OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

............ 18 Lew .......... 34 Przygoda dobosza ............................................................................................................................................................. 29 W szufladzie .............................. 58 Sztuka ................................................................................................................................. 65 Sceptyk .................................................................................................................................... 27 Tło epoki.............................................................................................................. 46 Droga obywatela............................................................................................................. 48 Z gawęd wuja ............................................................................................................... 11 SŁOŃ Z ciemności ................................................................................................................................................................................................. 53 ycie współczesne... 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ................................................................................................. 42 Koniki .................................................................................................................................................................................................................... 24 *** ....... 63 Weteran piątego pułku.................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 67 Słoń..................................................................................................................................... 61 Wiosna w Polsce........... 70 4 ...................................... ......................................................................................................................................................................................................................................................... 22 Monolog ............................................................................................................................................................................................................................................................. 55 Zdarzenie ..... 36 Spółdzielnia „Jeden” .............................................. 31 Fakt ......................................................... 15 Łabędzie ........................................................................................................................................ 56 W podró y ........................................................................................................................................................................................... 14 Dzieci.. 32 Wyznania o Zygmusiu............................................................... 60 Zakochany gajowy............................. 38 Złote myśli i sentencje................... 40 Ostatni husarz .............. 44 Poezja ..Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ..........................................................................................................: opowiadanie Arkadego N.................................... 13 Chcę być koniem ................................................................................................. 17 Mały.. 50 Pastor ................... 68 Kronika oblę onego miasta .......................................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit.............................. 7 Sprawa porucznika C................................................................. 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej...........................................................

...................................................................................................................................................................... 114 Nadzieja ......................................................................................................................................... 79 Odjazd.................................................................................................................................................................................... 89 Przygoda w czasie ferii............................................................................ 101 DESZCZ Mały przyjaciel............................................................................................. 127 Upadek orlego gniazda ...................................................... 99 Wspomnienia z młodości................................... 85 Profesor Robert................................................................................................................................................................................................................... 124 Wierny stró ................................................................................ 105 Góral ..................................................................................................... 86 Podanie ..................................................... 161 5 ............................ 77 Spotkanie .........Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi................................................ 144 Mon général................................. 76 O nagości ................................................................................ 108 Współczucie .................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 95 Kto jest kto?..... 90 Wina i kara ........................................................................... 130 Na biwaku......................................... 93 Przeja d ka....................................................... 110 Ptaszek ugupu ...................................................................................................................................................... 97 Wesele w Atomicach ................................................................ 150 Interwał............................................................................................... 83 Rękopis znaleziony w lesie ................................................................................................ 155 Pasa er .................................................................................................................................................................................................................................................................................... 111 Ad astra................................................................................................................................................ 138 Jak walczyłem .......................................... 145 Ten gruby................................................................................................................................................... 81 Ni ej ............................. 140 Testament optymisty ......................................................................................................... 152 Szach....................................................................................................................................................................................... co się śmiał............

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

ja mam dzieci — błagał staruszek. Propozycja została przyjęta. — Niestety. chocia piętnaście sztuk. sprzedajemy tylko po dwie sztuki.. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. W parku. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. gdy przechodziłem koło tandety. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. 7 . w godzinach największego ruchu. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. — Nie mogę. Na drugi dzień. tylko w marynarkach. lecz nie ustępował. z wyrazem zadowolenia na twarzach.. zauwa yłem posępnego blondyna. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. Kosztowało? Nooo. e są to aluminiowe garnki. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. Zdaje się. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. ale nawet gdyby tak było. a nazajutrz.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. — Niestety. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. zjawił się w PDT. który ogłosił.. Eugeniusz. zadyszany. wykluczone. Zapas był na wyczerpaniu. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. na ulicach. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. naturalnie. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek.. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. Kolega nasz. ale eby a tak. który wołał monotonnie: — Plastyczne. u ywany swego czasu przez landsknechtów. łaskawy panie. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. Towar jest towarem i musi być sprzedany. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. model XVI wiek. — Panie. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. elastyczne. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. wymykali się upokorzeni. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. e co dziesiąty półpancerz. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. inni natomiast.

pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. słyszała pani? Nima. 8 . nima! 1951 r. Nima. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. I pewnego razu. pytałam się o te półpancerze.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

e trzy dni chodził z oczami w słup. to by wszystko pojął i opisał. wyjść nie mogę. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. I tak ze wszystkim jest. eby się tam zapisać. Zatem. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. drzwi się otwarły. towarzysze. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. Baba w krzyk. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. jak te wielkie budowle. jak latają. a tak go coś zaszło od tyłu. piszę. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. boję się. ale nie za głośno. A czapkę miał kolorową: czerwoną. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. A nie mówiłem. jest u nas taka jedna baba. Jedni mówią. a dookoła wiorsty i mogiły. Ot. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. w czoła zimne się pukają i turlają.. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A tu. Owszem. bo się boją. Więc siedzę. patrzy.. jakby dokądś chciały. nawet za największą potrzebą. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. śmieje się i dusi. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. latają. utopił się artysta. towarzysze. A tak. Wy nam mówcie: Europa. bo. cały zielony. W utopców. Bo e uchowaj. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. e a się serce kurczy. Poradźcie. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. A bo to zawsze wiadomo. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. e przełomu adnego nie będzie. nawet w czarownice wierzą.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. e jak to piszę. białą i niebieską. z powodu jego braku. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. Mówił mi leśnik jeden. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. Ale to wszystko nie jest najgorsze. e u nas inna specyfika? 13 . co postawimy mleko na kwaśne. z napisem Tour de la Paix — po francusku. ale to był geniusz i jakby wyrósł. Gorzej. e u nas nocami coś tak wyje. jak powiada. w upiory. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. to tylko lata i fosforyzuje. Miał dopiero dwa lata. Rzecz jasna. Chłopi młyn omijają. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. jak liście w październiku. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. gdzie miał być mostek. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. o szyby skrzydłami biją. Bo trzeba wam wiedzieć. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. A moja chata samotna pod lasem stoi. nie ma to. zwyczajna walka klasowa...

Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. koń ma cztery nogi i te się potknie. Pisząc do mnie anonimy. Stałbym się wtedy pegazem. — Pan jest taki inny. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. Nie mówię ju o korzyściach. Idąc do nieba otrzymałbym. siłą faktu. skrzydła. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej.. du e mieszkanie z łazienką. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. Przeciwnie. — Ha ha! — zaśmiałbym się. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. Nawet wtedy. du e mieszkanie — powiedziałbym. — Czy panowie nie widzą. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć.. e jestem niezdolny. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. jak bardzo chciałbym być koniem. — Proszę o nowoczesne... kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. uśmiać się jak koń. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . — Ten ma łeb — mówiliby inni.. — Jak na konia. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. gdyby moje teksty były niedobre. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. — mówiłyby.. Oczywiście. e ja nie jestem zwyczajnym. to znakomite — chwalono by mnie. takim sobie. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.

te smyki. panu o ten nos chodzi. e taki kłopot. Ale to jest oszczerstwo. mając na myśli tego pana. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. ma 15 . na rynku. Ale tatuś na wszelki wypadek. Ojciec cieszył się bardzo. — domyślił się tatuś. e czerwony. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. osobę. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. Rynek był obszerny. Pan je powinien krótko trzymać. który na rynku miał swoją budkę. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. przecie to jasne. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. nie dał im kolacji. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. ile kto chciał. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. ale zuchwałe. Ale czy to ju zaraz powód. Przywołał dzieci i zapytał surowo. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. tylko rozciągał się. Sprzedawca podziękował i poszedł. — Nos — głupstwo. o co chodzi. a tę trzecią na tej drugiej. są jeszcze małe. wychowawczo. Na samym środku tego rynku dzieci. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. odparły. wśród wrzawy i uciechy. fuknął i rzekł: — Dobrze. — Ale on. e tak późno. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. Nos miał z marchwi. Był to sprzedawca gazet. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. sprzedawca gazet. Potem mniejszą — to były plecy i barki. bądź co bądź. Małe to. Urzędy urzędowały. jakby nic nie zaszło. o ile opady śnie ne dopisują. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy.. ale trzeba pilnować. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. Przepraszał. W sprawie tego nosa z marchwi. Były bardzo szczęśliwe. Wcale nie z wódki.. e nic podobnego. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. No bo sobie odmroził. Był to brzuch. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. — Jak to.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. prezes. za karę. Gdy wreszcie pojęły. najpierw nie rozumiały nawet. co go dzieci zrobiły bałwankowi. Bo to dzieci. Prezes przywitał się z panem domu. e je tu widzę. one najpierw lepią jedną kulę. Ró ni ludzie przechodzili. oglądali bałwanka i szli dalej. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. potem drugą kulę. — Ach. Chciały dać do zrozumienia. ma właśnie czerwony nos. ktoś zapukał do drzwi. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. e. Tak sobie. On sam. Ale wieczorem. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. One jeszcze tego nie rozumieją. ale wyobraź pan sobie. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. Najpierw utoczyły du ą kulę. jak wiadomo. to trzeba na to mieć dowody. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. Wychowawczo. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. A rynek nic sobie z tego nie robił.

zapytane. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. dlaczego miałby być nieupolityczniony. Nie na tym skończył się ów dzień. a potem nagle umilkły przed samym domem. — Tak. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. e ja chodzę po domu porozpinany. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. — Aha. czy istotnie. — Eee. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. Zapamiętaj pan to sobie. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. To. dla zabawy. drogi panie. Jednak na wszelki wypadek ojciec. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. ukradkiem. to ju jest moja prywatna sprawa. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. Na rynku nie pozwolono im się bawić. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. Jednak na wszelki wypadek. aby się natychmiast przyznały. bo pije wódkę. Zrobimy czerwony nos. ojciec postawił je w kącie. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. milczy pan! To milczenie jest wymowne. co ludzie o mnie mówią. Nie będzie ądał sprostowania. za karę.. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei.. chciały dać do zrozumienia. cichnąc stopniowo. bo on jest bałwan. kto to mo e być. Ochoczo zabrały się do pracy. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. A ja panu powtarzam. ale gospodarz ju nie otwierał.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. niesmaczny art na temat faktu. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. I mo na mu zrobić guziki. i jeszcze jedno. na palcach. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. bez adnych ubocznych myśli. wycofał się z pokoju. — Eee. — No to ulepimy pana. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. co sprzedaje gazety. jaką by wybrać zabawę. 16 . e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. On ma czerwony nos. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. Ojciec nie rozumiał. umilkły w oddali. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. bo chodzi porozpinany. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. Tylko eby więcej tego nie było. takiego zwykłego bałwanka. więc podsunął im krzesła. to równie jest dwuznaczne. na nierozwagę. eby usiedli. dziwiąc się. Dzieci. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. Dzieci zaczęły się kłócić. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. e jak mi się spodoba. za karę. Dzieci zastanawiały się właśnie.

Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. Poszli. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Następny wieczór był równie chłodny. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. po drugiej stronie stolika. Ozdobą parku był łabędź. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. kto w taką noc zetknie się z wodą. Staruszek posadził łabędzia na krześle. Noc jest gwiezdna.. Ze względu na dzieci. samotnego serca staruszka. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. grzanym piwie z cukrem. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. W tym wypadku straciłby posadę. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. Wczoraj. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. Pomyślał. podpłynąwszy do brzegu. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. Nikt nie przychodził do parku. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. Stró em został mały staruszek. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. Przywoławszy więc kelnera. I znowu nadszedł wieczór. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. rześcy i zadowoleni. Przeląkł się. Nie mógł jeść. wrócili na posterunek. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. Gdy siedział tak na brzegu. Myśl o tym. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. pełen wyrzutu. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. Matki małych dzieci. gdy czuł na sobie jego wzrok. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. Było mu zimno. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. Biedny łabędź. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. gdy wrócili do parku. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. Ukradli go chuligani. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. To łabędź. zjadłby coś. od lat samotny. poruszyła staruszka. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. wpatrzony w niebo. eby go mieć na oku. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Łagodnie świecił białą plamą. a czasem spoglądał w gwiazdy. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Zabrał więc łabędzia ze sobą. gdy przypomniał sobie o łabędziu. 17 . maczaną w mocnym. al mu się zrobiło ptaka.. Pewnego razu łabędź zginął. wbity do ciepłego. ale bezksię ycowa. Zaniechał więc gospody. Na środek stawu wypłynął łabędź. upominał się o coś.

Przeciwnie. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. równie liliputa. Wieczór spędził jak sparali owany.. przy szklance grogu. ale spełniał funkcje pomocnicze. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. Miał nadzieję. które w nim poczęło kiełkować. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. liliputa-biedniaka. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. zawadził koroną o górną framugę drzwi. e lustro nie odbija złotej korony. pomimo e był bez nakrycia głowy. będąc za du y. e mimo i chodził po scenie. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. który z jego ojca.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. e proces ma charakter przejściowy. który grywał role amantów i bohaterów. Ale wreszcie. który. Rósł. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. stały. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka.. Zarabiał dobrze. Na korytarzu minął się z fryzjerem. poniewa był najmniejszy. w fotelu. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. Zespół solidny. e jest jednostką aspołeczną. stać się apologetą imperializmu. nabił sobie guza na czole. wychodząc z garderoby. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. N a s z w treści. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. Nazajutrz ściął obcasy.” Zwykli ludzie? Tak. usiłował nawet. musiał się schylić. po tylu latach. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. zarzucił czytanie gazet. to przede wszystkim dzięki niemu. kiedy. Wmawiał sobie. czy to amatora. widownia w ogóle go nie zauwa yła. choć usiłował je oddalić. ale wszystko to było sztuczne. umyślnie wyprostowany. czy to zawodowca. rozporządzał świetnymi siłami. Zespół jednak był skompletowany. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. nie tak jednak małego. którą miał na głowie. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. taki rasowo. Pamiętał. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. przeszedł na syna. e go nie dostrzega. w której grał główną rolę — zauwa ył. Sam przed sobą udawał. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. ba. miał powodzenie. a lilipuci w formie. Je eli teatr stał. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. równie liliputa. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. występujący pod szyldem „Tyci”. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . Pewnego razu. taki był mały. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. mimo obrzydzenia do samego siebie. Nadszedł dzień. nie grał na scenie. Spojrzenie było uwa ne i ponure. Podniósł koronę i udał się na scenę. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. Nie mo na się ju było łudzić. e mo e nawet później przyjdzie regresja. wychodząc. W chwilę potem. niedoścignienie mały. rozgoryczony. charakteryzując się w garderobie. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy.

która niebawem miała wejść na afisz. Przez okres prób męczył się bardzo. w miarę rozbawiony. trafił do teatru liliputów. Musiał rozstać się z teatrem. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. sapnął do siebie. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. granatowe palto. odwijając miętowe cukierki z papierka. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. gdy dopinał długie. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. szepty milkły. Wiedzieli albo domyślali się. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. równie bardzo zdolny. zadowolony. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. potem był chłopcem na posyłki. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. Po latach. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. 19 . czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. Odwrócił się do drzwi. Bez wahania. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. gotów. wpatrując się w sufit. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. Później imał się kolejno ró nych zawodów. w sobotę. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. niemniej jednak du y. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. powoli. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. w „Zawiszy Czarnym”. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. Potem w szatni. który ju stał się dla niego za krótki. jak zawsze. zabawni malcy. Wrócił potem do domu. ju ucharakteryzowany. Obok fryzjera drugi amant zespołu. Siedząc na widowni śmiał się. Ale bezlitosny czas. z fryzjerem pośrodku. lecz ciągle. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Miał wra enie. w miarę zainteresowany. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu.

. eby go podra nić. co kiełkuje. zamiast posługiwać się nami.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. spokojnie je marchewkę. — U yłeś słowa „alibi”. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. Jak przyjdzie co do czego. nie pomyślałem o tym. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. — Człowieku. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. wrzuci go między skazanych. Oni po prostu chcą mieć alibi. tak dla alibi. Pierwsza lwica. wybiegła z tunelu. Kajus ukłuł go po raz drugi. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. Tłum powstał z miejsc. — Widzisz. — Nie mówię. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia.. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. co nowe. trochę silniej. I co wtedy? Rewizje. Bondani zni ył głos. Spróbował go więc namawiać. między nami. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. To lwy”. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. Bondani Kajus. Ju był odetchnął z ulgą. e jadłem marchewkę. e nadzorca. Chocia . zadyszka. Lew skrzywił się: 20 . dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. Kajus zaklął. Czy nie przyszło ci do głowy. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. rehabilitacje. lwami? — Nie wiem. Ale mniejsza z nimi. Mnie chodzi o moją skórę. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. marchewka to wielkie świństwo.. prędko i miękko przebierając łapami. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. Kajus nie był złym człowiekiem. uzbrojony w długą erdź. e nikogo nie zjadłeś. mówię ci: nie ma głupich. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. Igrzyska rozpoczęły się. kiedy dostrzegł. Chrapliwy pomruk. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego.. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. — mruknął z politowaniem lew. to wszyscy widzieli. Czy nigdy nie myślałeś o tym. Dozorca westchnął. ale bał się. — Odczep się — powiedział lew. astma. — Rzeczywiście. ebyś od razu kogoś po erał. Lew machnął ogonem. sprawdził. e nie chce agitacji. które kiełkuje. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. — Starsi. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. eby lepiej widzieć. Kajus podrapał się w głowę. Dozorca lwów. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. — Nic się nie znasz na polityce. Coś mi się wydaje. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. W historii zawsze trzeba się orientować według tego.

Krótkowzroczni koniunkturaliści. — Co — chrześcijanie? — No. doszli do władzy. — Słuchaj — zająknął się Kajus. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. 21 . Element bez zmysłu taktycznego.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw.. Idą na byle co. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki.. wiesz. — No? — Jakby ci chrześcijanie... Ciemnota kolonialna.

Panie! Teraz ju wiem. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. A wy. odjechał eszelonem. o. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. wcielony do piechoty. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. Przeczytawszy ten list. Najpierw był w Polsce. e tak jest odeń daleko. Zupełnie nie rozumiem. Wołał. bracia i siostry. Eryk bardzo sobie krzywdował. przy śniadaniu. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. Kiedy dotarł do Kaukazu. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. jak ka dy zresztą niedowiarek. A wtedy okazało się. pamiętajcie. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. a przede wszystkim oskar ał wojnę. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. o.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. e nie chce odchodzić z domu swego. Nie jest ju pacyfistą. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. Bluźniąc w ten sposób. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. Tak więc..Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. A ja. „Verflucht!” — mówił. aby mnie ocalić. z tych. narzekałem i złorzeczyłem. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. niegodny. które świadczy o tym.. e pewnej nocy w kamienicy. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. Abym nie zginął niespodziewanie. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. Codziennie. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. a wy? 22 . O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. Zrobiłeś to po to. w rozkwicie moich grzechów. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. przywalony sufitem. Przebacz mi. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych.

Sztuka a ycie.. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. na co go stać. Ka de święto lasu jest moim świętem. Człowiek jak i inni. Panno Stasiu. Konno nie umiem jeździć. Sanacja. jeśli chcą. jeszcze raz. o ile mamy z czego. Pływają tam meduzy. 23 . e ja mam ju reumatyzm? To od wody.. Ostatnie kukułki przestają kukać. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. Weźmy te głębiny morskie.” Siedzisz i pędzisz przez pola. Rozglądają się.. prosimy o dwie takie same. trojka. Taki Grunwald. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. Las to zdrowie i mleko. Czy uwierzysz. opustieł nasz dwor. Ja.. Nie pijesz? Ja te nie piję. Kto wie. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. Bardzo lubię zalesiać... Zakąś serkiem. Panno Stasiu.. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. w której le ał jego ojciec. snieg puszistyj!. Ja osobiście wolę porzeczki. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę.. Świetnie je d ę tramwajem. Szkodzi? Mnie te szkodzi. Nasze zdrowie. Tylko za du o jeść nie mo na. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. czy nie widzimy się po raz ostatni. Mam do ciebie prośbę. I chciałyby się czegoś napić. I tak było. Wisła to królowa naszych rzek. To piękny serek. Ale mimo to. Koń izdoch. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę. Najwa niejsze. nigdy nie cierpiałem. czemu aden z nich nie wie.” To z Jesienina. Kiedy byłem mały. Mijasz sioła. płaszczaki.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. węgorze. Panno Stasiu — jak wy ej. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. nie warto wspominać. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Ale te miałem wypadek. Postawisz sobie pelargonię. Zdolny był. Czuję do niego odruchową niechęć. Przeniosę się do Wieliczki. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. Czy pamiętasz: „Si. Mo na by du o mówić. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy.. Trzeba się czegoś trzymać. „Hej kolego. Człowiek wiedział. W środku Wanda. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. Na przykład taki jamnik. dwie. a tu nie ma dosłownie nic do picia. Historia nasza obfituje w szczegóły. Trzeba umieć yć. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. Teraz są te spływy Wisłą. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. W tym coś jest. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. Takiemu nie podaję ręki. Śmieszyło mnie to.. jeszcze dwie głębsze. Tak.. Ja nie z soli ani z roli. I woda. Owszem. I co? — zapytuję. Wszystko minęło szczęśliwie. Du o wody. A ja jestem roztargniony.. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. „Hajda. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. gdzie się szczęście znajduje”. Tam czuwają — pomyślę sobie.. „Wsio praszło. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Proszę cię. Tote trzymam się z daleka. Znałem jednego re ysera. Zęby mnie bolą. Panno Stasiu. bo mdli.. Wszędzie woda. patrzysz. bracie. Właściwie zima ma swoje dobre strony.. To z Asnyka. co. A bo ja wiem. Mniej zachodu. Łysiejesz? Ja te łysieję. bracie. Lato minęło. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. poriedieł moj wołos. si. Panno Stasiu. czasem trafi się jakiś szakal. A pelargonia trwa. piękny jak Capri albo Luwr. Głupstwo..

sobotnie popołudnie. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. A nicponie!. Mieszkał tam proboszcz staruszek. Wieśniacy siedzą na progach.. A orkiestra zebrała się. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby. stara. Na dziedzińcu zatrzymał się. Do polityki się nie mieszał. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. eby dać koncert. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. a bogatsi na ławeczkach. 24 . bez której coraz trudniej było mu chodzić. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. na przyzbach. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby. Słuchają.. Głos ich doleciał do plebanii.. Herboryzował jedynie. Zardzewiała była.. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty.

Stoją przecie i grają świeckie pieśni.. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. w hełmach...Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. Sześciu stra aków z trąbami. z którym rodzi się i umiera człowiek.. Bo jak e to?. jak w seminarium jeszcze.. dam ja im — zagrzewał się poczciwina. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca.. lubi się pokazać. Ale przecie . Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie.. On sam. I przypomniało się staruszkowi. 25 .. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. Nale ałoby ich jednak skarcić. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni. na podwórku. Wiadomo: młody. Lipy mocno pachniały. słychać było brzęczenie pszczół. ile ju prze ył. — Urwisy. — gniewał się jeszcze. W krótkich przerwach między strofkami. Dotarł do drugiej furtki. grali w palanta. Tu przed kościołem.. Kapelmistrz miał pióro na hełmie.. ja te byłem młody. z dziedzińca kościelnego na placyk.

...Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka. Ej!. — grali stra acy.. Proboszcz zbli ył się do nich. podniósł palec i kiwając nim to do góry. A on przystanął. o lasce. Siwiuteńki. Stra acy obejrzeli się. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. to na dół. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby.. 26 .. Przestali grać. powiedział: — Ej!. Pokłonili się pokornie.

e dłoń. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. gdyby nie okazało się. mnie głupiemu. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. którą znalazłem tak blisko jej kibici. Okrę ną drogą. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. tym razem autentyczną.. Jaka była moja radość. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. Chwila taka wnet nastąpiła. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. zapuszczałem się w puste aleje. było tylko dziełem przypadku. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. na jakim przyjęciu. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. eby podejść i uwieść ją. tote nie zdziwiło mnie to wcale. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. aby okazać się mę czyzną. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. i pragnie swoją zgubę odszukać. a więc w warunkach. eby mi nie przeszkadzała”. Bowiem kiedy w pół roku potem. e jest jej dłonią. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. Na szczęście nie była sama. Kiedy przyszła na górę. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. przeszła mimo. Spłonąłem ze wstydu. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. podczas wspólnej akademii.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . który. mój znajomy dokonał prezencji. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. udając najwy szą obojętność i chłód. To. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. e straciłem rozeznanie. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. ująłem jej dłoń. wysunąłem ku niej rękę.. nale ała w istocie do mojego druha. jedną ręką podkręcił wąsa. poniewa sądziłem po prostu. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. dosypując całe naręcza point. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. 27 . Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy. Na myśl. cal po calu. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. e widziałem ją tam. Przełamawszy wszystkie opory. poza krzewami. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. Wychodziłem z domu tylko wieczorami.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Los jednak przyszedł mi z pomocą. zbli ywszy się do niej. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. stanąłbym wobec konieczności decydowania. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. e nie jestem taki nachalny. Pocałowałem ją w rękę. przedzierającą się przez chaszcze.

Mówi. lecz stanowczo. jak mi powiedziała następnego dnia. Bardzo mnie zawstydziła. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. gdy . dodając przyjacielsko. oświadczyła mi mimochodem. wrócić i po yczyć jej. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. ze wzruszenia zasalutowałem. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. e jestem jak inni mę czyźni. Następnie domagała się zapałek. Wreszcie. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. e jestem bardzo subtelny. tłukąc się boleśnie. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. Nie powinienem jednak się skar yć. Skinęła mi głową. musiałem wyjść po nie. i poszła. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. le ała. e tego się po mnie nie spodziewała. 28 . acz surowo. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych.

— Mo e tu kiedyś była redakcja. e się nie orientuję. Po drugiej stronie był rebus. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. — Przyniosłem do redakcji. Wolałem sam przynieść. ju nie ma. ale dawno — powiedziałem złośliwie. Rozwiązałem wszystko. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. Sam rozwiązałem. Kiwnął głową. — Tak. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. Oburzyłem się. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. który. wykonanych z kości. Zdaje się. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. widząc. przenikający przez szyby. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. Bie ący tydzień w BadenBaden. ślinionym ołówkiem. — Istotnie. — Wielka szkoda. Nieustanny szelest kroków. wycierając nogi. przede mną te było prywatne mieszkanie. poziomymi kreseczkami. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. — Cały rozwiązany. ślepych. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko.” — Rebus —— podsunął. separującej mniejszości narodowe? 29 . pięćdziesiąt lat temu. Sufit w pokoju był wysoki. proszę pana. Ale zdaje się. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906.. Miała barwę starych płytek do gry w domino. — Szkoda. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. według adresu. czy mo e wejść. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. — Czy pan wie. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. W pokoju było szaro. klamki brudno ółte i ozdobne. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. które zostały na powierzchni po topielcach. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. — Tak. te sprawiał. e przedtem te było prywatne mieszkanie. strumień płynął dalej.. — Kiedy się wprowadzałem. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. Chwilę milczeliśmy. Przepłynął i zniknął. drzwi równie nadmiernie wydłu one. e często myślałem o rzece. Kiedy wszedł. nie jestem profesorem. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. rozejrzał się i zagadnął. — Widzę. uchylił ten swój kapelusz i zapytał.

Czy pan wie. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. a pan ciągle z tym rebusem. — To było bardzo trudne. to będę grał. — Śmieszny pan jesteś. w Czarnogórze. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni. Zaczęli grać. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. co ze szkoły. Ale mogę powiedzieć. republika weimarska.. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. — Panie.. złośliwie.. Mo e się panu wydaje. ale myśl ludzką trzeba szanować. co znaczy Zeppelin. Ale ja musiałem pracować. proszę pana. e będą grali w karty. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. — Pan myśli. e się nie dałem. — dopowiedziałem uszczypliwie. proszę pana. To nie ja wymyśliłem bombę. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. plebiscyty... potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. Poziomo. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. Ojciec i stryj powiedzieli. Nie umiał pan! — Bomba bombą.. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. Chciałem zagrać z nimi. Pan się śmieje. ale ojciec mi nie pozwolił. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy. Taki przewrót. taki kolosalny skok. tylko e jeszcze wcześniej. e sam wszystko rozwiązywałem. e miałem za du o czasu. Ja nad tym nie pracowałem. — Mnie reklamowali. — I dopiero teraz pan skończył. Myśl ludzka nie zginęła. Oto rebus. bo mówił.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Było du o obcych słów. — A jednak pan mi działa na nerwy. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. to się pozapominało i troski ma się inne. 30 . bo było gorąco. Czy pan myśli. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. Spłoszył się. proszę pana. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. Siedzieliśmy w ogrodzie. Takem zaczął sobie rozwiązywać. e jestem za młody i e jak dorosnę. e to tak łatwo. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. Śmiałem się głośno. proszę pana.

Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. delikatnie dawszy im do zrozumienia. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. Z góry cieszyłem się myślą. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. ziarenkowych oczu. e właśnie teraz jest sposobna pora. która ni stąd. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. Bo to był przypadek. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. ale bezskutecznie. miłości i niechęci. Byłem łaskawy i przyjacielski. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. e mają kłopoty. Wpatrywali się w siebie. W mojej szufladzie kryły się światy. e ujrzałem najpierw ich dwoje. tłumaczył. e jest tam nawet mała uliczka. a mo e coś więcej. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. w doskonałym humorze. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. niecierpliwym ruchem ręki. Byli tak mali. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. ja mogłem być dla nich wszystkim. mogła na nie wpływać. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. Okazało się. przypominające błyszczący wiórek. kiedy wracałem do domu. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. Włosy spięte na karku. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. e mieszkają w maleńkich domkach. On — wielkości połowy mojej dłoni. abym im pomógł. kto sądził. artowałem z nimi. Wyjaśnili mi swobodnie. e muszę wyjść — udałem się do miasta. o jasnych oczach. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. Nachyliłem się. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. na których bardzo mi zale ało. e. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. moim głosem. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. e yją w niej mali ludzie. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. e mają rodziny bli sze i dalsze. co odkryłem ze zdumieniem. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. bo moje nowe. W kawiarni widziałem się z kimś. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. Wreszcie. ale miła i młoda para. Byłem po śniadaniu. Zmiotłem ich wszystkich jednym. jak wielkim autorytetem będę dla niej. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. Odszedłem pod mur. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. czując. Uśmiechając się nieśmiało. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. uśmiechnięty. Wziąwszy się za ręce. odzianej w granatowy wełniany sweter. równie mieszczących się w mojej szufladzie. zgrabna i złota. o którą wspierała się wysunięta szuflada. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. którym wysłane jest jej dno. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki.. uczucia.. czym zmiana pogody na niebie. Zresztą nie okazywali trwogi. jasne spodnie. Potem. 31 . a nawet podszedłem do lustra. muskały jej plecy. zobaczyłem tam te horyzont. Uśmiechnąłem się. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. śmiałem się. ona — jak mój palec serdeczny. problemy.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. Wyglądało to na prośbę o pomoc. i tak zostały pochlapane. ju nie padało. Powtarzam.

kogo ojciec chce. bardzo ałuję.. W chwili kiedy podnosił fili ankę. ojcze duchowny.. To zbyt trudne do uwierzenia. nie wiem..... a nie on. nie płaczę.. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród.... rady. Oczywiście. pomocy. tak... nie zamierzonych spojrzeń. praca.. zdarzały się nieporozumienia.. I było kadzidło. Nie zdradziłam go ani razu. .? Nie... ró owych kwiatków.? Tak. ani nawet myślą... potrzebuję..? Słucham? Ach. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. Nie... Mam mę a. nie. Byłam mu wierna.. nie zmienił się i po ślubie. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. biały welon.... Miałam du e oczy i długie warkocze.? Więc o co chodzi? Ach.. proszę ojca. drzewa... zaraz dojdę. Niech ojciec weźmie tę rękę. . ale delikatny. Jest na stanowisku. jak e . Czy ojciec mo e. Lubiłam je dotykać policzkiem.? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy.. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać. Był wielki i mocny..? Och. mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo.? Właśnie — co? Jak...? Te nie.? Ale .Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie. i lilie.. to ja przychodzę. Był pełen planów.. nic podobnego. .. . cie... Nigdy.. taki zasłu ony!. wszyscy go szanowali. Tak. Ja byłam młodą.. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście. Po siedmiu latach po ycia....? Proszę? .. Organy grały i miałam długi.. dlaczego.. słyszałam o tym. eby odpoczął. ... e wyszłam za niego z miłości.. bo jeśli to grzech.? Zaraz. Siedzimy rano przy śniadaniu.. biedną dziewczyną. . i. Czy ojciec uwierzy? . nie wiem czy potrafię. kraj. Potem pobraliśmy się. i mama płakała. co te ojciec znowu. Ale przecie to ja się spowiadam... ja.. Zawsze był stanowczy... .. To ja.. ojcze. nie. . I wtedy zobaczyłam.. ró owe kwiatki. proszę ojca. to jest. Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. Pokój obity tapetą w malutkie. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. nie. dziesiątki tysięcy malutkich. naprzeciw siebie. 32 ..? Mo e.. był taki zdolny. tak.. wiem.? Nie. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi. .. ale on nie.. to była pró ność. W tym roku pojechaliśmy na letnisko. Jedno z tych zwykłych. .... przyszłam tutaj.. Ach.. po. długi. ogromna odpowiedzialność.. Namówiłam go.? Oczywiście. . .. ale niegroźne. On przyjechał samochodem.. oczywiście. spojrzałam na niego.

. proszę ojca. e on jest z plasteliny. On był zawsze.? Wtedy. Pochyliłam się nad nim..Sławomir Mro ek – Opowiadania . dopiero wtedy zobaczyłam.. Cały.. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 . Sztuczny.? Uniewa nienie mał eństwa? Ale . Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . .? Tak. Widocznie miałam szeroko otwarte oczy. on jest z plasteliny. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz...

tak odpowiedział na pytanie. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. Zygmuś powiedział: — Czekaj. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. e wie. Jednak ślimak zajął Zygmusia. Rzeczywiście. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. A jednak jest w nim coś. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. Ale on nie uwa ał. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. z du ą główką na cienkiej szyjce. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. jest ju późno. Dlaczego nie uwa ałeś. bo znowu trzeci byłby bez niczego. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. Pewnego razu. ja ju jestem przeziębiony. idź spać. co było w szkole: — Pan profesor mówił. Kiedyś. wchodząc do klasy. to znaczy.. ebym nie zdejmował berecika. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. e masz dobre serduszko. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. e to nieprawda. Dzisiaj ju nawet wiem. z którego wyrabia pierogi”. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. ale ja mu powiedziałem. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. eby go uznali. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. jak Zygmuś wygląda.. co to jest ślimak. bo się przeziębię. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu.. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. e ślimak kopie lewą nogą. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. Blady. Ka demu się wydaje. to ci poka e!. Zygmusiu.. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. Pierwszym tematem. ma odstające uszka. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. Przyszedłszy do domu. ale posługujących się tylko gwiazdami. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. Otwórzmy jego kajecik. bo siedział pod ławką. Gdy pojawił się ostatnio. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. co wiem o Zygmusiu. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. — To ładnie. Zygmusiu. nie zdjął berecika. bo ślimak ma tylko prawą nogę. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom.

Strze cie się go. Taki jest Zygmuś. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. Ciocia mówi.. bo mówi. ale. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. e wszędzie dobrze. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz.. e zawsze razem najraźniej. Miły. 35 . W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. ale najlepiej w domu. w którym miejscu mają tatusia szukać. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody.

. dumna. — Godzina walki. generale. — To jest — dzwony owszem. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. uderzając w bęben z podwójną siłą. — Nigdy! — huknąłem. zale nie do pory roku. ale jakoś smętnie. tak. ale od czasu do czasu. — Na co nam dzwony. Zostałem sam. — Ot. to jasne jutro. Generał ukazał się w stroju niepełnym. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. bardzo słusznie — zgodził się generał. złoty.. — Późno jest tylko dla wroga.. z czołem przeoranym zmarszczkami. lekko poirytowany. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. — . — O. generale — myślałem — ale wiesz. — Nie.. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. pochrząkał.. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu. — Ja mówię. Gdy odezwie się mój werbel. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. to czarnymi od błota. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. panie.. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. Ka dy nasz krok. Trząsł się nieco. świadczący o mojej pracowitości i ochocie.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie.. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. a świat po obu stronach bywał zielony. kiedy mamy werble. choćbyśmy mieli maszerować. pochwalił rząd i państwo. brunatny i biały. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. słusznie — przytaknął.. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem. — Słusznie. obywatelu generale! — podchwyciłem. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. krok. cały płonąc. maszerować. nie.. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. — No no. e twój wierny dobosz czuwa. tak. obmyślasz strategiczne plany. Nie ustaniemy.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. — Tak. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach. Bęben był du y. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. Przywitał się. kiedy podszedł do mnie generał. — Odszedłeś. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. A ka dy nasz krok. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. bo na biwak spadła nocna mgła. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. biłem w jego matowo. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. — Nigdy odwrotnie. — Tak jest.. Ty w skupieniu. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. to. która wybiła! Niech zabrzmią działa. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. — I taka mnie ogarnęła 36 . to — mruknął generał. dniem i nocą. dyskretnie przysłaniając sobie usta. prawda? — zapytał generał niepewnie. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. I ty. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. myśląc nad czymś. dla nas nigdy! — krzyknąłem.

Pojawiły się pierwsze.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. e tego. Wkrótce potem aresztowano mnie. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. ani przypodobania mu się. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. o którą walczymy. Myślałem. Potem rzekł głucho: — Dobrze. Witało je tylko zdrowe chrapanie. ani senność. — I odszedł. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. nasycony ideą. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. e będziecie jeszcze bębnić. zdjął mi z szyi bęben. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. nie mogąc zasnąć. Noc ju zapadła głęboka. który wykonywał ten rozkaz. Ront. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. e to z zimna. e mo na by to w ten sposób pojąć. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. przewracał się z boku na bok. co? — zagadnął. a ja z całym arem młodości. Wzruszyło mnie. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś.. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. ró owe obłoczki. — Więc powiadacie. Nie pozwalał na to regulamin. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. zziębniętych rąk pałeczki. Nawet przez myśl mi nie przeszło. wyjął z osłabłych. kiedy mijaliśmy namiot generała. Był to generał w koszuli nocnej. otoczył mnie w milczeniu. Głos miał ochrypły. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. Zawsze byłem szczerym. które wyraźnie słyszałem.. Generał zgrzytnął zębami. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. generale! Nie pokona mnie ani chłód. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. gotów jestem bębnić póki ycia. taka wola poświęcenia dla sprawy. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. Czasem tylko. bardzo dobrze. W dolinie rozległa się cisza. 37 .

jak zimne światła odległych galaktyk. knajpy jeszcze puste. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. potem kolega musi odjechać. znajomi w pracy. Odło ył słuchawkę. czyli po prostu tylko za pośrednictwo..Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. kole eński. Oni stanowią skład pogotowia. w ółtym świetle arówki. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. Wiadomość w sklepie. Mo e pan mi towarzyszyć. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. Z pokoju kierownika — od frontu. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. tak. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. a stamtąd do następnego pomieszczenia. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach. ale nie mają za co. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. buchaltera i sprzątaczki. Odprowadza go pan na dworzec. ale chcą.. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. gotowy. ale nie ma z kim. i co? Straszna samotność. 38 . których pan widział w dy urce. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze.. teraz naprędce przerobionym. wraca z dworca. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. spragnieni i smutni. którzy nie mają. — Halo. do u alenia się. — W porządku — mruknął opuchnięty. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. którzy te pragną w danej chwili wypić. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. tak. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. czynnego całą dobę bez przerwy. Była to niegdyś łazienka. mo e dać się we znaki. zapinając guziki. wszyscy śpią. Muszę wyjść na chwilę do personelu. Co pana czeka? Osamotnienie. i ci. telefonu. Pije pan z kolegą. proszę pana! Ilu jest ludzi. szefie? — zapytał ochryple. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu.. Wróciliśmy do pokoju administracji. Dzięki nam odnajdują się ci. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. współczujący. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. — A pracownicy? — To zale y. który nigdy nie powie: „nie”. taki. chętny do pomówienia o wszystkim. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. serdeczny. z urządzeń pozostała tylko wanna. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. którzy chcą i mają. Wzdłu kafelkowych ścian. Zaraz poślę dy urnego. kiedy ma ochotę wypić. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. — Zwycięzców trzy. kiedy samotność. przedpołudnie. Albo ma pan wolny dzień. przyjęte.. Większość spała. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. je eli pan ma ochotę. — Jaki adres. oddany. — Więc humanizm.. ale bez szansy porozumienia. ale bardzo obszerna. tak nieznośna dla ludzi pijących. ulica Zwycięzców? Tak jest.

— Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. — Eksportowa zakrapiana. ale nie tylko. ale takiego. którzy pracują dla nas na zlecenia. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. przecie nie poślemy mu byle kogo. Są tacy. Muszę przyjąć raport. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. czyli „Na jednego”. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. który opuścił przed ukończeniem seminarium. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. 39 . Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. których by nie wypito. Wiadomo przecie . chętniej. Na biurku zadzwonił aparat. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. Ep! Mówi. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. więcej. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. — Halo. do lasa”. Kierownik rzucił się do słuchawki. tu Spółdzielnia „Jeden”. Do nich wysyłam pijących poetów. ona go porzuciła. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. e świat jest piękny. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. e w towarzystwie pije się lepiej. gdyby nie my. Dzwoni do nas profesor. — Czy mo e pan nas poinformować. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. Chce mieć kogoś. tylko ludzie są źli. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. specjalista od kultury Majów. — To ja pójdę — zaproponowałem. Marysiu. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. miał cię kie dzieciństwo. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. Zdarzają się klienci wybredniejsi. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany.

ale: „Pańska być” (np.. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. ale jednak najczęściej to.. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo... której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE . 40 . „Sero venientibus ossa!” — okrzyk. który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. łączcie się!” . „Twoja być biała”). faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. Nie w ka dej muszli słychać morze. który się zestarzał — starzec na posyłki. Chłopiec na posyłki. Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . a to z powodu chrypki.... Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. . Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. O florze. Ziemia posiada kształt balona. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob.. „Pańska być biała”).

Światowiec.... gdy umrze: zaświatowiec. jakie wydaje się po przybyciu do piekła..Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. .” — westchnienie... . Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? . Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach. który był przedtem...Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej. Historyczne: Atylla — pejcz bo y. .. który jest w letargu. „Więc to na zawsze.. Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera. 41 .

Czy Lucusiowi coś grozi?. zmienia charakter pisma.. którym to napisałem. niezłomna matrona.. mieszkająca osobno.. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. Zdarza się. z nie tajonym podziwem: — Znów?. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. Wśród bliskich znajomych Lucusia. On wstaje. to miałby wiele do powiedzenia. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. Gorączkowo starł świe y napis.. Ha ha. przejęta własnym zuchwalstwem. Na przykład pewnego razu. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. Starannie zamyka się w kabinie. czy nikt nie podsłuchuje. e gdyby chciał i mógł. kładła mu głowę na kolanach i długo.. znajomi. galopujących przez równiny. ona Lucusia.. uwa aj na siebie. no no. „Je eli zidentyfikują. działałby tak samo jak Lucuś... Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. Lucuś im daje. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską. — Gdzie?... W tym słowie jest wszystko.. w pantoflach.. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi.. wiedzieli o tym mniej lub więcej. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Lucuś jest bohaterem. Łomotanie nie ustawało. On się nie załamał. milczący. codziennie. — Ty. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. Ró ni ludzie. gdy dzieci ju poszły spać. Natomiast babka Lucusia.. Sprawdza tak e rolety na oknach. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni... a Lucuś siedział przy lampie. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. Był pewien. jest tylko dumna.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności.. Lucusia. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się.. Jego mama niepokoi się o Lucusia. e przychodzi do domu rozpromieniony... e to oni. Mówi do swojej córki. ba. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. ale jest z niego dumna. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach. — zapytuje dalej ona. ten Lucuś. jak ju wspomnieliśmy. podchodzi do drzwi. Lucusiu. prześladowcy. do kogo nale y pióro. e nie ma wyjścia. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 . gdzie zwykle. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz.. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. Serce Lucusia zamarło. Zdaje się. — Wasz ojciec mógłby tak samo. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. mama Lucusia i babka Lucusia. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. — powiada ona.. Ach. Gdyby Eustachy ył. Pozostali — krewni Lucusia. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego.. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. Lucuś jest ostro ny. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia.. krą y niejasna.” — i śmieje się groźnie na myśl. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. ale domowi wiedzą.

Postanowił jednak walczyć nadal.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). a więc są ju w hotelu . Wysiadł na następnej stacji. widniał brutalny napis kredą. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. A na nich. Nie. ale wprowadzają stan wyjątkowy. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. w poprzek. Tak Lucusia nie wezmą. Opodal le ała niewielka. 43 .Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. Dobrnąwszy do pierwszego domu. W zagajniku było ju mroczno.. Tego wieczoru długo stał przed lustrem. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. Wsiadł do pociągu. — My. Lucuś poznał się na tym. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. uboga wioska. Poszedł na dworzec kolejowy.. Wrócił do domu.. Lucuś jest zbyt przebiegły. chodzimy do lasu. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. zapytał o ubikację. Lucuś poczuł się jak husarz. choć tam te był ostro ny. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. Ale postanowił. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. przystanął i zamarł. panie. — Czego? — zdziwiono się. czerwony na twarzy. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. gdzie i Lucuś. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. Nie wątpił. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. sprawdzając.

postaramy się ją wyjaśnić.Ale? — Ale to musi potrwać. informując mnie o fakcie. W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. prowadzący za uzdę konia. I popatrzył mi badawczo w oczy. Przed stacją legitymował mnie milicjant. za trwonienie majątku państwowego. rozległo się donośne. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. tak potrwać. na jaki napotykałem wszędzie. o co chodzi. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. sam się oburzył: — Tak.. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. ponury chłop. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. Ale doszedłszy na miejsce. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. którego nigdy przedtem nie widziałem. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. Odwróciłem się i wybiegłem. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . rasowe kucyki. 44 . Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. jak powiedziała mi jego ona. Był to ogromny. e była jego kochanką. czy wam wiadomo. Powiedziałem. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem.. Milicjant był na kucyku. Tak. Nie zastałem go jednak. o której wszyscy wiedzieli. w sprawie rodzinnej. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. e prochy mojego dziadka. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny.. Autor listu nie podpisał się. — .. zwany powszechnie kucykiem. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. dziarskie r enie — r enie. z czym przyjechałem... to r enie w Powiatowej Radzie. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. gdy . gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. dając do zrozumienia. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. W tej chwili spoza drzwi. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Przed budynkiem stał. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. Było to miasteczko. przybyłem do N. Ale. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. Grabarz z kucykiem. a właściwie małego. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. a kiedy nie ustępowałem. stanąłem jak wryty. e o niczym takim nie wie. Wasz dziadek? Tak. Dowiedziawszy się. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. Tak. e i tak się nara a. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. przywiązany do słupka. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. Uzyskawszy dwa dni urlopu. Przewodniczący był energicznym. malutki konik. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. powstańca z 63 roku. kucyk przed Miejską Radą. ofiarując im po kucyku”. Przesadziwszy mur.

Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. w domu starców moja babka. byłą nierządnicę z Klondike. weteranka ruchu emancypantek. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. e zamieszkująca w D.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. 45 . Pojechałem do D. który na jej miejscu ulokował swoją babkę. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem.

który siedział w ostatniej ławce. Ucałowała mamusię i tatusia. Pończochy ściśle obciągnięte. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. a ona ju umie coś nowego. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. co to jest poezja. Było to dziecko ani za grube. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. 46 . a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. bez brzydkich obwarzanków. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. domek — Tomek. skierowała się do domu. dzwonek — ogonek. wiecie ju . Jeden: „zdrowie — dowie”. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. kiedy wraca ze szkoły. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. e z gnidy była. ten tylko się dowie. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. Oba były dobre. a drugi: „wiesz — wesz”. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. która je po ywne obiady i nie grymasi. wzorowa pod ka dym względem. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. Kto cię stracił. a w domu nauczyć się na pamięć. ani za chude. Uczennica z pierwszej ławki. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. co to jest poezja. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. ten tylko się dowie. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. Równie nasza malutka. starannie omijając kału e. natychmiast wypełniła polecenie. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. Wszyscy zdziwili się. a buciki tak czyste. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. wyglądała tak właśnie. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. ile cię trzeba cenić. zjadła rosołek i gulasz. e ka dy od razu wiedział: o. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. to znaczy. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. jak wygląda posłuszna córeczka. kto cię stracił” — i drugi. Ile cię trzeba cenić. Teraz dopiero zauwa yła.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. a pani nauczycielka zganiła go za to.

Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. to śledzia po japońsku. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. 47 . dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. A kiedy przychodzili goście. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. który niczego się nie nauczył. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. a wieczorem miało gorączkę. Oraz wiele innych. wyrecytowała to. Reszta lekcji minęła spokojnie. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. Postanowiła zostać poetką. choć nie zawsze były to wiersze. Tylko koło Józefka było zamieszanie. tego „wiesz — wesz”. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. zabili go dłu nicy. od lewej strony do prawej. W szkole przyzwyczajono się do niej. Nazajutrz. więc nauczyła się według kolejności. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. Ciągle nic nie umiał.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. Mój Bo e. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. bo inaczej będzie srom. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. na ka dej było coś nadrukowane. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. Nikt nie wiedział. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. O czym donoszą smutni ałobnicy. wywołana przez panią nauczycielkę. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy.

Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. ale to przecie wszyscy wiedzą. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. e państwo cię ko pracuje. po kole eńsku. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik.. — Przecie pan kolega sam widzi. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany.. ale bał się grypy. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. Raporty pisał kaligraficznie. cienkich nó kach.. Obok zamieszkał kierownik placówki. Robotę miał stale. na którym le ał plik papierów. Nucąc. ale pisał dalej.. ale ja tak z yczliwości. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. w istocie bowiem ono świeci zawsze. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. było gorąco i ziemia zaczęła parować.. Deszcz pukał o dach. dostał kataru i musiał się poło yć. Władza przyjęła go w pięknym domu. Ró nicy adnej nie robił. i a dziwno i straszno. jak było: je eli padał deszcz. niwa idą. przetykane deszczami. Nie tej największej wprawdzie. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. je eliby ją kto zapytał o pogodę. Bardzo się te ucieszył. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. owszem. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. ogrodzony białym płotkiem. Wiedział. Rozumiecie jednak. eby zdobyć ten grosz dla niego. schronił się więc pod dach. a ile tego.. a wy wcią o deszczu. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił.” 48 . co powiedzieć. Mo e by nawet został pod gołym niebem. Słońce błysnęło. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. kolego. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. Je eli słońce — to samo. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej.. padały deszcze. niewielki jakby ogródek prostokątny. No nie. Z troską patrzył w niebo. wiały wiatry i świeciło słońce. e to od deszczu. Wziął parasol i pojechał. e zachodzi tylko pozornie. Naukowo. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. e leje! — No tak. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. a młody został i pisał sprawozdania.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. Zbli ała się godzina raportu. stojącą na wysokich. skąd ta inicjatywa. — usprawiedliwiał się wezwany. to nie spoczął. ale brakuje wam kręgosłupa. kręcąc głową. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. Defetyzmu nie będziemy tolerować. eby władza. Ot.. więc się przykładał. mimo e oddalonym. czy długo padało. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. mnie nic do tego. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. a jedynie. ale zawsze do władzy. Burze nie ustawały. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. du ymi literami i tak. Kierownik był człowiekiem sumiennym. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze.

Zginął od pioruna. dobrze się ma. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. słonecznej pogody w jego okolicy. I pod spodem. I kiedy uderzył pierwszy piorun. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. co się urodził wdowie we wsi. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. dopisane ju ołówkiem. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. słonecznej pogodzie w jego rejonie. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. A potem ju nic nie mąciło pięknej. Niektóre nawet wierszem. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. Na drugi dzień znowu grzmiało. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. a wszyscy ju myśleli. Napisał. 49 . które spowodowały pewne wylewy. którym chciał rozproszyć chmury. Na trzeci — nie grzmiało. Napisał o tym. Jak wykazały badania. Tym razem wzywała go władza centralna. ale spadł grad. ju na poczcie. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. który musiał zastanowić władzę. a nawet zadowolony. Czuł się dziwnie spokojny. e kipnie lada moment”.

zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. Zasadniczo tak. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. bardzo zdolny. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. Dlatego te często się do niego zwracali. Wszyscy ów dar podziwiali. ludzie się poschodzili. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. rozrzewnieni. jakie zdolne.. Więc powiadacie. a poza tym hojny gest Frania. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. a ten drugi nic. A i o przyjaźń. jak ja pamiętam. mimo wszystko. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. jak się jeden nie obróci. nie siadaj koło barometru. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. nie jest dzisiaj tak trudno. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. towarzysz zabaw jej dziecinnych. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. — Pamiętam. a mróz był silny. Słowo wam daję. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Franio. to nawet nie brzękło. * Hej. zaś ów młody człowiek. Ale on potrafi. a tu drzwi się otwierają. Lu. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. jakeśmy go poprosili. Świetny matematyk. Pułaski to był wódz. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. rodzice. — Zawsze była miłym dzieckiem. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. modrym Dunajem”. Zygmunt. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. są tacy. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. e on umie naśladować kukułkę? No có . Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. jako ofiarodawcy. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. * Pamiętam. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. A 50 . bo opada”. Idę ja raz ulicą. Czasem. Ślub i wesele były piękne. Taki ju był. którzy nie potrafią. Ale jak przyszło do dzwonienia. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. co złapano. Bardzo zdolny. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. — Jakie toto było przylepne. Wesoły był chłopak. jak nie uderzy drugiego. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. Ale to jeszcze nic. Nowo eńcy. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. Ja bym na to nie wpadł.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. Zęby dzwoniły. prawda. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower.. cicho szemrząc. bo zima... doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. Zygmusia. ile to było radości. to był walc „Nad pięknym. który ofiarował radio — po lewej. Nagle. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. prawda. — Uczyła się doskonale. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie. którzy potrafią i tacy. No.

a przy dobrej pogodzie to i więcej. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. zanim mu się udało. jakeśmy się zapalili. Pan Franio ją nauczył na podwórku. rozmarzona. Najciekawsze było o tym. tak dobrze je poznałem. Cały w sutannie. Czasami. misjonarz. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. Wacek jak Wacek. Prawda. Czasem nas obu zapał porywał. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. Od razu się nauczyła. Trzeba przyznać. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. Pamiętam. eby go gładko nawrócić. wesołość. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. później sam się rozkręcił i mówił. omłoty. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. W tym okresie trochę go zaniedbałem. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody.. co wy. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. to on mnie i tak w końcu nawrócił. Czytaliśmy te a do zmroku. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec.. — O. ale on dopiero się tam wybierał.. Prawda. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. Wiadomo. jak to Murzyni lubią misjonarzy. radość. modrym Dunajem”. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. wycieczki. Ja zaś tak się poduczyłem. w której ró ne sposoby były opisane.. ja szedłem w pole. Sport.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. niwa były. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. to i próby robiliśmy. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. ycie. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. mógł się tym zajmować godzinami. dla świe ego powietrza. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. ludzie są ró ni. tak gdzieś w połowie lata. Chocia trochę się krzywił na to z początku. śpiew. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. Pan młody z zadowoleniem myślał. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. ot. co i jak w tych murzyńskich krajach. nakładając sobie porcję sałatki. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. e miał spryt do tego i bywało. Wypytywałem go. — Przewa nie jest śliczna pogoda. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. a Wacek pozorował Murzyna. Potem. przeciwnie! — zawołała mama. * Wuala. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. bywało. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. Jednak matka. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. ciągnęła dalej: — Młodość. Nieraz. jak podejść do takiego Murzyna. a Wacek mnie nawracał. Wacek.

Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. Obraził się. a Murzyni — Murzynami. to sobie pójdę. Przykro mi się zrobiło. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. Zawsze jednak byłem delikatny.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. Skończyłem jeść. Wtedy zacząłem się niepokoić. W ogóle jak się lepiej zastanowić. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. zawsze to przecie — Wacek. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. trochę suszonego makaronu. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. bo zawsze coś wypadnie. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. 52 . Milczę. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. kiedy zabierał mi damę albo konia. bo wieczory stawały się dłu sze. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. e nic mnie nie obchodzi. ebym mu podał sól. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. Od czasu do czasu. Patrzę. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. nie na werandzie — ze względu na chłody. pokazać. Nawet się ofiarowałem. znajdowałem. to potem ju trudniej. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . Ja nic — te się zaciąłem. e był bardzo podobny do Murzyna. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. Potem jest za mało czasu. Ja wtedy: — Sól solą. dla dodania sobie kontenansu. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. ale ju . Raz przy kolacji napomknąłem. tyłem do domu i siedzi. Wacek prosi. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Nawet pogwizduję z cicha. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. napomykałem. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. dać im popróbować. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Tylko tataraki chwieją się. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. Rany boskie! Nikogo nie ma. no i zdrowsi by byli. Usiadł sobie nad stawkiem. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. rozumie się. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. a muliste dno niezgłębione. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. a Wacek nie wraca. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję.

Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św.A kto na dachu. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy. i trzęsienia ziemi miejscami. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. ale i szczególnie miłe Panu.. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. a tak e radcą prawnym kościoła. niechaj się nazad nie wraca. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. którzy wysłali młodego pastora. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. jest właśnie karą za grzechy. Podniósł głowę. Potem umarł. Siadali milcząco na ławkach. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. Pojedziesz do Hiroszimy. powiadam wam. Mateusza. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. niechaj nie zstępuje. Stało się to w chwili. To miasto nie było podobne do San Francisco. w liczbie kilkudziesięciu. kiedy wchodził na kazalnicę. Siedzieli szarzy i pokurczeni. Potem znikali a do następnej niedzieli. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Młody pastor Peters posmutniał. poniewa usłyszał kroki. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. Zdziwił się i oburzył.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. — „. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. i będą głody i mory.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę.. nie zostanie tu kamień na kamieniu. Młody pastor Peters. letniego dnia. Przeło eni. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej.” Spojrzał na salę.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. i tezę równoległą. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. będąca wynikiem wojennego zniszczenia. Ojciec pastora był równie pastorem. Albowiem musi to wszystko być. gdzie podawano im zupę mięsną.. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. udawali się na dziedziniec. abyście sobą nie trwo yli. A kto na roli.. Ale jeszcze nie tu jest koniec. kiedy znalazł się na miejscu. któremu słu ył. aby co wziął z domu swego.. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie.. mimo tego. aby wziął szaty swe”. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. e młody pastor Peters miał tremę. Trzeba powiedzieć. który by nie był rozwalony. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji.. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. kiedy miał szesnaście lat. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. Podniesionym głosem czytał: — „. Pojechał do Tokio. a wysłuchawszy kazania do końca. e nędza ta. Owi wierni. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. 53 .. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. postąpili słusznie.

który kiwał się i chybotał... Był to łysy staruszek. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu.. nie chcą zabrać do kina. 54 . to Słowo. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. Spał..Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu.. jaki nie był od początku świata a dotąd. Wojna zabrała mu słuch. którego rodzice. jakby za chwilę miał upaść. Wychodzili w porządku. a przejście będzie wolne. Sala była ju pusta. Dlatego i teraz jedynym sposobem. Przeto módlcie się. nie byłoby zbawione adne ciało.Ale kto wytrwa a do końca. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. Zamknął Biblię. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!. Więc doczytał ostatni cytat: — „. wbrew solennej obietnicy. ten zbawion będzie”. po czym znowu odzyskiwał równowagę.. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Stojący dalej od drzwi czekali. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi.. — „. nie tłocząc się. ani potem będzie. na ulicę. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. Gdyby nie były skrócone one dni..

e zagadnienie le y. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. wróciłem do domu. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. Kiedy potem wychodziłem z domu. który je kiedyś mimochodem postawił. podbiegłszy do okna. eby sobie usiadło choć na chwilę. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. Dzień drugi Dziś rano. Tote wielkie było poruszenie. przy którym skaleczyłem się szablą. stało jak przedtem. Celnie wymierzona. mę czyźni zazdrościli mu. e na podwórku. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. aczkolwiek dziwnie zmęczony. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. Chciałem zjeść śniadanie. stojące jak i dnia poprzedniego. Ale ju wkrótce z łazienki. eby wyjrzeć na podwórko. Matki dawały je za przykład dzieciom. Wyniosłem składane krzesełko. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. szczęśliwy. Dwa granaty ręczne wystarczyły.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. biłem się o umycie zębów. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. zasnąłem. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. kiedy pewnego ranka. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. zobaczyłem. Tam nie obyło się bez torpedy. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. stoi zagadnienie. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. Poło yłem się spać z niepokojem. Nie cierpiało ju długo. Mimo lekkiego oporu. czy zagadnienie jeszcze stoi. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. Wreszcie bijąc się o wszystko. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. rozległa się nagle seria broni maszynowej. współczując biednemu zagadnieniu. e następne bitwy tak e wygram. nie zmieniwszy pozycji. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. 55 . Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. Po południu zastałem je bez zmian. Działacz. stało ciągle. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. Ale — nie. przed bramą. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. wyjrzawszy przez okno. stwierdziłem. szybkobie na. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. To ja. dając wesołe znaki. do której się udałem. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie.

pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną.. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. Spojrzał na mnie obojętnie. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. w szarej marynarce. pan sam wie. podniecenia. I.. no. powierzchnią. W takim razie. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. e to jedno „coś” — to ja. co my mo emy wiedzieć? — Tak. i głębsze. ni dostrzegamy? e nasze drobne. — Ale czy nie trapi pana wra enie. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. Bardzo mały osobnik. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. jestem obywatelem kraju niedu ego. oczywiście. Czuję. zgoda — nacierałem. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. odpowiadając: — Po staremu. z teczką. — O. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. a to drugie „coś” — to pan. chcąc jakoś wybrnąć. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. e ja tak nachalnie. — Więc. tak — podchwyciłem chytrze. zarabiam na utrzymanie. nawet w pewnym sensie — empirycznego. — Jasne. Wzruszył ramionami. czasami mi się wydaje.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. który zasłania nam właściwe pole widzenia. niepokój. i piłem swoją herbatę. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste.. ale chyba mo na to przeczuć. co pan mówił — doprawdy.. ni sądzimy. — Nieraz. co mo na by nazwać krasnoludkiem. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika.. ale i nie najmniejszego. człowiek jest zbyt zalatany. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. zacząłem układnie: — Po staremu. Widząc wreszcie. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. proszę pana — kontynuowałem. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju.. ale 56 . naturalnie.. starzałem się miarowo. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. Trzeba yć. proszę pana — powiedział. Zebrawszy się w sobie. Byłem tak zaskoczony.. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. wie pan. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. pomijając ju to. e cała powszedniość jest tylko pretekstem.. Tu zwracam się do sztuki. — A co do tego.. rezygnować z niej. Ale jednak. — Mo e pan ma i rację. wyobraźmy sobie. eby stwierdzić. hm. na wszelki wypadek. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. która — chocia by dzięki samej sytuacji. — Tak. Albo w ogóle jakieś znaczenia. kiedy go zobaczyłem. e przez stolik idzie to. starej i pustej. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili. Dzień był zwyczajny. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. wy jesteście?. kiedy zauwa yłem...

przecie muszą być jakieś subtelności. Puściłem guzik. — Powiedziałem ju przecie . ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. Jedno. proszę pana. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. muszę iść: ycie. — Ale słowo panu daję. złote ziarno. — Słowo? — upewniłem się. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. nieco pocieszony. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. ycie mija. którym z nieba nic nie spadnie. poniewa ograniczeni jesteśmy. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. proszę pana. e my jesteśmy proste krasnoludki. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. Przecie pan jest dorosły. podwójne dna. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. Byłem rozczarowany i przygnębiony. zwykłych krasnoludków. e mija tak sobie. e coś tracę. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. — Więc nie powie pan. — Słowo honoru. to i tak trudno do czegoś dojść.— A co pan sądzi. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. ale nie dla nas. co pan. co człowiekowi zostaje. Oto miałem przed sobą kogoś. dzień idzie za dniem. Wiedziałem. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. ni mo na się było spodziewać. — Pan myśli. Ale teraz przepraszam. to brać ycie po prostu. prawda? — Panie. Oto co się liczy. — Czy ja wyglądam jakoś tak. Do zobaczenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. to dobre w ksią kach. Musiałem to wykorzystać. 57 . — Do zobaczenia.

Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. Stoją na słu bie. a kiedyśmy go mijali. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. gdy przed nami ukazał się następny. Przyjrzałem mu się uwa nie. a za nim czwarty. jak zwykle o tej porze roku. W planie miał być taki z drutem. Tylko e często przekręcają depesze. e pan z daleka — powiedział. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. gdy ten. Pokrzykiwał na konie.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. w podobnym uniformie. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. Kolaska pędziła raźno. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. a potem wzruszył ramionami. — Jak e to?! — krzyknąłem. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. po ka dym. nie odwracając głowy: — Na słu bie. na wysokości uszu końskich. powiedział. tamten znów do trzeciego. równie stojący bez poruszenia. eby zapytać stangreta. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. — Jak to? — zapytałem. Wio. Dopiero. Stał nieruchomo przy drodze. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. Przydro ne je yny. mundury wyszarzałe. Ale to jest telegraf bez drutu. w jednakowych na ogół postawach. a mo e uwa ał je za zbyteczne. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. mimo wybojów i błota. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. w mundurze funkcjonariusza poczt. ale słupy ukradli. Nie ma. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. a telegram dojdzie na miejsce. ale wcią i wcią . — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. ciągnęło się pasmo boru. Wytę yłem wzrok. Wiadomo. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. co potrzeba. — No jak e tak. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. ale na tyle blisko. gdyśmy ju jechali czas jakiś. Tylko zimą wilki trochę przerywają. jak sobie który podpije. Daleko. gniady. a drutu nie ma. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. — Ano zwyczajnie. — Widać. to by pan sam usłyszał. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. Wio! — No. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. Wio. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. — Toć przecie ka dy wie. wskazując biczyskiem na kolejnego. wjechaliśmy między płaskie. Teraz nie nadają. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. siwy. 58 . Dokoła było pusto. Ju miałem otworzyć usta. ale jakby coś było. A tak. i oszczędność jest na drzewie. Ledwo straciłem go z oczu. podmokłe łąki. wio! Milczałem zaskoczony. co to ma znaczyć. I burza nie uszkodzi. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. oczy mieli apatyczne. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. e mogli się nawzajem widzieć. — Na jakiej e by? Na państwowej. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. Telegraficzna linia. Najgorzej. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. którego minęliśmy — pojawiał się nowy.

W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. Postępowsze.. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. który był coraz bli ej. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. eby sobie płuc nie zdzierali. No.. Tulejki nowoczesne mają im dać. w telegrafie znaczy się. Zamilkłem znowu. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. to bierze bryczkę. Powiadają. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. — Staniemy. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. I rzeczywiście. jedzie na dziesiąty. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. to będzie lepiej słychać. którą właśnie minęliśmy. ni to powiew. kiedy zza kępy. ni to dalekie zawodzenie. podobne do zewu ptactwa na moczarach. ale go zdjęli. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. 59 . Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. Wje d aliśmy ju w las. — Nadają — powiedział. pomieszany tymi argumentami. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. eby mu depeszy nie przekręcili. tyle e obce wyrazy trzeba znać. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. bo linię blokował. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. bo jak komu specjalnie zale y. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa.

Je eli pisarz zna ycie. Najlepszy dowód: Proust. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. To stalowy ptak. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. Jego marzenie spełniło się. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Miał mały defekt. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. Mogę trzysta. Dlatego pisarze muszą znać ycie. Wkrótce błądzi. Skrajny przykład. ale nie udaje mu się to. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. Słyszą to koledzy. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. Ale te Proust nie znał ycia. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. gdzie tu jest kuźnia. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. Zamknął się w pokoju. chce sam przejść przez las. Wszyscy śpiewają maszerując. Izolował się. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. Janek nie posiadał się z radości. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Janek po dawnemu pasł krowy. co?” Chłopiec kiwa głową. Wreszcie pewnego razu listonosz. Typowy przykład — Balzak. Janek puszcza się pędem. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Janek sprowadza pomoc. a potem wpada do dołka. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. — Tak. zbli ając się do chaty. Minął jakiś czas. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. Próbuje z niego wyjść. Po yczcie mi pięćset złotych. Potem dosiadł maszyny.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. — Tak. — Niech będzie trzysta. Mam ju pomysł. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Odrzuca towarzystwo kolegów. Z kabiny wychyla się twarz pilota. 60 . to nieraz nawet zdarza się. znajdują go. „Przygoda Frania”. samolot. Wtem — o. a widząc. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. którego ściany były wyło one korkiem. Nic nie słychać. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. wzruszenie odjęło mu mowę. Zdaje się. — Nie mam. e jego dzieło jest postępowe. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. który trzeba naprawić. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. których udało się złapać. którzy mi donieśli. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. walczącego z kozicą. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. 64 . przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. Ale kto ich tam złapie — lotnych. ale rozdziobywali sznurki. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. który odlatywał. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. daremnie — odlatywali w skarpetkach. albo marnieli. Zatarła go mgła. na strzechy Mazurów. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. krą yli. zjawiła się jesień. buchające wolnością. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. I niepostrze enie. tak przeszło lato. postrzępionego płaszcza. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. Próbowano rozmaitych środków. pierwszego. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. a ci. gorące. Odtąd okna zamykano. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. przygasiła słońce. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. tylko dzięki znajomym gajowym. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. W górach coraz trudniej było o po ywienie. e referenta G. Ale zaraz po pierwszym znikali. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . Tak minęła wiosna. Urzędnik. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. wydał chrapliwy okrzyk. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. bez względu na temperaturę. widziano w okolicach Morskiego Oka. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. ale niewiele to pomogło. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. albo uciekali powtórnie. jak choroba. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. jeszcze się opierał. pełne wzlotów. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. śmigłych. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. w końcu stawał na parapecie. parci silniejszym od nich instynktem. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury.

to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. To był najsławniejszy pułk w kraju. nabiał i kiszone ogórki. ujął drzewce i wydobył je.. Wstrzymywani. po której ślizgały się błyski licznych lamp. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. my do was. Wychodziłem wtedy z domu. plamistych ścian pokoju. jaki miewają zakurzone. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. — Dziś święto mojego pułku. wypchane jastrzębie. zapatrzył się w okno wzrokiem. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. rozwinęła się zbutwiała materia.. poznałem go bli ej. Przy placu Centralnym wysiedliśmy. my do was”. Stary wcią wyjaśniał: — . Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. dziewczęta. kołysanych wiatrem. galowy.. W mdłej poświacie arówki.. Bardzo proszę. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. — Więc. — Chodźmy — powiedział.. Deszcz to przechodził drobnymi falami. Stara. na święta państwowe.. jesienią.. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. Potem on rzekł wolno i dobitnie. Zajrzałem mu przez ramię. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. a widząc. Spotykałem go w sklepiku. Pan jest za młody. — Maszerował! Ach. to znikał na całe kwadranse. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. opuścił głowę. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym.. — Tak. „Los grenadiera” i „Czołem. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. Trybuny tu ju nie było. ale trzymał się prosto. 65 . e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Był to sztandar. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. Później. gdzie był tylko stół. — Przepraszam. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. eby to pamiętać. o której długo potem pisały gazety.. Co to była za orkiestra!. Jestem ostatni. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. Rozło yłem ręce gestem bezradności. Podszedł do szafy. Słu yłem w nim zawodowo.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. elazne łó ko. — Dzisiaj jest święto pułkowe.. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. Jej drzwi. niech yje — kto? — zapytałem. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. i największa orkiestra dęta w kraju. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem.. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i.Pułk specjalny. To niedaleko. Nie odmówiłem. niech pan nie odmawia. — Walczył? — spytałem pojednawczo. — Zaklinam. otwarły się z cię kim skrzypieniem. Stary stuknął obcasami.. Mijając jego drzwi słyszałem. Przekręcałem klucz. — Aha — rzekłem. Sprawdzałem. To był pułk przyboczny wodza. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy.

dopinając płaszcz. sterczącym jak kopia. — Ale . Wlazłem na to. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. Wiało okropnie. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. opadały miarowo pukając o asfalt. bo wiatr przenikał zewsząd.. Zostałem sam.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal. 66 . Był to blaszany pojemnik na śmieci. trzy. Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. jeszcze raz stanąć w szeregach.. pustym placu.. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. Minuty przeciągały się. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. cztery. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. Potem przepłynął przede mną trzy razy. lewa!.. To chyba będzie ostatnia moja defilada.. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. lewa. Zbli ał się. Trudno było utrzymać równowagę. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. Stopy.. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. Paradny krok. stojąc na wysokim. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. W jego głosie dr ało szczęście. blaszanym kuble. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. — Więc zaczynamy! — zawołał. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. jak niemądre jest moje poło enie. Pode mną le ał bezludny plac Centralny.

Ale dowodów nie ma. Tak. A więc o tych mgławicach... Latające talerze? Tak. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. Co? Naprawdę?! Nie. Szkoda deszczówki.Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. Ale p o c o yją? 67 . ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. e się przejaśnia. Zdaje się.. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze.. jak wiadomo. gdzieś muszą być w końcu. ani koty. deszcz dzisiaj pada i pada. to przecie . o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no. Ale z tego jeszcze nie wynika. ani psy. tylko ludzie. e na innych planetach tak e yją ludzie.. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. Kanały na Marsie? Zgoda. Ale ja w to nie wierzę. Nikt inny. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. No.. Ciekawym. tym samym mogą być i w niebie. tylko myślące istoty mogły je zbudować. Patrzcie. absolutnie nie ma. Cały wszechświat składa się z tej samej materii.. A myślące istoty.. czy się dzisiaj przetrze. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. Czytałem ksią kę o astronomii. słyszałem. teeek.. To ju jest sprawa powa niejsza.. kulach ognistych. to niemo liwe. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są.

o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. je eli jej powiem. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . e jest to słoń szczególnie ocię ały. przerwali na chwilę pilnując. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. 68 . świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. kiedy dowiedzieli się. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. Był to ogród prowincjonalny. Zamknęli się w szopie. Wszystko przez to. szczerze oddani sprawie. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. Kadłub słonia powiększył się. Zmęczeni. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Poza tym dyrektor naglił. Wreszcie przyszła kolej i na słonia.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. Noc postępowała. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. głosy ludzkie uciszyły się. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. nie wykonuje więc adnych skoków. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. nawet przy bli szych oględzinach. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. Pragnąc obni yć koszty własne. hodując trzy tysiące królików. Starannie pomalowany. Mo emy wykonać słonia z gumy. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. poniewa spodziewał się premii. ucieszyli się. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. — Słonie nadmuchuje się rzadko. którą następnie wypełnić miano powietrzem. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. — Jak tak dalej pójdzie. — Co ja powiem onie. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. biegów i nie tarza się. Pamiętajmy. między innymi słonia. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. spłaszczony kształt. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . — Rzeczywiście — zgodził się drugi. e nasz dyrektor jest lewak. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. Pracownicy ogrodu. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. nie będzie się odró niał od prawdziwego. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. Usiłowano go na razie zastąpić. Pozostaję uni enie” — i podpis. Byli to starsi ludzie. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Tym większe było ich zdziwienie. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. zobojętniałe na wszystko. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. świstaki. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. tworząc bulwiasty. w odpowiedniej wielkości. Proszę zwrócić uwagę. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym.

Postanowili zrobić próbę. — .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”... wystający ze ściany.. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. Zwalisty tułów. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym.. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami.. Powiedział o tym koledze. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. — . Potem. Pomyślał. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. — Jak po grudzie. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. — Mo emy iść do domu. — .. A uczniowie. niesiony przez wiatr poziomo. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. przyprowadzeni przez nauczyciela. słupiaste nogi. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. który wpadł na pomysł z gazem. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. W słonie nie wierzą w ogóle. ale ten yje w morzu. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. w centralnym punkcie. koło klatki z małpami. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. Mo emy więc śmiało powiedzieć. eby model był bardzo du y. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby.. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią.. e królem puszczy jest słoń. Było jak ywe. Nic więc dziwnego.Słoń jest roślino erny. wielkie uszy i nieodłączna trąba. Czekali. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. Kiedy odpoczywali.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. 69 . Przez ogród powiał lekki wiatr. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . Pilniejsi uczniowie notowali. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu. Dyrektor. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Odpocznijmy trochę.

Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. e to niby nigdy nic. eby się przekonać. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. ałobnego kroku. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. Wytę yłem siły. kto spiesząc przez miasto. które przynoszą chwałę i awans. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. odkąd kefir jest zaminowany. jest pokazany wzorcowy generał. Ale przypomniałem sobie. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku.. jak nie jestem hrabią. co chwila ponosiła. wiosenne kwiatki. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. Zapędził mnie pod kanapę. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. Później szóstka koni od karawanu. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. który tak się cieszy. Rano — sensacja. ogromnie się cieszy. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. w kawie. Postawiliśmy stra . nie czując cię aru. Próbowałem czytać. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. e mam kołdrę w proste. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. ani czapki nie zdejmie. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. trzy ulice od nas. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. e. Co do mnie — o nic nie mam alu. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. eby kawę pić tylko przez rurkę. Jest zalecenie. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe.. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. a tu. Ma zapalenie spojówek. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. nieprawidłowo zakorkowane. trzeba się było dobrze nachylić.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one.” Na wystawie. jesienne listki. Przysypano go przez pomyłkę. wokół czarnego katafalku. Przez całą noc w katedrze. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. Był w dostatecznie złym humorze. 70 . co tam się dzieje — zobaczyłem. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. Zwłaszcza. głębokim jak przepaść. Przed ratuszem stoi armata. wiem. ale szelki mi pękły. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. Nawołuje tak e do czynów. Powiedziałem jej to. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. Podobno są to nasze kontrminy. Od razu zrobiło się nam weselej. Ale w obawie przed donosicielami udał. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. Będzie mógł się pokazać. Natychmiast zawiadomił. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. Przysięgał. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle.. e tak samo nie zostanę marszałkiem. Staruszek. paliły się świece. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. prowadzących na podwórze i do ogródka. torpedę. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. e to na skutek skąpego oświetlenia. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. Kawę wylano. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. Tłumaczył się. lecz miłe. który mieszka pod schodami. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek..

w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. Naprawiła mi szelki. — Powiesi się bańki na asparagusie. inni w dniu święta kościelnego. które uwa a. Słysząc to i widząc. zrobili zdjęcie. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. Gosposia wróciła z wiadomością. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. z tymi choinkami. jakie prze ywamy. Zastanawiała się chwilę. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Zwykły kot. proszę pani. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. gdy go podnieśli. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. W rodzinie dozorcy domu. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. — Za ojczyznę! — krzyknął. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Widocznie znowu coś się stało. które tam o tej porze się włóczą. Zgadzając się ogólnie z tym. — Ach. Wyłoniło się centrum. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. to ci tatuś zje obiad. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. Miał złamaną nogę. e trzeba strzelić z niej do wroga. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. ma pan rację — powiedziała. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. którą widziałem przed ratuszem. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. traktując ją jako przejaw oportunizmu. ale jak oblę enie. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. Sprę yny wydają długi. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. Wzruszyłem ramionami. Czołgając się.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. lepiej na asparagusie ni na niczym. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. wibrujący ton. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. — Tak. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. e to nie jest tekst godny czasów. ale jego te zabrano. to oblę enie. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. Podobno tylko jeden miał legitymację. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. a mo e poszedł do okulisty. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. Zaprowadzili mnie do fotografa. który ni stąd.

e mam pęknięte szelki. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. Czy jest coś piękniejszego. Co do mnie. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. Wydano oficjalny komunikat o tym. pełznąc pod murami. gdzieś na krańcach obwarowań. czujną walkę z wrogiem. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. była tak lekko ubrana. Z krzykiem. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. Po południu znowu mi pękły szelki. by pójść na majówkę. eby je naprawiła. Pory roku zmieniają się tak cudownie. Pomyślałem. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. krzątaniny. Widziałem ją. e wyszedłszy na mury. Okazało się. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. jak on mnie. tak sobie tylko myślałem. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. W niektórych jeszcze paliło się światło. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. tak subtelnie zmieniający dekoracje. Zresztą. moja gospodyni coś pruła i szyła. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. nie mogłem go ściskać oburącz. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. zaglądając do okien. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. e czas. ebyśmy wesoło skakali. mo na patrzeć na południe. Jedna z instrukcji przewidywała. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. W południe — dwie wa ne nowiny. Wstyd mi ju prosić gospodynię. pobiegł na miasto. Bałem się więc. snułem się po ogrodzie. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. Wracałem. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. Sądzę. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. Niezdecydowany. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. Wieczorem poczułem się zmęczony. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. wędrując coraz to dalej i dalej. między innymi w oknie mojej sąsiadki. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. który okazał się kanonierem od naszej armaty. Niestety. Pole eć gdzieś w trawie. e nie ma pojęcia. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Wymknąłem się do gospody. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. podnosząc szklankę do ust. które odtąd będę stale nosił przy sobie. Jestem pewien. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. Było z tym zamętu. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. Omal się nie rozpłakałem z alu. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. Zwierzył mi się. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. w uznaniu za swą ochotniczą. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. w letni dzionek — morza. Czas płynął nam szybko. e dr ała z zimna. jak się z niej strzela. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Na pięć kroków nie widać. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. Oczywiście. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. Nasz staruszek.

ale nie dbałem o to. Rzeczywiście. co będzie. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. pachniał jeszcze naftaliną. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. e moja gospodyni płacze w kuchni. ludzie mówili o tym dość du o. Wieczorem. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości.. wie pani. e były inne powody. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. Le ałem przez chwilę zaskoczony. które miałem ze sobą zabrać — gazety.. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. a co by mnie uprzedziło. Ogarnęła mnie nieśmiałość. Byłem zaskoczony. zupełnie młodo. choćby brytfannę. Hełm powinien być twardy. na pró no starając się domyślić. w Dniu Strzelenia. podobno. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. kiedy była mała. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. Przed gospodynią tłumaczyłem się. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. długo stałem w oknie. gdyby. Jeśli chodzi o mnie. przewa nie ju w hełmach. natknąłem się na nie dokończony obelisk. czego się spodziewałem: spokój. Wieczorem. znalazłem to. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. Strzelenie z armaty nie udało się. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. trochę za mało sztywne. Pomyślałem. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. te nie wychodziłem z domu. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. Doniosła mi o tym moja gospodyni. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. zupełnie mo liwe. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. — Jak cicho — powiedziałem. 73 . ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. Zgasiwszy światło. niepotrzebny czajnik. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę.. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. jak mogłam. kiedy sklepy będą zamknięte. co mogło jej sprawić taką przykrość. poradziłem sobie najprościej. powiedziałbym. Wszyscy spieszyli się. — Pocerowałam. stojąc naprzeciw niej. liczyłem na to. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. Co się tyczy samej majówki. — Jak cicho — potwierdziła. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. — Jutro strzelają. to na wypadek. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. Posuwając się wolno aleją. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. mo e jakiś stary. poległych w pierwszym dniu oblę enia. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Tylko. Gdy wyszła. Jak wiadomo. jakby wstydząc się.. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. usłyszałem. — Tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl.

Nie zobaczyłem jej. zieleniącym się bujną. Mało kto mnie widział po drodze. e zobaczę sąsiadkę przez okno. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. jak z kimś rozmawiała. Wpatrując się weń. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. głębokim ciepłem. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. Cieszyłem się. Zmęczony trochę szybkim marszem. a oni są o tym przekonani. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. słyszałem tylko. Wkrótce ju miałem go za plecami. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. głucho i głupio. czułem. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. równoległymi wałami. zostawiając sielankowe. drugą podałem dozorcy. Przecie w tej dolinie byłem sam. Na szczęście nie dostrzegł mnie. dla wszystkiego. 74 . Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. w swej dobrowolnej słu bie. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Naprawdę kochałem moje miasto. Radowało mnie. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. było jeszcze słonecznie. ozdobioną małym. Szkoda. Tote z przyjemnością yję. w górze. Uleciała z nich cała wojownicza treść. Tam. ni sam się spodziewałem. jego dnem. ale jeszcze wyniosłym wałom. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. Wszystkie moje ksią ki. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. które stale przytrzymywałem. o ile to jest mo liwe. zapuszczałem się między milczące bastiony. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. e moje przewidywania okazały się słuszne. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. W drugiej niosłem kanapki. Prosiła. jedną ręką. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. co naturalnie wynika. Mury tchnęły łagodnym. Starając się nie czynić adnego szelestu. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. e było ju szaro. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. jak zwykle. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. dawno opuszczonej. co jest mądre i proste. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. Zmierzałem ku jej staro ytnym. Zaszedłem na podwórko. w tej nadziei. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. Skierowałem się na południe. e serce boli mnie tępo. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. który był tego powodem. tu przed drugim sianokosem trawą. przytrzymywałem spodnie. bez spoczynku. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

z otwartymi ustami. tu. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. Sami chcieliście tego. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. Tobie — arówka. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. gdy golisz się przed lustrem. kim i gdzie jesteśmy. Dziś jednak.. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. wiesz. jak to wszystko. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. zachowaną po to tylko. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. z drugiej przestwór nieba. e uda ci się mu sprostać. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. czy nie — wielka i pełna majestatu. czego się spodziewałeś na początku maja. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. kiedy ju wszystko minęło. 76 . jak byłeś łaskaw się wyrazić. przyznaję. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. Jak wstępowało w ciebie lato. zaklejone starannie paskami papieru. e wraz ze mną.. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. kiedy patrzysz teraz na mnie. cały w kosmatym swetrze.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. Koniec. z białawą plamą twojej twarzy. ogromny i niezgrabny. sześćdziesiątka. znowu po raz któryś w yciu. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas.. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. czy małodusznie zapomnieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. Jest nas trzy. Pamiętasz przecie . dobrze pamiętasz. Warto te było potem patrzeć na ciebie.. na pół śpiąc. a ty myślałeś. ani te . Cicho tu jest i biało. między szybami okna. kto wie. zgodnie z waszym yczeniem. Tak więc — nas ju prawie nie ma. nie siądę ci na nagim barku. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. Pokonany. pla y. Za to. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. mój ty du y. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. ale nie ma tak e długich dni. pełne finezji krą enie wokół ucha. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. które przecie było tak blisko. e moja malutka. Mnie świeci ostatni zachód słońca. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. koniec. i bardzo jasno. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. „uskrzydlonym robakiem”. — a pisząc te słowa. odczuwam gorzkie zadowolenie. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. po kilka razy dziennie. I czy opłaciło się tak przeklinać.

Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. W górze. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. na pograniczu metalu i powietrza. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Zakradłem się tam po kartki powieści. zaczyna i kończy. które były do połowy oszklone matową szybą. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. jak tylko w mojej wyobraźni. sam niewielki. której treść nie nadawała się dla dzieci. Wisiał tak na włosku. jak mocno go to obeszło. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. wrzucony między ornamentalne wzory. jak się nazywa. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. Pierwsza. nijakie. kiedy nie znany nam.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. e przepełnia go lęk. podsufitowych ciemności. gdy . a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. zamazane półmrokiem. jak zawsze. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. z zawiniętymi rękawami koszuli. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. mimo e niezrozumiała. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. Le ąc na dywanie. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. w jednym punkcie tak intensywnym. nad samym środkiem przedpokoju. tędy. Potem zniknął w stołowym. której nie oświetliłem. Wycierał nogi hałaśliwie. w co zaopatrywano łazienkę. Gości. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. którzy co prawda rzadko u nas bywali. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. — Za wysoko — mamrotała. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. e patrząc na niego. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Fakt. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. o której nie wiedziałem nawet. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. Wybuchła awantura. Trzymamy go na wszelki wypadek. Słu ąca nie usunęła korda. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. Biała. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. doznawało się swędzenia w karku. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. szlachetniejszą. jasny i chłodny zapewne. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. Gdyby nie to. Byłem dzieckiem. Jednak jakiś nowy blask. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. Ojciec oburzył się. a ściślej mówiąc — odcień blasku. zgrzebna. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. Wszystko to były formy bryłowate. le ała pod drzwiami. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. na klatce schodowej. Znalazł je dopiero po chwili. 77 . doczekałem się te ilustracji. Przez chwilę przedpokój był pusty. co — jak się okazuje — zawodną. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. wyłaniając się z najgęstszych. Franciszka odeszła. a zarazem ubikacji. Tak oczekiwałem na powroty ojca. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. a i dla ozdoby równie .

W alkowie — łó ko. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. Było jednak coś enującego w tym. proste i zawsze nieruchome ostrze. widziałem w półmroku wyraźne. a doskonała jedność jego kształtu. o blasku tak głębokim. Zdarzało się. Z ka dego zakamarka mieszkania. e zakrztusił się ością. choć nieczęsto.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. 78 . u powały nagi miecz. w sypialnym. czystym. Na niebie księ yc — sierp. e nie lśniło wulgarnie. choć nieco inna. z jego głębi. W kolorach czarnym i białym. równie naga. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. załamywała ręce.

. e nie mo na nadą yć. aby wydać się energicznym i pięknym. bo potem wszyscy wychodzą. Określając ją w ten sposób. e ja.. Sam pan widzi.. linoleum zwinąć. bo w komórce spaliła się arówka. Zresztą proszę nie robić uwag. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. W dodatku jest winda. e to ode mnie. Byłem tak zdziwiony. światło musi pan zapalić w przedpokoju. Szedłem tą drogą. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. koniecznie fartuch. jakie warunki. ale jest przecie odkurzacz. a jak pan myśli. Myślałem. Zresztą — jak pan chce.. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. Pastować lekko. to doprawdy niesłychane!. — Jak to. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. W kuchni. nie. 79 . — Nie. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. a przeschnie. Jutro. są tylko pantofle na wojłoku. geranium podlać. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. Powiedzieć. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. Wszystkiego wychodzi tyle. na podwórku. — Ale nie! Czwarte. miał równie kapelusz. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. — Proszę nie dyskutować.. Zlew przetkać. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. Tak było tylko do pewnego czasu. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. e wszystko odbędzie się jak zwykle. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha.. poczekać. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. — Które piętro? Pewnie szóste. ani te przedmiotu. — Czy pan naprawdę sądzi. co?! — Szmat nie ma. znajdzie je pan tak e w komórce. Dostanie pan fartuch. Ale. dokładnie o siódmej. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. Trochę wy szy ode mnie. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. ile trzeba. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. nic nie da się oszukać. kto szedł mi naprzeciw.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. chcę powiedzieć. na kredensie. e pan. o wiele szerszy w ramionach. nie przeczę. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. proszę sobie wziąć kawałek. Przydałyby się szmaty filcowe. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. Ja jestem człowiekiem.. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. Zresztą mo na trzepać na dole. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. tylko nie wszystko.. obcych nie wpuszczać. le y ementaler.. Ja wstrzymam na chwilę oddech. równie i ściereczki. — A pan myśli. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. — Nie.. to trzeba tyle.

okna potem na sucho trzeć długo. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. e jest. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. to by było mniej więcej tyle. No. krokiem sportowca. Nagle zrobiło mi się głupio. bo rozprasza. nie oglądając się. ścian nie ochlapać. Woda grzeje się w piecyku gazowym. nie zostawił mi przecie adresu. krzyczała zraniona godność osobista. poczułem się bezradny. klamki proszkiem.. Odszedł. — Głupstwa. materace przetrzepać. — Ja się boję. firanki zdjąć.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Szafy odsunąć. dopóki nie zniknął. bo sprawdzę. Kipiała we mnie obra ona duma. bezbronny. radio wyłączyć i nie słuchać. Jasne. 80 . Mam reumatyzm. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. Spoglądałem za nim. Do widzenia. Mo na się otruć.. — Proszę nie pleść głupstw. Jest pan dorosły.

wprost z upału. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. Dosyć ju prze yłem w tym domu. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. drzew orzeźwianych wiatrem. Bo trzeba wyznać. wypalony na jej wypukłości. pod oknem.. e to nie ma adnego znaczenia. rzemyki. jak pamiętam. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. Nigdy nie jeździłem konno. zasługuje na to. Koń czeka osiodłany na podwórzu.. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. na stole z surowych desek. a ich tłum był właśnie tą jedną. kiedy była mowa o Bizancjum. Klękam na zimnej posadzce. Kiedy wchodziło się na nią boso. Chodziło o to. bramy otwartej na oście . chrzęszczenie i szorstkość. choć bezwiednie. Niby to wyobra enie kwiatu. jak generał swą armię przed bitwą. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. miałem zdobyć inne. nie mogłem pominąć stołu. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. niby to promieniami. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. równie białawymi. Zły byłem na tę maskę. je eli jest się mną. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. nieskończone wszystko. Wszystko zale y od okoliczności. który był świadectwem mojej klęski. w obliczu dnia. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. Wa ne jest tylko to. poniewa nigdy. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. Koszyki. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. Dosyć. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. Jest betonowa i głupia. o której uczyłem się w szkole. e wszystkie płótna. a tak e od mojej argumentacji. Brudna degeneracja mozaiki. tak. Nie ma powodu. 81 . domu.. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. Odje d ałem na zawsze. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. Jedź”. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. wiele prze yłeś”. Czas było wyruszyć. wielką radością. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. Zostawiając to wszystko. Kto wie. nie była inna — zawsze zimna. W drodze pokryją się znowu kurzem. nie dawała mi spokoju. ebym zabierał pył z tego obejścia. pakowna skóra. Tak właśnie mówiłem do siebie. Dzisiaj. Niedorzeczna myśl. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. „Tak. ebym opędzając się przed nią. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. ale to ju będzie droga. ale kiedy chodzi o to. eby nie zapomnieć o pieprzu. choćby myślało się nie wiadomo o czym. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. Dzisiaj sam widzi. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. Nie martw się o mnie. sakwy i kuferki gromadziłem. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. eby wyjechać.. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. gładka. u licha. grubymi. Udawałem przed sobą. Uległem przezorności po to. kurz podró ny. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. odje d ając. Daremnie. Na có . dla ozdoby. eby oczyścić buciki. Wychodzę do sieni.

bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. z osobna. teraz czy potem. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. eby się nie kiwał. poni yłem drewutnię. siedziałem jeszcze chwilę. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. długie i mocne. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. ju nie tak usilne jak w południe. A poczułem. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. Przybierałem równie pozę nieruchomą. Południe musiało ju minąć. potrzebnych do tego. Zaczął się paciorek małych czynności. Ostatnie spojrzenie. bo zaczęło się zmierzchać. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. bo wiatr ju umilkł. a moje nogi. kto z podniesionym czołem. Posiliwszy się. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. eby nie wywietrzał do jutra. głód. nie najlepiej wykonanym stole. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. 82 . a potem zapaliłem świecę. siny i zielony od zbutwiałości. odymając wargi. Maszerując tam i z powrotem. eby jednak wypełnić ten krótki moment. Przez okno widać było słoneczniki. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. eby się nie męczył. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. e tamto chodzenie po podwórzu. co ju miałem za przeszłość. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. Wyszydziłem te płot. Tak myślałem. gdzie mają stąpać. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. krótszą nogę stołu. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. Nędzne. półprofilem. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. w przyszłą burzę i deszcze. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. przypomniałem sobie. ku memu cichemu zadowoleniu. spokojnie. e ju za chwilę stanę się głodny. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. eby sprawdzić. a potem zakręciłem się w kuchni. rurastych nogach i wszystko. Słońce. coraz sprę yściej. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. Komponowałem się te całkiem z bliska. czynnostek raczej. przemierzając podwórze szerokimi krokami. czyni mnie kimś. wiedziały niezawodnie. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. zabrałem się do roboty. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. Wiedziałem tak e. czy te na lewym ramieniu. po drodze rozsiodłałem konia. przed kim wyłonię się znienacka. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. protekcjonalnie odniosłem się do studni. jakie wra enie odniesie ktoś. znieruchomiałe. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. eby usiąść na chwilę. eby się nie zmiął i nie zakurzył. Cofając się najpierw o kilka kroków. Przeszedłem podwórze na ukos. nadając sobie odcień znu enia. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. a moje poczucie estetyki.

złowró bnie poziomiły krajobraz. Na ramionach niosły koromysła. drewniane. to nie będzie. — Sam mówisz. do wszystkiego. Posuwaliśmy się teraz. eby była tam. no to zniknie i nie będzie jej. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. stawały się coraz bardziej płaskie. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. Tak jednak jakoś wychodzi. eby tak to wyrazić. — Artur! — zawołałem. ale Jakoś tak płasko. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. e zmierzamy ku czemuś. które od czasu do czasu mijaliśmy. Artur krzyknął.. Przekonał się. Coraz więcej tarasów. e w górę i w dół. Dachy domostw. Koromysła równoległe do ziemi. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. choć to opanowanie było tylko pozorne. e poza nim. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. e Ju po nim. po pochyłości. Spojrzałem do lusterka. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. e je eli jej nie będzie. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. trzeba było przechylać głowę. a zrozumiesz. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. do widnokręgu. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. kiedy nie będzie. Co do mnie. Przeciwnie. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. obrobione. Zdaje się. 83 . ale przebiegał ju pod drugą. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. od której zaczynały się włosy. co nazywamy górowatością. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. na podszewce tego. Czoło obni yło mi się znacznie. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. — W porządku — mruknąłem. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. e zje d amy. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. Grupa kobiet szła obok drogi. Uszy mu dr ały. Wtedy stwierdziłem z bólem. Czułem. Wywoływało to uczucie nikłego. Poziom zawrze wszystko. — Patrz lepiej na swoje nogi. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Nagle o ywił się. e mi opadają pończochy. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. ono jest cały czas. Artur milczał. Linia. których spotykaliśmy dawniej. Wiem dobrze. jak e więc chcesz. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. jakie piękne akcenty pionowe. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. e będzie. Jesteśmy więc. całkiem ju wyraźnie. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. wypadała prawie tu nad brwiami. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile.. Miałem wra enie. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. ja czuję. ale stałego znu enia. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. poni ej.

Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. aby tam się przeciąć. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. jest tylko jeden wspaniały. ale tylko same kapelusze. czy wasserwagi. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. w glinę. e nie ma dwóch poziomów. bez nó ek. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. — Pion! — szydził. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. Artur śmiał się jakby szalony. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. Arturze. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. 84 . a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. absolutny poziom. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. skierowanej pionowo. Dusza. twój ideał osiągnięty. e mam horyzont w kręgosłupie. zmaterializowany w łopacie grabarza. rosły w nim grzyby. ni szego i wy szego. dusza. — Nie pojmujesz.. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. — Poziom.. Weźmy więc przykład. e masz rację. — Zastanów się! Załó my nawet. Dobrze. Przed nami był długi most. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. choć czułem. A więc pion. mój chłopcze. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. jestem po stronie tej ostatniej.

Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. cień i światło. Nieraz z jego celi dobiega regularne. przebywa jakiś kolega. od czasu do czasu kroki. ani czasu. W tej niszy nic nie było. Na tym samym piętrze. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. niby czegoś tam szukając. w gmachu. potem wpadają w czerń. Widzieliśmy. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. Kontury dachów są jakby srebrne. Czasem wychodzę. Węglem rysuję na ścianie to. Zresztą on te zawrócił. Instalacja elektryczna te przestała działać. Kołyszą się zawsze. wtedy nie zapalam ogniska. Jest to naiwne kłamstwo. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. w którym się znajduję. Cela. Nikt nie opala ju budynków.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. co mi przychodzi do głowy. Raz tam zajrzałem niechcący. e gmach jest zamieszkały. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. jak i podwórko. które ma usprawiedliwić sklerozę. co stuka. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. ale i tak musielibyśmy się spotkać. słychać jakby stąpanie. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. Dookoła więzienia rozciąga się las. choć twardsze. choćby nieznacznie. Z piętra widać wierzchołki drzew. w którą skręciłem. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. o kilkanaście cel ode mnie. Kiedyś zdarzyło się. Więzienie. e lato wnet się skończy. Nieraz widzę. Nie wiadomo tylko. gdyby nie nisza. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. o złotych poręczach. ale je eli kretowisko. wszystko owinięte echem. Odwróciliśmy głowy. poniewa korytarze są puste i kamienne. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. zwłaszcza wieczorem. Teraz ju lato. spokojny. W długich odstępach czasu. nawet podczas ciszy. e nie ma. Zobaczyłem kawałek koca. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. Potem będzie jesień i zima. e wchodząc do korytarza na parterze. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. ale te . Przecie podłoga jest z betonu. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. to musi być i kret. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. gdzie nas niegdyś zamknięto. Le ę na pryczy. eby nazbierać nieco chrustu. To znaczy kretowisko. Raz. choć trwające po kilka godzin stukanie. światło podchodzi mi do gardła. cały bladoró owy i bladoniebieski. ustawione ciasno. niezbyt głośne. 85 . cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. gdzieś w jego głębi. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. czy w tym lesie są zwierzęta. W nocy nie wychodzę. jakby młotkiem o coś twardego. ale najczęściej nic nie rysuję. Wiem. ale ja tam nie chodzę.

— Ale . jest nie lada autorytetem. świadomy nietaktu — poniewczasie. nawet uwielbienia. e profesor N. forma. — A jednak. pobła liwość i długoterminowy kredyt. był kompozytorem. mimo e na przyjęciu u W. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. dyletant i cynik. cały szacunek. i policzki. drogi doktorze — odpowiedziałem. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. Był to profesor Robert N. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. sądząc choćby po sposobie. lekkoduch i birbancik. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. doktorze! — wykrzyknąłem. umie przesuwać przedmioty. głęboko osadzone. — Coś w tym musi być. czy pan wie dokładnie. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. zale nie od dyskutowanego tematu. jest autorem jednej tylko kompozycji. Robert N. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. kiedy on zabierał głos — wskazywało. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje.. e profesor Robert N. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. tak zapadnięte. — He he he! — zaśmiał się doktor. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. jakby nosił miękki i ciemny zarost. spotkałem wiele innych osób. nie dotykając ich. wydaje mi się jednak.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. — Stopniowe wychowywanie artysty. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. milknięcie wszystkich. — Te ukłony. — Nie przeczę. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. miernej i rzadko grywanej. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. choć był starannie wygolony. Robert N. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. e Robert N. Któ pomaga 86 . rozglądał się z nonszalancją. Profesor Robert N. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory. w jakiej się do niego zwracali. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. Stali albo siedzieli w solennych postawach. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. — Mo na. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. — Mo na — wtrącił Gucio. A więc niech pan się dowie. e wydawało się. o wyrazie bolesnego napięcia. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. Gucio. równie mi nieznajomych. Otaczali go nastrojem rewerencji. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. jest prawdziwy. głos miał równy i twardy — oto sedno. koneser. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. Jak się domyśliłem ju po chwili. jak Beethoven. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. który go otacza. To doktor P. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. z daleka. Odwróciłem się gwałtownie. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. twarda dlań szkoła. e pan Robert N. które następnie wyrzekł. Wytę ając słuch. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. Mozart. mającą pokryć niepokój. Bach i tylu innych przed nim. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. ale mogłem dosłyszeć. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. spojrzenia. poło ył mu rękę na ramieniu. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. e zostanie artystą. Wśród ciszy Robert N. e rozmawiali o muzyce. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. Czy pan jednak jest pewien.. i wydawało się. był dzieckiem wątłym.

Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. Równie wysiłki ze strony Gucia. Znając przyjemność. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. w związku z tym. oraz własnych spostrze eń. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. jakie musiał jednak pokonywać. je eli zostanie. trzeba to przyznać. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. jak wyjaśnił krótko. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. dość skąpo. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. oddzielony od nich murem. ywo rozmawiającego. Jego srebrne włosy wichrzyły się.. mimo e silił się na lekki ton. nie zbli ając się do niego. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. Profesor powstał. co opowiedział mi doktor. nie wyjmując rąk z kieszeni. Oczy płonęły. Jednak nawet i to. po męce twórczej. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. przyniosła mu pełne zwycięstwo. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. co mówił. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. e kiedy w pewnej chwili od strony. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. samą tylko silną wolą. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. było dostateczną przyczyną. Podano mu więc szpinak. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. Rzuciłem okiem na doktora. ale stanowczym tonem. kiedy wniesiono zakąski. Narzekałem. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. był ju bardzo popularny. gdzie siedział profesor Robert N. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. podał nauczycielowi palto i laskę. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości.. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. e nawet sam doktor. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. aby zostać uznanym artystą. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. Udało mi się w ten sposób podchwycić. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. e mogłem słyszeć jego słowa. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . Otó . Był to. rozpraszały mnie do pewnego stopnia.! Jego niezłomna wola. Temat ten. jego zwyczaj wynikający z systemu. Podejrzewałem. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. Siła woli. Posadzono mnie dość daleko od profesora. w którym. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. tak jednak. W jadalni zapanowała cisza. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. a dzień. nie był wolny od wra enia. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. Z miernotą inna sprawa. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej.. Proste zadanie. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Kiedy opuszczał konserwatorium. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. Nic te dziwnego. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go.

Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. Potem opadł na krzesło. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. — Pssss! — odparłem. Wrócił za chwilę. — Na samym środku. zapytał: — Co tam jest? — Hall. aby jej nie przynoszono. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. Profesor uchwycił krawędź stołu. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. Przecząco potrząsnął głową. Nagle wszystko ucichło. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. — A taki jestem głodny. Odniesiono go do kuchni. na parkiecie — powiedział cicho. — Skończone. Proszę zadysponować. potem nagle nastąpiła pauza. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. Profesor. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. Chwila ciszy — i lekki szelest. Rektor B. Był to du y. Gucio na oślep szukał butelki. Cisza — i znowu dźwięk. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Profesor zebrał się w sobie. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. niosąc półmisek z gęsią. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. kurczowo zaciskając powieki. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. Ciągle ta cisza. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. Obecnie pragnę zło yć dowód. podskoczył i wybiegł. 88 . Znowu cisza. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. Ukazał się nareszcie. złociście przypieczony ptak.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Dźwięk powtórzył się. która właśnie ukazała się w drzwiach. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. otoczony mgiełką aromatu. wybiegł. Sekundy mijały. zupełnie blady. Doktor P. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. — Raz. Nie wracał długo. dwa. nie poruszając głową. Nastąpiło kolejno kilka hałasów.

Oświadczam. e to nikt nie jest mną. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. e jest się najlepszym. Nie mam więc ani pieniędzy. chwała Bogu. Wczoraj zięć mnie zamknął. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. to mogę się tego podjąć. Ty tu porzeczkę. poza mną. e nasz powiat jest ubogi. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. ebym ja był władcą świata. a nie dlatego. Moje szanse są więc równe. bo powiedzą. Jestem ofiarny. e za du o jem. Po pierwsze. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. Strach pomyśleć. Za młodu ró nie ze mną bywało. jak ju powiedziałem. Ja rozumiem. a jarmarki zostały zlikwidowane. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. bo oni nie są mną. e jestem lepszy. Mam więc trochę czasu. Bardzo mo liwe. e ma się wojsko. e jest najlepszy. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. Ka dy. jestem lepszy od wszystkich ludzi. pod jesień. Nie tracę jednak nadziei. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. Całe szczęście. bo ogródek jeszcze mamy swój. Prośbę moją uzasadniam tym. e wszystko kosztuje. kto ma wojsko. e to zbieg okoliczności. bo mówił. to piszę. tylko dlatego. Teraz dopiero. jakby palcem. jest ich jakby mniej. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. jak umie. jeszcze osiem osób. tylko muchy się topiły w kałamarzu. to skąd mogą wiedzieć. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. tylko o ludzkość. w tym dwoje z inteligencji. Zięć idzie. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. choć dawno ju się do tego zabierałem. bo zięć ma na utrzymaniu. bo nie mam wojska. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. e dla wszystkich byłoby lepiej. e to oni są najlepsi. e ma wojsko. same piaski. ani wojska. 89 . Nikt nie chce panować nad światem dlatego. a to porzeczkę skubnę. e znajdą się tacy. e ja jestem w sobie i wiem. co temu zaprzeczą. jaki to ja jestem. biedactwo. mówi. Jeśli będzie potrzeba. Nieraz. jak chowam się w ogródku za domem. Ja rozumiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. eby panować. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. a jestem najlepszy. a nawet większe. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. bo będzie industrializacja. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. eby moją prośbę poprzeć. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę.

to łapiąc obręcze. jedna z tych. równie nie zasługuje na wiarę. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. widocznie u ywana od dziesiątków lat. częste. wiosna przechodząca w lato. przy chłodnym wietrze. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. Staliśmy na środku dziedzińca. gdzie ju zaczynał się gąszcz. Po roku spędzonym na pilnych studiach. a w najdalszym zakątku. lecz schludną. du o ruchu na świe ym powietrzu. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. na której wspierał się obły kikut kolana. świe ości i tej słodyczy. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. Okna. jaka płynie z obcowania z naturą. poczciwy. Proste potrawy. Pośrodku stał skromny pałacyk. e zaznam spokoju. altana. wypolerowana była i lśniła jak heban. która nie płynie z niczego. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. zdyszani. bez zacieków. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. wśród kurzawy dróg. a przynoszące chwałę zwycięstwo. w kurtce podobnej do tych. To. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. ciemne i pozbawione firanek. Pewnego dnia. skąd właśnie dolatywała muzyka. wesoły. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. Piosenka była skoczna. w szarej mycce na głowie. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. co następnie zobaczyliśmy. gruby mę czyzna. Na ławeczkach. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. dalekie wycieczki. starał się. blasku słońca i pełnych manierkach. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. tynkowany ciemno ółto. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. wypłowiały. Właśnie czas był przepiękny. yznych krain — po pewne. szczery. o to. W altanie. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. jego twarz z pękatym. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. podeszliśmy ku altanie. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. siedział mocny. Korony drzew łączyły się w górze. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. dość wąskie i jednakowe. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. Odziany był w surdut wojskowy. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. prowadzącej w głąb starego parku.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. obiecując sobie. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. dając przyjemny chłód i cień. stojący przed nim na stoliku. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. to rozmawiając na tematy powa ne. Nie zawiodłem się. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. ani spostrzegliśmy. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. które pojawiły się po obu stronach alei. szczelnie zapięty pod szyję. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. równie dokładnie wysypane wirem. po to. ale gładko. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. Mój przyjaciel. To rzucając. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. dzikiej winorośli. ale jest substancją 90 . chłopiec prostolinijny. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. zaprosił mnie do siebie na wieś. a drewniana proteza. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. aby za chwilę.

Być mo e. Pochodził z rodziny. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . ile pan zechce! — zawołał.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. yjemy tu daleko. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. — Jesteśmy tu odcięci od świata. — Ale jest tych urwipołciów. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. — Proszę wybaczyć.. nie wiedząc jak. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. — Proszę. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. Czy nasza to wina. e sami. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać.. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. lustrując nasze mundury i oznaki. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. splatając dłonie i gładząc podbródek. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. musiały wyniknąć nieporozumienia. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. mimo ich mnogości. lecz. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. 91 . — Panowie studenci? — zapytał. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. którzy w boju stracili rękę albo nogę. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. zacierając dwie ręce. Za to on zachowywał się swobodnie. bo okolica zdrowa. wśród lasów. rubasznie. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych.i miałem więcej okazji do tego.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. w milczeniu podnieśliśmy kufle. proszę. a było to. — Ale oczywiście. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik.. Nazwania. Poczułem zniecierpliwienie. siłą rzeczy. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał.. — tu utknął i zaczął czerwienieć. jak trójramienny świecznik — . lecz wesoło. odło ył piszczałkę. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. A je eli chodzi panom o to. samą w sobie. ale to i lepiej. zawsze. daleko od siebie. oburzony. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. Powiecie.. panowie.. — Dobrze powiedziane — rzekł. Nie wiedząc. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel... — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. e to jednak niesprawiedliwość. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. tak nadzwyczajnie wymowne.. wcią wirują w niej. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. pieniąc się przyjemnie. spojrzał na nas nagle. co na to odpowiedzieć. w obliczu trójrękiego. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa.. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie.

Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. i nie rozumiem. Do zmierzchu było ju niedaleko.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. taka junackość. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. — znów wskazał na budynek. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. Cyganki. — A poza tym. stare. e ściął mi wszystkie włosy. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. przeciągły. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. Nie miałem ju krewnych. Łysina zalśniła łagodnie. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. która ręka jest ta trzecia. ale dla mnie. Nikt nie mo e zaprzeczyć. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. z dwoma czy z jedną. — Zresztą. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. wraz z korzonkami. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. zawsze jakieś niedopowiedzenia. panowie — na pewno nie. Rozpierała go taka radość ycia. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. niedołę ny i bezbronny. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. e coś mnie łączy z tymi tam. ró nice w osądach. który słania się w siodle. lśniący tasak. — Patrzcie. Nie poszło to łatwo. Przyspieszyliśmy kroku. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. Ja. To odwróciło losy bitwy. wierzcie mi. kiedy skończyła się wojna. drugą podnoszę nasz sztandar. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. równie nie miałem równych. usłyszeliśmy wysoki.. znalazłem się bez środków do ycia. Dlatego te . Po ka dej kampanii. 92 . w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. Myślicie. — Jasne — przytaknęliśmy. Jedną ręką ścinam grenadiera. A ja. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. któremu urwało rękę. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. w samym środku bitwy. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. Demokraci interpelowali w parlamencie. zamykałem się w szynku i przepijałem to. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. które zawodzą: „Powró yć z ręki. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. Panowie rozumieją. byłem nędzarzem. który wtedy brałem szańce. w sam raz dla świata. — Byłem zawsze w ogniu. Stracić dwie ręce — tak. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce.. panowie: trzy ręce — to za du o. któreśmy zdobywali. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. na bli sze. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. czasem wydaje mi się. W grabie y miast. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. ale o nadmiarze. to by ju było coś. dzwoniący zgrzyt. Więc kiedy po wojnie. chytre ropuchy. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. gdybym stracił jedną rękę. niezgodność uczuć. Niegdyś uratowałem mu ycie. zdrowie i nadmiar. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. kiedyśmy wracali do stolicy. panowie! — i zdjął czapkę. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. e jestem śmiertelnie łysy.

ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. dr ący i zachwycony. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Na nic. nieruchomo wpatrywał się w noc. nie przystawał. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. Nie mógł mieć wątpliwości. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. długo. słodycz. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. A więc anioł bił go ju dla wprawy. Łatwość. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. zasypia smacznie mały chłopczyk.. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. e nawet wtedy. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. Na łó eczku. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. łagodna perswazja. cisza. Na uboczu. W milczeniu wypił mleko. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. małego bohatera. z jaką teraz osiągał to. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . za garbienie się — blacha w czoło. Podano mu śniadanie. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. Nic nie mogło go powstrzymać. Od garbienia się do garbienia się. Jak zwykle nie chciał pić mleka. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. Gdy znalazł się sam w pustej alei. nie uwa ał i biegał. Stał anioł stró bezsilny. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. e metodę mo na znacznie udoskonalić. głuchy na głos dobra. e tatuś tak nie robi. liliowy pokój dziecinny. nie rozglądał się. nie zmówiwszy paciorka. To bił go anioł stró . co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. za hałasowanie. I nagle gorycz wezbrała w aniele. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. jak to jutro będzie się garbił. Miał się na baczności. Grzecznie przechodził przez ulice. Oderwał dłoń od czoła. kiedy tatuś pracuje — byk. Zrozumiał. garbił się. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. w pysze. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. jaką odczuwa pobo ny organista. i inne. co dawniej było nieosiągalne. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. Dobroć. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. paciorka nie zmówił. To miara ofiarności. zhańbiony. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. na wszelki wypadek.. z wypiekami wstydu. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Nadeszła chwila. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. Anioł. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. od biegania do biegania. za bieganie i pocenie się — hak. Od mleka było mu niedobrze. ukojenie. Nastał ranek świe y i krzepiący. pragnąc jednym. zasypia rozmyślając o tym pewnie. Wkrótce odkrył. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. olśniła go. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. za niezmówienie paciorka — faja. Ten zerwał się przestraszony. Jednak nie był jeszcze pewny. Ani przypomnienie. 93 . Wyjadał konfitury.

94 . Czas mijał. wnikał w tajemniczy świat molekuł. a on. Poczęto uwa ać.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. Zmienił się tak e zewnętrznie. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. On zaś pracował wytrwale. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . widząc. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. w nocy. Niejednokrotnie. Pewnego razu. wysadzony nad podziw umiejętnie. e wypija teraz całą szklankę. Spowa niał. Uparta. nie hałasował. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. Chłopczyk oddalał się polami. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. gruby i spokojny. nie próbując nawet biegać. pochylony nad podręcznikiem. bo wiedział. myśleli. gdy siedział w parku na ławce. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. Następnie zainteresował się chemią. odmawiał. nie garbił się. Zaczął obserwować otoczenie. Nie biegał. tajemniczo zamknięty w sobie. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. dojadał. by mu dać bodaj haka.

. mknął saniami do domu. Niebo było bez gwiazd. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. — Je eli to prawda. — powiedział półgłosem. śnieg. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. gdyby.. O ile łatwiej byłoby obywatelom. Nie da się zaprzeczyć. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. — Kto wie. obywateli... Dookoła jednak było. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. Ale teraz. ale która sama przychodzi. jakieś specjalne biuro.. ojczyzno — rzekł mimo woli. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. Uporządkować. i to jak najszybciej. popołudniowym niebie.. czyste i nieruchome. póki nie jest jeszcze za późno. gdzie rozciągały się bezmierne pola. Rama? Ot co jest potrzebne.. uspokojonego rytmu. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. 95 . posępne zawodzenie wichru. Konie ruszyły wawiej. jak choroba. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych... — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą.. — Ech. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. powietrze lodowe. jak na otwartą równinę. a to niewątpliwie prawda. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym. Nie spieszno mi donikąd. Kazał zwolnić. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. Przysypało. mając za sobą spełnione zadanie. e z tego płynie jakieś męczące uczucie.. Godzina późna. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. tym bardziej samotniały w białej pustce. skończona moja miłość. której przecie sobie nie yczymy. Jedyne wyjście. I dodał: — .. widok nagich zagajników w parowach. jak chmury zasnuwają księ yc.. Na piersi jego wysokie odznaczenie. gdy jechali szybciej. przysypało cię śniegiem. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. koni nie poganiaj. to rama porządkująca to wszystko. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi.. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. Poczuł ze zdziwieniem. ni to zaśpiew. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. całkiem bezwietrznie. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. Jakiś czas jechali spokojnie. zaszyty w niedźwiedzią szubę. sekret. — Nadać ramę. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Te pola zasnuwały go powoli. i pól.

Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. Noc stawała się głębsza. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. 96 . uwodzących. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. Tylko na pustym. pola śnie ystsze.. czarnej gruszy. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. smutnych. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. na śnie nej bieli. nikły.. Chłop na koźle odwrócił się. słowackich skrzypiec. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. oszukańczych.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. Noc była jasna. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. Trochę mi tylko to przeszkadzało. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. Ale ten nic nie rzekł. eby Piegowi się odciął. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. zakołysał i oparł o barierę cieplną. Powstał śmiech i głośne brawa. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. rozpoczął zaka anie. bo od zagrody. skoczył do domowego rezerwuaru. wyciął hołubca. Ju i inne rakiety latać zaczęły. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. e inaczej gości nie uspokoi. — Ludzie. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. gdyby nie to. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. ponadto śpiący ju trochę byłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. e bez trudu drogę znajdywałem. widząc. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. To gospodarz. e czułem ssanie w organizmie. zielony róg na czole. przy stale wzrastającym jej współczynniku. ścienny licznik Geigera. Cofnął się Smyga. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. jak to było na tym hucznym weselisku. Wtem gwizd ostry się rozległ. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi. ale mój okazał się nieszczelny. co ją miał schowaną za pazuchą. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. no. Ale ju młody Pieg odbił się. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. po trzy pary z ka dej strony. 100 . rozpamiętując. Szło się rześko.

gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. Zapytał mnie grzecznie. bo on równie z daleka przybywa i do Z. przez jutro mnie zatrzymają. włosy miał długie jak artysta. czyli do ludu nale y. e nie pisał dla siebie. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. a sam. W samej rzeczy znalazł się jeden. zamo nie. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. człowiekiem znacznym w kraju. Równie i woźnica-chytrus. Tutaj. Nie był on z tych. bo i ja posłucham. e ja tak prosto z mostu. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. Tak się zło yło. by dalej móc jechać. Odziany był z wielkomiejska. to dosyć. miasteczku R. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. Miałem się udać do majątku Z. e nikt go przecie tu nie znał. To i chciałbym wiedzieć. bo jakby stracił rezon. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. Na tym prawie rozmowa się urwała. Chłopstwo. Wy jesteście agronomem pól. czoło gładkie. e bardzo się cieszę. jak grzeczność ka e. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. czy który do Z. musi. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. ale powiedzcie. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. Ale jechać było trzeba. bo pisarz zapadł w zamyślenie. które nawet nieświadomych tak uderzały. W tym celu zaszedłem do gospody. Przystałem tedy chętnie. napiszą owo. a dzisiaj do państwa. właśnie nie wraca. choć to ju półmrok był. a ja agronomem dusz ludzkich. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. do którego obaj jedziemy. na kozioł skoczył. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. na konie cmoknął i ruszyliśmy. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie.. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. Powiedziałem. O. to nie jeden. na tę twarz pielgrzymią. jakbym przeczuwał. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. z kim to droga mi wypadła. a zresztą w podró y zawsze co dwu. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. Woźnica nawet szklanki nie dopił. czyby do mnie mógł się przyłączyć. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. e jestem nietutejszy. chłop o lisiej twarzy. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. jako e obowiązki równie w Z. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. 101 . a dla narodu.. Znany był z tego. co to napiszą to. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. który dawniej do hrabiego. konie nale ało nająć. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. Nie śmiałem pytać. gdy nieznajomy przed nim stanął. eby im w pracy ul yć. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. nawet za poniektórą granicą. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. jako obcy i powiatu nie znający. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. na oko. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. z czym walczyć. Tak więc los zrządził. — Ja.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. Tote dziwiłem się. Wtedy dopiero. ale tak. to jakby urzędowo. Pamiętam. Ja zaś.

przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. i zaczął od wierszy. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali.. Siedzieli jakby wmurowani.. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać. Nawet w nich większa siła umoralniająca. O. e kpi w ywe oczy. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. Ale ja wierzę w człowieka. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. Stałem. co się nawinie. więc. opuściwszy głowę. czysta. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. bo niemowa. aby stać się lepszym. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. polewki.. z tym ju artów nie było. e budzi tęsknotę. ale widać było. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. W świetlicy było tłoczno. gdzie tynk był zeskrobany. Patrzyłem na świetlicę. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. sąsiada. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. tak to przemyślnie było napisane. jak to na zebraniu. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. aby stać się lepszym. On zaś. takie to spełniało zadanie. Jest to opowieść szlachetna. Kiedy wszedł pisarz. jakbym coś miał na sumieniu. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. wszyscy skłonili się jakby. budziły tęsknotę. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. ale jakby mniejsze. Mam jednak coś. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. Mo e nawet czekał na mnie. ręce zacierał.. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. e nie tylko tęsknota. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Odrobiłem tego dnia niewiele. więc zapytałem. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. bo ledwo zzułem buty. Biła z tego taka szlachetność. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. skar ąc się na złe urodzaje. same lotne słowa mi się cisną. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. i rzekł. nie zwlekając. Nie były to utwory oderwane od ycia. Poprawiłem się na ławie. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. oczy mru ył. e jest tylko jedno łó ko. nie tylko 102 . a zwłaszcza baby. jak ptak umierający. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. niektórzy nawet. eby ulepszyć siebie. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. choć przecie byłem przyjezdny. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. Śniło mi się. Tam znów się okazało. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. na wspomnienie tego. o. czego jeszcze nie stosowałem. Ale e robota na mnie czekała. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. Miało być koło lasu. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. — Tak myślicie. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. bo od razu to pole. pod wieczór do majątku wróciłem. Bo dzisiaj jeszcze. Trudna rada. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. Wnet kazał podać chudej polewki. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. tote nic dziwnego. on odwrócił się od okna. Poznałem. wszyscy siedzieli tak. a wzrok mój padł na karakona. a zmordowany i zły. długo szukałem. podjadłszy. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. ale tutaj coś mi się wydaje. a e się okazało. — wyszeptał — tak myślicie. kuternoga ry y. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. jak to się okazało.

i pole. ciągle czytając. jam winny. zwyczajnie. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. W tym to zamęcie. e obrona długo trwać nie mo e. e ukradł psa i ałował. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. e ich te czytanie szczerbi. Od źdźbeł i gwoździ. Wszystkie głowy tam się zwróciły.. tamten prosił. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. w pniu wypróchniałym. siłowali się ze sobą. bilans” wołał. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. Ale trzeba te powiedzieć. bełkocąc coś o dylach jakichś. Chcecie wiedzieć. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. do egzorcyzmów sprowadzony. Co się zaś pisarza tyczy. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. jako skoble wynosił. I dopiero na krzyk nagły. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. roboty ukończyłem. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. bobym się dowiedział. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. ale swoje do siebie szeptali. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. Przez chwilę trwało. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. powszechny. e ich wątli. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. od bydła. Widać. i kary na siebie ądał. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. pole. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. Tu dzień sądny się zaczął. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. „Bilans. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. acz nie bez mozołu. ile go być powinno. 103 . ale taka w nich siła nadludzka była. po piwnicach chodzi. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. od kur i gęsi — ten wołał. Jęczał. eby mu w twarz rzucić. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. daleko. Słuchy chodzą. panowie. e nie jest ju ten sam. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. nie oddziaływające na ycie. Zerwałem się. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. Do siebie przyszedłszy. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. e nie tylko dotąd się nie przyznali. Szum wzbierał. e co najtę sze tuzy. ale za moim poduszczeniem. jak mogli. jak zaś wiedziałem. Byli i tacy. którym pewnie i las. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. to znaleziono go w trzy dni potem. taka zatwardziałość. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. głowę podniosłem. koni i plonów — a ja czekałem. Ale widać było. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. e słabną. jakby radząc. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. co za czapkami się oglądali. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. w wierzbie przydro nej.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. a do onego pola dojdzie.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

wawy i radosny. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. Skoczyłem po piwo dla kotka. A ja wcią byłem jednakowo świe y. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. jak to bywało przedtem. cierpiał. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. Nie ulegało wątpliwości. wyspany. Muszę powiedzieć. czkał. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. Wszystko brał na siebie kotek. Spojrzałem bacznie na kotka. przynajmniej na kilka dni. jeszcze ohydniejszych uczynków. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. wyszedłem z domu. tak e zwierzę. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. Być mo e. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. które. Czy mo na się dziwić. poniewa znam siebie i wiem. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. jak okrutny pies gonił kotka. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. Wracałem przewa nie nad ranem. Jakie było moje zdziwienie. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. nalałem je do miseczki i. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. ale wręcz odwrotnie. Słaniał się bełkocząc. ale jako. e wątpię. kiedy. jak chciwie je chłepce. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. mój mały przyjaciel. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. patrząc. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. Bezdomny kotek. Nastały teraz dni. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. zacząłem się zastanawiać. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. Ledwo otworzyłem oczy. ledwo ył ze zmęczenia. Wzrok mój padł na kotka. Przyjemność. które zawsze wspominałbym z czułością. ani moralnie. powstrzymywałoby mnie. gotów do następnych. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. 105 . najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. które. od nowych upadków. mimo ró nicy gatunków. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. by ją ochoczo skrzywdzić. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. kary zaś nie doznałem adnej. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. Pogwizdując. biedaczek.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. Przeciwnie: czułem się rześki. a czysty jak anioł. e sierotę krzywdziłem niechętnie. e — czy to przez wdzięczność. niestety. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. sierść poszarzała. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. bądź co bądź. którego. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

Potem rogaliki rano jecie. eby sobie. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny.. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi. — próbowałem argumentować. a potem powiedział. a ycie swoją. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. które wesoło skakały mi po głowie. — E. Tfy! Splunął.. Dawno ju się dziwowaliśmy. do szałasu.. wielu — powiedział..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. kompromis. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. — Ale ja wam. ani to z wy szością. — To jest sposób na insomnyję. ale tak padało. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. oddalił się w kosodrzewinę. przypominając o wiecznej obecności natury.. panie. chyba e tak. — Ano. Po czym odwrócił się tyłem do mnie. Ja zawsze zasypiam od razu. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. obracając się na bok. świata nienamacalnego. ale ycia duchowego. prawdę powiem. panie! Więc ja się nie wykręcam. to ju nie są arty. — Kompromis. dlatego. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć. mruknąwszy tylko. e doić pora. juhasie. e nie mogłem stwierdzić. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o.. górski poranek obudził nas i nasze panie. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. 109 . em wyjąkał: — Ja. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. odwagi intelektualnej brak. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. Umilkł.. tam. em się przed nią cofnął. to owce” — powiedziałem sobie. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. Jaka wewnętrzna sytuacyja. panie. haj! Był taki dumny. Ale Juhas. zasnąć nie mogąc. wycieczki. dzikie. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. choć szałas i wszystko inne jest. w jakim kierunku.. owce w głowie liczę.. zaprzeczyć się nie da. e u was owiec nie widzimy. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. — No no. panie. — Jak e to? Darujcie. taka zewnętrzna konsekwencyja. nie wymawiając. panie. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. ani to markotnie: — Chyba e tak. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się.. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to.. — A.

jednoizbowe pomieszczenie. o zapadłych policzkach. Rozpogodził się tak znacznie. spotkałem tego człowieka na moście. — Nie wiem. Od tego czasu mam u niego zni kę. 110 . W jakiś czas potem. Była to spowiedź jego ycia. Po prostu mi smutno. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. — Zatrucie? Egzema? A mo e. kiedy wracałem wieczorem do domu. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. Kilka osób z tego skorzystało. odchrząknął i zaczął mówić. e nawet mnie to trochę dotknęło. Więc dodałem: — Ale nie trafił. naprawdę? — o ywił się. następnie poczekać. gdzie tam — westchnął cię ko. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. — Nie mówmy o interesach. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. — Jakoś to będzie. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. Ju przy opisie okoliczności. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. — Tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. pod koniec przeszedł w cichy płacz. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. Nale ało wykupić bilet w kasie. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. nie daj Bo e. Pod wskazanym adresem panował tłok. Podszedłem bli ej. co mu dodatkowo zaszkodzi. Było tyle prośby w jego głosie. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. Było to ohydne. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. — No. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. co to mo e być. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. woźny wprowadził nas do wnętrza. Spochmurniał. — E. e nie mogłem znieść tego dłu ej. twarze klientów o ywiły się nieco. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. syfilis? — E. nie? I odszedł pogwizdując. w których został sierotą. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. Wyglądał na strapionego. — Wie pan co? — powiedziałem. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. oficyna na prawo”. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu.

Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. Twarze zarosły nam długim włosem. Temu nienasyceniu. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt.. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. w energię kinetyczną. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. olbrzymi osobnik. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. gwałtowna. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. Fauna i flora zadziwiająco bujne. Prowadziliśmy straszną egzystencję. dzięki bratu. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. Był to samotny. w towarzystwie jednego tylko człowieka. był młodym. chcąc nie chcąc. Nieustanne dą enia. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Wkrótce. Klimat tam był piekielny. daleki od zaspokojenia. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. w środku puszczy.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. e głos polega na drganiach. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. Ja. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. Co do stanu umysłów. opanowania wiedzy. e zawsze będzie czas na odwrót. było nieco chłodniej. upodobnić się. nie ustawałem. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. Wydawało mi się. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. trwałem od wielu miesięcy. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. nieartykułowana. kładłem się na pryczy. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. choć to on właśnie stał się bodźcem. których motorem była moja tajemna pasja. czyli ruchu. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. a przede wszystkim zoologię. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. W towarzystwie jedynego asystenta. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. porucznika C. Ja jednak. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. 111 . dzielnym człowiekiem. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. czyli. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. Mowa stała się chropawa. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. niespodziewane ulewy. zupełnie wycieńczony. Nie szukając daleko. Jak ju wspomniałem. wzniesiony opodal bagniska. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. eby stać się jej cząstką. choroby. mnie tylko wiadoma. Znosił trudy. w głębi dziewiczego obszaru. jak twierdził. e jestem ogniwem w obiegu natury. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. jak sądzę. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. tam. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. którą otrzymałem wtedy. Porucznik C. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. Upał. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. gdzie. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. na blasze. doświadczenia i usiłowania. zwa ywszy.

Byłem wstrząśnięty. mały i niepozorny. e w ich interesie le y. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. Przypuszczenie było mylne. — Dwa uczucia dominują we mnie. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry.. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. Zło yłem się. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. Jak wiadomo. e często musiałem pracować sam. ulubiony przysmak kolosa. jak szli w puszczę. w pierwotnych warunkach. Najpierw przypuszczaliśmy. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. Potem widzieliśmy ich razem. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. — odparł sennie porucznik. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. pochrapując. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. wstrząsającego odkrycia. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. — Ach. Otó lisek. biegnąc przodem. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. gdybym wiedział. skąd lisek wie. bo dokonaliśmy następnego. Nie było chwili do stracenia.. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. — Nale ałoby sprawdzić. ale tu. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia.. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. — To ciemność! — mówiłem. Pierwsze — to wstręt i groza. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. kamienny sen. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. Nie naruszając obiegu natury. rozumiejąc. Nakreśliłem dalszy plan działania. wskazywał olbrzymowi miejsca. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. nada mu nową szlachetniejszą treść.. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. je eli mogą przypuszczać. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. liski ywią się równie i myszami. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. korzystając z nieobecności samca. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. Oto z nieuwagi pawianów.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. dźwigające całą konstrukcję. Porucznik le ał na pryczy. zwanym u g u p u ?! 112 .

Zaczęło mi świtać w głowie.. przystawiając mu sztucer do piersi. — . Natomiast znacznie później dowiedziałem się. Wchłonęła go natura. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. odszedł zadowolony. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. 113 . Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. Zrozumiałem.. W pół godziny potem. Głos mu się załamał. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . wymasowany na moich oczach przez porucznika. — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan.daje alkohol — dokończył szeptem. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej.. — Mów. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie.. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć.

wprowadziło go w zdumienie. jak oddala się bardzo szybko. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. w który zawinięto mu bułki. Było to tym dziwniejsze. Był to kompletny szkic powieści. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. dykcją staranną. choć skądinąd schludne. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. opromienionej blaskiem talentu. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. odzienie pomięte. mimo pewnych niedociągnięć i wad. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. Powieściopisarz przedstawił się. w których palił się płomień geniuszu. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. To. ale chciał odejść. jakby zbudzony. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. a bułka zjedzona. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. pomagał im w zdobyciu sławy. 114 . — Proszę do mnie. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. proszę zostawić to pieczywo. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. jakby ulegając nieprzepartej sile. częściowo dla przyczyn ogólnych. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. który tu przed nim stał w kolejce. Ale wtem młodzieniec przystanął. Ujrzał. co zdą ył przeczytać. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. pragnąc z nich uczynić swoich następców. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Kiedy nadeszła jego kolej. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. umieścił się w ten sposób. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. Wydawało się. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. W dobie. zagadkowym spojrzeniem. rozejrzał się dookoła. e jedynie dzięki temu. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. powiedział do pracownicy głosem cichym. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. ale wyraźnym. który. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. częściowo dla wypicia mleka.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. Szurał nogami. Pisał bez przerwy. Wzrok miał przymglony. kłaniał się. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. Wtedy gwałtownym ruchem. Pobrawszy swoje filé z buraków. tote chętnie opiekował się młodymi. Kiedy kubek był ju pusty.

e kiedykolwiek uda się go odszukać. zamknął go w swoim gabinecie. Owszem. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. którego obowiązkiem było sprawdzanie. Oj. poniewa tam kończyła się linia. Minęło południe. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. według zeznań zamiatacza.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. poło ył się i zasnął. co zawierały. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. Obudził się nagle z uczuciem. Natomiast polecił swojej gospodyni. W zacisznym świetle poranka.. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. radośniejszego ycia. trzeba go pilnować. Była to prosta kobieta z ludu. i nic nie wskazywało na to. niepewnym. nabytym zapewne w cię kim. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. Ale w pokoju nie było nikogo. egnając się. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. Potem zawołał gospodynię. eby się zorientować w tym. porzucone niedbale na biurku. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. dziki. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. To. Uciekając zabrał ze sobą bułki. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. które jakby zapowiadało początek nowego. — Powieściopisarz. widział młodego człowieka. odkryłem kogoś. jak chcieli. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . mimo pośpiechu i zdenerwowania. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. zacierając ręce. co objawiło się w pierwszym. — Kiedy doszli do domu. to. to wpadał w zadumę. Ręce mu dr ały. Biedny. kiedy przekręcał klucz w zamku. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. — Co on tam robi? — zapytał.. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. — dodała. do którego. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. Niewiele czasu było potrzeba. uciekinier mógł być ju daleko. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. dotychczasowym okresie.. Widział go następnie zamiatacz ulic. jeszcze pan sobie biedy napyta. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. To uśmiechał się. Młody wcią pisał. Świe y wiatr poruszał firankami. Powieściopisarz przypadł do biurka. a podró ni wychodzili i wchodzili. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. e stało się coś niewłaściwego. genialny. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. szczelnie wypełnione pismem. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. — To dobrze. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. a nawet z nim rozmawiał. a teraz siedzi i pisze. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. — Zjadł. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego.. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. czasem nawet ocierał łzę. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. Tramwaj.

czekały tutaj w półśnie. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. niepojęte zamyślenie w tych oczach. wewnątrz wagonu. przedział za przedziałem. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. nieobecność. Tu na skraju siedział młody uciekinier. który przechodził tędy na perony. nie spieszące się donikąd. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. wyblakłych. skromne. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. jakby spoza kuli ziemskiej samej. Ale. który ciekawie mu się przyglądał. Studiując ycie. ni to skrzypienie. a niedobre przeczucie. opuścił rękę i. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. wolno szedł peronami. eby przejrzeć wagon za wagonem. aden pociąg nie odjechał w czasie. zapytać się o coś. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. Prawie był pewien. piętno geniuszu. Gonił go nieustanny poszum. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. nieco wymięte podró ą garnitury. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. z widoczną po ądliwością. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami.. Luźne wagony. Twarze. powieściopisarz obszedł więc wagon. Có stąd. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. Wiedział ju . kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. potykając się o szyny i progi. 116 . pełen alu. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. gdzie się mógł podziać. Bezradny. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. Drzwi były odsunięte. szeleszczenie piór. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. jak wykazywały obliczenia. co znajdowało się za ścianką. Błądził ju po peryferiach stacji. węglowym miałem i przestrzenią. krytego wagonu towarowego. mimo pewnych cech indywidualnych. który upłynął od chwili. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. Niechętnie wyjaśnił. młodym autorze. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. składy towarowe. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. Było ich sześćdziesięciu. e powieściopisarz zbladł. w świecie opisanym na kartkach. Chciał coś powiedzieć. poświst. zanim zrozumiał to pytanie. Była taka straszliwa obojętność. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. Spojrzenie tych oczu. Widocznie daleko przebywał. pisząc podobnie jak pozostali. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. ale zanim zdą ył. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. przekroczył szyny i oto co zobaczył. wrócił do czytania. ni to buczenie trzmieli. kilka lokomotyw sapało sennie. począł uciekać od wagonu. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. schludne. przywróciło go nieco do przytomności. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. nieporuszonych. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne.. Odziani w takie same.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym.

między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. po namyśle. a którego bezkształtność tak go męczyła. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać.. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. przysięgali. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. wajchowych. Jeden z nich miał werbel. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. cały czas piszą. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu.. nie wiadomo skąd. choć bardzo tego potrzebował. wkroczyli do wydawnictwa. to w barze. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. ale więcej ju nie mógł. wskazywały na to. jakiegoś niepokoju.. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. Obudził go telefon. przy akompaniamencie werbla.. Zachowywali się powściągliwie. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. ale słabo. Miarowym krokiem. choć grzecznie. którzy rzucili się do okien. Nazwiska nic nie mówiące. który go drą ył. Widać z daleka są. co mieli na drogę. coraz liczniejsze. ka dy dostał jedną. Ich glosy były pełne podniecenia. z surową rezerwą. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. — A. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. potem drugi i trzeci. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. ró ne rzeczy się zdarzają. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. bo zjedli wszystko. Wszedł do restauracji. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. Ale teraz jeden skoczył po bułki. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. Było dopiero wczesne przedpołudnie. on jednak. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. Noc spędził w lokalu rozrywkowym.I jeszcze jedną wódkę. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu.. tylko chycili za pióra. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. Piszą? A tak. cię ko dysząc i wskazując za siebie. e oni w drodze ju trochę pisali. nic w ogóle. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. ani „dzień dobry”. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. zatopiony w myślach niejasnych. Po południu widziano go tu i tam. Dyrektor wydawnictwa.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. to ani Boga nie pochwalili. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. Kto ich tam wie. Mnie się wydaje. Spodziewał się. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO.. — Nie ma za co. Ze zwieszoną głową. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką.. bo byli głodni. nie posiadając się z zachwytu.. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. opuchnięty alkoholem sen. Z wiadomości. wolno opuszczał peron. oświadczyli. Natomiast lektorzy. Ale telefony. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. U nas. Panie Józiu. ale pełnych niepokoju. — . Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. przebywając to w piekarni. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. e na mieście działa się jakaś sensacja. Jak tylko my otworzyli wagon. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. coraz mniej trzeźwego. lecz schludnej odzie y. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. — zapytał. Pracownicy. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze.

A poza tym ruszenie czegokolwiek. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. Dzwonili tak e znajomi. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. prawdopodobnie do kawiarni. Nie tylko powieściopisarze. a kiedy dowiadywali się. cicha błogość malowała się na jej twarzy. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. jak i przez wysublimowanych znawców. Arcydzieła były tak bezsporne. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. Przytrzymywała arkusze oburącz. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. Przeszukał najpierw biurko. ale i krytycy poczuli się zagro eni. Krytyk za ądał. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. znajdujące się aktualnie w druku. Więcej: coś nieziemsko. a pragnienie męczyło go nieznośnie. e uciekł. e. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. przyciskając do piersi skrawek. wcią zaglądając do nich. Arcydzieła. ale przecie niedoskonałe. być mo e. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. potem cały pokój. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. Ale rękopisu nie znalazł. być mo e i bardzo dobre. Był to pierwszy telefon. e zniknęły wszelkie niuanse. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. Przedwczoraj. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. W ostateczności dotarł do kuchni. chocia spodziewał się. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. tej samej jakości. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. co się dzieje z młodocianym geniuszem. tym razem taksówką baga ową. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. który oddarł się od arkusza. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. co znajdowało się na biurku pana. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. Po okresie. hodowla słabła. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. poplony w niebezpieczeństwie. Oracze odrywali się od pługa. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. zarówno przez lud. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. ale zaczęła stawiać opór. podstawy do jakichkolwiek artykułów. jakby dokądś się spieszyli. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. spełniające wszystkie postulaty. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. punkty zaczepienia. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. Le ała. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. szukać ich po pracowniach pisarzy. Analiza potwierdziła przewidywania. Nie wierzył własnym oczom. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. a to dzięki temu. po prostu nie były potrzebne. pytali. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. niedoścignionym utworom. podorywki były zapóźnione. Nareszcie zadzwonił krytyk. eby czytać. Niema. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. Daremnie. aby wciągać. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. e wszystkie inne powieści.

Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Autentyści szli tak. a nawet literatury dziecięcej. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. dyscyplina wzorowa. — Mam pewien pomysł na sztukę. gwarny.Ogólna zgoda. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. W teczce niósł kilka swoich wierszy. niektórzy wprost od udoju. Okazało się. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. librett wszelkiego rodzaju. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. Przewodniczący zagaił pokrótce. zszarzałe. Okazało się. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. Gości zrewidowano. Nastrój panował powa ny. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. — Oni tam ju są. Przypomniał. e uda mu się podjąć zaliczkę. nagle zaćmione. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. Teraz przyszła na nas kolej. Zebrani zgodzili się. które niebezpiecznie prześmiały się. Niebo było pochmurne. Bajkopisarz pomykał leszczyną. Po drodze spotkał znajomego. jak kogo zastały wici. a tak e sekcje: utworów estradowych. 119 . Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. tajemniczych autorów. jak stali. zaczął padać deszcz. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. Widzę tu i młodzie . odgłosy kroków. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. zajmującego się drukowaniem poezji.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety... szelest rozgarnianych liści. krótkich monologów cyrkowych. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. A teraz ustalmy fakty. łamanych niewidzialnymi stopami. znakomitego poetę. jeszcze z dawnych czasów. zewsząd przybywały wcią nowe watahy.. napisanych z niemałym trudem. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. przy której mieścił się teatr. i weteranów. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. Młodzi walili starodrzewem. Teatry satyryczne były ju opanowane. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. jurny a buńczuczny. od strony grobli. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. zdyszany.. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. ogólna zgoda. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. niepotrzebne. od obejścia. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. Tym posłano w alkierzyku. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. Tak walił ten naród. inni od obrządku. Skręcili w ulicę. powtarzam. Realistów. a potem przejść do sprawy. prowincjonalnej stacji. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. zapomniane przez wszystkich. Kraj czytał tylko nowych. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. Miał jednak nadzieję. Nie widział innego wyjścia.

Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. choć jej szanse. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. rzeczowo udzielił informacji. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać... Nie tajemnicze promienie.. koledzy jak by to wyglądało. operując faktami i statystyką. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia. — .. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. Cichym. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. brat wydziera bratu. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. Głosy: — A co ze stypendiami?!.. przyznaję to. stali się oni ulubieńcami wszystkich.. Przybycie ich okazało się dla nas.A teraz kilka słów wyjaśnienia. tajemnicą. Ale nikt nie przeczuł.I powtarzam raz jeszcze. zamiast zaśpiewać „hosanna. którzy od progu są samą doskonałością. zresztą nie tego od niego oczekiwano...Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. a zajmują się tylko tamtymi. nawet rodziny. spodziewam się. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. dobitnym głosem. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. Oddaj mi pan blok-notes!. oto osiągnięto oto objawiono. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. Powiedzmy to sobie otwarcie. tajemnicy. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. Co jest?! — . Wszyscy. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. tak zwane skryptony. 120 . nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. Wniesiono arówki elektryczne. Nikt nie spał. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. fachowców słowa.. czuuuwaaaj. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . są bardzo nikłe. a nie na in ynierów. równie mia d ące. W obliczu ABSOLUTU. którzy spełniają nasze marzenia. jak tu jesteśmy.. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!.. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. drukarnie nie mogą nadą yć... w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy... morderczo utalentowanych autorów. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. A tu nagle zjawiają się ci.Nie mo emy się więc dziwić. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki.. Wtedy my. Zebrani dowiedzieli się więc.. Śmiem twierdzić. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. zamiast się ukorzyć. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI.. jeden od drugiego.. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. Wielkie poruszenie zapanowało na sali.. po pięciu ludzi. — Po tym krótkim występie pragnę. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą.. które dotąd yły zgodnie. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony.. bardziej utalentowany ani lepszy. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. Więc zwa cie. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. Na nasze nieszczęście los padł na nas. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. takie zebranie przecie zwołujemy.

Zwrócił się więc do zebranych. w myśli i talentów koncentracji. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. które miał ze swoją gospodynią. bracia! Sejm nasz końca dobiega.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. beznamiętnym głosem. Był to mą słusznego wzrostu. a to powiedzieć nam trzeba. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Spotykali się z ostrą odprawą. tam pacholę ściskało 121 . a to z braku samokształcenia. Było to wszystko.. kupić się. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. my zaś w rozproszeniu. Tak więc nadzieja. w dyskusjach i sesjach. myśli jednej. osiwiały w pisaniu. Podczas gdy jedni piszą. drudzy czytają to. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. eby po prostu bić czytelników. co zdołali przedsięwziąć. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. udowodnił bezskuteczność tej metody. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. geniusze piszą równo. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. rywalom odpór. ale zdrowo. Unikają zadymionych lokali. okazała się płonna. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. Tam obóz warowny zało ymy. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. Głosy: — . Szmer przeszedł po sali. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. Tam. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. osłania ją ogniem. prywaty poniechać. a psy wyć poczęły. zaiste — piękny to był widok. Przejmująca cisza zaległa na sali. potem na zmianę. Dopiero teraz. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. które wska emy. harcowników modą działamy. e geniusze od ywiają się skromnie. Ktoś domagał się. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. Regulamin ten przewiduje. w pojedynkę. po przegotowaniu. sklecić z nich nie sposób. Tedy. który dotąd siedział był jakby na uboczu. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. Wtedy powstał człowiek. zda się. niezwłocznie rusza. w głębi nieco. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. aby zgłaszali propozycje. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. czasowy choćby. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. wszyscy pojęli grozę sytuacji.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. Odwa ni. a smolarz. dać mogące. wykujemy dzieła krzepkie. przed spaniem uprawiają przechadzki. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. le ąc. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. z barłogu się porwał.. półzwierzęcia. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. eby rozjaśnić arówki. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. podczas gdy druga. przewodniej. geniusze razem a równo piszą. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru.

— Ni to. ale istnienie samo w sobie. oczy mru ąc. Nie takie racye bywały.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. Powieściopisarz. Szły więc pochody wśród sadów białych. w szuwary się zapadł. Jeszcze przed północą. starając się do wodnego ptaka upodobnić. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. ni owo — stwierdził. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. tu i ówdzie.. — Pozwólcie. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. z dobytymi maszynami do pisania. stentorom swym dając folgę. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. Obowiązki swe spełniał. w patio siedział. ślubnych. rzędom i szykom. bojowe pióro. i trapił się. Te. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. choć na zewnątrz duch był dobry. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. bo blask od okularów i czół wysokich bił. głos zabierał. jak siostrę rodzoną. Opodal kroczyli namiestnicy. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. Wasza Przewielebność. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. w trzcinę się zmienić. szczęśliwie ominąwszy łęgi. — Ja pójdę. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. odsłaniały księ ycową tarczę. tez. Noc przyjęła go lodowatą. ale ku zabawie. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. obejmował. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. jak to początków zła sięgała jego obecność. Przedrę się. niósł za Hetmanem jego cię kie. Hetman długo mu patrzał w oczy. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. Mgły wstawały z łęgów. pomysłów. ramię przy ramieniu walczył. Powieściopisarz. tam. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. e za małą mają racyą.. za to były dobrze okopane. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. pod wieczór. Czasem chmury. — Idź — powiedział. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. A jednak. Brakowało tematów. zieloną księ yca poświatą. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza.. które jeszcze pozostały. dziwując się strojom cudzoziemskim. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. Oni zaś szli weseli. idei. I w samym obozie nie działo się dobrze. co w tylnych rzędach się znajdował. panie — powiedział. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. rzeka przybrała barwę ołowianą. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. a nawet onami. Płacz i radość uczyniły się powszechne. lud to ciemny — na to Hetman. Chłopstwo wybiegało przed chaty. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. wtedy zamierał bez ruchu. artami sypiąc.. do dna przypaść. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. Nie było ich wiele. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. wtedy w barze. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. — Nic to. galopujące po niebie. Nikt złego słowa. wątków. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. — Nie widzę. on jednak pamiętał. — Skar ą się. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. jakby nie ku trudom. 122 . Półmrok zstępował ju ze wzgórz. Hetman obchodził działa na wałach.

ale przecie ludzką. śmieje się. pierwszy promyk nadziei zaświtał. Gdy wspiął się na zbocze. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. Przynajmniej od tyłu coś go określi. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. będzie polemizował z ABSOLUTEM. Opiera się oń plecami. Obejrzał się. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. posuwał się mozolnie naprzód. Serce mu się ścisnęło. pracę swoją literacką. co przyszła skądś. kosmate. na powrót noc czarną czyniły. ostro nie stąpając. Cofa się powieściopisarz. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się. Obóz pozostał daleko w tyle. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Brzana? Kurka wodna? A mo e. rozło ysty. palonych przez stra e. pełną usterek i słabości. a kiedy obłoki wełniste. lampę swoją łagodną.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał.. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. z prochów gwiezdnych. Za nim dąb olbrzymi. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło... język siny wyciąga. Coś zapluskało opodal. 123 ..

Mogłoby się wydawać. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. Mogło się zdarzyć. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. jak gdyby w tłumie podró nych. Otworzyłem ten list odruchowo. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. ale więcej osób. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. nie zapisaną ani z jednej. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. niepowściągliwością twarzy. autor artu. oczekiwania. e mnie nabrano. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. bo trudno się było spodziewać. e znowu znajdę pustą kartkę. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. sądząc. Liczyłem. wrzucając list do kosza. unoszącym mnie z powrotem.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. I datę. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. czy list jest t a k i . Zresztą nadawca był nieznany. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. ani z drugiej strony. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. e ktoś. Ju na dworcu. czy zwyczajny. To nic. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. napisze do mnie list stamtąd. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. Z pieczątki równie wynikało. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. czyli zabić. usłyszawszy moje nazwisko. Ale jak się przekonać. obel ywego rozczarowania. a raczej brak treści. a tak e kilka następnych dni. e dałem się nabrać. A jednak to była znowu pusta kartka. eby to mógł być art. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. Nie art. wewnętrzny u ytek. e list był wysłany dwa dni temu. Gest był więc na mój własny. Ów gest umyślnej pogardy. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. i pieczątkę mo na sfałszować. nieprzezroczystych kopertach. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. portier. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. e tu przyjadę? Portier twierdził. e list czekał ju na mnie od wczoraj. którzy swoim zachowaniem się. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. Ale data stempla świadczyła. Ale skąd wiedziano. mógł się znajdować prześladowca. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Rozdra niony. w pociągu. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. Wszyscy wiemy. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. Poni ony. 124 . Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. — To chyba nie roztargnienie. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. e list nadano w miejscowości. zaledwie pociąg stanął. art nie wchodził ju w rachubę. w którym się zatrzymam. wyglądałem podejrzliwie na perony. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. dotknięty. ruchów czy języka zdradzą się. Nie zwrócono go. zupełnie czystą. Nie byłoby w tym nic szczególnego. e mo e spotkam znajomych.

pustych listów było napisane chocia : „Ty. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. nie zasługuje na to miano. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. Nie. byle jakie. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. Ju sam fakt. zamieniło ją w pensjonarkę. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. potrzebowano. Co noc barykadowałem drzwi. rodzaju. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. ka da inną. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. który nie dawał się złapać za rękę. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. ktoś. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. e tak dłu ej nie mo na.. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. ądano. perfidii i ostro ności złoczyńców. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. Za długo ju trwał ten flirt. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. pełnej za enowania i dobrego humoru. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. Te listy nie mówiły nic. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. to. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. ktoś na skalę międzynarodową. — Biedna mała. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. e kartki były czyste. gdyby w którymś z kolejnych. e list nic nie znaczył. — myślałem z lisim. Trzeba więc powrócić do mniemania. byle artykułowane. to kto wie. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. mo e polecenie. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. mo e czegoś ode mnie chciano. świadczył o sprycie. bez intencji. przysłonił oczy dłonią. To jakaś wielka dama. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. Nie były to prymitywne.. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. ile w tym uroku. być mo e całą organizacją. aby nie nale ało wątpić. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. nic więcej. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. które mogły kierować nadawcą. a powstrzymywana wstydem. Przewodnik. znający na wylot obyczaje zwierzyny. sam w sobie. niestety. 125 . O. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. e był tylko środkiem.. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. Zobowiązanie bez ograniczenia. kto rozporządza takimi środkami. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. czy to jest sprawa serca w ogóle. Dobre samopoczucie ustąpiło. Pojawił się strach. Mała? Zastanowiłem się. w jednym z najdalszych zakątków kraju. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa.. A uświadomiłem sobie. mo e wezwanie.

mo e tam nic nie było.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. No có . Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. — E.. Było ju prawie ciemno. wplątały w korzenie wodnych roślin. machając niebieską kopertą. A je eli? 126 . Brodziłem. po ramiona. czy kłamię. wypaliłem. dobywając całej umiejętności. na pewno nie. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. to dzika kaczka. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. Słońce ju zaszło. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. e nie wiem. Za późno. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. przeklinali mnie głośno. czy te mówię prawdę. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. którym je wszystkie adresowano. papierki rozmiękły i poszły na dno. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. to była ta sama koperta. zapadałem się po pas. Nie otwierając. Udając. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. Koledzy. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. poszedłem na sam brzeg. Tak. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. z lewej. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. e chcę przeczytać list na osobności. ebym mógł się łudzić. Ściemniało się z ka dą chwilą. Wytę yłem wzrok. czy ten przedostatni.. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. Wszedłem do wody. gorączkowo rozgarniałem trzciny.

Sprzedawca. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. z końcem ostatniej zimy. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. oddany. ty. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. Postępując za mną krok za krokiem. jak zwykle. co go gnębiło. Pewnego ranka siedziałem. jak tę eje mu kark. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. Wszystko. ty! — pogroziłem mu palcem. coś go zaczęło dręczyć. Piesek chował się dobrze. co słabsze. Poprzez drzwi. Wynik był z góry przesądzony. niestety. bo szczeknął na mnie krótko. przydałaby 127 . Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. pełnymi teraz niepokoju. I teraz dopiero. kotki i pszczółki. rozpogodził się. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. Źle sypiał. niosąc zapach poruszonej ziemi. Nacisk nie ustępował. niewidoczny dla sąsiadów. o wyrobionym poglądzie na ycie. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. Wtem poczułem. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. apetycznej trawki. powiększa się wzrost. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi.. napływało łagodne powietrze. e zimny nos delikatnie. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. słowem wszystko to. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. lojalny. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. myśląc. kanalizacja. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. co cieszyło mnie tym bardziej. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. e w razie czego damy sobie z tym radę. tkwiło w sferze psychiki. Był wierny. Rozczulają nas tylko małe pieski. w swoim gabinecie. w której chodziło o to. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. e wybrał najdalszy kąt. Pod jego brązowymi oczami. ywy i wesoły. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. który gwarantował za czystość jego rasy. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. Dopiero kiedy padłem na czworaki. szeroko otwarte na ogród. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. Stał się wielkim. potę nieją barki. jak mu pomóc. Bardzo mnie to martwiło. Nie wspominając ju o postępie filozofii. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. ale stanowczo trąca mnie w plecy. Co chwila dotykając nosem świe ej. wstałem. osiągnęła takie natę enie.. wyprowadził mnie do ogrodu. o czym wiemy. okazał się uczciwym człowiekiem. Ale. Widocznie to. Nie było ju co ukrywać. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. eby był moim wiernym przyjacielem. uległy. mocnym psem. szczeniaka. Mę niał w oczach. ale nie wiedziałem. Pies był zupełnie mały i słaby. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. wstając ze zdrętwiałych kolan. kiedy osiągnął dojrzałość. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. A przecie był ju dorosłym. Chciałem. pojawiły się cienie. wzdychał. — Ej. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. Dorosły pies. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. dokładnie w chwili. rozkazująco. Liczyłem na jego młodość. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. Miał na tyle delikatności. opiekuńczość. Pies był z rasy owczarków. na szczęście.

dość zasadniczy. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. odruchowo odmówiłby psu. niesłusznie. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. Cechy moralnie dodatnie. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. Szalał z radości. Mój postęp. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. Po to została mi dana świadomość. ale wtedy właśnie wykrył. tak znaczny.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. czy w ten sposób nie okazuje mi. eby go ucieszyć. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. Więc nie robi tego tylko dla siebie. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. znęcaniem się nad zwierzętami. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. Ukryty za krzewami patrzyłem. jak się uło yła. Jestem istotą myślącą. którzy przyszli uciąć pogawędkę. w warunkach nienaturalnych. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. czy ktoś się nie zbli a. buszując na pozór łakomie wśród traw. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. udając. e jakiś prostak. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. rozumiejąc zło oność zjawisk. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. Pies jest zdrowym. Mo liwe. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. Obiegał mnie umiejętnie. Zresztą. e. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Rytmicznie jednostajne. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. która. na drodze do naszego wspólnego ideału. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. kupiłem sobie dzwonek na szyję. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. 128 . A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. podświadomość i nadświadomość. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. no. zdopingował go do jeszcze większych starań. jaką ja reprezentowałem. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. ale ju za późno. Liczyłem nawet na to. nieinteligent. pilnie wietrzył. Poza tym. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. Obserwowałem go niejednokrotnie. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. a yje w mieście. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. ruch ziemi i gwiazd. najlepiej jak umie. najczęściej. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. normalnym okazem. Je eli padał deszcz. znajomych. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. Je eli uznał.

o czym świadczyło choćby to beczenie.. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. Tak. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. o której przez omówienie wspomniałem na początku. chce być z nami. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności.. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. braciszku. Poznałem ją z daleka. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. Szła ku mnie aleją. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. Stado. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. e mój poczciwiec. nie wiem: do mnie czy do siebie.. I dodałem: — Nie ma co.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. trzoda — oto. byłem w jego władzy. Wzruszałem go najwyraźniej. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. nie ustąpi w adnym wypadku. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu.. mną. nie wiedziałam. Sytuacja stawała się groźna. Było to przed godziną wypędu. ni nam się wydaje. zanim zdą yłem przeszkodzić. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. nie wiem — dlaczego. — Wracając do El Greca. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno.. pragnienia. On na mnie.. Wiedziałem ju . Tak. — Na halę nam iść. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. jak zwykle. ogólnie rzecz biorąc. ale teraz zrozumiałem. e miałem ograniczoną swobodę. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. z jaką upływa czas. morda w twarz. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. Być mo e. w alei nie było ju nikogo. znajomych i w ogóle wszystkich. Mówiłem ju o listonoszach. kulturalnych.. ni to mszyce. Trzeba przyznać. eby powstać z czworaków. wnieść zamieszanie. otworzyła drzwi. Była to właśnie ta kobieta. e dał z siebie wszystko. gotów byłem zrezygnować z wypasu. niepokoić. uśmiechając się. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. Być mo e. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. W progu stał on. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. w góry. — To mówiąc. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie. Co do mnie. wyobraźnię. Nie mając innego wyjścia. ale wiedziałem. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. Wywiązała się ciekawa dyskusja. 129 . — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. ale goście tak dobrze się czuli. Opadłem twarzą na trawę. nie ma co. Podniosłem głowę znad soczystej trawy.. Długo. rozmowa stała się tak interesująca. Wyczerpany patrzyłem na niego. — Sądzę. Właśnie wypasałem się. to prawda. — Ach. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. pobudzać ambicję. e od razu domyśliłem się wszystkiego. uło yły się stosunki między nami. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. Twarz w mordę. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. Tak więc. ale nie zwrócono na to uwagi.

wśród łańcucha szczytów. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. Nie widziałem księcia od wielu lat. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. chrzęsty i miękkie stąpania. Wiosna panowała ju niepodzielnie. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. Uradowany. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. Uchyliłem drzwi. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. cię kie powieki. Nie był to kamerdyner. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. Wieczór ju zapadał. tyle. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. dając jednocześnie znak słudze. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. Za fotelem księcia. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. stary jeger o twarzy pooranej. chrupiące kroki. Polował rzadko i tylko w miarę. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. i zasnąłem powtórnie. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . Po słonecznym. wnet ruszyłem w drogę. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. stanął sługa osobliwy. milcząc. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. Nasłuchiwałem. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. ale dobrze go znałem. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. Odzywała się rzadko.. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. Zamek. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. im dalej zapuszczałem się w pogórze. Podbiegłem do okna. ju rzuciłem się do odzie y. aby napełnił pucharki. ogorzałej. na południu. przy śniadaniu. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. ale na korytarzu ju nie było nikogo. Był to niewielki. — E.. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. Wzywał mnie. Szajsen. — Jezus Krist nie dopuść.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Pogoda była tak piękna. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. ciemnej. lecz ulubiony strzelec księcia. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności.. abym. — No.. W górach — jak to w górach. a tak e zapolujemy sobie trochę”. Słyszałem. tak e i później.

za przyczyną rozbawionej młodzie y. inni na kozice. tym ich więcej. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. wcią na południe. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. ze środkowych równin. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. my będziemy polowali na śniegusy. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. — Mo na i tak. łączą się teraz w gromady. ze strachem i wstrętem. który wiesz. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. — Jedni polują na daniele. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. we dnie zatrzymują się byle gdzie. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. Niektóre. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. w miejscach ocienionych. Skruszałe. Śniegusy dobrze wiedzą. po naszemu — „wintercwergi”. w górach. a tu. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. znudzona długotrwałą zimą. stoją wzdłu gościńców. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. inne niezdarne i prostackie. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. jakby nie przed człowiekiem. — Zapewniam cię. nawet pewne tajemnicze zjawiska. e zawiodę jego oczekiwania. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. e przychodzi ich kres i. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. ale inną jakąś istotą. Męska. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. odstawiając pustą szklankę. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. powstają. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. wkraczają w krainę chłodu. Zdobią one podwórka i place. a młodzie . Zauwa yłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. Co więc robią? Nocami. znad samego morza. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. zaskoczone wschodem słońca. próbują walczyć o ycie. prowadzone niezawodnym instynktem. Ale oto zbli a się wiosna. Ale to nazwa dziecinna. to śniegus. Tylko sługa pozostał nieporuszony. nadtopione. jak wszystko w naturze. Nic jednak nie dałem znać po sobie. parowach i zagajnikach. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. Wędrują najpierw pojedynczo. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. łowiecka nazwa. — Wiesz zapewne — ciągnął. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. — He he! — wołał podochocony ksią ę. Śniegusy z najdalszych stron. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. nie uwierzę. robi się coraz cieplej. ku górom. Im bli ej gór. kierują się na południe. ksią ę. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. Schneemann. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. Jedne okazałe i kunsztowne. dla igraszek i figli. — Nie. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. jakby nagłe zimno ją przeszyło. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. przebywają setki mil.

abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. ycząc sobie dobrej nocy. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. pragnąc rozproszyć to. — No. e niczego bardziej nie pragnę. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. wyprostowana. Śniadanie podano w sklepionej sali. właśnie pan. nie mówmy o tym. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze.. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. w całym zamku szykowano się do wyprawy. có ? Polowanie. — Przyznam się. choć nie przypominałem sobie. mniemając. parzenia kawy lub herbaty. jak polowanie — odparłem. nacierali na „Schneemanna”. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. dziecko. — szepnęła.. 132 . e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą.. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. powstrzymując mnie ruchem ręki.. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. — Wiedziałem. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. Panna milczała. zawsze było uznawane. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. które. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. Ledwo wypowiedziałem te słowa. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. Znany jest przecie jako największy. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. Strzelcy. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy.. wszystko! — zawołała. Odpowiedziałem. powinien znać całą prawdę. nawet przez Kościół. e poluję na „Schneemanny”. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. na drugim końcu mahoniowego stołu.. ju ich po ałowałem. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. — Ma mi to za złe. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. — Och. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. nawołując mnie. e zerwałem się z krzesła.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. — Nie chciałam o tym mówić. dalibóg. e tak. ale nie chciałbym. przybywasz w samą porę. nie są takie straszne. — Powiedz mu! Powiedz mu. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. Zresztą pan. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. i podgrzewali go z bliska.. uprzednio osaczonego przez nagonkę.. —— zaczął ksią ę. Siedziała naprzeciw mnie. — Dosyć! — powtórzyła. — Dobrze — powiedziała spokojnie. i potrzebna jest jej pomoc. Prawie nie tknęła po ywienia. — Jak pani sobie yczy. Skądinąd ma on gołębie serce. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. — O tym myślałeś.

bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. od stworzenia ofiar samych. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. omdlewają dziecinne rączki. nie tyle do mnie. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. Przemarzają. Pan myśli. a zetknęły się nasze strzemiona. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć.. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. Nagonka ruszyła ju wcześniej. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. Nietrudno się domyślić. nie dowierzając własnym oczom. kto stoi za tym wszystkim. Polowanie zaczęło się. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. ani opanować swojej radości. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. dobrowolnej zabawy. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. z nutą podziwu. Minął nas ostatni jeździec. ile do panny. zimowy świt rozjaśni podwórza. Johann oddalił się. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. Pod komendą opiekunów i wychowawców. wyjechał przed bramę. Milczenie przeciągało się. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. Szli przodem naganiacze. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. gra przypadku. ponad 133 . Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. w zgrabnym toczku na głowie. To rzeź. ale zapomniał dodać. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. ukartowana od samego początku. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. Umilkła. e śniegusy lepione w kraju.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. ile pewne jego okoliczności. a w głębi parków. podczas zwyczajnej. wuj jest opiekunem sierot. Piękny to był widok. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. Podnieceni kucharze donieśli. widać. Wystraszone. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. a sam. wychodzą parami na dwór. kierując te słowa. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą.. gdzie w zielonych. lepi się je na gwizdek i rozkaz. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. ciepły poranek zaskoczył na drodze. mając mnie u boku. szyję i piersi. którego. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego. to. śniegusów. z krótką tylko przerwą na obiad. Zatoczyła koniem. iglastych. e olbrzymi śniegus... e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. licząc pewnie na to. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. jak mi się zdawało. odziana po męsku. Nagły rumieniec oblał jej policzki. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. A czy pan wie. — Sadysta? — dokończyłem. ślepo oddanych wujowi. jak mówi wuj. zakradł się i zamknął w lodówce. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju.

Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. Dalszą drogę. przystępowali i kończyli dzieło. o mocarnej. Gdy śniegus. osadzona na zwartym. Cała głowa. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. zupełnie blisko. spędzonej w ober y. z prymusami o płonących ju palnikach. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. spełnił swoją powinność. nie mogąc się skutecznie odsunąć. jakiś cień przesłonił polankę. nakazaną mu przez naturę. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. Byłem bez prymusa. Zbli aliśmy się do ostępów. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. le ała polanka. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. jeszcze przera ony okrzykami. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. doje d acz. z boku. Sniegus. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. w której decydującą rolę grali doje d acze. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. mieliśmy odbyć pieszo. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. po chwilowym osłupieniu. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. byli pierwszymi. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. Stał tam ktoś. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. — Ciepło. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. doskonale zarysowanej linii. Ci śmiali chłopcy. Zasyczał dwupalnikowy prymus. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. w którym ten prę ny kwiat. stromym stoku. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. ale wytę yłem wzrok. bezszelestnym oczekiwaniu. na ostrym. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. pochyleni w kulbakach. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. — Ciepło.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. mosię ny. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. kulistej głowie. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. Zatętniły w lesie kopyta. i stado śniegusów wpadło na polanę. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. Ogromny. Przed nami ukośnie. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. ławą lub pojedynczo. gdy górował u szczytu polanki. kryli się doje d acze. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. Nic jeszcze nie słyszałem. inkrustowany macicą perłową. rozpościerali koce. Jak e był piękny w swym ogromie. który — podczas gdy inne. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. a do stanowisk strzeleckich. nie zsiadając z konia. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. Długi nos ze zdrowej. który. Puls bił mi w skroniach. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. Głuche. a za nim dru yna. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. zimującej jarzyny. którzy pieszo. jodłując. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. w galopie. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. pokryta śniegiem. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. 134 . ciepło! Rany Boskie. wynurzał się na polanę. lecz podnosiły się z bezpiecznych. Gdzieś tam. tym samym spełniając yczenie prześladowców. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną.

. udając. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. w górach. którą przeszły szar ujące śniegusy. jakimikolwiek powodowany pobudkami. nie zabierałbym głosu. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. a potem.. biały tuman przyjdzie z gór. przynajmniej jeśli chodzi o nie. Przed kolacją. obracając wszystko w art. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. Nie lubią mnie tu. doje d acze i prymuśnicy. staczać się począł na księcia i towarzyszy.. na kształt ruchomego wału. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą.. aby później. próbował. kiedy i tak są ju niepotrzebne. mój drogi — odparłem. a za mało wiadomości. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. Panna nie była jeszcze gotowa. z uczuciem. Ksią ę zarządził odwrót. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. spotkaliśmy się znów koło kominka.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. wiadomo. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu.. wszystkie. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i. ze szklankami w ręce. e polowanie na śniegusy. pod przewodnictwem olbrzyma. — wskazałem ręką ku górom za oknami. Polowanie.. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. aby nie mieć złudzeń. bezlitośnie je tępić na wiosnę. odciągając go na czas z drogi. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić.. Dosyć zresztą. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. podnieśliśmy się z kryjówek. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. — Masz rację — poprawiłem się. Ale dobrze wiesz. przybrawszy postać lawiny. — Widzę. kocem!. — Nie. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. i to rękami sierot. a gdy zima minie. gdzie powoli wsączała się ciemność. zginie Orle Gniazdo”. to nieuniknione. którego określić nie umiałem. głośno zawołał: 135 . ośmieszone. ale powoływać je niejako. wydostały się bezpiecznie z obławy. po to tylko. zmieszany ze słońcem. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. Znasz mnie chyba na tyle. — Ach. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. obrastał w nie i. stwarzać je. — Wiem wszystko — powiedziałem. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. na pół z niepokojem.. e nie rozumie. wyprostowana. — ale ju nagonka. Korzystając z lawiny. Wśród gminu istnieje nawet legenda. a tym samym obiecywać mu. wirując coraz szybciej. hołubić i dogadzać. rzucili się na boki.. są i będą. — Ale wiem du o.. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. zmieszani w dzikim popłochu. która. szukające u nas schronienia. e gdyby tylko o to chodziło. przebrani i odświe eni. ale było ju za późno. jakby nieobecnym. tam. te kobiety. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. który. przynosi nieszczęście. e bałwany były. Nie wiem. łamać się zaczęły i spiętrzać. wpatrywała się w kierunku. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. nieobecne oczy panny. którego nie umiałem nazwać. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. abym.

— Podobno opuścił zamek. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. przywitała mnie yczliwie. chcąc przerwać milczenie. tak wystawny.. — Myślałam. Odwiedziłem ją znacznie później... Zauwa yłem. Spoczywała z wdziękiem. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. Po egnałem się szybciej. ółtych i okrągłych. Postępowałem o kilka kroków za nim. półle ąc. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. Zaiste. Ale w dolinę schodzi rzadko. kto woła w gorączce. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. W półmroku stała jakaś postać. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Konie dawno pozostały w dole. spoglądając na ró e. tu za nim ksią ę i ja. — Czasami.. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. długiej i czerwonej marchwi. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. nie był w stanie uczynić nam nic złego. Nic więcej nie wiem. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. Ksią ę. Zapalenie płuc. Tylko oczy pozostały te same. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. podkręciwszy obydwa palniki. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. — A. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. widząc te głownie w oddali płonące. a i górale okoliczni nie 136 . obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. krzepka bryła. — uzupełniłem. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. Pośrodku groty klęczała panienka.. który dzisiaj przyszedł z gór. To. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. — Nie ma jej w całym zamku. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. na nizinach. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. Wszystko taje — dodałem. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. w szpitalu. Świtało ju . rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. które się wywiązało. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać.. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. wymagało opieki lekarskiej. — Jak to? Nie wiedział pan. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. zapuścił się w grotę. z prostotą. lśniące i matowe. Przed nami otwarło się wejście do groty. Ale niepotrzebna była mu broń. Zresztą nie chciała le eć w zamku. co ujrzeliśmy. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. Ksią ę podszedł do niego. Przodem Johann. Spojrzałem na księcia. wspinające się w zygzakach ku niebu. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. Ogromna. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia.

ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie. 137 .Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi.

zało yłem biwak. Lęk towarzyszył mi stale. skurczem. kiedy patrzyłem na nich. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. pogodą. Podłoga. Patrzyłem na nich godzinami. a ciemna groźba unosiła się nad nami. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. plastykowe kubki. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. opodal balustrady. Kupiłem namiot. Oto nieraz nocą. pod czystą białą powłóczką. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. rękę ju wyciągniętą. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. chronionego przez sztuczną. przewrócić. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. wydawała niemiły zapach. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. a eby całymi dniami wypatrywać. a wreszcie stało się nie do zniesienia. Po to na bezludzie. Sadyzm człowieka słabego. z otchłani miasta. W kącie wartowni. Okno wychodziło na ślepy mur. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. To jeszcze zwiększało mój niepokój. Có z tego. Nie. nawet na schodach. opieki.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. Będąc człowiekiem wolnym. co więcej. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. Nieprawość ogarniała mnie. pijaków. spokoju. teraz obezwładnionej. Na ulicy. Z wewnętrznym dr eniem. Złodziei. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. e wtedy wezwałbym policję. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. Być sobą. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. 138 . e czułem się rozczarowany. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. tchnące zdrowiem. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. jak nale y. przystosowań. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. Nienawiść. przygotowywałem się na ka de spotkanie. do wspólnoty. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. uderzyć w twarz. Bałem się ludzi. có nawet z tego. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. Byli to przecie zbrodniarze. e mo e on zawróci. W lokalu było duszno. urzędową potęgę. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. Doszło do tego. Ale czułem. nawet w pobli u komendy. lśniące rondelki. całe to moje podręczne obejście. awanturników o muskularnych ramionach. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. Nawet w dzień panował tam półmrok. e zostawi mnie samego. podciągniętą pod brodę. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. nie cieszyłem się tym przywilejem. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. ka dy mógłby mnie okraść. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. czystym i higienicznym sposobem ycia. zawodowe po ądanie. jaką w nich budził mój schludny obozik. Do wartowni wprowadzono ludzi. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant.

— Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. Małpie. Uciekłem w ciemność. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. Myślę. Mój Bo e. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. 139 . kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. e na zewnątrz nie ma wartownika. kiedy go wyprowadzono. Przyczaiłem się na korytarzu. urządzony tak pracowicie — uciekłem. Stwierdziłem z ulgą. do czego by to doszło. Przed chwilą zabił człowieka. — Wychodzę za własną potrzebą. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. to on! — krzyczał tamten w celi. Porzucając mój obozik. — To mo e powiecie nam wobec tego. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. szerokie barki. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. — Tak? — na to sier ant. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp.

Na barykadzie wcią trwała krzątanina. kapusty. po prawej stronie. Musieli ją wznieść niedawno. Jej centrum stanowiła ogromna. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. oni nie podsypują du o prochu. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. wyglądający na przywódcę. z obawy przed dowództwem. Barykada. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. Zadowolony.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. zdą ający do centrum miasta. wrócił z wiadomością.. — Strzelać nie umiecie. Pomidory. W jednym z okien na drugim piętrze. Dzień zapowiadał się prześliczny. 140 . wysłany tam przez komendanta. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. Chciałem walczyć. — Tak jest. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. Nie bójcie się. co o tym wszystkim sądzi. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. — Jeśli nie chcesz. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. na targ. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. akacjowa szafa. — Inteligent? — zapytał krótko.. Wszczęto śledztwo. ktoś wywiesił białą chorągiew. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. eby mi przyniósł jasiek. dłubał zapałką w zębach. Ale nie mo na powiedzieć. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. Garnek te się przyda. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. — Do diabła! — mówił wysoki. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. e przydzielono mi ju zadanie. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. które zazwyczaj trzyma się na szafie. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. widocznie pragnąc zyskać na czasie. jak to zwykle bywa. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. na ulicy. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. — Jak sobie pościelesz. Zapytałem go więc tylko. Słońce wzbijało się coraz wy ej. przyło ona arkuszem blachy pancernej. eby dojrzały. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. Ogarnęła mnie zazdrość. potem to mycie garnka. stawiać je na kwaśne. wzdłu barykady. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. Poło yłem się na wskazanym miejscu. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. czy nie?! Zagadnięty. potem wracać. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. rozsypały się tu i ówdzie. Kiedy zbli yłem się. Spełniłem rozkaz. e przed moim domem. Zamierzałem go posłać na górę. stoi barykada. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. opalony. Ka dego ranka wychodzić po mleko. Widziałem. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. które mogłoby na to krzywo patrzeć. Patrol. ebym du o czytał — odparłem. Przywołałem go cichym psyknięciem.

Ka de dziecko niosło lalkę. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. meldując komendantowi. A tu nie pościel broni mu dostępu. e trafi na pościel. Przy tym robili to. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. misia albo kaczuszkę z drzewa. Po prawej i po lewej stronie — rynny. wraz z częścią załogi. jak jednoręcy. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. Nie nudziłem się. Odszedł do swych obowiązków. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. Miał na myśli nieprzyjaciół. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. ja zaś poczułem się tak dumny. Jeden z grających. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. w oknie koło rynny. ale właśnie maszyny do szycia. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. pewnie cichy wspólnik wroga. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. pokazał mi język. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. poszedł zarekwirować pościel. ni mo na się było spodziewać. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Na przykład pod szesnastym. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. Szafa była cię sza. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. kiedy zza węgła ukazał się pochód. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. Wróg miał nadejść lada chwila. le ąc na podłodze. oglądając moje uło enie. widok miałem coraz rozleglejszy. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Musieliśmy jednak zgasić. dwóch jednorękich grało w szachy. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. — W porządku — stwierdził. Nie było jeszcze dziesiątej. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. tupiąc nó kami. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . Potem pani wychowawczyni zasalutowała. Liczy na to. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. bo stary wiarus. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. Potem oddział odmaszerował. nie mając teraz co robić. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. który zaraz wysłał patrol. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze.

później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. słyszałem. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. bieliznę i gramofonowe płyty. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. eby nie być ukaranym za defetyzm. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. 142 . Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. Tymczasem okazało się. e umrę za sprawę. Tłumaczył się. Dalej — dachy. Do broni! — Je eli tak. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. blaszane dziwolągi od wentylatorów. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. choć oddalona wrzawa. tekturę. Wykryto w niej starszego człowieka. e wróg nadejdzie. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. który się był ukrył. e wróg nie nadejdzie. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. jak dziecko. Chyba ju najwy szy czas. części karuzel elazo. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. eby wróg nadszedł. — Gdzieś koło drugiego piętra. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. który początkowo nieśmiało. widziałem pracowite mrowisko. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. przekonany. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. pchających i toczących na barykadę wszystko. fotografie. Starego wiarusa nie było w pobli u. le ącym na wysuniętym posterunku. czym rozporządzali: lampy. zwo ących. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. farbkę do bielizny. e to ju wróg. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. Je eli spojrzałem w dół. — Obiecaliście. mumie. Chciało mi się pić. Pocieszyłem się myślą. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. Bardzo chciałem. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. nieustanna. szlam. Popołudniowe słońce. Ja jestem stary wiarus. choćby do godziny siedemnastej. a niechby i siedemnastej trzydzieści. tam. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. w dole. usypiskiem przedmiotów. Spójrzcie na mnie. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. kominy. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. stromym stokiem. wstą ki. pocieszałem się zresztą tym. pewne osłabienie — sprawiały. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. słoje. — Wszystko chcielibyście od razu. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. dlaczego szafa była tak cię ka.. Stary wiarus zbli ył się do mnie. Wydawało mi się wtedy. pod ogromnym. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. anteny. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. Zrywałem się. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. obracające się z wiatrem. a nawet nie ywego wróbla. e nawet ziarenka grochu. ale wroga. choćbym miał sam szturmować barykadę. to w porządku — zamruczał malkontent. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. poza mną. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. Podszedł do nich komendant. lak. pod betoniarkami.. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. Zresztą to nie moja wina.

Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. Było ju całkiem ciemno. dotyk czy węch. pomagając sobie palcami nóg i rąk. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. Pamiętam.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. Najpierw rozległ się cichy stuk. skacząc po zewnętrznych wykuszach. Brodząc. niebieska emalia. Dobierał sobie kapelusz. len od wełny. Za mną waliła się barykada. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. Minąłem go w milczeniu. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. wiklinę od trzciny. skacząc. w samą jej treść. unosząc mój garnek na mleko. arówki. 143 . Czasem wpełzałem w głąb barykady. Miasto miało zostać bez światła. Szarpnąłem. potem syczący szmer. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. kiedy. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. to znów. o ile dobrze pamiętałem. Szukałem długo. miedź od elaza przez smak. wiłem się między jej elementami. szorstkości i kształtów. Widziałem równie komendanta. czołgając się. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. e. gdzieś w głębi.

eby uszy trzymać do góry. Rześko jest. nie znając otępiającego działania spirytusu. zresztą R. Kataru ju ani śladu. Wino tylko będziemy pili. Co najwa niejsze. Jak się okazało. więc z okowitą precz. e te C. zapisaną pismem nierównym. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. jak mnie spotkał. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. warsztat będzie uruchamiał. z wiekiem przybitym silnie. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. w zimie te da się załatwić. Wprawdzie M. tam był. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. nastały dni błękitne i złotawe. 144 . słowa bez pokrycia. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru.. człowieka. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. Kawusię pies pogryzł. wszystko ju umówione. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. Pozdrowienia. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. w intymnych pamiętnikach to normalne. ale W. mówi. na głucho”. Czasami u ywa skrótów literowych. na le ąco. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. Ja myślę. Tyle rękopis. Sabcia rośnie coraz wy sza. a i to umiarkowanie. Dach się załata. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. warkocz ma gruby. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. e to tylko pró ne gesty. mówił. ale starał się naświetlić je wielostronnie. Równie pogoda ustaliła się na dobre. był to pamiętnik optymisty. argumenty bez podstawy. Tatara. się odgra ał. Czerstwy jest i opalony. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. mówił. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić.. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia.

lecz jest oficerem.. e nawet w pustyni człowieka pora a. miał jakiekolwiek większe znaczenie. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. e ślizgający się osobnik jest oficerem. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. e jeden guzik zapięty. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. poniewa z natury jestem mizantropem. e chodzi tu o wojskowego. e nie jest to pospolity oficer. zmierzch wałęsał się w pobli u. wę a. szczególnie na świe ym powietrzu. zima w pełni. Ledwo to zdołałem pomyśleć. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. której miłośnikiem stałem się. za ywał samotnie ślizgawki. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. latem pełen gwaru i śmiechów. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. grubo zamarzniętym. tym razem jednak nie był to Demostenes. od urodzenia — zamiłowanie. a dwóch brakowało. wobec tego tylko fular poprawiłem. stanę się wkrótce innym człowiekiem. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. Wtem. ale oficer wy szy. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. Tym bardziej. który pokonał wadę swojej wymowy. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru. ruch wahadłowy i dość szybki. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. Nikogo nie było dookoła. Mo e nawet a nazbyt odległą. obserwując sylwetkę w epoletach. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. Niestety. który. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. za siecią nagich prętów. rzec mo na. e nic zwyklejszego. strategię obmyśla. gałązek i konarów. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. gdzie pawilon stoi. ale taki jest autorytet władzy. 145 . Łatwość. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. a nie szeregowym. napełniła mnie podziwem i otuchą. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. przy odpowiednich wysiłkach. która płynnie przemieszczała się to tu. e ja. có dziwnego w tym. jako oczywisty dowód. bo przecie nie ma powodu. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. jak zwykle. Panowały ostre mrozy. nadzieją. Choć niedawno minęło południe. ale wspaniałe czyny Herkulesa. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. aby fakt. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. sprawiają mi pewną przykrość. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. to tam. będąc półbykiem. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. który na niezbyt odległym jeziorku. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. ujrzałem jakieś miganie. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. na przykład. bo całymi dniami ślęczy przy mapach.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. obecnie opustoszały. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. najprawdopodobniej sztabowy.. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności.

Co do mnie. pomocy znikąd. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. jedyne oddychanie. było sztuczne. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. a nie prawdziwy. obroną. Człowiek tęskni za opieką. Trzeba zaznaczyć. Równie jako metafora. eby wyłonił się ktoś trzeci. twarzą zwrócony ku niebu.. jak zwykle. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. eby zobaczyć. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. aby się podtrzymać na duchu. Potem ły wy odpiął. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. kruchość i niezupełność. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. ku miastu wróciłem. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. Porzuciwszy pawilon. potem za faworyty i epolety.. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. bo wiadomo. Ale teraz wiedząc. snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. dłu ej ju w parku nie zabawiając. pękające z tajemniczym gulgotem. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. Wspominam o tym z przykrością. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. zazwyczaj. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. staram się podnieść na wy szy szczebel.. Jak ju wspomniałem. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. na plecy je sobie zarzucił i. jakie mu mogłem zastosować. Rozejrzałem się dookoła. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. jak zapadł późny 146 . a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. w stronę swojego pałacu się oddalił. — Nigdy nie zapomnę. z tego jeden z sygnetem złotym. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. Nigdzie oparcia. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. więc zły byłem. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. e nie jestem człowiekiem czynu. i nawet nie wie.. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. wczepione w krawędź lodową. Nie yczliwi wzajemnie są. wprost z ula. Ten zaś nie chce się puścić. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. fałszowany. e ocalił mi pan ycie — powiedział. ani się spostrzegłem. A ja. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. Weźmy choćby moje ycie. skazanej na indywidualną nieporadność. Nic. To pewne. e tylko ja mogę go poratować. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. rękę mi podawszy. pszczeli. Niestety. gdy tylko otworzył oczy. Samotny się czuję. jak ołów z mlekiem. w sam czas. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. który. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. Tote . Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. i lęk przed ludźmi by zaniknął. — To jest dopiero coś. Pracuję nad sobą. a nawet powinienem. zagubiony i bezradny. I. w ilości zdumiewającej. oparciem. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął.

Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. ale nie zrobiłem tego. Jeszcze na półjawie ni stąd. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. Nad ranem obudziłem się.. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. U siebie. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. e tego nie lubi. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. Chciałem się zaraz zabrać do tego. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. czy co. niewątpliwie. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. którzy drzemali na słomiance. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. — Czy ja wiem. — odparłem w zadumie. co?” A on nie. Zadośćuczyniłem prośbie. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi.. i jak tam? — mówię wreszcie. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. Zuchy. eby je 147 . Więc mo e by jego? — Mo na. ni zowąd pomyślałem. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. niby to artuję czy coś takiego. więc zauwa yłem. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. — I mrugam do nich. Ciągle mi się zdawało. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. nie od razu zorientowałem się.. Okoliczność przykra z tego powodu. Chciałem się cofnąć. — Zjadłem wczoraj coś. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. Wchodzi a na czwarte piętro. w stosunku do niego równie mam kompleks. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. ale ju zasnąć nie mogłem. tylko potakuje. co? Pewnie się pan zasapał. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. wstałem i udałem się za własną potrzebą. Ekscelencja dotrzymał słowa. Przewracałem się z boku na bok. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. Tymczasem on się nie odwraca. Zerwali się natychmiast. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. którzy ju się nie kładli. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. Tak. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. na górze. późno wracając. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. cię kie człapanie i przekleństwa. ale farby nie puszcza.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. a ja bym wchodził. Rad nierad. Będąc półsenny. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. Mo e jego? Prawdę mówiąc. jeszcze tego wieczora. prosimy. kogo bić. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. tajemniczy taki. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. przerywali mu sen.. Postanowiłem wyciągnąć. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. — Około ósmej przychodzi mleczarz. Na to oni: — Prosimy. bo mróz palił coraz mocniej. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. a wstałem i naciągnąłem spodnie... — No. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. co. po czym usłyszałem znajome.

— Owszem.. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. a jednocześnie wkupić się artem. — Co? — dodałem. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. dno. więc ja ju nie wiązałem. — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. W mojej głowie powstał idealny plan.. e lejtnanci czegoś się domyślą. uciekłem z powrotem na górę. Czułem się poni ony. wpatrzeni w klatkę schodową. Czasami przychodzi nawet po południu. połączyć z nimi. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. nastąpiła długotrwała cisza. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. Wreszcie. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. Nic jednak się nie działo. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. he he!. nie wiadomo dlaczego. aby dać do zrozumienia. spoufalić. pokręcił się.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać... e jestem tak e swój człowiek. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. boby został pobity. no. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. — Dziękuję panom. Ja czekałem równie . Ale mleka nie miał przy sobie. za to. e kazałem mu. to proszę mu powiedzieć. zanim się. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. Cały mój zawiły plan. tak zwyczajnie. aby zostać pobitym. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. ale powinien przyjść bez mleka. bo wydawało mi się. zanim on coś powiedział. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność. I wtem. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. Lejtnanci stali przy drzwiach. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. nie mogąc się ju opanować. a sam niech przyjdzie na górę. przeto. Odwrócić ich przypuszczenia. który stał. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. 148 . uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. gładcy i uwa ni. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. Oszukał. Udało mu się odejść bezkarnie. błysnęła mi myśl. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. Poza tym obawiałem się. Nie było go — zameldowali posłusznie. tępo wpatrywałem się w ścianę. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. Ale on w ogóle nie powiedział nic. razem ze skurczem strachu. to i wieczorem. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia.. — Jakby był. wszedł tu jakiś osobnik. — Jakby mleczarz szedł. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. ani siak. ale w ostatniej chwili udałem. Zdyszany. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. zakpił sobie ze mnie! — wołałem.. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. tego. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. pora ka.. Siedząc na nim. nie mówiąc o bieganiu po schodach. ale o mleczarza. e zachwiałem się na nogach. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. a jak mu nie jest po drodze. e on coś powiedział. e dzisiaj mleka nie trzeba. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. aby nie zostać pobitym. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. to niech mleko tu zostawi. kiedy ju krzyknąłem.. wbiegłem na schody. pokręcił i poszedł. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. przejść do nich — to stało się nagle moim celem. powstałym z tego zamachu. tak po prostu! Klęska. a serce mi biło. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). Czekali na mleczarza. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. wiecie. — Nie był — odparł stró tak po prostu. e się domyślają.

— Znowu? — pomyślałem. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. ni zowąd.. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk.. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. brak sił i oparcia. — No... Zatarłem ręce z uśmiechem i. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość. nie! — na to stró . ruszyłem na górę krok za krokiem. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd.. kotku. czując niemal rozkoszny dreszcz. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. Im później. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — . ulica pusta i skąpana w księ ycu.na ślizgawce się topił. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. jakoś tak śpiewnie. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. tym pełniejsze.. przystając tu i ówdzie. — I.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. — A idź. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. Brama była zamknięta. Jeszcze ociągając się. Rozległy się znajome. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. idź! Tam ju czekają na górze. zadzwoniłem. kotku. cię kie kroki. idź. Ja i adiutant. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. — Pal sześć! — mówiłem sobie. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. to było. to i ja jego uratowałem. Nie ruszał się. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. wiesz ty. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. Jego dostojność wszystko zanotował.. co rano. 149 . starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. ale tylko na chwilę... — Co było.. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. międzyludzka anarchia. Potem. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu. wyszedłem i ja. — I. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. Zazgrzytał rygiel. Ci sami. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. to ja ju idę. do siebie. Przystanąłem.

Za siatką rósł gęsty ywopłot. eby jeden spojrzał na drugiego. raczej gruby ni wysoki. które było jak wielkie państwo. w szelkach — przycinało gałązki. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. Zobaczyłem du y ogród. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. przedostałem się poza ogrodzenie. mimo e nie lubię się narzucać. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. — Je eli mnie zauwa ą. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. o ścianach pomalowanych na beztroskie. ale musieli dobrze uwa ać na palce. Stroje mieli barwne. i takich e czapeczkach. udam. a wesołość przybierała na sile. a raczej ró any. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. pastelowe kolory. ale nie warzywny. usłyszałem nowe śmiechy. koszule w kratę. Stwierdziłem tak e. sceptyczne. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. Nie to jednak było zaskakujące. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. Nic nie mówili. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. prawie podobny do krą ka. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. a nade wszystko dobrej kuchni. przeznaczony zapewne na zakupy. tylko kwiatowy. Na zgięciu kapitalnego łokcia. bardzo grubi panowie. niósł koszyczek. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. który się zbli ał. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. Wychyliłem się ostro nie. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. bo nie przypominam sobie. jakby coś przypominając. z czegoś wspólnie im wiadomego. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. który wstrząsał nim całym. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. ró nokolorowo poplamionych. Spodziewałem się tego. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. a je eli tak. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. ju zbli ając się do węgła. wśród zwałów ramienia i przedramienia. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. Przystanąłem. 150 . e jestem mleczarzem. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. ale jakby w porozumieniu. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. jak i przechodniom. ale śmiech. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. jednak kiedy.

pękając ze śmiechu. Wielka biała kuchnia. który obrócił się lekko i wolno na osi. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. ciemne parkiety. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. Pchnąłem drzwi na prawo. skrobanie. sofy. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. Chudy odwrócił oczy. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. ale bardzo gruby. suchą. zbyt gruby. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. — Razem z psem. W głębokim. 151 . W pokoju story opuszczono. Przed nim stał na stoliku globus. charcią.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. — Ze mnie. nie słyszałem ju ani śmiechu. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. szezlongi. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. Lśniły woskowane. mielenie. Doszedłem do końca korytarza. e ziewa w pewien określony sposób. Twarz miał pociągłą. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. jakby tak e się śmiał. kościstym palcem trącił globus. ściągniętą. długim. eby go cokolwiek obchodziło. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. otomany. szum bulgotanie i chóralny śmiech. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. poduszki. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. Cienkim. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. Wydawało mi się nawet.

zmęczenie. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. unosiła się z miejsc. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. po zerwaniu plomb. Godziny przedłu ały się. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. kiedy kula na ringu. nastąpi rozstrzygnięcie. W tych okolicznościach. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. podobnej budowy. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. Nazajutrz. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. spełniając swoje obowiązki. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. Rzekłbyś. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. Ju i okrzyki jakieś padły. szybkie na początku spotkania. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. obaj dotychczas nie zwycię eni. eby pójść na kolację i do łó ka. ale jeden potwór. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. starannie pokryta pieczęciami. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. nie podnosząc głosu. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. e takie wyjście znaleziono. głód doskwierający tłumom. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Na ringu pozostała kula. zło ona z zawodników. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. krzyczała. je eli nie zobojętnienia. nietrudno 152 . Sala opustoszała. Miała to być walka a do skutku. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. dociekał. jakimi zwykle rozporządza człowiek. światła w większości pogasły. Tymczasem była ju najwy sza pora. Publiczność. Tłum zapełnił wyjścia. Ale potem. jak są. Na ringu. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. i to coraz rzadziej. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. Powszechne niezadowolenie. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. a stale wzrastającego napięcia walki. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. jak oplatali się wzajemnie. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. Ruchy ich. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. Jednak po upływie długiego czasu. to w ka dym razie znu enia. na skutek ogólnej zawiłości. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. obdarzony podwójną ilością tych członków. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. Równego cię aru. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. względnie ustępstwa. potrzebujący gwałtownych podniet. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. w białym świetle. a nadeszła chwila. Ju na początku widzowie zauwa yli. stawały się powolniejsze w miarę. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań.

— Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. ja w nim. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę. dziecko. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie.. to było wcześniej.. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. cię ko dysząc. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton.. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci.. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. ty mi powiedz. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę... zaraz. choć unieruchomieni. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. otwarte okna.. Zaprawieni w walkach. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. — To mo liwe. który zło oną drogą. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. — i zamyślił się a do bólu. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. To jasne. — stwierdził stanowczo Pyton. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju. nieznane im warunki. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. tricepsów i mięśni kapturowych. rozprawiali trochę. a ten z 153 . — zawstydził się dumnie Pyton. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem.. — Ja. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. Ty.. coś na niej pisze. — Du e pomieszczenie. — Jesteś? — Jestem. — Po prostu jest nas dwóch. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. — Ja. szukali czegoś w sobie. to ja. Jednak. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. — Pyton.. pustej i mrocznej sali. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. jakby białym kamyczkiem. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. Słabe. Szatan-Maty zdziwił się. całkiem mały. to całkiem co innego. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. wśród barków. — Dwa. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach.... wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. e ona to pisała na tablicy czymś... którą stworzyła bezczynność mięśni. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć... dotarł do ucha Szatana-Maty. zaraz. stóp. lędźwi. Wtrąceni w nowe. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. Były tam tak e inne dzieci. wypełnić czymś pustkę. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu. rodzaj tablicy. goleni. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. Rozmowa toczyła się dalej. nocnych godzin opieczętowania.. a resztę po cztery. — Nie. eby zabić nudę długich.

Mijały godziny w ciszy. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu. chłodzie. ciemności. Gdyby to było wiadome. podnosił się. spierała się o coś. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. — Pyton. choćby za pomocą kawałka elaza. A ta gwarzyła coś do siebie. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. Ale było ju za późno. gwałtownie mizerniały lampy ringu. — Bo nie wiadomo. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. gdzie dach był szklany. ledwo słyszalny. czy te sprowokować koniec. stanęła ju blada. szeptała. 154 . Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. opadał.. wątła poświata. cichł. niektóre coraz trudniejsze. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. Bryła na ringu odpowiadała sobie. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. to by ci było dopiero!. Wysoko. pod kopułą. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. nie zwracając uwagi na kulę.. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. co potem. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze.

co zwyczajne. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny.Na razie jednak mamy lato. czternaści do stołu. W kościach mnie zaczyna łamać. co to są ywe szachy? To samo. zawsze zale nych od okoliczności. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. mogą mnie wyrzucić. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. zaczynają się niecierpliwić. Ale ja pracuję. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. odsiadywacze. ani wzlotom. podczas słonecznej pogody. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. ale spotkałem kolegę. Dostarczyciele. przyboczni. Trzeba yć. połowiczni stró e. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. Odpowiedziałem. Zawodów imaliśmy się niepewnych.. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. . Wystarczy. Publiczność chętnie przygląda się zapasom. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. W lecie. nie wyłączone elazko w domu.. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. na skutek zamieci śnie nych. Występuję tam 155 .Praca ta jest względnie lekka. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. na przeciwnych krańcach szachownicy. . a zrozumiemy. e przeziębiłem się niedawno. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. oddzieleni od tłumu.. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. eby nie zbić swego zamiast obcego. . dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. który wydawał się tym bardzo zatroskany. Znaliśmy się od dawna. podczas długotrwałych szarug. pięć najwy ej. mo e przyprawić o katar i melancholię.. e przecie wcale nie musi moknąć. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. . Potrzebni są ludzie wynajęci. przemija. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. Wyjaśnił. mamy pod dostatkiem. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. całkiem byłby z niej zadowolony.. — Mam początki reumatyzmu. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. chwilowi pocieszyciele. Ty. chwalić Boga. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. świątek czy piątek. Jesienią. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. podczas których. Szybko się męczą. Dachów. rozporządzających odpowiednim terenem. Zapytałem.. ale na wielkiej.. Oczywiście. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. mo e wydać się całkiem przyjemna. Na razie to początki grypy. którzy od początku nie interesują się sprawą. Gorzej. tyle e pochmurne. Trudno. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. ebym dzisiaj zmoknął. gdzie obecnie pracuje.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. przelotni bywalcy i zawodowi goście. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. Tylko tacy.Oczywiście. Mnie tam wszystko jedno. Bywają partie.. i to właśnie pod gołym niebem. to znaczy. Zamiast martwych. a przy tym przeszkadzają grającym. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. Ochotnicy nie zdają egzaminu. w stopniu równomiernym. a tak e odpowiedni park kostiumowy. — Dobrze ci tak mówić. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. — Czy wiesz. nie podlegając ani załamaniom. Najgorzej jest zimą.

— O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. Laufrom płacą lepiej. choć nadzwyczajna. Prywatna gra. pyski o zębach wyszczerzonych. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. Gry odbywały się na dziedzińcu. pod wpływem tylu spojrzeń. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. adnego gapia. Oddać przysługę przyjacielowi. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. niby to złącza cegieł. eby mnie oglądać. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. Zastąp mnie. eby taką mo liwość odrzucać. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. wystające spod fantastycznych konstrukcji. wie e. według starszeństwa. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. surowe. jak na premierze. zmusza mnie do otwartego.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. talerzowate kryzy laufrów. pokazałem publiczności czyrak. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. przy tym zarobić — nie ma powodów. Ju wtedy. Jestem w białych. pozostały zwyczajne. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. A sam powiedziałeś. Odruchowo 156 . Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. zamieniamy parę słów. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. Przeszedłem przez bramę tej grubości. Mo e pod koniec lata zostanę królem. z których ka dy był wielkości kafla. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. e ywe szachy to tak e widowisko. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. w teatrze. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. Ja kładę się do łó ka. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. te nieregularne. e skoro ju przyszli. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. proszę. Jutro mo e pogoda się poprawi. tak obszernego. gdzie mnie ogląda tłum. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. Zastanowiłem się. Cała dniówka przypadnie tobie. tylko dziś. dziwnie małe. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. którą miałem przebyć u wylotu sieni. współśrodkowe. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. miałem trudności. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. Nie zauwa yłem. w górze. nie sprawiała niezwykłego wra enia. Tylko stopy. bo więcej biegania. Pracuję dla dwóch starszych panów. Po egnaliśmy się. ale i we wnętrzu jak gdyby. więc zawsze. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. zniszczone obuwie. obute w ró norakie. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. a to. Poza tym wydaje mi się. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. wręcz zbyt szczerego zachowania się. konie były olbrzymie. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. Wy ej końskie karki. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. Sąsiadujemy. — No to idę! — Idź. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. prawie e tunelem. kiedy stanęła za mną czarna wie a. e była raczej sienią ni bramą. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. o tyle laufry.

Wkroczyłem na dziedziniec. Często zasypia na stojąco. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. przesycone wilgocią. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. Kilka razy. Dzięki temu kolumnada. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. ale zanim się zacznie. Co innego. e koń skacze na boki. a nam nogi cierpły. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. 157 . czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. eby dym nie szedł do góry. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. — Uwaga. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. — Tak. co robić. Na starość przydaje się parę groszy więcej. ani z drugiej strony. bo co prawda figura jest cię ka. to zastukaj mu w ścianę. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. Wie a stała nade mną. eby zauwa yć niski poziom tej gry. e na niego kolej. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. Musisz się uczyć takich rzeczy. Trzeba tylko wiedzieć. Na przykład teraz. a on się nie rusza. Po mojej prawej stronie stanęła dama. to specjalnie nie podpada. łuki i balustrady. bezładne. kiedy znowu znalazłem się koło niego. zapominając nas o tym uprzedzić. nawet nieźle. pochmurność przygasiła wszystko. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. ale za to mało chodzenia. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. jak będziesz blisko. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. Jakbyś widział. — Oho — powiedział pionek przede mną. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. milcząc. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. je eli się pracuje w koniach. tam. nie było przejrzyste. Wiadomo. Przemówiłem do niego. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. wszystko na jednej płaszczyźnie. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. Ale pomimo tego gra go starszy facet. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. a to się liczy w późniejszym wieku. Mo na sobie jeszcze zapalić. chocia wiedziałem. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. Potem ju jest gorzej. w której teraz wypadło mi wziąć udział. co i jak. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. na blanki. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. Taką mamy z nim umowę. mo na sobie pozwolić. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. Powietrze. Grywałem kiedyś w szachy. e nie jestem przygodnym gapiem. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. W środku było duszno i ciemno.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. podobnie jak innych. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. byle ostro nie. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. w środku. szeroki okap ocieniał elewację budynku. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. Grzecznie wyjaśniłem.

ozdobne wyloty rynien. zaczęły cieniutko śpiewać. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. powoli nabierają rozpędu. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. znalazłszy się na tej samej. — Mo ecie iść do domu. mają w zapasie parę dni. Nie mogąc dłu ej tego znieść. Minuty mijały. najpierw nieśmiało. nic się nie działo. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. Wtedy jest najgorszy. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. Czarny laufer. więc się nie spieszą. ale widocznie im się pogorszyło. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. Byle tylko nie przesadzać. Boję się. czy co? — Nie jego. — Uwa aj na niego. oczywiście je eli nas zobaczy. ustawionych naprzeciw siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. kolego — powiedziałem. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. co i on. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. Dookoła panowała ogólna gnuśność. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. drobny na początek. Maleńkie oszustwo. potem coraz głośniej. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. — Poszedłbym sobie do domu. bo wiadomo. Zewsząd dolatywały ró norakie. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. a poza tym donosi. Złość mnie ogarnęła. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. zajmując coraz to inne pola. Z zazdrością patrzyliśmy. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. Ryzykowałem. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. Musiałem odczekać. Ale nie było rady. w górze. szemrzące odgłosy kropel. eby dzisiaj nie było tak samo. Sklerotycy. Na myśl. Szczęśliwy przypadek. Najbardziej oczywiste. Nieraz nawet płacze. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. 158 . nie powinni niczego zauwa yć.. e to się zdarza. sześć godzin. Kopułka nad moją głową. kiedy deszcz nieco zgęstniał. deszczowego szumu. starzy pracownicy szachowi. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. Dlatego właśnie tak cię ko. Krople były dokuczliwie zimne. które przeoczono. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką.. ale jest namiętny. Nie daj Bo e. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . Zaczynają z rozwagą. dwa pola. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. Takie deszcze nie mijają szybko. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. Bywa i tak. nie mogę na to liczyć. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. wysoko. na tle rozległego. Gargulce. tak się przejmuje. eby czarne przegrywały. spadających z ró nych wysokości. Konia mi gdzieś znowu zabrali. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. samowolne przesunięcie się o jedno. Nieznacznie. Zbito kilka pionków. Tymczasem zaczął padać deszcz. tak jak stoimy. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. — Który lepszy? — Bez ró nicy. zajęci sobą. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. powiedzie się na pewno. Policzyłem do stu i. — Jego szachy. z tekturowej masy. przekątnej. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. więc zostawiają nas na noc. oklapł najwyraźniej. stawiając wszystko na jedną kartę. Coś im słabo idzie. złościłem się jeszcze więcej. a pogoda niepewna. Oni wszyscy. To patriota. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. jak schodzą z szachownicy. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. — Jesteście zbici.

I odkryłem. Z naszych. poza mną i królem oczywiście. usunąłem czarną damę. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. Ona równie unikała spotkania ze mną. nawet je eli coś podejrzewała. ale białych ubywało tyle samo. bo musiałem. prawie się ju nie krępując. U nich tak samo. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. Rozmiękły blanki na wie y. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. Sama miała nieczyste sumienie. Moje wysiłki szły na marne. czy biali. to mnie wyleją. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. ale starałem się działać jak najdalej od niej. napęczniały deszczem moje kryzy. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. stare półbuciki. Moje obliczenia okazały się słuszne. schodząc z szachownicy. czarna wie a i ja. prawie nie zachowując pozorów. niestety. Uporaliśmy się z nimi szybko. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. Zrozumiałem teraz. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. jak gdyby nigdy nic. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. Zwycięstwo białych. kiedy się zorientowałem. Je eli ja wpadnę. Nie chcę tracić posady. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. w butach chlupało. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. po egnać. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. Otó . Nie ukrywał radości. co się dzieje. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. tak e szachruje. Podziała się gdzieś 159 . Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. Zająłem jego miejsce. bo ty pracujesz na dniówce. e czarna wie a wie o mnie. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. dla którego w ten sposób pracowałem. czy czarni mają ruch. Au! — krzyknął niemal. On jeden wiedział. Nie mogłem się z nim. dopóki nie nabrałem pewności. e mnie nienawidzi. ale jestem etatowym pracownikiem. Jako zachwiał się tylko. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. a na królach puściła farba. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. e czarna wie a. nic mnie nie obchodziło. Co do samych graczy. Widziałem. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. robiąc coraz krótsze przerwy. Na szachownicy zostały dwa króle. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. eby niczego nie zauwa yła. co popadło. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. co czarnych.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. Spodziewałem się. Deszcz rozpadał się na dobre. pustej przestrzeni. kopiąc swoim zwyczajem. nie zwlekając. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. e coś nie jest w porządku. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. pomimo moich wysiłków. zaczepnie. Ani pisnęli. Owszem. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. miałem na względzie i tę okoliczność. taka obojętność. — Cześć! — zawołał do mnie. Nie wolno mi było pozostać w tyle. Przyczaiłem się jednak. co się działo naokoło. Nie ulegało wątpliwości. Ty co innego. ta w grubych trzewikach. Pomógłbym ci. jak brutalnie i. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. zbiła go. Robiła to samo co ja. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. — No to lecę! — zawołał. Panowało tak powszechne znudzenie. ale miałem dowód. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. więc. e ona zdaje sobie sprawę. Sflaczały. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. Wiedziałem tak e. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. e i ja o niej wiem. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej.

Biegnąc co sił. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. — Jak mówię szach. przesuwali się koło niego. Odskoczyliśmy. Uświadomiłem sobie. idę. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. Mój król nie poruszył się. Ostro nie. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. szerokim szumem. Zdyszani. e starzec. Wtedy — sądzę. ale nic takiego nie było słychać. Rozumiem. oczywiście. widocznie zasnął mimo wilgoci. Odeszliśmy powoli. Chodźmy lepiej do domu. Pojąłem. e partia jest nie rozegrana. Zatrzymał się. w skarpetkach. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. czy się rozeszli. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. Było ju tak ciemno. Bacznie śledziłem wie ę. Sztywna. — Szach! — ryknęło w ciemności. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. Ju nie było powodu się spieszyć. pozostał w tyle. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. wzmocniony echem jak megafon. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. Remis. podwójnie cię kim od wody. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. mo e zdarzyło się to. obcią ony wiekiem i kostiumem. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Co gorsza. — Szach! — powiedziała ochryple. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. ukryliśmy się za kolumną. kwadrat po kwadracie. Pod sklepieniem. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. — Słuchajcie. zdjąwszy buty. Oni pewnie ju poszli. tu za naszymi plecami. 160 . e gracze zostawili nas na noc. Lało strumieniami. — Koniec — powiedziałem. czego po ądał. gdyśmy. odkryłem jego podstęp. e tak nie umkniemy. idę. czy gracze jeszcze są. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. bo zwróciła się do białego króla. Ziewnął. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. Biegłem ju bramą-tunelem. Widocznie wiedziała o tym. uwa ając przede wszystkim. Kiedyśmy stanęli na skraju. bo kroki ucichły. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. Zrzuciłem kostium. Wreszcie dała za wygraną. eby się jej nie nadstawić. podcieniami. Obszedł nas naokoło. — Idziemy. i widziałem z rozpaczą. pociągając go za sobą. ju . — Szach. nasiąkając wodą. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Odczekaliśmy dobrą chwilę. szachując sobie nawzajem królów. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. Staliśmy tak we czwórkę. Jest ciemno i leje. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. Nie dałbym głowy. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. ku bramie. e tu nie ma co dyskutować. co. Porwaliśmy się do ucieczki. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. na przełaj.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. Zastukałem mu więc w ściankę. wielka kukła stuknęła o posadzkę. Postanowiłem z tym skończyć. ale sami widzicie. dziadku! Nie słyszeliście? — A. to szach — odparł ponuro. gdyby tylko zbli yła się do mnie. bo trzymała się z daleka. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. o czym mówił koń. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. e partia zostaje nie rozegrana. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. powiedział „dobranoc” i poszedł. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy.

czy zna on kapitana eglugi wielkiej. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. Byłem prawie. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. nie bez uwagi: „. ale do pewnego stopnia przyciągała. jak się domyśliłem. po okresie niepewności. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. Podczas zaokrętowania i później. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. nawet z danych. kto widocznie. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. Dość na tym. zapytując na odchodnym urzędnika. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. dlaczego. tak jałowych wydawałoby się. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. Krupę.. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. Ale klient ju miał w rękach. te nie był do pogardzenia. którzy zostali. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. Bóg wiara. Klient szydził z ka dego z osobna. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami.. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. zdecydował się na jeden. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. e. barwy. Kto inny. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. zawsze pełnym ółci.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. a więc i w mojej bliskości. prospekt innego statku. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki.. o ile wolno mi u yć tego słowa. e po pierwsze. wcią niepewny. ebym mógł się tego wyrzec. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. niezbyt kulturalny. kiedy statek odbijał od nadbrze a. wszystko. na przykład. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. śledzenie gry chmur i zmienności fal. jakie wymieniali między sobą ci. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze.. A było jasne. liczyłem jednak. e coś niecoś i mnie się dostanie. zostanie stwierdzone na głos. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. przyznaję. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. poniewa sam nie mogłem widzieć. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. Mo e ma pan dla mnie co innego”. po egnalne okrzyki.. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. konstrukcje. — „Dym para. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. Bo kiedy tak stałem. a przynajmniej jednego z nich. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak.. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. Postaram się wyjaśnić. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. którzy mogli wszystko widzieć. Ja jestem ateista. jakiś druzgocący docinek. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. szkalował ich pokłady. Rześki podmuch morski. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. nie natknąłem się na owego 161 . Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. ślepy. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję.

jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. kiedy raz podano na obiad kaczkę.. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. ni to się wydaje widzącym. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. swobody. siwej. Tak się jednak nie stało. Podczas pierwszego posiłku. Na statku. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. „Taś. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. Ciekaw byłem jego powierzchowności. które kojarzy się ze wszystkim. samotnie podró ującą. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. eby nie tracić z nim kontaktu. mimo e tak wielkim. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. Trzeba zaznaczyć. Tak zaczęła się nasza przeprawa. nawet wtedy on się nie uśmiecha. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. Słyszałem. a nie przypuszczałem. Dopóki miano złudzenia. skąd się wzięło jej oburzenie.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. „Ach. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. względnie łysej. On powiedział o panu. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. do cocktail-baru i palarni. których przed chwilą opuścił. głowie pewnego zamo nego d entelmena. doznawszy z kolei ulgi. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. którego szukałem. palarnia po obiedzie. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. w którym bie ąco przebywał. ten zajedzie. „Nie. co się pyta” — odparł. mo e panu zaszkodzi!” „Ach. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). ten?” — zawołała z pogardą. ale szydercą. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. stosował się do ogólnego rytmu. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. co oceaniczne. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. nazwał ją paso ytem. To wstrętny typ!” Wiedziałem. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. Siedzieliśmy w sali barowej. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. pomimo e. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. choć chrapliwy. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. Kto je śledzie. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. „Paso yta. którzy. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. taś!” — wołał na widok bosmana. nie był więc bezinteresownym humorystą. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. dodając. Słyszałem jego głos donośny. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. Co 162 . która szczególnie mną się opiekowała. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. którzy nie mogli go słyszeć. co unikaną. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. A e człowiek. kogo miałem na myśli. Nie musiałem dokładniej określać. nie mogę”.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. chocia .. chudy. nigdy się nie uśmiecha”. nic takiego”. posługując się moją laską. tego nie udało mi się stwierdzić. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. Śledziem oczywiście. bar przed kolacją i po kolacji. paradoksalnie niedostępnego. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. na których układa się ycie. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. taś. wszystko było jako tako w porządku.

— Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. pan nie widzi. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. cały brzemienny stłumionymi. eby sobie nie przerywał. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. ale nawet jej oczekiwał. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. w coraz to krótszym czasie. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. nauczony doświadczeniem. Zapewniłem go.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. prawda. I zamilkł. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. Objęła go ogólna anatema. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. — No. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. ale ju mnie nie opuścił. a ju nie miał słuchaczy. — Nie przeczę.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. czasem jakimś pytaniem. — Sądziłem. jeszcze w biurze okrętowym. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. co wisi. osłoniętej od kierunku naszego kursu. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. — . jak i zwierzętom. Tupot oddalających się stóp ucichł. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. o której wspomniałem. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. przechadzającej się po pokładzie.. słysząc. następnie opisać jej powierzchowność. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. w dość licznym towarzystwie. — Pan myśli. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. — Przecie powiedział pan: „to. — Rzeczywiście — przyznałem się. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. wiem — przerwał mi. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. jak nie wiem co. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. zadyszany głos: — A to. e tak — wycofał się nagle.. Przy tym. który nie tylko nie unikał jego obecności. Usiadł przy mnie. ale nie miał innego wyjścia..” — Wiem. Byłem jedynym. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. przymilnego śmiechu. Mo e było to dla niego ucią liwe. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. — Tak. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. otrzymał całkowitą 163 . Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Na przykład. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. e takiej właśnie reakcji. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. ale wręcz go do nich zachęcałem. a ju wokół niego powstawała pró nia. będzie wymagał ode mnie. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. a nawet przedmiotom. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. Pewnie. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce.. zwracając twarz do słońca. Wtedy zrozumieli wszyscy. Tego wymagała nasza symbioza. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. Tego właśnie się spodziewałem. Milczał potem jeszcze długo. to one wyglądają. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. Pędził więc gdzie indziej. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. uznania nie szukał. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. e pan to opowiada dla dowcipu. co wisi. martwo urodzonymi pointami... bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. a na środkowej części statku. Domyślałem się tego. Dostałem go na własność. Krą ył więc. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu.

. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. A co do złych dowcipów. nie nadą ając za tym. zmienionym głosem: — Ja nie idę. jak słowo daję! Zgubił panamę. Wraca się. chyba nie zauwa ył. Ojej. ni to było potrzebne. bo omal nie zgniotła nam płuc. Ale on. jeszcze w biurze okrętowym. jak zwykle. zmieniła się. bo słyszałem tupot licznych stóp. zaczął się krztusić ze śmiechu. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. w miejscu. Ten stary z wąsami. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. jak to przedtem dokładnie opisał. ale ciągnie w złą stronę. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. Krótkie milczenie. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. — Pod nami. Tego się nie spodziewałem. eby się z czegoś nie naśmiewać. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. stromych schodach.. ale ja nie idę. Staje. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. Rozwa yłem sytuację. Niedołęga. Pojawiła się niespokojna fala. Myślałem. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . eby dostać się do szalup. A potem. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. —— Najhecniej. na lewo. Nie. bo nagle zaczął mówić szybko..Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. to pan myśli. nie mogę. A tam. Potem on. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. zamiast odpowiedzieć. nie jestem. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. Nagle rozgniewał się. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. nie mogę!. które zawsze wybierał mój towarzysz. — Tam. — Na dół — odparł... Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. ale szarpie! No.. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. pojawiły się na falach. które. Nie. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. nie krępując się wobec mnie.. na najwy szym pokładzie. — Co to jest? — zapytałem. zderzyli się. — powiedział wreszcie. Nie! Idzie dalej. To nie dlatego. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. czy co. Korkowy pas został w kabinie. przez system korytarzy i schodów.. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. Najhecniej wyglądają w tych pasach. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa.. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej. e tak łatwo jest stale mówić dobre. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. dotychczas słoneczna. Najpierw nale ało zejść po stalowych.. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. — Tam. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. pełen niedobrych przeczuć. W trzecim dniu podró y pogoda. — W ratunkowych. Idzie w pi amie. Otó dzięki temu. co widział. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. Widocznie pojawił się cały tłum.. — Pierwszorzędna satyra. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych.. całkiem blisko. zwykle on mi w tym pomagał.

e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. e przed panem ucieka. chcę uprzedzić cios. e to. w panu. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. bo udajemy. Robię. e zwierzęta. delfiny na przykład. Człowiek — zgoda. W tym. To prawda. odbiciem. ta pańska prawdziwa śmieszność. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. Widzę ją tak. niech pan wybaczy. na szczęście. nie wiemy. choćby nawet samych siebie. je eli chcę go nakłonić. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. Przeciwnie. do czego. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. — Bo nie chcę być śmieszny.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. one po prostu są. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. czy te ją poświadcza. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. z góry pretendujemy do czegoś. I przez to ju nara amy się na śmieszność. Widzę ją w ka dym człowieku. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. „Chyba. który zaprzecza. eby od razu być całkowicie. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. nie podlegają więc śmieszności. z góry przegrana. ale ta walka jest beznadziejna. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. widzę ją zmysłowo. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. pretensjonalne. e ja tylko się bronię? — Czy to. a więc niczego nie udają. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. pierwszy walczę. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. — Jak to. to sprawa dalsza. mnie. jego niewinność ją podkreśla. sprowokowany. do czego. Ale mam jeden niezbity dowód. We mnie. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta.. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. jeśli łaska? — Wszędzie. Jeszcze nikt nie słyszał. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. Z tą. Ja te jestem. tylko są. choć prawdziwa. eby mi pomógł dostać się do szalup. istniejąc. eby. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. 165 . Jego nachylenia nie zmieniały się. e jest wariatem. ale. ale wyłącznie między sobą. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. dał dowody normalności. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. pomijając. Zdarzały się takie wypadki. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. zaprzecza pańskiej normalności. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. która. e jesteśmy. albo o sobie nawzajem. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. będące co prawda tylko moją projekcją. co mogę. co pan powiedział. To nie wynik intelektualnej spekulacji. po tym wszystkim. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. pańskie dowcipy. kaleką. Atakuję. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie.. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. Bo. I pan chce. potęguje.

Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. do której wdarła się złośliwość. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. nie mówmy o mnie. biegnąc. jak uratowanie kaleki. kiedy się bałem. Były momenty. samotnie stukały tylko nasze kroki. na schodach. Była to najgorsza chwila i trwała długo. nie do zniesienia dla pana. Nie spotkałem go ju do końca podró y. Chwilami prawie mnie wlókł. — Wracają — powiedział. Nie chce pan zejść. na pokładach. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. nie o mnie chodzi. nie jest śmieszna. Ale wie pan. wiem. w przejściach. To wszystko rozumiem. kiedy statek tonie. Słyszałem jego głośny oddech. omal nie straciłbym ycia przez niego. nawet prosty ludzki odruch. Mała szkoda. jak tego oczekiwałem. gwałtownie. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. rzuciliśmy się na dół. było ju pusto. mówił tylko do siebie: — To znaczy. gdy taka idzie gra. To przez pana! Puścił moją rękę. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. W korytarzach. To był próbny alarm. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia.. dla pasa erów.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. bo tylko nicość jest powa na. jego ręka była mokra od potu. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. A po chwili: — Kto panu powiedział. Nierówno. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. do szalup. ucieczka przed nią. Oczywiście. A przeto czynne unikanie nicości. — Rozumiem wszystko. e znowu do śmiechu. ale aktywne ratowanie jej. Potykając się. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. co chce mi pan powiedzieć. — Co się stało? — zapytałem.. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. e mnie porzuci. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. ◄KONIEC► 166 . Ale nie. Wszystko do śmiechu. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. Ostatecznie. — Wszyscy wracają. Milczenie. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. gdyby alarm był prawdziwy. nie ma dla pana znaczenia. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie.

Master your semester with Scribd & The New York Times

Special offer for students: Only $4.99/month.

Master your semester with Scribd & The New York Times

Cancel anytime.