OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

........................................................................................................................................... 32 Wyznania o Zygmusiu................................................................................................... 46 Droga obywatela....................................................................... 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ....................................................................................................................... 70 4 ................................ 63 Weteran piątego pułku................................... 68 Kronika oblę onego miasta ............................................................................................................................................... 18 Lew ............................................. ................. 67 Słoń...................... 11 SŁOŃ Z ciemności .................................................................................................................................................... 40 Ostatni husarz ......................................................................................................................................................... 27 Tło epoki... 48 Z gawęd wuja ................................. 17 Mały................................ 42 Koniki ........................ 14 Dzieci............................................................................................................................................................................................................... 34 Przygoda dobosza ................................................. 15 Łabędzie ............................................................................................................................................ 65 Sceptyk .............................................................................................................................................................................................. 38 Złote myśli i sentencje.................................... 58 Sztuka ............................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne .......................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 50 Pastor ................................ 53 ycie współczesne......... 44 Poezja ................................................................................................................................................................... 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej. 9 Sztabskapitan Hipolit..................................................................................................................................................................... 61 Wiosna w Polsce.........................................................................................................................: opowiadanie Arkadego N....... 56 W podró y ......................................................................................................................................................................................... 22 Monolog .......................................................................... 13 Chcę być koniem ........ 29 W szufladzie .................... 55 Zdarzenie ......................................... 60 Zakochany gajowy............................................................... 36 Spółdzielnia „Jeden” ................................................................... 24 *** .............. 7 Sprawa porucznika C............................................................................................................................................................ 31 Fakt .................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................

.......................................................................................... 155 Pasa er ............................................................................................................................................................................................................................. 130 Na biwaku.................................................................... 97 Wesele w Atomicach ............Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi........................................................................................................................................................................................... 108 Współczucie ................................................................................................................... 145 Ten gruby................................ 150 Interwał........................................................ 140 Testament optymisty ........................................................................................................................... 101 DESZCZ Mały przyjaciel..................................................................................................................... 85 Profesor Robert. 83 Rękopis znaleziony w lesie .............................................................. 76 O nagości ...... 89 Przygoda w czasie ferii...... 114 Nadzieja ......................................................................................................................................... 110 Ptaszek ugupu .............. 77 Spotkanie .... 152 Szach............................................................................................. 90 Wina i kara ................................................................................................................................................................................... 161 5 ................................................................................................ co się śmiał........................................................................................ 79 Odjazd........................................................................................................................... 81 Ni ej ......................................................................................................... 105 Góral .................................... 138 Jak walczyłem ... 127 Upadek orlego gniazda ........................................................................................................................................... 95 Kto jest kto?....... 86 Podanie ............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 124 Wierny stró ..................................................................................................................... 111 Ad astra..................... 93 Przeja d ka............................................................................................................................................................................................. 99 Wspomnienia z młodości............................................................................................................................................................................. 144 Mon général..................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. naturalnie. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. Kosztowało? Nooo.. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. Propozycja została przyjęta. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. który wołał monotonnie: — Plastyczne. na ulicach. wykluczone. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. ale nawet gdyby tak było. model XVI wiek. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. e są to aluminiowe garnki. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. a nazajutrz. u ywany swego czasu przez landsknechtów. Na drugi dzień. gdy przechodziłem koło tandety. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. elastyczne. Zapas był na wyczerpaniu. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. ale eby a tak. inni natomiast. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. Eugeniusz. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. — Niestety. e co dziesiąty półpancerz. — Niestety. ja mam dzieci — błagał staruszek. wymykali się upokorzeni. z wyrazem zadowolenia na twarzach. Towar jest towarem i musi być sprzedany. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. łaskawy panie. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. 7 . zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. W parku.. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych.. zjawił się w PDT. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. — Panie.. zauwa yłem posępnego blondyna. który ogłosił. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. w godzinach największego ruchu. — Nie mogę. chocia piętnaście sztuk. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. Zdaje się. lecz nie ustępował. Kolega nasz. zadyszany. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. tylko w marynarkach. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie.

pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. pytałam się o te półpancerze. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie. Nima. I pewnego razu. 8 . kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle.Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. słyszała pani? Nima. nima! 1951 r.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. Baba w krzyk. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. e u nas nocami coś tak wyje. Więc siedzę. Ot. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. jest u nas taka jedna baba.. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. e przełomu adnego nie będzie. Chłopi młyn omijają. gdzie miał być mostek. drzwi się otwarły. jak powiada. w upiory. Owszem. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. towarzysze. patrzy. I tak ze wszystkim jest. boję się. Jedni mówią. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. e u nas inna specyfika? 13 . e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. o szyby skrzydłami biją. e jak to piszę. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. z powodu jego braku. A tu. e a się serce kurczy. co postawimy mleko na kwaśne. z napisem Tour de la Paix — po francusku. Miał dopiero dwa lata. Zatem. towarzysze. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. ale nie za głośno. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. Ale to wszystko nie jest najgorsze. Poradźcie. Bo e uchowaj. wyjść nie mogę. utopił się artysta. a tak go coś zaszło od tyłu. jak liście w październiku. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. nawet za największą potrzebą. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. ale to był geniusz i jakby wyrósł. nie ma to. jak te wielkie budowle. cały zielony. to tylko lata i fosforyzuje. jak latają. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. Rzecz jasna.. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. latają. e trzy dni chodził z oczami w słup.. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. Bo trzeba wam wiedzieć. nawet w czarownice wierzą. śmieje się i dusi. białą i niebieską. Wy nam mówcie: Europa. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. W utopców. Mówił mi leśnik jeden. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. A bo to zawsze wiadomo.. zwyczajna walka klasowa. A tak. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. A czapkę miał kolorową: czerwoną.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. piszę. eby się tam zapisać. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. a dookoła wiorsty i mogiły. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. A nie mówiłem. w czoła zimne się pukają i turlają. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. bo się boją. jakby dokądś chciały. bo. Gorzej. to by wszystko pojął i opisał. A moja chata samotna pod lasem stoi. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało.

to znakomite — chwalono by mnie. uśmiać się jak koń.. takim sobie. Pisząc do mnie anonimy. kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. — Pan jest taki inny. koń ma cztery nogi i te się potknie. — Ha ha! — zaśmiałbym się.. Przeciwnie. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.. e ja nie jestem zwyczajnym. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. e jestem niezdolny. gdyby moje teksty były niedobre. Oczywiście. — mówiłyby. Nawet wtedy.Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e.. skrzydła.. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne.. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . du e mieszkanie z łazienką. Nie mówię ju o korzyściach. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć. siłą faktu. — Jak na konia. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. Stałbym się wtedy pegazem. — Ten ma łeb — mówiliby inni. du e mieszkanie — powiedziałbym. jak bardzo chciałbym być koniem. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. Idąc do nieba otrzymałbym. — Czy panowie nie widzą. — Proszę o nowoczesne. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie.

sprzedawca gazet. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. Wcale nie z wódki. jakby nic nie zaszło. e taki kłopot. nie dał im kolacji. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. Przepraszał. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. za karę. fuknął i rzekł: — Dobrze. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. Był to brzuch. Ale wieczorem. ma właśnie czerwony nos. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. — Jak to. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. Najpierw utoczyły du ą kulę. jak wiadomo. panu o ten nos chodzi. Ale to jest oszczerstwo. Rynek był obszerny. Małe to. te smyki. Ale tatuś na wszelki wypadek. osobę. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. ile kto chciał. ma 15 . One jeszcze tego nie rozumieją. A rynek nic sobie z tego nie robił. Ale czy to ju zaraz powód. Urzędy urzędowały. potem drugą kulę. Na samym środku tego rynku dzieci. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. Tak sobie. Chciały dać do zrozumienia.. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. Sprzedawca podziękował i poszedł. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. ale trzeba pilnować. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. odparły. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. to trzeba na to mieć dowody. o ile opady śnie ne dopisują.. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. o co chodzi. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. — Ach. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. a tę trzecią na tej drugiej. tylko rozciągał się. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. Wychowawczo. e je tu widzę. bądź co bądź. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. ale wyobraź pan sobie. Pan je powinien krótko trzymać. e nic podobnego. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. mając na myśli tego pana. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. co go dzieci zrobiły bałwankowi. Przywołał dzieci i zapytał surowo. W sprawie tego nosa z marchwi. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Gdy wreszcie pojęły. oglądali bałwanka i szli dalej. wśród wrzawy i uciechy. On sam. — domyślił się tatuś. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. — Nos — głupstwo. — Ale on. Był to sprzedawca gazet. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. e tak późno. Ojciec cieszył się bardzo. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. Bo to dzieci. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. który na rynku miał swoją budkę. Potem mniejszą — to były plecy i barki. Nos miał z marchwi. najpierw nie rozumiały nawet. ale zuchwałe. one najpierw lepią jedną kulę. wychowawczo. ktoś zapukał do drzwi. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. prezes. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. na rynku. e. e czerwony. przecie to jasne. Były bardzo szczęśliwe. Prezes przywitał się z panem domu. Ró ni ludzie przechodzili. No bo sobie odmroził. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. są jeszcze małe.

— My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. ukradkiem. Zapamiętaj pan to sobie. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. Nie na tym skończył się ów dzień. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. — Tak. jaką by wybrać zabawę. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. bo on jest bałwan. na nierozwagę. niesmaczny art na temat faktu. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. a potem nagle umilkły przed samym domem. 16 . Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. e jak mi się spodoba. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. i jeszcze jedno. To. bo chodzi porozpinany. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. bo pije wódkę. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. czy istotnie. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. A ja panu powtarzam. Jednak na wszelki wypadek. dla zabawy. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. to ju jest moja prywatna sprawa. umilkły w oddali.. Dzieci.. — No to ulepimy pana. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. takiego zwykłego bałwanka. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. chciały dać do zrozumienia. to równie jest dwuznaczne. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. dziwiąc się. Nie będzie ądał sprostowania. Zrobimy czerwony nos. — Eee. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. I mo na mu zrobić guziki. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. Ojciec nie rozumiał. wycofał się z pokoju. — Eee. za karę. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. drogi panie. za karę. Jednak na wszelki wypadek ojciec. cichnąc stopniowo. Ochoczo zabrały się do pracy. na palcach. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. On ma czerwony nos. milczy pan! To milczenie jest wymowne. Na rynku nie pozwolono im się bawić. — Aha. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. zapytane. więc podsunął im krzesła. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. aby się natychmiast przyznały. Dzieci zaczęły się kłócić. Dzieci zastanawiały się właśnie. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. eby usiedli. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. Tylko eby więcej tego nie było. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. e ja chodzę po domu porozpinany. dlaczego miałby być nieupolityczniony. kto to mo e być. co ludzie o mnie mówią. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. co sprzedaje gazety. bez adnych ubocznych myśli. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. ale gospodarz ju nie otwierał.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. ojciec postawił je w kącie.

zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. eby go mieć na oku. Łagodnie świecił białą plamą. Ze względu na dzieci. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. Ozdobą parku był łabędź. Biedny łabędź. 17 . wbity do ciepłego. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. Myśl o tym. Poszli. Noc jest gwiezdna. kto w taką noc zetknie się z wodą. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. upominał się o coś. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. Wczoraj. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. Było mu zimno. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. gdy wrócili do parku. Matki małych dzieci. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. poruszyła staruszka. Zabrał więc łabędzia ze sobą. Pomyślał. Na środek stawu wypłynął łabędź. gdy przypomniał sobie o łabędziu. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. samotnego serca staruszka. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. Gdy siedział tak na brzegu. a czasem spoglądał w gwiazdy. Stró em został mały staruszek. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. I znowu nadszedł wieczór. Ukradli go chuligani. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. Pewnego razu łabędź zginął. ale bezksię ycowa. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Staruszek posadził łabędzia na krześle. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. gdy czuł na sobie jego wzrok. po drugiej stronie stolika. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. grzanym piwie z cukrem. od lat samotny. maczaną w mocnym. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. al mu się zrobiło ptaka. Następny wieczór był równie chłodny. Przywoławszy więc kelnera. To łabędź. rześcy i zadowoleni. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. zjadłby coś. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. Zaniechał więc gospody. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. podpłynąwszy do brzegu. Nie mógł jeść. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. W tym wypadku straciłby posadę. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. wrócili na posterunek. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. wpatrzony w niebo. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy.. Nikt nie przychodził do parku. pełen wyrzutu.. Przeląkł się.

tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. czy to amatora. wychodząc. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. e proces ma charakter przejściowy. zarzucił czytanie gazet. równie liliputa. miał powodzenie. stały. taki był mały. Zespół jednak był skompletowany. Rósł. stać się apologetą imperializmu.. Nie mo na się ju było łudzić. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. Spojrzenie było uwa ne i ponure. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. które w nim poczęło kiełkować. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. Wmawiał sobie. widownia w ogóle go nie zauwa yła. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. taki rasowo. pomimo e był bez nakrycia głowy. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. nie grał na scenie. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. przy szklance grogu. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. Wieczór spędził jak sparali owany. będąc za du y. Nazajutrz ściął obcasy. musiał się schylić. Nadszedł dzień. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. zawadził koroną o górną framugę drzwi. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. który. Sam przed sobą udawał. niedoścignienie mały. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. ale wszystko to było sztuczne. charakteryzując się w garderobie. po tylu latach. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. e jest jednostką aspołeczną. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . w której grał główną rolę — zauwa ył. a lilipuci w formie. choć usiłował je oddalić. przeszedł na syna. e mimo i chodził po scenie. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. który grywał role amantów i bohaterów. Miał nadzieję. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. e mo e nawet później przyjdzie regresja. wychodząc z garderoby. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. który z jego ojca. umyślnie wyprostowany. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. N a s z w treści. równie liliputa.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. Zespół solidny. Podniósł koronę i udał się na scenę. Ale wreszcie. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. czy to zawodowca. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. występujący pod szyldem „Tyci”. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. W chwilę potem. Przeciwnie. ba. rozgoryczony. poniewa był najmniejszy. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji.. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. Zarabiał dobrze. e lustro nie odbija złotej korony. to przede wszystkim dzięki niemu. e go nie dostrzega. którą miał na głowie. Je eli teatr stał. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia.” Zwykli ludzie? Tak. nabił sobie guza na czole. Pamiętał. usiłował nawet. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. Pewnego razu. kiedy. ale spełniał funkcje pomocnicze. mimo obrzydzenia do samego siebie. rozporządzał świetnymi siłami. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. nie tak jednak małego. w fotelu. liliputa-biedniaka.

zadowolony. Wiedzieli albo domyślali się. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. w miarę rozbawiony. w „Zawiszy Czarnym”. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. Miał wra enie. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. która niebawem miała wejść na afisz. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. odwijając miętowe cukierki z papierka. 19 . lecz ciągle. granatowe palto. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. sapnął do siebie. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. w sobotę. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. zabawni malcy. z fryzjerem pośrodku. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. gdy dopinał długie. jak zawsze.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. Musiał rozstać się z teatrem. równie bardzo zdolny. Po latach. Siedząc na widowni śmiał się. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Potem w szatni. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. Przez okres prób męczył się bardzo. wpatrując się w sufit. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. Ale bezlitosny czas. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. Bez wahania. potem był chłopcem na posyłki. gotów. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. trafił do teatru liliputów. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. Obok fryzjera drugi amant zespołu. powoli. ju ucharakteryzowany. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. Później imał się kolejno ró nych zawodów. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. w miarę zainteresowany. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. Wrócił potem do domu. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. Odwrócił się do drzwi. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. niemniej jednak du y. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. szepty milkły. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. który ju stał się dla niego za krótki.

Bondani Kajus. e nadzorca. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. co nowe. — Starsi. sprawdził. — Widzisz. Oni po prostu chcą mieć alibi.. rehabilitacje. Mnie chodzi o moją skórę. Coś mi się wydaje. zadyszka. — Nie mówię. między nami. Jak przyjdzie co do czego. Lew skrzywił się: 20 . Pierwsza lwica. astma.. co kiełkuje. ebyś od razu kogoś po erał. eby lepiej widzieć. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. wybiegła z tunelu. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. zamiast posługiwać się nami. trochę silniej. Bondani zni ył głos. To lwy”. Chocia . mówię ci: nie ma głupich.. spokojnie je marchewkę. nie pomyślałem o tym. — Odczep się — powiedział lew. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. Kajus nie był złym człowiekiem. prędko i miękko przebierając łapami. — mruknął z politowaniem lew. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. Ju był odetchnął z ulgą. — U yłeś słowa „alibi”.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. Chrapliwy pomruk. Kajus podrapał się w głowę. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. eby go podra nić. lwami? — Nie wiem. marchewka to wielkie świństwo. ale bał się. Lew machnął ogonem.. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. kiedy dostrzegł. Kajus zaklął. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. Kajus ukłuł go po raz drugi. Tłum powstał z miejsc. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. — Rzeczywiście. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. Spróbował go więc namawiać. e nie chce agitacji. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. wrzuci go między skazanych. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. — Nic się nie znasz na polityce. uzbrojony w długą erdź. tak dla alibi. W historii zawsze trzeba się orientować według tego. Czy nigdy nie myślałeś o tym. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. Ale mniejsza z nimi. e nikogo nie zjadłeś. e jadłem marchewkę. I co wtedy? Rewizje. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. to wszyscy widzieli. Dozorca westchnął. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. — Człowieku. Dozorca lwów. Igrzyska rozpoczęły się. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. które kiełkuje. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. Czy nie przyszło ci do głowy.

. Idą na byle co. — Co — chrześcijanie? — No. Element bez zmysłu taktycznego. wiesz..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki. Ciemnota kolonialna. — Słuchaj — zająknął się Kajus. 21 . — No? — Jakby ci chrześcijanie... Krótkowzroczni koniunkturaliści. doszli do władzy. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć.

jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. Abym nie zginął niespodziewanie. Eryk bardzo sobie krzywdował. aby mnie ocalić. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. o. przywalony sufitem. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Zupełnie nie rozumiem. a wy? 22 . jak ka dy zresztą niedowiarek. w rozkwicie moich grzechów. Zrobiłeś to po to. Nie jest ju pacyfistą. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. z tych. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. „Verflucht!” — mówił. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. narzekałem i złorzeczyłem.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. e tak jest odeń daleko. wcielony do piechoty. A wtedy okazało się. Wołał. odjechał eszelonem. przy śniadaniu. o. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. które świadczy o tym. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. Kiedy dotarł do Kaukazu. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. A ja. Codziennie. Panie! Teraz ju wiem. pamiętajcie. Przeczytawszy ten list. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. A wy... e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. e nie chce odchodzić z domu swego. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. niegodny. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. Najpierw był w Polsce. a przede wszystkim oskar ał wojnę. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. e pewnej nocy w kamienicy. bracia i siostry. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. Bluźniąc w ten sposób. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. Tak więc. Przebacz mi.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU .

A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę. piękny jak Capri albo Luwr. Rozglądają się. bo mdli. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. bracie. I chciałyby się czegoś napić.” To z Jesienina. Mo na by du o mówić... Pływają tam meduzy. Mam do ciebie prośbę. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. Ale mimo to. Du o wody. Teraz są te spływy Wisłą. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. patrzysz. A bo ja wiem. W środku Wanda. Ale te miałem wypadek. Wszędzie woda.. snieg puszistyj!. I woda. Historia nasza obfituje w szczegóły. Kto wie. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. poriedieł moj wołos. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. Szkodzi? Mnie te szkodzi. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Łysiejesz? Ja te łysieję. „Hajda. To piękny serek. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. Człowiek jak i inni. opustieł nasz dwor. Głupstwo. dwie. o ile mamy z czego. bracie. prosimy o dwie takie same. trojka.. węgorze. Bardzo lubię zalesiać. Takiemu nie podaję ręki. Owszem. Przeniosę się do Wieliczki. „Wsio praszło.. Wisła to królowa naszych rzek. Tam czuwają — pomyślę sobie. Czy pamiętasz: „Si. Najwa niejsze. I tak było. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. jeszcze raz. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. Tylko za du o jeść nie mo na. nigdy nie cierpiałem.. czy nie widzimy się po raz ostatni. A pelargonia trwa. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. Wszystko minęło szczęśliwie. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. Panno Stasiu. Sztuka a ycie. Śmieszyło mnie to. Ja. Konno nie umiem jeździć. ywioły mogą nam zrobić wiele złego.... Świetnie je d ę tramwajem. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę.. Właściwie zima ma swoje dobre strony. Trzeba umieć yć. W tym coś jest. Człowiek wiedział. czemu aden z nich nie wie. I co? — zapytuję. Ka de święto lasu jest moim świętem. Mijasz sioła. Czy uwierzysz.. „Hej kolego. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego.. Zakąś serkiem. Kiedy byłem mały. To z Asnyka. jeszcze dwie głębsze. si. Ja osobiście wolę porzeczki. Lato minęło. Znałem jednego re ysera. a tu nie ma dosłownie nic do picia. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. A ja jestem roztargniony. Nie pijesz? Ja te nie piję. gdzie się szczęście znajduje”.. Trzeba się czegoś trzymać. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. Tote trzymam się z daleka. Panno Stasiu. Postawisz sobie pelargonię.” Siedzisz i pędzisz przez pola. na co go stać.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. płaszczaki. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Mniej zachodu. Zęby mnie bolą. Nasze zdrowie. nie warto wspominać. Tak. 23 . Panno Stasiu — jak wy ej. co. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. Taki Grunwald. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. Koń izdoch. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. jeśli chcą. czasem trafi się jakiś szakal. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. Panno Stasiu. Proszę cię. Sanacja. Na przykład taki jamnik.. Czuję do niego odruchową niechęć. Las to zdrowie i mleko. Weźmy te głębiny morskie. Zdolny był. Ja nie z soli ani z roli. Ostatnie kukułki przestają kukać.. w której le ał jego ojciec.. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. Panno Stasiu.

stara. na przyzbach. a bogatsi na ławeczkach. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. Słuchają. A orkiestra zebrała się. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. A nicponie!. Głos ich doleciał do plebanii. Wieśniacy siedzą na progach. Na dziedzińcu zatrzymał się. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. Zardzewiała była. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę.. eby dać koncert. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby. sobotnie popołudnie.. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę.. Do polityki się nie mieszał. Mieszkał tam proboszcz staruszek. Herboryzował jedynie. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra..Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. 24 . bez której coraz trudniej było mu chodzić.

gdy stra acy wciągali powietrze w płuca.. Sześciu stra aków z trąbami.. ile ju prze ył. — gniewał się jeszcze. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. z którym rodzi się i umiera człowiek. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni. ja te byłem młody.. W krótkich przerwach między strofkami. słychać było brzęczenie pszczół.. 25 .. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie. z dziedzińca kościelnego na placyk. Wiadomo: młody. w hełmach. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. Tu przed kościołem... Ale przecie . Bo jak e to?.. On sam. jak w seminarium jeszcze. Nale ałoby ich jednak skarcić. Dotarł do drugiej furtki.. Lipy mocno pachniały. — Urwisy. na podwórku. grali w palanta. lubi się pokazać.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha.. dam ja im — zagrzewał się poczciwina. Kapelmistrz miał pióro na hełmie. I przypomniało się staruszkowi.

26 . to na dół.. — grali stra acy. Pokłonili się pokornie. A on przystanął. Przestali grać.. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby.. Proboszcz zbli ył się do nich. podniósł palec i kiwając nim to do góry.. powiedział: — Ej!.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka. Stra acy obejrzeli się.. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego.. Siwiuteńki. o lasce. Ej!.

zbli ywszy się do niej. ująłem jej dłoń. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. który. Chwila taka wnet nastąpiła. i pragnie swoją zgubę odszukać. aby okazać się mę czyzną. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. Wychodziłem z domu tylko wieczorami..Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. dosypując całe naręcza point. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. Przełamawszy wszystkie opory.. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. na jakim przyjęciu. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. poniewa sądziłem po prostu. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. jedną ręką podkręcił wąsa. Spłonąłem ze wstydu. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. mnie głupiemu. e dłoń. a więc w warunkach. wysunąłem ku niej rękę. którą znalazłem tak blisko jej kibici. podczas wspólnej akademii. e nie jestem taki nachalny. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. przedzierającą się przez chaszcze. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. Pocałowałem ją w rękę. Na szczęście nie była sama. poza krzewami. cal po calu. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. Kiedy przyszła na górę. stanąłbym wobec konieczności decydowania. było tylko dziełem przypadku. mój znajomy dokonał prezencji. tote nie zdziwiło mnie to wcale. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. eby podejść i uwieść ją. e jest jej dłonią. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. Okrę ną drogą. gdyby nie okazało się. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. Jaka była moja radość. nale ała w istocie do mojego druha. 27 . jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. e straciłem rozeznanie. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. Los jednak przyszedł mi z pomocą. Na myśl. eby mi nie przeszkadzała”. Bowiem kiedy w pół roku potem. zapuszczałem się w puste aleje. To. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. udając najwy szą obojętność i chłód. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. przeszła mimo. e widziałem ją tam. tym razem autentyczną.

Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. Wreszcie. Skinęła mi głową. ze wzruszenia zasalutowałem. Następnie domagała się zapałek. e tego się po mnie nie spodziewała. jak mi powiedziała następnego dnia. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. dodając przyjacielsko. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. e jestem bardzo subtelny. le ała. acz surowo. Bardzo mnie zawstydziła. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. musiałem wyjść po nie. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. wrócić i po yczyć jej. e jestem jak inni mę czyźni. tłukąc się boleśnie. lecz stanowczo. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. oświadczyła mi mimochodem. i poszła. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. 28 . Nie powinienem jednak się skar yć. Mówi. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. gdy .

który. Rozwiązałem wszystko. wykonanych z kości. Nieustanny szelest kroków. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. Miała barwę starych płytek do gry w domino. — Tak. — Tak. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. ślepych. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. te sprawiał. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie.. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. Kiedy wszedł.. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. Przepłynął i zniknął. Chwilę milczeliśmy. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. według adresu. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. — Przyniosłem do redakcji. pięćdziesiąt lat temu. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. widząc. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. Kiwnął głową. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki.” — Rebus —— podsunął. Ale zdaje się. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. — Szkoda. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. strumień płynął dalej. e przedtem te było prywatne mieszkanie. poziomymi kreseczkami. które zostały na powierzchni po topielcach. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. przede mną te było prywatne mieszkanie. — Czy pan wie. Bie ący tydzień w BadenBaden. Sam rozwiązałem. rozejrzał się i zagadnął. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. W pokoju było szaro. Oburzyłem się.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. — Istotnie. proszę pana. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. ale dawno — powiedziałem złośliwie. wycierając nogi. — Widzę. ślinionym ołówkiem. — Cały rozwiązany. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. Zdaje się. ju nie ma. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. drzwi równie nadmiernie wydłu one. e się nie orientuję. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. nie jestem profesorem. — Wielka szkoda. Po drugiej stronie był rebus. czy mo e wejść. Sufit w pokoju był wysoki. e często myślałem o rzece. — Mo e tu kiedyś była redakcja. — Kiedy się wprowadzałem. Wolałem sam przynieść. separującej mniejszości narodowe? 29 . przenikający przez szyby. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. klamki brudno ółte i ozdobne.

Taki przewrót. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. to będę grał. — Mnie reklamowali. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy.. bo mówił. co znaczy Zeppelin. e sam wszystko rozwiązywałem. Nie umiał pan! — Bomba bombą.. a pan ciągle z tym rebusem. — To było bardzo trudne. — dopowiedziałem uszczypliwie. Ale mogę powiedzieć. Mo e się panu wydaje. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. Siedzieliśmy w ogrodzie. Takem zaczął sobie rozwiązywać. Było du o obcych słów. Czy pan wie. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein.. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. proszę pana. — Śmieszny pan jesteś. złośliwie. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Zaczęli grać. Chciałem zagrać z nimi. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. Ale ja musiałem pracować. — A jednak pan mi działa na nerwy. Poziomo. to się pozapominało i troski ma się inne. ale ojciec mi nie pozwolił. — I dopiero teraz pan skończył. Pan się śmieje. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem.. ale myśl ludzką trzeba szanować. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. proszę pana. Śmiałem się głośno.. bo było gorąco. To nie ja wymyśliłem bombę. e będą grali w karty.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. 30 . e to tak łatwo. plebiscyty. e się nie dałem. co ze szkoły. Spłoszył się. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. — Panie. Ja nad tym nie pracowałem. taki kolosalny skok. republika weimarska. tylko e jeszcze wcześniej. Ojciec i stryj powiedzieli. e jestem za młody i e jak dorosnę. Czy pan myśli. Myśl ludzka nie zginęła. w Czarnogórze. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni.. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. proszę pana. proszę pana. — Pan myśli. Oto rebus. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. e miałem za du o czasu.

Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki.. na których bardzo mi zale ało. e ujrzałem najpierw ich dwoje. Uśmiechając się nieśmiało. ale bezskutecznie. zobaczyłem tam te horyzont. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. Powtarzam. Wziąwszy się za ręce. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. odzianej w granatowy wełniany sweter. Wreszcie.. ja mogłem być dla nich wszystkim. Wpatrywali się w siebie. Byłem po śniadaniu. Potem. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. problemy. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. Byłem łaskawy i przyjacielski. kto sądził. ale miła i młoda para. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. e właśnie teraz jest sposobna pora. równie mieszczących się w mojej szufladzie. Wyjaśnili mi swobodnie. Włosy spięte na karku. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. abym im pomógł. zgrabna i złota. śmiałem się. przypominające błyszczący wiórek. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. e mają rodziny bli sze i dalsze. którym wysłane jest jej dno. a mo e coś więcej. W mojej szufladzie kryły się światy. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. Okazało się. a nawet podszedłem do lustra. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. uczucia. delikatnie dawszy im do zrozumienia. o którą wspierała się wysunięta szuflada. muskały jej plecy. ju nie padało. W kawiarni widziałem się z kimś. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. ona — jak mój palec serdeczny. Odszedłem pod mur. o jasnych oczach. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. Wyglądało to na prośbę o pomoc. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. Z góry cieszyłem się myślą. niecierpliwym ruchem ręki. która ni stąd. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. miłości i niechęci. Byli tak mali. Uśmiechnąłem się. bo moje nowe. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. e jest tam nawet mała uliczka. czując. artowałem z nimi. co odkryłem ze zdumieniem. czym zmiana pogody na niebie. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. ziarenkowych oczu. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. w doskonałym humorze. On — wielkości połowy mojej dłoni. Zresztą nie okazywali trwogi. i tak zostały pochlapane. Zmiotłem ich wszystkich jednym. Bo to był przypadek. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. kiedy wracałem do domu. mogła na nie wpływać. e yją w niej mali ludzie. tłumaczył. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. jak wielkim autorytetem będę dla niej. e mają kłopoty. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. e mieszkają w maleńkich domkach. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. e muszę wyjść — udałem się do miasta. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. Nachyliłem się. uśmiechnięty.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. moim głosem. e. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. 31 . Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. jasne spodnie.

długi. Byłam mu wierna. To zbyt trudne do uwierzenia. proszę ojca.. nie zamierzonych spojrzeń.. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi.. a nie on. Nigdy. Niech ojciec weźmie tę rękę... ojcze.. to była pró ność. Czy ojciec uwierzy? ... eby odpoczął. Lubiłam je dotykać policzkiem. tak. ró owych kwiatków.. I było kadzidło.? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo. biedną dziewczyną.. wiem. jak e ... Był wielki i mocny. potrzebuję. kraj. . . ojcze duchowny. nie płaczę.? Zaraz. . Nie zdradziłam go ani razu. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście... nie. Był pełen planów. W chwili kiedy podnosił fili ankę.? Tak... Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu.....? Właśnie — co? Jak. tak. Jest na stanowisku.? Oczywiście. On przyjechał samochodem... ale on nie. Pokój obity tapetą w malutkie. Ale przecie to ja się spowiadam. Organy grały i miałam długi. . . nic podobnego. To ja. Jedno z tych zwykłych.. co te ojciec znowu. 32 . rady. ogromna odpowiedzialność..? Więc o co chodzi? Ach.. drzewa.. ró owe kwiatki.. i mama płakała. .? Ale . Po siedmiu latach po ycia. wszyscy go szanowali. taki zasłu ony!. . pomocy. e wyszłam za niego z miłości.. ja.. to ja przychodzę. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród. cie. .. kogo ojciec chce. zaraz dojdę. bardzo ałuję. Mam mę a.... praca. ale delikatny... Potem pobraliśmy się. .....? Nie. Siedzimy rano przy śniadaniu.. dlaczego.? Proszę? . I wtedy zobaczyłam. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli.. . i lilie.. słyszałam o tym. Zawsze był stanowczy.. to jest.. oczywiście. Ja byłam młodą. ale niegroźne. naprzeciw siebie. proszę ojca.... nie. nie zmienił się i po ślubie.... ani nawet myślą. Czy ojciec mo e. nie wiem czy potrafię...? Mo e.. bo jeśli to grzech. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać... Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości...? Słucham? Ach. Namówiłam go.. Nie.... Tak. W tym roku pojechaliśmy na letnisko. nie wiem. biały welon. spojrzałam na niego.? Nie.. . .. nie. po.. przyszłam tutaj.? Och.. mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach. zdarzały się nieporozumienia... Ach.Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie.. Miałam du e oczy i długie warkocze.. Oczywiście. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. był taki zdolny.? Te nie.. i. dziesiątki tysięcy malutkich.

on jest z plasteliny.. proszę ojca.? Tak.. dopiero wtedy zobaczyłam.? Wtedy. Sztuczny.Sławomir Mro ek – Opowiadania . .? Uniewa nienie mał eństwa? Ale .. Pochyliłam się nad nim. On był zawsze. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz. Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! .. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 .. e on jest z plasteliny. Widocznie miałam szeroko otwarte oczy. Cały..

. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. bo ślimak ma tylko prawą nogę. co wiem o Zygmusiu. co to jest ślimak. e to nieprawda. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. Zygmusiu. to ci poka e!. bo się przeziębię. Ale on nie uwa ał. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. Otwórzmy jego kajecik. Dzisiaj ju nawet wiem. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. wchodząc do klasy. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. Kiedyś. jest ju późno. bo znowu trzeci byłby bez niczego. A jednak jest w nim coś.. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. ebym nie zdejmował berecika. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. Dlaczego nie uwa ałeś. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. idź spać. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. ma odstające uszka. Zygmuś powiedział: — Czekaj. bo siedział pod ławką.. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. e ślimak kopie lewą nogą. Jednak ślimak zajął Zygmusia. e masz dobre serduszko. co było w szkole: — Pan profesor mówił. Ka demu się wydaje. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. nie zdjął berecika. Gdy pojawił się ostatnio. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. e wie. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. Blady. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. to znaczy. z którego wyrabia pierogi”. Zygmusiu. eby go uznali. ale ja mu powiedziałem.. ja ju jestem przeziębiony. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . Przyszedłszy do domu. ale posługujących się tylko gwiazdami. jak Zygmuś wygląda. Rzeczywiście. tak odpowiedział na pytanie. Pierwszym tematem. — To ładnie. z du ą główką na cienkiej szyjce. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. Pewnego razu.

jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. Miły. e wszędzie dobrze.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. Ciocia mówi. ale.. ale najlepiej w domu. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy.. Taki jest Zygmuś. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz. e zawsze razem najraźniej. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. 35 . Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. Strze cie się go. w którym miejscu mają tatusia szukać. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. bo mówi. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym.

nie. — Ja mówię.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. tak. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza.. prawda? — zapytał generał niepewnie. Bęben był du y. świadczący o mojej pracowitości i ochocie. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem.. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach.. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. biłem w jego matowo.. kiedy podszedł do mnie generał. — Na co nam dzwony. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu.. ale od czasu do czasu. obmyślasz strategiczne plany. generale — myślałem — ale wiesz. to czarnymi od błota. słusznie — przytaknął. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. która wybiła! Niech zabrzmią działa. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu.. — Słusznie. dla nas nigdy! — krzyknąłem. to jasne jutro. brunatny i biały. uderzając w bęben z podwójną siłą. maszerować. krok. — Godzina walki. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. Ty w skupieniu. bardzo słusznie — zgodził się generał. — Ot. pochrząkał. obywatelu generale! — podchwyciłem. — Późno jest tylko dla wroga.. dumna. — Nie.. dniem i nocą. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. e twój wierny dobosz czuwa. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. panie. złoty. — To jest — dzwony owszem. pochwalił rząd i państwo. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. — . to. cały płonąc. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. — Tak jest.. z czołem przeoranym zmarszczkami. a świat po obu stronach bywał zielony. choćbyśmy mieli maszerować. generale. Zostałem sam. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben.. I ty. bo na biwak spadła nocna mgła. Gdy odezwie się mój werbel. A ka dy nasz krok. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. Ka dy nasz krok. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. — Nigdy odwrotnie. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. — Odszedłeś. tak. myśląc nad czymś. zale nie do pory roku. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. ale jakoś smętnie. kiedy mamy werble. — Nigdy! — huknąłem. Trząsł się nieco. lekko poirytowany. Przywitał się. Generał ukazał się w stroju niepełnym. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. — O. — I taka mnie ogarnęła 36 . — Tak. dyskretnie przysłaniając sobie usta. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. to — mruknął generał. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. Nie ustaniemy. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. — No no. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego.

prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. gotów jestem bębnić póki ycia. Wkrótce potem aresztowano mnie. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. nie mogąc zasnąć. e to z zimna. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. Czasem tylko. e mo na by to w ten sposób pojąć.. nasycony ideą. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. Ront. Głos miał ochrypły. zziębniętych rąk pałeczki. o którą walczymy. który wykonywał ten rozkaz. które wyraźnie słyszałem. wyjął z osłabłych. ró owe obłoczki. generale! Nie pokona mnie ani chłód. taka wola poświęcenia dla sprawy. otoczył mnie w milczeniu.. Nie pozwalał na to regulamin. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. kiedy mijaliśmy namiot generała. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. bardzo dobrze. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. Generał zgrzytnął zębami. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. co? — zagadnął. Myślałem. Potem rzekł głucho: — Dobrze. Witało je tylko zdrowe chrapanie. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. W dolinie rozległa się cisza. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. Noc ju zapadła głęboka. 37 . między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. a ja z całym arem młodości. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. zdjął mi z szyi bęben. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. Pojawiły się pierwsze. ani przypodobania mu się. Wzruszyło mnie. e tego. — Więc powiadacie. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. e będziecie jeszcze bębnić. — I odszedł. Był to generał w koszuli nocnej. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. ani senność. Zawsze byłem szczerym. przewracał się z boku na bok. Nawet przez myśl mi nie przeszło.

Odło ył słuchawkę. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. zapinając guziki. je eli pan ma ochotę. Z pokoju kierownika — od frontu. Była to niegdyś łazienka.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. 38 .. teraz naprędce przerobionym. szefie? — zapytał ochryple. ale nie ma z kim. spragnieni i smutni.. telefonu. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. który nigdy nie powie: „nie”. przyjęte. gotowy. wraca z dworca. i co? Straszna samotność. Albo ma pan wolny dzień. Odprowadza go pan na dworzec. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. wszyscy śpią. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. w ółtym świetle arówki. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. którzy te pragną w danej chwili wypić. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. których pan widział w dy urce. kiedy ma ochotę wypić. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. proszę pana! Ilu jest ludzi. czynnego całą dobę bez przerwy. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. Wzdłu kafelkowych ścian. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym.. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. buchaltera i sprzątaczki. a stamtąd do następnego pomieszczenia. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach. Mo e pan mi towarzyszyć. mo e dać się we znaki. z urządzeń pozostała tylko wanna. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. serdeczny. ale nie mają za co. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. i ci. Wiadomość w sklepie. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. ale chcą. współczujący. Co pana czeka? Osamotnienie. Wróciliśmy do pokoju administracji.. — Zwycięzców trzy. tak. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. przedpołudnie. — W porządku — mruknął opuchnięty. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. tak nieznośna dla ludzi pijących. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. do u alenia się. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. znajomi w pracy. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. ulica Zwycięzców? Tak jest. taki. jak zimne światła odległych galaktyk. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. tak. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. potem kolega musi odjechać. którzy nie mają. oddany. Oni stanowią skład pogotowia. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. — Więc humanizm.. ale bez szansy porozumienia. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. — Halo. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. kole eński. Zaraz poślę dy urnego. kiedy samotność. ale bardzo obszerna. knajpy jeszcze puste. Większość spała.. — Jaki adres. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. Muszę wyjść na chwilę do personelu. — A pracownicy? — To zale y. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. chętny do pomówienia o wszystkim. którzy chcą i mają. Pije pan z kolegą. Dzięki nam odnajdują się ci.

Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. ona go porzuciła. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. — To ja pójdę — zaproponowałem. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. którzy pracują dla nas na zlecenia. ale nie tylko. e w towarzystwie pije się lepiej. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. Ep! Mówi. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. Na biurku zadzwonił aparat. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. — Czy mo e pan nas poinformować. ale takiego. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. Kierownik rzucił się do słuchawki. — Halo. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. tylko ludzie są źli. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. który opuścił przed ukończeniem seminarium. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. czyli „Na jednego”. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. specjalista od kultury Majów. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. Dzwoni do nas profesor. Muszę przyjąć raport. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. przecie nie poślemy mu byle kogo. chętniej. Do nich wysyłam pijących poetów. których by nie wypito. do lasa”. Są tacy. — Eksportowa zakrapiana. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. 39 . Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Wiadomo przecie . Marysiu. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. gdyby nie my. tu Spółdzielnia „Jeden”. e świat jest piękny. miał cię kie dzieciństwo.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. Chce mieć kogoś. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. Zdarzają się klienci wybredniejsi. więcej.

. 40 . O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. „Twoja być biała”). której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. łączcie się!” . ale jednak najczęściej to. O florze.. Ziemia posiada kształt balona. . „Sero venientibus ossa!” — okrzyk.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE .. Chłopiec na posyłki. który się zestarzał — starzec na posyłki.. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. „Pańska być biała”). Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. Nie w ka dej muszli słychać morze..... Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. a to z powodu chrypki. ale: „Pańska być” (np.

. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? ... który był przedtem. jakie wydaje się po przybyciu do piekła. który jest w letargu. „Więc to na zawsze.. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach.. . . .” — westchnienie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. gdy umrze: zaświatowiec. Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera.. Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”...Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.. 41 . Światowiec.. Historyczne: Atylla — pejcz bo y.

Serce Lucusia zamarło. Sprawdza tak e rolety na oknach. — Gdzie?.. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. ba. mieszkająca osobno.. e to oni. ale jest z niego dumna. Lucusiu. jak ju wspomnieliśmy. Wieczorem ona pyta go nieśmiało.. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. Lucuś im daje... Ha ha. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. Gorączkowo starł świe y napis. Ró ni ludzie. podchodzi do drzwi. ten Lucuś. to miałby wiele do powiedzenia. — Ty. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam. — zapytuje dalej ona.. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. jest tylko dumna. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego.. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. On wstaje. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. no no. ona Lucusia. działałby tak samo jak Lucuś. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. Starannie zamyka się w kabinie..” — i śmieje się groźnie na myśl. Gdyby Eustachy ył. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. „Je eli zidentyfikują. a Lucuś siedział przy lampie. gdzie zwykle... w pantoflach. z nie tajonym podziwem: — Znów?. krą y niejasna.. kładła mu głowę na kolanach i długo. Pozostali — krewni Lucusia.. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach... matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. galopujących przez równiny. e gdyby chciał i mógł. Natomiast babka Lucusia. gdy dzieci ju poszły spać. — powiada ona.. zmienia charakter pisma. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. codziennie. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. Lucusia. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. e przychodzi do domu rozpromieniony. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. Zdarza się.. Mówi do swojej córki. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia.. Lucuś jest bohaterem. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 .. do kogo nale y pióro. — Wasz ojciec mógłby tak samo.. Jego mama niepokoi się o Lucusia.. znajomi. prześladowcy. Wśród bliskich znajomych Lucusia. Lucuś jest ostro ny. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. czy nikt nie podsłuchuje. mama Lucusia i babka Lucusia.. uwa aj na siebie. Był pewien. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni... Czy Lucusiowi coś grozi?. e nie ma wyjścia. Ach. wiedzieli o tym mniej lub więcej. W tym słowie jest wszystko..Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. niezłomna matrona. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz. Zdaje się. Łomotanie nie ustawało. przejęta własnym zuchwalstwem. ale domowi wiedzą. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. milczący. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską. którym to napisałem. On się nie załamał. Na przykład pewnego razu.

Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. Lucuś jest zbyt przebiegły. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. ale wprowadzają stan wyjątkowy. — Czego? — zdziwiono się. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. — My. a więc są ju w hotelu . niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. w poprzek. Nie wątpił. Postanowił jednak walczyć nadal. czerwony na twarzy. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. Dobrnąwszy do pierwszego domu. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. przystanął i zamarł. gdzie i Lucuś.. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. Opodal le ała niewielka. widniał brutalny napis kredą. uboga wioska. A na nich.. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. chodzimy do lasu. Nie. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. Wsiadł do pociągu. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. zapytał o ubikację. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. Tak Lucusia nie wezmą. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. Lucuś poczuł się jak husarz. 43 . czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. sprawdzając. Lucuś poznał się na tym. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. panie..Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). Wrócił do domu. choć tam te był ostro ny. Wysiadł na następnej stacji. Ale postanowił. Poszedł na dworzec kolejowy. Tego wieczoru długo stał przed lustrem. W zagajniku było ju mroczno. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte.

przybyłem do N. Przesadziwszy mur. zwany powszechnie kucykiem. w sprawie rodzinnej. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. Przewodniczący był energicznym. a właściwie małego. dziarskie r enie — r enie. e prochy mojego dziadka.. tak potrwać. na jaki napotykałem wszędzie. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. e była jego kochanką. prowadzący za uzdę konia. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. przywiązany do słupka. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. z czym przyjechałem. ponury chłop. Milicjant był na kucyku. Tak. Przed stacją legitymował mnie milicjant. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. stanąłem jak wryty. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. Grabarz z kucykiem. Tak. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. kucyk przed Miejską Radą. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. którego nigdy przedtem nie widziałem. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. Wasz dziadek? Tak. powstańca z 63 roku. jak powiedziała mi jego ona. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Uzyskawszy dwa dni urlopu. 44 . W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. czy wam wiadomo. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. o co chodzi. dając do zrozumienia.. malutki konik. a kiedy nie ustępowałem. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. rasowe kucyki.Ale? — Ale to musi potrwać. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. Ale doszedłszy na miejsce. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. Dowiedziawszy się. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. W tej chwili spoza drzwi. sam się oburzył: — Tak. Powiedziałem. to r enie w Powiatowej Radzie. Był to ogromny. I popatrzył mi badawczo w oczy. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. Ale.. Nie zastałem go jednak.. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D.. Przed budynkiem stał.. e i tak się nara a. gdy . o której wszyscy wiedzieli. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. ofiarując im po kucyku”. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. postaramy się ją wyjaśnić. rozległo się donośne. informując mnie o fakcie. Autor listu nie podpisał się. Było to miasteczko. Odwróciłem się i wybiegłem. — . za trwonienie majątku państwowego. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. e o niczym takim nie wie. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu.

byłą nierządnicę z Klondike.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. Pojechałem do D. weteranka ruchu emancypantek. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. 45 . który na jej miejscu ulokował swoją babkę. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. e zamieszkująca w D. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. w domu starców moja babka.

wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. Jeden: „zdrowie — dowie”. ten tylko się dowie. Ucałowała mamusię i tatusia. e z gnidy była. Kto cię stracił. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. a ona ju umie coś nowego. zjadła rosołek i gulasz. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Teraz dopiero zauwa yła. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. a drugi: „wiesz — wesz”. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. ile cię trzeba cenić. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. dzwonek — ogonek. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. co to jest poezja. a pani nauczycielka zganiła go za to. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. bez brzydkich obwarzanków. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. ten tylko się dowie. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. natychmiast wypełniła polecenie. Równie nasza malutka. e ka dy od razu wiedział: o. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. to znaczy. domek — Tomek.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. Było to dziecko ani za grube. Wszyscy zdziwili się. kto cię stracił” — i drugi. ani za chude. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. jak wygląda posłuszna córeczka. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. skierowała się do domu. który siedział w ostatniej ławce. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. Pończochy ściśle obciągnięte. która je po ywne obiady i nie grymasi. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. a buciki tak czyste. Uczennica z pierwszej ławki. Oba były dobre. wyglądała tak właśnie. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. wiecie ju . Ile cię trzeba cenić. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. 46 . starannie omijając kału e. co to jest poezja. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. a w domu nauczyć się na pamięć. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. wzorowa pod ka dym względem. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. kiedy wraca ze szkoły.

Oraz wiele innych. zabili go dłu nicy. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. Ciągle nic nie umiał. więc nauczyła się według kolejności. A kiedy przychodzili goście. Reszta lekcji minęła spokojnie. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. który niczego się nie nauczył. to śledzia po japońsku. W szkole przyzwyczajono się do niej. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. 47 . od lewej strony do prawej. Postanowiła zostać poetką. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. O czym donoszą smutni ałobnicy. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. Mój Bo e. choć nie zawsze były to wiersze. Nikt nie wiedział. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. tego „wiesz — wesz”. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. Nazajutrz. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. Tylko koło Józefka było zamieszanie. a wieczorem miało gorączkę. wywołana przez panią nauczycielkę. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. bo inaczej będzie srom. wyrecytowała to. na ka dej było coś nadrukowane. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów.

Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. ale ja tak z yczliwości. wiały wiatry i świeciło słońce. padały deszcze. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. Wiedział. Nie tej największej wprawdzie. jak było: je eli padał deszcz. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. ale zawsze do władzy. Rozumiecie jednak. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. du ymi literami i tak. Mo e by nawet został pod gołym niebem. a wy wcią o deszczu. Robotę miał stale. więc się przykładał. e to od deszczu. czy długo padało.. Obok zamieszkał kierownik placówki.. Burze nie ustawały. niewielki jakby ogródek prostokątny. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany. kręcąc głową. w istocie bowiem ono świeci zawsze. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. Defetyzmu nie będziemy tolerować. — Przecie pan kolega sam widzi. Z troską patrzył w niebo. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. stojącą na wysokich. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. ale bał się grypy. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. — usprawiedliwiał się wezwany. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. ogrodzony białym płotkiem. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. Raporty pisał kaligraficznie.. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. Naukowo.. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. to nie spoczął. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. Ró nicy adnej nie robił. skąd ta inicjatywa. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze. e leje! — No tak. na którym le ał plik papierów. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. eby władza. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. No nie. Ot.. eby zdobyć ten grosz dla niego.. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. dostał kataru i musiał się poło yć. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. owszem. co powiedzieć. przetykane deszczami. Słońce błysnęło. a młody został i pisał sprawozdania. po kole eńsku. mimo e oddalonym. mnie nic do tego.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. i a dziwno i straszno. kolego. Deszcz pukał o dach. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. Nucąc. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. a ile tego. Kierownik był człowiekiem sumiennym. je eliby ją kto zapytał o pogodę. Bardzo się te ucieszył..” 48 . schronił się więc pod dach. Władza przyjęła go w pięknym domu. niwa idą. e zachodzi tylko pozornie.. Zbli ała się godzina raportu. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. Wziął parasol i pojechał. Je eli słońce — to samo. było gorąco i ziemia zaczęła parować. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. ale pisał dalej. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. cienkich nó kach. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. e państwo cię ko pracuje. ale to przecie wszyscy wiedzą. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. ale brakuje wam kręgosłupa. a jedynie.

Jak wykazały badania. I pod spodem. a wszyscy ju myśleli. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. Na drugi dzień znowu grzmiało. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Niektóre nawet wierszem. 49 . dopisane ju ołówkiem. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. a nawet zadowolony. które spowodowały pewne wylewy. Napisał. słonecznej pogody w jego okolicy. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. Na trzeci — nie grzmiało. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. Zginął od pioruna. co się urodził wdowie we wsi. ju na poczcie.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. Czuł się dziwnie spokojny. ale spadł grad. I kiedy uderzył pierwszy piorun. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. A potem ju nic nie mąciło pięknej. Tym razem wzywała go władza centralna. Napisał o tym. e kipnie lada moment”. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. słonecznej pogodzie w jego rejonie. który musiał zastanowić władzę. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. którym chciał rozproszyć chmury. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. dobrze się ma. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł.

Słowo wam daję. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. a mróz był silny. Zygmunt. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. Dlatego te często się do niego zwracali. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. Lu. a ten drugi nic. zaś ów młody człowiek. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. — Uczyła się doskonale. bo opada”. — Zawsze była miłym dzieckiem. Bardzo zdolny.. jakeśmy go poprosili. Zygmusia. Nowo eńcy. bardzo zdolny. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. jakie zdolne. Czasem. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. co złapano. modrym Dunajem”. bo zima. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. prawda.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. którzy nie potrafią. ludzie się poschodzili. Świetny matematyk. * Hej. Zasadniczo tak. jak się jeden nie obróci. Ale jak przyszło do dzwonienia. towarzysz zabaw jej dziecinnych.. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. to nawet nie brzękło. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. którzy potrafią i tacy. cicho szemrząc. jak nie uderzy drugiego.. Wszyscy ów dar podziwiali. jak ja pamiętam. Zęby dzwoniły. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu.. Nagle. jako ofiarodawcy. Franio. Pułaski to był wódz. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. rodzice. nie jest dzisiaj tak trudno. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. to był walc „Nad pięknym. są tacy. — Jakie toto było przylepne. nie siadaj koło barometru. A 50 . Taki ju był. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. ile to było radości. — Pamiętam. * Pamiętam. A i o przyjaźń. Ja bym na to nie wpadł. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. Więc powiadacie. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. rozrzewnieni. prawda. Ale on potrafi. No. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. mimo wszystko. e on umie naśladować kukułkę? No có . wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. a poza tym hojny gest Frania. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. a tu drzwi się otwierają. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. który ofiarował radio — po lewej. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie. Ale to jeszcze nic. Ślub i wesele były piękne. Wesoły był chłopak. Idę ja raz ulicą. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami.

panie Franiu? Pan Franio przytaknął. mógł się tym zajmować godzinami. Prawda. Od razu się nauczyła. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. radość. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. Czasem nas obu zapał porywał. Sport. Najciekawsze było o tym. Ja zaś tak się poduczyłem. Czasami.. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. ycie. ludzie są ró ni. w której ró ne sposoby były opisane. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. a Wacek pozorował Murzyna. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. Wypytywałem go. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . wesołość. e miał spryt do tego i bywało. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. Pan Franio ją nauczył na podwórku. co i jak w tych murzyńskich krajach. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. ja szedłem w pole. Pan młody z zadowoleniem myślał. Wiadomo. Pamiętam. co wy. później sam się rozkręcił i mówił. niwa były. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. a przy dobrej pogodzie to i więcej. Jednak matka... bywało. W tym okresie trochę go zaniedbałem. Nieraz. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. śpiew. ciągnęła dalej: — Młodość. jak to Murzyni lubią misjonarzy. modrym Dunajem”. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. Prawda. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. omłoty. zanim mu się udało. Chocia trochę się krzywił na to z początku. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. nakładając sobie porcję sałatki. przeciwnie! — zawołała mama. — O. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. to on mnie i tak w końcu nawrócił. tak gdzieś w połowie lata. jak podejść do takiego Murzyna. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. * Wuala. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. Czytaliśmy te a do zmroku. to i próby robiliśmy. ot. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. wycieczki. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. rozmarzona. jakeśmy się zapalili. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. dla świe ego powietrza. Wacek jak Wacek. a Wacek mnie nawracał. tak dobrze je poznałem. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. Potem. misjonarz. eby go gładko nawrócić. Wacek. ale on dopiero się tam wybierał.. Trzeba przyznać. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. — Przewa nie jest śliczna pogoda. Cały w sutannie.

fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. dla dodania sobie kontenansu. — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. Patrzę. znajdowałem. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. bo wieczory stawały się dłu sze. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. ale ju . No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. bo zawsze coś wypadnie. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. a Murzyni — Murzynami. a muliste dno niezgłębione. pokazać. no i zdrowsi by byli. kiedy zabierał mi damę albo konia. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. Ja nic — te się zaciąłem. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. Milczę. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. to sobie pójdę. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. 52 . Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. Potem jest za mało czasu. Tylko tataraki chwieją się. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. zawsze to przecie — Wacek. W ogóle jak się lepiej zastanowić. Raz przy kolacji napomknąłem. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . rozumie się. trochę suszonego makaronu. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Ja wtedy: — Sól solą. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. tyłem do domu i siedzi. Wacek prosi. ebym mu podał sól. Od czasu do czasu. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. dać im popróbować. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. e nic mnie nie obchodzi. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. Usiadł sobie nad stawkiem. nie na werandzie — ze względu na chłody. Zawsze jednak byłem delikatny. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. to potem ju trudniej. Nawet pogwizduję z cicha. napomykałem. Rany boskie! Nikogo nie ma. a Wacek nie wraca. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. Wtedy zacząłem się niepokoić. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. Skończyłem jeść. Obraził się. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. Przykro mi się zrobiło. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. e był bardzo podobny do Murzyna. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. Nawet się ofiarowałem.

. Przeło eni. i trzęsienia ziemi miejscami. aby co wziął z domu swego. aby wziął szaty swe”. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. niechaj nie zstępuje. Mateusza. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. 53 . kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. będąca wynikiem wojennego zniszczenia. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Młody pastor Peters. jest właśnie karą za grzechy. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. Podniesionym głosem czytał: — „. ale i szczególnie miłe Panu. A kto na roli. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. Stało się to w chwili. e nędza ta. udawali się na dziedziniec. Albowiem musi to wszystko być. powiadam wam. Siadali milcząco na ławkach. abyście sobą nie trwo yli. którzy wysłali młodego pastora. który by nie był rozwalony. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. kiedy znalazł się na miejscu. Potem umarł. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. i tezę równoległą.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. To miasto nie było podobne do San Francisco. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. Potem znikali a do następnej niedzieli. niechaj się nazad nie wraca. e młody pastor Peters miał tremę. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. Trzeba powiedzieć. nie zostanie tu kamień na kamieniu.. poniewa usłyszał kroki. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona.” Spojrzał na salę.A kto na dachu. a tak e radcą prawnym kościoła. Ojciec pastora był równie pastorem. kiedy miał szesnaście lat.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie .Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. mimo tego. któremu słu ył.. w liczbie kilkudziesięciu. Siedzieli szarzy i pokurczeni. — „. Pojechał do Tokio. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. Młody pastor Peters posmutniał. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy.... i będą głody i mory. Ale jeszcze nie tu jest koniec.. Podniósł głowę. Owi wierni. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. a wysłuchawszy kazania do końca. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco.. gdzie podawano im zupę mięsną. letniego dnia. Zdziwił się i oburzył. postąpili słusznie. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. kiedy wchodził na kazalnicę. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Pojedziesz do Hiroszimy.

Był to łysy staruszek.Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu.. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. ani potem będzie. jaki nie był od początku świata a dotąd.. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa.. Dlatego i teraz jedynym sposobem. ten zbawion będzie”. to Słowo.. jakby za chwilę miał upaść. Wychodzili w porządku. na ulicę.. nie chcą zabrać do kina. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą. którego rodzice. a przejście będzie wolne.Ale kto wytrwa a do końca. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!.. Więc doczytał ostatni cytat: — „. po czym znowu odzyskiwał równowagę. Stojący dalej od drzwi czekali. wbrew solennej obietnicy. Przeto módlcie się.. Gdyby nie były skrócone one dni. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. nie byłoby zbawione adne ciało.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. nie tłocząc się. Wojna zabrała mu słuch. który kiwał się i chybotał. Sala była ju pusta. 54 . Spał. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi. — „.. Zamknął Biblię.

stoi zagadnienie. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. szybkobie na. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. stało ciągle. podbiegłszy do okna. nie zmieniwszy pozycji. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. Mimo lekkiego oporu. Kiedy potem wychodziłem z domu. przed bramą. Ale — nie. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. Matki dawały je za przykład dzieciom. wyjrzawszy przez okno. e następne bitwy tak e wygram. Po południu zastałem je bez zmian. biłem się o umycie zębów. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. mę czyźni zazdrościli mu. e zagadnienie le y. To ja. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. Celnie wymierzona. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. stało jak przedtem. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. aczkolwiek dziwnie zmęczony. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. stwierdziłem. Wreszcie bijąc się o wszystko. czy zagadnienie jeszcze stoi. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. e na podwórku. stojące jak i dnia poprzedniego. kiedy pewnego ranka. Tote wielkie było poruszenie. 55 . szczęśliwy. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Dwa granaty ręczne wystarczyły. Nie cierpiało ju długo. wróciłem do domu. rozległa się nagle seria broni maszynowej. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. zobaczyłem. dając wesołe znaki. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. przy którym skaleczyłem się szablą. Chciałem zjeść śniadanie. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. Tam nie obyło się bez torpedy. eby sobie usiadło choć na chwilę. Wyniosłem składane krzesełko. który je kiedyś mimochodem postawił. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. Ale ju wkrótce z łazienki. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. do której się udałem. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. Dzień drugi Dziś rano. zasnąłem. Działacz. Poło yłem się spać z niepokojem. współczując biednemu zagadnieniu. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. eby wyjrzeć na podwórko. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym.

. w szarej marynarce.. eby stwierdzić. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. kiedy go zobaczyłem.. — Ale czy nie trapi pana wra enie. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. Bardzo mały osobnik. co mo na by nazwać krasnoludkiem. zgoda — nacierałem.. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. nawet w pewnym sensie — empirycznego. na wszelki wypadek. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. Spojrzał na mnie obojętnie. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. Trzeba yć.. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny.. która — chocia by dzięki samej sytuacji. człowiek jest zbyt zalatany. Dzień był zwyczajny. e to jedno „coś” — to ja. starzałem się miarowo. e ja tak nachalnie. zacząłem układnie: — Po staremu. Zebrawszy się w sobie. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. chcąc jakoś wybrnąć. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. Wzruszył ramionami. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. wy jesteście?. ni dostrzegamy? e nasze drobne. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. kiedy zauwa yłem. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. Tu zwracam się do sztuki. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. pan sam wie. ale chyba mo na to przeczuć. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. czasami mi się wydaje. I. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. starej i pustej. — Mo e pan ma i rację.. ale i nie najmniejszego. Albo w ogóle jakieś znaczenia. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. oczywiście. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. hm. Ale jednak. — Nieraz. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili. co my mo emy wiedzieć? — Tak. i głębsze. Widząc wreszcie. wie pan. rezygnować z niej. W takim razie. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. pomijając ju to. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. co pan mówił — doprawdy. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. Byłem tak zaskoczony. proszę pana — powiedział. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. — O. który zasłania nam właściwe pole widzenia. no. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć.. ale 56 . — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. — Więc. i piłem swoją herbatę. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. odpowiadając: — Po staremu. naturalnie. e przez stolik idzie to.. jestem obywatelem kraju niedu ego. tak — podchwyciłem chytrze. powierzchnią. zarabiam na utrzymanie. — Tak. ni sądzimy. — Jasne.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. a to drugie „coś” — to pan... wyobraźmy sobie. z teczką. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak.. podniecenia. Czuję. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. niepokój. — A co do tego. proszę pana — kontynuowałem. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy.

Ale teraz przepraszam. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. Wiedziałem. podwójne dna. Jedno. ycie mija. Musiałem to wykorzystać. to dobre w ksią kach. — Słowo honoru. to brać ycie po prostu. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. Byłem rozczarowany i przygnębiony. nieco pocieszony. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. co pan. Puściłem guzik. zwykłych krasnoludków.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. — Słowo? — upewniłem się. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. Do zobaczenia.— A co pan sądzi. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. Oto co się liczy. ni mo na się było spodziewać. złote ziarno. proszę pana. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. muszę iść: ycie. — Ale słowo panu daję. e mija tak sobie. proszę pana. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. to i tak trudno do czegoś dojść. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. e coś tracę. — Do zobaczenia. którym z nieba nic nie spadnie. — Więc nie powie pan. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. przecie muszą być jakieś subtelności. 57 . przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. dzień idzie za dniem. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. prawda? — Panie. co człowiekowi zostaje. Przecie pan jest dorosły. poniewa ograniczeni jesteśmy. ale nie dla nas. — Powiedziałem ju przecie . — Czy ja wyglądam jakoś tak. e my jesteśmy proste krasnoludki. Oto miałem przed sobą kogoś. — Pan myśli.

e mogli się nawzajem widzieć. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. Ju miałem otworzyć usta. w jednakowych na ogół postawach. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. I burza nie uszkodzi. Pokrzykiwał na konie. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. co to ma znaczyć. Stoją na słu bie. A tak. — No jak e tak. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. podmokłe łąki. — Jak to? — zapytałem. Stał nieruchomo przy drodze. Wio! — No. na wysokości uszu końskich. W planie miał być taki z drutem. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. mimo wybojów i błota. Przyjrzałem mu się uwa nie. Tylko zimą wilki trochę przerywają. — Jak e to?! — krzyknąłem. ciągnęło się pasmo boru. Wytę yłem wzrok. e pan z daleka — powiedział. a za nim czwarty. a telegram dojdzie na miejsce. Dopiero. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. jak zwykle o tej porze roku. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. ale jakby coś było. powiedział. ale słupy ukradli. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. 58 . Wio. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. mundury wyszarzałe. tamten znów do trzeciego. — Widać. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. Dokoła było pusto. eby zapytać stangreta. Kolaska pędziła raźno. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. Wiadomo. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. Tylko e często przekręcają depesze. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. to by pan sam usłyszał. w mundurze funkcjonariusza poczt. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. — Na jakiej e by? Na państwowej. Teraz nie nadają. Telegraficzna linia. gdy ten. gniady. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. gdyśmy ju jechali czas jakiś. Przydro ne je yny. a potem wzruszył ramionami. — Ano zwyczajnie. Wio. w podobnym uniformie. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. i oszczędność jest na drzewie. Najgorzej. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. po ka dym. ale wcią i wcią . Nie ma. siwy. wjechaliśmy między płaskie. a drutu nie ma. oczy mieli apatyczne. jak sobie który podpije. Ale to jest telegraf bez drutu. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. wskazując biczyskiem na kolejnego. Ledwo straciłem go z oczu. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. a mo e uwa ał je za zbyteczne. — Toć przecie ka dy wie. a kiedyśmy go mijali. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. Daleko. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. co potrzeba. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. wio! Milczałem zaskoczony. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. ale na tyle blisko. gdy przed nami ukazał się następny. równie stojący bez poruszenia. nie odwracając głowy: — Na słu bie.

tyle e obce wyrazy trzeba znać. to bierze bryczkę. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. kiedy zza kępy. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. który był coraz bli ej. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. — Nadają — powiedział. Postępowsze. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. I rzeczywiście. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. jedzie na dziesiąty. Wje d aliśmy ju w las. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. Powiadają. to będzie lepiej słychać. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. ale go zdjęli.. ni to dalekie zawodzenie. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. — Staniemy. No. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. Tulejki nowoczesne mają im dać. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. eby mu depeszy nie przekręcili. ni to powiew. bo linię blokował. podobne do zewu ptactwa na moczarach.. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. 59 . pomieszany tymi argumentami. Zamilkłem znowu. eby sobie płuc nie zdzierali. w telegrafie znaczy się. którą właśnie minęliśmy. bo jak komu specjalnie zale y. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła.

Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. Janek nie posiadał się z radości. a potem wpada do dołka. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. Zdaje się. Mam ju pomysł. Janek puszcza się pędem. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. Typowy przykład — Balzak. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. „Przygoda Frania”. Mogę trzysta. Z kabiny wychyla się twarz pilota. Wtem — o. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Najlepszy dowód: Proust. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Minął jakiś czas. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. a widząc. Potem dosiadł maszyny. to nieraz nawet zdarza się. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Izolował się. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. samolot. e jego dzieło jest postępowe. Po yczcie mi pięćset złotych. To stalowy ptak. — Tak. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. zbli ając się do chaty. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. Miał mały defekt. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. znajdują go. Skrajny przykład. Wkrótce błądzi. Zamknął się w pokoju. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. co?” Chłopiec kiwa głową. 60 . e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. który trzeba naprawić. Wszyscy śpiewają maszerując. wzruszenie odjęło mu mowę. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Je eli pisarz zna ycie. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Odrzuca towarzystwo kolegów. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Jego marzenie spełniło się. Janek po dawnemu pasł krowy. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. gdzie tu jest kuźnia. Nic nie słychać. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. — Niech będzie trzysta. — Tak. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. którego ściany były wyło one korkiem. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. ale nie udaje mu się to. Wreszcie pewnego razu listonosz. Janek sprowadza pomoc. Próbuje z niego wyjść. Ale te Proust nie znał ycia. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. Słyszą to koledzy. Dlatego pisarze muszą znać ycie. — Nie mam. chce sam przejść przez las.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

Próbowano rozmaitych środków. Tak minęła wiosna. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. jak choroba. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. parci silniejszym od nich instynktem. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. daremnie — odlatywali w skarpetkach. buchające wolnością. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. przygasiła słońce. krą yli. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. walczącego z kozicą. który odlatywał. widziano w okolicach Morskiego Oka. zjawiła się jesień. e referenta G. Urzędnik. albo uciekali powtórnie. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. jeszcze się opierał. gorące. W górach coraz trudniej było o po ywienie. pierwszego. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. tylko dzięki znajomym gajowym. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. Ale zaraz po pierwszym znikali. ale rozdziobywali sznurki. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. 64 . Zatarła go mgła. których udało się złapać. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. w końcu stawał na parapecie. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. pełne wzlotów. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. postrzępionego płaszcza. ale niewiele to pomogło. a ci. na strzechy Mazurów. bez względu na temperaturę. śmigłych. którzy mi donieśli.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. I niepostrze enie. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. Ale kto ich tam złapie — lotnych. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. albo marnieli. wydał chrapliwy okrzyk. Odtąd okna zamykano. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. tak przeszło lato.

i największa orkiestra dęta w kraju.. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. Wstrzymywani. gdzie był tylko stół. rozwinęła się zbutwiała materia. Mijając jego drzwi słyszałem. a widząc. galowy. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. W mdłej poświacie arówki. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. To był pułk przyboczny wodza. Przekręcałem klucz. — Walczył? — spytałem pojednawczo. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. plamistych ścian pokoju. po której ślizgały się błyski licznych lamp. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna.. „Los grenadiera” i „Czołem. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. — Maszerował! Ach. poznałem go bli ej. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą.. — Chodźmy — powiedział. Sprawdzałem. — Aha — rzekłem. — Dziś święto mojego pułku. Trybuny tu ju nie było. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. to znikał na całe kwadranse. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku.. o której długo potem pisały gazety. Wychodziłem wtedy z domu.. jaki miewają zakurzone. na święta państwowe... nabiał i kiszone ogórki. my do was”. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni.Pułk specjalny. niech yje — kto? — zapytałem. opuścił głowę. — Tak. Potem on rzekł wolno i dobitnie. Bardzo proszę. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. eby to pamiętać. dziewczęta. niech pan nie odmawia. — Przepraszam. Podszedł do szafy. Nie odmówiłem. ale trzymał się prosto. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. wypchane jastrzębie. Co to była za orkiestra!. — Dzisiaj jest święto pułkowe. Stary stuknął obcasami. Przy placu Centralnym wysiedliśmy. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. zapatrzył się w okno wzrokiem. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy. gdzie obaj kupowaliśmy chleb.. ujął drzewce i wydobył je. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. Jestem ostatni. Stary wcią wyjaśniał: — . Jej drzwi. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. Później. To niedaleko. my do was. 65 . Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. — Więc.. Stara. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona. To był najsławniejszy pułk w kraju. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. kołysanych wiatrem. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich.. Słu yłem w nim zawodowo... Deszcz to przechodził drobnymi falami. Pan jest za młody. elazne łó ko. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. otwarły się z cię kim skrzypieniem. Spotykałem go w sklepiku. Był to sztandar. jesienią. — Zaklinam. Zajrzałem mu przez ramię. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Rozło yłem ręce gestem bezradności. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem.

wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. dopinając płaszcz.. trzy. pustym placu. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. stojąc na wysokim. Pode mną le ał bezludny plac Centralny. Trudno było utrzymać równowagę. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. jeszcze raz stanąć w szeregach. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal. Minuty przeciągały się. Paradny krok. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. jak niemądre jest moje poło enie. lewa. Był to blaszany pojemnik na śmieci. Zostałem sam. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się.. Wiało okropnie. To chyba będzie ostatnia moja defilada.. lewa!. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem.. cztery.. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. Wlazłem na to.. — Więc zaczynamy! — zawołał. Potem przepłynął przede mną trzy razy. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. 66 . Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. bo wiatr przenikał zewsząd. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. — Ale . opadały miarowo pukając o asfalt. blaszanym kuble. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. Zbli ał się. W jego głosie dr ało szczęście. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. sterczącym jak kopia. Stopy.

. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne.. Czytałem ksią kę o astronomii. ani psy. tylko myślące istoty mogły je zbudować..Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. Ale p o c o yją? 67 . Ale dowodów nie ma. deszcz dzisiaj pada i pada. No. A myślące istoty. e się przejaśnia. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. to niemo liwe. Ale z tego jeszcze nie wynika. jak wiadomo. Tak. teeek.. Kanały na Marsie? Zgoda. słyszałem. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no. Zdaje się. Co? Naprawdę?! Nie. gdzieś muszą być w końcu.. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi. e na innych planetach tak e yją ludzie. tym samym mogą być i w niebie. Nikt inny. absolutnie nie ma. to przecie . Patrzcie. czy się dzisiaj przetrze. Cały wszechświat składa się z tej samej materii.. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. ani koty... kulach ognistych.. Szkoda deszczówki. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. A więc o tych mgławicach. Latające talerze? Tak. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. Ciekawym. To ju jest sprawa powa niejsza. Ale ja w to nie wierzę.. tylko ludzie.

borsuk nie posiadał nawet swojej nory. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. Noc postępowała. Zamknęli się w szopie. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. poniewa spodziewał się premii. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. Usiłowano go na razie zastąpić. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. Pracownicy ogrodu. biegów i nie tarza się. przerwali na chwilę pilnując. nie będzie się odró niał od prawdziwego. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. Pragnąc obni yć koszty własne. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. Pozostaję uni enie” — i podpis. ucieszyli się. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. Proszę zwrócić uwagę. zobojętniałe na wszystko. tworząc bulwiasty. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. — Co ja powiem onie. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. Wszystko przez to. kiedy dowiedzieli się. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. — Słonie nadmuchuje się rzadko. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. nawet przy bli szych oględzinach. świstaki. e jest to słoń szczególnie ocię ały. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. Pamiętajmy. którą następnie wypełnić miano powietrzem. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. szczerze oddani sprawie. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. w odpowiedniej wielkości. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. między innymi słonia. e nasz dyrektor jest lewak. — Jak tak dalej pójdzie. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. Kadłub słonia powiększył się. Starannie pomalowany. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. Tym większe było ich zdziwienie. głosy ludzkie uciszyły się. Poza tym dyrektor naglił. hodując trzy tysiące królików. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. je eli jej powiem. spłaszczony kształt. nie wykonuje więc adnych skoków. Byli to starsi ludzie. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. Był to ogród prowincjonalny. Mo emy wykonać słonia z gumy.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. 68 . Zmęczeni. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem.

Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. niesiony przez wiatr poziomo. Pilniejsi uczniowie notowali. ale ten yje w morzu..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. — . — . e królem puszczy jest słoń. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. wielkie uszy i nieodłączna trąba. który wpadł na pomysł z gazem. Było jak ywe.. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. Pomyślał. Potem. Kiedy odpoczywali. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . Odpocznijmy trochę. Dyrektor. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. koło klatki z małpami. eby model był bardzo du y. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. 69 . — ..Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. Zwalisty tułów. A uczniowie..Słoń jest roślino erny.. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. — Jak po grudzie. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią..Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. Mo emy więc śmiało powiedzieć. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. — Mo emy iść do domu. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu. słupiaste nogi. wystający ze ściany. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Powiedział o tym koledze. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. w centralnym punkcie. Czekali. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. W słonie nie wierzą w ogóle. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. przyprowadzeni przez nauczyciela.. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. Przez ogród powiał lekki wiatr. Postanowili zrobić próbę. Nic więc dziwnego..

wiosenne kwiatki. Powiedziałem jej to. ałobnego kroku. odkąd kefir jest zaminowany. Ale przypomniałem sobie. ale szelki mi pękły.. Tłumaczył się. Ma zapalenie spojówek. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. co tam się dzieje — zobaczyłem. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. jak nie jestem hrabią. które przynoszą chwałę i awans. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. jesienne listki. a tu. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. Przysięgał. Natychmiast zawiadomił.. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. e. w kawie. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. e tak samo nie zostanę marszałkiem. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. e mam kołdrę w proste. Staruszek. Był w dostatecznie złym humorze. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. Postawiliśmy stra . ogromnie się cieszy. Kawę wylano. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. eby się przekonać. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. 70 . Zapędził mnie pod kanapę. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. Jest zalecenie. eby kawę pić tylko przez rurkę. Co do mnie — o nic nie mam alu. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. prowadzących na podwórze i do ogródka. kto spiesząc przez miasto. Ale w obawie przed donosicielami udał. Przed ratuszem stoi armata. lecz miłe. torpedę. Próbowałem czytać. Przysypano go przez pomyłkę. Wytę yłem siły. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. Przez całą noc w katedrze. Od razu zrobiło się nam weselej. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu.. który mieszka pod schodami. który tak się cieszy. głębokim jak przepaść. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. Podobno są to nasze kontrminy. trzeba się było dobrze nachylić. trzy ulice od nas. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia.. Później szóstka koni od karawanu. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. jest pokazany wzorcowy generał. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. wokół czarnego katafalku. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. Rano — sensacja. Nawołuje tak e do czynów.” Na wystawie. Będzie mógł się pokazać. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. wiem. Zwłaszcza. nie czując cię aru. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. paliły się świece. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. e to niby nigdy nic. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. nieprawidłowo zakorkowane. e to na skutek skąpego oświetlenia. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. ani czapki nie zdejmie. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. co chwila ponosiła.

traktując ją jako przejaw oportunizmu. który ni stąd. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. ale jego te zabrano. — Ach. e to nie jest tekst godny czasów. jakie prze ywamy. wibrujący ton. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. Gosposia wróciła z wiadomością. Naprawiła mi szelki. ale jak oblę enie. Wzruszyłem ramionami. które tam o tej porze się włóczą. z tymi choinkami. Zwykły kot. Wyłoniło się centrum. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. Podobno tylko jeden miał legitymację. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. inni w dniu święta kościelnego. to oblę enie. — Powiesi się bańki na asparagusie. proszę pani. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. które uwa a. zrobili zdjęcie. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. — Tak. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. to ci tatuś zje obiad. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. Sprę yny wydają długi. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. Słysząc to i widząc. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. lepiej na asparagusie ni na niczym. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. W rodzinie dozorcy domu. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. — Za ojczyznę! — krzyknął. Miał złamaną nogę. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. Widocznie znowu coś się stało. gdy go podnieśli. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . Zastanawiała się chwilę. a mo e poszedł do okulisty. którą widziałem przed ratuszem. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. Zaprowadzili mnie do fotografa. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. Czołgając się. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. ma pan rację — powiedziała. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. Zgadzając się ogólnie z tym. e trzeba strzelić z niej do wroga.

Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. Wracałem. mo na patrzeć na południe. który okazał się kanonierem od naszej armaty. Zwierzył mi się. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. ebyśmy wesoło skakali. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Co do mnie. Wydano oficjalny komunikat o tym. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. Wstyd mi ju prosić gospodynię. Zresztą. e czas. Było z tym zamętu. Pomyślałem. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. Bałem się więc. by pójść na majówkę. w letni dzionek — morza. krzątaniny. e wyszedłszy na mury. Jedna z instrukcji przewidywała. była tak lekko ubrana. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. wędrując coraz to dalej i dalej. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. pobiegł na miasto. snułem się po ogrodzie. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. Widziałem ją. Omal się nie rozpłakałem z alu. Sądzę. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. Czas płynął nam szybko. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. Oczywiście. Czy jest coś piękniejszego. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. pełznąc pod murami. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. Na pięć kroków nie widać. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. Pole eć gdzieś w trawie. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. moja gospodyni coś pruła i szyła. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Niezdecydowany. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . nie mogłem go ściskać oburącz. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. W niektórych jeszcze paliło się światło.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. zaglądając do okien. Okazało się. Pory roku zmieniają się tak cudownie. W południe — dwie wa ne nowiny. Z krzykiem. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. Nasz staruszek. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. czujną walkę z wrogiem. między innymi w oknie mojej sąsiadki. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Jestem pewien. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. podnosząc szklankę do ust. tak subtelnie zmieniający dekoracje. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. w uznaniu za swą ochotniczą. tak sobie tylko myślałem. jak się z niej strzela. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. e dr ała z zimna. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. Niestety. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. Po południu znowu mi pękły szelki. Wieczorem poczułem się zmęczony. gdzieś na krańcach obwarowań. jak on mnie. eby je naprawiła. e nie ma pojęcia. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. e mam pęknięte szelki. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. Wymknąłem się do gospody. które odtąd będę stale nosił przy sobie.

73 . zupełnie mo liwe. a co by mnie uprzedziło. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. zupełnie młodo. jak mogłam. ale nie dbałem o to. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. e były inne powody. te nie wychodziłem z domu. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. — Tak. natknąłem się na nie dokończony obelisk. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem.. Jak wiadomo. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. — Jak cicho — potwierdziła. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. poległych w pierwszym dniu oblę enia.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. Wszyscy spieszyli się. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. — Jak cicho — powiedziałem. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. e moja gospodyni płacze w kuchni. gdyby. Jeśli chodzi o mnie. Przed gospodynią tłumaczyłem się. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. Gdy wyszła. co mogło jej sprawić taką przykrość. Wieczorem. Wieczorem. Ogarnęła mnie nieśmiałość. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. Zgasiwszy światło. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. choćby brytfannę. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. Posuwając się wolno aleją. Doniosła mi o tym moja gospodyni. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. które miałem ze sobą zabrać — gazety. ludzie mówili o tym dość du o. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. Rzeczywiście. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. powiedziałbym. jakby wstydząc się.. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. mo e jakiś stary. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. Strzelenie z armaty nie udało się. Le ałem przez chwilę zaskoczony. niepotrzebny czajnik. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. czego się spodziewałem: spokój. Hełm powinien być twardy. przewa nie ju w hełmach. to na wypadek. poradziłem sobie najprościej. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. kiedy była mała. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. Co się tyczy samej majówki. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. podobno. wie pani. kiedy sklepy będą zamknięte.. długo stałem w oknie. trochę za mało sztywne. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. w Dniu Strzelenia. stojąc naprzeciw niej. na pró no starając się domyślić.. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. usłyszałem. — Jutro strzelają. co będzie. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. pachniał jeszcze naftaliną. znalazłem to. Tylko. — Pocerowałam. Pomyślałem. liczyłem na to. Byłem zaskoczony. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając.

Cieszyłem się. Zmierzałem ku jej staro ytnym. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. bez spoczynku. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. w swej dobrowolnej słu bie. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. głucho i głupio. jak z kimś rozmawiała. dla wszystkiego. co naturalnie wynika. tu przed drugim sianokosem trawą. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. przytrzymywałem spodnie. które stale przytrzymywałem. Szkoda. Prosiła. w górze. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. e zobaczę sąsiadkę przez okno. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. e było ju szaro. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. W drugiej niosłem kanapki. e moje przewidywania okazały się słuszne. a oni są o tym przekonani. Przecie w tej dolinie byłem sam. co jest mądre i proste. jedną ręką. Tam. zieleniącym się bujną. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. ozdobioną małym. ni sam się spodziewałem. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. Wszystkie moje ksią ki. było jeszcze słonecznie. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. równoległymi wałami. Skierowałem się na południe. Mało kto mnie widział po drodze. jego dnem. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. jak zwykle. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. zapuszczałem się między milczące bastiony. Nie zobaczyłem jej. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. e serce boli mnie tępo. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. ale jeszcze wyniosłym wałom. Starając się nie czynić adnego szelestu. Radowało mnie. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. Naprawdę kochałem moje miasto. który był tego powodem. drugą podałem dozorcy. Zaszedłem na podwórko. Uleciała z nich cała wojownicza treść. słyszałem tylko. w tej nadziei. Zmęczony trochę szybkim marszem. czułem. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. dawno opuszczonej. Wkrótce ju miałem go za plecami. Mury tchnęły łagodnym. zostawiając sielankowe. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. głębokim ciepłem. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. 74 . o ile to jest mo liwe. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. Tote z przyjemnością yję. Na szczęście nie dostrzegł mnie. Wpatrując się weń. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

I czy opłaciło się tak przeklinać. i bardzo jasno. z białawą plamą twojej twarzy. Warto te było potem patrzeć na ciebie. koniec. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy.. znowu po raz któryś w yciu. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. e uda ci się mu sprostać. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. czego się spodziewałeś na początku maja.. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. jak byłeś łaskaw się wyrazić. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. Cicho tu jest i biało. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. Tobie — arówka. a ty myślałeś. czy małodusznie zapomnieć. zaklejone starannie paskami papieru. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. przyznaję. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. na pół śpiąc.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. Sami chcieliście tego. ani te . Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. po kilka razy dziennie. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma.. z otwartymi ustami. pełne finezji krą enie wokół ucha. Dziś jednak. pla y. cały w kosmatym swetrze. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. Jak wstępowało w ciebie lato.. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. Koniec. e moja malutka. kim i gdzie jesteśmy. Mnie świeci ostatni zachód słońca. tu. sześćdziesiątka. jak to wszystko. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. między szybami okna. „uskrzydlonym robakiem”. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. gdy golisz się przed lustrem. dobrze pamiętasz. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. ale nie ma tak e długich dni. Za to. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. 76 . które przecie było tak blisko. ogromny i niezgrabny. zachowaną po to tylko. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. e wraz ze mną. z drugiej przestwór nieba. odczuwam gorzkie zadowolenie. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. nie siądę ci na nagim barku. kiedy patrzysz teraz na mnie. czy nie — wielka i pełna majestatu. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. zgodnie z waszym yczeniem. Jest nas trzy. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. wiesz. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. Pokonany. Tak więc — nas ju prawie nie ma. kto wie. kiedy ju wszystko minęło. mój ty du y. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. Pamiętasz przecie . — a pisząc te słowa. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się.

jak mocno go to obeszło. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. Wisiał tak na włosku. której treść nie nadawała się dla dzieci. e przepełnia go lęk. w jednym punkcie tak intensywnym. zamazane półmrokiem. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. Przez chwilę przedpokój był pusty. a zarazem ubikacji. Fakt. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. Byłem dzieckiem. Wybuchła awantura. wyłaniając się z najgęstszych. Potem zniknął w stołowym. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. le ała pod drzwiami. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. a i dla ozdoby równie . Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. gdy . jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. co — jak się okazuje — zawodną. nad samym środkiem przedpokoju. jak tylko w mojej wyobraźni. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. którzy co prawda rzadko u nas bywali. — Za wysoko — mamrotała. na pograniczu metalu i powietrza. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. Wycierał nogi hałaśliwie. wrzucony między ornamentalne wzory. Gości. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. zaczyna i kończy. z zawiniętymi rękawami koszuli. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . o której nie wiedziałem nawet. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. Le ąc na dywanie. jasny i chłodny zapewne. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. Ojciec oburzył się. jak się nazywa. Trzymamy go na wszelki wypadek. w co zaopatrywano łazienkę. na klatce schodowej. e patrząc na niego. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. jak zawsze. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. podsufitowych ciemności. Jednak jakiś nowy blask. kiedy nie znany nam. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. zgrzebna. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. tędy. doznawało się swędzenia w karku. W górze. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. Franciszka odeszła. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. sam niewielki. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. mimo e niezrozumiała. Pierwsza. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. a ściślej mówiąc — odcień blasku. Wszystko to były formy bryłowate. doczekałem się te ilustracji. Tak oczekiwałem na powroty ojca. 77 . rodzice wybrali drogę równie praktyczną. Gdyby nie to. Zakradłem się tam po kartki powieści. szlachetniejszą. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. Znalazł je dopiero po chwili. nijakie. Słu ąca nie usunęła korda. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. które były do połowy oszklone matową szybą.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. Biała. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. której nie oświetliłem. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania.

równie naga. Z ka dego zakamarka mieszkania. e zakrztusił się ością. czystym. u powały nagi miecz. widziałem w półmroku wyraźne. choć nieco inna. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. w sypialnym. proste i zawsze nieruchome ostrze. Na niebie księ yc — sierp. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. 78 . Zdarzało się. W alkowie — łó ko.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. z jego głębi. W kolorach czarnym i białym. e nie lśniło wulgarnie. a doskonała jedność jego kształtu. załamywała ręce. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. o blasku tak głębokim. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. Było jednak coś enującego w tym. choć nieczęsto.

. e to ode mnie. — Jak to. obcych nie wpuszczać. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. na kredensie. Zlew przetkać. poczekać. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. Zresztą proszę nie robić uwag. Przydałyby się szmaty filcowe. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. — Czy pan naprawdę sądzi. proszę sobie wziąć kawałek. Jutro. le y ementaler.. Dostanie pan fartuch. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. e nie mo na nadą yć. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. Określając ją w ten sposób. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. o wiele szerszy w ramionach. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. W kuchni. są tylko pantofle na wojłoku. to trzeba tyle. co?! — Szmat nie ma. Zresztą mo na trzepać na dole. nic nie da się oszukać. — A pan myśli. — Nie. geranium podlać. miał równie kapelusz. aby wydać się energicznym i pięknym. równie i ściereczki. e pan. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. tylko nie wszystko. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. — Które piętro? Pewnie szóste. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. Tak było tylko do pewnego czasu. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. to doprawdy niesłychane!.. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. Sam pan widzi. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. koniecznie fartuch. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę.. chcę powiedzieć. bo potem wszyscy wychodzą. bo w komórce spaliła się arówka.. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. 79 . dokładnie o siódmej. ani te przedmiotu. a przeschnie. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. jakie warunki. nie przeczę.. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. — Nie. kto szedł mi naprzeciw.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. Ja wstrzymam na chwilę oddech.. Powiedzieć.. ile trzeba. Ale. nie. na podwórku. Myślałem.. Zresztą — jak pan chce. znajdzie je pan tak e w komórce. światło musi pan zapalić w przedpokoju. Wszystkiego wychodzi tyle.. ale jest przecie odkurzacz. — Ale nie! Czwarte. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha. Byłem tak zdziwiony. a jak pan myśli. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. linoleum zwinąć. Pastować lekko. Szedłem tą drogą. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. — Proszę nie dyskutować. Trochę wy szy ode mnie. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. Ja jestem człowiekiem. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. W dodatku jest winda. e ja. e wszystko odbędzie się jak zwykle.

Mam reumatyzm. Spoglądałem za nim. Szafy odsunąć. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki.. Jasne. materace przetrzepać. Mo na się otruć. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. okna potem na sucho trzeć długo. Jest pan dorosły. Woda grzeje się w piecyku gazowym. bo rozprasza. nie oglądając się. ścian nie ochlapać. krzyczała zraniona godność osobista. poczułem się bezradny.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. — Proszę nie pleść głupstw. to by było mniej więcej tyle. firanki zdjąć. Do widzenia. dopóki nie zniknął. e jest. bo sprawdzę. radio wyłączyć i nie słuchać. Kipiała we mnie obra ona duma. 80 . — Głupstwa. krokiem sportowca. No. klamki proszkiem. bezbronny.. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. Odszedł. Nagle zrobiło mi się głupio. — Ja się boję. nie zostawił mi przecie adresu.

Nigdy nie jeździłem konno. Wszystko zale y od okoliczności. Bo trzeba wyznać. Brudna degeneracja mozaiki. Koń czeka osiodłany na podwórzu. odje d ając. ale to ju będzie droga. wielką radością. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. e wszystkie płótna. Dzisiaj sam widzi... Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. wprost z upału. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. Chodziło o to. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. drzew orzeźwianych wiatrem. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. je eli jest się mną. Udawałem przed sobą. nie była inna — zawsze zimna. nie mogłem pominąć stołu. nieskończone wszystko. choć bezwiednie. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. na stole z surowych desek. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. wiele prze yłeś”. Dosyć ju prze yłem w tym domu. e to nie ma adnego znaczenia. który był świadectwem mojej klęski. „Tak. Na có . Uległem przezorności po to. miałem zdobyć inne. kurz podró ny. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. 81 . Tak właśnie mówiłem do siebie. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. niby to promieniami. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. pakowna skóra. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. Jedź”. Klękam na zimnej posadzce. pod oknem.. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. Daremnie. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. Niby to wyobra enie kwiatu. Jest betonowa i głupia. Czas było wyruszyć. Kto wie. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. dla ozdoby. grubymi. Odje d ałem na zawsze. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. jak generał swą armię przed bitwą. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. eby oczyścić buciki. Niedorzeczna myśl. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. u licha. nie dawała mi spokoju. a tak e od mojej argumentacji. Nie ma powodu. kiedy była mowa o Bizancjum.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. Koszyki. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. ebym zabierał pył z tego obejścia. w obliczu dnia. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. Wa ne jest tylko to. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. Zostawiając to wszystko. eby wyjechać. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami.. ale kiedy chodzi o to. Dzisiaj. Kiedy wchodziło się na nią boso. rzemyki. chrzęszczenie i szorstkość. Dosyć. Zły byłem na tę maskę. gładka. Wychodzę do sieni. zasługuje na to. równie białawymi. bramy otwartej na oście . o której uczyłem się w szkole. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. ebym opędzając się przed nią. W drodze pokryją się znowu kurzem. Nie martw się o mnie. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. domu. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. choćby myślało się nie wiadomo o czym. wypalony na jej wypukłości. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. sakwy i kuferki gromadziłem. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. a ich tłum był właśnie tą jedną. poniewa nigdy. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. tak. jak pamiętam. eby nie zapomnieć o pieprzu.

e nie zawsze mogę mu się oprzeć. po drodze rozsiodłałem konia. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. Komponowałem się te całkiem z bliska. eby jednak wypełnić ten krótki moment. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. gdzie mają stąpać. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. jakie wra enie odniesie ktoś. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. Posiliwszy się. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. głód. A poczułem. 82 . poni yłem drewutnię. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. Tak myślałem. a potem zakręciłem się w kuchni. rurastych nogach i wszystko. siedziałem jeszcze chwilę. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. przed kim wyłonię się znienacka. a potem zapaliłem świecę. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. długie i mocne. coraz sprę yściej. bo wiatr ju umilkł. bo zaczęło się zmierzchać. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. przemierzając podwórze szerokimi krokami. czyni mnie kimś. w przyszłą burzę i deszcze. spokojnie. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. Wiedziałem tak e. eby sprawdzić. Maszerując tam i z powrotem. Wyszydziłem te płot. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. eby się nie kiwał. eby nie wywietrzał do jutra. czynnostek raczej. przypomniałem sobie. e ju za chwilę stanę się głodny. Przez okno widać było słoneczniki. Cofając się najpierw o kilka kroków. wiedziały niezawodnie. zabrałem się do roboty. Przybierałem równie pozę nieruchomą. a moje poczucie estetyki. teraz czy potem. znieruchomiałe. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. Zaczął się paciorek małych czynności. Słońce. protekcjonalnie odniosłem się do studni. Przeszedłem podwórze na ukos. z osobna. a moje nogi. półprofilem. nadając sobie odcień znu enia. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. czy te na lewym ramieniu. krótszą nogę stołu. odymając wargi. Ostatnie spojrzenie. eby się nie zmiął i nie zakurzył. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. nie najlepiej wykonanym stole. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. Nędzne. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. co ju miałem za przeszłość.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. eby się nie męczył. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. ju nie tak usilne jak w południe. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. potrzebnych do tego. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. Południe musiało ju minąć. siny i zielony od zbutwiałości. e tamto chodzenie po podwórzu. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. kto z podniesionym czołem. ku memu cichemu zadowoleniu. eby usiąść na chwilę. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół.

— A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. trzeba było przechylać głowę. e zje d amy. ale stałego znu enia.. od której zaczynały się włosy. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. 83 . ale Jakoś tak płasko. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. kiedy nie będzie. Co do mnie. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. Miałem wra enie. e poza nim. Przekonał się. do wszystkiego. do widnokręgu. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. e mi opadają pończochy. Zdaje się. jakie piękne akcenty pionowe. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. których spotykaliśmy dawniej. które od czasu do czasu mijaliśmy. obrobione. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. Grupa kobiet szła obok drogi. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. po pochyłości. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. e zmierzamy ku czemuś. Nagle o ywił się. złowró bnie poziomiły krajobraz. Artur krzyknął. Wywoływało to uczucie nikłego.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. ale przebiegał ju pod drugą. ja czuję. Wtedy stwierdziłem z bólem. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. — Patrz lepiej na swoje nogi. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. eby tak to wyrazić. Spojrzałem do lusterka. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. wypadała prawie tu nad brwiami. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. e je eli jej nie będzie. to nie będzie.. a zrozumiesz. Koromysła równoległe do ziemi. Artur milczał. e Ju po nim. no to zniknie i nie będzie jej. poni ej. Posuwaliśmy się teraz. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. Poziom zawrze wszystko. Uszy mu dr ały. jak e więc chcesz. Jesteśmy więc. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. — W porządku — mruknąłem. e w górę i w dół. — Artur! — zawołałem. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. na podszewce tego. Coraz więcej tarasów. Czoło obni yło mi się znacznie. — Sam mówisz. Przeciwnie. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. co nazywamy górowatością. e będzie. Czułem. ono jest cały czas. Wiem dobrze. Tak jednak jakoś wychodzi. Linia. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. stawały się coraz bardziej płaskie. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. całkiem ju wyraźnie. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. Na ramionach niosły koromysła. eby była tam. drewniane. choć to opanowanie było tylko pozorne. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. Dachy domostw.

— Poziom. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. twój ideał osiągnięty. jestem po stronie tej ostatniej. e masz rację. Weźmy więc przykład. ale tylko same kapelusze. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura.. Przed nami był długi most. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. Dobrze. e mam horyzont w kręgosłupie. e nie ma dwóch poziomów. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie.. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. — Zastanów się! Załó my nawet. Artur śmiał się jakby szalony. zmaterializowany w łopacie grabarza. Dusza. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. choć czułem. czy wasserwagi. — Pion! — szydził. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. absolutny poziom. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. aby tam się przeciąć. 84 . dusza. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. A więc pion. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. bez nó ek. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. w glinę. jest tylko jeden wspaniały. mój chłopcze. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. ni szego i wy szego. skierowanej pionowo.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. — Nie pojmujesz. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. Arturze. rosły w nim grzyby.

To znaczy kretowisko. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. Kołyszą się zawsze. Teraz ju lato. W tej niszy nic nie było. o kilkanaście cel ode mnie. e nie ma. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. wszystko owinięte echem. w którym się znajduję. to musi być i kret. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. W nocy nie wychodzę. Czasem wychodzę. eby nazbierać nieco chrustu. spokojny. ale i tak musielibyśmy się spotkać. e lato wnet się skończy. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. w którą skręciłem. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. Kontury dachów są jakby srebrne. Wiem. Kiedyś zdarzyło się. Jest to naiwne kłamstwo. czy w tym lesie są zwierzęta. światło podchodzi mi do gardła. choć twardsze. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. gdyby nie nisza. Widzieliśmy. W długich odstępach czasu. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. Cela. Nieraz widzę. choćby nieznacznie. Dookoła więzienia rozciąga się las. przebywa jakiś kolega. Zobaczyłem kawałek koca. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. cień i światło. niby czegoś tam szukając. Więzienie. Potem będzie jesień i zima. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. Nikt nie opala ju budynków. 85 . Upewniają mnie w tym dalekie szmery. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Raz. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. gdzieś w jego głębi. Węglem rysuję na ścianie to. Przecie podłoga jest z betonu. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. potem wpadają w czerń. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. niezbyt głośne. ale ja tam nie chodzę. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. e gmach jest zamieszkały. e wchodząc do korytarza na parterze. ustawione ciasno. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. Nieraz z jego celi dobiega regularne. Na tym samym piętrze. co mi przychodzi do głowy. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. Le ę na pryczy. w gmachu. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. zwłaszcza wieczorem. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. ale najczęściej nic nie rysuję. od czasu do czasu kroki. co stuka. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. jakby młotkiem o coś twardego. cały bladoró owy i bladoniebieski. Zresztą on te zawrócił. ale te . Odwróciliśmy głowy. poniewa korytarze są puste i kamienne. gdzie nas niegdyś zamknięto. Z piętra widać wierzchołki drzew. Raz tam zajrzałem niechcący. choć trwające po kilka godzin stukanie. wtedy nie zapalam ogniska. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. słychać jakby stąpanie. o złotych poręczach. które ma usprawiedliwić sklerozę. jak i podwórko. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. Instalacja elektryczna te przestała działać. Nie wiadomo tylko. ale je eli kretowisko. nawet podczas ciszy. ani czasu. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret.

Profesor Robert N. umie przesuwać przedmioty. Bach i tylu innych przed nim. z daleka. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. drogi doktorze — odpowiedziałem. rozglądał się z nonszalancją. — Te ukłony. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. Odwróciłem się gwałtownie. Stali albo siedzieli w solennych postawach. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. e zostanie artystą. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. Czy pan jednak jest pewien. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. Wytę ając słuch. — Coś w tym musi być. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. poło ył mu rękę na ramieniu. nie dotykając ich. forma. e rozmawiali o muzyce. wydaje mi się jednak. e wydawało się. twarda dlań szkoła. równie mi nieznajomych.. który go otacza. i wydawało się. jest autorem jednej tylko kompozycji. — Mo na — wtrącił Gucio. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. które następnie wyrzekł. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. Otaczali go nastrojem rewerencji. Robert N. cały szacunek. mimo e na przyjęciu u W. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. jak Beethoven. Wśród ciszy Robert N. jakby nosił miękki i ciemny zarost. koneser. choć był starannie wygolony. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. był kompozytorem. sądząc choćby po sposobie. e profesor Robert N. e profesor N. — Nie przeczę. Mozart. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. doktorze! — wykrzyknąłem. dyletant i cynik.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. nawet uwielbienia. tak zapadnięte. spotkałem wiele innych osób. — Stopniowe wychowywanie artysty. głęboko osadzone. miernej i rzadko grywanej. w jakiej się do niego zwracali. — A jednak. i policzki. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. kiedy on zabierał głos — wskazywało. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. był dzieckiem wątłym. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. jest prawdziwy. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. jest nie lada autorytetem. — Mo na. Jak się domyśliłem ju po chwili. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. — Ale . spojrzenia. Któ pomaga 86 . zale nie od dyskutowanego tematu. Był to profesor Robert N. mającą pokryć niepokój. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. głos miał równy i twardy — oto sedno. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. ale mogłem dosłyszeć. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. świadomy nietaktu — poniewczasie. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. pobła liwość i długoterminowy kredyt. o wyrazie bolesnego napięcia. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. Robert N. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. e Robert N. Gucio. — He he he! — zaśmiał się doktor. A więc niech pan się dowie. czy pan wie dokładnie. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. milknięcie wszystkich. e pan Robert N. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory.. To doktor P. lekkoduch i birbancik. jakie zawsze przybiera się przed kolacją.

kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. Udało mi się w ten sposób podchwycić. ale stanowczym tonem. co mówił.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. podał nauczycielowi palto i laskę. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. Kiedy opuszczał konserwatorium. jakie musiał jednak pokonywać. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. Posadzono mnie dość daleko od profesora. tak jednak. Nic te dziwnego. w którym. Profesor powstał. Jego srebrne włosy wichrzyły się. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. Jednak nawet i to. Rzuciłem okiem na doktora. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. nie był wolny od wra enia. przyniosła mu pełne zwycięstwo. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. e nawet sam doktor. jego zwyczaj wynikający z systemu. Podejrzewałem. samą tylko silną wolą. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. Otó . na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. jak wyjaśnił krótko. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. Proste zadanie. dość skąpo. oraz własnych spostrze eń. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. nie zbli ając się do niego. Równie wysiłki ze strony Gucia. Siła woli. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. w związku z tym. oddzielony od nich murem. a dzień. kiedy wniesiono zakąski. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty.. było dostateczną przyczyną. Był to.. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. Oczy płonęły. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. ywo rozmawiającego. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. Narzekałem. Podano mu więc szpinak. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. mimo e silił się na lekki ton. gdzie siedział profesor Robert N. Temat ten. co opowiedział mi doktor. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 .! Jego niezłomna wola. aby zostać uznanym artystą.. e mogłem słyszeć jego słowa. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. Znając przyjemność. Z miernotą inna sprawa. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. W jadalni zapanowała cisza. po męce twórczej. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. był ju bardzo popularny. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. nie wyjmując rąk z kieszeni. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. je eli zostanie. trzeba to przyznać. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. e kiedy w pewnej chwili od strony.

Potem opadł na krzesło. otoczony mgiełką aromatu. złociście przypieczony ptak. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. Rektor B. Profesor uchwycił krawędź stołu. Profesor zebrał się w sobie. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. kurczowo zaciskając powieki. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. 88 . trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. Był to du y. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. aby jej nie przynoszono. wybiegł. Odniesiono go do kuchni. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. — Skończone. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. — A taki jestem głodny. Przecząco potrząsnął głową. — Pssss! — odparłem. Nagle wszystko ucichło. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. — Raz. Ukazał się nareszcie. Znowu cisza. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. Sekundy mijały. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. Chwila ciszy — i lekki szelest. Wrócił za chwilę. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. — Na samym środku. zupełnie blady. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. Profesor. Dźwięk powtórzył się. Gucio na oślep szukał butelki. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. Nie wracał długo. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. zapytał: — Co tam jest? — Hall. która właśnie ukazała się w drzwiach. Proszę zadysponować. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. Obecnie pragnę zło yć dowód. Cisza — i znowu dźwięk. Doktor P. Ciągle ta cisza. podskoczył i wybiegł. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. potem nagle nastąpiła pauza. nie poruszając głową. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. niosąc półmisek z gęsią. na parkiecie — powiedział cicho. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. dwa.

jak chowam się w ogródku za domem. bo nie mam wojska. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. e jest się najlepszym. e znajdą się tacy. jeszcze osiem osób. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. to mogę się tego podjąć. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. Prośbę moją uzasadniam tym. Ka dy. Wczoraj zięć mnie zamknął. bo mówił. e ma wojsko. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. Bardzo mo liwe. biedactwo. Za młodu ró nie ze mną bywało. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. e jestem lepszy. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. Ty tu porzeczkę. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. e to oni są najlepsi. same piaski. e dla wszystkich byłoby lepiej. eby panować. bo ogródek jeszcze mamy swój. to skąd mogą wiedzieć. 89 . Jeśli będzie potrzeba. mówi. ani wojska. Po pierwsze. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. Zięć idzie. a nawet większe. Strach pomyśleć. e za du o jem. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. e jest najlepszy. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. jakby palcem. Jestem ofiarny. poza mną. ebym ja był władcą świata. w tym dwoje z inteligencji. jestem lepszy od wszystkich ludzi. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. Nieraz. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. jak ju powiedziałem. kto ma wojsko. co temu zaprzeczą. a jarmarki zostały zlikwidowane. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. bo zięć ma na utrzymaniu. Teraz dopiero. Mam więc trochę czasu. tylko dlatego. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. e ja jestem w sobie i wiem. eby moją prośbę poprzeć. e to nikt nie jest mną. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. bo powiedzą. pod jesień. Całe szczęście. e ma się wojsko. e nasz powiat jest ubogi. a jestem najlepszy. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. tylko o ludzkość. bo oni nie są mną. to piszę. Ja rozumiem. Oświadczam. e to zbieg okoliczności. e wszystko kosztuje. Nie mam więc ani pieniędzy. choć dawno ju się do tego zabierałem. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. a to porzeczkę skubnę. chwała Bogu. bo będzie industrializacja. a nie dlatego. jak umie. jaki to ja jestem. jest ich jakby mniej. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. tylko muchy się topiły w kałamarzu. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. Nie tracę jednak nadziei. Ja rozumiem. Moje szanse są więc równe. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał.

Mój przyjaciel. jedna z tych. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. dzikiej winorośli. jego twarz z pękatym. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. wesoły. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. dając przyjemny chłód i cień. równie nie zasługuje na wiarę. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. które pojawiły się po obu stronach alei. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. Na ławeczkach. która nie płynie z niczego. po to. świe ości i tej słodyczy. częste. To rzucając. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. wypolerowana była i lśniła jak heban. Nie zawiodłem się. ciemne i pozbawione firanek. starał się. wypłowiały. zaprosił mnie do siebie na wieś. wśród kurzawy dróg. Staliśmy na środku dziedzińca. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. dość wąskie i jednakowe. co następnie zobaczyliśmy. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. jaka płynie z obcowania z naturą. poczciwy. gdzie ju zaczynał się gąszcz. o to. podeszliśmy ku altanie. siedział mocny. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. zdyszani. Właśnie czas był przepiękny. szczelnie zapięty pod szyję. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. Pewnego dnia. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. To. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. tynkowany ciemno ółto. w kurtce podobnej do tych. aby za chwilę. yznych krain — po pewne. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. ale jest substancją 90 . Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. gruby mę czyzna. Korony drzew łączyły się w górze. to rozmawiając na tematy powa ne. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. Piosenka była skoczna. obiecując sobie. wiosna przechodząca w lato. a przynoszące chwałę zwycięstwo. przy chłodnym wietrze. widocznie u ywana od dziesiątków lat. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. lecz schludną. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. Proste potrawy. stojący przed nim na stoliku. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. dalekie wycieczki. a w najdalszym zakątku. równie dokładnie wysypane wirem. Okna. bez zacieków. e zaznam spokoju. chłopiec prostolinijny. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. W altanie. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. ani spostrzegliśmy. altana. Po roku spędzonym na pilnych studiach. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. to łapiąc obręcze. Odziany był w surdut wojskowy. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. prowadzącej w głąb starego parku. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. szczery. ale gładko. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. skąd właśnie dolatywała muzyka. blasku słońca i pełnych manierkach.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. na której wspierał się obły kikut kolana. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. du o ruchu na świe ym powietrzu. Pośrodku stał skromny pałacyk. w szarej mycce na głowie. a drewniana proteza.

Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. bo okolica zdrowa. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. nie wiedząc jak. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. — Jesteśmy tu odcięci od świata. — Ale jest tych urwipołciów. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa.. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. Powiecie. splatając dłonie i gładząc podbródek. panowie. zawsze.. co na to odpowiedzieć.. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. Poczułem zniecierpliwienie. daleko od siebie. e to jednak niesprawiedliwość. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. wcią wirują w niej.. lecz. którzy w boju stracili rękę albo nogę. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. tak nadzwyczajnie wymowne. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. samą w sobie. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem.. Pochodził z rodziny. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. musiały wyniknąć nieporozumienia. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. Czy nasza to wina. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. ale to i lepiej. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. wśród lasów. Za to on zachowywał się swobodnie. oburzony. proszę. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. — Ale oczywiście. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — .. — Panowie studenci? — zapytał. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. Być mo e. 91 . W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. jak trójramienny świecznik — .. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. — Proszę. Nie wiedząc. mimo ich mnogości. — tu utknął i zaczął czerwienieć. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. rubasznie.. lecz wesoło. A je eli chodzi panom o to. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim.. — Proszę wybaczyć. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. spojrzał na nas nagle. yjemy tu daleko.. — Dobrze powiedziane — rzekł. w milczeniu podnieśliśmy kufle. pieniąc się przyjemnie. odło ył piszczałkę. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. Nazwania.i miałem więcej okazji do tego. e sami. a było to. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. lustrując nasze mundury i oznaki. siłą rzeczy. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. ile pan zechce! — zawołał. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. zacierając dwie ręce. w obliczu trójrękiego.

równie nie miałem równych. ale o nadmiarze. kiedyśmy wracali do stolicy. e ściął mi wszystkie włosy. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. wierzcie mi. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. e jestem śmiertelnie łysy. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. stare. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. usłyszeliśmy wysoki. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. w sam raz dla świata. — Patrzcie. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. — Jasne — przytaknęliśmy. ró nice w osądach. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. zawsze jakieś niedopowiedzenia. Przyspieszyliśmy kroku. — Zresztą. niedołę ny i bezbronny. Ja. przeciągły. panowie — na pewno nie. Nikt nie mo e zaprzeczyć. na bli sze. Panowie rozumieją. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. wraz z korzonkami. Więc kiedy po wojnie. Dlatego te . nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. Rozpierała go taka radość ycia. drugą podnoszę nasz sztandar. która ręka jest ta trzecia. 92 . w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. zdrowie i nadmiar. Myślicie. który słania się w siodle. Jedną ręką ścinam grenadiera. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. — A poza tym. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. czasem wydaje mi się. Nie miałem ju krewnych. panowie: trzy ręce — to za du o. z dwoma czy z jedną. To odwróciło losy bitwy. to by ju było coś. znalazłem się bez środków do ycia. — Byłem zawsze w ogniu. Łysina zalśniła łagodnie. ale dla mnie. taka junackość. — znów wskazał na budynek. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. niezgodność uczuć. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. który wtedy brałem szańce. w samym środku bitwy.. zamykałem się w szynku i przepijałem to. Nie poszło to łatwo. Niegdyś uratowałem mu ycie. e coś mnie łączy z tymi tam. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. i nie rozumiem. któremu urwało rękę. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. A ja. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. które zawodzą: „Powró yć z ręki. lśniący tasak. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. dzwoniący zgrzyt. Stracić dwie ręce — tak. Demokraci interpelowali w parlamencie. panowie! — i zdjął czapkę. któreśmy zdobywali. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. W grabie y miast. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. gdybym stracił jedną rękę. Po ka dej kampanii. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. Do zmierzchu było ju niedaleko.. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. chytre ropuchy. kiedy skończyła się wojna. Cyganki. byłem nędzarzem.

nie rozglądał się. Ten zerwał się przestraszony. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Nie mógł mieć wątpliwości. Nadeszła chwila. za hałasowanie. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. paciorka nie zmówił. Nastał ranek świe y i krzepiący. e nawet wtedy. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. liliowy pokój dziecinny. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . głuchy na głos dobra. Anioł. Grzecznie przechodził przez ulice. garbił się. To bił go anioł stró . nie uwa ał i biegał. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. Jednak nie był jeszcze pewny. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. jaką odczuwa pobo ny organista. co dawniej było nieosiągalne. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. Miał się na baczności. na wszelki wypadek. i inne. z wypiekami wstydu. za niezmówienie paciorka — faja. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. nie przystawał. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. e tatuś tak nie robi. w pysze. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. To miara ofiarności. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole.. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. Zrozumiał. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. Łatwość. zasypia rozmyślając o tym pewnie. ukojenie. zhańbiony. kiedy tatuś pracuje — byk. Na nic. 93 . Ani przypomnienie. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. długo. Nic nie mogło go powstrzymać. Dobroć. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. dr ący i zachwycony. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. Od garbienia się do garbienia się. e metodę mo na znacznie udoskonalić. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. Stał anioł stró bezsilny. A więc anioł bił go ju dla wprawy. Od mleka było mu niedobrze. z jaką teraz osiągał to. Wkrótce odkrył. jak to jutro będzie się garbił. Jak zwykle nie chciał pić mleka. za bieganie i pocenie się — hak. cisza. łagodna perswazja.. za garbienie się — blacha w czoło. Wyjadał konfitury. od biegania do biegania. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. nie zmówiwszy paciorka. zasypia smacznie mały chłopczyk. Na łó eczku. słodycz. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. Na uboczu. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. Oderwał dłoń od czoła. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Podano mu śniadanie. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. pragnąc jednym. olśniła go. I nagle gorycz wezbrała w aniele. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. małego bohatera. Gdy znalazł się sam w pustej alei. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. W milczeniu wypił mleko. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. nieruchomo wpatrywał się w noc. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów.

głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. dojadał. pochylony nad podręcznikiem. odmawiał. Poczęto uwa ać. nie garbił się. gruby i spokojny. Czas mijał. Nie biegał. Uparta. a on. w nocy. myśleli. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. bo wiedział. nie próbując nawet biegać. by mu dać bodaj haka. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. gdy siedział w parku na ławce. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. Następnie zainteresował się chemią. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . widząc. tajemniczo zamknięty w sobie. wysadzony nad podziw umiejętnie. Chłopczyk oddalał się polami. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. Niejednokrotnie. On zaś pracował wytrwale. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. Zmienił się tak e zewnętrznie. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. e wypija teraz całą szklankę. Spowa niał. Pewnego razu. wnikał w tajemniczy świat molekuł. nie hałasował. Zaczął obserwować otoczenie. 94 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze.

.. Niebo było bez gwiazd. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. przysypało cię śniegiem. Na piersi jego wysokie odznaczenie. Konie ruszyły wawiej.. — powiedział półgłosem. zaszyty w niedźwiedzią szubę.. popołudniowym niebie. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą.. Rama? Ot co jest potrzebne. i to jak najszybciej. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. Nie spieszno mi donikąd.... napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. mając za sobą spełnione zadanie. Kazał zwolnić... e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. gdzie rozciągały się bezmierne pola. posępne zawodzenie wichru. obywateli. — Ech. uspokojonego rytmu. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jedyne wyjście. ni to zaśpiew. sekret.. Ale teraz.. Przysypało. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. skończona moja miłość. jak chmury zasnuwają księ yc. e z tego płynie jakieś męczące uczucie. i pól.. Dookoła jednak było. to rama porządkująca to wszystko. jak na otwartą równinę. śnieg.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. Jakiś czas jechali spokojnie. póki nie jest jeszcze za późno. O ile łatwiej byłoby obywatelom. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. Godzina późna. a to niewątpliwie prawda. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. — Je eli to prawda. ale która sama przychodzi. — Kto wie. tym bardziej samotniały w białej pustce. całkiem bezwietrznie.. gdy jechali szybciej. Uporządkować. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. I dodał: — . mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. koni nie poganiaj. widok nagich zagajników w parowach. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. mknął saniami do domu. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. 95 . jak choroba. jakieś specjalne biuro. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. Nie da się zaprzeczyć. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. — Nadać ramę. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym. czyste i nieruchome. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. Poczuł ze zdziwieniem. której przecie sobie nie yczymy. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych. Te pola zasnuwały go powoli. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. gdyby. ojczyzno — rzekł mimo woli. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. powietrze lodowe.

. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. Chłop na koźle odwrócił się. nikły. pola śnie ystsze. smutnych. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich. oszukańczych. 96 . Tylko na pustym. słowackich skrzypiec. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. Noc stawała się głębsza. na śnie nej bieli. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej..Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. uwodzących. czarnej gruszy. Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

Ju i inne rakiety latać zaczęły. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. ale mój okazał się nieszczelny. Trochę mi tylko to przeszkadzało. skoczył do domowego rezerwuaru. po trzy pary z ka dej strony. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. eby Piegowi się odciął. wyciął hołubca. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. co ją miał schowaną za pazuchą. 100 . rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. gdyby nie to. przy stale wzrastającym jej współczynniku. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. Noc była jasna. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. rozpamiętując. zakołysał i oparł o barierę cieplną. Powstał śmiech i głośne brawa. widząc. Cofnął się Smyga. Wtem gwizd ostry się rozległ. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. Ale ten nic nie rzekł. jak to było na tym hucznym weselisku. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. To gospodarz. e czułem ssanie w organizmie. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. bo od zagrody. e bez trudu drogę znajdywałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. e inaczej gości nie uspokoi. zielony róg na czole. Ale ju młody Pieg odbił się. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. Szło się rześko. rozpoczął zaka anie. no. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. — Ludzie. ścienny licznik Geigera. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. ponadto śpiący ju trochę byłem. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi.

na konie cmoknął i ruszyliśmy. Na tym prawie rozmowa się urwała. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. To i chciałbym wiedzieć. nawet za poniektórą granicą. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. czyby do mnie mógł się przyłączyć. choć to ju półmrok był. do którego obaj jedziemy. Wtedy dopiero. e nie pisał dla siebie. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. W tym celu zaszedłem do gospody. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. e bardzo się cieszę. które nawet nieświadomych tak uderzały. co to napiszą to. Miałem się udać do majątku Z. bo pisarz zapadł w zamyślenie. Ja zaś. Nie był on z tych. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. Chłopstwo. człowiekiem znacznym w kraju. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. Przystałem tedy chętnie. Tutaj. Pamiętam. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. Woźnica nawet szklanki nie dopił. na tę twarz pielgrzymią. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. to dosyć. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. czyli do ludu nale y. Wy jesteście agronomem pól. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. z czym walczyć. e jestem nietutejszy. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. bo i ja posłucham. napiszą owo. bo on równie z daleka przybywa i do Z. Odziany był z wielkomiejska. jakbym przeczuwał. a ja agronomem dusz ludzkich. czy który do Z. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie.. ale tak. Równie i woźnica-chytrus. Ale jechać było trzeba. jak grzeczność ka e. a dzisiaj do państwa. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. na oko. ale powiedzcie. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. jako e obowiązki równie w Z. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. właśnie nie wraca. Nie śmiałem pytać. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. bo jakby stracił rezon. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. a sam. miasteczku R. to nie jeden. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. eby im w pracy ul yć. czoło gładkie. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. konie nale ało nająć. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. a zresztą w podró y zawsze co dwu. z kim to droga mi wypadła. — Ja. zamo nie. gdy nieznajomy przed nim stanął. Znany był z tego. Tak więc los zrządził. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał.. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. O. chłop o lisiej twarzy. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. na kozioł skoczył. Tak się zło yło. włosy miał długie jak artysta. e ja tak prosto z mostu. jako obcy i powiatu nie znający. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. musi. 101 . W samej rzeczy znalazł się jeden. to jakby urzędowo. Powiedziałem. który dawniej do hrabiego. a dla narodu. Tote dziwiłem się. przez jutro mnie zatrzymają. Zapytał mnie grzecznie. e nikt go przecie tu nie znał. by dalej móc jechać.

Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. opuściwszy głowę. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. więc zapytałem. Ale e robota na mnie czekała. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Nie były to utwory oderwane od ycia. jak to się okazało. jakbym coś miał na sumieniu. skar ąc się na złe urodzaje. Trudna rada. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. a wzrok mój padł na karakona. e nie tylko tęsknota. ale tutaj coś mi się wydaje. z tym ju artów nie było. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać.. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. budziły tęsknotę. czysta. jak to na zebraniu. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. nie zwlekając. więc. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. nie tylko 102 . bo ledwo zzułem buty. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. Mam jednak coś. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. same lotne słowa mi się cisną. co się nawinie. wszyscy skłonili się jakby. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. ale jakby mniejsze. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. W świetlicy było tłoczno.. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. e kpi w ywe oczy. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. O. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. bo niemowa. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. i rzekł. długo szukałem. jak ptak umierający. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. tote nic dziwnego. Odrobiłem tego dnia niewiele. e jest tylko jedno łó ko. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. gdzie tynk był zeskrobany. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. Biła z tego taka szlachetność. On zaś. Kiedy wszedł pisarz. tak to przemyślnie było napisane. sąsiada. kuternoga ry y. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. Poprawiłem się na ławie. — wyszeptał — tak myślicie. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. Patrzyłem na świetlicę. Nawet w nich większa siła umoralniająca. Śniło mi się. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. ręce zacierał. pod wieczór do majątku wróciłem. czego jeszcze nie stosowałem. takie to spełniało zadanie. Ale ja wierzę w człowieka. Jest to opowieść szlachetna. bo od razu to pole.. Bo dzisiaj jeszcze. choć przecie byłem przyjezdny. Stałem. Tam znów się okazało. aby stać się lepszym. on odwrócił się od okna. na wspomnienie tego. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. Poznałem. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. Mo e nawet czekał na mnie. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. i zaczął od wierszy. a zmordowany i zły. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. aby stać się lepszym. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. wszyscy siedzieli tak. a e się okazało. oczy mru ył. eby ulepszyć siebie. Miało być koło lasu. ale widać było. e budzi tęsknotę. niektórzy nawet. — Tak myślicie.. polewki. o. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. Siedzieli jakby wmurowani. Wnet kazał podać chudej polewki. a zwłaszcza baby. podjadłszy.

e nie tylko dotąd się nie przyznali. jako skoble wynosił. W tym to zamęcie. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. daleko. taka zatwardziałość. Co się zaś pisarza tyczy. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. co za czapkami się oglądali. acz nie bez mozołu. Przez chwilę trwało. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. powszechny. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. Tu dzień sądny się zaczął. Byli i tacy. tamten prosił. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. w pniu wypróchniałym. ciągle czytając. ale swoje do siebie szeptali. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. I dopiero na krzyk nagły. to znaleziono go w trzy dni potem. e ukradł psa i ałował. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. panowie. Ale trzeba te powiedzieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. którym pewnie i las. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. siłowali się ze sobą. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. ale taka w nich siła nadludzka była. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. a do onego pola dojdzie. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. „Bilans. Szum wzbierał. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. Jęczał. i kary na siebie ądał. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. zwyczajnie. po piwnicach chodzi. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. Chcecie wiedzieć. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. jak mogli. Widać. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. ile go być powinno. jam winny. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. Ale widać było. bobym się dowiedział. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. Zerwałem się. ale za moim poduszczeniem. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. koni i plonów — a ja czekałem. od kur i gęsi — ten wołał. Od źdźbeł i gwoździ. w wierzbie przydro nej. bilans” wołał. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. Słuchy chodzą. eby mu w twarz rzucić. bełkocąc coś o dylach jakichś. jak zaś wiedziałem. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. roboty ukończyłem. Do siebie przyszedłszy. e obrona długo trwać nie mo e. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. e ich wątli. i pole. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało.. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. głowę podniosłem. jakby radząc. od bydła. e co najtę sze tuzy. Wszystkie głowy tam się zwróciły. do egzorcyzmów sprowadzony. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. nie oddziaływające na ycie. 103 . e nie jest ju ten sam. e słabną. e ich te czytanie szczerbi. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. pole.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

Spojrzałem bacznie na kotka. Muszę powiedzieć. jak to bywało przedtem. sierść poszarzała. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. od nowych upadków. e wątpię. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. kary zaś nie doznałem adnej. Ledwo otworzyłem oczy. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. kiedy. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. a czysty jak anioł. Wracałem przewa nie nad ranem. wyszedłem z domu. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. by ją ochoczo skrzywdzić. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. przynajmniej na kilka dni. jak okrutny pies gonił kotka. ale jako. które. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. które zawsze wspominałbym z czułością. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. które. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. Nastały teraz dni. ale wręcz odwrotnie. tak e zwierzę. bądź co bądź. e — czy to przez wdzięczność. powstrzymywałoby mnie. nalałem je do miseczki i. 105 . Wzrok mój padł na kotka. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. mimo ró nicy gatunków. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. poniewa znam siebie i wiem. biedaczek.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. mój mały przyjaciel. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. jak chciwie je chłepce. Wszystko brał na siebie kotek. ledwo ył ze zmęczenia. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. A ja wcią byłem jednakowo świe y. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. Jakie było moje zdziwienie. niestety. zacząłem się zastanawiać. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. którego. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. wyspany. patrząc. czkał. ani moralnie. Bezdomny kotek. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. cierpiał. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. e sierotę krzywdziłem niechętnie. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. Być mo e. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. jeszcze ohydniejszych uczynków. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. wawy i radosny. Przyjemność. Pogwizdując. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. gotów do następnych. Przeciwnie: czułem się rześki. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. Czy mo na się dziwić. Skoczyłem po piwo dla kotka. Nie ulegało wątpliwości. Słaniał się bełkocząc.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. — Ale ja wam.. świata nienamacalnego. przypominając o wiecznej obecności natury. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska. juhasie. em się przed nią cofnął. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. które wesoło skakały mi po głowie. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi.. dzikie. panie. — To jest sposób na insomnyję. panie. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. ale ycia duchowego. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. e u was owiec nie widzimy. chyba e tak. eby sobie. kompromis. a ycie swoją. — Ano. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. wycieczki. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. tam. Tfy! Splunął. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. Jaka wewnętrzna sytuacyja. em wyjąkał: — Ja. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. ani to markotnie: — Chyba e tak. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. haj! Był taki dumny. mruknąwszy tylko. oddalił się w kosodrzewinę. taka zewnętrzna konsekwencyja.. dlatego. panie... — E. wielu — powiedział. obracając się na bok. to owce” — powiedziałem sobie. e doić pora. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to. panie. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie... górski poranek obudził nas i nasze panie. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. do szałasu. to ju nie są arty. e nie mogłem stwierdzić. — Kompromis. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. Dawno ju się dziwowaliśmy. Ale Juhas.. ani to z wy szością. — próbowałem argumentować. zaprzeczyć się nie da. 109 . choć szałas i wszystko inne jest.. Potem rogaliki rano jecie. a potem powiedział. Po czym odwrócił się tyłem do mnie.. — No no. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi. nie wymawiając. panie! Więc ja się nie wykręcam. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć. — A. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o. odwagi intelektualnej brak. ale tak padało. — Jak e to? Darujcie. zasnąć nie mogąc. owce w głowie liczę. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. prawdę powiem. w jakim kierunku. Umilkł.. Ja zawsze zasypiam od razu.

Wyglądał na strapionego. jednoizbowe pomieszczenie. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. — Zatrucie? Egzema? A mo e. oficyna na prawo”. Więc dodałem: — Ale nie trafił. Od tego czasu mam u niego zni kę. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. naprawdę? — o ywił się. odchrząknął i zaczął mówić.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. nie daj Bo e. woźny wprowadził nas do wnętrza. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. — Nie mówmy o interesach. spotkałem tego człowieka na moście. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. Było to ohydne. gdzie tam — westchnął cię ko. pod koniec przeszedł w cichy płacz. — E. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. — Nie wiem. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. syfilis? — E. W jakiś czas potem. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. kiedy wracałem wieczorem do domu. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. 110 . mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. Nale ało wykupić bilet w kasie. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. Spochmurniał. nie? I odszedł pogwizdując. co to mo e być. następnie poczekać. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. Była to spowiedź jego ycia. Po prostu mi smutno. — Wie pan co? — powiedziałem. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. Ju przy opisie okoliczności. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. o zapadłych policzkach. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. — Tak. Rozpogodził się tak znacznie. Było tyle prośby w jego głosie. Pod wskazanym adresem panował tłok. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. e nawet mnie to trochę dotknęło. Kilka osób z tego skorzystało. — Jakoś to będzie. Podszedłem bli ej. co mu dodatkowo zaszkodzi. — No. w których został sierotą. twarze klientów o ywiły się nieco. e nie mogłem znieść tego dłu ej.

w głębi dziewiczego obszaru. W towarzystwie jedynego asystenta. w środku puszczy. jak twierdził. doświadczenia i usiłowania. tam. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. których motorem była moja tajemna pasja. choć to on właśnie stał się bodźcem. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. Upał. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. którą otrzymałem wtedy. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. Jak ju wspomniałem. Ja. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. Temu nienasyceniu. Porucznik C. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. był młodym. czyli. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. nie ustawałem. Klimat tam był piekielny. daleki od zaspokojenia. trwałem od wielu miesięcy. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. czyli ruchu. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. na blasze. chcąc nie chcąc. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. opanowania wiedzy. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. Fauna i flora zadziwiająco bujne. olbrzymi osobnik. Znosił trudy. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. kładłem się na pryczy. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. Wydawało mi się. Mowa stała się chropawa. porucznika C.. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. Co do stanu umysłów. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. Nie szukając daleko. upodobnić się. Był to samotny. Twarze zarosły nam długim włosem. 111 . Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. w energię kinetyczną. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. Prowadziliśmy straszną egzystencję. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. e głos polega na drganiach. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. Wkrótce. było nieco chłodniej. zupełnie wycieńczony. dzielnym człowiekiem. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. e jestem ogniwem w obiegu natury. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. wzniesiony opodal bagniska. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. jak sądzę. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. Ja jednak. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. dzięki bratu. gwałtowna. nieartykułowana. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. gdzie. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. e zawsze będzie czas na odwrót. a przede wszystkim zoologię. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. w towarzystwie jednego tylko człowieka. Nieustanne dą enia. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. choroby. niespodziewane ulewy. zwa ywszy. eby stać się jej cząstką. mnie tylko wiadoma. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały.

Pierwsze — to wstręt i groza. skąd lisek wie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. Nie było chwili do stracenia. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. biegnąc przodem. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. Nakreśliłem dalszy plan działania. gdybym wiedział. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. — Nale ałoby sprawdzić. nada mu nową szlachetniejszą treść.. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. Jak wiadomo. rozumiejąc. e w ich interesie le y. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. — odparł sennie porucznik. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. korzystając z nieobecności samca. mały i niepozorny. je eli mogą przypuszczać. Potem widzieliśmy ich razem. pochrapując. Zło yłem się. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. — To ciemność! — mówiłem. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. dźwigające całą konstrukcję. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. Otó lisek. bo dokonaliśmy następnego. zwanym u g u p u ?! 112 . Natura okazała się bardziej wyrafinowana. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych.. ulubiony przysmak kolosa. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. e często musiałem pracować sam. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. Przypuszczenie było mylne. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. kamienny sen. wskazywał olbrzymowi miejsca. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. Najpierw przypuszczaliśmy. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. — Ach. ale tu. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale.. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. — Dwa uczucia dominują we mnie. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. jak szli w puszczę. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. Byłem wstrząśnięty. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. wstrząsającego odkrycia. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. Porucznik le ał na pryczy. w pierwotnych warunkach. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. liski ywią się równie i myszami. Nie naruszając obiegu natury. Oto z nieuwagi pawianów..

Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. — . Zaczęło mi świtać w głowie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem.. 113 . je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . — Mów. mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. wymasowany na moich oczach przez porucznika. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek.. odszedł zadowolony. W pół godziny potem. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. Zrozumiałem. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan.daje alkohol — dokończył szeptem. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. przystawiając mu sztucer do piersi. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. Natomiast znacznie później dowiedziałem się.. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. Wchłonęła go natura.. Głos mu się załamał.

czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. Ale wtem młodzieniec przystanął. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. Szurał nogami. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. zagadkowym spojrzeniem. Było to tym dziwniejsze. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. — Proszę do mnie. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. pomagał im w zdobyciu sławy. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. odzienie pomięte. umieścił się w ten sposób. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. Kiedy kubek był ju pusty. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. ale wyraźnym. mimo pewnych niedociągnięć i wad. To. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. Pisał bez przerwy. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. opromienionej blaskiem talentu. 114 . eby młodzieńca nie spuszczać z oka. rozejrzał się dookoła. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. w który zawinięto mu bułki. dykcją staranną. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. ale chciał odejść. a bułka zjedzona. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. e jedynie dzięki temu. częściowo dla przyczyn ogólnych. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. choć skądinąd schludne. Wzrok miał przymglony. który tu przed nim stał w kolejce. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. Był to kompletny szkic powieści. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. Powieściopisarz przedstawił się. co zdą ył przeczytać. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. jak oddala się bardzo szybko. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. który. Wydawało się. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. powiedział do pracownicy głosem cichym. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. proszę zostawić to pieczywo. Wtedy gwałtownym ruchem. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. wprowadziło go w zdumienie. częściowo dla wypicia mleka. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. Kiedy nadeszła jego kolej. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Ujrzał. Pobrawszy swoje filé z buraków. w których palił się płomień geniuszu. kłaniał się. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. jakby zbudzony. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. pragnąc z nich uczynić swoich następców. W dobie. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. tote chętnie opiekował się młodymi. jakby ulegając nieprzepartej sile.

Świe y wiatr poruszał firankami. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. niepewnym. porzucone niedbale na biurku. To. według zeznań zamiatacza. egnając się. — To dobrze. Młody wcią pisał. Powieściopisarz przypadł do biurka. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. Potem zawołał gospodynię. Natomiast polecił swojej gospodyni. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. — Powieściopisarz. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. Ręce mu dr ały. — Co on tam robi? — zapytał. Oj. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. i nic nie wskazywało na to. Ale w pokoju nie było nikogo. a teraz siedzi i pisze. Uciekając zabrał ze sobą bułki. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. Niewiele czasu było potrzeba. poło ył się i zasnął. czasem nawet ocierał łzę.. — dodała. szczelnie wypełnione pismem. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. zamknął go w swoim gabinecie. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. To uśmiechał się. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. trzeba go pilnować. a podró ni wychodzili i wchodzili. eby się zorientować w tym. to wpadał w zadumę. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. którego obowiązkiem było sprawdzanie. e stało się coś niewłaściwego. a nawet z nim rozmawiał. co objawiło się w pierwszym. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. zacierając ręce. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. które jakby zapowiadało początek nowego. jak chcieli. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. Widział go następnie zamiatacz ulic. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. do którego. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. dziki. dotychczasowym okresie.. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. — Zjadł. nabytym zapewne w cię kim. widział młodego człowieka. W zacisznym świetle poranka. co zawierały. Była to prosta kobieta z ludu. Owszem.. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. odkryłem kogoś. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. to. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. jeszcze pan sobie biedy napyta.. — Kiedy doszli do domu. poniewa tam kończyła się linia. Tramwaj. Obudził się nagle z uczuciem. uciekinier mógł być ju daleko. kiedy przekręcał klucz w zamku.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. Minęło południe. radośniejszego ycia. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. e kiedykolwiek uda się go odszukać. Biedny. genialny. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. mimo pośpiechu i zdenerwowania.

ni to skrzypienie. wyblakłych. pełen alu. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. Ale. węglowym miałem i przestrzenią. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. krytego wagonu towarowego. a niedobre przeczucie. który ciekawie mu się przyglądał. Odziani w takie same. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. przekroczył szyny i oto co zobaczył. Bezradny. nieobecność. potykając się o szyny i progi. aden pociąg nie odjechał w czasie. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. schludne. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. jakby spoza kuli ziemskiej samej. mimo pewnych cech indywidualnych. Luźne wagony.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. z widoczną po ądliwością. Chciał coś powiedzieć. ale zanim zdą ył. 116 . e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. Twarze. nieporuszonych. Có stąd. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. kilka lokomotyw sapało sennie. wrócił do czytania. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Błądził ju po peryferiach stacji. Studiując ycie. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. przywróciło go nieco do przytomności. co znajdowało się za ścianką. zapytać się o coś. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. Spojrzenie tych oczu. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana.. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk.. Wiedział ju . nie spieszące się donikąd. powieściopisarz obszedł więc wagon. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. pisząc podobnie jak pozostali. Gonił go nieustanny poszum. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. szeleszczenie piór. ni to buczenie trzmieli. młodym autorze. składy towarowe. Tu na skraju siedział młody uciekinier. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. jak wykazywały obliczenia. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. który upłynął od chwili. gdzie się mógł podziać. e powieściopisarz zbladł. przedział za przedziałem. eby przejrzeć wagon za wagonem. zanim zrozumiał to pytanie. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. wolno szedł peronami. w świecie opisanym na kartkach. Prawie był pewien. Widocznie daleko przebywał. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. wewnątrz wagonu. Było ich sześćdziesięciu. Była taka straszliwa obojętność. piętno geniuszu. opuścił rękę i. czekały tutaj w półśnie. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. Niechętnie wyjaśnił. począł uciekać od wagonu. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. nieco wymięte podró ą garnitury. który przechodził tędy na perony. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. Drzwi były odsunięte. skromne. niepojęte zamyślenie w tych oczach. poświst.

. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. Jak tylko my otworzyli wagon. Po południu widziano go tu i tam. — Nie ma za co. Ich glosy były pełne podniecenia. to w barze. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz.. — . wkroczyli do wydawnictwa. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. Natomiast lektorzy. zatopiony w myślach niejasnych. on jednak. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. Zachowywali się powściągliwie. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. z surową rezerwą. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. ale słabo.. — zapytał. wajchowych.I jeszcze jedną wódkę. choć bardzo tego potrzebował. e na mieście działa się jakaś sensacja. przysięgali. tylko chycili za pióra.. Panie Józiu. opuchnięty alkoholem sen. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. Dyrektor wydawnictwa. Kto ich tam wie. Miarowym krokiem. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. cię ko dysząc i wskazując za siebie. to ani Boga nie pochwalili. ale więcej ju nie mógł. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. lecz schludnej odzie y. coraz mniej trzeźwego. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. Ale teraz jeden skoczył po bułki. bo byli głodni. nie wiadomo skąd. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. Widać z daleka są. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. Ale telefony. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Wszedł do restauracji. ale pełnych niepokoju. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. coraz liczniejsze. Nazwiska nic nie mówiące. a którego bezkształtność tak go męczyła. Jeden z nich miał werbel. U nas. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. przebywając to w piekarni. e oni w drodze ju trochę pisali.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. nic w ogóle. jakiegoś niepokoju. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. który go drą ył. ani „dzień dobry”. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął.. wskazywały na to. co mieli na drogę. bo zjedli wszystko. Było dopiero wczesne przedpołudnie.. nie posiadając się z zachwytu. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć.. wolno opuszczał peron. Pracownicy. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu.. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. potem drugi i trzeci. którzy rzucili się do okien. ró ne rzeczy się zdarzają. — A. po namyśle. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. oświadczyli. Obudził go telefon. Ze zwieszoną głową. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. choć grzecznie. przy akompaniamencie werbla. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. ka dy dostał jedną. Z wiadomości. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. Mnie się wydaje. cały czas piszą. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. Piszą? A tak. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. Spodziewał się.

zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. zarówno przez lud. co się dzieje z młodocianym geniuszem. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. e. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . Nareszcie zadzwonił krytyk. Le ała. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. Daremnie. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. eby czytać. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. potem cały pokój. Nie tylko powieściopisarze. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. e wszystkie inne powieści. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. e zniknęły wszelkie niuanse. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. Analiza potwierdziła przewidywania. a kiedy dowiadywali się. Krytyk za ądał. po prostu nie były potrzebne. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. przyciskając do piersi skrawek. być mo e. cicha błogość malowała się na jej twarzy. Arcydzieła były tak bezsporne. jak i przez wysublimowanych znawców.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. Nie wierzył własnym oczom. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. znajdujące się aktualnie w druku. aby wciągać. Niema. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. Przytrzymywała arkusze oburącz. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. jakby dokądś się spieszyli. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. Po okresie. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. ale i krytycy poczuli się zagro eni. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. a pragnienie męczyło go nieznośnie. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. być mo e i bardzo dobre. Ale rękopisu nie znalazł. Więcej: coś nieziemsko. wcią zaglądając do nich. tym razem taksówką baga ową. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. poplony w niebezpieczeństwie. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. Dzwonili tak e znajomi. podstawy do jakichkolwiek artykułów. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. Przeszukał najpierw biurko. który oddarł się od arkusza. spełniające wszystkie postulaty. a to dzięki temu. punkty zaczepienia. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. Oracze odrywali się od pługa. niedoścignionym utworom. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. co znajdowało się na biurku pana. pytali. W ostateczności dotarł do kuchni. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. tej samej jakości. Przedwczoraj. Arcydzieła. szukać ich po pracowniach pisarzy. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. Był to pierwszy telefon. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. e uciekł. ale zaczęła stawiać opór. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. podorywki były zapóźnione. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. A poza tym ruszenie czegokolwiek. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. hodowla słabła. chocia spodziewał się. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. prawdopodobnie do kawiarni. ale przecie niedoskonałe. znany z przenikliwego i zimnego rozumu.

— Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. Nie widział innego wyjścia. Realistów. jeszcze z dawnych czasów. powtarzam. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. napisanych z niemałym trudem. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . Tym posłano w alkierzyku. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. ogólna zgoda. Przypomniał. — Oni tam ju są. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. Tak walił ten naród. Gości zrewidowano. Autentyści szli tak. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. zajmującego się drukowaniem poezji.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. jak stali. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. gwarny. Teatry satyryczne były ju opanowane. Skręcili w ulicę. niepotrzebne. zszarzałe. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. e uda mu się podjąć zaliczkę. — Mam pewien pomysł na sztukę. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. librett wszelkiego rodzaju. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. od obejścia. Bajkopisarz pomykał leszczyną. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. i weteranów. tajemniczych autorów. jurny a buńczuczny. dyscyplina wzorowa.. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. Okazało się. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. od strony grobli. Kraj czytał tylko nowych. Miał jednak nadzieję. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. zaczął padać deszcz. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. przy której mieścił się teatr. które niebezpiecznie prześmiały się. szelest rozgarnianych liści. Po drodze spotkał znajomego. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej.. Zebrani zgodzili się. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. W teczce niósł kilka swoich wierszy. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. prowincjonalnej stacji. Młodzi walili starodrzewem. znakomitego poetę. 119 . Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. A teraz ustalmy fakty. krótkich monologów cyrkowych. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. Nastrój panował powa ny. zapomniane przez wszystkich.Ogólna zgoda. a tak e sekcje: utworów estradowych. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. a nawet literatury dziecięcej. odgłosy kroków. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. inni od obrządku. łamanych niewidzialnymi stopami. zdyszany. Widzę tu i młodzie . Przewodniczący zagaił pokrótce. Teraz przyszła na nas kolej. nagle zaćmione. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. niektórzy wprost od udoju... tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. Niebo było pochmurne. Okazało się. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. jak kogo zastały wici. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. a potem przejść do sprawy.

Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. nawet rodziny. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI. tajemnicy. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. spodziewam się. po pięciu ludzi.. Wszyscy. rzeczowo udzielił informacji. dobitnym głosem. morderczo utalentowanych autorów. operując faktami i statystyką. Cichym. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie.Nie mo emy się więc dziwić.. W obliczu ABSOLUTU. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. Zebrani dowiedzieli się więc.. są bardzo nikłe.I powtarzam raz jeszcze. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie.. fachowców słowa. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia. Powiedzmy to sobie otwarcie. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. choć jej szanse. Na nasze nieszczęście los padł na nas. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. bardziej utalentowany ani lepszy. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. jak tu jesteśmy.. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. a nie na in ynierów... e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. które dotąd yły zgodnie. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. drukarnie nie mogą nadą yć. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. — Po tym krótkim występie pragnę. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu.. — . czuuuwaaaj. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. Głosy: — A co ze stypendiami?!. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. Przybycie ich okazało się dla nas.. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn..A teraz kilka słów wyjaśnienia. Wniesiono arówki elektryczne. tak zwane skryptony. oto osiągnięto oto objawiono. A tu nagle zjawiają się ci. przyznaję to... które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. Wielkie poruszenie zapanowało na sali. zamiast się ukorzyć. 120 . gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. Nikt nie spał. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. zamiast zaśpiewać „hosanna.Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. a zajmują się tylko tamtymi. którzy spełniają nasze marzenia..... Oddaj mi pan blok-notes!. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. jeden od drugiego. koledzy jak by to wyglądało. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. Wtedy my.... takie zebranie przecie zwołujemy. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw.. zresztą nie tego od niego oczekiwano.. tajemnicą. brat wydziera bratu. Więc zwa cie. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . którzy od progu są samą doskonałością. Śmiem twierdzić. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. Nie tajemnicze promienie. równie mia d ące. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. Co jest?! — . stali się oni ulubieńcami wszystkich.. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy. Ale nikt nie przeczuł.

Ktoś domagał się. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. Był to mą słusznego wzrostu. co zdołali przedsięwziąć. a smolarz. Było to wszystko. z barłogu się porwał. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. w myśli i talentów koncentracji. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. osiwiały w pisaniu. ale zdrowo. Odwa ni. Unikają zadymionych lokali. które wska emy. wykujemy dzieła krzepkie. Przejmująca cisza zaległa na sali. który dotąd siedział był jakby na uboczu. wszyscy pojęli grozę sytuacji. Podczas gdy jedni piszą. geniusze piszą równo. Tedy. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. Regulamin ten przewiduje. prywaty poniechać. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. Tak więc nadzieja. le ąc. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. Zwrócił się więc do zebranych. niezwłocznie rusza. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. Szmer przeszedł po sali. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. czasowy choćby. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. w dyskusjach i sesjach. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. Spotykali się z ostrą odprawą. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. kupić się. półzwierzęcia. a to powiedzieć nam trzeba. potem na zmianę. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. e geniusze od ywiają się skromnie. po przegotowaniu. harcowników modą działamy. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. sklecić z nich nie sposób. beznamiętnym głosem. w głębi nieco. udowodnił bezskuteczność tej metody. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. podczas gdy druga. Tam obóz warowny zało ymy. myśli jednej. rywalom odpór. eby po prostu bić czytelników. zaiste — piękny to był widok. a psy wyć poczęły. dać mogące. drudzy czytają to. w pojedynkę. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. Tam. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady.. Głosy: — . e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. a to z braku samokształcenia. tam pacholę ściskało 121 . aby zgłaszali propozycje. geniusze razem a równo piszą. osłania ją ogniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. przed spaniem uprawiają przechadzki. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka.. które miał ze swoją gospodynią. okazała się płonna. Dopiero teraz. eby rozjaśnić arówki. Wtedy powstał człowiek. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. zda się. my zaś w rozproszeniu. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. bracia! Sejm nasz końca dobiega. przewodniej.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy.

zieloną księ yca poświatą. jak siostrę rodzoną. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. idei. ale istnienie samo w sobie. bo blask od okularów i czół wysokich bił. galopujące po niebie. w patio siedział. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. — Ni to. z dobytymi maszynami do pisania. tu i ówdzie. dziwując się strojom cudzoziemskim. wtedy zamierał bez ruchu. artami sypiąc. Czasem chmury. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. Chłopstwo wybiegało przed chaty. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. jakby nie ku trudom. Noc przyjęła go lodowatą. Mgły wstawały z łęgów. A jednak. ale ku zabawie. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały.. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała.. tez. Jeszcze przed północą. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. Nie takie racye bywały. Brakowało tematów.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. rzędom i szykom. co w tylnych rzędach się znajdował. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. Szły więc pochody wśród sadów białych. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym.. pod wieczór. w szuwary się zapadł. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. odsłaniały księ ycową tarczę.. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu. — Idź — powiedział. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. wątków. Te. niósł za Hetmanem jego cię kie. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. tam. Nie było ich wiele. do dna przypaść. głos zabierał. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. stentorom swym dając folgę. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. Przedrę się. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. choć na zewnątrz duch był dobry. które jeszcze pozostały. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. Powieściopisarz. oczy mru ąc. i trapił się. ni owo — stwierdził. a nawet onami. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. Hetman długo mu patrzał w oczy. wtedy w barze. za to były dobrze okopane. obejmował. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. I w samym obozie nie działo się dobrze. szczęśliwie ominąwszy łęgi. — Ja pójdę. ramię przy ramieniu walczył. Powieściopisarz. Płacz i radość uczyniły się powszechne. Opodal kroczyli namiestnicy. 122 . Hetman obchodził działa na wałach. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. — Nie widzę. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. ślubnych. jak to początków zła sięgała jego obecność. pomysłów. panie — powiedział. lud to ciemny — na to Hetman. — Pozwólcie. rzeka przybrała barwę ołowianą. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. Oni zaś szli weseli. w trzcinę się zmienić. Obowiązki swe spełniał. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. Nikt złego słowa. — Skar ą się. Wasza Przewielebność. e za małą mają racyą. on jednak pamiętał. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. starając się do wodnego ptaka upodobnić. bojowe pióro. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. — Nic to.

123 .. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. rozło ysty.. Obóz pozostał daleko w tyle.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. a kiedy obłoki wełniste. posuwał się mozolnie naprzód. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. lampę swoją łagodną.. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. ostro nie stąpając. będzie polemizował z ABSOLUTEM. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. Coś zapluskało opodal. Serce mu się ścisnęło. Opiera się oń plecami. pełną usterek i słabości. śmieje się. Obejrzał się. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. Gdy wspiął się na zbocze. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się.. Cofa się powieściopisarz. kosmate. palonych przez stra e. na powrót noc czarną czyniły. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. Przynajmniej od tyłu coś go określi. z prochów gwiezdnych. Brzana? Kurka wodna? A mo e. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. Za nim dąb olbrzymi. pierwszy promyk nadziei zaświtał. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. ale przecie ludzką. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. pracę swoją literacką. język siny wyciąga. co przyszła skądś.

ale więcej osób. usłyszawszy moje nazwisko. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. czyli zabić. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. Z pieczątki równie wynikało. e tu przyjadę? Portier twierdził. e mnie nabrano. eby to mógł być art. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. a raczej brak treści. Poni ony. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. Ale skąd wiedziano. sądząc. e dałem się nabrać. I datę. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. unoszącym mnie z powrotem. wewnętrzny u ytek. e list nadano w miejscowości. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. nie zapisaną ani z jednej. Ale jak się przekonać.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. To nic. niepowściągliwością twarzy. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. którzy swoim zachowaniem się. e ktoś. w którym się zatrzymam. bo trudno się było spodziewać. ani z drugiej strony. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. nieprzezroczystych kopertach. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. e mo e spotkam znajomych. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. Zresztą nadawca był nieznany. e list czekał ju na mnie od wczoraj. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. czy zwyczajny. Wszyscy wiemy. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. wrzucając list do kosza. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. jak gdyby w tłumie podró nych. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. Ów gest umyślnej pogardy. Liczyłem. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. autor artu. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. e znowu znajdę pustą kartkę. 124 . oczekiwania. a tak e kilka następnych dni. dotknięty. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. czy list jest t a k i . Otworzyłem ten list odruchowo. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. art nie wchodził ju w rachubę. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. Ale data stempla świadczyła. napisze do mnie list stamtąd. Rozdra niony. e list był wysłany dwa dni temu. wyglądałem podejrzliwie na perony. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. Mogłoby się wydawać. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. mógł się znajdować prześladowca. zupełnie czystą. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. Ju na dworcu. ruchów czy języka zdradzą się. — To chyba nie roztargnienie. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. i pieczątkę mo na sfałszować. portier. Nie zwrócono go. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. zaledwie pociąg stanął. Nie byłoby w tym nic szczególnego. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. Nie art. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Gest był więc na mój własny. Mogło się zdarzyć. A jednak to była znowu pusta kartka. w pociągu. obel ywego rozczarowania.

e list nic nie znaczył. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. — Biedna mała.. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. Dobre samopoczucie ustąpiło.. który nie dawał się złapać za rękę. perfidii i ostro ności złoczyńców. w jednym z najdalszych zakątków kraju. bez intencji. A uświadomiłem sobie. znający na wylot obyczaje zwierzyny. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. To jakaś wielka dama. Przewodnik. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. mo e wezwanie. pełnej za enowania i dobrego humoru. mo e polecenie. zamieniło ją w pensjonarkę. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. Co noc barykadowałem drzwi. a powstrzymywana wstydem..” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. przysłonił oczy dłonią. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. potrzebowano. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. O. Pojawił się strach.. kto rozporządza takimi środkami. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. Nie były to prymitywne.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. które mogły kierować nadawcą. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. czy to jest sprawa serca w ogóle. e kartki były czyste. sam w sobie. to kto wie. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. Nie. Ju sam fakt. byle artykułowane. pustych listów było napisane chocia : „Ty. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. e tak dłu ej nie mo na. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. ądano. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. to. gdyby w którymś z kolejnych. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. Mała? Zastanowiłem się. 125 . je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. e był tylko środkiem. być mo e całą organizacją. byle jakie. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. świadczył o sprycie. nie zasługuje na to miano. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. Za długo ju trwał ten flirt. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. ile w tym uroku. Te listy nie mówiły nic. rodzaju. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. ktoś. ktoś na skalę międzynarodową. nic więcej. Zobowiązanie bez ograniczenia. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. niestety. aby nie nale ało wątpić. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. Trzeba więc powrócić do mniemania. ka da inną. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. mo e czegoś ode mnie chciano. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. — myślałem z lisim.

. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. czy kłamię.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. wypaliłem. wplątały w korzenie wodnych roślin. machając niebieską kopertą. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. dobywając całej umiejętności. to dzika kaczka. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. mo e tam nic nie było. No có . ebym mógł się łudzić. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. czy ten przedostatni. zapadałem się po pas. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. Za późno. — E. przeklinali mnie głośno. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. którym je wszystkie adresowano. Słońce ju zaszło. Ściemniało się z ka dą chwilą. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. po ramiona. czy te mówię prawdę. Wszedłem do wody. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. Wytę yłem wzrok. z lewej. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem.. Brodziłem. poszedłem na sam brzeg. Udając. e nie wiem. gorączkowo rozgarniałem trzciny. to była ta sama koperta. Było ju prawie ciemno. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. A je eli? 126 . zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. e chcę przeczytać list na osobności. na pewno nie. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. Tak. Koledzy. papierki rozmiękły i poszły na dno. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. Nie otwierając. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i.

Widocznie to. jak mu pomóc. niosąc zapach poruszonej ziemi.. wyprowadził mnie do ogrodu. rozkazująco. mocnym psem. coś go zaczęło dręczyć. Poprzez drzwi. który gwarantował za czystość jego rasy. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. z końcem ostatniej zimy. Sprzedawca. napływało łagodne powietrze. Nie wspominając ju o postępie filozofii. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. lojalny. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. wstając ze zdrętwiałych kolan. pojawiły się cienie. ale stanowczo trąca mnie w plecy. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. I teraz dopiero. Pewnego ranka siedziałem. pełnymi teraz niepokoju. Nie było ju co ukrywać. potę nieją barki. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. Wynik był z góry przesądzony. Piesek chował się dobrze. bo szczeknął na mnie krótko. e wybrał najdalszy kąt. Nacisk nie ustępował. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. na szczęście. okazał się uczciwym człowiekiem. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. eby był moim wiernym przyjacielem. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Co chwila dotykając nosem świe ej. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. słowem wszystko to. Rozczulają nas tylko małe pieski. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. apetycznej trawki. — Ej. kanalizacja. dokładnie w chwili. niewidoczny dla sąsiadów. o wyrobionym poglądzie na ycie. niestety. e w razie czego damy sobie z tym radę. Wszystko. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. opiekuńczość. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. oddany. ywy i wesoły. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. ty. Mę niał w oczach. kiedy osiągnął dojrzałość. powiększa się wzrost. ale nie wiedziałem. w swoim gabinecie. szeroko otwarte na ogród. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. Stał się wielkim. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. tkwiło w sferze psychiki. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. w której chodziło o to. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. kotki i pszczółki. rozpogodził się. Pies był zupełnie mały i słaby. Chciałem. Postępując za mną krok za krokiem. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. Dorosły pies. A przecie był ju dorosłym. myśląc. szczeniaka. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. Źle sypiał. Wtem poczułem. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. Pies był z rasy owczarków. uległy. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. Dopiero kiedy padłem na czworaki. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. Pod jego brązowymi oczami. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. co go gnębiło. co słabsze. przydałaby 127 . Był wierny. jak tę eje mu kark. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. ty! — pogroziłem mu palcem. jak zwykle. wstałem. Liczyłem na jego młodość. osiągnęła takie natę enie. Miał na tyle delikatności. e zimny nos delikatnie. nie wykazywał adnych niepokojących objawów.. co cieszyło mnie tym bardziej. wzdychał. Bardzo mnie to martwiło. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. o czym wiemy. Ale.

pilnie wietrzył. Pies jest zdrowym. Obiegał mnie umiejętnie. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. kupiłem sobie dzwonek na szyję. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. buszując na pozór łakomie wśród traw. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. niesłusznie. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. rozumiejąc zło oność zjawisk.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Ukryty za krzewami patrzyłem. w warunkach nienaturalnych. e. Jestem istotą myślącą. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. udając. a yje w mieście. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. 128 . najczęściej. Je eli padał deszcz. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. czy w ten sposób nie okazuje mi. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. podświadomość i nadświadomość. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. jak się uło yła. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. Poza tym. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. znajomych. znęcaniem się nad zwierzętami. Szalał z radości. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. dość zasadniczy. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. Cechy moralnie dodatnie. ruch ziemi i gwiazd. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. Je eli uznał. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. tak znaczny. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. na drodze do naszego wspólnego ideału. Po to została mi dana świadomość. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. jaką ja reprezentowałem. Mo liwe. ale wtedy właśnie wykrył. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. Liczyłem nawet na to. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. no. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. Obserwowałem go niejednokrotnie. odruchowo odmówiłby psu. ale ju za późno. którzy przyszli uciąć pogawędkę. Mój postęp. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. nieinteligent. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. Rytmicznie jednostajne. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. Zresztą. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. Więc nie robi tego tylko dla siebie. zdopingował go do jeszcze większych starań. najlepiej jak umie. która. czy ktoś się nie zbli a. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. normalnym okazem. e jakiś prostak. eby go ucieszyć.

kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. Stado. Mówiłem ju o listonoszach. — Ach. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. e od razu domyśliłem się wszystkiego. uśmiechając się.. ni nam się wydaje. Trzeba przyznać. Poznałem ją z daleka. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. kulturalnych. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. Podniosłem głowę znad soczystej trawy. Właśnie wypasałem się. e miałem ograniczoną swobodę. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. Wzruszałem go najwyraźniej. znajomych i w ogóle wszystkich. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. nie wiem: do mnie czy do siebie. rozmowa stała się tak interesująca. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple.. niepokoić. ogólnie rzecz biorąc. 129 . Wywiązała się ciekawa dyskusja. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. jak zwykle. eby powstać z czworaków. o której przez omówienie wspomniałem na początku. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. Tak. Tak. nie ma co.. o czym świadczyło choćby to beczenie. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. nie wiem — dlaczego. Wiedziałem ju .Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. trzoda — oto. byłem w jego władzy. morda w twarz. Długo. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a.. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. Była to właśnie ta kobieta. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. e dał z siebie wszystko. — Wracając do El Greca. Opadłem twarzą na trawę. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. Wyczerpany patrzyłem na niego. nie wiedziałam. Być mo e. Szła ku mnie aleją. w alei nie było ju nikogo. mną. w góry. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. nie ustąpi w adnym wypadku. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. ale teraz zrozumiałem. e mój poczciwiec. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. ale nie zwrócono na to uwagi. ale wiedziałem. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. wnieść zamieszanie. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie.. gotów byłem zrezygnować z wypasu.. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. — Sądzę. — To mówiąc. pragnienia. — Na halę nam iść. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. Nie mając innego wyjścia. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. wyobraźnię.. W progu stał on. Było to przed godziną wypędu. On na mnie. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. zanim zdą yłem przeszkodzić. otworzyła drzwi. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. Tak więc. chce być z nami. I dodałem: — Nie ma co. Być mo e. Co do mnie. Sytuacja stawała się groźna. to prawda. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. ni to mszyce. z jaką upływa czas. pobudzać ambicję. braciszku. uło yły się stosunki między nami. ale goście tak dobrze się czuli. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. Twarz w mordę..

stary jeger o twarzy pooranej. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. Pogoda była tak piękna. ale na korytarzu ju nie było nikogo. milcząc. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. Nie widziałem księcia od wielu lat. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. Nasłuchiwałem. — E. chrupiące kroki. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. Słyszałem. Podbiegłem do okna. Za fotelem księcia. dając jednocześnie znak słudze. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. Wieczór ju zapadał. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. Zamek. tak e i później. chrzęsty i miękkie stąpania. Wzywał mnie. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. abym. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. cię kie powieki.. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. ale dobrze go znałem. Odzywała się rzadko. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. lecz ulubiony strzelec księcia. Nie był to kamerdyner. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie.. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. na południu. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. Uchyliłem drzwi. ciemnej. stanął sługa osobliwy. tyle. Polował rzadko i tylko w miarę. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. ogorzałej. Wiosna panowała ju niepodzielnie. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. Był to niewielki...Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. a tak e zapolujemy sobie trochę”. ju rzuciłem się do odzie y. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. — Jezus Krist nie dopuść. i zasnąłem powtórnie. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. W górach — jak to w górach. Uradowany. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. wnet ruszyłem w drogę. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. Po słonecznym. — No. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. aby napełnił pucharki. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. im dalej zapuszczałem się w pogórze. przy śniadaniu. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. wśród łańcucha szczytów. Szajsen. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu.

ku górom. to śniegus. Męska. inne niezdarne i prostackie. tym ich więcej. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. Zauwa yłem. w miejscach ocienionych. e zawiodę jego oczekiwania. jakby nie przed człowiekiem. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. Skruszałe. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. który wiesz. we dnie zatrzymują się byle gdzie. wkraczają w krainę chłodu. znudzona długotrwałą zimą. Co więc robią? Nocami. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. Ale to nazwa dziecinna. powstają. wcią na południe. ze środkowych równin. parowach i zagajnikach. prowadzone niezawodnym instynktem. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. — He he! — wołał podochocony ksią ę. ale inną jakąś istotą. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. Im bli ej gór. — Zapewniam cię. odstawiając pustą szklankę. przebywają setki mil. znad samego morza. nawet pewne tajemnicze zjawiska. ksią ę. e przychodzi ich kres i. kierują się na południe. łowiecka nazwa. po naszemu — „wintercwergi”. inni na kozice. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. próbują walczyć o ycie. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. nie uwierzę. Nic jednak nie dałem znać po sobie. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. za przyczyną rozbawionej młodzie y. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. robi się coraz cieplej. jak wszystko w naturze. łączą się teraz w gromady. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. dla igraszek i figli. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. Schneemann. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. jakby nagłe zimno ją przeszyło. — Nie. Tylko sługa pozostał nieporuszony.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. a młodzie . a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . Niektóre. my będziemy polowali na śniegusy. Śniegusy z najdalszych stron. a tu. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. — Wiesz zapewne — ciągnął. Zdobią one podwórka i place. stoją wzdłu gościńców. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. zaskoczone wschodem słońca. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. — Jedni polują na daniele. ze strachem i wstrętem. Jedne okazałe i kunsztowne. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. nadtopione. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. Wędrują najpierw pojedynczo. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. Śniegusy dobrze wiedzą. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. Ale oto zbli a się wiosna. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. w górach. — Mo na i tak.

— Och. nawołując mnie. parzenia kawy lub herbaty. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . Śniadanie podano w sklepionej sali.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. ale nie chciałbym. — Powiedz mu! Powiedz mu. Znany jest przecie jako największy.. wszystko! — zawołała. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. — Jak pani sobie yczy. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. i podgrzewali go z bliska. — Wiedziałem. — szepnęła. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. Siedziała naprzeciw mnie. Zresztą pan. Skądinąd ma on gołębie serce. có ? Polowanie. właśnie pan. e tak. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno.... Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. choć nie przypominałem sobie. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. które. — O tym myślałeś. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby.. — Nie chciałam o tym mówić. powinien znać całą prawdę. Ledwo wypowiedziałem te słowa. Prawie nie tknęła po ywienia. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. nie mówmy o tym. ycząc sobie dobrej nocy. mniemając. — No. nie są takie straszne. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. e poluję na „Schneemanny”. — Przyznam się. i potrzebna jest jej pomoc. — Dobrze — powiedziała spokojnie. e niczego bardziej nie pragnę. pragnąc rozproszyć to. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. nawet przez Kościół.. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem.. Odpowiedziałem. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. na drugim końcu mahoniowego stołu. zawsze było uznawane. ju ich po ałowałem. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. nacierali na „Schneemanna”. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. wyprostowana. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. przybywasz w samą porę. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. 132 . e zerwałem się z krzesła.. jak polowanie — odparłem. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. dziecko. —— zaczął ksią ę. Strzelcy. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. Panna milczała. — Dosyć! — powtórzyła. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. uprzednio osaczonego przez nagonkę. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. w całym zamku szykowano się do wyprawy. dalibóg. powstrzymując mnie ruchem ręki. — Ma mi to za złe. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji.

gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. nie tyle do mnie. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary.. Szli przodem naganiacze. wyjechał przed bramę. ile do panny. Umilkła. Pod komendą opiekunów i wychowawców. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. widać. Nagły rumieniec oblał jej policzki. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. lepi się je na gwizdek i rozkaz. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. Minął nas ostatni jeździec. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. Polowanie zaczęło się. e olbrzymi śniegus. Podnieceni kucharze donieśli.. Przemarzają. ale zapomniał dodać. nie dowierzając własnym oczom. Nietrudno się domyślić. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. dobrowolnej zabawy. zimowy świt rozjaśni podwórza. wychodzą parami na dwór. którego. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. od stworzenia ofiar samych. odziana po męsku.. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. Johann oddalił się. podczas zwyczajnej. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. mając mnie u boku. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. a zetknęły się nasze strzemiona. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. szyję i piersi. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego. z krótką tylko przerwą na obiad. Milczenie przeciągało się. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. w zgrabnym toczku na głowie. a w głębi parków. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. kierując te słowa. wuj jest opiekunem sierot. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. Piękny to był widok. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. ile pewne jego okoliczności. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. Pan myśli. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. gra przypadku. — Sadysta? — dokończyłem. ślepo oddanych wujowi. ani opanować swojej radości. Zatoczyła koniem. omdlewają dziecinne rączki. Nagonka ruszyła ju wcześniej. A czy pan wie. ciepły poranek zaskoczył na drodze. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. kto stoi za tym wszystkim. śniegusów. zakradł się i zamknął w lodówce. Wystraszone. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. To rzeź. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. e śniegusy lepione w kraju.. a sam. z nutą podziwu. ukartowana od samego początku. to. jak mówi wuj. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. ponad 133 . jak mi się zdawało. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. iglastych. gdzie w zielonych. licząc pewnie na to. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek.

o mocarnej. lecz podnosiły się z bezpiecznych. nie mogąc się skutecznie odsunąć. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. przystępowali i kończyli dzieło. Długi nos ze zdrowej. zimującej jarzyny. Stał tam ktoś. — Ciepło. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. jakiś cień przesłonił polankę. Gdy śniegus. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. wynurzał się na polanę. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. Zbli aliśmy się do ostępów. jeszcze przera ony okrzykami. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. kryli się doje d acze. Jak e był piękny w swym ogromie. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. z boku. ciepło! Rany Boskie. Gdzieś tam. z prymusami o płonących ju palnikach. doskonale zarysowanej linii. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. ale wytę yłem wzrok. Nic jeszcze nie słyszałem. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. Ci śmiali chłopcy. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. gdy górował u szczytu polanki. w galopie. tym samym spełniając yczenie prześladowców. nie zsiadając z konia. który — podczas gdy inne. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. pokryta śniegiem. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. Byłem bez prymusa. po chwilowym osłupieniu. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. którzy pieszo. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. bezszelestnym oczekiwaniu. Puls bił mi w skroniach. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. mieliśmy odbyć pieszo. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. stromym stoku. Ogromny. spełnił swoją powinność. Głuche. byli pierwszymi. a do stanowisk strzeleckich. Dalszą drogę. — Ciepło. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. Cała głowa. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. ławą lub pojedynczo. spędzonej w ober y. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. jodłując. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. rozpościerali koce. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. w którym ten prę ny kwiat. pochyleni w kulbakach. inkrustowany macicą perłową. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. Zatętniły w lesie kopyta. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. Sniegus. i stado śniegusów wpadło na polanę. osadzona na zwartym. na ostrym. nakazaną mu przez naturę. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. Przed nami ukośnie. mosię ny. 134 . Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. w której decydującą rolę grali doje d acze. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. który. Zasyczał dwupalnikowy prymus. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. kulistej głowie. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. zupełnie blisko. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. le ała polanka. doje d acz. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. a za nim dru yna.

uśmiechała się przekornie i buńczucznie. ze szklankami w ręce. a potem. łamać się zaczęły i spiętrzać. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. udając. próbował. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. wpatrywała się w kierunku. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. biały tuman przyjdzie z gór. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. spotkaliśmy się znów koło kominka. zmieszany ze słońcem. głośno zawołał: 135 . czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. abym. Ksią ę zarządził odwrót. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach.. mój drogi — odparłem. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. Przed kolacją. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. Polowanie. podnieśliśmy się z kryjówek. — Ach... wydostały się bezpiecznie z obławy. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. Znasz mnie chyba na tyle. Nie lubią mnie tu.. wyprostowana. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. przybrawszy postać lawiny. — Masz rację — poprawiłem się. — ale ju nagonka. na pół z niepokojem. ale powoływać je niejako. — Wiem wszystko — powiedziałem. szukające u nas schronienia. jakby nieobecnym. Panna nie była jeszcze gotowa. rzucili się na boki.. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. a gdy zima minie. są i będą. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem.. wirując coraz szybciej. w górach. wszystkie. e polowanie na śniegusy. zginie Orle Gniazdo”. Korzystając z lawiny. kiedy i tak są ju niepotrzebne. — Nie. doje d acze i prymuśnicy. zmieszani w dzikim popłochu. po to tylko. te kobiety. e gdyby tylko o to chodziło. — Widzę.. która. bezlitośnie je tępić na wiosnę. którego określić nie umiałem. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i. hołubić i dogadzać. jakimikolwiek powodowany pobudkami. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. — Ale wiem du o. a za mało wiadomości. a tym samym obiecywać mu.. aby nie mieć złudzeń. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. tam. którego nie umiałem nazwać. kocem!. Wśród gminu istnieje nawet legenda. obrastał w nie i. i to rękami sierot. Dosyć zresztą. ośmieszone. którą przeszły szar ujące śniegusy. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. nieobecne oczy panny. z uczuciem. aby później. przynajmniej jeśli chodzi o nie. gdzie powoli wsączała się ciemność. odciągając go na czas z drogi. Ale dobrze wiesz. nie zabierałbym głosu. Nie wiem. to nieuniknione. który. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. — wskazałem ręką ku górom za oknami. stwarzać je. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. ale było ju za późno. e nie rozumie. pod przewodnictwem olbrzyma. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. obracając wszystko w art. wiadomo.. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. przebrani i odświe eni. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. staczać się począł na księcia i towarzyszy.. e bałwany były. na kształt ruchomego wału. przynosi nieszczęście.

— Zabiła go pani — powiedziałem cicho. — A. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. Nic więcej nie wiem. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. ółtych i okrągłych. zapuścił się w grotę. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. Odwiedziłem ją znacznie później. Ale w dolinę schodzi rzadko. krzepka bryła. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. Ogromna. przywitała mnie yczliwie. — Jak to? Nie wiedział pan. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. lśniące i matowe. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. Pośrodku groty klęczała panienka. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. które się wywiązało. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. tak wystawny. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. — Podobno opuścił zamek. na nizinach.. który dzisiaj przyszedł z gór. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. — uzupełniłem. To. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. Konie dawno pozostały w dole. widząc te głownie w oddali płonące. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. Przed nami otwarło się wejście do groty. Zauwa yłem. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. Tylko oczy pozostały te same. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna.. Świtało ju . Prymuśnicy zbili się w gromadkę.. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. w szpitalu. Zapalenie płuc. Zaiste. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. a i górale okoliczni nie 136 . — Panienka zniknęła — oznajmił Johann.. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. Spojrzałem na księcia. — Czasami. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. chcąc przerwać milczenie. Ksią ę. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. — Myślałam. Zresztą nie chciała le eć w zamku. Po egnałem się szybciej. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Spoczywała z wdziękiem. z prostotą. Przodem Johann. co ujrzeliśmy. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz. podkręciwszy obydwa palniki. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką.. Postępowałem o kilka kroków za nim. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. nie był w stanie uczynić nam nic złego. półle ąc. wymagało opieki lekarskiej. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. spoglądając na ró e. wspinające się w zygzakach ku niebu. Ale niepotrzebna była mu broń. — Nie ma jej w całym zamku. kto woła w gorączce. tu za nim ksią ę i ja. Wszystko taje — dodałem. W półmroku stała jakaś postać. długiej i czerwonej marchwi. Ksią ę podszedł do niego..

Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi. 137 . ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.

kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. Złodziei. awanturników o muskularnych ramionach. przystosowań. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. teraz obezwładnionej. 138 . Z wewnętrznym dr eniem. pijaków. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. Być sobą. zawodowe po ądanie. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. Oto nieraz nocą. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. wydawała niemiły zapach. zało yłem biwak. z otchłani miasta. a ciemna groźba unosiła się nad nami. Okno wychodziło na ślepy mur. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. Będąc człowiekiem wolnym. plastykowe kubki. przewrócić. Podłoga. jaką w nich budził mój schludny obozik. pod czystą białą powłóczką. opodal balustrady. Kupiłem namiot. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. e czułem się rozczarowany. Na ulicy. tchnące zdrowiem. ka dy mógłby mnie okraść. Sadyzm człowieka słabego. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. Có z tego. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. e mo e on zawróci. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. W lokalu było duszno. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. całe to moje podręczne obejście. Nie. Doszło do tego. Do wartowni wprowadzono ludzi. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. a eby całymi dniami wypatrywać. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. Bałem się ludzi. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. e zostawi mnie samego. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. W kącie wartowni. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. nawet w pobli u komendy. rękę ju wyciągniętą. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. co więcej. przygotowywałem się na ka de spotkanie. do wspólnoty. e wtedy wezwałbym policję. jak nale y. uderzyć w twarz. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. a wreszcie stało się nie do zniesienia. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. To jeszcze zwiększało mój niepokój. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. czystym i higienicznym sposobem ycia. skurczem. Lęk towarzyszył mi stale. Ale czułem. opieki. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. Nienawiść. nie cieszyłem się tym przywilejem. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. Patrzyłem na nich godzinami. chronionego przez sztuczną. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. kiedy patrzyłem na nich. có nawet z tego. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. urzędową potęgę. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. pogodą. spokoju. lśniące rondelki. podciągniętą pod brodę. Nieprawość ogarniała mnie. Byli to przecie zbrodniarze. Po to na bezludzie. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. Nawet w dzień panował tam półmrok. nawet na schodach.

gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. — Tak? — na to sier ant. — Wychodzę za własną potrzebą. Myślę. Uciekłem w ciemność. Mój Bo e. 139 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. Przed chwilą zabił człowieka. Małpie. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. urządzony tak pracowicie — uciekłem. e na zewnątrz nie ma wartownika. Stwierdziłem z ulgą. Porzucając mój obozik. to on! — krzyczał tamten w celi. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. kiedy go wyprowadzono. Przyczaiłem się na korytarzu. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. szerokie barki. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp. do czego by to doszło. — To mo e powiecie nam wobec tego. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie.

Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. wyglądający na przywódcę. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną.. Ogarnęła mnie zazdrość. Chciałem walczyć. potem to mycie garnka. e przed moim domem. Zapytałem go więc tylko. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. Kiedy zbli yłem się. eby dojrzały. z obawy przed dowództwem. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. Poło yłem się na wskazanym miejscu. — Jak sobie pościelesz. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. — Strzelać nie umiecie. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. ebym du o czytał — odparłem. kapusty. 140 . Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. stawiać je na kwaśne. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. Dzień zapowiadał się prześliczny. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. Przywołałem go cichym psyknięciem. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. zdą ający do centrum miasta. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. Ka dego ranka wychodzić po mleko.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. Garnek te się przyda. Zamierzałem go posłać na górę. Barykada. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. widocznie pragnąc zyskać na czasie. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. opalony. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. — Inteligent? — zapytał krótko. — Do diabła! — mówił wysoki. stoi barykada. Wszczęto śledztwo. Nie bójcie się. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. e przydzielono mi ju zadanie. ktoś wywiesił białą chorągiew. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. Słońce wzbijało się coraz wy ej. Pomidory. Jej centrum stanowiła ogromna. Spełniłem rozkaz. dłubał zapałką w zębach. akacjowa szafa. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. wzdłu barykady. na ulicy. co o tym wszystkim sądzi. jak to zwykle bywa. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. czy nie?! Zagadnięty. eby mi przyniósł jasiek.. które mogłoby na to krzywo patrzeć. wrócił z wiadomością. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. Patrol. oni nie podsypują du o prochu. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. wysłany tam przez komendanta. W jednym z okien na drugim piętrze. na targ. — Tak jest. potem wracać. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. Zadowolony. Ale nie mo na powiedzieć. po prawej stronie. Widziałem. — Jeśli nie chcesz. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. przyło ona arkuszem blachy pancernej. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. które zazwyczaj trzyma się na szafie. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. Musieli ją wznieść niedawno. rozsypały się tu i ówdzie. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka.

Nie było jeszcze dziesiątej. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. pokazał mi język. jak jednoręcy. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. Jeden z grających. który zaraz wysłał patrol. e trafi na pościel. Na przykład pod szesnastym. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. Wróg miał nadejść lada chwila. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. Potem oddział odmaszerował. poszedł zarekwirować pościel. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. A tu nie pościel broni mu dostępu. Liczy na to. meldując komendantowi. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. w oknie koło rynny. ale właśnie maszyny do szycia. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. le ąc na podłodze. pewnie cichy wspólnik wroga. bo stary wiarus. widok miałem coraz rozleglejszy. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Musieliśmy jednak zgasić. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. Szafa była cię sza. Przy tym robili to. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. dwóch jednorękich grało w szachy. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. misia albo kaczuszkę z drzewa. ja zaś poczułem się tak dumny. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. wraz z częścią załogi. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. Nie nudziłem się. Po prawej i po lewej stronie — rynny. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. Miał na myśli nieprzyjaciół. tupiąc nó kami. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. Odszedł do swych obowiązków. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. nie mając teraz co robić. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. — W porządku — stwierdził. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. oglądając moje uło enie. Ka de dziecko niosło lalkę. kiedy zza węgła ukazał się pochód. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. ni mo na się było spodziewać.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. Potem pani wychowawczyni zasalutowała.

poza mną. Je eli spojrzałem w dół. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. nieustanna. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. słyszałem. szlam. Popołudniowe słońce. eby wróg nadszedł. Wydawało mi się wtedy. części karuzel elazo. dlaczego szafa była tak cię ka. Bardzo chciałem. Dalej — dachy. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. pod betoniarkami. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. pod ogromnym. czym rozporządzali: lampy. anteny. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. e wróg nie nadejdzie. e nawet ziarenka grochu. słoje. pchających i toczących na barykadę wszystko. ale wroga. który początkowo nieśmiało. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. farbkę do bielizny. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku.. wstą ki. Pocieszyłem się myślą. który się był ukrył. Zrywałem się. blaszane dziwolągi od wentylatorów. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. jak dziecko. obracające się z wiatrem. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. Chyba ju najwy szy czas. Chciało mi się pić. pewne osłabienie — sprawiały. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. Stary wiarus zbli ył się do mnie. w dole. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. widziałem pracowite mrowisko.. e to ju wróg. eby nie być ukaranym za defetyzm. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. Podszedł do nich komendant. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. bieliznę i gramofonowe płyty. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. stromym stokiem. Zresztą to nie moja wina. le ącym na wysuniętym posterunku. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. tam. fotografie. Tymczasem okazało się. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. 142 . pocieszałem się zresztą tym. przekonany. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. a niechby i siedemnastej trzydzieści. e wróg nadejdzie. Starego wiarusa nie było w pobli u. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. Tłumaczył się. — Wszystko chcielibyście od razu. a nawet nie ywego wróbla. — Gdzieś koło drugiego piętra. choćby do godziny siedemnastej. to w porządku — zamruczał malkontent. zwo ących. mumie. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. usypiskiem przedmiotów.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. choć oddalona wrzawa. tekturę. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. Ja jestem stary wiarus. kominy. Spójrzcie na mnie. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. — Obiecaliście. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. e umrę za sprawę. lak. Do broni! — Je eli tak. choćbym miał sam szturmować barykadę. Wykryto w niej starszego człowieka. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony.

Dobierał sobie kapelusz. Czasem wpełzałem w głąb barykady. niebieska emalia. e. o ile dobrze pamiętałem. Miasto miało zostać bez światła. Brodząc.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. Najpierw rozległ się cichy stuk. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. Minąłem go w milczeniu. skacząc po zewnętrznych wykuszach. to znów. wiłem się między jej elementami. Szukałem długo. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. Za mną waliła się barykada. gdzieś w głębi. Pamiętam. unosząc mój garnek na mleko. szorstkości i kształtów. potem syczący szmer. pomagając sobie palcami nóg i rąk. arówki. Szarpnąłem. w samą jej treść. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. skacząc. Widziałem równie komendanta. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. len od wełny. miedź od elaza przez smak. wiklinę od trzciny. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. 143 . gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. dotyk czy węch. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. Było ju całkiem ciemno. czołgając się. Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. kiedy.

Wino tylko będziemy pili. Równie pogoda ustaliła się na dobre. Rześko jest. zapisaną pismem nierównym. jak mnie spotkał. e te C. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. Tyle rękopis. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. 144 . Kawusię pies pogryzł. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. zresztą R. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. Wprawdzie M. więc z okowitą precz. Jak się okazało.. warsztat będzie uruchamiał. eby uszy trzymać do góry. na głucho”. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. w zimie te da się załatwić. Sabcia rośnie coraz wy sza. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. e to tylko pró ne gesty. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. mówi. był to pamiętnik optymisty. argumenty bez podstawy. słowa bez pokrycia. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. Ja myślę. z wiekiem przybitym silnie.. mówił. się odgra ał. Pozdrowienia. ale W. warkocz ma gruby. tam był. na le ąco. Kataru ju ani śladu. Co najwa niejsze. Dach się załata. choć jako były uaw umiał przecie niejedno.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. Czasami u ywa skrótów literowych. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. Tatara. w intymnych pamiętnikach to normalne. ale starał się naświetlić je wielostronnie. a i to umiarkowanie. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. wszystko ju umówione. człowieka. Czerstwy jest i opalony. nastały dni błękitne i złotawe. mówił. nie znając otępiającego działania spirytusu.

rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. latem pełen gwaru i śmiechów. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. stanę się wkrótce innym człowiekiem. Panowały ostre mrozy. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. poniewa z natury jestem mizantropem. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. tym razem jednak nie był to Demostenes. aby fakt. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. która płynnie przemieszczała się to tu. Nikogo nie było dookoła. który. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. szczególnie na świe ym powietrzu. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. nadzieją. najprawdopodobniej sztabowy. jako oczywisty dowód. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. Mo e nawet a nazbyt odległą. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. e nawet w pustyni człowieka pora a. bo przecie nie ma powodu. której miłośnikiem stałem się. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. e ja. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. zima w pełni. na przykład. Wtem. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. obecnie opustoszały. sprawiają mi pewną przykrość. to tam. przy odpowiednich wysiłkach. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. a dwóch brakowało. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. e nie jest to pospolity oficer. a nie szeregowym. zmierzch wałęsał się w pobli u. który na niezbyt odległym jeziorku. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. od urodzenia — zamiłowanie. miał jakiekolwiek większe znaczenie. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. Niestety. Ledwo to zdołałem pomyśleć. lecz jest oficerem. obserwując sylwetkę w epoletach. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. Łatwość. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. e jeden guzik zapięty. e chodzi tu o wojskowego. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. có dziwnego w tym. e ślizgający się osobnik jest oficerem. Tym bardziej. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. za ywał samotnie ślizgawki. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. jak zwykle. Choć niedawno minęło południe. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. ale wspaniałe czyny Herkulesa.. 145 . wę a. rzec mo na. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. gdzie pawilon stoi. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. wobec tego tylko fular poprawiłem. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. ruch wahadłowy i dość szybki. który pokonał wadę swojej wymowy. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. ale taki jest autorytet władzy. za siecią nagich prętów. ale oficer wy szy. ujrzałem jakieś miganie. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. napełniła mnie podziwem i otuchą. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. grubo zamarzniętym.. e nic zwyklejszego. gałązek i konarów. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. będąc półbykiem. strategię obmyśla.

— To jest dopiero coś. Samotny się czuję. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. jak zapadł późny 146 . skazanej na indywidualną nieporadność. eby wyłonił się ktoś trzeci. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. jak zwykle. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. jedyne oddychanie.. potem za faworyty i epolety. obroną. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności.. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. zazwyczaj. który. Nie yczliwi wzajemnie są. w stronę swojego pałacu się oddalił. dłu ej ju w parku nie zabawiając. więc zły byłem. Ale teraz wiedząc. Trzeba zaznaczyć. eby zobaczyć. staram się podnieść na wy szy szczebel. ku miastu wróciłem. zagubiony i bezradny. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. i lęk przed ludźmi by zaniknął. Pracuję nad sobą. To pewne. z tego jeden z sygnetem złotym. aby się podtrzymać na duchu. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. Co do mnie. Człowiek tęskni za opieką. pękające z tajemniczym gulgotem. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. Porzuciwszy pawilon. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. I. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. Weźmy choćby moje ycie. gdy tylko otworzył oczy. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. Nigdzie oparcia. w sam czas. jak ołów z mlekiem. wprost z ula. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. twarzą zwrócony ku niebu. bo wiadomo. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. A ja. — Nigdy nie zapomnę. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. jakie mu mogłem zastosować. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. e tylko ja mogę go poratować.. e ocalił mi pan ycie — powiedział. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. oparciem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. Równie jako metafora. Jak ju wspomniałem. Potem ły wy odpiął. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. a nawet powinienem. Niestety. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. w ilości zdumiewającej. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator.. a nie prawdziwy. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. pszczeli. ani się spostrzegłem. Ten zaś nie chce się puścić. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. Wspominam o tym z przykrością. wczepione w krawędź lodową. Tote . rękę mi podawszy. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. fałszowany. i nawet nie wie. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. było sztuczne. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. kruchość i niezupełność. pomocy znikąd. na plecy je sobie zarzucił i. e nie jestem człowiekiem czynu. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. Rozejrzałem się dookoła. Nic. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości.

prosimy. e tego nie lubi. ale farby nie puszcza. i jak tam? — mówię wreszcie. więc zauwa yłem. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. Ekscelencja dotrzymał słowa. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. Mo e jego? Prawdę mówiąc. ale ju zasnąć nie mogłem. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. czy co. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. — No. Jeszcze na półjawie ni stąd. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. którzy drzemali na słomiance. co?” A on nie.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. eby je 147 . Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. niewątpliwie. bo mróz palił coraz mocniej. Postanowiłem wyciągnąć. przerywali mu sen. Przewracałem się z boku na bok.. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. późno wracając. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. Zuchy. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. Chciałem się zaraz zabrać do tego. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. co? Pewnie się pan zasapał. Będąc półsenny... Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. tylko potakuje. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. Okoliczność przykra z tego powodu. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. po czym usłyszałem znajome.. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. ni zowąd pomyślałem. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. niby to artuję czy coś takiego. Rad nierad. kogo bić. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. — Czy ja wiem. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. Tymczasem on się nie odwraca. a ja bym wchodził. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. — odparłem w zadumie. Więc mo e by jego? — Mo na. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. — Około ósmej przychodzi mleczarz. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. Tak. Wchodzi a na czwarte piętro. Chciałem się cofnąć. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. U siebie. którzy ju się nie kładli. cię kie człapanie i przekleństwa. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. wstałem i udałem się za własną potrzebą. nie od razu zorientowałem się. na górze. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. Ciągle mi się zdawało. Zadośćuczyniłem prośbie. Nad ranem obudziłem się. ale nie zrobiłem tego. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. Na to oni: — Prosimy.. tajemniczy taki. Zerwali się natychmiast. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. — Zjadłem wczoraj coś. a wstałem i naciągnąłem spodnie. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. jeszcze tego wieczora. co. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. w stosunku do niego równie mam kompleks. — I mrugam do nich..

Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem.. pokręcił i poszedł. Siedząc na nim. ani siak. Zdyszany.. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. Poza tym obawiałem się. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. Ja czekałem równie . — Jakby był. Odwrócić ich przypuszczenia. błysnęła mi myśl. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. boby został pobity. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. 148 .. pora ka. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. nie wiadomo dlaczego. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. he he!. a serce mi biło. Nic jednak się nie działo. spoufalić. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. e jestem tak e swój człowiek. Cały mój zawiły plan. — Owszem. Udało mu się odejść bezkarnie.. Ale on w ogóle nie powiedział nic. przeto. Wreszcie. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. kiedy ju krzyknąłem. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. aby nie zostać pobitym. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. pokręcił się. razem ze skurczem strachu. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. Ale mleka nie miał przy sobie. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. gładcy i uwa ni. ale powinien przyjść bez mleka. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. e on coś powiedział. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. Lejtnanci stali przy drzwiach.. Czułem się poni ony. to i wieczorem. W mojej głowie powstał idealny plan. za to. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. połączyć z nimi. Czasami przychodzi nawet po południu. — Nie był — odparł stró tak po prostu. ale w ostatniej chwili udałem. wbiegłem na schody. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. Nie było go — zameldowali posłusznie. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. nastąpiła długotrwała cisza. bo wydawało mi się. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. tak zwyczajnie. e lejtnanci czegoś się domyślą. więc ja ju nie wiązałem. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. zanim on coś powiedział. a jednocześnie wkupić się artem. wszedł tu jakiś osobnik. ale o mleczarza.. e kazałem mu. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. wpatrzeni w klatkę schodową. nie mogąc się ju opanować. tego. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. — Co? — dodałem. I wtem. wiecie. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. e dzisiaj mleka nie trzeba. tak po prostu! Klęska. e się domyślają. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność. — Dziękuję panom. uciekłem z powrotem na górę. Oszukał. no. aby zostać pobitym. zanim się. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. Czekali na mleczarza. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. przejść do nich — to stało się nagle moim celem. dno. który stał. tępo wpatrywałem się w ścianę. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. nie mówiąc o bieganiu po schodach. powstałym z tego zamachu.. a jak mu nie jest po drodze. to niech mleko tu zostawi. a sam niech przyjdzie na górę. e zachwiałem się na nogach. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania.. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. aby dać do zrozumienia.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. — Jakby mleczarz szedł. to proszę mu powiedzieć.

Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu. — Znowu? — pomyślałem. do siebie.. jakoś tak śpiewnie. czując niemal rozkoszny dreszcz. cię kie kroki. Potem. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. 149 . ni zowąd. idź. Nie ruszał się. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie.. Jeszcze ociągając się. brak sił i oparcia. wyszedłem i ja. Ja i adiutant. — Co było. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę.. to było. Przystanąłem. Rozległy się znajome. wiesz ty. co rano.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach.. — I. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. ruszyłem na górę krok za krokiem. międzyludzka anarchia. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. to ja ju idę. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. kotku.na ślizgawce się topił. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. ulica pusta i skąpana w księ ycu.. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. — A idź. zadzwoniłem. to i ja jego uratowałem. tym pełniejsze. Jego dostojność wszystko zanotował. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. kotku. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. — Pal sześć! — mówiłem sobie. Im później.. — No.. nie! — na to stró . mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę.. idź! Tam ju czekają na górze. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — .. Zatarłem ręce z uśmiechem i. przystając tu i ówdzie. Zazgrzytał rygiel.. Ci sami. — I. Brama była zamknięta. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. ale tylko na chwilę.

walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. ale musieli dobrze uwa ać na palce. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. sceptyczne. jednak kiedy. ale nie warzywny. usłyszałem nowe śmiechy. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. bardzo grubi panowie. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. ale śmiech. ju zbli ając się do węgła. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. i takich e czapeczkach. 150 . Spodziewałem się tego. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. jakby coś przypominając. ró nokolorowo poplamionych. eby jeden spojrzał na drugiego. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. Na zgięciu kapitalnego łokcia. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. a nade wszystko dobrej kuchni. o ścianach pomalowanych na beztroskie. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. Zobaczyłem du y ogród. raczej gruby ni wysoki. prawie podobny do krą ka. wśród zwałów ramienia i przedramienia. w szelkach — przycinało gałązki. ale jakby w porozumieniu. mimo e nie lubię się narzucać. który wstrząsał nim całym. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. Przystanąłem. przedostałem się poza ogrodzenie. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. Za siatką rósł gęsty ywopłot. Stwierdziłem tak e. przeznaczony zapewne na zakupy. który się zbli ał. tylko kwiatowy. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. — Je eli mnie zauwa ą. Wychyliłem się ostro nie. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. pastelowe kolory. bo nie przypominam sobie. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. a je eli tak. udam. Stroje mieli barwne. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. które było jak wielkie państwo. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. a raczej ró any. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. jak i przechodniom. e jestem mleczarzem. z czegoś wspólnie im wiadomego. Nic nie mówili. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. koszule w kratę. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. Nie to jednak było zaskakujące. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. a wesołość przybierała na sile. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. niósł koszyczek. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc.

nie słyszałem ju ani śmiechu. ciemne parkiety. Wydawało mi się nawet. poduszki. charcią. — Razem z psem. suchą. eby go cokolwiek obchodziło. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. szezlongi. ściągniętą. otomany. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. kościstym palcem trącił globus. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. ale bardzo gruby. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. pękając ze śmiechu. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. Cienkim. Wielka biała kuchnia. Przed nim stał na stoliku globus. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. Pchnąłem drzwi na prawo. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. sofy. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. zbyt gruby. — Ze mnie. długim. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. W pokoju story opuszczono. Chudy odwrócił oczy. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. Lśniły woskowane. skrobanie. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. Twarz miał pociągłą. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. jakby tak e się śmiał. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. 151 . który obrócił się lekko i wolno na osi. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. szum bulgotanie i chóralny śmiech. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. mielenie. W głębokim. e ziewa w pewien określony sposób. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. Doszedłem do końca korytarza.

potrzebujący gwałtownych podniet. po zerwaniu plomb. Ju i okrzyki jakieś padły. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. Równego cię aru. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. Na ringu.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. dociekał. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. Rzekłbyś. Ruchy ich. e takie wyjście znaleziono. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. Godziny przedłu ały się. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. W tych okolicznościach. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. Na ringu pozostała kula. Nazajutrz. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. spełniając swoje obowiązki. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. Sala opustoszała. je eli nie zobojętnienia. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. eby pójść na kolację i do łó ka. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. podobnej budowy. starannie pokryta pieczęciami. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. a stale wzrastającego napięcia walki. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. obdarzony podwójną ilością tych członków. to w ka dym razie znu enia. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. jak oplatali się wzajemnie. Powszechne niezadowolenie. nastąpi rozstrzygnięcie. Ju na początku widzowie zauwa yli. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. obaj dotychczas nie zwycię eni. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. względnie ustępstwa. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. Tłum zapełnił wyjścia. nietrudno 152 . nie podnosząc głosu. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. zło ona z zawodników. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. światła w większości pogasły. zmęczenie. Miała to być walka a do skutku. Ale potem. ale jeden potwór. unosiła się z miejsc. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. kiedy kula na ringu. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. Publiczność. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. głód doskwierający tłumom. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. a nadeszła chwila. jak są. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. stawały się powolniejsze w miarę. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. Jednak po upływie długiego czasu. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. i to coraz rzadziej. szybkie na początku spotkania. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. na skutek ogólnej zawiłości. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. jakimi zwykle rozporządza człowiek. w białym świetle. krzyczała. Tymczasem była ju najwy sza pora.

. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. goleni. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. to ja. zaraz. — Po prostu jest nas dwóch. dziecko.. e ona to pisała na tablicy czymś. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju. coś na niej pisze.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. choć unieruchomieni... które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty.. Ty. rodzaj tablicy. — To mo liwe. — Nie. którą stworzyła bezczynność mięśni. nocnych godzin opieczętowania. Wtrąceni w nowe. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. całkiem mały. eby zabić nudę długich. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu.. Szatan-Maty zdziwił się. — Du e pomieszczenie.. jakby białym kamyczkiem. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. tricepsów i mięśni kapturowych. a ten z 153 . zaraz.. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. wśród barków.. — Ja. lędźwi. to było wcześniej. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton.. ja w nim. — Dwa. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet.. szukali czegoś w sobie. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. — stwierdził stanowczo Pyton. który zło oną drogą. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. otwarte okna. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. — zawstydził się dumnie Pyton. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. rozprawiali trochę.. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. pustej i mrocznej sali. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. nieznane im warunki. Zaprawieni w walkach. Słabe. — Ja. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę. Rozmowa toczyła się dalej.. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. — Pyton.. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. wypełnić czymś pustkę.. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. Jednak. Były tam tak e inne dzieci. — Jesteś? — Jestem. To jasne. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. a resztę po cztery. to całkiem co innego. ty mi powiedz. dotarł do ucha Szatana-Maty. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. cię ko dysząc.. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie.. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. — i zamyślił się a do bólu.. stóp.

choćby za pomocą kawałka elaza. 154 . Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. szeptała. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. gwałtownie mizerniały lampy ringu. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. wątła poświata. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. chłodzie. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora.. stanęła ju blada. — Pyton. Ale było ju za późno. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. podnosił się. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. Gdyby to było wiadome. nie zwracając uwagi na kulę. spierała się o coś. czy te sprowokować koniec. pod kopułą. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. A ta gwarzyła coś do siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. Wysoko.. gdzie dach był szklany. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu. Bryła na ringu odpowiadała sobie. Mijały godziny w ciszy. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. opadał. — Bo nie wiadomo. to by ci było dopiero!. cichł. niektóre coraz trudniejsze. ledwo słyszalny. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. co potem. ciemności. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować.

Ty.. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. połowiczni stró e. podczas słonecznej pogody. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. Tylko tacy.. ale spotkałem kolegę.Na razie jednak mamy lato. przemija. Dostarczyciele. Jesienią. nie wyłączone elazko w domu. mamy pod dostatkiem. Trudno.. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. mogą mnie wyrzucić. ale na wielkiej. czternaści do stołu. w stopniu równomiernym. Znaliśmy się od dawna. W kościach mnie zaczyna łamać. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. przyboczni.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. chwalić Boga. ani wzlotom. świątek czy piątek. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. Ale ja pracuję. na przeciwnych krańcach szachownicy. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. Trzeba yć. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy.. rozporządzających odpowiednim terenem. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. przelotni bywalcy i zawodowi goście. eby nie zbić swego zamiast obcego. Mnie tam wszystko jedno. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. mo e wydać się całkiem przyjemna. podczas długotrwałych szarug. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz. który wydawał się tym bardzo zatroskany. a przy tym przeszkadzają grającym. którzy od początku nie interesują się sprawą. e przeziębiłem się niedawno. — Dobrze ci tak mówić. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. Najgorzej jest zimą. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. ebym dzisiaj zmoknął. — Czy wiesz.Praca ta jest względnie lekka. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. zaczynają się niecierpliwić. zawsze zale nych od okoliczności. Gorzej. e przecie wcale nie musi moknąć. Dachów. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. W lecie. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury.. Na razie to początki grypy. — Mam początki reumatyzmu. Zamiast martwych. Publiczność chętnie przygląda się zapasom. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. Występuję tam 155 . . podczas których. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. na skutek zamieci śnie nych. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. . chwilowi pocieszyciele. Szybko się męczą. a tak e odpowiedni park kostiumowy. Zawodów imaliśmy się niepewnych. Odpowiedziałem. Ochotnicy nie zdają egzaminu. co to są ywe szachy? To samo. mo e przyprawić o katar i melancholię. . Wystarczy. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. nie podlegając ani załamaniom. tyle e pochmurne. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. co zwyczajne.. odsiadywacze. pięć najwy ej. i to właśnie pod gołym niebem. oddzieleni od tłumu. Potrzebni są ludzie wynajęci. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. . a zrozumiemy. Zapytałem. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. Wyjaśnił. to znaczy..Oczywiście. całkiem byłby z niej zadowolony. Oczywiście. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. Bywają partie.. gdzie obecnie pracuje.

pokazałem publiczności czyrak. choć nadzwyczajna. tylko dziś. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. w górze. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. konie były olbrzymie. talerzowate kryzy laufrów. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. ale i we wnętrzu jak gdyby. Ju wtedy. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. Wy ej końskie karki. Ja kładę się do łó ka. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. którą miałem przebyć u wylotu sieni. Tylko stopy. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. według starszeństwa. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. tak obszernego. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. Jutro mo e pogoda się poprawi. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. Poza tym wydaje mi się. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. z których ka dy był wielkości kafla. pod wpływem tylu spojrzeń. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. gdzie mnie ogląda tłum. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. zamieniamy parę słów. eby taką mo liwość odrzucać. w teatrze. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. prawie e tunelem. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. Prywatna gra. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. A sam powiedziałeś. Jestem w białych. Nie zauwa yłem. Po egnaliśmy się. te nieregularne. kiedy stanęła za mną czarna wie a. dziwnie małe. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. jak na premierze. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. miałem trudności. a to. adnego gapia. Zastanowiłem się. wystające spod fantastycznych konstrukcji. współśrodkowe. zniszczone obuwie. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. Oddać przysługę przyjacielowi. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. — No to idę! — Idź. obute w ró norakie. przy tym zarobić — nie ma powodów. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. pyski o zębach wyszczerzonych. Sąsiadujemy. Pracuję dla dwóch starszych panów. eby mnie oglądać. wie e. e była raczej sienią ni bramą. e ywe szachy to tak e widowisko. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. więc zawsze. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. surowe. Odruchowo 156 . e skoro ju przyszli. Gry odbywały się na dziedzińcu. niby to złącza cegieł. o tyle laufry. wręcz zbyt szczerego zachowania się. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. Cała dniówka przypadnie tobie. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. Mo e pod koniec lata zostanę królem. Laufrom płacą lepiej. proszę. Przeszedłem przez bramę tej grubości.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. pozostały zwyczajne. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. nie sprawiała niezwykłego wra enia. Zastąp mnie. bo więcej biegania. zmusza mnie do otwartego.

Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. nie było przejrzyste. Musisz się uczyć takich rzeczy. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. Mo na sobie jeszcze zapalić. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. 157 . byle ostro nie. eby dym nie szedł do góry. jak będziesz blisko. kiedy znowu znalazłem się koło niego. w której teraz wypadło mi wziąć udział. to specjalnie nie podpada. szeroki okap ocieniał elewację budynku. przesycone wilgocią. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. ale za to mało chodzenia. Dzięki temu kolumnada. Jakbyś widział. wszystko na jednej płaszczyźnie. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. Kilka razy. na blanki. Trzeba tylko wiedzieć. Co innego. Wkroczyłem na dziedziniec. to zastukaj mu w ścianę. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. — Oho — powiedział pionek przede mną. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. bezładne. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. pochmurność przygasiła wszystko. mo na sobie pozwolić. eby zauwa yć niski poziom tej gry. Na przykład teraz. e koń skacze na boki. Ale pomimo tego gra go starszy facet. bo co prawda figura jest cię ka. Na starość przydaje się parę groszy więcej. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. Potem ju jest gorzej. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. zapominając nas o tym uprzedzić. a to się liczy w późniejszym wieku. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. Wie a stała nade mną. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. co i jak. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. Powietrze. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. a on się nie rusza. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. Grywałem kiedyś w szachy. e na niego kolej. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. Wiadomo. ani z drugiej strony. e nie jestem przygodnym gapiem. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. Taką mamy z nim umowę. — Uwaga. podobnie jak innych. ale zanim się zacznie. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. Po mojej prawej stronie stanęła dama. łuki i balustrady. milcząc. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. chocia wiedziałem. co robić. Przemówiłem do niego. W środku było duszno i ciemno. tam. w środku. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. a nam nogi cierpły. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. Często zasypia na stojąco. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. — Tak. nawet nieźle. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. je eli się pracuje w koniach. Grzecznie wyjaśniłem. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić.

Policzyłem do stu i. Złość mnie ogarnęła.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. kiedy deszcz nieco zgęstniał. na tle rozległego. Oni wszyscy. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. starzy pracownicy szachowi. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. — Poszedłbym sobie do domu. Nieraz nawet płacze. Najbardziej oczywiste. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. spadających z ró nych wysokości. zaczęły cieniutko śpiewać. — Uwa aj na niego. a pogoda niepewna. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. tak jak stoimy. ale widocznie im się pogorszyło. Coś im słabo idzie. wysoko. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. ustawionych naprzeciw siebie. deszczowego szumu. Minuty mijały. Takie deszcze nie mijają szybko. Tymczasem zaczął padać deszcz. Czarny laufer. zajmując coraz to inne pola. Gargulce. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. z tekturowej masy. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. Byle tylko nie przesadzać. Ale nie było rady. Kopułka nad moją głową. ozdobne wyloty rynien. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. przekątnej. Ryzykowałem. czy co? — Nie jego. kolego — powiedziałem. Dlatego właśnie tak cię ko. drobny na początek. Zewsząd dolatywały ró norakie. Szczęśliwy przypadek. oczywiście je eli nas zobaczy. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. tak się przejmuje. Konia mi gdzieś znowu zabrali. To patriota... co i on. Nieznacznie. złościłem się jeszcze więcej. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. Krople były dokuczliwie zimne. Nie daj Bo e. powoli nabierają rozpędu. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. Sklerotycy. samowolne przesunięcie się o jedno. ale jest namiętny. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. Nie mogąc dłu ej tego znieść. Dookoła panowała ogólna gnuśność. powiedzie się na pewno. które przeoczono. bo wiadomo. 158 . w górze. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. Bywa i tak. e to się zdarza. Zaczynają z rozwagą. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. znalazłszy się na tej samej. jak schodzą z szachownicy. nic się nie działo. dwa pola. Musiałem odczekać. Z zazdrością patrzyliśmy. stawiając wszystko na jedną kartę. eby dzisiaj nie było tak samo. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. nie mogę na to liczyć. Zbito kilka pionków. Boję się. mają w zapasie parę dni. nie powinni niczego zauwa yć. Maleńkie oszustwo. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. Wtedy jest najgorszy. potem coraz głośniej. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. eby czarne przegrywały. więc się nie spieszą. najpierw nieśmiało. sześć godzin. oklapł najwyraźniej. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. zajęci sobą. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. — Jesteście zbici. a poza tym donosi. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. — Który lepszy? — Bez ró nicy. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. — Mo ecie iść do domu. więc zostawiają nas na noc. szemrzące odgłosy kropel. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. — Jego szachy. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. Na myśl. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane.

kopiąc swoim zwyczajem. nawet je eli coś podejrzewała. Owszem. co się działo naokoło. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. Panowało tak powszechne znudzenie. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. e czarna wie a. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. nic mnie nie obchodziło. prawie się ju nie krępując. Sflaczały. Na szachownicy zostały dwa króle. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. napęczniały deszczem moje kryzy. schodząc z szachownicy. pustej przestrzeni. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. ale miałem dowód. Au! — krzyknął niemal. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. a na królach puściła farba. Nie ukrywał radości. w butach chlupało. jak brutalnie i. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. Zająłem jego miejsce. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. Nie chcę tracić posady. niestety. Podziała się gdzieś 159 . ale jestem etatowym pracownikiem. Zrozumiałem teraz. stare półbuciki. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. zaczepnie. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. nie zwlekając. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. eby niczego nie zauwa yła. Moje wysiłki szły na marne. Ty co innego. Nie ulegało wątpliwości. e ona zdaje sobie sprawę. więc. Deszcz rozpadał się na dobre. Robiła to samo co ja. Nie wolno mi było pozostać w tyle. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. co się dzieje. czy biali. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. Rozmiękły blanki na wie y. Sama miała nieczyste sumienie. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. pomimo moich wysiłków. bo ty pracujesz na dniówce. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. dla którego w ten sposób pracowałem. e mnie nienawidzi. e i ja o niej wiem. tak e szachruje. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. to mnie wyleją. Zwycięstwo białych. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. — No to lecę! — zawołał. prawie nie zachowując pozorów. co popadło. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. On jeden wiedział. ale starałem się działać jak najdalej od niej. Jako zachwiał się tylko. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. Przyczaiłem się jednak. Ani pisnęli. taka obojętność. Ona równie unikała spotkania ze mną. I odkryłem. czy czarni mają ruch. Z naszych. ale białych ubywało tyle samo. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. co czarnych. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. dopóki nie nabrałem pewności. e coś nie jest w porządku. Pomógłbym ci. Uporaliśmy się z nimi szybko. Je eli ja wpadnę. ta w grubych trzewikach. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. U nich tak samo. Nie mogłem się z nim. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. kiedy się zorientowałem. poza mną i królem oczywiście. Otó . robiąc coraz krótsze przerwy. Widziałem. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. jak gdyby nigdy nic. — Cześć! — zawołał do mnie. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. po egnać. usunąłem czarną damę. miałem na względzie i tę okoliczność. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. e czarna wie a wie o mnie. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. zbiła go. Spodziewałem się. czarna wie a i ja. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. Co do samych graczy. Wiedziałem tak e. Moje obliczenia okazały się słuszne. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. bo musiałem.

Zrzuciłem kostium. — Idziemy. bo zwróciła się do białego króla. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. eby się jej nie nadstawić. widocznie zasnął mimo wilgoci. 160 . Lało strumieniami. Wtedy — sądzę. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Wreszcie dała za wygraną. idę. Postanowiłem z tym skończyć. bo kroki ucichły. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. idę. o czym mówił koń. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. mo e zdarzyło się to. Zastukałem mu więc w ściankę. Jest ciemno i leje. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. obcią ony wiekiem i kostiumem. e gracze zostawili nas na noc. uwa ając przede wszystkim. — Jak mówię szach. Kiedyśmy stanęli na skraju. Biegnąc co sił. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. przesuwali się koło niego. e starzec. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. Sztywna. — Szach. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. ukryliśmy się za kolumną. wielka kukła stuknęła o posadzkę. Uświadomiłem sobie. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. Bacznie śledziłem wie ę. szerokim szumem. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. ale sami widzicie. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. gdyby tylko zbli yła się do mnie. pozostał w tyle. Chodźmy lepiej do domu. nasiąkając wodą. — Szach! — powiedziała ochryple. pociągając go za sobą. czy się rozeszli. Pojąłem. Remis. Porwaliśmy się do ucieczki. dziadku! Nie słyszeliście? — A. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. w skarpetkach. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. to szach — odparł ponuro. podcieniami. Staliśmy tak we czwórkę. Widocznie wiedziała o tym. tu za naszymi plecami. Ju nie było powodu się spieszyć. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. — Koniec — powiedziałem. ku bramie. Ziewnął. oczywiście. Oni pewnie ju poszli. — Szach! — ryknęło w ciemności. ju . czy gracze jeszcze są. Odeszliśmy powoli. czego po ądał. Biegłem ju bramą-tunelem. Odczekaliśmy dobrą chwilę. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. Było ju tak ciemno. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. na przełaj. Zatrzymał się. Nie dałbym głowy. e partia jest nie rozegrana. Zdyszani. zdjąwszy buty. — Słuchajcie. e partia zostaje nie rozegrana. wzmocniony echem jak megafon. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. co. e tak nie umkniemy. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. Mój król nie poruszył się. szachując sobie nawzajem królów. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. gdyśmy. ale nic takiego nie było słychać. podwójnie cię kim od wody. i widziałem z rozpaczą. Co gorsza. Obszedł nas naokoło. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. bo trzymała się z daleka. odkryłem jego podstęp. kwadrat po kwadracie. Rozumiem. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. e tu nie ma co dyskutować. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. Ostro nie. powiedział „dobranoc” i poszedł. Odskoczyliśmy. Pod sklepieniem. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć.

. niezbyt kulturalny. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. zapytując na odchodnym urzędnika. Ja jestem ateista. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. liczyłem jednak. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. Rześki podmuch morski. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. Bo kiedy tak stałem. zdecydował się na jeden. a przynajmniej jednego z nich. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. wszystko. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. jak się domyśliłem. Ale klient ju miał w rękach. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz.. śledzenie gry chmur i zmienności fal. prospekt innego statku. zostanie stwierdzone na głos. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. e po pierwsze. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. barwy. nie natknąłem się na owego 161 . Byłem prawie. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. — „Dym para. ebym mógł się tego wyrzec. jakie wymieniali między sobą ci. o ile wolno mi u yć tego słowa.. e. kto widocznie. konstrukcje.. tak jałowych wydawałoby się. ślepy. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. ale do pewnego stopnia przyciągała. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. poniewa sam nie mogłem widzieć. którzy mogli wszystko widzieć. zawsze pełnym ółci. którzy zostali. Krupę. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. jakiś druzgocący docinek. na przykład. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. Bóg wiara. te nie był do pogardzenia. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. Postaram się wyjaśnić. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. Dość na tym. Kto inny. nie bez uwagi: „. przyznaję. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. A było jasne. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem.. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. a więc i w mojej bliskości. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. Klient szydził z ka dego z osobna. po okresie niepewności. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. nawet z danych. Mo e ma pan dla mnie co innego”. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. Podczas zaokrętowania i później. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. szkalował ich pokłady. kiedy statek odbijał od nadbrze a. e coś niecoś i mnie się dostanie. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. dlaczego. wcią niepewny. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. po egnalne okrzyki. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada..

Śledziem oczywiście. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. nigdy się nie uśmiecha”. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. dodając. nawet wtedy on się nie uśmiecha. posługując się moją laską. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. pomimo e. co oceaniczne. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. którzy nie mogli go słyszeć. samotnie podró ującą. Podczas pierwszego posiłku. którego szukałem. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. swobody. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. On powiedział o panu. Słyszałem jego głos donośny. mo e panu zaszkodzi!” „Ach. taś. wszystko było jako tako w porządku. A e człowiek. które kojarzy się ze wszystkim. bar przed kolacją i po kolacji. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. doznawszy z kolei ulgi. Tak się jednak nie stało. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. stosował się do ogólnego rytmu. choć chrapliwy. Tak zaczęła się nasza przeprawa. „Paso yta. Dopóki miano złudzenia. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. tego nie udało mi się stwierdzić. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. ale szydercą. Kto je śledzie. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. Ciekaw byłem jego powierzchowności.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. „Taś. nic takiego”. eby nie tracić z nim kontaktu. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. w którym bie ąco przebywał. kogo miałem na myśli. Słyszałem. co unikaną. „Nie. „Ach. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. To wstrętny typ!” Wiedziałem. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. ten?” — zawołała z pogardą. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. która szczególnie mną się opiekowała. co się pyta” — odparł.. na których układa się ycie. a nie przypuszczałem. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. Co 162 . do cocktail-baru i palarni. względnie łysej. paradoksalnie niedostępnego.. kiedy raz podano na obiad kaczkę. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. mimo e tak wielkim. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. którzy. nie mogę”. skąd się wzięło jej oburzenie. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. ni to się wydaje widzącym. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. Na statku. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. Siedzieliśmy w sali barowej. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. których przed chwilą opuścił. siwej. głowie pewnego zamo nego d entelmena. Nie musiałem dokładniej określać. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. palarnia po obiedzie. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). nazwał ją paso ytem. chudy. ten zajedzie. nie był więc bezinteresownym humorystą. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. Trzeba zaznaczyć. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. chocia . taś!” — wołał na widok bosmana.

prawda. pan nie widzi. e takiej właśnie reakcji. co wisi. Objęła go ogólna anatema. w dość licznym towarzystwie. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. — No. Tego wymagała nasza symbioza. jeszcze w biurze okrętowym.. — . — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. — Przecie powiedział pan: „to. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć.. e pan to opowiada dla dowcipu. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. Na przykład. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. to one wyglądają. cały brzemienny stłumionymi. Mo e było to dla niego ucią liwe. e tak — wycofał się nagle.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. jak nie wiem co. — Rzeczywiście — przyznałem się. Krą ył więc. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. wiem — przerwał mi. czasem jakimś pytaniem. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. ale wręcz go do nich zachęcałem. ale nie miał innego wyjścia. a na środkowej części statku. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu.. Pędził więc gdzie indziej. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. — Pan myśli. następnie opisać jej powierzchowność. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. a nawet przedmiotom. nauczony doświadczeniem...” — Wiem. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. słysząc. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. zwracając twarz do słońca. otrzymał całkowitą 163 . Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. jak i zwierzętom. Zapewniłem go. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. Przy tym. zadyszany głos: — A to. martwo urodzonymi pointami. w coraz to krótszym czasie. który nie tylko nie unikał jego obecności. Milczał potem jeszcze długo. Tego właśnie się spodziewałem. osłoniętej od kierunku naszego kursu. o której wspomniałem. a ju wokół niego powstawała pró nia. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. Usiadł przy mnie. Wtedy zrozumieli wszyscy. Tupot oddalających się stóp ucichł. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. Byłem jedynym. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. ale nawet jej oczekiwał. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. co wisi. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. Pewnie.. — Tak. przechadzającej się po pokładzie. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. eby sobie nie przerywał. — Sądziłem. przymilnego śmiechu.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. ale ju mnie nie opuścił. I zamilkł. uznania nie szukał. Dostałem go na własność. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. a ju nie miał słuchaczy. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. — Nie przeczę. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Domyślałem się tego. będzie wymagał ode mnie.

. nie mogę!. — Pod nami. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. Nie. przez system korytarzy i schodów. A tam... Nie.. pojawiły się na falach. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. Staje. Wraca się. to pan myśli. zamiast odpowiedzieć. — Tam. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. ale ja nie idę. A potem. na lewo. w miejscu. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych. nie nadą ając za tym. Pojawiła się niespokojna fala. Najhecniej wyglądają w tych pasach. nie krępując się wobec mnie. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. stromych schodach. całkiem blisko. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. jak to przedtem dokładnie opisał. Myślałem. — Pierwszorzędna satyra. Korkowy pas został w kabinie. Rozwa yłem sytuację. Potem on. jak słowo daję! Zgubił panamę.. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. bo słyszałem tupot licznych stóp. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej. zaczął się krztusić ze śmiechu. zmienionym głosem: — Ja nie idę. bo nagle zaczął mówić szybko. Ale on. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. chyba nie zauwa ył. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać.. Krótkie milczenie. dotychczas słoneczna. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. czy co. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 .. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. A co do złych dowcipów. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. pełen niedobrych przeczuć. jak zwykle. które. eby się z czegoś nie naśmiewać. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku.. Widocznie pojawił się cały tłum. Niedołęga. Idzie w pi amie. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. e tak łatwo jest stale mówić dobre. co widział. jeszcze w biurze okrętowym. Nagle rozgniewał się. na najwy szym pokładzie. ni to było potrzebne. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. zmieniła się. ale szarpie! No.. Otó dzięki temu. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. nie mogę.. W trzecim dniu podró y pogoda. eby dostać się do szalup. — Tam. Ten stary z wąsami.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. Ojej. zwykle on mi w tym pomagał. ale ciągnie w złą stronę. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. — Na dół — odparł. — Co to jest? — zapytałem. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. Tego się nie spodziewałem.. — powiedział wreszcie. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. Najpierw nale ało zejść po stalowych. —— Najhecniej. Nie! Idzie dalej. — W ratunkowych.. bo omal nie zgniotła nam płuc. nie jestem. które zawsze wybierał mój towarzysz. To nie dlatego. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. zderzyli się.

widzę ją zmysłowo. Widzę ją w ka dym człowieku. pańskie dowcipy. ale. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. będące co prawda tylko moją projekcją. z góry przegrana. pomijając. do czego. eby mi pomógł dostać się do szalup. w panu. co pan powiedział. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. która. e jesteśmy. jeśli łaska? — Wszędzie. 165 . odbiciem. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. delfiny na przykład. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. We mnie. który zaprzecza. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. ta pańska prawdziwa śmieszność. Ja te jestem. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. na szczęście. sprowokowany. je eli chcę go nakłonić. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. a więc niczego nie udają. e to. tylko są. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. eby. Zdarzały się takie wypadki. „Chyba. eby od razu być całkowicie. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. albo o sobie nawzajem. co mogę. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. bo udajemy. Atakuję. choć prawdziwa. Bo. kaleką. pierwszy walczę. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. e zwierzęta. nie podlegają więc śmieszności. potęguje. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. po tym wszystkim. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. chcę uprzedzić cios. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. z góry pretendujemy do czegoś. jego niewinność ją podkreśla. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. Ale mam jeden niezbity dowód. istniejąc. To nie wynik intelektualnej spekulacji. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. ale ta walka jest beznadziejna. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. Robię. pretensjonalne. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. e przed panem ucieka. I przez to ju nara amy się na śmieszność. Widzę ją tak. W tym. — Jak to.. — Bo nie chcę być śmieszny. mnie. do czego. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. nie wiemy. czy te ją poświadcza. To prawda. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. e ja tylko się bronię? — Czy to. I pan chce. Przeciwnie. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. Z tą. dał dowody normalności. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. to sprawa dalsza. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. niech pan wybaczy. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. one po prostu są. choćby nawet samych siebie.. zaprzecza pańskiej normalności. ale wyłącznie między sobą. Jeszcze nikt nie słyszał. e jest wariatem. Człowiek — zgoda. Jego nachylenia nie zmieniały się.

a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. e mnie porzuci. Oczywiście. jego ręka była mokra od potu. jak uratowanie kaleki. bo tylko nicość jest powa na. biegnąc. Chwilami prawie mnie wlókł. nie do zniesienia dla pana. co chce mi pan powiedzieć. Nierówno. ◄KONIEC► 166 . A przeto czynne unikanie nicości. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu.. omal nie straciłbym ycia przez niego. kiedy się bałem. było ju pusto. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. Mała szkoda. — Co się stało? — zapytałem. Nie chce pan zejść. To przez pana! Puścił moją rękę. Ale nie. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. samotnie stukały tylko nasze kroki. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. na schodach. nawet prosty ludzki odruch. zanim nie otrzymałem odpowiedzi.. W korytarzach. gdy taka idzie gra. — Rozumiem wszystko.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. w przejściach. nie o mnie chodzi. Były momenty. wiem. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. Milczenie. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. e znowu do śmiechu. Słyszałem jego głośny oddech. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. jak tego oczekiwałem. ucieczka przed nią. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. Ostatecznie. nie ma dla pana znaczenia. A po chwili: — Kto panu powiedział. Potykając się. gwałtownie. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. Ale wie pan. kiedy statek tonie. dla pasa erów. do szalup. ale aktywne ratowanie jej. rzuciliśmy się na dół. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. Była to najgorsza chwila i trwała długo. — Wszyscy wracają. — Wracają — powiedział. do której wdarła się złośliwość. To był próbny alarm. Wszystko do śmiechu. Nie spotkałem go ju do końca podró y. gdyby alarm był prawdziwy. mówił tylko do siebie: — To znaczy. nie jest śmieszna. nie mówmy o mnie. na pokładach. To wszystko rozumiem.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful