ to jest sto metrów od tego miejsca. Uwierzyliœcie. nad Strzy¿¹ spotkaliœmy siê znów. Czy nie tak by³o? Sta³em przy biurku i podziwia³em.

ale oko Weisera mruga na 89 .. ani tego koszmarnego pogrzebu – g³os by³ coraz groŸniejszy. bo alibi by³o powa¿ne. ¿e nad Strzy¿¹ widziano was dzieñ wczeœniej! No? Milcza³em. a M-ski dokoñczy³: – Widzia³ was koœcielny brêtowskiego koœcio³a – i M-ski po raz pierwszy tego dnia uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co. kiedy pytano koœcielnego. a M-ski podszed³ do mnie.obok pruskich koszar. kto potwierdzi³. Widocznie. z tymi. szcz¹tkami – wpad³ w s³owo mundurowy. ubijamy go obcasami.. a przynajmniej nie od tego. – Musieliœcie przecie¿ znaleŸæ kawa³ek cia³a albo ubrania. a odetchn¹³em tym razem ja. Ale to nie by³ koniec przes³uchania. – Nie macie chyba sumienia! Czego was w koñcu ucz¹ na religii? – Powiedz natychmiast. pomyli³ daty. nie widzia³ Weisera w piwnicy starej cegielni i w³osy nie stawa³y mu dêba na g³owie. – Nie zg³osiliœcie ani wypadku.. Odetchn¹³ i znów poczu³em stru¿kê czosnkowego zapachu. gorsze ni¿ kanibalizm – wyrzuci³ z siebie. „jeœli im wszystko zaczyna siê uk³adaæ w taki sposób”. pomyœla³em.. – Jak mogliœcie zrobiæ coœ tak obrzydliwego?! To jest. Mundurowy usiad³ z powrotem w fotelu. jak trzymam w d³oni oko Weisera.. a Szymek ma w rêku strzêpek sukienki i sk³adamy to do naszego do³ka. jak by³o z tymi. to jest. Gdzie ukryliœcie szcz¹tki Weisera i Wiœniewskiej? Mów! Milcza³em. Piotr zaœ intonuje: „Dobry Jezu. a nasz Panie. nastêpnie zasypujemy do³ek. – Jedno jeszcze musimy wyjaœniæ.. – To jest kryminalna sprawa – doda³ dyrektor. daj im wieczne spoczywanie”.. tak? Sta³em z pochylon¹ g³ow¹ i wyobrazi³em sobie. a M-ski wyjaœni³: – To siê zgadza i nawet nie wiesz.. „Tym lepiej”.

a¿ wreszcie. M-ski chwyci³ mnie za w³osy tu¿ przy uchu. a dyrektor. o godzinie dziewi¹tej. gdzie dzisiaj zaczyna mi siê zarost. tak. w³aœciwie wyrywa³ mi ju¿ w³osy. tak.nas spod ziemi i bêdzie mrugaæ do koñca œwiata. tym razem nieco wy¿ej. a ja unosi³em siê coraz wy¿ej. kto wówczas. 90 . dobrze. który podniós³ s³uchawkê. gdy tymczasem M-ski ci¹gn¹³ jeszcze mocniej. powiedzia³ do mundurowego: – Do was. – No. dobrze. w tym miejscu. naturalnie. i zaczê³o siê skubanie gêsi. czu³em. policzek i skronie. ale¿ tak. staj¹c na samych czubkach palców. Przez chwilê zapanowa³o milczenie. To by³o straszne. Mundurowy kiwa³ czo³em i mówi³ tylko: – Tak. wiêc chwyci³ ponownie. to czujê do tego kogoœ ogromn¹ wdziêcznoœæ. bo od skubania gêsi bola³a ca³a g³owa. oczywiœcie. Bo kiedy mundurowy od³o¿y³ s³uchawkê. I chocia¿ do dzisiaj nie wiem. – Gdzie-œcie to za-ko-pa-li – skandowa³ i przy ka¿dej sylabie poci¹ga³ coraz mocniej do góry. po-wiesz wre-szcie. dobrze. czy mam ci ur-waæ g³o-wê. i poci¹gn¹³ lekko w górê. jak p³onie mi g³owa. wysz³o na to. gdzie-œcie to za-ko-pa-li. M-ski puœci³ moje baczki i spojrza³ w tamt¹ stronê. ale krótkie w³oski wymknê³y siê z jego palców. W koñcu dziêki niemu M-ski przesta³ mnie ci¹gn¹æ. tak. jak by³o naprawdê. tak. co? I by³bym pewnie za moment krzycza³ wniebog³osy i mo¿e nawet w tym krzyku wykrzycza³bym. i ujarzmiaæ nas jak czarn¹ panterê za kratami oliwskiego zoo. i odes³ano mnie z powrotem do sekretariatu na sk³adane krzes³o. kiwa³em siê jak pingwin. dobrze. którego listewki okropnie gniot³y w siedzenie. gdyby nie zadzwoni³ telefon na biurku dyrektora. rozmawia³ z mê¿czyzn¹ w mundurze. ¿e musz¹ siê naradziæ. Dr¿a³em na ca³ym ciele.

Taki sam zegar. pilnowani przez woŸnego. nie odpowiedzia³a nic. ¿e nie jestem Niemcem. Tego nie wiem. – Wiesz. Pali³ siê do rozmowy. tematy rozmowy. koñcz¹cy wahad³o. nigdy jej nie wyzna³em. Oczywiœcie. dobrze. w mieszkaniu Elki. które wysy³a³em do Mannheim. kiedy œpiewaliœmy „B¹dŸ-¿e poz-dro-wio-na.Znów wiêc siedzieliœmy w trójkê. wiedzia³em. Mo¿e stanê³y jej przed oczami wszystkie listy. jakbyœmy widzieli siê ledwie wczoraj. gdy wyczu³. któr¹ jecha³em przez œródmieœcie. wszystko zaplanowane i zapiête na ostatni guzik – kolejne pytania. jak dojechaæ. a ja patrzy³em na zegar i wydawa³o mi siê. gdy wiele lat póŸniej pojecha³em do Niemiec. wszystko to podstêpnie zmierza³o. ¿e mosiê¿ny kr¹¿ek. – Z dworca. – No. Kiedy us³ysza³a mój g³os w s³uchawce telefonu. a raczej kiedy us³ysza³a moje nazwisko. prowadzi³ w¹saty Turek. z której wypuszcza³ na Bo¿e Cia³o ob³oki siwego dymu. ale ja myœlami by³em ju¿ przy Elce i przypomina³em sobie wrzeœniowy poranek siedemdziesi¹tego pi¹tego roku. jestem w domu przez ca³y dzieñ – odpowiedzia³a. ale milcza³a dobr¹ chwilê. jak dojechaæ? Naturalnie. a raczej mia³o zmierzaæ nieuchronnie do osoby Weisera. zanim us³ysza³em ca³kiem przytomne pytanie: – A sk¹d dzwonisz? – Z dworca – krzycza³em do s³uchawki. a które ona wyrzuca³a do kosza. widzia³em w Mannheim. kiedy odprowadza91 . bo wszystko na to spotkanie mia³em przygotowane. jest takiego samego koloru jak puszka proboszcza Dudaka. ¿eby siê z ni¹ zobaczyæ. i chcia³bym siê z tob¹ zobaczyæ! Pomilcza³a znów chwilê. Taksówkê. Ho-styjo ¿y-wa”. jaki jest cel mojej podró¿y. z prêtem wahad³a zakoñczonym mosiê¿n¹ tarcz¹. zdjêcie grobu Piotra.

ludzie patrz¹. Wreszcie powiedzia³a: – Nie krzycz tak. d³ugo czekaæ na w³aœciwy moment. Ty coœ ukrywasz. ca³y czas ukrywa³aœ.³em j¹ na Dworzec Morski w Gdyni. sk¹d odp³ywa³a do Hamburga. ludzie patrz¹”. ale Elka zaciska³a zêby. tak samo jak nie chcia³a rozmawiaæ na temat Weisera przed wyjazdem. ¿adne tam „do widzenia”. ¿e drugi raz nie pope³niê takiego b³êdu. Ta ciotka nazywa³a Elkê komunistk¹ i upokarza³a na ka¿dym kroku. kiedy jecha³em taksówk¹ przez œródmieœcie Mannheim. w miarê jak Elka podchodzi³a coraz bli¿ej do celnej barierki. ¿adne „trzymajcie siê”. tylko w³aœnie to: „nie krzycz tak. a wieczorem zmywa³a pod³ogi w restauracji. zmuszaj¹c do wyznañ. ¿e zacznê zupe³nie inaczej i d³ugo bêdê kr¹¿yæ. pomyœla³em. ja ciê bardzo proszê! Powiedz. potwornie z³oœliwej starej kobiety. wiedzia³em. skoro wyje¿d¿asz st¹d na sta³e. Elka przez pierwsze pó³tora roku nie mia³a tu ³atwego ¿ycia. i gdy samochód stan¹³ na œwiat³ach. Harowa³a na dwie zmiany. Elka musia³a harowaæ jeszcze bardziej. To by³y jej ostatnie s³owa. Pracowa³a jako s³u¿¹ca u dalekiej ciotki. jak to by³o? Przecie¿ Weiser prowadzi³ ciê za rêkê. Powiedz przynajmniej teraz. Kiedy otworzono testament. bo Horst straci³ ¿onê w wypadku samochodowym gdzieœ 92 . której w³aœciciel by³ znajomym ciotki. co siê wtedy sta³o? Naprawdê nie wiesz. ¿eby j¹ wreszcie przyprzeæ do muru. I tu pozna³a Horsta. rano sprz¹ta³a prywatne mieszkania. – Elka – zapyta³em j¹ po raz ostatni – wiêc ty naprawdê nie pamiêtasz. bo ciotka nie zostawi³a jej nic. A póŸniej nie odpowiada³a na moje listy. Wiêc teraz. co w³aœciwie wydarzy³o siê tamtego dnia nad Strzy¿¹? – I mój g³os podnosi³ siê a¿ do krzyku. bo ciotka by³a bogata i mia³a jej zapisaæ trochê grosza.

szczypiorkiem. ale do dzisiaj pamiêtam ich smak. plastrami pomidora. Tego naturalnie Elka nie mog³a pamiêtaæ. gdy taksówka wyjecha³a ju¿ ze œródmieœcia. Horst czêsto wyje¿d¿a i Elka siedzi wtedy ca³ymi dniami sama. mia³ w³asn¹ firmê i Elka nie musia³a ju¿ zmywaæ pod³óg w restauracji ani w prywatnych mieszkaniach. a ona pokazywa³a mi zdjêcie Horsta z ostatniego urlopu. Grzanki zmiesza³y mi wprawdzie szyki. kminkiem. wprost z piekarnika. Ale to wspominaliœmy ju¿ przy grzankach. 93 . jaki spêdzili w Bawarii. Na œcianach du¿ego pokoju wisia³y akwarele przedstawiaj¹ce jeŸdŸców i konie. Ale o tym wszystkim dowiedzia³em siê w kilkanaœcie minut póŸniej. urlopy spêdzaj¹ na po³udniu w górach. papryk¹ i nie wiem ju¿ czym jeszcze. jakie z tym by³y k³opoty. Wszyscy znajomi sk³adali siê na tê p³ytê i to by³ w³aœciwie nasz wspólny pomnik dla Piotra. a przede wszystkim handlowa³ koñmi. bo ¿aden kamieniarz nie chcia³ wykuæ napisu „zamordowany” i w koñcu zosta³o: „zgin¹³ tragicznie”. ale p³yty oczywiœcie nie widzia³a. Pokaza³em jej zdjêcie nagrobka Piotra. choæ Piotr nie bra³ udzia³u w demonstracji i walkach. Nie by³ stary ani brzydki. kiedy Horst nie spieszy siê za bardzo. wyszed³ tylko na ulicê zobaczyæ. Wysz³a za niego bez wiêkszych wahañ. gdy minêliœmy z w¹satym Turkiem parê przecznic i gdy siedzia³em naprzeciw Elki. pieprzem.w Hesji i teraz zamiast pilnowaæ swojej firmy. pij¹c kawê. z d³ugim prêtem wahad³a zakoñczonym mosiê¿n¹ tarcz¹. bo Horst nie ma oprócz niej ¿adnej rodziny. które Elka przyrz¹dza³a wspaniale – z keczupem. a ja opowiada³em jej. poœrodku zaœ zegar. na gor¹co. popija³ a¿ do zamkniêcia lokalu. a ona sama nie lubi sk³adaæ wizyt i przyjmowaæ goœci. listkami sa³aty. Elka by³a tam kilka razy. taki sam jak w sekretariacie naszej szko³y. póŸno w nocy. Czasami wyje¿d¿aj¹ razem. co siê dzieje.

co o tym myœli. nie bêdzie ¿adnych k³opotów i Horst siê ucieszy. zgodzi³em siê zostaæ do nastêpnego dnia. do domu stryja. który z obozu jenieckiego nigdy do Polski nie wróci³. I chocia¿ nie bardzo rozumia³em. wypytuj¹c o jakiœ szczegó³. lecz Elka nie dawa³a poznaæ. co porabiam w Niemczech. nie musia³em liczyæ ka¿dej marki. z czego mia³by cieszyæ siê jej m¹¿. niby od niechcenia. – Gdybyœ zechcia³ zostaæ kilka dni. ¿e nie muszê. Bo jak siê jest tu – doda³a – to nie mo¿na byæ tam. Dowiedzia³a siê na koniec. Czu³em. przerywa³a nawet czasami. Rzeczywiœcie. Zanim jednak Elka wyprowadzi³a z gara¿u samochód. czy ju¿ dzisiaj muszê wracaæ do Monachium. tylko atrapa. Tak samo jak wszystkie domy w tej dzielnicy 94 . w którym nie by³o zreszt¹ rzeczy interesuj¹cych ani piêknych. Ja nie potrafiê byæ tu i tam. Na szczêœcie mia³em pieni¹dze i kiedy pojechaliœmy do miasta. Ju¿ chcia³em wtr¹ciæ coœ. bo rzeczywiœcie nie musia³em. i na odwrót. ¿eby mówi³a dalej. Ale nie wyjaœnia³em Elce tych zawi³oœci. By³a to wiêc opowieœæ szara i nu¿¹ca. w dodatku tak zrêcznie. ale szybko zmieni³a temat. jego zdaniem. ¿e robi to z grzecznoœci. a przede wszystkim nasza rozmowa o Weiserze nie wesz³a nawet w fazê pocz¹tkowej konwersacji o pogodzie. – To wspaniale – tym razem ucieszy³a siê szczerze. osobê. i zapyta³a. tak jak na ¿adne inne. obejrza³em ich dom. sk¹d przyjecha³em. jak¹ siê pokazuje w nie najlepszym teatrze. Polska. zdarzenie. ¿eby j¹ odwiedziæ. jak wróci – mówi³a dalej – bo teraz wyjecha³. powiedzia³em tylko. a raczej o swoim obecnym ¿yciu.W pewnym momencie bowiem Elka powiedzia³a niespodziewanie: – Nie odpowiada³am na twoje listy. przez dwa tygodnie mieszka³em w Monachium i mia³em tam jeszcze wróciæ na kilka dni. bo to nie by³a. ¿e musia³em opowiedzieæ o sobie.

nie mog³em jednak oprzeæ siê wra¿eniu. gdzie potok przep³ywa w¹skim tunelem pod nasypem nieistniej¹cej od czasów wojny linii kolejowej. i chocia¿ myœla³em. z ma³ym ogródkiem. jak mi siê zdaje. dlaczego chce mnie zatrzymaæ. Graliœmy zatem od pocz¹tku. Tylko ¿e wtedy. nie zorientowa³em siê te¿ od razu. i ju¿ wtedy zapewne u³o¿y³a swój plan lub jego ogólny zarys. od momentu gdy zadzwoni³em z dworca.– prostok¹tny. a nigdy z wiatrem? Kiedy zaczê³a siê nasza gra. w Mannheim. ale na ca³e ¿ycie chyba trochê ma³o. da³em siê zwieœæ pozorom. czy nie mam ochoty pojechaæ nad Ren. nie zastanowi³em siê nawet. o co mi chodzi. zapyta³a. w istocie to ona chwyta³a mnie podstêpnie w jeszcze misterniej zastawion¹ pu³apkê. wsiadaj¹c do samochodu. choæ trawnik przed wejœciem by³ puszysty jak dywan. gra o Weisera. która w pewnym sensie trwa do dziœ? Dzisiaj wiem. Elka powiedzia³a: – Poczekaj. Tak. Wiêc kiedy w³aœciwie zaczê³a siê gra pomiêdzy mn¹ a Elk¹. nic z pozoru nieznacz¹cych twierdzeñ. ¿e Elka gra³a od samego pocz¹tku. Bo kiedy ju¿ zakoñczy³em oglêdziny domu i ogródka. jadalni¹ i kuchni¹ na parterze. tapety i boazerie w dobrym. ¿e chodzi o sukienkê. ¿e Elka przejrza³a mnie na wylot. pytañ. guœcie i gatunku. Pomyœla³em sobie. dobrze skrojonej i z drogiego materia³u. a kiedy mijaliœmy ju¿ za miastem sk³ady fabryczne Deimler-Benz Werke. ze wstrzymanym oddechem. zawsze pod wiatr. Elka wiedzia³a. ¿e ³apiê j¹ w sieæ aluzji. na tak¹ okazjê muszê w³o¿yæ coœ specjalnego – i w chwilê póŸniej zobaczy³em j¹ w czerwonej sukience. co czujê. w której oboje podchodziliœmy do siebie na palcach. trzema pokojami na górze. ju¿ wtedy musia³a zrozumieæ. naturalnie nie kretonowej jak tamta. a meble. bo ona chcia³aby po95 . ¿e jak na dwa lata zmywania pod³óg to jest bardzo du¿o. w której widzia³em j¹ wtedy nad Strzy¿¹.

– W tutejszych ogrodach zoologicznych panuje okropny zwyczaj. Przerwa³a mi: – Ci¹gle o niego pytasz. oblizuj¹c ³y¿eczkê. a najwiêksza uciecha jest wtedy. o której mówili lekarze. to siê nazywa karmienie lwów. och. czy amnezja. by³a od pocz¹tku do koñca pomys³em Weisera. czego nie ukrywa³a. – Tak – odpowiedzia³a prêdko – pantera by³a rozdra¿niona.. prawda? – U nas siê tego nie praktykuje – powiedzia³em. i do deseru zd¹¿y³a mi opowiedzieæ historiê miasta. Na obiad zawioz³a mnie do restauracji. to sobie przypominam. prawda? 96 . a ja myœla³em przez ca³y czas. ten Weiser. jak dozorcy rzucaj¹ zwierzêtom ociekaj¹ce krwi¹ kawa³y miêsa. dozorca podszed³ wtedy do nas i powiedzia³. przecie¿ Weiser. – A pamiêtasz klatkê z panter¹ – nie dawa³em za wygran¹. oczywiœcie. wyczytan¹ kiedyœ z przewodnika. gdzie tylko jest zoo. jakie to mêcz¹ce. W koñcu nie bêdziemy siê spieraæ o szczegó³y. – Tak. W ka¿dym mieœcie. – Nie. – Nie mogê znieœæ jednego – mówi³a.patrzeæ. Przy lodach rozmowa zesz³a nie wiedzieæ czemu na zwierzêta. czy Elka wpad³a na to sama. z którym by³o tyle ha³asu. gdy lwy wyrywaj¹ sobie te och³apy. jak p³ynie woda. to nie by³o tak. – A pamiêtasz nasz¹ wyprawê do zoo w Oliwie? Elka skinê³a g³ow¹. – To nie by³o tak. nie by³o przecie¿ ¿adnego dozorcy – od³o¿y³em swoj¹ ³y¿eczkê. Staliœmy potem na jednym z betonowych wystêpów tamy i Elka rzuca³a w dó³ patyki. ogród jest po³o¿ony w lesie i wracaliœmy wtedy jakoœ przez las. ludzie pêdz¹ na okreœlon¹ godzinê i patrz¹. – I zaraz doda³a: – U was tego siê nie praktykuje. z której okien widzieliœmy mury Friedrichsburgu. ¿eby odejœæ od klatki..

EMIL KRESAK Daleki widok. Wrzeszcz 1953 .

a ta druga to by³ bia³y wermut. ale co mogê na to poradziæ? I tak by³o do wieczora. tak. skoro ja tak twierdzê. co do tego nie ma w¹tpliwoœci. a ona spad³a nastêpnego dnia z nasypu. ale siê znalaz³aœ. bo przecie¿ wiedzia³em. którzy wiedz¹ lepiej. ¿e dwa miesi¹ce le¿a³am w szpitalu. Elka odpowiada³a. wyjaœni³a. wiem. ¿e owszem. zawsze tak samo – kiedy próbowa³em mówiæ o lotnisku. tylko zamota³a jeszcze bardziej: – No tak. wiêc czy ona mo¿e pamiêtaæ akurat jeden mecz? I tylko na wspomnienie starej cegielni nie powiedzia³a nic. gdzie Elka przygotowa³a mi 98 . kiedy bawiliœmy siê nad Strzy¿¹. Poszed³em na górê. – Ja spad³am z nasypu i mia³am rozbit¹ g³owê. mówi³a. czy nie tak? – Tak.– Ale to nie jest szczegó³! – zaprotestowa³em. kiedy zrobiliœmy razem kolacjê i piliœmy drug¹ butelkê wina. ¿e by³y wspania³e. tylko w domu. puszcza³a tam latawce. nie w restauracji. byæ mo¿e z Weiserem. ale tak¿e z innymi ch³opakami. jak wszyscy ch³opcy na œwiecie. ¿e ona bawi siê ze mn¹ w ciuciubabkê. Na co Elka. ty. które wysy³am jeszcze dzisiaj. Gdy zaœ wspomnia³em o meczu z wojskowymi. przywo³uj¹c kelnera. to wiesz. zdaje siê. Skoro tak wszystko pamiêtasz. a on? Elka uœmiechnê³a siê melancholijnie. jak wzbiera we mnie gniew i agresja. a mój przyjazd do Mannheim by³ bezcelowy. jesteœ z gatunku ludzi. a w³aœciwie nie wyjaœni³a. z uporem godnym spraw ostatecznych. ale ty nie spad³aœ przecie¿ z nasypu – mówi³em rozgor¹czkowany. Weiser musia³ wylecieæ w powietrze. ¿e przecie¿ w pi³kê graliœmy bez przerwy. Poczu³em wówczas. bo w sprawie wybuchów zgodzi³a siê. podobnie jak listy. – Bo ty siê znalaz³aœ. najpierw czerwonego. Ale to powiedzia³a ju¿ póŸniej. Zdaniem Elki. nie wiem jak.

Mija³em wzgórza na po³udniowym krañcu miasta. Elka doprowadzi³a do lotniczej katastrofy i opêtana szaleñstwem destrukcji. przepraszaj¹c – bo zdaje siê – o czymœ zapomnia³a. zmusi³a mnie. i nie widzia³em ju¿ kanapy. tylko lœni¹cym w promieniach s³oñca kad³ubem samolotu. A ona le¿a³a na kanapie z dwoma poduszkami. jak wo³a do mnie coœ z do³u. przelatywa³em nisko nad czerwonymi dachami domów. Gdzieœ w po³owie drogi zrozumia³em wreszcie. Po chwili us³ysza³em. jej unosz¹c¹ siê sukienkê i w faluj¹cym podmuchu powietrza obna¿on¹ czarnoœæ i miêkkoœæ. lecz wchodzi³ w kêpê silnym uderzeniem masy i pêdu. rozchyla³a lekko nogi i czerwona sukienka falowa³a na nich z rytmem ca³ego cia³a. z gwizdem tn¹c powietrze. I dopiero kiedy stan¹³em na szczycie schodów. ogarnê³o mnie przera¿enie. Srebrzysty kad³ub nie l¹dowa³ tym razem na betonowych p³ytach pasa. I na tym polega³ szatañski pomys³ Elki. Elka zakpi³a ze mnie okrutnie. patrz¹c w dó³. Z ka¿dym bowiem krokiem moje nogi stawia³y coraz mniejszy opór. a ona przyjmowa³a jego ch³ód sprê¿ystym falowaniem i krzykiem. a w³aœciwie krokiem w dó³. mign¹³em nad torami obok wiaduktu i teraz widzia³em ju¿ tylko rozchylone uda Elki. wchodzi³ w jej miêkkoœæ niepokalan¹. Tak. Kanapa stoj¹ca w jadalni pod oknem ustawiona teraz by³a na œrodku pokoju i wygl¹da³a jak przed³u¿enie schodów. po³o¿y³em siê w niebieskiej poœcieli. ¯adna moc nie mog³a mnie powstrzymaæ przed krokiem do przodu. lecz ka¿de z nich jest srebrzystym skrzyd³em. do której zbli¿a³em siê z hukiem i dr¿eniem. a moje ramiona nie s¹ ju¿ ramionami.spanie. kiedy wraca³em 99 . tylko pocz¹tek startowego pasa. jedn¹ pod g³ow¹. który gin¹³ w ³oskocie maszyny i powietrza. bo sta³em przecie¿ na szczycie schodów. jakby odrywa³y siê od ziemi. drug¹ na wysokoœci krzy¿a. ¿e moje cia³o p³ynie w dó³ i nie jest ju¿ moim cia³em.

w którym wiatr. a zaraz potem poczu³em kwaœny oddech proboszcza Dudaka zza kratek konfesjona³u. kiedy ju¿ umy³em jego samochód i wystrzyg³em trawnik przed jego domem. o czym móg³ siê przekonaæ. z po³amanymi skrzyd³ami. Tak. bo jedynym g³osem by³ g³os Elki. ¿e wtedy nie 100 . szczypi¹c mnie przed chwil¹. Polska nie jest atrap¹ i chocia¿ œwiat bardziej przypomina burdel ni¿ teatr. Bo stryj. dlaczego? – pyta³ zaciekawiony. a jedynym zapachem by³ zapach jej cia³a. – Jak to. niby masz racjê. uszczypnij mnie w ucho – i stryj szczypa³ rozbawiony. w kêpie ¿arnowca. bym znów przemieniwszy cia³o w lœni¹cy kad³ub. a jednak zupe³nie jej nie masz. to nie mogê byæ atrap¹ czy rekwizytem.ju¿ na górê. A ja mówi³em: – No i widzisz. to tamto wszystko te¿ nie jest atrap¹. Nastêpnego dnia pojecha³em do Monachium. Gra o Weisera by³a skoñczona. ale by³a to gra stricte polityczna. to stryj nie ma racji. tym razem z moim stryjem. Elka wczepi³a palce w moje w³osy. gdzie równie¿ prowadzi³em grê. ¿e s³yszê g³os ¯ó³toskrzyd³ego o spaleniu ziemi i obywateli jej. która pachnia³a migda³ami. ¿e jeœli istniejê naprawdê. nie wyszed³em z niej czysto ani zwyciêsko. siada³ naprzeciw mnie i mówi³: – Jak wy mo¿ecie tam ¿yæ? A ja odpowiada³em: – Stryju. powtórzy³ l¹dowanie jeszcze kilkakroæ. A skoro jestem czêœci¹ ca³oœci. kiedy nie daje mi rozgrzeszenia. drogi stryju. na co odpowiada³em. sól i krem migda³owy zmiesza³y siê równoczeœnie. a mnie zdawa³o siê. szepcz¹cej nie moje imiê. a¿ wreszcie konstrukcja stalowego ptaka zaczê³a nie wytrzymywaæ ci¹g³ego wznoszenia i opadania miêdzy niebem a ziemi¹ i leg³a zdruzgotana. Ale to strach z imaginacj¹ przeœciga³y siê nawzajem. dzisiaj spoczywasz ju¿ pod ziemi¹ i nie wiesz.

wybaczysz to chyba swojemu bratankowi. w prostych s³owach i dok³adnie. razem ze sob¹ i szturmuj¹cymi Moskalami. ¯a³owa³em tylko. w sekretariacie szko³y nie bardzo wiedzia³em. Jak pisaæ. zdaje siê. Polaków. jak mam to napisaæ. ka¿dego z osobna. niczego nie pomijaj¹c. kto choæ raz w ¿yciu by³ w œledztwie. Mamy opowiedzieæ o kolejnych wybuchach Weisera. któr¹ kochaliœmy bezinteresownie. Ale to inna historia. nie krzycza³a i czyta³a wiersze tak piêknie. nios¹c du¿e arkusze papieru kancelaryjnego. Co by³o dalej? M-ski wyszed³ z gabinetu. Nie przyjecha³em zarobiæ na samochód ani inne cudownoœci. ¿eby nic nie powiedzieæ? Albo: jak pisaæ. ¿e teraz musimy opisaæ to wszystko. broni¹c siê szpad¹ przed wrogami ojczyzny. kiedy Ordon wysadza³ redutê w powietrze. po czym skreœla³em je w poczuciu zupe³nej bezsilnoœci i braku inwencji. ¿eby powiedzieæ tylko to. jedyna nauczycielka w szkole. Ka¿dy. Wtedy.przyjecha³em do Niemiec i do ciebie w celach zarobkowych. Da³ nam podwójne kartki i powiedzia³. ¿e naszych wypracowañ nie bêdzie czytaæ pani Regina. A jeœli przy okazji – w pewnym sensie ciê ok³amuj¹c – zarobi³em trochê marek. co mówiliœmy. Bo pani Regina uczy³a nas jêzyka polskiego. czego oni pragn¹ siê dowiedzieæ. Jugos³owian. zupe³nie jakbyœmy pisali klasówkê. WoŸny zapali³ dodatkowe œwiat³o i rozsadzono nas. bez ¿adnych fantazji i upiêkszeñ. nigdy nie mówi³a o wyzysku. Tak. na 101 . dba³a o program nauczania i dzisiaj jestem jej za to wdziêczny. co mo¿na? Trzeba uwa¿aæ na ka¿de s³owo. pani Regina niezbyt. ¿e s³uchaliœmy zawsze z zapartym tchem. bo jedynym moim celem by³o spotkaæ siê z Elk¹ i wypytaæ j¹ o Weisera. w³¹cznie z ostatnim. Parê razy zaczyna³em zdanie. albo kiedy genera³ Sowiñski zgin¹³. Bo co innego zeznawaæ ustnie. jak tysi¹ce Turków. rozumie taki stan ducha. a co innego pisaæ w³asnorêcznie to.

w którym dzisiaj zaczyna mi siê zarost. natychmiast mo¿na siê by³o poprawiæ: „ale to innym razem widzia³em go niedok³adnie. bo oni wezm¹ to pod lupê i bêd¹ czytaæ ka¿de zdanie dwa albo trzy razy. ale kiedy zobaczy³em tryskaj¹c¹ w niebo niebiesk¹ fontannê py³u. to przecie¿ nie by³a zabawa w wojnê. dlaczego Weiser robi³ te eksplozje. Gdy na ziemiê opad³y ju¿ ostatnie kawa³102 . z których ka¿dy niepodobny by³ do poprzednich? Czy mog³em opowiedzieæ. Niewiele – bo czy mog³em opisaæ im finezjê wybuchów. Czy w³aœnie od takiego zdania nie powinna zaczynaæ siê ksi¹¿ka o Weiserze? Bo jego pierwszy wybuch. o który pan pyta. w powietrze lecia³ kolorowy strumieñ. mog³em zaraz dopowiedzieæ: „ale w³aœciwie niedok³adnie”. bardzo dok³adnie”. coœ muszê napisaæ na ogromnej kartce. bo wtedy. bo jego dziadek nie pozwala³ mu na takie zabawy”. to czy oni na to zas³ugiwali? Dotkn¹³em spuchniêtego nosa i miejsca na policzku. w jaki sposób Weiser zachwyca³ nas swoimi pomys³ami? A nawet jeœli mog³em. ¿eby nie wywo³ywaæ ich gniewu i z³oœci. Tymczasem arkusz kancelaryjnego papieru w kratkê to jest zupe³nie coœ innego. ¿e chocia¿ nie powiem. Pamiêtam pierwsze zdanie: „Dawid nie bawi³ siê z nami w wojnê. do czego mu by³y potrzebne.ka¿dy przecinek i kropkê. mówi³em: „widzia³em Weisera”. to jednak coœ powiedzieæ muszê. który ogl¹daliœmy w dolince za strzelnic¹. Nie wiem do dzisiaj. Jedno i drugie bola³o nieŸle. Co mog³em wyznaæ w takiej sytuacji. Kiedy odpowiadaj¹c na pytanie M-skiego. Weiser do ka¿dego ³adunku dodawa³ substancji zabarwiaj¹cej i kiedy detonacja rozrywa³a ziemiê. A gdy ten zmarszczy³ brwi. ¿e tu nie chodzi o ¿adn¹ wojnê. ju¿ wtedy przeczuwa³em. Za pierwszym razem by³ to wybuch niebieski. Pomyœla³em. tego dnia. a co mia³em zataiæ? Niewiele by³o do powiedzenia. widzia³em go jak pana. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ ostatniego dnia.

od czego p³oszy³y siê konie. tygli i p³on¹cych palników pracowni alchemika. a my byliœmy jak garstka profanów wpuszczona do pe³nej retort. wypuszczaj¹c na rycerstwo chrzeœcijañskie barwne ob³oki. Dzisiaj wiem. mo¿e trzech minutach rozp³yn¹³ siê w nicoœæ. Tym razem Weiser wydawa³ siê zadowolony. a zwieñczenie wiruj¹cej kolumny stanowi³ czerwony pompon. By³o to po naszej wizycie w nieczynnej cegielni. do której dotarli103 . ¿e mo¿emy iœæ do domu. jakby b³êkitny ob³ok wirowa³ ponad naszymi g³owami. jego dolna czêœæ mieni³a siê w s³oñcu wszystkimi odcieniami fioletu.ki gliny i drewna. ¿e Weiser interesowa³ siê alchemi¹. Zanim zd¹¿yliœmy och³on¹æ z pierwszego wra¿enia. jakby mu coœ nie wysz³o. z wolna unosz¹c siê coraz wy¿ej i zmieniaj¹c kszta³ty. kaza³ nam czekaæ w tym samym miejscu. Przypuszczam. przechodz¹c przedtem w zgni³ozielon¹ kulê. a ludzie truchleli ze zgrozy – ale wtedy uwa¿aliœmy Weisera za cudotwórcê. stosowali je nawet Tatarzy. Nie twierdzê. i wygl¹da³o to tak. ¿e ta niebieska mgie³ka unosi siê jeszcze w powietrzu. czuliœmy to doskonale. ¿e on przez ca³y czas eksperymentowa³ na naszych oczach. Byliœmy absolutnie zachwyceni i tylko Weiser krêci³ g³ow¹. ale na tym Weiser zakoñczy³ pracê. Efekt zdumia³ nas jeszcze bardziej. tego nie wiem. ¿e takie sztuczki to nic skomplikowanego. po³¹czy³ go drutami z czarn¹ skrzynk¹ i znów powietrze rozdar³ huk eksplozji. By³o to bardziej podniecaj¹ce ni¿ szare ob³oki dymu wypuszczane przez proboszcza Dudaka ze z³otej puszki kadzielnicy. zobaczyliœmy. za³o¿y³ nowy ³adunek. Ob³ok utrzymuj¹cy siê w powietrzu po wybuchu by³ wyraŸnie dwukolorowy. Ob³ok dosyæ d³ugo unosi³ siê nad dolink¹ i dopiero po dwóch. a¿ wreszcie znikn¹³ z pola widzenia. ale tak w³aœnie to wygl¹da³o. schowa³ gdzieœ czarn¹ skrzynkê pr¹dnicy i powiedzia³.

co widzieliœmy w wilgotnej piwnicy. ¿e przypomina³o to trzy wiruj¹ce obok siebie s³upy. jeœliby tylko chcia³. Nastêpny wybuch albo raczej nastêpny wystêp Weisera odby³ siê gdzieœ w tydzieñ póŸniej i by³ ca³kiem ró¿ny od pierwszego. móg³by zrobiæ wszystko. kiedy w obawie przed gniewem Boga i samego proboszcza Dudaka zapisywa³em grzechy i uczy³em siê ich na pamiêæ jak aktor przed prób¹ generaln¹. lœni¹ce przed chwil¹ drobiny przypomina³y zwyczajny kurz lipca. W powietrze wzbi³ siê s³up b³yszcz¹cych blaszek. Czy zreszt¹ w ogóle mo¿na oddaæ istotê rzeczy? Obawiam siê. który tego lata pokrywa³ wszystko lepk¹ warstw¹ brudu. uwa¿am je za oczywiste. który przewy¿szy³ najœmielsze oczekiwania. a tu. za ka¿dym razem d¹¿y³ do coraz subtelniejszych efektów i chocia¿ to spostrze¿enie nasuwa siê teraz dopiero. Weisera nie bawi³y uk³ady proste i nieskomplikowane.œmy. ¿e Weiser. Tak samo jak ksi¹¿ka o Piotrze i tamtym grudniu. ale nie powiem te¿ prawdy. Na ich liœciach pozosta³ szary py³ i nie mog³em zrozumieæ. osiadaj¹c na kêpach trawy i paproci. ujrzeliœmy obraz. i nic nie zmieni³oby naszego przekonania. Bo nastêpnym razem. ka¿dy innego koloru. i dlatego nie piszê ksi¹¿ki. która moim zdaniem. powinna zostaæ napisana dawno. kiedy nad miastem lata³y 104 . jak poprzednim razem. dlaczego w górze wygl¹da³o to tak imponuj¹co. nie sk³amiê. tylko sp³ywa³ powoli w dó³. po tylu latach. Jeœli napiszê. Ale o tym. jeszcze powiem. Co to by³o? Je¿eli powiem. Bo muszê siê do tego przygotowaæ lepiej ni¿ do spowiedzi wielkanocnej. Ob³ok nie rozp³yn¹³ siê bowiem w górze. to te¿ nie bêdzie to œcis³e ani w pe³ni oddaj¹ce istotê rzeczy. nisko. tropi¹c Elkê. kiedy ziemia zadr¿a³a od eksplozji. które ros³y w dolince bardzo gêsto. ¿e nie mo¿na. które opada³y na ziemiê bardzo wolno. ¿e francuski sztandar. Najpiêkniejsze by³o tym razem samo opadanie.

tote¿ nauczyciel z ca³ych si³ wyci¹ga³ szyjê do przodu i prawie zahacza³ nosem o wid³aki. nie móg³ wyhamowaæ pêdu i run¹³ nam prawie pod nogi. migaj¹c kolorowymi skrzyde³kami. co to by³o: wstêgi od kapelusza czy sztandar francuski – spotkaliœmy M-skiego. ani z³amanego kija. Jeden bia³y jak p³ótno. drugi granatowy. Gdy by³ ju¿ w po³owie góry. 105 . a my us³yszeliœmy trzask kija. na którego tle wirowa³y trzy s³upy dymu albo raczej trzy wyd³u¿one pionowo ob³oki. czepiaj¹c siê rêkami wid³aków. albo o naszych ojcach. Ale tym razem to nie by³ obraŸliwy epitet. bo w siatce trzepota³ siê ogromny motyl. jakie to piêkne! – i zaraz doda³: – jak on to robi. ¿e na to wszystko pozwala. tak czu³em to wtedy. ¯ydek jeden. która zwabia oszala³e zwierzê prosto na œmiertelny sztych szpady. równie dobrze Szymek móg³ powiedzieæ „skurczybyk jeden” i to by³oby to samo. na którym zamocowana by³a siatka. gdy wracaliœmy w stronê Brêtowa g³êbokim jarem i Szymek k³óci³ siê z Piotrem. jak biegiem forsowa³ strom¹ w tym miejscu skarpê. motyl zmieni³ zamiary. którego goni³ M-ski. Lecz M-ski nie zauwa¿y³ nawet ani nas. Motyl. Tego dnia. w dolince.helikoptery. tylko coœ w rodzaju gruboskórnego komplementu. którzy w znakomitej wiêkszoœci upijali siê w dzieñ wyp³aty i jak pan Korotek z³orzeczyli Panu Bogu. tylko unosi³y coraz wy¿ej i wy¿ej. M-ski rzuci³ siê za nim. Najpierw u wylotu gliniastego w¹wozu zamajaczy³a znajoma siatka na motyle. zapatrzony w niebo. wykona³ nad jego g³ow¹ chybotliwe salto i frun¹³ teraz w dó³. a potem ujrzeliœmy pana od przyrody. Wtedy. frun¹³ tu¿ na ziemi¹. a trzeci czerwony jak p³achta matadora. Szymek tr¹ci³ mnie w bok i powiedzia³: – Jezu. a¿ znik³y ponad czubami sosen. jednak¿e biegn¹c po stromiŸnie. Kolorowe p³aszczyzny tym razem nie miesza³y siê ze sob¹.

wyjmowa³ z chlebaka szklane puzderko. to by³o jasne.– Powoli. na pó³nocy. ¿e Weiser czasami przypomina³ takiego motyla. czwarty wybuch nie nale¿a³ do udanych. niestety. Tak. I opiszê to we „Wszechœwiecie”! G¹sienice niepylaka ¿eruj¹ na rozchodniku. Oczywiœcie M-ski. –Nareszcie ciê mam – przemawia³ doñ pieszczotliwie. kochasiu. po czym umiejêtnym ruchem schwyta³ w nim motyla. tutaj. A wiecie wy przynajmniej. w morenie polodowcowej! Zagin¹³ zupe³nie w Sudetach. Nie wiecie. co t³umaczy siê rozchodnik ostry! Staliœmy z rozdziawionymi ustami wpatrzeni w szklane puzderko. – Dostaniesz naj³adniejsz¹ szpileczkê. nie mia³ nic wspólnego z trójkolorowym wybuchem Weisera. powoli – szepta³ M-ski i ca³y czas le¿¹c. które przypomina³o maleñki cylinder. sam Parnassius apollo. bo kiedy us³yszeliœmy eks106 . – A gdy ju¿ nas zobaczy³. a nazywa siê Sedum acre . ale i tak bêdzie co opisaæ. pokrywaj¹c zmieszanie nadmiern¹ gestykulacj¹. ¿aden uczony nie da³by wiary. co to jest? Nie. tak ch³opcy. moi drodzy. ch³opcy – powiedzia³ – czy wiecie. jak nazywa siê po ³acinie rozchodnik? Rz¹d Succulentae. Lecz pisz¹c kolejne zdanie mojego wypracowania na kancelaryjnym papierze w kratkê. zw³aszcza gdy mu coœ nie wychodzi³o i denerwowa³ siê. jak motyl próbuje machaæ skrzyd³ami. – No i co. pisz¹c je wolno i z namys³em. bez zrozumienia w³asnej sytuacji. zapamiêtajcie ch³opcy: Sedum acre . który poszed³ zaraz w³asn¹ drog¹. ¿yje w Pieninach i Tatrach. to nie jest Parnassius mnemosyne. lecz ma za ma³o miejsca w szklanej pu³apce i t³ucze siê zupe³nie jak ryba w akwarium. podnosz¹c siê z kolan. co to za okaz? To jest. to by graniczy³o z cudem. malutki. pomyœla³em sobie. ¿e niepylak apollo wystêpuje tak¿e tutaj! A ja go znalaz³em. i widzieliœmy. Parnassius apollo. Tak. tylko uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co. nie by³ wcale zmieszany.

naszym oczom ukaza³a siê zwyczajna. gdzie za³o¿ony by³ ³adunek. – Jeszcze raz – powiedzia³ do Elki i znów us³yszeliœmy krêcenie korbk¹. bardziej ni¿ dzisiaj. ¿e mia³ coœ wspólnego z jakimkolwiek motylem. nie by³o nic. podobnie jak Szymek i Piotr. – Mo¿e przewody s¹ przerwane – zapyta³ nieœmia³o Piotr. A kiedy woŸny wyszed³ na chwilê. a jego rêce nie ustawa³y w ci¹g³ym trzepotaniu. ¿e nie odezwa³ siê ani s³owem nawet do Elki. Nie napisa³em ani s³owa o eksperymentach Weisera ani o tym. który unosi³ siê przez krótk¹ chwilê nad fontann¹ piachu. Pisa³em zwyczajnie. ¿e w czasie wybuchów g³owy trzymaliœmy nisko. gdy moja wyobraŸnia nie przypomina w niczym tamtej sprzed wielu lat. wed³ug pomys³u tamtych trzech. ale Weiser rozmacha³ siê jeszcze bardziej. i to by³o wszystko. Tego dnia Weiser wraca³ do domu z nami i pamiêtam. ale tym razem eksplozja nie nast¹pi³a w ogóle. Pisa³em. która opad³a prêdko. zamkniêtych teraz za drzwiami z pikowan¹ cerat¹. Weiser pobieg³ do miejsca. – To niemo¿liwe – powiedzia³. a ja pisa³em w³aœnie ostatni¹ linijkê pierwszej strony – porównanie to wyda³o mi siê szczególnie trafne. – To zupe³nie niemo¿liwe. Ale motyla i trójkolorowy ob³ok zatrzyma³em wtedy dla siebie. Nie twierdzê. szara chmura kurzu. Tym razem wybuch nast¹pi³.plozjê. Szymek podniós³ g³owê znad swojej kartki i szepn¹³: 107 . ale porównanie to. przy samej ziemi i ¿e w³aœciwie eksplozje nie ró¿ni³y siê niczym poza si³¹ detonacji. ale oprócz ¿ó³tawego ob³oczku. spróbujemy jeszcze raz – i znów pobieg³ do ³adunku. i podryguj¹c jak Parnassius apollo. wróci³ do nas wyraŸnie zniechêcony. ¿e Weiser za ka¿dym razem szed³ do pr¹dnicy na drug¹ stronê dolinki. patrz¹c w niebo. gdy zegar w sekretariacie wybi³ godzinê dziesi¹t¹. suchy trzask przycisku. jak wygl¹da³ naprawdê ostatni wybuch.

Wiedzia³em. WoŸny powróci³ z ubikacji. powiedzia³bym ¿e do lejka. na dzieñ przed tym. ¿e znaleŸliœmy kawa³ek czerwonej sukienki i ¿e go wyrzuci³em na œmietnik. co to takiego sztuka. jakim moja matka wlewa³a do butelki sok malinowy – chmura py³u powsta³a po wybuchu by³a zupe³nie czarna. choæ naturalnie Weiser móg³ nigdy drzeworytu nie widzieæ. wiruj¹cej chmurze.– Ja to napiszê – i wiedzieliœmy ju¿ z Piotrem co. Albo. bo oni mieli swój obraz wydarzeñ i od nas domagali siê jedynie jego wype³nienia. Ale to. Jak zwykle w takich wypadkach brak mi skali porównawczej. nie by³ ¿aden lejek. ¿e fantastycznie u³o¿one szaty œwiêtego. ¿e to ich zadowoli. zanim nie znikn¹³. – Taka tr¹ba mo¿e wszystko wessaæ – powiedzia³ z przekonaniem Szymek. zdaje siê. rozp³ywaj¹c siê w powietrzu. ale o coœ bardziej wymyœlnego. Tym razem nie chodzi³o o efekt kolorystyczny. jak opisaæ ostatni wybuch. o czym przekonany jestem tak¿e dzisiaj. A Elka jak zwykle sk³onna do przesady doda³a: 108 .. a je¿eli ju¿ – to raczej potê¿ny. co wydarzy³o siê nad Strzy¿¹ – wybuch. Dopiero po latach uderzy³o mnie podobieñstwo Weiserowego leja do Archanio³a walcz¹cego ze smokiem. w¹ska u do³u. – Ca³ego cz³owieka. Ukaza³ siê naszym oczom zaraz po wybuchu i unosi³ siê w ruchu okrê¿nym ponad dolin¹ dobr¹ minutê. i obraca³a siê wokó³ w³asnej osi. wiruj¹cy jak tr¹ba powietrzna lej czarnych drobin. rozszerzaj¹ca siê ku górze. tak samo jak Szymek i Piotr.. Do czego to by³o podobne? Gdybym mia³ okreœliæ to wówczas. a ja myœla³em. który dla Weisera musia³ mieæ szczególne znaczenie. Nie mia³em w¹tpliwoœci. – poprawi³ siê zaraz – ¿e go spaliliœmy w ognisku. jego roz³o¿one skrzyd³a i ca³y zastêp niebieskich wojowników – ¿e wszystko to zawiera³o siê w czarnej. nic wiêcej. podobnie jak my wówczas nie wiedzieliœmy jasno. zanim Szymek doda³ jeszcze ciszej: – napiszê.

co bêdzie dalej. Gdy pani Regina dosz³a ju¿ do momentu walki dwóch braci. kiedy w koœciele pojawia siê duch w zbroi i wo³a g³osem jak z podziemi i kiedy koœció³ zapada siê z hukiem. których listewki gniot³y w siedzenie. Ale Weiser z sobie wiadomego miejsca nie kwapi³ siê z pomoc¹. dyrektor i mundurowy zrozumieliby. A ja znów pomyœla³em o pani Reginie. To mo¿e wessaæ ca³y dom i przenieœæ go gdzieœ dalej. ale na pewno obok czarnej pantery znalaz³by siê wspania³y mecz. Byæ mo¿e nie napisa³bym wszystkiego. ¿e tu zasz³o coœ innego ni¿ zwyk³y wypadek z niewypa³em. znikn¹³ w czeluœciach gabinetu. nie zamykaj¹c za sob¹ drzwi. a nad zup¹ rybn¹ w zatoce zawirowa³aby tr¹ba powietrzna. a woŸny. nie tylko cz³owieka. pomyœla³em sobie. i wtedy dopiero M-ski. WoŸny zbiera³ nasze wypracowania. i nastêpnego dnia moglibyœmy siê k¹paæ jak ka¿dego roku. Gdyby pani Regina kaza³a nam napisaæ wypracowanie o Weiserze. 109 . gdy proboszcz Dudak unosi³ do góry okr¹g³y jak s³oñce op³atek i œpiewa³ po ³acinie. które odda³em woŸnemu. by³oby ono zupe³nie inne ni¿ to. I kiedy koñczy³em ju¿ ostatnie zdanie w moim pisemnym zeznaniu. nikt nie rozlewa³ atramentu.– Coœ ty. wsysaj¹c ca³e œwiñstwo do potê¿nego leja. wiêc postawi³em kropkê i czeka³em. ¿eby porwa³a budynek naszej szko³y i przenios³a go gdzieœ za Bukow¹ Górkê. która uczy³a nas jêzyka polskiego i piêknie czyta³a wiersze. ¿e Weiser móg³by przecie¿ zes³aæ nagle tak¹ tr¹bê. która zamordowa³a swego mê¿a. to w klasie by³a cisza jak nigdy. W pamiêci utkwi³ mi szczególnie ten o zbrodniczej kobiecie. By³o jeszcze bardziej odœwiêtnie ni¿ w czasie Podniesienia. Tymczasem siedzieliœmy dalej na sk³adanych krzes³ach. w okolice starego cmentarza albo jeszcze lepiej w dolinkê za strzelnic¹. nikt nie rozmawia³.

spogl¹daj¹c na Piotra. ¿e teraz bêd¹ fragmenty przemówienia W³adys³awa Gomu³ki.– Teraz musicie poczekaæ – oznajmi³ nam. muzyka ucich³a. Tylko o niego. Tak. ¿e w ¿o³¹dku Szymka. które minê³y od wprowadzenia nas tutaj. Któ¿ jednak zg³êbi tajniki politycznych meandrów? Dzisiaj. bo oni rzeczywiœcie nie dali nam nic do jedzenia. a spiker zapowiedzia³. przypominam sobie tych samych doros³ych. którego ³ysina widnia³a od niedawna na portretach we wszystkich klasach. burczy coraz bardziej. skoro on mówi³ nudnie. wracaj¹c po chwili. Koñczê ju¿. a przynajmniej mogê to zrozumieæ. nigdy te¿ nie popadam w entuzjazm dla przywódcy. jak przez wszystkie godziny. bo te¿ mówi³ o porz¹dkach i o wspólnym domu. który przechyli³ siê w moj¹ stronê. – Jak wszystko bêdzie w porz¹dku. Istotnie. lecz nadal nie interesujê siê polityk¹. dlaczego ludzie zach³ystywali siê W³adys³awem Gomu³k¹. dzisiaj uchodzê za doros³ego. jeszcze gorzej od proboszcza Dudaka na niedzielnej sumie. którzy entuzjazmowali siê s³owami jego nastêpcy. i s³ysza³em. zw³aszcza tym. – Zaraz bêd¹ wiadomoœci – powiedzia³ do siebie i zabra³ siê do pa³aszowania kolejnej kanapki. kiedy nie obesch³a jeszcze mogi³a Piotra. Ale rozmawiaæ jeszcze nie wolno – doda³ groŸnie. WoŸny w³¹czy³ radio i z drewnianej skrzynki cichutko dobiega³a muzyka ludowa. dlaczego doroœli wymawiali nazwisko tego pana z takim nabo¿eñstwem. Chodzi o Weisera. piskliwy trochê g³os mówi³ coœ o porz¹dkach w naszym wspólnym domu. kiedy wiem ju¿. bo przecie¿ nie o tym chcia³em opowiadaæ. co powiedzia³ w stoczni. a ja dziwi³em siê. który rozpoczyna od wspólnego domu i porz¹dków. podpiszecie zeznania i pójdziecie do domów. tak samo jak w moim i Piotra. I pozosta³o jeszcze bardzo du¿o do 110 . Œmieszny. Wiêc nie rozmawialiœmy.

Szczególnie wêgorze. umiera³y d³ugo. Gra nie zosta³a skoñczona. Rybacy wylegli przed swoje cha³upy i ca³ymi dniami przesiadywali na ³awkach. S³oñce wœciekle pali³o miasto i zatokê. umêczone ¿arem lej¹cym siê z nieba. – Nic tu po was. wszystko przez ten cholerny iperyt. œledzi i innych ryb. ch³opcy. Co siê zdarzy³o po pamiêtnym meczu z wojskowymi? Najwa¿niejsza by³a pogoda. co ujrzeliœmy. teraz mamy szambo. Któregoœ dnia pojechaliœmy do Jelitkowa zbadaæ stan rybnej zupy i to. Gra? Nie mogê okreœliæ tego inaczej. o co mu idzie. Ale o tym przyjdzie mi jeszcze opowiedzieæ. No i zrobi³o siê. Bo oprócz kolek w stoj¹cej bez ruchu wodzie zalega³y setki œniêtych wêgorzy. których nazw nie znam do dzisiaj. niczym symbol tamtego lata. Jeden z nich zaczepi³ nas. a nie zatokê! 111 . Ich wij¹ce siê cia³a pamiêtam do dzisiaj. a ptaki wcale ju¿ prawie nie œpiewa³y. æmi¹c papierosy i z³orzecz¹c na swój los. przesz³o wszelkie. mówiê wam. – A kiedy zorientowa³ siê. – To iperyt. Wszystko to. ¿e tak samo jak wtedy. najczarniejsze oczekiwania. – I zaraz potem. najsilniejsze ze wszystkich ryb. kiedy przechodziliœmy miêdzy pustymi skrzynkami: – Co tu robicie. jak beczka œledziami. t³umaczy³ dalej: – No. gdy siedzieliœmy w trójkê. oczekuj¹c na podpisanie zeznañ i zakoñczenie œledztwa. liœcie na drzewach po¿ó³k³y jak na pocz¹tku jesieni. ¿e nie bardzo pojmujemy. ¿e iperyt to z niemieckiego U-Boota? Ten U-Boot zaton¹³ w ostatnie dni wojny niedaleko Helu i ca³y by³ za³adowany iperytem. œwiñskie pruskie nasienie. tak samo teraz Weiser bawi siê ze mn¹ i obserwuje moje poczynania ciemnymi oczami. nie wiecie.wyjaœnienia. wcale niepytany rozgada³ siê trochê. ch³opcy – powiedzia³ melancholijnie. na pó³ przegni³e i strasznie cuchn¹ce. Przypuszczam. fl¹der. rusza³o siê w drgawkach.

co by³o przyczyn¹ zupy rybnej. jakby siê bali straszniejszych nieszczêœæ. która wygl¹da³a jak piorun kulisty. jak kr¹¿y³a nad miastem. ¿e to nie U-Boot. którzy j¹ widzieli. przemykaj¹cy noc¹ miêdzy statkami na redzie. a to. tylko ruskie manewry tu by³y na œwiêtego Jana i puœcili do wody coœ takiego. ¿e to nie U-Boot ani radzieckie manewry w zatoce s¹ przyczyn¹ tego wszystkiego. Ignac – us³yszeliœmy przez okno. i ci. Bo na pewno nie grzechy ludzkie ani gniew bo¿y. Ja zaœ patrzy³em w niebo. I coraz dziwniejsze rzeczy mo¿na by³o us³yszeæ w rozmowach: a to. Tymczasem ka¿dy dzieñ wydawa³ siê gorêtszy od poprzedniego. albo i teraz. ma³o nam biedy narobi³y. zaklinali siê. a za nim wielu mieszkañców naszej kamienicy. – Nie zawracaj dzieciakom g³owy. którzy zbierali siê wieczorami na podwórku i rozmawiali œciszonymi g³osami. ¿e Matka Boska z Matemblewa ukaza³a siê jednej kobiecie. to jeszcze teraz! A my podzieliliœmy siê zaraz na dwie frakcje: zwolenników U-Boota i radzieckich manewrów. ¿e marynarze widzieli na w³asne oczy ¿aglowiec bez za³ogi. patrzy³em na kulê s³oñca i wiedzia³em. Byli te¿ tacy. nie umia³bym udzieliæ jasnej odpowiedzi. wszyscy wiedz¹. nie pleszcz tyle – warkn¹³ do ¿ony i zwracaj¹c siê w naszym kierunku. a to. jak s¹dzi³ proboszcz Dudak. jeszcze raz powiedzia³: – U-Boot i tyle.– Jo. ¿e kometa powróci po okr¹¿eniu Ziemi i spadnie ze straszliw¹ si³¹. którzy widzieli kometê w kszta³cie koñskiej g³owy. id¹cej przez las do Brêtowa. jo. Gdyby jednak¿e spyta³ mnie ktoœ wówczas. rozgrzane do bia³oœci. przerdzewia³ i puszki puœci³y to œwiñstwo. Przeklête hitlersyny. a my nie graliœmy nawet w pi³kê obok pruskich koszar ze 112 . oczekuj¹c na tramwaj obok pêtli przy krzy¿u. ¿e nad wodami zatoki rybacy z Helu widzieli pomarañczow¹ kulê. i k³óciliœmy siê g³oœno. ¿e wszyscy pozdychamy jak te ryby! Rybak rozeŸli³ siê na dobre: – IdŸ stara.

Jego wystêp w meczu by³ ostatnim znakiem. nasza broñ zaœ uleg³a konfiskacie. co w³aœciwie mamy tutaj robiæ? Nie wiadomo. bo Weiser to nie byle kto. Ale Weiser ani myœla³ przychodziæ. jak to zwykle. coœ. tylko jak by do niego podejœæ. Przypuszczaliœmy. I wszyscy mu przytaknêli: o tak! Weiser na pewno by coœ wymyœli³. jaki wzbija³ siê ze spalonej trawy. Co by³o robiæ? Mimo groŸby M-skiego chodziliœmy na brêtowski cmentarz. ¿e z³apano go gdzieœ w okolicy. W cieniu starych buków by³o ch³odniej. O tym byliœmy ju¿ przekonani. Zabawa w Niemców i partyzantów bez tych rekwizytów wyda³a nam siê pozbawiona blasku i nuda coraz wiêksza ogarnia³a nasze serca. boisko do chrzanu. le¿¹c w cieniu leszczynowych krzaków. Szymek wyplu³ prze¿uwan¹ trawê i powiedzia³: – Weiser by coœ wymyœli³. Któregoœ razu Piotr. co mia³ na myœli: cmentarz czy w ogóle miasto wydaj¹ce ostatnie tchnienia pod roz¿arzon¹ kul¹ s³oñca – ale w³aœnie od tego zdania. powiedzia³: – Pla¿a zamkniêta. jaki nam da³. zdania. ale nie posz³o to znów tak prêdko. Gdyby Weiser zechcia³ przybyæ tutaj tak jak wtedy – myœleliœmy – mo¿e mia³by ze sob¹ coœ interesuj¹cego. a¿ sami przyjdziemy do niego. ¿eby nie wyjœæ na durniów. od tego w³aœnie zdania zaczê³a siê nasza przygoda z Weiserem. a po ¯ó³toskrzyd³ym œlad wszelki zagin¹³. Powoli dojrzewaliœmy do tej myœli. Z drugiej strony 113 .wzglêdu na upa³ i tumany gryz¹cego kurzu. które nie by³o skierowane do ¿adnego z nas i które polecia³o w powietrze. co pozwoli³oby nam na prowadzenie wojen z jeszcze wiêkszym zapa³em. Tylko ¿e nie mieliœmy ju¿ he³mu ani zardzewia³ego schmeisera. co to sami niczego ju¿ nie potrafi¹ wymyœliæ. powiedzianego od niechcenia. Po chwili milczenia. i czeka³ teraz.

poniewa¿ Elka z Wei114 . pragnêliœmy odmiany i kto wie. ¿e nie gr¹ w ciuciubabkê albo palanta. czy nie by³a to nieuœwiadomiona chêæ wyzwania losu. Ko³o pêtli dwunastki dogoni³ nas Szymek. Po drugie. – I nikt jakoœ nie zwróci³ mu uwagi. co oni robi¹. jasne. Co chwila trzeba by³o stawaæ i uciszaæ kogoœ. a tak¿e dlaczego unikaj¹ naszego towarzystwa. gdy Weiser wychodzi³ ju¿ z Elk¹ z klatki schodowej. Tak. tylko gdzieœ za Brêtowo i tam znikaj¹ nieraz na pó³ dnia. ¿e odmianê mo¿e nam daæ tylko Weiser. ¿e przecie¿ nic takiego wczeœniej nie powiedzia³. Po pierwsze. a tego dnia by³o nas piêciu czy szeœciu. skrêcili alejk¹ miêdzy ogródkami i szli w kierunku lotniska. Przez chwilê zadr¿a³em w nadziei ujrzenia raz jeszcze zabawy z samolotem. Pragnienie odmiany pali³o nasze dusze. Stanê³o wiêc na tym. bo to by³y rzeczy zwyk³e i codzienne. A Piotr poinformowa³. zabijane œmierteln¹ nud¹. œledzenie ca³¹ grup¹ jest niewygodne. tych dwoje jakby celowo zmieni³o tego dnia zamiary i zamiast pójœæ – jak myœleliœmy – ulic¹ prosto w kierunku Bukowej Górki. ¿e Elka z Weiserem nie chodz¹ teraz na lotnisko. – Trzeba za nimi pójœæ parê razy – zadecydowa³ Szymek. Nie by³o to jednak takie proste. Ju¿ od samego pocz¹tku trudnoœci mno¿y³y siê niczym grzyby po deszczu.Weiser jest wymyœlaczem i móg³by siê z nami czymœ podzieliæ. a upa³ spotêgowa³ nasz¹ naturaln¹ niechêæ do rzeczy zwyk³ych i codziennych. która najczêœciej odzywa siê w ch³opcach ogl¹daj¹cych mapê lub czytaj¹cych Hrabiego de Monte Christo. a wtedy traciliœmy ich z oczu. ale tylko przez chwilê. jak myœleliœmy. – A nie mówi³em – ucieszy³ siê. Nagle zrozumieliœmy. – Id¹ na lotnisko. dok¹d chodz¹. Szymek zapomnia³ swojej francuskiej lornetki i musia³ wracaæ po ni¹ w momencie. ¿e jutro od samego rana przyczaimy siê za rogiem kamienicy i wybadamy dok³adnie. Po trzecie.

osi¹gaj¹c coraz wy¿szy pu³ap. – Mo¿emy iœæ do domu. I zanim zd¹¿yliœmy siê zorientowaæ. KukuruŸnik. Samolot przelecia³ nad naszymi g³owami. a w kilka sekund póŸniej jeszcze jedna i jeszcze jedna. – Popatrzymy trochê! Ustawiliœmy siê w kolejce do lornetki wzd³u¿ ¿elaznej barierki mostu. z samolotu wykwit³a purchawka spadochronu. Nie by³o w tym nic nadzwyczajnego.serem zeszli schodami w dó³. – Wystrychnêli nas na dudka – skwitowa³ Piotr. samolot tymczasem. nabrawszy ju¿ odpowiedniej wysokoœci. – O. wyrówna³ kurs i wyl¹dowa³ obok hangarów. który wówczas nazywa³ siê Gdañsk Lotnisko. Jedna. Staliœmy tak na moœcie. „trach-trrrach”. zawróci³ w stronê miasta i lec¹c z wy³¹czonym silnikiem. na przystanek kolejki elektrycznej. ka¿dej wiosny i lata. gdy zgni³ozielony kad³ub min¹³ cmentarz na Zaspie. a za nimi jeszcze dwie – w sumie piêciu spadochroniarzy szybowa³o teraz w dó³. zawróci³. W pewnej chwili zobaczyliœmy na niebie dwup³atowiec. tylko kukuruŸnik – sprostowa³ Szymek i wyj¹³ z futera³u swoj¹ francusk¹ lornetkê. „trach-trach”. Szymek. puœci³ lornetkê w obieg. dwup³atowiec – powiedzia³ Piotr. czekaj¹c na jakiœ lepszy pomys³. – ¯aden tam dwup³atowiec. raz albo dwa razy w tygodniu æwiczyli tu spadochroniarze i terkot dwup³atowca nad nasz¹ dzielnic¹ pamiêtam z tamtych cza115 . nic nam nie przychodzi³o do g³owy. strzela³ co chwila wolnym œmig³em: „trach”. odjechali ¿ó³to-niebieskim wagonem w kierunku Sopotu i to by³o w³aœciwie wszystko tego dnia. Nagle. „trach-trach”. prosto na murawê lotniska. oddala³ siê od nas w kierunku zatoki. aczkolwiek niechêtnie. który wzbija³ siê w górê z chrypliwym rzê¿eniem silnika. widoczny st¹d jedynie pod postaci¹ kêpy drzew.

Nie pamiêtam ju¿. i uwa¿am. Czaja. „¯yjê po to. które we wspólnym szturmie zgniot³y berliñsk¹ bestiê”. gdyby to wszystko sk³ada³o siê na ksi¹¿kê o Weiserze. a ja wcale nie ¿yjê dla pisania. której wagony nasze miasto odziedziczy³o po berliñskim metrze. a zamiast skreœlonego „odziedziczy³o” znalaz³bym: „otrzyma³o jako reparacje wojenne”. dwup³atowiec startowa³ i l¹dowa³. Gonschorek. oni czekaj¹ na takie sformu³owania i zacieraj¹ rêce. trzeba poœwiêciæ ¿ycie wyjaœnianiu zarówno chaosu jak i ³adu”. Staliœmy wiêc na moœcie. ¿e wreszcie 116 . I chocia¿ pierwsza czêœæ tego zdania tr¹ci szmir¹. niemieckie” – i zaraz odpowiedzialny redaktor wykreœla takie s³owo. No tak. gdzie zaraz podkreœlaj¹ takie wyrazy i pytaj¹: jak to „odziedziczy³o”?! Hans Jürgen Hupka. a skoro na ksi¹¿kê. bia³e kopu³y wykwita³y na niebie. czego zrozumieæ nie mogê. której wagony w naszym piêknym piastowskim mieœcie znalaz³y siê dziêki braterstwu broni bohaterskiej Armii Polskiej i niezwyciê¿onej Armii Radzieckiej. bo po có¿ laæ odwetowcom wodê na ich m³yn? I widzê ju¿. Tylko ¿e nie sk³adam ksi¹¿ki o Weiserze. na przyk³ad: „A za naszymi plecami co szeœæ minut przeje¿d¿a³ niebiesko-¿ó³ty w¹¿ kolejki. teraz kiedy zape³niam kartki w nadziei. ¿eby pisaæ. ¿e wreszcie zrozumiem. jak na moim manuskrypcie rêka redaktora pisze uwagê: „Zast¹piæ innym sformu³owaniem”. „To nasze”. Tylko ¿e wtedy nic lepszego nie mieliœmy do roboty i spadochroniarze podobali nam siê bardzo. Napisa³em „odziedziczy³o” – czy to Ÿle? Nie napisa³bym tak. kto to powiedzia³. dzisiaj ¿aden redaktor tak by ju¿ nie napisa³. to znaczy do wydawnictwa. powiadaj¹. to druga czêœæ jest jakby wa¿niejsza. przeholowa³em trochê. „to wszystko nasze. ¿e bez wzglêdu na okolicznoœci.sów jak filmowy refren. a za naszymi plecami co szeœæ minut przeje¿d¿a³ niebiesko-¿ó³ty w¹¿ kolejki.

Dlatego te¿ nie zmieniê napisanego ju¿ wyrazu na ¿aden inny. – Jakie k³opoty? – Kolejkê wymieniaj¹. te¿ elektryczna kolejka. Jeœli wspominam tê chwilê gor¹cego lata. tylko z komunikacj¹ du¿e k³opoty. o to w³aœnie chodzi. ¿e w³aœciwie to nic szczególnego. tylko ¿e na trzy tysi¹ce woltów. taki jak w ca³ej Polsce. – Ta kolejka nie by³a na dziewiêæset woltów tylko na osiemset. nawet lepiej brzmi¹cy.ujrzê. – Stary tabor. Tak. Czy nasze wystawanie na moœcie i skoki spadochroniarzy mia³y jakiœ zwi¹zek z Weiserem? I tak. odgarn¹³em zeschniête liœcie. pod Warszaw¹. ¯e oddzielê ³ad od chaosu albo w chaosie objawi siê jakiœ inny. czego wczeœniej nie zauwa¿y³em. wtedy ja siadam na kamiennej p³ycie i rozmawiam z Piotrem. zupe³nie nieznany ³ad. a Piotr pyta mnie od razu: – No i co nowego w mieœcie? A ja odpowiadam mu. wszyscy doroœli ludzie. Dlatego tyle jest w tym popl¹tanych nitek. a w jego miejsce kursowaæ bêdzie nowy. Czasem nawet k³ócimy siê o ma³o istotne szczegó³y. zupe³nie tak jakbyœmy chodzili jeszcze do tej samej szko³y w Górnym Wrzeszczu. wieñce. – Dziewiêæset? – dziwi siê Piotr. na z³om pójdzie. którzy wierz¹ w Boga. Któregoœ roku przysiad³em na samym rogu p³yty. ¿e powróci³em do niej kiedyœ w mojej rozmowie z Piotrem. ale nie wierz¹ w duchy. to przede wszystkim dlatego. Co roku przychodzê do niego na cmentarz i kiedy odejd¹ ju¿ wszyscy ludzie. – Jak to wymieniaj¹? – Ano wymieniaj¹ – odpowiadam. 117 . czarne chor¹giewki i zapalone œwiece. a tamta by³a na dziewiêæset. ten z berliñskiego metra. i nie. kiedy pozostawi¹ na mogi³ach kwiaty. £odzi¹ czy Krakowem.

¿e ta stara by³a na osiemset! I tak k³ócimy siê jak dwójka dobrych przyjació³. spadochroniarze zniknêli w czeluœciach hangaru. a lornetka spod Verdun powêdrowa³a z r¹k Piotra prosto do skórzanego futera³u. w jaki sposób 118 . – Przecie¿ wymieniaj¹ ca³¹ trakcjê. – Nic tu po nas – powiedzia³ zdecydowanie. œledz¹c æwiczenia spadochroniarzy. przypomina³em sobie ten dzieñ. I znów rozmowa zesz³a na Weisera.– Nie – mówiê Piotrowi – Ÿle pamiêtasz. Na co Piotr: – To nie jest argument. A gdy schodzi³em ju¿ krêt¹ alejk¹ cmentarza w dó³ w coraz wiêkszej powodzi œwiate³. ¿eby po³¹czyæ ten odcinek bezpoœrednio do Bydgoszczy. Tylko o czym i jak rozmawialiœmy? Nie pamiêtam ju¿. kiedy staliœmy oparci o ¿elazn¹ porêcz mostu. Tymczasem kukuruŸnik wyl¹dowa³ na murawie po raz ostatni. gdy ju¿ prawie zapomnieliœmy o Weiserze. bo roboty trwaj¹ bez przerwy. – Na dziewiêæset – ja. Ale na pewno o nim. nawet w œwiêta. Szymek strzykn¹³ fontann¹ œliny w dó³. tak czy tak musz¹ przerobiæ trakcjê. Pamiêæ Piotra okaza³a siê lepsza: tamta kolejka rzeczywiœcie mia³a trakcjê oœmiuset woltów. – Na pewno na osiemset – znów Piotr. Namiêtnie i gor¹co toczyliœmy spory o to. – Wracamy. a za naszymi plecami przemyka³y ¿ó³to-niebieskie wagony kolejki elektrycznej berliñskiego metra. na pewno na dziewiêæset – znowu ja. Na pewno nie na osiemset. ale mówiê ci. w zapachu tysiêcy œwiec. – Nie. tylko na dziewiêæset woltów! – Na osiemset – Piotr. ju¿ tylko o nim. a ostatnie sk³ady starej kolejki elektrycznej kursuj¹ jeszcze pomiêdzy Gdañskiem i Wejherowem w nieregularnych odstêpach czasu.

a drugim razem straciliœmy go z oczu na wysokoœci Bukowej Górki. to musia³ spory kawa³ek drogi przejœæ w³aœnie têdy. Od rana siedzieliœmy na cmentarzu. nieodmiennie. wiele pozostaje bia³ych plam. z uporem niezrozumia³ej logiki. z kartograficzn¹ jednak dok³adnoœci¹ wyp³ywa z mg³y ta kolej. jak mu zaproponowaæ. ³¹cz¹cy nad 119 . Weiser za ka¿dym razem wymyka³ siê naszej czujnoœci. bieg³a nastêpnie pod lasem obok koœcio³a Zmartwychwstañców. jak ten pomiêdzy koœcio³em proboszcza Dudaka a brêtowskim cmentarzem. Trudno zreszt¹ by³o zrozumieæ. której przecie¿ nie by³o. Wita Stwosza. gdy usi³ujê odtworzyæ przebieg tamtego dnia. Tam ucieka³a dalej w nieznane nam terytorium. wchodzi³a w jeszcze g³êbszy jar. Wówczas postanowiliœmy czatowaæ na niego przy starym nasypie. ¿e tak samo jak tu zerwane mosty towarzysz¹ jej dalej. fantastycznie wysoki. ¿eby coœ z nami zrobi³. Polanki. na wysokoœci szpitala czubków. które dzisiaj by³y zupe³nie nieu¿yteczne. ¿e chodzi z Elk¹ a¿ za Brêtowo. jak go zaskoczyæ. Odchodz¹c na wysokoœci przystanku Gdañsk Lotnisko od g³ównej arterii miasta. przeskakiwa³a znów zerwanymi filarami wiaduktu szosê wiod¹c¹ do Rêbiechowa i niespe³na pó³ kilometra dalej. Raz znikn¹³ gdzieœ w okolicy koœcio³a Zmartwychwstañców. w którym Strzy¿a przep³ywa³a pod nasypem w¹sko sklepionym tunelem. w miejscu gdzie przylega on jednym rogiem do dawnej linii kolejowej. bo jeœli prawd¹ by³o. dlaczego poœród tylu zerwanych mostów ocala³y tylko te. przechodz¹c w g³êbi jar przekopu. Minê³y jeszcze dwa dni. zaraz za miejscem. Wiedzieliœmy tylko. straszliwie nudne i bezowocne. Jej trasa bieg³a ³ukiem w kierunku po³udniowo-wschodnim. przecina³a przyczó³kami zerwanych mostów ulicê Grunwaldzk¹. dalej mija³a cmentarz brêtowski. Dzisiaj.go podejœæ.

Pewnie dlatego pomyœla³em wówczas. która ukryta w zaroœlach pokrzyw i paproci stanowi³a œwietn¹ kryjówkê. Wierzy³em wtedy. bo skoro Weiser nie pojawi³ siê do tej pory. S³oñce by³o coraz wy¿ej i gdzieœ ko³o po³udnia Szymek. ¿e za chwilê us³yszymy zza wzgórza stukot ¿elaznych kó³. któr¹ nazywaliœmy wulkanem ze wzglêdu na jej sto¿kowaty kszta³t i wklês³y szczyt? A mo¿e siedzi teraz w krzakach ¿arnowca na lotnisku i czeka z Elk¹ na l¹duj¹cy samolot? Wszystko przecie¿ by³o mo¿liwe. tam gdzie musz¹ byæ w koñcu prawdziwe tory i zwrotnice. a my le¿eliœmy na brzuchach. przeci¹g³y œwist gwizdka i w k³êbach pary. bo zaraz odje¿d¿a dalej. a¿ za Strzy¿ê i ostatni zerwany most z czerwonej ceg³y. id¹c przez kamienio³omy i górê. poœród syku i zgrzytu uka¿e siê naszym oczom lokomotywa prowadzona przez Weisera w kolejarskiej czapce. para zahuczy w zaworach i ruszymy przed siebie. zeskoczy po stromych szczeblach ¿elaznej drabinki i pokiwa na nas rêk¹. pewnie ju¿ nie przyjdzie. ¿e nasyp prowadzi do takiego miejsca. odk³adaj¹c lornetkê. A mo¿e w ogóle poszed³ inn¹ drog¹. Mo¿e omin¹³ to miejsce. tak ¿e zapach zbutwia³ej wilgoci i ch³odnego cementu miesza³ siê coraz bardziej z duszn¹ woni¹ kwiatów. powiedzia³.przekopem brzegi skarpy poroœniêtej traw¹. ¿arnowcem i dzikimi malinami. Ale wtedy nie by³ to najwa¿niejszy problem. ¿ebyœmy wsiadali. ¿e le¿ymy tutaj w³aœciwie nie wiadomo po co. Upa³ z wolna przedostawa³ siê równie¿ tutaj. T³oki zadudni¹ w przyspieszonym rytmie. Czekaliœmy na Weisera usadowieni w pustej krypcie. do wnêtrza krypty. Nic nie by³o nieprawdopodobne. Szymek nie odrywa³ oczu od okularów lornetki. prze¿uwaliœmy ŸdŸb³a trawy i od czasu do czasu ktoœ odzywa³ siê leniwie poœród brzêczenia os i trzmieli. i wyobra¿a³em 120 . Zatrzyma maszynê.

Wrzeszcz 1953 .EMIL KRESAK Daleki widok. Fragment.

¿ebym uwa¿a³ na podstêpne i niewidoczne wœród kêp wybuja³ej trawy rozjazdy. buchaj¹c strumieniem iskier. a w³aœciwie z lokomotyw¹ i Weiserem podoba³ siê bardzo. przeskakuj¹c zerwane mosty lekko i swobodnie. Nie pamiêtam ju¿. Z zapalonymi œwiat³ami. a ka¿dy ze s³uchaczy dodawa³ coœ od siebie i tak powsta³a nasza opowieœæ o niezwyk³ej lokomotywie umar³ej linii kolejowej. jak kapitan statku. Lecz on sam nie nadchodzi³ i czas zaczyna³ d³u¿yæ siê okropnie. ¿e jest to g³upie. wymyœlaliœmy dodatkowe szczegó³y tej historii. kogo wys³aliœmy po oran¿adê do sklepu Cyrsona. od których rozga³êziaj¹ siê zdradziecko œlepe tory. musia³em jeszcze raz powtórzyæ wszystko od pocz¹tku. by wyniós³ po cichu bu³ki albo cokolwiek do jedzenia. Mój pomys³ z Weiserem.sobie. a Weiser. jecha³a wolno od strony Wrzeszcza. jak z zakrystii wybiega chy³kiem cz³owie122 . jak jedziemy z Weiserem. nie wiem w³aœciwie dlaczego. Wszystko opowiedzia³em na g³os. Na ma³ym mostku obok koœcio³a Zmartwychwstañców zatrzymywa³a siê na chwilê i wtedy mo¿na by³o zobaczyæ. a kogo do domu. piêkne w naszym mniemaniu i wyj¹tkowo wznios³e. posy³a mnie na oko. zardzewia³e semafory i zaroœniête zielskiem budki dró¿ników. Có¿ w koñcu znaczy³y zerwane mosty i nieistniej¹ce szyny wobec mo¿liwoœci Weisera? Jego lokomotywa mog³aby z powodzeniem zajechaæ tutaj w k³êbach pary i zabraæ nas w podró¿ w nieznane. Gdy ostatnie krople oran¿ady zasycha³y na oblepionych butelkach z zielonego szk³a. napotykaj¹c nieczynne stacyjki. Nie mogê sobie równie¿ przypomnieæ. Otó¿ lokomotywa z dziwnym maszynist¹ pokazywa³a siê zawsze przy pe³ni ksiê¿yca. ile by³o butelek oran¿ady i czy ze wszystkich zd¹¿y³ uciec gaz drobnymi pêcherzykami. a jednak nikt siê nie rozeœmia³ ani nie uwa¿a³. a czerwone mrówki przetacza³y na naszych oczach okruchy bu³ek.

Za co p³acono maszyniœcie? Wszystko ma swoje przyczyny – lokomotywa. I nagle. jod³owy las po drugiej stronie nasypu. szybko przemyka³a pod ³ukiem kamiennego mostu i ju¿ zgrzyta³a. w œwietle ksiê¿yca otwiera³y siê zaroœniête krypty. Weiser ci¹gn¹³ za dŸwigniê i gwizda³ przejmuj¹co trzy razy. Niektórzy mieszkañcy oddalonych przedmieœæ widzieli te rzeczy i truchlej¹c ze zgrozy. Odt¹d s³ychaæ w bezwietrzne noce jak na wpó³ ¿ywy. szkielety chwyci³y go pod rêce i zabra³y ze sob¹. ale za ciekawoœæ trzeba by³o s³ono p³aciæ. odsuwa³y popêkane tablice i rój nieboszczyków klekocz¹cych piszczelami wy³azi³ z grobów. nikomu ju¿ nie opowiedzia³. udaj¹c siê pod lokomotywê. ¿egnaj¹c cz³owieczka krótkim gwizdkiem. Tak dzia³o siê co miesi¹c. niezale¿nie od pory roku.czek w kusym fraku. hamuj¹c u skraju cmentarza. bo kiedy lokomotywa wróci³a i zatrzyma³a siê obok cmentarza. a ten bieg³ truchtem w ciemny. a lokomotywa znika³a w okolicach przystanku Lotniska. znalaz³o siê te¿ kilku œmia³ków. wje¿d¿aj¹c teraz w g³êboki jar. Kiedy ju¿ wszyscy byli gotowi do drogi. przez nastêpne zerwane mosty i niewidzialne zwrotnice. zmêczeni podró¿ni udawali siê do krypt. O tym. Oczywiœcie. Lokomotywa rusza³a. Maszynista wraca³ nad ranem. opowiadali o tym zaufanym osobom. wymyœlaj¹c to wszystko. w ka¿d¹ pe³niê ksiê¿yca. Pewnego razu brat koœcielnego wskoczy³ na wêglarkê i razem z nieboszczykami pojecha³ w kierunku Strzy¿y. maszynista wpuszcza³ ich do wêglarki i rusza³ dalej. co zobaczy³. na którym teraz siedzieliœmy. rozpêdza³a siê znacznie. Cz³owieczek podchodzi³ do sapi¹cej maszyny i przekazywa³ maszyniœcie sakiewkê z brzêcz¹cymi monetami. gdzie 123 . do jednej z krypt. na wpó³ umar³y – brat koœcielnego wo³a: „Wypuœæcie mnie st¹d! Wypuœæcie mnie st¹d!” – ale nie wiadomo. pragn¹cych zg³êbiæ tajemnicê. gdzie stary nasyp dochodzi³ do prawdziwej linii kolejowej.

nagle zrobi³o siê nieswojo. Jakby prawd¹ by³o to. Chocia¿ nie bardzo baliœmy siê cmentarza i by³o wczesne popo³udnie. kiedy ca³a ta historia wybrzmia³a w ciszy opuszczonej krypty. a nieboszczyk wstaje z grobu i przemawia do ¿ywych. Wyprzêgniêty z dyszla koñ szczypa³ koniczynê. ¿e nie jest to wcale opowieœæ gorsza od tej. – Jak to? – zdziwi³ siê Piotr. wbrew zdrowemu rozs¹dkowi i m¹drym umys³om. a zreszt¹ krzyk jest tak straszny. choæby tak¹ proœb¹. gdy oczekiwaliœmy na rezultat naszych pisemnych zeznañ. Tymczasem Weiser wci¹¿ nie pojawia³ siê w polu naszej obserwacji. Mo¿e nie wszystkie szczegó³y tej historii powtarzam dok³adnie. naœladuj¹c przy tym g³os proboszcza Dudaka. ale teraz. podobnie jak w sekretariacie szko³y. W dolince naprzeciw cmentarza. a pracuj¹cy mê¿czyzna przerywa³ co jakiœ czas zajêcie. ¿eby Weiser pojawi³ siê tutaj. porzucaj¹c miejsce w krypcie i nadziejê. bo wielu zw¹tpi³o w sens oczekiwania i co chwilê ktoœ wraca³ do domu drog¹ przez Bukow¹ Górkê. prostowa³ plecy i wyjêt¹ z kieszeni ose³k¹ klepa³ ostrze. – No. – Proœcie. myœlê. Ostatecznie. któr¹ czyta³a nam pani Regina na lekcji polskiego. opowiedziane i wyg³oszone chórem mieszaj¹cych siê g³osów. tamta te¿ dzieje siê noc¹. to kiedy ju¿ wszystko zosta³o wymyœlone. ale Szymek zaraz rozwia³ jego w¹tpliwoœci: 124 . a nas by³o coraz mniej. Metaliczny dŸwiêk leniwie rozp³ywa³ siê w roz¿arzonym powietrzu. – Czy Pan Bóg zajmuje siê w ogóle takimi sprawami? – Jakimi sprawami? – zapyta³em. ¿e powiedziane mo¿e zaistnieæ realnie. ¿e nikt nie odwa¿y³by siê poszukiwaæ zaginionego. po drugiej stronie nasypu brêtowski gospodarz kosi³ trawê. a bêdzie wam dane – sentencjonalnie powiedzia³ Szymek.skry³y go trupy. jakbyœmy bardzo prosili – wyjaœni³ Piotr.

czy nie tak? Jak twój ojciec jest Polakiem – zwróci³ siê do Szymka – to ty siê rodzisz te¿ Polakiem. a gdybyœmy siê pospieszyli. Podœwietlone pnie drzew wygl¹da³y nienaturalnie czerwono. a to zupe³nie co innego! – Pan Jezus te¿ by³ ¯ydem – nie dawa³ za wygran¹ Piotr. Mo¿e mówi¹. to znaczy. bo wiedz¹. zd¹¿ylibyœmy jeszcze oddaæ butelki po oran¿adzie przed zamkniêciem sklepu Cyrsona. – A skoro by³ synem Pana Boga.– Czy ty myœlisz. Weiser jest ¯ydem. ¿e Pan Bóg nie ma wa¿niejszych spraw? I w ogóle.. za wzgórzami NiedŸwiednika zabucza³ samolot. a gdyby by³ Niemcem. ¿e Pan Bóg te¿ jest ¯ydem.. to co siê nad tym zastanawiaæ. – odburkn¹³ Szymek niechêtnie i dalej nie rozmawia³ ju¿ na ten temat. Powietrze sta³o nieruchome jak przez wszystkie te dni. odk¹d zupa rybna zaleg³a zatokê. ¿e Weiser nie przejdzie têdy dzisiaj i w³aœciwie mo¿emy iœæ do domu. ju¿ tylko we trzech. S³oñce by³o ju¿ ni¿ej i d³ugie cienie sosen przecina³y teraz nasyp jak belki przerzucone nad strumieniem. A wtedy Piotr powiedzia³. po czym zaprz¹g³ konia i pojecha³ w stronê zabudowañ. Po drugiej stronie mê¿czyzna koñczy³ grabienie skoszonej trawy w ma³e kupki. to byœ siê urodzi³ jako Niemiec. bo ¿adnemu z nas nie chcia³o siê mleæ niepotrzebnie ozorem. Ludzie tak mówi¹ i nie wiadomo. a przynajmniej rozmawiaj¹ ze sob¹. – Niby po co? – zapyta³ Szymek. Milczeliœmy d³ugo. Pomyœla³em. ¿e warto by sprawdziæ. jak u jarmarcznego malarza. ile w tym prawdy. tak? – Gdyby babcia mia³a w¹sy. czy rzeczywiœcie o dwunastej w nocy nieboszczycy wstaj¹ z grobów. Gdzieœ daleko. – A mo¿e przyjdziemy tu noc¹? – przerwa³ ciszê Piotr. a mo¿e 125 . podobnie jak oni. Poczuliœmy zapach siana zmieszany z woni¹ zwierzêcego potu.

trzymaj¹c jakieœ zawini¹tko. psy. Gdy znikli w wylocie gliniastego w¹wozu. – Popatrzcie – szepn¹³ Szymek. kryj¹c siê za gêstym krzakiem g³ogu. – Ale kto pójdzie? Bo na cmentarz noc¹ trzeba iœæ samemu. jak¹ mieli nad nami. id¹c w kierunku strzelnicy. kiedy œciga³ niepylaka apollo. I bêdzie co najmniej piêtnaœcie minut czekaæ w samym œrodku cmentarza. który od nasypu oddalony by³ nie wiêcej ni¿ piêæ metrów. To by³ ten sam w¹wóz. Ale losowania nie by³o.dlatego. nieboszczyki wyczuwaj¹ wiêksz¹ iloœæ ludzi. Tam gdzie koñczy siê w¹wóz. zupe³nie jak zwierzêta i wtedy ca³a zabawa na nic. prze¿egna siê i dalej pójdzie sam. Siedzieli w najwy¿126 . ¿e siê po prostu boj¹ i sami nigdy nie sprawdzili. na kogo wypadnie. obserwowaliœmy ka¿dy ich ruch i gest. Postanowiliœmy ci¹gn¹æ losy – przed cmentarzem ten. Byliœmy jak psy spuszczone po d³ugim oczekiwaniu ze smyczy. Przywarliœmy do tego wzniesienia. droga biegnie lekko do góry. maszerowa³a Elka. Minêli nas i skrêcili w poln¹ drogê. obok kamiennych anio³ów ze strzaskanymi skrzyd³ami. ruszyliœmy za nimi. aby nie zgubiæ tropu. wype³zaj¹c z krypty – id¹. o tam! Rzeczywiœcie. Ale oni zachowywali siê nadzwyczaj spokojnie. Le¿¹c za rozroœniêt¹ kêp¹ ¿arnowca. podryguj¹c jak ma³a dziewczynka. jak tamci wspinaj¹ siê teraz skrajem moreny na p³askowy¿. które zwietrzy³y zwierzynê i które wyrywaj¹ przed siebie. Szybko opuœciliœmy kryptê. w którym du¿o póŸniej spotkaliœmy M-skiego z siatk¹ na motyle. Wiêc my moglibyœmy sprawdziæ. patrz¹c. – No dobrze – zgodzi³ siê Szymek. a pó³ kroku za nim. nasypem szed³ Weiser. zwa¿ywszy przewagê wysokoœci. Podchodziliœmy ich z zachowaniem wszelkich regu³ sztuki wojennej i nie by³o to ³atwe zadanie.

mog³o wydarzyæ siê tylko po zachodzie s³oñca. dalej wzd³u¿ dolinki za strzelnic¹. na której tle miga³y z zawrotn¹ szybkoœci¹ czarne punkciki owadów. wyda³ siê wielkim gmaszyskiem ze strzelist¹ wie¿¹ komina. Przechodziliœmy przez starodrzew. W ciemn¹. podaj¹c rêkê Elce. Sunêliœmy za nimi jak duchy – szybko i bezszelestnie. najmniejszy nawet podmuch wiatru. ¿e oni czekali po prostu na zachód s³oñca.szym punkcie p³askowy¿u zwróceni w stronê morza i rozmawiali o czymœ. w którym straszy³y ods³oniête krokwie. jak mo¿na by³o s¹dziæ po wyrazie twarzy Elki. na niebie rozla³a siê czerwieniej¹ca ³una. Wtedy myœleliœmy. zwielokrotnione echem pustych œcian. Na palcach przemknêliœmy obok ¿eliwnych wózków i otworu pie127 . który wyrós³ niespodzianie przed naszymi oczami. kiedy jedynie gwiazdy spogl¹da³y na nas milcz¹co. bezksiê¿ycow¹ noc. co wyrwie ich i nas z drêtwego oczekiwania. Mówi³ coœ do Elki. i wtedy Weiser wsta³. Pomarañczowa kula znik³a wreszcie za lasem. sk¹d w¹sk¹ œcie¿k¹ kluczyliœmy do góry poœród ponurych buków i leszczyny. i poszli dalej w kierunku strzelnicy. chyba ma³o wa¿nym. jak ¿ebra wielkiego zwierzêcia. By³o jasne. Bo to. W rozgrzanym powietrzu mo¿na by³o wyczuæ zapach ¿ywicy i wysuszonej kory. którego nie rozwiewa³ ¿aden. na coœ wa¿nego. a ona mu odpowiada³a urywanymi zdaniami. nastêpnie nasza droga przeciê³a rêbiechowsk¹ szosê i dalej ju¿ bez przerwy lasem wiod³a nas w nieznanym kierunku. ¿e oni s¹ gdzieœ na dole. co wydarzy³o siê póŸniej. czarnymi jamami okien i spadzistym dachem. prawdopodobnie w piwnicy. ¿e Elka czeka z Weiserem na jakiœ znak. budynek nieczynnej cegielni. ale dzisiaj wiem. coraz dalej od zabudowañ Brêtowa. S³owa dobiega³y gdzieœ z g³êbi. Staliœmy nieœmia³o na skraju lasu i dopiero dudni¹cy g³os Weisera przywróci³ nas rzeczywistoœci.

sk¹d dobiega³y g³osy. tañczy³ teraz przy œwieczce i melodii wygrywanej na œmiesznych piszcza³kach. a zaraz potem œwiecy. przyspieszaj¹ca z ka¿dym taktem a¿ do niemo¿liwoœci. jakby melodia. Elka rozwinê³a zawini¹tko. pod³oga by³a drewniana i w dodatku spróchnia³a. Weiser wsta³. Na œrodku piwnicy. ¿e zaraz wydarzy siê coœ strasznego. jak najciszej podeszliœmy do uniesionej klapy. ten sam. W czêœci hali. dziwnie od nas dalekie. wyrzucaj¹c rêce do góry i na boki. przez chwilê pozostaj¹c w tej pozycji. Przypomina³ on po³¹czone piszcza³ki nierównej d³ugoœci. a ja prze³yka³em œlinê i czu³em. który wygra³ mecz z wojskowymi. siedzia³ skulony Weiser i wygl¹da³ jakby siê modli³. Weiser. Nagle pod nami rozb³ys³o œwiat³o zapa³ki. Uniós³ ramiona. przechylaj¹c g³owê we wszystkich kierunkach. Tañczy³ w piwnicy zrujnowanej cegielni. frazy rwa³y siê jedna po drugiej. które przytknê³a do ust. Tembr instrumentu by³ miêkki i faluj¹cy. równie¿ na pod³odze. Melodia stawa³a siê coraz ¿ywsza. trzyma³a go w swojej 128 . Przywarliœmy twarzami do desek. S³ysza³em w³asn¹ krew rwac¹ jak wodospad Niagara w ka¿dej ¿y³ce i naczyniu. Trzymaj¹c buty w d³oniach. powracaj¹c jednak stale do tego samego tematu. Elka usiad³a po turecku obok œciany w pobli¿u œwiecy. ¿e wszystko widzieliœmy jak na d³oni. którego ujrzeliœmy w Bo¿e Cia³o poœród ob³oku kadzidlanego dymu.ca do wypalania ceg³y. A Weiser. Prowadzi³a na schody biegn¹ce w dó³. zupe³nie jakby ktoœ na szczycie góry gra³ powoln¹ i pe³n¹ têsknoty melodiê. W migotliwym blasku œwiecy ujrza³em w jej d³oniach dziwny instrument muzyczny. gdy uniós³ g³owê. ten sam Weiser z lotniska i ogrodu zoologicznego w Oliwie. na szczêœcie szpary by³y tu na tyle szerokie. czekaj¹c znaku od Weisera. Milczeli. us³yszeliœmy pierwsze dŸwiêki. Wreszcie. Tañczy³ coraz szybciej i gwa³towniej. któr¹ Elka postawi³a przy œcianie. wzbijaj¹c tumany kurzu.

niepokoj¹co obcy. Tañczy³. Weiser upad³ na pod³ogê. To nie by³ ju¿ Weiser. i wiem. spojrza³em na Elkê. bo g³os. sam o tym nie wiedz¹c. gdy Weiser otworzy³ usta. najzupe³niej obcy i surowy. ¿e to w³aœnie cisza brzmi tak okropnie i z³owrogo. By³ to raczej ktoœ przera¿aj¹co nieznany. Wygl¹da³ na zmêczonego cz³owieka. Oczy mia³ zamkniête. Jego zaciœniête piêœci kurczy³y siê i rozluŸnia³y przy ka¿dym wyrazie. wydobywa³ siê z gard³a Weisera. nasz szkolny kolega spod trzynastki na pierwszym piêtrze. tañczy³. ktoœ. By³o to bardziej niesamowite. mówi¹cy w niezrozumia³ym jêzyku jakieœ urwane wyrazy. bo przecie¿ zobaczyliœmy nagle kogoœ zupe³nie obcego. a wygl¹da³ teraz jak martwy. tañczy³ jak nawiedzony szaleniec. ni¿ gdyby wœród dŸwiêków piszcza³ek zahucza³y organy albo rogi myœliwskie. która najwyraŸniej krêpowa³a jego ruchy zmierzaj¹ce do uwolnienia siê z niewidzialnych pêt cia³a. Siedzia³a nieruchomo pod œcian¹ i w³aœciwie nie by³a ju¿ Elk¹. jakby chcia³ z³apaæ oddech. Nagle muzyka ucich³a. Dopiero gdy przerwa³. tañczy³ z przymru¿onymi oczami niczym upojony trunkiem goœæ weselny. a w œwietle œwiecy ujrza³em wiruj¹ce smugi kurzu tej samej barwy. Nie zd¹¿y³em pomyœleæ. tylko drewnian¹ kuk³¹. i us³yszeliœmy niski g³os mê¿czyzny. jakby on mówi³. Wydawa³o mi siê. Czerwonawy py³ unosi³ siê wokó³ jego postaci. jakby go opêta³y demony drgawek i skoków. a nasze Ÿrenice rozszerza³y siê coraz bardziej i bardziej.w³adzy. wnuk pana Abrahama Weisera. krawca. Nie 129 . ¿e to z³udzenie zawdziêczam przera¿eniu. kto przez zbieg okolicznoœci wystêpowa³ teraz w ludzkiej postaci. Jej oczy wpatrzone w Weisera przypomina³y szklane paciorki lalek z dzieciêcego teatru. który cedzi g³oski przez spuchniête gard³o z najwiêksz¹ mêk¹ i wbrew sobie. ¿e czyjaœ rêka dotyka moich pleców. nieznaj¹cy umiaru ani granicy zmêczenia.

ale mimo to nie spodziewa³em siê a¿ takiej zmiany. Pod oknami domu przeci¹ga³ pochód. zauwa¿y³em. ca³e jego cia³o wisia³o teraz w powietrzu. Szymek nie by³ ju¿ tamtym Szymkiem z francusk¹ lornetk¹ spod Verdun. co widzieliœmy w piwnicy nieczynnej cegielni. ko³ysane niewidzialnym ramieniem.poruszy³y siê nawet i nie drgnê³y. to jasne. – Chryste. – Chryste! – us³ysza³em szept Szymka. Wiêc jak to by³o naprawdê? Czy to. gdy wreszcie Weiser uniós³ cia³o do pozycji klêcz¹cej i przesun¹³ œwiecê bardziej na œrodek. roz³o¿y³ rêce jak do lotu i sta³ wpatrzony w p³omieñ œwiecy bardzo d³ugo. mo¿e czterdzieœci centymetrów nad ziemi¹ i powoli unosi³o siê jeszcze wy¿ej. co on robi? Weiser lewitowa³ nad brudn¹ pod³og¹ i jego cia³o nie by³o ju¿ naprê¿one. Nie wiem. wiêkszej ni¿ odleg³oœæ dwudziestu trzech lat i dziel¹cych nasze miasta kilometrów. „¯¹damy rejestracji” – przeczyta³em na jednym z nich. niesionego przez m³od¹ dziewczynê. Na transparentach widnia³y nowe has³a. albo prawie zupe³nie nowe. w którym momencie. Weiser stan¹³ na obu stopach. Wtedy to nast¹pi³o. Tak. po jakim czasie. mog³o byæ tylko przywidzeniem? Czy mog³o nam siê tylko zdawaæ. w zupe³nie innym mieœcie i – co tak¿e nale¿y podkreœliæ – w zupe³nie innej epoce. tu¿ obok du¿ego portretu papie¿a. ale stopy Weisera coraz wyraŸniej unosi³y siê nad pod³og¹. Z pocz¹tku wzi¹³em to za przywidzenie. ¿e Weiser unosi siê ponad pod³og¹. 130 . kiedy siedzieliœmy naprzeciw siebie w jego s³onecznym mieszkaniu. Palce Piotra zacisnê³y siê na moim ramieniu. najpierw trzydzieœci. „Niech ¿yje Gdañsk” – zauwa¿y³em tak¿e gdzieœ w œrodku masy ludzi. „Prasa k³amie” – widnia³o na drugim. czy te¿ rzeczywiœcie lewitowa³ przy œwietle migotaj¹cej œwiecy? Dwadzieœcia trzy lata póŸniej to samo pytanie zadawa³em Szymkowi. ¿e jego nogi nie dotykaj¹ ju¿ klepiska.

¿e tak jak kwestie wielkiej polityki. nad którymi ³amali sobie g³owy korespondenci wszystkich gazet œwiata – bez odpowiedzi pozostaj¹ równie¿ moje pytania o Weisera. – Weiser lewitowa³. Z³oœci³em siê tylko. czy tylko wydawa³o siê. Oczywiœcie – doda³. ¿e owszem. to przecie¿ nie wiesz. przechylaj¹c szklankê – pomin¹æ musimy przypadek celowej mistyfikacji. czy te¿ autorowi wydawa³o siê tylko. – Ale co bêdzie dalej? Nie wiedzia³em. czy ulegliœmy zbiorowej psychozie? Szymek otwiera³ butelki piwa. czy by³o tak w istocie. 131 . ¿e to robi? Szymek zapali³ papierosa. co bêdzie dalej. – Jeœli przeczytasz w ksi¹¿ce.Interesowa³ siê wypadkami bie¿¹cymi i ci¹gle wypytywa³ mnie o szczegó³y z Gdañska. kiedy dziej¹ siê takie rzeczy? Nie mog³em go jakoœ przekonaæ. – A tam. i krêci³ g³ow¹ z pow¹tpiewaniem. a jeszcze d³u¿ej musia³em opowiadaæ. do którego ludzie przypinali wizerunki Czarnej Madonny i pod którym sk³adali kwiaty. dla mnie jest to najwa¿niejsza sprawa. i nikt zreszt¹ nie móg³ tego przewidzieæ od Tatr do pla¿y w Jelitkowie. w piwnicy? – pyta³em. – Tym razem nie strzelali! – cieszy³ siê jak dziecko. jak to wszystko wygl¹da³o u nas. D³ugo t³umaczy³em mu. ¿e jej autorowi objawi³ siê Bóg w postaci s³upa ognia i szumu skrzyde³. Mówi³ jak zawsze spokojnie. ¿e tak by³o. jak wygl¹da³a przez wszystkie dni brama stoczni i drewniany krzy¿. – Ostatecznie. czy teraz jest to a¿ takie wa¿ne – mówi³ Szymek. które na po³udniu jest smaczniejsze. – Wiêc jak to by³o naprawdê? – nie dawa³em za wygran¹. – Po tylu latach? I to akurat teraz. – Czy tam Weiser unosi³ siê w powietrzu.

kiedy przegl¹da³em szkolne papiery Weisera i rozmawia³em nawet z niezmordowan¹ nauczycielk¹ muzyki. dziwna muzyka – mówi³ do mnie z o¿ywieniem. skandynawskie skrzypce i kupê innych eksponatów. ba³a³ajkê. nie uwa¿asz? I tak ju¿ by³o przez ca³y czas mojej wizyty w jego domu. a przez otwarte okno s³ychaæ 132 . – Sk¹d ona mog³a mieæ taki instrument? Wiedzia³em naturalnie. – „Tyle lat up³ynê³o. nie domyœli³ siê nawet. A kiedy dowiedzia³ siê. jak to siê sta³o. Szymek nie mia³ okreœlonego zdania co do Weisera i wszystkie kwestie przeze mnie postawione rozstrzyga³ podobnie: „mog³o byæ tak.– Nie wiem – odpowiedzia³ po chwili. dumy jej gabinetu. Nie. w której obok ksylofonu mo¿na by³o ogl¹daæ ukulele. to ostatecznie zdarza siê czêœciej ni¿ fruwanie nad ziemi¹. zapyta³. i nigdy nie mog³a sobie wyt³umaczyæ. jedynej zreszt¹ przez wszystkie te lata. Kiedy zaœ piliœmy ostatnie butelki piwa. – Mo¿e rzeczywiœcie lewitowa³. czy Elka powiedzia³a mi coœ na temat Weisera. a mo¿e tylko ulegliœmy zbiorowej psychozie. ¿e trzy lata temu by³em w Mannheim u Elki. zginê³a w³aœnie fletnia Pana. przygarbione ju¿ od ci¹g³ego wymachiwania na próbach chóru. ¿e z kolekcji instrumentów ludowych zginê³a jej tamtego roku fletnia Pana. i nie by³ te¿ ciekaw. a nasza pamiêæ jest przecie¿ zawodna”. „Kto na tym umia³by graæ?” Ale o tym wszystkim nie powiedzia³em Szymkowi. jak to by³o. po co do niej jeŸdzi³em. sprawê zbada³em bardzo dok³adnie tego samego roku. „Komu to by³o potrzebne?” rozk³ada³a ramiona. jaki ma samochód i jak siê jej powodzi. a mianowicie instrument. ale mog³o byæ te¿ inaczej” – odpowiada³ za ka¿dym razem. na którym gra³a Weiserowi do tañca w piwnicy starej cegielni. ¿e ze szkolnej gabloty. – Fletnia Pana to rzeczywiœcie niezwyk³y dŸwiêk. Potwierdzi³a. Szymek jedno pamiêta³ bardzo dobrze.

bo w miejsce piwa pojawi³o siê na stole wino domowej roboty. Wybuchy? Tak. o których mo¿emy mieæ jedynie mgliste pojêcie. a Elce i nam kaza³ wierzyæ. kto chocia¿ raz przele¿y pod brzuchem l¹duj¹cego samolotu. Udawa³. to trudno wyt³umaczyæ. poddawa³ j¹ rozmaitym próbom i nawet my ulegliœmy nadzwyczajnej sile jego sugestii. móg³ mieæ inne jeszcze. Potwierdza to przypuszczenie jego popis z panter¹. Wiêc jednak raczej nie lewitowa³. nie ulega w¹tpliwoœci. Do czego by³a mu potrzebna Elka? To jasne – wykorzystywa³ j¹ i przeprowadza³ na niej eksperymenty. i dlaczego Elka znalaz³a siê w kilka dni póŸniej. i kiedy ¿ona Szymka wnios³a wielki jak obrus pó³misek kanapek. Dlaczego k³adli siê z Elk¹ tu¿ przy pasie startowym lotniska? To by³o æwiczenie jej wytrzyma³oœci na strach: ostatecznie ktoœ. stokroæ gorsze manie przeœladowcze. która nigdy nie ust¹pi³a we wszystkim. ¿e unosi siê w powietrzu. nie bêdzie czu³ strachu przed 133 . Weiser by³ piromanem.by³o znowu zwyczajny gwar ulicy i œpiew ptaków. ale Weiser. zapyta³em wreszcie. co dotyczy³o jego osoby? Szymek zmieni³ najpierw szklanki. który wychowywa³ siê praktycznie sam pod okiem zdziwacza³ego starca. co s¹dzi o tamtym dniu nad Strzy¿¹. on te¿ zastanawia³ siê nad tym. gdy Weiser po raz ostatni rozmawia³ z nami. ju¿ wiele lat póŸniej. ¿e Weiser posiada³ jakieœ ukryte zdolnoœci hipnotyczne. poniewa¿ sam by³ wtedy na etapie odkrywania swoich nie do koñca uœwiadomionych mo¿liwoœci. Tak. Tam. w piwnicy cegielni. a Weiser nie? I co w³aœciwie mog³a znaczyæ jej amnezja. Wszystko wskazywa³o na to. bez w¹tpienia potrafi³ robiæ z nich u¿ytek równie¿ w swoich kontaktach z ludŸmi. A te efekty wizualne? Przeczyta³ parê ksi¹¿ek – oto ca³y sekret jego wiedzy. nikomu siê do tego nie przyznaj¹c. ¿e lewituje. Psychologia zna takie wypadki i t³umaczy to dosyæ prostymi mechanizmami oddzia³ywania sugestywnego.

Ostatecznie. przez który przep³ywa Strzy¿a. by³o prawdopodobnie tylko przygotowaniem. Innej mo¿liwoœci nie ma. ale raczej z dziedziny biologii. Tak czy inaczej. który spojrzeniem oskar¿a ludzi o to tylko. jego sieroctwo musia³o spowodowaæ powa¿ne zmiany w psychice. Tylko ¿e Elka cudem nie utonê³a. Przecie¿ nie umia³ p³ywaæ. Elkê po prostu zabra³a woda. a potem rozpocz¹³ poszukiwania na w³asn¹ rêkê. co siê sta³o. a raczej zupe³ny brak opieki z jego strony. Tylko przeceni³ swoje mo¿liwoœci i kiedy szuka³ jej cia³a w pobliskim stawie. W jaki sposób Elka prze¿y³a trzy dni. ostatniego dnia wakacji. Taki wzrok nie oznacza nic dobrego. ukry³ siê gdzieœ z boku i czeka³. a nastêpnie przechowywa³ w cegielni. a¿ pójdziemy. Gdy Weiser zorientowa³ siê. jaki znalaz³. co niemieckie i ca³y arsena³. Nad Strzy¿¹. co opowiada³ mu na ten temat stary Weiser. le¿¹c w szuwarach? To istotnie zagadkowa sprawa. takie wypadki odnotowano ju¿ niejednokrotnie. Wygl¹da³ na ponurego dziwaka. On pragn¹³ ich zabijaæ i to. a jego zw³oki woda unios³a do podziemnego kana³u.hipnoz¹ i wprawianiem go w stany transu. pr¹d zniós³ j¹ w przybrze¿ne szuwary i przele¿a³a tam pó³przytomna. by³ w jakimœ sensie ofiar¹ wojny. gdyby nie opieka tego zdziwacza³ego krawca. co robi³ z broni¹. jest tego najlepszym przyk³adem. nigdy nie k¹pa³ siê z nami w Jelitkowie. którym rzeczka p³ynie dalej pod miejskimi zabudowaniami. Weiser zap³aci³ za swoj¹ nieuwagê. Dawid mia³ wyraŸn¹ obsesjê na punkcie wszystkiego. do kogo albo raczej do 134 . Tak. mo¿e nawet wystêpowa³by w cyrku. a¿ odnaleŸli j¹ milicjanci z psami. gdzie jego talent zyskiwa³by poklask i uznanie. ¿e ¿yj¹. utopi³ siê najzwyczajniej w œwiecie. Czy myœla³ kiedyœ o swoich rodzicach? Bez w¹tpienia. co musia³o ujœæ naszej uwadze. W ka¿dym razie jest to w pe³ni prawdopodobne. Weiser by³by dzisiaj kimœ w rodzaju artysty estrady. ale co móg³ myœleæ? Kto wie.

czego celowa³, kiedyœmy póŸniej przychodzili do cegielni? Makiety nie mog¹ pozostawiaæ ¿adnych, najmniejszych nawet w¹tpliwoœci. Wybuja³a fantazja, nieprawdopodobny spryt, dzieciêca naiwnoœæ w po³¹czeniu z hipnotycznymi zdolnoœciami, których zreszt¹ musia³ baæ siê bardziej ni¿ Elka – to wszystko z³o¿y³o siê na osobê Weisera. Przy trzeciej szklaneczce wina Szymek urwa³ swój monolog. Mia³em ochotê wypytaæ go o kilka szczegó³ów. Na przyk³ad, sk¹d w nim ta pewnoœæ, ¿e Weiser nie umia³ p³ywaæ? Mo¿e by³o z tym tak samo jak z gr¹ w pi³kê? Albo sk¹d przekonanie, ¿e Elkê unios³a woda i ¿e usz³o to jakoœ naszej uwadze? Przecie¿ oboje zniknêli równoczeœnie i to, co twierdzi³ Szymek, nie trzyma³o siê kupy. Poza tym cia³o Weisera, nawet gdyby rzeczywiœcie uton¹³, nie mog³o przedostaæ siê do podziemnego kana³u, gdy¿ wlot u koñca stawu by³ zagrodzony ¿elazn¹ krat¹. Ale oboje pytali mnie o nowiny z Gdañska. O pomnik, który mia³ teraz stan¹æ obok bramy stoczni, w miejscu, gdzie pad³y strza³y – ten pomnik interesowa³ ich najbardziej. Pytali, czy bêdzie tam nazwisko Piotra. Nie potrafi³em odpowiedzieæ, chocia¿ po tym, co przeszli jego rodzice, po tym nocnym pogrzebie z ekip¹ uzbrojonych grabarzy i cia³em Piotra rzuconym w plastykowym worku w jamê ziemi, po tym wszystkim, nie spodziewa³em siê, aby ten wielki i wspania³y monument móg³ im w jakikolwiek sposób wynagrodziæ tamt¹ zimê. – Nie o to przecie¿ chodzi – zniecierpliwi³ siê Szymek. – Tak, rzeczywiœcie nie o to chodzi – odpowiedzia³em machinalnie i przypomnia³em sobie, ¿e Piotr, wed³ug relacji jego matki, nie móg³ œcierpieæ tego dnia widoku helikopterów kr¹¿¹cych nad miastem i poszed³ piechot¹ do Gdañska (nie jeŸdzi³y ju¿ tramwaje), ¿eby zobaczyæ, co siê dzieje. „Zabili go z tego helikoptera”, twierdzi³a uparcie matka, a gdy naoczni œwiadkowie opo135

wiadali jej, ¿e Piotr dosta³ siê przez przypadek pomiêdzy t³um a oddzia³ wojska i ¿e trafi³a go ta kula prosto w g³owê, z lewej strony, na wylot – wtedy macha³a rêk¹ i mówi³a, ¿e to nieprawda, bo na pewno strzelali z helikoptera, i jeszcze z³oœci³a siê, gdy wspominano o wojsku. Dla niej by³a to przebrana milicja. Mówi³em wiêc o pomniku, a Szymek i jego ¿ona s³uchali mnie z uwag¹. A Weiser? Weiser ulecia³ z naszej rozmowy, jakby go nigdy nie by³o, i kiedy siedzia³em ju¿ w wagonie ko³ysanym równomiernym rytmem podk³adów i zwrotnic, wydawa³o mi siê, ¿e jadê w³aœnie nieistniej¹c¹ lini¹ kolejow¹ przez dziesiêæ zerwanych mostów i mijam brêtowski cmentarz z ma³ym, ceglanym koœció³kiem, ukrytym w zaciszu drzew, a lokomotywê prowadzi Weiser w kolejarskiej czapce, spowity ob³okiem kadzidlanego dymu, pachn¹cego jak wiecznoœæ. Tymczasem do gabinetu dyrektora wezwano woŸnego. – Tak nie mo¿e byæ – us³ysza³em g³os M-skiego – ¿eby ci smarkacze wodzili nas za nos! Mówi³em dyrektorze, ¿e tu trzeba od razu ostrych metod. O, ja ich znam, bez tego ani rusz! A pan – zwróci³ siê do woŸnego – bêdzie tu musia³ siedzieæ z nami, bo to jeszcze trochê potrwa! WoŸny zamrucza³ coœ pod nosem, coœ, co z czeluœci gabinetu zabrzmia³o niewyraŸnie, ale wówczas da³bym g³owê, ¿e to jego znane porzekad³o „jak mus to mus” – i wróci³ do sekretariatu, wo³aj¹c Piotra. Coœ nie zgadza siê w naszych pisemnych zeznaniach i pewnie dlatego M-ski z³oœci siê tak bardzo – pomyœla³em. – Ach tak, ju¿ wiem, chodzi o tê sukienkê, a raczej o strzêp sukienki, czerwonej sukienki Elki, o której Szymek dla œwiêtego spokoju napisa³, ¿e spaliliœmy j¹ po ostatnim wybuchu. Tak, nie znaleŸli tego w zeznaniu moim ani Piotra, a wiêc bêd¹ pytali, jak by³o z t¹ sukien136

k¹. Kto j¹ znalaz³, gdzie, kiedy spaliliœmy ten strzêp materia³u, który pozosta³ po naszej kole¿ance. Pope³niliœmy b³¹d, powinniœmy ustaliæ szczegó³y, gdy w sekretariacie nie by³o woŸnego, i teraz ka¿dy powiedzia³by to samo, a oni zakoñczyliby œledztwo w przekonaniu, ¿e jest, jak wymyœlili. Ale woŸny rozsiad³ siê wygodnie na swoim krzeœle i ani myœla³ pozostawiæ nas przez chwilê samych. W radiu ju¿ dawno skoñczy³o siê przemówienie W³adys³awa Gomu³ki, nagrodzone hucznymi oklaskami i owacj¹. Z g³oœnika dobiega³y teraz dŸwiêki muzyki operetkowej, nieznoœnie cienki g³os œpiewaczki wyci¹ga³ coraz d³u¿sze „och, och, ko-oo-oo-cha-aa-a-aa-m ciê”, a ja czu³em drêtwiej¹c¹ nogê i ból lewej stopy nie dawa³ mi spokoju. Ten ból zawdziêcza³em i w pewnym sensie zawdziêczam do dzisiaj Weiserowi. Zawsze, kiedy zbiera siê na deszcz, spogl¹dam na ma³¹ bliznê poni¿ej kostki i wiem, ¿e w wilgotn¹ pogodê bêdê utykaæ. Ale nie uprzedzaj¹c wydarzeñ, wracam jeszcze do nieczynnej cegielni, poniewa¿ nie wszystko zosta³o wyjaœnione. – Chryste! – powiedzia³ szeptem Szymek. – Co on robi? Palce Piotra zacisnê³y siê na moim ramieniu i w chwilê póŸniej us³yszeliœmy potworny trzask ³amanych desek. Razem z pod³og¹ i drewnianymi stemplami, z hukiem i ³oskotem polecieliœmy w dó³, prosto na Weisera i Elkê. Œwieca zgas³a, czu³em tylko, ¿e oni s¹ gdzieœ miêdzy nami, bardzo blisko, ale nie mówi¹ nic i czekaj¹, a¿ odezwiemy siê pierwsi. Wreszcie Piotr, który najprêdzej wygrzeba³ siê ze sterty po³amanych desek, powiedzia³ nieœmia³o: – Elka, nie gniewaj siê, my tylko tak – i g³os uwi¹z³ mu w gardle, bo miêdzy deskami coœ poruszy³o siê nieznacznie. – Czy macie jakieœ œwiat³o? – g³os Weisera nie zdradza³ oznak gniewu ani zniecierpliwienia. – Jak macie, to poœwieæcie!
137

Szymek wydoby³ z kieszeni benzynow¹ zapalniczkê, ukradzion¹ starszemu bratu jeszcze na pocz¹tku wakacji, i nik³y p³omieñ rozœwietli³ wnêtrze piwnicy. Drewniane schody by³y w po³owie z³amane i ¿eby siê st¹d wydostaæ, trzeba by³o przystawiæ do œciany prowizorycznie sklecon¹ drabinê. Prac¹ komenderowa³ Weiser, a kiedy wszyscy byliœmy ju¿ na górze, spojrza³ na nas i spyta³: – A umiecie trzymaæ jêzyk za zêbami? Zamiast g³osów odpowiedzia³y mu kiwniêcia g³owy. – No dobrze – powiedzia³ po chwili wyczekiwania. – Skoro tak, to przyjdŸcie tu jutro o szóstej, ale tylko we trzech, jasne? I tak oto, w nieoczekiwany sposób, osi¹gnêliœmy swój cel: Weiser zaproponowa³ nam spotkanie. Dziwne, ale gdy wracaliœmy t¹ sam¹ drog¹ w kierunku Brêtowa, ¿aden z nas nie chcia³ rozmawiaæ o tym, co zobaczyliœmy w nieczynnej cegielni. Dzisiaj wiem, ¿e by³ to zwyczajny strach. Mniejsza ju¿ o kadzidlany ob³ok, zupê rybn¹, l¹duj¹cy samolot, czarn¹ panterê, wygrany mecz, mniejsza o moj¹ wycieczkê, w czasie której po raz pierwszy w ¿yciu us³ysza³em o kimœ takim jak Schopenhauer i zobaczy³em, gdzie sta³a niemiecka pancerka przed budynkiem Poczty Polskiej. Mniejsza o to wszystko, czego zreszt¹ wtedy nie ³¹czyliœmy ze sob¹ w jeden ³añcuch, prowadz¹cy do Weisera. Wystarczy³o, ¿e widzieliœmy go ponad pod³og¹ piwnicy i nagle okaza³o siê, i¿ Weiser, najpierw wyœmiewany Dawidek, póŸniej dziwny trochê zaklinacz zwierz¹t i genialny pi³karz, ten sam niby, nie by³ ju¿ t¹ sam¹ osob¹. Zastanawiam siê, jak oddaæ uczucie, które wówczas opanowa³o nasze dusze. Bo raczej nie by³ to, jak napisa³em przed chwil¹, zwyczajny strach. Jednak nie. Czasami, kiedy za du¿o wypijê albo zanurzam siê w niedobr¹ mg³ê, mêczy mnie dziwny sen. Jestem w kuchni mieszkania
138

mojej matki. Stojê przy oknie, a za moimi plecami Piotr nastawia wodê w okopconym czajniku. Nagle odwracam g³owê w stronê kuchenki i widzê, ¿e stoi za mn¹ ktoœ zupe³nie obcy, ktoœ, kto nie jest Piotrem. Podchodzê do niego, ¿¹daj¹c wyjaœnieñ, lecz nieznajomy mê¿czyzna zamiast siê odezwaæ, uœmiecha siê wyrozumiale. Najgorsze, ¿e w jego uœmiechu poznajê coœ z Piotra – ten sam grymas górnej wargi, i nie wiem, jak to wyt³umaczyæ. Wiêc wtedy czuliœmy coœ podobnego. Weiser sta³ siê dla nas kimœ jeszcze bardziej obcym ni¿ przez wszystkie lata szko³y i wszystkie dni wakacji, odk¹d zawarliœmy z nim doœæ szczególn¹ znajomoœæ w Bo¿e Cia³o, a w³aœciwie w dzieñ rozdania œwiadectw z religii. Bêd¹c Weiserem, nie by³ nim równoczeœnie. Ale kim siê stawa³, gdy przychodzi³a ta chwila, w której przestawa³ byæ sob¹. A mo¿e ta szczególna chwila w ogóle nie istnia³a, mo¿e on przez ca³y czas udawa³ tylko, ¿e jest zwyczajnym ch³opcem? I niby sk¹d mieliœmy to wszystko wiedzieæ, skoro nawet dzisiaj nie potrafiê wyjaœniæ tej kwestii? Szliœmy w zupe³nym milczeniu i obawa, aby nagle nie wyrós³ przed nami w œwietle gwiazd, na tle czarnej œciany lasu, nie wyrós³ tak samo jak w piwnicy cegielni – metr albo i wiêcej ponad ziemi¹, ta obawa zamyka³a nam usta i odbiera³a chêæ wszelkiej rozmowy. Ze skraju moreny weszliœmy w jar. By³o tu jeszcze ciemniej ni¿ w otwartej przestrzeni. Na tle czarnej wie¿y brêtowskiego koœcio³a, widocznej ju¿ przy wylocie jaru, zamajaczy³y z³ote punkciki. – Chryste! – powiedzia³ po raz drugi Szymek. – Gwiazdy spadaj¹! Ale to nie by³y gwiazdy. Chmara œwiêtojañskich robaczków unosi³a siê ponad nami jak deszcz z³otych drobin i by³o tak cicho, ¿e s³yszeliœmy w³asne oddechy. – Myœla³em – doda³ Szymek – ¿e one œwiec¹ tylko w czerwcu. Rzeczywiœcie, by³o w tym coœ dziwnego. Nigdy przedtem ani
139

– Dusze zmar³ych w lataj¹cych robakach?! – ¿achn¹³ siê Szymek. Dopiero na kolejowym nasypie. Powinno siê j¹ widzieæ w postaci bia³ego ob³oku pary. mówi³. bior¹c mnie na œwiadka. tak samo zreszt¹ jak dzisiaj – czy mo¿na zobaczyæ duszê? Jeœli mo¿na. jedno i drugie tak samo wa¿ne. które umyka do góry. – Duszy nie mo¿na zobaczyæ. – Kto ci o tym mówi³? Lecz Piotr nie by³ skory do zwierzeñ. kiedy uda siê im wejœæ w cia³o owada. bo jest niewidzialna! Co mówi³ ksi¹dz Dudak na religii? No co? – ¯e dusza jest nieœmiertelna – broni³ siê Piotr – ale nie powiedzia³ wcale. bli¿ej koœcio³a. na pocz¹tku lata. Nie by³em pewien. jakby chodzi³o o jego lornetkê albo przepisy pi³karskie. nie rozpraszaj¹c 140 . powinno siê j¹ widzieæ.póŸniej nie widzia³em ju¿ w naszej okolicy takiej masy œwietlików w lipcow¹ noc. – To s¹ dusze zmar³ych – szepn¹³ z absolutn¹ powag¹ Piotr – i dlatego œwiec¹. to kiedy ktoœ umiera. zaczynaj¹ œwieciæ. jak z tym jest. – Te dusze – wyjaœni³ Piotr – musz¹ byæ wielkich grzeszników i œwiec¹ d³u¿ej ni¿ zwykle. kiedy opuszcza œmiertelne cia³o. a mo¿e w postaci ³agodnego œwiat³a. tak? – z tym pytaniem Szymek wyskoczy³ nagle do mnie. czy ja wiem zreszt¹. ¿eby j¹ mo¿na by³o ujrzeæ. dlatego te¿ œwietliki mo¿na zobaczyæ tylko przez krótki czas. ¿e jest nieœmiertelna i niewidzialna. – G³upi jesteœ! – protestowa³ g³oœno. które za dzieñ lub dwa z³o¿¹ do grobu. w jakiej postaci? Wa¿ne. powiedzia³ mniej wiêcej tyle. Szymek by³ oburzony. ¿e pokutuj¹ce dusze. ¿e nie mo¿na jej zobaczyæ! – Wcale nie. Ale robaki nie wytrzymuj¹ czegoœ takiego d³ugo i umieraj¹.

¿eby siê czegoœ pewnego dowiedzieæ. poniewa¿ takie rzeczy daje siê do ksi¹¿ek. nie napiszê teraz: „serca struchla³y nam ze zgrozy” albo: „duszê mieliœmy na ramieniu” lub. mo¿na to sprawdziæ. – Jak to?! – zez³oœcili siê obaj. dlaczego tak mówi? – przerywali mi niecierpliwie.siê po drodze.. Spojrzeliœmy na cmentarz mijany po prawej rêce. ¿e to ja mia³em rozstrzygn¹æ spór. jeszcze lepiej: „serce podesz³o mi do gard³a”. Nie wiem. Nie napiszê. – To okropne – westchn¹³ Szymek. – Bo co? – No w³aœnie. – Mówi tak – wyjaœni³em dalej – bo tak nauczyli go w seminarium i tak ka¿e mówiæ ksi¹dz biskup. I wtedy te¿ nie wiedzia³em. – To ksi¹dz mo¿e tego nie wiedzieæ? – Tego siê nigdy nie wie – stwierdzi³em pewnym g³osem.. – Chryste! – powiedzia³. – Ksi¹dz proboszcz Dudak – powiedzia³em – te¿ tego nie wie. jakbym by³ teologiem albo papie¿em. – Dopiero jak siê umrze. Kawa³ki figur i rozbite nagrobki wygl¹da³y teraz jak pochyleni. nie? Pokiwaliœmy g³owami ze zrozumieniem. takie rzeczy i takie sceny. bo. zupe³nie jak w wojsku. 141 . a proboszcz musi we wszystkim s³uchaæ biskupa. modl¹cy siê ludzie. – Ktoœ jest na cmentarzu! Nie. – Umieraæ. doskonale pasuj¹ce do edukacyjnej powieœci. a w³aœciwie krzykn¹³ trzeci raz Szymek. a mówi tak. Najgorsze. W tym samym momencie dzwony brêtowskie rozko³ysa³y siê poruszone czyj¹œ rêk¹ i przez las w œrodku nocy jak na trwogê przelecia³ potê¿ny g³os.

W istocie. czy nie czmychniemy przypadkiem przez Bukow¹ Górkê do domu. trochê œmiesznie. – Zaraz tu ktoœ przyleci z plebanii i bêdzie na nas. 142 . Zaraz jednak przysz³a mi myœl druga. chc¹c wypróbowaæ. wciskaj¹cy siê miêdzy sosny. przy ka¿dym poci¹gniêciu powrozów mówi³ coœ do siebie. ale ginê³o to w metalicznym trójg³osie. Nie mia³ ju¿ na sobie szpitalnego szlafroka. Mo¿e w³aœnie przez te dzwony nie ruszyliœmy siê z miejsca ani na krok. trochê groŸnie. Nie mogliœmy oderwaæ od niego wzroku. nie by³ to pomys³ Weisera i nie jego rêka ci¹gnê³a wszystkie trzy sznury miêdzy spróchnia³ymi belkami dzwonnicy. przysiada³ w kucki. koleba³ siê na boki. zgo³a trzeŸwiejsza – to nie by³o w stylu Weisera: ten nocny alarm dzwonów. skandalicznie g³oœny i rozdzieraj¹cy ciszê rozgrzanego powietrza. ¿e to Weiser bawi siê z nami. jego odzienie stanowi³y ukradzione gdzieœ zapewne drelichowe spodnie i taka sama bluza.W pierwszym momencie pomyœla³em. móg³ tu byæ kwadrans wczeœniej. By³ to ¯ó³toskrzyd³y. miêdzy ga³êziami w oddali rozb³ys³o œwiat³o. wszystko to w rytm coraz g³oœniejszego bicia dzwonów. Skoro tylko poznaliœmy go. by jak najszybciej wracaæ do domu. który w niczym nie przypomina³ naszego ksiêdza Dudaka. a póŸniej w drugim oknie. Tymczasem ¯ó³toskrzyd³y podskakiwa³. nawet wtedy gdy od strony plebanii zobaczyliœmy nadbiegaj¹cych dwóch mê¿czyzn: koœcielnego i proboszcza tutejszego koœcio³a. Nie by³em tego taki pewny: – W œrodku nocy? Teraz? Ale Piotr wskaza³ rêk¹ na budynek przylegaj¹cy do koœcio³a: – Popatrzcie tylko! Rzeczywiœcie. hucz¹cy pod roziskrzon¹ kopu³¹ nieba. Id¹c na skróty. pad³a propozycja. najpierw w jednym. Wygl¹da³ jak uwi¹zany do sznurów manekin. przycupniêci za krzakiem leszczyny. – Ju¿ raz by³y z nim k³opoty – przypomnia³ Szymek.

a kiedy myœleliœmy. nie mogliœmy siê wycofaæ. ksi¹dz potruchta³ na plebaniê. Koœcielny. umykaj¹c w stronê Brêtowa. chowa³ siê miêdzy nagrobkami. którzy zaczêli 143 .Byæ mo¿e w³aœnie o to chodzi³o ¯ó³toskrzyd³emu: wywabiæ ich z domu i zwróciæ na siebie uwagê – bo odczeka³. jakby pozdrawia³ wszystkich. Ruszyliœmy œladem koœcielnego ledwie widzialn¹ œcie¿k¹. jak skoñczy siê pogoñ. gdzie rozbudzeni ludzie przez otwarte okna wypatrywali przyczyny nocnego rontu. ciekawi³o nas. – Niech ksi¹dz dobrodziej – wysapa³ koœcielny – wraca na plebaniê i po milicjê dzwoni. WyraŸnie bawi³ siê z koœcielnym. jakby wybuch³ po¿ar albo zaczyna³a siê wojna. sapi¹c jeszcze g³oœniej. Sta³ teraz na jego grani i szeroko roz³o¿y³ ramiona. a¿ tamci podbiegn¹ bardzo blisko. która gubi³a siê wœród rozroœniêtych pokrzyw i paproci. Skaka³ od kêpy do kêpy. Teraz. ¯ó³toskrzyd³y dobieg³ do pierwszego domu i po piorunochronie wdrapa³ siê na spadzisty dach. po czym wypuœci³ z r¹k sznury i da³ susa w pobliskie chaszcze. ¯ó³toskrzyd³y mia³ ze trzydzieœci metrów przewagi i lepiej orientowa³ siê w terenie. – £apcie go. Bieg³ w stronê pierwszych zabudowañ Brêtowa. Trzeba by³o doczekaæ koñca tej historii i chocia¿ ¯ó³toskrzyd³y by³ nam w³aœciwie obojêtny. ruszy³ za uciekinierem. Wreszcie dotar³ na skraj cmentarza. – Ludzie! Ludzieee! – krzycza³ koœcielny. a ja pobiegnê za nim! Mê¿czyŸni rozdzielili siê. wyskakiwa³ nagle jak spod ziemi i rwa³ do przodu. stan¹³ na pêkniêtej p³ycie i krzykn¹³ w stronê poœcigu: – Eeeee – eeee – echo – echo – eeeee!! Koœcielny przyœpieszy³. Ale ¯ó³toskrzyd³y by³ ju¿ daleko. ¿e znikn¹³ w jednym z nich. rzecz jasna. trzymajcie go! I coraz wiêcej okien rozjaœnia³o siê. chwytajcie wariata.

. – szeptano na dole. a ich wnêtrzno144 . mieszkañcy kraju nadmorskiego! Biada wam! S³owo Pañskie wesz³o do mego ucha i przemówi³o ustami moimi! Bliski jest wielki dzieñ Pañski. – Wtedy zeœlê strach na ludzi. Stali niezdecydowani. bo wszystko.gromadziæ siê przed budynkiem. – Biada wam. bliski i spieszny bardzo g³os dnia Pañskiego. ¯ó³toskrzyd³y wspina³ siê na palce i wznosi³ rêce. krêcone w³osy wygl¹da³y jak broda Moj¿esza. Kilka ¿on przydrepta³o bli¿ej. – To ten sam cz³owiek. WeŸcie drabinê i ³apcie go. Chyba spadnie. Mê¿czyŸni w pi¿amach... tam i mocarz gorzko wo³aæ bêdzie! Mówi¹c to. tylko dŸwiêk. które wzrasta³y. Nie spadnie. niektórzy w krótkich kalesonach. szeptów.. któr¹ pamiêta³em dobrze z obrazka proboszcza Dudaka. – Spadnie. Zaraz przyjedzie milicja. co straszy na cmentarzu wasze ¿ony i dzieci! Uciek³ od czubków i nie daje wam spokoju! Trzeba go z³apaæ. W³aœciwie nie by³ to g³os. w dodatku na dachu. to by³a muzyka. a jego d³ugie. spogl¹daj¹c jeden na drugiego. – Ludzie! – dopad³ ich wreszcie koœcielny. £apcie go. pokazywali go sobie palcami. na co czekacie!? Mê¿czyŸni jednak nie kwapili siê do chwytania wariata. dŸwiêk muzyczny. Gwar rozmów. urywanych przeœmiewek rós³ coraz bardziej. – Ich krew bêdzie rozbryzgana niby proch. przydeptanych kapciach. kiedy na lekcji religii pokazywa³ nam przejœcie przez Morze Czerwone. co teraz nast¹pi³o. tylko szybko.. gdy nagle ¯ó³toskrzyd³y wyda³ z siebie g³os.. albo i boso. œpiewanie ca³ych zdañ. bo znowu ucieknie. wybucha³y i cich³y jedno za drugim w niewielkich po sobie odstêpach czasu. ale nastêpne inkantacje ¯ó³toskrzyd³ego zamknê³y usta ciekawym. tak i¿ chodziæ bêd¹ jak œlepi! – jego rêka wskazywa³a teraz g³owy st³oczone jedna obok drugiej. przestêpowali z nogi na nogê.

145 . dalej. a mê¿czyŸni stoj¹ z g³owami zadartymi w górê. ziemia tak¿e zawar³a siê. – Biada wam mieszkañcy kraju nadmorskiego! Przeto¿ niebo zatrzyma³o swoj¹ rosê nad wami. abyœcie mieszkali w domach wyk³adanych kafelkami.œci rozrzucone niby b³oto! Ani was srebro. na wszystko. koniec straszny zag³adê zgotuje wszystkim mieszkañcom ziemi! Ostatnie „ziemi” brzmia³o szczególnie przenikliwie. no. jak móg³ najg³oœniej: – Ludzie! Chrzeœcijanie! Nie s³uchajcie go! To antychryst ¿ywy. Dlaczego? Mówi Pan Zastêpów: Z powodu mojego domu. aby nie wydawa³a urodzaju swego! Bezradny koœcielny rozk³ada³ rêce niczym Poncjusz Pi³at. Ujrza³em. mówiê wam! To grzech œmiertelny s³uchaæ takich rzeczy! £apcie go lepiej. – Sprowadzi³em te¿ posuchê na kraj i na góry. ¿ywo! Lecz nikt nie uczyni³ nawet pó³ kroku do przodu. heretyk. bo ogieñ gniewu Jego poch³onie ca³¹ ziemiê! Doprawdy. ani z³oto nie bêdzie mog³o wyratowaæ w dniu gniewu Pana. – Czy ju¿ czas. podczas gdy dom Pana le¿y w gruzach? Liczyliœcie na wiele. zdmuchn¹³em to. który le¿y w gruzach. ¯ó³toskrzyd³y tryumfowa³. co ziemia wydaje. na wszelk¹ pracê r¹k – g³os stawa³ siê coraz mocniejszy i brzmia³ g³oœniej ni¿ wszystkie trzy brêtowskie dzwony razem. a gdy to przynieœliœcie do domu. gdy tylko opad³a fraza zawodz¹cej melodii. a¿ wreszcie. – Czy ju¿ czas dla was? – zwróci³ siê do ludzi jeszcze g³oœniej. jak niektóre kobiety ¿egnaj¹ siê ze strachem. lecz oto jest ma³o. a w chwilê póŸniej na rêbiechowskiej szosie zamajaczy³y œwiat³a samochodu. podczas gdy ka¿dy z was gorliwie krz¹ta siê ko³o w³asnego domu! Nagle od strony miasta us³yszeliœmy s³abe wycie syreny. jakby zobaczyli na niebie kometê. wariat! Wariat. rozwœcieczony do bia³oœci zawo³a³.

uzbrojonych w pa³ki i pistolety. ¿eby nie uciek³! Ale i tym razem nikt nie rwa³ siê do czynu. który w tym momencie mia³ jeszcze szansê na ucieczkê. – Nie przeszkadzajcie teraz. obywatele! ¯ó³toskrzyd³y. Pochylaj¹c siê wyraŸnie w kierunku porucznika. Z samochodu wyskoczy³o czterech milicjantów. ale go nie bêdzie! Post¹piê z wami wed³ug waszego postêpowania i os¹dzê was zgodnie z waszymi prawami! 146 . – Biada temu – podniós³ g³os jeszcze groŸniej ni¿ przed chwil¹ – kto gromadzi mnóstwo tego. zwa¿ywszy ciemnoœci i doskona³¹ znajomoœæ terenu. wykrzykn¹³ œpiewnie: – Biada temu. ju¿ nie bêdzie s³ychaæ g³osu twoich pos³ów! Sprowadzê najgorsze z narodów. tym razem specjalnie na ludzi w mundurach: – Twoje szczeniêta po¿re miecz! Po³o¿ê kres twojemu ³upiestwu w kraju. Dowódca podniós³ g³owê w kierunku dachu. co do niego nie nale¿y! Serce siê rozp³ynie. który krwi¹ buduje miasto i utwierdza je nieprawoœci¹! W dzieñ ofiary Pañskiej nawiedzê wszystkich. Dowódc¹ patrolu by³ ciemnow³osy porucznik. – Rozejœæ siê – rzuci³ krótko i energicznie. a oblicza wszystkich poczerniej¹. aby opanowa³y wasze domy i po³o¿ê kres waszej dumnej potêdze! Gdy nadejdzie zgryzota. bêdziecie szukaæ pokoju. – Otoczcie dom. którzy siê ob³ócz¹ w szaty cudzoziemskie! Biada krwawemu miastu! Wszystko w nim jest oszustwem. pe³no w nim ³upu. ¯ó³toskrzyd³y wyci¹gn¹³ rêkê w stronê zbli¿aj¹cych siê œwiate³. nie masz koñca grabie¿y! Milicjanci zbili siê w ciasn¹ grupkê wokó³ porucznika.– Milicja jedzie! – wykrzykn¹³ uradowany koœcielny. kolano o kolano t³uc siê bêdzie i boleœæ na wszystkich biodrach bêdzie. a ten dawa³ im rozkazy. sk¹d ¯ó³toskrzyd³y rzuca³ coraz sro¿sze przekleñstwa. poczu³ przyp³yw nowego ducha.

krzyki milicjantów i nocny œpiew ¯ó³toskrzyd³ego zla³y siê teraz w jedno. wybrzmiewaj¹ca d³ugo i dŸwiêcznie. klaskaæ bêd¹ w d³onie. Porucznik da³ ognia w powietrze na postrach. i krzycz¹c: „Panuj¹cy Pan jest si³¹ moj¹” ruszy³ na spotkanie milicjantów. – Nieuleczalna jest rana twoja. 147 . wszyscy. – Zel¿ê ciê i uczyniê widowiskiem. Jeszcze raz podniós³ d³onie do nieba. wytnie ciê miecz. – Z³aŸ. którzy zaszli ¯ó³toskrzyd³ego od ty³u. tak ¿e ktokolwiek ciê ujrzy. a w³aœciwie ostatnia samog³oska. oddali siê od ciebie! Po¿re ciê ogieñ. a porucznik wyjmuje z kabury pistolet. zepchn¹³ obu milicjantów z dachu jednym zdecydowanym uderzeniem ³okci. Ich bia³e pa³ki wzniesione do uderzenia groŸnie odcina³y siê od czarnego t³a nieba. wskoczyli na gzyms i wspinali siê szybko. Sekundy jego wolnoœci zdawa³y siê policzone. jakby bra³ gwiazdy na œwiadków swojej niewinnoœci. jak dwaj milicjanci zachodz¹ teraz dom od ty³u. – Z³aŸ. bo kogó¿ ustawicznie nie omija³o okrucieñstwo twoje?! Poniewa¿ z³upi³eœ wiele narodów.– Z³aŸ stamt¹d natychmiast! – przerwa³ mu ostry g³os porucznika. – Z³aŸ! – powtórzy³ rozkaz. ¯ó³toskrzyd³y jednak nie mia³ w sobie ducha Chrystusowego. po¿re ciê jak szarañcza! Ostatni wyraz. którzy byli ju¿ na dachu. bo bêdê zmuszony u¿yæ si³y! – Twoi urzêdnicy s¹ jak szarañcza – odpowiedzia³ mu zaœpiew ¯ó³toskrzyd³ego. bo zamiast poddaæ siê ludziom w mundurach i przyj¹æ spokojnie spadaj¹ce nañ razy. którzy o tobie us³ysz¹. bo bêdê strzela³! – I wyrzucê na ciê obrzydliwoœci – zabrzmia³a odpowiedŸ ¯ó³toskrzyd³ego. Ludzie zgromadzeni w bramie s¹siedniego domu i w oknach odruchowo wtulili g³owy w ramiona. a dwaj milicjanci. wiêc i ciebie z³upi¹ wszystkie inne ludy z powodu przelanej krwi ludzkiej i gwa³tu dokonanego na kraju! Zobaczyliœmy. DŸwiêk spadaj¹cych dachówek. zbieg³a siê z hukiem wystrza³u.

Czy wezm¹ nas do aresztu? A jeœli tak. Poturbowani milicjanci ruszyli za nim. po chwili czuliœmy ju¿ jego oddech na karkach. odcinaj¹c odwrót nam i ¯ó³toskrzyd³emu. Byæ mo¿e proboszcz brêtowskiego koœcio³a po zawiadomieniu milicji zadzwoni³ jeszcze na wszelki wypadek do szpitala i teraz mieliœmy na karku milicjê. pow³óczystych szatach. gdyby nie to. – Który czyni nogi moje jako nogi ³ani i po miejscach wysokich prowadzi miê! To mówi¹c. ¯ó³toskrzyd³y zeskoczy³ z dachu na miêkk¹ ziemiê ogródka i szybko umyka³ w stronê cmentarza. a przede wszystkim dlaczego pojawili siê oni z tamtej strony. Nie zapyta³ o nic i widz¹c. poœpiesznie i chaotycznie. – Stój. Do dzisiaj nie wiem. Uciekaliœmy co si³ w nogach. dla postrachu. wariata i ludzi w bia³ych fartuchach. – Stój! – krzycza³ porucznik. lecz ¯ó³toskrzyd³y by³ szybszy. oddanych tak samo jak pierwszy – w górê. jak te¿ bêdziemy siê z tego t³umaczyæ. Poczu³em siê jak zwierzyna osaczona w pu³apce i przemyœliwa³em w strzêpkach zdañ. z przeciwleg³ego krañca cmentarza nadbiega³y ku nam postacie w bia³ych. którzy pomiêdzy nagrobkami wygl¹dali jak duchy. gdy Piotr chwyci³ mnie za rêkê. Nie by³o to jednak mo¿liwe. bo strzelam! Lecz ¯ó³toskrzyd³y ani myœla³ siê zatrzymywaæ.– Panuj¹cy Pan jest si³¹ moj¹! – powtórzy³ radoœnie. ¿eby siê rozdzieliæ. – Krypta! Tam nas nie znajd¹! 148 . I na tym by siê w³aœciwie skoñczy³o. ¿e uciekamy tak jak on. kto wezwa³ pielêgniarzy ze szpitala. ¿e nic nas nie uratuje. pokaza³ rêk¹. to czy potraktuj¹ nas jako wspólników ¯ó³toskrzyd³ego? Ob³awa zacieœnia³a pierœcieñ i ju¿ wydawa³o siê. Od strony Bukowej Górki. Powietrze rozdar³ huk kolejnych wystrza³ów. ¿e wariat i œcigaj¹cy go milicjanci biegli prosto na nas.

Dlaczego napisa³em o ¯ó³toskrzyd³ym? Dlaczego nie zakoñczy³em na zawaleniu siê spróchnia³ej pod³ogi albo na robaczkach œwiêtojañskich? Napisa³em o tym wszystkim. jakby zachodzi³ tu jakiœ zwi¹zek z Weiserem. smarkaczu! I by³o to chyba najtkliwsze zdanie mego ojca do mnie. a za nami ¯ó³toskrzyd³y. bo w³aœnie ono utkwi³o mi w pamiêci najlepiej. tego wieczoru. a liczba razów. i kiedy min¹³em ju¿ Bukow¹ Górkê i ulicê Kmiec¹. skoro tylko spotkaliœmy siê w trójkê. by³ trochê odsuniêty i teraz mogliœmy wpe³zn¹æ do wnêtrza bez ha³asu. i kiedy zastuka³em w drzwi naszego mieszkania – otworzy³ mi ojciec w pi¿amie. to by³ doskona³y pomys³. ¿eœ nie by³ w domu. ale za to. a Szymek 149 . kiedy wysz³o na jaw. Kiedy ojcu zmêczy³a siê rêka. które spad³y na moje poœladki. a raczej on mia³ nas od tej nocy w garœci. robi³ przerwê i wzdycha³: – Nie bijê ciê za to. ¿e to niewa¿ne. gdzie znajdowa³a siê nasza kryjówka. nastêpnego wiêc dnia. jak zwykle. od których spuch³ mi ty³ek. Moja pamiêæ po tylu latach ka¿e mi wspomnieæ. Skoczyliœmy. czy nie ma tam ¯ó³toskrzyd³ego. uros³a do zgo³a astronomicznych rozmiarów. z pasem w rêku i bez s³owa prze³o¿y³ mnie przez kolano.Oczywiœcie. ¿e kiedy ju¿ ob³awa siê skoñczy³a i kiedy spiesznie opuœci³em kryptê wraz z Szymkiem i Piotrem. ¿e matka od czterech godzin oczy wyp³akuje za tob¹. która wiod³a od lasu do naszej kamienicy. a w³aœciwie tej nocy nie wszystko jeszcze zosta³o spe³nione. choæ nie wiedzia³em wówczas. Nastêpnego dnia. aby udaæ siê do krypty i sprawdziæ. ¿e nie tylko ja mam czerwieniej¹ce prêgi na siedzeniu i nie tylko mój ojciec okaza³ siê tak czu³ym pedagogiem. tak samo jak razy. W³az. Tak. bo przecie¿ mieliœmy Weisera. jak krótko bêdzie to trwa³o. w stronê nasypu. pozostawiaj¹c tam ¯ó³toskrzyd³ego. Ale wtedy myœla³em. Piotr zaproponowa³. Bo w istocie tak by³o.

który opuœci³ kryptê. ¿e o wszystkim trzeba opowiedzieæ Weiserowi. Kiedy tylko Elka znik³a za og³oszeniowym s³upem. Dziwne.doda³ zaraz. – odpowiedzia³ wymijaj¹co Szymek. nikt z nas nie podszed³ do. czy nie? – Janek by³ ostatnim spoza naszej trójki. Tak samo jak to. jak zawi¹za³o siê pomiêdzy nami – przez to pierwsze k³amstwo – tajne porozumienie w sprawie Weisera. Ostatecznie. Na razie jednak mieliœmy co innego do roboty. gdy czekaliœmy na Weisera. o tym zaœ w szczególnoœci. Wczorajsze wydarzenia zawi¹za³y pomiêdzy nami nici porozumienia. a nie na odwrót. Ten argument przewa¿y³. – No to co zobaczyliœcie? – Nic takiego. podszed³ do nas Janek Lipski. ten sam. co s¹dzi o wariatach. ¿e jest to porozumienie jednostronne i na swój sposób czuliœmy tê specyfikê. ale wiedzieliœmy. Tomaszu jeden. I trzeba to by³o uszanowaæ. a nawet zapytaæ go. Nie œledziliœmy te¿ Elki. Postanowiliœmy trzymaæ jêzyk za zêbami. co widzieliœmy w nieczynnej cegielni. nam siê ju¿ nie chce. nie warto by³a czekaæ – k³ama³ jak z nut Szymek. która za nim wybieg³a. zupe³nie jakby wyznaczona przezeñ godzina szósta by³a terminem audiencji nie do przekroczenia. wyœledziliœcie ich w koñcu. który by³ z nami w zoo i gra³ w s³ynnym meczu z wojskowymi. to Weiser raczy³ umówiæ siê z nami. 150 . i zapyta³: – No co. I nawet nie spostrzegliœmy. to leæ teraz za nimi. ale kiedy Weiser wychodzi³ z bramy. – Iii tam... – Oni ³owili ryby w gliniankach. – Bo co? Krótkotrwa³e milczenie wype³nione by³o spojrzeniami pe³nymi nieufnoœci. – Bujasz. – Iii tam.

czy chce zostaæ tutaj. Bohater zesz³ej nocy dr¿a³ na ca³ym ciele ze strachu i nie mogliœmy poj¹æ. a w³aœciwie do tego samego domu. ¿e bardzo tego potrzebuje. szukaj¹cym w naszej krypcie chwilowego schronienia. co robimy. krwi¹ i mordem. i nawet przez myœl nam nie przesz³o. gdyby nie tamte podnios³e. jakby spodziewa³ siê uderzenia. gdy¿ ¯ó³toskrzyd³y gestem rêki pokaza³. kiedy spotkaliœmy M-skiego z Arnica montana. To by³a jego choroba i wielkoœæ jednoczeœnie. Zadania zosta³y wiêc podzielone. na czym polega³a jego tajemnica. nie opuszcza³ kryjówki od wczoraj. Czymœ. oznaczaj¹cy aprobatê. ¿e to. Porozumiewa³ siê z nami za pomoc¹ krótkich sylab : „ee”. wyœpiewywane pe³n¹ piersi¹ zdania. Piotr mia³ zorganizowaæ jedzenie. Dzisiaj przypuszczam. a ja papierosy. gro¿¹ce klêskami. Szymek zaproponowa³ dostarczenie jedzenia. Nie chcê powiedzieæ. jakim sposobem ten niezwyk³y cz³owiek. którego zastaliœmy w krypcie. tylko do ró¿nych mieszkañ. Skin¹³ g³ow¹. ¿e ca³y ten proceder jest czymœ niezgodnym z prawem. widz¹c. ¿e ten nieogolony mê¿czyzna w dziurawych drelichach jest niemym w³óczêg¹. zas³oni³ twarz. Mo¿na siê by³o tego domyœliæ. a z jego gard³a zamiast odpowiedzi czy podziêkowania wyla³ siê nieartyku³owany dŸwiêk. i gdyby nie jego wczorajszy wystêp i ten poprzedni.¯ó³toskrzyd³y. jak ³apczywie zajada³ kawa³ek rogalika podany mu przez Piotra. co obra¿a tak zwane prawo i domaga siê kary. „aa”. Szymek jakieœ ubranie. „uhm”. Gdy zobaczy³ nasze g³owy pochylaj¹ce siê nad jego niespokojnym snem. ¿e prawu przeciw151 . Ruszyliœmy przez Bukow¹ Górkê do swoich domów. mo¿na by s¹dziæ. który wyg³asza³ wspania³e przemówienia i zrzuca³ milicjantów z dachu – jak ten cz³owiek zmieni³ siê w ci¹gu niespe³na dwunastu godzin. ¯ó³toskrzyd³y potrafi³ g³osiæ tylko tamte straszne wersety. Piotr zapyta³ go. ¯ó³toskrzyd³y uœmiechn¹³ siê.

ale te¿ komuœ. a ¯ó³152 . By³ tak¿e promienny uœmiech ¯ó³toskrzyd³ego. przenicowane spodnie. Tego powiedzieæ nie mogê. rozcieraj¹c z luboœci¹ jego krople na podniebieniu. kiedy powróciliœmy do krypty z pe³nymi rêkami. nasza znajomoœæ z odmieñcem wydawa³a siê ugruntowana. By³ wiêc chleb. gdy¿ nie by³oby to zgodne z prawd¹. kto czynnie zaatakowa³ milicjantów. s³onina. bo wtedy o kiosku „Ruchu” w naszej dzielnicy nikomu siê jeszcze nie œni³o. Piliœmy wiêc s³odkawy. to nie wypada go nagabywaæ o takie sprawy. sk¹d wzi¹³ tyle gotówki. gdy nasze drogi rozesz³y siê. nigdy. flanelowa koszula w kratê i by³y papierosy „Grunwald”. to nawet wtedy Piotr zwêdzi³by ze spi¿arni bochenek chleba. Nigdy jednak nie zapyta³em Piotra. i pamiêtam te¿. a ja skombinowa³bym papierosy „Grunwald”. ani kiedy chodziliœmy do tej samej szko³y. Szymek przyniós³by przenicowane spodnie i flanelow¹ koszulê w kratê. o którym tyle razy przypomina³ proboszcz Dudak. Pamiêtam. jakie pali³ mój ojciec i jakie kupowa³em posy³any przez niego w sklepie Cyrsona. musuj¹cy p³yn. ani nawet wtedy gdy przychodzi³em na jego grób gawêdziæ o ró¿nych rzeczach. ¿ó³ty ser i kawa³ s³oniny. Jad³ i pali³ na wyœcigi. takie same. ¿e pomagamy nie tylko niebezpiecznemu wariatowi. ¿e tylko w mojej butelce by³a czerwona oran¿ada. a piêæ z³otych to nie taka ma³a suma. ani te¿ póŸniej. A gdy na koniec Piotr wyci¹gn¹³ z p³óciennego worka po jednej butelce oran¿ady dla nas i dwie dla ¯ó³toskrzyd³ego i gdy piliœmy ten nektar z b¹belkami. Bo przecie¿ je¿eli ktoœ jest z tamtej strony. ¿e nie zapyta³em Piotra. sk¹d wzi¹³ pieni¹dze na taki wydatek. Ostatecznie piêæ oran¿ad to by³o piêæ z³otych.stawiliœmy Chrystusowego ducha. ¿ó³ty ser. ¿e gdyby w tamtej chwili przysz³a na nas minuta zastanowienia i gdybyœmy doszli do wniosku. Muszê jednak wyjaœniæ.

Villa Henkenhaf. Wrzeszcz. Pocztówka z roku 1900 .

¿e nie zamkn¹ nas tutaj. nawet wtedy prze³o¿¹ przes³uchanie na dzieñ nastêpny. ¿e wszystko przemija. „Pamiêtajcie”. A jutro jest przecie¿ niedziela. Która to mog³a byæ godzina? Która godzina na zegarze i która godzina œledztwa? Kiedy Piotr œlêcza³ jeszcze za drzwiami dyrektorskiego gabinetu. Tak w³aœnie pomyœla³em: jest ju¿ bardzo póŸno. wiêc w³aœciwie nie na dzieñ nastêpny. ani Weiser nie zostali rozszarpani niewypa³em. mówi³. jakbyœmy byli jego najlepszymi przyjació³mi. By³o to jak na obrazku. M-ski. By³em jednak zbyt spragniony. zadowolony bêdzie prokurator. jeœli obraz wydarzeñ. g³odny i wystraszony. jaki usi³owali skonstruowaæ. nie to by³o wa¿ne. któr¹ piliœmy w krypcie niczym ambrozjê. I chocia¿ ani Elka. obwieszczaj¹c. tylko wypuszcz¹ do domu. który pozosta³ po Elce. I choæby nie wiem co mówili. a wtedy… Wtedy porozumiemy siê co do ostatniego szczegó³u. Wszyscy bêd¹ zadowoleni – dyrektor. uczynimy tak dla œwiêtego spokoju. który na pewno œledzi nasze wybiegi z uznaniem.toskrzyd³y mlaska³ z zadowoleniem i uœmiecha³ siê do nas. któr¹ godzinê pokazuj¹ wskazówki. a ja przypomina³em sobie smak orzeŸwiaj¹cej oran¿ady. który pokazywa³ proboszcz Dudak. Mrok panuj¹cy za oknami mówi³. gdzie spaliliœmy strzêp czerwonej sukienki. by patrzeæ. nie bêdzie wystarczaj¹cy. Nawet jeœli nie osi¹gn¹ celu. jak mruga na mnie trójk¹tne oko Boga. tylko na poniedzia³ek. ustalimy dok³adnie. „ono o wszystkim wie 154 . Ostatecznie. cz³owiek w mundurze. jak czas odmierzany blaszanym mechanizmem. Jasne. ¿e jest ju¿ bardzo póŸno. majacz¹ce w chmurach. a tamci trzej musz¹ byæ zmêczeni. Nagle pod przymkniêtymi powiekami zobaczy³em. unosz¹c palec do góry. wtedy w³aœnie zacz¹³ biæ zegar œcienny. nied³ugo zakoñcz¹ œledztwo. a przede wszystkim Weiser.

a przede wszystkim Weisera. gdy ok³amujecie rodziców. patrz¹cym na ka¿dy gest i s³uchaj¹cym ka¿dego s³owa z niebieskiej wysokoœci? Po czyjej stronie jest w takim razie Pan Bóg? – myœla³em. co proboszcz Dudak opowiada³ o szatanie: „O tak. no w³aœnie. idziesz na pla¿ê. A teraz przypomnia³em sobie o jego istnieniu jeszcze mocniej. wystawi³a na próbê. ca³y gmach k³amstwa zbudowany przez nas na u¿ytek. który kaza³ nam przysi¹c. to powinien nas z tego rozgrzeszyæ. o wszystkim pamiêta. ¿e nigdy o niczym i nikomu nie powiemy? Ale jeœli tak by³o. ¿e Weiser móg³by byæ si³¹ nieczyst¹. przechodz¹c obok krzy¿a czy kapliczki. ³udz¹c obrazem fa³szywych przyjemnoœci. bo czêsto. bo po raz pierwszy wyda³o mi siê. bo to nie by³o ma³e k³amstewko. Niczego nie zapomina. Jeœli po naszej. ¿ebyœ nie szed³ do koœcio³a. A gdy wasze dusze stan¹ przed Jego obliczem. Tak. jeœli to k³amstwo powsta³o przede wszystkim dla Weisera. Czasami. która omotawszy nas sieci¹ pokus. nie zawsze wygl¹da groŸnie.. Zaraz te¿ przypomnia³em sobie.i wszystko widzi. który odwodzi ciê od obowi¹zku. o ka¿dym grzechu i szlachetnym postêpku. Dla kogo by³o to k³amstwo? Dla tamtych. ¿e to jest cie155 . bo jakiœ g³os podpowiedzia³ ci. to co z trójk¹tnym okiem. kiedy w drobnej sprawie ok³ama³em matkê albo zatrzyma³em sobie resztê z zakupów. gdy zabieracie koledze o³ówek albo gdy nie prze¿egnacie siê.. trójk¹tne oko nie dawa³o mi spokoju. proboszcz Dudak mia³ niew¹tpliwie talent pedagogiczny. przypomni wam to. co robiliœcie na ziemi”. i jest to podszept szatana. zamiast pomagaæ rodzicom. to by³ ca³y system. A jeœli jednak po tamtej? Jeœli Weiser zwi¹za³ nas przysiêg¹ podstêpnie? I przerazi³em siê nie na ¿arty. Czasem kolega powie ci. siedz¹cych za drzwiami z pikowan¹ cerat¹? Dla nas samych? Czy dla Weisera. na czyj u¿ytek? – nie by³em pewien i nie dawa³o mi to spokoju.

by³a to sprawa Weisera i Elki. który dochodzi³ tutaj z samego dna piekie³. ¿e rozmyœlania te mia³y wszelkie znamiona za³amania. ale przez ca³¹ wiecznoœæ! I przed naszymi oczami ukazywa³ siê stworzony rêk¹ artysty obraz piekielnych czeluœci. czy nie wyjawiæ wydarzeñ ostatniego dnia nad Strzy¿¹. Ich cia³a. proboszcz zaczyna³ prawie krzyczeæ. Gdy proboszcz schowa³ reprodukcjê. co robili Weiser i Elka. prawda. w pe³nym s³oñcu. kiedy staniemy przed nim sam na sam i kiedy niczego ju¿ nie bêdzie mo¿na ukryæ. ¿e nie uwierzyliby. Dlatego siedz¹c obok Szymka na sk³adanym krzeœle. ale pamiêtajcie. czy nasze k³amstwa nie zostan¹ nam wypomniane przez trójk¹tne oko. dwieœcie czy piêæset lat. nie mieliœmy w¹tpliwoœci. „jakie mêki spotkaæ mog¹ grzeszników. Popatrzcie tylko”. kiedy staliœmy w wodzie po kostki. nikogo wiêcej. ¿eby156 . minuta po minucie. Dzisiaj wiem. a kara za grzechy mo¿e byæ straszna. do których zostaliœmy dopuszczeni. Có¿ z tego.” – proboszcz dramatycznie zawiesza³ g³os jak w czasie kazania. moi mili. i od tej chwili œledztwo sta³o siê dla mnie jeszcze wiêksz¹ udrêk¹... wci¹¿ nie by³em pewien. ¿e piek³o wygl¹da tak naprawdê. jak bêd¹ cierpieæ. Zastanawia³em siê. Wystarczy³o opowiedzieæ po kolei. poskrêcane. szarpane szponami. którzy nie pos³uchali g³osu sprawiedliwoœci. do których kosmate diab³y wrzuca³y nagich potêpieñców. i kiedy Weiser powiedzia³. Nie musia³em przecie¿ wyjawiaæ wszystkich tajemnic Weisera. spadaj¹ce w dó³. k³ute wid³ami. A prawda zosta³aby ocalona. lizane by³y p³omieniami ognia. tak jak przed M-skim lub cz³owiekiem w mundurze. wyci¹gaj¹c nastêpny obrazek. której i tak nikt nie chcia³by przyj¹æ. którzy nie opamiêtali siê na czas! Popatrzcie tylko. ¿e nic nie ukryje siê przed obliczem Boga.kawsze. i to nie przez sto. có¿ st¹d – myœla³em – ¿e nie daliby wiary? Ostatecznie. „w ten sposób diabe³ kusi nawet dzieci. Tak.

a towarzystwo nie by³o mu potrzebne. Co by³o dalej? Do godziny szóstej mieliœmy jeszcze mnóstwo czasu. a w chwilê póŸniej Piotra. Musieli zastosowaæ wobec niego coœ ekstra. a mo¿e zmieni motyla w ¿abê albo na odwrót? A gdyby tak zapytaæ go. Z nudów rodzi³y siê w naszych g³owach najdziwniejsze pomys³y.œmy teraz na nich poczekali. gdy czeka siê na przyjazd poci¹gu albo otwarcie sklepu lub rozpoczêcie wakacji? Tego wiedzieæ nie mog³em. A mo¿e mia³ on na myœli jakieœ inne czekanie. ci¹gn¹ca siê w¹sk¹ stru¿k¹ pamiêci niczym smuga kadzidlanego dymu. tylko melodia. ale czy nie lepiej poprosiæ go o jeszcze jeden zardzewia³y schmeiser? Jeœli zna ca³y las a¿ do Oliwy albo i dalej. wszystkie oczywiœcie dotycz¹ce Weisera. ¯ó³toskrzyd³y zosta³ zaopatrzony. do których nie przywi¹zywa³em wówczas szczególnej wagi. ta nostalgiczna melodia podzia³a³a na mnie koj¹co. zupe³nie ró¿ne od tego. postêpuj¹c za proboszczem Dudakiem i monstrancj¹: „Witaj Je-e-zu. przypomnia³em sobie tê sam¹ pieœñ. powolna i dostojna. a mo¿e zrobili mu coœ zupe³nie innego. Z gabinetu. I nawet nie jej s³owa. jak noga cierpnie mi jeszcze bardziej. Co nam poka¿e? A mo¿e – co z nami zrobi? Mo¿e nauczy nas lataæ. Tyœ jest Bóg praw-dzi-wy w Œwiê-tej Hos-ty-iii”. a ja poczu³em. po co tañczy³ w piwnicy nieczynnej cegielni? Piotr zgodzi³ siê. mimo zamkniêtych drzwi. czego nawet nie mo¿na siê by³o spodziewaæ? Szymek poruszy³ siê na krzeœle. ¿e by³oby to ciekawe. któr¹ œpiewaliœmy tego roku na Bo¿e Cia³o. A mo¿e Weiser zechce rozegraæ z nami prawdziw¹ 157 . Nie wiem dlaczego. Sy-nu Ma-ry-i. mo¿e wyciskanie s³onia po³¹czone ze skubaniem gêsi. niejedno móg³ wygrzebaæ w poniemieckich okopach. doszed³ nas krzyk M-skiego.

ale gdzie Weiser nauczy³ siê graæ w pi³kê. to czemu nigdy wczeœniej nie widzieliœmy w nim pi³karza. dlaczego sta³ zawsze na uboczu. która przez okno wyrzuca³a jak popadnie rzeczy swojego mê¿a. Dlaczego nie chodzi³ z nami na religiê? Po co mu Elka? Kto go nauczy³ poskramiania zwierz¹t? Nasze rozwa¿ania przerwa³a na chwilê pani Korotkowa. siedz¹c teraz na ziemi.grê wojenn¹? Po co przypatrywa³by siê naszym zabawom – wtedy. Chwiejnym krokiem zbli¿y³ siê do kupki swoich rzeczy i jak gdyby nic zacz¹³ siê ubieraæ – gniew ¿ony wyrzuci³ go z mieszkania w samych spodenkach i boso. œpiewaj¹c wcale nieŸle: „Adieu. – A skarpetki to pies? Pani Korotkowa nie zna³a litoœci. gdy dopasowa³ ju¿ obuwie. na brêtowskim cmentarzu? Ju¿ po obiedzie. i to a¿ tak? Nasza rozmowa bieg³a tym samym tropem. a my patrzyliœmy. moja droga Mulatko!”. – Draniu jeden. Dobrze. Pani Korotkowa nie by³a jednak Mulatk¹ i widocznie jej m¹¿ œpiewa³ tak sobie. jak pan Korotek. – Wynoœ mi siê zaraz i nie wracaj wiêcej! ¯eby ciê oczy moje nie widzia³y. siedz¹c na spróchnia³ej ³awce pomiêdzy sznurami z bielizn¹. pijaku! – krzycza³a. dla podniesienia na duchu. – Hej! – krzykn¹³ w górê. ¿eby ciê uszy moje nie s³ysza³y! Na ziemi wyl¹dowa³a ju¿ koszula. para spodni. wk³ada buty na bose stopy i jak prawa noga myli mu siê z lewym butem i odwrotnie. buty. opuœci³ podwórko marynarskim krokiem. adieu. gdy nagle z klatki schodowej wyszed³ pan Korotek. Wreszcie. przypominaliœmy sobie ka¿dy jego gest i ka¿de s³owo. gdy nauczyciel WF-u dzieli³ klasê na dwie dru¿yny i kaza³ nam graæ? Jaki mia³ cel w ukrywaniu swoich umiejêtnoœci? 158 . moja droga kochanko. bo zatrzasnê³a okno. Skoro w meczu z wojskowymi pokaza³ tak¹ klasê.

Za kilka dni lipiec dobiega³ koñca i mija³a po³owa wakacji. niczym rudera. jakich pe³no by³o na przedmieœciach Wrzeszcza i Oliwy. Jej budynek. ani zupa rybna w zatoce. Na pod³odze wala³y siê puszki po farbie. jesteœcie sami. Szymek zagl¹da³ do pieca. Punktualnie o szóstej byliœmy na skraju lasu. d³ugich jak piêæ godzin. czy spotka nas tu cokolwiek ciekawego. ChodŸcie za mn¹. w której tryb warunkowy i znak zapytania stanowi³y element g³ówny. strzêpy worków i kawa³ki tektury. lebiod¹ i trawami plac. o czym nawet nie mogliœmy mieæ pojêcia? Takie pytania wywo³ywa³y ciarki. powywracane wagoniki i rozebrany w trzech czwartych piec – to wszystko. który w nocy przypomina³ stare zamczysko. Zaczyna³em w¹tpiæ. Sterty przerdzewia³ego ¿elastwa. A teraz drugi. 159 . ale tym chêtniej je zadawaliœmy. coœ. za naszymi plecami us³ysza³em g³os Weisera: – Pierwszy warunek spe³niliœcie. Nad dachem kamienicy jaskó³ki œmiga³y z charakterystycznym dŸwiêkiem.A na dodatek. Do wejœcia podchodzi³o siê przez zaroœniêty perzem. gdy w wejœciu. ni to gwizdem. teraz wygl¹da³ niewinnie. a ja usi³owa³em przesun¹æ jeden z wagoników. Wewn¹trz panowa³ mi³y ch³ód. na którym od lat nie po³o¿ono ¿adnej ceg³y. jednak¿e ani to. ani nawet ekscesy pana Korotka nie mog³y odwróciæ naszej uwagi od sprawy zasadniczej. czy potrafi³ coœ jeszcze. ale ku naszemu zaskoczeniu nie by³o tam nikogo. niebo jak przez wszystkie dni tego lata przypomina³o sp³owia³y szmat b³êkitu. przegni³ej i cuchn¹cej pleœni¹. w czasie których Piotr kopa³ puszki. Dobrze. Minê³o piêæ minut. a my nadal ci¹gnêliœmy rozmowê. tam gdzie kiedyœ zaczyna³y siê sk³ady zrujnowanej cegielni. ni to piskiem. pan Korotek zd¹¿y³ ju¿ wróciæ z baru „Liliput” pijany do granic mo¿liwoœci ludzkich.

¿e nie jest wa¿na? – odpar³ Weiser i po jego pytaniu zapanowa³o nieznoœne milczenie. Przysiêga siê zawsze po to. Ani jedna deska nie wyró¿nia³a siê œwie¿ymi œladami hebla. wtedy. tymi samymi schodami. ale czy Weiserowi mo¿na siê by³o sprzeciwiæ? – A na co bêdziemy przysiêgaæ? – zapyta³ Szymek. wiadomo – przerwa³ Piotr – ¿eby nie zdradziæ tajemnicy.Bez s³owa ruszyliœmy w dó³. wszystko by³o w porz¹dku – klapa. Nikt jeszcze nie zapyta³ nas o coœ takiego wprost. – Dobrze – odpowiedzia³ Weiser – ¿eby nie zdradziæ tajemnicy. w piwnicy nieczynnej cegielni. nie 160 . ani jeden stopieñ nie zosta³ wprawiony z nowej belki. staæ siê mo¿e w¹tpliwa nawet dla doœwiadczonego cz³owieka. – S¹dzisz. to powiedzcie. – Wiêc na co bêdziemy przysiêgaæ? – powtórzy³ Szymek. – Musicie z³o¿yæ przyrzeczenie. Ale œladów katastrofy pró¿no by³oby szukaæ. kiedy przygwoŸdzi siê j¹ takim pytaniem. – W³aœciwie to tak – odpowiedzia³em za wszystkich. – No. bo przecie¿ skoro nie wiedzieliœmy. Czy jesteœcie gotowi? Oczywiœcie. Stanêliœmy na klepisku piwnicy. – Dlaczego pytaæ „na co”. gdy nasze oczekiwanie by³o niczym gor¹czka pal¹ca serce i wyobraŸniê. No. to musi byæ naprawdê wa¿na sprawa. ¿e niczego. Oczywistoœæ. byliœmy zaszachowani. schody i pod³oga zosta³y naprawione. a có¿ dopiero dla nas. – Bo jak na krucyfiks. nie byliœmy gotowi. co trzyma w zanadrzu. które zawali³y siê razem z drewnian¹ pod³og¹ wczorajszej nocy. czy wierzycie w ¿ycie pozagrobowe? Staliœmy stropieni. nie lepiej spytaæ „po co”? – zagadn¹³ Weiser. – Dlaczego mielibyœmy nie wierzyæ? – No dobrze – rzek³ Weiser – to przysiêgnijcie na ¿ycie pozagrobowe. co wam poka¿ê tu albo gdzie indziej.

zwisaj¹ce z sufitu wprost na izolowanych kablach. o czym powiem. wiod¹ce do obszernego pomieszczenia. umrzecie bez przysz³ego ¿ycia. to bêdzie kara za zdradzenie tajemnicy. Weiser kaza³ nam po³o¿yæ prawe d³onie na swojej lewej rêce i gdyœmy to uczynili. to by³a najprawdziwsza w œwiecie broñ: trzy niemieckie schmeisery. Zaraz obok wejœcia. obok których zobaczyliœmy Elkê. Zrozumieliœcie? Pokiwaliœmy g³owami w skupieniu. to nasz po161 . a Piotr wzi¹³ do rêki parabellum. ci¹gn¹c przewód od drogi do Matemblewa. ka¿demu z osobna poleci³ powiedzieæ: „Przysiêgam!”.wyjawicie nikomu i tylko to. a naszym oczom ukaza³o siê w¹skie przejœcie. By³a to d³uga sala. Tak. w których usuniêto œciany dzia³owe. Pomieszczenie oœwietla³y dwie mocne ¿arówki. – A tak siê wk³ada i odbezpiecza. Wtedy podszed³ do jednej ze œcian i pchn¹³ j¹ lekko. rosyjska pepesza. kiedy Elka otworzy³a pierwsz¹ skrzyniê i zobaczyliœmy w jej wnêtrzu prawdziw¹ broñ. Wtedy nie zwróci³em na to najmniejszej uwagi. próbuj¹c wyj¹æ magazynek. – Nie tak – Elka zabra³a mu pistolet. Ich resztki zaznacza³y siê wystaj¹cymi u³amkami cegie³ i kamieni. Szymek gwizdn¹³ z podziwem. po lewej stronie. A gdybyœcie wyjawili. gdyby was pytano. Staliœmy jak ma³e dzieci przed wystaw¹ sklepu z zabawkami i chocia¿ byliœmy ju¿ dzieæmi trochê wiêkszymi. dwa pistolety parabellum i dwa nagany. Któ¿ jednak zwraca³by uwagê na takie b³ahostki. ¿e Weiser musia³ pod³¹czyæ ca³¹ instalacjê sam. powsta³a z po³¹czenia trzech albo czterech komór piwnicznych. – Tak – pokaza³a. bêdziecie mogli opowiedzieæ. ale dziœ przekonany jestem. co wymaga³o nie lada sprytu i umiejêtnoœci. sta³y dwie skrzynie. jakich u¿ywali radzieccy oficerowie obok czêœciej spotykanych pistoletów TT.

czego nie potrafi³em okreœliæ. lœni¹ce oliwkowym blaskiem kolby. wrêczy³a mi odbezpieczone parabellum. i zabrzmia³o to jak kolejny rozkaz. by³y tak samo niecierpliwe i ³akome. a z prawego k¹ta. Makieta. partyzant do ¿andarma. Ale nie by³ 162 . na który nie zwróciliœmy do tej pory uwagi. A tu zobaczy³em coœ. podziwiaj¹c wypolerowane lufy. ale gdy skierowa³em lufê w kierunku makiety. – Mo¿esz strzelaæ – powiedzia³a. nie wiedzia³bym. Gdyby nie wszystkie filmy wojenne obejrzane w kinie „Tramwajarz”. sprawdzaj¹c spusty i iglice. i chcia³em wykonaæ jak najlepiej. gdy utonêliœmy w tych czynnoœciach zupe³nie. przynajmniej teoretycznie. rêka i nogi zaczê³y mi dr¿eæ ze strachu. któr¹ ujrza³em przez szczerbinkê. jak¹ przybraæ postawê. Wiedzia³em to wszystko. a na karku i skroniach poczu³em krople potu. zupe³nie jakbym mia³ strzelaæ do ¿ywego cz³owieka. a resztê zawiñcie w szmaty i w³ó¿cie do skrzyni.dziw i pragnienie. przytarga³ tekturowe makiety. ¿o³nierz radziecki do niemieckiego i odwrotnie. co przerazi³o mnie nie na ¿arty. Wykonaliœmy rozkaz bez szemrania. Gdy wiêc dotykaliœmy tych wszystkich cudownoœci. coœ. co zrobiæ z lew¹ rêk¹ i jak patrzeæ przez szczerbinkê na wierzcho³ek muszki. Elka wskaza³a na mnie palcem: – Bêdziesz strzela³ pierwszy. Za³adowa³a pistolet i kaza³a wszystkim stan¹æ za moimi plecami. Na wszystkich filmach bowiem cel by³ jasno okreœlony: konspirator strzela³ do agenta gestapo. Gdy Weiser wróci³ od przeciwleg³ej œciany. esesman do ¯yda. Weiser wydoby³ z drugiej skrzyni pude³ka z amunicj¹. gdzie ustawi³ makietê. zostawcie jedno parabellum. ¿eby dotkn¹æ tego wszystkiego w³asnymi rêkami. przedstawia³a popiersie M-skiego namalowane farbami wodnymi.

jak zreszt¹ ka¿dy prawdziwy pistolet. do którego mia³em strzelaæ. trzeci. ostatnia. czwarty – a¿ do wyczerpania magazynku i wszystkie kule trafi³y w œcianê powy¿ej albo obok makiety. mê¿czyzna. a wyraziste ³uki brwiowe i osadzenie oczu nie pozwala³y ¿ywiæ w¹tpliwoœci. ile ³usek upad³o na ziemiê. ile musia³ æwiczyæ. drugi odstrzeli³ kawa³ek lewego w¹sa i poca³owa³ M-skiego w prawy policzek. – Strzelasz czy nie? – s³owa Elki zabrzmia³y jak szyderstwo. zanim doszed³ do takiej perfekcji. gdzie na czapce z wysokim denkiem widnia³ niemiecki orze³ ze swastyk¹. Czy muszê dodawaæ. jeden po drugim i ujrzeliœmy na 163 . ¿e dopiero Weiser pokaza³ klasê? Nie wiem. jakim widzieliœmy go w szkole. orze³ jest nieruszony – powiedzia³. Tak. nie wiem. – Gapa. – Trafi³eœ w samo kó³ko. Pierwszy trafi³ tylko dwa razy w czo³o. to znaczy taki. wracaj¹c do nas. gdy ja rozprostowywa³em palce zaciskane przy kolejnych szarpniêciach kolby. podszed³ do M-skiego i wsadzi³ palec w dziurê po pocisku. wywierci³a dziurê dok³adnie w miejscu. tu albo gdzieœ w lesie. jakby tego by³o ma³o. tote¿ strza³y Piotra i Szymka nie by³y wiele lepsze od moich. na manifestacjach albo na jednej z polan oliwskiego lasu. Ten pomys³ móg³ przyjœæ do g³owy jedynie Weiserowi. Weiser odda³ szeœæ strza³ów. poczu³em lêk i przera¿enie. Na dodatek. Tekturowy M-ski mia³ domalowane wielkie.to zwyczajny M-ski. by³o za ciê¿kie dla naszych ch³opiêcych d³oni. a Weiser. nosi³ czapkê oficera Wehrmachtu. drugi. sumiaste w¹sy. Strzeli³em wiêc – raz. jakby z niedowierzaniem. Parabellum. do kogo mia³ byæ podobny. gapa trafiona! – krzycza³ Piotr. Jedna tylko. chocia¿ od pewnego czasu wielkie jak przeœcierad³a portrety zniknê³y z ulic i wystaw naszego miasta.

Tym razem by³ to równie¿ M-ski. I najprawdopodobniej nigdy jej nie by³o. oddzielone nosem M-skiego. jaka by³a polityczna orientacja Weisera. ale w mundurze amerykañskiego genera³a z II wojny. czuj¹c na podniebieniu smak ceglanego py³u i maj¹c w uszach huk wystrza³ów. taki sam. drugie – dziedziniec wawelskiego zamku. na widok takiego skarbu szerzej otwiera³ oczy. a Weiser jak poprzednio zdystansowa³ nas swoimi trafieniami. zwrócone ku sobie tak. ¿e tworzy³y rodzaj gwiazdy. Ale to nie wszystko. Tym razem wystrzela³ na twarzy makiety dwie litery – US. jaki widzieliœmy na wielu filmach wojennych. Jeden tylko detal odpowiada³ poprzedniej gapie z czapki. Strzelaliœmy kolejno i znów nie najlepiej. po których niczym smugi œwiat³a bieg³y paski celofanowych ochraniaczy. z tekturowymi stronami. Pod ko³nierzykiem koszuli. Tak. Bo có¿ mo¿e ³¹czyæ M-skiego. M-ski-Amerykanin mia³ zawieszony ¿elazny krzy¿. Poza gap¹ i ¿elaznym krzy¿em oczywiœcie. kiedy s³yszê plask upadaj¹cych na klepisko ³usek. Czy zreszt¹ w ogóle interesowa³ siê polityk¹? Nic poza makietami na to nie wskazuje. kto jak Piotr by³ w tamtych latach zbieraczem znaczków. Kiedy wy³awiam z pamiêci tamten wieczór. Ka¿dy. Elka zmieni³a makietê. w sztywnych ok³adkach. Stalina i genera³a Eisenhowera? Nie ma w tym ¿adnej konsekwencji. Wewn¹trz. Gdy Elka usunê³a makietê. nie wiem doprawdy. Znaczki by³y bez stempli i Weiser u³o¿y³ je wed³ug kolo164 . Weiser wyci¹gn¹³ ze skrzyni na amunicjê klaser. w miejscu gdzie ka¿dy ¿o³nierz nosi zawi¹zany krawat. na wszystkich niemal stronach le¿a³y pouk³adane w równe rzêdy znaczki Generalgouvernement dwojakiego rodzaju: jedne przedstawia³y Hitlera.twarzy M-skiego dwa równoboczne trójk¹ty. gdzie w latach okupacji rezydowa³ Hans Frank. najprawdziwszy klaser.

œlini¹c uprzednio ka¿d¹ sztukê.rów – najpierw sz³y czerwonobrunatne. Tyle tylko ¿e kolekcja Weisera nie by³a zwyczajn¹ kolekcj¹ znaczków. Tych z Hitlerem by³o zdecydowanie wiêcej. – Klej trzyma jak nowy! On tymczasem sprawdzi³ magazynek i stan¹³ w rozkroku. prawie ze wszystkich stron. nie wiêkszy od zapa³czanego ³ebka. Do ka¿dego strza³u nie sk³ada³ siê d³u¿ej ni¿ trzy sekundy. gdy Weiser zbli¿a³ siê z powrotem. Kula trafiaj¹ca w znaczek rozszarpywa³a go w ca³oœci i tylko w niektórych punktach widaæ by³o pojedynczy z¹bek albo kawa³ek kolorowego papieru. – Dobra robota – powiedzia³a Elka. trzeba by³o nie lada wysi³ku. patrzy³a na nas ponura twarz z w¹sem. równymi szeregami jak na paradzie. nastêpnie zielone i na koñcu kolekcji stalowoniebieskie. Weiser z³o¿y³ parabellum do skrzyni i kaza³ nam wracaæ do domu. Pamiêtam. ¿e kiedy podeszliœmy do œciany. 165 . – On móg³by ju¿ teraz wystêpowaæ na olimpiadzie – powiedzia³a z dum¹ Elka. razem wiêc ca³a operacja trwa³a nie wiêcej ni¿ dwadzieœcia sekund. w których przyklejony zosta³ kanclerz III Rzeszy. zamkn¹³ klaser i podszed³ ze znaczkami do przeciwleg³ej œciany. gdzie przyklei³ je do cegie³. zupe³nie jak na zawodach. dalej zgni³ozielone. licz¹c po jednym strzale na podobiznê. bo kiedy ju¿ obejrzeliœmy ca³y zbiór. Z piêciu Adolfów nie pozosta³ ¿aden. a w jêzyku zbieraczy nazywa³o siê je zwyczajnie Adolfami. Weiser wydoby³ piêæ czerwonobrunatnych podobizn kanclerza. by odnaleŸæ miejsca. znaczki te skupowa³ sklep filatelistyczny na Starym Mieœcie. – Ale Adolfów! – wyszepta³ Piotr. – W sklepie za sztukê daj¹ dwa z³ote! W istocie.

ani tym bardziej Elki. mogliœmy odt¹d uwa¿aæ Weisera za swojego dowódcê. a parabellum nie mia³o magazynka i pozbawione by³o iglicy. Weiser nie powiedzia³: „Nauczcie siê strzelaæ i róbcie to tak. Druk by³ przedwojenn¹ instrukcj¹ strzeleck¹ dla broni krótkiej. gdy zobaczyliœmy. odsuwa nas od najwa¿niejszego. ¿e bêdziemy jego partyzantami. w ca³kiem innych okolicznoœciach? W taki sposób zatem rozbroi³ nasz¹ ciekawoœæ i skierowa³ j¹ na ca³kiem inne tory. a na razie macie to – wrêczy³ Szymkowi jak¹œ ksi¹¿eczkê – i to – poda³ mi inne parabellum. nigdy nie zapytaliœmy go. Odebra³ od nas przysiêgê. Jeszcze przed wejœciem do lasu obejrzeliœmy ksi¹¿eczkê i pistolet. wiêc jak w³aœciwie mia³o byæ inaczej? Byæ mo¿e jednak nie spodziewa³ siê. a potem nastêpne zabawki i od czasu do czasu sprawdza³. da³ instrukcjê i rozbrojony pistolet. pokazuj¹c swoj¹ strzelnicê. ¿e maskowa³ w ten sposób swoj¹ prawdziw¹ dzia³alnoœæ. dzisiaj natomiast myœlê. Co mia³ zrobiæ w tej sytuacji? Da³ nam do rêki zabawkê. ¿e daj¹c nam pistolet. Bo czym wobec mówienia cudzym g³osem w niezrozumia³ym jêzyku. Bo tamtego dnia. Ale snu³em przecie¿ przypuszczenie. czym wobec lewitacji by³y jego strzeleckie popisy? Tak. ¿eby nikt nie widzia³”. jak potrafimy nakrêcaæ ich mechanizmy. nie chcia³ mieæ ¿adnych œwiadków oprócz Elki. mo¿e mia³o to nast¹piæ póŸniej. Faktycznie. Kto zachowuje siê w ten sposób? Nie mog³em tego wiedzieæ w sekretariacie szko³y.– Za kilka dni dam wam znaæ i przyjdziecie tutaj. Nie przysz³o nam do g³owy. ¿e przez ca³y czas czyha³ na nasz¹ obecnoœæ. o tamt¹ noc i szaleñczy taniec. ¿e tak prêdko go wyœledzimy. mogliœmy nawet przypusz166 . mogliœmy myœleæ. jak tañczy przy dŸwiêkach fletni Pana i jak unosi siê w powietrze. gdy byliœmy œwiadkami jego transu – wtedy nie spodziewa³ siê nas. Tak.

jakby ciê nic nie wzrusza³o. jak ktoœ obcy. piasek i sosnowe ig³y i dopiero po chwili zagadn¹³em: – Jesteœ tam? – Tak. siadam na skraju p³yty i chwilê trwam w milczeniu. czy to ju¿ dzieñ Wszystkich Œwiêtych? – Nie. – Tutaj niewiele mo¿e wzruszaæ. Tak samo tego wrzeœniowego popo³udnia – najpierw zgarn¹³em z cementu liœcie. ¿e wszystko to skoñczy siê powstaniem.. a wiêc dwadzieœcia piêæ miesiêcy temu zdecydowa³em siê na tê rozmowê. – Mówisz.. co chcia³ nam przekazaæ albo o czym przekonaæ – nas. – Mówisz. Ka¿dy z nas przyzwyczaja siê wtedy do obecnoœci drugiego. Weiser – jeœli mo¿na u¿yæ w tym miejscu porównania – wprowadzi³ nas do przedsionka swojego sanktuarium i zas³onê pokaza³ jako œcianê koñcow¹. lecz nie musieliœmy zastanawiaæ siê. dobiega koñca paŸdziernik). Piotrze. Dlaczego nic nie odpowiadasz? Nie obchodzi ciê to? – Jak ktoœ zajmuje siê polityk¹. pozostawa³ wiêc Piotr. nieœwiadomych niczego? Nie by³ to temat na rozmowê z Szymkiem ani z Elk¹. 167 . – Nie wierzê. – Czemu przyszed³eœ? Nie mówisz nic? – Szymka aresztowali! – Co siê sta³o? – Drukowa³ ulotki i siedzi. Tylko. musi braæ pod uwagê takie sytuacje. Zawsze kiedy przychodzê do Piotra. z którym nie mówiliœmy nigdy o Weiserze.czaæ. kiedy to piszê. a dok³adniej dwa lata i jeden miesi¹c (bo teraz. Dopiero dwa lata temu. dlaczego cz³owiek mo¿e lewitowaæ pó³ metra nad ziemi¹. – Bo jestem obcy.

I by³a to ostatnia rozmowa na temat Weisera. jestem zmêczony”. a tak¿e wiele dobrych chêci i jeszcze lepszych domy168 . ¿e ciê nie ma? – Mia³eœ przychodziæ tylko raz do roku i nie zadawaæ ¿adnych pytañ. jestem zmêczony. aby to wszystko wyjaœniæ. Milczeliœmy. czemu? – Nie daje mi spokoju. czy¿byœ zapomnia³? – Nie zapomnia³em. – Dlaczego milczymy. – Nie strasz mnie. Nad cmentarzem. – Wcale nie straszê. a wiatr niós³ pomiêdzy rzêdami kamiennych nagrobków wyschniête trawy i liœcie. od kilku lat coraz bardziej. Nie tylko o nim. Tak. Mieliœmy zatem instrukcjê. gdzieœ z oddali dobiega³y nas dŸwiêki pogrzebowej pieœni. – Wiêc co? – Muszê zapytaæ o Weisera! – Musisz. ¿eby zostawiæ kilka niedorzecznych przypuszczeñ i pytañ? ¯eby nam zabiæ æwieka na dobrych parê lat? Dlaczego nie odpowiadasz. parabellum bez magazynka oraz iglicy. bardzo wysoko bucza³ samolot. Piotrze? Dlaczego udajesz teraz. a teraz ju¿ idŸ. gdy¿ nie by³o innego sposobu. PóŸniej zacz¹³em pisaæ. jak¹ prowadzi³em lub raczej usi³owa³em prowadziæ. to s¹ oczywiste rzeczy.– Sam siê kiedyœ przekonasz. Dwadzieœcia piêæ miesiêcy temu us³ysza³em od Piotra: „A teraz ju¿ idŸ. – Zgad³eœ. ale dla mnie… – Nie ma wyj¹tków. ¿e nie przyszed³eœ wcale powiedzieæ mi o Szymku. – Dla mnie nie takie oczywiste. Do czego byliœmy mu potrzebni? Po co wci¹ga³ nas w swoje sprawy? Czy tylko po to. Piotrze. Piotrze? – Mo¿e dlatego.

s³ów. Weiser przesta³ byæ cudotwórc¹. PóŸniej mê¿owie zak³adali bia³e koszule. która przy trzydziestu dwóch stopniach i tak nie zabija³a zapachu potu. Wszystkie oczy zwrócone by³y na nich. Na koniec. jakby to ich modlitwy mia³y najwiêksz¹ moc. d³ugim i w¹skim jak ³ódŸ wikingów. 169 . Nie pozwoli³a mi nawet oddalaæ siê d³u¿ej ni¿ na pó³ godziny. Z lekkomyœlnoœci¹ i swobod¹ typow¹ dla m³odego wieku nasze myœli o nim przesunê³y siê bardziej w kierunku Robin Hooda czy majora Hubala ni¿ w stronê chaldejskiego maga lub jarmarcznego sztukmistrza. Delegacja rolników i rybaków klêcza³a w pierwszyzn rzêdzie. œpiewy. Tyle dowiedzia³em siê od matki. huk organów. modlitwy. Zanim weszliœmy do katedry. ¿ebym siê gdzieœ nie zapodzia³. a niektórzy. I nie by³o na to rady. nie bacz¹c na upa³. w jakich s³owach zwróci siê do umêczonego ludu. codziennie o godzinie osiemnastej. pewnie w obawie. us³ysza³em suplikacje œpiewane tysi¹cem g³osów. Æwiczenia jednak zosta³y opóŸnione. odœwiêtne garnitury. czyli o deszcz. Najpierw we wszystkich domach matki pilnowa³y mycia i ubrania swoich dzieci. przejêtej tym od samego rana. Nastêpne nabo¿eñstwa mia³y siê odbywaæ w poszczególnych parafiach. wody koloñskiej i wypalonego kadzid³a zmiesza³y siê w jedno potê¿ne b³aganie o deszcz i odwrócenie nieurodzaju na polach i w zatoce. gdy by³em ju¿ w jej wnêtrzu. Obecnoœæ na pierwszym. A póŸniej. wi¹zali jeszcze krawaty i przywdziewali czarne. Nastêpnego dnia rozpoczyna³ siê bowiem tydzieñ modlitw w intencji rolników – tak nazywa³y siê nabo¿eñstwa o przywrócenie ³adu w naturze. wyprowadzili swoje rodziny na ulicê i pieszo albo tramwajem zmierzali w kierunku oliwskiej katedry. zapach ludzkiego potu. uroczystym nabo¿eñstwie zapowiedzia³ biskup i wszyscy byli ciekawi. skropieni wod¹ koloñsk¹.

nasi przodkowie sk³adali krwaw¹ ofiarê w celu przeb³agania swoich bóstw i wyproszenia deszczu! Ale my. mocny. wielu z was na z³¹ zesz³o dro170 . moi mili. – Umi³owani w Chrystusie Panu – ci¹gn¹³ biskup – grzech czêsto sprowadza nas na z³¹ drogê i odwodzi od Boga. A wtedy Bóg doœwiadcza nas. – Teraz – mówi³ biskup – zastanówmy siê wspólnie. z³o¿y³ ofiarê najwiêksz¹ i ostateczn¹. wolni jesteœmy od zabobonu i fa³szywej wiary. grzechu i nieprawoœci goœci³o w naszych sercach i jak bardzo rozgniewa³o to Pana. powrócili na drogê cnoty i ³aski. abyœmy opamiêtali siê. rozpusty. pytam?! W katedrze zaleg³a g³ucha cisza. abyœmy odrzucili fa³szywych proroków i wszelkie pokusy! „Od g³odu. œwiêty a nieœmiertelny. œwiêty. rybaków i nas wszystkich! Zahucza³y organy. Chrystus. pra³aci i wielmo¿e z wielkich portretów. na których Bóg przela³ sw¹ mi³oœæ i ³askê w osobie Maryi i Jej Syna.– W czasach pogañskich – mówi³ biskup ton¹cy gdzieœ daleko w z³otych girlandach ambony – gdy przychodzi³a susza. ilu z was w swej zatwardzia³oœci i g³upocie odrzuci³o wiarê i Boga dla ³atwiejszego – jak mniemali zapewne – ¿ycia? Ilu z was. – Odpowiem. fa³szywych bo¿ków. który za nas przela³ krew. my. którzy wyznajemy Ewangeliê. wielu z was zgrzeszy³o przeciw przykazaniom Pañskim. ile z³a. „Œwiêty Bo¿e. ¿e biskupi. Wielu z was. który nas doœwiadcza! Ilu z was sta³o siê wyznawcami mamony. Opuszczone g³owy pokornie przyjmowa³y gorzkie s³owa pasterza. ten Chrystus wys³ucha naszych pokornych próœb w intencji rolników. wisz¹cych na œcianach. zmi³uj siê nad nami” – wyrwa³o siê z tysiêcy garde³. Panie” – zabrzmia³o pod wysokimi jak niebo sklepieniami. œpiewali razem z nami. Œpiewali wszyscy i jestem pewien. wojny i niespodziewanej œmierci wybaw nas.

„Gdyby nie on”. Je-zu. jak ciê b³a-ga lud! S³u-chaj. czyni¹c pokutê. srebrne.gê! Dlatego proœmy. dmucha³y w dmuchawy. gdzie obraca³y siê wielkie gwiazdy. a ja patrzy³em do ty³u. s³u-chaj. Ludzie ukradkiem ocierali ³zy. – A bo to mo¿na ludziom wierzyæ? – zaperzy³a siê druga – Do koœcio³a jeden z drugim chodzi. rusza³o siê i gra³o na chwa³ê wieczn¹. gdzie wszystko to z³ote. proœmy Maryjê. dzwoni³y w dzwonki. tak. „nie spad³aby ani kropla deszczu”. u-czyñ z nami cud!”. Ale ulewa nie trwa³a nawet pó³ godziny i zaraz po niej niebo wypogodzi³o siê i znów wszystko by³o jak poprzednio: cuchn¹ca zupa rybna w zatoce. i s³ucha³em. proœmy o zes³anie obfitych ³ask niebieskich. bo to niby dla robotników pewniejsza wiara ni¿ Ewangelia! 171 . których. Po s³owach pasterza jeszcze mocniej. Wieczorem nad miastem przeci¹gnê³a burza. zaraz odpowie. pierwsza tego lata. niby to nawet modli siê do Najœwiêtszej Panienki. amen. ¿e tylko w Marksa wierzy. ze zdwojon¹ si³¹ zabrzmia³y organy. a gdy sekretarz zapyta o przekonania. a susza w ziemi. aby wyjedna³a nam przebaczenie u Syna i Ojca. duchota w powietrzu. gdzie puco³owate jak amorki twarze dê³y w piszcza³ki. marmurowe i drewniane brzmia³o. a œwi¹tynia wype³ni³a siê po brzegi b³agalnym: „S³uchaj. pada³oby przez trzy dni i noce. Po wyp³acie upije siê jak œwinia. gdzie sta³y anio³y z krzywymi jak szable tr¹bami. mówiono. – Tak. Nastêpnego dnia rano sta³em w sklepie Cyrsona. i wszyscy ludzie upatrywali w tym znaku Bo¿ego. co mówi¹ kobiety z kolejki. a w domu i w pracy o wszystkim zapomina. jeœli nie zabraknie. dok¹d matka pos³a³a mnie po kartofle. moja z³ota – dowodzi³a jedna – gdyby tak wszyscy przyst¹pili do sakramentów. i ziemskich brakn¹æ nie bêdzie. jak te¿ szczególnej œwiêtoœci Jego Eminencji biskupa. uderza³y w trójk¹ty i blachy. ze skruch¹ w sercach.

moja wina. wydoby³a zza pazuchy drewniane klamerki i wiesza³a majtki. Niedoczekanie! – Zobaczycie. – Znowu uchleje siê jak wieprz i nie przyniesie wyp³aty! 172 . Pech chcia³. wychodz¹c do pracy.moja wina. to na pewno bêdzie wojna. wyzna³oby: . – Co teraz bêdzie? Skaranie boskie z ch³opami! – Tu postawi³a kosz na ziemiê. ¿e w katedrze zamiast biskupa w z³otych girlandach ambony powinien staæ ¯ó³toskrzyd³y i ¿e lepiej by by³o. bo pomyœla³em zaraz. – Skaranie boskie – powtarza³a. najwyraŸniej przez pomy³kê. gdyby jak on mówi³ o krwi. jajka i kartofle – dowodzi³a pierwsza. gdyby wierni zamiast s³ów nadziei i mi³oœci wys³uchali strasznych przepowiedni szaleñca. A ja nie s³ucha³em ju¿ dalej tych wynurzeñ. – Jak ceny id¹ w górê. Gdzieœ ko³o drugiej zobaczy³em pani¹ Korotkow¹ z koszem pe³nym bielizny. Poprzedniego dnia Piotr schowa³ parabellum w swojej piwnicy. rozpostar³ przed zgromadzonymi groŸny obraz zniszczenia i gniewu Pañskiego. opowiem. koszule i œcierki na sznurze. – Na tak¹ suszê nic nie poradzi! – Jeszcze z tego wojna bêdzie – przestraszy³a siê druga. trupach i karze za niewiernoœæ – myœla³em – na pewno wiêcej ludzi pad³oby na kolana i bij¹c siê w piersi. Gdyby biskup. ¿e podro¿eje m¹ka. – Ojej! – mówi³a... a w czyim ¯ó³toskrzyd³y? Zamiast odpowiadaæ. – Gdybym z takim znalaz³a siê w niebie.– I to ma byæ katolik? – wtr¹ci³a siê trzecia kobieta. zabra³ klucz ze sob¹. co by³o dalej. nudz¹c siê przeokropnie w wysuszonym na wiór ogródku ko³o domu. ¿e jego ojciec. Tylko w czyim imieniu mówi³ biskup. a klucz od k³ódki po³o¿y³ na komodzie w przedpokoju mieszkania.. moja bardzo wielka wina!”. I teraz musieliœmy czekaæ na jego powrót. jak ¯ó³toskrzyd³y.

zawsze tam siedzi.I nagle po raz pierwszy poczuliœmy solidarnoœæ z pani¹ Korotkow¹ i ze wszystkimi matkami i ¿onami naszej kamienicy. wiecie. proszê pani! – A trochê póŸniej? – PóŸniej. proszê pani. do „Liliputa”. – Ca³y dzieñ zmarnowany – powiedzia³em. Wtedy podejdŸcie do niego i. ¿e jestem chora i ¿e przyjecha³o pogotowie. bo przecie¿ to by³ dzieñ wyp³aty! – Nie wróci o czwartej – zauwa¿y³ Piotr. tak o trzeciej. tak sobie siedzimy.. ¿eby mnie zabraæ do szpitala. – To co robimy? Z nieoczekiwan¹ pomoc¹ przysz³a nam pani Korotkowa. ¿e ojciec Piotra.. tam gdzie piwo sprzedaj¹. nic. urwisy? 173 . co? – Dobrze. proszê pani. pójdziecie. czy pan Korotek wróciæ mo¿e do domu równie dobrze o szóstej. dobrze? Zrobicie to. taka drobnostka. tylko co mamy zrobiæ? – O. zatrzyma³a siê obok nas i zagadnê³a: – Co tu robicie. barania g³owo – ¿achn¹³ siê Piotr – to siedzia³byœ tutaj od rana? Nie trzeba by³o nic mówiæ. wpó³ do czwartej? – Raczej nic. ch³opcy. nic. proszê pani? – No. podobnie jak mój. – Jakbyœmy mieli drugi klucz do piwnicy. proszê pani! – A pomo¿ecie mi ch³opcy. ch³opcy? – E. Wracaj¹c z pustym koszem. – A jak zgubi klucz? Poprzednim razem – wyjaœni³ – zgubi³ ca³y portfel i dokumenty! – A drugiego nie macie? – zapyta³ Szymek. wiedzieliœmy. powiedzcie. – A obiad jedliœcie ju¿? – Tak. – I nic nie macie teraz do roboty? – Nic. co o dwunastej w nocy. najlepiej na stronie. to znaczy kiedy. i zobaczycie mojego.

Codziennie od rana. czeka³ na nich bar „Pod Kasztanami” i dopiero stamt¹d przyje¿d¿ali tutaj. za paskiem spodni. W „Lilipucie” nie sprzedawano wódki. zaraz przy drugiej bramie. i ¿eby pan Korotek szybko do domu wraca³. i ¿e pani¹ zabior¹ do szpitala. przynajmniej raz w miesi¹cu i w krótkim czasie uwalniali siê od trosk codziennego bytowania. w kieszeniach marynarek. Bar „Liliput” nale¿a³ do kategorii l okali. jak wyci¹gn¹æ od Piotrowego ojca klucz do piwnicy. w jego wnêtrzu i maleñkim ogródku gromadzi³y siê grupy pij¹cych mê¿czyzn. a w taki dzieñ jak ten. – To co macie powiedzieæ mojemu? – ¯e pani zachorowa³a i ¿e jest pogotowie. Wszyscy mê¿czyŸni mieszkaj¹cy w naszej czêœci Górnego Wrzeszcza zachodzili tu po pracy. tak? – Nie zapomnimy. – O tak. by zamówiæ parê kufli pienistego piwa i wzmocniæ je odpowiednio przezroczystym p³ynem. – To nie zapomnicie. myœli o przysz³oœci i nieprzyjemnych wspomnieñ. p³ot z drucianej siatki wygiêty by³ jak 174 . du¿e kino. tam gdzie przylega³a do nich niegdyœ garnizonowa. ¿eby niczego nie podejrzewa³. którzy pracowali w stoczni. Bo ¿e bêdzie razem z panem Korotkiem. klienci przynosili j¹ sami w teczkach. któr¹ tego lata zamkniêto i przerabiano na nowe.– Zrobimy. gwar rozmów s³ychaæ ju¿ by³o z daleka. tramwajem linii numer dwa albo kolejk¹ elektryczn¹. proszê pani. do „Liliputa” trafiali porz¹dnie ju¿ wtr¹bieni. do których zwyczajowo nie wchodzi ¿adna kobieta. Kiedy dwadzieœcia po trzeciej naszym oczom ukaza³ siê wyblak³y. po to. proszê pani – i w myœlach uk³adaliœmy ju¿ plan. a po wojnie ju¿ tylko ewangelicka kaplica. Bar „Liliput” mieœci³ siê vis à vis pruskich koszar. zw³aszcza w gor¹ce dni. Po drodze. pójdziemy. ¿ó³ty szyld baru. Ci. nie by³o ¿adnych w¹tpliwoœci. z³ote z was ch³opaki – uœmiechnê³a siê szeroko. proszê pani.

którzy pracowali przy zamianie ewangelickiej kaplicy na kino. a obok niego ojciec Piotra. krzykn¹³ do pana Korotka: – Te. gówniarzu. – Co racja. jakie mog¹ byæ skutki zaniedbañ w stroju i obyczaju. Nie widzieliœmy tego. Podeszliœmy pod krzak bzu od strony ulicy i stoj¹c w cieniu liœci. postêpowa³a coraz szybciej. rêka uschnie! – Niby dlaczego? – Bo jak siê krzy¿ zdejmuje z poœwiêconego miejsca. 175 . zapnij se pod szyj¹. ale to. a nie naradami! – Pewnie – przytakiwa³ mu jeden z nieznajomych. co nast¹pi³o póŸniej. ale nie zapi¹³ rozporka. to racja! Wszyscy tr¹cili siê kuflami i wypili. tych samych. uzupe³niana przez pozosta³e g³osy. ha³asuj¹cych i gestykuluj¹cych cia³. Pan Korotek wychyli³ zawartoœæ kufla do koñca. Potem odwróci³ siê znów do kompanów. bo ci kanarek wyleci – i kupa stoj¹cych wokó³ mê¿czyzn zarechota³a z uciechy.œciana beczki za spraw¹ st³oczonych. tu¿ obok krzaku bzu sta³ pan Korotek. chwytaliœmy ich s³owa. – Zanim siê upije – zaproponowa³ Szymek – pods³uchajmy. W samym k¹cie. rozpi¹³ rozporek i sika³ na krzak bzu mocnym strumieniem o ¿ó³tym zabarwieniu. przekona³o nas. Któryœ z murarzy. Lecz temat widocznie zosta³ wyczerpany. mój i jeszcze jacyœ dwaj mê¿czyŸni. Mój ojciec wydoby³ z teczki butelkê i dola³ po kolei do ka¿dego kufla trochê wódki. ka¿dy z kuflem w d³oni. o czym rozmawiaj¹. – Gówno – krzycza³ pan Korotek – gówno mi zrobi¹! Niech brygadzista zajmie siê podzia³em premii. bo pan Korotek odwróci³ siê w nasz¹ stronê. otar³ usta rêkawem koszuli i odpowiedzia³: – A tobie. rêka uschnie prêdzej czy póŸniej! Dalsza wymiana zdañ.

filozof! – Jak p³ac¹. trafiaj¹c w kogoœ przypadkowego. Kompani trafionego rzucili siê na murarzy. towarzyszu. który przelecia³ nad g³ow¹ przeciwnika. i Matka Boska ci nie pomo¿e! – Zaszczany obroñca Matki… – i tu murarz nie zd¹¿y³ ju¿ dokoñczyæ. piêœæ zderza³a siê z piêœci¹. do³o¿yli nie temu. kufel 176 . niemiecka! – Luterska. – Ty te¿ robisz. krzy¿ zawsze ten sam. gówniarzu. broni¹c kolegi. grzecznoœci mogê ciê nauczyæ! – Spróbuj tylko! – Jak zechcê. to spróbujê! – Znalaz³ siê zaszczany obroñca wiary. Hej! s³yszycie. no. to robisz! – Ty za pieni¹dze w³asne gówno byæ zjad³. ostro¿niej trochê! – Bo co? – Bo ci. Murarze. cha. to z towarzyszem mamy pogawêdkê. twój kutas odpadnie! – Proszê.– To luterska kaplica. a co dopiero krzy¿ zdejmowaæ! – No. kurwa. jak siê mamuœka nazywa³a. Pierœ dotyka³a piersi. poniewa¿ ci stali najbli¿ej. komu trzeba. jak siê towarzysz wyra¿a? – A nie podoba siê?! – W partii was ucz¹ zwracaæ siê do starszych?! – Masz coœ do partii? – Mam czy nie mam. cha! – Powtórz jeszcze raz! – Bo co? – Zapomnisz. I nagle zawrza³o. nie luterska. co ci ka¿¹! – Patrzcie go. bo pan Korotek cisn¹³ w niego pustym kuflem. Na u³amek sekundy gwar rozmów przycich³.

niejeden raz s³ysza³em je póŸniej przytaczane przez m¹drzejszych od niego. Dlaczego zamiast opowiadaæ dalej. a w koñcu ca³kiem nie do pojêcia – zdania wypowiedziane przez ró¿ne osoby. ¿eby tylko nie zostaæ w kotle. Kilkunastu mê¿czyzn upad³o na chodnik. a my pó³ godziny póŸniej mieliœmy parabellum i nasze æwiczenia mog³y siê rozpocz¹æ. Zdezorientowani przechodnie zwalniali kroku. rzucaj¹c pytaj¹ce spojrzenia. zrozumia³e niby i oczywiste. Co znaczy. ¿e opatrzono to zdanie tyloma m¹dry177 . o czym œwiadczy³y wylatuj¹ce razem z szybami i futryn¹ kawa³ki potrzaskanego stolika. które przy odrobinie uwagi staj¹ siê nagle pe³ne niejasnoœci. Po chwili walka rozgorza³a równie¿ wewn¹trz baru. powtarzam? S¹ takie zdania. Wiêc co by³o na pocz¹tku? Ob³ok kadzidlanego dymu. Có¿ st¹d. wracam. dlaczego siê bij¹ i po co. Dziêki rozpiêtemu rozporkowi pan Korotek – chocia¿ z podbitym oknem i zakrwawion¹ koszul¹ – by³ w domu przed szesnast¹. który tu zaraz bêdzie. ale nawet walcz¹cy nie potrafiliby wyjaœniæ. ujrzeliœmy. diabelnie powik³ane. jak spod kupy pijanych cia³ wype³zaj¹ kolejno pan Korotek. na przyk³ad: „Królestwo moje nie jest z tego œwiata”? Proboszcz Dudak t³umaczy³ nam te s³owa niejednokrotnie.wali³ po g³owie. z którego wy³oni³ siê nieoczekiwanie Weiser. ¯o³nierze z pobliskich koszar zdjêli swoje ciê¿kie pasy i lali gdzie popadnie. ojciec Piotra i mój i jak szybko umykaj¹ w stronê domu. – Ratuj siê. kto mo¿e! I kiedy od strony Grunwaldzkiej coraz wyraŸniej dochodzi³o wycie syreny. noga kopa³a nogê. Ci¿ba par³a teraz na p³ot i zardzewia³a siatka pêk³a jak papierowy sznurek. cofam siê. – Milicja! Milicja jedzie! – krzykn¹³ ktoœ ostrzegawczo. które przypominamy sobie niespodziewanie i które nie daj¹ nam wówczas spokoju.

co zawiera? Kiedy czytam je g³oœno albo po cichu. Naturalnie nie jest to ¿adna prosta analogia. Tak samo by³o. a na koniec rozpacz. Weiser nigdy nie wypowiada³ siê w naszej obecnoœci na tematy religijne. z okna na drugim piêtrze wstrzyma³ nas g³os matki Piotra: – A wy. jak siê zdaje. Parê minut po pi¹tej. zapomnieliœcie? Nie by³o rady. Bo nie jest to zdanie oczywiste ani jasne. Na czym wiêc skoñczy³em? Tak. Jeœli jednak przyrównaæ jego ¿ycie do takiego zdania. Wszystko na tym œwiecie wydaje siê mieæ swój pierwo178 . za którymœ razem oka¿e siê w koñcu zdumiewaj¹co proste. nie mia³ dostêpu. ¿e to co niezrozumia³e. ¿e mówi³a jako matka nas wszystkich. ch³opcy. kiedy myœlê o nim raz jeszcze i nie ostatni. istnia³o przecie¿ i nadal istnieje coœ takiego jak miêdzynarodówka wszystkich matek pod s³oñcem. otwieraj¹c bezszelestnie usta. a có¿ dopiero mówiæ o jego ¿yciu wewnêtrznym. a raczej jest z Weiserem: jego krótkie pojawienie siê i odejœcie przyrównaæ mogê jedynie do takiego zdania – oczywistego na pozór i ³atwego do zrozumienia. ¿e wyjaœniono w³aœciwie wszystko. ani te¿ æwiczyæ sk³adania siê do strza³u czy zgrywania szczerbinki z muszk¹. Ale. nie by³o nam dane tego dnia ani razu otworzyæ instrukcji strzeleckiej. Nie bêdê szczegó³owo mówi³ o nabo¿eñstwie proboszcza Dudaka. umyæ siê i przebraæ! O szóstej jest nabo¿eñstwo.mi komentarzami. przera¿enie. tak samo jak miêdzynarodówka ojców upijaj¹cych siê w dzieñ wyp³aty. có¿ st¹d. bo wiadomo. musieliœmy pos³uchaæ matki Piotra. wbrew naszym intencjom. pó³ godziny póŸniej mieliœmy parabellum i nasze æwiczenia mog³y siê rozpocz¹æ. trzeba powtarzaæ je bez ustanku. do którego nikt. tym wiêcej niepewnoœci i czarna dziura bez dna staje przed oczami. Tak. ogarnia mnie lêk. im wiêcej zaœ o nim myœleæ. kiedy zamierzaliœmy wyjœæ w stronê Bukowej Górki. dok¹d? Wracaæ do domu. w nadziei.

– B¹dŸcie jutro o pi¹tej w dolince za strzelnic¹. – No. Elka zaœmia³a siê teraz. – Jak masz. to dawaj i ulatniaj siê. bez 179 .wzór i proboszcz wyst¹pi³ tego dnia jako lustrzane odbicie Jego Eminencji biskupa.. to do roboty – zakomenderowa³ Szymek. Ale nie tutaj. wyszliœmy z koœcio³a.. ¿e do koñca naszej znajomoœci z Weiserem pozosta³o ju¿ tak niewiele dni. – I co? – zapyta³a. co mia³a na myœli: nasze æwiczenia z pistoletem.. – Ale z was gamonie! Mam wiadomoœæ! – Od Weisera? Skinê³a g³ow¹. ukazuj¹c rzêdy lœni¹co bia³ych wiewiórczych zêbów. Albo go z³apali. zmieszany z ochryp³ym falsetem organisty. Kiedy zakoñczy³y siê modlitwy i œpiewy i kiedy wybrzmia³ ju¿ ostatni ton starej fisharmonii. mówiê. Wiedzieliœmy tylko. wybiegaj¹cej tu prosto z lasu. które nie odby³y siê ani razu. bo nie ma ¿adnych œladów – wymieniliœmy uwagi. gromadz¹c siê na piaszczystej drodze. czy nabo¿eñstwo zakoñczone przed chwil¹. Z t³umu podesz³a do nas Elka. – A co chcia³aœ? – Mam coœ dla was – uœmiechnê³a siê przebiegle. ¿e pierwszy miesi¹c wakacji mamy ju¿ za sob¹. nie mam czasu – z nonszalancj¹ odpowiedzia³ Piotr. ale nikt nie przypuszcza³. poza tym. Jasne? Wszystko by³o wtedy jasne. a to – i zrobi³a z palców coœ na kszta³t pistoletu – przynieœcie ze sob¹. – Jak siê bawicie? Nie wiedzieliœmy. co poka¿e nam Weiser albo co ka¿e nam robiæ. I w chwilê póŸniej s³yszeæ mo¿na by³o œciœle fachowe uwagi: – Jak stoisz?! Nie tak! Wy¿ej rêka! Bez podpórki.. – Poszed³ gdzieœ. Nastêpnego dnia na cmentarzu nie zastaliœmy ¯ó³toskrzyd³ego.

dok³adnie tak. sk³adaj¹c siê do strza³u i naciskaj¹c nieruchomy spust zdezelowanej parabelki. Za d³ugo celujesz! Trzeba naciskaæ od razu. jak poucza³a przedwojenna instrukcja. zdobywaj¹c pieni¹dze dla organizacji. PóŸniej æwiczyliœmy strza³ z przyklêku. decydowaæ móg³ Weiser i jemu pozostawiliœmy pomys³y na przysz³oœæ. zaintrygowa³y nas bardzo. w którym konspiratorzy opró¿niaj¹ pancerne kasy z broni¹ w rêku. Po obiedzie znów przyszliœmy na cmentarz. jak siê zobaczy cel na linii strza³u. Teraz ja! S³oñce dawno minê³o swój najwy¿szy punkt. Kiedy przeci¹³ asfaltow¹ nawierzch180 . co robiliœmy. bez siatki na motyle i bez pud³a na roœliny i trawy. – ¯eby tylko mieæ prawdziwy pistolet. A ja przypomnia³em im film. a my bez ustanku powtarzaliœmy te same czynnoœci. Nasypem kolejowym w stronê Brêtowa szed³ M-ski. O tak. to by³a konspiracja i przygotowanie do prawdziwej walki. Ostatecznie. M-ski szed³ nasypem a¿ do zerwanego mostu. Gdyby nie brak jego sta³ych atrybutów. Co pewien czas Szymek stawa³ na szczycie krypty i lustrowa³ teren francusk¹ lornetk¹. – Tylko ¿e wtedy by³a okupacja i wszystko zabiera³o siê Niemcom. Lecz nied³ugo æwiczyliœmy. Dobrze. tam gdzie martwa linia kolejowa krzy¿uje siê z rêbiechowsk¹ szos¹. a teraz – nie dawa³ za wygran¹ Szymek – teraz co? Jego pytanie pozosta³o bez odpowiedzi. nie poszlibyœmy za nim. z biodra i na le¿¹co. do znudzenia przybieraj¹c prawid³ow¹ postawê. – Teraz moglibyœmy rabowaæ bank – oœwiadczy³ Piotr. Dobrze. – Partyzanci ani powstañcy nie rabuj¹ banków. bo do godziny pi¹tej pozostawa³o jeszcze sporo czasu.podpórki! Teraz szczerbinka i muszka! Spust. bo przecie¿ wszystko. Szymek by³ innego zdania. Jeszcze raz. ale puste rêce i szybki krok.

jak jego nakrapiane pieprzykami plecy wznosi³y siê i opada³y przy nastêpnych uderzeniach.niê. mówi³am ci. lecz posuwa³ siê dalej œcie¿k¹ biegn¹c¹ w po³owie jego wysokoœci. Nagle M-ski zamar³ 181 . która wygl¹da³a na gospodyniê. poruszaj¹c siê jak samochodowa wycieraczka na deszczu. gdzie Strzy¿a przep³ywa pod kolejowym wa³em w¹skim tunelem i ruszy³ w górê potoku. pani zdjê³a sukienkê. – O! – wskaza³ rêk¹ Szymek – ktoœ na niego czeka! W istocie. oderwan¹ przed chwil¹ od gotowania czy prasowania. na ma³ej polance. nie wszed³ z powrotem na wysoki w tym miejscu nasyp. a jego rêka g³adzi³a udo kobiety. raz i drugi. – Tak jak zawsze – odpowiedzia³ M-ski. jeszcze trochê – wysapa³ M-ski. – Jeszcze. – Tak jak zawsze? – zapyta³a go nieco ciszej. M-ski œmieszne bia³e kalesony. nie. nie – powiedzia³a pani. – Och! – us³yszeliœmy jêk. i pani uderzy³a M-skiego z ca³ej si³y w twarz. Doszed³ wreszcie do miejsca. jakieœ trzysta metrów dalej. I wtedy pani wsta³a i M-ski te¿ wsta³. wœród gêstwiny leszczyn i olch porastaj¹cych brzegi potoku M-ski zatrzyma³ siê obok jakiejœ postaci. ¿ebyœ ju¿ wiêcej tu nie przychodzi³! Musimy spotykaæ siê gdzie indziej! – To czemu sama przysz³aœ? – M-ski zdj¹³ ju¿ fartuch. M-ski siedzia³ ju¿ na trawie obok ciemnow³osej kobiety. – Nie – mówi³a kobieta – teraz nie. ale rozpiê³a M-skiemu spodnie. wiêc pani zmieni³a rêkê i dalej wali³a nauczyciela po twarzy. czo³gaj¹c siê na brzuchach ostatnie dwadzieœcia metrów. Rêka nauczyciela wpe³z³a pod jej fartuch. Podeszliœmy bli¿ej. – Jeszcze! Pani bi³a teraz M-skiego po twarzy bez ustanku. – Och. na odlew. – Jeszcze raz – prosi³ j¹ – jeszcze jeden raz. nie ogl¹daj¹c siê za siebie. a my widzieliœmy. które mia³ pod spodniami. tam i z powrotem.

poprawiwszy spodnie i koszulê. czy nie – oburzy³ siê Piotr – to przecie¿ œwiñstwo! – Gadanie! – ci¹gn¹³ Szymek. sk¹d widocznie nadesz³a. gdy szybko zd¹¿aliœmy w stronê Brêtowa. – Ju¿ – powiedzia³a pani i za³o¿y³a sukienkê. na ni¹ fartuch. po prawej. – Czy on nie móg³ macaæ jej normalnie? Coœ mi siê nie zgadza. A M-ski zaœ nadal stoj¹c. M-ski zaœ. – A gdzie? – spyta³ ³agodnie M-ski. Po lewej stronie. ale przyjdziesz? – Przyjdê. jak robi siê to naprawdê! – A dlaczego nie poszli do lasu – zapyta³em – tylko robili to na strychu? – Zima by³a. – A teraz leæmy. z których wyj¹³ nastêpnie zwiniêty banknot i wrêczy³ go pani. jak wrêcza siê kolejowy bilet konduktorowi. – Jakbyœcie widzieli. dopiero mielibyœcie pojêcie.wyprostowany jak struna. gdzie poprzednim razem. – Tam. – To ci heca! – powiedzia³ Szymek. za œcian¹ lasu widnia³o jeszcze dalsze i niebieskie jak na obrazku morze. co siostra Janka wyprawia³a ze swoim ch³opakiem u nas na strychu. wci¹ga³ opuszczone kalesony i spodnie. daleko w dole majaczy³y zarysy wojskowej strzelnicy. – Och! – westchn¹³ nauczyciel. przecie¿ on nawet nie po³o¿y³ siê na niej! – Po³o¿y³. jego cia³em wstrz¹sn¹³ dreszcz i zobaczyliœmy. 182 . bez po¿egnania uda³ siê w powrotn¹ drogê. – Dobrze. przyjdê – odpowiedzia³a pani i ruszy³a w górê potoku. kapuœciany g³¹bie! – Szymek tr¹ci³ mnie w bok. bo nied³ugo pi¹ta! Biegliœmy w górê morenowego wzgórza na skos i tylko wysokie kêpy trawy siêgaj¹cej do kolan hamowa³y nasz pêd. jak zadr¿a³y mu poœladki. – Nastêpnym razem – powiedzia³a pani – nie szukaj mnie tu.

nie wyjaœniaj¹c niczego wiêcej. tego Elka nie okreœli³a. ¿e przypomina³ ob³ok w kszta³cie pionowo wiruj¹cego s³upa w b³êkitnym kolorze. gotowi byliœmy z³o¿yæ przed Weiserem nie jedn¹. prawda? – zagadn¹³ nieœmia³o Szymek. – A teraz – powiedzia³a Elka – teraz zobaczycie coœ. rozp³ywaj¹c siê jak poranna mg³a. wczesnym popo³udniem. o którym napisa³em ju¿. – Czekamy ju¿ od kwadransa! Nikt jednak nie wyjaœni³. Weiser pokrêci³ korbk¹ pr¹dnicy i wówczas. oprócz terminu spotkania. ani przez myœl nam nie przesz³o przypuszczaæ coœ takiego. Staliœmy dosyæ niepewnie. zobaczyliœmy pierwszy wybuch. – Na dzisiaj dosyæ. a w górze zawirowa³ dwukolorowy ob³ok. byliœmy raczej przygotowani na egzamin strzelecki. co powinno was nauczyæ szacunku! Dla kogo albo dla czego? Nie. to by³a pierwsza eksplozja. Tymczasem Weiser zaskoczy³ nas znowu czymœ olœniewaj¹co nieoczekiwanym. Gdy spieszyliœmy na spotkanie w umówionym miejscu. 183 . Lecz on nie spieszy³ siê wcale i nie ¿¹da³ na razie niczego. le¿¹c na skraju dolinki.– S³ychaæ was jak stado s³oni! – z³oœci³a siê Elka na przywitanie. Kiedy zaœ za³o¿y³ nastêpny ³adunek i powietrze znów rozdar³ huk eksplozji. który po kilku chwilach znikn¹³. Elka zabra³a nam instrukcjê i zdezelowane parabellum i to by³o wszystko. ale dziesiêæ przysi¹g – na cokolwiek by za¿¹da³ – i zrobiæ wszystko. co by³o przyczyn¹ naszego spóŸnienia. czego by zechcia³. co bêdzie dalej. powiedzia³a tak w³aœnie: „nauczyæ szacunku!”. jak¹ Weiser zaprezentowa³ nam w dolince za strzelnic¹. Tak. Ostatecznie. które mia³o siê odbyæ w cegielni nastêpnego dnia. – Mo¿ecie iœæ do domu – powiedzia³ Weiser. czekaj¹c. – A jutro bêdziemy strzelaæ.

lew idzie po Grunwaldzkiej! 184 . ¿e tylko z nami? Mo¿e on ma takich jak my na pêczki i tylko dla lepszej tajemnicy jedni nie wiedz¹ o drugich? – No! – A mo¿e on wysadzi bramê zoo i wszystkie klatki i wypuœci zwierzêta na wolnoœæ? – Ale by by³o. – A sk¹d wiesz. – Niby co? – Nie wiem. z braku innego zajêcia strzelaliœmy z proc do puszek ustawionych na œmietniku i taka mniej wiêcej toczy³a siê miêdzy nami rozmowa: – Mówiê ci. wyskoczy³a za to Elka: – Nie zawracajcie mu g³owy! – jakby Szymek zachowa³ siê niew³aœciwie. jasne? Czy mo¿na by³o coœ dodaæ? Wieczorem. – On ma wa¿niejsze sprawy od waszego strzelania! Macie s³uchaæ i o nic nie pytaæ. to krymina³ murowany! – Za co? – A broñ to pies? A pr¹dnica i wybuchy to pies? – Nie nasze przecie¿! – Nasze. byliœmy z nim! – No. coœ takiego. musz¹ byæ barykady! – No to zrobi partyzantkê! – Tylko z nami? Piêæ osób to za ma³o. a o nas napisz¹ w gazetach! – G³upi! W gazetach nie pisz¹ o takich jak my! – To napisz¹! – Ale co on w³aœciwie robi? – Jakby nas z³apali. nie nasze. powstanie?! Powstanie to siê robi w mieœcie.Weiser nie odpowiedzia³. no. ¿e ca³e miasto bêdzie o tym mówi³o. to co on w³aœciwie takiego zrobi? – Powstanie! – Hê. on szykuje coœ wielkiego.

KAZIMIERZ LELEWICZ W Gdañsku . Fotografia z lat piêædziesi¹tych

– Nie idzie, tylko siê rzuca na matkê z dzieckiem, a my wybiegamy... trach!, nie ma lwa... trach!, nie ma tygrysa... trach!, nie ma czarnej pantery! – Czarna pantera bêdzie dla niego! – No dobra, za³atwiamy wszystkie dzikie zwierzêta, a potem nas sfotografuj¹ w gazecie, wyobra¿acie sobie? Uczniowie szko³y szeœædziesi¹tej szóstej uratowali przechodniów przed dzikimi zwierzêtami! – Ja myœlê, ¿e tu chodzi o statek! – Jaki statek? – Jak nas wyszkoli, porwiemy statek z portu! – Nie z portu, tylko z redy! – Dobra, mo¿e byæ z redy i proszê bardzo: on pilnuje mostka, my kabiny i ³adowni, i jazda – do Kanady! – Do Afryki! – Afryka nie, mówiê ci, ¿e do Kanady! I tak pomiêdzy partyzantk¹ a porwaniem statku do Kanady up³ywa³ nam wieczór na strzelaniu do zardzewia³ej puszki, coraz wiêcej kamieni zbiera³o siê pod œmietnikiem, coraz mocniej naci¹galiœmy rowerowe wentyle, a¿ zapad³ zmierzch i trzeba by³o wracaæ do domu. Tylko dlaczego nie rozmawialiœmy o M-skim? Dlaczego nie mówiliœmy o jego spotkaniu z czarnow³os¹ kobiet¹ nad potokiem, dlaczego nie zastanawia³ nas widok nauczyciela w opuszczonych spodniach i kalesonach, bitego po twarzy – tego samego M-skiego, przed którym dr¿eliœmy na lekcjach przyrody i w czasie przerw, gdy przechodzi³ zat³oczonym korytarzem? Mo¿e Weiser bli¿szy nam by³ ni¿ sekrety M-skiego? A mo¿e nie znaliœmy jeszcze wystêpku? Tej nocy mia³em wszak¿e sen, który pamiêtam do dzisiaj, kolorowy jak film Disneya i bardzo niepokoj¹cy. Sta³em nad
186

brzegiem morza, prawdopodobnie o œwicie, a z wody jedno za drugim wychodzi³y zwierzêta. Bestii takich na pró¿no by szukaæ w ogrodzie zoologicznym lub jakiejkolwiek ksi¹¿ce o faunie zamorskich krajów. Najpierw, ociekaj¹c wod¹, ukaza³ siê skrzydlaty lew, zaraz za nim na piasek wyszed³ rycz¹cy niedŸwiedŸ, trzymaj¹c w zêbach koœci, a dalej z zielonej toni wy³oni³a siê czarna pantera o czterech g³owach, z ptasimi skrzyd³ami na grzbiecie. Korowód zamyka³o najdziwaczniejsze monstrum – skrzy¿owanie nosoro¿ca z tygrysem, o wielkich stalowych zêbiskach, maj¹ce niczym wynaturzony jeleñ kilkanaœcie rogów. Nie pamiêtam, ile ich wyrasta³o ze strasznego ³ba – mo¿e dziesiêæ, a mo¿e dwanaœcie, nie to zreszt¹ by³o najwa¿niejsze. Zwierzêta rzuci³y siê na pobliskie domy rybaków, wy³amywa³y uderzeniami ³ap drzwi i okiennice, rozszarpywa³y obudzonych ze snu mê¿czyzn, pazurami zrywa³y w³osy kobiet, a dzieci, które nie zdo³a³y umkn¹æ, roztrzaskiwane by³y o bielone œciany. Trwa³o to d³ugo, a strach, jaki czu³em, nie pozwala³ na przebudzenie i wyrwanie siê z koszmaru. Nagle, od wschodniej strony zobaczy³em w promieniach s³onecznych ma³ego ch³opca ubranego na bia³o. Nie mog³o byæ w¹tpliwoœci – to nadchodzi³ Weiser i wyci¹gniêt¹ d³oni¹ pokazywa³ coœ albo kogoœ, czego nie mog³em dojrzeæ w pl¹taninie drgaj¹cych cia³ i poskrêcanych trupów. Weiser podszed³ najpierw do lwa i wyrwa³ mu orle skrzyd³a. Zwierzê pad³o bez tchu na ziemiê, bez³adnie bij¹c ogonem. Nastêpnie przypar³ d³oni¹ niedŸwiedzia – i to zwierzê przewróci³o siê na piasek bez mocy. Teraz przysz³a kolej na monstrum z rogami. Weiser powyrywa³ je niczym badyle i potwór zwali³ siê na kolana, a nastêpnie na brzuch; stalowe zêbiska wypada³y mu z paszczy i przemienia³y siê w okr¹g³e dziesiêcioz³otówki. Na koniec Weiser zmierzy³ siê z czarn¹, czterog³ow¹ panter¹ o ptasich skrzyd³ach na grzbiecie i to by³o najdziwniejsze i naj187

straszniejsze zarazem. Wszystkie cztery pary oczu i cztery nosy, i oœmioro uszu – wszystko to nale¿a³o do M-skiego, bo cztery g³owy bestii to by³y cztery twarze M-skiego. Nigdy nie zapomnê, jak okropnie wygl¹da³y. Tak samo jak w zoo, Weiser przeszy³ panterê wzrokiem i w sobie tylko wiadomy sposób uczyni³ z niej przestraszonego kotka, który ³asi³ siê i liza³ rêkê poskramiacza. Nie s³ysza³em, co Weiser powiedzia³ do pozosta³ych przy ¿yciu rybaków i ich rodzin, huk fal zag³uszy³ wszystko, tak¿e nadje¿d¿aj¹cy tramwaj linii numer cztery, zakrêcaj¹cy zazwyczaj z potwornym piskiem i zgrzytem na jelitkowskiej pêtli. Weiser wskoczy³ do niego zwinnie i odjecha³, jakby by³ turyst¹ powracaj¹cym z pla¿y do miasta. Blask s³oneczny, odbity w szybie drugiego wozu, oœlepi³ mnie i nagle poczu³em wilgotn¹ od potu poœciel, i zrozumia³em, ¿e jestem w ³ó¿ku, a wszystko tamto, to by³ najzwyczajniejszy w œwiecie sen. Najzwyczajniejszy? Przez szczelinê w zas³onie wpada³, ³askocz¹c mnie, promieñ s³oñca. Za zamkniêtymi drzwiami do kuchni us³ysza³em ojca wychodz¹cego do pracy. Obok mnie chrapa³a jeszcze matka zmêczona wczorajszym, ca³odziennym praniem. Nad ³ó¿kiem wisia³ oprawiony w biedermeierowskie ramy obraz Matki Boskiej Czêstochowskiej, a z ulicy przez otwarte okno dobiega³ turkot furmanki zd¹¿aj¹cej na targowisko w Oliwie. Nie by³o morza, wychodz¹cych zeñ zwierz¹t, Weisera w bia³ym ubraniu ani rozszarpywanych rybaków. Zamiast tego us³ysza³em kroki na korytarzu i cz³apanie s¹siada do ³azienki. W poniemieckim mieszkaniu, podzielonym na ma³e klitki cienkimi œciankami, s³ysza³o siê bardzo wiele – tak¿e to, ¿e s¹siad goli siê teraz równymi poci¹gniêciami brzytwy i po wczorajszym piciu ma rozwolnienie. Wiêc jak by³o z tym snem? Niczego nie przeoczy³em ani te¿ niczego nie doda³em. Mo¿e przyszed³ na mnie zamiast naszej
188

rozmowy o M-skim, której nigdy nie by³o? Ba³em siê tego snu tak bardzo, ¿e nawet kiedy po raz ostatni klêcza³em u kratek konfesjona³u i proboszcz Dudak wydawa³ mi siê wa¿ny jak sam papie¿ albo Œwiêta Kongregacja do Spraw Wiary, nawet wtedy nie mog³em opowiedzieæ mu o tych obrazach, zapamiêtanych na zawsze. By³o to w styczniu siedemdziesi¹tego pierwszego roku, kiedy wiedzia³em dok³adnie, co sta³o siê z Piotrem i jak wygl¹da³ jego pogrzeb. Nie przyszed³em wtedy spowiadaæ siê z grzechów, klêcza³em jednak jak zawsze pe³en pokory i skruchy wobec majestatu. – Nie gor¹czkuj siê, synu. Wyroki Opatrznoœci s¹ niezbadane i nie nam, doprawdy, zg³êbiaæ ich sens i znaczenie – mówi³ proboszcz, a ja czu³em jego kwaœny, starczy oddech i coraz bardziej wzrasta³ we mnie œlepy gniew i rozpacz. – Czy oznacza to, ojcze – pyta³em – ¿e Bóg chcia³ jego œmierci? – Nigdy nie mo¿na tak powiedzieæ, nigdy! – wyrzuci³ z siebie jednym tchem, a ja pyta³em dalej: – Lecz przecie¿, ojcze, wszystko dzieje siê z woli Boga, wiêc i ta œmieræ jakoœ by³a mu potrzebna, czy nie tak? – Od miecza ginie, kto mieczem wojuje – dobieg³ g³os zza kratek. I wtedy nie mog³em ju¿ powstrzymaæ ¿alu; krzycz¹c prawie na ca³e gard³o, a¿ wyp³oszy³y siê wszystkie pods³uchuj¹ce dewotki: – To nie mo¿e byæ, ojcze! Piotr z nikim nie wojowa³ i nie podniós³ nawet kamienia! Sam ojciec wie, jak to siê sta³o, w³aœciwie przypadkiem. – A czego ty w³aœciwie chcesz? – przerwa³ mi proboszcz Dudak. – Nie ma przypadków, gdzie rz¹dzi Bóg. Czego byœ chcia³? ¯ebym ja, jego s³uga, wyjawia³ tobie, który jesteœ prochem, Jego tajemnice? Z jakich to powodów mia³by On tobie wyjawiaæ swoje za189

ojcze – odpowiedzia³em ju¿ ciszej. pych¹. wiêksi od ciebie pytali. – Zgrzeszy³eœ zatem – przerwa³ mi znów. – Nie tylko pych¹. synu. nie mogê.miary? Grzeszysz. szydz¹c z prawoœci bogobojnego?! I czy nie mo¿na tego zmieniæ? – Zap³ata wasza obfita bêdzie w niebiesiech. nie mogê! I krzycz¹c. a do polityki nie mieszaj siê! – Piotr siê nie miesza³! – Nie tobie. by³ to jeszcze jeden podstêp dla 190 . wyrokowaæ o s¹dach Pañskich. synu. Byæ mo¿e. ojcze. Znasz ksiêgê Hioba? Ile ty przecierpia³eœ w porównaniu z nim. mój synu. wybieg³em z koœcio³a. poruszaj¹c siê na swoim siedzeniu. a ciê¿ki to grzech. Znów wiêc Weiser powróci³ do mnie. ojcze! – Szatan czyha na ciebie. ¿e œmiesz tak pytaæ i jeszcze unosisz siê gniewem? Tu trzeba ducha pokory. dlaczego coraz mniej we mnie wiary. przyszed³em zapytaæ tylko. a im nie odpowiedzia³. – Dlaczego jednak niesprawiedliwy chodzi w chwale. tym razem miêdzy kratkami konfesjona³u. mój synu! Pokory i cierpliwoœci nam wszystkim trzeba! Ot co! – Nie brak mi pokory. tym mniej we mnie wiary! – ¯a³uj za swoje grzechy! – Nie mogê! – Proœ Boga o przebaczenie! – Nie znajdujê w sobie winy. – Nie mogê. ojcze. Czy jeszcze masz jakieœ grzechy? – Nie mam ¿adnych. bo przed oczami raz jeszcze zobaczy³em scenê ze snu o pogromcy dzikich bestii na jelitkowskiej pla¿y. proœ przebaczenia! – Nie mogê. ale zw¹tpieniem! Przestañ ju¿ myœleæ o swoim przyjacielu i módl siê. – Nie mogê! – przerwa³em teraz ja. Im wiêcej myœlê.

. gdzie mieliœmy go znaleŸæ? Na pewno wyci¹gn¹ mapê i ka¿¹ pokazywaæ z dok³adnoœci¹ co do metra. Tylko gdzie le¿a³ ten nieszczêsny skrawek. Pomyœla³em sobie. wszerz i po przek¹tnej – w sekretariacie zapanowa³a g³ucha cisza. w którym policzy³em ju¿ wszystkie mo¿liwe kombinacje klepek parkietu. nie wiem ju¿ po raz który. otworzy³y siê i z wielkiej. bo kiedy mê¿czyzna w mundurze wywo³ywa³ Szymka. No i gdzie by³o to ognisko? Tego nie ustaliliœmy.. Od czasu tamtego snu ba³em siê. zion¹cej œwiat³em i tytoniowym dymem paszczy Lewiatana wypchniêto chud¹ postaæ Piotra. czekaj¹cego na zamkniêcie sprawy. Znaczy³o to. Ba³em siê zasn¹æ. tak abyœmy zobaczyli. Tymczasem drzwi gabinetu. wype³niona miarowym tykaniem zegara. Le¿a³em wiêc na tapczanie. jakie postêpy poczyniliœmy w trudnej sztuce ogniowej. Tymczasem. Kiwnêliœmy nieznacznie g³owami. i ucieszy³em siê na sam¹ myœl odwiedzenia nieczynnej cegielni. ku zadowoleniu tamtych trzech i pana prokuratora. Mundurowy zatrzasn¹³ za Szymkiem drzwi i w sekretariacie. ¿e dzisiaj Weiser sprawdzi na pewno.. matka chrapa³a zmêczona wczorajszym praniem. Piotr. Tymczasem? Niech bêdzie. kiedy nie bêdê móg³ oddaliæ od siebie z³ych 191 . ¿e tam krzycza³. ¿e w czasie przes³uchania zezna³ ustalon¹ wersjê – skrawek sukienki Elki sp³on¹æ mia³ w ognisku. a z ³azienki dobieg³ mnie odg³os spuszczanej wody. wyprowadzi³o go z równowagi – przed nami wola³by nie przyznawaæ siê do ³ez. Do tego jednak przyjdzie mi jeszcze wróciæ. To. a ¿aden z nas niestety nie posiada³ zdolnoœci telepatycznych. ¿e kiedy zamknê powieki. uczyni³ d³oni¹ gest zapalania zapa³ki. Zachowa³ jednak przytomnoœæ umys³u. przebudzony po koszmarnym œnie.. wzd³u¿.zmylenia uwagi – to wtargniêcie niespodziewane w najintymniejsz¹ sferê ¿ycia.

bo na trafienie czterech kanclerzy zu¿y³ tylko szeœæ naboi. Pamiêtam dok³adnie: najlepszy okaza³ siê Piotr. Weiser bez s³owa wyci¹gn¹³ z klaseru dwanaœcie zgni³ozielonych Adolfów. Drugi by³ Szymek z oœmioma ³uskami. jak najwiêksz¹ tajemnicê. jak je poskromi³. strzelacie do skutku! Elka mia³a liczyæ zu¿yte ³uski i uzupe³niaæ magazynek. a ja zobaczy³em prêgi na jego d³oniach – teraz dopiero zaczyna³em jaœniej rozumieæ wypadek. a teraz w sekretariacie szko³y ba³em siê jeszcze bardziej. Dlaczego wówczas nie powiedzia³em o œnie Szymkowi albo Piotrowi? Dlaczego zatai³em ów obraz dziwnych bestii. wrêczy³ za³adowane parabellum i powiedzia³: – Na ka¿dego z was po cztery. mijaj¹c zagajnik i czarne nawet w dzieñ œwierki. siedzieliœmy na sk³adanych krzes³ach i gdy Piotr z rezygnacj¹ opuœci³ g³owê. – A ty – to by³o do mnie – powinieneœ jeszcze poæwiczyæ! Nastêpnie Weiser oœwiadczy³. kiedy strzelaliœmy ze schmeisera w dolince za strzelnic¹. Ale po kolei. Od huku dzwoni³o mi w uszach. trochê dalej od wszystkich i wyjawi³em mój sen. bo nie zawiód³ siê na nas. wype³zaj¹cych z morza na jelitkowsk¹ pla¿ê? Dlaczego nie stan¹³em jak ¯ó³toskrzyd³y i nie wyjawi³em swojej prawdy? Teraz dopiero. a¿ on bêdzie z ty³u. który zdarzy³ siê po moim œnie. a trzeci ja – na czterech Adolfów potrzebowa³em a¿ jedenastu strza³ów. Ba³em siê przez wszystkie nastêpne dni. tamto mo¿e siê znów pojawiæ. pokrzyw i ¿arnowca. O umówionej porze byliœmy w cegielni. gdy w blasku jednej lampy. zaczeka³em. a¿ do koñca wakacji. pal¹cej siê przy stoliku woŸnego. – Nie najgorzej – powiedzia³ Weiser. Tak to w³aœnie okreœli³. Opowiedzia³em o bestiach wype³zaj¹cych z morza i o tym. ratuj¹c nieszczêœliwych ryba192 .myœli. przyklei³ je na ceglanej œcianie. ¿e teraz pójdziemy do dolinki. Kiedy zaœ szliœmy w gêstwinie paproci.

Zreszt¹ dolina przechodzi³a dalej w ci¹gn¹c¹ siê ze dwa kilometry i poroœniêt¹ sosnowym borem rozpadlinê. Patrzyliœmy z podziwem. pod samym nosem najprawdziwszych na œwiecie ¿o³nierzy? Piwnica cegielni by³a za ma³a na zabawy z automatem. Nie. ¿e nie by³ w tamtym czasie naszym wodzem lub po prostu genera³em. jak ka¿e nam zajmowaæ stanowiska. nie przerywaj¹c do koñca. Nie oznacza to jednak wcale. nie mów o tym nikomu. Tak. mimo fatalnego strzelania. to bardzo wa¿na robota. Wys³ucha³ mnie. 193 . to my mieliœmy odbywaæ nasze æwiczenia w tym samym czasie i w pobli¿u. Kto inny jak nie genera³ wpad³by na pomys³ strzelania tu¿ obok wojskowej strzelnicy. Ale gdzie mogliœmy strzelaæ. Nie s¹dzê. A ja szed³em dalej uszczêœliwiony. tak aby odg³osy kanonady prêdzej czy póŸniej nie œci¹gnê³y na nas uwagi okolicznych mieszkañców lub amatorów leœnych malin? Jego pomys³ by³ prosty: jeœli na wojskowej strzelnicy odbywa³y siê æwiczenia strzeleckie. i powiedzia³ – pamiêtam to doskonale: – Dobrze. Zaraz za wysokim wa³em strzelnicy rozpoczyna³a siê dolina. a¿ z tamtej strony nasypu rozlegn¹ siê strza³y. abym wówczas chcia³ mu siê przypochlebiæ. jakby specjalny fawor sp³yn¹³ na mnie. a po chwili doda³: – Bêdziesz zmienia³ plansze. – Ale nie zabrzmia³o to jak groŸba. ¿e Weiser by³ kimœ zupe³nie innym. chocia¿ strzela³em najgorzej. jeœli dzisiaj piszê. ³aduje automat i czeka.ków. na której zamkniêcie ¿o³nierze potrzebowaliby z piêædziesiêciu ludzi. wysokie trawy i gêste partie krzewów dawa³y w razie koniecznoœci szansê ucieczki. – Teraz poka¿ê wam – powiedzia³ przygotowany do naciœniêcia spustu – jak trzeba to robiæ. gdzie przycupniêty zagajnik. bo czu³em siê tak. Wszystko to Weiser przewidzia³ i zaplanowa³ szczegó³owo. zreszt¹ Weiser tego tak nie przyj¹³. mam sporo racji.

któr¹ ob³o¿ony by³ nasyp po obu stronach. która by³a jak odbicie tamtej. rzadko kiedy by³y regularne. odnaleziony i konserwowany przez Weisera. – Z tamtej strony brzmi to jak echo. dwa i trzy wystrza³y w krótkich odstêpach.I kiedy tylko us³yszeliœmy ³omoc¹ce po œcianach lasu dudnienie krótkiej serii z tamtej strony wa³u. Weiser przy³o¿y³ siê do automatu i da³ ognia tak¹ sam¹ krótk¹ seri¹. „Tach. a potem niespodzianie jeszcze jeden. z³o¿one najczêœciej z trzech sekwencji. jakby sama wiedzia³a wszystko. Tylko ¿e tamci mieli pistolety automatyczne Ka³asznikowa. jak to on. jakby brakowa³o mu amunicji. – Niczego siê nie domyœl¹ – powiedzia³. – Zupe³nie tego nie rozumiem. W³aœciwie strzelaliœmy wiêc równoczeœnie do tej samej darni. krótkie. Ale zdarza³y te¿ sekwencje inne. na prawdziwej strzelnicy kolejny ¿o³nierz poci¹gnie za spust. ¿o³nierz musi tak strzelaæ. Ich serie. Piotr ciekawy by³ dlaczego. Na tym polega³a sztuka – wystarczy³o za ka¿dym razem przygotowaæ siê do strza³u i oczekiwaæ. A Weiser znad wyjêtego magazynka uœmiechn¹³ siê. – A ile naboi udŸwign¹³byœ w polu walki? – spyta³a Elka zarozumiale. a¿ z drugiej strony wa³u. ta-tach. trzeba tylko strzelaæ w tym samym momencie. prawie nieznacznie i dorzuci³ od niechcenia: – Œwiêta prawda. jakby im brakowa³o amunicji – powiedzia³ Szymek. na przyk³ad: trzy-dwa-dwa-jeden albo: dwa-trzy-dwa lub: jeden-jeden-trzy. a my niemiecki schmeiser. – Strzelaj¹. – Sto? Dwieœcie? Dziewiêædziesi¹t sztuk? 194 . Najtrudniej by³o przystosowaæ siê do rytmu tamtych. ta-ta-tach” – taki uk³ad powtarza³ siê najczêœciej – jeden.

– Nie rozumiesz? – odezwa³ siê Piotr. którzy rok wczeœniej. – Dopiero byœmy mu dali! L¹dujemy z morza na pla¿y. nie przedstawia³y niestety Batista. s³ugusem imperialistów. bo Weiser kaza³ mi iœæ na nasyp. Gdy przy³o¿y³em p³achtê papieru ostatnim kamieniem. na które nikt zreszt¹ nie udzieli³ odpowiedzi. a co w sekretariacie szko³y sta³o siê dla mnie w jakiœ sposób jasne i nieprzypadkowe. ¿e u nas nie ma takiego Batisty! – Tobie co? – zapyta³a Elka. jak bardzo siê myli³a co do naszych pragnieñ. – Ale z was gamonie! – mówi³a. – Ale durnie! Jak mo¿na robiæ rewolucjê drugi raz? Nie by³o jednak czasu na wyt³umaczenie Elce. do których celowaliœmy. taka prawdziwa rewolucja z partyzantk¹ i w ogóle! Elka rozeœmia³a siê g³oœno. po drugiej stronie strzelnicy rozleg³y siê strza³y. „Tach-ta-tach-ta195 . kiedy le¿eliœmy w do³ku pod paprociami. Na pakowym papierze czarn¹ farb¹ namalowany by³ M-ski z w¹sami i podobnie jak poprzednim razem w piwnicy cegielni przypomina³. ¿e Weiser przygotowuje coœ wielkiego. mo¿e ju¿ trochê mniej – ale zawsze – wielkie portrety. atakujemy koszary i ca³y kraj obejmuje rewolucja. Plansze. a oni mieli przygotowaæ siê do nastêpnej kolejki strzelania. drugiego grudnia wyl¹dowali w prowincji Oriente i walczyli ze znienawidzonym Batist¹. I wtedy wydarzy³o siê coœ. czego wówczas nie mog³em zrozumieæ. które nosiliœmy jeszcze w drugiej klasie na pochodzie pierwszomajowym. – Szkoda – wyszepta³ Szymek.Po tym pytaniu. t³umi¹c weso³oœæ. o czym zajmuj¹co przez ca³¹ lekcjê przyrody opowiada³ M-ski. i poczuliœmy siê nagle jak zaufani partyzanci Fidela Castro. bo z drugiej strony by³a akurat przerwa – szkoda. tak ¿e nawet Weiser spojrza³ na ni¹ z wyrzutem. byliœmy przekonani.

– Do domu za daleko – zauwa¿y³a Elka – a tu nie mamy nawet wody utlenionej! Patrzy³em. sk¹d wraca³o siê do nich skrajem doliny nienara¿onym na kule. – ZejdŸ stamt¹d. i s¹dzi³em. pozostawiaj¹c automat. Trzeba opatrzyæ. Bieg³em co si³ w nogach. – Rykoszet. Nie mog³em zrobiæ choæby dwóch kroków bez pomocy Szymka i Piotra. kula uderzy³a w stopê. 196 . Czy Weiser uzna³. który by³ z nas najlepszy. Ale w chwilê póŸniej le¿a³em ju¿ na trawie. bo teraz przy automacie by³ Weiser i czeka³ niecierpliwie na nastêpn¹ seriê z tamtej strony. nie ruszaj! – i zaraz byli ko³o mnie. mo¿e ju¿ strzelaæ? Tak myœla³em w kilkanaœcie sekund póŸniej. ale nie utkwi³a w œrodku. By³a to seria jeden-dwatrzy wystrza³y. Mia³em wiêc dziesiêæ sekund na zejœcie z wa³u i przebiegniêcie wzd³u¿ niego w¹sk¹ œcie¿k¹. ju¿ siê zaczyna! I zrozumia³em. jak ciekn¹ca krew tworzy na suchym piasku ciemne grudki b³ota. Rzeczywiœcie. tu¿ ponad piêt¹. a Weiser podniós³ nogê i ogl¹da³. Elka zdjê³a mi sanda³. by³ to rykoszet. ¿e jestem ju¿ wystarczaj¹co daleko od celu i ¿e on. Tamci wybiegli z paproci. ¿e do nastêpnej serii powinienem znikn¹æ z linii strza³u. ale nie by³em nawet w po³owie drogi. – Rykoszet! – krzycza³ Weiser. – Prêdzej – krzyknê³a do mnie Elka. gdy zza wa³u znów rozleg³a siê kanonada. którzy wziêli mnie miêdzy siebie. Nie ruszaj siê. która powinna nast¹piæ nie póŸniej ni¿ za dziesiêæ sekund. bo bêdzie zaka¿enie. ¿e kolec dzikiego ostu albo kamieñ przebi³ mi skórê. gdy poczu³em lekkie szczypniêcie poni¿ej lewej kostki. wyrywaj¹c kawa³ek miêsa. – Dobrze – powiedzia³ Weiser – koœæ nienaruszona. co siê sta³o. a ból nie pozwala³ mi wstaæ i uczyniæ kroku.-ta-tach” – zadudni³o po œcianach lasu. a¿ do jego koñca.

sz³a nasza trójka. kolumnê zaœ zamyka³a Elka. gwizd kul. Oczywiœcie by³o to o dziurze w nodze. które przebija³y tarcze i grzêz³y w piasku. trochê przestraszona. Elka przynios³a w puszce po konserwach wodê i chusteczk¹ przemy³a dziurê. otworzy³ drug¹ skrzyniê i wyj¹³ stamt¹d spirytusowy prymus. te¿ pewnie gdzieœ znaleziony. – To jedyny sposób – mówi³. z której wci¹¿ ciek³a krew. bo kiedy Elka dotknê³a mojej piêty. a nie o skrzyni. krzykn¹³em z ca³ej si³y: – Co robisz. W piwnicy cegielni by³o ch³odno i przez chwilê bola³o jakby mniej. Po prymusie doby³ ze skrzyni z³amany niemiecki bagnet. Prowadzi³ Weiser. a ja by³em najprawdziwiej ranny i bardzo bola³a mnie noga. spóŸniona trochê. – Przynieœ wody – rozkaza³ Elce.– Do cegielni! – zakomenderowa³ Weiser i wszyscy poczuliœmy siê nagle jak na wojnie. ale tylko przez chwilê. – Zabrudzone piaskiem – powiedzia³ Weiser. 197 . a kiedy znik³a. – Niedobrze. Patrzy³em przez ca³y ten czas. potem. parciany worek. Z drugiej strony wa³u dobiega³a dudni¹ca kanonada. ci¹gle je obracaj¹c. Nie mamy tu nic oprócz tego. kuœtykaj¹c. Ustawi³ prymus na dwóch ceg³ach. wariatko?! I ona cofnê³a siê. – Boli? – zapyta³a. Po³o¿yli mnie na du¿ej skrzyni. trochê z uznaniem dla mojej rany. dochodzi³ a¿ tutaj. – Woda tylko na pocz¹tek – zwróci³ siê nie wiadomo w³aœciwie do kogo – potem trzeba bêdzie wypaliæ. Nic nie odpowiedzia³em. nie odrywaj¹c wzroku od palnika – ¿eby nie wda³a siê gangrena. bo Weiser kaza³ jej zabraæ zu¿yte plansze i automat owiniêty w stary. zapali³ palnik i teraz k¹pa³ w niebieskawym strumieniu ognia ostrze bagnetu. co robi Weiser.

Wiedzia³em. zatrzyma³ nas jeszcze na chwilê: – Pewnie bêdziesz musia³ posiedzieæ w domu – mówi³ teraz do mnie. – Do kogo to mówi³? Wszyscy. – Gdyby ciê pytali. delikatnie zawi¹zuj¹c mokry kawa³ek materia³u dooko³a stopy. – Tak siê wyrazi³: „tolerowaæ”. ale takiego rozrzutu nie mo¿na tolerowaæ. i z roz¿arzonym ostrzem bagnetu przyst¹pi³ do operacji. Musia³ podnieœæ stopê wy¿ej. Tak. Elka spe³ni³a polecenie. powiedz. Mo¿e jak zwykle przez wzgórze nad wojskow¹ strzelnic¹. kiedy grzeba³ ostrzem bagnetu w dziurze. magazynek i iglicê. choæ wcale nie musia³a siê z tym pieœciæ. – A ty – zwróci³ siê do Elki – idŸ z nimi. – Dobrze – powiedzia³. A zaraz potem.Szymek przycisn¹³ mnie do skrzyni na wysokoœci ¿eber. – Zostanê jeszcze tutaj – oœwiadczy³. wymontujemy zamek. kiedy ostrze wesz³o jeszcze g³êbiej w dziurê. – Ten schmeiser – powiedzia³ spokojnie. Piotr z³apa³ za praw¹. ¿eby siê nie poruszy³a. bo kiedy Weiser odj¹³ od dziury ostrze bagnetu. co siê sta³o. do œwiat³a i przez ca³y czas. Gdy byliœmy ju¿ na skrzypi¹cych schodach. ¿e trafi³eœ na zardzewia³y drut kolczasty. – Teraz przy³ó¿ mu chustkê i za chwilê mo¿ecie go odprowadziæ do domu. 198 . widzia³em jego d³oñ. nie czu³em ju¿ nic. grzebi¹c koniuszkiem ostrza w dziurze – nie nadaje siê ju¿ do niczego. doda³: – Pójdzie na z³om. byliœmy cicho i tylko sw¹d spalonej skóry unosi³ siê w piwnicy. odk³adaj¹c bagnet. tak¿e ja. tylko z drewna. zdrow¹ nogê i te¿ przywar³ do niej tak. jak zawodowy felczer. jakbym nie mia³ nogi albo jakby by³a nie moja. którêdy wracaliœmy do domu. a Weiser chwyci³ moj¹ lew¹ ³ydkê pod pachê. ¿e trochê znosi. zardzewia³y drut kolczasty – powtórzy³ spokojnie – a teraz idŸcie ju¿! Nie przypominam sobie dok³adnie.

biskup i proboszczowie z wiernymi b³agali Boga o zmianê pogody. Weiser odsun¹³ mnie celowo i to nie ze wzglêdu na s³abe wyniki strzeleckie. ¿e kiedy tylko wiatr od zatoki zmieni kierunek. kiedy to piszê i spogl¹dam na skarpetkê. Ju¿ wtedy s³owa Weisera wyda³y mi siê dziwne. murarze przerabiali ewangelick¹ kaplicê na nowe kino naprzeciwko baru . ani Weisera. A mo¿e chcia³ mnie ostrzec? Tylko przed czym? W ka¿dym razie. o to sz³o. Wszystko to.. . ból lewej stopy i nigdy nie bêdê móg³ zapomnieæ tego. z wielkimi g³azami narzutowymi. ani wszystkich dni tamtego upalnego lata. kiedy susza pustoszy³a pola. to zgodnie z zasadami sztuki rusznikarskiej w górê lub w dó³ od celu. ani razu zaœ na bok. A nawet je¿eli znosi³. co widzia³y wtedy moje oczy i czego dotyka³y moje rêce.. a mê¿czyŸni z naszej kamienicy zachwycali siê przemówieniami W³adys³awa Gomu³ki i mówili. poczujê lekki. abym przez najbli¿sze dni nie by³ z nimi. wszystko to zawiera siê przecie¿ w tej bliŸnie powy199 . skoro nawet ja w kolejce poprzedzaj¹cej wypadek trafi³em M-skiego a¿ piêæ razy.Bêdziesz musia³ posiedzieæ w domu”. wcale nie znosi³. jak ma³y strumyczek. Przypomnia³em sobie jego zdanie ju¿ w sekretariacie szko³y i nagle zrozumia³em. cuchn¹ca zupa zaleg³a zatokê. Automat. ¿e dwa centymetry poni¿ej kostki jest ta blizna po Weiserowym rykoszecie i wypaleniu dziury. Wiem te¿. ¯ó³toskrzyd³y uciek³ ze szpitala czubków i œcigany by³ przez milicjê. ¿e takiego przywódcy robotnicy jeszcze nie mieli i mieæ nie bêd¹. ¿e Weiserowi chodzi³o w³aœnie o to.Liliput”. do koñca wakacji noga przysporzy³a mi wiele utrapieñ i nawet teraz.a mo¿e przez polanê. dowiaduj¹c siê wszystkiego z relacji Szymka lub Piotra. nazywan¹ dlatego kamienio³omami. ludzie widywali kometê w kszta³cie koñskiej g³owy. ledwie wyczuwalny. wiem. którego u¿ywaliœmy. co wydarzy³o siê w dolinie za strzelnic¹.

powodowany sobie znanymi wzglêdami. dymi¹ca masarnia i koszary. mo¿e ze mn¹ rozmawiaæ? ¯adna teoria nie wyjaœni niczego. Jedyne. I widzê jak Weiser wy³ania siê nagle z szarej chmury. jakbym tam by³ z powrotem. o czym mo¿na powiedzieæ: „rozumiem to”? O czym w ogóle i o czym w odniesieniu do tej historii? Czy rozumiem na przyk³ad. a potem s³yszê . tak jak prawdziwa by³a nasza brukowana kocimi ³bami ulica. nie chodzi na religiê!”. Jeœli Weiser. której dotykam palcami. co mogê zrobiæ. czujê zapach palonego bursztynu i s³yszê „Wi-taj Je-e-zu. ¿e Weiser istnia³ naprawdê. pragn¹³ zatrzymaæ mnie d³u¿szy czas w domu. w jaki sposób Piotr. obok których grywaliœmy w pi³kê – lub kiedy ogarniaj¹ mnie w¹tpliwoœci. szerokiej na pó³. sklep Cyrsona. wtedy w³aœnie pochylam siê nad lew¹ stop¹ i palcami prawej d³oni pocieram tê bliznê. dlaczego Weiser odsun¹³ mnie od siebie na jakiœ czas? Albo czy rozumiem.¿ej piêty. czy wszystko to nie by³o snem ch³opca o w³asnym dzieciñstwie albo o groŸnym nauczycielu przyrody M-skim i nienormalnym. widzê go. spoczywaj¹c pod ziemi¹. ani jedno zdanie i ani jeden moment tamtego lata i tamtego œledztwa. opêtanym przez dziwne manie wnuku Abrahama Weisera. I jego kraciasta koszula unosi siê w powietrzu. proboszcza Dudaka ze z³ot¹ kadzielnic¹. Dawidek. ¿e wybuchy w dolince by³y prawdziwymi wybuchami i ¿e nic w tej historii nie zosta³o wymyœlone. Tak. pachn¹cej wiecznoœci¹ i mi³osierdziem.Dawid. czy to wszystko by³o prawdziwe.. Tak. jak patrzy na to wszystko nieruchomymi oczami. to opowiadaæ dalej. d³ugiej na centymetr. krawca. Elka walczy jak rozwœcieczona lwica i tylko my nie potrafimy niczego zrozumieæ. A zreszt¹. kiedy gubiê w¹tek albo zastanawiam siê. w pe³ni osi¹gn¹³ swój 200 . bliŸnie. i wiem. Jeszcze raz widzê. sy-nu-u Ma-ry-i”.

bo g³oœnik emitowa³ tylko jeden program. a w dziurze zebra³a siê ropa. zaleci³ ok³ady i jak najmniej ruchu. ¿e nie mamy takiego radia jak pan Korotek. ale odk¹d pamiêtam. po przyjœciu z koœcio³a. Wiedzia³em. jej zdaniem. a kiedy ucich³a. podœpiewuj¹c i uœmiechaj¹c siê jak nigdy. bo to stuprocentowo babskie zajêcie. kar¹ za niepos³uszeñstwo i ca³e dni wa³êsania siê poza domem. bo czasami zdarza³o siê. a ebonitow¹ ga³k¹ mo¿na by³o co najwy¿ej œciszyæ wrzaskliwe odg³osy ludowej œpiewaczki albo potê¿ny baryton rosyjskiego œpiewaka. ¯a³owa³em. przytupuj¹c. czego nie znosi³em najbardziej. które mo¿na prze³¹czaæ na ró¿ne zakresy. ojciec nie zabiera³ jej nigdzie ze sob¹. a w niedzielê. ¿e matka bardzo lubi tañczyæ. Matka nie pozwala³a wy³¹czyæ g³oœnika w ogóle. zaraz rozpoczyna³y siê arie operowe z Borysa Godunowa lub Damy Kameliowej. nudne. jak matka ¿ali siê na ojca i na wszystkich mê¿czyzn – bo tak¹ ju¿ mia³em matkê: dobr¹ i narzekaj¹c¹. Wraca³ zmêczony z pracy. Skaleczenie nogi by³o. ale ju¿ nastêpnego dnia stopa spuch³a jak bania. k³ad³ siê na ³ó¿ku i móg³ tak drzemaæ ca³y dzieñ. d³ugie i ciê¿kie. rzadziej. Wtedy podkrêca³a ebonitow¹ ga³kê do oporu. który przemy³ ranê.zamiar. Zaka¿enia wprawdzie nie dosta³em. zabiera³a z moich r¹k wa³ek do ciasta albo nó¿ do obierania kartofli i robi³a ca³¹ robotê za mnie. ¿e nadawano muzykê taneczn¹ albo. Na dodatek przez ca³y dzieñ gra³ w domu g³oœnik radiowêz³a i przy skrobaniu ziemniaków albo wa³kowaniu makaronu. jad³ obiad i zaraz po drugim daniu zasypia³ zwykle nad gazet¹. kawa³ki amerykañskiego jazzu. przetykane od czasu do czasu fragmentem jakiejœ uwertury. 201 . Matka zawlok³a mnie do lekarza. Musia³em teraz przez ca³y dzieñ skrobaæ ziemniaki. przy tym wszystkim wiêc w kuchni r¿nê³a na przemian ludowa kapela z Opoczna albo z £owicza. o ile wczeœniej któryœ z kolegów lub s¹siadów nie wyci¹gn¹³ go do baru „Liliput”. pilnowaæ gotowania makaronu i s³uchaæ.

i by³o to trudniejsze od parabellum i schmeisera. – Ale co to by³a za sztuka? I przypierany pytaniami. bo mieszkanie nasze sk³ada³o siê tylko z pokoju i kuchni. ale matka nie pozwala³a mi sterczeæ przy oknie i nie mog³em nawet przywo³aæ Szymka lub Piotra. No wiesz. Dopiero na trzeci dzieñ rano Piotr zastuka³ do drzwi. któr¹ rzuci³em po pierwszym rozdziale. zw³aszcza ¿e jedyn¹ ksi¹¿k¹ obok ksi¹¿ki kucharskiej by³a w naszym domu. co oni teraz bêd¹ robiæ. Wtedy stwierdzi³. Piotr opowiedzia³. – Co takiego? – omal nie wyskoczy³em ze skóry. przechodz¹cych przez podwórko. Musieliœmy rozmawiaæ szeptem. prasuj¹c i gotuj¹c równoczeœnie. PóŸniej Weiser powiedzia³ im o tym ognisku i przyszli w umówione miejsce wieczorem.. – Co to by³o? – Nic takiego. Umiera³em z ciekawoœci. A oni przez dwa dni nie dawali znaku ¿ycia. zupe³nie jakby Weiser zakaza³ im przychodziæ do naszego mieszkania. tam jest taka polana w leszczynowym lasku – rozwodzi³ siê Piotr. bo nagan – wywodzi³ Piotr – cholernie zrywa i bije na boki.. – Z jakim znów ogniem? – Paliliœmy ognisko. Ale to nie by³o ¿adne wariac202 . w piwnicy cegielni. – Wczoraj pokaza³ nam now¹ sztukê – mówi³ Piotr bez szczególnego entuzjazmu. Lalka Prusa. wziêliœmy go za wariata i on siê nawet o to nie gniewa. bez ¿alu dla dalszej czêœci. – Niedaleko cegielni. a matka kursowa³a akurat pomiêdzy nimi. gdy zobaczyliœmy go w piwnicy cegielni. jak tañczy³ i unosi³ siê w powietrzu. i znosi jak ¿adna broñ. ¿e najpierw strzelali z nagana jak zwykle.Tak wiêc nudzi³em siê okropnie.. ¿e pewnie. nie wiedzieæ dlaczego. z ogniem. bo w takiej sytuacji sam by tak pomyœla³.. – Gdzie? – przerwa³em gwa³townie.

dla zabawy. a kiedy pokaza³ stopy. ale mówi³.two. – Ona przez ca³y czas gada³a jak najêta. a on to potrafi. jedn¹ po drugiej. ale pewnie dlatego ¿e ju¿ to widzia³a. bo jak powiedzia³ – ci¹gn¹³ Piotr – on zamierza zostaæ artyst¹ cyrkowym. – A strzelnica? A wybuchy? A broñ? A porwanie statku? A powstanie? Partyzantka? To wszystko nic? – Daj spokój – powiedzia³ Piotr. u³o¿y³ na ziemi i stan¹³ na nich boso. wypluwaj¹c pestki do zwiniêtej d³oni. – To dlaczego nie pójdzie ju¿ teraz do cyrku? Potrafi tyle. – I nie mówi³ nic wiêcej? – Nie. to znaczy wyj¹³ z ogniska roz¿arzone wêgle. a zreszt¹ mo¿e wykorzysta to do jakiegoœ numeru. nawet nie pisn¹³. nawet œladu oparzenia nie by³o. nawet bez œwiadectwa siódmej klasy. Pamiêtasz panterê w zoo? – Yhm – znowu wypluwa³ pestki. da drapaka ze szko³y i ka¿dy dyrektor cyrku przyjmie go z otwartymi ramionami. kiedy rozdziawiliœmy gêby na coœ takiego? Taka sztuka udaje siê tylko fakirom. sam jeszcze nie wie i zobaczy. a potem chodzi³ tam i z powrotem i nic. 203 . tym razem na talerzyk. jedz¹c wiœnie przyniesione przez matkê na porcelanowym talerzyku. a Elka bêdzie jego asystentk¹. – Artyst¹ cyrkowym – powtórzy³. a co jeszcze mia³ mówiæ. I pokaza³ nam – Piotr ci¹gn¹³ opowieœæ – sztukê z ogniem. – A ona gra³a mu przy tym? – Nie – znowu mia³ zapchane usta i nie móg³ szybko mówiæ. ¿e strzela tak sobie. Masz jeszcze trochê? Przynios³em z kuchni ociekaj¹cy durszlak pe³en ostatnich w tym roku wiœni. – Jak opracuje kilka œwietnych numerów. ¿e przyjm¹ go od razu. – My te¿ go pytaliœmy. Nie dowierza³em.

co maj¹ w planie. Elka. która mog³aby trzymaæ p³on¹ce ko³o albo wk³adaæ najgroŸniejszemu z lwów g³owê do paszczy. bo uwierzyliœmy w jego plany i wszyscy wziêliœmy ostatni¹ sztukê z chodzeniem po ogniu za dowód na prawdziwoœæ jego s³ów. To mog³o byæ piêkne. a starsze panie mdla³yby. – A ty sk¹d to wiesz? Wyplu³ ostatnie pestki. to by³o zapewne najprawdziwsze. Tak¿e Elka w kostiumie z cekinami lœni¹cymi jak diamenty. Zegar w sekretariacie wybi³ jedenast¹. Drzwi gabinetu rozwar³y siê nagle i us³ysza³em. jak te¿ wygl¹daæ bêdzie Weiser we fraku. z biczem w d³oni. oczywiœcie tylko do koñca numeru. jak M-ski wymawia moje nazwisko. ¿e by³o to zrêczne oszustwo? Nie mówiê o jego bosych stopach. Odzyska³em poczucie czasu. – A ty – zwróci³ siê do Szymka – wracaj na swoje miejsce! 204 . – Siadaj – warkn¹³ cz³owiek z mundurze. – A sk¹d ja mam wiedzieæ? Artyœcie nigdy nie wiadomo. A ja siedzia³em przez ca³y wieczór i zastanawia³em siê. nie powiedzia³ nawet. poskramiaj¹cy lwy albo jeszcze lepiej czarn¹ panterê. – Wiem tak ogólnie. chodzi mi tylko o skierowanie naszej uwagi w zupe³nie inn¹ stronê. w œwietle reflektorów. k³aniaj¹cy siê publicznoœci w burzy hucz¹cych oklasków. dotykaj¹cych ¿aru. No to czeœæ – i ju¿ go nie by³o. tam gdzie nie rodzi³y siê ju¿ ¿adne inne domys³y. co przyjdzie do g³owy.– Mo¿e jeszcze coœ przygotowuje? Wzruszy³ ramionami. od czego ca³a widownia zamiera³aby ze strachu. Tu Weiser przechytrzy³ nas dokumentnie. Kto móg³ przypuszczaæ.

– No. – Dlaczego tylko Korolewski napisa³ w swoim zeznaniu. 205 . a póŸniej Szymek. przypomnij sobie. przypomnij sobie – powtórzy³ mundurowy niczym echo. gdzie znaleŸliœcie ten nieszczêsny kawa³ek materia³u? – W dolince za strzelnic¹. proszê pana. ¿eby chwyciæ mnie za ucho. proszê pana. a wszystko bêdzie dobrze.– No i co? – M-ski przyst¹pi³ od razu do rzeczy. gdzie to by³o! Co mia³em robiæ? Nie domyœla³em siê nawet. który nie przypomina³ ju¿ teraz kokardy jakobiñskiej ani zmoczonej szmaty i podobny by³ do pêtli sznura z ruchomym wêz³em przesuwanym w górê lub w dó³. co? – Ba³em siê. – Komu to chcesz wmówiæ? Paproci jest tam wiêcej ni¿ drzew! Mundurowy roz³o¿y³ plan dolinki na biurku. M-ski rozeœmia³ siê sucho. w którym Weiser zak³ada³ ³adunki. to powiedz. ¿e skrawek czerwonej sukienki spaliliœcie w ognisku? Dlaczego ty nie napisa³eœ o tym ani twój drugi kolega. – Znowu k³amiesz i twoi koledzy te¿ k³ami¹. – PodejdŸ tutaj – powiedzia³ – i poka¿ dok³adnie. – To ju¿ wiemy – powiedzia³ ³agodniejszym tonem dyrektor. kiedy dyrektor powstrzyma³ go szybkim gestem. wybra³em wiêc to najbli¿ej krzy¿yka oznaczaj¹cego punkt. tam gdzie Weiser robi³ swoje wybuchy. – No. – Gdzieœ ko³o paproci. – K³amiesz! – wrzasn¹³. dyrektor bawi³ siê koñcem krawata. – Ba³eœ siê? – Tak. – Chodzi nam o dok³adne okreœlenie miejsca. ale ja was… – i ju¿ wyci¹ga³ w moim kierunku rêkê. – Mówi¹c to. które miejsce pokaza³ im Piotr. k³amiecie wszyscy razem.

co? – Nie. – To nie by³y ¿adne strzêpy. co powiem dalej. zapytajmy go. ca³a sukienka to nie by³a. bo Elka wcale nie wylecia³a w powietrze. – Tylko nie krêæ znowu! – Tylko ten kawa³ek sukienki. to wszystko wskazuje na to. proszê pana – odpowiedzia³em zadowolony z pomieszania im szyków. a tamci zamarli ze zdumienia i czekali. proszê pana. ale kawa³ek du¿y jak ta mapa. o – i pokaza³em w powietrzu jak du¿y by³ ten kawa³ek. Mundurowy przysun¹³ siê jeszcze bardziej. – Du¿y czy ma³y – stwierdzi³ dyrektor – nie powiedzia³eœ nam najwa¿niejszego: gdzieœcie go spalili? – Niedaleko nasypu kolejowego. – Je¿eli tak by³o. na pewno nie ca³a. Przy którym z nich. dok³adnie?! 206 . po którym nie jeŸdzi ¿aden poci¹g. w którym spalili strzêpy materia³u. to co? – mundurowy podsun¹³ siê do mnie tak. Ale oni nie dali siê na to nabraæ. ¿e musia³ gdzieœ tak¿e pozostaæ kawa³ek cia³a. bo zaraz powrócili do tego samego pytania. – A mo¿e powiesz. to by³ ca³y kawa³ek sukienki! – Korolewski napisa³ wyraŸnie: „strzêpek materia³u”. ¿e widzia³em stru¿ki potu œciekaj¹ce mu po skroniach. ani ¿aden z was. – To nie by³y wcale strzêpy – wtr¹ci³em. ¿e to by³a ca³a sukienka.– Chwileczkê. – Krêcisz – M-ski by³ ju¿ niebezpiecznie blisko – zerwanych mostów jest tam kilka. wiêc jeœli nie strzêpek. kolego. – W którym miejscu? – Obok zerwanego mostu. – By³o cia³o. – Jakiego nasypu? – No. którego przecie¿ nikt nie widzia³. tego. gdzie by³o ognisko. a o tym Korolewski nie napisa³. proszê pana. czy nie?! – warkn¹³ M-ski.

gdzie pana widzieliœmy nad Strzy¿¹. – Nad Strzy¿¹. proszê pana. chwyci³ za rêkê. który przep³ywa pod kolejowym nasypem. – Gdzie? – zapyta³ dyrektor. chodŸ tutaj! – mówi³. i podniós³ do góry. tak ¿e lewitowa³em jak Weiser w piwnicy nieczynnej cegielni. bo mimo woli ³zy ciek³y mi z oczu. gdzie mog³em chwilê odetchn¹æ. 207 . podnosz¹c mnie. i odepchn¹³ w stronê œciany. to znów opuszczaj¹c. – I chwyci³ mnie za jedno i drugie ucho równoczeœnie. – Jak d³ugo jeszcze bêdziecie k³amaæ? Tam by³o coœ wiêcej ni¿ sama sukienka. – Boisz siê? Sta³em nadal pod œcian¹. proszê pana. który na lekcjach przyrody s³u¿y³ za stró¿a porz¹dku. – No. – Dawaj ³apê! – powiedzia³ zdyszany M-ski. – Dosyæ! – krzykn¹³ M-ski. co mu odpowiedzieæ. – No wiêc – spyta³ mundurowy – powiesz czy nie? – Wszystko ju¿ powiedzia³em. ten sam. – Dosyæ tych k³amstw! Twoi koledzy zeznaj¹ co innego. bo zabola³y go rêce. tam gdzie nasyp przecina drogê do Rêbiechowa. otworzy³ d³oñ jak ma³emu dziecku i wymierzy³ piêæ uderzeñ. spogl¹daj¹c na dyrektora i mundurowego. prawda? Gdzie zakopaliœcie szcz¹tki swojej kole¿anki? – pyta³. chlapi¹cych jak kopyta koñskie na asfalcie. – Powiedz! – To by³o.– Za brêtowskim koœcio³em. – PodejdŸ tu bli¿ej – powiedzia³. proszê pana – chlipn¹³em. To jest ten potok. – Mo¿e to przywróci ci pamiêæ! – I zobaczy³em. wiêc wykrzykn¹³em tylko: – Niech pan puœci. który podszed³ do mnie. jak wyjmuje z szuflady kawa³ek gumowego wê¿a. ale ten widok tylko rozdra¿ni³ M-skiego. ale nie ruszy³em siê z miejsca. niech pan puœci! A¿ wreszcie puœci³ mnie. w tym samym miejscu. a ja nie wiedzia³em.

woŸny poderwa³ siê ze swojego krzes³a. a te-raz mówi-my to te¿ ze stra-chu. – Wtedy by³ pan bez siatki na motyle – powiedzia³em – i bez pud³a na roœliny.M-ski znieruchomia³. ale tylko na moment. a wy – to by³o do nas – ani s³owa! WoŸny z dzbankiem znikn¹³ i us³yszeliœmy jego kulawy krok w pustym korytarzu. lecz my tym razem nie korzystaliœmy z tej szansy. – Czasami ³apiê tam motyle – zwróci³ siê do tamtych – ale to nie ma ¿adnego zwi¹zku ze spraw¹! – Znów chwyci³ mnie za d³oñ. – Zna-le-ziona obok starego dê-bu – szepta³ Szymek. abyœmy nie mogli ze sob¹ rozmawiaæ. Kiedy wyszed³em do sekretariatu. – Skoñczone? – rzuci³ pytaj¹co w kierunku mundurowego. M-ski popatrzy³ na mnie groŸnie. bo karty. – Dobrze – powiedzia³ – zastanowimy siê nad tym. zosta³y odkryte. Jego policzki zrobi³y siê czerwone. a teraz – zwróci³ siê do tamtych – przerwa na herbatê. – Jesteœ tego pewien? – Tak. 208 . – Niech pan przyniesie wody w dzbanku. o czym mówili. – Ju¿ po wszystkim? – Nie – odpar³ tamten. Natê¿aj¹c s³uch. choæ mundurowy i dyrektor nie domyœlali siê niczego. – Spa-lo-na te-go sa-me-go dnia wie-czo-rem na ka-mie-nio-³o-mach. mo¿na by³o us³yszeæ wszystko. po raz pierwszy czuj¹c md³y smak szanta¿u zmieszany ze ³zami. trochê z obaw¹. szu-ka-li-œmy miej-sca ze strachu. proszê pana – i uœmiechn¹³em siê bezczelnie. przynajmniej czêœciowo. a tamci uchylili drzwi gabinetu. Gumowy w¹¿ zawis³ w powietrzu i nie spad³ na otwart¹ rêkê. ale zd¹¿y³em go uprzedziæ. Go-dzi-na siódma wie-czo-rem.

KAZIMIERZ L ELEWICZ Organy w Katedrze Oliwskiej. Fotografia z lat piêædziesi¹tych .

Szymek wiedzia³. – Ty nio-s³eœ w kie-sze-ni – to by³o do mnie – a Pio-trek wrzu-ca³ do og-nis-ka. o co chodzi. Wiêc poszliœmy tam. i chocia¿ nigdy nie powiedzia³em ch³opakom 210 . PóŸniej nie wiedzieliœmy. Za chwilê woŸny by³ ju¿ z nami. myœlê. czy to dziwne? No i ogieñ poch³on¹³ czerwony strzêpek. to znaczy na kamienio³omach oddalonych od dolinki o czterdzieœci minut drogi piechot¹. Jedno tylko jest zastanawiaj¹ce: dlaczego tym razem po wodê wys³ano woŸnego. nawet przy otwartych drzwiach gabinetu. ¿e by³ to najpiêkniejszy szept sceniczny. Chcieli za wszelk¹ cenê zakoñczyæ œledztwo? Mo¿e by³a to intryga M-skiego? O M-skim w ka¿dym razie myœla³em przez ca³y czas d³ugiej przerwy. drzwi do gabinetu zosta³y zamkniête. Tak. Po-tem do do-mu. które okropnie gniot³y w siedzenie. co mówi. ¿e Elkê rozerwa³a eksplozja. Jeœli za³o¿yæ. co potrzeba i tamci nie mogli mieæ co do tego w¹tpliwoœci. A na polanie z g³azami narzutowymi. a my siedzieliœmy w sekretariacie na sk³adanych krzes³ach. nie zaœ któregoœ z nas? Pozostawieni bez stró¿a. szczegó³y obmyœli³ dobrze i – co istotne – wydawa³y siê prawdopodobne. mogliœmy bez trudu ustaliæ. – Ja zna-laz-³em przy ko-rze-niach – szepta³ Szymek. najwa¿niejsze zosta³o ustalone. stary d¹b by³ w dolince trudny do przeoczenia. Kiedy przypominam sobie dzisiaj tê scenê. WoŸny wróci³ z dzbankiem pe³nym wody i znikn¹³ na chwilê w gabinecie. Z pewnoœci¹ zrozumia³. Niew¹tpliwie. skrawek sukienki móg³ dofrun¹æ tam rzeczywiœcie. gdy oni pili herbatê. M-ski mia³ teraz trudne zadanie.Zanim woŸny wróci³ przez pachn¹cy cisz¹ i past¹ do pod³óg korytarz. Niepostrze¿enie gra pomiêdzy nami zamieni³a siê w grê moj¹ i M-skiego. by³o istotnie miejsce wyznaczone przez leœniczego do palenia ognisk. jaki kiedykolwiek s³ysza³em. co z nim zrobiæ.

Bo w czasie mojej wizyty u Elki. to nie takie proste – odpowiada³a twarz. Wtedy wzruszy³em ramionami. – Ogólnie okreœli³bym to jako przyczyny polityczne. pod sam jej koniec M-ski znowu pojawi³ siê niespodziewanie. I wtedy na ekranie ujrza³em twarz M-skiego.o moim pierwszym w ¿yciu szanta¿u. Kiedy skoñczy³em szko³ê. ¿e jest historyczny. kiedy wielu ludzi wyje¿d¿a³o na sta³e do kraju Georga Wilhelma Friedricha Hegla. W³¹czy³em go i nie zwracaj¹c uwagi na program. o którym gazety w Niemczech i Polsce pisa³y. która odpowiada³a na pytania reportera. Obok ³ó¿ka sta³ ma³y. przenoœny telewizor. dowiedzia³em siê. wk³ada³em pi¿amê Horsta. ta gra ci¹gnê³a siê póŸniej przez ca³e lata. – Och. a nawet – jak myœlê dzisiaj – trwaæ mo¿e do teraz w ca³kiem innym miejscu i czasie. pozosta³e cz³onki zaœ w niczym nie przypomina³y jego srebrzystego kad³uba. ¿e by³a równie¿ gr¹ – tyle ¿e o Weisera. unosz¹cego czerwon¹ sukienkê. 211 . M-ski uczy³ jeszcze przyrody i nadal pozostawa³ zastêpc¹ dyrektora do spraw wychowawczych. Ci¹gnê³a siê jeszcze po skoñczeniu szko³y i po œmierci Piotra. w czasie tej wizyty. gdzie le¿a³a Elka. lecz – jak siê okaza³o – nies³usznie. ca³kiem zrezygnowany. – Czym zajmowa³ siê pan w Polsce? – Badaniami naukowymi – mówi³a twarz. PóŸniej. jakby nic nie mog³o wydarzyæ siê bez niego. ¿e M-ski znalaz³ siê poœród nich. – A z koniecznoœci uczy³em te¿ w szkole. Z du¿ego pokoju na parterze. Moje rêce nie by³y ju¿ skrzyd³ami i³a 14. o której napisa³em. gdy dwaj mê¿owie stanu podpisali ów uk³ad. po siedemdziesi¹tym roku. – Dlaczego tak póŸno zdecydowa³ siê pan na powrót do ojczyzny? – pyta³ dziennikarz. uœmiechniêt¹ i pe³n¹. uda³em siê do sypialni.

– Dlaczego? – Obawiam siê. przynajmniej na tê noc. jakiego oni teraz maj¹ sojusznika! – I wy³¹czy³em telewizor. by z ekranu nie wyskoczy³a nagle twarz. – Czy wyniki pañskich badañ zostan¹ opublikowane? – Tak – odpowiedzia³a twarz – nied³ugo. polemizuj¹c z tezami Partii Zielonych. jeœli mo¿na spytaæ? – Prowadzê obserwacjê – twarz przybra³a powa¿n¹ minê – gin¹cych gatunków motyli w Górnej Bawarii. – Czy po przyjeŸdzie opublikowa³ pan wyniki swoich prac naukowych? – Niestety – twarz objawia³a oznaki pewnego zniecierpliwienia – maszynopis zosta³ mi skonfiskowany na granicy. gdy na ekranie ukaza³a siê sylwetka kanclerza Willy’ego Brandta. – Czy kontynuuje pan teraz bez przeszkód pracê naukow¹? – O tak! – twarz uœmiechnê³a siê jak na reklamie coca-coli. – Bez ¿adnych przeszkód! – I jakie badania prowadzi pan.. w obawie. ¿e równie¿ z przyczyn politycznych – odpowiedzia³a bez zaj¹knienia twarz.– Dlaczego z koniecznoœci? – Bo moje badania. 212 . Ju¿ zamierza³em wy³¹czyæ telewizor i zamkn¹æ twarz. panie kanclerzu. – A czym zajmuje siê pan obecnie? – Obecnie. Przemawia³ w Bundestagu. z w¹sami domalowanymi przez Weisera. w których podkreœla³em wyj¹tkowoœæ flory i fauny lasów otaczaj¹cych Gdañsk – marszczy³a siê twarz – te badania nie znajdowa³y ¿adnego rozg³osu ani uznania.. ta sama co przed laty. bo nikogo nie by³o w pokoju – nie wie pan nawet. – Nie wie pan nawet – powiedzia³em g³oœno. – twarz namyœla³a siê przez chwilê – obecnie wyk³adam w szkole ogrodniczej przedmioty zawodowe.

który mia³ piêkny dom. Wierzy³em wiêc.Odkrycie to przybi³o mnie do reszty. na pewno umawia siê tam z jak¹œ bawarsk¹ gospodyni¹ i tak samo jak nad Strzy¿¹ stoi nad górskim potokiem. Tylko do czego by³y mu potrzebne pirotechniczne efekty i ca³y arsena³. Straszliwie nudzi³em siê w domu. to dlaczego nie mia³by zostaæ artyst¹ wystêpuj¹cym w cyrku? Mój sen – jak rozumowa³em wówczas – potwierdza³ tylko takie przypuszczenia. By³y takie. który zag³usza plaskaj¹ce uderzenia krzepkiej Niemki. matka krzycza³a okropnie i jeszcze bardziej mnie pilnowa³a. zastanawia³em siê znowu. Nastêpnego dnia bêd¹c na powrót w Monachium u mego stryja. Jeœli nie chcia³ byæ wodzem ani piratem. Nic wiêcej nie mogê na ich temat dodaæ. zgromadzony w piwnicy nieczynnej cegielni? Tego nie mog³em zrozumieæ. trawnik. samochód i nic ponad to. O poszczególnych eksplozjach nie bêdê mówi³ po raz drugi. ale nie do koñca. albo w dolince. dlaczego pani o wygl¹dzie domowej gospodyni bi³a M-skiego po twarzy. ale nie w pe³ni. Nawet dzisiaj obraz ten budzi we mnie mieszane uczucia. nie ze 213 . ¿ebym nigdzie nie wychodzi³. jak opisa³em. ufa³em. Po ka¿dej takiej wyprawie dziura w nodze zaczyna³a znów ropieæ. bo jedno z drugim niewiele mia³o wspólnego. przychodzi³em na kolejne wybuchy w dolince za strzelnic¹. ¿e oni maj¹ niez³¹ zabawê. wiedz¹c. Nie chcia³em jednak wychodziæ. bo niczego nie zatai³em i niczego chyba nie pomin¹³em. A Weiser? Poza urz¹dzaniem wybuchów uczy³ Szymka i Piotra strzelania – tak jak poprzednio: albo w piwnicy cegielni. i nie zwierzaj¹c siê z moich w¹tpliwoœci nikomu. Co by³o dalej? Uwierzyliœmy Weiserowi w jego bajeczkê. Weiser jak nikt inny wydawa³ siê stworzony do poskramiania dzikich zwierz¹t. bo jeœli M-ski latem chwyta gin¹ce motyle w Dolnej czy Górnej Bawarii.

motyki i grabie. Minê³o sporo czasu i któregoœ dnia zobaczy³em na niebie pierwsze ob³oki. o którym wiedzia³em zawsze dzieñ wczeœniej od Szymka lub Piotra. ale o k¹pieli nie by³o co marzyæ. Œmia³ek. o czym przekonany by³ Piotr. Masowo pada³y te¿ mewy i pracownicy oczyszczania znosili martwe kad³uby na wielkie stosy. i bardzo nie lubili. ¿e nadwerê¿ona tym noga nie pozwoli mi wymkn¹æ siê na nastêpny wybuch. Mo¿e dlatego. lecz mog³em teraz œlêczeæ w oknie z brod¹ podpart¹ rêkoma i œledziæ powolne przemiany kszta³tów na niebieskim jak akwamaryna sklepieniu. cofa³ j¹ natychmiast z obrzydzeniem. a mo¿e dlatego.strachu przed matk¹. W ka¿dym razie nie sypia³ ju¿ w naszej krypcie. W Brêtowie pojawi³ siê za to ponownie ¯ó³toskrzyd³y i – jak opowiadali ludzie – przeparadowa³ któregoœ razu w naszym zardzewia³ym he³mie obok domów. rozci¹gniête pióra nie zapowiada³y wprawdzie zmiany pogody. Wiadomoœci przynoszone przez Szymka i Piotra by³y zwyczajne – w zatoce zupa rybna rozrzedzi³a siê trochê i na piasku nie zalega³y ju¿ cuchn¹ce kupy gnij¹cej padliny. mierzyli ziemiê i ogradzali teren pod ogródki dzia³kowe zwojami kolczastego drutu. gdy ktoœ obcy krêci³ siê w pobli¿u. przychodzili inni ludzie i z desek. Tam gdzie teren by³ ju¿ ogrodzony. Ich wysokie. ¿e byli po prostu Ÿli i nieuprzejmi od urodzenia. musia³ wiêc mieæ jak¹œ inn¹ kryjówkê. pojawili siê ludzie z tyczkami. starych sklejek i papy klecili szopy i ma³e domki. Wywo¿ono je razem z rybami za miasto i palono na wspólnym wysypisku. który zanurzy³ w wodzie koniec nogi. wzbudzaj¹c powszechny niepokój. Ale nie z³apano go. zaraz za cmentarzem. które z daleka wygl¹da³y jak kupki œniegu. Rybacy z Jelitkowa wyst¹pili do w³adz o odszkodowania. ale nikt nie potrafi³ powiedzieæ nic pewnego. ¿e w tych szopach chowali szpadle. tylko z obawy. Poza tym w dolinie po drugiej stronie nasypu. 214 .

jakiego nie mieli w . ¿e bêdzie tam panoramiczny ekran. ¿e Elka mia³a rano ze sob¹ ten sam instrument. ¿e Weiser przygotowywa³ jakiœ nowy numer i pewnie nied³ugo nam go zaprezentuje. Wtedy mogliœmy w to wierzyæ i spokojnie podziwiaæ jego arsena³ albo jak Piotr i Szymek tego dnia – jeŸdziæ po D³ugim Targu historycznym tramwajem za okr¹g³e piêædziesi¹t groszy od jednego kursu. gdy zaœ przychodzi³em na jego wybuchy. Dzisiaj wiem. gazowe latarnie mia³y iœæ na z³om. Nowe kino mia³o nazywaæ siê . Bar „Liliput” zosta³ zamkniêty na ca³e trzy dni po ostatniej bójce murarzy z ¿o³nierzami. instalowano elektryczne lampy. którzy wyskakiwali na jednego z pobliskich koszar bez przepustki. Szymek domyœla³ siê.Znicz” i obiecywano. nic nie umieli powiedzieæ. bo przecie¿ nigdy nie zamierza³ zostaæ artyst¹ areny.. a stare. która nazywa³a siê Kar³owicza. Weiser nie odwiedzi³ mnie ani razu. w pobli¿u naszej szko³y. przeszed³ jak zawsze po swojemu – na skos. którzy tego dnia znikli gdzieœ bez wieœci. bo przez skrzy¿owanie. s³owem nie wraca³ do dziury w nodze i tego.. co siê wtedy sta³o. gdzie za³o¿yli niedawno pierwsze w mieœcie œwiat³a. Czy jeszcze coœ? Tak. na którym gra³a Weiserowi do tañca. zaprzê¿ony w dwa konie. kiedy przesiadywa³em w domu. na s¹siedniej ulicy.W Gdañsku. ale bez Elki i Weisera. jak wszystkim w naszej dzielnicy podczas 215 . Pyta³em. Na dodatek zwymyœla³ milicjantów od smarkaczy i ma³o co nie zabrali go na komisariat. a pan Korotek dosta³ mandat. na D³ugim Targu. a bilet na jeden przejazd kosztowa³ okr¹g³e piêædziesi¹t groszy. puszczono historyczny tramwaj. Czas p³yn¹³ mi wolno i spokojnie. ¿e Weiser nic takiego nie robi³.Tramwajarzu” obok zajezdni. Jechali tym tramwajem. ale poza tym. dok¹d mogli pójœæ – na lotnisko czy do cegielni. Poza tym ze studni Neptuna nie sika³a ani jedna kropla wody.

By³ te¿ pan Korotek tocz¹cy przez podwórko ogromn¹ jak beczka flaszkê wódki. a nad miastem. Tu¿ za jego plecami wyrasta³y smuk³e sosny. rybacy padali na kolana. któremu dorobi³em motyle skrzyd³a i umieœci³em w siatce przyrodnika jako kolejny eksponat. kiedy siedzia³em zgarbiony nad kartk¹. a nad miastem i g³owami zgromadzonych na chodniku ludzi przelatywa³y samoloty. Z braku innego zajêcia rysowa³em na kartkach zeszytu. M-skiego narysowa³em razem z proboszczem Dudakiem. A¿ któregoœ dnia – by³o to chyba po pi¹tym z kolei wybuchu. z której umyka³y myszy prosto na pobliski œmietnik. co tylko przysz³o mi do g³owy. co to jest? – zapyta³ od drzwi. wysy³aj¹ce promienie we wszystkich kierunkach. bo znów czeka³y ziemniaki albo makaron. Raz by³ to ¯ó³toskrzyd³y stoj¹cy na dachu kamienicy na Starym Mieœcie. – To jest plakat! 216 . – Wiesz. a ich ¿ony chowa³y g³owy ze strachu. kiedy noga wygl¹da³a ju¿ prawie dobrze – do drzwi naszego mieszkania zastuka³ Szymek. py³ lipca i brud sierpnia ani razu nie sp³ynê³y z liœci kroplami tak upragnionego deszczu. albo lepiej: widok ogólny – znad wzgórz w kierunku lotniska pomyka³ samolot w kszta³cie kadzielnicy. Innym razem kartkê zeszytu wype³ni³ Weiser szybuj¹cy nad zatok¹ na czarnej panterze. Tak przynajmniej je nazywa³a. – Zgadnij. W rêkach trzyma³ zwiniêty rulon papieru. przerywaj¹c moje zajêcie. By³a te¿ jedna panorama. zatok¹ i cmentarzem zamiast s³oñca œwieci³o wielkie. trójk¹tne oko. gdy kurz czerwca. my wszyscy siedzieliœmy w œrodku.upalnego lata. bo zamiast kwiatów czy drzew widzia³a na moich obrazkach same maszkary. ca³ymi kluczami jak ¿urawie. Matka nie lubi³a. prêdko! – Flaga? List goñczy? Og³oszenie? – Ju¿ lepiej – uœmiechn¹³ siê.

jak bêdziesz mia³. a pod spodem napis: CYRK „ARENA” ZAPRASZA!!! – Niez³e – powiedzia³em. który nakleja afisze na s³upach. tylko wyskoczy³ z tramwaju na tamtym przystanku i wszystko sobie dobrze ogl¹dn¹³: wóz. I wtedy zobaczy³ na placu Zebrañ cyrkowe wozy. – No i co z tego? Szymek. – A sk¹d mieliœcie tyle? – Zaraz ci wszystko powiem – Szymek odsun¹³ plakat i usiad³ na tapczanie. patrzy³ te¿ na robotników naci¹gaj¹cych liny wielkiego namio217 . ten cylinder wypad³ i potoczy³ siê po ziemi. jakie cudo! Rzeczywiœcie ujrza³em wielk¹ paszczê lwa obok ubranej w barwny kostium kobiety. który wygl¹da³ jak zwyczajny cz³owiek. – Nie rozumiesz? – A bilety? – Elka ju¿ pojecha³a kupiæ. rozwijaj¹c kolorowy rulon na tapczanie. strasznie krzycza³ i zwymyœla³ tragarzy od niedo³êgów. konie. a magik. nie przestawa³ mówiæ: – Da³ mi go ten pan. Popatrz tylko. – I co dalej? – Co dalej? Jutro idziemy do cyrku! – wyrzuci³ z siebie radosn¹ nowinê. ten ze starym rowerem. – No wiêc rano Piotr pojecha³ do Gdañska kupiæ w ¿elaznym sklepie gwoŸdzi dla ojca. – A pieni¹dze? – Nie martw siê o pieni¹dze. – Ile? – Dla doros³ych dziesiêæ. bo wszystkie krzes³a w pokoju by³y zarzucone bielizn¹ przygotowan¹ do prania. Widzia³ nawet cylinder magika. a dla nas po piêæ z³otych. Wszystko to Piotr widzia³ i s³ysza³. No i nie poszed³ do sklepu. to oddasz. w którym mieszka klown. bo kiedy tragarze przenosili pakunki. klatki z dzikimi zwierzêtami.– Aha – powiedzia³em bez przekonania. dla ciebie te¿. akrobatów.

kupi³ co trzeba i przyjecha³ z nowin¹ do nas. to mo¿ecie mi oddaæ”. jakby to by³o fajnie iœæ do cyrku. „Macie”. a moja matka. „No. gdyby by³y pieni¹dze. jak ten od afiszy smaruje klejem papier i przykleja. bo ja bym mia³ na bilet i Piotr te¿. to by³o dziwaczne – mówi³ dalej Szymek. dotykaj¹c jaskrawego plakatu. Elka pojecha³a po bilety i ma kupiæ na jutro. podtrzymuj¹ce odci¹gi. oznajmi³a. „a jak sprzedacie butelki. no i ty. „Piêæ” – odpowiedzieliœmy. co? – skoñczy³ opowiadaæ.. Szymek wyszed³ bardzo zadowolony. ¿eby zobaczyæ plakaty rozlepione na betonowym okr¹218 . zwijaj¹c plakat w d³ugi rulon. bo ta pani jest prawie ca³kiem rozebrana. która s³ysza³a fragment rozmowy. jak du¿ymi m³otami wbijaj¹ w ziemiê grube paliki. Nastêpnego dnia od rana czas d³u¿y³ siê nieznoœnie. ca³kiem trzeŸwy i. Wczeœnie rano wyszed³em przed dom. A wtedy nadszed³ pan Korotek. zdaje siê. A pó³ godziny póŸniej. to ile was sztuk jest?” – zapyta³. powiedzia³. na które mieliœmy bilety. mo¿e godzinê. a na koniec zobaczy³. – Powieszê to sobie nad ³ó¿kiem – doda³ – o ile matka nie wyrzuci.. rozpoczyna³o siê dopiero o godzinie szesnastej. ¿e piêæ z³otych na bilet da mi bardzo chêtnie i nie potrzebujê (tak powiedzia³a) korzystaæ ze wspania³omyœlnoœci pana Korotka. bo razem z tob¹ to piêæ – a on wyj¹³ wtedy portmonetkê i da³ nam ca³ych trzydzieœci z³otych. s³ysza³ nasz¹ rozmowê. na naszym s³upie og³oszeniowym pojawi³o siê to – Szymek wyci¹gn¹³ rêkê. – Staliœmy obok s³upa i gapiliœmy siê. Staliœmy tak i gadaliœmy. no to nieŸle. a potem znowu smaruje i znowu przykleja. no. bo przedstawienie. – A pieni¹dze? Sk¹d mieliœcie pieni¹dze? – Ach. „ale niekoniecznie”. bo dzisiaj wystêpów jeszcze nie bêdzie. Potem przypomnia³ sobie o gwoŸdziach dla ojca. a Weiser to nie wiem. powiedzia³.tu. bo on prawie ca³y s³up oklei³ tym samym plakatem. ale Elka chyba nie.

bo jeœli Weiser zaszed³ mnie od ty³u i pyta³. – Nie puchnie noga? – Nie – odpowiedzia³em zgodnie z prawd¹. Przyzwyczajony do szarzyzny s³upa. jak siê ³apie zaskroñce. sta³em jak urzeczony i myœla³em. czy lew. – Bêdziesz je tresowa³? Weiser wzruszy³ ramionami. – Mo¿esz ju¿ chodziæ? – Tak. jak siê to robi – mówi³ wolno. ze skoœnymi dachami. ¿e bêdziesz chcia³ zobaczyæ. – To jest worek. Myœla³em tylko. z ogromn¹. Minêliœmy rz¹d ma³ych.glaku. to nie. Nagle poczu³em lekkie szturchniêcie w bok. do czego mu bêd¹ potrzebne. na którym od kilku ju¿ miesiêcy nie naklejano nic nowego. musia³ mieæ jakiœ pomys³. to by³ g³os Weisera. – A po co ci zaskroñce? – spyta³em. Ruszyliœmy ulic¹ pod górê i wtedy zapyta³em raz jeszcze: – Ale po co ci one? – Zobaczysz. którego zobaczê w cyrku. a co? – W tym „a co?” kry³a siê naturalnie nadzieja na coœ nowego. wszystko zobaczysz – powiedzia³. – Zobaczysz. zrezygnowanym tonem. a resztki starych afiszy miesza³y siê ze œwiñskimi napisami i zesz³orocznym zarz¹dzeniem o rejestracji poborowych. prawie identycznych domów. bêdzie tak samo groŸny jak ten na plakacie. w których pó³okr¹g³e okienka mansard 219 . – Nic ju¿ nie boli i nic nie puchnie. Chcia³em zobaczyæ. S³up wygl¹da³ wspaniale: od samej ziemi a¿ po jego czubek ci¹gnê³y siê dooko³a takie same lwie paszcze i takie same panie w kostiumach. – Jak nie chcesz. rozwart¹ paszcz¹ i dwoma rzêdami wielkich. gdzie bêdziemy je wrzucaæ – wyjaœni³ – a kij znajdziemy ju¿ w lesie. jak bêdzie ³apa³ zaskroñce. ale chcia³em te¿ wiedzieæ. – To chodŸ ze mn¹ – powiedzia³. po³yskuj¹cych k³ów.

za którymi znajdowa³a siê strzelnica. st¹d niewidocznym. pokrzyw. raz w prawo. kiedy wspinaliœmy siê œcie¿k¹ miêdzy modrzewiami. Weiser umilk³ i przez dalsz¹ drogê. – Idziemy tam – powiedzia³. woñ przekwit³ego ³ubinu miesza³a siê z koniczyn¹. gdy tylko stanêliœmy w dolinie przylegaj¹cej skrajem. a póŸniej zwróci³ siê do mnie: – Widzisz tamte zaroœla? Skin¹³em g³ow¹. – Tam jest ich najwiêcej. idŸ tam i poruszaj krzakami. Zaskroñce najpierw powo220 . sk¹d z jednej strony widaæ by³o lotnisko i zatokê. a od po³udnia. kar³owatych malin. Po dziesiêciu minutach. rozumiesz? Zadanie nie by³o trudne. nie za mocno – doda³ – ¿eby nie ucieka³y wszystkie naraz. wskazuj¹c rêk¹ na po³udnie – tam gdzie za³o¿yli p³oty i gdzie bêd¹ ogródki dzia³kowe. taki sam jakiego u¿ywaj¹ po³awiacze ¿mij w Bieszczadach. nie powiedzia³ ani s³owa. staliœmy na wzgórzu. po którym nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g. Szed³em wolno wzd³u¿ pasa zaroœli i kijem porusza³em kêpy wysokich traw. Ale Weiser nie odpowiedzia³. rozwidlony patyk. bêdziesz je sprzedawa³? Albo zaniesiesz M-skiemu? A nie wystarczy mu jeden zaskroniec. ¿eby je wyp³oszyæ.wygl¹da³y jak wy³¹czone w ci¹gu dnia lampy samochodowe. do cmentarza i nasypu. czarnego ¿arnowca i paproci. Teraz schodziliœmy po stoku prawie tak jak na nartach – raz w lewo. – Powiedz. ¿eby zanadto siê nie rozpêdzaæ. W powietrzu spotyka³y siê smugi ró¿nych zapachów. daleko w dole majaczy³y zarysy Brêtowa i wzgórz. sapi¹c. Najpierw wyszuka³ d³ugi na metr. Ale powoli. ostrymi zakosami. musi ich mieæ kilka? – pyta³em. a ch³odny zapach miêty ³¹czy³ siê z ostrym aromatem rosn¹cej dziko macierzanki.

li. Weiser zwolni³ nieco kroku. podnosz¹c czo³o znad motyki. ale szczelny supe³. kiedy skoñczy³em nagonkê. a ja ruszy³em za nim. gdy mijaliœmy pracuj¹cych tu ludzi. – Co tam niesiecie. Odk¹d siê tu pojawili. pamiêtam dobrze. na których nie wiedzieæ dlaczego malowali zaraz uœmiechniête krasnale. patrz¹c na worek. co wygl¹da³o okropnie i wprost nieprzyzwoicie. ch³opcy? – zaczepi³ nas spocony grubas. a on z ogromn¹ zrêcznoœci¹ najpierw unieruchamia³ je rozwidlonym patykiem. nazywane domkami. z uporem przekopywali such¹ jak na pustyni ziemiê i z jeszcze wiêkszym uporem klecili z desek i dziurawej sklejki swoje budy. bo Weiser nigdy nie mówi³ za du¿o i wszystko mo¿na by³o zapamiêtaæ bardzo dok³adnie. który porusza³ siê w takt miarowych kroków.. – Dobra – powiedzia³ – teraz przejdziemy przez te cholerne dzia³ki i zaniesiemy je na drug¹ stronê. proszê pana – odpowiedzia³em pierwszy. Weiser zawi¹za³ worek na du¿y. bo tu najwiêcej. – Czego tu szukacie? – E. – Jeszcze raz – powiedzia³. nic. ale nie zatrzyma³ siê i nawet nie spojrza³ na grubasa. Powtórzy³em czynnoœæ dok³adnie tak samo i ku mojemu zaskoczeniu umykaj¹cych zaskroñców by³o niewiele mniej ni¿ poprzednim razem. a potem chwyta³ delikatnie w palce i wrzuca³ do parcianego worka. – Cholerne dzia³ki – powtórzy³ raz jeszcze.. zab³¹kane sarenki albo stokrotki z dziewczêcymi twarzyczkami. – Nigdy nie wyp³oszy siê wszystkich. – Tylko trawê dla królików zbieramy. 221 . póŸniej coraz szybciej wyœlizgiwa³y siê spod moich stóp i pomyka³y bezszelestnie w kierunku Weisera. „Cholerne dzia³ki” powiedzia³.

w refleksach docieraj¹cych tu przez kopu³ê bukowych liœci tak jak przez zielone szybki witra¿y w naszym koœciele podczas sumy. choæ nie by³a to prawda. zaskroniec nie uciek³. w jego górnej czêœci. Jego ¿ó³te plamy tu¿ ko³o pyska rozjaœnia³y siê symetrycznie. Zaskroniec mia³ ponad metr d³ugoœci. cofaj¹c siê tylko nieznacz222 . I rzeczywiœcie. powoli. napisa³em. bardziej mo¿e przera¿one. po chwili opuszczaj¹c go na powrót na kamienn¹ p³ytê.– Na drugi raz – zawo³a³ grubas – szukajcie trawy gdzie indzie! I lepiej. jak dotyk psiego nosa. inne. Ich szarobrunatne zygzaki przemyka³y zwinnie w gêstych chaszczach pokrzyw i lebiody i po chwili w zasiêgu naszego wzroku nie zosta³ ju¿ ani jeden. Wê¿e rozpe³za³y siê miêdzy nagrobkami. – NieŸle to wymyœli³eœ – powiedzia³ Weiser. – Popatrz – wyszepta³em do Weisera – zupe³nie siê nas nie boi. podnosi³ tylko ³eb. kiedy wyci¹gn¹³em rêkê do wê¿a i poczu³em na palcach ch³odny dotyk jego sp³aszczonego pyska. Serce o ma³o nie pêk³o mi z dumy. – Tu ju¿ nic im nie grozi. tak ¿e Weiser musia³ je poszturchiwaæ rêk¹. gdzie Weiser zatrzyma³ mnie ruchem rêki. jak was tu nie spotkam. Ani siê obejrza³em. odwi¹zuj¹c worek. niektóre prêdko. zrozumieliœcie? To ju¿ nie jest ziemia niczyja! – i grubas krzycza³ coœ jeszcze. – Mo¿na na ciebie liczyæ. ale my byliœmy coraz dalej. Nagle bowiem ujrza³em na p³ycie nagrobka d³ugie cielsko wê¿a w migotliwych strumieniach œwiat³a. jak z otwartego worka wype³zaj¹ zaskroñce. nie rusza³ siê prawie i jakby szukaj¹c œwiat³a. – Tu je wypuœcimy – powiedzia³. ilekroæ promieñ z góry dociera³ do p³yty. Zobaczy³em. jak byliœmy na cmentarzu. Œcie¿k¹ w dó³ dotarliœmy do nasypu. „Ani jeden”.

zaskroñca mo¿na by³o spo223 . bo siê rymuje. – Nie. mia³ jedenaœcie lat! – I tak nie wiemy. grochu i kalafiorów. tylko w dwudziestym dziewi¹tym. po drugiej stronie nasypu. co my. Ju¿ w nastêpnym roku. rozko³ysanej lekko dotkniêciem jego cia³a. – Weiser przybli¿y³ twarz do napisu. sylabizuj¹c – „Werst unser Slieb alle Zeit und Hliebst es auch in Snigkeit. ” Nie znam niemieckiego – wyjaœni³ – ale to pierwsze znaczy. Wiêc trzeba je przenosiæ na stary cmentarz lub polanê. – Tu nie ma dziewi¹tki. Zobacz – dotkn¹³ palcem wy¿³obionego napisu z gotyckich liter – Zeit. – Popatrz. a wiêc urodzi³ siê w dwudziestym pi¹tym i jak zmar³. – To tyle. – Umiesz to przeczytaæ? Nachyli³ g³owê nad nagrobkiem i przeczyta³: – „Hier ruht in Gott Horst Meller.nie. ¿e tu spoczywa w Bogu Horst Meller. tam gdzie s¹ narzutowe g³azy. i kiedy zamiast wysokich traw ros³y tam pierwsze rzêdy marchewki. A gdy wracaliœmy do domu. kto to by³ – uci¹³ Weiser. to nie jest pi¹tka. ¿e ludzie z dzia³ek zabijaj¹ zaskroñce. Weiser mia³ racjê. – Mia³ jedenaœcie lat jak umar³ – powiedzia³em. to jest na pewno jakiœ wiersz. a to drugie to jakiœ wiersz. tylko pi¹tka. to zaraz zlatuj¹ siê do kupy i t³uk¹ wê¿a motyk¹ albo grabiami. 8 VI 1925 – 15 I 1936” – i dalej. – Tu jest coœ napisane – zwróci³em siê do Weisera. bo nie umiej¹ ich odró¿niæ od ¿mii i jak tylko zobacz¹ coœ pe³zaj¹cego. powiedzia³ jeszcze. Eit-eit. kiedy dzia³ki obejmowa³y ca³¹ dolinê za cmentarzem. on siê nie urodzi³ w dwudziestym pi¹tym. jakbyœ go zna³ – po raz pierwszy sprzeciwi³em siê zdaniu Weisera. a w drugim jest Snigkeit. to mo¿e czêœæ z nich ocaleje. Dopiero po chwili odwróci³ siê od nas i znikn¹³ w pobliskiej kêpie paproci. Tak. tylko dziewi¹tka! – Mówisz.

spojrza³ najpierw na mnie. Czy groŸba M-skiego by³a prawdziwa? W¹tpiê. kiedy mieliœmy iœæ do cyrku. a wtedy. ¿e zaskroñce to nie jest sprawa dla wszystkich? M-ski wyszed³ z gabinetu. dlaczego to robi³. – Ty pierwszy! W myœlach powtarza³em szczegó³y dotycz¹ce rzekomego pogrzebu. ale wtedy. na koniec na zegar œcienny i powiedzia³: – Dosyæ! – Patrzy³ w nasze twarze. A mo¿e uzna³. A trzy albo cztery lata póŸniej nie by³o ich ju¿ nigdzie – ani tam. – Korolewski! – zabrzmia³o nazwisko Szymka. tamtego dnia. stan¹³ w otwartych drzwiach. – Dosyæ – powtórzy³ po d³ugiej pauzie. Nigdy nie dowiedzia³em siê wprawdzie. – Dosyæ tego! Macie ostatni¹ szansê. zajmie siê wami prokurator i milicja! Zrozumieliœcie? Nie by³o ¿adnej odpowiedzi. wokó³ których skrzêtnie uwija³y siê mrówki. w to równie¿ dzisiaj. nie mia³em pewnoœci. a jeœli z niej nie skorzystacie. ani te¿ na polanie nazywanej kamienio³omami. Na pewno nie mia³ zami³owañ M-skiego.tkaæ niezmiernie rzadko. nawet gdyby okaza³a siê najprawdziwsza i tak by nas 224 . czy wszystko zapamiêta³em jak nale¿y. zabra³ mnie ze sob¹ raczej przez przypadek. Pewny jestem tylko tego. a jego w³asne wyjaœnienie do dzisiaj nie przekonuje mnie w pe³ni. ¿e Weiser w ewakuacji zaskroñców nigdy nie korzysta³ z pomocy Piotra ani Szymka. Tak samo zreszt¹ nigdy nie dowiedzia³em siê. ani w okolicy starego cmentarza. na którego nagrobku zaskroniec dotkn¹³ mojej rêki. najczêœciej w postaci gnij¹cych zw³ok. prawdopodobnie pod wp³ywem chwilowego impulsu. potem na Szymka i Piotra. kim by³ pochowany w 1936 roku Horst Meller. dok¹d przenosi³ je w parcianym worku Weiser. a gdy za Szymkiem zatrzasnê³y siê drzwi. jakby chcia³ z nich wyczytaæ w³asne myœli.

Huragan braw i lawina œmiechu towarzyszy³y ich znikniêciu. ten w œrodku mittelman. a¿ utworzyli piramidê wysok¹ na piêtro. tak¿e dosyæ. wielkie jak po³ówki dyni miêœnie. najwy¿szy i najwa¿niejszy.nie przerazi³a. a konferansjer. za oknami krople uderza³y w ciemnoœci o blaszany parapet. a tamci mieli. Orkiestra z³o¿ona z kilku instrumentów dêtych i ogromnego bêbna zagra³a fanfary i w tej samej chwili wbieg³ na arenê konferansjer ubrany w zielony frak i bia³¹ koszulê. Nastêpnie ustawili siê w szeregu wed³ug wzrostu i wskakiwali jeden na drugiego. – Oberman – powtórzy³a Elka. – To oberman – wyszepta³ Weiser do Elki. zdaje siê. – Wcale nie najwy¿szy. a na arenê wkraczali ju¿ akrobaci. Najpierw obeszli j¹ naoko³o i pokazywali napiête. podskakiwa³ w powietrzu i po salcie l¹dowa³ z powrotem na g³owie swojego partnera. ale na k³ótniê nie by³o czasu. Wtedy spod fraka wyfrun¹³ go³¹b. wyczynia³ teraz ró¿ne ewolucje: stawa³ na rêkach. ale tak ¿ebyœmy te¿ s³yszeli. podszed³ do niego od ty³u pomarszczony karze³ w czapeczce krasnala i poci¹gn¹³ go za po³ê fraka. Zapowiedzia³ pierwszy numer. po225 . potoczy³ siê za kulisy w akrobatycznych kozio³kach. kopn¹³ kar³a niczym koñ i karze³. Najmniejszy z nich. ozdobion¹ na przodzie tak samo jak na rêkawach czymœ w rodzaju obfitych koronek. na samym szczycie. Jak d³ugo mo¿na wypytywaæ wci¹¿ o te same rzeczy? Przedstawienie w cyrku zaczê³o siê wspaniale. Bo có¿ jeszcze mog³o nas przeraziæ? Zegar pokazywa³ pó³ do dwunastej. co teraz skacze. nie odwracaj¹c siê. Zanim jednak skoñczy³. skrzecz¹c i pokrzykuj¹c. tylko najwy¿ej – szepn¹³ Piotr. na jednej nodze. – Co? – nie by³ pewien Szymek. – Ten najni¿szy nazywa siê unterman. wykonawszy ostatnie. to w³aœnie oberman. a ten. bo oberman.

jego g³owê okrywa³ oczywiœcie cylinder. na nogach mia³ wyglansowane jak lustro czarne lakierki i wszystkie sztuczki wykonywa³ w bia³ych rêkawiczkach. okropnie skrzywi³ twarz i muzyk z orkiestry wydoby³ z puzonu odg³os pierdniêcia. Najpierw asystentka poda³a 226 . Szymek. Przy wejœciu za kulisy czeka³ na niego karze³ z przeci¹gniêt¹ lin¹ – to mia³ byæ rodzaj pu³apki zastawionej na konferansjera. zatykaj¹c nosy. widownia wy³a i szala³a z uciechy. Tylko Weiser siê nie œmia³. tym bardziej ¿e konferansjer odchodzi³ koœlawym krokiem. który siedzia³ do tej pory nieruchomo. wywróci³ siê liliput. wypad³ przy uderzeniu werbla skulony w k³êbek gnom. barwnych skarpetkach. ale kiedy ten potr¹ci³ linê. zielony frak zapowiada³ magika. ciekawi. jakby mia³ pe³no w spodniach. Mê¿czyzna w zielonym fraku znów wkroczy³ na arenê. gdy zaœ konferansjer wezwa³ klownów do posprz¹tania. czego nikt wczeœniej nie zauwa¿y³. a tak¿e po wystêpach pary akrobatów ubranych w obcis³e kostiumy.dwójne salto. Wtedy spod wybrzuszonej nieco po³y fraka. którego nazwa³ iluzjonist¹. wyl¹dowa³ na piasku obok untermana. co wymyœli tym razem. – Patrz uwa¿nie – przypomina³ Piotr. wydoby³ zza pazuchy lornetkê. podsuwali sobie nogami to coœ jak niechcian¹ pi³kê. jakby zupe³nie go to nie obchodzi³o. – Najbardziej na rêce i rêkawy. Nagle konferansjer z³apa³ siê za brzuch. Wszyscy skrêcali siê ze œmiechu. tyle ¿e czarny. Magik ubrany by³ jak konferansjer we frak. zapowiadaj¹c paradê koni i pokaz wolty¿erki. Po koñskich pióropuszach. a ci. lewadzie i ruladzie. który podskakiwa³ teraz jak ¿aba w œlad za znikaj¹cym konferansjerem. mittelman zeskoczy³ zaraz po nim i teraz ca³a trójka k³ania³a siê na wszystkie strony. a wszyscy szukali wzrokiem œmiesznego kar³a.

– Nie da siê nic podpatrzyæ! Spojrza³em na Weisera. zaci¹³ i na haczyku pojawi³a siê ¿ywa.mu parasolkê. migocz¹ca rybka. ale on zdawa³ siê nie reagowaæ na podniecenie Szymka i Piotra. równie ¿ywa i równie ochoczo p³ywaj¹ca w akwarium. – Nic nie rozumiem – powiedzia³ Szymek. Magik przy³o¿y³ palec do ust i nakaza³ absolutn¹ ciszê – wiadomo. Piotr nie wytrzyma³. jak gdyby nad wod¹. Magik od³o¿y³ wêdkê i zdj¹³ cylinder. Rybka powêdrowa³a do akwarium ustawionego przez asystentkê na stoliku. wyraŸnie przestraszony burz¹ oklasków. Widaæ by³o. ryby nie lubi¹ ha³asu. ¿y³k¹ i haczykiem na koñcu. jak on to zrobi³? – tr¹ca³ Szymka w bok. Dwukrotnym poruszeniem r¹k uczyni³ teraz z wêdki krótk¹ magiczn¹ pa³eczkê i dotkn¹³ jej koñcem przykrytego akwarium. tak ¿e zrobi³a siê z tego jedna wielka chusta. Magik powtórzy³ zaciêcie i wybranie kilka razy i zawsze by³o tak samo – nie wiadomo sk¹d. nastêpnie wstrz¹sn¹³ nimi. – No. daj trochê popatrzeæ Ale Szymek nerwowo regulowa³ pokrêt³a i nie odzywa³ siê w ogóle. ze wzro227 . na haczyku zjawia³a siê kolejna rybka. ¿e ¿yje i p³ywa jak zwyk³a rybka w normalnym akwarium. Zamiast rybek i szklanego naczynia z wod¹ na stoliku siedzia³ bia³y królik nieporadnie strzyg¹cy uszami. Potem pochyli³ siê. W okamgnieniu z parasolki zrobi³a siê d³uga wêdka z najprawdziwszym ko³owrotkiem. – Widzisz coœ? Widzisz. przekrzykuj¹c ha³as. – Teraz uwa¿aj! Z cylindra magik wyci¹gn¹³ d³ugi na kilka metrów rz¹d kolorowych chustek. jakby z powietrza. w dodatku ca³a z³ota. i szybkim ruchem nakry³ ni¹ akwarium ze z³otymi rybkami. – Teraz! – gor¹czkowo wyszepta³ Piotr. Siedzia³ wyprostowany. Przy akompaniamencie werbla i talerzy kobieta unios³a chustkê.

dystans przekonania: „ja bym to lepiej zrobi³”. W czasie przerwy Elka i Piotr poszli do bufetu po oran¿adê. jak on siê wtedy zachowa³. gdy doszed³em do tego momentu w historii o nim – dzisiaj wyznaæ muszê co innego. Weiser patrzy³ na to wszystko bardzo spokojnie.kiem utkwionym w nieokreœlony punkt areny. które dzisiaj mówi¹ mi co innego ni¿ wtedy. 228 . Piotr. wymieniaj¹c uk³ony albo zdawkowe „przepraszam”. a ju¿ najmniej zachwyca³y go wyg³upy kar³a i zielonego fraka w antraktach pomiêdzy numerami. a mo¿e i Elka wierzy³em. jakby ca³e to przedstawienie nudzi³o go trochê i jakby siedzia³ tu bardziej przez grzecznoœæ ni¿ z prawdziwego zainteresowania. bij¹c po twarzy i oblewaj¹c kub³ami wody. które zasz³o w drugiej czêœci cyrkowych wystêpów. ludzie przechodzili pomiêdzy ³awkami. Orkiestra jak natchniona gra³a przez ca³y czas marsze i walczyki. wystêpowaæ w jakimœ wspania³ym stroju. akrobatach z obrêczami. zw³aszcza maj¹c w pamiêci wydarzenie. a ja siedzia³em obok niego i nie bardzo œmia³em pytaæ o cokolwiek. ¿e chce zostaæ cyrkowym artyst¹. Tak myœla³em wówczas i jeszcze d³ugo potem. Pomyœla³em wówczas. a tak¿e o to. a na arenie b³aznowali dwaj klowni. celebrowany i a¿ nadto widoczny. widz¹c jego skupion¹ twarz i dystans. Tak pomyœla³em. brawo bi³ s³abo i bez entuzjazmu. d³onie i palce. Chodzi oczywiœcie o wypadek podczas tresury lwów. kopi¹c siê w siedzenia. k³aniaæ siê publicznoœci i zbieraæ. Tak samo by³o przy paradzie s³oni. oklaski za dobrze wykonany numer. gdy tak jak Szymek. widzia³em jego twarz. lecz dzisiaj. mimo i¿ zna³ siê na wszystkich szczegó³ach cyrkowego rzemios³a. ¿e Weiser wola³by pewnie byæ tam na arenie. znanego wszystkim nierozpoznanym artystom. tak jak tamci. po³ykaczu ognia. Bo od przerwy przy ka¿dym numerze obserwowa³em go dok³adnie.

229 . królika. co maj¹ robiæ. by na zakoñczenie otworzyæ trunek i poczêstowaæ nim asystentkê na oczach zachwyconej publicznoœci. nieco krótszy od bicza dla koni. wystêpie na trapezie i drugim pokazie magika. – Na miejsca! I lwy. tak samo jak lwy. podskakiwali z uciechy i g³oœno komentowali wystêpy. lwica i czarna pantera. – Helga! – to by³o do lwicy. podczas gdy wszyscy wyci¹gali szyje. wskoczy³y na okr¹g³e zydle.psiej koszykówce. – Herman! Brutus! – krzykn¹³ dompter. oci¹gaj¹c siê. go³êbie. W rêkach trzyma³ bicz. taka sama. Weiser nie poruszy³ siê ani razu. jednym susem znalaz³a siê na wyznaczonym krzese³ku. Jego asystentka i – jak zapowiedzia³ zielony frak – ¿ona w jednej osobie mia³a obcis³y kostium naszyty cekinami i równie¿ wysokie buty. trochê niezdecydowane. Teraz przysz³a kolej na czarn¹ panterê – Sylwia! Na miejsce! I pantera. Zwierzêta mru¿y³y oczy. jeszcze bardziej wyprostowa³ i splót³ palce obu d³oni na kolanie w niecierpliwym oczekiwaniu. Mê¿czyzna obrzuci³ gromadê czujnym spojrzeniem. tylko bia³e z frêdzlami na cholewce. – Na miejsce! I lwica zwinnym ruchem usiad³a na swoim miejscu. ogromny bukiet kwiatów. który tym razem wyczarowa³ z powietrza najró¿niejsze przedmioty: szklankê z mlekiem. Do klatki okalaj¹cej arenê wbieg³y okratowanym tunelem dwa lwy. piszcz¹cy balonik. krêc¹c siê poœrodku areny. a z cylindra wy³uska³ butelkê szampana i dwa kieliszki. œledz¹cej lot korka przemienionego niespodziewanie w go³êbia. jak¹ widzieliœmy w oliwskim zoo. Zaraz za nimi pojawi³ siê dompter w wysokich butach i bia³ej koszuli ze stójk¹. Dopiero gdy na zakoñczenie przedstawienia zielony frak zapowiedzia³ najwiêksz¹ atrakcjê wieczoru – tresurê dzikich zwierz¹t – Weiser poprawi³ siê na ³awce.

zupe³nie jak pies. lekko strzeli³ z bicza i kiedy asystentka przygotowa³a jeszcze jedno puste siedzenie. hop! – krzykn¹³ treser. a zwierzêta powróci³y do poprzedniej pozycji. hop! – zabrzmia³o powtórnie. krzykn¹³: – Herman. To równie¿ spodoba³o siê widowni: ta delikatna pieszczota – i nagrodzono to now¹ fal¹ oklasków. – Helga! Sylwia! Stójka! Obie kocice wykona³y równoczeœnie to samo polecenie i ca³a czwórka sta³a teraz na dwóch ³apach. bez uk³onu tresera. – Dobra Sylwia – powiedzia³ g³oœno. który prosi o kawa³ek kie³basy. skoro tylko zwolni³ siê zydel zajmowany przed chwil¹ przez lwicê. Treser uk³oni³ siê publicznoœci i na ten gest zabrzmia³y oklaski. podpieraj¹c siê zadami. hop! I Herman skoczy³ ze swojego zydla na ten drugi. I Brutus wykona³ to samo co poprzednik. nie czekaj¹c komendy przeskoczy³a sama. – Helga.– Herman! Brutus! Stójka! I lwy unios³y siê na tylnych ³apach. Dompter zbli¿y³ siê do nich. niezajêty. – Grzeczna Sylwia – powtórzy³. – Helga. Helga wykona³a polecenie. 230 . prezentuj¹c piersi. g³adz¹c jej wybuja³e w¹sy. Oklaski zabrzmia³y spontanicznie. ale nie wiedzieæ czemu Helga oci¹ga³a siê wyraŸnie i nie mia³a ochoty skakaæ. ale dopiero po trzecim rozkazie. – Brutus. który zbli¿y³ siê do Sylwii i pog³adzi³ jej pysk zwisaj¹cym koñcem bicza. zajmuj¹c opuszczony przez niego zydel. wspomaganym uderzeniem bicza. Kobieta przygotowa³a du¿¹ pi³kê ze skóry. hop! – zabrzmia³a nastêpna komenda. Pantera zaœ. na co pantera unios³a lekko ³eb i zamrucza³a g³êbokim charkotem.

po czym wróci³ na swoje miejsce. mo¿e trzy kroki i potknê³a siê o zag³êbienie w piasku. Gdy jednak spojrza³em na Weisera. – Helga. Numer powtórzono w odwrotn¹ stronê. na której kostiumie cekiny jarzy³y siê dziesi¹tkami odbiæ. a kobieta. Lew da³ wspania³ego susa przez p³on¹c¹ obrêcz i stan¹³ po drugiej stronie areny naprzeciwko zydli. hop! I Herman wskoczy³ na pi³kê. Brawa by³y jeszcze silniejsze. zostawiaj¹c pi³kê na przeciwleg³ym krañcu areny. Po ³awkach przeszed³ szmer podniecenia. znów nieprzynaglana rozkazem. Asystentka przynios³a teraz obrêcz oblepion¹ czymœ. hop! – i obie kocice znalaz³y siê razem z lwami. To samo wykona³ Brutus. pantera zaœ. co wygl¹da³o na papierow¹ masê. potoczy³ j¹ kilka metrów. oczekuj¹ca na swoj¹ kolej przy prêtach klatki. hop! – krzykn¹³ dompter i strzeli³ w powietrzu z bicza. Znów ca³a czwórka siedzia³a na taboretach. ruszy³a po nastêpny rekwizyt. Bêbni³ tylko palcami o kolano. przebieraj¹c ³apami. hop! – to samo. ¿e nie uderza d³oni¹ o d³oñ. Asystentka zgasi³a p³omienie szybkim poruszeniem obrêczy i odwracaj¹c siê ty³em do zwierz¹t. i zapali³a to potarciem zapa³ki. Zwierzêta przeskakiwa³y przez œrodek ognistego ko³a i l¹dowa³y teraz na swoich zydlach. a nastêpnie Helga. hop! – znów strzeli³ bicz i d³ugi skok w wykonaniu kota zachwyci³ publicznoœæ. Wystarczy³o to panterze na 231 . czego nikt nie móg³ siê spodziewaæ. przesuwa³a obrêcz w odpowiednim kierunku. – Brutus. – Sylwia. dokoñczy³a numer. Wtedy sta³o siê to. zobaczy³em.– Herman. Mia³a to byæ huœtawka z deseczk¹. Kobieta zrobi³a dwa. – Herman. œmiesznie kiwaj¹c ³bem. dompter uk³oni³ siê i zebra³ porcjê oklasków.

lecz zaraz go uciszono. a Helga wyda³a d³ugi. niech zrobi to. niech spojrzy jej w oczy tak samo jak wtedy w zoo. Herman zeskoczy³ z taboretu i podniós³ ³eb. „Chryste”. Weiser siedzia³ wyprostowany. na miejsce! Ale pantera zamiast odwróciæ siê w stronê zydli. Brutus przest¹pi³ z nogi na nogê. niech j¹ skruszy jak tamt¹. g³êboki pomruk. „niech on tam zejdzie. ale dompter wstrzyma³ ich ruchem d³oni. a za ni¹. Zza kulis wyszli dwaj pomocnicy z gaœnic¹. Nikt z publicznoœci nie poruszy³ siê nawet z miejsca. zdzieraj¹c kostium pazurami. mówi¹c: „nie rusz. Na piasek spad³y lœni¹ce cekiny. szarpnê³a cia³em kobiety gdzieœ na wysokoœci ³opatki. Ktoœ z górnych ³awek zaszlocha³. têpym oczekiwaniu. – Sylwia. ma³ego ratlerka. a z obna¿onego poœladka czerwonymi bruzdami pop³ynê³a krew. czuj¹c w powietrzu podniecaj¹cy zapach. – Sylwia! – dompter zrobi³ krok w jej kierunku. jakby szanta¿owa³a tresera. zanim bêdzie za póŸno”. Dompter da³ znak orkiestrze. klap” i krótki gard³owy okrzyk kobiety. czarna kocica.b³yskawiczny skok w jej kierunku i na arenê upad³y prawie równoczeœnie – najpierw ¿ona domptera. uderzaj¹c przedni¹ ³ap¹ w jej g³owê. g³owê mia³ nieruchom¹ i tylko palce tak samo jak wczeœniej bêbni³y o kolano. Lwy poruszy³y siê niespokojnie na taboretach. bo w³aœnie w tej samej chwili kobieta poruszy³a siê. wszyscy zamarli w g³uchym. 232 . myœla³em. zmusi do uleg³oœci. bo przecie¿ potrafi. niech j¹ poskromi. co potrafi. a Sylwia parsknê³a gniewnie i uderzy³a swoj¹ pani¹ w okolice krzy¿a. to moje!”. a póŸniej absolutna cisza. Zabrzmia³o to niesamowicie – podwójne: „klap. Na pó³ tonu muzycy zagrali zejœcie z areny. niech poka¿e. Lwy poruszy³y siê niespokojnie. zgniecie jej bunt. zamieni w zalêk³ego psa.

a¿ wreszcie pomocnik spuœci³ za nimi zastawkê. dlaczego nie zbieg³ na dó³. zacharcza³a ostrzegawczo. nienaturalnie d³ugie. popchnij go tylko. raz! – i wolno. Dlaczego siê nie poruszy³. resztê zrobi sam. – Na miejsce! Sylwia jednak nie zamierza³a rezygnowaæ ze zdobyczy. zmuœ”. jakby ospa³e. – Sylwia – mówi³ nieco ciszej. która przednimi ³apami spoczywa³a na nieruchomym ciele kobiety. Dompter by³ bezradny. podesz³y do tunelu. na miejsce Sylwia! Ale pantera. – Raz. wybija³y wci¹¿ ten sam rytm na trzy czwarte. Palce Weisera bêbni³y dalej o kolano. z twarz¹ jak pos¹g. – Sylwia – zrobi³ krok do przodu. acz niechêtnie. z jej gard³a dobieg³ g³êboki pomruk i ostrzegawczo podnios³a ³apê do uderzenia. Teraz dompter zosta³ sam na sam z panter¹. a ja po raz pierwszy by³em na niego wœciek³y i gdyby nie groza sytuacji. on umie to doskonale. na miejsce! – I by³o to jeszcze straszniejsze ni¿ prawdopodobny skok pantery w jego stronê. bij¹c niespokojnie ogonem raz w lewo.– Herman! Brutus! Helga! Raz tu! Raz tu! – powtórzy³ treser. jak przy pokazach wolty¿erki albo wyg³upach klownów? „Chryste”. ¿eby siê ruszy³. wychodzi³y przez otwór. œwiadoma swej przewagi. zmuœ go tylko. myœla³em. Ale Weiser siedzia³ nieporuszony z g³ow¹ jak pos¹g. kiedy na piasku czerwona ka³u¿a stawa³a siê coraz wiêksza. 233 . Nie móg³ posun¹æ siê do przodu ani do ty³u. sta³ jak zahipnotyzowany i coraz ciszej przemawia³ do Sylwii tymi samymi s³owami: – Na miejsce! Dobra Sylwia. raz w prawo. dlaczego nie pokaza³ swoich umiejêtnoœci teraz. – Raz tu! Raz tu! – Lwy. wrzeszcza³bym na niego i ok³ada³ piêœciami. Jej oczy œledzi³y ka¿dy ruch mê¿czyzny. „zrób coœ. dlaczego siedzia³ spokojnie. – Dobra Sylwia. z nogami jak pos¹g i tylko palce.

schroni³a siê przy bandzie. Nie wiedzia³em wówczas. Wygl¹dali jak mali ch³opcy. ¯a³owa³em piêknej pani i jej œlicznego kostiumu z cekinami. P³aka³em. chwyci³ j¹ na rêce i niós³ za kulisy. ¿e jednak nie chcia³ pomóc. Mê¿czyzna z gaœnic¹ przyklêkn¹³. Pantera podskoczy³a. Pantera tr¹ci³a kobietê. grube ³apy zosta³y jeszcze przez sekundê na miejscu i pewnie dlatego. ale ³apy. kiedy porzuca³a swoj¹ zdobycz. Bo jedno wiedzia³em: albo nie potrafi³ wszystkiego. z³o¿y³ siê jak do strza³u i puœci³ w sam pysk zwierzêcia potê¿ny strumieñ. Nie zbieg³ na dó³. któr¹ powlekli nastêpnie do drugiego wyjœcia. id¹cy z drewnianym mieczem i proc¹ na afrykañskiego bawo³u – œmiesznie i nieporadnie. Ciœnienie odrzuci³o jej g³owê do ty³u. a nastêpnie z radoœci. Brakowa³o mu tylko szmaragdowego szkie³ka. a¿ wreszcie pad³a na arenê. Zaskoczona publicznoœæ nie oszala³a ze zgrozy. okr¹¿a³ klatkê po zewnêtrznej stronie bandy z gaœnic¹ pod pach¹. choæ nie by³ to ruch zdecydowany. drugi wysun¹³ siê zza kulis z wiatrówk¹ przygotowan¹ do strza³u i obaj. I to by³ koniec przedstawienia. tak aby nie zwracaæ na siebie uwagi. kiedy ch³opiec podszed³ na wyci¹gniêcie rêki do drapie¿nika i poskromi³ go spojrze234 . i to by³o okropne. a wiatrówka strzela kapsu³ami z narkotykiem. powlok³a j¹ metr. nie wcisn¹³ siê przez w¹ski otwór i nie stan¹³ oko w oko z czarn¹ panter¹. ale jeszcze bardziej roz¿alony by³em na Weisera. coraz bli¿ej pantery. zanim charkocz¹c i bij¹c ³ap¹ niewidzialnego przeciwnika.Jeden z pomocników wolno. Trzech pomocników wrzuci³o panterê na brezentow¹ p³achtê. Trafiona kapsu³¹ z wiatrówki podrygiwa³a jeszcze przez moment w epileptycznym tañcu. Dompter by³ ju¿ przy swojej ¿onie. albo nie chcia³ pomóc. ¿e w gaœnicy jest odurzaj¹cy p³yn. czaili siê do ataku. mo¿e dwa po piasku. Wygl¹da³o na to.

który nie potrzebuje bicza ani tresury. Nie. ¿e wszystko w tej historii wydaje siê nielogiczne. nic siê takiego nie sta³o. mo¿e za kilka dni wyst¹pi znowu. oprócz wyratowania asystentki. bo Weiser uzna³. co do niego nale¿a³o. to dlatego. Potem przez dwie godziny w³óczyliœmy siê po Starym Mieœcie. A dla kogo zrobi³by coœ takiego? Mo¿e dla Elki. raz-dwa-trzy. co z ni¹ zrobi¹. Kiedy mijaliœmy s³up og³oszeniowy na naszej 235 . Ciekawi³o nas równie¿ bardzo. ¿e kobieta jest w szpitalu. Niech wiêc zostanie. Dzisiaj wiem. Ktoœ. wykraczaj¹c¹ nawet poza nasze miasto i ca³y kraj. A on odrzuci³ to wszystko i tylko bêbni³ palcami w kolano raz-dwa-trzy. myœla³em. mia³by z tego ogromne korzyœci: s³awê. a dla któregoœ z nas? Gdyby zrobi³. a mo¿e cyrk sprzeda j¹ do ogrodu zoologicznego. nie mo¿e wystêpowaæ w cyrku. To zdanie jest nielogiczne. a mo¿e nawet natychmiastowe przyjêcie do cyrku. wystêpy i jeszcze wiêksz¹ s³awê. Wiedeñ i Pary¿. co dzieje siê z panter¹. uznanie. ale z braku gotówki i jakichkolwiek atrakcji trzeba by³o wracaæ do domu. kto lewituje i strzela do kanclerza III Rzeszy. Jeœli go nie skreœlam. Berlin i Moskwa – wszystkie u stóp jedenastoletniego pogromcy zwierz¹t. Wielkie nag³ówki w gazetach i jeszcze wiêksze t³umy na widowni. Nastêpnego dnia pojechaliœmy oczywiœcie pod namiot cyrkowy dowiedzieæ siê. a dalej podró¿e. obszyty cekinami. ¿e by³o inaczej. ¿e jeszcze nie wiadomo. Pani z kasy powiedzia³a. Ale us³yszeliœmy tylko tyle. silniejszym ni¿ wszystkie pociski i strumienie razem wziête. bo Weiser nigdy przecie¿ nie pragn¹³ zostaæ cyrkowym artyst¹.niem. czy ¿ona domptera ¿yje. raz-dwa-trzy. ¿e nie musi nic robiæ dla ¿ony domptera ubranej w obcis³y kostium. Nie. a numer z tresur¹ dzikich zwierz¹t bêdzie odbywa³ siê bez udzia³u czarnej pantery.

traw¹ i pokrzywami. ¿eby zajrzeæ do krypty i rozegraæ mo¿e grê wojenn¹. wygl¹da³y jak stercz¹ce maszty zatopionych okrêtów. obroœniête perzem. Po po³udniu ruszyliœmy wiêc przez Bukow¹ Górkê na cmentarz. – Masz jakieœ pomys³y? – Dzisiaj nie mam czasu – Weiser wygl¹da³ na zaskoczonego. bêdzie wybuch. ale na murawie. kopa³o pi³kê ze dwudziestu wojskowych i nie by³o czego tam szukaæ. ju¿ cmentarzem. jeœli odmówi³. Od tej strony wszystkie nagrobki by³y porozbijane. Zamiast do domu poszliœmy prosto a¿ do pruskich koszar. – Co robimy dzisiaj? – zapyta³ go Szymek. – PrzyjdŸcie jutro do dolinki za strzelnic¹. by przenieœæ je w okolice cmentarza albo na kamienio³omy. rzuci³ jak rozkaz: – Do krypty. a Szymek. Kiedy siedzia³em w domu z ropiej¹c¹ nog¹. – ¯ó³toskrzyd³y! – krzyknêliœmy prawie równoczeœnie. a o schmeiserze nie chcia³ nawet rozmawiaæ. najprzytomniejszy. choæ propozycja ta nie wzbudzi³a w nikim entuzjazmu. Weiser – jak dowiedzia³em siê teraz od Piotra – dwa razy odmówi³ im po¿yczenia zdezelowanej parabelki. to ostatecznie. Uganiaæ siê z patykiem i krzyczeæ „ta-ta-ta-tach”. w tumanach gryz¹cego kurzu. a zardzewia³e krzy¿e. bo znów bêd¹ go œcigaæ! 236 . Ale z nim nie mo¿na by³o dyskutowaæ.ulicy. Szymek kopa³ sosnowe szyszki. Wraca³ z lasu i na pewno znowu ³apa³ zaskroñce. Kiedy mijaliœmy nagrobek Horsta Mellera. a ja me³³em w ustach d³ug¹ trawê z kit¹ na koñcu. Mieliœmy ju¿ za sob¹ wzniesienie i zza zakrêtu opadaj¹cej ³agodnie drogi wy³oni³ siê skraj cmentarza. Elki nie by³o w pobli¿u. zobaczy³em Weisera id¹cego w naszym kierunku z parcianym workiem pod pach¹. id¹c dalej w dó³. gwa³townie zahucza³y dzwony. gdy chocia¿ raz trzyma³o siê w rêku prawdziw¹ broñ – to ju¿ nie by³o to. których pe³no le¿a³o na drodze.

Minê³y mo¿e trzy minuty. ale faceci z motykami. ¿eby zagrodziæ mu przejœcie i schwytaæ go w sieæ z plugaw¹ satysfakcj¹ w oku. gdzie ros³y wysokie do kolan trawy.To nie by³ najlepszy pomys³. szpadlami. ¿eby u³atwiæ mu ucieczkê. Zapamiêta³ kryptê. Mo¿e nie pozna³ nas zaabsorbowany ucieczk¹. wsta³. nie wiedzia³ albo po prostu zapomnia³. jakby to nas œcigano. ¿e dolinka nie jest ju¿ t¹ sam¹ dolink¹. gdzie koñczy³ siê cmentarz i zaczyna³a dolina z pierwszymi ogródkami dzia³kowymi. gdzie nie odnalaz³by go nawet oddzia³ milicji i sanitariuszy. 237 . po chwili poœród trzasku ³amanych badyli i szelestu odchylanych ga³êzi ujrzeliœmy ¯ó³toskrzyd³ego pomykaj¹cego w naszym kierunku. gdy jednak zbli¿y³ siê na odleg³oœæ kilku kroków i zobaczy³ trzy uwa¿nie spogl¹daj¹ce twarze. w stronê nasypu. faceci z deseczkami i pêdzlami w d³oniach ju¿ zobaczyli go. jak biegnie. kêpy dzikich ostów. Ale biegliœmy. – Na pewno go goni¹! I rzeczywiœcie. Fontanny piasku tryska³y spod stóp ¯ó³toskrzyd³ego. w ka¿dym razie zamiast czmychn¹æ w g³¹b krypty. grabiami. rozerwa³ go rêkami i umyka³ dalej. a nie wariata. gdzie w s³oneczne dni cicho przemyka³y zaskroñce. umyka³ dalej. – Ju¿ ktoœ tam jest – wyszepta³ Piotr. podczas których echo dzwonów odbija³o siê o œciany lasu. a krzaki rozchyla³y siê same. da³ drapaka dalej. nie mo¿na by³o dostrzec. Przewróci³ siê na pierwszym drucie kolczastym. i nasta³a cisza. Jednego tylko nie przewidzia³. który nie by³ proboszczem i którego nigdy do tej pory nie widzieliœmy. Trawa pochyla³a przed nim swoje ŸdŸb³a. ¿arnowca. ju¿ wyczuli psimi nosami radosn¹ muzykê swoich serc i namiêtnoœci i ju¿ ruszali. Nawet stoj¹c na krypcie. a mo¿e siê przestraszy³. który uciek³ od czubków i ukrywa³ siê gdzieœ w okolicy. a kuropatwy œmiga³y spod nóg jak skrzydlate pociski. ogl¹daj¹c siê za siebie. œcigany przez koœcielnego kuternogê i jakiegoœ mê¿czyznê. co dzieje siê ko³o dzwonnicy.

ten sam. bardzo fachowo wyci¹gn¹³ przed siebie nogê w odpowiednim momencie i ¯ó³toskrzyd³y run¹³ jak d³ugi prosto pod stopy koœcielnego. – Tak. – Niech ktoœ leci do telefonu na plebaniê! – krzykn¹³ koœcielny. Nie ucieka³ ju¿. a ¯ó³toskrzyd³y sta³ teraz jak samuraj poœród otaczaj¹cych go wrogów i z uniesionym kijem. jak dasz siê zaprowadziæ! Ale ¯ó³toskrzyd³y mia³ na ten temat odmienne zdanie. który zaczepi³ mnie i Weisera. trzymanym obur¹cz. jednemu wytr¹ci³ kij. – Trzeba zadzwoniæ po milicjê albo do szpitala! Grubas. gdy nieœliœmy zaskroñce. a drugiego powali³ ciosem ³okcia w brzuch. W tej samej chwili dwaj odwa¿niejsi dzia³kowcy zbli¿yli siê do ¯ó³toskrzyd³ego. Znów bieg³. tak – potwierdzi³ drugi – nic ci nie bêdzie. Zatrzymali siê. lecz ponownie w z³ym kierunku – dzia³kowcy zd¹¿yli ustawiæ siê w szeroki pó³ksiê¿yc i zaciskali teraz kleszcze ob³awy. od³o¿y³ motykê i ruszy³ w stronê cmentarza. by³by uratowany. Wreszcie ¯ó³toskrzyd³emu uda³o siê odskoczyæ. Mê¿czyzna zd¹¿y³ wskoczyæ mu na kark i przez chwilê szamotali siê jak wœciek³e psy. Rzuci³ siê na nich b³yskawicznym skokiem. – Spokojnie – przemawia³ pierwszy – nic ci nie bêdzie. g³owê pochyli³ lekko do przodu niczym zapaœnik i czeka³ na tamtych nieruchomo. ale sta³o siê inaczej. Towarzysz¹cy koœcielnemu mê¿czyzna. niepewni. trzeba przyznaæ. Obaj wycofali siê spiesznie. zatrzyma³ siê na chwilê i ruszy³ z powrotem. Gdyby zerwa³ siê wtedy od razu i pogna³ w naszym kierunku. co robiæ dalej. co bêdzie dalej. Podnosi³ siê powoli.Pobiegliœmy œladem koœcielnego i mê¿czyzny. 238 . stan¹³ poœrodku opasaj¹cego koliska. prosto na koœcielnego. ¿eby zobaczyæ. I wtedy zobaczyliœmy ¯ó³toskrzyd³ego w zupe³nie nowej postaci. ¯ó³toskrzyd³y ujrza³ nadbiegaj¹ce postacie. wygl¹da³ wznioœle i wspaniale.

– To niebezpieczny wariat – powiedzia³ któryœ z mê¿czyzn. – Poczekajmy, a¿ przyjedzie milicja. – Ma³o nas – oburzy³ siê ktoœ inny – na jednego czubka? Wówczas ujrzeliœmy najpiêkniejsz¹ czêœæ widowiska, bo wszystko to by³o przecie¿ jak widowisko: ci doroœli mê¿czyŸni w wieku naszych ojców z motykami i grabiami, a poœrodku ¯ó³toskrzyd³y niczym bohater legendy czy opowieœci. Mê¿czyŸni podchodzili coraz bli¿ej, a ¯ó³toskrzyd³y stan¹³ w rozkroku. – On musia³ byæ kiedyœ szermierzem – stwierdzi³ Szymek, podnosz¹c g³owê. – O, popatrzcie! Tak, ¯ó³toskrzyd³y umia³ nie tylko groziæ spaleniem Ziemi i obywateli jej; w walce na kije by³ od swych przeciwników o kilka klas lepszy. Podskakiwa³, obraca³ siê we wszystkie strony, b³yskawicznie parowa³ ciosy i sam je zadawa³, zawsze celnie. Trzask ³amanych trzonków i okrzyki napastników miesza³y siê ze sob¹. W pewnej chwili wygl¹da³o na to, ¿e ju¿ go maj¹, ¿e ju¿ go nakryli swoimi narzêdziami do uprawy roli, ale by³o to tylko z³udzenie. Wycofywali siê z podbitymi oczami, pot³uczeni i obszarpani, ¯ó³toskrzyd³y zaœ sta³ poœrodku i tryumfowa³. Dzia³kowcy zacisnêli ko³o i naradzali siê przez chwilê. Potem ruszyli znów, jeszcze szybciej, lecz skoñczy³o siê jak poprzednim razem: nie dostali go i wyszli ze starcia poturbowani i obt³uczeni. Nagle w stronê zwyciêzcy poszybowa³ kamieñ. Potem drugi. Potem trzeci. ¯ó³toskrzyd³y uchyla³ siê zwinnie, a niektóre pociski zbija³ kijem, ale by³o ich coraz wiêcej i pada³y coraz szybciej ze wszystkich stron. Najpierw oberwa³ w szyjê. Drugie trafienie z pewnoœci¹ go zabola³o – dosta³ w przegub d³oni i przez chwilê musia³ trzymaæ kij tylko w jednej rêce. A potem r¹bnêli go w g³owê, jeszcze raz w szyjê i jeszcze raz w g³owê. Dalej trudno ju¿ by³o dojrzeæ, bo kamienie pada³y jak grad i tamci przybli¿ali siê coraz bardziej, a¿ wreszcie doszli go, choæ broni³ siê jeszcze,
239

i teraz widzieliœmy tylko podnosz¹ce siê i opadaj¹ce kije i wykrzywione twarze z wyszczerzonymi zêbami. Ile mog³o up³yn¹æ czasu, zanim od strony rêbiechowskiej szosy zawy³a syrena? Pamiêtam tylko, ¿e przez ca³y ten d³ugi jak wiecznoœæ czas kije, trzonki od ³opat i motyk wznosi³y siê i opada³y, pamiêtam te¿, ¿e kiedy karetka pogotowia ze szpitalnym krzy¿em na drzwiczkach zabuksowa³a w piasku kolejowego nasypu, po którym nie jeŸdzi³ ¿aden poci¹g, ¿e kiedy wyskakiwali z niej sanitariusze w bia³ych kitlach – ja bieg³em ju¿ na cmentarz œcigany okrzykami Szymka i Piotra, bieg³em do drewnianej dzwonnicy, odwi¹zywa³em sznur zatkniêty rêk¹ koœcielnego za poczernia³¹ belkê i ci¹gn¹³em go z ca³ych si³ w nogach i d³oniach, ci¹gn¹³em, podskakuj¹c i znów staj¹c na ziemi, ci¹gn¹³em jak szalony, bo w³aœnie wtedy poczu³em siê po raz pierwszy w ¿yciu szalony, ci¹gn¹³em go i p³aka³em, p³aka³em i ci¹gn¹³em, i znowu p³aka³em, a¿ dopadli mnie Szymek i Piotr i si³¹ oderwali od tego sznura, bo ju¿ prawie do niego przyros³em, oderwali mnie i powlekli do lasu na Bukowej Górce. Pamiêtam te¿, ¿e nie odezwa³em siê do nich ani s³owem i pojecha³em sam na pla¿ê w Jelitkowie. Siedzia³em tam do zmroku nad brudn¹ i cuchn¹c¹ wod¹ zatoki. Po pla¿y snuli siê pojedynczo bezrobotni rybacy i d³ugimi tykami sprawdzali stan rybnej zupy przy brzegu. Latarnia w BrzeŸnie obraca³a siê ju¿ dooko³a, a statki na redzie zapala³y œwiat³a pozycyjne. Daleko od strony Sopotu ktoœ rozpali³ na piasku ognisko. Nawet gdyby podszed³ do mnie Weiser, nawet gdyby on sam poprosi³ mnie o cokolwiek, by³bym niemow¹. Szymek wyszed³ z gabinetu dyrektora. Mrugn¹³ okiem. Znaczy³o to: „w porz¹dku, mówi³em, jak ustaliliœmy”. Us³ysza³em swoje nazwisko. Zobaczy³em, ¿e mê¿czyzna w mundurze ma zapiête wszystkie guziki, a dyrektor poprawi³ krawat, który
240

EMIL KRESAK Buki, Oliwa 1953

teraz nie przypomina³ ju¿ kokardy jakobiñskiej ani wy¿êtej szmaty, ani szalika z ok³adem na gard³o, tylko zwyczajny krawat, kupiony w Domu Towarowym w centrum Wrzeszcza. – No jak? – zapyta³ M-ski. – Przypomnieliœmy sobie co nieco? Czy wolimy rozmawiaæ z panem prokuratorem w areszcie? – zakoñczy³ g³oœno. – Tak, proszê pana. – No, mów – mundurowy zrobi³ d³oni¹ gest rezygnacji – mów, co wiesz. – Wszystko mam od pocz¹tku opowiadaæ? – Nie – wtr¹ci³ dyrektor – masz powiedzieæ, jak by³o z t¹ sukienk¹ Wiœniewskiej. – Ale to nie by³a sukienka, proszê pana, to by³ tylko kawa³ek. – Dobrze, kawa³ek. No wiêc, gdzieœcie go znaleŸli po wybuchu? – Tam, proszê pana, jest taki stary d¹b, tam ¿eœmy go znaleŸli. Mundurowy przysun¹³ mi mapê. – Gdzie? – O tutaj, tutaj jest ten d¹b i tutaj – pokaza³em palcem – le¿a³ ten kawa³ek. – Kto znalaz³? – M-ski zapyta³ szybko. Zrobi³em pauzê, jakbym musia³ sobie przypomnieæ ten szczegó³. – Szymek, proszê pana. – No dobrze – twarz M-skiego nie zdradza³a niczego, choæ wiedzia³em, jak bardzo musi byæ zadowolony. – A gdzie spaliliœcie ten kawa³ek? – Na kamienio³omach, proszê pana. Mundurowy zniecierpliwi³ siê ostatnim wyjaœnieniem. – Tu w okolicy nie ma ¿adnych kamienio³omów, co ty pleciesz?
242

– Dobrze – dyrektor nie pozwoli³ mi na dalsze wyjaœnienie tej kwestii. – To jest polana z g³azami narzutowymi – zwróci³ siê do mundurowego. – Wszyscy z okolicy tak j¹ nazywaj¹. – A kiedy to by³o? – bada³ dalej M-ski. – Tego samego dnia, wieczorem, proszê pana. – To ty nios³eœ ten strzêp sukienki, tak? – Ja, a sk¹d pan wie? M-ski uœmiechn¹³ siê tryumfuj¹co. – Widzisz, przed nami niewiele da siê ukryæ. Która to by³a godzina? – Nie pamiêtam dok³adnie, proszê pana, gdzieœ po siódmej chyba by³o, raczej przed ósm¹. – Tak. A co zrobiliœcie potem? – Ju¿ nic, potem poszliœmy do domu. – A dlaczego nie powiedzieliœcie o tym rodzicom? – Bo to by³o straszne, proszê pana, ¿e oni wylecieli w powietrze. To by³o tak straszne, ¿e nie wiem nawet, czy na spowiedzi móg³bym o tym opowiedzieæ – wyrzuci³em jednym tchem. M-ski uœmiechn¹³ siê po raz drugi. – No proszê, a jednak powiedzia³eœ, i to nie ksiêdzu, tylko nam! – Jesteœcie tutejsi? – spyta³ niespodziewanie mundurowy. – Nie rozumiem – odpowiedzia³em, bo rzeczywiœcie nie wiedzia³em, o co mu mog³o chodziæ w tym pytaniu? – Pytam, czy twoi rodzice s¹ st¹d. – Tak, proszê pana, st¹d. Ojciec urodzi³ siê w Gdañsku i matka te¿. – No dobrze – M-ski koñczy³ przes³uchanie. – A jakiejœ rzeczy Weisera, czegoœ po nim nie znaleŸliœcie? – Nie, proszê pana, zreszt¹ wybuch by³ tak silny, ¿e nawet niczego nie szukaliœmy, bo ten kawa³ek sukienki, to by³ czysty przypadek.
243

tylko natchniony. Od tego jest ksi¹dz. proszê pani. ukazuj¹c rz¹d czarnych. raz sta³ podobno na dachu i mówi³ takie rzeczy jak z Pisma Œwiêtego! – Jak to. ¿eby o Bogu mówiæ. da³em oko. zboczeniec. Zrozumia³ natychmiast.– Mo¿esz ju¿ iœæ i zawo³aj drugiego kolegê – uci¹³ dyrektor. moja droga. – Moja szwagierka mówi. to jednak wariat. ale jakby z Pisma. zepsutych zêbów. a ja przypomina³em sobie. – Te¿ coœ! To nie by³ wariat. na co czekasz? Po raz pierwszy od rozpoczêcia œledztwa poczu³em siê pewniejszy. mówi pani? – A tak. – Jezus Maria! Zboczeniec. Na dachu. takie samo jak Szymek. WoŸny ziewa³ przeraŸliwie. z Pisma Œwiêtego? – No. ca³y czas o Bogu i karze za grzechy! – Te¿ coœ! Nie. co po Brêtowie biega³ i ludzi straszy³. ale zboczeniec. Siad³em na sk³adanym krzeœle i pokiwa³em do Szymka g³ow¹. œwiêty jakby cz³owiek. ¿e wszystko na razie idzie ustalon¹ tras¹. teraz ty – zawo³a³em go z otwartych drzwi i kiedy mija³ mnie. robi za Napoliona albo za Mickiewicza. niby niedok³adnie. mówi pani? 244 . co wydarzy³o siê dalej. bo ona tam mieszka. jaki normalny wariat biega po cmentarzu i dzwoni? Jaki wariat zak³ada sobie he³m na g³owê i lezie przez ulice? Normalny wariat. ¿e to nie by³ wcale wariat. Rano nastêpnego dnia w sklepie Cyrsona us³ysza³em tak¹ rozmowê naszych s¹siadek: – S³ysza³a pani? Z³apali tego wariata. tak jak tamci chcieli od pocz¹tku. – No. – Piotr. – A bo to wiadomo? – wtr¹ci³a siê teraz nowa rozmówczyni.

– No to przeczytaj sobie – podsun¹³ mi pod nos gazetê. – Co z tego? – Nic. – Zaraz – zatrzyma³ j¹ Szymek – jak piknik. ¿e o nim napisali. ¿eby nie wiedzieli. – A chcia³byœ. Notka mówi³a o schwytaniu niebezpiecznego szaleñca. Z masarni za sklepem Cyrsona unosi³ siê nieprzyjemny. „Obywatelska postawa” g³osi³y czcionki. Podpisana inicja³ami „kz” nie zrobi³a na mnie wiêkszego wra¿enia. tylko. lepiej. ¿eœmy mu pomagali. gdzie zawsze – i ju¿ goni³a za Weiserem. którego ujêto dziêki pomocy szczêœliwych w³aœcicieli Pañstwowych Ogródków Dzia³kowych imienia Ró¿y Luksemburg. ¿eby nikt nie wiedzia³. – A o co chodzi? – Nie pytaj. spotka³em Szymka.– Na dachu i nawet milicja przyjecha³a. – Tu – pokaza³ palcem nag³ówek. tylko patrz – zniecierpliwi³ siê wyraŸnie. Przy bramie spotkaliœmy Weisera i Elkê. s³odkawy zapach flaków. Przysz³a moja kolej na kupowanie i nie s³ucha³em dalej. Przeszliœmy przez kocie ³by na drug¹ stronê ulicy. ¿eby o nas? – Przy tym to nie. – Tak. – No i co? – zapyta³em. – Tam. tak? 245 . którzy wychodzili w³aœnie z domu. – PrzyjdŸcie trochê wczeœniej. a o nas nie. z któr¹ wraca³ do domu. gdzie zawsze? – Tam. bo robimy dziœ piknik – powiedzia³a weso³o. a gdy wybieg³em ze sklepu. co mówi¹ s¹siadki. ale wtedy im uciek³. – Tak – odpowiedzia³em – lepiej. – Przesz³o ci ju¿? – zapyta³ bez gniewu. to trzeba mieæ jakieœ jedzenie.

ukazuj¹c wiewiórcze zêby. – Te¿ coœ przynieœliœcie. te¿ pokrojony w plasterki. – Wybuchowy piknik! – Szymek œmia³ siê z w³asnego pomys³u. nie mówi³a. ca³kiem nieŸle – mówi³a. ¿eby nie przychodziæ z pustymi rêkami. mo¿ecie nic nie przynosiæ. prze¿uwaj¹c chleb z pomidorem.– Dobra – zawo³a³a Elka i pokaza³a na koszyk trzymany w prawej rêce – ja wszystko mam. pomiêdzy nimi sta³a solniczka. mas³o w porcelanowym kubeczku i ¿ó³ty ser. Czemu nie wpadliœmy na to wczeœniej? A ja zapyta³em Elkê. pojutrze mieliœmy staæ w sali gimnastycznej w bia³ych koszulach i ciemnych 246 . – No. co? Ale piknik nie by³ wcale wybuchowy. a on kroi³ szerokie pajdy i podawa³ ka¿demu po kolei wed³ug wskazówek zegara. – Ale z was kapuœciane g³¹by! – œmia³a siê. jaki bia³y? Wszystko by³o przygotowane z du¿ym szykiem. Kiedy wszystko by³o gotowe. taki piknik – mówi³ Piotr. Rzeczywiœcie. – Nie widzisz. Kiedy zeszliœmy w dolinkê. zamiast w domu. Usiedliœmy po turecku. – Przecie¿ to po¿egnanie wakacji! Wszystkim zrobi³o siê smutno. – Sk¹d to wykombinowa³aœ? – spyta³ Piotr. Szli pod górê. ¿e myœli o czymœ takim. sol¹c pomidory. – Od proboszcza Dudaka? – Nie poplam tylko! – spojrza³a na nas. Szymek wyj¹³ z siatki piêæ butelek oran¿ady. któr¹ kupiliœmy wspólnie. – W³aœciwie to niez³a rzecz. z jakiej okazji ten piknik. Podsunê³a to Weiserowi. Elka i Weiser siedzieli pod dêbem nad roz³o¿onym obrusem. ¿e Elka zna³a siê na rzeczy – obok pokrojonych w plastry pomidorów le¿a³y ogórki. wyci¹gnê³a z koszyka bochenek chleba i nó¿. – Niez³e. w stronê lasu. – Jedzenie w lesie. Trzeba przyznaæ.

sk¹d cienk¹ strug¹ dobiega³o nas buczenie niewidocznego samolotu. które jak skrzyd³a anio³ów przesuwa³y siê nad zatok¹. ¿eby tak jeszcze miesi¹c! – przerwa³ milczenie Szymek. Weiser otworzy³ pierwsz¹ butelkê oran¿ady i nalewa³ musuj¹cy p³yn do szklanki. – Nie wiem dlaczego. któr¹ podsunê³a mu Elka. 247 . które powinniœmy ceniæ i szanowaæ. czerwona jest lepsza od ¿ó³tej. – Czerwona – powiedzia³ z uznaniem Piotr. ¿e wypoczêci jesteœmy i opaleni i ¿e wita nas znowu z radoœci¹ w tych murach. – Chryste. najs³abszy nawet podmuch wiatru nie m¹ci³ lepkiej ciszy pomiêdzy ziemi¹ a bezchmurnym niebem. Ale i tym razem nikomu nie chcia³o siê mówiæ. Czu³o siê umieraj¹ce lato. wiedzia³. jeszcze nie zimnych. ¿e koñczy siê ju¿ nied³ugo lato. które znika³y po dwóch tygodniach. skoro zawsze piliœmy z butelki. w ostrym powietrzu koñcowych dni sierpnia. a ja dziwi³em siê po co tyle zachodu. dziwne i cudaczne. kiedy zapad³o milczenie wokó³ bia³ego obrusa. gdy letnicy opuszczali Jelitkowo i coraz wiêcej koszy pla¿owych œwieci³o pustk¹. skoro ka¿dy. Naczynie kr¹¿y³o z r¹k do r¹k. Ale nikt nie kwapi³ siê do rozmowy. kto kupowa³ w sklepie Cyrsona. ale ju¿ s³onych jak zapowiedŸ sztormu. A teraz. w ch³odnych podmuchach wiatru. kurz trzech miesiêcy pokrywa³ szar¹ warstw¹ liœcie drzew i paproci i ¿aden. co ja bym da³. wszystko by³o inaczej – lato zdawa³o siê pêcznieæ w rozgrzanym i drgaj¹cym powietrzu.spodenkach i s³uchaæ przemówienia dyrektora. ¿e czerwona oran¿ada ma w sobie wiêcej gazu i pachnie lepiej ni¿ ¿ó³ta. Jedynie œwierszcze tak samo jak zawsze wygrywa³y swoje monotonne melodie i jak co roku o tej porze pojawi³y siê mrówki z cienkimi b³onami skrzyde³ek. Tylko ¿e ka¿dego lata nadchodz¹cy kres czu³o siê we wszystkim – w k³êbiastych chmurach. aby pojawiæ siê dopiero za rok o tej samej porze.

a wiêc ostatnia eksplozja ró¿ni³a siê od poprzednich. Wszyst248 . mówi³ niezrozumia³e s³owa i lewitowa³. czekaj¹c na wschód s³oñca. ale nie jakoœ specjalnie. Sam ju¿ nie wiem. tak¿e butelki po oran¿adzie.Kiedy wszystko zosta³o ju¿ zjedzone i wypite. to przecie¿ – czego wówczas nie napisa³em – tr¹ba porusza³a siê prawie po ca³ej dolince jak nakrêcony niewidzialn¹ rêk¹ b¹k. ¿e tr¹ba zawinê³a swoim rêkawem koszyk. wsysaj¹c w swój wiruj¹cy tygiel patyki. ¿e ostatnia eksplozja. tylko jak zwykle: „no to czeœæ” i poszli pod górê razem. choæ wtedy nie wiedzieliœmy. jest to rzecz o drugorzêdnym znaczeniu. Byæ mo¿e w³óczyli siê ca³¹ noc po lesie albo przesiedzieli a¿ do œwitu na którymœ ze wzgórz. pada³ na ziemiê. A potem Weiser i Elka po¿egnali siê z nami. I chocia¿ porównanie to jest mo¿e pretensjonalne. Przeszliœmy spod dêbu na drug¹ stronê dolinki. Byæ mo¿e spêdzili tê noc w piwnicy cegielni. szyszki. a on tañczy³. ale do góry dnem. rozszerzaj¹ca siê ku górze. Weiser w tym czasie przytarga³ z krzaków pr¹dnicê i ³¹czy³ jak zawsze przewody. Bia³y obrus powoli opada³. który zosta³ pod dêbem. a nawet niedorzeczne. co by³o w œrodku. Nie jestem jednak tego taki pewien. Nie napisa³em te¿. wypad³o z brzêkiem i ha³asem na ziemiê. ale wobec tego. Szymek powiedzia³by: „zabawiali siê w doktora i pacjentkê”. drobin ziemi i strzêpów trawy by³ jak olbrzymia tr¹ba powietrzna. tak ¿e wszystko. z czym skojarzy³a mi siê wiele lat póŸniej. trzymali siê za rêce czy nie. Napisa³em te¿. unios³a go w górê i wyrzuci³a kilkanaœcie metrów dalej. ¿e bêdzie ostatnia. Napisa³em ju¿. huœtaj¹c siê nieznacznie w lewo i prawo. gdzie ona gra³a na fletni Pana. ¿e ob³ok py³u. zesz³oroczne i opad³e w tym roku liœcie. w¹ska u do³u. ciemnego. a nawet ma³e kamienie. co wydarzy³o siê nastêpnego dnia. prawie czarnego koloru. Elka pozbiera³a rzeczy do koszyka. i napisa³em te¿.

nie wie pan? Ale pan Weiser nie by³ zadowolony z wyjaœnienia. pan pyta. pó³ godziny poci¹giem. – Gdzie. – Dawid o wszystkim zawsze mówi. Przecie¿ on za ni¹ lata dzieñ w dzieñ – Korotkowa pokaza³a w uœmiechu wszystkie pozosta³e przy ¿yciu zêby. – Pszczó³ki. A Elka pojecha³a tam do babki na jeden dzieñ i przenocowa³a. proszê pana. – Niby jak? – Mówiê. W ka¿dym razie pierwsz¹ osob¹. co by³oby dalej. któr¹ spotka³em rano na klatce schodowej. pan nie wie. gdyby nie pani Korotkowa. pani mówi. – Musisz wiedzieæ – mówi³ wolno i bardzo wyraŸnie – bo kto ma wiedzieæ. panie Weiser? Pojecha³ z Elk¹ do Pszczó³ek.ko byæ mo¿e. wracaj¹ca w³aœnie z zakupami. – Nie wiem – odpowiedzia³em. a wtedy on pochyli³ siê tak. – I œwiata bo¿ego poza ni¹ nie widzi. bo pan Weiser nigdy prawie nie wychodzi³ z domu i kiedy siê ju¿ pokaza³. – Jak to. – A Dawid? – Dawid. – Niby jak? – Mówiê. z kim? – pan Weiser popatrzy³ na ni¹ znad drucianych binokli. jak nie ty? Nie wiem. to taka miejscowoœæ w stronê Tczewa. wygl¹da³ zawsze groŸnie. a ja by³em przestraszony. Poprawi³ binokle i zdj¹³ z szyi centymetr. – Gdzie jest Dawid? – zapyta³ ostro. ¿e przewieszony przez szyjê centymetr dotkn¹³ mojego nosa. na wieœ. by³ dziadek Weisera. pó³ godziny poci¹giem. S³uch mia³a dobry i zaraz wtr¹ci³a siê do rozmowy. pó³ godziny poci¹giem. dlaczego nic nie powiedzia³? 249 .

Tam w³aœnie. Aby iœæ w górê rzeczki. czemu nie. przez któr¹ wchodzi³o siê na strzelnicê. Z drugiej strony szosy. jak wróci – i pani Korotkowa ruszy³a do góry. lecz jego podnó¿em. Nie by³o ich tak¿e w dolince ani na cmentarzu. jeszcze pod nasypem. t¹ sam¹. Szymek z Piotrem wiedzieli o wszystkim. ¿e chyba tak. Zamiast usi¹œæ. Œcie¿ka urywa siê nad wod¹ i nie prowadzi ju¿ donik¹d. by³a zaparta od wewn¹trz. trzeba iœæ nie œladem kolejowych podk³adów po nasypie.– Niech pan jego zapyta. na po³udnie. i ona zgodzi³a siê. bo Elka pyta³a. jak pod stopami. Nigdzie. gdzie zaczyna siê wzgórze. miejsca maj¹ na wsi wiêcej ni¿ tutaj. nasyp biegnie dalej i po piêciuset metrach ³agodnego ³uku przechodzi w przekop w miejscu. s³ysza³em. czy mo¿e zaprosiæ na ten wyjazd kolegê. a œciana. gdy tylko mija³o nas jakieœ auto. gdzie na zerwanym przêœle mostu mo¿na by³o usi¹œæ i patrzeæ. Ale w cegielni ich nie by³o. jak nad przepaœci¹. nale¿y przedzieraæ siê przez za250 . bo od stacji trzeba tam iœæ dobre trzy kilometry z hakiem. jak pyta o to wszystko i jak pani Wiœniewska odpowiada mu. w¹sk¹ œcie¿k¹. ani w kamienio³omach. przep³ywa Strzy¿a. bo pods³uchiwali ca³¹ rozmowê przy tylnych drzwiach do ogrodu. dziesiêæ metrów ni¿ej przeje¿d¿a co jakiœ czas samochód. i nawet da³a im coœ do jedzenia na drogê. Wiedzieliœmy. i strzykaliœmy œlin¹ w dó³. a ja w chwilê póŸniej s³ysza³em pana Weisera pukaj¹cego do drzwi Elki. W koñcu poszliœmy nasypem kolejowym a¿ do rêbiechowskiej szosy. staliœmy jednak na betonowym progu. Aby dojœæ do potoku. A kiedy by³em ju¿ na dole i szed³em przez podwórko. ¿e nie pojechali do Pszczó³ek na razie tylko tyle. a nieco wczeœniej. za takim samym przyczó³kiem zerwanego mostu. po jego lewej stronie dochodzi ogrodzenie szpitala czubków. po której M-ski szed³ na spotkanie z gospodyni¹.

Po lewej stronie nasypu Strzy¿a rozlewa siê w niewielki staw i znika w ocembrowanym ujêciu.roœla. sk¹d p³ynie dalej w kierunku miasta podziemnym kana³em. w szarym od dymu powietrzu unosi³ siê zapach potu. depcz¹c sobie po piêtach. Wiêc jak to by³o na koniec? Nie. Widzê to wszystko bardzo dok³adnie. za oknami bêbni³ wrzeœniowy deszcz. Weisera i Elkê rozerwa³o na strzêpy. bo ta historia nie ma ¿adnego koñca – pytam. nie na koniec tego dnia ani ca³ej historii. siedz¹ i nic nie robi¹. jakbyœmy odnaleŸli Bursztynow¹ Komnatê albo skarb ostatniego króla Inków. jak by³o na koniec œledztwa. jak siedz¹ nad wod¹. zawsze tak samo g³oœno i zawsze tak weso³o. oprócz skrawka jej czerwonej sukienki. i biec bêdziemy na ich spotkanie tyle razy. kiedy ju¿ przes³uchano Piotra i kiedy M-ski wezwa³ nas wszystkich do gabinetu? Staliœmy przed biurkiem dyrektora. gdzie Strzy¿a wpada do w¹skiego tunelu pod kolejowym wa³em. za trzy dwunasta. gdzie potok od po³udniowej strony podp³ywa do nasypu. przed chwil¹ zobaczy³em Elkê i Weisera. nie pozosta³o nic inne251 . tylko mocz¹ w niej nogi. czyli ka¿dy z nas zostawi³ tam cztery swoje autografy na potwierdzenie ustalonej wersji wydarzeñ. gdy œledziliœmy nauczyciela. a my jeden po drugim ¿ó³tym d³ugopisem mundurowego podpisywaliœmy zeznania i brudnopis protokó³u. jak my. i wiem. Widzieliœmy ostatni wybuch w dolince za strzelnic¹. Niestety. podpisywaliœmy dwa razy przez kalkê. bo w³aœnie tam. jak na rysowanej z pamiêci mapie. ¿e za chwilê krzyknê „o!” i wyci¹gnê d³oñ dok³adnie tam. ile o tym pomyœlê. i zaraz zbiegniemy z przyczó³ka mostu na szosê i bêdziemy biec w¹sk¹ œcie¿k¹ jeden za drugim. który ze strachu spaliliœmy tego samego dnia wieczorem w kamienio³omach. albo raczej Weisera i Elkê. za nami woŸny.

wszyscy mówili naraz. coœ w rodzaju: „Kto siê prawdy nie boi. w tym miejscu M-ski niechybnie powiedzia³by jakiœ mora³. który odnaleziono w piwnicach nieczynnej cegielni. dar³ siê okropnie: – Otwieraæ! Otwieraæ natychmiast! Natychmiast otwieraæ! – i znowu targa³ za klamkê. ale nie 252 . tam gdzie potok ju¿ za tunelem rozlewa siê szeroko wœród gêstych szuwarów. Tak wygl¹da sprawa. Tak. a woŸny wysypywa³ do kosza niedopa³ki z popielniczki. Najpierw swój koœlawy podpis po³o¿y³ Szymon. jak na przyjêciu albo na targu. Dyrektor wsta³ i zapi¹³ marynarkê. przekrzykuj¹c deszcz. i wali³ ku³akiem w drzwi. Równo z ostatni¹ liter¹ nazwiska zegar wybi³ godzinê dwunast¹. Tak. wiêc w pierwszej chwili niczego nie mo¿na by³o zrozumieæ. a jeszcze dalej matkê Szymka i moj¹. za nim pana Korotka i ojca Piotra. Owszem. Nie wiemy nic o ¿adnym sk³adzie materia³ów wybuchowych poza tym. jak¹œ piêkn¹ sentencjê. W œwietle zapalonej przez woŸnego lampy ujrza³em w strugach deszczu mojego ojca. niczego siê nie boi”. o czym wiemy. zawsze pisa³ lew¹ rêk¹ i zawsze trochê koœlawo. ale to wszystko. bez w¹tpienia powiedzia³by coœ w tym stylu. – No – rzek³ M-ski – teraz mo¿ecie iœæ do domu. odprowadzi was sier¿ant. znaleŸli j¹! A kiedy ojciec puœci³ ju¿ M-skiego. Mój ojciec wpad³ do œrodka i zanim ktokolwiek coœ powiedzia³. literami wielkimi jak dwuz³otówki. ale rozleg³o siê ³omotanie do drzwi wejœciowych szko³y i ktoœ. chwyci³ M-skiego za klapy i wrzasn¹³: – ZnaleŸli. Po nim Piotr.go. ¯yje. zardzewia³y automat niemiecki i nawet pozwoli³ nam kiedyœ dotkn¹æ go na chwilê. Weiser mia³ jakiœ stary. Ostatni podpisa³em ja. niczym na akademii. znaleziono Elkê nad stawem.

ZawieŸli j¹ do Akademii. Wszystko siê jej pomiesza³o. ale o tamtym nadal ani s³owa. Nie wiadomo te¿. ani jak siê nazywa. nikt nie dopytywa³ siê o Dawida. a sprawê przekazujemy prokuraturze! – Proszê bardzo! – jeszcze g³oœniej mówi³ mój ojciec. ¿e po raz ostatni bawi³a siê z Weiserem w po³owie sierpnia i niewiele z tego pamiêta. Prokuratorowi powiedzieliœmy. Wczeœniej przeczesywali ca³¹ okolicê. ¿e jest ch³opakiem i ¿e nazywa siê Weiser. ¿e gdyby M-ski albo mundurowy lub dyrektor chcieli nas jeszcze zatrzymaæ. a chodzi³o jej o talerz z zup¹. Twierdzi³a na przyk³ad. M-ski spojrza³ na nas i w jego oczach ujrzeliœmy ³agodne zdziwienie. bo pan Korotek i ojciec Piotra stanêli zaraz przy nas i wygl¹dali równie groŸnie. takie samo jak gdy ktoœ bezb³êdnie odpowiada³ przy tablicy albo na pi¹tkê napisa³ klasówkê. ale tylko do wojskowej strzelnicy. ani gdzie mieszka. Dopiero na pocz¹tku paŸdziernika z³apa³a równowagê. Nie umia³a nazwaæ niektórych przedmiotów i mówi³a do pielêgniarki: „podaj mi zegar”. gdzie j¹ znaleŸli. – Ale nie dzisiaj! – i wygl¹da³ przy tym tak groŸnie. ojciec na pewno uderzy³by któregoœ z nich i by³aby straszna awantura. Po trzech tygodniach wiedzia³a ju¿. Milicja szuka teraz po tamtej stronie. lecz niczego nie pamiêta³a. – W takim razie – powiedzia³ – œledztwo nie jest zakoñczone. Œledztwo jednak nie zosta³o wznowione w poniedzia³ek ani nigdy póŸniej. milcza³a jak grób. ¿e 253 .odzyska³a przytomnoœci. Nie wiadomo. ale twierdzi³a. który przes³ucha³ nas jeszcze raz na du¿ej przerwie. gdzie mieszka. T³umaczono to szokiem i czekano na polepszenie. W tym czasie nie ¿y³ ju¿ pan Weiser i poza prokuratorem. Bo kiedy tylko Elka odzyska³a przytomnoœæ. choæby przez moment. co siê sta³o z Weiserem. chyba jeszcze gorsza ni¿ w barze „Liliput”. wypytywano j¹. sk¹d siê tam wziê³a.

I w koñcu dochodzenie umorzono. fantazja niegrzecznych ch³opców. a my. W dolince po wybuchu oni odeszli w górê i to by³ ostatni raz. – Niepokoi³ siê bardzo. ¿e jadê z ni¹ do Pszczó³ek. – Co tu robicie? – dysza³ Szymek. Ostateczna wersja by³a taka: Elkê po wybuchu fala powietrza odrzuci³a w gêste paprocie. zanim zd¹¿y³a siê utopiæ. bo ostatecznie. ale to mo¿e dlatego ¿e coœ niecoœ wiedzieliœmy o jego ukrytych pasjach. daliœmy drapaka. i usi³owa³a dotrzeæ o w³asnych si³ach do domu. Wszystko? Wszystko.. a oni nie mieli wêdki ani podbieraka. Strach i wyobraŸnia dopisa³y resztê. gdyby nie tamten dzieñ nad Strzy¿¹. Tylko M-ski na lekcjach przyrody patrzy³ na nas podejrzliwie a¿ do samego koñca szko³y. ani Elki. jak ich widzieliœmy. – nie by³ pewien. bo go rozerwa³o. ale zb³¹dzi³a a¿ nad Strzy¿ê i tam upad³a w szuwary. czy musicie p³oszyæ nam ryby? ¯artowa³a. ¿e id¹ pod górê. – W³aœciwie to twój dziadek – mówi³ teraz do Weisera. Mog³o nam siê wydawaæ. – Szukaj¹? – zdziwi³a siê. 254 . – Szukaj¹ was. Wszystkie k³amstwa puszczono nam w niepamiêæ. ze strachu.. bo le¿a³a bez przytomnoœci w zaroœlach. przynajmniej czêœciowo. – Mówi³em mu. albo spad³a z nasypu do stawu i pr¹d wyniós³ j¹ na brzeg. W Strzy¿y nie by³o ryb. Elka odwraca g³owê w naszym kierunku i wo³a: – Hej. Elka odzyska³a po jakimœ czasie przytomnoœæ.oczywiœcie ¿adnego pogrzebu sukienki nie by³o. – Kto nas szuka? – No. kr¹¿¹c wokó³ stawu. kiedy dobiegamy w³aœnie do potoku. Nie mogliœmy widzieæ Weisera. Ale to by³a tylko fantazja. co bawili siê niewypa³ami i póŸniej ze strachu dorobili tak¹ historiê. Weiser by³ prowodyrem niebezpiecznych zabaw i na nim spoczywa³a g³ówna wina. jak stwierdzono.

– Jak nie. s³yszeliœmy twojego dziadka. – Cudowne! – Jemu te¿ spodoba³ siê pomys³ zagrodzenia strumieniowi biegu.– Nie k³am! – Szymek po raz pierwszy podniós³ na niego g³os. – Nic nie robimy – odpowiedzia³ za ni¹ i po chwili wahania doda³ – w³aœciwie nic nie robimy. to nie. – Genialne! – wyszepta³ Szymek. – Nie wasza sprawa – odpowiedzia³a Elka. – Tu bêdzie mo¿na p³ywaæ – pokaza³ rêk¹ na ³¹kê od strony rêbiechowskiej szosy – wszystko zaleje woda! 255 . i zaraz. To by³ rzeczywiœcie niezwyk³y pomys³: gdyby w tunelu pod nasypem pod³o¿yæ ³adunek. jak wypytywa³ siê wszystkich o ciebie i nie wiedzia³ o niczym. w tej samej chwili zrozumia³em. ale co tutaj robicie? Przecie¿ tu nie ma nawet uklejek! Elka spojrza³a na Weisera. a¿ do pierwszych drzew. tylko przygotowania. Spojrza³em w górê rzeczki. ¿e nie nale¿y w takim momencie pytaæ. Bada³ nasz¹ ciekawoœæ. Wiedzieliœmy. eksplozja musia³aby zasypaæ jego w¹ski przekrój zwa³ami ziemi z kolejowego nasypu i w miejscu przepustu zrobi³aby siê wysoka na siedem–osiem metrów tama. A w ogóle to nie byliœcie w Pszczó³kach – w jego tonie da³o siê wyczuæ nutê podziwu i pal¹cej ciekawoœci. – Ale najpierw trzeba wszystko obliczyæ i porachowaæ. który sta³ teraz w potoku do po³owy ³ydek i przypatrywa³ siê wodzie spadaj¹cej do cementowego progu. – Przygotowania do specjalnego wybuchu – wyjaœni³. a tu gdzie teraz staliœmy w wodzie i wy¿ej w górê strumienia by³oby normalne jezioro. o co mu chodzi. bo zaraz powie resztê. – Nie k³am. sk¹d wœród leszczyn i olch sp³ywa³a tutaj niewielkimi meandrami. – Przyszliœcie nas badaæ? – No dobra – pojednawczo odezwa³ siê Piotr.

– Czu³em. Tunel nie by³ wysoki. trzydzieœci dwa. dwanaœcie. Kto na ochotnika? Skoczy³em pierwszy. Przykucn¹³em. Ale nie daliœmy mu dojœæ do s³owa. bo na koñcu tunelu i obejmuj¹cej mnie ciemnoœci… czterdzieœci dwa. trzydzieœci trzy. – Oho! – krzyk wróci³ echem. pod którymi wyczuwa³em zgni³e roœliny. ostro¿nie stawiaj¹c stopy. czterdzieœci cztery – na koñcu ciemnego rêkawa widzia³em jasny. czu³em w nozdrzach jej dojmuj¹cy zapach. – Trzydzieœci jeden. a zreszt¹ staw by³ paskudnie zaroœniêty i zamulony i a¿ obrzydzenie bra³o na sam¹ myœl o zanurzeniu siê w czymœ takim. – Zupe³nie jak w piwnicy icy… icy… icy… Ruszy³em przed siebie lekko przygarbiony. dwadzieœcia dwa. rêkami podpieraj¹c siê wilgotnych i oœliz³ych œcian. – Dobrze – mówi³ teraz do mnie – tylko licz dok³adnie kroki i uwa¿aj na dno. dwadzieœcia trzy. patrz¹c w ciemn¹ dziurê. – Zapach trochê podobny do tego. – Szed³em. tak samo jak metry szeœcienne ziemi nad moj¹ g³ow¹ nie budzi³y we mnie lêku. naniesiony latami mu³ i kawa³ki cegie³. ch³odny i przenikaj¹cy. – Jedenaœcie. 256 . Mówi³. czterdzieœci trzy. jak obejmuje mnie wilgoæ pachn¹ca stêchlizn¹. – Dwadzieœcia jeden. jaki wyczuwa³o siê w krypcie na brêtowskim cmentarzu i w piwnicy nieczynnej cegielni. – Trzeba wejœæ do tunelu – powiedzia³ Weiser – i zmierzyæ dok³adnie jego d³ugoœæ. ale nie przera¿a³ mnie wcale. jego betonowy wlot siêga³ mi do wysokoœci oczu w najwy¿szym miejscu symetrycznie sklepionego pó³kola. ale trzeba obliczyæ masê ziemi i si³ê eksplozji. Tylko Piotrowi nie podoba³ siê pomys³ Weisera. trzynaœcie.– Tak – potwierdzi³ Weiser – wszystko zaleje woda. ¿e po tamtej stronie wa³u jest przecie¿ staw i mo¿na od biedy spróbowaæ k¹pieli. bagnem i zbutwia³ym drewnem.

prosto pod s³oñce i nie mog³em od razu spojrzeæ w jego twarz. Weiser znad kwadratu. – Okr¹g³e cztery minuty. – Co to jest? – spyta³em. W d³oni trzyma³ patyk i zobaczy³em. a¿ skoñczy³ siê ch³ód. po tamtej stronie nasypu. – Myœlisz. jakby to by³a tabliczka mno¿enia albo liczyd³o. ale nie chcia³em siê pomyliæ! Weszliœmy po stromym zboczu nasypu do góry i wtedy Piotr pokaza³ rêk¹ na szpital czubków widoczny st¹d w oddali za kopu³ami drzew. Pamiêtam. a wtedy on raz jeszcze coœ dopisa³ i zmaza³. jak rysuje na ziemi.. mru¿y³em oczy i prostowa³em kark. ¿eby mu nie przeszkadzaæ.. do których coœ wpisywa³. ¿e kiedy mieliœmy schodziæ w dó³. By³ to obroœniêty traw¹ kolejowy podk³ad. – Szeœædziesi¹t jeden – poda³em. ile by³o kroków. szeœædziesi¹t. – Cztery minuty – us³ysza³em g³os Piotra. ale Elka szybko powiedzia³a. ¿e on tam jest? – zapyta³. szeœædziesi¹t jeden – i sta³em teraz oblany gor¹cymi promieniami oœlepiaj¹cej jasnoœci. który wygl¹da³ jak opuszczona droga. Tamci na dole moczyli nogi w wodzie i tylko Weiser sta³ na brzegu. – piêædziesi¹t dziewiêæ. podzielonego na równe kratki. bo by³em ju¿ po drugiej stronie. zahaczy³em nog¹ o coœ wystaj¹cego z ziemi. ¿e jest zajêty? 257 . zapyta³. Nie da siê szybciej? – Sta³ obok wylotu tunelu. – ChodŸ tutaj! – zawo³a³a mnie Elka. – Nie widzisz. bo wtedy go nie zabili. tam gdzie trawa by³a rzadsza. – No jasne – odpowiedzia³em – ¿e mo¿na szybciej.coraz wiêkszy punkt wylotu i coraz wiêcej œwiat³a mia³em przed sob¹. – Tak – odpowiedzia³em – na pewno tam jest. maza³ i znowu wpisywa³.

– Wszystko jasne! – To kiedy? – zapyta³em niecierpliwie. – Muszê sprawdziæ. Piotr mówi³ teraz. wojsko i zrobi¹ odp³yw albo nowy tunel. Nie ma tam szkie³? – zwróci³ siê do mnie i zrozumia³em. po szeœæ w ka¿dym boku.Podszed³em do nich. – Nie ma – odpowiedzia³em. – I ju¿ tu nas nie bêdzie. pochylaj¹c g³owy. a¿ wreszcie ujrza³em niewyraŸny zarys postaci. Elka podesz³a do niego. – Czy mogê iœæ z tob¹? – Zostañ. – A gdyby gór¹ jecha³ poci¹g – doda³ Piotr – dopiero by³aby awantura! Weiser zmaza³ nog¹ swój kwadrat. która sz³a za Weiserem. i nikli w ciemnym korytarzu jak ja przed chwil¹. zmieszany z szumem p³yn¹cej wody. – Przyjad¹ stra¿acy. – Co wtedy? – zapyta³em. gdzie najlepiej zak³adaæ ³adunki. woda zaleje ³¹kê i po jakimœ czasie z braku odp³ywu podejdzie do drogi. ale zd¹¿y³em policzyæ wszystkie kratki kwadratu – by³o ich trzydzieœci szeœæ. 258 . jakby chodzi³o o wycieczkê do Jelitkowa. podczas gdy Piotr popêdzi³ po zboczu do góry. s³ysza³em ich coraz s³absze g³osy i oddalaj¹cy siê chlupot. w której kontur rozmy³ siê zupe³nie i znikn¹³. tam gdzie na koñcu widnia³a jasna plama œwiat³a. – Ju¿ mam – powiedzia³ g³oœno. ¿eby czekaæ na nich po tamtej stronie. ale Elka nie martwi³a siê tym wcale. czyja to sprawka. ¿e teraz zechce wejœæ do tunelu. – Ja te¿ chcê zobaczyæ – i ju¿ podchodzili do sklepienia wlotu. a my zd¹¿ymy siê wczeœniej wyk¹paæ – t³umaczy³a. ¿e jeœli wybuch siê uda. – Nikt siê nie dowie. – Albo przyjdziemy razem z innymi popatrzyæ – wymyœli³ Szymek. Sta³em oparty d³oñmi o betonowe sklepienie i widzia³em pochylon¹ sylwetkê Elki.

liczy³ i czeka³. Szymka brodz¹cego w wodzie i nikogo wiêcej. – Weiser! – krzycza³em. ile mog³o up³yn¹æ czasu. kiedy to piszê. Przez godzinê brodziliœmy z Szymkiem w tunelu. ¿e to nie by³ ¿art jego ani mój. – Niemo¿liwe! – powiedzia³em. ¿e pewnie zawrócili. opukuj¹c ka¿dy kamieñ. to jest za m¹dry kawa³! Gdzie jesteœcie? – ale oprócz szumu wody i dudni¹cego echa nic nam nie odpowiada³o. ka¿d¹ rysê. Wracaliœmy ze spuszczonymi g³owami. bo chocia¿ ka¿dy z nas myœla³. gdzie mogliby siê schowaæ. to mimo to by³o w ich znikniêciu coœ nienormalnego. czeka³ i liczy³. ale w chwilê póŸniej wiedzieliœmy ju¿. – Tam nie ma ¿adnego ustêpu. Ale nie by³o ich ani z tej. jakby Weiser. Wiêc jeszcze raz przez nasyp pobieg³ w nasz¹ stronê. tylko Weisera. Siedzieliœmy nad Strzy¿¹ do wieczora po obu stronach tunelu. ¿e dobre osiem do dziesiêciu minut. a Piotr czuwa³ u góry. – A on przypuszcza³. ¿e ¿artuje. ceg³ê i kawa³ek cementu.Ile to mog³o trwaæ? Nie myœlê o przejœciu na drug¹ stronê – pytam. Nie zobaczy³ ich i pomyœla³. ani tym bardziej dzisiaj. 259 . Piotr czeka³ po tamtej stronie. nie umiem powiedzieæ. Myœla³em. – Weiser. chocia¿ wierzyliœmy w to niezachwianie. kiedy powiedzia³: – Nie wychodzili tamtêdy. zanim us³ysza³em nad g³ow¹ okrzyk Piotra: – Co jest. ani z tamtej strony nasypu. umówiwszy siê z nami. jak d³ugo to trwa³o. bo znaleŸli ju¿ dobre miejsce do pod³o¿enia ³adunków. ¿adnego zag³êbienia z boku. ale zobaczy³ mnie stoj¹cego u wlotu. a¿ znudzi³o mu siê i zajrza³ do wylotu tunelu. gdzie siê oni podziali? Szymek twierdzi³. ¿e to ja nabieram go i straszê. na szczycie nasypu – wszystko bez rezultatu. ¿e nie sta³o siê nic z³ego i ¿e oni najdalej jutro rano zjawi¹ siê w szkole na uroczystej akademii rozpoczêcia roku. ale ani wtedy.

Po lewej rêce powinienem mieæ brêtowski cmentarz.zagra³ na nosie. jak siê to dzieje: zamiast jechaæ autobusem. a dalej p³ytê lotniska i zatokê. a ja przyjdê jutro albo za dwa dni i porozmawiamy. spycha na kupê zwa³y kamieni i potrzaskanych p³yt. Sam nie wiem. Kopie fundament pod nowy. ¿e siê zgadza. od strony morza powia³ wyraŸnie pierwszy w tym roku. gdzie wytyczone alejki w niczym nie przypominaj¹ tamtego czasu. Buldo¿er. – Tak. Dla niego zawin¹³em zapisane kartki w szary papier i wsadzi³em w szczelinê cementowej p³yty. Kiedy zosta³ za nami brêtowski cmentarz – bo szliœmy nasypem – i kiedy ze szczytu Bukowej Górki widzieliœmy dachy naszej dzielnicy. z pó³nocy. tak bardzo. ¿e nie bêdê ich rozwija³ dalej. idê na to spotkanie piechot¹. To ju¿ tu. du¿o wiêkszy koœció³. – Po co przyszed³eœ dzisiaj? Przecie¿ to nie Zaduszki. ciê¿kie krople deszczu. chocia¿ zachowam je w pamiêci i sercu. Najpierw mijam Bukow¹ Górkê. Wszystkie myœli wokó³ Weisera bardzo mnie niepokoj¹. Dó³ jest g³êboki na 260 . Przeczytaj. lecz przynios³em coœ dla ciebie. Na wielkim placu nie ma nagrobków z gotyckimi literami. poczu³em du¿e jak winogrona. ch³odny i orzeŸwiaj¹cy podmuch wiatru. gdzie koñczy³ siê las. zaraz obok ceglanego koœció³ka. Ale pozosta³ Piotr. Pada³y na ziemiê i natychmiast wsi¹ka³y. tu w³aœnie koñczy siê opowiadanie. Drzewa wyciêto. ale za nimi coraz szybciej lecia³y nastêpne. Przy domach. Tak. – To ja – odpowiedzia³em. Znaczy³o to. miasto i ca³y œwiat tonê³y w szarych strugach deszczu. Piotrze. po chwili zaœ ulica. Nie odpowiedzia³. czego przecie¿ od czasu pierwszego spotkania nigdy nie robi³. – To ty? – zapyta³.

Stojê teraz na kolejowym nasypie. chocia¿ zimno. Gdybym poszed³ tamtêdy i min¹³ zakratowane pawilony. – Tak – odpowiada. stoi czteropiêtrowy dom z trzema klatkami schodowymi. trzeci i jeszcze jeden za nimi. Tam gdzie za œcian¹ lasu widaæ by³o wzgórza okalaj¹ce strzelnicê. idê ulic¹ w dó³. czujê to. W prawo od bramy cmentarza skrêca siê do szpitala czubków. co dzieje siê w mieœcie. Wyci¹gam rêkopis ze szczeliny i chowam go do torby. móg³bym dojœæ do miejsca. Tam gdzie znajdowa³a siê pusta krypta. Jest zwyk³¹ ulic¹ z chodnikami. gdy pada pierwsze zdanie: 261 . czy jest nastrojony do rozmowy. Ale Piotr nie rozpoczyna od swojego „co s³ychaæ?”. Idê dalej. Nasza rozmowa ma dzisiaj nieco inny charakter. latarniami. Ale nie po to zrobi³em taki szmat drogi. drugi. Bo Piotr zawsze zaczyna rozmowê od tego. Na razie muszê porozmawiaæ z Piotrem. Ka¿e opowiadaæ sobie wszystkie szczegó³y bardzo dok³adnie. – Przeczyta³eœ? – zadajê pytanie. Czujê siê zmêczony. i znów du¿o samochodów. A mo¿e – myœlê sobie – dobrze by³o popatrzyæ.kilka metrów i ma rozmiary œredniego boiska. zupe³nie jak stary cz³owiek. gdzie mia³em trafiæ. a¿ do rêbiechowskiej szosy. w których po raz ostatni widzia³em Weisera. która nie wygl¹da ju¿ jak szosa. Jeden. Pierwsi lokatorzy zawieszaj¹ firanki i czyszcz¹ okna po malarzach. Milczymy przez chwilê. otoczone starym parkiem. chocia¿ nie wiem. ¿e nie pojecha³em autobusem. Nie zastanawiam siê dalej. Siadam na zimnej p³ycie i poprawiam szalik. ¯a³ujê. Nawierzchnia nasypu jest teraz du¿o gorsza – rozjeŸdzi³y j¹ ciê¿arówki i samochody dzia³kowców. a potem w prawo do góry i jestem. widzê teraz jeszcze nieotynkowane wie¿owce. Idê dalej nasypem. Wiêc jeszcze raz rzucê okiem i pójdê na jego cmentarz.

M-ski jest taki. Do podrodziny pierwszej nale¿y na przyk³ad Scorzonera hispanica albo Taraxacum officinale. A o broni ani s³owa! – Bo nie znaleŸli niczego oprócz trotylu i detonatorów. – Kiedy? – Nad Strzy¿¹. A co z broni¹. – No dobrze. ale nigdy Arnica montana! 262 . by³a zaparta. – Pamiêtam. nigdy. – Oczywiœcie. Ale na pewno nie pope³nia³ b³êdów przyrodniczych. A M-ski nie pope³nia³ b³êdów w systematyce. ¿e M-ski zakwalifikowa³ go do podrodziny pierwszej: Liguliflorae. Ale napisa³eœ. ¿e znaleziono tylko materia³y wybuchowe. – To trzeba zaznaczyæ. nazywany kupalnikiem pospolitym. one nale¿¹ do podrodziny Liguliflorae. zanim szukaliœmy go w cegielni. nie s¹dzisz? – PrzejdŸmy do innych szczegó³ów. – No w³aœnie. czyli dmuchawiec. – W tej samej. lecz… – Chryste! A co to takiego? – Scorzonera hispanica? Wê¿ymord hiszpañski. A Taraxacum officinale to po prostu lekarski mniszek. On wszystko przewidzia³ i zaplanowa³ dok³adnie. przez któr¹ wchodzi³o siê do jego kryjówki. ¿e to by³ Arnica montana. Pamiêtasz? Œciana. Nigdy nie pomyli³ siê w nazwie roœliny. motyla ani w klasyfikacji. któr¹ mia³a na lotnisku. kwiat pomornika górskiego. prawdziwy. a ty… – Wiêc to nie by³ pomornik górski? – Oczywiœcie. w jakiej sukience by³a Elka. jaki by³. któr¹ przechowywa³ Weiser? W œledztwie jest mowa o tym. Weiser musia³ j¹ ukryæ. czyli jêzyczkokwiatowych.– Nie napisa³eœ. owada. w czerwonej.

¿e zawsze ba³em siê ciemnoœci? Korytarzy i nieoœwietlonych piwnic? Nawet nad Strzy¿¹ nie wszed³em do tego cholernego tunelu.. ale nie zagl¹da³em do œrodka. Dlaczego tego nie opisa³eœ? – Przecie¿ by³em z drugiej strony. jaki zapach unosi³ siê nad masarni¹ za sklepem Cyrsona. Czeka³em na nich i liczy³em. to bardzo wa¿ne. kim by³ jakiœ Horst Meller? – Zgoda. jak mia³em to zrobiæ? – Nie widzia³eœ mojej sylwetki? – Nie. Czy dowiedzia³eœ siê. – Czy to a¿ takie wa¿ne? – Je¿eli pisa³eœ o M-skim. dopiero jak ciê nie by³o. – To dlaczego nie napisa³eœ. Achillea millefolium. Widzia³em plecy Elki. co powiedzmy. Ale mam jeszcze coœ – Horst Meller. do tej samej. kogo dziœ mo¿e obchodziæ. albo wszystko. Mrówki nikogo nie obchodz¹. Skoro wywlekasz podrodzinê Arnica montana. nic wiêcej. ¿e nie. – Jeszcze jedno: co ci przysz³o do g³owy z dyrektorem? W podstawowej szkole byli wtedy kierownicy. – No wiêc? 263 . – Tymczasem Arnica montana nale¿y do podrodziny drugiej: rurkokwiatowych. – ¯ebyœ wiedzia³. Bo albo nic. – Tak.– Oszalejê! Sk¹d u ciebie znajomoœæ tych nazw? M-ski tego nie uczy³. po ³acinie Tubuliflorae.. – Zaraz dojdziemy do tego. Czy to nie przesada? – Myœlê. Z mrówkami przesadzi³eœ. jak sz³a w tamtym kierunku. Albo to. to znaczy krwawnik pospolity. tylko ¿e czasami piszesz o jakimœ ma³o wa¿nym szczególe i g³ówna akcja jest wtedy zawieszona. przemianowali ich na dyrektorów. co to za jeden? – Zlituj siê. ¿e wszystko jest wa¿ne. to mrówki i masarnia s¹ tak samo wa¿ne.

„Weiser. Pójdziesz znów t¹ sam¹ œcie¿k¹ od cmentarza. póŸniej do góry. wiem. ¿e teraz jest wtedy. – A Weiser? – Co. „Weiser!” krzykniesz. Wejdziesz do zimnej wody i staniesz u samego wylotu. – Co siê z nim sta³o? Dlaczego nic nie mówisz? Dlaczego przesta³eœ odpowiadaæ. ¿e tam jesteœ. dawno jest na emeryturze. Staniesz nad umykaj¹c¹ wod¹ potoku. Odpowie ci tylko plusk wody.– Je¿eli myœlisz. najpierw w dó³. – I nic wiêcej mi nie powiesz? – A czego oczekiwa³eœ? Przeczyta³em i mówiê. Gdzie on teraz jest? – Napisa³eœ i nie wiesz? – Wiem wiêcej. gdzie wpada do nisko sklepionej niszy tunelu. „wiem. pomyœla³byœ. ale tylko ono. d³onie opieraj¹c o wilgotny beton. ni¿ wiedzia³em. – Dotrzyma³em obietnicy. co zauwa¿y³em. przyjmê go z powrotem na kierownika. Nabierzesz tchu w p³uca i jak w górach zakrzykniesz: „Weiser!”. – Co siê z nim sta³o? – Ju¿ i tak rozmawiamy za d³ugo. Dlatego przychodzê do ciebie. jak by³o. Oszukiwa³ nas. „Weiser!” krzykniesz znowu. Ta sama woda co przed laty bêdzie hucza³a na cementowych progach i gdyby nie zachmurzone niebo. Muszê znaæ prawdê. a póŸniej raz jeszcze w dó³. ¿e to wa¿ne. Nie bêdzie siê chyba z³oœci³. Weiser? – Co byœ powiedzia³ o nim? Przecie¿ nie chcia³ zostaæ cyrkowym artyst¹. a ty znowu swoje. Piotrze? Tak. nic wiêcej. ale nie wszystko. Echo odpowie ci st³umionymi sylabami. ¿e tam jesteœ!” – i ciœniesz kamieniem w czarny otwór. wy³aŸ za264 . – Poza tym wszystko jest tak.

oœliz³ych badyli i kamieni w kierunku jaœniej¹cego punktu po drugiej stronie. zab³ocony. wiem. skurwysynu. pomyœlisz. nieruchomym spojrzeniem. G³owê wsadzisz w ciemny otwór i coraz bardziej zanurzaj¹c siê w wodzie. posuwaæ siê bêdziesz na kolanach poœród szlamu. si¹dziesz na brzegu potoku i dygoc¹c z zimna. i wszystko. W szumie i bulgotaniu nie bêdzie odpowiedzi. „s³yszysz mnie?”. krzyczeæ bêdziesz coraz g³oœniej. Dudni¹cy pog³os przetoczy siê nad tob¹. ¿e wszystko. co ogl¹da³y twoje oczy. bydlaku. zamiast z³orzeczyæ i przeklinaæ. wy³aŸ!”. gdzie zza o³owianych chmur niewidoczny samolot buczeæ bêdzie silnikami. czego dotyka³y twoje rêce. dawno ju¿ rozsypa³o siê w proch. jakby w górze nasypu bi³ werbel lokomotywy. I zamiast mówiæ cokolwiek. Patrzeæ bêdziesz przed siebie têpym. ale nikt nie odpowie na twoje wo³anie. Wyjdziesz wreszcie z tunelu. przypomnisz sobie s³owa tamtej piosenki: „Weiser Dawidek nie chodzi na religiê”. Ociekaj¹cy wod¹. Popatrzysz w niebo. ¿e tu jesteœ!”.raz!”. Gdañsk 1984 . który targaæ bêdzie twoje zlepione w³osy. „Weiser!”. zakrzykniesz. „nie oszukuj mnie. „Weiser. nie s³ysz¹c ju¿ wody ani wiatru.

pl ISBN 83-87316-59-8 . 241 pochodz¹ z archiwum Gdañskiej Galerii Fotografii.: 341 44 13.Na ok³adce wykorzystano kola¿ Jana Miœka Redakcja: Stanis³aw Danecki Korekta: Izabela Biliñska Sk³ad: Piotr Górski Druk i oprawa: Drukarnia Wydawnictw Naukowych SA./fax: 345 47 07 e-mail: slowo-obraz@terytoria. tel. Gdañsk 2000 Ilustracje na stronach 33. £ódŸ. ul.com. ul. a ilustracje na stronach 153. tel. Grunwaldzka 74/3. 97. ¯wirki 2 © Copyright by Pawe³ Huelle © Copyright by s³owo/obraz terytoria. 185. 209 – ze zbiorów Krzysztofa Gryndera Adres: wydawnictwo s³owo/obraz terytoria 80-244 Gdañsk.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->