OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

................... 15 Łabędzie ................ 55 Zdarzenie ........ 38 Złote myśli i sentencje................................................................................ 48 Z gawęd wuja ........................................................................................ 32 Wyznania o Zygmusiu.................................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne .................................................................................................................. 14 Dzieci....................................................................................................................................................................................... 24 *** ............................................................................. 60 Zakochany gajowy......................... 65 Sceptyk ...................................................... 31 Fakt .............................. 36 Spółdzielnia „Jeden” .............................. 61 Wiosna w Polsce........................................................................................................................................................................................................................................ 63 Weteran piątego pułku.................................................................... 17 Mały..................................................... 11 SŁOŃ Z ciemności .............................. 34 Przygoda dobosza ........................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 18 Lew .......................................................................... 53 ycie współczesne......................................................................................................... .................................................................................... 70 4 ..................................................................... 13 Chcę być koniem ............................................................................. 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ....................................................... 56 W podró y .................................................................................................................................................................................................................. 22 Monolog ........................................................................................................................................................................................................................................ 50 Pastor ................................................................................................... 40 Ostatni husarz ...................................................................................................... 42 Koniki ................................................................. 44 Poezja ....................................................................... 7 Sprawa porucznika C................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 58 Sztuka ...................................................................... 68 Kronika oblę onego miasta ........................................................................... 46 Droga obywatela..... 27 Tło epoki...................................................................................................................... 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej............................................ 67 Słoń.......... 29 W szufladzie ..........................................................................................................................................................................................................................................: opowiadanie Arkadego N...................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit.......................................

................................................................................. 155 Pasa er ..................................................................... 130 Na biwaku...................... 97 Wesele w Atomicach ..................................................... 86 Podanie .............................................................................................................................................. 95 Kto jest kto?.................................................................................................................... 76 O nagości .................... 99 Wspomnienia z młodości.............................................................. 105 Góral ........................................................... 77 Spotkanie ........................................................................................................... 161 5 ........................................... 124 Wierny stró ......................................................................................................................... 145 Ten gruby............................................................................................... co się śmiał........................................................................................................................................................................................................... 152 Szach................................................................................................................................................................................................................ 79 Odjazd.......................................................................... 85 Profesor Robert..................................... 110 Ptaszek ugupu ................................................................................................................................................................................................... 144 Mon général....................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 138 Jak walczyłem ..................................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi...................................................... 127 Upadek orlego gniazda ........................................................... 93 Przeja d ka................................... 81 Ni ej ....................................... 83 Rękopis znaleziony w lesie ....................................................... 101 DESZCZ Mały przyjaciel.......................................................................................................................................... 114 Nadzieja ................... 150 Interwał....................................................................................... 111 Ad astra....................................................................................................................................................................................................................................................... 140 Testament optymisty ...................................................................... 89 Przygoda w czasie ferii................................................................................................................................. 108 Współczucie .................................. 90 Wina i kara .................................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

— Niestety. zjawił się w PDT. zadyszany. który ogłosił. Towar jest towarem i musi być sprzedany. Zdaje się. elastyczne.. — Nie mogę. W parku. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. tylko w marynarkach. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady.. naturalnie. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. 7 . u ywany swego czasu przez landsknechtów. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. model XVI wiek. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. wykluczone. gdy przechodziłem koło tandety. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. zauwa yłem posępnego blondyna. — Panie. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy.. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. lecz nie ustępował. Kosztowało? Nooo. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. e co dziesiąty półpancerz. z wyrazem zadowolenia na twarzach. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. ale eby a tak. e są to aluminiowe garnki. łaskawy panie. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. Zapas był na wyczerpaniu. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. ale nawet gdyby tak było. Propozycja została przyjęta. wymykali się upokorzeni. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. a nazajutrz. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. Eugeniusz. chocia piętnaście sztuk. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. — Niestety. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. inni natomiast. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. ja mam dzieci — błagał staruszek. w godzinach największego ruchu.. Kolega nasz. który wołał monotonnie: — Plastyczne. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. Na drugi dzień. na ulicach.

I pewnego razu.Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. Nima. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie. pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. pytałam się o te półpancerze. słyszała pani? Nima. nima! 1951 r. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. 8 .

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. piszę. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. jak latają. bo się boją. Wy nam mówcie: Europa. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. nawet w czarownice wierzą. Mówił mi leśnik jeden. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. ale to był geniusz i jakby wyrósł.. Miał dopiero dwa lata. ale nie za głośno. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. śmieje się i dusi. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku.. Poradźcie. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. I tak ze wszystkim jest. a dookoła wiorsty i mogiły.. eby się tam zapisać. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. Ale to wszystko nie jest najgorsze. w czoła zimne się pukają i turlają. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. jak powiada. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. Ot. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. A czapkę miał kolorową: czerwoną. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. Gorzej. drzwi się otwarły. bo. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. Zatem. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. patrzy. białą i niebieską. latają. e a się serce kurczy. e przełomu adnego nie będzie. wyjść nie mogę. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. Bo e uchowaj. to by wszystko pojął i opisał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. zwyczajna walka klasowa. z napisem Tour de la Paix — po francusku. jest u nas taka jedna baba. towarzysze. Chłopi młyn omijają. gdzie miał być mostek. A tak. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. utopił się artysta. Więc siedzę. nawet za największą potrzebą. A moja chata samotna pod lasem stoi. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. cały zielony. e u nas nocami coś tak wyje. co postawimy mleko na kwaśne. A bo to zawsze wiadomo. Owszem. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. a tak go coś zaszło od tyłu. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. Bo trzeba wam wiedzieć. nie ma to. Rzecz jasna. Jedni mówią. e u nas inna specyfika? 13 . e jak to piszę. w upiory. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. W utopców. A nie mówiłem.. boję się. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. to tylko lata i fosforyzuje. Baba w krzyk. towarzysze. jak liście w październiku. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. o szyby skrzydłami biją. e trzy dni chodził z oczami w słup. jak te wielkie budowle. z powodu jego braku. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. jakby dokądś chciały. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. A tu.

— Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. — Czy panowie nie widzą. uśmiać się jak koń. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. to znakomite — chwalono by mnie. siłą faktu.. Oczywiście. du e mieszkanie z łazienką... — Ha ha! — zaśmiałbym się. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. takim sobie. Idąc do nieba otrzymałbym. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. koń ma cztery nogi i te się potknie. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć. skrzydła. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. e ja nie jestem zwyczajnym. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.. — Ten ma łeb — mówiliby inni.. — mówiłyby. Przeciwnie. — Pan jest taki inny. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. Stałbym się wtedy pegazem. jak bardzo chciałbym być koniem. Nawet wtedy. Pisząc do mnie anonimy. — Jak na konia.Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. gdyby moje teksty były niedobre. — Proszę o nowoczesne. e jestem niezdolny. du e mieszkanie — powiedziałbym.. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. Nie mówię ju o korzyściach.

Były bardzo szczęśliwe. są jeszcze małe. Tak sobie. który na rynku miał swoją budkę. Był to brzuch. Małe to. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. Potem mniejszą — to były plecy i barki. ktoś zapukał do drzwi. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. Ale tatuś na wszelki wypadek. jakby nic nie zaszło. Sprzedawca podziękował i poszedł. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. Bo to dzieci. One jeszcze tego nie rozumieją.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. e je tu widzę. — Ach. Przywołał dzieci i zapytał surowo. e. — Nos — głupstwo. ale wyobraź pan sobie. bądź co bądź. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. Najpierw utoczyły du ą kulę. panu o ten nos chodzi. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. e tak późno. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. Gdy wreszcie pojęły. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Ale czy to ju zaraz powód. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. tylko rozciągał się. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. e nic podobnego. o ile opady śnie ne dopisują. — Ale on. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. ale trzeba pilnować. odparły. Przepraszał. prezes. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. wychowawczo. Nos miał z marchwi. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. Ojciec cieszył się bardzo.. e czerwony. ale zuchwałe. na rynku. A rynek nic sobie z tego nie robił. Pan je powinien krótko trzymać. — Jak to. co go dzieci zrobiły bałwankowi. Na samym środku tego rynku dzieci. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. za karę. Ale wieczorem. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. Ale to jest oszczerstwo. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. nie dał im kolacji. najpierw nie rozumiały nawet. te smyki. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. a tę trzecią na tej drugiej. ma 15 . Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. mając na myśli tego pana. sprzedawca gazet. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. oglądali bałwanka i szli dalej. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. No bo sobie odmroził. Chciały dać do zrozumienia. ma właśnie czerwony nos. Urzędy urzędowały. ile kto chciał. — domyślił się tatuś. potem drugą kulę. Wychowawczo. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. one najpierw lepią jedną kulę. e taki kłopot. Prezes przywitał się z panem domu. Rynek był obszerny. o co chodzi. to trzeba na to mieć dowody. Wcale nie z wódki. przecie to jasne. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. On sam. Ró ni ludzie przechodzili. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami.. W sprawie tego nosa z marchwi. osobę. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. jak wiadomo. Był to sprzedawca gazet. fuknął i rzekł: — Dobrze. wśród wrzawy i uciechy.

ojciec postawił je w kącie. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje.. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. Dzieci zaczęły się kłócić. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. bo chodzi porozpinany. zapytane.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. dla zabawy. Na rynku nie pozwolono im się bawić. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. wycofał się z pokoju. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. milczy pan! To milczenie jest wymowne. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. ale gospodarz ju nie otwierał. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. co ludzie o mnie mówią. Tylko eby więcej tego nie było. — No to ulepimy pana. A ja panu powtarzam. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. czy istotnie. On ma czerwony nos. Zapamiętaj pan to sobie. za karę. co sprzedaje gazety. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. cichnąc stopniowo. Ochoczo zabrały się do pracy. ukradkiem. na nierozwagę. dlaczego miałby być nieupolityczniony. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu.. drogi panie. Ojciec nie rozumiał. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. Dzieci. To. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. Nie będzie ądał sprostowania. Nie na tym skończył się ów dzień. Dzieci zastanawiały się właśnie. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. Zrobimy czerwony nos. Jednak na wszelki wypadek. I mo na mu zrobić guziki. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. takiego zwykłego bałwanka. za karę. więc podsunął im krzesła. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. umilkły w oddali. — Eee. bo pije wódkę. i jeszcze jedno. dziwiąc się. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. e ja chodzę po domu porozpinany. to równie jest dwuznaczne. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. jaką by wybrać zabawę. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. eby usiedli. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. bez adnych ubocznych myśli. chciały dać do zrozumienia. kto to mo e być. Jednak na wszelki wypadek ojciec. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. niesmaczny art na temat faktu. bo on jest bałwan. — Eee. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. aby się natychmiast przyznały. 16 . ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. — Aha. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. — Tak. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. na palcach. a potem nagle umilkły przed samym domem. to ju jest moja prywatna sprawa. e jak mi się spodoba. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha.

e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. wbity do ciepłego. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy. Noc jest gwiezdna. Na środek stawu wypłynął łabędź. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. rześcy i zadowoleni. Nie mógł jeść. Pewnego razu łabędź zginął. Pomyślał. podpłynąwszy do brzegu. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. maczaną w mocnym. Zaniechał więc gospody. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. wpatrzony w niebo. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. al mu się zrobiło ptaka. I znowu nadszedł wieczór. Matki małych dzieci. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. Zabrał więc łabędzia ze sobą. kto w taką noc zetknie się z wodą. Było mu zimno. wrócili na posterunek. Następny wieczór był równie chłodny. od lat samotny. gdy wrócili do parku. Ze względu na dzieci. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. Przywoławszy więc kelnera. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. Przeląkł się.. Myśl o tym.. Ozdobą parku był łabędź. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. ale bezksię ycowa. po drugiej stronie stolika.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Stró em został mały staruszek. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. pełen wyrzutu. 17 . zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. upominał się o coś. grzanym piwie z cukrem. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. a czasem spoglądał w gwiazdy. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. To łabędź. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. Wczoraj. samotnego serca staruszka. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. Poszli. gdy przypomniał sobie o łabędziu. Biedny łabędź. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. Staruszek posadził łabędzia na krześle. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. Łagodnie świecił białą plamą. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. Ukradli go chuligani. Nikt nie przychodził do parku. gdy czuł na sobie jego wzrok. eby go mieć na oku. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. poruszyła staruszka. W tym wypadku straciłby posadę. zjadłby coś. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. Gdy siedział tak na brzegu.

Pewnego razu. e mo e nawet później przyjdzie regresja. Zespół solidny. Na korytarzu minął się z fryzjerem. nie tak jednak małego. umyślnie wyprostowany. W chwilę potem. e mimo i chodził po scenie. nie grał na scenie. czy to zawodowca. Podniósł koronę i udał się na scenę. wychodząc. przy szklance grogu. niedoścignienie mały.. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. który. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. ale spełniał funkcje pomocnicze. będąc za du y. ale wszystko to było sztuczne. kiedy. Je eli teatr stał. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . rozgoryczony. które w nim poczęło kiełkować. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. który z jego ojca. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. stać się apologetą imperializmu. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. widownia w ogóle go nie zauwa yła. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. nabił sobie guza na czole. przeszedł na syna. ba. równie liliputa. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. taki był mały. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. N a s z w treści. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. Zespół jednak był skompletowany. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. czy to amatora. Ale wreszcie. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. Nazajutrz ściął obcasy. taki rasowo. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. musiał się schylić. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. a lilipuci w formie.” Zwykli ludzie? Tak. e jest jednostką aspołeczną. pomimo e był bez nakrycia głowy. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. Spojrzenie było uwa ne i ponure. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. mimo obrzydzenia do samego siebie. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. e go nie dostrzega. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. który grywał role amantów i bohaterów. e lustro nie odbija złotej korony. Wmawiał sobie. występujący pod szyldem „Tyci”. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. stały. rozporządzał świetnymi siłami. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. miał powodzenie. Pamiętał. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. Sam przed sobą udawał. w której grał główną rolę — zauwa ył. Przeciwnie. poniewa był najmniejszy. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. zarzucił czytanie gazet. wychodząc z garderoby. Zarabiał dobrze. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. Nadszedł dzień. Miał nadzieję. choć usiłował je oddalić. w fotelu. zawadził koroną o górną framugę drzwi. którą miał na głowie. Rósł. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. Wieczór spędził jak sparali owany. po tylu latach. równie liliputa. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka.. e proces ma charakter przejściowy. usiłował nawet. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. Nie mo na się ju było łudzić. to przede wszystkim dzięki niemu. charakteryzując się w garderobie. liliputa-biedniaka.

sapnął do siebie. Wrócił potem do domu. Wiedzieli albo domyślali się. Musiał rozstać się z teatrem. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. Odwrócił się do drzwi. Przez okres prób męczył się bardzo. Ale bezlitosny czas. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. lecz ciągle. granatowe palto. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. gdy dopinał długie. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. wpatrując się w sufit. równie bardzo zdolny. potem był chłopcem na posyłki. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. zabawni malcy. 19 . który ju stał się dla niego za krótki. w miarę zainteresowany. w miarę rozbawiony. Potem w szatni. Siedząc na widowni śmiał się. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. odwijając miętowe cukierki z papierka. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. w sobotę. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. która niebawem miała wejść na afisz. jak zawsze. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. w „Zawiszy Czarnym”. Bez wahania. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. szepty milkły. z fryzjerem pośrodku. niemniej jednak du y. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. Po latach. ju ucharakteryzowany. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. Miał wra enie. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. Później imał się kolejno ró nych zawodów. zadowolony. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. powoli. gotów. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. Obok fryzjera drugi amant zespołu. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. trafił do teatru liliputów. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał.

to wszyscy widzieli. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. Chocia . Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. — Starsi. — Widzisz. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. Chrapliwy pomruk. kiedy dostrzegł.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. Pierwsza lwica. astma. — Człowieku. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. Bondani zni ył głos. które kiełkuje. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. eby go podra nić. W historii zawsze trzeba się orientować według tego. e jadłem marchewkę. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. — Nie mówię. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. — Odczep się — powiedział lew. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. eby lepiej widzieć. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. — Nic się nie znasz na polityce. sprawdził. Kajus nie był złym człowiekiem. mówię ci: nie ma głupich. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. Lew machnął ogonem. e nie chce agitacji. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. ale bał się. zamiast posługiwać się nami. e nikogo nie zjadłeś. ebyś od razu kogoś po erał. Dozorca lwów. Kajus podrapał się w głowę.. Czy nie przyszło ci do głowy.. marchewka to wielkie świństwo. wybiegła z tunelu. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. nie pomyślałem o tym. Mnie chodzi o moją skórę. co nowe. — U yłeś słowa „alibi”. Tłum powstał z miejsc. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. To lwy”. — Rzeczywiście. Ju był odetchnął z ulgą. e nadzorca. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. I co wtedy? Rewizje. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. prędko i miękko przebierając łapami. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. Igrzyska rozpoczęły się. Coś mi się wydaje. wrzuci go między skazanych. lwami? — Nie wiem. Oni po prostu chcą mieć alibi. Czy nigdy nie myślałeś o tym. trochę silniej. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. Kajus ukłuł go po raz drugi. tak dla alibi. spokojnie je marchewkę. zadyszka. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. między nami. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego.. Spróbował go więc namawiać. rehabilitacje. Ale mniejsza z nimi. Kajus zaklął. Lew skrzywił się: 20 . a potem i tak nikt ci nie uwierzy. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. co kiełkuje.. Dozorca westchnął. Jak przyjdzie co do czego. — mruknął z politowaniem lew. uzbrojony w długą erdź. Bondani Kajus.

Ciemnota kolonialna. doszli do władzy.. 21 .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw.. Krótkowzroczni koniunkturaliści. — Słuchaj — zająknął się Kajus. — No? — Jakby ci chrześcijanie. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. Idą na byle co. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki.. Element bez zmysłu taktycznego. wiesz. — Co — chrześcijanie? — No..

Przebacz mi. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y..Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. z tych. Przeczytawszy ten list. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. Abym nie zginął niespodziewanie. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. w rozkwicie moich grzechów. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. Eryk bardzo sobie krzywdował. o. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. a wy? 22 . O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. odjechał eszelonem. jak ka dy zresztą niedowiarek. Wołał. przywalony sufitem. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. Nie jest ju pacyfistą. wcielony do piechoty. Panie! Teraz ju wiem.. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. e nie chce odchodzić z domu swego. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. A ja. o. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. bracia i siostry. Tak więc. pamiętajcie. A wy. Kiedy dotarł do Kaukazu. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. które świadczy o tym. Bluźniąc w ten sposób.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. narzekałem i złorzeczyłem. aby mnie ocalić. e pewnej nocy w kamienicy. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. Zrobiłeś to po to. niegodny. a przede wszystkim oskar ał wojnę. Zupełnie nie rozumiem. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. A wtedy okazało się. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. e tak jest odeń daleko. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. Codziennie. „Verflucht!” — mówił. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. Najpierw był w Polsce. przy śniadaniu.

Sanacja. Znałem jednego re ysera. bracie.. jeszcze raz. Pływają tam meduzy. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę. A ja jestem roztargniony. w której le ał jego ojciec. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. Panno Stasiu — jak wy ej. Wszystko minęło szczęśliwie. Czuję do niego odruchową niechęć. jeśli chcą. W środku Wanda. Właściwie zima ma swoje dobre strony. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. „Hej kolego. jeszcze dwie głębsze. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. Przeniosę się do Wieliczki. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. Mo na by du o mówić. Czy uwierzysz. Zakąś serkiem. Wisła to królowa naszych rzek. „Hajda. I co? — zapytuję.. Zdolny był. poriedieł moj wołos. Mniej zachodu. 23 . mówisz coś? Ja te nic nie mówię. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. Ale te miałem wypadek. Człowiek wiedział. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. Tote trzymam się z daleka.. Taki Grunwald. trojka. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Tam czuwają — pomyślę sobie. Mam do ciebie prośbę. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. a tu nie ma dosłownie nic do picia. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. o ile mamy z czego.. si. I tak było. To z Asnyka. Ja osobiście wolę porzeczki. Postawisz sobie pelargonię. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. Łysiejesz? Ja te łysieję.. gdzie się szczęście znajduje”. Lato minęło. I chciałyby się czegoś napić. czy nie widzimy się po raz ostatni.” To z Jesienina. Tak. Świetnie je d ę tramwajem. I woda. bracie. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. czasem trafi się jakiś szakal. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. Weźmy te głębiny morskie. Kto wie. Nie pijesz? Ja te nie piję. bo mdli. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego. Na przykład taki jamnik. Ostatnie kukułki przestają kukać. Ja. na co go stać. Takiemu nie podaję ręki. Bardzo lubię zalesiać. nie warto wspominać. Najwa niejsze. Ka de święto lasu jest moim świętem. Historia nasza obfituje w szczegóły. snieg puszistyj!. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. Człowiek jak i inni. Wszędzie woda. A pelargonia trwa. Panno Stasiu. Koń izdoch. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. co. Trzeba się czegoś trzymać. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. Ale mimo to. węgorze. Panno Stasiu. A bo ja wiem. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. Nasze zdrowie.. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. dwie. Kiedy byłem mały. Głupstwo. Panno Stasiu.” Siedzisz i pędzisz przez pola... Owszem.. Szkodzi? Mnie te szkodzi. Ja nie z soli ani z roli. Las to zdrowie i mleko. piękny jak Capri albo Luwr. Mijasz sioła. Zęby mnie bolą. Panno Stasiu. Rozglądają się.. nigdy nie cierpiałem. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. Czy pamiętasz: „Si. W tym coś jest. Du o wody.. prosimy o dwie takie same. To piękny serek.. Sztuka a ycie. Konno nie umiem jeździć. czemu aden z nich nie wie. płaszczaki. Śmieszyło mnie to.. Proszę cię. Trzeba umieć yć. opustieł nasz dwor.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. Teraz są te spływy Wisłą. „Wsio praszło. Tylko za du o jeść nie mo na.. Nie kukasz? Ja te nie kukam. patrzysz...

— Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby. Wieśniacy siedzą na progach. Głos ich doleciał do plebanii. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. 24 . Mieszkał tam proboszcz staruszek. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. Słuchają. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty.. Na dziedzińcu zatrzymał się..Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. sobotnie popołudnie. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. bez której coraz trudniej było mu chodzić.. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby. stara. Herboryzował jedynie. a bogatsi na ławeczkach. eby dać koncert. Do polityki się nie mieszał. Zardzewiała była. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny.. A nicponie!. A orkiestra zebrała się. na przyzbach. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra.

jak w seminarium jeszcze. z dziedzińca kościelnego na placyk. z którym rodzi się i umiera człowiek. Sześciu stra aków z trąbami. Dotarł do drugiej furtki... na podwórku.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. Nale ałoby ich jednak skarcić. dam ja im — zagrzewał się poczciwina.. ile ju prze ył. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. Ale przecie . On sam. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka.. słychać było brzęczenie pszczół. Wiadomo: młody... I przypomniało się staruszkowi.. lubi się pokazać.. Lipy mocno pachniały. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. grali w palanta. w hełmach. ja te byłem młody. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie. — gniewał się jeszcze. Tu przed kościołem. Bo jak e to?. 25 . W krótkich przerwach między strofkami. — Urwisy.. Kapelmistrz miał pióro na hełmie. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni..

— grali stra acy. 26 . to na dół. powiedział: — Ej!... Stra acy obejrzeli się. Siwiuteńki..Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka. Pokłonili się pokornie. A on przystanął. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby... o lasce. Przestali grać. Proboszcz zbli ył się do nich. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. Ej!.. podniósł palec i kiwając nim to do góry.

znajdowała się w towarzystwie pułkownika. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** .. przedzierającą się przez chaszcze. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. który. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. tym razem autentyczną. Na szczęście nie była sama. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. na jakim przyjęciu. cal po calu. wysunąłem ku niej rękę. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. To. a więc w warunkach. było tylko dziełem przypadku. mnie głupiemu.. gdyby nie okazało się. Chwila taka wnet nastąpiła. zbli ywszy się do niej. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. e dłoń. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. dosypując całe naręcza point. poniewa sądziłem po prostu. Los jednak przyszedł mi z pomocą. Bowiem kiedy w pół roku potem. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. nale ała w istocie do mojego druha. e straciłem rozeznanie. jedną ręką podkręcił wąsa. udając najwy szą obojętność i chłód. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. e nie jestem taki nachalny. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy. Przełamawszy wszystkie opory. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. Na myśl. eby podejść i uwieść ją.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. Spłonąłem ze wstydu. Pocałowałem ją w rękę. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. podczas wspólnej akademii. Okrę ną drogą. ująłem jej dłoń. Jaka była moja radość. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. e jest jej dłonią. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. przeszła mimo. którą znalazłem tak blisko jej kibici. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. eby mi nie przeszkadzała”. i pragnie swoją zgubę odszukać. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. tote nie zdziwiło mnie to wcale. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. zapuszczałem się w puste aleje. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. e widziałem ją tam. poza krzewami. Kiedy przyszła na górę. 27 . Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. stanąłbym wobec konieczności decydowania. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. aby okazać się mę czyzną. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. mój znajomy dokonał prezencji.

28 . Bardzo mnie zawstydziła. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. Mówi. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. e jestem bardzo subtelny.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. wrócić i po yczyć jej. Następnie domagała się zapałek. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. dodając przyjacielsko. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. oświadczyła mi mimochodem. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. gdy . le ała. e jestem jak inni mę czyźni. Skinęła mi głową. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. jak mi powiedziała następnego dnia. Wreszcie. e tego się po mnie nie spodziewała. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. Nie powinienem jednak się skar yć. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. musiałem wyjść po nie. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. i poszła. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. ze wzruszenia zasalutowałem. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. lecz stanowczo. acz surowo. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. tłukąc się boleśnie.

Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. widząc. Wolałem sam przynieść. separującej mniejszości narodowe? 29 . Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. proszę pana. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. Nieustanny szelest kroków. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. — Szkoda. — Kiedy się wprowadzałem. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. — Wielka szkoda. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. który. przede mną te było prywatne mieszkanie.. — Cały rozwiązany. te sprawiał. Kiwnął głową. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. rozejrzał się i zagadnął. przenikający przez szyby. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. — Mo e tu kiedyś była redakcja. — Czy pan wie. ju nie ma. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. Sufit w pokoju był wysoki. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. według adresu. Ale zdaje się. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. ślepych. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. Po drugiej stronie był rebus. — Tak. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. Chwilę milczeliśmy.. Zdaje się. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. Rozwiązałem wszystko. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. Bie ący tydzień w BadenBaden. Sam rozwiązałem. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. strumień płynął dalej. e często myślałem o rzece. wycierając nogi. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. — Przyniosłem do redakcji. nie jestem profesorem. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. Kiedy wszedł. ślinionym ołówkiem. — Widzę. drzwi równie nadmiernie wydłu one. Miała barwę starych płytek do gry w domino.” — Rebus —— podsunął. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. e się nie orientuję. pięćdziesiąt lat temu. ale dawno — powiedziałem złośliwie. — Tak. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. e przedtem te było prywatne mieszkanie. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. Przepłynął i zniknął. wykonanych z kości. poziomymi kreseczkami. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. Oburzyłem się. czy mo e wejść. klamki brudno ółte i ozdobne. W pokoju było szaro. które zostały na powierzchni po topielcach. — Istotnie. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit.

Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Ale ja musiałem pracować. bo mówił. Myśl ludzka nie zginęła. Spłoszył się. Mo e się panu wydaje. e jestem za młody i e jak dorosnę... proszę pana. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. Zaczęli grać. Śmiałem się głośno. ale myśl ludzką trzeba szanować. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. Poziomo. e to tak łatwo. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. — dopowiedziałem uszczypliwie. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. Było du o obcych słów. — To było bardzo trudne. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. co znaczy Zeppelin. To nie ja wymyśliłem bombę. a pan ciągle z tym rebusem. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. e będą grali w karty. Czy pan wie. Taki przewrót. w Czarnogórze. — Śmieszny pan jesteś. Ojciec i stryj powiedzieli. 30 . to się pozapominało i troski ma się inne. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni. Oto rebus. Takem zaczął sobie rozwiązywać. ale ojciec mi nie pozwolił. e sam wszystko rozwiązywałem. taki kolosalny skok. Ale mogę powiedzieć. — Mnie reklamowali. tylko e jeszcze wcześniej. Nie umiał pan! — Bomba bombą. — Panie.. — A jednak pan mi działa na nerwy. republika weimarska. Siedzieliśmy w ogrodzie. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. proszę pana. — I dopiero teraz pan skończył.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy. bo było gorąco. Chciałem zagrać z nimi. — Pan myśli. Ja nad tym nie pracowałem. e miałem za du o czasu. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni.. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan.. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. złośliwie. proszę pana. Czy pan myśli. to będę grał. proszę pana. plebiscyty. Pan się śmieje. e się nie dałem. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. co ze szkoły. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem.. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach.

ja mogłem być dla nich wszystkim. e ujrzałem najpierw ich dwoje. Uśmiechając się nieśmiało. tłumaczył. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. którym wysłane jest jej dno. ju nie padało. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. e yją w niej mali ludzie. uśmiechnięty. czując. Okazało się. jasne spodnie. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. co odkryłem ze zdumieniem. Potem. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. a nawet podszedłem do lustra. e. 31 . eby znaleźć okulary — zobaczyłem. W kawiarni widziałem się z kimś. i tak zostały pochlapane. e właśnie teraz jest sposobna pora. e mieszkają w maleńkich domkach. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. ale bezskutecznie. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. e mają kłopoty. Odszedłem pod mur. Wpatrywali się w siebie. ziarenkowych oczu. delikatnie dawszy im do zrozumienia. kiedy wracałem do domu. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. Uśmiechnąłem się. odzianej w granatowy wełniany sweter. która ni stąd. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. Wreszcie. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. Byłem po śniadaniu. Z góry cieszyłem się myślą. czym zmiana pogody na niebie. Byli tak mali. problemy. równie mieszczących się w mojej szufladzie. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. abym im pomógł. Wyglądało to na prośbę o pomoc. Powtarzam. On — wielkości połowy mojej dłoni. moim głosem. Wyjaśnili mi swobodnie. śmiałem się. ona — jak mój palec serdeczny. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. zgrabna i złota. kto sądził. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. e jest tam nawet mała uliczka. W mojej szufladzie kryły się światy. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. uczucia. niecierpliwym ruchem ręki. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. miłości i niechęci. muskały jej plecy. a mo e coś więcej. w doskonałym humorze. bo moje nowe. Byłem łaskawy i przyjacielski. Wziąwszy się za ręce. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. zobaczyłem tam te horyzont. Bo to był przypadek. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. o jasnych oczach.. ale miła i młoda para. e muszę wyjść — udałem się do miasta. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej.. Zmiotłem ich wszystkich jednym. mogła na nie wpływać. o którą wspierała się wysunięta szuflada. Nachyliłem się. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. e mają rodziny bli sze i dalsze. Włosy spięte na karku. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. Zresztą nie okazywali trwogi. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. artowałem z nimi. na których bardzo mi zale ało. jak wielkim autorytetem będę dla niej. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. przypominające błyszczący wiórek. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej.

. Niech ojciec weźmie tę rękę. ani nawet myślą.. pomocy.? Właśnie — co? Jak. 32 . Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. Jedno z tych zwykłych. biedną dziewczyną... Jest na stanowisku. bardzo ałuję. I wtedy zobaczyłam... długi. jak e . był taki zdolny.... praca. ale niegroźne. drzewa. naprzeciw siebie.. mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach. i mama płakała. Nie zdradziłam go ani razu. W chwili kiedy podnosił fili ankę. proszę ojca.? Tak. Organy grały i miałam długi... Nie...Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie... to była pró ność. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi. Oczywiście. Pokój obity tapetą w malutkie. dziesiątki tysięcy malutkich.. ja.. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać. nie.? Słucham? Ach.. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. cie. potrzebuję.. proszę ojca...? Więc o co chodzi? Ach. Po siedmiu latach po ycia. Miałam du e oczy i długie warkocze. nie. Był wielki i mocny. po. ró owych kwiatków. Siedzimy rano przy śniadaniu. kogo ojciec chce. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. Namówiłam go. Ja byłam młodą. nie wiem. i..? Oczywiście...... oczywiście. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród. Czy ojciec mo e.. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli.? Zaraz... Nigdy. nic podobnego. wszyscy go szanowali. nie. Lubiłam je dotykać policzkiem... To ja... To zbyt trudne do uwierzenia. nie zamierzonych spojrzeń. dlaczego.. eby odpoczął. . nie wiem czy potrafię. On przyjechał samochodem. .... . Zawsze był stanowczy.? Och.. W tym roku pojechaliśmy na letnisko. rady.? Ale . biały welon.. ale on nie. ... słyszałam o tym. . zdarzały się nieporozumienia. kraj.. . Potem pobraliśmy się. ojcze.. nie płaczę.... . Ach.. tak. . Tak. ale delikatny.. to ja przychodzę. bo jeśli to grzech.... I było kadzidło. taki zasłu ony!. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo.. zaraz dojdę..? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy..? Mo e.? Nie.... e wyszłam za niego z miłości....? Te nie. i lilie..? Proszę? . Był pełen planów. co te ojciec znowu.. . przyszłam tutaj. ró owe kwiatki.... . Czy ojciec uwierzy? . ojcze duchowny. a nie on. ogromna odpowiedzialność.. Byłam mu wierna. spojrzałam na niego. wiem.? Nie. to jest.. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście. nie zmienił się i po ślubie. tak. . Ale przecie to ja się spowiadam. .. Mam mę a.

Widocznie miałam szeroko otwarte oczy.. on jest z plasteliny. Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 .. Cały... Sztuczny. On był zawsze.? Wtedy.. dopiero wtedy zobaczyłam.. Pochyliłam się nad nim. e on jest z plasteliny. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz. .? Tak. proszę ojca.Sławomir Mro ek – Opowiadania .? Uniewa nienie mał eństwa? Ale .

w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. Blady. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . bo znowu trzeci byłby bez niczego. to ci poka e!. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. ebym nie zdejmował berecika. Ka demu się wydaje. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. Jednak ślimak zajął Zygmusia. wchodząc do klasy. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. bo ślimak ma tylko prawą nogę. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. tak odpowiedział na pytanie. ale posługujących się tylko gwiazdami. to znaczy. Przyszedłszy do domu. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. co to jest ślimak. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. Zygmusiu. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. z którego wyrabia pierogi”.. co wiem o Zygmusiu. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. Gdy pojawił się ostatnio. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. jest ju późno. bo się przeziębię. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu.. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. e masz dobre serduszko. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie.. Pewnego razu. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. eby go uznali. nie zdjął berecika. e to nieprawda. Rzeczywiście. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. co było w szkole: — Pan profesor mówił. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. Zygmusiu. Otwórzmy jego kajecik. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. Pierwszym tematem. idź spać. e ślimak kopie lewą nogą. bo siedział pod ławką.. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. Zygmuś powiedział: — Czekaj. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. ma odstające uszka. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. ale ja mu powiedziałem. Dzisiaj ju nawet wiem. e wie. Dlaczego nie uwa ałeś. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. z du ą główką na cienkiej szyjce. jak Zygmuś wygląda. Kiedyś. — To ładnie. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. ja ju jestem przeziębiony. A jednak jest w nim coś. Ale on nie uwa ał. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku.

I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy.. jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. Miły. Taki jest Zygmuś. w którym miejscu mają tatusia szukać. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. ale najlepiej w domu. bo mówi. Strze cie się go. Ciocia mówi. ale. e zawsze razem najraźniej. e wszędzie dobrze. 35 ..

— A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. Ty w skupieniu. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. — No no. z czołem przeoranym zmarszczkami. — To jest — dzwony owszem. generale — myślałem — ale wiesz. choćbyśmy mieli maszerować. to czarnymi od błota. kiedy mamy werble. to — mruknął generał. — Godzina walki. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa..Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. pochrząkał. Przywitał się. — Nie.. dyskretnie przysłaniając sobie usta. bo na biwak spadła nocna mgła. Gdy odezwie się mój werbel. lekko poirytowany. — Nigdy! — huknąłem. Nie ustaniemy.. — Ot. krok. myśląc nad czymś. obmyślasz strategiczne plany. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. — O. kiedy podszedł do mnie generał. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. — I taka mnie ogarnęła 36 . — Tak. — Późno jest tylko dla wroga. A ka dy nasz krok. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach.. Ka dy nasz krok. e twój wierny dobosz czuwa. biłem w jego matowo. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. prawda? — zapytał generał niepewnie. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. to. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. pochwalił rząd i państwo. słusznie — przytaknął. która wybiła! Niech zabrzmią działa. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. generale.. — . maszerować. brunatny i biały. obywatelu generale! — podchwyciłem. dumna. — Ja mówię. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. Bęben był du y. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. tak. tak. uderzając w bęben z podwójną siłą. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. nie. Generał ukazał się w stroju niepełnym. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. to jasne jutro. — Słusznie.. a świat po obu stronach bywał zielony. — Tak jest. złoty.. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. świadczący o mojej pracowitości i ochocie. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. ale od czasu do czasu. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla... — Nigdy odwrotnie. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. bardzo słusznie — zgodził się generał. dniem i nocą. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. cały płonąc. dla nas nigdy! — krzyknąłem. I ty. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. — Na co nam dzwony. zale nie do pory roku. Zostałem sam. — Odszedłeś. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. panie.. Trząsł się nieco. ale jakoś smętnie.

e to z zimna. nasycony ideą. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. o którą walczymy. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. bardzo dobrze. e tego. ró owe obłoczki. — Więc powiadacie. Potem rzekł głucho: — Dobrze. — I odszedł.. Noc ju zapadła głęboka. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. Myślałem. gotów jestem bębnić póki ycia. otoczył mnie w milczeniu. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. zziębniętych rąk pałeczki. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. 37 . Wkrótce potem aresztowano mnie. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. nie mogąc zasnąć. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. generale! Nie pokona mnie ani chłód. Generał zgrzytnął zębami. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. Głos miał ochrypły. ani przypodobania mu się. W dolinie rozległa się cisza. ani senność. a ja z całym arem młodości. wyjął z osłabłych.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Ront. taka wola poświęcenia dla sprawy. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. który wykonywał ten rozkaz. Zawsze byłem szczerym. które wyraźnie słyszałem. e mo na by to w ten sposób pojąć. Wzruszyło mnie. zdjął mi z szyi bęben. e będziecie jeszcze bębnić. Czasem tylko. Pojawiły się pierwsze. Nie pozwalał na to regulamin. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. Nawet przez myśl mi nie przeszło. Witało je tylko zdrowe chrapanie. co? — zagadnął. Był to generał w koszuli nocnej. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. kiedy mijaliśmy namiot generała.. przewracał się z boku na bok.

ale bardzo obszerna.. którzy chcą i mają. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. Wzdłu kafelkowych ścian. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. buchaltera i sprzątaczki. i co? Straszna samotność. Większość spała. do u alenia się. ale nie mają za co. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. a stamtąd do następnego pomieszczenia. którzy te pragną w danej chwili wypić. z urządzeń pozostała tylko wanna. Oni stanowią skład pogotowia. serdeczny. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. ale chcą. — Więc humanizm. wszyscy śpią. — Zwycięzców trzy. Wróciliśmy do pokoju administracji. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. — Halo. przyjęte. kiedy ma ochotę wypić. Mo e pan mi towarzyszyć. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. przedpołudnie. je eli pan ma ochotę. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. jak zimne światła odległych galaktyk. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach. potem kolega musi odjechać. Muszę wyjść na chwilę do personelu. Pije pan z kolegą. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. współczujący. proszę pana! Ilu jest ludzi. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. Albo ma pan wolny dzień.. Wiadomość w sklepie. taki. Odło ył słuchawkę. gotowy. w ółtym świetle arówki. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. ale nie ma z kim. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. czynnego całą dobę bez przerwy. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. ulica Zwycięzców? Tak jest. Zaraz poślę dy urnego.. ale bez szansy porozumienia. mo e dać się we znaki. którzy nie mają. oddany. Odprowadza go pan na dworzec. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. Dzięki nam odnajdują się ci. który nigdy nie powie: „nie”. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. szefie? — zapytał ochryple. zapinając guziki. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. chętny do pomówienia o wszystkim. — A pracownicy? — To zale y. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. kole eński. 38 . siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. Z pokoju kierownika — od frontu. wraca z dworca. tak nieznośna dla ludzi pijących. spragnieni i smutni. — W porządku — mruknął opuchnięty. teraz naprędce przerobionym. — Jaki adres.. kiedy samotność. znajomi w pracy. Co pana czeka? Osamotnienie. knajpy jeszcze puste.. których pan widział w dy urce. tak. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. Była to niegdyś łazienka.. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. i ci. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. telefonu. tak. z balkonem — przeszliśmy do korytarza.

— Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. więcej. Wiadomo przecie . eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. e świat jest piękny. ona go porzuciła.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. ale takiego. specjalista od kultury Majów. Muszę przyjąć raport. chętniej. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. 39 . Do nich wysyłam pijących poetów. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. tylko ludzie są źli. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. Marysiu. Są tacy. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. gdyby nie my. — Eksportowa zakrapiana. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. Zdarzają się klienci wybredniejsi. e w towarzystwie pije się lepiej. — Halo. do lasa”. miał cię kie dzieciństwo. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. których by nie wypito. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. którzy pracują dla nas na zlecenia. — Czy mo e pan nas poinformować. tu Spółdzielnia „Jeden”. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. Ep! Mówi. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. który opuścił przed ukończeniem seminarium. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. przecie nie poślemy mu byle kogo. Dzwoni do nas profesor. czyli „Na jednego”. ale nie tylko. — To ja pójdę — zaproponowałem. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Chce mieć kogoś. Na biurku zadzwonił aparat. Kierownik rzucił się do słuchawki.

O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. Chłopiec na posyłki. „Sero venientibus ossa!” — okrzyk. który się zestarzał — starzec na posyłki. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. Ziemia posiada kształt balona. łączcie się!” .. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. O florze. ale jednak najczęściej to. który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. „Twoja być biała”). Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. Nie w ka dej muszli słychać morze. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. a to z powodu chrypki... Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. ale: „Pańska być” (np..... Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. 40 . faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku.. . Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . „Pańska być biała”).Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE .

Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”..Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach. gdy umrze: zaświatowiec. „Więc to na zawsze.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek..” — westchnienie. który był przedtem. Historyczne: Atylla — pejcz bo y. Światowiec... ... Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera. 41 ... jakie wydaje się po przybyciu do piekła. .. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? . który jest w letargu. .

mama Lucusia i babka Lucusia. Sprawdza tak e rolety na oknach. niezłomna matrona. On się nie załamał. Serce Lucusia zamarło. jest tylko dumna. jak ju wspomnieliśmy. Czy Lucusiowi coś grozi?. Lucusiu. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju.. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia. Pozostali — krewni Lucusia. do kogo nale y pióro. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego. Mówi do swojej córki. Lucuś jest bohaterem. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. Starannie zamyka się w kabinie. gdy dzieci ju poszły spać. „Je eli zidentyfikują. z nie tajonym podziwem: — Znów?. gdzie zwykle. prześladowcy. e nie ma wyjścia. w pantoflach.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności. — Gdzie?.. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. mieszkająca osobno.. krą y niejasna. wiedzieli o tym mniej lub więcej.. e gdyby chciał i mógł.. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz. W tym słowie jest wszystko. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu.. Natomiast babka Lucusia. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. przejęta własnym zuchwalstwem. galopujących przez równiny.. Gdyby Eustachy ył. to miałby wiele do powiedzenia. Zdarza się. Lucuś jest ostro ny. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni. czy nikt nie podsłuchuje.. Zdaje się.... Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. uwa aj na siebie.” — i śmieje się groźnie na myśl. ale jest z niego dumna. zmienia charakter pisma. ona Lucusia. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. działałby tak samo jak Lucuś. Ha ha. znajomi. Jego mama niepokoi się o Lucusia.. podchodzi do drzwi. ten Lucuś. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego.. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. a Lucuś siedział przy lampie. Ach. — Ty. Ró ni ludzie. Był pewien. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. — Wasz ojciec mógłby tak samo. codziennie. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. no no. Cała jego postać wyra a męskość i siłę.... ale domowi wiedzą. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. ba.. — powiada ona.. Na przykład pewnego razu. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. Łomotanie nie ustawało.. — zapytuje dalej ona. e to oni. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. Gorączkowo starł świe y napis. Lucusia.. e przychodzi do domu rozpromieniony. On wstaje. Wśród bliskich znajomych Lucusia. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać.... Lucuś im daje. milczący. którym to napisałem.. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 . kładła mu głowę na kolanach i długo.

niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. ale wprowadzają stan wyjątkowy. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam.. Lucuś poznał się na tym. Lucuś jest zbyt przebiegły. Tego wieczoru długo stał przed lustrem. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. czerwony na twarzy. Wrócił do domu.Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. — Czego? — zdziwiono się. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. Tak Lucusia nie wezmą. chodzimy do lasu. 43 .. Ale postanowił. Dobrnąwszy do pierwszego domu. — My. w poprzek. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. A na nich. Nie.. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. Wysiadł na następnej stacji. a więc są ju w hotelu . Poszedł na dworzec kolejowy. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. widniał brutalny napis kredą.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. zapytał o ubikację. panie. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. gdzie i Lucuś. choć tam te był ostro ny. Nie wątpił. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. uboga wioska. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. W zagajniku było ju mroczno. Wsiadł do pociągu. przystanął i zamarł. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. Lucuś poczuł się jak husarz. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Postanowił jednak walczyć nadal. Opodal le ała niewielka. sprawdzając.

Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. Uzyskawszy dwa dni urlopu. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni.. e była jego kochanką. Przesadziwszy mur. Autor listu nie podpisał się. rozległo się donośne. prowadzący za uzdę konia. Przed stacją legitymował mnie milicjant. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. I popatrzył mi badawczo w oczy. zwany powszechnie kucykiem. Dowiedziawszy się. przywiązany do słupka.. W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. a kiedy nie ustępowałem. e o niczym takim nie wie. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. Powiedziałem. w sprawie rodzinnej.. — . Było to miasteczko. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. Ale. czy wam wiadomo... o której wszyscy wiedzieli. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. z czym przyjechałem. Grabarz z kucykiem. o co chodzi. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. W tej chwili spoza drzwi. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Był to ogromny. przybyłem do N. e i tak się nara a. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. Przewodniczący był energicznym. za trwonienie majątku państwowego. jakie wydaje tylko mały konik p o n y .Ale? — Ale to musi potrwać. Tak. pięknego kucyka o lśniącej sierści. 44 . to r enie w Powiatowej Radzie. którego nigdy przedtem nie widziałem. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. ponury chłop. powstańca z 63 roku. na jaki napotykałem wszędzie. Tak. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. jak powiedziała mi jego ona. postaramy się ją wyjaśnić. tak potrwać. Przed budynkiem stał. e prochy mojego dziadka. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. stanąłem jak wryty. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. Milicjant był na kucyku. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. dziarskie r enie — r enie. gdy . został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. dając do zrozumienia.. ofiarując im po kucyku”. Nie zastałem go jednak. a właściwie małego. Odwróciłem się i wybiegłem. kucyk przed Miejską Radą. informując mnie o fakcie. rasowe kucyki. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu. sam się oburzył: — Tak. malutki konik. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. Wasz dziadek? Tak. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. Ale doszedłszy na miejsce. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady.

45 . Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. e zamieszkująca w D. Pojechałem do D. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. byłą nierządnicę z Klondike. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. weteranka ruchu emancypantek. który na jej miejscu ulokował swoją babkę. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. w domu starców moja babka.

jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. e ka dy od razu wiedział: o. ile cię trzeba cenić. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Oba były dobre. skierowała się do domu. co to jest poezja. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. wyglądała tak właśnie. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. Pończochy ściśle obciągnięte. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. kiedy wraca ze szkoły. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. Ile cię trzeba cenić. Wszyscy zdziwili się. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. Równie nasza malutka. ten tylko się dowie. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. e z gnidy była. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. Uczennica z pierwszej ławki. Kto cię stracił. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. zjadła rosołek i gulasz.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. co to jest poezja. Jeden: „zdrowie — dowie”. a w domu nauczyć się na pamięć. dzwonek — ogonek. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. domek — Tomek. a buciki tak czyste. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. a pani nauczycielka zganiła go za to. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. który siedział w ostatniej ławce. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. ani za chude. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. wzorowa pod ka dym względem. ten tylko się dowie. jak wygląda posłuszna córeczka. bez brzydkich obwarzanków. która je po ywne obiady i nie grymasi. starannie omijając kału e. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. 46 . Teraz dopiero zauwa yła. a ona ju umie coś nowego. Ucałowała mamusię i tatusia. Było to dziecko ani za grube. natychmiast wypełniła polecenie. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. a drugi: „wiesz — wesz”. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. to znaczy. wiecie ju . Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. kto cię stracił” — i drugi. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem.

na ka dej było coś nadrukowane. od lewej strony do prawej. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. który niczego się nie nauczył. a wieczorem miało gorączkę. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. to śledzia po japońsku. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. W szkole przyzwyczajono się do niej. O czym donoszą smutni ałobnicy. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. 47 . Mój Bo e. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. Nikt nie wiedział. wywołana przez panią nauczycielkę.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. A kiedy przychodzili goście. wyrecytowała to. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. Reszta lekcji minęła spokojnie. Postanowiła zostać poetką. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. zabili go dłu nicy. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. choć nie zawsze były to wiersze. Ciągle nic nie umiał. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. bo inaczej będzie srom. Nazajutrz. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. więc nauczyła się według kolejności. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. Oraz wiele innych. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. Tylko koło Józefka było zamieszanie. tego „wiesz — wesz”.

a wy wcią o deszczu. — usprawiedliwiał się wezwany. i a dziwno i straszno. padały deszcze. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. cienkich nó kach. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. Z troską patrzył w niebo. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. Nie tej największej wprawdzie. Burze nie ustawały. du ymi literami i tak. owszem. Ró nicy adnej nie robił. czy długo padało.. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. niwa idą. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. ogrodzony białym płotkiem. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. No nie. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną.” 48 . Wiedział. je eliby ją kto zapytał o pogodę. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. ale pisał dalej. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. e państwo cię ko pracuje. e leje! — No tak. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. Je eli słońce — to samo. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. ale zawsze do władzy. więc się przykładał. eby władza. Robotę miał stale. Rozumiecie jednak. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. po kole eńsku. a ile tego. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. mnie nic do tego. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. ale brakuje wam kręgosłupa. kręcąc głową. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. e zachodzi tylko pozornie. mimo e oddalonym. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. a jedynie. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem.. na którym le ał plik papierów. ale to przecie wszyscy wiedzą. w istocie bowiem ono świeci zawsze. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. Raporty pisał kaligraficznie. ale ja tak z yczliwości. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. jak było: je eli padał deszcz. Mo e by nawet został pod gołym niebem. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. — Przecie pan kolega sam widzi. Słońce błysnęło. Bardzo się te ucieszył. wiały wiatry i świeciło słońce. Deszcz pukał o dach. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. to nie spoczął.. Naukowo. Obok zamieszkał kierownik placówki. eby zdobyć ten grosz dla niego. Nucąc. było gorąco i ziemia zaczęła parować. e to od deszczu. skąd ta inicjatywa. niewielki jakby ogródek prostokątny. Ot. co powiedzieć. schronił się więc pod dach. Defetyzmu nie będziemy tolerować. a młody został i pisał sprawozdania.. stojącą na wysokich.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. Wziął parasol i pojechał. Zbli ała się godzina raportu. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. przetykane deszczami. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. dostał kataru i musiał się poło yć. Kierownik był człowiekiem sumiennym. Władza przyjęła go w pięknym domu.. ale bał się grypy.. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę.. kolego.. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada.

dopisane ju ołówkiem. a nawet zadowolony. Tym razem wzywała go władza centralna. którym chciał rozproszyć chmury. Jak wykazały badania. I pod spodem. który musiał zastanowić władzę. e kipnie lada moment”. A potem ju nic nie mąciło pięknej. Czuł się dziwnie spokojny. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. dobrze się ma. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. które spowodowały pewne wylewy. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. ale spadł grad. słonecznej pogody w jego okolicy. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. Napisał. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. Na drugi dzień znowu grzmiało. Na trzeci — nie grzmiało. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. Napisał o tym. Zginął od pioruna. ju na poczcie. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. a wszyscy ju myśleli. Niektóre nawet wierszem. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. słonecznej pogodzie w jego rejonie. I kiedy uderzył pierwszy piorun. co się urodził wdowie we wsi. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. 49 .

kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy.. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. Zęby dzwoniły. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. rodzice.. jak ja pamiętam. Świetny matematyk. A i o przyjaźń. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. Słowo wam daję. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. Nowo eńcy. to nawet nie brzękło. nie siadaj koło barometru. Nagle. Zygmusia. bo zima. ludzie się poschodzili. jakie zdolne. Dlatego te często się do niego zwracali. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. Zasadniczo tak. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie. nie jest dzisiaj tak trudno. Zygmunt. Pułaski to był wódz. są tacy.. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami.. modrym Dunajem”. Czasem. towarzysz zabaw jej dziecinnych. Ale to jeszcze nic. a ten drugi nic. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. który ofiarował radio — po lewej. Bardzo zdolny. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. jako ofiarodawcy. Ślub i wesele były piękne. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. Franio. co złapano. * Hej. bardzo zdolny. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. prawda. e on umie naśladować kukułkę? No có . — Pamiętam. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. Lu. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. prawda. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. Więc powiadacie. a mróz był silny. Ale on potrafi. A 50 . zaś ów młody człowiek. to był walc „Nad pięknym. Wszyscy ów dar podziwiali. jak nie uderzy drugiego.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. Ale jak przyszło do dzwonienia. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. bo opada”. jakeśmy go poprosili. * Pamiętam. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. — Uczyła się doskonale. którzy nie potrafią. No. Wesoły był chłopak. Ja bym na to nie wpadł. a poza tym hojny gest Frania. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. Taki ju był. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. — Zawsze była miłym dzieckiem. — Jakie toto było przylepne. jak się jeden nie obróci. ile to było radości. cicho szemrząc. rozrzewnieni. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. którzy potrafią i tacy. a tu drzwi się otwierają. Idę ja raz ulicą. mimo wszystko.

co i jak w tych murzyńskich krajach. Pan Franio ją nauczył na podwórku. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. przeciwnie! — zawołała mama.. w której ró ne sposoby były opisane. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. jak podejść do takiego Murzyna. Pamiętam. Czasami. Prawda. co wy. a Wacek pozorował Murzyna. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. Sport. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. a Wacek mnie nawracał. ludzie są ró ni. Wypytywałem go. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. Prawda. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. niwa były. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. modrym Dunajem”. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. * Wuala. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. Czytaliśmy te a do zmroku. radość. ale on dopiero się tam wybierał. to i próby robiliśmy. omłoty. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. ycie. misjonarz. tak dobrze je poznałem. W tym okresie trochę go zaniedbałem. Trzeba przyznać. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. Cały w sutannie. jakeśmy się zapalili. zanim mu się udało. później sam się rozkręcił i mówił. panie Franiu? Pan Franio przytaknął.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. jak to Murzyni lubią misjonarzy. dla świe ego powietrza. Chocia trochę się krzywił na to z początku. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. rozmarzona. bywało. — Przewa nie jest śliczna pogoda. to on mnie i tak w końcu nawrócił. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. — O. mógł się tym zajmować godzinami. ja szedłem w pole. Wiadomo. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Nieraz. tak gdzieś w połowie lata. Najciekawsze było o tym. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. e miał spryt do tego i bywało. ot. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna.. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. Potem. eby go gładko nawrócić. Pan młody z zadowoleniem myślał.. Ucałowaliśmy się z dubeltówki.. nakładając sobie porcję sałatki. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. a przy dobrej pogodzie to i więcej. Ja zaś tak się poduczyłem. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. Wacek. Czasem nas obu zapał porywał. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. Jednak matka. ciągnęła dalej: — Młodość. Wacek jak Wacek. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. wycieczki. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. Od razu się nauczyła. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. wesołość. śpiew.

— Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Potem jest za mało czasu. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. e nic mnie nie obchodzi. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. kiedy zabierał mi damę albo konia. to potem ju trudniej. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Ja wtedy: — Sól solą. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. rozumie się. Nawet pogwizduję z cicha. e był bardzo podobny do Murzyna. dla dodania sobie kontenansu. Wacek prosi. Ja nic — te się zaciąłem. W ogóle jak się lepiej zastanowić. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . ebym mu podał sól. dać im popróbować. Usiadł sobie nad stawkiem. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. Przykro mi się zrobiło. Rany boskie! Nikogo nie ma. a muliste dno niezgłębione. Nawet się ofiarowałem. Zawsze jednak byłem delikatny. ale ju . a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. Od czasu do czasu. napomykałem. to sobie pójdę. a Murzyni — Murzynami. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. nie na werandzie — ze względu na chłody. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. Patrzę. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. znajdowałem. Wtedy zacząłem się niepokoić. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. Obraził się. Milczę. Tylko tataraki chwieją się. trochę suszonego makaronu. Skończyłem jeść. bo wieczory stawały się dłu sze. bo zawsze coś wypadnie. no i zdrowsi by byli.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. tyłem do domu i siedzi. Raz przy kolacji napomknąłem. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. zawsze to przecie — Wacek. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. a Wacek nie wraca. 52 . pokazać. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic.

poniewa usłyszał kroki. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy. powiadam wam.. niechaj nie zstępuje. Podniesionym głosem czytał: — „. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. kiedy znalazł się na miejscu.. niechaj się nazad nie wraca. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. e nędza ta.” Spojrzał na salę. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. Ojciec pastora był równie pastorem. Młody pastor Peters. aby wziął szaty swe”. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. Podniósł głowę.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie. e młody pastor Peters miał tremę. — „. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. Potem umarł. Stało się to w chwili. postąpili słusznie. gdzie podawano im zupę mięsną. udawali się na dziedziniec. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie.. abyście sobą nie trwo yli.. Albowiem musi to wszystko być. w liczbie kilkudziesięciu. Zdziwił się i oburzył. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy.. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. z których składała się większość wyznawców tego kościoła.. Przeło eni. a wysłuchawszy kazania do końca. ale i szczególnie miłe Panu. i trzęsienia ziemi miejscami. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Mateusza. kiedy miał szesnaście lat. mimo tego. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. jest właśnie karą za grzechy. Potem znikali a do następnej niedzieli. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. który by nie był rozwalony. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. Owi wierni. Pojechał do Tokio. będąca wynikiem wojennego zniszczenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. a tak e radcą prawnym kościoła. i będą głody i mory. któremu słu ył. i tezę równoległą. To miasto nie było podobne do San Francisco. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. aby co wziął z domu swego. Młody pastor Peters posmutniał. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. nie zostanie tu kamień na kamieniu. którzy wysłali młodego pastora. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Ale jeszcze nie tu jest koniec. letniego dnia. Siedzieli szarzy i pokurczeni.A kto na dachu. 53 .. Siadali milcząco na ławkach. A kto na roli. Pojedziesz do Hiroszimy.. kiedy wchodził na kazalnicę.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . Trzeba powiedzieć. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach.

Wychodzili w porządku.. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. Zamknął Biblię. na ulicę.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!.Ale kto wytrwa a do końca. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk. Więc doczytał ostatni cytat: — „.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. który kiwał się i chybotał. nie chcą zabrać do kina.Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu. to Słowo. Stojący dalej od drzwi czekali.. Wojna zabrała mu słuch. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo. — „. a przejście będzie wolne. 54 . Dlatego i teraz jedynym sposobem. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Był to łysy staruszek. Sala była ju pusta. ten zbawion będzie”. po czym znowu odzyskiwał równowagę. nie byłoby zbawione adne ciało. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą... którego rodzice. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze.. jakby za chwilę miał upaść. Przeto módlcie się. Gdyby nie były skrócone one dni. Spał. nie tłocząc się. ani potem będzie... jaki nie był od początku świata a dotąd. wbrew solennej obietnicy..

To ja. Matki dawały je za przykład dzieciom. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. Dwa granaty ręczne wystarczyły. Ale ju wkrótce z łazienki. zobaczyłem. aczkolwiek dziwnie zmęczony. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. 55 . e na podwórku. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. stało jak przedtem. Dzień drugi Dziś rano. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. Ale — nie.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. współczując biednemu zagadnieniu. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. czy zagadnienie jeszcze stoi. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. rozległa się nagle seria broni maszynowej. który je kiedyś mimochodem postawił. wróciłem do domu. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Działacz. Tam nie obyło się bez torpedy. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. stojące jak i dnia poprzedniego. dając wesołe znaki. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. e następne bitwy tak e wygram. do której się udałem. e zagadnienie le y. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. Celnie wymierzona. biłem się o umycie zębów. Wreszcie bijąc się o wszystko. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. mę czyźni zazdrościli mu. przed bramą. podbiegłszy do okna. kiedy pewnego ranka. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. Chciałem zjeść śniadanie. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. stwierdziłem. eby sobie usiadło choć na chwilę. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. zasnąłem. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. szybkobie na. stało ciągle. przy którym skaleczyłem się szablą. Poło yłem się spać z niepokojem. Wyniosłem składane krzesełko. Tote wielkie było poruszenie. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. szczęśliwy. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. wyjrzawszy przez okno. nie zmieniwszy pozycji. stoi zagadnienie. Mimo lekkiego oporu. Kiedy potem wychodziłem z domu. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. Nie cierpiało ju długo. eby wyjrzeć na podwórko. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. Po południu zastałem je bez zmian. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. Przyzwyczailiśmy się ju do niego.

e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. Tu zwracam się do sztuki.. ni sądzimy. — O. w szarej marynarce. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. pomijając ju to.. no. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia.. wie pan. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. e ja tak nachalnie. Spojrzał na mnie obojętnie. Wzruszył ramionami. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. co pan mówił — doprawdy. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. co my mo emy wiedzieć? — Tak. I. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. co mo na by nazwać krasnoludkiem. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. starej i pustej. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. i piłem swoją herbatę. z teczką. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością... Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. — Nieraz.. starzałem się miarowo. e to jedno „coś” — to ja. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. człowiek jest zbyt zalatany. ale i nie najmniejszego. ale 56 . a to drugie „coś” — to pan. ale chyba mo na to przeczuć. e przez stolik idzie to. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili.. wyobraźmy sobie... zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. — Tak. proszę pana — kontynuowałem. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy.. — Ale czy nie trapi pana wra enie. podniecenia. kiedy zauwa yłem. W takim razie. odpowiadając: — Po staremu. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. — A co do tego. hm. która — chocia by dzięki samej sytuacji. eby stwierdzić. tak — podchwyciłem chytrze.. czasami mi się wydaje. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. — Więc. zarabiam na utrzymanie. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. Trzeba yć. i głębsze. kiedy go zobaczyłem. który zasłania nam właściwe pole widzenia. powierzchnią. chcąc jakoś wybrnąć. proszę pana — powiedział. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. wy jesteście?. — Jasne. ni dostrzegamy? e nasze drobne. zgoda — nacierałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni.. nawet w pewnym sensie — empirycznego. Widząc wreszcie. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. niepokój. rezygnować z niej. jestem obywatelem kraju niedu ego. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. Ale jednak. Czuję. Bardzo mały osobnik. Dzień był zwyczajny. naturalnie. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. Albo w ogóle jakieś znaczenia. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. — Mo e pan ma i rację. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. na wszelki wypadek. Zebrawszy się w sobie. zacząłem układnie: — Po staremu. pan sam wie. Byłem tak zaskoczony. oczywiście.

ale nie dla nas. Musiałem to wykorzystać. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. dzień idzie za dniem. ycie mija. — Słowo? — upewniłem się. — Słowo honoru. to i tak trudno do czegoś dojść. Wiedziałem. to dobre w ksią kach. którym z nieba nic nie spadnie. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. proszę pana. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. Przecie pan jest dorosły. — Pan myśli. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. podwójne dna. — Powiedziałem ju przecie . — Czy ja wyglądam jakoś tak. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. złote ziarno. co pan. — Ale słowo panu daję. Oto miałem przed sobą kogoś. — Do zobaczenia. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. nieco pocieszony. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. ni mo na się było spodziewać. co człowiekowi zostaje. e coś tracę. to brać ycie po prostu. Puściłem guzik. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. poniewa ograniczeni jesteśmy. e mija tak sobie.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. prawda? — Panie. zwykłych krasnoludków.— A co pan sądzi. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. przecie muszą być jakieś subtelności. — Więc nie powie pan. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. Byłem rozczarowany i przygnębiony. Ale teraz przepraszam. Jedno. 57 . muszę iść: ycie. Oto co się liczy. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. Do zobaczenia. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. e my jesteśmy proste krasnoludki. proszę pana.

Pokrzykiwał na konie. Tylko e często przekręcają depesze. Wio. — Jak e to?! — krzyknąłem. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. w podobnym uniformie. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. oczy mieli apatyczne. na wysokości uszu końskich. gdy przed nami ukazał się następny. w jednakowych na ogół postawach. to by pan sam usłyszał. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. ale słupy ukradli. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. wio! Milczałem zaskoczony. a telegram dojdzie na miejsce. wjechaliśmy między płaskie. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. mimo wybojów i błota. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. Dokoła było pusto. Wio. Tylko zimą wilki trochę przerywają. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. co potrzeba. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. Wytę yłem wzrok. Dopiero. 58 . siwy. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. Ale to jest telegraf bez drutu. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. równie stojący bez poruszenia. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. — Widać. Ju miałem otworzyć usta. gdy ten. Przydro ne je yny. nie odwracając głowy: — Na słu bie. A tak. Nie ma. a za nim czwarty. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. tamten znów do trzeciego. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. W planie miał być taki z drutem. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. ale jakby coś było. po ka dym. Ledwo straciłem go z oczu. gdyśmy ju jechali czas jakiś. Wio! — No. e mogli się nawzajem widzieć. ale na tyle blisko. — No jak e tak. Wiadomo. I burza nie uszkodzi. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. jak zwykle o tej porze roku. a potem wzruszył ramionami. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. Najgorzej. e pan z daleka — powiedział. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. Teraz nie nadają. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. ciągnęło się pasmo boru. i oszczędność jest na drzewie. — Na jakiej e by? Na państwowej. — Ano zwyczajnie. w mundurze funkcjonariusza poczt. jak sobie który podpije. Stoją na słu bie. powiedział. gniady. wskazując biczyskiem na kolejnego. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. — Toć przecie ka dy wie. mundury wyszarzałe. — Jak to? — zapytałem. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. a mo e uwa ał je za zbyteczne. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. a kiedyśmy go mijali. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. Telegraficzna linia. ale wcią i wcią . Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. Daleko. Przyjrzałem mu się uwa nie. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. eby zapytać stangreta. podmokłe łąki. Stał nieruchomo przy drodze. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. Kolaska pędziła raźno. co to ma znaczyć. a drutu nie ma.

e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. kiedy zza kępy. I rzeczywiście. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. tyle e obce wyrazy trzeba znać. jedzie na dziesiąty. bo jak komu specjalnie zale y.. podobne do zewu ptactwa na moczarach. to będzie lepiej słychać. ale go zdjęli.. to bierze bryczkę. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. w telegrafie znaczy się. — Staniemy. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. — Nadają — powiedział. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. ni to powiew. który był coraz bli ej. No. Wje d aliśmy ju w las. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. Zamilkłem znowu. 59 . Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. pomieszany tymi argumentami. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. ni to dalekie zawodzenie. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. Powiadają. eby sobie płuc nie zdzierali. którą właśnie minęliśmy. Postępowsze. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. eby mu depeszy nie przekręcili. Tulejki nowoczesne mają im dać. bo linię blokował. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić.

e jego dzieło jest postępowe. znajdują go. gdzie tu jest kuźnia. Minął jakiś czas. Wszyscy śpiewają maszerując. co?” Chłopiec kiwa głową. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. Typowy przykład — Balzak. Janek sprowadza pomoc. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. Mogę trzysta. Mam ju pomysł. który trzeba naprawić. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. chce sam przejść przez las. To stalowy ptak. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. — Nie mam. 60 . Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. — Tak. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Izolował się. „Przygoda Frania”. samolot. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Zamknął się w pokoju. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. Wreszcie pewnego razu listonosz. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. Dlatego pisarze muszą znać ycie. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. a widząc. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Skrajny przykład. Ale te Proust nie znał ycia. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. to nieraz nawet zdarza się. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. Po yczcie mi pięćset złotych. wzruszenie odjęło mu mowę. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. Janek nie posiadał się z radości. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Odrzuca towarzystwo kolegów. zbli ając się do chaty. — Niech będzie trzysta. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. którego ściany były wyło one korkiem. ale nie udaje mu się to. Je eli pisarz zna ycie. Nic nie słychać. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Zdaje się. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. Miał mały defekt. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Słyszą to koledzy. — Tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Najlepszy dowód: Proust. Potem dosiadł maszyny. Jego marzenie spełniło się. Janek puszcza się pędem. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Wtem — o. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. Z kabiny wychyla się twarz pilota. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. a potem wpada do dołka. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Janek po dawnemu pasł krowy. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. Próbuje z niego wyjść. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. Wkrótce błądzi.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

Odtąd okna zamykano. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. krą yli. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. 64 . zjawiła się jesień. śmigłych. którzy mi donieśli. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. Urzędnik. który odlatywał. e referenta G. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. bez względu na temperaturę. przygasiła słońce. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. I niepostrze enie. albo uciekali powtórnie. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. gorące. postrzępionego płaszcza. jak choroba. pierwszego. W górach coraz trudniej było o po ywienie. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. parci silniejszym od nich instynktem. ale rozdziobywali sznurki. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. walczącego z kozicą. buchające wolnością. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. Próbowano rozmaitych środków. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. których udało się złapać. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. pełne wzlotów. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. daremnie — odlatywali w skarpetkach. Ale kto ich tam złapie — lotnych. w końcu stawał na parapecie. Tak minęła wiosna. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. albo marnieli. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu .Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. jeszcze się opierał. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. tylko dzięki znajomym gajowym. Zatarła go mgła. widziano w okolicach Morskiego Oka. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. tak przeszło lato. Ale zaraz po pierwszym znikali. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. na strzechy Mazurów. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. ale niewiele to pomogło. a ci. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. wydał chrapliwy okrzyk.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. Potem on rzekł wolno i dobitnie..Pułk specjalny. Pan jest za młody. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. Przy placu Centralnym wysiedliśmy. opuścił głowę. jesienią. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. po której ślizgały się błyski licznych lamp. wypchane jastrzębie. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada. nabiał i kiszone ogórki. To niedaleko. Sprawdzałem. Był to sztandar.. ujął drzewce i wydobył je. Podszedł do szafy.. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. rozwinęła się zbutwiała materia. Zajrzałem mu przez ramię. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. o której długo potem pisały gazety. i największa orkiestra dęta w kraju. my do was. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. plamistych ścian pokoju. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. Nie odmówiłem.. — Dziś święto mojego pułku. Wstrzymywani. — Chodźmy — powiedział. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. Mijając jego drzwi słyszałem. galowy. gdzie był tylko stół. Wychodziłem wtedy z domu. a widząc. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy. 65 . dziewczęta. Spotykałem go w sklepiku. otwarły się z cię kim skrzypieniem. Później. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. elazne łó ko. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. — Zaklinam. na święta państwowe. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. jaki miewają zakurzone. kołysanych wiatrem. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. niech pan nie odmawia. Co to była za orkiestra!. zapatrzył się w okno wzrokiem. Bardzo proszę.. W mdłej poświacie arówki. — Aha — rzekłem. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. Stary stuknął obcasami. Stara. Jej drzwi. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. To był najsławniejszy pułk w kraju. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. to znikał na całe kwadranse. ale trzymał się prosto. — Tak. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona. — Walczył? — spytałem pojednawczo. To był pułk przyboczny wodza. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni.. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i.. — Więc. poznałem go bli ej. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. — Przepraszam. Trybuny tu ju nie było. niech yje — kto? — zapytałem. Przekręcałem klucz. „Los grenadiera” i „Czołem.. Stary wcią wyjaśniał: — ... Deszcz to przechodził drobnymi falami.. — Dzisiaj jest święto pułkowe. — Maszerował! Ach.. eby to pamiętać. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. my do was”. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. Rozło yłem ręce gestem bezradności. Słu yłem w nim zawodowo. Jestem ostatni.

Pode mną le ał bezludny plac Centralny. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal. Zostałem sam. dopinając płaszcz. W jego głosie dr ało szczęście. blaszanym kuble. Wiało okropnie. 66 . bo wiatr przenikał zewsząd. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. Zbli ał się.. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. — Ale . Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. stojąc na wysokim. pustym placu. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. Potem przepłynął przede mną trzy razy.. lewa!. — Więc zaczynamy! — zawołał. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku.. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować... podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. trzy. Minuty przeciągały się. jeszcze raz stanąć w szeregach. sterczącym jak kopia. Paradny krok. opadały miarowo pukając o asfalt. jak niemądre jest moje poło enie. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. To chyba będzie ostatnia moja defilada.. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. Wlazłem na to. Trudno było utrzymać równowagę. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. cztery. Był to blaszany pojemnik na śmieci. lewa. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. Stopy.

jak wiadomo. to niemo liwe. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. słyszałem.. Tak. Ale z tego jeszcze nie wynika. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. Nikt inny. czy się dzisiaj przetrze. deszcz dzisiaj pada i pada. Ale ja w to nie wierzę. A więc o tych mgławicach.. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. To ju jest sprawa powa niejsza.. teeek. gdzieś muszą być w końcu. tylko ludzie. e na innych planetach tak e yją ludzie. Ale dowodów nie ma. tym samym mogą być i w niebie.. kulach ognistych. A myślące istoty. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi. Szkoda deszczówki. ani koty.Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. tylko myślące istoty mogły je zbudować. Czytałem ksią kę o astronomii. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. to przecie .. Cały wszechświat składa się z tej samej materii. ani psy. No. Co? Naprawdę?! Nie. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. Latające talerze? Tak. Ciekawym. Zdaje się. Kanały na Marsie? Zgoda. e się przejaśnia.. Ale p o c o yją? 67 .. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no. Patrzcie... absolutnie nie ma..

— Co ja powiem onie. między innymi słonia. świstaki. przerwali na chwilę pilnując. spłaszczony kształt. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. nie wykonuje więc adnych skoków. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . poniewa spodziewał się premii. Byli to starsi ludzie. nie będzie się odró niał od prawdziwego. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. 68 . nie przyzwyczajeni do takiej roboty. głosy ludzkie uciszyły się. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. w odpowiedniej wielkości. szczerze oddani sprawie. Kadłub słonia powiększył się. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. Pamiętajmy. Był to ogród prowincjonalny. Noc postępowała. Proszę zwrócić uwagę. Pozostaję uni enie” — i podpis. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. Zmęczeni. — Jak tak dalej pójdzie. którą następnie wypełnić miano powietrzem. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. tworząc bulwiasty. ucieszyli się. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. nawet przy bli szych oględzinach. Wszystko przez to. kiedy dowiedzieli się. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. Zamknęli się w szopie. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. zobojętniałe na wszystko. hodując trzy tysiące królików.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Pracownicy ogrodu. e nasz dyrektor jest lewak. Poza tym dyrektor naglił. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Starannie pomalowany. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. Pragnąc obni yć koszty własne. je eli jej powiem. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. biegów i nie tarza się. Mo emy wykonać słonia z gumy. — Słonie nadmuchuje się rzadko. Tym większe było ich zdziwienie. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. Usiłowano go na razie zastąpić. e jest to słoń szczególnie ocię ały.

wielkie uszy i nieodłączna trąba. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu.Słoń jest roślino erny. e królem puszczy jest słoń. Czekali.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. koło klatki z małpami. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. — Mo emy iść do domu. Pomyślał. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. Nic więc dziwnego. eby model był bardzo du y. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy.. Było jak ywe.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. Powiedział o tym koledze. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści.. Dyrektor.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. Odpocznijmy trochę. Mo emy więc śmiało powiedzieć. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu. Kiedy odpoczywali. słupiaste nogi. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. Potem. Postanowili zrobić próbę. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. Zwalisty tułów. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. opuścili się w nauce i stali się chuliganami.. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. w centralnym punkcie.. niesiony przez wiatr poziomo. wystający ze ściany. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. A uczniowie. przyprowadzeni przez nauczyciela. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. — . Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. 69 . — .. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią.. — Jak po grudzie.. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. W słonie nie wierzą w ogóle. Pilniejsi uczniowie notowali.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. ale ten yje w morzu. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym. — . Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. Przez ogród powiał lekki wiatr. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — .. który wpadł na pomysł z gazem.

e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Będzie mógł się pokazać.. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. który tak się cieszy.. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. Przysięgał. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. Wytę yłem siły. 70 . Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. Zwłaszcza. wiosenne kwiatki. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. jak nie jestem hrabią. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. Podobno są to nasze kontrminy.. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. trzy ulice od nas. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. Ale w obawie przed donosicielami udał. Później szóstka koni od karawanu. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. Przed ratuszem stoi armata. nieprawidłowo zakorkowane. Przysypano go przez pomyłkę. ani czapki nie zdejmie. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. Tłumaczył się. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. głębokim jak przepaść. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. e to niby nigdy nic. Był w dostatecznie złym humorze. eby kawę pić tylko przez rurkę. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. jesienne listki. wokół czarnego katafalku.. Natychmiast zawiadomił. e tak samo nie zostanę marszałkiem. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. wiem. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. Co do mnie — o nic nie mam alu. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. który mieszka pod schodami. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. Postawiliśmy stra . Od razu zrobiło się nam weselej. eby się przekonać. e mam kołdrę w proste. prowadzących na podwórze i do ogródka. ałobnego kroku. Próbowałem czytać. torpedę. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór.” Na wystawie. Ma zapalenie spojówek. nie czując cię aru. które przynoszą chwałę i awans. co tam się dzieje — zobaczyłem. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. Staruszek. trzeba się było dobrze nachylić. Zapędził mnie pod kanapę. Kawę wylano. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. lecz miłe. e to na skutek skąpego oświetlenia. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. a tu. ale szelki mi pękły. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. Jest zalecenie. Nawołuje tak e do czynów. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. Przez całą noc w katedrze. jest pokazany wzorcowy generał. Rano — sensacja. w kawie. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. Powiedziałem jej to. ogromnie się cieszy. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. e. Ale przypomniałem sobie. paliły się świece. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. odkąd kefir jest zaminowany. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. kto spiesząc przez miasto. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. co chwila ponosiła.

gdy go podnieśli. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. ma pan rację — powiedziała. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. to oblę enie. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. Czołgając się. ale jego te zabrano.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. — Powiesi się bańki na asparagusie. Zastanawiała się chwilę. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. traktując ją jako przejaw oportunizmu. — Ach. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. Gosposia wróciła z wiadomością. który ni stąd. Sprę yny wydają długi. Zgadzając się ogólnie z tym. e to nie jest tekst godny czasów. — Tak. którą widziałem przed ratuszem. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Widocznie znowu coś się stało. e trzeba strzelić z niej do wroga. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. lepiej na asparagusie ni na niczym. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. proszę pani. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. inni w dniu święta kościelnego. — Za ojczyznę! — krzyknął. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. Miał złamaną nogę. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. Podobno tylko jeden miał legitymację. Naprawiła mi szelki. Zaprowadzili mnie do fotografa. jakie prze ywamy. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. z tymi choinkami. a mo e poszedł do okulisty. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. Wyłoniło się centrum. W rodzinie dozorcy domu. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. ale jak oblę enie. zrobili zdjęcie. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. Słysząc to i widząc. które uwa a. Wzruszyłem ramionami. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. które tam o tej porze się włóczą. wibrujący ton. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . to ci tatuś zje obiad. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. Zwykły kot. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne.

otrzymał order i nowy karabin z lunetą. Zresztą. który okazał się kanonierem od naszej armaty. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. e nie ma pojęcia. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. W południe — dwie wa ne nowiny. Zwierzył mi się. Jestem pewien. wędrując coraz to dalej i dalej. jak on mnie. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. Wymknąłem się do gospody. moja gospodyni coś pruła i szyła. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. W niektórych jeszcze paliło się światło. Ośmielił mnie mrok na ulicy. gdzieś na krańcach obwarowań. Jedna z instrukcji przewidywała. nie mogłem go ściskać oburącz. Bałem się więc. pełznąc pod murami. zaglądając do okien. snułem się po ogrodzie. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. Było z tym zamętu. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. krzątaniny. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. Oczywiście. Niestety. Na pięć kroków nie widać. Wstyd mi ju prosić gospodynię. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. e czas. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. e wyszedłszy na mury. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. w uznaniu za swą ochotniczą. tak sobie tylko myślałem. Co do mnie. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. czujną walkę z wrogiem. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. Omal się nie rozpłakałem z alu. mo na patrzeć na południe. by pójść na majówkę. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. w letni dzionek — morza. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Czas płynął nam szybko. Czy jest coś piękniejszego. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. Okazało się. Pomyślałem. podnosząc szklankę do ust. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. Nasz staruszek. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. była tak lekko ubrana. Pole eć gdzieś w trawie. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. które odtąd będę stale nosił przy sobie. Z krzykiem. Po południu znowu mi pękły szelki. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. e mam pęknięte szelki. Wracałem. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. Wydano oficjalny komunikat o tym. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. jak się z niej strzela. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. Wieczorem poczułem się zmęczony. e dr ała z zimna. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . eby je naprawiła. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. Niezdecydowany.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. tak subtelnie zmieniający dekoracje. pobiegł na miasto. Widziałem ją. Pory roku zmieniają się tak cudownie. Sądzę. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. ebyśmy wesoło skakali. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. między innymi w oknie mojej sąsiadki.

chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. w Dniu Strzelenia. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. pachniał jeszcze naftaliną. gdyby. długo stałem w oknie. to na wypadek. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. choćby brytfannę. poradziłem sobie najprościej. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. Jak wiadomo. znalazłem to. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. Byłem zaskoczony. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. Jeśli chodzi o mnie. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. podobno. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. jakby wstydząc się. co będzie. kiedy była mała. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. — Tak. zupełnie mo liwe. usłyszałem. Doniosła mi o tym moja gospodyni. co mogło jej sprawić taką przykrość. Le ałem przez chwilę zaskoczony. poległych w pierwszym dniu oblę enia. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. — Jak cicho — potwierdziła. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. Wieczorem. kiedy sklepy będą zamknięte. Co się tyczy samej majówki. Wieczorem. Posuwając się wolno aleją. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. Ogarnęła mnie nieśmiałość. te nie wychodziłem z domu. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. — Jutro strzelają. — Jak cicho — powiedziałem. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. Hełm powinien być twardy. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. Rzeczywiście. Pomyślałem. 73 . Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. na pró no starając się domyślić. ale nie dbałem o to. trochę za mało sztywne. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. Przed gospodynią tłumaczyłem się.. niepotrzebny czajnik. liczyłem na to. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. Gdy wyszła. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. przewa nie ju w hełmach. — Pocerowałam. a co by mnie uprzedziło. Tylko. Wszyscy spieszyli się. wie pani. e były inne powody. powiedziałbym.. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. mo e jakiś stary. które miałem ze sobą zabrać — gazety. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. e moja gospodyni płacze w kuchni. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. ludzie mówili o tym dość du o. Strzelenie z armaty nie udało się.. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. jak mogłam. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. Zgasiwszy światło. stojąc naprzeciw niej.. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. natknąłem się na nie dokończony obelisk. czego się spodziewałem: spokój. zupełnie młodo.

e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. Na szczęście nie dostrzegł mnie. Wkrótce ju miałem go za plecami. które stale przytrzymywałem. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. e zobaczę sąsiadkę przez okno. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. jak z kimś rozmawiała. Radowało mnie. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. ni sam się spodziewałem. e serce boli mnie tępo. a oni są o tym przekonani. było jeszcze słonecznie. Mury tchnęły łagodnym. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. Wszystkie moje ksią ki. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Naprawdę kochałem moje miasto. dla wszystkiego. Starając się nie czynić adnego szelestu. Tote z przyjemnością yję. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. Cieszyłem się. słyszałem tylko. zostawiając sielankowe. e moje przewidywania okazały się słuszne. 74 . bez spoczynku. głębokim ciepłem. jedną ręką. jego dnem. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. co naturalnie wynika. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. w górze. e było ju szaro. Mało kto mnie widział po drodze. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. Skierowałem się na południe. przytrzymywałem spodnie. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. tu przed drugim sianokosem trawą. Zaszedłem na podwórko. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. ozdobioną małym. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. Nie zobaczyłem jej. Zmierzałem ku jej staro ytnym. zieleniącym się bujną. Uleciała z nich cała wojownicza treść. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. co jest mądre i proste. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. dawno opuszczonej. w swej dobrowolnej słu bie. Szkoda. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. równoległymi wałami. jak zwykle. Tam. zapuszczałem się między milczące bastiony. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. czułem. drugą podałem dozorcy. w tej nadziei. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. W drugiej niosłem kanapki. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. który był tego powodem. głucho i głupio. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. Prosiła. Wpatrując się weń. o ile to jest mo liwe. ale jeszcze wyniosłym wałom. Zmęczony trochę szybkim marszem. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. Przecie w tej dolinie byłem sam. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

z drugiej przestwór nieba. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. przyznaję.. e moja malutka. Za to. zachowaną po to tylko. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. I czy opłaciło się tak przeklinać. czy małodusznie zapomnieć. kiedy ju wszystko minęło. dobrze pamiętasz. „uskrzydlonym robakiem”. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. sześćdziesiątka. Cicho tu jest i biało. gdy golisz się przed lustrem. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. odczuwam gorzkie zadowolenie. ale nie ma tak e długich dni. wiesz. znowu po raz któryś w yciu. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. Mnie świeci ostatni zachód słońca. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. cały w kosmatym swetrze. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. Koniec.. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. Pokonany. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. — a pisząc te słowa. na pół śpiąc. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. kto wie. pełne finezji krą enie wokół ucha. zgodnie z waszym yczeniem.. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. i bardzo jasno. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność. Tak więc — nas ju prawie nie ma. pla y. które przecie było tak blisko. tu. Jak wstępowało w ciebie lato. z otwartymi ustami. jak byłeś łaskaw się wyrazić. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. a ty myślałeś. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. jak to wszystko. czy nie — wielka i pełna majestatu. mój ty du y. Tobie — arówka. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami.. Sami chcieliście tego. nie siądę ci na nagim barku. Pamiętasz przecie . ogromny i niezgrabny. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. między szybami okna. Dziś jednak. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. Jest nas trzy. po kilka razy dziennie. czego się spodziewałeś na początku maja. kiedy patrzysz teraz na mnie. zaklejone starannie paskami papieru. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. Warto te było potem patrzeć na ciebie. koniec. z białawą plamą twojej twarzy. e wraz ze mną. e uda ci się mu sprostać. ani te . gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. 76 . kim i gdzie jesteśmy. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie.

Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. gdy . zamazane półmrokiem. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. Tak oczekiwałem na powroty ojca. Zakradłem się tam po kartki powieści. jasny i chłodny zapewne. jak zawsze. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. doczekałem się te ilustracji. le ała pod drzwiami. Trzymamy go na wszelki wypadek. której treść nie nadawała się dla dzieci. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Przez chwilę przedpokój był pusty. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. wrzucony między ornamentalne wzory. Le ąc na dywanie. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. Wisiał tak na włosku. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. podsufitowych ciemności. w jednym punkcie tak intensywnym. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. jak mocno go to obeszło. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. e patrząc na niego. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. Znalazł je dopiero po chwili. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. kiedy nie znany nam. co — jak się okazuje — zawodną. Słu ąca nie usunęła korda. którzy co prawda rzadko u nas bywali. doznawało się swędzenia w karku. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. Wycierał nogi hałaśliwie. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. a zarazem ubikacji. na klatce schodowej. jak tylko w mojej wyobraźni. Wszystko to były formy bryłowate. a i dla ozdoby równie . — Za wysoko — mamrotała. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. Biała. nijakie. wyłaniając się z najgęstszych. Jednak jakiś nowy blask. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. na pograniczu metalu i powietrza. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. które były do połowy oszklone matową szybą. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. W górze. szlachetniejszą. Franciszka odeszła. w co zaopatrywano łazienkę. Wybuchła awantura. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. której nie oświetliłem. Pierwsza. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . Fakt. Byłem dzieckiem. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . mimo e niezrozumiała. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. Potem zniknął w stołowym. a ściślej mówiąc — odcień blasku. zaczyna i kończy. tędy. z zawiniętymi rękawami koszuli. 77 . e przepełnia go lęk. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. o której nie wiedziałem nawet. Gdyby nie to. zgrzebna. Ojciec oburzył się. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. nad samym środkiem przedpokoju. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. sam niewielki. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. jak się nazywa. Gości.

e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. u powały nagi miecz. choć nieco inna. e nie lśniło wulgarnie. widziałem w półmroku wyraźne. Z ka dego zakamarka mieszkania. z jego głębi. załamywała ręce. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. o blasku tak głębokim. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. równie naga. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. 78 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. Na niebie księ yc — sierp. e zakrztusił się ością. Było jednak coś enującego w tym. w sypialnym. czystym. proste i zawsze nieruchome ostrze. Zdarzało się. W kolorach czarnym i białym. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. a doskonała jedność jego kształtu. W alkowie — łó ko. choć nieczęsto.

Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. co?! — Szmat nie ma. koniecznie fartuch. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. ile trzeba. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. e nie mo na nadą yć. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. e ja.. chcę powiedzieć. — Ale nie! Czwarte. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. światło musi pan zapalić w przedpokoju. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. bo w komórce spaliła się arówka. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. linoleum zwinąć. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. Jutro. kto szedł mi naprzeciw. W kuchni. — Nie.. le y ementaler. Wszystkiego wychodzi tyle. Ale. znajdzie je pan tak e w komórce. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. o wiele szerszy w ramionach. Pastować lekko. równie i ściereczki. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. W dodatku jest winda.. — Czy pan naprawdę sądzi. jakie warunki. miał równie kapelusz. Powiedzieć. bo potem wszyscy wychodzą. Zresztą mo na trzepać na dole. Byłem tak zdziwiony. — A pan myśli.. nie. są tylko pantofle na wojłoku.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. Ja jestem człowiekiem. Trochę wy szy ode mnie. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. Dostanie pan fartuch. ale jest przecie odkurzacz. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę.. na kredensie. — Proszę nie dyskutować. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. — Nie.. tylko nie wszystko. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. Tak było tylko do pewnego czasu. poczekać. — Które piętro? Pewnie szóste. Zresztą — jak pan chce. to doprawdy niesłychane!. a przeschnie. e wszystko odbędzie się jak zwykle. to trzeba tyle.. a jak pan myśli. Sam pan widzi. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha. e to ode mnie. ani te przedmiotu. Przydałyby się szmaty filcowe. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo... obcych nie wpuszczać. nic nie da się oszukać. aby wydać się energicznym i pięknym. Zresztą proszę nie robić uwag. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. Myślałem. Ja wstrzymam na chwilę oddech. 79 . proszę sobie wziąć kawałek. — Jak to. Szedłem tą drogą. geranium podlać. dokładnie o siódmej. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. nie przeczę. Zlew przetkać. e pan. Określając ją w ten sposób.. na podwórku.

firanki zdjąć. nie oglądając się. nie zostawił mi przecie adresu. Do widzenia. Nagle zrobiło mi się głupio. e jest. to by było mniej więcej tyle. krzyczała zraniona godność osobista. bo rozprasza. dopóki nie zniknął. Spoglądałem za nim. Woda grzeje się w piecyku gazowym. Kipiała we mnie obra ona duma. Szafy odsunąć. Jasne. bezbronny. poczułem się bezradny. Jest pan dorosły. ścian nie ochlapać. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki.. okna potem na sucho trzeć długo. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. klamki proszkiem. krokiem sportowca. Mo na się otruć. No. bo sprawdzę. — Ja się boję. materace przetrzepać. 80 . — Głupstwa. Mam reumatyzm..Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. radio wyłączyć i nie słuchać. Odszedł. — Proszę nie pleść głupstw.

mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. Uległem przezorności po to. poniewa nigdy. jak generał swą armię przed bitwą. Dzisiaj. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. kurz podró ny. choć bezwiednie. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. W drodze pokryją się znowu kurzem. Koń czeka osiodłany na podwórzu. Dzisiaj sam widzi. Kiedy wchodziło się na nią boso. Nigdy nie jeździłem konno. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. Wa ne jest tylko to. Daremnie. Kto wie. który był świadectwem mojej klęski. grubymi. a ich tłum był właśnie tą jedną. Wychodzę do sieni. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. pakowna skóra. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. je eli jest się mną. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. ale kiedy chodzi o to. nie była inna — zawsze zimna.. niby to promieniami. u licha. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. wielką radością. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. Jest betonowa i głupia. chrzęszczenie i szorstkość. odje d ając. 81 . Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. e to nie ma adnego znaczenia. kiedy była mowa o Bizancjum. ebym zabierał pył z tego obejścia. pod oknem. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. wprost z upału. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. Czas było wyruszyć. nie mogłem pominąć stołu. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. drzew orzeźwianych wiatrem. nieskończone wszystko. w obliczu dnia. zasługuje na to. ale to ju będzie droga. Zostawiając to wszystko.. Chodziło o to. dla ozdoby. o której uczyłem się w szkole. e wszystkie płótna. a tak e od mojej argumentacji. Niby to wyobra enie kwiatu.. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. eby nie zapomnieć o pieprzu. Zły byłem na tę maskę. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. choćby myślało się nie wiadomo o czym. Tak właśnie mówiłem do siebie. jak pamiętam. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. Odje d ałem na zawsze.. na stole z surowych desek. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. Niedorzeczna myśl. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. Bo trzeba wyznać. Jedź”. rzemyki. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. Dosyć ju prze yłem w tym domu. eby oczyścić buciki. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. nie dawała mi spokoju. domu. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. Dosyć. gładka. równie białawymi. miałem zdobyć inne. eby wyjechać. Na có . Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. Udawałem przed sobą. sakwy i kuferki gromadziłem. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. ebym opędzając się przed nią. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. Koszyki. wiele prze yłeś”. Nie ma powodu. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. bramy otwartej na oście . Wszystko zale y od okoliczności. Klękam na zimnej posadzce. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. tak. „Tak. wypalony na jej wypukłości. Brudna degeneracja mozaiki. Nie martw się o mnie.

W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. przemierzając podwórze szerokimi krokami. po drodze rozsiodłałem konia. przypomniałem sobie. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. odymając wargi. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. czyni mnie kimś. eby się nie męczył. jakie wra enie odniesie ktoś. bo wiatr ju umilkł. eby jednak wypełnić ten krótki moment. a potem zakręciłem się w kuchni. eby się nie zmiął i nie zakurzył. bo zaczęło się zmierzchać. eby się nie kiwał. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. potrzebnych do tego. Komponowałem się te całkiem z bliska. ku memu cichemu zadowoleniu. gdzie mają stąpać. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. Zaczął się paciorek małych czynności. nadając sobie odcień znu enia. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. wiedziały niezawodnie. poni yłem drewutnię. eby usiąść na chwilę. coraz sprę yściej. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. Wyszydziłem te płot. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. rurastych nogach i wszystko. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. e ju za chwilę stanę się głodny. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. Przez okno widać było słoneczniki. długie i mocne. eby sprawdzić. głód. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. 82 . znieruchomiałe. protekcjonalnie odniosłem się do studni. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. Wiedziałem tak e. w przyszłą burzę i deszcze. Posiliwszy się. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. kto z podniesionym czołem. teraz czy potem. ju nie tak usilne jak w południe. siny i zielony od zbutwiałości. nie najlepiej wykonanym stole. Nędzne. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. półprofilem. Tak myślałem. Maszerując tam i z powrotem. siedziałem jeszcze chwilę. spokojnie. Cofając się najpierw o kilka kroków. a moje nogi. Przeszedłem podwórze na ukos. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. eby nie wywietrzał do jutra. Południe musiało ju minąć. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. e tamto chodzenie po podwórzu. a potem zapaliłem świecę. przed kim wyłonię się znienacka. krótszą nogę stołu. zabrałem się do roboty. z osobna. a moje poczucie estetyki. co ju miałem za przeszłość. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. Słońce. A poczułem. czynnostek raczej. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. Przybierałem równie pozę nieruchomą. Ostatnie spojrzenie. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. czy te na lewym ramieniu. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych.

Przekonał się. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. na podszewce tego. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. choć to opanowanie było tylko pozorne. Linia. ale stałego znu enia. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. Wywoływało to uczucie nikłego. Czułem. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. Jesteśmy więc. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. Wtedy stwierdziłem z bólem. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura. ale Jakoś tak płasko. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. e zje d amy. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. e Ju po nim. ja czuję. Coraz więcej tarasów. Poziom zawrze wszystko. złowró bnie poziomiły krajobraz. które od czasu do czasu mijaliśmy. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. e mi opadają pończochy. Spojrzałem do lusterka. — Patrz lepiej na swoje nogi. od której zaczynały się włosy. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. e poza nim. których spotykaliśmy dawniej. Nagle o ywił się. do widnokręgu.. a zrozumiesz. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. ale przebiegał ju pod drugą. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. Dachy domostw. jak e więc chcesz. Co do mnie. kiedy nie będzie. eby tak to wyrazić. e będzie. no to zniknie i nie będzie jej. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. e je eli jej nie będzie. Posuwaliśmy się teraz. Zdaje się. e w górę i w dół. Czoło obni yło mi się znacznie. Na ramionach niosły koromysła. Artur milczał. wypadała prawie tu nad brwiami. drewniane. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. trzeba było przechylać głowę. jakie piękne akcenty pionowe. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. Artur krzyknął. do wszystkiego. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. całkiem ju wyraźnie. Tak jednak jakoś wychodzi. to nie będzie. — W porządku — mruknąłem. e zmierzamy ku czemuś. obrobione. co nazywamy górowatością. Wiem dobrze. Miałem wra enie. Grupa kobiet szła obok drogi. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. Uszy mu dr ały. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. — Artur! — zawołałem. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. Koromysła równoległe do ziemi. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. po pochyłości. ono jest cały czas. poni ej. 83 .Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. eby była tam. Przeciwnie. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać.. stawały się coraz bardziej płaskie. — Sam mówisz. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader.

Artur śmiał się jakby szalony. Dobrze. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. Dusza. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. mój chłopcze. bez nó ek. zmaterializowany w łopacie grabarza.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. skierowanej pionowo. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. — Poziom.. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. — Nie pojmujesz. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. w glinę. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. jestem po stronie tej ostatniej. e masz rację.. Przed nami był długi most. — Zastanów się! Załó my nawet. absolutny poziom. e mam horyzont w kręgosłupie. aby tam się przeciąć. czy wasserwagi. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. e nie ma dwóch poziomów. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. ale tylko same kapelusze. jest tylko jeden wspaniały. rosły w nim grzyby. A więc pion. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. twój ideał osiągnięty. Weźmy więc przykład. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. Arturze. — Pion! — szydził. dusza. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. 84 . Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. ni szego i wy szego. choć czułem. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły.

jak i podwórko. o kilkanaście cel ode mnie. gdzie nas niegdyś zamknięto. Potem będzie jesień i zima. cały bladoró owy i bladoniebieski. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. Wiem. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. spokojny. Kiedyś zdarzyło się. W długich odstępach czasu. wszystko owinięte echem. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. Kołyszą się zawsze. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. Nieraz z jego celi dobiega regularne. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. to musi być i kret. e nie ma. gdyby nie nisza. e gmach jest zamieszkały. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. Raz tam zajrzałem niechcący. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. 85 . Le ę na pryczy. Cela. W tej niszy nic nie było. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. które ma usprawiedliwić sklerozę. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. Zobaczyłem kawałek koca. wtedy nie zapalam ogniska. ale je eli kretowisko. ale i tak musielibyśmy się spotkać. o złotych poręczach. Instalacja elektryczna te przestała działać. w którym się znajduję. Nieraz widzę. zwłaszcza wieczorem. ale najczęściej nic nie rysuję. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. Widzieliśmy. To znaczy kretowisko. ustawione ciasno. Dookoła więzienia rozciąga się las. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. niby czegoś tam szukając. Na tym samym piętrze. potem wpadają w czerń. Kontury dachów są jakby srebrne. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. Zresztą on te zawrócił. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. od czasu do czasu kroki. słychać jakby stąpanie. Przecie podłoga jest z betonu. światło podchodzi mi do gardła. Raz. eby nazbierać nieco chrustu. W nocy nie wychodzę. czy w tym lesie są zwierzęta. poniewa korytarze są puste i kamienne. Odwróciliśmy głowy. Teraz ju lato. jakby młotkiem o coś twardego. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. niezbyt głośne. gdzieś w jego głębi. przebywa jakiś kolega. Czasem wychodzę. ale ja tam nie chodzę. e lato wnet się skończy. w gmachu. choć twardsze. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. ani czasu. nawet podczas ciszy. Jest to naiwne kłamstwo. co stuka. w którą skręciłem. e wchodząc do korytarza na parterze. Więzienie.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. choćby nieznacznie. Nikt nie opala ju budynków. cień i światło. Węglem rysuję na ścianie to. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Z piętra widać wierzchołki drzew. co mi przychodzi do głowy. Nie wiadomo tylko. choć trwające po kilka godzin stukanie. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. ale te .

Odwróciłem się gwałtownie. Otaczali go nastrojem rewerencji. mającą pokryć niepokój. tak zapadnięte. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. — Mo na. cały szacunek. — Te ukłony. zale nie od dyskutowanego tematu. e profesor Robert N. — Coś w tym musi być. jest autorem jednej tylko kompozycji. e rozmawiali o muzyce. To doktor P. — Ale . jest prawdziwy. Któ pomaga 86 . Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. wydaje mi się jednak. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. nawet uwielbienia. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. jak Beethoven. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz. spotkałem wiele innych osób. Wytę ając słuch. ale mogłem dosłyszeć. drogi doktorze — odpowiedziałem. Czy pan jednak jest pewien. który go otacza. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. spojrzenia. kiedy on zabierał głos — wskazywało. — Nie przeczę. Bach i tylu innych przed nim. Stali albo siedzieli w solennych postawach. — Mo na — wtrącił Gucio. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. głos miał równy i twardy — oto sedno. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. e Robert N. doktorze! — wykrzyknąłem. głęboko osadzone. pobła liwość i długoterminowy kredyt. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. e wydawało się. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie.. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. Mozart. rozglądał się z nonszalancją. e pan Robert N. milknięcie wszystkich. koneser. Robert N. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. jest nie lada autorytetem. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. Jak się domyśliłem ju po chwili. czy pan wie dokładnie. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. Robert N. był kompozytorem. twarda dlań szkoła. miernej i rzadko grywanej. mimo e na przyjęciu u W. i wydawało się. które następnie wyrzekł. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. równie mi nieznajomych. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. poło ył mu rękę na ramieniu. lekkoduch i birbancik. — Stopniowe wychowywanie artysty.. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. A więc niech pan się dowie. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. nie dotykając ich. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. w jakiej się do niego zwracali. Wśród ciszy Robert N. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. sądząc choćby po sposobie. choć był starannie wygolony. forma. umie przesuwać przedmioty. Był to profesor Robert N. e zostanie artystą. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. z daleka. jakby nosił miękki i ciemny zarost. e profesor N. Gucio. — He he he! — zaśmiał się doktor. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory. świadomy nietaktu — poniewczasie. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. dyletant i cynik. Profesor Robert N. o wyrazie bolesnego napięcia. był dzieckiem wątłym. — A jednak. i policzki.

było dostateczną przyczyną. nie był wolny od wra enia. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. co mówił. Jednak nawet i to. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. W jadalni zapanowała cisza. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. Rzuciłem okiem na doktora. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. e kiedy w pewnej chwili od strony. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. Temat ten. jak wyjaśnił krótko. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. kiedy wniesiono zakąski. co opowiedział mi doktor. samą tylko silną wolą. oraz własnych spostrze eń. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. Narzekałem.. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. Profesor powstał. Znając przyjemność. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. Oczy płonęły. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. gdzie siedział profesor Robert N. e nawet sam doktor. Z miernotą inna sprawa. po męce twórczej. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. trzeba to przyznać.. Był to. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. oddzielony od nich murem. nie zbli ając się do niego. przyniosła mu pełne zwycięstwo. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. Kiedy opuszczał konserwatorium. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. je eli zostanie. ywo rozmawiającego. Jego srebrne włosy wichrzyły się. ale stanowczym tonem. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. tak jednak. Równie wysiłki ze strony Gucia. a dzień. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. Otó . na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. Podejrzewałem. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Udało mi się w ten sposób podchwycić. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. w którym. Proste zadanie. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. dość skąpo. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. jakie musiał jednak pokonywać. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych.. Podano mu więc szpinak. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. Posadzono mnie dość daleko od profesora. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. podał nauczycielowi palto i laskę. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. był ju bardzo popularny. Nic te dziwnego. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. nie wyjmując rąk z kieszeni. Siła woli. jego zwyczaj wynikający z systemu. w związku z tym. e mogłem słyszeć jego słowa. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. aby zostać uznanym artystą.! Jego niezłomna wola. mimo e silił się na lekki ton. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju.

Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. Profesor.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. Rektor B. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. Ukazał się nareszcie. złociście przypieczony ptak. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Gucio na oślep szukał butelki. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. podskoczył i wybiegł. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. nie poruszając głową. która właśnie ukazała się w drzwiach. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. Potem opadł na krzesło. otoczony mgiełką aromatu. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. Obecnie pragnę zło yć dowód. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. zapytał: — Co tam jest? — Hall. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. dwa. na parkiecie — powiedział cicho. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. — Pssss! — odparłem. — Raz. Profesor uchwycił krawędź stołu. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. Nagle wszystko ucichło. Doktor P. wybiegł. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. Ciągle ta cisza. Wrócił za chwilę. Sekundy mijały. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. Cisza — i znowu dźwięk. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. Odniesiono go do kuchni. Profesor zebrał się w sobie. aby jej nie przynoszono. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. Proszę zadysponować. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. Dźwięk powtórzył się. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. Znowu cisza. Przecząco potrząsnął głową. — A taki jestem głodny. Chwila ciszy — i lekki szelest. kurczowo zaciskając powieki. zupełnie blady. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. — Na samym środku. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. niosąc półmisek z gęsią. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Był to du y. potem nagle nastąpiła pauza. 88 . — Skończone. Nie wracał długo.

Po pierwsze. Jeśli będzie potrzeba. Ty tu porzeczkę. ebym ja był władcą świata. co temu zaprzeczą. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. Wczoraj zięć mnie zamknął. to mogę się tego podjąć. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. a jarmarki zostały zlikwidowane. tylko o ludzkość. eby moją prośbę poprzeć. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. jaki to ja jestem. Jestem ofiarny. Mam więc trochę czasu. mówi. Prośbę moją uzasadniam tym. bo mówił. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. Nieraz. jakby palcem. e ja jestem w sobie i wiem. Ja rozumiem. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. Nie tracę jednak nadziei. bo będzie industrializacja. jestem lepszy od wszystkich ludzi. e jestem lepszy. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. Strach pomyśleć. e nasz powiat jest ubogi. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. e wszystko kosztuje. a nawet większe. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. bo zięć ma na utrzymaniu. same piaski. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. a jestem najlepszy. to piszę. e za du o jem. eby panować. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. a nie dlatego. pod jesień. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. Moje szanse są więc równe. Ka dy. Teraz dopiero. e znajdą się tacy. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. Bardzo mo liwe. tylko muchy się topiły w kałamarzu. e to nikt nie jest mną. jak chowam się w ogródku za domem. Za młodu ró nie ze mną bywało. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. jak ju powiedziałem. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. e jest najlepszy. chwała Bogu. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. to skąd mogą wiedzieć. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. a to porzeczkę skubnę. e to zbieg okoliczności. ani wojska. e dla wszystkich byłoby lepiej. Zięć idzie. jeszcze osiem osób. Nie mam więc ani pieniędzy. e ma wojsko. kto ma wojsko. choć dawno ju się do tego zabierałem. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. bo powiedzą. Całe szczęście. bo ogródek jeszcze mamy swój. bo oni nie są mną. tylko dlatego. e ma się wojsko. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. w tym dwoje z inteligencji. Ja rozumiem. e jest się najlepszym. Oświadczam. jak umie. biedactwo. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. jest ich jakby mniej. 89 . poza mną. bo nie mam wojska. e to oni są najlepsi.

po to. a w najdalszym zakątku. przy chłodnym wietrze.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. skąd właśnie dolatywała muzyka. Mój przyjaciel. e zaznam spokoju. wśród kurzawy dróg. Korony drzew łączyły się w górze. yznych krain — po pewne. co następnie zobaczyliśmy. wiosna przechodząca w lato. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. ale gładko. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. lecz schludną. altana. wesoły. wypłowiały. gdzie ju zaczynał się gąszcz. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. du o ruchu na świe ym powietrzu. które pojawiły się po obu stronach alei. bez zacieków. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. Proste potrawy. ani spostrzegliśmy. to rozmawiając na tematy powa ne. Okna. tynkowany ciemno ółto. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. Nie zawiodłem się. w kurtce podobnej do tych. dalekie wycieczki. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. świe ości i tej słodyczy. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. Odziany był w surdut wojskowy. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. równie nie zasługuje na wiarę. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. Po roku spędzonym na pilnych studiach. to łapiąc obręcze. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. o to. Właśnie czas był przepiękny. dość wąskie i jednakowe. jaka płynie z obcowania z naturą. szczery. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. obiecując sobie. To rzucając. częste. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. a drewniana proteza. która nie płynie z niczego. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. Pewnego dnia. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. starał się. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. aby za chwilę. stojący przed nim na stoliku. ciemne i pozbawione firanek. szczelnie zapięty pod szyję. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. Staliśmy na środku dziedzińca. a przynoszące chwałę zwycięstwo. widocznie u ywana od dziesiątków lat. poczciwy. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. chłopiec prostolinijny. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. Piosenka była skoczna. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. blasku słońca i pełnych manierkach. ale jest substancją 90 . W altanie. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. na której wspierał się obły kikut kolana. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. zaprosił mnie do siebie na wieś. To. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. podeszliśmy ku altanie. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. w szarej mycce na głowie. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. dzikiej winorośli. gruby mę czyzna. wypolerowana była i lśniła jak heban. równie dokładnie wysypane wirem. jedna z tych. prowadzącej w głąb starego parku. jego twarz z pękatym. Pośrodku stał skromny pałacyk. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. Na ławeczkach. siedział mocny. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. zdyszani. dając przyjemny chłód i cień.

91 . ile pan zechce! — zawołał.. Powiecie. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. — Ale oczywiście. siłą rzeczy. nie wiedząc jak. w milczeniu podnieśliśmy kufle.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. e sami..byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. Poczułem zniecierpliwienie.. ale to i lepiej. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. zacierając dwie ręce. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. bo okolica zdrowa. Nie wiedząc. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. lecz. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. Być mo e. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. wcią wirują w niej. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. panowie. jak trójramienny świecznik — . pieniąc się przyjemnie. samą w sobie. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . — Ale jest tych urwipołciów.. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. — Jesteśmy tu odcięci od świata.. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie. którzy w boju stracili rękę albo nogę. A je eli chodzi panom o to. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. rubasznie. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. w obliczu trójrękiego. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. musiały wyniknąć nieporozumienia.. — Panowie studenci? — zapytał... e to jednak niesprawiedliwość. a było to. tak nadzwyczajnie wymowne. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. mimo ich mnogości. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem.i miałem więcej okazji do tego. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. spojrzał na nas nagle. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. Nazwania. lustrując nasze mundury i oznaki.. — Proszę wybaczyć. yjemy tu daleko. co na to odpowiedzieć. lecz wesoło. — Dobrze powiedziane — rzekł. oburzony. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. daleko od siebie. proszę. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. zawsze. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. Za to on zachowywał się swobodnie.. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. Czy nasza to wina. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. wśród lasów. — tu utknął i zaczął czerwienieć. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. — Proszę. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. Pochodził z rodziny. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. odło ył piszczałkę. splatając dłonie i gładząc podbródek.

Nie miałem ju krewnych. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. e coś mnie łączy z tymi tam. Ja. panowie! — i zdjął czapkę. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. i nie rozumiem. ale o nadmiarze. niezgodność uczuć. Nikt nie mo e zaprzeczyć. Rozpierała go taka radość ycia. 92 . To odwróciło losy bitwy. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. W grabie y miast. w samym środku bitwy. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. Przyspieszyliśmy kroku. Cyganki. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. panowie: trzy ręce — to za du o. to by ju było coś. który słania się w siodle. kiedy skończyła się wojna. e ściął mi wszystkie włosy. Panowie rozumieją. A ja. Myślicie. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. Po ka dej kampanii. z dwoma czy z jedną. wraz z korzonkami. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. na bli sze. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. Jedną ręką ścinam grenadiera. Demokraci interpelowali w parlamencie. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. usłyszeliśmy wysoki. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. znalazłem się bez środków do ycia. dzwoniący zgrzyt. zdrowie i nadmiar. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. któremu urwało rękę. lśniący tasak. — Patrzcie. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. drugą podnoszę nasz sztandar. Nie poszło to łatwo. taka junackość. w sam raz dla świata. zamykałem się w szynku i przepijałem to. która ręka jest ta trzecia. przeciągły. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. byłem nędzarzem. ró nice w osądach. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. Łysina zalśniła łagodnie. panowie — na pewno nie. wierzcie mi. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. który wtedy brałem szańce. równie nie miałem równych. kiedyśmy wracali do stolicy. — znów wskazał na budynek. — Zresztą. chytre ropuchy. — Byłem zawsze w ogniu. — Jasne — przytaknęliśmy. zawsze jakieś niedopowiedzenia. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. ale dla mnie. Więc kiedy po wojnie. Niegdyś uratowałem mu ycie. — A poza tym. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. Do zmierzchu było ju niedaleko.. niedołę ny i bezbronny. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. Stracić dwie ręce — tak. czasem wydaje mi się. które zawodzą: „Powró yć z ręki. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. gdybym stracił jedną rękę. któreśmy zdobywali. stare. e jestem śmiertelnie łysy.. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. Dlatego te . czy to by wystarczyło? Znam ludzi.

To miara ofiarności. Podano mu śniadanie. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. Jednak nie był jeszcze pewny. nie przystawał. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. dr ący i zachwycony. jaką odczuwa pobo ny organista. nie zmówiwszy paciorka. z jaką teraz osiągał to. Zrozumiał. Na nic. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. słodycz. co dawniej było nieosiągalne. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Na uboczu. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. z wypiekami wstydu. w pysze. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. Od garbienia się do garbienia się. liliowy pokój dziecinny. i inne. Stał anioł stró bezsilny. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. nie rozglądał się. Nadeszła chwila. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. łagodna perswazja. na wszelki wypadek. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. Łatwość. Ani przypomnienie. cisza. nie uwa ał i biegał. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Grzecznie przechodził przez ulice. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. To bił go anioł stró . A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. za garbienie się — blacha w czoło. e nawet wtedy. Wyjadał konfitury. za bieganie i pocenie się — hak. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Oderwał dłoń od czoła. paciorka nie zmówił. A więc anioł bił go ju dla wprawy. Ten zerwał się przestraszony. nieruchomo wpatrywał się w noc. Dobroć. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. Wkrótce odkrył. garbił się. Anioł. za hałasowanie. W milczeniu wypił mleko. małego bohatera. zhańbiony. Jak zwykle nie chciał pić mleka. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. kiedy tatuś pracuje — byk. za niezmówienie paciorka — faja. długo. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. Nie mógł mieć wątpliwości. I nagle gorycz wezbrała w aniele. e metodę mo na znacznie udoskonalić. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Na łó eczku. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej.. Nic nie mogło go powstrzymać. 93 . jak to jutro będzie się garbił. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu. zasypia smacznie mały chłopczyk. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. od biegania do biegania. Nastał ranek świe y i krzepiący.. pragnąc jednym. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. Gdy znalazł się sam w pustej alei. ukojenie. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. głuchy na głos dobra. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . zasypia rozmyślając o tym pewnie. e tatuś tak nie robi. Od mleka było mu niedobrze. olśniła go. Miał się na baczności. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach.

To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. wysadzony nad podziw umiejętnie. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. by mu dać bodaj haka. Uparta. Następnie zainteresował się chemią. gruby i spokojny. bo wiedział. odmawiał. Spowa niał. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. Nie biegał. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. nie hałasował. Zaczął obserwować otoczenie. Zmienił się tak e zewnętrznie. widząc. 94 . e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. nie próbując nawet biegać. Poczęto uwa ać. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . Pewnego razu. dojadał. e wypija teraz całą szklankę.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. tajemniczo zamknięty w sobie. Chłopczyk oddalał się polami. wnikał w tajemniczy świat molekuł. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. Niejednokrotnie. On zaś pracował wytrwale. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. gdy siedział w parku na ławce. w nocy. Czas mijał. a on. myśleli. nie garbił się. pochylony nad podręcznikiem.

Poczuł ze zdziwieniem. gdyby.. gdzie rozciągały się bezmierne pola. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. Godzina późna. mając za sobą spełnione zadanie. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. Konie ruszyły wawiej. śnieg. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. widok nagich zagajników w parowach. Przysypało. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. Niebo było bez gwiazd. Ale teraz. Kazał zwolnić. 95 . — Je eli to prawda.. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym. skończona moja miłość. Te pola zasnuwały go powoli. Nie da się zaprzeczyć.. Jakiś czas jechali spokojnie. Uporządkować. mknął saniami do domu. której przecie sobie nie yczymy. koni nie poganiaj. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. czyste i nieruchome. posępne zawodzenie wichru. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. Nie spieszno mi donikąd. przysypało cię śniegiem. a to niewątpliwie prawda.. póki nie jest jeszcze za późno. uspokojonego rytmu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik.. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. ojczyzno — rzekł mimo woli. jak choroba. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych.. zaszyty w niedźwiedzią szubę. I dodał: — . jak na otwartą równinę. tym bardziej samotniały w białej pustce. powietrze lodowe. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. Rama? Ot co jest potrzebne. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. to rama porządkująca to wszystko. jakieś specjalne biuro... obywateli. — powiedział półgłosem. — Kto wie. Na piersi jego wysokie odznaczenie. sekret. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. ni to zaśpiew.. gdy jechali szybciej. całkiem bezwietrznie.. jak chmury zasnuwają księ yc. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. i to jak najszybciej.. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. Dookoła jednak było. ale która sama przychodzi. Jedyne wyjście... — Ech. popołudniowym niebie. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. i pól. O ile łatwiej byłoby obywatelom. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. — Nadać ramę. e z tego płynie jakieś męczące uczucie. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego..

Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. czarnej gruszy. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. uwodzących.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz.. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. pola śnie ystsze.. nikły. 96 . Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich. Noc stawała się głębsza. smutnych. Chłop na koźle odwrócił się. na śnie nej bieli. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. Tylko na pustym. oszukańczych. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. słowackich skrzypiec.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

Rzucili się wszyscy do kombinezonów. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. ponadto śpiący ju trochę byłem. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. skoczył do domowego rezerwuaru. Ale ju młody Pieg odbił się. zakołysał i oparł o barierę cieplną. wyciął hołubca. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. Ju i inne rakiety latać zaczęły. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. rozpamiętując. ale mój okazał się nieszczelny. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. co ją miał schowaną za pazuchą. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. rozpoczął zaka anie. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. ścienny licznik Geigera. To gospodarz. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. Wtem gwizd ostry się rozległ. Trochę mi tylko to przeszkadzało. e czułem ssanie w organizmie. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. Powstał śmiech i głośne brawa. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. 100 . rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. Noc była jasna. Szło się rześko. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. e bez trudu drogę znajdywałem. zielony róg na czole. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. po trzy pary z ka dej strony. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. eby Piegowi się odciął. jak to było na tym hucznym weselisku. — Ludzie. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. widząc. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. bo od zagrody. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. e inaczej gości nie uspokoi. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. Cofnął się Smyga. gdyby nie to. no. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. Ale ten nic nie rzekł. przy stale wzrastającym jej współczynniku. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi.

musi. Woźnica nawet szklanki nie dopił. Miałem się udać do majątku Z. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie. Pamiętam. e ja tak prosto z mostu. Tutaj. Tote dziwiłem się. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. konie nale ało nająć. do którego obaj jedziemy. z kim to droga mi wypadła. jako obcy i powiatu nie znający. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. człowiekiem znacznym w kraju. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. a zresztą w podró y zawsze co dwu. czyby do mnie mógł się przyłączyć. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. które nawet nieświadomych tak uderzały. włosy miał długie jak artysta. To i chciałbym wiedzieć. Tak więc los zrządził. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. Równie i woźnica-chytrus. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. e jestem nietutejszy. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. Znany był z tego. Ja zaś. przez jutro mnie zatrzymają. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. czy który do Z. czyli do ludu nale y.. to jakby urzędowo. Wtedy dopiero. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. Tak się zło yło. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. a dzisiaj do państwa.. W samej rzeczy znalazł się jeden. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. zamo nie. jakbym przeczuwał. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. — Ja. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. który dawniej do hrabiego. ale tak. jak grzeczność ka e. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. Ale jechać było trzeba. W tym celu zaszedłem do gospody. ale powiedzcie. bo i ja posłucham. jako e obowiązki równie w Z. e nie pisał dla siebie. e bardzo się cieszę. z czym walczyć. Wy jesteście agronomem pól. na tę twarz pielgrzymią. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. czoło gładkie. co to napiszą to. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. nawet za poniektórą granicą. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. by dalej móc jechać. bo jakby stracił rezon. Chłopstwo. choć to ju półmrok był. a dla narodu. a sam. właśnie nie wraca. Nie śmiałem pytać. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. to dosyć. Przystałem tedy chętnie. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. Powiedziałem. 101 . Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. Odziany był z wielkomiejska. na oko. Na tym prawie rozmowa się urwała. Zapytał mnie grzecznie. a ja agronomem dusz ludzkich. gdy nieznajomy przed nim stanął.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. e nikt go przecie tu nie znał. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. bo on równie z daleka przybywa i do Z. na kozioł skoczył. O. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. miasteczku R. Nie był on z tych. eby im w pracy ul yć. na konie cmoknął i ruszyliśmy. chłop o lisiej twarzy. to nie jeden. bo pisarz zapadł w zamyślenie. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. napiszą owo. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza.

tote nic dziwnego. Poznałem. Siedzieli jakby wmurowani. ale tutaj coś mi się wydaje. gdzie tynk był zeskrobany. Trudna rada. opuściwszy głowę. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. tak to przemyślnie było napisane. bo niemowa. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. O. bo od razu to pole. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy.. W świetlicy było tłoczno. nie tylko 102 . a zwłaszcza baby.. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. jak to na zebraniu. na wspomnienie tego. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. sąsiada. choć przecie byłem przyjezdny. aby stać się lepszym.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. a e się okazało. Tam znów się okazało. same lotne słowa mi się cisną. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. Mo e nawet czekał na mnie. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. skar ąc się na złe urodzaje. ręce zacierał. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. aby stać się lepszym. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś.. a wzrok mój padł na karakona. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. e budzi tęsknotę. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. kuternoga ry y. — Tak myślicie. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. Ale e robota na mnie czekała. Patrzyłem na świetlicę. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. — wyszeptał — tak myślicie. jak ptak umierający. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. Jest to opowieść szlachetna. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. Poprawiłem się na ławie. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. takie to spełniało zadanie. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. ale jakby mniejsze. Mam jednak coś. On zaś. o. Kiedy wszedł pisarz. Bo dzisiaj jeszcze. Wnet kazał podać chudej polewki. z tym ju artów nie było. nie zwlekając. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. e kpi w ywe oczy. pod wieczór do majątku wróciłem. e nie tylko tęsknota. Nie były to utwory oderwane od ycia. niektórzy nawet. Stałem. on odwrócił się od okna.. podjadłszy. oczy mru ył. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. polewki. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. e jest tylko jedno łó ko. Ale ja wierzę w człowieka. eby ulepszyć siebie. więc. i zaczął od wierszy. długo szukałem. czego jeszcze nie stosowałem. Nawet w nich większa siła umoralniająca. a zmordowany i zły. co się nawinie. Śniło mi się. budziły tęsknotę. ale widać było. więc zapytałem. czysta. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać. jakbym coś miał na sumieniu. jak to się okazało. wszyscy siedzieli tak. Odrobiłem tego dnia niewiele. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. bo ledwo zzułem buty. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. wszyscy skłonili się jakby. Biła z tego taka szlachetność. i rzekł. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. Miało być koło lasu.

panowie. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. e ich wątli. Chcecie wiedzieć.. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. W tym to zamęcie. taka zatwardziałość. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. jako skoble wynosił. w pniu wypróchniałym. e ich te czytanie szczerbi. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. i kary na siebie ądał. od bydła. Od źdźbeł i gwoździ. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. Widać. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. po piwnicach chodzi. siłowali się ze sobą. bobym się dowiedział. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. I dopiero na krzyk nagły. ale za moim poduszczeniem. e obrona długo trwać nie mo e. Do siebie przyszedłszy. Ale widać było. bilans” wołał. do egzorcyzmów sprowadzony. Słuchy chodzą. którym pewnie i las. e nie jest ju ten sam. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. ale taka w nich siła nadludzka była. koni i plonów — a ja czekałem. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. zwyczajnie. Przez chwilę trwało. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. Szum wzbierał. Byli i tacy. Zerwałem się. e słabną. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. ale swoje do siebie szeptali. w wierzbie przydro nej. jak zaś wiedziałem. jak mogli. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. nie oddziaływające na ycie. bełkocąc coś o dylach jakichś. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. Tu dzień sądny się zaczął. głowę podniosłem. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. e co najtę sze tuzy. co za czapkami się oglądali. Jęczał. „Bilans. ile go być powinno. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. ciągle czytając. Co się zaś pisarza tyczy. daleko. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. to znaleziono go w trzy dni potem. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. od kur i gęsi — ten wołał. powszechny. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. eby mu w twarz rzucić. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. jam winny. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. acz nie bez mozołu. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. e nie tylko dotąd się nie przyznali. e ukradł psa i ałował. Wszystkie głowy tam się zwróciły. a do onego pola dojdzie. i pole. roboty ukończyłem. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. jakby radząc. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. tamten prosił. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. 103 . Ale trzeba te powiedzieć. pole. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. Pogwizdując. wyszedłem z domu. Słaniał się bełkocząc. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. 105 . e wątpię. wawy i radosny. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. Wszystko brał na siebie kotek. biedaczek.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. mimo ró nicy gatunków. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. jak chciwie je chłepce. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. ani moralnie. e sierotę krzywdziłem niechętnie. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. przynajmniej na kilka dni. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. kary zaś nie doznałem adnej. wyspany. Wzrok mój padł na kotka. ale wręcz odwrotnie. bądź co bądź. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. Spojrzałem bacznie na kotka. czkał. Wracałem przewa nie nad ranem. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. Bezdomny kotek. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. zacząłem się zastanawiać. patrząc. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. Skoczyłem po piwo dla kotka. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. Czy mo na się dziwić. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. cierpiał. Być mo e. którego. które. jak to bywało przedtem. nalałem je do miseczki i. tak e zwierzę. Jakie było moje zdziwienie. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. gotów do następnych. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. kiedy. ledwo ył ze zmęczenia. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. a czysty jak anioł. niestety. poniewa znam siebie i wiem. Muszę powiedzieć. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. Przyjemność. mój mały przyjaciel. A ja wcią byłem jednakowo świe y. od nowych upadków. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. Nie ulegało wątpliwości. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. sierść poszarzała. które. Nastały teraz dni. które zawsze wspominałbym z czułością. by ją ochoczo skrzywdzić. Przeciwnie: czułem się rześki. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. Ledwo otworzyłem oczy. jeszcze ohydniejszych uczynków. jak okrutny pies gonił kotka. e — czy to przez wdzięczność. ale jako. powstrzymywałoby mnie.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

Ale Juhas. juhasie. em się przed nią cofnął. chyba e tak. — No no. — To jest sposób na insomnyję. dlatego. dzikie. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha.... — Jak e to? Darujcie. w jakim kierunku. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. zaprzeczyć się nie da. prawdę powiem. wycieczki. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny.. kompromis. 109 . przypominając o wiecznej obecności natury. eby sobie. a potem powiedział. ale tak padało. Umilkł. ani to z wy szością. e doić pora. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. — E. mruknąwszy tylko. — Kompromis.. ani to markotnie: — Chyba e tak. odwagi intelektualnej brak. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. Wkrótce istotnie zapadłem w sen.. taka zewnętrzna konsekwencyja. e nie mogłem stwierdzić. wielu — powiedział. Potem rogaliki rano jecie. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. panie. zasnąć nie mogąc. em wyjąkał: — Ja. panie. obracając się na bok. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. panie! Więc ja się nie wykręcam. Tfy! Splunął. które wesoło skakały mi po głowie. Jaka wewnętrzna sytuacyja. tam. to ju nie są arty. choć szałas i wszystko inne jest. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. oddalił się w kosodrzewinę. to owce” — powiedziałem sobie. — Ale ja wam. do szałasu. owce w głowie liczę. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. panie. Ja zawsze zasypiam od razu. świata nienamacalnego. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. e u was owiec nie widzimy. Dawno ju się dziwowaliśmy. haj! Był taki dumny. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. — Ano. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi.. — A. panie. nie wymawiając. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. a ycie swoją. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o.. ale ycia duchowego... — próbowałem argumentować. Po czym odwrócił się tyłem do mnie. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć.. górski poranek obudził nas i nasze panie.

— Nie wiem. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. w których został sierotą. syfilis? — E. W jakiś czas potem. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. Spochmurniał. Wyglądał na strapionego. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. Podszedłem bli ej. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. e nie mogłem znieść tego dłu ej. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. gdzie tam — westchnął cię ko. Było tyle prośby w jego głosie. naprawdę? — o ywił się. nie daj Bo e. e nawet mnie to trochę dotknęło. — Zatrucie? Egzema? A mo e. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. nie? I odszedł pogwizdując. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. 110 . Była to spowiedź jego ycia. co to mo e być. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. spotkałem tego człowieka na moście. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. — Jakoś to będzie. Nale ało wykupić bilet w kasie. Pod wskazanym adresem panował tłok. Rozpogodził się tak znacznie. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. pod koniec przeszedł w cichy płacz. — No. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. Kilka osób z tego skorzystało.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. — Wie pan co? — powiedziałem. co mu dodatkowo zaszkodzi. — E. Więc dodałem: — Ale nie trafił. kiedy wracałem wieczorem do domu. odchrząknął i zaczął mówić. Po prostu mi smutno. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. o zapadłych policzkach. twarze klientów o ywiły się nieco. — Tak. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. — Nie mówmy o interesach. Ju przy opisie okoliczności. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. oficyna na prawo”. Było to ohydne. Od tego czasu mam u niego zni kę. woźny wprowadził nas do wnętrza. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. jednoizbowe pomieszczenie. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. następnie poczekać.

niespodziewane ulewy. w głębi dziewiczego obszaru. trwałem od wielu miesięcy. których motorem była moja tajemna pasja. W towarzystwie jedynego asystenta. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. czyli ruchu. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. zwa ywszy. 111 . prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. zupełnie wycieńczony. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. gwałtowna. jak twierdził.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. Co do stanu umysłów. upodobnić się. doświadczenia i usiłowania. e głos polega na drganiach. eby stać się jej cząstką. Prowadziliśmy straszną egzystencję. chcąc nie chcąc. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. Jak ju wspomniałem. mnie tylko wiadoma. dzielnym człowiekiem. choć to on właśnie stał się bodźcem. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. Nieustanne dą enia. czyli. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. kładłem się na pryczy. gdzie. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. a przede wszystkim zoologię. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Nie szukając daleko. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. Wkrótce. dzięki bratu. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. tam. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. Fauna i flora zadziwiająco bujne. Klimat tam był piekielny. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. choroby. porucznika C. e zawsze będzie czas na odwrót. którą otrzymałem wtedy. w energię kinetyczną. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. daleki od zaspokojenia. Wydawało mi się. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. jak sądzę. Znosił trudy. opanowania wiedzy. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. był młodym. było nieco chłodniej. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. Twarze zarosły nam długim włosem. nie ustawałem. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. w towarzystwie jednego tylko człowieka. Mowa stała się chropawa. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. wzniesiony opodal bagniska. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. nieartykułowana. e jestem ogniwem w obiegu natury. Upał. Ja. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. Temu nienasyceniu. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. Porucznik C. Był to samotny. Ja jednak. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. olbrzymi osobnik. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. w środku puszczy.. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. na blasze.

— Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. wskazywał olbrzymowi miejsca. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. gdybym wiedział. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. Potem widzieliśmy ich razem. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. mały i niepozorny.. zwanym u g u p u ?! 112 . dźwigające całą konstrukcję. Oto z nieuwagi pawianów. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. ulubiony przysmak kolosa. pochrapując. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. e często musiałem pracować sam. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. je eli mogą przypuszczać. Jak wiadomo. Nie było chwili do stracenia. korzystając z nieobecności samca. kamienny sen. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. Przypuszczenie było mylne. Najpierw przypuszczaliśmy. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem.. Otó lisek. — Ach. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. Porucznik le ał na pryczy. ale tu. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. nada mu nową szlachetniejszą treść. rozumiejąc. w pierwotnych warunkach. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. Nakreśliłem dalszy plan działania.. liski ywią się równie i myszami. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. — Dwa uczucia dominują we mnie. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. bo dokonaliśmy następnego. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. wstrząsającego odkrycia. Byłem wstrząśnięty. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. — To ciemność! — mówiłem. — odparł sennie porucznik. — Nale ałoby sprawdzić. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. jak szli w puszczę. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale.. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. Nie naruszając obiegu natury. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. biegnąc przodem. e w ich interesie le y. skąd lisek wie. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. Pierwsze — to wstręt i groza. Zło yłem się. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni.

je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. — Mów. wymasowany na moich oczach przez porucznika. — .. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. Głos mu się załamał. Natomiast znacznie później dowiedziałem się. Wchłonęła go natura. Zrozumiałem. przystawiając mu sztucer do piersi. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody... — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. W pół godziny potem. On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. 113 . odszedł zadowolony.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. Zaczęło mi świtać w głowie..daje alkohol — dokończył szeptem. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan.

zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. pragnąc z nich uczynić swoich następców. umieścił się w ten sposób. tote chętnie opiekował się młodymi. powiedział do pracownicy głosem cichym. opromienionej blaskiem talentu. kłaniał się. który tu przed nim stał w kolejce. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. mimo pewnych niedociągnięć i wad. — Proszę do mnie. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. ale chciał odejść. To. odzienie pomięte. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. jakby ulegając nieprzepartej sile.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. zagadkowym spojrzeniem. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. Powieściopisarz przedstawił się. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. Ujrzał. a bułka zjedzona. częściowo dla wypicia mleka. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. 114 . Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. Kiedy nadeszła jego kolej. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. W dobie. Kiedy kubek był ju pusty. Szurał nogami. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. choć skądinąd schludne. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. który. ale wyraźnym. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. Wzrok miał przymglony. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. w który zawinięto mu bułki. pomagał im w zdobyciu sławy. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. częściowo dla przyczyn ogólnych. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. co zdą ył przeczytać. Ale wtem młodzieniec przystanął. Wydawało się. dykcją staranną. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. w których palił się płomień geniuszu. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. Pisał bez przerwy. Było to tym dziwniejsze. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. rozejrzał się dookoła. jak oddala się bardzo szybko. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. wprowadziło go w zdumienie. jakby zbudzony. Był to kompletny szkic powieści. Wtedy gwałtownym ruchem. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. proszę zostawić to pieczywo. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. e jedynie dzięki temu. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. Pobrawszy swoje filé z buraków. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię.

eby się zorientować w tym. dotychczasowym okresie. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. i nic nie wskazywało na to. Powieściopisarz przypadł do biurka. — Powieściopisarz. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. porzucone niedbale na biurku. To uśmiechał się. — Zjadł. czasem nawet ocierał łzę. Była to prosta kobieta z ludu. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. Obudził się nagle z uczuciem. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. zamknął go w swoim gabinecie. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. co zawierały. — Co on tam robi? — zapytał. To. Młody wcią pisał. nabytym zapewne w cię kim. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. egnając się.. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. odkryłem kogoś. uciekinier mógł być ju daleko. według zeznań zamiatacza. Natomiast polecił swojej gospodyni. Owszem. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. Biedny. a podró ni wychodzili i wchodzili. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. a nawet z nim rozmawiał. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. poniewa tam kończyła się linia. do którego. które jakby zapowiadało początek nowego. widział młodego człowieka. jeszcze pan sobie biedy napyta. którego obowiązkiem było sprawdzanie. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. — To dobrze. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. Ręce mu dr ały. W zacisznym świetle poranka. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. genialny. Tramwaj. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. jak chcieli. a teraz siedzi i pisze. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. kiedy przekręcał klucz w zamku. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. radośniejszego ycia. — Kiedy doszli do domu. Świe y wiatr poruszał firankami.. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. to. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych... mimo pośpiechu i zdenerwowania. zacierając ręce. dziki. Ale w pokoju nie było nikogo. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. Uciekając zabrał ze sobą bułki. Minęło południe. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . niepewnym. trzeba go pilnować. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. e kiedykolwiek uda się go odszukać. Niewiele czasu było potrzeba. — dodała. Widział go następnie zamiatacz ulic. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. Oj. co objawiło się w pierwszym. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. Potem zawołał gospodynię. poło ył się i zasnął. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. e stało się coś niewłaściwego. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. to wpadał w zadumę. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. szczelnie wypełnione pismem. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał.

ni to skrzypienie. Spojrzenie tych oczu. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. który upłynął od chwili. Studiując ycie. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. a niedobre przeczucie. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne.. Widocznie daleko przebywał. przywróciło go nieco do przytomności. nieporuszonych. ni to buczenie trzmieli. nie spieszące się donikąd. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. jakby spoza kuli ziemskiej samej. powieściopisarz obszedł więc wagon. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. krytego wagonu towarowego. wrócił do czytania. Prawie był pewien. zapytać się o coś. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. nieobecność. Drzwi były odsunięte. pełen alu.. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. Gonił go nieustanny poszum. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Niechętnie wyjaśnił. potykając się o szyny i progi. wyblakłych. Była taka straszliwa obojętność. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. przedział za przedziałem. Tu na skraju siedział młody uciekinier. mimo pewnych cech indywidualnych.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. Ale. co znajdowało się za ścianką. Chciał coś powiedzieć. piętno geniuszu. Błądził ju po peryferiach stacji. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. Twarze. skromne. ale zanim zdą ył. składy towarowe. Luźne wagony. węglowym miałem i przestrzenią. pisząc podobnie jak pozostali. Bezradny. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. 116 . e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. eby przejrzeć wagon za wagonem. e powieściopisarz zbladł. zanim zrozumiał to pytanie. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. niepojęte zamyślenie w tych oczach. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. czekały tutaj w półśnie. jak wykazywały obliczenia. który ciekawie mu się przyglądał. Odziani w takie same. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. począł uciekać od wagonu. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. kilka lokomotyw sapało sennie. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. Było ich sześćdziesięciu. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. gdzie się mógł podziać. z widoczną po ądliwością. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. który przechodził tędy na perony. wolno szedł peronami. poświst. przekroczył szyny i oto co zobaczył. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. Wiedział ju . Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. Có stąd. w świecie opisanym na kartkach. młodym autorze. schludne. wewnątrz wagonu. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. nieco wymięte podró ą garnitury. aden pociąg nie odjechał w czasie. szeleszczenie piór. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. opuścił rękę i.

Noc spędził w lokalu rozrywkowym. przebywając to w piekarni. Ale teraz jeden skoczył po bułki. potem drugi i trzeci. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele.. tylko chycili za pióra. Wszedł do restauracji. cię ko dysząc i wskazując za siebie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. choć bardzo tego potrzebował. jakiegoś niepokoju. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. ale pełnych niepokoju. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. po namyśle. z surową rezerwą.. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. a którego bezkształtność tak go męczyła. — .. lecz schludnej odzie y. e oni w drodze ju trochę pisali. choć grzecznie. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. ani „dzień dobry”. Było dopiero wczesne przedpołudnie. Spodziewał się. Z wiadomości. Kto ich tam wie. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. Nazwiska nic nie mówiące. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. e na mieście działa się jakaś sensacja. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. on jednak. Natomiast lektorzy. Po południu widziano go tu i tam. Obudził go telefon. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. Dyrektor wydawnictwa. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. — A. — zapytał. coraz liczniejsze. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. Ze zwieszoną głową. opuchnięty alkoholem sen. Widać z daleka są. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. wskazywały na to. co mieli na drogę. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ.. zatopiony w myślach niejasnych. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. to ani Boga nie pochwalili. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. Ale telefony. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. przy akompaniamencie werbla. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. wolno opuszczał peron. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. którzy rzucili się do okien. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. który go drą ył. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. bo zjedli wszystko. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili.. cały czas piszą.. oświadczyli.. Ich glosy były pełne podniecenia. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki.I jeszcze jedną wódkę. nic w ogóle. ró ne rzeczy się zdarzają. wkroczyli do wydawnictwa. Pracownicy. wajchowych. Jak tylko my otworzyli wagon. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. nie posiadając się z zachwytu. coraz mniej trzeźwego. Zachowywali się powściągliwie. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. — Nie ma za co. bo byli głodni. nie wiadomo skąd. przysięgali. Jeden z nich miał werbel. Piszą? A tak.. to w barze. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi. Miarowym krokiem. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. U nas. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. ale więcej ju nie mógł. Panie Józiu. ka dy dostał jedną. Mnie się wydaje. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. ale słabo.

przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. co się dzieje z młodocianym geniuszem. znajdujące się aktualnie w druku. e uciekł. Ale rękopisu nie znalazł. aby wciągać. jakby dokądś się spieszyli. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . szukać ich po pracowniach pisarzy. Le ała. hodowla słabła. prawdopodobnie do kawiarni. A poza tym ruszenie czegokolwiek. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. cicha błogość malowała się na jej twarzy. ale i krytycy poczuli się zagro eni. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. tym razem taksówką baga ową. Oracze odrywali się od pługa. podstawy do jakichkolwiek artykułów. Analiza potwierdziła przewidywania. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. Przedwczoraj. W ostateczności dotarł do kuchni. który oddarł się od arkusza. jak i przez wysublimowanych znawców. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. co znajdowało się na biurku pana.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. zarówno przez lud. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. ale zaczęła stawiać opór. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. wcią zaglądając do nich. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. e. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. niedoścignionym utworom. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. być mo e. Nie wierzył własnym oczom. eby czytać. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. punkty zaczepienia. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. potem cały pokój. Więcej: coś nieziemsko. podorywki były zapóźnione. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. po prostu nie były potrzebne. chocia spodziewał się. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. Daremnie. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. Był to pierwszy telefon. Niema. a pragnienie męczyło go nieznośnie. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. Arcydzieła. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. Arcydzieła były tak bezsporne. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. Nareszcie zadzwonił krytyk. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. poplony w niebezpieczeństwie. przyciskając do piersi skrawek. a kiedy dowiadywali się. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. być mo e i bardzo dobre. e zniknęły wszelkie niuanse. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. Po okresie. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. Przeszukał najpierw biurko. ale przecie niedoskonałe. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. Krytyk za ądał. a to dzięki temu. tej samej jakości. Nie tylko powieściopisarze. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. pytali. Dzwonili tak e znajomi. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. spełniające wszystkie postulaty. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. e wszystkie inne powieści. Przytrzymywała arkusze oburącz.

. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie.. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. tajemniczych autorów. Teatry satyryczne były ju opanowane. zapomniane przez wszystkich. Okazało się. — Oni tam ju są. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. Nie widział innego wyjścia. szelest rozgarnianych liści. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. które niebezpiecznie prześmiały się. krótkich monologów cyrkowych. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. e uda mu się podjąć zaliczkę. Okazało się. odgłosy kroków. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. jeszcze z dawnych czasów. W teczce niósł kilka swoich wierszy. niepotrzebne. Widzę tu i młodzie . Przewodniczący zagaił pokrótce. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. Bajkopisarz pomykał leszczyną. niektórzy wprost od udoju. zszarzałe. napisanych z niemałym trudem. a tak e sekcje: utworów estradowych. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. i weteranów. dyscyplina wzorowa. Po drodze spotkał znajomego. jak stali. prowincjonalnej stacji. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. A teraz ustalmy fakty. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. Miał jednak nadzieję. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. przy której mieścił się teatr. Gości zrewidowano. librett wszelkiego rodzaju. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. a potem przejść do sprawy. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. Teraz przyszła na nas kolej. od obejścia. Skręcili w ulicę. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. zajmującego się drukowaniem poezji. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. Kraj czytał tylko nowych. — Mam pewien pomysł na sztukę.. Zebrani zgodzili się. od strony grobli. Przypomniał. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie.. ogólna zgoda. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. Tak walił ten naród. zdyszany. Tym posłano w alkierzyku.Ogólna zgoda. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. powtarzam. Nastrój panował powa ny. gwarny. Młodzi walili starodrzewem. Realistów. znakomitego poetę. jurny a buńczuczny. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. inni od obrządku. zaczął padać deszcz. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. 119 . jak kogo zastały wici. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. a nawet literatury dziecięcej.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Autentyści szli tak. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. Niebo było pochmurne. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . łamanych niewidzialnymi stopami. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. nagle zaćmione. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las.

.. fachowców słowa.. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. koledzy jak by to wyglądało. jeden od drugiego. tak zwane skryptony.... którzy spełniają nasze marzenia. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. przyznaję to.. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. Nikt nie spał. które dotąd yły zgodnie. Ale nikt nie przeczuł. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Na nasze nieszczęście los padł na nas.I powtarzam raz jeszcze. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU.. nawet rodziny. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. jak tu jesteśmy. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. takie zebranie przecie zwołujemy.. po pięciu ludzi.. Oddaj mi pan blok-notes!. równie mia d ące. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. czuuuwaaaj.. Wielkie poruszenie zapanowało na sali. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. — Po tym krótkim występie pragnę. zresztą nie tego od niego oczekiwano. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. są bardzo nikłe. operując faktami i statystyką. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI. stali się oni ulubieńcami wszystkich... A tu nagle zjawiają się ci.A teraz kilka słów wyjaśnienia. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. zamiast zaśpiewać „hosanna. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. Wszyscy. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. Wniesiono arówki elektryczne. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia. którzy od progu są samą doskonałością. rzeczowo udzielił informacji. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . Nie tajemnicze promienie. 120 . choć jej szanse..... które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony.. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych... Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. Głosy: — A co ze stypendiami?!. brat wydziera bratu. oto osiągnięto oto objawiono. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. Wtedy my.. Cichym. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. e nie odpowiem publicznie na to pytanie.Nie mo emy się więc dziwić. Co jest?! — . drukarnie nie mogą nadą yć. dobitnym głosem. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. Powiedzmy to sobie otwarcie. Dwa skryptony tworzyły szrajbę.. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. zamiast się ukorzyć. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw. spodziewam się. Przybycie ich okazało się dla nas. Zebrani dowiedzieli się więc. tajemnicy. W obliczu ABSOLUTU. bardziej utalentowany ani lepszy. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. a zajmują się tylko tamtymi. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. — . po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. tajemnicą. morderczo utalentowanych autorów. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. Śmiem twierdzić. a nie na in ynierów. Więc zwa cie. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru.

zaiste — piękny to był widok. Odwa ni. Ktoś domagał się. eby po prostu bić czytelników. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. Tam. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. Tam obóz warowny zało ymy. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. z barłogu się porwał. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. rywalom odpór. osłania ją ogniem. Unikają zadymionych lokali. Był to mą słusznego wzrostu. Głosy: — . e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie.. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. niezwłocznie rusza. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. drudzy czytają to. okazała się płonna. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. wszyscy pojęli grozę sytuacji. który dotąd siedział był jakby na uboczu. czasowy choćby. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. myśli jednej. przed spaniem uprawiają przechadzki. le ąc. Szmer przeszedł po sali. wykujemy dzieła krzepkie. w głębi nieco. bracia! Sejm nasz końca dobiega. w dyskusjach i sesjach. w myśli i talentów koncentracji. sklecić z nich nie sposób. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. które wska emy. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. Przejmująca cisza zaległa na sali. a to z braku samokształcenia. prywaty poniechać. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. półzwierzęcia. co zdołali przedsięwziąć. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. po przegotowaniu. a smolarz. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. tam pacholę ściskało 121 . Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. geniusze razem a równo piszą. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. a to powiedzieć nam trzeba. w pojedynkę. beznamiętnym głosem. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. Wtedy powstał człowiek. potem na zmianę. Regulamin ten przewiduje. kupić się. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. przewodniej. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. Było to wszystko. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. e geniusze od ywiają się skromnie. a psy wyć poczęły. Tak więc nadzieja. podczas gdy druga. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. udowodnił bezskuteczność tej metody. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. ale zdrowo. zda się. aby zgłaszali propozycje. Zwrócił się więc do zebranych. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. geniusze piszą równo. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. osiwiały w pisaniu. Spotykali się z ostrą odprawą. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. dać mogące. harcowników modą działamy. Dopiero teraz. które miał ze swoją gospodynią. Podczas gdy jedni piszą. Tedy.. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. my zaś w rozproszeniu. eby rozjaśnić arówki. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady.

przydzielony do kompanii jako stalówkowy. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. panie — powiedział. — Ni to. starając się do wodnego ptaka upodobnić. galopujące po niebie. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. Brakowało tematów. tez.. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. obejmował. ni owo — stwierdził..Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. Te. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. Jeszcze przed północą. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. za to były dobrze okopane. wtedy w barze. ale istnienie samo w sobie. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. pod wieczór. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. Nie było ich wiele. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. ale ku zabawie. on jednak pamiętał. Przedrę się. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. A jednak. z dobytymi maszynami do pisania. wtedy zamierał bez ruchu. Hetman długo mu patrzał w oczy. odsłaniały księ ycową tarczę. wątków. — Idź — powiedział. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu.. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. jak siostrę rodzoną. do dna przypaść. e za małą mają racyą. lud to ciemny — na to Hetman. stentorom swym dając folgę. Opodal kroczyli namiestnicy. rzeka przybrała barwę ołowianą. Obowiązki swe spełniał. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. głos zabierał. ramię przy ramieniu walczył. — Nic to. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. — Ja pójdę. i trapił się. — Skar ą się. pomysłów. Nikt złego słowa. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. Chłopstwo wybiegało przed chaty. artami sypiąc. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. jakby nie ku trudom. bo blask od okularów i czół wysokich bił. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. rzędom i szykom. niósł za Hetmanem jego cię kie. Nie takie racye bywały. oczy mru ąc. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. w trzcinę się zmienić. tam. Noc przyjęła go lodowatą. dziwując się strojom cudzoziemskim. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. tu i ówdzie. Powieściopisarz. zieloną księ yca poświatą. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. Czasem chmury. choć na zewnątrz duch był dobry. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. jak to początków zła sięgała jego obecność. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. bojowe pióro. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. Wasza Przewielebność. 122 . które jeszcze pozostały. — Pozwólcie. Płacz i radość uczyniły się powszechne. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł. Hetman obchodził działa na wałach. I w samym obozie nie działo się dobrze. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali.. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. w patio siedział. idei. Oni zaś szli weseli. Szły więc pochody wśród sadów białych. Mgły wstawały z łęgów. a nawet onami. ślubnych. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. co w tylnych rzędach się znajdował. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. szczęśliwie ominąwszy łęgi. w szuwary się zapadł. Powieściopisarz. — Nie widzę.

widoczny ju tylko po nielicznych ogniach.. pierwszy promyk nadziei zaświtał. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. a kiedy obłoki wełniste. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. lampę swoją łagodną. rozło ysty. Gdy wspiął się na zbocze. Coś zapluskało opodal. z prochów gwiezdnych. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. Cofa się powieściopisarz. język siny wyciąga. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. Opiera się oń plecami. na powrót noc czarną czyniły. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. Brzana? Kurka wodna? A mo e. pracę swoją literacką. będzie polemizował z ABSOLUTEM. co przyszła skądś.. pełną usterek i słabości. Przynajmniej od tyłu coś go określi. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. ostro nie stąpając.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. śmieje się. posuwał się mozolnie naprzód. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Obóz pozostał daleko w tyle. Za nim dąb olbrzymi. 123 . kosmate. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. Obejrzał się. Serce mu się ścisnęło. palonych przez stra e.. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się.. ale przecie ludzką.

oczekiwania. Otworzyłem ten list odruchowo. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. ruchów czy języka zdradzą się. a raczej brak treści. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. zaledwie pociąg stanął. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. e mnie nabrano. portier. Mogłoby się wydawać. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. e dałem się nabrać. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. Wszyscy wiemy. i pieczątkę mo na sfałszować. wyglądałem podejrzliwie na perony. bo trudno się było spodziewać. Ale jak się przekonać. To nic. Liczyłem. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. Mogło się zdarzyć. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. w pociągu. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. czyli zabić. zupełnie czystą. obel ywego rozczarowania. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. nieprzezroczystych kopertach. e list nadano w miejscowości. Nie byłoby w tym nic szczególnego. Nie art. w którym się zatrzymam. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. wrzucając list do kosza. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. I datę. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. A jednak to była znowu pusta kartka. Rozdra niony. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. autor artu. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. Ale data stempla świadczyła. ale więcej osób. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. ani z drugiej strony. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. mógł się znajdować prześladowca. Nie zwrócono go. jak gdyby w tłumie podró nych. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. którzy swoim zachowaniem się. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. eby to mógł być art. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. e mo e spotkam znajomych. a tak e kilka następnych dni. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. e znowu znajdę pustą kartkę. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. Z pieczątki równie wynikało. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. Poni ony. sądząc. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. czy zwyczajny. czy list jest t a k i . Zresztą nadawca był nieznany. e ktoś. wewnętrzny u ytek. — To chyba nie roztargnienie. art nie wchodził ju w rachubę. usłyszawszy moje nazwisko. napisze do mnie list stamtąd. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. e tu przyjadę? Portier twierdził. dotknięty. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. niepowściągliwością twarzy. unoszącym mnie z powrotem. Ów gest umyślnej pogardy. Ju na dworcu. Gest był więc na mój własny. e list czekał ju na mnie od wczoraj. 124 . nie zapisaną ani z jednej. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. Ale skąd wiedziano. e list był wysłany dwa dni temu.

e list nic nie znaczył. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. — myślałem z lisim. Nie były to prymitywne. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące.. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. aby nie nale ało wątpić. Trzeba więc powrócić do mniemania. które mogły kierować nadawcą. e tak dłu ej nie mo na. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. Przewodnik. mo e wezwanie. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. Pojawił się strach. świadczył o sprycie. nie zasługuje na to miano. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. Nie. ądano. potrzebowano. A uświadomiłem sobie. niestety. ile w tym uroku. mo e czegoś ode mnie chciano. Te listy nie mówiły nic. mo e polecenie.. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. to. Ju sam fakt. To jakaś wielka dama. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. być mo e całą organizacją. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. bez intencji. 125 . który nie dawał się złapać za rękę. e kartki były czyste. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. zamieniło ją w pensjonarkę. rodzaju. to kto wie. byle jakie. kto rozporządza takimi środkami. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. Zobowiązanie bez ograniczenia. sam w sobie. gdyby w którymś z kolejnych. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. O. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. Mała? Zastanowiłem się. nic więcej... które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. ktoś. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. Co noc barykadowałem drzwi. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. — Biedna mała. w jednym z najdalszych zakątków kraju. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. a powstrzymywana wstydem. byle artykułowane. Dobre samopoczucie ustąpiło. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. znający na wylot obyczaje zwierzyny. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. pustych listów było napisane chocia : „Ty. ka da inną. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. czy to jest sprawa serca w ogóle. Za długo ju trwał ten flirt. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. ktoś na skalę międzynarodową.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. perfidii i ostro ności złoczyńców. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. e był tylko środkiem. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. przysłonił oczy dłonią. pełnej za enowania i dobrego humoru.

Słońce ju zaszło. wypaliłem. ebym mógł się łudzić. machając niebieską kopertą. e chcę przeczytać list na osobności. papierki rozmiękły i poszły na dno. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. dobywając całej umiejętności. Nie otwierając. czy te mówię prawdę. wplątały w korzenie wodnych roślin. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. czy kłamię. zapadałem się po pas. Tak. — E. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. e nie wiem. Udając. z lewej. którym je wszystkie adresowano.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. A je eli? 126 . Wszedłem do wody. Wytę yłem wzrok. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. Za późno. No có . podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. Koledzy. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. przeklinali mnie głośno. mo e tam nic nie było. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. to dzika kaczka. Ściemniało się z ka dą chwilą.. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. czy ten przedostatni. Było ju prawie ciemno. poszedłem na sam brzeg. na pewno nie. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. po ramiona. Brodziłem. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. gorączkowo rozgarniałem trzciny.. to była ta sama koperta. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem.

ywy i wesoły. apetycznej trawki. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. rozpogodził się.. przydałaby 127 . niewidoczny dla sąsiadów. osiągnęła takie natę enie. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. Był wierny. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. niosąc zapach poruszonej ziemi. Nie wspominając ju o postępie filozofii. ale nie wiedziałem. co słabsze. A przecie był ju dorosłym. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. wzdychał. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. Piesek chował się dobrze. oddany. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. Ale. Wszystko. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. I teraz dopiero. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. jak zwykle. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. e zimny nos delikatnie. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. Pewnego ranka siedziałem. eby był moim wiernym przyjacielem. w której chodziło o to. lojalny. uległy. Miał na tyle delikatności. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. wstając ze zdrętwiałych kolan. Poprzez drzwi. ty. mocnym psem. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. Wynik był z góry przesądzony. e w razie czego damy sobie z tym radę. Pies był zupełnie mały i słaby. Co chwila dotykając nosem świe ej. Dopiero kiedy padłem na czworaki. Źle sypiał. rozkazująco. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. Dorosły pies. coś go zaczęło dręczyć. słowem wszystko to. Wtem poczułem. Widocznie to. Pod jego brązowymi oczami. szczeniaka. Liczyłem na jego młodość. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. pojawiły się cienie. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. na szczęście. powiększa się wzrost. co go gnębiło. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. wstałem. potę nieją barki. o czym wiemy. Nie było ju co ukrywać. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. w swoim gabinecie. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. Pies był z rasy owczarków. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. — Ej. okazał się uczciwym człowiekiem. kiedy osiągnął dojrzałość. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. Bardzo mnie to martwiło. Postępując za mną krok za krokiem. Chciałem. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. który gwarantował za czystość jego rasy. jak tę eje mu kark. bo szczeknął na mnie krótko. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. napływało łagodne powietrze. e wybrał najdalszy kąt. o wyrobionym poglądzie na ycie. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Rozczulają nas tylko małe pieski. myśląc. kotki i pszczółki.. co cieszyło mnie tym bardziej. Mę niał w oczach. ale stanowczo trąca mnie w plecy. pełnymi teraz niepokoju. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. Sprzedawca. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. kanalizacja. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. szeroko otwarte na ogród. wyprowadził mnie do ogrodu. z końcem ostatniej zimy. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. Nacisk nie ustępował. Stał się wielkim. jak mu pomóc. opiekuńczość. niestety. ty! — pogroziłem mu palcem. dokładnie w chwili. tkwiło w sferze psychiki.

Je eli uznał. na drodze do naszego wspólnego ideału. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. buszując na pozór łakomie wśród traw. rozumiejąc zło oność zjawisk. w warunkach nienaturalnych. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. Szalał z radości. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. ruch ziemi i gwiazd. znęcaniem się nad zwierzętami. która. Więc nie robi tego tylko dla siebie. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. jak się uło yła. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. Pies jest zdrowym. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. e. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. jaką ja reprezentowałem. Je eli padał deszcz.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. Po to została mi dana świadomość. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. udając. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. Mój postęp. dość zasadniczy. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. pilnie wietrzył. eby go ucieszyć. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. odruchowo odmówiłby psu. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. no. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. Rytmicznie jednostajne. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. 128 . znajomych. tak znaczny. Obiegał mnie umiejętnie. e jakiś prostak. ale ju za późno. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. najlepiej jak umie. normalnym okazem. Obserwowałem go niejednokrotnie. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. którzy przyszli uciąć pogawędkę. Poza tym. najczęściej. a yje w mieście. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. Zresztą. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. niesłusznie. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. Cechy moralnie dodatnie. czy w ten sposób nie okazuje mi. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. Ukryty za krzewami patrzyłem. Mo liwe. podświadomość i nadświadomość. ale wtedy właśnie wykrył. Liczyłem nawet na to. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. kupiłem sobie dzwonek na szyję. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. zdopingował go do jeszcze większych starań. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. Jestem istotą myślącą. czy ktoś się nie zbli a. nieinteligent.

Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. Była to właśnie ta kobieta. — Wracając do El Greca. Trzeba przyznać. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. Być mo e. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. braciszku. Opadłem twarzą na trawę. Tak. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. o czym świadczyło choćby to beczenie. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. Właśnie wypasałem się. wnieść zamieszanie. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. Wiedziałem ju . kulturalnych. morda w twarz. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. nie wiem — dlaczego. nie wiem: do mnie czy do siebie. uło yły się stosunki między nami. w alei nie było ju nikogo. uśmiechając się. 129 . Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką.. pobudzać ambicję. — Sądzę. z jaką upływa czas. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych.. — To mówiąc. mną. — Na halę nam iść. w góry. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. ale goście tak dobrze się czuli. Było to przed godziną wypędu. Sytuacja stawała się groźna.. rozmowa stała się tak interesująca.. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. znajomych i w ogóle wszystkich. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. Wywiązała się ciekawa dyskusja. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. Wzruszałem go najwyraźniej. ni nam się wydaje. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. wyobraźnię. Tak więc. Długo.. ni to mszyce. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. o której przez omówienie wspomniałem na początku. Podniosłem głowę znad soczystej trawy.. Co do mnie. ogólnie rzecz biorąc. Wyczerpany patrzyłem na niego. nie ustąpi w adnym wypadku. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. I dodałem: — Nie ma co. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. Tak. Mówiłem ju o listonoszach. Poznałem ją z daleka. byłem w jego władzy. nie wiedziałam. eby powstać z czworaków. to prawda. chce być z nami. Nie mając innego wyjścia. otworzyła drzwi.. Być mo e. e mój poczciwiec. trzoda — oto. nie ma co. ale wiedziałem. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. Szła ku mnie aleją. e dał z siebie wszystko. — Ach. jak zwykle. e od razu domyśliłem się wszystkiego. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie. Stado. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. W progu stał on. niepokoić.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. e miałem ograniczoną swobodę. ale nie zwrócono na to uwagi. pragnienia. On na mnie. Twarz w mordę.. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. gotów byłem zrezygnować z wypasu. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. zanim zdą yłem przeszkodzić. ale teraz zrozumiałem.

W górach — jak to w górach. ale dobrze go znałem. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. Nasłuchiwałem. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. Wzywał mnie. lecz ulubiony strzelec księcia. chrzęsty i miękkie stąpania. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. ale na korytarzu ju nie było nikogo. abym. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. Był to niewielki. wśród łańcucha szczytów. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. stanął sługa osobliwy. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. przy śniadaniu. na południu. Odzywała się rzadko. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. tak e i później. ogorzałej. Za fotelem księcia. milcząc. dając jednocześnie znak słudze. Słyszałem. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. Wieczór ju zapadał. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. wnet ruszyłem w drogę. chrupiące kroki... Nie był to kamerdyner. ju rzuciłem się do odzie y. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. a tak e zapolujemy sobie trochę”. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. Szajsen. stary jeger o twarzy pooranej. — No.. i zasnąłem powtórnie. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. Podbiegłem do okna. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. ciemnej. Nie widziałem księcia od wielu lat. Pogoda była tak piękna. Uchyliłem drzwi. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. Po słonecznym. — E.. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. Polował rzadko i tylko w miarę. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. — Jezus Krist nie dopuść. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. tyle. Wiosna panowała ju niepodzielnie. cię kie powieki. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. aby napełnił pucharki. Uradowany. im dalej zapuszczałem się w pogórze. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. Zamek.

e przychodzi ich kres i. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. to śniegus. Schneemann. — Wiesz zapewne — ciągnął. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. nadtopione. ku górom. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. Im bli ej gór. próbują walczyć o ycie. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. nie uwierzę. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. wcią na południe. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. parowach i zagajnikach. a tu. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. znudzona długotrwałą zimą. który wiesz. Śniegusy z najdalszych stron. — Zapewniam cię. Niektóre. w górach. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. znad samego morza. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. inni na kozice. za przyczyną rozbawionej młodzie y. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. odstawiając pustą szklankę. Jedne okazałe i kunsztowne. jak wszystko w naturze. w miejscach ocienionych. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. łowiecka nazwa. — Jedni polują na daniele. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . ze środkowych równin. Tylko sługa pozostał nieporuszony. Śniegusy dobrze wiedzą. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. e zawiodę jego oczekiwania. łączą się teraz w gromady. Skruszałe. Nic jednak nie dałem znać po sobie. inne niezdarne i prostackie. stoją wzdłu gościńców. Wędrują najpierw pojedynczo. ksią ę. jakby nie przed człowiekiem. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. — Nie. — Mo na i tak. przebywają setki mil. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. — He he! — wołał podochocony ksią ę. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. a młodzie . porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. Co więc robią? Nocami. kierują się na południe. Zauwa yłem. ze strachem i wstrętem. Ale to nazwa dziecinna. ale inną jakąś istotą. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. Ale oto zbli a się wiosna. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. Zdobią one podwórka i place. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. tym ich więcej. Męska. prowadzone niezawodnym instynktem. wkraczają w krainę chłodu. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. jakby nagłe zimno ją przeszyło. nawet pewne tajemnicze zjawiska. zaskoczone wschodem słońca. powstają. we dnie zatrzymują się byle gdzie. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. my będziemy polowali na śniegusy. po naszemu — „wintercwergi”. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. dla igraszek i figli. robi się coraz cieplej. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy.

Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. pragnąc rozproszyć to. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. — Wiedziałem. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. Prawie nie tknęła po ywienia.. na drugim końcu mahoniowego stołu. powstrzymując mnie ruchem ręki. e zerwałem się z krzesła. — Ma mi to za złe. ju ich po ałowałem. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. uprzednio osaczonego przez nagonkę. Zresztą pan. e niczego bardziej nie pragnę. Skądinąd ma on gołębie serce. Strzelcy. zawsze było uznawane. Śniadanie podano w sklepionej sali. mniemając.. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. Odpowiedziałem. 132 . uzbrojeni w prymusy spirytusowe. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. — Nie chciałam o tym mówić. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia.. — Przyznam się. właśnie pan. dalibóg. — O tym myślałeś. dziecko. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. — Jak pani sobie yczy. e poluję na „Schneemanny”. nie są takie straszne. có ? Polowanie. które. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. i potrzebna jest jej pomoc. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. parzenia kawy lub herbaty. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. — Powiedz mu! Powiedz mu. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot.. — Dobrze — powiedziała spokojnie. e tak. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. — Dosyć! — powtórzyła. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji. jak polowanie — odparłem. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. — No. ale nie chciałbym. wyprostowana. powinien znać całą prawdę.. ycząc sobie dobrej nocy. —— zaczął ksią ę. Panna milczała.. choć nie przypominałem sobie. i podgrzewali go z bliska. Ledwo wypowiedziałem te słowa. wszystko! — zawołała.. Znany jest przecie jako największy. nawet przez Kościół. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. Siedziała naprzeciw mnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów.. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. nacierali na „Schneemanna”. — Och. nawołując mnie. w całym zamku szykowano się do wyprawy. — szepnęła. nie mówmy o tym. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. przybywasz w samą porę.

Nietrudno się domyślić. a zetknęły się nasze strzemiona. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. szyję i piersi. odziana po męsku. z nutą podziwu. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego. ani opanować swojej radości. dobrowolnej zabawy. omdlewają dziecinne rączki. od stworzenia ofiar samych. Zatoczyła koniem. nie dowierzając własnym oczom. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. kto stoi za tym wszystkim. w zgrabnym toczku na głowie. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. ponad 133 . zakradł się i zamknął w lodówce. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. Johann oddalił się. którego. Wystraszone. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. iglastych. Pod komendą opiekunów i wychowawców. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. mając mnie u boku. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości.. to. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. Minął nas ostatni jeździec. ciepły poranek zaskoczył na drodze. — Sadysta? — dokończyłem. ślepo oddanych wujowi. wuj jest opiekunem sierot. jak mi się zdawało. zimowy świt rozjaśni podwórza. licząc pewnie na to. Przemarzają. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. widać. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. jak mówi wuj.. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. ile do panny. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. ile pewne jego okoliczności. A czy pan wie. Nagonka ruszyła ju wcześniej. Szli przodem naganiacze. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia.. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. kierując te słowa. Piękny to był widok. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. Polowanie zaczęło się. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. wychodzą parami na dwór. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie.. ukartowana od samego początku. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. e śniegusy lepione w kraju. wyjechał przed bramę. e olbrzymi śniegus. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. Nagły rumieniec oblał jej policzki. Milczenie przeciągało się. podczas zwyczajnej. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. ale zapomniał dodać. lepi się je na gwizdek i rozkaz. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. Podnieceni kucharze donieśli. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. a w głębi parków. a sam. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. Pan myśli. śniegusów. Umilkła. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. nie tyle do mnie. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. gra przypadku. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. z krótką tylko przerwą na obiad. To rzeź. gdzie w zielonych. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy.

Zbli aliśmy się do ostępów. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. — Ciepło. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. bezszelestnym oczekiwaniu. kulistej głowie.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. o mocarnej. który — podczas gdy inne. jakiś cień przesłonił polankę. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. wynurzał się na polanę. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. którzy pieszo. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. z boku. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. w którym ten prę ny kwiat. Cała głowa. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. ale wytę yłem wzrok. rozpościerali koce. osadzona na zwartym. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. w której decydującą rolę grali doje d acze. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. tym samym spełniając yczenie prześladowców. gdy górował u szczytu polanki. Gdzieś tam. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. pokryta śniegiem. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. Gdy śniegus. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. Puls bił mi w skroniach. inkrustowany macicą perłową. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. jodłując. po chwilowym osłupieniu. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. mieliśmy odbyć pieszo. nakazaną mu przez naturę. Ogromny. Ci śmiali chłopcy. a do stanowisk strzeleckich. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. kryli się doje d acze. nie mogąc się skutecznie odsunąć. który. Głuche. ławą lub pojedynczo. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. doje d acz. pochyleni w kulbakach. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. spełnił swoją powinność. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. mosię ny. nie zsiadając z konia. le ała polanka. w galopie. i stado śniegusów wpadło na polanę. z prymusami o płonących ju palnikach. Jak e był piękny w swym ogromie. byli pierwszymi. lecz podnosiły się z bezpiecznych. Zasyczał dwupalnikowy prymus. przystępowali i kończyli dzieło. Sniegus. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. Byłem bez prymusa. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. spędzonej w ober y. stromym stoku. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. 134 . — Ciepło. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. doskonale zarysowanej linii. na ostrym. Zatętniły w lesie kopyta. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. Dalszą drogę. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. jeszcze przera ony okrzykami. a za nim dru yna. Stał tam ktoś. zimującej jarzyny. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. Nic jeszcze nie słyszałem. zupełnie blisko. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. Długi nos ze zdrowej. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. Przed nami ukośnie. ciepło! Rany Boskie.

. gdzie powoli wsączała się ciemność. — wskazałem ręką ku górom za oknami. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. zmieszani w dzikim popłochu. odciągając go na czas z drogi. aby nie mieć złudzeń. ośmieszone. udając. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. e polowanie na śniegusy. biały tuman przyjdzie z gór. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. tam. abym. pod przewodnictwem olbrzyma. a potem. w górach. przynosi nieszczęście. przynajmniej jeśli chodzi o nie. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. to nieuniknione.. — Ach. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. wydostały się bezpiecznie z obławy. kiedy i tak są ju niepotrzebne. który. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. ale było ju za późno. Nie wiem. e bałwany były. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. — ale ju nagonka. Przed kolacją. a za mało wiadomości. Dosyć zresztą. łamać się zaczęły i spiętrzać. kocem!. e nie rozumie. a tym samym obiecywać mu. aby później. wyprostowana.. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. przebrani i odświe eni. e gdyby tylko o to chodziło. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. wirując coraz szybciej. staczać się począł na księcia i towarzyszy. jakby nieobecnym. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. — Wiem wszystko — powiedziałem. nie zabierałbym głosu. ze szklankami w ręce. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. zginie Orle Gniazdo”. podnieśliśmy się z kryjówek. przybrawszy postać lawiny. po to tylko. obrastał w nie i. stwarzać je. bezlitośnie je tępić na wiosnę. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. te kobiety... obracając wszystko w art. którą przeszły szar ujące śniegusy. jakimikolwiek powodowany pobudkami.. Polowanie. mój drogi — odparłem. a gdy zima minie. z uczuciem. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. i to rękami sierot. szukające u nas schronienia. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. która. rzucili się na boki. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. zmieszany ze słońcem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. — Nie. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie.. hołubić i dogadzać. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. Ale dobrze wiesz. — Widzę. Znasz mnie chyba na tyle. którego nie umiałem nazwać. — Ale wiem du o. Ksią ę zarządził odwrót. spotkaliśmy się znów koło kominka. doje d acze i prymuśnicy. ale powoływać je niejako. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. na kształt ruchomego wału. Panna nie była jeszcze gotowa. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu.. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym.. nieobecne oczy panny. którego określić nie umiałem. na pół z niepokojem. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. głośno zawołał: 135 . wpatrywała się w kierunku. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. wszystkie. są i będą. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. Nie lubią mnie tu.. — Masz rację — poprawiłem się. Wśród gminu istnieje nawet legenda. Korzystając z lawiny. próbował. wiadomo.

które się wywiązało. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. — Podobno opuścił zamek. Ale w dolinę schodzi rzadko. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. — A. Zapalenie płuc. Spoczywała z wdziękiem.. Ksią ę. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. Postępowałem o kilka kroków za nim. tu za nim ksią ę i ja. Pośrodku groty klęczała panienka. a i górale okoliczni nie 136 . która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. — uzupełniłem. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Po egnałem się szybciej. ółtych i okrągłych. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. spoglądając na ró e. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. Ksią ę podszedł do niego. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz. Nic więcej nie wiem. wspinające się w zygzakach ku niebu. Konie dawno pozostały w dole. przywitała mnie yczliwie. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. Spojrzałem na księcia. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą.. co ujrzeliśmy. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. wymagało opieki lekarskiej. — Nie ma jej w całym zamku. Przodem Johann. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. krzepka bryła. lśniące i matowe. długiej i czerwonej marchwi.. To. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. Zauwa yłem. podkręciwszy obydwa palniki. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem.. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Ogromna. Ale niepotrzebna była mu broń. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna.. Zresztą nie chciała le eć w zamku. kto woła w gorączce. Przed nami otwarło się wejście do groty. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. Wszystko taje — dodałem. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. tak wystawny. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać.. widząc te głownie w oddali płonące. z prostotą. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. Świtało ju . na nizinach. nie był w stanie uczynić nam nic złego. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. Odwiedziłem ją znacznie później. — Czasami. zapuścił się w grotę. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. półle ąc. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. chcąc przerwać milczenie.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. — Jak to? Nie wiedział pan. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. w szpitalu. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. Tylko oczy pozostały te same. W półmroku stała jakaś postać. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. — Myślałam. Zaiste. który dzisiaj przyszedł z gór.

137 . ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi.

Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. Oto nieraz nocą. Doszło do tego. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. do wspólnoty. e zostawi mnie samego. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. Z wewnętrznym dr eniem. rękę ju wyciągniętą. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. urzędową potęgę. teraz obezwładnionej. Patrzyłem na nich godzinami. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. plastykowe kubki. Nawet w dzień panował tam półmrok. Lęk towarzyszył mi stale.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. całe to moje podręczne obejście. lśniące rondelki. wydawała niemiły zapach. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. opieki. przystosowań. Na ulicy. jak nale y. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. spokoju. pijaków. a ciemna groźba unosiła się nad nami. pogodą. ka dy mógłby mnie okraść. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. co więcej. Ale czułem. Nie. zało yłem biwak. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. Sadyzm człowieka słabego. e mo e on zawróci. awanturników o muskularnych ramionach. przewrócić. Podłoga. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. nie cieszyłem się tym przywilejem. Nieprawość ogarniała mnie. a wreszcie stało się nie do zniesienia. przygotowywałem się na ka de spotkanie. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. To jeszcze zwiększało mój niepokój. e czułem się rozczarowany. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. skurczem. kiedy patrzyłem na nich. Będąc człowiekiem wolnym. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. W lokalu było duszno. Có z tego. Po to na bezludzie. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. Nienawiść. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. zawodowe po ądanie. Złodziei. Do wartowni wprowadzono ludzi. podciągniętą pod brodę. nawet w pobli u komendy. czystym i higienicznym sposobem ycia. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. Być sobą. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. Kupiłem namiot. z otchłani miasta. có nawet z tego. tchnące zdrowiem. jaką w nich budził mój schludny obozik. e wtedy wezwałbym policję. nawet na schodach. Okno wychodziło na ślepy mur. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. uderzyć w twarz. chronionego przez sztuczną. 138 . a eby całymi dniami wypatrywać. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. pod czystą białą powłóczką. opodal balustrady. W kącie wartowni. Bałem się ludzi. Byli to przecie zbrodniarze.

Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. do czego by to doszło. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. urządzony tak pracowicie — uciekłem. kiedy go wyprowadzono. — To mo e powiecie nam wobec tego. Przed chwilą zabił człowieka. szerokie barki. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. Mój Bo e. Porzucając mój obozik. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. 139 . — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. to on! — krzyczał tamten w celi. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. e na zewnątrz nie ma wartownika. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. Przyczaiłem się na korytarzu. Uciekłem w ciemność.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. Małpie. Stwierdziłem z ulgą. — Tak? — na to sier ant. Myślę. — Wychodzę za własną potrzebą. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne.

to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. akacjowa szafa. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. ebym du o czytał — odparłem. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. Zapytałem go więc tylko. Spełniłem rozkaz. — Tak jest. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. e przed moim domem. Jej centrum stanowiła ogromna. wysłany tam przez komendanta. Dzień zapowiadał się prześliczny. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. Chciałem walczyć. z obawy przed dowództwem. Ale nie mo na powiedzieć.. Patrol.. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. stoi barykada. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. zdą ający do centrum miasta. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. Ka dego ranka wychodzić po mleko. Nie bójcie się. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. eby dojrzały. — Inteligent? — zapytał krótko. Zamierzałem go posłać na górę. — Jak sobie pościelesz. wzdłu barykady. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. Przywołałem go cichym psyknięciem. Kiedy zbli yłem się. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. — Strzelać nie umiecie. ktoś wywiesił białą chorągiew. 140 . potem wracać. na targ. co o tym wszystkim sądzi. e przydzielono mi ju zadanie. Słońce wzbijało się coraz wy ej. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. dłubał zapałką w zębach.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. jak to zwykle bywa. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. Wszczęto śledztwo. Widziałem. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. opalony. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. wyglądający na przywódcę. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. czy nie?! Zagadnięty. W jednym z okien na drugim piętrze. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. kapusty. na ulicy. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. Pomidory. widocznie pragnąc zyskać na czasie. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. wrócił z wiadomością. po prawej stronie. które mogłoby na to krzywo patrzeć. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. rozsypały się tu i ówdzie. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. Musieli ją wznieść niedawno. które zazwyczaj trzyma się na szafie. przyło ona arkuszem blachy pancernej. eby mi przyniósł jasiek. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. Garnek te się przyda. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. potem to mycie garnka. Poło yłem się na wskazanym miejscu. stawiać je na kwaśne. oni nie podsypują du o prochu. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. Ogarnęła mnie zazdrość. — Jeśli nie chcesz. — Do diabła! — mówił wysoki. Barykada. Zadowolony.

Potem pani wychowawczyni zasalutowała. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. Potem oddział odmaszerował. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. kiedy zza węgła ukazał się pochód. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. Po prawej i po lewej stronie — rynny. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. e trafi na pościel. Jeden z grających. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Nie było jeszcze dziesiątej. wraz z częścią załogi. pokazał mi język. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. Musieliśmy jednak zgasić. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Ka de dziecko niosło lalkę. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. który zaraz wysłał patrol.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. dwóch jednorękich grało w szachy. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. pewnie cichy wspólnik wroga. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. misia albo kaczuszkę z drzewa. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. ale właśnie maszyny do szycia. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. nie mając teraz co robić. bo stary wiarus. Wróg miał nadejść lada chwila. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. ni mo na się było spodziewać. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. Szafa była cię sza. oglądając moje uło enie. jak jednoręcy. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. meldując komendantowi. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. Liczy na to. tupiąc nó kami. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. Przy tym robili to. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. poszedł zarekwirować pościel. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. — W porządku — stwierdził. Odszedł do swych obowiązków. A tu nie pościel broni mu dostępu. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. Nie nudziłem się. Miał na myśli nieprzyjaciół. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. w oknie koło rynny. ja zaś poczułem się tak dumny. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. le ąc na podłodze. widok miałem coraz rozleglejszy. Na przykład pod szesnastym. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie.

z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. e nawet ziarenka grochu. — Obiecaliście. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. — Wszystko chcielibyście od razu. stromym stokiem. a niechby i siedemnastej trzydzieści. Wykryto w niej starszego człowieka. wstą ki. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. ale wroga. obracające się z wiatrem. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę.. e to ju wróg. e wróg nie nadejdzie. e wróg nadejdzie. choć oddalona wrzawa. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. anteny. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. choćby do godziny siedemnastej. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. poza mną. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. widziałem pracowite mrowisko. le ącym na wysuniętym posterunku. pchających i toczących na barykadę wszystko. choćbym miał sam szturmować barykadę. Wydawało mi się wtedy. pocieszałem się zresztą tym. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. farbkę do bielizny. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. dlaczego szafa była tak cię ka. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. kominy. eby nie być ukaranym za defetyzm. tam. Stary wiarus zbli ył się do mnie. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. bieliznę i gramofonowe płyty. w dole. 142 . a nawet nie ywego wróbla. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. jak dziecko. zwo ących. lak. Popołudniowe słońce. Je eli spojrzałem w dół. Tymczasem okazało się. Tłumaczył się. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. fotografie. e umrę za sprawę. pewne osłabienie — sprawiały. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. eby wróg nadszedł. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. to w porządku — zamruczał malkontent. Podszedł do nich komendant. Do broni! — Je eli tak. słoje. Pocieszyłem się myślą. usypiskiem przedmiotów. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. Zresztą to nie moja wina. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. słyszałem. Dalej — dachy. mumie. Bardzo chciałem. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl.. Spójrzcie na mnie. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. który początkowo nieśmiało. Chciało mi się pić. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. Starego wiarusa nie było w pobli u. który się był ukrył. szlam. — Gdzieś koło drugiego piętra. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. Ja jestem stary wiarus. czym rozporządzali: lampy. blaszane dziwolągi od wentylatorów. części karuzel elazo. Zrywałem się. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. pod betoniarkami. przekonany. nieustanna. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. tekturę. pod ogromnym. Chyba ju najwy szy czas.

Widziałem równie komendanta. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. Szukałem długo. czołgając się. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. szorstkości i kształtów. e. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. Za mną waliła się barykada. arówki. Dobierał sobie kapelusz.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. miedź od elaza przez smak. w samą jej treść. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. wiłem się między jej elementami. o ile dobrze pamiętałem. skacząc po zewnętrznych wykuszach. 143 . Czasem wpełzałem w głąb barykady. len od wełny. unosząc mój garnek na mleko. Szarpnąłem. Najpierw rozległ się cichy stuk. pomagając sobie palcami nóg i rąk. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. skacząc. potem syczący szmer. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. Minąłem go w milczeniu. to znów. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. wiklinę od trzciny. Miasto miało zostać bez światła. gdzieś w głębi. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. niebieska emalia. kiedy. Było ju całkiem ciemno. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. dotyk czy węch. Brodząc. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. Pamiętam.

Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. słowa bez pokrycia. Sabcia rośnie coraz wy sza.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. Ja myślę. e to tylko pró ne gesty. ale W. nie znając otępiającego działania spirytusu. zapisaną pismem nierównym. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. w intymnych pamiętnikach to normalne. Wino tylko będziemy pili. mówi. Pozdrowienia. ale starał się naświetlić je wielostronnie. w zimie te da się załatwić. więc z okowitą precz. Rześko jest. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. Tatara. był to pamiętnik optymisty. warsztat będzie uruchamiał. na le ąco. wszystko ju umówione. z wiekiem przybitym silnie. Kataru ju ani śladu. mówił. się odgra ał. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. Tyle rękopis. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. eby uszy trzymać do góry. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. mówił. zresztą R. na głucho”. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew.. Czasami u ywa skrótów literowych. tam był. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. człowieka. 144 . po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. Równie pogoda ustaliła się na dobre. argumenty bez podstawy. warkocz ma gruby. a i to umiarkowanie. Czerstwy jest i opalony. Kawusię pies pogryzł.. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. Jak się okazało. Wprawdzie M. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. e te C. Co najwa niejsze. Dach się załata. nastały dni błękitne i złotawe. jak mnie spotkał.

Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. od urodzenia — zamiłowanie. Choć niedawno minęło południe. obecnie opustoszały. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. e nic zwyklejszego. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. gałązek i konarów. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. e chodzi tu o wojskowego. nadzieją. e ślizgający się osobnik jest oficerem. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. która płynnie przemieszczała się to tu. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. na przykład. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura.. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. e jeden guzik zapięty. rzec mo na. tym razem jednak nie był to Demostenes. gdzie pawilon stoi. zmierzch wałęsał się w pobli u. Ledwo to zdołałem pomyśleć. e ja. a dwóch brakowało. Panowały ostre mrozy. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. Mo e nawet a nazbyt odległą. ale oficer wy szy. 145 . jak zwykle. aby fakt. zima w pełni. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. grubo zamarzniętym. który pokonał wadę swojej wymowy. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. lecz jest oficerem. Tym bardziej. będąc półbykiem. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. Wtem. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. której miłośnikiem stałem się. poniewa z natury jestem mizantropem. który. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. szczególnie na świe ym powietrzu. có dziwnego w tym. Łatwość. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności.. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. wę a. przy odpowiednich wysiłkach. za siecią nagich prętów. napełniła mnie podziwem i otuchą. stanę się wkrótce innym człowiekiem. to tam. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. e nie jest to pospolity oficer. jako oczywisty dowód. ruch wahadłowy i dość szybki. który na niezbyt odległym jeziorku. za ywał samotnie ślizgawki. ale wspaniałe czyny Herkulesa. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. Nikogo nie było dookoła. Niestety. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. sprawiają mi pewną przykrość. strategię obmyśla. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. miał jakiekolwiek większe znaczenie. obserwując sylwetkę w epoletach. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. najprawdopodobniej sztabowy. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. bo przecie nie ma powodu. latem pełen gwaru i śmiechów. e nawet w pustyni człowieka pora a. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. ujrzałem jakieś miganie. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. a nie szeregowym. ale taki jest autorytet władzy. wobec tego tylko fular poprawiłem. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy.

Ale teraz wiedząc. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator.. eby wyłonił się ktoś trzeci. — Nigdy nie zapomnę. Trzeba zaznaczyć.. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. Porzuciwszy pawilon.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. e ocalił mi pan ycie — powiedział. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. pszczeli. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. i nawet nie wie. oparciem. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. dłu ej ju w parku nie zabawiając. Tote . w ilości zdumiewającej. gdy tylko otworzył oczy. zagubiony i bezradny. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. — To jest dopiero coś. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. skazanej na indywidualną nieporadność. jak ołów z mlekiem. a nie prawdziwy. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. Samotny się czuję. ku miastu wróciłem. Nigdzie oparcia. wczepione w krawędź lodową. twarzą zwrócony ku niebu. potem za faworyty i epolety. pękające z tajemniczym gulgotem. e tylko ja mogę go poratować. rękę mi podawszy. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. Pracuję nad sobą. wprost z ula. ani się spostrzegłem. Człowiek tęskni za opieką. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. z tego jeden z sygnetem złotym. Weźmy choćby moje ycie. było sztuczne. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. eby zobaczyć. Rozejrzałem się dookoła. a nawet powinienem. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. Niestety. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. jak zwykle. bo wiadomo. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. zazwyczaj. jedyne oddychanie. i lęk przed ludźmi by zaniknął. obroną. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. Nic. Co do mnie. w sam czas. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. e nie jestem człowiekiem czynu. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. Ten zaś nie chce się puścić. I. staram się podnieść na wy szy szczebel. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. A ja. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. Nie yczliwi wzajemnie są. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. jak zapadł późny 146 . — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. kruchość i niezupełność.. Jak ju wspomniałem. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. Wspominam o tym z przykrością. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. więc zły byłem. To pewne. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. w stronę swojego pałacu się oddalił. jakie mu mogłem zastosować. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. fałszowany. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. aby się podtrzymać na duchu. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia.. Równie jako metafora. pomocy znikąd. który. na plecy je sobie zarzucił i. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał. Potem ły wy odpiął.

Nad ranem obudziłem się. więc zauwa yłem. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. i jak tam? — mówię wreszcie. w stosunku do niego równie mam kompleks. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt.. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. niewątpliwie. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. po czym usłyszałem znajome. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. bo mróz palił coraz mocniej. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. U siebie. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. — I mrugam do nich. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. Ekscelencja dotrzymał słowa. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. Będąc półsenny. późno wracając. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. prosimy. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. kogo bić. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. co. Przewracałem się z boku na bok. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. ale farby nie puszcza. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. eby je 147 . zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali.. Wchodzi a na czwarte piętro. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. wstałem i udałem się za własną potrzebą.. Zadośćuczyniłem prośbie. Postanowiłem wyciągnąć. Ciągle mi się zdawało. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. czy co. — Czy ja wiem. Tymczasem on się nie odwraca. Chciałem się zaraz zabrać do tego. — Zjadłem wczoraj coś. którzy ju się nie kładli. Jeszcze na półjawie ni stąd. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień.. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. cię kie człapanie i przekleństwa. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. a ja bym wchodził. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. przerywali mu sen. Chciałem się cofnąć. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. e tego nie lubi. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. ale ju zasnąć nie mogłem. co?” A on nie. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. Zuchy. ni zowąd pomyślałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. Mo e jego? Prawdę mówiąc. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. ale nie zrobiłem tego. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. Okoliczność przykra z tego powodu. — odparłem w zadumie. Zerwali się natychmiast. co? Pewnie się pan zasapał. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. — No. Rad nierad. tajemniczy taki. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. którzy drzemali na słomiance. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. tylko potakuje. Na to oni: — Prosimy. Tak. na górze. — Około ósmej przychodzi mleczarz. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. Więc mo e by jego? — Mo na.. a wstałem i naciągnąłem spodnie. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi.. jeszcze tego wieczora. nie od razu zorientowałem się. niby to artuję czy coś takiego.

Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. Ja czekałem równie . boby został pobity. I wtem. wiecie. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. Zdyszany. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. tego. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. aby zostać pobitym.. a jednocześnie wkupić się artem. Oszukał. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. aby dać do zrozumienia. Czekali na mleczarza. Wreszcie. przeto. tak zwyczajnie.. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. ale w ostatniej chwili udałem. wbiegłem na schody.. — Co? — dodałem. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. błysnęła mi myśl. pokręcił się. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. który stał. nie wiadomo dlaczego. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. nie mówiąc o bieganiu po schodach. nastąpiła długotrwała cisza. — Owszem. e zachwiałem się na nogach. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. zanim on coś powiedział. wpatrzeni w klatkę schodową. Nie było go — zameldowali posłusznie. Ale on w ogóle nie powiedział nic.. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. Ale mleka nie miał przy sobie. bo wydawało mi się. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. Udało mu się odejść bezkarnie. ani siak. e dzisiaj mleka nie trzeba. to proszę mu powiedzieć. to niech mleko tu zostawi.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. Nic jednak się nie działo. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. a sam niech przyjdzie na górę. ale powinien przyjść bez mleka. — Dziękuję panom.. spoufalić. kiedy ju krzyknąłem. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. to i wieczorem. a jak mu nie jest po drodze. razem ze skurczem strachu. e on coś powiedział. Odwrócić ich przypuszczenia. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. zanim się. a serce mi biło. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. Czułem się poni ony. e lejtnanci czegoś się domyślą. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność.. więc ja ju nie wiązałem. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. aby nie zostać pobitym. Lejtnanci stali przy drzwiach. gładcy i uwa ni. ale o mleczarza. — Jakby mleczarz szedł. przejść do nich — to stało się nagle moim celem. he he!. połączyć z nimi. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. e jestem tak e swój człowiek. za to. nie mogąc się ju opanować. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. Poza tym obawiałem się. uciekłem z powrotem na górę.. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. tak po prostu! Klęska. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. — Jakby był. — Nie był — odparł stró tak po prostu. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. pokręcił i poszedł. wszedł tu jakiś osobnik. tępo wpatrywałem się w ścianę. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. Cały mój zawiły plan. no. Siedząc na nim. e się domyślają. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. pora ka.. powstałym z tego zamachu. dno. 148 . — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. W mojej głowie powstał idealny plan. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. e kazałem mu. Czasami przychodzi nawet po południu.

Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. ale tylko na chwilę. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. kotku. Potem. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — .. ni zowąd. Zazgrzytał rygiel. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. czując niemal rozkoszny dreszcz. ulica pusta i skąpana w księ ycu. Ja i adiutant. kotku. Brama była zamknięta. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę..na ślizgawce się topił. międzyludzka anarchia. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. to i ja jego uratowałem. co rano. wiesz ty. Zatarłem ręce z uśmiechem i. cię kie kroki. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie.. to ja ju idę. Jego dostojność wszystko zanotował. jakoś tak śpiewnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. Nie ruszał się. Im później. zadzwoniłem.. ruszyłem na górę krok za krokiem. — I. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość. Rozległy się znajome. brak sił i oparcia. tym pełniejsze. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. — I. przystając tu i ówdzie. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. do siebie... nie! — na to stró . Jeszcze ociągając się. 149 . — Znowu? — pomyślałem.. idź. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. to było. wyszedłem i ja. — A idź. Przystanąłem. — Co było. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. Ci sami. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. idź! Tam ju czekają na górze. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki. — Pal sześć! — mówiłem sobie.. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. — No.. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę.. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle.

a raczej ró any. Stroje mieli barwne. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. ale musieli dobrze uwa ać na palce. ju zbli ając się do węgła. ale jakby w porozumieniu. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. przeznaczony zapewne na zakupy. ale śmiech. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. Stwierdziłem tak e. ale nie warzywny. o ścianach pomalowanych na beztroskie. Nie to jednak było zaskakujące. a wesołość przybierała na sile.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. raczej gruby ni wysoki. e jestem mleczarzem. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. jak i przechodniom. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. jakby coś przypominając. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. niósł koszyczek. Na zgięciu kapitalnego łokcia. a je eli tak. koszule w kratę. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. Wychyliłem się ostro nie. prawie podobny do krą ka. przedostałem się poza ogrodzenie. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. tylko kwiatowy. z czegoś wspólnie im wiadomego. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. Za siatką rósł gęsty ywopłot. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. udam. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. Przystanąłem. usłyszałem nowe śmiechy. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. bo nie przypominam sobie. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. sceptyczne. 150 . jednak kiedy. wśród zwałów ramienia i przedramienia. które było jak wielkie państwo. który się zbli ał. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. Zobaczyłem du y ogród. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. a nade wszystko dobrej kuchni. Nic nie mówili. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. ró nokolorowo poplamionych. Spodziewałem się tego. w szelkach — przycinało gałązki. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. mimo e nie lubię się narzucać. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. — Je eli mnie zauwa ą. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. bardzo grubi panowie. który wstrząsał nim całym. i takich e czapeczkach. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. eby jeden spojrzał na drugiego. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. pastelowe kolory. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni.

W głębokim. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. otomany. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. e ziewa w pewien określony sposób. który obrócił się lekko i wolno na osi. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. Wielka biała kuchnia. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. W pokoju story opuszczono. ale bardzo gruby. Doszedłem do końca korytarza. Cienkim. eby go cokolwiek obchodziło. suchą. — Razem z psem. charcią. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. ściągniętą. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. mielenie. Pchnąłem drzwi na prawo. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. Lśniły woskowane. — Ze mnie. szezlongi. Przed nim stał na stoliku globus. sofy. długim. Wydawało mi się nawet. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. ciemne parkiety. Chudy odwrócił oczy. szum bulgotanie i chóralny śmiech. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. skrobanie. zbyt gruby. 151 . Zajrzałem przez dziurkę od klucza. poduszki. pękając ze śmiechu. Twarz miał pociągłą. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. jakby tak e się śmiał. nie słyszałem ju ani śmiechu. kościstym palcem trącił globus.

światła w większości pogasły. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. Jednak po upływie długiego czasu. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. ale jeden potwór. stawały się powolniejsze w miarę. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. kiedy kula na ringu. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. dociekał. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. W tych okolicznościach. Godziny przedłu ały się. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. Ju na początku widzowie zauwa yli. Miała to być walka a do skutku. starannie pokryta pieczęciami. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. eby pójść na kolację i do łó ka. Publiczność. obdarzony podwójną ilością tych członków. jak są. Ju i okrzyki jakieś padły. Równego cię aru. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. Sala opustoszała. Ruchy ich. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. Ale potem. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. Na ringu pozostała kula. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. a stale wzrastającego napięcia walki. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. na skutek ogólnej zawiłości. potrzebujący gwałtownych podniet. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. zło ona z zawodników. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. Tłum zapełnił wyjścia. Tymczasem była ju najwy sza pora. szybkie na początku spotkania. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. je eli nie zobojętnienia. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. spełniając swoje obowiązki. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. głód doskwierający tłumom. obaj dotychczas nie zwycię eni. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. jak oplatali się wzajemnie. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. krzyczała. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. to w ka dym razie znu enia. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. nie podnosząc głosu. jakimi zwykle rozporządza człowiek. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. w białym świetle.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. podobnej budowy. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. Na ringu. i to coraz rzadziej. e takie wyjście znaleziono. Powszechne niezadowolenie. zmęczenie. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. nastąpi rozstrzygnięcie. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. nietrudno 152 . unosiła się z miejsc. względnie ustępstwa. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. a nadeszła chwila. po zerwaniu plomb. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. Nazajutrz. Rzekłbyś.

zaraz. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. który zło oną drogą. To jasne. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. — stwierdził stanowczo Pyton. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. wśród barków. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. pustej i mrocznej sali. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. Słabe. — i zamyślił się a do bólu. Były tam tak e inne dzieci. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu. — Ja. wypełnić czymś pustkę. Ty. goleni. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. cię ko dysząc. — Jesteś? — Jestem. — Dwa. całkiem mały. stóp. Wtrąceni w nowe. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. a resztę po cztery. lędźwi. rodzaj tablicy. nieznane im warunki. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. którą stworzyła bezczynność mięśni. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. to ja. dotarł do ucha Szatana-Maty. e ona to pisała na tablicy czymś. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton.. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty.... — Po prostu jest nas dwóch. ty mi powiedz. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. — Nie. szukali czegoś w sobie. Zaprawieni w walkach. — Ja.. nocnych godzin opieczętowania. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach.. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. Szatan-Maty zdziwił się. Jednak. jakby białym kamyczkiem.. — To mo liwe. otwarte okna. tricepsów i mięśni kapturowych. dziecko. — Du e pomieszczenie. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. to całkiem co innego. Rozmowa toczyła się dalej. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą.. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę.. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe.. — Pyton.. eby zabić nudę długich. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. — zawstydził się dumnie Pyton. coś na niej pisze. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. zaraz.. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw.. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. a ten z 153 .. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. choć unieruchomieni. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał.. ja w nim. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną.. rozprawiali trochę. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi.. to było wcześniej..

który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. choćby za pomocą kawałka elaza. czy te sprowokować koniec.. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. opadał. cichł. podnosił się. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. co potem. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. Bryła na ringu odpowiadała sobie. chłodzie. Wysoko. szeptała. ciemności. — Pyton. gwałtownie mizerniały lampy ringu. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu.. ledwo słyszalny. Mijały godziny w ciszy. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. spierała się o coś. niektóre coraz trudniejsze. A ta gwarzyła coś do siebie. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. Ale było ju za późno. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. nie zwracając uwagi na kulę. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. to by ci było dopiero!. Gdyby to było wiadome. pod kopułą. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. stanęła ju blada. — Bo nie wiadomo. 154 . wątła poświata. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. gdzie dach był szklany.

świątek czy piątek. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. nieraz ciekawie rozwiniętą partię.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. podczas długotrwałych szarug. i to właśnie pod gołym niebem. połowiczni stró e.. Trudno. chwalić Boga. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. przyboczni. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. Ochotnicy nie zdają egzaminu. Najgorzej jest zimą. e przecie wcale nie musi moknąć. tyle e pochmurne. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. Zamiast martwych. Wystarczy. podczas których. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. Szybko się męczą. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. . a tak e odpowiedni park kostiumowy. Potrzebni są ludzie wynajęci. mogą mnie wyrzucić. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. — Mam początki reumatyzmu. W lecie. Gorzej. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. e przeziębiłem się niedawno. to znaczy. . — Dobrze ci tak mówić. . Jesienią. mo e przyprawić o katar i melancholię. Zapytałem. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. oddzieleni od tłumu. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. a zrozumiemy. zaczynają się niecierpliwić. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz.. ale spotkałem kolegę. którzy od początku nie interesują się sprawą. w stopniu równomiernym. Na razie to początki grypy. . potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. Wyjaśnił. Oczywiście.Praca ta jest względnie lekka. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy.. nie wyłączone elazko w domu. Zawodów imaliśmy się niepewnych. Mnie tam wszystko jedno. pięć najwy ej. chwilowi pocieszyciele. Bywają partie. zawsze zale nych od okoliczności. co to są ywe szachy? To samo. Znaliśmy się od dawna. Odpowiedziałem. czternaści do stołu. co zwyczajne. — Czy wiesz. Dachów. ale na wielkiej. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. eby nie zbić swego zamiast obcego. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. na skutek zamieci śnie nych. Ale ja pracuję. Tylko tacy. podczas słonecznej pogody. przemija. mamy pod dostatkiem. ani wzlotom. odsiadywacze.Na razie jednak mamy lato. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole.. Dostarczyciele.Oczywiście. Trzeba yć. mo e wydać się całkiem przyjemna. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi).. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. rozporządzających odpowiednim terenem. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. na przeciwnych krańcach szachownicy.. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze.. gdzie obecnie pracuje. Publiczność chętnie przygląda się zapasom. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. Występuję tam 155 . ebym dzisiaj zmoknął. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. który wydawał się tym bardzo zatroskany. Ty. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. W kościach mnie zaczyna łamać.. przelotni bywalcy i zawodowi goście. a przy tym przeszkadzają grającym. całkiem byłby z niej zadowolony. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. nie podlegając ani załamaniom. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny.

zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. prawie e tunelem. Sąsiadujemy. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. którą miałem przebyć u wylotu sieni. A sam powiedziałeś. kiedy stanęła za mną czarna wie a. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. Ja kładę się do łó ka. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. gdzie mnie ogląda tłum. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. Przeszedłem przez bramę tej grubości. miałem trudności. e skoro ju przyszli. Mo e pod koniec lata zostanę królem. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. wystające spod fantastycznych konstrukcji. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. Wy ej końskie karki. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. tylko dziś. a to. niby to złącza cegieł. Poza tym wydaje mi się. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. Nie zauwa yłem. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. Odruchowo 156 . Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. bo więcej biegania. w teatrze. adnego gapia. konie były olbrzymie. przy tym zarobić — nie ma powodów. Prywatna gra. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. ale i we wnętrzu jak gdyby. pyski o zębach wyszczerzonych. Zastąp mnie. tak obszernego. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. dziwnie małe. eby mnie oglądać. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. zniszczone obuwie. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. choć nadzwyczajna. obute w ró norakie. e ywe szachy to tak e widowisko. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. pokazałem publiczności czyrak. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. Po egnaliśmy się. Ju wtedy. Gry odbywały się na dziedzińcu. współśrodkowe. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. Cała dniówka przypadnie tobie. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. nie sprawiała niezwykłego wra enia. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. eby taką mo liwość odrzucać. o tyle laufry. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. zmusza mnie do otwartego. zamieniamy parę słów. e była raczej sienią ni bramą.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. Laufrom płacą lepiej. Jestem w białych. w górze. wie e. — No to idę! — Idź. według starszeństwa. talerzowate kryzy laufrów. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. pod wpływem tylu spojrzeń. Pracuję dla dwóch starszych panów. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. więc zawsze. Oddać przysługę przyjacielowi. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. pozostały zwyczajne. Tylko stopy. wręcz zbyt szczerego zachowania się. jak na premierze. z których ka dy był wielkości kafla. proszę. surowe. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. te nieregularne. Jutro mo e pogoda się poprawi. Zastanowiłem się.

wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. eby dym nie szedł do góry. Dzięki temu kolumnada. Na starość przydaje się parę groszy więcej. na blanki. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. byle ostro nie. nawet nieźle. przesycone wilgocią. Mo na sobie jeszcze zapalić. Taką mamy z nim umowę. podobnie jak innych. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. — Tak. W środku było duszno i ciemno. Potem ju jest gorzej. w której teraz wypadło mi wziąć udział. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. ale za to mało chodzenia. Przemówiłem do niego. Kilka razy. Wie a stała nade mną. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. mo na sobie pozwolić.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. e nie jestem przygodnym gapiem. Co innego. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. to zastukaj mu w ścianę. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. kiedy znowu znalazłem się koło niego. nie było przejrzyste. co robić. w środku. co i jak. bezładne. Grywałem kiedyś w szachy. je eli się pracuje w koniach. a nam nogi cierpły. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. e koń skacze na boki. a to się liczy w późniejszym wieku. wszystko na jednej płaszczyźnie. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. e na niego kolej. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . milcząc. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. ani z drugiej strony. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. a on się nie rusza. Wiadomo. Grzecznie wyjaśniłem. Często zasypia na stojąco. zapominając nas o tym uprzedzić. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. to specjalnie nie podpada. łuki i balustrady. eby zauwa yć niski poziom tej gry. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. Trzeba tylko wiedzieć. Powietrze. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. ale zanim się zacznie. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. szeroki okap ocieniał elewację budynku. — Uwaga. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. jak będziesz blisko. Jakbyś widział. chocia wiedziałem. — Oho — powiedział pionek przede mną. Ale pomimo tego gra go starszy facet. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. bo co prawda figura jest cię ka. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. Musisz się uczyć takich rzeczy. tam. 157 . Po mojej prawej stronie stanęła dama. Wkroczyłem na dziedziniec. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. pochmurność przygasiła wszystko. Na przykład teraz. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla.

kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. które przeoczono. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. sześć godzin. więc zostawiają nas na noc. Zewsząd dolatywały ró norakie. Wtedy jest najgorszy. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. mają w zapasie parę dni. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. bo wiadomo. 158 . potem coraz głośniej. drobny na początek. eby dzisiaj nie było tak samo. Na myśl. To patriota. w górze. znalazłszy się na tej samej. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. Szczęśliwy przypadek. — Jesteście zbici. deszczowego szumu. dwa pola. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. zajęci sobą. Sklerotycy. Konia mi gdzieś znowu zabrali. — Poszedłbym sobie do domu. — Który lepszy? — Bez ró nicy. kolego — powiedziałem. Z zazdrością patrzyliśmy. czy co? — Nie jego. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. Maleńkie oszustwo. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. Nieraz nawet płacze. Dlatego właśnie tak cię ko. Takie deszcze nie mijają szybko. a poza tym donosi. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. Tymczasem zaczął padać deszcz. Najbardziej oczywiste. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. powiedzie się na pewno. Czarny laufer. Nie daj Bo e. z tekturowej masy. Coś im słabo idzie. Nieznacznie. eby czarne przegrywały. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. nie mogę na to liczyć. na tle rozległego. a pogoda niepewna. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. przekątnej. tak jak stoimy.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. ustawionych naprzeciw siebie. nic się nie działo. Kopułka nad moją głową. Musiałem odczekać. oklapł najwyraźniej. złościłem się jeszcze więcej. Gargulce. e to się zdarza. stawiając wszystko na jedną kartę. najpierw nieśmiało. spadających z ró nych wysokości. Ryzykowałem. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. ozdobne wyloty rynien. Krople były dokuczliwie zimne. oczywiście je eli nas zobaczy. szemrzące odgłosy kropel. Oni wszyscy. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . przyzwyczaili się ju do takich niewygód. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. jak schodzą z szachownicy. Byle tylko nie przesadzać. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. Zaczynają z rozwagą. — Mo ecie iść do domu. Złość mnie ogarnęła. — Uwa aj na niego. Nie mogąc dłu ej tego znieść. — Jego szachy. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy.. nie powinni niczego zauwa yć. zajmując coraz to inne pola. Policzyłem do stu i. Zbito kilka pionków. ale jest namiętny. ale widocznie im się pogorszyło. samowolne przesunięcie się o jedno. starzy pracownicy szachowi. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. co i on. Dookoła panowała ogólna gnuśność. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. Bywa i tak. powoli nabierają rozpędu. kiedy deszcz nieco zgęstniał. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. więc się nie spieszą. zaczęły cieniutko śpiewać. tak się przejmuje. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego.. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. Ale nie było rady. Boję się. wysoko. Minuty mijały. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką.

Z naszych. usunąłem czarną damę. Przyczaiłem się jednak. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. Wiedziałem tak e. taka obojętność. I odkryłem. Co do samych graczy. e mnie nienawidzi. Spodziewałem się. kopiąc swoim zwyczajem. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. tak e szachruje. dla którego w ten sposób pracowałem. Nie wolno mi było pozostać w tyle. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. ale miałem dowód. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. Je eli ja wpadnę. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. U nich tak samo. Robiła to samo co ja. Zwycięstwo białych. nie zwlekając. e coś nie jest w porządku. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. co się działo naokoło. Ty co innego. bo musiałem. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. poza mną i królem oczywiście. Zrozumiałem teraz. robiąc coraz krótsze przerwy. e i ja o niej wiem. więc. zaczepnie. Pomógłbym ci. Rozmiękły blanki na wie y. Moje wysiłki szły na marne. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. co popadło. Nie chcę tracić posady. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. ta w grubych trzewikach. Ona równie unikała spotkania ze mną. ale jestem etatowym pracownikiem. jak gdyby nigdy nic. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. Zająłem jego miejsce. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. czy czarni mają ruch. napęczniały deszczem moje kryzy. On jeden wiedział. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. Jako zachwiał się tylko. jak brutalnie i. dopóki nie nabrałem pewności. Nie mogłem się z nim. Panowało tak powszechne znudzenie. niestety. Na szachownicy zostały dwa króle. ale starałem się działać jak najdalej od niej. Moje obliczenia okazały się słuszne. Sama miała nieczyste sumienie. prawie się ju nie krępując. Otó . to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. czarna wie a i ja.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. czy biali. Nie ukrywał radości. eby niczego nie zauwa yła. e czarna wie a. stare półbuciki. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. a na królach puściła farba. kiedy się zorientowałem. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. Nie ulegało wątpliwości. Uporaliśmy się z nimi szybko. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. Deszcz rozpadał się na dobre. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. Au! — krzyknął niemal. zbiła go. to mnie wyleją. Podziała się gdzieś 159 . Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. co czarnych. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. Owszem. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. pustej przestrzeni. — Cześć! — zawołał do mnie. pomimo moich wysiłków. — No to lecę! — zawołał. w butach chlupało. nic mnie nie obchodziło. ale białych ubywało tyle samo. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. Widziałem. e ona zdaje sobie sprawę. Ani pisnęli. nawet je eli coś podejrzewała. bo ty pracujesz na dniówce. miałem na względzie i tę okoliczność. Sflaczały. po egnać. e czarna wie a wie o mnie. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. schodząc z szachownicy. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. co się dzieje. prawie nie zachowując pozorów.

podcieniami. Wtedy — sądzę. Odskoczyliśmy. Zdyszani. Porwaliśmy się do ucieczki. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. gdyby tylko zbli yła się do mnie. nasiąkając wodą. Co gorsza. — Szach. ale sami widzicie. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. Ju nie było powodu się spieszyć. e tu nie ma co dyskutować. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. czy się rozeszli. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. Jest ciemno i leje. bo zwróciła się do białego króla. Wreszcie dała za wygraną. Mój król nie poruszył się. eby się jej nie nadstawić. Odczekaliśmy dobrą chwilę. uwa ając przede wszystkim. szerokim szumem. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. Remis. wzmocniony echem jak megafon. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. Uświadomiłem sobie. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. e partia zostaje nie rozegrana. 160 . obcią ony wiekiem i kostiumem. Biegłem ju bramą-tunelem. — Jak mówię szach. tu za naszymi plecami. bo trzymała się z daleka. Było ju tak ciemno. Oni pewnie ju poszli. Staliśmy tak we czwórkę. e tak nie umkniemy. pozostał w tyle. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. kwadrat po kwadracie. ju . i widziałem z rozpaczą. to szach — odparł ponuro. ukryliśmy się za kolumną.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. — Koniec — powiedziałem. dziadku! Nie słyszeliście? — A. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. Lało strumieniami. Rozumiem. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. bo kroki ucichły. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. pociągając go za sobą. widocznie zasnął mimo wilgoci. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. — Szach! — powiedziała ochryple. Postanowiłem z tym skończyć. na przełaj. ku bramie. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. odkryłem jego podstęp. idę. Chodźmy lepiej do domu. powiedział „dobranoc” i poszedł. Pojąłem. — Idziemy. — Szach! — ryknęło w ciemności. mo e zdarzyło się to. oczywiście. szachując sobie nawzajem królów. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. zdjąwszy buty. o czym mówił koń. czego po ądał. ale nic takiego nie było słychać. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. w skarpetkach. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Odeszliśmy powoli. wielka kukła stuknęła o posadzkę. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. czy gracze jeszcze są. Obszedł nas naokoło. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. Zastukałem mu więc w ściankę. e starzec. idę. Zrzuciłem kostium. Ostro nie. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. podwójnie cię kim od wody. Kiedyśmy stanęli na skraju. Sztywna. e gracze zostawili nas na noc. Zatrzymał się. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. e partia jest nie rozegrana. — Słuchajcie. co. Bacznie śledziłem wie ę. Widocznie wiedziała o tym. Ziewnął. przesuwali się koło niego. Biegnąc co sił. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Pod sklepieniem. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. Nie dałbym głowy. gdyśmy.

a przynajmniej jednego z nich. po egnalne okrzyki. nie natknąłem się na owego 161 . Krupę. Mo e ma pan dla mnie co innego”. Bóg wiara. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. kiedy statek odbijał od nadbrze a. e coś niecoś i mnie się dostanie. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. przyznaję. ebym mógł się tego wyrzec. niezbyt kulturalny. a więc i w mojej bliskości. A było jasne. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. jakiś druzgocący docinek... dlaczego.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. zapytując na odchodnym urzędnika. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. tak jałowych wydawałoby się. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. na przykład. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. liczyłem jednak. Podczas zaokrętowania i później. którzy mogli wszystko widzieć. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. Klient szydził z ka dego z osobna. po okresie niepewności.. konstrukcje. szkalował ich pokłady. prospekt innego statku. jakie wymieniali między sobą ci. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. te nie był do pogardzenia. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. — „Dym para. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. e. śledzenie gry chmur i zmienności fal. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. zdecydowałem się nareszcie na tę podró .. nie bez uwagi: „. Ja jestem ateista. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. Bo kiedy tak stałem. wcią niepewny. zawsze pełnym ółci. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. nawet z danych. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. Postaram się wyjaśnić. o ile wolno mi u yć tego słowa. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. zdecydował się na jeden. poniewa sam nie mogłem widzieć. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. wszystko. Kto inny. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. e po pierwsze. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. Dość na tym. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. kto widocznie. Rześki podmuch morski. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. Byłem prawie. jak się domyśliłem. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji.. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła.. ślepy. ale do pewnego stopnia przyciągała. Ale klient ju miał w rękach. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. zostanie stwierdzone na głos. barwy. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. którzy zostali.

e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. wszystko było jako tako w porządku. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. względnie łysej. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. bar przed kolacją i po kolacji. w którym bie ąco przebywał. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. kiedy raz podano na obiad kaczkę. Słyszałem. która szczególnie mną się opiekowała. paradoksalnie niedostępnego.. nazwał ją paso ytem. Kto je śledzie. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. stosował się do ogólnego rytmu. którzy. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. których przed chwilą opuścił. nigdy się nie uśmiecha”. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. „Taś. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. skąd się wzięło jej oburzenie. To wstrętny typ!” Wiedziałem. dodając. swobody. taś!” — wołał na widok bosmana. Trzeba zaznaczyć. Tak się jednak nie stało. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. siwej. co unikaną. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej.. samotnie podró ującą. co oceaniczne. A e człowiek. eby nie tracić z nim kontaktu. którzy nie mogli go słyszeć. Nigdzie nie słyszałem jego głosu. posługując się moją laską. Dopóki miano złudzenia. doznawszy z kolei ulgi. „Nie. którego szukałem. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. nie mogę”. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. On powiedział o panu. ten zajedzie. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. „Ach. mimo e tak wielkim.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. chudy. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. palarnia po obiedzie. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. nic takiego”. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. Nie musiałem dokładniej określać. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. Tak zaczęła się nasza przeprawa. ten?” — zawołała z pogardą. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. pomimo e. a nie przypuszczałem. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. taś. kogo miałem na myśli. głowie pewnego zamo nego d entelmena. ale szydercą.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. Podczas pierwszego posiłku. Śledziem oczywiście. tego nie udało mi się stwierdzić. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. Słyszałem jego głos donośny. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. nie był więc bezinteresownym humorystą. choć chrapliwy. Co 162 . jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. Siedzieliśmy w sali barowej. chocia . mo e panu zaszkodzi!” „Ach. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. co się pyta” — odparł. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. Ciekaw byłem jego powierzchowności. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. do cocktail-baru i palarni. ni to się wydaje widzącym. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. na których układa się ycie. Na statku. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. nawet wtedy on się nie uśmiecha. „Paso yta. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. które kojarzy się ze wszystkim.

Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. zwracając twarz do słońca. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. e pan to opowiada dla dowcipu. prawda. ale ju mnie nie opuścił. I zamilkł. Milczał potem jeszcze długo. jeszcze w biurze okrętowym. w coraz to krótszym czasie. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. e takiej właśnie reakcji. Mo e było to dla niego ucią liwe.. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza.” — Wiem. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. Na przykład. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. — Pan myśli. przymilnego śmiechu. — No. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. — Tak. — Przecie powiedział pan: „to. Tego właśnie się spodziewałem. a ju wokół niego powstawała pró nia. będzie wymagał ode mnie. Przy tym. Pewnie. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. to one wyglądają. nauczony doświadczeniem. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. który nie tylko nie unikał jego obecności. osłoniętej od kierunku naszego kursu. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. — . Tupot oddalających się stóp ucichł. co wisi. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. a na środkowej części statku. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. e tak — wycofał się nagle. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. ale nie miał innego wyjścia. cały brzemienny stłumionymi. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. czasem jakimś pytaniem. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. jak nie wiem co. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. Dostałem go na własność. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. ale wręcz go do nich zachęcałem. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. Zapewniłem go. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. o której wspomniałem. a ju nie miał słuchaczy. zadyszany głos: — A to. Krą ył więc. ale nawet jej oczekiwał. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. martwo urodzonymi pointami. Tego wymagała nasza symbioza. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. Objęła go ogólna anatema. przechadzającej się po pokładzie. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. Wtedy zrozumieli wszyscy. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. — Nie przeczę. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. Domyślałem się tego. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową.. — Sądziłem. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. Pędził więc gdzie indziej.. jak i zwierzętom. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach.. wiem — przerwał mi. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. Byłem jedynym. w dość licznym towarzystwie. następnie opisać jej powierzchowność. otrzymał całkowitą 163 .. a nawet przedmiotom. pan nie widzi. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. eby sobie nie przerywał. uznania nie szukał.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. Usiadł przy mnie. słysząc. co wisi.. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. — Rzeczywiście — przyznałem się. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza.

Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. Nagle rozgniewał się. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie.. nie krępując się wobec mnie. nie nadą ając za tym. jak słowo daję! Zgubił panamę. bo nagle zaczął mówić szybko. Nie! Idzie dalej. Pojawiła się niespokojna fala. to pan myśli. Nie. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. zmieniła się. Ten stary z wąsami. Nie. czy co. całkiem blisko. co widział. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. Najpierw nale ało zejść po stalowych. Widocznie pojawił się cały tłum.. jak zwykle. na najwy szym pokładzie. pełen niedobrych przeczuć. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. nie mogę!. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. — Tam. A co do złych dowcipów. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem.. zmienionym głosem: — Ja nie idę. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej. które. eby się z czegoś nie naśmiewać. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. Ale on. pojawiły się na falach. bo omal nie zgniotła nam płuc. A potem. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. w miejscu. — Tam. zderzyli się. Rozwa yłem sytuację. —— Najhecniej. eby dostać się do szalup. Staje. stromych schodach. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. ale ja nie idę. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. Krótkie milczenie. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku.. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. Na szczęście po przerywanej serii umilkła.. ale szarpie! No. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. W trzecim dniu podró y pogoda. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. nie mogę. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. zaczął się krztusić ze śmiechu. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. jak to przedtem dokładnie opisał. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych. — Na dół — odparł. Korkowy pas został w kabinie. jeszcze w biurze okrętowym. — Co to jest? — zapytałem.. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . nie jestem. na lewo. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. Otó dzięki temu. To nie dlatego. zwykle on mi w tym pomagał. e tak łatwo jest stale mówić dobre. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. Niedołęga.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. Ojej.. Idzie w pi amie. — Pod nami. ale ciągnie w złą stronę. Najhecniej wyglądają w tych pasach. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. A tam. dotychczas słoneczna. Myślałem. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. Tego się nie spodziewałem. Potem on. ni to było potrzebne.. które zawsze wybierał mój towarzysz.. — powiedział wreszcie. Wraca się. — W ratunkowych. zamiast odpowiedzieć. bo słyszałem tupot licznych stóp.. — Pierwszorzędna satyra. chyba nie zauwa ył. przez system korytarzy i schodów...

to sprawa dalsza. niech pan wybaczy. co pan powiedział. To prawda. delfiny na przykład. „Chyba. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. istniejąc. 165 . eby od razu być całkowicie. mnie. je eli chcę go nakłonić.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. Z tą. nie wiemy. pierwszy walczę. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. Zdarzały się takie wypadki. do czego. zaprzecza pańskiej normalności. I przez to ju nara amy się na śmieszność. — Bo nie chcę być śmieszny. do czego. potęguje. który zaprzecza. tylko są. — Jak to. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. ta pańska prawdziwa śmieszność. Widzę ją tak. po tym wszystkim. choćby nawet samych siebie. Atakuję. na szczęście. ale ta walka jest beznadziejna. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. chcę uprzedzić cios. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. eby. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. sprowokowany. e ja tylko się bronię? — Czy to. Widzę ją w ka dym człowieku. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. e to. nie podlegają więc śmieszności. e jest wariatem. kaleką. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. która. odbiciem. e jesteśmy. ale. We mnie. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. pańskie dowcipy. widzę ją zmysłowo. bo udajemy. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. czy te ją poświadcza. e przed panem ucieka. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. Przeciwnie. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. one po prostu są. z góry pretendujemy do czegoś. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. ale wyłącznie między sobą. co mogę. W tym. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. Bo. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. To nie wynik intelektualnej spekulacji. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. I pan chce. eby mi pomógł dostać się do szalup. jeśli łaska? — Wszędzie. pretensjonalne. Robię. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. dał dowody normalności. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. w panu. choć prawdziwa. e zwierzęta.. z góry przegrana. a więc niczego nie udają. albo o sobie nawzajem. Człowiek — zgoda. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. Ja te jestem. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje.. jego niewinność ją podkreśla. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. Jeszcze nikt nie słyszał. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. Ale mam jeden niezbity dowód. będące co prawda tylko moją projekcją. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. pomijając. Jego nachylenia nie zmieniały się.

Potykając się. kiedy statek tonie.. To wszystko rozumiem. nie jest śmieszna. Słyszałem jego głośny oddech. samotnie stukały tylko nasze kroki. Była to najgorsza chwila i trwała długo. dla pasa erów. jak tego oczekiwałem. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. e znowu do śmiechu. — Wszyscy wracają. bo tylko nicość jest powa na. Chwilami prawie mnie wlókł. ale aktywne ratowanie jej. Ale nie. nie do zniesienia dla pana. jak uratowanie kaleki. Nierówno. Nie spotkałem go ju do końca podró y. do szalup. omal nie straciłbym ycia przez niego. Wszystko do śmiechu.. W korytarzach. Ale wie pan. na pokładach. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. Były momenty. gdy taka idzie gra. ◄KONIEC► 166 . biegnąc. w przejściach. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. — Rozumiem wszystko. nie mówmy o mnie. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. gdyby alarm był prawdziwy. wiem. — Wracają — powiedział. co chce mi pan powiedzieć. A przeto czynne unikanie nicości. e mnie porzuci. A po chwili: — Kto panu powiedział. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. ucieczka przed nią. — Co się stało? — zapytałem. kiedy się bałem. było ju pusto. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. Mała szkoda. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. To przez pana! Puścił moją rękę. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. nawet prosty ludzki odruch. Oczywiście. nie o mnie chodzi. Nie chce pan zejść. mówił tylko do siebie: — To znaczy. do której wdarła się złośliwość. nie ma dla pana znaczenia. gwałtownie. na schodach. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. rzuciliśmy się na dół. Ostatecznie. jego ręka była mokra od potu. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. To był próbny alarm. Milczenie. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful