OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

..................................................................................................................................................: opowiadanie Arkadego N.................................................... 11 SŁOŃ Z ciemności ........................................................................................................... 34 Przygoda dobosza ........................................................................................................................................................................................................................................................................................ 65 Sceptyk ............................. 38 Złote myśli i sentencje........ 17 Mały........................ 56 W podró y ............................ 22 Monolog ....................................................................................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit................................................................................................... 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu .................................................................................................................................................. 63 Weteran piątego pułku..............Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ................................................................................................................................ 31 Fakt .......................................... 27 Tło epoki................................ 18 Lew .............................................................................................................................................................................................................. 50 Pastor ............................................................................................................................... 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej........................................................................................... 68 Kronika oblę onego miasta ............................................................... 40 Ostatni husarz .................................................. 58 Sztuka ..................... 48 Z gawęd wuja ............................................................................................................................................ 46 Droga obywatela................................................................................................................. 70 4 ..................................................................................................................................................... 7 Sprawa porucznika C.......................................................................................................................................................................................... 24 *** ................................................................................................................................................................................ 42 Koniki .................................................................................................................................................................................. 67 Słoń................................................................................................................................ 14 Dzieci.................................... 61 Wiosna w Polsce................. 36 Spółdzielnia „Jeden” ....................................................................................... 55 Zdarzenie .............................................................. 53 ycie współczesne........................................................................................................... 44 Poezja ................................................................................... 32 Wyznania o Zygmusiu.................................. 60 Zakochany gajowy....................................................................................................................................................................................................... 13 Chcę być koniem ............................................................................................................................................................. .......... 15 Łabędzie ............. 29 W szufladzie ...............................................................................................................................

....... 124 Wierny stró ....... 81 Ni ej ............................... 127 Upadek orlego gniazda ....................................... 86 Podanie ......................................................... 76 O nagości .......................................................................... 130 Na biwaku.............................. 110 Ptaszek ugupu .................................................................................................................................................................... 85 Profesor Robert.............Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi....................................................................................................................................................................................................................................................................... 93 Przeja d ka.................................................. 150 Interwał........................................................................................................................................................................................................................................................................... 152 Szach..................................................... co się śmiał......................................................... 77 Spotkanie .................................................................................................................... 90 Wina i kara ........... 95 Kto jest kto?............................................................................................................... 99 Wspomnienia z młodości..................... 155 Pasa er ..................... 145 Ten gruby.................................... 161 5 .................................................................................................................................................................................................................... 79 Odjazd...... 114 Nadzieja ........................................................................................................................................................................ 108 Współczucie ............ 83 Rękopis znaleziony w lesie ...................................................................................................................................................................................... 111 Ad astra.............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 144 Mon général.................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 97 Wesele w Atomicach .................................................................................................................................................................... 140 Testament optymisty ..... 138 Jak walczyłem ................................. 105 Góral ................................................ 101 DESZCZ Mały przyjaciel........................................................................................... 89 Przygoda w czasie ferii..............................................................................................................................................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. Eugeniusz. naturalnie. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. chocia piętnaście sztuk.. — Niestety. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. Zdaje się. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. tylko w marynarkach. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. łaskawy panie. Zapas był na wyczerpaniu. e co dziesiąty półpancerz. zauwa yłem posępnego blondyna. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. a nazajutrz. gdy przechodziłem koło tandety. na ulicach. — Nie mogę. Propozycja została przyjęta. 7 . Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. Na drugi dzień. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. Towar jest towarem i musi być sprzedany. Kosztowało? Nooo. Kolega nasz.. ale nawet gdyby tak było. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. — Niestety. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. zadyszany. który ogłosił. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. W parku. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz.. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. w godzinach największego ruchu. zjawił się w PDT. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. — Panie. elastyczne.. model XVI wiek. wykluczone. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. lecz nie ustępował. ale eby a tak. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. u ywany swego czasu przez landsknechtów. z wyrazem zadowolenia na twarzach. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. e są to aluminiowe garnki. ja mam dzieci — błagał staruszek. wymykali się upokorzeni. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. inni natomiast. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. który wołał monotonnie: — Plastyczne. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy.

usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie. pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. pytałam się o te półpancerze. słyszała pani? Nima. I pewnego razu. nima! 1951 r. 8 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. Nima.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

Bo e uchowaj. bo się boją. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. to tylko lata i fosforyzuje. co postawimy mleko na kwaśne. e u nas nocami coś tak wyje. A czapkę miał kolorową: czerwoną. Ot. nawet za największą potrzebą. Zatem. jak te wielkie budowle. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. boję się. wyjść nie mogę. jest u nas taka jedna baba. Więc siedzę. utopił się artysta. eby się tam zapisać. Owszem. w upiory. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. zwyczajna walka klasowa. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę.. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej.. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. Poradźcie. e trzy dni chodził z oczami w słup. patrzy. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. z powodu jego braku. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. drzwi się otwarły.. jak powiada. to by wszystko pojął i opisał. e przełomu adnego nie będzie. towarzysze. A bo to zawsze wiadomo. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. Bo trzeba wam wiedzieć. białą i niebieską. gdzie miał być mostek. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. bo. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. A nie mówiłem. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. W utopców. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. a dookoła wiorsty i mogiły. towarzysze. Jedni mówią. latają. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. śmieje się i dusi. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. z napisem Tour de la Paix — po francusku. Miał dopiero dwa lata. o szyby skrzydłami biją. Baba w krzyk.. A tak. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. w czoła zimne się pukają i turlają. jak liście w październiku. Gorzej. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. nawet w czarownice wierzą. ale to był geniusz i jakby wyrósł. ale nie za głośno. a tak go coś zaszło od tyłu. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. Rzecz jasna. jak latają. I tak ze wszystkim jest. Ale to wszystko nie jest najgorsze. jakby dokądś chciały. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Chłopi młyn omijają. nie ma to. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. cały zielony. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. e jak to piszę. A moja chata samotna pod lasem stoi. e a się serce kurczy. Mówił mi leśnik jeden. Wy nam mówcie: Europa. e u nas inna specyfika? 13 . Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. A tu. piszę.

— Ten ma łeb — mówiliby inni. e zamiast nóg i rąk mam kopyta. — Pan jest taki inny.. jak bardzo chciałbym być koniem.. Idąc do nieba otrzymałbym. gdyby moje teksty były niedobre. Stałbym się wtedy pegazem. e jestem niezdolny.. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. takim sobie. Nie mówię ju o korzyściach. skrzydła. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć..Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . koń ma cztery nogi i te się potknie. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną.. du e mieszkanie — powiedziałbym. Oczywiście. e ja nie jestem zwyczajnym. Pisząc do mnie anonimy. — Proszę o nowoczesne. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. to znakomite — chwalono by mnie. — Czy panowie nie widzą. — mówiłyby. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. siłą faktu. uśmiać się jak koń. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne.. Nawet wtedy. Przeciwnie. — Ha ha! — zaśmiałbym się. — Jak na konia. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. du e mieszkanie z łazienką.

Tak sobie. to trzeba na to mieć dowody. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. najpierw nie rozumiały nawet. Prezes przywitał się z panem domu. Był to brzuch. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. Były bardzo szczęśliwe. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. On sam. sprzedawca gazet. potem drugą kulę. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. Chciały dać do zrozumienia. e taki kłopot. ale wyobraź pan sobie. są jeszcze małe. Ró ni ludzie przechodzili. — Ale on. one najpierw lepią jedną kulę. Potem mniejszą — to były plecy i barki. e nic podobnego. Gdy wreszcie pojęły. ale zuchwałe. Przywołał dzieci i zapytał surowo. Urzędy urzędowały.. te smyki. Na samym środku tego rynku dzieci. osobę. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. No bo sobie odmroził. mając na myśli tego pana. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. — Ach. e czerwony. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Najpierw utoczyły du ą kulę. — domyślił się tatuś. wśród wrzawy i uciechy. Ale to jest oszczerstwo. e je tu widzę. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. a tę trzecią na tej drugiej. Sprzedawca podziękował i poszedł. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. co go dzieci zrobiły bałwankowi. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. na rynku. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. Pan je powinien krótko trzymać. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. bądź co bądź. prezes. ale trzeba pilnować. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. za karę. Wychowawczo. Ale czy to ju zaraz powód. jakby nic nie zaszło. e. oglądali bałwanka i szli dalej. wychowawczo. który na rynku miał swoją budkę. nie dał im kolacji. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. Ale tatuś na wszelki wypadek. o co chodzi.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. Wcale nie z wódki. ktoś zapukał do drzwi. fuknął i rzekł: — Dobrze. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. o ile opady śnie ne dopisują. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. One jeszcze tego nie rozumieją. Przepraszał. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. — Nos — głupstwo. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. e tak późno. W sprawie tego nosa z marchwi. ile kto chciał. Małe to. tylko rozciągał się. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. — Jak to. panu o ten nos chodzi.. A rynek nic sobie z tego nie robił. odparły. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. jak wiadomo. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. ma właśnie czerwony nos. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. Był to sprzedawca gazet. Nos miał z marchwi. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. Bo to dzieci. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. Ojciec cieszył się bardzo. przecie to jasne. Ale wieczorem. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. Rynek był obszerny. ma 15 .

to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. Nie będzie ądał sprostowania. i jeszcze jedno. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. aby się natychmiast przyznały. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. Nie na tym skończył się ów dzień. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. wycofał się z pokoju. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. drogi panie. to ju jest moja prywatna sprawa. to równie jest dwuznaczne. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. umilkły w oddali.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. I mo na mu zrobić guziki. milczy pan! To milczenie jest wymowne. cichnąc stopniowo. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. więc podsunął im krzesła. Na rynku nie pozwolono im się bawić. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. Ochoczo zabrały się do pracy. To. 16 . jaką by wybrać zabawę. On ma czerwony nos. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. co ludzie o mnie mówią. ukradkiem. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. takiego zwykłego bałwanka. bo chodzi porozpinany. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. ale gospodarz ju nie otwierał. Jednak na wszelki wypadek. czy istotnie. — Aha. — Tak. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. — No to ulepimy pana. dlaczego miałby być nieupolityczniony. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. co sprzedaje gazety. e ja chodzę po domu porozpinany. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. Ojciec nie rozumiał. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. na palcach. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. Zapamiętaj pan to sobie. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. na nierozwagę.. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. Jednak na wszelki wypadek ojciec. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. Zrobimy czerwony nos. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. Dzieci zaczęły się kłócić. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. eby usiedli. — Eee. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. bo on jest bałwan. niesmaczny art na temat faktu. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. a potem nagle umilkły przed samym domem. za karę. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. ojciec postawił je w kącie. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. bez adnych ubocznych myśli. dziwiąc się. chciały dać do zrozumienia. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. dla zabawy. Tylko eby więcej tego nie było. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. kto to mo e być. e jak mi się spodoba. Dzieci zastanawiały się właśnie. za karę. Dzieci. — Eee. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. A ja panu powtarzam. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu.. zapytane. bo pije wódkę.

jaki dreszcz musi przenikać ka dego. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. Było mu zimno. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Ze względu na dzieci. Nikt nie przychodził do parku. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Poszli. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy. Łagodnie świecił białą plamą. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. al mu się zrobiło ptaka. Przeląkł się. kto w taką noc zetknie się z wodą. Na środek stawu wypłynął łabędź. I znowu nadszedł wieczór. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. Zaniechał więc gospody. W tym wypadku straciłby posadę. a czasem spoglądał w gwiazdy. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. Gdy siedział tak na brzegu. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Następny wieczór był równie chłodny. gdy przypomniał sobie o łabędziu. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. zjadłby coś. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny.. maczaną w mocnym. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. Ozdobą parku był łabędź. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. Zabrał więc łabędzia ze sobą. Noc jest gwiezdna. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. ale bezksię ycowa. samotnego serca staruszka. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. Pomyślał. To łabędź. Stró em został mały staruszek. Ukradli go chuligani. podpłynąwszy do brzegu. wrócili na posterunek. poruszyła staruszka. Myśl o tym. Przywoławszy więc kelnera. Staruszek posadził łabędzia na krześle. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. Matki małych dzieci. Nie mógł jeść. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. Pewnego razu łabędź zginął. gdy wrócili do parku. eby go mieć na oku. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. rześcy i zadowoleni. grzanym piwie z cukrem. pełen wyrzutu. Wczoraj. wbity do ciepłego. 17 .Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. od lat samotny. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. gdy czuł na sobie jego wzrok. wpatrzony w niebo. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. po drugiej stronie stolika. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. upominał się o coś. Biedny łabędź. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii..

Miał nadzieję. widownia w ogóle go nie zauwa yła. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. Podniósł koronę i udał się na scenę.. występujący pod szyldem „Tyci”. nie grał na scenie. W chwilę potem. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. Spojrzenie było uwa ne i ponure. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. ba. Sam przed sobą udawał. mimo obrzydzenia do samego siebie. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. w której grał główną rolę — zauwa ył. czy to amatora. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. będąc za du y.. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. choć usiłował je oddalić. zarzucił czytanie gazet. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. usiłował nawet. czy to zawodowca. równie liliputa. który grywał role amantów i bohaterów. e mimo i chodził po scenie. Przeciwnie. którą miał na głowie. zawadził koroną o górną framugę drzwi. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Zarabiał dobrze. miał powodzenie. Ale wreszcie. taki rasowo. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. Zespół jednak był skompletowany. który z jego ojca. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. po tylu latach. N a s z w treści. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. które w nim poczęło kiełkować. charakteryzując się w garderobie. Pewnego razu. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. przeszedł na syna.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. musiał się schylić. poniewa był najmniejszy. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. umyślnie wyprostowany. pomimo e był bez nakrycia głowy. Zespół solidny. e go nie dostrzega. wychodząc. nabił sobie guza na czole. Wmawiał sobie. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. rozporządzał świetnymi siłami. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. liliputa-biedniaka. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. e proces ma charakter przejściowy. równie liliputa. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. taki był mały. Je eli teatr stał. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. wychodząc z garderoby. stały. stać się apologetą imperializmu. Wieczór spędził jak sparali owany. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. ale wszystko to było sztuczne. który. niedoścignienie mały. e mo e nawet później przyjdzie regresja. rozgoryczony. Pamiętał. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. a lilipuci w formie. w fotelu. kiedy. przy szklance grogu. Nazajutrz ściął obcasy. ale spełniał funkcje pomocnicze. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. e lustro nie odbija złotej korony. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. to przede wszystkim dzięki niemu. nie tak jednak małego. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. Nie mo na się ju było łudzić. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. Nadszedł dzień. Rósł.” Zwykli ludzie? Tak. e jest jednostką aspołeczną.

w miarę zainteresowany. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. niemniej jednak du y. lecz ciągle. trafił do teatru liliputów. odwijając miętowe cukierki z papierka. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. Obok fryzjera drugi amant zespołu. Potem w szatni. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. zabawni malcy. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. która niebawem miała wejść na afisz. Bez wahania. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. Ale bezlitosny czas. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. Wiedzieli albo domyślali się. Odwrócił się do drzwi. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. ju ucharakteryzowany. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. jak zawsze. z fryzjerem pośrodku. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. gotów. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. potem był chłopcem na posyłki. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. Musiał rozstać się z teatrem. sapnął do siebie. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. Później imał się kolejno ró nych zawodów. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. w „Zawiszy Czarnym”. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Siedząc na widowni śmiał się. Przez okres prób męczył się bardzo. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. który ju stał się dla niego za krótki. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. w sobotę.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. 19 . Wrócił potem do domu. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. zadowolony. gdy dopinał długie. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. granatowe palto. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. Miał wra enie. równie bardzo zdolny. Po latach. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. szepty milkły. wpatrując się w sufit. powoli. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. w miarę rozbawiony.

Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. rehabilitacje.. Chrapliwy pomruk. Czy nigdy nie myślałeś o tym. Ale mniejsza z nimi. uzbrojony w długą erdź. prędko i miękko przebierając łapami. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. Lew skrzywił się: 20 . Zresztą to przewa nie ludzie starsi. I co wtedy? Rewizje. które kiełkuje. e nikogo nie zjadłeś. nie pomyślałem o tym. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. — Starsi.. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. e jadłem marchewkę. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. Mnie chodzi o moją skórę. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. — U yłeś słowa „alibi”. astma. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. — Człowieku. trochę silniej. Czy nie przyszło ci do głowy. tak dla alibi. — Widzisz. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. Kajus nie był złym człowiekiem. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. kiedy dostrzegł. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. sprawdził. — Odczep się — powiedział lew. To lwy”. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. Dozorca westchnął.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak... ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. spokojnie je marchewkę. co nowe. lwami? — Nie wiem. wrzuci go między skazanych. Chocia . Kajus podrapał się w głowę. eby go podra nić. Ju był odetchnął z ulgą. Kajus zaklął. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. Oni po prostu chcą mieć alibi. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. ale bał się. Dozorca lwów. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. Spróbował go więc namawiać. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. Coś mi się wydaje. to wszyscy widzieli. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. Tłum powstał z miejsc. wybiegła z tunelu. ebyś od razu kogoś po erał. Igrzyska rozpoczęły się. — Rzeczywiście. mówię ci: nie ma głupich. e nadzorca. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. zadyszka. Jak przyjdzie co do czego. W historii zawsze trzeba się orientować według tego. między nami. Bondani Kajus. — Nie mówię. co kiełkuje. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. Pierwsza lwica. marchewka to wielkie świństwo. Kajus ukłuł go po raz drugi. Lew machnął ogonem. — mruknął z politowaniem lew. zamiast posługiwać się nami. — Nic się nie znasz na polityce. eby lepiej widzieć. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. e nie chce agitacji. Bondani zni ył głos.

21 .. — No? — Jakby ci chrześcijanie. Idą na byle co. wiesz. — Co — chrześcijanie? — No. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. doszli do władzy.. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki.. Ciemnota kolonialna.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw. Krótkowzroczni koniunkturaliści. Element bez zmysłu taktycznego. — Słuchaj — zająknął się Kajus..

o. Najpierw był w Polsce. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. Zupełnie nie rozumiem. Panie! Teraz ju wiem. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. Abym nie zginął niespodziewanie. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. Wołał. A ja. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. odjechał eszelonem. A wy. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. Zrobiłeś to po to. aby mnie ocalić. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. „Verflucht!” — mówił. e tak jest odeń daleko. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. przywalony sufitem. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU .. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Przebacz mi. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. Nie jest ju pacyfistą. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. które świadczy o tym. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. a wy? 22 .. Kiedy dotarł do Kaukazu. pamiętajcie. e pewnej nocy w kamienicy.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. jak ka dy zresztą niedowiarek. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. bracia i siostry. Tak więc. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. a przede wszystkim oskar ał wojnę. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. narzekałem i złorzeczyłem. Codziennie. A wtedy okazało się. Eryk bardzo sobie krzywdował. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. e nie chce odchodzić z domu swego. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. z tych. Bluźniąc w ten sposób. wcielony do piechoty. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. przy śniadaniu. niegodny. Przeczytawszy ten list. w rozkwicie moich grzechów. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. o. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit.

Takiemu nie podaję ręki. Czy pamiętasz: „Si. Zdolny był. w której le ał jego ojciec. jeśli chcą. Weźmy te głębiny morskie. Trzeba się czegoś trzymać. Na przykład taki jamnik. trojka. o ile mamy z czego.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. jeszcze raz. węgorze. Panno Stasiu. Bardzo lubię zalesiać. Panno Stasiu. Zakąś serkiem. Wszędzie woda. W tym coś jest. Koń izdoch... Panno Stasiu. Konno nie umiem jeździć. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. Szkodzi? Mnie te szkodzi. nie warto wspominać. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. Świetnie je d ę tramwajem. Du o wody. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. dwie. Trzeba umieć yć. czasem trafi się jakiś szakal. Panno Stasiu — jak wy ej. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. Właściwie zima ma swoje dobre strony. gdzie się szczęście znajduje”. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego.. si.. prosimy o dwie takie same.” Siedzisz i pędzisz przez pola. Najwa niejsze. A pelargonia trwa.. Ka de święto lasu jest moim świętem. a tu nie ma dosłownie nic do picia. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. snieg puszistyj!. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. na co go stać. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu.. Kiedy byłem mały. „Hajda.. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. I chciałyby się czegoś napić. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. Sztuka a ycie. nigdy nie cierpiałem. Panno Stasiu. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. I co? — zapytuję. co.. Sanacja. Ja. bracie. Owszem. Proszę cię. Ja osobiście wolę porzeczki. A bo ja wiem. opustieł nasz dwor. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. Ostatnie kukułki przestają kukać.. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. W środku Wanda. Łysiejesz? Ja te łysieję. Tote trzymam się z daleka. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem.. I woda. Człowiek wiedział. A ja jestem roztargniony. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. czy nie widzimy się po raz ostatni. Nasze zdrowie. „Wsio praszło. Tylko za du o jeść nie mo na. Lato minęło. Pływają tam meduzy. Rozglądają się. Mo na by du o mówić. Historia nasza obfituje w szczegóły. Znałem jednego re ysera. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. Postawisz sobie pelargonię. Taki Grunwald. Ale mimo to. jeszcze dwie głębsze. poriedieł moj wołos. bracie.. piękny jak Capri albo Luwr.. Śmieszyło mnie to. 23 . płaszczaki.. Mam do ciebie prośbę. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. Wszystko minęło szczęśliwie. Mniej zachodu. Teraz są te spływy Wisłą. To z Asnyka. Zęby mnie bolą. I tak było. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. patrzysz. Wisła to królowa naszych rzek. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Przeniosę się do Wieliczki. nie lubiłem orkiestry symfonicznej.. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę. Czy uwierzysz. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. Czuję do niego odruchową niechęć.. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. bo mdli. czemu aden z nich nie wie. Człowiek jak i inni. Tam czuwają — pomyślę sobie. Ja nie z soli ani z roli. Kto wie.. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. Głupstwo. To piękny serek. Tak. Ale te miałem wypadek.” To z Jesienina. Nie pijesz? Ja te nie piję. Las to zdrowie i mleko. Mijasz sioła. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. „Hej kolego.

sobotnie popołudnie. Głos ich doleciał do plebanii. Na dziedzińcu zatrzymał się. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. stara. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. eby dać koncert. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. a bogatsi na ławeczkach. na przyzbach. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby.. Słuchają. Wieśniacy siedzą na progach.. Do polityki się nie mieszał. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. 24 .. A nicponie!. Mieszkał tam proboszcz staruszek.. bez której coraz trudniej było mu chodzić. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. Zardzewiała była. Herboryzował jedynie. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. A orkiestra zebrała się.

— Urwisy. dam ja im — zagrzewał się poczciwina. jak w seminarium jeszcze. I przypomniało się staruszkowi. Bo jak e to?.. On sam. grali w palanta. Nale ałoby ich jednak skarcić. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. Ale przecie .. na podwórku. — gniewał się jeszcze.. Dotarł do drugiej furtki. ile ju prze ył. 25 . W krótkich przerwach między strofkami. z którym rodzi się i umiera człowiek.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. z dziedzińca kościelnego na placyk.. lubi się pokazać. Kapelmistrz miał pióro na hełmie.. Sześciu stra aków z trąbami. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie. w hełmach.. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. Tu przed kościołem. Lipy mocno pachniały.... Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni. słychać było brzęczenie pszczół. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. ja te byłem młody. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. Wiadomo: młody..

to na dół. A on przystanął.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka. o lasce. Ej!. Przestali grać. Proboszcz zbli ył się do nich. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby... — grali stra acy.. podniósł palec i kiwając nim to do góry.... Pokłonili się pokornie. Stra acy obejrzeli się. Siwiuteńki. 26 . powiedział: — Ej!.

e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. cal po calu. eby mi nie przeszkadzała”. Na szczęście nie była sama. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. Na myśl. który. gdyby nie okazało się. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. przedzierającą się przez chaszcze. wysunąłem ku niej rękę. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. którą znalazłem tak blisko jej kibici. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. e widziałem ją tam. eby podejść i uwieść ją. zbli ywszy się do niej. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. udając najwy szą obojętność i chłód. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. podczas wspólnej akademii. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. 27 . e straciłem rozeznanie. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. było tylko dziełem przypadku. Pocałowałem ją w rękę. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. Bowiem kiedy w pół roku potem. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. poza krzewami. przeszła mimo. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. zapuszczałem się w puste aleje. Przełamawszy wszystkie opory. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. a więc w warunkach. ująłem jej dłoń. Kiedy przyszła na górę. Spłonąłem ze wstydu. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. mój znajomy dokonał prezencji. dosypując całe naręcza point. e nie jestem taki nachalny. na jakim przyjęciu. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. Okrę ną drogą. jedną ręką podkręcił wąsa. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. e jest jej dłonią. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. nale ała w istocie do mojego druha. poniewa sądziłem po prostu. Los jednak przyszedł mi z pomocą. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. stanąłbym wobec konieczności decydowania. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. mnie głupiemu. Chwila taka wnet nastąpiła.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. i pragnie swoją zgubę odszukać. tym razem autentyczną. aby okazać się mę czyzną.. Jaka była moja radość. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. tote nie zdziwiło mnie to wcale. e dłoń. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. To..

i poszła. lecz stanowczo. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. e tego się po mnie nie spodziewała. Mówi. e jestem bardzo subtelny. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. tłukąc się boleśnie. jak mi powiedziała następnego dnia.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. 28 . jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. e jestem jak inni mę czyźni. wrócić i po yczyć jej. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. Bardzo mnie zawstydziła. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. ze wzruszenia zasalutowałem. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. gdy . oświadczyła mi mimochodem. le ała. Nie powinienem jednak się skar yć. acz surowo. musiałem wyjść po nie. Następnie domagała się zapałek. Wreszcie. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. dodając przyjacielsko. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. Skinęła mi głową.

strumień płynął dalej. — Kiedy się wprowadzałem. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. — Wielka szkoda. ślepych. W pokoju było szaro. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. — Mo e tu kiedyś była redakcja.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. klamki brudno ółte i ozdobne. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. które zostały na powierzchni po topielcach. ślinionym ołówkiem. Rozwiązałem wszystko. Oburzyłem się. wycierając nogi. ale dawno — powiedziałem złośliwie. Po drugiej stronie był rebus. Sufit w pokoju był wysoki. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. Kiwnął głową. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. — Tak. — Czy pan wie. według adresu. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. nie jestem profesorem. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. Zdaje się. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. Ale zdaje się. Kiedy wszedł. wykonanych z kości. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. Chwilę milczeliśmy. ju nie ma. widząc. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. Nieustanny szelest kroków. e się nie orientuję. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. Przepłynął i zniknął.. Bie ący tydzień w BadenBaden. — Przyniosłem do redakcji. te sprawiał. proszę pana. poziomymi kreseczkami. Wolałem sam przynieść. — Szkoda. — Cały rozwiązany. — Widzę. — Tak. przede mną te było prywatne mieszkanie. — Istotnie. przenikający przez szyby. pięćdziesiąt lat temu. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. czy mo e wejść. e często myślałem o rzece. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. Sam rozwiązałem.. drzwi równie nadmiernie wydłu one. e przedtem te było prywatne mieszkanie. rozejrzał się i zagadnął. Miała barwę starych płytek do gry w domino.” — Rebus —— podsunął. który. separującej mniejszości narodowe? 29 .

. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. — Pan myśli. taki kolosalny skok. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. ale myśl ludzką trzeba szanować. to będę grał.. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. republika weimarska. — A jednak pan mi działa na nerwy. e będą grali w karty. Ale ja musiałem pracować. ale ojciec mi nie pozwolił. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. co znaczy Zeppelin. bo mówił. Ale mogę powiedzieć. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. Oto rebus. Ja nad tym nie pracowałem. w Czarnogórze. — Śmieszny pan jesteś. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni.. Było du o obcych słów. Myśl ludzka nie zginęła. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. Ojciec i stryj powiedzieli. — To było bardzo trudne.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. — Panie. Siedzieliśmy w ogrodzie. Taki przewrót. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy. e się nie dałem. a pan ciągle z tym rebusem. Czy pan wie. To nie ja wymyśliłem bombę. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Chciałem zagrać z nimi. proszę pana. — dopowiedziałem uszczypliwie. plebiscyty. proszę pana. Pan się śmieje. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. e sam wszystko rozwiązywałem. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. Zaczęli grać. Nie umiał pan! — Bomba bombą. 30 .. co ze szkoły. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem. e miałem za du o czasu.. Czy pan myśli. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. proszę pana. — I dopiero teraz pan skończył. tylko e jeszcze wcześniej. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. — Mnie reklamowali. Mo e się panu wydaje.. Poziomo. Takem zaczął sobie rozwiązywać. złośliwie. bo było gorąco. proszę pana. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. Spłoszył się. e jestem za młody i e jak dorosnę. Śmiałem się głośno. to się pozapominało i troski ma się inne. e to tak łatwo.

tłumaczył. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. Okazało się. Wreszcie. delikatnie dawszy im do zrozumienia. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. Wyglądało to na prośbę o pomoc. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. On — wielkości połowy mojej dłoni. e muszę wyjść — udałem się do miasta. Zmiotłem ich wszystkich jednym. kto sądził. Uśmiechnąłem się. kiedy wracałem do domu. bo moje nowe. e ujrzałem najpierw ich dwoje. zobaczyłem tam te horyzont. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. Byłem łaskawy i przyjacielski. śmiałem się. Powtarzam. e jest tam nawet mała uliczka. którym wysłane jest jej dno. 31 . czując. Potem. Włosy spięte na karku. Zresztą nie okazywali trwogi. Z góry cieszyłem się myślą. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. Wziąwszy się za ręce. e mają rodziny bli sze i dalsze. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. która ni stąd. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. zgrabna i złota. jak wielkim autorytetem będę dla niej. ju nie padało. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. niecierpliwym ruchem ręki. uczucia. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. ziarenkowych oczu. miłości i niechęci. w doskonałym humorze. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. abym im pomógł. moim głosem. uśmiechnięty. Odszedłem pod mur.. Nachyliłem się. ale bezskutecznie. Wyjaśnili mi swobodnie. artowałem z nimi. o jasnych oczach. na których bardzo mi zale ało. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. i tak zostały pochlapane.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. Byłem po śniadaniu. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. przypominające błyszczący wiórek. co odkryłem ze zdumieniem. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. e yją w niej mali ludzie. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. muskały jej plecy. Uśmiechając się nieśmiało. e mają kłopoty. problemy. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. a mo e coś więcej. Bo to był przypadek. W kawiarni widziałem się z kimś. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. czym zmiana pogody na niebie. o którą wspierała się wysunięta szuflada. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. e. W mojej szufladzie kryły się światy. e mieszkają w maleńkich domkach. Byli tak mali. ale miła i młoda para. odzianej w granatowy wełniany sweter. a nawet podszedłem do lustra. ona — jak mój palec serdeczny. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. e właśnie teraz jest sposobna pora. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. Wpatrywali się w siebie. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. ja mogłem być dla nich wszystkim. jasne spodnie. równie mieszczących się w mojej szufladzie. mogła na nie wpływać. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć..

? Tak.. e wyszłam za niego z miłości... proszę ojca... Był wielki i mocny. nie wiem. bo jeśli to grzech. wszyscy go szanowali.? Proszę? .. taki zasłu ony!. ojcze... bardzo ałuję. ..? Więc o co chodzi? Ach.. nie. dziesiątki tysięcy malutkich. Mam mę a.... ró owych kwiatków.. Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. .? Ale . . Tak.. zaraz dojdę. był taki zdolny. ... Siedzimy rano przy śniadaniu.... i lilie. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać... eby odpoczął.. cie. I wtedy zobaczyłam. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. Był pełen planów... potrzebuję. spojrzałam na niego. Ja byłam młodą.. Nie. kraj. Organy grały i miałam długi.. Namówiłam go. Nie zdradziłam go ani razu. To ja... biedną dziewczyną.. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. Lubiłam je dotykać policzkiem.? Nie.. nie płaczę. Ach. biały welon. słyszałam o tym. Po siedmiu latach po ycia.. To zbyt trudne do uwierzenia.. proszę ojca..? Nie. po..? Te nie. Czy ojciec mo e. ojcze duchowny. tak. 32 . Byłam mu wierna. nic podobnego...? Zaraz.. nie.. ja.. Pokój obity tapetą w malutkie... jak e . . drzewa. . naprzeciw siebie.? Mo e.. i... to była pró ność... ogromna odpowiedzialność... ... . dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi. Nigdy.. wiem. nie. to ja przychodzę. Miałam du e oczy i długie warkocze. ani nawet myślą. tak. długi. Niech ojciec weźmie tę rękę. Oczywiście. nie zmienił się i po ślubie. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród.? Właśnie — co? Jak. pomocy.? Och.... Zawsze był stanowczy. zdarzały się nieporozumienia. rady. ale niegroźne. nie zamierzonych spojrzeń. Ale przecie to ja się spowiadam. i mama płakała. I było kadzidło. oczywiście.. przyszłam tutaj. dlaczego.. Czy ojciec uwierzy? . mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach...? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy... .. a nie on. ale on nie. . . Potem pobraliśmy się.? Słucham? Ach. praca. ale delikatny. Jest na stanowisku. nie wiem czy potrafię.. ró owe kwiatki... On przyjechał samochodem.. to jest.Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie.? Oczywiście. kogo ojciec chce. W chwili kiedy podnosił fili ankę.. . Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo. W tym roku pojechaliśmy na letnisko. Jedno z tych zwykłych.. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście... przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. co te ojciec znowu.

Sztuczny.. . bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz.. on jest z plasteliny. dopiero wtedy zobaczyłam. On był zawsze.? Wtedy.... Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 .. proszę ojca.? Uniewa nienie mał eństwa? Ale . e on jest z plasteliny. Widocznie miałam szeroko otwarte oczy.Sławomir Mro ek – Opowiadania .? Tak. Cały. Pochyliłam się nad nim.

kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. e to nieprawda. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. e masz dobre serduszko. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy.. Zygmusiu. — To ładnie. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. ma odstające uszka. jak Zygmuś wygląda. Jednak ślimak zajął Zygmusia. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. Zygmuś powiedział: — Czekaj. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. z du ą główką na cienkiej szyjce. ebym nie zdejmował berecika. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. Ale on nie uwa ał. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. eby go uznali. ja ju jestem przeziębiony. co było w szkole: — Pan profesor mówił. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. wchodząc do klasy. Przyszedłszy do domu. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. Pierwszym tematem. Gdy pojawił się ostatnio. Blady. nie zdjął berecika. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . to znaczy. Dzisiaj ju nawet wiem. Ka demu się wydaje. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. Otwórzmy jego kajecik. ale ja mu powiedziałem. Pewnego razu. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. idź spać. A jednak jest w nim coś. Rzeczywiście. bo znowu trzeci byłby bez niczego. Zygmusiu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. Kiedyś. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. e ślimak kopie lewą nogą. e wie.. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. z którego wyrabia pierogi”. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. ale posługujących się tylko gwiazdami. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką.. Dlaczego nie uwa ałeś. bo ślimak ma tylko prawą nogę. bo siedział pod ławką.. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. bo się przeziębię. co wiem o Zygmusiu. jest ju późno. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. co to jest ślimak. tak odpowiedział na pytanie. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. to ci poka e!.

jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. 35 . ale. bo mówi. Taki jest Zygmuś. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. w którym miejscu mają tatusia szukać. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy.. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. Ciocia mówi. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym.. Miły. Strze cie się go. e wszędzie dobrze. e zawsze razem najraźniej. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. ale najlepiej w domu.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz.

Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. Bęben był du y. — I taka mnie ogarnęła 36 . obmyślasz strategiczne plany. — Słusznie. to — mruknął generał. Generał ukazał się w stroju niepełnym. lekko poirytowany. generale — myślałem — ale wiesz. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. cały płonąc. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. — Odszedłeś. generale. to. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. brunatny i biały. dniem i nocą. — Godzina walki.. — Tak jest. e twój wierny dobosz czuwa. — O. z czołem przeoranym zmarszczkami. słusznie — przytaknął. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. tak. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach. Przywitał się. myśląc nad czymś. pochrząkał. Ty w skupieniu. Ka dy nasz krok. obywatelu generale! — podchwyciłem. pochwalił rząd i państwo. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. choćbyśmy mieli maszerować. uderzając w bęben z podwójną siłą.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. I ty. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę.. — Nigdy! — huknąłem. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. tak. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. dumna.. to czarnymi od błota. — Ot... kiedy podszedł do mnie generał. — Nie. — Nigdy odwrotnie.. Zostałem sam. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem... — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem. panie. która wybiła! Niech zabrzmią działa. prawda? — zapytał generał niepewnie. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. — No no. Nie ustaniemy. Trząsł się nieco. — Ja mówię.. a świat po obu stronach bywał zielony. złoty. dyskretnie przysłaniając sobie usta. ale od czasu do czasu. ale jakoś smętnie. biłem w jego matowo.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. świadczący o mojej pracowitości i ochocie.. dla nas nigdy! — krzyknąłem. — Późno jest tylko dla wroga. bardzo słusznie — zgodził się generał. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. Gdy odezwie się mój werbel. — . — Tak. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. — To jest — dzwony owszem. to jasne jutro. — Na co nam dzwony. maszerować. zale nie do pory roku. kiedy mamy werble. nie. bo na biwak spadła nocna mgła. A ka dy nasz krok. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. krok.

e będziecie jeszcze bębnić.. e tego. Pojawiły się pierwsze. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. Był to generał w koszuli nocnej. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. zziębniętych rąk pałeczki. Witało je tylko zdrowe chrapanie. które wyraźnie słyszałem. ani przypodobania mu się. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. Noc ju zapadła głęboka. W dolinie rozległa się cisza. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. bardzo dobrze. nie mogąc zasnąć. nasycony ideą. wyjął z osłabłych. a ja z całym arem młodości. e mo na by to w ten sposób pojąć. Głos miał ochrypły. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. zdjął mi z szyi bęben. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. Potem rzekł głucho: — Dobrze. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. co? — zagadnął. przewracał się z boku na bok. taka wola poświęcenia dla sprawy. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. — I odszedł. Nie pozwalał na to regulamin. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. który wykonywał ten rozkaz. o którą walczymy. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Wkrótce potem aresztowano mnie. Nawet przez myśl mi nie przeszło. Ront. ró owe obłoczki. e to z zimna. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. Wzruszyło mnie. Generał zgrzytnął zębami. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. kiedy mijaliśmy namiot generała. — Więc powiadacie. Myślałem. gotów jestem bębnić póki ycia. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. ani senność. Zawsze byłem szczerym. 37 . nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. generale! Nie pokona mnie ani chłód. Czasem tylko.. otoczył mnie w milczeniu.

i co? Straszna samotność. którzy chcą i mają. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. — Halo. przedpołudnie. który nigdy nie powie: „nie”. knajpy jeszcze puste. Muszę wyjść na chwilę do personelu. tak nieznośna dla ludzi pijących. do u alenia się. mo e dać się we znaki. Dzięki nam odnajdują się ci. szefie? — zapytał ochryple. ale bez szansy porozumienia. wszyscy śpią. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. — Więc humanizm. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. Oni stanowią skład pogotowia. kiedy samotność. przyjęte. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. 38 . gotowy. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. proszę pana! Ilu jest ludzi. je eli pan ma ochotę. buchaltera i sprzątaczki. ale bardzo obszerna. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. — W porządku — mruknął opuchnięty. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. a stamtąd do następnego pomieszczenia. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego.. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach. telefonu. serdeczny. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. z urządzeń pozostała tylko wanna. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. i ci. oddany. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. — Jaki adres. ale nie ma z kim. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. e oferujemy wyjście proste i skuteczne.. w ółtym świetle arówki. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. którzy nie mają. taki.. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. kiedy ma ochotę wypić. Pije pan z kolegą.. których pan widział w dy urce. ale nie mają za co. ulica Zwycięzców? Tak jest. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. Mo e pan mi towarzyszyć. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. chętny do pomówienia o wszystkim. którzy te pragną w danej chwili wypić. wraca z dworca. Co pana czeka? Osamotnienie. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. — Zwycięzców trzy. Zaraz poślę dy urnego. potem kolega musi odjechać. zapinając guziki. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. Wiadomość w sklepie. — A pracownicy? — To zale y. ale chcą. teraz naprędce przerobionym. współczujący. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. czynnego całą dobę bez przerwy. tak. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. Odło ył słuchawkę. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. Była to niegdyś łazienka. tak. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. Większość spała. spragnieni i smutni. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. znajomi w pracy.. jak zimne światła odległych galaktyk. Wzdłu kafelkowych ścian.. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. Albo ma pan wolny dzień. Odprowadza go pan na dworzec. kole eński. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. Z pokoju kierownika — od frontu. Wróciliśmy do pokoju administracji.

— Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. ale nie tylko. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. gdyby nie my. Wiadomo przecie . Marysiu. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. Kierownik rzucił się do słuchawki. Zdarzają się klienci wybredniejsi. Ep! Mówi. więcej. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. 39 . tu Spółdzielnia „Jeden”. — Eksportowa zakrapiana.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. których by nie wypito. do lasa”. tylko ludzie są źli. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. Na biurku zadzwonił aparat. e w towarzystwie pije się lepiej. czyli „Na jednego”. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. ona go porzuciła. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. ale takiego. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. — To ja pójdę — zaproponowałem. którzy pracują dla nas na zlecenia. chętniej. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. Dzwoni do nas profesor. który opuścił przed ukończeniem seminarium. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. Muszę przyjąć raport. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. — Halo. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. Chce mieć kogoś. Do nich wysyłam pijących poetów. przecie nie poślemy mu byle kogo. — Czy mo e pan nas poinformować. specjalista od kultury Majów. miał cię kie dzieciństwo. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Są tacy. e świat jest piękny. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — Świetnie! — ucieszył się kierownik.

Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. ale jednak najczęściej to. który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad.... ale: „Pańska być” (np. „Pańska być biała”).. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np.. . jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. Chłopiec na posyłki. „Sero venientibus ossa!” — okrzyk. a to z powodu chrypki. łączcie się!” . faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. „Twoja być biała”). Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty.. Nie w ka dej muszli słychać morze.. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. Ziemia posiada kształt balona. 40 .. O florze.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE . który się zestarzał — starzec na posyłki.

. który był przedtem.. Światowiec. gdy umrze: zaświatowiec.. Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”.. . Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera...... Historyczne: Atylla — pejcz bo y. który jest w letargu. .Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? .. jakie wydaje się po przybyciu do piekła.” — westchnienie. „Więc to na zawsze. . 41 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach.

Czy Lucusiowi coś grozi?.. Na przykład pewnego razu. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni.. wiedzieli o tym mniej lub więcej. milczący.. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu.. ale domowi wiedzą. codziennie. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. Zdarza się. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. działałby tak samo jak Lucuś. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. W tym słowie jest wszystko. Ach. ten Lucuś. On wstaje. jest tylko dumna. gdy dzieci ju poszły spać. którym to napisałem. Lucusia. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia. do kogo nale y pióro. Ha ha. ale jest z niego dumna.. e przychodzi do domu rozpromieniony. Był pewien.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności... w pantoflach. jak ju wspomnieliśmy. — Wasz ojciec mógłby tak samo... Lucuś im daje. Starannie zamyka się w kabinie. Gdyby Eustachy ył.. e nie ma wyjścia. Lucuś jest ostro ny. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz.. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. kładła mu głowę na kolanach i długo. galopujących przez równiny.. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. Jego mama niepokoi się o Lucusia. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach.. Lucusiu. podchodzi do drzwi. mieszkająca osobno.. — Gdzie?. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. „Je eli zidentyfikują. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. ba. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. e gdyby chciał i mógł. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. no no. Łomotanie nie ustawało. uwa aj na siebie. mama Lucusia i babka Lucusia. Lucuś jest bohaterem. prześladowcy. Zdaje się. On się nie załamał. a Lucuś siedział przy lampie.. Natomiast babka Lucusia. ona Lucusia. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 .. znajomi.” — i śmieje się groźnie na myśl. przejęta własnym zuchwalstwem. Pozostali — krewni Lucusia. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi.. Sprawdza tak e rolety na oknach. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. niezłomna matrona. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. — zapytuje dalej ona. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam.. — powiada ona. e to oni... Gorączkowo starł świe y napis. — Ty. Serce Lucusia zamarło. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. to miałby wiele do powiedzenia. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską.. Wśród bliskich znajomych Lucusia. gdzie zwykle. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego.. z nie tajonym podziwem: — Znów?.. Ró ni ludzie. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. czy nikt nie podsłuchuje. Mówi do swojej córki.. zmienia charakter pisma. krą y niejasna.

kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). — Czego? — zdziwiono się. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. zapytał o ubikację. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. Nie wątpił. uboga wioska. Nie. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. 43 . przystanął i zamarł. w poprzek. Wsiadł do pociągu. widniał brutalny napis kredą. W zagajniku było ju mroczno. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje.Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. Postanowił jednak walczyć nadal. Dobrnąwszy do pierwszego domu. czerwony na twarzy. Lucuś poczuł się jak husarz.. Tego wieczoru długo stał przed lustrem.. Wysiadł na następnej stacji. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia.. Poszedł na dworzec kolejowy. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. choć tam te był ostro ny. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. panie. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. gdzie i Lucuś. Lucuś poznał się na tym. A na nich. — My. sprawdzając. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. ale wprowadzają stan wyjątkowy. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. a więc są ju w hotelu . Ale postanowił. Wrócił do domu. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. Lucuś jest zbyt przebiegły. chodzimy do lasu. Tak Lucusia nie wezmą. Opodal le ała niewielka.

Milicjant był na kucyku. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. Przed budynkiem stał. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. tak potrwać. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. Tak. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. czy wam wiadomo. a właściwie małego. Uzyskawszy dwa dni urlopu. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. ofiarując im po kucyku”. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. Nie zastałem go jednak. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. Przesadziwszy mur. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. Autor listu nie podpisał się. W tej chwili spoza drzwi.. rozległo się donośne. którego nigdy przedtem nie widziałem. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. sam się oburzył: — Tak.. pięknego kucyka o lśniącej sierści. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Grabarz z kucykiem. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. Przewodniczący był energicznym. W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. Przed stacją legitymował mnie milicjant. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. e prochy mojego dziadka. za trwonienie majątku państwowego. powstańca z 63 roku. informując mnie o fakcie. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia.. o co chodzi. dając do zrozumienia. jakie wydaje tylko mały konik p o n y .Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. Tak. gdy . e i tak się nara a. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. e była jego kochanką. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. na jaki napotykałem wszędzie.Ale? — Ale to musi potrwać. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. przybyłem do N. o której wszyscy wiedzieli.. Było to miasteczko. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. postaramy się ją wyjaśnić. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. kucyk przed Miejską Radą. e o niczym takim nie wie. Wasz dziadek? Tak. to r enie w Powiatowej Radzie. prowadzący za uzdę konia. I popatrzył mi badawczo w oczy. a kiedy nie ustępowałem. stanąłem jak wryty. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. malutki konik. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Ale doszedłszy na miejsce. Powiedziałem. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu. rasowe kucyki. w sprawie rodzinnej. zwany powszechnie kucykiem. Odwróciłem się i wybiegłem. Dowiedziawszy się. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. 44 . Ale. z czym przyjechałem. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. jak powiedziała mi jego ona. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej.. ponury chłop. Był to ogromny. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem.. przywiązany do słupka. — . dziarskie r enie — r enie. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym.

Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. 45 . który na jej miejscu ulokował swoją babkę. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. w domu starców moja babka. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. e zamieszkująca w D. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. weteranka ruchu emancypantek. Pojechałem do D. byłą nierządnicę z Klondike. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł.

Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. a ona ju umie coś nowego. natychmiast wypełniła polecenie. który siedział w ostatniej ławce. co to jest poezja. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. domek — Tomek. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. wiecie ju . kto cię stracił” — i drugi. a buciki tak czyste. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. Kto cię stracił. e ka dy od razu wiedział: o. Równie nasza malutka. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. Ucałowała mamusię i tatusia. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. ani za chude. jak wygląda posłuszna córeczka. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. Teraz dopiero zauwa yła. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. a drugi: „wiesz — wesz”. wzorowa pod ka dym względem. skierowała się do domu. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. e z gnidy była. to znaczy. ten tylko się dowie. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. ten tylko się dowie. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. dzwonek — ogonek. Pończochy ściśle obciągnięte. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Było to dziecko ani za grube. wyglądała tak właśnie. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. Oba były dobre. Jeden: „zdrowie — dowie”. która je po ywne obiady i nie grymasi. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. co to jest poezja. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. starannie omijając kału e. 46 . ile cię trzeba cenić. Ile cię trzeba cenić. Uczennica z pierwszej ławki. zjadła rosołek i gulasz. a w domu nauczyć się na pamięć. bez brzydkich obwarzanków. kiedy wraca ze szkoły. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. Wszyscy zdziwili się. a pani nauczycielka zganiła go za to.

Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. Reszta lekcji minęła spokojnie. wywołana przez panią nauczycielkę. to śledzia po japońsku. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. O czym donoszą smutni ałobnicy. tego „wiesz — wesz”. na ka dej było coś nadrukowane. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. choć nie zawsze były to wiersze. zabili go dłu nicy. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. Nazajutrz. Ciągle nic nie umiał. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. wyrecytowała to. Tylko koło Józefka było zamieszanie. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. Oraz wiele innych. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. a wieczorem miało gorączkę. bo inaczej będzie srom. który niczego się nie nauczył. 47 . A kiedy przychodzili goście. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. więc nauczyła się według kolejności. Nikt nie wiedział. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. Postanowiła zostać poetką. W szkole przyzwyczajono się do niej. od lewej strony do prawej. Mój Bo e. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem.

więc się przykładał. kolego. Ot. to nie spoczął. Wiedział. Je eli słońce — to samo. e państwo cię ko pracuje. Nie tej największej wprawdzie. mimo e oddalonym. eby zdobyć ten grosz dla niego. na którym le ał plik papierów. a wy wcią o deszczu. co powiedzieć. cienkich nó kach. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. du ymi literami i tak. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany.. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. Naukowo.. No nie. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie.. ogrodzony białym płotkiem. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. Rozumiecie jednak. Słońce błysnęło. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. wiały wiatry i świeciło słońce. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. — usprawiedliwiał się wezwany. niewielki jakby ogródek prostokątny. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. schronił się więc pod dach.. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. Kierownik był człowiekiem sumiennym. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. stojącą na wysokich. niwa idą. a młody został i pisał sprawozdania.” 48 . Obok zamieszkał kierownik placówki. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. a jedynie. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. Władza przyjęła go w pięknym domu. było gorąco i ziemia zaczęła parować. — Przecie pan kolega sam widzi. a ile tego.. padały deszcze. Mo e by nawet został pod gołym niebem. Deszcz pukał o dach. je eliby ją kto zapytał o pogodę. Robotę miał stale. Defetyzmu nie będziemy tolerować. ale to przecie wszyscy wiedzą. Bardzo się te ucieszył. Burze nie ustawały. po kole eńsku. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. jak było: je eli padał deszcz. ale bał się grypy. Zbli ała się godzina raportu. e leje! — No tak. skąd ta inicjatywa. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze. ale pisał dalej. w istocie bowiem ono świeci zawsze. owszem. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. ale ja tak z yczliwości. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. czy długo padało. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. eby władza. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. Ró nicy adnej nie robił. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. Nucąc.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. Wziął parasol i pojechał. e zachodzi tylko pozornie. Raporty pisał kaligraficznie. e to od deszczu. dostał kataru i musiał się poło yć. i a dziwno i straszno. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. Z troską patrzył w niebo. ale zawsze do władzy.. ale brakuje wam kręgosłupa.. mnie nic do tego. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. kręcąc głową.. przetykane deszczami.

w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. a wszyscy ju myśleli. Napisał. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. który musiał zastanowić władzę. Zginął od pioruna. Czuł się dziwnie spokojny. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. Jak wykazały badania. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. 49 . ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. słonecznej pogody w jego okolicy. dopisane ju ołówkiem. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. Napisał o tym. a nawet zadowolony. I pod spodem. Niektóre nawet wierszem. e kipnie lada moment”. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. co się urodził wdowie we wsi. ale spadł grad. dobrze się ma. które spowodowały pewne wylewy. którym chciał rozproszyć chmury. Na drugi dzień znowu grzmiało. Tym razem wzywała go władza centralna. ju na poczcie.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. Na trzeci — nie grzmiało. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. słonecznej pogodzie w jego rejonie. A potem ju nic nie mąciło pięknej. I kiedy uderzył pierwszy piorun. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody.

którzy nie potrafią. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. zaś ów młody człowiek. Lu. jak ja pamiętam. co złapano. ludzie się poschodzili. nie siadaj koło barometru. prawda. prawda. — Pamiętam. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. towarzysz zabaw jej dziecinnych. Świetny matematyk. Bardzo zdolny. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. a mróz był silny. a tu drzwi się otwierają. którzy potrafią i tacy. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. Ale to jeszcze nic. to był walc „Nad pięknym. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. No. nie jest dzisiaj tak trudno. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata.. A i o przyjaźń. Zęby dzwoniły. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. jak się jeden nie obróci. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. jako ofiarodawcy. * Hej. bardzo zdolny. Ślub i wesele były piękne. Idę ja raz ulicą. bo opada”. Czasem. mimo wszystko. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. e on umie naśladować kukułkę? No có . Zasadniczo tak. Ja bym na to nie wpadł. Wesoły był chłopak. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. bo zima. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. cicho szemrząc. jakie zdolne. Dlatego te często się do niego zwracali. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. Więc powiadacie.. Ale on potrafi. a poza tym hojny gest Frania. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. Wszyscy ów dar podziwiali. * Pamiętam. Nagle. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. Franio. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. Taki ju był. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. ile to było radości. Nowo eńcy.. — Jakie toto było przylepne. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. modrym Dunajem”.. rozrzewnieni. Zygmusia. jakeśmy go poprosili. — Zawsze była miłym dzieckiem. rodzice. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. to nawet nie brzękło. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. Pułaski to był wódz. jak nie uderzy drugiego. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. Słowo wam daję. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. — Uczyła się doskonale. Zygmunt. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. który ofiarował radio — po lewej. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. a ten drugi nic. A 50 . Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. są tacy. Ale jak przyszło do dzwonienia.

.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. a Wacek pozorował Murzyna. niwa były. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. Wacek jak Wacek. wycieczki. dla świe ego powietrza. rozmarzona. Wacek. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. w której ró ne sposoby były opisane.. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. śpiew. a przy dobrej pogodzie to i więcej. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. jak podejść do takiego Murzyna. Czasem nas obu zapał porywał. nakładając sobie porcję sałatki. ja szedłem w pole. Wiadomo. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. misjonarz. Pan młody z zadowoleniem myślał.. przeciwnie! — zawołała mama. Cały w sutannie. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. to i próby robiliśmy. Sport. Potem. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. jakeśmy się zapalili. omłoty. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. a Wacek mnie nawracał. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. wesołość. Trzeba przyznać. Pan Franio ją nauczył na podwórku. zanim mu się udało. * Wuala. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. to on mnie i tak w końcu nawrócił. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. eby go gładko nawrócić. — Przewa nie jest śliczna pogoda. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. Wypytywałem go. tak dobrze je poznałem. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. ciągnęła dalej: — Młodość. ale on dopiero się tam wybierał. modrym Dunajem”.. co i jak w tych murzyńskich krajach. radość. Od razu się nauczyła. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. Czytaliśmy te a do zmroku. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. później sam się rozkręcił i mówił. co wy. Prawda. jak to Murzyni lubią misjonarzy. Chocia trochę się krzywił na to z początku. tak gdzieś w połowie lata. mógł się tym zajmować godzinami. bywało. e miał spryt do tego i bywało. Prawda. Nieraz. — O. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. ot. Najciekawsze było o tym. W tym okresie trochę go zaniedbałem. Ja zaś tak się poduczyłem. ycie. Pamiętam. Czasami. Jednak matka. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. ludzie są ró ni. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie.

— Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. nie na werandzie — ze względu na chłody. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. Rany boskie! Nikogo nie ma. to potem ju trudniej. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. dla dodania sobie kontenansu. pokazać. Wacek prosi. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. Ja wtedy: — Sól solą. ebym mu podał sól. bo zawsze coś wypadnie. kiedy zabierał mi damę albo konia. Milczę. ale ju . Wtedy zacząłem się niepokoić. a Wacek nie wraca. Nawet pogwizduję z cicha. 52 . napomykałem. Tylko tataraki chwieją się. no i zdrowsi by byli. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. e był bardzo podobny do Murzyna. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. Patrzę. W ogóle jak się lepiej zastanowić. bo wieczory stawały się dłu sze. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. Od czasu do czasu. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. znajdowałem. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. zawsze to przecie — Wacek. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. Raz przy kolacji napomknąłem. rozumie się. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. a muliste dno niezgłębione. e nic mnie nie obchodzi. a Murzyni — Murzynami. Ja nic — te się zaciąłem. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . to sobie pójdę. trochę suszonego makaronu. Zawsze jednak byłem delikatny. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Przykro mi się zrobiło. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. tyłem do domu i siedzi. dać im popróbować. Usiadł sobie nad stawkiem. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. Obraził się. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Skończyłem jeść.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. Potem jest za mało czasu. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. Nawet się ofiarowałem.

którzy wysłali młodego pastora. kiedy miał szesnaście lat. Siadali milcząco na ławkach. postąpili słusznie. A kto na roli. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. Pojechał do Tokio. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. To miasto nie było podobne do San Francisco. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. udawali się na dziedziniec.. Młody pastor Peters posmutniał. niechaj się nazad nie wraca. i będą głody i mory. gdzie podawano im zupę mięsną. i trzęsienia ziemi miejscami. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy.. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. Mateusza.. Podniósł głowę. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. jest właśnie karą za grzechy. Pojedziesz do Hiroszimy. aby wziął szaty swe”.. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. a tak e radcą prawnym kościoła.. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. Potem umarł. któremu słu ył.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. abyście sobą nie trwo yli. Albowiem musi to wszystko być. i tezę równoległą.A kto na dachu. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. Ale jeszcze nie tu jest koniec. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. 53 . — „. e nędza ta. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. będąca wynikiem wojennego zniszczenia. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. niechaj nie zstępuje. mimo tego.. Stało się to w chwili.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . kiedy wchodził na kazalnicę. Siedzieli szarzy i pokurczeni. który by nie był rozwalony. powiadam wam. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. Trzeba powiedzieć.. Młody pastor Peters. Potem znikali a do następnej niedzieli.. Ojciec pastora był równie pastorem. ale i szczególnie miłe Panu. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. a wysłuchawszy kazania do końca. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. kiedy znalazł się na miejscu. Przeło eni. nie zostanie tu kamień na kamieniu. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. w liczbie kilkudziesięciu. Podniesionym głosem czytał: — „. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. Owi wierni. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. e młody pastor Peters miał tremę. aby co wziął z domu swego. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Zdziwił się i oburzył.” Spojrzał na salę. poniewa usłyszał kroki. letniego dnia.

” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. Stojący dalej od drzwi czekali. a przejście będzie wolne. jaki nie był od początku świata a dotąd. ten zbawion będzie”. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa. Zamknął Biblię. ani potem będzie. który kiwał się i chybotał. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. Sala była ju pusta. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Przeto módlcie się. wbrew solennej obietnicy. — „. nie byłoby zbawione adne ciało. którego rodzice. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą. Więc doczytał ostatni cytat: — „. 54 . Wychodzili w porządku. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi. jakby za chwilę miał upaść. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. Był to łysy staruszek. na ulicę.. nie tłocząc się. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu.Ale kto wytrwa a do końca. po czym znowu odzyskiwał równowagę....A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!... aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo..Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu. Wojna zabrała mu słuch. to Słowo.. Gdyby nie były skrócone one dni. Spał. nie chcą zabrać do kina. Dlatego i teraz jedynym sposobem.

kiedy pewnego ranka. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. Dwa granaty ręczne wystarczyły. To ja. Wyniosłem składane krzesełko. stało jak przedtem.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. e na podwórku. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. Wreszcie bijąc się o wszystko. stoi zagadnienie. dając wesołe znaki. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. stwierdziłem. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. stało ciągle. biłem się o umycie zębów. Poło yłem się spać z niepokojem. Po południu zastałem je bez zmian. Nie cierpiało ju długo. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. Działacz. przy którym skaleczyłem się szablą. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. który je kiedyś mimochodem postawił. czy zagadnienie jeszcze stoi. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. Ale ju wkrótce z łazienki. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. wróciłem do domu. szybkobie na. Tote wielkie było poruszenie. Kiedy potem wychodziłem z domu. eby wyjrzeć na podwórko. zasnąłem. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. Celnie wymierzona. wyjrzawszy przez okno. e zagadnienie le y. eby sobie usiadło choć na chwilę. rozległa się nagle seria broni maszynowej. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. podbiegłszy do okna. szczęśliwy. zobaczyłem. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. współczując biednemu zagadnieniu. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Dzień drugi Dziś rano. Chciałem zjeść śniadanie. e następne bitwy tak e wygram. Tam nie obyło się bez torpedy. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. Mimo lekkiego oporu. przed bramą. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. stojące jak i dnia poprzedniego. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. Matki dawały je za przykład dzieciom. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. 55 . do której się udałem. nie zmieniwszy pozycji. aczkolwiek dziwnie zmęczony. mę czyźni zazdrościli mu. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. Ale — nie.

hm. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. Czuję. czasami mi się wydaje. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili. Ale jednak. niepokój. Byłem tak zaskoczony. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. pan sam wie. — Ale czy nie trapi pana wra enie. eby stwierdzić.. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. wyobraźmy sobie. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. e przez stolik idzie to. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. powierzchnią. Dzień był zwyczajny. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. ni sądzimy. I. proszę pana — kontynuowałem.. jestem obywatelem kraju niedu ego. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. z teczką. ni dostrzegamy? e nasze drobne. ale chyba mo na to przeczuć. zgoda — nacierałem. a to drugie „coś” — to pan. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. starej i pustej. i piłem swoją herbatę. podniecenia. — Jasne. kiedy go zobaczyłem. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie.. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. zacząłem układnie: — Po staremu. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości.. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. Wzruszył ramionami. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. Spojrzał na mnie obojętnie. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. rezygnować z niej. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. — Nieraz. odpowiadając: — Po staremu. nawet w pewnym sensie — empirycznego. chcąc jakoś wybrnąć. co mo na by nazwać krasnoludkiem. kiedy zauwa yłem. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. pomijając ju to. e ja tak nachalnie. tak — podchwyciłem chytrze. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. Bardzo mały osobnik. proszę pana — powiedział. co my mo emy wiedzieć? — Tak. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. co pan mówił — doprawdy. — Mo e pan ma i rację. która — chocia by dzięki samej sytuacji.. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. w szarej marynarce. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. ale i nie najmniejszego. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami.. wy jesteście?.. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. Trzeba yć. no. — A co do tego. i głębsze. ale 56 . Zebrawszy się w sobie.. który zasłania nam właściwe pole widzenia. W takim razie. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. na wszelki wypadek. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. oczywiście. Albo w ogóle jakieś znaczenia. zarabiam na utrzymanie... Tu zwracam się do sztuki. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. — Tak. — Więc. e to jedno „coś” — to ja. starzałem się miarowo.. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze.. naturalnie. Widząc wreszcie. człowiek jest zbyt zalatany. — O. wie pan.

prawda? — Panie. Oto miałem przed sobą kogoś. proszę pana. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. e my jesteśmy proste krasnoludki. muszę iść: ycie. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. e coś tracę. nieco pocieszony. Do zobaczenia. Byłem rozczarowany i przygnębiony. — Pan myśli. poniewa ograniczeni jesteśmy. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. zwykłych krasnoludków. co człowiekowi zostaje. ni mo na się było spodziewać.— A co pan sądzi. złote ziarno. — Powiedziałem ju przecie . dzień idzie za dniem. to dobre w ksią kach. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. — Słowo honoru. Puściłem guzik. — Do zobaczenia. proszę pana. Ale teraz przepraszam. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. to i tak trudno do czegoś dojść. Przecie pan jest dorosły. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. — Więc nie powie pan. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. Wiedziałem. co pan. którym z nieba nic nie spadnie. ycie mija. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. — Słowo? — upewniłem się. e mija tak sobie. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. — Ale słowo panu daję. 57 . nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. przecie muszą być jakieś subtelności. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. — Czy ja wyglądam jakoś tak. Jedno. Musiałem to wykorzystać. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. ale nie dla nas. Oto co się liczy. podwójne dna. to brać ycie po prostu.

ale jakby coś było.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. a mo e uwa ał je za zbyteczne. e mogli się nawzajem widzieć. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. Pokrzykiwał na konie. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. ale wcią i wcią . Kolaska pędziła raźno. Dokoła było pusto. Daleko. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. ciągnęło się pasmo boru. — Widać. a kiedyśmy go mijali. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. I burza nie uszkodzi. na wysokości uszu końskich. a potem wzruszył ramionami. co potrzeba. Teraz nie nadają. Tylko e często przekręcają depesze. gdy przed nami ukazał się następny. — Jak to? — zapytałem. Przydro ne je yny. podmokłe łąki. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. wjechaliśmy między płaskie. równie stojący bez poruszenia. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. oczy mieli apatyczne. Stał nieruchomo przy drodze. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. siwy. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. — Jak e to?! — krzyknąłem. co to ma znaczyć. w podobnym uniformie. gdy ten. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. Ale to jest telegraf bez drutu. mundury wyszarzałe. Przyjrzałem mu się uwa nie. Ledwo straciłem go z oczu. wskazując biczyskiem na kolejnego. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. Wio! — No. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. Wio. Dopiero. a drutu nie ma. i oszczędność jest na drzewie. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. to by pan sam usłyszał. Ju miałem otworzyć usta. Wio. — No jak e tak. w jednakowych na ogół postawach. A tak. Telegraficzna linia. W planie miał być taki z drutem. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. — Na jakiej e by? Na państwowej. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. e pan z daleka — powiedział. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. Nie ma. jak zwykle o tej porze roku. Stoją na słu bie. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. — Ano zwyczajnie. powiedział. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. Wytę yłem wzrok. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. 58 . — Toć przecie ka dy wie. a telegram dojdzie na miejsce. gdyśmy ju jechali czas jakiś. eby zapytać stangreta. ale słupy ukradli. wio! Milczałem zaskoczony. gniady. Tylko zimą wilki trochę przerywają. mimo wybojów i błota. Najgorzej. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. w mundurze funkcjonariusza poczt. po ka dym. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. jak sobie który podpije. a za nim czwarty. tamten znów do trzeciego. Wiadomo. ale na tyle blisko. nie odwracając głowy: — Na słu bie.

— Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. — Staniemy. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica.. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. 59 . ni to dalekie zawodzenie. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. ni to powiew. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. eby mu depeszy nie przekręcili. No. którą właśnie minęliśmy. Zamilkłem znowu. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. podobne do zewu ptactwa na moczarach. to bierze bryczkę. I rzeczywiście.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. bo jak komu specjalnie zale y. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. bo linię blokował. eby sobie płuc nie zdzierali. Powiadają. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. w telegrafie znaczy się. pomieszany tymi argumentami. tyle e obce wyrazy trzeba znać. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących.. to będzie lepiej słychać. ale go zdjęli. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. jedzie na dziesiąty. — Nadają — powiedział. który był coraz bli ej. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. Wje d aliśmy ju w las. kiedy zza kępy. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. Postępowsze. Tulejki nowoczesne mają im dać.

Izolował się. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. Ale te Proust nie znał ycia. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. gdzie tu jest kuźnia. Zamknął się w pokoju. Wkrótce błądzi. który trzeba naprawić. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. — Niech będzie trzysta. Potem dosiadł maszyny. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Po yczcie mi pięćset złotych. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. „Przygoda Frania”. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Nic nie słychać. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. Wtem — o. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. Jego marzenie spełniło się. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Minął jakiś czas. e jego dzieło jest postępowe. Odrzuca towarzystwo kolegów. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Słyszą to koledzy. — Tak. Je eli pisarz zna ycie. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Wreszcie pewnego razu listonosz. Janek sprowadza pomoc. Skrajny przykład. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Janek nie posiadał się z radości. Mam ju pomysł. Wszyscy śpiewają maszerując. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. samolot. którego ściany były wyło one korkiem. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. To stalowy ptak. Zdaje się. Próbuje z niego wyjść. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. a potem wpada do dołka. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. a widząc. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. ale nie udaje mu się to. to nieraz nawet zdarza się. — Nie mam. Mogę trzysta. co?” Chłopiec kiwa głową. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. 60 . Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. zbli ając się do chaty. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Najlepszy dowód: Proust. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. znajdują go. Miał mały defekt. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. Janek puszcza się pędem. — Tak. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. chce sam przejść przez las.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Z kabiny wychyla się twarz pilota. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. Janek po dawnemu pasł krowy. Typowy przykład — Balzak. wzruszenie odjęło mu mowę. Dlatego pisarze muszą znać ycie. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

64 . Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. postrzępionego płaszcza. Próbowano rozmaitych środków. buchające wolnością. daremnie — odlatywali w skarpetkach. bez względu na temperaturę. którzy mi donieśli. który odlatywał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. Urzędnik. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. I niepostrze enie. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. jeszcze się opierał. a ci. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. e referenta G. Zatarła go mgła. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. jak choroba. tylko dzięki znajomym gajowym. na strzechy Mazurów. w końcu stawał na parapecie. albo marnieli. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. W górach coraz trudniej było o po ywienie. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. śmigłych. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . ale niewiele to pomogło. gorące. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. pierwszego. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. parci silniejszym od nich instynktem. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. krą yli. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. zjawiła się jesień. tak przeszło lato. przygasiła słońce. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. walczącego z kozicą. pełne wzlotów. widziano w okolicach Morskiego Oka. Tak minęła wiosna. ale rozdziobywali sznurki. albo uciekali powtórnie. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. których udało się złapać. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. Ale zaraz po pierwszym znikali. Odtąd okna zamykano. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. Ale kto ich tam złapie — lotnych. wydał chrapliwy okrzyk. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał.

Stary wcią wyjaśniał: — . jaki miewają zakurzone. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. — Dzisiaj jest święto pułkowe.. — Dziś święto mojego pułku. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę.Pułk specjalny. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Potem on rzekł wolno i dobitnie. Bardzo proszę. galowy. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. to znikał na całe kwadranse. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. plamistych ścian pokoju. Stara. poznałem go bli ej.. — Więc. Jej drzwi. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. „Los grenadiera” i „Czołem. ujął drzewce i wydobył je. — Zaklinam. a widząc. Jestem ostatni.. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. eby to pamiętać. kołysanych wiatrem. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. na święta państwowe. Nie odmówiłem.. niech yje — kto? — zapytałem. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie.. gdzie był tylko stół. Trybuny tu ju nie było. — Maszerował! Ach. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. i największa orkiestra dęta w kraju. Spotykałem go w sklepiku. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. otwarły się z cię kim skrzypieniem. o której długo potem pisały gazety. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. niech pan nie odmawia. — Chodźmy — powiedział. Później. zapatrzył się w okno wzrokiem. Deszcz to przechodził drobnymi falami. nabiał i kiszone ogórki.. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. po której ślizgały się błyski licznych lamp. elazne łó ko. — Przepraszam.. To był pułk przyboczny wodza. Sprawdzałem. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. Wychodziłem wtedy z domu. Zajrzałem mu przez ramię. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. — Aha — rzekłem. To niedaleko. Wstrzymywani. Przy placu Centralnym wysiedliśmy.. — Tak. To był najsławniejszy pułk w kraju. ale trzymał się prosto.. my do was. 65 . my do was”. Podszedł do szafy. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. Rozło yłem ręce gestem bezradności. — Walczył? — spytałem pojednawczo.. Stary stuknął obcasami. opuścił głowę. Przekręcałem klucz. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. rozwinęła się zbutwiała materia. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. Pan jest za młody. W mdłej poświacie arówki. Mijając jego drzwi słyszałem. Słu yłem w nim zawodowo. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. wypchane jastrzębie.. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy. jesienią. Co to była za orkiestra!.. Był to sztandar. dziewczęta.

Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. To chyba będzie ostatnia moja defilada. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. lewa.. — Ale . bo wiatr przenikał zewsząd. — Więc zaczynamy! — zawołał. Trudno było utrzymać równowagę. Pode mną le ał bezludny plac Centralny. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. jeszcze raz stanąć w szeregach. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. W jego głosie dr ało szczęście. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. opadały miarowo pukając o asfalt. dopinając płaszcz. blaszanym kuble. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa.. Był to blaszany pojemnik na śmieci. Wlazłem na to. stojąc na wysokim.. jak niemądre jest moje poło enie. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. Zbli ał się. Minuty przeciągały się. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku.. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. Potem przepłynął przede mną trzy razy. 66 . trzy. pustym placu. Paradny krok.. lewa!. sterczącym jak kopia.. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. Zostałem sam. Stopy. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. Wiało okropnie. cztery.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal.

Ciekawym. tylko ludzie. to przecie . Ale p o c o yją? 67 .. tym samym mogą być i w niebie. to niemo liwe. Co? Naprawdę?! Nie. Patrzcie... Nikt inny.. Zdaje się... A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi. teeek. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. e się przejaśnia. tylko myślące istoty mogły je zbudować. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. kulach ognistych. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. słyszałem. gdzieś muszą być w końcu. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. Tak. absolutnie nie ma. ani koty. Latające talerze? Tak. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. czy się dzisiaj przetrze. Ale dowodów nie ma..Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. A myślące istoty. A więc o tych mgławicach. Cały wszechświat składa się z tej samej materii. deszcz dzisiaj pada i pada. No. Ale z tego jeszcze nie wynika. Szkoda deszczówki.. Czytałem ksią kę o astronomii. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są.. To ju jest sprawa powa niejsza. e na innych planetach tak e yją ludzie. jak wiadomo. ani psy. Ale ja w to nie wierzę.. Kanały na Marsie? Zgoda. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj.

nawet przy bli szych oględzinach. — Jak tak dalej pójdzie. w odpowiedniej wielkości. przerwali na chwilę pilnując. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. Usiłowano go na razie zastąpić. Pracownicy ogrodu. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. Pozostaję uni enie” — i podpis. nie będzie się odró niał od prawdziwego. je eli jej powiem. nie wykonuje więc adnych skoków. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Noc postępowała. Mo emy wykonać słonia z gumy. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. Poza tym dyrektor naglił. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. hodując trzy tysiące królików. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. szczerze oddani sprawie. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. biegów i nie tarza się. między innymi słonia. e nasz dyrektor jest lewak. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. ucieszyli się. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. Pamiętajmy. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. Był to ogród prowincjonalny. e jest to słoń szczególnie ocię ały. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. Zmęczeni. — Co ja powiem onie. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. Byli to starsi ludzie. świstaki. spłaszczony kształt. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. głosy ludzkie uciszyły się. zobojętniałe na wszystko. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. Pragnąc obni yć koszty własne. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. Wszystko przez to. którą następnie wypełnić miano powietrzem. poniewa spodziewał się premii. Zamknęli się w szopie. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. Tym większe było ich zdziwienie. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. tworząc bulwiasty. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. Starannie pomalowany. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. Kadłub słonia powiększył się. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. — Słonie nadmuchuje się rzadko. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. kiedy dowiedzieli się. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. 68 . kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . Proszę zwrócić uwagę. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia.

. Dyrektor. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. W słonie nie wierzą w ogóle.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu. Nic więc dziwnego. Kiedy odpoczywali. słupiaste nogi.. A uczniowie. Mo emy więc śmiało powiedzieć. w centralnym punkcie.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. niesiony przez wiatr poziomo. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Postanowili zrobić próbę. wielkie uszy i nieodłączna trąba.Słoń jest roślino erny.. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. e królem puszczy jest słoń. — Jak po grudzie. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. Zwalisty tułów. wystający ze ściany. — W samej rzeczy — przytaknął drugi.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów... koło klatki z małpami. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. który wpadł na pomysł z gazem.. Przez ogród powiał lekki wiatr. — Mo emy iść do domu. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. Pomyślał. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. — . Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. ale ten yje w morzu. Pilniejsi uczniowie notowali. Potem. Odpocznijmy trochę.. — . Było jak ywe. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. przyprowadzeni przez nauczyciela. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. — . Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. eby model był bardzo du y. Czekali. 69 .. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. Powiedział o tym koledze.

ale szelki mi pękły. nieprawidłowo zakorkowane. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. Zwłaszcza. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. Wytę yłem siły. Przez całą noc w katedrze. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. Powiedziałem jej to. które przynoszą chwałę i awans. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium.. 70 . Tłumaczył się. odkąd kefir jest zaminowany. Próbowałem czytać. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. lecz miłe. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. Kawę wylano. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. Staruszek. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. Natychmiast zawiadomił. Od razu zrobiło się nam weselej. Później szóstka koni od karawanu. e to niby nigdy nic. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. e tak samo nie zostanę marszałkiem. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro.. jak nie jestem hrabią. trzy ulice od nas. Przed ratuszem stoi armata. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. Przysięgał. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. wokół czarnego katafalku. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. ogromnie się cieszy. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. paliły się świece. eby się przekonać. Przysypano go przez pomyłkę. Będzie mógł się pokazać. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. prowadzących na podwórze i do ogródka. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. co tam się dzieje — zobaczyłem. Był w dostatecznie złym humorze. e. wiosenne kwiatki. a tu. wiem. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. nie czując cię aru. Rano — sensacja. Postawiliśmy stra . W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Co do mnie — o nic nie mam alu. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. w kawie. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. ani czapki nie zdejmie. ałobnego kroku. który tak się cieszy. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. głębokim jak przepaść. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. e mam kołdrę w proste. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. Ale w obawie przed donosicielami udał. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. jesienne listki. Zapędził mnie pod kanapę. torpedę. Jest zalecenie. Ale przypomniałem sobie. trzeba się było dobrze nachylić. Podobno są to nasze kontrminy. e to na skutek skąpego oświetlenia. co chwila ponosiła. Nawołuje tak e do czynów.. jest pokazany wzorcowy generał. eby kawę pić tylko przez rurkę. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę.” Na wystawie. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. który mieszka pod schodami. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. Ma zapalenie spojówek.. kto spiesząc przez miasto. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk.

Wyłoniło się centrum. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. proszę pani. jakie prze ywamy. — Za ojczyznę! — krzyknął. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. Zgadzając się ogólnie z tym. Zwykły kot. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. to ci tatuś zje obiad. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. z tymi choinkami. wibrujący ton. ale jak oblę enie. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. Słysząc to i widząc. który ni stąd. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. inni w dniu święta kościelnego. W rodzinie dozorcy domu. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. traktując ją jako przejaw oportunizmu. Czołgając się. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. — Powiesi się bańki na asparagusie. — Ach. lepiej na asparagusie ni na niczym. e trzeba strzelić z niej do wroga. — Tak. Widocznie znowu coś się stało. a mo e poszedł do okulisty. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. ale jego te zabrano. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. Podobno tylko jeden miał legitymację. Naprawiła mi szelki. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. którą widziałem przed ratuszem. zrobili zdjęcie. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . Sprę yny wydają długi. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. e to nie jest tekst godny czasów. które tam o tej porze się włóczą. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. to oblę enie. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. Miał złamaną nogę. Zastanawiała się chwilę. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Gosposia wróciła z wiadomością. które uwa a. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. gdy go podnieśli. Zaprowadzili mnie do fotografa. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. ma pan rację — powiedziała. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Wzruszyłem ramionami.

e nie ma pojęcia. nie mogłem go ściskać oburącz. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. Wymknąłem się do gospody. Oczywiście. Czy jest coś piękniejszego. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. W południe — dwie wa ne nowiny. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. wędrując coraz to dalej i dalej. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. który okazał się kanonierem od naszej armaty. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. Pole eć gdzieś w trawie. ebyśmy wesoło skakali. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. Po południu znowu mi pękły szelki. w uznaniu za swą ochotniczą. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . krzątaniny. Widziałem ją. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. Niezdecydowany. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. pełznąc pod murami. w letni dzionek — morza. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Omal się nie rozpłakałem z alu. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. Nasz staruszek. między innymi w oknie mojej sąsiadki. Zwierzył mi się. Z krzykiem. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. podnosząc szklankę do ust. Zresztą. eby je naprawiła. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. Pory roku zmieniają się tak cudownie. Na pięć kroków nie widać. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. Okazało się. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. które odtąd będę stale nosił przy sobie. Co do mnie. Jestem pewien. e mam pęknięte szelki. gdzieś na krańcach obwarowań. Wydano oficjalny komunikat o tym. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. tak subtelnie zmieniający dekoracje. Jedna z instrukcji przewidywała. e czas. Wieczorem poczułem się zmęczony. mo na patrzeć na południe. pobiegł na miasto. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. Wstyd mi ju prosić gospodynię. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. była tak lekko ubrana. snułem się po ogrodzie. e dr ała z zimna. e wyszedłszy na mury. Wracałem. Było z tym zamętu. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Sądzę. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. zaglądając do okien. Niestety. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. tak sobie tylko myślałem. jak się z niej strzela. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. by pójść na majówkę. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. czujną walkę z wrogiem. W niektórych jeszcze paliło się światło. Pomyślałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. jak on mnie. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. Bałem się więc. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. moja gospodyni coś pruła i szyła. Czas płynął nam szybko. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność.

Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły.. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. natknąłem się na nie dokończony obelisk. Jeśli chodzi o mnie. ale nie dbałem o to. pachniał jeszcze naftaliną. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. — Jutro strzelają. przewa nie ju w hełmach. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. podobno. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. poradziłem sobie najprościej.. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Ogarnęła mnie nieśmiałość. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. Hełm powinien być twardy. jak mogłam. to na wypadek. Byłem zaskoczony. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. Le ałem przez chwilę zaskoczony. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. długo stałem w oknie. poległych w pierwszym dniu oblę enia. a co by mnie uprzedziło. Posuwając się wolno aleją. niepotrzebny czajnik. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. stojąc naprzeciw niej. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. choćby brytfannę. jakby wstydząc się. zupełnie mo liwe. Doniosła mi o tym moja gospodyni. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. Tylko. Zgasiwszy światło. — Jak cicho — potwierdziła. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. liczyłem na to. kiedy sklepy będą zamknięte. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. ludzie mówili o tym dość du o. Przed gospodynią tłumaczyłem się. te nie wychodziłem z domu. co mogło jej sprawić taką przykrość. na pró no starając się domyślić. Wieczorem. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. 73 . czego się spodziewałem: spokój. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. wie pani. — Pocerowałam. kiedy była mała. — Jak cicho — powiedziałem. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. Wszyscy spieszyli się. zupełnie młodo. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. w Dniu Strzelenia. znalazłem to. powiedziałbym. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. Jak wiadomo.. Co się tyczy samej majówki. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. mo e jakiś stary. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. Gdy wyszła. Rzeczywiście. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. e były inne powody. trochę za mało sztywne. gdyby. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. — Tak. usłyszałem. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. które miałem ze sobą zabrać — gazety. — Co ja zrobię? — zmartwiła się.. Pomyślałem. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. e moja gospodyni płacze w kuchni. Strzelenie z armaty nie udało się. Wieczorem. co będzie.

kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. w górze. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. Mało kto mnie widział po drodze. równoległymi wałami. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. jak z kimś rozmawiała. Prosiła. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. ni sam się spodziewałem. co naturalnie wynika. W drugiej niosłem kanapki. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. który był tego powodem. o ile to jest mo liwe. e zobaczę sąsiadkę przez okno. a oni są o tym przekonani. zieleniącym się bujną. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. było jeszcze słonecznie. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. Wpatrując się weń. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. Przecie w tej dolinie byłem sam. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. Skierowałem się na południe. Wkrótce ju miałem go za plecami. w tej nadziei. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. które stale przytrzymywałem. bez spoczynku. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. głucho i głupio. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. jedną ręką. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. e serce boli mnie tępo. Mury tchnęły łagodnym. zostawiając sielankowe. dla wszystkiego. Na szczęście nie dostrzegł mnie. czułem. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. Zmierzałem ku jej staro ytnym. Zaszedłem na podwórko. Naprawdę kochałem moje miasto. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. dawno opuszczonej. jak zwykle. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. co jest mądre i proste. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. w swej dobrowolnej słu bie. przytrzymywałem spodnie. 74 . zapuszczałem się między milczące bastiony. Tote z przyjemnością yję. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. Szkoda. głębokim ciepłem. drugą podałem dozorcy. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. jego dnem. Wszystkie moje ksią ki. Radowało mnie. e było ju szaro. Uleciała z nich cała wojownicza treść. Nie zobaczyłem jej. słyszałem tylko. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Tam. Starając się nie czynić adnego szelestu. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. Zmęczony trochę szybkim marszem. Cieszyłem się. ozdobioną małym. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. ale jeszcze wyniosłym wałom. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. e moje przewidywania okazały się słuszne. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. tu przed drugim sianokosem trawą. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

. nie siądę ci na nagim barku. które przecie było tak blisko. a ty myślałeś. mój ty du y. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma.. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja.. Mnie świeci ostatni zachód słońca. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. dobrze pamiętasz. tu. czy małodusznie zapomnieć. Warto te było potem patrzeć na ciebie. ani te . jak to wszystko. ogromny i niezgrabny. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. pełne finezji krą enie wokół ucha. przyznaję. wiesz. ale nie ma tak e długich dni. Cicho tu jest i biało. e moja malutka. Dziś jednak. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. gdy golisz się przed lustrem. cały w kosmatym swetrze. I czy opłaciło się tak przeklinać. znowu po raz któryś w yciu. kim i gdzie jesteśmy. koniec.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. z otwartymi ustami. Tobie — arówka. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. jak byłeś łaskaw się wyrazić. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. sześćdziesiątka. między szybami okna. Sami chcieliście tego. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. po kilka razy dziennie. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. Pokonany. kiedy ju wszystko minęło. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. „uskrzydlonym robakiem”. z białawą plamą twojej twarzy. na pół śpiąc. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. pla y. czego się spodziewałeś na początku maja. czy nie — wielka i pełna majestatu.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. Pamiętasz przecie . czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy.. e wraz ze mną. zaklejone starannie paskami papieru. zachowaną po to tylko. Tak więc — nas ju prawie nie ma. Jak wstępowało w ciebie lato. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. kto wie. Za to. — a pisząc te słowa. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. z drugiej przestwór nieba. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. zgodnie z waszym yczeniem. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. Jest nas trzy. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. Koniec. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. 76 . kiedy patrzysz teraz na mnie. i bardzo jasno. odczuwam gorzkie zadowolenie. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. e uda ci się mu sprostać.

naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. której nie oświetliłem. a i dla ozdoby równie . jak się nazywa. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. e przepełnia go lęk. nijakie. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. Wisiał tak na włosku. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. o której nie wiedziałem nawet. Le ąc na dywanie. Wycierał nogi hałaśliwie. którzy co prawda rzadko u nas bywali. jak zawsze. 77 . zgrzebna. Trzymamy go na wszelki wypadek. Fakt. jak mocno go to obeszło. wrzucony między ornamentalne wzory. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. na pograniczu metalu i powietrza. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. Przez chwilę przedpokój był pusty. nad samym środkiem przedpokoju. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. Biała. na klatce schodowej. e patrząc na niego. Wszystko to były formy bryłowate. które były do połowy oszklone matową szybą. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. — Za wysoko — mamrotała. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. a zarazem ubikacji. szlachetniejszą. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. podsufitowych ciemności. w co zaopatrywano łazienkę. Znalazł je dopiero po chwili. Ojciec oburzył się. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. Pierwsza. Jednak jakiś nowy blask. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. Słu ąca nie usunęła korda. jak tylko w mojej wyobraźni. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. doczekałem się te ilustracji. mimo e niezrozumiała. le ała pod drzwiami. Gości. Franciszka odeszła. zaczyna i kończy. sam niewielki. Zakradłem się tam po kartki powieści. doznawało się swędzenia w karku. Byłem dzieckiem. wyłaniając się z najgęstszych. Gdyby nie to. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. tędy. co — jak się okazuje — zawodną. jasny i chłodny zapewne. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. kiedy nie znany nam. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. gdy . Tak oczekiwałem na powroty ojca. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. w jednym punkcie tak intensywnym. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. z zawiniętymi rękawami koszuli. Potem zniknął w stołowym. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. Wybuchła awantura. a ściślej mówiąc — odcień blasku. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. zamazane półmrokiem. której treść nie nadawała się dla dzieci. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . Przedpokój był zazwyczaj ciemny. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. W górze.

proste i zawsze nieruchome ostrze. e zakrztusił się ością. Z ka dego zakamarka mieszkania. Zdarzało się. a doskonała jedność jego kształtu.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. czystym. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. o blasku tak głębokim. W kolorach czarnym i białym. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. widziałem w półmroku wyraźne. u powały nagi miecz. załamywała ręce. 78 . Było jednak coś enującego w tym. W alkowie — łó ko. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. w sypialnym. choć nieco inna. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. z jego głębi. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. Na niebie księ yc — sierp. równie naga. e nie lśniło wulgarnie. choć nieczęsto.

W jakiejś chwili ukazał się ktoś. e wszystko odbędzie się jak zwykle. ale jest przecie odkurzacz. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha. są tylko pantofle na wojłoku. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. e to ode mnie. to trzeba tyle. co?! — Szmat nie ma. miał równie kapelusz. nie. — Proszę nie dyskutować. ile trzeba. Zresztą mo na trzepać na dole. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. Myślałem. tylko nie wszystko.. Ja wstrzymam na chwilę oddech.. Ale. Byłem tak zdziwiony. Określając ją w ten sposób. — Czy pan naprawdę sądzi. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. — A pan myśli. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. Zresztą proszę nie robić uwag. chcę powiedzieć. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. Ja jestem człowiekiem. dokładnie o siódmej. koniecznie fartuch.. bo w komórce spaliła się arówka. e pan. nic nie da się oszukać..Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. znajdzie je pan tak e w komórce. Froterkę po yczy pan od sąsiadów.. nie przeczę. Trochę wy szy ode mnie. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. a przeschnie. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. bo potem wszyscy wychodzą. Wszystkiego wychodzi tyle. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. jakie warunki. — Jak to. Jutro. linoleum zwinąć. ani te przedmiotu. Zlew przetkać. aby wydać się energicznym i pięknym. 79 . jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. Pastować lekko. Sam pan widzi. proszę sobie wziąć kawałek. obcych nie wpuszczać. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. równie i ściereczki. — Nie. Szedłem tą drogą. W dodatku jest winda. e nie mo na nadą yć.. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. Tak było tylko do pewnego czasu. — Które piętro? Pewnie szóste. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. Zresztą — jak pan chce. — Ale nie! Czwarte.. Przydałyby się szmaty filcowe. to doprawdy niesłychane!. poczekać. e ja. a jak pan myśli. Dostanie pan fartuch. kto szedł mi naprzeciw. geranium podlać. Powiedzieć. — Nie. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. na kredensie. o wiele szerszy w ramionach. światło musi pan zapalić w przedpokoju. le y ementaler. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie.... W kuchni. na podwórku.

Jest pan dorosły. to by było mniej więcej tyle.. 80 . — Proszę nie pleść głupstw. krokiem sportowca. — Ja się boję. materace przetrzepać. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. Jasne. nie zostawił mi przecie adresu. bo sprawdzę. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. dopóki nie zniknął. klamki proszkiem. nie oglądając się. poczułem się bezradny. Odszedł. Szafy odsunąć. Kipiała we mnie obra ona duma. okna potem na sucho trzeć długo. ścian nie ochlapać. e jest. — Głupstwa. bo rozprasza.. Do widzenia. radio wyłączyć i nie słuchać. Mo na się otruć. No. Spoglądałem za nim. krzyczała zraniona godność osobista. bezbronny. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. Mam reumatyzm.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Woda grzeje się w piecyku gazowym. Nagle zrobiło mi się głupio. firanki zdjąć.

sakwy i kuferki gromadziłem. Czas było wyruszyć. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. jak generał swą armię przed bitwą. Bo trzeba wyznać. ebym zabierał pył z tego obejścia. nie była inna — zawsze zimna. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. wprost z upału. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. dla ozdoby. drzew orzeźwianych wiatrem. odje d ając. Tak właśnie mówiłem do siebie. w obliczu dnia. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. gładka. Daremnie. a ich tłum był właśnie tą jedną. bramy otwartej na oście . Zły byłem na tę maskę. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. Dosyć. Koń czeka osiodłany na podwórzu. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. Na có . Wa ne jest tylko to. „Tak. Nie ma powodu. jak pamiętam. wypalony na jej wypukłości. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. Chodziło o to. kurz podró ny. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. pakowna skóra. Odje d ałem na zawsze. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. tak. równie białawymi. miałem zdobyć inne. Klękam na zimnej posadzce. na stole z surowych desek. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. Wszystko zale y od okoliczności. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. Jedź”. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. Kto wie. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. rzemyki. e wszystkie płótna. e to nie ma adnego znaczenia. wiele prze yłeś”. kiedy była mowa o Bizancjum. ale to ju będzie droga. pod oknem. zasługuje na to. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. Koszyki. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. Nie martw się o mnie.. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna.. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. wielką radością. poniewa nigdy. grubymi. Dzisiaj sam widzi. 81 . Dosyć ju prze yłem w tym domu. niby to promieniami. Dzisiaj. je eli jest się mną. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. ebym opędzając się przed nią. Kiedy wchodziło się na nią boso. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. nie mogłem pominąć stołu. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. Zostawiając to wszystko. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. ale kiedy chodzi o to.. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. choćby myślało się nie wiadomo o czym. eby wyjechać. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. Wychodzę do sieni. choć bezwiednie. Niedorzeczna myśl. nie dawała mi spokoju. W drodze pokryją się znowu kurzem. który był świadectwem mojej klęski. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. Uległem przezorności po to. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego.. Brudna degeneracja mozaiki. chrzęszczenie i szorstkość. nieskończone wszystko. Nigdy nie jeździłem konno.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. eby oczyścić buciki. eby nie zapomnieć o pieprzu. u licha. Jest betonowa i głupia. Niby to wyobra enie kwiatu. a tak e od mojej argumentacji. domu. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. Udawałem przed sobą. o której uczyłem się w szkole.

zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. z osobna. a moje nogi. bo zaczęło się zmierzchać. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. siedziałem jeszcze chwilę. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. Komponowałem się te całkiem z bliska. półprofilem. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. Wiedziałem tak e. ku memu cichemu zadowoleniu. przed kim wyłonię się znienacka. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. eby usiąść na chwilę. eby jednak wypełnić ten krótki moment. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. Tak myślałem. po drodze rozsiodłałem konia. eby się nie zmiął i nie zakurzył. gdzie mają stąpać. a potem zakręciłem się w kuchni. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. znieruchomiałe. spokojnie. Przez okno widać było słoneczniki. kto z podniesionym czołem. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. Wyszydziłem te płot. odymając wargi. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. w przyszłą burzę i deszcze. Zaczął się paciorek małych czynności. czyni mnie kimś. Posiliwszy się. eby nie wywietrzał do jutra. A poczułem. Przeszedłem podwórze na ukos. Nędzne. wiedziały niezawodnie. czynnostek raczej. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. siny i zielony od zbutwiałości. eby się nie męczył. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. ju nie tak usilne jak w południe. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. protekcjonalnie odniosłem się do studni. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. eby sprawdzić.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. a moje poczucie estetyki. długie i mocne. przypomniałem sobie. a potem zapaliłem świecę. 82 . postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. coraz sprę yściej. co ju miałem za przeszłość. Południe musiało ju minąć. Ostatnie spojrzenie. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. Cofając się najpierw o kilka kroków. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. przemierzając podwórze szerokimi krokami. krótszą nogę stołu. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. poni yłem drewutnię. głód. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. e tamto chodzenie po podwórzu. Przybierałem równie pozę nieruchomą. e ju za chwilę stanę się głodny. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. nie najlepiej wykonanym stole. Słońce. jakie wra enie odniesie ktoś. eby się nie kiwał. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. nadając sobie odcień znu enia. potrzebnych do tego. teraz czy potem. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. rurastych nogach i wszystko. zabrałem się do roboty. Maszerując tam i z powrotem. czy te na lewym ramieniu. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. bo wiatr ju umilkł.

— Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. eby była tam. Artur milczał. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. Czułem. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. Koromysła równoległe do ziemi. jakie piękne akcenty pionowe. Nagle o ywił się. Wtedy stwierdziłem z bólem. eby tak to wyrazić. Grupa kobiet szła obok drogi. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. — Patrz lepiej na swoje nogi. Spojrzałem do lusterka. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. obrobione. — Sam mówisz. na podszewce tego. 83 . od której zaczynały się włosy. ale Jakoś tak płasko. ale stałego znu enia. ja czuję. jak e więc chcesz. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. Posuwaliśmy się teraz.. Poziom zawrze wszystko. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. e poza nim. e zje d amy. Przeciwnie. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. drewniane. Dachy domostw. kiedy nie będzie. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. Wywoływało to uczucie nikłego. wypadała prawie tu nad brwiami. Coraz więcej tarasów. ale przebiegał ju pod drugą. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. poni ej. do widnokręgu. które od czasu do czasu mijaliśmy. całkiem ju wyraźnie. to nie będzie. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. e zmierzamy ku czemuś. Przekonał się. no to zniknie i nie będzie jej. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. Wiem dobrze. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. e Ju po nim. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. a zrozumiesz. złowró bnie poziomiły krajobraz. stawały się coraz bardziej płaskie. trzeba było przechylać głowę. e je eli jej nie będzie. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Na ramionach niosły koromysła. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. choć to opanowanie było tylko pozorne. których spotykaliśmy dawniej. ono jest cały czas. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. Co do mnie. Czoło obni yło mi się znacznie.. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. — Artur! — zawołałem. e mi opadają pończochy. do wszystkiego. Artur krzyknął. co nazywamy górowatością. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. Uszy mu dr ały. Tak jednak jakoś wychodzi. — W porządku — mruknąłem. Miałem wra enie. po pochyłości. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. Jesteśmy więc. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. Linia. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. e będzie. Zdaje się. e w górę i w dół. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile.

Dusza. bez nó ek. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. aby tam się przeciąć. — Pion! — szydził. — Zastanów się! Załó my nawet. mój chłopcze. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. e nie ma dwóch poziomów. twój ideał osiągnięty. e mam horyzont w kręgosłupie. Przed nami był długi most.. czy wasserwagi. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. rosły w nim grzyby. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. skierowanej pionowo. zmaterializowany w łopacie grabarza. jestem po stronie tej ostatniej. Arturze. absolutny poziom. ale tylko same kapelusze. Weźmy więc przykład. choć czułem. Dobrze. — Nie pojmujesz. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. e masz rację. dusza. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. — Poziom. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko.. Artur śmiał się jakby szalony. w glinę. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. A więc pion. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. ni szego i wy szego. 84 . jest tylko jeden wspaniały.

ale i tak musielibyśmy się spotkać. jak i podwórko. Teraz ju lato. Le ę na pryczy. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. przebywa jakiś kolega. niezbyt głośne. Nieraz z jego celi dobiega regularne. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. zwłaszcza wieczorem. 85 . gdzieś w jego głębi. wszystko owinięte echem. ale je eli kretowisko. Kiedyś zdarzyło się. Nie wiadomo tylko. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. Nieraz widzę. ale ja tam nie chodzę. Jest to naiwne kłamstwo. e nie ma. Widzieliśmy. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. w którym się znajduję. jakby młotkiem o coś twardego. gdyby nie nisza. niby czegoś tam szukając.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. ustawione ciasno. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. choćby nieznacznie. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. spokojny. cały bladoró owy i bladoniebieski. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. Odwróciliśmy głowy. Raz tam zajrzałem niechcący. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. potem wpadają w czerń. Cela. które ma usprawiedliwić sklerozę. co stuka. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. Przecie podłoga jest z betonu. e wchodząc do korytarza na parterze. w gmachu. Kołyszą się zawsze. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. ale najczęściej nic nie rysuję. Czasem wychodzę. Dookoła więzienia rozciąga się las. Zobaczyłem kawałek koca. co mi przychodzi do głowy. Potem będzie jesień i zima. od czasu do czasu kroki. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. Instalacja elektryczna te przestała działać. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. ani czasu. Wiem. o złotych poręczach. czy w tym lesie są zwierzęta. ale te . w którą skręciłem. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. W nocy nie wychodzę. Węglem rysuję na ścianie to. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. e gmach jest zamieszkały. To znaczy kretowisko. e lato wnet się skończy. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. wtedy nie zapalam ogniska. choć trwające po kilka godzin stukanie. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. to musi być i kret. poniewa korytarze są puste i kamienne. Nikt nie opala ju budynków. nawet podczas ciszy. Raz. słychać jakby stąpanie. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. W tej niszy nic nie było. cień i światło. gdzie nas niegdyś zamknięto. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. choć twardsze. Z piętra widać wierzchołki drzew. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. eby nazbierać nieco chrustu. Zresztą on te zawrócił. Więzienie. W długich odstępach czasu. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Na tym samym piętrze. o kilkanaście cel ode mnie. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. światło podchodzi mi do gardła. Kontury dachów są jakby srebrne.

Otaczali go nastrojem rewerencji. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. świadomy nietaktu — poniewczasie. sądząc choćby po sposobie. cały szacunek. Odwróciłem się gwałtownie. Któ pomaga 86 . Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. równie mi nieznajomych. kiedy on zabierał głos — wskazywało. — Nie przeczę. poło ył mu rękę na ramieniu. w jakiej się do niego zwracali. — Coś w tym musi być. e Robert N. był dzieckiem wątłym. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. wydaje mi się jednak. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. tak zapadnięte. — Mo na — wtrącił Gucio. głęboko osadzone. umie przesuwać przedmioty. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. — Stopniowe wychowywanie artysty. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. milknięcie wszystkich. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. doktorze! — wykrzyknąłem. i policzki. — A jednak. nawet uwielbienia. Jak się domyśliłem ju po chwili. — Te ukłony. e zostanie artystą. głos miał równy i twardy — oto sedno. spotkałem wiele innych osób. Profesor Robert N. miernej i rzadko grywanej. To doktor P. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. Wśród ciszy Robert N. nie dotykając ich. z daleka. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. choć był starannie wygolony. e profesor N.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. czy pan wie dokładnie. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. jak Beethoven. drogi doktorze — odpowiedziałem. spojrzenia. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. Robert N. jakby nosił miękki i ciemny zarost. e rozmawiali o muzyce. Stali albo siedzieli w solennych postawach. i wydawało się. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. dyletant i cynik. był kompozytorem. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. mimo e na przyjęciu u W. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. zale nie od dyskutowanego tematu. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. e pan Robert N. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. o wyrazie bolesnego napięcia. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. — He he he! — zaśmiał się doktor. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory.. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. pobła liwość i długoterminowy kredyt. jest autorem jednej tylko kompozycji. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. e profesor Robert N. A więc niech pan się dowie. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. rozglądał się z nonszalancją. forma. — Mo na. jest nie lada autorytetem. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. Mozart. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. koneser. lekkoduch i birbancik. jest prawdziwy. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. Bach i tylu innych przed nim. który go otacza.. Robert N. twarda dlań szkoła. e wydawało się. Był to profesor Robert N. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. Gucio. — Ale . Czy pan jednak jest pewien. Wytę ając słuch. mającą pokryć niepokój. które następnie wyrzekł. ale mogłem dosłyszeć.

gdzie siedział profesor Robert N. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. Równie wysiłki ze strony Gucia. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. Był to. Jednak nawet i to. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. jak wyjaśnił krótko. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. nie zbli ając się do niego.! Jego niezłomna wola. Otó . profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. je eli zostanie. Z miernotą inna sprawa. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. kiedy wniesiono zakąski. Rzuciłem okiem na doktora. Temat ten. dość skąpo. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. co mówił. w którym. Proste zadanie. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. samą tylko silną wolą. aby zostać uznanym artystą.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. Oczy płonęły. Posadzono mnie dość daleko od profesora. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. jakie musiał jednak pokonywać. Jego srebrne włosy wichrzyły się. ale stanowczym tonem. tak jednak. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. e mogłem słyszeć jego słowa. Profesor powstał. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. trzeba to przyznać. oraz własnych spostrze eń. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. Udało mi się w ten sposób podchwycić. Kiedy opuszczał konserwatorium.. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. nie był wolny od wra enia. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. Podano mu więc szpinak. Znając przyjemność.. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. e kiedy w pewnej chwili od strony. co opowiedział mi doktor. Podejrzewałem. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. oddzielony od nich murem. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. po męce twórczej. e nawet sam doktor. a dzień. podał nauczycielowi palto i laskę. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. ywo rozmawiającego.. mimo e silił się na lekki ton. przyniosła mu pełne zwycięstwo. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. Nic te dziwnego. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. nie wyjmując rąk z kieszeni. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. w związku z tym. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. W jadalni zapanowała cisza. był ju bardzo popularny. jego zwyczaj wynikający z systemu. Siła woli. Narzekałem. było dostateczną przyczyną. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej.

Sekundy mijały. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. 88 . Był to du y. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. Dźwięk powtórzył się. aby jej nie przynoszono.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. nie poruszając głową. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. Gucio na oślep szukał butelki. Obecnie pragnę zło yć dowód. Nagle wszystko ucichło. — Na samym środku. wybiegł. Proszę zadysponować. Znowu cisza. Przecząco potrząsnął głową. Rektor B. Doktor P. — Skończone. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. złociście przypieczony ptak. — Raz. niosąc półmisek z gęsią. Profesor uchwycił krawędź stołu. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. Chwila ciszy — i lekki szelest. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. kurczowo zaciskając powieki. potem nagle nastąpiła pauza. Wrócił za chwilę. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. otoczony mgiełką aromatu. Ukazał się nareszcie. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. zapytał: — Co tam jest? — Hall. która właśnie ukazała się w drzwiach. Cisza — i znowu dźwięk. Potem opadł na krzesło. Nie wracał długo. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. Odniesiono go do kuchni. zupełnie blady. — Pssss! — odparłem. Profesor. dwa. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. Ciągle ta cisza. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. podskoczył i wybiegł. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. na parkiecie — powiedział cicho. — A taki jestem głodny. Profesor zebrał się w sobie. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki.

Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. choć dawno ju się do tego zabierałem. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. Strach pomyśleć. e to oni są najlepsi. to skąd mogą wiedzieć. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. Ja rozumiem. biedactwo. e znajdą się tacy. bo nie mam wojska. Całe szczęście. jeszcze osiem osób. chwała Bogu. e nasz powiat jest ubogi. Za młodu ró nie ze mną bywało. Jestem ofiarny. Nie tracę jednak nadziei. ani wojska. bo mówił. ebym ja był władcą świata. Ja rozumiem. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. eby panować.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. a jestem najlepszy. Bardzo mo liwe. jak chowam się w ogródku za domem. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. e to nikt nie jest mną. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. tylko muchy się topiły w kałamarzu. 89 . jak umie. Teraz dopiero. e to zbieg okoliczności. to mogę się tego podjąć. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. e jest się najlepszym. bo ogródek jeszcze mamy swój. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. w tym dwoje z inteligencji. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. Po pierwsze. Prośbę moją uzasadniam tym. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. a nie dlatego. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. eby moją prośbę poprzeć. kto ma wojsko. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. e ja jestem w sobie i wiem. e jestem lepszy. jest ich jakby mniej. bo zięć ma na utrzymaniu. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. e dla wszystkich byłoby lepiej. Mam więc trochę czasu. jestem lepszy od wszystkich ludzi. e wszystko kosztuje. jak ju powiedziałem. a nawet większe. jaki to ja jestem. a jarmarki zostały zlikwidowane. tylko dlatego. bo oni nie są mną. to piszę. pod jesień. Nie mam więc ani pieniędzy. Wczoraj zięć mnie zamknął. e za du o jem. mówi. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. Oświadczam. Nieraz. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. e ma się wojsko. Moje szanse są więc równe. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. jakby palcem. bo powiedzą. co temu zaprzeczą. poza mną. Jeśli będzie potrzeba. e jest najlepszy. bo będzie industrializacja. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. e ma wojsko. Ty tu porzeczkę. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. Ka dy. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. tylko o ludzkość. a to porzeczkę skubnę. same piaski. Zięć idzie.

świe ości i tej słodyczy. ale gładko. która nie płynie z niczego. na której wspierał się obły kikut kolana. Proste potrawy. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. co następnie zobaczyliśmy. poczciwy. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. które pojawiły się po obu stronach alei. częste. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. stojący przed nim na stoliku. a w najdalszym zakątku. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. w kurtce podobnej do tych. ciemne i pozbawione firanek. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. altana. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. Pewnego dnia. podeszliśmy ku altanie. prowadzącej w głąb starego parku. e zaznam spokoju. Właśnie czas był przepiękny. To rzucając. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. siedział mocny. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. Pośrodku stał skromny pałacyk. obiecując sobie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. gruby mę czyzna. szczery. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. bez zacieków. Korony drzew łączyły się w górze. szczelnie zapięty pod szyję. yznych krain — po pewne. To. Mój przyjaciel. Odziany był w surdut wojskowy. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. wesoły. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. tynkowany ciemno ółto. w szarej mycce na głowie. to rozmawiając na tematy powa ne. wśród kurzawy dróg. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. jedna z tych. Nie zawiodłem się. dzikiej winorośli. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. dość wąskie i jednakowe. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. Staliśmy na środku dziedzińca. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. lecz schludną. Piosenka była skoczna. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. widocznie u ywana od dziesiątków lat. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. zdyszani. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. W altanie. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. o to. jego twarz z pękatym. gdzie ju zaczynał się gąszcz. aby za chwilę. dając przyjemny chłód i cień. skąd właśnie dolatywała muzyka. wiosna przechodząca w lato. równie dokładnie wysypane wirem. równie nie zasługuje na wiarę. to łapiąc obręcze. wypolerowana była i lśniła jak heban. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. du o ruchu na świe ym powietrzu. Na ławeczkach. Okna. Po roku spędzonym na pilnych studiach. blasku słońca i pełnych manierkach. starał się. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. a przynoszące chwałę zwycięstwo. ani spostrzegliśmy. po to. wypłowiały. dalekie wycieczki. przy chłodnym wietrze. chłopiec prostolinijny. jaka płynie z obcowania z naturą. zaprosił mnie do siebie na wieś. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. a drewniana proteza. ale jest substancją 90 . Wkrótce spotkaliśmy inwalidę.

ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie.i miałem więcej okazji do tego.. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem. w obliczu trójrękiego. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. spojrzał na nas nagle. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. tak nadzwyczajnie wymowne. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. Za to on zachowywał się swobodnie. którzy w boju stracili rękę albo nogę. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. zawsze. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. odło ył piszczałkę. nie wiedząc jak. w milczeniu podnieśliśmy kufle. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. 91 . Pochodził z rodziny. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. — Proszę... ale to i lepiej.. wcią wirują w niej. siłą rzeczy. daleko od siebie. A je eli chodzi panom o to. rubasznie. lecz. zacierając dwie ręce. samą w sobie. pieniąc się przyjemnie. splatając dłonie i gładząc podbródek. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. e sami. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. Powiecie. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. — Jesteśmy tu odcięci od świata. Poczułem zniecierpliwienie. — Ale jest tych urwipołciów. Czy nasza to wina. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. — tu utknął i zaczął czerwienieć. Nazwania. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. ile pan zechce! — zawołał. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . Mało kto odwiedza biednych inwalidów. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. panowie. proszę. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz.. oburzony. lustrując nasze mundury i oznaki..Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. bo okolica zdrowa. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. Nie wiedząc. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. e to jednak niesprawiedliwość. — Proszę wybaczyć... a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa. mimo ich mnogości. yjemy tu daleko. wśród lasów. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie.. — Ale oczywiście. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. Być mo e. jak trójramienny świecznik — . co na to odpowiedzieć. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie.. — Dobrze powiedziane — rzekł. musiały wyniknąć nieporozumienia. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. — Panowie studenci? — zapytał. a było to. lecz wesoło.

w samym środku bitwy. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. który wtedy brałem szańce. w sam raz dla świata. Nie miałem ju krewnych. — Zresztą.. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. lśniący tasak. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. z dwoma czy z jedną. na bli sze. To odwróciło losy bitwy. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. Myślicie. ale o nadmiarze. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. Łysina zalśniła łagodnie. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. Po ka dej kampanii. zamykałem się w szynku i przepijałem to. i nie rozumiem. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. 92 . które zawodzą: „Powró yć z ręki. niedołę ny i bezbronny. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. Demokraci interpelowali w parlamencie. równie nie miałem równych. wraz z korzonkami. gdybym stracił jedną rękę. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. stare. panowie — na pewno nie. niezgodność uczuć. usłyszeliśmy wysoki. e ściął mi wszystkie włosy. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. kiedyśmy wracali do stolicy. Dlatego te . więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. to by ju było coś.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. Stracić dwie ręce — tak. panowie! — i zdjął czapkę. czasem wydaje mi się. wierzcie mi. W grabie y miast. drugą podnoszę nasz sztandar. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. któremu urwało rękę. kiedy skończyła się wojna. Rozpierała go taka radość ycia. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. e coś mnie łączy z tymi tam. przeciągły. — Patrzcie. — Byłem zawsze w ogniu. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. dzwoniący zgrzyt.. który słania się w siodle. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. zdrowie i nadmiar. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. Do zmierzchu było ju niedaleko. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. znalazłem się bez środków do ycia. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. taka junackość. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. — znów wskazał na budynek. któreśmy zdobywali. Jedną ręką ścinam grenadiera. która ręka jest ta trzecia. zawsze jakieś niedopowiedzenia. e jestem śmiertelnie łysy. Panowie rozumieją. Ja. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. A ja. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. Nikt nie mo e zaprzeczyć. Niegdyś uratowałem mu ycie. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. Więc kiedy po wojnie. — A poza tym. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. ale dla mnie. Nie poszło to łatwo. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. — Jasne — przytaknęliśmy. ró nice w osądach. byłem nędzarzem. panowie: trzy ręce — to za du o. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. chytre ropuchy. Cyganki. Przyspieszyliśmy kroku.

nie uwa ał i biegał. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie.. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . garbił się. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. Nadeszła chwila. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. nie rozglądał się. zasypia smacznie mały chłopczyk. pragnąc jednym. Zrozumiał. od biegania do biegania. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. e metodę mo na znacznie udoskonalić. i inne. w pysze. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. za bieganie i pocenie się — hak. Jednak nie był jeszcze pewny. co dawniej było nieosiągalne. Stał anioł stró bezsilny. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. Łatwość. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. Nie mógł mieć wątpliwości. nieruchomo wpatrywał się w noc. 93 . To bił go anioł stró . To miara ofiarności.. Gdy znalazł się sam w pustej alei. za garbienie się — blacha w czoło. e tatuś tak nie robi. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. I nagle gorycz wezbrała w aniele. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. głuchy na głos dobra. Grzecznie przechodził przez ulice. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. Dobroć. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. liliowy pokój dziecinny. długo. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. Na uboczu. olśniła go. zhańbiony. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. łagodna perswazja. Nic nie mogło go powstrzymać. Na łó eczku. zasypia rozmyślając o tym pewnie. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. Oderwał dłoń od czoła. Wyjadał konfitury. e nawet wtedy. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. jaką odczuwa pobo ny organista. Podano mu śniadanie. Od mleka było mu niedobrze. Wkrótce odkrył. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. dr ący i zachwycony. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. W milczeniu wypił mleko. paciorka nie zmówił. A więc anioł bił go ju dla wprawy. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. na wszelki wypadek. jak to jutro będzie się garbił. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Nastał ranek świe y i krzepiący. Na nic. małego bohatera. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. Od garbienia się do garbienia się. za niezmówienie paciorka — faja. za hałasowanie. Jak zwykle nie chciał pić mleka. kiedy tatuś pracuje — byk. nie przystawał. Ten zerwał się przestraszony. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. ukojenie. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. z jaką teraz osiągał to. nie zmówiwszy paciorka. Anioł. cisza. słodycz. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. Miał się na baczności. Ani przypomnienie. z wypiekami wstydu.

bo wiedział. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. Chłopczyk oddalał się polami. nie garbił się. by mu dać bodaj haka. tajemniczo zamknięty w sobie. dojadał. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. Niejednokrotnie. On zaś pracował wytrwale. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. wnikał w tajemniczy świat molekuł. w nocy.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. Następnie zainteresował się chemią. Nie biegał. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. a on. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . odmawiał. Pewnego razu. Uparta. myśleli. Czas mijał. pochylony nad podręcznikiem. 94 . Poczęto uwa ać. widząc. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. gruby i spokojny. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. e wypija teraz całą szklankę. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. Zaczął obserwować otoczenie. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. gdy siedział w parku na ławce. nie próbując nawet biegać. Spowa niał. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. Zmienił się tak e zewnętrznie. nie hałasował. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. wysadzony nad podziw umiejętnie. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli.

— Nadać ramę. jak na otwartą równinę. której przecie sobie nie yczymy. Rama? Ot co jest potrzebne. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. — powiedział półgłosem. to rama porządkująca to wszystko. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. czyste i nieruchome. I dodał: — . Jedyne wyjście. Niebo było bez gwiazd.... Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. — Je eli to prawda.. jak chmury zasnuwają księ yc. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. Ale teraz.. Przysypało. 95 . uspokojonego rytmu. Nie spieszno mi donikąd.. ni to zaśpiew. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. e z tego płynie jakieś męczące uczucie.. Godzina późna. Na piersi jego wysokie odznaczenie. powietrze lodowe. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. koni nie poganiaj. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. przysypało cię śniegiem. obywateli. ojczyzno — rzekł mimo woli. Nie da się zaprzeczyć. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. Poczuł ze zdziwieniem. — Kto wie. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. póki nie jest jeszcze za późno. gdy jechali szybciej. a to niewątpliwie prawda. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. Jakiś czas jechali spokojnie. Konie ruszyły wawiej. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. jak choroba. śnieg. Te pola zasnuwały go powoli. Uporządkować.. gdyby. Kazał zwolnić. i pól.. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania.. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. i to jak najszybciej. całkiem bezwietrznie. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. skończona moja miłość.. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym. — Ech. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą.. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. posępne zawodzenie wichru. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. mając za sobą spełnione zadanie. jakieś specjalne biuro. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie.. O ile łatwiej byłoby obywatelom. zaszyty w niedźwiedzią szubę. gdzie rozciągały się bezmierne pola. tym bardziej samotniały w białej pustce. popołudniowym niebie. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. sekret.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. Dookoła jednak było.. ale która sama przychodzi. widok nagich zagajników w parowach. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. mknął saniami do domu.

Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. słowackich skrzypiec.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. Noc stawała się głębsza. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. pola śnie ystsze. 96 . lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. Chłop na koźle odwrócił się. czarnej gruszy. nikły. Tylko na pustym.. uwodzących. oszukańczych. na śnie nej bieli. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika.. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. smutnych. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. rozpoczął zaka anie. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. Cofnął się Smyga. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. widząc. po trzy pary z ka dej strony. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. zielony róg na czole. przy stale wzrastającym jej współczynniku.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. ścienny licznik Geigera. gdyby nie to. bo od zagrody. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. jak to było na tym hucznym weselisku. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. no. co ją miał schowaną za pazuchą. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. Ale ju młody Pieg odbił się. Wtem gwizd ostry się rozległ. ale mój okazał się nieszczelny. 100 . To gospodarz. Szło się rześko. e inaczej gości nie uspokoi. Trochę mi tylko to przeszkadzało. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. skoczył do domowego rezerwuaru. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. Ju i inne rakiety latać zaczęły. ponadto śpiący ju trochę byłem. e czułem ssanie w organizmie. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. eby Piegowi się odciął. — Ludzie. Ale ten nic nie rzekł. wyciął hołubca. rozpamiętując. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. Noc była jasna. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. Powstał śmiech i głośne brawa. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. zakołysał i oparł o barierę cieplną. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. e bez trudu drogę znajdywałem. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi.

o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. e nie pisał dla siebie. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. eby im w pracy ul yć. do którego obaj jedziemy. choć to ju półmrok był. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. Odziany był z wielkomiejska. ale tak. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. — Ja. e jestem nietutejszy.. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie.. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. bo i ja posłucham. a sam. e nikt go przecie tu nie znał. a ja agronomem dusz ludzkich. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. O. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. nawet za poniektórą granicą. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. czy który do Z. który dawniej do hrabiego. Nie był on z tych. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. Tak więc los zrządził. Nie śmiałem pytać. e ja tak prosto z mostu. czyby do mnie mógł się przyłączyć. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. przez jutro mnie zatrzymają. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. z kim to droga mi wypadła. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. bo on równie z daleka przybywa i do Z. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. na tę twarz pielgrzymią. W tym celu zaszedłem do gospody. zamo nie. na kozioł skoczył. ale powiedzcie. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. jakbym przeczuwał. 101 . jako obcy i powiatu nie znający. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. napiszą owo. bo jakby stracił rezon. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. chłop o lisiej twarzy. a dzisiaj do państwa. Wtedy dopiero. właśnie nie wraca. czyli do ludu nale y. W samej rzeczy znalazł się jeden. a dla narodu. Przystałem tedy chętnie. Powiedziałem. z czym walczyć. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. Na tym prawie rozmowa się urwała. Znany był z tego. gdy nieznajomy przed nim stanął. Ale jechać było trzeba. Równie i woźnica-chytrus. Miałem się udać do majątku Z. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. miasteczku R. e bardzo się cieszę. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. czoło gładkie. które nawet nieświadomych tak uderzały. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. człowiekiem znacznym w kraju. jako e obowiązki równie w Z. by dalej móc jechać. jak grzeczność ka e. Ja zaś. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. na konie cmoknął i ruszyliśmy. a zresztą w podró y zawsze co dwu. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. Pamiętam. Tutaj. bo pisarz zapadł w zamyślenie. Chłopstwo. Tote dziwiłem się. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. to dosyć. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. to jakby urzędowo. włosy miał długie jak artysta. co to napiszą to. konie nale ało nająć. Wy jesteście agronomem pól. to nie jeden. na oko. Tak się zło yło. To i chciałbym wiedzieć. Zapytał mnie grzecznie. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. Woźnica nawet szklanki nie dopił. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. musi. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli.

o. podjadłszy. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. Stałem. eby ulepszyć siebie. bo ledwo zzułem buty. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. on odwrócił się od okna. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. Kiedy wszedł pisarz.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. Poznałem. Tam znów się okazało. z tym ju artów nie było. Poprawiłem się na ławie. a wzrok mój padł na karakona. Śniło mi się. takie to spełniało zadanie. Siedzieli jakby wmurowani. na wspomnienie tego. O. oczy mru ył. nie tylko 102 . e ktoś spode mnie derkę wyciąga. długo szukałem. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać.. Mam jednak coś. więc. On zaś. jakbym coś miał na sumieniu. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. Jest to opowieść szlachetna. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. wszyscy siedzieli tak. opuściwszy głowę. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. aby stać się lepszym. ręce zacierał. Mo e nawet czekał na mnie. Wnet kazał podać chudej polewki. wszyscy skłonili się jakby. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. — wyszeptał — tak myślicie. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. więc zapytałem. Patrzyłem na świetlicę. e nie tylko tęsknota. tote nic dziwnego. a zwłaszcza baby. nie zwlekając. choć przecie byłem przyjezdny. bo od razu to pole. Biła z tego taka szlachetność. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. i rzekł. budziły tęsknotę... gdzie tynk był zeskrobany. Nawet w nich większa siła umoralniająca. aby stać się lepszym. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. jak to się okazało. i zaczął od wierszy. ale widać było. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. jak ptak umierający. Bo dzisiaj jeszcze. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. e kpi w ywe oczy. — Tak myślicie. tak to przemyślnie było napisane. czego jeszcze nie stosowałem. co się nawinie. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. niektórzy nawet. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. jak to na zebraniu. Ale ja wierzę w człowieka. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. Trudna rada. Nie były to utwory oderwane od ycia. Ale e robota na mnie czekała. Odrobiłem tego dnia niewiele. czysta. kuternoga ry y. e budzi tęsknotę. ale tutaj coś mi się wydaje. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. ale jakby mniejsze. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. W świetlicy było tłoczno. sąsiada. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. Miało być koło lasu. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. same lotne słowa mi się cisną. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. a e się okazało. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. e jest tylko jedno łó ko.. polewki. pod wieczór do majątku wróciłem. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. a zmordowany i zły. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. bo niemowa. skar ąc się na złe urodzaje.

bełkocąc coś o dylach jakichś. pole. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. nie oddziaływające na ycie. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. co za czapkami się oglądali. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. e słabną. ale swoje do siebie szeptali. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. e nie jest ju ten sam. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. panowie. po piwnicach chodzi. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. Jęczał. e co najtę sze tuzy.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. to znaleziono go w trzy dni potem. e ich te czytanie szczerbi. jak mogli. W tym to zamęcie. i kary na siebie ądał. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. siłowali się ze sobą. ciągle czytając. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. jam winny. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. Chcecie wiedzieć. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. Ale widać było. jakby radząc. e nie tylko dotąd się nie przyznali. acz nie bez mozołu. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. w pniu wypróchniałym. Do siebie przyszedłszy. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. do egzorcyzmów sprowadzony. a do onego pola dojdzie. Słuchy chodzą. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. jak zaś wiedziałem. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. Byli i tacy. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. e ukradł psa i ałował. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. eby mu w twarz rzucić. ile go być powinno. którym pewnie i las. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. jako skoble wynosił. roboty ukończyłem. głowę podniosłem. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane.. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. i pole. w wierzbie przydro nej. Od źdźbeł i gwoździ. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. 103 . ale za moim poduszczeniem. daleko. Przez chwilę trwało. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. powszechny. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. Szum wzbierał. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. ale taka w nich siła nadludzka była. Ale trzeba te powiedzieć. e obrona długo trwać nie mo e. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. zwyczajnie. koni i plonów — a ja czekałem. tamten prosił. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. bilans” wołał. Widać. od bydła. taka zatwardziałość. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. Zerwałem się. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. Wszystkie głowy tam się zwróciły. „Bilans. od kur i gęsi — ten wołał. e ich wątli. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. Tu dzień sądny się zaczął. I dopiero na krzyk nagły. Co się zaś pisarza tyczy. bobym się dowiedział.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. mimo ró nicy gatunków. bądź co bądź. wyszedłem z domu. by ją ochoczo skrzywdzić. biedaczek. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. Wracałem przewa nie nad ranem. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. Skoczyłem po piwo dla kotka. Nie ulegało wątpliwości. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. ledwo ył ze zmęczenia. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. które. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. przynajmniej na kilka dni. a czysty jak anioł. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. Wzrok mój padł na kotka. powstrzymywałoby mnie. Bezdomny kotek. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. Ledwo otworzyłem oczy. Czy mo na się dziwić. gotów do następnych. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. kiedy. które. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. Muszę powiedzieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. Jakie było moje zdziwienie. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. które zawsze wspominałbym z czułością. Być mo e. jak to bywało przedtem. e wątpię. nalałem je do miseczki i. Słaniał się bełkocząc. sierść poszarzała. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. ale jako. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. od nowych upadków. A ja wcią byłem jednakowo świe y. jak chciwie je chłepce. wawy i radosny. Pogwizdując. Spojrzałem bacznie na kotka. poniewa znam siebie i wiem. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. ale wręcz odwrotnie. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. e sierotę krzywdziłem niechętnie. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. Nastały teraz dni. ani moralnie. którego. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. Wszystko brał na siebie kotek. 105 . patrząc. czkał. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. kary zaś nie doznałem adnej. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. e — czy to przez wdzięczność. mój mały przyjaciel. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. jeszcze ohydniejszych uczynków. niestety. wyspany. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. Przyjemność. tak e zwierzę. cierpiał. jak okrutny pies gonił kotka. zacząłem się zastanawiać. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. Przeciwnie: czułem się rześki. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. zasnąć nie mogąc. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. ale tak padało. panie! Więc ja się nie wykręcam. eby sobie. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. — E. em się przed nią cofnął. panie. — Jak e to? Darujcie.. Jaka wewnętrzna sytuacyja. przypominając o wiecznej obecności natury. świata nienamacalnego. wielu — powiedział. juhasie. obracając się na bok. e doić pora.. dzikie.. — A. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. ani to z wy szością. haj! Był taki dumny. Po czym odwrócił się tyłem do mnie.. Tfy! Splunął. Ale Juhas. a potem powiedział.. ale ycia duchowego.. odwagi intelektualnej brak. choć szałas i wszystko inne jest.. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. — Ale ja wam. kompromis. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. to ju nie są arty. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o. — To jest sposób na insomnyję. wycieczki. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. a ycie swoją. oddalił się w kosodrzewinę. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. dlatego. panie. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska.. 109 . Umilkł. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. — próbowałem argumentować. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. to owce” — powiedziałem sobie. nie wymawiając.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. e u was owiec nie widzimy. w jakim kierunku. Potem rogaliki rano jecie. panie. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć.. e nie mogłem stwierdzić. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. — No no. prawdę powiem.. tam. taka zewnętrzna konsekwencyja. do szałasu. — Kompromis. — Ano. em wyjąkał: — Ja. mruknąwszy tylko. które wesoło skakały mi po głowie. Dawno ju się dziwowaliśmy.. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. panie. zaprzeczyć się nie da. owce w głowie liczę. chyba e tak. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. ani to markotnie: — Chyba e tak. górski poranek obudził nas i nasze panie. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. Ja zawsze zasypiam od razu. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi.

nie? I odszedł pogwizdując. spotkałem tego człowieka na moście. o zapadłych policzkach. oficyna na prawo”. odchrząknął i zaczął mówić. W jakiś czas potem. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. Od tego czasu mam u niego zni kę. Było tyle prośby w jego głosie. Więc dodałem: — Ale nie trafił. Nale ało wykupić bilet w kasie. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. Po prostu mi smutno. pod koniec przeszedł w cichy płacz. jednoizbowe pomieszczenie. Było to ohydne. syfilis? — E. Spochmurniał. twarze klientów o ywiły się nieco. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. — Zatrucie? Egzema? A mo e. Rozpogodził się tak znacznie. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. — Wie pan co? — powiedziałem. e nie mogłem znieść tego dłu ej. nie daj Bo e. Ju przy opisie okoliczności. — Nie mówmy o interesach. Pod wskazanym adresem panował tłok. następnie poczekać. co mu dodatkowo zaszkodzi. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. kiedy wracałem wieczorem do domu. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. w których został sierotą. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. — E. — Nie wiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. woźny wprowadził nas do wnętrza. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. — Jakoś to będzie. e nawet mnie to trochę dotknęło. co to mo e być. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. Wyglądał na strapionego. Kilka osób z tego skorzystało. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. 110 . e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. — Tak. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. — No. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. Podszedłem bli ej. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. naprawdę? — o ywił się. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. Była to spowiedź jego ycia. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. gdzie tam — westchnął cię ko. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze.

e głos polega na drganiach. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. w energię kinetyczną. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. Porucznik C. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. których motorem była moja tajemna pasja. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. porucznika C. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. Temu nienasyceniu. czyli ruchu. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. niespodziewane ulewy. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. e jestem ogniwem w obiegu natury. 111 . Mowa stała się chropawa. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. W towarzystwie jedynego asystenta. doświadczenia i usiłowania. zwa ywszy. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. Prowadziliśmy straszną egzystencję. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. a przede wszystkim zoologię. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. był młodym. którą otrzymałem wtedy. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. nieartykułowana. wzniesiony opodal bagniska. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. dzięki bratu. Nieustanne dą enia. czyli. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. Twarze zarosły nam długim włosem. Nie szukając daleko. zupełnie wycieńczony. Był to samotny. chcąc nie chcąc. Ja jednak. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. upodobnić się. w towarzystwie jednego tylko człowieka. kładłem się na pryczy. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. Fauna i flora zadziwiająco bujne. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. choć to on właśnie stał się bodźcem. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. choroby. Co do stanu umysłów. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. eby stać się jej cząstką. Jak ju wspomniałem. olbrzymi osobnik. Wydawało mi się. Wkrótce. gdzie. Klimat tam był piekielny. tam. w środku puszczy. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. gwałtowna. na blasze. Upał. nie ustawałem. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę.. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. było nieco chłodniej. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. mnie tylko wiadoma. opanowania wiedzy. jak twierdził. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. dzielnym człowiekiem. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. Znosił trudy. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. trwałem od wielu miesięcy. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. e zawsze będzie czas na odwrót. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. daleki od zaspokojenia. w głębi dziewiczego obszaru. jak sądzę. Ja.

— Ach. Pierwsze — to wstręt i groza. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. — To ciemność! — mówiłem. Byłem wstrząśnięty. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. liski ywią się równie i myszami. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. Najpierw przypuszczaliśmy. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. Jak wiadomo. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. Potem widzieliśmy ich razem. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. je eli mogą przypuszczać. — odparł sennie porucznik. Nie było chwili do stracenia. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. — Nale ałoby sprawdzić. Przypuszczenie było mylne. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. bo dokonaliśmy następnego. jak szli w puszczę. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. Zło yłem się. korzystając z nieobecności samca. skąd lisek wie. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. wskazywał olbrzymowi miejsca. dźwigające całą konstrukcję.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. Oto z nieuwagi pawianów.. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. biegnąc przodem. Nie naruszając obiegu natury. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. Nakreśliłem dalszy plan działania. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. — Dwa uczucia dominują we mnie. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. e w ich interesie le y. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. zwanym u g u p u ?! 112 . mały i niepozorny. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. ale tu. wstrząsającego odkrycia.. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. Porucznik le ał na pryczy. e często musiałem pracować sam. w pierwotnych warunkach. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska.. gdybym wiedział.. pochrapując. rozumiejąc. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. nada mu nową szlachetniejszą treść. Otó lisek. ulubiony przysmak kolosa. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. kamienny sen.

— Posłuchaj pan! — krzyknąłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u ... mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. Głos mu się załamał.daje alkohol — dokończył szeptem. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. — . W pół godziny potem. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. Wchłonęła go natura. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. 113 . wymasowany na moich oczach przez porucznika. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan. — Mów. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu.. Zaczęło mi świtać w głowie. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. Zrozumiałem.. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. przystawiając mu sztucer do piersi. odszedł zadowolony. Natomiast znacznie później dowiedziałem się. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju.

Kiedy kubek był ju pusty. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. proszę zostawić to pieczywo. umieścił się w ten sposób. Kiedy nadeszła jego kolej. w który zawinięto mu bułki. opromienionej blaskiem talentu. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. jakby zbudzony. 114 . kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. który tu przed nim stał w kolejce. powiedział do pracownicy głosem cichym. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. ale wyraźnym. pomagał im w zdobyciu sławy. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. Wydawało się. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. kłaniał się. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. e jedynie dzięki temu. mimo pewnych niedociągnięć i wad. — Proszę do mnie. zagadkowym spojrzeniem. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. co zdą ył przeczytać. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. częściowo dla wypicia mleka. tote chętnie opiekował się młodymi. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. W dobie. pragnąc z nich uczynić swoich następców. Ujrzał. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. Pisał bez przerwy. dykcją staranną. a bułka zjedzona. To. odzienie pomięte. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. Pobrawszy swoje filé z buraków. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. częściowo dla przyczyn ogólnych. Był to kompletny szkic powieści. ale chciał odejść. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. Szurał nogami. choć skądinąd schludne. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. jakby ulegając nieprzepartej sile. rozejrzał się dookoła. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. Ale wtem młodzieniec przystanął. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. w których palił się płomień geniuszu. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. Powieściopisarz przedstawił się. Było to tym dziwniejsze. Wtedy gwałtownym ruchem. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. jak oddala się bardzo szybko. który. wprowadziło go w zdumienie. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. Wzrok miał przymglony.

— Zjadł. poło ył się i zasnął. e stało się coś niewłaściwego.. szczelnie wypełnione pismem. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu.. dziki. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. porzucone niedbale na biurku. Uciekając zabrał ze sobą bułki. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. — Powieściopisarz. Niewiele czasu było potrzeba. Ręce mu dr ały. poniewa tam kończyła się linia. niepewnym. według zeznań zamiatacza. — dodała. mimo pośpiechu i zdenerwowania. co zawierały. zacierając ręce. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. trzeba go pilnować. Powieściopisarz przypadł do biurka. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . — Kiedy doszli do domu. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. Świe y wiatr poruszał firankami. nabytym zapewne w cię kim. to wpadał w zadumę. Wieczorem światło płonęło w gabinecie.. to. Ale w pokoju nie było nikogo. — To dobrze. Młody wcią pisał. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. czasem nawet ocierał łzę. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. radośniejszego ycia. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. i nic nie wskazywało na to. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. Potem zawołał gospodynię. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. Oj. odkryłem kogoś. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. którego obowiązkiem było sprawdzanie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. Tramwaj. eby się zorientować w tym. Owszem. To uśmiechał się.. — Co on tam robi? — zapytał. jak chcieli. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. W zacisznym świetle poranka. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. uciekinier mógł być ju daleko. egnając się. Biedny. dotychczasowym okresie. zamknął go w swoim gabinecie. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. Obudził się nagle z uczuciem. które jakby zapowiadało początek nowego. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. a nawet z nim rozmawiał. Natomiast polecił swojej gospodyni. e kiedykolwiek uda się go odszukać. kiedy przekręcał klucz w zamku. genialny. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. Widział go następnie zamiatacz ulic. To. widział młodego człowieka. a podró ni wychodzili i wchodzili. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. Minęło południe. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. a teraz siedzi i pisze. do którego. Była to prosta kobieta z ludu. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. jeszcze pan sobie biedy napyta. co objawiło się w pierwszym.

składy towarowe.. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. nieco wymięte podró ą garnitury. jakby spoza kuli ziemskiej samej. ale zanim zdą ył. nieporuszonych. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. począł uciekać od wagonu. potykając się o szyny i progi. wolno szedł peronami. opuścił rękę i. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. Studiując ycie. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. który przechodził tędy na perony. Luźne wagony. przedział za przedziałem. 116 . przekroczył szyny i oto co zobaczył. Wiedział ju . kilka lokomotyw sapało sennie. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. Odziani w takie same. piętno geniuszu. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. gdzie się mógł podziać. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. skromne. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. Spojrzenie tych oczu. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. młodym autorze. niepojęte zamyślenie w tych oczach.. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. aden pociąg nie odjechał w czasie. który ciekawie mu się przyglądał. nie spieszące się donikąd. Có stąd. przywróciło go nieco do przytomności. szeleszczenie piór. e powieściopisarz zbladł. Drzwi były odsunięte. Niechętnie wyjaśnił. co znajdowało się za ścianką. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. który upłynął od chwili. wewnątrz wagonu. pełen alu. czekały tutaj w półśnie. Bezradny. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. poświst. pisząc podobnie jak pozostali. jak wykazywały obliczenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. Twarze. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. Była taka straszliwa obojętność. wyblakłych. Było ich sześćdziesięciu. wrócił do czytania. nieobecność. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. eby przejrzeć wagon za wagonem. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. zanim zrozumiał to pytanie. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. z widoczną po ądliwością. węglowym miałem i przestrzenią. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. Ale. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. powieściopisarz obszedł więc wagon. mimo pewnych cech indywidualnych. Gonił go nieustanny poszum. w świecie opisanym na kartkach. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. a niedobre przeczucie. Chciał coś powiedzieć. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. Prawie był pewien. zapytać się o coś. krytego wagonu towarowego. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. Błądził ju po peryferiach stacji. Widocznie daleko przebywał. ni to skrzypienie. Tu na skraju siedział młody uciekinier. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. schludne. ni to buczenie trzmieli. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem.

to w barze. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. Miarowym krokiem.. Jak tylko my otworzyli wagon. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. nic w ogóle. ale słabo. wajchowych. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. coraz mniej trzeźwego. Piszą? A tak. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. Panie Józiu. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. Widać z daleka są. a którego bezkształtność tak go męczyła. Natomiast lektorzy.. cały czas piszą. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli.. e na mieście działa się jakaś sensacja. bo zjedli wszystko. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. ale pełnych niepokoju. przy akompaniamencie werbla. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. opuchnięty alkoholem sen. — Nie ma za co. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. Mnie się wydaje. potem drugi i trzeci. wskazywały na to. lecz schludnej odzie y. — zapytał. on jednak. po namyśle. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. ró ne rzeczy się zdarzają. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. Ale teraz jeden skoczył po bułki. Spodziewał się. — A. oświadczyli. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. Ze zwieszoną głową. z surową rezerwą. cię ko dysząc i wskazując za siebie. nie posiadając się z zachwytu. przysięgali. Kto ich tam wie. e oni w drodze ju trochę pisali. tylko chycili za pióra.. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. Obudził go telefon. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. ale więcej ju nie mógł. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. coraz liczniejsze. którzy rzucili się do okien. zatopiony w myślach niejasnych..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. przebywając to w piekarni. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. Ich glosy były pełne podniecenia. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . Ale telefony. bo byli głodni. Po południu widziano go tu i tam.. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. Dyrektor wydawnictwa. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. Było dopiero wczesne przedpołudnie. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. Pracownicy. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. choć bardzo tego potrzebował. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. co mieli na drogę. wolno opuszczał peron. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. Jeden z nich miał werbel. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. Wszedł do restauracji..I jeszcze jedną wódkę. Z wiadomości. choć grzecznie. Nazwiska nic nie mówiące. Zachowywali się powściągliwie. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. to ani Boga nie pochwalili. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. nie wiadomo skąd.. — . U nas. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. jakiegoś niepokoju. który go drą ył. ani „dzień dobry”. ka dy dostał jedną. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. wkroczyli do wydawnictwa. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął.

Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. Był to pierwszy telefon. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. Ale rękopisu nie znalazł. być mo e i bardzo dobre. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. Przedwczoraj. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. Krytyk za ądał. aby wciągać. Nie tylko powieściopisarze. ale i krytycy poczuli się zagro eni. pytali. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. zarówno przez lud. hodowla słabła. Niema. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. poplony w niebezpieczeństwie. Arcydzieła były tak bezsporne. który oddarł się od arkusza. prawdopodobnie do kawiarni. niedoścignionym utworom. Przeszukał najpierw biurko. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. Le ała. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. chocia spodziewał się. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. podstawy do jakichkolwiek artykułów. wcią zaglądając do nich. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . a to dzięki temu. co się dzieje z młodocianym geniuszem. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. Po okresie. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. a kiedy dowiadywali się. znajdujące się aktualnie w druku. Analiza potwierdziła przewidywania. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. jakby dokądś się spieszyli. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. spełniające wszystkie postulaty. tej samej jakości. Arcydzieła. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. po prostu nie były potrzebne. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. jak i przez wysublimowanych znawców. W ostateczności dotarł do kuchni. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. cicha błogość malowała się na jej twarzy. ale przecie niedoskonałe. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. Więcej: coś nieziemsko. a pragnienie męczyło go nieznośnie. szukać ich po pracowniach pisarzy. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. e uciekł. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. eby czytać. tym razem taksówką baga ową. być mo e. e wszystkie inne powieści. Oracze odrywali się od pługa. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. Dzwonili tak e znajomi. potem cały pokój. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. ale zaczęła stawiać opór. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. przyciskając do piersi skrawek. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. podorywki były zapóźnione. punkty zaczepienia. e. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. Nie wierzył własnym oczom. co znajdowało się na biurku pana. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. Przytrzymywała arkusze oburącz. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. e zniknęły wszelkie niuanse. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. Nareszcie zadzwonił krytyk. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. A poza tym ruszenie czegokolwiek. Daremnie.

Widzę tu i młodzie . e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. ogólna zgoda. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. zapomniane przez wszystkich. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. a potem przejść do sprawy. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Przewodniczący zagaił pokrótce. jak stali. dyscyplina wzorowa. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. Nie widział innego wyjścia. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. zajmującego się drukowaniem poezji. prowincjonalnej stacji. Okazało się. przy której mieścił się teatr. zaczął padać deszcz... Gości zrewidowano. Bajkopisarz pomykał leszczyną. Teraz przyszła na nas kolej. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. a nawet literatury dziecięcej. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. A teraz ustalmy fakty. napisanych z niemałym trudem. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. Przypomniał. niektórzy wprost od udoju. krótkich monologów cyrkowych. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. librett wszelkiego rodzaju. Po drodze spotkał znajomego. 119 . Kraj czytał tylko nowych. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. od obejścia. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. zszarzałe. Niebo było pochmurne.Ogólna zgoda.. jak kogo zastały wici. gwarny. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. Zebrani zgodzili się. które niebezpiecznie prześmiały się. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. łamanych niewidzialnymi stopami. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. niepotrzebne. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. i weteranów. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. Teatry satyryczne były ju opanowane. Młodzi walili starodrzewem. odgłosy kroków. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. inni od obrządku. powtarzam. — Mam pewien pomysł na sztukę. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. znakomitego poetę. jeszcze z dawnych czasów. — Oni tam ju są. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. Okazało się. Tym posłano w alkierzyku. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. Nastrój panował powa ny. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. Skręcili w ulicę. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. e uda mu się podjąć zaliczkę. od strony grobli. zdyszany. tajemniczych autorów. Miał jednak nadzieję. Autentyści szli tak. Tak walił ten naród. jurny a buńczuczny. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. W teczce niósł kilka swoich wierszy. a tak e sekcje: utworów estradowych. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. nagle zaćmione. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie.. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. szelest rozgarnianych liści. Realistów.

przyznaję to. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU.. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn.. po pięciu ludzi. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia... bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. Wniesiono arówki elektryczne. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . są bardzo nikłe. Śmiem twierdzić. Co jest?! — . A tu nagle zjawiają się ci. operując faktami i statystyką. zamiast zaśpiewać „hosanna. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej.. drukarnie nie mogą nadą yć. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali.. zresztą nie tego od niego oczekiwano. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. Wszyscy.. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI.. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. które dotąd yły zgodnie. W obliczu ABSOLUTU.I powtarzam raz jeszcze. których słowo będzie słowem ABSOLUTU... tak zwane skryptony. nawet rodziny.. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów.Nie mo emy się więc dziwić. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie.. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. Więc zwa cie. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony. Głosy: — A co ze stypendiami?!. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. a nie na in ynierów. Ale nikt nie przeczuł. — .. którzy od progu są samą doskonałością.. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. choć jej szanse. koledzy jak by to wyglądało. dobitnym głosem. Nikt nie spał. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. spodziewam się. Przybycie ich okazało się dla nas. oto osiągnięto oto objawiono. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. brat wydziera bratu.Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. czuuuwaaaj. jak tu jesteśmy. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest... równie mia d ące. a zajmują się tylko tamtymi. bardziej utalentowany ani lepszy. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. którzy spełniają nasze marzenia.. Wielkie poruszenie zapanowało na sali. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki.. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw. — Po tym krótkim występie pragnę. takie zebranie przecie zwołujemy. stali się oni ulubieńcami wszystkich. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. tajemnicy. jeden od drugiego. Zebrani dowiedzieli się więc. Powiedzmy to sobie otwarcie. Cichym.A teraz kilka słów wyjaśnienia.. Oddaj mi pan blok-notes!. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. Na nasze nieszczęście los padł na nas. rzeczowo udzielił informacji.. 120 . tajemnicą. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. morderczo utalentowanych autorów.. Wtedy my. fachowców słowa. Nie tajemnicze promienie. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. zamiast się ukorzyć. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano..

ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. Spotykali się z ostrą odprawą. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. okazała się płonna.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. czasowy choćby. geniusze piszą równo. kupić się. wszyscy pojęli grozę sytuacji. w dyskusjach i sesjach. eby po prostu bić czytelników. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. a psy wyć poczęły. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. a to powiedzieć nam trzeba. dać mogące. osłania ją ogniem. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. przewodniej. Dopiero teraz. rywalom odpór. podczas gdy druga. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. Unikają zadymionych lokali. Zwrócił się więc do zebranych. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. w myśli i talentów koncentracji. drudzy czytają to. które wska emy. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. Przejmująca cisza zaległa na sali. beznamiętnym głosem. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. który dotąd siedział był jakby na uboczu. udowodnił bezskuteczność tej metody. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. sklecić z nich nie sposób. Wtedy powstał człowiek. tam pacholę ściskało 121 . On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. eby rozjaśnić arówki. Szmer przeszedł po sali. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. Ktoś domagał się. ale zdrowo. a smolarz. które miał ze swoją gospodynią. Głosy: — . — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. Odwa ni. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. Był to mą słusznego wzrostu.. Tam. po przegotowaniu. my zaś w rozproszeniu. potem na zmianę. półzwierzęcia. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. e geniusze od ywiają się skromnie. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. Tak więc nadzieja. Regulamin ten przewiduje. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. z barłogu się porwał. a to z braku samokształcenia. w pojedynkę. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. przed spaniem uprawiają przechadzki. harcowników modą działamy. Tam obóz warowny zało ymy. niezwłocznie rusza. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. zaiste — piękny to był widok. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. Podczas gdy jedni piszą.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. osiwiały w pisaniu. co zdołali przedsięwziąć. wykujemy dzieła krzepkie. le ąc. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. Było to wszystko. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. w głębi nieco. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. zda się. aby zgłaszali propozycje. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. myśli jednej. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. Tedy. geniusze razem a równo piszą. bracia! Sejm nasz końca dobiega. prywaty poniechać. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy.. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła.

stentorom swym dając folgę. z dobytymi maszynami do pisania. starając się do wodnego ptaka upodobnić. Opodal kroczyli namiestnicy. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. w szuwary się zapadł. Obowiązki swe spełniał. Oni zaś szli weseli. tam. 122 . Przedrę się. za to były dobrze okopane. Brakowało tematów. bo blask od okularów i czół wysokich bił. w patio siedział. rzędom i szykom. — Ni to. on jednak pamiętał. tez. odsłaniały księ ycową tarczę. Płacz i radość uczyniły się powszechne. Jeszcze przed północą. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. lud to ciemny — na to Hetman. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. Noc przyjęła go lodowatą. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. głos zabierał. — Skar ą się. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. obejmował. Wasza Przewielebność. jak siostrę rodzoną. Chłopstwo wybiegało przed chaty. e za małą mają racyą. — Idź — powiedział. jak to początków zła sięgała jego obecność.. do dna przypaść. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. tu i ówdzie. pomysłów. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. dziwując się strojom cudzoziemskim. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. w trzcinę się zmienić. panie — powiedział. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. galopujące po niebie. Hetman obchodził działa na wałach. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. ślubnych. Powieściopisarz. wtedy zamierał bez ruchu. rzeka przybrała barwę ołowianą. Czasem chmury. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. — Ja pójdę. ale ku zabawie. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. idei. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. — Nie widzę. Nie takie racye bywały. co w tylnych rzędach się znajdował. niósł za Hetmanem jego cię kie. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. A jednak. które jeszcze pozostały.. Powieściopisarz. Nie było ich wiele. wtedy w barze. Nikt złego słowa. Półmrok zstępował ju ze wzgórz.. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. oczy mru ąc. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. Hetman długo mu patrzał w oczy. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. jakby nie ku trudom. bojowe pióro. ale istnienie samo w sobie. ni owo — stwierdził. pod wieczór. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. ramię przy ramieniu walczył. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. choć na zewnątrz duch był dobry. wątków. — Nic to. Mgły wstawały z łęgów. artami sypiąc. I w samym obozie nie działo się dobrze. Te. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu. — Pozwólcie.. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. i trapił się. szczęśliwie ominąwszy łęgi. a nawet onami. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. Szły więc pochody wśród sadów białych. zieloną księ yca poświatą.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca.

Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. pełną usterek i słabości. pracę swoją literacką. posuwał się mozolnie naprzód. język siny wyciąga. Serce mu się ścisnęło. pierwszy promyk nadziei zaświtał. Przynajmniej od tyłu coś go określi. będzie polemizował z ABSOLUTEM. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. Opiera się oń plecami. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. Coś zapluskało opodal. rozło ysty. palonych przez stra e. kosmate. Za nim dąb olbrzymi. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. z prochów gwiezdnych. a kiedy obłoki wełniste.. lampę swoją łagodną. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. Gdy wspiął się na zbocze. ale przecie ludzką. śmieje się. Cofa się powieściopisarz. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. Brzana? Kurka wodna? A mo e. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie..Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. na powrót noc czarną czyniły. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. ostro nie stąpając. co przyszła skądś... Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Obóz pozostał daleko w tyle. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się. Obejrzał się. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. 123 . Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek.

a tak e kilka następnych dni. dotknięty. i pieczątkę mo na sfałszować. w pociągu. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. Zresztą nadawca był nieznany. w którym się zatrzymam. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. I datę. zaledwie pociąg stanął. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. Mogłoby się wydawać. Ju na dworcu. którzy swoim zachowaniem się. 124 . zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. nie zapisaną ani z jednej. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. niepowściągliwością twarzy. e list był wysłany dwa dni temu. usłyszawszy moje nazwisko. autor artu. czy list jest t a k i . Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. czy zwyczajny. bo trudno się było spodziewać. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. wrzucając list do kosza. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. wewnętrzny u ytek. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. a raczej brak treści. To nic. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. — To chyba nie roztargnienie. jak gdyby w tłumie podró nych. wyglądałem podejrzliwie na perony. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. unoszącym mnie z powrotem. portier. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. eby to mógł być art. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. Gest był więc na mój własny. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. nieprzezroczystych kopertach. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. Z pieczątki równie wynikało. e tu przyjadę? Portier twierdził. e dałem się nabrać. e znowu znajdę pustą kartkę. obel ywego rozczarowania. zupełnie czystą. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. Ale data stempla świadczyła. Nie zwrócono go. Rozdra niony. Nie byłoby w tym nic szczególnego. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. oczekiwania. ani z drugiej strony. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. art nie wchodził ju w rachubę. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. ale więcej osób. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. czyli zabić. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. e list czekał ju na mnie od wczoraj. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. Wszyscy wiemy. Mogło się zdarzyć. Ów gest umyślnej pogardy. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. ruchów czy języka zdradzą się. e list nadano w miejscowości. Liczyłem. e mnie nabrano. Poni ony. Otworzyłem ten list odruchowo. Ale jak się przekonać. e ktoś. Ale skąd wiedziano. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. sądząc. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. e mo e spotkam znajomych. A jednak to była znowu pusta kartka. Nie art. mógł się znajdować prześladowca. napisze do mnie list stamtąd. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji.

— Biedna mała. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. Ju sam fakt. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. ka da inną.. sam w sobie. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. byle jakie. Co noc barykadowałem drzwi. aby nie nale ało wątpić. które mogły kierować nadawcą. mo e czegoś ode mnie chciano. e kartki były czyste. Za długo ju trwał ten flirt. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. przysłonił oczy dłonią. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. To jakaś wielka dama. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. potrzebowano. 125 . Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. być mo e całą organizacją. Te listy nie mówiły nic. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. e był tylko środkiem. pełnej za enowania i dobrego humoru.. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. mo e wezwanie. rodzaju. e list nic nie znaczył. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. ktoś. e tak dłu ej nie mo na.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. Zobowiązanie bez ograniczenia. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. byle artykułowane. Przewodnik. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. gdyby w którymś z kolejnych. perfidii i ostro ności złoczyńców. bez intencji. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. mo e polecenie. Trzeba więc powrócić do mniemania. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. ile w tym uroku. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. nie zasługuje na to miano. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. O. Mała? Zastanowiłem się. ądano. czy to jest sprawa serca w ogóle. Dobre samopoczucie ustąpiło. pustych listów było napisane chocia : „Ty. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. niestety. — myślałem z lisim. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. zamieniło ją w pensjonarkę. Nie.. Pojawił się strach. A uświadomiłem sobie. to kto wie. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. a powstrzymywana wstydem. to. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. kto rozporządza takimi środkami. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. znający na wylot obyczaje zwierzyny.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. świadczył o sprycie. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. nic więcej. w jednym z najdalszych zakątków kraju. Nie były to prymitywne.. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. który nie dawał się złapać za rękę. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. ktoś na skalę międzynarodową.

Koledzy. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. poszedłem na sam brzeg. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. Słońce ju zaszło. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. na pewno nie. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. z lewej. czy ten przedostatni. po ramiona. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. zapadałem się po pas. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. dobywając całej umiejętności. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. papierki rozmiękły i poszły na dno. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. e chcę przeczytać list na osobności. wypaliłem. A je eli? 126 . — E. machając niebieską kopertą. ebym mógł się łudzić. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze.. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. Za późno. No có .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. wplątały w korzenie wodnych roślin. Udając. czy te mówię prawdę.. to była ta sama koperta. Wszedłem do wody. przeklinali mnie głośno. którym je wszystkie adresowano. Było ju prawie ciemno. mo e tam nic nie było. czy kłamię. Tak. e nie wiem. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. gorączkowo rozgarniałem trzciny. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. Brodziłem. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. Ściemniało się z ka dą chwilą. Wytę yłem wzrok. Nie otwierając. to dzika kaczka.

dokładnie w chwili. potę nieją barki. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. ale stanowczo trąca mnie w plecy. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. A przecie był ju dorosłym. eby był moim wiernym przyjacielem. Źle sypiał. lojalny. który gwarantował za czystość jego rasy. w swoim gabinecie. co go gnębiło. ale nie wiedziałem. Postępując za mną krok za krokiem. Piesek chował się dobrze. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. Pies był z rasy owczarków. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery.. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. niestety. pojawiły się cienie. Wtem poczułem. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. oddany. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. Widocznie to. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. ty. — Ej. jak mu pomóc. Nacisk nie ustępował. e w razie czego damy sobie z tym radę. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. tkwiło w sferze psychiki. Pod jego brązowymi oczami. Wynik był z góry przesądzony. z końcem ostatniej zimy. okazał się uczciwym człowiekiem. słowem wszystko to. mocnym psem. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. wyprowadził mnie do ogrodu. uległy. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. na szczęście. rozkazująco. Rozczulają nas tylko małe pieski. niewidoczny dla sąsiadów. o czym wiemy. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. Liczyłem na jego młodość. Nie wspominając ju o postępie filozofii. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. co cieszyło mnie tym bardziej. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. Stał się wielkim. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. jak zwykle. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. Mę niał w oczach. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. I teraz dopiero. rozpogodził się. napływało łagodne powietrze. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. Wszystko. Bardzo mnie to martwiło. kotki i pszczółki. Miał na tyle delikatności. w której chodziło o to. ywy i wesoły. wzdychał. Chciałem. niosąc zapach poruszonej ziemi. e zimny nos delikatnie. Ale. apetycznej trawki. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. myśląc.. powiększa się wzrost. e wybrał najdalszy kąt. Nie było ju co ukrywać. Sprzedawca. szczeniaka. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. coś go zaczęło dręczyć. o wyrobionym poglądzie na ycie. pełnymi teraz niepokoju. co słabsze. jak tę eje mu kark. Co chwila dotykając nosem świe ej. kiedy osiągnął dojrzałość. wstając ze zdrętwiałych kolan. bo szczeknął na mnie krótko. wstałem. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. przydałaby 127 . Był wierny. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. Pewnego ranka siedziałem. ty! — pogroziłem mu palcem. osiągnęła takie natę enie. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. Dorosły pies. szeroko otwarte na ogród. kanalizacja. Dopiero kiedy padłem na czworaki. Pies był zupełnie mały i słaby. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. opiekuńczość. Poprzez drzwi.

Mo liwe. jaką ja reprezentowałem. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. zdopingował go do jeszcze większych starań. normalnym okazem. Obiegał mnie umiejętnie. Po to została mi dana świadomość. Poza tym. a yje w mieście. czy ktoś się nie zbli a. Ukryty za krzewami patrzyłem. w warunkach nienaturalnych. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. eby go ucieszyć. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. ale ju za późno. pilnie wietrzył. 128 . Liczyłem nawet na to. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. jak się uło yła. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. nieinteligent. podświadomość i nadświadomość.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. rozumiejąc zło oność zjawisk. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. Obserwowałem go niejednokrotnie. Je eli padał deszcz. e. odruchowo odmówiłby psu. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. tak znaczny. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. dość zasadniczy. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. czy w ten sposób nie okazuje mi. Je eli uznał. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. na drodze do naszego wspólnego ideału. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. Szalał z radości. buszując na pozór łakomie wśród traw. ale wtedy właśnie wykrył. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Pies jest zdrowym. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. Zresztą. Mój postęp. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. znęcaniem się nad zwierzętami. najczęściej. która. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. e jakiś prostak. udając. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. najlepiej jak umie. którzy przyszli uciąć pogawędkę. ruch ziemi i gwiazd. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. kupiłem sobie dzwonek na szyję. znajomych. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. no. Cechy moralnie dodatnie. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. Więc nie robi tego tylko dla siebie. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. Jestem istotą myślącą. niesłusznie. Rytmicznie jednostajne. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach.

Wiedziałem ju . oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. ale goście tak dobrze się czuli. — Ach. e rozwijałem się zbyt jednostronnie.. e mój poczciwiec. Poznałem ją z daleka. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. uśmiechając się. Sytuacja stawała się groźna. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a.. w góry. Opadłem twarzą na trawę. ale wiedziałem. to prawda. Tak. o czym świadczyło choćby to beczenie. On na mnie. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. kulturalnych. — Na halę nam iść.. pobudzać ambicję. jak zwykle. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. Podniosłem głowę znad soczystej trawy. nie wiem — dlaczego. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. Wywiązała się ciekawa dyskusja. Być mo e. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. ogólnie rzecz biorąc. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. Trzeba przyznać. pragnienia. ni nam się wydaje. otworzyła drzwi. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. morda w twarz. braciszku. o której przez omówienie wspomniałem na początku. nie wiem: do mnie czy do siebie. Wzruszałem go najwyraźniej. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. Twarz w mordę. wnieść zamieszanie. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. z jaką upływa czas. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. e od razu domyśliłem się wszystkiego. uło yły się stosunki między nami. wyobraźnię. Tak. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem.. Wyczerpany patrzyłem na niego. Właśnie wypasałem się. mną. Co do mnie. gotów byłem zrezygnować z wypasu. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. nie ustąpi w adnym wypadku. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. w alei nie było ju nikogo. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. Tak więc. ale teraz zrozumiałem. chce być z nami. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. rozmowa stała się tak interesująca. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. — Wracając do El Greca. nie ma co. Było to przed godziną wypędu. znajomych i w ogóle wszystkich. I dodałem: — Nie ma co. zanim zdą yłem przeszkodzić. e dał z siebie wszystko. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. ni to mszyce. Szła ku mnie aleją. Długo.. Nie mając innego wyjścia. W progu stał on. — Sądzę. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie.. trzoda — oto. niepokoić. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. byłem w jego władzy.. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. Była to właśnie ta kobieta. Mówiłem ju o listonoszach. ale nie zwrócono na to uwagi.. Być mo e. Stado. 129 . e miałem ograniczoną swobodę. — To mówiąc. nie wiedziałam.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. eby powstać z czworaków.

eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. Słyszałem. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. cię kie powieki. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. na południu. im dalej zapuszczałem się w pogórze. Uchyliłem drzwi. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. — Jezus Krist nie dopuść. dając jednocześnie znak słudze. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. ale dobrze go znałem. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. chrupiące kroki. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . — E. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. stary jeger o twarzy pooranej. Za fotelem księcia. milcząc. i zasnąłem powtórnie. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. a tak e zapolujemy sobie trochę”. przy śniadaniu. lecz ulubiony strzelec księcia. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. Szajsen. ale na korytarzu ju nie było nikogo. tak e i później. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. Pogoda była tak piękna. ju rzuciłem się do odzie y... Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. W górach — jak to w górach. stanął sługa osobliwy. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. Uradowany. wśród łańcucha szczytów. aby napełnił pucharki. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi.. ciemnej. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. Wiosna panowała ju niepodzielnie. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. Po słonecznym. — No. chrzęsty i miękkie stąpania.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Był to niewielki. Wieczór ju zapadał. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. Nasłuchiwałem. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. Nie widziałem księcia od wielu lat. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. Zamek. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. Nie był to kamerdyner. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. Wzywał mnie. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. Polował rzadko i tylko w miarę. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. ogorzałej. Podbiegłem do okna.. Odzywała się rzadko. tyle. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. abym. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. wnet ruszyłem w drogę.

w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. Tylko sługa pozostał nieporuszony. Schneemann. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. — Wiesz zapewne — ciągnął. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. Śniegusy dobrze wiedzą. ale inną jakąś istotą. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. Wędrują najpierw pojedynczo. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. e przychodzi ich kres i. — Mo na i tak. — Jedni polują na daniele. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. za przyczyną rozbawionej młodzie y. Im bli ej gór. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. ze środkowych równin. jak wszystko w naturze. tym ich więcej. wcią na południe. w miejscach ocienionych. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. nadtopione. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. łączą się teraz w gromady. po naszemu — „wintercwergi”. Nic jednak nie dałem znać po sobie. znudzona długotrwałą zimą. łowiecka nazwa. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. próbują walczyć o ycie. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. inni na kozice. to śniegus. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. a młodzie . Śniegusy z najdalszych stron. Niektóre. nawet pewne tajemnicze zjawiska. — Nie. Męska. Zdobią one podwórka i place. znad samego morza. e zawiodę jego oczekiwania. Ale oto zbli a się wiosna. inne niezdarne i prostackie. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. przebywają setki mil. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. zaskoczone wschodem słońca. dla igraszek i figli.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. Ale to nazwa dziecinna. nie uwierzę. ze strachem i wstrętem. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. a tu. jakby nagłe zimno ją przeszyło. we dnie zatrzymują się byle gdzie. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . który wiesz. w górach. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. my będziemy polowali na śniegusy. kierują się na południe. stoją wzdłu gościńców. Co więc robią? Nocami. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. powstają. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. wkraczają w krainę chłodu. parowach i zagajnikach. Skruszałe. ksią ę. jakby nie przed człowiekiem. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. — Zapewniam cię. — He he! — wołał podochocony ksią ę. ku górom. odstawiając pustą szklankę. Jedne okazałe i kunsztowne. prowadzone niezawodnym instynktem. robi się coraz cieplej. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. Zauwa yłem.

powinien znać całą prawdę. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. wyprostowana. Siedziała naprzeciw mnie. — Och. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. —— zaczął ksią ę... uprzednio osaczonego przez nagonkę. Znany jest przecie jako największy. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. Panna milczała. które. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. dziecko. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. nacierali na „Schneemanna”. — szepnęła. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. Śniadanie podano w sklepionej sali.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. mniemając. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. — Powiedz mu! Powiedz mu. ju ich po ałowałem. e tak. Zresztą pan. Strzelcy. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. — O tym myślałeś. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. e poluję na „Schneemanny”. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. w całym zamku szykowano się do wyprawy. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. przybywasz w samą porę. powstrzymując mnie ruchem ręki. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. jak polowanie — odparłem. Odpowiedziałem. dalibóg.. nie mówmy o tym. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze.. — No. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. nawet przez Kościół. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. — Ma mi to za złe. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji.. 132 . szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. — Dobrze — powiedziała spokojnie. có ? Polowanie. na drugim końcu mahoniowego stołu. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. choć nie przypominałem sobie. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. pragnąc rozproszyć to. — Nie chciałam o tym mówić. ale nie chciałbym. nie są takie straszne. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. — Przyznam się. właśnie pan. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. i podgrzewali go z bliska. — Wiedziałem. Prawie nie tknęła po ywienia. Ledwo wypowiedziałem te słowa. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem.. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. e niczego bardziej nie pragnę. zawsze było uznawane. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. wszystko! — zawołała. nawołując mnie. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. — Jak pani sobie yczy. i potrzebna jest jej pomoc. ycząc sobie dobrej nocy.. — Dosyć! — powtórzyła. Skądinąd ma on gołębie serce. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. e zerwałem się z krzesła.. parzenia kawy lub herbaty.

jeszcze silniejszej ni wczorajsza. Piękny to był widok. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. e śniegusy lepione w kraju. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. Szli przodem naganiacze. ile do panny. nie tyle do mnie. jak mówi wuj. podczas zwyczajnej. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. Nagły rumieniec oblał jej policzki. Minął nas ostatni jeździec. lepi się je na gwizdek i rozkaz. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. A czy pan wie. dobrowolnej zabawy. omdlewają dziecinne rączki. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. Przemarzają. kto stoi za tym wszystkim. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. gdzie w zielonych. To rzeź. a w głębi parków. ani opanować swojej radości. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. a zetknęły się nasze strzemiona. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. zimowy świt rozjaśni podwórza. to. wychodzą parami na dwór. Polowanie zaczęło się. od stworzenia ofiar samych. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. szyję i piersi. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. ślepo oddanych wujowi. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. ale zapomniał dodać. Pan myśli. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki.. gra przypadku. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. śniegusów.. jak mi się zdawało. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. Umilkła. z nutą podziwu. w zgrabnym toczku na głowie. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. e olbrzymi śniegus. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. Johann oddalił się. widać. ukartowana od samego początku. a sam.. mając mnie u boku. nie dowierzając własnym oczom. wuj jest opiekunem sierot.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. Zatoczyła koniem. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. Milczenie przeciągało się. Podnieceni kucharze donieśli. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. Pod komendą opiekunów i wychowawców. zakradł się i zamknął w lodówce. — Sadysta? — dokończyłem. wyjechał przed bramę. ponad 133 . — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. Wystraszone. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. ile pewne jego okoliczności. licząc pewnie na to. kierując te słowa. odziana po męsku. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego.. Nagonka ruszyła ju wcześniej. Nietrudno się domyślić. którego. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. ciepły poranek zaskoczył na drodze. iglastych. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. z krótką tylko przerwą na obiad. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie.

Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. wynurzał się na polanę. Przed nami ukośnie. jakiś cień przesłonił polankę. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. Gdzieś tam. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. gdy górował u szczytu polanki. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. kulistej głowie. Stał tam ktoś. inkrustowany macicą perłową. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. lecz podnosiły się z bezpiecznych. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. jodłując. ławą lub pojedynczo. pochyleni w kulbakach. Jak e był piękny w swym ogromie. mosię ny. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. w której decydującą rolę grali doje d acze. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. bezszelestnym oczekiwaniu. i stado śniegusów wpadło na polanę. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. na ostrym. z boku. ciepło! Rany Boskie. rozpościerali koce. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. w galopie. Sniegus. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. Zasyczał dwupalnikowy prymus. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. le ała polanka. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. 134 . W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. jeszcze przera ony okrzykami. mieliśmy odbyć pieszo. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. zimującej jarzyny. a za nim dru yna. doskonale zarysowanej linii. Ci śmiali chłopcy. nie mogąc się skutecznie odsunąć. Zatętniły w lesie kopyta. kryli się doje d acze. a do stanowisk strzeleckich. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. zupełnie blisko. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. Gdy śniegus. spędzonej w ober y. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. ale wytę yłem wzrok. po chwilowym osłupieniu. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. Cała głowa. który — podczas gdy inne. z prymusami o płonących ju palnikach. Ogromny. nakazaną mu przez naturę. — Ciepło. którzy pieszo. który. — Ciepło. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. Głuche. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. w którym ten prę ny kwiat.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. stromym stoku. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. o mocarnej. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. Dalszą drogę. Nic jeszcze nie słyszałem. byli pierwszymi. osadzona na zwartym. pokryta śniegiem. nie zsiadając z konia. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. Puls bił mi w skroniach. Długi nos ze zdrowej. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. Zbli aliśmy się do ostępów. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. Byłem bez prymusa. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. doje d acz. przystępowali i kończyli dzieło. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. spełnił swoją powinność. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. tym samym spełniając yczenie prześladowców. właściwą szlachetnym gatunkom węgla.

pod przewodnictwem olbrzyma. mój drogi — odparłem. z uczuciem.. którą przeszły szar ujące śniegusy. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. podnieśliśmy się z kryjówek. przebrani i odświe eni. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. nieobecne oczy panny. obrastał w nie i. a potem. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. — Wiem wszystko — powiedziałem. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. ośmieszone. Nie lubią mnie tu. hołubić i dogadzać. abym. wiadomo. Dosyć zresztą. — Masz rację — poprawiłem się. są i będą.. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu.. — ale ju nagonka. próbował. i to rękami sierot. którego określić nie umiałem. jakimikolwiek powodowany pobudkami. Przed kolacją. ze szklankami w ręce.. w górach. wyprostowana. Polowanie. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. kiedy i tak są ju niepotrzebne. e bałwany były. zmieszani w dzikim popłochu.. odciągając go na czas z drogi. te kobiety. łamać się zaczęły i spiętrzać. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. to nieuniknione. wszystkie. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. rzucili się na boki. głośno zawołał: 135 . na pół z niepokojem. — Nie. zginie Orle Gniazdo”. — Ale wiem du o. — wskazałem ręką ku górom za oknami. po to tylko. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. tam.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. która. e nie rozumie. ale było ju za późno. wydostały się bezpiecznie z obławy. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i.. stwarzać je. spotkaliśmy się znów koło kominka. staczać się począł na księcia i towarzyszy. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. a za mało wiadomości. a tym samym obiecywać mu. e polowanie na śniegusy. biały tuman przyjdzie z gór. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. Ksią ę zarządził odwrót. Ale dobrze wiesz. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. Panna nie była jeszcze gotowa. zmieszany ze słońcem. bezlitośnie je tępić na wiosnę. udając. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. aby nie mieć złudzeń.. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. nie zabierałbym głosu. Korzystając z lawiny. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. przynosi nieszczęście. Nie wiem. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. doje d acze i prymuśnicy.. wpatrywała się w kierunku. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. ale powoływać je niejako. kocem!. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. Wśród gminu istnieje nawet legenda. szukające u nas schronienia. — Widzę. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. e gdyby tylko o to chodziło. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. przynajmniej jeśli chodzi o nie. którego nie umiałem nazwać. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. na kształt ruchomego wału. Znasz mnie chyba na tyle. wirując coraz szybciej.. jakby nieobecnym. gdzie powoli wsączała się ciemność. przybrawszy postać lawiny. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. a gdy zima minie. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. — Ach. aby później. który. obracając wszystko w art.. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu.

wymagało raczej hartu duszy ni orę a.. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. krzepka bryła. wspinające się w zygzakach ku niebu. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. Przed nami otwarło się wejście do groty. tu za nim ksią ę i ja. który dzisiaj przyszedł z gór. — Podobno opuścił zamek. chcąc przerwać milczenie. zapuścił się w grotę. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni.. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. Ksią ę podszedł do niego. widząc te głownie w oddali płonące. To. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. Zaiste. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz. Spoczywała z wdziękiem. podkręciwszy obydwa palniki. Ale w dolinę schodzi rzadko. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. Wszystko taje — dodałem. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. Tylko oczy pozostały te same. półle ąc. Odwiedziłem ją znacznie później. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. Świtało ju . długiej i czerwonej marchwi.. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. nie był w stanie uczynić nam nic złego. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. z prostotą. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. Pośrodku groty klęczała panienka. Przodem Johann.. Zauwa yłem. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. tak wystawny. lśniące i matowe. przywitała mnie yczliwie. Nic więcej nie wiem. a i górale okoliczni nie 136 . — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. Konie dawno pozostały w dole. Po egnałem się szybciej. — Myślałam. Ogromna. — uzupełniłem. spoglądając na ró e. — Nie ma jej w całym zamku. — A. — Czasami. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. W półmroku stała jakaś postać. Postępowałem o kilka kroków za nim. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej.. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać. Ale niepotrzebna była mu broń. w szpitalu. ółtych i okrągłych. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz.. które się wywiązało. co ujrzeliśmy. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. — Jak to? Nie wiedział pan. wymagało opieki lekarskiej. Spojrzałem na księcia. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. Zapalenie płuc. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. na nizinach. kto woła w gorączce. Ksią ę. Zresztą nie chciała le eć w zamku. ni to było uprzednio w moim zamiarze. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus.

ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie. 137 .Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi.

Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. chronionego przez sztuczną. całe to moje podręczne obejście. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. awanturników o muskularnych ramionach. a wreszcie stało się nie do zniesienia. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. co więcej. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. 138 . Zawsze jednak dochodziło do spotkania. Oto nieraz nocą. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. jaką w nich budził mój schludny obozik. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. Złodziei. plastykowe kubki. opieki. nawet na schodach. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. e mo e on zawróci. z otchłani miasta. Ale czułem. nawet w pobli u komendy. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. e zostawi mnie samego. Z wewnętrznym dr eniem. pijaków. teraz obezwładnionej. przystosowań. urzędową potęgę. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. Nawet w dzień panował tam półmrok. lśniące rondelki. zawodowe po ądanie. Będąc człowiekiem wolnym. Po to na bezludzie. a eby całymi dniami wypatrywać. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. pogodą. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. Sadyzm człowieka słabego. zało yłem biwak. Patrzyłem na nich godzinami. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. Nienawiść. podciągniętą pod brodę. rękę ju wyciągniętą. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. Podłoga. wydawała niemiły zapach. W lokalu było duszno. jak nale y. a ciemna groźba unosiła się nad nami. W kącie wartowni. skurczem. Na ulicy. opodal balustrady. có nawet z tego. kiedy patrzyłem na nich. e wtedy wezwałbym policję. do wspólnoty. Byli to przecie zbrodniarze. Doszło do tego. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. Có z tego. Nieprawość ogarniała mnie. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. tchnące zdrowiem. Kupiłem namiot. pod czystą białą powłóczką. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. Bałem się ludzi. spokoju. uderzyć w twarz. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. Lęk towarzyszył mi stale. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. czystym i higienicznym sposobem ycia. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. przygotowywałem się na ka de spotkanie. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. To jeszcze zwiększało mój niepokój. ka dy mógłby mnie okraść. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. Być sobą. Okno wychodziło na ślepy mur. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. Do wartowni wprowadzono ludzi. przewrócić. nie cieszyłem się tym przywilejem. e czułem się rozczarowany. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. Nie. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania.

Stwierdziłem z ulgą. do czego by to doszło. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. — To mo e powiecie nam wobec tego. Małpie. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. urządzony tak pracowicie — uciekłem. Myślę. — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. 139 . Mój Bo e. szerokie barki. e na zewnątrz nie ma wartownika. kiedy go wyprowadzono. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. Porzucając mój obozik. — Wychodzę za własną potrzebą. — Tak? — na to sier ant. Przed chwilą zabił człowieka. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. Przyczaiłem się na korytarzu. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. Uciekłem w ciemność. to on! — krzyczał tamten w celi.

to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. które mogłoby na to krzywo patrzeć. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. Dzień zapowiadał się prześliczny. przyło ona arkuszem blachy pancernej. Patrol. Zamierzałem go posłać na górę. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. Musieli ją wznieść niedawno. Ogarnęła mnie zazdrość. Garnek te się przyda. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. Ka dego ranka wychodzić po mleko. Zadowolony. co o tym wszystkim sądzi. — Tak jest. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. Chciałem walczyć. potem wracać. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. wzdłu barykady. Słońce wzbijało się coraz wy ej. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco.. Spełniłem rozkaz. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. kapusty. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. — Jeśli nie chcesz. — Do diabła! — mówił wysoki. akacjowa szafa. eby dojrzały. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. ktoś wywiesił białą chorągiew. czy nie?! Zagadnięty. opalony.. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. wysłany tam przez komendanta. na ulicy. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. Nie bójcie się. stoi barykada. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. potem to mycie garnka. — Strzelać nie umiecie. widocznie pragnąc zyskać na czasie. Kiedy zbli yłem się. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. Barykada. — Jak sobie pościelesz. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. na targ. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. eby mi przyniósł jasiek. Poło yłem się na wskazanym miejscu. dłubał zapałką w zębach. wrócił z wiadomością. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. z obawy przed dowództwem. po prawej stronie. 140 . Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. Zapytałem go więc tylko. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. rozsypały się tu i ówdzie. — Inteligent? — zapytał krótko. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. Pomidory. e przed moim domem. stawiać je na kwaśne. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. które zazwyczaj trzyma się na szafie. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. oni nie podsypują du o prochu. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. e przydzielono mi ju zadanie. W jednym z okien na drugim piętrze. Wszczęto śledztwo. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. jak to zwykle bywa. Ale nie mo na powiedzieć. ebym du o czytał — odparłem. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. Jej centrum stanowiła ogromna. Przywołałem go cichym psyknięciem. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. zdą ający do centrum miasta. Widziałem. wyglądający na przywódcę.

nie mając teraz co robić. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Musieliśmy jednak zgasić. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. który zaraz wysłał patrol. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. w oknie koło rynny. Ka de dziecko niosło lalkę. bo stary wiarus. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. Jeden z grających. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. Nie nudziłem się. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. meldując komendantowi. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. poszedł zarekwirować pościel. kiedy zza węgła ukazał się pochód. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. Potem pani wychowawczyni zasalutowała. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Szafa była cię sza. Odszedł do swych obowiązków. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. Miał na myśli nieprzyjaciół. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. A tu nie pościel broni mu dostępu. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. e trafi na pościel. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. bo z mojego posterunku — jak wiadomo.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. Liczy na to. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. ni mo na się było spodziewać. ja zaś poczułem się tak dumny. widok miałem coraz rozleglejszy. — W porządku — stwierdził. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. tupiąc nó kami. Po prawej i po lewej stronie — rynny. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. Przy tym robili to. jak jednoręcy. wraz z częścią załogi. pokazał mi język. dwóch jednorękich grało w szachy. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. Nie było jeszcze dziesiątej. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. ale właśnie maszyny do szycia. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. oglądając moje uło enie. Potem oddział odmaszerował. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. le ąc na podłodze. pewnie cichy wspólnik wroga. Wróg miał nadejść lada chwila. Na przykład pod szesnastym. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. misia albo kaczuszkę z drzewa.

części karuzel elazo. słyszałem. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. eby wróg nadszedł. tekturę. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. farbkę do bielizny. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. Chciało mi się pić. eby nie być ukaranym za defetyzm. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. bieliznę i gramofonowe płyty. nieustanna. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. Zresztą to nie moja wina. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. jak dziecko. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. pocieszałem się zresztą tym. obracające się z wiatrem. Popołudniowe słońce. — Wszystko chcielibyście od razu. Do broni! — Je eli tak. e wróg nadejdzie. który się był ukrył. ale wroga. słoje. poza mną. pewne osłabienie — sprawiały. choć oddalona wrzawa. szlam. 142 .Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. w dole. Starego wiarusa nie było w pobli u. Wydawało mi się wtedy. choćbym miał sam szturmować barykadę. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. choćby do godziny siedemnastej. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. e nawet ziarenka grochu. Wykryto w niej starszego człowieka. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. wstą ki. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. — Gdzieś koło drugiego piętra. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. kominy. — Obiecaliście. e umrę za sprawę. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. lak. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. pod betoniarkami. Spójrzcie na mnie. fotografie. anteny. a niechby i siedemnastej trzydzieści. Ja jestem stary wiarus. Zrywałem się. Tłumaczył się. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. to w porządku — zamruczał malkontent. zwo ących. Je eli spojrzałem w dół. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. który początkowo nieśmiało. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. czym rozporządzali: lampy. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. pod ogromnym. mumie. a nawet nie ywego wróbla. Pocieszyłem się myślą. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. pchających i toczących na barykadę wszystko. Chyba ju najwy szy czas. Dalej — dachy. widziałem pracowite mrowisko. usypiskiem przedmiotów. e wróg nie nadejdzie. Tymczasem okazało się. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. Bardzo chciałem. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą.. Stary wiarus zbli ył się do mnie.. e to ju wróg. le ącym na wysuniętym posterunku. stromym stokiem. przekonany. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. dlaczego szafa była tak cię ka. Podszedł do nich komendant. tam. blaszane dziwolągi od wentylatorów.

Szukałem długo. Brodząc. gdzieś w głębi. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. skacząc. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. len od wełny. potem syczący szmer. kiedy. Najpierw rozległ się cichy stuk. Widziałem równie komendanta. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. wiłem się między jej elementami. skacząc po zewnętrznych wykuszach. Dobierał sobie kapelusz. Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. Było ju całkiem ciemno. o ile dobrze pamiętałem. Pamiętam. Miasto miało zostać bez światła. Czasem wpełzałem w głąb barykady. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. czołgając się. wiklinę od trzciny. e. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. arówki. Minąłem go w milczeniu. miedź od elaza przez smak. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. niebieska emalia. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. to znów. w samą jej treść. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. unosząc mój garnek na mleko.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. Szarpnąłem. szorstkości i kształtów. dotyk czy węch. Za mną waliła się barykada. pomagając sobie palcami nóg i rąk. 143 .

to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. 144 . Czerstwy jest i opalony. mówił. ale starał się naświetlić je wielostronnie. ale W. w zimie te da się załatwić. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. Kataru ju ani śladu. Sabcia rośnie coraz wy sza. na le ąco. Kawusię pies pogryzł. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. nie znając otępiającego działania spirytusu.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. warkocz ma gruby. tam był. był to pamiętnik optymisty. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. z wiekiem przybitym silnie. Rześko jest. e te C. nastały dni błękitne i złotawe. Pozdrowienia. się odgra ał. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. Dach się załata. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. wszystko ju umówione. argumenty bez podstawy. na głucho”. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. eby uszy trzymać do góry. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. więc z okowitą precz.. e to tylko pró ne gesty. słowa bez pokrycia. zapisaną pismem nierównym. jak mnie spotkał. Jak się okazało. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. Tyle rękopis. a i to umiarkowanie. Równie pogoda ustaliła się na dobre. Tatara. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. w intymnych pamiętnikach to normalne. Wprawdzie M. Wino tylko będziemy pili. warsztat będzie uruchamiał.. mówił. Ja myślę. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. Co najwa niejsze. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. zresztą R. mówi. człowieka. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. Czasami u ywa skrótów literowych.

której miłośnikiem stałem się. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. zima w pełni. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. Tym bardziej. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. od urodzenia — zamiłowanie. Niestety.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia.. wę a. a dwóch brakowało. obserwując sylwetkę w epoletach. a nie szeregowym. ale oficer wy szy. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. sprawiają mi pewną przykrość. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. to tam. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. Nikogo nie było dookoła. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. miał jakiekolwiek większe znaczenie. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. Mo e nawet a nazbyt odległą. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. zmierzch wałęsał się w pobli u. Panowały ostre mrozy. ale taki jest autorytet władzy. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. jako oczywisty dowód. e ja. który na niezbyt odległym jeziorku. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. za ywał samotnie ślizgawki. Łatwość. tym razem jednak nie był to Demostenes. e jeden guzik zapięty. najprawdopodobniej sztabowy. bo przecie nie ma powodu. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. e chodzi tu o wojskowego. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. e nie jest to pospolity oficer. napełniła mnie podziwem i otuchą. latem pełen gwaru i śmiechów. za siecią nagich prętów. Ledwo to zdołałem pomyśleć. będąc półbykiem. aby fakt. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. jak zwykle. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. ruch wahadłowy i dość szybki. gdzie pawilon stoi. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru. gałązek i konarów. Wtem. który pokonał wadę swojej wymowy. e nawet w pustyni człowieka pora a. przy odpowiednich wysiłkach. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. który. e ślizgający się osobnik jest oficerem. strategię obmyśla. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. lecz jest oficerem. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. có dziwnego w tym. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. Choć niedawno minęło południe. stanę się wkrótce innym człowiekiem. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. obecnie opustoszały. na przykład. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. nadzieją. poniewa z natury jestem mizantropem. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. która płynnie przemieszczała się to tu. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. rzec mo na. wobec tego tylko fular poprawiłem. e nic zwyklejszego. grubo zamarzniętym.. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. szczególnie na świe ym powietrzu. 145 . ujrzałem jakieś miganie. ale wspaniałe czyny Herkulesa. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań.

Co do mnie. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. kruchość i niezupełność. w stronę swojego pałacu się oddalił. obroną. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. Nic. Człowiek tęskni za opieką. ku miastu wróciłem. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. a nawet powinienem. e tylko ja mogę go poratować. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. Potem ły wy odpiął.. Ten zaś nie chce się puścić. Nigdzie oparcia. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. e nie jestem człowiekiem czynu.. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. ani się spostrzegłem. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. gdy tylko otworzył oczy. staram się podnieść na wy szy szczebel.. a nie prawdziwy. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. w ilości zdumiewającej. zagubiony i bezradny. Ale teraz wiedząc. Trzeba zaznaczyć. było sztuczne. eby zobaczyć. więc zły byłem. pszczeli. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. Równie jako metafora. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. twarzą zwrócony ku niebu. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. — To jest dopiero coś. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. jakie mu mogłem zastosować. I. Tote . krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. eby wyłonił się ktoś trzeci. dłu ej ju w parku nie zabawiając. Samotny się czuję. fałszowany. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. jak ołów z mlekiem. A ja. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. wczepione w krawędź lodową.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. na plecy je sobie zarzucił i. skazanej na indywidualną nieporadność. jak zwykle. snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. i lęk przed ludźmi by zaniknął. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. To pewne. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. Niestety. wprost z ula. Pracuję nad sobą.. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. w sam czas. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. i nawet nie wie. — Nigdy nie zapomnę. Rozejrzałem się dookoła. potem za faworyty i epolety. oparciem. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. Weźmy choćby moje ycie. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. bo wiadomo. zazwyczaj. e ocalił mi pan ycie — powiedział. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. z tego jeden z sygnetem złotym. rękę mi podawszy. Nie yczliwi wzajemnie są. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. Wspominam o tym z przykrością. pomocy znikąd. Jak ju wspomniałem. jak zapadł późny 146 . aby się podtrzymać na duchu. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. pękające z tajemniczym gulgotem. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. jedyne oddychanie. który. Porzuciwszy pawilon.

Ciągle mi się zdawało. — odparłem w zadumie. ale nie zrobiłem tego. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością.. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. a ja bym wchodził. — Czy ja wiem. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. Postanowiłem wyciągnąć. jeszcze tego wieczora. ni zowąd pomyślałem. Wchodzi a na czwarte piętro. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. Będąc półsenny. na górze. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. Zuchy. Okoliczność przykra z tego powodu. więc zauwa yłem. Na to oni: — Prosimy. — Zjadłem wczoraj coś. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. Jeszcze na półjawie ni stąd. Chciałem się zaraz zabrać do tego. ale ju zasnąć nie mogłem. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. Więc mo e by jego? — Mo na.. wstałem i udałem się za własną potrzebą. co? Pewnie się pan zasapał. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk.. U siebie. — Około ósmej przychodzi mleczarz. Tak. Chciałem się cofnąć.. Zerwali się natychmiast. i jak tam? — mówię wreszcie. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. niewątpliwie. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. Zadośćuczyniłem prośbie. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach.. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. Rad nierad. w stosunku do niego równie mam kompleks. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. prosimy. — I mrugam do nich. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. niby to artuję czy coś takiego. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. którzy ju się nie kładli. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. Nad ranem obudziłem się. Tymczasem on się nie odwraca. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. po czym usłyszałem znajome. e tego nie lubi. a wstałem i naciągnąłem spodnie. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. Przewracałem się z boku na bok. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie.. tylko potakuje. nie od razu zorientowałem się. eby je 147 . kogo bić. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. co. późno wracając. Mo e jego? Prawdę mówiąc. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. którzy drzemali na słomiance. cię kie człapanie i przekleństwa. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. bo mróz palił coraz mocniej. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. Ekscelencja dotrzymał słowa. tajemniczy taki. — No. przerywali mu sen. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. co?” A on nie. ale farby nie puszcza. czy co.

uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. nie wiadomo dlaczego. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. no. tępo wpatrywałem się w ścianę. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. 148 . boby został pobity. — Nie był — odparł stró tak po prostu. — Co? — dodałem. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. ale w ostatniej chwili udałem. a serce mi biło. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. — Jakby mleczarz szedł. Czekali na mleczarza. he he!. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. za to. Czasami przychodzi nawet po południu. Ale mleka nie miał przy sobie.. to proszę mu powiedzieć. nie mówiąc o bieganiu po schodach. e jestem tak e swój człowiek. e dzisiaj mleka nie trzeba. aby zostać pobitym. a jednocześnie wkupić się artem. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. Nic jednak się nie działo. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. tego. dno. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem.. Czułem się poni ony. I wtem. Wreszcie. Ja czekałem równie . panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę.. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. tak zwyczajnie. bo wydawało mi się.. e on coś powiedział. nastąpiła długotrwała cisza. spoufalić. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. Poza tym obawiałem się. pokręcił się. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. pora ka. wiecie. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. e lejtnanci czegoś się domyślą. e kazałem mu. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. Oszukał. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. pokręcił i poszedł. ale o mleczarza. ale powinien przyjść bez mleka. wszedł tu jakiś osobnik. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. e zachwiałem się na nogach. Zdyszany.. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. powstałym z tego zamachu. aby nie zostać pobitym. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność. to i wieczorem. Udało mu się odejść bezkarnie. Ale on w ogóle nie powiedział nic. błysnęła mi myśl. więc ja ju nie wiązałem. W mojej głowie powstał idealny plan. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. a sam niech przyjdzie na górę. zanim się. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. — Owszem. połączyć z nimi. — Jakby był.. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. Cały mój zawiły plan. wbiegłem na schody. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. przejść do nich — to stało się nagle moim celem.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. tak po prostu! Klęska. — Dziękuję panom. razem ze skurczem strachu. nie mogąc się ju opanować. a jak mu nie jest po drodze. ani siak. dlaczego się nie śmiali? Ani tak.. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. aby dać do zrozumienia. wpatrzeni w klatkę schodową.. e się domyślają. Nie było go — zameldowali posłusznie. Siedząc na nim. to niech mleko tu zostawi. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. Lejtnanci stali przy drzwiach. Odwrócić ich przypuszczenia. który stał. uciekłem z powrotem na górę. kiedy ju krzyknąłem. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. gładcy i uwa ni. przeto. zanim on coś powiedział.

to było. przystając tu i ówdzie. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. Ci sami. — I.. Im później.. Jeszcze ociągając się. nie! — na to stró ... — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. 149 . obok kończyny stró a odzianej w szarą białość.. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie. idź. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. tym pełniejsze. — Pal sześć! — mówiłem sobie. brak sił i oparcia. Zatarłem ręce z uśmiechem i.na ślizgawce się topił. cię kie kroki. kotku. Przystanąłem. — No. Brama była zamknięta. Ja i adiutant. Potem. do siebie.. kotku. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. idź! Tam ju czekają na górze. ale tylko na chwilę. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. ruszyłem na górę krok za krokiem. to i ja jego uratowałem. ulica pusta i skąpana w księ ycu. — Znowu? — pomyślałem.. Jego dostojność wszystko zanotował. wiesz ty. — A idź. — I. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. co rano.. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu.. Nie ruszał się. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — . a głośno powiedziałem: — Rozumiem. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. Rozległy się znajome. Zazgrzytał rygiel. zadzwoniłem. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. to ja ju idę. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. międzyludzka anarchia.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. — Co było. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. ni zowąd. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. jakoś tak śpiewnie. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy.. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. wyszedłem i ja. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. czując niemal rozkoszny dreszcz.

a raczej ró any. Przystanąłem. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. bo nie przypominam sobie. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. ju zbli ając się do węgła. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. ale musieli dobrze uwa ać na palce. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. a je eli tak. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. Wychyliłem się ostro nie. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. usłyszałem nowe śmiechy. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. mimo e nie lubię się narzucać. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. tylko kwiatowy. raczej gruby ni wysoki. z czegoś wspólnie im wiadomego. wśród zwałów ramienia i przedramienia. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. ale nie warzywny. Zobaczyłem du y ogród. Spodziewałem się tego. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. ró nokolorowo poplamionych. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. który wstrząsał nim całym. ale jakby w porozumieniu. i takich e czapeczkach. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. udam. Na zgięciu kapitalnego łokcia. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. Nie to jednak było zaskakujące. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. a wesołość przybierała na sile. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. 150 . Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. ale śmiech. który się zbli ał. Stwierdziłem tak e. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. niósł koszyczek. bardzo grubi panowie. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. o ścianach pomalowanych na beztroskie. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. jak i przechodniom. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. eby jeden spojrzał na drugiego. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. pastelowe kolory. w szelkach — przycinało gałązki. sceptyczne. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. przeznaczony zapewne na zakupy. Stroje mieli barwne. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. jednak kiedy. jakby coś przypominając. przedostałem się poza ogrodzenie. które było jak wielkie państwo. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. — Je eli mnie zauwa ą. e jestem mleczarzem. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. koszule w kratę. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. a nade wszystko dobrej kuchni. Nic nie mówili. Za siatką rósł gęsty ywopłot. prawie podobny do krą ka.

Wielka biała kuchnia. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. Lśniły woskowane. szum bulgotanie i chóralny śmiech. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. Wydawało mi się nawet. Przed nim stał na stoliku globus. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. pękając ze śmiechu. który obrócił się lekko i wolno na osi. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. poduszki. ale bardzo gruby. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. kościstym palcem trącił globus. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. Doszedłem do końca korytarza. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. ciemne parkiety. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. eby go cokolwiek obchodziło. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. suchą. otomany. — Ze mnie. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. Cienkim. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. W pokoju story opuszczono. W głębokim. 151 . jakby tak e się śmiał. długim. sofy. Chudy odwrócił oczy. zbyt gruby. ściągniętą. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. Twarz miał pociągłą. charcią.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. szezlongi. e ziewa w pewien określony sposób. mielenie. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. nie słyszałem ju ani śmiechu. — Razem z psem. Pchnąłem drzwi na prawo. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. skrobanie.

eby pójść na kolację i do łó ka. głód doskwierający tłumom. Miała to być walka a do skutku. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. stawały się powolniejsze w miarę. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. światła w większości pogasły. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. Powszechne niezadowolenie. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. ale jeden potwór. to w ka dym razie znu enia. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. a stale wzrastającego napięcia walki. kiedy kula na ringu. Na ringu. jakimi zwykle rozporządza człowiek. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. W tych okolicznościach. po zerwaniu plomb. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. Ju i okrzyki jakieś padły. Na ringu pozostała kula. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. Nazajutrz. Publiczność. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. Ju na początku widzowie zauwa yli. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. w białym świetle. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. i to coraz rzadziej. je eli nie zobojętnienia. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. Ruchy ich. obaj dotychczas nie zwycię eni. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. względnie ustępstwa. krzyczała. Tłum zapełnił wyjścia. Tymczasem była ju najwy sza pora. unosiła się z miejsc. nie podnosząc głosu.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. Godziny przedłu ały się. na skutek ogólnej zawiłości. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. starannie pokryta pieczęciami. podobnej budowy. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. Równego cię aru. spełniając swoje obowiązki. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. Sala opustoszała. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. Rzekłbyś. potrzebujący gwałtownych podniet. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. jak oplatali się wzajemnie. Jednak po upływie długiego czasu. e takie wyjście znaleziono. zło ona z zawodników. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. nastąpi rozstrzygnięcie. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. szybkie na początku spotkania. Ale potem. a nadeszła chwila. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. nietrudno 152 . jak są. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. zmęczenie. obdarzony podwójną ilością tych członków. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. dociekał. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy.

. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę.. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. to ja. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. Szatan-Maty zdziwił się. — Nie. eby zabić nudę długich.. zaraz. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. szukali czegoś w sobie. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. wypełnić czymś pustkę. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. lędźwi. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. — Ja.. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. rodzaj tablicy. — stwierdził stanowczo Pyton. e ona to pisała na tablicy czymś. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju. który zło oną drogą. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. to było wcześniej. — Po prostu jest nas dwóch. stóp.. dotarł do ucha Szatana-Maty. nieznane im warunki. goleni.. — To mo liwe. zaraz. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. coś na niej pisze. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. rozprawiali trochę. — Ja. Ty. ja w nim. — i zamyślił się a do bólu. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. — Dwa. jakby białym kamyczkiem.. Rozmowa toczyła się dalej.. otwarte okna. nocnych godzin opieczętowania.. dziecko. — zawstydził się dumnie Pyton. pustej i mrocznej sali.. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. Wtrąceni w nowe. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. choć unieruchomieni. a ten z 153 . — Co? — odpowiedział Gross-Pyton.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. to całkiem co innego. To jasne.. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza.. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu. — Du e pomieszczenie. ty mi powiedz. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. wśród barków. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. którą stworzyła bezczynność mięśni. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach. cię ko dysząc. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę. — Jesteś? — Jestem. Słabe. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. całkiem mały.. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. Jednak. Były tam tak e inne dzieci. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. Zaprawieni w walkach.. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton.. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę. a resztę po cztery.. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. — Pyton.. tricepsów i mięśni kapturowych. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty..

gwałtownie mizerniały lampy ringu. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. Mijały godziny w ciszy. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu. cichł. ledwo słyszalny. pod kopułą. 154 . który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. A ta gwarzyła coś do siebie. gdzie dach był szklany. Bryła na ringu odpowiadała sobie.. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. to by ci było dopiero!. Ale było ju za późno. — Bo nie wiadomo. czy te sprowokować koniec. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. choćby za pomocą kawałka elaza. stanęła ju blada. Wysoko. wątła poświata. — Pyton. Gdyby to było wiadome. podnosił się. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. niektóre coraz trudniejsze. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. szeptała. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. nie zwracając uwagi na kulę. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. opadał. co potem. chłodzie. ciemności. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. spierała się o coś. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć..

Gorzej. podczas długotrwałych szarug.Na razie jednak mamy lato. przemija. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. świątek czy piątek.. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. Tylko tacy. Znaliśmy się od dawna. Zapytałem. zaczynają się niecierpliwić. rozporządzających odpowiednim terenem. i to właśnie pod gołym niebem. to znaczy. Wystarczy. co zwyczajne. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. ebym dzisiaj zmoknął. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). Dachów. mogą mnie wyrzucić. gdzie obecnie pracuje. pięć najwy ej. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. W lecie. Bywają partie. a tak e odpowiedni park kostiumowy. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy.. — Czy wiesz. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. nie wyłączone elazko w domu. w stopniu równomiernym. którzy od początku nie interesują się sprawą. mamy pod dostatkiem. . nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. na przeciwnych krańcach szachownicy.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. Najgorzej jest zimą. podczas słonecznej pogody. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. a przy tym przeszkadzają grającym.. Szybko się męczą. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. całkiem byłby z niej zadowolony. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. . na skutek zamieci śnie nych.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. ani wzlotom. podczas których. co to są ywe szachy? To samo. chwilowi pocieszyciele. — Mam początki reumatyzmu. e przeziębiłem się niedawno. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. ale spotkałem kolegę. Zamiast martwych. Potrzebni są ludzie wynajęci. Oczywiście. Trzeba yć. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. e przecie wcale nie musi moknąć. czternaści do stołu. mo e wydać się całkiem przyjemna. Występuję tam 155 . wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. Ty. Ochotnicy nie zdają egzaminu. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. Jesienią. oddzieleni od tłumu. Odpowiedziałem.Praca ta jest względnie lekka. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. Na razie to początki grypy.. . — Dobrze ci tak mówić. Zawodów imaliśmy się niepewnych. Publiczność chętnie przygląda się zapasom. eby nie zbić swego zamiast obcego. mo e przyprawić o katar i melancholię. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. . Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. połowiczni stró e. ale na wielkiej. W kościach mnie zaczyna łamać. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca.. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. chwalić Boga. Dostarczyciele... Wyjaśnił. Trudno. tyle e pochmurne. nie podlegając ani załamaniom. przelotni bywalcy i zawodowi goście. odsiadywacze. przyboczni.Oczywiście. Ale ja pracuję. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz.. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. Mnie tam wszystko jedno. a zrozumiemy. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. który wydawał się tym bardzo zatroskany. zawsze zale nych od okoliczności.

Prywatna gra. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. Tylko stopy. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. współśrodkowe. zamieniamy parę słów. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. o tyle laufry. Nie zauwa yłem. Ju wtedy. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. Zastanowiłem się. — No to idę! — Idź. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. jak na premierze. pokazałem publiczności czyrak. Zastąp mnie. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. Laufrom płacą lepiej. e była raczej sienią ni bramą. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. surowe. Ja kładę się do łó ka. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. Mo e pod koniec lata zostanę królem. ale i we wnętrzu jak gdyby. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. przy tym zarobić — nie ma powodów. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. te nieregularne. którą miałem przebyć u wylotu sieni. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. konie były olbrzymie. e ywe szachy to tak e widowisko. pyski o zębach wyszczerzonych. Sąsiadujemy. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. zniszczone obuwie. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. według starszeństwa. pod wpływem tylu spojrzeń.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. wystające spod fantastycznych konstrukcji. gdzie mnie ogląda tłum. kiedy stanęła za mną czarna wie a. dziwnie małe. pozostały zwyczajne. Odruchowo 156 . — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. Poza tym wydaje mi się. z których ka dy był wielkości kafla. Cała dniówka przypadnie tobie. Gry odbywały się na dziedzińcu. miałem trudności. prawie e tunelem. Pracuję dla dwóch starszych panów. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. zmusza mnie do otwartego. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. tak obszernego. adnego gapia. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. Przeszedłem przez bramę tej grubości. Jutro mo e pogoda się poprawi. wie e. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. nie sprawiała niezwykłego wra enia. talerzowate kryzy laufrów. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. niby to złącza cegieł. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. A sam powiedziałeś. e skoro ju przyszli. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. eby mnie oglądać. Wy ej końskie karki. eby taką mo liwość odrzucać. w górze. Po egnaliśmy się. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. wręcz zbyt szczerego zachowania się. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. tylko dziś. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. Oddać przysługę przyjacielowi. Jestem w białych. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. a to. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. w teatrze. obute w ró norakie. choć nadzwyczajna. proszę. bo więcej biegania. więc zawsze.

ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. a to się liczy w późniejszym wieku. co i jak. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. to specjalnie nie podpada. Na przykład teraz. jak będziesz blisko. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. 157 .Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. e na niego kolej. łuki i balustrady. w której teraz wypadło mi wziąć udział. Jakbyś widział. to zastukaj mu w ścianę. na blanki. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. bezładne. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. Mo na sobie jeszcze zapalić. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. je eli się pracuje w koniach. — Uwaga. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. ani z drugiej strony. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. chocia wiedziałem. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. w środku. co robić. eby dym nie szedł do góry. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. Grywałem kiedyś w szachy. zapominając nas o tym uprzedzić. Kilka razy. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. — Oho — powiedział pionek przede mną. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. a on się nie rusza. Grzecznie wyjaśniłem. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. kiedy znowu znalazłem się koło niego. — Tak. tam. Musisz się uczyć takich rzeczy. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . Po mojej prawej stronie stanęła dama. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. nie było przejrzyste. byle ostro nie. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. bo co prawda figura jest cię ka. Wiadomo. ale zanim się zacznie. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. Często zasypia na stojąco. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. nawet nieźle. eby zauwa yć niski poziom tej gry. Dzięki temu kolumnada. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. Potem ju jest gorzej. przesycone wilgocią. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. e nie jestem przygodnym gapiem. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. Taką mamy z nim umowę. Na starość przydaje się parę groszy więcej. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. ale za to mało chodzenia. Przemówiłem do niego. Ale pomimo tego gra go starszy facet. podobnie jak innych. Wie a stała nade mną. Co innego. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. mo na sobie pozwolić. szeroki okap ocieniał elewację budynku. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. e koń skacze na boki. Powietrze. Trzeba tylko wiedzieć. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. milcząc. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. wszystko na jednej płaszczyźnie. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. Wkroczyłem na dziedziniec. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. a nam nogi cierpły. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. W środku było duszno i ciemno. pochmurność przygasiła wszystko. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu.

To patriota. Musiałem odczekać. zajęci sobą. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. — Uwa aj na niego. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. Minuty mijały. które przeoczono. Wtedy jest najgorszy. Nieraz nawet płacze. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. samowolne przesunięcie się o jedno. drobny na początek. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. — Poszedłbym sobie do domu. czy co? — Nie jego. co i on. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. Dlatego właśnie tak cię ko. Krople były dokuczliwie zimne. Szczęśliwy przypadek. a pogoda niepewna. Złość mnie ogarnęła. przekątnej. Byle tylko nie przesadzać. Na myśl.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć.. w górze. a poza tym donosi. kolego — powiedziałem. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. Zbito kilka pionków. oczywiście je eli nas zobaczy. powoli nabierają rozpędu. Dookoła panowała ogólna gnuśność. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. zajmując coraz to inne pola. nie mogę na to liczyć. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. ustawionych naprzeciw siebie. e to się zdarza. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. Policzyłem do stu i. tak się przejmuje. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. jak schodzą z szachownicy. ale jest namiętny. mają w zapasie parę dni. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. Zaczynają z rozwagą. kiedy deszcz nieco zgęstniał. Tymczasem zaczął padać deszcz. nic się nie działo. Oni wszyscy. zaczęły cieniutko śpiewać. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. tak jak stoimy. Najbardziej oczywiste. Kopułka nad moją głową.. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. oklapł najwyraźniej. Maleńkie oszustwo. znalazłszy się na tej samej. ale widocznie im się pogorszyło. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. z tekturowej masy. eby czarne przegrywały. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. więc zostawiają nas na noc. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. Takie deszcze nie mijają szybko. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. najpierw nieśmiało. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. Konia mi gdzieś znowu zabrali. Nie daj Bo e. 158 . kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. Zewsząd dolatywały ró norakie. eby dzisiaj nie było tak samo. wysoko. bo wiadomo. Nieznacznie. starzy pracownicy szachowi. spadających z ró nych wysokości. powiedzie się na pewno. stawiając wszystko na jedną kartę. złościłem się jeszcze więcej. Z zazdrością patrzyliśmy. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. ozdobne wyloty rynien. Boję się. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. Ryzykowałem. potem coraz głośniej. deszczowego szumu. nie powinni niczego zauwa yć. Bywa i tak. Coś im słabo idzie. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. — Który lepszy? — Bez ró nicy. więc się nie spieszą. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. na tle rozległego. — Jego szachy. — Mo ecie iść do domu. szemrzące odgłosy kropel. Nie mogąc dłu ej tego znieść. dwa pola. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. Gargulce. Czarny laufer. Ale nie było rady. — Jesteście zbici. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. sześć godzin. Sklerotycy.

ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. zaczepnie. kopiąc swoim zwyczajem. Pomógłbym ci. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. stare półbuciki. co popadło. Robiła to samo co ja. Nie chcę tracić posady. jak brutalnie i. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. Sflaczały. Otó . Moje wysiłki szły na marne. Moje obliczenia okazały się słuszne. dopóki nie nabrałem pewności. tak e szachruje. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. — Cześć! — zawołał do mnie. Panowało tak powszechne znudzenie. Widziałem. e czarna wie a wie o mnie. e coś nie jest w porządku. schodząc z szachownicy. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. zbiła go. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. Owszem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. prawie się ju nie krępując. co się działo naokoło. co się dzieje. Zwycięstwo białych. I odkryłem. Przyczaiłem się jednak. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. napęczniały deszczem moje kryzy. pustej przestrzeni. Ona równie unikała spotkania ze mną. pomimo moich wysiłków. e i ja o niej wiem. Co do samych graczy. prawie nie zachowując pozorów. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. Sama miała nieczyste sumienie. bo ty pracujesz na dniówce. w butach chlupało. Podziała się gdzieś 159 . Uporaliśmy się z nimi szybko. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. Spodziewałem się. czy biali. Je eli ja wpadnę. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. Na szachownicy zostały dwa króle. niestety. Ani pisnęli. Ty co innego. e czarna wie a. Rozmiękły blanki na wie y. nie zwlekając. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. ale białych ubywało tyle samo. e ona zdaje sobie sprawę. nawet je eli coś podejrzewała. Jako zachwiał się tylko. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. to mnie wyleją. czy czarni mają ruch. Deszcz rozpadał się na dobre. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. dla którego w ten sposób pracowałem. — No to lecę! — zawołał. ale jestem etatowym pracownikiem. nic mnie nie obchodziło. po egnać. Zrozumiałem teraz. kiedy się zorientowałem. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. eby niczego nie zauwa yła. Au! — krzyknął niemal. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. jak gdyby nigdy nic. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. Z naszych. poza mną i królem oczywiście. Nie ulegało wątpliwości. Wiedziałem tak e. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. Nie mogłem się z nim. U nich tak samo. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. ta w grubych trzewikach. a na królach puściła farba. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. ale miałem dowód. On jeden wiedział. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. miałem na względzie i tę okoliczność. bo musiałem. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. usunąłem czarną damę. Nie wolno mi było pozostać w tyle. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. ale starałem się działać jak najdalej od niej. więc. Zająłem jego miejsce. Nie ukrywał radości. taka obojętność. e mnie nienawidzi. robiąc coraz krótsze przerwy. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. czarna wie a i ja. co czarnych. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał.

— Koniec — powiedziałem. ku bramie. bo trzymała się z daleka. w skarpetkach. czy gracze jeszcze są. idę. Co gorsza. Pod sklepieniem. to szach — odparł ponuro. odkryłem jego podstęp. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. Rozumiem. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. Nie dałbym głowy. co. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. e tu nie ma co dyskutować. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. ukryliśmy się za kolumną. oczywiście. Obszedł nas naokoło. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. bo zwróciła się do białego króla. e partia zostaje nie rozegrana. wzmocniony echem jak megafon. Ju nie było powodu się spieszyć. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. Zastukałem mu więc w ściankę. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. uwa ając przede wszystkim. podcieniami. Wreszcie dała za wygraną. kwadrat po kwadracie. widocznie zasnął mimo wilgoci. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. e starzec. o czym mówił koń. obcią ony wiekiem i kostiumem. e tak nie umkniemy. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. — Idziemy. dziadku! Nie słyszeliście? — A. czy się rozeszli. Lało strumieniami. — Słuchajcie. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Zdyszani. Sztywna. Widocznie wiedziała o tym. powiedział „dobranoc” i poszedł. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. zdjąwszy buty. Pojąłem. Staliśmy tak we czwórkę. Odeszliśmy powoli. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. czego po ądał. szerokim szumem. Wtedy — sądzę. gdyśmy. Ostro nie. Biegłem ju bramą-tunelem. Oni pewnie ju poszli. Postanowiłem z tym skończyć. Ziewnął. idę. Zrzuciłem kostium. eby się jej nie nadstawić. Bacznie śledziłem wie ę. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. szachując sobie nawzajem królów. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Zatrzymał się. przesuwali się koło niego. nasiąkając wodą. e partia jest nie rozegrana. Chodźmy lepiej do domu. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. 160 .Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. — Szach! — ryknęło w ciemności. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. Kiedyśmy stanęli na skraju. gdyby tylko zbli yła się do mnie. na przełaj. ju . Remis. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. mo e zdarzyło się to. ale sami widzicie. podwójnie cię kim od wody. Odskoczyliśmy. Biegnąc co sił. pozostał w tyle. — Szach. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. Odczekaliśmy dobrą chwilę. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. ale nic takiego nie było słychać. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. tu za naszymi plecami. wielka kukła stuknęła o posadzkę. bo kroki ucichły. Jest ciemno i leje. Uświadomiłem sobie. — Szach! — powiedziała ochryple. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. pociągając go za sobą. — Jak mówię szach. Porwaliśmy się do ucieczki. e gracze zostawili nas na noc. i widziałem z rozpaczą. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. Było ju tak ciemno. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Mój król nie poruszył się.

nie natknąłem się na owego 161 . Byłem prawie. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. kiedy statek odbijał od nadbrze a. Ten zaś nie tylko ich nie unikał.. przyznaję. wszystko. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. a przynajmniej jednego z nich. jakiś druzgocący docinek. Kto inny. którzy mogli wszystko widzieć. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. Ja jestem ateista. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. te nie był do pogardzenia. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. Bo kiedy tak stałem. Rześki podmuch morski. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. poniewa sam nie mogłem widzieć. niezbyt kulturalny. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. Mo e ma pan dla mnie co innego”. A było jasne. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. liczyłem jednak. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. prospekt innego statku. zapytując na odchodnym urzędnika.. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. ebym mógł się tego wyrzec.. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. kto widocznie. Dość na tym. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. dlaczego. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. nie bez uwagi: „. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. zdecydował się na jeden. na przykład. — „Dym para. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. po egnalne okrzyki. a więc i w mojej bliskości. Klient szydził z ka dego z osobna.. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. po okresie niepewności.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. tak jałowych wydawałoby się. Postaram się wyjaśnić. e coś niecoś i mnie się dostanie.. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. zostanie stwierdzone na głos. Ale klient ju miał w rękach. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. ale do pewnego stopnia przyciągała. nawet z danych. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. wcią niepewny. śledzenie gry chmur i zmienności fal. szkalował ich pokłady. ślepy.. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. barwy. Bóg wiara. e. Podczas zaokrętowania i później. konstrukcje. którzy zostali. e po pierwsze. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. zawsze pełnym ółci. o ile wolno mi u yć tego słowa. Krupę. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. jak się domyśliłem.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. jakie wymieniali między sobą ci.

chocia . „Paso yta. nazwał ją paso ytem. nie był więc bezinteresownym humorystą. A e człowiek. swobody. „Taś. nigdy się nie uśmiecha”. którzy nie mogli go słyszeć. posługując się moją laską. Co 162 . usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. Słyszałem. doznawszy z kolei ulgi. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. głowie pewnego zamo nego d entelmena. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. skąd się wzięło jej oburzenie. Podczas pierwszego posiłku. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. taś!” — wołał na widok bosmana. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich.. Ciekaw byłem jego powierzchowności. na których układa się ycie. Tak się jednak nie stało. która szczególnie mną się opiekowała. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. względnie łysej.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. Tak zaczęła się nasza przeprawa. kogo miałem na myśli. mimo e tak wielkim. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. Trzeba zaznaczyć. nawet wtedy on się nie uśmiecha. ale szydercą. którzy. choć chrapliwy. a nie przypuszczałem. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. nie mogę”. Śledziem oczywiście. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. co unikaną. które kojarzy się ze wszystkim. paradoksalnie niedostępnego. Dopóki miano złudzenia. Nie musiałem dokładniej określać. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. Kto je śledzie. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. taś. ten zajedzie. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. palarnia po obiedzie. mo e panu zaszkodzi!” „Ach. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). ten?” — zawołała z pogardą. Na statku. stosował się do ogólnego rytmu. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. co oceaniczne. których przed chwilą opuścił. dodając. wszystko było jako tako w porządku. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. siwej. Siedzieliśmy w sali barowej. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. „Ach. do cocktail-baru i palarni. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. kiedy raz podano na obiad kaczkę. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. którego szukałem. tego nie udało mi się stwierdzić. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. chudy. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem.. eby nie tracić z nim kontaktu. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. „Nie. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. nic takiego”. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. w którym bie ąco przebywał. co się pyta” — odparł. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. samotnie podró ującą. Słyszałem jego głos donośny. On powiedział o panu. To wstrętny typ!” Wiedziałem. ni to się wydaje widzącym. pomimo e. bar przed kolacją i po kolacji. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie.

. ale wręcz go do nich zachęcałem.. następnie opisać jej powierzchowność. Pewnie. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. co wisi. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. Wtedy zrozumieli wszyscy. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. — Pan myśli.. ale nie miał innego wyjścia. co wisi. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. Tego właśnie się spodziewałem. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. e takiej właśnie reakcji. — Sądziłem. jeszcze w biurze okrętowym. prawda. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. — Nie przeczę. — Tak. Dostałem go na własność. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. który nie tylko nie unikał jego obecności. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. to one wyglądają. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. w coraz to krótszym czasie. ale nawet jej oczekiwał. eby sobie nie przerywał. czasem jakimś pytaniem. Usiadł przy mnie. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą.” — Wiem. Domyślałem się tego. Na przykład. a na środkowej części statku. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. — Przecie powiedział pan: „to. a ju nie miał słuchaczy. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. Przy tym. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. Mo e było to dla niego ucią liwe. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. zadyszany głos: — A to. Byłem jedynym.. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. — . I zamilkł. słysząc. jak i zwierzętom. przymilnego śmiechu. o której wspomniałem. martwo urodzonymi pointami. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. Tupot oddalających się stóp ucichł. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. uznania nie szukał. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. — No. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. e tak — wycofał się nagle. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. będzie wymagał ode mnie. Objęła go ogólna anatema. zwracając twarz do słońca.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. nauczony doświadczeniem. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. osłoniętej od kierunku naszego kursu. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. cały brzemienny stłumionymi. Krą ył więc. pan nie widzi. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. w dość licznym towarzystwie. a nawet przedmiotom.. Pędził więc gdzie indziej. ale ju mnie nie opuścił. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. Zapewniłem go. otrzymał całkowitą 163 . a ju wokół niego powstawała pró nia. wiem — przerwał mi.. jak nie wiem co. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. — Rzeczywiście — przyznałem się. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. e pan to opowiada dla dowcipu. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. przechadzającej się po pokładzie. Tego wymagała nasza symbioza. Milczał potem jeszcze długo. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny.

eby się z czegoś nie naśmiewać. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. to pan myśli. dotychczas słoneczna. jak słowo daję! Zgubił panamę. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . — Tam. ale szarpie! No. To nie dlatego. Nie! Idzie dalej. w miejscu. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. jak zwykle. Wraca się. całkiem blisko. nie jestem. nie mogę. zamiast odpowiedzieć. —— Najhecniej. jeszcze w biurze okrętowym. W trzecim dniu podró y pogoda. Nagle rozgniewał się. czy co. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. Pojawiła się niespokojna fala. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. Niedołęga. Najhecniej wyglądają w tych pasach. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię.. które zawsze wybierał mój towarzysz. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. bo omal nie zgniotła nam płuc. A potem. przez system korytarzy i schodów. Nie. pojawiły się na falach. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. Ten stary z wąsami. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. Ale on. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. — Co to jest? — zapytałem. Widocznie pojawił się cały tłum. stromych schodach. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. ale ciągnie w złą stronę. Potem on.. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. Tego się nie spodziewałem. bo słyszałem tupot licznych stóp. Otó dzięki temu. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. — Pierwszorzędna satyra.. Ojej. ale ja nie idę. Korkowy pas został w kabinie. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych.. Krótkie milczenie. — Pod nami. A tam.. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. — Na dół — odparł. Idzie w pi amie. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. nie krępując się wobec mnie.. zderzyli się. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. — powiedział wreszcie. chyba nie zauwa ył. — Przecie to alarm! — Wiem o tym.. Staje. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. Nie. zmienionym głosem: — Ja nie idę. na lewo. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania... zaczął się krztusić ze śmiechu. — Tam. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. które. bo nagle zaczął mówić szybko. zmieniła się... Rozwa yłem sytuację.. e tak łatwo jest stale mówić dobre. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. nie nadą ając za tym. eby dostać się do szalup. A co do złych dowcipów. jak to przedtem dokładnie opisał. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. Myślałem. ni to było potrzebne. zwykle on mi w tym pomagał. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. pełen niedobrych przeczuć. co widział. na najwy szym pokładzie. — W ratunkowych. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. nie mogę!. Najpierw nale ało zejść po stalowych. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej.

Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności.. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. chcę uprzedzić cios. do czego. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. ta pańska prawdziwa śmieszność. e przed panem ucieka. delfiny na przykład. a więc niczego nie udają. Jeszcze nikt nie słyszał. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. albo o sobie nawzajem. widzę ją zmysłowo. z góry przegrana. „Chyba. Ja te jestem. z góry pretendujemy do czegoś. We mnie. Z tą. e ja tylko się bronię? — Czy to. nie wiemy. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. Przeciwnie. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. Widzę ją w ka dym człowieku. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. mnie. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. — Jak to. e jesteśmy. do czego. zaprzecza pańskiej normalności. niech pan wybaczy. w panu. po tym wszystkim. sprowokowany. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. bo udajemy. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. pańskie dowcipy. ale ta walka jest beznadziejna. Atakuję. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. czy te ją poświadcza. odbiciem. ale wyłącznie między sobą. choćby nawet samych siebie. je eli chcę go nakłonić. pomijając. e jest wariatem. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. będące co prawda tylko moją projekcją. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. To nie wynik intelektualnej spekulacji. która. pretensjonalne. Człowiek — zgoda. istniejąc. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. one po prostu są. Robię. pierwszy walczę. jego niewinność ją podkreśla. choć prawdziwa. I pan chce. 165 . co powiedziałem? Czy pan nie rozumie.. co mogę. jeśli łaska? — Wszędzie. który zaprzecza. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. tylko są. potęguje. Ale mam jeden niezbity dowód. ale. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. e zwierzęta. dał dowody normalności.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. na szczęście. Widzę ją tak. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. nie podlegają więc śmieszności. Bo. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. kaleką. co pan powiedział. e to. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. Zdarzały się takie wypadki. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. to sprawa dalsza. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. eby od razu być całkowicie. Jego nachylenia nie zmieniały się. — Bo nie chcę być śmieszny. eby. W tym. To prawda. eby mi pomógł dostać się do szalup. I przez to ju nara amy się na śmieszność.

e mnie porzuci. Milczenie. W korytarzach. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. A po chwili: — Kto panu powiedział. nie jest śmieszna. Oczywiście. e znowu do śmiechu.. nawet prosty ludzki odruch. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. To wszystko rozumiem. wiem. ale aktywne ratowanie jej. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. omal nie straciłbym ycia przez niego. dla pasa erów. rzuciliśmy się na dół. nie do zniesienia dla pana. było ju pusto. Mała szkoda. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. bo tylko nicość jest powa na. Ale wie pan. nie mówmy o mnie. samotnie stukały tylko nasze kroki. na schodach. Nierówno. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. Nie chce pan zejść. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. Ostatecznie. — Co się stało? — zapytałem. mówił tylko do siebie: — To znaczy. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. co chce mi pan powiedzieć. Była to najgorsza chwila i trwała długo. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. Wszystko do śmiechu. Chwilami prawie mnie wlókł. jak tego oczekiwałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. na pokładach. nie o mnie chodzi. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. Były momenty. ◄KONIEC► 166 . gdyby alarm był prawdziwy. — Wszyscy wracają. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. gdy taka idzie gra. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. A przeto czynne unikanie nicości. kiedy statek tonie. gwałtownie. kiedy się bałem. biegnąc. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. To był próbny alarm. do której wdarła się złośliwość. — Rozumiem wszystko. Ale nie. nie ma dla pana znaczenia. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. jak uratowanie kaleki. To przez pana! Puścił moją rękę. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. ucieczka przed nią. Potykając się. do szalup. — Wracają — powiedział.. w przejściach. jego ręka była mokra od potu. Nie spotkałem go ju do końca podró y. Słyszałem jego głośny oddech.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful