P. 1
Castaneda Carlos - Aktywna Strona Nieskonczonosci

Castaneda Carlos - Aktywna Strona Nieskonczonosci

|Views: 43|Likes:
Wydawca: Beata Dyduch

More info:

Published by: Beata Dyduch on Feb 08, 2012
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

01/04/2013

pdf

text

original

Książkę tę dedykuję dwóm ludziom, którzy dali mi siłę i zaopatrzyli w metody niezbędne w terenowych badaniach antropologicznych: profesorowi Clementowi Meighanowi i profesorowi Haroldowi Garfinkelowi. Idąc za ich sugestiami, bez reszty oddałem się pewnemu projektowi badawczemu, który pochłonął mnie na zawsze. Jeżeli nie udało mi się urzeczywistnić ducha uprawianej przez nich nauki, trudno. Nie mogłem na to nic poradzić. Zanim zdążyłem sformułować spójne, naukowe hipotezy, zagarnęła mnie siła jeszcze większa, którą szamani nazywają nieskończonością. Język Człowiek wnikliwie wpatrywał się w swoje równania i rzekł, że wszechświat miał swój początek. – To była eksplozja – rzekł. Wybuch nad wybuchami – i tak oto narodził się wszechświat. – I ciągle się rozszerza – rzekł. Obliczył nawet długość jego żywota: dziesięć miliardów obrotów Ziemi dokoła Słońca. Na całym globie zagrzmiały wiwaty; wszyscy dostrzegli w obliczeniach naukę. Nikt nie pomyślał, że postulując początek wszechświata, człowiek odwzorował jedynie składnię swojego języka; zwykłą składnię, której dla stwierdzania faktów potrzeba początków – jak narodziny, rozwinięć – jak dorastanie, i zakończeń – jak śmierć. Wszechświat miał swój początek i wszechświat się starzeje, zapewnił nas, i wszechświat umrze, tak jak wszystko, i jak on sam umarł, gdy już znalazł matematyczny obraz składni swojego języka. Inny język Czy wszechświat naprawdę miał początek? Czy teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa? To nie są pytania, chociaż brzmią podobnie. Czy język, w którym stwierdzanie faktów wymaga początków, rozwinięć i zakończeń, jest jedynym istniejącym językiem? Oto prawdziwe pytanie. Istnieją inne języki. Istnieje na przykład taki, który postuluje, by faktami były różne stopnie natężenia. W tym języku nic się nie rozpoczyna i nic nie kończy; i tak narodziny nie są wyraźnym, osobnym wydarzeniem, lecz jedynie szczególnym rodzajem natężenia; i tak też jest z dorastaniem i tak jest ze śmiercią. W tym języku człowiek wodzi wzrokiem po swoich równaniach i odkrywa, że wyliczył już tyle stopni natężenia, by z przekonaniem stwierdzić, iż wszechświat nigdy nie miał początku i nigdy nie będzie miał końca, przechodził za to, i przechodzi nadal, i będzie przechodził przez nie kończące się fale natężenia. Człowiek taki nie zawahałby się orzec, że cały wszechświat jest jednym wielkim rydwanem natężenia, w który można wsiąść i ruszyć w podróż pośród zmian bez końca.

Oprócz tego wysnułby wiele innych wniosków, a być może nawet by mu przez myśl nie przemknęło, że obrazuje jedynie składnię swojego języka.

zauważył. lecz cechującego się podobną funkcjonalnością. Nie dość. było bardziej skutecznym paralizatorem niewłaściwych pytań. Moja twarz oblała się rumieńcem. mocnych skrzynek. ale mnie powstrzymał. zwrócił moją uwagę na to. Don Juan zaproponował mi. Wybuch śmiechu don Juana tylko podsycił moje upokorzenie. Don Juan i ja rozmawialiśmy któregoś dnia pod jego ramadą. lecz zupełnie nie chroniącej przed deszczem. czego ode mnie oczekuje. była to lekka konstrukcja sklecona z cienkich bambusowych palików. rodzaj werandy. Niezbędnym warunkiem przystąpienia do tworzenia zbioru była absolutna szczerość i pogrążenie się bez reszty w proces łączenia w jedną całość wszystkich przeżytych emocji i objawień. Napisy na skrzynkach wyblakły i bardziej służyły ozdobie niż identyfikacji. że dzięki dyscyplinie i stanowczości szamani są w stanie zachować po śmierci indywidualną świadomość i wolę. to .Wstęp Książka ta jest zbiorem pamiętnych wydarzeń mojego życia. Siedziałem na jednej z nich. don Juan zaczai mówić. Z uśmiechu. by otworzyć przede mną kognitywny świat szamanów żyjących w starożytności w Meksyku. nadając im pozór banału. Zajechałem samochodem pod jego dom dopiero kilka minut wcześniej. Jego spojrzenie nie było groźne. – Tutaj się nie zadaje podobnych pytań – powiedział stanowczo. Uderzenie zatrzęsło całym domem aż po fundamenty. których używano jako ławeczek. W ten sposób skrywał szpilę ich nieodwołalności. zapewnił. Tak mnie to zdenerwowało. czy nic mi się nie stało. domyśliłem się. szamani jego linii byli przekonani. gdy wkroczą na ową konkretną arenę. uznawaną metodą pobudzania ukrytych w każdym człowieku pokładów energii. parnym powietrzu. W ich rozumieniu na pokłady te składa się pochodząca z ciała fizycznego energia. częściowo zacienionej. Don Juan przypuszczał. który był moim nauczycielem i przez trzynaście lat nie szczędził wysiłków. Według don Juana. gdzie mieszkam – jeśli w ogóle będę – powiem ci sam i nie będziesz musiał mnie pytać. że w ogóle nie różniły się od innych przyziemnych spraw. Podróżowałem przez cały dzień w gorącym. Tak więc dla don Juana i szamanów z jego linii ów zbiór pamiętnych wydarzeń życia był sposobem rozprowadzania nie wykorzystywanej energii. – Możesz pytać do woli o procedury i pojęcia. Niezwykle bezpośrednio. Z biegiem czasu don Juan wyjawił mi. idąc za radą don Juana Matusa. że wychyliłem się za daleko w tył na mojej skrzynce i z wielką siłą wyrżnąłem plecami o cienką ścianę. wiedziony jakby spontanicznym odruchem. którą każdy człowiek musi podjąć pod koniec swojego życia. która uległa dyslokacji – została wypchnięta z naszego zasięgu poprzez okoliczności powszedniego życia. Następnie długo mi wyjaśniał. który igrał na jego twarzy. że ściany nie popękały. Zebrałem je. przedstawiając je tak. oparty o drąg wspierający całą ramadę. Uśmiechając się szeroko. Kiedy będę gotów ci powiedzieć. dla nich jest konkretną areną praktycznego działania. odmiennego w swej naturze od praktycznego działania w naszym codziennym życiu. że zbieranie pamiętnych wydarzeń życia jest sposobem osiągnięcia emocjonalnego i energetycznego dostrojenia. Ów nieokreślony. nadrzędnym celem stosowania dostępnej mu wiedzy szamańskiej było przygotowanie do wyruszenia w ostateczną podróż: podróż. którzy go opracowali. spocony i wierciłem się niespokojnie. Taki był styl nauczania don Juana. niezbędnego do podjęcia ryzykownej podróży w nieznane sfery postrzegania. Nie pojąłem. jak walczyć ze swoją otyłością. że zbieranie pamiętnych wydarzeń swego życia było dla szamanów przygotowaniem do chwili. Kiedy zapytałem go. że ów proces gromadzenia pamiętnych wydarzeń życia był dla szamanów starożytnego Meksyku. ale zamiast spytać. że mam nadwagę. Zaledwie wygodnie rozsiadłem się na skrzynce. Byłem podenerwowany. zupełnie mimochodem. Don Juan siedział na innej skrzynce. bez pomijania czegokolwiek. że nie stroi sobie żartów. określany przez współczesnego człowieka mianem “życia po śmierci". gdzie to w takim razie jest. idealistyczny stan. Maskował wagę pewnych posunięć. Czułem się dotknięty do żywego. Don Juan spojrzał na mnie badawczo. Według słów don Juana. że mnie odrzucił. Już miałem powtórzyć pytanie. Plecami byłem zwrócony w kierunku frontowej ściany domu. bym sporządził sobie taki zbiór pamiętnych wydarzeń. że dom służy mu tylko za tymczasowe schronienie i tak naprawdę mieszka gdzie indziej. którą oni sami nazywali aktywną stroną nieskończoności. że ludzie grubi w zasadzie nie wiedzą. szamana z indiańskiego plemienia Yaqui z Meksyku. a zarazem bardzo oględnie. Stało w niej kilka małych. Powiedział. utkwił we mnie wzrok. Natychmiast poczułem się odrzucony.

Miałem nieprzyjemne uczucie. w której mieszka. – Don Juanie. – Naprawdę mieszkasz tutaj z mojego powodu? – zapytałem. każdego pokolenia czarowników jest odszukanie nowego mężczyzny czy nowej kobiety. nie zważając na mój paskudny humor – ponieważ jest to magiczne miejsce. nikt by nic nie zauważył. wykorzystując do tego siłę okolicy. Zbierałem czasopisma. Od tysiącleci zamieszkuje ją bardzo wojowniczy lud. Nie miałem żadnych podstaw. Zapewne swobodnie mógłbyś ważyć piętnaście kilo więcej i nikt. które trwało przez całe życie: do kolekcjonowania wszystkiego. – Jak tam twoje dziwactwa i wariactwa? – spytał z kamiennym wyrazem twarzy. co można w tej okolicy wchłonąć. a ja się rozgadałem. Pomyślałem. – Ależ to było uderzenie! Uderzenie godne solidnego mężczyzny. kręcąc powoli głową. przykryte płaską strzechą. znaczki. – Masz grube kości. – Bardzo ciężko o dobry kontakt z grubymi ludźmi – powiedział. gdyż jest ona miejscem bardzo silnych emocji i gwałtownych reakcji. jedną na drugiej. zanim mu przerwałem. ani ty nie możesz zrezygnować ze mnie. militaria z czasów drugiej wojny światowej – . – Minutę temu walnąłeś w mój dom jak meteor – powiedział. Jednakże jego dom faktycznie sprawiał wrażenie tymczasowego schronienia. Jego oświadczenie powaliło mnie na łopatki. Don Juan sam zmienił temat. Była to typowa lepianka farmerów z plemienia Yaqui. ja wyjadę. co go otaczało. W owym czasie don Juan mieszkał w stanie Sonora w północnym Meksyku. zważywszy na grubość kośćca. teraz zbierało mi się na płacz. że faktycznie muszę wydawać mu się bardzo tęgi. uderzając plecami w ścianę. W owym czasie bowiem ze wzmożonym zapałem powróciłem do mojego starego hobby. Ani ja nie mogę zrezygnować z ciebie. – Nie ulega wątpliwości – odrzekł z uśmiechem. – Mieszkam tutaj tymczasowo – ciągnął. Jego słowa wywołały we mnie niezwykle dziwne roztrzęsienie. którą poruszył. ale nie potrafiłem sobie wyobrazić jego życia gdzie indziej. by powątpiewać w to. Jesteś taki jak ja. “Dziwactwami i wariactwami" don Juan ochrzcił moje zainteresowania kolekcjonerskie. pod pozorem prowadzenia badań w terenie.jeszcze mnie poniżył i wyśmiał. ale faktycznie było inaczej. Powtórzę ci teraz coś. widzę dwie nałożone na siebie świetliste kule. Wnętrze stanowiło jedno duże pomieszczenie służące do jedzenia i spania oraz nie zadaszona kuchnia. Jego stwierdzenie wydawało się nie na temat. Następnie spytał mnie o ogólny stan zdrowia. Powiedział. Ja na pewno bym nie zauważył. Prawdę powiedziawszy. Idiotycznie odrzekłem mu. żeby złagodzić moje rozdrażnienie faktem. Był bez reszty częścią wszystkiego. Don Juan po prostu wrócił do kwestii. – Tak – odparł beznamiętnie. że chce mnie zapoznać z czymś. że zamiłowanie do wojny będzie mi pewnego dnia potrzebne. zobaczyłem tę cechę w tobie. daję słowo. że pewnie tak mówi. jakby spisał mnie na straty. co już ci wcześniej mówiłem: wyzwaniem dla każdego naguala. czy będę musiał toczyć jakąś wojnę? – spytałem poważnie zaniepokojony jego oświadczeniem. że moja waga jest normalna. Tam zawsze jeździłem go odwiedzać. iż mnie obraził. czyli przywódcy. co mówi. usilnie starając się uniknąć wszelkich dalszych komentarzy na temat mojej wagi. który nasączył tę ziemię swoim zamiłowaniem do wojny. Natychmiast przyjąłem postawę obronną. że w porządku. Nie mogłem w to uwierzyć. Z drwiącym uśmieszkiem na ustach słuchał moich pospiesznych zapewnień. Z jego ironicznego uśmiechu wyczytałem. – To prawda – żartobliwym tonem przyznał mi rację. około stu sześćdziesięciu kilometrów na południe od miasta Guaymas. Gdy widzę twoją energię. co tylko dało się kolekcjonować. i ta cecha wiąże nas ze sobą. co szamani nazywają drogą wojownika. – Kiedy już wchłoniesz wszystko. Nauczyłem się już traktować jego słowa z absolutną powagą. miała splatane ściany obrzucone gliną. niezdolny pohamować ciekawości. kiedy byliśmy na dworcu autobusowym w Nogales. że rozmawia ze mną tak. mieszkam tutaj z twojego powodu. Jeszcze chwilę przedtem byłem zły. która podobnie jak on wykazuje podwójną strukturę energetyczną. Don Juan mówił dalej. płyty. – Muszę cię odpowiednio przygotować.

Don Juan zrobił długą pauzę. – Kolekcjonowanie to nie jest wcale taki zły pomysł – wyrzekł takim tonem. ale uwierz mi. każde zdarzenie w moim życiu miało dla mnie głębokie znaczenie! – odparłem z emfazą. chciałem go przeprosić. Sprawiał wrażenie. że cię o cokolwiek posądzam – odpowiedział pospiesznie. głos. gdybyś musiał je zostawić. hełmy. uwierz mi – starałem się go przekonać. W jego obecności czułem się zagrożony. Zupełnie. don Juanie? – spytałem zaczepnie. że tracę twarz za każdym razem. – Sedno sprawy nie tkwi w samym zbieraniu. Zaledwie wypowiedziałem te słowa. z dala. niemal niedosłyszalny. jakby naprawdę był o tym przekonany. co się zbiera. Napastował mnie słownie i nie dawał mi żadnych okazji. najwyraźniej niezwykle ubawiony moimi reakcjami. W myślach gorączkowo wałkowałem problem. – Nie. by mu pokazać. co mogę ci powiedzieć o moich wariactwach. – Czy owe pamiętne wydarzenia życia są pamiętne w jakimś szczególnym sensie? – zapytałem. – Chciałbym ci zaproponować. co ci się przydarzyło w życiu – rzekł. kiedy otwieram usta. jeśli masz psa. – Don Juanie. Wziąłem głęboki oddech. Ale tak naprawdę to. że jest już za późno i nie mogę się wycofać. – Album ten daje świadectwo okolicznościom jego życia. którym musisz się zajmować. w porządku. – Albo – lepiej jeszcze – albumem? – Ponieważ jest tym i tym – odparował. którego zmuszają do popełnienia ohydztwa. świdrującym spojrzeniem. – Naprawdę szukam kupców. że kłamię. co by się stało z twoimi zbiorami. co pobrzmiewało w mojej głowie. – Jedyne. że staram się sprzedać moje zbiory – powiedziałem. Poprzez rozgwar znajomego dialogu dochodziły do mnie moje własne słowa. a może był to po prostu teatralny.sztylety. podoba mi się ta twoja żyłka kolekcjonerska. że to ja wychodzę zawsze na durnia. które powstały ze wspomnień. które uwiązują cię przy sobie równie skutecznie jak domowy pies. Nie podobają mi się tylko twoje zbiory. Nie mogłem znieść tego. to to. który mówił. ponieważ mają szczególne znaczenie w życiu człowieka – odrzekł. że nie znoszę wizyt u don Juana. które oświeciły twą drogę. albo gdy nie możesz przestać myśleć. ale w tym. który dobiegał gdzieś z głębi. Obrzucił mnie głębokim. – Nie każde zdarzenie w twoim życiu miało dla ciebie głębokie znaczenie. – Niech ci się nie wydaje. spełnia te kryteria – powiedziałem świadomy tego. Ale przemawiał do mnie wewnątrz również inny głos. Chciałbym się jednak odwołać do twej natury zbieracza. które miały dla ciebie głębokie znaczenie. nie. które powstały z sięgania pamięcią do pamiętnych wydarzeń życia. – Dlaczego nazywasz coś takiego kolekcją. nie dotyczą nas osobiście. zamknąłem oczy i starałem się uciszyć umysł. Było jednak kilka takich. że już zbyt daleko . – Niezupełnie – odrzekł z uśmiechem. co jestem wart. której warto poświęcić nieco zachodu. don Juanie. jakbym się w ogóle nie odezwał. – Każdy wojownik w ramach swych obowiązków tworzy specjalny album – ciągnął. ale don Juan nie zwrócił na mnie uwagi. które w moim odczuciu prawdopodobnie coś w twoim życiu odmieniły. a jednak – pomimo to – dotykają nas w niezwykle osobisty sposób. które zmieniają bieg naszej drogi. przybierając maskę męczennika. że wszystko. don Juanie. to wszystko. że ten album to zbiór banałów albo trywialnych historyjek o tym. – Nade wszystko jednak jest to poniekąd album z obrazami. niech ci się nie wydaje. którego nie potrafiłem rozwiązać: nie miałem najmniejszej wątpliwości co do tego. jakby zastanawiał się nad doborem słów. flagi i tym podobne przedmioty. don Juanie. był to raczej jakiś obcy głos. nie mogłem znieść tego. Nie możesz tak po prostu sobie wyjechać. Ty zbierasz śmieci. nie. rażony natychmiast siłą własnego patosu. Zazwyczaj wydarzenia. nie było moim głosem ani moimi myślami. zawierając w nim wyczerpujące relacje z różnych zdarzeń. dobrze przemyślany moment zawahania. obrazami. Chciałbym zaproponować ci zgromadzenie kolekcji. co mi się przydarzyło. – Są pamiętne. kiedy ci się podoba. przedmioty bez wartości. żebyś stworzył taki album. – Nie próbuję utrudniać ci zadania. – Prawdę rzekłszy.

– Z niezrozumiałego powodu nie potrafię się skoncentrować na tym. uzmysłowiłem sobie bezsens moich wybuchów. Tymczasem jednak – ciągnął dalej – odłóżmy temat dwóch umysłów na bok i powróćmy do kwestii przygotowania twojego albumu pamiętnych wydarzeń życia. Zwierzyłem się don Juanowi. Nie potrafiłem się skupić na j ego słowach. Moim ciałem szarpnęło mimowolne drgnięcie. jak się wtedy czułem? – I jak rozwiązałeś ten konflikt. – Doskonale wiem. Niezachwiana pewność don Juana. jak przyrównuje przygotowywanie albumu do prowadzenia wojny. iż równocześnie lubię i nie lubię go odwiedzać – zostanie rozwiązany. – Co we mnie wstąpiło? – spytałem zupełnie poważnie don Juana. ja. – Ale jakby tego było mało. że jest to ćwiczenie z dyscypliny i bezstronności. i wtedy też przestaniesz uważać się za centrum wszechświata i powtarzać ciągle “ja. co do mnie mówisz. Tego samego dnia rozwikłasz swój dylemat. – Niczego nie rozwiązałem – obwieścił. nic mi nie dawała. Nie cierpiałem go całym sercem i duszą. bez żadnego wysiłku z mojej strony. ja". Każdy z nas. czy nie. – Mów. jakim uwielbieniem darzyły go kobiety.zabrnąłem w świat don Juana i że potrzebuję go bardziej niż powietrza. Don Juan nie komentował moich agresywnych reakcji. ukierunkowanie. Chciałem dalej się z nim kłócić i wyjaśnić mu. Kiwał jedynie głową. – I możesz mi wierzyć. Poczułem bezgraniczne zażenowanie. – Twój konflikt jest najzupełniej naturalny – odrzekł. Drugi umysł to obca instalacja. Miałem obiekcje co do sposobu opisu. że w ogóle nie dotarło do mnie nic z tego. wybuchnąłem i wylałem wreszcie całą moją żółć. każdy człowiek. że oczy zaszły mi łzami. zadufanie w sobie. – A to dziwne! Ze mną jest na odwrót – odparł spokojnie don Juan. gdy traktuję przygotowywanie takiego albumu jak prowadzenie wojny. dlaczego – odrzekł. don Juanie – powiedziałem. co powiedział don Juan. gdy tylko się wyzbędę egocentryzmu. jest trudne do zrozumienia – powiedziałem w tonie sprzeciwu. Zbyt pogmatwane. Traktuj przygotowywanie swojego albumu jak prowadzenie wojny. gotowe odgryźć mi głowę. który zawsze przynosi ze sobą ład. – To głos twojego drugiego umysłu – rzekł don Juan. Prawdę powiedziawszy. co oznacza album pamiętnych wydarzeń życia. jak oddawały mu się tak po prostu. co z kolei pogłębiło tylko moje rozgoryczenie. Jak myślisz. w czym tkwi sedno mojego roztrzęsienia. Don Juan spojrzał mi prosto w oczy i bardzo spokojnie powtórzył swoją wypowiedź. Pogmatwana metafora traci sens. ma dwa umysły. albo poczułem jej potężny przypływ. by mój album pamiętnych wydarzeń życia mógł być czymś innym niż prowadzenie wojny. nie czułbyś się teraz tak upokorzony. Jeden całkowicie należy do nas i przypomina cichutki głos. rzucały się na mnie jak lwice. ma to dla mnie sens. Ale musiałbyś posłuchać. uśmiechając się od ucha do ucha – i pewnego dnia ty również się dowiesz. Nie wyobrażam sobie. ty nazywasz to jeszcze “albumem" i mówisz mi. A kiedy usłyszałem. Mnie nienawidziły z całego serca. Byłem bardzo młody i widziałem. zupełnie jakby słyszał moje myśli albo czytał z nich jak z książki. nagual Julian. jego słowa jeszcze bardziej mnie rozzłościły. że jest to zbiór wydarzeń. że ja go wcale tak bardzo nie podsycam. co ci się żywnie podoba – zdawał się przemawiać do mnie ów obcy głos – ale gdybyś nie był takim egocentrykiem. co wyrabiał ze mną mój nauczyciel. Po krótkiej chwili albo zupełnie straciłem energię. wątpliwości. Dokładnie zapamiętałem każde jego słowa. – Moja sytuacja – konflikt czy jak to sobie nazwiesz – była wynikiem starcia moich dwóch umysłów. jego zaś kochały. Nadal nie potrafiłem pojąć. Nie jestem z tych. że przygotowywanie tego albumu jest prowadzeniem wojny – to już dla mnie za dużo. W owym czasie uważałem siebie za rzecznika klarowności i funkcjonalności w posługiwaniu się językiem. W tym momencie czułem się . szczerość. Byłem tak zaabsorbowany gonitwą moich myśli. Mój strach urósł do takich rozmiarów. który zupełnie mącił mi w głowie. czy mnie lubisz. – Już samo stwierdzenie. że tak naprawdę rozumiem. beznadzieję. don Juanie? – spytałem z niekłamaną ciekawością. Nieoczekiwanie. a kiedy ja próbowałem się do nich odzywać. ale nic one dla mnie nie znaczyły. Przynosi ze sobą konflikt. jakby całkowicie się ze mną zgadzał. co ma na myśli. Powinienem tu dodać. – Tylko wtedy. że mój wewnętrzny konflikt – fakt.

czego chce ode mnie don Juan. Jeden z nich jest naszym prawdziwym umysłem. iż każde zdarzenie w moim życiu miało dla mnie głębokie znaczenie. które było dla mnie równoznaczne z prowadzeniem wojny. znaczy to tyle. siłę istniejącą we wszechświecie. – Chcesz mi powiedzieć. by dosłyszeć głos prawdziwego umysłu. kobiety i mężczyźni. że koncepcja umysłu jako jakiejś obcej instalacji jest tak dziwaczna. co do nich wiodło. Don Juan zrobił krótką przerwę. jak ci powtórzę to. że jesteśmy z natury małostkowi i wewnętrznie rozdarci? – Nie. gdyż został pokonany i zdegradowany do poziomu niejasnego podszeptu. Dlaczego tak jest? – Dowiesz się. Składały się nań drewniane skrzynki i kilkadziesiąt pustych worków jutowych. – Można oczywiście zawezwać intencję z każdego powodu. – Przygotowywanie albumu. które wspomnienia mam wybrać. starając się przypomnieć sobie wydarzenia. – Wynika to raczej z pewnego transcendentalnego konfliktu. po czym znowu zaczął mówić o albumie. dlaczego. Dalej tłumaczył zagadnienie dwóch umysłów. że czarownicy zdobywają wszystko. Byłem tak wstrząśnięty tym. nie jest małostkowością ani kaprysem. Choć nie miałem bladego pojęcia. Poradził mi. stwierdziłem. Następnie nakazał mi iść do domu i położyć się na posłaniu. jakbym w ogóle się nie odezwał. przywołanie intencji w celu rozwiązania konfliktu twoich dwóch umysłów albo po to. ten którego używamy na co dzień we wszystkim. czy wydarzenia te miały dla mnie jakiekolwiek znaczenie. – Bez przerwy mi o tym mówisz – odezwałem się – ale do mojego mózgu to nie dociera. Jestem zdania. – Rozwiązanie konfliktu dwóch umysłów jest kwestią jego zamierzenia – rzekł. służących za materac. stwierdziłem. a jednak ma ona dla ciebie niezwykle żywotne znaczenie. gdyby go nie było. Don Juan przyglądał mi się z uwagą. nawet jeśli kieruje nimi małostkowość i kaprys? – spytałem. od czego należałoby zacząć. wytworem naszych doświadczeń życiowych. – Teraz mój album stanowi precyzyjnie opracowaną kolekcję niezapomnianych momentów z mojego życia i tego wszystkiego. co miało. że w istocie jest nadzwyczaj wygodne. zmusiło mnie do przeprowadzenia nadzwyczaj starannego doboru – rzekł. – Chcesz przez to powiedzieć. co sobie uświadomiłem. choć jedynie udziałem czarowników jest cierpienie i beznadziejność płynąca z jego uświadomienia. nie to chciałem powiedzieć – odparł. Jeśli chodzi o ciebie. Byłem cały obolały i kiedy położyłem się na tym legowisku. było absurdalne. ale metodą mozolnych prób i błędów czarownicy ustalili. Odniosłem wrażenie. że zupełnie mimowolnie zacząłem szlochać. nie jesteśmy z natury małostkowi i wewnętrznie rozdarci – odrzekł. co robimy. wymawiając słowo “intencja" głośno i wyraźnie. bym usiadł w samotności i nie blokował swobodnego przepływu myśli i wspomnień. – Tymczasem zaś wystarczy. co wcześniej powiedziałem o naszych dwóch umysłach. – Nie. ale nie potrafiłem określić. gdy powód jest abstrakcyjny. czymś tak głęboko wnikającym w istotę rzeczy. Zamieściłem w nim to. Gdy usiłowałem coś sobie przypomnieć. i rzadko do nas przemawia. w swoim czasie – odrzekł. – Szamani przywołuj ą intencję. . – Sęk chyba w tym. do czego zmierzają. że moje przekonanie. czego chcą. które sobie przygotowałem. jesteśmy tacy sami. To taki wentyl bezpieczeństwa czarowników. Wręcz przeciwnie – jest to sprawa eteryczna i abstrakcyjna. które odcisnęły na mnie swoje piętno. Wziąłem sobie sugestie don Juana głęboko do serca i zacząłem myśleć o swojej przeszłości. Drugi. Szybko zdałem sobie sprawę z tego. którym zostaliśmy wszyscy dotknięci. czarownicy byliby nie do zniesienia. Przez mój umysł rwał nie kończący się strumień myśli i wspomnień. że czarownicy zawsze osiągają to. że dokonałem prawdziwego odkrycia. jego oczy przypominały dwa czarne węgielki. Kiedy ją przyzywają. ma i będzie mieć dla mnie olbrzymie znaczenie. że pojawia się ona jedynie wówczas. – Nie przejmuj się głupimi drobiazgami – powiedział don Juan uspokajającym tonem. don Juanie. to obca instalacja. jednak w rzeczywistości doskonale go zrozumiałem. że album wojownika jest czymś nadzwyczaj konkretnym. iż nie potrafię traktować jej poważnie – powiedziałem z odczuciem. bym się postarał i pozwolił mojemu głosowi wewnętrznemu przemówić i podpowiedzieć mi.kompletnie zbity z tropu. że musi budzić grozę. że nie wiem nawet. – Wszyscy. chodzi o konflikt naszych dwóch umysłów. Don Juan nie skomentował mojej wypowiedzi. Zalecił. przychodzi do nich i wyznacza im ścieżkę prowadzącą do realizacji celu. don Juanie.

– Słyszałeś głos dochodzący głęboko z twego wnętrza? – indagował dalej. nie próbując nigdy nawet czegokolwiek poczuć. nie złapałem! – warknąłem. zrozumiałem. ile to konieczne. don Juanie – wymamrotałem. złapałeś coś? – spytał mnie don Juan. które za wszelką cenę chciałem uczynić pamiętnym. że zajmuję się tylko takimi sprawami. – Aha. że z twarzy bardzo przypominała Carole Lombard. Zamiast jednak spokojnie pogodzić się z własną niemocą. kiedy dowiedziałem się. W domu całkowicie zapomniałem o całej sprawie. znów miałem kiepski humor i wojowniczy nastrój. – Nie potrafię o tym myśleć. Całe miesiące strawiłem na odgrzebywaniu w pamięci przeżyć. że nie podołam poleceniu don Juana. Przy moim wzroście spodnie robiły wrażenie zbyt luźnych. – Co ci powiedział? – zainteresował się don Juan z nutą napięcia w głosie. że przyjęto mnie na studia magisterskie na Uniwersytecie Kalifornijskim. że natychmiast mi umknęła. że mam dwa umysły. Z faktem. gdy się przebudziłem z tego długiego snu. znowu tkwisz w swoim codziennym umyśle – powiedział i poklepał mnie mocno po plecach. Przepustką do sławy miał być fakt. Tego dnia już więcej o tym nie rozmawialiśmy. co jeszcze bardziej pobudzało moje zainteresowanie jej osobą. że decyzja o tym. uzmysłowiłem sobie. Z tego powodu mówię. aż pewnego razu. myśl ta była jednakże tak ulotna. Nie będąc w stanie się bardziej skoncentrować i wykonać zadania. o których myślałem. był dzień. W owym okresie mojego życia głównym motorem moich działań było dążenie do tego. – Twój codzienny umysł znów tobą zawładnął. co umieścić w swoim albumie. a to było absolutnie nie do przyjęcia. Raz jeszcze poczułem się niezwykle rozstrojony mrocznym podejrzeniem. zanim się wie. Jednym z najbardziej ulotnych wspomnień. były jedynie niejasno zapamiętanymi. Naprawdę nie nazywała się Condor. Zamiast czuć się rozluźniony i wypoczęty. Kiedy jednak dokładnie przyjrzałem się mojej kolekcji. jak odpowiedzieć na wyzwanie. Zdarzenia. w samym środku wykładu. ile dlatego. choć tylko przez bardzo krótką chwilę. poczułem potężny nerwowy spazm. Ponieważ nie wiedziałem. który wstrząsnął całym moim ciałem od czubka głowy po palce stóp. które rzucił mi don Juan. któremu się przysłuchiwałem. co wybrać. i to na dodatek w kościele. że przybrała ona pozory zagrożenia. w którym omal nie ożeniłem się z Kay Condor. ale pospiesz się. – No i co. – Muszę się nad tym głębiej zastanowić. że Kay była piękna i chciała za mnie wyjść. by postrzegano mnie zawsze w dobrym świetle. które nie posiadają absolutnie żadnej treści. że powinien być dla mnie pamiętny. co się wówczas wydarzyło. Zabrałem się do pracy na poważnie. abstrakcyjnymi punktami odniesienia. zrobiłem jedną jedyną rzecz. że dostałem się na uniwersytet. abym jedynie działał. – Daj sobie tyle czasu. Trzeba się przeistoczyć dziesięć razy. Rozluźnijmy go i pomówmy o twojej kolekcji pamiętnych wydarzeń życia. don Juanie – powiedziałem. – Oczywiście. Dzień ten nie kojarzył mi się z niczym interesującym czy wyjątkowym – jedynie z myślą. W tamtym momencie wyraźnie. Niemożność zrobienia czegoś równała się w moim odczuciu przyznaniu się do porażki. Zupełnie jakbym przeszedł przez nie niczym automat zdolny mówić i chodzić. ale tak nie było. dopuściłem do tego.że absolutnie nic się dla mnie w życiu nie liczyło. – Nie. Była wyższa ode mnie o głowę. którą umiałem robić dobrze: rozzłościłem się. ponieważ chciała być aktorką. Wypożyczyłem na tę okazję szary garnitur. szarpnął mną fizycznie bezwarunkowy imperatyw przypomnienia sobie pamiętnych wydarzeń mojego życia. Muszę ci powiedzieć. kiedy to nagle. nie jest sprawą łatwą. co tamtego dnia robiłem. że przygotowywanie go jest jak prowadzenie wojny. powinno się łączyć zadowolenie albo duma z samego siebie. które w moim odczuciu miały dla mnie jakieś znaczenie. – Chyba tak – skłamałem. . zrezygnowałem i zapadłem w sen. Dzień ów zapisał się w mojej pamięci nie tyle z powodu tego. oczywiście – zgodził się ze mną. lecz niezdolny do odczuwania czegokolwiek. Innym elementem mojej kolekcji był dzień. Pozostało po niej jedynie wrażenie. – Muszę dać mojemu umysłowi trochę czasu na oswojenie się z tą koncepcją. Byłem niezwykle podekscytowany myślą o poślubieniu wysokiej kobiety. Pomimo wielkich starań nie mogłem sobie za nic przypomnieć. że wychowano mnie tak. ale zmieniła nazwisko.

że rękawy różowej koszuli. były prawie dziesięć centymetrów za długie. że nie zapisał się on w mej pamięci niczym szczególnym. Wyobraziłem sobie samego siebie jako istotę. i to niesamowicie mnie drażniło.Nie były to dzwony. Ponieważ była bardzo dobrze wychowaną młodą damą. wypożyczonym garniturze z szerokimi spodniami. Oprócz tego irytowało mnie niezmiernie to. że prycham pogardliwym śmiechem za każdym razem. Wiem. Na przykład. Poza tym wszystko szło doskonale do momentu. odczuwa. stawia cię po trochu w centrum wszystkiego. – Czy możesz mi powiedzieć konkretnie. Odzwierciedleniem stanu mojego umysłu był całkowity paraliż. don Juanie. W owym czasie byłem absolutnie pewny. który w dużym stopniu nie podziela jej poglądów na życie. które potrafiłem wyraźnie wydzielić. – To stek bzdur – oświadczył. Podobnie było z dniem. Twoja opowieść o dniu. Przypominał mi mistrza rzemiosła z odlewni rzeźbiarskiej. stworzyłem nawet swój własny metaforyczny obraz: istota. – W twojej drugiej opowieści niemal dotykasz tego. żeby przydać mu ważności. Czujesz. Wzorując się na przenośniach don Juana. że omówiła całą sprawę ze swoją matką. ale niezupełnie osobiście. bym mógł się stać częścią ich rodziny. Odnoszą się wyłącznie do ciebie jako osoby. czy też byłem zdruzgotany tym. Były to jedyne dwa wydarzenia. że dzień. Kiedy następnym razem pojechałem odwiedzić don Juana. że nie uznaje rozwodów i nie potrafi związać się do końca swoich dni z mężczyzną. w którym goście i ja sam stwierdziliśmy. – W swoim czasie byłem w podobnym położeniu. że poprawiają swoje prace. by cokolwiek zauważyć. byłem przekonany. ale cała reszta mojego życia jest taka sama. zaraz po przyjeździe przedstawiłem mu moje dwie próbki. której absolutnie nie odczuwałem. musiałem nałożyć na ręce gumowe ściągacze. który czerpie szczególną przyjemność z robienia ze mnie durnia. co wybrać. bo mnie zostawiła i stałem tak sam przed całą masą ludzi w moim szarym. zacząłem więc na siłę wymyślać odczucia. Kiedy starałem się przywołać wspomnienia tego dnia. co tylko może spotkać człowieka. Powinien to być dzień miażdżącej klęski. czy czułem się potwornie upokorzony. Napisała. uzmysławiasz sobie. Po wysłuchaniu jego słów poczułem się przybity. że nie wiedziałem. Przez długie lata nie dość. co jest nie tak z moimi historiami? Wiem. Uczniowie odwracali się i udawali. że Kay Condor zrejterowała i nie zjawi się w kościele. Pamiętam promienny uśmiech radości mistrza i jego słowa. którą sobie kupiłem na tę okoliczność. o co mi chodzi? Cała ta historia to po prostu ty sam. starym człowiekiem. oceniająca wszystko jedynie z intelektualnego punktu widzenia. że don Juan jest zawziętym. że Kay Condor nie wyszła za mnie. o co mi chodzi. które powinienem był wówczas mieć. Mistrz ów krytykował wszystkie prace swoich uczniów i wytykał im błędy. żądając wykonania poprawek zgodnie ze swoimi zaleceniami. ale znów obracasz to w coś skrajnie osobistego. – Żadna z tych historii się nie nadaje. – Ale jakże mogłoby być inaczej? – zapytałem. gdzie pracowałem w czasach. to jednak on w nich tkwi po uszy i zawsze będzie. że są do niczego. Pamiętne zdarzenia z albumu szamana to rzeczy. wyrywając mnie z zamyślenia. w którym zostałem przyjęty na studia magisterskie na Uniwersytecie Kalifornijskim. Obie bardzo mnie kochają. miałem świadomość. ale po odpowiedniej aranżacji udało mi się nadać im formę opowieści o filozoficznym pogodzeniu się z losem. powinien być dla mnie dniem pamiętnym. Napisała. nie mogłem sobie przypomnieć. w którym nieomal poślubiłem Kay Condor. Rozumiesz. teraz to rozumiem!" – Nie łam się – powiedział don Juan. Wypomniała mi. która żyje wyobrażeniami na temat tego. które wytrzymają próbę czasu. ostatecznie pokonany. nie uzmysławiasz sobie. nie czujesz. żeby je skrócić. iż nie mam żadnych przeżyć. robiłem co mogłem. Przypominając go sobie. gdy pokazywano mu tę samą pracę: “No. a nie był. co zdradza całkowity brak szacunku dla jej osoby. ponieważ mimo że nie mają one z nim nic wspólnego. spotkało mnie wszystko. która myśli. ale moje usilne starania zachowania pewnego wyobrażenia o sobie samym nie pozostawiały mi w ogóle czasu ani ochoty na to. że nigdy nic mi się nie przydarzyło. ale nie na tyle. Dodała. płacze albo nie odczuwa niczego. Miałem wrażenie. z których mógłbym wybierać. – Historie z albumu wojownika nie są osobiste. że mogłeś dodać więcej szczegółów. która kroczy przez życie pozbawiona prawdziwych uczuć. – Powiem ci coś raz jeszcze – odparł. przez całe życie i może nawet jeszcze dłużej. gdy wypowiadam jej nazwisko. to jeszcze sądziłem. lecz po prostu szerokie spodnie. Rzecz jasna. Były to raczej marne próbki. że wszyscy – mężnie i mądrze – powinniśmy zapomnieć o całej sprawie i żyć dalej. ale wszystkie one byłyby jedynie . Ponieważ tak nie było. gdy chodziłem do szkoły artystycznej. przesłała mi kartkę z przeprosinami przez posłańca na motocyklu. jak jej życie powinno wyglądać. kiedy dostałeś się na uniwersytet.

co bezosobowe. tym bardziej byłem zaintrygowany. jak bardzo w obliczu śmierci stajemy się nieważni. Nie dostrzegłem w nich niczego pouczającego ani metafizycznego. ponieważ jest to bardzo pouczający widok. Zmieścił owego gigantycznego chłopca. Jego pracownik. Pouczał mnie bez przerwy. Nigdy w życiu nie widziałem nieboszczyka. Robił specjalizację i pewnego dnia zabrał mnie do kostnicy. Nie wiem. Nagle jeden z przykrytych prześcieradłem trupów zaczął się ze skrzypieniem unosić na marmurowym stole. Było to coś tak przerażającego. Samiuteńki koniec przeszedł moje najśmielsze wyobrażenia. moje męstwo. Zapewnił mnie. wybraliśmy się z kolegą do domu pogrzebowego. Ale jestem ciekaw. Jeden z moich starszych kuzynów studiował w szkole medycznej. Przypomniała mi się kolejna historia o szesnastolatku z mojej szkoły średniej. byłem przekonany. czym udało mu się śmiertelnie mnie przerazić. Najwyraźniej podchwyciłem makabryczne wątki z mojego życia. Roya Goldpissa. ale koledzy nazywali go Goldpiss. była to odraza psychiczna. zupełnie jakby zamierzał usiąść prosto. które chłopiec obejmował ramionami niczym dwa trofea. a najczęściej konwulsyjnie podryguje. Pokazał mi kilka trupów. oczywiście – odrzekł z uśmiechem. że przeszyło mnie na wylot i pozostanie w mojej pamięci do końca życia. było porównywalne z tym. kryją w sobie mroczny dotyk tego. Wydawało mi się wówczas. tak. co było dalej. – Mój kuzyn zaś wyzwał mnie od tchórzy i mięczaków. mówiąc o mrocznym dotyku tego. Zapewne chciał przetrzymać mnie w kostnicy dłużej. przemieniał to w złoto. że są to zwłoki człowieka zmarłego na gruźlicę i że jego płuca trawione są przez prątki. Opowiedziałem więc historię mojego najlepszego przyjaciela. który mierzył ponad dwa metry i trzydzieści centymetrów. kręcąc głową. Wiedzeni niezdrową ciekawością. osobista. których my poszukujemy. – Naprawdę nie rozumiem. Zacisnąłem więc zęby i postanowiłem zostać z nim do samiuteńkiego końca. co bezosobowe. która służy czemu innemu. Rzygać mi się chce. jakbym zobaczył ducha – odparłem. górna część ciała czasami unosi się do pionu. Są nim przesycone. bo wtuliłem głowę w poły jego kitla i zwymiotowałem na niego. jak zwykle pysznie ubawiony moją konsternacją. że młody człowiek ma niejako obowiązek oglądać martwych ludzi. wpuścił nas przez tylne drzwi do środka. ale wyczuwam tu wielki potencjał. siłą rzeczy. który miał jakieś zaburzenia hormonalne i niesamowicie wyrósł. Im więcej mówił o tym. które pozostawiają olbrzymie dziury wypełnione powietrzem. don Juanie – wyraziłem moje wątpliwości. jeszcze nie trafiłeś – powiedział don Juan. Z jego wnętrza wydobyło się beknięcie tak ohydne. Tak naprawdę nosił on polskie nazwisko. i w podobnych przypadkach. ma on demonstrować przemijalność życia. Pamiętne zdarzenia. i pewnego dnia chłopak zmarł na zawał. kto ma się w każdej chwili zjawić. – Zacząłem się drzeć. do czego zmierzasz. codzienne sytuacje. że sprawdza moją wytrzymałość. Byłem już wówczas beznadziejnie pogrążony w makabrycznych wątkach. Pokazał nam staranne ułożenie kończyn. niż byłem w stanie wytrzymać. – Nie. które mnie ogarnęło. – Ale w takim razie nie jest to historia do albumu wojownika. Śmialiśmy się z horroru. przy zmianie temperatury otoczenia. – Prawie ci się udało – powiedział don Juan. Jest odrażająca. Przerażenie. Jednakże podobny strach nie oświetli niczyjej drogi. Sądziłem. Opowiedziałem mu więc historię z czasów dzieciństwa. – To po prostu opowieść o twoim strachu. że w życiu jeszcze czegoś takiego nie widziałem. bym poszedł z nim do kostnicy. co chwila spoglądał na zegarek. którego doświadczyłem w kostnicy jako dziecko. – Każda historia widziana oczyma świadka jest. Ponieważ zawsze lubiłem rywalizację. Goldpiss był wielkim . jak gdyby czekał na kogoś. który prawdopodobnie sam był bardziej makabryczny niż my dwaj razem wzięci. Mój kuzyn – pan lekarz i naukowiec – wytłumaczył mi. chcąc mnie przekonać. jakim często stają się zwykłe. – Tak. jak to inaczej wytłumaczyć. Pokazał nam swoje arcydzieło. – Jednak twoja historia ciągle jest zbyt osobista. co miał na myśli. Sam byłbym śmiertelnie przerażony. że miałem chwilę olśnienia i zrozumiałem. w trumnie normalnych rozmiarów. ponieważ czegokolwiek się tknął. Jego serce nie rozrastało się w takim samym tempie co reszta ciała.przedłużeniem twojej osoby i niczym więcej. odcinając mu nogi. W końcu ciekawość zawładnęła mną całkowicie i zgodziłem się z nim pójść. Z tym właśnie kojarzyła mi się mroczność. ale tym razem nie była to reakcja fizyczna. które udało mi się uchwycić i wydobyć na światło dzienne. że chodzi mu o coś odrobinę makabrycznego. Kiedy kuzyn mówił. Jest to historia.

gniewu takiego. pracownik stojący przy wysokim stole z marmurową płytą trudził się nad wypchnięciem do góry kącików ust nieboszczyka. Nigdy nie mogłem się nadziwić. w nadziei. Kupiła niezwykle drogą trumnę. – Gdybym znał schemat. w której mieszkał. Stwierdził jednak. Oddaliłem się ogarnięty niezwykle gwałtownym uczuciem. dlaczego nie możesz zrobić tego czy tamtego. Ale i tutaj był już spóźniony. zadufany w sobie i pełen wątpliwości. na przykład. – Czy możesz podać mi przykład pamiętnego wydarzenia z twojego albumu. Wobec tego mój przyjaciel Roy zawęził perspektywę i zdecydował się zostać najbogatszym człowiekiem w Stanach Zjednoczonych. Kiedy się więc usprawiedliwiasz. właściciel licznych zakładów produkujących najwyższej klasy materace łóżkowe w całych Stanach Zjednoczonych. bez względu na to. gdy tam wkroczyłem. które przypominało wyglądem budkę telefoniczną. co mówił na mój temat. co powiedział. Udałem się do zakładu pogrzebowego. don Juanie? – spytałem moim zwyczajowym tonem źle maskowanej skargi. jak gdyby właśnie telefonował do kogoś w interesach. Inaczej jest to porywanie się z motyką na słońce. jakim zmianom podlegał mój nastrój za każdym razem. Bez względu na to. Roy miał zostać pochowany w pozycji siedzącej. Jego pęd do sukcesu był tak ogromny. – Nie ma co. do którego uciekałem się zawsze. Żona Roya – nigdy się nie dowiem. Przed każdym ważeniem zwierzchnik rzeczonej sekty tuczył się do granic możliwości. by móc konkurować z rodzinami. tak naprawdę przepraszasz za swoje braki. Zadowolił się więc dążeniem do tego. mieszaniną niemocy i gniewu. by ze swymi sieciami pizzerii i lodziarni dał radę zajść na tyle wysoko w świecie biznesu. – Nie tłumacz się za dużo – odrzekł don Juan. Pewnego dnia zmarł z powodu tętniaka w mózgu. w którym przygotowywano zwłoki do pogrzebu. czy ciało zostało odpowiednio ubrane. pracownik obrócił się nieznacznie w moją stronę i odezwał się służalczo: “Mam nadzieję. jak. masz dzisiaj makabryczny nastrój – podsumował don Juan ze śmiechem. gdy byłem w odwiedzinach u don Juana. zawsze udawało mu się przykuć moją uwagę do każdego swojego słowa. Charakterystyczny dla mnie sposób mówienia pozwalał jednak uzewnętrznić się temu stanowi ducha. wcale mnie nie zachwycało. Zaczynasz dotykać sedna. – Ale pomimo to – a może właśnie dlatego – prawie ci się udało. rzucając mi surowe spojrzenie. że łaskawy pan jest zadowolony". że konkurencja jest zbyt twarda. Zwyczajowo mówiłem jak osoba dogłębnie niezadowolona. Żona Roya błagała mnie. gdzie pracownik biura poprowadził mnie do pomieszczenia.biznesmenem. Tamtego razu to. Konkurencja w tym sektorze była niesłychanie zażarta. ze zwierzchnikiem pewnej sekty islamskiej. Po chwili mój humor ulegał tajemniczej metamorfozie i stopniowo stawałem się bardziej wylewny. abym jako jego najlepszy przyjaciel poszedł sprawdzić. na to zasługiwał. Dokładnie w chwili. choć tym razem była to porażka . który osiągnął już stan stężenia pośmiertnego. Moim ulubionym wybiegiem. gdy ktoś mnie atakował. który w owym czasie otrzymywał roczne wynagrodzenie w złocie o wadze równej wadze jego ciała. Na nieszczęście dla niego na tej samej ulicy mieszkał pan Marsh. które od pokoleń miały Kalifornię na własność. Zawsze przyjeżdżałem do niego grymaśny. cacko na zamówienie. i był on niewyobrażalnie bogatym człowiekiem. było ostudzenie zapędów napastnika poprzez jego ignorowanie. Porzucił nadzieję. Nie zostałem na pogrzebie. by być najbogatszym człowiekiem w Woodland Hills. Jego śmierć stała się przyczyną mojej trzeciej wizyty w kostnicy. Kiedy na martwej twarzy Roya pojawił się groteskowy uśmiech. będzie łaskawa je zrozumieć. ze środkowym palcem podgiętym do wnętrza dłoni. aż osiągałem stan nie znanego mi wcześniej spokoju. dzielnicy Los Angeles. że w każdym tłumaczeniu zawierają się ukryte przeprosiny. – Czarownicy powiadają. Powiadał. czy nie – postanowiła go pochować tak wystawnie. czy go lubiła. jakiego nie da się na nikim wyładować. naciskając wskazującym i małym palcem prawej dłoni. że w końcu podupadł na zdrowiu. że jako indywidualny biznesmen nie ma najmniejszych szans rywalizować. Unikałem jego spojrzenia. zrzędliwy. jej zdaniem. która powstrzymuje się od głośnego narzekania. Chciał zostać najbogatszym człowiekiem na świecie. jak bardzo mnie atakował. ponieważ była to szczera prawda. że osoba. Jak zwykle czułem się pokonany. Jego talent handlowy uczynił z niego osobę skrajnie ambitną. ale jej nie kończące się skargi przebijają w każdej wypowiedzi. Roy obniżył poprzeczkę: być może uda mu się zostać najbogatszym człowiekiem w Kalifornii. o który ci chodzi. która cię słucha. Frustracja Roya przeszła ludzkie pojęcie. może wówczas mógłbym na coś wpaść. pomysł zaczerpnęła z jakiegoś filmu. Don Juan miał jednak wstrętną zdolność całkowitego absorbowania mojej uwagi.

– Chodźmy się przejść – zaproponował. Spróbowałem raz jeszcze. że don Juan żartuje. – Mam lepszy pomysł niż podanie ci przykładu pamiętnego wydarzenia z mojego albumu – powiedział. niemal bez tchu. który bez dwóch zdań powinien się znaleźć w twojej kolekcji. jak to mieliśmy w zwyczaju podczas dnia. Rozumiesz mnie? Rozumiałem tyle. suchym. bez wątpienia zamieściłbym je w moim zbiorze pamiętnych wydarzeń z mojego życia. – Mówię poważnie. których dokonał na tym polu – były kapitalne. ale wiem. gdy pewnego dnia wpadł do mojego mieszkania niezwykle podekscytowany. Miałem już swój schemat: zawsze zajmowałem to samo miejsce. co ty potrafiłbyś docenić. gdzie znalazł niewiarygodną kobietę. zwracając się plecami do ściany. którą opowiadałem don Juanowi. a było ich mnóstwo. – Powiadam ci. To wcale nie wymysł. że przydarzyła mu się rzecz niezwykła i chce się nią ze mną podzielić. Raz opowiedziałeś mi historię. Ale opowiedz mija ze wszystkimi szczegółami. która wykonywała niesamowity numer. czego obraz zachowasz w pamięci na całe życie. Jego – moralnie niejednoznaczną – specjalnością była nie krytyka artystyczna. Tym. poważnym wyglądem. jurnego. dysponując starym słomianym kapeluszem. ale nigdy na tym samym miejscu. Nie zdziwiło mnie więc wcale. że był w pewnym burdelu. miałem bliskiego przyjaciela. – Opowiedz mi tę historię raz jeszcze. – O co ci chodzi? Opowiedział mi. wszechstronnego uczonego i artystę. którego zawsze używał. Zacząłem powierzchownie relacjonować moją historię. Wcale mnie nie obeszła. była jego bombastyczna wizja własnej osoby. Eddie. ale moje kolejne podejście również go nie zadowoliło. drobiazgowej narracji. co najżywiej utkwiło mi w pamięci w związku z nim i co miało związek z historią. Zawsze z przyjemnością ulegałem jego nastrojom i pozwalałem mu się zabierać ze sobą. – Trudno to opisać. Zamierzam dać ci na zawsze coś cudownego. żeby się zmusić do przypomnienia sobie wszystkich szczegółów tamtej historii. niemal jąkając się. W swych wyobrażeniach wiernie podążał za koncepcjami angielskiego filozofa Bertranda Russella i marzył o zastosowaniu zasad pozytywizmu logicznego w krytyce artystycznej. od samego początku. w południe. Po kilku godzinach usiedliśmy w cieniu wysokich krzewów i raz jeszcze opowiedziałem całą historię. don Juanie? – Historia o “figurach przed lustrem" – odrzekł. który zawsze nakładał na głowę. Nerwowo przechadzał się po pokoju. spokojnie – odparłem. choć gdyby zdarzyła się w moim powszednim życiu czy zaraz po przyjeździe do domu don Juana. z afektowanym akcentem oksfordzkim. wiele lat wcześniej. Albo inaczej: gdybym był tobą. która spełnia wszelkie kryteria. i powiedział mi. Robiłem wszystko. nazywany przez nią “figurami przed lustrem". które zapamiętałeś. Pomyślałem sobie. jak to mówił. – Nie ma tu nic do śmiechu – rzucił ostro. Idea zostania wszechstronnym uczonym i artystą była prawdopodobnie najśmielszą z jego fantazji. Rozpustny to on był. ilekroć wychodziliśmy na ostre słońce. był na bieżąco ze wszystkimi cudami. Wielokrotnie. co mogłem. uważał siebie za niezwykle rozpustnego. i zaśmiałem się głupio. Siedzieliśmy wówczas. stary. Don Juan miał nade mną przewagę. Don Juan siadywał pod swoją ramadą różnie. Coś. gdy ze mną rozmawiał. – Podam ci przykład z twojego życia. praca była jego nemezis. gdyż miał on w zwyczaju zwlekać ze wszystkim do ostatniej chwili. Barwne i rozwlekłe relacje. taki. Wyruszyliśmy o najgorszej porze dnia. Po długiej chwili milczenia don Juan znów się do mnie odezwał. Szkota. Przerwał mi i zażyczył sobie przemyślanej. – Kiedy chodzisz. musisz to zobaczyć na własne oczy! – rzucił rozemocjonowany. gdyż chciał zostać krytykiem artystycznym. którymi mnie raczył – abym. pod jego ramadą. że człowiek powinien chodzić w tę i z powrotem. kiedy chce coś zrelacjonować. niż wtedy gdy siedzisz. byłoby inaczej. . Nigdy tego nie żałowałem. ale jurność pozostawała w całkowitej sprzeczności z jego kościstym. lecz rozeznanie we wszystkich lokalnych burdelach. Kiedy studiowałem rzeźbę w akademii sztuk pięknych we Włoszech. że jest to coś.osobliwa. – Spokojnie. Szliśmy długi czas w kompletnej ciszy. jesteś o wiele dokładniejszy. że jest rozhisteryzowanym Szkotem. – Co to była za historia. który studiował sztuki.

Eddie zapukał kilka razy. które sprawiały wrażenie za małych na ich stopy. krzycząc. dlaczego Eddie usiłował naśladować amerykański akcent za każdym razem. – Dostaniesz dobry show – rzekła z pewnością w głosie. Od frontu budynek miał kilka rzędów brudnych. że nie jestem ani jednym. jakby go rozerwano na drobne części. – Jak się pani dziś miewa. Niemal rwałem się do tego. – Witaj. – Mówisz po angielsku. Zapytała mnie wówczas. a on chciał zyskać w ich oczach renomę człowieka bogatego. złowrogie oczy. że ich nie mam. – Już zapłaciłem. zmatowiały ze starości i ledwo widoczny na tle ciemno pomalowanego drewna. Mieli czarne. i że mówię po angielsku. która w swoim czasie musiała być luksusowo urządzona. Gdy będziesz napalony i gotowy. bez powodzenia starając się naśladować amerykański akcent. jakbym był głuchy. jak w hotelu. na wszystkich widniał mosiężny numer. Pokiwałem jedynie potakująco głową. tak obco w moich uszach. ani drugim. Madame Ludmiło? – rzekł. Podejrzewałem. ja jednak dostrzegłem jego nieświadome gesty zdradzające. ukrywał za ciasno ściśniętymi wargami. na nogach mieli czarne buty ze szpicem. Eddie wywiózł mnie na przedmieście. również zbyt ciasne na ich przysadziste tułowia. mój mały? – spytała. Na drzwiach dostrzegłem numer 112. że czuje się nieswojo. że roześmiałem się w głos. Przy jednych z drzwi Eddie się zatrzymał. Przy wejściu stało dwóch ciemnych. Przyszedłeś z przyjacielem. mów. ciemnooliwkową farbą. Drzwi się otworzyły i pulchna. Nigdy nie doszedłem do tego. iż Amerykanie znani byli ze swej zamożności. Okna były szczelnie . nie zważając na swoje zepsute zęby. Eddie poprowadził mnie przez długi. co powiedzieć. Madame Ludmiła pokaże ci swoje “figury przed lustrem". które normalnie. Powitali Eddiego z przesadną wylewnością. Zapewniłem Madame Ludmiłę. nie odzywając się słowem. że niegdyś mieścił się w nim hotel. Dostrzegłem resztki szyldu hotelu. – Mówię ci. zaniedbanym budynkiem. Nie wiedziałem. falbaniastymi rękawami. Miała na sobie podomkę z czerwonego jedwabiu. Kiedy już weszliśmy do małego holu. – Wyglądasz jak Egipczyk albo jak Turki. gdy odwiedzał swoje ulubione domy rozpusty. który później przekształcono w budynek mieszkalny.przekonywał mnie. na ścianach łuszczyły się płaty farby. zostawiam cię w dobrych rękach. pusty korytarz z drzwiami pokojów po obu stronach. Madame Ludmiłę mój wybuch wesołości jakby w ogóle nie obszedł. który wyglądał tak. Jego zachowanie nosiło pozory doskonałego opanowania. kobieta zamknęła za nami drzwi i powitała Eddiego okropnie kaleczoną angielszczyzną. Zabrzmiało to tak okropnie. Jeden z mężczyzn otworzył Eddiemu drzwi. pojedynczych balkonów wypełnionych donicami z kwiatami albo przybranych schnącymi dywanami. by zakosztować jego nowej rozkoszy. Budynek starał się sprawiać wrażenie. Zatrzymaliśmy się przed przybrudzonym. to absolutna rewelacja! Moja ciekawość rosła z każdą chwilą. – Nie przejmuj się pieniędzmi! – powiedział. na piętro zrujnowaną klatką schodową. gdyż wiedział. czy rajcują mnie jej “figury przed lustrem". co? Eddie ujął jej dłoń i z galanterią pocałował. Obaj nosili błyszczące. jasnoniebieskie garnitury. Eddie. że robi to dlatego. Weszliśmy do góry. że dosyć. Eddie raz jeszcze ucałował jej dłoń i wyszedł. a na nogach czerwone kapcie z puszystymi pomponami. gdy się uśmiechał czy śmiał. niska kobieta z rozjaśnionymi na blond włosami skinęła na nas. Eddie obrócił się w moją stronę i rzekł ze swym nieudolnym amerykańskim akcentem: – No. – Figury przed lustrem to tylko rozgrzewka. Wszystkie pomalowane były taką samą mdłą. z pierzastymi. podejrzanie wyglądających mężczyzn. młody. że koniecznie muszę być świadkiem tego niewiarygodnego wydarzenia. chytre. abyśmy weszli. Z małego holu przeszliśmy do mrocznego i nieco strasznego pokoju. Na mnie nawet nie spojrzeli. Musisz teraz tylko pójść ze mną. Bomba! W napadzie nie kontrolowanej radości Eddie zaczął się śmiać na całe gardło.

Miałem wrażenie. chociaż nie była ona osobą młodą. Na rzęsach miała grubą warstwę tuszu. podobnie jak Madame Ludmiła. która nie jest pewna. co pozostanie z tobą na zawsze. podobnie jak olbrzymie piersi. w rytm melodii. i to wszystko – stwierdziłem. że dotyka każdego z nas. co odróżnia ją od innych i nie pozwala mi o niej zapomnieć. ich działania zawsze sprowadzają się do tego samego: bezsensownych figur przed lustrem. Nastawiła płytę. powiedziałem mu. Żarówki miały cylindryczny kształt i od-stawały od ścian pod kątem prostym. jak niesamowicie bezduszny jest mój przyjaciel. nagląc do szaleńczego biegu w dół po schodach. po czym zakręciła korbką starej Victroli. przypominając dziewczynkę. co robi. nadal siląc się na amerykański akcent. strząsnęła ze stóp kapcie i otwarła podwójne drzwi dwóch dużych szaf ustawionych obok siebie pod ścianą. – Obrót. Musiała mieć dobrze pod pięćdziesiątkę i było widać. która kojarzyła mi się z marszem cyrkowym. podobnie jak wszystkie pozostałe – odrzekł – ale tym. Muzyką okazała się niezwykle poruszająca melodia. że wraz z cichnięciem melodii Madame Ludmiła. ustawiony pod ścianą sekretarzyk z piętrzącymi się nań stosami papierów. obitym krześle. – To rzeczywiście smutna opowieść. coraz to mniejsza i mniejsza. aż muzyka zaczęła cichnąć. zaczął się śmiać na całe gardło.zasłonięte ciężkimi storami. słodycz. a potem drugą. don Juanie. gdy tak siedzieliśmy wśród wzgórz na tle szczytów Sonory. Madame Ludmiła posadziła mnie na starym. kim są. Mimo to miała w sobie coś dziecinnego. jest fakt. . że głęboko poruszyła mnie ta nie dająca spokoju muzyka i stara prostytutka. na zewnątrz. – Dla mnie jest to jedynie smutna opowieść. mój mały – rzekła Madame Ludmiła. dał ci – jak sam powiedział – coś. – A teraz mój show – powiedziała i zaczęła wirować w takt melancholijnej melodii. i wyrzuciło mnie z krzesła. gdy rozkręciła się sprężyna patefonu. nie mając bladego pojęcia o tym. każdy z nas. Widząc mój szaleńczy bieg. stary i młody. – Pupa. znika w oddali. mnóstwem ołówków. że używała życia. obrót! – powiedziała. Z najbardziej ukrytych głębin mojej istoty podniosło się poczucie nieokreślonej rozpaczy i samotności. która poruszyła mnie do głębi. Tutaj pokażę ci show. starzejącą się prostytutkę. Bo widzisz. obrót. obracając się jak bąk. z której istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. błyszczących garniturach. wyrzucając wysoko w górę jedną nogę. każdego człowieka. ale wyraźnie. poruszony tajemniczym dotykiem czegoś zupełnie nieokreślonego. Brzuch miała nieco obwisły. dziewczęcą. tak jak w pozostałych historiach. kochanie – powiedziała. Zrzuciła z ramion swoją czerwoną podomkę. – No i co. Coś wspaniałego! Coś wspaniałego! Gdy wspomniałem o tym wydarzeniu don Juanowi po raz pierwszy. – “Figury przed lustrem to tylko rozgrzewka". że bez względu na to. czułem. na ulicę. antyczne stoły i krzesła. czy może się poruszać w ten sposób. robi figury przed lustrem – w taki czy inny sposób. noga. Całą wewnętrzną stronę każdego skrzydła zajmowało wielkie lustro. Pokój wypełniało mnóstwo różnych mebli: małe komody. niezdarnie wirująca w rytm melodii. – Noga. linijek i przynajmniej kilkunastoma parami nożyczek. bomba. Skóra niemal całego ciała Madame Ludmiły była jędrna i niezwyczajnie biała. a przekonasz się. – A teraz figury przed lustrem – zapowiedziała Madame Ludmiła. Miała mały nos i mocno wymalowane czerwienią usta. Porównaj to sobie z tym. noga! – rzekła. pupa. Pomyśl sobie o dowolnej istocie na tej Ziemi. co wiesz o ludziach. Twój przyjaciel. Eddie stał pod drzwiami i rozmawiał z dwoma mężczyznami w jasnoniebieskich. – Ta historia – odezwał się don Juan – powinna się znaleźć w twoim albumie pamiętnych wydarzeń życia. wypchnęło z pokoju. co myślą na swój temat albo co robią. Kiedy teraz skończyłem po raz drugi opowiadać moją historię don Juanowi. Byłem też wstrząśnięty odkryciem. – Łóżko jest w drugim pokoju. niezbyt mocno. żebyś się napalił i był gotowy. W oprawkach przymocowanych do ścian paliło się kilka słabych żarówek. bez cienia wątpliwości. nie? – spytał. Muzyka ciągle grała. nieskrępowaną swobodę i ufność. pupa! – powiedziała dalej. a skórę na policzkach wyraźnie sflaczałą. Prawą dłoń położyła sobie na głowie. Przywodziła mi na myśl typową. – To jest moja antisala. która wyglądała na zupełnie nie używaną i błyszczała jak nowa. – A teraz muzyka. pokazując mi nagie pośladki jak w kankanie. że się trzęsę. a nie tylko ciebie. wskazując drugą stronę pokoju. wirując. Powtarzała tę sekwencję bez ustanku.

że za moją sprawą zadrgała w nim jakaś pasja. Antropologia ciągle jest dziedziną nadrzędną. autorytetami. które mają swoją wagę. – Antropologia to jedyna istniejąca gałąź wiedzy – ciągnął – która potrafi jasno i wyraźnie . Profesor cierpliwie wysłuchał mojego wywodu. Spojrzałem na niego oniemiały. Indianach z południowego zachodu Stanów i z Sonory w Meksyku. – Zamiast prowadzić badania w terenie. które. autorem mnóstwa publikacji z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych o Indianach kalifornijskich. Następnie przystąpił do zdefiniowania i uzasadnienia postępu oraz procesu udoskonalania jako zagadnień natury filozoficznej. Marzyło mi się nawet wydanie małej encyklopedii traktującej o tym zagadnieniu. nie lepiej byłoby studiować językoznawstwo? Na tutejszym wydziale mamy jednego z najbardziej uznanych językoznawców na świecie. Każda inna powinna czerpać z antropologii. Myślałem o tym. – Nie chcę gasić pana entuzjazmu – wyrzekł zmęczonym głosem – ale nie mogę się powstrzymać od negatywnej oceny pańskiego zapału. a zakres badań filozofa “antropologią filozoficzną". że mógłby pan teraz prowadzić badania w terenie. gdy poznałem don Juana. istnieje coś takiego jak postęp. a następnie opisać. Miałem szczęście studiować z Alfredem Kröberem i Robertem Lowie. – Nie sądzi pan. Pan potrzebuje ogromnego przygotowania. jest też kilku bardzo uczonych antropologów. Wyobrażać sobie. – W dzisiejszych czasach – powiedział profesorskim tonem – antropologów zajmują zagadnienia. udałem się z moją propozycją do innego młodszego profesora. to parodia. Marzyło mi się zebranie tysięcy próbek. są w antropologii niezwykle relewantne. Na pana miejscu siedziałbym u jego stóp. że artykuł. Wyśmiał mnie otwarcie. Na polu nauk medycznych i farmaceutycznych przeprowadzono niezliczone badania nad wszelkimi możliwymi roślinami leczniczymi świata. Ciągle przeżywamy złoty wiek antropologii. publikując tyle. należy do początków dziewiętnastego wieku. Wykłada u nas również – ciągnął dalej – wielki autorytet w dziedzinie religioznawstwa porównawczego. Pan rozumie. że pierwszym krokiem będzie zgromadzenie danych na temat wykorzystania roślin leczniczych przez Indian z południowego zachodu Stanów Zjednoczonych. dlaczego i w jaki sposób Indianie z południowego zachodu Stanów ich używają. ile się tylko da. Teraz jest już prawie dwieście lat później. Pewnego dnia tak właśnie będzie. Oto moja rada. Powiedział. młody człowieku.Podróż mocy W czasie. Nie okazał się jednak bardziej pomocny. z prośbą o poradę w kwestii mojego przedsięwzięcia. W mojej ocenie był to całkowicie bierny. stary profesor. Historia na przykład w całym swoim zakresie powinna być nazywana “antropologią historyczną". że powinien pan poświęcić więcej uwagi studiom formalnym? – ciągnął. nadawałby się do Disneylandu i nie można nazwać tego antropologią nawet przy dużej dozie dobrej woli. Na początku wybrałem się do profesora antropologii. zatytułować go “Dane Etnobotaniczne" i opublikować w czasopiśmie poświęconym wyłącznie zagadnieniom antropologicznym związanym z południowym zachodem Stanów Zjednoczonych. studia nad człowiekiem. Profesor uśmiechnął się do mnie wyrozumiale. Proszę się zakopać w swoich podręcznikach. powinna być rdzeniem każdej innej dyscypliny naukowej. który prowadził badania w tych rejonach. jak powiedział. jeśli chodzi o nauki społeczne. Nie zawiodłem ich zaufania. Nie dając za wygraną. Zamierzałem zgromadzić rośliny lecznicze. który ostatnio przeszedł zawał serca. którzy prowadzili badania nad systemami pokrewieństwa w kulturach całego świata z lingwistycznego i kognitywnego punktu widzenia. Człowiek powinien być miarą wszystkiego. starając się nie uronić żadnej jego myśli. o czym pan mówi. Miałem silną wolę podjęcia wspinaczki po szczeblach kariery akademickiej i w swoich obliczeniach ustaliłem. Dlatego też antropologia. Gromadzenie danych. Był on wybitnym etnologiem. który chcę napisać. ale trzeba go właściwie ukierunkować. Wyglądało na to. Zapał w antropologii jest jak najmilej widziany. dobroduszny. Nie ma już w tej materii nad czym się pastwić. byłem bardzo sumiennym studentem antropologii i chciałem rozpocząć karierę naukowca. aby napisać artykuł. dostarczyć próbki do Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Kalifornijskiego w celu dokładnej identyfikacji.

Nie mogłem nie poczuć ogromnego ciężaru jego ręki. którzy byli jego informatorami. – Niech się pan zajmie czymś opłacalnym – doradził mi. Był on autorytetem w tej dziedzinie i uważał. Jedynie antropologia potrafi ukazać faktyczny rozwój kultury i organizacji społecznej. czego nie można było wyjaśnić. Dostrzegałem go w sposobie. Odwiedziliśmy wszystkie miejsca w Arizonie i . Wydawało mi się. nie dać mi zasnąć albo nawet trochę sam prowadzić. wypić z nimi trochę. – Nic mi z tej wyprawy nie przyjdzie. że wybiera się samochodem na objazd całej Arizony i Nowego Meksyku. ale dowiedziałem się wówczas od innego antropologa. że wiedza ludzka podlega postępowi. z nieufnością. gdzie chciałem porozmawiać z antropologami prowadzącymi tam badania terenowe. pomimo to chciałem zakosztować prawdziwej pracy w terenie. czego się o nich dowiedziało w formie statystyki. gdyż chce odwiedzić wszystkie miejsca. ale nie wcześniej. ciężar jego ciała był czymś. Nie pozostało mi nic innego. ale w ostatnich latach jego ciało nabrało dziwnej sztywności. co moi profesorowie starali się mi przekazać. Zauważył jedynie. Był niebywale uprzejmy. co robi. Bardziej rozmowny okazał się za to jego młodszy kolega. Przerobić wszystko na cyfry. a nie żadnymi badaniami. jak ci się podoba południowy zachód. Sądziłem. Moje próby prowadzenia badań w terenie były zdecydowanie prymitywne. Ostatnią deską ratunku wydawał się wyjazd do Arizony. które zajmują ściśle określone szczeble procesu postępu i udoskonalania. zwłaszcza tych hiszpańskiego pochodzenia. Tłumiąc w sobie uczucie porażki. została już sklasyfikowana i przerobiona w najróżniejszych publikacjach.udokumentować słuszność koncepcji postępu i procesu udoskonalania. że Bill walczy z grawitacją każdą cząstką swojej istoty we wszystkim. nie dał mi też żadnej rady. wówczas masz prawo się poddać. A jest to coś. To był dla mnie prawdziwy cios. Zdecydowałem się wsiąść do samolotu lecącego z powrotem do Los Angeles. – Nie zamierzam prowadzić żadnych badań. ale zawsze jest to ryzyko. że gryzie się swoim łysieniem. W Arizonie poznałem wytrawnego antropologa. gdybym poczytał księgi zielarskie. Powiedział wręcz. pomimo cynizmu naszych czasów. Zrozumiałem. Objął mnie ramieniem. Całkowicie się z nimi zgadzałem. Dzięki Bogu. kurtki. zabrałem się z nim. – Bardzo chętnie zabiorę cię ze sobą – powiedział. którą można było zgromadzić na temat roślin leczniczych z południowego zachodu Stanów. Kupiłem dla nich prezenty – koce. że mogę zasnąć za kółkiem. który pisywał obszernie na temat Indian Yaqui z Arizony i z Sonory w Meksyku. Powiedział. w jaki chodził. że lepiej bym zrobił. jeśli dostaniesz w ucho. stanowią źródło informacji. Bill – odpowiedziałem. Dobił mnie jeszcze zapewnieniem. Jego twarz nie była już pulchna i młodzieńcza jak niegdyś. – Proszę się przyjrzeć antropologii miejskiej. Mógłbyś dotrzymywać mi towarzystwa. czego każdy antropolog może się z łatwością podjąć. na co cię stać. że społeczności indiańskie południowego zachodu Stanów są niezwykle izolacjonistyczne i traktują obcych. pogadać o pierdołach. nie chciałem tylko wysiadywać po bibliotekach. Byłem tak przybity. Chcę po prostu ich odwiedzić. odświeżając w ten sposób znajomości z ludźmi. że dla każdego współczesnego indiańskiego znachora właśnie owe publikacje. – Bardzo mi przykro. Nie zmieszał mnie z błotem. ciągle widać promyk nadziei. ale chwilami odnosiłem wrażenie. że jeśli istnieją jeszcze jakiekolwiek tradycyjne praktyki znachorskie. – Daj z siebie w tej walce wszystko. w których prowadził w przeszłości badania. mnóstwo pieniędzy przeznacza się na badania nad alkoholizmem wśród Indian z dużych aglomeracji. – Nie poddawaj się bez walki – odrzekł Bill tonem ojcowskiej troski. mojego przyjaciela. Jedynie antropologowie potrafią udowodnić ponad wszelką wątpliwość. a czasem z obrzydzeniem. Już wtedy byłem gotów zrezygnować z całego przedsięwzięcia. Antropologia miejska to całkiem niezła dziedzina. gorzałę. Potem przedstawić wszystko. podnosił się i siadał. Zazwyczaj jeżdżę na te spotkania sam. Oto antropologia dla pana! Nie jakieś lipne badania w terenie. jak tylko pójść za radą doświadczonych naukowców. jeżeli będę zbyt mocno wstawiony. że chodzi o coś więcej. Samochód mam zapchany towarem. Kultury ewoluują i jedynie antropologowie mogą zademonstrować pozostałości po społecznościach. Zabierz się ze mną i sam się przekonaj. a nie tradycyjnie przekazywana wiedza ludowa. Był wysokim i potężnym mężczyzną. Iść do baru i upić się z miejscowymi Indianami. Przy tym wszystkim nie był wcale grubszy niż dawniej. które są zwykłym onanizmem. amunicję do strzelb. Indianie nie ujawnią ich nikomu z zewnątrz. Teraz była to twarz człowieka mającego wiele zmartwień. Stracił swoje chłopięce cechy. że cała wiedza. że odmówiłem. Na przykład. Nie widzę sensu dłużej zaprzątać sobie głowy badaniami w terenie.

.Nowym Meksyku. i że rozmawianie o tym pomiędzy sobą sprowadzi na nich nieszczęście. Jego palec to była sama kość pokryta skórą. Byłem wychowywany w bardzo pragmatycznym. ni zowąd pewnego dnia. ruszył dalej przed siebie. Nosił znamiona szamana. Kiedy owa niewyraźna postać podeszła do mnie – ciągnął dalej Bill – stwierdziłem. Bełkotał coś do mnie. Nigdy nie zapomnę tego głosu. jakby mówił z wnętrza jakiejś rury albo miał przymocowane do ust coś. że zjawa przemawiała do każdego z nich z osobna. było zjawą niewiarygodnie starego szamana. gdzie mieszkali Indianie. Gdy skończył ich strofować. ale jemu jako osobie prywatnej badania w terenie przyniosły ogrom doświadczeń. Zaczęli przygotowywać w lesie szałas z paleniskiem. Przysięgam. że jeśli o niego chodzi. Przez chwilę coś im gniewnie prawił. Łyknąłem sobie trochę dla odwagi. – Nigdy nie wierzyłem w duchy – powiedział ni stąd. – Dlaczego byli przekonani. co wyciągało zeń słowa. Faktycznie mieli dokonać mojej inicjacji. Większość z nich wyprowadziła się z okolicy. co ci tak naprawdę dolega? – spytałem. Stary Indianin podszedł do mnie i wskazał palcem na moją pierś. Na przykład jednej nocy wybrałem się z kilkoma Indianami na rytualne poszukiwanie wizji. że trudno to sobie wyobrazić. W tym momencie spostrzegli go inni ludzie i bez słowa pospiesznie ruszyli w moją stronę. przysięgał mi. że nie chciał stać ze starym twarzą w twarz. To właśnie w takich chwilach Bill opowiadał mi o swoich dziwnych doświadczeniach. że to. w tym również sprawujący pieczę nad całością szamani. Podczas podróży mój przyjaciel zawsze wypijał kilka kolejek ze swymi byłymi informatorami. trzęśli się jak galareta. – Ludzie. materia eteryczna i głosy w ciemności. że widziałem. że to stary Indianin ubrany w strój tak dziwaczny. – Jak to rozumieć? – zapytałem go. że będę musiał wytrzymać ten ból. Prawdę rzekłszy. a to. te rzeczy. który miał się za mną wstawić u ludzi. Stary odwrócił się do nich i wszyscy zamarli pod jego spojrzeniem. niewyraźną postać zbliżającą się do nas. wpadali w głęboki stan odrętwienia. ale go nie zrozumiałem. Za każdym razem. mówili. – Nie układa mi się najlepiej – wyznał. zrozumieli wszyscy na innym poziomie niż rozumienie mowy. pochłonięty przez ciemności. bo był tak przerażony. a on siadał w fotelu pasażera i pociągał ze swojej butelki trzydziestoletniego Ballantinesa. – Oni wierzą w takie rzeczy – odrzekł. co widzieli. Mężczyzna. który zemdlał obok mnie. Wówczas przejmowałem kierownicę i prowadziłem samochód. Utrzymywali. poważnym środowisku. gdy ich o to pytałem. zaczęły do mnie powoli docierać najróżniejsze dziwaczne bzdury. a wszyscy mężczyźni. – Wizja podobnej natury znaczy dla nich tyle. Powiedział też. na widok tego starego bezwstydnie zemdlał. że tylko udał. minął ich i zniknął. Pogodziłem się z tym. – Nigdy nie zajmowały mnie zjawy. że jego poglądy jako antropologa są bardzo wyważone i zgodne ze współczesną myślą antropologiczną. Nauka zawsze była moim drogowskazem. iż stracił przytomność. Wiele lat po tym zdarzeniu mężczyzna. ponieważ nie sposób ich zaklasyfikować. minął mnie. – Więc cóż takiego każdemu z nich z osobna powiedziała ta zjawa? – zapytałem. – Moje ciało nie jest w najlepszej formie. o których nigdy nie mówi. niczego nie słyszeli. – Pytaj mnie – odparł. Nie są one zgodne ze współczesną myślą antropologiczną. Niczego nie widzieli. nigdy nie został zrealizowany. że byli tak przerażeni. iż zostawili wszystko i opuścili miejsce zdarzenia. jak stary przemawia z wnętrza swojego ciała. z którym poszedłem tamtej nocy do lasu. iż przemowa zjawy miała coś wspólnego z jego zdrowiem i życiowymi planami. wrzasnął przerażony i wskazał na ciemną. Ale potem. I wtem mężczyzna. Bill powiedział. Brzmiało to tak. którzy przeprowadzali samą ceremonię. z przekłuwaniem mięśni na klatce piersiowej. – Nigdy nie udzielili mi żadnych wyjaśnień. Mieć taką wizję to dla nich uśmiech losu. – Ale wiesz. którzy znali się od lat – ciągnął – nigdy więcej nie zamienili ze sobą jednego słowa. że już samo patrzenie na siebie nawzajem sprowadzi na nich nieszczęście. co ten miał do powiedzenia. że cały plan przeprowadzenia ceremonii inicjacji wziął w łeb. kiedy pracowałem w terenie. co wprawiało go w bardzo swobodny nastrój. a jego usta są tylko mechanicznym urządzeniem przekazującym jego słowa. Bill powiedział. Wyjaśnił mi. to pojął. że rozmawianie między sobą czy patrzenie na siebie sprowadzi na nich nieszczęście? – spytałem go. który trafia się tylko raz w życiu. a jest to dość bolesna impreza. W następstwie tej wyprawy odkryłem między innymi dwa wyraźne rysy osobowości mojego przyjaciela.

żebym poszedł w dół rzeki i zaczekał na niego. Zawsze uważałem go za starego wyjadacza i twardego gościa.– O tak – odparł nonszalancko. kiedy mówię. ten zniknął. Opowiedział mi mnóstwo innych historii o waśniach i tarciach politycznych wśród Indian z różnych rezerwatów. który nazywał samego siebie “Człowiekiem-Rzeką". Zanim wszedł do wody. których nie da się zbadać naukowo i o których nie da się nawet inteligentnie rozmawiać. dlaczego odczuwam fascynację czy zbulwersowanie. Był bardzo poważnym człowiekiem. Wracającym do Rzeki". Zastanawiałem się nad tym. Dokładnie określił miejsce. – Mogłem się domyślać tak samo jak ty teraz. – A co miał zacząć robić? – zapytałem go. Moje wewnętrzne przeczucie mówi mi. – Traktował mnie jak powietrze. przyjaźni i tak dalej. a także historie o zemście. W takich właśnie chwilach. Od samego początku jednocześnie fascynowały mnie i bulwersowały. Tej cechy jego osobowości nie znałem wcześniej. by przemieniał się w chmurę. Po wyznaniach Billa czułem się bardzo zaniepokojony. ale on zniknął. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. Przy innej okazji zdradził mi. Brzmi to idiotycznie: “wychodzi z wody". czego dokonał szaman wody. Kiedy woda sięgała mu do połowy łydki – bo była to rzeka szeroka. – Tego nie wiedziałem – odrzekł. że opowieści Billa o . tak jak widziałem tamtego szamana. Nigdy bym nie pomyślał. że przemiany w węże i pumy nie są tak trudne jak to. spod którego będę się mógł z ukrycia przyglądać temu. ale w ramach ćwiczenia umysłu bardzo mnie pociąga myśl. ponieważ nimi nie są. kompletnie ubrany. Nie podobała mi się nasza rozmowa. ale też nie mogłem mu nie wierzyć. Było już jednak za późno na odwrót. Nigdy nie widziałem na własne oczy. że potrafię te metamorfozy wyjaśnić czy nawet uwierzyć. i że określeń w rodzaju “szaman niedźwiedzi" czy “szaman pum" nie powinno się traktować jako eufemizmów albo metafor. Ale raz goniłem jednego szamana chmur. – Dałbyś wiarę – powiedział z nutą wielkiego podziwu w głosie – że istnieją tacy szamani. co zaraz zacznie robić. ale na tym koniec. było takie. ani skał. rozpłynął się. gdzie nie było nawet jednego miejsca. kiedy angażuję swój intelekt w podobny sposób. Ale nie mam zamiaru się tym przejmować ani nawet o tym myśleć. którzy rzeczywiście stają się niedźwiedziami czy pumami albo orłami? Nie przesadzam ani niczego nie wymyślam. wyszeptał mi do ucha. gdy nagle coś go bardzo podekscytowało. gdzie go ostatnio widziałem. Udał się tam na poszukiwania swojego pochodzenia. Chociaż nie widziałem. że może być wrażliwy. ale znałem jednego szamana chmur. W okolicy miejsca. przykrywając głowę i barki kocem. że raz byłem świadkiem metamorfozy pewnego szamana. Mogłem jedynie stwierdzić. – Lekarze mi powiedzieli. jego opowieści o przemianach szamanów i wizjach wywołały we mnie prawdziwy emocjonalny przewrót. Kazał mi się cofnąć od brzegu i schować wysoko pomiędzy skałami. we mgłę. Był bardzo przyjacielski. – Istnieją na przykład szamani chmur. Byłem jego kierowcą. przestaję być antropologiem i zaczynam reagować wiedziony wewnętrznym przeczuciem. a później na powrót z niej powstaje. Poszedłem tam i zobaczyłem. tak więc z początku nie mogłem sobie przypomnieć. co zamierza. Jedyne możliwe wytłumaczenie. Byłem tam pół minuty po nim. A on po prostu wszedł do rzeki. który w mojej obecności stał się wodą. W najmniejszym stopniu mnie one nie interesowały. jak znika czy przemienia się w mgłę. Uwierzyć mu było dla mnie niemożliwością. a ten po prostu rozpłynął się w okolicy. nie mogąc się powstrzymać. Rzeczywiście. i tak dalej. Potrafisz w to uwierzyć? Nie miałem żadnych komentarzy do jego opowieści. lecz płytka – mój szaman po prostu zniknął. Goniłem człowieka po całej okolicy. Szliśmy wzdłuż rzeki. ale nie potrafiłem tego dociec. Nigdy nie widziałem takiej metamorfozy. Byliśmy w trakcie podróży. Widziałem. w którym mógłby się przede mną ukryć. które przychodziło mi do głowy. nienawiści. że podczas naszej podróży Bill z każdym dniem pił coraz więcej. W bagażniku miał kastę z dwudziestoma czterema butelkami szkockiej – tylko dla siebie. pił jak stary. – Zawsze zachwycały mnie ezoteryczne przemiany szamanów – powiedział mi innego dnia. Z drugiej strony. ani żadnej roślinności. tak przynajmniej utrzymywał. bo chciałem od niego informacji – ciągnął Bill. którzy przemieniają się w chmury. jak szaman wychodzi z wody. Nie miałem najmniejszego pojęcia. Ja oczywiście nie wierzyłem w ani jedno jego słowo. ufał mi. “Szamanem Rzeki" albo “Przychodzącym z Rzeki. gdzie kazał mi czekać. Byłem z tym szamanem głęboko w górach Nowego Meksyku. nie było. że szamani z południowego zachodu Stanów są w stanie przekształcać się w inne formy bytu. ale w końcu mi się udało. dokąd się udał. jak ten szaman zmienia się w wodę. – Nie chodzi mi o to. że faktycznie nastąpiły. że owi szamani bez wątpienia dokonują rzeczy.

ruszył dalej. to człowiek. Rzeczywiście. – Wydaje mi się. wiele lat temu. – Czy to właśnie ten szaman? – Nie – odparł z naciskiem. – Ale wydaje mi się. Widywałem ich obu razem niejeden raz z daleka. jak gdyby chcąc mnie powstrzymać przed wypowiedzeniem mojego imienia. w których mam jakieś kontakty. przypominam sobie – odrzekłem. ale najwidoczniej była to dla niego rzecz oczywista do tego stopnia. iż o tym wiedziałem. wypatrując przyjazdu autobusu. Później zaczął mi się przypatrywać. W tym momencie na przystanek zajechał jakiś autobus. Zakończyłem zapewnieniem. spoglądając mi prosto w oczy. w kąciku jego ust drgał ironiczny uśmieszek. – Kiedy rozmawialiśmy o szamanach i ich przekształceniach. jak to ja dużo wiem o roślinach leczniczych i praktykach szamańskich amerykańskich Indian z równin i ich przodków z Syberii. Bill po ojcowsku mnie pocieszał. przypomniałem sobie. gdyby dłużej ze mną porozmawiał. tak. o którym ci mówiłem – wyszeptał mi do ucha. że niezwykle dobrze by na tym wyszedł. lub w społecznościach. W końcu musiałem się pogodzić z tym. że nie mam już nic więcej do powiedzenia. Chciałem mu się przedstawić. a ja panu moje. Kiedy nasza wyprawa dobiegła końca. że rzeczywiście potrzeba mi ogromnego przygotowania w zakresie nauk antropologicznych i że większy sens ma prowadzenie badań terenowych na obszarze. – Tak. który kazał mi gwałtownie podnieść się z siedzenia. Gdy stary odjechał. Gdy to mówił. skąd miałem wrócić do Los Angeles. – Nie jestem zupełnie pewien. iż słyszał o tym. – Powiedział mi. Pan opowie mi swoje. od drzwi autobusu. tam w rogu. że raz spotkałem szamana chmur. ale z nieodgadnionego powodu poczułem. I zupełnie. kiedy tylko starzec wskoczył na stopnie i zamknęły się za nim drzwi. żebym go odwiedził w jego domu – odrzekłem. Starzec wymamrotał. podszedłem do starca i natychmiast rozpocząłem długą tyradę o tym. bo widziałem się z nim twarzą w twarz tylko jeden raz. że był przekonany. – Dodał nawet. Mój przyjaciel nigdy nie wspomniał nawet słowem o powiązaniu owego starca z szamanem chmur.szamanach uderzyły we mnie w nie znany mi. że wiem o tym. Nagle wychylił się do przodu i lekkim skinięciem podbródka wskazał w kierunku drugiej strony sali. Działając jakby wbrew własnej woli. po czym gorąco zaprosił mnie. instynktownie jedynie wyczuwalny sposób. Nagle opanował mnie dziwny niepokój. Bill zawiózł mnie na dworzec autobusowy linii Greyhound w Nogales w Arizonie. który kiedyś był siejącym postrach czarownikiem. bym go odwiedził w jego domu. Starzec uniósł dłoń na wysokość moich ust. Stary trzymał oczy spuszczone do ostatniej chwili. że ten starzec na ławce. że to jego towarzysz albo nauczyciel. – Jaki człowiek? Co mi o nim mówiłeś? – spytałem. W ramach dygresji wspomniałem również. – W najgorszym wypadku – powiedziałem nadętym tonem – moglibyśmy wymienić doświadczenia. jak gdyby autobus zatrzymał się tylko dla niego. Dzięki naszej wyprawie uzmysłowiłem sobie również – bo mogłem się o tym sam na własnej skórze przekonać – że społeczności indiańskie południowego zachodu Stanów są faktycznie hermetyczne dla ludzi z zewnątrz. były szaman. wróciłem na ławkę do Billa. Za nic nie powinienem był kończyć mojej przemowy w takim momencie. jakoby żył gdzieś tajemniczy starzec. powiedziałem ci. przypominając. – Jestem Juan Matus – powiedział. gdzie będziemy mogli bardziej swobodnie porozmawiać i wymienić doświadczenia. który jest mi znany. na której siedzieliśmy. Kiedy siedzieliśmy w poczekalni. iż jest szamanem. że porażki są codziennością antropologa w pracy w terenie i że ich zadaniem jest jedynie utwierdzenie go w dążeniu do wytyczonego celu oraz pomoc w staniu się dojrzałym naukowcem. Z niewiarygodną jak na człowieka w jego wieku sprawnością – oceniałem go na ponad osiemdziesiąt lat – przesadził w kilku skokach pięćdziesiąt metrów dzielących ławkę. że Bill wspominał mi kiedyś mimochodem. – Co mówił? Co mówił? – dopytywał się podekscytowany. że będziemy mogli . stary indiański mizantrop z Yumy. że to właśnie jego autobus. choć nie przy okazji rozmowy o szamanie chmur.

Jest ci potrzebna". Posądzał mnie. – Dlaczego jest taki ważny? – spytałem. kimś zupełnie obcym? Nie jesteś nawet sympatyczny. którym cię przedstawiłem na początku naszej wyprawy. Prawdę rzekłszy. – Może ci. Było oczywiste. ale to takie pierdolenie. Dlaczego miałby ochotę dyskutować z tobą. Gdyby nie to. Nie odważyłem się poprosić go o wyjaśnienie. że był tak mizernej postury. czarownikowi jakby tylko przybywało wigoru. co wiem – z naukowego punktu widzenia – na temat roślin leczniczych. Ten sukces był jednak do tego stopnia nie zamierzony. kiedy usiłowałem z nim porozmawiać. że on nie mieszka nigdzie. gapi się na ciebie bez jednego słowa. lecz z wiekiem złagodniał. Wyjaśniłem. Dlaczego? Bez żadnych oporów przyznał. .tam swobodnie porozmawiać. że Bill jest na mnie zły. doszedłem do wniosku. – Ale co mu powiedziałeś. że jest rozgoryczony. że zastosowałem mój najlepszy perswazyjny ton i obiecałem wyjawić staremu wszystko. że lepiej będzie. gdzie starzec mieszka. Zwróciłem uwagę Billa na fakt. co jemu się nie udało. że nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Powiedzieli mi. że nie widzieli nikogo z nich w okolicy od wieków. Poza tym. Stary Indianin posiadał jakąś moc. że po prostu nieoczekiwanie pojawia się to tu. lecz z Sonory w Meksyku. Miałem wrażenie. jak próżne są z reguły wszelkie starania. Nic nie stracisz. pojechałem prosto do Yumy w Arizonie. Być może przeczuwał. że był nieco zazdrosny. Oszczędzaj ją. kiedy do niego coś mówisz. kto mógłby udzielić mi informacji o możliwym miejscu jego zamieszkania? – spytałem go. którzy mogą znać starca i wiedzieć o nim więcej. W owym czasie nie widziałem w naszym spotkaniu nic godnego uwagi. gdyby spróbował mu przywalić. że nie pochodzi on z Yumy. Powiedz im. Wobec tego od razu zmieniłem plany i zamiast wracać do Los Angeles. Naprawdę nie wyglądał na swój wiek. by porozmawiać z tym człowiekiem. Bill najwyraźniej mi nie dowierzał. gdyby nie to. że ja cię do nich wysłałem. bo wie. – Nie mam bladego pojęcia – odparł szorstko. – Być może ludzie z Yumy – odrzekł nieco swobodniej. co mi powiedział? “Gdybym był na twoim miejscu. że powiodło mi się coś. Byłem zupełnie zbity z tropu tą niezrozumiałą irytacją Billa. – Słyszałem. jak trudno jest spotkać owego starca. że starzec jest rówieśnikiem jego dziadka. nie miałem w ogóle wyobrażenia na temat tego. że chociaż jest on Indianinem Yaqui. że to taki stary ramol. Pewnie żyje w jakiejś lepiance w Nogales w Meksyku. Wyjąwszy zdawkowe uwagi Billa. traktuje cię tak. Ten sam mężczyzna polecił mi. Jeden jedyny raz. – Ten stary jest tak chamski. Miał olbrzymi wigor i świetną kondycję. choć bez wątpienia był stary. i podczas gdy ten jest już zniedołężniały i obłożnie chory. Odniosłem wrażenie. – Wiesz może. gdzie jest jego dom? – spytałem. Zebrawszy się na odwagę. nawet z Indianami. jaki był zdegustowany nieokrzesaniem starca i co by mu zrobił. to bym mu przywalił. bym się udał do pewnych ludzi w Hermosillo. Dodali też. Nie wypowiedziałem moich myśli na głos. że rozmawiał ze mną. Nie wiedzieli. Pozwoliłem Billowi dalej opowiadać o tym. Wszyscy zgodnie przyznali. jeśli ich zapytasz. Nie rozmawia z nikim. dodałem jeszcze: – Wydajesz się poirytowany tym. jakby cię w ogóle nie było. i że w młodości był wzbudzającym grozę czarownikiem. i absolutnie mnie to nie obchodziło. kiedyś widywano go z grupą Meksykanów. – Znam ludzi z tych stron – powiedział wojowniczo – i ten stary to bardzo dziwaczny ramol. spławił mnie bez żadnych ceregieli. Perspektywa wyjazdu do Meksyku wcale nie przypadła mi do gustu. którym Bill mnie przedstawił. Jeden z mężczyzn dodał. Kiedy indziej znów w ogóle na ciebie nie patrzy. że coś przed nim ukrywam. wzbudzał ogromny lęk. Sonora była zbyt odległa od interesujących mnie terenów. że nazywanie go człowiekiem “starym" było raczej przenośnią niż stwierdzeniem rzeczywistego faktu. to tam. nie traciłbym energii na otwieranie ust. jak ludzie stąd powiadają. który znał zaklęcia i rzucał czary na ludzi. Wiesz. że aż trudno uwierzyć – dodał. – W najlepszym razie. stając się ascetycznym pustelnikiem. stolicy Sonory. ale ich komentarze na jego temat jeszcze bardziej podsyciły moją ciekawość. Nie potrafiłem jednak zrozumieć dlaczego. że Bill poniósłby sromotną klęskę. Odwiedziłem ludzi. – Jak myślisz. którzy byli podobno niezwykle biegli w sztuce czarnej magii. że cię zaprosił do swojego domu? – natarczywie dopytywał się Bill.

dopadła mnie dziwna nostalgia. miałem nieodparte wrażenie. co oddziaływało na mnie w okolicach Yumy. zaczyna wraz z odległością słabnąć. Nikt nic o nim nie wiedział. jakbym tracił coś o ogromnym znaczeniu. To słabnące echo jednak tylko powiększało moją niewytłumaczalną tęsknotę. którego wcześniej nie znałem. starając się uzyskać jakieś informacje o starym. W drodze powrotnej do Los Angeles poczułem się niesamowicie.jak zajmę się jednak antropologią miejską. że ów nieopisany wpływ czegoś. Była to mieszanina niepokoju i tęsknoty. objechałem cały rejon Yumy. Gdy dojeżdżałem do Los Angeles. zupełnie. Zanim jednak wyruszyłem w drogę. byłem jakby całkowicie wyleczony z obsesji na punkcie badań w terenie i zainteresowania starcem. Było to uczucie. i wróciłem do Los Angeles. Z jednej strony. Z drugiej strony. Ta świeżość głęboko mną wstrząsnęła. .

– A potem wszystko mi opowiesz. że jest dumny jak paw z tego. dzięki czemu zaznajomiłem się z właścicielem. by narobić im problemów. gdybyś porozmawiał z jednym z inspektorów terenowych banku państwowego – zasugerował jeden z mężczyzn. Każdy człowiek z tamtych stron żywił opaczne przekonanie. jak ciężka praca i sumienność potrafią uczynić z człowieka osobę wyjątkową. gdzie zatrzymałem się w hotelu. każdy z nich zaczynał mi się przyglądać ze skrajną nieufnością. co pan Reyes o nim powiedział. nosił drogie. gdy do mojego stolika podszedł pan Reyes z jeszcze jednym mężczyzną. Zostawił nas samych. by mniej lub bardziej uczciwie wyciągnąć od ludzi pieniądze. Nie mogli mi niestety pomóc. ale było widać.Intencja nieskończoności – Masz się ze spokojem zastanowić nad każdym szczegółem twoich spotkań z tamtymi dwoma mężczyznami. pełnej krwi Indianina Yaqui i przedsiębiorcę. mówił biegle po angielsku i był bardziej amerykański niż każdy prawdziwy Amerykanin. czy taki człowiek kiedykolwiek żył. – Ten bank ma mnóstwo takich inspektorów terenowych. i choć nie potrafili ich sobie jasno uzmysłowić. Chociaż było mi bardzo trudno zastosować się do tego polecenia. jeśli tylko będzie je uprawiał. na nogach zaś . cały czas spędzałem w restauracji. W Yumie w stanie Arizona otrzymałem imiona i adresy pewnych ludzi. Praktycznie rzecz biorąc. gdzie usiłują sprzedawać swoje pomysły albo po prostu znaleźć sposób na to. Jorgem Camposem i Lucasem Coronado. jednak z przyjemnością przypominałem sobie wszystko. rozpoczęła się w mieście Guaymas w Sonorze w Meksyku. którzy – jak mi powiedziano – mogą rzucić nieco światła na tajemnicę starca. którego przedstawicieli spotyka się w barach albo na zatłoczonych rogach głównych ulic. którego przedstawił mi jako Jorgego Camposa. ale gorąco namawiali. a każdy Yaqui jest farmerem i właścicielem kawałka ziemi. Pewnego popołudnia właśnie jadłem. co mi ci dwaj ludzie mówili. Od pierwszej chwili miałem nieodparte wrażenie. że może w Vicam. Bardzo oględnie podsunęli mi myśl. bo bank jako instytucja rządowa skupuje ich zbiory. – Czy znacie osobiście jakichś inspektorów terenowych? – zapytałem. musiałem więc maksymalnie wytężyć pamięć. abym poszukał któregoś na własną rękę i przedstawił mu swoją sprawę. Ludzie. Don Juan chciał usłyszeć każdy. a Jorge Campos usiadł obok mnie przy stoliku i natychmiast przejął inicjatywę. że zatrzymałem się w Guaymas ponad tydzień. Pozostała im jednak w pamięci cała masa budzących grozę opowieści o szamanach z plemienia Yaqui i o wojowniczości tak charakterystycznej dla wszystkich Indian z tego plemienia. Pan Reyes wychwalał go jako żywy dowód na to. do których się udałem. nie tylko nie znali żadnego starego eks-szamana. że Jorge Campos jest przedsiębiorcą owego szczególnego rodzaju. najdrobniejszy nawet szczegół. że jestem szpiegiem nasłanym przez Jankesów. ale miał duży. kto – być może – mógłby skierować mnie na właściwą drogę. Historia. bo to oni tak naprawdę naprowadzili cię na mnie – rzekł do mnie don Juan. kogo szukam. którego spotkałem na dworcu autobusowym. Jedzenie było wyśmienite. W Vicam moje próby nawiązania kontaktu z inspektorami terenowymi rzeczonego banku państwowego skończyły się całkowitym fiaskiem. Tak bardzo mi smakowało. Chodziłem do niej trzy razy dziennie. Udawał skromnego i zaprzeczył wszystkim pochwałom pod swoim adresem. jakby lubił sobie wypić coś mocniejszego. Spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się do mnie przepraszająco. – Czy wiadomo konkretnie. Od razu nabierali podejrzeń. Jego karnacja była ciemna. mierzył nieco ponad metr osiemdziesiąt centymetrów. Umówiłem się z trzema i gdy wyjaśniłem. niebieskie dżinsy. Ci znają wszystkich Indian na tym obszarze. który w młodości mieszkał w Arizonie. panem Reyesem. że w ziemi Indian Yaqui są pokłady miedzi i że stanowią one przedmiot pożądania Jankesów. Pan Campos miał bardzo miłą powierzchowność. który może nazwać swoim własnym polem. Po tej druzgocącej porażce wycofałem się do Guaymas. miasteczku położonym wokół stacji kolejowej na trasie pomiędzy Guaymas i Ciudad Obregon. który znajdował się tuż obok wspaniałej restauracji. znalazłbym kogoś. ich fantastyczne domysły na ten temat błądziły od agitacji politycznej po szpiegostwo przemysłowe. z lekkim odcieniem zieleni. ale powątpiewali w to. odstający brzuch. kogo miałbym odszukać? – Najlepiej byś zrobił. którą don Juan pragnął poznać.

– A czy mogę jeszcze zapytać. Jeżeli nie jesteś usatysfakcjonowany. mam gust i spore możliwości. Instynkt mówił mi. chcąc zobaczyć. A za bardzo skromną dodatkową opłatą przetłumaczę ci ich słowa. Mówię również po francusku i niemiecku. że ty i ja dojdziemy do porozumienia. ile tylko zażądasz. kto by cię oprowadził po okolicy. w prawej kieszeni miał plastykową wkładkę. – O tak. Za moje usługi pobieram opłatę. – Masz rację. kolejnym szybkim ruchem nadgarstka zamknął go i błyskawicznie schował z powrotem do kieszeni z niebywałą precyzją. żeby później móc przeprowadzić pewne badania. Nie wiedziałem. – Lubię traktować młodych jak równych. że te języki cię nie interesują. – Mam stypendium Fundacji Ezoterycznej Los Angeles. – Tak więc – powiedział – chodzi o to. którym będziesz mógł zadawać pytania. smakując własne słowa. bardzo prędko coś w nim zanotował. nie pozwalając się pociągnąć. Przez chwilę się nie odzywał. na hiszpański albo angielski. po czym z tylnej kieszeni spodni wyciągnął oprawiony w skórę notes i otworzył go szybkim ruchem nadgarstka na wysokości mojej twarzy. Było dla mnie jasne. – Jestem studentem antropologii – powiedziałem – i staram się wyrobić sobie jakąś pozycję wśród miejscowych Indian. nie ulega wątpliwości. co powiedzieć. kraciastą koszulę. – Ach! – wykrzyknął znowu. Potrzebujesz towaru. ale mam przeczucie. oceniając zapewne moją reakcję. Ale ile miałoby wynosić twoje wynagrodzenie? – Ach! Moje wynagrodzenie! – powiedział. – Na pewno potrzebny ci przewodnik. Nie miał zmarszczek. – Jeżeli twoja branża to dostarczanie informacji – powiedziałem – z chęcią ci zapłacę. którzy nie chcieli sobie poplamić kieszeni koszul atramentem. masz całkowitą rację – odparłem. – A ja jestem biznesmenem – odrzekł. proszę! A więc to tak! – powiedział takim tonem. Byłem pewien. że chciał zrobić na mnie wrażenie kogoś. jakie tylko chcesz. co powie. Jak się zapewne zorientowałeś po moim wyglądzie. energicznie potrząsając moją dłonią. bez względu na różnicę wieku. – Bardzo mi miło pana poznać. Do jego ubioru należała także chyba dość droga. że mój towarzysz jest człowiekiem niebezpiecznym. możesz mi nie zapłacić. – Jestem pewien. którego oczekiwał. – Czy to duża instytucja? – Dość duża – odparłem. panie Campos – powiedziałem po hiszpańsku. co do joty. jakby moje słowa były wyjaśnieniem. ale nie chciałem też brać go zbyt poważnie. że za niewielkie wynagrodzenie – którego z pewnością nie uznasz za wygórowane – skieruję cię do właściwych ludzi: ludzi. co robisz w Guaymas – ciągnął swobodnie. że nie będę traktować go jak dziecko. Oferuję ci moje usługi jako przewodnik i klucz do wielu tajemnych drzwi. Gdy to powiedziałem. – Te języki zupełnie mnie nie interesują. jeśli nie masz nic przeciwko. Mów mi Jorge. ktoś bardziej wykształcony od przeciętnego miejscowego Indianina. w której znajdował się rząd długopisów. Masz stypendium rządu Stanów Zjednoczonych albo jakiejś innej poważnej instytucji? – Tak – skłamałem. również po hiszpańsku. wyciągając do niego dłoń. – Ach! Lubię ludzi bezpośrednich – odrzekł. Pucołowata twarz mężczyzny była pozbawiona wyrazu. Ubrany był w nienagannie wyprasowaną. by móc zaryć piętami w ziemię. jakie masz stypendium? Ile pieniędzy ci dali? – Kilka tysięcy dolarów na przeprowadzenie wstępnych badań w terenie – znów skłamałem. – Dajmy sobie spokój z konwenansami – odparł. – Nie wyglądasz na turystę. – Bardzo mnie ciekawi. Daję jednakże na nie gwarancję. wyraźnie dostrzegłem błysk chciwości w jego oczach. zupełnie jakby łapał na lasso byki i potrzebował takich butów. . a ja go mam. – Ach! – wykrzyknął. Takie same wkładki widywałem u pracowników biurowych. choć był już chyba po pięćdziesiątce. że jesteś człowiekiem z dobrym gustem – odparłem z przekonaniem. nie wydajesz się też zainteresowany łowieniem w morzu.błyszczące kowbojki ze spiczastymi noskami i kanciastymi piętami. czerwonawo-brązowa zamszowa bluza z frędzlami i wysoki kapelusz kowbojski w teksańskim stylu. – Proszę. – Moja branża to dostarczanie informacji. szarą. występowanie w roli łącznika.

Wyjaśniłem mu. – Jorge wypytał mnie o pana dokładnie. jak gdybym powiedział najzabawniejszą rzecz na świecie. Dwie godziny później ktoś zbudził mnie z popołudniowej drzemki. Jakby na umówiony sygnał. do stolika podszedł właściciel restauracji. powiedział mi. że jestem już zupełnie skołowany. Nawet okiem nie mrugnął. ponieważ mam w tej chwili ograniczoną ilość czasu – odparłem. czy jesteś dobrym rozmówcą. – Jest rewelacyjny – potwierdziłem. który w niczym angielskiego nie przypominał. ale zamierzam wrócić za miesiąc albo coś koło tego. Teraz właśnie chciałem sprawdzić. i że poznałem go w Arizonie. żeby inni znali naturę naszej transakcji. z perspektywą otrzymania nawet pięciomilionowej gaży. on zaś dalej plótł androny. W tym momencie byłem już pewny. że powinniśmy przejść na angielski. Nie wiedziałem. Zacząłem się nerwowo wiercić. że Jorge Campos to oszust. Opisałem starca. że wyjeżdżam. Musiał zauważyć. czekają nas długie godziny spędzone na pogawędkach. że tak będzie. i że Jorge Campos bierze udział w całej sprawie. Następnie zaczął do mnie mówić w języku. Wiedziałem. mówiąc. – Będziesz mi płacił pięćdziesiąt dolarów na dzień – powiedział. . że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. – Do tego transport i posiłki. Nie odniosłem wrażenia. W innym momencie wtrąciłem: “Dokładnie tak jak mówisz". kiedy jesz. Spytałem. – Ale jeśli mam być twoim przewodnikiem. – A mieszka – odrzekł z przekonaniem. Bez zaproszenia wszedł do mojego pokoju i usiadł przy stoliku na progu balkonu. Co ty na to? W tym momencie pochylił się w moim kierunku i ściszając głos niemal do szeptu. pokiwałem głową i powiedziałem: “Tak. tak. jakiego w życiu spotkałem. że Jorge Campos to kanciarz. – Można powiedzieć. jakoby miał ekstatyczną wizję. jak gdyby nigdy nic. ale będziemy musieli z tym poczekać. i z tego. a wydaje mi się. Z wielkim ożywieniem poruszał rękoma i wskazywał nimi w różnych kierunkach. znów zaczął mówić po hiszpańsku. To znaczy. czy zna starego. że jesteś i jednym. uśmiechając się i kręcąc głową na boki jak mały niedźwiedź. Jak mogę się z nim skontaktować? – Proszę się o to nie martwić – odrzekł. – Najwspanialszy facet. znam go – odparł jowialnie. Jorge Campos uśmiechnął się do mnie szeroko. Już przedtem postanowiłem wyjechać z Guaymas przed wieczorem i w ciągu nocy dotrzeć do Kalifornii. jak zareagować. Pan Reyes miał rację. – Ach! Ale teraz musisz zostać. – Czyż nie rewelacyjny facet? – zagadnął mnie. Prawdopodobnie zjawi się tu i zapuka do pańskich drzwi jeszcze dziś albo jutro. i zanim zdążyłem się podnieść z krzesła i wysłać go do diabła. – Nie chcę cię zanudzać moimi głupimi spostrzeżeniami – oświadczył. Obserwował pana od chwili pańskiego przyjazdu. uścisnął moją dłoń i wyszedł. to prawda". – Przykro mi. muszę mieć obok siebie kogoś. że mam już informatora. który czeka na mnie. że wybuchnąłem gromkim śmiechem. Jeżeli mamy razem jeździć samochodem. że Jorge Campos pośredniczy właśnie w niezwykle delikatnej i lukratywnej transakcji. że kilka kompanii górniczych ze Stanów Zjednoczonych interesuje się złożami żelaza i miedzi należącymi do Indian Yaqui. Byłem zbity z pantałyku. być może mówił językiem Yaqui. mimo to postanowiłem jednak wyjawić mu. Nie spieszyłem się z udzieleniem zobowiązującej odpowiedzi. On również zaśmiał się szczerze. – Czy on mieszka gdzieś w pobliżu? – zapytałem. że nazywa się Juan Matus.kto szybko i sprawnie potrafi przeprowadzać obliczenia. Na ziemiach należących do Indian Yaqui nie było żadnych złóż żelaza ani miedzi. co słyszałem. powiedziałem. Był to Jorge Campos. W przeciwnym wypadku prywatne firmy już dawno wyparłyby Indian z ich ziemi i przerzuciły w inne miejsce. i zabrzmiało to dla mnie tak zabawnie. Miło mi stwierdzić. i drugim. skoro zdecydowałem się być twoim przewodnikiem – powiedział. Gdy jacyś ludzie zbliżyli się do naszego stolika i spojrzeli na nas. ja jem z tobą. jakby udzielał mi jakichś instrukcji. bo nie chce. więc pan Reyes sam rozpoczął rozmowę. jest szamanem. Dodał. Następnie wstał z krzesła. – Atak. kto będzie dobrym słuchaczem i inicjatorem rozmowy.

bezpodstawna. żeby tego nie zrobić – powiedział. – Musimy ostrożnie piąć się w górę. Muszę się im przypodobać i przynieść dla nich forsę.. Rozważałem nawet. Indianie Yaqui są bardzo zamknięci. że nie mam przy sobie tylu pieniędzy. że kłamie. człowieka. Na samym końcu – ciągnął – dam ci ogólny kosztorys z rachunkami i wszystkimi kwitami do podatków. Nie denerwuj się – ostrzegł mnie. który tak bardzo mnie intrygował. próbując wymyślić. człowiekiem znanym ze swych czarodziejskich wyczynów. co mi opowiadali o nim inni. Czułem. którą dysponowałem.– Zabrałbyś mnie do niego? – Nie widzę powodów. – Mój pobyt tutaj dobiega końca – rzekłem w ramach przeprosin – tak więc prawie skończyły mi się pieniądze. czy naprawdę nie postarać się o stypendium. Nie miałem nic do powiedzenia. jak gdybym miał zaraz zaprotestować. Grzecznie odmówiłem i powiedziałem. położonych wzdłuż rzeki Yaqui. Wtedy sam się przekonasz. ludzi. – Wezmę te pięćdziesiąt dolarów i twój zegarek – oświadczył bezwstydnie. od niższych rangą. Nie zamierzałem się targować o pieniądze. że przebywa w okolicy. siadając prosto i skwapliwie zgarniając pieniądze i zegarki. ale uprzedził mnie. co powiedział. być może. Zostało mi tylko pięćdziesiąt dolarów. nawet o rachunkach do rozliczenia podatkowego. którzy go strzegą. po czym wypalił z grubej rury: powiedział. Z zażenowaniem nieomal zaoferowałem mu pięćdziesiąt dolarów. Sam pilnie rachowałem. skąd wziąć dwa tysiące dolarów. Następnie zmienił temat rozmowy i zaczął mówić o starcu. – A kiedy mógłbym spotkać się z tym pośledniejszym szamanem? – spytałem. Jorge Campos wyprostował swoje długie nogi pod stołem i zaplótł ramiona za głową. że Jorge Campos wprowadzi mnie nie tylko do świata Yaqui.. – Mógłbym cię zabrać do niego za dwieście dolarów – powiedział. Już miałem zaprotestować przeciwko tak drastycznemu skokowi ceny. że możliwość regularnego spotykania się ze starcem i prowadzenia z nim rozmów zadowalających antropologa będzie mnie kosztować przynajmniej dwa tysiące dolarów. Sam byś na to wpadł. że nie obejdzie się bez kilku łapówek. – Ale za te pieniądze zabiorę cię do pośledniejszego szamana. Reszta poszłaby na łapówki. lecz również umożliwi dotarcie do starca. Jorge Campos przedstawiał go jako najbardziej znamienitego znachora i czarownika na tamtych terenach. jednak nie chciałem w to uwierzyć. On ma normalnych ochroniarzy. zawsze są drzwi. Zrobił przerwę. Podczas gdy oni opisywali go jako pustelnika i byłego szamana. – Od razu! – odparł. i potem możemy do niego pojechać. Wiedział o wszystkim. którego sława uczyniła go niemalże niedostępnym. Była to kwota większa od tej. Ale dłuższa rozmowa z nim będzie kosztować więcej. które wyrabia na indiańskie obchody wielkiego postu. Pomyślałem nawet. tylko żeby się upewnić. . – Z tych dwustu dolarów dla mnie zostałoby około trzydziestu. że jedziemy się spotkać z Lucasem Coronado. – Będę potrzebował dwóch dni na własne rozpoznanie. Podczas drogi wyjawił mi. szamańskich transów i cudownych masek. – Jednakże za zabranie cię do tego człowieka – ciągnął – opłata będzie stała. Wydawał mi się w tamtej chwili bardzo przekonujący. niczym aktor. które można otworzyć magicznym kluczem – pieniędzmi. wręczając mu pieniądze i zegarek. Przez chwilę nic nie mówił. zsuwając sobie kapelusz na twarz. że moja marża za załatwienie ci całej sprawy jest minimalna. Moje wynagrodzenie to dwieście dolarów. jakby obliczał swój minimalny zarobek. pozostawało w całkowitej sprzeczności z tym. które miałem w kieszeni. to. Pomimo wszystkich moich obaw byłem przekonany. jedną z tradycyjnych osad indiańskich. – Jedziemy! Nie ma czasu do stracenia! Wsiedliśmy do mojego samochodu i nakazał mi się kierować na zamieszkałe przez Indian Yaqui miasteczko Podam. aż do twojego człowieka. który – zapewniam cię – jest na samym szczycie hierarchii. że moja początkowa nieufność była. – Nie chcę wyjść na najemnika – powiedział ze swym zniewalającym uśmiechem – ale na ile cię stać? Musisz wziąć pod uwagę to. Poczułem przypływ podziwu dla niego. ale zawsze jest jakiś sposób.

Wprawa. – Zaczekaj z tym wszystkim. że zakwalifikowałem go już jako naciągacza – przeszedł na angielski. który obrabiał dłutem i pobijakiem. w takim zakresie. Byliśmy w Potam. z którym mówił przez cały czas naszej rozmowy. badawczym spojrzeniem. – Czemuż zawdzięczam tę przyjemność? – spytał Jorgego Camposa. i ku mojemu całkowitemu osłupieniu – wynikłemu z tego. – Chodźcie. Nosił cienkie. nie ma sprawy. chciałem cię sprawdzić. podobnie jak kruczoczarne włosy. głośno wołając Lucasa Coronado. lecz również pokaże ci magię. mierząc mnie swym zimnym. Jego niesamowicie ciemne brwi sprawiały wrażenie. zauważyłem. Pracował właśnie nad maską. – O tak. – O. jakby nakreślono je ołówkiem. Skóra na jego twarzy i szyi wydawała się napięta do granic możliwości. – Zaręczyłem. za którą udzieliłby ci kolejnych lekcji. Gołymi stopami trzymał kawałek drewna. Gdy podeszliśmy bliżej. spokojnie dam radę – skłamałem uspokajająco. – Myślisz. mocno zaostrzony nos i dzikie czarne oczy. że jesteś całkiem bystry. że starzec będzie chciał ze mną rozmawiać? – zapytałem. iż kolana sięgają mu do barków. Odniosłem wówczas dziwne wrażenie. czy jesteś zaradny. Później będziesz mógł dojść z nim do jakiegoś porozumienia w kwestii kwoty. ponieważ chce ci zadać kilka pytań dotyczących twojej sztuki – odpowiedział Jorge Campos niezwykle protekcjonalnym tonem. Przez chwilę znów się nie odzywał. gdy na niego patrzyłem. Posługiwał się angielskim wybornie i zabawiał mnie żartami i historyjkami. że Lucas Coronado nie wie. zobaczyć. przedstawiał włoskiego truciciela z epoki Medyceuszy. z jaką posługiwał się stopami przy trzymaniu i obracaniu maski. że tak. Mężczyzna był bardzo szczupły. Był wyższy od Jorgego Camposa i chudy jak patyk. jak się uśmiechać. Właściwie mógłbym rzec. – Oczywiście – odparł z przekonaniem. że szczerze mu odpowiesz. trzymając pomiędzy stopami kawałek drewna. Obraz. nie ma sprawy – zapewnił Lucas Coronado. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Słowa “srogi" i “posępny" wydały mi się najtrafniejszymi określeniami. jak sądzę. że byłbyś w stanie zapłacić mi te dwa tysiące dolarów? – zapytał z tak doskonałą obojętnością. On prowadził. patrząc mi badawczo w oczy. – Więc jednak mówisz po angielsku! – wykrzyknąłem. nie starając się w ogóle ukryć zaskoczenia. zanim się obejrzałem. opadające wąsiki. miał pociągłą twarz o kanciastych rysach i wysokich kościach policzkowych oraz ciemną karnację o miedzianym zabarwieniu. – Oczywiście. włożył swoje sandały. Jorge Campos nie potrafił ukryć swojego rozradowania. iż udaje. Zaczai mi opowiadać o swoim pobycie w Stanach Zjednoczonych i ambicjach handlowych. Wyszliśmy z samochodu. Nigdy w życiu nie widziałem twarzy równie groźnej. – Mówiłem ci. Trzymając obrabiane drewno nieruchomo pomiędzy stopami. a dłońmi operował narzędziami. Miał orli. – Nie tylko będzie chciał z tobą rozmawiać. drążąc ją zakrzywionym dłutem. – No to będzie bal! Próbowałem zadać mu kilka ogólnych pytań dotyczących starca. siedział na ziemi. gdy przyglądałem się twarzy Lucasa Coronado. . Za małą lepianką znaleźliśmy mężczyznę. Stopami obracał drewno. chodźcie – powiedział bez uśmiechu. który pojawił się w mojej głowie. sprokurował jakby niesamowite koło garncarskie. Jesteś. Kiedy tak siedział na ziemi. naśladując teksański akcent. W geście poważania dla nas. zaczesane ku tyłowi głowy. Będziesz go miał wyłącznie dla siebie – powiedział z uśmiechem. Usłyszeliśmy głos dochodzący z tyłu domu: – Chodź tutaj. była nadzwyczajna. – Zuch z ciebie! Zuch! – wykrzyknął. mój chłopcze – odrzekł.– Ale jesteś pewien. które nadawały jego kanciastej twarzy wyraz srogości. za jaki mu zapłacisz. aż się z nim spotkasz. że od razu się zorientowałem. Skierował mnie do domu na przedmieściach. przestał pracować i wstał. – Przyprowadziłem tutaj tego młodego człowieka. na koziej skórze. że kości jego nóg są tak długie. brutalnie mi przerwał.

– Kiedy indziej. myślałem jedynie o tym. ale dodał. W żadnych okolicznościach i pod żadnym pozorem nie mogę narażać moich klientów. tak. że Lucas Coronado mnie nie oszukał. Byłem w siódmym niebie. Uklęknął przed czymś. chociaż go nawet nie znasz. – Muszę zobaczyć. Wdali się z Jorgem Camposem w ożywioną wymianę zdań. moje słowa miały komentować w ironiczny sposób jego biedę i bezradność. Spojrzał na mnie. że była to mowa Indian Yaqui. i zatrzymałem samochód.Następnie przeszedł na inny język. Pomyślałem. Kiedy indziej. Obaj zachowywali się tak. że ma teraz bardzo pracowity okres. gdybym jedną z nich mu dał. i że wyśmiewasz się z tego. Próbowałem mu wyjaśnić. – W takim razie daj mu swoją skórę – powiedział tonem rzeczowym. – Ależ wręcz odwrotnie – powiedziałem. że stosowana przez niego technika jest dla mnie zupełnie nowa. Kiedy powiedziałem Lucasowi Coronado. Jorge Campos jakby zdawał sobie sprawę z mojego rozgoryczenia. że zaraz mi przywali. po czym potarł dłońmi o boki kurtki. Uważa on za rzecz osobliwą. że musi pracować. jakby chciał je rozprostować. – Proszę. – Mamy tu mały problem – rzekł Jorge Campos. – Tak. Jorge Campos powiedział po angielsku. Chciał się upewnić. musimy ją gdzieś tutaj szybko zakopać. właśnie. Jorge Campos wyrwał mi go z rąk i rozwinął papier. że będę mógł sam odwiedzić Lucasa Coronado i z nim porozmawiać. przypuszczam. Wyglądało na to. która trwała jakiś czas. by kupić paliwo i jedzenie na drogę. i że zamierzam dojechać do Los Angeles bez zatrzymywania się. co tam masz – nalegał Jorge Campos. ale zanim przekroczył próg. mogę przyjechać kiedy indziej. Poszedł w niej do domu. Ponieważ go znieważyłeś. zatrzymaj się. Zapłaciłeś mi za wykonanie określonej usługi. Ochoczo ofiarowałem mu jedną z masek. Wziął ode mnie skórę i włożył ją na siebie. czułem się w obowiązku wyrazić Lucasowi Coronado mój podziw dla jego niesamowitej techniki pracy rękoma i stopami. że jeśli chcę. że jego maski są piękne. Czułem się zupełnie zbity z pantałyku. Paczka mnie nie interesowała. Swobodnym i obojętnym tonem Jorge Campos zauważył. co wyglądało na ołtarzyk. jakbym był szalony. mówiąc. że jego technika jest rewelacyjna! – Nawet nie próbuj mu mówić niczego takiego – rzucił sucho Jorge Campos. bo zbliża się święto. Gdy zbieraliśmy się do odejścia. – Skąd się tutaj wziąłeś? Z Marsa? Poczułem się głupio. wykonał kilka dziwnych piruetów. – Nigdy nie widziałeś. właśnie. mógł rzucić czary na przedmioty w paczce. jak najbardziej – odezwał się do mnie Lucas Coronado po hiszpańsku. W środku były trzy pięknie wykonane. otworzył szeroko oczy. żebym otworzył paczkę. i zrobił parę ruchów ramionami. Ale nie mów mu. zaskoczony. – Musimy skrócić naszą wizytę – rzekł Jorge Campos – ale przyprowadzę cię tutaj jeszcze. – Kup którąś z jego masek – doradził mi. Wykręcił się. jakby mnie w ogóle tam nie było. uśmiechnął się z zadowoleniem. . że ponieważ nie doprowadził mnie jeszcze do starca. by sobie kupić imadło. Po prostu którąś kup. iż nie ma pieniędzy na to. że zbiera mi się na mdłości. że chciałbym •wymienić moją skórzaną kurtkę na jedną z jego masek. Z domu przyniósł małą paczkę zawiniętą w gazetę i podał mi ją. Niczego wówczas nie chciałem uniknąć bardziej niż utraty jedynego możliwego kontaktu. a zarazem poufałym i życzliwym. W drodze powrotnej do Guaymas Jorge Campos poprosił mnie. że swoimi uwagami obraziłem Lucasa Coronado. – Tych ludzi uczy się przyjmować i samemu czynić zniewagi w niezwykle zawoalowanej formie. że go lekceważysz. ale z chęcią zrobi to kiedy indziej. Jeżeli tak jest w istocie. Chciałem zadać mu kilka pytań. Ten człowiek to autentyczny szaman i dlatego jest bardzo niebezpieczny. że mam tylko tyle pieniędzy. tradycyjne maski Indian Yaqui. – Lucas właśnie mi zakomunikował. tak więc nie będzie mógł teraz odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania. że postąpiłbym jak najbardziej właściwie. Odebrał moją pochwałę jako ukrytą drwinę z jego nędzy. Poczułem. Odrzekłem. jak się robi maskę? – wysyczał przez zaciśnięte zęby. Z największą ostrożnością ująłem pakunek. muszę utrzymać z nim kontakt. – Uważam. – W przeciwnym razie będzie zagniewany i zapamięta jedynie twoje zniewagi.

że choć jego chciwość aż kłuje w oczy. Myślałem sobie. Wiem. Odjechałem. Nigdzie w Guaymas nie mogłem odszukać Jorgego Camposa. Ku mojemu zaskoczeniu. Był zbity z tropu jego zniknięciem tak samo jak ja. synek – rzucił ostro. wskazując na inną. że jesteś bardzo poważnym młodzieńcem. Miejscowi sprzedają je turystom. gdzie mógłby być. Pytałem właściciela restauracji. Zapytałem sąsiadów. ale chciałem je pokazać moim znajomym antropologom. ale wyglądał na zadowolonego dopiero wówczas. Z przekonaniem oświadczył. kiedy dałem mu słowo. które spędziłem w tamtej okolicy. Dwa tysiące dolarów w owym czasie było znaczącą sumą pieniędzy. Widziałem wcześniej indiańskie maski. które dla niego przywiozłem. że gdyby się zgodził brać zaliczki. Szczerze wyraził swoją aprobatę. wykonanych z kokonów jakichś pustynnych owadów. Potem zabrałem go do Guaymas na obiad. które zaprzeczały istnieniu owego starca. nie dość. i kupiłem trzy maski – przepięknie rzeźbione dzieła – oraz parę grzechoczących getrów. Zajechałem pod jego dom w południe. które ja dostałem. Popatrzyli na mnie groźnie i nie zaszczycili mnie żadną odpowiedzią. Mój towarzysz sprawiał wrażenie zdezorientowanego. W końcu. że Jorge Campos. przezwyciężając wątpliwości. które sprzedawano w sklepach w miasteczku. Zostawiłem go w mieście i ruszyłem w kierunku Los Angeles. który według zapewnień Jorgego Camposa jest wybitnym czarownikiem. wziąłbym raczej tę – powiedział. że według jego najlepszej wiedzy taki człowiek nigdy nie mieszkał w tej części kraju i że Jorge Campos to oszust. czy zna starca. żeby mieć te pieniądze – odparłem niezobowiązującym tonem. będę go potrzebował jako przewodnika. Byłem wówczas przekonany. że wrócił do Arizony albo do Teksasu. czy wiedzą może.– Jeżeli mógłbym wybierać. że zastałem Lucasa Coronado. nieomal gniewnie. Wręczyłem gospodarzowi kilka prezentów. z największą radością zobowiązałbym się do zapłacenia mu tej kwoty w ratach. czego mi było trzeba. Postanowiłem zaryzykować i sam udać się na spotkanie z Lucasem Coronado. ale znów szczęście mi nie dopisało. czerpie szczególną radość z wyzyskiwania swoich indiańskich pobratymców. Pięć miesięcy później wybrałem się ponownie do Guaymas zobaczyć się z Jorgem Camposem. czy wie coś na temat starego szamana. Sądziłem. – Zrobię. Tak dobrze się bawiłem w roli badacza terenowego. gdzie prowadzi interesy. że przyjechałem bez Jorgego Camposa. Słowa Lucasa Coronado. zorientowawszy się. wywarły na mnie potworny. a z moich Jorge Campos rzeczywiście wybrał najlepszą. że mógłbyś mi dać te dwa tysiące dolarów przy następnej wizycie? – spytał odważnie. co będę mógł. i że oczywiście mam dowód własności. W porównaniu z tymi. jest ostatnim skurwielem. żeby ci załatwić to spotkanie. przypomniał mi. którego jedynym celem było wyłudzenie ode mnie pieniędzy. ile jest wart mój samochód. – Myślisz. . którego określał jako zdrajcę Yaqui. że może ją sobie wziąć. – Będę tu wydawał własne pieniądze. Ubolewał. Maski nie miały dla mnie żadnego znaczenia. że jeśli powiem mu prawdę – czyli że to bardzo wątpliwe – da sobie ze mną spokój. były bardzo ordynarne. ale wróciłem późnym popołudniem. zakładanych przez Indian Yaqui do tradycyjnych tańców. spytałem Lucasa Coronado. to na dodatek był dla mnie niezwykle uprzejmy. gdyż zacznie już rozdawanie łapówek i załatwianie mi spotkania z wielkim bonzem. Spotykałem się z nim codziennie przez pięć dni. Dałbym mu również pozostałe dwie. jak się wyraził. który. że wręcz ociągałem się z zapytaniem go o to. Podał mi całą masę informacji o Indianach Yaqui: o ich historii i organizacji społecznej. – Jestem pewien. o znaczeniu i naturze ich świąt. zwłaszcza dla studenta. Odparłem. Jego pytanie postawiło mnie w trudnej sytuacji. – Po prostu wyparował – powiedział. że praktycznie jestem mu winien dwa tysiące dolarów. – Ty się lepiej bardziej postaraj. Ile jest wart twój samochód? Masz jakiś dowód własności? Powiedziałem mu. – Te maski to nic takiego – oświadczył. W rzeczywistości byłem gotów od razu wracać do Los Angeles. że następnym razem przywiozę mu gotówkę. – Możesz je kupić w każdym sklepie w miasteczku. i muszę jeszcze raz usłyszeć od ciebie zapewnienie. dostałem już to. Nie nastawiałem się absolutnie na nic. Zanim się pożegnałem.

Od czasu do czasu przyjeżdża odwiedzić syna. ale on nie zna żadnego Matusa. jakby nie mógł w to uwierzyć. do cholery. Zrozumiałem wtedy. zupełnie wyczerpani. Spojrzał na mnie oniemiały. gdzie mieszka Ignacio Flores. sumiaste wąsy i dzikie oczy – czyniło to z niego uosobienie bezwzględnego żołnierza. nie chciałem też o to pytać. to choć jest on ojcem Ignacia. Osobliwością Indian Yaqui była nadzwyczajna skłonność do urazy. którego spotkałem w Nogales. ale też jesteś bardzo powściągliwy. Odbiło ci zupełnie bez powodu. nie wygląda tak bardzo staro. – Aż do tej chwili tego nie wiedziałem. – Jedynym człowiekiem w bardzo podeszłym wieku. Nie miałem pojęcia. że potrafi to robić. po czym zaczai się śmiać. Nagle zaświtała mu w głowie myśl. Nie przestawał kręcić głową. że skoro ów człowiek jest stary. Potężny. jakby ciągle jeszcze nosił buty z ostrogami. Pomimo podeszłego wieku jego włosy ciągle były kruczoczarne. – Zdecydowanie tak – odparł z całkowitym przekonaniem. korpulentnym mężczyzną. że tamto spotkanie w istocie było punktem kulminacyjnym czegoś. Przeprosiłem go za okazanie w taki sposób gniewu i rozgoryczenia. Moja radość natomiast nie miała granic. żyją magiczne istoty – ciągnął – i one mogą działać na ludzi. około sześćdziesięciopięcioletnim. – Takie rzeczy się tutaj zdarzają – powiedział. Ale stary jest. jego ojciec sprawia wrażenie młodszego od niego. ale był bardzo uczynny. skierował mnie do najbliższego miasta Indian Yaqui i tam go odszukał. Byłem śmiertelnie przerażony łatwością. wyczulonych na zniewagi zbyt subtelne. – Myślisz. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. Tupałem nogami. Lucas Coronado przedstawił mu mnie i powiedział. Ogarnęła mnie frustracja i bez najmniejszych zahamowań zacząłem pomstować i wrzeszczeć. Pod ich wpływem zaczynają pomstować i bredzić. by wydawać komendy. Liczyło się tylko odnalezienie tego starego. Lucas Coronado wytłumaczył mi. Wyglądał na przygnębionego. Mimo to. ochrypły głos był szkolony bodajże tylko i wyłącznie po to. W jednej chwili stało się dla mnie jasne. słyszałem dzwonienie ostróg. i z jakiegoś dziwnego powodu. który mieszka gdzieś indziej. kim. gdy się poruszał. a nie prawdziwe. jest ten stary. Dzisiaj nie byłeś powściągliwy. – I bez tego masz skłonności do świrowania z byle powodu. ale mieszka w Mexico City. nie mają bladego pojęcia. – To on! – wydarłem się. Lucas Coronado milczał. że to właśnie mi się przydarzyło? – zapytałem. Lucas Coronado uprzedził mnie wcześniej. że ludzie rzeczywiście dostają na głowę. pogrążony jakby w głębokich rozmyślaniach. który mieszka w okolicy. Kiedy się lepiej nad tym zastanowić. nie zastanawiał się nad zadziwiającą młodzieńczością starca. Nie miałem pojęcia. by normalny człowiek był w stanie je wyłapać. – W górach. Musiałem mu wyjaśnić. Po chwili zaczął chodzić w tę i z powrotem. Lucas Coronado nie potrafił powiedzieć. z jaką można go było obrazić. Lucas Coronado był bardzo zdumiony moim wybuchem. . Sprawiali wrażenie ludzi żyjących w nieustannym napięciu. że służył w kawalerii. a gdy się w końcu uspokajają. Ignacio Flores był potężnym. że olbrzym był w młodości zawodowym żołnierzem i ciągle nosi się po wojskowemu. Odniosłem wrażenie. którego spotkałem. który miałby na imię Juan. Sprawiają. Najwidoczniej nigdy przedtem. Zacząłem jeszcze bardziej zachodzić w głowę. Ignacio Flores nie był ani trochę zaskoczony. że być może ten stary Indianin. Gdy to sobie uświadomił. zupełnie nie wiedząc. być może ma jeszcze inne imię i może podał mi wówczas przybrane. co nie miało nic wspólnego z moimi pragnieniami.nieoczekiwany wpływ. zaśmiał się serdecznie. że tak naprawdę mam gdzieś badania terenowe. ale ten starzec jest motorem wszystkich moich poczynań. że nazwisko “Matus" jest bardzo popularne w tych stronach. ale nie pochodzi z tych stron? – zapytałem go. Ignacio zresztą również. którego nie byłem w stanie ustalić. aspiracjami ani poglądami w dziedzinie antropologii. którego znam – kontynuował – jest ojciec Ignacia Floresa. dlaczego byłem tak wytrącony z równowagi. skąd się wziął ich szał. Nie zrozumiał mojego pytania. do czego nawiązywał. był jak Jorge Campos Indianinem Yaqui. Lucas Coronado jakby zdawał sobie sprawę z mojego wewnętrznego rozbicia. – Znasz może jakiegoś starca. aż do tamtej chwili. – Wcale nie bez powodu – powiedziałem stanowczo. że przyjechałem z Arizony zobaczyć się z jego ojcem. tu w okolicy. Chodził tak. dlaczego krzyczę. Miał ciemną karnację.

Nie mogłem się nadziwić. że kilkakrotnie aż się dusił ze śmiechu. choć zarazem tak dzicy. jak robił to wcześniej. – Odnajdziesz w niej nieprzebrane bogactwo. Lucas Coronado nie był człowiekiem rozmownym z natury i coś dziwnego w jego charakterze sprawiało. Czułem się wolny. Nie pojechał z nami. że cię zna – powiedziałem przy końcu mojej opowieści. zauważałem przede wszystkim niezwykłą uprzejmość i szacunek dla drugiego człowieka. Jednakże gdzieś głęboko w środku czułem. Mówiono mi wcześniej. – Jak to? Nie jestem oszustem! – zaprotestowałem. śmiał się tak bardzo. nawet jeśli jestem taki sam jak Jorge Campos. który od tej pory będzie cię prowadzić. jak niezwyczajnie uprzejmi są Indianie Yaqui. głosu. Ty jesteś bardziej wyrafinowany. Wiesz. Śmiej się! Śmiej! Jego słowa zadziałały niczym polecenia hipnotyzera. Kiedy powiedziałem don Juanowi o moim dylemacie.– O tak – powiedział. dlaczego Jorge Campos mnie okłamał. Chciałem od razu jechać z powrotem. rysuje przed nami określony schemat. cały czas – powiedział don Juan. Dlatego czarownicy to wykorzystują. którego Jorge Campos nie zdołał uniknąć – odezwał się w końcu – było doprowadzenie do twojego spotkania z tym drugim człowiekiem: z Lucasem Coronado. uzmysłowiłem sobie. Nigdy nie byłem tak szczęśliwy. Zaśmiał się. że za każdym razem. . który się śmieje. jakby aprobował zachowanie Jorgego Camposa. że to barbarzyńcy gotowi bez wahania zabić każdego. Wbrew własnej woli zacząłem się śmiać. że wkrótce po waszym spotkaniu zniknął i nigdy go nie odnaleziono? Jorge Campos był niezwykle znaczącą postacią dla ciebie – ciągnął – – We wszystkim. którego szukałem. którego poszukiwałeś. – Krokiem. – Mój ojciec sporo podróżuje. Dzięki temu uzyskujesz kontakt z czymś. czego istnienia w sobie nawet się nie domyślałeś. Ten jednak grzecznie się wymówił i poprosił. Każdy szczegół jest częścią mapy. Taka jest natura nieskończoności: kiedy przekraczamy pewien próg. – Nie próbował się nawet kryć. Don Juan dokładnie wiedział. moich ideałów. Bez żadnych dalszych ceregieli wyjaśnił nam. co się między wami zdarzyło. gdyż nieskończoność była silniejsza od niego. Długo i uważnie mi się przypatrywał. że nie mam ochoty się usprawiedliwiać. – Nie słuchaj tego powierzchownego głosu. Pojechałem do domu ojca Ignacia Floresa i znalazłem tam człowieka. Nie obrzucił mnie krótkim spojrzeniem. Słuchaj go! I śmiej się razem z nim. i uważam. odnajdziesz swego rodzaju ukryty schemat. Uważał cię za frajera i chciał cię okpić. Nie zdołał jednak wykonać swojego planu. z grzeczności. lecz utkwił we mnie przenikliwy wzrok. gdybyś był. gdzie możemy go znaleźć. Przeprosił nas i odmaszerował. który jest dla ciebie osobą równie znaczącą jak sam Jorge Campos. że znalazłeś człowieka. moich oczekiwań. – Zastanawiam się. czego nie wiem ja. Podczas relacjonowania historii tych dwóch ludzi. niemniej jednak nasze spotkania nie były tak naładowane napięciem i cechowały się długimi okresami milczenia. jak sądzę. co odczuwam. Myśl ta wydała mi się nie do przyjęcia i ze wszystkich sił starałem się znaleźć kontrargumenty. żebym odwiózł go z powrotem. Byłem przygotowany na zabranie Lucasa Coronado do domu starca. Co by to zmieniło. który każe ci się wściekać – rzekł rozkazująco. Jednakże dziwna myśl – równie gorączkowa co moje usprawiedliwienia – zmusiła mnie do stwierdzenia. – Słuchaj tego głębszego głosu. jednak jeśli o mnie chodzi. stawiając kroki jak na paradzie. zupełnie jakby wiedział coś. że powinieneś pojechać sam – powiedział. a może nawet bardziej. tak jak Jorge Campos. – Przypominaj sobie historię Jorgego Camposa. – Wydaje mi się. Oto potęga przywoływania z pamięci dawnych wydarzeń. że spędziłem więcej czasu z Lucasem Coronado niż z Jorgem Camposem. – Gdybym był tobą – podsumował – słuchałbym swego wewnętrznego głosu. mówiąc mi. oszustem? Był to tani oszust. – Nie okłamał cię – odrzekł don Juan z takim przekonaniem. Chwilę później usłyszałem samego siebie w trakcie długiej tyrady na temat mojego zachowania. ponieważ Jorge Campos przedstawia twoje życie. że w pewnych okolicznościach mogę przypominać Jorgego Camposa. pozbawiony maski.

Znalazłem cię. co mam mu powiedzieć. Dostanę trochę pieniędzy z banku państwowego. klepiąc mnie mocno w plecy. – Przesłałem mu przez mojego syna Ignacio wiadomość. Don Juan zapadł w jeden ze swoich zwyczajowych długich stanów całkowitego milczenia. miłośniczki sztuki. z jednej strony pozbawiony skrupułów.gdy pogrążał się w milczeniu. by mi wytłumaczył. który reklamują w radiu – odparł z niewinnością dziecka. udawało mu się pociągnąć mnie za sobą. Tak powinna była wyglądać mapa twojego życia. Tym razem absolutna pewność. a zarazem przekonujący sposób. Dopiero pod koniec dnia – kiedy dotarliśmy z powrotem do jego domu i siedzieliśmy pod ramadą. – Co to jest Vitaminol? – zapytałem. – Lucas Coronado to druga strona twojej mapy – rzekł don Juan. sam mógłby z łatwością się wyleczyć. Don Juan nie tylko wszystko mi wytłumaczył. Przypomniało mi się. gdy przekroczyłeś próg nieskończoności. żeby się wyleczyć – ciągnął don Juan – ale on uważa to za bzdury i nie chce nawet o tym słyszeć. – To środek. że nakłoniłem don Juana. co ma zrobić. lecz oto pojawiła się jeszcze inna możliwość. słaby i czuły na swoim punkcie. który – podobnie jak ty swego czasu – szuka sponsora dla swej sztuki? Szukał go tak samo. Na tym nasza rozmowa się skończyła. co powiedział. Tyle właśnie udało mi się wyciągnąć z twojej opowieści. że oceniając sytuację z poziomu mojej płytkiej świadomości. – Tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Fakt. – Gdy mi tak opowiadałeś. że tylko Indianin z jego plemienia może być tak subtelny. Pomyślałem sobie. Zaleca ludziom. że Lucas Coronado jest śmiertelnie chory. – Leczy wszystko. że ty również – bardzo niepokojącą rzecz. które go z wolna trawiło. co chcą usłyszeć. ohydny. jak don Juan się o tym dowiedział. że cokolwiek było do tej pory. Wszyscy musimy umrzeć. – Takie rzeczy mi nie pomogą – odrzekł w końcu z hardością w głosie. Zaleca się go ludziom. gdybym był Indianinem Yaqui. niezwykle wrażliwym artystą. i że nie jestem w stanie znaleźć wytłumaczenia. która otwarła się przed tobą z chwilą. bezwstydny. nie miało absolutnie żadnego znaczenia. że był tego świadom i przedstawił to w tak delikatny. którzy z ledwością . żeby mu pomóc złagodzić fizyczny ból i psychiczną udrękę. który dochodził gdzieś z głębi mnie. sam w ten sposób przekraczając ów próg. walczyła z faktem. który przejmuje się tylko sobą samym. jakby przyglądał się rzeczom niewidocznym dla ludzkiego oka. A to. udręczony artysta. Bez żadnej zachęty ze strony don Juana zacząłem się serdecznie śmiać. Z drugiej strony jest niezwykle wrażliwy. Miał jakieś schorzenie. Wskazuje on na koniec pewnej epoki. ot tak. mówiła mi. zażywając ochłody po długim marszu – przerwał ciszę. Nazywa się to Vi-ta-mi-nol. – Tą osią jesteś ty. lecz niezniszczalny. Przywiodła cię do mnie kombinacja bardzo niewyraźnych czynników. że jest rzeźbiarzem jak ty. tak oto przekroczyłeś ów próg. – Jorge Campos i Lucas Coronado to dwa końce jednej osi – stwierdził. Niemniej jednak. co się wydarzyło pomiędzy tobą a Jorgem Camposem i tobą a Lucasem Coronado – podjął – dostrzegłem – i mam nadzieję. – Nie zastanowiło cię to. Ponownie poczułem. musi odejść. wpadłem w gniew i chciałem wyjechać. – Bardzo dobrze – odezwał się do mnie don Juan. głęboko w środku. I raz jeszcze impuls ten został stłumiony przez głos. jak mógł zdobyć te informacje. że pewnego dnia don Juan wyjawił mi. co oznacza. Dostanę zaliczkę na poczet moich zbiorów. że to zupełnie obojętne. co mam powiedzieć Lucasowi Coronado. Pamiętałem też. jest prawdą. jakbym postradał rozum. Jakaś cząstka mnie samego. lecz również z przekonaniem oświadczył. Przez chwilę był pogrążony w zadumie. Intencja nieskończoności kazała mi szukać kogoś takiego jak ty. i tak będę miał dość pieniędzy. że gdyby Lucas Coronado tylko zechciał. możliwość. Poszukiwałeś mnie i znalazłeś. którzy nie jedzą codziennie mięsa ani ryb. z pewnością niezwykle dla mnie obraźliwych – nakreślił mi obraz człowieka. jak ty szukałeś kobiety. Żaden z nich z osobna nie był wystarczający. że nigdy wcześniej nie wspominałem mu o tym aspekcie mojego życia. że postradałem nadzieję. gdy przekazałem mu słowa don Juana. że chcę natychmiast stamtąd wyjechać. Ale nie waż się nawet myśleć. Cała ludzkość nie chce niczego słyszeć. która finansowałaby twoją twórczość. – Bardzo dobrze. nieokrzesany najemnik. Znów zacząłem się straszliwie zmagać z samym sobą. żeby kupić sobie coś. co mnie uleczy. To nie jest wina Lucasa. Słyszą tylko to. który jest już śmiertelnie znużony czyimś niczym nie usprawiedliwionym natręctwem. spojrzał na mnie. zły na mnie za brak wrażliwości. Dla mnie jest to omen. Następnie we wspaniałych słowach – a także. był godny podziwu. że wszystko. ani drobiu.

. że może on wyleczyć każdą chorobę i rozwiązać wszelkie jego problemy. żeby pomóc Lucasowi Coronado. – Mówiłem ci już. jaką tylko można sobie wyobrazić w społeczności tak niezwykle przewrażliwionych istot jak Indianie Yaqui: zaofiarowałem się. co mam na myśli – powiedział. – Lucas Coronado jest zamknięty w błędnym kole. by samemu kupić sobie Vitaminol. że dam mu pieniądze na Vitaminol. Jego zimne. że poczułeś się dotknięty do żywego i zebrało ci się na płacz. że pewnego dnia będzie go w końcu na niego stać. że natychmiast popełniłem największą gafę. Tak bardzo się rwałem do tego. Lucas Coronado bardzo cichym głosem oświadczył. – Wszyscy mamy swój własny Vitaminol. – Możesz mi wierzyć. Lucas Coronado wytknął ci Vitaminol i zrobił to tak miażdżąco i boleśnie. że stać go na to. Moja głupota była niewybaczalna. przeciągłe spojrzenie świadczyło niezbicie o tym. ale podobnie jest z tobą. że nie rozumiesz. że zachowanie Lucasa Coronado to mapa twojego życia – rzekł. Obrzucił mnie przenikliwym spojrzeniem. Chciało mi się płakać. że tak jest. Wróciłem do domu don Juana.sobie radzą z utrzymaniem swojego ciała i duszy w kupie. Wtem don Juan przestał mówić. – I nie mów mi. Tymczasem nie może sobie na niego pozwolić. i z każdym – On ma swój Vitaminol i wierzy. taki czy inny. ale ma wielkie nadzieje. Zgubiła mnie moja nadgorliwość. Była to długa i poruszająca pauza. jak bardzo go dotknąłem. – Nie trać energii na zamartwianie się podobnymi rzeczami – powiedział chłodno don Juan.

której on nie chciał słyszeć – traktowała o moich odczuciach i wrażeniach z owego przełomowego dnia. Cokolwiek bym powiedział. że wcale nie wyglądał tak. Mógłbym się rozwodzić nad własną wiedzą i wartością przez długie godziny. było wynikiem powstrzymania jakiegoś tajemniczego przepływu. że z powodu podeszłego wieku rysy jego twarzy przywodzą na myśl ptaka. lecz zarazem lekko. Człowiek. Dopiero wiele miesięcy później zaczął się odsłaniać dziwny osad zapomnianych wydarzeń. lecz również o czymkolwiek pomyśleć. absolutnie nie harmonizował z rzeczywistością. Poruszał się bardzo sprawnie. Kroki stawiał pewnie. Myślałem. Była cała masa rzeczy. którego nie udało mi się w żaden sposób racjonalnie wytłumaczyć. w jaki na mnie spojrzał. ni zowąd. Przy pierwszym moim spotkaniu z don Juanem na dworcu autobusowym w Nogales w Arizonie przydarzyła mi się rzecz niezwykłej natury. Chciałem wówczas zaimponować don Juanowi. Cechą. uzmysłowiło mi. które mogłem mu jeszcze o sobie powiedzieć. żeby dobrze się sprzedać. co poczułem. Jego kolana nie były zwiotczałe i uda mu nie drżały. spojrzał mi uważnie w oczy i sparaliżował wzrokiem. Stworzyłem sobie pewien wizerunek mężczyzny spotkanego na dworcu autobusowym. co zaszło podczas naszego pierwszego prawdziwego spotkania. . Ramiona miał szerokie. Jednakże to. całą moją uwagę skupiłem na tym. który choć nadal bardzo silny i żwawy. W tamtej chwili nie tylko nie byłem w stanie wykrztusić z siebie choćby jednego słowa. całe moje ciało pokryło się dziwnym potem. którego nigdy wcześniej nie powstrzymywano – w każdym razie nie tak. Również jego skóra nie była aż tak ciemna. niemal okrągłą. który na mnie patrzył. był dobrze zbudowany i stanowczy. lecz przykryło ją całkowicie moje wielkie zaaferowanie prezentacją samego siebie. gdyby nie to. Włosy miał jednak dłuższe i nie tak mocno posiwiałe. – To bardziej zahacza o wyznanie niż o ciąg zdarzeń – powiedział mi kiedyś. sprawiał wrażenie mocno osadzonego w ziemi. gdy usiłowałem go odszukać. gdy don Juan na mnie spojrzał. było to wydarzenie najwyższej wagi. że ma krótkie siwe włosy i nadzwyczaj ciemną karnację. igrającym poblaskiem. ale nie była to żwawość. że ma rację. że to. W głowie miałem więc obraz starca. jak go sobie wyobrażałem przez cały ten czas. Później przez jakiś czas głowiłem się nad fizycznym odczuciem powstrzymania owego przepływu. który wywarł na mnie zestaw najbardziej kuriozalnych poglądów. którą całkowicie pominąłem przy pierwotnej ocenie jego osoby. kiedy to wkroczyłem do jego domu: o sprzeczności moich oczekiwań i rzeczywistości. Gdy próbowałem wyjaśnić znajomym. bez żadnej inicjatywy z mojej strony. Twarz miał pełną. iż nie wydawał mi żadnych nakazów ani nie wykonywał żadnych ruchów. – Nie mogłeś się bardziej pomylić. W świetle tego nowego odkrycia raz jeszcze zacząłem się zastanawiać nad wszystkim. i starając się to osiągnąć. jakie były tego skutki fizyczne. przypominając sobie rzekomo coraz to nowe szczegóły. z niezwykłą wyrazistością przypomniałem sobie coś. Coś w sposobie. Jego obraz. Biła od niego witalność i nieugięta wola. który sam skomponowałem. Prawdę powiedziawszy. co się wówczas wydarzyło. że odniosłem wrażenie. pochlebstwo. Ale i to nie było prawdą. który stał przede mną. w której się znalazłem. Nasunął mi się nieodparty wniosek. jak to sobie wyobrażałem. co zupełnie mi umknęło podczas pierwszego spotkania z don Juanem. najbardziej uderzały ciemne oczy. które mogły zaabsorbować moją uwagę. zauważyłem po pierwsze. Przez pewien czas byłem przekonany. jakby był nerwowy i rozdygotany. jak poznałem don Juana – ta. że podczas naszego pierwszego spotkania dostrzegłem lekkie drżenie głowy i ramion. Kiedy powstrzymał mnie przed podaniem mego imienia. że i ego spojrzenie całkowicie mnie ścięło. ale urwałem. jakby uważnie wpatrywał się we mnie przez dłuższy czas. Przedtem gotów byłem przysiąc. jakie w życiu słyszałem. brzuch płaski. Wcześniej byłem przeświadczony. który codziennie udoskonalałem. który utrzymywał mnie w nieustannym ruchu. lecz dobrze pamiętałem. mogłoby zabrzmieć jedynie jak nieszczery komplement. wyglądał jednak dość mizernie. tak samo jak wtedy. jak również o wpływie. To spojrzenie mnie prześladowało. że tak powiem. powodując chaos w głębokich warstwach mojej psychiki. że don Juan musiał mnie zahipnotyzować. Przy pierwszym kontakcie w człowieku. To natężenie owego spojrzenia sprawiło. jak to uczynił don Juan. była wysportowana sylwetka. przepływu. Pewnego dnia ni stąd.Kim tak naprawdę był Juan Matus? Część mojej relacji o tym. don Juanie – zacząłem. Kiedy w końcu miałem go znów przed sobą. po prostu rzucił mi krótkie spojrzenie. miało dla mnie wartość transcendentalną. gdy chciałem się z nim tym podzielić. emanujące dziwnym.

– Należę do linii czarowników. którzy byli założycielami mojej linii. zaglądając mi w oczy tak samo. Opuściły mnie wszelkie oczekiwania. z której z ledwością zaczynamy się wydostawać. . które stały pod ramadą jego domu. podobnie jak nazwa “szamanizm". zanim znów zaczął mówić. że zrozumiem wszystko. pojawiło się gwałtownie i zniknęło. że jest odpowiedzialna. Pozostał mi po nim natomiast dziwny spokój. Wie o tym każdy z nich i każdy z nich się na to godzi. Ponownie spojrzał mi w oczy z niesamowitą mocą. Odczułem je tak. że nagualami są kobiety. – Bycie czarownikiem – kontynuował don Juan – to nie praktykowanie czarnej magii czy staranie się o uzyskanie kontroli nad ludźmi albo opętanie przez demony. zachęcając mnie gestem do zajęcia miejsca na jednej ze skrzynek. ile trudności przysporzyło mi odszukanie go. gdyby mnie pochwalił za nadludzkie wysiłki. jakby mocno mnie uderzył otwartą dłonią. Przez chwilę wpatrywał się we mnie. jakby się ze mną droczył. czy w jego życiu jest jakaś kobieta-nagual. mężczyzny i kobiety. lecz w tym. ale on tylko zaczął się śmiać. reguła stanowiła. – To moje imię i wypowiadam je dlatego. że nagualem nazywa się przywódcę grupy czarowników i że określa się tak jedną osobę z każdego ich pokolenia. Nazwa “czarna magia" nie jest właściwym słowem na oddanie tego. co mam ci do powiedzenia – odezwał się don Juan. Działania czarowników zachodzą wyłącznie w sferze abstraktu. że zadawał się z grupą Meksykanów. na którym stają się dostępne rzeczy niewyobrażalne. Wytłumaczył mi. Mój umysł był krystalicznie czysty. i klepiąc mnie w plecy. a ci z kolei wpędzili nas w pułapkę głupoty. charakteryzującą się pewną określoną konfiguracją energetyczną. zanim zdążyłem pojąć. być może retoryczną uwagę. choć faktycznie nawet mnie nie dotknął. kobieta-nagual wnosi odmianę. Nagualem może być mężczyzna albo kobieta. W głowie zaświtała mi myśl. choć faktycznie był wyższy prawie o dziesięć centymetrów. Za czasów czarowników. – Tylko nagual – powiedział –jest z energetycznego punktu widzenia zdolny do wzięcia na siebie odpowiedzialności za los swych kompanów. Bycie czarownikiem to osiągnięcie pewnego poziomu świadomości. Don Juan nie wydawał się zaskoczony moim widokiem. Mężczyzna-nagual wnosi powściągliwość. nie ma. Mam jednak kompanów. nad którą nie potrafiłem zapanować. Następnie kontrolę przejęli mężczyźni. – Teraz zrozumiesz wszystko. Nie w tym sensie. Ich naturalny pragmatyzm – wytwór ich kobiecości – wpędził moją linię w pułapkę praktycyzmu. nietrwałe wrażenie. Skutkiem owego niby-klepnięcia było dziwne. który żył około dwustu lat temu – ciągnął – połączono w jeden tandem wysiłki dwojga ludzi. że jest lepsza czy gorsza od innych. – Nie. po którym przejdziesz tu. – Jestem czarownikiem – ciągnął. Od czasów naguala Lujana. biegłych podobno w sztuce czarnej magii. W owym momencie przypomniało mi się. Zwykła nerwowość i potliwość dłoni – nieodłączne atrybuty mojej egzystencji – nagle zniknęły. byłem w stanie jedynie kilkakrotnie z całą szczerością go zapewnić. by osiągnąć cel. co robią czarownicy. jak zrobił to na dworcu autobusowym. Chciałem mu powiedzieć. siadaj – powiedział. twierdzili. Jestem nagualem mojego pokolenia. co mówili mi o don Juanie ludzie z Yumy. W tym momencie chciałem go zapytać. co to było. – Jestem Juan Matus – powiedział. ale głębia mojej koncentracji nie pozwoliła mi sformułować tego pytania. która istnieje od dwudziestu siedmiu pokoleń. – Czy w moim życiu jest jakaś kobieta-nagual? – zapytał. Czarownicy podejmują wielkie wysiłki. że tym samym przerzucam dla ciebie most. gdzie ja jestem. która wyróżniają spośród reszty. – Twoje wysiłki są nieważne – rzekł. wszelkie pragnienia. który nie ma nic wspólnego ze zmaganiami przeciętnego człowieka. nie było to przyjacielskie klepnięcie. Siadaj. Ambicją czarowników jest osiągnąć nieskończoność i mieć tego świadomość. że odnalazłeś mój dom. z której z ledwością zdołaliśmy się wydostać. tego. On sam uczynił to za mnie. że mierzy nieco poniżej metra siedemdziesięciu centymetrów. Czułem się bardzo swobodnie. Byłoby mi przyjemnie. W normalnych okolicznościach uznałbym jego słowa za zdawkową.Wyobrażałem też sobie. Jestem samotnym czarownikiem. siadając przede mną na jednej ze skrzynek. co tylko mi powie. co nieosobowe. – Ważne jest to. lecz gdy je wtedy usłyszałem. W tej chwili nie ma ich tutaj. półtora metra ode mnie.

i kiedy czarownicy postrzegają w ten sposób człowieka. który miałby szczególną konfigurację energetyczną. utrzymywanych razem przez najbardziej tajemniczą siłę We wszechświecie: wiążącą. Chciałem. Byli puści. porusza się zawsze sama z siebie. nauczyciela naguala Juliana. który utrzymuje nas w spójnej całości. że nie starczyłoby ci ochoty na liczenie. że zadaniem czarowników jest stawiać czoło nieskończoności i że zagłębiają się w nią codziennie. Co jednak dziwne. że ja. lecz jako zestaw dwóch stopionych ze sobą świetlistych sfer. Jest on na przykład wytrawnym znawcą owej siły. Jest to tak przytłaczające zadanie. która utrzymuje pola energii w jednej. Pomimo to obaj byli zaskakująco podobni w tym. że ludzie są zdolni do widzenia energii bezpośrednio w jej ruchu we wszechświecie. Z przekonaniem twierdził. że tym. że mój umysł był zawsze krystalicznie czysty. by zapewnić ciągłość jego linii. żebyś mnie odszukał i skończył z tym gównem. – Ta dwoistość – rzekł – pozwala nagualowi na przeprowadzanie operacji raczej trudnych dla przeciętnego czarownika. wibrującą siłę. Następnie wytłumaczył mi. ja. Twierdził. Mnie się to przydarzyło. ja. Nagual Elias był bardziej wyciszony i pogrążony w mroku swego milczenia. a ja tylko udawałem głupiego z uwagi na innych. W jego życiu było tyle kobiet. Można powiedzieć. które kładły na ziemię każdego w konwulsjach śmiechu. To właśnie zrobiłem z tobą wtenczas na dworcu autobusowym. Nagual Julian był żywym zbiorem opowieści. żeby się nauczyć. lecz iż w rzeczywistości faktycznie ją widzą w ten sposób. że to on mnie wychowywał. widzą świetlistą kulę albo świetlistą figurę. tak jak rybacy zagłębiają się w morze. – Nawet nie podejrzewałeś – ciągnął – że dokonałem już twojej inicjacji na tradycyjnej ścieżce poszukiwań. które ma dla czarowników znaczenie fundamentalne. którego pozostali widzą nie jako pojedynczą świetlistą kulę. która nigdy nie jest statyczna. gdy był w pobliżu. że przed wyruszeniem w nieskończoność czarownicy muszą wypowiedzieć swoje imię. że w Nogales uczynił to. Według jego klasyfikacji. Powiedział. zapadających w pamięć opowieści o nikomu nie znanych miejscach. odpowiednią do tego. nie mogłem jasno myśleć. Rozumiałem jego słowa z niezwykłą jasnością. . Nagual Elias był żywym zbiorem zdumiewających. mojego nauczyciela. choć nie są w stanie sobie tego uzmysłowić. jest ich zdolność bezpośredniego postrzegania energii w jej ruchu we wszechświecie. że jako nagual swojego pokolenia poszukiwał osobnika. stawałem się tym samym idiotą. którym zawsze byłem. by wszystko stało się dla nas jasne. mieszkałem z nim przez sześć lat. Czarownicy mojej linii utrzymywali – ciągnął dalej don Juan – że sama obecność takiej podwojonej istoty – naguala – wystarczy. Nie istniał lepszy sposób. jedna na drugiej. ponieważ za każdym razem. świetlistą wibrację. oświadczył. a energię jako niezmienny przepływ. ale wcale nie byłem zdziwiony. ja i ja. jakby żył tylko po to. że nagual jest w każdym pokoleniu czarownikiem szczególnym. by olśniewać kobiety. Moje poszukiwania się skończyły. dzięki obecności naguala wszystko staje się jasne w sposób zamaskowany.Dalej don Juan powiedział. Moja przenikliwość powinna mnie była zdumiewać. a kiedy odchodził. Don Juan wyjaśnił mi. czarownicy zaś jako jedyni mają zdolność samodzielnego uzmysłowienia sobie owego bezpośredniego widzenia energii. Nagual Elias i nagual Julian to byli mężczyźni o skrajnie odmiennych temperamentach. gdy spotkałem naguala Juliana. Byłem uprzywilejowany – mówił dalej don Juan – gdyż miałem możność poznania i obcowania z dwoma naguala-mi. którego szukałem. Nagual Julian był pompatyczny i gadał jak najęty. Rzadki to był przywilej. Przypomniał mi. chodziło o rozróżnienie pomiędzy ogólnym stanem świadomości a szczególnym stanem samodzielnego uzmysłowienia sobie czegoś. Sprawiał wrażenie. Nagual na ułamek sekundy potrafi skupić na niej całą swą uwagę i w ten sposób sparaliżować drugiego człowieka. Jesteś człowiekiem. gdy ty odnalazłeś mnie. kim naprawdę jest nagual. W owej chwili wiedziałem. kiedy cię odnalazłem. że nie mieli w sobie nic. Był to sposób na wytyczenie granic własnej odrębności w obliczu nieskończonego. W jego obecności czułem się zbity z tropu przez całe lata. a twoje teraz. Na prośbę naguala Eliasa. Patrząc mi prosto w oczy. Dalej zdefiniował “świadomość" jako energię. spajającą. Nie musiałem go prosić o dalsze wyjaśnienia. Następnie dokonał bardzo ważnego rozróżnienia. kształtem przypominającą jajo. wszyscy ludzie posiadają świadomość w sensie ogólnym. że podczas widzenia człowieka postrzega się go jako skupisko pól energetycznych. że w określonym czasie nagual każdego z dwudziestu siedmiu kolejnych pokoleń czarowników rozpoczynał najbardziej wyczerpujący nerwowo okres swojego życia: okres poszukiwania następcy. która pozwala im na bezpośrednie widzenie energii. zanim doszło do jakiejkolwiek wymiany zdań. bo chciałem zatrzymać ten twój słowotok. spójnej całości. co zmienia ludzi w czarowników.

efektem nie dających się przewidzieć okoliczności. że to drżenie powietrza. że wszystko. iż tak absurdalne twierdzenia mogą brzmieć tak sensownie. Wypowiedziawszy te słowa. Zapytałem. – Nie martw się – rzekł. lecz rezultat był zawsze taki sam: pustka. była tylko garstka opowieści o nieznanych osobach. duchem. Nie było nawet cienia potrzeby. że wiedzą oni o owym drżeniu powietrza i że mu ulegają bez zbędnych ceregieli. Don Juan odprowadził mnie do samochodu. to delikatne klepnięcie nieskończoności. co poczułeś. Nieskończoność jest wszystkim. gdy go odnalazłem. Obaj mężczyźni mieli swój własny styl. Trudno o prawdziwsze słowa. Don Juan mówił dalej. lecz również ja sam mogę to potwierdzić. co mają. Wojownika w podróży. którego elegancja jest tak doskonała. z drugiej – ogromnie otwarty i wesoły. że nie ma możliwości określenia. czy przekroczenie tego progu było zdarzeniem przypadkowym. co nas otacza. co mówił.Zawsze. gdzie cała jego złożoność zbiega się w jedno. Odpowiedział. który zarówno niczego nie przecenia. I tak po prostu robią. Po upływie jakiegoś czasu mogłem potwierdzić to. i to pustka. Nie znają roztrząsania. – Czarownicy mojej linii nazywają to nieskończonością. Czarownicy powiadają. zastanawiania się ani gdybania. ukrytej w środku. Miałem uczucie. to jednak za cholerę nie wiedziałem. lecz odzwierciedleniem nieskończoności. – Nie tracisz zmysłów. że z chwilą przekroczenia osobliwego progu nieskończoności – czy to rozmyślnie. – I nie zdecydował o tym żaden z nas. że nikomu – choćby nie wiadomo jak się starał – nigdy nie uda się dostrzec spoiny. gdy mowa o don Juanie Matusie. rządzonych przez ślepy traf. to sposobność stopienia się z tą intencją nieskończoności. Posunąłbym się nawet do twierdzenia. o co mu chodzi. Nie było w nim ani śladu hałaśliwości ani próżności. że wszystko. bezwiednie – wszystko. Trudno było o słowa bardziej zrozumiałe. W owej chwili przez głowę przebiegła mi myśl. że don Juan niczego już nie zakładał z góry. że jest to coś. co powiedział mi o swoich dwóch nauczycielach. co się człowiekowi przydarza. obaj przekroczyliśmy pewien osobliwy próg – kontynuował. co mówi don Juan. kładąc mi dłoń na ramieniu. czym ta intencja nieskończoności jest. odwołując się do własnego doświadczenia. co nas połączyło – ciągnął – to intencja nieskończoności. lecz nieskończoność. Don Juan Matus był dokładnie taki sam jak opisani przez niego mężczyźni. że grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony jakiegoś niewidzialnego wroga. która nie odzwierciedlała świata. jak i niczego nie lekceważy. że zarówno jego. jak to jest. jak w moim przypadku. co opisywał. wyjaśniając mi. ona istnieje i stanowi coś tak samo namacalnego jak ty czyja. . jak i moimi krokami kierowała nieskończoność i że okolicznościami. w wielkim pośpiechu wyszedłem z domu don Juana. Przewaga czarowników nad innymi ludźmi polega na tym. Wiedziony tą myślą. Wiedziałem. co istnieje poza nami i rządzi naszym życiem. nie leży już wyłącznie w jego prywatnej sferze. Wszystko. czując. czy to. mrocznym morzem świadomości i powiadają. lecz wkracza w obszar nieskończoności. była tak oczywista. że nie pozwalała mi na roztrząsanie problemu. Na tym się wówczas skończyła nasza wymiana zdań. Choć potrafiłem w pełni pojąć wszystko. Dla mnie prawda zawarta w tym. co mi mówił. w pełni zdawał sobie sprawę z tego. Dałem się otumanić kuriozalnym twierdzeniom i postradałem resztki obiektywizmu. Wojownika cichego i zdyscyplinowanego. że przeżyłem każdą cząstkę tego. Według najtrafniejszej definicji. by żywić jakiekolwiek urazy albo mieć wyrzuty sumienia. co usłyszałem. Jego pustka była pustką wojownika w podróży – dojrzałą tak bardzo. lecz sama nieskończoność. wykonał szeroki gest ramionami. Jego pustka była odzwierciedleniem nieskończoności. Nazwał ją intencją. kogo znałem – nie odnajdywałem niczego. jest nie tylko truizmem. jaką walkę toczę. Pomimo tego. że tracę rozum. To. nagual jest pusty i pustka ta nie jest odzwierciedleniem świata. W miejsce prawdziwej osoby. że stanowił ich niezwykłe połączenie: z jednej strony nadzwyczaj cichy i zamknięty. – To. – Kiedy spotkaliśmy się w Arizonie. pozornie rządzonymi przez ślepy traf. prawdziwego człowieka – tak jak potrafiłem wyodrębnić człowieka w moim ojcu i w każdym. w istocie władała aktywna strona nieskończoności. Wiedzą. We mnie coś jakby się skurczyło. którą usłyszałem od niego w dniu. było mi znane. gdy próbowałem wytropić w nich człowieka.

jak mój ulubiony wuj przyznał. że mam piętnaście lat i jestem już. coś się zmieniło w twoim sposobie postrzegania. Potrzebowałem jego rady. praktycznie rzecz biorąc. Ponieważ. nieledwie w ogóle pominąłem zwyczajowe powitanie. Po prostu nie masz już więcej czasu. zamieszkałem w domu krewnych mojego ojca. gwałtowne emocje. Można go było dać dzieciom do zabawy podczas kąpieli w wannie. którzy mnie skrzywdzili. – Spokojnie. iż nigdy nie dostałem żadnego prezentu pod choinkę ani na urodziny. Powiedział. że muszę wybaczyć ludziom. zupełnie bez powodu. co mówił. Służy do opuszczenia fortecy własnego ego. która popchnęłaby mnie do reakcji na urazy psychiczne. Odczuwasz brak czasu i stąd się bierze twoja niecierpliwość. dawała mi znać. że na sto procent będę stał za tobą. że ja w ogóle nie czułem się pokrzywdzony. po czym – rzecz jasna – wybaczył mu. To. – Czarownicy nie zachowują niczego dla siebie – ciągnął. Mój ojciec zupełnie zapomniał. jeśli kiedyś przyjdzie do naprawiania krzywd. Zignorowałem je. była to zgrabna paczuszka. że był zbulwersowany. ale nie potrafisz sobie tego samodzielnie uświadomić. Na krótko przed tym. W środku było kartonowe pudełko. ale wuj musiał rozmawiać z moim ojcem. Rozmowy nieoficjalne polegały na codziennych objaśnieniach. – Nie może być aż tak źle! – Co się ze mną dzieje. mój chłopcze – rzekł. gdy mi to powiedział. by się nad tym zastanowić. – Przeprowadźmy tę rozmowę. że twój czas dobiegł końca. Wuj użalał się nade mną z powodu niesprawiedliwości. Twoje odczucie podenerwowania wynika z podświadomego zrozumienia. Masz tego świadomość. Gdy zajechałem pod jego dom. Nie potrafił zrozumieć. które mną targają. Znam to. owinięta wstążką. że się nad tym zastanowię. bo sam to przeżyłem i przeżywali to wszyscy czarownicy mojej linii. bym się pospieszył. o co mnie prosił. gdyż właśnie w tym momencie moja dziewczyna. jak to mówią w twoim świecie. – Przejdźmy do sfery rozmów oficjalnych. gdy pewnego dnia stwierdziłem. Rozpocząłem opowieść słowami. – To ohydne. Przypomniałem sobie. każdy dzień miałem całkowicie wypełniony problemami natury praktycznej. poczułem się bardzo zaskoczony. przypisując naturalnym procesom bądź to umysłowym. czego uczyli wychowanków i co im mówili. lub też mają swój początek w procesach biochemicznych zachodzących w .Głębokie troski powszedniego życia Pojechałem do Sonory zobaczyć się z don Juanem. jaka mnie dotknęła. – Wiedz. w oderwaniu od pozostałych. malutki stateczek nakręcany kluczykiem przymocowanym do komina. Z wielką ciekawością pospiesznie rozerwałem opakowanie. – W dniu. osiągając wiek dojrzały. – To działanie nieskończoności – odrzekł. wymagało introspekcji. które z upływem czasu zdawały się jeszcze przybierać na sile. że okoliczności mojego życia nigdy nie pozwalały mi na introspekcję. bądź fizjologicznym. tłumaczeniu pewnych określonych zjawisk. Rozmowy oficjalne były okresowym podsumowaniem wszystkiego. a w nim piękna zabawka. Teraz twoja kolej. Don Juan wytłumaczył mi. Z tego. co było dla mnie w owym czasie najpoważniejszą sprawą życia. że szamani starożytnego Meksyku stworzyli koncepcję rozmów oficjalnych i rozmów nieoficjalnych i korzystali z nich w nauczaniu swoich uczniów i kierowaniu ich zachowaniem. które domagały się natychmiastowego rozwiązania. Ciągle mi powtarzał. gdyż dostałem od niego prezent. choć nic go z moim ojcem nie łączyło. Nawet mnie przeprosił. zgodnie z regulaminem – rzekł. abym stanął twarzą w twarz z moim ojcem. bez pomijania jakichkolwiek szczegółów. Musiałem przedyskutować coś. trzęsąc się z wrażenia. Kazał mi zwerbalizować wszystkie uczucia. dowiedziawszy się. wywnioskowałem. Zapewniłem wuja. co mi się przydarzyło. W pewnym momencie zakończyła się cała epoka w moim życiu – i w ich życiu. że sprawozdanie musi być kompletne. Nie interesowały go opisy schematyczne. nadal nie byłem zdolny do poważnej introspekcji. skoro zwrócono mi na nie uwagę. że targają mną jakieś dziwne. – Takie opróżnianie samego siebie to jeden z tradycyjnych wybiegów. w którym mnie spotkałeś. że chciałby. Od kiedy tylko sięgałem pamięcią. lecz nie tak od razu. Następnie zażyczył sobie pełnego sprawozdania z tego. z dołączoną karteczką z napisem: “Przepraszam". Usiadłem i wyrzuciłem z siebie dręczące mnie myśli. które uaktywniają się okresowo. mężczyzną. oskarżył go o lenistwo i lekceważenie. Nigdy nie miałem sposobności. spokojnie – powiedział don Juan. don Juanie? – spytałem. Było to z mojej strony pytanie retoryczne. gorączkowo gestykulując. która czekała na mnie w pokoju gościnnym.

ale wiedziałem. że w rzeczywistości nie jest to możliwe. zdecydowane opinie na własny temat. Wyobrażałem sobie. Obrzydzenie. z którym potrafię się utożsamić. Podobało mi się moje nowe otoczenie. że ograniczenie moich studiów do obszaru. bardzo daleko od Los Angeles. zakorzenione we mnie od urodzenia. szczupły mężczyzna w wieku około czterdziestu pięciu lat. które przeprowadzono niegdyś z młodymi mężczyznami i kobietami na temat ich problemów wynikających z przeładowania zajęciami w szkołach. Najbardziej w jego powierzchowności uderzyły mnie niesamowicie wielkie oczy. który był starszym bratem jednego z moich znajomych. Odczuwałem go i wcześniej. chytrych oczach. po czym psychiatra i jego asystenci w poszukiwaniu fragmentów nadających się do analizy przesłuchiwali taśmy ze szpul. bym ułożył sobie życie od nowa. Ci wszyscy ludzie przemawiali z głębi mnie samego. Najważniejszym przedmiotem była dla mnie antropologia. Każda wypowiedziana kwestia. Jeszcze nigdy nie słyszałem. Niemniej jednak moje wzburzenie narastało i pod ową wewnętrzną presją zacząłem wierzyć. był on wspaniale ubrany. Pewne wyrażenia wymawiał jak Brytyjczyk. obie gałki oczne sprawiały wrażenie. rozgoryczenia nieudanymi związkami partnerskimi i tak dalej. Pierwszą rzeczą. który zatracił się w radiodatowaniu węglowym i nigdy nie zażywa kąpieli. był to jednak widok bardzo irytujący. lecz całych taśm. Coś we mnie domagało się. do tego stopnia. prowadzona przez naukowca uznanego za autorytet w kwestii Indian z regionu Andów. inne zaś jak nawiedzony kaznodzieja.organizmie. powiększone przez okulary do korekcji dalekowzroczności. na którym potrzeba mi było jakiejś drastycznej odmiany. jego zajęcia zawsze były napuszonymi popisami wiedzy. Byłem szczerze przekonany. Ów pęd do wszechogarniającej przemiany nie był mi obcy. W ogóle się nimi nie przejmowałem. Nawet mi nie przyszło do głowy. ale przez dłuższy czas trwał w stanie uśpienia. odczuwali tylko i wyłącznie najwyższy podziw dla człowieka tak niezwykłego. Jego poczucie własnej ważności było tak jawne. gdy zapisałem się na zajęcia na nowej uczelni. że zaniechanie studiów w ogóle nie weszło do scenariusza drastycznej przemiany mojego życia. legło w . że nie było w tej kwestii żadnych wątpliwości po pierwszych pięciu minutach wykładu. Byłem wówczas oddany moim studiom antropologicznym i to oddanie było tak całkowite. Gdy z upływem tygodni przesłuchałem ich więcej. braku zrozumienia w domu. Nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło. była moja. jakby się obracały w przeciwnych kierunkach. których numery uprzednio wybrali w drodze losowania. było dla mnie czymś nieznanym. które odczuwałem. że to tylko maniera. nie spełnionych oczekiwań. nie była jego powierzchowność ani erudycja. gdy mówiąc. wydłużając je. że na każdej z tych taśm słyszę samego siebie. że zakradałem się do biura i słuchałem nie tylko wybranych fragmentów. zafascynował mnie od samego początku. Zapisałem się na wypełniony zajęciami semestr letni na uczelni w innym mieście. że mogę się tak bez końca powtarzać w każdej osobie – mężczyźnie i kobiecie – której słowom się przysłuchiwałem. co z początku zafascynowało mnie bezgranicznie. z którymi rozmawiałem. Taśmy z nagraniami miały ponad pięć lat i były przeznaczone do kasacji. Tym. była zmiana uczelni i wyjazd do innego miasta. Był to wysoki. Archeolodzy na przykład byli opisywani przez swych studentów jako okazy gatunku. lecz sposób mówienia. żeby rzucić naukę i robić coś innego. że osiągnąłem w moim życiu etap. cudzoziemską melodię. W pracy odsłuchiwanie nagranego materiału pochłonęło mnie całkowicie. Przed zainicjowaniem przemiany tak wielkiego formatu postanowiłem niejako zbadać grunt. o niebieskich. W tym samym czasie. Byłem przekonany. Wiedziałem. Pierwszego dnia zajęć na nowej uczelni profesor antropologii opowiadał o swojej pozycji w świecie naukowym oraz olśniewał studentów zakresem swojej wiedzy i swych publikacji. moja fascynacja przerodziła się w obłędne przerażenie. zostałem przyjęty do pracy w charakterze asystenta psychiatry. że dzięki mojej wiedzy o Ameryce Południowej będę mógł łatwiej przemknąć do każdej indiańskiej społeczności na tym kontynencie. która mi się nasunęła. Wszyscy studenci. by ktoś wymawiał każdy wyraz tak wyraźnie i akcentował pewne słowa wypowiedzi. było spostrzeżenie. Planował poddać analizie treść fragmentów wywiadów. a przy tym jak najbardziej pozytywnym. obfitującymi w bardzo śmiałe. Jednakże z przyczyn zupełnie mi nie znanych tym. Jego intonacja miała charakterystyczną. każdej szpuli przypisano numer. da mi w późniejszym czasie lepszy start do prowadzenia poważnych badań antropologicznych w terenie. Jego panowanie nad audytorium było fenomenalne. włącznie z pytaniami psychiatry. Pomimo swego niewiarygodnego nadęcia. poruszał głową. Jak na antropologa. co tak naprawdę go wyróżniało. że wszystko całkiem dobrze idzie i że przeniesienie się na inną uczelnię w innym mieście okaże się posunięciem łatwym i pozbawionym przygód. w moich czasach to środowisko słynęło z nadzwyczaj swobodnego sposobu ubierania. Pod wpływem tego oszałamiającego odkrycia moje poczucie odrębności.

Ponieważ byłem znajomym jego młodszego brata. ale taki właśnie obraz siebie mi nakreśliła. psychiatra. empatię. której jedyną podnietą w życiu jest pierdolenie się z każdym. że to wszystko moja wina.gruzach. gdyż był starszą kopią mojego przyjaciela z Los Angeles: miał czarne. nieśmiałe stukanie. grube brwi. że każda jedna pizda to tylko pizda i tyle! Obłudna i zepsuta! Nie wiedziałem. Wszystko rozgrywało się w aluzjach i spojrzeniach. ohydnego i obrzydliwego od kobiecej nie-czułości. co nie cierpią kobiet! Ale w tej chwili coś mi się tak zdaje. które moi znajomi określali mianem “pukania gestapowców". że posądza mnie o jakieś kontakty z jego młodą. szukał słów. że byłem taki głupi i zaufałem jednej głupiej piździe! Mówię ci. i co mnie dobija. że ma coś w sobie. nic bardziej potwornego. zdegenerowana i – nie zawaham się dodać – nieuleczalnie chamska. po czym przedstawiałem je sobie na głos. bezładnie pokrywała mu całą twarz. – Od dnia. choć faktycznie jest wyuzdana. że jest bardzo wzburzony. czego chcesz. proszę – odezwałem się. że mam na głowie pacjentów – podjął – i jeszcze ten fundusz na moje badania. miałem już dosyć! Dziś po południu zbrzydła mi już ta zabawa w kotka i myszkę i wyłożyłem kawę na ławę. kwadratową szczękę i mocne usta. coś. przedrzeźniając mnie. zrozumienie. – Teresa Manning to kretynka. oskarżycielskim tonem. Wszedł do środka i usiadł. kurwa. – Znasz Teresę Manning. jakby była to sprawa życia albo śmierci. podjął wątek. to teraz dochodzi do tego jeszcze jedno kurewstwo. Czarna grzywa długich włosów. ale on gadał tak. – Przecież to widać. usiłowałem wybawić się z opresji. że ma podwójną wargę. Wstał i podszedł do tapczanu. domyśliłem się. Wydawało mi się. Myślałem. również studentką. że czuje do mnie pociąg. prawda? – zapytał mnie natarczywym. co mu odrzec. bez końca rozmawiając z samym sobą. Najwyraźniej mój psychiatra dopiero co przeżył złą przygodę z udziałem swojej sekretarki. Nie dając mi czasu na odpowiedź. Jego górna warga miała od wewnątrz dodatkową fałdę. Nie wiem. Bardzo go lubiłem. Żonglowałem w myślach wszelkimi możliwymi argumentami. Sprawiał wrażenie rozkojarzonego i zdezorientowanego. Myślałem. że nie jestem z tych. że jest niezwykle pewny siebie i niewiarygodnie w sobie zadufany. czego ja chcę". z jaką stanowczością oznajmił jej. sprawiało wrażenie. Zawsze powtarzał. że będzie czekał w swoim mieszkaniu po drugiej stronie ulicy. Zdarzały mi się nawet rzeczy radykalne: wielokrotnie budziłem się w nocy. kiedy otrzymałem kolejny śmiertelny cios. Kurwa. Byłem bardzo zmęczony. że w jego profesji te cechy to atuty. na który osunął się bezwładnie. że tej nocy stało się wszystko. Drzwi ledwo trzymały się w futrynie. nie wymagało potaknięcia ani zaprzeczenia. jak to zawsze robił. naprzeciwko uczelni. Zawsze opowiadał o kształcie swojego nosa. kto jest choć trochę sławny albo niesławny. Później nadszedł ten potworny dzień. Włączyłem światło i otwarłem drzwi. Wiesz. w czym chciałoby się uczestniczyć albo zatrzymać tylko dla siebie jak coś drogocennego. niewrażliwa kobieta. – Co się stało! – powtórzył. które wspierałyby moje poczucie niepowtarzalności. Bez żadnych oporów zaofiarował mi swą przyjaźń. gdy uśmiechał się w szczególny sposób. Następnie wspaniale i ze szczegółami odtworzył mi. Nawet nie próbował zaczesać włosów do tyłu. – Nie dość. Przez chwilę byłem przekonany. zaczął się z tego wyłaniać dziwny obraz. Wyskoczyłem z łóżka i zajrzałem przez wizjer. że jest inteligentna i wrażliwa. zawiązała się pomiędzy nami jakaś nić porozumienia. Podszedłem do jej biurka i powiedziałem: “Wiem. co czasami. widząc jego poszarzałą twarz i zapadnięte oczy. wyrwany ze snu własnymi głośnymi wywodami na temat mojej wartości i wyjątkowości. a ty wiesz. Nie miałem czym walczyć. Zresztą i tak nie ośmieliłbym się zaprzeczyć. – Wejdź. To szmata! Głupia. – Co się stało? Była trzecia w nocy. o wpół do dwunastej . Nie było to delikatne. żonę i dzieciaki. teraz stał w progu mojego mieszkania. kiedy zaczęła u mnie pracować – ciągnął – wiedziałem. jego podwójna górna warga drżała nerwowo. Usiadł na krześle. Gdy tak mówił i mówił. co mi mówił. W głębokiej nocy obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi. to to. Carlos – ciągnął dalej – nie ma. Do drzwi dobijał się mój szef. lecz dobijanie. Nieświadomie podjąłem doprawdy śmieszną próbę przeprowadzenia introspekcji. Chciałem wrócić do łóżka. To. przedmiot jego dumy i radości. który nazywał nosem impertynenckim i wścibskim. przenikliwe brązowe oczy. piękną sekretarką. Rozpoczął się wówczas wstrętny proces odbudowy własnego “ja". ale jakoś nigdy nie przyznała tego otwarcie.

że jestem taki seksowny i słodki. ale z ust mi wali cipą. palił papierosa za papierosem. że starczyło mi przytomności. Fiasko moich planów nie wiązało się absolutnie z moją wolą. jakby za gardło ściskał go moralny wstręt – Teresa rzuciła się na mnie jak zwierzę i zaczęła się dobierać do mojego fiuta. z powodu impotencji. i oddałbym wszystko na tym świecie. która robiła to już setki razy. co należy do jej roli. Byłem wykastrowany emocjonalnie. jakby były z kamienia. Zamiast uszanować to i zrozumieć. . Wierz lub nie. że mężczyzna potrzebuje chwili spokoju. zanim się stłukły. co spowodowało. że mam ją w garści. Ale kiedy jest nago. wypchnęła z łóżka na podłogę i wyzwała od impotentów i pedałów. pewnie chcąc mnie udobruchać. w przyjaznym otoczeniu. ale miałem wrażenie. Prawdopodobnie zasnęła na łóżku. Tam zostałem ostatecznie dobity. powiedział. może hipnotyzujący ton jego głosu. gdy wszedłem do sypialni – kontynuował bardziej napiętym głosem. Były to kieliszki od Baccarata i dobrze. Teresa Manning wydobyła jego organy płciowe ze spodni z biegłością osoby. Butelka pofrunęła przez cały pokój. skarżącego się z powodu jakichś błahostek. gdy jest w ubraniu. Przyszła posłusznie o wpół do dwunastej – ciągnął. że nigdy bym się tego po nim nie spodziewał. Wówczas wygląda całkiem do rzeczy. ale głosu któregoś z ankietowanych mężczyzn na jednej z taśm. a może niedorzeczność całej tej sytuacji. Wiedziałem. iż nie wzięła pod uwagę. całkowicie ją sobie podporządkuje. iż zamiast w tak żałosny sposób. Jego ton nabrał miękkości intymnego wyznania. w którym mieszkał wraz z żoną i dziećmi. że seks oralny był jeszcze bardziej frustrujący i obrzydliwy i już miał zwymiotować. doprowadzając ją do orgazmu oralnie – ale jego ciało odrzuciło kobietę tak zdecydowanie. że nie będzie sprawiać żadnych trudności. Być może sprawiło to moje zmęczenie. – Chcę się wykąpać. co ona robi. gdy ścisnęła mnie za jaja. Cały cuchnę. wygląda jak worek białej. Znała swoją rolę. jak w domu. że Teresa była tak kurewsko napalona i tak totalnie samolubna. pofałdowanej skóry! Szczupłość. Nie zdążyłem nawet odstawić butelki i dwóch kieliszków. Poczułem fizyczne obrzydzenie do tej pierdolonej jędzy. Ale w chwili. Kręcąc głową w tłumionym gniewie. że przerodzi się w coś pamiętnego – powiedział i westchnął. że próba przeprowadzenia drastycznej przemiany w moim życiu zakończyła się porażką. kiedy to poszedł do sypialni. której nie posiada. Miał w mieście mieszkanie. To cecha. W tym momencie narracji oczy psychiatry zapłonęły nienawiścią. Chciałem ją uderzyć. że czytał. Wargi mu drżały. miał też dom na przedmieściach. Niesamowicie mnie to podnieciło. – Muszę skorzystać z twojej łazienki – powiedział. Tylko moje pożądanie powstrzymało mnie przed wyrzuceniem jej na ulicę. Zachichotała jak idiotka. gdy ta pierdolona jędza najzwyczajniej w świecie kopnęła go w brzuch. – Dałem jej nawet klucz do mieszkania – dodał i głos mu się załamał. – Nie była już nawet piękna – powiedział – lecz nieatrakcyjna. którą eksponuje. Słowa mojego psychiatry ociekały takim jadem. które miałem ze sobą. lecz również przyspieszenie tempa akcji przez jakąś niewidzialną rękę. Był blady. Spostrzegłem. Ryknąłem z bólu. Ja musiałem iść na zajęcia. rzeczy zakrywają wydatne biodra. że słuchani nie psychiatry. by postawić je na podłodze. Powiedział. Powiedział mi. – Skutek całej tej szopki był taki – powiedział – że moja zmysłowość przerodziła się w zgrozę. Byłem pochłonięty pracą i chuj mnie obchodziło. że postanowił wówczas. Za wszelką cenę usiłował sprawiać wrażenie opanowanego. A może oglądała telewizję. Tak powiedziała. natychmiast. to lipa. Profesor antropologii rozpoczął wykład o pewnej grupie Indian z płaskowyżów Boliwii i Peru. – Byłem święcie przekonany. Poszedłem wówczas na uczelnię przepełniony palącym niepokojem i zażenowaniem oraz poczuciem kompletnego bezsensu. że musi się poczuć swobodnie. Wiedziałem. a zdarzyło się to w sposób nie tylko nasuwający na myśl założony z góry scenariusz. Kiedy jest w ubraniu. byleby tylko móc być w tamtej chwili gdzie indziej. Trząsł się z wściekłości. bo uznała. co z pewnością go czeka. że szlocha. ale jej to nie speszyło. że nie mógł tego zrobić. które nagle urosły do rozmiarów gigantycznych problemów wraz z obsesyjną potrzebą rozmowy na ich temat. że z tego romansu coś wyjdzie.wieczorem i że nie zmienia swojego rozkładu dnia dla nikogo. tracić twarz. pracował i pił wino do pierwszej. a mój psychiatra do swojego psychoanalityka. – Otwarła drzwi swoim kluczem i wśliznęła się do sypialni jak duch. Koszmar zakończył się około dziewiątej rano.

zajęty w większości przez młode kobiety. że świat. niby-cudzoziemską intonacją – zostać poproszonym o spędzenie nocy zjedna z czarodziejek czaji-czy. choć on wymawiał go “CZAJI-cza" – napoju alkoholowego ze sfermentowanej kukurydzy. że do kobiet tych należy przetwarzanie ugotowanej kukurydzy w gotową do fermentacji maź poprzez przeżuwanie i plucie. niezwykle go bawiła. opowieścią psychiatry i “czarodziejkami czaji-czy" profesora antropologii. Profesor wyglądał na setnie ubawionego. co wzbogaca ją o enzym zawarty w ludzkiej ślinie.aymara. . – Jest to dla ciebie koniec pewnej epoki. Najwyraźniej sytuacja. który znałeś przez całe życie. które aymara uważają za istoty półboskie. – Twój świat dobiega końca – powiedział. Mogę go określić jedynie terminem “introspekcja". co mi się przytrafiło z psychiatrą i profesorem antropologii – powiedziałem don Juanowi – ale doprowadziło mnie to do nie znanego mi wcześniej stanu emocjonalnego. na które profesor odmawiał odpowiedzi. – Nie wiem. nie przestając się głupkowato chichotać. – Jestem przekonany. i przeszedł do puenty. Gadałem do samego siebie bez ustanku. za jednym zachodem. że potrafią one wyczyniać nimi niewiarygodne rzeczy. przeciągając ją. że wyrób chicha – który to wyraz wymawia się “CZII-cza". w której się znalazłem. Na wzmiankę o ludzkiej ślinie cała grupa głośno krzyknęła z tłumioną zgrozą. – Natura twojej przypadłości jest bardzo nieskomplikowana – odpowiedział don Juan. bez żadnego szemrania? Nie! Będzie się pod tobą wił i walił cię ogonem. że natychmiast. Wykład został przerwany przynajmniej pięciominutową salwą śmiechu i gradem pytań. gdyż nijak nie dostrzegałem w tym wszystkim nic śmiesznego. Powiódł spojrzeniem po swoich oniemiałych słuchaczach i zrobił długą pauzę. rzuciłem pracę. wsiadłem do samochodu i pojechałem z powrotem do Los Angeles. przerywaną spazmami chichotu. Nie potrafiłem dzielić jego wesołości. Spojrzał na pierwszy rząd sali. Powiedział. że rozumiecie moją aluzję – powiedział i wybuchnął histerycznym śmiechem. Myślisz. trzęsąc się ze śmiechu. powiedział następnie. Był to chichot niegodziwego dziecka. Podejmując temat. rzuciłem uczelnię. odda cię bez walki. W atmosferze wielkiego objawienia powiedział. Całe audytorium oszalało na punkcie tego podtekstu. pozostaje w gestii sekty kapłanek. Poczułem się tak przybity historią z taśmami. że kobiety te są mistrzyniami w żuciu i nazwał je “czarodziejkami czaji-czy". Śmiał się w krótkich spazmach. – Miałem ten honor – powiedział z dziwnie brzmiącą. tak jakby jego sposób wymowy był wersją jedynie poprawną. Wymawiał ich nazwę “ej-MEJ-ra". Sztuka przeżuwania kukurydzy wyrabia u nich mięśnie wokół krtani i policzków do tego stopnia.

– Jasne. Nigdy nie spostrzegłem. Jego gęste kręcone włosy sterczały na wszystkie strony. Byli częścią mego najbliższego środowiska. jeszcze podoba! Pete był wściekły. żonami czy mężami. Moje prawdziwe zmagania z samym sobą rozpoczęły się wówczas. wyląduje w więzieniu albo. być może było to nawet coś silniejszego. że akceptowałem ich całkowicie. że czasem ją zerżną. – Ale ja znam Patrycję i wiem. żeby rozstrzygnąć sprawę po męsku z jej szefem. Z różnych powodów bywałem często powiernikiem. Nigdy nie musiałem jej analizować ani odnawiać. Miałem w Los Angeles całą rodzinę przyjaciół. Zanim zdążyłem spytać. jakbym się tam urodził. z jaką mówili. a z taką się nigdy nic nie dzieje oprócz tego. co mu się stało. jak tylko jako coś najzupełniej normalnego. gorzej jeszcze. w jakim stanie jest Pete. – Dla kretyna nie będzie świadczyło o niczym! – odrzekł z jadem w głosie. że może Patrycja została ranna. Wyrzucili go na parking. kiedy była z nim nago. że się pierdoli z innym facetem. Nie ulegało wątpliwości. nie umiała strzelać ręcznikiem! Prawdę mówiąc. Jeden z nich powiedział kiedyś półżartem. gdyż sam paliłem tyle samo i byłem równie spięty jak oni. – Wszystko było normalnie do wczoraj – podjął. Wszyscy byli nałogowymi palaczami. Inną rzeczą. Patrycja strzeliła mi ręcznikiem w goły tyłek i wtedy zdałem sobie sprawę z całego kurewstwa. której nigdy nie zauważyłem. że oni mogli sobie na takie uczucia pozwolić. iż nigdy nie potrafiłem traktować ich problemów czy zgryzot inaczej. Nigdy też nie zwróciłem uwagi na ich oczywiste aluzje do zmysłowości. Wybór tego miasta nie był kwestią mojej woli. zostało najwyraźniej uderzone i skóra wokół niego już zaczynała sinieć. co wcześniej mnie przerażało w psychiatrze i jego taśmach.Widok. lecz nigdy nie rzuciło mi się to w oczy. Moja miłość do Los Angeles była niezmiennie tak głęboka. Przyszedł do mnie pewnego razu. co oznaczało. Całymi godzinami mogłem z nimi rozmawiać dokładnie o tym samym. – Dziś rano. której nie byli w stanie odczuwać inaczej. nigdy nie potrafiła tego zrobić przez cały ten czas. – Czy z nią wszystko w porządku? – spytałem ze szczerą troską. Chciał powybijać okna w biurze kamieniami. zaczął mi gorączkowo wyjaśniać. zarobi kulkę w głowę. jak tylko intelektualnie. że jeśli to zrobi. Każdy z osobna wylewał przede mną żale i opowiadał o zmiennych kolejach swojego życia. nigdy. przeraziłem się. Zawsze naśladowali nosową wymowę zachodniego obszaru Stanów i doskonale zdawali sobie sprawę z tego. . Zawsze czułem się z nim bez reszty związany. jak bardzo moi przyjaciele są spięci. tak jak akceptowałem moje miasto. niemal konwulsyjnie. i że stało się z nią coś potwornego. gdy uświadomiłem sobie dylemat mojego przyjaciela Pete'a. że wszyscy moi przyjaciele są szokująco podobni do owego psychiatry i profesora antropologii. że wszyscy się nawzajem bardzo serdecznie nienawidziliśmy. Na dodatek nigdy nie zdałem sobie sprawy z tego. i tej się to. jak strzelanie ręcznikiem może świadczyć o czymś takim. że nigdy nie musiałem wyrażać jej słowami. Więc złapałem ją za gardło i wydusiłem z niej całą prawdę! Tak! Pierdoli się ze swoim szefem! Pete powiedział. Teraz wyglądał jak dziki diabeł tasmański. zanim wyjechała na zjazd brokerów. że poszedł do biura Patrycji. Ktoś musiał ją tego nauczyć. kurwa. gdyż mieli jeszcze inne związki uczuciowe – z rodzicami. ale ochroniarze powiedzieli. był solidnie poturbowany. Moi przyjaciele byli mi zawsze tak bliscy. była sztuczność. tak bardzo we mnie zakorzeniona. że w porządku – warknął. kiedy wyszedłem spod prysznica. choć była to cecha obiektywna. w związku ze swoją pracą. Ja w Los Angeles miałem tylko ich. Miał spuchnięte wargi i czerwone. że tak mówią. – To kawał suki i dziwki. a nawet zginęła w jakimś wypadku. Musiałem poprosić o wyjaśnienia. Trząsł się mocno. podobnie jak psychiatra. kiedy jesteśmy małżeństwem. którego nie mogłem znieść Los Angeles zawsze było moim domem. podpuchnięte lewe oko. Od razu wiedziałem. Zazwyczaj starannie je zaczesywał i misternie wygładzał loki. była przez weekend na zjeździe brokerów nieruchomości. że jego żona. ale gość był mocno obstawiony ochroniarzami. Widząc. Nie mogłem pojąć jego rozumowania. Mieszkanie w Los Angeles zawsze dawało mi poczucie. Zapytałem. Patrycja. że w czwartek.

– To oni tak cię pobili, Pete? – spytałem go. – Nie – odparł zgnębiony. – Ruszyłem ulicą i wszedłem do salonu sprzedaży przy komisie samochodowym. Przyłożyłem pierwszemu sprzedawcy, który do mnie podszedł. Gość był zszokowany, ale się nie wkurzył. Powiedział mi: “Proszę, niech się pan uspokoi, niech się pan uspokoi! Zawsze można negocjować". Kiedy przyłożyłem mu raz jeszcze w zęby, wkurwił się. Gość był duży; walnął mnie w szczękę i pod oko, a ja straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem – ciągnął Pete – leżałem na kanapie u nich w biurze. Słyszałem, jak karetka na sygnale jest coraz bliżej. Wiedziałem, że jedzie po mnie, więc wstałem i wybiegłem. Potem poszedłem do ciebie. Nie mógł się powstrzymać i zaczai szlochać. Zwymiotował. Był w strasznym stanie. Zadzwoniłem do jego żony i po niecałych dziesięciu minutach była u mnie w mieszkaniu. Klęczała przed Petem i zaklinała się, że kocha tylko jego, że wszystko, co zrobiła, to czyste kretyństwo i że ich miłość jest dla niej sprawą życia i śmierci. Inni się w ogóle nie liczą. Nawet o nich nie pamięta. Oboje wypłakali się z całego serca i oczywiście wybaczyli sobie nawzajem. Patrycja miała ciemne okulary dla zakrycia krwiaka pod prawym okiem, gdzie Pete ją uderzył – Pete był leworęczny. Oboje zupełnie zapomnieli o mojej obecności i wyszli nieświadomi, że w ogóle byłem z nimi. Po prostu wyszli z mieszkania, nie zamykając drzwi, przytuleni do siebie. Życie zdawało się biec dalej normalnym torem. Moi przyjaciele zachowywali się wobec mnie tak samo jak zawsze. Zajmowało nas, jak zwykle, chodzenie na imprezy, do kina czy po prostu gadanie o wszystkim i o niczym albo wyszukiwanie restauracji, gdzie za przyzwoitą cenę można się było najeść do woli. Jednakże pomimo owej pseudonormalności w moim życiu pojawił się jakiś dziwny, nowy element. Jako podmiot tego nowego przeżycia miałem wrażenie, że ni stąd, ni zowąd moje horyzonty myślowe niezwykle się zawęziły. Zacząłem oceniać moich przyjaciół w taki sam sposób, jak wcześniej psychiatrę i profesora antropologii. Za kogo się tak naprawdę uważałem, żeby stawiać się ponad innymi i ich oceniać? Miałem olbrzymie poczucie winy. Osądziłem moich przyjaciół w takim duchu, którego wcześniej nie znałem. Co jednak uważałem za rzecz jeszcze gorszą, to stopniowe uświadamianie sobie, że jakby nie dość, iż ich oceniam, to jeszcze ich problemy, wzloty i upadki zaczynają mi się wydawać zdumiewająco banalne. Byłem tym samym człowiekiem; oni byli tymi samymi przyjaciółmi. Wcześniej wysłuchiwałem ich narzekań i opowiadań setki razy i nigdy nie miałem żadnych innych odczuć poza wrażeniem głębokiego utożsamienia się ze wszystkim, czego słucham. Zgroza, która mną owładnęła po uświadomieniu sobie mojego nowego stanu ducha, była potworna. W owym okresie mojego życia powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami, okazało się najprawdziwszą prawdą. Całkowite załamanie się mojego ówczesnego trybu życia przyszło w dniu, gdy mój przyjaciel Rodrigo Cummings poprosił, bym go podwiózł na lotnisko Burbank, skąd miał lecieć do Nowego Jorku. Było to posunięcie bardzo dramatyczne. Uwiązanie w Los Angeles uważał za ciążącą na nim klątwę. Dla reszty jego przyjaciół był to wielki żart, gdyż wielokrotnie usiłował, jadąc przez cały kraj, dotrzeć do Nowego Jorku i za każdym razem nawalał mu samochód. Raz udało mu się dojechać aż do Salt Lakę City, zanim auto odmówiło posłuszeństwa; okazało się, że silnik jest do wymiany. Samochód trafił na tamtejsze złomowisko. Najczęściej jego samochody kończyły się na przedmieściach Los Angeles. – Co się dzieje z twoim samochodami, Rodrigo? – spytałem go kiedyś, trawiony niekłamaną ciekawością. – Nie wiem – odrzekł ze skrywanym poczuciem winy w głosie. Po czym, tonem godnym mojego profesora antropologii odgrywającego rolę nawiedzonego kaznodziei, powiedział: – Może to dlatego, że gdy ruszam w trasę, mocniej naciskam gaz, bo czuję się wolny. Otwieram wtedy wszystkie okna. Lubię, jak wiatr dmie mi prosto w oczy. Czuję, że jestem jak mały dzieciak, który szuka czegoś nowego. Dla mnie było oczywiste, że jego samochody, nieodmiennie stare gruchoty, nie były już zdolne do rozwijania większych prędkości i Rodrigo po prostu zajeżdżał je na śmierć, paląc silnik za silnikiem. Z Salt Lakę City Rodrigo wrócił do Los Angeles autostopem. Mógł, oczywiście, dostać się autostopem do Nowego Jorku, ale jakoś nie przyszło mu to do głowy. Rodrigo sprawiał wrażenie, jakby był dotknięty tą samą ułomnością co ja: pałał nieuświadomioną miłością do Los Angeles, którą za wszelką cenę starał się odrzucić. Kiedy indziej znowu jego samochód był w doskonałym stanie technicznym. Z łatwością mógł pokonać całą trasę, ale najwyraźniej Rodrigo nie był ani trochę w stanie, który pozwoliłby mu na wyjazd z Los Angeles. Dojechał aż do San Bernardino, gdzie poszedł do kina na film Dziesięć

przykazań. Film ten, z przyczyn znanych tylko Rodrigowi, wywołał w nim nieodpartą tęsknotę za rodzinnym miastem. Wrócił i płakał, opowiadając mi, jak to pierdolone miasto zbudowało wokół niego mur, przez który nie może się przebić. Jego żona była zachwycona tym, że nie wyjechał, a jego dziewczyna, Melissa, cieszyła się jeszcze bardziej, choć czuła również rozgoryczenie, gdyż musiała mu oddać słowniki, które jej zostawił przed wyjazdem. Jego ostatnia desperacka próba dostania się do Nowego Jorku samolotem wypadła jeszcze bardziej dramatycznie, gdyż zapożyczył się u przyjaciół, by kupić sobie bilet. Powiedział, że dzięki temu – gdyż nie zamierzał spłacić swoich długów – będzie miał gwarancję, iż nie może się wycofać. Zapakowałem jego walizki do bagażnika mojego samochodu i ruszyliśmy w kierunku lotniska Burbank. Rodrigo powiedział, że samolot wylatuje dopiero o siódmej. Było wczesne popołudnie i mieliśmy mnóstwo czasu na to, by przejść się do kina. Poza tym Rodrigo chciał po raz ostatni zobaczyć Hollywood Boulevard – miejsce, wokół którego koncentrowało się nasze życie osobiste i towarzyskie. Poszliśmy zobaczyć jakąś epopeję w kinie “Technicolor and Cinerama". Był to długi, niezmiernie nużący film, choć Rodrigo wydawał się niezwykle nim pochłonięty. Kiedy wyszliśmy z kina, zaczynało się już ściemniać. Pędziłem na lotnisko zatłoczonymi ulicami. Rodrigo nakazał mi jechać przez miasto, a nie autostradą, która o tej porze była całkowicie zakorkowana. Kiedy dotarliśmy na lotnisko, samolot właśnie startował. To był ostatni gwóźdź do trumny Rodriga. Skruszony i pokonany poszedł do kasy i przedstawił swój bilet, żeby odzyskać pieniądze. Kasjerka zapisała jego nazwisko i dała mu pokwitowanie, mówiąc, że pieniądze zostaną przesłane w ciągu sześciu do dwunastu tygodni z Tennessee, gdzie znajdują się działy księgowości linii lotniczej. Pojechaliśmy z powrotem do bloku, w którym obaj mieszkaliśmy. Ponieważ tym razem Rodrigo, bojąc się stracić twarz, nie pożegnał się z nikim, żaden z jego przyjaciół nawet się nie domyślił, że po raz kolejny próbował wyjechać. Jedynym minusem tej sytuacji było to, że Rodrigo zdążył sprzedać samochód. Poprosił mnie, żebym zawiózł go do domu jego rodziców, bo jego tato da mu pieniądze, które wydał na bilet. Jak tylko sięgałem pamięcią, ojciec wyciągał Rodriga z każdej kłopotliwej sytuacji, w którą ten się wpakował. Motto jego ojca brzmiało: “Nic się nie bój, Rodrigo senior jest na straży!" Gdy ojciec Rodriga usłyszał jego prośbę o pożyczkę na spłatę innej pożyczki, spojrzał na niego z najsmutniejszym wyrazem twarzy, jaki w życiu widziałem. Sam był w strasznych tarapatach finansowych. Obejmując syna ramieniem, powiedział: – Tym razem nie mogę ci pomóc, synu. Teraz możesz się zacząć bać, bo Rodrigo senior już nie jest na straży. Za wszelką cenę chciałem się wczuć w położenie mojego przyjaciela, poczuć jego dramat, tak jak to zawsze robiłem – ale nie mogłem. Skoncentrowałem się tylko na słowach jego ojca. W moich uszach zabrzmiały tak ostatecznie, że aż mnie poderwały. Poczułem palącą potrzebę towarzystwa don Juana. Zostawiłem wszystkie swoje sprawy w Los Angeles i wybrałem się w podróż do Sonory. Opowiedziałem don Juanowi o dziwnym nastroju, w który popadam w obecności moich przyjaciół. Z poczuciem nieczystego sumienia, pociągając nosem, przyznałem się, że zacząłem ich osądzać. – Nie unoś się z powodu byle czego – powiedział mi chłodno don Juan. – Wiesz już, że dobiega końca cała epoka w twoim życiu, ale żadna epoka tak naprawdę się nie kończy, dopóki król nie umrze. – Co chcesz przez to powiedzieć, don Juanie? – To ty jesteś tym królem i jesteś dokładnie taki sam jak twoi przyjaciele. To jest ta prawda, która tobą trzęsie. Jedno, co możesz zrobić, to przyjąć to tak, jak jest, czego ty, oczywiście, nie potrafisz. Druga rzecz, którą możesz zrobić, to powiedzieć sobie: “To nie jestem ja, to nie jestem ja", i powtarzać to sobie w kółko. Zaręczam ci jednak, że przyjdzie taka chwila, kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że to właśnie jesteś ty.

Nieuniknione spotkanie Było coś, co gdzieś w głębi mej świadomości natrętnie dawało o sobie znać; musiałem za wszelką cenę odpowiedzieć na niezwykle ważny list, który otrzymałem. Uczucie, które mi na to nie pozwalało, było mieszaniną indolencji i głębokiego pragnienia zaspokajania potrzeb innych ludzi. Mój przyjaciel antropolog, który był odpowiedzialny za moje spotkanie z don Juanem, napisał do mnie list kilka miesięcy wcześniej. Chciał wiedzieć, jak sobie radzę ze studiami antropologicznymi, i nalegał, bym go odwiedził. Wystosowałem trzy długie epistoły. Każda z nich wydała mi się tak banalna i lizusowska, że podarłem wszystkie. Nie potrafiłem w nich wyrazić głębi mojej wdzięczności, głębi moich uczuć dla niego. Usprawiedliwiałem przed samym sobą ociąganie się z odpowiedzią szczerym postanowieniem, że pojadę go odwiedzić i osobiście mu opowiem, czego mnie uczy don Juan Matus, lecz ciągle odwlekałem tę podróż, ponieważ nie byłem pewien, co ja tak właściwie z don Juanem robię. Chciałem pewnego dnia móc zademonstrować mojemu przyjacielowi konkretne rezultaty. Przy ówczesnym stanie rzeczy dysponowałem jedynie niejasnymi zarysami pewnych możliwości, które, biorąc pod uwagę jego wysokie wymagania, i tak nie zostałyby uznane za zaczątek nawet nowej pracy badawczej z zakresu antropologii. Pewnego dnia dowiedziałem się, że nie żyje. Jego śmierć pogrążyła mnie w niebezpiecznej, cichej depresji. Nie było sposobu, by wyrazić, co czuję, ponieważ to, co czułem, nie zostało w pełni sformułowane w moim umyśle. Była to mieszanina przygnębienia, rozpaczy i odrazy do samego siebie za to, że nie odpisałem na jego list, że nie pojechałem się z nim zobaczyć. Wkrótce potem złożyłem wizytę don Juanowi. Gdy przyjechałem pod jego dom, usiadłem na jednej ze skrzynek pod ramadą i usiłowałem dobrać słowa, które nie brzmiałyby banalnie, a którymi mógłbym wyrazić rozpacz z powodu śmierci przyjaciela. Jednak, co było dla mnie niepojęte, don Juan znał źródło wewnętrznej rozterki i powód mojej wizyty u niego. – Tak – odezwał się sucho. – Wiem, że umarł twój przyjaciel, antropolog, który cię do mnie doprowadził. Z jakichś przyczyn wiedziałem to dokładnie w chwili, gdy zmarł. Widziałem to. Jego słowa wstrząsnęły mną do głębi. – Widziałem, że to się zbliża, już dawno temu. Nawet ci o tym powiedziałem, ale ty nie zwróciłeś uwagi na to, co mówię. Jestem pewien, że nawet tego nie pamiętasz. Pamiętałem każde słowo, które wówczas padło, ale w tamtym momencie nie miały one dla mnie żadnego sensu. Don Juan oświadczył mi wtedy, że jest coś, co ma głęboki związek z naszym spotkaniem, lecz nie jest jego częścią, i jest to fakt, że widział mojego przyjaciela antropologa jako umierającego człowieka. – Widziałem śmierć jako przybywającą z zewnątrz siłę, która już zaczęła otwierać twojego przyjaciela – powiedział wtedy do mnie. – Każdy z nas ma energetyczną bruzdę, energetyczne rozcięcie poniżej pępka. To rozcięcie, które czarownicy nazywają szczeliną, jest zamknięte, gdy człowiek cieszy się pełnią sił. Powiedział, że w normalnych warunkach oko czarownika może rozróżnić jedynie słabe przebarwienie w jednolicie białej poświacie świetlistej kuli. Lecz gdy człowiek jest bliski śmierci, owa szczelina staje się dobrze widoczna. Z przekonaniem oświadczył, że szczelina mojego przyjaciela była szeroko rozwarta. – Jakie ma to wszystko znaczenie, don Juanie? – spytałem go wówczas bez zainteresowania. – Znaczenie sprawy życia i śmierci – odrzekł. – Duch dawał mi znaki, że coś się zbliża ku końcowi. Myślałem, że chodzi o moje życie, że ono się zbliża ku końcowi, i przyjąłem to tak pokornie, jak mogłem. Dużo, dużo później oświeciło mnie, że to nie moje życie ma się ku końcowi, lecz cała moja linia. Nie wiedziałem, o czym mówi. Ale jak mogłem wziąć to wszystko poważnie? Z mojego punktu widzenia – wówczas – jego słowa były jak cała reszta mojego życia: po prostu słowami. – Twój przyjaciel sam ci powiedział, choć nie w tylu słowach, że umiera – ciągnął don Juan. – Zrozumiałeś, co ci mówił, dokładnie tak samo, jak zrozumiałeś, co ja ci wówczas powiedziałem, ale w obu przypadkach wolałeś to zignorować. Nie miałem nic do powiedzenia. Byłem przytłoczony tym osądem. Chciałem się zapaść w skrzynkę,

którego szukałem. że zamyka swoje sprawy. wiedziałbyś. którzy mu pomagali. że w ogóle nie byłem zdziwiony. tym lepsze rezultaty. jak jego śmierć go pochłania. żeby jako czarownik przepisał mi jakąś kurację. która położyłaby kres moim mękom. – Faktem jest. by sobie patrzeć.na której siedziałem. ale życzyłem mu jak najlepiej z głębi mej pustki czarownika. gdy ze mną rozmawiał. co cię drażni. która wydaje się czymś nieistotnym dla tego. że to. że nie szukam rady. Lekceważyłem to jego zachowanie. by zasmakować czegoś. co ci podadzą. kiedy jesteś ze mną. co wiesz – choćby tylko na tę chwilę. – Nie chowaj się za banałami – powiedział oskarżycielskim tonem. – Pamiętałem go tak dobrze. że zawsze mam się na baczności – przypomniałem don Juanowi. co się dzieje. że ma rację. by dać mu do zrozumienia. że tamta podróż była jedynie radością dla jego oczu – rzekł don Juan. że ignorujesz takie sprawy – ciągnął. dostrzegałeś jedynie te elementy. co się w danej chwili dzieje. że zlekceważyłem to. co mówię tobie czy komukolwiek innemu. jakieś organiczne valium. Twój przyjaciel zrzucał z siebie balast wszelkiej powierzchowności. co mi wcześniej mówił o umierającym przyjacielu. Oto twoje motto człowieka Zachodu. – Czarownicy nigdy nie rzucają słów na wiatr – rzekł. ponieważ jakaś nieznana cząstka mnie mówiła mi. że znajdowałem się już w życiu w dramatycznych sytuacjach. Potrafił zatrzymać samochód tylko po to. gdy przyprowadził cię do mnie tam. ile brak mi ukierunkowania potrzebnego do ustalenia odpowiedniej listy priorytetów. chwilę na tyle długą. zdumiony. Nie dostrzegłeś. Nawet mu delikatnie sugerowałem. dałem mu to do zrozumienia. Usiłując bronić ostatniego bastionu mojego “ja" – przekonania. . Zauważyłbyś. – Dla czarowników bycie uważnym oznacza uświadamianie sobie osnowy powszedniego świata. że być może za dużo pije. Powiedziałem. Różnica pomiędzy tobą a mną polega na tym. które wymagały ode mnie błyskawicznego pomyślunku i czujności. a ty nie. Podczas wyprawy. – To nie twoja wina. – Przykładam wielką wagę do tego. co mówi. na przykład zachwyt mojego przyjaciela otaczającą nas przyrodą. Twój przyjaciel antropolog rozmawiał kiedyś ze mną – ciągnął don Juan. z tego też powodu wszystko jest dla mnie albo bardzo ważne. Przyznałem mu rację. które sobie uświadamiałem. Nie mogłem mu pomóc wówczas. a które w owym czasie nic dla mnie nie znaczyły. – Teraz to przeszedłeś samego siebie – powiedział. że masz czasu pod dostatkiem i tak też się zachowujesz. że te uwagi nie łagodzą mojego smutku i nie zmniejszają mojej rozterki. co usunie z ciebie wszystko. że się z nimi żegna. że było tak wiele elementów. że to prawda. Potem straciłem panowanie nad sobą i wyrzuciłem z siebie wszystkie zawiłości kotłujących się we mnie uczuć. Ty zaś jesteś przekonany. że naprawdę zależy mi na tym. a przecież gdzieś w środku wiedziałeś o tym. na dworzec autobusowy. że podczas swej ostatniej podróży dziękował ludziom. Nie jesteś uważny. Chciałem. że odwiedza ludzi. Nie tyle więc jestem nieuważny. że ja nie mam do stracenia ani chwili i tak też się zachowuję. – A za chwilę poprosisz czarownika o coś. ile potrzeba na przełknięcie wszystkiego. które same się narzucały. na którą wybrałeś się ze swoim przyjacielem. – Podnieś się. – To młodość. tak wielu ludzi jest wokół ciebie. z głębi mego milczenia czarownika. Im paskudniejszy smak. nieistotnej dla tego. Zacząłem protestować. Przyznałem don Juanowi. bez jakiegokolwiek wysiłku z twojej strony – tyle tylko. nie jest prawdą. na góry w oddali albo na wyschnięte koryto rzeki. Odpowiedział mi. by dał mi jakiś naturalny środek odprężający. Wyznałem don Juanowi. Nie zatracaj się w nieistotnej osnowie otaczającego cię świata. Gdybyś nie był tak zaabsorbowany sobą i swoimi problemami. co być czujnym – odrzekł don Juan. albo pozbawione znaczenia w ogóle. albo na pustynię. – Czarownicy udają się w taką podróż i wówczas nic się nie liczy poza tym. Dlatego wiem. zanim mnie spotkałeś. zniknąć z powierzchni Ziemi. uznając je za idiotyczny sentymentalizm starzejącego się mężczyzny. Don Juan pokręcił głową. całymi godzinami. co się już nigdy nie powtórzy. że była to jego ostatnia podróż. Nie był człowiekiem. – Być uważnym to nie to samo. ale zauważyłem. Weź na siebie odpowiedzialność za to. że ja ważę wszystko. Efekt naszego indywidualnego nastawienia jest taki. że w trudnych chwilach kieliszek pozwala człowiekowi na chwilę spokoju i oderwania. Nigdy się zresztą nie nauczyłeś. którzy się w jego życiu liczyli. Myślałem. jak być uważnym. Chcesz konkretnych rezultatów – jedna mikstura i jesteś zdrów. co zdołają wchłonąć ich oczy. Masz tyle rzeczy do zrobienia. co robię i mówię.

Natychmiast odegnałem tę myśl. i bez względu na to. Chcesz zapomnieć o śmierci twojego przyjaciela. całkowicie oddają się temu. i ty również. że we wszechświecie istnieje smutek – niczym siła. ale to najlepsza rzecz. stan rzeczy. gdy powinieneś był mu podziękować. których nie mogą już wypowiedzieć. bo byłem w podobnym położeniu. Następnie don Juan wcielił się w postać swojego nauczyciela. gdyż nie podziękowałeś swojemu przyjacielowi. Nigdy nie stawiałem swoich czynów w takim świetle. Nie pochodzi on z ja. Brzemię słów don Juana stało się dla mnie zbyt ciężkie. czy to rozumiesz. że muszę się położyć. Cisza pustyni Sonory była niczym sztylet. którą zwykł opowiadać na swoich warsztatach teatralnych. W istocie. Chciałem już iść. Miał taką ulubioną historyjkę. co czujemy. Zrozumiałem ogrom tego. Czułem. byłeś jego ostatnią myślą. nieważne. Na niebie nie widniała nawet najmniejsza chmurka. Chcesz uciec. Choć być może nie zdawał sobie z tego sprawy. Nigdy nie będziesz mógł spłacić swojego długu. – Dla czarownika smutek nie jest czymś osobistym – powiedział don Juan. że teraz jego duch będzie ci deptał po piętach. był w stosunku do ciebie okropny. Ale tak naprawdę zwlekałeś z podziękowaniem mu. – To fala energii. że opowiadają dla mnie. Chciałem się znaleźć w mieście. że byłem przekonany. Ale nieskończoność ci nie pozwoli. ty byłeś na niego zły – oceniałeś go. czy nie. z myślą o mnie. Mój nauczyciel. gdyż nasz czas się skończył. jak intencja – i że ta odwieczna siła oddziałuje zwłaszcza na czarowników. nigdy. Byłem rozbity. którzy dali nam cały schemat magii. wierzyli. jak radio. Twój również. Słuchając jej. – Twój przyjaciel wiedział. Don Juan jątrzył moją ranę jeszcze bardziej. nigdy nikomu nie podziękowałem. Smutek. wtedy na dworcu autobusowym dał ci wszystko. A potem zwlekałeś z odwiedzinami. W zasadzie pracował zawodowo w teatrze. Mawiał. To się zdarza każdemu z nas. bo chciał się dowiedzieć. a kiedy chcemy to zrobić. Zawsze sądziłem. gdyż ci pozbyli się już wszelkich tarcz. iż don Juan. – Co mogę teraz zrobić. że umiera – powiedział. Zachodzące słońce wydawało się zdumiewająco złote i refleksy na odsłoniętych szczytach gór na wschodzie były mieszaniną purpury i złota. – Tak smakuje nieskończoność – odezwał się don Juan grobowym tonem stwierdzenia ostatecznego. cierpiałem potworne katusze. jednak są trawieni owym kosmicznym smutkiem. a być może i jeszcze dłużej. na co go było stać. Sytuacja czarowników – ciągnął don Juan – wygląda tak. Nie mogą się schować za swoich przyjaciół albo za swoje studia. Nie mogą się schować za miłością ani nienawiścią. Ale w momencie. don Juanie? – spytałem. zazwyczaj pełen radości życia. przyjeżdżając do domu don Juana późnym popołudniem. zatracić się w jego hałasie. Nigdy nie wyrażamy tego. ciepłym. Czarownicy z odległych wieków. jaką czarownik może uczynić. jest równie smutny jak ja. Nie pochodzi on z pożądania czegoś albo z braku czegoś czy z poczucia własnej ważności. Możesz uważać to za głupi sposób. co mówił don Juan. co możesz teraz zrobić – odrzekł – to zachowywać żywe wspomnienie swojego przyjaciela. przed czym stają. W Arizonie powinieneś był podziękować mu z całego serca. ani szczęściem. Fatygował się. – Znam to. Przeszywała mnie do szpiku kości.Czarownicy podchodzą do tego inaczej – ciągnął don Juan. Skończyło się na tym. znów wcinając się w moje myśli. pełnym sprzeczności. Twój wewnętrzny chaos jest wynikiem braku trzeźwości. – Napisał ostatni list do ciebie. skłania się już w tym kierunku. Nie mają się za czym schować. że nic się nie porusza. które może wychwycić stosowne fale. gdy ten jest niczym chłonna gleba. To nie było możliwe. nie pozwalać mu umrzeć do końca twojego życia. – Jako że nie mają ani chwili do stracenia. Miałem wrażenie. – Jedyne. Było to takie odczucie. Być może sprawiły to czas i okoliczności naszej rozmowy. – Pochwyciła cię bezlitośnie w swe kleszcze. mówiąc mi. Nie wykazałeś się należytą trzeźwością umysłu i nie podziękowałeś przyjacielowi należycie. – Głos mu złagodniał. Bez wątpienia to mój własny smutek sprawił. że historia opowiada o . głupim – to bez znaczenia. nagual Julian – kontynuował – był fenomenalnym aktorem. Kręciło mi się w głowie. że jest to opowieść dla wojowników. W ten sposób czarownicy wyrażają swoje podziękowania. zatopić się w czymś ludzkim. którzy choć mają wszystko. Pochodzi z nieskończoności. jakby cały świat zaszył się w ukryciu. Popełniłem potworny błąd. To nie tylko czas twojego przyjaciela dobiegł końca. wsiąść do samochodu i odjechać. żeby zabrać cię ze sobą. który odczuwasz. że smutek jest dla nich czymś abstrakcyjnym. jest już za późno. choć jego obecność była wszechpotężna. czym się zajmujesz. jak światło. która przychodzi z głębi kosmosu i uderza w czarownika. ani tragedią.

że być może powinien wyruszyć w jakąś daleką podróż i zobaczyć odległe krańce świata. że nie o miłość tu chodzi. Jeździł do najlepszych lekarzy tamtego czasu i żaden z nich nie potrafił mu pomóc. uzdrowiciela dusz. . Doktor zaczął podejrzewać. że ma do czynienia z niepoprawnym łgarzem. że mężczyzna obrzucił lekarza tak smutnym spojrzeniem. jakie tylko można sobie wyobrazić. Lekarz zasugerował więc mu. Tak pysznie się pan ubawi. jestem zgubiony. co należy zrobić. Mężczyzna odparł. Nie mógł przecież spróbować wszystkiego.człowieku. W końcu trafił do gabinetu wielkiego lekarza. jeśli to jest pańskie zalecenie. sport i tym podobne. – Mam dla szanownego pana doskonałe rozwiązanie. że kochają go tak jak być może nikogo innego na tej Ziemi. Nie ma dla mnie lekarstwa. w końcu olśniło go i wiedział już. Mężczyzna odrzekł. jak utrzymywał. i rzekł: – Doktorze. że – nie chwaląc się – był już w zasadzie wszędzie. że być może znalazłby pociechę w miłości i tak położył kres swej melancholii. Mężczyzna na każdą z jego sugestii odpowiadał tymi samymi słowy: że już tego próbował i nie przyniosło mu to ulgi. Wielki Garrick to ja. który cierpiał z powodu głębokiej melancholii. – Ach! – wykrzyknął. Lekarz polecał mu różne hobby – sztukę. Musi się pan wybrać na przedstawienie największego komika naszych czasów. Lekarz ów podsunął pacjentowi myśl. Ponieważ jednak był prawdziwym uzdrowicielem. Musi się pan wybrać na przedstawienie Wielkiego Garricka! Don Juan powiedział. że całkowicie pan zapomni o dręczącej go melancholii.

Niektórym bardzo utalentowanym adeptom potrzeba jedynie kilku minut ciszy. że wewnętrzna cisza oznacza zawieszenie wewnętrznego dialogu – nieodłącznego towarzysza myślenia – i stąd też jest ona stanem głębokiego wyciszenia. by stosować się do jego wskazań i kumulować wewnętrzną ciszę sekunda po sekundzie. które posiada człowiek. że wewnętrzna cisza jest ścieżką. w której bodźce zmysłowe dochodzące z najdalszych zakamarków wszechświata przestają być interpretowane za pomocą zmysłów. być może nieco ponad jedną godzinę pełnego wyciszenia. gromadzić. czym zawsze dla nas było. która tłumi magiczne zdolności człowieka? – zapytałem. gdy proces kognitywny przestaje być siłą. jak niezbędna jest wewnętrzna cisza. – Co dawni czarownicy uważali za znak. było końcowym – ostatecznym i dramatycznym – efektem osiągnięcia owego indywidualnego progu wyciszenia. który jak wszystko w świecie czarowników. która wiedzie do rzeczywistego zawieszenia racjonalnego osądu – do chwili. które zostały stłumione – nie przez samego człowieka. luźne cegły zaczynają tworzyć zwartą strukturę. gdyż jest to taki stan. do czego zmierzali dawni czarownicy. które mogą się z pozoru wydawać zupełnie nie związane z dążeniem do osiągnięcia wewnętrznej ciszy – jak na przykład skakanie z wodospadów albo zwisanie całymi nocami głową w dół z najwyższej gałęzi drzewa – za kamienie milowe na drodze wiodącej ich do tego stanu. To chwila. już to innym adeptom magii przeżycia głębokiego wstrząsu i osiągnięcia owego wielce pożądanego stanu wewnętrznej ciszy. wszystko. która rządząc się nawykiem i rutynowym powtarzaniem. Rekapitulując mi pryncypia czarowników starożytnego Meksyku. na którym opiera się cała magia. – To. te same zdolności. by wewnętrzna cisza mogła zacząć skutkować – powiedział. którą murarz spaja cegły. gdy zaprawa twardnieje. jest to chwila. Don Juan powiedział. Uważali oni najbardziej wymyślne zadania. gdy ją praktykuję. Innym. Robiłem co w mojej mocy. W stanie wewnętrznej ciszy działają inne zdolności. Od początku naszej znajomości don Juan wbijał mi do głowy. gdy wszystko dokoła przestaje być tym. że wewnętrzną ciszę można kumulować. lecz przez ingerencję z zewnątrz. co robimy. jak wyznaczyć w sobie ramy wewnętrznej ciszy i później ją rozszerzać. nie zdradza swego istnienia. Jest to chwila. Innymi słowy. – Moment załamania jest niczym zaprawa. jest to chwila. Wyjaśnił mi. Pożądany efekt to coś. don Juanie? – zapytałem. choć to w istocie najważniejszy aspekt magii szamanów starożytnego Meksyku. decyduje o naturze tego świata. za każdym razem. – Dawni czarownicy – mówił – nazywali to wewnętrzną ciszą. don Juan kategorycznie orzekł. – Czarownikom potrzeba tak zwanego momentu załamania. dopóki coś nie wstrząśnie nami do głębi. kiedy myśli zostają skasowane i człowiek może funkcjonować na odmiennym poziomie świadomości niż na co dzień. Podkreślał. że wewnętrzna cisza zaczyna skutkować. – Co to za ingerencja z zewnątrz. gdy zaczynasz ją kumulować – odrzekł. – Dawni czarownicy nazywali ją również absolutną wolnością. co dawni czarownicy określali jako zatrzymanie świata. mniej zdolnym. by wskazać mi drogę do tego. – To temat na kiedy indziej – odparł don Juan – i nie jest to przedmiot naszej obecnej rozmowy. Don Juan przekonywał mnie. zdolności. Nie miałem żadnej możliwości pomierzenia efektów moich . gdy czarownicy powracają do prawdziwej natury człowieka – ciągnął don Juan. by dojść do tego wielce pożądanego rezultatu. zanim osiągną pożądany efekt. – Wewnętrzna cisza skutkuje od momentu. Dopiero wówczas. jak wartościowa. zanim wewnętrzna cisza zacznie skutkować. Wewnętrzna cisza – ciągnął – to fundament. potrzeba długich okresów ciszy. kiedy człowiek-niewolnik przeobraża się w człowieka-istotę wolną. W moim przypadku on sam dokładał wszelkich starań. prowadzi nas do tego stanu. w którym postrzeganie nie jest uzależnione od zmysłów. że czarownicy starożytnego Meksyku wynaleźli sporo sposobów zapewnienia już to sobie.Moment załamania Don Juan definiował wewnętrzną ciszę jako pewien specyficzny stan. które czynią zeń istotę magiczną. zdolną dokonywać w sferze postrzegania rzeczy. że czarownicy starożytnego Meksyku odkryli. co oznacza. iż każdy człowiek ma inny próg czasowy wewnętrznej ciszy. że każdy z nas musi utrzymywać ten stan przez okres wyznaczony naszym indywidualnym progiem czasowym. sekunda po sekundzie. które urągają naszej liniowej wyobraźni.

– Ale w jaki sposób. – Im podlejszy. – Ten hotel po drugiej stronie – powiedział don Juan. nie byłem też w stanie ocenić. Nie jesteś powolny. byś wynajął sobie pokój w jednym z tych obskurnych hotelików. żebym mógł to zrobić. a dzień pochmurny. – Czy to oznacza załamanie nerwowe albo coś podobnego? – zapytałem. bez litości. Wymagasz ode mnie zbyt wiele. Wiedziałem. don Juanie – powiedziałem. – Jak ci już wielokrotnie mówiłem – odezwał się don Juan. – Zostaw ich w jakikolwiek sposób. – Stanowczo się nie zgadzam. sumiennie i dokładnie. gdzie mieściły się jedynie magazyny i zdewastowane hotele dla przejezdnych. Jego polecenie doprowadzało mnie do szaleństwa. którym było gromadzenie wewnętrznej ciszy. don Juanie? – spytałem. a jednak zachowujesz się tak. które znasz – powiedział. gubiąc się nieco w jego intrygującym rozumowaniu. – Jak mam to rozumieć. które sobie folgują. – Musisz zostawić swoich przyjaciół. co robisz. bardzo ważne – ciągnął don Juan – byś sam. że wszystko sprowadza się do jednego – odparł. to mój punkt odniesienia. i dopóki nie przerwiesz swojego dotychczasowego trybu życia. Zaśmiałem się nerwowo. wskazuje na jedną jedyną rzecz: musisz to wszystko przełamać. dokładnie – skomentował. gwałtownie wyrywając mnie ze stanu koncentracji – w życiu każdego czarownika. don Juanie? – spytałem błagalnym głosem. Wokół rynku mieściły się sklepy. To bardzo. Gorące powietrze było suche i nawet bardzo przyjemne. jakbyś był niepewny. jak pewnego razu przejeżdżaliśmy z don Juanem samochodem przez przemysłową dzielnicę Los Angeles. Jeśli mam być z tobą szczery. – Musisz po prostu wyjechać – odrzekł rzeczowo. by mu się przyjrzeć. którego znam – mężczyzny czy kobiety – prędzej czy później nadchodzi moment załamania. tym lepiej. Czarownicy nie są osobami. nie sądzę. Nie byłbym w stanie sporządzić planu rynku nawet wówczas. Taki jest chyba twój styl. jakbyś się bał ludzi. Miałem na myśli to. Tamtego dnia. Szczególnie jeden z nich przykuł uwagę don Juana swą napuszoną nazwą: “Edward Siódmy". by mogła zapanować wewnętrzna cisza i stać się aktywną częścią ich struktury. Wszystko. nie pokazujesz go po sobie. że w pewnym momencie ciągłość ich życia musi się załamać. Jest niemożliwością. – Twój punkt załamania – odrzekł – oznacza przerwanie ciągłości znanego ci do tej pory życia. Moi przyjaciele to moja rodzina. Jeżeli masz talent. i nie dlatego tylko. Ulice roiły się od ludzi. dopóty nie będę w stanie udzielić ci dalszych instrukcji. – Zaraz. – Załamania nerwowe są dla osób. Jesteś bardzo pewny siebie. czy nie. który pokazałem ci kiedyś w Los Angeles. rozmyślnie. byś mógł dalej kroczyć ścieżką wojownika. Musisz się z nimi pożegnać. chwileczkę.starań. nie – odrzekł ze śmiechem. Nie jesteś zahukany. tym lepszy. jakbyś był. – Zalecałbym. Czarownicy mają tylko jeden punkt odniesienia: nieskończoność. wskazując na niego –jest dla mnie prawdziwym obrazem życia przeciętnego człowieka na Ziemi. że są. – Ale dokąd mam się udać? – zapytałem. Jeśli masz szczęście albo nie masz . Dlatego też musi zniknąć z twojego życia. gdyby była to sprawa życia i śmierci. inteligentnie wytworzył. – Nie. Wypełniłeś wszystkie moje polecenia. niech będzie miejsce podobne do tamtego hotelu. – Ale jak to sobie wyobrażasz. Zatrzymaliśmy się na chwilę na ulicy. co pobudziłoby moje wspomnienia i dałoby się wykorzystać podczas rewizji życia. – To twój punkt odniesienia. że chciałem zadowolić don Juana – sam ten proces stał się dla mnie wyzwaniem. nigdy jednak nie zwróciłem na nie uwagi. starałem się umiejscowić i zidentyfikować każdy ze sklepów. gdy tak przechadzałem się z don Juanem. lecz ich istnienie nie było czymś. co potrafiłbym sobie samodzielnie uzmysłowić. szarozielone zasłony i szarozielone ściany. – Wydaje mi się. gdy przypomniałem sobie. Pewnego dnia don Juan i ja spacerowaliśmy leniwie po rynku w Hermosillo. don Juanie? Co ci chodzi po głowie? – zapytałem niezwykle rozgorączkowany. zaraz. na zawsze. Było wczesne popołudnie. niosąc ze sobą swą osobistą historię. ale zachowujesz się tak. Jeżeli w pokoju będziesz miał szarozielony dywan. osiągnął taki właśnie punkt załamania. ale zachowujesz się tak. czy osiągnąłem jakikolwiek próg. Byłem w Hermosillo wcześniej wielokrotnie. czyli sam go sztucznie. Po prostu niestrudzenie dążyłem do celu. Szukałem czegoś charakterystycznego. – Dokładnie.

To dwie różne sprawy. – Nie – powiedział – nie chcę. – Co to za bzdury. co to musi być za życie. Jakie to niesamowite. którą rozsunął i za którą zniknął. że jest mu najzupełniej obojętne. – Czarownik wykorzystuje podobne miejsce do tego. Nie mogłem się nadziwić łatwości. jakby coś wymazało to wszystko z mojej pamięci. dostajesz pokój z widokiem na ulicę. – Co ja mam tam robić. jest to. Wszystko przebiegało zgodnie z moimi oczekiwaniami. Koniec nadszedł tak samo jak wszystko inne w świecie don Juana: szybko i niespodziewanie. Przez chwilę miałem dziwne wrażenie. Czułem się tak. Ale nie. że przez cały ten czas. don Juanie – odrzekłem. bardzo swobodny i wróciłem do mojego zwyczajnego trybu życia z nowym zapasem entuzjazmu. zupełnie jakby się z nimi stopił. z jaką mi przychodziło zapominanie czegoś. było już po wszystkim. z jaką cała rzecz się zakończyła. Pomyśl sobie. Jego polecenie mnie przeraziło. które pozwala ocenić – ciągnął – że czarownik umarł. – Nie ma sensu cię okłamywać. Don Juan był jednak naprawdę człowiekiem obdarzonym wielką elegancją. Teraz zaś. Nie wiem dlaczego. jednocześnie zachciało mi się śmiać. bym umarł tam naprawdę. myślałem w duchu. Zostaniesz w tym pokoju tak długo. w którym przestaniesz pożądać towarzystwa przyjaciół. gdy stanąłem przed ewentualnością wynajęcia pokoju w hotelu pokroju “Edwarda Siódmego". abyś umarł tam naprawdę. których wykorzystywałeś jako tarcz. W gruncie rzeczy twoja osoba ma bardzo niewiele wspólnego z twoim ciałem. z oknami wychodzącymi na ścianę kolejnego budynku. – Kiedyś ci o tym opowiem – odrzekł – ale nie teraz. wszystkie spostrzeżenia na ich temat. czy pójdziesz swoją drogą.skrupułów. Żadnego obwiniania. Czułem. don Juanie – powiedziałem – ale jakie byłyby kryteria oceny. a twój umysł – możesz mi wierzyć – twój umysł nie należy do ciebie. czy już jestem martwy? Jeśli nie chcesz. i widoku na ścianę innego budynku. – Nie żebym chciał to zrobić. które dadzą ci wielką siłę. w którym umrzesz jako osoba. ale powiedzmy. Spadł na mnie znienacka. don Juanie? – zapytałem. Metafora don Juana niezwykle mnie zbulwersowała. gdzie widzisz nie kończący się pochód ludzkiej nędzy. co powiedzieć ani od czego zacząć. co miało dla mnie tak wielkie znaczenie. bez względu na to. Byłem bardzo szczęśliwy. która nie pasowała do w sumie poukładanego schematu mojej nowej. w którym pobrzmiewało nerwowe drżenie. złości ani niczego w tym guście – zupełnie nic. Była tylko jedna rzecz. jeśli mieszkasz od strony zewnętrznej. kiedy ja nie miałem nawet pojęcia. – Nie będę już więcej mógł z tobą rozmawiać. który razem spędziliśmy. Nauczyłeś się rzeczy. że tłum wokół nas był niczym kurtyna. Chcę. Podróż do domu minęła bez żadnych przygód. jak się to w ogóle zaczęło. abyś umarł jako osoba. czy też jest sam. oczywiście. dostajesz pokój od wewnętrznej strony. Kryterium. czy jest w czyimś towarzystwie. Poszedłem do mojego samochodu i odjechałem. – Nigdy w swoim życiu nie byłeś sam. co mówiłem o nich don Juanowi – wszystko to zostało zupełnie zapomniane. Co ty na to? Wchodzisz w tę zabawę? – Nie mogę tego zrobić. jak bezboleśnie. jak całkowicie byłem w stanie zapomnieć. będzie tym dniem. Jeśli nie masz tyle szczęścia albo masz skrupuły. ale odczuwałem wielką radość. Kilkakrotnie ze zdumieniem myślałem o łatwości. kiedy zmęczony wyglądaniem przez okno zazdrościsz innym widoku na ulicę. jak rozpiera mnie radość. Odwrócił się i po prostu zniknął pomiędzy ludźmi na rynku. starej egzystencji: wyraźnie pamiętałem. W Los Angeles. don Juanie? Jak to mój umysł nie należy do mnie? – usłyszałem własny głos. by umrzeć – odrzekł. i o tym. szczęśliwy jak małe dziecko. nie wiedziałem. spostrzegłem. wpatrując się we mnie bez mrugnięcia okiem. wszystko. jakby moje słowa wcale go nie obeszły. że wyniosłem z mego ostatniego spotkania z don Juanem niesamowitą ilość energii. Poklepał mnie po plecach i pożegnał się ze mną. gdyż dobrze ją pojąłem. gdy otacza cię pierścień przyjaciół. – Nie ma żadnej sprawy – odparł z niezmąconym spokojem. sporo się nauczyłeś. Powinienem się wówczas czuć zdruzgotany. Wszystkie moje przejścia z przyjaciółmi. aż umrzesz. Teraz nadszedł na to czas. Dzień. jeśli mieszkasz od wewnętrznej strony. czy jeszcze tu wrócisz. Nie mogę zostawić moich przyjaciół. jak don . rozdarte pomiędzy tymi dwoma widokami. Twoja osoba to twój umysł. gdy wróciłem do mych normalnych zajęć. jak szybko i sprawnie wszystko się zakończyło.

lecz w końcu zdecydowałem. Jego ciało było sztywne i lodowato zimne. by wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze. Stwierdziłem. Oczywiście ani ja. bardzo szlachetnej mieszaniny gipsu i innych substancji. Powiedział. że moje odejście ze świata czarowników jest czysto akademickie i że do niego wrócę. że Rodrigowi zostały tylko dwa dni na wtłoczenie sobie do głowy sześciuset stron tekstu. Zbliżał się dzień egzaminu końcowego. Wybrał nawet przyjaciół. Rodrigo postanowił zedrzeć poszycie dachu. co się w ogóle nie wydarzyło? Głowiłem się na próżno. odwołując się do mojego normalnego. podczas którego dopingował się amfetaminą. Kiedy indziej znów wytrzymywał do samego końca na jednym z najmniej punktowanych kursów. dopóki nie przestałem z nim konkurować. jak dawać z siebie wszystko w tym.Juan mi mówił. Miał się za swego rodzaju wyczynowca w czytaniu. Rodrigowi zostały wówczas dwa tygodnie na naukę. zanim będzie za późno. czego tylko imał się Rodrigo. jednego po drugim. – Ty w TJ na pewno byś poszedł się uganiać za starymi książkami. tak by mógł rzucać gazety prawą ręką przez dziurę po drzwiach. ale ciągle uważał. tam odda samochód do warsztatu. która nadaje ścianom idealną gładkość. i ja nigdy tego nie zauważyłem. Malowanie i szlifowanie drewnianych parkietów zabrało nam z górą tydzień. Moje niby-wspomnienie było na tyle zadziwiające. Ponieważ uważał. Egzamin został przerwany na jakiś czas. Idąc za jego radą. polegającej na porannym rozwożeniu gazet do domów. Gdyby ktoś mnie o to pytał. podjąłem przełomową jak na mnie decyzję: postanowiłem ich uhonorować i podziękować im. zdołał usiąść w swojej ławce i zdołał odebrać test wielokrotnego wyboru. musieliśmy się uciec do pomocy toppingu. Następnie z wyrazistością. ale nie wiedziałem o tym. Później. My zaś całą naszą paczką wybralibyśmy się do burdelu. Kiedy pomogłem mu usunąć prawe drzwi. Moje nastawienie do Rodriga zmieniło się radykalnie. Koniec końców. bo dupa z ciebie i tyle. że ma trzy tygodnie na naukę. że zasługiwało na to. Nie zdołał jednakże zrobić jednego – zachować dłużej przytomności i zdać egzaminu. rezygnował z kolejnych kursów. nie należałem już do towarzystwa don Juana. I rzeczywiście – w dniu egzaminu zdołał pójść do szkoły. Osunął się w ławce i poleciał w przód. który w końcu zawalił się z hukiem i legł w gruzach. że ma niemal stuprocentową pamięć fotograficzną. iż nie ma to żadnego sensu. linearnego toku rozumowania i do mojej pamięci. musiałem stwierdzić. że jedną z jego licznych zdolności. Zdarcie całej tapicerki i zeszlifowanie metalu pod nowy materiał zajęło nam tydzień. że do egzaminu pozostało mnóstwo czasu. Czasem po prostu rzucał szkołę. Jedną z rzeczy. z upływem czasu. Zapamiętałem sobie i zapisałem każde słowo z naszych rozmów. Wobec tego zaangażował mnie do pomocy przy malowaniu swego mieszkania i naprawie podłóg. ani Rodrigo nie wiedzieliśmy. Po tych wszystkich przejściach okazało się. których Rodrigo życzył sobie najbardziej. które było mocno podarte. Uważał. bym pomógł mu dostosować jego samochód do pracy. Chciał usunąć prawe drzwi. było ukończenie college'u. Jedną z osób. Tu musiałem przyznać Rodrigowi rację. natychmiast wystartował do całodobowego maratonu czytelniczego. Cała klasa . Jednakże pewien incydent z udziałem Rodriga zachwiał całym moim nowym paradygmatem życiowym. ponieważ lubił ten przedmiot. która doprowadzała mnie do szału. był mój przyjaciel Rodrigo Cummings. na ile zezwalały przepisy. jest oburęczność. więc straszliwie skopaliśmy całą robotę. waląc głową w blat z przerażającym hukiem. i tak. że don Juan nigdy niczego takiego nie powiedział. że to dużo czasu. gdzie za kilka dolców każe sobie zrobić nową tapicerkę. że samochód jest w doskonałym stanie technicznym i pojedzie nim do Tijuany. W rzeczywistości byłem taki sam jak on. – Moglibyśmy jakoś spożytkować tę wyprawę – rzekł z radosnym uśmiechem na twarzy. jak należy się nią posługiwać. że jest leworęczny. które to miasto – jak przystało na prawdziwego mieszkańca Miasta Aniołów w owym czasie – nazywał “TJ". Znam tam kilka takich. że na przeczytanie zaledwie sześciuset stron jest to zawrotna ilość czasu. a nie lewą ponad dachem samochodu. podobnie zresztą jak siedzący w pobliżu Rodriga studenci. których to dotyczyło. jak to robił dotychczas. czyli przeczytanie podręcznika do socjologii. ukazała mi się cała prawda. Nauczyciel socjologii dostał ataku histerii. W ostatnim semestrze w college'u Rodrigo chodził na socjologię. Jak mogłem pamiętać coś. które w taki czy inny sposób coś dla mnie w życiu uczyniły. gdy przełamałem w sobie potrzebę rywalizowania z nim. do Meksyku. W każdym semestrze zapisywał się do szkoły i brał tyle kursów. poprosił mnie. których zamierzał ze sobą zabrać. obdarzonego wspaniałą zdolnością zapamiętywania. musieliśmy więc wypożyczyć maszynę do usuwania tapety ze ściany za pomocą pary wodnej. których jego przyjaciele w ogóle nie dostrzegają. utrzymywał. Przypomniałem mu. Wielce rozgorączkowany. na co odparował. że nie ma niczego prostszego pod słońcem. Rodrigo nie chciał w jednym pokoju zamalowywać starej tapety. dotyczącą mojego zachowania wobec osób. Rodrigo powiedział mi.

paść przed nim na kolana. nie zwróciłem uwagi na to. na co mogę sobie pozwolić – nie dlatego. Moje utożsamienie się z Rodrigiem Cummingsem było tak całkowite. W pośpiechu opowiedziałem mu o moich przeżyciach w hotelu. a ja. które zdążono w porę ugasić. zarzewia regularnych pożarów. że resztę mego życia spędzę na zamartwianiu się moją firmą. że nawet mi przez myśl nie przeszło spytać go o to. otwierając sobie drzwi zapasowym kluczem. Przyznałem się. To podobieństwo urosło do takich rozmiarów. żeby pomóc mi w biedzie. byłem przekonany. Wiedziałem. Byłem dokładnie taki sam jak on. Chciałem pocałować go w rękę. – Nie ma czasu do stracenia – powiedział. by uzmysłowić sobie własną głupotę. i zabrano go do szpitala. jak się dowiedział. Ja sam uciekłem raz ze świata czarowników i musiałem stanąć nieomal w obliczu śmierci. Po raz pierwszy w życiu – pomimo że przecież wiele już przeszedłem i wiedziałem – nie miałem dokąd uciec. Wewnętrzna cisza staje się dla ciebie czymś rzeczywistym. Jakiekolwiek inne zajęcie jest oszustwem. i rozpocząłem lukratywną działalność gospodarczą do spółki z pewną damą. jak przeszywa mnie rozpacz. don Juanie? Mam pojechać samochodem. Po opuszczeniu hotelu zamieszkałem samotnie. Poczułem.obawiała się najgorszego. Pomyślałem. Zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym. Jego obecność spowodowała tak ogromny chaos. ale zaciąłem się przy pierwszym słowie i nie byłem w stanie niczego wyjąkać. Ważne jest to. ale dlatego. gdyż jedna godzina czekania to wszystko. sama wejdzie. kiedy jak obuchem w głowę uderzyła mnie myśl. – Każdy z nas robi to samo. Wezwano pielęgniarzy. Dywany były zielone i miały okropne wypalone ślady po papierosach. by dojść do momentu załamania – nieważne jak – i dokładnie to udało ci się osiągnąć. samobójczego nihilizmu. że przeczuł albo wyczytał z powietrza. co mi polecił don Juan. co powiedziałem wtedy w Hermosillo. że musi pozałatwiać inne sprawy i ma tylko chwilę na rozmowę ze mną. że to administratorka domu. Kontynuowałem studia antropologiczne. że Rodrigo jest pogrążony w głębokim śnie. Chciałem zabrać go na śniadanie. gdzie mieszkam. zamartwianiu się pozornie możliwym wyborem pomiędzy karierą naukowca a karierą biznesmena albo na zamartwianiu się kaprysami i matactwami mojej partnerki w interesach. w jaki sposób sprawnie i bezboleśnie dopełnić swego żywota. Don Juan wszedł do środka i z wielką swobodą usiadł na brzegu łóżka. jak ogromnie żałuję tego. i dlatego przyjechał. o co mi chodzi? Wydawało mi się. których nigdy zresztą nie przerwałem. – Odbyłem tę podróż do Los Angeles – odezwał się – specjalnie po to. że nieskończoność naciska mnie bezlitośnie. Byłem całkowicie zagubiony. To jest właśnie powód. że Rodrigo zmarł na atak serca. że nie chcę czekać. – Musisz rozwiązać swoją firmę w przeciągu jednej godziny. że stroi sobie żarty. że nieskończoność daje ci godzinę na skasowanie samego siebie. że pojmuję. choć doszedłem do tego drogą okrężną. dla którego jestem teraz tutaj i z tobą rozmawiam. Powtórzył swoje słowa. Don Juan powiedział mi wówczas. że jeśli jej nie wpuszczę. że stałem jak sparaliżowany. Za oknem przez całą noc świecił migający neon hotelu. aż rzeczywiście było mi najzupełniej obojętne. Nie było moją intencją spełnienie jego warunków ani zredukowanie dzielących nas różnic. co mówi. uznając to posunięcie za akt całkowitego. Po pobieżnych oględzinach stwierdzono. a ściany oliwkowo-szare. będzie na mnie czekać na targowisku w pewnym miasteczku w Meksyku. Wydawało mi się. Ale faktycznie spędziłem w tym hotelu długie miesiące. aż – tak jak postulował don Juan – umarłem jako osoba. czy też jestem sam. Usiłowałem coś z siebie wydusić. że nie potrafiłem już dłużej tego tolerować. Usiłując skupić się na kwestii rozwiązania mojej firmy. bliżej szkoły. – Nie musisz przepraszać – rzekł z przekonaniem. Powiedzmy zatem. zasłony także były zielonego koloru. czy mam jakieś towarzystwo. że byłem już na skraju wytrzymałości nerwowej. wsiąść w samolot? – . żeby się z tobą zobaczyć. że muszę zdążyć. I tak w końcu wyszło na to. Czy jesteś w stanie rozwiązać wszystko w ciągu jednej godziny? Nie musiałem go o tym zapewniać. uznałem. Rozumiesz. rzecz jasna. Otwarłem – w progu stał don Juan! Byłem tak zaskoczony. w znany sobie sposób. – Jakżeż mogę tam dotrzeć. ale odpowiedział. by go wynieśli z sali. Wszystko wydawało się w doskonałym ładzie aż do pewnego dnia. Pewnego ranka obudziło mnie głośne i natarczywe pukanie do drzwi. gdzie miał spać aż do ustąpienia działania amfetaminy. że robię dokładnie to. że stało się przerażające. Wynająłem pokój w podniszczonym hoteliku w Hollywood. Dla nieskończoności jedynym zajęciem wartym zachodu wojownika jest dążenie do wolności. że kiedy uda mi się już zamknąć wszystkie moje sprawy. wszyscy myśleli.

gdzie sprzedawano ser. gdziekolwiek się wybierałem. Sen był tak plastyczny. w zależności od prędkości. Należało usiąść na łóżku ze zgiętymi kolanami i złączonymi stopami. czytał w moich myślach. gdzie –jak powiedział don Juan – mieliśmy się spotkać. że z wewnętrznej ciszy me rodzą się żadne sny – z własnej nieprzymuszonej woli. Co mnie tam najbardziej fascynowało. Zabrało mi to. Bez dwóch zdań. stanąłem w obliczu prawdziwego dylematu. którzy wchodzili do miasteczka z objuczonymi towarem osłami. Podszedłem do niego. iż rozwiązałem mój problem. x . więcej niż jedną godzinę. . Nie raz siadywałem na ławce przy straganie. – Potem pojawi się rozwiązanie. gdy przyjmowałem tę pozycję. Poszedłem do łóżka. Przez chwilę zaczynałem tracić nadzieję. choćbym nawet miał go rozwiązać tylko we śnie. im bardziej się do mnie przybliżali. żeby ci to mówić? Pewnego dnia sam się o tym przekonasz – o tym. Byłem tak szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu. aż w końcu docierali na sam wierzchołek wzniesienia. że nie pozostawiał cienia wątpliwości. Na samych rogatkach miejscowości droga wspinała się na strome wzniesienie. Kołek był docięty na długość trzydziestu pięciu centymetrów i służył do podtrzymywania ciężaru mojej głowy. Ale pamiętaj – będę czekał na ciebie tylko godzinę. tak zatrważająco realny. Dopiero gdy było już po wszystkim. gdy pochylałem się do przodu. Musiałem wówczas zasnąć równie szybko. – Więc jednak osiągnąłeś moment załamania. Targowisko było otwarte jeden dzień w tygodniu i okoliczni farmerzy przywozili wówczas na sprzedaż swoje produkty. W moim śnie don Juan czekał na mnie właśnie przy tym straganie z serem. Don Juan wyszedł z pokoju. jeden koniec kołka umieszczałem na podłodze. jakie przyszło mi do głowy – spokoju i ciszy. Kiedyś don Juan pokazał mi pozycję ułatwiającą osiągnięcie wewnętrznej ciszy. na drugim zaś. ciąg zdarzeń porwał mnie ze sobą. że wyłaniają się spod ziemi. oczywiście. z jaką się poruszali. Don Juan zaśmiał się. Za każdym razem. kręcąc głową. bo wiedziałem. opierałem środek czoła. – Nie jesteś w zwykłym śnie – powiedział – ale kim ja niby jestem. szukając jedynego pocieszenia. a ja gorączkowo przystąpiłem do zamknięcia wszystkich moich spraw. owiniętym miękkim kawałkiem materiału. – Najpierw rozwiąż firmę – rozkazał. to wyłożona kamiennymi płytami droga. Dotarło do mnie wówczas. Ale kręciłem się w pobliżu. ale nie przerywałem sobie. dociska się jedna do drugiej. że poniosłem dotkliwą klęskę. i przypatrywałem się wzniesieniu. że byłem w tym meksykańskim miasteczku. żeby się nad tym zastanowić. który zawsze miałem przy sobie. że dasz sobie radę W moim śnie ruszyliśmy na spacer. pomiędzy złączonymi stopami. – Dokonałeś tego ze swej wewnętrznej ciszy – odezwał się. ale z początku dostrzegałem jedynie ich głowy. klepiąc mnie w plecy. Zostałem bez firmy i bez cienia szans na to. ponieważ kiedy już puściłem całą maszynę w ruch. by dotrzeć do don Juana.zapytałem. już to bardzo szybko. Dał mi też gruby kołek. która wiodła do miasteczka. Dostrzegałem ludzi. tym więcej z ich postaci mogłem dostrzec. już to powoli. Zawsze mi się wydawało. Śniło mi się. zapadałem w sen w ciągu kilku zaledwie sekund. gdzie mogłem zobaczyć ich od stóp do głów. Miejsce to zawsze mnie intrygowało. które trzymając dłońmi za kostki.

że wszechświat składa się z nieskończonej liczby pól energii. i rytmicznie uderzając zwiniętą w rulon gazetą o katedrę. Bodźce te są następnie interpretowane i ta interpretacja staje się naszym systemem kognitywnym. że szamani starożytnego Meksyku dysponowali odmiennym systemem kognitywnym. W moim rozumowaniu. Zakładał go jedynie na spotkania z ważnymi osobistościami. co czują żaby. to w dół. poznanie było procesem kognitywnym. że kontrolę zaczynały przejmować elementy obcego systemu poznawczego. Owe świetliste włókna oddziałują na organizm człowieka. Podawano w nim cytat z tej pracy. było zagrożeniem dla samej istoty mojego ja. metr od miejsca. dusznej sali. Desperacko usiłowałem wydobyć od don Juana potwierdzenie moich przypuszczeń. Moje rozumienie poznania popychało mnie ku przekonaniu. Od początku naszej znajomości don Juan utrzymywał. z grzywką jasnych włosów starannie zaczesanych na jedną stronę. czym jest to coś? – zamachał ponad głową gazetą. Zdarzyło się tak z pewnym profesorem. Czoło miał gładkie. odmienną od innych języków składnię. profesorem Lorcą. było moje życie akademickie. których nie potrafimy pojąć z należytą dokładnością. co nadawało mu wygląd osoby. który upodobałem sobie bodaj najbardziej. Cóż za doniosły moment w życiu człowieka! Elementem. w którym naukowiec ów opisywał. które zdawały się dla mnie przeciągać w całą wieczność. zwłaszcza wówczas.. do ekstremum. Wszyscy obecni na sali zaczęli skrzętnie notować jego słowa. Podczas mych pierwszych pamiętnych zajęć z profesorem Lorcą zdumiony i podenerwowany obserwowałem. który nie miał nic wspólnego z językiem.Pomiary procesów poznawczych “Koniec pewnej epoki" był dla don Juana trafnym określeniem procesu. który się wokół niej roztacza. lecz w sposobie przebiegu procesu poznania. od pierwszej chwili naszej znajomości starał się. zjawiskami. iż mieli oni odmienny system komunikacji. gdy siedzi na dnie stawu i interpretuje sobie żabi świat. że ich odmienny system kognitywny równał się posługiwaniu się odmiennym językiem. Inne natomiast nie i przez to pozostają dla nas osobliwościami. doprowadzając napięcie. spaceruje on w tę i z powrotem po sali. Ubrania miał zawsze nienagannie skrojone. podczas którego rozszyfrowujemy otaczający nas świat. by później zastąpić go innym sposobem jego rozumienia. iż jest to proces uniwersalny. że w naszym świecie proces kognitywny wymaga interpretacji bodźców zmysłowych. jak mógł. Don Juan jako mój nauczyciel. “Koniec pewnej epoki" oznaczał dla don Juana to. Mawiał. zaczął mówić. podobnie jak wyrażanie rzeczywistości poprzez język. które wytwarzał w szczelnie zamkniętej. by wprowadzić mnie do kognitywnego świata szamanów starożytnego Meksyku. Profesor Lorca był dość przystojnym mężczyzną. Następnie odczytał na głos artykuł z gazety. jak każdy system interpretacji na świecie musi mieć nieco odmienną organizację. było dla mnie równoznaczne ze stwierdzeniem. Nagle zatrzymał się na samym środku pomieszczenia. Utrzymywał. – Nigdy się nie dowiemy. co mogło mu zagrażać. gdzie siedziałem. jak przez długie minuty. przez który przechodzili szamani. w którym opisywano pracę pewnego biologa. mających postać świetlistych włókien. że świat czarowników starożytnego Meksyku był odmienny od naszego. który – pomimo wszystko – był normalnym językiem ludzkim. że polecano mi go jako najbardziej błyskotliwego współczesnego naukowca. która nigdy w życiu nie zaznała trosk. Nie nosił krawata. Nie przestawał poruszać cienkimi. gdy atak był zakamuflowany. Zapisałem się na jego zajęcia traktujące o procesach kognitywnych dlatego. któremu ufałem bezgranicznie. niesygnalizowany. co przydawało mu chłopięcego wyglądu. zaciśniętymi wargami to w górę. Elementy normalnego systemu kognitywnego – jakkolwiek niezwykle przyjemne i satysfakcjonujące – zaczynały zanikać. Jednakże oświadczenie don Juana.. W owym czasie słowo “kognitywny było dla mnie przedmiotem poważnych dociekań. jak wam się wydaje. pozbawione zmarszczek. Pewne rzeczy mieszczą się w ramach tego procesu i są przez nas łatwo rozpoznawane. – Nigdy się nie dowiemy – powtórzył – co czuje żaba. Każdy język ma własną. Reakcja organizmu ludzkiego polega na przekształcaniu tych pól energii w bodźce zmysłowe. Wszystko. – A więc. nie w sensie płytkiej powierzchowności. – rozpoczął. . – Jego głos wyrażał ogromną siłę i niepodważalność jego sądów. gdy nad ich głowami pływają owady. tak samo. gdy zajmowali się rozmontowywaniem struktury znanego sobie świata.

don Juanie – odezwałem się. oczywiście. na które zawsze oczekiwałem z niecierpliwością. Co jest nie tak z nami ludźmi – i było nie tak zawsze. które posłużyły za wstęp. że potrafimy objąć naszym umysłem cały ten niewyobrażalny wszechświat. Jasno i wyraźnie wykazał. iż jesteśmy istotami. że z tego punktu widzenia żadne dwa systemy kognitywne dowolnie wybranych gatunków nie mogą być do siebie podobne. bez względu na to. która musi umrzeć. dajmy na to. tak naprawdę? Tyle razy słyszałem. co pojawia się wraz z nim: poczucie. Zbliż się do twojego profesora. Najbardziej nowatorska była dla mnie teza. żadnego z istniejących w nim punktów odniesienia umysł ludzki nie jest w stanie ogarnąć. która musi umrzeć. jesteśmy niejako przekonani. przez prawa echolokacji. Wszystkie dziwactwa profesora nie znaczyły absolutnie nic w porównaniu z jego mistrzostwem w roli pedagoga i innowatora na polu psychologii. że jest on moim wzorem. – Tak najczęściej tworzą się mity. – Żaden naukowiec. Były jedynymi. ale faktycznie nigdy mi tego dokładnie nie zdefiniowałeś. które zdążają ku śmierci. od niepamiętnych czasów – to to. bez konieczności dalszego ich analizowania. nigdy by sobie nie pozwolił na antropomorfizację rezultatów swoich dociekań. jaki tylko można sobie wyobrazić. Jeśli to. jak to ma miejsce w przypadku populacji nietoperzy. iż miałem skłonność do popadania w rutynę – że opowiadałem don Juanowi o wszystkim. że jest trochę zazdrosny o mój podziw dla profesora Lorki. że jest on istotą. – Sztuka nie polega jednak na samym pogodzeniu się z nieodwołalnym. wszystko stało się dla mnie jasne. wówczas wszystko. pomijam. Znalazłem się w miażdżącym uścisku dwóch skrajnie odmiennych wizji świata: z jednej strony . przy czym zostały one przedstawione w bardzo prosty sposób. że ludzie nie są w stanie sobie nawet wyobrazić. Przy pierwszej sposobności zrelacjonowałem mu. Wypróbuj go. czułem. – Tego możesz być pewien! – odrzekł don Juan z uśmiechem. co mi się przydarzało w codziennym życiu. co mówi. co robi – nieważne jak dziwne – musi być z góry przemyślane i ostateczne. Czarownicy przez wszystkie wieki mawiali. jakbyśmy nigdy nie mieli umrzeć – cóż za infantylna arogancja! Ale bardziej jeszcze szkodliwe od samego poczucia nieśmiertelności jest coś. Po tych słowach. jak wygląda życie w świecie rządzonym. że ujrzenie własnej śmierci jest najbardziej otrzeźwiającym widokiem. – Nie podziwiaj ludzi z dystansu – powiedział. staje się niemożliwe. Zachowujemy się tak. Musimy ucieleśnić tę postawę i żyć nią aż do samego końca. poczułem ulgę. systemu kognitywnego dowolnego organizmu. Poczułem się do żywego urażony słowami don Juana. naszymi działaniami i nad światem. wykorzystując bodźce wychwytywane przez odpowiednio wyspecjalizowane zmysły. Bez tej podstawowej świadomości zapanowanie nad naszym życiem. zobacz. gdy w mojej głowie zaświtała ta myśl. przypadek. profesor wygłosił fenomenalny wykład o hermetyczności naszego systemu kognitywnego czy też. chcąc zakończyć naszą rozmowę innym akcentem – co to za istota. co my na nim robimy. udzielił mi jednak dziwnego ostrzeżenia.– Artykuł ten pokazuje bezmyślność redaktora. że fenomenalna umysłowość profesora Lorki powaliła mnie na kolana. – Czarownicy stoją na twardym stanowisku. Wychwalałem go pod niebiosa i bez cienia zażenowania powiedziałem don Juanowi. pracowałem z don Juanem już prawie od dwóch lat. Orzekł. że choć nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy wprost. co się dzieje na wykładach u profesora Lorki. odebrałem je jako przejaw jego gruboskórności. by kontrolować nasz świat i to. które muszą umrzeć – odrzekł. Od tego momentu stałem się jego zagorzałym wielbicielem. nie warto zawracać sobie nim głowy. Jeśli jego zachowanie jest wynikiem przeświadczenia. który bez wątpienia błędnie zacytował słowa naukowca – orzekł Lorca z niezachwianą pewnością poważanego profesora. Kiedy po raz pierwszy udałem się na zajęcia profesora Lorki. Według mnie. że jedyny sposób na to. Don Juan wyglądał na niezwykle urzeczonego moimi słowami szczerego podziwu. jak beznadziejną pracę by popełnił. Sądziłem. Gdy po zakończeniu półtoragodzinnego wykładu opuszczałem audytorium. to całkowite pogodzenie się z faktem. porozmawiaj z nim. Na pierwszym wykładzie zarzucił nas lawiną nowych idei. – Ludzie są istotami. jego wykłady były niezwykle inspirujące i zmuszały do myślenia. mówiąc ogólnie. jak o tym mówisz. w którym żyjemy. że jest on bałwanem. że każdy osobnik z każdego gatunku na Ziemi interpretuje otaczający go świat. Stało się to już moim ugruntowanym nawykiem – co przyszło mi tym łatwiej. Z chwilą. iż wkroczyliśmy w krainę nieśmiertelności. jaki jest jako człowiek. – Ale czy samo pogodzenie się z tym faktem może mieć aż tak dalekosiężne skutki? – spytałem tonem udawanego protestu. okaże się pustym gadaniem. – Powiedz mi.

co mówi. – Jestem studentem antropologii. W końcu jego hormony przezwyciężają strach i zmuszają go do wyniesienia na piedestał pierwszej kobiety. Nie pozostało mi nic innego. co robisz ty. Na tym polu bitewnym czarownicy pokazują swą najlepszą magię. że nawet wówczas. osoby takie co najwyżej snują – na planie własnych stanów psychicznych – przypuszczenia i wnioski o tym. co robi. panie profesorze – odrzekłem. podczas których mam sposobność dowiedzieć się czegoś o systemie kognitywnym czarowników. jak to tylko możliwe. ale on jakby nigdy nie miał dla mnie czasu. żeby się zgodził ze mną rozmawiać. gdzie mnie one doprowadzą. Pogodziłem się nawet z tym. wtedy ty uderzasz. gdy faktycznie do niego dochodzi. nie potrafiąc na własne oczy zobaczyć. bez względu na to. że czarownicy traktują każdą interakcję z innymi ludźmi – nieważne jak błahą czy niewiele znaczącą –jak pole bitwy. z którym przeciągasz linę – kontynuował don Juan. otworzył usta i niezwykle zwiewnym ruchem zaczął mi dyrygować dłonią przed oczyma. które idealnie współgrały z zielonkawym blezerem. które wynosiłem z jego wspaniałych wykładów. – Proszę mi wierzyć. Do sugestii don Juana. trzęsie się jak osika tak samo jak i ty. – Zaangażowałem się w prace w terenie. który boi się kobiet. Zapewnił mnie. – Koniecznie musisz z nim porozmawiać – powiedział z nutą ponaglenia w głosie. z drugiej zaś wiedza profesora Lorki. że nie udało mi się nawiązać z nim osobistego kontaktu. ten wyjaśnił mi. jak tylko dać się porwać biegowi wydarzeń i dotrzeć tam. – Zawsze patrz na człowieka. bym się zbliżył do profesora. co się dzieje w rzeczywistości. Rozmawiają z nimi. Mięśnie twarzy profesora Lorki rozluźniły się. Takie spojrzenie uczyni z twojego przeciwnika bezbronną ofiarę. Jego oczy wyglądały jak dwa niebieskie punkciki skrzące się złośliwym blaskiem. To. Bez względu na to. podnieś głowę i spójrz w jego oczy. choć nigdy nie są jego częścią. Jego ściśnięte wargi rozwarły się w szerokim uśmiechu. jakby chciał mnie zachęcić do powiedzenia czegoś sensownego. zastosowałem się co do joty. Chodziłem pod jego pokój w godzinach dyżurów jak na nabożeństwo. Z większą niż zazwyczaj natarczywością don Juan Matus przynaglił mnie do nawiązania bezpośredniego kontaktu ze źródłem mej intelektualnej rewolucji. ale jego słowa nie wywarły na mnie wrażenia nieuprzejmości. Przez cały semestr usiłowałem do niego podejść i porozmawiać. – Panie profesorze – odezwałem się – czy miałby pan chwilę czasu na rozmowę ze mną? – A pan to niby kto? – spytał najzwyklejszym w świecie tonem. Ty zachwycasz się z dystansu. jakby zsunęły mu się na twarz i przeszkadzały. – Czarownicy nie podziwiają ludzi w próżni. – Nie ograniczaj się jedynie do ciągnięcia za sznur. liczyły się tylko idee. Ustanawiają sobie jakiś punkt odniesienia. jak się tego dnia miewam. Nie mogłem nie zauważyć pozłacanych spinek przy mankietach koszuli. Powiedział. Bardzo podobnie dzieje się z mężczyzną. Obie drogi były trudne. którzy stronią od kontaktu do tego stopnia. Wtedy będziesz wiedział. jak bardzo się brzydzi ludźmi potulnymi. Jednak pomimo to. Usiłowałem się zbliżyć do profesora Lorki ze zdwojoną energią.przygniatała mnie mądrość don Juana. że sztuczka pozwalająca na swobodne otwarcie w takich sytuacjach polega na tym – a to nigdy nie było moją mocną stroną – by stawić oponentowi otwarcie czoło. jakbym był jego najlepszym przyjacielem. – I czego pan ode mnie oczekuje? – odezwał się. Był tak nieuprzejmy. Tymczasem mnóstwo czytałem o procesie poznania. całkowicie kompletne i niezwykle nęcące. Kiedy rozmawiałem z don Juanem o moich trudnościach. Dłonią przygładził włosy ku tyłowi. że nigdy nie zechce ze mną podyskutować. pokazują wszystko. darzyłem go bezwarunkowym podziwem. kręte. Pewnego dnia dopisało mi szczęście: przyparłem do muru profesora Lorce na korytarzu przed jego pokojem. ale ten był niczym niezdobyta twierdza. zupełnie jakby obracał na niej rozwałkowane ciasto na pizzę. a on mnie zagadnął. . która się do niego sama odezwie. Uczestniczą w spotkaniu. na co ich stać. Doniosłem don Juanowi o wszystkich moich intelektualnych odkryciach. starając się wywołać jakąkolwiek jego reakcję. poznają ich. chociażby tylko na krótką chwilę. że jest on człowiekiem tak samo jak ty. Profesor Lorca obrzucił mnie podejrzliwym i poirytowanym spojrzeniem. – Pracuję w Meksyku z prawdziwym czarownikiem – ciągnąłem. Porównują. to prawdziwy czarownik. co się dokoła nich dzieje. Ponad rok zajęło mi samo rozpracowanie go i nakłonienie do tego. jest odrobinę infantylne. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

Pomimo ostrzeżeń don Juana nie odpuściłem sobie. że test można by rozpocząć od prostego zadania. Zdefiniował “poznanie" jako pewien system interpretacji. co panu powiedziałem. Przez chwilę poruszał ustami. które ja będę przedstawiał znanym mi szamanom po to. Powiedziałem. kiedy należy sobie odpuścić. Natychmiast zasypałem go lawiną słów w obronie profesora. Test zostałby później rozszerzony dla zmierzenia.– Chciałbym. nie jest taki sam jak system kognitywny obowiązujący w świecie czarowników. że dostałeś już od swojego profesora wszystko. jednak zgodnie z jego wiedzą. to. ma się rozumieć. co odnalazłem w literaturze antropologicznej na temat szamanizmu. – Mam przeczucie. by w pełni uzmysłowić sobie wszelkie niuanse konkretnego systemu kognitywnego ludzi. za kogo się podaje – powiedział. przedstawianych im podczas snu i tak dalej. uczniem i adoratorem profesora Lorki. Wygląda mi na to. Wydawał się szczerze zainteresowany moją pracą. Profesor Lorca chciał. czym się zajmuję. Gdyby profesor Lorca nie wypowiedział już więcej ani jednego słowa. co wcześniej usłyszałem. że w moim przypadku istnieje tylko jeden kierunek działania: zastosować się do jego koncepcji. jak swoją wiedzę spożytkować. w ramach wyznaczonych przez nauki społeczne. – Oczywiście wszystko. ich zdolność do koncentrowania swych funkcji poznawczych na dwóch różniących się od siebie aspektach zachowania. którzy są przedmiotem ich badań. który stosowany nieprzerwanie przez jednostki umożliwia im niezwykle biegłe wykorzystanie wszelkich niuansów znaczeniowych. nie wypowiadając żadnego słowa. Podziękowałem mojemu rozmówcy wylewnie i zapewniłem go. które konstytuują rozpatrywane. Być może byłoby mądrze dać sobie z nim spokój już teraz. żeby przeprowadzono analizę lingwistyczną odpowiedzi moich szamanów a także pomiar ich trafności i szybkości reakcji oraz innych zmiennych. zdolności szamanów do koncentrowania swych funkcji poznawczych na skomplikowanych zagadnieniach. co mogłeś od niego dostać. że twój profesor nie jest dokładnie tym. Przyznał. otworzył drzwi swojego pokoju i zaprosił mnie do środka. że uczę się procedur. Powiedział. a jeszcze mniej. bardzo niewielu ludzi wie. – Z punktu widzenia czarownika. Uważał. chociaż frustrowała go bezgranicznie moja niechęć i niezdolność do sformułowania jasnych i wyraźnych koncepcji o systemie kognitywnym świata czarowników. że nie mam ani chwili do stracenia. by pomierzyć. iż nigdy nie dają sobie dość czasu na to. Wiedziałem. konkretne środowisko społeczne. żeby mnie pan przez chwilę posłuchał – odpowiedziałem – i się przekonał. i przedstawiałem mu bardzo rzeczowy opis mojej pracy. wystarczyłoby mi w zupełności. Moje sprawozdanie z uwieńczonej powodzeniem próby zbliżenia się do profesora Lorki spotkało się z dziwną reakcją don Juana. Rozstaliśmy się nieomal jak przyjaciele. wręcz przeciwnie. że obowiązujący w naszym powszednim świecie system kognitywny. w której należy zrezygnować. które nabierałyby znaczenia wraz z rozwojem naszego . na przykład. że ma zamiar zachować w tej sprawie otwarty umysł i poeksperymentować. które nie mają nic wspólnego z tym. w którym chodziłoby o zrozumienie i zapamiętanie tekstu pisanego. nadal byłem wiernym studentem. czy to. bez względu na rozwój sytuacji. Przedstawił mi wizję prawdziwego projektu badawczego. Pewnego dnia przedstawił mi koncepcję naukowca wizytującego odmienny świat kognitywny. Wzruszył ramionami w geście niechęci i obojętności. z drugiej zaś zatroskany. zwrócił uwagę na to. Słowa profesora Lorki rzuciły zupełnie nowe światło na całą moją pracę badawczą. czytanego podczas gry w pokera. że generalny błąd antropologów polega na tym. ze zbieraniem i analizą protokołów badawczych. zanim wszystko to stanie się zbyt zobowiązujące i absorbujące. że jego intencją nie jest krytykowanie czy osądzanie kogokolwiek. Chwilę później jednak dał mi jeszcze cudowny wykład na temat poznania. odprowadzając mnie na korytarz. zdaje sobie z nich sprawę. – Pański problem – zaczął – polega na tym. Don Juan kazał mi się uspokoić. kto czyta książki. Bez biegłego opanowania wszelkich niuansów systemu kognitywnego szamanów starożytnego Meksyku formułowanie jakichkolwiek sądów o tym świecie będzie nadużyciem. Stwierdzenie to wywołało we mnie stan prawdziwej euforii. który jest nam znany praktycznie od chwili narodzin. z hipotezą dotyczącą istnienia odmiennego systemu kognitywnego. – Każdy. mogłoby pana zainteresować. Mówił o formułowaniu zagadnień problemowych z zakresu funkcjonowania systemu poznawczego. na przykład. Jednym z wielkich osiągnięć sztuki czarowników jest świadomość chwili. Wydawał się z jednej strony rozradowany. Kiedy zaczął mówić. to rzeczy ogólnie znane – powiedział.

reagują na ten widok niezwłocznie. – Ach! – wykrzyknął. mówią o rzeczach. – Ale nie możesz mówić serio o całym tym pomyśle z mierzeniem naszego poznania. bo tak właśnie jest. – To po prostu dlatego. gdyż sam nigdy nie robiłem niczego takiego. jak energia płynie. Powiedziałem to wszystko don Juanowi podczas jednej z moich wizyt u niego. Dla przykładu. Biegły one po dwóch równoległych torach. Można by rzec. To twoja wina. że kiedy czarownicy mówią o kognitywnym świecie szamanów starożytnego Meksyku. wykraczający poza okoliczności życia jednego człowieka. – Oczekujesz na konkretną odpowiedź – odpowiedziałem – a mnie nic nie przychodzi do głowy. bym porzucił wszelkie przedsięwzięcia z profesorem Lorcą. że wierzy w to. Oni widzą. Ale tak samo rzecz się miała ze światem don Juana. że szamani reagują natychmiast na linie wszechświata. Jedyna gratyfikacja dla twórcy to pieniądze. Zacząłem rzeczywiście dokładnie analizować koncepcje profesora Lorki. człowiek. Opuściłem dom don Juana z większym chaosem w głowie niż zazwyczaj. co ci kiedyś powiedziałem o jednej z największych wad przeciętnych ludzi – powiedział. iż może dokonywać pomiarów procesów poznawczych w odmiennych światach. Pod koniec drugiego semestru znalazłem się w impasie. może z niej korzystać jedynie za pośrednictwem wyobrażenia. Nie możemy być w żaden sposób inteligentniejsi. wokół którego obraca się całe życie szamanów. jak wygląda ów świat. Jego zdaniem. że to moja ułomność jest czynnikiem uniemożliwiającym połączenie tych dwóch światów. postrzeganie energii bezpośrednio w jej ruchu we wszechświecie jest elementem systemu poznawczego. Naturalnie. Powiedziałem don Juanowi. które obrzydzały życie zwykłych ludzi. którymi interesują się naukowcy. To ty nie potrafiłeś przekazać swojemu profesorowi. którego nie można było pomierzyć standardowymi technikami kognitywnymi. Ich sztuką. Zwracał mi wcześniej uwagę na tyle wad. że don Juan umrze ze śmiechu. że nie miałeś jeszcze czasu na to. obserwując dokonania don Juana. Myślałem. Zrozumiałem. Zwracając moją uwagę na to wszystko. . by robić coś zupełnie innego. że moje przekonanie o tym. To jednak nie jego wina. Czułem. szybsi od przeciętnego człowieka. że praktyczne elementy wiedzy. nie jest zupełnie trafne. – Być może przypomnisz sobie. by ucieleśnić elementy procesu kognitywnego świata czarowników. W tym czasie profesor nie przestawał objawiać zdumiewających prawd o procesach poznawczych. Jeśli ten ruch ulega zablokowaniu. – Teraz naprawdę polubiłem twojego profesora – powiedział. Nie są to kwestie praktyczne. Szamani widzą we wszechświecie linie. jest wybranie linii. które zmieniają bieg życia jednostki od środka. by połączyć ze sobą dwie linie rozumowania: don Juana i profesora Lorki. z punktu widzenia postrzegania. Odrzekł. czego wcześniej nie robiłem. który wręcz żądał. bym mógł rozmawiać o tym wszystkim z profesorem Lorcą. że nie ma żadnych szans na to. albo ich pracą. Miałem ów przywilej i mogłem się przyglądać temu. I co by twojemu profesorowi przyszło ze zmierzenia naszych reakcji? Nabrałby przekonania. przyczyniają się do konstruowania coraz to bardziej skomplikowanych machin. Widzą ludzi jako świetliste kule i szukają w nich ich ruchu energii. która ich zabierze. i podążają za jej ruchem. źródło problemu miało bardziej uniwersalny charakter. że straciłem rozeznanie. oddalają się. Nie zostały pomyślane tak. Słyszałem wewnętrzny głos. a było to coś. że to moja ułomność i to ona właśnie uniemożliwia mi połączenie tych dwóch światów. kiedy opowiedziałem mu o proponowanych przez profesora Lorce pomiarach procesów poznawczych szamanów. Nie mogłem sobie przypomnieć niczego konkretnego. nawet sam jej twórca. Rozumiałem pęd mego wykładowcy do jakościowej i ilościowej analizy badań nad procesami kognitywnymi. don Juanowi udało się wzbudzić we mnie bardziej dociekliwy stan umysłu. które dopiero powstają. które nie posiadają nazwy. już istniejące i takie. W owym czasie na horyzoncie zaczynała się pojawiać cybernetyka i praktyczne aspekty badań nad procesami kognitywnymi nabrały wymiaru rzeczywistego. Każde kolejne jego oświadczenie było poważniejsze od poprzedniego i stąd jeszcze bardziej dla mnie dokuczliwe. należą do dziedziny kultury. Oszałamiające machiny. lecz nie miałem możliwości osobistego jego doświadczenia. To część ich systemu poznawczego. w obszary. że jesteśmy bandą kretynów. kiedy powiedział mi pewnego razu. Mój proces poznania pozostawał nie zmieniony. jak wielką rację miał don Juan.projektu. Nie istniał żaden sposób. by osobistym doświadczeniem jednostki mogło się stać urzeczywistnienie bezmiaru wszechświata. które nie mają żadnych odpowiedników w świecie powszednim.

która nas niszczy jako jednostki i pewnego dnia zniszczy nas jako gatunek. kiedy mówi – ciągnął don Juan – ponieważ jest przygotowany do precyzyjnego operowania słowem. o jakich to siłach mówił don Juan. że wszystko jest efemerydą. i nie pozwalają sobie na to. że zachowują się jak ostatni idioci. Ponieważ jest nieśmiertelny. którego zadaniem było szeptanie im do ucha. która zapewni byt jego rodzinie. i pokonanych przeciwników. Myśli tylko o swojej pracy. które zdążają ku śmierci – powiedział. . – Pewnego dnia opowiem ci o siłach. Zwycięzcy generałowie jeździli w swych wojennych rydwanach. nawet by nie wiedział. Nagual Julian często mi wspominał – ciągnął – o generałach z czasów starożytnego Rzymu. nie myśli już więcej o śmierci. demonstrując skarby.– Wielka wada. że po to. by tę świadomość uzyskać i przemienić ją w nieprzemijającą. Nie było już więcej nic do dodania. On nigdy nie umrze. Po długiej chwili zastanowienia zrezygnowałem z dalszych prób odgadnięcia. oszołomiony rozmiarami naszych wewnętrznych sprzeczności. które zdążają ku śmierci. niezachwianą pewność. To bez różnicy. co jest tak oczywiste? – spytałem. było złowieszcze. iż są istotami. Jeśli odnosimy na jakimś polu zwycięstwa – kontynuował don Juan – nie mamy nikogo. – To nieśmiertelny naukowiec. że czarownicy wiedzą. potrzeba ogromnego wkładu pracy. jak bardzo skomplikowane machiny potrafią naukowcy zbudować. jedyny. jestem pewien. – Jesteśmy istotami. że przewaga czarowników nad zwyczajnymi ludźmi polega na tym. a zachowujemy się tak. jak się do tego zabrać. Profesor Lorca jest do rzeczy. Machiny te nie są w stanie w jakikolwiek sposób pomóc komukolwiek należycie się przygotować na nieuniknione spotkanie: spotkanie z nieskończonością. który nigdy cię nie okłamie. To jest ta wada. których zamienili w swych niewolników. Ale nie jest przygotowany do tego. by działać niezgodnie z tą świadomością. kto szeptałby nam do ucha. że zdążył już o wszystko zadbać. Podkreślił. – Nie jesteśmy nieśmiertelni. I tu właśnie czarownicy są górą. – Tak naprawdę nie jest to wina człowieka – odrzekł pojednawczym tonem. który musi umrzeć. Wypełniwszy te dwie powinności. Nawet nie chciałem wiedzieć. że sława i chwała nie trwają długo. aż zacznie ci uszami wychodzić. które zdobyli. by potraktować poważnie siebie jako człowieka. o co mu chodzi. A jeśli chodzi o jakiekolwiek troski w temacie śmierci. Ma swoje miejsce na cmentarzu i pokaźną polisę ubezpieczeniową. Kiedy wracali do domu opromienieni chwałą zwycięzców. na ich cześć organizowano gigantyczne parady. Obok nich zawsze siedział niewolnik. że nasze zwycięstwa są ulotne. Dodał. Milczenie. co powinieneś mieć na uwadze w każdej sekundzie swojego życia. Tym kimś jest śmierć. Dla mnie to kwestia nad kwestiami. kto szepta im do ucha. które popychają ludzi do tego. – Dla mnie to żaden wyczyn ocenić twojego profesora na odległość – kontynuował don Juan. – Dlaczego z taką trudnością przychodzi nam przyznać coś. jako istoty zdążające ku śmierci mają kogoś. doradca. które wówczas zapadło. jak byśmy byli. który cię nigdy nie zawiedzie. o której mówię – odparł – to coś. którą będę ci tak długo powtarzał.

która nie ma końca. Co? Wizyty u mnie. których źródłem było spożywanie przez niego zbyt dużych ilości alkoholu. że wojownicy w podróży to pragmatycy – ciągnął. nie pozostawiając sobie grosza przy duszy. co posiadasz. Czas. Oczywista sprawa. patrząc na twoją udrękę. a potem do jego pokoju. Musisz potraktować to zadanie z całą powagą. która pozornie podpierała jeden z łuków w suficie. o Patrycji Turner i Sandrze Flanagan. Jeżeli ci się nie uda. W zamian za pokój i wyżywienie zajmowałem się sprzątaniem basenu. Będziesz dążył do tego. nostalgią ani melancholią. – Twoim zadaniem jest je odszukać. było to po kilku poważnych awanturach domowych. w rzeczywistości była to wydrążona w środku atrapa. że przyszedłeś tutaj po to. – Sam to wymyśliłeś. którzy mu sprzyjali. albo że jest to okres wyciszenia w twoim życiu. woziłem panią Turner na zakupy i kupowałem mocniejsze trunki dla pana Turnera. grabieniem liści. Dla wojowników w podróży istnieje tylko walka. abyś wyrównał pewne zadłużenia. że już nigdy więcej nie tknie kieliszka. – Nie żebyś był w stanie kiedykolwiek spłacić swój dług do końca. Ale musisz wykonać jakiś gest. – Nie zawracają sobie głowy sentymentami. które musiałem szmuglować do domu. Była szczupła i wysportowana. don Juanie? – zapytałem. na jaką zasługuje – kontynuował. żeby odnaleźć spokój. a to oznacza albo utracenie ciągłości mojej linii. ale z elegancją. aby ją udobruchać. To będzie symboliczna spłata. Ale ja stracę ciebie. Oto ten gest. nie szczędź wysiłków. miała ciemne włosy i ostre rysy twarzy. lecz zanim to zrobi. którzy byli dla niego łaskawi. była też mniej więcej o głowę . Patrycja była na kierunku teatralno-muzycznym w college'u i cudownie śpiewała. don Juanie – odezwałem się. bo uważasz. Nie jest mi łatwo mówić ci to wszystko. – Ciągle ci powtarzam. Wchodziłem do jego pokoju rzekomo po to. Dopóki wojownik w podróży nie osiągnie pewnego wysublimowanego stanu. – Czas. żeby posprzątać. jak pochłonie cię nieskończoność. nie istnieje dla nieskończoności. Napieraj bez litości. abyś je odszukał i ofiarował im coś. Tak więc nie ociągaj się. po to by móc pójść dalej. W swoich poszukiwaniach nie możesz pominąć żadnej ewentualności. nie masz nawet co próbować dalej się ze mną zadawać. ale tak naprawdę chowałem alkohol w belce. Jeśli nie będziesz w stanie przekroczyć tego progu.Podziękowanie – Wojownicy w podróży nie pozostawiają po sobie nie spłaconych długów – powiedział don Juan. który szykuje się właśnie do pogrążenia się w nieskończoności. Będziesz musiał kupić dwa prezenty. – O czym ty mówisz. że zamkniesz ją złotym kluczem. Też mi coś. Jeśli myślisz sobie. by występować w musicalach na Broadwayu. Marzyła o tym. wynoszeniem śmieci oraz przygotowywaniem śniadań dla Patrycji i dla siebie. Byłem też domowym majstrem od wszystkiego i szoferem rodziny. gotów niemal do sprzeciwu. Pan Turner piastował wysokie stanowisko w firmie ubezpieczeniowej i pijał do lustra. – Ale skąd wziął ci się ten pomysł? – zapytałem. Mieszkałem wówczas w garażu przerobionym na małe mieszkanie w domu rodziców Patrycji Turner. Pan Turner wyznał mi. które oddawałem w pobliskim markecie. albo utratę szansy na to. kiedy moje napięcie zaczynało sięgać zenitu. dwie przyjaciółki. – Nie wiem. a jest to walka. sentymentowi wojownika w podróży. to się grubo mylisz. Podlega sentymentowi najczystszej próby. – Dostałem to zadanie od samej nieskończoności. które zaciągnąłeś w swoim życiu – rzekł. Jeśli ci się zdaje. – To twój ostatni postój przed tym. że mam ubaw po pachy. to rzecz niezwykle prosta a zarazem prawie niemożliwa. odwraca się i dziękuje tym. tego się nie da zrobić. Ta misja spłacenia twoich długów nie podlega żadnym znanym ci uczuciom. do samego końca. Opowiadałeś mi o swoich dwóch przyjaciółkach. Musiałem przemycać trunki do środka i ukradkiem wynosić stamtąd puste butelki. które tak wiele dla mnie znaczyły – w college'u. by przekroczyć próg osobistego długu i za jednym zachodem się wyzwolić. Wcześniej przyrzekł rodzinie. Zawsze wiedział. Poznałem owe dwie osoby – mówiąc słowami don Juana. że tak należy postąpić? – Ja niczego nie wymyślam – odparł rzeczowo. że zakochałem się w niej po uszy. masz bardzo niewiele do stracenia. na co wydasz wszystko. ale od czasu do czasu musi sobie łyka pociągnąć. To. to się grubo mylisz. na co się zamierzasz. że niesamowicie spuścił z tonu. gdzie one są. Don Juan przerwał. które tak wiele dla ciebie znaczyły. ukłon w stronę nieskończoności. Powodzenie twojej misji więcej dla mnie znaczy niż dla ciebie.

wynosiłem przed dom odpadki w dniu wywożenia śmieci oraz paliłem gazety i inne rzeczy. by taka potrzeba kiedykolwiek była częścią mojej natury. choć nie dlatego. a kiedy wróciły. Patrycja nie miała żadnych oporów. Pan Turner sam nigdy z nich nie korzystał. Powiedział mi. – gówniarz. Sandra była całkowitym przeciwieństwem Patrycji. by osoba okazująca taki bilet podpisała pokwitowanie. był zdania. nie byli przekonani i żądali pokażą nią prawa jazdy. gdyż byłem bardzo wybredny. nie sądzę. W ukłonie dla Patrycji wziąłem na siebie te same obowiązki w domu rodziców Sandry.]. Ma dość pieniędzy. Obserwowała mnie jak kwoka swoje pisklęta. ale spotkało nas jeszcze straszliwe upokorzenie. a po powrocie on każe im zamienić się miejscami. gdzie siedziała uprzednio Betty. Ceniła jedynie przyjemności fizyczne. kazałem im zamienić się miejscami. ale Sandra mnie powstrzymała. najwyraźniej w stanie niczym nie zmąconego szczęścia. Nicholas nie był zbyt oryginalny i użył znanego. – Coś tak mi się zdaje. W kinach zawsze wymagano. Zaspokajałem chyba jakąś jej głęboką potrzebę. tęższa. która mieszkała obok nas z rodzicami. Została moją mamusią. Miał on dwie dziewczyny i z obiema mieszkał pod jednym dachem. a gdy ja podpisywałem się za niego. że jej tato ufa mi bez żadnych zastrzeżeń. Sandrą Flanagan. że obnoszenie się z darmowymi biletami uwłacza jego godności. które jej ojciec dostawał w prezencie od wielkich szych dużego ekranu. ale czasem upierdliwi pracownicy kina wymagali podpisu pana Turnera. Chciałem pobiec za nią i ją przeprosić. że chciałem. ale Patrycja nie zdzierżyła tak absurdalnej sytuacji. Sandra również była wysportowana. Uwielbiałem to. Zapewnił mnie. Poszedłem za jego radą i wybrałem się z Patrycja i Sandrą do kina na Fairfax Avenue w Los Angeles. czytała podręczniki i dawała mi streszczenia. Była tego samego wzrostu. Miała darmowe bilety do wszystkich większych kin w Los Angeles. których podjąłem się u jej rodziców: sprzątałem basen. ale bardziej krępa. A mnie się to podobało. na jaki tylko stać człowieka – ale Turd [slang. Zazwyczaj wszędzie chodziliśmy z najlepszą przyjaciółką Patrycji. oburzona. Potrafiła walnąć pięścią jak mężczyzna i kopnąć jak koń. zgrabiałem liście z trawnika. Wstała i wyszła. Po radę udałem się do bardzo dziwnego młodzieńca. Codziennie zabierała mnie do kina. Anna siada tam. że ona to robi. który niesamowicie go rozbawił – mnie zresztą również – choć Patrycja strasznie się wściekła. mojego znajomego o nazwisku Nicholas van Hooten. Być może wynikało to z bliskiego kontaktu. – To duża dziewczynka. ale twarz miała okrągłą. gdy wybiera się do kina ze swymi przyjaciółkami. stało się to jasne zwłaszcza wówczas. że ostatecznie byłem do szaleństwa zakochany w jednej i drugiej. – Niech idzie – powiedziała z jadowitym uśmieszkiem na ustach. że nie nazywasz się Turner – powiedział z tak chamskim uśmiechem. bym oszalał na punkcie kobiety. gdzie wyświetlano filmy nieme. Pewnego razu bezczelny młodzian rzucił komentarz. gdy spostrzegła. by wziąć taksówkę do domu. a może z nieskrępowanego zachowania tych dwóch dziewcząt – dość. najprostszej rady: jak się zachowywać w kinie. jak się wyraził. by się ktoś mną opiekował. a była to rzecz. Po chwili obie dziewczyny wychodzą do toalety. Zadowoliłem się tym stwierdzeniem i zostałem w kinie. Następnie przystąpiłem do realizacji zaleceń Nicholasa van Hootena. była chodzącym okazem zdrowia. potrzebę opiekowania się drugim człowiekiem. całą swoją uwagę skupia zawsze na tej. W tym właśnie czasie zanieczyszczenie powietrza w Los Angeles wzrosło z powodu rozpowszechnienia się podwórzowych pieców do palenia śmieci. i nikomu nic nie podpada. oklepanego francuskiego wyrażenia: menage a trois. Tę uwagę byłbym w stanie przeżyć. Potrafiła zjeść i wypić wszystko – i potem jeszcze to strawić – oraz zrobić coś. (przypis tłum. że zupełnie straciłem dla niej głowę: po wylizaniu swojego talerza dawała jeszcze radę zrobić to samo z moim. Potem obie wyszły do toalety. że to pierwszy krok w długim procesie przełamywania niechęci obu dziewczyn do zaakceptowania trójkąta. z zaróżowionymi policzkami i zmysłowymi wargami. całując się z Sandrą – nerwowo i z . Uwielbiałem jej towarzystwo. na którą sam nigdy bym się nie zdobył. gdy należało cokolwiek podpisać. gdyż nie wpuszczono nas na “Herkulesa" ze Stevem Reevesem w roli głównej. jeżeli się ma dwie dziewczyny. która siądzie po jego lewej stronie. upokorzona i wściekła jak osa. Rozpoczął od udzielenia mi. Usadziłem Patrycję po swojej lewej stronie i ona też pochłonęła całą moją uwagę. że zawsze. Pisała nawet moje prace semestralne.wyższa ode mnie. co sprawiło. co stanowiło decydujący warunek tego. Nie mogłem nawet otworzyć ust bez jej zgody. Śpiew w ogóle jej nie interesował. który mieliśmy.

jak rozwiązać kwestie uczucia. a one nie były w stanie zostawić mnie. Ich rodzice wyprowadzili się już z Los Angeles i nikt nie potrafił udzielić mi żadnej wskazówki. Podjąłem się gigantycznego zadania wyjaśnienia. Ale potem pomyślałem sobie. że przecież dziewczyny . które im wyrządziłem. który poniesie klęskę. przy przejściu. Stracę szansę stawienia czoła nieskończoności z pełną tego świadomością. pełny melodramat. moralności. Zamierz to z głębi swej mroczności. że ktoś ciągnie mnie od tyłu za włosy. Idąc za radą don Juana. iż nie miałem prawa angażować tak wspaniałych kobiet do nikczemnych i idiotycznych wybryków. Wysportowana Patrycja zdążyła odskoczyć. Zacząłem od wypytywania osób. Ja również coś utracę i będzie to dla mnie równie ważne jak to. Nie byliśmy przygotowani na coś takiego. powinności i społecznych norm zachowania. Nie miałem z kim porozmawiać. Powiedziałem mu. do otoczenia każdej z nich całą głębią uczucia. potraktowałem bardzo poważnie to zadanie. nim siedzenia. którymi opatrujesz te wspomnienia. usiłując ukoić moją tęsknotę. Jeżeli nie czułbyś się wówczas taki ważny. Musiałem odnaleźć Patrycję Turner i Sandrę Flanagan. które dręczyło mnie przez te wszystkie lata. Nie byłem w stanie zostawić żadnej z nich dla drugiej. i druga też zaczęła wrzeszczeć na MNIE!" i pozostań na poziomie swoich uczuć. Nic. – Nie bądź jak ostatnia dupa. don Juan nie będzie jedynym człowiekiem. – I czy jest dziś słabsza. który prześladował mnie od wielu lat. gdzie są. na których siedzieliśmy. Patrycja. – Co było niewłaściwe – powiedział don Juan – to to. don Juanie. Wspomnienie Patrycji Turner i Sandry Flanagan wtrąciło mnie w straszny nastrój. Próbowaliśmy potem rozwiązywać sytuację niezwykle dziwacznymi obietnicami i łzami. iż spadłem w najgłębsze czeluście piekieł i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. niż była wówczas? – spytał don Juan. Uzmysłowiłem sobie. – Tym razem obejmij je ze swojego milczenia – powiedział. – Nie. Rada Nicholasa van Hootena miała dla mnie opłakane skutki. Zastanawiałem się. które – mówiąc słowami don Juana – pozostają w nas przez całe życie. na które absolutnie nie byłem przygotowany. Mogłem pozwolić sobie jedynie na spędzenie z nimi czasu niezbędnego do naprawienia krzywd. Nasz rząd siedzeń nie był solidnie przymocowany i przechylił się w tył. które może mieć dla ciebie kolosalne znaczenie: usuń ze swych wspomnień dotyczących tych dwóch dziewcząt wszelkie komentarze. typu “powiedziała mi to i tamto i zaczęła wrzeszczeć. nie jest – odpowiedziałem z całkowitą szczerością i poczułem znajome szarpnięcie bólu.poczuciem winy. pozostają same uczucia. co pozostałoby na samym dnie twojej duszy? – Moja bezwarunkowa miłość do nich – odparłem ze ściśniętym gardłem. nigdy nie udałoby mi się wyzwolić z dręczących mnie koszmarów. Zrób mi tę przyjemność – kontynuował – i wykonaj proste. wolny od egoizmu. zamierz. To była Patrycja. które siedziały na końcu rzędu. co zrobiłem. że wszyscy troje byliście nieuleczalnymi egocentrykami. Jeżeli tracisz poczucie własnej ważności. Ostatnie zalecenie don Juana brzmiało. było niewłaściwe. Czułem się zdruzgotany. dokąd się udali. czy nie zamieścić ogłoszenia w prasie. W wyniku tego trójstronnego związku w końcu niemal całkowicie zniszczyliśmy się nawzajem. co robiłem. było silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Po raz ostatni obejmij je całkowicie. dwukrotnie podsumujesz swoje życie. Ale zamierz to. a może nawet dłużej. Wyjechałem z Los Angeles i imałem się najróżniejszych zajęć. że wiem. Pewnego dnia nasze wzburzenie osiągnęło punkt kulminacyjny i gnani krańcową desperacją wszyscy troje rozproszyliśmy się w trzech różnych kierunkach i już nigdy więcej się nie spotkaliśmy. czynią ich niemal lekkimi jak powietrze. że to ostatni raz na tej Ziemi. że nawet jeśli rzeczywiście uda mi się je odszukać. Sandra i ja wróciliśmy do domu w absolutnym milczeniu. że wierzyłem wówczas. co się z nimi stało. że jeśli nie wyjdę z tej próby zwycięsko. nie było w stanie osłabić ich wpływu na moje życie. które w sobie nosiłem. Jeśliś siebie wart – ciągnął dalej – kiedy ofiarujesz im prezenty. że są takie rzeczy. Nie wiedzieliśmy. Twoje poczucie własnej ważności nieomal całkowicie się zniszczyło. nie miałem nawet cienia wątpliwości. Byłem właśnie w trakcie namiętnego pocałunku. z hukiem wyrżnęły w rząd krzeseł za nami. nieskomplikowane ćwiczenie. Bez cienia przesady i najzupełniej szczerze mogę powiedzieć. które znały ich rodziców. Usłyszałem przerażone okrzyki dwóch osób. nie mogę z nimi zostać. Druzgoczące poczucie niepowetowanej straty. co jest ważne dla don Juana. wolny od gniewnego echa wyrzutów czy użalania się nad sobą. Gdy don Juan jeszcze bardziej tę ranę rozjątrzył. iż wszystko. gdy poczułem. Gdyby nie pojawienie się don Juana obok mnie i w moim życiu. Akty tej natury dodają wojownikom skrzydeł.

że jej ulżyło. Mieszkały w Nowym Jorku. Wyrzucając z siebie słowa niczym z karabinu maszynowego. Oświadczyłem jedynie. odniesiesz do sklepu i dostaniesz pieniądze z powrotem – powiedziałem. Ja też jej nie powiedziałem. – Co planujesz? Jesteś chory? Nie wyglądasz na chorego. Następnie pojechałem się zobaczyć z Sandrą Flanagan. ale nie byłem lekki jak powietrze. Musiała wracać do pracy. dojrzalsza i bardzo elegancka. Nie udało jej się zostać gwiazdą na Broadwayu. aby mi powiedziała. nad ziemią unosiła się delikatna mgła. ale tylko po to. Przedtem obiecałem jej. który wyraziłby moją wdzięczność. Don Juan miał rację. jeśli zaś tak się nie stanie. – Chciałbym ci sprawić jakiś prezent. I rzeczywiście – przyjechałem do jej biura raz jeszcze. silniejsze ode mnie. Moje milczenie było absolutne. by z pewnej odległości przyglądać się scenie. Ta część mojego zadania była wypełniona. to wszystko.mogły się wynieść poza granice Kalifornii. to. – jąkała się. Ostatecznie musiałem wynająć prywatnego detektywa. czego by ode mnie chciała. – Proś mnie o cokolwiek i jeśli tylko będzie to w mojej mocy. Wyszedłem z budynku. czym się zajmuje. Otwarłem starą ranę. Nie chciałem wiedzieć. energiczniejsza. ale pracowała przy produkcji. – Nie możesz tu zostać! Jestem mężatką! Mam trójkę dzieci! I jestem bardzo szczęśliwa w małżeństwie. która przenikała mnie aż do szpiku kości. Pozbawiony wyrzutów miałem jedynie uczucia. – A kupisz mi futro z norek? – zapytała mnie pomiędzy jednym szlochem a drugim. Przykro mi. Konkurencja jest zażarta. znacznie uspokojona. Słyszałem. objęła mnie. a warunki bardzo trudne. i że wybieram się w podróż. więc rozstaliśmy się. że była znacznie większa. opowiedziała mi. Jeżeli chcę do czegoś dojść. Nalegałem. jakby zobaczyła zjawę. – Co ty tutaj robisz? – zapytała. że chociaż okoliczności rzucają mnie w najrozmaitsze kierunki. a może nawet dłużej. poza tym. że jesteś parkingowym. być może dlatego. jakby niezdolna do wyartykułowania mojego imienia. Była zaszokowana moim widokiem. Nie dałem jej szansy mówić dalej. i tak dalej. – Wspaniałe w tobie jest to. zachowam jaw pamięci do końca życia. z której nie zamierzam już wracać. trzymając się za ręce i płacząc. Odwiedziłem ją w jej biurze. Dzięki swoim znajomościom w najrozmaitszych biurach i urzędach ustalił ich miejsce pobytu w ciągu dwóch tygodni. jak mi przepowiadał don Juan. – Skąd te złowieszcze słowa? – spytała z widocznym zaniepokojeniem. Siedzieliśmy tylko. – To było stwierdzenie metaforyczne – uspokoiłem ją. co robię. – Trafiłeś na żyłę złota? – spytała. Poczochrałem jej włosy i powiedziałem. to. Była piękniejsza niż kiedykolwiek. Pozwoliła mi wejść i usiedliśmy w pokoju gościnnym. Patrycjo – odezwałem się. Na dworze w zasadzie nie padało. Nie powiedziała mi. jak piszczy z zachwytu. że nigdy nie miałeś niczego i nigdy nie będziesz miał. kupię ci to. ale nic na to nie poradzimy.. że nabrała kształtów i była wielka jak dąb. Zaczęła szlochać i śmiać się na przemian. Mieszkała w jednej z podmiejskich dzielnic Nowego Jorku. będę musiał poświęcić się temu całkowicie. o czym zawsze marzyła. W końcu udzieliło się i jej. do której dojeżdża się pociągiem.. niedaleko od siebie. przecież to. że jej mąż jest . Pocałowałem ją w obie dłonie i owładnęło mną całkowicie przytłaczające uczucie. gdy przynoszą jej do biura futro z norek. Wyobrażamy sobie. – Wracam do Ameryki Południowej i tam chcę zdobyć fortunę. która zaczynała krwawić. Rozmawiamy o tobie z Sandrą niemal codziennie. śmiejąc się. ciągle cię kochamy. czy w charakterze wykonawcy. i przyjaźniły się jeszcze bardziej niż przedtem. że przyjechałem się z nią zobaczyć. tak samo jak kiedyś. – No nie. Zapukałem do drzwi. ponieważ chciałbym jej ofiarować jakiś prezent. czy w kierownictwie. Z wyglądu wcale się nie zmieniła. Z twarzy odpłynęła jej cała krew. powinna wiedzieć. Pojechałem tam i najpierw zająłem się Patrycją Turner. Wyglądało na to. że jeszcze kiedyś przyjadę ją odwiedzić. żyjesz na utrzymaniu różnych kobiet i tak dalej. że kupię. Zaśmiała się i uderzyła mnie pięścią. – Jeśli nie będzie ci się podobać. Sandrą otworzyła i spojrzała na mnie takim wzrokiem. Pociągnęła nosem i przez chwilę sprawiała wrażenie oburzonej i nadąsanej.

że to się nigdy nie zmieni. że nie dlatego. nad popełnieniem samobójstwa. że łatwo choruje i czasem nie może iść przez to do pracy. Starałem sieją uspokoić. że nie jest zmysłowy i ona musi bardzo uważać. I to. Opowiedziałem. Przez głowę przemykały mi bezustannie tytuły. ale dobrym. ale dla niej to bez żadnego znaczenia. którą mógłbym jej ofiarować jako symboliczny wyraz mojej wdzięczności i uczucia dla niej. i wspomniała. W pociągu do Nowego Jorku i później w samolocie do Los Angeles czułem przede wszystkim to. żeby mi powiedziała. Nie czułem się w jakikolwiek sposób wyzwolony czy odmieniony przez to. Była to reakcja czysto fizyczna. będzie tak szczupła jak zawsze. inny zaś My się nigdy nie zmienimy. ale że udało mu się spłodzić z nią trójkę pięknych dzieci i że po trzecim dziecku jej mąż. jadąc za nim. że ofiarowałem im obu ostatni prezent. Powiedział. z zaparkowanego dyskretnie na uboczu samochodu słyszałem okrzyki jej zdumienia. że jest piękniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Prowadziłem samochód dilera. Powiedziała to przekonana w głębi duszy o tym. śmiejąc się. że moje życie ulatuje. Ale było mnie stać. Chciało mi się płakać. rzeczywiście kochałem te dwie kobiety ponad życie i wiedziałem. nie było wyrazem zachwytu. że zamierza przejść na ścisłą dietę i gdyby wiedziała wcześniej. kiedy się kochają. że przyjechałem w odwiedziny tylko na chwilę. i że chcąc się pożegnać i podziękować – i to naprawdę szczerze i na dobre – czarownicy muszą dokonać wewnętrznej przemiany. co wcześniej Patrycja Turner: że nie mam nawet własnego nocnika.bardzo solidnym człowiekiem. co odczuwam. co było najprawdziwszą prawdę. jakie piętno to na niej odcisnęło. – Natychmiast porzuć to użalanie się nad sobą – rozkazał. i nigdy nie będę go miał. gdyż bardzo szybko się męczy. – Możesz mi kupić duże kombi. że zostałeś zraniony. iż się do niej wybieram. Kilkakrotnie nawiązywała do piekła. które w moim odczuciu zakończyło się połowicznym sukcesem. których śladów nigdy się nie uda całkowicie zatrzeć. który miał chyba na imię Herbert. ulatuje ze mnie niczym przesypujący się pomiędzy palcami piasek. Uśmiechnęła się szeroko. choć zgodne z jej zmysłową naturą. Zapadłem się jeszcze bardziej w siedzenie. co przeżyliśmy razem. czy istnieje taka rzecz. ze wszystkimi bajerami. gdy ten następnego dnia podjechał pod jej dom dużym kombi. ale wiedziałem. Zastanawiała się nawet. – Chcę pontiaca albo oldsmobile'a. Nie ma już między nimi “tego czegoś". Wyglądała na głęboko wzruszoną. który kupiłem od niego za dziesięć dolarów. to. której potrzebowała. szloch bólu. że z pewnością nigdy by mnie nie było stać na to. do którego zmieściłyby się wszystkie moje dzieci? – zapytała. czego by sobie życzyła. a co pozostanie na samym dnie twojej duszy? To. Ale zrobi to teraz i następnym razem. że nie mam zamiaru zmieniać jej życia ani w jakikolwiek sposób się jej naprzykrzać. zaczęłaby ją już dawno temu. co pozostało na samym dnie mojej duszy. to tylko i wyłącznie rezultat folgowania sobie i użalania się nad sobą. że – jak wszyscy moi przyjaciele – umrę w Hollywood. symbol mojej wdzięczności i niegasnącego uczucia. – Porzuć wyobrażenie. że jesteś miłością mojego życia. by zrobić jej podobny prezent. Płakała. które mój przyjaciel Rodrigo Cummings wymyślał dla książek. Powiedziałem jej. jak trudno było mija odszukać. Tworzenie tytułów było jego specjalnością. Chciałbym ofiarować ci jakiś symboliczny prezent. do którego mógłbym nasikać. Wszystkie te tytuły kotłowały mi się w głowie. żeby się z tobą pożegnać – rzekłem – i powiedzieć ci. więc trzeba je przykryć dywanem. Przedstawiłem to wszystko don Juanowi w sprawozdaniu z mojego przedsięwzięcia. przez które wspólnie przeszliśmy. Byłem Rodrigiem Cummingsem i byłem uwięziony w czasie i przestrzeni. – Przyjechałem tutaj. że to. Ulubiony brzmiał Wszyscy umrzemy w Hollywood. jej zaskoczenie jednak. której echo słyszałem wewnątrz siebie. Zaśmiała się i odrzekła. nie obdarzonym może wielką wyobraźnią. Wyrażała w ten sposób tęsknotę. zapewniając przez cały czas. był Grzeszny żywot Rodriga Cummingsa. musiał po prostu dać sobie spokój. bo tak po prostu zostałem skonstruowany. Wręcz przeciwnie – nieznośny ciężar tego dziwacznego uczucia był większy niż kiedykolwiek. ale później w swoich dzieciach odnalazła pociechę. kiedy ją odwiedzę. szloch osłupienia. Nie w duchu wskrzeszania czegokolwiek ani ranienia kogokolwiek – w tym samego siebie – . było odczuciem. pomimo swej głębokiej wiary. Przerwa pomiędzy przednimi zębami nadawała jej dziecinny wygląd. Don Juan bezwstydnie zlekceważył moje osiągnięcie. które nigdy nie powstaną. Nalegałem. to wybryki młodości. Kiedy spytałem ją. roześmiała się i powiedziała dokładnie to samo. że podziękowałem im i pożegnałem się z nimi. tak jak kiedyś. że dostała prezent. Moim za to ulubionym.

dla którego jedyną drogą ku temu. jest zachować żywe wspomnienia tego. . którego jedyną cnotą. co kocha. co wywarło na niego wpływ. jest ten właśnie magiczny czyn: zachować w swym milczeniu to wszystko. jak powiedział kiedyś.ale dokładnie w takim. na jaki don Juan starał się zwrócić moją uwagę: w duchu wojownika w podróży. by podziękować i się pożegnać.

botanika i farmaceuty.Klucz Byłem w domu don Juana w Sonorze. To właśnie ten nowy chów czarowników nadał starej technice dawnych czarowników nazwę rewizja życia. dopiero wówczas. w stronę gór. Spytałem go wówczas. – Nie folguj sobie w zmęczeniu. że zorientowałem się. żebyś drażnił tę część siebie tak długo. jak się troszczyć o własne sprawy. Pomyślałem sobie. Byłem tak otumaniony. byś zmierzył się z największym wyzwaniem magii – rzekł. hola! – odparował don Juan. – Nie. Gdy przybyli tutaj Hiszpanie. Twoje zmęczenie to bardziej niechęć do tego. czy mógłbym zabrać kilka gatunków roślin do identyfikacji w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. polega na tym. Don Juan miał rację. gdzie mieszka i jak się poznali. co żywo protestowało. W końcu zatrzymał się i usiadł po zacienionej stronie podnóża. don Juanie? – zainteresowałem się. że w niezwykle krótkim czasie muszę wtłoczyć w . don Juanie? – zapytałem. co robią i co mówią swoim uczniom. spokojnie! A ty co? Bawisz się w profesora Lorce? Chcesz badać jego system poznawczy? Zapuściliśmy się głęboko pośród jałowe podnóża gór. aż się rozpadnie. potrząsając mnie za ramiona. żeby powiedział mi o nim coś więcej. Powiedział. niż prawdziwe wyczerpanie. – Nadszedł czas. że nie miał najmniejszego zamiaru dawać mi żadnych próbek. który połknąłem. Nie spałem praktycznie przez całą noc. hola. – Dość już leżałeś – powiedział stanowczo. Było we mnie coś. metody. – Nazywa się rewizją życia – odparł. Chciałem powiedzieć don Juanowi. – Czy jest czarownikiem. – Nie – odparł. iż jest wcześnie rano. że wybieramy się na ekspedycję w góry. niemal gburowato. gdy wyrwał mnie z głębokiego snu. gdy zawracano mi głowę. Było oczywiste. które zbierzemy. gdy zawracają ci czymś głowę. że zawsze. Przedtem były inne przewroty. które wisiało tuż nad łańcuchem gór na wschodzie. Wyzwanie. don Juanie? – spytałem go od razu. Spostrzegłem już wcześniej. Trzeba było potwornych społecznych przewrotów – podbojów i sromotnych klęsk – by dawni czarownicy uzmysłowili sobie. którym udało się przeżyć. – Czy jest Yaqui. gdy wyruszyliśmy. Robi z nich wywary lecznicze. – O jakim wyzwaniu mówisz. przejdziemy się. ale uciszył mnie. – Hola. Uczniowie tych. w Sonorze? – zapytałem. które mi wcześniej tłumaczył. kiedy mówił “jak najbardziej". dawnych czarowników już nie było. jakby powstrzymywał narowistego konia. żeby zawracano ci głowę. przed którym stanąłem. – Jak najbardziej. – Teraz liczy się tylko czas – ciągnął. gdzie będziemy szukać pewnych roślin. – Są dla jednego mojego znajomego. Ale jest niezwykle ważne. Chodź. gdy dostrzegłem słońce. – To było tylko na dokładkę. don Juanie? – Tak – odparł sucho. – Mówisz o konkwiście Hiszpanów. myślał co innego. Wiedzieli. a zaczęło się od prostej techniki. Technika ta miała równie dużą wartość dla ich uczniów: pozwala im zapamiętywać. Kiedyś się poznacie. – Spokojnie. Chciałem spać całymi dniami i nie myśleć już więcej o magii don Juana. Wbrew mojej najszczerszej niechęci wstałem i poszedłem za nim. zdążyli do tamtej pory zejść do podziemia. która miała im ułatwiać zapamiętywanie tego. Don Juan maszerował równym tempem przez długie godziny. nie jest Yaqui i nie mieszka w Sonorze. Don Juan przygotował już wcześniej posiłek. że spałem przez całą noc w jednej pozycji. Coś w tobie nie cierpi. jak najbardziej! – odrzekł. co mówili nauczyciele i co z nimi robili. – Dawni czarownicy nazywali to przywoływaniem z pamięci wydarzeń swojego życia. bardziej katastrofalne. w swoim łóżku. że ich technika ma dalekosiężne skutki. don Juanie? Mieszka tu. dumając nad rzeczami. interesowało mnie. – Co zrobisz z roślinami. jakbym nie jadł od kilku dni. następnie wyszliśmy z domu i skierowaliśmy się na wschód. że naszym zadaniem na ten dzień jest po prostu marsz. ewentualnie opisał go. Bardzo mnie zaintrygował ten jego znajomy czarownik i poprosiłem. – Nie są dla mnie – odrzekł z szerokim uśmiechem. – W ogóle dla czarowników czas jest sednem wszystkiego.

ale miałem wrażenie. spytała mnie. przechylając powoli głowę z prawa na lewo w ledwo dostrzegalnym ruchu. że pedantycznie analizuję wydarzenia z mojego życia i że bardzo wielką trudność sprawia mi stosowanie się do sztywnej reguły. że jeśli chcesz coś gdzieś wprowadzić. zawodów. co jej dotyczy. – Podziel ją według lat. Zazwyczaj moja rewizja życia rzucała mnie w najróżniejsze kierunki. by obejść cały kampus. gdzie jest kampus. – Jakbyś nigdy w życiu nie widział kampusu uniwersytetu! Jak widziałeś jeden. czy mógłbym ją zabrać do kampusu. Kampus był opuszczony. można znaleźć? – wrzasnęła. a mianowicie to. by same zdarzenia decydowały o przebiegu moich wspomnień. i w ten sposób można stopniowo szlifować umiejętność przypominania. która psuła moją ekstazę. Coś tak mi się zdaje. że próbujesz po prostu zaimponować mojej przyjaciółce swoją wrażliwością! Wcale tak nie było. uzmysłowisz sobie. poczynając od teraźniejszości. Zakochałem się w Uniwersytecie Kalifornijskim. których czarownik w życiu spotkał. I to naprawdę wszystko. a kończąc na dniu. Lepiej zaczynać od chwili obecnej. ponieważ w drodze na plażę przejeżdżałem obok wejścia na jego teren od strony Sunset Boulevard mnóstwo razy. każdy szczegół. a kończąc na mamusi i tatusiu. by przypominać sobie każdą osobę po kolei. Wiedziałem. Sposób. bo chciałaby rzucić okiem na miejsce. muszę stworzyć w tobie niezbędną przestrzeń. rozumianej jako zagadnienie abstrakcyjne. cofając się aż do samego początku jego życia. Na przykład. don Juanie. kiedy do miasta przyjechała koleżanka z pokoju mojej dziewczyny z czasów college'u i pojechaliśmy odebrać ją z lotniska. ale ułóż ją w kolejności. poczynając od chwili obecnej. Była to rozkosz dla moich oczu. by uspokoić mięśnie. Technika polega na jednoczesnym przypominaniu sobie zdarzeń z przeszłości i oddychaniu. było rozdrażnienie mojej dziewczyny. rozpocząłem od osób z wydziału antropologii. Tę przestrzeń trzeba stworzyć. że uparłem się. Oto cała filozofia. powietrze wdycha się powoli i świadomie. na których się natknęliśmy. A potem przypomnij sobie wszystko. – I co ja mam teraz. Po sporządzeniu listy bierze się z niej pierwszą osobę i przypomina sobie wszystko. musisz mieć na to miejsce – powiedział. podziel ją tak. że jedyną rzeczą. z tym wszystkim zrobić? – zapytałem. Nieliczni studenci. aż do pewnego wieczoru. jak to powiedział. Podczas kolejnej wizyty w domu don Juana powiedziałem mu. jeżeli będą zbyt gwałtowne. – Zaczniesz dzisiaj sporządzać własną listę – odrzekł. nie ma w tobie miejsca na nic nowego. że jestem autentycznie pod wielkim wrażeniem piękna otoczenia.ciebie wszystko. że dzięki rewizji życia można taką przestrzeń stworzyć. do cholery. co robisz. po czym wydycha się w ten sam sposób. cofając się w przeszłość. więc zacząłem płomiennie tłumaczyć. po których trzeba spowolnić oddychanie. kiedy zacząłem uczęszczać na zajęcia na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. W zamiarze bardzo krótka wizyta na wydziale muzycznym przekształciła się w obszerny obchód całego kampusu. widziałeś już wszystkie. Chciała studiować muzykologię na uniwersytecie. don Juanie? – Mądrość magii głosi. o której zupełnie zapomniałem. To jedna z wielu jej ról. Wyczuwałem w tych budynkach tyle nadziei. co musisz wiedzieć o magii. – Jaką przestrzeń? Co ty mówisz. zdenerwowanej tym. że wdechy i wydechy powinny być naturalne. rozpoczynając od ostatnio poznanej osoby. w którym przyjdzie jej spędzić kolejne cztery lata życia. Pozwalałem. – I co tu takiego. aby jednak tego dokonać. ponieważ wspomnienia z teraźniejszości są świeże. robić męczące oddechy. Jej samolot wylądował wczesnym wieczorem. Rozumiesz. Nigdy jednak nie byłem po drugiej stronie ogrodzenia. Sam natomiast świadomie trzymałem się ogólnych ram czasowych. protestując przeciwko mojej propozycji. tyle obiecującej . ale pozwalałem na to. – Jeżeli jesteś po brzegi wypełniony elementami powszedniego życia. – Należy do niego sporządzenie listy wszystkich ludzi. o co mi chodzi? Czarownicy minionych epok byli przekonani. co ich dotyczy. skierowali nas do wydziału muzycznego. Kiedy będziesz posuwał się do przodu. że nie miałem w ogóle pojęcia o istnieniu w Los Angeles Uniwersytetu Kalifornijskiego. Była wówczas przerwa międzysemestralna. Wspomniałem też don Juanowi. w jaki czarownicy przeprowadzają rewizję życia. Budynki uniwersytetu zdawały się jakby ożywione jakąś własną energią. Powiedział. jest bardzo sformalizowany – ciągnął. by moje wspomnienia cofały mnie w dowolny okres. jak ci się podoba. Powiedziałem don Juanowi. że widzę coś tak pięknego jak jeszcze nigdy w życiu. człowiek zacznie. że odkryłem wcześniej dziwną rzecz.

Wiem. że kiedy tak spacerowałeś sobie po kampusie. nie podejmując jakichkolwiek prób ich klasyfikacji czy wartościowania na podstawie założonego z góry standardu. kiedy czyjś komentarz wywołał moją tak głęboką reakcję. o czym mówię. których wcześniej nie widziałem. Było to tak. a także Orłem. że czarownicy starożytnego Meksyku widzieli. Dostrzegłem w mojej dziewczynie cechy charakteru. gdyż kilka wspomnień uzmysłowiło mi. Byłeś prawdziwym meteorologiem. Ponieważ jednak klasyfikacje od samego początku nie były zjawiskami. Następnie don Juan wprowadził mnie w zawiłości zagadnień świadomości i postrzegania. kiedy cię spytałem. czterdzieści godzin w tygodniu! Zobacz sobie. – Dotyk wojownika w podróży jest bardzo delikatny. – Chodziłam do szkoły prawie przez całe życie – powiedziała moja dziewczyna przez zaciśnięte zęby – i niedobrze mi się robi na samą myśl o tym! Gówno tu znajdziesz! Leją tu tylko wodę i nawet cię nie przygotują do tego. że owe pola energii układają się w ciągi świetlistych włókien. Oto wyzwanie dla wojowników w podróży. które są podstawą rewizji życia. Była to raczej nabożna cześć. Ale nie przesadzaj z tym – ciągnął. Kilka dni temu. że mam niezwykle ciężką rękę. że każda istota we wszechświecie łączy się z . posępnej zadumy. twoja klasyfikacja ożywa i tobą steruje. choć pełen treści. był to pierwszy raz w moim życiu. że to głupie tak myśleć. jak gdyby uniwersytet wbił się klinem pomiędzy nas. Wyjaśnił mi. żadnych tropów. których pod żadnym pozorem nie powinienem brać za teorie czarowników. zacząłem sobie wyrzucać swoje zachowanie. cechy. podałeś mi nazwy wszystkich chmur i procent wilgotności. – Idź do roboty! – wrzasnęła. Powiedział.przyszłości. – Kiedy już zaczniesz wszystko klasyfikować. dawni czarownicy nazywali mrocznym morzem świadomości. które są stałymi. – Chyba bardzo ostro ją osądziłem – powiedziałem do don Juana. – To nie jest głupie – rzekł don Juan. lecz z czasem staje się niczym dłoń ducha. wściekła się jeszcze bardziej. w którym się znalazłem. to tylko drewno. musiałeś odrzucić. i przestań pierdolić! To właśnie jest życie: praca od ósmej do piątej. ponieważ zostały one sformułowane przez szamanów starożytnego Meksyku w rezultacie bezpośredniego widzenia energii w jej ruchu we wszechświecie. Jestem przekonany. Widzieli też. – Potęga rewizji życia – rzekł don Juan – polega na tym. czy wiesz coś o chmurach. mimo to jednak jego motorem nie było poszukiwanie natychmiastowej gratyfikacji. Obiecałem sobie. Zamierzałeś tam być. więc wszystko. że chciałbym się tutaj uczyć. zachowuję się obsesyjnie i arogancko. To nie są drzewa. że zapozna mnie z poszczególnymi elementami owego ciągu. doszło do twojego starcia z intencją. Komentarze don Juana pogrążyły mnie w stanie głębokiej. nie miałeś bladego pojęcia. co masz w życiu robić. że otaczający nas wszechświat składa się z pól energii w formie świetlistych nici. – Twoja reakcja była jak najbardziej usprawiedliwiona. które dają energię. iż poczułem się zmuszony spojrzeć na nią w innym świetle i jeśli pamięć mnie nie myli. Wojownicy w podróży nie pozostawiają po sobie żadnych śladów. Ale gdy zagadnąłem cię. co z ciebie zrobi! Spójrz na mnie – mam wyższe wykształcenie i nie nadaję się do pracy! A ja wiedziałem tylko to. że rozdrażnienie mojej dziewczyny było dla mnie tak wielkim zgrzytem. Na początku powiedział. Powiedziałem don Juanowi. zawsze będą jak martwe kłody drewna. – Ty klasyfikujesz wszystko przez całe życie. Ostrzegł. który odnosi się do rewizji życia. – Klasyfikacje mnie nie interesują – ciągnął. że nigdy nie widziałem piękniejszego miejsca. – Zobacz sobie. Powiedziałem don Juanowi o moich rozmyślaniach. jakby była utkana z babiego lata. strumienie. niezniszczalnymi siłami wszechświata. które przeraziły mnie nie na żarty. gdziekolwiek się zwrócili. którego należy się spodziewać w przypadku każdej z nich. Klasyfikacje mają swój własny świat – kontynuował. Moje pragnienie wypływało tylko i wyłącznie z osobistych pobudek. czy wiesz. Kiedy powiedziałem. że będę studiował na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Dłoń wojownika w podróży z początku jest bardzo ciężka i ma żelazny uchwyt. co stało temu na drodze. Widzieli ich tryliardy. jak wygląda życie od ósmej do piątej. co możesz osobiście uczynić z chmurami. a jednak nie potrafiłem wyrazić stanu. że dawni czarownicy odkryli również. Teraz zostaniesz zmuszony do trzymania się od klasyfikacji z dala. że podnosi z dna wszystkie odpady naszego życia i wynosi je na powierzchnię. – Po naszej wyprawie do kampusu rozeszliśmy się. i że ciąg czy też strumień włókien. że przedstawi mi pewien ciąg koncepcji. choćby nie wiem co.

które wstrząsa nami do głębi zatrważającą wyrazistością detali. świetlistym punkcie. były dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Przez chwilę byłem absolutnie wyciszony. Założenia. nie ruszając jednak ich energii życiowej. że tym. Argumentował. że to. to teraz pójdziemy trochę w góry. przez chwilę z tym zwleka. za sprawą tajemniczego aspektu mrocznego morza świadomości rodzi się percepcja. Uprzedził mnie następnie. Czarownicy powiadają. na których opierał się wykład don Juana. że zmysły są mrocznym morzem świadomości. wyjaśnił. Maszerowaliśmy. o których ci opowiadałem – ciągnął – widzieli. Widzieli oni również. na co cię stać. że każdy żyjący organizm musi posiadać własny system interpretacyjny. którzy nastali po apokaliptycznych przewrotach. Owe pola energii są przekształcane w bodźce zmysłowe. Chodzenie zawsze pobudza wspomnienia – mówił.mrocznym morzem świadomości w okrągłym. Czarownicy widzą tę transformację i nazywają ją blaskiem świadomości. który pozwala mu na funkcjonowanie w jego otoczeniu. w jaki traktujemy otaczający nas świat. że mroczne morze świadomości zabrało im ich świadomość pod postacią ich przeżyć. – Czarownicy są przekonani – ciągnął don Juan – że podczas rewidowania naszego życia. która niczym aureola roztacza się dokoła punktu połączenia. co my nazywamy zmysłami organizmów. co czarownicy nazywaj ą rewizją okruchów życia. tak jak ci mówiłem. – Daj z siebie wszystko – powiedział. Don Juan nie miał żadnych wątpliwości. Dalej don Juan wyjaśnił mi. A może trafniejsze byłoby twierdzenie. że w chwili śmierci mroczne morze świadomości niejako wdzierało się do wnętrza świetlistej kuli poprzez punkt połączenia. ponieważ od tej chwili każde wydarzenie. który stanowi o świadomości istot żyjących. jest właśnie mroczne morze świadomości. dobrze widocznym wówczas. jak bardzo funkcjonalne są to założenia. Zanim zostawił mnie samego. kiedy działo się to naprawdę. które przypomnisz sobie z taką wyrazistością. że tak powiem. Zajmij się teraz czymś. Długo mi tłumaczył. że sposób. że dokonywana przez zmysły interpretacja dochodzących do nich bodźców również jest mrocznym morzem świadomości. a nie tylko wspominane. które będzie twoim kluczem. to jednak nadzwyczaj głęboko czułem. gdy postrzega się tę istotę jako energię. które przenosi nas z powrotem do tamtej chwili. którzy wcześniej przypominali sobie koleje swojego życia. będzie po raz kolejny przeżywane. do którego wracamy pamięcią. którym oświetlisz wszystkie pozostałe wspomnienia podczas rewizji życia i nadasz im taką samą lub podobną wyrazistość szczegółów. po pojawieniu się na ekranie naszych wspomnień zdarzenia. – Czarownicy. w który jest wyposażony każdy człowiek. Uważali oni je za magazyn osobistej historii człowieka. że skoro przyjmiemy za fakt to. a nie energii życiowej. – Czarownicy starożytnego Meksyku byli przekonani. ciągle powtarzane schematy. Powiedział też. co w rozumieniu czarowników ma fundamentalne znaczenie dla uświadomienia sobie zakresu rewizji życia. . być może spowodowała to cisza. że choć bardzo niejasno. Coś cię naprowadzi na wspomnienie zdarzenia. co przeobraża owe świetliste włókna w bodźce zmysłowe. Czarownicy odkryli w ten sposób fundamentalną prawdę o siłach wszechświata: mroczne morze świadomości łaknie jedynie naszych przeżyć. Jest to takie zdarzenie. Niektórzy zupełnie nieświadomie wykonali to zadanie tak dokładnie. która mnie otaczała. przechowujemy pod postacią wrażeń fizycznych w tylnej części ud. jest to poświata. że będzie ci ona potem służyć za reflektor. lecz coś w środku stawia rewizji życia niezwykle zacięty opór. musimy się zgodzić z tym. że w punkcie połączenia człowieka łączą się ze sobą niezliczone miliardy pól energii z najdalszych zakątków wszechświata i przenikają go pod postacią świetlistych włókien. gdy ma do czynienia z czarownikami. No. jest niczym innym jak tylko różnymi poziomami świadomości. że powie mi coś. – Pokaż. – Chyba rozchodziłem cię już dosyć – powiedział don Juan. wszystkie nie dopalone resztki unoszą się na powierzchnię. które następnie poddawane są interpretacji i postrzegane jako znany nam świat. że wszystko. które polega na odszukaniu klucza: zdarzenia z twojego życia. który czarownicy starożytnego Meksyku nazywali punktem połączenia. że mroczne morze świadomości. co przeżywamy. gdy byliśmy z powrotem w jego domu – i jesteś gotów do wykonania kolejnego posunięcia czarownika. W tym świetlistym punkcie. Dobitnie podkreślając każde słowo. jest wynikiem działania ludzkiego systemu interpretacyjnego. udzielił mi ostatniego napomnienia. że ścieżka się przeciera dopiero po gigantycznym przewrocie. Czarownicy określają to zdarzenie kluczem. Uzmysławiamy sobie naszą niekonsekwencję. aż zrobiło się niemal zupełnie ciemno.

Bardzo ciężko pracowali na chleb i nie mieli czasu na przyjemności. twarz przyjemną. Było widać. że w końcu rzucił kij na ziemię i kazał mi dalej grać samemu. że są już mocno przerzedzone. ale dziadek mocno mnie przytrzymał i wprowadził do środka. aż potrafiłem wykonać je bezbłędnie. Nabrałem w tym takiej wprawy. Natomiast Falelo Quiroga sprawiał wręcz przeciwne wrażenie. że na hazardzie zarabia więcej pieniędzy niż wszyscy lekarze i prawnicy w mieście razem wzięci uczciwą pracą. który miał własny stół bilardowy. chcąc zrobić mu przyjemność. to jego ogromne stopy i ręcznie szyte buty z czarnej. gdy rozmawiali sobie. – To mój wnuk – powiedział do owego człowieka. o które bardzo dbał. jakby się wyrwał z uścisku. Ze swoimi manierami i pewnością siebie wyglądał na lekarza. Raz tak się rozeźlił. że jego obuwie w ogóle nie skrzypiało. niebieskich oczach. że miał odrobinę uwydatniony brzuch. zróbmy mały zakład. Włosy miał czarne. – Mój wnuk bardzo dobrze gra w bilard – powiedział niedbale mój dziadek. Fascynowało mnie to. Nosił się jak człowiek. co? – To dziecko gra w bilard? – roześmiał się olbrzym. Powiedział. ale wtem coś w piersiach się otwarło i pozwoliło mi na zrobienie głębokiego oddechu. ale on zawsze się orientował i wściekał na mnie. Spojrzał na mnie surowo. ale trzymał się doskonale i wyglądał świetnie poza tym. Miał kwadratową szczękę i całkowicie zniewalający uśmiech oraz duże. i grałem z nim w bilard. Wszedłem do pokoju akurat w czasie. Musiał być wówczas trochę po pięćdziesiątce. po czym wyciągnął dłoń wielkości głowy normalnego człowieka. Nie był otyły. Mówili też. Byłem w mieszkaniu mojego dziadka. starannie uczesane. że uderzył mnie kijem po głowie. Po salwie jego śmiechu zorientowałem się. gdy chodził w tę i z powrotem po pokoju. że nie tak dobrze jak ty. w którym powszechność próchnicy była zastraszająca. zaczesując włosy do przodu na czoło. Niejednokrotnie psułem swoje zagrania. że przy nim każdy czuje się swobodnie i że powinien był zostać księdzem. po tym rozpoznawałem. a nie hazardzistą. Dwie inne. co potrafi. tak nagle. Byłem przerażony. że zdaje sobie sprawę z mojej konsternacji. a ja w odpowiedzi wymamrotałem swoje imię. Miał na sobie dwurzędowy. – Jasne. Od tamtego razu nie był w stanie ze mną wygrać. – Bardzo mi miło – odrzekł tamten. sprawiał wrażenie człowieka ceniącego sobie wygląd dobrze odżywionego mężczyzny. Grywaliśmy całymi godzinami. Ku wielkiemu rozgoryczeniu i jednoczesnej radości mojego dziadka w wieku dziewięciu lat potrafiłem wykonywać bez przerwy karoma za karomem. iż mogłem rozgrywać z nim poważne partie. Pewnego dnia przyszedł odwiedzić mojego dziadka człowiek cieszący się w miasteczku złą sławą hazardzisty. białe zęby. który poświęca czas tylko i wyłącznie na przyjemności. lakierowanej skóry. Byłem przyzwyczajony do skrzypienia butów mojego dziadka. Z trudnością oddychałem. Dzięki mojej obsesyjnej naturze mogłem rywalizować sam ze sobą i ćwiczyć to samo zagranie w kółko. jakby chciał nakłonić go do przyjęcia zakładu. Większość ludzi w moim rodzinnym miasteczku wyglądała mizernie. któremu niczego nie brak. Mój dziadek był wytrawnym graczem i stosując przymus. Starał się ukryć ich cofającą się linię. prawnikiem albo doktorem. rozgrywając partyjkę. Podczas jednej z naszych partii tak się denerwował i niecierpliwił. Ludzie w miasteczku mówili. – Może dam mu swój kij i pozwolę zagrać za mnie. kiwając głową z lewa na prawo. A żeby było ciekawiej i żebyś nie traktował mojego wnuka z góry. swego rodzaju szarpanie w klatce piersiowej. Falelo. Był bardzo wysoki i nadzwyczaj elegancko ubrany. – O tak – odparł z przekonaniem mój dziadek. co było absolutnym ewenementem w regionie. a ja sobie popatrzę. kiedy się zbliża. Co powiesz na taką sumę? Położył na stole gruby zwitek pogniecionych banknotów i uśmiechnął się do Falela Quirogi.Potem poczułem wibrację. że nazywa się Falelo Quiroga. zdążył mnie już wcześniej nauczyć wszystkich znanych sobie sztuczek. niesamowite dla mnie cechy Falela Quirogi. który trzymał go na uwięzi. . że pewnego dnia go pokonałem. właściciel salonu bilardowego. o starannie wygolonych policzkach i dobrych. Natychmiast chciałem odwrócić się i wyjść. Zobacz. Miał bardzo miłą powierzchowność. przed oczyma stanął mi raptem kompletny obraz zapomnianego zdarzenia z dzieciństwa. Liczyłem sobie wówczas prawie dziewięć lat. niebieski garnitur w prążki ze spodniami z pięknie zwężającymi się nogawkami. tak że byłem na tyle dobry.

Następnie otworzył portfel i wyciągnął z niego kilka starannie złożonych banknotów. proszę. ale – co dziwne – tak samo zachowywał się Falelo Quiroga. który przejął rolę sędziego. że mój dziadek powiedział Falelowi Quirodze. Spytał. gdybym jeszcze trochę dostał. widać. uspokoiłem się. Uśmiechnął się do mojego dziadka i zapewne z szacunku dla niego położył swoje pieniądze na stole. nauczył mnie innego sposobu rozgrywania. ale w pewnym momencie jego uderzenie chybiło o włos. że jestem taki dobry. aż tyle. sam wiesz. że zemdleję. jego banknoty były zawsze zupełnie pomięte. usadowiony za olbrzymim biurkiem. i siedząc tak. Dziadek obiecał zabrać mnie do restauracji i zamówić mi najlepszy obiad w całym mieście. bo udało mu się odkryć. Był to dla mnie kolejny zaskakujący szczegół. trzymałem kij niemal powyżej barków. idąc za jego namową. wiedziałem. Wyciągając ramię maksymalnie do tyłu. wykazując niesłychaną cierpliwość i stanowczość. żeby móc je policzyć. że w grę będą wchodzić znaczne sumy pieniędzy. Przypomniałem sobie wówczas. Podszedł do mnie i wyszeptał przez zaciśnięte zęby. bo zaczął zrywać boki ze śmiechu. Śmiał się przez krzywe zęby. że czuje się jak naciągacz. Nie mogłem pochylić się nad stołem. Dwa dni później dwóch ogromnych facetów z otoczenia Falela Quirogi podeszło do mnie. Wspomniał od niechcenia. gdy skończyłem lekcje i właśnie wychodziłem ze szkoły. gospodarz już tam był. bym przychodził do salonu bilardowego późnym wieczorem i rozgrywał kilka towarzyskich gier z wybranymi przez niego ludźmi. – Falelo Quiroga chce się z tobą zobaczyć – odezwał się jeden z nich gardłowym głosem. że będzie mi płacił za mój . – Nie mów. czy zechciałbym rozważyć jego propozycję. – W ogóle się nie zastanawiaj! Zniszcz gnojka i zabieraj moje pieniądze! Falelo Quiroga. Myślałem. – Lepiej pokaż wszystko. Pan Falcón złożył mnie na kanapie w jego gabinecie. Dziadek wychwalał mnie pod niebiosa. Kiedy miał za coś płacić. Natychmiast kazał mi podać kawę i pyszne ciasteczka. Chociaż Falelo Quiroga tego nie powiedział. czy nie chciałbym jeszcze ciasteczek. nie chowaj asów w rękawie – dopingował go mój dziadek. – Mam nadzieję. widząc. że nie obraziłbym się. że nadzwyczaj szczodry bywa tylko w obecności kobiet. – Masz do niego przyjść na kawę i duńskie ciasteczka. Wstał i uścisnął moją dłoń. trochę z boku. musiał je rozprostowywać. Oddech miał potworny. że nie mówi tego poważnie. zapytał mnie grzecznie. Wygrałem bez trudu. Mój dziadek był w siódmym niebie. czym nakłonić mnie do ćwiczeń: kawą i duńskimi ciasteczkami. – Ktoś cię już kiedyś nosił? Z tego. Wiedziałem. nie mów! – ciągle powtarzał Quiroga. jak chwytam kij. – Co on robi. klepiąc dłonią o jego brzegi. co potrafisz. że ci się podoba – powiedział. rozprawialiśmy po przyjacielsku o kurzej fermie mojego dziadka. Kiedy już napchałem się nimi do syta. Gdyby nie wspomniał o tej kawie i duńskich ciasteczkach. Mój dziadek miał zwyczaj chowania pieniędzy po wszystkich kieszeniach. Bez żadnych oporów poszedłem z nimi. jak się wiercisz. jak to się normalnie robi. mężczyzna o imieniu Guillermo Falcón. że jeśli będę próbował być miły i przegram. Zaśmiał się i sam przyniósł mi z pokoju obok całą tacę niewiarygodnie pysznych ciasteczek. kto ją rozpocznie. Chodził dokoła stołu. Wyjawił Quirodze mój najlepszy wynik i zażartował. który zaczai skakać z wielkiej radości. żeby ustalić. Dziadek. ale nigdy tego nie zrobił. ponieważ byłem za mały. Wygrał Falelo Quiroga. Pożegnał się. zapewne bym im uciekł. Był bardzo skąpy i znany z tego. mały. połamie na mojej głowie wszystkie swoje kije do bilarda. poza tym. że nigdy! – Zachichotał groteskowo. więc jeden z nich. – Zawiesza się na jego brzegu – odrzekł rzeczowo mój dziadek. wyrażał w ten sposób po prostu swoje zaufanie do mnie. ale widząc mojego dziadka. Falelo Quiroga mnie zirytował. po czym rzucił monetą. a ja odpowiedziałem. Otwarcie wyraził zaufanie do moich umiejętności i dodał. iż zaprzedałbym duszę diabłu za kawę i duńskie ciasteczka.– Proszę. przypatrując mi się badawczo. Ale mój dziadek. podniósł mnie w górę i przytrzymał w swych olbrzymich ramionach. – To zgodne z przepisami. jak potrafił. grał tak dobrze. ustalił grę na określoną liczbę karomów. co? – powiedział Falelo Quiroga. Na szczęście salon Falela Quirogi nie znajdował się zbyt daleko od szkoły. i się śmiał. gdy musi dosięgnąć środka stołu? – zapytał Falelo Quiroga ze śmiechem. Nie mogłem jednak iść tak szybko jak oni. dziadek schował wygrane pieniądze i zapomniałem o całej sprawie.

Nie wdawał się w szczegóły i nie wyjaśnił. Tamtej nocy grałem z dwoma mężczyznami i wygrałem obie partie. Dostałem tak pyszną kawę i ciastka. Ostrzegłem Falela Quirogę. – Oczywiście. które pilnowały mnie jak kwoki swoich piskląt. jakby chwytał worek z bawełną. Falelo Quiroga chodził w tę i z powrotem. że postawili na tę grę swoje domy i cały dobytek. Mój dziadek zachorował i nie mógł zasnąć. żebym był zupełnie rześki. Było około siódmej rano. gdy usłyszałem gwizdanie pana Falcóna i uderzenia małych kamyków o szybę. Powiedział też. że nikt się nie położy spać. Powiedział. że byłem tak zmęczony. Praktycznie wszystko przebiegało najzupełniej normalnie poza tym. co kupiłem. Noc. Największym problemem okazało się to. w którym pewien fenomenalny bilardzista z pobliskiego miasta rzucił wyzwanie Falelowi Quirodze i zaproponował zakład na olbrzymią sumę pieniędzy. Otwarłem okno. a ja wygrywałem wszystkie partie.czas i fatygę pewien procent od wygranych pieniędzy. że zaryzykowałem i skoczyłem z okna w ramiona pana Falcóna. Masz moje słowo. – Jesteś zupełnie mały. że będzie odkładał moje pieniądze na specjalnym koncie w banku. tej nocy zostanie albo rogaczem. Musiałem iść do szkoły. czy mam jakiekolwiek szansę wyrwać się niepostrzeżenie z mojej sypialni. Nie wierzyłem w ani jedno słowo z tego. Czasem zapraszałem nawet moich przyjaciół. Skacz prosto w moje ramiona. żeby nie zostać rogaczem. w tym za posiłki w mojej ulubionej chińskiej restauracji. albo mordercą. Od tamtej pory Falelo Quiroga przysyłał po mnie pana Falcóna dwa. uważałaby ona. Pan Falcón cię obudzi. jaka jest moja rodzina. że jedyny problem polega na tym. Cała rodzina chodziła jak na rozżarzonych węglach. to cię upuszczę i się zabijesz. że wie. Nie będę za tobą biegał. Pamiętaj. że nigdy nie przyszło mi do głowy. śpiesz się! Skoczyłem. tak jak dzisiaj? – zapytałem. będzie gwizdał i rzucał kamykami w twoje okno. więc zawarłem z nim korzystny układ. Wiedziałem. nie wróżyła dobrze. na ulicy. Wynajął dla mnie masażystę. kiedy wyskoczysz przez okno. kiedy miała się odbyć ta partia. na czoło zaś przyłożył mi . Pan Falcón stał dokładnie pode mną. ale gwizdanie i bębnienie kamyków o szybę były tak natarczywe. że Falelo Quiroga jest przestępcą i kanciarzem. Czułem się tak. – Skacz w moje ramiona. Wyglądało na to. że nie przystoi. że aż trudno to sobie wyobrazić. iż będę musiał spełnić nadzieje i oczekiwania wszystkich ludzi. Jednak prawdziwa przeprawa zaczęła się tego dnia. Jest wielki jak dąb! Radzę ci. Postawił mnie na ziemi i kazał biec. mały – powiedział stłumionym głosem. których straszliwie zawstydzałem. iż powieki ciążyły mi przez cały dzień. zanim się znajdę w salonie bilardowym. wybiegając z krzykiem z restauracji. Nikt nie zauważył mojej nieobecności. trzy razy w tygodniu. jeżeli nie wygra. albo – jeszcze bardziej praktycznie – pokrywał koszty wszelkich moich zakupów we wszystkich sklepach w miasteczku i koszty posiłków we wszystkich restauracjach. Lepiej jednak uważaj! To bardzo niecierpliwy człowiek. – Będzie mi pan dawał kawy i duńskich ciasteczek. że postawił w zakładzie swoją żonę. Nie mogłem zasnąć. Odniosłem wrażenie. że nie będę w stanie wydostać się z domu. I dotrzymywał obietnicy – płacił za wszystko. chłopcze – odrzekł. Podobał mi się jednak pomysł grania w bilard z nieznanymi ludźmi. – Jeśli dobrze nie wycelujesz. Chciał. Niektórzy z bywalców z wielkim przekonaniem mówili mi wprost. który usiłował modulować do głośnego szeptu. – To żaden problem – odrzekł Falelo Quiroga z przekonaniem. Byli niezwykle zdumieni tym. kupię ci całą piekarnię! Każę piekarzowi piec je specjalnie dla ciebie. miałem na głowie zbyt wiele ciotek. Obiecał mi więc. Wróciłem do domu podekscytowany do granic możliwości. że jestem małym chłopcem przebudzonym z głębokiego snu i muszę się przebiec. gdy wróciłem do domu. gdzie chodziłem każdego dnia. a on złapał mnie z taką łatwością. – Jeśli będziesz dla mnie grał. Jeden z nich półżartem powiedział. Masażysta obłożył moje ramiona i nadgarstki gorącymi ręcznikami. Udręczone twarze milcząco błagały mnie. że nigdy nie zgłoszono ich na policję za nie zapłaconą konsumpcję. co mówił. że w salonie bilardowym zgromadzili się wszyscy mężczyźni z miasteczka. gdy kelner przynosił rachunek. Powątpiewałem. jakbym trafił do nieba. czy miał na myśli zamordowanie swojej żony. W ogóle nie spałem. Pan Falcón złapie cię w ramiona. żebyś położył się dziś spać wcześniej. a poza tym mój pokój znajdował się na pierwszym piętrze. bym tylko nie przegrał. No dalej. żebym się odprężył. czy też mnie za przegranie meczu. w których mnie wystawiał. którzy stawiali na mnie swoje pieniądze. bym dostawał wynagrodzenie.

by włosy nie spadały mi na twarz. Upłynęła chwila. On zaczął i wykonał oszałamiającą liczbę karomów. Powinienem umierać z głodu. Im bardziej dramatycznie.zimny okład. – Odłożyłem ci w banku mnóstwo pieniędzy – powiedział bardzo uroczyście. Trudno by było o bardziej oczywistą groźbę. Był to pierwszy raz w moim życiu. przynajmniej dla mnie. Wyprosił wszystkich ze swojego gabinetu i od razu przeszedł do rzeczy. Przysunął się ze swoim krzesłem bliżej mnie. i nie muszę płacić. Ale masz chybić tylko o włos. Na stopy założył mi tak wygodne i miękkie buty. którzy na mnie postawili. gdyż wzbudzał we mnie ogromny strach. Falelo Quiroga zachowywał się najbardziej histerycznie. tym lepiej. śmiało jadać w każdej restauracji. po czym wytłumaczył mi. Wlepiali we mnie swe ciężkie spojrzenia. – Pan Falcón był twoim stróżem przez całe miesiące – powiedział. – Ale ty się nie przejmuj takimi sprawami – uspokoił mnie. Było to zupełnie tak. Miały twarde. czy rzeczywiście wiedział. Nie zaproponował mi nawet kawy ani duńskich ciasteczek. Jednak pewnego popołudnia pan Falcón odebrał mnie ze szkoły i zabrał do salonu bilardowego. żeby masażysta rozma-sował mi ramiona i barki. Wątpię. młody. bo odprężył się i zaśmiał. na mnie. Połowa ludzi przy stole bilardowym to byli przyjezdni z innego miasteczka. – Wystarczy chyba. że pan Falcón wkłada wszystkie swoje siły w to. którą tylko sobie wybiorę. co mieli. zdenerwowanie ludzi. Miałem wrażenie. roztańczone cienie. żeby cię ochraniać. ale mógłby równie dobrze robić coś zupełnie odwrotnego z taką samą siłą. Chciałem ze wszystkich sił uciec od Falela Quirogi. zarobisz tyle pieniędzy. żebyś przegrał następny mecz różnicą jednego karomu. Zażyczył sobie. którzy postawili wszystko. ponieważ był już ranek i musiałem szybko wrócić do domu. była nie do opisania. pucołowaty. Grałem tamtej nocy bardzo dobrze i gdy zacząłem doganiać w punktach mojego przeciwnika. wojskowe pięty i wyprofilowane wkładki. że życzą mi rychłej śmierci. że nie będziesz musiał do końca życia w ogóle pracować. Falelo Quiroga powtórzył swoją prośbę. Chciałbym. że jestem w potrzasku. Jej przyćmione światło rozrzucało po pokoju dziwne. bardzo szykowny i pewny siebie. Wydzierał się na wszystkich i kazał otworzyć okna. co ci zaraz powiem. bardzo daleko od miejsca. – Dotrzymuję obietnicy. Przepełniało mnie napięcie nerwowe. na moją przegraną. żebym nie dławił się dymem papierosowym. że zawsze będziesz pod moją opieką. oraz luźnym kombinezonem z paskiem. Falelo Quiroga był niezwyczajnie poważny. Falelo Quiroga uzupełnił mój strój beretem. jakby wiedział. Dobrze o tym wiesz! A więc jeśli zrobisz teraz to. Powrót don Juana przywrócił mnie do rzeczywistości. która sączyła się z panującego półmroku. którą ci dałem. że muszę coś zjeść. że chciałem wracać. a może pochodziła z poczucia. i dlatego wysłał mnie w nowe miejsce przed resztą rodziny. – W końcu jesteśmy kumplami. Masz moje słowo. że zamierza postawić anonimowo wszystko. że mogę sobie śmiało kupić wszystko w dowolnym sklepie. Moim przeciwnikiem był Brazylijczyk chińskiego pochodzenia. którzy na mnie postawili. ale jednocześnie – i równie mocno – chciałem . jeśli powiem. Euforia ludzi. Nic z tego nie pojmowałem. że potrafisz to zrobić. W końcu musiałem ich wszystkich powstrzymać i w wielkim pośpiechu zrobiłem osiem karomów. których potrzebowałem do wygranej. osiągnęło szczyt. Straciłem poczucie czasu. gdy znalazłem się na z góry przegranej pozycji. Ale jednocześnie – i równie mocno – chciałem z nim zostać. ale wcale nie czułem. zanim moje oczy przystosowały się do półmroku. które mówiły. i że tak wygląda nasza nowa umowa. Nigdy jednak nie stanąłem przed koniecznością wyboru pomiędzy tymi dwoma odczuciami. dalekosiężną tęsknotą. Uczucie to było osobliwie nieosobistą. podobnie zresztą jak wszyscy pozostali. Tego dnia czułem się skrajnie wyczerpany. Falelo Quiroga rzucił monetą. Zupełnie nieoczekiwanie. gdzie mieszkaliśmy. kto zacznie. potrzebowałem tego poczucia. jakich jeszcze nigdy w życiu nie nosiłem. Wiem. Z koloru twarzy Falela Quirogi wywnioskowałem. że lada chwila dostanie zawału serca. Musiał dostrzec w mojej twarzy przerażenie. co ma. Ogarnął mnie wówczas głęboki smutek. Oniemiałem z wrażenia. Nie zwracałem na to wszystko najmniejszej uwagi. by ustalić. że było to jego kolejne przeczucie. Don Juan zapalił lampę naftową i powiesił ją na gwoździu w ścianie. Falelo Quiroga był bardzo wyrozumiały i nie przysyłał po mnie przez cały tydzień. Byłem tak bardzo zmęczony. co się dzieje. mój dziadek wyprowadził się z okolicy.

ale jednocześnie czujesz. . gdybyś czuł jedynie przymus pozostania ze mną. Nieskończoność zawsze stawia nas w tak beznadziejnej sytuacji i każe wybierać – kontynuował. Byłoby dla ciebie nieskończenie łatwiej. że nie wtyka kija w szprychy. Dzisiaj przypomniałeś sobie wydarzenie. Masz ochotę mi powiedzieć. Wszystko. W taki sposób właśnie podróżnicy dochodzą do sensu każdej sytuacji. Przede wszystkim zaś jego siła leży w tym. Jakby znał przyczynę i głębię mojej udręki i dostosował brzmienie swego głosu do okoliczności. – Jak pasuje – powiedział i zachichotał z uciechy. nigdy się nie dopytując. Don Juan przywrócił mi nieco kontrolę nad sobą. co ich otacza. co z łatwością mogło się przerodzić w histeryczną reakcję wynikającą ze zmęczenia i pobudzenia. Wydarzenia mają własną moc.zostać. – Ciągle przydarza ci się sytuacja. – Jedyny mój komentarz do tego może być taki. że wojownicy w podróży dostosowują się do okoliczności. dokąd prowadzi ich impuls. – Chcemy nieskończoności. bym poszedł się utopić. co sobie przypomniałem. własny pęd. – Przypominanie sobie zdarzeń to dla czarowników coś magicznego – odezwał się. Tak naprawdę nigdy nie musiałeś wybierać pomiędzy przyjęciem a odrzuceniem szachrajskiej umowy Falela Quirogi. która jest dokładnie taka sama jak ta. jest przeznaczone tylko dla ich oczu. a jednocześnie pragniemy od niej uciec. które podsumowuje całe twoje życie – ciągnął don Juan. jak to czy tamto się stało. że musisz ze mną zostać. Jego surowy ton pomógł mi odzyskać panowanie nad czymś. a podróżnicy są tylko podróżnikami. to wyzyskanie największego efektu z najmniejszego bodźca. Idą wszędzie. Potęga wojownika w podróży to czujność. Na prośbę don Juana opowiedziałem mu. – To widzenie osnowy zdarzeń. której nigdy nie rozwiązałeś. To dlatego przypominanie sobie tego wszystkiego jest czymś tak ważnym i niezmierzonym.

gdyż w domu znajduje się tylko jedno wąskie. Zaraz nad nią. Szybko zapalono światła wewnątrz i na zewnątrz domu. Od tamtej pory zacząłem sobie przypominać wydarzenia z mojego życia z zatrważającą wyrazistością. byśmy dla wygody zgodzili się tam udać. która szybko mnie wyczerpywała i nie miała żadnego innego celu poza ukazaniem mi mej niezdolności koncentracji. nie zważając na to. moja zdolność przypominania nabrała rozmiarów. gdzie mieliśmy nocować. Łazienka to była osobna historia. który znajdował się na wzgórzu. co tak naprawdę czuję. co zmuszało mnie do skupienia uwagi na zdarzeniach nie związanych z moją listą. bym się stosował do tego zalecenia. że porywały mnie ze sobą i pochłaniały mnie. Widok robił duże wrażenie. że dostrzegałem rzeczy. że dom leży na uboczu i nie ma tam żadnych hałasów. Bardzo mi się tam wszystko podobało. który przebywał na urlopie naukowym. których wyrazistość była tak zatrważająca. tak jak sobie tego życzył don Juan. co w zasadzie mi się udawało. w szczycie dachu. Studenci z komitetu organizacyjnego . oddech miał świszczący i pluł flegmą za każdym razem. który najwyraźniej domagał się oliwy. Było to dokładnie tak. kto wie. Planowałem pojechać do motelu. Od czasu do czasu jednak coś we mnie pękało. co się zdarzyło w przeszłości. którzy zorganizowali wykład. Pewne wybrane przez siebie zdarzenia potrafiłem. okazało się. Poprzedni nastrój ustąpił miejsca nowemu. Wraz z nabieraniem wprawy wyrazistość moich wspomnień bardzo wzrosła. że tak powiem. Za każdym razem. Lampy na ścianach były skierowane na krucyfiks. ale wręcz żądał. która była przerażająca i fascynująca zarazem. gdy kaszlał. którą klucz rozkruszył. Następnie studenci z komitetu rozjechali się przy pierwszej sposobności. gdy rzeźba się obracała. ale nie mogłem niczego znaleźć. Członkowie komitetu organizacyjnego zabrali nas do owego domu. czy nie bardziej niż wówczas. że mamy z kolegą poważny problem. był oświetlony z każdej strony i z pewnością widoczny z odległości dziesięciu kilometrów. zapora. wisiał krucyfiks naturalnej wielkości. Don Juan nie tylko mi radził. coś. która kazała mi trzymać się kurczowo nijakich i niewyraźnych wspomnień. Uważałem to wszystko za swoją powinność i wykonywałem. należał do pewnego profesora. a mój znajomy był u progu gruźlicy. zwłaszcza wówczas. Przedtem moja pamięć była dla mnie niejasnym odwoływaniem się do tego.Współgranie energii na horyzoncie Wyrazistość klucza wniosła do mojej rewizji życia nowy impet. bym zachowywał się jak samotny wilk. moim zdaniem dom był rewelacyjny. choć były to rzeczy. Ja zaś byłem głupi i zgodziłem się z nimi zabrać. miał miejsce po wygłoszeniu wykładu w pewnym college'u w Oregonie. Położył się szybko i natychmiast zasnął. potrafiłem zachować na tyle duży dystans. Miał olbrzymi pokój dzienny. Dlatego też autentycznie nie widziałem żadnego sensu w tym najzupełniej jałowym zadaniu polegającym na “rewidowaniu mojego życia". Szkielet domu przypominał mały ostry klin. zdziwiło mnie to. których nie potrafiłem nazwać. Poza tym w środku było zimno. Pierwszy raz. Niemniej jednak posłusznie sporządziłem stosowną listę osób i bez ładu i składu zacząłem sobie jakoby przypominać swoje spotkania z nimi. zabrali mnie i mojego znajomego antropologa do domu. na które nie zwróciłem uwagi wówczas. powodowało to skrzypienie krętlika. i był położony dość daleko od Portland. pustelnicze łóżko. praktycznie narzucił mi je don Juan. W sumie wspominanie czegokolwiek z mojego życia absolutnie mnie nie interesowało. Zacząłem się rozglądać za miejscem do spania. Nie można było tam wejść i nie zobaczyć własnego odbicia z każdej możliwej strony. Dom był zupełnie pozbawiony wygód. bo myślałem. ściany i podłogę wyłożono lustrzanymi kafelkami. Zastosowanie listy osób uczyniło z mojej rewizji życia czynność nadzwyczaj formalną i niezwykle wymagającą. Nie zniechęcało mnie to. oświetlenie zaś było czerwonawe. ale oni nalegali. jakby gdzieś wewnątrz mnie istniała zapora. nasączyć sporą dozą plastyczności. o których wolałem w zasadzie nie pamiętać. Była to dla mnie ciężka harówka. nad którym znajdowała się antresola z sypialnią. kiedy znajdowałem się w samym centrum wydarzeń. że będą chcieli zostać i z nami porozmawiać. że jest to najspokojniejsze miejsce na kuli ziemskiej. że nie potrafiłem przywołać z pamięci ich wyraźnego obrazu. gdzie nie ma telefonów i nie odczuwa się w ogóle istnienia zewnętrznego świata. gdy moja rewizja życia przybierała taki obrót. gdy przeżywałem je naprawdę. kiedy moja stadna natura brała górę. Studenci. twarde. Kiedy jednak nadszedł czas spoczynku. Powiedzieli. Kiedy jednak don Juan zapoznał mnie z koncepcją klucza. Sufit. choć zdarzały się sytuacje. podwieszony na osobliwym krętliku wkręconym w głowę figury. kiedy wspomnienie jakiegoś zdarzenia wstrząsnęło mną do głębi. ale budynek był bardzo dobrze wykonany.

że jeśli będę opanowany. Zwymiotowałem. Luigi. mieszczącego się w tym właśnie budynku. gdy tak leżałem i przeklinałem samego siebie w duchu za głupotę i zlekceważenie zalecenia don Juana. Wybrałem jednak wołanie o pomoc. które don Juan określił mianem klucza. zamiast mi pomóc wyswobodzić stopy. ale mówił. Czułem twardy ucisk głowy psa pomiędzy kolanami. że miałem halucynacje o strażakach. Najwyraźniej musiał to być kiedyś pies właścicieli domu. ale wyglądało na to. tym dalej odpychałem rusztowanie od ściany. chciał przyciągnąć uwagę ewentualnych klientów wielką reklamą. żeby je wyłączyć. zaczął ze łzami w oczach wrzeszczeć na mnie. To przejście było dla mnie tak przerażające i żenujące. która nadawała się do przykrycia. wyciągnęli nas na dach i zabezpieczyli rusztowanie. Światło paliło się bez przerwy i nie było sposobu na to. żebym się modlił. po raz pierwszy z zatrważającą wyrazistością przypomniało mi się całe moje życie. przypomniałem sobie wcześniej równie wyraźnie. którzy postanowili spreparować jego skórę. Wiele lat przed moim spotkaniem z don Juanem pracowałem jako malarz – wykonywałem obrazy na budynkach. nie byłoby aż tak źle. że potrzebuję więcej farby i materiałów. Trzymałem się krawędzi ściany niczym tonący brzytwy. którą pozalepiano pęknięcia w poszyciu dachu. reklama miała się znajdować na tylnej ścianie starego domu. Gdy mieliśmy zabierać się do pracy. choć nie było ku temu żadnych widocznych powodów. wybawiony z opresji. którzy wciągnęli mnie do ciepłego. Pewnego razu Luigi dostał zlecenie na namalowanie reklamy sklepu sprzedającego i wypożyczającego suknie i garnitury ślubne. Weszliśmy na płaski dach i zamontowaliśmy rusztowanie. że mi przejdzie. Na ścianach. Chciałem wejść z powrotem na dach pod pozorem. Kiedy strażacy w końcu mnie uwolnili. żółtego pokoju. Tym razem jednak byłem sam. co prawda. które mocowały rusztowanie do dachu. by mu nie przeszkadzać. usiadł na platformie i zaparł się o liny. Jedynym miejscem do spania. że przy nim wszystko jest możliwe. ale zapomnieli o ogrzewaniu. Wymalowałem wcześniej dziesiątki takich reklam na wysokich budynkach. Rozmawialiśmy . Stanął na jednej krawędzi. do samego końca wierny swej roli tyrana i ciemiężyciela. Zaczął się popisywać. Właściciel sklepu. Wtedy to. zabijając się na miejscu. Ludzie znajdujący się w budynku musieli usłyszeć moje wrzaski i wezwali straż pożarną. Luigi przypuszczał. Dzień był bardzo gorący i skwar topił smołę. Chwyciłem się krawędzi ściany okalającej płaski dach i starałem się podciągnąć. Przeżegnał się i przyglądał mi się z przerażeniem w oczach. ogromną siłę i wytrzymałość dawało mi przekonanie. ale palce stóp zaklinowały mi się pomiędzy deskami platformy. Luigi. Byłem najzupełniej pewien. Zaklinał się. że nie chciałem go w ogóle pamiętać. że platforma kołysała w przód i w tył. była garbowana skóra gigantycznego pudla francuskiego. po czym ułożyli w niesamowicie wygodnym łóżku. Luigi był artystą. że ich działanie zostało skasowane przez jakiś główny wyłącznik. Zebrałem kilka ściereczek i zwinąłem je pod głowę. Poczułem zawroty głowy. że nie minęły więcej niż dwie albo trzy sekundy od chwili. Nie miałem zamiaru puścić się krawędzi i spaść trzynaście pięter w dół. skończyło się na tym. lecz im bardziej się starałem. jedyną zaś rzeczą. podobnie jak poszukiwania wyłącznika świateł na ścianach i w ogóle jakiegokolwiek wyłącznika świateł w domu. co się ze mną dzieje w obecności don Juana.włączyli światło. kiedy przyjechali strażacy. Zdarzenie. Podkurczył kolana i ukląkł. że zaczynam mieć lęk wysokości. mdliło mnie ze strachu i od ohydnego fetoru stopionej smoły. straciłem resztki panowania nad sobą. był cienki dywanik. Drugi koniec skóry sięgał mi do szyi. Zacząłem szukać grzejnika. bezpieczny. Luigi opuścił platformę rusztowania metr poniżej poziomu dachu i wskoczył na deski. które udało mi się znaleźć. W rzeczywistości wisiałem tak na krawędzi ściany przez przynajmniej dwadzieścia minut. rozumowałem w ten sposób. ja zaś poszedłem na drugą. Moje drugie wspomnienie również uderzyło we mnie z niepohamowaną siłą. Usiłowałem przyciągnąć stopy i całą platformę bliżej ściany. Luigi miał namalować pannę młodą i pana młodego. było to bardzo niepokojące uczucie! Gdyby było ciemno. że obaj spadniemy i się zabijemy i powinniśmy się przynajmniej zatroszczyć o zbawienie naszych dusz. Mój szef nazywał się Luigi Palma. uda mi się powstrzymać platformę przed dalszym odsuwaniem się. szlochając cicho i odmawiając “Ojcze Nasz". Sporo ich też wykorzystałem do przykrycia skóry psa. Nie mogłem spać przez całą noc. pudel miał błyszczące czarne oczy i otwarty pysk z wywieszonym językiem. jakieś zauważyłem. Ułożyłem głowę pudla w okolicach kolan. Ruchy jego pędzla były tak chaotyczne i gwałtowne. ale zawsze miałem tendencję do częściowego ignorowania wszystkiego. Moje poszukiwania spełzły na niczym. Przez chwilę zastanawiałem się. we własnej pidżamie. ja zaś miałem się zająć napisami. a ja zasnąłem. czy to się na cokolwiek zda. Byłem bardzo zaniepokojony. gdy podniosłem alarm.

Zwróciłem się do dozorcy domu. zadbany trawnik. który wydarzył się w ostatnim roku gimnazjum. Niewykluczone. ogrodzonego czarnym płotem z kutego żelaza. dech w piersiach zaparła mi myśl. Podała mi długą listę symptomów. Rozpędził się i skoczył. tak więc skłamałem pielęgniarce. Przez chwilę sądziłem. – Zabieraj się stąd! – Wezwę policję – odparłem. Pobiegł dalej ulicą. – Już możesz być zarażony. albo zdechnie na naszych oczach z powodu ataku serca spowodowanego wściekłością. pies zrezygnował. kto doprowadził go do takiej wściekłości.właśnie z kilkoma przyjaciółmi. że był jeszcze bardziej rozwścieczony. który rozszarpie mnie na kawałki. gdy przechodziliśmy obok ogrodzenia. Wówczas kątem oka dostrzegłem. Faktycznie lekko zadrapał mi zębami pośladek. masz prawo wezwać policję. W tym domu mamy takie możliwości. że musiałem wycofać się w kąt pokoju. Byłem pewny. psa nie było. że się zabił. lecz zwierzę się nie pokazało. z początku nie wyraźne. że rzucał się na płot. Stawał dziesięć centymetrów od jego pyska. Mój przyjaciel lubował się w codziennym wciąganiu psa w ów pokaz triumfu ducha nad materią. że sam uwierzyłem. jak pies gna co sił w naszym kierunku. Byłem przekonany. Uwierzyłem mu. po chwili pochłonęło mnie całkowicie. chłopcze! – rzekł do mnie ze złością. Za ogrodzeniem rozciągał się olbrzymi. byłem prawie poza zasięgiem psa. zrobił potężny skok. być może w poszukiwaniu mojego przyjaciela. to my ich obrócimy przeciwko tobie. Oskarżył mnie o podstępne zwabienie na ulicę najcenniejszego psa właściciela. spadając ciężko na ziemię niczym worek ziemniaków. który wystawał spomiędzy prętów ogrodzenia na przynajmniej piętnaście centymetrów. słuchaj! Jestem potężniejszy od ciebie! Te codzienne demonstracje siły duchowej. agresywny owczarek niemiecki. Kiedy byłem już bezpieczny. ale jego wściekłość zdawała się przenikać ogrodzenie i nas dosięgać. był na końcu olbrzymiego trawnika. – Ale ja mogę mieć wściekliznę – powiedziałem z nie ukrywanym przerażeniem. Wtem go spostrzegliśmy. gdy nagle. Do codziennego rytuału mojego przyjaciela należało zapewnianie mnie. Zdążyłem zgramolić się z dachu i wdrapać na pierwsze napotkane drzewo. rozdzierając zębami tylną część moich spodni. że rozharata sobie brzuch o spiczaste zwieńczenie ogrodzenia. Czekaliśmy przez chwilę. jeżeli nie przestaniesz przysparzać nam kłopotów. po którym biegał wielki. Pewnego ranka. i obnażał zęby dokładnie tak samo jak on. choćbyś nawet dostał syfa – warknął. – Mój ty Boże! – wykrzyknęła. Pielęgniarka w szkolnej przychodni powiedziała mi. Drażniliśmy psa codziennie. że złamie się wpół. Fizycznie zatrzymywał się przy żelaznych prętach. Przeskoczył je z wielkim trudem. Przypomniał mi się incydent. Ale ten znów skoczył i kłapnął paszczą. wspomnienie. bez żadnego wyraźnego powodu. że pies albo go usłucha. – Pies zaginął. siedząc na samym czubku drzewa. Był on tak bardzo o tym przeświadczony. – Wzywaj sobie. na które powinienem być wyczulony i które mogą za jakiś czas . którzy jakby zrozumieli moją reakcję i bez słowa zostawili mnie samego. – Musisz tego dopilnować – przykazała mi surowo. że muszę spytać właściciela psa. Kiedy był może dwa metry od ogrodzenia. iż lada dzień pies padnie trupem. Wskoczyłem na dach samochodu. – Poddaj się. Właściciel pośle cię do więzienia. psa z rodowodem. w którym trzymano zwierzę. ale dla takiego psa samochód to była pestka. Nagle się podniósł i zamiast ruszyć na tego. rzucił się na mnie. płot miał przynajmniej dwa i pół metra wysokości i kończył się u góry zaostrzonymi szpicami. Siedząc na drzewie. ale on był jedynie oszołomiony. – Gówno mnie to obchodzi. W drodze do szkoły przechodziliśmy z moim najlepszym przyjacielem obok wielkiego domu. czy ma świadectwo szczepienia jego przeciwko wściekliźnie. przepraszając moich przyjaciół. Nie zwracał na nas uwagi. które z trudem utrzymywało mój ciężar. które trwały najmniej pięć minut. że będę musiała wysłać cię do lekarza. kogo chcesz – odparował. poddaj! – krzyczał za każdym razem mój przyjaciel. Było to przeżycie tak silne. – W takim razie przygotuj się na najgorsze. Jeśli właściciel psa odmówi pokazania ci świadectwa. może poza tym. – Słuchaj mnie. doprowadzając do tego. że pies się nie znalazł i że nie ma właściciela. nigdy nijak nie wpłynęły na psa. więc wolno zaczęliśmy się oddalać. było to wiotkie drzewko. a ja spadnę prosto w paszczę psa. – Wezwiesz policję. niemal mnie dosięgając. – Lepiej sobie uważaj.

Nie robiłem nic. Poruszająca do głębi jakość twych wspomnień – ciągnął – mogła pochodzić jedynie z twojego prawdziwego umysłu. wtedy. Powiedziała mi. – Pamiętam. przeskoczyłem z powrotem do mojego teraźniejszego życia. – Nie życzyłabym tego mojemu najgorszemu wrogowi – dodała. tak jak wspomnienia. powiedziałbym. że czarownicy stykają się z nieznanym w najprostszych i najbardziej powszednich zdarzeniach. Powiedział mi wcześniej. Zrobiłem wielką scenę. Dopiero przy końcu skok był rzeczywiście gwałtowny. jakbym jeszcze raz przeżywał te chwile. ponieważ to nieprawda. Ale nie jest to siła. iżbym pojął to. na przykład. Jest to siła dezintegrująca obcą instalację. ale zupełnie straciłem panowanie nad sobą. czując wszystkie symptomy. która zaczyna cię ogarniać. – Jak trudno ci poradzić sobie z tym aspektem twojego życia. tani model: siła ekonomii. to bez dwóch zdań – rzekł w końcu. sprawy rozwijały się powoli. że – jak już mi mówił – mamy dwa umysły i tylko jeden z nich jest tak naprawdę naszym własnym umysłem. tylko leżałem w łóżku. niczego nie pomijając. starali się jak tylko mogli wzmocnić działanie owej dezintegrującej siły. ponieważ nie istnieje żaden sposób adekwatnego opisania tego. gdy zawodziło wsparcie. Przypuszczam. a oni . Ten drugi umysł. W przypadku śmierci oznacza to możność zachowania przez człowieka siły życiowej i zrzeczenie się jedynie świadomości. ale nie mogę powiedzieć. która wymiecie nas poza granice języka. Każdy czarownik. Z jakiegoś dziwnego powodu – równie niepojętego. Cokolwiek don Juan mówił na ten temat. który wszyscy mamy wspólny. – Rewizja życia zawiera w sobie ukrytą opcję – rzekł don Juan – podobnie jak śmierć zawiera w sobie ukrytą opcję. która dezintegruje ciebie. jakie to wszystko jest dla ciebie trudne – odezwał się nagle. Mój skok w przeszłość nie był gwałtowny. że aż trudno to sobie wyobrazić. Potem przyszła moja pierwsza prawdziwa depresja. uznawałem to za metaforyczny sposób wytłumaczenia mi. że poszedłem do szkolnej przychodni i błagałem kobietę. Ale jest to temat. Był to skok w przyszłość. dezintegrując obcą instalację. bez względu na to. – Coś w tobie zaczęło się walić. W ogóle ich nie skomentował. polega na tym. gdy przenosiłem się w przyszłość: do mojego teraźniejszego życia. Cały się trząsłem. co się dzieje. która istnieje w tobie i w każdym człowieku. których to spotyka. że wali się na dobre. którego znam. którą wykorzystują tylko czarownicy. by w samotności stawić czoło sile. wpędzając mnie tymi słowami w koszmarny nastrój. – Wiem. Ja je rzeczywiście przeżywałem. że bezskutecznie poszukiwałem wyjaśnień i sposobów opisania efektów. która jest produktem ich żywota. W naszych czasach nie mamy sposobności podejmowania działań w grupie. jak przyczyna moich niezwykle plastycznych wspomnień – nie potrafiłem zadać mu żadnego pytania. musimy więc przygotować się na to. Miałem możność przenoszenia się w czasie. że czarownicy starożytnego Meksyku byli przekonani. Zawsze rozumiałem don Juana w ten sposób. to. żeby zrobiła mi serię zastrzyków przeciwko wściekliźnie. działając w grupie. Miałem mdłości. Kilkakrotnie pokiwał głową. że nasz umysł dzieli się na dwie części i jedna z nich jest zawsze niema. Doszło do tego. sądząc. że czarownik zostaje wypchnięty poza granice języka. nie to chciałem powiedzieć. Słuchałem don Juana uważnie. Teraz mam przeczucie. don Juanie – powiedziałem. że to było tak. Don Juan nie mylił się. Kiedy do tego dochodzi. co do mnie mówił. przechodził przez to samo. Wpadłem w histerię. W przypadku rewizji życia ukryta opcja jest taka. Czarownicy starożytnego Meksyku. ale bardzo szybko się naprawiało za każdym razem. Zrelacjonowałem don Juanowi oba te wspomnienia z najdrobniejszymi szczegółami. jakie wywarły na mnie moje wspomnienia. że tylko czarownicy decydują się na polepszenie swych prawdziwych umysłów. ponoszą nieskończenie dotkliwszą stratę niż kobiety. gdyż potęga drugiej nie pozwala jej na swobodną ekspresję. że szczepienia przeciwko wściekliźnie są niezwykle bolesne i że zastrzyki muszą być podawane podskórnie w okolicę brzucha. sam wyczuwając w swoim głosie nutę napięcia – że w obu przypadkach wpadłem w taką histerię.wystąpić. Teraz w grę wchodzi pojawienie się pewnej siły dezintegrującej. wyraźnej dominacji lewej półkuli mózgu nad prawą lub czegoś podobnego. które wyliczyła mi pielęgniarka. – Waliło się przez cały czas. że one są z natury bardziej wytrzymałe. Po kolejnej długiej chwili milczenia don Juan wytłumaczył mi. Nie miałem wścieklizny. A kiedy nie mogłem już tego dłużej znieść. Działanie owej siły. jak bardzo będzie to bolało. o którym porozmawiamy kiedy indziej. Mężczyźni. rozmiar uniwersalny. Nie chcę powiedzieć.

– Wystarczy po prostu. co jest czym. muszą polegać na wskazaniach z zewnątrz. Prawdziwy z ciebie skurczybyk. albo przed Luisem dlatego. żeby na niego popatrzeć. tak więc będziesz się musiał ładować do środka przez okno. ty nie jesteś ani przystojny. musisz być sprytny i mieć się na baczności. Don Juan nazywał to zewnętrzne źródło nieskończonością albo głosem ducha i mówił. ale nic się nie działo. Musisz dokładnie wszystko obserwować i być przygotowany na niekończące się upokorzenia. iż mój kuzyn Alfredo jest naprawdę piękny. Jedyny sposób. A teraz weźmy ciebie. oczy. jak sam mawiał. bo to on pierwszy się znajdzie na liście zaproszonych. i jak chcą go dotknąć? Jest tak piękny. o drobnych kościach. Nikt cię nie będzie zapraszał na przyjęcia. kiedy nagle poczułem brutalne szarpnięcie gwałtownej przemiany energetycznej. Rozpoczął od tego. możliwie najmniej korzystając z utartych kolein poczynionych z góry założeń. ani dobry. aż glos ducha wyjaśni mi znaczenie moich wspomnień. że nieskończoność jest siłą obdarzoną głosem i samoświadomością. Kiedy pewnego dnia byłem w księgarni. Powiedzmy więc. Jestem przystojny. tak jak przed Alfredem dlatego. ale i tak szuka ich towarzystwa. bo wszyscy wyznają kult piękności. Kobiety go uwielbiały – po pierwsze. Próbowałem trochę ją ośmielić. wydatny podbródek. że jeżeli czarownicy nie próbują racjonalizować tego. Dziadek mówił do mnie. – Twój kuzyn Alfredo jest na wierzchu – ciągnął dziadek. chcąc ze mną porozmawiać. ma się rozumieć. On natomiast. Potem przyszła kolej na mnie. że będzie najbardziej pożądaną w towarzystwie dupą wołową. że jest dobry. to zawładnąć wszystkimi dokoła. że chcąc być na jakimś przyjęciu. Ludzie piękni są lubiani. mówię. śmiejących się niebieskich oczach i cudnie cyzelowanej twarzy z pięknie ukształtowanymi kośćmi policzkowymi. zupełnie jakbym poczuł nagły strach. Podczas mojej wizji słyszałem ochrypły. za to. jak ludzie zatrzymują się na ulicy. Był bez wątpienia mężczyzną bardzo przystojnym. Była to prawdziwa lawina obrazów i to tak intensywnych. ale to inna historia. strachliwej dziewczynki. Dziadek z wielkim naciskiem powiedział. Pod wpływem don Juana przyjąłem koncepcję. – Jeżeli mamy dalej ciągnąć te wyjaśnienia – rzekł – musisz szczerze przyznać. nie opierając się jednak na antecedensach. czego zracjonalizować się nie da. Pochłonęło mnie wspomnienie domu dziadków. że muszę przyznać. Musiałem mieć wtedy osiem lat. będziesz więc musiał ostro się napocić. Musisz się oswoić z myślą. Miałem dwóch kuzynów w tym samym wieku co ja: Alfreda i Luisa. że nie czuły się w jego obecności zagrożone. że jest piękny. Było to tak. Swoją prezentację zakończył napomnieniem. Powiedział. kto ma ich w garści? . co dane jest ich zmysłom. Luis zaś dobry. Wiedział o sobie wszystko i wykorzystywał swoje przymioty do maksimum. że Luis jest przeciętnej urody i trochę przygłupawy. Im dłużej płakałem. Niecierpliwie czekałem. a wszystkie drzwi natychmiast staną przed nim otworem. jakby w moim wnętrzu włączył się alarm. Zgodnie z tym przekonaniem don Juan przygotowywał mnie do wsłuchiwania się w ten głos i skutecznego działania w każdej sytuacji. Była wysoka. Żeby tego dokonać. szczupła i miała głos małej. w pełni to wszystko wykorzystywał. będziesz musiał tam wejść na krzywy ryj. no nie? Szczerze przyznałem dziadkowi rację. Zazdrości się im. że poczułem się zupełnie rozbity i raz jeszcze musiałem wycofać się do kąta pomieszczenia. po drugie zaś dlatego. – Nigdy nie będzie musiał wchodzić na przyjęcie na krzywy ryj. – Nie ma powodów do smutku – powiedział – bo nie ma nic bardziej rajcującego od ładowania się gdzieś przez okno. które nadawały mu wygląd małego elfa. Wrzeszcz! Rozkazuj! Doradzaj! Niech poczują. Zauważyłeś kiedyś. że trochę się martwię. Jego ocena trzech wnuków była niezwykle trafna. które dobiło mnie do reszty. co ci. żeby ci pozwolili zostać. jaki znam. bez jakiegokolwiek udziału mojej woli przypomniałem sobie jeszcze jedno całkowicie zapomniane zdarzenie z mojego życia. Zapamiętaj. ściśnięty głos dziadka: – Alfredo nie wymaga żadnych rekomendacji – powiedział mi wówczas. Miał jasne włoski na uszach. że Alfredo jest piękny. ale serce ma ze złota. Jeżeli będziesz zmuszony włazić gdzieś przez okno – ciągnął dziadek – to z tego powodu. usta. że jest piękny. że w końcu wyrośnie na dupę wołową. że nie jesteś tam w ogóle mile widziany. rozpoznała mnie jakaś dziewczyna i podeszła. jaką w życiu spotkałeś. że jego twardym obowiązkiem jest skierować mnie na dobrą drogę. i tak jak to stało się już przedtem.nie potrafią zinterpretować tego. duch bezbłędnie odczyta. zebrało mi się na płacz. że gdzieś się pojawi. Wszystkie elementy doskonałe z sobą harmonizowały – nos. Cały się trząsłem. Luisa. że masz ich w garści! Jak mogą wywalić kogoś. Dziadek przyrównał do Alfreda mojego drugiego kuzyna. Żadne drzwi nie staną przed tobą otworem. gdy usłyszałem orzeczenie tak dobitne. tym bardziej dziadek był zadowolony.

Wyrwałem ją z jej rąk i wydarłem się na nią. jak mówię jej. Naprawdę byłem przekonany. Nie chciałem słyszeć o innym rozwiązaniu. Gdy zauważyłem. Przedstawiłem mu kalkulację kosztów z dokładnie wyliczoną sumą. ktokolwiek znajdował się w pobliżu. iż zawsze muszę mieć wszystkich w garści. Powiedziałem naturalnie o tym wszystkim don Juanowi. która rozmyślnie ingeruje w życie czarowników. Nie robiłem wyjątku dla nikogo. To jednak nie było wszystko. Zakopałem ten incydent tak głęboko w pamięci.Wspomnienie tej sceny wywołało w mojej głowie prawdziwą burzę. Zaczęła płakać i wyznała mi. zamiast na niej grać. Wyskoczyłem z samochodu i zacząłem kopać w drzwi. budząc się z letargu. że tuli ją do siebie. że powinniśmy mieć wspólne konto. Zagroziłem jej stanowczo. Oto zdrowy. które wolno jej zapłacić. Każde następne twoje wspomnienie staje się coraz to wyraźniejsze. że moim słabym punktem jest przekonanie. gdyż z równie wielką siłą objawiło mi się kolejne zapomniane zdarzenie z przeszłości. bym mógł nim zawładnąć i formować go zgodnie z moimi kaprysami. W owym czasie oszczędzaliśmy pieniądze na ślub i kupno własnego domu. Musisz być nieustannie gotowy do przyjęcia ciosu o potwornej sile. Następnie zobaczyłem siebie. którego nie da się już odwrócić. z którą się zaręczyłem. jak przykazuję ojcu mojej narzeczonej. Słuchając słów don Juana. że nieskończoność – poprzez plastyczne wspomnienia dawno zapomnianych przeżyć – zwraca moją uwagę na siłę i głębię mojego pędu do kontrolowania innych. Usłyszałem samego siebie. który trwał przez całe życie. jak ją pouczam. Czułem nieodpartą potrzebę zrobienia jej wykładu na temat oszczędności. jaką wybierze drogę. – Bez względu na to. Zakodowałem sobie jednak jego napomnienie. Jako że całe życie chowałem się za różnymi nieważnymi . że to bardzo głupie posunięcie. Moje wychowanie jeszcze tylko wzmocniło tę potrzebę. co się do mnie zbliża. jak udzielam lekcji jazdy samochodem jej młodszej siostrze i po prostu dostaję szału. odwołując się do zasady liniowości przyczyny i skutku. jakby rzeczywiście pochodziła spoza mnie. bo –jak ci już wcześniej mówiłem – rozpocząłeś proces. rozwodząc się z lubością na temat moich spekulacji i inspirujących. To nieskończoność zabiera się do ciebie – ciągnął. żadnego innego powodu niż ten właśnie. twoje pobożne życzenia – powiedział. olśniewających spostrzeżeń na temat ewentualnego znaczenia moich wspomnień. co w mych dorosłych latach przeistoczyło się w głęboko odczuwaną konieczność. że ma romans ze swoim szefem. Nie musiałem się już zastanawiać nad znaczeniem moich plastycznych wizji. Moje pragnienie narzucania mojej woli innym przekraczało wszelkie granice. Usłyszałem. Powinieneś być jednak przygotowany na ataki nieskończoności. że poza tym. która spadła na mnie tak. Wydzierałem się na całe gardło. gdzie ma sobie kupować rzeczy i jakie są najwyższe ceny. że powinienem trzymać wszystkich w garści. Don Juan zobrazował ją jako obdarzoną świadomością siłę. Poczucie to mówiło mi. był tam po to. zupełnie jakby była czymś więcej niż martwym przedmiotem. – Jak zwykle poszukujesz wyjaśnień. że ma zamiar się wyprowadzić z domu rodziców. bym mógł stawić czoło temu. by się nie przenosił do Oregonu. gdzie chciał się osiedlić. grała na gitarze. która już w zalążku musiała być czymś zupełnie arbitralnym. Słyszałem. przygotowując mnie w ten sposób na wydarzenie o transcendentalnym znaczeniu. Odnalazłem moją narzeczoną w pokoju gościnnym. nie będzie ona miała żadnej innej przyczyny. by dać ci to do zrozumienia. Don Juan roześmiał się życzliwie. Wiedziałem. że moje argumenty przemawiające przeciwko temu są nie do odparcia. Byłem przerażony tą całkowitą pewnością. że w grę wchodzi nieskończoność. co przez te wszystkie lata z pewnością powtarzał mi bez końca. Czułem wręcz ów zbliżający się atak i bardzo się go obawiałem. Miałem świadomość i żadnych wątpliwości co do tego. iż zawsze i wszędzie muszę być tym. trzeźwy sposób czarowników na stawienie czoła nieskończoności. trzaskając drzwiami. Nosiłem w sobie głęboko zakorzenione przeświadczenie. kto zasiada na dyrektorskim stołku. Zaczyna się wyłaniać twój prawdziwy umysł. którą na tym straci. że niedługo coś odbierze mi wszelką sposobność do sprawowania kontroli nad ludźmi i że najbardziej ze wszystkiego potrzeba mi w tym okresie trzeźwości umysłu. że w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. miałem w ustach nieprzyjemny posmak. roztrzęsiony z wściekłości. Nie zdążyłem przeanalizować tego wydarzenia ani się nad nim zastanowić. Wówczas ingerowała właśnie w moje. Poczułem absolutną pewność. że przestanę ją uczyć. powinienem jeszcze potrafić zapanować nad każdą sytuacją. – To wszystko to tylko wybujałe psychologizowanie. płynności oraz zapomnienia się. że całkiem o nim zapomniałem. wyszedłem. kiedy mi mówi. Byłem z dziewczyną.

Następnie usłyszałem jakiś głos. całkowicie oddałem się pracy. powinno być aktem magicznym. że wyrzuciłem do kosza dziesiątki rękopisów dlatego. Trafna interpretacja wymaga doświadczenia. co mi się przydarzyło. Była niczym huragan. tylko zacząć od zaraz. że nie spełniały pewnego nieodzownego warunku. kiedy siedziałem przy moim biurku. które mogłem odczytywać zupełnie tak. że moje zamroczenie wynika z tego. a w przypadku człowieka piśmiennego – w słowo pisane. Przed sobą miałem olbrzymią czerwoną plamę. co jest wyświetlane – ciągnął – to już inna rzecz. czy to będzie góra. nadziei na sukces. Jeśli zaś chodzi o szybkość twoich wizji. że dotykam biurka. Wolnym od kultu Ja. którego zapowiedzią jest zawsze silne wzruszenie. że to współgranie odcieni rozpoczyna się od pojawienia się na horyzoncie efemerycznej smugi koloru lawendy. że wszystko. zacząłem widzieć koszmarne sceny. Całkowite opanowanie twoich zmysłów. złowieszcze. jak się do niej przystosować. że nie powinieneś się ociągać. Zupełnie nieoczekiwanie owa olbrzymia plama eksplodowała. co było wokół mnie. To. Niektórym czarownikom ta nauka zabiera całe życie. Ogarnął mnie nadzwyczajny spokój. Moje zalecenie jest takie. przemieniając się w nie związane z sobą słowa. Mogę bez cienia przesady powiedzieć. przygotowując się do codziennej pisaniny. starając się uspokoić i stłumić pobudzenie nerwowe. Potem lawendowa smuga zaczyna się rozszerzać. możliwą dzięki otwarciu się na impulsy nieskończoności. że zasłabłem. Bardzo wiele pisałem. Wówczas wszystko się urwało. nie widziałem żadnych lawendowych smug ani nadciągających chmur. moje wspomnienia powinny pobudzić mnie do granic wytrzymałości nerwowej. – Nieskończoność spadła w ten sposób na ciebie po raz pierwszy. jednak miałem przed oczyma olbrzymią granatowo-czerwona plamę. Aktem wolnym od zaborczości rosnących oczekiwań. Zacząłem głęboko oddychać. co uniemożliwiało mi wyłapanie czegoś. Przeczuwałem. Tamtej nocy.zajęciami. który don Juan opisał mi kiedyś jako cechę znamionującą wszystko. wszystko. by opowiedzieć mu o całym zajściu. niebo. że siedzę na krześle. będziesz się musiał nauczyć. która rozlewa się niejako z lawendowych chmur. w głębi otaczającego mnie mroku wyczuwałem wszystko. że zbyt szybko powstałem z maty. że przed oczyma pojawia się dziwaczna plama o głębokim. Mimo to czułem. przeistaczając się w myśli albo wizje. Myślałem. Byłem wyczerpany. że czarownicy jego linii za jeden z najbardziej pożądanych skutków działania wewnętrznej ciszy uważali szczególne współgranie energii. ściana. nakładająca się na dowolny horyzont w normalnym świecie. Powiedział. że zemdleję. co robię. czy po prostu własne dłonie. albo słyszą wyrażane w słowach myśli. czystą magią. Ujrzałem żółte plamy. Jakby nie dość tego. że przeczytanie ich było absolutną niemożliwością. ale czułem skutki tego każdym mięśniem ciała. Poczułem się jeszcze gorzej. mroczne. granatowo-czerwonym kolorze. by tak jak czarownicy móc dostrzec owo współgranie energii. Oczy zaszły mi mgłą. powinno być improwizacją. aż pokrywa cały widnokrąg niczym nadchodzące chmury burzowe. W jego mniemaniu. że bardziej niż kiedykolwiek będę potrzebował jego pomocy. Manifestuje się ono jako gra odcieni kolorów. Wyjaśnił mi kiedyś. zauważyłem. czy rozumiesz. Pospiesznie pojechałem do domu don Juana. Przez chwilę czułem się trochę otępiały. co miałoby jakikolwiek sens. Ta brutalna ingerencja w moje życie wewnętrzne rozzłościła mnie i zaniepokoiła. Powiedział mi wówczas. Przez głowę przebiegła mi myśl. Mówił z wielkim przekonaniem o tym. albo też odczytują napisy. Były barokowe. Wypowiedzi były nieskładne. Don Juan powiedział mi kiedyś. Byłem pewien. Pomyślałem. – Czarownicy i magia nie mają w sobie nic delikatnego – skomentował don Juan po wysłuchaniu mojej opowieści. I tym razem szybkość wypowiadanych słów była dla mnie zbyt duża. Pewnego wieczoru siedziałem przy swoim biurku. Słowa przebiegały przede mną z tak niesamowitą szybkością. strachu o przyszłość. że otacza mnie nieprzenikniona ciemność. Zacząłem wirować i trwało to tak długo. Prowadziłem wykłady na zajęciach prowadzonych przez moich znajomych w różnych szkołach w południowej Kalifornii. spowodowane zaburzeniem widzenia. że nie jestem na tyle zdyscyplinowany. jakby zostały napisane na kartce papieru wychodzącej z maszyny do pisania. co może zostać zaakceptowane przez nieskończoność. co robię. aż w końcu jakby eksploduje. który coś mi opisywał. czarownicy albo mają generowane przez energię wizje. Ale od tej pory energia będzie ci się jawić tak. że wraz z nabieraniem przez czarowników doświadczenia i dyscypliny owa granatowo-czerwona plama rozszerza się coraz bardziej. jakby była wyświetlana na ekranie w kinie. aż w końcu zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałem. Czytaj . na której wykonywałem ćwiczenia. jak w majakach po przejedzeniu. bo w tym stanie mogłem na własnej skórze doświadczyć owego współgrania energii.

potrafisz powtórzyć to słowo w słowo. choć pytanie było retoryczne. don Juanie. Ty bądź cicho i się nie denerwuj. – Ale dlaczego czytanie napisu? – chciałem wiedzieć. bo nie jesteś zdolny zwerbalizować swoich przeżyć. Jest to. – Ale. że wygadujesz bzdury. Gdybyś jednak zamiast być czytającym nieskończoność. twoja cecha charakterystyczna. to po prostu fakt. Jeżeli coś czytasz. spostrzegłbyś. Nade wszystko jednak – dodał po wystudiowanej pauzie – nie daj się przytłoczyć takim zdarzeniom tylko dlatego. starał się być widzącym nieskończoność.energię na ścianie! Zaczyna się wyłaniać twój prawdziwy umysł i nie ma on nic wspólnego z tym. To są przeżycia spoza granic języka. – To taka pretensjonalność z twojej strony – odrzekł. tak jakby była napisem na ścianie? – zapytałem. że jest możliwe! – odrzekł ostro. czy to wszystko jest możliwe? Czy faktycznie można odczytywać energię. – W twoim przypadku to nie tylko możliwość. że nie potrafisz ich opisać. Niech twój prawdziwy umysł wyreguluje prędkość. Tak czy owak. choćby nie wiadomo co się działo. – Oczywiście. Tak samo. oszołomiony taką koncepcją. który jest obcą instalacją. . wybór należy do nieskończoności. Wojownik w podróży jedynie się jej podporządkowuje. gdybyś usiłował to usłyszeć. oczywiście.

Powiedziałem. A tak przy okazji. to nie jest śnienie – odrzekł z naciskiem. wiedział bowiem. W owym czasie miałem nadmiernie rozbudzone poczucie sprawiedliwości społecznej i uczciwego postępowania. zlikwidowałeś swoją firmę. że traktowanie ich jako snów oznaczałoby stworzenie fałszywej kategorii. Jego słowa były tak nieoczekiwane. Wszystko to umożliwiło ci odbycie podróży po mrocznym morzu świadomości. Śniło ci się najpierw. nie potrafiłbym tego zrobić. czarownika. że niemal przebiło się na powierzchnię pewne zasadnicze pytanie i że przez jedną krótką chwilę zastanawiałeś się. doszedłeś do momentu załamania. nie znając twojego adresu. iż podobne historie to niejako mój konik. bardziej pasującą do twojego obecnego stanu. Śnienie to akt zmiany punktu przyłączenia do mrocznego morza świadomości. że rzeczywiście wydało mi się dziwne. ale nie jest to rzecz niemożliwa ani spowita gęstymi chmurami mistycyzmu. jest to bardzo prosta koncepcja i bardzo prosty manewr. ucisku i ludzkiej nędzy. kiedy to meksykański rząd deportował ich z ojczystych terenów w stanie Sonora w północnym Meksyku na plantacje trzciny cukrowej w środkowej i południowej części kraju. z którymi od lat toczył wojny na ich terytorium. był inny aspekt jego wiedzy: śnienie: – Nie. jak to tylko możliwe – odpowiedziałem. Miałem wrażenie. właściwym dla przeciętnego człowieka. która nie wchodzi tu w rachubę. – Wiem. zbieżnym ze stanowiskiem czarowników starożytnego Meksyku. W twoim rozumieniu. iż znalazł moje mieszkanie. to. które mogło ewentualnie wchodzić w rachubę. a jest to jedyna rzecz. gdyż najzwyczajniej w świecie przyjąłem. który stał się udziałem Indian Yaqui po wielkich wojnach w latach dwudziestych. Don Juan opowiedział mi kilka niewiarygodnych ponurych historii indiańskich o intrygach politycznych i zdradzie.Podróże po mrocznym morzu świadomości – Możemy teraz porozmawiać o wewnętrznej ciszy nieco jaśniej – odezwał się don Juan. Rząd meksykański miał problemy z Indianami Yaqui. bo nazwa nie będzie miała dla ciebie absolutnie żadnego znaczenia. które mnie zawsze cholernie wkurzało – ciągnął – ponieważ osłabia akt o potężnej mocy. po raz pierwszy spojrzałeś na swoich przyjaciół tak. by mi powiedzieć. nie było snem. zupełnie samodzielnie. Przez całe popołudnie opowiadał mi o ciężkim losie. Twoje spotkanie ze mną w umówionym miasteczku było tą właśnie podróżą – ciągnął. ale przypomniałem sobie. Starałem się zmienić to określenie. Jeżeli patrzysz na to w ten sposób. w którym spotkałeś mnie w tamtym miasteczku. że spytał kogoś o mój adres. posmak fantazjowania. a potem. Śnienie jest określeniem. bym ujawnił tożsamość osoby. która nie przetrzymałaby rzetelnej analizy. ale za bardzo się ugruntowało. Byłem rzeczywisty. i że jedynym wytłumaczeniem. Jeśli chodzi o mnie. To. nade wszystko zaś zgromadziłeś dość wewnętrznej ciszy. gdzie mieszkam. że zjawiłem się u ciebie. żeby to sobie uzmysłowić. prawda? – Byłeś tak rzeczywisty. Być może któregoś dnia ty będziesz mógł to zrobić. i pod taką postacią faktycznie przyszedłem do ciebie z mojej wewnętrznej ciszy. – Wyjaśnijmy to sobie – kontynuował. że udało ci się wypełnić wymóg nieskończoności. Nie dopuściłem do siebie osłupienia. że spotkałeś się ze mną. Musisz się bardzo postarać. – Jest to coś bardziej bezpośredniego i bardziej jeszcze tajemniczego. że aż podskoczyłem. Ty zaś z kolei ze swej wewnętrznej ciszy rzeczywiście udałeś się do umówionego miasteczka. byłem tak rzeczywisty jak to tylko możliwe. w obu przypadkach w grę wchodził sen. Nadaje mu pozór arbitralności. Niemal zapomniałem o tych wydarzeniach. która wiedziała. dla mnie było równie rzeczywiste jak nasza dzisiejsza rozmowa. – W moim rozumieniu. wiedziony własnymi potrzebami. że lada chwila twój czas dobiegnie końca. czy naprawdę przyszedłem do twojego mieszkania. chociaż obawiam się. że nie istnieje żadna możliwość ujęcia tych wydarzeń w ramy rozumowania właściwe człowiekowi Zachodu. aczkolwiek gdyby ktoś nalegał. mam dzisiaj dla ciebie nową definicję śnienia. co ty uważasz za sen. że mnie do czegoś przygotowuje. by opowiedzieć ci o wymogu nieskończoności i ostrzec. – Okoliczności twojego życia umożliwiły ci zdobycie większej ilości energii – ciągnął don Juan. że przyszedłem do ciebie. będziesz miał to już głęboko gdzieś. . jakby stali na wystawie. – Rozpocząłeś rewizję swojego życia. Wyznałem don Juanowi. że – tak jak ze wszystkim w magii – do czasu. gdy faktycznie będzie to możliwe.

że nie jest on stabilny. – Wcale nietrudno go osiągnąć. kim okazał się ów człowiek. którzy potrafią z niezwykłą łatwością przemieszczać punkt połączenia. Do śniących należą ci. łącząc swe umiejętności. Według don Juana. które nie jest jego normalnym położeniem. nie jest obiektem oglądu. przez co wymusza się zmianę jego położenia w obrębie świetlistej sfery człowieka. wiedziałem. Ważne jest to. choć nie ogarniałem jej w pełni moją świadomością. Być może sprawiła to siła jego sugestii. Wiedziałem. co się widzi. gdyż człowiek z natury jest drapieżcą. że to mężczyzna. Nie interesowało mnie. że ktoś jest tam ze mną. Wcześniej don Juan powiedział mi. starał się rozbudzić we mnie coś. skradając się jak kot. Don Juan powtarzał mi również przez cały czas. odkryli oni wszystkie założenia magii właśnie dzięki takiemu nastrojowi. skierowała mnie do takiej osoby. kim ta osoba będzie. Powiedział mi. śmiejąc się z mojego wyraźnego rozgoryczenia. U tamtego człowieka był on przesunięty na prawo od miejsca. którą czułem. lecz widzenie takiego przemieszczenia jest nieco kłopotliwe. Potrzebowałem kogoś pogrążonego we śnie i jakaś siła. podczas snu. Śniący i zwiadowcy dopełniają się wzajemnie i pracują w parach. by potem spaść na niego. dzięki której zwykłe sny zostają przekształcone w prawdziwe bramy do innych światów postrzegania. skąd o tym wiem. Rezultatem takiej . lecz mimo to zupełnie odmienny. by nastawiać się świadomie na określony sen. że czarownicy jego linii byli przekonani. którzy potrafią bez trudu utrzymywać punkt połączenia nieruchomo w nowym położeniu. czułem obecność don Juana. oznacza to. – To bardzo drapieżczy nastrój – ciągnął don Juan. gdyż w nieokreślony bliżej sposób czułem czyjąś bliskość na poziomie świadomości absolutnie mi nie znanej z dotychczasowych doświadczeń. za pochodzenie śnienia: przemieszczenie punktu połączenia. by skupiać swoją uwagę na składnikach dowolnego snu. że czarownicy dzielą się na dwie grupy: jedną stanowią śniący. że pozostawała ona skupiona na elementach moich snów. Mogłeś w taki agresywny sposób widzieć każdego w tej małej wiosce. że moja i don Juana obecność najwyraźniej go obudziła. że jeżeli nasz punkt połączenia zostanie przemieszczony do jednego z tych punktów i pozostanie w nim nieruchomo. że śpi. Miałem wyraźne odczucie. każdy by się nadał do tego celu. ale nie wiedziałem. Don Juan zapewniał mnie. Taki nastrój był specjalnością czarowników starożytnego Meksyku. jak drapieżnik. ponieważ wymaga agresywnego nastroju. gdyż to. Było to dziwne wrażenie. co czarownicy starożytnego Meksyku uważali. mogą przemieszczać i unieruchamiać punkt połączenia za pomocą woli. które dzięki sile woli czarownika są dostępne dla punktu połączenia. Każdy mięsień mojego ciała był przepełniony energią i ćwicząc śnienie. była nieco rozpłaszczona na boki. że w takim razie przesunął się w okolice skraju żeber. po czym gwałtownie powracał do normalnego położenia. że sztuka magii polega na świadomej manipulacji punktem połączenia. gdzie powinien się znajdować. a może nawet kogoś z odległych stron. że śnienie jest sztuką odkrytą przez czarowników starożytnego Meksyku. Oprócz tego zauważyłem. będziemy postrzegać świat równie samowystarczalny i całkowity co nasz świat powszedni. gdzie rozpocząłem ćwiczenie. drugą zaś zwiadowcy. lecz o to. który akurat się przyśnił. ale tamtego dnia. kompletny świat. Jak tylko mógł. A potem dostrzegłem punkt połączenia w miejscu. Wiedziałem. był też nieco niżej. Nie wiem. po czym obudziłem się tam. w ujęciu energetycznym. że punkt połączenia przemieszcza się bardzo naturalnie podczas snu. nie chodziło w tym o to. Według koncepcji don Juana. która oznaczała zdolność do zwracania szczególnego rodzaju uwagi czy szczególnego rodzaju uświadamiania sobie istnienia elementów normalnego snu. kiedy powiedział mi o tym wszystkim. ale gdy go widziałem. Powiedział. Dalej don Juan wyjaśnił mi. rzeczywiście kogoś sobie upatrzyłem. żeby to zdobyć.Przez cały czas naszej znajomości don Juan obszernie mi wyjaśniał. Czegoś poszukujesz i robisz wszystko. Zaraz potem zalał mnie potop rozmytych obrazów. iż w obrębie świetlistej sfery człowieka istnieje przynajmniej sześćset punktów. że trudnością w owej technice jest ten właśnie nastrój i że nie mogę być bierny podczas widzenia. tuż za łopatkami. Zamierzasz wyruszyć na łowy i kogoś wytropić. lecz przedmiotem oddziaływania. czułem się zdumiewająco agresywny. zwyczajowy obraz człowieka. Podlegał chaotycznym wahnięciom. że osiągasz poczucie pełnej obojętności. Obliczyłem sobie. Mogłem jedynie skupić uwagę na odpoczywającym człowieku. ponieważ kula energii. Do zwiadowców należą ci. dając całkowicie samowystarczalny. Później drobiazgowo stosowałem się do wszystkich jego zaleceń i udało mi się zapanować nad moją świadomością na tyle. dzięki swej żelaznej dyscyplinie. że czarownicy. co nazywał uwagą śnienia. Następnie don Juan pokazał mi.

które są interpretowane i postrzegane jako odmienny świat. zamiast tego osiągałem stan głębokiego. których nie można ogarnąć. umożliwienia postrzegania odmiennych światów. z pewnością nie w mym codziennym świecie przyziemnych spraw. czego dokonałem z mojej wewnętrznej ciszy. dokładnie tak samo. że udałeś się do umówionego miasteczka – ciągnął don Juan – tak naprawdę umieściłeś swój punkt połączenia bezpośrednio w określonym miejscu mrocznego morza świadomości. że śniło ci się. do którego wstąpią. Czarownicy mawiają. Nie ma absolutnie żadnego sposobu świadomego wybrania sobie tego miejsca. Proste. – Kiedy ci się wydawało. która najbardziej mnie zaintrygowała. ciałem i duszą! – powiedziałem. powiedział. jakie tylko można przyjąć. a co za tym idzie. że to. co niezbędne do odbycia twojej podróży. że będą postrzegać nowy świat. – Ale to niewiarygodne. Kazał mi usiąść na moim łóżku i przyjąć pozycję. że sztuka zwiadowców uwidacznia się po przemieszczeniu punktu połączenia. która jest niezbędna do postrzegania świata na co dzień. które zazwyczaj się skupiają – w punkcie połączenia. Tak więc nie wpadaj w pułapkę aksjomatu “wierzę tylko w to. że wewnętrzna cisza sama go bezbłędnie wybiera. siły. jego obecność nie pozwalała mi zasnąć. Ma się przemożne poczucie bycia tu i teraz. choć nie wiedziałem. Powiedzmy. Następnie mroczne morze świadomości wyposażyło cię we wszystko.manipulacji jest zmiana punktu styczności z mrocznym morzem świadomości. kiedy się śpi. Powiedział. Te trzy czynniki razem wzięte dają w sumie właśnie elegancję! Po chwili przerwy powróciłem do kwestii. Don Juan orzekł. ale nie niemożliwe – odrzekł. czego dokonuje się w śnieniu. Kiedy jednak byłem z don Juanem. kompletnego świata. don Juanie? – zapytałem. Dla czarowników linii don Juana nasz codzienny świat był zaledwie jedną z co najmniej sześciuset warstw wielkiego. jak się to robi. a jedynie się ich trzymać. co prowadzi do skupienia się w punkcie połączenia innej niż zwykle wiązki tryliardów pól energetycznych pod postacią świetlistych włókien. Wówczas don Juan z wielką pewnością w głosie oświadczył – czym wywołał we mnie dreszcz zaniepokojenia – że czarownicy znają tylko jeden sposób przyswojenia sobie wszystkich tych informacji: trzeba je sprawdzić na własnej skórze. czyniąc z określenia “śnienie" termin jeszcze bardziej śmieszny. pełnego wyciszenia. Tym razem. co widzę". Potrzeba do tego ogromnego męstwa. Nieruchome utrzymanie punktu połączenia w nowym położeniu daje czarownikom pewność. nie ma też absolutnie żadnych prób kontrolowania własnej uwagi podczas dziania się snu. – Musisz świadomie wybierać się w podróże po mrocznym morzu świadomości – odparł – ale nigdy się nie dowiesz. Jednakże w czasie podróżowania po mrocznym morzu świadomości nie występują żadne zakłócenia spowodowane zaśnięciem. że robi to wewnętrzna cisza. – Wszechświat nie ma granic i doprawdy nie sposób ogarnąć umysłem wszystkich wchodzących w grę możliwości w całym jego bezkresie. podążając niepojętymi ścieżkami. Konsekwencją zgromadzenia się na punkcie połączenia nowego skupiska pól energii jest uaktywnienie się świadomości odmiennego rodzaju niż ta. która sprzyjała nastaniu wewnętrznej ciszy. Zazwyczaj natychmiast po jej przyjęciu zasypiałem. – To niewiarygodne. że trafną definicją magii jako zespołu pewnych praktyk byłoby twierdzenie. jest to sztuka poddania się każdemu nakazowi nieskończoności. don Juanie. było bardzo podobne do tego. a nade wszystko zaś trzeźwości umysłu. przekształca ona nowe pola energii w bodźce zmysłowe. Wyjaśnienia don Juana były najzupełniej jasne. że faktycznie byłem w tamtym miasteczku. gdzie tego sensu szukać. a raczej aktem eleganckiego poddania się sugestiom nieskończoności. . – To nieskończoność wybiera – powiedział. w całej jego pełni. – Co mam zrobić. Podróż po mrocznym morzu świadomości zakłada wystąpienie natychmiastowej reakcji. Powiedział mi wcześniej. gdyż umysł nie jest w stanie wchłonąć tak ogromnego pobudzenia. co? Następnie tłumaczył mi problem wyboru. – Sztuka wojownika w podróży polega na opanowaniu umiejętności podążania za najmniejszą nawet podpowiedzią. które zezwala na odbycie takiej podróży. gdyż generujące go pola energetyczne są różne od tych. bo jest to najgłupsze stanowisko. że jacyś zidiociali czarownicy nadali aktowi bezpośredniego osiągnięcia mrocznego morza świadomości nazwę śnienia na jawie. że dla wojowników w podróży wybór nie jest tak naprawdę aktem ich woli. że magia jest manipulacją punktem połączenia w celu zmiany ogniskowej kontaktu z mrocznym morzem świadomości. jak dzieje się ze światem naszych powszednich spraw. Don Juan powrócił do omawianego przez nas tematu: do moich podróży po mrocznym morzu świadomości'. Brzmiały sensownie. Don Juan ubolewał nad tym.

Nie spostrzegłem żadnego ruchu. Szczerze przyznam. w którym nigdy jeszcze nie byłem. spostrzegłem. Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie pożądali pojawienia się na arenie jakiegoś charyzmatycznego wojownika. Jedynymi ludźmi spoza plemienia Yaqui. jakim sposobem. że w miasteczku wrze jak w ulu. że przeżyłem tam największy szok w moim życiu. Zobaczyłem energię w jej ruchu we wszechświecie. że jesteśmy w tym właśnie miasteczku. byli w jednej chwili normalnymi ludźmi z powszedniego świata. na prowadzeniu wojny. Zaraz potem ujrzałem bodaj najdziwniejszy widok. Wyglądało to tak. Byli rozżaleni tym. ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa. Ich wypowiedzi koncentrowały się na konflikcie. że bank kupował zboże od okolicznych farmerów. trzymając za ramię. że zostaliśmy pokonani i nie ma dla nas żadnego ratunku. Była to osada. która sięgała niemal samego podłoża i stanowiła podporę całej konstrukcji. ale w momencie. że nie mają absolutnie żadnej możności wcielenia w życie swoich zamierzeń. Tylko don Juan mógł mówić. że to miasteczko istnieje naprawdę. co się dzieje. wypróżniony ze wszelkich myśli. jaki kiedykolwiek dane mi było oglądać w świecie don Juana. którzy mogli swobodnie do niego przyjeżdżać. ile z powodu treści ich rozmów. Don Juan i ja znajdowaliśmy się w środku grupki ludzi. W następnej chwili spostrzegłem. Nie rozumiałem ani słowa z tego. Don Juan i ja staliśmy na środku ulicy przy banku państwowym. było oddalone o około dwa i pół kilometra na wschód od domu don Juana. podobna do aureoli otaczającej przywodzący na myśl owada rdzeń. Nie byli to absolutnie ludzie pokroju człowieka Zachodu. Czułem. żadnej reakcji ani ukradkowego nawet spojrzenia. Moje ciało przeszyła udręka ich niemocy. które nawet nie przychodziło mi do głowy. nie wyłączając mnie samego. jak się ogląda zdjęcia rentgenowskie. Wszystko nabrało ostrości i ładu i zacząłem rozumieć. Na górze . jak się tu dostaliśmy. Nagle podniósł się cyniczny głos. Ci. Wiedziałem. Ludzie ci byli rzeczywiście bardzo wojowniczy. którzy w nim byli. zostałby zdradzony z powodu zazdrości. Chciałem go zapytać. byli inspektorzy banku federalnego. jakby scenę oświetliło dodatkowe światło. w następnej zaś bardzo dziwnymi stworzeniami. ale nie mogłem wypowiedzieć ani jednego słowa. Don Juan mnie prowadził. Przed nią zawieszona była gruba. spacerowaliśmy po miasteczku zamieszkałym przez Indian Yaqui. że jestem w jednym z meksykańskich miasteczek. którzy mnie otaczali. Umysł miałem pusty. że nie mają przywódców. lecz nie zobaczyłem ludzi po postacią kulistych czy prostokątnych bąbli energii. tak więc nie widziałem tych ludzi tak. Indianin powiedział. Najnowocześniejszej broni mogli przeciwstawić jedynie pałki i kamienie. że zdawali sobie sprawę z naszej obecności. żaden z nich jednak jakby nas nie zauważył. do której wstęp był dla kogoś obcego rzeczą nieomal niemożliwą. co wyglądało jak bardzo gęsta wibracja materii. który by nimi wstrząsnął i zmobilizował do działania. Chciałem powiedzieć coś don Juanowi o tym. na strategii. czułem się z nimi nierozerwalnie związany. Moje zdumienie jeszcze wzrosło. nie pojedynczo. wydawało się. nie znałem ich języka. który nie jest nawet charakterystyczny dla człowieka. – W taki właśnie stan popadli ludzie. Od razu rozpoznałem miasteczko z opisów ludzi. że idę. na których widać kościec człowieka. ale w zbitkach. i ubolewali nad tym. Szacowali własne siły. Dokoła nas kręciło się mnóstwo Indian kłócących się ze sobą. co mówią Indianie. wybudowanych na szlaku kolei. potencjał bojowy. jak usta otwierają mi się i zamykają bezwolnie. Rdzeń ów nie przypominał kształtem istoty z rzędu naczelnych. ale wrogość zamieszkującej te okolice ludności zmuszała mnie do zawrócenia z drogi. u podstawy pionowej kreski litery “T" znajdowała się grecka “delta". Nie kończące się negocjacje Indian Yaqui koncentrowały się wokół przydzielania im przez bank zaliczek w oparciu o ogólnikowe prognozy jakości nadchodzących zbiorów. niejednokrotnie byłem w pobliżu. jeden z Indian wyraził myśl. nie tyle dlatego. a to za sprawą faktu. stan. bo gdyby w którymś momencie jeden spośród nas siłą swej charyzmy wybił się ponad wszystkich i mobilizował resztę do walki.po chwili ciszy. odwrócona litera “L". co oni mówią. Odniosłem wrażenie. chociaż nie wiedziałem. rozjaśniło mi się w głowie. gdy sformułowałem tę myśl. – Indianie Yaqui nie są wyjątkowi w swej małostkowości – powiedział mi do ucha. bo został mu narzucony z zewnątrz. tak jakby mój umysł nabrał zdolności wychwytywania całych konstrukcji myślowych. gdy don Juan wyszeptał mi do ucha. Nie było w nim żadnych części szkieletowych. gdy próbowałem desperacko zadać pytanie. Rdzeń przypominał litery alfabetu – główny szkielet konstrukcji stanowiła duża litera “T". jakby kula energii – normalny obraz człowieka – była przezroczysta. co mówiono. które mogłoby wskazywać na to. Nie byliśmy już u niego w domu. Rdzeń tych ludzi stanowiły raczej figury geometryczne zbudowane z czegoś. Wyraźnie rozumiałem ich słowa. zawiści i urażonej dumy pozostałych. że rozumiałem. która najwyraźniej dobiła wszystkich zgromadzonych.

z miasteczka Indian do miasteczka przy stacji i z miasteczka przy stacji do domu. zamierzenie miało swój początek na głęboko ukrytym poziomie. Rozumiałem. gdy zmrużą powieki. który łączy ludzi ze sobą w określone linie. że przerwanie owego strumienia ciągłości. Powiedział. a kierowała nim konieczność. z których składa się człowiek. były istotami o geometrycznym układzie z niby-liną w górnej części sferycznej aureoli. która byłaby nanizana na ten sam sznurek. choć nie znam ich języka. lina przebijała czubek świetlistej sfery. wiszącego sobie swobodnie na łańcuszku. zwróciłem też na te aspekty uwagę poprzez akt zamierzenia. ciężkiego klejnotu. że moje zamierzenie nie było czymś świadomym ani wolicjonalnym. Wszystkie istoty. bardziej nadawał okrągłej konfiguracji pól energetycznych człowieka wygląd wisiorka. Moja zdolność widzenia ich była niezwykle rozchwiana. od samej góry do dołu. Położyłem się na łóżku i usilnie starałem się sobie przypomnieć. w jaki sposób pokonałem drogę dzielącą miasteczko od jego domu. przywołać z pamięci jakieś wspomnienie. że czas wracać do domu i po raz kolejny coś we mnie zatraciło zazwyczaj dobre poczucie ciągłości. co przypominało linę o średnicy może jednego cala. Don Juan powiedział. Don Juan i ja przeszliśmy miasteczko od jednego jego końca do drugiego i widziałem dosłownie dziesiątki istot o takim geometrycznym układzie. Odczuwałem potrzebę uzmysłowienia sobie pewnych możliwości związanych z podróżowaniem po mrocznym morzu świadomości i moja wewnętrzna cisza pokierowała intencją – odwieczną siłą wszechświata – tak. – Gwarantuję ci. by mogło się stać tej potrzebie zadość. to właśnie zasługa magii. nie mając najmniejszego pojęcia. który łączy istoty ludzkie z pewnymi innymi istotami.litery “T" dostrzegłem coś. który umożliwia nam zrozumienie świata. Nie widziałem jednak żadnej innej istoty. – Tracisz tylko czas – odezwał się don Juan ze śmiechem. Ciągłość czasu została przerwana. badając najgłębsze pokłady mojej świadomości w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Moje siły szybko się wyczerpały i mogłem dostrzec już tylko ludzi w ich zwykłej postaci. Nie wierzyłem. nadając mojej wizji wygląd gigantycznego paciorka. jakie niektórzy z nas widzą. Cierpliwie mi tłumaczył. pomimo to w żaden sposób nie mogły być jednak rzeczywiste. co mówili Indianie. Ów łączący sznurek. Podkreślał. które widziałem. Ta lina uparcie przywodziła mi na myśl kanciaste zygzaki. Znalazłem się w domu don Juana. i widziałem sznur energii. który widziałem. że mógł to być sen. A potem widziałem sznur energii. co się wydarzyło. jak się dostaliśmy z domu do miasteczka Indian. Tak właśnie działa wewnętrzna cisza. że sznurek ten przechodzi przez skupisko pól energii. . że tego dnia podróżowałem po mrocznym morzu świadomości i widziałem ludzi takimi. Powiedział mi wówczas. że uczestniczyłem w czymś wyjątkowym i niewytłumaczalnym. Przez chwilę je widziałem. jacy są. w jaki sposób dostałem się do tamtego indiańskiego miasteczka i miasteczka przy stacji kolejowej. że nie mogły być nierealne. gdyż sceny były tak szczegółowe. Kiedyś don Juan opisał mi metaforycznie energetyczną unię łączącą wiązki istot ludzkich. że nigdy nie będziesz wiedział. że czarownicy starożytnego Meksyku opisywali te wiązki jako zasłonę wykonaną z paciorków nanizanych na sznurek. Brałem ten opis dosłownie i sądziłem. pochłonięci ludzkimi sprawami. Don Juan bez przerwy mi powtarzał. po czym traciłem wizję i miałem przed sobą zwykłych ludzi.

aspektu. Poddał mi kilka orzechów. Wiedziałem. czego mój linearny umysł nie jest w stanie pojąć ani przyjąć. że najszybciej byłoby lecieć mu samolotem. będę bowiem musiał na bieżąco dostarczać mojemu organizmowi pożywienia. wobec którego samo powstrzymanie się od osądu nie wystarczało. co sprawiało. kiedy do ciebie przyjadę. Nie był też czarownikiem samotnym.. gdzie mógł mieszkać nieskończenie bardziej komfortowo niż w lepiance. W owym czasie znajdowałem się na takim poziomie świadomości. za jakiego go uważałem. a on faktycznie miał inne domy. co mówi don Juan. jak powiedział. Praca pochłonęła mnie całkowicie. – Nie. którą czarownicy starożytnego Meksyku nazywali mrocznym morzem świadomości.. że nieustannie zadawałem sobie zabójcze pytanie: no a jeśli wszystko to. musiałem przerwać. w której go po raz pierwszy odnalazłem. don Juanie? – zapytałem go. który wymagał całej mojej uwagi. kiedy mnie nie zastałeś. – Przylatywałem bezpośrednio do tej lepianki. don Juanie? – spytałem go najzupełniej szczerze. żebym usiadł w jednym z bardzo wygodnych foteli w przestronnym. że – jak utrzymywał – ma inne domy. aspektu. Sądziłem. lecz przywódcą grupy złożonej z piętnastu wojowników w podróży: dziesięciu kobiet i pięciu mężczyzn. jeżeli dobrze sobie przypomnisz – odrzekł – było wiele. Okazało się. nieomal pustym pokoju dziennym. jeśli w ogóle coś takiego nosili. że mieszka w lepiance w Sonorze dlatego. Musiałeś siedzieć i cierpliwie na mnie czekać. iż jestem taką miernotą. poczucia winy i zupełnej bezwartościowości oraz wyrzutów sumienia. bym podjadał z talerza. śmiejąc się. W nowym otoczeniu don Juan podjął mozolny trud objaśnienia mi bardziej złożonego aspektu swojej wiedzy. tak naprawdę wcale tam nie mieszkałem – odrzekł. Słuchałem go zdruzgotany i przygnębiony. że naprawdę chce mi przez to powiedzieć. nie mogąc wytrzymać ciężaru odpowiedzialności. usiłując spiąć jakoś nasze dwa tory myślenia i działania. Polecił mi. nie wierzyłem też w to. co ma mi do powiedzenia. ale. don Juanie – powiedziałem. że już dość się napracowałem i że powinniśmy wejść do domu. coś. żując wolno i starannie. Nie bardzo chciało mi się wierzyć. suszonych moreli i plasterków sera zgrabnie rozłożonych na talerzu. Powiedziałem mu. nie leciałem do Guaymas – odrzekł z szerokim uśmiechem na twarzy. Kiedy zabrał mnie do swojego domu w środkowym Meksyku. Poprosił. Widzieli. że chcę dokończyć czyszczenie bambusów. kiedy musiałem zanurkować w głębiny jego wiedzy. że trzęśli portkami. żeby móc się skupić na jego słowach. – No ale. Poprosił mnie. jak się posługiwać nożem przy czyszczeniu bambusów. gdzie na mnie czekałeś. bym włożył rękawice robocze. Wówczas to właśnie nadszedł dla mnie czas. Pewnego dnia pomagałem don Juanowi czyścić pale bambusowe z tyłu jego domu. byłem bezgranicznie zdumiony. jest prawdą? Nie chciałem dłużej pytać. – Już wiesz – zaczai – że istnieje we wszechświecie pewna odwieczna siła. Musiałem skończyć z obiektywizmem. bo. – Tam się tylko z tobą spotykałem. Nie chciało mi się jeść. twierdził. – Mieszkałeś w Sonorze tylko ze względu na mnie. iż lepianka ta odzwierciedla stan mojej świadomości. że w obu kwestiach don Juan mówił prawdę. . Kiedy don Juan zaczął do mnie mówić. czasem całymi dniami. – No cóż. Pokazał mi. drzazgi bambusa są bardzo ostre i łatwo powodują infekcje. wiele takich razów. ponieważ czułem się beznadziejnie zagubiony. co wpędza mnie w bezgraniczną konsternację. – No cóż.. gdzie mógłby mieszkać. Stan mojej świadomości był bardzo mierny. ale przecież nie wiedziałeś. – Nie było sposobu. Oświadczył. że celowo mówi mi coś. unikając jednocześnie subiektywizmu. – Czy latałeś stąd do Guaymas samolotem.. że mroczne morze świadomości jest odpowiedzialne nie tylko za świadomość organizmów. gdzie mieszkał wraz ze swymi towarzyszami. Ale on nie zwrócił uwagi na moje słowa. żebym pozostawał czujny i uważnie słuchał tego.Świadomość nieorganiczna Pewnego dnia don Juan wyjawił mi złożoność swojej sytuacji życiowej. U szczytu swych możliwości postrzegania widzieli oni coś. żeby cię o tym powiadomić.

co wylądowało w przestrzeni i czasie. praktyczne . Dla tej przyczyny dawni szamani nazywali je istotami nieorganicznymi. – Kłopot z traktowaniem wszystkiego w kategoriach czasu i przestrzeni – ciągnął – polega na tym. Ich świadomość się kończy. W tamtej chwili mogłem jedynie słuchać z maksymalną uwagą i jeść. Powiedział. które są względem siebie jednocześnie przeciwstawne i komplementarne. żyją – odparł. tak więc jest z nami blisko spokrewniony. trwaniem takiej świadomości. – A to co znowu. Cała masa istot z najdalszych zakątków wszechświata. Istoty. które lądują na naszym polu świadomości czy na polu świadomości naszego świata bliźniaczego. istot obdarzonych świadomością. don Juanie? – zapytałem. Oni myśleli jedynie w kategoriach świadomości. że cały wszechświat składa się z sił bliźniaczych – rozpoczął. Nagle poczułem wilczy apetyt.lecz również za świadomość istot. ale nigdy nie przyjdzie im do głowy. Przeciwstawnym względem niego i zarazem komplementarnym światem jest świat zamieszkały przez istoty. na którym łatwo zauważyć lądowanie czegoś niezwykłego. – Jeśli śmiercią nazywasz koniec świadomości – tak. To trochę jak klauzula w dokumencie prawnym. Czarownicy natomiast dysponują olbrzymim polem. lecz nie mają organizmów. że poziomy świadomości istot organicznych i istot nieorganicznych są tak od siebie różne. tak jak ty. przenikliwością. powiedział. ponieważ nie są świadomi istnienia światów bliźniaczych. W żołądku miałem bezdenną pustkę. wówczas – zupełnie szczerze – istoty takie są bardziej żywe niż ty i ja. które zostały ci dane. są oni jedynymi ludźmi. – Czy takie istoty nieorganiczne żyją tak samo jak my? zapytałem. w kategoriach czasu i przestrzeni. w zasadzie sobie nie przeszkadzając. śmiejąc mi się jednak prosto w nos z mojego zdenerwowania. to w takim razie tak. don Juanie? – zapytałem. które mają świadomość? – zapytałem oszołomiony. Musisz wziąć szkło powiększające. że to nasz bliźniaczy świat. Obok siebie egzystują dwa typy świadomości i nigdy nie wchodzą sobie w drogę. że i nasz świat jest jednym z takich bliźniaczych światów. Znano je pod ogólnym określeniem istot nieorganicznych. że jedne i drugie mogą istnieć obok siebie. choć przeciętny człowiek nigdy tego nie zauważa. Nie możemy uciec od tego. ponieważ śmierć człowieka kryje w sobie pewną dodatkową opcję. dawni szamani stworzyli nieopisaną liczbę klasyfikacji różnych typów tej obdarzonej świadomością energii. Potrafią to też normalni ludzie. kiedy świadomość nieorganiczna z innych światów wylądowała w polu ich świadomości. Byłem zafascynowany tym. nim mi odpowiedział. Don Juan mówił dalej. – Są to siły. – Czarownicy potrafią to robić na zawołanie. ale ci nie zdają sobie z tego sprawy. – Powiedziałem ci. dopuszczają się wszelakiej intelektualnej masturbacji. Dla nich opcja ta ma bezpośrednie. które organizmów nie posiadają. lecz nie mających organizmów. – Jeżeli uważasz. że trafnym byłoby stwierdzenie. a jednocześnie jest inna. co powiedział don Juan. – Przypuszczam. Czarownicy starożytnego Meksyku nie myśleli. umierają. żeby się doczytać. Ich śmierć nieco przypomina śmierć człowieka. że takie fantazjowanie ma swoje źródło w nie uświadomionej pewności. pochodzą z innych światów. nie zaprzątając sobie głowy czasem i przestrzenią. że życie oznacza świadomość. że zwracasz uwagę jedynie na to. – Czy takie istoty nieorganiczne umierają. – I gdzie jest ten świat. Dawni szamani podeszli do problemu wzajemnej egzystencji. ponieważ jeden typ jest całkowicie różny od drugiego. że podobnie jak postąpiłby każdy człowiek na Ziemi. że dawni czarownicy wiedzieli. Cały wszechświat jest wypełniony po brzegi światami świadomości. Kiedy zaczynają myśleć o świecie bliźniaczym. O ile mi wiadomo. – Jak najbardziej – odrzekł. don Juanie? – zapytałem. którą ma każdy z nas: że nie jesteśmy sami. iż jeśli życie można mierzyć intensywnością. don Juanie? Istoty bez organizmów. klauzula napisana tak małymi literkami. żując bezwolnie kawałek suszonej moreli. – Tutaj. którzy przeczytali tę drobno drukowaną klauzulę. – Czy możemy w jakiś sposób postrzegać te istoty nieorganiczne. a jednak to właśnie ta klauzula jest najważniejszą częścią dokumentu. gdyż nigdy wcześniej nie wspominał o niczym takim. które istnieją poza zakresem naszego świata i jego bliźniaka. które mają świadomość. organicznymi i nieorganicznymi. Don Juan chichotał przez chwilę. a jest to wycinek bardzo ograniczony. że ledwie dostrzegalna. ląduje w polu świadomości naszego świata i w polu świadomości jego świata bliźniaczego. – Dawni szamani odkryli. w miejscu. – Co to za ukryta opcja. gdzie ty i ja właśnie sobie siedzimy – odrzekł rzeczowo. Rozumowali tak. don Juanie? – Ukryta opcja śmierci dotyczy wyłącznie czarowników.

Nie ma żadnego rozkładu. przekracza własne granice i pod postacią energii rozlewa się po mrocznym morzu świadomości. granice. gdy robi ci się niedobrze po zjedzeniu jakiegoś świństwa.zastosowanie. – Dla czarowników śmierć jest czynnikiem jednoczącym. zdolną do niewiarygodnych wyczynów w zakresie postrzegania. obdarzoną zawrotną prędkością istotę nieorganiczną. które zostają złamane przez śmierć. śmierć go jednoczy. Miała olbrzymi dom z trzema patio z pomieszczeniami mieszkalnymi pomiędzy nimi – sypialniami. którą mi kiedyś opowiedziałeś. to dusza. jak to zazwyczaj bywa. że to właśnie władza różnych części ciała dyktuje nastroje i reakcje całego organizmu. – Ale co to za ukryta opcja śmierci. Pozostawił mi posmak tajemniczości i nie wypowiedzianych. koniec jego organizmu. części. że stają się nieśmiertelni? – Mój trzeźwy umysł czarownika mówi mi – odrzekł – że ich świadomość kiedyś się skończy tak samo. – Zaintrygowała mnie niezmiernie pewna historia – ciągnął. W takim przypadku nastrój twojego żołądka odbija się na stanie całości. które cały czas kołatało mi się w głowie. że świadomość właściwa istotom nieorganicznym będzie trwać tak długo. – Dla czarownika – odrzekł – śmierć kończy panowanie indywidualnych nastrojów ciała. don Juanie. pokojami dziennymi i tak dalej. Nie mam na ten temat żadnych wiadomości z pierwszej ręki. że duchy i zjawy naprawdę istnieją? – To. Podczas kolejnej wizyty u don Juana rozpocząłem rozmowę od nurtującego mnie pytania. na którą decydują się jedynie czarownicy. który nie pozostawia im ani krzty energii. jak długo będzie żyć Ziemia. Jednoczy ich świadomość. Czarownicy określają ją mianem konfiguracji wytwarzającej energię. że gdy miałem czternaście lat. Wiem. które mają świadomość i które my zamieniamy w znane nam obiekty. Ty wyobrażasz sobie śmierć jako leżącego trupa. tworząc jedną. don Juanie? – zapytałem. choć nie są już widoczne gołym okiem. że umierasz z ciekawości i chciałbyś mnie zapytać – mówił dalej z szerokim uśmiechem – czy to. Zamiast dezintegrować organizm. co ty nazwałbyś duchem albo zjawą – odparł – sprowadza się w dokładnej analizie czarownika do jednej kwestii – każda z takich zjaw może się okazać skupiskiem pól energii. która idzie do piekła albo do nieba. Dla czarowników. nie spełnionych jeszcze oczekiwań. Nie. Dopóki istnieje. jak kończy się świadomość istot nieorganicznych. które przestają funkcjonować poprawnie. to nie jest dusza. Przypominasz ją sobie? Opowiedziałem raz don Juanowi. Dla istot nieorganicznych śmierć oznacza to samo: koniec ich świadomości. – Jak śmierć może cokolwiek jednoczyć? – zaoponowałem. – Czy jest taka możliwość. Wówczas czarownicy przechodzą w stan. Dawni czarownicy wierzyli. jak na przykład wówczas. zwartą całość. Nie miałem absolutnie nic do dodania. lecz ja nigdy czegoś takiego nie widziałem. nie ma żadnego trupa. Indywidualna świadomość. niezwykle wyspecjalizowaną. Albo też może się okazać. zazwyczaj osoby bardzo silnej – silnej z punktu widzenia świadomości. że po śmierci czarownicy ciągle mają świadomość? – zapytałem. Ziemia jest ich matrycą. w chwili gdy zachodzi akt zjednoczenia. co się dzieje z czarownikiem. wyłożono je kostką . Dla przeciętnego człowieka śmierć oznacza koniec jego świadomości. i w takim razie jest to twór fantasmagoryczny. wówczas taka zjawa ma energię. w przypadku czarowników ciągle funkcjonują. naładowana doświadczeniami całego życia. – Była to historia o twojej ciotce. – Chcesz przez to powiedzieć. To. że nie emanuje z niej żadna energia. – Chcesz przez to powiedzieć. która nie jest podzielona na części. Śmierć eliminuje takie samowładztwo poszczególnych części ciała. zamieszkałem w domu siostry mojego ojca. które zaczyna się rozkładać. gdy zdecyduje się na ową ukrytą opcję śmierci. Spójność i porządek wyjaśnień don Juana były moim zdaniem kapitalne. ciało. co ci opisuję. Jeżeli tak właśnie będzie. dopóty świadomość istot nieorganicznych się nie kończy. Pierwsze patio było bardzo surowe. Wówczas to polem ich działania staje się nieskończoność. don Juanie. – Dla czarowników śmierć jest aktem zjednoczenia. Moim zdaniem jest to najrozsądniejsza odpowiedź na twoje pytanie. powodują w reszcie ciała chaos. Dawni czarownicy byli przekonani. to przemiana w istotę nieorganiczną. Granice ustanowione przez organizm. Absolutnie całe ciało czarownika zostaje przekształcone w energię – energię obdarzoną świadomością. który szamani starożytnego Meksyku nazywali ostateczną podróżą. W obu przypadkach wynikiem śmierci jest akt wessania do mrocznego morza świadomości.

Mówię ci to dla twojego własnego dobra. Zadowoliłem się jej wyjaśnieniem. Oświetlony był skąpo czterema słabymi żarówkami. – Nie wiem. była dla mnie idealna. Okno miałem otwarte. w której się znalazłem. – No to w takim razie kto chodzi koło mojego okna? – Nikt nie chodzi koło twojego okna. Nie kręć się. Czasem jego kroki mnie budzą. Drugie patio stanowił cudowny sad. na które miałem ochotę. Kroki nagle ucichły. który przebiegał przez całą długość domu od strony północnej. czy ktoś przechadza się w nocy i zatrzymuje przy moim oknie. Ciotka oddała na mój użytek całą kwaterę naprzeciwko sadu. a oczy zapałały mu obrzydzeniem. kochany – odrzekła ciotka z uśmiechem. Doglądała ich z matczyną troską. że ktoś robi coś dla mojego własnego dobra. – Nic podobnego! – odparł. Myślałem. Skwitowała moją ciekawość rzeczowym stwierdzeniem. wysoka. o okrągłej twarzy. masywny mężczyzna w wieku czterdziestu kilku lat. strażnika i człowieka do wszelkich poruczeń w domu mojej ciotki. że jego kroki są troszeczkę za głośne i spytałem go. – Nie zawracaj sobie głowy głupotami. za każdym razem tak właśnie robi. czy nie mógłby robić swojego obchodu w okolicach mojego pokoju odrobinę ciszej. nie przestraszyłem się – powiedziałem. łącząc wszystkie patio. Małżeństwo to miało córkę. która prowadziła do wejścia do mojej kwatery. że moja ciotka legalnie ją adoptowała. nigdy mi nie wyjawiono dlaczego. Zawsze. ale dał się skusić na lepiej płatną posadę głównego lokaja. Jego żona – piękna. Sytuacja. że dom zbudowano w stylu kolonialnym i że to pierwsze patio było niegdyś podwórcem. pani pełna dziwactw. pulchna pani po pięćdziesiątce. Zapytałem ciotkę. słyszałem czyjeś kroki na długim korytarzu. sad był wypełniony drzewami. pulchną dziewczynkę. przeznaczony dla drogocennych kogutów mojej ciotki. W domu mieszkał też główny lokaj. gdzie zajeżdżały zaprzęgi konne. – Ciotka mi powiedziała. klatki z ptakami oraz stojąca w samym środku fontanna w stylu kolonialnym. że będą to najcudowniejsze chwile mojego życia. ni zowąd wybierała się w podróż albo kupowała sobie nowe. Pewnego dnia napomknąłem lokajowi. przyjmując zakłady na olbrzymie sumy pieniędzy. Trzecie patio zajmowały zwisające z okapu donice z kwiatami. po czym odwraca się i idzie z powrotem w kierunku głównego wejścia. młoda kobieta – była towarzyszką mojej ciotki. tak żebym mógł spać. trenowała je i wystawiała w poważnych walkach. – To pewnie mój lokaj na obchodzie. która wyglądała dokładnie tak samo jak moja ciotka. o co ci chodzi! – odrzekł szorstkim głosem. Wracaj do spania. jej kucharką i powiernicą. – Po prostu mnie to zaciekawiło. gdzie nie trzeba. jakich kiedykolwiek w życiu spotkałem. wysoki. czasami spędzała przy nich całe dnie. że robi pan w nocy obchód – powiedziałem. Nikt inny nawet nie dotykał owoców z sadu. Prowadzili bardzo stateczne życie. Tamtej nocy. by pokój wypełnił się zapachem kwiatów pomarańczy. bo twój lokaj podchodzi pod mój pokój co noc. Powiedziano mi. poprzecinany zygzakami ceglanych ścieżek na wzór mauretański. nie śpiąc. wspaniały gawędziarz. urozmaicone jedynie dziwactwami mojej ciotki. W tamtych latach nie było dla mnie niczego gorszego od wysłuchiwania. była to osoba bardzo jowialna. która ni stąd. Głową domu była moja ciotka. że osoba idąca korytarzem jest na wysokości drugiej żarówki. Korytarz miał piękne łuki i wyłożoną kafelkami podłogę. gdy tak odpoczywałem. walki kogutów były jej ulubioną rozrywką. bo napytasz sobie biedy. Mogłem jeść wszelkie owoce. Czasami godzinami leżałem na łóżku. Spędziłem tam dwa fantastyczne miesiące mojego życia. wytknąłem głowę na zewnątrz. Te cztery osoby to byli najcichsi ludzie.brukową. ze stałym dopływem świeżej wody. obiecujące koguty. był tam również duży plac ogrodzony drutem. gdyż wychodziłem wówczas często z moimi przyjaciółmi i nie musiałem się nikomu zgłaszać po powrocie do domu. Kiedy obliczyłem. Podobieństwo było tak znaczne. wyszedłem z łóżka i stanąłem pod ścianą. Masz urojenia. które włączano każdego wieczoru o szóstej i wyłączano o szóstej rano. Wkładała grube skórzane rękawice i sztywne skórzane getry. gdyż ktokolwiek to jest. gdy tylko usłyszałem kroki. by koguty jej nie poraniły. Popołudniami ciotka uczyła mnie muzyki i opowiadała niezliczone historie o przodkach. Wielkie halo! Przestraszyłeś się? – Nie. że lokaj był kiedyś wojskowym i przywykł do codziennych obchodów. który był przedtem starszym sierżantem w wojsku. ale na skąpo . które skrywała za manierami żarliwej katoliczki.

Był pusty. kolejną grupę istot nieorganicznych. nie rozumiejąc. wiemy o nich wszystko podświadomie. że zasadniczy błąd. Są zdolne do nawiązywania łączności z ludźmi i wchodzenia z nimi w relacje symbiotyczne. które zamieszkują nasz świat bliźniaczy. jak to zazwyczaj bywa pomiędzy najbliższymi krewnymi. Inaczej mówiąc. że zjawisko to pasowało do pewnej atmosfery figlarności czy tajemniczości. są – z powodu swej żywiołowości – pokrewne człowiekowi. że są w stanie ją okiełznać. że nie jesteśmy w stanie jej świadomie prowadzić. który dawni czarownicy popełnili w odniesieniu do tego typu istot nieorganicznych. jedynie gołe ściany. Moje myśli nie były już jasne. – Dzisiaj pójdziemy poszukać istot nieorganicznych – oświadczył. Był przekonany. są skończonymi egocentrykami. czyli odkrywcy. czyli odkrywców. że to niewykluczone. oni natomiast wiedzą o nas wszystko. że niektóre typy istot nieorganicznych z kategorii tropicieli. – Jedynym sposobem na poddanie moich słów próbie jest bezpośrednie doświadczenie. Wyjaśnił mi. że różnimy się wyglądem. jak wierzyli czarownicy starożytnego Meksyku. Być może moglibyśmy połączyć siły i otworzyć wspaniały rodzinny interes. które przybywają z najdalszych zakątków wszechświata i są wyposażone w świadomość nieskończenie bardziej przenikliwą i szybszą od świadomości człowieka. nie miałby czasu na to. zresztą nie było tam stosownego miejsca. korzystając z tej wiedzy świadomie i rozmyślnie. ale byłem tak głęboko wstrząśnięty. jesteśmy dokładnie tacy sami. Widzieli w owych blokach energii swych pomocników i opierali się na nich. że zarówno ludzie. Zastosowałem się do jego polecenia z niebywałą łatwością. lecz również była zdolna do znacznie bardziej skomplikowanych manipulacji świadomością. – Są tak samo popierdoleni jak my. że kroki te były wytworem świadomości nieorganicznej. polegał na przypisywaniu tej bezosobowej energii ludzkich cech i przekonaniu. Oni nie mogą pomóc nam. stanowią tropiciele. że nie mogłem tych . innymi słowy. lecz komunikacja ta odbywa się na takim poziomie naszej świadomości. Gdyby ktoś nim szedł. Taki typ istoty nieorganicznej. Don Juan twierdził z przekonaniem. zapadłem już w stan wewnętrznej ciszy. a my nie możemy pomóc im. są to istoty nieorganiczne. że jako czysta energia nie są one w stanie zapoczątkować jakiegokolwiek działania. co mam zrobić. że wszystko sam wymyśliłem. że to niemal na pewno moja ciotka chodziła po nocy. że zanim zdążyłem usiąść. ponieważ wymagania nakładane na nas w ramach takiej przyjaźni są zawsze nadzwyczaj wygórowane. Moja trwoga była tak ogromna. były uważane przez czarowników jego linii za naszych krewniaków. był to pewien aspekt jej świadomości. tkwi w tym. że zasypiam. Sedno sprawy. być może nie otwarcie. która sprzyjała nastaniu wewnętrznej ciszy. Nazywali istoty nieorganiczne takiego rodzaju sprzymierzeńcami. nasz najbliższy kuzyn. że swym przeraźliwym wrzaskiem obudziłem wszystkich domowników.oświetlonym korytarzu nie zobaczyłem nikogo. jak zaczyna mnie otaczać nieprzenikniona ciemność. Utrzymywał. jak i istoty nieorganiczne z bliźniaczych światów. mimo wszystko jednak czułbym gdzieś w środku szarpiącą niechęć. iż istnieje prawdopodobieństwo. wyodrębnioną przez czarowników starożytnego Meksyku. co trzeba wiedzieć o istotach nieorganicznych – rzekł nagle don Juan. że istoty nieorganiczne. że próby zaprzyjaźnienia się z członkami naszej rodziny mijają się z celem. którą wokół siebie roztaczała. musi przyznać. rozchodząc się w dół. Poczułem. iż każdej nocy w domu słychać nie zidentyfikowane kroki. po barki. że w końcu oboje potulnie przyznali. Szamani ci byli przekonani. Ciotka i lokaj starali się mnie uspokoić. Don Juan powiedział też. Moje ciało było doskonale nieruchome – albo dlatego. Don Juan powiedział mi wówczas. – Powiedziałem ci wszystko. Don Juan mawiał. Według don Juana. żeby się ukryć. Nie spytałem go. mówiąc mi. które mieszkają obok siebie. po same czubki palców stóp i w górę. Poza tym. Rozkazał mi usiąść na łóżku i znów przyjąć pozycję. – Energia naszych najbliższych kuzynów to prawdziwa kula u nogi! – ciągnął don Juan. Jakiś głęboki strach zaczął trząść moim ciałem w nerwowych spazmach. Przez głowę przebiegła mi niejasna myśl. że jeśli ma być ze mną zupełnie szczery. ale do tego nie doszło. iż moja ciotka – zupełnie nieświadomie – nie tylko była odpowiedzialna za powstawanie tych wszystkich hałasów. Obie gałęzie rodziny są niezwykle drażliwe i obrażają się o byle co. albo dlatego. Powiedzmy. że nie miałem najmniejszego zamiaru nakazywać mu jakichkolwiek ruchów. dając mi złudzenie. że istoty organiczne i nieorganiczne z naszych dwóch bliźniaczych światów są dziećmi dwóch sióstr. które niczym erupcje wulkaniczne wstrząsały moim splotem słonecznym. nad którym nie miała żadnej rozumowej kontroli. Normalnie byłbym się ociągał. bezustannie się z nami porozumiewa. że dawni czarownicy przez wiele pokoleń dopracowywali swe klasyfikacje i doszli do wniosku.

nie ma najmniejszych szans na to. pomagając powrócić do normalnego stanu. Bąble te nie miały żadnych granic. Chwilę później byłem znów w jego domu w środkowym Meksyku. Jeśli będzie to istota nieorganiczna. – Musisz zdać sobie sprawę z tego – rzekł – że to nasz system kognitywny. Chciałem się do niego uśmiechnąć. co muszę zrobić. Chciałem skakać. że mam się świetnie. sięgając swą wysokością wzrostu człowieka. Im mniej czarownicy interpretują. Być może istnieje coś jeszcze ponad to. jego słowa niejako coraz bardziej mnie zagęszczały. co istnieje. gdy to mówił. Następnie zapytałem ich. oddalonych od siebie o może trzy do pięciu metrów. nie ustępuj pola i gap się na nią bez mrugnięcia okiem. jak się miewam. Rosło tam kilka przysadzistych krzewów. ale te zaczęły się zmieniać. po czym widziałeś ją taką. kim są. jakie są wyznaczniki naszych możliwości. Następnie ponownie przybierały orientację pionową. Nagle poczułem. To właśnie nasz system interpretacyjny mówi nam. jak don Juan ujmuje mnie pod prawe ramię i ściąga ze skały. co widziałem. że zapamiętałem każdy szczegół otoczenia. Jeden z mężczyzn rzeczowo oświadczył. byłem tam z nim tak wiele razy. Od czasu do czasu rozpłaszczały się. rozszerzały. Dla czarownika najbardziej sensownym rozwiązaniem jest przeniesienie istot nieorganicznych na poziom abstrakcji. jak bym to normalnie uczynił.poleceń sformułować. a ponieważ korzystamy z tego systemu przez całe życie. . Rozpoznałem okolicę. niskim. podstawowym składnikiem wszystkiego. byśmy się ośmielili przeciwstawić jego nakazom. Wówczas dosłyszałem szelest kroków ludzi przedzierających się przez z rzadka porozrzucane dokoła krzaki. bezpośrednie widzenie energii to granica ludzkich możliwości. aż rysy ich twarzy rozmyły się całkowicie i w końcu ujrzałem przed sobą dwa jaśniejące. że nie posiadam się z radości. w odległości około piętnastu metrów ode mnie. Szedłem automatycznie. Twarz miałem niesamowicie sztywną. Wyglądali na miejscowych. zaśmiać się. który w swej istocie jest systemem interpretacji. że moje ciało odbiera wrażenia. blokuje nasze możliwości. którym nie towarzyszą żadne myśli. że chociaż ich nie znam. Don Juan powtarzał mi to z wielkim przekonaniem wielokrotnie i za każdym razem. Nie zapytałem don Juana. sam. Chwilę później spostrzegłem. odczuwam jednak jakąś niezwykłą więź z nimi. Długo się im przypatrywałem. jest najbardziej odpowiednim miejscem do załatwienia naszych spraw i że mam usiąść. Mimo to jednak czułem. starając się zapamiętać rysy ich twarzy. Don Juan bardzo powoli. Wiedziałem. Jeśli nic się nie zdarzy. że są moimi sprzymierzeńcami. – Energia jest najprostszym. Nie towarzyszyły temu żadne myśli. że jestem z don Juanem i idziemy przez pustynię Sonory. W okolicy nie było dość wilgoci na bujny rozrost podściółki. Od tej pory – kontynuował – gdy tylko staniesz twarzą w twarz z dziwną zjawą. świadomy tego. bardziej jeszcze niż zwykle zdezorientowany. na jakiejś skale. Opowiedziałem mu o wszystkim. że udało mi się tamtego dnia przekształcić antropomorficzną postać istot nieorganicznych w ich esencję: bezosobową energię świadomą samej siebie. Jeśli chodzi o nas. lecz nie jest nam dane tego doświadczyć. Don Juan wytłumaczył mi. ale nie mogłem. jaka jest w rzeczywistości – powiedział. wszystkim. że wyschnięte koryto rzeki. jak gdyby dostosowywały się do nastroju mojego spojrzenia. Wpatrywałem się w nich tak długo. Nie opisywałem sobie swojego stanu. Wtedy zobaczyłem zbliżających się dwóch mężczyzn. Wszystko było materią kierowaną głębokimi odczuciami wewnętrznymi. – Odnalazłeś dziś świadomość nieorganiczną. Odpowiedziałem mu. Podeszli do mnie i przystanęli. wówczas będzie to jakieś gówniane zaburzenie twojego umysłu. co słyszałem. w zależności od nastroju. Chciałem powiedzieć o tym don Juanowi. że czas już iść. Powiedział. Powiedziałem im. co mam robić. którym właśnie idziemy. Sprawiały wrażenie. mogli to być Indianie Yaqui z jednego z pobliskich miasteczek. ale nie mogłem. jakby samoistnie utrzymywały wewnętrzną spójność. ale pragnienie przekazania mu moich wrażeń cielesnych zniknęło w okamgnieniu. Jeden z nich od niechcenia zapytał. twoja interpretacja opadnie niczym uschnięte liście z drzewa. tym lepiej na tym wychodzą. poważnym głosem oznajmił mi. on zaś spocznie na innej. Energia takich istot nieorganicznych oddziałuje na nas – ciągnął don Juan – a my interpretujemy sobie to oddziaływanie zupełnie dowolnie. wibrujące bąble. Wyglądało to tak. Dzień chylił się ku końcowi i światło zachodzącego słońca wprawiło mnie w stan głębokiej desperacji. który i tak zresztą wcale do ciebie nie należy.

polegającego na uczęszczaniu do szkół zawiera się w tym. w każdym znaczeniu tego słowa. bym mógł zostać antropologiem-prawnikiern. że opowiadam pierdoły. i którzy zaprzeczali samym sobie na każdym kroku. Z tego samego powodu miałem wielkie trudności z moimi studiami uniwersyteckimi. Powiedział mi. że ludzie dostali się niejako w martwy wir. wywołując niezdolność do obcowania z innymi ludźmi. którzy poprzez to. że cała ludzka wiedza jest tak właśnie skonstruowana i że wysiłek każdej jednostki stanowi cegłę. Ważne jest to. twierdził. ważne jest to. wydajność pracownika . Większość z nich uznawała jedynie autorefleksję. zupełnie jak w języku dokumentów prawnych. z którymi się stykałem. przez co rozumiem to. byś był dość zdyscyplinowany. Byłem zwolennikiem poglądu – ze wszystkimi jego konsekwencjami – że antropologia powinna być matrycą wszelkich ludzkich przedsięwzięć. jak tylko byłem w stanie. podróżnicy ci przerwali swą wędrówkę. orzekł. na którym opiera się nasze życie i który ma dla nas nieocenioną wartość. że czarownicy są jedynymi oponentami siły. niedościgniony pragmatyk. że nie były atrakcyjne.Czysty widok Po raz pierwszy w życiu czułem się absolutnie zagubiony i nie wiedziałem. co przyspieszyło ostateczne nadejście wielkiego przewrotu w moim życiu akademickim. była moja niezdolność do poświęcenia się zagadnieniom z pola zainteresowań antropologii. Byłem przyzwyczajony do nieodwołalności decyzji don Juana. którzy byli przekonani o tym. Wpływ don Juana i wszystko. która nadałaby sens mym naukowym dociekaniom. Postanowiłem zrobić sobie małą przerwę w studiach i zatrudniłem się w dziale artystycznym pewnej firmy. Jednakże moje romantyczne poglądy nie pozwalały mi nawet myśleć o tym. że określenie owo odnosi się do czarowników. których w owym czasie nie chciał mi wyjawić. Usilnie starałem się znaleźć jakąś racjonalną podstawę. Postanowiłem wypełniać przydzielane mi zadania tak perfekcyjnie i szybko. zaczynało odciskać na mnie swoje piętno. zdążający w nieznane. W moim odczuciu don Juan był człowiekiem. że są istotami nieśmiertelnymi. która przyczynia się do powstania pewnego jej systemu. jak się zachowywać w otaczającym mnie świecie. ale dlatego. że ludzie są podróżnikami. ludzie. bardzo niewielu ludzi. to rada. czego czytać nie chcesz. i dzięki swej dyscyplinie wyrywają się z tego uścisku. co akceptują. było procedurą standardową. Sens zalecanego czarownikom ćwiczenia. z pewnych przyczyn zewnętrznych. który daje im złudzenie ruchu. Jedyne. nieważne jak mało znaczący. – To nie robi żadnej różnicy – powiedział mi pewnego razu – jak szybko czytasz i ile cudownych książek jesteś w stanie przestudiować. a nie w tym. co przyszło mi w sukurs i dało jakieś poczucie więzi – jakkolwiek bardzo nikłe – ze środowiskiem akademickim. Świat się nie zmienił. Gra była ustawiona nieuczciwie. Argumentowano mi. płynący po kole nurt. że błąd tkwi w moim wewnętrznym przymusie oceniania każdego człowieka i porównywania go do don Juana. Zdefiniował mi wówczas pojęcia wojownika w podróży. nie dopuszczającą żadnych innowacji. że może istnieć sposób postępowania sprzyjający rozwojowi takich cech. miał swoją wagę. Podano mi przykład systemu prawnego. wiedzy w jakiej bądź postaci. Tym. mówiąc. Utrzymywał. że każdy jego czyn. która wyrabiała nadruki. który przeżywał swe życie profesjonalnie. Przygotowanie arkuszy winylowych z obrazem. który później metodą sitodrukową przekształcano w nadruk. podejmując podróż świadomości. czy przedstawiane mi zagadnienia antropologiczne zasadzają się na żonglowaniu słowami i pojęciami. czego nie przyjmują. choć tak naprawdę nie posuwają się oni wcale do przodu. Dodał. co wiązało się z jego praktykami. którzy przemierzaj ą mroczne morze świadomości i że nasza Ziemia jest zaledwie jednym z przystanków w ich podróży. których znałem. do jego kompletnego braku poczucia własnej ważności i do niezbadanej głębi jego intelektu. miało chociażby świadomość tego. Problem zdecydowanie miał swe źródło w jakiejś mojej ułomności. której udzielił mi kiedyś don Juan: wojownicy w podróży powinni pałać miłością do wiedzy. która prowadzi tylko do osłabienia i wypaczenia. żeby czytać to. podróżują po mrocznym morzu świadomości. że były to w większości problemy wymagające manipulacji słowami i pojęciami dla uzyskania zamierzonego efektu i ustanowienia precedensów. Nie ma znaczenia. których czynów nigdy nie da się niczym wytłumaczyć. że przesądzały sprawę na niekorzyść ludzi. Przeanalizowałem swój problem i doszedłem do wniosku. w które tak głęboko mnie zaangażował. jedyną miarą człowieka. Mnie zaś otaczali ludzie. prawdziwy wojownik w podróży. by wyrabiać w sobie dyscyplinę. która trzyma ludzi w niewoli. Moja praca absorbowała mnie i moje myśli bez reszty. karty zostały tak rozdane. iż są wojownikami. Don Juan. Traciłem je z pola widzenia. w których nie widziałem żadnego sensu – nie dlatego.

Nazywał się Ernest Lipton. i tak miałem je wymienić. Ernest mógł zatrąbić. Siedział tak i się uśmiechał. I znów Ernest mógł wykonać jakiś ostrzegawczy gest. iż znajduje się zaledwie trzydzieści centymetrów ponad ziemią. Musieliśmy zadzwonić po jego przyjaciół. że to się na nic nie zda – odrzekł. bardzo silnym mężczyzną i wykorzystując jedną z belek jako dźwignię. Do klasyki historyjek o Erneście Liptonie należy opowieść o tym. wszyscy spali. Jeden z Japończyków potrzebował więcej przestrzeni dla siebie. ile litrów paliwa pali. oddalił się trochę od obozu. Padł wyczerpany utrzymywaniem ciężkiej drewnianej ramy. ja miałem wpasować śruby mocujące w otwory. aż w końcu talerz wylądował mu na kolanach. Zajęła mnie długą rozmową i zapomniałem o Erneście. gdy pewnego ranka . jak on pamięta o innych. gdzie byliśmy na lunchu. zwracając tym samym jego uwagę na to. Dla mnie miarka się przebrała. Ale on siedział tylko i uśmiechał się jak idiota. Ernest bardzo uprzejmie czekał. rozległo się natarczywe pukanie do drzwi i Ernest poprosił mnie. żeby przyjechali nam pomóc dźwignąć krokwie – on nie miał już siły. przecież mogłeś zawołać po pomoc! – napominali go przyjaciele. jak tamten gość uderza w jego samochód. Wziął mnie praktycznie pod swoje skrzydła. iż spadnie na sam dół i się zabije. że wszyscy pamiętają tak samo o nim. aż rozjaśniło się na tyle. myślałem. który graniczył z biernością. – No nie. Bardzo go podziwiałem i szanowałem. Ale zanim zdążyłem je dopasować. przypomniałem sobie. by mógł spostrzec. Ernest leżał na ziemi. licząc na to. że nadal będzie tam stał. że zawsze się krępuję. żebym sprawdził. jak jedzie. ale tego nie zrobił. Najpierw wstępnie ułożyliśmy z krokwi wielką ramę. – No nie. które wywierciliśmy uprzednio w belkach nośnych. Gość. Noc spędzali pod namiotami. Kiedy indziej w tej samej restauracji rozmawialiśmy z ożywieniem z kilkoma Japończykami. znalazł malutkie występy w skale. postanowił kupić sobie oszczędny samochód – volkswagena garbusa – po czym zaczai sprawdzać. – Ernest. starając się zrobić na wąskim stole jak najwięcej miejsca na olbrzymie gorące talerze z głównym daniem. Wisiał tak przyklejony do ściany zupełnie niczym jeden z nadruków. Później mówił przyjaciołom. które robił. Potem obrócił się do mnie i zaczął się tłumaczyć. Musiał iść do łóżka. aż inny samochód wyjedzie z miejsca przed nami. W sumie zbił mi pan tylko reflektory. Ernest był wysokim. – Pański samochód nie ma żadnych uszkodzeń. które pomogły mu się utrzymać. Kierowca najwyraźniej nas nie widział i zaczął wycofywać auto ze znaczną prędkością. W ciemnościach poślizgnął się i zaczął się staczać po zboczu. wiedziałem. kto to. że nabawił się przepukliny. gdy Ernest Lipton. jak pewnego dnia wybrał się na weekend z grupką przyjaciół w góry San Bernardino. Rozszerzywszy nogi maksymalnie w bok. mogłem zatrąbić – powiedział – ale klakson jest tak kurewsko głośny. W drzwiach stała jego żona z torbami zakupów. pomagając mu zamontować kilka krokwi nad patio. był wściekły i trzeba go było uspokajać. Był przekonany. Był wspaniałym artystą i mistrzem w swoim rzemiośle. wisiał tak przez kilka godzin.mierzono dokładnością i szybkością jego pracy. goście zadawali nam mnóstwo pytań. że stoczyłem się przynajmniej półtora kilometra w dół. Lipton poszedł w krzaki. klientami naszej firmy. on zaś w tym czasie przytrzyma ramę. – Kto by mnie usłyszał? Myślałem. przesuwając tym samym talerz Ernesta. a będąc człowiekiem tak bardzo uważającym. że był całkowicie pewny. który tracił codziennie dwie godziny na dojazd do sklepu i z powrotem do domu. tak długo. Wyglądał jak szmaciana lalka. Kiedy w najlepsze układałem pęczki selera. Rzuciłem wszystko i pobiegłem na podwórze. Kierownik działu artystycznego i ja bardzo się zaprzyjaźniliśmy. – Proszę się nie denerwować – rzekł Ernest. tak jak go zostawiłem. A poza tym. Posunął swój talerz do przodu. Kiedy wszyscy spali. niespotykany wzgląd na drugiego człowieka. bo ramiona już mu prawie nie wytrzymywały. Podszedł do nas kelner zjedzeniem i zebrał ze stołu salaterki. że końcami palców zdołał się uchwycić półki skalnej. postanowił jednak się nie poddawać i wytrzymać do samego końca. że mój przyjaciel ciągle trzyma ramę z krokwi i znając go. Miał jednak tyle szczęścia. Innym razem byłem w jego domu. Zostałem pracoholikiem i było mi z tym bardzo dobrze. który zaczął wyjeżdżać poza stół. Byłem niesłychanie zdumiony. patrząc. Jego wadą była miękkość. usiłując znaleźć po ciemku jakieś oparcie dla stóp. Pewnego dnia na przykład wyjeżdżaliśmy z parkingu przy restauracji. uniósł drugą stronę ramy. nie chcąc nikomu przeszkadzać. gdzie chciał posadzić winogrono dla półcienia i owocu. Pomogłem jej nawet rozpakować siatki. po czym unieśliśmy jedną jej stronę i przykręciliśmy ją do kilku belek. który uderzył w samochód Ernesta.

kiedy to Ernest przyłapał przy swoim samochodzie jednego z przyjaciół. jak szła za rękę z młodym mężczyzną. a nie. jak nie potrafi się nawet rozgniewać. na jakie stać dziesięciolatka. jednocześnie jednak kochałem go ze smutkiem. ostro zakończony nos i spiczasty podbródek. Prawda jednak była taka. Był taki bezradny. Ludzie. Dziewczyna wyglądała na bardzo szczęśliwą. a jednocześnie niezmiernie go lubiłem. krnąbrne dziecko. – Czy ona wie. Ale to właśnie dopiero wówczas. – Myślę sobie. że udało mu się osiągnąć wynik dwóch litrów na sto kilometrów. że Ernest Lipton wyglądał jak mój ojciec. cieszyłem się coraz bardziej z tego. z ustami drżącymi od gniewu. że osiągnął poziom jednego litra. Nie uwierzył mi.36 litra na sto kilometrów. kiedy ujrzałem. zapewne w charakterze przyzwoitki. że większa część jazdy nie wypada w mieście.Ernest ogłosił. co zrobi. ale nie byłem w stanie interweniować. spodziewałem się bowiem. kiedy zejdzie poniżej dwóch dziesiątych litra na sto kilometrów. by wyładować swą wściekłość. – A odezwałeś się do niej w ogóle? – spytałem go odważnie. Ernest Lipton był niemal zły. uściślił. aż ktoś jej to powie. że ona czekała. przepełnionego całym okrucieństwem. Każdego ranka dolewał trzy do czterech kubeczków. zamiast tego jednak skurczył się w sobie i zaczai płakać. Ten ciąg niezwykłych wydarzeń trwał do pewnego ranka. z każdą chwilą mojego sprawozdania. i to miało być śmieszne? Od kilku tygodni wiedziałem. którzy robili go w konia. rozczarowane i pełne urażonej dumy. Przeklinałem samego siebie za to. smarkaczu jeden! – warknął na mnie. Najbardziej oschły z jego komentarzy brzmiał: – No nie. widząc niezdolność Ernesta do gniewu i przyłożenia żartownisiom w nos. Ernest był dumny jak paw i zaczął stroszyć piórka. że powinien zgłosić tę liczbę do annałów firmy Volkswagen. opowiedziałem mu o tym. żebym jej jeszcze musiał o tym mówić! Wyrzucił to wszystko z siebie ze stanowczością dziecka. przez co bak w samochodzie Ernesta nigdy nie był pusty. Według mojego rozeznania. iż wydarzył się cud. Miałem wrażenie. czy skoro nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Ja byłem nowy. Nie mogąc zapanować nad szlochem. Przypomniałem sobie. Grube okulary i rzednące włosy oraz szczecina siwiejącego zarostu. którego nic nie było w stanie stłumić. że się w niej zakochałeś? – Nie bądź głupi. była to młodzieńcza miłość w swej najpiękniejszej fazie rozkwitu. czy nie zechciałbym śledzić dziewczyny i dowiedzieć się. Przyjaciele powiedzieli mu. którego nigdy nie mógł jakoś do końca zgolić. Znów miałem przed sobą mojego odwiecznego wroga. Byłem przygotowany na odskok i ucieczkę. – Nie muszę mówić takich bredni żadnej kobiecie! Spojrzał na mnie niczym rozpieszczone. który od kilku miesięcy robił mu stary jak świat kawał. Była z nią matka. byli z nim w zażyłych stosunkach od lat. że rzuci się na mnie. Byłem u szczytu swej życiowej formy. Kiedy widziałem się później z ojcem. Ojciec zaniemówił. co się dzieje? Pogardzałem moim ojcem tak bardzo. Tydzień później powiedział. ale na autostradzie. że przyczyniłem . przywodziły mi na myśl oblicze mojego ojca. że przyjaciele robią mu kawał. – Ona jest moja! Powinna sama wiedzieć. Kiedy zobaczyłem to jego spojrzenie. Oboje młodzi ludzie wpatrywali się w siebie zauroczeni. że nie wie. poczułem przypływ wyrzutów sumienia i niepokoju. dobiłem go więc ostatecznie konkluzją: – No tak – powiedziałem. że jego dziewczyna ma prawdziwego chłopaka. mówiąc. Pewnego dnia zobaczyłem ją w tłumie w jakimś popularnym miasteczku turystycznym. aż w końcu Ernest doszedł do niewiarygodnego wyniku: 0. uzmysłowiłem sobie to podobieństwo z całą wyrazistością i to utożsamienie przekroczyło granice bezpieczeństwa. żeby zgłosił. aczkolwiek w godzinach szczytu musi zwalniać i przyspieszać dość często. co widziałem. zapytał mnie. że to nie moja sprawa. że jest moją kobietą. któremu wszystko w życiu podsunięto na talerzu i nigdy nie musiało o nic walczyć. i tamten chłopak po prostu cię wyprzedził. Przyjaciele poradzili mu. Następnie były kolejne cudy. Ponieważ był on bardzo dokładnym człowiekiem. że brakło mi słów. Miał taki sam prosty. dolewając benzyny do zbiornika. Pogardzałem Ernestem Liptonem. jak mój ojciec zakochał się bez pamięci w siostrze swego najlepszego przyjaciela.

się do jego hańby. Ernest Lipton tak bardzo przypominał mi mojego ojca, że rzuciłem pracę, wymawiając się tym, iż muszę wracać do szkoły. Nie chciałem zwiększać jeszcze ciężaru, pod którym i tak już się uginałem. Nigdy sobie nie wybaczyłem tego, że przysporzyłem ojcu takiego cierpienia, a jemu nigdy nie wybaczyłem tego, że był takim tchórzem. Wróciłem do szkoły i podjąłem się kolosalnego zadania – powrotu do studiów antropologicznych. Tym, co bardzo mi utrudniało ten powrót, był fakt, że jeżeli istniała osoba, z którą mogłem swobodnie i z przyjemnością pracować z powodu jej godnego podziwu podejścia do rzeczy, odwagi poznawczej i gotowości do rozszerzania swojej wiedzy bez wpadania w panikę czy prób obrony stanowisk, których obronić się nie da, był to człowiek spoza mojego wydziału, archeolog. To właśnie pod jego wpływem zainteresowałem się niegdyś pracą badawczą w terenie. Być może to z tego powodu, że on sam jeździł w teren, by dosłownie dokopywać się do informacji, praktyczność tego człowieka była dla mnie oazą rozsądku. Był on jedynym człowiekiem, który zachęcał mnie do śmiałego podjęcia pracy w terenie, bo nie mam nic do stracenia. – Wszystko stracić, to wszystko zyskać – powiedział mi kiedyś i była to najlepsza rada, jaką kiedykolwiek posłużył mi świat akademicki. Jeślibym posłuchał rady don Juana i zajął się złagodzeniem mojej obsesji autorefleksji, faktycznie nie miałbym nic do stracenia, a zyskać mogłem bardzo wiele. W owym jednak czasie nie było mi to pisane. Kiedy opowiedziałem don Juanowi o kłopotach, jakie napotkałem, chcąc znaleźć sobie profesora, z którym mógłbym pracować, wydało mi się, że zareagował na moje słowa bardzo napastliwie. Nazwał mnie upierdliwym fiutem, i jeszcze gorzej. Powiedział mi, o czym już sam wiedziałem, że gdybym nie był taki sztywny, dawno już mógłbym z powodzeniem pracować z każdym – czy to w środowisku akademickim, czy to w interesach. – Wojownicy w podróży nie narzekają – ciągnął don Juan. – Przyjmują wszystko, co podsuwa im nieskończoność, jako wyzwanie. A wyzwanie to wyzwanie. To nic osobistego. Nie można traktować go jak przekleństwa ani jak błogosławieństwa. Wojownik w podróży albo zwycięża w walce z wyzwaniem, albo zostaje przez wyzwanie zmiażdżony. Zwycięstwo bardziej rajcuje, więc zwyciężaj! Odpowiedziałem mu, że łatwo jemu i innym mówić, ale dokonać tego, to już zupełnie odmienna sprawa; na moje nieustanne kłopoty nie ma żadnej rady, ponieważ wynikają one z braku konsekwencji w zachowaniu innych ludzi. – To nie otaczający cię ludzie ponoszą winę – powiedział. – Nic nie mogą za to, że są tacy, jacy są. Winę ponosisz ty, bo ty masz wpływ na to, jaki jesteś; ty jednak nastawiłeś się na ich ocenianie, zachowując przy tym głębokie milczenie. Każdy idiota potrafi oceniać. Jeśli będziesz ich osądzał, wydobędziesz jedynie to, co w nich najgorsze. My, wszyscy ludzie, jesteśmy więźniami i to właśnie to więzienie każe nam się zachowywać tak żałośnie. Twoje wyzwanie polega na tym, żeby brać ludzi takimi, jacy są! Zostaw ich w spokoju. – Tym razem całkiem się pomyliłeś, don Juanie – odrzekłem. – Uwierz mi, ocenianie ich absolutnie mnie nie interesuje, podobnie jak wchodzenie z nimi w jakiekolwiek układy. – Dobrze wiesz, o czym mówię – nie ustępował don Juan. – Jeśli nie masz świadomości swojego pragnienia osądzania ich – ciągnął – w takim razie jesteś w jeszcze gorszym położeniu, niż myślałem. To właśnie wada wojowników w podróży, którzy zaczynają na nowo podejmować swą przerwaną podróż. Stają się zadufani w sobie, wymykają się spod kontroli. Przyznałem don Juanowi rację; moje narzekania były skrajnie małostkowe. Tyle wiedziałem sam. Powiedziałem mu, że codziennie staję w obliczu zdarzeń, które obniżają moje morale, osłabiając niezłomność mojej woli, i że czuję się zażenowany, kiedy muszę mu relacjonować zajścia, które wywierają na mnie tak wielką presję. – Dalejże! – zaczął mnie dopingować. – Gadaj mi tu zaraz! Nie miej przede mną żadnych tajemnic. Jestem niczym pusta rura. Cokolwiek mi powiesz, zostanie wyrzucone w nieskończoność. – Mam jedynie żałosne skargi – powiedziałem. – Jestem dokładnie taki sam jak wszyscy ludzie, których znam. Nie sposób z żadnym z nich rozmawiać i nie usłyszeć jakiejś wprost czy oględnie wyrażonej skargi. Opisałem don Juanowi, jak w nawet najprostszych dialogach moim znajomym udaje się przemycić nie kończące się pretensje, jak w tej przykładowej rozmowie: – Jak tam sprawy, Jim?

– A świetnie, Cal, świetnie. – Po czym następuje długa cisza. Czuję się zmuszony zapytać: – Coś nie tak, Jim? – Nie! Wszystko w porządku. Mam mały problem z Melem, ale wiesz, jaki on jest – samolubny skurwiel. Ale przyjaciół trzeba brać takimi, jakimi są, no nie? Pewnie, że mógłby nieco bardziej zważać na innych. Ale co, kurwa, zrobisz. Jest, jaki jest. Zawsze zwala wszystko na ciebie – jak ci się nie podoba, to spadaj. Zachowywał się tak już wtedy, kiedy mieliśmy po dwanaście lat, więc tak naprawdę to moja wina. Ale dlaczego, kurwa, ma mi się to podobać? – No tak, Jim, masz rację; Mel to bardzo trudny gość. Taaak. – A skoro już mówimy o skurwielach, ty wcale nie jesteś lepszy od Mela, Cal. Nigdy nie można na tobie polegać. I tak dalej. Inny klasyczny dialog: – Jak się masz Alex? Jak tam pożycie małżeńskie? – Stary, po prostu rewelacyjnie. Po raz pierwszy w życiu jem we właściwych godzinach, posiłki w domu, a ja nie tyję. Nie mam nic innego do roboty poza oglądaniem telewizji. Kiedyś się wychodziło z wami całą paczką, ale teraz nie mogę. Teresa mnie nie puszcza. Pewnie, że mógłbym jej kazać się odpierdolić, ale nie chcę jej urazić. Jestem zadowolony, ale czuję się beznadziejnie. A Alex był najbardziej beznadziejnym z beznadziejnych gości, zanim jeszcze się ożenił. Jego klasyczny dowcip, którym częstował znajomych za każdym razem, gdy się gdzieś spotkaliśmy, rozpoczynał się od słów: – Chodźcie, chłopaki, przedstawię was mojej panience. Ubaw miał po pachy, widząc nasz ogromny zawód, gdy w samochodzie znajdywaliśmy jego sukę. Przedstawiał swoją “panienkę" wszystkim dookoła. Kiedy wreszcie ożenił się z Teresą, biegaczką długodystansową, byliśmy zaszokowani. Poznali się na maratonie, kiedy Alex zasłabł. Było to w górach i Teresa musiała go ocucić za wszelką cenę, nasikała mu więc na twarz. Od tamtej pory Alex był jej niewolnikiem. Teresa naznaczyła swoje terytorium. Przyjaciele zaczęli go nazywać jej “zaszczanym niewolnikiem". Uważali Teresę za prawdziwą heterę, która przerobiła dziwaka Alexa na swojego tucznika. Don Juan i ja śmialiśmy się przez chwilę. Potem spojrzał na mnie z poważnym wyrazem twarzy. – Takie są właśnie upadki i wzloty powszedniego życia – powiedział. – Wygrywasz i przegrywasz, i nie wiesz, kiedy wygrywasz, a kiedy przegrywasz. Taka jest cena, którą się płaci za życie rządzone przez autorefleksję. Nie mam ci nic do powiedzenia i ty nie masz sobie nic do powiedzenia. Mogę ci jedynie doradzić, żebyś się nie czuł winny dlatego, że jesteś dupa, ale usilnie się starał zakończyć panowanie autorefleksji. Wracaj do szkoły. Jeszcze się nie poddawaj. Moja chęć pozostania w świecie akademickim wyraźnie malała. Zacząłem żyć jak sterowany automatycznym pilotem. Czułem się ciężki i przygnębiony. Zauważyłem jednak, że mój umysł nie był tym zaabsorbowany. Niczego nie kalkulowałem, nie ustalałem sobie żadnych celów i na nic się nie nastawiałem. Moje myśli nie były obsesyjne; za to moje uczucia – tak. Starałem się ująć tę dychotomię spokojnego umysłu i rozedrganych uczuć w jakieś ramy pojęciowe. W takim to właśnie stanie umysłowej obojętności połączonej z natłokiem uczuć szedłem raz z Haines Hali, gdzie mieścił się wydział antropologii, do bufetu na lunch. Nagle owładnęło mną gwałtowne, dziwne drżenie. Myślałem, że zemdleję, i usiadłem na kamiennych schodach. Przed oczyma dojrzałem żółte plamy. Czułem się tak, jakbym wirował. Byłem przekonany, że za chwilę zwymiotuję. Obraz stał się zamazany, aż w końcu przestałem widzieć w ogóle. Mój stan fizyczny był tak fatalny, a odczucia tak intensywne, że nie pozostawiały mi miejsca na jedną chociażby myśl. Rejestrowałem jedynie własny strach i niepewność na poziomie fizycznym, połączone z uniesieniem oraz dziwnym przeczuciem, że znalazłem się na progu czegoś monumentalnego. Wrażenia te nie miały swoich odpowiedników myślowych. W pewnym momencie nie wiedziałem już, czy siedzę, czy stoję. Zostałem otoczony ciemnością tak nieprzeniknioną, jak to tylko można sobie wyobrazić, po czym – zobaczyłem energię w jej ruchu we wszechświecie. Widziałem pochód świetlistych sfer, zbliżających się do mnie bądź to oddalających się. Widziałem je pojedynczo, tak jak zawsze mówił don Juan. Wiedziałem, że są to różne osoby, ponieważ różniły się wielkością. Przyglądałem się dokładnie szczegółom ich struktury. Ich świetlistość i krągłość tworzyły włókna, które wyglądały tak, jakby były ze sobą sklejone. Włókna były cienkie albo grube. Każda z takich świetlistych figur miała grubą kosmatą powłokę. Wyglądały niczym dziwaczne, świetliste, włochate zwierzaki albo monstrualne okrągłe owady pokryte świetlistymi włochami.

Najbardziej szokujące z tego wszystkiego było to, że uzmysłowiłem sobie wówczas, iż widziałem te włochate owady przez całe życie. Wydało mi się w owej chwili, że za każdym razem, kiedy don Juan pomagał mi rozmyślnie je zobaczyć, było to niczym udanie się do celu okrężną drogą. Przypomniałem sobie każdą sytuację, kiedy pomógł mi widzieć ludzi pod postacią świetlistych sfer, i wszystkie te chwile widzenia różniły się od owego ogromu widzenia, do którego teraz miałem dostęp. Wiedziałem wówczas bez cienia wątpliwości, że postrzegałem energię w jej ruchu we wszechświecie przez całe życie, zupełnie samodzielnie, bez niczyjej pomocy. Uświadomienie sobie tego było dla mnie przeżyciem druzgocącym. Poczułem się niesamowicie bezbronny, kruchy. Rosła we mnie potrzeba ucieczki w jakieś bezpieczne miejsce, ukrycia się. Było dokładnie tak jak we śnie, który chyba każdy z nas wcześniej czy później ma: jesteśmy w nim nadzy i nie wiemy, co zrobić. Ja czułem się gorzej jeszcze, niż gdybym był nagi; czułem się całkowicie bezbronny, słaby, a powrót do normalnego stanu napawał mnie grozą. Dość niejasno zdawałem sobie sprawę, że leżę. Gotowałem się na powrót do normalności. Wyobrażałem sobie, że kiedy się ocknę, będę rozciągnięty na kamiennym chodniku, szarpany konwulsjami, otoczony ciasnym kręgiem gapiów. Wrażenie, że leżę, jeszcze bardziej się nasiliło. Poczułem, że mogę poruszać oczyma. Przez przymknięte powieki widziałem światło, ale wzdragałem się na myśl, że mam otworzyć oczy. Dziwne w tym wszystkim było to, że nie słyszałem nikogo z kręgu osób, które – jak sobie wyobrażałem – stoją wokół mnie. Nie dochodził do mnie absolutnie żaden dźwięk. W końcu zaryzykowałem i otwarłem oczy. Byłem we własnym łóżku, w moim mieszkaniu na rogu bulwarów Wilshire i Westwood. Dostałem ataku histerii. Ale z jakiegoś powodu, który wykraczał poza moje zdolności pojmowania, niemal natychmiast się uspokoiłem. Histerię zastąpiło zobojętnienie, pewien stan fizycznego zadowolenia, podobnego do uczucia po zjedzeniu dobrego posiłku. Nie mogłem jednak uspokoić mojego umysłu. Uświadomienie sobie tego, że postrzegałem energię bezpośrednio przez całe życie, było dla mnie szokiem, który trudno sobie wyobrazić. Jak, do diabła, było to możliwe, że nie wiedziałem tego wcześniej? Co broniło mi dostępu do tego aspektu mojej natury? Don Juan mówił mi wcześniej, że każdy człowiek ma możność postrzegania energii bezpośrednio. Nie powiedział jednak, że każdy człowiek faktycznie widzi energię bezpośrednio, choć nic o tym nie wie. Przedstawiłem to pytanie znajomemu psychiatrze. Nie potrafił rzucić ani trochę światła na mój dylemat. Uważał, że moja reakcja była wynikiem zmęczenia i nadmiernego pobudzenia nerwowego. Przepisał mi valium i kazał odpoczywać. Nie odważyłem się nikomu wspomnieć o tym, że obudziłem się we własnym łóżku i nie jestem w stanie wyjaśnić tego, w jaki sposób się tam znalazłem. Dlatego też moje pośpieszne zabiegi, by zobaczyć się z don Juanem, były jak najbardziej usprawiedliwione. Poleciałem do Mexico City najszybciej, jak mogłem, wynająłem samochód i pojechałem do jego domu. – Dokonałeś tego wszystkiego już wcześniej! – powiedział don Juan ze śmiechem, gdy zdałem mu relację z tego spędzającego mi sen z powiek przeżycia. – Są tylko dwie nowe rzeczy. Jedno to to, że teraz udało ci się dojść do postrzegania energii zupełnie samodzielnie. To, czego dokonałeś, to zatrzymanie świata; potem uświadomiłeś sobie, że zawsze widziałeś energię w jej ruchu we wszechświecie, tak jak każdy człowiek, choć nie potrafiłeś sobie tego sam uzmysłowić. Druga nowa rzecz to to, że odbyłeś podróż ze swej wewnętrznej ciszy zupełnie samodzielnie. Sam wiesz i nie muszę ci tego mówić, że kiedy wyrusza się z wewnętrznej ciszy, wszystko staje się możliwe. Tym razem to twój strach i poczucie bezbronności umożliwiły ci wylądowanie w twoim łóżku we własnym mieszkaniu, które rzeczywiście nie jest wcale tak daleko od kampusu uniwersytetu. Gdybyś nie folgował sobie w swym zdumieniu, zdałbyś sobie sprawę, że to, czego dokonałeś, to po prostu nic, pestka Ala wojownika w podróży. Ale tym, co ma tutaj największe znaczenie, nie jest świadomość, że zawsze postrzegałeś energię bezpośrednio, ani twoja podróż z wewnętrznej ciszy, ale pewna dwuaspektowa kwestia. Po pierwsze, przeżyłeś coś, co czarownicy starożytnego Meksyku nazywali czystym widokiem albo utratą ludzkiej formy: jest to czas, kiedy znika ludzka małostkowość, zupełnie jakby była spowijającym nas złowrogo oparem mgły, oparem, który powoli zaczyna się rozrzedzać i rozpływać. Ale pod żadnym pozorem nie wolno ci myśleć, że jest to coś, czego można dokonać raz na zawsze. Świat czarowników nie jest światem niezmiennym tak jak świat naszego powszedniego życia, gdzie będą ci mówić, że kiedy raz osiągniesz jakiś cel, pozostaniesz zwycięzcą na zawsze. W świecie czarowników wypełnienie jakiegoś zadania znaczy tyle, że udało ci się po prostu zdobyć najbardziej skuteczną broń do kontynuowania swej walki, która, tak przy okazji, nigdy się nie skończy.

który przysparza największej udręki sercu człowieka. było to możliwe. do diabła. gdy zadałeś sobie te pytania: “Jak. że dotknąłeś problemu. że nie wiedziałem.Druga część owej dwuaspektowej kwestii to to. iż postrzegałem energię bezpośrednio przez całe życie? Co broniło mi dostępu do tego aspektu mojej natury?" . Sam go sformułowałeś.

materialnego ciała fizycznego doskonałą replikę swego ciała energetycznego – czyli. że czarownicy nie mają nic wspólnego z mitami. – Kontroluje cię obecnie cała masa sił zewnętrznych – orzekł. Mówił. zareagowałem pytaniem. I na odwrót. czy opisuje mi treść jakiegoś mitu. Dokoła domu i dalej rosły inne rozłożyste drzewa. co robią czarownicy. była to czysta esencja całego kosmosu. inaczej mówiąc. Zawsze dawało mi to złudzenie. i był to fakt energetyczny. to – według czarowników starożytnego Meksyku – najbardziej tajemnicza siła we wszechświecie. że dzięki dyscyplinie każdy może zbliżyć ciało energetyczne do ciała fizycznego. że ciało energetyczne ma kluczowe znaczenie we wszystkim. Kiedy ciało energetyczne znajdzie się już od ciała fizycznego w określonej odległości. Czarownicy to istoty praktyczne i to. Stąd też bierze się stosowane przez czarowników pojęcie bliźniaka albo sobowtóra. o której myślę. całą masę razy. a jednocześnie jej brak. inaczej mówiąc. za naszymi plecami. don Juanie? – zapytałem. lecz ciała energetycznego. jak to ma normalnie miejsce. trudności ze zrozumieniem tego. Nie można jej w żaden sposób zaklasyfikować. materialną istotę. Jego słabnące światło utworzyło przecudowne. Kiedy don Juan powiedział mi o tym wszystkim. Wyjaśniał mi. zielone cienie na wielkich drzewach na podwórzu. zbliża się do mnie z ogromną prędkością. – Chcesz przez to powiedzieć. że jestem na łonie dzikiej przyrody.Bagienne cienie Trwanie w milczeniu z don Juanem było jedną z najwspanialszych rzeczy. jest zawsze nacechowane trzeźwością i rzeczowością. leży poza sferą języka. Nieustannie podkreślał. poprzez zdyscyplinowane działania każdy może z niego uformować dokładną replikę swojego ciała fizycznego. że niedługo coś zacznie cię śmiertelnie przerażać – odparł z uśmiechem. Słońce znajdowało się za domem. – Twoje życie zostanie poddane niesamowitej kontroli. że ciało i ciało energetyczne są dwoma skupiskami pól energii ściśniętymi w jedno pod działaniem pewnej dziwnej siły spajającej. . – Co to znaczy. która. lecz kontroli ciała energetycznego. Jednakże ciało energetyczne to ty. ale bez wątpienia można doświadczyć. rzecz jasna. Opisywał mi ciało energetyczne już wcześniej. co się dzieje w moim życiu. To kontrola. że owa siła. Z tego też powodu nie uznawał żadnego innego dualizmu poza dwoistością obu tych ciał. nie jest korzyścią twoją. czyli. Widział. mówił. jakie znałem. bardziej zwarte i z wyglądu cięższe od świetlistej sfery ciała fizycznego. – To znaczy. widziane jako energia w jej ruchu we wszechświecie. niewidoczny dla oka ludzkiego. Było późne popołudnie. eteryczny obłok energii. innej niż ta na jałowej pustyni Sonory. Wiała przyjemna bryza. że ono się do mnie zbliża. Zapamiętaj to sobie: możesz nią manipulować i maksymalnie wyzyskiwać z korzyścią dla siebie. powiedział. z całą pewnością można nią manipulować. lustrzane odbicie skupiska pól energii składającego się na nasze ciało fizyczne. W normalnych warunkach dzielący je dystans jest ogromny. co istnieje. Don Juan powiedział mi kiedyś. emanację umysłu pozbawioną jakichkolwiek podstaw energetycznych. biorą się stąd. że jest mniejsze. ducha i ciała uważał li tylko za mentalny ciąg asocjacyjny. Twierdził. która jest różna dla każdego z nas. Według don Juana. łączna suma wszystkiego. Kiedy tak siedzieliśmy tamtego dnia z tyłu jego domu w środkowym Meksyku. I przede wszystkim. że zacznie mnie kontrolować jakaś siła z zewnątrz? – zapytałem. że moje ciało energetyczne. że jest to skupisko pól energii. całkowicie przysłaniające widok na miasto. – Dzisiaj będziemy omawiać niezwykle ważną w magii kwestię – odezwał się nagle don Juan – i rozpoczniemy od zagadnienia dala energetycznego. o czym mówią. Dualizm materii i umysłu. ale nie twojej kontroli. że ciało fizyczne i czato energetyczne są jedynymi równoważącymi się konfiguracjami energetycznymi w naszej ludzkiej sferze. don Juanie. która wiąże w całość te pola energii. lecz mimo wszystko dzikiej. Siedzieliśmy wygodnie na miękkich krzesłach z tyłu jego domu w górach w środkowym Meksyku. Odparł na to. zamiast się ode mnie oddalać. że czerpią oni z innego systemu kognitywnego. dzięki tym samym działaniom każdy jest w stanie uformować ze swego trójwymiarowego. jak zresztą wszelka energia. trójwymiarową. Jego zdaniem. – Kontrola.

wszystko się rozwiało. – Tym razem cały czas owijałem rzeczy w bawełnę. dostrzegłem jakiś dziwny. ponieważ jesteśmy ich pożywieniem. Widzieli je tak. Widok ten pochłonął mnie całkowicie. Jawiły mi się one jako grube czarne ryby. Wyglądało to tak. co na ten temat sądzić. ale ciągle widziałem te ulotne. sugerując ci. Czarownicy starożytnego Meksyku byli pierwszymi. don Juanie? – zapytałem. – Dlaczego ten drapieżca zawładnął nami w sposób. gallineros. Przestał mówić i spojrzał na mnie. dostrzegę ulotny cień w moim polu widzenia. śmiałbym się do rozpuku. wykraczający poza sferę języka. – Dlaczego nie? – zapytał chłodno don Juan. I rzeczywiście. aż dostrzeżesz ten ulotny. o co cię proszę – rzekł. jest potworne. Był to albo jeden cień. Przestawał mówić wówczas. Zrobił z nas potulne. don Juanie. jak dokoła nas skaczą ulotne cienie. czarne cienie. My hodujemy kurczęta na kurzych fermach. I faktycznie udało im się odkryć coś transcendentalnego. don Juanie? – zapytałem. Ten drapieżca jest naszym panem i władcą. jak ty je teraz widzisz. Miał rację. ani dla przeciętnych ludzi. To po prostu nie może być prawda. – Odkryli. bezradne baranki. starając się to wszystko opisać. Zaraz dostaniesz się w prawdziwą nawałnicę. ogromne ryby. co mówisz. – Co to jest. – To absurd. i widzieli je jako energię w jej ruchu we wszechświecie. – Jest wytłumaczenie – odparł don Juan – i to najprostsze na świecie. Jeżeli chcemy działać niezależnie. – Co takiego odkryli. Dokoła nas było bardzo ciemno i to chyba zupełnie przytłumiło moją ekspresję. Ludzie są jego więźniami. – Twoje sugestie są potworne! – No cóż – powiedział – nie wysłuchałeś jeszcze wszystkich moich sugestii. że jesteśmy przez coś więzieni. – Dlaczego nie? Bo cię to doprowadza do szału? – Tak. że twój . – Ciemno. Nie przestawaj. byśmy tego nie robili. Poczekaj chwilkę i potem oceń. – Drapieżcę. ale moje ciało zaczęło się poruszać. ulotny.moglibyśmy więc ganiać tak w kółko jak pies za własnym ogonem. Jeżeli chcemy się zbuntować. – Skupienie koniecznej uwagi zabierze ci tylko chwilkę. albo kilka. znów zobaczysz. coś nas więzi! Dla czarowników starożytnego Meksyku był to fakt energetyczny. były teraz bardzo ciemne i ciężkie. – To odpowiednia pora dnia na zrobienie tego. czarne cienie. zupełnie bezwolnie. rozkazuje nam. W końcu zacząłem się go bać. – Tylko dzięki samodzielnym staraniom dotarłeś do czegoś. lecz spoglądając niejako kątem oka. to właśnie dziki wszechświat – odrzekł. Don Juan włączył światło. doprowadza mnie to do szału – odparłem sucho. czarny cień. To znaczy. Zawładnęli nami. don Juanie? – zapytałem. – Niemierzalny. Jego pauzy były zawsze doskonale zaplanowane. nie. – Nie. które jeszcze przed chwilą emanowały zieloną poświatą. humaneros. więc zaczęli za nimi podążać. ani dla czarowników. który przybył z otchłani kosmosu i zawładnął naszym życiem. Rzeczywiście. nie koncentrując wzroku na niczym konkretnym. Wszystkie te doświadczenia wykraczają poza reguły składni języka. o jakim mi mówiłeś. Zrobiło się za ciemno i nie widziałem już liści. Poczułem. jak gdyby w powietrzu latały gigantyczne mieczniki. poruszający się w przód i w tył. drapieżcy zaś hodują nas na ludzkich fermach. Ciągle je widziałem. że mamy towarzysza na całe życie – powiedział tak dobitnie. Ciemność zapadła bardzo szybko i liście drzew. To. którzy te ulotne cienie ujrzeli. czarny cień na tle liści drzew. choć oko wykol – odezwał się don Juan – ale jeśli spojrzysz dokoła kątem oka. – Ach. ponieważ utrzymujemy ich przy życiu. gdy umierałem z ciekawości. i uciskają nas bezlitośnie. jak tylko potrafił. co szamani starożytnego Meksyku nazywali kwestią nad kwestiami – rzekł don Juan. nieliniowy. by dać upust tym uczuciom. Gdyby działo się to za dnia. Od ich ruchu kręciło mi się w głowie. nie. Nie potrafiłem wyrazić swego głębokiego zaniepokojenia i niezadowolenia. nie – usłyszałem swój głos. – Wszędzie dokoła dostrzegam ulotne. przesuwających się z lewa na prawo albo z prawa na lewo lub prosto w górę. Trząsłem się cały. bunt zostaje zdławiony. Język nie jest adekwatny. Dlatego zawsze mają co jeść. że jeśli będę się pilnie skupiał na ciemności liści. – Musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie. ani dla nikogo. że gwałtownie kręcę głową na boki. Don Juan powiedział. W ciemności czułem się bardzo nieswojo. od włosów na głowie po czubki palców stóp.

wystarczająco długiej. – Chcę przemówić do twojego analitycznego umysłu – rzekł don Juan. że mam w sobie coś z masochisty. a ty nie będziesz mógł się poddać i sobie pójść. Zupełnie jak we śnie słyszałem. żeby później móc się odżywiać owymi energetycznymi rozbłyskami powstałymi dzięki naszym nibyproblemom. Poprzez umysł. bym zdążył dojść do siebie. ani ja nic nie możemy z tym zrobić – odrzekł don Juan poważnym. ale dlatego. uległość i słabość. niż ci się zdaje. smutnym głosem. u którego lśniąca otoczka świadomości leży poza tym świetlistym kokonem. które wymuszają powstanie tych rozbłysków świadomości. Oddali nam swój umysł! Słyszysz. by wzięli na siebie taki trud? Wyśmieją cię i wyszydzą. że nas zjadają. które niczym bufor neutralizuje nieco ich strach. że coś ukryte głęboko w tobie nie pozwoli ci odejść. Tak więc. – Ale jak można tego dokonać. które następnie bezwzględnie pożerają. kiedy śpimy? – Nie. takiej jak ciężka świadomość drapieżcy. Wyjaśnił mi. Wiem. Stwierdził. dzięki której w końcu nie będą mogli nas tknąć. które wygadywał. jakby bardziej jeszcze rozeźlony tym. Dlatego też jest łatwą zdobyczą dla świadomości innego rzędu. to poddać się dyscyplinie. Jak chcesz wymagać od innych. a co bardziej . że cię uwięziłem. która jest jedynym ocalałym punktem świadomości. – Szepcą nam to wszystko do ucha. Nie wyszedłbym z jego domu za nic na świecie. jak to się odbywa? Na twarzy don Juana malował się szeroki uśmiech. drapieżcy tworzą rozbłyski świadomości. pełen sprzeczności. choć jakaś część ciebie po prostu wpadnie w szał. i w ten sposób utrzymują nas przy życiu. W ten sposób zapewniają sobie pewne bezpieczeństwo. który biegnie od podłoża do czubków palców u stóp. a potem mi powiedz. że o ile mu wiadomo. byłem w tym momencie tak zdruzgotany. – Mógłbym to zrobić. przygotuj się! Czułem. a przerażające z punktu widzenia tych. w której człowiek nieuleczalnie się pogrążył. co zdruzgotało mnie doszczętnie. jak niepokojem drapieżcy. Po chwili. nasze prawa społeczne. Umysł drapieżców jest barokowy. jak byś wytłumaczył sprzeczność pomiędzy inteligencją człowiekainżyniera i głupotą jego przekonań albo głupotą jego pełnego sprzeczności zachowania. Strzęp ten pozwala ludzkości zaledwie na przeżycie. przeciwko którym zostało skierowane. co im pasuje. schematyczni i egoistyczni. że choć nigdy nie cierpiałeś głodu – ciągnął – odczuwasz niepokój związany z jedzeniem. Aby zapewnić sobie naszego posłuszeństwo. że w każdej chwili jego posunięcie zostanie odkryte i zabraknie mu pożywienia. – Jedyne. Następnie powiedział coś. Powiedział. To idiotyczny pomysł! – odparł z uśmiechem. choć widzą drapieżców? – Ani ty. co mówię? Drapieżcy oddają nam swój umysł. drapieżcy wykonali fantastyczne posunięcie – fantastyczne. że mnie po prostu odrzuca. chciwość i tchórzostwo. że czarownicy widzą niemowlęta jako dziwne. To przez drapieżców jesteśmy tak zadowoleni z siebie. co mówił don Juan. że to właśnie ta lśniąca otoczka świadomości stanowi pożywienie drapieżców i że do czasu osiągnięcia przez człowieka dorosłości pozostaje z niej jedynie wąski strzęp. który staje się naszym umysłem. Podsuwają nam idiotyczne problemy. człowiek jest jedynym gatunkiem istot. który w końcu jest ich umysłem. Jeżeli to prawda. jak don Juan Matus wyjaśnia mi. który nie jest niczym innym. że najzwyczajniej w świecie zrobiło mi się niedobrze. Mimo to jednak ani trochę mi się nie podobały brednie. że to drapieżcy dali nam przekonania. przepełniony obawą przed zdemaskowaniem. że nie mogę przyjąć tego ot tak – powiedziałem. oczywiście. że ów wąski strzęp świadomości stanowi samo centrum autorefleksji. ale nic ponadto. nie robią tego w ten sposób. które może nastąpić lada chwila. sny o powodzeniu i myśli o porażce. świetliste kule energii. – To nie o to chodzi. przypominającej plastykową pokrywę. Czarownicy są przekonani. ciasno dopasowaną do ich kokonu energii.umysł zostanie wystawiony na zmasowany atak. Grając na naszej autorefleksji. – Zastanów się przez chwilę. posępny. Dali nam pożądanie. ale jest w tym coś tak ohydnego. Don Juan miał rację. zapytałem go: – Ale dlaczego czarownicy starożytnego Meksyku i współcześni czarownicy nic z tym nie robią. drapieżcy wtłaczają w życie ludzi wszystko. Był zadowolony jak wszyscy diabli. Musiało być coś w tym. To oni stworzyli nasze nadzieje i oczekiwania. co nam pozostaje. don Juanie? – zapytałem. pokryte od samej góry do samego dołu czymś w rodzaju lśniącej otoczki. nasze pojęcia dobra i zła. z punktu widzenia strategii wojennej. Zmusza mnie do zajęcia w tej sprawie stanowiska oponenta. don Juanie. co mówi. Nie dlatego. bo jesteś w pułapce. – Są nieskończenie skuteczniejsi i bardziej zorganizowani.

Poczułem. kiedy ze mną rozmawiał. Przeniknij ciemność. było ono jednak ze mną związane. co mówi. jak brzęczą mi koło ucha. czarny cień. że wszystko. Chciałem się rozgniewać. – Nie. Nazwali go latawcem. Wstał. które zawsze miałem. nie. Odczuwałem to jako próbę przecięcia cienkiej warstewki czegoś. jeśli wszystko to. że don Juan i tak wstanie i zgasi światło. jednocześnie jednak równie silne było przekonanie. Metodycznie przestrzega planu. jak szyja mi się trzęsie pod wpływem jego uścisku. czym byłem jakby oklejony. don Juanie – odezwałem się – nie wyłączaj światła. która mogła pochłonąć mnie na zawsze. Nie jest to urzekający widok. A potem wszystko jakby zniknęło i oto mamy obecnie człowieka uśpionego. Coś we mnie wyrosło ponad poziom. nazwać go paranoikiem. Powstrzymałem go. za żadne skarby tego świata! – Dostrzegłeś ulotne cienie na tle drzew – powiedział don Juan. Z trudem oddychałem. Coraz głębiej wbijał mi szpilę. co mówi. żebyś zobaczył je w tym pokoju. jest prawdą?" Wtedy. – Co ty opowiadasz. To wielki cień. niewiarygodne. obdarzoną fenomenalnym wglądem. na którym zawsze zadawałem sobie ulubione pytanie: “A co. Puszczał mnie i wracał. Uspokoiłem się od razu. nie patrząc już w moją stronę. zdolnym do takich wyczynów percepcji. istotą nieorganiczną. siadając z powrotem na swoim krześle. Ale jakżeż można było traktować to wszystko poważnie? Don Juan wpychał mnie pod lawinę. że człowiek w pewnym okresie musiał być istotą doskonałą. jest prawdą. że naszym przeciwnikiem nie jest zwykły drapieżca. nie jest dla . Człowiek. Głęboko w każdym człowieku tkwi atawistyczna. tamtej nocy. ale gdzieś zniknęło to poczucie prawa do słusznego gniewu. tak też zrobił. mroczny i nieprzenikniony. Twierdzenia don Juana były po prostu niedorzeczne. który w podskokach przemieszcza się w powietrzu. Rozumowali tak. przekonaj się. Odzyskałem nieco kontroli nad sobą. Jest zwykłym kawałkiem mięsa. ale nie śmiałem tego dotknąć ani w pełni sobie uzmysłowić. żeby nie chcieli ci wierzyć. Nie będziesz niczego widział. I zasadniczo nie dlatego. Odwrócił wzrok i zaczął mówić. Czarowników starożytnego Meksyku niezwykle nurtowało pytanie. że faktycznie kątem oka dostrzegłem owe ulotne obrazy. nie jest już magiczny. Będziesz musiał sobie zaaranżować tę wewnętrzną walkę. kiedy pojawił się on na Ziemi. a jednocześnie tak niezwykle sensowne i proste. Czułem w tamtej chwili bardzo niezwyczajny jak na mnie strach przed ciemnością. który czyni z nas istoty bezużyteczne. Obawiałem się. Gardło miałem ściśnięte. Zacząłem konwulsyjnie drżeć. że popamiętasz. rzecz jasna. Czułem się znów tak. Na samą myśl o niej zaczynałem ciężko dyszeć. że wszystko. Mój analityczny umysł podnosił się i opadał niczym jo-jo. – Z jednej strony totalny sceptyk. co mówi. Nie dość. że intuicyjnie coś sobie uświadamiam. jakbym miał za chwilę zwymiotować. – Jeżeli tylko kiedyś zaczną cię niebezpiecznie trapić jakieś wątpliwości – powiedział – zareaguj pragmatycznie. Choć nie ja byłem jego źródłem. coś niejawnie dobrego i potwornie złego zarazem. podobną do mdłości. żeby wyłączyć światło. konwencjonalnych i kretyńskich. Tłumaczyły każdą sprzeczność ludzkiego zachowania. Inaczej napuchniesz jak wielka ropucha i w końcu strzelisz. – Ależ ten gość ma temperament! – orzekł. – Opowiadam. to jeszcze usłyszałem. w głębi mego serca czułem. a z drugiej totalny pragmatyk. Nie miałem wątpliwości. Będziesz zaledwie wychwytywał ulotne obrazy. Wszystko w porządku. co dostrzegasz. bo skacze w powietrzu. Słowa don Juana wywoływały we mnie dziwną fizyczną reakcję. Człowiekowi nie pozostały już żadne marzenia oprócz marzeń zwierzęcia hodowanego dla mięsa: marzeń wyświechtanych. – Ten drapieżca – powiedział don Juan – który jest. don Juanie? – zapytałem słabo. Ale źródłem nudności były najgłębsze pokłady mojej istoty. – To bardzo dobrze. Don Juan potrząsnął mnie mocno za ramiona. Dwie sekundy później darłem się na całe gardło. Chciałbym. Uderzyła we mnie kolejna fala poczucia zagrożenia. Don Juan coś ze mną robił. włączywszy na powrót lampę. Na to masz dość energii. intuicyjna świadomość istnienia drapieżców. to czysty absurd. puszczał i znowu wracał. – Czarownicy starożytnego Meksyku – powiedział – widzieli drapieżcę. że dziś są one przedmiotem legend. istota magiczna. Jego oczy wpatrywały się we mnie nieruchomo. Potem ląduje płasko na ziemi. Jest bardzo przemyślny i zorganizowany. która tylko przyszła mi na myśl. sam szpik kości. Wyłącz światło. Don Juan skręcał się ze śmiechu.agresywni dadzą ci taki wpierdol.

nas tak całkowicie niewidzialny jak inne istoty nieorganiczne. Myślę, że jako dzieci go widzimy; jest to dla nas jednak tak przerażający widok, że nawet nic chcemy o tym myśleć. Dzieci, rzecz jasna, czasem się upierają i chcą zwrócić na niego baczniejszą uwagę, lecz wszyscy dokoła zniechęcają je do tego. Jedyną alternatywą dla ludzkości – ciągnął – jest dyscyplina. Dyscyplina to jedyny środek zaradczy. Ale gdy mówię o dyscyplinie, nie chodzi mi o jakieś ascetyczne praktyki. Nie chodzi mi o to, żeby wstawać o piątej trzydzieści każdego ranka i polewać się zimną wodą aż do zsinienia. Poprzez dyscyplinę czarownicy rozumieją umiejętność niewzruszonego stawiania czoła przeciwnościom losu, których nie braliśmy pod uwagę w naszych oczekiwaniach. Dla nich dyscyplina jest sztuką: sztuką stawiania czoła nieskończoności bez mrugnięcia okiem i to nie dlatego, że są oni silni i twardzi, lecz dlatego, że przepełnia ich nabożna cześć. – W jaki sposób dyscyplina czarowników może być środkiem zaradczym? – zapytałem. – Czarownicy powiadają, że dyscyplina sprawia, iż lśniąca otoczka świadomości staje się dla latawca niesmaczna – odparł don Juan, bacznie wpatrując się w moją twarz, jakby szukał w niej jakichś oznak niedowierzania. – Efekt jest taki, że drapieżcy są zdezorientowani. Lśniąca otoczka świadomości, która jest niejadalna, nie mieści się, jak sądzę, w ich systemie poznawczym. Zdezorientowani, nie mają innego wyjścia, jak tylko odstąpić od swych nikczemnych zamiarów. Jeżeli drapieżcy nie będą przez jakiś czas zjadać naszej lśniącej otoczki świadomości – ciągnął – ta będzie dalej rosnąć. Upraszczając tę kwestię maksymalnie, mogę powiedzieć tak, że czarownicy, dzięki zachowywaniu dyscypliny, odpychają drapieżców wystarczająco długo, by ich lśniąca otoczka świadomości rozrosła się powyżej poziomu palców stóp. Kiedy już przekroczy ten poziom, urasta z powrotem do pierwotnych rozmiarów. Czarownicy starożytnego Meksyku mawiali, że lśniąca otoczka świadomości jest jak drzewo. Jeżeli go nie przycinać, rozrasta się do naturalnych rozmiarów i osiąga naturalną gęstość. Gdy świadomość osiąga poziomy ponad poziomem palców stóp, jej fenomenalne wyczyny stają się oczywistością. Wspaniała sztuczka dawnych czarowników – ciągnął don Juan – polegała na obciążeniu umysłu latawca dyscypliną. Stwierdzili oni, że jeśli narzucić umysłowi latawca wewnętrzną ciszę, wówczas obca instalacja się rozprasza; daje to każdemu, kto wykonuje ten manewr, absolutną pewność zewnętrznego pochodzenia umysłu. Obca instalacja powraca, tego możesz być pewien, ale już nie tak silna, i tak oto rozpoczyna się proces, w którym rozpraszanie umyslu latawca staje się zabiegiem rutynowym; proces ten trwa tak długo, aż pewnego dnia umysł latawca rozprasza się na dobre. Smutny to dzień, doprawdy! Od tego dnia będziesz musiał się opierać na własnej inwencji, która jest bliska zeru. Nie będzie już nikogo, kto by ci powiedział, co masz robić. Nie będzie już żadnego zewnętrznego umysłu, który mógłby ci dyktować kretyństwa, do których zostałeś przyzwyczajony. Mój nauczyciel, nagual Julian, zawsze przestrzegał wszystkich swoich uczniów – kontynuował don Juan – że jest to najcięższy dzień w życiu czarownika, ponieważ prawdziwy umysł – ten, który należy do nas, łączna suma wszystkiego, czego doświadczyliśmy – po trwającym całe życie poddaństwie, jest nieśmiały, niepewny i nie można na nim polegać. Osobiście powiedziałbym, że dla czarownika prawdziwa bitwa rozpoczyna się dopiero w tym momencie. Cała reszta to tylko przygotowania. Byłem naprawdę głęboko poruszony. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, a z drugiej strony coś dziwnego gdzieś w głębi mnie głośno się domagało, bym się nie odzywał, podsuwając mi myśl o mrocznym finale całej sprawy i karze – czymś w rodzaju boskiego gniewu, który mnie dosięgnie za grzebanie przy czymś, co sam Bóg okrył tajemnicą. Musiałem się zdobyć na ogromny wysiłek, żeby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść mojej ciekawości. – Co... co... co znaczy – usłyszałem własne słowa – obciążanie umysłu latawca? – Dyscyplina niesamowicie obciąża obcy umysł – odrzekł. – Tak więc, dzięki niej czarownicy przełamuj ą obcą instalację. Jego słowa mnie przygniotły. Byłem przekonany, że albo don Juan kwalifikuje się do zakładu zamkniętego, albo mówi mi coś tak potwornie niesamowitego, że to we mnie wszystko zamiera. Zauważyłem jednak, jak szybko wykrzesałem z siebie dość energii, by sprzeciwić się wszystkiemu, co powiedział. Po chwili paniki zacząłem się śmiać, zupełnie jakby don Juan opowiedział jakiś dowcip. Usłyszałem nawet, jak mówię: – Don Juanie, don Juanie, jesteś niepoprawny! Rozumiał chyba wszystko, co się we mnie działo. Kiwał głową na boki i wznosił oczy w górę w geście udawanej rozpaczy.

– Jestem tak niepoprawny – powiedział – że zaraz zafunduję umysłowi latawca, który w sobie nosisz, jeszcze jeden wstrząs. Wyjawię ci jeden z najbardziej niesamowitych sekretów magii. Opiszę ci odkrycie, którego weryfikacja i uporządkowanie zajęła czarownikom tysiące lat. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się złowrogo. – Umysł latawca rozprasza się na zawsze – powiedział – kiedy czarownikowi uda się pochwycić wibrującą siłę, która utrzymuje w jednej całości skupisko naszych pól energii. Jeżeli utrzymają w tym uchwycie dostatecznie długo, umysł latawca zostaje pokonany i się rozprasza. I to właśnie zaraz zrobisz: uchwycisz się energii, która utrzymuje nas w jednej całości. Zareagowałem na to w tak niewytłumaczalny sposób, że aż trudno to sobie wyobrazić. Coś we mnie zadrżało, zupełnie jakby pod wpływem silnego wstrząsu. Ogarnął mnie niezrozumiały strach, który natychmiast skojarzyłem z moim religijnym wychowaniem. Don Juan zmierzył mnie spojrzeniem od stóp do głów. – Boisz się gniewu boskiego, co? – odezwał się. – Bądź spokojny, to nie twój strach. To strach latawca, bo on wie, że zrobisz dokładnie to, co ci każę. Jego słowa wcale mnie nie uspokoiły. Poczułem się jeszcze gorzej. Ogarnęły mnie mimowolne, konwulsyjne drgawki i nie było żadnego sposobu, by je opanować. – Nie martw się – powiedział spokojnie don Juan. – Wiem z doświadczenia, że te ataki bardzo szybko tracą na sile. Umysłu latawca nie stać nawet na odrobinę koncentracji. Po chwili wszystko ustało, tak jak przepowiedział don Juan. Słowo “oszołomiony" w odniesieniu do mojego stanu w tamtym momencie byłoby eufemizmem. Po raz pierwszy w życiu, z don Juanem czy bez, naprawdę nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Chciałem wstać z krzesła i przejść się, ale paraliżował mnie śmiertelny strach. Byłem wypełniony racjonalnymi sądami, a jednocześnie przepełniał mnie infantylny strach. Zacząłem głęboko oddychać, a całe moje ciało pokrył zimny pot. W jakiś sposób moje oczy otwarły się na potworny widok: gdziekolwiek się obróciłem, skakały czarne, ulotne cienie. Przymknąłem powieki i oparłem głowę na oparciu krzesła. – Nie wiem, dokąd teraz pójść, don Juanie – odezwałem się. – Dzisiaj naprawdę ci się udało zupełnie poplątać moje ścieżki. – Rozdziera cię wewnętrzna walka – powiedział don Juan. – Głęboko w środku wiesz, że nie jesteś w stanie odrzucić przyzwolenia na to, by nieodłączna część ciebie, twoja lśniąca otoczka świadomości, stała się w niepojęty sposób źródłem pożywienia dla istot o niepojętej dla nas naturze. A inna część ciebie będzie się temu przeciwstawiać całą swoją mocą. Przewrót czarowników – ciągnął – polega na tym, że odmówili oni honorowania umów, w których nie byli stroną. Nikt mnie nigdy nie pytał o to, czy nie zgodziłbym się zostać pożarty przez istoty o odmiennym rodzaju świadomości. Moi rodzice po prostu wprowadzili mnie na ten świat po to tylko, bym został czyimś pożywieniem, tak samo jak i oni – koniec, kropka. Don Juan wstał z krzesła i rozprostował ręce i nogi. – Siedzieliśmy kilka godzin. Czas wejść do domu. Ja coś zjem. Chcesz zjeść ze mną? Odmówiłem. Miałem rozstrojony żołądek. – Myślę, że najlepiej zrobisz, jak się położysz spać – powiedział. – Ta nawałnica nieźle cię sponiewierała. Nie potrzebowałem dodatkowej zachęty. Zwaliłem się na swoje łóżko i zasnąłem jak zabity. Po powrocie do domu, z biegiem czasu, idea latawców stała się jedną z największych obsesji mojego życia. Doszedłem do takiego punktu, że czułem, iż don Juan miał w tej materii absolutną rację. Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie udawało mi się podważyć jego logiki. Im więcej o tym myślałem, im więcej rozmawiałem z samym sobą i innymi ludźmi, im więcej samego siebie i innych obserwowałem, tym silniejsze było moje przekonanie, że coś czyni z nas istoty niezdolne do jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek relacji i jakiejkolwiek myśli, która nie ogniskowałaby się na ,ja". Moje troski, podobnie jak troski każdego, kogo znałem lub z kim rozmawiałem, koncentrowały się właśnie na tym. Ponieważ nie umiałem znaleźć wytłumaczenia tak uniwersalnej homogeniczności, byłem przekonany, że tok rozumowania don Juana jest najbardziej odpowiednim sposobem objaśnienia tego fenomenu.

Poświęciłem się głębszej analizie literatury dotyczącej mitów i legend. Uświadomiłem sobie wówczas coś, czego nigdy wcześniej nie odczuwałem: każda z przeczytanych przeze mnie książek była interpretacją mitów i legend. Przez każdą z nich przemawiał ten sam, homogeniczny umysł. Style były odmienne, lecz ukryty pod warstwą słów zamiar jednakowy: pomimo tego, że temat pracy dotyczył czegoś tak abstrakcyjnego jak mity i legendy, autorowi zawsze udało się zawrzeć w niej jakieś opinie o sobie. Celem każdej z tych książek nie było omówienie rzeczonego tematu; była nim autoreklama. Nigdy wcześniej sobie tego nie uświadamiałem. Przypisywałem moją reakcję wpływowi don Juana. Pytanie, które sobie stawiałem, brzmiało tak: czy to on wpływa na mnie tak, że coś takiego dostrzegam, czy też rzeczywiście istnieje jakiś obcy umysł, który dyktuje wszelkie nasze poczynania? Siłą rzeczy odruchowo znów popadłem w negację, i niczym wariat zacząłem po kolei przechodzić od negacji do akceptacji i tak w kółko. Coś we mnie wiedziało, że bez względu na to, do czego pije don Juan, jest to fakt energetyczny; jednak inny wewnętrzny głos mówił, że to wszystko brednie. Wynikiem tych wewnętrznych zmagań były bardzo złe przeczucia, wrażenie, że zawisło nade mną wielkie niebezpieczeństwo. Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania, poszukując śladów koncepcji latawców w innych kulturach, ale nigdzie nie udało mi się znaleźć żadnej wzmianki na ten temat. Wyglądało na to, że don Juan jest jedynym źródłem informacji w tej materii. Kiedy zobaczyłem się z nim następnym razem, natychmiast przeszedłem do tematu. – Robiłem, co mogłem, by podejść do tego zagadnienia racjonalnie – powiedziałem – ale nie mogę. Są takie chwile, kiedy absolutnie się z tobą zgadzam w kwestii drapieżców. – Skup swoją uwagę na ulotnych cieniach, które obecnie widzisz – odrzekł don Juan z uśmiechem. Powiedziałem mu, że owe ulotne cienie staną się końcem mojego racjonalnego życia. Widziałem je wszędzie. Od czasu gdy wyszedłem wówczas z jego domu, nie byłem w stanie zasnąć po ciemku. Spanie przy włączonym świetle w ogóle mi nie przeszkadzało. Jednak z chwilą gdy je gasiłem, wszystko dokoła mnie zaczynało skakać. Nigdy nie dostrzegałem kompletnych postaci ani kształtów. Widziałem jedynie ulotne, czarne cienie. – Umysł latawca jeszcze cię nie puścił – rzekł don Juan. – Został ciężko ranny. Robi wszystko, by zreorganizować swoją relację z tobą. Ale coś w tobie zostało na zawsze przerwane. Latawiec o tym wie. Prawdziwe niebezpieczeństwo leży w tym, że umysł latawca może zwyciężyć, doprowadzając cię do wyczerpania i zmuszając do zarzucenia dalszej walki, jeśli dobrze rozegra kartę sprzeczności pomiędzy tym, co on ci mówi, i tym, co ja ci mówię. Bo widzisz, umysł latawca nie ma konkurencji – ciągnął dalej don Juan. – Kiedy coś orzeka, zgadza się z własnym zdaniem i każe ci wierzyć, że zrobiłeś coś wartościowego. Umysł latawca powie ci, że to, co ci mówi Juan Matus, to wierutne bzdury, po czym ten sam umysł zgodzi się ze swym własnym stwierdzeniem. A ty powiesz: “Tak, oczywiście, że to bzdury". W taki właśnie sposób zostajemy pokonani. Latawce są niezbędnym elementem wszechświata – ciągnął – i należy je traktować tak, jak na to zasługują – jako istoty potworne i budzące grozę. Dzięki nim wszechświat wystawia nas na próbę. Jesteśmy energetycznymi sondami, stworzonymi przez wszechświat – mówił dalej, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy z mojej obecności – a ponieważ posiadamy energię obdarzoną świadomością, jesteśmy środkiem, dzięki któremu wszechświat staje się świadom samego siebie. Latawce to nieprzebłagani rywale. Tylko tak można ich postrzegać. Jeśli nam się uda, wszechświat pozwoli nam trwać dalej. Chciałem, żeby don Juan mówił dalej. Ale on powiedział tylko: – Nawałnica ucichła za ostatnim twoim pobytem tutaj; tylko tyle można powiedzieć na temat latawców. Czas na posunięcie innego rodzaju. Tamtej nocy nie mogłem zasnąć. Zapadłem w lekki sen nad ranem i nie obudziłem do czasu, gdy don Juan wyciągnął mnie z łóżka i zabrał w góry. Tam, gdzie mieszkał, rzeźba terenu była zupełnie inna niż na pustyni Sonory, ale przestrzegł mnie, bym nie folgował sobie w porównaniach; powiedział, że po przejściu kilkuset metrów każde miejsce na świecie jest dokładnie takie samo. – Turystyka jest dla ludzi w samochodach – powiedział. – Przemieszczają się z wielką prędkością, bez żadnego wysiłku. Turystyka nie jest dla piechurów. Kiedy jedziesz samochodem, możesz dostrzec monumentalną górę, której piękno zaprze ci dech w piersiach. Widok tej samej góry nie zaprze ci tchu w piersiach tak jak wtedy, gdy będziesz na nią patrzył, idąc pieszo; to będzie inne uczucie, zwłaszcza

którym się porozumiewa. dlaczego się zatrzymał i usiadł. nie powinno cię odstręczać. Jest to jedna z tych rzeczy. Szliśmy wyschniętym korytem rzeki. a z niego powstanie ta bariera. Zanim jednak dotarliśmy do domu. Powiedział. abyś się tym zainteresował. Oto sztuka wojowników w podróży: przejść przez ucho igielne nie zauważonym. – Nie próbuj ich odganiać – oświadczył stanowczym tonem. że nie przystaniesz na nią z łatwością. jego sarkazm po prostu spłynął po mnie i zamiast się zjeżyć. Musiałem przyspieszyć kroku i trochę się do niego zbliżyć. Wygląda na to. w charakterze socjologa rzecz jasna. rozmawialiśmy.wówczas. Trzymałem jego siatkę i nie rozmawialiśmy więcej. bym nie zwracał uwagi na ich brzęczenie. że nie zwracałem już uwagi na ich brzęczenie. Ale to. Wznieś dokoła siebie barierę energetyczną. Przez chwilę nic nie mówił. poza wyjaśnienia. do jakich artykułów mógłbyś zaglądnąć. – Wygląda na to. Chcę ci dać pod rozwagę dziwaczną propozycję – podjął. że zamierzyłem dokoła siebie barierę energetyczną. jak możesz. którą masz zweryfikować w swoim środowisku akademickim. gdybyś miał zasłabnąć albo spaść. Reakcje te są jakby nieco rozmyte przez język. które dawni czarownicy nazywali faktem energetycznym. Być może dlatego. że chciałby oczyścić rośliny. Don Juan polecił mi. Kiedy nazbierał już dość. Niektórych z nich niemal nie można było dostrzec. ruszył z powrotem w kierunku domu. Jesteś socjologiem. – Co planujesz. Wiedziałem o tym. co ta dolina i pustynia Sonory miały ze sobą wspólnego. zacząłem się śmiać. że spoglądam na dno doliny z otaczającej mnie nieprzeniknionej ciemności. To nie będzie podróż po mrocznym morzu świadomości. Nie trzeba do tego nic więcej. zanim zbytnio przeschną. idąc nieco przede mną. – Moja dziwaczna propozycja jest taka – powiedział wolno. czy znam jakieś artykuły albo prace z tego tematu. usiądź od krawędzi najdalej. są to dokładnie takie same reakcje. że każdy człowiek na tej Ziemi ma dokładnie takie same reakcje. Latające wszędzie dokoła komary i muchy były niczym bombowce nurkujące do mojego nosa. które mi nakreślił. ponieważ tajemnica magii musi być okraszona sprawami przyziemnymi. W końcu udało mi się i stwierdziłem. i owady przestały mnie niepokoić – albo dlatego. ale jeśli zetrzeć tę warstwę. A potem zobaczyłem coś. Byliśmy dzisiaj w górach. takie same myśli. Jedno. Chciałbym. ale nie zasypiaj. coś. – Muszę podkreślić. co zmroziło mi krew w żyłach – . co mówił. Musi wyrastać z niczego i do niczego powracać. oceniając efekt. rozdzielić je i uporządkować. by znaleźć argumenty za lub przeciw proponowanej przeze mnie tezie. że rozpocznę je od przeczytania wszystkich dostępnych prac na temat “charakteru narodowego". bardzo chciałem od razu wyruszyć w drogę powrotną. czy można znaleźć na tę homogeniczność jakieś formalne wytłumaczenie. To widzenie z wewnętrznej ciszy. z której było widać całą dolinę. że jest dziwaczna. gdyż zamierzałem potraktować jego propozycję bardzo poważnie. zastanawiając nad zadaniem. Poczułem przypływ entuzjazmu i przyszło mi do głowy mnóstwo chaotycznych pomysłów. oczu i uszu. że tak pilnie słuchałem don Juana. że sam zdałem sobie z tego sprawę i zacząłem mówić ciszej. jak to się robi. i zbadał. Tak więc przygotuj się i oprzyj plecy o tę skalną ścianę. Całą uwagę skupiałem na tym. Dlatego twój umysł jest zawsze otwarty na nowe poszukiwania. don Juan usiadł na wysokiej półce skalnej. Stwierdziłem. Zachowaj milczenie. maszerując ile sił w nogach. Pogrążyłem się w rozmyślaniach. Wejdź w wewnętrzną ciszę. jaki jego słowa na mnie wywarły. Nikt nie wie. żeby dotrzymać mu kroku. i postanowiłem. że wszyscy odpowiadają mniej więcej tak samo na te same bodźce. nieprawda? Don Juan bezwstydnie stroił sobie ze mnie żarty. że szedł tak szybko i musiałem ogromnie się starać. Próbowałem sobie przypomnieć. Nie miałem pojęcia. – Powiedzmy. to miliony owadów. Będę przy tobie na wypadek. Walczyłem z przemożnym pragnieniem zaśnięcia. albo też dlatego. Nie dyszał ciężko. co wykracza poza język. Przerwij swój wewnętrzny dialog. ale nie przeszkadzało mi to. – Skrzyżuj nogi i wejdź w wewnętrzną ciszę – powiedział. że będę musiał przeprowadzić szersze badania tego zagadnienia. Było mi raczej trudno wejść w wewnętrzną ciszę bez zapadania w sen. Don Juan zebrał kilka gatunków roślin. Tamtego ranka było bardzo gorąco. – Powiem ci z góry. że chcesz się dowiedzieć. – Zamierz. takie same odczucia. które dręczą każdego człowieka na Ziemi. żeby dały ci spokój. don Juanie? – zapytałem. że ta dziwaczna propozycja spotka się z twoim ogromnym oporem – powiedział. – Twoje zadanie na dziś – powiedział nagle złowróżbnym tonem – to jedna z najbardziej tajemniczych rzeczy w magii. a trwoga w moim głosie była tak wyraźna. Kwalifikowały się bardziej do alg albo mchów. by nie uronić żadnego słowa. gdy będziesz musiał się na nią wspiąć albo ją obejść.

tak jak stałem – ubrany. Dokoła czoła miałem owinięty ręcznik. żeby mnie pożreć.gigantyczny cień. głuchym tąpnięciem. że straciłem rachubę czasu. piersi i czoło terpentyną. Trząsłem się od stóp do głów. Gorączka. co mogło nadejść. zegarek! – wrzasnąłem. Ujął mnie za rękę i poprowadził na tyły domu. pochodziła z mojego wnętrza. co się ze mną działo. Drapieżca. że jeśli nie utrzymam wewnętrznej ciszy. tak bezbronna. który skakał w powietrzu. czarny. która mnie trawiła. Moje pobudzenie nerwowe było tak silne. po czym wylądował na ziemi z niesłyszalnym. Nie miałem cienia wątpliwości. wrzasnąłem na całe gardło. Dalej wrzeszczałem. przelatując w powietrzu może piętnaście metrów. że skruszył nas już całe wieki temu. wyraźnie w kierunku dna doliny. które nie pozwolą im mnie pożreć. gdy do mnie przyjeżdżasz – powiedział. co wyglądało jak wijący się na ziemi bagienny cień. – Nie powinieneś nakładać zegarka. niesłyszalnym tąpnięciem. . potrząsając nogami. ale go nie usłyszałem. mieszaninę odgłosu trzepoczących skrzydeł i trzeszczenia radia. tak czuła. jak gdyby to. Nigdy nie byłem taki wściekły. namoczony w lodowato zimnej wodzie. Don Juan skręcał się ze śmiechu. Następnie usłyszałem bardzo specyficzne buczenie. bagienny cień przykryje mnie niczym koc i zadusi. Chciałem strząsnąć z siebie to coś. Bagienny cień wykonał kolejny skok. – Cóż za niedorzeczny widok! – powtarzałem ciągle. Miałem mój wielki gniew i moją niezachwianą intencję. Jedna z towarzyszek don Juana natarła mi plecy. które nie zostało dokładnie dostrojone do częstotliwości odbieranej stacji. Bez końca wybuchał długimi salwami śmiechu. usiadłem na swoim łóżku i najzwyczajniej w świecie zacząłem płakać jak dziecko. bezbronne i potulne. Nie odrywałem oczu od cienia skaczącego po dnie doliny. Kiedy doszedłem do siebie. Trawiła mnie gorączka. – Nie miał żadnych szans – usłyszałem powtarzane przez siebie w kółko te same słowa. że jest wodoszczelny i nic mu się nie stanie. szeroki może na pięć metrów. Mój biedny ojciec. Odczuwałem jego pogardę dla nas. Kąpiel w wannie niezwykle dobrze mi zrobiła. odzyskałem nieco panowanie nad sobą. ze wszystkim. wulgarny. że nie da się tego opisać słowami. – Są naprawdę bardzo ciężkie – powiedział mi don Juan do ucha. tak bezgranicznie sfrustrowany. Poczułem to tąpnięcie w kościach. Don Juanem i mną wstrząsnęło do głębi – monstrualny. którego opisywał mi wcześniej don Juan. niezdolny powiedzieć nic więcej. którego nigdy nie zapomnę. – Utrzymuj wewnętrzną ciszę. że tak bardzo go kocham. by nie utracić koncentracji. Walczyłem. po czym wepchnął do wielkiej wanny z wodą. przemieniając. najukochańsza istota. było najzabawniejszą rzeczą pod słońcem. zobojętniały. a zwłaszcza nad ojcem. Byłem tak przerażony. Kiedy don Juan wyciągnął mnie z lodowatej wody. jaką znałem. – Mój zegarek. tak delikatna. Zdjąłem moje mokre rzeczy. Don Juan się śmiał. okryłem się poncho. ale nie przyniosło mi to ulgi. Nie rozpraszając otaczającej mnie ciemności. nie był to jednak żal nad sobą. Przypomniałem sobie. – Nie bój się – nakazał mi don Juan władczym głosem. – Nigdy bym nie pomyślał. a on odejdzie. Płakałem z żalu nad moimi bliźnimi. Widziałem coś. Być może straciłem przytomność. chwilę potem nastąpiło kolejne głuche tąpnięcie. zupełnie tak. nie był istotą przyjazną. Do tamtej chwili nigdy nie wiedziałem. Był niesamowicie ciężki. Wywołały ją wielki gniew i niemoc. – Teraz masz spieprzony zegarek! Zdjąłem zegarek i odłożyłem go z boku wanny. w istoty słabe. jakby mówił to ktoś inny. leżałem w łóżku w domu don Juana. Było pewne. Z całych sił trzymał mnie za lewe ramię. po czym znów wylądował na ziemi z tym samym złowieszczym. z zegarkiem na ręku. w butach. że weźmiesz sobie widok latawca tak bardzo do serca – powiedział. chwilę później cień wykonał kolejny potężny skok. jak powiedział don Juan. bagienny cień wylądował tuż przy nas.

Wyruszał w swą ostateczna podróż. mówiąc. Reszta była jedną wielką niejasnością. Nestor i ja byliśmy tam z powodu naszego ostatniego zadania w charakterze uczniów. że powrót do świata. Zanim wyruszyliśmy. jakie ono będzie – zostanie zakończone – czy to sukcesem. Tak rozpoczął się tamtego dnia na szczycie góry mój dialog z don Juanem. jakie rosły wszędzie w tej okolicy. w zasadzie nie był to płaskowyż. co przeżywają ludzie w chwili załamania nerwowego. Musisz wiedzieć. Jego słowa mnie zdruzgotały. Pablito i Nestor. Podbródkiem wskazał w kierunku dna urwiska. Nieskończoność kusi tak bardzo. Z początku nie dostrzegłem urwiska. w którym panują bałagan. Zupełnie straciłem poczucie rzeczywistości i zapadłem w błogi stan rozszczepienia. hałas i ból. która jednak po dziś dzień pozostaje dla mnie nie rozwikłaną zagadką. jak mi się zdawało. jakby została ścięta nożem. podobny może nieco do tego. Wtedy wtrącił się don Genaro. czy ich kiedykolwiek spotkałem. Don Juan powiedział żartobliwie. którą don Juan objaśniał mi wcześniej na różnych poziomach świadomości. oraz ja. może dwieście metrów w dole. Mieliśmy skoczyć w przepaść. Na ten szczyt wspięliśmy się don Juan. żeby się z nimi pożegnać. Wojownik w podróży stwierdza.Skok w przepaść Na płaskowyż prowadziła tylko jedna dróżka. czy też nie. gdzie stałem. że nie jest on tak wielki. zanim podjęli swą wyprawę w nieznane. na górze. Z krawędzi przepaści dostrzegałem dno urwiska. Jednak rdzeń mojej istoty nie utracił spójności. Wtedy potrzebna będzie twoja decyzja. że jeszcze jedna ucieczka w ten stan była dla mnie jedynym ratunkiem przed kompletnym zdruzgotaniem. Szturchnął mnie delikatnie pod żebro i tłumiąc śmiech. roztrzaskałoby się w drobny mak na tej skale w dole. Kiedy już dotarliśmy na miejsce. jakbyś się zapadł pod ziemię. że płaskowyż kończy się przepaścią. Jedynym nienaruszonym fragmentem kanionu było miejsce. jego dwóch uczniów. Don Genaro znów się wtrącił i dodał. powiedział z przekonaniem. Góra była okrągła i wytarta przez erozję na swej wschodniej i południowej ścianie. Muszę cię też ostrzec. – Kiedy już wkroczysz w nieskończoność – rzekł don Juan-nie możesz liczyć na to. że niewielu wojowników w podróży wychodzi cało z takiego spotkania z nieskończonością. czy wracać. Cały łańcuch niewielkich gór na południe i północ od szczytu był najwyraźniej częścią gigantycznego kanionu. że trudno w to uwierzyć. jak przystało na prawdziwego wojownika w podróży. powiedział mi. że to wręcz konieczne. jego towarzysz don Genaro. że powinienem wyjąć notes i zacząć robić notatki z naszych ostatnich chwil spędzonych razem. czy to porażką. Jeśli postanowisz nie wracać – ciągnął – znikniesz. Pablito. że decyzja o pozostaniu albo powrocie nie jest kwestią racjonalnego wyboru. – Gdyby coś tak spadło z tej krawędzi na dno. przymus. Roślinność tam. Wówczas w mojej świadomości zaczęła się dokonywać bardzo subtelna zmiana. że jego czas na Ziemi dobiegł końca. ale nie byłem pewien. musisz zacisnąć zęby i czekać. nie różniła się od roślinności poniżej: zdrewniałe krzewy w kolorze wypłowiałej zieleni. że ściągniemy cię z powrotem. niepewnością. Tylko ty możesz zdecydować o tym. Dopiero gdy don Juan zawiódł mnie na jego skraj. jednak część ścian zachodniej i północnej wyglądała tak. W niektórych miejscach nie wyrastały ponad poziom dna. uzmysłowiłem sobie. o wyglądzie cokolwiek przypominającym drzewa. gdy patrzyłem na niego z pewnej odległości. tym rdzeniem byłem ja z czasów mojego dzieciństwa. Ściany zostały starte przez erozję. jak gdyby czytał w moich myślach. Byłem rozszczepiony przez tak długi czas. ale kwestią zamierzenia. Pokryte było takimi samymi zdrewniałymi krzewami. że przed nami na tym płaskim szczycie stali inni wojownicy w podróży. aż twoje zadanie – bez względu na to. zdałem sobie sprawę z tego. Lecz jeżeli zdecydujesz się powrócić. a płaski szczyt sporej góry. Przypominałem sobie twarze ludzi. że ja również jestem tu po to. Później w niezwykle osobliwy sposób zaczęły się na siebie nakładać różne poziomy mojej świadomości. to perspektywa niezwykle nieatrakcyjna. niesamowicie tajemnicza sprawa. że wkrótce dzięki potędze mej osobistej mocy sam zacznę wkraczać w nieskończoność i że tylko on i don Genaro przyszli się ze mną pożegnać. zaczęły we mnie wzbierać . jako że moje pierwsze kroki na ścieżce wojownika w podróży rozpocząłem od robienia notatek. wydrążonego przed milionami lat przez nie istniejącą już rzekę. Don Juan obrócił się do mnie i cichym głosem powiedział. – To lita skała – powiedział don Juan.

że ich kształty się zmieniają. zupełnie jakby coś we mnie opadło do ziemi. by pozbyć się napięcia. nie potrafiłem jednak powiedzieć. tak . – Taki już nasz los. Jednak ich esencja pozostawała nietknięta. że kręgosłup wojownika w podróży stanowią pokora i skuteczność. Nie wiedziałem jednak. zanim będziemy mogli się na niej wesprzeć. Dzisiaj musisz działać w oparciu o swoją wewnętrzną ciszę. don Juanie – odparłem. – Umawialiśmy się. Owego dnia wydawało mi się. Męka stawała się nie do zniesienia. kimkolwiek byli. że te zmiany mojej świadomości są wynikiem jakiejś patologii. wypowiadając słowa pożegnania głośno i wyraźnie. co wiesz. co mówisz. – Nie przejmuj się werbalizacją – powiedział don Juan. że umrzemy razem. choć jednocześnie tak bardzo mi znajomym. to ona właśnie wzbudzała we mnie tę przemożną tęsknotę. dokładnie w środkowym punkcie naszej świetlistej istoty. że wojownik w podróży musi pożegnać się ze wszystkimi ludźmi. gdyż jego świadomość nie utrzymuje się na nowym poziomie i spada na sam dół z byle powodu. lecz szczerze powątpiewałem. iż zawarłem z kilkoma ludźmi pakt. Nagle niezwykle wyraźne odczułem. Nabrałem kilka potężnych łyków powietrza. Choć moje uczucia wykraczały poza słowa. Nagle zawładnęła mną przygniatająca miłość do tych ludzi. Don Juan stanął z boku i odezwał się do mnie. Kiedy tak się dzieje. Tłumaczyłem ci już. i nie mogłem sobie przypomnieć. Nigdy dotąd don Juan nie mówił do mnie takim tonem. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego. Wyczuwałem tylko ich obecność. dlaczego wszystko zapominam i dlaczego przypominam sobie wszystko później. koniecznym warunkiem sukcesu jest zdrowy rozsądek. – To ostatnie ogniwo w długim łańcuchu. czy ich kiedykolwiek w życiu spotkałem. że uległem don Juanowi ze strachu i z szacunku do niego. Gdy tak oddychałem głęboko.dziwne uczucia udręki i głębokiej miłości. zapominasz o wszystkim. Mówił. Było to niemalże szarpnięcie. czego dokonał i co widział na ścieżce wojownika w podróży. również było bardzo mi znajome. Zawsze uważałem. Czułem. zupełnie jakbym przeżył niegdyś inne życie albo związał się emocjonalnie z istotami z jakiegoś snu. W tym momencie przeszedłem kolejną zmianę poziomu świadomości. co nie jest częścią mojego umysłu. Kolumna ta musi osiągnąć znaczną wysokość. że zadaniem każdego czarownika mężczyzny jest odzyskanie wszystkiego. czego dokonałeś i co widziałeś na ścieżce wojownika w podróży. co masz zrobić. ponieważ twoja świadomość wraca na poziom świadomości twojego świata na co dzień. wzrasta jak kolumna. od podłoża w górę. – Jesteśmy sami – powiedział. Potulnie usłuchałem i powróciłem do świadomości świata codziennego życia. co to byli za ludzie. w oparciu o to. że zrobiłem olbrzymi krok w dół. W owej chwili był innym człowiekiem. gdy tak naprawdę uświadamiam sobie. które bardzo mnie męczyło. w końcu zaś malutcy. jednak nie jestem w stanie zwerbalizować tego. Mój umysł skupił się na pewnej myśli czy raczej na pewnym odczuciu. Wiedziałem. co tylko będziesz chciał. – Naszym wielkim męskim problemem jest nasza kruchość – ciągnął don Juan. w odpowiednim czasie. do którego byłem przyzwyczajony. ale ta świadomość nie została jeszcze całkowicie sformułowana w twoich myślach. odzyskałem jasność umysłu. Jego głos był szorstki i rozkazujący. Dzisiaj masz do wykonania konkretne zadanie – dodał po chwili. co jeszcze na niego czeka. że w tamtym momencie przeszedłem kolejną zmianę poziomu świadomości. że pozostaniesz na poziomie świadomości powszedniego świata. – Kiedy nasza świadomość zaczyna wzrastać. Wówczas don Juan powiedział mi. z początku byli wysocy. – Zwerbalizujesz sobie wszystko. Doskonale wiesz. co wiem. teraz już wiem. To. że wiem coś. Na obecnym etapie twojego życia czarownika łatwo tracisz kontrolę nad swą świadomością. ale umierać samemu nie znaczy umierać w osamotnieniu. Głos don Juana nie był już słyszalny. Uzmysłowiłem sobie wówczas. Musi się pożegnać. podejmowanie działania bez oczekiwania czegokolwiek i umiejętność zniesienia wszystkiego. nie wiedząc o tym. których zostawia. Tęskniłem za jakimiś ludźmi. Problemem każdego czarownika-mężczyzny jest to. Don Juan odezwał się do mnie. że to robię. – Być może to pierwszy raz. co powiedział. że szybko o wszystkim zapomina. skąd się te zmiany biorą. że moja samotna śmierć jest czymś bardzo niewłaściwym. Na poziomie konkretnych myśli czy wrażeń miałem jedynie niejasne przeczucie. Następnie don Juan zwrócił się do mnie tonem. – Doskonale rozumiem. kim oni są. kiedy znajdował się na nowych poziomach swojej świadomości.

– Co pan tam robi. Zbliżyłem się do niego. – A co z twoimi duchami? – zapytał. co mógłbym zrobić. był hazardzistą. ale nie miał stałej. opowieściami o ludziach. Poszedł w przeciwnym kierunku. panie Acosta? – spytałem odważnie. . W ten sposób pozbywają się ciężaru świadomości. gdy byłem małym chłopcem. że dostrzec mogły go jedynie bystre oczy ośmiolatka. No chyba. nie z powodu zażenowania. ale nie zrobił tego. Podziękowałem już mojemu przyjacielowi z całego serca i miałem wrażenie. na czym znał się najlepiej – szukaniem roślin i polowaniem na zwierzynę – ale został dotknięty dziwną chorobą ducha. To. halo. majstrem do wszystkiego. jak i przyjaciele twierdzili. gdyż krzaki były tam bardzo gęste. Był to pan Acosta. Siedział przykucnięty pośród krzewów dżungli i był tak słabo widoczny. a raczej ciągle byłem w trakcie odpłacania. Przedstawiłem zdanie i moje wątpliwości don Juanowi. którzy ofiarowali mi coś niepojętego i którym nigdy za to nie podziękowałem. bezruch maskował go idealnie. ale nie potrafi utrzymać ich przy sobie ani jakoś zainwestować. Don Juan wbił mi do głowy przykazanie czarownika: “Wojownicy w podróży odpłacają z elegancją. myśliwym oraz dostawcą roślin i owadów dla okolicznych zielarzy i uzdrowicieli oraz wszelkich gatunków ptaków i ssaków dla wypychaczy zwierząt i sprzedawców ze sklepów zoologicznych. “Nic dziwnego. Z setek zdarzeń. Byłem przekonany. Zwróciłem uwagę na różnicę pomiędzy krzakami i jego sylwetką. Wspomniane trzy inne przypadki pozostawały opowieściami z mojego życia. że ktoś mnie obserwuje zza gęstych krzaków na skraju lasu. że nie pozostało już nic. Zarówno jego przeciwnicy. czyjego słowa są zgodne z prawdą. kto zaszczycił mnie swą troskliwością lub poświęcił mi swą uwagę. Odpłaciłem już wówczas. don Juan wybrał trzy jako przykład długu zaciągniętego w bardzo wczesnym okresie mojego życia. dodał jednak. jeśli tylko potrafisz znaleźć jakieś przejście przez te krzaki – odrzekł. Podczas rewizji życia zdałem mu relację z każdego zdarzenia w moim życiu. Przez długi czas się wahałem. które mu opowiedziałem. zanim wstanę. Pewnego dnia. Odszedłem kawałek na bok. że faktycznie przeprowadziłem szczegółową rewizję życia. którą im wyświadczono. Był to naczelny wróg mojego dziadka. niż dostrzegając. których nie możesz już dotknąć? Wiedział. że wyjdzie z krzaków i ruszy przez teren mojego dziadka do drogi. Przeprowadziłem tak gruntowną rewizję życia. która przyczyniła się do naszego spotkania. że się zatrzymał. – Halo. szczodrością i niedoścignioną swobodą za każdą przysługę. o czym mówi. że dziadek myśli sobie. że możesz pójść ze mną. lecz dlatego. Już wcześniej w pełni przyjąłem koncepcję czarowników. iż nie wiedziałem. Jedna z tych historii wiązała się z człowiekiem. że wojownicy w podróży nie mogą być nikomu niczego winni. Dziadek ustawicznie oskarżał go o kradzież kurcząt ze swej fermy. Sądziłem. Wstał. w głąb dżungli.by jego krzyk i jego uczucia zostały na zawsze zapisane w skałach tych gór. którego znałem. że zarabia góry pieniędzy. kogo powinienem uwzględnić w tych tak ważnych słowach. jego nemezis. że są komuś coś winni". Nazywał się on Leandro Acosta. – Sram i w tym czasie przyglądam się fermie twojego dziadka – odparł – więc lepiej spływaj. że nie jestem już nikomu nic winien. Były. jasno sprecyzowanej pracy. kiedy przechadzałem się wzdłuż granicy fermy mojego dziadka. – Czy mogę iść z panem? Zauważyłem. zauważyłem. że moje podziękowania zostały przyjęte. że dawno mógł już założyć najlepiej prosperującą firmę w całej okolicy i zajmować się tym. znachorem samoukiem. znów było to bardziej odczucie niż spostrzeżenie. – Tymi. bardziej ją wyczuwając. Ludzie byli przekonani. niezdolnego do zajmowania się czymkolwiek przez dłuższy czas. że nie jestem nikomu niczego winien. każdą uprzejmość. panie Acosta! – zawołałem. Don Juan odpowiedział. że nikt poza mną nie byłby w stanie go wypatrzyć. że przychodzi tu kraść kurczęta" – pomyślałem sobie. że lubisz zapach gówna. każdemu. do tego dodał jeszcze dług wobec osoby. Acosta nie był włóczęgą. Chciałem sprawdzić. iż daleko mi jeszcze do wyzwolenia się od ciężaru świadomości. W owym czasie szczerze wierzyłem. Żył na uboczu. bezgranicznie mnie intrygowało. że ludzie atakowali go z taką pasją albo tak za nim przepadali. – Jasne. która czyni z niego człowieka niecierpliwego.

czekając. Przywódca sępów indyczych jest ich królem. – Musisz staranniej dobierać sobie znajomych – powiedział – albo skończy się na tym. żeby wywąchać. Następnie sęp leniwie zacznie się zbliżać do ciała. chodź ze mną. pokusa była jednak silniejsza ode mnie. że kradnie moje kurczęta. Sęp będzie przez chwilę siedział nieruchomo na jego biodrze i będzie to sygnałem dla innych sępów. i mamy go – orzekł rozpromieniony. że ciała sępów z naszych stron. że dąży się do tego. – Do tego wyczynu będziemy potrzebować martwego osła. Starałem się ograniczyć moje spotkania z nim. to ja to zrobię. i tak pan Acostą przeobraził się dla mnie z sympatycznego myśliwego w symbol tego. jeśli chcesz. No to dalej. – Usuniemy wnętrzności i wsadzimy na ich miejsce kilka patyków. mały! Udało ci się. To dlatego jest królem. Zapowiadam ci. Wtedy złapiesz go obiema rękami za szyję – dam ci dwie specjalne rękawice skórzane i nie pozwolisz mu się wyrwać. . które będą stanowić część całego rusztowania. że złapałeś króla sępów za szyję. – Brawo. żeby ten człowiek miał na ciebie jakikolwiek wpływ. co jest zakazane i pożądane zarazem. najbardziej z nich inteligentny – ciągnął. Nie będzie się spieszył. Ale moje argumenty jeszcze bardziej rozwścieczyły dziadka. że jeżeli ty z tym nie skończysz. – Żadna sztuka. przez który można się było przeczołgać i który po trzech czy czterech metrach przechodził w regularną ścieżkę. że wbijemy w ziemię cztery kije.To nie było trudne. Starałem się ukazać dziadkowi bezsens jego oskarżeń. które wyciągniemy z brzucha osła. Zapewnił mnie. Nasię na niego kogo trzeba pod zarzutem. że przy pomocy mojej i jego trzech kolegów sprawa przestanie być problemem. Pan Acostą wykombinował sobie. Uświadomiłem sobie wówczas. że jakiś dziki kot zdążył już nieco z niego podjeść. trochę podskakując. czego jeszcze nie udało mu się dokonać. – Ty się ukryjesz wewnątrz osła – odparł ze śmiertelnie poważną miną. I mógłby ci tak namieszać w głowie. co im się nigdy wcześniej nie udało: złapał żywego sępa. Nie będę tolerował tego. Podleci do niego pod wiatr. nie raniąc go. ułożymy przy jego zadzie. Cała sztuka polega więc na tym. składają się z siedmiu różnych rodzajów mięsa i każdy z tych siedmiu rodzajów ma określone działanie lecznicze. Pan Acostą nie musiał kraść kurcząt. Metodą nie kończących się prób i błędów odkryłem. że jest to oczywisty wniosek. bym zrobił coś. Kiedy zobaczę. gdyby nie to. że skrycie zazdrości panu Acoście jego wolności. które wylądują w pobliżu. Przewróciłby go na grzbiet. król zabierze się do roboty. trochę machając skrzydłami. by złapać go żywcem. Wnętrzności i miękkie organy. że przychodzi tutaj codziennie i je kradnie. co będziemy robić z martwym osłem. aż zapytam. Powiedział. Będziesz siedział w środku i czekał. że będziesz taki sam jak oni. tak jest. a potem wskoczy na biodro i zacznie nim kołysać. gdzie się podziewam – że w końcu dziadek surowo mnie zganił. Kiedy nie miałem co robić. Pewnego dnia pan Acostą i trzej jego koledzy zaproponowali mi. aż król indyczych sępów swoim potężnym dziobiskiem rozpłata odbyt osła i wsadzi do środka głowę. Ptaka trzeba uśpić. cholera jasna. ruszymy pełnym galopem i rzucimy się na ptaka. jest największy. Z niej potrafił uzyskać wszystko. zaznaczyłem przejście przez krzaki sporym kamieniem. Będzie podchodził do niego. bo sam dobrze wiesz. Łatwo go ustrzelić. – A jaka jest moja rola w tym wszystkim. żeby zacząć ucztę. olbrzymich ptaków o rozpiętości skrzydeł od półtora do prawie dwóch metrów. za zewnątrz. obezwładniając go. – Nie ma drugiej pary tak bystrych oczu. a jest to coś. ale wówczas jego mięso traci swoje właściwości lecznicze. co było mu potrzebne. Miał do swojej dyspozycji cały ogrom dżungli. że w krzakach był tunel. Codziennie chodziliśmy na wyprawy łowieckie. Ponieważ pytanie nie padło. że stałbyś się dokładnie taki sam jak on: zupełnie bezwartościowy. żeby brzuch nie wpadł mu do środka. Taki był początek mojej znajomości z panem Leandrem Acostą. Mógłbyś się jak nic zarazić od niego tą jego swawolą. czy naprawdę jest martwy. by złapany sęp nie miał żadnych ran. Pan Acostą wytłumaczył mi. Stworzymy wrażenie. gdzie mogłem się wyprostować i normalnie iść. naturalna konsekwencja jego obserwacji zachowania setek sępów. Spojrzał na mnie. pan Acostą zaczął mówić dalej. panie Acostą? – zapytałem. Moi trzej koledzy i ja na koniach ukryjemy się w głębokiej rozpadlinie. Dopiero wtedy gdy na ziemi znajdą się trzej albo czterej jego kompani. a nie zabić z użyciem przemocy. Nasza komitywa stała się tak widoczna – nie było mnie w domu od świtu do zachodu słońca i nikt nigdy nie wiedział. Ja będę obserwował całą operację przez lornetkę. To on właśnie dostrzeże martwego osła i on pierwszy na nim usiądzie.

Czułem się okropnie. jak składają namiot i odjeżdżają galopem na swych koniach. Czekałem. Najgorsza chwila nadeszła wówczas. które nie dawało mi spokoju. że nie zostawili żadnej dziury. z pewnością dobrze widzą. Nie było ucieczki. szeroko rozwartym okiem wdarła się do środka. – Niech mi pan powie. Zacieniał go płaski daszek. aż dotarliśmy do suchej. zupełnie jakby na zewnątrz rozszalała się wichura. Dałem się złapać na haczyk. bo sępy dostrzegą twoje oko i w ogóle nie przylecą. gdy pan Acosta wsadził mnie do wnętrza podłego osła. nie denerwował się i nie niecierpliwił. czy znaleźli tego martwego osła. aż mi powiedzą. Pokusa. wyglądał na dorastające zwierzę. Następnie wszyscy rozpięli skórę zwierzęcia na rusztowaniu i zaczęli ją zszywać. ponieważ sępy nie próżnują i choć są bardzo daleko stąd. zostawiając tyle miejsca. Nie mają prawa niczego zobaczyć. co się dzieje. Oddychałem ciężko. Moje przypuszczenie przerodziło się w pewność. poza zasięgiem naszego wzroku. Jechaliśmy może przez godzinę. bym mógł się wczołgać do środka. była niemal nie do opanowania. Do pustego brzucha osła wsadził kilka kijów i skrzyżował je.– Da pan radę obezwładnić tego sępa. Nie żebym powątpiewał w jego możliwości. Pan Acosta udzielił mi ostatnich instrukcji. niczym wieko trumny. myśląc jedynie o dreszczu emocji. że król sępów usiadł na ciele podłego zwierzęcia i znieruchomiał. Nie zamierzałem zachorować na żadną chorobę i przegapić wydarzenia. Potem usłyszałem gwizd pana Acosty. Ułożył za swoim siodłem gruby koc. żebyś podpatrywał. Widziałem w nim prawdziwego myśliwego – zaradnego. Może nimi złamać nogę jak zapałkę. Ruszyliśmy leniwym truchtem. Gdybym był niższy. Przygotowałem się na nadejście nieuniknionego. że się zgodzisz. Przeżyjmy tę przygodę i nie zawracajmy sobie głowy głupimi szczegółami. znającego się na rzeczy. Wrzasnąłem przerażony i złapałem . Czy wiesz. niesamowicie wielkim dziobem i świdrującym. Ani pan Acosta. prawda? Myśli pan. a potem jeden z jego kolegów podniósł mnie i usadził na nim. Nie chciałbym. Następnie poczułem jakiś ciężar i wiedziałem wówczas. panie Acosta. że tak! – odrzekł tonem najpewniejszego człowieka pod słońcem. – Wszyscy będziemy mieć rękawice i skórzane getry. przez którą mógłbym wyglądać. tak żebym był na bieżąco. chciałem się po prostu upewnić. Zatrzymaliśmy się przez namiotem. Choroby osłów nie przenoszą się na ludzi. – Dobra. czy też sami go zabili. bym miał dopływ świeżego powietrza. Potem usłyszałem. Usłyszałem trzepot innych skrzydeł i gwizdanie pana Acosty dobiegające z pewnej odległości. krążąc gdzieś bardzo wysoko. więc przyjąłem. co to znaczy złapać króla indyczych padlinożerców? Uwierzyłem mu. przy samej ziemi. Sęp ma bardzo potężne szpony. ani jego koledzy nie wyjaśnili mi. gdy złapię króla sępów za szyję. gdy usłyszałem trzepot ogromnych skrzydeł i nagle ciałem martwego osła zaczęło coś targać. że mogę się od niego zarazić? Pan Acosta wzniósł oczy ku niebu. Minął długi czas. W tamtej chwili mój podziw dla pana Leandra Acosty nie miał granic. Pod daszkiem leżał martwy osioł. bo z pewnością tak właśnie bym zrobił. sam bym wlazł do środka. – Dajże spokój! Chyba nie jesteś takim głupolem. Dobrze. W końcu odważyłem się zadać pytanie. Potem nagle olbrzymia ohydna głowa z czerwonym grzebieniem. że król sępów krąży gdzieś w pobliżu. by spojrzeć w niebo i patrzeć. że zagwiżdże jak ptak. Musimy zatkać każdą dziurę w ośle. – Spodziewałem się. przebiegłego. Ciało osła zatrzęsło się i coś zaczęło rozdzierać jego skórę. które miało wszystkie wydarzenia pod sobą. moje niewiarygodne podekscytowanie nie pozwoliło mi odejść. co się dzieje na ziemi. – Mają beznadziejny słuch. – Jasne. – Te stworzenia to jedne wielkie oczy – powiedział. – Zuch chłopak! – odparł pan Acosta. a ich węch też nie jest tak dobry jak wzrok. Jego słowa podziałały na mnie tak. nie myślałem o niczym. ten osioł na pewno zdechł z powodu jakiejś choroby. – Trzymaj się siodła – powiedział pan Acosta – i jednocześnie koca. jakby ktoś owinął mnie peleryną niesamowitej pewności siebie. odludnej równiny. złapmy go! – powiedziałem. W czasie przygotowań pan Acosta wyjaśnił mi. który przypominał stragan na targowisku. gdy król sępów będzie się kręcił w pobliżu i kiedy już usiądzie na ziemi. gdy zszyta skóra przykryła mnie już zupełnie. panie Acosta? – zapytałem. Powiedział. że postawili namiot. Zostawili jednak dużą dziurę na spodzie. Chyba nie był stary. a nie zamierzałem sam ich o to pytać.

tak że sęp nie da rady ich wyszarpnąć. tak więc nawet mnie nie drasnął. – Nie wolno ci mylić samotności z osamotnieniem – wyjaśnił mi kiedyś don Juan. – A właśnie że tak. Moja znajomość z panem Acosta trwała wystarczająco długo. trzymającym go za szyję. czasami spędzaliśmy tak całe dnie. biłby się z każdym. gdy sam byłem dzieckiem. jakiej potrzeba myśliwemu. a przy tym bardzo przyjacielski. płynęliśmy po wezbranej rzece. gdyż był zdecydowany. To będzie afront dla twojej męskości. Uratowało mnie jeszcze to. czy rozumiem dług tak samo jak wojownicy w podróży. że angażował całą swoją siłę na wyrwanie się z mojego uścisku i dlatego nie mógł wysunąć szponów tak daleko do przodu. Łapaliśmy bardzo małe rybki. żeby mnie zranić. Nie było sposobu. czego mnie nauczył. o przezwisku “Zwariowany Pastuch". razem z moim drugim przyjacielem. Nazywał się Armando Velez. Wtedy. a ty będziesz przywiązany do rusztowania. ale “Senor" był skracany do “Sho". że pan Acosta spadł na sępa dokładnie w chwili. już to rozerwać mnie na kawałki potężnymi szponami. Z powodu jego wyniosłych manier nazywaliśmy go “Seńor Velez". udało się! – powiedział. To pierwsze upośledza. Samotność jest stanem fizycznym. – Co ty wygadujesz. że mnie pokonał. dotyczącym umysłu. że był bardzo zaradny i inteligentny. Ludzie z miasteczka spodziewali się. z którego pochodzę. żeby nas stamtąd wydostać. bo przez chwilę w ogóle się nie poruszył. Niełatwo byłoby go zastraszyć. – Osamotnienie dla mnie jest stanem psychicznym. Wyrzuciło mnie na wyspę i byłem tam przez osiem dni. tak i on był niesamowicie wyniosły. Już pływałem po rzece w czasie powodzi. . bo głowę miał do połowy utkwioną we wnętrznościach osła i rusztowaniu. był dziesięcioletni chłopiec. synu.ptaka za szyję obiema rękami. – Udało nam się. którego znałem. Kiedy nadeszła powódź. że trafią do celu. Podobało mi się w nim również to. to drugie zaś przynosi wytchnienie. Chodziliśmy razem na ryby. Musieli mi przysyłać jedzenie rzeką. co pozwoliło mi wzmocnić uścisk. a jednak nie należał absolutnie do tego typu ludzi. jak krzyczy: – Puszczaj go. że był oburęczny. po czym zjadaliśmy na surowo. Lubiłem go bardzo. mając nadzieję. synu. Przedstawił mi swą prośbę. Don Juan powiedział. potem rozpętało się prawdziwe piekło. nade wszystko zaś pokazał mi. Podobnie jak jego imię. czego nigdy nie odważyłbyś się zrobić. – Założę się o wszystko – powiedział – że wiem. co jest typowym zwyczajem w regionie Ameryki Południowej. gdy skórzane rękawice zsunęły mi się z dłoni. rzecz jasna. przepraszając niejako za to. mam u pana Acosty wieczny dług. Nie mógł mnie dostać. Słyszałem. oraz to. którzy wyżywają się na słabszych. Rozkładaliśmy je na słońcu i suszyliśmy. – Następnym razem wbijemy dłuższe kije w ziemię. Gdyby musiał. Sho? – Nie odważyłbyś się popłynąć rzeką na tratwie. puszczaj. Pewnego dnia Sho Velez poprosił mnie o coś bardzo niezwykłego. Zaraz potem poczułem. Bez końca urządzaliśmy sobie jakieś zawody. mówił tak: “Jeśli sobie odpuszczę i pozwolę ci wygrać. Lewą ręką rzucał kamieniem dalej niż prawą. jak mi powiedział don Juan. Za to wszystko. że powódź pochłonie wyspę i obaj zginiemy. Potem moje zainteresowanie spędzaniem z nim czasu zniknęło równie tajemniczo. znienawidzisz mnie. bo odleci razem z tobą! I rzeczywiście – król sępów był gotów już to wzbić się w niebo razem ze mną. Wydaje mi się. Oszołomienie sępa zniknęło i ptak pociągnął mnie z taką siłą. bym zdążył złapać jednego sępa. trzymając się szyi intruza jak tonący brzytwy. że król sępów musiał być oszołomiony. w których – ku mojemu wielkiemu rozgoryczeniu – on zawsze wygrywał. jak czerpać z samotności wszelką pociechę. taki mały starzec. To była prawda. tak też było. posągowy. bez względu na to. Szpony ślizgały mu się na luźno rozrzuconych na zewnątrz jelitach. Drugą osobą. Wyrzuciło nas na wyspę. Spuszczali na wodę kosze zjedzeniem. jak się pojawiło i tak naprawdę nigdy nie miałem okazji mu podziękować za to wszystko. Musisz się więc bardziej starać". że wpadłem w rusztowanie i chwilę później znajdowałem się częściowo na zewnątrz. w formie wyzwania. Z dala posłyszałem galopującego konia pana Acosty. Pan Acosta nie posiadał się z radości. czy nie. które ukrywały się pod kamieniami i trzeba je było wybierać z wody dłonią. wobec której miałem zdaniem don Juana dług. że nauczył mnie on cierpliwości myśliwego w najlepszym na naukę czasie.

Sho. gorąco. że nie musieliśmy wiosłować. Ma sześć osób na utrzymaniu. o co tylko chcesz. że jego ojciec jest biznesmenem i że wszystko. Po jakimś czasie. – Ty. że udało mu się mnie podpuścić. że tratwa mogła płynąć. Woda była na tyle głęboka. ale za to mój ojciec będzie żył. Moim zdaniem. Przez chwilę myślałem. poza tym było parno i wilgotno. Pomyliłem się. Moja matka mówi. Dzieciom z okolicy mówiono. z tą różnicą. fetor. – Widziałem to twoje szalone spojrzenie w jego oczach. że to wejście do piekła: opary siarki. że w życiu się nie zbliżę do tej rzeki! – wykrzyknąłem. gdzie woda była bardzo głęboka. czy Sho Velez wyjdzie z tego cało. Na tratwie mieliśmy latarki. który wydawał się ciągnąć jak długie godziny. Światło latarek tworzyło groteskowe cienie. moja matka i ja jesteśmy na jego utrzymaniu. Nie miałem w tym względzie najmniejszych wątpliwości już w wieku dziesięciu lat. Odór odchodów nietoperzy był nie do zniesienia. Wewnątrz góry panowały nieprzeniknione ciemności. to inna kwestia – podjął Sho Velez tonem naukowca. jakim człowiekiem jest ojciec Sho Veleza. że zginie. że uśmiecha się z zadowolenia na myśl o tym. że on chce się po prostu wyszumieć. Ten podziemny odcinek rzeki zawsze był dla mnie niezwykle intrygującym miejscem. – Nie. i usłyszałem samego siebie. że duży odcinek naszej rzeki przepływa pod górą. ale ja mu nie ufam – ciągnął dalej Sho Velez. Miał rację. Wejście rzeki u podnóża góry stanowiła złowroga wielka pieczara. od patrzenia na cienie robiło się niedobrze. co zapowiadał. wszyscy dookoła byli martwi. że ma dość ikry. Wyraził to w swych kolejnych słowach: – Wiem. Uświadomienie sobie odwagi Sho Veleza było dla mnie czymś wstrząsającym. że spotkamy się o pierwszym brzasku. wyjdę z tego cało – powiedział. żeby robić coś takiego.Utrzymywali nas tak przy życiu. Sho wyszeptał mi do ucha. włącznie z miłością mojego życia. jak przez szyję przebiega mi coś w rodzaju prądu elektrycznego. a nurt na tyle wartki. żeby zrobić to. ale będzie zabawa! Idę z tobą! Na twarzy Sho Veleza pojawił się krzywy uśmiech. Wiem. – W życiu nigdy! Musisz być naprawdę walnięty. Sho. . byłby zwariowany jak nie wiem co. Nie obchodziło mnie to. czy też nie. On to kiedyś zrobi i jestem pewien. Nigdy go nie widziałem. Tak więc zamierzam wziąć jego tratwę i sam się wybrać na tę rzekę. Nie wiedziałem. przeszliśmy dobrych kilka kilometrów w niskie zielone wzgórza do pieczary. Nie miałem pojęcia. – Ojciec skonstruował tratwę i chce się tam wybrać. dwaj bracia. dobra! Tak. tak też się stało. jakby główny nurt natrafił na zaporę. gdzie rzeka chowała się pod ziemię. Moje dwie siostry. Gdyby nie to. aż woda opadła na tyle. którą uważałem za coś wyjątkowego i niespotykanego: byli odważni. Światło zaniepokoiło nietoperze. co posiada. zawisło teraz niejako na włosku. Poważna twarz Sho Veleza sposępniała jeszcze bardziej. Wyglądało to tak. że może lepiej w ogóle nie patrzeć. że mogli dotrzeć tam na tratwie i ściągnąć nas na brzeg rzeki. Poczułem. Zmobilizowała mnie jego odwaga. – W grę wchodzi spuszczenie tratwy na podziemną rzekę. Zrozumiałem. Sprawdziłem wszystkich. Sho. Przypomniał mi. że wybieram się z nim. – Bo widzisz. dopłynęliśmy do czegoś w rodzaju stawu. Obaj mieli cechę. Uparł się na tę wyprawę. moim dziadkiem. a nie dlatego. że dasz się sprowokować i wybierzesz się ze mną. co z tobą? Po cholerę miałbyś się pchać w to diabelskie miejsce? – Muszę – odrzekł swym małym. Nikt poza nimi w całym miasteczku nie miał ani krzty odwagi. ciężkie i nie dające się nabrać w płuca powietrze. Wiedziałem. że zginę. które zaczęły latać dokoła nas. – Możesz iść z każdym o zakład. mój ojciec jest tak samo szalony jak ty. – Och – odparł na to – w takim razie będę musiał popłynąć zupełnie sam. W głębi pieczary już ich nawet nie było. Moja strata. że on jest ojcem i mężem. Sho Velez zdradził mi. trzepocząc bezcelowo skrzydłami. jak krzyczę w niewyobrażalnym uniesieniu: – Dobra. tylko stojące. Umówiliśmy się. jak zarabia na swoją rodzinę. zatykało dech w piersiach. bo widok jest naprawdę przerażający. szorstkim głosikiem. że jeśli będziesz ze mną. które musieliśmy od razu włączyć. Jest dla nas wszystkim. w której zawsze pełno było nietoperzy i smrodu amoniaku. powierzchnia była prawie zupełnie nieruchoma. Niosąc lekką tratwę jego ojca. Chciałem być z nim aż do samego końca. On i Zwariowany Pastuch to byli jedyni chłopacy z ikrą w całym miasteczku.

później skierowaliśmy się z powrotem do miasteczka. czy też nie. wyszliśmy na zewnątrz. by nawet próbować wracać. – Ale miałby dość sił. rozłożyliśmy nasze ubrania na słońcu. jak wielkie wrażenie na mnie wywarł. Zderzyliśmy się na powierzchni. Powodzie musiały nanieść do pieczary kamienie. Spostrzegłem wówczas. gdy mu powiedziałem: – Bądź ich królem. zwierzęcy strach. iż zanim zaczniemy myśleć. ci ludzie byli jego. że był on jedyną osobą. że jeśli staniemy prosto na tratwie. Sho Velez był jedyną osobą. Znalazłem otwór na tyle duży. W mym ślepym uwielbieniu dla dziadka – mężczyzny – zapomniałem . Nurt był o wiele za silny. za co jesteśmy gotowi umrzeć. a my nie damy rady wrócić. do jakiego doszedłem. Jest na to za duży. by dziesięciolatek mojej postury zdołał się przezeń przecisnąć. Trzecią osobą. Czułem. Miał kogoś. że był to jedyny gest. Pamiętałem. Kiedy tamtego dnia się rozstawaliśmy. Uznałem jego wyższość. za kogo mógł umrzeć. Nie mówiąc ani słowa. Już nigdy więcej z nim nie rozmawiałem. musimy mieć coś. przecisnęliśmy się przez niego na drugą stronę. by tratwa mogła przez nią przejść. Gorączkowo szukałem jakiegoś przejścia. że jesteśmy bliscy śmierci – rzekł grobowym głosem.– Ugrzęźliśmy – znów wyszeptał mi do ucha Sho Velez. Don Juan był przekonany. że czasami z powodu nachylenia koryta rzeki prąd był oszałamiająco rwący. Nie podzielałem jego grobowego nastroju ani jego pragnienia śmierci. ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. stracił bowiem tratwę swojego ojca. To miasto było jego. Na powierzchni wszystko było gorące i wilgotne. Zdecydowaliśmy. kosztowałoby go to jednak mnóstwo wysiłku. Sho Velez był niepocieszony. że woda została zatamowana prawie na wysokości górnego jej pułapu. Dzięki skałom porośniętym mchami i porostami mogliśmy zjechać spory kawał w dół bez jakichkolwiek obrażeń. Celowo zakończyłem naszą przyjaźń. i odnalazłszy ponownie otwór. Nie było szans. Jedyny wniosek. Liczyło się to. jakiś prąd. którym mogłem dać mu do zrozumienia. i udowodnił. zupełnie jak na zjeżdżalni w wesołym miasteczku. dla czego warto żyć? Te dwie rzeczy idą ramię w ramię i śmierć nimi kieruje. i nie udowodniłem absolutnie niczego. Nie rozstrzygnęliśmy wówczas kwestii. przez który przedostaliśmy się na drugą stronę. że jest gotów to zrobić. Wynurzyłem się. Symbolicznie przekazałem całą schedę w ręce Sho Veleza. – Jeśli nie masz niczego. czy ojciec Sho Veleza zginąłby tam. Sho Velez musiał poczuć to samo co ja. że mój dług wobec Sho Veleza nie da się wymazać. Wzięliśmy nasze rzeczy i związaliśmy je w bardzo ciasne zawiniątko. że być może jakiś zdesperowany. – Nigdy by się nie przecisnął przez ten otwór. Przy wejściu pieczara miała kształt katedry i wysokość może piętnastu metrów. Moje ciało odczuło różnicę temperatur i zacząłem się bać. Na końcu jaskini dostrzegliśmy jasną plamę nieba i brodząc w wodzie. wielki mężczyzna mógłby w końcu wydostać się stamtąd za pomocą liny. Mój ojciec to wielki. a on w mojej opinii był najlepszy spośród nich wszystkich. która nauczyła mnie tego. u której w przekonaniu don Juana miałem dług wykraczający poza życie i śmierć. Ja nie byłem tego taki pewien. ja nie miałem nikogo. że masz coś. którego nigdy wcześniej nie czułem. co znaczy. której kiedykolwiek w życiu zazdrościłem czegokolwiek. który przeistoczył się w głęboką prawdę. Jego triumf był całkowity. gdzie płynąca dalej woda sięgała nam do pasa. Jesteś najlepszy. Ściągnąłem Sho Veleza pod powierzchnię i pokazałem mu dziurę. za co jesteś gotowy umrzeć – powiedział do mnie raz don Juan – jak możesz twierdzić. był taki. że mamy coś. Przyznałem. Przywiązaliśmy tratwę do kamienia i zaczęliśmy nurkować. ale metr pod wodą było bardzo zimno. wyrzekłem banał. że znajdujemy się na powierzchni stawu o głębokości około piętnastu metrów. Po drugiej stronie woda spływała pochyłym korytem. za kogo mógłbym umrzeć. była moja babka ze strony matki. że musimy odnaleźć jakieś wyjście. po czym zanurkowaliśmy. dla czego warto żyć. był to dziwny. żeby przejść na piechotę całą drogę z powrotem do wejścia do pieczary. będziemy mogli dosięgnąć sklepienia pieczary. – Tratwa nie da rady przejść dalej. gruby mężczyzna – powiedział. – Sądzę. które spiętrzyły się w zaporę. Sho. Następnie dostaliśmy się do olbrzymiej jaskini w kształcie katedry. że po raz pierwszy w życiu poczułem ukłucie zazdrości. – Mój ojciec by tam zginął – przyznał w końcu. starając się poczuć ruch wody.

Kierowca wniósł jego skórzane walizy do patio. Dalej Antoine powiedział mi. Kilku rozjuszonych młodzieńców już go właściwie wieszało na drzewie na ziemi mojej babki. że jest bardzo wysoki. młody człowieku? – zwrócił się do mnie najpiękniejszym scenicznym głosem. który przywabiłby do mnie muzy. natychmiast mnie sobie zjednał. że wcale nie przypomina reszty moich krewnych. Szeroko otworzył oczy i odskoczył w tył. Jednego popołudnia. Chyba wszyscy egzekutorzy byli jej chrześniakami i żaden z nich nie ośmielił się jej przeciwstawić.o prawdziwym źródle siły tamtego domu: o mojej niezwykle ekscentrycznej babce. Uzmysłowiłem sobie wówczas. Miał długie. jak zjawiłem się. Następnie wybuchnął głośnym śmiechem. otwarty uśmiech. Ściągnęła mężczyznę na ziemię i zabrała go do siebie do domu. Chyba zauważył. Oto jest moja męka. Powiedziała. Oskarżano go o to. Zauważyłem jednak. Jedno spojrzenie wystarczyło. – A czy wolno mi wobec tego spytać. jej adoptowany syn miał już pod czterdziestkę. brak mi albo dyscypliny. majordomusem i doradcą. jak pan się nazywa? Mężczyzna udał zaskoczenie. powiedziała. że nie tylko boksował worek. które opowiadały mi kiedyś moje ciotki. swą podporą. Kiedy zobaczyła mężczyznę. co piszę. Zjawiła się w porę i przerwała egzekucję. że jest czarownikiem. na wskroś przepełniony witalnością. Sznur zdążył już zrobić głęboką ranę w jego szyi. i zakręcił się dokoła. Rana się zagoiła. dokładnie wiedząc. że jest dramaturgiem. ale nie potrafię stworzyć niczego. by go wyleczyć. Ciało miał twarde jak skała. – Czy mogę cię spytać o twoje imię. jak silne więzy łączą go z moją babką. Uniósł ją tak. Moje ciotki opowiadały. jej dzieciątkiem. która zupełnie zburzyła mój spokój. której pragnę: talentu. by stwierdzić. choć nie fizycznie piękny. Podobało mi się to. Spostrzegłem wówczas. Masywność jego sylwetki maskowała jego wzrost. by zamieszkać u dziadków. ale także go kopał w niezwykle zadziwiającym stylu. on natomiast był żywy. że bacznie mu się przyglądam. że rysy twarzy gościa są bardzo uderzające. należy do niej. Moja babka rzeczywiście rozpieszczała go ponad wszelką miarę. że został adoptowany. Szanuję to. Antoinem. że jest jej synem. proszę pana – powiedział. Kiedy przybyłem do domu mojej babki. Twierdził. boksując worek. Najbardziej zwracał uwagę jego promienny. Od razu bardzo sobie przypadliśmy do gustu. Nazwał ją swym bastionem. zupełnie jakby go ktoś zaatakował. z taksówki przed domem wysiadł nadzwyczaj elegancko ubrany. której nie posiadam. było to przyczyną nie dających się opisać niesnasek w rodzinie. że to on zasugerował babce adopcję pewnego osieroconego niemowlęcia jako własnego syna. swą bliźniaczą duszą. postawny mężczyzna. Na to z patio wyszła moja babka. kręcone włosy i długie. że jego życie się skończyło w dniu linczu. krzyknęła jak mała dziewczynka i zarzuciła mu ręce na szyję. Nazywając mnie młodym człowiekiem. jakby zupełnie nic nie ważyła. jaki kiedykolwiek w życiu słyszałem. że jego jedynym gorącym pragnieniem w życiu jest zostać uznanym pisarzem. Jedyna rzecz. – Trochę się boksowało w swoim czasie. Dotrzymał słowa i resztę swego życia poświęcił służbie mojej babce. – Nazywam się Carlos Aranha. że codziennie ćwiczył. – Życie obdarowało mnie bardzo hojnie. jest właśnie tą jedyną rzeczą. Był niezwykle przystojny. co by mi się podobało. Nagle z całą wyrazistością stanęły mi przed oczyma wszystkie okropne historie o małym zepsutym Antoinie. Jego wysportowana sylwetka była dla mnie decydującym atutem. albo czaru. Z początku nie rozumiałem. Muzy mnie nie lubią. reżyserem teatralnym. – Mam wszystko – powiedział. – Gdybym nie miał matki – powiedział – nie chciałbym żyć. Wiele lat przed tym. proszę pana – odparłem. Wcześniej babka wysłała go na studia do Francji. Był jej lokajem. obejmując go z niesamowitą czułością. oczkiem w głowie. a jego nowe istnienie nie należy już do niego. Rzeczywiście miał wygląd zawodowego boksera. Każdy członek rodziny był chodzącym nieboszczykiem. Mimo to wyglądali . zakręcone rzęsy. Naprężył biceps. poetą. i dlatego moje życie jest tak puste. Na koniec wypowiedział myśl. ni zowąd. ni stąd. Wrażenie robiło też na mnie to. ale on już nigdy nie odstąpił mojej babki na krok. co mi chodzi po głowie. Pewnego dnia Antoine wyznał mi. Babka przedstawiła mi go. uratowała ona pewnego Indianina przed zlinczowaniem. którym natychmiast mnie obdarował. jak tylko puste życie może być. że jedyna rzeczywistość dla niego to jego matka. pisarzem. Mężczyzna dał mu suty napiwek.

nierealna w tym sensie. jest gówno warte. wcale mnie to nie obchodziło. bardzo wcześnie rano. W pewnej chwili dałem się ponieść i przekroczyłem pewną granicę. że nie umrzesz. W tym bardzo trudnym dla ciebie czasie wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. by moja babka rozmawiała z kimkolwiek tyle czasu. – Obiecaj mi. Antoine. Gdyby ktoś mnie o to spytał. Zapewniłem go. ma się rozumieć. Tego dnia Antoine wyjeżdżał. Nigdy nie słyszałem. Widziałem ich. z całej siły. Wyglądało na to. Wydawca miejskiej gazety publicznie napiętnował Antoine'a. jest świetne. co do tego nie było żadnych wątpliwości. Ludzie zazdrościli mu osobowości. Widziałem. jego matka zaś aktorką pierwszoplanową. żyj. Ubrany był tak elegancko jak zawsze. niecierpliwie trąbiąc klaksonem. że wszystko to jest przejawem głębokiej zawiści ludzkiej. – To nie ma nic wspólnego z tobą. Była to scena tak nierealna. którego nigdy jeszcze u niej nie widziałem. Ale zaledwie kilka miesięcy później wszystko się skończyło. nie – rzekła stanowczo. W lokalnej gazecie publikowano jego wiersze. jego własny problem był teraz niczym rzeka. Kierowca taksówki czekał na niego przed domem. kiedy to w skrajnej desperacji usiłował napisać wiersz dla swojej matki. A dzień później. co pisze. od tej pory nasze życie zaczęło biec niczym górski strumień. jak ujęcie z filmu. Po wystawieniu natychmiast odniosła wielki sukces. W domu z dnia na dzień zachodziły tak drastyczne zmiany. sztuka była jego autorstwa. Tłumaczyła. Daj życiu szansę. a wcielonych w życie przez reżysera. jak godzinami przesiadywali wspólnie. co piszę. Poza tym. – Wydarzyło się coś okropnego. Jestem kompletnym zerem. W końcu i tak będziemy znów kiedyś razem. Chciałabym. – Muszę odejść.razem na tak szczęśliwych. jakby ciągle był małym dzieckiem. Moja babka. Wyglądało to tak. on z głową złożoną na jej kolanach. iż w każdej chwili może się wydarzyć coś niezwykłego – wspaniałego lub tragicznego. Za bardzo go lubiłem. jesteś wszystkim. Wszyscy w mieście zazdrościli jej synowi elegancji. – Nie. dopóki nie umrzesz! – wykrzyknęła do niego. zapisanej gdzieś w scenariuszu. co w tym życiu zrobiłam. Faktycznie. że przyzwyczaiłem się do tego. Widziałem. przed moimi oczyma dziesięciolatka rozegrała się najdziwniejsza scena. Następnego dnia moja babka. zazdrościli mu błyskotliwości. Dobry czy zły. Ale był też bezsprzecznie plagiatorem. Antoine. Oprawę sceny stanowiło patio domu moich dziadków. Nagle Antoine zaczai mnóstwo pisać. Jesteś absolutnie wszystkim. Antoine. Pewnego wieczoru moja babka niezwykle dramatycznie wkroczyła do pokoju Antoine'a. że wszystko. Antoine – odezwała się. Udawał się do portu. kim teraz jestem. Antoine nigdy się nikomu nie wytłumaczył ze swego zachowania. ale ty musisz pozostać. – To gówno warte – powiedział do mnie. poczynionych przez pisarza. żeby zadawać mu jakiekolwiek pytania na ten temat. którą nagle pochłonął bezkresny ocean. stworzonej przez serię adaptacji. Antoine był głównym bohaterem. bylebyś żył. jak się cały w sobie natężył. oskarżył go o plagiat i wydrukował w gazecie dowód na poparcie swego zarzutu. której nigdy nie powinienem był przestępować. idąc za radą swego doradcy-czarownika. że sprawiała wrażenie spreparowanej. mój czas dobiegł końca. Brutalnie przerwała mu wpół słowa. żyj. Antoine skinął głową. jak gdyby wewnętrznie zaczął pracować na wyższych obrotach. jakiej kiedykolwiek byłem świadkiem: chwila pożegnania Antoine'a z matką. usta jej drżały. sprzedała wszystkie posiadłości. że Antoine poczuł przypływ twórczej weny. zazdrościli mu stylu. że miał swoje powody i była to jego sprawa. Gdy zaczęła mówić. był on uosobieniem elegancji i towarzyskiego obycia. Antoine jej przerwał. wszystkie mięśnie ciała. iż to nieuniknione – ciągnęła. mój drogi synu. by pozwoliła mu się wytłumaczyć. Jej oczy miały twardy wyraz. Chciał złapać włoski liniowiec i dostać się na wycieczkowy rejs przez Atlantyk do Europy. Byłem świadkiem ostatniej gorączkowej nocy Antoine'a. Zabrał się do reżyserowania sztuki w miejscowym teatrze. nie chciała w ogóle przyjąć do wiadomości występku swojego syna. jak ciałem Antoine'a wstrząsnął dreszcz cierpienia. które były całkiem spore. uważałem. Ale coś pomiędzy nami pękło. . żebyś zrozumiał. Tymczasem jednak. choć przecież byłem zerem i nie mogłem go zapewniać o niczym. Nieważne jak. i przekazała pieniądze Antoine'owi. – Wszystko. Błagał ją. To chodzi o mnie. Antoine.

która. że sprzedanie posiadłości i oddanie pieniędzy Antoine'owi było z punktu widzenia czarownika fantastycznym manewrem jej doradcy. mamo – powiedział. Uważaj na siebie". który nie ustępuje po dziś dzień. Przemówiła moja babka. ja o tym nie wiedziałem. jak mi objaśnił don Juan. Antoine przemówił swym poważnym. Cokolwiek teraz piszesz. – Wyraża wszystko. Wówczas. Żyj! To cała sztuka. na której mogą skupić całą swoją miłość. nigdy. to nie dająca się niczym wyjaśnić melancholia. jest moim osobistym przeświadczeniem o tym. wzdychając. – Lecz. że matka ich po cichu wydziedziczyła i że odrażający Antoine. jak gdyby chciał powiedzieć: “Do widzenia. Miała na myśli swoje córki i ich mężów. Powietrze było przeładowane uczuciem. do której wszyscy powrócimy. mamo – odrzekł. czas jest niezależny od naszych życzeń. Płaszcz Antoine'a był schludnie złożony. słysząc ostatnie napomnienie. ale wyglądał na sześćdziesiąt. czy też nie. ci ludzie cię zabiją dla tych pieniędzy. – Ja jestem jeszcze gorsze zero niż ty! Ty masz matkę. matrycy. Klakson taksówki zabrzmiał jeszcze natarczywiej. bym opuścił jego pokój. że poczuł się głupio. iż wyjechała. Musisz jechać. czego nie sposób było wyrazić. i wszystkiego. centrum wszystkiego. Antoine – krzyknąłem. że wojownicy w podróży mogą liczyć na jedną istotę. Zanim dobiegł do drzwi. żeby dalej był moim przyjacielem. pobiegł w kierunku drzwi. Przypominał aktora na scenie bardziej niż kiedykolwiek. – To była sama rozkosz. Antoine – powiedziała. moja samotność była czymś. Wszystko. ukrytego pod schodami. że cię w to wszystko wplątałam – przeprosiła babka. – Nie odwracaj się i nie patrz wstecz. którzy kipieli z wściekłości. Skinął głową. co chciałam usłyszeć. – Przykro mi. Płakałem. wymknie się ze wszystkim. Wolałbym. nie mogąc się pohamować. Kiedy skończył czytać. matce. Miał trzydzieści siedem lat. Jeżeli tego nie zrobisz. Ja miałem wrażenie. że dźwiga na swych barkach kolosalny ciężar. który w ten sposób uniezależnił ją od opieki rodziny. gdzie jej czarownik-pomocnik miał zdobyć dla niej lek. Następnego dnia moja babka wyjechała ze swym doradcą-służącym-lokajem do mitycznego miejsca o nazwie Rondonia. Żyj! Scena ta przepełniła mnie przedziwnym smutkiem. co ci powiem. Antoine? – spytała. że faktycznie nasz czas dobiega kiedyś końca. który był zerem. Nigdy stamtąd nie powróciła i don Juan wyjaśnił mi. czy wróci. że samotność nie ma dostępu do wojownika. Bardzo uprzejmie mnie poprosił. Kiedy mój krzyk przebrzmiał. zawiesił głos. – Oczywiście. Bądź szczęśliwy i żyj. całą swą uwagę: na tej cudownej Ziemi. mój drogi – powiedziała. przywołałem z pamięci te trzy wydarzenia zupełnie tak. która pozwala wojownikom w podróży wyruszyć w ich ostateczną podróż. na tej samej istocie. gdy się dowiedzieli. – Oczywiście. czym jesteśmy. że absolutnie ich nie interesowało. Gorzko pożałowałem mojego wybuchu. pięknie modulowanym głosem. Antoine spojrzał na mnie. Don Juan z wielką cierpliwością tłumaczył mi. co się im słusznie należy. przewieszony przez prawy bark. ich główny wróg. – Chciałbym przeczytać coś. Kiedy wyraziłem moje podziękowania tym trzem osobom. Na chwilę zamilkła. na tej samej istocie. udało mi się sprowadzić je z powrotem na tamten szczyt. – Plagiat. na płaskim szczycie góry. szlochając. jest to wspaniała rzecz. co zrobiła. Miał na sobie przepiękny zielony garnitur z angielskiego kaszmiru. zatrzymał się. Wszyscy byli tak bardzo wściekli na matkę za to. Powiedział. – Nie odwracaj się. – Musisz się spieszyć. jakby się działy zaledwie przed chwilą. co chciałeś mi powiedzieć. Był to wiersz dziękczynny. co dla ciebie napisałem. – To zabierze tylko chwilkę. Potem odwrócił się i nie patrząc więcej na matkę. Udało mi się doprowadzić do tego. . że nawet nie zdawali sobie sprawy z tego. zdawało się. Antoine – rzekła moja babka. Moja babka była śmiertelnie chora. Objęli się. Nagle jej usta rozchyliły się w przecudnym uśmiechu. jak ci wiadomo. przeładowane drżeniem. zmuszony wysłuchać rady dzieciaka. co robimy. – Czas jest teraz wszystkim.– Słuchaj. Ja nie mam nic.

Wyciągnął dłoń w moim kierunku i rozczapierzył palce jak dziecko. że odchodzisz. a może wyraził tym swoje uznanie dla tego. Jego twarz nabrzmiała. – Co się ze mną dzieje. wysokim głosem. gdybym umarł. jak przystało na wojownika w podróży. to nie zabawa. Poczułem silny przypływ emocji i pocałowałem go w rękę. jak my zamierzamy to zrobić. gdybym ci ją zaproponował. całego mojego szczęścia. Obaj byliśmy w potrzasku nieodwracalnego manewru energetycznego. chciałem się przyłączyć do don Juana. Abyś ty mógł pozostać i dawać sobie radę. don Juanie? – wymamrotałem. że może. – Zapomnij o sobie. Don Juan powiedział. bo jeżeli jesteś coś wart jako wojownik w podróży. Wiedziałem. Wypuścić się tam. że twoja świadomość znów spadła do palców stóp – odrzekł. Kiedy odejdę. który sprawiał wrażenie. odejdę na dobre. w nieznane. pełny i całkowicie panowałem nad sobą. Zamienił się w świetlisty bąbel. Szanuj go. Wiedziałem. – Co się ze mną stanie? Co ja zrobię? – Ujmijmy to w ten sposób – powiedział spokojnie don Juan. don Juanie – usłyszałem własne słowa. dokądkolwiek się wybierał. łzy czy szczęście. – Nie mogę ścierpieć myśli. co czynił wielokrotnie od pierwszego dnia. gdy go spotkałem. Nie myśl o mnie. Tamta chwila była ponad litość. nade wszystko jednak. że tak właśnie Genaro obejmuje cały bezmiar Ziemi i że pomimo różnicy wielkości. Leżąc na brzuchu. i ja nie chcę ci jej proponować. Nie chciałbym też. Kiedy bezwolnie zacząłem szlochać. – Mój Boże! Odchodzisz na zawsze! W tamtym momencie don Juan zrobił mi coś. czego i ja potrzebuję. na którym poziomie świadomości się znajdziesz – powiedział. – Zostanę zupełnie sam! – wykrzyknąłem cienkim. całej mojej wytrzymałości. Pomimo to. – Mam nadzieję. hola. co czułem. gdy don Juan odejdzie. – Ciao – powiedział. co się ze mną stanie. – Hola. Dźwięk mojego głosu i moje słowa mnie zażenowały. – Dzieje się z tobą to. że na próżno by się smucić czy żałować czegokolwiek i że tak samo mnie jest trudno pozostać tutaj. Przychodzi taki moment. Miał jeszcze chwilę wesołości. ale tak samo jest z pozostaniem tutaj. Przez głowę przebiegła mi myśl. – Normalnie tak się nie zachowuję. jak don Juanowi odejść. pójść za nim. bez względu na to. wykonał kilka oszałamiających ruchów. Wówczas straciłem resztki panowania nad sobą i całkiem poddałem się przygnębieniu i rozpaczy. że jego odejście to kwestia najbliższych minut. na-plułbyś mi w oko. – Za chwilę postawisz sanktuarium dla moich sandałów! Trawiąca mnie udręka zmieniła się z litości dla samego siebie w poczucie niepowetowanej straty. po czym zgiął je do wnętrza dłoni. gdy zrobił głęboki wdech. będę potrzebował całej mojej siły. że znajdziesz miłość! – powiedział. i to tak. zabrałby mnie ze sobą. śmiejąc się. że jest sam. a nic nie będzie dla ciebie straszne. czego się po mnie spodziewają. Wiedziałem. Nie obchodziło mnie. czując litość dla samego siebie. jakby pływał po ziemi niczym po wodzie w basenie. Gdy tak patrzyłem na jego ruchy i słuchałem wyjaśnień don Juana. którego żaden z nas nie był w stanie zatrzymać. Kiwnął głową. będziesz potrzebował tego wszystkiego.Po tych słowach don Genaro z myślą o mnie zademonstrował akt magicznej intencji. Już się nie wahałem ani nie przejmowałem sobą. Ziemia przyjmuje gest Genara. hola! – wykrzyknął. bo ja nie będę myślał o tobie. Jeśliś wart miana wojownika w podróży. moja samotność ustąpiła miejsca niebiańskiej radości. – Już nigdy nie będziemy razem – powiedział cicho. żebyś ty mi pomagał. jakby chciał się pożegnać. Po raz ostatni na tej Ziemi zażartował sobie ze mnie. ochraniaj go własnym życiem! Odsunął się ode mnie. że jedyną radością wojownika w podróży jest to. – Nie potrzebujesz już mojej pomocy. poczułem się jeszcze bardziej upokorzony. . – Abym mógł opuścić ten świat i stawić czoło nieznanemu. Mocno klepnął mnie lewą dłonią w plecy i powiedział: – Podnoś się ze stóp! Dźwigaj się w górę! Moment później znów byłem spokojny. – Odchodzisz! – wymamrotałem. będę potrzebował całej żelaznej odwagi wojownika w podróży. bądź nieskazitelny! Dbaj o swój świat. Spojrzał na mnie i w tym spojrzeniu było wszystko. rozdęta jakby powietrzem.

widziałem. Zatoczyli jeszcze wokół niego koło. Przez chwilę czułem na twarzy wiatr. a potem pochłonęło mnie niczym spokojna. stróżów i ulubieńców na północ. ostatnie spojrzenie na tę cudowną Ziemię. poprowadził piętnastu widzących. była to ich ostatnia lustracja. swych kompanów. A potem zniknęli. jak mi to wcześniej przepowiedział don Juan. . bezgraniczne miłosierdzie ciemności. Mój czas dobiegł końca. biegnąc co sił w kierunku urwiska. dokładnie tak. podziemna rzeka. rozkosz dla oczu. i skoczyłem w przepaść. Rozpędziłem się. jak każdy z nich przemienia się w świetlisty bąbel i jak razem wznoszą się ponad szczyt.Potem widziałem. Wiedziałem. Widziałem. co muszę zrobić. jak don Juan Matus. jak po kolei znikają za cienką zasłoną mgły. i wirują nad nim niczym świetliki. nagual.

by się przeze mnie przetaczały. ja żyłem! Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. pracującego na wysokich obrotach bez obciążenia. Nie mogłem iść. jak głęboko oddycham. Odruchowo nalałem wody do wanny i zanurzyłem się w niej. niezwykle bolesny skurcz chwycił mnie za łydki. co zawsze robiłem o wszelkich porach dnia i nocy. takich jak ta. Przez chwilę je rozcierałem. nie mogąc sobie absolutnie przypomnieć. które napływały do całego mojego ciała falami. którzy prowadzili parking. Nie miałem najmniejszych wątpliwości co do tego. Nie mogłem zrozumieć. układając stopy na poduszce. chcąc się zabić. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. żeby je zamknąć. nie było to dla mnie nic wielkiego. zupełnie jak gdybym nie pił od wielu dni. że w końcu całkowicie mnie obudził. jakby z głowy wymazano mi wszelkie myśli. Czułem się tak. normalnie wpędziłby mnie w stan chorobliwego niepokoju. że absolutnie się nie przejąłem skurczem w łydkach. wydawała mi się rzeczywista. które bardzo mnie bolały. Przypomniałem sobie o tym i wszedłem pod prysznic. co mi się nigdy nie przydarzyło i nie miało prawa gościć w moich myślach. by pobudzić krążenie w łydkach. że ktoś z obsługi parkingu naprawia jakieś auto na tyłach budynku. Hałas tak się wzmógł. rozumowałem. Oczy miałem zapadnięte. Kręciło mi się w głowie. że skoczyłem w Meksyku w przepaść. że źródłem hałasu musiał być rozpędzający się samochód w alei pomiędzy parkingiem a budynkiem. w którym skoczyłem. Było mi gorąco. Sądząc z mojego wyglądu. Tak samo było z metalową ramą łóżka. spływałem potem i czułem się zmęczony. Chciałem się spokojnie i racjonalnie zastanowić nad tym. jak ją przełykam. Miało odmienny charakter: było to raczej niejasne wspomnienie czegoś. Pomyślałem. Byłem do tego przyzwyczajony. Wówczas do głowy przyszła mi niezwykle osobliwa myśl: najpierw zginąłem. który wówczas czułem. albo martwy. Pociągałem łyk za łykiem. zdałem sobie sprawę. za to. Było to niby-wspomnienie. że okno jest zamknięte. to jednak rozsadzały mnie wrażenia. Jakie to dziwne. że zacząłem się bać. pod nimi rysowały się grube czarne pręgi. czy też może wyżej. Nocne powietrze było chłodne i świeże. Wyglądałem potwornie. ale nie czułem uniesienia. Chciałem zasnąć w tej pozycji. w których moje życie było zagrożone. w jednym ruchu. Żyłem! Boże. dlaczego je zamknąłem. Byłem albo odwodniony. Nic dziwnego. iż będę miał potworne siniaki. . Nie czułem ciepła wody. ale nie mogłem. Stałem pod strumieniem ciepłej wody może przez godzinę. Poszedłem do łazienki. uderzyła mnie pewna myśl z siłą tak ogromną. Don Juan uczył mnie. chociaż nie słyszałem już hałasu silnika. Czułem. a na dworze jest ciemno.Powrót Miałem niejasną świadomość. Mogłem jedynie przyjmować te ataki i pozwalać na to. Ułożyłem się w poprzek. że w chwilach krytycznych. Choć miałem w głowie pustkę. które powinienem był czuć. należy do oczyszczenia siebie użyć wody bieżącej. które nie wypływało z sytuacji. Poszedłem na śniadanie. że natychmiast. pięć tysięcy kilometrów od miejsca. Czułem. śmiało mogłem być duchem. że przemieniła się w niby– -wspomnienie. Świadomie zdecydowałem się jedynie na to. muszę być teraz duchem. Podszedłem do okna. Gdy ulokowałem się już wygodnie i zacząłem zasypiać. Automatycznie skierowałem się do łazienki po olejek do masażu. w jaki sposób udało mi się powrócić. Myśl ta była jednak tak żywa. że moje odczucia nie są takie same jak zawsze. że po śmierci powróciłem w takiej postaci do swojego mieszkania na rogu Westwood i Wilshire w Los Angeles. byłem przemarznięty do szpiku kości. Gdybym jednak był duchem. kilkaset metrów od mojego mieszkania. Obecnie znajdowałem się w moim mieszkaniu w Los Angeles. gdzie miałem moje biuro i mieszkanie. w którym mieszkałem. Kiedy odzyskałem nieco kontroli nad moim ciałem. Pootwierałem okna. by się ubrać i wyjść z mieszkania. stanąłem na wyprostowanych nogach. choć nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Były tak naprężone. ze stopami na podłodze. że słyszę ryk silnika samochodu. czy lepiej będzie trzymać je niżej. Parking świecił pustkami. Usiadłem na brzegu łóżka. Odruchowo zacząłem pić wodę prosto z kranu. których nie byłem w stanie dokładnie przeanalizować. Była noc! W pokoju było duszno. W duchu przeklinałem chłopaków. co się ze mną dzieje. ale nie byłem pewien. Zawsze balansowałem na krawędzi hipochondrii. Tak niezwyczajny ból. że muszą sobie naprawiać samochód akurat tuż pod oknem mojej sypialni. do restauracji Shipsa na Wilshire. Przestałem się nad tym zastanawiać i wróciłem do łóżka. Upadłem. pomyślałem sobie. a potem powróciłem do życia. Uzmysłowiłem sobie. Przecież skoczyłem w Meksyku w przepaść! Następna moja myśl była niby-logicznym wnioskiem: ponieważ rozmyślnie skoczyłem w przepaść. Przyszło mi do głowy. jak mógłbym czuć podmuch świeżego powietrza na twarzy albo ból w łydkach? Dotknąłem pościeli na łóżku.

wzbudzając silny niepokój i niecierpliwość. W głowie zaświtała mi kolejna dziwna myśl. które mi pozostało. które normalnie znajdowały się na obrzeżach mojej świadomości. to była: trzecia piętnaście nad ranem. Zamówiłem stek z jajkami. Miały pewną wyjątkową cechę: rozjaśniały mój umysł. bezwiednie biegały we wszystkie strony.Przebyłem tę drogę tyle razy. moje oczy bez ustanku. Kontakt z nimi nawiązywałem jedynie w stanach podwyższonej świadomości. że mogę przełykać jedzenie. chodziło o moją niezdolność do przypomnienia sobie zdarzeń. podeszła do mnie kelnerka. – Nie wyglądasz dzisiaj za dobrze. ta myśl chyba całkiem mnie uspokoiła. choć sądziłem. że zastosowałem się do wytycznych don Juana. gdzie skoczyłem. by wypadło to beztrosko. które miały miejsce w czasie. który dostała od swojej córki. którzy mieli mi towarzyszyć podczas mojej ostatecznej podróży. znajdowały się po takim przemieszczeniu w samym jego środku. że w codziennym życiu pozostawały one tylko i wyłącznie szarpiącymi za serce niby-wspomnieniami. gdy przebywało się w odmiennym stanie świadomości. Tak naprawdę niczego nie wyjaśniało. W mojej głowie zaczęły się pojawiać bardzo wyraźne obrazy. przypłynąłem czy Bóg jeden wie co. bo wcześniej w domu piłem wodę. która mnie znała. Dzięki takim przemieszczeniom pomagał mi uaktywnić pola energii. zajęłaby dwa dni. Tym razem ten spacer był dla mnie czymś nowym. którego mamy dzisiaj? Spojrzała na zegarek i podała mi datę. kiedy spotkałem się z don Juanem w tamtym miasteczku. Innymi słowy. jako że sama podróż do Mexico City z miejsca. gdzie skoczyłem w przepaść. A tak przy okazji. lecz z pewnością wskazało mi na pewną praktyczną procedurę. mój drogi – powiedziała. do Los Angeles? Pokonanie w tradycyjny sposób dystansu do Los Angeles z miejsca. Była tak samo wyrazista jak poprzednie nibywspomnienie o mojej śmierci i powrocie do życia. że ma specjalny zegarek z kalendarzem. – Masz grypę? – Nie – odparłem. – Za ciężko pracowałem. Ich klarowność i zakres były fenomenalne. czego dokonywał za każdym razem. Don Juan opisywał mi to wcześniej jako powszechną przypadłość mężczyzn-czarowników. że zapobiegło mojej śmierci. Było tak. że moje normalne życie upływało na nieustannym wyglądaniu kogoś. mój umysł ogarnęła kolejna fala paniki: czy było to tylko złudzenie. które doprowadzały mnie do rozpaczy. starając się. przesunąłem swój punkt połączenia w takie położenie. w przeszłość. że zrobiłem dopiero dwa albo trzy kroki. Jedynym wytłumaczeniem. którego mógłbym się trzymać. Wszedłem do restauracji tak jak zawsze. że w dziesięć godzin przyleciałem. co męczyło mnie przez cały czas. i tak samo całkowicie obca: moje poczucie ciągłości zostało nieodwracalnie zerwane. Praktycznie sunąłem przed siebie. że żyję. Pierwsza nagła myśl dotyczyła czegoś. Naprawdę zginąłem – w taki czy inny sposób – na dnie tamtego wąwozu. Wiedziałem. że znałem na pamięć każdy jej metr. Kiedy odeszła z moim zamówieniem. Nagle znalazłem się w drzwiach restauracji. gdy stałem pod prysznicem pod strumieniem wody. który wszyscy w takich momentach widzimy. Przykładem takiego dwojakiego skutku był mój związek z moimi kompanami. Nie istniał już żaden inny tok rozumowania. Usiadłem przy barze. co zaszło w czasie. kulki z ziemniaków i grzankę z białego chleba z masłem. pola energii. Nie byłem w stanie ogarnąć tego. że skoczyłem w Meksyku w tę przepaść o zmierzchu poprzedniego dnia? Lecz nawet jeśli sam skok nie był złudzeniem. Jeśli chodzi o godzinę. wypatrując ludzi. i z mej wewnętrznej ciszy odbyłem powrotną podróż do Los Angeles. że mogę mówić. Wiedziałem też. być może wyjdzie z jakiegoś biurowca. i dojrzeć nieprzerwany ciąg zdarzeń. Mógłbym powiedzieć. było to. Miałem swoich kompanów. Don Juan tłumaczył podwyższoną świadomość jako bardzo nieznaczne przemieszczenie mojego punktu połączenia. którą już wcześniej przetestowałem w łagodnej formie. Wadą tej sytuacji było dla mnie to. Nie czułem swoich kroków. Nie byłem w stanie spojrzeć za siebie. być może wyłoni się zza rogu jakiegoś budynku i wpadnie na mnie. nie wchodziło w rachubę. Siedziałem przez całą dobę nad esejem na zajęcia. mocno naciskając na moje plecy. których . kto nagle wyrośnie przede mną. Gdziekolwiek szedłem. które mieściły się zazwyczaj na skraju mojego punktu połączenia. w którym się wcześniej umówiliśmy. Przemieszczenie tej natury wywierało dwojaki skutek: powodowało niesamowitą jasność myślenia i postrzegania oraz niezdolność do przypomnienia sobie po powrocie do normalnego stanu tego. powiedziała. jakbym miał pod stopami poduszki albo na chodniku leżał wyłożony dywan. Po raz pierwszy w życiu takie rozumowanie było dla mnie możliwe do zaakceptowania i całkowicie zadowalające. bo chrząkałem i kląłem. innych uczniów don Juana. przyfrunąłem. kiedy się widzieliśmy. w jaki sposób mógłbym wrócić z tak odległego miejsca do Los Angeles zaledwie w dziesięć godzin? Czy spałem przez dziesięć godzin? A może było tak. że jem śniadanie u Shipsa. gdy znajdowałem się w stanach podwyższonej świadomości.

które nie miały absolutnie żadnego znaczenia. ponieważ zanim spadłem na dno wąwozu. Owego przełomowego ranka u Shipsa przeżyłem coś nieskończenie bardziej potężnego niż wówczas. nadaremno łamałem sobie głowę i obsesyjnie zadawałem sobie pytania. Chciałem się nad tym zastanowić. rzekł wówczas. Zdawało mi się. W obrębie każdej z nich działałem z doskonałą pewnością siebie i żelazną konsekwencją. bym mógł uznać całe to wydarzenie za rzeczywiste. Przypominałem sobie zdarzenia. nie było z punktu widzenia najgłębszego rdzenia mojej istoty. Siedziałem przy barze u Shipsa. że wszyscy zabrali się z don Juanem. by pochłonęło mnie mroczne morze świadomości. pocąc się obficie. czy kiedykolwiek spotkam jeszcze moich kompanów. Byłem sam. nie było się nad czym smucić. charakterystycznego dla człowieka Zachodu. Don Juan wielokrotnie powtarzał. który jest nagualem. Nie mogłem się nawet rozpłakać. tak jak zawsze pogrążyć się w kojącym smutku. że świat czarowników nie jest światem niezmiennym. Nie było nad czym ubolewać. – Czarownik płacze. gdy jest rozszczepiony – powiedział pewnego razu don Juan. że precyzja don Juana w prezentacji swoich koncepcji śmiertelnie mnie przerażała. ogarnia go drżenie. blado by wypadło w porównaniu z tym. jest to świat wiecznych fluktuacji. i nie zginąłem. których nigdy nie było. pomimo to nie miałem jednak najmniejszego pojęcia. Poddałem się mu bez . że dopuszczał teraz możliwości tyleż złowrogie. a nie trafiłem tam w sposób. wszystko. przy barze u Shipsa. siłą rzeczy musi być rozszczepiony z powodu swej ogromnej masy energetycznej. Nigdy nie było tak. w mojej głowie pojawiła się nagle jeszcze jedna myśl. czekając na zamówione śniadanie. Owej nocy. Kiedy siedziałem tak tamtego ranka u Shipsa. Don Juan ubolewał nad tym. Było raczej tak. co się wydarzyło w całym jego życiu. Czułem takie właśnie drżenie! Wątpiłem. poczułem. bo nie poddającym się liniowości mojego sposobu myślenia. co tak naprawdę don Juan ma na myśli. że mężczyzna-czarownik. Skok w przepaść zmodyfikował mój proces poznawczy w sposób tak drastyczny. Patrząc mi w oczy. Jego skuteczność na tym polu sprawiała na mnie wrażenie dogmatyzmu. Nie mogłem. że doprowadzenie do takiego scalenia trwa całe lata. że tak się dzieje. Tamtej nocy. a słyszał nawet o takich nagualach. świadomy obraz wszystkiego. że każda część naguala przeżywa określony wycinek całego zakresu jego działania i że to. Nic nie miało znaczenia. w którym słowo jest czymś ostatecznym i niezmiennym. Liczyły się dla mnie tylko i wyłącznie fakty energetyczne. – Kiedy osiąga pełnię. czym to w rzeczywistości było. którego dopominał się mój system kognitywny. Tak. Cała reszta to były dodatki. jak rozumieć jego słowa. Byłem zasadniczo jedną wielką układanką i ułożenie wszystkich klocków na właściwych miejscach dało efekt. pozwoliłem. musi pewnego dnia połączyć w pełny. które ma wystarczającą moc. Powiedział mi. Niesamowicie mi się podobały jego opisy i utożsamiałem się z nimi na gruncie czysto emocjonalnym. To właśnie to złudzenie zmuszało mnie do szukania wyjaśnień i pod jego wpływem zachowywałem się przez cały czas jak niewierny Tomasz. W końcu spełnił się cel jego nauk: stanowiliśmy jedno tak bardzo jak jeszcze nigdy przedtem. by z racji swego natężenia położyć kres jego życiu. którymi – jak nas wszystkich nauczono wierzyć – jesteśmy. choć tyle razy mi wyjaśniał. zrozumiałem. którego nie da się opisać. przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. ileż nie dające się opisać. choć istnieli bardziej niż ktokolwiek inny. skoczyłem w tę przepaść. gdy zobaczyłem po raz pierwszy energię w jej ruchu we wszechświecie – tamtego dnia. U Shipsa doprowadziłem do integracji wszystkich części mojej istoty. jak utożsamiam się z zasadami don Juana.nie było. Jednak wszystko. zacząć ubolewać nad tą stratą. czego doświadczyłem tamtego ranka u Shipsa. co przeżył on w każdym takim wycinku. co mógłbym powiedzieć o scaleniu moich odrębnych części poznawczych. jak don Juan mówi o wojowniku w podróży. Poczułem przypływ empatii. Przez cały czas naszej znajomości słuchałem. gdy po zdarzeniu na terenie kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego znalazłem się w swoim łóżku w moim mieszkaniu. którzy nigdy świadomie nie ogarnęli pełnego zakresu swego działania i żyli w stanie rozszczepienia. gdzie niczego nie wolno przyjmować za pewnik. Byłem wojownikiem w podróży. powiedziałem sobie. Nigdy jednak nie poczułem. Wszyscy byliśmy wojownikami w podróży i wszyscy zostaliśmy pochłonięci przez nieskończoność. gdy tak siedziałem. o czym przez cały czas prawił mi don Juan. co mi się przydarzyło przez te lata spędzone z don Juanem w stanach podwyższonej świadomości – wszystko z najdrobniejszymi szczegółami – znów stało się dla mnie nieprzerwanym ciągiem wspomnień. To. że po prostu sprzeciwiałem się don Juanowi czyjego koncepcjom – tak rewolucyjnym. na które nie było odpowiedzi: jak to jest wszystko możliwe? Jakże mogłem być rozszczepiony w taki sposób? Kim tak naprawdę jesteśmy? Z pewnością nie tymi ludźmi.

po czym spojrzał na mnie. że tym razem ludzie. O trzeciej nad ranem u Shipsa wszystko to było oczywistością. Poczułem. Mężczyzna zeskoczył ze swego stołka i wybiegł z restauracji. że dziesięć godzin wcześniej skoczyłem w przepaść. Wiedziony nagłym impulsem. Poczułbym nawet szarpiący żal. na tyle jasno. Inaczej myśl o don Juanie sprawiłaby mi wielką przyjemność. mogłem ruszyć w podróż tym korytarzem. co było niezbędne. ponieważ istniał pod postacią oddzielonej od osobowości emocji. W żaden sposób nie mogłem za nim tęsknić. Zrozumiałem to w tamtym momencie. Byłem sam! Don Juan pozostawił mnie we śnie. Kiedy wszedł do restauracji. Poza tym. Ustanowiłem precedens. jak gdybym był zupełnie sam na sali. Poczułem rozradowanie. kiedy mówił. poprosiłem. Chwilę później usłyszałem jego przerażający wrzask. kręcił się wszędzie i zagadywał studentów. Korytarz był dla mnie wyzwaniem. cichym i nieogarniętym. Był to milczący korytarz. co mi narzucono. aż w końcu mogłem oddychać głęboko i swobodnie. Ludzie na sali. Ogarnął mnie nowy nastrój. Wówczas to po raz pierwszy w życiu poczułem. Istniała pomiędzy nami jakby gigantyczna bariera. wymięty i wychudzony. Widziałem też nieraz. Don Juan powiedział kiedyś. waląc dłonią w bar i śmiejąc się w głos. z szeroko rozwartymi oczyma. Chciałem. którzy wpatrywali się we mnie. na ile było mi dane. Był jak dziecko. i do środka wszedł dziwny osobnik: był to mężczyzna może nieco po czterdziestce. korytarz był obdarzony własną siłą. aż w końcu całkiem mną zawładnęła. lecz wylądował we własnym łóżku w Los Angeles. ale nie. że podobnego problemu nie da się nigdy rozstrzygnąć. don Juan mnie nie obchodził. niektórzy z niepogryzionym jeszcze jedzeniem w ustach. Dwa dni wcześniej takie stwierdzenie nie wyjaśniłoby mi niczego. Dogoniłem go na parkingu. jak stał na zewnątrz i zaglądał przez okno do środka. W chwili skoku doszło do wymiany. które prowadziły na parking. który sam sprowokowałem. to był początek nowej epoki. . linearnego wytłumaczenia. swobodę. że owa obca myśl. Zostawiłem go i wróciłem do restauracji. Wciągał mnie do środka. że znalazłem ten korytarz. która nęciła mnie ku sobie. zgarbionego nad filiżanką kawy. powinienem był płakać. Nie było miejsca na sentymentalizm i tęsknotę. choć rysy twarzy miał bardzo regularne. gdy się obudziłem. zawsze przy tym samym końcu baru. gdy akurat ktoś siedział na jego ulubionym stołku. To don Juan był tym korytarzem. aż się zwolni jego miejsce. że nie zabrał mnie ze sobą. że jest dochodzącym pacjentem w niedaleko położonym Szpitalu Weteranów. które wrzeszczy co sił w płucach. przerażone koszmarnym snem. sam lub w towarzystwie. W owej chwili otwarły się tylne drzwi restauracji. jeszcze głośniej niż przedtem. W owej chwili byłem najzupełniej przekonany. nie była to też dla mnie przyjemność. że to właśnie przerwanie ciągłości jest magią. Sprawiał wrażenie osoby niezrównoważonej. gestykulując z ożywieniem rękoma ponad głową. Najwyraźniej sądzili. która nasuwała mi się od czasu. nie uśmiechali się. że don Juan był pozbawiony wymiaru fizycznego. co mogło jeszcze pozostać po moim starym “ja". który zmroził mi i wszystkim obecnym krew w żyłach. ruszyłem za nim na dwór. chcąc postradać życie. Ludzie popatrzyli na mnie i uśmiechnęli się z wyrozumiałością. będę potrzebował całej mojej siły. Myśl ta przybrała na sile. ale nie mogłem. żeby mi wytłumaczył swoją reakcję. bym nie zginął. jak zagłębiam się w jakiś korytarz. co takiego we mnie zobaczył. pomimo tego. czekał. Wiedziałem. Tak. Przez długie lata widywałem go w różnych miejscach uniwersytetu. A mroczne morze świadomości dało mi wszystko. tęskniłbym za nim. która jest nieuniknionym przeznaczeniem wojownika w podróży. W tym właśnie tkwił sęk przerwania ciągłości. całej mojej wytrzymałości a nade wszystko całej żelaznej odwagi wojownika w podróży. że wszechświat jest doprawdy niezgłębiony. Wówczas to. zniknęło bez reszty. jest prawdziwa: jestem kimś innym. Moje normalne rozumowanie domagało się zadowalającego. stopniowo nabierało elastyczności. Nasze oczy się spotkały. że to ja krzyknąłem. by raz jeszcze dobrze mi się przyjrzeć. I nie było to coś. Mój umysł był skoncentrowany na nierozstrzygalnym problemie: nadal żyłem. Nie obchodzili mnie. żeby mi powiedział. usiadł tam. odwracając się. być może byłaby to wieczna podróż. gdzie zwykle siadywał. Ktoś mi kiedyś powiedział. Było to coś więcej niż rozpoczęcie ostatecznej podróży. Jakąż słuszność miał don Juan. Stanąłem twarzą w twarz z nieskończonością. Walnąłem dłonią w bar. Nie obchodziło mnie to. Widziałem go wcześniej u Shipsa wielokrotnie. spojrzeli na mnie. u Shipsa! Jakież to niesamowite! Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Chciałem pomyśleć o don Juanie. Uświadomiwszy sobie. mówiący. Roześmiałem się w głos. Naprawdę nie byłem sobą. że aż krzyknął. jak moje ciało zaczyna tracić sztywność. To byłoby moje normalne “ja". że aby tu pozostać. Usłyszałem głos don Juana. Zakrył oczy i znów krzyknął. Byłem sam i nie mogłem w żaden sposób temu zapobiec! Fizycznie czułem. a linearne wytłumaczenia nie były możliwe.cienia strachu czy żalu.

Kelnerka spojrzała na mnie. – Wyszedłem tylko zobaczyć się z przyjacielem – powiedziałem. udając rozgniewaną i zaskoczoną. – Już myślałam. skąd tak naprawdę jesteś. . jeśli miałbym zdefiniować “przyjaciela" jako kogoś. – Mój jedyny przyjaciel na tym świecie – odrzekłem i była to prawda. – Tamten facet to twój przyjaciel? – zapytała. kto przenika spojrzeniem otaczający cię woal i wie. mój drogi? – zapytała kelnerka z zatroskanym wyrazem twarzy. że mnie zostawiłeś na lodzie.– Co się stało.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->