OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

................................................. 7 Sprawa porucznika C.................................................................................................................................................. 24 *** .............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 44 Poezja ............ 68 Kronika oblę onego miasta ................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 18 Lew .........................................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ...................................................................................... 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej.................... 67 Słoń..................................... ............................................ 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ...................................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit...................... 22 Monolog ................ 32 Wyznania o Zygmusiu.................................................................................................................... 13 Chcę być koniem . 38 Złote myśli i sentencje................................................................................... 29 W szufladzie .................................................................. 40 Ostatni husarz .................................. 50 Pastor ......... 15 Łabędzie .......................................................................................................... 55 Zdarzenie ............................. 70 4 ...................................................................................................... 48 Z gawęd wuja ................................................................................................................................................................. 60 Zakochany gajowy............................................................... 61 Wiosna w Polsce............................................................................................................. 14 Dzieci............................................. 53 ycie współczesne............................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 17 Mały................................................................................................................................................... 46 Droga obywatela...... 27 Tło epoki................................................................... 31 Fakt ........................................................................... 58 Sztuka ............................................................................................ 65 Sceptyk ................................................................................................................................................................. 42 Koniki ....................................................................................... 34 Przygoda dobosza ......................................................................................................................................................................................................... 11 SŁOŃ Z ciemności ........................................................................................... 56 W podró y ....... 63 Weteran piątego pułku.......................................................................... 36 Spółdzielnia „Jeden” ........................................................................................................................: opowiadanie Arkadego N...................................................................................................................

...................... 99 Wspomnienia z młodości............................................................................................................. 81 Ni ej .............................................................. 105 Góral ........................................................................... 144 Mon général....... 161 5 ................................................................................................................................................................................................................................................................. 152 Szach.............................. 110 Ptaszek ugupu ................................................................. 95 Kto jest kto?...................... 76 O nagości ............................................................................................................ 97 Wesele w Atomicach ......................... co się śmiał............................................................. 140 Testament optymisty ........................................ 108 Współczucie ......................... 145 Ten gruby..................................................................................................................................................... 138 Jak walczyłem .................................................................................................................................................................. 89 Przygoda w czasie ferii.................................................... 86 Podanie ............................................................................................................... 90 Wina i kara ............................................................................................................................................................................. 83 Rękopis znaleziony w lesie ................................................ 111 Ad astra............................................................................................................................................................ 79 Odjazd........................................................................................................................................................................................................................................................................................................................ 127 Upadek orlego gniazda ....................................................................................................................................................................................................................................................... 155 Pasa er ........................................................................................................................................................................................................... 124 Wierny stró ............................................................... 130 Na biwaku........ 77 Spotkanie .............................. 150 Interwał........................................................................... 101 DESZCZ Mały przyjaciel....................................................................................................... 114 Nadzieja .................................................................................................................................................................................................... 93 Przeja d ka............................................................................................................................................................ 85 Profesor Robert...Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi........................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

— Panie. wymykali się upokorzeni. Na drugi dzień. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. naturalnie.. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. model XVI wiek. łaskawy panie. z wyrazem zadowolenia na twarzach. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. — Niestety. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika.. u ywany swego czasu przez landsknechtów. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. który ogłosił. gdy przechodziłem koło tandety. Kolega nasz. Zdaje się. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. Propozycja została przyjęta. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. elastyczne. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. zadyszany. wykluczone. zjawił się w PDT. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. — Nie mogę. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. Towar jest towarem i musi być sprzedany. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. 7 . który wołał monotonnie: — Plastyczne. w godzinach największego ruchu. ale nawet gdyby tak było.. W parku. a nazajutrz.. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. chocia piętnaście sztuk. — Niestety. Zapas był na wyczerpaniu. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. ale eby a tak. tylko w marynarkach. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. Eugeniusz. zauwa yłem posępnego blondyna. na ulicach. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. lecz nie ustępował. Kosztowało? Nooo. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. e co dziesiąty półpancerz. inni natomiast. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. ja mam dzieci — błagał staruszek. e są to aluminiowe garnki. umieścił kilka półpancerzy na wystawie.

nima! 1951 r.Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie. I pewnego razu. Nima. 8 . pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. słyszała pani? Nima. pytałam się o te półpancerze. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

patrzy. e u nas nocami coś tak wyje. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. jak latają. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. co postawimy mleko na kwaśne. Więc siedzę. nawet w czarownice wierzą. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. a dookoła wiorsty i mogiły. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. jak liście w październiku. e jak to piszę. a tak go coś zaszło od tyłu. piszę. ale to był geniusz i jakby wyrósł. Ot. eby się tam zapisać. Rzecz jasna. Miał dopiero dwa lata. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. Zatem. Owszem. Bo e uchowaj. towarzysze. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Wy nam mówcie: Europa. jak te wielkie budowle. zwyczajna walka klasowa. W utopców. Mówił mi leśnik jeden. e a się serce kurczy. bo. A moja chata samotna pod lasem stoi. Chłopi młyn omijają. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. A bo to zawsze wiadomo. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków.. A tak. A nie mówiłem. nawet za największą potrzebą. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Ale to wszystko nie jest najgorsze. to by wszystko pojął i opisał. boję się. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. I tak ze wszystkim jest. towarzysze. A tu. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci.. A czapkę miał kolorową: czerwoną. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. w upiory. Poradźcie. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. wyjść nie mogę. śmieje się i dusi. to tylko lata i fosforyzuje. bo się boją. ale nie za głośno. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. latają. jak powiada. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. e przełomu adnego nie będzie. jest u nas taka jedna baba. Baba w krzyk. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. cały zielony. z napisem Tour de la Paix — po francusku. Gorzej. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy.. nie ma to. gdzie miał być mostek. jakby dokądś chciały.. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. e u nas inna specyfika? 13 . drzwi się otwarły. w czoła zimne się pukają i turlają. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. o szyby skrzydłami biją. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. Jedni mówią. Bo trzeba wam wiedzieć. e trzy dni chodził z oczami w słup. z powodu jego braku. utopił się artysta. białą i niebieską.

Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. Przeciwnie. — mówiłyby. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć. — Ha ha! — zaśmiałbym się. kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. — Ten ma łeb — mówiliby inni. uśmiać się jak koń. — Jak na konia. — Czy panowie nie widzą. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. Oczywiście. e jestem niezdolny. Nie mówię ju o korzyściach. siłą faktu.. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. e zamiast nóg i rąk mam kopyta. Pisząc do mnie anonimy. jak bardzo chciałbym być koniem. du e mieszkanie — powiedziałbym. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . Idąc do nieba otrzymałbym. — Pan jest taki inny.. skrzydła. e ja nie jestem zwyczajnym. Stałbym się wtedy pegazem. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. to znakomite — chwalono by mnie. takim sobie.. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. — Proszę o nowoczesne.. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. gdyby moje teksty były niedobre.. koń ma cztery nogi i te się potknie. du e mieszkanie z łazienką. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie.. Nawet wtedy.

ale wyobraź pan sobie. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. ktoś zapukał do drzwi. oglądali bałwanka i szli dalej. Ale wieczorem. te smyki. Był to sprzedawca gazet. e. — Nos — głupstwo.. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. mając na myśli tego pana.. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Najpierw utoczyły du ą kulę. odparły. Tak sobie. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. e tak późno. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. Przepraszał. co go dzieci zrobiły bałwankowi. tylko rozciągał się. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. A rynek nic sobie z tego nie robił. Prezes przywitał się z panem domu. ile kto chciał. najpierw nie rozumiały nawet. Nos miał z marchwi. Małe to. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. Pan je powinien krótko trzymać. przecie to jasne. prezes. On sam. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. ma właśnie czerwony nos. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. wśród wrzawy i uciechy. e czerwony. bądź co bądź. Ale czy to ju zaraz powód. — Jak to. Na samym środku tego rynku dzieci. W sprawie tego nosa z marchwi. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. — Ale on. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. osobę. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. Bo to dzieci. e je tu widzę. Przywołał dzieci i zapytał surowo. o co chodzi. Wcale nie z wódki. e nic podobnego. e taki kłopot. Ojciec cieszył się bardzo. ma 15 . o ile opady śnie ne dopisują. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. — domyślił się tatuś. który na rynku miał swoją budkę. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. — Ach. są jeszcze małe. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. jak wiadomo. Potem mniejszą — to były plecy i barki. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. Wychowawczo. potem drugą kulę. Rynek był obszerny. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. jakby nic nie zaszło. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. Urzędy urzędowały. Był to brzuch. ale zuchwałe. Ale tatuś na wszelki wypadek. fuknął i rzekł: — Dobrze. Ró ni ludzie przechodzili. wychowawczo. ale trzeba pilnować. No bo sobie odmroził. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. Gdy wreszcie pojęły. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. one najpierw lepią jedną kulę. za karę. Chciały dać do zrozumienia. panu o ten nos chodzi. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. Były bardzo szczęśliwe. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. Sprzedawca podziękował i poszedł. Ale to jest oszczerstwo. a tę trzecią na tej drugiej. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. One jeszcze tego nie rozumieją. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. na rynku. to trzeba na to mieć dowody. nie dał im kolacji. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. sprzedawca gazet.

ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. niesmaczny art na temat faktu. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. — Eee. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. co ludzie o mnie mówią. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. — No to ulepimy pana. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. bo chodzi porozpinany. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. co sprzedaje gazety. a potem nagle umilkły przed samym domem. Zrobimy czerwony nos. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. Na rynku nie pozwolono im się bawić. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. na nierozwagę. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. to równie jest dwuznaczne. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. milczy pan! To milczenie jest wymowne. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. — Tak. e ja chodzę po domu porozpinany. aby się natychmiast przyznały. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. ale gospodarz ju nie otwierał. Tylko eby więcej tego nie było. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. na palcach. e jak mi się spodoba. za karę. więc podsunął im krzesła.. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. On ma czerwony nos. dla zabawy. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. dziwiąc się. zapytane. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. to ju jest moja prywatna sprawa. dlaczego miałby być nieupolityczniony. Jednak na wszelki wypadek ojciec. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. kto to mo e być. wycofał się z pokoju. Nie będzie ądał sprostowania. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. bez adnych ubocznych myśli. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. A ja panu powtarzam. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. Ochoczo zabrały się do pracy. czy istotnie. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. — Eee. ukradkiem. ojciec postawił je w kącie. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. chciały dać do zrozumienia. cichnąc stopniowo. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. bo pije wódkę..Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. — Aha. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. jaką by wybrać zabawę. bo on jest bałwan. Nie na tym skończył się ów dzień. i jeszcze jedno. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. Dzieci zaczęły się kłócić. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. 16 . umilkły w oddali. drogi panie. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. Dzieci. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. eby usiedli. za karę. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. Ojciec nie rozumiał. I mo na mu zrobić guziki. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. Zapamiętaj pan to sobie. Dzieci zastanawiały się właśnie. To. takiego zwykłego bałwanka. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. Jednak na wszelki wypadek. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się.

Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. 17 . kto w taką noc zetknie się z wodą. wpatrzony w niebo. Łagodnie świecił białą plamą. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. pełen wyrzutu. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. Następny wieczór był równie chłodny. Poszli. rześcy i zadowoleni. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. Myśl o tym. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. gdy przypomniał sobie o łabędziu. Przywoławszy więc kelnera. Nikt nie przychodził do parku. po drugiej stronie stolika. Matki małych dzieci. Na środek stawu wypłynął łabędź. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. Było mu zimno. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. Wczoraj. poruszyła staruszka. gdy wrócili do parku. Gdy siedział tak na brzegu. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. Biedny łabędź. W tym wypadku straciłby posadę. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. Pewnego razu łabędź zginął. Zabrał więc łabędzia ze sobą. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. upominał się o coś. grzanym piwie z cukrem. gdy czuł na sobie jego wzrok. Przeląkł się. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. To łabędź. zjadłby coś. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. a czasem spoglądał w gwiazdy. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. al mu się zrobiło ptaka. Nie mógł jeść. ale bezksię ycowa. I znowu nadszedł wieczór. Stró em został mały staruszek. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy.. Pomyślał. Zaniechał więc gospody. wbity do ciepłego. podpłynąwszy do brzegu. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. Ze względu na dzieci. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Ozdobą parku był łabędź. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. maczaną w mocnym. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku.. Noc jest gwiezdna. Ukradli go chuligani. wrócili na posterunek. samotnego serca staruszka. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. eby go mieć na oku. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Staruszek posadził łabędzia na krześle. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. od lat samotny. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta.

nie grał na scenie. Nazajutrz ściął obcasy. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. równie liliputa. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. umyślnie wyprostowany. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. Je eli teatr stał. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. W chwilę potem. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. czy to zawodowca. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. który z jego ojca. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. taki był mały. zarzucił czytanie gazet. Rósł. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. nie tak jednak małego. stać się apologetą imperializmu. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. liliputa-biedniaka. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. e jest jednostką aspołeczną. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. kiedy.. wychodząc. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. e mimo i chodził po scenie. e lustro nie odbija złotej korony.. który grywał role amantów i bohaterów. e go nie dostrzega. Nadszedł dzień. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. widownia w ogóle go nie zauwa yła. e proces ma charakter przejściowy. mimo obrzydzenia do samego siebie. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. poniewa był najmniejszy. pomimo e był bez nakrycia głowy. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. przy szklance grogu. Wmawiał sobie. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. którą miał na głowie. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. choć usiłował je oddalić. miał powodzenie. rozgoryczony. występujący pod szyldem „Tyci”. Sam przed sobą udawał. niedoścignienie mały. usiłował nawet. ba. w fotelu. czy to amatora. równie liliputa. Zespół solidny. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. Ale wreszcie. będąc za du y. Podniósł koronę i udał się na scenę. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. Zarabiał dobrze. e mo e nawet później przyjdzie regresja. taki rasowo. rozporządzał świetnymi siłami. Pewnego razu. ale wszystko to było sztuczne. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. w której grał główną rolę — zauwa ył. a lilipuci w formie. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. Miał nadzieję.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. wychodząc z garderoby. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. charakteryzując się w garderobie. ale spełniał funkcje pomocnicze. stały. Zespół jednak był skompletowany. zawadził koroną o górną framugę drzwi. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. N a s z w treści. Spojrzenie było uwa ne i ponure. Wieczór spędził jak sparali owany. musiał się schylić. które w nim poczęło kiełkować. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. który. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. nabił sobie guza na czole. przeszedł na syna. Przeciwnie. Pamiętał.” Zwykli ludzie? Tak. Nie mo na się ju było łudzić. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. to przede wszystkim dzięki niemu. po tylu latach.

Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. w sobotę. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. Musiał rozstać się z teatrem. Po latach. gotów. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. Bez wahania. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. niemniej jednak du y. w miarę rozbawiony. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. gdy dopinał długie. Odwrócił się do drzwi. trafił do teatru liliputów. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. Później imał się kolejno ró nych zawodów. Wiedzieli albo domyślali się. jak zawsze. równie bardzo zdolny. odwijając miętowe cukierki z papierka. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. lecz ciągle. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. wpatrując się w sufit. powoli. 19 . ale niczego z nich nie mógł wyczytać. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. szepty milkły. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. ju ucharakteryzowany. Wrócił potem do domu. Ale bezlitosny czas. w miarę zainteresowany. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. Siedząc na widowni śmiał się. sapnął do siebie. który ju stał się dla niego za krótki. Obok fryzjera drugi amant zespołu. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. w „Zawiszy Czarnym”. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. potem był chłopcem na posyłki. zadowolony. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. która niebawem miała wejść na afisz. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. Potem w szatni. z fryzjerem pośrodku. Miał wra enie. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. Przez okres prób męczył się bardzo. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. granatowe palto. zabawni malcy.

Ju był odetchnął z ulgą. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. ale bał się. Czy nigdy nie myślałeś o tym. zamiast posługiwać się nami. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. — Rzeczywiście. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. Pierwsza lwica. lwami? — Nie wiem. Bondani Kajus. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. wrzuci go między skazanych. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. Ale mniejsza z nimi. — Nic się nie znasz na polityce. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. wybiegła z tunelu. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. I co wtedy? Rewizje. Coś mi się wydaje. uzbrojony w długą erdź. Kajus zaklął. spokojnie je marchewkę. Spróbował go więc namawiać.. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. e nie chce agitacji. eby go podra nić. marchewka to wielkie świństwo. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. Lew machnął ogonem. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. tak dla alibi.. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. Czy nie przyszło ci do głowy. prędko i miękko przebierając łapami. to wszyscy widzieli. Mnie chodzi o moją skórę. mówię ci: nie ma głupich. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. co kiełkuje. astma. e nadzorca. Chocia . Jak przyjdzie co do czego. Kajus podrapał się w głowę. — Odczep się — powiedział lew. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. Lew skrzywił się: 20 . Oni po prostu chcą mieć alibi. nie pomyślałem o tym. Kajus ukłuł go po raz drugi. zadyszka.. Dozorca westchnął. eby lepiej widzieć. — mruknął z politowaniem lew. e jadłem marchewkę. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. — Człowieku. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. trochę silniej. Bondani zni ył głos. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. ebyś od razu kogoś po erał. — Starsi. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem.. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. — Widzisz. Kajus nie był złym człowiekiem. sprawdził. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. kiedy dostrzegł. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. W historii zawsze trzeba się orientować według tego. — Nie mówię. rehabilitacje. Chrapliwy pomruk. Dozorca lwów. Tłum powstał z miejsc. między nami. — U yłeś słowa „alibi”. co nowe. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. e nikogo nie zjadłeś. To lwy”. które kiełkuje. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. Igrzyska rozpoczęły się.

Krótkowzroczni koniunkturaliści. wiesz.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw. Idą na byle co. — No? — Jakby ci chrześcijanie. — Słuchaj — zająknął się Kajus... — Co — chrześcijanie? — No. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki. 21 .. doszli do władzy. Ciemnota kolonialna. Element bez zmysłu taktycznego..

jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. Zupełnie nie rozumiem. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. w rozkwicie moich grzechów. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. Abym nie zginął niespodziewanie. Przeczytawszy ten list. pamiętajcie. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. e tak jest odeń daleko. niegodny. e nie chce odchodzić z domu swego. Eryk bardzo sobie krzywdował. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. Panie! Teraz ju wiem. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój.. a przede wszystkim oskar ał wojnę. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. jak ka dy zresztą niedowiarek. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. Codziennie. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. Tak więc.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. aby mnie ocalić. „Verflucht!” — mówił. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . A wy. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. e pewnej nocy w kamienicy. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. Zrobiłeś to po to. odjechał eszelonem. a wy? 22 . a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. o. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. Wołał. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. wcielony do piechoty. które świadczy o tym.. Bluźniąc w ten sposób. Przebacz mi. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. o. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. Najpierw był w Polsce. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. bracia i siostry. przywalony sufitem. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. z tych. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. A wtedy okazało się. Nie jest ju pacyfistą. przy śniadaniu. A ja. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. Kiedy dotarł do Kaukazu. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. narzekałem i złorzeczyłem. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus.

Panno Stasiu — jak wy ej. Mam do ciebie prośbę. Weźmy te głębiny morskie. Śmieszyło mnie to. Zdolny był. Las to zdrowie i mleko. jeszcze raz. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę.. „Wsio praszło... Ale mimo to.. jeszcze dwie głębsze.. na co go stać.. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego. Lato minęło. Czuję do niego odruchową niechęć. bracie. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Tote trzymam się z daleka. patrzysz. A bo ja wiem. Wszędzie woda. Ja. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. Ja nie z soli ani z roli. Panno Stasiu. Tam czuwają — pomyślę sobie. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. Szkodzi? Mnie te szkodzi. W tym coś jest. To z Asnyka. Postawisz sobie pelargonię. Znałem jednego re ysera. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. si. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. bo mdli. Bardzo lubię zalesiać. gdzie się szczęście znajduje”. Nie pijesz? Ja te nie piję. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. I co? — zapytuję. I tak było. nigdy nie cierpiałem. Na przykład taki jamnik. Ostatnie kukułki przestają kukać. Mo na by du o mówić. nie warto wspominać. w której le ał jego ojciec. Panno Stasiu. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. Takiemu nie podaję ręki.. Kiedy byłem mały. Tylko za du o jeść nie mo na. bracie. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Nasze zdrowie.” Siedzisz i pędzisz przez pola. A ja jestem roztargniony. Panno Stasiu. prosimy o dwie takie same. dwie. Ale te miałem wypadek.. Teraz są te spływy Wisłą. Taki Grunwald. Sanacja. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. trojka. piękny jak Capri albo Luwr. „Hajda.. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. co. 23 . Wszystko minęło szczęśliwie. Ja osobiście wolę porzeczki. jeśli chcą. Człowiek jak i inni. Sztuka a ycie.. Przeniosę się do Wieliczki.. płaszczaki. Mijasz sioła. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. Mniej zachodu. poriedieł moj wołos. czemu aden z nich nie wie. Właściwie zima ma swoje dobre strony. Historia nasza obfituje w szczegóły. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. Łysiejesz? Ja te łysieję. I woda.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. czy nie widzimy się po raz ostatni. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. Zęby mnie bolą. Pływają tam meduzy. a tu nie ma dosłownie nic do picia... o ile mamy z czego. Tak. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. W środku Wanda. Ka de święto lasu jest moim świętem. Czy pamiętasz: „Si. Czy uwierzysz. Kto wie. Trzeba się czegoś trzymać. I chciałyby się czegoś napić. Konno nie umiem jeździć. Trzeba umieć yć.” To z Jesienina. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. Panno Stasiu. To piękny serek.. snieg puszistyj!. A pelargonia trwa. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. Proszę cię. Du o wody. czasem trafi się jakiś szakal. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. opustieł nasz dwor. „Hej kolego. Owszem. Koń izdoch.. Zakąś serkiem. Rozglądają się. Najwa niejsze. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. węgorze. Wisła to królowa naszych rzek. Człowiek wiedział. Głupstwo.. Świetnie je d ę tramwajem.

sobotnie popołudnie. a bogatsi na ławeczkach. Do polityki się nie mieszał. Zardzewiała była. 24 . Głos ich doleciał do plebanii. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. stara. A orkiestra zebrała się. Wieśniacy siedzą na progach. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby.. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. Słuchają.. Na dziedzińcu zatrzymał się. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby.. na przyzbach. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. Mieszkał tam proboszcz staruszek. bez której coraz trudniej było mu chodzić. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. A nicponie!.. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. Herboryzował jedynie.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. eby dać koncert.

Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie. ja te byłem młody. w hełmach.. Tu przed kościołem. Bo jak e to?. grali w palanta. jak w seminarium jeszcze. I przypomniało się staruszkowi. — gniewał się jeszcze. Sześciu stra aków z trąbami. z którym rodzi się i umiera człowiek. Nale ałoby ich jednak skarcić. dam ja im — zagrzewał się poczciwina. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. ile ju prze ył. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni... On sam. na podwórku. Dotarł do drugiej furtki. lubi się pokazać. Lipy mocno pachniały.. słychać było brzęczenie pszczół.. z dziedzińca kościelnego na placyk. W krótkich przerwach między strofkami. Kapelmistrz miał pióro na hełmie. — Urwisy... 25 .. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. Ale przecie . nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. Wiadomo: młody...

. Przestali grać. powiedział: — Ej!.. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby. to na dół. Stra acy obejrzeli się. Siwiuteńki. Proboszcz zbli ył się do nich. 26 . o lasce.. A on przystanął.. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego.. podniósł palec i kiwając nim to do góry.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka.. — grali stra acy. Ej!. Pokłonili się pokornie.

Chwila taka wnet nastąpiła. który. przeszła mimo. Na szczęście nie była sama. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. a więc w warunkach. ująłem jej dłoń. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. zbli ywszy się do niej. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. e straciłem rozeznanie. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. tym razem autentyczną. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. aby okazać się mę czyzną. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . e widziałem ją tam. e jest jej dłonią. na jakim przyjęciu. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. gdyby nie okazało się. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. Spłonąłem ze wstydu. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. Jaka była moja radość. wysunąłem ku niej rękę. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. jedną ręką podkręcił wąsa. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. którą znalazłem tak blisko jej kibici. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. 27 . dosypując całe naręcza point. mój znajomy dokonał prezencji. tote nie zdziwiło mnie to wcale. Pocałowałem ją w rękę. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. stanąłbym wobec konieczności decydowania. eby podejść i uwieść ją. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. To. e nie jestem taki nachalny. mnie głupiemu. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. Okrę ną drogą. Na myśl. poniewa sądziłem po prostu. i pragnie swoją zgubę odszukać. udając najwy szą obojętność i chłód. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. zapuszczałem się w puste aleje. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. Kiedy przyszła na górę. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. podczas wspólnej akademii. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym.. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. nale ała w istocie do mojego druha. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy. Bowiem kiedy w pół roku potem. e dłoń. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. poza krzewami. Los jednak przyszedł mi z pomocą. przedzierającą się przez chaszcze. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. cal po calu.. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. było tylko dziełem przypadku. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. eby mi nie przeszkadzała”. Przełamawszy wszystkie opory.

Skinęła mi głową. gdy . podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. Mówi. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. Następnie domagała się zapałek. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. tłukąc się boleśnie. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. jak mi powiedziała następnego dnia.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. Nie powinienem jednak się skar yć. acz surowo. e jestem bardzo subtelny. i poszła. musiałem wyjść po nie. le ała. dodając przyjacielsko. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. Wreszcie. e tego się po mnie nie spodziewała. 28 . oświadczyła mi mimochodem. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. e jestem jak inni mę czyźni. Bardzo mnie zawstydziła. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. ze wzruszenia zasalutowałem. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. wrócić i po yczyć jej. lecz stanowczo.

Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. Wolałem sam przynieść. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. separującej mniejszości narodowe? 29 . te sprawiał. Przepłynął i zniknął. proszę pana. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. który. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. W pokoju było szaro. e się nie orientuję. które zostały na powierzchni po topielcach. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. — Tak. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. pięćdziesiąt lat temu. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. przede mną te było prywatne mieszkanie. drzwi równie nadmiernie wydłu one. ślepych..” — Rebus —— podsunął. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. poziomymi kreseczkami. ale dawno — powiedziałem złośliwie. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. — Tak. ju nie ma. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. nie jestem profesorem. Kiwnął głową. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. Rozwiązałem wszystko. klamki brudno ółte i ozdobne. Kiedy wszedł. — Istotnie. ślinionym ołówkiem. Po drugiej stronie był rebus. — Szkoda. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. czy mo e wejść. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. rozejrzał się i zagadnął. przenikający przez szyby. — Przyniosłem do redakcji. — Wielka szkoda. — Kiedy się wprowadzałem. Bie ący tydzień w BadenBaden. wykonanych z kości. Sam rozwiązałem. Ale zdaje się. Nieustanny szelest kroków. strumień płynął dalej. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. Sufit w pokoju był wysoki. — Mo e tu kiedyś była redakcja. Zdaje się. widząc. e często myślałem o rzece. wycierając nogi. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. — Widzę. Miała barwę starych płytek do gry w domino. według adresu. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. Chwilę milczeliśmy. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. — Cały rozwiązany. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. — Czy pan wie.. Oburzyłem się. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. e przedtem te było prywatne mieszkanie.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy.

e się nie dałem. — Śmieszny pan jesteś. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach.. to się pozapominało i troski ma się inne.. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. Śmiałem się głośno. Spłoszył się. Nie umiał pan! — Bomba bombą. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. Ale ja musiałem pracować. ale ojciec mi nie pozwolił. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. — A jednak pan mi działa na nerwy. w Czarnogórze. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. Chciałem zagrać z nimi. — Mnie reklamowali. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. plebiscyty. co ze szkoły. e miałem za du o czasu. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. Mo e się panu wydaje. a pan ciągle z tym rebusem. Ale mogę powiedzieć. e to tak łatwo. bo mówił. — Pan myśli. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. — Panie.. złośliwie. To nie ja wymyśliłem bombę. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. — dopowiedziałem uszczypliwie.. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. proszę pana. Siedzieliśmy w ogrodzie. proszę pana. republika weimarska.. — I dopiero teraz pan skończył. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. Oto rebus. Czy pan myśli.. e będą grali w karty. proszę pana. to będę grał. ale myśl ludzką trzeba szanować. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. proszę pana. bo było gorąco. Ja nad tym nie pracowałem. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni. e sam wszystko rozwiązywałem. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. Taki przewrót. taki kolosalny skok. Zaczęli grać. 30 . — To było bardzo trudne. Poziomo. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. Było du o obcych słów. tylko e jeszcze wcześniej. Takem zaczął sobie rozwiązywać. co znaczy Zeppelin. Myśl ludzka nie zginęła. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. Pan się śmieje. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. Czy pan wie. Ojciec i stryj powiedzieli. e jestem za młody i e jak dorosnę.

e mają rodziny bli sze i dalsze. o jasnych oczach. Byli tak mali. Wyjaśnili mi swobodnie. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. ziarenkowych oczu. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. uczucia. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. e właśnie teraz jest sposobna pora. jak wielkim autorytetem będę dla niej. w doskonałym humorze. uśmiechnięty. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. Byłem po śniadaniu. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. e yją w niej mali ludzie. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. ja mogłem być dla nich wszystkim.. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. 31 . i tak zostały pochlapane. niecierpliwym ruchem ręki. W mojej szufladzie kryły się światy. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. Z góry cieszyłem się myślą. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. Okazało się. a nawet podszedłem do lustra. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. moim głosem. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. artowałem z nimi. kto sądził. Nachyliłem się. na których bardzo mi zale ało. czym zmiana pogody na niebie. W kawiarni widziałem się z kimś. która ni stąd. delikatnie dawszy im do zrozumienia. Byłem łaskawy i przyjacielski. Zmiotłem ich wszystkich jednym. o którą wspierała się wysunięta szuflada. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. tłumaczył. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. Powtarzam. abym im pomógł. śmiałem się. Wpatrywali się w siebie. ale bezskutecznie. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. Wyglądało to na prośbę o pomoc. e ujrzałem najpierw ich dwoje. zobaczyłem tam te horyzont. On — wielkości połowy mojej dłoni. równie mieszczących się w mojej szufladzie. muskały jej plecy. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. Uśmiechając się nieśmiało.. a mo e coś więcej. e muszę wyjść — udałem się do miasta. kiedy wracałem do domu. e mieszkają w maleńkich domkach. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. którym wysłane jest jej dno. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. Wreszcie. miłości i niechęci. e. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. Wziąwszy się za ręce. bo moje nowe. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. Włosy spięte na karku. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. czując. jasne spodnie. ale miła i młoda para. Bo to był przypadek. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. e jest tam nawet mała uliczka. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. co odkryłem ze zdumieniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. Odszedłem pod mur. ju nie padało. zgrabna i złota. problemy. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. Zresztą nie okazywali trwogi. przypominające błyszczący wiórek. Potem. ona — jak mój palec serdeczny. odzianej w granatowy wełniany sweter. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. e mają kłopoty. Uśmiechnąłem się. mogła na nie wpływać.

. oczywiście.? Mo e. .. potrzebuję. i.. tak. Czy ojciec uwierzy? .. To zbyt trudne do uwierzenia.? Tak. i lilie. mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach.? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy.. Po siedmiu latach po ycia.. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście.... to była pró ność. proszę ojca. Nie zdradziłam go ani razu.. Niech ojciec weźmie tę rękę...Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie. ale delikatny. kraj.. słyszałam o tym. On przyjechał samochodem.? Słucham? Ach.. nie.... I było kadzidło. drzewa. ale on nie. Ale przecie to ja się spowiadam. dlaczego. .. ró owe kwiatki. biedną dziewczyną...... nie zmienił się i po ślubie.? Te nie. tak. ja. jak e . W tym roku pojechaliśmy na letnisko. Był pełen planów. ale niegroźne.. zdarzały się nieporozumienia. taki zasłu ony!. Mam mę a. przyszłam tutaj..? Nie.? Nie. praca. rady. wiem.? Ale ..... . . nie wiem czy potrafię.. 32 . bo jeśli to grzech. po. ojcze.... . a nie on. to jest. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo..? Och. . ani nawet myślą.. Lubiłam je dotykać policzkiem... Oczywiście. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. ojcze duchowny. pomocy. proszę ojca. Tak..? Zaraz. był taki zdolny. Organy grały i miałam długi. spojrzałam na niego.. Jest na stanowisku... . Miałam du e oczy i długie warkocze. Ach. co te ojciec znowu. . Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. Był wielki i mocny. nie wiem. zaraz dojdę.... Siedzimy rano przy śniadaniu. nie zamierzonych spojrzeń. eby odpoczął.. . Pokój obity tapetą w malutkie. Nigdy. bardzo ałuję. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać. Byłam mu wierna. Jedno z tych zwykłych..... To ja. I wtedy zobaczyłam. Nie. to ja przychodzę.. ró owych kwiatków.? Więc o co chodzi? Ach. Potem pobraliśmy się. W chwili kiedy podnosił fili ankę. Ja byłam młodą.. Czy ojciec mo e. . kogo ojciec chce. naprzeciw siebie. dziesiątki tysięcy malutkich... I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. i mama płakała.. nie... biały welon. ogromna odpowiedzialność.. .. długi..... Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi...? Proszę? ...? Oczywiście. cie...? Właśnie — co? Jak. e wyszłam za niego z miłości.. wszyscy go szanowali.. nie płaczę. Namówiłam go.. Zawsze był stanowczy. nie. nic podobnego.

. on jest z plasteliny.. Cały. On był zawsze...? Tak.. proszę ojca. Sztuczny. dopiero wtedy zobaczyłam..? Wtedy..Sławomir Mro ek – Opowiadania . Widocznie miałam szeroko otwarte oczy.? Uniewa nienie mał eństwa? Ale . bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz. e on jest z plasteliny. Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . Pochyliłam się nad nim. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 .

. co było w szkole: — Pan profesor mówił. ale posługujących się tylko gwiazdami. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. Kiedyś. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. Ka demu się wydaje. e ślimak kopie lewą nogą. nie zdjął berecika. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. Rzeczywiście. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. e to nieprawda. — To ładnie.. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. co to jest ślimak. ma odstające uszka. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. e wie. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. A jednak jest w nim coś. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. eby go uznali. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. to ci poka e!. jest ju późno. jak Zygmuś wygląda. Pierwszym tematem. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. Gdy pojawił się ostatnio. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. tak odpowiedział na pytanie. Blady. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. Zygmusiu. idź spać. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. Pewnego razu. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. to znaczy.. bo znowu trzeci byłby bez niczego. e masz dobre serduszko. Jednak ślimak zajął Zygmusia. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. Zygmusiu. z którego wyrabia pierogi”.. ja ju jestem przeziębiony. z du ą główką na cienkiej szyjce. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. bo siedział pod ławką. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. Zygmuś powiedział: — Czekaj. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. Ale on nie uwa ał. Dzisiaj ju nawet wiem. ebym nie zdejmował berecika. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. co wiem o Zygmusiu. Przyszedłszy do domu. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. Dlaczego nie uwa ałeś. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. Otwórzmy jego kajecik. bo ślimak ma tylko prawą nogę. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. wchodząc do klasy. ale ja mu powiedziałem. bo się przeziębię.

Taki jest Zygmuś. ale. bo mówi. Ciocia mówi. ale najlepiej w domu. Miły. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy. e wszędzie dobrze. e zawsze razem najraźniej. jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym. Strze cie się go.. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. w którym miejscu mają tatusia szukać. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. 35 ..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał.

nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. pochwalił rząd i państwo.. — Na co nam dzwony. — Tak. — No no. Ty w skupieniu. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. pochrząkał. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. prawda? — zapytał generał niepewnie. — Ja mówię. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. dla nas nigdy! — krzyknąłem. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. biłem w jego matowo. — O. kiedy mamy werble. słusznie — przytaknął. A ka dy nasz krok. bardzo słusznie — zgodził się generał. a świat po obu stronach bywał zielony. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. — Tak jest.. obywatelu generale! — podchwyciłem. choćbyśmy mieli maszerować. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. e twój wierny dobosz czuwa. generale. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. — Nie. cały płonąc. — I taka mnie ogarnęła 36 . — Późno jest tylko dla wroga. dumna. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. ale od czasu do czasu. Ka dy nasz krok. myśląc nad czymś. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. to jasne jutro. Trząsł się nieco. — Godzina walki. z czołem przeoranym zmarszczkami. Nie ustaniemy. nie. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. to czarnymi od błota. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. świadczący o mojej pracowitości i ochocie.. lekko poirytowany. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. Przywitał się. to — mruknął generał.. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. obmyślasz strategiczne plany. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. — Odszedłeś.. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach.. — To jest — dzwony owszem. bo na biwak spadła nocna mgła. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. ale jakoś smętnie. uderzając w bęben z podwójną siłą. brunatny i biały. która wybiła! Niech zabrzmią działa. panie.. dniem i nocą. tak. — Nigdy odwrotnie. — . tak. Gdy odezwie się mój werbel. — Słusznie. maszerować. — Ot. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. Bęben był du y. dyskretnie przysłaniając sobie usta. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. I ty.. Generał ukazał się w stroju niepełnym. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. — Nigdy! — huknąłem.. zale nie do pory roku. generale — myślałem — ale wiesz. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem. kiedy podszedł do mnie generał.. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. krok. Zostałem sam. to. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. złoty.

między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. e tego. Zawsze byłem szczerym. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. Był to generał w koszuli nocnej. nasycony ideą. Generał zgrzytnął zębami. W dolinie rozległa się cisza. Pojawiły się pierwsze. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. — Więc powiadacie. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. e będziecie jeszcze bębnić. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. kiedy mijaliśmy namiot generała. Noc ju zapadła głęboka. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. Myślałem. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. a ja z całym arem młodości. Potem rzekł głucho: — Dobrze. e to z zimna. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. ró owe obłoczki. bardzo dobrze. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. Witało je tylko zdrowe chrapanie. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. generale! Nie pokona mnie ani chłód. 37 . który wykonywał ten rozkaz... ani senność. które wyraźnie słyszałem. gotów jestem bębnić póki ycia. Ront. Czasem tylko. przewracał się z boku na bok.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. e mo na by to w ten sposób pojąć. Nie pozwalał na to regulamin. otoczył mnie w milczeniu. taka wola poświęcenia dla sprawy. Nawet przez myśl mi nie przeszło. o którą walczymy. Wzruszyło mnie. Wkrótce potem aresztowano mnie. nie mogąc zasnąć. wyjął z osłabłych. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. Głos miał ochrypły. co? — zagadnął. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. zdjął mi z szyi bęben. zziębniętych rąk pałeczki. — I odszedł. ani przypodobania mu się.

chętny do pomówienia o wszystkim. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. buchaltera i sprzątaczki. potem kolega musi odjechać. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. tak nieznośna dla ludzi pijących.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. do u alenia się. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. gotowy. jak zimne światła odległych galaktyk. których pan widział w dy urce. taki. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. szefie? — zapytał ochryple. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. Co pana czeka? Osamotnienie. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach. Zaraz poślę dy urnego. je eli pan ma ochotę. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. z urządzeń pozostała tylko wanna. Muszę wyjść na chwilę do personelu. — A pracownicy? — To zale y. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. spragnieni i smutni. przyjęte. ale nie mają za co. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. współczujący. którzy nie mają. wraca z dworca. kiedy samotność. zapinając guziki. — Halo. Wiadomość w sklepie. znajomi w pracy. — Zwycięzców trzy. Z pokoju kierownika — od frontu. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem.. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. Albo ma pan wolny dzień. proszę pana! Ilu jest ludzi. Wzdłu kafelkowych ścian. teraz naprędce przerobionym. ale chcą. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. — Jaki adres. Była to niegdyś łazienka. i ci. Większość spała. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych.. Odprowadza go pan na dworzec. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. przedpołudnie. ale bez szansy porozumienia. — Więc humanizm.. knajpy jeszcze puste. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. który nigdy nie powie: „nie”. wszyscy śpią. oddany.. którzy te pragną w danej chwili wypić. Pije pan z kolegą. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. tak. kole eński. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. serdeczny. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. a stamtąd do następnego pomieszczenia. Albo głęboką nocą gryzie pana troska... i co? Straszna samotność. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. którzy chcą i mają. czynnego całą dobę bez przerwy. ulica Zwycięzców? Tak jest. Mo e pan mi towarzyszyć. 38 . Odło ył słuchawkę. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. ale nie ma z kim. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. kiedy ma ochotę wypić. Dzięki nam odnajdują się ci. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. w ółtym świetle arówki. telefonu. tak. — W porządku — mruknął opuchnięty. ale bardzo obszerna. Oni stanowią skład pogotowia. Wróciliśmy do pokoju administracji. mo e dać się we znaki.

Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. chętniej. który opuścił przed ukończeniem seminarium. gdyby nie my. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. Zdarzają się klienci wybredniejsi. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. ona go porzuciła. czyli „Na jednego”. Dzwoni do nas profesor. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Na biurku zadzwonił aparat. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. tylko ludzie są źli. do lasa”. ale takiego. ale nie tylko. e świat jest piękny. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. Marysiu. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. którzy pracują dla nas na zlecenia. e w towarzystwie pije się lepiej. Wiadomo przecie . którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. Ep! Mówi. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. tu Spółdzielnia „Jeden”. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. Są tacy. miał cię kie dzieciństwo. — Czy mo e pan nas poinformować. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. Muszę przyjąć raport. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. których by nie wypito. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. więcej. — Halo. — To ja pójdę — zaproponowałem. 39 . Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. Chce mieć kogoś. — Eksportowa zakrapiana. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. przecie nie poślemy mu byle kogo. specjalista od kultury Majów. Do nich wysyłam pijących poetów.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. Kierownik rzucił się do słuchawki. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki.

„Twoja być biała”). faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . „Pańska być biała”). Nie w ka dej muszli słychać morze.. „Sero venientibus ossa!” — okrzyk.. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. Chłopiec na posyłki. ale: „Pańska być” (np. który się zestarzał — starzec na posyłki. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. 40 . ale jednak najczęściej to..Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE . Ziemia posiada kształt balona... Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. . Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. a to z powodu chrypki. O florze. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad.. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. łączcie się!” ... której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych.

.Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.. „Więc to na zawsze.” — westchnienie. który jest w letargu. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? . gdy umrze: zaświatowiec.. . Historyczne: Atylla — pejcz bo y. .. Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. który był przedtem.. Światowiec.. 41 .. . Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera. jakie wydaje się po przybyciu do piekła. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach....

. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. Sprawdza tak e rolety na oknach. przejęta własnym zuchwalstwem. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. prześladowcy. Natomiast babka Lucusia.. znajomi. gdy dzieci ju poszły spać.. ba.. którym to napisałem.. Lucusiu.. uwa aj na siebie. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego... Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu.. a Lucuś siedział przy lampie.. ona Lucusia. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 . kładła mu głowę na kolanach i długo. Wśród bliskich znajomych Lucusia. podchodzi do drzwi. do kogo nale y pióro. czy nikt nie podsłuchuje. krą y niejasna. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. Serce Lucusia zamarło. — Wasz ojciec mógłby tak samo. Starannie zamyka się w kabinie. Lucuś jest bohaterem. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. Lucusia. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności.. On wstaje. — powiada ona. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam... mama Lucusia i babka Lucusia. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. Ach. Ha ha. Mówi do swojej córki. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. e przychodzi do domu rozpromieniony. milczący. — zapytuje dalej ona.. ale domowi wiedzą. Pozostali — krewni Lucusia. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. zmienia charakter pisma. — Gdzie?. działałby tak samo jak Lucuś. jak ju wspomnieliśmy. e nie ma wyjścia. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia.” — i śmieje się groźnie na myśl. Czy Lucusiowi coś grozi?. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. Gdyby Eustachy ył.. galopujących przez równiny. Ró ni ludzie.. jest tylko dumna. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. mieszkająca osobno. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. w pantoflach. e to oni. Zdarza się.. Gorączkowo starł świe y napis. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. e gdyby chciał i mógł. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. — Ty. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni... Zdaje się. ale jest z niego dumna. z nie tajonym podziwem: — Znów?. codziennie. wiedzieli o tym mniej lub więcej. no no. On się nie załamał. niezłomna matrona. Jego mama niepokoi się o Lucusia. Łomotanie nie ustawało. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. W tym słowie jest wszystko.. „Je eli zidentyfikują. Na przykład pewnego razu. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył.. ten Lucuś. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. to miałby wiele do powiedzenia. gdzie zwykle.. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz... Lucuś jest ostro ny. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. Był pewien. Lucuś im daje. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy.

. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). Tego wieczoru długo stał przed lustrem. Tak Lucusia nie wezmą. A na nich.. Ale postanowił. Lucuś poznał się na tym. sprawdzając. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. Nie. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. w poprzek. widniał brutalny napis kredą. Opodal le ała niewielka. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. — My. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. Lucuś jest zbyt przebiegły. W zagajniku było ju mroczno. gdzie i Lucuś. zapytał o ubikację.. Wsiadł do pociągu.Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. Wrócił do domu. choć tam te był ostro ny. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. a więc są ju w hotelu . Wysiadł na następnej stacji. chodzimy do lasu. Nie wątpił. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. uboga wioska. czerwony na twarzy. Dobrnąwszy do pierwszego domu. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. ale wprowadzają stan wyjątkowy. panie. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. — Czego? — zdziwiono się. Postanowił jednak walczyć nadal. 43 . Poszedł na dworzec kolejowy. przystanął i zamarł. Lucuś poczuł się jak husarz.

Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. prowadzący za uzdę konia.. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. z czym przyjechałem. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. jak powiedziała mi jego ona. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. gdy . W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. Tak. Przed budynkiem stał. e prochy mojego dziadka. 44 . którego nigdy przedtem nie widziałem. ofiarując im po kucyku”. ponury chłop. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. stanąłem jak wryty. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. tak potrwać. Uzyskawszy dwa dni urlopu. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. o której wszyscy wiedzieli. rozległo się donośne.. powstańca z 63 roku. sam się oburzył: — Tak. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. W tej chwili spoza drzwi. Przewodniczący był energicznym. przywiązany do słupka. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. dając do zrozumienia. informując mnie o fakcie. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. dziarskie r enie — r enie. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. Odwróciłem się i wybiegłem. malutki konik. za trwonienie majątku państwowego. Ale doszedłszy na miejsce. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. Nie zastałem go jednak. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. rasowe kucyki. Ale. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. Było to miasteczko. postaramy się ją wyjaśnić. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. czy wam wiadomo. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N.. I popatrzył mi badawczo w oczy. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady.. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu.Ale? — Ale to musi potrwać. Powiedziałem. przybyłem do N. a właściwie małego. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. w sprawie rodzinnej. Dowiedziawszy się. e o niczym takim nie wie. Tak. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. Wasz dziadek? Tak. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. na jaki napotykałem wszędzie. Milicjant był na kucyku. a kiedy nie ustępowałem. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. e była jego kochanką. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. o co chodzi. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. Grabarz z kucykiem. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. Przesadziwszy mur. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . Był to ogromny. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. e i tak się nara a. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. zwany powszechnie kucykiem. kucyk przed Miejską Radą. — ... Autor listu nie podpisał się. Przed stacją legitymował mnie milicjant. to r enie w Powiatowej Radzie.

który na jej miejscu ulokował swoją babkę. byłą nierządnicę z Klondike. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. e zamieszkująca w D. Pojechałem do D. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. w domu starców moja babka. 45 . Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. weteranka ruchu emancypantek.

Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. a buciki tak czyste. Kto cię stracił. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. skierowała się do domu. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. a pani nauczycielka zganiła go za to. ten tylko się dowie. dzwonek — ogonek. domek — Tomek. to znaczy. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. Jeden: „zdrowie — dowie”. 46 . aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. Było to dziecko ani za grube. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. Teraz dopiero zauwa yła. Ile cię trzeba cenić. e ka dy od razu wiedział: o. zjadła rosołek i gulasz. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. Pończochy ściśle obciągnięte. Równie nasza malutka. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. wzorowa pod ka dym względem. e z gnidy była. która je po ywne obiady i nie grymasi. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. Ucałowała mamusię i tatusia. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. wyglądała tak właśnie. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. Oba były dobre. kto cię stracił” — i drugi. a w domu nauczyć się na pamięć. natychmiast wypełniła polecenie. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. Wszyscy zdziwili się. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. ile cię trzeba cenić. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. a drugi: „wiesz — wesz”. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. jak wygląda posłuszna córeczka. starannie omijając kału e. Uczennica z pierwszej ławki. kiedy wraca ze szkoły. co to jest poezja. co to jest poezja.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. ani za chude. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. wiecie ju . bez brzydkich obwarzanków. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. a ona ju umie coś nowego. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. który siedział w ostatniej ławce. ten tylko się dowie. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo.

W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. to śledzia po japońsku. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. który niczego się nie nauczył.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. wyrecytowała to. więc nauczyła się według kolejności. choć nie zawsze były to wiersze. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. O czym donoszą smutni ałobnicy. Reszta lekcji minęła spokojnie. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. bo inaczej będzie srom. Postanowiła zostać poetką. a wieczorem miało gorączkę. Tylko koło Józefka było zamieszanie. 47 . W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. A kiedy przychodzili goście. na ka dej było coś nadrukowane. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. Oraz wiele innych. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. od lewej strony do prawej. Mój Bo e. tego „wiesz — wesz”. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. Nazajutrz. Ciągle nic nie umiał. wywołana przez panią nauczycielkę. Nikt nie wiedział. zabili go dłu nicy. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. W szkole przyzwyczajono się do niej. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód.

Burze nie ustawały. schronił się więc pod dach. Rozumiecie jednak. — Przecie pan kolega sam widzi. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. e to od deszczu. du ymi literami i tak. padały deszcze. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. Je eli słońce — to samo. Naukowo. Bardzo się te ucieszył. ale pisał dalej. niwa idą. a młody został i pisał sprawozdania. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. i a dziwno i straszno. e leje! — No tak. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. Zbli ała się godzina raportu. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. czy długo padało.” 48 . W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. po kole eńsku. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. przetykane deszczami. No nie. Władza przyjęła go w pięknym domu. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. eby zdobyć ten grosz dla niego. mnie nic do tego. cienkich nó kach. Deszcz pukał o dach. Obok zamieszkał kierownik placówki. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. na którym le ał plik papierów. a jedynie. a wy wcią o deszczu. e zachodzi tylko pozornie. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. — usprawiedliwiał się wezwany. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. kręcąc głową. Wziął parasol i pojechał. eby władza. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. dostał kataru i musiał się poło yć. to nie spoczął.. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie.. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. ale brakuje wam kręgosłupa. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. co powiedzieć.. Słońce błysnęło. Wiedział. Nie tej największej wprawdzie. Robotę miał stale. jak było: je eli padał deszcz... niewielki jakby ogródek prostokątny. Ró nicy adnej nie robił. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. owszem.. Ot. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. je eliby ją kto zapytał o pogodę. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. a ile tego. ale ja tak z yczliwości. skąd ta inicjatywa. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. ale zawsze do władzy. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. mimo e oddalonym. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. Raporty pisał kaligraficznie. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. e państwo cię ko pracuje. Nucąc.. ale to przecie wszyscy wiedzą.. kolego. stojącą na wysokich. Kierownik był człowiekiem sumiennym. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. Mo e by nawet został pod gołym niebem. ogrodzony białym płotkiem. więc się przykładał. wiały wiatry i świeciło słońce. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. Z troską patrzył w niebo. ale bał się grypy. w istocie bowiem ono świeci zawsze. Defetyzmu nie będziemy tolerować. było gorąco i ziemia zaczęła parować.

Napisał o tym. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. Czuł się dziwnie spokojny. I pod spodem. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. e kipnie lada moment”. dopisane ju ołówkiem. którym chciał rozproszyć chmury. Niektóre nawet wierszem. a nawet zadowolony. 49 . dobrze się ma. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. ale spadł grad. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. Jak wykazały badania. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. ju na poczcie. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. Napisał. Tym razem wzywała go władza centralna.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. I kiedy uderzył pierwszy piorun. Na trzeci — nie grzmiało. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. który musiał zastanowić władzę. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. co się urodził wdowie we wsi. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. A potem ju nic nie mąciło pięknej. słonecznej pogodzie w jego rejonie. Zginął od pioruna. które spowodowały pewne wylewy. słonecznej pogody w jego okolicy. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Na drugi dzień znowu grzmiało. a wszyscy ju myśleli.

jak się jeden nie obróci. którzy nie potrafią. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze.. Zygmunt. e on umie naśladować kukułkę? No có . A 50 . zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. który ofiarował radio — po lewej. Świetny matematyk. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. rozrzewnieni. jak ja pamiętam. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. którzy potrafią i tacy. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. to był walc „Nad pięknym. Więc powiadacie. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. mimo wszystko. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. prawda. Zygmusia. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. modrym Dunajem”. a tu drzwi się otwierają. — Zawsze była miłym dzieckiem. Pułaski to był wódz. bo zima. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. Wesoły był chłopak. a ten drugi nic. to nawet nie brzękło. A i o przyjaźń. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. Słowo wam daję. prawda. * Hej. Franio. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. bardzo zdolny. Bardzo zdolny. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. Ale jak przyszło do dzwonienia. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. ile to było radości. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. — Pamiętam. Zęby dzwoniły. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Dlatego te często się do niego zwracali. bo opada”. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. Wszyscy ów dar podziwiali. co złapano. jako ofiarodawcy. — Uczyła się doskonale. cicho szemrząc. Nowo eńcy. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz.. a poza tym hojny gest Frania.. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. jak nie uderzy drugiego. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. Ślub i wesele były piękne. zaś ów młody człowiek. nie jest dzisiaj tak trudno. — Jakie toto było przylepne. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. Nagle.. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Ale to jeszcze nic. rodzice. Czasem. ludzie się poschodzili. Taki ju był. Lu. jakie zdolne. * Pamiętam. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. Ja bym na to nie wpadł. towarzysz zabaw jej dziecinnych. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. a mróz był silny. nie siadaj koło barometru. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. są tacy. Ale on potrafi. jakeśmy go poprosili. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. No.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. Zasadniczo tak. Idę ja raz ulicą.

Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. ale on dopiero się tam wybierał. ja szedłem w pole. a Wacek pozorował Murzyna. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. nakładając sobie porcję sałatki. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. omłoty. Czasami. Pan młody z zadowoleniem myślał. W tym okresie trochę go zaniedbałem. Czasem nas obu zapał porywał. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. jakeśmy się zapalili. bywało. rozmarzona. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. wycieczki. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. Trzeba przyznać. — O. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił.. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. co wy. zanim mu się udało. Cały w sutannie. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. ciągnęła dalej: — Młodość. Chocia trochę się krzywił na to z początku. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. jak podejść do takiego Murzyna. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. mógł się tym zajmować godzinami. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. tak dobrze je poznałem. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. misjonarz. eby go gładko nawrócić. jak to Murzyni lubią misjonarzy. co i jak w tych murzyńskich krajach. Najciekawsze było o tym. Wypytywałem go. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. Ja zaś tak się poduczyłem. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. Czytaliśmy te a do zmroku. — Przewa nie jest śliczna pogoda. * Wuala. Wiadomo. Od razu się nauczyła. Nieraz. tak gdzieś w połowie lata. Potem. a Wacek mnie nawracał.. dla świe ego powietrza. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. ludzie są ró ni.. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. to i próby robiliśmy. e miał spryt do tego i bywało. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. modrym Dunajem”. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Pan Franio ją nauczył na podwórku. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. Prawda. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. ycie. Wacek. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. Jednak matka. niwa były. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. Prawda. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. ot. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. a przy dobrej pogodzie to i więcej. to on mnie i tak w końcu nawrócił. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. Pamiętam. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie.. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. Sport. później sam się rozkręcił i mówił. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. wesołość. przeciwnie! — zawołała mama. w której ró ne sposoby były opisane. śpiew. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. radość. Wacek jak Wacek.

to potem ju trudniej. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. 52 . I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. znajdowałem. Raz przy kolacji napomknąłem. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . pokazać. W ogóle jak się lepiej zastanowić. dać im popróbować. kiedy zabierał mi damę albo konia. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. Usiadł sobie nad stawkiem. Zawsze jednak byłem delikatny. Patrzę. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Wacek prosi. — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. Ja nic — te się zaciąłem. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. Przykro mi się zrobiło. bo wieczory stawały się dłu sze. a Wacek nie wraca. Ja wtedy: — Sól solą. no i zdrowsi by byli. ale ju . fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. e był bardzo podobny do Murzyna. Nawet się ofiarowałem. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. bo zawsze coś wypadnie. dla dodania sobie kontenansu. Tylko tataraki chwieją się. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. to sobie pójdę. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. Od czasu do czasu. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. ebym mu podał sól. nie na werandzie — ze względu na chłody. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. tyłem do domu i siedzi. napomykałem. Milczę. zawsze to przecie — Wacek. Potem jest za mało czasu. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. Nawet pogwizduję z cicha. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. e nic mnie nie obchodzi. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. trochę suszonego makaronu. Obraził się. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. rozumie się. Skończyłem jeść. Rany boskie! Nikogo nie ma. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. Wtedy zacząłem się niepokoić. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. a Murzyni — Murzynami. a muliste dno niezgłębione. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał.

Trzeba powiedzieć. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. aby co wziął z domu swego. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. To miasto nie było podobne do San Francisco. aby wziął szaty swe”. e młody pastor Peters miał tremę. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie.” Spojrzał na salę. kiedy miał szesnaście lat. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. e nędza ta. gdzie podawano im zupę mięsną. mimo tego.. Młody pastor Peters posmutniał. i tezę równoległą. w liczbie kilkudziesięciu. będąca wynikiem wojennego zniszczenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Siedzieli szarzy i pokurczeni. kiedy wchodził na kazalnicę.. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. poniewa usłyszał kroki.. Nosił okulary w cienkiej oprawie. jest właśnie karą za grzechy.. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej.. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. ale i szczególnie miłe Panu. Ale jeszcze nie tu jest koniec. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne.. Młody pastor Peters. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. powiadam wam. 53 . nie zostanie tu kamień na kamieniu. niechaj nie zstępuje.. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. Pojedziesz do Hiroszimy.A kto na dachu. A kto na roli. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. letniego dnia. Siadali milcząco na ławkach. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. postąpili słusznie. a tak e radcą prawnym kościoła. niechaj się nazad nie wraca. Ojciec pastora był równie pastorem. Zdziwił się i oburzył. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. któremu słu ył. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. Potem znikali a do następnej niedzieli. Potem umarł. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. i trzęsienia ziemi miejscami. kiedy znalazł się na miejscu. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. który by nie był rozwalony. — „. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. udawali się na dziedziniec. Albowiem musi to wszystko być. Mateusza.. Podniósł głowę. którzy wysłali młodego pastora. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. i będą głody i mory. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. Owi wierni. Podniesionym głosem czytał: — „. Przeło eni. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. z których składała się większość wyznawców tego kościoła.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. abyście sobą nie trwo yli. Stało się to w chwili. a wysłuchawszy kazania do końca. Pojechał do Tokio.

Wychodzili w porządku.. nie tłocząc się..Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu. a przejście będzie wolne. Dlatego i teraz jedynym sposobem. ten zbawion będzie”. jaki nie był od początku świata a dotąd..Ale kto wytrwa a do końca. jakby za chwilę miał upaść. nie chcą zabrać do kina. Przeto módlcie się. Stojący dalej od drzwi czekali. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa. Gdyby nie były skrócone one dni. Spał. Więc doczytał ostatni cytat: — „... to Słowo. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo. Zamknął Biblię.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. Wojna zabrała mu słuch. na ulicę. — „. ani potem będzie. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami..A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!. który kiwał się i chybotał.. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. wbrew solennej obietnicy. 54 . Był to łysy staruszek. nie byłoby zbawione adne ciało. po czym znowu odzyskiwał równowagę. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. którego rodzice.. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. Sala była ju pusta.

Chciałem zjeść śniadanie. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. Ale — nie. podbiegłszy do okna. dając wesołe znaki. wyjrzawszy przez okno. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. Poło yłem się spać z niepokojem. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. Tam nie obyło się bez torpedy. stoi zagadnienie. szczęśliwy. Matki dawały je za przykład dzieciom. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. e następne bitwy tak e wygram. Działacz. do której się udałem. Dwa granaty ręczne wystarczyły. czy zagadnienie jeszcze stoi. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. Kiedy potem wychodziłem z domu. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. który je kiedyś mimochodem postawił. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. stało jak przedtem. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. e zagadnienie le y. stwierdziłem. mę czyźni zazdrościli mu. Nie cierpiało ju długo. e na podwórku. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. Wyniosłem składane krzesełko. wróciłem do domu. kiedy pewnego ranka. stało ciągle. Celnie wymierzona. przed bramą. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. biłem się o umycie zębów. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. eby wyjrzeć na podwórko. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. przy którym skaleczyłem się szablą. nie zmieniwszy pozycji. 55 . Mimo lekkiego oporu. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. zobaczyłem. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. Wreszcie bijąc się o wszystko. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. stojące jak i dnia poprzedniego. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. rozległa się nagle seria broni maszynowej.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. To ja. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Po południu zastałem je bez zmian. zasnąłem. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. współczując biednemu zagadnieniu. Dzień drugi Dziś rano. szybkobie na. aczkolwiek dziwnie zmęczony. eby sobie usiadło choć na chwilę. Tote wielkie było poruszenie. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. Ale ju wkrótce z łazienki. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę.

daremnie usiłując uwolnić swój guzik. W takim razie. kiedy zauwa yłem. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia.. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. eby stwierdzić. ale chyba mo na to przeczuć. proszę pana — powiedział. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. hm. — A co do tego. oczywiście. Albo w ogóle jakieś znaczenia. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. Wzruszył ramionami. I. — Tak. — Nieraz.. Trzeba yć. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. — Ale czy nie trapi pana wra enie. jestem obywatelem kraju niedu ego. — Mo e pan ma i rację.. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. Byłem tak zaskoczony. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili. ni dostrzegamy? e nasze drobne.. pan sam wie. Spojrzał na mnie obojętnie. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. — Więc. starzałem się miarowo. wy jesteście?. Tu zwracam się do sztuki. wyobraźmy sobie. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną.. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. no. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. e przez stolik idzie to. ale i nie najmniejszego. czasami mi się wydaje. co my mo emy wiedzieć? — Tak. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. tak — podchwyciłem chytrze.. na wszelki wypadek.. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. powierzchnią.. starej i pustej. Bardzo mały osobnik. pomijając ju to. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. co mo na by nazwać krasnoludkiem. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. — Jasne. zarabiam na utrzymanie. co pan mówił — doprawdy. w szarej marynarce. e ja tak nachalnie. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. który zasłania nam właściwe pole widzenia.. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. która — chocia by dzięki samej sytuacji. niepokój. proszę pana — kontynuowałem. nawet w pewnym sensie — empirycznego. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. i głębsze. ni sądzimy. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. chcąc jakoś wybrnąć. Zebrawszy się w sobie. Ale jednak. z teczką. a to drugie „coś” — to pan. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. e to jedno „coś” — to ja. zacząłem układnie: — Po staremu. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. człowiek jest zbyt zalatany. wie pan. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. podniecenia. i piłem swoją herbatę. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. rezygnować z niej. naturalnie. zgoda — nacierałem. ale 56 . Dzień był zwyczajny. — O.... Widząc wreszcie. odpowiadając: — Po staremu. kiedy go zobaczyłem. Czuję.

— Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. Wiedziałem. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. zwykłych krasnoludków. muszę iść: ycie. ni mo na się było spodziewać. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. 57 . e coś tracę. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. e my jesteśmy proste krasnoludki. Jedno.— A co pan sądzi. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. Musiałem to wykorzystać. to dobre w ksią kach. co pan. złote ziarno. — Ale słowo panu daję. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. ale nie dla nas. co człowiekowi zostaje. — Pan myśli. Oto miałem przed sobą kogoś. Byłem rozczarowany i przygnębiony. przecie muszą być jakieś subtelności. e mija tak sobie. — Czy ja wyglądam jakoś tak. Puściłem guzik. proszę pana. — Do zobaczenia. nieco pocieszony. Przecie pan jest dorosły. prawda? — Panie. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. proszę pana. — Więc nie powie pan. Oto co się liczy. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. Do zobaczenia. — Powiedziałem ju przecie .Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. to brać ycie po prostu. podwójne dna. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. ycie mija. poniewa ograniczeni jesteśmy. dzień idzie za dniem. — Słowo honoru. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. to i tak trudno do czegoś dojść. Ale teraz przepraszam. — Słowo? — upewniłem się. którym z nieba nic nie spadnie. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony.

Daleko. ale wcią i wcią . Wiadomo. e mogli się nawzajem widzieć. a telegram dojdzie na miejsce. Kolaska pędziła raźno. Ju miałem otworzyć usta. oczy mieli apatyczne. Dokoła było pusto. w jednakowych na ogół postawach. mundury wyszarzałe. a mo e uwa ał je za zbyteczne. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. Wio. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. Ale to jest telegraf bez drutu. Tylko e często przekręcają depesze. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. tamten znów do trzeciego. w mundurze funkcjonariusza poczt. co to ma znaczyć. Przyjrzałem mu się uwa nie. Wio! — No. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. gdy przed nami ukazał się następny. Dopiero. wjechaliśmy między płaskie.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. jak sobie który podpije. W planie miał być taki z drutem. gniady. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. gdy ten. Teraz nie nadają. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. jak zwykle o tej porze roku. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. e pan z daleka — powiedział. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. Pokrzykiwał na konie. a drutu nie ma. to by pan sam usłyszał. ale jakby coś było. Stał nieruchomo przy drodze. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. — No jak e tak. po ka dym. wio! Milczałem zaskoczony. Tylko zimą wilki trochę przerywają. ciągnęło się pasmo boru. Stoją na słu bie. wskazując biczyskiem na kolejnego. Telegraficzna linia. Przydro ne je yny. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. siwy. gdyśmy ju jechali czas jakiś. Najgorzej. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. a kiedyśmy go mijali. Wytę yłem wzrok. 58 . ale słupy ukradli. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. na wysokości uszu końskich. — Jak e to?! — krzyknąłem. — Toć przecie ka dy wie. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. co potrzeba. eby zapytać stangreta. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. Wio. nie odwracając głowy: — Na słu bie. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. Nie ma. — Widać. — Na jakiej e by? Na państwowej. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. a potem wzruszył ramionami. A tak. I burza nie uszkodzi. — Jak to? — zapytałem. ale na tyle blisko. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. mimo wybojów i błota. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. równie stojący bez poruszenia. a za nim czwarty. — Ano zwyczajnie. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. Ledwo straciłem go z oczu. powiedział. i oszczędność jest na drzewie. w podobnym uniformie. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. podmokłe łąki.

Zamilkłem znowu. którą właśnie minęliśmy. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. — Nadają — powiedział. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. tyle e obce wyrazy trzeba znać. pomieszany tymi argumentami. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. ni to dalekie zawodzenie. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. w telegrafie znaczy się. to będzie lepiej słychać. jedzie na dziesiąty. eby sobie płuc nie zdzierali. ni to powiew. bo jak komu specjalnie zale y. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. kiedy zza kępy. Postępowsze. Tulejki nowoczesne mają im dać. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. ale go zdjęli. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. to bierze bryczkę. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. — Staniemy. 59 . I rzeczywiście. Wje d aliśmy ju w las. eby mu depeszy nie przekręcili. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje.. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. Powiadają. No. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. który był coraz bli ej. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. bo linię blokował. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”.. podobne do zewu ptactwa na moczarach. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem.

Nic nie słychać. Ale te Proust nie znał ycia. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. To stalowy ptak. gdzie tu jest kuźnia. co?” Chłopiec kiwa głową. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Wtem — o. Po yczcie mi pięćset złotych. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Próbuje z niego wyjść. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. Miał mały defekt. samolot. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. Izolował się. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. wzruszenie odjęło mu mowę. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. Zamknął się w pokoju. — Nie mam. chce sam przejść przez las. Janek nie posiadał się z radości. Mogę trzysta. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. „Przygoda Frania”. Dlatego pisarze muszą znać ycie. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. Typowy przykład — Balzak. Z kabiny wychyla się twarz pilota. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. Wreszcie pewnego razu listonosz. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Mam ju pomysł. — Tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. Janek puszcza się pędem. znajdują go. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. 60 . Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. a potem wpada do dołka. e jego dzieło jest postępowe. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. a widząc. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Wszyscy śpiewają maszerując. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. Skrajny przykład. ale nie udaje mu się to. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Potem dosiadł maszyny. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. Najlepszy dowód: Proust. który trzeba naprawić. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. Zdaje się. zbli ając się do chaty. Janek po dawnemu pasł krowy. Wkrótce błądzi. Odrzuca towarzystwo kolegów. którego ściany były wyło one korkiem. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Minął jakiś czas. Janek sprowadza pomoc. — Niech będzie trzysta. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. — Tak. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. Je eli pisarz zna ycie. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Słyszą to koledzy. Jego marzenie spełniło się. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. to nieraz nawet zdarza się.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. W górach coraz trudniej było o po ywienie. który odlatywał. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . w końcu stawał na parapecie. I niepostrze enie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. postrzępionego płaszcza. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. tylko dzięki znajomym gajowym. albo marnieli. albo uciekali powtórnie. pełne wzlotów. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. jak choroba. buchające wolnością. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. a ci. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. daremnie — odlatywali w skarpetkach. krą yli. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. walczącego z kozicą. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. Odtąd okna zamykano. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. Ale kto ich tam złapie — lotnych. tak przeszło lato. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. Urzędnik. pierwszego. bez względu na temperaturę. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. widziano w okolicach Morskiego Oka. śmigłych. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. jeszcze się opierał. ale rozdziobywali sznurki. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. przygasiła słońce. Zatarła go mgła. zjawiła się jesień. wydał chrapliwy okrzyk. e referenta G. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. Ale zaraz po pierwszym znikali. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. ale niewiele to pomogło. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. Próbowano rozmaitych środków. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. na strzechy Mazurów. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. których udało się złapać. gorące. którzy mi donieśli. parci silniejszym od nich instynktem. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. 64 . wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. Tak minęła wiosna. w którym widocznie wyleciał na wiosnę.

galowy. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym.. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. niech yje — kto? — zapytałem. To był najsławniejszy pułk w kraju. 65 .. niech pan nie odmawia. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. Wychodziłem wtedy z domu. my do was. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy.. rozwinęła się zbutwiała materia..Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek.. o której długo potem pisały gazety. Potem on rzekł wolno i dobitnie. To niedaleko. dziewczęta. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona. — Maszerował! Ach. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. Zajrzałem mu przez ramię. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. Spotykałem go w sklepiku.. — Tak. — Dziś święto mojego pułku. Jej drzwi. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu.. — Dzisiaj jest święto pułkowe. Pan jest za młody. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy.. W mdłej poświacie arówki. Rozło yłem ręce gestem bezradności. gdzie był tylko stół. Przy placu Centralnym wysiedliśmy. — Więc. gdzie obaj kupowaliśmy chleb.. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. elazne łó ko. Bardzo proszę. my do was”.Pułk specjalny. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. plamistych ścian pokoju. — Aha — rzekłem. Słu yłem w nim zawodowo.. poznałem go bli ej.. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. a widząc. eby to pamiętać. po której ślizgały się błyski licznych lamp. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. jaki miewają zakurzone. i największa orkiestra dęta w kraju. opuścił głowę. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. kołysanych wiatrem. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. wypchane jastrzębie. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. Podszedł do szafy. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków.. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. Trybuny tu ju nie było. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. — Zaklinam. na święta państwowe. Sprawdzałem. To był pułk przyboczny wodza. jesienią. Przekręcałem klucz. Wstrzymywani. — Przepraszam. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. Deszcz to przechodził drobnymi falami. Stary wcią wyjaśniał: — . e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. — Chodźmy — powiedział. zapatrzył się w okno wzrokiem. Jestem ostatni. nabiał i kiszone ogórki. Stara. „Los grenadiera” i „Czołem. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. Później. Mijając jego drzwi słyszałem. Co to była za orkiestra!. ale trzymał się prosto. Nie odmówiłem. ujął drzewce i wydobył je. otwarły się z cię kim skrzypieniem. Był to sztandar. to znikał na całe kwadranse. Stary stuknął obcasami. — Walczył? — spytałem pojednawczo. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje.

W jego głosie dr ało szczęście.. Potem przepłynął przede mną trzy razy. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym.. opadały miarowo pukając o asfalt. Pode mną le ał bezludny plac Centralny. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. To chyba będzie ostatnia moja defilada. trzy..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal.. lewa!. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. Wlazłem na to. Paradny krok. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. Minuty przeciągały się. Trudno było utrzymać równowagę. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. Stopy. jak niemądre jest moje poło enie. Wiało okropnie. bo wiatr przenikał zewsząd. Był to blaszany pojemnik na śmieci. stojąc na wysokim. Zbli ał się. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. 66 . wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. Zostałem sam. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. pustym placu. blaszanym kuble.. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. — Ale . dopinając płaszcz. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. lewa. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. — Więc zaczynamy! — zawołał. sterczącym jak kopia. jeszcze raz stanąć w szeregach. cztery. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa..

A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi.. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. Ale p o c o yją? 67 . jak wiadomo.. e się przejaśnia.Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. gdzieś muszą być w końcu.. To ju jest sprawa powa niejsza. to niemo liwe. Co? Naprawdę?! Nie. Ale ja w to nie wierzę. Tak. Latające talerze? Tak. absolutnie nie ma. e na innych planetach tak e yją ludzie. tylko myślące istoty mogły je zbudować.. słyszałem. A więc o tych mgławicach. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no.. Patrzcie. ani koty.. czy się dzisiaj przetrze. kulach ognistych. Czytałem ksią kę o astronomii. teeek.. Ale z tego jeszcze nie wynika. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę.. Szkoda deszczówki. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie.. Nikt inny.. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. No. ani psy. Kanały na Marsie? Zgoda. Zdaje się. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. Ciekawym. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. deszcz dzisiaj pada i pada. Ale dowodów nie ma. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. tym samym mogą być i w niebie. to przecie . Cały wszechświat składa się z tej samej materii. tylko ludzie. A myślące istoty.

Zmęczeni. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. hodując trzy tysiące królików. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. którą następnie wypełnić miano powietrzem. Usiłowano go na razie zastąpić. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. Noc postępowała. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. e nasz dyrektor jest lewak. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. ucieszyli się. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. spłaszczony kształt. — Jak tak dalej pójdzie. Zamknęli się w szopie. — Co ja powiem onie. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. zobojętniałe na wszystko. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. Proszę zwrócić uwagę. Kadłub słonia powiększył się. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. Mo emy wykonać słonia z gumy. głosy ludzkie uciszyły się. nie będzie się odró niał od prawdziwego. Tym większe było ich zdziwienie. nawet przy bli szych oględzinach. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. — Słonie nadmuchuje się rzadko. Pozostaję uni enie” — i podpis. Wszystko przez to. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. Poza tym dyrektor naglił. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. e jest to słoń szczególnie ocię ały. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. Pragnąc obni yć koszty własne. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. szczerze oddani sprawie. między innymi słonia. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. Byli to starsi ludzie. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . poniewa spodziewał się premii. nie wykonuje więc adnych skoków. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. biegów i nie tarza się. w odpowiedniej wielkości. Pracownicy ogrodu. Był to ogród prowincjonalny. świstaki. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. je eli jej powiem. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. przerwali na chwilę pilnując. Starannie pomalowany. kiedy dowiedzieli się.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. Pamiętajmy. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. 68 . tworząc bulwiasty. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się.

Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. W słonie nie wierzą w ogóle. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . e królem puszczy jest słoń. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. — Mo emy iść do domu. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. — Jak po grudzie. Odpocznijmy trochę. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. wystający ze ściany. Było jak ywe.. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu.. Powiedział o tym koledze.. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. Dyrektor. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. Pilniejsi uczniowie notowali. Kiedy odpoczywali. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. niesiony przez wiatr poziomo. ale ten yje w morzu. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. e jest największym z yjących zwierząt lądowych.. Czekali.. eby model był bardzo du y. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. Zwalisty tułów. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią. Przez ogród powiał lekki wiatr. słupiaste nogi.Słoń jest roślino erny. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. — . Nic więc dziwnego. Potem.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów.. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. Postanowili zrobić próbę. wielkie uszy i nieodłączna trąba. który wpadł na pomysł z gazem. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. przyprowadzeni przez nauczyciela. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. w centralnym punkcie.. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. koło klatki z małpami. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. Mo emy więc śmiało powiedzieć.. Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. — . Pomyślał. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. — . A uczniowie. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. 69 .

„Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. prowadzących na podwórze i do ogródka. Później szóstka koni od karawanu. jest pokazany wzorcowy generał. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. Był w dostatecznie złym humorze. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. Przez całą noc w katedrze. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. nieprawidłowo zakorkowane. Jest zalecenie. które przynoszą chwałę i awans. w kawie. wiosenne kwiatki. e mam kołdrę w proste. ale szelki mi pękły. odkąd kefir jest zaminowany. Rano — sensacja. Wytę yłem siły. Ale w obawie przed donosicielami udał. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. Od razu zrobiło się nam weselej. paliły się świece. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. lecz miłe. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Kawę wylano. a tu. 70 . ale potknął się o albę i wpadł do dołu. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. nie czując cię aru. e. Natychmiast zawiadomił. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. Nawołuje tak e do czynów.. który tak się cieszy. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. który mieszka pod schodami. wokół czarnego katafalku. trzeba się było dobrze nachylić. Ma zapalenie spojówek. Ale przypomniałem sobie. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. Podobno są to nasze kontrminy. Postawiliśmy stra . Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. eby kawę pić tylko przez rurkę. Przed ratuszem stoi armata. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. ałobnego kroku. e to na skutek skąpego oświetlenia. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. Będzie mógł się pokazać. Staruszek. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. ani czapki nie zdejmie. torpedę. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. wiem. eby się przekonać.” Na wystawie. jesienne listki. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe. ogromnie się cieszy. jak nie jestem hrabią. co tam się dzieje — zobaczyłem. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym.. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. Przysięgał. e to niby nigdy nic. Zapędził mnie pod kanapę. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą.. kto spiesząc przez miasto. e tak samo nie zostanę marszałkiem. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. trzy ulice od nas. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. Powiedziałem jej to. Zwłaszcza.. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. Próbowałem czytać. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. co chwila ponosiła. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. Co do mnie — o nic nie mam alu. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. Przysypano go przez pomyłkę. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. Tłumaczył się. głębokim jak przepaść.

Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. Podobno tylko jeden miał legitymację. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. który ni stąd. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. lepiej na asparagusie ni na niczym. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. proszę pani. którą widziałem przed ratuszem. inni w dniu święta kościelnego. Zastanawiała się chwilę. jakie prze ywamy. zrobili zdjęcie. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . Słysząc to i widząc. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. które tam o tej porze się włóczą. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. wibrujący ton. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. — Za ojczyznę! — krzyknął. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. Gosposia wróciła z wiadomością. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. Miał złamaną nogę. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. e trzeba strzelić z niej do wroga. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. Zwykły kot. Widocznie znowu coś się stało. Zaprowadzili mnie do fotografa. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. ale jego te zabrano. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. gdy go podnieśli. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. z tymi choinkami.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. Czołgając się. które uwa a. traktując ją jako przejaw oportunizmu. Zgadzając się ogólnie z tym. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. ale jak oblę enie. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. — Tak. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. a mo e poszedł do okulisty. to oblę enie. — Powiesi się bańki na asparagusie. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. Naprawiła mi szelki. Sprę yny wydają długi. Wzruszyłem ramionami. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. W rodzinie dozorcy domu. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. to ci tatuś zje obiad. Wyłoniło się centrum. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. ma pan rację — powiedziała. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. e to nie jest tekst godny czasów. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. — Ach.

Bałem się więc. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. e wyszedłszy na mury. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. Czas płynął nam szybko. moja gospodyni coś pruła i szyła. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. Sądzę. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. Oczywiście. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. by pójść na majówkę. gdzieś na krańcach obwarowań. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. jak on mnie. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. w letni dzionek — morza. zaglądając do okien. nie mogłem go ściskać oburącz. Było z tym zamętu. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. e dr ała z zimna. Pomyślałem. Wstyd mi ju prosić gospodynię. w uznaniu za swą ochotniczą. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. Zwierzył mi się. e mam pęknięte szelki. tak subtelnie zmieniający dekoracje. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. ebyśmy wesoło skakali. mo na patrzeć na południe. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. Pole eć gdzieś w trawie. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. jak się z niej strzela. Niestety. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Po południu znowu mi pękły szelki. Pory roku zmieniają się tak cudownie. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. Czy jest coś piękniejszego. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. który okazał się kanonierem od naszej armaty. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. e czas. Co do mnie. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. W niektórych jeszcze paliło się światło. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. Wieczorem poczułem się zmęczony. W południe — dwie wa ne nowiny. krzątaniny. Jedna z instrukcji przewidywała. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. eby je naprawiła. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. pełznąc pod murami. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Wracałem. podnosząc szklankę do ust. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. Jestem pewien. Na pięć kroków nie widać. pobiegł na miasto. była tak lekko ubrana. snułem się po ogrodzie. e nie ma pojęcia. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. Nasz staruszek. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. czujną walkę z wrogiem. które odtąd będę stale nosił przy sobie. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. Widziałem ją. Niezdecydowany. tak sobie tylko myślałem. Omal się nie rozpłakałem z alu. Wydano oficjalny komunikat o tym. Z krzykiem. między innymi w oknie mojej sąsiadki. Okazało się. wędrując coraz to dalej i dalej. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. Wymknąłem się do gospody. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. Zresztą.

kiedy sklepy będą zamknięte. Gdy wyszła. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. liczyłem na to. poradziłem sobie najprościej. Posuwając się wolno aleją. Ogarnęła mnie nieśmiałość. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. — Jak cicho — potwierdziła. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. co mogło jej sprawić taką przykrość. Hełm powinien być twardy. Jak wiadomo. stojąc naprzeciw niej. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. które miałem ze sobą zabrać — gazety. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. powiedziałbym. kiedy była mała. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. usłyszałem. Byłem zaskoczony. na pró no starając się domyślić. Doniosła mi o tym moja gospodyni. zupełnie młodo. pachniał jeszcze naftaliną. Strzelenie z armaty nie udało się. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. jakby wstydząc się.. gdyby. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. Tylko. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. Wszyscy spieszyli się. w Dniu Strzelenia. Jeśli chodzi o mnie. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. wie pani. Co się tyczy samej majówki. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Przed gospodynią tłumaczyłem się. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. mo e jakiś stary. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. Le ałem przez chwilę zaskoczony. co będzie. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. — Jutro strzelają. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. ale nie dbałem o to. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. — Jak cicho — powiedziałem. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. — Tak. przewa nie ju w hełmach. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. podobno. te nie wychodziłem z domu. zupełnie mo liwe. e były inne powody. znalazłem to. trochę za mało sztywne. Zgasiwszy światło. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. choćby brytfannę.. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. niepotrzebny czajnik. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. Rzeczywiście. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. 73 .. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. — Pocerowałam. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. jak mogłam. ludzie mówili o tym dość du o. Wieczorem. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. e moja gospodyni płacze w kuchni. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka.. Wieczorem. natknąłem się na nie dokończony obelisk. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. poległych w pierwszym dniu oblę enia. Pomyślałem. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. długo stałem w oknie. czego się spodziewałem: spokój. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. to na wypadek. a co by mnie uprzedziło. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę.

zieleniącym się bujną. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. e zobaczę sąsiadkę przez okno. co jest mądre i proste. ale jeszcze wyniosłym wałom. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. Przecie w tej dolinie byłem sam. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. Radowało mnie. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. Tote z przyjemnością yję. jak z kimś rozmawiała. 74 . przytrzymywałem spodnie. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. Zaszedłem na podwórko. Skierowałem się na południe. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. e moje przewidywania okazały się słuszne. Wszystkie moje ksią ki. Starając się nie czynić adnego szelestu. ni sam się spodziewałem. Zmęczony trochę szybkim marszem. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Wkrótce ju miałem go za plecami. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. jego dnem. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. zostawiając sielankowe. Mury tchnęły łagodnym. Naprawdę kochałem moje miasto. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. Tam. co naturalnie wynika. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. tu przed drugim sianokosem trawą. Zmierzałem ku jej staro ytnym. słyszałem tylko. dla wszystkiego. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. jak zwykle. dawno opuszczonej. w górze. Mało kto mnie widział po drodze. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. czułem. równoległymi wałami. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. drugą podałem dozorcy. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. bez spoczynku. a oni są o tym przekonani. głucho i głupio.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. który był tego powodem. Cieszyłem się. było jeszcze słonecznie. Szkoda. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. które stale przytrzymywałem. Uleciała z nich cała wojownicza treść. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. głębokim ciepłem. e było ju szaro. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. zapuszczałem się między milczące bastiony. w swej dobrowolnej słu bie. w tej nadziei. Nie zobaczyłem jej. o ile to jest mo liwe. Prosiła. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. ozdobioną małym. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. jedną ręką. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. Na szczęście nie dostrzegł mnie. Wpatrując się weń. e serce boli mnie tępo. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. W drugiej niosłem kanapki. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

zachowaną po to tylko. ale nie ma tak e długich dni. pełne finezji krą enie wokół ucha. kto wie. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. ani te . czy małodusznie zapomnieć. z drugiej przestwór nieba. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. e wraz ze mną. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. między szybami okna. Dziś jednak. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. jak byłeś łaskaw się wyrazić. Warto te było potem patrzeć na ciebie. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. przyznaję. „uskrzydlonym robakiem”. tu. I czy opłaciło się tak przeklinać. gdy golisz się przed lustrem. ogromny i niezgrabny. na pół śpiąc. a ty myślałeś. Sami chcieliście tego. po kilka razy dziennie. kim i gdzie jesteśmy. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. czy nie — wielka i pełna majestatu. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. Mnie świeci ostatni zachód słońca. Jest nas trzy. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. odczuwam gorzkie zadowolenie. kiedy patrzysz teraz na mnie. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. Koniec. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom.. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. czego się spodziewałeś na początku maja. Tak więc — nas ju prawie nie ma. e uda ci się mu sprostać. zaklejone starannie paskami papieru. 76 . trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. kiedy ju wszystko minęło. — a pisząc te słowa. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. z białawą plamą twojej twarzy. sześćdziesiątka. które przecie było tak blisko. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność.. jak to wszystko. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. zgodnie z waszym yczeniem. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. z otwartymi ustami. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. i bardzo jasno. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. wiesz..” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. Za to.. Jak wstępowało w ciebie lato. Cicho tu jest i biało. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. mój ty du y. koniec. Tobie — arówka. nie siądę ci na nagim barku. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. znowu po raz któryś w yciu. pla y. e moja malutka. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. Pokonany. Pamiętasz przecie . dobrze pamiętasz.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. cały w kosmatym swetrze.

Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. Ojciec oburzył się. jak mocno go to obeszło. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. le ała pod drzwiami. mimo e niezrozumiała. a ściślej mówiąc — odcień blasku. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. zamazane półmrokiem. nijakie. jak się nazywa. Jednak jakiś nowy blask. Potem zniknął w stołowym. której nie oświetliłem. a zarazem ubikacji. e patrząc na niego. z zawiniętymi rękawami koszuli. Fakt. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. Gości. Trzymamy go na wszelki wypadek. podsufitowych ciemności. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. Biała. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. e przepełnia go lęk. Zakradłem się tam po kartki powieści. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. 77 . kiedy nie znany nam. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. w co zaopatrywano łazienkę. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. zgrzebna. Byłem dzieckiem. zaczyna i kończy. Słu ąca nie usunęła korda. Franciszka odeszła.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. tędy. na pograniczu metalu i powietrza. w jednym punkcie tak intensywnym. Przez chwilę przedpokój był pusty. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. Wszystko to były formy bryłowate. Le ąc na dywanie. Pierwsza. o której nie wiedziałem nawet. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. na klatce schodowej. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . którzy co prawda rzadko u nas bywali. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. której treść nie nadawała się dla dzieci. W górze. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . doznawało się swędzenia w karku. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. Gdyby nie to. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. — Za wysoko — mamrotała. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. jasny i chłodny zapewne. sam niewielki. wyłaniając się z najgęstszych. szlachetniejszą. które były do połowy oszklone matową szybą. gdy . w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. a i dla ozdoby równie . Wisiał tak na włosku. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. Znalazł je dopiero po chwili. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. co — jak się okazuje — zawodną. wrzucony między ornamentalne wzory. Tak oczekiwałem na powroty ojca. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. jak zawsze. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. nad samym środkiem przedpokoju. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. Wybuchła awantura. doczekałem się te ilustracji. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. jak tylko w mojej wyobraźni. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. Wycierał nogi hałaśliwie.

Zdarzało się. z jego głębi. u powały nagi miecz. proste i zawsze nieruchome ostrze. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. W alkowie — łó ko. choć nieco inna. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. 78 . o blasku tak głębokim.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. Na niebie księ yc — sierp. widziałem w półmroku wyraźne. W kolorach czarnym i białym. Z ka dego zakamarka mieszkania. czystym. Było jednak coś enującego w tym. a doskonała jedność jego kształtu. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. e nie lśniło wulgarnie. choć nieczęsto. w sypialnym. e zakrztusił się ością. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. równie naga. załamywała ręce.

o wiele szerszy w ramionach. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. Ale. e pan. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. to trzeba tyle.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. W kuchni. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. na kredensie. obcych nie wpuszczać. Zresztą proszę nie robić uwag. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. linoleum zwinąć. — Które piętro? Pewnie szóste. geranium podlać. a przeschnie. — Ale nie! Czwarte.... — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. światło musi pan zapalić w przedpokoju. W jakiejś chwili ukazał się ktoś.. to doprawdy niesłychane!. — Jak to. e ja. Dostanie pan fartuch. Trochę wy szy ode mnie. dokładnie o siódmej. Zresztą mo na trzepać na dole. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. bo potem wszyscy wychodzą. nic nie da się oszukać. le y ementaler. 79 .. kto szedł mi naprzeciw. e nie mo na nadą yć. Ja jestem człowiekiem. miał równie kapelusz. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. ani te przedmiotu.. — A pan myśli. ile trzeba. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. nie przeczę. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. Wszystkiego wychodzi tyle. — Proszę nie dyskutować. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. Przydałyby się szmaty filcowe. Byłem tak zdziwiony. Myślałem. — Czy pan naprawdę sądzi. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. są tylko pantofle na wojłoku.. ale jest przecie odkurzacz. co?! — Szmat nie ma. poczekać.. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. Szedłem tą drogą. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. a jak pan myśli. bo w komórce spaliła się arówka. W dodatku jest winda. Określając ją w ten sposób. Ja wstrzymam na chwilę oddech.. nie. Tak było tylko do pewnego czasu. Powiedzieć. chcę powiedzieć. — Nie. na podwórku. Pastować lekko. Jutro. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. znajdzie je pan tak e w komórce. e to ode mnie. — Nie. proszę sobie wziąć kawałek. e wszystko odbędzie się jak zwykle. koniecznie fartuch. Zresztą — jak pan chce. tylko nie wszystko. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. Zlew przetkać. jakie warunki. aby wydać się energicznym i pięknym. Sam pan widzi.. równie i ściereczki. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać.

— Proszę nie pleść głupstw. nie zostawił mi przecie adresu. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. bezbronny. Mam reumatyzm. — Głupstwa. ścian nie ochlapać.. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. Spoglądałem za nim. krokiem sportowca. okna potem na sucho trzeć długo. klamki proszkiem. Do widzenia. bo sprawdzę. dopóki nie zniknął.. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. materace przetrzepać. radio wyłączyć i nie słuchać. Nagle zrobiło mi się głupio. firanki zdjąć. Mo na się otruć. to by było mniej więcej tyle. poczułem się bezradny. Jasne. — Ja się boję. bo rozprasza. nie oglądając się. Szafy odsunąć.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Odszedł. krzyczała zraniona godność osobista. Kipiała we mnie obra ona duma. 80 . e jest. No. Woda grzeje się w piecyku gazowym. Jest pan dorosły.

Chodziło o to. Zły byłem na tę maskę. Niedorzeczna myśl. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. Kto wie. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. Brudna degeneracja mozaiki. Tak właśnie mówiłem do siebie. grubymi.. Kiedy wchodziło się na nią boso. zasługuje na to.. chrzęszczenie i szorstkość. e wszystkie płótna. Na có . choćby myślało się nie wiadomo o czym. w obliczu dnia. pod oknem. Wszystko zale y od okoliczności. a ich tłum był właśnie tą jedną.. na stole z surowych desek. dla ozdoby. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. u licha. wypalony na jej wypukłości. „Tak. ebym opędzając się przed nią. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. jak generał swą armię przed bitwą. Niby to wyobra enie kwiatu. Zostawiając to wszystko. nie mogłem pominąć stołu. bramy otwartej na oście . Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. równie białawymi. miałem zdobyć inne. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. kiedy była mowa o Bizancjum. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. eby nie zapomnieć o pieprzu. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. który był świadectwem mojej klęski. eby wyjechać.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. Nie ma powodu. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. kurz podró ny. domu. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. jak pamiętam. o której uczyłem się w szkole. Dosyć ju prze yłem w tym domu. Dzisiaj. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. gładka. 81 . Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. Dosyć. nie była inna — zawsze zimna. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. wielką radością. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. Klękam na zimnej posadzce. wprost z upału. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. choć bezwiednie. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. nieskończone wszystko. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu.. Jest betonowa i głupia. rzemyki. odje d ając. a tak e od mojej argumentacji. Udawałem przed sobą. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. drzew orzeźwianych wiatrem. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. poniewa nigdy. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. e to nie ma adnego znaczenia. Wa ne jest tylko to. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. Dzisiaj sam widzi. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. Odje d ałem na zawsze. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. Nigdy nie jeździłem konno. niby to promieniami. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. tak. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. Nie martw się o mnie. Koszyki. Bo trzeba wyznać. ebym zabierał pył z tego obejścia. Czas było wyruszyć. ale to ju będzie droga. pakowna skóra. je eli jest się mną. Uległem przezorności po to. sakwy i kuferki gromadziłem. eby oczyścić buciki. ale kiedy chodzi o to. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. Wychodzę do sieni. Jedź”. wiele prze yłeś”. Koń czeka osiodłany na podwórzu. Daremnie. W drodze pokryją się znowu kurzem. nie dawała mi spokoju.

Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. Wiedziałem tak e. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. coraz sprę yściej. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. co ju miałem za przeszłość. eby nie wywietrzał do jutra. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. Posiliwszy się.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. eby się nie męczył. Komponowałem się te całkiem z bliska. czyni mnie kimś. A poczułem. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. bo zaczęło się zmierzchać. ku memu cichemu zadowoleniu. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. ju nie tak usilne jak w południe. Maszerując tam i z powrotem. jakie wra enie odniesie ktoś. wiedziały niezawodnie. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. czynnostek raczej. przed kim wyłonię się znienacka. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. Nędzne. Słońce. Zaczął się paciorek małych czynności. potrzebnych do tego. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. zabrałem się do roboty. bo wiatr ju umilkł. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. Przez okno widać było słoneczniki. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. w przyszłą burzę i deszcze. nie najlepiej wykonanym stole. spokojnie. głód. Przybierałem równie pozę nieruchomą. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. eby się nie kiwał. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. 82 . Południe musiało ju minąć. a potem zakręciłem się w kuchni. przypomniałem sobie. a moje poczucie estetyki. nadając sobie odcień znu enia. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. odymając wargi. teraz czy potem. Wyszydziłem te płot. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. czy te na lewym ramieniu. z osobna. siny i zielony od zbutwiałości. poni yłem drewutnię. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. e tamto chodzenie po podwórzu. znieruchomiałe. e ju za chwilę stanę się głodny. protekcjonalnie odniosłem się do studni. eby jednak wypełnić ten krótki moment. krótszą nogę stołu. gdzie mają stąpać. eby się nie zmiął i nie zakurzył. a potem zapaliłem świecę. po drodze rozsiodłałem konia. przemierzając podwórze szerokimi krokami. Cofając się najpierw o kilka kroków. siedziałem jeszcze chwilę. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. półprofilem. długie i mocne. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. Tak myślałem. kto z podniesionym czołem. eby sprawdzić. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. Przeszedłem podwórze na ukos. rurastych nogach i wszystko. eby usiąść na chwilę. Ostatnie spojrzenie. a moje nogi.

Linia. ale Jakoś tak płasko. ale stałego znu enia. ono jest cały czas. co nazywamy górowatością. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. Co do mnie. trzeba było przechylać głowę. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. Czułem. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. Zdaje się. Dachy domostw. a zrozumiesz. Nagle o ywił się. Przekonał się. których spotykaliśmy dawniej. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. e mi opadają pończochy. obrobione.. 83 . Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. Na ramionach niosły koromysła. Wywoływało to uczucie nikłego. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. złowró bnie poziomiły krajobraz. całkiem ju wyraźnie. Artur krzyknął. e będzie. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. od której zaczynały się włosy. do widnokręgu. kiedy nie będzie. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. Miałem wra enie. Wtedy stwierdziłem z bólem. to nie będzie. — Sam mówisz. e zje d amy. Jesteśmy więc. eby tak to wyrazić. e poza nim. Poziom zawrze wszystko. Coraz więcej tarasów. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać.. eby była tam. — W porządku — mruknąłem. Czoło obni yło mi się znacznie. Tak jednak jakoś wychodzi. Grupa kobiet szła obok drogi. jakie piękne akcenty pionowe. Koromysła równoległe do ziemi. — Artur! — zawołałem. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. choć to opanowanie było tylko pozorne. e zmierzamy ku czemuś. Uszy mu dr ały. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. no to zniknie i nie będzie jej. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. Posuwaliśmy się teraz.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. po pochyłości. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. jak e więc chcesz. ja czuję. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. które od czasu do czasu mijaliśmy. Przeciwnie. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. Artur milczał. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. na podszewce tego. e je eli jej nie będzie. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. e Ju po nim. poni ej. ale przebiegał ju pod drugą. e w górę i w dół. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. drewniane. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. Spojrzałem do lusterka. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. stawały się coraz bardziej płaskie. — Patrz lepiej na swoje nogi. Wiem dobrze. wypadała prawie tu nad brwiami. do wszystkiego.

twój ideał osiągnięty. 84 . — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. ale tylko same kapelusze. e nie ma dwóch poziomów. aby tam się przeciąć. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. dusza. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować.. ni szego i wy szego.. choć czułem. absolutny poziom. — Poziom. Przed nami był długi most. — Zastanów się! Załó my nawet. Weźmy więc przykład. rosły w nim grzyby. — Nie pojmujesz. mój chłopcze. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. bez nó ek. Arturze. jestem po stronie tej ostatniej. e mam horyzont w kręgosłupie. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. e masz rację. Dusza. zmaterializowany w łopacie grabarza. czy wasserwagi. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. jest tylko jeden wspaniały. — Pion! — szydził.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. skierowanej pionowo. Dobrze. A więc pion. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. Artur śmiał się jakby szalony. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. w glinę.

Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. Le ę na pryczy. gdzie nas niegdyś zamknięto. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. Zobaczyłem kawałek koca. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Więzienie. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. poniewa korytarze są puste i kamienne. Z piętra widać wierzchołki drzew. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. w którym się znajduję. e wchodząc do korytarza na parterze. Przecie podłoga jest z betonu. wszystko owinięte echem. W tej niszy nic nie było. niezbyt głośne. choć trwające po kilka godzin stukanie. Kołyszą się zawsze. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. jak i podwórko. co mi przychodzi do głowy.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. które ma usprawiedliwić sklerozę. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. e nie ma. W nocy nie wychodzę. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. W długich odstępach czasu. Na tym samym piętrze. o kilkanaście cel ode mnie. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. ale najczęściej nic nie rysuję. co stuka. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. ale i tak musielibyśmy się spotkać. Wiem. Widzieliśmy. e lato wnet się skończy. Nie wiadomo tylko. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Dookoła więzienia rozciąga się las. Nieraz z jego celi dobiega regularne. Teraz ju lato. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. choćby nieznacznie. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. Zresztą on te zawrócił. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. cień i światło. eby nazbierać nieco chrustu. to musi być i kret. potem wpadają w czerń. Cela. Potem będzie jesień i zima. jakby młotkiem o coś twardego. Kiedyś zdarzyło się. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. Instalacja elektryczna te przestała działać. Węglem rysuję na ścianie to. Raz tam zajrzałem niechcący. słychać jakby stąpanie. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. nawet podczas ciszy. gdzieś w jego głębi. ale ja tam nie chodzę. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. Nikt nie opala ju budynków. Jest to naiwne kłamstwo. e gmach jest zamieszkały. choć twardsze. czy w tym lesie są zwierzęta. 85 . ustawione ciasno. o złotych poręczach. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. spokojny. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. Nieraz widzę. To znaczy kretowisko. zwłaszcza wieczorem. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. Raz. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. cały bladoró owy i bladoniebieski. ale te . Kontury dachów są jakby srebrne. w którą skręciłem. Odwróciliśmy głowy. w gmachu. gdyby nie nisza. wtedy nie zapalam ogniska. ani czasu. od czasu do czasu kroki. światło podchodzi mi do gardła. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. ale je eli kretowisko. niby czegoś tam szukając. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. przebywa jakiś kolega. Czasem wychodzę.

— He he he! — zaśmiał się doktor. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. który go otacza. — Coś w tym musi być. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. Robert N. — Ale . zale nie od dyskutowanego tematu. Robert N. Był to profesor Robert N. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. — Nie przeczę. Odwróciłem się gwałtownie. sądząc choćby po sposobie. choć był starannie wygolony. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory. mimo e na przyjęciu u W. jest nie lada autorytetem.. ale mogłem dosłyszeć. umie przesuwać przedmioty. był kompozytorem. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. Wśród ciszy Robert N. mającą pokryć niepokój. — Mo na — wtrącił Gucio. w jakiej się do niego zwracali. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. jak Beethoven.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. z daleka. wydaje mi się jednak. e profesor Robert N. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. jest prawdziwy. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. Profesor Robert N. — Te ukłony. Mozart. e zostanie artystą.. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. świadomy nietaktu — poniewczasie. równie mi nieznajomych. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. A więc niech pan się dowie. i wydawało się. Któ pomaga 86 . Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. e Robert N. nie dotykając ich. Czy pan jednak jest pewien. lekkoduch i birbancik. To doktor P. — A jednak. poło ył mu rękę na ramieniu. forma. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. drogi doktorze — odpowiedziałem. nawet uwielbienia. czy pan wie dokładnie. spojrzenia. twarda dlań szkoła. Jak się domyśliłem ju po chwili. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. e profesor N. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. i policzki. rozglądał się z nonszalancją. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. był dzieckiem wątłym. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. e wydawało się. e rozmawiali o muzyce. dyletant i cynik. jakby nosił miękki i ciemny zarost. głos miał równy i twardy — oto sedno. tak zapadnięte. które następnie wyrzekł. koneser. doktorze! — wykrzyknąłem. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. o wyrazie bolesnego napięcia. kiedy on zabierał głos — wskazywało. — Mo na. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. Wytę ając słuch. głęboko osadzone. e pan Robert N. Gucio. milknięcie wszystkich. — Stopniowe wychowywanie artysty. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. pobła liwość i długoterminowy kredyt. Stali albo siedzieli w solennych postawach. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. Otaczali go nastrojem rewerencji. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. jest autorem jednej tylko kompozycji. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. Bach i tylu innych przed nim. cały szacunek. miernej i rzadko grywanej. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. spotkałem wiele innych osób.

stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. w związku z tym. Był to. dość skąpo. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. co mówił. nie wyjmując rąk z kieszeni. Z miernotą inna sprawa. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. aby zostać uznanym artystą. mimo e silił się na lekki ton. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. tak jednak. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. jak wyjaśnił krótko. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. ywo rozmawiającego. był ju bardzo popularny. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. Udało mi się w ten sposób podchwycić.. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. e mogłem słyszeć jego słowa. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. przyniosła mu pełne zwycięstwo. trzeba to przyznać. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. Otó . wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. e nawet sam doktor. Podejrzewałem. co opowiedział mi doktor.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. oddzielony od nich murem. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty.. Podano mu więc szpinak. nie zbli ając się do niego. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. po męce twórczej. Temat ten. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. a dzień. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . Jednak nawet i to. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. Równie wysiłki ze strony Gucia. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. Rzuciłem okiem na doktora. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. ale stanowczym tonem. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. jakie musiał jednak pokonywać. jego zwyczaj wynikający z systemu. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. podał nauczycielowi palto i laskę. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. Proste zadanie. Znając przyjemność. oraz własnych spostrze eń. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. W jadalni zapanowała cisza. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Nic te dziwnego. było dostateczną przyczyną.. Jego srebrne włosy wichrzyły się.! Jego niezłomna wola. Narzekałem. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. Profesor powstał. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. je eli zostanie. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. samą tylko silną wolą. e kiedy w pewnej chwili od strony. na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. Siła woli. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. nie był wolny od wra enia. Kiedy opuszczał konserwatorium. Oczy płonęły. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. gdzie siedział profesor Robert N. w którym. kiedy wniesiono zakąski. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. Posadzono mnie dość daleko od profesora.

— Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. Rektor B. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. która właśnie ukazała się w drzwiach. zapytał: — Co tam jest? — Hall. Profesor uchwycił krawędź stołu. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Był to du y. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. dwa. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. wybiegł. Profesor zebrał się w sobie. — A taki jestem głodny. Przecząco potrząsnął głową. Cisza — i znowu dźwięk. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. Proszę zadysponować. Ciągle ta cisza. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. nie poruszając głową. Sekundy mijały. 88 . Ukazał się nareszcie. potem nagle nastąpiła pauza. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. złociście przypieczony ptak. Doktor P. niosąc półmisek z gęsią. Odniesiono go do kuchni. — Na samym środku. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. Gucio na oślep szukał butelki. Profesor. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. otoczony mgiełką aromatu. Dźwięk powtórzył się. Nagle wszystko ucichło. na parkiecie — powiedział cicho. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. Wrócił za chwilę. — Pssss! — odparłem. aby jej nie przynoszono. podskoczył i wybiegł. zupełnie blady. Obecnie pragnę zło yć dowód. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. Znowu cisza. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. Potem opadł na krzesło. Nie wracał długo. Chwila ciszy — i lekki szelest. kurczowo zaciskając powieki. — Skończone. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. — Raz.

Tak e u mnie w domu się nie przelewa. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. pod jesień. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. jestem lepszy od wszystkich ludzi. to skąd mogą wiedzieć. bo ogródek jeszcze mamy swój. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. choć dawno ju się do tego zabierałem. e jest najlepszy. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. to mogę się tego podjąć. Jestem ofiarny. tylko muchy się topiły w kałamarzu. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. biedactwo. e znajdą się tacy. 89 . tylko dlatego. e to oni są najlepsi. e ma się wojsko. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. e wszystko kosztuje. ani wojska. e jest się najlepszym. e ja jestem w sobie i wiem. Nie mam więc ani pieniędzy. Jeśli będzie potrzeba. a to porzeczkę skubnę. e dla wszystkich byłoby lepiej. bo oni nie są mną. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. Wczoraj zięć mnie zamknął. bo powiedzą. jak ju powiedziałem. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. jakby palcem. bo zięć ma na utrzymaniu. Całe szczęście. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. jak umie. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. jak chowam się w ogródku za domem. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. kto ma wojsko. Oświadczam. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. Strach pomyśleć. co temu zaprzeczą. Zięć idzie. bo będzie industrializacja. chwała Bogu. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. same piaski. e to zbieg okoliczności. a nie dlatego. Za młodu ró nie ze mną bywało. Teraz dopiero. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. jeszcze osiem osób. Ja rozumiem. mówi. to piszę. e nasz powiat jest ubogi. Nie tracę jednak nadziei. w tym dwoje z inteligencji. e ma wojsko. eby panować. poza mną. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. bo mówił. tylko o ludzkość. eby moją prośbę poprzeć. jest ich jakby mniej. Moje szanse są więc równe. Bardzo mo liwe. e jestem lepszy. Prośbę moją uzasadniam tym. e to nikt nie jest mną. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. e za du o jem.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. ebym ja był władcą świata. jaki to ja jestem. a jestem najlepszy. a jarmarki zostały zlikwidowane. Mam więc trochę czasu. Ja rozumiem. Nieraz. Ty tu porzeczkę. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. Ka dy. a nawet większe. Po pierwsze. bo nie mam wojska. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić.

Po roku spędzonym na pilnych studiach. blasku słońca i pełnych manierkach. W altanie. Mój przyjaciel. wesoły. dość wąskie i jednakowe. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. a przynoszące chwałę zwycięstwo. bez zacieków. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. równie nie zasługuje na wiarę. szczelnie zapięty pod szyję. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. na której wspierał się obły kikut kolana. po to. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. gruby mę czyzna. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. zaprosił mnie do siebie na wieś. to rozmawiając na tematy powa ne. to łapiąc obręcze. prowadzącej w głąb starego parku. Korony drzew łączyły się w górze. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. widocznie u ywana od dziesiątków lat. e zaznam spokoju. starał się. która nie płynie z niczego. siedział mocny. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. a w najdalszym zakątku. lecz schludną. altana. poczciwy. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. o to. ciemne i pozbawione firanek. szczery. obiecując sobie. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. ani spostrzegliśmy. jaka płynie z obcowania z naturą. dając przyjemny chłód i cień. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. dzikiej winorośli. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. Proste potrawy. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. To rzucając. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. Staliśmy na środku dziedzińca. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. Właśnie czas był przepiękny. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. chłopiec prostolinijny.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. Pośrodku stał skromny pałacyk. ale gładko. Okna. skąd właśnie dolatywała muzyka. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. tynkowany ciemno ółto. wśród kurzawy dróg. a drewniana proteza. ale jest substancją 90 . Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. równie dokładnie wysypane wirem. jego twarz z pękatym. zdyszani. stojący przed nim na stoliku. du o ruchu na świe ym powietrzu. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. częste. dalekie wycieczki. gdzie ju zaczynał się gąszcz. co następnie zobaczyliśmy. aby za chwilę. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. przy chłodnym wietrze. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. podeszliśmy ku altanie. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. świe ości i tej słodyczy. Nie zawiodłem się. w kurtce podobnej do tych. Pewnego dnia. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. w szarej mycce na głowie. To. jedna z tych. Na ławeczkach. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. które pojawiły się po obu stronach alei. wypolerowana była i lśniła jak heban. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. yznych krain — po pewne. wypłowiały. Odziany był w surdut wojskowy. wiosna przechodząca w lato. Piosenka była skoczna. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach.

odło ył piszczałkę. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz.. w obliczu trójrękiego. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. lustrując nasze mundury i oznaki. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. pieniąc się przyjemnie. jak trójramienny świecznik — . 91 . — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać.. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. splatając dłonie i gładząc podbródek. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. oburzony.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą.. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. Być mo e. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. siłą rzeczy. A je eli chodzi panom o to. — Ale jest tych urwipołciów. proszę. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. e sami. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . panowie. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie. mimo ich mnogości. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. Nie wiedząc. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. Poczułem zniecierpliwienie. zawsze. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. a było to. ale to i lepiej. — Proszę. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. spojrzał na nas nagle.. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. rubasznie. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. wśród lasów. yjemy tu daleko.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. którzy w boju stracili rękę albo nogę. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem. Powiecie.. — Ale oczywiście.. Czy nasza to wina.. w milczeniu podnieśliśmy kufle. — Dobrze powiedziane — rzekł. — Jesteśmy tu odcięci od świata. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. e to jednak niesprawiedliwość. — Proszę wybaczyć. Za to on zachowywał się swobodnie. ile pan zechce! — zawołał. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. wcią wirują w niej. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. samą w sobie. lecz wesoło.. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. nie wiedząc jak. musiały wyniknąć nieporozumienia. zacierając dwie ręce. — tu utknął i zaczął czerwienieć. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę.. lecz. daleko od siebie. Nazwania. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. co na to odpowiedzieć. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. tak nadzwyczajnie wymowne.. — Panowie studenci? — zapytał. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. Pochodził z rodziny. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. bo okolica zdrowa.i miałem więcej okazji do tego.

przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. Więc kiedy po wojnie. Stracić dwie ręce — tak. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału.. — Patrzcie. Panowie rozumieją. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. kiedy skończyła się wojna. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. Dlatego te . Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. w samym środku bitwy. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. lśniący tasak. — Zresztą. która ręka jest ta trzecia. Rozpierała go taka radość ycia. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. taka junackość. usłyszeliśmy wysoki. znalazłem się bez środków do ycia. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. z dwoma czy z jedną. kiedyśmy wracali do stolicy. — Byłem zawsze w ogniu. któreśmy zdobywali. wraz z korzonkami. równie nie miałem równych. przeciągły. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. panowie: trzy ręce — to za du o. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. Demokraci interpelowali w parlamencie. — A poza tym. to by ju było coś. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. któremu urwało rękę. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. A ja. w sam raz dla świata. dzwoniący zgrzyt. który wtedy brałem szańce. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. który słania się w siodle. wierzcie mi. Łysina zalśniła łagodnie. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. które zawodzą: „Powró yć z ręki. ale dla mnie. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. e jestem śmiertelnie łysy. W grabie y miast. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. chytre ropuchy. panowie! — i zdjął czapkę. Cyganki. Nikt nie mo e zaprzeczyć. ró nice w osądach. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. Po ka dej kampanii. Przyspieszyliśmy kroku. To odwróciło losy bitwy. Myślicie. e ściął mi wszystkie włosy. na bli sze.. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. i nie rozumiem. zamykałem się w szynku i przepijałem to. — znów wskazał na budynek. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. Niegdyś uratowałem mu ycie. Jedną ręką ścinam grenadiera. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. gdybym stracił jedną rękę. zawsze jakieś niedopowiedzenia. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. zdrowie i nadmiar. 92 . ale o nadmiarze. e coś mnie łączy z tymi tam. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. niedołę ny i bezbronny. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. Do zmierzchu było ju niedaleko. Nie miałem ju krewnych. drugą podnoszę nasz sztandar. Ja. byłem nędzarzem. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. panowie — na pewno nie. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. — Jasne — przytaknęliśmy. Nie poszło to łatwo. stare. niezgodność uczuć. czasem wydaje mi się.

paciorka nie zmówił. nie uwa ał i biegał. za niezmówienie paciorka — faja. Anioł. Podano mu śniadanie. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. nieruchomo wpatrywał się w noc. zasypia smacznie mały chłopczyk. zasypia rozmyślając o tym pewnie. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. nie przystawał. nie rozglądał się. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. Dobroć. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie... gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. Na nic. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. jak to jutro będzie się garbił. To miara ofiarności. cisza. Nic nie mogło go powstrzymać. liliowy pokój dziecinny. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . Miał się na baczności. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. zhańbiony. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. e metodę mo na znacznie udoskonalić. długo. nie zmówiwszy paciorka. w pysze. W milczeniu wypił mleko. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. Od garbienia się do garbienia się. z jaką teraz osiągał to. Jak zwykle nie chciał pić mleka. za garbienie się — blacha w czoło. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. A więc anioł bił go ju dla wprawy. Nadeszła chwila. Łatwość. co dawniej było nieosiągalne. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. To bił go anioł stró . Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. z wypiekami wstydu. 93 . za bieganie i pocenie się — hak. za hałasowanie. jaką odczuwa pobo ny organista. ukojenie. i inne. Stał anioł stró bezsilny. Jednak nie był jeszcze pewny. Na łó eczku. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. Ani przypomnienie. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. Nastał ranek świe y i krzepiący. garbił się. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. Grzecznie przechodził przez ulice. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. olśniła go. Wyjadał konfitury. słodycz. I nagle gorycz wezbrała w aniele. Wkrótce odkrył. małego bohatera. głuchy na głos dobra. łagodna perswazja. e nawet wtedy. od biegania do biegania. Ten zerwał się przestraszony. Na uboczu. Od mleka było mu niedobrze. Nie mógł mieć wątpliwości. Oderwał dłoń od czoła. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. dr ący i zachwycony. kiedy tatuś pracuje — byk.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. na wszelki wypadek. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. Gdy znalazł się sam w pustej alei. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. pragnąc jednym. e tatuś tak nie robi. Zrozumiał. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów.

Nie biegał. Chłopczyk oddalał się polami. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. Poczęto uwa ać. wnikał w tajemniczy świat molekuł. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. dojadał. wysadzony nad podziw umiejętnie. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. Następnie zainteresował się chemią. tajemniczo zamknięty w sobie. Zaczął obserwować otoczenie. widząc. nie hałasował. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. myśleli. pochylony nad podręcznikiem. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. gdy siedział w parku na ławce. Uparta. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. Pewnego razu. On zaś pracował wytrwale. nie próbując nawet biegać. bo wiedział.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . a on. gruby i spokojny. Czas mijał. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. nie garbił się. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. Zmienił się tak e zewnętrznie. e wypija teraz całą szklankę. Spowa niał. 94 . w nocy. by mu dać bodaj haka. Niejednokrotnie. odmawiał.

gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy.. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. Niebo było bez gwiazd.. ni to zaśpiew. O ile łatwiej byłoby obywatelom. — Ech. jak na otwartą równinę. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. Kazał zwolnić. całkiem bezwietrznie.. — Je eli to prawda. skończona moja miłość. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. gdy jechali szybciej. przysypało cię śniegiem. Ale teraz. ale która sama przychodzi. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. — powiedział półgłosem. Nie spieszno mi donikąd. posępne zawodzenie wichru. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające.. śnieg. Jakiś czas jechali spokojnie. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico.. zaszyty w niedźwiedzią szubę. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych.. 95 . uspokojonego rytmu. popołudniowym niebie. Konie ruszyły wawiej. jakieś specjalne biuro. Przysypało. Nie da się zaprzeczyć. obywateli. czyste i nieruchome.. to rama porządkująca to wszystko.. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. ojczyzno — rzekł mimo woli. Te pola zasnuwały go powoli. koni nie poganiaj. póki nie jest jeszcze za późno. — Kto wie. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą. której przecie sobie nie yczymy. e z tego płynie jakieś męczące uczucie. Jedyne wyjście. mknął saniami do domu. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem.. i pól. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. powietrze lodowe. gdyby. sekret.. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to.. Dookoła jednak było. — Nadać ramę. Na piersi jego wysokie odznaczenie. a to niewątpliwie prawda. jak chmury zasnuwają księ yc. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów... Godzina późna. tym bardziej samotniały w białej pustce. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się.. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. gdzie rozciągały się bezmierne pola. I dodał: — . Rama? Ot co jest potrzebne. i to jak najszybciej. Uporządkować. jak choroba. widok nagich zagajników w parowach. mając za sobą spełnione zadanie. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. Poczuł ze zdziwieniem.

.. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich. oszukańczych. smutnych. Tylko na pustym. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. czarnej gruszy. nikły. Noc stawała się głębsza. uwodzących. pola śnie ystsze. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. na śnie nej bieli. słowackich skrzypiec. 96 . byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. Chłop na koźle odwrócił się.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. Ale ju młody Pieg odbił się. ponadto śpiący ju trochę byłem. Ju i inne rakiety latać zaczęły. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. Ale ten nic nie rzekł. To gospodarz. e bez trudu drogę znajdywałem. e czułem ssanie w organizmie. Szło się rześko. Wtem gwizd ostry się rozległ. skoczył do domowego rezerwuaru. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. przy stale wzrastającym jej współczynniku. co ją miał schowaną za pazuchą. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. Noc była jasna. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. zakołysał i oparł o barierę cieplną. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. e inaczej gości nie uspokoi. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. zielony róg na czole. 100 . co ją miał ukrytą w prawej nogawce. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. ścienny licznik Geigera. jak to było na tym hucznym weselisku. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. Cofnął się Smyga. — Ludzie. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. ale mój okazał się nieszczelny. eby Piegowi się odciął. rozpoczął zaka anie. rozpamiętując. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. Trochę mi tylko to przeszkadzało. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. no. gdyby nie to. wyciął hołubca. widząc. po trzy pary z ka dej strony. bo od zagrody. Powstał śmiech i głośne brawa. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu.

eby im w pracy ul yć. e ja tak prosto z mostu. a ja agronomem dusz ludzkich. by dalej móc jechać. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. włosy miał długie jak artysta. konie nale ało nająć.. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. na tę twarz pielgrzymią.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. człowiekiem znacznym w kraju. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. a sam. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. napiszą owo. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. Ja zaś. e jestem nietutejszy. jak grzeczność ka e. Wtedy dopiero. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. czyli do ludu nale y. czy który do Z. W tym celu zaszedłem do gospody. choć to ju półmrok był. a zresztą w podró y zawsze co dwu. na konie cmoknął i ruszyliśmy. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. miasteczku R. Miałem się udać do majątku Z. Na tym prawie rozmowa się urwała. Nie śmiałem pytać. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. O. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. gdy nieznajomy przed nim stanął. czoło gładkie. Chłopstwo. Odziany był z wielkomiejska. chłop o lisiej twarzy. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. to jakby urzędowo. 101 . ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. Woźnica nawet szklanki nie dopił. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. Przystałem tedy chętnie. Znany był z tego. do którego obaj jedziemy. jako obcy i powiatu nie znający. jakbym przeczuwał. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. bo i ja posłucham. to nie jeden. To i chciałbym wiedzieć. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. e bardzo się cieszę. zamo nie. ale powiedzcie. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. Tote dziwiłem się. ale tak. e nikt go przecie tu nie znał. czyby do mnie mógł się przyłączyć. bo pisarz zapadł w zamyślenie. a dzisiaj do państwa. to dosyć. bo on równie z daleka przybywa i do Z. Wy jesteście agronomem pól. musi. z kim to droga mi wypadła. z czym walczyć. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. Zapytał mnie grzecznie. na oko. bo jakby stracił rezon. który dawniej do hrabiego. które nawet nieświadomych tak uderzały. a dla narodu. co to napiszą to. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. Tak więc los zrządził. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. przez jutro mnie zatrzymają. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. Powiedziałem. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie.. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. jako e obowiązki równie w Z. W samej rzeczy znalazł się jeden. właśnie nie wraca. na kozioł skoczył. Ale jechać było trzeba. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. nawet za poniektórą granicą. e nie pisał dla siebie. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. Nie był on z tych. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. Pamiętam. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. Tak się zło yło. Równie i woźnica-chytrus. Tutaj. — Ja.

Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano.. bo od razu to pole. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. jakbym coś miał na sumieniu. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. i zaczął od wierszy. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. więc. Wnet kazał podać chudej polewki. Miało być koło lasu. takie to spełniało zadanie. długo szukałem. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. bo niemowa. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. same lotne słowa mi się cisną. czego jeszcze nie stosowałem. na wspomnienie tego. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. W świetlicy było tłoczno. czysta. — wyszeptał — tak myślicie. ale tutaj coś mi się wydaje. ręce zacierał. skar ąc się na złe urodzaje. Kiedy wszedł pisarz. tote nic dziwnego. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. Nawet w nich większa siła umoralniająca. tak to przemyślnie było napisane. on odwrócił się od okna. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. a e się okazało. z tym ju artów nie było. aby stać się lepszym. e nie tylko tęsknota. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. On zaś. nie tylko 102 . Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. a zwłaszcza baby. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. gdzie tynk był zeskrobany. Nie były to utwory oderwane od ycia. ale jakby mniejsze. bo ledwo zzułem buty. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. e budzi tęsknotę. e jest tylko jedno łó ko. a zmordowany i zły. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. Bo dzisiaj jeszcze. kuternoga ry y. Jest to opowieść szlachetna. i rzekł. polewki. Ale e robota na mnie czekała. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. opuściwszy głowę. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. Siedzieli jakby wmurowani. oczy mru ył. Mo e nawet czekał na mnie. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. jak to się okazało. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś.. wszyscy siedzieli tak. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. Biła z tego taka szlachetność. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. Patrzyłem na świetlicę. pod wieczór do majątku wróciłem. Ale ja wierzę w człowieka. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. co się nawinie. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. jak to na zebraniu. choć przecie byłem przyjezdny. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. Trudna rada. a wzrok mój padł na karakona.. o. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. wszyscy skłonili się jakby. O. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. Stałem. ale widać było. Odrobiłem tego dnia niewiele. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. eby ulepszyć siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. e kpi w ywe oczy. Mam jednak coś. Śniło mi się. więc zapytałem. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. Poznałem. budziły tęsknotę. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. nie zwlekając. Tam znów się okazało. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. aby stać się lepszym. Poprawiłem się na ławie. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. — Tak myślicie. podjadłszy. sąsiada. jak ptak umierający. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać.. niektórzy nawet.

ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. Przez chwilę trwało. roboty ukończyłem. jak zaś wiedziałem. Słuchy chodzą. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. „Bilans. którym pewnie i las. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. Chcecie wiedzieć. tamten prosił. Co się zaś pisarza tyczy. po piwnicach chodzi. Ale trzeba te powiedzieć. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. Od źdźbeł i gwoździ. acz nie bez mozołu. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. Szum wzbierał. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. Wszystkie głowy tam się zwróciły. jam winny. jako skoble wynosił. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. i kary na siebie ądał. ciągle czytając. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. powszechny. ale za moim poduszczeniem. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. daleko. e ich wątli. od kur i gęsi — ten wołał. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. Widać. bełkocąc coś o dylach jakichś.. Do siebie przyszedłszy. ile go być powinno. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. od bydła. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. bobym się dowiedział. i pole. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. siłowali się ze sobą. to znaleziono go w trzy dni potem. koni i plonów — a ja czekałem. w wierzbie przydro nej. zwyczajnie. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. Jęczał. panowie. do egzorcyzmów sprowadzony. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. a do onego pola dojdzie. e ukradł psa i ałował. Byli i tacy. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. ale taka w nich siła nadludzka była. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. taka zatwardziałość. jak mogli. ale swoje do siebie szeptali. e nie jest ju ten sam. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. I dopiero na krzyk nagły. 103 . e słabną. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. jakby radząc. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. Tu dzień sądny się zaczął. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. Ale widać było. W tym to zamęcie. e obrona długo trwać nie mo e. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. nie oddziaływające na ycie. pole. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. e co najtę sze tuzy. e nie tylko dotąd się nie przyznali. co za czapkami się oglądali. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. w pniu wypróchniałym. e ich te czytanie szczerbi. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. Zerwałem się. bilans” wołał. głowę podniosłem. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. eby mu w twarz rzucić. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

Niewiele myśląc — przygarnąłem go. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. od nowych upadków. tak e zwierzę. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. Wszystko brał na siebie kotek. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. e — czy to przez wdzięczność. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. Ledwo otworzyłem oczy. Przeciwnie: czułem się rześki. Nie ulegało wątpliwości. jak okrutny pies gonił kotka. Nastały teraz dni. A ja wcią byłem jednakowo świe y. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. Wzrok mój padł na kotka. sierść poszarzała. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. poniewa znam siebie i wiem. mimo ró nicy gatunków. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. by ją ochoczo skrzywdzić. Być mo e. którego. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. zacząłem się zastanawiać. niestety. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. Muszę powiedzieć. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. 105 . e wątpię. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. Pogwizdując. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. wawy i radosny. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. gotów do następnych. ale jako. Wracałem przewa nie nad ranem. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. ani moralnie. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. mój mały przyjaciel. które zawsze wspominałbym z czułością. przynajmniej na kilka dni. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. wyspany. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. ale wręcz odwrotnie. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. e sierotę krzywdziłem niechętnie. jak to bywało przedtem. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. Skoczyłem po piwo dla kotka. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. Słaniał się bełkocząc. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. czkał. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. Czy mo na się dziwić. jak chciwie je chłepce. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. cierpiał. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. a czysty jak anioł. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. patrząc. jeszcze ohydniejszych uczynków. które. nalałem je do miseczki i. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. kiedy. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. które. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. ledwo ył ze zmęczenia. Przyjemność. wyszedłem z domu. bądź co bądź. Spojrzałem bacznie na kotka. powstrzymywałoby mnie. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. kary zaś nie doznałem adnej. biedaczek. Jakie było moje zdziwienie. Bezdomny kotek.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

dzikie. a potem powiedział. — E. Ja zawsze zasypiam od razu. mruknąwszy tylko. taka zewnętrzna konsekwencyja.. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć.. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. to ju nie są arty. tam. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. — To jest sposób na insomnyję. panie.. ale tak padało. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. em wyjąkał: — Ja. kompromis. — No no. dlatego. zaprzeczyć się nie da. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. e u was owiec nie widzimy. owce w głowie liczę. świata nienamacalnego.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. 109 . wielu — powiedział. oddalił się w kosodrzewinę. juhasie. — A. em się przed nią cofnął. e doić pora. chyba e tak. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć. — Ale ja wam. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. to owce” — powiedziałem sobie. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi. Dawno ju się dziwowaliśmy. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. ani to markotnie: — Chyba e tak. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. odwagi intelektualnej brak. które wesoło skakały mi po głowie. zasnąć nie mogąc. — Jak e to? Darujcie. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. haj! Był taki dumny.. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o. choć szałas i wszystko inne jest. górski poranek obudził nas i nasze panie. ani to z wy szością. a ycie swoją. wycieczki.. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. do szałasu. Umilkł. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to. Jaka wewnętrzna sytuacyja. obracając się na bok.. panie. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. nie wymawiając.. e nie mogłem stwierdzić. — Ano. eby sobie. prawdę powiem. Ale Juhas. panie. — próbowałem argumentować. ale ycia duchowego. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. Potem rogaliki rano jecie. — Kompromis. Tfy! Splunął.. przypominając o wiecznej obecności natury.. Po czym odwrócił się tyłem do mnie.. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności.. panie! Więc ja się nie wykręcam. panie. w jakim kierunku. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska.

e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. — No. — E. twarze klientów o ywiły się nieco. — Nie mówmy o interesach. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. pod koniec przeszedł w cichy płacz. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. Po prostu mi smutno. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. — Zatrucie? Egzema? A mo e. — Jakoś to będzie. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. Kilka osób z tego skorzystało. Była to spowiedź jego ycia. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. oficyna na prawo”. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. syfilis? — E. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. jednoizbowe pomieszczenie. spotkałem tego człowieka na moście. Pod wskazanym adresem panował tłok. co to mo e być. woźny wprowadził nas do wnętrza. w których został sierotą. gdzie tam — westchnął cię ko. co mu dodatkowo zaszkodzi. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. kiedy wracałem wieczorem do domu. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. Podszedłem bli ej. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. Rozpogodził się tak znacznie. nie? I odszedł pogwizdując. Wyglądał na strapionego. naprawdę? — o ywił się. nie daj Bo e. odchrząknął i zaczął mówić. Ju przy opisie okoliczności. 110 . W jakiś czas potem. — Wie pan co? — powiedziałem. Spochmurniał. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. e nawet mnie to trochę dotknęło. e nie mogłem znieść tego dłu ej. — Tak. — Nie wiem. następnie poczekać. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. Więc dodałem: — Ale nie trafił. o zapadłych policzkach. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. Nale ało wykupić bilet w kasie. Było to ohydne. Od tego czasu mam u niego zni kę. Było tyle prośby w jego głosie.

Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. czyli. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. Wydawało mi się. 111 . Ka dy spędzał ten czas odmiennie. Twarze zarosły nam długim włosem. choroby. Co do stanu umysłów. Ja. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. czyli ruchu. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. był młodym. Nieustanne dą enia. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. upodobnić się. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. gdzie. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. mnie tylko wiadoma. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. jak sądzę. było nieco chłodniej. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. e jestem ogniwem w obiegu natury. doświadczenia i usiłowania. zupełnie wycieńczony. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. W towarzystwie jedynego asystenta. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. którą otrzymałem wtedy. jak twierdził. w środku puszczy. Jak ju wspomniałem. zwa ywszy. nie ustawałem. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. Porucznik C. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. w głębi dziewiczego obszaru. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. Upał. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. na blasze. kładłem się na pryczy. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. niespodziewane ulewy. trwałem od wielu miesięcy. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. Znosił trudy. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. Temu nienasyceniu. Był to samotny. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. chcąc nie chcąc. daleki od zaspokojenia. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. nieartykułowana. e zawsze będzie czas na odwrót. porucznika C. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. Mowa stała się chropawa. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. olbrzymi osobnik. tam. dzięki bratu. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. Nie szukając daleko. dzielnym człowiekiem. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. wzniesiony opodal bagniska. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach.. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. eby stać się jej cząstką. gwałtowna. w towarzystwie jednego tylko człowieka. opanowania wiedzy. których motorem była moja tajemna pasja. e głos polega na drganiach. choć to on właśnie stał się bodźcem. Ja jednak. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. Fauna i flora zadziwiająco bujne. Klimat tam był piekielny. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. Prowadziliśmy straszną egzystencję. Wkrótce. w energię kinetyczną. a przede wszystkim zoologię. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową.

W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. wstrząsającego odkrycia. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. ulubiony przysmak kolosa. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. gdybym wiedział.. — odparł sennie porucznik. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. jak szli w puszczę. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. wskazywał olbrzymowi miejsca. zwanym u g u p u ?! 112 . przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. e często musiałem pracować sam. pochrapując. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. e w ich interesie le y. w pierwotnych warunkach. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. — Ach. Otó lisek. bo dokonaliśmy następnego.. korzystając z nieobecności samca.. Potem widzieliśmy ich razem. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. Nakreśliłem dalszy plan działania. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. ale tu. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. liski ywią się równie i myszami. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. Oto z nieuwagi pawianów.. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. Zło yłem się. Przypuszczenie było mylne. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. Nie naruszając obiegu natury. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. rozumiejąc. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. — Nale ałoby sprawdzić. skąd lisek wie. Byłem wstrząśnięty. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. je eli mogą przypuszczać. Jak wiadomo. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. nada mu nową szlachetniejszą treść. Najpierw przypuszczaliśmy. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. Porucznik le ał na pryczy. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. — Dwa uczucia dominują we mnie. — To ciemność! — mówiłem. Nie było chwili do stracenia. który dość często przemykał się w kierunku bagniska.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. kamienny sen. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. mały i niepozorny. Pierwsze — to wstręt i groza. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. biegnąc przodem. dźwigające całą konstrukcję.

. 113 .. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. — . mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju.daje alkohol — dokończył szeptem. odszedł zadowolony. Głos mu się załamał. Zrozumiałem. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . W pół godziny potem.. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. wymasowany na moich oczach przez porucznika. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. przystawiając mu sztucer do piersi.. Natomiast znacznie później dowiedziałem się. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan. — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. Zaczęło mi świtać w głowie. — Mów. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. Wchłonęła go natura.

choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. powiedział do pracownicy głosem cichym. który tu przed nim stał w kolejce. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. kłaniał się. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. tote chętnie opiekował się młodymi. ale wyraźnym. Powieściopisarz przedstawił się. a bułka zjedzona. dykcją staranną. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. rozejrzał się dookoła. pomagał im w zdobyciu sławy. Był to kompletny szkic powieści. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. jakby zbudzony. Było to tym dziwniejsze. Szurał nogami. pragnąc z nich uczynić swoich następców. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. — Proszę do mnie. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. choć skądinąd schludne. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. proszę zostawić to pieczywo. To. w który zawinięto mu bułki. zagadkowym spojrzeniem. Wtedy gwałtownym ruchem. wprowadziło go w zdumienie.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. ale chciał odejść. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. jak oddala się bardzo szybko. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. Ujrzał. w których palił się płomień geniuszu. jakby ulegając nieprzepartej sile. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. Pobrawszy swoje filé z buraków. co zdą ył przeczytać. Wydawało się. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. 114 . W dobie. opromienionej blaskiem talentu. Wzrok miał przymglony. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. częściowo dla wypicia mleka. umieścił się w ten sposób. częściowo dla przyczyn ogólnych. Ale wtem młodzieniec przystanął. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. odzienie pomięte. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. Pisał bez przerwy. e jedynie dzięki temu. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. mimo pewnych niedociągnięć i wad. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. który. Kiedy nadeszła jego kolej. Kiedy kubek był ju pusty.

zamknął go w swoim gabinecie. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. uciekinier mógł być ju daleko. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. W zacisznym świetle poranka. To uśmiechał się. do którego. Świe y wiatr poruszał firankami. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. co zawierały. — dodała. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. dziki. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. trzeba go pilnować. Minęło południe. Biedny. dotychczasowym okresie. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. jak chcieli. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. e kiedykolwiek uda się go odszukać. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. — To dobrze. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. To. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. — Kiedy doszli do domu. według zeznań zamiatacza. odkryłem kogoś. Widział go następnie zamiatacz ulic. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. co objawiło się w pierwszym. egnając się. e stało się coś niewłaściwego. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. poniewa tam kończyła się linia.. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. — Zjadł. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie.. i nic nie wskazywało na to. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. zacierając ręce. Tramwaj. Ręce mu dr ały. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. — Powieściopisarz. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. Oj. Potem zawołał gospodynię. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. Niewiele czasu było potrzeba. to wpadał w zadumę. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. szczelnie wypełnione pismem. to. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia.. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. widział młodego człowieka. a podró ni wychodzili i wchodzili. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. Powieściopisarz przypadł do biurka. Obudził się nagle z uczuciem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. a nawet z nim rozmawiał. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. eby się zorientować w tym. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. które jakby zapowiadało początek nowego. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. porzucone niedbale na biurku. nabytym zapewne w cię kim. poło ył się i zasnął. Była to prosta kobieta z ludu. a teraz siedzi i pisze. kiedy przekręcał klucz w zamku. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. Natomiast polecił swojej gospodyni. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. genialny. Młody wcią pisał. mimo pośpiechu i zdenerwowania. radośniejszego ycia. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. Owszem. jeszcze pan sobie biedy napyta. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. niepewnym. czasem nawet ocierał łzę. Ale w pokoju nie było nikogo. Uciekając zabrał ze sobą bułki. którego obowiązkiem było sprawdzanie. — Co on tam robi? — zapytał. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego.. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał.

tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. potykając się o szyny i progi. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. 116 . Drzwi były odsunięte. Gonił go nieustanny poszum. Studiując ycie. nie spieszące się donikąd. w świecie opisanym na kartkach. Prawie był pewien. ale zanim zdą ył. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. kilka lokomotyw sapało sennie. Spojrzenie tych oczu. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. gdzie się mógł podziać.. zapytać się o coś. Błądził ju po peryferiach stacji. opuścił rękę i. przedział za przedziałem. a niedobre przeczucie. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. przekroczył szyny i oto co zobaczył.. który ciekawie mu się przyglądał. aden pociąg nie odjechał w czasie. który przechodził tędy na perony. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. czekały tutaj w półśnie. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. począł uciekać od wagonu. nieco wymięte podró ą garnitury. piętno geniuszu. ni to skrzypienie. Wiedział ju . niepojęte zamyślenie w tych oczach. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. co znajdowało się za ścianką. pisząc podobnie jak pozostali. skromne. składy towarowe. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. zanim zrozumiał to pytanie. Niechętnie wyjaśnił. wrócił do czytania. Widocznie daleko przebywał. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. krytego wagonu towarowego. Było ich sześćdziesięciu. Có stąd. węglowym miałem i przestrzenią. eby przejrzeć wagon za wagonem. Ale. wewnątrz wagonu. nieporuszonych. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. e powieściopisarz zbladł. Chciał coś powiedzieć. Tu na skraju siedział młody uciekinier. nieobecność. powieściopisarz obszedł więc wagon. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. Była taka straszliwa obojętność. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. Bezradny. przywróciło go nieco do przytomności. jakby spoza kuli ziemskiej samej. mimo pewnych cech indywidualnych. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. ni to buczenie trzmieli. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. wolno szedł peronami. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. jak wykazywały obliczenia. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. poświst. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. który upłynął od chwili. wyblakłych. z widoczną po ądliwością. Odziani w takie same. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. schludne. szeleszczenie piór. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. Luźne wagony. pełen alu. młodym autorze. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. Twarze. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory.

między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości.. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu.. choć bardzo tego potrzebował. wolno opuszczał peron. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. lecz schludnej odzie y. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. Po południu widziano go tu i tam. potem drugi i trzeci. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. bo byli głodni. ka dy dostał jedną.. on jednak.. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. — zapytał. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Dyrektor wydawnictwa. wkroczyli do wydawnictwa. wskazywały na to. przysięgali. cię ko dysząc i wskazując za siebie. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. Jak tylko my otworzyli wagon. Mnie się wydaje. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. ró ne rzeczy się zdarzają. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. coraz liczniejsze. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. ani „dzień dobry”. Spodziewał się. e oni w drodze ju trochę pisali. tylko chycili za pióra.I jeszcze jedną wódkę. to ani Boga nie pochwalili. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. nic w ogóle. Było dopiero wczesne przedpołudnie. który go drą ył.. Kto ich tam wie. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. po namyśle.. e na mieście działa się jakaś sensacja. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. nie wiadomo skąd. Miarowym krokiem.. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. — . ale pełnych niepokoju. Wszedł do restauracji. ale więcej ju nie mógł. Piszą? A tak. Ich glosy były pełne podniecenia. jakiegoś niepokoju. Ze zwieszoną głową. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. Ale telefony. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . przebywając to w piekarni. wajchowych. przy akompaniamencie werbla. nie posiadając się z zachwytu.. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. Nazwiska nic nie mówiące. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. ale słabo. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. U nas. — Nie ma za co. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. Z wiadomości. oświadczyli. z surową rezerwą. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. to w barze. coraz mniej trzeźwego. Panie Józiu. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. opuchnięty alkoholem sen. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. zatopiony w myślach niejasnych. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. choć grzecznie. Ale teraz jeden skoczył po bułki. bo zjedli wszystko. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. Zachowywali się powściągliwie. co mieli na drogę. Pracownicy. a którego bezkształtność tak go męczyła. cały czas piszą. Obudził go telefon. Jeden z nich miał werbel. Natomiast lektorzy. — A. Widać z daleka są. którzy rzucili się do okien.

przyciskając do piersi skrawek. cicha błogość malowała się na jej twarzy. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. chocia spodziewał się. aby wciągać. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. niedoścignionym utworom. ale i krytycy poczuli się zagro eni. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. hodowla słabła. znajdujące się aktualnie w druku. poplony w niebezpieczeństwie. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. a kiedy dowiadywali się. prawdopodobnie do kawiarni. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. być mo e. tym razem taksówką baga ową. Przeszukał najpierw biurko. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. Analiza potwierdziła przewidywania. Przytrzymywała arkusze oburącz. a pragnienie męczyło go nieznośnie. Niema. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. potem cały pokój. jakby dokądś się spieszyli. Le ała. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. po prostu nie były potrzebne. a to dzięki temu. Więcej: coś nieziemsko. punkty zaczepienia. podstawy do jakichkolwiek artykułów. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. ale zaczęła stawiać opór. co się dzieje z młodocianym geniuszem. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. co znajdowało się na biurku pana. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. W ostateczności dotarł do kuchni. zarówno przez lud. ale przecie niedoskonałe. Krytyk za ądał. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. e zniknęły wszelkie niuanse. Ale rękopisu nie znalazł. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. Po okresie. szukać ich po pracowniach pisarzy. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. e. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. Nareszcie zadzwonił krytyk. podorywki były zapóźnione. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. wcią zaglądając do nich. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. Arcydzieła były tak bezsporne. Nie tylko powieściopisarze. Dzwonili tak e znajomi. tej samej jakości. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. Arcydzieła. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. A poza tym ruszenie czegokolwiek. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. Był to pierwszy telefon. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. Oracze odrywali się od pługa. być mo e i bardzo dobre. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. Nie wierzył własnym oczom. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. jak i przez wysublimowanych znawców. eby czytać. Daremnie. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. e wszystkie inne powieści. e uciekł. który oddarł się od arkusza. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. pytali. Przedwczoraj. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. spełniające wszystkie postulaty. Dotychczasowe powieści poszły w 118 .

obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. Bajkopisarz pomykał leszczyną. a potem przejść do sprawy. e uda mu się podjąć zaliczkę. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. Miał jednak nadzieję. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. niepotrzebne. Przewodniczący zagaił pokrótce. odgłosy kroków. a tak e sekcje: utworów estradowych. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. Autentyści szli tak. inni od obrządku. i weteranów. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. Po drodze spotkał znajomego. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. powtarzam. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. Okazało się. 119 . Gości zrewidowano. Okazało się. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. jeszcze z dawnych czasów. szelest rozgarnianych liści. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. jak kogo zastały wici. Tak walił ten naród. zapomniane przez wszystkich. librett wszelkiego rodzaju. gwarny. a nawet literatury dziecięcej. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. zewsząd przybywały wcią nowe watahy.. które niebezpiecznie prześmiały się. — Mam pewien pomysł na sztukę. Przypomniał. — Oni tam ju są. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. ogólna zgoda. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. krótkich monologów cyrkowych. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. prowincjonalnej stacji. jak stali. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. od strony grobli. Nie widział innego wyjścia. W teczce niósł kilka swoich wierszy. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. zszarzałe. tajemniczych autorów. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. zaczął padać deszcz. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. od obejścia. znakomitego poetę. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. Tym posłano w alkierzyku. niektórzy wprost od udoju. Młodzi walili starodrzewem. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. dyscyplina wzorowa.. Nastrój panował powa ny. Niebo było pochmurne. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk.Ogólna zgoda.. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. Kraj czytał tylko nowych. zdyszany. Zebrani zgodzili się. jurny a buńczuczny. Skręcili w ulicę. napisanych z niemałym trudem. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. zajmującego się drukowaniem poezji. Teatry satyryczne były ju opanowane. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. A teraz ustalmy fakty. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. przy której mieścił się teatr. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Teraz przyszła na nas kolej. Realistów. nagle zaćmione. łamanych niewidzialnymi stopami. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. Widzę tu i młodzie .. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę.

W obliczu ABSOLUTU..I powtarzam raz jeszcze.. czuuuwaaaj. Wszyscy. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. Więc zwa cie. są bardzo nikłe. jak tu jesteśmy. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. Cichym. operując faktami i statystyką. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. Oddaj mi pan blok-notes!. Powiedzmy to sobie otwarcie. Nikt nie spał. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. stali się oni ulubieńcami wszystkich. 120 .. spodziewam się. — . — Po tym krótkim występie pragnę.. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. Śmiem twierdzić.. tajemnicy.. Wtedy my. Wielkie poruszenie zapanowało na sali. zamiast zaśpiewać „hosanna. po pięciu ludzi. koledzy jak by to wyglądało. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia... a zajmują się tylko tamtymi. Wniesiono arówki elektryczne.Nie mo emy się więc dziwić. choć jej szanse. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości.. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy. Co jest?! — .. równie mia d ące. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. Nie tajemnicze promienie. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki.. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. dobitnym głosem. A tu nagle zjawiają się ci. tak zwane skryptony. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli.. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. a nie na in ynierów.. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. Ale nikt nie przeczuł. oto osiągnięto oto objawiono. zresztą nie tego od niego oczekiwano. morderczo utalentowanych autorów. Na nasze nieszczęście los padł na nas.. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw.A teraz kilka słów wyjaśnienia. nawet rodziny. fachowców słowa. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. brat wydziera bratu. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — .Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. rzeczowo udzielił informacji. Zebrani dowiedzieli się więc. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. e nie odpowiem publicznie na to pytanie.. Przybycie ich okazało się dla nas. przyznaję to.. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU.. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie.. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. tajemnicą. którzy od progu są samą doskonałością. drukarnie nie mogą nadą yć. Głosy: — A co ze stypendiami?!. bardziej utalentowany ani lepszy. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. jeden od drugiego. które dotąd yły zgodnie. którzy spełniają nasze marzenia... ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. zamiast się ukorzyć. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. takie zebranie przecie zwołujemy. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony.. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI..

beznamiętnym głosem. Było to wszystko. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. Zwrócił się więc do zebranych. Odwa ni. Spotykali się z ostrą odprawą. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. a to powiedzieć nam trzeba. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. e geniusze od ywiają się skromnie. przed spaniem uprawiają przechadzki. osiwiały w pisaniu. ale zdrowo. drudzy czytają to. Tam. okazała się płonna. kupić się. które wska emy.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. rywalom odpór. geniusze piszą równo. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. w pojedynkę. Był to mą słusznego wzrostu. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. osłania ją ogniem. sklecić z nich nie sposób. potem na zmianę. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. Tedy. a to z braku samokształcenia. my zaś w rozproszeniu. harcowników modą działamy. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. niezwłocznie rusza. prywaty poniechać. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. aby zgłaszali propozycje. Wtedy powstał człowiek. eby rozjaśnić arówki. Tam obóz warowny zało ymy.. dać mogące. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. geniusze razem a równo piszą. co zdołali przedsięwziąć. czasowy choćby. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. który dotąd siedział był jakby na uboczu. zaiste — piękny to był widok. le ąc. półzwierzęcia.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. Ktoś domagał się. tam pacholę ściskało 121 . Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. z barłogu się porwał. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. wykujemy dzieła krzepkie. Regulamin ten przewiduje. a psy wyć poczęły. zda się. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. Dopiero teraz. myśli jednej. przewodniej. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. po przegotowaniu. Unikają zadymionych lokali. Głosy: — . Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. w głębi nieco. w myśli i talentów koncentracji. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. podczas gdy druga. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał.. Tak więc nadzieja. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. Podczas gdy jedni piszą. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. bracia! Sejm nasz końca dobiega. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. Przejmująca cisza zaległa na sali. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. eby po prostu bić czytelników. a smolarz. udowodnił bezskuteczność tej metody. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. wszyscy pojęli grozę sytuacji. w dyskusjach i sesjach. które miał ze swoją gospodynią. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. Szmer przeszedł po sali.

którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. stentorom swym dając folgę. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu.. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. ramię przy ramieniu walczył. Hetman długo mu patrzał w oczy. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. wtedy w barze. w trzcinę się zmienić. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. ni owo — stwierdził. — Idź — powiedział. Nie takie racye bywały. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. choć na zewnątrz duch był dobry. Hetman obchodził działa na wałach.. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. Opodal kroczyli namiestnicy. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. Noc przyjęła go lodowatą. Te.. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. Oni zaś szli weseli. Jeszcze przed północą. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. ale istnienie samo w sobie. bo blask od okularów i czół wysokich bił. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. Obowiązki swe spełniał. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. — Pozwólcie.. jak siostrę rodzoną. odsłaniały księ ycową tarczę. i trapił się. a nawet onami. jak to początków zła sięgała jego obecność. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. w patio siedział. galopujące po niebie. Przedrę się. głos zabierał. zieloną księ yca poświatą. w szuwary się zapadł. — Ja pójdę. — Nie widzę. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. dziwując się strojom cudzoziemskim. idei. Nikt złego słowa. Chłopstwo wybiegało przed chaty. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. do dna przypaść. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. 122 . on jednak pamiętał. bojowe pióro. rzędom i szykom. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. A jednak. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. artami sypiąc. obejmował. tu i ówdzie. pomysłów. za to były dobrze okopane. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. Czasem chmury. z dobytymi maszynami do pisania. Powieściopisarz. — Skar ą się. szczęśliwie ominąwszy łęgi. Powieściopisarz. jakby nie ku trudom. ale ku zabawie. rzeka przybrała barwę ołowianą. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. tez. ślubnych. Wasza Przewielebność. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. Brakowało tematów. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. oczy mru ąc. niósł za Hetmanem jego cię kie. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. Nie było ich wiele. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. Mgły wstawały z łęgów. I w samym obozie nie działo się dobrze. wątków. — Nic to. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. starając się do wodnego ptaka upodobnić. tam. panie — powiedział.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. Płacz i radość uczyniły się powszechne. które jeszcze pozostały. pod wieczór. co w tylnych rzędach się znajdował. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. wtedy zamierał bez ruchu. Szły więc pochody wśród sadów białych. — Ni to. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. e za małą mają racyą. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. lud to ciemny — na to Hetman. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski.

Za nim dąb olbrzymi. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. Opiera się oń plecami. śmieje się. pierwszy promyk nadziei zaświtał. z prochów gwiezdnych. Przynajmniej od tyłu coś go określi. posuwał się mozolnie naprzód. lampę swoją łagodną. rozło ysty. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. Coś zapluskało opodal. Brzana? Kurka wodna? A mo e. na powrót noc czarną czyniły. ostro nie stąpając. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem.. 123 . Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się. ale przecie ludzką. Serce mu się ścisnęło.. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. Gdy wspiął się na zbocze. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. Cofa się powieściopisarz..Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. pracę swoją literacką. język siny wyciąga. co przyszła skądś. będzie polemizował z ABSOLUTEM. Obejrzał się. Obóz pozostał daleko w tyle. pełną usterek i słabości. kosmate. a kiedy obłoki wełniste. palonych przez stra e. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek..

Otworzyłem ten list odruchowo. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. ani z drugiej strony. Nie byłoby w tym nic szczególnego. i pieczątkę mo na sfałszować. e ktoś. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. Ów gest umyślnej pogardy.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. Nie zwrócono go. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. w którym się zatrzymam. Mogłoby się wydawać. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. dotknięty. Liczyłem. w pociągu. Ju na dworcu. — To chyba nie roztargnienie. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. Ale skąd wiedziano. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. obel ywego rozczarowania. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. czy list jest t a k i . Jestem śledzony — pomyślałem od razu. Nie art. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. Zresztą nadawca był nieznany. e list nadano w miejscowości. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. Poni ony. I datę. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. a tak e kilka następnych dni. e list był wysłany dwa dni temu. e mnie nabrano. bo trudno się było spodziewać. 124 . Ale data stempla świadczyła. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. usłyszawszy moje nazwisko. eby to mógł być art. czyli zabić. e dałem się nabrać. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. którzy swoim zachowaniem się. ruchów czy języka zdradzą się. Rozdra niony. e znowu znajdę pustą kartkę. mógł się znajdować prześladowca. zupełnie czystą. ale więcej osób. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. sądząc. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. Gest był więc na mój własny. Ale jak się przekonać. wewnętrzny u ytek. unoszącym mnie z powrotem. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. napisze do mnie list stamtąd. e list czekał ju na mnie od wczoraj. Wszyscy wiemy. Mogło się zdarzyć. portier. e tu przyjadę? Portier twierdził. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. zaledwie pociąg stanął. Z pieczątki równie wynikało. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. wyglądałem podejrzliwie na perony. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. e mo e spotkam znajomych. nie zapisaną ani z jednej. A jednak to była znowu pusta kartka. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. nieprzezroczystych kopertach. a raczej brak treści. oczekiwania. To nic. art nie wchodził ju w rachubę. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. jak gdyby w tłumie podró nych. niepowściągliwością twarzy. wrzucając list do kosza. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. autor artu. czy zwyczajny. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę.

Sympatyczny atrament! Pismo utajone. Dobre samopoczucie ustąpiło. perfidii i ostro ności złoczyńców. e był tylko środkiem. byle artykułowane. w jednym z najdalszych zakątków kraju. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. pustych listów było napisane chocia : „Ty. pełnej za enowania i dobrego humoru. potrzebowano. A uświadomiłem sobie. gdyby w którymś z kolejnych. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. kto rozporządza takimi środkami. które mogły kierować nadawcą. Pojawił się strach. niestety. to. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. ile w tym uroku. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. a powstrzymywana wstydem. znający na wylot obyczaje zwierzyny. 125 . Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. — myślałem z lisim. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. Co noc barykadowałem drzwi. e tak dłu ej nie mo na. mo e wezwanie. zamieniło ją w pensjonarkę. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi.. być mo e całą organizacją.. ądano. Zobowiązanie bez ograniczenia. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. Mała? Zastanowiłem się. to kto wie. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. który nie dawał się złapać za rękę. Nie. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań.. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. byle jakie. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. Przewodnik. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. nie zasługuje na to miano. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. rodzaju. Trzeba więc powrócić do mniemania. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. Ju sam fakt. Za długo ju trwał ten flirt.. To jakaś wielka dama. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. mo e czegoś ode mnie chciano. mo e polecenie. Te listy nie mówiły nic. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. czy to jest sprawa serca w ogóle. przysłonił oczy dłonią. ka da inną. nic więcej. Nie były to prymitywne. — Biedna mała. aby nie nale ało wątpić. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. O. ktoś na skalę międzynarodową. e kartki były czyste. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. e list nic nie znaczył. świadczył o sprycie. ktoś. sam w sobie. bez intencji. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki.

to była ta sama koperta. poszedłem na sam brzeg. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. machając niebieską kopertą. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. Wszedłem do wody. czy te mówię prawdę. czy kłamię.. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. na pewno nie. Nie otwierając. Koledzy. Za późno.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. A je eli? 126 . gorączkowo rozgarniałem trzciny. papierki rozmiękły i poszły na dno. Udając. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. — E. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. ebym mógł się łudzić. po ramiona. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. wypaliłem. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. przeklinali mnie głośno. Ściemniało się z ka dą chwilą. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. No có . — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze.. Słońce ju zaszło. zapadałem się po pas. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. Wytę yłem wzrok. to dzika kaczka. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. Było ju prawie ciemno. Brodziłem. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. wplątały w korzenie wodnych roślin. e nie wiem. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. którym je wszystkie adresowano. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. dobywając całej umiejętności. mo e tam nic nie było. e chcę przeczytać list na osobności. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. z lewej. czy ten przedostatni. Tak. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie.

Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. Sprzedawca. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. Pod jego brązowymi oczami. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. przydałaby 127 . W tym celu kupiłem psa całkiem małego. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu.. niosąc zapach poruszonej ziemi. o wyrobionym poglądzie na ycie. niestety. Ale. Mę niał w oczach. ale stanowczo trąca mnie w plecy. Poprzez drzwi. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. powiększa się wzrost. uległy. Pewnego ranka siedziałem. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. tkwiło w sferze psychiki. rozpogodził się. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. wstałem. I teraz dopiero. słowem wszystko to. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. rozkazująco. — Ej. z końcem ostatniej zimy. pełnymi teraz niepokoju. Nie wspominając ju o postępie filozofii. coś go zaczęło dręczyć. Dorosły pies. który gwarantował za czystość jego rasy. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. Co chwila dotykając nosem świe ej. bo szczeknął na mnie krótko. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. szeroko otwarte na ogród. kiedy osiągnął dojrzałość. wstając ze zdrętwiałych kolan. Wtem poczułem.. jak tę eje mu kark. wyprowadził mnie do ogrodu. Nie było ju co ukrywać. niewidoczny dla sąsiadów. w której chodziło o to. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. apetycznej trawki. ale nie wiedziałem. Chciałem. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Wynik był z góry przesądzony. jak mu pomóc. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. co go gnębiło. Wszystko. okazał się uczciwym człowiekiem. kotki i pszczółki. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. dokładnie w chwili. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. co słabsze. ty. Rozczulają nas tylko małe pieski. potę nieją barki. eby był moim wiernym przyjacielem. e w razie czego damy sobie z tym radę. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. napływało łagodne powietrze. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. Stał się wielkim. Liczyłem na jego młodość. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. Miał na tyle delikatności. co cieszyło mnie tym bardziej. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. mocnym psem. jak zwykle. e wybrał najdalszy kąt.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. Był wierny. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. ty! — pogroziłem mu palcem. pojawiły się cienie. A przecie był ju dorosłym. lojalny. Nacisk nie ustępował. o czym wiemy. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. opiekuńczość. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. Źle sypiał. myśląc. kanalizacja. e zimny nos delikatnie. wzdychał. w swoim gabinecie. szczeniaka. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. oddany. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. Pies był z rasy owczarków. osiągnęła takie natę enie. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. Dopiero kiedy padłem na czworaki. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. Widocznie to. na szczęście. ywy i wesoły. Pies był zupełnie mały i słaby. Piesek chował się dobrze. Postępując za mną krok za krokiem. Bardzo mnie to martwiło.

ruch ziemi i gwiazd. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. najlepiej jak umie. jak się uło yła. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. Szalał z radości. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. która. Więc nie robi tego tylko dla siebie. dość zasadniczy. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. ale wtedy właśnie wykrył. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. ale ju za późno. w warunkach nienaturalnych. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. e jakiś prostak. udając. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. odruchowo odmówiłby psu. Pies jest zdrowym. a yje w mieście. zdopingował go do jeszcze większych starań. Je eli padał deszcz. 128 . e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. Jestem istotą myślącą. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. eby go ucieszyć. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. tak znaczny. niesłusznie. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. rozumiejąc zło oność zjawisk. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. buszując na pozór łakomie wśród traw. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. Po to została mi dana świadomość. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. Ukryty za krzewami patrzyłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. Poza tym. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. Zresztą. podświadomość i nadświadomość. znęcaniem się nad zwierzętami. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. e. czy w ten sposób nie okazuje mi. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. Je eli uznał. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. znajomych. Cechy moralnie dodatnie. Mój postęp. Rytmicznie jednostajne. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. pilnie wietrzył. kupiłem sobie dzwonek na szyję. Obiegał mnie umiejętnie. Mo liwe. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. na drodze do naszego wspólnego ideału. którzy przyszli uciąć pogawędkę. Obserwowałem go niejednokrotnie. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. nieinteligent. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. no. czy ktoś się nie zbli a. jaką ja reprezentowałem. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. normalnym okazem. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. Liczyłem nawet na to. najczęściej. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję.

W progu stał on. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. otworzyła drzwi. Wyczerpany patrzyłem na niego. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. wnieść zamieszanie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. Długo. nie ma co. Szła ku mnie aleją. Wzruszałem go najwyraźniej. Było to przed godziną wypędu.. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. Tak. pobudzać ambicję. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. znajomych i w ogóle wszystkich. Wywiązała się ciekawa dyskusja. Podniosłem głowę znad soczystej trawy. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. o której przez omówienie wspomniałem na początku. Nie mając innego wyjścia. ale goście tak dobrze się czuli. Mówiłem ju o listonoszach. — Sądzę. ale wiedziałem.. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. ogólnie rzecz biorąc. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. Być mo e. z jaką upływa czas. Stado. wyobraźnię. morda w twarz. Wiedziałem ju . 129 . trzoda — oto. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. w góry. jak zwykle. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. to prawda.. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie. rozmowa stała się tak interesująca. Opadłem twarzą na trawę. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. gotów byłem zrezygnować z wypasu. ale teraz zrozumiałem. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. e miałem ograniczoną swobodę. — Wracając do El Greca. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami.. pragnienia. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. Twarz w mordę. nie wiem: do mnie czy do siebie. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. Tak. ni nam się wydaje. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. Poznałem ją z daleka. nie ustąpi w adnym wypadku. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. Być mo e.. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. — To mówiąc. o czym świadczyło choćby to beczenie.. e mój poczciwiec. byłem w jego władzy. Tak więc. Sytuacja stawała się groźna. uło yły się stosunki między nami. Co do mnie. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. e dał z siebie wszystko. e od razu domyśliłem się wszystkiego. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. nie wiedziałam.. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. chce być z nami. Trzeba przyznać. nie wiem — dlaczego. uśmiechając się. Była to właśnie ta kobieta. ni to mszyce. I dodałem: — Nie ma co. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. — Ach. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. niepokoić. Właśnie wypasałem się. zanim zdą yłem przeszkodzić. eby powstać z czworaków. w alei nie było ju nikogo. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. — Na halę nam iść. kulturalnych. braciszku. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. ale nie zwrócono na to uwagi. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. mną. On na mnie..

wnet ruszyłem w drogę. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. Nie był to kamerdyner. W górach — jak to w górach. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. — No. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. dając jednocześnie znak słudze. Polował rzadko i tylko w miarę. Wieczór ju zapadał. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu.. Zamek. ciemnej. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. Za fotelem księcia. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów.. przy śniadaniu. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. a tak e zapolujemy sobie trochę”. cię kie powieki. abym. chrupiące kroki. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości.. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. ale dobrze go znałem. wśród łańcucha szczytów. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. Nasłuchiwałem. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . Był to niewielki. i zasnąłem powtórnie. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. Uchyliłem drzwi.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. Po słonecznym. lecz ulubiony strzelec księcia. na południu. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. ju rzuciłem się do odzie y. — E. Podbiegłem do okna. Wiosna panowała ju niepodzielnie. Pogoda była tak piękna. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. ogorzałej. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. Słyszałem. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. chrzęsty i miękkie stąpania. stanął sługa osobliwy. Szajsen. — Jezus Krist nie dopuść. aby napełnił pucharki. im dalej zapuszczałem się w pogórze. Wzywał mnie. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. Odzywała się rzadko. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu.. tak e i później. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. stary jeger o twarzy pooranej. ale na korytarzu ju nie było nikogo. tyle. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. milcząc. Nie widziałem księcia od wielu lat. Uradowany. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną.

łowiecka nazwa. Nic jednak nie dałem znać po sobie. my będziemy polowali na śniegusy. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. we dnie zatrzymują się byle gdzie. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. powstają. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. Schneemann. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. kierują się na południe. wcią na południe. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. parowach i zagajnikach. łączą się teraz w gromady. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. w górach. za przyczyną rozbawionej młodzie y. — Jedni polują na daniele. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. przebywają setki mil. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. jak wszystko w naturze. w miejscach ocienionych. nadtopione. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. a tu. próbują walczyć o ycie. inni na kozice. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. tym ich więcej. ale inną jakąś istotą. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. odstawiając pustą szklankę. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. Jedne okazałe i kunsztowne. a młodzie . — He he! — wołał podochocony ksią ę. nawet pewne tajemnicze zjawiska. ze środkowych równin. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. zaskoczone wschodem słońca. Męska. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. ze strachem i wstrętem. prowadzone niezawodnym instynktem. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. jakby nagłe zimno ją przeszyło. po naszemu — „wintercwergi”. nie uwierzę. Co więc robią? Nocami. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. Zauwa yłem. Niektóre. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. wkraczają w krainę chłodu. który wiesz. Śniegusy z najdalszych stron. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. znudzona długotrwałą zimą. Ale oto zbli a się wiosna. to śniegus. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. e przychodzi ich kres i. — Nie. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. Zdobią one podwórka i place. robi się coraz cieplej. jakby nie przed człowiekiem. Skruszałe. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. Wędrują najpierw pojedynczo. — Wiesz zapewne — ciągnął. dla igraszek i figli. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. — Zapewniam cię. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. Tylko sługa pozostał nieporuszony. e zawiodę jego oczekiwania. — Mo na i tak. ksią ę. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. Ale to nazwa dziecinna. inne niezdarne i prostackie. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. Śniegusy dobrze wiedzą. znad samego morza. ku górom. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. Im bli ej gór. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . stoją wzdłu gościńców.

dziecko. — Przyznam się. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. e poluję na „Schneemanny”. — Och. — Dobrze — powiedziała spokojnie.. — O tym myślałeś. Strzelcy. Ledwo wypowiedziałem te słowa. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. —— zaczął ksią ę. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów.. — Nie chciałam o tym mówić. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. uprzednio osaczonego przez nagonkę. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. — Ma mi to za złe. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. powstrzymując mnie ruchem ręki. — No. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . — Powiedz mu! Powiedz mu. e zerwałem się z krzesła. właśnie pan. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. i podgrzewali go z bliska. przybywasz w samą porę. — szepnęła.. zawsze było uznawane. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. nawet przez Kościół. Odpowiedziałem. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. ycząc sobie dobrej nocy. wszystko! — zawołała. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. Skądinąd ma on gołębie serce. Śniadanie podano w sklepionej sali. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. mniemając. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji. dalibóg. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. które. Nie ma to jak polowanie na śniegusy.. Znany jest przecie jako największy. Siedziała naprzeciw mnie. — Wiedziałem. wyprostowana. nie mówmy o tym. nie są takie straszne. Zresztą pan. na drugim końcu mahoniowego stołu.. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. ale nie chciałbym. parzenia kawy lub herbaty. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. e tak. — Dosyć! — powtórzyła. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. pragnąc rozproszyć to. ju ich po ałowałem. e niczego bardziej nie pragnę. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. Prawie nie tknęła po ywienia... Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. có ? Polowanie. nacierali na „Schneemanna”. nawołując mnie. 132 . Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. w całym zamku szykowano się do wyprawy..Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. powinien znać całą prawdę. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. choć nie przypominałem sobie. i potrzebna jest jej pomoc. Panna milczała. — Jak pani sobie yczy. jak polowanie — odparłem. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków.

Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. e śniegusy lepione w kraju. a w głębi parków. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. Polowanie zaczęło się. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. ponad 133 . jak mi się zdawało. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. e olbrzymi śniegus. omdlewają dziecinne rączki. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. a zetknęły się nasze strzemiona. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. nie tyle do mnie. ale zapomniał dodać. licząc pewnie na to. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. gra przypadku. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. To rzeź. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. ciepły poranek zaskoczył na drodze. wyjechał przed bramę. Zatoczyła koniem. gdzie w zielonych. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. Nagły rumieniec oblał jej policzki. dobrowolnej zabawy. Piękny to był widok... mając mnie u boku. z nutą podziwu. Umilkła. kierując te słowa. wychodzą parami na dwór. Nietrudno się domyślić. nie dowierzając własnym oczom. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. Pan myśli. odziana po męsku. A czy pan wie. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego. od stworzenia ofiar samych. Johann oddalił się. Podnieceni kucharze donieśli. kto stoi za tym wszystkim. ukartowana od samego początku. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. zakradł się i zamknął w lodówce. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. to. podczas zwyczajnej. szyję i piersi.. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. jak mówi wuj. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. ile pewne jego okoliczności. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. ślepo oddanych wujowi. lepi się je na gwizdek i rozkaz. — Sadysta? — dokończyłem. Minął nas ostatni jeździec. zimowy świt rozjaśni podwórza. wuj jest opiekunem sierot. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. ile do panny. a sam. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. widać. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. Pod komendą opiekunów i wychowawców. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. Milczenie przeciągało się. Wystraszone. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. ani opanować swojej radości. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. Szli przodem naganiacze. w zgrabnym toczku na głowie.. którego. iglastych. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. Nagonka ruszyła ju wcześniej. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. Przemarzają. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki. śniegusów. z krótką tylko przerwą na obiad.

i stado śniegusów wpadło na polanę. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. kryli się doje d acze. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. Stał tam ktoś. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. którzy pieszo. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. mosię ny. Ogromny. Gdy śniegus. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. z boku. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. zupełnie blisko. Ci śmiali chłopcy. — Ciepło. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. a za nim dru yna. — Ciepło. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. Byłem bez prymusa. ciepło! Rany Boskie. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. ławą lub pojedynczo. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. Nic jeszcze nie słyszałem. zimującej jarzyny. inkrustowany macicą perłową. bezszelestnym oczekiwaniu. 134 . Przed nami ukośnie. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. a do stanowisk strzeleckich. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. przystępowali i kończyli dzieło. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. nie mogąc się skutecznie odsunąć. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. gdy górował u szczytu polanki. jakiś cień przesłonił polankę. który. Gdzieś tam.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. tym samym spełniając yczenie prześladowców. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. który — podczas gdy inne. doskonale zarysowanej linii. Długi nos ze zdrowej. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. lecz podnosiły się z bezpiecznych. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. Zasyczał dwupalnikowy prymus. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. Zatętniły w lesie kopyta. na ostrym. nakazaną mu przez naturę. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. wynurzał się na polanę. Zbli aliśmy się do ostępów. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. ale wytę yłem wzrok. rozpościerali koce. jodłując. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. pokryta śniegiem. Puls bił mi w skroniach. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. spędzonej w ober y. Cała głowa. byli pierwszymi. Jak e był piękny w swym ogromie. w której decydującą rolę grali doje d acze. o mocarnej. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. w którym ten prę ny kwiat. Głuche. po chwilowym osłupieniu. osadzona na zwartym. w galopie. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. kulistej głowie. mieliśmy odbyć pieszo. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. nie zsiadając z konia. stromym stoku. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. doje d acz. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. Dalszą drogę. le ała polanka. pochyleni w kulbakach. jeszcze przera ony okrzykami. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. Sniegus. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. spełnił swoją powinność. z prymusami o płonących ju palnikach.

przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. wydostały się bezpiecznie z obławy.. szukające u nas schronienia. jakby nieobecnym. zmieszani w dzikim popłochu. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. a tym samym obiecywać mu. wszystkie. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem.. obrastał w nie i. nieobecne oczy panny. wpatrywała się w kierunku. przynajmniej jeśli chodzi o nie. te kobiety. wiadomo. Ksią ę zarządził odwrót. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. — Widzę. zginie Orle Gniazdo”. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. łamać się zaczęły i spiętrzać. którą przeszły szar ujące śniegusy. a gdy zima minie. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. aby później. wyprostowana. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. hołubić i dogadzać. a za mało wiadomości. a potem.. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. z uczuciem. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym.. — wskazałem ręką ku górom za oknami. przynosi nieszczęście. są i będą. Znasz mnie chyba na tyle. nie zabierałbym głosu. który. na kształt ruchomego wału. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. odciągając go na czas z drogi. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. która.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i. mój drogi — odparłem.. gdzie powoli wsączała się ciemność. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. rzucili się na boki. e bałwany były... którego określić nie umiałem. biały tuman przyjdzie z gór. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. kocem!. ośmieszone. stwarzać je. ale było ju za późno. i to rękami sierot. głośno zawołał: 135 . e gdyby tylko o to chodziło. którego nie umiałem nazwać. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. spotkaliśmy się znów koło kominka. udając. próbował. Panna nie była jeszcze gotowa. Przed kolacją. po to tylko. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. staczać się począł na księcia i towarzyszy. Polowanie. jakimikolwiek powodowany pobudkami. doje d acze i prymuśnicy. wirując coraz szybciej. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. obracając wszystko w art. bezlitośnie je tępić na wiosnę. Dosyć zresztą. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. ze szklankami w ręce. w górach. aby nie mieć złudzeń. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. — Wiem wszystko — powiedziałem. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. — Ach. przybrawszy postać lawiny. zmieszany ze słońcem. Nie wiem. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. — Ale wiem du o. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. abym. przebrani i odświe eni. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. — ale ju nagonka. na pół z niepokojem. — Masz rację — poprawiłem się.. e polowanie na śniegusy. kiedy i tak są ju niepotrzebne.. to nieuniknione. tam. e nie rozumie. Nie lubią mnie tu. ale powoływać je niejako. Wśród gminu istnieje nawet legenda. pod przewodnictwem olbrzyma. Korzystając z lawiny. Ale dobrze wiesz.. podnieśliśmy się z kryjówek. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. — Nie.

podkręciwszy obydwa palniki. Spoczywała z wdziękiem. widząc te głownie w oddali płonące. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. — Podobno opuścił zamek. — uzupełniłem. Ksią ę podszedł do niego. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. — Jak to? Nie wiedział pan. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. Tylko oczy pozostały te same. Ksią ę. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. z prostotą. Postępowałem o kilka kroków za nim. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. wspinające się w zygzakach ku niebu. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. — Myślałam. Ale niepotrzebna była mu broń. tu za nim ksią ę i ja. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. chcąc przerwać milczenie. który dzisiaj przyszedł z gór. Świtało ju . półle ąc. Nic więcej nie wiem.. Po egnałem się szybciej. — Czasami. Ale w dolinę schodzi rzadko. krzepka bryła. tak wystawny. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach.. Wszystko taje — dodałem. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz.. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać. Przodem Johann.. w szpitalu. spoglądając na ró e. co ujrzeliśmy. Ogromna. — Nie ma jej w całym zamku. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. To. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. Zresztą nie chciała le eć w zamku. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. lśniące i matowe.. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. Konie dawno pozostały w dole. Spojrzałem na księcia. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. Zauwa yłem. Przed nami otwarło się wejście do groty. wymagało raczej hartu duszy ni orę a.. nie był w stanie uczynić nam nic złego. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. kto woła w gorączce. Zapalenie płuc. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. wymagało opieki lekarskiej. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. W półmroku stała jakaś postać. długiej i czerwonej marchwi. ółtych i okrągłych. przywitała mnie yczliwie. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. Pośrodku groty klęczała panienka. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. które się wywiązało. zapuścił się w grotę. Odwiedziłem ją znacznie później. a i górale okoliczni nie 136 . Zaiste. — A. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. na nizinach.

ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi. 137 .

Doszło do tego. Nieprawość ogarniała mnie. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. uderzyć w twarz. przewrócić. e mo e on zawróci. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. 138 . Złodziei. To jeszcze zwiększało mój niepokój. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. Nawet w dzień panował tam półmrok. całe to moje podręczne obejście. kiedy patrzyłem na nich. czystym i higienicznym sposobem ycia. Podłoga. Có z tego. jak nale y. Na ulicy. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. e zostawi mnie samego. ka dy mógłby mnie okraść. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. chronionego przez sztuczną. Nienawiść. W kącie wartowni. nie cieszyłem się tym przywilejem. opodal balustrady. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. awanturników o muskularnych ramionach. Oto nieraz nocą. Bałem się ludzi. nawet na schodach. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. pogodą. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. a wreszcie stało się nie do zniesienia. tchnące zdrowiem. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. z otchłani miasta. pijaków. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. e czułem się rozczarowany. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. nawet w pobli u komendy. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. a ciemna groźba unosiła się nad nami. a eby całymi dniami wypatrywać. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. Lęk towarzyszył mi stale. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. rękę ju wyciągniętą. teraz obezwładnionej. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. przystosowań. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. urzędową potęgę. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. pod czystą białą powłóczką. Będąc człowiekiem wolnym. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. do wspólnoty. Okno wychodziło na ślepy mur. zawodowe po ądanie. jaką w nich budził mój schludny obozik. Z wewnętrznym dr eniem. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. W lokalu było duszno. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. Kupiłem namiot. Patrzyłem na nich godzinami. co więcej. przygotowywałem się na ka de spotkanie. wydawała niemiły zapach. Po to na bezludzie. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. e wtedy wezwałbym policję. plastykowe kubki. Do wartowni wprowadzono ludzi. Byli to przecie zbrodniarze. Ale czułem. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. spokoju. lśniące rondelki. có nawet z tego. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. Być sobą. Nie. podciągniętą pod brodę. zało yłem biwak. opieki. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. Sadyzm człowieka słabego. skurczem.

zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. szerokie barki. e na zewnątrz nie ma wartownika. 139 . Uciekłem w ciemność. Stwierdziłem z ulgą. — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. — Wychodzę za własną potrzebą. kiedy go wyprowadzono. Myślę. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. Przed chwilą zabił człowieka. — Tak? — na to sier ant. Przyczaiłem się na korytarzu. Mój Bo e. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. — To mo e powiecie nam wobec tego. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp. Porzucając mój obozik. do czego by to doszło.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. urządzony tak pracowicie — uciekłem. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. to on! — krzyczał tamten w celi. Małpie.

— Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. wrócił z wiadomością. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. Barykada. Zapytałem go więc tylko. — Strzelać nie umiecie. e przydzielono mi ju zadanie. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. Nie bójcie się. po prawej stronie. jak to zwykle bywa. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. e przed moim domem. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. dłubał zapałką w zębach. Patrol. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. ebym du o czytał — odparłem. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. Ale nie mo na powiedzieć. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. Słońce wzbijało się coraz wy ej. Garnek te się przyda. widocznie pragnąc zyskać na czasie. eby dojrzały. W jednym z okien na drugim piętrze. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. akacjowa szafa. zdą ający do centrum miasta. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. — Jak sobie pościelesz. Zadowolony.. Przywołałem go cichym psyknięciem. na targ. Jej centrum stanowiła ogromna. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. Ogarnęła mnie zazdrość. kapusty. stawiać je na kwaśne. przyło ona arkuszem blachy pancernej. Ka dego ranka wychodzić po mleko. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. Musieli ją wznieść niedawno. które zazwyczaj trzyma się na szafie. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. Poło yłem się na wskazanym miejscu. ktoś wywiesił białą chorągiew. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie.. Widziałem. z obawy przed dowództwem. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. — Tak jest. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. Dzień zapowiadał się prześliczny. wzdłu barykady. na ulicy. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. wysłany tam przez komendanta. czy nie?! Zagadnięty. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. Kiedy zbli yłem się. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. — Inteligent? — zapytał krótko. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. potem to mycie garnka. Pomidory. które mogłoby na to krzywo patrzeć. Spełniłem rozkaz. co o tym wszystkim sądzi. Wszczęto śledztwo. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. eby mi przyniósł jasiek. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. rozsypały się tu i ówdzie. Zamierzałem go posłać na górę. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. Chciałem walczyć. oni nie podsypują du o prochu. stoi barykada. wyglądający na przywódcę. 140 . Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. potem wracać. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. — Jeśli nie chcesz. opalony. — Do diabła! — mówił wysoki. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista.

Musieliśmy jednak zgasić. ni mo na się było spodziewać.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. Miał na myśli nieprzyjaciół. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. bo stary wiarus. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. nie mając teraz co robić. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. e trafi na pościel. le ąc na podłodze. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. pokazał mi język. Jeden z grających. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. — W porządku — stwierdził. Szafa była cię sza. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. Potem oddział odmaszerował. Potem pani wychowawczyni zasalutowała. poszedł zarekwirować pościel. widok miałem coraz rozleglejszy. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. Wróg miał nadejść lada chwila. dwóch jednorękich grało w szachy. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. Ka de dziecko niosło lalkę. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. jak jednoręcy. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. A tu nie pościel broni mu dostępu. Nie nudziłem się. pewnie cichy wspólnik wroga. kiedy zza węgła ukazał się pochód. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. Odszedł do swych obowiązków. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. Liczy na to. Na przykład pod szesnastym. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. ja zaś poczułem się tak dumny. Nie było jeszcze dziesiątej. oglądając moje uło enie. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. Po prawej i po lewej stronie — rynny. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. w oknie koło rynny. ale właśnie maszyny do szycia. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. wraz z częścią załogi. misia albo kaczuszkę z drzewa. który zaraz wysłał patrol. Przy tym robili to. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. tupiąc nó kami. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. meldując komendantowi. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem.

e wróg nie nadejdzie. Wykryto w niej starszego człowieka. Tłumaczył się. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. Chciało mi się pić. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. widziałem pracowite mrowisko. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. pod betoniarkami. Chyba ju najwy szy czas. e nawet ziarenka grochu.. Starego wiarusa nie było w pobli u. eby nie być ukaranym za defetyzm. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. choćbym miał sam szturmować barykadę. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. — Wszystko chcielibyście od razu. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. e wróg nadejdzie. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. obracające się z wiatrem. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. — Gdzieś koło drugiego piętra. który się był ukrył. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. zwo ących. Zresztą to nie moja wina. kominy. ale wroga. choć oddalona wrzawa. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. pod ogromnym. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. Pocieszyłem się myślą. a niechby i siedemnastej trzydzieści. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. Do broni! — Je eli tak. Podszedł do nich komendant. nieustanna. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. a nawet nie ywego wróbla. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. stromym stokiem. anteny. jak dziecko. eby wróg nadszedł. Tymczasem okazało się. który początkowo nieśmiało. pchających i toczących na barykadę wszystko. Popołudniowe słońce. farbkę do bielizny.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. Bardzo chciałem. usypiskiem przedmiotów. przekonany. le ącym na wysuniętym posterunku. Spójrzcie na mnie. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. Wydawało mi się wtedy. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. mumie. pocieszałem się zresztą tym. e to ju wróg. wstą ki. czym rozporządzali: lampy. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. tam. lak. poza mną. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. szlam. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. to w porządku — zamruczał malkontent. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. pewne osłabienie — sprawiały. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. Dalej — dachy. Ja jestem stary wiarus. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. słoje. w dole. Zrywałem się. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. części karuzel elazo. słyszałem. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca.. — Obiecaliście. fotografie. 142 . e umrę za sprawę. Je eli spojrzałem w dół. bieliznę i gramofonowe płyty. dlaczego szafa była tak cię ka. tekturę. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. Stary wiarus zbli ył się do mnie. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. blaszane dziwolągi od wentylatorów. choćby do godziny siedemnastej.

arówki. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. Za mną waliła się barykada. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. potem syczący szmer. wiłem się między jej elementami. w samą jej treść. gdzieś w głębi. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. Miasto miało zostać bez światła. Dobierał sobie kapelusz. niebieska emalia. Szukałem długo. wiklinę od trzciny. skacząc. Czasem wpełzałem w głąb barykady. Widziałem równie komendanta. Najpierw rozległ się cichy stuk. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. Minąłem go w milczeniu. szorstkości i kształtów. Brodząc.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. czołgając się. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. pomagając sobie palcami nóg i rąk. unosząc mój garnek na mleko. skacząc po zewnętrznych wykuszach. dotyk czy węch. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. o ile dobrze pamiętałem. 143 . to znów. Pamiętam. e. Było ju całkiem ciemno. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. kiedy. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. miedź od elaza przez smak. Szarpnąłem. len od wełny. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia.

zresztą R. warsztat będzie uruchamiał. ale W. 144 . słowa bez pokrycia. człowieka. Jak się okazało. a i to umiarkowanie. Dach się załata. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. Czerstwy jest i opalony. Wino tylko będziemy pili.. nie znając otępiającego działania spirytusu. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. Ja myślę. e te C. w zimie te da się załatwić. z wiekiem przybitym silnie. mówił.. warkocz ma gruby. Rześko jest. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. więc z okowitą precz. jak mnie spotkał. był to pamiętnik optymisty. mówił. wszystko ju umówione. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. Kataru ju ani śladu. nastały dni błękitne i złotawe. tam był. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. się odgra ał. Równie pogoda ustaliła się na dobre. eby uszy trzymać do góry. e to tylko pró ne gesty. w intymnych pamiętnikach to normalne. ale starał się naświetlić je wielostronnie. mówi.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. Wprawdzie M. Tatara. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. Kawusię pies pogryzł. Co najwa niejsze. Pozdrowienia. Sabcia rośnie coraz wy sza. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. Czasami u ywa skrótów literowych. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. zapisaną pismem nierównym. na głucho”. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. na le ąco. argumenty bez podstawy. Tyle rękopis.

ruch wahadłowy i dość szybki. a dwóch brakowało. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. 145 . — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. ale taki jest autorytet władzy. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. Panowały ostre mrozy. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. od urodzenia — zamiłowanie. latem pełen gwaru i śmiechów. napełniła mnie podziwem i otuchą. a nie szeregowym. Choć niedawno minęło południe. który. strategię obmyśla. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. przy odpowiednich wysiłkach. lecz jest oficerem. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. który pokonał wadę swojej wymowy. e ślizgający się osobnik jest oficerem. e nawet w pustyni człowieka pora a. miał jakiekolwiek większe znaczenie. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. obecnie opustoszały. najprawdopodobniej sztabowy. bo przecie nie ma powodu. Łatwość. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. wobec tego tylko fular poprawiłem. której miłośnikiem stałem się. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. tym razem jednak nie był to Demostenes. stanę się wkrótce innym człowiekiem. aby fakt. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. będąc półbykiem. nadzieją. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. Wtem. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. Nikogo nie było dookoła. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. zmierzch wałęsał się w pobli u. gdzie pawilon stoi. wę a. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. jak zwykle. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. który na niezbyt odległym jeziorku. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. za siecią nagich prętów. gałązek i konarów. Ledwo to zdołałem pomyśleć. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej.. poniewa z natury jestem mizantropem. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. szczególnie na świe ym powietrzu. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. ujrzałem jakieś miganie. Tym bardziej. e jeden guzik zapięty. za ywał samotnie ślizgawki. zima w pełni. có dziwnego w tym. sprawiają mi pewną przykrość. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. ale oficer wy szy. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. obserwując sylwetkę w epoletach. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. to tam. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. e ja. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. e nic zwyklejszego. na przykład. która płynnie przemieszczała się to tu. grubo zamarzniętym. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. e chodzi tu o wojskowego.. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. rzec mo na. e nie jest to pospolity oficer. Niestety. Mo e nawet a nazbyt odległą. ale wspaniałe czyny Herkulesa. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. jako oczywisty dowód. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa.

omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. twarzą zwrócony ku niebu. Niestety. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. jak zapadł późny 146 . Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. Rozejrzałem się dookoła. obroną. Porzuciwszy pawilon. eby wyłonił się ktoś trzeci. na plecy je sobie zarzucił i. Ten zaś nie chce się puścić.. a nawet powinienem. rękę mi podawszy. Nie yczliwi wzajemnie są. więc zły byłem. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. z tego jeden z sygnetem złotym. Ale teraz wiedząc. fałszowany. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. potem za faworyty i epolety. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. Równie jako metafora. e tylko ja mogę go poratować. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. ani się spostrzegłem. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. Trzeba zaznaczyć. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. gdy tylko otworzył oczy.. zagubiony i bezradny. jak ołów z mlekiem. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. To pewne. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. Jak ju wspomniałem. Pracuję nad sobą. A ja.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. i lęk przed ludźmi by zaniknął. który. Weźmy choćby moje ycie.. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. — To jest dopiero coś. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. wprost z ula. Człowiek tęskni za opieką. Co do mnie. Nigdzie oparcia. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. dłu ej ju w parku nie zabawiając. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. ku miastu wróciłem. oparciem. i nawet nie wie. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. kruchość i niezupełność. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. aby się podtrzymać na duchu. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. staram się podnieść na wy szy szczebel. Samotny się czuję. jedyne oddychanie. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. w sam czas. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. Tote . e nie jestem człowiekiem czynu. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. a nie prawdziwy. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. Nic. — Nigdy nie zapomnę. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. e ocalił mi pan ycie — powiedział. bo wiadomo. I. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. eby zobaczyć. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. jak zwykle. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. skazanej na indywidualną nieporadność. w stronę swojego pałacu się oddalił. w ilości zdumiewającej. pszczeli. zazwyczaj.. pękające z tajemniczym gulgotem. Potem ły wy odpiął. wczepione w krawędź lodową. było sztuczne. jakie mu mogłem zastosować. pomocy znikąd. Wspominam o tym z przykrością. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było.

Rad nierad. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. którzy drzemali na słomiance. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. Tymczasem on się nie odwraca. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. wstałem i udałem się za własną potrzebą. Postanowiłem wyciągnąć. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. czy co. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. Na to oni: — Prosimy. ale farby nie puszcza. — Czy ja wiem. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. Zuchy. — Około ósmej przychodzi mleczarz. prosimy.. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. tylko potakuje. a ja bym wchodził. — I mrugam do nich. którzy ju się nie kładli. Wchodzi a na czwarte piętro. na górze. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. Nad ranem obudziłem się. Chciałem się cofnąć.. przerywali mu sen. e tego nie lubi. co. w stosunku do niego równie mam kompleks. ale nie zrobiłem tego. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. Zadośćuczyniłem prośbie. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. — Zjadłem wczoraj coś. Zerwali się natychmiast. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. Ekscelencja dotrzymał słowa.. bo mróz palił coraz mocniej. U siebie. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. Ciągle mi się zdawało. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. a wstałem i naciągnąłem spodnie. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga.. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala.. Mo e jego? Prawdę mówiąc. co?” A on nie. — odparłem w zadumie. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. Jeszcze na półjawie ni stąd. tajemniczy taki. co? Pewnie się pan zasapał. więc zauwa yłem. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. niby to artuję czy coś takiego.. — No. ni zowąd pomyślałem. nie od razu zorientowałem się. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. i jak tam? — mówię wreszcie. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. Chciałem się zaraz zabrać do tego. Więc mo e by jego? — Mo na. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. eby je 147 . skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. ale ju zasnąć nie mogłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. kogo bić. późno wracając. Przewracałem się z boku na bok. jeszcze tego wieczora. Tak. niewątpliwie. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. Okoliczność przykra z tego powodu. po czym usłyszałem znajome. Będąc półsenny. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. cię kie człapanie i przekleństwa.

więc ja ju nie wiązałem. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. a jak mu nie jest po drodze. nie mówiąc o bieganiu po schodach. aby zostać pobitym. a jednocześnie wkupić się artem. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. no. wszedł tu jakiś osobnik. ani siak. Ale on w ogóle nie powiedział nic. Cały mój zawiły plan. Ja czekałem równie . ale powinien przyjść bez mleka. tak po prostu! Klęska. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. pora ka. błysnęła mi myśl. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. — Owszem. spoufalić.. Nie było go — zameldowali posłusznie. Lejtnanci stali przy drzwiach. przejść do nich — to stało się nagle moim celem. zanim się. aby nie zostać pobitym. — Jakby był. — Dziękuję panom. nie mogąc się ju opanować. tępo wpatrywałem się w ścianę. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń).. W mojej głowie powstał idealny plan. Nic jednak się nie działo. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. Czułem się poni ony. a serce mi biło. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. — Nie był — odparł stró tak po prostu. Udało mu się odejść bezkarnie. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz.. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. Zdyszany. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. aby dać do zrozumienia. he he!. — Co? — dodałem. Wreszcie. Poza tym obawiałem się. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. Odwrócić ich przypuszczenia. e jestem tak e swój człowiek. to proszę mu powiedzieć. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. boby został pobity. Czasami przychodzi nawet po południu. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. uciekłem z powrotem na górę. a sam niech przyjdzie na górę. wbiegłem na schody. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. zanim on coś powiedział. tak zwyczajnie. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. razem ze skurczem strachu. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. e on coś powiedział. powstałym z tego zamachu. który stał. e kazałem mu. pokręcił i poszedł. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. to i wieczorem. bo wydawało mi się. wiecie. za to. kiedy ju krzyknąłem. e dzisiaj mleka nie trzeba. dno.. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. to niech mleko tu zostawi. 148 . połączyć z nimi. — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. gładcy i uwa ni. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. Oszukał.. ale w ostatniej chwili udałem. e zachwiałem się na nogach. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. Ale mleka nie miał przy sobie. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. Siedząc na nim. — Jakby mleczarz szedł. e lejtnanci czegoś się domyślą. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. przeto.. pokręcił się. e się domyślają.. tego. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność.. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. nie wiadomo dlaczego. I wtem. nastąpiła długotrwała cisza. ale o mleczarza. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. wpatrzeni w klatkę schodową. Czekali na mleczarza.

Potem. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu.. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. ni zowąd. ulica pusta i skąpana w księ ycu. nie! — na to stró . Jeszcze ociągając się. idź! Tam ju czekają na górze.. do siebie. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. zadzwoniłem. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. cię kie kroki.. czując niemal rozkoszny dreszcz. Ja i adiutant. — I. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. idź. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. — I. 149 . tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu.. Brama była zamknięta. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. to i ja jego uratowałem. kotku..na ślizgawce się topił. Nie ruszał się. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. międzyludzka anarchia. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — .. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. Ci sami. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość.. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. to było. — Pal sześć! — mówiłem sobie. co rano. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. jakoś tak śpiewnie. Zatarłem ręce z uśmiechem i. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. wyszedłem i ja. tym pełniejsze. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. Jego dostojność wszystko zanotował.. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę. Rozległy się znajome. ale tylko na chwilę. Im później. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. brak sił i oparcia. przystając tu i ówdzie. — No. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. — Znowu? — pomyślałem.. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. kotku. Zazgrzytał rygiel. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. — A idź. — Co było. to ja ju idę. Przystanąłem. wiesz ty. ruszyłem na górę krok za krokiem..

o ścianach pomalowanych na beztroskie. a raczej ró any. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. pastelowe kolory. wśród zwałów ramienia i przedramienia. mimo e nie lubię się narzucać. niósł koszyczek. Za siatką rósł gęsty ywopłot. koszule w kratę. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. usłyszałem nowe śmiechy. udam. bo nie przypominam sobie. Nie to jednak było zaskakujące. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. w szelkach — przycinało gałązki. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. Stroje mieli barwne. Na zgięciu kapitalnego łokcia. ale śmiech. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. który się zbli ał. przeznaczony zapewne na zakupy. Spodziewałem się tego. Wychyliłem się ostro nie. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. ró nokolorowo poplamionych. a nade wszystko dobrej kuchni. jak i przechodniom. które było jak wielkie państwo. raczej gruby ni wysoki. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. z czegoś wspólnie im wiadomego. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. ju zbli ając się do węgła. ale jakby w porozumieniu. prawie podobny do krą ka. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. ale nie warzywny. jakby coś przypominając. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. Stwierdziłem tak e. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. e jestem mleczarzem. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. Przystanąłem. — Je eli mnie zauwa ą. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. ale musieli dobrze uwa ać na palce. 150 . który wstrząsał nim całym. bardzo grubi panowie. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. Zobaczyłem du y ogród. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. a je eli tak. a wesołość przybierała na sile. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. tylko kwiatowy. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. eby jeden spojrzał na drugiego. Nic nie mówili. i takich e czapeczkach. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. sceptyczne. przedostałem się poza ogrodzenie. jednak kiedy.

właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. — Razem z psem. Lśniły woskowane. 151 . Zajrzałem przez dziurkę od klucza. Przed nim stał na stoliku globus. zbyt gruby. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. pękając ze śmiechu. szezlongi. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. skrobanie. eby go cokolwiek obchodziło. sofy. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. e ziewa w pewien określony sposób. ciemne parkiety. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. otomany. Pchnąłem drzwi na prawo. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. ale bardzo gruby. mielenie. Wydawało mi się nawet. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. charcią. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. Wielka biała kuchnia. Chudy odwrócił oczy. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. — Ze mnie. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. długim. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. kościstym palcem trącił globus. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. Twarz miał pociągłą. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. ściągniętą. Cienkim. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. W głębokim. jakby tak e się śmiał. Doszedłem do końca korytarza. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. W pokoju story opuszczono. suchą. który obrócił się lekko i wolno na osi. szum bulgotanie i chóralny śmiech. nie słyszałem ju ani śmiechu. poduszki.

unosiła się z miejsc. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. obdarzony podwójną ilością tych członków. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. podobnej budowy. Publiczność. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. Ju i okrzyki jakieś padły. starannie pokryta pieczęciami. potrzebujący gwałtownych podniet. jak są. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. zmęczenie. szybkie na początku spotkania. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. W tych okolicznościach. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. Tłum zapełnił wyjścia. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. ale jeden potwór. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. stawały się powolniejsze w miarę. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. Na ringu. dociekał. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. krzyczała. to w ka dym razie znu enia. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. Ale potem. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. Sala opustoszała. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. Powszechne niezadowolenie. jakimi zwykle rozporządza człowiek. Równego cię aru. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. a stale wzrastającego napięcia walki. a nadeszła chwila. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. Ruchy ich. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. i to coraz rzadziej. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. nastąpi rozstrzygnięcie. nietrudno 152 . Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. Ju na początku widzowie zauwa yli. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. na skutek ogólnej zawiłości. Na ringu pozostała kula.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. po zerwaniu plomb. obaj dotychczas nie zwycię eni. względnie ustępstwa. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. Tymczasem była ju najwy sza pora. nie podnosząc głosu. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. Miała to być walka a do skutku. kiedy kula na ringu. Godziny przedłu ały się. głód doskwierający tłumom. w białym świetle. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Jednak po upływie długiego czasu. je eli nie zobojętnienia. światła w większości pogasły. eby pójść na kolację i do łó ka. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. zło ona z zawodników. Rzekłbyś. Nazajutrz. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. spełniając swoje obowiązki. e takie wyjście znaleziono. jak oplatali się wzajemnie.

pustej i mrocznej sali. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. — Nie. choć unieruchomieni. rozprawiali trochę. ty mi powiedz.. nocnych godzin opieczętowania. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. Ty.. który zło oną drogą. lędźwi. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. stóp.. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. — zawstydził się dumnie Pyton. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni.. — stwierdził stanowczo Pyton. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. cię ko dysząc. Słabe. całkiem mały. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. Wtrąceni w nowe. dziecko. tricepsów i mięśni kapturowych. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę.. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. zaraz. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. — Ja. Rozmowa toczyła się dalej. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. — Jesteś? — Jestem... jakby białym kamyczkiem. — i zamyślił się a do bólu.. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. eby zabić nudę długich. wśród barków. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. Szatan-Maty zdziwił się. To jasne.. Były tam tak e inne dzieci. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. a resztę po cztery. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. Jednak. ja w nim. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty.. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. — Du e pomieszczenie. to ja. — Ja. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu. nieznane im warunki. Zaprawieni w walkach. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. to było wcześniej. dotarł do ucha Szatana-Maty. — Tak mi jakoś przyszło do głowy.. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. — Pyton. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. coś na niej pisze. zaraz. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. rodzaj tablicy... którą stworzyła bezczynność mięśni.. a ten z 153 . goleni. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. — Dwa. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. szukali czegoś w sobie. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. otwarte okna.. to całkiem co innego. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju. e ona to pisała na tablicy czymś. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą... — Po prostu jest nas dwóch.. wypełnić czymś pustkę. — To mo liwe.

gdzie dach był szklany. spierała się o coś. to by ci było dopiero!. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. — Bo nie wiadomo. Gdyby to było wiadome. pod kopułą. opadał. Wysoko. podnosił się. co potem. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. Ale było ju za późno. cichł. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. ciemności. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. szeptała. Mijały godziny w ciszy. A ta gwarzyła coś do siebie. czy te sprowokować koniec.. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. nie zwracając uwagi na kulę. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. stanęła ju blada. ledwo słyszalny. choćby za pomocą kawałka elaza. 154 . — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. wątła poświata. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. Bryła na ringu odpowiadała sobie. gwałtownie mizerniały lampy ringu. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. chłodzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. — Pyton. niektóre coraz trudniejsze..

. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. gdzie obecnie pracuje. — Dobrze ci tak mówić. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. podczas których.. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. którzy od początku nie interesują się sprawą. Gorzej. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. Na razie to początki grypy. Bywają partie. Ale ja pracuję.. nie podlegając ani załamaniom. e przeziębiłem się niedawno.. Oczywiście. zawsze zale nych od okoliczności. zaczynają się niecierpliwić. Jesienią. . na skutek zamieci śnie nych. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. nie wyłączone elazko w domu. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. Wyjaśnił. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. e przecie wcale nie musi moknąć. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. ebym dzisiaj zmoknął. mo e przyprawić o katar i melancholię. Publiczność chętnie przygląda się zapasom.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. mogą mnie wyrzucić. eby nie zbić swego zamiast obcego. mo e wydać się całkiem przyjemna. rozporządzających odpowiednim terenem. Zapytałem. Wystarczy. podczas długotrwałych szarug. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. Zawodów imaliśmy się niepewnych. Potrzebni są ludzie wynajęci. Szybko się męczą. tyle e pochmurne. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy. a tak e odpowiedni park kostiumowy. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. Dachów. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć.Na razie jednak mamy lato. . czternaści do stołu. całkiem byłby z niej zadowolony. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. mamy pod dostatkiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. co to są ywe szachy? To samo. . Występuję tam 155 . Odpowiedziałem. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. chwalić Boga. Trudno. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. — Mam początki reumatyzmu. to znaczy. podczas słonecznej pogody. w stopniu równomiernym. pięć najwy ej. .. ale spotkałem kolegę. — Czy wiesz. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań.. a zrozumiemy. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. przemija. oddzieleni od tłumu.Oczywiście. Dostarczyciele. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). świątek czy piątek. Zamiast martwych. przelotni bywalcy i zawodowi goście. Znaliśmy się od dawna. Mnie tam wszystko jedno. Najgorzej jest zimą. Ty. odsiadywacze. Ochotnicy nie zdają egzaminu. Tylko tacy. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. przyboczni. a przy tym przeszkadzają grającym. Trzeba yć. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. W lecie. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu.. który wydawał się tym bardzo zatroskany.Praca ta jest względnie lekka. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. co zwyczajne. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. i to właśnie pod gołym niebem. ani wzlotom. chwilowi pocieszyciele. W kościach mnie zaczyna łamać. połowiczni stró e. na przeciwnych krańcach szachownicy. ale na wielkiej..

tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. pozostały zwyczajne. niby to złącza cegieł. e skoro ju przyszli. pokazałem publiczności czyrak. pod wpływem tylu spojrzeń. wystające spod fantastycznych konstrukcji. eby mnie oglądać. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. zamieniamy parę słów. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. według starszeństwa. Poza tym wydaje mi się. Oddać przysługę przyjacielowi. Gry odbywały się na dziedzińcu. Ja kładę się do łó ka. tylko dziś. zmusza mnie do otwartego. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. obute w ró norakie. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. nie sprawiała niezwykłego wra enia. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. Mo e pod koniec lata zostanę królem. Laufrom płacą lepiej. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. Odruchowo 156 . z których ka dy był wielkości kafla. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. Jestem w białych. Tylko stopy. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. eby taką mo liwość odrzucać. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. adnego gapia. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. Pracuję dla dwóch starszych panów. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. tak obszernego. talerzowate kryzy laufrów. a to. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. — No to idę! — Idź. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. Prywatna gra. Zastąp mnie. choć nadzwyczajna. więc zawsze. Po egnaliśmy się. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. Przeszedłem przez bramę tej grubości. Nie zauwa yłem. miałem trudności. kiedy stanęła za mną czarna wie a. te nieregularne. w górze. o tyle laufry. dziwnie małe. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. gdzie mnie ogląda tłum. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. wręcz zbyt szczerego zachowania się. e była raczej sienią ni bramą. Wy ej końskie karki. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. surowe. Jutro mo e pogoda się poprawi.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. wie e. współśrodkowe. prawie e tunelem. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. Zastanowiłem się. w teatrze. zniszczone obuwie. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. konie były olbrzymie. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. e ywe szachy to tak e widowisko. jak na premierze. Cała dniówka przypadnie tobie. Ju wtedy. ale i we wnętrzu jak gdyby. którą miałem przebyć u wylotu sieni. proszę. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. A sam powiedziałeś. bo więcej biegania. przy tym zarobić — nie ma powodów. Sąsiadujemy. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. pyski o zębach wyszczerzonych.

co robić. pochmurność przygasiła wszystko. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. tam. Potem ju jest gorzej. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. Na starość przydaje się parę groszy więcej. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. nawet nieźle. a nam nogi cierpły. wszystko na jednej płaszczyźnie. szeroki okap ocieniał elewację budynku. — Uwaga. Grywałem kiedyś w szachy. milcząc. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. jak będziesz blisko. byle ostro nie. w której teraz wypadło mi wziąć udział. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. bo co prawda figura jest cię ka. łuki i balustrady.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. Po mojej prawej stronie stanęła dama. e nie jestem przygodnym gapiem. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. W środku było duszno i ciemno. Na przykład teraz. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. w środku. Taką mamy z nim umowę. to zastukaj mu w ścianę. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. e na niego kolej. e koń skacze na boki. Mo na sobie jeszcze zapalić. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . Musisz się uczyć takich rzeczy. bezładne. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. nie było przejrzyste. Co innego. Grzecznie wyjaśniłem. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. Przemówiłem do niego. 157 . Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. ale zanim się zacznie. Jakbyś widział. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. podobnie jak innych. co i jak. mo na sobie pozwolić. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. Wie a stała nade mną. kiedy znowu znalazłem się koło niego. ani z drugiej strony. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. to specjalnie nie podpada. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. Dzięki temu kolumnada. Trzeba tylko wiedzieć. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. Ale pomimo tego gra go starszy facet. je eli się pracuje w koniach. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. eby dym nie szedł do góry. eby zauwa yć niski poziom tej gry. — Oho — powiedział pionek przede mną. a to się liczy w późniejszym wieku. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. a on się nie rusza. Często zasypia na stojąco. Powietrze. zapominając nas o tym uprzedzić. Wkroczyłem na dziedziniec. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. ale za to mało chodzenia. Wiadomo. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. przesycone wilgocią. — Tak. chocia wiedziałem. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. Kilka razy. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. na blanki.

widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. Bywa i tak. To patriota. Dookoła panowała ogólna gnuśność. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. Tymczasem zaczął padać deszcz. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. czy co? — Nie jego. Nie daj Bo e. Nieznacznie. Boję się. Takie deszcze nie mijają szybko.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. więc się nie spieszą. Na razie chronił mnie tekturowy kostium.. na tle rozległego. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. co i on. Czarny laufer. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. kolego — powiedziałem. 158 . jak schodzą z szachownicy. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. wysoko. Konia mi gdzieś znowu zabrali. Na myśl. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. a pogoda niepewna. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. Gargulce. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. znalazłszy się na tej samej. nic się nie działo. ale widocznie im się pogorszyło. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. Policzyłem do stu i. Najbardziej oczywiste. Sklerotycy. eby dzisiaj nie było tak samo. drobny na początek. stawiając wszystko na jedną kartę. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. Zaczynają z rozwagą. tak się przejmuje. zajmując coraz to inne pola. najpierw nieśmiało.. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. eby czarne przegrywały. powoli nabierają rozpędu. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. Kopułka nad moją głową. spadających z ró nych wysokości. Złość mnie ogarnęła. Ale nie było rady. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. — Uwa aj na niego. — Który lepszy? — Bez ró nicy. potem coraz głośniej. tak jak stoimy. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. Nie mogąc dłu ej tego znieść. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. — Jego szachy. nie powinni niczego zauwa yć. Ryzykowałem. — Poszedłbym sobie do domu. oczywiście je eli nas zobaczy. kiedy deszcz nieco zgęstniał. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. zaczęły cieniutko śpiewać. — Mo ecie iść do domu. Zewsząd dolatywały ró norakie. z tekturowej masy. powiedzie się na pewno. przekątnej. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. samowolne przesunięcie się o jedno. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. szemrzące odgłosy kropel. Krople były dokuczliwie zimne. ozdobne wyloty rynien. więc zostawiają nas na noc. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. Oni wszyscy. e to się zdarza. ale jest namiętny. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. oklapł najwyraźniej. deszczowego szumu. zajęci sobą. Maleńkie oszustwo. Dlatego właśnie tak cię ko. Szczęśliwy przypadek. — Jesteście zbici. Byle tylko nie przesadzać. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. mają w zapasie parę dni. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. Coś im słabo idzie. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. dwa pola. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. które przeoczono. Minuty mijały. nie mogę na to liczyć. starzy pracownicy szachowi. Zbito kilka pionków. złościłem się jeszcze więcej. Nieraz nawet płacze. a poza tym donosi. bo wiadomo. Z zazdrością patrzyliśmy. sześć godzin. Musiałem odczekać. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. w górze. Wtedy jest najgorszy. ustawionych naprzeciw siebie.

ale białych ubywało tyle samo. ale jestem etatowym pracownikiem. robiąc coraz krótsze przerwy. Nie ulegało wątpliwości. e coś nie jest w porządku. Ona równie unikała spotkania ze mną. Au! — krzyknął niemal. zaczepnie. miałem na względzie i tę okoliczność. niestety. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. co się dzieje. I odkryłem. On jeden wiedział. nawet je eli coś podejrzewała. zbiła go. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. eby niczego nie zauwa yła. Przyczaiłem się jednak. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. Robiła to samo co ja. tak e szachruje. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. dla którego w ten sposób pracowałem. — Cześć! — zawołał do mnie. jak brutalnie i. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. Deszcz rozpadał się na dobre. to mnie wyleją. Ani pisnęli. Uporaliśmy się z nimi szybko. Nie chcę tracić posady. ale starałem się działać jak najdalej od niej. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. poza mną i królem oczywiście. e i ja o niej wiem. prawie nie zachowując pozorów. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. bo musiałem. Otó . Zwycięstwo białych. Moje obliczenia okazały się słuszne. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. a na królach puściła farba. Co do samych graczy. Z naszych. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. e mnie nienawidzi. Na szachownicy zostały dwa króle. Panowało tak powszechne znudzenie. ta w grubych trzewikach. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. Je eli ja wpadnę. kopiąc swoim zwyczajem. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. usunąłem czarną damę. napęczniały deszczem moje kryzy. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. e ona zdaje sobie sprawę. Sama miała nieczyste sumienie. taka obojętność. Spodziewałem się. co się działo naokoło. bo ty pracujesz na dniówce. nic mnie nie obchodziło. kiedy się zorientowałem. Podziała się gdzieś 159 . w butach chlupało. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. schodząc z szachownicy. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. nie zwlekając. Nie wolno mi było pozostać w tyle. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. co czarnych. czy czarni mają ruch. Wiedziałem tak e. Jako zachwiał się tylko. Zająłem jego miejsce. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. pomimo moich wysiłków. — No to lecę! — zawołał. po egnać. Ty co innego. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. ale miałem dowód. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. więc. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. e czarna wie a wie o mnie. Owszem. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. stare półbuciki. co popadło. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. Moje wysiłki szły na marne. e czarna wie a. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. Rozmiękły blanki na wie y. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. czarna wie a i ja. Nie mogłem się z nim. Sflaczały. jak gdyby nigdy nic. Pomógłbym ci. pustej przestrzeni. U nich tak samo. Nie ukrywał radości. dopóki nie nabrałem pewności. Zrozumiałem teraz.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. prawie się ju nie krępując. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. czy biali. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. Widziałem. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki.

Ju nie było powodu się spieszyć.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Mój król nie poruszył się. e partia jest nie rozegrana. szachując sobie nawzajem królów. Staliśmy tak we czwórkę. pozostał w tyle. — Jak mówię szach. 160 . huczał jego oddech i człapanie tenisówek. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. Było ju tak ciemno. e gracze zostawili nas na noc. Widocznie wiedziała o tym. — Słuchajcie. szerokim szumem. Wtedy — sądzę. czego po ądał. ju . i widziałem z rozpaczą. idę. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. — Szach! — powiedziała ochryple. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. Nie dałbym głowy. Oni pewnie ju poszli. obcią ony wiekiem i kostiumem. uwa ając przede wszystkim. Chodźmy lepiej do domu. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. Zrzuciłem kostium. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. Zdyszani. Zatrzymał się. czy gracze jeszcze są. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Ostro nie. Biegłem ju bramą-tunelem. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. przesuwali się koło niego. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. ale nic takiego nie było słychać. — Idziemy. dziadku! Nie słyszeliście? — A. Uświadomiłem sobie. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. Wreszcie dała za wygraną. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . nasiąkając wodą. e starzec. Remis. tu za naszymi plecami. — Koniec — powiedziałem. Postanowiłem z tym skończyć. Odczekaliśmy dobrą chwilę. Rozumiem. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. Odskoczyliśmy. Ziewnął. wielka kukła stuknęła o posadzkę. Jest ciemno i leje. ukryliśmy się za kolumną. ale sami widzicie. idę. Obszedł nas naokoło. odkryłem jego podstęp. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. w skarpetkach. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. e partia zostaje nie rozegrana. eby się jej nie nadstawić. gdyby tylko zbli yła się do mnie. Pod sklepieniem. Zastukałem mu więc w ściankę. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. e tak nie umkniemy. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. o czym mówił koń. mo e zdarzyło się to. podwójnie cię kim od wody. pociągając go za sobą. Kiedyśmy stanęli na skraju. to szach — odparł ponuro. Bacznie śledziłem wie ę. co. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. czy się rozeszli. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. zdjąwszy buty. bo trzymała się z daleka. — Szach! — ryknęło w ciemności. e tu nie ma co dyskutować. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. na przełaj. Porwaliśmy się do ucieczki. Pojąłem. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. Co gorsza. powiedział „dobranoc” i poszedł. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. Sztywna. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. bo zwróciła się do białego króla. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. oczywiście. podcieniami. ku bramie. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. Lało strumieniami. bo kroki ucichły. — Szach. Biegnąc co sił. gdyśmy. Odeszliśmy powoli. kwadrat po kwadracie. widocznie zasnął mimo wilgoci. wzmocniony echem jak megafon. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru.

A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. Mo e ma pan dla mnie co innego”. nie bez uwagi: „. śledzenie gry chmur i zmienności fal. zapytując na odchodnym urzędnika. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. liczyłem jednak. wcią niepewny. jak się domyśliłem. Bo kiedy tak stałem. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. tak jałowych wydawałoby się. Postaram się wyjaśnić. nie natknąłem się na owego 161 . patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. zostanie stwierdzone na głos. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”.. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. te nie był do pogardzenia. poniewa sam nie mogłem widzieć. konstrukcje. zawsze pełnym ółci. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach.. po egnalne okrzyki. A było jasne. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. e coś niecoś i mnie się dostanie. nawet z danych. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . kiedy statek odbijał od nadbrze a. Podczas zaokrętowania i później. a więc i w mojej bliskości. Bóg wiara. zdecydował się na jeden. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. szkalował ich pokłady. Ale klient ju miał w rękach. Krupę.. przyznaję. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. e po pierwsze. o ile wolno mi u yć tego słowa. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. Klient szydził z ka dego z osobna. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. Ja jestem ateista.. ale do pewnego stopnia przyciągała.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach.. jakie wymieniali między sobą ci. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. prospekt innego statku. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. wszystko. po okresie niepewności. jakiś druzgocący docinek. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. Dość na tym. ślepy. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. którzy mogli wszystko widzieć. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. niezbyt kulturalny. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. Rześki podmuch morski. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. którzy zostali. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. a przynajmniej jednego z nich. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. Kto inny. kto widocznie. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada.. barwy. e. ebym mógł się tego wyrzec. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. — „Dym para.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. Byłem prawie. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. na przykład. dlaczego. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej.

ni to się wydaje widzącym. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. kogo miałem na myśli. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. Na statku. Kto je śledzie. w którym bie ąco przebywał. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. na których układa się ycie. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. głowie pewnego zamo nego d entelmena. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. co oceaniczne. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. posługując się moją laską. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. On powiedział o panu. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. a nie przypuszczałem. skąd się wzięło jej oburzenie. nazwał ją paso ytem. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. co unikaną. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. eby nie tracić z nim kontaktu. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. doznawszy z kolei ulgi. które kojarzy się ze wszystkim. samotnie podró ującą. Nie musiałem dokładniej określać. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. chocia . a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. względnie łysej. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. pomimo e. Dopóki miano złudzenia. bar przed kolacją i po kolacji. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. choć chrapliwy. kiedy raz podano na obiad kaczkę. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. Siedzieliśmy w sali barowej. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. mimo e tak wielkim. którego szukałem. która szczególnie mną się opiekowała. nie był więc bezinteresownym humorystą. Tak zaczęła się nasza przeprawa. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. Ciekaw byłem jego powierzchowności. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. „Nie. ten zajedzie. stosował się do ogólnego rytmu. Podczas pierwszego posiłku. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. siwej. chudy. do cocktail-baru i palarni. wszystko było jako tako w porządku. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). „Taś. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. swobody. To wstrętny typ!” Wiedziałem. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. nie mogę”. Śledziem oczywiście. Tak się jednak nie stało. którzy. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. nigdy się nie uśmiecha”. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. Słyszałem. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. których przed chwilą opuścił. nawet wtedy on się nie uśmiecha.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. A e człowiek. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. ale szydercą. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. Trzeba zaznaczyć. Co 162 . mo e panu zaszkodzi!” „Ach. nic takiego”. taś!” — wołał na widok bosmana. tego nie udało mi się stwierdzić. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. dodając. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. paradoksalnie niedostępnego. palarnia po obiedzie. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. Słyszałem jego głos donośny. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. którzy nie mogli go słyszeć.. „Paso yta.. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. „Ach. taś. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. co się pyta” — odparł. ten?” — zawołała z pogardą.

Mo e było to dla niego ucią liwe. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. Wtedy zrozumieli wszyscy. a ju nie miał słuchaczy. a na środkowej części statku. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza.. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. następnie opisać jej powierzchowność. e takiej właśnie reakcji.. będzie wymagał ode mnie. e pan to opowiada dla dowcipu. to one wyglądają. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. I zamilkł. jeszcze w biurze okrętowym. Milczał potem jeszcze długo. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku.. osłoniętej od kierunku naszego kursu. — Przecie powiedział pan: „to. nauczony doświadczeniem. Na przykład. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. Pędził więc gdzie indziej. zwracając twarz do słońca. — .Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. a ju wokół niego powstawała pró nia. Krą ył więc. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. prawda. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. e tak — wycofał się nagle. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. martwo urodzonymi pointami. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. Zapewniłem go. Tego wymagała nasza symbioza. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia.” — Wiem. ale ju mnie nie opuścił.. a nawet przedmiotom. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. w dość licznym towarzystwie. przymilnego śmiechu. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. — Tak. Dostałem go na własność. Byłem jedynym. — Nie przeczę. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. co wisi. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. czasem jakimś pytaniem.. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. ale nie miał innego wyjścia. który nie tylko nie unikał jego obecności. — Pan myśli. pan nie widzi. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. jak i zwierzętom. wiem — przerwał mi. Pewnie. zadyszany głos: — A to.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. otrzymał całkowitą 163 . Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. Tego właśnie się spodziewałem. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. o której wspomniałem. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. jak nie wiem co. uznania nie szukał. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. co wisi. ale nawet jej oczekiwał. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. Przy tym. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. ale wręcz go do nich zachęcałem. Domyślałem się tego. w coraz to krótszym czasie. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. Tupot oddalających się stóp ucichł. cały brzemienny stłumionymi. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. Objęła go ogólna anatema. — No.. — Sądziłem. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. Usiadł przy mnie. przechadzającej się po pokładzie. eby sobie nie przerywał. słysząc. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. — Rzeczywiście — przyznałem się.

Najhecniej wyglądają w tych pasach. — Tam. Krótkie milczenie. Nie. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. eby dostać się do szalup. nie jestem. Nie. A potem. chyba nie zauwa ył. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. nie mogę!. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. dotychczas słoneczna. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. Ale on. ale ja nie idę. Widocznie pojawił się cały tłum. na najwy szym pokładzie. stromych schodach. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. zderzyli się. na lewo. — powiedział wreszcie.. A tam. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. — W ratunkowych. nie krępując się wobec mnie. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. Najpierw nale ało zejść po stalowych.. Rozwa yłem sytuację. zmieniła się. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. to pan myśli. Niedołęga. bo słyszałem tupot licznych stóp. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych.. Staje. zwykle on mi w tym pomagał.. Pojawiła się niespokojna fala. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. eby się z czegoś nie naśmiewać. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. które.. Otó dzięki temu. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. czy co. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku.. ale ciągnie w złą stronę. — Tam. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. zmienionym głosem: — Ja nie idę. zamiast odpowiedzieć. A co do złych dowcipów. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. bo nagle zaczął mówić szybko. nie nadą ając za tym.. — Co to jest? — zapytałem. zaczął się krztusić ze śmiechu. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. pełen niedobrych przeczuć. ale szarpie! No. nie mogę. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. jak to przedtem dokładnie opisał. Myślałem.. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. jeszcze w biurze okrętowym. Idzie w pi amie. Tego się nie spodziewałem. —— Najhecniej. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. W trzecim dniu podró y pogoda. w miejscu. — Na dół — odparł. Ten stary z wąsami.. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. przez system korytarzy i schodów. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. Ojej. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. pojawiły się na falach. Nagle rozgniewał się. Korkowy pas został w kabinie.. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej.. To nie dlatego. jak zwykle. Potem on. jak słowo daję! Zgubił panamę. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. e tak łatwo jest stale mówić dobre.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. co widział. ni to było potrzebne. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. — Pod nami. całkiem blisko.. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . które zawsze wybierał mój towarzysz. Nie! Idzie dalej. Wraca się. bo omal nie zgniotła nam płuc. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. — Pierwszorzędna satyra.

będące co prawda tylko moją projekcją. e przed panem ucieka. Przeciwnie. to sprawa dalsza. sprowokowany. bo udajemy. ta pańska prawdziwa śmieszność. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. a więc niczego nie udają. choćby nawet samych siebie. do czego. e jesteśmy. Widzę ją w ka dym człowieku. e zwierzęta. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. Ja te jestem. dał dowody normalności.. kaleką. zaprzecza pańskiej normalności. co mogę. nie podlegają więc śmieszności. pańskie dowcipy. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. ale wyłącznie między sobą. Z tą. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. one po prostu są. chcę uprzedzić cios. To prawda. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. czy te ją poświadcza. pretensjonalne. jeśli łaska? — Wszędzie. na szczęście. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. e ja tylko się bronię? — Czy to. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. choć prawdziwa. nie wiemy. co pan powiedział. — Bo nie chcę być śmieszny. do czego. delfiny na przykład. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. Robię. pierwszy walczę. eby od razu być całkowicie. Bo. w panu. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. I pan chce. ale ta walka jest beznadziejna. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. po tym wszystkim. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. — Jak to. „Chyba. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. istniejąc. potęguje. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. I przez to ju nara amy się na śmieszność. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. mnie.. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. albo o sobie nawzajem. tylko są. Ale mam jeden niezbity dowód. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. Atakuję. Widzę ją tak. To nie wynik intelektualnej spekulacji. niech pan wybaczy. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. widzę ją zmysłowo. e jest wariatem. eby mi pomógł dostać się do szalup. odbiciem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. je eli chcę go nakłonić. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. ale. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. Człowiek — zgoda. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. z góry przegrana. która. eby. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. e to. W tym. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. We mnie. jego niewinność ją podkreśla. Zdarzały się takie wypadki. Jego nachylenia nie zmieniały się. który zaprzecza. pomijając. Jeszcze nikt nie słyszał. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. 165 . to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. z góry pretendujemy do czegoś.

mówił tylko do siebie: — To znaczy. nie o mnie chodzi. Ale nie. ucieczka przed nią. omal nie straciłbym ycia przez niego. gdy taka idzie gra. Chwilami prawie mnie wlókł. biegnąc. Słyszałem jego głośny oddech. na pokładach. Oczywiście.. nie ma dla pana znaczenia. wiem.. Ostatecznie. gwałtownie. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. To wszystko rozumiem. nawet prosty ludzki odruch. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. Potykając się. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. Była to najgorsza chwila i trwała długo. dla pasa erów. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. jak tego oczekiwałem. bo tylko nicość jest powa na. było ju pusto. ◄KONIEC► 166 . — Rozumiem wszystko. To był próbny alarm. e znowu do śmiechu. Nierówno. Nie spotkałem go ju do końca podró y. kiedy się bałem. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. Były momenty. nie do zniesienia dla pana. samotnie stukały tylko nasze kroki. ale aktywne ratowanie jej. w przejściach. — Co się stało? — zapytałem. W korytarzach. co chce mi pan powiedzieć. rzuciliśmy się na dół. — Wszyscy wracają. Milczenie. Nie chce pan zejść. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. nie mówmy o mnie. To przez pana! Puścił moją rękę. Mała szkoda. A po chwili: — Kto panu powiedział.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. nie jest śmieszna. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. do której wdarła się złośliwość. jego ręka była mokra od potu. kiedy statek tonie. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. Ale wie pan. Wszystko do śmiechu. gdyby alarm był prawdziwy. na schodach. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. e mnie porzuci. A przeto czynne unikanie nicości. jak uratowanie kaleki. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. — Wracają — powiedział. do szalup.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful