OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

..................... 9 Sztabskapitan Hipolit..................................... 60 Zakochany gajowy........................................................................ 50 Pastor ............................................................................................................................................................................................................................................. 56 W podró y ............................................................ 65 Sceptyk .................................................................................. 38 Złote myśli i sentencje.............. 55 Zdarzenie .................................... 22 Monolog ........................................ 11 SŁOŃ Z ciemności ...................................................................................... 53 ycie współczesne. 13 Chcę być koniem ............ 61 Wiosna w Polsce.......................................................................................................................................................... 46 Droga obywatela......... 27 Tło epoki.................................. 48 Z gawęd wuja .................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... ..................................................................... 67 Słoń..................................................................................................................................................................................................................... 32 Wyznania o Zygmusiu..................... 40 Ostatni husarz ................................................................................................................... 24 *** ............................................................. 34 Przygoda dobosza ........................ 58 Sztuka ................ 42 Koniki ................................................................................................................................................................................................................................................ 31 Fakt ..... 70 4 .............................................................................................................................. 15 Łabędzie .. 14 Dzieci.......................................................... 36 Spółdzielnia „Jeden” ...........................................................................................................................................................................................................................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ................................................................................................................................................................................................................................. 29 W szufladzie ........................................................................................................... 68 Kronika oblę onego miasta ............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 44 Poezja ............................................................................................................................ 7 Sprawa porucznika C............................................................................................................................................................................................. 63 Weteran piątego pułku......................................................................... 17 Mały.............................................. 18 Lew ...................................................................................... 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ................................................................................................................................. 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej.............................................: opowiadanie Arkadego N...................................................

......................................... 79 Odjazd.............................. 89 Przygoda w czasie ferii......................................................................................................... 145 Ten gruby..................................................................................................... 124 Wierny stró ................................................................. 101 DESZCZ Mały przyjaciel........................ 161 5 ...... 152 Szach................................................................................................................................................................... 97 Wesele w Atomicach ... 95 Kto jest kto?...................................................................................................... 144 Mon général.................................................................................. 140 Testament optymisty ..................................................................................................................................................................................... 76 O nagości .................................................................................................................................................................................................................................................................................. 93 Przeja d ka..................................................... 114 Nadzieja ................................................................................................................................... 90 Wina i kara .. 127 Upadek orlego gniazda .................................. 77 Spotkanie ................ 138 Jak walczyłem .................................................................................................................................................................................. 130 Na biwaku............................................................................. 99 Wspomnienia z młodości......................... 85 Profesor Robert......................................................... 105 Góral ......................................................................................................................................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi................................................................................................................................................................................................................................................ 83 Rękopis znaleziony w lesie .................................. 111 Ad astra....................... 155 Pasa er ................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. 81 Ni ej ............................................................................................................................................................................... co się śmiał............... 110 Ptaszek ugupu ..................................................................................................................................................................................................... 108 Współczucie ........................................................................................................................ 86 Podanie ............................................................................................................................................................................ 150 Interwał..............................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

7 . e co dziesiąty półpancerz. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. W parku. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. ja mam dzieci — błagał staruszek. — Niestety. gdy przechodziłem koło tandety. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. który ogłosił. — Nie mogę. — Panie. Zapas był na wyczerpaniu. wykluczone. Zdaje się. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. Eugeniusz. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. — Niestety. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. model XVI wiek. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. z wyrazem zadowolenia na twarzach. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. lecz nie ustępował. łaskawy panie. zauwa yłem posępnego blondyna.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych.. tylko w marynarkach. Propozycja została przyjęta. chocia piętnaście sztuk. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. ale nawet gdyby tak było. w godzinach największego ruchu. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. a nazajutrz. naturalnie. Kolega nasz. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie.. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. zjawił się w PDT. inni natomiast. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. u ywany swego czasu przez landsknechtów. na ulicach. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. ale eby a tak. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn.. Na drugi dzień. wymykali się upokorzeni. Kosztowało? Nooo. który wołał monotonnie: — Plastyczne. Towar jest towarem i musi być sprzedany. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy. zadyszany. elastyczne. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. e są to aluminiowe garnki. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem..

Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie. pytałam się o te półpancerze. słyszała pani? Nima. 8 . pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. I pewnego razu. Nima. nima! 1951 r.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

nie ma to. białą i niebieską. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. Chłopi młyn omijają. I tak ze wszystkim jest. Więc siedzę. bo. Poradźcie. Gorzej. Rzecz jasna. Wy nam mówcie: Europa. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. to by wszystko pojął i opisał. co postawimy mleko na kwaśne. w czoła zimne się pukają i turlają. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. jak latają. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. Mówił mi leśnik jeden. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. Ot. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. Baba w krzyk. Miał dopiero dwa lata. Bo e uchowaj. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. utopił się artysta. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. boję się. e trzy dni chodził z oczami w słup. towarzysze. piszę. to tylko lata i fosforyzuje. jak te wielkie budowle. Jedni mówią. A nie mówiłem. ale nie za głośno. Zatem. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. Owszem. e a się serce kurczy. ale to był geniusz i jakby wyrósł. W utopców. e u nas inna specyfika? 13 . Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. nawet za największą potrzebą. Ale to wszystko nie jest najgorsze. patrzy. Bo trzeba wam wiedzieć. z napisem Tour de la Paix — po francusku. cały zielony. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. e przełomu adnego nie będzie. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. towarzysze. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. A tu. drzwi się otwarły. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. my tu sami jedni w środku kraju le ymy. e u nas nocami coś tak wyje. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. A tak. a dookoła wiorsty i mogiły. zwyczajna walka klasowa. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku.. z powodu jego braku. nawet w czarownice wierzą. bo się boją. wyjść nie mogę.. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. gdzie miał być mostek. jak liście w październiku. w upiory. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom.. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. jak powiada. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy.. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. A bo to zawsze wiadomo. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. jakby dokądś chciały. eby się tam zapisać. A moja chata samotna pod lasem stoi. a tak go coś zaszło od tyłu. śmieje się i dusi. latają. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. o szyby skrzydłami biją. e jak to piszę. A czapkę miał kolorową: czerwoną. jest u nas taka jedna baba.

Nawet wtedy. Nie mówię ju o korzyściach.. — mówiłyby. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. — Pan jest taki inny. gdyby moje teksty były niedobre. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. — Proszę o nowoczesne. Przeciwnie. jak bardzo chciałbym być koniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. koń ma cztery nogi i te się potknie. Oczywiście. — Ha ha! — zaśmiałbym się. e jestem niezdolny.. to znakomite — chwalono by mnie.. Pisząc do mnie anonimy. uśmiać się jak koń. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Stałbym się wtedy pegazem. kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne.. siłą faktu. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . du e mieszkanie — powiedziałbym. du e mieszkanie z łazienką. Idąc do nieba otrzymałbym.. e ja nie jestem zwyczajnym. — Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. — Jak na konia. skrzydła. — Czy panowie nie widzą. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.. takim sobie. — Ten ma łeb — mówiliby inni.

Na rynku dzieci lepiły bałwanka. za karę. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. o ile opady śnie ne dopisują. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. W sprawie tego nosa z marchwi. sprzedawca gazet. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. Chciały dać do zrozumienia. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. A rynek nic sobie z tego nie robił. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. Wcale nie z wódki.. wśród wrzawy i uciechy. ale trzeba pilnować. potem drugą kulę. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. No bo sobie odmroził. odparły. jak wiadomo. Ale wieczorem. e czerwony. Był to brzuch. Rynek był obszerny. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. Potem mniejszą — to były plecy i barki. przecie to jasne. Pan je powinien krótko trzymać. e taki kłopot. Prezes przywitał się z panem domu. tylko rozciągał się. Przepraszał. ale wyobraź pan sobie. ile kto chciał. Ró ni ludzie przechodzili. e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. są jeszcze małe. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. Ale tatuś na wszelki wypadek. Najpierw utoczyły du ą kulę. Ojciec cieszył się bardzo. Na samym środku tego rynku dzieci. fuknął i rzekł: — Dobrze. ktoś zapukał do drzwi. Ale to jest oszczerstwo. Małe to. ale zuchwałe. osobę. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. — Ach.. e nic podobnego. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. Wychowawczo. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. Przywołał dzieci i zapytał surowo. Tak sobie. Urzędy urzędowały. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. ma 15 . Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. Sprzedawca podziękował i poszedł. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. a tę trzecią na tej drugiej. co go dzieci zrobiły bałwankowi. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. e. jakby nic nie zaszło. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. na rynku. wychowawczo. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. Ale czy to ju zaraz powód. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. to trzeba na to mieć dowody. który na rynku miał swoją budkę. nie dał im kolacji. Był to sprzedawca gazet. najpierw nie rozumiały nawet. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. — Jak to. One jeszcze tego nie rozumieją. — Nos — głupstwo. ma właśnie czerwony nos. On sam. — Ale on. nawet je eli ktoś ma czerwony nos.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. Bo to dzieci. o co chodzi. one najpierw lepią jedną kulę. e tak późno. bądź co bądź. Gdy wreszcie pojęły. panu o ten nos chodzi. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. te smyki. Nos miał z marchwi. e je tu widzę. Były bardzo szczęśliwe. — domyślił się tatuś. prezes. oglądali bałwanka i szli dalej. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. mając na myśli tego pana. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu.

eby usiedli. kto to mo e być. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei.. I mo na mu zrobić guziki. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. więc podsunął im krzesła. bo chodzi porozpinany. dziwiąc się. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. e jak mi się spodoba. wycofał się z pokoju. Zapamiętaj pan to sobie. co ludzie o mnie mówią. 16 . e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. ukradkiem. Nie na tym skończył się ów dzień. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. a potem nagle umilkły przed samym domem. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. na palcach. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. Ojciec nie rozumiał. Na rynku nie pozwolono im się bawić. co sprzedaje gazety. za karę. aby się natychmiast przyznały. za karę. cichnąc stopniowo. Dzieci. Dzieci zaczęły się kłócić. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. to równie jest dwuznaczne. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. umilkły w oddali. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. bo on jest bałwan. — No to ulepimy pana. bo pije wódkę. bez adnych ubocznych myśli. On ma czerwony nos. drogi panie. na nierozwagę. takiego zwykłego bałwanka. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. A ja panu powtarzam. Jednak na wszelki wypadek. Zrobimy czerwony nos. — Eee. dlaczego miałby być nieupolityczniony. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. — Tak. ojciec postawił je w kącie. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. Ochoczo zabrały się do pracy. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. ale gospodarz ju nie otwierał. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. e ja chodzę po domu porozpinany. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. zapytane. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. To. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. — Eee. milczy pan! To milczenie jest wymowne. — Aha. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. Tylko eby więcej tego nie było.. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. niesmaczny art na temat faktu. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. Nie będzie ądał sprostowania. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. Dzieci zastanawiały się właśnie. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. Jednak na wszelki wypadek ojciec. czy istotnie. chciały dać do zrozumienia. dla zabawy. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. jaką by wybrać zabawę. i jeszcze jedno. to ju jest moja prywatna sprawa.

17 . samotnego serca staruszka. a czasem spoglądał w gwiazdy. Przywoławszy więc kelnera. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. ale bezksię ycowa. Było mu zimno. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. Ozdobą parku był łabędź. podpłynąwszy do brzegu. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. Pewnego razu łabędź zginął. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy. maczaną w mocnym. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. Ukradli go chuligani.. Zaniechał więc gospody. Zabrał więc łabędzia ze sobą. Ze względu na dzieci. po drugiej stronie stolika. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. Na środek stawu wypłynął łabędź. Staruszek posadził łabędzia na krześle. On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. gdy wrócili do parku. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. wrócili na posterunek. Matki małych dzieci. wpatrzony w niebo. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Wczoraj. od lat samotny. gdy przypomniał sobie o łabędziu. Biedny łabędź. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. Nikt nie przychodził do parku. W tym wypadku straciłby posadę. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. Nie mógł jeść. gdy czuł na sobie jego wzrok. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Pomyślał. I znowu nadszedł wieczór. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Gdy siedział tak na brzegu.. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. Stró em został mały staruszek. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. poruszyła staruszka. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. kto w taką noc zetknie się z wodą. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. zjadłby coś. Następny wieczór był równie chłodny. Myśl o tym. eby go mieć na oku. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. wbity do ciepłego. To łabędź. Poszli. rześcy i zadowoleni. Noc jest gwiezdna. pełen wyrzutu. grzanym piwie z cukrem. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Przeląkł się. Łagodnie świecił białą plamą. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. al mu się zrobiło ptaka. upominał się o coś.

. charakteryzując się w garderobie. Rósł. e go nie dostrzega. widownia w ogóle go nie zauwa yła. usiłował nawet. ale wszystko to było sztuczne. w której grał główną rolę — zauwa ył. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. Spojrzenie było uwa ne i ponure. które w nim poczęło kiełkować. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. Nadszedł dzień. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. taki rasowo. dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. e mo e nawet później przyjdzie regresja. Pamiętał. kiedy. Ale wreszcie. Pewnego razu. wychodząc z garderoby. stać się apologetą imperializmu. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. występujący pod szyldem „Tyci”. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. liliputa-biedniaka. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. umyślnie wyprostowany. czy to zawodowca. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. Podniósł koronę i udał się na scenę. e proces ma charakter przejściowy. niedoścignienie mały. nabił sobie guza na czole. ba. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. e lustro nie odbija złotej korony. Nazajutrz ściął obcasy. Wmawiał sobie. Je eli teatr stał. Zespół jednak był skompletowany.” Zwykli ludzie? Tak. nie grał na scenie. przeszedł na syna. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. choć usiłował je oddalić. zawadził koroną o górną framugę drzwi. rozgoryczony. musiał się schylić. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. pomimo e był bez nakrycia głowy. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. równie liliputa. to przede wszystkim dzięki niemu. e mimo i chodził po scenie. nie tak jednak małego. którą miał na głowie. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. Zarabiał dobrze. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. stały. Miał nadzieję. będąc za du y. Wieczór spędził jak sparali owany. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. W chwilę potem. który. e jest jednostką aspołeczną. równie liliputa. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. po tylu latach. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. mimo obrzydzenia do samego siebie. Przeciwnie. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. N a s z w treści. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. zarzucił czytanie gazet. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. miał powodzenie. Nie mo na się ju było łudzić. poniewa był najmniejszy. Zespół solidny. czy to amatora. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. przy szklance grogu. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. taki był mały. w fotelu. a lilipuci w formie. Sam przed sobą udawał. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. który grywał role amantów i bohaterów. wychodząc.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. który z jego ojca. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. ale spełniał funkcje pomocnicze. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa.. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. rozporządzał świetnymi siłami.

odwijając miętowe cukierki z papierka. równie bardzo zdolny. który ju stał się dla niego za krótki. lecz ciągle. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. zabawni malcy. w miarę zainteresowany. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. Miał wra enie. granatowe palto. która niebawem miała wejść na afisz. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. Później imał się kolejno ró nych zawodów. wpatrując się w sufit. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. Przez okres prób męczył się bardzo. z fryzjerem pośrodku. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. w „Zawiszy Czarnym”. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. Wrócił potem do domu. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. Po latach. Siedział przed lustrem nie patrząc weń. niemniej jednak du y. Musiał rozstać się z teatrem. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. w miarę rozbawiony. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. Siedząc na widowni śmiał się. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. trafił do teatru liliputów. sapnął do siebie. Ale bezlitosny czas. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. gotów. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. gdy dopinał długie. szepty milkły. Wiedzieli albo domyślali się. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. Potem w szatni. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. Bez wahania. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. jak zawsze. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. 19 . Obok fryzjera drugi amant zespołu. Odwrócił się do drzwi. potem był chłopcem na posyłki. ju ucharakteryzowany. Ale w końcu musiał zmienić pozycję. zadowolony. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. poniewa czekała go kolacja: — Owszem. powoli. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. w sobotę.

spokojnie je marchewkę. Czy nigdy nie myślałeś o tym. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. Spróbował go więc namawiać.. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. uzbrojony w długą erdź.. rehabilitacje. eby go podra nić. Igrzyska rozpoczęły się.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. W historii zawsze trzeba się orientować według tego. e jadłem marchewkę. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. astma.. zamiast posługiwać się nami. prędko i miękko przebierając łapami. Bondani zni ył głos. Kajus ukłuł go po raz drugi. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. wybiegła z tunelu. Tłum powstał z miejsc. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. ale bał się. wrzuci go między skazanych. — Widzisz. Chocia . marchewka to wielkie świństwo. e nadzorca. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. Bondani Kajus. e nikogo nie zjadłeś. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. To lwy”. nie pomyślałem o tym. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. Kajus nie był złym człowiekiem. — mruknął z politowaniem lew. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. — Starsi. eby lepiej widzieć. mówię ci: nie ma głupich. — Nie mówię. które kiełkuje.. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. to wszyscy widzieli. zadyszka. Lew machnął ogonem. tak dla alibi. lwami? — Nie wiem. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. — Człowieku. Dozorca westchnął. Pierwsza lwica. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. e nie chce agitacji. Coś mi się wydaje. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. — Nic się nie znasz na polityce. — U yłeś słowa „alibi”. Ju był odetchnął z ulgą. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. Dozorca lwów. Czy nie przyszło ci do głowy. Lew skrzywił się: 20 . Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. co nowe. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. kiedy dostrzegł. Ale mniejsza z nimi. Oni po prostu chcą mieć alibi. Kajus podrapał się w głowę. między nami. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. trochę silniej. Chrapliwy pomruk. Jak przyjdzie co do czego. ebyś od razu kogoś po erał. co kiełkuje. Kajus zaklął. sprawdził. I co wtedy? Rewizje. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. — Odczep się — powiedział lew. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. Mnie chodzi o moją skórę. — Rzeczywiście.

doszli do władzy. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. — No? — Jakby ci chrześcijanie... Krótkowzroczni koniunkturaliści.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw.. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki. — Co — chrześcijanie? — No. Idą na byle co. 21 . — Słuchaj — zająknął się Kajus.. wiesz. Ciemnota kolonialna. Element bez zmysłu taktycznego.

Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. w rozkwicie moich grzechów.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. wcielony do piechoty. Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. e nie chce odchodzić z domu swego. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. przy śniadaniu. A wtedy okazało się. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. pamiętajcie. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit. Eryk bardzo sobie krzywdował. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu.. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. o. odjechał eszelonem. Tak więc. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. Abym nie zginął niespodziewanie. Najpierw był w Polsce. Panie! Teraz ju wiem. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. Kiedy dotarł do Kaukazu. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. przywalony sufitem. A ja. Zupełnie nie rozumiem. Przebacz mi. bracia i siostry. które świadczy o tym. Bluźniąc w ten sposób. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. aby mnie ocalić. jak ka dy zresztą niedowiarek. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy. a przede wszystkim oskar ał wojnę. A wy. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. „Verflucht!” — mówił. e pewnej nocy w kamienicy.. Nie jest ju pacyfistą. narzekałem i złorzeczyłem. Wołał. e tak jest odeń daleko. Przeczytawszy ten list. o. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. z tych. a wy? 22 . Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. niegodny. Zrobiłeś to po to. Codziennie. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód.

ebyśmy wszyscy byli zdrowi. Najwa niejsze. A ja jestem roztargniony. Kto wie. Łysiejesz? Ja te łysieję. węgorze. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. Mijasz sioła. Nie lubisz Luwru? Ja te nie. Panno Stasiu. Tam czuwają — pomyślę sobie. Człowiek jak i inni. Sanacja. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę. poriedieł moj wołos. patrzysz. Trzeba się czegoś trzymać. Takiemu nie podaję ręki.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. si. A bo ja wiem. Na przykład taki jamnik. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. Lato minęło. To z Asnyka. Ka de święto lasu jest moim świętem. Taki Grunwald. czy nie widzimy się po raz ostatni. Konno nie umiem jeździć.. Pływają tam meduzy. Rozglądają się. Tak. To piękny serek. Ja. Nasze zdrowie. Kiedy byłem mały. jeszcze dwie głębsze. bo mdli. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego. Du o wody. trojka.. Panno Stasiu. piękny jak Capri albo Luwr. I woda. o ile mamy z czego. dwie. Weźmy te głębiny morskie. Trzeba umieć yć.. Czy uwierzysz. A pelargonia trwa. Panno Stasiu.. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. Szkodzi? Mnie te szkodzi. I tak było. gdzie się szczęście znajduje”. bracie. a tu nie ma dosłownie nic do picia. „Hajda. Ale te miałem wypadek. Proszę cię. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu.. Zakąś serkiem. Bardzo lubię zalesiać. opustieł nasz dwor. Mniej zachodu. Mo na by du o mówić. jeszcze raz. Las to zdrowie i mleko. Panno Stasiu — jak wy ej. „Wsio praszło. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. Ja osobiście wolę porzeczki. 23 . W środku Wanda.. Teraz są te spływy Wisłą. Panno Stasiu. płaszczaki. Wszędzie woda. W tym coś jest. Mam do ciebie prośbę... snieg puszistyj!. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę.. Właściwie zima ma swoje dobre strony. co. Ale mimo to. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę.. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. Zęby mnie bolą. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. w której le ał jego ojciec. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. czasem trafi się jakiś szakal. Postawisz sobie pelargonię. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę.. Ja nie z soli ani z roli. prosimy o dwie takie same. Przeniosę się do Wieliczki... Koń izdoch. Historia nasza obfituje w szczegóły. Wisła to królowa naszych rzek. bracie. na co go stać. Owszem. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć...” Siedzisz i pędzisz przez pola. Głupstwo. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. I co? — zapytuję. Nie pijesz? Ja te nie piję. Znałem jednego re ysera. nie warto wspominać. czemu aden z nich nie wie. Czuję do niego odruchową niechęć. Czy pamiętasz: „Si. Zdolny był. Sztuka a ycie. Tote trzymam się z daleka. nigdy nie cierpiałem. I chciałyby się czegoś napić. jeśli chcą. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli.” To z Jesienina. Ostatnie kukułki przestają kukać. Śmieszyło mnie to. Wszystko minęło szczęśliwie. Tylko za du o jeść nie mo na. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. Świetnie je d ę tramwajem. Człowiek wiedział. „Hej kolego.. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą. Mickiewicza znowu stawiają na nogi.

Wieśniacy siedzą na progach. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby.. bez której coraz trudniej było mu chodzić. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby.. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. na przyzbach.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. Mieszkał tam proboszcz staruszek. eby dać koncert. a bogatsi na ławeczkach. Herboryzował jedynie.. stara. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. 24 . A nicponie!. sobotnie popołudnie. Do polityki się nie mieszał. Zardzewiała była. Głos ich doleciał do plebanii. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. Na dziedzińcu zatrzymał się. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. Słuchają. A orkiestra zebrała się..

w hełmach. Nale ałoby ich jednak skarcić... Lipy mocno pachniały. Dotarł do drugiej furtki. W krótkich przerwach między strofkami. On sam. Sześciu stra aków z trąbami. 25 . Kapelmistrz miał pióro na hełmie. nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. — gniewał się jeszcze. I przypomniało się staruszkowi. Tu przed kościołem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. ja te byłem młody.. Stoją przecie i grają świeckie pieśni. słychać było brzęczenie pszczół.. Ale przecie .. jak w seminarium jeszcze. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni.. z którym rodzi się i umiera człowiek. Bo jak e to?. ile ju prze ył.. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. — Urwisy.. lubi się pokazać. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. z dziedzińca kościelnego na placyk. Wiadomo: młody. dam ja im — zagrzewał się poczciwina.. na podwórku. grali w palanta.. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie.

. Pokłonili się pokornie.. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby... Stra acy obejrzeli się. Siwiuteńki.. — grali stra acy. podniósł palec i kiwając nim to do góry. to na dół. 26 . Przestali grać. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. Proboszcz zbli ył się do nich. A on przystanął. o lasce. Ej!. powiedział: — Ej!..Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka.

aby okazać się mę czyzną. Bowiem kiedy w pół roku potem. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. i pragnie swoją zgubę odszukać. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników.. zbli ywszy się do niej. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. tote nie zdziwiło mnie to wcale. wysunąłem ku niej rękę. e straciłem rozeznanie. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy. mnie głupiemu. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. Jaka była moja radość. jedną ręką podkręcił wąsa. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. Na myśl. Spłonąłem ze wstydu. udając najwy szą obojętność i chłód. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. poza krzewami. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. stanąłbym wobec konieczności decydowania. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. który. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. podczas wspólnej akademii. którą znalazłem tak blisko jej kibici. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. na jakim przyjęciu. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. przeszła mimo. było tylko dziełem przypadku. zapuszczałem się w puste aleje. Przełamawszy wszystkie opory. które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. poniewa sądziłem po prostu. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. Okrę ną drogą.. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. dosypując całe naręcza point. przedzierającą się przez chaszcze. To. eby podejść i uwieść ją. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt. cal po calu. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. Pocałowałem ją w rękę. 27 . gdyby nie okazało się. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. Chwila taka wnet nastąpiła. tym razem autentyczną. a więc w warunkach. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. ująłem jej dłoń. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. e widziałem ją tam. e nie jestem taki nachalny. Kiedy przyszła na górę. e dłoń. e jest jej dłonią. Los jednak przyszedł mi z pomocą. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. eby mi nie przeszkadzała”. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. nale ała w istocie do mojego druha. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. Na szczęście nie była sama. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. mój znajomy dokonał prezencji.

tłukąc się boleśnie. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. wrócić i po yczyć jej. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. ze wzruszenia zasalutowałem. Następnie domagała się zapałek. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. gdy . Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. musiałem wyjść po nie. e jestem bardzo subtelny. Skinęła mi głową. 28 . lecz stanowczo. i poszła. Mówi. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. e tego się po mnie nie spodziewała. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. Bardzo mnie zawstydziła. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. oświadczyła mi mimochodem. e jestem jak inni mę czyźni. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem. jak mi powiedziała następnego dnia. acz surowo.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. Nie powinienem jednak się skar yć. Wreszcie. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. dodając przyjacielsko. le ała.

Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. wykonanych z kości. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. Wolałem sam przynieść. e często myślałem o rzece. Kiwnął głową. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. separującej mniejszości narodowe? 29 . A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. ślepych. te sprawiał. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. e przedtem te było prywatne mieszkanie. które zostały na powierzchni po topielcach. Miała barwę starych płytek do gry w domino. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. — Mo e tu kiedyś była redakcja. — Kiedy się wprowadzałem.. proszę pana. czy mo e wejść. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. — Istotnie. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. — Tak. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. wycierając nogi. Po drugiej stronie był rebus. ju nie ma. — Szkoda. widząc. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. Oburzyłem się. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. rozejrzał się i zagadnął. — Przyniosłem do redakcji. W pokoju było szaro. ale dawno — powiedziałem złośliwie. Chwilę milczeliśmy. — Czy pan wie. — Widzę. Przepłynął i zniknął. Rozwiązałem wszystko. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. Ale zdaje się. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. według adresu. — Wielka szkoda. Bie ący tydzień w BadenBaden. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. pięćdziesiąt lat temu. Sufit w pokoju był wysoki. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. poziomymi kreseczkami. Sam rozwiązałem. drzwi równie nadmiernie wydłu one. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. przede mną te było prywatne mieszkanie. klamki brudno ółte i ozdobne. — Cały rozwiązany. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. nie jestem profesorem. przenikający przez szyby. Kiedy wszedł. który. ślinionym ołówkiem.” — Rebus —— podsunął. Zdaje się. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie.. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. — Tak. e się nie orientuję. Nieustanny szelest kroków. strumień płynął dalej. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem.

Oto rebus. Czy pan myśli. Mo e się panu wydaje. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. Ojciec i stryj powiedzieli. Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. Taki przewrót. — Śmieszny pan jesteś. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni. plebiscyty. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. Zaczęli grać. tylko e jeszcze wcześniej. e będą grali w karty. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. e jestem za młody i e jak dorosnę. proszę pana. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Ale mogę powiedzieć. Siedzieliśmy w ogrodzie. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. — I dopiero teraz pan skończył. co ze szkoły. Ale ja musiałem pracować. a pan ciągle z tym rebusem. — To było bardzo trudne. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. to będę grał. — Pan myśli. 30 . taki kolosalny skok.. to się pozapominało i troski ma się inne. Śmiałem się głośno.. proszę pana. w Czarnogórze. Było du o obcych słów. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać.. e to tak łatwo. — Mnie reklamowali. bo mówił. — dopowiedziałem uszczypliwie. Pan się śmieje. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. republika weimarska. Chciałem zagrać z nimi. Ja nad tym nie pracowałem. ale myśl ludzką trzeba szanować. e sam wszystko rozwiązywałem. e miałem za du o czasu. To nie ja wymyśliłem bombę. proszę pana. Poziomo. Myśl ludzka nie zginęła. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem.. proszę pana. — A jednak pan mi działa na nerwy. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. co znaczy Zeppelin. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. ale ojciec mi nie pozwolił. Takem zaczął sobie rozwiązywać. złośliwie. ale bomby atomowej pan nie wymyślił. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. Spłoszył się. Czy pan wie. Nie umiał pan! — Bomba bombą. e się nie dałem.. — Panie. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. bo było gorąco..

jak wielkim autorytetem będę dla niej. artowałem z nimi. Okazało się. Wyglądało to na prośbę o pomoc. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. Wpatrywali się w siebie. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. śmiałem się. czując. Uśmiechnąłem się. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. Uśmiechając się nieśmiało. czym zmiana pogody na niebie. na których bardzo mi zale ało. kiedy wracałem do domu. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami. ona — jak mój palec serdeczny. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. równie mieszczących się w mojej szufladzie. abym im pomógł. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. ziarenkowych oczu. bo moje nowe. Wyjaśnili mi swobodnie. o którą wspierała się wysunięta szuflada. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. mogła na nie wpływać. ale miła i młoda para. miłości i niechęci. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. e mają kłopoty. Zmiotłem ich wszystkich jednym. ju nie padało. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. e ujrzałem najpierw ich dwoje. Odszedłem pod mur. Byłem po śniadaniu. i tak zostały pochlapane. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność.. e jest tam nawet mała uliczka. a nawet podszedłem do lustra. Bo to był przypadek. problemy.. Nachyliłem się. którym wysłane jest jej dno. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. muskały jej plecy. Wziąwszy się za ręce. zobaczyłem tam te horyzont. o jasnych oczach. ja mogłem być dla nich wszystkim. uczucia. Zresztą nie okazywali trwogi. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. odzianej w granatowy wełniany sweter. On — wielkości połowy mojej dłoni. W kawiarni widziałem się z kimś. niecierpliwym ruchem ręki. e muszę wyjść — udałem się do miasta. ale bezskutecznie. 31 . e mają rodziny bli sze i dalsze. przypominające błyszczący wiórek. zgrabna i złota. e. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. moim głosem. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym. e mieszkają w maleńkich domkach. Potem. Włosy spięte na karku.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. e yją w niej mali ludzie. co odkryłem ze zdumieniem. uśmiechnięty. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. jasne spodnie. Wreszcie. w doskonałym humorze. a mo e coś więcej. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. W mojej szufladzie kryły się światy. Z góry cieszyłem się myślą. delikatnie dawszy im do zrozumienia. tłumaczył. kto sądził. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. Byłem łaskawy i przyjacielski. e właśnie teraz jest sposobna pora. Byli tak mali. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. Powtarzam. która ni stąd.

Jedno z tych zwykłych. Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać. Potem pobraliśmy się..? Mo e.? Oczywiście. .. Jest na stanowisku. proszę ojca.. To ja.. przyszłam tutaj. bardzo ałuję.. . a nie on. Pokój obity tapetą w malutkie. Byłam mu wierna.. co te ojciec znowu.? Nie. ale delikatny. tak. On przyjechał samochodem. nie wiem.? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy. .. mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach. Namówiłam go. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście. taki zasłu ony!. Siedzimy rano przy śniadaniu... nic podobnego. W chwili kiedy podnosił fili ankę.. cie.. To zbyt trudne do uwierzenia.. potrzebuję. eby odpoczął. Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. to jest. proszę ojca. Czy ojciec uwierzy? ..... Ach.? Proszę? . to ja przychodzę... ró owe kwiatki. i. przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. ale niegroźne.. kraj....? Tak. biały welon... Był wielki i mocny. dlaczego...... bo jeśli to grzech. e wyszłam za niego z miłości. jak e .. nie płaczę. wszyscy go szanowali... pomocy. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo.. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu.. Tak...? Och.... ojcze duchowny.. Ale przecie to ja się spowiadam. Nigdy.. Nie. ja.. Ja byłam młodą. I wtedy zobaczyłam. nie wiem czy potrafię. był taki zdolny.. Był pełen planów.. Oczywiście. Organy grały i miałam długi. naprzeciw siebie. Miałam du e oczy i długie warkocze. rady. drzewa. oczywiście. Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród.Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie. Po siedmiu latach po ycia... zaraz dojdę. .. . nie. .. ró owych kwiatków. kogo ojciec chce. to była pró ność. i lilie...? Zaraz. nie zamierzonych spojrzeń.? Ale .? Te nie. 32 .. Mam mę a.? Słucham? Ach... Nie zdradziłam go ani razu. . .... zdarzały się nieporozumienia. i mama płakała.. I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. Czy ojciec mo e. Lubiłam je dotykać policzkiem. ogromna odpowiedzialność.? Więc o co chodzi? Ach. biedną dziewczyną.. ani nawet myślą.. ale on nie.... długi. . . dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi. nie. I było kadzidło. nie.. po. ojcze... wiem. . spojrzałam na niego.? Nie. nie zmienił się i po ślubie. W tym roku pojechaliśmy na letnisko. Niech ojciec weźmie tę rękę. tak.. dziesiątki tysięcy malutkich. praca..? Właśnie — co? Jak.. słyszałam o tym... . Zawsze był stanowczy.

? Wtedy.. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz. proszę ojca.. . on jest z plasteliny. Pochyliłam się nad nim. Cały.? Uniewa nienie mał eństwa? Ale . On był zawsze. Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . Sztuczny... Widocznie miałam szeroko otwarte oczy. dopiero wtedy zobaczyłam.Sławomir Mro ek – Opowiadania . e on jest z plasteliny. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 ...? Tak.

bo się przeziębię. Gdy pojawił się ostatnio. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. jest ju późno. co to jest ślimak. jak Zygmuś wygląda. Ka demu się wydaje. Pewnego razu. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. e to nieprawda. ebym nie zdejmował berecika. co wiem o Zygmusiu.. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. wchodząc do klasy. ma odstające uszka. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu.. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. Przyszedłszy do domu. idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . Ale on nie uwa ał. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. z du ą główką na cienkiej szyjce. Jednak ślimak zajął Zygmusia. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. Pierwszym tematem. bo siedział pod ławką. bo ślimak ma tylko prawą nogę. Otwórzmy jego kajecik. nie zdjął berecika. e ślimak kopie lewą nogą. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. A jednak jest w nim coś. Zygmuś powiedział: — Czekaj. z którego wyrabia pierogi”. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. Zygmusiu. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. e wie. Dlaczego nie uwa ałeś. Dzisiaj ju nawet wiem. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. Rzeczywiście. eby go uznali. bo znowu trzeci byłby bez niczego. — To ładnie. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera. — No? — Jak ja bym był ślimakiem. ale ja mu powiedziałem. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie.. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. e masz dobre serduszko. Blady. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. tak odpowiedział na pytanie. to ci poka e!. ja ju jestem przeziębiony. Zygmusiu. co było w szkole: — Pan profesor mówił. to znaczy.. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. idź spać. ale posługujących się tylko gwiazdami. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. Kiedyś. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu.

to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. bo mówi. ale. Ciocia mówi. ale najlepiej w domu. Strze cie się go. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. 35 . W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. Miły. e wszędzie dobrze. jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym. w którym miejscu mają tatusia szukać.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi. Taki jest Zygmuś. e zawsze razem najraźniej. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz.. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe.. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy.

— O. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. e twój wierny dobosz czuwa. bardzo słusznie — zgodził się generał. — Godzina walki. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę. generale — myślałem — ale wiesz. generale. Ty w skupieniu. pochwalił rząd i państwo. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. złoty. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. bo na biwak spadła nocna mgła. — Nigdy odwrotnie. krok. uderzając w bęben z podwójną siłą. — Na co nam dzwony. to czarnymi od błota. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił.. — Późno jest tylko dla wroga. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. Gdy odezwie się mój werbel. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. myśląc nad czymś. — I taka mnie ogarnęła 36 . I ty. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. — No no. kiedy podszedł do mnie generał. ale od czasu do czasu. panie. dumna. która wybiła! Niech zabrzmią działa.. — Ja mówię. — Słusznie. Bęben był du y. pochrząkał. biłem w jego matowo. obmyślasz strategiczne plany. — Odszedłeś. nie. — Ot.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. Nie ustaniemy.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. świadczący o mojej pracowitości i ochocie. — Tak jest. A ka dy nasz krok.. to — mruknął generał.. zale nie do pory roku. a świat po obu stronach bywał zielony. prawda? — zapytał generał niepewnie. maszerować.. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. cały płonąc. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu.. dniem i nocą. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla.. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu.. Ka dy nasz krok. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. Zostałem sam. to. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. lekko poirytowany. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach. obywatelu generale! — podchwyciłem. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. brunatny i biały. Generał ukazał się w stroju niepełnym. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie. — . — Nigdy! — huknąłem. Przywitał się.. słusznie — przytaknął. dla nas nigdy! — krzyknąłem. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. tak. tak. ale jakoś smętnie. dyskretnie przysłaniając sobie usta. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. — Nie. choćbyśmy mieli maszerować. to jasne jutro. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. kiedy mamy werble. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. — To jest — dzwony owszem.. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. z czołem przeoranym zmarszczkami. Trząsł się nieco. — Tak.

Potem rzekł głucho: — Dobrze. Noc ju zapadła głęboka. Wkrótce potem aresztowano mnie. Generał zgrzytnął zębami. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś.. zziębniętych rąk pałeczki.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. W dolinie rozległa się cisza. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. co? — zagadnął. 37 . gotów jestem bębnić póki ycia. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. przewracał się z boku na bok. bardzo dobrze. Ront. Pojawiły się pierwsze. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. Zawsze byłem szczerym. o którą walczymy. który wykonywał ten rozkaz. otoczył mnie w milczeniu.. — I odszedł. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. e mo na by to w ten sposób pojąć. taka wola poświęcenia dla sprawy. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. Wzruszyło mnie. nasycony ideą. e to z zimna. nie mogąc zasnąć. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. Myślałem. Nawet przez myśl mi nie przeszło. Witało je tylko zdrowe chrapanie. które wyraźnie słyszałem. Głos miał ochrypły. kiedy mijaliśmy namiot generała. a ja z całym arem młodości. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać. Nie pozwalał na to regulamin. Czasem tylko. ani przypodobania mu się. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. ró owe obłoczki. Był to generał w koszuli nocnej. zdjął mi z szyi bęben. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. e będziecie jeszcze bębnić. generale! Nie pokona mnie ani chłód. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. wyjął z osłabłych. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. — Więc powiadacie. e tego. ani senność. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy.

— Halo. mo e dać się we znaki. jak zimne światła odległych galaktyk. Muszę wyjść na chwilę do personelu.. Mo e pan mi towarzyszyć. Oni stanowią skład pogotowia. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. ale bez szansy porozumienia. gotowy. tak. Zaraz poślę dy urnego. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. Odło ył słuchawkę. wszyscy śpią. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. oddany. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. Z pokoju kierownika — od frontu.. i co? Straszna samotność. buchaltera i sprzątaczki. przyjęte. tak. w ółtym świetle arówki. potem kolega musi odjechać. tak nieznośna dla ludzi pijących. kole eński. Była to niegdyś łazienka. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. Dzięki nam odnajdują się ci. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. kiedy ma ochotę wypić. teraz naprędce przerobionym. i ci. Albo głęboką nocą gryzie pana troska.. znajomi w pracy. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. a stamtąd do następnego pomieszczenia. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. ulica Zwycięzców? Tak jest. chętny do pomówienia o wszystkim. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. który nigdy nie powie: „nie”. zapinając guziki. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. do u alenia się. je eli pan ma ochotę. Albo ma pan wolny dzień. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. współczujący.. serdeczny. kiedy samotność. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. ale nie mają za co. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. 38 . przedpołudnie. telefonu. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. — Więc humanizm. — Jaki adres. — A pracownicy? — To zale y. Wzdłu kafelkowych ścian. wraca z dworca. Pije pan z kolegą. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. spragnieni i smutni. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. knajpy jeszcze puste. Odprowadza go pan na dworzec. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. ale bardzo obszerna. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile.. Wróciliśmy do pokoju administracji. taki. których pan widział w dy urce.. którzy nie mają. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. Większość spała. ale chcą. którzy te pragną w danej chwili wypić. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. — W porządku — mruknął opuchnięty. — Zwycięzców trzy. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. Wiadomość w sklepie. proszę pana! Ilu jest ludzi. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. którzy chcą i mają. Co pana czeka? Osamotnienie. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. czynnego całą dobę bez przerwy. z balkonem — przeszliśmy do korytarza. ale nie ma z kim. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół. z urządzeń pozostała tylko wanna. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. szefie? — zapytał ochryple.

Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. ale takiego. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. Chce mieć kogoś. który opuścił przed ukończeniem seminarium. specjalista od kultury Majów. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. Kierownik rzucił się do słuchawki. Są tacy. Muszę przyjąć raport. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. ona go porzuciła. e w towarzystwie pije się lepiej. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. 39 . kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. gdyby nie my. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. Do nich wysyłam pijących poetów. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. ale nie tylko. przecie nie poślemy mu byle kogo. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. — Eksportowa zakrapiana. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. Ep! Mówi. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. — To ja pójdę — zaproponowałem. — Czy mo e pan nas poinformować. więcej. tu Spółdzielnia „Jeden”. którzy pracują dla nas na zlecenia. czyli „Na jednego”. e świat jest piękny. Marysiu. Na biurku zadzwonił aparat. chętniej. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte. do lasa”. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. miał cię kie dzieciństwo. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. Dzwoni do nas profesor. Wiadomo przecie . — Halo. których by nie wypito. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. tylko ludzie są źli. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. Zdarzają się klienci wybredniejsi.

. Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi. „Pańska być biała”).. „Twoja być biała”). której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. O florze. . łączcie się!” .. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. 40 . Chłopiec na posyłki. ale: „Pańska być” (np. a to z powodu chrypki.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE .. faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. „Sero venientibus ossa!” — okrzyk.. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet.. który się zestarzał — starzec na posyłki. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. Nie w ka dej muszli słychać morze. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. ale jednak najczęściej to. Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. Ziemia posiada kształt balona. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np... Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty.

. „Więc to na zawsze. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? . gdy umrze: zaświatowiec.” — westchnienie. Światowiec..Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. . Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”. Historyczne: Atylla — pejcz bo y... który jest w letargu. Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera.... Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach. .. jakie wydaje się po przybyciu do piekła. .. który był przedtem.. 41 .Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej.

Lucusia... Zdaje się.. podchodzi do drzwi.. Mówi do swojej córki. — Wasz ojciec mógłby tak samo. Ha ha. ona Lucusia. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. Lucusiu. Czy Lucusiowi coś grozi?.. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni. Starannie zamyka się w kabinie. Lucuś im daje. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. którym to napisałem. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. Lucuś jest bohaterem. On się nie załamał. galopujących przez równiny. przejęta własnym zuchwalstwem.. W tym słowie jest wszystko. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam.. wiedzieli o tym mniej lub więcej.. w pantoflach... — zapytuje dalej ona. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. „Je eli zidentyfikują. — Ty.. — powiada ona.. znajomi. Serce Lucusia zamarło. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 . zmienia charakter pisma. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach. Łomotanie nie ustawało. czy nikt nie podsłuchuje. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. Sprawdza tak e rolety na oknach. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. Zdarza się. gdy dzieci ju poszły spać.. z nie tajonym podziwem: — Znów?. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach. Ach. no no. Wieczorem ona pyta go nieśmiało. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności. Jego mama niepokoi się o Lucusia.. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. działałby tak samo jak Lucuś. e to oni. jest tylko dumna. Natomiast babka Lucusia. uwa aj na siebie.. ale jest z niego dumna. e nie ma wyjścia. On wstaje. ten Lucuś. ba. prześladowcy.. mieszkająca osobno. — Gdzie?. Lucuś jest ostro ny. ale domowi wiedzą. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. gdzie zwykle. do kogo nale y pióro. milczący. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. Gdyby Eustachy ył. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. jak ju wspomnieliśmy. Wśród bliskich znajomych Lucusia. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy. Był pewien... Na przykład pewnego razu. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza. kładła mu głowę na kolanach i długo.” — i śmieje się groźnie na myśl. Pozostali — krewni Lucusia. e gdyby chciał i mógł. Gorączkowo starł świe y napis. krą y niejasna. Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia.. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. Ró ni ludzie. niezłomna matrona. codziennie. to miałby wiele do powiedzenia.. mama Lucusia i babka Lucusia.. e przychodzi do domu rozpromieniony. a Lucuś siedział przy lampie.. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego...

Tego wieczoru długo stał przed lustrem. Wrócił do domu. gdzie i Lucuś. Tak Lucusia nie wezmą. Nie. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. Dobrnąwszy do pierwszego domu. Postanowił jednak walczyć nadal. sprawdzając. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. W zagajniku było ju mroczno. A na nich. — Czego? — zdziwiono się. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. widniał brutalny napis kredą. uboga wioska. Ale postanowił. — My. Poszedł na dworzec kolejowy. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. zapytał o ubikację. Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. Wsiadł do pociągu. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. chodzimy do lasu. Lucuś poczuł się jak husarz. ale wprowadzają stan wyjątkowy. Lucuś poznał się na tym. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. w poprzek.. choć tam te był ostro ny. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. a więc są ju w hotelu . A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). panie. Lucuś jest zbyt przebiegły. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. Wysiadł na następnej stacji.. Opodal le ała niewielka. Nie wątpił. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. czerwony na twarzy.. 43 .Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. przystanął i zamarł. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego.

W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. Powiedziałem. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. o co chodzi. Uzyskawszy dwa dni urlopu. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. za trwonienie majątku państwowego. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. stanąłem jak wryty. dziarskie r enie — r enie. to r enie w Powiatowej Radzie. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. o której wszyscy wiedzieli. e i tak się nara a. którego nigdy przedtem nie widziałem.Ale? — Ale to musi potrwać. przybyłem do N. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Milicjant był na kucyku. sam się oburzył: — Tak.. rasowe kucyki. Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. a właściwie małego. Przesadziwszy mur. Przed budynkiem stał.. Ale doszedłszy na miejsce. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N. Przewodniczący był energicznym. Nie zastałem go jednak.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. rozległo się donośne... zwany powszechnie kucykiem. Był to ogromny. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. a kiedy nie ustępowałem. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. malutki konik. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. przywiązany do słupka. Tak. e prochy mojego dziadka. Odwróciłem się i wybiegłem. powstańca z 63 roku. postaramy się ją wyjaśnić. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. W tej chwili spoza drzwi. prowadzący za uzdę konia.. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. z czym przyjechałem. czy wam wiadomo. I popatrzył mi badawczo w oczy. e o niczym takim nie wie. ponury chłop. e była jego kochanką. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. tak potrwać. ofiarując im po kucyku”. Wasz dziadek? Tak. gdy . — . Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. na jaki napotykałem wszędzie. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. informując mnie o fakcie. Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. dając do zrozumienia. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. w sprawie rodzinnej. Grabarz z kucykiem. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu.. jak powiedziała mi jego ona. kucyk przed Miejską Radą. Tak. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. Było to miasteczko. Ale. Przed stacją legitymował mnie milicjant. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . 44 . Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. Dowiedziawszy się. Autor listu nie podpisał się.

weteranka ruchu emancypantek. który na jej miejscu ulokował swoją babkę. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. Pojechałem do D. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. e zamieszkująca w D. w domu starców moja babka. Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. 45 . byłą nierządnicę z Klondike.

Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. Równie nasza malutka. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. jak wygląda posłuszna córeczka. starannie omijając kału e. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. wiecie ju . Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. a drugi: „wiesz — wesz”. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. zjadła rosołek i gulasz. dzwonek — ogonek. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. Wszyscy zdziwili się. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. wzorowa pod ka dym względem. ani za chude. co to jest poezja. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Pończochy ściśle obciągnięte. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. bez brzydkich obwarzanków. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. Oba były dobre. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. która je po ywne obiady i nie grymasi. 46 . prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. Ile cię trzeba cenić. Teraz dopiero zauwa yła. e z gnidy była. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. ile cię trzeba cenić. ten tylko się dowie. a w domu nauczyć się na pamięć. ten tylko się dowie. a pani nauczycielka zganiła go za to. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. natychmiast wypełniła polecenie. a ona ju umie coś nowego. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. Kto cię stracił. domek — Tomek. e ka dy od razu wiedział: o. Ucałowała mamusię i tatusia. skierowała się do domu. co to jest poezja. a buciki tak czyste. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze.Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. Uczennica z pierwszej ławki. to znaczy. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. który siedział w ostatniej ławce. Było to dziecko ani za grube. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. kto cię stracił” — i drugi. kiedy wraca ze szkoły. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. wyglądała tak właśnie. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. Jeden: „zdrowie — dowie”. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem.

47 . Oraz wiele innych. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. Mój Bo e. Tylko koło Józefka było zamieszanie. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. a wieczorem miało gorączkę. choć nie zawsze były to wiersze. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. który niczego się nie nauczył. od lewej strony do prawej. wyrecytowała to. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. Reszta lekcji minęła spokojnie. bo inaczej będzie srom. to śledzia po japońsku. O czym donoszą smutni ałobnicy.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. W szkole przyzwyczajono się do niej. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. Nazajutrz. tego „wiesz — wesz”. na ka dej było coś nadrukowane. Postanowiła zostać poetką. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. więc nauczyła się według kolejności. zabili go dłu nicy. A kiedy przychodzili goście. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji. Nikt nie wiedział. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. Ciągle nic nie umiał. wywołana przez panią nauczycielkę. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. po czym udała się na przechadzkę z mamusią.

ale zawsze do władzy. owszem. ale ja tak z yczliwości. Raporty pisał kaligraficznie. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. a wy wcią o deszczu. na którym le ał plik papierów. Kierownik był człowiekiem sumiennym. padały deszcze. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. Wiedział. więc się przykładał. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. eby władza. ale to przecie wszyscy wiedzą.. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. niewielki jakby ogródek prostokątny. eby zdobyć ten grosz dla niego. co powiedzieć. było gorąco i ziemia zaczęła parować. Ró nicy adnej nie robił. e to od deszczu. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. czy długo padało. ale pisał dalej. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. Rozumiecie jednak. je eliby ją kto zapytał o pogodę. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. a młody został i pisał sprawozdania. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. No nie. — Przecie pan kolega sam widzi. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. przetykane deszczami. Nie tej największej wprawdzie. du ymi literami i tak. Ot. w istocie bowiem ono świeci zawsze. schronił się więc pod dach. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. niwa idą.. Defetyzmu nie będziemy tolerować. Burze nie ustawały. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy. e państwo cię ko pracuje. skąd ta inicjatywa. a jedynie. i a dziwno i straszno. to nie spoczął. ogrodzony białym płotkiem. stojącą na wysokich. Z troską patrzył w niebo. mimo e oddalonym. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. mnie nic do tego. Je eli słońce — to samo. e leje! — No tak. po kole eńsku. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł.. cienkich nó kach. Obok zamieszkał kierownik placówki. wiały wiatry i świeciło słońce. Władza przyjęła go w pięknym domu. Naukowo.. Słońce błysnęło. Deszcz pukał o dach. Zbli ała się godzina raportu.. kolego. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze.” 48 . e zachodzi tylko pozornie. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany. Po południu z wolna nadciągnęły chmury. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał. Robotę miał stale. ale brakuje wam kręgosłupa. Nucąc. a ile tego. Bardzo się te ucieszył.. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik.. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. Mo e by nawet został pod gołym niebem. ale bał się grypy. dostał kataru i musiał się poło yć.. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. jak było: je eli padał deszcz. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. Wziął parasol i pojechał. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. nie musiała się czuć zbita z pantałyku. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. — usprawiedliwiał się wezwany. kręcąc głową.

które spowodowały pewne wylewy. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. dobrze się ma. Czuł się dziwnie spokojny.Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. którym chciał rozproszyć chmury. Niektóre nawet wierszem. ale spadł grad. a wszyscy ju myśleli. który musiał zastanowić władzę. co się urodził wdowie we wsi. ju na poczcie. Na trzeci — nie grzmiało. Tym razem wzywała go władza centralna. Jak wykazały badania. Zginął od pioruna. słonecznej pogody w jego okolicy. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. Napisał o tym. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. 49 . A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. I pod spodem. I kiedy uderzył pierwszy piorun. e kipnie lada moment”. A potem ju nic nie mąciło pięknej. Napisał. dopisane ju ołówkiem. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. Na drugi dzień znowu grzmiało. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. a nawet zadowolony. słonecznej pogodzie w jego rejonie. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł.

jakeśmy go poprosili. No. * Pamiętam. Bardzo zdolny. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. którzy nie potrafią. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. Ja bym na to nie wpadł. a ten drugi nic. mimo wszystko. Taki ju był. Pułaski to był wódz. to nawet nie brzękło. Lu. są tacy. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. bo zima. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. rodzice. który ofiarował radio — po lewej.. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. Zygmunt. Nagle. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. modrym Dunajem”. ludzie się poschodzili. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. bo opada”. Czasem. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. Ślub i wesele były piękne. — Pamiętam. Idę ja raz ulicą. towarzysz zabaw jej dziecinnych. Ale on potrafi. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. Franio. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. a mróz był silny. — Jakie toto było przylepne. A 50 . Zęby dzwoniły. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. Ale to jeszcze nic. Dlatego te często się do niego zwracali. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. rozrzewnieni. Nowo eńcy. Wesoły był chłopak. a poza tym hojny gest Frania. Wszyscy ów dar podziwiali. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. jako ofiarodawcy. to był walc „Nad pięknym. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Ale jak przyszło do dzwonienia. jak ja pamiętam. e on umie naśladować kukułkę? No có . Więc powiadacie. — Zawsze była miłym dzieckiem. prawda. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją. jak się jeden nie obróci. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. Słowo wam daję. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. cicho szemrząc. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie.. którzy potrafią i tacy. jakie zdolne. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. nie jest dzisiaj tak trudno. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. Zygmusia. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. bardzo zdolny. prawda. * Hej.. ile to było radości.. a tu drzwi się otwierają. Zasadniczo tak. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. nie siadaj koło barometru. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. jak nie uderzy drugiego. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. Świetny matematyk. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. A i o przyjaźń. co złapano. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. zaś ów młody człowiek. — Uczyła się doskonale. Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony.

Ucałowaliśmy się z dubeltówki. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. — O. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. Wypytywałem go. Czasem nas obu zapał porywał. później sam się rozkręcił i mówił. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. Jednak matka. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. jak to Murzyni lubią misjonarzy.. * Wuala. przeciwnie! — zawołała mama. W tym okresie trochę go zaniedbałem. Najciekawsze było o tym. rozmarzona. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. nakładając sobie porcję sałatki. Od razu się nauczyła. a Wacek mnie nawracał. Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. zanim mu się udało. śpiew. Wacek. Chocia trochę się krzywił na to z początku.. Prawda. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. ycie. misjonarz. Często te się wspólnie zastanawialiśmy.. — Przewa nie jest śliczna pogoda. ot. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. to on mnie i tak w końcu nawrócił. Czasami. Prawda. Cały w sutannie. radość. tak gdzieś w połowie lata. eby go gładko nawrócić. co wy. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce.. bywało. Trzeba przyznać. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. to i próby robiliśmy. mógł się tym zajmować godzinami. Pamiętam. ja szedłem w pole. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Pan Franio ją nauczył na podwórku. niwa były. e choćbym nie wiem jak się wykręcał. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. jak podejść do takiego Murzyna. Wiadomo. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . ludzie są ró ni. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. a Wacek pozorował Murzyna. ciągnęła dalej: — Młodość. Wacek jak Wacek. jakeśmy się zapalili. Sport. Czytaliśmy te a do zmroku. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. dla świe ego powietrza. Nieraz. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. co i jak w tych murzyńskich krajach. e miał spryt do tego i bywało. omłoty. a przy dobrej pogodzie to i więcej.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. Potem. Pan młody z zadowoleniem myślał. wesołość. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. wycieczki. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. ale on dopiero się tam wybierał. Ja zaś tak się poduczyłem. w której ró ne sposoby były opisane. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony. tak dobrze je poznałem. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. modrym Dunajem”. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio.

to potem ju trudniej. pokazać. Wtedy zacząłem się niepokoić. Usiadł sobie nad stawkiem. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. to sobie pójdę. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. Wacek prosi. zawsze to przecie — Wacek. Tymczasem ściemniło się ju na dobre. Tylko tataraki chwieją się. Potem jest za mało czasu. Przykro mi się zrobiło. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. Obraził się. Raz przy kolacji napomknąłem. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Nawet pogwizduję z cicha. dać im popróbować. 52 . ale ju . a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. Skończyłem jeść. Zawsze jednak byłem delikatny. e był bardzo podobny do Murzyna. bo zawsze coś wypadnie. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. e nic mnie nie obchodzi. Ja nic — te się zaciąłem. a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. Milczę. Ja wtedy: — Sól solą. napomykałem. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. no i zdrowsi by byli. Rany boskie! Nikogo nie ma. nie na werandzie — ze względu na chłody. Od czasu do czasu. rozumie się. tyłem do domu i siedzi. bo wieczory stawały się dłu sze. kiedy zabierał mi damę albo konia. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. ebym mu podał sól. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. a Murzyni — Murzynami. trochę suszonego makaronu. a muliste dno niezgłębione. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. W ogóle jak się lepiej zastanowić. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. dopiero w październiku zdarzyło mi się.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. dla dodania sobie kontenansu. Nawet się ofiarowałem. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. znajdowałem. a Wacek nie wraca. Patrzę. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie.

A kto na dachu. ale i szczególnie miłe Panu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. Mateusza. będąca wynikiem wojennego zniszczenia. e nędza ta.. A kto na roli. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. kiedy znalazł się na miejscu. kiedy miał szesnaście lat. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. kiedy wchodził na kazalnicę. e młody pastor Peters miał tremę. gdzie podawano im zupę mięsną. postąpili słusznie. Trzeba powiedzieć.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. Pojedziesz do Hiroszimy. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. aby co wziął z domu swego.. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie. Albowiem musi to wszystko być. powiadam wam. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. który by nie był rozwalony. Siadali milcząco na ławkach. Młody pastor Peters posmutniał. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. Ale jeszcze nie tu jest koniec.. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. jest właśnie karą za grzechy. w liczbie kilkudziesięciu. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy. Potem umarł. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki. niechaj się nazad nie wraca. Nosił okulary w cienkiej oprawie. miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. niechaj nie zstępuje. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. 53 .” Spojrzał na salę. Potem znikali a do następnej niedzieli.. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”. Przeło eni. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji.. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. — „. letniego dnia. Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. poniewa usłyszał kroki. Pojechał do Tokio. mimo tego. Stało się to w chwili. którzy wysłali młodego pastora. Podniesionym głosem czytał: — „. i będą głody i mory. Młody pastor Peters.. Zdziwił się i oburzył. abyście sobą nie trwo yli. i tezę równoległą. To miasto nie było podobne do San Francisco.. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych.. Siedzieli szarzy i pokurczeni. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. nie zostanie tu kamień na kamieniu. któremu słu ył. a tak e radcą prawnym kościoła. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. Podniósł głowę. Owi wierni.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . Ojciec pastora był równie pastorem. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. aby wziął szaty swe”. a wysłuchawszy kazania do końca. i trzęsienia ziemi miejscami. udawali się na dziedziniec.

Gdyby nie były skrócone one dni. Wojna zabrała mu słuch..... Przeto módlcie się. który kiwał się i chybotał. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. — „. nie tłocząc się.Ale kto wytrwa a do końca. jakby za chwilę miał upaść.. nie chcą zabrać do kina. Sala była ju pusta. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa. a przejście będzie wolne. Był to łysy staruszek. nie byłoby zbawione adne ciało. 54 . po czym znowu odzyskiwał równowagę.. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi.” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. jaki nie był od początku świata a dotąd.Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu.. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. na ulicę. ani potem będzie. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze. którego rodzice. Spał. Zamknął Biblię. Dlatego i teraz jedynym sposobem. wbrew solennej obietnicy. Więc doczytał ostatni cytat: — „. Wychodzili w porządku.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!. ten zbawion będzie”. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk.. Stojący dalej od drzwi czekali. to Słowo.

Proces ubrania się przeszedł ju gładko. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. Poło yłem się spać z niepokojem. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. Dwa granaty ręczne wystarczyły. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. do której się udałem. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. rozległa się nagle seria broni maszynowej. stało ciągle. zobaczyłem. Tam nie obyło się bez torpedy. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. nie zmieniwszy pozycji. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Chciałem zjeść śniadanie. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. To ja. zasnąłem. kiedy pewnego ranka. stoi zagadnienie. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. aczkolwiek dziwnie zmęczony. Ale — nie. Wreszcie bijąc się o wszystko. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. biłem się o umycie zębów. e zagadnienie le y. Matki dawały je za przykład dzieciom. szybkobie na. e na podwórku. Mimo lekkiego oporu. przy którym skaleczyłem się szablą. szczęśliwy. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. Dzień drugi Dziś rano. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. wyjrzawszy przez okno. mę czyźni zazdrościli mu. Ale ju wkrótce z łazienki. czy zagadnienie jeszcze stoi. Kiedy potem wychodziłem z domu. 55 . stało jak przedtem. współczując biednemu zagadnieniu. eby sobie usiadło choć na chwilę. stojące jak i dnia poprzedniego. e następne bitwy tak e wygram. eby wyjrzeć na podwórko. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. dając wesołe znaki. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. Tote wielkie było poruszenie. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. Celnie wymierzona. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. Działacz. przed bramą. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. stwierdziłem. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. który je kiedyś mimochodem postawił. podbiegłszy do okna. Po południu zastałem je bez zmian. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. Wyniosłem składane krzesełko. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko. Nie cierpiało ju długo. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. wróciłem do domu.

— Mo e pan ma i rację. Widząc wreszcie. a to drugie „coś” — to pan. rezygnować z niej. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. ale i nie najmniejszego.. Bardzo mały osobnik. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. Dzień był zwyczajny. — A co do tego. odpowiadając: — Po staremu. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. I. Ale jednak. człowiek jest zbyt zalatany. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. z teczką. tak — podchwyciłem chytrze.. Zebrawszy się w sobie. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. — O. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. ale chyba mo na to przeczuć. proszę pana — powiedział.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. co my mo emy wiedzieć? — Tak. Albo w ogóle jakieś znaczenia. Wzruszył ramionami. pomijając ju to... Trzeba yć. która — chocia by dzięki samej sytuacji. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. starej i pustej. zarabiam na utrzymanie. chcąc jakoś wybrnąć.. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. wy jesteście?. podniecenia.. kiedy zauwa yłem. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. zgoda — nacierałem.. pan sam wie. Spojrzał na mnie obojętnie. Tu zwracam się do sztuki. starzałem się miarowo. e przez stolik idzie to. hm. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy. na wszelki wypadek.. eby stwierdzić. co pan mówił — doprawdy. no. ni sądzimy. e ja tak nachalnie. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. powierzchnią. naturalnie. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. Czuję. i piłem swoją herbatę. — Tak. który zasłania nam właściwe pole widzenia. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili. ni dostrzegamy? e nasze drobne. nawet w pewnym sensie — empirycznego.. — Jasne. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. czasami mi się wydaje.. — Nieraz. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. W takim razie. kiedy go zobaczyłem. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. — Więc. ale 56 .. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. wie pan. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. Byłem tak zaskoczony. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. zacząłem układnie: — Po staremu. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. wyobraźmy sobie. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. w szarej marynarce. — Ale czy nie trapi pana wra enie. niepokój. proszę pana — kontynuowałem. e to jedno „coś” — to ja. jestem obywatelem kraju niedu ego.. i głębsze. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne. co mo na by nazwać krasnoludkiem. daremnie usiłując uwolnić swój guzik. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. oczywiście.

co człowiekowi zostaje. muszę iść: ycie. — Ale słowo panu daję. Musiałem to wykorzystać. złote ziarno. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. — Słowo honoru. ycie mija. ni mo na się było spodziewać. — Do zobaczenia. nieco pocieszony. — Więc nie powie pan. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. — Czy ja wyglądam jakoś tak. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. Oto co się liczy.Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. Byłem rozczarowany i przygnębiony. 57 . Oto miałem przed sobą kogoś. Do zobaczenia.— A co pan sądzi. poniewa ograniczeni jesteśmy. to brać ycie po prostu. zwykłych krasnoludków. Puściłem guzik. ale nie dla nas. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. Wiedziałem. Jedno. to i tak trudno do czegoś dojść. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. prawda? — Panie. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. którym z nieba nic nie spadnie. co pan. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. — Pan myśli. proszę pana. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. e my jesteśmy proste krasnoludki. proszę pana. — Słowo? — upewniłem się. Ale teraz przepraszam. e mija tak sobie. podwójne dna. e coś tracę. — Powiedziałem ju przecie . to dobre w ksią kach. przecie muszą być jakieś subtelności. Przecie pan jest dorosły. dzień idzie za dniem.

obrzucił nas obojętnym spojrzeniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. Teraz nie nadają. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. ale na tyle blisko. Kolaska pędziła raźno. Wio. to by pan sam usłyszał. jak sobie który podpije. Ledwo straciłem go z oczu. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. Wiadomo. W planie miał być taki z drutem. co to ma znaczyć. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. ale słupy ukradli. Daleko. Przyjrzałem mu się uwa nie. — Widać. Tylko e często przekręcają depesze. powiedział. Wio. I burza nie uszkodzi. — Jak to? — zapytałem. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. e mogli się nawzajem widzieć. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. podmokłe łąki. Telegraficzna linia. oczy mieli apatyczne. i oszczędność jest na drzewie. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. a za nim czwarty. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. co potrzeba. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. a telegram dojdzie na miejsce. a potem wzruszył ramionami. nie odwracając głowy: — Na słu bie. — Na jakiej e by? Na państwowej. gniady. Wytę yłem wzrok. w jednakowych na ogół postawach. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. 58 . e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. Dopiero. na wysokości uszu końskich. ciągnęło się pasmo boru. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. Wio! — No. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. Stał nieruchomo przy drodze. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. po ka dym. równie stojący bez poruszenia. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. a mo e uwa ał je za zbyteczne. Tylko zimą wilki trochę przerywają. gdyśmy ju jechali czas jakiś. jak zwykle o tej porze roku. Stoją na słu bie. Ju miałem otworzyć usta. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. — Jak e to?! — krzyknąłem. ale jakby coś było. a kiedyśmy go mijali. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. siwy. Ale to jest telegraf bez drutu. wjechaliśmy między płaskie. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. ale wcią i wcią . w mundurze funkcjonariusza poczt. gdy ten. — No jak e tak. Pokrzykiwał na konie. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. Przydro ne je yny. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. a drutu nie ma. gdy przed nami ukazał się następny. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. Najgorzej. A tak. mimo wybojów i błota. — Toć przecie ka dy wie. tamten znów do trzeciego. wio! Milczałem zaskoczony. Nie ma. w podobnym uniformie. e pan z daleka — powiedział. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. Dokoła było pusto. mundury wyszarzałe. — Ano zwyczajnie. wskazując biczyskiem na kolejnego. eby zapytać stangreta. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami.

ni to powiew. pomieszany tymi argumentami. to bierze bryczkę. I rzeczywiście. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. ale go zdjęli. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. bo jak komu specjalnie zale y. — Staniemy.. ni to dalekie zawodzenie. Powiadają.. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. kiedy zza kępy. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. który był coraz bli ej. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. Zamilkłem znowu. to będzie lepiej słychać. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. eby sobie płuc nie zdzierali. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem. — Nadają — powiedział. bo linię blokował. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. eby mu depeszy nie przekręcili. jedzie na dziesiąty. podobne do zewu ptactwa na moczarach. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. Postępowsze. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. No. w telegrafie znaczy się. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. którą właśnie minęliśmy. Wje d aliśmy ju w las. Tulejki nowoczesne mają im dać. 59 . tyle e obce wyrazy trzeba znać. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo.

Janek puszcza się pędem. Janek nie posiadał się z radości. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. Próbuje z niego wyjść. „Przygoda Frania”. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. Słyszą to koledzy. Skrajny przykład. Ale te Proust nie znał ycia. Potem dosiadł maszyny. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Je eli pisarz zna ycie. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. Mam ju pomysł. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. a potem wpada do dołka. Minął jakiś czas. Dlatego pisarze muszą znać ycie. — Tak. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć. Najlepszy dowód: Proust. — Tak. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. chce sam przejść przez las. Nic nie słychać. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. Odrzuca towarzystwo kolegów. — Niech będzie trzysta. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. Zdaje się. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. który trzeba naprawić. ale nie udaje mu się to. 60 .Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Z kabiny wychyla się twarz pilota. a widząc. samolot. gdzie tu jest kuźnia. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. — Nie mam. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. zbli ając się do chaty. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Po yczcie mi pięćset złotych. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Miał mały defekt. wzruszenie odjęło mu mowę. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. którego ściany były wyło one korkiem. Janek po dawnemu pasł krowy. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. to nieraz nawet zdarza się. Janek sprowadza pomoc. Wtem — o. Izolował się. Wszyscy śpiewają maszerując. To stalowy ptak. Typowy przykład — Balzak. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. co?” Chłopiec kiwa głową. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Mogę trzysta. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. Jego marzenie spełniło się. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. Wkrótce błądzi. znajdują go. Zamknął się w pokoju. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. Wreszcie pewnego razu listonosz. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. e jego dzieło jest postępowe.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

I niepostrze enie. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. Ale zaraz po pierwszym znikali. przygasiła słońce. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. ale rozdziobywali sznurki. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. Urzędnik. tylko dzięki znajomym gajowym. gorące. bez względu na temperaturę. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. zjawiła się jesień. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. e referenta G. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie. pierwszego. Zatarła go mgła. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. 64 . pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. Odtąd okna zamykano. jak choroba. Ale kto ich tam złapie — lotnych. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. ale niewiele to pomogło. W górach coraz trudniej było o po ywienie. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . który odlatywał. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. w końcu stawał na parapecie. jeszcze się opierał. których udało się złapać. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. a ci. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. albo uciekali powtórnie. Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. śmigłych. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. parci silniejszym od nich instynktem. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. na strzechy Mazurów. daremnie — odlatywali w skarpetkach. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. albo marnieli. Tak minęła wiosna. widziano w okolicach Morskiego Oka. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. pełne wzlotów. walczącego z kozicą. postrzępionego płaszcza. wydał chrapliwy okrzyk. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. którzy mi donieśli. tak przeszło lato. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. Próbowano rozmaitych środków. Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. buchające wolnością. krą yli.

na święta państwowe. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. Trybuny tu ju nie było. opuścił głowę. Przy placu Centralnym wysiedliśmy.. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada.Pułk specjalny. niech yje — kto? — zapytałem. — Zaklinam. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. — Dzisiaj jest święto pułkowe. Jej drzwi. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. — Aha — rzekłem. Wychodziłem wtedy z domu. — Dziś święto mojego pułku. Co to była za orkiestra!. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy.. dziewczęta. poznałem go bli ej. Stara. Pan jest za młody. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. Sprawdzałem. Był to sztandar. W mdłej poświacie arówki. nabiał i kiszone ogórki.. Później. po której ślizgały się błyski licznych lamp. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. ujął drzewce i wydobył je. Podszedł do szafy. — Chodźmy — powiedział. kołysanych wiatrem. Bardzo proszę. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Nie odmówiłem. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. Stary stuknął obcasami.. Spotykałem go w sklepiku. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. jaki miewają zakurzone.. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. Jestem ostatni. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. my do was. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. eby to pamiętać. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. gdzie był tylko stół. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. Zajrzałem mu przez ramię. zapatrzył się w okno wzrokiem.. o której długo potem pisały gazety. rozwinęła się zbutwiała materia. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę.. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. „Los grenadiera” i „Czołem. niech pan nie odmawia. Mijając jego drzwi słyszałem. plamistych ścian pokoju. galowy. Słu yłem w nim zawodowo.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. Wstrzymywani. — Przepraszam. elazne łó ko. To był pułk przyboczny wodza.. ale trzymał się prosto. Przekręcałem klucz. i największa orkiestra dęta w kraju. a widząc. — Walczył? — spytałem pojednawczo. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. otwarły się z cię kim skrzypieniem.. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą. — Więc. — Tak. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona.. Rozło yłem ręce gestem bezradności. wypchane jastrzębie.. To niedaleko. Deszcz to przechodził drobnymi falami. 65 . To był najsławniejszy pułk w kraju. — Maszerował! Ach. my do was”.. Potem on rzekł wolno i dobitnie. to znikał na całe kwadranse. Stary wcią wyjaśniał: — . zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków. jesienią. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się.

Pode mną le ał bezludny plac Centralny. sterczącym jak kopia. Wiało okropnie. — Więc zaczynamy! — zawołał. Wlazłem na to. stojąc na wysokim. — Ale . Paradny krok. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. opadały miarowo pukając o asfalt. Trudno było utrzymać równowagę. cztery. blaszanym kuble. Minuty przeciągały się. W jego głosie dr ało szczęście.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. Zostałem sam. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego.. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar.. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. 66 .. lewa!. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. dopinając płaszcz. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. Zbli ał się. Potem przepłynął przede mną trzy razy. trzy. Stopy. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki.. Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. To chyba będzie ostatnia moja defilada. jeszcze raz stanąć w szeregach. pustym placu. bo wiatr przenikał zewsząd.. jak niemądre jest moje poło enie. Był to blaszany pojemnik na śmieci. — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. lewa. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się.. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie.

Latające talerze? Tak... Ciekawym. A więc o tych mgławicach. to niemo liwe. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. Czytałem ksią kę o astronomii. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no. Kanały na Marsie? Zgoda. e na innych planetach tak e yją ludzie. tym samym mogą być i w niebie. Nikt inny. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. Tak.. deszcz dzisiaj pada i pada. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi.. gdzieś muszą być w końcu. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. to przecie . e się przejaśnia. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. No. A myślące istoty. czy się dzisiaj przetrze. Ale ja w to nie wierzę. tylko ludzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. Ale p o c o yją? 67 . Cały wszechświat składa się z tej samej materii. absolutnie nie ma. Patrzcie. Co? Naprawdę?! Nie. tylko myślące istoty mogły je zbudować.. słyszałem. Ale dowodów nie ma. Zdaje się.. ani koty. jak wiadomo... Ale z tego jeszcze nie wynika. To ju jest sprawa powa niejsza. Szkoda deszczówki. kulach ognistych.. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne.. ani psy. Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. teeek.

Poza tym dyrektor naglił. zobojętniałe na wszystko. Starannie pomalowany. Był to ogród prowincjonalny. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. którą następnie wypełnić miano powietrzem. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. między innymi słonia. — Słonie nadmuchuje się rzadko. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . Usiłowano go na razie zastąpić. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. — Jak tak dalej pójdzie. Pracownicy ogrodu. je eli jej powiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. biegów i nie tarza się. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. e nasz dyrektor jest lewak. Wszystko przez to. 68 . w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. tworząc bulwiasty. Byli to starsi ludzie. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. poniewa spodziewał się premii. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. Kadłub słonia powiększył się. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. Wreszcie przyszła kolej i na słonia. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. głosy ludzkie uciszyły się. nie będzie się odró niał od prawdziwego. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. Zmęczeni. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. szczerze oddani sprawie. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. Noc postępowała. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. Tym większe było ich zdziwienie. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. kiedy dowiedzieli się. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. przerwali na chwilę pilnując. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. Pragnąc obni yć koszty własne. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. Pamiętajmy. spłaszczony kształt. — Co ja powiem onie. nie wykonuje więc adnych skoków. Mo emy wykonać słonia z gumy. nawet przy bli szych oględzinach. świstaki. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. w odpowiedniej wielkości. ucieszyli się. Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. Proszę zwrócić uwagę. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. hodując trzy tysiące królików. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. e jest to słoń szczególnie ocię ały. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. Pozostaję uni enie” — i podpis. Zamknęli się w szopie.

wielkie uszy i nieodłączna trąba. Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. koło klatki z małpami. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu. Przez ogród powiał lekki wiatr. ale ten yje w morzu. eby model był bardzo du y. — . przyprowadzeni przez nauczyciela. A uczniowie. Pilniejsi uczniowie notowali. Czekali. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. Dyrektor.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. — Mo emy iść do domu. który wpadł na pomysł z gazem.Słoń jest roślino erny. e jest największym z yjących zwierząt lądowych. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się.. — Jak po grudzie. Mo emy więc śmiało powiedzieć. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . — .. Było jak ywe.. Powiedział o tym koledze. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. w centralnym punkcie. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym... Potem. — . niesiony przez wiatr poziomo.. słupiaste nogi. wystający ze ściany. czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią. W słonie nie wierzą w ogóle. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. Postanowili zrobić próbę. e królem puszczy jest słoń.. Odpocznijmy trochę.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów. Kiedy odpoczywali. Zwalisty tułów. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. Pomyślał. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. Nic więc dziwnego.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy.. 69 . Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze.

eby się przekonać. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. lecz miłe. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. 70 . poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. ale szelki mi pękły. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. Postawiliśmy stra . Staruszek. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. Zwłaszcza. Co do mnie — o nic nie mam alu. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. wokół czarnego katafalku. Przysypano go przez pomyłkę. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie. Zapędził mnie pod kanapę. głębokim jak przepaść. Od razu zrobiło się nam weselej. nie czując cię aru. Próbowałem czytać. nieprawidłowo zakorkowane. Nawołuje tak e do czynów. Ale w obawie przed donosicielami udał. e. wiosenne kwiatki. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła.. co chwila ponosiła. ogromnie się cieszy.. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. jest pokazany wzorcowy generał. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. Był w dostatecznie złym humorze. ani czapki nie zdejmie. Natychmiast zawiadomił. jesienne listki. Później szóstka koni od karawanu. trzy ulice od nas.. Jest zalecenie. Przed ratuszem stoi armata. Ma zapalenie spojówek. e tak samo nie zostanę marszałkiem. Podobno są to nasze kontrminy. odkąd kefir jest zaminowany. eby kawę pić tylko przez rurkę.. e mam kołdrę w proste. Przysięgał. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. które przynoszą chwałę i awans. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. prowadzących na podwórze i do ogródka. Przez całą noc w katedrze. jak nie jestem hrabią. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. Rano — sensacja. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. który tak się cieszy. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. wiem. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. Wytę yłem siły. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. Będzie mógł się pokazać. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. e to niby nigdy nic. kto spiesząc przez miasto. Tłumaczył się. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. Kawę wylano. Ale przypomniałem sobie. w kawie. który mieszka pod schodami. torpedę. e to na skutek skąpego oświetlenia. Powiedziałem jej to. trzeba się było dobrze nachylić. co tam się dzieje — zobaczyłem. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. a tu. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki.” Na wystawie. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. paliły się świece. ałobnego kroku. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one.

ale jego te zabrano. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. z tymi choinkami. Wyłoniło się centrum. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. e to nie jest tekst godny czasów. którą widziałem przed ratuszem. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. proszę pani. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. traktując ją jako przejaw oportunizmu. zrobili zdjęcie. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. — Ach. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. lepiej na asparagusie ni na niczym. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. — Za ojczyznę! — krzyknął. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. W rodzinie dozorcy domu. wibrujący ton. ma pan rację — powiedziała. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. jakie prze ywamy.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. Miał złamaną nogę. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Zastanawiała się chwilę. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. Zgadzając się ogólnie z tym. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. Widocznie znowu coś się stało. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. to ci tatuś zje obiad. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. Zaprowadzili mnie do fotografa. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. Naprawiła mi szelki. ale jak oblę enie. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. — Powiesi się bańki na asparagusie. które tam o tej porze się włóczą. Gosposia wróciła z wiadomością. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. e trzeba strzelić z niej do wroga. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . a mo e poszedł do okulisty. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. Czołgając się. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Sprę yny wydają długi. które uwa a. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. Słysząc to i widząc. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. Wzruszyłem ramionami. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. — Tak. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. Zwykły kot. inni w dniu święta kościelnego. który ni stąd. gdy go podnieśli. Podobno tylko jeden miał legitymację. to oblę enie.

który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Pole eć gdzieś w trawie.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. Wymknąłem się do gospody. Było z tym zamętu. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. Niestety. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. ebyśmy wesoło skakali. gdzieś na krańcach obwarowań. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. Zresztą. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. który okazał się kanonierem od naszej armaty. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. Po południu znowu mi pękły szelki. by pójść na majówkę. eby je naprawiła. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. pobiegł na miasto. jak on mnie. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. wędrując coraz to dalej i dalej. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. Z krzykiem. podnosząc szklankę do ust. Nasz staruszek. Czas płynął nam szybko. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. które odtąd będę stale nosił przy sobie. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. w letni dzionek — morza. nie mogłem go ściskać oburącz. pełznąc pod murami. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. Jedna z instrukcji przewidywała. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. tak subtelnie zmieniający dekoracje. e wyszedłszy na mury. Oczywiście. krzątaniny. Co do mnie. Bałem się więc. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. w uznaniu za swą ochotniczą. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. Zwierzył mi się. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. Sądzę. Wydano oficjalny komunikat o tym. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. Niezdecydowany. e mam pęknięte szelki. Pory roku zmieniają się tak cudownie. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. snułem się po ogrodzie. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. czujną walkę z wrogiem. Okazało się. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. Wstyd mi ju prosić gospodynię. zaglądając do okien. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. e nie ma pojęcia. W niektórych jeszcze paliło się światło. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. Jestem pewien. Pomyślałem. e czas. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. Wracałem. tak sobie tylko myślałem. Omal się nie rozpłakałem z alu. Widziałem ją. Na pięć kroków nie widać. moja gospodyni coś pruła i szyła. W południe — dwie wa ne nowiny. Czy jest coś piękniejszego. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. Wieczorem poczułem się zmęczony. między innymi w oknie mojej sąsiadki. mo na patrzeć na południe. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. Ośmielił mnie mrok na ulicy. była tak lekko ubrana. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . e dr ała z zimna. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. jak się z niej strzela.

zupełnie mo liwe. podobno. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. ale nie dbałem o to. Jak wiadomo. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. — Pocerowałam. natknąłem się na nie dokończony obelisk. — Jak cicho — potwierdziła. kiedy sklepy będą zamknięte. Le ałem przez chwilę zaskoczony. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. czego się spodziewałem: spokój. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. — Jutro strzelają. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. liczyłem na to. Ogarnęła mnie nieśmiałość. powiedziałbym. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. Wszyscy spieszyli się. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Gdy wyszła. ludzie mówili o tym dość du o. pachniał jeszcze naftaliną. kiedy była mała. jak mogłam. — Tak. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. co będzie. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. Co się tyczy samej majówki. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. Pomyślałem.. Tylko. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. Przed gospodynią tłumaczyłem się. Rzeczywiście. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. w Dniu Strzelenia. trochę za mało sztywne. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. 73 . gdyby... poradziłem sobie najprościej. wie pani. Wieczorem. a co by mnie uprzedziło. znalazłem to. co mogło jej sprawić taką przykrość. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. Jeśli chodzi o mnie. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. poległych w pierwszym dniu oblę enia. niepotrzebny czajnik. zupełnie młodo. jakby wstydząc się. które miałem ze sobą zabrać — gazety. długo stałem w oknie. to na wypadek. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. e moja gospodyni płacze w kuchni. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. e były inne powody. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. Strzelenie z armaty nie udało się. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. te nie wychodziłem z domu. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. usłyszałem. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. stojąc naprzeciw niej. Doniosła mi o tym moja gospodyni. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. mo e jakiś stary. Posuwając się wolno aleją.. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy. na pró no starając się domyślić. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. Zgasiwszy światło. Wieczorem. Hełm powinien być twardy. przewa nie ju w hełmach. choćby brytfannę. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. Byłem zaskoczony. — Jak cicho — powiedziałem.

ale jeszcze wyniosłym wałom. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. zostawiając sielankowe.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. Starając się nie czynić adnego szelestu. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. głucho i głupio. Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. słyszałem tylko. co naturalnie wynika. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. Wpatrując się weń. W drugiej niosłem kanapki. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. drugą podałem dozorcy. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. o ile to jest mo liwe. Wszystkie moje ksią ki. Mało kto mnie widział po drodze. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. zieleniącym się bujną. w tej nadziei. e było ju szaro. w swej dobrowolnej słu bie. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. e zobaczę sąsiadkę przez okno. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. jedną ręką. głębokim ciepłem. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. Nie zobaczyłem jej. Uleciała z nich cała wojownicza treść. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. przytrzymywałem spodnie. dla wszystkiego. Zaszedłem na podwórko. co jest mądre i proste. Wkrótce ju miałem go za plecami. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. Cieszyłem się. było jeszcze słonecznie. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. które stale przytrzymywałem. Zmęczony trochę szybkim marszem. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. Skierowałem się na południe. zapuszczałem się między milczące bastiony. jego dnem. ozdobioną małym. Na szczęście nie dostrzegł mnie. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. Tote z przyjemnością yję. Naprawdę kochałem moje miasto. jak z kimś rozmawiała. Przecie w tej dolinie byłem sam. który był tego powodem. bez spoczynku. e moje przewidywania okazały się słuszne. tu przed drugim sianokosem trawą. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Mury tchnęły łagodnym. Radowało mnie. równoległymi wałami. ni sam się spodziewałem. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni. e serce boli mnie tępo. 74 . Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. jak zwykle. czułem. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. a oni są o tym przekonani. Zmierzałem ku jej staro ytnym. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. w górze. Tam. Prosiła. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. Szkoda. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. dawno opuszczonej.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

Koniec. czy małodusznie zapomnieć. wiesz. kim i gdzie jesteśmy. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. — a pisząc te słowa. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. ani te . „uskrzydlonym robakiem”. Warto te było potem patrzeć na ciebie. zaklejone starannie paskami papieru. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. ogromny i niezgrabny.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. 76 . cały w kosmatym swetrze. Mnie świeci ostatni zachód słońca. Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. e moja malutka.. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. znowu po raz któryś w yciu. kiedy ju wszystko minęło.. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. Pamiętasz przecie . dobrze pamiętasz. e uda ci się mu sprostać. Dziś jednak. e wraz ze mną. z otwartymi ustami. Za to. między szybami okna. Jak wstępowało w ciebie lato. sześćdziesiątka. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. Sami chcieliście tego. Jest nas trzy. I czy opłaciło się tak przeklinać. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze. Pokonany. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć. Cicho tu jest i biało. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. pla y. i bardzo jasno. pełne finezji krą enie wokół ucha. a ty myślałeś. czy nie — wielka i pełna majestatu.. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. czego się spodziewałeś na początku maja. z drugiej przestwór nieba. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. odczuwam gorzkie zadowolenie. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność.. tu. gdy golisz się przed lustrem. kto wie. koniec. Tak więc — nas ju prawie nie ma. które przecie było tak blisko. po kilka razy dziennie. przyznaję. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. Tobie — arówka. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. nie siądę ci na nagim barku. jak byłeś łaskaw się wyrazić. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. z białawą plamą twojej twarzy. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. na pół śpiąc. zachowaną po to tylko. mój ty du y. kiedy patrzysz teraz na mnie.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. ale nie ma tak e długich dni. jak to wszystko. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. zgodnie z waszym yczeniem. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek.

jak zawsze. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. sam niewielki. Pierwsza. zgrzebna. — Za wysoko — mamrotała. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. gdy . Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. podsufitowych ciemności. mimo e niezrozumiała. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Znalazł je dopiero po chwili. w co zaopatrywano łazienkę. tędy. jak mocno go to obeszło. na klatce schodowej. której treść nie nadawała się dla dzieci. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. Słu ąca nie usunęła korda. jak tylko w mojej wyobraźni. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. jak się nazywa. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. którzy co prawda rzadko u nas bywali. o której nie wiedziałem nawet. e patrząc na niego. Franciszka odeszła. Gości. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. której nie oświetliłem. doczekałem się te ilustracji. z zawiniętymi rękawami koszuli. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. le ała pod drzwiami. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. Potem zniknął w stołowym. Tak oczekiwałem na powroty ojca. Wybuchła awantura. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. Zakradłem się tam po kartki powieści. jasny i chłodny zapewne. Trzymamy go na wszelki wypadek. szlachetniejszą. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. Wycierał nogi hałaśliwie. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . Le ąc na dywanie. w jednym punkcie tak intensywnym. Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. Przedpokój był zazwyczaj ciemny.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. Gdyby nie to. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. Wisiał tak na włosku. Wszystko to były formy bryłowate. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. W górze. które były do połowy oszklone matową szybą. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. doznawało się swędzenia w karku. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. zaczyna i kończy. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. Biała. 77 . na pograniczu metalu i powietrza. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. Fakt. Byłem dzieckiem. Jednak jakiś nowy blask. a i dla ozdoby równie . wyłaniając się z najgęstszych. Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. co — jak się okazuje — zawodną. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. Przez chwilę przedpokój był pusty. Ojciec oburzył się. wrzucony między ornamentalne wzory. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. nijakie. kiedy nie znany nam. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . nad samym środkiem przedpokoju. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. a ściślej mówiąc — odcień blasku. e przepełnia go lęk. a zarazem ubikacji. zamazane półmrokiem.

e nie lśniło wulgarnie. 78 . o blasku tak głębokim. W alkowie — łó ko. e zakrztusił się ością. Na niebie księ yc — sierp. czystym. u powały nagi miecz. Było jednak coś enującego w tym. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. w sypialnym. W kolorach czarnym i białym. z jego głębi. widziałem w półmroku wyraźne. a doskonała jedność jego kształtu. załamywała ręce. proste i zawsze nieruchome ostrze. choć nieco inna. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. Zdarzało się. Ojciec udławił się rybą podczas kolacji.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. Z ka dego zakamarka mieszkania. choć nieczęsto. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. równie naga.

znajdzie je pan tak e w komórce. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się. a jak pan myśli. — Ale nie! Czwarte. chcę powiedzieć. — Nie.. — Proszę nie dyskutować. aby wydać się energicznym i pięknym.. e nie mo na nadą yć. na podwórku. Pastować lekko. geranium podlać. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. bo w komórce spaliła się arówka. Zlew przetkać. tylko nie wszystko. Zresztą proszę nie robić uwag. obcych nie wpuszczać. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. Froterkę po yczy pan od sąsiadów. ile trzeba. — Nie. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. dokładnie o siódmej. Określając ją w ten sposób. Ja wstrzymam na chwilę oddech. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. to doprawdy niesłychane!. równie i ściereczki. e ja. W dodatku jest winda. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz.. Przydałyby się szmaty filcowe. nie przeczę. światło musi pan zapalić w przedpokoju. Ja jestem człowiekiem. Dostanie pan fartuch. Byłem tak zdziwiony. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha.. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. ale jest przecie odkurzacz. Trochę wy szy ode mnie. Jutro. — A pan myśli. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. miał równie kapelusz. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. proszę sobie wziąć kawałek. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. e wszystko odbędzie się jak zwykle. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. — Praca z pozoru wydaje się cię ka. o wiele szerszy w ramionach. Sam pan widzi. na kredensie.. a przeschnie. Zresztą mo na trzepać na dole. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. nie. Zresztą — jak pan chce.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. Powiedzieć. nic nie da się oszukać. są tylko pantofle na wojłoku.. e pan. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. — Jak to. — Które piętro? Pewnie szóste. bo potem wszyscy wychodzą. ani te przedmiotu. Myślałem.. to trzeba tyle.. kto szedł mi naprzeciw. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. poczekać.. e to ode mnie.. Szedłem tą drogą. W kuchni. le y ementaler. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. koniecznie fartuch. co?! — Szmat nie ma. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. Wszystkiego wychodzi tyle. — Czy pan naprawdę sądzi. Tak było tylko do pewnego czasu. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. Ale. linoleum zwinąć. 79 . jakie warunki.

Szafy odsunąć. dopóki nie zniknął. Mam reumatyzm. nie zostawił mi przecie adresu. krzyczała zraniona godność osobista. radio wyłączyć i nie słuchać.. e jest. poczułem się bezradny. to by było mniej więcej tyle. Spoglądałem za nim. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. bo rozprasza. bo sprawdzę. — Ja się boję. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. Odszedł. Nagle zrobiło mi się głupio. Mo na się otruć. 80 . Woda grzeje się w piecyku gazowym. Kipiała we mnie obra ona duma. Jasne. ścian nie ochlapać. klamki proszkiem. No. bezbronny. — Proszę nie pleść głupstw. materace przetrzepać.. Do widzenia. — Głupstwa. Jest pan dorosły. firanki zdjąć. okna potem na sucho trzeć długo. krokiem sportowca. nie oglądając się.

choć patrzyłem właśnie na złość jemu. który był świadectwem mojej klęski. chrzęszczenie i szorstkość.. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. wypalony na jej wypukłości. Jest betonowa i głupia. Kiedy wchodziło się na nią boso. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. Zły byłem na tę maskę. domu. gładka. pakowna skóra. wiele prze yłeś”. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. nie była inna — zawsze zimna. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. Wszystko zale y od okoliczności. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. Odje d ałem na zawsze. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. „Tak. Dzisiaj sam widzi. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości.. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. Kto wie. Koń czeka osiodłany na podwórzu. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. W drodze pokryją się znowu kurzem. ale to ju będzie droga. Uległem przezorności po to. Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. Wychodzę do sieni. choćby myślało się nie wiadomo o czym. nieskończone wszystko. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. Koszyki. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. wielką radością. jak generał swą armię przed bitwą. je eli jest się mną. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. kiedy była mowa o Bizancjum. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. a tak e od mojej argumentacji. eby oczyścić buciki. eby wyjechać. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. choć bezwiednie. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. zasługuje na to. Wa ne jest tylko to. Dosyć. Nie ma powodu. na stole z surowych desek. nie dawała mi spokoju. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. Bo trzeba wyznać. Klękam na zimnej posadzce. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. Brudna degeneracja mozaiki. Nie martw się o mnie. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. Dzisiaj. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. Daremnie. kurz podró ny. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą. dla ozdoby. równie białawymi. u licha. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. bramy otwartej na oście . Jedź”. Dosyć ju prze yłem w tym domu. a ich tłum był właśnie tą jedną. eby nie zapomnieć o pieprzu. Chodziło o to. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. Niby to wyobra enie kwiatu. ale kiedy chodzi o to. rzemyki. tak. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. odje d ając. nie mogłem pominąć stołu. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. e to nie ma adnego znaczenia.. Udawałem przed sobą. o której uczyłem się w szkole. jak pamiętam. ebym opędzając się przed nią. sakwy i kuferki gromadziłem. ebym zabierał pył z tego obejścia. e wszystkie płótna. pod oknem. drzew orzeźwianych wiatrem. grubymi. Czas było wyruszyć. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. w obliczu dnia. miałem zdobyć inne. wprost z upału. Niedorzeczna myśl. Zostawiając to wszystko.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu.. Na có . niby to promieniami. Nigdy nie jeździłem konno. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. poniewa nigdy. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. 81 . Tak właśnie mówiłem do siebie.

czy nosić płaszcz podró ny na prawym. Zaczął się paciorek małych czynności. siedziałem jeszcze chwilę. Maszerując tam i z powrotem. poni yłem drewutnię. A poczułem. Przybierałem równie pozę nieruchomą. eby jednak wypełnić ten krótki moment. Południe musiało ju minąć. Komponowałem się te całkiem z bliska. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. czy te na lewym ramieniu. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. głód. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. Wyszydziłem te płot. krótszą nogę stołu. znieruchomiałe. Tak myślałem. Posiliwszy się. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. z osobna. a potem zapaliłem świecę. Cofając się najpierw o kilka kroków. Ostatnie spojrzenie. potrzebnych do tego. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. nadając sobie odcień znu enia. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. eby sprawdzić. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. a potem zakręciłem się w kuchni. Wiedziałem tak e. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. siny i zielony od zbutwiałości. bo zaczęło się zmierzchać. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. a moje poczucie estetyki. kto z podniesionym czołem. Nędzne. długie i mocne. ju nie tak usilne jak w południe. Słońce. odymając wargi. e tamto chodzenie po podwórzu. rurastych nogach i wszystko. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. wiedziały niezawodnie. eby się nie męczył. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. gdzie mają stąpać. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. teraz czy potem. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. co ju miałem za przeszłość. po drodze rozsiodłałem konia. e ju za chwilę stanę się głodny. coraz sprę yściej. nie najlepiej wykonanym stole. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. 82 . zabrałem się do roboty. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. Przeszedłem podwórze na ukos. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. przemierzając podwórze szerokimi krokami. spokojnie. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. protekcjonalnie odniosłem się do studni. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. przed kim wyłonię się znienacka. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. ku memu cichemu zadowoleniu. jakie wra enie odniesie ktoś. czynnostek raczej. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. w przyszłą burzę i deszcze. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. czyni mnie kimś. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. bo wiatr ju umilkł. eby nie wywietrzał do jutra. eby usiąść na chwilę. eby się nie zmiął i nie zakurzył. a moje nogi. półprofilem. Przez okno widać było słoneczniki. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. eby się nie kiwał. przypomniałem sobie.

które od czasu do czasu mijaliśmy. Przekonał się. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. choć to opanowanie było tylko pozorne. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. e w górę i w dół. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. 83 . Grupa kobiet szła obok drogi. Dachy domostw. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. od której zaczynały się włosy. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. Czułem.. — Patrz lepiej na swoje nogi. kiedy nie będzie. na podszewce tego. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. do wszystkiego. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. ale Jakoś tak płasko. Posuwaliśmy się teraz. ono jest cały czas. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno. Zdaje się. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. Na ramionach niosły koromysła. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. złowró bnie poziomiły krajobraz. Spojrzałem do lusterka. Jesteśmy więc. Co do mnie. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Linia. drewniane. — Sam mówisz. to nie będzie. Czoło obni yło mi się znacznie. e zmierzamy ku czemuś. do widnokręgu. e zje d amy. ale stałego znu enia. — W porządku — mruknąłem. a zrozumiesz. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. Wywoływało to uczucie nikłego. jakie piękne akcenty pionowe. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura.. eby tak to wyrazić. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. eby była tam. ja czuję. Coraz więcej tarasów.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. Koromysła równoległe do ziemi. po pochyłości. Artur krzyknął. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. — Artur! — zawołałem. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. Poziom zawrze wszystko. e Ju po nim. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. e je eli jej nie będzie. poni ej. Artur milczał. Uszy mu dr ały. stawały się coraz bardziej płaskie. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. no to zniknie i nie będzie jej. całkiem ju wyraźnie. Nagle o ywił się. co nazywamy górowatością. Wiem dobrze. e poza nim. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. trzeba było przechylać głowę. Tak jednak jakoś wychodzi. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. Wtedy stwierdziłem z bólem. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. wypadała prawie tu nad brwiami. e mi opadają pończochy. Miałem wra enie. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. ale przebiegał ju pod drugą. których spotykaliśmy dawniej. obrobione. Przeciwnie. jak e więc chcesz. e będzie. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia.

Przed nami był długi most. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem. A więc pion. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. skierowanej pionowo. dusza. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. Artur śmiał się jakby szalony. e masz rację. e nie ma dwóch poziomów. zmaterializowany w łopacie grabarza. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. — Poziom. — Nie pojmujesz. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. mój chłopcze. jestem po stronie tej ostatniej. e mam horyzont w kręgosłupie.. aby tam się przeciąć. ni szego i wy szego. choć czułem. — Pion! — szydził. twój ideał osiągnięty. Dusza. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. rosły w nim grzyby. bez nó ek. absolutny poziom. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. w glinę. Arturze. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. ale tylko same kapelusze. Weźmy więc przykład. 84 . czy wasserwagi. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. — Zastanów się! Załó my nawet. jest tylko jeden wspaniały. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana.. Dobrze. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie.

przebywa jakiś kolega. Kiedyś zdarzyło się. Kontury dachów są jakby srebrne. w którą skręciłem. w gmachu. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Nieraz z jego celi dobiega regularne. zwłaszcza wieczorem. wtedy nie zapalam ogniska. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. Kołyszą się zawsze. ale je eli kretowisko. choć trwające po kilka godzin stukanie. ale najczęściej nic nie rysuję. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. Instalacja elektryczna te przestała działać. które ma usprawiedliwić sklerozę. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył. ale te . Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. Widzieliśmy. choćby nieznacznie. gdzieś w jego głębi. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. od czasu do czasu kroki. eby nazbierać nieco chrustu. potem wpadają w czerń.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. ustawione ciasno. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. jak i podwórko. niezbyt głośne. Na tym samym piętrze. Nieraz widzę. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. o złotych poręczach. Potem będzie jesień i zima. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. co mi przychodzi do głowy. ani czasu. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. Raz tam zajrzałem niechcący. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. nawet podczas ciszy. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. o kilkanaście cel ode mnie. Nikt nie opala ju budynków. Nie wiadomo tylko. jakby młotkiem o coś twardego. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. e lato wnet się skończy. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. wszystko owinięte echem. W długich odstępach czasu. Przecie podłoga jest z betonu. Le ę na pryczy. Węglem rysuję na ścianie to. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. To znaczy kretowisko. Więzienie. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. to musi być i kret. Dookoła więzienia rozciąga się las. W tej niszy nic nie było. Czasem wychodzę. W nocy nie wychodzę. światło podchodzi mi do gardła. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. co stuka. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. 85 . poniewa korytarze są puste i kamienne. Raz. Cela. w którym się znajduję. Zobaczyłem kawałek koca. ale i tak musielibyśmy się spotkać. cały bladoró owy i bladoniebieski. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. Jest to naiwne kłamstwo. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. Zresztą on te zawrócił. niby czegoś tam szukając. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. choć twardsze. słychać jakby stąpanie. czy w tym lesie są zwierzęta. e gmach jest zamieszkały. Teraz ju lato. e nie ma. gdzie nas niegdyś zamknięto. e wchodząc do korytarza na parterze. gdyby nie nisza. ale ja tam nie chodzę. cień i światło. Z piętra widać wierzchołki drzew. Wiem. spokojny. Odwróciliśmy głowy. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko.

szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. Gucio. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. był dzieckiem wątłym. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. Któ pomaga 86 . e profesor N. To doktor P. kiedy on zabierał głos — wskazywało. — Mo na — wtrącił Gucio. Profesor Robert N. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. e profesor Robert N. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. Robert N. — Nie przeczę. świadomy nietaktu — poniewczasie. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. czy pan wie dokładnie. w jakiej się do niego zwracali. równie mi nieznajomych. mimo e na przyjęciu u W. Był to profesor Robert N. Stali albo siedzieli w solennych postawach. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. dyletant i cynik. Czy pan jednak jest pewien. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. miernej i rzadko grywanej. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz.. — He he he! — zaśmiał się doktor. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. który go otacza. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. które następnie wyrzekł. Bach i tylu innych przed nim. A więc niech pan się dowie. — Te ukłony. jak Beethoven. choć był starannie wygolony. sądząc choćby po sposobie. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory. e rozmawiali o muzyce.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. — Coś w tym musi być. ale mogłem dosłyszeć. lekkoduch i birbancik. spotkałem wiele innych osób. i policzki. e Robert N. Wytę ając słuch. e pan Robert N. spojrzenia. nie dotykając ich. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. — A jednak. rozglądał się z nonszalancją. o wyrazie bolesnego napięcia. jest autorem jednej tylko kompozycji. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. Jak się domyśliłem ju po chwili. głos miał równy i twardy — oto sedno. był kompozytorem. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. — Mo na. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. Otaczali go nastrojem rewerencji. jakby nosił miękki i ciemny zarost. tak zapadnięte. nawet uwielbienia. zale nie od dyskutowanego tematu. doktorze! — wykrzyknąłem. Wśród ciszy Robert N. z daleka. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. cały szacunek. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. twarda dlań szkoła. wydaje mi się jednak. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. Robert N. pobła liwość i długoterminowy kredyt. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły.. Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. e zostanie artystą. e wydawało się. drogi doktorze — odpowiedziałem. jest prawdziwy. Mozart. — Ale . koneser. głęboko osadzone. milknięcie wszystkich. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. — Stopniowe wychowywanie artysty. umie przesuwać przedmioty. i wydawało się. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. forma. Odwróciłem się gwałtownie. poło ył mu rękę na ramieniu. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. mającą pokryć niepokój. jest nie lada autorytetem.

poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. Otó . co opowiedział mi doktor. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. Równie wysiłki ze strony Gucia. Z miernotą inna sprawa. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. ale stanowczym tonem. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. mimo e silił się na lekki ton. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. a dzień. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. Posadzono mnie dość daleko od profesora. kiedy wniesiono zakąski. trzeba to przyznać. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. nie był wolny od wra enia. Kiedy opuszczał konserwatorium. aby zostać uznanym artystą. W jadalni zapanowała cisza. podał nauczycielowi palto i laskę. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. Był to. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. dość skąpo. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. tak jednak. było dostateczną przyczyną. Rzuciłem okiem na doktora. Podano mu więc szpinak. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. Udało mi się w ten sposób podchwycić. był ju bardzo popularny. nie wyjmując rąk z kieszeni. je eli zostanie.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. Proste zadanie. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. w którym. e nawet sam doktor. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. Narzekałem. Znając przyjemność. Jego srebrne włosy wichrzyły się. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. Temat ten. oddzielony od nich murem.. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. samą tylko silną wolą. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. Siła woli. ywo rozmawiającego. nie zbli ając się do niego. Jednak nawet i to. jak wyjaśnił krótko. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. e kiedy w pewnej chwili od strony. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. Oczy płonęły.. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. e mogłem słyszeć jego słowa. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. gdzie siedział profesor Robert N. Nic te dziwnego. oraz własnych spostrze eń. przyniosła mu pełne zwycięstwo. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego. Podejrzewałem. po męce twórczej. co mówił. w związku z tym. jakie musiał jednak pokonywać.. na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. Profesor powstał. jego zwyczaj wynikający z systemu. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek.! Jego niezłomna wola.

Obecnie pragnę zło yć dowód.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. Ukazał się nareszcie. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. Ciągle ta cisza. nie poruszając głową. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. 88 . Doktor P. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. dwa. Nie wracał długo. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. Sekundy mijały. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. Rektor B. Wrócił za chwilę. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. — Na samym środku. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. aby jej nie przynoszono. Profesor. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. Nagle wszystko ucichło. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. na parkiecie — powiedział cicho. Był to du y. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Cisza — i znowu dźwięk. Przecząco potrząsnął głową. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. niosąc półmisek z gęsią. Profesor zebrał się w sobie. Dźwięk powtórzył się. złociście przypieczony ptak. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. Odniesiono go do kuchni. kurczowo zaciskając powieki. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Potem opadł na krzesło. zapytał: — Co tam jest? — Hall. wybiegł. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. która właśnie ukazała się w drzwiach. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. Profesor uchwycił krawędź stołu. zupełnie blady. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. — Raz. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. Gucio na oślep szukał butelki. Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. potem nagle nastąpiła pauza. otoczony mgiełką aromatu. Znowu cisza. Proszę zadysponować. — Skończone. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. podskoczył i wybiegł. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. — Pssss! — odparłem. — A taki jestem głodny. Chwila ciszy — i lekki szelest.

Teraz dopiero. a nawet większe. e to oni są najlepsi. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. eby panować. e to zbieg okoliczności. jakby palcem. bo będzie industrializacja. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. Nieraz. tylko o ludzkość. tylko dlatego. Ja rozumiem. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. w tym dwoje z inteligencji. pod jesień. jeszcze osiem osób. a nie dlatego. Jeśli będzie potrzeba. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. e dla wszystkich byłoby lepiej. Ty tu porzeczkę. Ja rozumiem. Wczoraj zięć mnie zamknął. Jestem ofiarny. co temu zaprzeczą. Strach pomyśleć. e ja jestem w sobie i wiem. bo oni nie są mną. e jest najlepszy. 89 . tylko muchy się topiły w kałamarzu. to mogę się tego podjąć. bo zięć ma na utrzymaniu. Bardzo mo liwe. jest ich jakby mniej. Prośbę moją uzasadniam tym. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. e znajdą się tacy. biedactwo. a jarmarki zostały zlikwidowane. e ma się wojsko. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. Zięć idzie. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. e za du o jem. choć dawno ju się do tego zabierałem. a to porzeczkę skubnę. to piszę. jak ju powiedziałem. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. to skąd mogą wiedzieć. Ka dy. poza mną. bo nie mam wojska. Po pierwsze. Całe szczęście. jaki to ja jestem. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. mówi. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. e ma wojsko. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. e jestem lepszy. Nie tracę jednak nadziei. bo mówił. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. a jestem najlepszy. jak chowam się w ogródku za domem. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. Nie mam więc ani pieniędzy. Moje szanse są więc równe. chwała Bogu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. e jest się najlepszym. bo powiedzą. kto ma wojsko. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. jak umie. ani wojska. e wszystko kosztuje. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. eby moją prośbę poprzeć. bo ogródek jeszcze mamy swój. Mam więc trochę czasu. jestem lepszy od wszystkich ludzi. same piaski. e nasz powiat jest ubogi. Za młodu ró nie ze mną bywało. e to nikt nie jest mną. ebym ja był władcą świata. Oświadczam.

widocznie u ywana od dziesiątków lat. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. Nie zawiodłem się. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. równie dokładnie wysypane wirem. e zaznam spokoju. Pośrodku stał skromny pałacyk. jaka płynie z obcowania z naturą. świe ości i tej słodyczy. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. które pojawiły się po obu stronach alei. aby za chwilę. altana. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. Staliśmy na środku dziedzińca. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. starał się. dość wąskie i jednakowe. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. dalekie wycieczki. to rozmawiając na tematy powa ne. zaprosił mnie do siebie na wieś. a przynoszące chwałę zwycięstwo. Odziany był w surdut wojskowy. o to. dzikiej winorośli. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. Proste potrawy. prowadzącej w głąb starego parku. blasku słońca i pełnych manierkach. po to. jedna z tych. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. wiosna przechodząca w lato. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. częste. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. ale jest substancją 90 . na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg. Korony drzew łączyły się w górze. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. szczery. wśród kurzawy dróg. To. wesoły. w kurtce podobnej do tych. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. Piosenka była skoczna. bez zacieków. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. Właśnie czas był przepiękny. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. która nie płynie z niczego. stojący przed nim na stoliku. dając przyjemny chłód i cień. chłopiec prostolinijny. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. obiecując sobie. ciemne i pozbawione firanek. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. skąd właśnie dolatywała muzyka. jego twarz z pękatym. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. na której wspierał się obły kikut kolana. to łapiąc obręcze. uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. du o ruchu na świe ym powietrzu. siedział mocny. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. yznych krain — po pewne. Po roku spędzonym na pilnych studiach. tynkowany ciemno ółto. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. wypolerowana była i lśniła jak heban. Na ławeczkach. wypłowiały. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. przy chłodnym wietrze. podeszliśmy ku altanie. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. To rzucając. W altanie. a w najdalszym zakątku. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. gruby mę czyzna. zdyszani.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. a drewniana proteza. Pewnego dnia. ale gładko. Okna. gdzie ju zaczynał się gąszcz. w szarej mycce na głowie. Mój przyjaciel. szczelnie zapięty pod szyję. równie nie zasługuje na wiarę. poczciwy. lecz schludną. co następnie zobaczyliśmy. ani spostrzegliśmy. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi.

Powiecie. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. ale to i lepiej. którzy w boju stracili rękę albo nogę. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. splatając dłonie i gładząc podbródek. lustrując nasze mundury i oznaki. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . e to jednak niesprawiedliwość.. — Panowie studenci? — zapytał. Pochodził z rodziny. lecz. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie. oburzony. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie.i miałem więcej okazji do tego. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem.. jak trójramienny świecznik — . w obliczu trójrękiego. samą w sobie. ile pan zechce! — zawołał. co na to odpowiedzieć. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. Nie wiedząc. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa.. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz. — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką. 91 . Poczułem zniecierpliwienie. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. — Ale oczywiście. — tu utknął i zaczął czerwienieć. — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. zawsze. e sami. rubasznie.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. musiały wyniknąć nieporozumienia.. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni. — Proszę wybaczyć. zacierając dwie ręce. A je eli chodzi panom o to.. — Proszę.. wśród lasów. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem. — Dobrze powiedziane — rzekł. yjemy tu daleko. nie wiedząc jak. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. wcią wirują w niej. — Jesteśmy tu odcięci od świata. w milczeniu podnieśliśmy kufle. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. panowie. mimo ich mnogości. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. lecz wesoło. a było to. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. Za to on zachowywał się swobodnie. Nazwania. bo okolica zdrowa. — Ale jest tych urwipołciów.. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. Czy nasza to wina. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. spojrzał na nas nagle. pieniąc się przyjemnie. proszę... jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. odło ył piszczałkę.. daleko od siebie. siłą rzeczy. tak nadzwyczajnie wymowne. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. Być mo e. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni.

adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. któremu urwało rękę. panowie! — i zdjął czapkę. kiedy skończyła się wojna. Niegdyś uratowałem mu ycie. — znów wskazał na budynek. gdybym stracił jedną rękę. z dwoma czy z jedną. Cyganki.. Dlatego te . dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. Przyspieszyliśmy kroku. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. chytre ropuchy. kiedyśmy wracali do stolicy. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. A ja. na bli sze. w sam raz dla świata. Jedną ręką ścinam grenadiera. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. lśniący tasak. ale o nadmiarze. W grabie y miast. wraz z korzonkami. panowie — na pewno nie. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. któreśmy zdobywali. byłem nędzarzem. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. Rozpierała go taka radość ycia. e coś mnie łączy z tymi tam. Nikt nie mo e zaprzeczyć. który wtedy brałem szańce. zdrowie i nadmiar. — A poza tym. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim. które zawodzą: „Powró yć z ręki. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. wierzcie mi. Do zmierzchu było ju niedaleko.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. e ściął mi wszystkie włosy. 92 . a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. kiedy właśnie jadł zupę w taborach.. znalazłem się bez środków do ycia. Myślicie. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. To odwróciło losy bitwy. taka junackość. to by ju było coś. niezgodność uczuć. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. stare. która ręka jest ta trzecia. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. Nie miałem ju krewnych. panowie: trzy ręce — to za du o. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. dzwoniący zgrzyt. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. zamykałem się w szynku i przepijałem to. zawsze jakieś niedopowiedzenia. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. który słania się w siodle. — Patrzcie. Po ka dej kampanii. Nie poszło to łatwo. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. równie nie miałem równych. Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. Demokraci interpelowali w parlamencie. drugą podnoszę nasz sztandar. Więc kiedy po wojnie. i nie rozumiem. — Byłem zawsze w ogniu. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. Stracić dwie ręce — tak. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. — Zresztą. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. — Jasne — przytaknęliśmy. niedołę ny i bezbronny. ale dla mnie. e jestem śmiertelnie łysy. przeciągły. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. Panowie rozumieją. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. Łysina zalśniła łagodnie. usłyszeliśmy wysoki. czasem wydaje mi się. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. w samym środku bitwy. ró nice w osądach. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. Ja. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami.

Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. Dobroć. słodycz. garbił się. nie zmówiwszy paciorka. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. zasypia rozmyślając o tym pewnie. jaką odczuwa pobo ny organista. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Łatwość. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. nieruchomo wpatrywał się w noc. nie przystawał. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. Grzecznie przechodził przez ulice. zasypia smacznie mały chłopczyk. Od mleka było mu niedobrze. dr ący i zachwycony. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Oderwał dłoń od czoła. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. Gdy znalazł się sam w pustej alei. za hałasowanie. zhańbiony. Na łó eczku. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. głuchy na głos dobra. na wszelki wypadek. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . Wyjadał konfitury. liliowy pokój dziecinny. Nadeszła chwila. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. z jaką teraz osiągał to. Jednak nie był jeszcze pewny. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. co dawniej było nieosiągalne. Na uboczu. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. od biegania do biegania. cisza. Nie mógł mieć wątpliwości. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. za garbienie się — blacha w czoło. pragnąc jednym. za niezmówienie paciorka — faja. jak to jutro będzie się garbił. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. Jak zwykle nie chciał pić mleka. z wypiekami wstydu. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. olśniła go. nie rozglądał się. Wkrótce odkrył. łagodna perswazja. e nawet wtedy. Stał anioł stró bezsilny. To bił go anioł stró . nie uwa ał i biegał. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. za bieganie i pocenie się — hak. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Nic nie mogło go powstrzymać. w pysze. Na nic. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. A więc anioł bił go ju dla wprawy. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. długo. małego bohatera. W milczeniu wypił mleko.. I nagle gorycz wezbrała w aniele. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. Zrozumiał. Od garbienia się do garbienia się. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. Ani przypomnienie. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. To miara ofiarności. Miał się na baczności. Anioł. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. Ten zerwał się przestraszony. ukojenie. i inne. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim.. Podano mu śniadanie. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. e metodę mo na znacznie udoskonalić. e tatuś tak nie robi. Nastał ranek świe y i krzepiący. 93 . kiedy tatuś pracuje — byk. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. paciorka nie zmówił.

Czas mijał. On zaś pracował wytrwale. pochylony nad podręcznikiem. nie próbując nawet biegać. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. Spowa niał. a on. odmawiał. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. Zaczął obserwować otoczenie. Pewnego razu. Uparta. wnikał w tajemniczy świat molekuł. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. tajemniczo zamknięty w sobie. w nocy. wysadzony nad podziw umiejętnie. myśleli. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. Chłopczyk oddalał się polami. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. widząc.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . bo wiedział. 94 . nie garbił się. Następnie zainteresował się chemią. Zmienił się tak e zewnętrznie. Niejednokrotnie. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. Nie biegał. Poczęto uwa ać. e wypija teraz całą szklankę. gdy siedział w parku na ławce. nie hałasował. dojadał. by mu dać bodaj haka. gruby i spokojny. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł.

przysypało cię śniegiem... Dookoła jednak było. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą. jak chmury zasnuwają księ yc. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. Poczuł ze zdziwieniem.. Jedyne wyjście. Przysypało. jak na otwartą równinę. widok nagich zagajników w parowach. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. całkiem bezwietrznie. Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy.. a to niewątpliwie prawda. posępne zawodzenie wichru..Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. e z tego płynie jakieś męczące uczucie. Rama? Ot co jest potrzebne. — Kto wie. której przecie sobie nie yczymy. uspokojonego rytmu. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. to rama porządkująca to wszystko. gdy jechali szybciej. Te pola zasnuwały go powoli. Konie ruszyły wawiej. skończona moja miłość. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. Uporządkować. gdzie rozciągały się bezmierne pola. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym.. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się. Jak wszyscy wysocy urzędnicy. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo.. jak choroba. — Ech. Jakiś czas jechali spokojnie.. póki nie jest jeszcze za późno. i to jak najszybciej. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. — Nadać ramę. zaszyty w niedźwiedzią szubę. 95 . — Je eli to prawda. sekret. ale która sama przychodzi. Nie da się zaprzeczyć. gdyby. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. jakieś specjalne biuro. powietrze lodowe. koni nie poganiaj. O ile łatwiej byłoby obywatelom. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one.. mając za sobą spełnione zadanie. Ale teraz. tym bardziej samotniały w białej pustce.. I dodał: — . a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie.. ni to zaśpiew.. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. ojczyzno — rzekł mimo woli. — powiedział półgłosem. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. popołudniowym niebie.. Niebo było bez gwiazd. śnieg. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. Na piersi jego wysokie odznaczenie. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. i pól. mknął saniami do domu. Godzina późna. obywateli. czyste i nieruchome. Kazał zwolnić.. Nie spieszno mi donikąd.

na śnie nej bieli. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich. czarnej gruszy. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. słowackich skrzypiec. nikły.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. Chłop na koźle odwrócił się. smutnych. pola śnie ystsze... oszukańczych. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. 96 . A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła. Tylko na pustym. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie. uwodzących. Noc stawała się głębsza.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

Wtem gwizd ostry się rozległ. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. e inaczej gości nie uspokoi. po trzy pary z ka dej strony. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. skoczył do domowego rezerwuaru. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi. To gospodarz. Szło się rześko. Ale ten nic nie rzekł. ponadto śpiący ju trochę byłem. Ju i inne rakiety latać zaczęły. ścienny licznik Geigera. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. Cofnął się Smyga. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. wyciął hołubca. widząc. — Ludzie. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. rozpamiętując. e bez trudu drogę znajdywałem. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. co ją miał schowaną za pazuchą. dziś! Na to znowu śmiech i brawa.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. 100 . e czułem ssanie w organizmie. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. Ale ju młody Pieg odbił się. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. zielony róg na czole. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. jak to było na tym hucznym weselisku. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. przy stale wzrastającym jej współczynniku. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. rozpoczął zaka anie. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. Trochę mi tylko to przeszkadzało. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. bo od zagrody. Powstał śmiech i głośne brawa. ale mój okazał się nieszczelny. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. no. Rzucili się wszyscy do kombinezonów. Noc była jasna. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. zakołysał i oparł o barierę cieplną. eby Piegowi się odciął. gdyby nie to. i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu.

Tote dziwiłem się. chłop o lisiej twarzy. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. Powiedziałem. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. ale powiedzcie. Znany był z tego. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. Przystałem tedy chętnie. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. W tym celu zaszedłem do gospody.. W samej rzeczy znalazł się jeden. jakbym przeczuwał. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. jako obcy i powiatu nie znający. musi. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. e nikt go przecie tu nie znał. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. gdy nieznajomy przed nim stanął. to dosyć. e nie pisał dla siebie. To i chciałbym wiedzieć. e jestem nietutejszy. czyli do ludu nale y. Wy jesteście agronomem pól. to jakby urzędowo. na oko. a dla narodu. czy który do Z. Tutaj. bo i ja posłucham. ale tak. czyby do mnie mógł się przyłączyć. konie nale ało nająć. jako e obowiązki równie w Z. bo jakby stracił rezon. Na tym prawie rozmowa się urwała. a ja agronomem dusz ludzkich. e ja tak prosto z mostu. bo on równie z daleka przybywa i do Z. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. Tak się zło yło. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. Nie śmiałem pytać. Ja zaś. ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. a dzisiaj do państwa. by dalej móc jechać. O. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. zamo nie. czoło gładkie. bo pisarz zapadł w zamyślenie. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. na kozioł skoczył. to nie jeden. Tak więc los zrządził. a zresztą w podró y zawsze co dwu. napiszą owo. który dawniej do hrabiego. a sam. Woźnica nawet szklanki nie dopił. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. co to napiszą to. miasteczku R. Miałem się udać do majątku Z. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. człowiekiem znacznym w kraju. na konie cmoknął i ruszyliśmy. 101 . o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. włosy miał długie jak artysta. Ale jechać było trzeba. z czym walczyć. — Ja. z kim to droga mi wypadła. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały.. Zapytał mnie grzecznie. przez jutro mnie zatrzymają. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. nawet za poniektórą granicą. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. na tę twarz pielgrzymią. Nie był on z tych. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. Odziany był z wielkomiejska. które nawet nieświadomych tak uderzały. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie. Wtedy dopiero. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. Chłopstwo. eby im w pracy ul yć. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. e bardzo się cieszę. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie. Równie i woźnica-chytrus. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. choć to ju półmrok był. właśnie nie wraca. Pamiętam. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. do którego obaj jedziemy. jak grzeczność ka e.

ale rano obudziłem się rześki i wesoły. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. jak ptak umierający. e budzi tęsknotę. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. niektórzy nawet. aby stać się lepszym. a zmordowany i zły. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. polewki. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. o. i rzekł. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. Poprawiłem się na ławie. e jest tylko jedno łó ko. skar ąc się na złe urodzaje. Biła z tego taka szlachetność.. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. Mam jednak coś. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. jak to się okazało. Miało być koło lasu. wszyscy skłonili się jakby. czego jeszcze nie stosowałem. tote nic dziwnego. Bo dzisiaj jeszcze.. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. podjadłszy. Siedzieli jakby wmurowani. Stałem. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. z tym ju artów nie było. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. Nawet w nich większa siła umoralniająca. jak to na zebraniu. Poznałem. pod wieczór do majątku wróciłem. W świetlicy było tłoczno. opuściwszy głowę. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. Odrobiłem tego dnia niewiele. ale tutaj coś mi się wydaje. więc. wszyscy siedzieli tak. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. więc zapytałem. Patrzyłem na świetlicę. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze. a e się okazało. Nie były to utwory oderwane od ycia. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. eby ulepszyć siebie. Tam znów się okazało. oczy mru ył. a zwłaszcza baby. tak to przemyślnie było napisane. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. Ale ja wierzę w człowieka. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. same lotne słowa mi się cisną. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. e kpi w ywe oczy. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. na wspomnienie tego. nie tylko 102 . Więc mierzyć je musiałem od samego początku. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. On zaś. gdzie tynk był zeskrobany. Ale e robota na mnie czekała. aby stać się lepszym. ale widać było. choć przecie byłem przyjezdny. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. e nie tylko tęsknota. Jest to opowieść szlachetna. czysta. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. nie zwlekając. Wnet kazał podać chudej polewki. O. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. kuternoga ry y. Kiedy wszedł pisarz. co się nawinie. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. bo niemowa.. jakbym coś miał na sumieniu. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. Mo e nawet czekał na mnie. długo szukałem. a wzrok mój padł na karakona. — wyszeptał — tak myślicie. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć. Trudna rada. budziły tęsknotę. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. Śniło mi się. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. i zaczął od wierszy. bo od razu to pole. ale jakby mniejsze.. sąsiada. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. on odwrócił się od okna. ręce zacierał. bo ledwo zzułem buty.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. — Tak myślicie. takie to spełniało zadanie.

Słuchy chodzą. daleko. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. Tu dzień sądny się zaczął. bilans” wołał. Wszystkie głowy tam się zwróciły. e słabną. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. Chcecie wiedzieć. e ukradł psa i ałował. co za czapkami się oglądali. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył. jako skoble wynosił. panowie. e ich wątli. Przez chwilę trwało. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. nie oddziaływające na ycie. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. ale taka w nich siła nadludzka była. bełkocąc coś o dylach jakichś. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. e obrona długo trwać nie mo e. e ich te czytanie szczerbi. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. jakby radząc. „Bilans. w wierzbie przydro nej. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. e nie jest ju ten sam. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. eby mu w twarz rzucić. powszechny. 103 . lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. I dopiero na krzyk nagły. W tym to zamęcie. Od źdźbeł i gwoździ. jam winny. ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. Szum wzbierał. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. e nie tylko dotąd się nie przyznali. Co się zaś pisarza tyczy. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. pole.. acz nie bez mozołu. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. głowę podniosłem. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. Ale widać było. i pole. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. tamten prosił. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. taka zatwardziałość. Zerwałem się. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. ale za moim poduszczeniem. siłowali się ze sobą. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. do egzorcyzmów sprowadzony. koni i plonów — a ja czekałem. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. ciągle czytając. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. roboty ukończyłem. zwyczajnie. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. Widać. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. którym pewnie i las. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. jak zaś wiedziałem. e co najtę sze tuzy. po piwnicach chodzi. Do siebie przyszedłszy. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. Byli i tacy. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. a do onego pola dojdzie. w pniu wypróchniałym. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. to znaleziono go w trzy dni potem. Jęczał. ale swoje do siebie szeptali. bobym się dowiedział. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. jak mogli. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. ile go być powinno.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. od bydła. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. Ale trzeba te powiedzieć. od kur i gęsi — ten wołał. i kary na siebie ądał.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

Bezdomny kotek. Wzrok mój padł na kotka. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. Jakie było moje zdziwienie. Czy mo na się dziwić. którego. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. Być mo e. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. wyszedłem z domu. Przyjemność. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. Wszystko brał na siebie kotek. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. czkał. ale jako. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. jak okrutny pies gonił kotka. kiedy. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. patrząc. wyspany. jak chciwie je chłepce. Słaniał się bełkocząc. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. e wątpię. jak to bywało przedtem. poniewa znam siebie i wiem. które zawsze wspominałbym z czułością. niestety. Skoczyłem po piwo dla kotka. e sierotę krzywdziłem niechętnie. kary zaś nie doznałem adnej. Muszę powiedzieć. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. biedaczek. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. od nowych upadków. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. e — czy to przez wdzięczność. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. gotów do następnych. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. mój mały przyjaciel. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. tak e zwierzę. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. jeszcze ohydniejszych uczynków. zacząłem się zastanawiać. które. mimo ró nicy gatunków. Przeciwnie: czułem się rześki. Wracałem przewa nie nad ranem. powstrzymywałoby mnie. bądź co bądź. Ledwo otworzyłem oczy. 105 . a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. a czysty jak anioł. które. sierść poszarzała. ledwo ył ze zmęczenia. Spojrzałem bacznie na kotka. Nie ulegało wątpliwości. cierpiał. nalałem je do miseczki i. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. ani moralnie. przynajmniej na kilka dni. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. Pogwizdując. by ją ochoczo skrzywdzić.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. wawy i radosny. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da. ale wręcz odwrotnie. A ja wcią byłem jednakowo świe y. Nastały teraz dni. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

a ycie swoją. panie. prawdę powiem. — próbowałem argumentować. przypominając o wiecznej obecności natury. mruknąwszy tylko.. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. choć szałas i wszystko inne jest. panie. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć. Umilkł. zasnąć nie mogąc. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. Potem rogaliki rano jecie. oddalił się w kosodrzewinę. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. — To jest sposób na insomnyję. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. odwagi intelektualnej brak. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. dlatego. świata nienamacalnego. chyba e tak. — Ale ja wam. — Ano. w jakim kierunku. ale ycia duchowego. e u was owiec nie widzimy. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. to owce” — powiedziałem sobie. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. a potem powiedział. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. Tfy! Splunął.. — Kompromis. to ju nie są arty. eby sobie. panie. kompromis. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. zaprzeczyć się nie da. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. górski poranek obudził nas i nasze panie. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. nie wymawiając. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska. — Jak e to? Darujcie. juhasie. 109 . e nie mogłem stwierdzić. Po czym odwrócił się tyłem do mnie. dzikie. taka zewnętrzna konsekwencyja.. Ja zawsze zasypiam od razu. ale tak padało. — A. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. Dawno ju się dziwowaliśmy. które wesoło skakały mi po głowie. owce w głowie liczę... ani to z wy szością. em się przed nią cofnął. haj! Był taki dumny.. tam. — E. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą.. wycieczki. Jaka wewnętrzna sytuacyja. panie. — No no. Ale Juhas. e doić pora. obracając się na bok. ani to markotnie: — Chyba e tak.... em wyjąkał: — Ja. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. panie! Więc ja się nie wykręcam. do szałasu. wielu — powiedział.. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o.

— Nie wiem. nie? I odszedł pogwizdując. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. woźny wprowadził nas do wnętrza. — Zatrucie? Egzema? A mo e. spotkałem tego człowieka na moście. odchrząknął i zaczął mówić. o zapadłych policzkach. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. Po prostu mi smutno. Było to ohydne. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. naprawdę? — o ywił się. Pod wskazanym adresem panował tłok. e nie mogłem znieść tego dłu ej. e nawet mnie to trochę dotknęło. — Jakoś to będzie. — No. w których został sierotą. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. Była to spowiedź jego ycia. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. jednoizbowe pomieszczenie. Spochmurniał. co mu dodatkowo zaszkodzi. pod koniec przeszedł w cichy płacz. Kilka osób z tego skorzystało. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. Wyglądał na strapionego. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. Od tego czasu mam u niego zni kę.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. 110 . co to mo e być. twarze klientów o ywiły się nieco. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. następnie poczekać. Było tyle prośby w jego głosie. — E. Nale ało wykupić bilet w kasie. oficyna na prawo”. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. — Nie mówmy o interesach. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. Więc dodałem: — Ale nie trafił. W jakiś czas potem. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. gdzie tam — westchnął cię ko. syfilis? — E. — Tak. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. nie daj Bo e. Rozpogodził się tak znacznie. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. Podszedłem bli ej. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. Ju przy opisie okoliczności. kiedy wracałem wieczorem do domu. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. — Wie pan co? — powiedziałem.

musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. na blasze. nieartykułowana. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. choroby. w energię kinetyczną. kładłem się na pryczy. zwa ywszy. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. wzniesiony opodal bagniska. e głos polega na drganiach. niespodziewane ulewy. tam. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. a przede wszystkim zoologię. Porucznik C. choć to on właśnie stał się bodźcem. Ja. Temu nienasyceniu. Nieustanne dą enia. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. jak twierdził. gwałtowna. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. opanowania wiedzy. porucznika C. Jak ju wspomniałem. 111 . Wydawało mi się. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. daleki od zaspokojenia. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. Fauna i flora zadziwiająco bujne. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. Mowa stała się chropawa. był młodym. doświadczenia i usiłowania. w głębi dziewiczego obszaru. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. mnogość jadowitych stworzeń i roślin. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. Był to samotny.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. Klimat tam był piekielny. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. Prowadziliśmy straszną egzystencję. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. Wkrótce. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. Nie szukając daleko. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. Twarze zarosły nam długim włosem. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. gdzie. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny.. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. dzięki bratu. jak sądzę. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. których motorem była moja tajemna pasja. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. upodobnić się. w środku puszczy. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. chcąc nie chcąc. Co do stanu umysłów. olbrzymi osobnik. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. którą otrzymałem wtedy. nie ustawałem. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. zupełnie wycieńczony. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. W towarzystwie jedynego asystenta. e jestem ogniwem w obiegu natury. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. Upał. było nieco chłodniej. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. w towarzystwie jednego tylko człowieka. czyli ruchu. czyli. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. eby stać się jej cząstką. Znosił trudy. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. e zawsze będzie czas na odwrót. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. Ja jednak. mnie tylko wiadoma. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. dzielnym człowiekiem. trwałem od wielu miesięcy.

Nie naruszając obiegu natury. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. Oto z nieuwagi pawianów. dźwigające całą konstrukcję. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale. w pierwotnych warunkach. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. ulubiony przysmak kolosa.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy. — To ciemność! — mówiłem. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. pochrapując. e często musiałem pracować sam. jak szli w puszczę. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. gdybym wiedział. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się.. ale tu. Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. biegnąc przodem. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. Otó lisek. mały i niepozorny. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. liski ywią się równie i myszami.. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. — odparł sennie porucznik. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. Zło yłem się. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. korzystając z nieobecności samca. dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. Jak wiadomo. wskazywał olbrzymowi miejsca. Porucznik le ał na pryczy. Potem widzieliśmy ich razem. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. nada mu nową szlachetniejszą treść. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. bo dokonaliśmy następnego. rozumiejąc. Nie było chwili do stracenia. skąd lisek wie. e w ich interesie le y. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza.. — Dwa uczucia dominują we mnie. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. Pierwsze — to wstręt i groza. Nakreśliłem dalszy plan działania. Najpierw przypuszczaliśmy. — Nale ałoby sprawdzić. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. Przypuszczenie było mylne. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. wstrząsającego odkrycia. kamienny sen. — Ach. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. je eli mogą przypuszczać. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. Byłem wstrząśnięty. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy.. zwanym u g u p u ?! 112 . e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze.

Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. — Posłuchaj pan! — krzyknąłem.. — Mów. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan.. przystawiając mu sztucer do piersi. Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. 113 . On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. odszedł zadowolony. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. Głos mu się załamał. Zrozumiałem.daje alkohol — dokończył szeptem. — .. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan. mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej. Wchłonęła go natura. wymasowany na moich oczach przez porucznika. Natomiast znacznie później dowiedziałem się.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. W pół godziny potem. Zaczęło mi świtać w głowie..

Ujrzał. tote chętnie opiekował się młodymi. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. Pobrawszy swoje filé z buraków. a bułka zjedzona. W dobie. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. zagadkowym spojrzeniem. umieścił się w ten sposób. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. który tu przed nim stał w kolejce. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. Wydawało się. który. odzienie pomięte. mimo pewnych niedociągnięć i wad. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. częściowo dla przyczyn ogólnych. Szurał nogami. Kiedy kubek był ju pusty. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. kłaniał się. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. wprowadziło go w zdumienie. w których palił się płomień geniuszu. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. Był to kompletny szkic powieści. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. To. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. opromienionej blaskiem talentu. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. 114 . dykcją staranną. ale wyraźnym. pragnąc z nich uczynić swoich następców. pomagał im w zdobyciu sławy. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. e jedynie dzięki temu. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. jak oddala się bardzo szybko. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. proszę zostawić to pieczywo. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. Powieściopisarz przedstawił się. Kiedy nadeszła jego kolej. w który zawinięto mu bułki. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. ale chciał odejść. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. Było to tym dziwniejsze. Wzrok miał przymglony. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. co zdą ył przeczytać.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. powiedział do pracownicy głosem cichym. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. częściowo dla wypicia mleka. rozejrzał się dookoła. — Proszę do mnie. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. Pisał bez przerwy. choć skądinąd schludne. Wtedy gwałtownym ruchem. jakby zbudzony. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. jakby ulegając nieprzepartej sile. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. Ale wtem młodzieniec przystanął. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko.

Obudził się nagle z uczuciem. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. poło ył się i zasnął. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. Natomiast polecił swojej gospodyni. genialny. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru. — Zjadł. porzucone niedbale na biurku. a podró ni wychodzili i wchodzili. mimo pośpiechu i zdenerwowania. Uciekając zabrał ze sobą bułki. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. Tramwaj. odkryłem kogoś. a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. Powieściopisarz przypadł do biurka. to dobrze! — zawołał powieściopisarz.. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. zamknął go w swoim gabinecie. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . kiedy przekręcał klucz w zamku. i nic nie wskazywało na to.. jak chcieli. widział młodego człowieka. nabytym zapewne w cię kim. e stało się coś niewłaściwego. — Kiedy doszli do domu. To. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. Biedny. Niewiele czasu było potrzeba. Młody wcią pisał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. szczelnie wypełnione pismem. jeszcze pan sobie biedy napyta. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. a nawet z nim rozmawiał. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. niepewnym. poniewa tam kończyła się linia. radośniejszego ycia. Potem zawołał gospodynię. e kiedykolwiek uda się go odszukać. Ale w pokoju nie było nikogo. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. a teraz siedzi i pisze. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny.. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. które jakby zapowiadało początek nowego. trzeba go pilnować. to. — dodała. według zeznań zamiatacza. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. Była to prosta kobieta z ludu.. dotychczasowym okresie. co zawierały. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. Oj. zacierając ręce. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. którego obowiązkiem było sprawdzanie. Widział go następnie zamiatacz ulic. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. To uśmiechał się. Ręce mu dr ały. — To dobrze. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. — Co on tam robi? — zapytał. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. to wpadał w zadumę. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. Minęło południe. do którego. czasem nawet ocierał łzę. uciekinier mógł być ju daleko. W zacisznym świetle poranka. Owszem. eby się zorientować w tym. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. Świe y wiatr poruszał firankami. dziki. egnając się. co objawiło się w pierwszym. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. — Powieściopisarz.

krytego wagonu towarowego. e powieściopisarz zbladł. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. czekały tutaj w półśnie. przywróciło go nieco do przytomności. schludne. węglowym miałem i przestrzenią. nieporuszonych. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. nie spieszące się donikąd. Ale. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali.. piętno geniuszu. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. począł uciekać od wagonu. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. zapytać się o coś. opuścił rękę i. wrócił do czytania. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. Tu na skraju siedział młody uciekinier. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. Wiedział ju . Po tym wyjaśnieniu natychmiast. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. a niedobre przeczucie. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. gdzie się mógł podziać. kilka lokomotyw sapało sennie. powieściopisarz obszedł więc wagon. Studiując ycie. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. jak wykazywały obliczenia. Widocznie daleko przebywał. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. Gonił go nieustanny poszum. pełen alu. Có stąd. składy towarowe. ni to skrzypienie. niepojęte zamyślenie w tych oczach. przekroczył szyny i oto co zobaczył. wyblakłych. 116 . Była taka straszliwa obojętność. eby przejrzeć wagon za wagonem. wolno szedł peronami. potykając się o szyny i progi. nieco wymięte podró ą garnitury. nieobecność. ni to buczenie trzmieli. w świecie opisanym na kartkach. aden pociąg nie odjechał w czasie. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze. co znajdowało się za ścianką. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. Twarze. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. mimo pewnych cech indywidualnych. skromne. pisząc podobnie jak pozostali.. z widoczną po ądliwością. ale zanim zdą ył. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. który upłynął od chwili. który przechodził tędy na perony. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. Odziani w takie same. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. Błądził ju po peryferiach stacji. Luźne wagony. Niechętnie wyjaśnił. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. Chciał coś powiedzieć. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. który ciekawie mu się przyglądał. szeleszczenie piór. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. wewnątrz wagonu. zanim zrozumiał to pytanie. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. Było ich sześćdziesięciu. jakby spoza kuli ziemskiej samej. Prawie był pewien. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. młodym autorze. przedział za przedziałem. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. poświst. Drzwi były odsunięte. Bezradny. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. Spojrzenie tych oczu.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym.

. wolno opuszczał peron. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. — zapytał. choć bardzo tego potrzebował. którzy rzucili się do okien. wskazywały na to. on jednak. tylko chycili za pióra.. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. nie wiadomo skąd. ani „dzień dobry”. lecz schludnej odzie y. Wszedł do restauracji. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. choć grzecznie. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. a którego bezkształtność tak go męczyła. opuchnięty alkoholem sen. co mieli na drogę.. U nas. z surową rezerwą. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. Pracownicy. Jeden z nich miał werbel. ka dy dostał jedną. zatopiony w myślach niejasnych. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. Ich glosy były pełne podniecenia. po namyśle. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. — A. który go drą ył. cały czas piszą. — . — Nie ma za co. oświadczyli. Miarowym krokiem. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza. Z wiadomości. nie posiadając się z zachwytu. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. Ale teraz jeden skoczył po bułki. Ze zwieszoną głową. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. Jak tylko my otworzyli wagon. Ale telefony.I jeszcze jedną wódkę.. bo byli głodni. wkroczyli do wydawnictwa. Mnie się wydaje. Po południu widziano go tu i tam. e na mieście działa się jakaś sensacja. Piszą? A tak. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. nic w ogóle. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. ale pełnych niepokoju. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. przy akompaniamencie werbla. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. Obudził go telefon. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną.. Zachowywali się powściągliwie. Widać z daleka są. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. e oni w drodze ju trochę pisali.. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. jakiegoś niepokoju. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi.. cię ko dysząc i wskazując za siebie. bo zjedli wszystko. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. to w barze. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ.. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. to ani Boga nie pochwalili. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. wajchowych. coraz mniej trzeźwego. Było dopiero wczesne przedpołudnie. coraz liczniejsze. przebywając to w piekarni. potem drugi i trzeci. Dyrektor wydawnictwa. Natomiast lektorzy. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. Nazwiska nic nie mówiące. ale słabo. Spodziewał się. ale więcej ju nie mógł. przysięgali. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. Kto ich tam wie. ró ne rzeczy się zdarzają. Panie Józiu.

potem cały pokój. podstawy do jakichkolwiek artykułów. cicha błogość malowała się na jej twarzy. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. a kiedy dowiadywali się. szukać ich po pracowniach pisarzy. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. Oracze odrywali się od pługa. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. Ale rękopisu nie znalazł. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . Arcydzieła były tak bezsporne. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. Nie tylko powieściopisarze.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. aby wciągać. a to dzięki temu. jakby dokądś się spieszyli. punkty zaczepienia. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. Arcydzieła. e wszystkie inne powieści. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło. eby czytać. Dzwonili tak e znajomi. prawdopodobnie do kawiarni. A poza tym ruszenie czegokolwiek. a pragnienie męczyło go nieznośnie. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. ale przecie niedoskonałe. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. który oddarł się od arkusza. spełniające wszystkie postulaty. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. być mo e. e uciekł. Przedwczoraj. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. hodowla słabła. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. przyciskając do piersi skrawek. Niema. Analiza potwierdziła przewidywania. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. ale zaczęła stawiać opór. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. pytali. Krytyk za ądał. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. niedoścignionym utworom. Daremnie. e zniknęły wszelkie niuanse. W ostateczności dotarł do kuchni. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. zarówno przez lud. wcią zaglądając do nich. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. tym razem taksówką baga ową. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. poplony w niebezpieczeństwie. po prostu nie były potrzebne. znajdujące się aktualnie w druku. być mo e i bardzo dobre. chocia spodziewał się. ale i krytycy poczuli się zagro eni. Więcej: coś nieziemsko. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. jak i przez wysublimowanych znawców. Nareszcie zadzwonił krytyk. Był to pierwszy telefon. tej samej jakości. Przeszukał najpierw biurko. Le ała. podorywki były zapóźnione. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. e. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. Przytrzymywała arkusze oburącz. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. Po okresie. Nie wierzył własnym oczom. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu. co znajdowało się na biurku pana. co się dzieje z młodocianym geniuszem. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz.

jak stali. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. łamanych niewidzialnymi stopami. Przewodniczący zagaił pokrótce. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. zapomniane przez wszystkich. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. które niebezpiecznie prześmiały się. Kraj czytał tylko nowych. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. A teraz ustalmy fakty. Teraz przyszła na nas kolej. napisanych z niemałym trudem. znakomitego poetę. Miał jednak nadzieję. librett wszelkiego rodzaju. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. zaczął padać deszcz. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . Widzę tu i młodzie . Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. — Mam pewien pomysł na sztukę. krótkich monologów cyrkowych. odgłosy kroków. zdyszany. Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. od strony grobli. jeszcze z dawnych czasów.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. jak kogo zastały wici. dyscyplina wzorowa. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa.. inni od obrządku. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. — Oni tam ju są. gwarny. Nie widział innego wyjścia. i weteranów. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie. Teatry satyryczne były ju opanowane. a potem przejść do sprawy.. Nastrój panował powa ny. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie. Tak walił ten naród. Tym posłano w alkierzyku. od obejścia. niektórzy wprost od udoju. zajmującego się drukowaniem poezji.Ogólna zgoda. Okazało się. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. W teczce niósł kilka swoich wierszy. Przypomniał. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. jurny a buńczuczny. tajemniczych autorów. Autentyści szli tak. ogólna zgoda. a tak e sekcje: utworów estradowych. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. nagle zaćmione. powtarzam. Młodzi walili starodrzewem. Skręcili w ulicę. a nawet literatury dziecięcej. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz.. Bajkopisarz pomykał leszczyną. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. 119 .. Gości zrewidowano. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. przy której mieścił się teatr. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. Zebrani zgodzili się. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. Realistów. e uda mu się podjąć zaliczkę. Niebo było pochmurne. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. Po drodze spotkał znajomego. niepotrzebne. To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. szelest rozgarnianych liści. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. zszarzałe. prowincjonalnej stacji. Okazało się. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu.

drukarnie nie mogą nadą yć.. fachowców słowa.. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy. są bardzo nikłe. Powiedzmy to sobie otwarcie. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie.. jeden od drugiego. e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek. a zajmują się tylko tamtymi. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. Wszyscy. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. przyznaję to. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano. Na nasze nieszczęście los padł na nas. zamiast zaśpiewać „hosanna. nawet rodziny. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. Oddaj mi pan blok-notes!. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Wniesiono arówki elektryczne. rzeczowo udzielił informacji... A tu nagle zjawiają się ci. operując faktami i statystyką. takie zebranie przecie zwołujemy. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. Cichym. a nie na in ynierów. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. równie mia d ące.A teraz kilka słów wyjaśnienia. tajemnicy. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. W obliczu ABSOLUTU. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!..Nie mo emy się więc dziwić. choć jej szanse.. Nikt nie spał. 120 . Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw.. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą.. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. stali się oni ulubieńcami wszystkich. Ale nikt nie przeczuł. Przybycie ich okazało się dla nas.. koledzy jak by to wyglądało. oto osiągnięto oto objawiono. w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. którzy od progu są samą doskonałością. które dotąd yły zgodnie... Zebrani dowiedzieli się więc. Co jest?! — . Wtedy my. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. Głosy: — A co ze stypendiami?!.. Śmiem twierdzić. spodziewam się.. zamiast się ukorzyć. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie. Dwa skryptony tworzyły szrajbę. Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali.. zresztą nie tego od niego oczekiwano. dobitnym głosem. jak tu jesteśmy. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony. Wielkie poruszenie zapanowało na sali... e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. bardziej utalentowany ani lepszy.I powtarzam raz jeszcze. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. tak zwane skryptony. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. Nie tajemnicze promienie. — Po tym krótkim występie pragnę..Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. którzy spełniają nasze marzenia. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej.. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. — . tajemnicą. brat wydziera bratu. Więc zwa cie. czuuuwaaaj.. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. po pięciu ludzi.. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. morderczo utalentowanych autorów..

sklecić z nich nie sposób. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. podczas gdy druga. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. ale zdrowo. Tam obóz warowny zało ymy. Przejmująca cisza zaległa na sali. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. Dopiero teraz. okazała się płonna. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. zda się. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. Tam.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. zaiste — piękny to był widok. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. Unikają zadymionych lokali. niezwłocznie rusza. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. bracia! Sejm nasz końca dobiega. udowodnił bezskuteczność tej metody. prywaty poniechać. który dotąd siedział był jakby na uboczu. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. przewodniej. Szmer przeszedł po sali. drudzy czytają to. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. z barłogu się porwał. a smolarz. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. a to z braku samokształcenia. wszyscy pojęli grozę sytuacji. Spotykali się z ostrą odprawą. co zdołali przedsięwziąć. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. wykujemy dzieła krzepkie. a to powiedzieć nam trzeba. tam pacholę ściskało 121 . w myśli i talentów koncentracji. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. przed spaniem uprawiają przechadzki. dać mogące. w głębi nieco.. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. beznamiętnym głosem.. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. Było to wszystko. Był to mą słusznego wzrostu. Wtedy powstał człowiek. osiwiały w pisaniu. czasowy choćby. które miał ze swoją gospodynią. e geniusze od ywiają się skromnie. a psy wyć poczęły. potem na zmianę. po przegotowaniu. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. aby zgłaszali propozycje. Zwrócił się więc do zebranych. geniusze razem a równo piszą. eby po prostu bić czytelników. osłania ją ogniem. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. my zaś w rozproszeniu. Podczas gdy jedni piszą. harcowników modą działamy. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. które wska emy. półzwierzęcia. Głosy: — . geniusze piszą równo. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. Regulamin ten przewiduje. le ąc. rywalom odpór. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. Tedy. eby rozjaśnić arówki. Ktoś domagał się. w dyskusjach i sesjach. myśli jednej. kupić się. Odwa ni. Tak więc nadzieja. w pojedynkę. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany.

Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. dziwując się strojom cudzoziemskim. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. bojowe pióro. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. — Idź — powiedział. Oni zaś szli weseli. — Nic to. Hetman długo mu patrzał w oczy. wątków. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. szczęśliwie ominąwszy łęgi. oczy mru ąc. idei. Jeszcze przed północą. jakby nie ku trudom. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. które jeszcze pozostały. Nie było ich wiele. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. pomysłów. — Skar ą się. rzeka przybrała barwę ołowianą. jak to początków zła sięgała jego obecność. w patio siedział. Czasem chmury. niósł za Hetmanem jego cię kie. tu i ówdzie. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu.. a nawet onami. tam. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. Przedrę się.. starając się do wodnego ptaka upodobnić. wtedy zamierał bez ruchu. Chłopstwo wybiegało przed chaty. pod wieczór. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. Hetman obchodził działa na wałach. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. — Nie widzę. jak siostrę rodzoną. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. stentorom swym dając folgę. Nie takie racye bywały. ale istnienie samo w sobie. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. choć na zewnątrz duch był dobry. — Ja pójdę. za to były dobrze okopane. wtedy w barze. 122 . wśród największej wrzawy na stronę wyszedł.. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. ale ku zabawie. on jednak pamiętał. A jednak. ramię przy ramieniu walczył. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. galopujące po niebie. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. rzędom i szykom. tez. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. odsłaniały księ ycową tarczę. Płacz i radość uczyniły się powszechne. Wasza Przewielebność. Nikt złego słowa. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. Szły więc pochody wśród sadów białych. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. artami sypiąc. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. w szuwary się zapadł. Powieściopisarz. głos zabierał. — Pozwólcie. lud to ciemny — na to Hetman. Obowiązki swe spełniał. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. i trapił się. ślubnych. w trzcinę się zmienić.. Noc przyjęła go lodowatą. I w samym obozie nie działo się dobrze. do dna przypaść. z dobytymi maszynami do pisania. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. co w tylnych rzędach się znajdował. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. Te. Powieściopisarz. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. bo blask od okularów i czół wysokich bił. Opodal kroczyli namiestnicy. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. Brakowało tematów. Mgły wstawały z łęgów. obejmował. e za małą mają racyą. panie — powiedział. — Ni to. zieloną księ yca poświatą. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. ni owo — stwierdził.

lampę swoją łagodną. rozło ysty. Za nim dąb olbrzymi. na powrót noc czarną czyniły. Opiera się oń plecami. co przyszła skądś. będzie polemizował z ABSOLUTEM. a kiedy obłoki wełniste. Przynajmniej od tyłu coś go określi. Obejrzał się. Cofa się powieściopisarz. Serce mu się ścisnęło. 123 . Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. kosmate.. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. posuwał się mozolnie naprzód. pierwszy promyk nadziei zaświtał. pełną usterek i słabości. pracę swoją literacką. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. język siny wyciąga.. śmieje się. Coś zapluskało opodal.. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. Brzana? Kurka wodna? A mo e. ostro nie stąpając. z prochów gwiezdnych. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM.. Gdy wspiął się na zbocze. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. Obóz pozostał daleko w tyle. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. ale przecie ludzką. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem. palonych przez stra e.

Zresztą nadawca był nieznany. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. Mogłoby się wydawać. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. dotknięty. e mnie nabrano. którzy swoim zachowaniem się. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. A jednak to była znowu pusta kartka. Mogło się zdarzyć. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. ruchów czy języka zdradzą się. i pieczątkę mo na sfałszować. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. Nie zwrócono go. zaledwie pociąg stanął. czyli zabić. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. Ale data stempla świadczyła. portier. Wszyscy wiemy. e znowu znajdę pustą kartkę. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. e dałem się nabrać. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. sądząc. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. To nic. art nie wchodził ju w rachubę. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. niepowściągliwością twarzy. a raczej brak treści. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. Nie art. ani z drugiej strony. zupełnie czystą. 124 . e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. w pociągu. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. e mo e spotkam znajomych. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. Ale skąd wiedziano. e list czekał ju na mnie od wczoraj. eby to mógł być art. czy list jest t a k i . e tu przyjadę? Portier twierdził. oczekiwania. autor artu. nieprzezroczystych kopertach. Liczyłem. Otworzyłem ten list odruchowo. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. Rozdra niony. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. ale więcej osób. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. Ju na dworcu. Z pieczątki równie wynikało. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. wyglądałem podejrzliwie na perony. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. unoszącym mnie z powrotem. e list był wysłany dwa dni temu. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. mógł się znajdować prześladowca. — To chyba nie roztargnienie. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. e list nadano w miejscowości. napisze do mnie list stamtąd. wrzucając list do kosza. bo trudno się było spodziewać. Ów gest umyślnej pogardy. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. obel ywego rozczarowania. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. Nie byłoby w tym nic szczególnego. Poni ony.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. wewnętrzny u ytek. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. Ale jak się przekonać. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. jak gdyby w tłumie podró nych. a tak e kilka następnych dni. Gest był więc na mój własny. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. w którym się zatrzymam. nie zapisaną ani z jednej. usłyszawszy moje nazwisko. czy zwyczajny. e ktoś. I datę.

nie zasługuje na to miano. kto rozporządza takimi środkami. — myślałem z lisim. e kartki były czyste. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. O.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość.. a powstrzymywana wstydem. mo e polecenie. Nie były to prymitywne. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. mo e czegoś ode mnie chciano. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. to kto wie. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. gdyby w którymś z kolejnych. Te listy nie mówiły nic. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. bez intencji. być mo e całą organizacją. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. które mogły kierować nadawcą. e był tylko środkiem. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. zamieniło ją w pensjonarkę. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. to. ile w tym uroku.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. Przewodnik. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. e tak dłu ej nie mo na. A uświadomiłem sobie. ka da inną. niestety. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. mo e wezwanie. sam w sobie. pełnej za enowania i dobrego humoru. znający na wylot obyczaje zwierzyny. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. ądano. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. byle artykułowane. pustych listów było napisane chocia : „Ty. ktoś na skalę międzynarodową. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się. Dobre samopoczucie ustąpiło. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. przysłonił oczy dłonią. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi. świadczył o sprycie. Pojawił się strach. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. potrzebowano. byle jakie. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. To jakaś wielka dama. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. perfidii i ostro ności złoczyńców. w jednym z najdalszych zakątków kraju. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. — Biedna mała. Mała? Zastanowiłem się. Ju sam fakt. który nie dawał się złapać za rękę. aby nie nale ało wątpić. Zobowiązanie bez ograniczenia.. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. czy to jest sprawa serca w ogóle. rodzaju. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. Nie. ktoś.. Za długo ju trwał ten flirt. 125 . e list nic nie znaczył. Co noc barykadowałem drzwi. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. Trzeba więc powrócić do mniemania. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem.. nic więcej. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej.

Tak. No có . Było ju prawie ciemno. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. A je eli? 126 . którym je wszystkie adresowano. czy ten przedostatni. machając niebieską kopertą.. wplątały w korzenie wodnych roślin. Słońce ju zaszło. to była ta sama koperta. ebym mógł się łudzić. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. gorączkowo rozgarniałem trzciny. e chcę przeczytać list na osobności. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. Wszedłem do wody. Za późno.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. Udając. Nie otwierając. to dzika kaczka. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. — E. Wytę yłem wzrok. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. przeklinali mnie głośno. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. czy kłamię. czy te mówię prawdę. Ściemniało się z ka dą chwilą. papierki rozmiękły i poszły na dno. Koledzy. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. wypaliłem. zapadałem się po pas. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. dobywając całej umiejętności. z lewej. e nie wiem. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie.. poszedłem na sam brzeg. kiedy rozległ się plusk przy brzegu. mo e tam nic nie było. na pewno nie. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. Brodziłem. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. po ramiona.

W tym celu kupiłem psa całkiem małego. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. niewidoczny dla sąsiadów. myśląc. szczeniaka. Nie było ju co ukrywać. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. wstałem. dokładnie w chwili. powiększa się wzrost. I teraz dopiero. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. w której chodziło o to. Sprzedawca. eby był moim wiernym przyjacielem. oddany. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. rozpogodził się. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. Postępując za mną krok za krokiem. Pies był zupełnie mały i słaby. ywy i wesoły. e w razie czego damy sobie z tym radę. okazał się uczciwym człowiekiem. coś go zaczęło dręczyć. Miał na tyle delikatności. w swoim gabinecie. kotki i pszczółki. Wszystko. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. Widocznie to. Mę niał w oczach. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. słowem wszystko to. jak zwykle. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. Nie wspominając ju o postępie filozofii. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów. niestety.. Dorosły pies. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. Był wierny. z końcem ostatniej zimy. co słabsze. ale nie wiedziałem. Stał się wielkim. wzdychał. co go gnębiło. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. Bardzo mnie to martwiło. e zimny nos delikatnie. Chciałem. opiekuńczość. bo szczeknął na mnie krótko. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. Ale. mocnym psem. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. ty! — pogroziłem mu palcem. Wtem poczułem. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. Pies był z rasy owczarków. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. co cieszyło mnie tym bardziej. wyprowadził mnie do ogrodu. Co chwila dotykając nosem świe ej. Pewnego ranka siedziałem. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. ale stanowczo trąca mnie w plecy. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. Rozczulają nas tylko małe pieski. pełnymi teraz niepokoju. Dopiero kiedy padłem na czworaki. kanalizacja. niosąc zapach poruszonej ziemi. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. jak mu pomóc. który gwarantował za czystość jego rasy. na szczęście. kiedy osiągnął dojrzałość. wstając ze zdrętwiałych kolan. apetycznej trawki. przydałaby 127 . napływało łagodne powietrze. — Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. Pod jego brązowymi oczami. Piesek chował się dobrze. Nacisk nie ustępował. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. ty. o czym wiemy. szeroko otwarte na ogród. tkwiło w sferze psychiki. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. rozkazująco. Wynik był z góry przesądzony. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. lojalny. Poprzez drzwi. potę nieją barki. uległy. Liczyłem na jego młodość.. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. e wybrał najdalszy kąt. o wyrobionym poglądzie na ycie. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. Źle sypiał.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. osiągnęła takie natę enie. A przecie był ju dorosłym. jak tę eje mu kark. pojawiły się cienie. — Ej.

e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. e jakiś prostak. Ukryty za krzewami patrzyłem. nieinteligent. Więc nie robi tego tylko dla siebie. eby go ucieszyć. czy w ten sposób nie okazuje mi. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste. udając. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. 128 . W ten sposób doszliśmy do porozumienia. no. którzy przyszli uciąć pogawędkę. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. Cechy moralnie dodatnie. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. Obiegał mnie umiejętnie. Zresztą. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. normalnym okazem. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. Pies jest zdrowym. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. kupiłem sobie dzwonek na szyję. Poza tym. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. znęcaniem się nad zwierzętami. odruchowo odmówiłby psu. buszując na pozór łakomie wśród traw. podświadomość i nadświadomość. jaką ja reprezentowałem. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. ruch ziemi i gwiazd. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. najlepiej jak umie. ale ju za późno. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. e. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. najczęściej. tak znaczny. dość zasadniczy. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. Je eli padał deszcz. Po to została mi dana świadomość. Obserwowałem go niejednokrotnie. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. Liczyłem nawet na to. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. pilnie wietrzył. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. czy ktoś się nie zbli a. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. zdopingował go do jeszcze większych starań. Mój postęp. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. Je eli uznał. Mo liwe. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. w warunkach nienaturalnych. jak się uło yła. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. niesłusznie. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. a yje w mieście. znajomych. Rytmicznie jednostajne. która. Szalał z radości. ale wtedy właśnie wykrył. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. na drodze do naszego wspólnego ideału. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. rozumiejąc zło oność zjawisk. Jestem istotą myślącą.

e dał z siebie wszystko. niepokoić. w alei nie było ju nikogo. Szła ku mnie aleją. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. rozmowa stała się tak interesująca. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. Mówiłem ju o listonoszach. chce być z nami. I dodałem: — Nie ma co.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. to prawda. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. Być mo e. trzoda — oto. ale nie zwrócono na to uwagi. otworzyła drzwi. e rozwijałem się zbyt jednostronnie. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. Poznałem ją z daleka. W progu stał on. wyobraźnię. pragnienia. On na mnie. Była to właśnie ta kobieta. nie ma co. wnieść zamieszanie. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. nie wiem — dlaczego. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych. Trzeba przyznać. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. ni nam się wydaje.. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. gotów byłem zrezygnować z wypasu. Opadłem twarzą na trawę. kulturalnych. o czym świadczyło choćby to beczenie.. uśmiechając się. ale goście tak dobrze się czuli. ogólnie rzecz biorąc. w góry. nie wiedziałam. uło yły się stosunki między nami. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem.. — Wracając do El Greca. — Ach. Było to przed godziną wypędu. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. ni to mszyce. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem. Twarz w mordę. Długo. Wyczerpany patrzyłem na niego. ale wiedziałem. Wywiązała się ciekawa dyskusja. Tak. — Na halę nam iść. — To mówiąc. braciszku. Ale za to jaki spokój spłynął na mnie.. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. pobudzać ambicję. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. mną. z jaką upływa czas. znajomych i w ogóle wszystkich. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. Tak. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. Nie mając innego wyjścia. 129 . Wzruszałem go najwyraźniej.. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. nie ustąpi w adnym wypadku. Co do mnie.. e mój poczciwiec. Wiedziałem ju . Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. Sytuacja stawała się groźna.. e od razu domyśliłem się wszystkiego. — Sądzę. o której przez omówienie wspomniałem na początku. zanim zdą yłem przeszkodzić. Tak więc. Być mo e. eby powstać z czworaków. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. jak zwykle.. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości. Podniosłem głowę znad soczystej trawy. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości. Właśnie wypasałem się. e miałem ograniczoną swobodę. morda w twarz. Stado. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. nie wiem: do mnie czy do siebie. ale teraz zrozumiałem. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. byłem w jego władzy.

. ciemnej. Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. tak e i później. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. Był to niewielki. Nie był to kamerdyner. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. Wzywał mnie. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. dając jednocześnie znak słudze. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. — Jezus Krist nie dopuść. W górach — jak to w górach. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . wnet ruszyłem w drogę. przy śniadaniu. Nasłuchiwałem. — No. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. Wiosna panowała ju niepodzielnie. Podbiegłem do okna. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. Uradowany. Słyszałem. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. Wieczór ju zapadał. Obudziły mnie cudowne promienie słońca.. ju rzuciłem się do odzie y. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. a tak e zapolujemy sobie trochę”. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. Odzywała się rzadko. Uchyliłem drzwi. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. stary jeger o twarzy pooranej. ale dobrze go znałem. Polował rzadko i tylko w miarę. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. Szajsen. — E. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. Pogoda była tak piękna. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu. Za fotelem księcia. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. Po słonecznym. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. Nie widziałem księcia od wielu lat. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. wśród łańcucha szczytów. milcząc. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów..Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. lecz ulubiony strzelec księcia. im dalej zapuszczałem się w pogórze.. Zamek. chrzęsty i miękkie stąpania. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. ogorzałej. i zasnąłem powtórnie. cię kie powieki. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. ale na korytarzu ju nie było nikogo. Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. chrupiące kroki. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. na południu. aby napełnił pucharki. tyle. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. abym. stanął sługa osobliwy. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną.

Zdobią one podwórka i place. po naszemu — „wintercwergi”. gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. Jedne okazałe i kunsztowne. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. łowiecka nazwa. jakby nie przed człowiekiem. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. — Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. znudzona długotrwałą zimą. ze strachem i wstrętem. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. Schneemann. nawet pewne tajemnicze zjawiska. ale inną jakąś istotą. wkraczają w krainę chłodu. kierują się na południe. Skruszałe. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. w miejscach ocienionych. Zauwa yłem. znad samego morza. robi się coraz cieplej. Niektóre. ku górom. Nic jednak nie dałem znać po sobie. Im bli ej gór. Co więc robią? Nocami. e zawiodę jego oczekiwania. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. wcią na południe. inni na kozice. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. prowadzone niezawodnym instynktem. Ale oto zbli a się wiosna. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. Śniegusy dobrze wiedzą. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. Śniegusy z najdalszych stron. — Wiesz zapewne — ciągnął. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. zaskoczone wschodem słońca. jak wszystko w naturze. tym ich więcej. Ale to nazwa dziecinna. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. który wiesz. Tylko sługa pozostał nieporuszony. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. a tu. — Zapewniam cię. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. my będziemy polowali na śniegusy. jakby nagłe zimno ją przeszyło. ksią ę. przebywają setki mil. — Nie. za przyczyną rozbawionej młodzie y. — Mo na i tak. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. Męska. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. — He he! — wołał podochocony ksią ę. e przychodzi ich kres i. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. w górach. dla igraszek i figli. ze środkowych równin. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. stoją wzdłu gościńców. we dnie zatrzymują się byle gdzie. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. to śniegus. nadtopione. nie uwierzę. a młodzie . odstawiając pustą szklankę. Wędrują najpierw pojedynczo. inne niezdarne i prostackie. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. powstają. próbują walczyć o ycie. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. łączą się teraz w gromady. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. parowach i zagajnikach. — Jedni polują na daniele.

Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. powstrzymując mnie ruchem ręki. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. — szepnęła. — O tym myślałeś. pragnąc rozproszyć to. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. i podgrzewali go z bliska. Zresztą pan. — Przyznam się. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość... ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. mniemając. — Dosyć! — powtórzyła. jak polowanie — odparłem. Odpowiedziałem. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami.. —— zaczął ksią ę. — Nie chciałam o tym mówić. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji. przybywasz w samą porę. — Dobrze — powiedziała spokojnie. dziecko.. zawsze było uznawane. które. 132 . wszystko! — zawołała. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . nie są takie straszne. — Jak pani sobie yczy. có ? Polowanie.. — Wiedziałem. dalibóg. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. — Powiedz mu! Powiedz mu. — Ma mi to za złe. właśnie pan. Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. nawołując mnie. uprzednio osaczonego przez nagonkę. Ledwo wypowiedziałem te słowa. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. ale nie chciałbym. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. na drugim końcu mahoniowego stołu. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. powinien znać całą prawdę. Siedziała naprzeciw mnie. Znany jest przecie jako największy. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. e zerwałem się z krzesła. w całym zamku szykowano się do wyprawy. nie mówmy o tym.. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad. e tak. wyprostowana. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. ju ich po ałowałem.. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody. Prawie nie tknęła po ywienia. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. nacierali na „Schneemanna”. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty.. i potrzebna jest jej pomoc. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. e poluję na „Schneemanny”. Skądinąd ma on gołębie serce. — No. ycząc sobie dobrej nocy. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. e niczego bardziej nie pragnę. Śniadanie podano w sklepionej sali. — Och. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. choć nie przypominałem sobie. Strzelcy. parzenia kawy lub herbaty. nawet przez Kościół. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. Panna milczała. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot.

zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. Zatoczyła koniem. wuj jest opiekunem sierot. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. — Sadysta? — dokończyłem. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. ale zapomniał dodać. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć.. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. A czy pan wie. którego. ślepo oddanych wujowi. omdlewają dziecinne rączki. Szli przodem naganiacze. z nutą podziwu. Johann oddalił się. iglastych. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. lepi się je na gwizdek i rozkaz. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. ukartowana od samego początku. Minął nas ostatni jeździec. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. gdzie w zielonych. dobrowolnej zabawy. ile pewne jego okoliczności. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości.. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. ile do panny. ciepły poranek zaskoczył na drodze. podczas zwyczajnej. a sam. Pan myśli. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. kto stoi za tym wszystkim. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. śniegusów. gra przypadku. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. wyjechał przed bramę. Podnieceni kucharze donieśli. a w głębi parków.. zimowy świt rozjaśni podwórza. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. w zgrabnym toczku na głowie. od stworzenia ofiar samych. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. szyję i piersi. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło. Nietrudno się domyślić. e śniegusy lepione w kraju. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. Przemarzają. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. licząc pewnie na to. trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. nie dowierzając własnym oczom. z krótką tylko przerwą na obiad. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. Umilkła. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. mając mnie u boku. Polowanie zaczęło się. Milczenie przeciągało się. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki. To rzeź. kierując te słowa. Nagły rumieniec oblał jej policzki. zakradł się i zamknął w lodówce. Wystraszone. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców.. odziana po męsku. jak mówi wuj. widać. to. jak mi się zdawało. a zetknęły się nasze strzemiona. ani opanować swojej radości. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. Piękny to był widok. Pod komendą opiekunów i wychowawców.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. wychodzą parami na dwór. ponad 133 . To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. nie tyle do mnie. e olbrzymi śniegus. Nagonka ruszyła ju wcześniej. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów.

po chwilowym osłupieniu. pokryta śniegiem. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. z prymusami o płonących ju palnikach. bezszelestnym oczekiwaniu. na ostrym. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. Stał tam ktoś. Dalszą drogę. jakiś cień przesłonił polankę. osadzona na zwartym. Długi nos ze zdrowej. lecz podnosiły się z bezpiecznych. nie zsiadając z konia. ale wytę yłem wzrok. kulistej głowie. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. który. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. le ała polanka. w galopie. Zbli aliśmy się do ostępów. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. a za nim dru yna. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. nakazaną mu przez naturę. Przed nami ukośnie. ciepło! Rany Boskie. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. — Ciepło. który — podczas gdy inne. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. z boku. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. byli pierwszymi. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. Ci śmiali chłopcy. w którym ten prę ny kwiat. Sniegus. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. Zatętniły w lesie kopyta. 134 . z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. Głuche. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. nie mogąc się skutecznie odsunąć. a do stanowisk strzeleckich. przystępowali i kończyli dzieło. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. gdy górował u szczytu polanki. Ogromny. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. wynurzał się na polanę. Gdy śniegus. zupełnie blisko. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. jodłując. Jak e był piękny w swym ogromie. spełnił swoją powinność. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. Nic jeszcze nie słyszałem. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. kryli się doje d acze. mieliśmy odbyć pieszo. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. zimującej jarzyny. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy. w której decydującą rolę grali doje d acze. doskonale zarysowanej linii. tym samym spełniając yczenie prześladowców. Byłem bez prymusa. ławą lub pojedynczo.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. rozpościerali koce. o mocarnej. Zasyczał dwupalnikowy prymus. Gdzieś tam. mosię ny. i stado śniegusów wpadło na polanę. inkrustowany macicą perłową. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. którzy pieszo. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. Cała głowa. spędzonej w ober y. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. Puls bił mi w skroniach. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. pochyleni w kulbakach. — Ciepło. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. doje d acz. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. jeszcze przera ony okrzykami. stromym stoku.

jakimikolwiek powodowany pobudkami. na pół z niepokojem. te kobiety. wirując coraz szybciej.. hołubić i dogadzać. Nie lubią mnie tu. wszystkie. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. próbował. — Masz rację — poprawiłem się. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. udając. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie.. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. zmieszany ze słońcem. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. e polowanie na śniegusy. którą przeszły szar ujące śniegusy. którego określić nie umiałem. staczać się począł na księcia i towarzyszy. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. przynajmniej jeśli chodzi o nie. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. e bałwany były. — Widzę. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. Panna nie była jeszcze gotowa. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. łamać się zaczęły i spiętrzać.. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie. rzucili się na boki. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. ośmieszone. wydostały się bezpiecznie z obławy. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. która. są i będą. mój drogi — odparłem. Dosyć zresztą. szukające u nas schronienia. Przed kolacją. wiadomo.. nie zabierałbym głosu. przynosi nieszczęście. zmieszani w dzikim popłochu. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. przybrawszy postać lawiny. zginie Orle Gniazdo”. Ksią ę zarządził odwrót. e nie rozumie. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka. stwarzać je. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach.. Korzystając z lawiny. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. podnieśliśmy się z kryjówek. a za mało wiadomości. obrastał w nie i. — ale ju nagonka. a tym samym obiecywać mu. — Ach. Znasz mnie chyba na tyle. którego nie umiałem nazwać. aby nie mieć złudzeń. na kształt ruchomego wału. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. pod przewodnictwem olbrzyma.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. ale powoływać je niejako. Polowanie. Wśród gminu istnieje nawet legenda. — Ale wiem du o. jakby nieobecnym. który. doje d acze i prymuśnicy. odciągając go na czas z drogi.. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. kocem!. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok.. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. e gdyby tylko o to chodziło. a gdy zima minie. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. to nieuniknione. a potem. bezlitośnie je tępić na wiosnę. Ale dobrze wiesz.. głośno zawołał: 135 . — Nie. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym. wyprostowana. z uczuciem. Nie wiem. spotkaliśmy się znów koło kominka. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. aby później. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go. nieobecne oczy panny. biały tuman przyjdzie z gór. tam. ale było ju za późno. gdzie powoli wsączała się ciemność. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu. — Wiem wszystko — powiedziałem. obracając wszystko w art. wpatrywała się w kierunku.. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. i to rękami sierot. ze szklankami w ręce. w górach. kiedy i tak są ju niepotrzebne. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. — wskazałem ręką ku górom za oknami. po to tylko. abym. przebrani i odświe eni..

— uzupełniłem. W półmroku stała jakaś postać.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. Konie dawno pozostały w dole. wspinające się w zygzakach ku niebu.. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. lśniące i matowe. tak wystawny. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili.. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. Przed nami otwarło się wejście do groty. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. widząc te głownie w oddali płonące. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. Świtało ju . — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. Odwiedziłem ją znacznie później. Ale w dolinę schodzi rzadko. nie był w stanie uczynić nam nic złego. półle ąc. tu za nim ksią ę i ja. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. Tylko oczy pozostały te same. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. chcąc przerwać milczenie. Wszystko taje — dodałem. Pośrodku groty klęczała panienka. To. długiej i czerwonej marchwi. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać. który dzisiaj przyszedł z gór.. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. kto woła w gorączce. Po egnałem się szybciej. Ksią ę podszedł do niego. krzepka bryła. Ogromna. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. Ale niepotrzebna była mu broń. — Nie ma jej w całym zamku. Przodem Johann. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. wymagało opieki lekarskiej... Zresztą nie chciała le eć w zamku. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz. — Jak to? Nie wiedział pan.. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. Zaiste. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. — Czasami. z prostotą. podkręciwszy obydwa palniki. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. przywitała mnie yczliwie. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. Postępowałem o kilka kroków za nim. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. w szpitalu. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. które się wywiązało. zapuścił się w grotę. Nic więcej nie wiem. Spoczywała z wdziękiem. Zauwa yłem. Ksią ę. ółtych i okrągłych. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. — A. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. — Podobno opuścił zamek. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę. na nizinach. spoglądając na ró e. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę. Spojrzałem na księcia. a i górale okoliczni nie 136 . Zapalenie płuc. — Myślałam. co ujrzeliśmy.

Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi. 137 . ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.

pod czystą białą powłóczką. nasycona pyłochłonną mazią i brudem.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. Có z tego. nie cieszyłem się tym przywilejem. Kupiłem namiot. do wspólnoty. Nienawiść. awanturników o muskularnych ramionach. całe to moje podręczne obejście. Nawet w dzień panował tam półmrok. To jeszcze zwiększało mój niepokój. Z wewnętrznym dr eniem. W lokalu było duszno. wydawała niemiły zapach. Podłoga. Doszło do tego. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. opodal balustrady. zawodowe po ądanie. opieki. Byli to przecie zbrodniarze. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. Będąc człowiekiem wolnym. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. Być sobą. Złodziei. z otchłani miasta. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. kiedy patrzyłem na nich. przystosowań. rękę ju wyciągniętą. jaką w nich budził mój schludny obozik. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. Do wartowni wprowadzono ludzi. a ciemna groźba unosiła się nad nami. teraz obezwładnionej. 138 . skurczem. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. tchnące zdrowiem. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. pogodą. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. ka dy mógłby mnie okraść. czystym i higienicznym sposobem ycia. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. Ale czułem. co więcej. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. Bałem się ludzi. nawet w pobli u komendy. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. Na ulicy. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. urzędową potęgę. Nie. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. Oto nieraz nocą. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. e wtedy wezwałbym policję. Nieprawość ogarniała mnie. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. Patrzyłem na nich godzinami. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. lśniące rondelki. spokoju. a wreszcie stało się nie do zniesienia. có nawet z tego. e zostawi mnie samego. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. a eby całymi dniami wypatrywać. zało yłem biwak. e czułem się rozczarowany. e mo e on zawróci. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. przewrócić. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. podciągniętą pod brodę. chronionego przez sztuczną. nawet na schodach. pijaków. Lęk towarzyszył mi stale. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. Okno wychodziło na ślepy mur. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. plastykowe kubki. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. przygotowywałem się na ka de spotkanie. jak nale y. Po to na bezludzie. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach. uderzyć w twarz. Sadyzm człowieka słabego. W kącie wartowni. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości.

Myślę. Przyczaiłem się na korytarzu. Stwierdziłem z ulgą. e na zewnątrz nie ma wartownika. — Wychodzę za własną potrzebą. 139 . — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. kiedy go wyprowadzono. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. do czego by to doszło. — To mo e powiecie nam wobec tego. Mój Bo e. Przed chwilą zabił człowieka. Małpie. Porzucając mój obozik. urządzony tak pracowicie — uciekłem. szerokie barki. to on! — krzyczał tamten w celi. — Tak? — na to sier ant. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. Uciekłem w ciemność. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem.

nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. Zapytałem go więc tylko. opalony. eby mi przyniósł jasiek. Barykada. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. akacjowa szafa. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. W jednym z okien na drugim piętrze. Garnek te się przyda. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. rozsypały się tu i ówdzie. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. Spełniłem rozkaz. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. ebym du o czytał — odparłem. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. widocznie pragnąc zyskać na czasie. Wszczęto śledztwo. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było.. wysłany tam przez komendanta. potem wracać. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. Widziałem. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. Dzień zapowiadał się prześliczny. — Do diabła! — mówił wysoki. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. jak to zwykle bywa. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. Musieli ją wznieść niedawno. Poło yłem się na wskazanym miejscu. Zadowolony. stoi barykada. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. eby dojrzały. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. Ka dego ranka wychodzić po mleko. przyło ona arkuszem blachy pancernej. dłubał zapałką w zębach. ktoś wywiesił białą chorągiew. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. które mogłoby na to krzywo patrzeć. kapusty. wyglądający na przywódcę. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. — Jeśli nie chcesz. które zazwyczaj trzyma się na szafie. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. Jej centrum stanowiła ogromna. Chciałem walczyć. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. — Strzelać nie umiecie. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. e przed moim domem. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. Przywołałem go cichym psyknięciem. — Jak sobie pościelesz. Ale nie mo na powiedzieć. Zamierzałem go posłać na górę. na ulicy. z obawy przed dowództwem. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce. e przydzielono mi ju zadanie. — Inteligent? — zapytał krótko. Nie bójcie się. Ogarnęła mnie zazdrość. Słońce wzbijało się coraz wy ej. zdą ający do centrum miasta. 140 . I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. oni nie podsypują du o prochu.Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. Pomidory. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy. stawiać je na kwaśne. potem to mycie garnka. Patrol. po prawej stronie. wzdłu barykady. czy nie?! Zagadnięty.. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. wrócił z wiadomością. — Tak jest. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. na targ. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. Kiedy zbli yłem się. codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. co o tym wszystkim sądzi.

Na przykład pod szesnastym. pokazał mi język. tupiąc nó kami. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. ja zaś poczułem się tak dumny. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. Nie nudziłem się. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. pewnie cichy wspólnik wroga. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. Odszedł do swych obowiązków. który zaraz wysłał patrol. poszedł zarekwirować pościel. bo stary wiarus. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. ale właśnie maszyny do szycia. le ąc na podłodze. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. Po prawej i po lewej stronie — rynny. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. w oknie koło rynny. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. dwóch jednorękich grało w szachy. misia albo kaczuszkę z drzewa. Szafa była cię sza. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. widok miałem coraz rozleglejszy. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. nie mając teraz co robić. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. — W porządku — stwierdził. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. Jeden z grających. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. e trafi na pościel. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. kiedy zza węgła ukazał się pochód. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. Musieliśmy jednak zgasić. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. wraz z częścią załogi. Potem pani wychowawczyni zasalutowała. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. czy ju przerobiły walkę na bagneciki. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. Przy tym robili to. ni mo na się było spodziewać. Potem oddział odmaszerował. meldując komendantowi. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. A tu nie pościel broni mu dostępu. oglądając moje uło enie. Ka de dziecko niosło lalkę. Nie było jeszcze dziesiątej. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Miał na myśli nieprzyjaciół. Wróg miał nadejść lada chwila. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. jak jednoręcy. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. Liczy na to. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg.

e wróg nadejdzie. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. słyszałem. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. który początkowo nieśmiało. pod ogromnym. nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. przekonany. dlaczego szafa była tak cię ka. zwo ących. widziałem pracowite mrowisko. choćby do godziny siedemnastej. — Gdzieś koło drugiego piętra. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. obracające się z wiatrem. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. farbkę do bielizny. Wydawało mi się wtedy. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem. e wróg nie nadejdzie. poza mną. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. mumie. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. Pocieszyłem się myślą. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. — Wszystko chcielibyście od razu. w dole. Dalej — dachy. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. pchających i toczących na barykadę wszystko. części karuzel elazo. Starego wiarusa nie było w pobli u. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. e umrę za sprawę. pocieszałem się zresztą tym. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. nieustanna. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. fotografie. wstą ki. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. Zrywałem się. a niechby i siedemnastej trzydzieści. choć oddalona wrzawa. jak dziecko. Do broni! — Je eli tak. to w porządku — zamruczał malkontent. Chciało mi się pić. a nawet nie ywego wróbla. 142 . usypiskiem przedmiotów. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. Chyba ju najwy szy czas. Zresztą to nie moja wina. — Obiecaliście. ale wroga. lak. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. Stary wiarus zbli ył się do mnie. Tymczasem okazało się. Bardzo chciałem. le ącym na wysuniętym posterunku. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym. stromym stokiem. anteny. bieliznę i gramofonowe płyty. eby nie być ukaranym za defetyzm.. kominy. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. tekturę. blaszane dziwolągi od wentylatorów. eby wróg nadszedł. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. pewne osłabienie — sprawiały. e nawet ziarenka grochu. czym rozporządzali: lampy. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. Tłumaczył się. Ja jestem stary wiarus. Je eli spojrzałem w dół.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. e to ju wróg. słoje. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. Spójrzcie na mnie. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. szlam. Wykryto w niej starszego człowieka. Popołudniowe słońce. choćbym miał sam szturmować barykadę. który się był ukrył. tam. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. pod betoniarkami. Podszedł do nich komendant.. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu.

Było ju całkiem ciemno. szorstkości i kształtów. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. unosząc mój garnek na mleko. Miasto miało zostać bez światła. Czasem wpełzałem w głąb barykady. wiklinę od trzciny. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. niebieska emalia. e. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. pomagając sobie palcami nóg i rąk. o ile dobrze pamiętałem. Minąłem go w milczeniu. w samą jej treść. miedź od elaza przez smak. len od wełny. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. Widziałem równie komendanta. Brodząc. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. czołgając się. skacząc. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. potem syczący szmer. Pamiętam. gdzieś w głębi. wiłem się między jej elementami. dotyk czy węch. Dobierał sobie kapelusz. Za mną waliła się barykada. arówki. 143 . Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. Szarpnąłem. skacząc po zewnętrznych wykuszach.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. to znów. kiedy. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. Najpierw rozległ się cichy stuk. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. Szukałem długo. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół.

więc z okowitą precz. zresztą R. nastały dni błękitne i złotawe. nie znając otępiającego działania spirytusu. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. Równie pogoda ustaliła się na dobre. człowieka. w zimie te da się załatwić. Co najwa niejsze. na le ąco. 144 . Czasami u ywa skrótów literowych. z wiekiem przybitym silnie. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. Wprawdzie M. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. argumenty bez podstawy.. Wino tylko będziemy pili. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. Tatara. Jak się okazało. a i to umiarkowanie. ale W. Kataru ju ani śladu. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. ale starał się naświetlić je wielostronnie. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam.. na głucho”. jak mnie spotkał.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. Czerstwy jest i opalony. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. mówił. warkocz ma gruby. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. zapisaną pismem nierównym. Ja myślę. słowa bez pokrycia. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. Rześko jest. tam był. mówi. Kawusię pies pogryzł. choć jako były uaw umiał przecie niejedno. Sabcia rośnie coraz wy sza. był to pamiętnik optymisty. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. się odgra ał. wszystko ju umówione. w intymnych pamiętnikach to normalne. eby uszy trzymać do góry. Tyle rękopis. Dach się załata. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. mówił. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. Pozdrowienia. e to tylko pró ne gesty. e te C. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. warsztat będzie uruchamiał.

rzec mo na. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. będąc półbykiem. jako oczywisty dowód. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. obecnie opustoszały.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. a nie szeregowym. ruch wahadłowy i dość szybki. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. e nie jest to pospolity oficer. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. e nawet w pustyni człowieka pora a. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. strategię obmyśla. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru. na przykład. która płynnie przemieszczała się to tu. wobec tego tylko fular poprawiłem. e ja. Mo e nawet a nazbyt odległą. to tam. gałązek i konarów. jak zwykle. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. stanę się wkrótce innym człowiekiem. który na niezbyt odległym jeziorku.. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. 145 . Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. Tym bardziej. e jeden guzik zapięty.. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. Wtem. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. napełniła mnie podziwem i otuchą. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. zmierzch wałęsał się w pobli u. poniewa z natury jestem mizantropem. Niestety. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. Choć niedawno minęło południe. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. ujrzałem jakieś miganie. przy odpowiednich wysiłkach. który. Ledwo to zdołałem pomyśleć. szczególnie na świe ym powietrzu. miał jakiekolwiek większe znaczenie. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. latem pełen gwaru i śmiechów. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. ale taki jest autorytet władzy. ale oficer wy szy. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. e ślizgający się osobnik jest oficerem. obserwując sylwetkę w epoletach. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. za ywał samotnie ślizgawki. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. ale wspaniałe czyny Herkulesa. której miłośnikiem stałem się. zima w pełni. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. nadzieją. Nikogo nie było dookoła. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. lecz jest oficerem. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. gdzie pawilon stoi. najprawdopodobniej sztabowy. grubo zamarzniętym. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. có dziwnego w tym. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. e nic zwyklejszego. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. wę a. Lecz wątek nie snuł się ju gładko. od urodzenia — zamiłowanie. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. sprawiają mi pewną przykrość. za siecią nagich prętów. tym razem jednak nie był to Demostenes. bo przecie nie ma powodu. Panowały ostre mrozy. aby fakt. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. który pokonał wadę swojej wymowy. Łatwość. e chodzi tu o wojskowego. a dwóch brakowało.

jakie mu mogłem zastosować. — Nigdy nie zapomnę. więc zły byłem. Nic. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. na plecy je sobie zarzucił i. i nawet nie wie. Tote . aby się podtrzymać na duchu. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. gdy tylko otworzył oczy. e ocalił mi pan ycie — powiedział... ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. pękające z tajemniczym gulgotem. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. zagubiony i bezradny. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. Ale teraz wiedząc. jedyne oddychanie. Samotny się czuję. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności. Wspominam o tym z przykrością. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. ani się spostrzegłem. eby zobaczyć. zazwyczaj. który. skazanej na indywidualną nieporadność. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. bo wiadomo. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. Weźmy choćby moje ycie. To pewne. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. wczepione w krawędź lodową. e tylko ja mogę go poratować. oparciem. eby wyłonił się ktoś trzeci. staram się podnieść na wy szy szczebel. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. obroną. jak ołów z mlekiem. Co do mnie. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. w sam czas. jak zwykle. kruchość i niezupełność. jak zapadł późny 146 . snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. a nawet powinienem. Równie jako metafora. Człowiek tęskni za opieką. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. Ten zaś nie chce się puścić. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka.. e nie jestem człowiekiem czynu. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. twarzą zwrócony ku niebu. ku miastu wróciłem. rękę mi podawszy. Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. pszczeli. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. Porzuciwszy pawilon. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. I. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. Trzeba zaznaczyć. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. fałszowany. Jak ju wspomniałem. pomocy znikąd. A ja. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. wprost z ula. i lęk przed ludźmi by zaniknął. w ilości zdumiewającej. było sztuczne. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. Nigdzie oparcia. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku.. — To jest dopiero coś. Niestety. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. potem za faworyty i epolety. dłu ej ju w parku nie zabawiając. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. Pracuję nad sobą. Potem ły wy odpiął. Nie yczliwi wzajemnie są. Rozejrzałem się dookoła. w stronę swojego pałacu się oddalił. z tego jeden z sygnetem złotym. a nie prawdziwy.

skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. tylko potakuje. prosimy. kogo bić. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. — I mrugam do nich. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. — Czy ja wiem. na górze. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się.. czy co. Zuchy. ale ju zasnąć nie mogłem. ni zowąd pomyślałem. Tymczasem on się nie odwraca. — Około ósmej przychodzi mleczarz. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. Chciałem się cofnąć. Postanowiłem wyciągnąć. Rad nierad. e tego nie lubi. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością.. późno wracając. Więc mo e by jego? — Mo na. — odparłem w zadumie. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. Ciągle mi się zdawało. ale nie zrobiłem tego. nie od razu zorientowałem się. Mo e jego? Prawdę mówiąc. Przewracałem się z boku na bok. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. w stosunku do niego równie mam kompleks. tajemniczy taki. ale farby nie puszcza. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem.. niby to artuję czy coś takiego.. więc zauwa yłem. którzy ju się nie kładli. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. jeszcze tego wieczora. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. Wchodzi a na czwarte piętro. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. Jeszcze na półjawie ni stąd. co? Pewnie się pan zasapał. przerywali mu sen. cię kie człapanie i przekleństwa. U siebie. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. Będąc półsenny. Okoliczność przykra z tego powodu. którzy drzemali na słomiance. a wstałem i naciągnąłem spodnie. co?” A on nie. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie. Oczywiście wolałbym w tym wypadku.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. eby je 147 .. Zadośćuczyniłem prośbie. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. a ja bym wchodził. Chciałem się zaraz zabrać do tego. wstałem i udałem się za własną potrzebą. co. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. bo mróz palił coraz mocniej. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. Na to oni: — Prosimy. — No. niewątpliwie. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. Zerwali się natychmiast. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. po czym usłyszałem znajome. i jak tam? — mówię wreszcie. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. — Zjadłem wczoraj coś. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. Nad ranem obudziłem się. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa. Ekscelencja dotrzymał słowa. Tak..

tępo wpatrywałem się w ścianę. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność. Nie było go — zameldowali posłusznie. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. e zachwiałem się na nogach. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. a sam niech przyjdzie na górę. Czasami przychodzi nawet po południu. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. e on coś powiedział. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. tak po prostu! Klęska. błysnęła mi myśl. powstałym z tego zamachu. 148 . A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. nie mogąc się ju opanować. zanim się. Odwrócić ich przypuszczenia. — Owszem. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. dno. pokręcił i poszedł. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. przejść do nich — to stało się nagle moim celem.. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą... he he!. tak zwyczajnie. wbiegłem na schody. tego. kiedy ju krzyknąłem. e lejtnanci czegoś się domyślą. uciekłem z powrotem na górę. Ale mleka nie miał przy sobie. — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego.. gładcy i uwa ni. no. wpatrzeni w klatkę schodową. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania. ale powinien przyjść bez mleka. e kazałem mu. nie wiadomo dlaczego. aby dać do zrozumienia. razem ze skurczem strachu. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. połączyć z nimi. e dzisiaj mleka nie trzeba.. boby został pobity. — Jakby mleczarz szedł. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. wiecie. zanim on coś powiedział. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. który stał. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. więc ja ju nie wiązałem. Zdyszany. e jestem tak e swój człowiek. to proszę mu powiedzieć. Czułem się poni ony. ale o mleczarza. — Co? — dodałem.. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. a serce mi biło. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. ale w ostatniej chwili udałem. W mojej głowie powstał idealny plan. — Dziękuję panom. ani siak. e się domyślają. to i wieczorem. Oszukał. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. Lejtnanci stali przy drzwiach. za to. spoufalić. bo wydawało mi się. Cały mój zawiły plan. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. nie mówiąc o bieganiu po schodach. pokręcił się. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. Poza tym obawiałem się. a jak mu nie jest po drodze. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. Ale on w ogóle nie powiedział nic. I wtem. Nic jednak się nie działo. Siedząc na nim. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. przeto. Czekali na mleczarza. Ja czekałem równie . — Jakby był. to niech mleko tu zostawi. pora ka. Wreszcie. Udało mu się odejść bezkarnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. aby zostać pobitym.. — Nie był — odparł stró tak po prostu. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie.. wszedł tu jakiś osobnik. nastąpiła długotrwała cisza. aby nie zostać pobitym. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. a jednocześnie wkupić się artem. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. Bo nie chodziło ju nawet o stró a.

na ślizgawce się topił. ale tylko na chwilę. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. to było. Rozległy się znajome. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość.. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza. idź! Tam ju czekają na górze. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. wyszedłem i ja. — I. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. zadzwoniłem. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. ni zowąd. mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki.. — A idź.. Zazgrzytał rygiel. to i ja jego uratowałem. co rano. Ci sami. Potem. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. — I. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. ulica pusta i skąpana w księ ycu. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. Jego dostojność wszystko zanotował. idź. cię kie kroki. Ja i adiutant. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. kotku.. ruszyłem na górę krok za krokiem. do siebie. nie! — na to stró .. przystając tu i ówdzie. Jeszcze ociągając się. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. Zatarłem ręce z uśmiechem i. 149 .. jakoś tak śpiewnie. — Znowu? — pomyślałem. kotku. wiesz ty. — Pal sześć! — mówiłem sobie. to ja ju idę. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu.. tym pełniejsze. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — . Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu. brak sił i oparcia. Im później.. aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę.. Brama była zamknięta. Nie ruszał się. — No. międzyludzka anarchia.. — Co było. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. Przystanąłem. czując niemal rozkoszny dreszcz. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach.

a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony. Spodziewałem się tego. wśród zwałów ramienia i przedramienia. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. Przystanąłem. bo nie przypominam sobie. który się zbli ał. bardzo grubi panowie. sceptyczne. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. tylko kwiatowy. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. jednak kiedy. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. jakby coś przypominając. pastelowe kolory.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. a nade wszystko dobrej kuchni. a je eli tak. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. prawie podobny do krą ka. Wychyliłem się ostro nie. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. który wstrząsał nim całym. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. a raczej ró any. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. Zobaczyłem du y ogród. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. przedostałem się poza ogrodzenie. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. mimo e nie lubię się narzucać. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. jak i przechodniom. — Je eli mnie zauwa ą. Stroje mieli barwne. o ścianach pomalowanych na beztroskie. usłyszałem nowe śmiechy. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. e jestem mleczarzem. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. które było jak wielkie państwo. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. ró nokolorowo poplamionych. eby jeden spojrzał na drugiego. udam. w szelkach — przycinało gałązki. niósł koszyczek. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. Za siatką rósł gęsty ywopłot. ale nie warzywny. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. 150 . Nie to jednak było zaskakujące. raczej gruby ni wysoki. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. ale śmiech. koszule w kratę. i takich e czapeczkach. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. ale musieli dobrze uwa ać na palce. ale jakby w porozumieniu. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. Stwierdziłem tak e. a wesołość przybierała na sile. ju zbli ając się do węgła. Na zgięciu kapitalnego łokcia. z czegoś wspólnie im wiadomego. Nic nie mówili. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. przeznaczony zapewne na zakupy. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu.

kościstym palcem trącił globus.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. 151 . Zajrzałem przez dziurkę od klucza. szezlongi. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. poduszki. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Cienkim. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. ciemne parkiety. zbyt gruby. Pchnąłem drzwi na prawo. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. Wielka biała kuchnia. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. Wydawało mi się nawet. ściągniętą. pękając ze śmiechu. ale bardzo gruby. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. który obrócił się lekko i wolno na osi. skrobanie. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. nie słyszałem ju ani śmiechu. W głębokim. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. Chudy odwrócił oczy. — Razem z psem. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. otomany. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. — Ze mnie. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. suchą. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. charcią. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. eby go cokolwiek obchodziło. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. Twarz miał pociągłą. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. mielenie. Lśniły woskowane. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. jakby tak e się śmiał. długim. Doszedłem do końca korytarza. e ziewa w pewien określony sposób. Przed nim stał na stoliku globus. sofy. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. szum bulgotanie i chóralny śmiech. W pokoju story opuszczono.

unosiła się z miejsc. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. Na ringu pozostała kula. i to coraz rzadziej. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. a nadeszła chwila. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. szybkie na początku spotkania. Nazajutrz. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. ale jeden potwór. W tych okolicznościach. głód doskwierający tłumom. potrzebujący gwałtownych podniet. względnie ustępstwa. Rzekłbyś. na skutek ogólnej zawiłości. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. Jednak po upływie długiego czasu. zmęczenie. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. Godziny przedłu ały się. dociekał. Na ringu. obdarzony podwójną ilością tych członków. Powszechne niezadowolenie. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. podobnej budowy. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. to w ka dym razie znu enia. światła w większości pogasły. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. Do pewnej jeszcze chwili sędzia.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. nastąpi rozstrzygnięcie. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. Ruchy ich. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. Ju i okrzyki jakieś padły. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. w białym świetle. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. jak oplatali się wzajemnie. eby pójść na kolację i do łó ka. Tymczasem była ju najwy sza pora. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. Równego cię aru. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. jakimi zwykle rozporządza człowiek. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Ale potem. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. zło ona z zawodników. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. Sala opustoszała. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. spełniając swoje obowiązki. kiedy kula na ringu. obaj dotychczas nie zwycię eni. po zerwaniu plomb. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. nie podnosząc głosu. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. je eli nie zobojętnienia. obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. jak są. Ju na początku widzowie zauwa yli. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. Tłum zapełnił wyjścia. stawały się powolniejsze w miarę. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. Publiczność. Miała to być walka a do skutku. nietrudno 152 . ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. e takie wyjście znaleziono. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. a stale wzrastającego napięcia walki. starannie pokryta pieczęciami. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. krzyczała.

wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. wypełnić czymś pustkę. którą stworzyła bezczynność mięśni. to było wcześniej. Wtrąceni w nowe. cię ko dysząc. zaraz. ty mi powiedz. eby zabić nudę długich. to całkiem co innego. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. Słabe. otwarte okna.. — i zamyślił się a do bólu. — Pyton.. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. Jednak. dziecko. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. e ona to pisała na tablicy czymś.. — zawstydził się dumnie Pyton.. pustej i mrocznej sali.. — Nie.. — Po prostu jest nas dwóch. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju.. a resztę po cztery.. dotarł do ucha Szatana-Maty. rozprawiali trochę. wśród barków. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. nieznane im warunki. tricepsów i mięśni kapturowych.. Zaprawieni w walkach. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. — Ja. lędźwi... — To mo liwe. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. stóp. goleni.. coś na niej pisze. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton. — stwierdził stanowczo Pyton. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. Szatan-Maty zdziwił się. a ten z 153 . pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. jakby białym kamyczkiem. — Du e pomieszczenie. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. szukali czegoś w sobie. dość e po chwili rozległ się głos Pytona. Były tam tak e inne dzieci.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu.. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. choć unieruchomieni. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. — Jesteś? — Jestem. rodzaj tablicy. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę. To jasne. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę. — Tak mi jakoś przyszło do głowy. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. to ja.. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. który zło oną drogą. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. ja w nim. nocnych godzin opieczętowania. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe.. całkiem mały. Ty. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. Rozmowa toczyła się dalej. zaraz.. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach. — Ja... — Dwa.

czy te sprowokować koniec. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. podnosił się. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. co potem.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka. gdzie dach był szklany. A ta gwarzyła coś do siebie. to by ci było dopiero!. cichł. niektóre coraz trudniejsze. Wysoko. Mijały godziny w ciszy. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. — Pyton. spierała się o coś. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. szeptała. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu.. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. — Bo nie wiadomo. gwałtownie mizerniały lampy ringu. ciemności. Bryła na ringu odpowiadała sobie. Ale było ju za późno. choćby za pomocą kawałka elaza.. pod kopułą. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. stanęła ju blada. nie zwracając uwagi na kulę. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. wątła poświata. 154 . ledwo słyszalny. Gdyby to było wiadome. chłodzie. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. opadał.

Trzeba yć. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. . Publiczność chętnie przygląda się zapasom.. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. Wystarczy. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. Najgorzej jest zimą.. to znaczy. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. Mnie tam wszystko jedno. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury.. na przeciwnych krańcach szachownicy. nie wyłączone elazko w domu. Ty. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. co zwyczajne. — Dobrze ci tak mówić. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi.. Bywają partie. — Mam początki reumatyzmu.. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. pięć najwy ej. przelotni bywalcy i zawodowi goście.. ale spotkałem kolegę. zawsze zale nych od okoliczności. nie podlegając ani załamaniom.. Szybko się męczą. — Czy wiesz. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. oddzieleni od tłumu. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. mo e przyprawić o katar i melancholię. świątek czy piątek. mamy pod dostatkiem. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. Gorzej. czternaści do stołu.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. co to są ywe szachy? To samo. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). Odpowiedziałem. połowiczni stró e. ale na wielkiej. ani wzlotom.Oczywiście. Dostarczyciele. Dachów. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie. e przeziębiłem się niedawno. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy. eby nie zbić swego zamiast obcego. całkiem byłby z niej zadowolony. a tak e odpowiedni park kostiumowy. podczas słonecznej pogody. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać. Ale ja pracuję. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz. a zrozumiemy.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. tyle e pochmurne. mogą mnie wyrzucić. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. i to właśnie pod gołym niebem.Praca ta jest względnie lekka. na skutek zamieci śnie nych. . rozporządzających odpowiednim terenem. którzy od początku nie interesują się sprawą. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. chwalić Boga. Na razie to początki grypy. przyboczni. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. odsiadywacze. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. przemija. Występuję tam 155 . który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. ebym dzisiaj zmoknął. a przy tym przeszkadzają grającym. . Zapytałem. chwilowi pocieszyciele. Wyjaśnił.Na razie jednak mamy lato. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. W lecie. Znaliśmy się od dawna. Trudno. mo e wydać się całkiem przyjemna. Jesienią. . gdzie obecnie pracuje. Tylko tacy. który wydawał się tym bardzo zatroskany. zaczynają się niecierpliwić. podczas których.. Oczywiście. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy. e przecie wcale nie musi moknąć. w stopniu równomiernym. Potrzebni są ludzie wynajęci. W kościach mnie zaczyna łamać. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. Zamiast martwych. Zawodów imaliśmy się niepewnych. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa. podczas długotrwałych szarug. Ochotnicy nie zdają egzaminu. gracze muszą zasiadać na podwy szeniach.

eby taką mo liwość odrzucać. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. wystające spod fantastycznych konstrukcji. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. pozostały zwyczajne. kiedy stanęła za mną czarna wie a. Po egnaliśmy się. Tylko stopy. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. a to. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. dziwnie małe. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. Ja kładę się do łó ka. którą miałem przebyć u wylotu sieni. Oddać przysługę przyjacielowi. pyski o zębach wyszczerzonych. przy tym zarobić — nie ma powodów. Zastąp mnie. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. Przeszedłem przez bramę tej grubości. — No to idę! — Idź. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. choć nadzwyczajna. w górze. wręcz zbyt szczerego zachowania się. Jutro mo e pogoda się poprawi. e ywe szachy to tak e widowisko. Mo e pod koniec lata zostanę królem. Zastanowiłem się. tak obszernego. Odruchowo 156 . obute w ró norakie. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. surowe. proszę. pod wpływem tylu spojrzeń. więc zawsze. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. Laufrom płacą lepiej. Cała dniówka przypadnie tobie. według starszeństwa. ale i we wnętrzu jak gdyby. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. zniszczone obuwie. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. konie były olbrzymie. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. te nieregularne. wie e. Jestem w białych. tylko dziś. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. pokazałem publiczności czyrak. niby to złącza cegieł. eby mnie oglądać. Sąsiadujemy. Ju wtedy. A sam powiedziałeś. z których ka dy był wielkości kafla. o tyle laufry. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. zamieniamy parę słów. jak na premierze. prawie e tunelem. nie sprawiała niezwykłego wra enia. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. gdzie mnie ogląda tłum. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. Nie zauwa yłem. miałem trudności. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. Prywatna gra. Wy ej końskie karki. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. współśrodkowe. bo więcej biegania. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. Gry odbywały się na dziedzińcu. Poza tym wydaje mi się. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. adnego gapia. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. e była raczej sienią ni bramą. e skoro ju przyszli. w teatrze. zmusza mnie do otwartego. talerzowate kryzy laufrów. Pracuję dla dwóch starszych panów. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła.

łuki i balustrady.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. 157 . mo na sobie pozwolić. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. wszystko na jednej płaszczyźnie. a nam nogi cierpły. byle ostro nie. — Oho — powiedział pionek przede mną. podobnie jak innych. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. eby dym nie szedł do góry. co i jak. Wiadomo. Trzeba tylko wiedzieć. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej. Grzecznie wyjaśniłem. w środku. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. Na przykład teraz. jak będziesz blisko. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. ale zanim się zacznie. Co innego. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. Przemówiłem do niego. je eli się pracuje w koniach. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. Często zasypia na stojąco. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. Powietrze. — Uwaga. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. szeroki okap ocieniał elewację budynku. e koń skacze na boki. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. kiedy znowu znalazłem się koło niego. W środku było duszno i ciemno. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. a to się liczy w późniejszym wieku. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. e nie jestem przygodnym gapiem. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. Na starość przydaje się parę groszy więcej. nie było przejrzyste. na blanki. co robić. Kilka razy. przesycone wilgocią. to specjalnie nie podpada. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. chocia wiedziałem. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. Jakbyś widział. eby zauwa yć niski poziom tej gry. a on się nie rusza. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. e na niego kolej. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. Potem ju jest gorzej. Grywałem kiedyś w szachy. bo co prawda figura jest cię ka. Mo na sobie jeszcze zapalić. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. w której teraz wypadło mi wziąć udział. bezładne. nawet nieźle. tam. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. Taką mamy z nim umowę. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. milcząc. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. Musisz się uczyć takich rzeczy. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. Dzięki temu kolumnada. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. zapominając nas o tym uprzedzić. Wie a stała nade mną. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. pochmurność przygasiła wszystko. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel. to zastukaj mu w ścianę. ani z drugiej strony. Wkroczyłem na dziedziniec. ale za to mało chodzenia. Ale pomimo tego gra go starszy facet. — Tak. Po mojej prawej stronie stanęła dama. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie.

przyzwyczaili się ju do takich niewygód. nie powinni niczego zauwa yć. tak jak stoimy. Nieraz nawet płacze. powoli nabierają rozpędu. przekątnej. e to się zdarza.. Czarny laufer. co i on. Najbardziej oczywiste. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. Szczęśliwy przypadek. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. nic się nie działo. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. tak się przejmuje. które przeoczono. — Jego szachy. Coś im słabo idzie. Nieznacznie. Byle tylko nie przesadzać. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. Na myśl. Tymczasem zaczął padać deszcz. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . wysoko. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. Minuty mijały. więc zostawiają nas na noc. na tle rozległego. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. kiedy deszcz nieco zgęstniał. — Który lepszy? — Bez ró nicy. Boję się. Zaczynają z rozwagą. Takie deszcze nie mijają szybko. czy co? — Nie jego. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. stawiając wszystko na jedną kartę. Gargulce. Zewsząd dolatywały ró norakie. z tekturowej masy. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. znalazłszy się na tej samej. Nie daj Bo e. dwa pola. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. bo wiadomo. Zbito kilka pionków. samowolne przesunięcie się o jedno. szemrzące odgłosy kropel. oklapł najwyraźniej. a pogoda niepewna. 158 . któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. powiedzie się na pewno. spadających z ró nych wysokości. To patriota. mają w zapasie parę dni. Złość mnie ogarnęła. sześć godzin. Dookoła panowała ogólna gnuśność. nie mogę na to liczyć. oczywiście je eli nas zobaczy. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. Dlatego właśnie tak cię ko.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. Z zazdrością patrzyliśmy. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. starzy pracownicy szachowi. Maleńkie oszustwo. — Poszedłbym sobie do domu. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. ale widocznie im się pogorszyło. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. zajęci sobą. Policzyłem do stu i. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. — Uwa aj na niego. zajmując coraz to inne pola. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. Krople były dokuczliwie zimne. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. — Mo ecie iść do domu. deszczowego szumu. więc się nie spieszą. Sklerotycy. drobny na początek. w górze. a poza tym donosi. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę. ustawionych naprzeciw siebie. eby dzisiaj nie było tak samo. Kopułka nad moją głową. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. potem coraz głośniej. Oni wszyscy. Ryzykowałem. Konia mi gdzieś znowu zabrali. Nie mogąc dłu ej tego znieść. kolego — powiedziałem. najpierw nieśmiało. jak schodzą z szachownicy. zaczęły cieniutko śpiewać. ozdobne wyloty rynien.. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. Bywa i tak. ale jest namiętny. Wtedy jest najgorszy. eby czarne przegrywały. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. — Jesteście zbici. Musiałem odczekać. złościłem się jeszcze więcej. Ale nie było rady. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra.

e mnie nienawidzi. Na szachownicy zostały dwa króle. Rozmiękły blanki na wie y. eby niczego nie zauwa yła. Nie mogłem się z nim. nawet je eli coś podejrzewała. Nie chcę tracić posady. Moje obliczenia okazały się słuszne. dopóki nie nabrałem pewności. prawie się ju nie krępując. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. co się działo naokoło. Panowało tak powszechne znudzenie. co popadło. Sflaczały. Nie ukrywał radości. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. Z naszych. prawie nie zachowując pozorów. co się dzieje. nic mnie nie obchodziło. Sama miała nieczyste sumienie. zbiła go. e ona zdaje sobie sprawę. Widziałem. e czarna wie a wie o mnie. a na królach puściła farba. schodząc z szachownicy. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. w butach chlupało. zaczepnie. Au! — krzyknął niemal. Nie ulegało wątpliwości. Deszcz rozpadał się na dobre. jak brutalnie i. jak gdyby nigdy nic. Moje wysiłki szły na marne. Pomógłbym ci. ale miałem dowód. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. Wiedziałem tak e. Jako zachwiał się tylko. Otó . co czarnych. ta w grubych trzewikach. — No to lecę! — zawołał. Co do samych graczy. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. kiedy się zorientowałem. po egnać. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. usunąłem czarną damę. Owszem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. On jeden wiedział. ale białych ubywało tyle samo. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. U nich tak samo. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. e czarna wie a. więc. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. pomimo moich wysiłków. Nie wolno mi było pozostać w tyle. ale starałem się działać jak najdalej od niej. niestety. e coś nie jest w porządku. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. stare półbuciki. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. to mnie wyleją. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. czarna wie a i ja. Zająłem jego miejsce. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. taka obojętność. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. Je eli ja wpadnę. Zrozumiałem teraz. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. e i ja o niej wiem. napęczniały deszczem moje kryzy. Robiła to samo co ja. Spodziewałem się. Ty co innego. pustej przestrzeni. miałem na względzie i tę okoliczność. I odkryłem. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. bo musiałem. czy czarni mają ruch. czy biali. Przyczaiłem się jednak. robiąc coraz krótsze przerwy. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. — Cześć! — zawołał do mnie. Ona równie unikała spotkania ze mną. poza mną i królem oczywiście. kopiąc swoim zwyczajem. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. nie zwlekając. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. Zwycięstwo białych. dla którego w ten sposób pracowałem. tak e szachruje. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. Ani pisnęli. Uporaliśmy się z nimi szybko. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. bo ty pracujesz na dniówce. Podziała się gdzieś 159 . ale jestem etatowym pracownikiem.

— Koniec — powiedziałem. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Zatrzymał się. co. — Szach! — ryknęło w ciemności. eby się jej nie nadstawić. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. wzmocniony echem jak megafon. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. bo trzymała się z daleka. powiedział „dobranoc” i poszedł. czy gracze jeszcze są. Co gorsza. nasiąkając wodą. e tu nie ma co dyskutować. o czym mówił koń. Uświadomiłem sobie. pociągając go za sobą. zdjąwszy buty. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. Wtedy — sądzę. ale nic takiego nie było słychać. Ziewnął. Staliśmy tak we czwórkę. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. Rozumiem. podcieniami. e gracze zostawili nas na noc. gdyśmy. oczywiście. Pojąłem. e partia zostaje nie rozegrana. ukryliśmy się za kolumną. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. Ju nie było powodu się spieszyć. Nie dałbym głowy. Remis. szerokim szumem. obcią ony wiekiem i kostiumem. ju . Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. bo zwróciła się do białego króla. szachując sobie nawzajem królów. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. przesuwali się koło niego. podwójnie cię kim od wody. Bacznie śledziłem wie ę. e tak nie umkniemy. Oni pewnie ju poszli. czego po ądał. Jest ciemno i leje. Zastukałem mu więc w ściankę. na przełaj. Było ju tak ciemno. uwa ając przede wszystkim. Odeszliśmy powoli. — Szach. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat. to szach — odparł ponuro. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. e starzec. bo kroki ucichły. tu za naszymi plecami. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. — Idziemy. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. ku bramie. idę. mo e zdarzyło się to. Wreszcie dała za wygraną. ale sami widzicie. Ostro nie. Biegnąc co sił. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. — Słuchajcie. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. kwadrat po kwadracie. Zrzuciłem kostium. widocznie zasnął mimo wilgoci. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. Odczekaliśmy dobrą chwilę. Lało strumieniami. czy się rozeszli. Pod sklepieniem. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. Kiedyśmy stanęli na skraju. Odskoczyliśmy. Mój król nie poruszył się. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. puściłem się biegiem w stronę kru ganków.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. Widocznie wiedziała o tym. — Jak mówię szach. 160 . i widziałem z rozpaczą. Porwaliśmy się do ucieczki. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Sztywna. Biegłem ju bramą-tunelem. Zdyszani. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. Postanowiłem z tym skończyć. Chodźmy lepiej do domu. w skarpetkach. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. dziadku! Nie słyszeliście? — A. Obszedł nas naokoło. e partia jest nie rozegrana. pozostał w tyle. — Szach! — powiedziała ochryple. wielka kukła stuknęła o posadzkę. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. odkryłem jego podstęp. idę. gdyby tylko zbli yła się do mnie. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo.

wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”.. którzy mogli wszystko widzieć. te nie był do pogardzenia. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. jak się domyśliłem. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa. zawsze pełnym ółci. ale do pewnego stopnia przyciągała. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. przyznaję. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. Podczas zaokrętowania i później.. A było jasne. — „Dym para. e po pierwsze. którzy zostali. nawet z danych. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. poniewa sam nie mogłem widzieć. umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję... jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. wcią niepewny. kto widocznie.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. a przynajmniej jednego z nich. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. kiedy statek odbijał od nadbrze a. Rześki podmuch morski. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. nie natknąłem się na owego 161 . Mo e ma pan dla mnie co innego”. Kto inny. liczyłem jednak. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. na przykład. zostanie stwierdzone na głos. Klient szydził z ka dego z osobna. barwy. Krupę. po okresie niepewności. a więc i w mojej bliskości. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. prospekt innego statku. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. niezbyt kulturalny. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. konstrukcje. szkalował ich pokłady. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. jakie wymieniali między sobą ci. e coś niecoś i mnie się dostanie. Dość na tym. zapytując na odchodnym urzędnika. tak jałowych wydawałoby się. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. śledzenie gry chmur i zmienności fal. zdecydował się na jeden. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. dlaczego. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. e. wszystko. jakiś druzgocący docinek. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. Byłem prawie. Bo kiedy tak stałem. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. po egnalne okrzyki.. Postaram się wyjaśnić. ślepy. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. Bóg wiara. Ale klient ju miał w rękach. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. ten sam głos odparł: „Przecie mówię. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. ebym mógł się tego wyrzec. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie.. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. o ile wolno mi u yć tego słowa. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. Ja jestem ateista. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . nie bez uwagi: „.

mo e panu zaszkodzi!” „Ach. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. na których układa się ycie. paradoksalnie niedostępnego. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem. co unikaną. Dopóki miano złudzenia. mimo e tak wielkim. Tak się jednak nie stało. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. samotnie podró ującą. co oceaniczne. ale szydercą. w którym bie ąco przebywał. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. ten?” — zawołała z pogardą. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. co się pyta” — odparł. stosował się do ogólnego rytmu. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. chocia . nie mogę”. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. bar przed kolacją i po kolacji. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. Ciekaw byłem jego powierzchowności. względnie łysej. taś!” — wołał na widok bosmana. Słyszałem jego głos donośny. wszystko było jako tako w porządku. nic takiego”. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. „Ach. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. posługując się moją laską. „Paso yta. Śledziem oczywiście. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. swobody. dodając. e wyra a się on złośliwie tylko o tych. To wstrętny typ!” Wiedziałem. do cocktail-baru i palarni. skąd się wzięło jej oburzenie. nigdy się nie uśmiecha”. A e człowiek. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. „Taś. nie był więc bezinteresownym humorystą. którego szukałem. tego nie udało mi się stwierdzić. siwej. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. a nie przypuszczałem. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. On powiedział o panu. Kto je śledzie. którzy nie mogli go słyszeć. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. „Nie. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. pomimo e. chudy. Trzeba zaznaczyć. Tak zaczęła się nasza przeprawa. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. nazwał ją paso ytem. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. kogo miałem na myśli. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. taś. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). przemierzałem wszystkie trzy pokłady. nawet wtedy on się nie uśmiecha. eby nie tracić z nim kontaktu. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. doznawszy z kolei ulgi. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. ten zajedzie. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. Na statku. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. kiedy raz podano na obiad kaczkę.. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. którzy. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. które kojarzy się ze wszystkim. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. ni to się wydaje widzącym. choć chrapliwy. palarnia po obiedzie. Siedzieliśmy w sali barowej. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. Podczas pierwszego posiłku. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. Co 162 . Nie musiałem dokładniej określać.. głowie pewnego zamo nego d entelmena. Słyszałem. która szczególnie mną się opiekowała. których przed chwilą opuścił. Nigdzie nie słyszałem jego głosu.

jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. to one wyglądają. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Usiadł przy mnie. Pędził więc gdzie indziej. Wtedy zrozumieli wszyscy. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. martwo urodzonymi pointami. Na przykład. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. jak i zwierzętom. Pewnie. co wisi.. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. — Tak. — Nie przeczę. ale wręcz go do nich zachęcałem. Tupot oddalających się stóp ucichł. Objęła go ogólna anatema. Byłem jedynym. Tego właśnie się spodziewałem. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. nauczony doświadczeniem. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. — Rzeczywiście — przyznałem się.. — .. zwracając twarz do słońca. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Mo e było to dla niego ucią liwe. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. ale ju mnie nie opuścił. Milczał potem jeszcze długo. ale nawet jej oczekiwał. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. Krą ył więc. słysząc. a nawet przedmiotom. W zamian za ową dbałość o stronę opisową.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza.. uznania nie szukał. przymilnego śmiechu. e pan to opowiada dla dowcipu.” — Wiem. jeszcze w biurze okrętowym. pan nie widzi. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. czasem jakimś pytaniem. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. co wisi. Domyślałem się tego. — Sądziłem. w coraz to krótszym czasie. a ju nie miał słuchaczy. zadyszany głos: — A to. a ju wokół niego powstawała pró nia. ale nie miał innego wyjścia. — Przecie powiedział pan: „to. prawda. Zapewniłem go. jak nie wiem co. co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. I zamilkł. otrzymał całkowitą 163 . Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć.. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. Tego wymagała nasza symbioza. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. będzie wymagał ode mnie. wiem — przerwał mi.. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. — No. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. Dostałem go na własność. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami. przechadzającej się po pokładzie. następnie opisać jej powierzchowność. w dość licznym towarzystwie. osłoniętej od kierunku naszego kursu. cały brzemienny stłumionymi. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce. Przy tym.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. — Pan myśli. a na środkowej części statku. e takiej właśnie reakcji. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. eby sobie nie przerywał. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. o której wspomniałem. e tak — wycofał się nagle. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. który nie tylko nie unikał jego obecności.

— Co to jest? — zapytałem. chyba nie zauwa ył. to pan myśli. e tak łatwo jest stale mówić dobre. Potem on... kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. ni to było potrzebne. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. zaczął się krztusić ze śmiechu. jak słowo daję! Zgubił panamę. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem.. — Tam. stromych schodach. Myślałem.. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. ale ciągnie w złą stronę.. nie mogę. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. które zawsze wybierał mój towarzysz.. co widział. Widocznie pojawił się cały tłum. Nagle rozgniewał się. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. Nie! Idzie dalej. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem.. Ale on. ale szarpie! No. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. To nie dlatego. pojawiły się na falach. — Pierwszorzędna satyra. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. zmienionym głosem: — Ja nie idę. nie jestem. eby dostać się do szalup. — Na dół — odparł. A potem.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. bo nagle zaczął mówić szybko. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. —— Najhecniej. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. nie mogę!. zwykle on mi w tym pomagał. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. Niedołęga. — Pod nami. Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. Tego się nie spodziewałem. — W ratunkowych. Wraca się. bo omal nie zgniotła nam płuc. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej. Staje. Ten stary z wąsami. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. zamiast odpowiedzieć. Rozwa yłem sytuację. w miejscu. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. całkiem blisko. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. na lewo. Idzie w pi amie. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. które. Pojawiła się niespokojna fala. Korkowy pas został w kabinie. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . przez system korytarzy i schodów. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. — Tam. pełen niedobrych przeczuć. na najwy szym pokładzie... kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. ale ja nie idę. dotychczas słoneczna. Nie. Najhecniej wyglądają w tych pasach.. A co do złych dowcipów. Ojej. Nie. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. jak zwykle. nie nadą ając za tym. zderzyli się... Krótkie milczenie. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. zmieniła się. A tam. Najpierw nale ało zejść po stalowych. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. czy co. jeszcze w biurze okrętowym. jak to przedtem dokładnie opisał. — powiedział wreszcie. Otó dzięki temu. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. nie krępując się wobec mnie. eby się z czegoś nie naśmiewać. bo słyszałem tupot licznych stóp. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. W trzecim dniu podró y pogoda.

. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. e jesteśmy. kaleką. sprowokowany. a więc niczego nie udają. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. widzę ją zmysłowo. która. pretensjonalne. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. e przed panem ucieka. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. — Jak to. nie wiemy. We mnie. mnie. ale. e ja tylko się bronię? — Czy to. do czego. z góry pretendujemy do czegoś. I pan chce. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. Widzę ją tak. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. po tym wszystkim. albo o sobie nawzajem. pierwszy walczę. potęguje. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. to sprawa dalsza. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. Jeszcze nikt nie słyszał. choćby nawet samych siebie. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. 165 . dał dowody normalności. pańskie dowcipy. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. odbiciem. niech pan wybaczy. choć prawdziwa. ale ta walka jest beznadziejna. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam. eby od razu być całkowicie. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. Ale mam jeden niezbity dowód. eby. e jest wariatem. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. ale wyłącznie między sobą. Z tą. jego niewinność ją podkreśla. „Chyba. jeśli łaska? — Wszędzie. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. nie podlegają więc śmieszności. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. z góry przegrana. e zwierzęta. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. — Bo nie chcę być śmieszny. Zdarzały się takie wypadki. Bo. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. pomijając. To prawda. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. istniejąc. co pan powiedział. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. Atakuję. Robię. Jego nachylenia nie zmieniały się. chcę uprzedzić cios. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. e to. do czego. ta pańska prawdziwa śmieszność. tylko są. one po prostu są. Człowiek — zgoda. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. eby mi pomógł dostać się do szalup. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. Ja te jestem. co mogę. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. będące co prawda tylko moją projekcją. w panu. czy te ją poświadcza. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. delfiny na przykład. To nie wynik intelektualnej spekulacji. który zaprzecza.. na szczęście. W tym. Przeciwnie. zaprzecza pańskiej normalności.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. I przez to ju nara amy się na śmieszność. je eli chcę go nakłonić. Widzę ją w ka dym człowieku. bo udajemy.

utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. co chce mi pan powiedzieć.. do której wdarła się złośliwość. jak tego oczekiwałem. Mała szkoda. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. To wszystko rozumiem. Milczenie. rzuciliśmy się na dół. Oczywiście. nie jest śmieszna. nie ma dla pana znaczenia. jego ręka była mokra od potu. Słyszałem jego głośny oddech. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. nawet prosty ludzki odruch. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. w przejściach. wiem. — Wracają — powiedział. kiedy się bałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. To przez pana! Puścił moją rękę. A przeto czynne unikanie nicości. samotnie stukały tylko nasze kroki. — Rozumiem wszystko. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. W korytarzach. gdy taka idzie gra. dla pasa erów. ale aktywne ratowanie jej. Ale nie. e znowu do śmiechu. — Wszyscy wracają. gdyby alarm był prawdziwy. Były momenty. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. biegnąc. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. na schodach. nie o mnie chodzi. Była to najgorsza chwila i trwała długo. było ju pusto. mówił tylko do siebie: — To znaczy. nie mówmy o mnie. Ale wie pan. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. Ostatecznie. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. Chwilami prawie mnie wlókł. To był próbny alarm. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. kiedy statek tonie. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. — Co się stało? — zapytałem. Wszystko do śmiechu. A po chwili: — Kto panu powiedział. gwałtownie. Nie spotkałem go ju do końca podró y. Potykając się. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. jak uratowanie kaleki. e mnie porzuci. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. bo tylko nicość jest powa na. ucieczka przed nią. nie do zniesienia dla pana. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony.. Nierówno. do szalup. Nie chce pan zejść. ◄KONIEC► 166 . omal nie straciłbym ycia przez niego. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. na pokładach.

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful