P. 1
Sławomir Mrożek - Opowiadania

Sławomir Mrożek - Opowiadania

|Views: 1,006|Likes:
Wydawca: fan-a-tyk

More info:

Published by: fan-a-tyk on Mar 08, 2012
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF, TXT or read online from Scribd
See more
See less

01/16/2013

pdf

text

original

OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

............................................................................................... 29 W szufladzie .............................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 53 ycie współczesne................................................... 27 Tło epoki........................................................... 24 *** ............................................ 44 Poezja .................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 22 Monolog ......................................................................................................................................................................................................................................................................................... 13 Chcę być koniem ........................................ 70 4 ................................................................................. 68 Kronika oblę onego miasta . 11 SŁOŃ Z ciemności ....................................................................................................... 40 Ostatni husarz ........................ 38 Złote myśli i sentencje.................................: opowiadanie Arkadego N.. 42 Koniki ................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 34 Przygoda dobosza ............................... 17 Mały..................................................................................... 14 Dzieci......................................................................................................................... 63 Weteran piątego pułku....................... 48 Z gawęd wuja ......................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit.......................... 31 Fakt ....................................................................... 58 Sztuka ...Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ....................................................................................................................................................................... 36 Spółdzielnia „Jeden” ..................... 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ............................................................................................................................................. 61 Wiosna w Polsce...................... 56 W podró y ................................... 32 Wyznania o Zygmusiu..................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 50 Pastor .................................................. 7 Sprawa porucznika C................................................... 15 Łabędzie .......................................... 18 Lew ........ 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej............................................................................................................................................................................................................................................................. .......................... 67 Słoń.......................................................................................................................................................... 60 Zakochany gajowy.......................................................................................................................... 55 Zdarzenie .................... 65 Sceptyk .......................... 46 Droga obywatela...........................

...................................................................................................................... 138 Jak walczyłem ..................... 97 Wesele w Atomicach ............................................................................................... 145 Ten gruby............ 99 Wspomnienia z młodości........................................................................... 127 Upadek orlego gniazda ..... 105 Góral ................................................................................................................. 76 O nagości ........................................ 152 Szach.................................................................................................................................. co się śmiał.................................. 140 Testament optymisty .................................................................. 130 Na biwaku............... 86 Podanie ............................................................................................................................................... 101 DESZCZ Mały przyjaciel................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 161 5 .............................................................. 89 Przygoda w czasie ferii................................ 124 Wierny stró ............................................................................................................ 150 Interwał.................................................................. 155 Pasa er ................................... 95 Kto jest kto?.............................................................................................................................................................................................. 144 Mon général............................. 90 Wina i kara ......................... 77 Spotkanie ................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................ 111 Ad astra.................................................................................................................. 79 Odjazd.................. 108 Współczucie ..................................................................... 114 Nadzieja .......................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 83 Rękopis znaleziony w lesie ....................................................................................................................................... 85 Profesor Robert.............................................................................................................................................................................................................. 93 Przeja d ka..........................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi................................................. 81 Ni ej ............................................................................................. 110 Ptaszek ugupu ..................................................................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

który wołał monotonnie: — Plastyczne. zadyszany. na ulicach. z wyrazem zadowolenia na twarzach. Eugeniusz. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. Zdaje się. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma.. naturalnie. W parku. u ywany swego czasu przez landsknechtów. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach.. zauwa yłem posępnego blondyna. ale nawet gdyby tak było. e są to aluminiowe garnki. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy.. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. e co dziesiąty półpancerz. gdy przechodziłem koło tandety.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. inni natomiast. tylko w marynarkach. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. Towar jest towarem i musi być sprzedany. chocia piętnaście sztuk. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. ja mam dzieci — błagał staruszek. — Nie mogę. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. w godzinach największego ruchu. Kolega nasz. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. elastyczne. wykluczone. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. 7 . którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. wymykali się upokorzeni. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. ale eby a tak. Kosztowało? Nooo. Propozycja została przyjęta. — Niestety. który ogłosił.. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. Zapas był na wyczerpaniu. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. — Niestety. zjawił się w PDT. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. a nazajutrz. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. lecz nie ustępował. łaskawy panie. model XVI wiek. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. Na drugi dzień. — Panie.

pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj.Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. nima! 1951 r. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. pytałam się o te półpancerze. słyszała pani? Nima. I pewnego razu. 8 . Nima. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

nie ma to. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. A nie mówiłem. piszę. wyjść nie mogę. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. jak te wielkie budowle. e przełomu adnego nie będzie. e trzy dni chodził z oczami w słup. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Rzecz jasna.. jakby dokądś chciały. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. utopił się artysta. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. towarzysze. Bo trzeba wam wiedzieć. bo się boją. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. ale to był geniusz i jakby wyrósł. latają. eby się tam zapisać. jest u nas taka jedna baba. A czapkę miał kolorową: czerwoną. W utopców. Owszem. e jak to piszę. Ot. co postawimy mleko na kwaśne. boję się. Gorzej. ale nie za głośno. gdzie miał być mostek. jak powiada. bo. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. Chłopi młyn omijają.. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. to tylko lata i fosforyzuje. Baba w krzyk. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. w czoła zimne się pukają i turlają. nawet w czarownice wierzą. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. to by wszystko pojął i opisał..Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. A bo to zawsze wiadomo. Miał dopiero dwa lata. Więc siedzę.. A tak. Ale to wszystko nie jest najgorsze. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. jak latają. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. towarzysze. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. śmieje się i dusi. z napisem Tour de la Paix — po francusku. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. A moja chata samotna pod lasem stoi. Jedni mówią. a tak go coś zaszło od tyłu. o szyby skrzydłami biją. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. zwyczajna walka klasowa. Poradźcie. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. białą i niebieską. a dookoła wiorsty i mogiły. e u nas inna specyfika? 13 . cały zielony. w upiory. Zatem. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. patrzy. e a się serce kurczy. I tak ze wszystkim jest. e u nas nocami coś tak wyje. nawet za największą potrzebą. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. z powodu jego braku. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. jak liście w październiku. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. A tu. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. Bo e uchowaj. Wy nam mówcie: Europa. drzwi się otwarły. Mówił mi leśnik jeden. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany.

kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. — Proszę o nowoczesne. takim sobie. Nawet wtedy. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Nie mówię ju o korzyściach.. skrzydła... — Czy panowie nie widzą. e jestem niezdolny. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. Stałbym się wtedy pegazem. e ja nie jestem zwyczajnym. — Pan jest taki inny. Oczywiście. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . Gdybym tylko zobaczył w lustrze. to znakomite — chwalono by mnie. — Ha ha! — zaśmiałbym się.. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. jak bardzo chciałbym być koniem. du e mieszkanie z łazienką. koń ma cztery nogi i te się potknie.. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. Pisząc do mnie anonimy. Przeciwnie. du e mieszkanie — powiedziałbym. — Ten ma łeb — mówiliby inni. — Jak na konia. uśmiać się jak koń. gdyby moje teksty były niedobre. siłą faktu.. — mówiłyby. Idąc do nieba otrzymałbym. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.

Małe to. panu o ten nos chodzi. e je tu widzę. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. mając na myśli tego pana. Ale wieczorem. ma właśnie czerwony nos. On sam. e. e taki kłopot. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. jak wiadomo. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. Rynek był obszerny. e czerwony. Był to sprzedawca gazet. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. który na rynku miał swoją budkę. ale wyobraź pan sobie. No bo sobie odmroził. Przywołał dzieci i zapytał surowo. bądź co bądź. Był to brzuch. są jeszcze małe. a tę trzecią na tej drugiej. — Jak to. W sprawie tego nosa z marchwi. — domyślił się tatuś. ktoś zapukał do drzwi. o co chodzi.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. wśród wrzawy i uciechy. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. Były bardzo szczęśliwe. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. ale zuchwałe. e nic podobnego. Nos miał z marchwi. one najpierw lepią jedną kulę.. Ale tatuś na wszelki wypadek. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. Na samym środku tego rynku dzieci. One jeszcze tego nie rozumieją. potem drugą kulę. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. Przepraszał. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. jakby nic nie zaszło. Pan je powinien krótko trzymać. to trzeba na to mieć dowody. — Nos — głupstwo. Gdy wreszcie pojęły. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. Ale czy to ju zaraz powód. e tak późno. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. prezes. Ró ni ludzie przechodzili. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. co go dzieci zrobiły bałwankowi. Potem mniejszą — to były plecy i barki. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. Sprzedawca podziękował i poszedł. ale trzeba pilnować. najpierw nie rozumiały nawet. ile kto chciał. Prezes przywitał się z panem domu. oglądali bałwanka i szli dalej. tylko rozciągał się. wychowawczo. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. Urzędy urzędowały. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. nie dał im kolacji.. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. Tak sobie. przecie to jasne. Wychowawczo. Wcale nie z wódki. fuknął i rzekł: — Dobrze. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. Ojciec cieszył się bardzo. o ile opady śnie ne dopisują. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. sprzedawca gazet. na rynku. — Ale on. te smyki. Ale to jest oszczerstwo. odparły. Chciały dać do zrozumienia. ma 15 . — Ach. Najpierw utoczyły du ą kulę. za karę. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. A rynek nic sobie z tego nie robił. Bo to dzieci. osobę.

dziwiąc się. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. wycofał się z pokoju. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. czy istotnie. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. Ojciec nie rozumiał. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. a potem nagle umilkły przed samym domem. e jak mi się spodoba. eby usiedli. A ja panu powtarzam. Zapamiętaj pan to sobie. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. chciały dać do zrozumienia. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. za karę. Ochoczo zabrały się do pracy. Nie na tym skończył się ów dzień. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. Dzieci. To. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. kto to mo e być. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. — Eee. — Tak. Dzieci zastanawiały się właśnie. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. I mo na mu zrobić guziki. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. Jednak na wszelki wypadek. Na rynku nie pozwolono im się bawić. to równie jest dwuznaczne. milczy pan! To milczenie jest wymowne. dlaczego miałby być nieupolityczniony. co ludzie o mnie mówią.. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. e ja chodzę po domu porozpinany. — Eee. więc podsunął im krzesła. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. bez adnych ubocznych myśli. Dzieci zaczęły się kłócić.. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. takiego zwykłego bałwanka. bo pije wódkę. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. niesmaczny art na temat faktu. cichnąc stopniowo. jaką by wybrać zabawę. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. — Aha. ojciec postawił je w kącie. co sprzedaje gazety. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. Zrobimy czerwony nos. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. 16 . zapytane. ale gospodarz ju nie otwierał. — No to ulepimy pana. bo chodzi porozpinany.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. na nierozwagę. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. bo on jest bałwan. to ju jest moja prywatna sprawa. drogi panie. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. On ma czerwony nos. Jednak na wszelki wypadek ojciec. Tylko eby więcej tego nie było. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. na palcach. za karę. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. i jeszcze jedno. umilkły w oddali. ukradkiem. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. Nie będzie ądał sprostowania. aby się natychmiast przyznały. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. dla zabawy. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu.

Nikt nie przychodził do parku. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. Pomyślał. gdy przypomniał sobie o łabędziu. Staruszek posadził łabędzia na krześle. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. po drugiej stronie stolika. gdy czuł na sobie jego wzrok. rześcy i zadowoleni. Przeląkł się. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. wbity do ciepłego. Zaniechał więc gospody. Biedny łabędź. maczaną w mocnym. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Wczoraj. upominał się o coś. Poszli. Ze względu na dzieci. I znowu nadszedł wieczór. gdy wrócili do parku. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. Łagodnie świecił białą plamą. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. W tym wypadku straciłby posadę. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Gdy siedział tak na brzegu. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia.. zjadłby coś. 17 . Noc jest gwiezdna. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. Matki małych dzieci. poruszyła staruszka. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. Na środek stawu wypłynął łabędź. wrócili na posterunek. ale bezksię ycowa. Stró em został mały staruszek. eby go mieć na oku. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. Ukradli go chuligani. kto w taką noc zetknie się z wodą. Pewnego razu łabędź zginął. Ozdobą parku był łabędź. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Nie mógł jeść. wpatrzony w niebo. Zabrał więc łabędzia ze sobą..Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. Było mu zimno. a czasem spoglądał w gwiazdy. To łabędź. pełen wyrzutu. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. od lat samotny. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. podpłynąwszy do brzegu. Następny wieczór był równie chłodny. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. al mu się zrobiło ptaka. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. grzanym piwie z cukrem. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. Myśl o tym. samotnego serca staruszka. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. Przywoławszy więc kelnera. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy.

charakteryzując się w garderobie. Wieczór spędził jak sparali owany. ale spełniał funkcje pomocnicze. Przeciwnie. przeszedł na syna. nie grał na scenie. taki był mały. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. musiał się schylić. wychodząc z garderoby. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”.. mimo obrzydzenia do samego siebie. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. czy to amatora. e go nie dostrzega. Pewnego razu. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. rozporządzał świetnymi siłami. a lilipuci w formie. usiłował nawet. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia.” Zwykli ludzie? Tak. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. Je eli teatr stał. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. zawadził koroną o górną framugę drzwi. Podniósł koronę i udał się na scenę. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. Nie mo na się ju było łudzić. Zarabiał dobrze. wychodząc. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. Sam przed sobą udawał. rozgoryczony. które w nim poczęło kiełkować. Zespół solidny. będąc za du y. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Spojrzenie było uwa ne i ponure. występujący pod szyldem „Tyci”. który z jego ojca.. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. e mimo i chodził po scenie. taki rasowo. nabił sobie guza na czole. kiedy. czy to zawodowca. w fotelu. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. liliputa-biedniaka. po tylu latach. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. Rósł. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. przy szklance grogu. ale wszystko to było sztuczne. Pamiętał. równie liliputa. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. to przede wszystkim dzięki niemu. ba. miał powodzenie. nie tak jednak małego. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . e mo e nawet później przyjdzie regresja.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. pomimo e był bez nakrycia głowy. stały. Ale wreszcie. N a s z w treści. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. W chwilę potem. Zespół jednak był skompletowany. Wmawiał sobie. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. widownia w ogóle go nie zauwa yła. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. w której grał główną rolę — zauwa ył. umyślnie wyprostowany. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. Nazajutrz ściął obcasy. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. e lustro nie odbija złotej korony. e jest jednostką aspołeczną. e proces ma charakter przejściowy. niedoścignienie mały. zarzucił czytanie gazet. którą miał na głowie. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. poniewa był najmniejszy. stać się apologetą imperializmu. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. który. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. Nadszedł dzień. który grywał role amantów i bohaterów. choć usiłował je oddalić. równie liliputa. Miał nadzieję. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji.

Wrócił potem do domu. równie bardzo zdolny. Odwrócił się do drzwi. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. gdy dopinał długie. Obok fryzjera drugi amant zespołu. Bez wahania. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. gotów. Przez okres prób męczył się bardzo. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. Siedząc na widowni śmiał się. Wiedzieli albo domyślali się. Musiał rozstać się z teatrem. która niebawem miała wejść na afisz. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. potem był chłopcem na posyłki. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. niemniej jednak du y. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. trafił do teatru liliputów. jak zawsze. który ju stał się dla niego za krótki. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. wpatrując się w sufit. Potem w szatni. Miał wra enie. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. zabawni malcy. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. ju ucharakteryzowany. 19 . szepty milkły. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. powoli. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. z fryzjerem pośrodku. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. powierzono mu rolę tytułową w sztuce.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. w sobotę. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. w „Zawiszy Czarnym”. Później imał się kolejno ró nych zawodów. granatowe palto. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. Po latach. w miarę rozbawiony. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. w miarę zainteresowany. odwijając miętowe cukierki z papierka. lecz ciągle. Ale bezlitosny czas. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. sapnął do siebie. zadowolony. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki.

Tłum powstał z miejsc. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. rehabilitacje.. wybiegła z tunelu. uzbrojony w długą erdź. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. — Odczep się — powiedział lew. Lew skrzywił się: 20 . kiedy dostrzegł. ebyś od razu kogoś po erał. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. e nikogo nie zjadłeś. Dozorca lwów. — Rzeczywiście. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. I co wtedy? Rewizje. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. Oni po prostu chcą mieć alibi. prędko i miękko przebierając łapami. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. To lwy”. lwami? — Nie wiem. eby lepiej widzieć. trochę silniej. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. Czy nie przyszło ci do głowy. eby go podra nić. co nowe. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. Chrapliwy pomruk. zamiast posługiwać się nami. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. to wszyscy widzieli. Chocia . Ale mniejsza z nimi. Lew machnął ogonem. Dozorca westchnął. Spróbował go więc namawiać. Bondani Kajus. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. Czy nigdy nie myślałeś o tym. — Nie mówię. — Starsi. — mruknął z politowaniem lew. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. e jadłem marchewkę. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. astma. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. sprawdził. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. Kajus ukłuł go po raz drugi. Kajus podrapał się w głowę. — Człowieku. wrzuci go między skazanych. — U yłeś słowa „alibi”. co kiełkuje. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. Pierwsza lwica. Kajus zaklął. spokojnie je marchewkę. Jak przyjdzie co do czego. które kiełkuje. W historii zawsze trzeba się orientować według tego.. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. — Nic się nie znasz na polityce. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. Coś mi się wydaje. Ju był odetchnął z ulgą. — Widzisz. nie pomyślałem o tym. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. Kajus nie był złym człowiekiem. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem.. między nami. Bondani zni ył głos. zadyszka. tak dla alibi. e nie chce agitacji. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. Igrzyska rozpoczęły się. marchewka to wielkie świństwo. Mnie chodzi o moją skórę. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. mówię ci: nie ma głupich. ale bał się. e nadzorca..

. Idą na byle co. — No? — Jakby ci chrześcijanie. 21 . Ciemnota kolonialna. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki.. wiesz.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw. doszli do władzy.. — Co — chrześcijanie? — No. Element bez zmysłu taktycznego. — Słuchaj — zająknął się Kajus.. Krótkowzroczni koniunkturaliści. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć.

Bluźniąc w ten sposób. Nie jest ju pacyfistą. Najpierw był w Polsce. narzekałem i złorzeczyłem. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. Przebacz mi. a przede wszystkim oskar ał wojnę. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. przy śniadaniu. Zrobiłeś to po to. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. pamiętajcie. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. e tak jest odeń daleko. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. odjechał eszelonem. o. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. Abym nie zginął niespodziewanie. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. wcielony do piechoty. Tak więc.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . Wołał. przywalony sufitem. z tych. o. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. A wtedy okazało się. Zupełnie nie rozumiem. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. niegodny. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. A wy. bracia i siostry. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. które świadczy o tym. aby mnie ocalić. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. Panie! Teraz ju wiem. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód.. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. jak ka dy zresztą niedowiarek. Przeczytawszy ten list. Codziennie. „Verflucht!” — mówił. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy.. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. Kiedy dotarł do Kaukazu. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. e nie chce odchodzić z domu swego. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. w rozkwicie moich grzechów. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. e pewnej nocy w kamienicy. Eryk bardzo sobie krzywdował. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. A ja.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. a wy? 22 .

Zakąś serkiem. A jednak przyroda jest najwa niejsza. bracie.. Szkodzi? Mnie te szkodzi.. Łysiejesz? Ja te łysieję. czasem trafi się jakiś szakal. Taki Grunwald. „Hajda. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. patrzysz. Panno Stasiu. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. czemu aden z nich nie wie. węgorze. Wszystko minęło szczęśliwie. jeśli chcą. Postawisz sobie pelargonię.. Proszę cię. bracie.. I woda.. „Wsio praszło. a tu nie ma dosłownie nic do picia. o ile mamy z czego. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. Ostatnie kukułki przestają kukać. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. Takiemu nie podaję ręki. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. poriedieł moj wołos. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę. Tylko za du o jeść nie mo na. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. „Hej kolego. Trzeba umieć yć. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego. Panno Stasiu — jak wy ej. w której le ał jego ojciec. Owszem.. Najwa niejsze. Koń izdoch. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. Historia nasza obfituje w szczegóły.” Siedzisz i pędzisz przez pola. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. Zęby mnie bolą. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. Mam do ciebie prośbę. Lato minęło. bo mdli. A bo ja wiem. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. Tote trzymam się z daleka. Świetnie je d ę tramwajem. To piękny serek. Ka de święto lasu jest moim świętem. Du o wody. płaszczaki.. Panno Stasiu. Kto wie. Panno Stasiu. piękny jak Capri albo Luwr. W środku Wanda. Panno Stasiu. snieg puszistyj!. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. A ja jestem roztargniony. opustieł nasz dwor.. na co go stać. nigdy nie cierpiałem.. co. Mijasz sioła. Znałem jednego re ysera. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. Mo na by du o mówić. jeszcze raz. I chciałyby się czegoś napić.. si. trojka. mówisz coś? Ja te nic nie mówię..Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. Głupstwo. Weźmy te głębiny morskie. Nie pijesz? Ja te nie piję. Śmieszyło mnie to.. Ja osobiście wolę porzeczki. I co? — zapytuję. A pelargonia trwa. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. Zdolny był. czy nie widzimy się po raz ostatni. Bardzo lubię zalesiać. Ja. nie warto wspominać. Nie kukasz? Ja te nie kukam.. Las to zdrowie i mleko. prosimy o dwie takie same. Człowiek jak i inni. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. Mniej zachodu. Sanacja. 23 . Ja nie z soli ani z roli. Wszędzie woda. Czuję do niego odruchową niechęć. Na przykład taki jamnik. I tak było.. Rozglądają się. Nasze zdrowie.. Trzeba się czegoś trzymać. Tak. Ale te miałem wypadek. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. Ale mimo to. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. Czy uwierzysz. Właściwie zima ma swoje dobre strony. jeszcze dwie głębsze. Człowiek wiedział. Kiedy byłem mały. W tym coś jest.” To z Jesienina.. Wisła to królowa naszych rzek. Tam czuwają — pomyślę sobie. Pływają tam meduzy. Przeniosę się do Wieliczki. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. Konno nie umiem jeździć. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. Czy pamiętasz: „Si. Sztuka a ycie. dwie. To z Asnyka. gdzie się szczęście znajduje”. Teraz są te spływy Wisłą.

Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. Słuchają. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. bez której coraz trudniej było mu chodzić. Do polityki się nie mieszał. Na dziedzińcu zatrzymał się. Mieszkał tam proboszcz staruszek. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. a bogatsi na ławeczkach. A nicponie!. eby dać koncert.. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby.. A orkiestra zebrała się. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby. Zardzewiała była. 24 . Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. Herboryzował jedynie.. Wieśniacy siedzą na progach.. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. stara.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. na przyzbach. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. sobotnie popołudnie. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. Głos ich doleciał do plebanii.

Sześciu stra aków z trąbami. słychać było brzęczenie pszczół. Ale przecie .. Nale ałoby ich jednak skarcić. Bo jak e to?. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie. z dziedzińca kościelnego na placyk. Lipy mocno pachniały. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. 25 .. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić.. ile ju prze ył.. On sam. w hełmach.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. I przypomniało się staruszkowi. jak w seminarium jeszcze. Tu przed kościołem. na podwórku... Wiadomo: młody. grali w palanta... — gniewał się jeszcze. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni. ja te byłem młody. — Urwisy. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. W krótkich przerwach między strofkami. dam ja im — zagrzewał się poczciwina.. Kapelmistrz miał pióro na hełmie.. z którym rodzi się i umiera człowiek. lubi się pokazać. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. Dotarł do drugiej furtki.

A on przystanął.. Ej!. Siwiuteńki. Proboszcz zbli ył się do nich. powiedział: — Ej!. Pokłonili się pokornie. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby. podniósł palec i kiwając nim to do góry... o lasce.. — grali stra acy. 26 . Stra acy obejrzeli się.. Przestali grać. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. to na dół.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka..

. podczas wspólnej akademii. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. tote nie zdziwiło mnie to wcale. To. Pocałowałem ją w rękę. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. eby mi nie przeszkadzała”. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. jedną ręką podkręcił wąsa. e widziałem ją tam. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. udając najwy szą obojętność i chłód. nale ała w istocie do mojego druha. aby okazać się mę czyzną. Na myśl. było tylko dziełem przypadku. Kiedy przyszła na górę. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. dosypując całe naręcza point.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. ująłem jej dłoń. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. tym razem autentyczną. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. na jakim przyjęciu. e dłoń. zapuszczałem się w puste aleje. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. gdyby nie okazało się. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. Jaka była moja radość. e nie jestem taki nachalny. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. Bowiem kiedy w pół roku potem. a więc w warunkach. Na szczęście nie była sama. stanąłbym wobec konieczności decydowania. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. który. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. i pragnie swoją zgubę odszukać. e jest jej dłonią. Okrę ną drogą. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. zbli ywszy się do niej. przedzierającą się przez chaszcze. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. 27 . przeszła mimo. którą znalazłem tak blisko jej kibici. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. Przełamawszy wszystkie opory. poniewa sądziłem po prostu. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi.. eby podejść i uwieść ją. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Los jednak przyszedł mi z pomocą. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. poza krzewami. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. Chwila taka wnet nastąpiła. Spłonąłem ze wstydu. mój znajomy dokonał prezencji. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. cal po calu. mnie głupiemu. wysunąłem ku niej rękę. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. e straciłem rozeznanie.

Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. musiałem wyjść po nie. oświadczyła mi mimochodem. Mówi.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. acz surowo. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. jak mi powiedziała następnego dnia. Bardzo mnie zawstydziła. Następnie domagała się zapałek. Wreszcie. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. le ała. Nie powinienem jednak się skar yć. ze wzruszenia zasalutowałem. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. gdy . lecz stanowczo. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. e jestem jak inni mę czyźni. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. dodając przyjacielsko. e jestem bardzo subtelny. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. wrócić i po yczyć jej. tłukąc się boleśnie. Skinęła mi głową. i poszła. e tego się po mnie nie spodziewała. 28 .

Zdaje się. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. nie jestem profesorem. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. separującej mniejszości narodowe? 29 . Chwilę milczeliśmy. czy mo e wejść. Sam rozwiązałem. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. Miała barwę starych płytek do gry w domino. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. klamki brudno ółte i ozdobne. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. ślinionym ołówkiem. drzwi równie nadmiernie wydłu one. — Mo e tu kiedyś była redakcja. pięćdziesiąt lat temu. e przedtem te było prywatne mieszkanie. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. ale dawno — powiedziałem złośliwie.” — Rebus —— podsunął. te sprawiał. strumień płynął dalej. e często myślałem o rzece. wycierając nogi. — Widzę. Przepłynął i zniknął. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. Po drugiej stronie był rebus. widząc. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. Oburzyłem się. W pokoju było szaro. — Szkoda. ju nie ma. Wolałem sam przynieść. wykonanych z kości. — Tak. — Czy pan wie. rozejrzał się i zagadnął. — Istotnie. Sufit w pokoju był wysoki. według adresu. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. Bie ący tydzień w BadenBaden. przede mną te było prywatne mieszkanie.. które zostały na powierzchni po topielcach.. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. Nieustanny szelest kroków. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. ślepych. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. poziomymi kreseczkami. — Wielka szkoda. Kiedy wszedł. Ale zdaje się. — Przyniosłem do redakcji. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. — Tak. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. Kiwnął głową. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. przenikający przez szyby. — Cały rozwiązany. — Kiedy się wprowadzałem. proszę pana. e się nie orientuję. który. Rozwiązałem wszystko. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi.

Siedzieliśmy w ogrodzie.. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. Ojciec i stryj powiedzieli. Takem zaczął sobie rozwiązywać. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni.. To nie ja wymyśliłem bombę. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę.. Mo e się panu wydaje. to się pozapominało i troski ma się inne. Zaczęli grać. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem. e się nie dałem. to będę grał. Taki przewrót. co znaczy Zeppelin. Czy pan myśli. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. — A jednak pan mi działa na nerwy.. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. e będą grali w karty. — Mnie reklamowali. proszę pana. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. — I dopiero teraz pan skończył. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. — Śmieszny pan jesteś. Kryzys w dwudziestym dziewiątym.. Ja nad tym nie pracowałem. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. Spłoszył się. Ale mogę powiedzieć. 30 . ale myśl ludzką trzeba szanować.. — Panie. Pan się śmieje. plebiscyty. e jestem za młody i e jak dorosnę. republika weimarska. ale ojciec mi nie pozwolił. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy. e to tak łatwo. Myśl ludzka nie zginęła. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. — dopowiedziałem uszczypliwie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. Nie umiał pan! — Bomba bombą. Ale ja musiałem pracować. proszę pana. Śmiałem się głośno. co ze szkoły. bo było gorąco. bo mówił. Poziomo. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. e miałem za du o czasu. Oto rebus. Czy pan wie. — Pan myśli. Chciałem zagrać z nimi. — To było bardzo trudne. proszę pana. w Czarnogórze. proszę pana. a pan ciągle z tym rebusem. taki kolosalny skok. złośliwie. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. tylko e jeszcze wcześniej. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. Było du o obcych słów. e sam wszystko rozwiązywałem. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni.

kiedy wracałem do domu. tłumaczył. Powtarzam. e. uśmiechnięty. miłości i niechęci. ona — jak mój palec serdeczny. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. Włosy spięte na karku. czym zmiana pogody na niebie. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. Byłem łaskawy i przyjacielski. e mieszkają w maleńkich domkach. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. Byłem po śniadaniu. ja mogłem być dla nich wszystkim. odzianej w granatowy wełniany sweter. bo moje nowe. delikatnie dawszy im do zrozumienia. kto sądził. Wreszcie. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. a mo e coś więcej. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. 31 . Wyjaśnili mi swobodnie.. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. Nachyliłem się. Wpatrywali się w siebie. o którą wspierała się wysunięta szuflada. Odszedłem pod mur. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. ju nie padało. jak wielkim autorytetem będę dla niej. przypominające błyszczący wiórek. równie mieszczących się w mojej szufladzie. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. uczucia. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. ale bezskutecznie. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. W kawiarni widziałem się z kimś. moim głosem. Zmiotłem ich wszystkich jednym. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. Bo to był przypadek. którym wysłane jest jej dno. Okazało się. muskały jej plecy. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. mogła na nie wpływać. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. i tak zostały pochlapane. śmiałem się. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. w doskonałym humorze. zgrabna i złota. Wyglądało to na prośbę o pomoc. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. Z góry cieszyłem się myślą. Zresztą nie okazywali trwogi. Byli tak mali. ziarenkowych oczu. czując. która ni stąd. e yją w niej mali ludzie. problemy. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. e muszę wyjść — udałem się do miasta. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. a nawet podszedłem do lustra. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. na których bardzo mi zale ało. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. Potem. jasne spodnie. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. o jasnych oczach.. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. Wziąwszy się za ręce. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. e właśnie teraz jest sposobna pora. Uśmiechając się nieśmiało. ale miła i młoda para. e mają kłopoty. e mają rodziny bli sze i dalsze. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. zobaczyłem tam te horyzont. On — wielkości połowy mojej dłoni. artowałem z nimi.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. abym im pomógł. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. Uśmiechnąłem się. co odkryłem ze zdumieniem. e jest tam nawet mała uliczka. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. e ujrzałem najpierw ich dwoje. niecierpliwym ruchem ręki. W mojej szufladzie kryły się światy.

pomocy... Był wielki i mocny.. nic podobnego. cie.? Więc o co chodzi? Ach. To zbyt trudne do uwierzenia. . mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach... W tym roku pojechaliśmy na letnisko. . Miałam du e oczy i długie warkocze. Organy grały i miałam długi. co te ojciec znowu. Byłam mu wierna.. był taki zdolny. Jest na stanowisku. ja. bo jeśli to grzech. Nigdy.? Tak... Siedzimy rano przy śniadaniu.. Mam mę a.. Niech ojciec weźmie tę rękę. 32 . skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście. jak e . i lilie. wszyscy go szanowali.. . . I wtedy zobaczyłam. Namówiłam go... to była pró ność.. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. .... biały welon. .Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie. . ale delikatny.. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród.... tak. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać. ogromna odpowiedzialność..? Proszę? .. Po siedmiu latach po ycia..... zaraz dojdę... nie zmienił się i po ślubie.. to jest.. Nie.. oczywiście. . Czy ojciec uwierzy? . wiem. Jedno z tych zwykłych. to ja przychodzę. dziesiątki tysięcy malutkich.? Nie. biedną dziewczyną. nie. potrzebuję.. po. Pokój obity tapetą w malutkie. Zawsze był stanowczy. nie zamierzonych spojrzeń.? Mo e. ale niegroźne. nie wiem czy potrafię..? Nie.? Och.... proszę ojca.. .. Ale przecie to ja się spowiadam.. tak... nie... przyszłam tutaj.. a nie on. bardzo ałuję.. słyszałam o tym. nie płaczę. ani nawet myślą. Potem pobraliśmy się. drzewa... taki zasłu ony!. On przyjechał samochodem. Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. Oczywiście. kraj. naprzeciw siebie.? Oczywiście. Czy ojciec mo e. Tak. i. nie. ale on nie.. ró owych kwiatków. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi. Ach.? Zaraz. zdarzały się nieporozumienia.. proszę ojca. długi.. ...? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy. Lubiłam je dotykać policzkiem. ojcze. ró owe kwiatki. Nie zdradziłam go ani razu.. W chwili kiedy podnosił fili ankę.. ..... Ja byłam młodą.. e wyszłam za niego z miłości.? Właśnie — co? Jak. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e.. rady.. i mama płakała. To ja.? Ale . nie wiem.. kogo ojciec chce.. I było kadzidło.. eby odpoczął..? Te nie. dlaczego.. . praca. spojrzałam na niego. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo. ojcze duchowny... Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. Był pełen planów..? Słucham? Ach.

? Tak. Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . dopiero wtedy zobaczyłam.Sławomir Mro ek – Opowiadania . proszę ojca. on jest z plasteliny. Pochyliłam się nad nim.? Wtedy. Sztuczny. e on jest z plasteliny. Widocznie miałam szeroko otwarte oczy... On był zawsze. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 . Cały. ..? Uniewa nienie mał eństwa? Ale .. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz...

w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. bo ślimak ma tylko prawą nogę. ma odstające uszka. Przyszedłszy do domu. bo siedział pod ławką. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. eby go uznali. jest ju późno. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. jak Zygmuś wygląda. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. ale ja mu powiedziałem. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. e ślimak kopie lewą nogą. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. wchodząc do klasy. to znaczy. ja ju jestem przeziębiony. Kiedyś.. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. — To ładnie.. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. co to jest ślimak. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. A jednak jest w nim coś. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką.. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. e to nieprawda.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. co wiem o Zygmusiu. z którego wyrabia pierogi”. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. bo się przeziębię. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . nie zdjął berecika. tak odpowiedział na pytanie. Pewnego razu. Otwórzmy jego kajecik. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. z du ą główką na cienkiej szyjce. Ka demu się wydaje. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. e wie. Rzeczywiście. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. Pierwszym tematem. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. Zygmuś powiedział: — Czekaj. bo znowu trzeci byłby bez niczego. Zygmusiu. Ale on nie uwa ał. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. Dzisiaj ju nawet wiem. ebym nie zdejmował berecika. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. ale posługujących się tylko gwiazdami. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. e masz dobre serduszko. Blady.. Dlaczego nie uwa ałeś. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. co było w szkole: — Pan profesor mówił. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. Zygmusiu. Gdy pojawił się ostatnio. Jednak ślimak zajął Zygmusia. to ci poka e!. idź spać. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły.

Miły. e zawsze razem najraźniej. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody.. Taki jest Zygmuś. Strze cie się go. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. ale. 35 . w którym miejscu mają tatusia szukać.. bo mówi. ale najlepiej w domu. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy. jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. e wszędzie dobrze. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz. Ciocia mówi.

dniem i nocą. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. to — mruknął generał. brunatny i biały. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. — Późno jest tylko dla wroga. cały płonąc. która wybiła! Niech zabrzmią działa. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. — Ja mówię.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. tak. Ty w skupieniu. to. ale jakoś smętnie. — I taka mnie ogarnęła 36 . dla nas nigdy! — krzyknąłem. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. to czarnymi od błota. Zostałem sam. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. biłem w jego matowo.. to jasne jutro. choćbyśmy mieli maszerować. — Godzina walki. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. Ka dy nasz krok.. generale.. Nie ustaniemy. lekko poirytowany. dyskretnie przysłaniając sobie usta. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił.. tak. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. pochwalił rząd i państwo. ale od czasu do czasu. — .. z czołem przeoranym zmarszczkami. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. kiedy mamy werble. Generał ukazał się w stroju niepełnym. prawda? — zapytał generał niepewnie. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. świadczący o mojej pracowitości i ochocie. generale — myślałem — ale wiesz. — O. Bęben był du y.. bardzo słusznie — zgodził się generał. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. — No no. — Nigdy! — huknąłem. zale nie do pory roku. pochrząkał. kiedy podszedł do mnie generał.. słusznie — przytaknął. e twój wierny dobosz czuwa. obmyślasz strategiczne plany. — Nigdy odwrotnie. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. obywatelu generale! — podchwyciłem. krok. — Tak jest. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. I ty. uderzając w bęben z podwójną siłą. — Nie. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach. — Odszedłeś. — Słusznie. Przywitał się. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. złoty. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. — Na co nam dzwony. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa.. Gdy odezwie się mój werbel. nie. panie. Trząsł się nieco. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. myśląc nad czymś. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. maszerować. dumna. bo na biwak spadła nocna mgła. — Ot. — To jest — dzwony owszem. a świat po obu stronach bywał zielony... A ka dy nasz krok. — Tak. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie.

e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. ani senność. zziębniętych rąk pałeczki. Potem rzekł głucho: — Dobrze. Głos miał ochrypły. generale! Nie pokona mnie ani chłód. ró owe obłoczki. nasycony ideą. Ront. Zawsze byłem szczerym. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. Nawet przez myśl mi nie przeszło.. e będziecie jeszcze bębnić. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. Wkrótce potem aresztowano mnie. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. e tego. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. nie mogąc zasnąć. przewracał się z boku na bok. Pojawiły się pierwsze. taka wola poświęcenia dla sprawy. kiedy mijaliśmy namiot generała.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Wzruszyło mnie.. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. e mo na by to w ten sposób pojąć. 37 . nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. Generał zgrzytnął zębami. Witało je tylko zdrowe chrapanie. bardzo dobrze. co? — zagadnął. które wyraźnie słyszałem. — I odszedł. gotów jestem bębnić póki ycia. a ja z całym arem młodości. Nie pozwalał na to regulamin. Czasem tylko. W dolinie rozległa się cisza. ani przypodobania mu się. o którą walczymy. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. otoczył mnie w milczeniu. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. Myślałem. — Więc powiadacie. wyjął z osłabłych. Był to generał w koszuli nocnej. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. zdjął mi z szyi bęben. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. który wykonywał ten rozkaz. e to z zimna. Noc ju zapadła głęboka.

Oni stanowią skład pogotowia. je eli pan ma ochotę. i co? Straszna samotność. Wiadomość w sklepie. czynnego całą dobę bez przerwy. — Więc humanizm. ale chcą. Była to niegdyś łazienka. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. gotowy. 38 . Co pana czeka? Osamotnienie. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. Mo e pan mi towarzyszyć. którzy nie mają. — W porządku — mruknął opuchnięty. knajpy jeszcze puste. kiedy samotność.. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. znajomi w pracy.. potem kolega musi odjechać. Dzięki nam odnajdują się ci. Odło ył słuchawkę. kiedy ma ochotę wypić. Odprowadza go pan na dworzec. Muszę wyjść na chwilę do personelu. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. mo e dać się we znaki. Wróciliśmy do pokoju administracji. proszę pana! Ilu jest ludzi. teraz naprędce przerobionym. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. kole eński. Albo ma pan wolny dzień. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. taki. jak zimne światła odległych galaktyk. którzy te pragną w danej chwili wypić. ale bez szansy porozumienia. ulica Zwycięzców? Tak jest. przyjęte. — Zwycięzców trzy. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. ale nie ma z kim. tak. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. przedpołudnie. wszyscy śpią. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. spragnieni i smutni. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. Zaraz poślę dy urnego. Z pokoju kierownika — od frontu. telefonu. szefie? — zapytał ochryple. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. — Jaki adres. Większość spała. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach.. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O.. którzy chcą i mają. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. tak nieznośna dla ludzi pijących. buchaltera i sprzątaczki... Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. tak. chętny do pomówienia o wszystkim.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. Wzdłu kafelkowych ścian. współczujący. z urządzeń pozostała tylko wanna. a stamtąd do następnego pomieszczenia. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. w ółtym świetle arówki. ale nie mają za co. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. do u alenia się. Pije pan z kolegą. który nigdy nie powie: „nie”. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. — A pracownicy? — To zale y. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. serdeczny. zapinając guziki. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. — Halo. i ci. ale bardzo obszerna. oddany. których pan widział w dy urce. wraca z dworca. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile.

Chce mieć kogoś. Na biurku zadzwonił aparat. 39 .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. przecie nie poślemy mu byle kogo. — To ja pójdę — zaproponowałem. których by nie wypito. którzy pracują dla nas na zlecenia. e świat jest piękny. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. specjalista od kultury Majów. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. e w towarzystwie pije się lepiej. więcej. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. ale nie tylko. — Halo. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. chętniej. Są tacy. Wiadomo przecie . Dzwoni do nas profesor. Marysiu. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. — Czy mo e pan nas poinformować. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. który opuścił przed ukończeniem seminarium. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. tylko ludzie są źli. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. Do nich wysyłam pijących poetów. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. Muszę przyjąć raport. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. tu Spółdzielnia „Jeden”. do lasa”. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. gdyby nie my. miał cię kie dzieciństwo. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. — Eksportowa zakrapiana. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. Ep! Mówi. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. ale takiego. Zdarzają się klienci wybredniejsi. Kierownik rzucił się do słuchawki. ona go porzuciła. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. czyli „Na jednego”. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne.

a to z powodu chrypki. O florze. ale jednak najczęściej to.. „Twoja być biała”). który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. ale: „Pańska być” (np. Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . Nie w ka dej muszli słychać morze. . „Sero venientibus ossa!” — okrzyk... Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. Chłopiec na posyłki. faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np...Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE . „Pańska być biała”). który się zestarzał — starzec na posyłki.. Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi.. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. łączcie się!” . jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. Ziemia posiada kształt balona. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo.. 40 . której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych.

. 41 ... Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach. Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”..Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.” — westchnienie. który jest w letargu.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. . .. gdy umrze: zaświatowiec. Historyczne: Atylla — pejcz bo y. „Więc to na zawsze. jakie wydaje się po przybyciu do piekła.... Światowiec.. Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera. który był przedtem... Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? .

Pozostali — krewni Lucusia. kładła mu głowę na kolanach i długo. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. Gdyby Eustachy ył. uwa aj na siebie. Mówi do swojej córki. mieszkająca osobno.. ale domowi wiedzą.. jest tylko dumna.. On się nie załamał. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz. Czy Lucusiowi coś grozi?. Lucuś jest ostro ny.. jak ju wspomnieliśmy. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego. Wśród bliskich znajomych Lucusia. Na przykład pewnego razu. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. e nie ma wyjścia. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. Lucusiu. a Lucuś siedział przy lampie. — Gdzie?. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. Natomiast babka Lucusia. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Lucuś jest bohaterem. galopujących przez równiny. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. prześladowcy. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. krą y niejasna. On wstaje... ona Lucusia.. mama Lucusia i babka Lucusia. gdy dzieci ju poszły spać. — powiada ona. zmienia charakter pisma. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia. e przychodzi do domu rozpromieniony. Łomotanie nie ustawało. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską...Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach. Ach. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam. przejęta własnym zuchwalstwem. „Je eli zidentyfikują. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. — Wasz ojciec mógłby tak samo... podchodzi do drzwi. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. Był pewien. znajomi. z nie tajonym podziwem: — Znów?. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. milczący. Gorączkowo starł świe y napis. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. W tym słowie jest wszystko. Starannie zamyka się w kabinie. — Ty. Serce Lucusia zamarło. Jego mama niepokoi się o Lucusia. e gdyby chciał i mógł.. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. ba. codziennie... Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. ten Lucuś. — zapytuje dalej ona. Lucusia. Ró ni ludzie.. Zdaje się.. to miałby wiele do powiedzenia. Zdarza się. Sprawdza tak e rolety na oknach.” — i śmieje się groźnie na myśl.. Lucuś im daje. Ha ha. działałby tak samo jak Lucuś... niezłomna matrona. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. gdzie zwykle. czy nikt nie podsłuchuje. którym to napisałem. wiedzieli o tym mniej lub więcej. do kogo nale y pióro.. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 .. e to oni. Cała jego postać wyra a męskość i siłę... Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. ale jest z niego dumna.. no no. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. w pantoflach.

Lucuś jest zbyt przebiegły. Tego wieczoru długo stał przed lustrem. Nie wątpił.. Opodal le ała niewielka. — My. W zagajniku było ju mroczno. w poprzek. Lucuś poczuł się jak husarz. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. panie.Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Nie. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. Wsiadł do pociągu. a więc są ju w hotelu . Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. zapytał o ubikację. Tak Lucusia nie wezmą. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. 43 . Ale postanowił. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. Lucuś poznał się na tym. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. uboga wioska. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. przystanął i zamarł. chodzimy do lasu. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. sprawdzając. — Czego? — zdziwiono się. Poszedł na dworzec kolejowy. ale wprowadzają stan wyjątkowy. czerwony na twarzy. gdzie i Lucuś. A na nich. widniał brutalny napis kredą. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. Dobrnąwszy do pierwszego domu. choć tam te był ostro ny.. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. Postanowił jednak walczyć nadal. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. Wrócił do domu. Wysiadł na następnej stacji. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). W Lucusiu zrodziło się podejrzenie..

brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. Milicjant był na kucyku. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. Tak. prowadzący za uzdę konia. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. zwany powszechnie kucykiem. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. rasowe kucyki. czy wam wiadomo. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. Był to ogromny. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. Ale doszedłszy na miejsce. e i tak się nara a. rozległo się donośne. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . I popatrzył mi badawczo w oczy. za trwonienie majątku państwowego. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. e prochy mojego dziadka. ponury chłop. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. Przed stacją legitymował mnie milicjant.. a kiedy nie ustępowałem. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. postaramy się ją wyjaśnić.. a właściwie małego. Dowiedziawszy się. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. powstańca z 63 roku. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. Wasz dziadek? Tak. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. Przed budynkiem stał. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. — . malutki konik. którego nigdy przedtem nie widziałem. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. przywiązany do słupka. Odwróciłem się i wybiegłem. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. stanąłem jak wryty. dając do zrozumienia. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi.. ofiarując im po kucyku”. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. jak powiedziała mi jego ona. Uzyskawszy dwa dni urlopu. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu. o co chodzi. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. W tej chwili spoza drzwi. Przewodniczący był energicznym. Było to miasteczko. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. Tak. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. Ale. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. 44 . e o niczym takim nie wie. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. dziarskie r enie — r enie. kucyk przed Miejską Radą. to r enie w Powiatowej Radzie. sam się oburzył: — Tak. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. przybyłem do N. Przesadziwszy mur. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. w sprawie rodzinnej. tak potrwać. z czym przyjechałem. Grabarz z kucykiem. na jaki napotykałem wszędzie.. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. Nie zastałem go jednak. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. e była jego kochanką. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. informując mnie o fakcie. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. Powiedziałem. Autor listu nie podpisał się. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. o której wszyscy wiedzieli. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić.Ale? — Ale to musi potrwać... gdy . zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem.

byłą nierządnicę z Klondike. weteranka ruchu emancypantek. 45 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. który na jej miejscu ulokował swoją babkę. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. e zamieszkująca w D. Pojechałem do D. w domu starców moja babka. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny.

co to jest poezja. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. e ka dy od razu wiedział: o. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. ani za chude. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. zjadła rosołek i gulasz. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. a pani nauczycielka zganiła go za to. Uczennica z pierwszej ławki. Wszyscy zdziwili się. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. ten tylko się dowie. wiecie ju . Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. Jeden: „zdrowie — dowie”. Ile cię trzeba cenić. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. a w domu nauczyć się na pamięć. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. a buciki tak czyste. ten tylko się dowie. Ucałowała mamusię i tatusia. który siedział w ostatniej ławce. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. Równie nasza malutka. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. natychmiast wypełniła polecenie. która je po ywne obiady i nie grymasi. Było to dziecko ani za grube. to znaczy. kto cię stracił” — i drugi. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. wzorowa pod ka dym względem. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. Oba były dobre. bez brzydkich obwarzanków. skierowała się do domu. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. 46 . jak wygląda posłuszna córeczka. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. Kto cię stracił. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. Teraz dopiero zauwa yła. a drugi: „wiesz — wesz”. kiedy wraca ze szkoły. co to jest poezja. dzwonek — ogonek. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. e z gnidy była. domek — Tomek. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. a ona ju umie coś nowego. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. Pończochy ściśle obciągnięte. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. ile cię trzeba cenić. starannie omijając kału e. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. wyglądała tak właśnie. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji.

tego „wiesz — wesz”. A kiedy przychodzili goście. Tylko koło Józefka było zamieszanie. W szkole przyzwyczajono się do niej. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. choć nie zawsze były to wiersze. O czym donoszą smutni ałobnicy. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. więc nauczyła się według kolejności. od lewej strony do prawej. wyrecytowała to. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. Nazajutrz. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. 47 . Postanowiła zostać poetką. na ka dej było coś nadrukowane. Ciągle nic nie umiał. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. wywołana przez panią nauczycielkę. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. Oraz wiele innych. który niczego się nie nauczył. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. Mój Bo e. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. a wieczorem miało gorączkę. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. zabili go dłu nicy. to śledzia po japońsku. Nikt nie wiedział. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. Reszta lekcji minęła spokojnie. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. bo inaczej będzie srom.

więc się przykładał. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. Wziął parasol i pojechał. stojącą na wysokich. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. wiały wiatry i świeciło słońce. a młody został i pisał sprawozdania. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze.. a jedynie. No nie. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. było gorąco i ziemia zaczęła parować. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę.” 48 . który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. mnie nic do tego. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. Deszcz pukał o dach. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. ale bał się grypy.. jak było: je eli padał deszcz. e zachodzi tylko pozornie. Robotę miał stale. Bardzo się te ucieszył. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. je eliby ją kto zapytał o pogodę. ale to przecie wszyscy wiedzą.. ale zawsze do władzy. e to od deszczu. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. eby zdobyć ten grosz dla niego. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. du ymi literami i tak. Z troską patrzył w niebo. czy długo padało. Wiedział.. po kole eńsku. Je eli słońce — to samo. Raporty pisał kaligraficznie. Słońce błysnęło. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. ale ja tak z yczliwości. ale brakuje wam kręgosłupa. Nucąc. Mo e by nawet został pod gołym niebem. — Przecie pan kolega sam widzi. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. dostał kataru i musiał się poło yć.. niewielki jakby ogródek prostokątny. i a dziwno i straszno. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. — usprawiedliwiał się wezwany. Zbli ała się godzina raportu. co powiedzieć. Ot. ale pisał dalej. Rozumiecie jednak.. Kierownik był człowiekiem sumiennym.. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. e państwo cię ko pracuje. cienkich nó kach. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. Ró nicy adnej nie robił. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. Naukowo. e leje! — No tak. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany.. owszem. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. niwa idą. kręcąc głową. na którym le ał plik papierów. ogrodzony białym płotkiem. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. przetykane deszczami. Obok zamieszkał kierownik placówki. schronił się więc pod dach. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. mimo e oddalonym. a ile tego. to nie spoczął. a wy wcią o deszczu. eby władza. w istocie bowiem ono świeci zawsze. Defetyzmu nie będziemy tolerować. padały deszcze. Burze nie ustawały. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. Nie tej największej wprawdzie. kolego. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. Władza przyjęła go w pięknym domu. skąd ta inicjatywa. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać.

Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. a nawet zadowolony. a wszyscy ju myśleli. I pod spodem. Napisał o tym. dobrze się ma. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. e kipnie lada moment”. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. 49 . Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. ale spadł grad. Zginął od pioruna. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. Jak wykazały badania. dopisane ju ołówkiem. I kiedy uderzył pierwszy piorun. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. słonecznej pogody w jego okolicy. Napisał. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. A potem ju nic nie mąciło pięknej. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. który musiał zastanowić władzę. Na trzeci — nie grzmiało. Tym razem wzywała go władza centralna. Czuł się dziwnie spokojny. które spowodowały pewne wylewy. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. słonecznej pogodzie w jego rejonie. co się urodził wdowie we wsi. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. Na drugi dzień znowu grzmiało. Niektóre nawet wierszem. ju na poczcie. którym chciał rozproszyć chmury.

Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. Zęby dzwoniły. Ja bym na to nie wpadł. — Jakie toto było przylepne. ludzie się poschodzili. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. Czasem. Świetny matematyk. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. a ten drugi nic. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. cicho szemrząc. modrym Dunajem”. nie jest dzisiaj tak trudno. którzy potrafią i tacy. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. — Uczyła się doskonale. Zygmusia. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. * Hej. mimo wszystko. Lu. towarzysz zabaw jej dziecinnych. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. to był walc „Nad pięknym. Wesoły był chłopak. rodzice. jakeśmy go poprosili. to nawet nie brzękło.. Słowo wam daję. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. Ale to jeszcze nic. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. bo zima. Ale on potrafi. ile to było radości. jak się jeden nie obróci.. prawda. Taki ju był. bardzo zdolny. A i o przyjaźń. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. Franio. który ofiarował radio — po lewej. prawda. Więc powiadacie. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych.. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. co złapano. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. Ale jak przyszło do dzwonienia. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. — Pamiętam. nie siadaj koło barometru. Bardzo zdolny. rozrzewnieni. — Zawsze była miłym dzieckiem. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. * Pamiętam. No. a poza tym hojny gest Frania. jak nie uderzy drugiego. Ślub i wesele były piękne.. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Nowo eńcy. Pułaski to był wódz. są tacy. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. Zygmunt. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. jakie zdolne. e on umie naśladować kukułkę? No có . jako ofiarodawcy. a tu drzwi się otwierają. A 50 . Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. jak ja pamiętam. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. Zasadniczo tak. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. Nagle. zaś ów młody człowiek. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. bo opada”. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. którzy nie potrafią. a mróz był silny. Idę ja raz ulicą. Dlatego te często się do niego zwracali. Wszyscy ów dar podziwiali. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie.

Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. przeciwnie! — zawołała mama. co wy. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. Wiadomo. Prawda. Pan młody z zadowoleniem myślał. a przy dobrej pogodzie to i więcej. Czytaliśmy te a do zmroku. Nieraz. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. Potem. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. ale on dopiero się tam wybierał. eby go gładko nawrócić. rozmarzona. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. e miał spryt do tego i bywało. modrym Dunajem”. to i próby robiliśmy. * Wuala. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. Czasem nas obu zapał porywał.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. Wypytywałem go. nakładając sobie porcję sałatki. tak gdzieś w połowie lata. ja szedłem w pole. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Wacek. misjonarz. bywało. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . co i jak w tych murzyńskich krajach. Trzeba przyznać. Pamiętam. — Przewa nie jest śliczna pogoda. Najciekawsze było o tym.. Cały w sutannie. jak to Murzyni lubią misjonarzy. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. to on mnie i tak w końcu nawrócił. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał.. a Wacek pozorował Murzyna. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. omłoty.. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać.. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. ot. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. dla świe ego powietrza. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. Chocia trochę się krzywił na to z początku. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. W tym okresie trochę go zaniedbałem. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. śpiew. niwa były. ludzie są ró ni. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. Prawda. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. jakeśmy się zapalili. wycieczki. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. Jednak matka. jak podejść do takiego Murzyna. radość. tak dobrze je poznałem. Pan Franio ją nauczył na podwórku. Wacek jak Wacek. ciągnęła dalej: — Młodość. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. zanim mu się udało. ycie. Od razu się nauczyła. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. a Wacek mnie nawracał. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. wesołość. później sam się rozkręcił i mówił. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. Czasami. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. — O. Ja zaś tak się poduczyłem. mógł się tym zajmować godzinami. Sport. w której ró ne sposoby były opisane.

no i zdrowsi by byli. napomykałem. tyłem do domu i siedzi. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. Ja nic — te się zaciąłem. Milczę. to potem ju trudniej. Ja wtedy: — Sól solą. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. a Wacek nie wraca. to sobie pójdę. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Od czasu do czasu. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. rozumie się. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. Potem jest za mało czasu. Obraził się. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. dać im popróbować. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. trochę suszonego makaronu. pokazać. Usiadł sobie nad stawkiem. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Rany boskie! Nikogo nie ma. ale ju . ebym mu podał sól. Raz przy kolacji napomknąłem. nie na werandzie — ze względu na chłody. 52 . e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. dopiero w październiku zdarzyło mi się. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. Przykro mi się zrobiło. zawsze to przecie — Wacek. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. dla dodania sobie kontenansu. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. Nawet pogwizduję z cicha. e nic mnie nie obchodzi. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. W ogóle jak się lepiej zastanowić. kiedy zabierał mi damę albo konia.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. bo zawsze coś wypadnie. Tylko tataraki chwieją się. Wacek prosi. — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. Nawet się ofiarowałem. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. Skończyłem jeść. a Murzyni — Murzynami. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. Patrzę. e był bardzo podobny do Murzyna. Wtedy zacząłem się niepokoić. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. Zawsze jednak byłem delikatny. a muliste dno niezgłębione. znajdowałem. bo wieczory stawały się dłu sze.

.A kto na dachu. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy. Młody pastor Peters. jest właśnie karą za grzechy. Ojciec pastora był równie pastorem. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św.. i trzęsienia ziemi miejscami. Stało się to w chwili. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie. — „. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. Siadali milcząco na ławkach. powiadam wam. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. Albowiem musi to wszystko być. kiedy miał szesnaście lat. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. gdzie podawano im zupę mięsną. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. Potem umarł. a tak e radcą prawnym kościoła.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. e nędza ta. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu.. kiedy znalazł się na miejscu. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. A kto na roli. Młody pastor Peters posmutniał. udawali się na dziedziniec. letniego dnia. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. Pojedziesz do Hiroszimy. który by nie był rozwalony. aby wziął szaty swe”. Ale jeszcze nie tu jest koniec. kiedy wchodził na kazalnicę..Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. Przeło eni. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. poniewa usłyszał kroki. Trzeba powiedzieć. Zdziwił się i oburzył. i tezę równoległą. ale i szczególnie miłe Panu. niechaj nie zstępuje. postąpili słusznie.. Podniósł głowę. w liczbie kilkudziesięciu. mimo tego.. e młody pastor Peters miał tremę.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Potem znikali a do następnej niedzieli. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. Siedzieli szarzy i pokurczeni.. aby co wziął z domu swego. i będą głody i mory. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Pojechał do Tokio. abyście sobą nie trwo yli. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. 53 . będąca wynikiem wojennego zniszczenia. nie zostanie tu kamień na kamieniu. któremu słu ył. a wysłuchawszy kazania do końca.” Spojrzał na salę. Podniesionym głosem czytał: — „.. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. Owi wierni. To miasto nie było podobne do San Francisco. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. Mateusza. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. którzy wysłali młodego pastora. niechaj się nazad nie wraca. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „.

Dlatego i teraz jedynym sposobem.. ten zbawion będzie”.. 54 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu. jaki nie był od początku świata a dotąd. którego rodzice.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Stojący dalej od drzwi czekali. to Słowo. który kiwał się i chybotał. wbrew solennej obietnicy... Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. Gdyby nie były skrócone one dni. Był to łysy staruszek. Przeto módlcie się. nie byłoby zbawione adne ciało. Więc doczytał ostatni cytat: — „. nie tłocząc się. ani potem będzie. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa. Spał.. nie chcą zabrać do kina. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą. — „.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka.. Zamknął Biblię. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi. jakby za chwilę miał upaść.. Wychodzili w porządku. po czym znowu odzyskiwał równowagę. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. Wojna zabrała mu słuch. na ulicę. a przejście będzie wolne.Ale kto wytrwa a do końca.. Sala była ju pusta.

tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. do której się udałem. Mimo lekkiego oporu. dając wesołe znaki. Ale ju wkrótce z łazienki.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. e następne bitwy tak e wygram. Działacz. szybkobie na. e na podwórku. e zagadnienie le y. Tam nie obyło się bez torpedy. wyjrzawszy przez okno. To ja. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. stoi zagadnienie. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. kiedy pewnego ranka. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. przy którym skaleczyłem się szablą. zobaczyłem. mę czyźni zazdrościli mu. Celnie wymierzona. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. rozległa się nagle seria broni maszynowej. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. Po południu zastałem je bez zmian. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. Matki dawały je za przykład dzieciom. współczując biednemu zagadnieniu. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. stojące jak i dnia poprzedniego. stało ciągle. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. 55 . wróciłem do domu. Kiedy potem wychodziłem z domu. nie zmieniwszy pozycji. szczęśliwy. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. Tote wielkie było poruszenie. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. Chciałem zjeść śniadanie. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. Nie cierpiało ju długo. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. Ale — nie. Poło yłem się spać z niepokojem. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. podbiegłszy do okna. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. stało jak przedtem. Wyniosłem składane krzesełko. przed bramą. Dwa granaty ręczne wystarczyły. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. biłem się o umycie zębów. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. eby wyjrzeć na podwórko. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. aczkolwiek dziwnie zmęczony. Wreszcie bijąc się o wszystko. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. czy zagadnienie jeszcze stoi. eby sobie usiadło choć na chwilę. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. zasnąłem. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. Dzień drugi Dziś rano. stwierdziłem. który je kiedyś mimochodem postawił.

e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. i głębsze. rezygnować z niej... Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. ni sądzimy. Czuję. — Tak. — Więc. co mo na by nazwać krasnoludkiem. chcąc jakoś wybrnąć. ale i nie najmniejszego. e ja tak nachalnie. ale 56 . w szarej marynarce. e przez stolik idzie to. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. powierzchnią. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. proszę pana — kontynuowałem. nawet w pewnym sensie — empirycznego. zgoda — nacierałem. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. i piłem swoją herbatę. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. kiedy go zobaczyłem. niepokój. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. Bardzo mały osobnik. Zebrawszy się w sobie. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. która — chocia by dzięki samej sytuacji. co my mo emy wiedzieć? — Tak. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej.. wie pan. starej i pustej. proszę pana — powiedział. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. Wzruszył ramionami. — Jasne. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. czasami mi się wydaje. wyobraźmy sobie. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. Albo w ogóle jakieś znaczenia.. podniecenia. oczywiście. pomijając ju to. Byłem tak zaskoczony. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. — O. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. no. Dzień był zwyczajny. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. jestem obywatelem kraju niedu ego. a to drugie „coś” — to pan... e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości.. odpowiadając: — Po staremu. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. kiedy zauwa yłem. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. który zasłania nam właściwe pole widzenia. ale chyba mo na to przeczuć. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. wy jesteście?. ni dostrzegamy? e nasze drobne. tak — podchwyciłem chytrze. W takim razie. Ale jednak. — Ale czy nie trapi pana wra enie. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. zarabiam na utrzymanie.. co pan mówił — doprawdy. pan sam wie. Widząc wreszcie. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. — Nieraz. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. — Mo e pan ma i rację. eby stwierdzić. starzałem się miarowo.. z teczką. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy.. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. I. człowiek jest zbyt zalatany. co się za nim znajduje? Pan wybaczy.. e to jedno „coś” — to ja. hm.. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. Tu zwracam się do sztuki. Spojrzał na mnie obojętnie. naturalnie. — A co do tego. Trzeba yć. zacząłem układnie: — Po staremu. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. na wszelki wypadek.

Puściłem guzik. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. e mija tak sobie. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. Ale teraz przepraszam.— A co pan sądzi. dzień idzie za dniem. podwójne dna. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. — Do zobaczenia. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. ale nie dla nas. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. Jedno. to brać ycie po prostu. poniewa ograniczeni jesteśmy. Oto co się liczy. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. proszę pana. Byłem rozczarowany i przygnębiony. prawda? — Panie. — Czy ja wyglądam jakoś tak. Oto miałem przed sobą kogoś. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. co człowiekowi zostaje. — Powiedziałem ju przecie . nieco pocieszony. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. Przecie pan jest dorosły. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. — Słowo honoru. muszę iść: ycie. — Ale słowo panu daję. — Pan myśli. e coś tracę. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. Musiałem to wykorzystać. Do zobaczenia. to dobre w ksią kach. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. którym z nieba nic nie spadnie. ycie mija. zwykłych krasnoludków. 57 . to i tak trudno do czegoś dojść. co pan. złote ziarno. Wiedziałem. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. proszę pana. e my jesteśmy proste krasnoludki. przecie muszą być jakieś subtelności. — Więc nie powie pan. ni mo na się było spodziewać. — Słowo? — upewniłem się.

siwy. i oszczędność jest na drzewie. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. — Toć przecie ka dy wie. w jednakowych na ogół postawach. Wio. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. a potem wzruszył ramionami. Ale to jest telegraf bez drutu. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. Ju miałem otworzyć usta. Wiadomo. 58 . a kiedyśmy go mijali. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. gdy ten. w mundurze funkcjonariusza poczt. ale jakby coś było. wjechaliśmy między płaskie. Dopiero. mimo wybojów i błota. podmokłe łąki. A tak. Stoją na słu bie. — Ano zwyczajnie. na wysokości uszu końskich. a telegram dojdzie na miejsce. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. ale na tyle blisko. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. e mogli się nawzajem widzieć. wskazując biczyskiem na kolejnego. Nie ma. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. Kolaska pędziła raźno. wio! Milczałem zaskoczony. Wytę yłem wzrok. mundury wyszarzałe.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. Telegraficzna linia. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. ale wcią i wcią . zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. — Na jakiej e by? Na państwowej. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. — Jak e to?! — krzyknąłem. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. Przydro ne je yny. Dokoła było pusto. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. to by pan sam usłyszał. Wio. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. powiedział. Pokrzykiwał na konie. po ka dym. Ledwo straciłem go z oczu. Daleko. oczy mieli apatyczne. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. co potrzeba. Tylko zimą wilki trochę przerywają. gniady. — Widać. Przyjrzałem mu się uwa nie. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. w podobnym uniformie. a za nim czwarty. e pan z daleka — powiedział. I burza nie uszkodzi. jak zwykle o tej porze roku. Tylko e często przekręcają depesze. gdyśmy ju jechali czas jakiś. Stał nieruchomo przy drodze. Najgorzej. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. a drutu nie ma. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. równie stojący bez poruszenia. eby zapytać stangreta. ciągnęło się pasmo boru. co to ma znaczyć. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. W planie miał być taki z drutem. a mo e uwa ał je za zbyteczne. gdy przed nami ukazał się następny. — Jak to? — zapytałem. tamten znów do trzeciego. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. — No jak e tak. ale słupy ukradli. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. nie odwracając głowy: — Na słu bie. Wio! — No. Teraz nie nadają. jak sobie który podpije.

Powiadają. eby mu depeszy nie przekręcili. Wje d aliśmy ju w las. ni to dalekie zawodzenie. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. I rzeczywiście. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha.. — Nadają — powiedział. Postępowsze. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. eby sobie płuc nie zdzierali.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. ale go zdjęli. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. No. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. kiedy zza kępy. ni to powiew. Tulejki nowoczesne mają im dać. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. to bierze bryczkę. którą właśnie minęliśmy. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. podobne do zewu ptactwa na moczarach. — Staniemy. bo linię blokował. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. to będzie lepiej słychać. pomieszany tymi argumentami. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. 59 . A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia.. tyle e obce wyrazy trzeba znać. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. który był coraz bli ej. bo jak komu specjalnie zale y. jedzie na dziesiąty. Zamilkłem znowu. w telegrafie znaczy się. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących.

dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Janek nie posiadał się z radości. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. a widząc. Nic nie słychać. Wtem — o. Wszyscy śpiewają maszerując. ale nie udaje mu się to. Zamknął się w pokoju. Janek sprowadza pomoc. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. znajdują go. Zdaje się. Janek po dawnemu pasł krowy. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. którego ściany były wyło one korkiem. Ale te Proust nie znał ycia. wzruszenie odjęło mu mowę. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. Próbuje z niego wyjść. Po yczcie mi pięćset złotych. Odrzuca towarzystwo kolegów. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Mogę trzysta. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. samolot. co?” Chłopiec kiwa głową. Je eli pisarz zna ycie. Najlepszy dowód: Proust. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. Typowy przykład — Balzak. a potem wpada do dołka. Janek puszcza się pędem. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. zbli ając się do chaty. Minął jakiś czas. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Dlatego pisarze muszą znać ycie. Jego marzenie spełniło się. Wkrótce błądzi. Z kabiny wychyla się twarz pilota. który trzeba naprawić. To stalowy ptak. „Przygoda Frania”. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. Skrajny przykład. Potem dosiadł maszyny. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. Izolował się. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Mam ju pomysł. Słyszą to koledzy.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. e jego dzieło jest postępowe. 60 . — Niech będzie trzysta. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. — Nie mam. gdzie tu jest kuźnia. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. to nieraz nawet zdarza się. Miał mały defekt. Wreszcie pewnego razu listonosz. chce sam przejść przez las. — Tak. — Tak.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

widziano w okolicach Morskiego Oka. Zatarła go mgła. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. jeszcze się opierał. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. tylko dzięki znajomym gajowym. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. gorące. parci silniejszym od nich instynktem. e referenta G. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. pierwszego. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. w końcu stawał na parapecie. których udało się złapać. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. Ale kto ich tam złapie — lotnych. wydał chrapliwy okrzyk. Odtąd okna zamykano. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. pełne wzlotów. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. 64 . jak choroba. albo uciekali powtórnie. śmigłych. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. albo marnieli. I niepostrze enie. krą yli. daremnie — odlatywali w skarpetkach. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. który odlatywał. którzy mi donieśli. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. przygasiła słońce. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. walczącego z kozicą. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. a ci. postrzępionego płaszcza. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. Urzędnik. Ale zaraz po pierwszym znikali. ale niewiele to pomogło. bez względu na temperaturę. zjawiła się jesień. przebiegł niezgrabnie kilka kroków.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. tak przeszło lato. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. W górach coraz trudniej było o po ywienie. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. Próbowano rozmaitych środków. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. na strzechy Mazurów. buchające wolnością. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. Tak minęła wiosna. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. ale rozdziobywali sznurki. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta.

— Aha — rzekłem. o której długo potem pisały gazety. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek.Pułk specjalny. poznałem go bli ej. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. to znikał na całe kwadranse.. niech yje — kto? — zapytałem. Deszcz to przechodził drobnymi falami. gdzie był tylko stół. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. my do was”. wypchane jastrzębie. i największa orkiestra dęta w kraju. niech pan nie odmawia. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. Trybuny tu ju nie było. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. To był pułk przyboczny wodza. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. a widząc. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. Przy placu Centralnym wysiedliśmy. eby to pamiętać... Potem on rzekł wolno i dobitnie... Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą.. Mijając jego drzwi słyszałem... Słu yłem w nim zawodowo. — Maszerował! Ach. Jestem ostatni. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy. W mdłej poświacie arówki. Wychodziłem wtedy z domu. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. — Walczył? — spytałem pojednawczo. Stary wcią wyjaśniał: — . my do was. — Tak. Był to sztandar. ujął drzewce i wydobył je.. 65 . otwarły się z cię kim skrzypieniem.. na święta państwowe. Co to była za orkiestra!. rozwinęła się zbutwiała materia. elazne łó ko. Bardzo proszę. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu.. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. Stary stuknął obcasami. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. jesienią. dziewczęta. Stara. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. — Zaklinam. Nie odmówiłem. Później. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. po której ślizgały się błyski licznych lamp. — Dzisiaj jest święto pułkowe. Zajrzałem mu przez ramię. — Chodźmy — powiedział. Przekręcałem klucz.. Sprawdzałem. ale trzymał się prosto. Jej drzwi. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. jaki miewają zakurzone. „Los grenadiera” i „Czołem. To niedaleko. Podszedł do szafy. galowy. opuścił głowę. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. — Więc. nabiał i kiszone ogórki. — Przepraszam. Wstrzymywani. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. To był najsławniejszy pułk w kraju. Pan jest za młody. Spotykałem go w sklepiku. zapatrzył się w okno wzrokiem. plamistych ścian pokoju. kołysanych wiatrem. — Dziś święto mojego pułku. Rozło yłem ręce gestem bezradności.

niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko.. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. stojąc na wysokim. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki.. Wiało okropnie. dopinając płaszcz. 66 .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal. Potem przepłynął przede mną trzy razy. opadały miarowo pukając o asfalt. — Więc zaczynamy! — zawołał.. sterczącym jak kopia. — Ale ... Był to blaszany pojemnik na śmieci. Zostałem sam. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. W jego głosie dr ało szczęście. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. bo wiatr przenikał zewsząd. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. cztery. Wlazłem na to. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. Zbli ał się. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. jeszcze raz stanąć w szeregach.. Paradny krok. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. lewa. Minuty przeciągały się. lewa!. blaszanym kuble. To chyba będzie ostatnia moja defilada. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. pustym placu. jak niemądre jest moje poło enie. Trudno było utrzymać równowagę. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. Pode mną le ał bezludny plac Centralny. trzy. Stopy.

absolutnie nie ma... Ale dowodów nie ma. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. No. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. tym samym mogą być i w niebie. To ju jest sprawa powa niejsza. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. A więc o tych mgławicach. Cały wszechświat składa się z tej samej materii.. Co? Naprawdę?! Nie. Kanały na Marsie? Zgoda. e na innych planetach tak e yją ludzie. ani psy. Ale z tego jeszcze nie wynika. Latające talerze? Tak. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. e się przejaśnia. tylko myślące istoty mogły je zbudować. Tak. A myślące istoty. ani koty. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie.Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie.. to przecie .. Nikt inny.. Zdaje się. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. Szkoda deszczówki. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę... teeek. Patrzcie. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no.. czy się dzisiaj przetrze. Ciekawym. to niemo liwe. deszcz dzisiaj pada i pada. gdzieś muszą być w końcu. Ale p o c o yją? 67 . Czytałem ksią kę o astronomii. słyszałem.. Ale ja w to nie wierzę. tylko ludzie. kulach ognistych. jak wiadomo. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi.

spłaszczony kształt. Usiłowano go na razie zastąpić. Proszę zwrócić uwagę.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. zobojętniałe na wszystko. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. je eli jej powiem. Byli to starsi ludzie. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. e nasz dyrektor jest lewak. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. e jest to słoń szczególnie ocię ały. Pozostaję uni enie” — i podpis. biegów i nie tarza się. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. Pracownicy ogrodu. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. nie będzie się odró niał od prawdziwego. Tym większe było ich zdziwienie. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. Pragnąc obni yć koszty własne. szczerze oddani sprawie. ucieszyli się. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. tworząc bulwiasty. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. przerwali na chwilę pilnując. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. nawet przy bli szych oględzinach. Noc postępowała. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. — Jak tak dalej pójdzie. Kadłub słonia powiększył się. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. poniewa spodziewał się premii. między innymi słonia. Starannie pomalowany. którą następnie wypełnić miano powietrzem. hodując trzy tysiące królików. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. świstaki. Zamknęli się w szopie. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. — Co ja powiem onie. Był to ogród prowincjonalny. Wszystko przez to. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. — Słonie nadmuchuje się rzadko. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. Poza tym dyrektor naglił. 68 . w odpowiedniej wielkości. kiedy dowiedzieli się. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. nie wykonuje więc adnych skoków. głosy ludzkie uciszyły się. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. Pamiętajmy. Mo emy wykonać słonia z gumy. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. Zmęczeni.

— Mo emy iść do domu.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. Zwalisty tułów. e królem puszczy jest słoń. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. eby słoń wyrwał jakieś drzewko.. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym.. przyprowadzeni przez nauczyciela. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Powiedział o tym koledze. niesiony przez wiatr poziomo. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się.Słoń jest roślino erny. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu.. Mo emy więc śmiało powiedzieć. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. Przez ogród powiał lekki wiatr. eby model był bardzo du y. — Jak po grudzie. Potem. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. koło klatki z małpami. Postanowili zrobić próbę. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. 69 . opuścili się w nauce i stali się chuliganami. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Nic więc dziwnego. Było jak ywe.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. — . Dyrektor. Pilniejsi uczniowie notowali... Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. Pomyślał. wystający ze ściany. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. który wpadł na pomysł z gazem. — . A uczniowie. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu.. w centralnym punkcie. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. słupiaste nogi. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. Odpocznijmy trochę. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem.. Czekali. ale ten yje w morzu.. W słonie nie wierzą w ogóle. wielkie uszy i nieodłączna trąba. Kiedy odpoczywali. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . — .

wiem. torpedę. Zwłaszcza. który tak się cieszy. które przynoszą chwałę i awans. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. Rano — sensacja. co chwila ponosiła. jak nie jestem hrabią. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. Wytę yłem siły. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. e to niby nigdy nic. ale szelki mi pękły. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. ogromnie się cieszy. prowadzących na podwórze i do ogródka. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy.. Przez całą noc w katedrze. e to na skutek skąpego oświetlenia. eby kawę pić tylko przez rurkę. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. Postawiliśmy stra . Od razu zrobiło się nam weselej. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. Natychmiast zawiadomił..” Na wystawie. paliły się świece. Był w dostatecznie złym humorze. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. ałobnego kroku. wokół czarnego katafalku. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. Później szóstka koni od karawanu.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. Co do mnie — o nic nie mam alu. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. e. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. kto spiesząc przez miasto. trzeba się było dobrze nachylić. odkąd kefir jest zaminowany. a tu. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. eby się przekonać. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. Zapędził mnie pod kanapę. Podobno są to nasze kontrminy. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. Będzie mógł się pokazać. Próbowałem czytać. który mieszka pod schodami. Kawę wylano.. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Ale przypomniałem sobie. głębokim jak przepaść. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. jest pokazany wzorcowy generał. Powiedziałem jej to. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. nie czując cię aru. e mam kołdrę w proste. Ma zapalenie spojówek. Jest zalecenie. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. nieprawidłowo zakorkowane. Nawołuje tak e do czynów. Staruszek. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. co tam się dzieje — zobaczyłem.. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. wiosenne kwiatki. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. Przysypano go przez pomyłkę. trzy ulice od nas. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. w kawie. Przed ratuszem stoi armata. ani czapki nie zdejmie. Tłumaczył się. 70 . Ale w obawie przed donosicielami udał. Przysięgał. e tak samo nie zostanę marszałkiem. lecz miłe. jesienne listki. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia.

Zastanawiała się chwilę. zrobili zdjęcie. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. Zaprowadzili mnie do fotografa. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. e trzeba strzelić z niej do wroga. inni w dniu święta kościelnego. które uwa a. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. który ni stąd. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. lepiej na asparagusie ni na niczym. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. Gosposia wróciła z wiadomością. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. Zgadzając się ogólnie z tym. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. jakie prze ywamy. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. to oblę enie. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. Widocznie znowu coś się stało. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. to ci tatuś zje obiad. ale jak oblę enie. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. W rodzinie dozorcy domu. którą widziałem przed ratuszem. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Sprę yny wydają długi. Podobno tylko jeden miał legitymację. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. traktując ją jako przejaw oportunizmu. gdy go podnieśli. Zwykły kot. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. — Za ojczyznę! — krzyknął. Czołgając się. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. Wyłoniło się centrum. proszę pani. — Ach. ale jego te zabrano. Naprawiła mi szelki. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. Słysząc to i widząc. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. a mo e poszedł do okulisty. — Tak. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. e to nie jest tekst godny czasów. z tymi choinkami. wibrujący ton. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. — Powiesi się bańki na asparagusie. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. które tam o tej porze się włóczą. ma pan rację — powiedziała. Miał złamaną nogę. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Wzruszyłem ramionami.

Sądzę. moja gospodyni coś pruła i szyła. pełznąc pod murami. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . Wymknąłem się do gospody. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. jak on mnie. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. w uznaniu za swą ochotniczą. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. Oczywiście. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. Bałem się więc. Omal się nie rozpłakałem z alu. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. W niektórych jeszcze paliło się światło. które odtąd będę stale nosił przy sobie. Pory roku zmieniają się tak cudownie. tak sobie tylko myślałem. mo na patrzeć na południe. który okazał się kanonierem od naszej armaty. Pomyślałem. Na pięć kroków nie widać. czujną walkę z wrogiem. Niestety. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. Czy jest coś piękniejszego. Wracałem. e czas. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. między innymi w oknie mojej sąsiadki. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. Widziałem ją. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. nie mogłem go ściskać oburącz. gdzieś na krańcach obwarowań. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. Było z tym zamętu. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. Z krzykiem. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. e mam pęknięte szelki. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. Niezdecydowany. pobiegł na miasto. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. Zwierzył mi się. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Wstyd mi ju prosić gospodynię. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. była tak lekko ubrana.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. jak się z niej strzela. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. e wyszedłszy na mury. e nie ma pojęcia. ebyśmy wesoło skakali. wędrując coraz to dalej i dalej. Co do mnie. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. w letni dzionek — morza. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Czas płynął nam szybko. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. Jedna z instrukcji przewidywała. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. snułem się po ogrodzie. W południe — dwie wa ne nowiny. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. Wydano oficjalny komunikat o tym. Zresztą. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. zaglądając do okien. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. eby je naprawiła. Wieczorem poczułem się zmęczony. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Pole eć gdzieś w trawie. tak subtelnie zmieniający dekoracje. by pójść na majówkę. Nasz staruszek. Jestem pewien. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. Okazało się. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. podnosząc szklankę do ust. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. krzątaniny. e dr ała z zimna. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. Po południu znowu mi pękły szelki. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku.

Doniosła mi o tym moja gospodyni. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. 73 . Hełm powinien być twardy. kiedy była mała. kiedy sklepy będą zamknięte. liczyłem na to. a co by mnie uprzedziło. zupełnie młodo.. czego się spodziewałem: spokój.. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. powiedziałbym. — Jak cicho — potwierdziła. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. co będzie. usłyszałem.. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. w Dniu Strzelenia. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. Pomyślałem. podobno. ale nie dbałem o to. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. — Pocerowałam. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. niepotrzebny czajnik. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. choćby brytfannę. to na wypadek. trochę za mało sztywne. mo e jakiś stary. — Tak. Tylko. Wieczorem. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. te nie wychodziłem z domu. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. jak mogłam. Jak wiadomo. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. jakby wstydząc się. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. Ogarnęła mnie nieśmiałość. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. długo stałem w oknie. co mogło jej sprawić taką przykrość. poległych w pierwszym dniu oblę enia. Przed gospodynią tłumaczyłem się. Posuwając się wolno aleją. przewa nie ju w hełmach. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. pachniał jeszcze naftaliną. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. poradziłem sobie najprościej. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. Zgasiwszy światło. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. e moja gospodyni płacze w kuchni. zupełnie mo liwe. gdyby. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. Byłem zaskoczony. natknąłem się na nie dokończony obelisk. Strzelenie z armaty nie udało się. Rzeczywiście. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. Wieczorem. — Jutro strzelają. — Jak cicho — powiedziałem. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. Jeśli chodzi o mnie. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. stojąc naprzeciw niej. Le ałem przez chwilę zaskoczony. które miałem ze sobą zabrać — gazety. Co się tyczy samej majówki. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. Wszyscy spieszyli się. na pró no starając się domyślić. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. Gdy wyszła.. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. e były inne powody. wie pani. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. znalazłem to. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. ludzie mówili o tym dość du o.

I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. a oni są o tym przekonani. Mało kto mnie widział po drodze. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. Wszystkie moje ksią ki. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. słyszałem tylko. Wkrótce ju miałem go za plecami. o ile to jest mo liwe. e moje przewidywania okazały się słuszne. drugą podałem dozorcy. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. jedną ręką. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. głębokim ciepłem. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. Radowało mnie. Tote z przyjemnością yję. bez spoczynku. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. jak z kimś rozmawiała. e było ju szaro. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. zieleniącym się bujną. w swej dobrowolnej słu bie. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. które stale przytrzymywałem. zapuszczałem się między milczące bastiony. w górze. tu przed drugim sianokosem trawą. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. było jeszcze słonecznie. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. równoległymi wałami. głucho i głupio. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. przytrzymywałem spodnie. Zmierzałem ku jej staro ytnym. Skierowałem się na południe. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. Nie zobaczyłem jej. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. Szkoda. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. W drugiej niosłem kanapki. Wpatrując się weń. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. czułem. zostawiając sielankowe. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. Naprawdę kochałem moje miasto. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. Starając się nie czynić adnego szelestu. Zaszedłem na podwórko. ni sam się spodziewałem. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. dla wszystkiego. Prosiła. w tej nadziei. jak zwykle. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. 74 . Mury tchnęły łagodnym. e zobaczę sąsiadkę przez okno. e serce boli mnie tępo. Tam. Na szczęście nie dostrzegł mnie. Uleciała z nich cała wojownicza treść. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. dawno opuszczonej. co jest mądre i proste. jego dnem. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. co naturalnie wynika. który był tego powodem. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. Zmęczony trochę szybkim marszem. Przecie w tej dolinie byłem sam. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. ozdobioną małym. ale jeszcze wyniosłym wałom. Cieszyłem się.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

z białawą plamą twojej twarzy. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. i bardzo jasno. ani te . znowu po raz któryś w yciu. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. zaklejone starannie paskami papieru. Pokonany. cały w kosmatym swetrze. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. Mnie świeci ostatni zachód słońca. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. — a pisząc te słowa. Dziś jednak. czy nie — wielka i pełna majestatu. pla y. nie siądę ci na nagim barku. Warto te było potem patrzeć na ciebie. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. odczuwam gorzkie zadowolenie. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. z otwartymi ustami. Sami chcieliście tego. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. a ty myślałeś. Tobie — arówka. Jak wstępowało w ciebie lato. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. „uskrzydlonym robakiem”. Tak więc — nas ju prawie nie ma.. Jest nas trzy. I czy opłaciło się tak przeklinać. Za to. kim i gdzie jesteśmy. ale nie ma tak e długich dni. kiedy patrzysz teraz na mnie... co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. e uda ci się mu sprostać. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. koniec.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. 76 . Koniec. kiedy ju wszystko minęło. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu.. między szybami okna. gdy golisz się przed lustrem. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność. mój ty du y. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. wiesz. na pół śpiąc. pełne finezji krą enie wokół ucha. z drugiej przestwór nieba. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. zgodnie z waszym yczeniem. jak byłeś łaskaw się wyrazić. czy małodusznie zapomnieć. które przecie było tak blisko. sześćdziesiątka. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. tu. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. po kilka razy dziennie. Pamiętasz przecie . oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. przyznaję.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. czego się spodziewałeś na początku maja. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. jak to wszystko. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. e wraz ze mną. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. zachowaną po to tylko. ogromny i niezgrabny. dobrze pamiętasz. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. Cicho tu jest i biało. kto wie. e moja malutka.

wyłaniając się z najgęstszych. Trzymamy go na wszelki wypadek. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. a i dla ozdoby równie . wrzucony między ornamentalne wzory. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. gdy . e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . a ściślej mówiąc — odcień blasku. Wszystko to były formy bryłowate. Pierwsza. 77 . le ała pod drzwiami. Gości. w co zaopatrywano łazienkę. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. jak się nazywa. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. Ojciec oburzył się. Franciszka odeszła. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. Przez chwilę przedpokój był pusty. na klatce schodowej. szlachetniejszą. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. z zawiniętymi rękawami koszuli. o której nie wiedziałem nawet. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. e patrząc na niego. doznawało się swędzenia w karku.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. Wycierał nogi hałaśliwie. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. na pograniczu metalu i powietrza. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. Le ąc na dywanie. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. co — jak się okazuje — zawodną. zamazane półmrokiem. Byłem dzieckiem. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . które były do połowy oszklone matową szybą. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. jak zawsze. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. W górze. jak mocno go to obeszło. mimo e niezrozumiała. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. — Za wysoko — mamrotała. Tak oczekiwałem na powroty ojca. Gdyby nie to. nijakie. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. której treść nie nadawała się dla dzieci. Fakt. Wisiał tak na włosku. podsufitowych ciemności. doczekałem się te ilustracji. jak tylko w mojej wyobraźni. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Biała. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. sam niewielki. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. Jednak jakiś nowy blask. kiedy nie znany nam. e przepełnia go lęk. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. Wybuchła awantura. zgrzebna. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Słu ąca nie usunęła korda. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. Potem zniknął w stołowym. tędy. zaczyna i kończy. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. a zarazem ubikacji. w jednym punkcie tak intensywnym. jasny i chłodny zapewne. której nie oświetliłem. którzy co prawda rzadko u nas bywali. Zakradłem się tam po kartki powieści. Znalazł je dopiero po chwili. nad samym środkiem przedpokoju. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle.

Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. choć nieczęsto. czystym. z jego głębi. załamywała ręce. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. W alkowie — łó ko. widziałem w półmroku wyraźne. a doskonała jedność jego kształtu. w sypialnym. choć nieco inna. Było jednak coś enującego w tym. proste i zawsze nieruchome ostrze. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. e zakrztusił się ością. Z ka dego zakamarka mieszkania. u powały nagi miecz.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. e nie lśniło wulgarnie. Na niebie księ yc — sierp. W kolorach czarnym i białym. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. równie naga. Zdarzało się. o blasku tak głębokim. 78 . tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze.

Zresztą proszę nie robić uwag. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. o wiele szerszy w ramionach. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. miał równie kapelusz. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. Trochę wy szy ode mnie. Jutro. co?! — Szmat nie ma. e pan.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. poczekać. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. — Które piętro? Pewnie szóste. e nie mo na nadą yć. Sam pan widzi. chcę powiedzieć. tylko nie wszystko. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha.. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. Pastować lekko. znajdzie je pan tak e w komórce.. aby wydać się energicznym i pięknym. Zresztą — jak pan chce. Ale. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi.. Szedłem tą drogą. na kredensie. — Nie. geranium podlać. nic nie da się oszukać. nie przeczę. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. bo w komórce spaliła się arówka. jakie warunki. Ja jestem człowiekiem. Dostanie pan fartuch. ani te przedmiotu. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. e ja. obcych nie wpuszczać. koniecznie fartuch. bo potem wszyscy wychodzą. W dodatku jest winda. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. — Proszę nie dyskutować. nie. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. Określając ją w ten sposób. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. równie i ściereczki. dokładnie o siódmej. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. na podwórku. są tylko pantofle na wojłoku. — Nie. — Czy pan naprawdę sądzi. to doprawdy niesłychane!. W kuchni. a jak pan myśli. Powiedzieć... e to ode mnie. ale jest przecie odkurzacz.. — Ale nie! Czwarte. Zresztą mo na trzepać na dole. światło musi pan zapalić w przedpokoju.. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. a przeschnie. — A pan myśli. Wszystkiego wychodzi tyle. le y ementaler. to trzeba tyle. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. Ja wstrzymam na chwilę oddech.. Byłem tak zdziwiony. kto szedł mi naprzeciw. Przydałyby się szmaty filcowe.. — Jak to. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. linoleum zwinąć. Myślałem. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. ile trzeba. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy.. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. proszę sobie wziąć kawałek. Tak było tylko do pewnego czasu. e wszystko odbędzie się jak zwykle. Zlew przetkać. 79 .

Nagle zrobiło mi się głupio. Spoglądałem za nim. Jasne. Do widzenia. Woda grzeje się w piecyku gazowym. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. poczułem się bezradny. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. — Proszę nie pleść głupstw. firanki zdjąć.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. to by było mniej więcej tyle.. No. dopóki nie zniknął. bo sprawdzę. Mam reumatyzm. krokiem sportowca. — Ja się boję. bezbronny. ścian nie ochlapać.. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. nie zostawił mi przecie adresu. e jest. — Głupstwa. radio wyłączyć i nie słuchać. nie oglądając się. Kipiała we mnie obra ona duma. okna potem na sucho trzeć długo. Jest pan dorosły. bo rozprasza. krzyczała zraniona godność osobista. Mo na się otruć. klamki proszkiem. 80 . Szafy odsunąć. materace przetrzepać. Odszedł.

nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. Kiedy wchodziło się na nią boso. Bo trzeba wyznać. Klękam na zimnej posadzce. chrzęszczenie i szorstkość. jak generał swą armię przed bitwą. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. w obliczu dnia. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. ale kiedy chodzi o to. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. wypalony na jej wypukłości. poniewa nigdy. o której uczyłem się w szkole. Niby to wyobra enie kwiatu. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. drzew orzeźwianych wiatrem. Nigdy nie jeździłem konno. bramy otwartej na oście . Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. Wa ne jest tylko to. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. choć patrzyłem właśnie na złość jemu.. Dzisiaj sam widzi. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. Dosyć. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. Nie martw się o mnie. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. ebym zabierał pył z tego obejścia. kurz podró ny. nieskończone wszystko. pod oknem. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. ebym opędzając się przed nią. wiele prze yłeś”. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. jak pamiętam. równie białawymi. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. wprost z upału. 81 . a ich tłum był właśnie tą jedną. a tak e od mojej argumentacji. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. Jest betonowa i głupia. Na có . na stole z surowych desek. tak. nie dawała mi spokoju. odje d ając. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. Brudna degeneracja mozaiki. niby to promieniami. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. Niedorzeczna myśl. choćby myślało się nie wiadomo o czym. Chodziło o to. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. Uległem przezorności po to. miałem zdobyć inne. choć bezwiednie. pakowna skóra. „Tak. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. zasługuje na to. Wychodzę do sieni. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. Czas było wyruszyć. Udawałem przed sobą. Odje d ałem na zawsze. Zostawiając to wszystko. Dosyć ju prze yłem w tym domu. który był świadectwem mojej klęski. eby wyjechać. Dzisiaj. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. eby nie zapomnieć o pieprzu. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. Kto wie. Nie ma powodu. gładka.. rzemyki. e wszystkie płótna. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. eby oczyścić buciki. Tak właśnie mówiłem do siebie. e to nie ma adnego znaczenia. u licha. W drodze pokryją się znowu kurzem. dla ozdoby. sakwy i kuferki gromadziłem.. nie mogłem pominąć stołu. Jedź”. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. Zły byłem na tę maskę. kiedy była mowa o Bizancjum. domu. Koszyki. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. ale to ju będzie droga. wielką radością. Koń czeka osiodłany na podwórzu. nie była inna — zawsze zimna.. Daremnie. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. grubymi. je eli jest się mną. Wszystko zale y od okoliczności.

A poczułem. czy te na lewym ramieniu. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. przemierzając podwórze szerokimi krokami. coraz sprę yściej. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. a moje poczucie estetyki. Przez okno widać było słoneczniki. znieruchomiałe. bo zaczęło się zmierzchać. wiedziały niezawodnie. zabrałem się do roboty. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. gdzie mają stąpać. eby się nie zmiął i nie zakurzył. a potem zakręciłem się w kuchni. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. Wiedziałem tak e. w przyszłą burzę i deszcze. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. po drodze rozsiodłałem konia. protekcjonalnie odniosłem się do studni. Ostatnie spojrzenie. e tamto chodzenie po podwórzu. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. Nędzne. e ju za chwilę stanę się głodny. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. jakie wra enie odniesie ktoś. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. nie najlepiej wykonanym stole. z osobna. rurastych nogach i wszystko. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. długie i mocne. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. Południe musiało ju minąć. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. eby się nie męczył. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. eby jednak wypełnić ten krótki moment. ku memu cichemu zadowoleniu. spokojnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. czyni mnie kimś. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. eby nie wywietrzał do jutra. co ju miałem za przeszłość. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. czynnostek raczej. 82 . głód. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. teraz czy potem. a potem zapaliłem świecę. siny i zielony od zbutwiałości. Posiliwszy się. Przeszedłem podwórze na ukos. Tak myślałem. przed kim wyłonię się znienacka. potrzebnych do tego. eby usiąść na chwilę. Zaczął się paciorek małych czynności. ju nie tak usilne jak w południe. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. odymając wargi. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. siedziałem jeszcze chwilę. eby się nie kiwał. półprofilem. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. nadając sobie odcień znu enia. bo wiatr ju umilkł. a moje nogi. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. Komponowałem się te całkiem z bliska. poni yłem drewutnię. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. Słońce. eby sprawdzić. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. Przybierałem równie pozę nieruchomą. krótszą nogę stołu. przypomniałem sobie. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. Maszerując tam i z powrotem. Wyszydziłem te płot. kto z podniesionym czołem. Cofając się najpierw o kilka kroków. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek.

e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. Grupa kobiet szła obok drogi. obrobione. do wszystkiego. a zrozumiesz. drewniane. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. Miałem wra enie. co nazywamy górowatością. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. Artur krzyknął. Artur milczał. trzeba było przechylać głowę. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy.. po pochyłości.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. złowró bnie poziomiły krajobraz. Co do mnie. — Sam mówisz. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. wypadała prawie tu nad brwiami. Nagle o ywił się. które od czasu do czasu mijaliśmy. ale stałego znu enia. kiedy nie będzie. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. Na ramionach niosły koromysła. Wtedy stwierdziłem z bólem. e zje d amy. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. — Patrz lepiej na swoje nogi. e poza nim. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. Wiem dobrze. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. Tak jednak jakoś wychodzi. ale Jakoś tak płasko. Linia. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. do widnokręgu. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. Uszy mu dr ały. Przeciwnie.. eby była tam. no to zniknie i nie będzie jej. na podszewce tego. jak e więc chcesz. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. jakie piękne akcenty pionowe. e mi opadają pończochy. ale przebiegał ju pod drugą. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. e w górę i w dół. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. Spojrzałem do lusterka. eby tak to wyrazić. Posuwaliśmy się teraz. Poziom zawrze wszystko. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. — W porządku — mruknąłem. Jesteśmy więc. e je eli jej nie będzie. Koromysła równoległe do ziemi. całkiem ju wyraźnie. Przekonał się. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. e będzie. — Artur! — zawołałem. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. 83 . Coraz więcej tarasów. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. Zdaje się. choć to opanowanie było tylko pozorne. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. Wywoływało to uczucie nikłego. e Ju po nim. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. Czoło obni yło mi się znacznie. ono jest cały czas. poni ej. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. e zmierzamy ku czemuś. Czułem. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. których spotykaliśmy dawniej. ja czuję. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. Dachy domostw. stawały się coraz bardziej płaskie. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. to nie będzie. od której zaczynały się włosy.

Dobrze. absolutny poziom. Przed nami był długi most. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. mój chłopcze. jestem po stronie tej ostatniej. rosły w nim grzyby. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. ni szego i wy szego. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem.. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. ale tylko same kapelusze. A więc pion. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. Dusza. skierowanej pionowo. — Pion! — szydził. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. choć czułem. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. 84 . — Poziom. e nie ma dwóch poziomów. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. twój ideał osiągnięty. aby tam się przeciąć. — Zastanów się! Załó my nawet.. Artur śmiał się jakby szalony. — Nie pojmujesz. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. dusza. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. e masz rację. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. zmaterializowany w łopacie grabarza. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. bez nó ek. w glinę.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. Arturze. Weźmy więc przykład. e mam horyzont w kręgosłupie. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. jest tylko jeden wspaniały. czy wasserwagi.

Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. Nieraz z jego celi dobiega regularne. od czasu do czasu kroki. poniewa korytarze są puste i kamienne. ale i tak musielibyśmy się spotkać. choć twardsze. o złotych poręczach. słychać jakby stąpanie. e wchodząc do korytarza na parterze. w którą skręciłem. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. spokojny. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. choćby nieznacznie. Dookoła więzienia rozciąga się las. Więzienie. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. Cela. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. eby nazbierać nieco chrustu. e gmach jest zamieszkały. o kilkanaście cel ode mnie. wszystko owinięte echem. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. Kontury dachów są jakby srebrne. Czasem wychodzę. czy w tym lesie są zwierzęta. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Raz tam zajrzałem niechcący. Potem będzie jesień i zima. e nie ma. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. To znaczy kretowisko. Z piętra widać wierzchołki drzew. e lato wnet się skończy. gdyby nie nisza. wtedy nie zapalam ogniska. W tej niszy nic nie było. Kiedyś zdarzyło się. ale ja tam nie chodzę. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Zobaczyłem kawałek koca. Przecie podłoga jest z betonu. światło podchodzi mi do gardła. co stuka. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. gdzieś w jego głębi. co mi przychodzi do głowy. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. ale te . ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. Zresztą on te zawrócił. ale najczęściej nic nie rysuję. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. Raz. gdzie nas niegdyś zamknięto. Widzieliśmy. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. 85 . ale je eli kretowisko. W długich odstępach czasu. jak i podwórko. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. W nocy nie wychodzę. zwłaszcza wieczorem. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. w którym się znajduję. Jest to naiwne kłamstwo. Nikt nie opala ju budynków. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. potem wpadają w czerń. Nie wiadomo tylko. przebywa jakiś kolega. w gmachu. Teraz ju lato. Instalacja elektryczna te przestała działać. cień i światło. które ma usprawiedliwić sklerozę. choć trwające po kilka godzin stukanie. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. niezbyt głośne. Le ę na pryczy. jakby młotkiem o coś twardego. ustawione ciasno. ani czasu. Odwróciliśmy głowy. Węglem rysuję na ścianie to. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. nawet podczas ciszy. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. Wiem. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. Kołyszą się zawsze. Nieraz widzę. Na tym samym piętrze.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. niby czegoś tam szukając. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. to musi być i kret. cały bladoró owy i bladoniebieski.

umie przesuwać przedmioty. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. kiedy on zabierał głos — wskazywało. A więc niech pan się dowie. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. Wytę ając słuch. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. był kompozytorem. Profesor Robert N. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. i policzki. świadomy nietaktu — poniewczasie. lekkoduch i birbancik. sądząc choćby po sposobie. forma. wydaje mi się jednak. — Ale . Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. był dzieckiem wątłym. — He he he! — zaśmiał się doktor. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. które następnie wyrzekł. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. jak Beethoven. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. Bach i tylu innych przed nim. doktorze! — wykrzyknąłem. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. e rozmawiali o muzyce. ale mogłem dosłyszeć. zale nie od dyskutowanego tematu. miernej i rzadko grywanej. twarda dlań szkoła. o wyrazie bolesnego napięcia. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. nawet uwielbienia. Któ pomaga 86 . Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. e wydawało się. z daleka. Otaczali go nastrojem rewerencji. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. — Nie przeczę. e zostanie artystą. jest autorem jednej tylko kompozycji. rozglądał się z nonszalancją. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. — Mo na — wtrącił Gucio. — Te ukłony. Wśród ciszy Robert N. jest nie lada autorytetem.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. Gucio. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. mimo e na przyjęciu u W. e pan Robert N. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory.. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. Robert N. Był to profesor Robert N. który go otacza. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. równie mi nieznajomych. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. e profesor Robert N. choć był starannie wygolony. spotkałem wiele innych osób. głos miał równy i twardy — oto sedno. e profesor N. Czy pan jednak jest pewien. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. — A jednak. jest prawdziwy. Odwróciłem się gwałtownie. poło ył mu rękę na ramieniu. cały szacunek. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. To doktor P. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. Jak się domyśliłem ju po chwili. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. mającą pokryć niepokój. czy pan wie dokładnie. milknięcie wszystkich. tak zapadnięte. jakby nosił miękki i ciemny zarost. głęboko osadzone.. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. spojrzenia. Mozart. — Stopniowe wychowywanie artysty. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. drogi doktorze — odpowiedziałem. — Coś w tym musi być. Robert N. pobła liwość i długoterminowy kredyt. nie dotykając ich. dyletant i cynik. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. w jakiej się do niego zwracali. — Mo na. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. Stali albo siedzieli w solennych postawach. i wydawało się. koneser. e Robert N.

wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. Siła woli. Temat ten. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. podał nauczycielowi palto i laskę. jak wyjaśnił krótko. w związku z tym. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. Równie wysiłki ze strony Gucia. dość skąpo. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. gdzie siedział profesor Robert N. Profesor powstał. jego zwyczaj wynikający z systemu.. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. jakie musiał jednak pokonywać. Był to. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. w którym. Oczy płonęły. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. aby zostać uznanym artystą. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. był ju bardzo popularny. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. Kiedy opuszczał konserwatorium. kiedy wniesiono zakąski. ale stanowczym tonem. Otó . na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. e kiedy w pewnej chwili od strony. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. nie wzbudzając tym niczyjego uznania.! Jego niezłomna wola. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. Z miernotą inna sprawa. Narzekałem. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. Udało mi się w ten sposób podchwycić.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. po męce twórczej. mimo e silił się na lekki ton. trzeba to przyznać. Znając przyjemność. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. oddzielony od nich murem. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. Nic te dziwnego. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. samą tylko silną wolą. e nawet sam doktor. Jego srebrne włosy wichrzyły się. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. oraz własnych spostrze eń. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. ywo rozmawiającego. nie zbli ając się do niego. tak jednak. przyniosła mu pełne zwycięstwo. było dostateczną przyczyną. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Podano mu więc szpinak. co mówił.. Podejrzewałem. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. co opowiedział mi doktor. Proste zadanie.. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. je eli zostanie. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. Jednak nawet i to. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. nie był wolny od wra enia. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. nie wyjmując rąk z kieszeni. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. Rzuciłem okiem na doktora. e mogłem słyszeć jego słowa. a dzień. W jadalni zapanowała cisza. Posadzono mnie dość daleko od profesora. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek.

Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. Profesor uchwycił krawędź stołu. zapytał: — Co tam jest? — Hall. Był to du y. Chwila ciszy — i lekki szelest. Dźwięk powtórzył się. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Potem opadł na krzesło. Gucio na oślep szukał butelki. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. kurczowo zaciskając powieki. Nie wracał długo. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. na parkiecie — powiedział cicho. Ciągle ta cisza. Obecnie pragnę zło yć dowód. Przecząco potrząsnął głową. podskoczył i wybiegł. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. złociście przypieczony ptak. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. Ten jednak jakby znalazł nowe siły.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. zupełnie blady. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. otoczony mgiełką aromatu. 88 . dwa. — Raz. Rektor B. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. wybiegł. — Skończone. nie poruszając głową. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. Cisza — i znowu dźwięk. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. Znowu cisza. Proszę zadysponować. Profesor. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. Wrócił za chwilę. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Sekundy mijały. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Profesor zebrał się w sobie. niosąc półmisek z gęsią. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. Odniesiono go do kuchni. Nagle wszystko ucichło. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. — Pssss! — odparłem. Ukazał się nareszcie. aby jej nie przynoszono. potem nagle nastąpiła pauza. Doktor P. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. która właśnie ukazała się w drzwiach. — Na samym środku. — A taki jestem głodny. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki.

ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. jak umie. a jarmarki zostały zlikwidowane. bo ogródek jeszcze mamy swój. kto ma wojsko. Jestem ofiarny. a jestem najlepszy. Moje szanse są więc równe. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. eby moją prośbę poprzeć. bo nie mam wojska.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. e za du o jem. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. e to zbieg okoliczności. Teraz dopiero. mówi. Całe szczęście. Po pierwsze. Ja rozumiem. a nawet większe. choć dawno ju się do tego zabierałem. tylko dlatego. bo zięć ma na utrzymaniu. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. jeszcze osiem osób. Zięć idzie. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. tylko o ludzkość. bo oni nie są mną. biedactwo. jestem lepszy od wszystkich ludzi. e nasz powiat jest ubogi. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. chwała Bogu. e jest najlepszy. w tym dwoje z inteligencji. e znajdą się tacy. Za młodu ró nie ze mną bywało. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. Wczoraj zięć mnie zamknął. Oświadczam. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. jest ich jakby mniej. e ma się wojsko. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. to skąd mogą wiedzieć. tylko muchy się topiły w kałamarzu. Nieraz. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. to mogę się tego podjąć. a to porzeczkę skubnę. bo mówił. e ma wojsko. bo będzie industrializacja. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. e jestem lepszy. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. jak ju powiedziałem. e dla wszystkich byłoby lepiej. e ja jestem w sobie i wiem. Ty tu porzeczkę. Nie mam więc ani pieniędzy. jaki to ja jestem. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. poza mną. Bardzo mo liwe. Nie tracę jednak nadziei. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. e jest się najlepszym. same piaski. jak chowam się w ogródku za domem. e wszystko kosztuje. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. pod jesień. eby panować. Mam więc trochę czasu. ebym ja był władcą świata. Ka dy. Prośbę moją uzasadniam tym. a nie dlatego. e to nikt nie jest mną. jakby palcem. bo powiedzą. to piszę. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. 89 . Ja rozumiem. e to oni są najlepsi. Jeśli będzie potrzeba. ani wojska. co temu zaprzeczą. Strach pomyśleć.

Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. zdyszani. To. Pewnego dnia. obiecując sobie. Pośrodku stał skromny pałacyk. wypłowiały. Po roku spędzonym na pilnych studiach. w szarej mycce na głowie. Okna. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. Staliśmy na środku dziedzińca. szczelnie zapięty pod szyję. altana. widocznie u ywana od dziesiątków lat. Odziany był w surdut wojskowy. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. Korony drzew łączyły się w górze. szczery. wśród kurzawy dróg. a w najdalszym zakątku. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. na której wspierał się obły kikut kolana. co następnie zobaczyliśmy. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. du o ruchu na świe ym powietrzu. Proste potrawy. a przynoszące chwałę zwycięstwo. w kurtce podobnej do tych. jaka płynie z obcowania z naturą. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. Mój przyjaciel. częste. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. bez zacieków. gruby mę czyzna. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. dalekie wycieczki. jedna z tych. równie dokładnie wysypane wirem. świe ości i tej słodyczy. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. które pojawiły się po obu stronach alei. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. podeszliśmy ku altanie. wiosna przechodząca w lato. ciemne i pozbawione firanek. skąd właśnie dolatywała muzyka. Nie zawiodłem się. dzikiej winorośli. ani spostrzegliśmy. chłopiec prostolinijny. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. stojący przed nim na stoliku. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. zaprosił mnie do siebie na wieś. wesoły. która nie płynie z niczego. starał się. siedział mocny. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. poczciwy. tynkowany ciemno ółto. W altanie. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. Piosenka była skoczna. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. o to. a drewniana proteza. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. To rzucając. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. Na ławeczkach. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. po to.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. wypolerowana była i lśniła jak heban. to rozmawiając na tematy powa ne. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. przy chłodnym wietrze. e zaznam spokoju. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. yznych krain — po pewne. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. aby za chwilę. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. ale jest substancją 90 . gdzie ju zaczynał się gąszcz. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. Właśnie czas był przepiękny. jego twarz z pękatym. równie nie zasługuje na wiarę. dość wąskie i jednakowe. blasku słońca i pełnych manierkach. dając przyjemny chłód i cień. ale gładko. to łapiąc obręcze. lecz schludną. prowadzącej w głąb starego parku. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu.

tak nadzwyczajnie wymowne. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. w milczeniu podnieśliśmy kufle. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni.. siłą rzeczy. proszę. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości.. Za to on zachowywał się swobodnie. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. w obliczu trójrękiego. A je eli chodzi panom o to. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem.. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. Być mo e. — Jesteśmy tu odcięci od świata. ile pan zechce! — zawołał. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. ale to i lepiej. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. pieniąc się przyjemnie. yjemy tu daleko. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. zacierając dwie ręce. — Ale oczywiście.i miałem więcej okazji do tego. Powiecie. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. odło ył piszczałkę. nie wiedząc jak. którzy w boju stracili rękę albo nogę. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę.. — Proszę wybaczyć. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. spojrzał na nas nagle. lecz wesoło. rubasznie. — Dobrze powiedziane — rzekł.. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. panowie. e sami. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. 91 . lustrując nasze mundury i oznaki. bo okolica zdrowa. — Proszę. mimo ich mnogości. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie. co na to odpowiedzieć. wcią wirują w niej. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. daleko od siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. zawsze. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. Nazwania... — Ale jest tych urwipołciów. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. — tu utknął i zaczął czerwienieć. oburzony. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry.. wśród lasów.. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz..byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. Pochodził z rodziny. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . lecz. a było to. e to jednak niesprawiedliwość. Nie wiedząc. — Panowie studenci? — zapytał. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. musiały wyniknąć nieporozumienia. Czy nasza to wina. jak trójramienny świecznik — . Poczułem zniecierpliwienie. splatając dłonie i gładząc podbródek. samą w sobie.

Więc kiedy po wojnie. zdrowie i nadmiar. e jestem śmiertelnie łysy. — A poza tym. Przyspieszyliśmy kroku. Po ka dej kampanii. Dlatego te . e coś mnie łączy z tymi tam. któremu urwało rękę. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. Nikt nie mo e zaprzeczyć. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. na bli sze. — Zresztą. kiedyśmy wracali do stolicy. 92 . Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. A ja. w sam raz dla świata. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. i nie rozumiem. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. Cyganki. usłyszeliśmy wysoki. równie nie miałem równych. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. to by ju było coś. zawsze jakieś niedopowiedzenia. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. ale dla mnie. z dwoma czy z jedną. stare. Myślicie. Jedną ręką ścinam grenadiera. — Patrzcie. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. W grabie y miast. taka junackość. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. byłem nędzarzem. gdybym stracił jedną rękę. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. przeciągły. która ręka jest ta trzecia. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. lśniący tasak. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. chytre ropuchy. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. drugą podnoszę nasz sztandar. Do zmierzchu było ju niedaleko. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. Demokraci interpelowali w parlamencie. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. To odwróciło losy bitwy. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności.. panowie: trzy ręce — to za du o. Panowie rozumieją. kiedy skończyła się wojna. Niegdyś uratowałem mu ycie. Łysina zalśniła łagodnie. który wtedy brałem szańce. — znów wskazał na budynek. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę.. — Byłem zawsze w ogniu. w samym środku bitwy. dzwoniący zgrzyt. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. Stracić dwie ręce — tak. Nie miałem ju krewnych. który słania się w siodle. niedołę ny i bezbronny. panowie — na pewno nie. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. znalazłem się bez środków do ycia. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. ró nice w osądach. czasem wydaje mi się. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. panowie! — i zdjął czapkę. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. e ściął mi wszystkie włosy. któreśmy zdobywali. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. Nie poszło to łatwo. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. niezgodność uczuć. które zawodzą: „Powró yć z ręki. wierzcie mi. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. wraz z korzonkami. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. — Jasne — przytaknęliśmy. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. Rozpierała go taka radość ycia. Ja. zamykałem się w szynku i przepijałem to.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. ale o nadmiarze.

Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. za hałasowanie. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. głuchy na głos dobra. Na uboczu. jaką odczuwa pobo ny organista. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. garbił się. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. pragnąc jednym. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. za bieganie i pocenie się — hak. na wszelki wypadek. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. Gdy znalazł się sam w pustej alei. nie przystawał. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. nie zmówiwszy paciorka. Ten zerwał się przestraszony. olśniła go. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. nie rozglądał się. W milczeniu wypił mleko. w pysze. i inne. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. Grzecznie przechodził przez ulice. e metodę mo na znacznie udoskonalić. Zrozumiał. I nagle gorycz wezbrała w aniele. Anioł. Łatwość. za niezmówienie paciorka — faja. Ani przypomnienie. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. ukojenie. zasypia smacznie mały chłopczyk. A więc anioł bił go ju dla wprawy. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru.. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. Nadeszła chwila. cisza. małego bohatera. długo. dr ący i zachwycony. co dawniej było nieosiągalne. Na łó eczku. To miara ofiarności. Jednak nie był jeszcze pewny. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. Wyjadał konfitury. Nie mógł mieć wątpliwości. kiedy tatuś pracuje — byk. Na nic. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. z jaką teraz osiągał to.. Stał anioł stró bezsilny. słodycz. e tatuś tak nie robi.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. liliowy pokój dziecinny. Oderwał dłoń od czoła. Miał się na baczności. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. od biegania do biegania. Podano mu śniadanie. Nastał ranek świe y i krzepiący. paciorka nie zmówił. zhańbiony. Wkrótce odkrył. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. Od garbienia się do garbienia się. Jak zwykle nie chciał pić mleka. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Dobroć. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . z wypiekami wstydu. 93 . To bił go anioł stró . nie uwa ał i biegał. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. e nawet wtedy. jak to jutro będzie się garbił. nieruchomo wpatrywał się w noc. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. Nic nie mogło go powstrzymać. za garbienie się — blacha w czoło. zasypia rozmyślając o tym pewnie. Od mleka było mu niedobrze. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. łagodna perswazja.

Spowa niał. nie hałasował. Pewnego razu. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. Nie biegał. gruby i spokojny. Poczęto uwa ać. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. Zaczął obserwować otoczenie. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. nie garbił się.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. widząc. Zmienił się tak e zewnętrznie. w nocy. bo wiedział. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. e wypija teraz całą szklankę. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. Niejednokrotnie. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. nie próbując nawet biegać. On zaś pracował wytrwale. wysadzony nad podziw umiejętnie. myśleli. 94 . Chłopczyk oddalał się polami. a on. by mu dać bodaj haka. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. Czas mijał. odmawiał. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . Następnie zainteresował się chemią. wnikał w tajemniczy świat molekuł. tajemniczo zamknięty w sobie. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. dojadał. gdy siedział w parku na ławce. pochylony nad podręcznikiem. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. Uparta.

Na piersi jego wysokie odznaczenie. tym bardziej samotniały w białej pustce. — Kto wie. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. Rama? Ot co jest potrzebne. mając za sobą spełnione zadanie. Godzina późna. Nie spieszno mi donikąd. ale która sama przychodzi. — Ech. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. jak chmury zasnuwają księ yc.. gdy jechali szybciej.. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik.. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. póki nie jest jeszcze za późno.. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. Kazał zwolnić. Nie da się zaprzeczyć. — powiedział półgłosem. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Ale teraz. Niebo było bez gwiazd. I dodał: — . Konie ruszyły wawiej.. a to niewątpliwie prawda. gdyby. ni to zaśpiew. jakieś specjalne biuro. której przecie sobie nie yczymy. Jedyne wyjście. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. jak choroba. — Je eli to prawda... gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy.. Poczuł ze zdziwieniem. gdzie rozciągały się bezmierne pola. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. popołudniowym niebie. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. widok nagich zagajników w parowach. mknął saniami do domu. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. zaszyty w niedźwiedzią szubę. sekret... Te pola zasnuwały go powoli. jak na otwartą równinę. e z tego płynie jakieś męczące uczucie... koni nie poganiaj. skończona moja miłość. posępne zawodzenie wichru. śnieg. całkiem bezwietrznie. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. — Nadać ramę. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem.. 95 . Jak wszyscy wysocy urzędnicy. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. obywateli. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. i to jak najszybciej. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. uspokojonego rytmu. Przysypało. przysypało cię śniegiem. powietrze lodowe. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym.. to rama porządkująca to wszystko. i pól. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. Uporządkować. O ile łatwiej byłoby obywatelom. czyste i nieruchome. Jakiś czas jechali spokojnie. Dookoła jednak było. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. ojczyzno — rzekł mimo woli. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to.

96 . oszukańczych. Tylko na pustym. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. czarnej gruszy. słowackich skrzypiec. nikły. uwodzących. smutnych.. Chłop na koźle odwrócił się. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. pola śnie ystsze. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. na śnie nej bieli.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz.. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. Noc stawała się głębsza. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

po trzy pary z ka dej strony. zielony róg na czole. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. 100 . e inaczej gości nie uspokoi. przy stale wzrastającym jej współczynniku. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. Szło się rześko. wyciął hołubca. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. ponadto śpiący ju trochę byłem. rozpamiętując. eby Piegowi się odciął. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. Ale ten nic nie rzekł. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. zakołysał i oparł o barierę cieplną. Wtem gwizd ostry się rozległ. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. widząc. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi. Noc była jasna. no. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. ścienny licznik Geigera. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. skoczył do domowego rezerwuaru. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. rozpoczął zaka anie. Trochę mi tylko to przeszkadzało. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. Powstał śmiech i głośne brawa. Ju i inne rakiety latać zaczęły.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. Ale ju młody Pieg odbił się. ale mój okazał się nieszczelny. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. co ją miał schowaną za pazuchą. To gospodarz. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. jak to było na tym hucznym weselisku. e czułem ssanie w organizmie. bo od zagrody. rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. Cofnął się Smyga. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. e bez trudu drogę znajdywałem. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. gdyby nie to. — Ludzie. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło.

Tak więc los zrządził. na oko. bo pisarz zapadł w zamyślenie. by dalej móc jechać. Zapytał mnie grzecznie. na kozioł skoczył. a zresztą w podró y zawsze co dwu. napiszą owo. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. Ale jechać było trzeba. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. W samej rzeczy znalazł się jeden. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. Miałem się udać do majątku Z. który dawniej do hrabiego. człowiekiem znacznym w kraju. które nawet nieświadomych tak uderzały. jako e obowiązki równie w Z. Przystałem tedy chętnie. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. czyli do ludu nale y. e ja tak prosto z mostu. O. Równie i woźnica-chytrus. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. a dla narodu. zamo nie. bo i ja posłucham. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia.. to nie jeden. czoło gładkie. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. Tak się zło yło. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. bo jakby stracił rezon. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. Wy jesteście agronomem pól. choć to ju półmrok był. ale tak. e nie pisał dla siebie. Tote dziwiłem się. eby im w pracy ul yć. włosy miał długie jak artysta. Odziany był z wielkomiejska. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. właśnie nie wraca. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie. ale powiedzcie. Na tym prawie rozmowa się urwała. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. 101 . e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. e jestem nietutejszy. Znany był z tego. z kim to droga mi wypadła. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. a dzisiaj do państwa. To i chciałbym wiedzieć. Tutaj. musi. Ja zaś. e bardzo się cieszę. Nie śmiałem pytać. do którego obaj jedziemy. to jakby urzędowo. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. nawet za poniektórą granicą. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. — Ja. z czym walczyć. miasteczku R. gdy nieznajomy przed nim stanął. to dosyć. bo on równie z daleka przybywa i do Z. Woźnica nawet szklanki nie dopił. czyby do mnie mógł się przyłączyć. konie nale ało nająć. Nie był on z tych. co to napiszą to. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. Pamiętam. e nikt go przecie tu nie znał. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. a ja agronomem dusz ludzkich. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. W tym celu zaszedłem do gospody. na tę twarz pielgrzymią. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. Powiedziałem. chłop o lisiej twarzy. jakbym przeczuwał. czy który do Z. Chłopstwo.. jako obcy i powiatu nie znający.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. jak grzeczność ka e. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. na konie cmoknął i ruszyliśmy. przez jutro mnie zatrzymają. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. a sam. Wtedy dopiero.

Więc mierzyć je musiałem od samego początku. gdzie tynk był zeskrobany. bo niemowa. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. budziły tęsknotę. wszyscy siedzieli tak. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. Kiedy wszedł pisarz. niektórzy nawet. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. e budzi tęsknotę. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. ale widać było. czego jeszcze nie stosowałem. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. i rzekł. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. z tym ju artów nie było. czysta. pod wieczór do majątku wróciłem. Mo e nawet czekał na mnie. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. choć przecie byłem przyjezdny. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. Poprawiłem się na ławie.. Ale ja wierzę w człowieka. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. Tam znów się okazało. o. nie tylko 102 . Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. Śniło mi się.. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. aby stać się lepszym. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. a zmordowany i zły. Miało być koło lasu. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie.. Wnet kazał podać chudej polewki. aby stać się lepszym. e nie tylko tęsknota. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. Nie były to utwory oderwane od ycia. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. O. jakbym coś miał na sumieniu. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. wszyscy skłonili się jakby. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Jest to opowieść szlachetna. Biła z tego taka szlachetność. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. W świetlicy było tłoczno. Odrobiłem tego dnia niewiele. Ale e robota na mnie czekała. więc zapytałem. jak ptak umierający. takie to spełniało zadanie. ale jakby mniejsze. jak to na zebraniu. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. i zaczął od wierszy. nie zwlekając. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. ale tutaj coś mi się wydaje.. opuściwszy głowę. Siedzieli jakby wmurowani. co się nawinie. skar ąc się na złe urodzaje. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. ręce zacierał. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. bo ledwo zzułem buty. kuternoga ry y. tote nic dziwnego. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. a wzrok mój padł na karakona. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. a e się okazało. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. a zwłaszcza baby. same lotne słowa mi się cisną. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. Stałem. — wyszeptał — tak myślicie. Mam jednak coś. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. eby ulepszyć siebie. — Tak myślicie. oczy mru ył. Nawet w nich większa siła umoralniająca. Trudna rada. on odwrócił się od okna. sąsiada.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. więc. e jest tylko jedno łó ko. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. podjadłszy. On zaś. Bo dzisiaj jeszcze. e kpi w ywe oczy. jak to się okazało. Patrzyłem na świetlicę. bo od razu to pole. tak to przemyślnie było napisane. polewki. Poznałem. na wspomnienie tego. długo szukałem.

Chcecie wiedzieć. e nie jest ju ten sam. W tym to zamęcie. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. Szum wzbierał. powszechny. ciągle czytając. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. od bydła. Byli i tacy. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. Wszystkie głowy tam się zwróciły. panowie. ale swoje do siebie szeptali. roboty ukończyłem. Do siebie przyszedłszy. 103 . e ich te czytanie szczerbi. Tu dzień sądny się zaczął. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. i pole. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. Widać. „Bilans. od kur i gęsi — ten wołał.. I dopiero na krzyk nagły. e obrona długo trwać nie mo e. w wierzbie przydro nej. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. jak zaś wiedziałem. ale taka w nich siła nadludzka była. Ale widać było. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. e co najtę sze tuzy. e ukradł psa i ałował. bełkocąc coś o dylach jakichś. eby mu w twarz rzucić. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. jam winny. ile go być powinno. jako skoble wynosił. bilans” wołał. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. którym pewnie i las. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. a do onego pola dojdzie. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. w pniu wypróchniałym. e ich wątli. zwyczajnie. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. po piwnicach chodzi. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. Przez chwilę trwało. to znaleziono go w trzy dni potem. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. Co się zaś pisarza tyczy. do egzorcyzmów sprowadzony. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. ale za moim poduszczeniem. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. daleko. acz nie bez mozołu. taka zatwardziałość. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. Ale trzeba te powiedzieć. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. jak mogli. siłowali się ze sobą. i kary na siebie ądał. e słabną. jakby radząc. głowę podniosłem. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. nie oddziaływające na ycie. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. Od źdźbeł i gwoździ. Słuchy chodzą. koni i plonów — a ja czekałem. Jęczał. co za czapkami się oglądali. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. Zerwałem się. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. tamten prosił. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. bobym się dowiedział. pole. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. e nie tylko dotąd się nie przyznali. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

105 . są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. wyspany. które zawsze wspominałbym z czułością. jeszcze ohydniejszych uczynków. jak to bywało przedtem. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. by ją ochoczo skrzywdzić. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. Nastały teraz dni. powstrzymywałoby mnie. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. Pogwizdując. A ja wcią byłem jednakowo świe y. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. Skoczyłem po piwo dla kotka. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. które. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. Muszę powiedzieć. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. Przyjemność. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. Bezdomny kotek. jak okrutny pies gonił kotka. biedaczek. patrząc. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. czkał. sierść poszarzała. które. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. Wszystko brał na siebie kotek. Ledwo otworzyłem oczy. mimo ró nicy gatunków. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. Spojrzałem bacznie na kotka. a czysty jak anioł. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. e sierotę krzywdziłem niechętnie. Czy mo na się dziwić. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. e — czy to przez wdzięczność. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. ale jako. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. Wracałem przewa nie nad ranem. Przeciwnie: czułem się rześki. mój mały przyjaciel. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. tak e zwierzę. ale wręcz odwrotnie. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. którego. Nie ulegało wątpliwości. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. Jakie było moje zdziwienie. gotów do następnych. jak chciwie je chłepce. cierpiał. nalałem je do miseczki i. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. ledwo ył ze zmęczenia. Wzrok mój padł na kotka. Słaniał się bełkocząc. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. od nowych upadków. bądź co bądź. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. niestety. zacząłem się zastanawiać. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. wyszedłem z domu. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. kary zaś nie doznałem adnej. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. kiedy. Być mo e. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. poniewa znam siebie i wiem. przynajmniej na kilka dni. ani moralnie. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. wawy i radosny. e wątpię.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

e u was owiec nie widzimy. a ycie swoją. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. mruknąwszy tylko. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. panie. to owce” — powiedziałem sobie. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. — Jak e to? Darujcie. Tfy! Splunął. zasnąć nie mogąc.. zaprzeczyć się nie da. chyba e tak. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. Ale Juhas.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. panie! Więc ja się nie wykręcam.. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. kompromis.. — próbowałem argumentować. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. do szałasu. tam. Jaka wewnętrzna sytuacyja. panie. — No no. — Ano. w jakim kierunku.. ani to markotnie: — Chyba e tak. dzikie. ale ycia duchowego. em się przed nią cofnął. Ja zawsze zasypiam od razu. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. panie. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska. oddalił się w kosodrzewinę. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. — A. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć.. świata nienamacalnego. e doić pora. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. prawdę powiem. Umilkł. wielu — powiedział. to ju nie są arty. — Ale ja wam. Potem rogaliki rano jecie. wycieczki.. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. dlatego. 109 .. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. przypominając o wiecznej obecności natury. górski poranek obudził nas i nasze panie. em wyjąkał: — Ja. nie wymawiając. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. panie. juhasie.. ale tak padało. e nie mogłem stwierdzić.. — E. — Kompromis. owce w głowie liczę. ani to z wy szością. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi.. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. — To jest sposób na insomnyję. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. a potem powiedział. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. haj! Był taki dumny. choć szałas i wszystko inne jest.. taka zewnętrzna konsekwencyja. które wesoło skakały mi po głowie. Po czym odwrócił się tyłem do mnie. Dawno ju się dziwowaliśmy. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. odwagi intelektualnej brak. eby sobie. obracając się na bok. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to.

o zapadłych policzkach. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. kiedy wracałem wieczorem do domu. — E. — Nie mówmy o interesach. — Zatrucie? Egzema? A mo e. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. Podszedłem bli ej. — Jakoś to będzie. — Nie wiem. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. Nale ało wykupić bilet w kasie. Rozpogodził się tak znacznie. 110 . Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. co to mo e być. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. Wyglądał na strapionego. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. jednoizbowe pomieszczenie. spotkałem tego człowieka na moście. nie daj Bo e. Kilka osób z tego skorzystało. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. odchrząknął i zaczął mówić. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. w których został sierotą. e nie mogłem znieść tego dłu ej. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. — Tak. — Wie pan co? — powiedziałem. co mu dodatkowo zaszkodzi. syfilis? — E. woźny wprowadził nas do wnętrza. Była to spowiedź jego ycia. następnie poczekać. Pod wskazanym adresem panował tłok. Więc dodałem: — Ale nie trafił. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. naprawdę? — o ywił się. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. pod koniec przeszedł w cichy płacz. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. nie? I odszedł pogwizdując. Było tyle prośby w jego głosie. Od tego czasu mam u niego zni kę. e nawet mnie to trochę dotknęło. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. Po prostu mi smutno. Spochmurniał. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. twarze klientów o ywiły się nieco. W jakiś czas potem. — No. gdzie tam — westchnął cię ko. Było to ohydne. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. oficyna na prawo”. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. Ju przy opisie okoliczności.

To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. czyli ruchu. którą otrzymałem wtedy. Twarze zarosły nam długim włosem. mnie tylko wiadoma. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. Znosił trudy. e jestem ogniwem w obiegu natury. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. niespodziewane ulewy. Temu nienasyceniu. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. e głos polega na drganiach. wzniesiony opodal bagniska. W towarzystwie jedynego asystenta. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. gwałtowna. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. Wkrótce. w środku puszczy. choć to on właśnie stał się bodźcem. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. tam. jak sądzę. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. Ja jednak. których motorem była moja tajemna pasja. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. Był to samotny. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. Upał.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. kładłem się na pryczy. Prowadziliśmy straszną egzystencję. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. chcąc nie chcąc. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. eby stać się jej cząstką. w towarzystwie jednego tylko człowieka. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Fauna i flora zadziwiająco bujne. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. Porucznik C. czyli. Wydawało mi się. Mowa stała się chropawa. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. a przede wszystkim zoologię. jak twierdził. w energię kinetyczną. nie ustawałem. porucznika C. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. choroby. nieartykułowana. olbrzymi osobnik. dzielnym człowiekiem. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. e zawsze będzie czas na odwrót. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. gdzie. Ja. upodobnić się. trwałem od wielu miesięcy. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. Nieustanne dą enia. zwa ywszy. był młodym. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. Nie szukając daleko. daleki od zaspokojenia. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. Klimat tam był piekielny. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. 111 . w głębi dziewiczego obszaru. było nieco chłodniej. Co do stanu umysłów. na blasze. Jak ju wspomniałem. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. opanowania wiedzy.. dzięki bratu. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. doświadczenia i usiłowania. zupełnie wycieńczony.

Potem widzieliśmy ich razem. korzystając z nieobecności samca. Oto z nieuwagi pawianów. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. mały i niepozorny. wskazywał olbrzymowi miejsca. nada mu nową szlachetniejszą treść. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. liski ywią się równie i myszami. Otó lisek. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. Zło yłem się. rozumiejąc. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. Pierwsze — to wstręt i groza. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. jak szli w puszczę. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. e w ich interesie le y. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. Najpierw przypuszczaliśmy. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. Nakreśliłem dalszy plan działania.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. Byłem wstrząśnięty. dźwigające całą konstrukcję. wstrząsającego odkrycia. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. kamienny sen. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. Porucznik le ał na pryczy. Nie było chwili do stracenia. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. gdybym wiedział. — odparł sennie porucznik. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. biegnąc przodem. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. zwanym u g u p u ?! 112 .. — Ach. Przypuszczenie było mylne. ale tu. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. Nie naruszając obiegu natury. bo dokonaliśmy następnego. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. Jak wiadomo. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. w pierwotnych warunkach. — Dwa uczucia dominują we mnie. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. je eli mogą przypuszczać. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. — Nale ałoby sprawdzić.. — To ciemność! — mówiłem. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury.. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. e często musiałem pracować sam. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. skąd lisek wie. ulubiony przysmak kolosa. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie.. pochrapując.

Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. odszedł zadowolony. wymasowany na moich oczach przez porucznika. Natomiast znacznie później dowiedziałem się. — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. — . W pół godziny potem. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek.. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. Zaczęło mi świtać w głowie.. — Mów.. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. Wchłonęła go natura. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. przystawiając mu sztucer do piersi. 113 .daje alkohol — dokończył szeptem.. Głos mu się załamał. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. Zrozumiałem.

jakby ulegając nieprzepartej sile. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. 114 . który tu przed nim stał w kolejce. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. Wzrok miał przymglony. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. umieścił się w ten sposób. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. W dobie. Ujrzał. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. To. Wydawało się. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. częściowo dla wypicia mleka. Był to kompletny szkic powieści. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. w których palił się płomień geniuszu. Kiedy kubek był ju pusty. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. proszę zostawić to pieczywo. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. który. dykcją staranną. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. częściowo dla przyczyn ogólnych. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. a bułka zjedzona. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. Było to tym dziwniejsze. Wtedy gwałtownym ruchem. odzienie pomięte. ale wyraźnym. pragnąc z nich uczynić swoich następców. wprowadziło go w zdumienie. w który zawinięto mu bułki. ale chciał odejść. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. powiedział do pracownicy głosem cichym. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. tote chętnie opiekował się młodymi. e jedynie dzięki temu. co zdą ył przeczytać. Szurał nogami. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. pomagał im w zdobyciu sławy. jakby zbudzony. opromienionej blaskiem talentu. Ale wtem młodzieniec przystanął. jak oddala się bardzo szybko. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. — Proszę do mnie. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. Kiedy nadeszła jego kolej. Powieściopisarz przedstawił się. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. Pobrawszy swoje filé z buraków. choć skądinąd schludne. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. kłaniał się. Pisał bez przerwy. mimo pewnych niedociągnięć i wad. zagadkowym spojrzeniem. rozejrzał się dookoła.

Młody wcią pisał. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. Była to prosta kobieta z ludu. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. e stało się coś niewłaściwego. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. Powieściopisarz przypadł do biurka. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. — Kiedy doszli do domu. a podró ni wychodzili i wchodzili. To uśmiechał się. odkryłem kogoś. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. Ręce mu dr ały. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. co zawierały. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. Minęło południe. — dodała. e kiedykolwiek uda się go odszukać. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. genialny. trzeba go pilnować. egnając się. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. kiedy przekręcał klucz w zamku. Owszem. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. którego obowiązkiem było sprawdzanie. porzucone niedbale na biurku. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. radośniejszego ycia. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. Oj. Potem zawołał gospodynię. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. Widział go następnie zamiatacz ulic. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. nabytym zapewne w cię kim. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. niepewnym. Biedny. Uciekając zabrał ze sobą bułki. czasem nawet ocierał łzę. zamknął go w swoim gabinecie. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. — Powieściopisarz. to wpadał w zadumę. a teraz siedzi i pisze. poniewa tam kończyła się linia. widział młodego człowieka. dotychczasowym okresie. według zeznań zamiatacza. Niewiele czasu było potrzeba. W zacisznym świetle poranka.. jak chcieli. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. Obudził się nagle z uczuciem. dziki. mimo pośpiechu i zdenerwowania. a nawet z nim rozmawiał. i nic nie wskazywało na to. które jakby zapowiadało początek nowego. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła.. do którego. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. eby się zorientować w tym... powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. Natomiast polecił swojej gospodyni. szczelnie wypełnione pismem. Świe y wiatr poruszał firankami. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. — Co on tam robi? — zapytał. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. Ale w pokoju nie było nikogo. jeszcze pan sobie biedy napyta. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. poło ył się i zasnął. — To dobrze. Tramwaj. co objawiło się w pierwszym. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. zacierając ręce. to. uciekinier mógł być ju daleko. To. — Zjadł.

ni to skrzypienie. schludne. Có stąd. Luźne wagony. nie spieszące się donikąd. czekały tutaj w półśnie. Prawie był pewien. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. który ciekawie mu się przyglądał. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. Była taka straszliwa obojętność. nieco wymięte podró ą garnitury. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. pełen alu. kilka lokomotyw sapało sennie. zapytać się o coś. skromne. węglowym miałem i przestrzenią. począł uciekać od wagonu. Bezradny. jakby spoza kuli ziemskiej samej. powieściopisarz obszedł więc wagon. krytego wagonu towarowego. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. Chciał coś powiedzieć. wolno szedł peronami. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. Błądził ju po peryferiach stacji. a niedobre przeczucie. Gonił go nieustanny poszum. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. składy towarowe. młodym autorze.. potykając się o szyny i progi. Ale. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. przedział za przedziałem. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. Twarze. Było ich sześćdziesięciu. mimo pewnych cech indywidualnych. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. w świecie opisanym na kartkach. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. Niechętnie wyjaśnił. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. gdzie się mógł podziać. przywróciło go nieco do przytomności. Wiedział ju . wrócił do czytania. Spojrzenie tych oczu. pisząc podobnie jak pozostali. zanim zrozumiał to pytanie. Drzwi były odsunięte. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. Odziani w takie same. więc z całą pewnością wydawany był przez coś.. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. wyblakłych. ni to buczenie trzmieli. ale zanim zdą ył. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. Widocznie daleko przebywał. aden pociąg nie odjechał w czasie. wewnątrz wagonu. jak wykazywały obliczenia. 116 . Studiując ycie. szeleszczenie piór. niepojęte zamyślenie w tych oczach. e powieściopisarz zbladł. z widoczną po ądliwością. eby przejrzeć wagon za wagonem. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. nieporuszonych. co znajdowało się za ścianką. nieobecność.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. Tu na skraju siedział młody uciekinier. który przechodził tędy na perony. przekroczył szyny i oto co zobaczył. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. który upłynął od chwili. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. opuścił rękę i. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. piętno geniuszu. poświst. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę.

po namyśle.. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań.. coraz liczniejsze. U nas. ani „dzień dobry”. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. Z wiadomości. Zachowywali się powściągliwie. wolno opuszczał peron. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. Miarowym krokiem. Ale teraz jeden skoczył po bułki. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. Ich glosy były pełne podniecenia. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. zatopiony w myślach niejasnych. bo zjedli wszystko. potem drugi i trzeci. tylko chycili za pióra. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. Nazwiska nic nie mówiące. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. Ze zwieszoną głową. oświadczyli. nie wiadomo skąd. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. Kto ich tam wie. Ale telefony. Piszą? A tak. a którego bezkształtność tak go męczyła. ale pełnych niepokoju. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. on jednak. Po południu widziano go tu i tam. — zapytał. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Spodziewał się. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. Obudził go telefon. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. ale więcej ju nie mógł.I jeszcze jedną wódkę. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. Wszedł do restauracji. przebywając to w piekarni. który go drą ył. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. co mieli na drogę. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele.. wajchowych. e na mieście działa się jakaś sensacja. przy akompaniamencie werbla. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. ka dy dostał jedną. bo byli głodni. to ani Boga nie pochwalili. Natomiast lektorzy. Mnie się wydaje. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. ale słabo. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. Widać z daleka są. choć grzecznie. cię ko dysząc i wskazując za siebie. e oni w drodze ju trochę pisali... Pracownicy. lecz schludnej odzie y. nie posiadając się z zachwytu. nic w ogóle. z surową rezerwą. Dyrektor wydawnictwa. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu.. ró ne rzeczy się zdarzają. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?.. wskazywały na to. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. — . kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. którzy rzucili się do okien. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. Jak tylko my otworzyli wagon. — A. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. wkroczyli do wydawnictwa. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . to w barze. choć bardzo tego potrzebował. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze.. Było dopiero wczesne przedpołudnie. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. jakiegoś niepokoju. cały czas piszą. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. Panie Józiu. — Nie ma za co. Jeden z nich miał werbel. przysięgali. coraz mniej trzeźwego. opuchnięty alkoholem sen.

eby czytać. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. hodowla słabła. Oracze odrywali się od pługa. poplony w niebezpieczeństwie. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. jak i przez wysublimowanych znawców.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. Daremnie. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. tej samej jakości. Niema. wcią zaglądając do nich. szukać ich po pracowniach pisarzy. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . chocia spodziewał się. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. punkty zaczepienia. który oddarł się od arkusza. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. podstawy do jakichkolwiek artykułów. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. pytali. prawdopodobnie do kawiarni. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. W ostateczności dotarł do kuchni. zarówno przez lud. Przytrzymywała arkusze oburącz. cicha błogość malowała się na jej twarzy. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. ale i krytycy poczuli się zagro eni. e uciekł. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. a kiedy dowiadywali się. Analiza potwierdziła przewidywania. Nie tylko powieściopisarze. spełniające wszystkie postulaty. e. co znajdowało się na biurku pana. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. co się dzieje z młodocianym geniuszem. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. przyciskając do piersi skrawek. Więcej: coś nieziemsko. Dzwonili tak e znajomi. aby wciągać. Nareszcie zadzwonił krytyk. niedoścignionym utworom. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. Arcydzieła. jakby dokądś się spieszyli. Przedwczoraj. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. potem cały pokój. być mo e i bardzo dobre. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. Arcydzieła były tak bezsporne. Krytyk za ądał. znajdujące się aktualnie w druku. Nie wierzył własnym oczom. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. A poza tym ruszenie czegokolwiek. podorywki były zapóźnione. e zniknęły wszelkie niuanse. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. ale zaczęła stawiać opór. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. Przeszukał najpierw biurko. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. Po okresie. po prostu nie były potrzebne. a pragnienie męczyło go nieznośnie. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. ale przecie niedoskonałe. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. a to dzięki temu. Ale rękopisu nie znalazł. tym razem taksówką baga ową. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. e wszystkie inne powieści. Był to pierwszy telefon. Le ała. być mo e. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu.

Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. Niebo było pochmurne. zdyszany. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. przy której mieścił się teatr.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. odgłosy kroków. — Oni tam ju są. ogólna zgoda. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. Po drodze spotkał znajomego. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. niepotrzebne. dyscyplina wzorowa. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. zszarzałe. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. napisanych z niemałym trudem. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. zaczął padać deszcz. a potem przejść do sprawy. e uda mu się podjąć zaliczkę. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. znakomitego poetę. tajemniczych autorów. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. prowincjonalnej stacji. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka.. od strony grobli. jak stali. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. librett wszelkiego rodzaju. jurny a buńczuczny. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. a nawet literatury dziecięcej. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. zajmującego się drukowaniem poezji. Zebrani zgodzili się. Gości zrewidowano. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. Przewodniczący zagaił pokrótce. a tak e sekcje: utworów estradowych. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. A teraz ustalmy fakty. Przypomniał. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. które niebezpiecznie prześmiały się. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. Teatry satyryczne były ju opanowane.. 119 . Widzę tu i młodzie . Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. Okazało się. W teczce niósł kilka swoich wierszy. Skręcili w ulicę. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. od obejścia. gwarny. Kraj czytał tylko nowych. jeszcze z dawnych czasów. Realistów. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. Autentyści szli tak. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. Okazało się. jak kogo zastały wici. — Mam pewien pomysł na sztukę. inni od obrządku. i weteranów. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. Bajkopisarz pomykał leszczyną. Młodzi walili starodrzewem.. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. Tak walił ten naród. nagle zaćmione. krótkich monologów cyrkowych. Nie widział innego wyjścia. Teraz przyszła na nas kolej. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. Miał jednak nadzieję. łamanych niewidzialnymi stopami. Tym posłano w alkierzyku.. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki.Ogólna zgoda. Nastrój panował powa ny. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. zapomniane przez wszystkich. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. niektórzy wprost od udoju. szelest rozgarnianych liści. powtarzam.

nawet rodziny. — . kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł.. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać.. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest.. Głosy: — A co ze stypendiami?!.. Nie tajemnicze promienie. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. zamiast zaśpiewać „hosanna. jak tu jesteśmy. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony.. drukarnie nie mogą nadą yć. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia. Ale nikt nie przeczuł.. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. morderczo utalentowanych autorów. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. równie mia d ące.Nie mo emy się więc dziwić. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI. W obliczu ABSOLUTU. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. Wszyscy. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. są bardzo nikłe. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. oto osiągnięto oto objawiono. Na nasze nieszczęście los padł na nas. tajemnicy. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. a zajmują się tylko tamtymi. zamiast się ukorzyć. jeden od drugiego.. brat wydziera bratu. które dotąd yły zgodnie. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. Śmiem twierdzić. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów.. tak zwane skryptony. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. a nie na in ynierów. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. Wniesiono arówki elektryczne. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. operując faktami i statystyką. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy.A teraz kilka słów wyjaśnienia. tajemnicą. 120 . dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. czuuuwaaaj. Wtedy my. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. dobitnym głosem. A tu nagle zjawiają się ci. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. takie zebranie przecie zwołujemy. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. rzeczowo udzielił informacji. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. zresztą nie tego od niego oczekiwano. koledzy jak by to wyglądało. Więc zwa cie...Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych.. którzy od progu są samą doskonałością.. którzy spełniają nasze marzenia. spodziewam się. Powiedzmy to sobie otwarcie. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to.. Przybycie ich okazało się dla nas.I powtarzam raz jeszcze. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. stali się oni ulubieńcami wszystkich. Wielkie poruszenie zapanowało na sali. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Oddaj mi pan blok-notes!.. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. przyznaję to. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — ... Co jest?! — .. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. Cichym.. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. — Po tym krótkim występie pragnę. choć jej szanse. Zebrani dowiedzieli się więc.. po pięciu ludzi... Nikt nie spał. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. fachowców słowa.. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. bardziej utalentowany ani lepszy.

e geniusze od ywiają się skromnie. Regulamin ten przewiduje. beznamiętnym głosem. wszyscy pojęli grozę sytuacji. w dyskusjach i sesjach.. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania.. przewodniej. podczas gdy druga. my zaś w rozproszeniu. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. czasowy choćby. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. myśli jednej. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. bracia! Sejm nasz końca dobiega. a psy wyć poczęły. a to z braku samokształcenia. dać mogące. który dotąd siedział był jakby na uboczu. osłania ją ogniem. potem na zmianę. harcowników modą działamy. a to powiedzieć nam trzeba. co zdołali przedsięwziąć. sklecić z nich nie sposób. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. Ktoś domagał się. Szmer przeszedł po sali. zda się. prywaty poniechać. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. Odwa ni. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. ale zdrowo. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. Dopiero teraz. Głosy: — . stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. Unikają zadymionych lokali. Wtedy powstał człowiek. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. po przegotowaniu. aby zgłaszali propozycje. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. Był to mą słusznego wzrostu. w pojedynkę. tam pacholę ściskało 121 . le ąc. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. a smolarz. drudzy czytają to. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. osiwiały w pisaniu. przed spaniem uprawiają przechadzki. wykujemy dzieła krzepkie. udowodnił bezskuteczność tej metody. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. Spotykali się z ostrą odprawą. niezwłocznie rusza. półzwierzęcia. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. Przejmująca cisza zaległa na sali. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. eby rozjaśnić arówki. geniusze razem a równo piszą. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Podczas gdy jedni piszą.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. w głębi nieco. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. Tak więc nadzieja. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. Było to wszystko. geniusze piszą równo. Tedy. Tam obóz warowny zało ymy. Tam. które wska emy. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. okazała się płonna. rywalom odpór. kupić się. Zwrócił się więc do zebranych. eby po prostu bić czytelników. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. w myśli i talentów koncentracji. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. z barłogu się porwał. które miał ze swoją gospodynią. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. zaiste — piękny to był widok.

— Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. Czasem chmury. galopujące po niebie. Widać nie czyny o przewinie świadczyły.. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. Te. pomysłów. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. — Nie widzę. Szły więc pochody wśród sadów białych. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. a nawet onami. 122 . zieloną księ yca poświatą. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. Przedrę się. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. ni owo — stwierdził. ale istnienie samo w sobie. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. ramię przy ramieniu walczył. Opodal kroczyli namiestnicy. w szuwary się zapadł. stentorom swym dając folgę. i trapił się. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił.. ślubnych. Nie było ich wiele. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. jak to początków zła sięgała jego obecność. e za małą mają racyą. z dobytymi maszynami do pisania. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. co w tylnych rzędach się znajdował. do dna przypaść. Jeszcze przed północą. tu i ówdzie. wątków. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym.. tez. Brakowało tematów. które jeszcze pozostały. Hetman długo mu patrzał w oczy. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. wtedy w barze. rzędom i szykom. A jednak. artami sypiąc. — Nic to. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. pod wieczór. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu. bo blask od okularów i czół wysokich bił. bojowe pióro. Mgły wstawały z łęgów.. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. w trzcinę się zmienić. — Ja pójdę. Noc przyjęła go lodowatą. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. Nie takie racye bywały. ale ku zabawie. obejmował. niósł za Hetmanem jego cię kie. Płacz i radość uczyniły się powszechne. on jednak pamiętał. — Pozwólcie. szczęśliwie ominąwszy łęgi. — Ni to.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. idei. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. Obowiązki swe spełniał. Hetman obchodził działa na wałach. za to były dobrze okopane. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. Oni zaś szli weseli. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. jakby nie ku trudom. jak siostrę rodzoną. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. lud to ciemny — na to Hetman. Chłopstwo wybiegało przed chaty. tam. głos zabierał. panie — powiedział. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. Powieściopisarz. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. odsłaniały księ ycową tarczę. — Skar ą się. oczy mru ąc. Wasza Przewielebność. starając się do wodnego ptaka upodobnić. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. dziwując się strojom cudzoziemskim. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. Powieściopisarz. I w samym obozie nie działo się dobrze. wtedy zamierał bez ruchu. rzeka przybrała barwę ołowianą. choć na zewnątrz duch był dobry. Nikt złego słowa. w patio siedział. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. — Idź — powiedział. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego.

Obóz pozostał daleko w tyle. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. będzie polemizował z ABSOLUTEM. Cofa się powieściopisarz. Przynajmniej od tyłu coś go określi. Serce mu się ścisnęło. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. Opiera się oń plecami. Za nim dąb olbrzymi. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. Brzana? Kurka wodna? A mo e. Coś zapluskało opodal. 123 .. ale przecie ludzką. Obejrzał się. z prochów gwiezdnych. na powrót noc czarną czyniły. język siny wyciąga. Gdy wspiął się na zbocze. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się.. co przyszła skądś. śmieje się. pierwszy promyk nadziei zaświtał. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. ostro nie stąpając. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. palonych przez stra e.. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. posuwał się mozolnie naprzód. rozło ysty. pracę swoją literacką. a kiedy obłoki wełniste. lampę swoją łagodną. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. kosmate. pełną usterek i słabości.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał..

niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. e mo e spotkam znajomych. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. oczekiwania. niepowściągliwością twarzy. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. e list nadano w miejscowości. usłyszawszy moje nazwisko. ruchów czy języka zdradzą się.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. e list czekał ju na mnie od wczoraj. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. napisze do mnie list stamtąd. e znowu znajdę pustą kartkę. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. e list był wysłany dwa dni temu. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. nie zapisaną ani z jednej. Ale data stempla świadczyła. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. Rozdra niony. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. nieprzezroczystych kopertach. Mogłoby się wydawać. w pociągu. Ów gest umyślnej pogardy. czy list jest t a k i . Poni ony. dotknięty. Nie art. portier. którzy swoim zachowaniem się. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. ani z drugiej strony. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. e dałem się nabrać. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. czyli zabić. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. a raczej brak treści. I datę. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Gest był więc na mój własny. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. art nie wchodził ju w rachubę. wrzucając list do kosza. autor artu. mógł się znajdować prześladowca. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. Zresztą nadawca był nieznany. e mnie nabrano. jak gdyby w tłumie podró nych. Liczyłem. zupełnie czystą. czy zwyczajny. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. i pieczątkę mo na sfałszować. Nie byłoby w tym nic szczególnego. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. unoszącym mnie z powrotem. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. — To chyba nie roztargnienie. obel ywego rozczarowania. e tu przyjadę? Portier twierdził. 124 . w którym się zatrzymam. eby to mógł być art. Wszyscy wiemy. Z pieczątki równie wynikało. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. Ale skąd wiedziano. A jednak to była znowu pusta kartka. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. ale więcej osób. Ju na dworcu. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. sądząc. Ale jak się przekonać. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. bo trudno się było spodziewać. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. Nie zwrócono go. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. e ktoś. wyglądałem podejrzliwie na perony. wewnętrzny u ytek. a tak e kilka następnych dni. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. Mogło się zdarzyć. To nic. Otworzyłem ten list odruchowo. zaledwie pociąg stanął.

Sympatyczny atrament! Pismo utajone. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. Co noc barykadowałem drzwi. Nie były to prymitywne. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. Dobre samopoczucie ustąpiło. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. e tak dłu ej nie mo na. być mo e całą organizacją. Ju sam fakt. pełnej za enowania i dobrego humoru. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. świadczył o sprycie. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. e był tylko środkiem. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. e list nic nie znaczył. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach... 125 . Szanta ! Nadawca domagał się okupu. które mogły kierować nadawcą. czy to jest sprawa serca w ogóle.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. — myślałem z lisim. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. kto rozporządza takimi środkami. e kartki były czyste. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. w jednym z najdalszych zakątków kraju. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. ądano.. Nie. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. Te listy nie mówiły nic. pustych listów było napisane chocia : „Ty. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. niestety. a powstrzymywana wstydem. ktoś. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. nie zasługuje na to miano. byle jakie. Za długo ju trwał ten flirt. ktoś na skalę międzynarodową. Zobowiązanie bez ograniczenia. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. który nie dawał się złapać za rękę. znający na wylot obyczaje zwierzyny. gdyby w którymś z kolejnych. perfidii i ostro ności złoczyńców. A uświadomiłem sobie.. sam w sobie. Przewodnik. mo e polecenie. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. Mała? Zastanowiłem się. byle artykułowane. nic więcej. bez intencji. — Biedna mała. To jakaś wielka dama. zamieniło ją w pensjonarkę. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. ile w tym uroku. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. przysłonił oczy dłonią. aby nie nale ało wątpić. mo e wezwanie. mo e czegoś ode mnie chciano. potrzebowano. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. O. Pojawił się strach. rodzaju. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. to kto wie. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. to. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. ka da inną. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. Trzeba więc powrócić do mniemania.

leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. ebym mógł się łudzić. machając niebieską kopertą. No có . to dzika kaczka. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy.. Udając. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze.. gorączkowo rozgarniałem trzciny. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. poszedłem na sam brzeg. Za późno. czy ten przedostatni. na pewno nie. e nie wiem. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. papierki rozmiękły i poszły na dno. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. po ramiona. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. dobywając całej umiejętności. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. Koledzy. przeklinali mnie głośno. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. — E. Wytę yłem wzrok. Było ju prawie ciemno. Nie otwierając. Brodziłem. wypaliłem. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. zapadałem się po pas. czy kłamię. Słońce ju zaszło. e chcę przeczytać list na osobności. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. to była ta sama koperta. A je eli? 126 . Wszedłem do wody. którym je wszystkie adresowano. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. mo e tam nic nie było. czy te mówię prawdę. Tak. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. z lewej. wplątały w korzenie wodnych roślin.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. Ściemniało się z ka dą chwilą.

Pies był zupełnie mały i słaby. co cieszyło mnie tym bardziej. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. jak mu pomóc. napływało łagodne powietrze. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. Miał na tyle delikatności. Pewnego ranka siedziałem. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. kiedy osiągnął dojrzałość. ale nie wiedziałem. kotki i pszczółki. Dopiero kiedy padłem na czworaki. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. e zimny nos delikatnie. potę nieją barki.. mocnym psem. Mę niał w oczach. — Ej. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. okazał się uczciwym człowiekiem. Widocznie to. Sprzedawca. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. szczeniaka. e w razie czego damy sobie z tym radę. który gwarantował za czystość jego rasy. Źle sypiał. uległy. Wynik był z góry przesądzony. Pies był z rasy owczarków. pojawiły się cienie. bo szczeknął na mnie krótko. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. coś go zaczęło dręczyć. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. niestety. Pod jego brązowymi oczami. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. o wyrobionym poglądzie na ycie. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. Był wierny. Nie wspominając ju o postępie filozofii. kanalizacja. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. z końcem ostatniej zimy. rozpogodził się. niosąc zapach poruszonej ziemi. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. Piesek chował się dobrze. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. ywy i wesoły. w swoim gabinecie. Wszystko. Ale. eby był moim wiernym przyjacielem. e wybrał najdalszy kąt. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. Nacisk nie ustępował. Poprzez drzwi. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. opiekuńczość. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. wyprowadził mnie do ogrodu. o czym wiemy. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. lojalny. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. przydałaby 127 . Nie było ju co ukrywać. jak tę eje mu kark. słowem wszystko to. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. Bardzo mnie to martwiło. w której chodziło o to. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. I teraz dopiero. ty! — pogroziłem mu palcem. wzdychał. wstałem. ty. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. osiągnęła takie natę enie. myśląc.. powiększa się wzrost. Dorosły pies. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. rozkazująco. Postępując za mną krok za krokiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. jak zwykle. ale stanowczo trąca mnie w plecy. Co chwila dotykając nosem świe ej. Wtem poczułem. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. tkwiło w sferze psychiki. szeroko otwarte na ogród. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. apetycznej trawki. niewidoczny dla sąsiadów. co słabsze. A przecie był ju dorosłym. dokładnie w chwili. wstając ze zdrętwiałych kolan. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. pełnymi teraz niepokoju. Rozczulają nas tylko małe pieski. oddany. Stał się wielkim. Chciałem. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. Liczyłem na jego młodość. co go gnębiło. na szczęście.

Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. e. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. ale wtedy właśnie wykrył. normalnym okazem. kupiłem sobie dzwonek na szyję. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. którzy przyszli uciąć pogawędkę. znęcaniem się nad zwierzętami. pilnie wietrzył. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. Zresztą. Poza tym. Cechy moralnie dodatnie. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. Obiegał mnie umiejętnie. Mo liwe. najczęściej. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. Szalał z radości. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. podświadomość i nadświadomość. Je eli uznał. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. na drodze do naszego wspólnego ideału. odruchowo odmówiłby psu. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. Po to została mi dana świadomość. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. jaką ja reprezentowałem. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. buszując na pozór łakomie wśród traw. najlepiej jak umie. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. która. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. czy ktoś się nie zbli a. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. Mój postęp. Rytmicznie jednostajne. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. Je eli padał deszcz. Pies jest zdrowym. w warunkach nienaturalnych. Liczyłem nawet na to. Jestem istotą myślącą. nieinteligent. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. a yje w mieście. Więc nie robi tego tylko dla siebie. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. Ukryty za krzewami patrzyłem. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. udając. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. 128 . e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. Obserwowałem go niejednokrotnie. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. tak znaczny. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. no. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. jak się uło yła. ale ju za późno. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. niesłusznie. rozumiejąc zło oność zjawisk. znajomych. zdopingował go do jeszcze większych starań. dość zasadniczy. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. e jakiś prostak. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. eby go ucieszyć. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. czy w ten sposób nie okazuje mi. ruch ziemi i gwiazd.

uśmiechając się. Tak więc. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. nie wiem: do mnie czy do siebie. wnieść zamieszanie. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. e mój poczciwiec. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. I dodałem: — Nie ma co.. mną. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. ale nie zwrócono na to uwagi. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. pragnienia. — Ach.. Opadłem twarzą na trawę. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. Stado. — Wracając do El Greca. e od razu domyśliłem się wszystkiego. ni nam się wydaje. Była to właśnie ta kobieta. Co do mnie. ni to mszyce. Trzeba przyznać. Mówiłem ju o listonoszach. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. Wiedziałem ju . pobudzać ambicję. znajomych i w ogóle wszystkich. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. Sytuacja stawała się groźna. — To mówiąc. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. Wywiązała się ciekawa dyskusja. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. byłem w jego władzy. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. niepokoić. Wzruszałem go najwyraźniej. otworzyła drzwi. Poznałem ją z daleka. — Sądzę. nie wiedziałam. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych... Wyczerpany patrzyłem na niego. w alei nie było ju nikogo. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. 129 .. to prawda. Było to przed godziną wypędu. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. nie ma co. ale teraz zrozumiałem. Właśnie wypasałem się. ale wiedziałem. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. o której przez omówienie wspomniałem na początku. rozmowa stała się tak interesująca. nie wiem — dlaczego. Szła ku mnie aleją. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. o czym świadczyło choćby to beczenie. ogólnie rzecz biorąc. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. wyobraźnię. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. On na mnie. e miałem ograniczoną swobodę. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. trzoda — oto. ale goście tak dobrze się czuli. braciszku. e dał z siebie wszystko.. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. gotów byłem zrezygnować z wypasu. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. W progu stał on. Nie mając innego wyjścia. uło yły się stosunki między nami. Podniosłem głowę znad soczystej trawy. Być mo e. z jaką upływa czas. morda w twarz. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. kulturalnych. chce być z nami. Być mo e. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. eby powstać z czworaków. nie ustąpi w adnym wypadku. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. Tak. Twarz w mordę.. w góry. Długo.. zanim zdą yłem przeszkodzić. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. jak zwykle. — Na halę nam iść. Tak.

Podbiegłem do okna. lecz ulubiony strzelec księcia. cię kie powieki. Nie był to kamerdyner. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. na południu. Był to niewielki. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. Wieczór ju zapadał. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. przy śniadaniu.. Słyszałem. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. Uradowany. Wzywał mnie. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. — No. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. To zdanie nieco mnie zaskoczyło.. Odzywała się rzadko. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. dając jednocześnie znak słudze. Pogoda była tak piękna. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. Zamek. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. i zasnąłem powtórnie. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. Nie widziałem księcia od wielu lat. Za fotelem księcia. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. chrupiące kroki.. milcząc. a tak e zapolujemy sobie trochę”. stary jeger o twarzy pooranej. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Szajsen. wśród łańcucha szczytów. im dalej zapuszczałem się w pogórze. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. Wiosna panowała ju niepodzielnie. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. ogorzałej. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. ale dobrze go znałem. aby napełnił pucharki. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. — Jezus Krist nie dopuść. abym. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. stanął sługa osobliwy. Po słonecznym. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. ju rzuciłem się do odzie y. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. Polował rzadko i tylko w miarę. — E. chrzęsty i miękkie stąpania. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. tak e i później. W górach — jak to w górach.. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. Nasłuchiwałem. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. ale na korytarzu ju nie było nikogo. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. wnet ruszyłem w drogę. ciemnej. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. Uchyliłem drzwi. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. tyle. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 .

Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. prowadzone niezawodnym instynktem. e przychodzi ich kres i. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. — Jedni polują na daniele. powstają. Jedne okazałe i kunsztowne. znudzona długotrwałą zimą. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. Tylko sługa pozostał nieporuszony. Skruszałe. wcią na południe. stoją wzdłu gościńców. robi się coraz cieplej. w miejscach ocienionych. znad samego morza. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. kierują się na południe. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. nie uwierzę. Wędrują najpierw pojedynczo. Śniegusy z najdalszych stron. to śniegus. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. Ale oto zbli a się wiosna. Męska. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. łączą się teraz w gromady. nawet pewne tajemnicze zjawiska. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. ksią ę. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. Co więc robią? Nocami. nadtopione. Śniegusy dobrze wiedzą. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. — Mo na i tak. ale inną jakąś istotą. za przyczyną rozbawionej młodzie y. tym ich więcej. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . próbują walczyć o ycie. e zawiodę jego oczekiwania. Ale to nazwa dziecinna. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. jakby nagłe zimno ją przeszyło. we dnie zatrzymują się byle gdzie. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. jak wszystko w naturze. Im bli ej gór. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. Zauwa yłem. który wiesz. przebywają setki mil. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. inni na kozice. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. w górach. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. po naszemu — „wintercwergi”. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. ku górom. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. dla igraszek i figli. zaskoczone wschodem słońca. a tu. a młodzie . — Wiesz zapewne — ciągnął. — Zapewniam cię. Niektóre. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. jakby nie przed człowiekiem. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. parowach i zagajnikach. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. Nic jednak nie dałem znać po sobie. my będziemy polowali na śniegusy. — Nie. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. Zdobią one podwórka i place. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. ze strachem i wstrętem. Schneemann. wkraczają w krainę chłodu. ze środkowych równin. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. odstawiając pustą szklankę. — He he! — wołał podochocony ksią ę. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. łowiecka nazwa. inne niezdarne i prostackie.

— Dobrze — powiedziała spokojnie. uprzednio osaczonego przez nagonkę. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. nie są takie straszne. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. 132 . Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. wszystko! — zawołała. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. zawsze było uznawane. — Ma mi to za złe. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. które. nawet przez Kościół. jak polowanie — odparłem. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. dziecko. —— zaczął ksią ę. — Jak pani sobie yczy.. — szepnęła. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. na drugim końcu mahoniowego stołu. właśnie pan. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem.. mniemając. Śniadanie podano w sklepionej sali. parzenia kawy lub herbaty. — Nie chciałam o tym mówić. wyprostowana. pragnąc rozproszyć to. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. — Wiedziałem. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. przybywasz w samą porę. — Dosyć! — powtórzyła. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. w całym zamku szykowano się do wyprawy. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. ale nie chciałbym. nie mówmy o tym. powinien znać całą prawdę. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. i podgrzewali go z bliska. nawołując mnie. có ? Polowanie. Prawie nie tknęła po ywienia. — No. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. — Och. Znany jest przecie jako największy.. e poluję na „Schneemanny”. Siedziała naprzeciw mnie. e tak. powstrzymując mnie ruchem ręki.. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. — Powiedz mu! Powiedz mu.. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. i potrzebna jest jej pomoc. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. Skądinąd ma on gołębie serce... choć nie przypominałem sobie. — Przyznam się. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. — O tym myślałeś. Ledwo wypowiedziałem te słowa. e niczego bardziej nie pragnę. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. ycząc sobie dobrej nocy. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. Odpowiedziałem. nacierali na „Schneemanna”.. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji. e zerwałem się z krzesła. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. Strzelcy. dalibóg. ju ich po ałowałem. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. Zresztą pan. Panna milczała. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne.

a sam. ani opanować swojej radości.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. podczas zwyczajnej. e olbrzymi śniegus. ale zapomniał dodać. szyję i piersi. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. lepi się je na gwizdek i rozkaz. kierując te słowa. w zgrabnym toczku na głowie. e śniegusy lepione w kraju. ile pewne jego okoliczności. odziana po męsku.. ślepo oddanych wujowi. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. którego. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. Milczenie przeciągało się. ciepły poranek zaskoczył na drodze. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. jak mi się zdawało. Minął nas ostatni jeździec. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. od stworzenia ofiar samych.. Przemarzają. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego.. licząc pewnie na to. Polowanie zaczęło się. a zetknęły się nasze strzemiona. z krótką tylko przerwą na obiad. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. wyjechał przed bramę. to. Wystraszone. ponad 133 . Johann oddalił się. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. Nagonka ruszyła ju wcześniej. widać. gdzie w zielonych. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. z nutą podziwu. wuj jest opiekunem sierot. nie tyle do mnie. Nietrudno się domyślić. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy.. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. wychodzą parami na dwór. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. Piękny to był widok. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. Zatoczyła koniem. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. Podnieceni kucharze donieśli. a w głębi parków. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. Pan myśli. Szli przodem naganiacze. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. śniegusów. — Sadysta? — dokończyłem. mając mnie u boku. ile do panny. kto stoi za tym wszystkim. nie dowierzając własnym oczom. dobrowolnej zabawy. ukartowana od samego początku. Umilkła. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. gra przypadku. jak mówi wuj. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. To rzeź. zimowy świt rozjaśni podwórza. zakradł się i zamknął w lodówce. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. Pod komendą opiekunów i wychowawców. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. omdlewają dziecinne rączki. A czy pan wie. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. iglastych. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. Nagły rumieniec oblał jej policzki.

stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. w galopie. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. Sniegus. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. Gdy śniegus. bezszelestnym oczekiwaniu. a do stanowisk strzeleckich. w którym ten prę ny kwiat. Zbli aliśmy się do ostępów. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. z prymusami o płonących ju palnikach. spełnił swoją powinność. jeszcze przera ony okrzykami. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. a za nim dru yna. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. Zatętniły w lesie kopyta. rozpościerali koce. i stado śniegusów wpadło na polanę. Jak e był piękny w swym ogromie. inkrustowany macicą perłową. który. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. jakiś cień przesłonił polankę. gdy górował u szczytu polanki. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. którzy pieszo. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. — Ciepło. pochyleni w kulbakach. osadzona na zwartym. w której decydującą rolę grali doje d acze. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. Puls bił mi w skroniach. ławą lub pojedynczo. spędzonej w ober y. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. doje d acz. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. Zasyczał dwupalnikowy prymus. zimującej jarzyny. Cała głowa. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. lecz podnosiły się z bezpiecznych. 134 . Gdzieś tam. doskonale zarysowanej linii. który — podczas gdy inne. zupełnie blisko. po chwilowym osłupieniu. kulistej głowie. mieliśmy odbyć pieszo. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. Głuche. Przed nami ukośnie. nie mogąc się skutecznie odsunąć. tym samym spełniając yczenie prześladowców. pokryta śniegiem. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. Długi nos ze zdrowej. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. — Ciepło. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. le ała polanka. stromym stoku. Dalszą drogę. przystępowali i kończyli dzieło. Stał tam ktoś. nie zsiadając z konia. kryli się doje d acze. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. Nic jeszcze nie słyszałem. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. z boku. byli pierwszymi. mosię ny. jodłując. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. ciepło! Rany Boskie. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. Ci śmiali chłopcy. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. Byłem bez prymusa. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. nakazaną mu przez naturę. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. ale wytę yłem wzrok. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. o mocarnej. na ostrym. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. wynurzał się na polanę. Ogromny. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu.

. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. próbował. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. kiedy i tak są ju niepotrzebne. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. rzucili się na boki. aby później. a za mało wiadomości. a gdy zima minie. którą przeszły szar ujące śniegusy. z uczuciem. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte... mój drogi — odparłem. wpatrywała się w kierunku. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. Nie lubią mnie tu. — wskazałem ręką ku górom za oknami. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. Znasz mnie chyba na tyle. wydostały się bezpiecznie z obławy. Dosyć zresztą. wszystkie. Panna nie była jeszcze gotowa. podnieśliśmy się z kryjówek. staczać się począł na księcia i towarzyszy. ośmieszone. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok.. są i będą. który. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki.. Ksią ę zarządził odwrót. a potem. która. głośno zawołał: 135 . Wśród gminu istnieje nawet legenda. zmieszany ze słońcem. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. bezlitośnie je tępić na wiosnę. biały tuman przyjdzie z gór. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. e nie rozumie. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. zmieszani w dzikim popłochu. przybrawszy postać lawiny. — Wiem wszystko — powiedziałem. na pół z niepokojem. wiadomo. hołubić i dogadzać. przebrani i odświe eni. e gdyby tylko o to chodziło. obracając wszystko w art. udając.. przynajmniej jeśli chodzi o nie. ale było ju za późno. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. ale powoływać je niejako. nie zabierałbym głosu. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu.. którego nie umiałem nazwać. — Masz rację — poprawiłem się. Ale dobrze wiesz. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. e polowanie na śniegusy. na kształt ruchomego wału.. obrastał w nie i.. łamać się zaczęły i spiętrzać. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. — Ale wiem du o. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. Korzystając z lawiny. doje d acze i prymuśnicy. wirując coraz szybciej. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. Nie wiem.. ze szklankami w ręce. — Nie. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. e bałwany były. zginie Orle Gniazdo”. a tym samym obiecywać mu. — Widzę. — ale ju nagonka. to nieuniknione. — Ach. stwarzać je. spotkaliśmy się znów koło kominka. Polowanie. aby nie mieć złudzeń. przynosi nieszczęście. którego określić nie umiałem. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. po to tylko. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. odciągając go na czas z drogi. tam. abym. kocem!. wyprostowana. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. jakby nieobecnym. i to rękami sierot. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. jakimikolwiek powodowany pobudkami. nieobecne oczy panny. te kobiety. szukające u nas schronienia. pod przewodnictwem olbrzyma. w górach. gdzie powoli wsączała się ciemność. Przed kolacją.

spoglądając na ró e. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. przywitała mnie yczliwie. który dzisiaj przyszedł z gór. Wszystko taje — dodałem. — Jak to? Nie wiedział pan. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. na nizinach. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. z prostotą. Konie dawno pozostały w dole. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. widząc te głownie w oddali płonące.. krzepka bryła. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. Zapalenie płuc. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. W półmroku stała jakaś postać. podkręciwszy obydwa palniki. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. Przed nami otwarło się wejście do groty. Ogromna. nie był w stanie uczynić nam nic złego. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. Odwiedziłem ją znacznie później. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. — Czasami. Spojrzałem na księcia. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. Świtało ju . w szpitalu. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać. Ale niepotrzebna była mu broń. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. Pośrodku groty klęczała panienka. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. wymagało opieki lekarskiej. Ale w dolinę schodzi rzadko. Ksią ę podszedł do niego.. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. a i górale okoliczni nie 136 . e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. kto woła w gorączce. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. tak wystawny. które się wywiązało. tu za nim ksią ę i ja. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie.. chcąc przerwać milczenie. Postępowałem o kilka kroków za nim. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”.. — A. — Myślałam.. Spoczywała z wdziękiem. — Podobno opuścił zamek. Zaiste. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. Nic więcej nie wiem. Przodem Johann. ółtych i okrągłych. lśniące i matowe. wspinające się w zygzakach ku niebu. — Nie ma jej w całym zamku. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz. — uzupełniłem. Ksią ę. Zauwa yłem.. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. zapuścił się w grotę. półle ąc. co ujrzeliśmy. Tylko oczy pozostały te same. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. długiej i czerwonej marchwi. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. To. Po egnałem się szybciej. Zresztą nie chciała le eć w zamku.

137 .Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi. ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.

138 . przygotowywałem się na ka de spotkanie. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. awanturników o muskularnych ramionach. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. e wtedy wezwałbym policję. opieki. wydawała niemiły zapach. a ciemna groźba unosiła się nad nami. uderzyć w twarz. Bałem się ludzi. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. Patrzyłem na nich godzinami. Być sobą. rękę ju wyciągniętą. przewrócić. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. W lokalu było duszno. jak nale y. Nienawiść. czystym i higienicznym sposobem ycia. nawet na schodach. zało yłem biwak. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. z otchłani miasta. Lęk towarzyszył mi stale. ka dy mógłby mnie okraść. e czułem się rozczarowany. przystosowań. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. Doszło do tego. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. W kącie wartowni. e zostawi mnie samego. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. spokoju. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. a eby całymi dniami wypatrywać. kiedy patrzyłem na nich.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. Po to na bezludzie. skurczem. nie cieszyłem się tym przywilejem. do wspólnoty. zawodowe po ądanie. nawet w pobli u komendy. plastykowe kubki. Z wewnętrznym dr eniem. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. Ale czułem. lśniące rondelki. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. Byli to przecie zbrodniarze. pod czystą białą powłóczką. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. Sadyzm człowieka słabego. pogodą. całe to moje podręczne obejście. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. e mo e on zawróci. jaką w nich budził mój schludny obozik. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. teraz obezwładnionej. Nieprawość ogarniała mnie. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. chronionego przez sztuczną. Będąc człowiekiem wolnym. To jeszcze zwiększało mój niepokój. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. Okno wychodziło na ślepy mur. Na ulicy. a wreszcie stało się nie do zniesienia. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. Do wartowni wprowadzono ludzi. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. Nie. Kupiłem namiot. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. tchnące zdrowiem. podciągniętą pod brodę. Oto nieraz nocą. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. có nawet z tego. co więcej. pijaków. Podłoga. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. Nawet w dzień panował tam półmrok. Złodziei. Có z tego. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. opodal balustrady. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. urzędową potęgę.

Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. Stwierdziłem z ulgą. kiedy go wyprowadzono. Myślę. — To mo e powiecie nam wobec tego. Uciekłem w ciemność. — Tak? — na to sier ant. Porzucając mój obozik. Przed chwilą zabił człowieka. to on! — krzyczał tamten w celi. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. do czego by to doszło. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. 139 . oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. — Wychodzę za własną potrzebą. Mój Bo e. szerokie barki. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp. urządzony tak pracowicie — uciekłem. e na zewnątrz nie ma wartownika. Małpie. Przyczaiłem się na korytarzu.

Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. Zadowolony. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. jak to zwykle bywa. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. Garnek te się przyda. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. eby dojrzały. widocznie pragnąc zyskać na czasie. czy nie?! Zagadnięty. wzdłu barykady. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. 140 . wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. Przywołałem go cichym psyknięciem. na ulicy. Zapytałem go więc tylko. Jej centrum stanowiła ogromna. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. Kiedy zbli yłem się. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. akacjowa szafa. po prawej stronie. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. stawiać je na kwaśne. ktoś wywiesił białą chorągiew. dłubał zapałką w zębach. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. Widziałem. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. potem to mycie garnka. zdą ający do centrum miasta. opalony. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. W jednym z okien na drugim piętrze. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. — Do diabła! — mówił wysoki. oni nie podsypują du o prochu. Ogarnęła mnie zazdrość.. rozsypały się tu i ówdzie. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. co o tym wszystkim sądzi. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. Musieli ją wznieść niedawno. Słońce wzbijało się coraz wy ej. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. stoi barykada. Barykada. Pomidory. — Strzelać nie umiecie. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. Ka dego ranka wychodzić po mleko. Dzień zapowiadał się prześliczny. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. które zazwyczaj trzyma się na szafie. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. e przydzielono mi ju zadanie. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. Ale nie mo na powiedzieć. potem wracać. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. Spełniłem rozkaz. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. Poło yłem się na wskazanym miejscu. — Jak sobie pościelesz. Patrol. które mogłoby na to krzywo patrzeć. Zamierzałem go posłać na górę. z obawy przed dowództwem. eby mi przyniósł jasiek. kapusty. Chciałem walczyć. Nie bójcie się. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. e przed moim domem. przyło ona arkuszem blachy pancernej. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. wrócił z wiadomością. Wszczęto śledztwo. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. na targ. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. — Jeśli nie chcesz. ebym du o czytał — odparłem. — Tak jest. — Inteligent? — zapytał krótko. wyglądający na przywódcę. wysłany tam przez komendanta..

— W porządku — stwierdził. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. Liczy na to. ja zaś poczułem się tak dumny. Szafa była cię sza. Odszedł do swych obowiązków. Na przykład pod szesnastym. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. Miał na myśli nieprzyjaciół. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. Ka de dziecko niosło lalkę. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. Potem oddział odmaszerował. poszedł zarekwirować pościel. Przy tym robili to. pewnie cichy wspólnik wroga. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. e trafi na pościel. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. tupiąc nó kami. wraz z częścią załogi. Wróg miał nadejść lada chwila. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. Musieliśmy jednak zgasić. Jeden z grających. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. oglądając moje uło enie. widok miałem coraz rozleglejszy. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. A tu nie pościel broni mu dostępu. Po prawej i po lewej stronie — rynny. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. kiedy zza węgła ukazał się pochód. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. dwóch jednorękich grało w szachy. le ąc na podłodze. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. pokazał mi język. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. ale właśnie maszyny do szycia. nie mając teraz co robić. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. misia albo kaczuszkę z drzewa. bo stary wiarus. jak jednoręcy. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. w oknie koło rynny. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. ni mo na się było spodziewać. Nie było jeszcze dziesiątej. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. Potem pani wychowawczyni zasalutowała. Nie nudziłem się. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. meldując komendantowi. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. który zaraz wysłał patrol.

Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. e wróg nadejdzie. Ja jestem stary wiarus. fotografie. eby wróg nadszedł. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. e nawet ziarenka grochu. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. farbkę do bielizny. blaszane dziwolągi od wentylatorów. nieustanna. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. Chyba ju najwy szy czas. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. Stary wiarus zbli ył się do mnie. który początkowo nieśmiało. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. Bardzo chciałem. anteny. pewne osłabienie — sprawiały.. — Gdzieś koło drugiego piętra. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca.. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. Tłumaczył się. Zresztą to nie moja wina. bieliznę i gramofonowe płyty. pod betoniarkami. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. choćby do godziny siedemnastej. mumie. Wydawało mi się wtedy. Tymczasem okazało się. Do broni! — Je eli tak. stromym stokiem. dlaczego szafa była tak cię ka. usypiskiem przedmiotów. — Wszystko chcielibyście od razu. przekonany. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. poza mną. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. e umrę za sprawę. słoje.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. tam. — Obiecaliście. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. to w porządku — zamruczał malkontent. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. kominy. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. słyszałem. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. lak. pchających i toczących na barykadę wszystko. ale wroga. choćbym miał sam szturmować barykadę. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. zwo ących. Spójrzcie na mnie. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. części karuzel elazo. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. wstą ki. Podszedł do nich komendant. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. Starego wiarusa nie było w pobli u. choć oddalona wrzawa. e wróg nie nadejdzie. Chciało mi się pić. Zrywałem się. 142 . widziałem pracowite mrowisko. le ącym na wysuniętym posterunku. eby nie być ukaranym za defetyzm. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. pod ogromnym. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. tekturę. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. szlam. pocieszałem się zresztą tym. w dole. Je eli spojrzałem w dół. jak dziecko. czym rozporządzali: lampy. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. Pocieszyłem się myślą. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. e to ju wróg. Dalej — dachy. który się był ukrył. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. Popołudniowe słońce. Wykryto w niej starszego człowieka. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. obracające się z wiatrem. a niechby i siedemnastej trzydzieści. a nawet nie ywego wróbla.

Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. Miasto miało zostać bez światła. Minąłem go w milczeniu. wiłem się między jej elementami. gdzieś w głębi. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. Szarpnąłem. arówki. czołgając się. Było ju całkiem ciemno. pomagając sobie palcami nóg i rąk. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. 143 . który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. unosząc mój garnek na mleko. skacząc. miedź od elaza przez smak. to znów. kiedy. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. potem syczący szmer. wiklinę od trzciny. Widziałem równie komendanta. Za mną waliła się barykada. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. dotyk czy węch. Najpierw rozległ się cichy stuk. Czasem wpełzałem w głąb barykady. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. Brodząc. Szukałem długo. o ile dobrze pamiętałem. Dobierał sobie kapelusz. szorstkości i kształtów. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. e. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. len od wełny. w samą jej treść. Pamiętam. niebieska emalia. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. skacząc po zewnętrznych wykuszach.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch.

zapisaną pismem nierównym. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. z wiekiem przybitym silnie. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze.. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. Jak się okazało. w zimie te da się załatwić. mówi. Wino tylko będziemy pili. był to pamiętnik optymisty. e to tylko pró ne gesty. Wprawdzie M. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. słowa bez pokrycia.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. ale starał się naświetlić je wielostronnie. Rześko jest. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. nie znając otępiającego działania spirytusu. Ja myślę. Kataru ju ani śladu. na głucho”. Tatara. Kawusię pies pogryzł. w intymnych pamiętnikach to normalne.. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. wszystko ju umówione. Dach się załata. Równie pogoda ustaliła się na dobre. argumenty bez podstawy. Tyle rękopis. Czerstwy jest i opalony. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. warkocz ma gruby. mówił. Co najwa niejsze. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. człowieka. Sabcia rośnie coraz wy sza. a i to umiarkowanie. nastały dni błękitne i złotawe. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. warsztat będzie uruchamiał. ale W. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. eby uszy trzymać do góry. na le ąco. 144 . Czasami u ywa skrótów literowych. się odgra ał. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. mówił. tam był. zresztą R. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. Pozdrowienia. jak mnie spotkał. więc z okowitą precz. e te C.

mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. zima w pełni. szczególnie na świe ym powietrzu. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. ale oficer wy szy. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. Łatwość. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. która płynnie przemieszczała się to tu. będąc półbykiem. Panowały ostre mrozy. przy odpowiednich wysiłkach. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. to tam. e jeden guzik zapięty. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. gałązek i konarów. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru.. sprawiają mi pewną przykrość. tym razem jednak nie był to Demostenes. stanę się wkrótce innym człowiekiem. nadzieją. e nawet w pustyni człowieka pora a. Niestety. poniewa z natury jestem mizantropem. e chodzi tu o wojskowego. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. na przykład. strategię obmyśla. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. ale taki jest autorytet władzy. ruch wahadłowy i dość szybki. e ja. rzec mo na. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. Ledwo to zdołałem pomyśleć. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. zmierzch wałęsał się w pobli u. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. có dziwnego w tym. której miłośnikiem stałem się. Nikogo nie było dookoła. ale wspaniałe czyny Herkulesa. gdzie pawilon stoi. który na niezbyt odległym jeziorku. jako oczywisty dowód. aby fakt. Tym bardziej. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. Wtem. za ywał samotnie ślizgawki. e ślizgający się osobnik jest oficerem. wę a. jak zwykle. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. który pokonał wadę swojej wymowy. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. Choć niedawno minęło południe. grubo zamarzniętym. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. obecnie opustoszały. bo przecie nie ma powodu. obserwując sylwetkę w epoletach. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. miał jakiekolwiek większe znaczenie. za siecią nagich prętów. Mo e nawet a nazbyt odległą. 145 . e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. ujrzałem jakieś miganie. najprawdopodobniej sztabowy. wobec tego tylko fular poprawiłem.. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. latem pełen gwaru i śmiechów. lecz jest oficerem. e nie jest to pospolity oficer. który. a dwóch brakowało. a nie szeregowym. napełniła mnie podziwem i otuchą. e nic zwyklejszego. od urodzenia — zamiłowanie.

snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. e nie jestem człowiekiem czynu.. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. jedyne oddychanie. Potem ły wy odpiął. — To jest dopiero coś. Rozejrzałem się dookoła. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. potem za faworyty i epolety. Człowiek tęskni za opieką. — Nigdy nie zapomnę. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. Pracuję nad sobą. a nie prawdziwy. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. Trzeba zaznaczyć. wczepione w krawędź lodową. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. było sztuczne. Nigdzie oparcia.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. i lęk przed ludźmi by zaniknął. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. Co do mnie. kruchość i niezupełność. pomocy znikąd. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. gdy tylko otworzył oczy. skazanej na indywidualną nieporadność. pszczeli. ani się spostrzegłem. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. fałszowany. jak zwykle. eby zobaczyć. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. który. w stronę swojego pałacu się oddalił. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. zazwyczaj. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. i nawet nie wie.. rękę mi podawszy. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. To pewne. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. Nic. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. zagubiony i bezradny. e tylko ja mogę go poratować. dłu ej ju w parku nie zabawiając. z tego jeden z sygnetem złotym. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. aby się podtrzymać na duchu. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. w ilości zdumiewającej. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. Jak ju wspomniałem. Porzuciwszy pawilon. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. Samotny się czuję.. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. Nie yczliwi wzajemnie są. staram się podnieść na wy szy szczebel. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. twarzą zwrócony ku niebu. I. wprost z ula. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. więc zły byłem. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. Wspominam o tym z przykrością. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. na plecy je sobie zarzucił i. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. pękające z tajemniczym gulgotem. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. Ale teraz wiedząc. obroną. Niestety. w sam czas. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. a nawet powinienem. oparciem. jak ołów z mlekiem.. Równie jako metafora. jakie mu mogłem zastosować. A ja. Weźmy choćby moje ycie. e ocalił mi pan ycie — powiedział. jak zapadł późny 146 . Ten zaś nie chce się puścić. Tote . eby wyłonił się ktoś trzeci. bo wiadomo. ku miastu wróciłem.

Na to oni: — Prosimy. bo mróz palił coraz mocniej.. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. Zadośćuczyniłem prośbie. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. eby je 147 . zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. — No. Tak. Chciałem się zaraz zabrać do tego. Mo e jego? Prawdę mówiąc. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. Ciągle mi się zdawało. ni zowąd pomyślałem. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. co? Pewnie się pan zasapał. którzy ju się nie kładli. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. późno wracając. Ekscelencja dotrzymał słowa. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. — I mrugam do nich. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. — Czy ja wiem. e tego nie lubi. prosimy. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. ale ju zasnąć nie mogłem. którzy drzemali na słomiance. więc zauwa yłem. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. Będąc półsenny. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój.. co. Chciałem się cofnąć. Przewracałem się z boku na bok. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. i jak tam? — mówię wreszcie. Okoliczność przykra z tego powodu. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia... jeszcze tego wieczora. ale farby nie puszcza. Zuchy. a wstałem i naciągnąłem spodnie. U siebie. po czym usłyszałem znajome. ale nie zrobiłem tego. Jeszcze na półjawie ni stąd. w stosunku do niego równie mam kompleks. co?” A on nie. Rad nierad. przerywali mu sen. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa.. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. niby to artuję czy coś takiego. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk.. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. — Około ósmej przychodzi mleczarz. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. Nad ranem obudziłem się. tajemniczy taki. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. — odparłem w zadumie. na górze. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. wstałem i udałem się za własną potrzebą. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. tylko potakuje. kogo bić. niewątpliwie. a ja bym wchodził. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. — Zjadłem wczoraj coś. Zerwali się natychmiast. czy co. Wchodzi a na czwarte piętro. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. Więc mo e by jego? — Mo na. cię kie człapanie i przekleństwa. nie od razu zorientowałem się. Tymczasem on się nie odwraca. Postanowiłem wyciągnąć. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych.

tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. e lejtnanci czegoś się domyślą. pokręcił się. dno. zanim on coś powiedział. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. Cały mój zawiły plan. Lejtnanci stali przy drzwiach. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. a jednocześnie wkupić się artem. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem... razem ze skurczem strachu. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. ani siak. bo wydawało mi się. spoufalić. ale w ostatniej chwili udałem. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. Czasami przychodzi nawet po południu. gładcy i uwa ni. a sam niech przyjdzie na górę. kiedy ju krzyknąłem. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. nie mówiąc o bieganiu po schodach. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. tego. przejść do nich — to stało się nagle moim celem. no. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze.. ale powinien przyjść bez mleka. tak po prostu! Klęska. — Jakby mleczarz szedł. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. nie mogąc się ju opanować. to proszę mu powiedzieć. e jestem tak e swój człowiek. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. — Owszem. nie wiadomo dlaczego. e się domyślają. Nie było go — zameldowali posłusznie. który stał. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. — Nie był — odparł stró tak po prostu. — Dziękuję panom. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. pokręcił i poszedł. wiecie. Ja czekałem równie . uciekłem z powrotem na górę. nastąpiła długotrwała cisza. więc ja ju nie wiązałem.. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. Ale mleka nie miał przy sobie. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). e dzisiaj mleka nie trzeba. Siedząc na nim. Odwrócić ich przypuszczenia. — Co? — dodałem. W mojej głowie powstał idealny plan. Udało mu się odejść bezkarnie. wszedł tu jakiś osobnik. połączyć z nimi.. Ale on w ogóle nie powiedział nic. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. za to. wpatrzeni w klatkę schodową. błysnęła mi myśl. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. Nic jednak się nie działo. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. e kazałem mu. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach.. e on coś powiedział. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. a serce mi biło. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. Poza tym obawiałem się. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. he he!. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili.. aby dać do zrozumienia. to niech mleko tu zostawi. Czekali na mleczarza. tak zwyczajnie. aby zostać pobitym. powstałym z tego zamachu. — Jakby był. a jak mu nie jest po drodze. ale o mleczarza. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. Oszukał. Wreszcie. aby nie zostać pobitym. boby został pobity.. 148 . — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. Zdyszany. e zachwiałem się na nogach. to i wieczorem. tępo wpatrywałem się w ścianę. zanim się. przeto. Czułem się poni ony.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. wbiegłem na schody. pora ka. I wtem.

— Znowu? — pomyślałem. ruszyłem na górę krok za krokiem. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. brak sił i oparcia. ulica pusta i skąpana w księ ycu. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. — Co było.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach.. ni zowąd.. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. Jego dostojność wszystko zanotował. — I. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. kotku. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. Rozległy się znajome. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę. jakoś tak śpiewnie. ale tylko na chwilę. tym pełniejsze. Im później. kotku.na ślizgawce się topił. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. Brama była zamknięta. cię kie kroki.. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. wyszedłem i ja. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — . to było. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. to ja ju idę.. — I. Ja i adiutant. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. — No. idź! Tam ju czekają na górze. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu.. czując niemal rozkoszny dreszcz. Zazgrzytał rygiel. Jeszcze ociągając się.. Nie ruszał się. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach.. międzyludzka anarchia... to i ja jego uratowałem. Zatarłem ręce z uśmiechem i. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. 149 . Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu.. zadzwoniłem. co rano. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. — A idź. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. nie! — na to stró . Potem. wiesz ty. idź. Ci sami. Przystanąłem. do siebie. przystając tu i ówdzie. — Pal sześć! — mówiłem sobie.

ju zbli ając się do węgła. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. — Je eli mnie zauwa ą. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. przeznaczony zapewne na zakupy. Stwierdziłem tak e. Nie to jednak było zaskakujące. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. z czegoś wspólnie im wiadomego. ale jakby w porozumieniu. e jestem mleczarzem. które było jak wielkie państwo. jednak kiedy. ró nokolorowo poplamionych. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. Wychyliłem się ostro nie. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. a wesołość przybierała na sile. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. koszule w kratę. ale nie warzywny. który się zbli ał. usłyszałem nowe śmiechy. wśród zwałów ramienia i przedramienia. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. przedostałem się poza ogrodzenie. pastelowe kolory. jak i przechodniom. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. a je eli tak. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. i takich e czapeczkach. Nic nie mówili. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. niósł koszyczek. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. raczej gruby ni wysoki.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. a raczej ró any. Za siatką rósł gęsty ywopłot. Stroje mieli barwne. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. o ścianach pomalowanych na beztroskie. w szelkach — przycinało gałązki. sceptyczne. jakby coś przypominając. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. ale śmiech. prawie podobny do krą ka. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. bardzo grubi panowie. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. udam. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. bo nie przypominam sobie. tylko kwiatowy. Przystanąłem. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. który wstrząsał nim całym. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. a nade wszystko dobrej kuchni. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. mimo e nie lubię się narzucać. Na zgięciu kapitalnego łokcia. ale musieli dobrze uwa ać na palce. 150 . eby jeden spojrzał na drugiego. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. Spodziewałem się tego. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. Zobaczyłem du y ogród. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami.

Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. sofy. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. ciemne parkiety. nie słyszałem ju ani śmiechu. szum bulgotanie i chóralny śmiech. Lśniły woskowane. Przed nim stał na stoliku globus. Wielka biała kuchnia. Pchnąłem drzwi na prawo. — Razem z psem. Wydawało mi się nawet. ale bardzo gruby. W pokoju story opuszczono. suchą. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. 151 . Twarz miał pociągłą. W głębokim. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. e ziewa w pewien określony sposób. skrobanie. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. szezlongi. charcią. eby go cokolwiek obchodziło. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. który obrócił się lekko i wolno na osi. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. mielenie. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. kościstym palcem trącił globus. ściągniętą. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. zbyt gruby.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. jakby tak e się śmiał. Cienkim. — Ze mnie. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. Doszedłem do końca korytarza. Chudy odwrócił oczy. długim. poduszki. pękając ze śmiechu. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. otomany. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho.

je eli nie zobojętnienia. po zerwaniu plomb. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. względnie ustępstwa. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. jak są. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. Rzekłbyś. nastąpi rozstrzygnięcie. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. szybkie na początku spotkania. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. zło ona z zawodników. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. Miała to być walka a do skutku. Jednak po upływie długiego czasu. obdarzony podwójną ilością tych członków. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. nietrudno 152 . Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. a nadeszła chwila. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. światła w większości pogasły. ale jeden potwór. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. kiedy kula na ringu. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. Publiczność. a stale wzrastającego napięcia walki. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. stawały się powolniejsze w miarę. unosiła się z miejsc. nie podnosząc głosu. Powszechne niezadowolenie. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. Ju na początku widzowie zauwa yli. w białym świetle. Równego cię aru. głód doskwierający tłumom. Nazajutrz. Tymczasem była ju najwy sza pora. jak oplatali się wzajemnie. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. Tłum zapełnił wyjścia. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. Ale potem. Godziny przedłu ały się. Ju i okrzyki jakieś padły. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. eby pójść na kolację i do łó ka. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. zmęczenie. krzyczała. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. na skutek ogólnej zawiłości. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. potrzebujący gwałtownych podniet. W tych okolicznościach. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. spełniając swoje obowiązki. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. Na ringu pozostała kula. Na ringu. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. e takie wyjście znaleziono. i to coraz rzadziej. podobnej budowy. jakimi zwykle rozporządza człowiek. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. to w ka dym razie znu enia. dociekał. Sala opustoszała. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. Ruchy ich. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. obaj dotychczas nie zwycię eni. starannie pokryta pieczęciami.

to ja. Wtrąceni w nowe. goleni.. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. ty mi powiedz. Zaprawieni w walkach. szukali czegoś w sobie. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. — Ja. coś na niej pisze.. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. tricepsów i mięśni kapturowych. ja w nim. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. — Ja. pustej i mrocznej sali. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. a resztę po cztery. a ten z 153 . wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. który zło oną drogą. eby zabić nudę długich. zaraz.. nieznane im warunki. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. — zawstydził się dumnie Pyton. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie.. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu... to było wcześniej. — Po prostu jest nas dwóch. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. całkiem mały. rozprawiali trochę. stóp. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. — stwierdził stanowczo Pyton. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie.. To jasne. Rozmowa toczyła się dalej. Jednak. Szatan-Maty zdziwił się.. jakby białym kamyczkiem. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. nocnych godzin opieczętowania. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę. wypełnić czymś pustkę. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. Słabe. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci.. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju.. Ty. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. — Dwa.. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. choć unieruchomieni. rodzaj tablicy. cię ko dysząc. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. — Du e pomieszczenie... Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. lędźwi. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę. dotarł do ucha Szatana-Maty. to całkiem co innego. dziecko.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć.. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem... Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. — Pyton.. zaraz. e ona to pisała na tablicy czymś. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. Były tam tak e inne dzieci. — i zamyślił się a do bólu. którą stworzyła bezczynność mięśni.. wśród barków. — Nie. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. otwarte okna. — To mo liwe. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. — Jesteś? — Jestem. Chłód powoli wkradał się do wielkiej.

podnosił się. cichł. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. pod kopułą. nie zwracając uwagi na kulę. to by ci było dopiero!. Gdyby to było wiadome. A ta gwarzyła coś do siebie. szeptała. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. niektóre coraz trudniejsze. Mijały godziny w ciszy. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. gwałtownie mizerniały lampy ringu. co potem. Bryła na ringu odpowiadała sobie. stanęła ju blada. — Bo nie wiadomo. Wysoko. ledwo słyszalny. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. 154 . — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu. gdzie dach był szklany. opadał.. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. spierała się o coś.. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. chłodzie. wątła poświata. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. czy te sprowokować koniec. ciemności. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. — Pyton. choćby za pomocą kawałka elaza. Ale było ju za późno.

Trudno. zaczynają się niecierpliwić. ale spotkałem kolegę. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. Trzeba yć. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania.Na razie jednak mamy lato. Gorzej. oddzieleni od tłumu. przyboczni. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. którzy od początku nie interesują się sprawą. Dachów. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. W lecie. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu.. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. gdzie obecnie pracuje.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki.Oczywiście. Dostarczyciele. eby nie zbić swego zamiast obcego. co to są ywe szachy? To samo. e przecie wcale nie musi moknąć. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. . Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. podczas słonecznej pogody.. Jesienią. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. chwilowi pocieszyciele. Mnie tam wszystko jedno. podczas których. tyle e pochmurne. — Czy wiesz. Tylko tacy. to znaczy.. Znaliśmy się od dawna. e przeziębiłem się niedawno. mamy pod dostatkiem. podczas długotrwałych szarug. nie wyłączone elazko w domu. Oczywiście. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. na przeciwnych krańcach szachownicy. Na razie to początki grypy. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny.. przemija. zawsze zale nych od okoliczności. i to właśnie pod gołym niebem. a tak e odpowiedni park kostiumowy. odsiadywacze. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. Zamiast martwych. na skutek zamieci śnie nych. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz.. Występuję tam 155 . wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. który wydawał się tym bardzo zatroskany.. całkiem byłby z niej zadowolony. Ale ja pracuję. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. — Dobrze ci tak mówić.. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa.Praca ta jest względnie lekka. mo e wydać się całkiem przyjemna. Zawodów imaliśmy się niepewnych. połowiczni stró e. W kościach mnie zaczyna łamać. w stopniu równomiernym. chwalić Boga. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. Wyjaśnił. ebym dzisiaj zmoknął. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. Wystarczy. co zwyczajne. . Ty. ani wzlotom. Ochotnicy nie zdają egzaminu. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. Potrzebni są ludzie wynajęci. Najgorzej jest zimą. Zapytałem. — Mam początki reumatyzmu. świątek czy piątek. przelotni bywalcy i zawodowi goście. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi).Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. rozporządzających odpowiednim terenem. ale na wielkiej. mogą mnie wyrzucić. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. pięć najwy ej.. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy. a przy tym przeszkadzają grającym. Bywają partie. . dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. nie podlegając ani załamaniom. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. Odpowiedziałem. a zrozumiemy. czternaści do stołu. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. Publiczność chętnie przygląda się zapasom. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. mo e przyprawić o katar i melancholię. Szybko się męczą. .

zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. o tyle laufry. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. — No to idę! — Idź. kiedy stanęła za mną czarna wie a. Tylko stopy. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. surowe. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. Poza tym wydaje mi się. Mo e pod koniec lata zostanę królem. Przeszedłem przez bramę tej grubości. adnego gapia. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. obute w ró norakie. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. wręcz zbyt szczerego zachowania się. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. Nie zauwa yłem. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. Odruchowo 156 . miałem trudności. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. Wy ej końskie karki. te nieregularne. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. Oddać przysługę przyjacielowi. z których ka dy był wielkości kafla. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. konie były olbrzymie. współśrodkowe. proszę. przy tym zarobić — nie ma powodów. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. Po egnaliśmy się. Prywatna gra. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. Laufrom płacą lepiej. Ju wtedy. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. niby to złącza cegieł. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. jak na premierze. Zastąp mnie. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. tak obszernego. e skoro ju przyszli. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. zniszczone obuwie. wie e. zmusza mnie do otwartego. według starszeństwa. pyski o zębach wyszczerzonych. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. Jutro mo e pogoda się poprawi. Sąsiadujemy. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. talerzowate kryzy laufrów. wystające spod fantastycznych konstrukcji.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. bo więcej biegania. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. więc zawsze. A sam powiedziałeś. ale i we wnętrzu jak gdyby. eby mnie oglądać. w górze. Pracuję dla dwóch starszych panów. Ja kładę się do łó ka. Gry odbywały się na dziedzińcu. choć nadzwyczajna. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. nie sprawiała niezwykłego wra enia. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. którą miałem przebyć u wylotu sieni. Jestem w białych. w teatrze. Zastanowiłem się. pod wpływem tylu spojrzeń. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. gdzie mnie ogląda tłum. pozostały zwyczajne. e ywe szachy to tak e widowisko. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. prawie e tunelem. a to. e była raczej sienią ni bramą. tylko dziś. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. pokazałem publiczności czyrak. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. Cała dniówka przypadnie tobie. zamieniamy parę słów. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. dziwnie małe. eby taką mo liwość odrzucać.

co mnie ostatecznie zaniepokoiło. pochmurność przygasiła wszystko. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. Jakbyś widział. tam. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. Po mojej prawej stronie stanęła dama. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. ale za to mało chodzenia. Wkroczyłem na dziedziniec. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. to specjalnie nie podpada. ale zanim się zacznie. — Uwaga. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. a to się liczy w późniejszym wieku. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. Przemówiłem do niego. mo na sobie pozwolić. to zastukaj mu w ścianę. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. Kilka razy. Często zasypia na stojąco. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. bo co prawda figura jest cię ka. Na starość przydaje się parę groszy więcej. Grzecznie wyjaśniłem. ani z drugiej strony. zapominając nas o tym uprzedzić. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. — Oho — powiedział pionek przede mną. Ale pomimo tego gra go starszy facet. je eli się pracuje w koniach. nawet nieźle. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. na blanki. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. a nam nogi cierpły. Wie a stała nade mną. jak będziesz blisko. bezładne. co robić. Mo na sobie jeszcze zapalić. wszystko na jednej płaszczyźnie. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. W środku było duszno i ciemno.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. e koń skacze na boki. Co innego. Powietrze. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. a on się nie rusza. Grywałem kiedyś w szachy. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. eby zauwa yć niski poziom tej gry. Na przykład teraz. co i jak. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. eby dym nie szedł do góry. łuki i balustrady. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. — Tak. nie było przejrzyste. Trzeba tylko wiedzieć. w środku. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. podobnie jak innych. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. kiedy znowu znalazłem się koło niego. Musisz się uczyć takich rzeczy. 157 . zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. szeroki okap ocieniał elewację budynku. e na niego kolej. Wiadomo. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. Potem ju jest gorzej. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. przesycone wilgocią. milcząc. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. chocia wiedziałem. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. byle ostro nie. Taką mamy z nim umowę. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. Dzięki temu kolumnada. e nie jestem przygodnym gapiem. w której teraz wypadło mi wziąć udział.

rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. nie mogę na to liczyć. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. zajęci sobą. szemrzące odgłosy kropel. mają w zapasie parę dni.. Byle tylko nie przesadzać. e to się zdarza. oczywiście je eli nas zobaczy. ustawionych naprzeciw siebie. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. Szczęśliwy przypadek. — Który lepszy? — Bez ró nicy. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. Boję się. Nie mogąc dłu ej tego znieść. Gargulce. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. Z zazdrością patrzyliśmy. przekątnej. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . więc zostawiają nas na noc. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. jak schodzą z szachownicy. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. najpierw nieśmiało. kolego — powiedziałem. na tle rozległego. tak jak stoimy. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. Konia mi gdzieś znowu zabrali. sześć godzin. Maleńkie oszustwo. Wtedy jest najgorszy. Policzyłem do stu i. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. nic się nie działo. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. ale jest namiętny. zajmując coraz to inne pola. Tymczasem zaczął padać deszcz. Ale nie było rady. w górze. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. złościłem się jeszcze więcej. Na razie chronił mnie tekturowy kostium.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. tak się przejmuje. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. kiedy deszcz nieco zgęstniał. To patriota. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. eby czarne przegrywały. deszczowego szumu. Coś im słabo idzie. 158 . któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. Nieraz nawet płacze. potem coraz głośniej. bo wiadomo. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. Zbito kilka pionków. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. z tekturowej masy. czy co? — Nie jego. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. a pogoda niepewna. Minuty mijały. wysoko. dwa pola. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. samowolne przesunięcie się o jedno. Złość mnie ogarnęła. więc się nie spieszą. Kopułka nad moją głową. ale widocznie im się pogorszyło. — Uwa aj na niego. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. co i on. Sklerotycy. — Poszedłbym sobie do domu. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. Na myśl. — Jesteście zbici. — Jego szachy. Nie daj Bo e. spadających z ró nych wysokości. a poza tym donosi. Takie deszcze nie mijają szybko. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. Najbardziej oczywiste. drobny na początek. Zewsząd dolatywały ró norakie. Nieznacznie. znalazłszy się na tej samej. powoli nabierają rozpędu. które przeoczono. Zaczynają z rozwagą. Bywa i tak. Oni wszyscy. Musiałem odczekać. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. nie powinni niczego zauwa yć. Dookoła panowała ogólna gnuśność. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. oklapł najwyraźniej. Dlatego właśnie tak cię ko. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. Ryzykowałem. — Mo ecie iść do domu. powiedzie się na pewno. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. stawiając wszystko na jedną kartę. Czarny laufer. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. starzy pracownicy szachowi. zaczęły cieniutko śpiewać.. Krople były dokuczliwie zimne. ozdobne wyloty rynien. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. eby dzisiaj nie było tak samo.

Nie ukrywał radości. Z naszych. Nie ulegało wątpliwości. e czarna wie a. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. Na szachownicy zostały dwa króle. e ona zdaje sobie sprawę. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. e mnie nienawidzi. Nie chcę tracić posady. Rozmiękły blanki na wie y. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. bo ty pracujesz na dniówce. stare półbuciki. miałem na względzie i tę okoliczność. Spodziewałem się. czarna wie a i ja. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. czy biali. to mnie wyleją. Ty co innego. poza mną i królem oczywiście. robiąc coraz krótsze przerwy. po egnać. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. Zwycięstwo białych. Zrozumiałem teraz. napęczniały deszczem moje kryzy. ale jestem etatowym pracownikiem. dopóki nie nabrałem pewności. — No to lecę! — zawołał. Sama miała nieczyste sumienie. Owszem. więc. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. jak gdyby nigdy nic. zaczepnie. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. co się dzieje. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. e czarna wie a wie o mnie. Pomógłbym ci. e i ja o niej wiem. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. prawie się ju nie krępując. Zająłem jego miejsce. On jeden wiedział. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. nic mnie nie obchodziło. zbiła go. Widziałem. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. nie zwlekając. Sflaczały. Deszcz rozpadał się na dobre. Przyczaiłem się jednak. Moje obliczenia okazały się słuszne. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. e coś nie jest w porządku. jak brutalnie i. kopiąc swoim zwyczajem. Jako zachwiał się tylko. Ona równie unikała spotkania ze mną. Nie wolno mi było pozostać w tyle. ale białych ubywało tyle samo. Ani pisnęli. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. niestety. pomimo moich wysiłków. Au! — krzyknął niemal. a na królach puściła farba. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. prawie nie zachowując pozorów. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. co czarnych. co się działo naokoło. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. Co do samych graczy. eby niczego nie zauwa yła. Podziała się gdzieś 159 . Nie mogłem się z nim. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. ale starałem się działać jak najdalej od niej. co popadło. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. Otó . tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. pustej przestrzeni. U nich tak samo. Wiedziałem tak e.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. I odkryłem. usunąłem czarną damę. tak e szachruje. bo musiałem. Robiła to samo co ja. nawet je eli coś podejrzewała. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. — Cześć! — zawołał do mnie. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. w butach chlupało. Je eli ja wpadnę. kiedy się zorientowałem. Moje wysiłki szły na marne. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. schodząc z szachownicy. ta w grubych trzewikach. taka obojętność. czy czarni mają ruch. Uporaliśmy się z nimi szybko. ale miałem dowód. dla którego w ten sposób pracowałem. Panowało tak powszechne znudzenie.

na przełaj. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. czego po ądał. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . — Szach! — ryknęło w ciemności. Co gorsza. Kiedyśmy stanęli na skraju. Odeszliśmy powoli. mo e zdarzyło się to. oczywiście. Porwaliśmy się do ucieczki. Ju nie było powodu się spieszyć. Zatrzymał się. Lało strumieniami. Remis. czy gracze jeszcze są. Ziewnął. Bacznie śledziłem wie ę. Zdyszani. Obszedł nas naokoło. Rozumiem. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. Wreszcie dała za wygraną. widocznie zasnął mimo wilgoci. Wtedy — sądzę. Staliśmy tak we czwórkę. bo kroki ucichły. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. Zastukałem mu więc w ściankę. e tu nie ma co dyskutować. bo trzymała się z daleka. ku bramie. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. e gracze zostawili nas na noc. ukryliśmy się za kolumną. uwa ając przede wszystkim. bo zwróciła się do białego króla. pociągając go za sobą. gdyby tylko zbli yła się do mnie. Nie dałbym głowy. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. obcią ony wiekiem i kostiumem. szachując sobie nawzajem królów. — Szach. ale sami widzicie. Sztywna. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. — Słuchajcie. tu za naszymi plecami. gdyśmy. Jest ciemno i leje. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. e tak nie umkniemy. e partia zostaje nie rozegrana. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. dziadku! Nie słyszeliście? — A. Pojąłem. 160 . Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. Widocznie wiedziała o tym. — Koniec — powiedziałem. — Jak mówię szach. Było ju tak ciemno. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. i widziałem z rozpaczą. Odskoczyliśmy. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. Ostro nie. odkryłem jego podstęp. Odczekaliśmy dobrą chwilę. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. podwójnie cię kim od wody. idę. — Idziemy. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. Uświadomiłem sobie. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. eby się jej nie nadstawić. powiedział „dobranoc” i poszedł. Zrzuciłem kostium. Chodźmy lepiej do domu. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. ale nic takiego nie było słychać. Mój król nie poruszył się. pozostał w tyle. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. zdjąwszy buty. e partia jest nie rozegrana. idę. ju . e starzec. wzmocniony echem jak megafon. to szach — odparł ponuro. przesuwali się koło niego. Pod sklepieniem. o czym mówił koń. Oni pewnie ju poszli. co. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. kwadrat po kwadracie. szerokim szumem. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. Biegłem ju bramą-tunelem. wielka kukła stuknęła o posadzkę. w skarpetkach. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. podcieniami. Biegnąc co sił. — Szach! — powiedziała ochryple. czy się rozeszli. Postanowiłem z tym skończyć. nasiąkając wodą. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec.

konstrukcje. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. jak się domyśliłem. kiedy statek odbijał od nadbrze a. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. na przykład. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. Postaram się wyjaśnić. po okresie niepewności. dlaczego. którzy zostali. barwy. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. Bo kiedy tak stałem. szkalował ich pokłady. którzy mogli wszystko widzieć. kto widocznie. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. a przynajmniej jednego z nich. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. tak jałowych wydawałoby się. te nie był do pogardzenia. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. poniewa sam nie mogłem widzieć. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. nie natknąłem się na owego 161 . co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. jakiś druzgocący docinek. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika.. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. prospekt innego statku. ebym mógł się tego wyrzec. nawet z danych. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. zapytując na odchodnym urzędnika. Rześki podmuch morski. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. niezbyt kulturalny. zostanie stwierdzone na głos. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. śledzenie gry chmur i zmienności fal. Mo e ma pan dla mnie co innego”. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. Bóg wiara. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie.. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. wcią niepewny. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . e po pierwsze. A było jasne. o ile wolno mi u yć tego słowa. Krupę. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. po egnalne okrzyki. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. zawsze pełnym ółci. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. e. liczyłem jednak. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. zdecydował się na jeden. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. Ale klient ju miał w rękach. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. nie bez uwagi: „. Podczas zaokrętowania i później. Dość na tym. — „Dym para. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach.. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. jakie wymieniali między sobą ci. Byłem prawie. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. Klient szydził z ka dego z osobna. e coś niecoś i mnie się dostanie. Kto inny. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek... ślepy. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. wszystko.. Ja jestem ateista. ale do pewnego stopnia przyciągała. a więc i w mojej bliskości. przyznaję.

Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. Słyszałem jego głos donośny. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. w którym bie ąco przebywał. co unikaną. wszystko było jako tako w porządku. która szczególnie mną się opiekowała. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. co oceaniczne. nigdy się nie uśmiecha”. mo e panu zaszkodzi!” „Ach. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. taś. Tak zaczęła się nasza przeprawa. Podczas pierwszego posiłku. ten?” — zawołała z pogardą. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. chocia .. Nie musiałem dokładniej określać. nawet wtedy on się nie uśmiecha. którego szukałem. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. ten zajedzie. którzy. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. kogo miałem na myśli. posługując się moją laską. Co 162 . którzy nie mogli go słyszeć. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. Kto je śledzie. siwej. paradoksalnie niedostępnego. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia.. Słyszałem. „Ach. tego nie udało mi się stwierdzić. stosował się do ogólnego rytmu. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. swobody. ale szydercą. nie był więc bezinteresownym humorystą. skąd się wzięło jej oburzenie. samotnie podró ującą. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. palarnia po obiedzie. taś!” — wołał na widok bosmana. Ciekaw byłem jego powierzchowności. Dopóki miano złudzenia. On powiedział o panu. Tak się jednak nie stało. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. a nie przypuszczałem. „Nie. kiedy raz podano na obiad kaczkę. A e człowiek. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. dodając. które kojarzy się ze wszystkim. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. nic takiego”. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. których przed chwilą opuścił. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. bar przed kolacją i po kolacji. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. nie mogę”. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). na których układa się ycie. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. pomimo e. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. To wstrętny typ!” Wiedziałem. mimo e tak wielkim. co się pyta” — odparł. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. względnie łysej. chudy. eby nie tracić z nim kontaktu. „Taś. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. Na statku. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. Śledziem oczywiście. nazwał ją paso ytem. do cocktail-baru i palarni. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. „Paso yta. Siedzieliśmy w sali barowej. ni to się wydaje widzącym. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. Trzeba zaznaczyć. choć chrapliwy. doznawszy z kolei ulgi.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. głowie pewnego zamo nego d entelmena.

a ju wokół niego powstawała pró nia. zwracając twarz do słońca. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. — Pan myśli.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. uznania nie szukał. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. Przy tym. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. Mo e było to dla niego ucią liwe. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. przechadzającej się po pokładzie. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. e takiej właśnie reakcji. Milczał potem jeszcze długo. prawda. Tupot oddalających się stóp ucichł. Tego wymagała nasza symbioza. Domyślałem się tego. I zamilkł. Dostałem go na własność. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. przymilnego śmiechu. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. — Nie przeczę. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. e pan to opowiada dla dowcipu. cały brzemienny stłumionymi. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. ale nie miał innego wyjścia. o której wspomniałem. Na przykład. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. jak i zwierzętom.” — Wiem. otrzymał całkowitą 163 . Pewnie. a nawet przedmiotom. eby sobie nie przerywał. co wisi. Usiadł przy mnie. ale wręcz go do nich zachęcałem. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. — Przecie powiedział pan: „to. jeszcze w biurze okrętowym. Krą ył więc. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. to one wyglądają. wiem — przerwał mi. — Tak. — Sądziłem. Byłem jedynym. Pędził więc gdzie indziej. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. a na środkowej części statku. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. w dość licznym towarzystwie. następnie opisać jej powierzchowność. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. e tak — wycofał się nagle. pan nie widzi. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. co wisi. a ju nie miał słuchaczy. czasem jakimś pytaniem. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. — No. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. martwo urodzonymi pointami. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. Tego właśnie się spodziewałem. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie... Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. osłoniętej od kierunku naszego kursu. zadyszany głos: — A to. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. Wtedy zrozumieli wszyscy.. który nie tylko nie unikał jego obecności. będzie wymagał ode mnie. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. ale ju mnie nie opuścił. w coraz to krótszym czasie. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. Objęła go ogólna anatema.. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą..To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. słysząc. — . Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. — Rzeczywiście — przyznałem się. ale nawet jej oczekiwał. Zapewniłem go. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. jak nie wiem co.. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. nauczony doświadczeniem.

— Przecie to alarm! — Wiem o tym. Nagle rozgniewał się. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. nie mogę!. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. zwykle on mi w tym pomagał. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. przez system korytarzy i schodów. jak zwykle. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. Tego się nie spodziewałem. zaczął się krztusić ze śmiechu. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. —— Najhecniej... Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. na lewo. A co do złych dowcipów. zmienionym głosem: — Ja nie idę. nie nadą ając za tym. Krótkie milczenie. pełen niedobrych przeczuć.. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. chyba nie zauwa ył. to pan myśli. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. — Co to jest? — zapytałem. ale ja nie idę. eby się z czegoś nie naśmiewać. Potem on. jak słowo daję! Zgubił panamę.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych. bo słyszałem tupot licznych stóp. całkiem blisko. Nie. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku.. Staje. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. ni to było potrzebne. na najwy szym pokładzie. dotychczas słoneczna. Nie! Idzie dalej. jeszcze w biurze okrętowym. Korkowy pas został w kabinie. Wraca się. Rozwa yłem sytuację. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. Najhecniej wyglądają w tych pasach. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. — Tam. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. w miejscu. W trzecim dniu podró y pogoda. nie jestem. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. Na szczęście po przerywanej serii umilkła.. Otó dzięki temu. Najpierw nale ało zejść po stalowych. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. zderzyli się. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach.. Nie.. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej.. — Pod nami.. Myślałem. bo omal nie zgniotła nam płuc. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. zamiast odpowiedzieć. które zawsze wybierał mój towarzysz. Ale on. ale ciągnie w złą stronę. Widocznie pojawił się cały tłum. Idzie w pi amie. nie krępując się wobec mnie. — powiedział wreszcie. stromych schodach. Niedołęga. Ten stary z wąsami. — Tam... A tam. Pojawiła się niespokojna fala. bo nagle zaczął mówić szybko. e tak łatwo jest stale mówić dobre. Ojej. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. pojawiły się na falach. — Pierwszorzędna satyra. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. jak to przedtem dokładnie opisał. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej. eby dostać się do szalup. ale szarpie! No. A potem.. — Na dół — odparł. — W ratunkowych. co widział. To nie dlatego. które. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. czy co. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. zmieniła się. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. nie mogę. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki.

która. — Jak to. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. Ale mam jeden niezbity dowód. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. chcę uprzedzić cios. który zaprzecza. Bo. to sprawa dalsza. To nie wynik intelektualnej spekulacji. choć prawdziwa. zaprzecza pańskiej normalności. a więc niczego nie udają. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. co pan powiedział. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. albo o sobie nawzajem. Zdarzały się takie wypadki. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. Atakuję. Ja te jestem. eby mi pomógł dostać się do szalup. do czego. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. istniejąc. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. nie podlegają więc śmieszności. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. 165 . To prawda. Przeciwnie. Z tą. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. I przez to ju nara amy się na śmieszność. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. pierwszy walczę. na szczęście. eby od razu być całkowicie. I pan chce. widzę ją zmysłowo. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. bo udajemy. e ja tylko się bronię? — Czy to. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. dał dowody normalności. pretensjonalne. ale. jeśli łaska? — Wszędzie. — Bo nie chcę być śmieszny. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. Jego nachylenia nie zmieniały się. e jest wariatem. z góry pretendujemy do czegoś. będące co prawda tylko moją projekcją. one po prostu są. e to. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan.. odbiciem. tylko są. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. do czego. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. czy te ją poświadcza. jego niewinność ją podkreśla. e zwierzęta. Jeszcze nikt nie słyszał.. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. z góry przegrana. Robię. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. ta pańska prawdziwa śmieszność. e przed panem ucieka. Widzę ją tak. mnie. „Chyba. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. e jesteśmy. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. nie wiemy. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. niech pan wybaczy. ale ta walka jest beznadziejna. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. potęguje. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. ale wyłącznie między sobą. Człowiek — zgoda. eby. kaleką. sprowokowany. pańskie dowcipy. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. po tym wszystkim. je eli chcę go nakłonić. delfiny na przykład. w panu. choćby nawet samych siebie. We mnie. pomijając. W tym. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. Widzę ją w ka dym człowieku. co mogę.

Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. jak uratowanie kaleki. w przejściach. Mała szkoda. Były momenty. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. Nierówno. — Rozumiem wszystko. nie o mnie chodzi. Milczenie. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. — Co się stało? — zapytałem. e znowu do śmiechu. Potykając się.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. To wszystko rozumiem. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. To przez pana! Puścił moją rękę. nie ma dla pana znaczenia. Nie spotkałem go ju do końca podró y. nie do zniesienia dla pana. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. Oczywiście. omal nie straciłbym ycia przez niego. — Wszyscy wracają. jak tego oczekiwałem. dla pasa erów.. — Wracają — powiedział. Ostatecznie. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. co chce mi pan powiedzieć. wiem. kiedy statek tonie. jego ręka była mokra od potu. e mnie porzuci. ale aktywne ratowanie jej. To był próbny alarm. ◄KONIEC► 166 . Ale nie. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. ucieczka przed nią. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. gwałtownie.. mówił tylko do siebie: — To znaczy. A po chwili: — Kto panu powiedział. nie mówmy o mnie. gdy taka idzie gra. na schodach. do której wdarła się złośliwość. Chwilami prawie mnie wlókł. kiedy się bałem. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. rzuciliśmy się na dół. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. samotnie stukały tylko nasze kroki. W korytarzach. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. Ale wie pan. Nie chce pan zejść. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. na pokładach. nawet prosty ludzki odruch. biegnąc. bo tylko nicość jest powa na. gdyby alarm był prawdziwy. nie jest śmieszna. do szalup. Wszystko do śmiechu. Słyszałem jego głośny oddech. Była to najgorsza chwila i trwała długo. A przeto czynne unikanie nicości. było ju pusto.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->