OPOWIADANIA

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Sławomir Mro ek OPOWIADANIA
Wydanie II poszerzone

Wydawnictwo Literackie Kraków

2

Sławomir Mro ek – Opowiadania

P R A C Ę W Ł O O N Ą W P R Z Y G O T O W A N I E W E R S J I E L E K T R O N I C Z N E J D E D Y K U J Ę W S Z Y S T K I M P O S Z U K U J Ą C Y M M Ą D R O Ś C I

Obwolutę i okładkę projektował ANDRZEJ DAROWSKI Redaktor IRENA SMORĄG Printed in Poland Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974 Wyd. II. Nakład 30 000+283 egz. Ark. wyd. 15. Ark. druk. 18,25 Papier offs. imp. kl. III, 82X104, 80 g Oddano do składania 19 XII 1973 Podpisano do druku 13 V 1974 Druk ukończono w lipcu 1974 Zam. nr 896/73. S-63-17. Cena zł 40.— Drukarnia Narodowa, Kraków, Manifestu Lipcowego 19

3

...................................................................................................................................................................................................................... 27 Tło epoki................................................................................................................................... 34 Przygoda dobosza ................................................... 53 ycie współczesne...................................... 32 Wyznania o Zygmusiu.................................................................... 44 Poezja ........................................................................................................................................... 18 Lew . 55 Zdarzenie ..................... 70 4 ...........................................................Sławomir Mro ek – Opowiadania SPIS TREŚCI PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Półpancerze praktyczne ........................................ 7 Sprawa porucznika C.......................................................................................................................................................................................................... 65 Sceptyk .................. 29 W szufladzie ....................................... 60 Zakochany gajowy........................................................................................ 36 Spółdzielnia „Jeden” ..................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 56 W podró y ............................................................................................................................ 42 Koniki .............................................................................. 68 Kronika oblę onego miasta ..................................: opowiadanie Arkadego N....... 24 *** ..... 22 Monolog ................................................................................................ 46 Droga obywatela............................................................................................................................................................................................................... 23 O księdzu proboszczu i orkiestrze stra ackiej... 31 Fakt ... 13 Chcę być koniem ........................................................... 14 Dzieci............................................................................................................................................................................................... 11 SŁOŃ Z ciemności ............................................................................................................................................... 61 Wiosna w Polsce................................................................................... 9 Sztabskapitan Hipolit................................................................................................ 40 Ostatni husarz ................................................................................................................................................................................. 20 Przypowieść o cudownym ocaleniu ................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 58 Sztuka ................................................ 38 Złote myśli i sentencje......... 67 Słoń........ 63 Weteran piątego pułku.......................................... .................................................................................................................................................................................................................................................... 48 Z gawęd wuja ......................... 17 Mały.................................................................................................................... 15 Łabędzie ........................................................................... 50 Pastor ........................................................

...................................................................................................................................................... 124 Wierny stró ...................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 77 Spotkanie ................................................................................................................................................ 140 Testament optymisty .................... 97 Wesele w Atomicach ....................................................... 101 DESZCZ Mały przyjaciel....................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... 85 Profesor Robert...................................................................................................................................................................................................................................................... 144 Mon général...... 138 Jak walczyłem ......................................................... 161 5 .......................................................................................................................................................................................... 127 Upadek orlego gniazda ................................................................................................................................................ 155 Pasa er ........................................... 99 Wspomnienia z młodości........................... 83 Rękopis znaleziony w lesie ............. 111 Ad astra...... 86 Podanie .......................................................................... 110 Ptaszek ugupu ................................................ 145 Ten gruby........................... 93 Przeja d ka................................................................... 152 Szach............ 105 Góral ........................................ 130 Na biwaku................................................................................................................................................................................................................................................................................ 114 Nadzieja ............................................................................................. 81 Ni ej ..... 150 Interwał...................................................................................................................................................................................... 90 Wina i kara .................................................................................................................... 108 Współczucie ............................................................ 79 Odjazd........................................................................ 89 Przygoda w czasie ferii........................................................................................................................................................ 76 O nagości ............Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH Muchy do ludzi................. 95 Kto jest kto?............................................................... co się śmiał.....................................................................................................................................................

Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE 6 .

. W parku. Zatrzymał się obok i słuchał ciekawie. na ulicach. — Ale ja potrzebuję dwadzieścia sztuk. Na drugi dzień. zaopatrując je sloganami: „Półpancerz w ka dym domu” „Jeśliś harcerz — kup półpancerz” „Nie pomo e koń ni wie a — jeśli nie masz półpancerza” (Hasło dla szachistów) Na razie jednak nikt nie ądał półpancerzy. którego uwa aliśmy za specjalistę od reklamy. Tymczasem zbli ał się okres remanentów i sytuacja stawała się powa na. Zapas był na wyczerpaniu. Eugeniusz. u ywany swego czasu przez landsknechtów. wymykali się upokorzeni. Niektórzy wychodzili od nas błyszcząc kadłubami odzianymi w stal. ale nawet gdyby tak było. zauwa yłem posępnego blondyna. Pośrodku klęczał staruszek i ze łzami w oczach prosił o pięć sztuk półpancerzy. wykluczone. naturalnie. Ju po chwili otaczał ich mały tłumek. w godzinach największego ruchu. ale eby a tak. a nazajutrz. półpancerze praktyczne!!! W czasie przerwy obiadowej przybiegł do mnie kolega Eugeniusz. nie mogę — bił się w piersi sprzedawca. — Panie. Wtedy właśnie zgłosił się do nas staruszek. Nasz Dom Towarowy otrzymał czterysta nowych półpancerzy. Zdaje się. e były one przeznaczone do rekwizytorni jakiegoś teatru. Tymczasem — diabli wiedzą co się stało w dystrybucji czy planowaniu. — Niestety. który w zamian za udostępnienie mu kupna czajniczka do herbaty podjął się sprzedać cały zapas półpancerzy. tylko w marynarkach. Propozycja została przyjęta. 7 . — Gdzie się pani pcha?! — zawołał nagle posępny blondyn. elastyczne. a co dwunasty — Piórnik z napisem: „Pamiątka z Zakopanego”. — Nie mogę. Przeciwnie — klienci odnosili się do półpancerzy z lekcewa eniem a nawet z wesołością. lecz nie ustępował. Jako pierwszy zwrócił na nich uwagę posępny blondyn ze złamanym nosem. umieścił kilka półpancerzy na wystawie. obiecując sobie jednak przyjść nazajutrz. e co dziesiąty półpancerz. zjawił się w PDT. Kolega nasz. Staruszek zaczął od tajnej konferencji z panem Eugeniuszem. z wyrazem zadowolenia na twarzach. Towar jest towarem i musi być sprzedany. łaskawy panie. zadyszany.. który ogłosił. ja mam dzieci — błagał staruszek. którzy spotkawszy znajomych mru yli jedno oko i mówili niedbale: — Gdzie kupiłem? Prywatnie. model XVI wiek. który wołał monotonnie: — Plastyczne. — Niestety.Sławomir Mro ek – Opowiadania PÓŁPANCERZE PRAKTYCZNE Jestem starym subiektem i widziałem w swoim yciu wiele towarów niechodliwych. Nie pomogły dalsze pociągnięcia kolegi Eugeniusza.. podszedł do lady i rzekł do kolegi Genia: — Proszę o dwadzieścia półpancerzy. inni natomiast. nabyty w naszym Domu — wygrywa w charakterze premii czapeczkę krakowską z pawim piórem. Eugeniusz zasłaniał oczy rękoma. to po co jednemu teatrowi tyle półpancerzy? Nie było jednak rady. Kosztowało? Nooo. Sprzedano pierwsze partie półpancerzy.. Gdy otwieraliśmy paczki z ostatniego transportu — błysk metalu pozwalał przypuszczać. e są to aluminiowe garnki. gdy przechodziłem koło tandety. zaczęli pojawiać się młodzi ludzie w eleganckich półpancerzach. sprzedajemy tylko po dwie sztuki. w przekręconym krawacie i prosił o pomocnika. chocia piętnaście sztuk.

I pewnego razu. Nima. słyszała pani? Nima. pani Modrzejewska? — Do PeDeTu! — Po co! Tam nic nima! Byłam wczoraj. nima! 1951 r. 8 .Sławomir Mro ek – Opowiadania Staruszek został moim przyjacielem i chętnie spędzaliśmy czas na pogawędkach. kiedy łowiliśmy ryby w Wiśle. pytałam się o te półpancerze. usłyszeliśmy taką rozmową: — Dokąd to pani idzie.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SPRAWA PORUCZNIKA C.: OPOWIADANIE ARKADEGO N. Wielu spośród nas — zaczął Arkady N., wieloletni członek stuosobowego chóru męskiego „Eol polski” — spotkało się prawdopodobnie z takimi wypadkami, które nale ałoby rozpoznać jako objawy kumoterstwa. Aby dowieść, jak nie sprzyja kumoterstwo pomyślnemu funkcjonowaniu danej instytucji, a wprost zgubne jest dla samego protegowanego — opowiem następującą historię: Działo się to pięćdziesiąt lat temu. Prezesem towarzystwa śpiewaczego „Eol polski” był wówczas pan B., człowiek znany, dobrze widziany w Wiedniu. Prezes B. miał bratanka, porucznika C. Porucznik C. na skutek wybuchu beczki z prochem stracił słuch, lecz postanowił poświęcić się karierze śpiewaczej. Dzięki stanowisku swego stryja, prezesa B. — porucznik C., zrzuciwszy mundur, wstąpił do towarzystwa śpiewaczego „Eol polski”. Porucznik C nie miał słuchu kompletnie. Jedyną melodią, jaką znał, pamiętając ją jeszcze z wojska, było: „Córuś, co ty tam z huzarem”. Piosenkę tę śpiewał zawsze, ilekroć nasz chór występował, bez względu na to, co było w programie. Rzecz jasna, e przy takim stanie rzeczy jego nadzieje na szybką karierę okazałyby się zawodne, gdyby nie pewien przypadek. Mianowicie na skutek po aru porucznik C. zaczął się jąkać. Obecnie nie śpiewał „Córuś, co ty tam z huzarem”, ale „Ccc-ór-óruś-co-oooo-tty-ttam-z-huz-aa-rem”. Dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności słowa jego piosenki nie brzmiały ju tak wyraziście, ale rozciągały się na pojedyncze zgłoski i dlatego często udawało się nam je zagłuszać, gdy nasz chór śpiewał na przykład uroczyste „Veni Creator” albo „Czy to w dzień, czy o zachodzie”. Oczywiście zawsze musieliśmy śpiewać „forte”. W ten sposób pozycja porucznika C. w naszym chórze znacznie się poprawiła. Na niektórych występach udawało się nawet tak dalece, e publiczność w ogóle go nie słyszała. Jednak nale y wątpić, aby porucznik C. się wybił, gdyby nie zrządzenie losu. Mianowicie pod wpływem przestrachu spowodowanego ywiołową klęską powodzi — porucznik C. oniemiał. Odtąd ju nie było wątpliwości, e zrobi karierę. Prezentował się wspaniale — postawny, szeroki w ramionach, zawsze stał na środku, w pierwszym rzędzie. Jego krucze włosy, zaczesane na bok, lśniły, biały gors nieskazitelnego fraka przykuwał uwagę. Nie wydając adnego głosu ruszał do taktu ustami. Oczywiście, w naszym stuosobowym chórze nie robiło to adnej ró nicy i nikt nam nie zarzucił, e śpiewa nas tylko dziewięćdziesięciu dziewięciu. Poza tym skończyło się raz na zawsze „Córuś, co ty tam z huzarem” i nawet zaczęliśmy o tej piosence z wolna zapominać. Porucznik C. ruszył w drogę od zaszczytu do zaszczytu. Prezes B. za pośrednictwem księcia V. wyjednał mu wysokie odznaczenie. Order ten, wykonany w złocie — wyglądał szczególnie efektownie na piersi porucznika C., na tle szerokiej, błękitnej szarfy. W połączeniu z błyskiem jego pysznych, białych zębów — jednał mu powszechną uwagę i uznanie. Nie nale y zapominać, e dzięki pozbyciu się owego „Córuś, co ty tam z huzarem” nasz chór w przeciągu krótkiego czasu zrobił znaczne postępy. Dlatego więc nazwisko porucznika C. tym łatwiej przeniknęło do recenzji. Potem zaczęto pisać recenzje tylko o nim, chwaląc jego głos i technikę śpiewu. Oczywiście było to nadu ycie, poniewa aden z recenzentów nie mógł słyszeć jego głosu. Mijały lata. Hołd składano nie tylko jego sztuce, ale i jego skromności, poniewa porucznik C. z wiadomych przyczyn nigdy nie udzielał adnych wywiadów, a jego milczenie w rozmowach prywatnych przypisywano trosce o głos. Wreszcie sam porucznik C. doszedł do przekonania, e jest prawdziwym, sławnym śpiewakiem. Dzięki jego stryjowi, prezesowi B., nie mogliśmy mu niczego odmówić. Gdy pewnego razu obiecał zaśpiewać na imieninowej „garden-party” u barona D. — musieliśmy tam pójść wszyscy razem z nim, dziewięćdziesięciu dziewięciu, aby wśród murawy, w blasku lampionów 9

Sławomir Mro ek – Opowiadania

zawieszonych na starych jaworach — odśpiewać z nim: „Przepiękna, cicha noc majowa” i „Na twe łabędzie łono dr ące”. Potem wszyscy zebrani, a tak e baronostwo D., entuzjastycznie gratulowali mu sukcesu, jemu jednemu. Innym razem, kiedy nie przyszedł na próbę, poniewa przeziębił sobie gardło, musieliśmy poczekać, a wyzdrowieje, choć jasne było, e jego obecność nie była a tak konieczna. Mijały lata. Prezes B. zmarł i został pochowany na cmentarzu w N., a nad grobem jego bratanek, porucznik C., odśpiewał wspaniale, jak mniemano, w obecności tłumów „Requiescat in pace”. Oczywiście stojąc w pierwszym rzędzie naszego chóru „Eol polski”. O tym „Requiescat” długo jeszcze potem mówiono. Był to jednak najświetniejszy występ porucznika C. Wszystko, co działo się od śmierci stryja jego, prezesa B., zapowiadało nieuchronny upadek naszego śpiewaka. W zaślepieniu swoim przyjął zaproszenie na gościnny występ w mieście P. Na dworzec przyszło nas tylko sześćdziesięciu. Przecie prezes B. ju nie ył. Następnie zgodził się śpiewać na przyjęciu u hrabiego Y. Stary totumfacki hrabiego, człek niezwykle skrupulatny, który liczył nawet ły eczki podawane do stołu przed ka dym przyjęciem, przeliczył tak e chórzystów przybyłych z porucznikiem C. Okazało się, e było nas tylko dwudziestu siedmiu. Porucznik C. zorientował się wreszcie w sytuacji. Ale sławie swojej, osiągniętej tylko przez protekcję, nie mógł ju zapobiec. Zaproszenia na występy otrzymywał w dalszym ciągu, a nawet podejrzewam, e niektóre z nich, choć jeszcze nie wszystkie, wysyłane były do niego przez zwykłą złośliwość. Jednak opinia o nim, jako o artyście, była u ró nych wpływowych osób nadal wyśmienita. A wreszcie nadszedł dzień jego pierwszego jubileuszu. Jubileuszu jego pracy na polu sztuki. Sala Filharmonii była pełna. Jubilata przystrajano kwiatami, wygłaszano do niego przemówienia, wreszcie poproszono, eby coś zaśpiewał. Stało się to, co się stać musiało. Z całego stowarzyszenia śpiewaczego „Eol polski” stanął przy nim tylko jeden jedyny chórzysta, w dodatku fatalnie zachrypnięty. Porucznik C., stojąc twarzą w twarz z ogromną publicznością, poruszał bezradnie ustami. Tak skończyła się jego kariera. * Obywatel Arkady N. skończył swe opowiadanie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Arkady powstał i rzekł: — Dziś właśnie przypada dzień drugiego jubileuszu porucznika C., ofiary protekcji na polu sztuki. Powstańmy i odśpiewajmy jakąś piosenkę. Mo e akurat porucznik C. przechodzi ulicą i w i d z i przez okno, jak śpiewamy? Niech sobie staruszek u yje po raz ostatni. Powstaliśmy i odśpiewaliśmy „Jak szybko mijają chwile”.

10

Sławomir Mro ek – Opowiadania

SZTABSKAPITAN HIPOLIT O, nie! Nie od razu został sztabskapitanem. Kiedy powołano go do słu by w Cesarskim Wojsku, w roku 1844 nie był nawet sztabsporucznikiem. Co mówię! Nawet sztabskapralem, sztabsstarszym szeregowcem nawet. Zamierzał studiować filozofię. Dopiero na początku roku 1854 spotkało go pierwsze wyró nienie. Armata przejechała mu nogę i został wymieniony w spisie chorych. Początkowo otrzymywał listy od przyjaciół. Krzątanina koszarowa wypełniała mu ycie. A to upaść, a to powstać, a to „Niech yje Najjaśniejszy Dom!”, zakrzyknąć. Tępiał. W roku 1859, przed defiladą, nie pozwolono mu nosić okularów. — Po co? — pytano się go. Surowe było jego ycie. W roku 1867 kopnął go koń od lawety. Zaczął tracić pamięć. Z uczuć ludzkich została mu tylko gorąca miłość do zwierząt. W roku 1872 przez zapomnienie ubrał skarpetki. Nasłano nań dwa pułki andarmerii konnej. Przejechali go. Leczył się w szpitalu wojskowym. W roku 1880 umarł, ale dostał powtórne powołanie. Musiał się stawić. Stwardniał ju zupełnie. Kiedy w roku 1893 przyjechał na pierwszy urlop, za ądał na obiad tylko wody z bagna. Jeszcze w roku 1914 u ywano go jako ośki w taborach. A potem nikt ju nie słyszał o sztabskapitanie Hipolicie. Taka to historia.

11

Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ 12 .

my tu sami jedni w środku kraju le ymy. Owszem. Zatem. e u nas inna specyfika? 13 . nawet za największą potrzebą.. Ale nikt nawet z domu nie wyjdzie. A nie mówiłem. Gorzej. e jak to piszę. jak te wielkie budowle. Wy nam mówcie: Europa. Sąsiad mój Jusienga raz pod lasem na pniaku siedział i czytał „Horyzonty techniki”. Miał dopiero dwa lata. bo. Bo trzeba wam wiedzieć. nie ma to. to by wszystko pojął i opisał. Mówił mi leśnik jeden. e trzy dni chodził z oczami w słup. utopił się artysta. o szyby skrzydłami biją. co krowom mleko odbiera i kołtuny sprowadza. jak powiada. bo się boją. towarzysze. eby się tam zapisać. ale teraz nietoperze-gacki całymi stadami. Bo e uchowaj. e przez te wszystkie wypadki w naszej psychice zachodzą zmiany. jak piszczą: „Pi pi” — i „Pi pi” znowu! Hej. a zaraz potem umarł bez ostatniego pocieszenia — siedzi. a kiedy świt — wszystko znika i tylko chojary szumią. kiedy młynarz młynarzową wódką oblał i podpalił. ale nie za głośno. choć mi pilno — i sprawozdanie do was. W utopców. Rzecz jasna.. świński ryj się w nich ukazał i tak jakoś dziwnie na mnie patrzy. a sam się puścił a do uniwersytetu ludowego. Chłopi młyn omijają. to skądś wyła ą garbate karzełki i szczają nam do garnków. a dookoła wiorsty i mogiły. latają. Patrzy — a tu na pierzynie kredyt maluśki siedzi. ze to duch biedniaka Karasia tak zawodzi na kułaków. patrzy. nawet w czarownice wierzą. towarzysze. ale to był geniusz i jakby wyrósł. boję się. a tak go coś zaszło od tyłu. zaś kierownik młyna i jego ona rozpili się ze zgryzoty i ju się zdawało. zwyczajna walka klasowa. wszystko tam jest pewnie pod dachem i nie trzeba wychodzić pod las. białą i niebieską. cały zielony. Ot. Raz stara Glusiowa się obudziła całkiem zlana potem. co postawimy mleko na kwaśne. A moja chata samotna pod lasem stoi. e u nas nocami coś tak wyje. w czoła zimne się pukają i turlają.. e mi się któryś do włosów na wiek wieków wkręci. wyjść nie mogę. jest u nas taka jedna baba. noc czarna i las czarny i myśli moje jak kruki. co go jeszcze przed wyborami przyznali na wybudowanie mostku. e a się serce kurczy. A tu. jak liście w październiku. A bo to zawsze wiadomo. gdzie miał być mostek.. śmieje się i dusi. piszę. w upiory. Ludzie dają wiarę gusłom i zabobonom. co się tyczy skupu zbo a: od kiedy diabeł się we młynie ukazał i czapką się pięknie pokłonił — procenty spadają.Sławomir Mro ek – Opowiadania Z CIEMNOŚCI Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon. z powodu jego braku. Zaś młynarzowa spłonęła i przybyła nam jeszcze jedna strzyga. I tak ze wszystkim jest. Jak e one tymi skrzydłami łopocą. e kiedy pełnia — na duktach i przesiekach same głowy bez tułowiów toczą się i gonią. drzwi się otwarły. kto krzyczy? Z jakich pozycji krzyczy? A na tym miejscu. inni — e to bogacz Krzywdoń po śmierci tak się skar y na obowiązkowe dostawy. Więc siedzę. A czapkę miał kolorową: czerwoną. Poradźcie. Ot i ja — wyszedłem na stronę za własną potrzebą. to tylko lata i fosforyzuje. z napisem Tour de la Paix — po francusku. e przełomu adnego nie będzie. jakby dokądś chciały. Baba w krzyk. jak latają. Ale to wszystko nie jest najgorsze. dosyć ju tych pierwiastków irracjonalnych ma i chce coś przeciwstawić. Jedni mówią. Bo e jedyny! Za nic teraz nie wyjdę. A tak.

— Niech pan zło y podanie i czeka na swoją kolej. Oczywiście. kimś ekstra! I zaraz otrzymałbym nowoczesne. jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie. takim sobie. du e mieszkanie — powiedziałbym.. uśmiać się jak koń..Sławomir Mro ek – Opowiadania CHCĘ BYĆ KONIEM Mój Bo e. e ja nie jestem zwyczajnym. — Ten ma łeb — mówiliby inni. Idąc do nieba otrzymałbym. — Jak na konia. siłą faktu. Nawet wtedy. to znakomite — chwalono by mnie. — mówiłyby. Gdybym tylko zobaczył w lustrze. Nie mówię ju o korzyściach. koń ma cztery nogi i te się potknie. szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym. — Czy panowie nie widzą.. skrzydła. Skrzydlaty koń! Czy mo e być coś piękniejszego dla człowieka? 14 . Pisząc do mnie anonimy. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. b y c i e koniem miałoby pewne strony ujemne. e zamiast nóg i rąk mam kopyta.. — Proszę o nowoczesne.. Przeciwnie. — Ha ha! — zaśmiałbym się. gdyby moje teksty były niedobre. e jestem niezdolny. zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan Jest kucyk!” Kobiety interesowałyby się mną. jak bardzo chciałbym być koniem. Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć. Stałbym się wtedy pegazem.. z tyłu ogon i autentyczną końską głowę — natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. — Pan jest taki inny. du e mieszkanie z łazienką.

e policzki im od tego ró owieją i apetyt przybiera na sile. No bo sobie odmroził. Ojciec bardzo się przejął tymi uwagami. lepiły ze śniegu pocieszną figurę. naumyślnie zrobiłyście bałwankowi czerwony nos? Dzieci były szczerze zdumione. ale uwa ał za swój obowiązek podzielić się z ojcem uwagami. ile kto chciał. odparły. Ale tatuś na wszelki wypadek. Nos miał z marchwi. Bo to dzieci. o co chodzi. który na rynku miał swoją budkę. przecie to jasne. mając na myśli tego pana. Czy to nie oburzające? Poniewa ojciec nie rozumiał. Małe to. Przepraszał. oglądali bałwanka i szli dalej. Potem mniejszą — to były plecy i barki. Były bardzo szczęśliwe. W drzwiach zetknął się z prezesem gminnej spółdzielni. e je tu widzę. nawet je eli ktoś ma czerwony nos. prezes. I dlatego on by się nigdy nie ośmielił z tym przyjść — gdyby nie wzgląd na dobro dzieci. ma właśnie czerwony nos. Ujrzawszy dzieci prezes zmarszczył się. Urzędy urzędowały. więc prezes zdenerwował się jeszcze bardziej.. ktoś zapukał do drzwi. Wychowawczo. A rynek nic sobie z tego nie robił. Gdy wreszcie pojęły. wiele osób codziennie przechodziło tamtędy. jak wiadomo. za karę. tylko rozciągał się. Na samym środku tego rynku dzieci. Okna licznych urzędów patrzyły na rynek. Wiele zabawy miały przy tym dzieci. ale zuchwałe.. ale wyobraź pan sobie. Wcale nie z wódki. co one w ten sposób chciały dać do zrozumienia. Był to więc zwyczajny bałwanek ze śniegu. e nic podobnego. e czerwony. Przywołał dzieci i zapytał surowo. Na rynku dzieci lepiły bałwanka. na rynku. — Ach. są jeszcze małe. One jeszcze tego nie rozumieją. one najpierw lepią jedną kulę. osobę. Nawet je eli do prasy daje się takie rzeczy. Rynek był obszerny. e tak późno. potem trzecią kulę i co? Tę drugą stawiają na tej pierwszej. Pan je powinien krótko trzymać. Patrzę ja dzisiaj z okna naszego magazynu na rynek i widzę — co widzę? One sobie najspokojniej lepią bałwana ze śniegu. Najpierw utoczyły du ą kulę. — domyślił się tatuś. Był to brzuch. o ile opady śnie ne dopisują. te smyki. nie dał im kolacji. Był to sprzedawca gazet. Tak sobie. bo inaczej nic z nich nie wyrośnie. eby tak publicznie robić przytyk do jego czerwonego nosa? Wiec on prosi eby więcej tego nie było. Chciały dać do zrozumienia. panu o ten nos chodzi. W sprawie tego nosa z marchwi. Rzeczywiście dzieci nie powinny naigrawać się. to trzeba na to mieć dowody. a co dopiero gdy daje się to do zrozumienia publicznie. potem drugą kulę. Guziczki zrobiły bałwankowi z czarnych węgielków. Ojciec cieszył się bardzo. jakich kilkanaście tysięcy powstaje rokrocznie w całym kraju. sprzedawca gazet. Ale to jest oszczerstwo. bądź co bądź. a tę trzecią na tej drugiej.Sławomir Mro ek – Opowiadania DZIECI Tej zimy napadało tyle śniegu. Ró ni ludzie przechodzili. któremu miło było powitać u siebie tak znaczną. ale trzeba pilnować. Sprzedawca podziękował i poszedł. — Ale on. e w tej gminnej spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. wychowawczo. eby mógł zapinać się cały — od góry do dołu. ma 15 . najpierw nie rozumiały nawet. — Jak to. co go dzieci zrobiły bałwankowi. e. Prezes przywitał się z panem domu. e jego dzieci tak baraszkują na świe ym powietrzu. Potem jeszcze mniejszą i — zrobiły z niej głowę. jakby nic nie zaszło. wskazując na sprzedawcę: — Czy to prawda. wśród wrzawy i uciechy. — Nos — głupstwo. Ale wieczorem. Ale czy to ju zaraz powód. gdy ju wszyscy siedzieli w domu. On sam. fuknął i rzekł: — Dobrze. e taki kłopot.

Zapamiętaj pan to sobie. to będę po domu chodził w ogóle bez spodni i pańskie dzieci nie mają nic do tego. ale kazał im równie klęczeć na twardej podłodze. Nazajutrz przechodziłem koło ogródka i tam zobaczyłem dzieci. wycofał się z pokoju. Te guziki od góry do dołu na bałwanie. bo on jest bałwan. co oznacza ulepienie bałwana tu przed oknem przewodniczącego rady narodowej? Ja dobrze wiem. e bałwanka ulepiły tylko tak sobie. za karę. Pan chyba nie jest upolityczniony? Niech się pan przyzna od razu. 16 . więc podsunął im krzesła.. — Złodzieje — to głupstwo! Ale czy pan nie wie. Kilka osób ponadto pukało tego wieczoru do drzwi. i pan przewodniczący chodzi po domu porozpinany. — Aha. a drugą — sam przewodniczący rady narodowej. — No to ulepimy pana. — Eee. po czym zaczął pierwszy: — Zdumiewam się. On ma czerwony nos. A ja panu powtarzam.. e ja chodzę po domu porozpinany. bo chodzi porozpinany. nie tylko pozbawił je kolacji i postawił do kąta. za karę. Zrobimy czerwony nos. Nie na tym skończył się ów dzień. aby się natychmiast przyznały. cichnąc stopniowo. Dzieci zaczęły się kłócić. czy istotnie. i jeszcze jedno. umilkły w oddali. ale gospodarz ju nie otwierał. kładąc jedną kulę śniegową na drugiej. Wreszcie postanowiły ulepić wszystko po kolei. Jednak na wszelki wypadek ojciec. Ja z tego mogę wyciągnąć konsekwencje. Kto robi satyrę na organa władzy ludowej? Pańskie dzieci robią. Przewodniczący spojrzał z ukosa na nieznajomego. Na rynku nie pozwolono im się bawić. eby usiedli. — Ulepimy bałwanka — powiedziało jedno. drogi panie. Sam wczoraj powiedział — oświadczyło trzecie. milczy pan! To milczenie jest wymowne. co ludzie o mnie mówią. e w gminnej spółdzielni siedzi złodziej na złodzieju — dały odpowiedź przeczącą i rozpłakały się. Oskar ony wezwał swoje dzieci z kąta i za ądał. niesmaczny art na temat faktu. — Rozumiem — szepnął ojciec nieśmiało — e to niby złodziej na złodzieju. — Eee. Tylko eby więcej tego nie było. Za oknem znowu rozległy się dzwoneczki od sanek i. dziwiąc się. to ju jest moja prywatna sprawa. ukradkiem. a potem nagle umilkły przed samym domem. na nierozwagę. To. na palcach. zapytane. jaką by wybrać zabawę. Jedną z nich był gruby nieznajomy w ko uchu. Pańskie dzieci nie mają prawa robić z tego artów. kto to mo e być. Dlaczego pańskie dzieci nie lepią bałwana pod oknem Adenauera na przykład? Co? Ha. Jednak na wszelki wypadek. Ojciec nie rozumiał. radzę panu nad tym pomyśleć — ciągnął dalej przewodniczący. bez adnych ubocznych myśli. co sprzedaje gazety. Dzieci wśród szlochów i łez zapewniały. Dzieci zastanawiały się właśnie.Sławomir Mro ek – Opowiadania wzgląd na młody wiek. One postawiły tego bałwana akurat przed oknami mojej kancelarii. Do drzwi zapukały jednocześnie dwie osoby. Na dźwięk słowa „konsekwencje” gruby nieznajomy powstał i rozglądając się. Na dworze rozległy się dzwoneczki u sanek. a przybierając go guzikami od góry do dołu — zrobiły dodatkowy. Ochoczo zabrały się do pracy. dla zabawy. — Tak. bo pije wódkę. ojciec postawił je w kącie. e lepiąc bałwanka ze śniegu miały na myśli pana przewodniczącego. to równie jest dwuznaczne. to nie jest adna zabawa — rzekło drugie. — My tu w sprawie waszych dzieci — powiedzieli chórem od progu. e jak mi się spodoba. chciały dać do zrozumienia. dlaczego miałby być nieupolityczniony. takiego zwykłego bałwanka. ja wolę ulepić spółdzielnię! — A ja wolę pana przewodniczącego. I mo na mu zrobić guziki. Dzieci. Nie będzie ądał sprostowania. Ojciec był ju obyty z takimi odwiedzinami. — Bo to zaraz widać po pańskich dzieciach. e pan toleruje w swoim domu taką wrogą robotę.

łabędź tańczył i wyśpiewywał niestworzone rzeczy. Zarząd Zieleni Miejskiej postarał się o nowego łabędzia. a ka da gwiazda była niczym zimny gwóźdź. I znowu nadszedł wieczór. Nikt nie przychodził do parku. Wreszcie postanowił pójść do gospody i zabrać łabędzia ze sobą. Ozdobą parku był łabędź. Nie mógł jeść. Staruszek krą ył wokół stawu i dawał baczenie na łabędzia. od lat samotny. Przywoławszy więc kelnera. Biedny łabędź.. upominał się o coś. zjadłby coś. Łabędź zataczał się na wodzie w biały dzień. jaki dreszcz musi przenikać ka dego. i znowu przebił staruszka ostrzem melancholii. Było mu zimno. Matki małych dzieci. Ukradli go chuligani. To łabędź. Stró em został mały staruszek. W tym wypadku straciłby posadę. grzanym piwie z cukrem. e łabędź patrzy na niego jakoś szczególnie. Nawet je eli ktoś przyjdzie do parku — rozumował — aby odetchnąć pięknem przyrody. al mu się zrobiło ptaka.. Łabędź poweselał i po skończonym posiłku obaj. Wziął więc łabędzia pod pachę i zaniósł do gospody. ale bezksię ycowa. w parku pustym i przenikliwym — poczuł delikatne szarpnięcie za nogawkę. Potem zamówił skromny posiłek i szklaneczkę wódki na rozgrzewkę. Następny wieczór był równie chłodny. W gospodzie panowało miłe ciepło i unosiła się woń sma onych potraw. Najskromniejsze nawet stanowisko wymaga pionu moralnego. maczaną w mocnym. Gdy objął swoją posadę — akurat zaczęły się zimne wieczory. Gdy siedział tak na brzegu. Zabrał więc łabędzia ze sobą. Staruszek posadził łabędzia na krześle. poruszyła staruszka. rześcy i zadowoleni. Gdy tak spo ywał baraninę — z ochotą i zadowoleniem — zauwa ył. Myśl o tym. a czasem spoglądał w gwiazdy. Noc jest gwiezdna. gdy wrócili do parku. wpatrzony w niebo. pełen wyrzutu. eby go mieć na oku.Sławomir Mro ek – Opowiadania ŁABĘDZIE W parku znajdował się staw. Na środek stawu wypłynął łabędź. Ze względu na dzieci. Łagodnie świecił białą plamą. Tym razem gwiazdy świeciły niezwykle jasno. Lecz tym razem starowina postanowił nie iść ju do gospody. e łabędź chętnie poszedłby gdzieś do ciepłego kąta. czy mu się nic od ycia nie nale y? Był niemal pewny. 17 . On jednak wzbraniał się przed odwiedzeniem gospody. Ale zimno dokuczało mu coraz bardziej i potęgowało jego samotność. e w czasie jego nieobecności ktoś mo e ukraść łabędzia. Wczoraj. gdy czuł na sobie jego wzrok. wbity do ciepłego. Pewnego razu łabędź zginął. Aby zabezpieczyć go przed losem poprzednika — zgodzono doń specjalnego stró a. które przychodziły do parku wypoczywać i oglądać ptaka — wniosły za alenie. W miesiąc potem wyrzucono z posady staruszka razem z łabędziem. podpłynąwszy do brzegu. kto w taką noc zetknie się z wodą. po drugiej stronie stolika. A my tymczasem wrócimy — zakonkludował. Zaniechał więc gospody. to i tak nie zauwa y od razu braku łabędzia. wrócili na posterunek. gdy przypomniał sobie o łabędziu. Poszli. samotnego serca staruszka. zamówił dla łabędzia białą bułeczkę. Przeląkł się. e dobrze byłoby wstąpić do małej gospody poło onej niedaleko od parku. Ju skierował był kroki w tamtą stronę. Pomyślał.

w której grał główną rolę — zauwa ył. który z jego ojca. który. wychodząc. Nie mo na się ju było łudzić. wychodząc z garderoby. choć usiłował je oddalić. wpatrzony nieruchomo w fotografię swojego ojca. czy to zawodowca. Wyszedł na scenę z niedobrym uczuciem. mimo obrzydzenia do samego siebie. Wmawiał sobie. jego hormony obudziły się z letargicznego snu? Uczepił się pewnej hipotezy. pomimo e był bez nakrycia głowy. nie tak jednak małego. bo działał w nim niezawodny instynkt klasowy. który grywał role amantów i bohaterów. podświadomie bronił się przed podejrzeniem. niedoścignienie mały. nabił sobie guza na czole. w duszy zazdrościł wszystkim i wszystkiego. taki był mały. widownia w ogóle go nie zauwa yła.” Zwykli ludzie? Tak. e mimo i chodził po scenie. Ju powierzchowne pomiary dokonane u siebie. z tym uczuciem nie uświadomionym budził się i zasypiał. liliputa-biedniaka.. czy to amatora. e mo e nawet później przyjdzie regresja. które w nim poczęło kiełkować. tak e spadła na podłogę i potoczyła się z metalowym łoskotem jak elazna fajerka. stały. Więc zrozpaczony rzucił się z jednej ostateczności w drugą. którą miał na głowie. Ale wreszcie. ale wszystko to było sztuczne. umyślnie wyprostowany. Wracając po pierwszym akcie do garderoby — instynktownie schylił się. nasz aktor przyzwyczaił się ju do pochylania głowy. śmiało nawiązujący do wszystkich zagadnień — nic dziwnego. równie liliputa. e proces ma charakter przejściowy. przeszedł na syna. ale czy i liliputy? Na wszelki wypadek przestał słuchać radia. e z czasem został przez ministerstwo kultury podniesiony do rangi wzorcowego teatru liliputów i otrzymał nową nazwę. w fotelu. Nadszedł dzień. Do najjaśniejszych jego gwiazd nale ał liliput. musiał się schylić. stać się apologetą imperializmu. Przez jakiś czas ścięte obcasy pomagały. kiedy opuszczał garderobę lub do niej wchodził. w eleganckim apartamencie przy zapuszczonych storach — powiedziały wszystko. poniewa był najmniejszy. Zespół jednak był skompletowany. krytyka podkreślała jego znakomite rzemiosło. a było to przed premierą „Bolesława Śmiałego”. gdy wychodził z garderoby w obecności starego fryzjera. a lilipuci w formie. po tylu latach. występujący pod szyldem „Tyci”. Jednak czas nie przyniósł mu uspokojenia. rozporządzał świetnymi siłami. Podniósł koronę i udał się na scenę. Zarabiał dobrze. Tego dnia postanowił spojrzeć prawdzie w oczy. przy szklance grogu. Miał nadzieję. Raz nawet udało mu się zagrać Hamleta tak doskonale. e jest jednostką aspołeczną. równie liliputa. Przedstawienia „Bolesława Śmiałego” szły. Wieczór spędził jak sparali owany. Nie opuszczało go jeszcze jakiś czas. N a s z w treści.. usiłował nawet. charakteryzując się w garderobie. Pewnego razu. e go nie dostrzega. nie grał na scenie. Przeciwnie. będąc za du y. kiedy. Zapewniało mu to dobre warunki pracy i otrzymanie posady w tym teatrze stało się marzeniem ka dego liliputa. W chwilę potem. Je eli teatr stał. ba. Rósł. która w poszerzonej wersji brzmiała: „Centralny Tyci”. Na korytarzu minął się z fryzjerem. Pamiętał. miał powodzenie. rozgoryczony. Raz jednak przyłapał na sobie spojrzenie starego fryzjera teatralnego. Spojrzenie było uwa ne i ponure. e w propagandzie często spotykał się z hasłem: „U nas ludzie rosną. Budynek „Centralnego Tyciego” stawiany był specjalnie dla zespołu i według jego proporcji. zawadził koroną o górną framugę drzwi. Nazajutrz ściął obcasy. W oczach tamtego dojrzał szyderstwo. hulał po przedszkolach i pił całymi 18 . dający przedstawienia nie rzadziej ni cztery razy w tygodniu. e lustro nie odbija złotej korony. to przede wszystkim dzięki niemu. ale spełniał funkcje pomocnicze. Dlaczego rósł? Dlaczego nagle. zarzucił czytanie gazet. Zespół solidny.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY Był pewien zespół teatralny liliputów. Sam przed sobą udawał. taki rasowo.

w „Zawiszy Czarnym”. ju ucharakteryzowany. powierzono mu rolę tytułową w sztuce. Później imał się kolejno ró nych zawodów. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. sapnął do siebie. w miarę rozbawiony. Stał na skrzy owaniu nieruchomo. Czy zespół ju wiedział? Kilkakrotnie widział starego fryzjera. Bez wahania. bo nogi zdrętwiały mu — wystawały z tapczanika. potem był chłopcem na posyłki. Obok fryzjera drugi amant zespołu. granatowe palto. jednak bez szczególnych trudności doszło do premiery. Siedząc na widowni śmiał się. Na dzwonek inspicjenta podniósł się cię ko i rozbił głową lampę u sufitu. Jak cierpiał? Co odczuwał? Nazwisko jego dawno zniknęło z afiszów i okryło się pyłem zapomnienia. 19 . Ale w końcu musiał zmienić pozycję. w ko uchu — człowiek średniego wzrostu. Potem trochę jeszcze podrósł i tak ju pozostał. Wrócił potem do domu. gdy dopinał długie. który ju stał się dla niego za krótki. niemniej jednak du y. rzucił się na tapczanik i długo le ał bez ruchu. Odwrócił się do drzwi. jak w zakamarkach kulis szeptał z aktorami. dokładał milimetr po milimetrze do jego wzrostu. w miarę tego jak przybywało mu wzrostu. Został urzędnikiem w Ubezpieczalni. szepty milkły. którego jednak zawsze dotąd bił o parę centymetrów. ale niczego z nich nie mógł wyczytać. Ale bezlitosny czas. W „Bolesławie Śmiałym” odniósł przecie znaczny sukces. e coraz rzadziej ukazywały się pochlebne wzmianki. Po latach. Na ulicy coraz rzadziej zwracały się do niego starsze panie: „Chłopczyku. Siedział przed lustrem nie patrząc weń.Sławomir Mro ek – Opowiadania naparstkami. W korytarzu jasno oświetlonym stał półkolem prawie cały zespół. powoli. Jakiś czas statystował w Teatrze Młodego Widza. Wreszcie nie mógł ju mieć wątpliwości co do kolegów z „Centralnego Tyciego”. która niebawem miała wejść na afisz. Ale głównie ył z wyprzeda y zasobów nabytych w okresie świetności. zabawni malcy. w sobotę. równie bardzo zdolny. lecz ciągle. Przekładał te wajchę na skrzy owaniu linii tramwajowych. e entuzjastyczne dawniej recenzje jakby milkły. czy zgubiłeś mamusię?” Kiedyś ktoś powiedział do niego po raz pierwszy: „Proszę pana”. byle zagłuszyć swoje nieszczęście. Miał wra enie. wpatrując się w sufit. Wiedzieli albo domyślali się. z fryzjerem pośrodku. Potem w szatni. pragnąc spędzić jakoś dzień wolny od pracy. trafił do teatru liliputów. zadowolony. wprawdzie nie taki jak w „Hamlecie”. Musiał rozstać się z teatrem. Uwa nie śledził twarzyczki kolegów. odwijając miętowe cukierki z papierka. Przez okres prób męczył się bardzo. jak zawsze. gotów. gdy zbli ał się do nich i następowała banalna wymiana zdań. w miarę zainteresowany. A mo e to tylko jego rozgorączkowana wyobraźnia dopatrywała się wszędzie spojrzeń współczujących lub szyderczych? Na szczęście dyrekcja nie zmieniła stosunku do niego. poniewa czekała go kolacja: — Owszem.

marchewka to wielkie świństwo. e nie chce agitacji. e jadłem marchewkę. Kajus zaklął. — Nic się nie znasz na polityce. Dozorca lwów. Z drugiej strony — nie miał ochoty kłócić się z lwem.. — Nie ma głupich — odrzekł lew nadal zajadając marchewkę. Bondani zni ył głos. Ku jego zdziwieniu lew odwrócił się tylko i machnął ogonem. — Odczep się — powiedział lew. prędko i miękko przebierając łapami. Oni po prostu chcą mieć alibi. Lew skrzywił się: 20 . Czy nie przyszło ci do głowy. aby aden drapie nik nie kręcił się po cyrku bezu ytecznie. nie pomyślałem o tym.. eby go podra nić. — Starsi. Zobaczą mnie tam i zapamiętają. trochę silniej. — Rzeczywiście. — Mógłbyś to zrobić dla mnie — powiedział do lwa. ale ebyś chocia trochę pokręcił się i poryczał. co nowe. lwami? — Nie wiem. astma. Podniosła się krata i jakby grzmot coraz to potę niejszy zaczął się wydobywać z czarnego lochu. mówię ci: nie ma głupich. widząc jego zaniedbywanie się w pracy. dlaczego ci wszyscy patrycjusze sami nie biegają po arenie i nie po erają chrześcijan.Sławomir Mro ek – Opowiadania LEW Ju Cezar dał znak. zadyszka. Zresztą to przewa nie ludzie starsi. — Niby przed kim? — Przed pierwiastkiem nowego. — mruknął z politowaniem lew. e Konstantyn Wielki prędzej czy później dogada się z nimi. Coś mi się wydaje. Lew machnął ogonem. Lew dał niedwuznacznie do zrozumienia. zamiast posługiwać się nami. Chrześcijanie zbili się w gromadkę na środku areny. to wszyscy widzieli. Wtedy tym w lo ach łatwo będzie powiedzieć: „To nie my. uzbrojony w długą erdź.. wrzuci go między skazanych. I co wtedy? Rewizje. Kajus nie był złym człowiekiem. Pierwsza lwica. e nadzorca. spokojnie je marchewkę.. — Człowieku. Ale mniejsza z nimi. rehabilitacje. kiedy dostrzegł. Tłum powstał z miejsc. które kiełkuje. Chrapliwy pomruk. między nami. To lwy”. — Widzisz. Ju był odetchnął z ulgą. Kajus podrapał się w głowę. — Nie mówię. e przy samej bramie zatrzymał się lew i nie kwapiąc się do wyjścia na arenę. wybiegła z tunelu. poniewa do jego obowiązków nale ało pilnowanie. — A jednak twoi koledzy jedzą tych chrześcijan a miło — powiedział złośliwie Kajus. e chrześcijanie mogą dojść do władzy? — Oni — do władzy? — A tak. toczący się jak lawina głazów po osypisku górskim. i ukłuł erdzią lwa w pośladek. gwar pełen podniecenia i krzyki lęku. Igrzyska rozpoczęły się. eby lepiej widzieć. Czy nigdy nie myślałeś o tym. tak dla alibi. co kiełkuje. Kajus ukłuł go po raz drugi. ebyś od razu kogoś po erał. Jak przyjdzie co do czego. Zbli ył się więc na odległość przewidzianą przepisami o bezpieczeństwie i higienie pracy. a potem i tak nikt ci nie uwierzy. Trzeba tylko umieć czytać między wierszami. — U yłeś słowa „alibi”. czy wszystkie zwierzęta wzięły udział w strasznej zabawie. Chocia . W historii zawsze trzeba się orientować według tego. Zapytał z odcieniem alu: — Ale właściwie — dlaczego nie chcesz? Lew spojrzał na niego uwa nie. Dozorca westchnął. sprawdził. ale bał się. Mnie chodzi o moją skórę. e nikogo nie zjadłeś. Spróbował go więc namawiać. Bondani Kajus.

Krótkowzroczni koniunkturaliści. wiesz. — No? — Jakby ci chrześcijanie.. e ja cię do niczego nie zmuszałem? — Salus rei publicae summa lex tibi esto — powiedział sentencjonalnie lew i zabrał się z powrotem do swojej marchewki.. 21 .. doszli do władzy.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Prymityw. — Co — chrześcijanie? — No. — Słuchaj — zająknął się Kajus. Ciemnota kolonialna.. Element bez zmysłu taktycznego. — No? — To mógłbyś wtedy zaświadczyć. Idą na byle co.

Eryk padł na kolana i wznosząc ręce ku niebu zawołał: „Dzięki Ci. Wonczas — a był to rok 1939 — powołano go do wojska. Zamiast z pokorą poddawać się wyrokom Bo ym — mędrkował i był pacyfistą. powiada wpatrując się w sufit: — Moje dzieci. jak gdyby wojna nie nale ała do wyroków Bo ych. grzebiąc jego onę i czworo dzieci. Przeczytawszy ten list. o. A wy. Przed wojną minioną ył w naszym mieście Hamburgu człowiek pewien imieniem Eryk Kraus. Przez następne lata Eryk Kraus w dalszym ciągu oddalał się od Hamburga. jak ka dy zresztą niedowiarek. Zupełnie nie rozumiem. Ale jak e gruntownie się zmienił! Nie narzeka ju na nieprzewidziane zarządzenia władz i zawsze będzie głosował na Chrześcijańską Partię Demokratyczną. które świadczy o tym. Zrobiłeś to po to. Buntował się przeciw zarządzeniom władzy. po co mnie a tutaj zawlokła ta przeklęta wojna!” Takie i tym podobne rzeczy mówił Eryk Kraus. A ciągle myślał o swym rodzinnym Hamburgu i ałował. „Verflucht!” — mówił. a przede wszystkim oskar ał wojnę.. Najpierw był w Polsce. jego niezadowolenie z ycia osiągnęło punkt szczytowy. narzekałem i złorzeczyłem. wasz ojciec pierwszy ruszy w pole. z tych. Zaś o Wehrmachcie nie da sobie złego słowa powiedzieć. co to wiecznie są niezadowoleni z losu przeznaczonego im przez Boga. w jakim celu wywiodłeś mnie jak najdalej od Hamburga. w rozkwicie moich grzechów. bo pamięta o swoim cudownym ocaleniu. o. pod wpływem bombardowania zawalił się sufit.. Kiedy dotarł do Kaukazu. A wtedy okazało się. A ja. O enił się i właśnie urodziło mu się czwarte dziecko. Eryk bardzo sobie krzywdował. Przebacz mi. z wielkim lamentem a narzekaniem na los swój. Nie jest ju pacyfistą. przy śniadaniu. jak niezbadanymi drogami Bóg prowadzi nas ku ocaleniu. Bluźniąc w ten sposób. gdzie przemieszkiwał wraz z rodziną. Człowiek ten miał onę i czworo dzieci. Wołał. e tak jest odeń daleko. Z natury wątły i nie zahartowany — kaprysił i narzekał na niedogodności podró y. niegodny. jako e bez woli Boga nic na świecie się nie dzieje. bracia i siostry. Ale koledzy wywierali zły wpływ na niego i Eryk wątpił w słuszność i sprawiedliwość zarządzeń Bo ych. aby mnie ocalić. Panie!” Eryk Kraus powrócił do Hamburga. Tak więc. Eryk otrzymał zawiadomienie z Hamburga. e nie chce odchodzić z domu swego. odjechał eszelonem. a wy? 22 . wcielony do piechoty. Abym nie zginął niespodziewanie. e gdy tylko zajdzie potrzeba i pan kanclerz Adenauer ogłosi mobilizację. dopatrywał się w nich jakowegoś nieszczęścia. przywalony sufitem.Aby zaś łatwiej skruszyć serca wasze — opowiem wam dziś wydarzenie prawdziwe. Ka dy dzień oddalał go od Hamburga. posuwał się coraz dalej i dalej na Wschód. — „Na co mi to wszystko? Wiele bym dał. ebym teraz mógł siedzieć w moim Hamburgu. e pewnej nocy w kamienicy. dlaczego pan Bóg w nieskończonej dobroci swojej doświadczył Eryka. a tym samym podawał w wątpliwość istotę boskich zarządzeń. Panie! Teraz ju wiem. A przeszedł przez Polskę i stanął na granicy rosyjskiej.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYPOWIEŚĆ O CUDOWNYM OCALENIU . pamiętajcie. Codziennie. dlaczego stworzyłeś Wehrmacht i tę całą wojnę. nie bacząc na moje głupie sprzeciwy.

co. Spływ Wisłą to nie taka prosta rzecz.Sławomir Mro ek – Opowiadania MONOLOG Panno Stasiu. W Wieliczce jest najciekawsza w Europie kopalnia soli. jak powiedział ktoś wskazując na trumnę. bracie. Głupstwo. W środku Wanda. Ostatnie kukułki przestają kukać. Zapalisz? Nie palisz? Ja te nie palę.. Rozglądają się. Sanacja. Właściwie zima ma swoje dobre strony. Las to zdrowie i mleko. Nie lubisz Luwru? Ja te nie.. Teraz są te spływy Wisłą. Czy pamiętasz: „Si. Ale te miałem wypadek. 23 . trojka. Trzeba się czegoś trzymać. Ja nie z soli ani z roli.. snieg puszistyj!. Świetnie je d ę tramwajem. Najwa niejsze. a tu nie ma dosłownie nic do picia.” To z Jesienina. To piękny serek. Wieczorami będę patrzył na łunę świateł nad Krakowem. ebyśmy wszyscy byli zdrowi. Tak. Tam czuwają — pomyślę sobie. e ja mam ju reumatyzm? To od wody. Pływają tam meduzy. nigdy nie cierpiałem. czasem trafi się jakiś szakal.. Wszystko minęło szczęśliwie.. Ktoś mnie zapytał: — O co panu właściwie chodzi? — I nie umiałem odpowiedzieć. nie warto wspominać. Zdolny był. Ka de święto lasu jest moim świętem. nie lubiłem orkiestry symfonicznej. Zęby mnie bolą. Trzeba umieć yć.. „Hej kolego. Łysiejesz? Ja te łysieję. jeszcze dwie głębsze.. Nie pijesz? Ja te nie piję. płaszczaki. „Hajda.. A pelargonia trwa. więcej ycia!” Kochałem lekką piosenkę. W gruncie rzeczy mo emy się cieszyć. Przeniosę się do Wieliczki. Konno nie umiem jeździć. Tote trzymam się z daleka. Owszem. Człowiek jak i inni. A potem kierownik biura obcina ci premię albo tramwaj obcina ci nogę.” Siedzisz i pędzisz przez pola. jeśli chcą. gdzie się szczęście znajduje”. Mam do ciebie prośbę. I chciałyby się czegoś napić. opustieł nasz dwor. czy nie widzimy się po raz ostatni. na co go stać. ywioły mogą nam zrobić wiele złego. Właściwie to nie mam nic przeciwko niemu. Nie kukasz? Ja te nie kukam. Wisła to królowa naszych rzek. jeszcze raz. „Wsio praszło. Kto wie. Człowiek wiedział.. prosimy o dwie takie same. Mickiewicza znowu stawiają na nogi. Tylko za du o jeść nie mo na. Panno Stasiu. Dwadzieścia metrów w najwę szym miejscu. w której le ał jego ojciec. poriedieł moj wołos.. I tak było. A jednak przyroda jest najwa niejsza. Bardzo lubię zalesiać. Panno Stasiu — jak wy ej. dwie... I woda. I co? — zapytuję. bo mdli. Ja osobiście wolę porzeczki. A ja jestem roztargniony. Ale mimo to.. piękny jak Capri albo Luwr. Kiedyś wszedłem do toalety i rozpiąłem kołnierzyk. Mniej zachodu. patrzysz. Śmieszyło mnie to. węgorze. bracie. Koń izdoch. Nie jesteś zdrowy? Ja te nie. Weźmy te głębiny morskie. si — to włóczęgi serenada”? Wtedy miała być wojna z Litwą czy coś takiego... Historia nasza obfituje w szczegóły. Wszędzie woda. To z Asnyka. Taki Grunwald. Postawisz sobie pelargonię. Sztuka a ycie. Mijasz sioła. Mo na by du o mówić. Czy uwierzysz. mówisz coś? Ja te nic nie mówię. si. Takiemu nie podaję ręki. Zakąś serkiem. W sytuacji o ile lepszej my się znajdujemy. Nasze zdrowie. czemu aden z nich nie wie. Proszę cię. Czuję do niego odruchową niechęć. Panno Stasiu. Szkodzi? Mnie te szkodzi. Panno Stasiu. Panno Stasiu. A bo ja wiem. o ile mamy z czego. Na przykład taki jamnik. Lato minęło. „Siedzi jamnik na drzewie i ludziom się dziwuje. W tym coś jest. Ja. Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zakukać parę razy? Bądź dobrym kolegą.. Znałem jednego re ysera. Kiedy byłem mały. Du o wody.

Do polityki się nie mieszał. Słuchają. eby dać koncert.. a bogatsi na ławeczkach. stara. Herboryzował jedynie. bez której coraz trudniej było mu chodzić. Rękę przyło ył do ucha — zagrali teraz. Podreptał alejką od plebanii do kościółka Otworzył ksiądz staruszek furtkę prowadzącą na majdan kościelny. poobija się chwilę o nią i z gniewnym brzęczeniem ucieka w swoją stronę.Sławomir Mro ek – Opowiadania O KSIĘDZU PROBOSZCZU I ORKIESTRZE STRA ACKIEJ Późne. Ju kapelmistrz dał znak: — odezwały się instrumenty. na przyzbach.. 24 . We wsi przed kościołem zebrała się stra acka orkiestra. Coraz to któraś z nich wpadnie do mosię nej trąby. W koronach kwitnących lip uwijają się pracowite pszczoły. Na dziedzińcu zatrzymał się. Głos ich doleciał do plebanii. Zardzewiała była. Wieś jest mała i na ka dym jej końcu słychać bardzo wyraźnie głos trąby.. Mieszkał tam proboszcz staruszek. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: Sięgnął po laskę. A nicponie!. sobotnie popołudnie. — Świeckie pieśni przed bo ym przybytkiem grają. A orkiestra zebrała się.. Wieśniacy siedzą na progach.

ile ju prze ył. w hełmach. Czy nie powinniśmy pobła ać ułomności bliźnich? Czy cierpienie.. gdy stra acy wciągali powietrze w płuca. z którym rodzi się i umiera człowiek. dam ja im — zagrzewał się poczciwina. — gniewał się jeszcze. Bo jak e to?. W krótkich przerwach między strofkami. grali w palanta. Sześciu stra aków z trąbami. I przypomniało się staruszkowi. On sam. Dotarł do drugiej furtki. na podwórku.. jak w seminarium jeszcze.. Wiadomo: młody. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. Stoją przecie i grają świeckie pieśni.. Nale ałoby ich jednak skarcić. lubi się pokazać. ja te byłem młody. słychać było brzęczenie pszczół... Ale przecie . z dziedzińca kościelnego na placyk. Tu przed kościołem. Widać stąd było orkiestrę jak na dłoni. Kapelmistrz miał pióro na hełmie. Lipy mocno pachniały.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ha. 25 . nie równowa y tych małych swawoli? — Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić... — Urwisy...

A on przystanął.. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. Siwiuteńki. Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby... powiedział: — Ej!... o lasce. — grali stra acy. Ej!. 26 . Pokłonili się pokornie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skrzypnęła furtka. Przestali grać.. Proboszcz zbli ył się do nich. podniósł palec i kiwając nim to do góry. to na dół. Stra acy obejrzeli się.

mimo e przeszyła mnie hardym spojrzeniem i natychmiast rozwinąłem misterną koronkę dowcipu. Okrę ną drogą. W rozmowie z pewnym znajomym cywilem padło jej imię. Później jednak nie ałowałem tego tak dalece jak w pierwszej chwili. e dłoń. Bowiem kiedy w pół roku potem. dosypując całe naręcza point. Obecność szwadronu kawalerii uwalniała mnie od tego. udając najwy szą obojętność i chłód. Przez następny tydzień zbierałem się w sobie. skinęła głową i zmarszczywszy wyniośle brwi. eby podejść i uwieść ją. wysunąłem ku niej rękę. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Trzymam ją na podwórzu. e pułkownik coś zgubił i jest rzeczą zupełnie naturalną. Kilka dni odosobnienia miało jednak ten ujemny skutek. e gest ten mógł mieć podło e erotyczne. e widziałem ją tam. zapuszczałem się w puste aleje. a więc w warunkach. dałem wyraz swojemu zainteresowaniu jej osobą. Los jednak przyszedł mi z pomocą. cal po calu.Sławomir Mro ek – Opowiadania *** . i pragnie swoją zgubę odszukać. naprowadziły mnie dopiero słowa wypowiedziane przez wojskowego: „No co. Jaka była moja radość. Gdyby to nie było jeszcze większą gruboskórnością. poza krzewami. Przełamawszy wszystkie opory. Moje upojenie byłoby niewątpliwie większe. gdzie i kiedy mógłbym ją spotkać. nale ała w istocie do mojego druha. przedzierającą się przez chaszcze. na jakim przyjęciu. koncentrując się w rzeczywistości na delikatnych pieszczotach dłoni. który.. mnie głupiemu. Wtedy to zakiełkowało we mnie zuchwałe pragnienie. jak mi się wydawało! Odkrycie to zdawało się być potwierdzone przez fakt.Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Pocałowałem ją w rękę. i z anatomicznego punktu widzenia nie mogłem mieć wątpliwości. Jestem chłopcem ufnym i pogodnym. wyczekując na chwilę odpowiednią do zuchwalstwa. gdyby nie okazało się. polowaniu lub uroczystości poświęcenia kamienia węgielnego. Inaczej musiałbym przezwycię yć moje skrępowanie. Kiedy przyszła na górę. jedną ręką podkręcił wąsa. Tymczasem ściemniło się i zagrzany własną wymową postanowiłem posunąć się dalej ni kiedykolwiek: nieznacznie. Chwila taka wnet nastąpiła. było tylko dziełem przypadku. Na szczęście nie była sama. ukłoniłem się jej na promenadzie i — mimo i przera ony własną bezczelnością — powiedziałem z miłym uśmiechem: — Dzień dobry! Zaczepiona tak bezkompromisowo. jak e chętnie pobiegłbym teraz za nią i prosząc o przebaczenie starał się ją przekonać. ująłem jej dłoń. malutka?” Ach! — pomyślałem sobie — nie jest więc tak nieprzystępna. eby mi nie przeszkadzała”. eby tam oddawać się rojeniom i postanowieniom. którą znalazłem tak blisko jej kibici. przeszła mimo. aby okazać się mę czyzną. tote nie zdziwiło mnie to wcale. a drugą wło ył głęboko za jej dekolt. mój znajomy dokonał prezencji. jak to — na skutek mojego brzydkiego postępku — na pewno jej się wydawało. stanąłbym wobec konieczności decydowania. Znajomy wychylił się przez okno i gwizdnął przeciągle trzy razy.. podczas wspólnej akademii. Spłonąłem ze wstydu. Tote wiadomości o ruchach wojsk w okolicy kojarzyłem jedynie z jakimiś ich manewrami lub czymś takim. Upojony tym pierwszym zwycięstwem mówiłem coraz piękniej. e nie jestem taki nachalny. znajdowała się w towarzystwie pułkownika. zbli ywszy się do niej. To. kiedy napotkana dłoń nie cofnęła się. e jest jej dłonią. tym razem autentyczną. e nazajutrz widziałem ją konno w towarzystwie trzech poruczników. Na wszelki wypadek przez kilka dni nie pokazywałem się jej na oczy. Jak mo na było zachować się tak brutalnie? Dobrze mi więc. e straciłem rozeznanie. 27 . które mi się wydawały najodpowiedniejsze dla rozwinięcia mojej uwodzicielskiej działalności. Wychodziłem z domu tylko wieczorami. poniewa sądziłem po prostu. Na myśl.

jak mi powiedziała następnego dnia. e jestem bardzo subtelny. Wreszcie. oświadczyła mi mimochodem. acz surowo. Nie powinienem jednak się skar yć. cierpiąc na złośliwe przeziębienie. e przyjdzie do mnie o zmierzchu po yczyć zapałki. e jestem jak inni mę czyźni. Poniewa zupełnie zapomniałem o zapałkach. ze wzruszenia zasalutowałem. Następnie domagała się zapałek. Przedtem spotkałem ją w sumie kilkanaście razy na rozmaitych polowaniach. Odwołała się jednak do mojego poczucia honoru i dała wyraz swojemu rozczarowaniu. Bardzo mnie zawstydziła. a było to ju jakoś na drugą wiosnę. Mówi. Następnego dnia zaniosłem jej kwiaty. wrócić i po yczyć jej. Postanowiłem być bezwzględnie brutalny. jaki zwykle noszą pułkowi dobosze i upadłem.Sławomir Mro ek – Opowiadania wycofała ją łagodnie. dodając przyjacielsko. przyjęciach i poświęceniach kamieni węgielnych. I tak zresztą nie mogłaby mnie wtedy przyjąć. W ciemnym przedpokoju potknąłem się o bęben. i poszła. Skinęła mi głową. le ała. Podobno wyra a się o mnie przychylnie. e tego się po mnie nie spodziewała. musiałem wyjść po nie. lecz stanowczo. podczas kiedy zawsze ceniła mnie wy ej i nie chciałaby się omylić. tłukąc się boleśnie. 28 . gdy .

. nie jestem profesorem. A gdzie teraz jest redakcja? Wzruszyłem ramionami. W pokoju było szaro. przede mną te było prywatne mieszkanie. Nad parapetem płynęły nakrycia głowy przechodniów. te sprawiał. Bie ący tydzień w BadenBaden. ich stopy i główki zaznaczone cienkimi. rozejrzał się i zagadnął. Okna ukazywały tylko rzędy takich samych okien naprzeciwko. — Co pan ze swoim rebusem! Chyba pan wie. Ale kiedy w minutę potem ktoś zadzwonił do drzwi i kiedy je otworzyłem — odnalazł się na głowie starszego pana. Kiwnął głową. ślinionym ołówkiem. Sam rozwiązałem. wyjmując z kieszeni podłu nie zło oną gazetę: — Przyniosłem rozwiązanie. — Szkoda. — Przyniosłem do redakcji. Drukowana była czcionkami o kroju dziś ju nie stosowanym: literki na wątłych i wysokich nó kach. — Mo e tu kiedyś była redakcja. e od tego czasu du o się zmieniło! — Trudno. Kiedy wszedł. proszę pana. e często myślałem o rzece. czy mo e wejść. — Tak. — Jakie? Wyciągnął do mnie gazetę. które zostały na powierzchni po topielcach. Wpadła mi w oczy data korespondencji: „6 czerwca 1906. — Istotnie. wykonanych z kości. e pańskie pismo było organem realizującym perfidną politykę monarchii.Sławomir Mro ek – Opowiadania TŁO EPOKI Wprowadziłem się do domu przy ulicy. poziomymi kreseczkami. e przedtem te było prywatne mieszkanie. Obok starannie napisane rozwiązanie — chemicznym. Sufit w pokoju był wysoki. Oburzyłem się. klamki brudno ółte i ozdobne. dwa parterowe okna te wysokie i wąskie jak strzelnice. ślepych. Chwilę milczeliśmy. poniewa w ich wnętrzach panował taki sam mrok. ju nie ma. Po drugiej stronie był rebus. Sam do wszystkiego doszedłem — powiedział obra ony. Ale zdaje się. mrok niezwycię ony przez cały dzień — w południe cofał się tylko nieznacznie do kątów i pod ten wysoki sufit. — Czy pan wie.. według adresu. e się nie orientuję. wycierając nogi. Przepłynął i zniknął. który. Pewnego razu na powierzchni przepłynął między innymi kapelusz niepodobny do innych — czarny melonik. — A jeszcze przedtem? — Nie wiem. choć od tygodnia panowała susza i przed drzwiami nie było wycieraczki. strumień płynął dalej. — Tak.” — Rebus —— podsunął. widząc. a bezczelnie wyłaził z powrotem ju wczesnym popołudniem. separującej mniejszości narodowe? 29 . Teraz jest tutaj prywatne mieszkanie. ale dawno — powiedziałem złośliwie. potem przeczytałem tytuł tej jego gazety. drzwi równie nadmiernie wydłu one. e tu ju nie ma redakcji — dodał przyglądając się meblom. — Widzę. — Kiedy się wprowadzałem. Rozwiązałem wszystko. — Cały rozwiązany. Ten półinteligent zaczął mnie wyprowadzać z równowagi. jakby gdzieś utonęło miasto i teraz prąd unosił nieprzerwanie kapelusze damskie i męskie. Wolałem sam przynieść. Nieustanny szelest kroków. która ju przed kilkudziesięciu laty była jedną z głównych arterii miasta. pięćdziesiąt lat temu. Miała barwę starych płytek do gry w domino. uchylił ten swój kapelusz i zapytał. — Wielka szkoda. przenikający przez szyby. Zdaje się.

Potem zdjęli marynarki i zostali w kamizelkach. — I dopiero teraz pan skończył. Takem zaczął sobie rozwiązywać. Przyszedł do nas stryj i miał w kieszeni tę gazetę. Ale ja musiałem pracować. Czy pan myśli. My w dziewięćset dziesiątym jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy.. Pan się śmieje. plebiscyty. Zaczęli grać. co to jest „adekwatny”? A tam były jeszcze gorsze. e się nie dałem. w Czarnogórze. to się pozapominało i troski ma się inne. tylko e jeszcze wcześniej. ale bomby atomowej pan nie wymyślił.. Ale mogę powiedzieć. to będę grał. Było du o obcych słów. proszę pana. ale ojciec mi nie pozwolił. — A Hitler pana nie obchodzi? Ani Hiszpania? Co pan wtedy robił? — Przecie mówię panu. e miałem za du o czasu. bo było gorąco. Śmiałem się głośno. Ja nad tym nie pracowałem. — Mo e nie jestem specjalnie uzdolniony. proszę pana. — dopowiedziałem uszczypliwie.. Ale — od czego głowa? — Pan jest Salomon — kpiłem zimno. potem wstał i powiedział: — Proszę się nie śmiać. i rozwiązywałem przewa nie wieczorami. Chciałem zagrać z nimi. e będą grali w karty. inaczej roślina — to dopiero wtedy na to wpadłem. co ze szkoły. a pierwsza wojna światowa? — przypomniałem sobie. 30 . — Śmieszny pan jesteś. — Pan myśli. a pan ciągle z tym rebusem. co znaczy Zeppelin.. e sam wszystko rozwiązywałem. e to tak łatwo. republika weimarska. Poziomo.Sławomir Mro ek – Opowiadania — To było w niedzielę.. Siedzieliśmy w ogrodzie. Mo e się panu wydaje. To nie ja wymyśliłem bombę. — Pewnie w czasie drugiej wojny te pan nad tym siedział? Pan jest Einstein. ale myśl ludzką trzeba szanować. ale i tak mnie trafiło rykoszetem w głowę. proszę pana. Ojciec i stryj powiedzieli. — To było bardzo trudne. Dopiero jak mi wyszło „welocyped” i „ziele” — wie pan. — Panie. Taki przewrót. Myśl ludzka nie zginęła. taki kolosalny skok. złośliwie. Oto rebus. proszę pana. ale co na to mo na poradzić? W dziewięćset czternastym mnie reklamowali. — Mnie reklamowali.. Spłoszył się. Czy pan wie. Nie umiał pan! — Bomba bombą. — A jednak pan mi działa na nerwy. bo marynarka stryja wisiała na sęku czereśni. Kryzys w dwudziestym dziewiątym. bo mówił. e starszemu człowiekowi tak łatwo? Wszystko. e jestem za młody i e jak dorosnę. a ja wyciągnąłem tę gazetę z kieszeni.

ale miła i młoda para. Przeje d ająca cię arówka rozpryskiwała rzadkie błoto. eby znaleźć okulary — zobaczyłem. kto sądził. Bo to był przypadek. Między futerałem na okulary a kopertą ze zdjęciami stała niedu a. nieprzyzwoite i wielkie w porównaniu z elegancją ich drobnych. e w gruncie rzeczy byli dla mnie niczym.Sławomir Mro ek – Opowiadania W SZUFLADZIE Dzisiaj rano. e ujrzałem najpierw ich dwoje. Okazało się. w doskonałym humorze. eby zobaczyć moje oczy — szarozielone. kiedy wysunąłem środkową szufladę biurka. e trzeba się łudzić w stosunku do mnie. jak wielkim autorytetem będę dla niej. kiedy wracałem do domu. Odszedłem pod mur. Wpatrywali się w siebie. o którą wspierała się wysunięta szuflada. przy czym musieli patrzeć od razu do góry. muskały jej plecy. Byłem łaskawy i przyjacielski. mną — sprawiła mi dziwną i nie znaną dotąd przyjemność. ju nie padało. a mój uśmiech musiał być dla nich tym. Byli tak mali. ni zowąd zahaczywszy o bieg ich prze yć. Wziąwszy się za ręce. niecierpliwym ruchem ręki. e muszę wyjść — udałem się do miasta. która ni stąd. Potem. W domu otworzyłem szufladę szukając szczotki. ale bezskutecznie. miłości i niechęci. Wpatrzywszy się lepiej w szufladę. Byłem wobec nich wielki jak Bóg i cię ki. e. delikatnie dawszy im do zrozumienia. Akurat zachmurzyło się i spadł deszcz. równie mieszczących się w mojej szufladzie. Uśmiechając się nieśmiało. Nie mogłem spostrzec wyrazu ich oczu. On — wielkości połowy mojej dłoni. na których bardzo mi zale ało. W mojej szufladzie kryły się światy.. czym zmiana pogody na niebie. bo były zbyt małe: jak ciemne ziarenka. Pod ich stopami szeleścił tygodnik ilustrowany. zobaczyłem tam te horyzont. którym wysłane jest jej dno. przypominające błyszczący wiórek. Zmiotłem ich wszystkich jednym. e ka de moje poruszenie mo e być dla nich trzęsieniem ziemi. o jasnych oczach. Sierpniowy dzień zapowiadał się pogodnie. Bo stałem się niespodziewanie nieograniczoną siłą. Nachyliłem się. jednoczesnym ruchem obrócili głowy w moją stronę. a mo e coś więcej. mogła na nie wpływać. co odkryłem ze zdumieniem. Zresztą nie okazywali trwogi. moim głosem. bo moje nowe. 31 . jasne spodnie. e byłem w świetnym humorze i zaraz zająłem się ich prośbami. e jest tam nawet mała uliczka. Obiecałem pomówić z matką maleńkiej złotowłosej. tłumaczył. e mają kłopoty. artowałem z nimi. ja mogłem być dla nich wszystkim. zbli yli się o kilka centymetrów do mojej klatki piersiowej. ale na źle brukowanej ulicy zostały kału e. Z góry cieszyłem się myślą. śmiałem się. czując. i tak zostały pochlapane. e mieszkają w maleńkich domkach. Powtarzam. Jej matka nie chce się zgodzić na mał eństwo. e mają rodziny bli sze i dalsze. uczucia. Wreszcie. problemy. ziarenkowych oczu. e yją w niej mali ludzie.. odzianej w granatowy wełniany sweter. ona — jak mój palec serdeczny. W kawiarni widziałem się z kimś. uśmiechnięty. Uśmiechnąłem się. Stał tam mój znajomy młody człowiek i dawał mi znaki. którego istnienia w tym małym drewnianym pudle nawet nie podejrzewałem. e właśnie teraz jest sposobna pora. Byłem po śniadaniu. a nawet podszedłem do lustra. a kiedy otworzyłem szufladę — spłoszonym. zgrabna i złota. Wyjaśnili mi swobodnie. abym im pomógł. Włosy spięte na karku. Wyglądało to na prośbę o pomoc. W ka dym razie szuflada moja zawsze była pełna tęsknot. Mieli swoje sprawy a nagle znaleziona relacja między ich yciem a moimi rękami.

. nic podobnego.... To ja. . I było kadzidło.. dlaczego. długi.. nie płaczę. To zbyt trudne do uwierzenia.? Tak.? Więc o co chodzi? Ach. Był wielki i mocny. dlaczego dopiero teraz? Niech ojciec poradzi.. Nigdy.. e wyszłam za niego z miłości.. Tak. to jest. ró owe kwiatki.. kraj. ale niegroźne. nie. proszę ojca.. Potem pobraliśmy się... kogo ojciec chce... Niech ojciec weźmie tę rękę.. był taki zdolny. Zawsze był stanowczy. zaraz dojdę. nie zamierzonych spojrzeń. pomocy. i lilie. .. to ja przychodzę.Sławomir Mro ek – Opowiadania FAKT Spowiadam się tobie. . słyszałam o tym.. zdarzały się nieporozumienia.? Nie.. Był pełen planów.? Mo e.. tak.? Nie.. biały welon. . przecie przez siedem lat dzieliłam z nim stół i ło e. potrzebuję. a nie on. ró owych kwiatków.. Jedno z tych zwykłych. Siedzimy rano przy śniadaniu. ojcze duchowny. eby odpoczął.? Proszę? .. przyszłam tutaj. Po siedmiu latach po ycia. Tuliłam się do jego błyszczących guzików z metalu. oczywiście..... mogłam się w nich przeglądać jak w lusterkach. . cie. bardzo ałuję. naprzeciw siebie. praca. nie wiem. ani nawet myślą.? Och. .. biedną dziewczyną.. ...? Właśnie — co? Jak.. nie... Co ja biedna jestem winna? Proszę spytać.. Oczywiście.. dziesiątki tysięcy malutkich. proszę ojca. Organy grały i miałam długi..? Ja? Nigdy! Naprawdę nigdy. Miałam du e oczy i długie warkocze... jak e . W chwili kiedy podnosił fili ankę. Prawie nigdy nie rozstawaliśmy się na długo. Jest na stanowisku. Ach. nie wiem czy potrafię.. ale delikatny.... Mam mę a.. . . Za nim było otwarte okno z widokiem na ogród.. . Prowadził mnie na wzgórze i mówił donośnym i dźwięcznym głosem o przyszłości. co te ojciec znowu.? Te nie.. Ja byłam młodą.. skąd e znowu? Poślubiłam go oczywiście..? Oczywiście.. Nie zdradziłam go ani razu.. I wtedy zobaczyłam. to była pró ność. Pokój obity tapetą w malutkie. .. Namówiłam go. wiem. Czy ojciec mo e. W tym roku pojechaliśmy na letnisko.? Zaraz.. wszyscy go szanowali.. Czy ojciec uwierzy? ... ojcze.. ogromna odpowiedzialność... ja. nie. Byłam mu wierna.? Słucham? Ach. i. . I powiedziałam: tak — i wszyscy się cieszyli. Lubiłam je dotykać policzkiem. spojrzałam na niego... 32 . bo jeśli to grzech. rady.. po.... Ale przecie to ja się spowiadam. tak. i mama płakała.... drzewa.. On przyjechał samochodem. ale on nie.. Nie. taki zasłu ony!.? Ale . nie zmienił się i po ślubie..

? Wtedy..... e on jest z plasteliny. proszę ojca. Pochyliłam się nad nim. to głupstwo! Ale ja mam z nim dzieci! 33 . . Cały! Dlaczego przekonałam się o tym dopiero teraz?! No i co będzie?! . on jest z plasteliny.? Uniewa nienie mał eństwa? Ale . Widocznie miałam szeroko otwarte oczy. Sztuczny. dopiero wtedy zobaczyłam.. Cały..? Tak. On był zawsze. bo odstawił fili ankę i zapytał spokojnym głosem: „Co się stało?” A przecie nie mylę się ju teraz.Sławomir Mro ek – Opowiadania .

Zygmuś nachodzi mnie nie od dziś. Rzeczywiście. Pod nagłówkiem „Szczęść Bo e” przeczytamy wypracowanie: „Ślimak jest to stworzonko. Pierwszym tematem.. kiedy rudy Tomek męczył zwierzęta. Nauczyciel upomniał go: — Zygmusiu. Dzisiaj ju nawet wiem. Kiedyś. Ale on nie uwa ał. bo pan nauczyciel kazał mi zdjąć berecik. co wiem o Zygmusiu. to on nie mo e sobie drugiej nogi po yczyć od kolegi? — Nie mo e. uwięził ją i przykuł do Zygmusia na zawsze — była sprawa ślimaka. czekaj! Jak cię Pan Bóg złapie.Sławomir Mro ek – Opowiadania WYZNANIA O ZYGMUSIU Nadszedł nowy rok szkolny. e wie. Przyszedłszy do domu. które utrzymuje się za pomocą wystawiania rogów. Gdy pojawił się ostatnio. który uwiódł moją biedną wyobraźnię. to znaczy. ma odstające uszka.. A jednak jest w nim coś. idź spać. Jednak ślimak zajął Zygmusia. bo się przeziębię. z którego wyrabia pierogi”. nie zdjął berecika. e ślimak kopie lewą nogą. Ale Zygmuś nie jest zbity z tropu. tak odpowiedział na pytanie. dlaczego nie zdjąłeś berecika? — Bo mamusia mówi. kiedy braliśmy o ślimaku? Aha. Otwórzmy jego kajecik. wchodząc do klasy. ale ja mu powiedziałem. A znowu po powrocie do domu rzekł: — Mamusiu. jak Zygmuś wygląda. przecie ślimak ma tylko jedną nogę. Blady. Potem nauczyciel zapytał go: — Zygmusiu. nie od rzeczy będzie powiedzieć w końcu. bo znowu trzeci byłby bez niczego. to bym miał trzy nogi i bym po yczał kolegom. e masz dobre serduszko. z du ą główką na cienkiej szyjce. Zygmuś powiedział: — Czekaj. ale posługujących się tylko gwiazdami. — A ten czwarty od piątego? — Zygmusiu. eby go uznali. bo ślimak ma tylko prawą nogę. — No? — Jak ja bym był ślimakiem.. to którą nogą? Na to nauczyciel: — Zygmusiu. Był to pierwszy wieczór księ ycowy po nocach jasnych. ebym nie zdejmował berecika. Ka demu się wydaje. e to nieprawda. bo kolega te ma tylko jedną nogę i sam by nic nie miał. co było w szkole: — Pan profesor mówił. Dlaczego nie uwa ałeś. to ci poka e!. Po kilku dniach Zygmuś zapytał wujaszka: — A jak ślimak ma iść do poboru wojskowego i chce mieć dwie nogi. co wnosi nastrój wzajemnej nieufności i niedomówień. Zygmusiu. — A ten drugi kolega nie mo e sobie po yczyć od trzeciego? — Nie. I nazajutrz nie przyszedł do szkoły. W szkole Zygmuś zapytał: — A jak ślimak idzie na przechadzkę i chce kogoś kopnąć. — A ten trzeci od czwartego? — Zygmusiu. co to jest ślimak. bo siedział pod ławką.. ja ju jestem przeziębiony. dlaczego nie byłeś wczoraj w szkole? 34 . idź bawić się na podwórko! — A ten piąty od szóstego? — Zygmusiu! — Wujaszku. Trzeba przyznać otwarcie: Zygmuś kłamie. ju przypominam sobie: bo siedziałeś wtedy pod ławką. jest ju późno. musiałem usiąść w trzcinowym fotelu i wygłosić monolog o Zygmusiu. Pewnego razu. Zygmusiu. A jednak Zygmuś podszedł do ślimaka w sposób tylko sobie właściwy. — To ładnie. pod grzywką włosów pracuje myślące czółko. w zamian za co otrzymuje pewną ilość sera.

Miły. e zawsze razem najraźniej.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Bo mamusia mówi... bo mówi. Taki jest Zygmuś. ale najlepiej w domu. Strze cie się go. 35 . jak to człowiek dla ochrony przed zimnem z czasem nauczył się po ytkować wełnę zwierzęcą i włókna roślin. w którym miejscu mają tatusia szukać. sporządzając sobie z nich ciepłe odzienie i nakrycia głowy. to kapelusz zostanie na wodzie i będą wiedzieli. Wkrótce znowu zaczną się wieczory księ ycowe. ale. W miarę przerabiania materiału nauczyciel wykładał. e jakby kiedyś szedł nad jeziorem i wpadł do wody. Zygmuś zamyślił się i oświadczył: — Mój tatuś nosi kapelusz. e wszędzie dobrze. Ciocia mówi. I po namyśle dodał: — My ju mamy wykupione miejsce w grobowcu rodzinnym.

— Godzina walki. pochwalił rząd i państwo. — . biłem w jego matowo. myśląc nad czymś. — I taka mnie ogarnęła 36 . nie. e twój wierny dobosz czuwa.. kiedy mamy werble. — Jutro nale y do nas! — Bardzo słusznie. to — mruknął generał. Przywitał się. — Słusznie. Trząsł się nieco. — Tak. e ogarnia mnie i ponosi ognista fala zapału. Zostałem sam. wreszcie rzekł jakby od niechcenia: — A wy tak ciągle bębnicie? — Tak jest! — wrzasnąłem.. cały płonąc. — No no. złoty. tak. panie.. Bębniłem sobie właśnie wawo pewnego wieczora. świadczący o mojej pracowitości i ochocie. Właśnie tak — i poszedł w kierunku swego namiotu. generale.. dumna. i ja — obaj zdobędziemy jutrzenkę. ale jakoś smętnie. to nieustający werbel zwycięstwa! — wyrzuciłem z siebie łomocząc w bęben. I ty. — A długo jeszcze tak będziecie? — Póki starczy sił. generale — myślałem — ale wiesz. bo na biwak spadła nocna mgła. — Nasza armia mo e być dumna z was — rzekł generał kwaśno. dniem i nocą. to czarnymi od błota. słusznie — przytaknął. zale nie do pory roku. — zdziwił się generał i zamilkł na chwilę..Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA DOBOSZA Kochałem mój bęben. — Nigdy odwrotnie. choćbyśmy mieli maszerować. brunatny i biały. które ja — w twoim i swoim imieniu — obwieszczę łoskotem werbla. — Na co nam dzwony. — Ot. Ty w skupieniu. w kurtce mundurowej rozpiętej pod szyją i w kalesonach. — Ja mówię.. to.. dyskretnie przysłaniając sobie usta. niech zamilkną dzwony! — I na potwierdzenie zadudniłem jak do szturmu. dzwony nie! — zawołał pospiesznie generał. — Nasz werbel będzie grzmiał nieustannie. — To jest — dzwony owszem. nad wszystkim jednak bez przerwy turkotał wartko głos mojego bębna. e jest późno w znaczeniu: późna godzina. a świat po obu stronach bywał zielony. zuch! — pochwalił generał i podrapał się w głowę. chorągiewkami wyznaczasz na mapie drogę naszego wspólnego zwycięstwa. Gdy odezwie się mój werbel. Nie ustaniemy. obmyślasz strategiczne plany. — Odszedłeś.. pochrząkał. maszerować. ale do niego i kiedy bęben milczał — czułem się niezdrów. — Nigdy! — huknąłem. prawda? — zapytał generał niepewnie.ółty wierzch pałeczkami z dębowego drzewa. bardzo słusznie — zgodził się generał. — Tak jest. Generał ukazał się w stroju niepełnym. poniewa moje ręce nie nale ały do mnie.. — Nie. wasza towarzyskość! — odwrzasnąłem radośnie. Ka dy nasz krok. — Późno jest tylko dla wroga. Ale osamotnienie wzmogło jeszcze bardziej moją ofiarność i poczucie odpowiedzialności jako dobosza. Szedłem sobie z tym bębnem gościńcami — to białymi od kurzu. to jasne jutro. z czołem przeoranym zmarszczkami. tak. obywatelu generale! — podchwyciłem. kiedy podszedł do mnie generał. krok. Nosiłem go na szerokim pasie zało onym na kark. mo ecie polegać na waszym doboszu! — Czułem. uderzając w bęben z podwójną siłą. Potem zaczął z innej beczki: — Późno ju — powiedział. ale od czasu do czasu. — A na długo wam jeszcze starczy? — A do końca! — zawołałem dumnie. Z siwego oparu sterczał jedynie sto ek namiotu generalskiego. A ka dy nasz krok. lekko poirytowany. która wybiła! Niech zabrzmią działa. dla nas nigdy! — krzyknąłem. — Ku chwale ojczyzny! — Słusznie. Pałeczkom moje palce nadały z czasem połysk. Bęben był du y.. niech biją dzwony! — krzyczałem w szlachetnym uniesieniu prawdziwego dobosza. — O.

e biłem w bęben jeszcze szybciej i głośniej — o ile to było mo liwe. 37 . ró owe obłoczki. który wykonywał ten rozkaz. nie mogąc zasnąć. Nie pozwalał na to regulamin. nasycony ideą. nie przyświecała mi ani chęć wykazania mojej słu bistości generałowi. Ront. e tego. Zawsze byłem szczerym. zdjął mi z szyi bęben. bardzo dobrze. Wreszcie koło północy biała postać zamajaczyła na tle namiotu. którzy mnie wzięli między bagnety i prowadzili gdzieś poza obóz. — I odszedł. Nawet przez myśl mi nie przeszło. jak ka e regulamin i honor dobosza! Dalibóg! Kiedy to wołałem. Nie mogłem się porozumieć z towarzyszami. Zdrady! Właśnie zaczęło świtać.. Noc ju zapadła głęboka. Tylko jeden z nich dał mi do zrozumienia. Prawdziwy ojciec dla ołnierzy! — Tak jest. e mo na by to w ten sposób pojąć. a ja z całym arem młodości. taka wola poświęcenia dla sprawy. Wzruszyło mnie. Był to generał w koszuli nocnej. e będziecie jeszcze bębnić.Sławomir Mro ek – Opowiadania tkliwość dla generała. Wkrótce potem aresztowano mnie. jak nakazuje mi mój obowiązek i sprawa. ani senność. przewracał się z boku na bok. co? — zagadnął. generale! Nie pokona mnie ani chłód. Głos miał ochrypły. Czasem tylko.. Generał zgrzytnął zębami. e to z zimna. między poszczególnymi uderzeniami pałeczek. Witało je tylko zdrowe chrapanie. Potem rzekł głucho: — Dobrze. ani przypodobania mu się. Nie były to czcze przechwałki obliczone na awans albo odznaczenie. gotów jestem bębnić póki ycia. o którą walczymy. kiedy mijaliśmy namiot generała. e zostałem aresztowany z rozkazu generała pod zarzutem zdrady. e chciało mu się chodzić do mnie po nocy. zziębniętych rąk pałeczki. — Więc powiadacie. prostolinijnym i — do kroćset! — dobrym doboszem. słyszałem od strony generalskiej pałatki skrzypienie sprę ynowego materaca jakby ktoś. Pojawiły się pierwsze. otoczył mnie w milczeniu. które wyraźnie słyszałem. W dolinie rozległa się cisza. wyjął z osłabłych. oddawałem się memu zaszczytnemu trudowi. Myślałem.

wszyscy śpią. znajomi w pracy. siedzieli albo le eli na ławkach wyblakli mę czyźni w brudnych ubraniach. je eli pan ma ochotę. mo e dać się we znaki. tak nieznośna dla ludzi pijących. Wróciliśmy do pokoju administracji. ale nie ma z kim. a stamtąd do następnego pomieszczenia. ulica Zwycięzców? Tak jest. przedpołudnie. Po prostu nakręcamy odpowiedni numer telefonu i podajemy adres.. do u alenia się. teraz naprędce przerobionym. Co pana czeka? Osamotnienie. i co? Straszna samotność. którzy nie mają. spragnieni i smutni. Zaraz poślę dy urnego. Na ścianie wisiał plakat Roku Mickiewiczowskiego. w ółtym świetle arówki. — Więc humanizm. jak zimne światła odległych galaktyk. — Jaki adres. Większość spała. Pracują na zasadzie odpłatności w naturze. czynnego całą dobę bez przerwy. Mo e pan mi towarzyszyć.. 38 . Oni stanowią skład pogotowia. oddany. Albo głęboką nocą gryzie pana troska. z urządzeń pozostała tylko wanna. Dzięki nam odnajdują się ci. Muszę wyjść na chwilę do personelu. tak. Odprowadza go pan na dworzec. współczujący. chętny do pomówienia o wszystkim. kiedy ma ochotę wypić. którzy chcą i mają. piecyk gazowy usunięto i ściana ziała ceglastą wnęką po wydartych rurach. Biuro Spółdzielni „Jeden” mieściło się w dawnym mieszkaniu prywatnym. gotowy. Nadwy ki przekazujemy na Fundusz Budowy Szkół.. przyjęte. czynszu i stałej pensji dla kierownictwa. Nie ma ju trwogi przed opuszczeniem. szefie? — zapytał ochryple. czyli po prostu tylko za pośrednictwo. kilku jadło drugie śniadanie składające się z korniszonów i barszczu. — Który następny? — zawołał kierownik stając w drzwiach. Albo ma pan wolny dzień. tak. Natychmiast zjawia się jeden z ludzi naszego pogotowia. — Organizacyjne zasady są proste — wyjaśnił mój gospodarz. potem kolega musi odjechać. Pije pan z kolegą. Otó usługi naszej Spółdzielni polegają na tym. Była to niegdyś łazienka. Tak czy inaczej — wymieniłem tylko niektóre z nie kończącego się szeregu sytuacji. My tylko dajemy klucz do wzajemnego porozumienia. ale chcą. — Widzi pan — powiedział — nie narzekamy na brak klientów. ale nie mają za co. kole eński. nie ma gorączkowego i mozolnego poszukiwania znajomych. zapinając guziki.. Wiadomość w sklepie. z balkonem — przeszliśmy do korytarza.. o włosach przerzedzonych i powiekach zapuchniętych. proszę pana! Ilu jest ludzi. Z pokoju kierownika — od frontu. — Jak doszło do powstania Spółdzielni? — O. i ci. serdeczny. Odło ył słuchawkę. których pan widział w dy urce. Zasadniczo bazujemy na pracownikach-amatorach.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPÓŁDZIELNIA „JEDEN” Kierownik podniósł słuchawkę. wraca z dworca. Ponadto jednak dysponujemy kadrą pracowników specjalnych i kwalifikowanych. kupił pan pół litra i siedzi pan przy pustym stole. — Zwycięzców trzy. — A pracownicy? — To zale y. Pogotowie rekrutuje się z ludzi fachowych. telefonu. który nigdy nie powie: „nie”. którzy przecie nie zawsze chcą i mogą z nami pić. — Halo. e oferujemy wyjście proste i skuteczne. którzy te pragną w danej chwili wypić. — W porządku — mruknął opuchnięty. Z ławki podniósł się człowiek w średnim wieku. Gdyby nie my — jedni i drudzy mijaliby się na ulicach obojętnie. taki. kiedy samotność. — Niskie opłaty składane przez naszych klientów pokrywają tylko koszta manipulacji. buchaltera i sprzątaczki.. knajpy jeszcze puste. ale bardzo obszerna. ale bez szansy porozumienia. którzy w danej chwili potrzebują towarzystwa! Ka dy z nas zna z doświadczenia te chwile. Wzdłu kafelkowych ścian.

Dzwoni do nas profesor. Mam na to w pogotowiu jednego niedoszłego duchownego. W tej chwili rozległo się głośne trzaśniecie drzwi wejściowych i matowy głos męski zanucił w korytarzu: „Nie chodź. W końcu zakrył ręką słuchawę i rzekł do mnie półgłosem: — Dzwoni jakiś klient z placu Wszystkich Świętych. — Z Alei Bohaterów dwanaście — meldował przybyły. Słucham? W miarę jak przyjmował telefon. Skąd ja mu takiego wezmę? — A co jest do picia? — zapytałem. — Eksportowa zakrapiana. przecie nie poślemy mu byle kogo. którzy pracują dla nas na zlecenia. czyli „Na jednego”. Kierownik rzucił się do słuchawki.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. przyczyniając się do zwiększenia obrotu w handlu monopolowym. Zdarzają się klienci wybredniejsi. jakim gatunkiem trunku pan dysponuje? Po wysłuchaniu odpowiedzi znowu zakrył słuchawkę i rzekł do mnie: — Ajerkoniak i Cherry Cordial. w czterdziestym ósmym przechodził zapalenie płuc. eby mógł z nim pomówić o perspektywach rozwoju moralności socjalistycznej. — Chwileczkę — powiedział kierownik do słuchawki. — Pan wybaczy — powiedział kierownik — ale właśnie jeden z naszych dy urnych wraca z terenu. — Świetnie! — ucieszył się kierownik. do lasa”. — To ja pójdę — zaproponowałem. e w towarzystwie pije się lepiej. — Jeszcze jeden człowiek uratowany przed samotnością. miał cię kie dzieciństwo. — Wspomniał pan o pracownikach specjalnych i kwalifikowanych? — Tak. — Czy mo e pan nas poinformować. Odgrywamy te pewną rolę gospodarczą. których by nie wypito. Do nich wysyłam pijących poetów. ale takiego. Inni przy kieliszku lubią dysputy religijne. Kierownik wprawnym ruchem wylał na niego wiadro wody. 39 . Marysiu. specjalista od kultury Majów. tu Spółdzielnia „Jeden”. — Proszę — zwrócił się do mnie znów kierownik. który opuścił przed ukończeniem seminarium. — Halo. Muszę przyjąć raport. Na biurku zadzwonił aparat. ona go porzuciła. jego twarz przybierała wyraz coraz bardziej zatroskany. Chce mieć kogoś. którzy wszystko prze ywają bardzo lirycznie. więcej. Ep! Mówi. Do pokoju wniesiono funkcjonariusza Spółdzielni „Jeden”. Są tacy. kiedy spracowany funkcjonariusz opuścił nas i śpiewając „Błękitne fale Renu” udał się do pokoju dla dy urnych. ale nie tylko. e świat jest piękny. chętniej. gdyby nie my. Wiadomo przecie . Niech pan pomyśli o tych litrach dodatkowych. tylko ludzie są źli. Słowem — utrzymujemy stały kontakt ze specjalistami. — W sam raz mam wolny etat! I do słuchawki: — Przyjęte.

której nabawiają się na skutek fatalnych warunków mieszkaniowych. Społeczne: Obsesja — sesja nad rzeką Ob. „Pańska być biała”). Nie w ka dej muszli słychać morze. Hasło postkomunizmu: „Ludzie wszystkich planet. „Sero venientibus ossa!” — okrzyk. łączcie się!” . O florze.. a to z powodu chrypki. Chłopiec na posyłki. ale: „Pańska być” (np.. 40 . Śpiewacy murzyńscy śpiewają najczęściej głosami lekko zachrypniętymi.Sławomir Mro ek – Opowiadania ZŁOTE MYŚLI I SENTENCJE .. Dobrze wychowany (kulturalny) krajowiec nie mówi „Twoja być” (np. który się zestarzał — starzec na posyłki..... który wydziera się psu późno przychodzącemu na obiad. faunie i w ogóle świecie przyrody: Śnieg: woda w proszku. . Przezwisko wśród literatów: „Ty brudnopisie!” Rolniku! Myj zęby! . O człowieku: Człowiek myśli sobie to i owo. Kto go z niej zrobił? O sztuce: Ulubiona technika krasnoludków-plastyków: grzyboryty. jaką da nam Murzyn-jąkała zapytany o drogę. O Murzynach: Tam-tam — odpowiedź. „Twoja być biała”).. ale jednak najczęściej to. Ziemia posiada kształt balona.

. Światowiec. „Więc to na zawsze. Zawód miłosny: gdy nekrofil znajdzie partnera..Transcendentalne: Samobójstwo: je eli ktoś przyło y sobie do głowy pistolet zamiast słuchawki telefonicznej. .. . Ojciec-upiór o swoim synu-upiorze (pochlebnie): „Ten chłopiec to prawdziwa złota czaszka”... Historyczne: Atylla — pejcz bo y. Sanitarne: Mieć pluskwy nawet w okularach..” — westchnienie.. jakie wydaje się po przybyciu do piekła. Kulinarne: Czy zrazy à la Nachimow nie są jednak lepsze? .. 41 . który był przedtem. gdy umrze: zaświatowiec.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ojciec — człowiek. .. który jest w letargu..

mama Lucusia i babka Lucusia.” — i śmieje się groźnie na myśl. z gazetą w ręce — zbli ała się do niego. gdy dzieci ju poszły spać. e to oni.Sławomir Mro ek – Opowiadania OSTATNI HUSARZ Lucusia spowijała mgła tajemnicy i wa ności. Tymczasem Lucuś wstępuje do szaletu publicznego. z nie tajonym podziwem: — Znów?. Pozostali — krewni Lucusia. nawet jego dzieci — skazani byli na domysły. Był pewien. ale w s z y s t k o wiedzieli tylko niektórzy.. — Gdzie?.. jak z pyszna będzie się miał kierownik biura i jak w błąd zostaną wprowadzeni jego. Łomotanie nie ustawało. W rozmowie z prawnuczkami robi tak e aluzje: — Cieszcie się. codziennie. Od czasu do czasu po ycza tak e w biurze wieczne pióro od swojego zwierzchnika. długo patrząc mu w oczy szeptała: — Na miłość boską. Mówi do swojej córki. ale jest z niego dumna. a Lucuś siedział przy lampie. prześladowcy. Lucusiu. niezłomna matrona. wiedzieli o tym mniej lub więcej. Serce Lucusia zamarło. Wieczorem ona pyta go nieśmiało.. e gdyby chciał i mógł... Na przykład pewnego razu. Lucuś nie lubił rosołu na kościach cielęcych i ustroju. W s z y s t k o wiedziała tylko ona Lucusia. Lucuś jest ostro ny. Ha ha. wskakuje do pierwszej lepszej doro ki lub taksówki i klucząc ulicami wraca do domu. no no. On się nie załamał. krą y niejasna... ona Lucusia. znajomi. kładła mu głowę na kolanach i długo. — zapytuje dalej ona. ten Lucuś. jest tylko dumna. w pantoflach. przejęta własnym zuchwalstwem. jak ju wspomnieliśmy... czy nikt nie podsłuchuje. Sprawie potrzebni są ludzie nieustraszeni... Natomiast babka Lucusia. Gorączkowo starł świe y napis. ale domowi wiedzą. gdy pisał na ścianie: „Katolicy się nie dadzą” — ktoś gwałtownie załomotał do drzwi. — Ty. Nie mówi o nim inaczej jak „mój syn”. Jego mama niepokoi się o Lucusia. podchodzi do drzwi.. On wstaje. milczący. otwiera je nagłym ruchem i sprawdza.. Czy Lucusiowi coś grozi?. Wśród bliskich znajomych Lucusia. uwa aj na siebie.... W tym słowie jest wszystko. Lucusia. do kogo nale y pióro. Gdyby Eustachy ył.. to miałby wiele do powiedzenia. gdzie zwykle. e nie ma wyjścia.. którym to napisałem... Czasami sytuacja ścina krew w yłach Lucusia. mieszkająca osobno. Odpowiada ściszonym głosem: — Tam. adnych obaw nie okazuje na zewnątrz. zmienia charakter pisma. Lucuś działa od dawna i chocia ycie tak intensywne szarpie mu nerwy i przyprawia o bezsenność — nie rezygnuje. — Wasz ojciec mógłby tak samo. Ach. Starannie zamyka się w kabinie. „Je eli zidentyfikują. Wpadł tęgi mę czyzna z teczką (czy by prokurator? — przemknęło Lucusiowi 42 . Lucuś połknął jeszcze ołówek i dopiero wtedy otworzył. Lucuś im daje. Po upływie chwili z tygrysim światłem w oczach rozgląda się raz jeszcze — czy jest sam? — po czym błyskawicznie wyjmuje z kieszeni ołówek i pisze na ścianie: „Precz!” Wypada z ustępu. Sprawdza tak e rolety na oknach.. Ró ni ludzie. Lucuś jest bohaterem. podniecająca fama: Lucuś musi uwa ać. matki Lucusia: — W naszych czasach trzeba się nara ać. Wieczorem ona zapytuje go nieśmiało: — Znów?. Zdaje się. e przychodzi do domu rozpromieniony. galopujących przez równiny. Cała jego postać wyra a męskość i siłę. Lucuś kiwa głową i przeciąga się w ramionach.. działałby tak samo jak Lucuś. Zdarza się. — powiada ona. ba.. e macie takiego ojca — i pokazuje im obrazki przedstawiające rycerzy w pióropuszach..

. niewątpliwie uczyniony ręką siepacza: REMONT. Tego wieczoru długo stał przed lustrem. A nu to jedynie charakteryzacja? A pewnego zimowego dnia. Wsiadł do pociągu. Wysiadł na następnej stacji. uboga wioska. sprawdzając. zapytał o ubikację. któremu w wirze batalii nagle wytrącono koncerz — rozgląda się i nie znajduje swej broni. Wrócił do domu. choć tam te był ostro ny. W zagajniku było ju mroczno. Ale właśnie z peronu wychodziła kompania ołnierzy i wielu z nich skierowało się tam. e o n i obsadzili ju wszystkie pozostałe obiekty w miasteczku. Opodal le ała niewielka. w poprzek. ale wprowadzają stan wyjątkowy. — Czego? — zdziwiono się. W Lucusiu powstała wizja wszystkich peronów i ustępów publicznych obsadzonych przez wojsko. czy do jego ramion nadawałyby się orle skrzydła. Dobrnąwszy do pierwszego domu. chodzimy do lasu.. Równie fizjonomie babci klozetowych przyprawiały go o niepokoje. a więc są ju w hotelu . Lucuś jest zbyt przebiegły. Ale postanowił. Poszedł na dworzec kolejowy. e ostatnie słowo będzie nale ało do niego. przystanął i zamarł.Sławomir Mro ek – Opowiadania przez myśl). Wszedł w sam środek krzaków i napisał patykiem na śniegu: „Generał Franco wam poka e”. W Lucusiu zrodziło się podejrzenie. czerwony na twarzy. A więc nie tylko u yli zdradzieckiego chwytu REMONT. gdzie i Lucuś.Polonia” i w punkcie wy ywienia zbiorowego „Gastronom I”. A na nich. — My. 43 . widniał brutalny napis kredą. Nie wątpił. Lucuś poznał się na tym. Drzwi publicznego szaletu były zamknięte. Lucuś poczuł się jak husarz. Postanowił jednak walczyć nadal. bez słowa wypchnął Lucusia i sam się zamknął. — Tym lepiej — pomyślał Lucuś. panie.. kiedy zmierzał ku zwykłemu polu bitwy. Ale Lucuś długo pamiętał tę chwilę. Nie. Tak Lucusia nie wezmą.

za trwonienie majątku państwowego.. Przed budynkiem stał. Zostałem przyjęty przez przewodniczącego. gdzie chciałem wyjaśnić sprawę prochów mojego dziadka — rotmistrza. Przed bramą stała bryczka zaprzę ona w dwa piękne. I popatrzył mi badawczo w oczy. o której wszyscy wiedzieli. rasowe kucyki. jakie wydaje tylko mały konik p o n y . powstańca z 63 roku.. który na ich miejscu pochował swoją sekretarkę. Dostałem stamtąd list napisany nieortograficznie. Przed stacją legitymował mnie milicjant. przywiązany do słupka. W tej chwili spoza drzwi. Nie zastałem go jednak. Był to ogromny. Odwróciłem się i powoli ruszyłem z powrotem. Wysłanych na miejsce kontrolerów społecznych usiłował przekupić. a kiedy nie ustępowałem. Ale doszedłszy na miejsce. w sprawie rodzinnej. e i tak się nara a. którego nigdy przedtem nie widziałem. informując mnie o fakcie. Wasz dziadek? Tak. Przewodniczący był energicznym. e i tak mieliśmy uchwałą Miejskiej Rady. Uzyskawszy dwa dni urlopu. znalazłem na grządkach prezesa Samopomocy Chłopskiej wyraźne ślady małych kopytek. Kiedy opowiedziałem mu o przebiegu poprzedniej wizyty. Serce ścisnął mi lodowaty chłód przeczucia. Potem odwrócił się do mnie plecami i zniknął za bramą cmentarną. Tak. Ale. Milicjant był na kucyku. zaczerpnął z innej beczki: — Nie wiem. zwany powszechnie kucykiem. młodym człowiekiem o jasnym spojrzeniu. — . Wzburzony opuściłem Miejską Radę i pobiegłem wprost do Rady Powiatowej. 44 . Wobec tego udałem się do Miejskiej Rady Narodowej. Autor listu nie podpisał się. jak powiedziała mi jego ona. Ale co z tego? Pokonany opuszczałem N.Ale? — Ale to musi potrwać.. malutki konik.. stanąłem jak wryty. Prezes Związku Bojowników i kierownik „Delikatesów” te od jakiegoś czasu mieli kucyki. prowadzących z gabinetu do następnego pomieszczenia. grabarz spochmurniał jeszcze bardziej. na miejscu waszego dziadka pochować specjalnie sprowadzone zwłoki nieznanego ołnierza. e o niczym takim nie wie. na jaki napotykałem wszędzie.Sławomir Mro ek – Opowiadania KONIKI Musiałem pojechać do N. Odwróciłem się i wybiegłem. Tak. dając do zrozumienia. Dowiedziawszy się. Przesadziwszy mur. ofiarując im po kucyku”. zostały usunięte z reprezentacyjnego grobowca przez dyrektora państwowej stadniny. e prochy mojego dziadka. Szedłem ze spuszczoną głową w stronę Komitetu Frontu.. prowadzący za uzdę konia. a właściwie małego. poszedł właśnie do kuźni podkuć konia. Musiał istnieć jakiś związek między łamaniem praworządności a rasą tych małych koni. W odpowiedzi zaczął się wykrętnie tłumaczyć nawałem innych spraw. rozległo się donośne. postaramy się ją wyjaśnić.. kucyk przed Miejską Radą. pięknego kucyka o lśniącej sierści. Powiedziałem. został karnie przeniesiony na inne stanowisko do D. przybyłem do N. sam się oburzył: — Tak. ręką widocznie nie nawykłą do pióra: jakiś nieznany poczciwiec donosił mi. Wreszcie grabarz pojawił się na ście ce. gdy . brzęczącego nowymi podkowami o tu i ówdzie napotkane kamienie. ponury chłop. czy wam wiadomo. Postanowiłem poczekać i usiadłem na ławce pod murem cmentarnym. rzucił na mnie złe spojrzenie i oświadczył. z czym przyjechałem. Było to miasteczko. Te kucyki zaczęły mi się kojarzyć z oporem. Wiele jest jeszcze niedociągnięć w ni szych instancjach. e była jego kochanką. o co chodzi. coś niecoś słyszeliśmy o tej sprawie. Oczy przewodniczącego zatańczyły niespokojnie. to r enie w Powiatowej Radzie. tak potrwać. Dopiero w jakiś czas potem wpadła mi w ręce gazeta z notatką: „Dyrektor państwowej stadniny w N. Po wyjściu ze stacji odszukałem od razu dom miejscowego grabarza. dziarskie r enie — r enie. Grabarz z kucykiem.

e zamieszkująca w D. Pojechałem do D.Sławomir Mro ek – Opowiadania Potem otrzymałem wiadomość. została brutalnie usunięta przez dyrektora stadniny. Odwróciłem się bez słowa i odjechałem. byłą nierządnicę z Klondike. 45 . Za uzdę trzymał ogromnego perszerona. Bramę domu starców otworzył mi dozorca — karzeł. w domu starców moja babka. weteranka ruchu emancypantek. który na jej miejscu ulokował swoją babkę.

bez brzydkich obwarzanków. e ka dy od razu wiedział: o. Proszę go przepisać czysto do zeszycików. Otó największym poetą był Adam Mickiewicz. Wszyscy zdziwili się. aby po godzinie ciszy poobiedniej zasiąść do odrabiania lekcji. Równie nasza malutka. Lekcja skończyła się i dzieci poszły do domów. kto cię stracił” — i drugi. Było to dziecko ani za grube. Uczennica z pierwszej ławki. skierowała się do domu. który siedział w ostatniej ławce. Pani nauczycielka wołała na przykład: „Kuleczka!” Stworzenie to natychmiast odpowiadało: „Bułeczka!”. jest i będzie wesz? Który z nich został zadany przez panią nauczycielkę? Biedne dziecko ani rusz nie mogło sobie przypomnieć. wzorowa pod ka dym względem. Pewne zamieszanie zdarzyło się tylko z Józefkiem. jaka jest poezja do rozmaitych słów podawanych przez panią nauczycielkę. to znaczy. Skrzypiąc nową stalówką pisała w czyściutkim zeszycie absolutnie bez „oślich uszu”. a jej chabrowe oczki rozjaśniały się radością. która je po ywne obiady i nie grymasi. Oba były dobre. Jako przykład pani nauczycielka podała: szkoła — woła. co to jest poezja. Otworzyła zeszyt i zamyśliła się. domek — Tomek. eby kosmyki włosów rozsypywały się nieładnie. Jeden: „zdrowie — dowie”. a w domu nauczyć się na pamięć. Jeden przepisany z tablicy: „Litwo! Ojczyzno moja ty jesteś jak zdrowie. a ona ju umie coś nowego. e dzieci odczytujące te wyrazy mają do czynienia z poezją. Warkoczyki miała dokładnie zaplecione — ani mowy o tym. kiedy wraca ze szkoły. Ale on upierał się ponuro: „trąbka” — przy czym wyglądał bardzo śmiesznie poniewa włosy rosły mu do przodu. ten tylko się dowie. co to jest poezja. wiecie ju . Pończochy ściśle obciągnięte. Teraz dopiero zauwa yła. wydrukowany du ymi literami przez wytwórnię zeszytów na okładce: Czy wiesz. 46 .Sławomir Mro ek – Opowiadania POEZJA Pani nauczycielka kazała wyjąć zeszyty. Mianowicie — je eli wyrazy kończą się tak samo. ta dziewczynka nie wchodzi naumyślnie w kału e. Kto cię stracił. Następnie przez kilka minut dzieci zgadywały. zjadła rosołek i gulasz. ile cię trzeba cenić. Wyciągnęła z teczki nowiutki zeszyt ceglastej barwy i poło yła go przed sobą. wyglądała tak właśnie. e z gnidy była. a buciki tak czyste. e oto nie minęła jeszcze połowa lekcji. a pani nauczycielka zganiła go za to. natychmiast wypełniła polecenie. Ile cię trzeba cenić. a drugi: „wiesz — wesz”. jak wygląda posłuszna córeczka. Celowała w tym nasza wzorowa uczennica. ten tylko się dowie. prosto i wyraźnie: Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie. na pewno nie! Postawiwszy kropkę po ostatnim słowie napisanym na tablicy — pani nauczycielka wytłumaczyła dzieciom. Wzorowa uczennica natychmiast przystąpiła do zadania. e w zeszycie znajdują się dwa wiersze. Na tablicy macie napisany jeden wiersz poety Adama Mickiewicza. Ucałowała mamusię i tatusia. dzwonek — ogonek. starannie omijając kału e. ani za chude. Zagadnięty słowem „kijaszek” — zamiast odpowiedzieć zgodnie z prawidłami sztuki: „wujaszek” — odpowiedział „trąbka”. Później pani nauczycielka powiedziała: — Moje dzieci.

Reszta lekcji minęła spokojnie. dziecko dopisało swym niewyrobionym pismem: „Złotych ci sto”. ebyś tęgim zuchem był — zawsze naprzód. e zmiana w usposobieniu małej zaszła w tym właśnie dniu. wyrecytowała to. pewne zamieszanie było tylko z Józefkiem. poniewa zawsze przyzwyczajano ją do porządku. W szkole przyzwyczajono się do niej. na ka dej było coś nadrukowane. po czym udała się na przechadzkę z mamusią. Ciągle nic nie umiał. choć nie zawsze były to wiersze. a wieczorem miało gorączkę. tego „wiesz — wesz”. Zamiast wcześnie spać — do pierwszej w nocy czytywało Andersena albo „Bajki polskie wujka Czesia”. Postanowiła zostać poetką. Po drodze do domu zauwa yła napis w oknie wystawowym: „Oszczędzając pracę ony — jedz gotowe makarony!” „ ony — makarony” — powtarzała sobie brnąc z satysfakcją przez kału e. to zamiast powiedzieć: „Dzień dobry” — witało ich wierszem: Kredyt umarł. bo inaczej będzie srom. czego się nauczyła i ku swojemu zdumieniu i rozpaczy po raz pierwszy w yciu otrzymała notę niedostateczną. Tylko koło Józefka było zamieszanie. W domu przeglądnęła starannie okładki wszystkich zeszytów. to śledzia po japońsku. Nazajutrz. 47 . jak to dziecko się zmieniło! Skończyło się spo ywanie potraw bez grymasów. W osobnym kajeciku pisywała wiersze: Po yteczny jest i zdrowy Polski Związek Motorowy. więc nauczyła się według kolejności.Sławomir Mro ek – Opowiadania W końcu. który niczego się nie nauczył. zabili go dłu nicy. nigdy w tył! Gdyś nie mazgaj — zbieraj złom. Oraz wiele innych. Na przykład na jednej było napisane tylko: „Trzymaj czysto!” Pamiętając o wskazówkach pani nauczycielki. Nikt nie wiedział. od lewej strony do prawej. wywołana przez panią nauczycielkę. A kiedy przychodzili goście. Teraz zamawiało według fantazji to paprykarz. O czym donoszą smutni ałobnicy. to sos tatarski i nigdy nie było zadowolone z obiadu. Mój Bo e. Codziennie to samo — trzaskało drzwiami i wychodziło do restauracji.

Deszcz pukał o dach. Burze nie ustawały. a jedynie.” 48 . Po południu z wolna nadciągnęły chmury. który poza staraniem o hydrografy i aerometry wysyłać miał raporty do władzy zwierzchniej. w istocie bowiem ono świeci zawsze. ale znacznym — tak samo zmieniały się pory roku. No nie. Defetyzmu nie będziemy tolerować. wiały wiatry i świeciło słońce. Kręcąc się na krześle napisał: „Słońce. ale bał się grypy. ale to przecie wszyscy wiedzą. e to od deszczu. w których stan pogody musiał być dokładnie opisany. ale ja tak z yczliwości. i a dziwno i straszno. jak to słońce — ju Kopernik udowodnił. Wziął parasol i pojechał. było gorąco i ziemia zaczęła parować.. Tyle e późnym latem zaczęły tamtędy przechodzić częste burze. Raporty pisał kaligraficznie. dostał kataru i musiał się poło yć. niewielki jakby ogródek prostokątny. Rozumiecie jednak. co powiedzieć. kręcąc głową. a tylko na biurko okiem rzuciwszy — od razu wiedziała. dopóki ze wszystkich stron nie opisał tego deszczu — a kiedy.. Słońce błysnęło. to nie spoczął. mimo e oddalonym. Nie tej największej wprawdzie. e leje! — No tak. po kole eńsku. W pełnym jednak tego uznaniu zało ono tam stację meteorologiczną. kolego. do wszystkiego trzeba podchodzić świadomie. tak napomknął mu na odchodnym: — Wiecie. to są fakty! Jesteście dobrym pracownikiem. je eliby ją kto zapytał o pogodę. przetykane deszczami. Od jakiegoś czasu przewa a w nich ton pesymistyczny. chocia tak naprawdę to nigdy specjalnie nie padało. jak było: je eli padał deszcz. Zbli ała się godzina raportu. niwa idą. kierownik stacji krzątał się koło swoich obowiązków. a wy wcią o deszczu. Kierownik był człowiekiem sumiennym. stojącą na wysokich.. e zachodzi tylko pozornie. a młody został i pisał sprawozdania. te wasze raporty czy trochę nie za smutne? — Jak to? — zdziwił się kierownik. eby zdobyć ten grosz dla niego. Po wyjściu od władzy meteorolog zło ył parasol i wrócił do domu jakby nigdy nic. skąd ta inicjatywa. — usprawiedliwiał się wezwany. Zgodnie z prawdą opisywał je szczegółowo i przesyłał wszystko do centrali. Naukowo. a pod tym względem nie rozró niłbyś tego skrawka ziemi od stolicy. — Nie próbujcie się wykręcać — zmarszczyła się władza i uderzyła ręką o stół. Ot. Władza przyjęła go w pięknym domu. eby władza. Bardzo się te ucieszył. a ile tego. Z troską patrzył w niebo. — My tu mamy wszystkie wasze ostatnie raporty.. ale brakuje wam kręgosłupa. Czy wy pojmujecie odpowiedzialność waszej roboty? — Kiedy pada. mnie nic do tego. du ymi literami i tak. ogrodzony białym płotkiem. Któregoś dnia zabawił u niego w przejeździe stary meteorolog. schronił się więc pod dach. Stary meteorolog wło ył kalosze i odjechał.. Obok zamieszkał kierownik placówki. owszem. Zaraz napisał raport: „Zupełnie przestało padać. Nie dopuszczał wszak e do siebie myśli. Je eli słońce — to samo. — Wezwaliśmy was — powiedziała władza — bo dziwi nas jednostronność w waszych raportach. bo na jego terenie zawsze była taka czy inna pogoda. ale pisał dalej.. więc się przykładał. Ró nicy adnej nie robił. ze skrzynką na instrumenty pośrodku. e państwo cię ko pracuje. e tam czasem pokropiło tu i ówdzie. Robotę miał stale. Przyjrzawszy się pracy swojego gospodarza. cienkich nó kach. ale zawsze do władzy. Jednak mimo dobrej woli strasznie zmókł. czy długo padało.. W tym czasie niespodziewanie otrzymał wezwanie do władzy. — Przecie pan kolega sam widzi. Nucąc. na którym le ał plik papierów. kiedy na drugi dzień wypogodziło się trochę. Ale za to jakie słońce!” Istotnie. Wiedział. padały deszcze.. nie musiała się czuć zbita z pantałyku.Sławomir Mro ek – Opowiadania DROGA OBYWATELA W zakątku kraju. Mo e by nawet został pod gołym niebem.

A potem ju nic nie mąciło pięknej. co się urodził wdowie we wsi. kiedy w czasie burzy obchodził pola z cudownym dzwonkiem z Lourdes. ale spadł grad. a nawet zadowolony. Kilkanaście następnych raportów pod rząd mówiło o pięknej. e kipnie lada moment”. Mimo to nic nie złamie bojowej postawy naszych saperów i ekip ratowniczych”. I pod spodem. którym chciał rozproszyć chmury. w widocznym pośpiechu: „Ale ten chłopak. Gdy wrócił z powrotem do swojej stacji — nie było ju w nim rozterki. Potem znów płynęły opisy słonecznej pogody. Co jakiś czas pisał raporty dialektyczne. dobrze się ma. dopisane ju ołówkiem. otrząsnął się z oportunizmu i napisał wprost: „Godzina 17 — burza z piorunami”. Zginął od pioruna. Na trzeci — nie grzmiało. Dopiero kiedy listonosz przyniósł wezwanie — przygasł. Czuł się dziwnie spokojny. Bo w gruncie rzeczy był uczciwym człowiekiem. A dopiero po dwóch miesiącach zdarzyło mu się napisać raport. a wszyscy ju myśleli. Brzmiał on tak: „Oberwała się sakramencka chmura”. Tym razem wzywała go władza centralna. słonecznej pogodzie w jego rejonie. słonecznej pogody w jego okolicy. Drugą część raportu dopisał w ostatniej chwili. ów raport napisał upiwszy się za pieniądze uzyskane z pokątnej sprzeda y aerometru i hydrometru. I kiedy uderzył pierwszy piorun. Na przykład: „Niekiedy przelotne m awki. Napisał. które spowodowały pewne wylewy. Jak wykazały badania. Na drugi dzień znowu grzmiało. który musiał zastanowić władzę. 49 .Sławomir Mro ek – Opowiadania W tym miejscu zrobiło mu się cię ko na duszy. ju na poczcie. Napisał o tym. Niektóre nawet wierszem.

A i o przyjaźń. Czasem. kiedy po maturze kupiliśmy jej rower. rodzice. * Hej. Co to było za święto! Biskup miał przyjechać z prałatami. e on umie naśladować kukułkę? No có . Pan młody usiadł po prawej stronie swej młodej ony. — Mój Bo e — westchnęła mama przez łzy rozczulenia. Zygmunt. a mróz był silny. wchodzi pies z Góry Świętego Bernarda i barytonem pyta: „O co chodzi?” Łubudu. którzy nie potrafią. towarzysz zabaw jej dziecinnych. jak ja pamiętam. — Zawsze była miłym dzieckiem. Wszyscy ów dar podziwiali. — Pamiętam. Więc powiadacie. jako ofiarodawcy. Idę ja raz ulicą. mimo wszystko. jak nie uderzy drugiego. bo wszyscy profesorowie dostawali reumatyzmu. zaraz te podłączono go do sieci i pierwsze. Pułaski to był wódz. panie Franiu? Młody człowiek przytaknął. to Zygmuś wchodził na dach i spływał rynną. Było paru ateistów w mieście i oni po kryjomu zdjęli dzwony. Bardzo zdolny. cicho szemrząc... panie Franiu? Pan Franio przytaknął. a ten drugi nic. Ja bym na to nie wpadł. Nowo eńcy. miałem przyjaciela z ławy szkolnej. nie siadaj koło barometru. A na ćwiczeniach fizyki stary Sieczko powiadał: „Ty. Dwóch młodych ludzi spostrzegłem. co złapano. a poza tym hojny gest Frania. nie jest dzisiaj tak trudno. Franio. jakie zdolne. jakeśmy go poprosili. prawda.. Nagle. Słowo wam daję. Dlatego te często się do niego zwracali. * Pamiętam. Lu. ludzie się poschodzili. prawda. wspominali jej dziecinne i dziewicze lata. Przy sałatce francuskiej rodzice oblubienicy. to był walc „Nad pięknym. zaś ów młody człowiek. Panna młoda otrzymała mnóstwo podarków ślubnych. Ale jak przyszło do dzwonienia. — Jakie toto było przylepne. bardzo zdolny. Między nimi znalazł się te odbiornik radiowy na sześć lamp. ile to było radości. Ale to jeszcze nic. A 50 . Świetny matematyk. doskonale ruszał uszami i wspaniale naśladował wodę. Graliśmy raz w karty ze szwagrem i jemu karta nie szła. Wreszcie potarł zapuchnięte oko i zapytał: No jak? Ju ci cieplej? * „Te Deum”. modrym Dunajem”. No. Ale on potrafi. są tacy. Siedział w pierwszej ławie i musieli go przesadzić. to nawet nie brzękło. Wy nie pamiętacie takiej rezurekcji. a tu drzwi się otwierają. a na ich miejsce powiesili filcowe kapelusze. — Uczyła się doskonale. który ofiarował radio — po lewej. Ofiarodawcą był kolega panny młodej. Zygmusia. choć do zdrowej rozrywki zawsze te była pierwsza — podjęła mama. Zasadniczo tak. Ślub i wesele były piękne. Szli tak i ten pierwszy bił raz po raz. którzy potrafią i tacy. rozrzewnieni. Staruszkowie byli szczęśliwi z okazji ślubu. jak się jeden nie obróci. to jemu się odbiło i powiedział: „Trącał to pies!” Patrzymy. druhny i dru bowie oraz zaproszeni goście rześko usiedli przy długim stole. bo zima. Wesoły był chłopak. Taki ju był. zobowiązywał ich niejako do traktowania go ze szczególną atencją..Sławomir Mro ek – Opowiadania Z GAWĘD WUJA Siulim. Zęby dzwoniły. bo opada”. Jak ju wszystkie sztony były przy mnie.

Prawda. Cały w sutannie. rozmarzona. Wiadomo. kiedy ju wszyscy sobie pójdą. siedzimy sobie z kuzynem na werandzie i czytamy a do zmroku. dla świe ego powietrza. Nieraz. e sam jeden bym mógł nawrócić z pół setki Murzynów dziennie. Czasami. Wszystkiego tak się pomału poduczyłem o tej Afryce. jak podejść do takiego Murzyna. * Wuala. tak gdzieś w połowie lata. a przy dobrej pogodzie to i więcej. śpiew. ale on dopiero się tam wybierał. Wacek.. Pan Franio ją nauczył na podwórku. eby go gładko nawrócić. Prawda. a Wacek pozorował Murzyna. zanim mu się udało. Ja stawałem na środku werandy i udawałem Murzyna. — W Zielone Świątki zawsze leje — odezwał się pan młody. Czytaliśmy te a do zmroku. tak więc du o mi nie mógł powiedzieć. jak to Murzyni lubią misjonarzy. — Taki rower to dobra rzecz — o ywił się ojciec. Kupiłem u pachciarza ksią kę pod tytułem: „Dux misjonarski”. Pan młody z zadowoleniem myślał. e choćbym nie wiem jak się wykręcał.. Jednak matka. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. O lwach na przykład mógłbym recytować choćby obudzony w środku nocy. ale u mnie przecie nie to jedno na głowie. Choć za moich czasów młodzi nie mieli tego. Wacek jak Wacek. Ucałowaliśmy się z dubeltówki. Czasem nas obu zapał porywał. nakładając sobie porcję sałatki. wesołość. Ja zaś tak się poduczyłem. — Przewa nie jest śliczna pogoda. Stąd nawet powstało przysłowie: „Cieszy się jak pan młody z radioodbiornika”. A ja te się nie dawałem lekko i nieraz Wacek a się spocił. w której ró ne sposoby były opisane. Dopiero koło sierpnia trochę jakbyśmy ustali. e miło będzie posłuchać radia sam na sam z oną. a przestawaliśmy czytać i wołałem do kuzyna: — Słuchaj. później sam się rozkręcił i mówił. W tym okresie trochę go zaniedbałem. modrym Dunajem”. tak dobrze je poznałem. co wy.. przeciwnie! — zawołała mama. Najciekawsze było o tym. a Wacek na borówki albo się huśtał 51 . Przyjechał kiedyś do mnie mój daleki kuzyn. radość. ycie. co i jak w tych murzyńskich krajach. jakeśmy się zapalili. e miał spryt do tego i bywało. omłoty. Chocia trochę się krzywił na to z początku.Sławomir Mro ek – Opowiadania jeździć umiała ju przedtem. to on mnie i tak w końcu nawrócił. ludzie są ró ni. bywało. a Wacek mnie nawracał. misjonarz. ja szedłem w pole. nawrócisz ty ich? A on na to: — Nawrócę! Ściskałem go wtedy i obu nam się rzewnie robiło. Pamiętam. — O. Potem. ju eśmy się w tym poćwiczyli i na odmianę ja próbowałem nawracać. on zaś kilka dni miał w moim domu pozostać. a dla drugiego nie ma obiadu bez księdza. ot. Wypytywałem go. to i próby robiliśmy. Ciekawość mnie wzięła niezmierna. Często te się wspólnie zastanawialiśmy. Sport. mógł się tym zajmować godzinami. niwa były. Od razu się nauczyła. Skończyła się ju melodia „Nad pięknym. wycieczki. panie Franiu? Pan Franio przytaknął. e to nawet pozwala mu lepiej poznać psychologię murzyńską. ciągnęła dalej: — Młodość. A liany to dla mnie jakby rodzeni bracia. choć komary cięły i chłód wieczorny nieraz ju porządnie dokuczał. Trzeba przyznać. Jeden zje rumsztyk i jest zadowolony.. wskakujecie na siodełko i — do lasu! Na całą niedzielę! — To było w Zielone Świątki — powiedział pan Franio. Następny walc nazywał się „ ycie artystów”.

Tymczasem ściemniło się ju na dobre. no i zdrowsi by byli. trochę suszonego makaronu. Potem jest za mało czasu. to co się tyczy ich zwyczajów kuchennych — niemo liwe przecie . znajdowałem. zresztą oni i tak się sami nawrócą! Ale nikt nie odpowiadał. — Wacek! Co tam będziesz siedział! Właściwie to masz czas. e — choć u mnie się nie przelewa — sam Wackowi wszystko na drogę przyszykuję. bo jakie tam w misjonarzach mogą być witaminy. No i wyszedłem wreszcie na dwór i wołam z cicha: — Wacek! Cisza. tyłem do domu i siedzi. Ja wtedy: — Sól solą. e był bardzo podobny do Murzyna. Ja nic — te się zaciąłem. fajkę zapaliłem i udaję przed sobą. nie na werandzie — ze względu na chłody. ale i w kartach Wacek miał szczęście jak rzadko kto. dać im popróbować. W ogóle jak się lepiej zastanowić. Przykro mi się zrobiło. e jak się takiego Murzyna nie nawróci przed świętym Marcinem. zawsze to przecie — Wacek. I mówiłem: — eby takiego Murzyna porządnie nawrócić. bo wieczory stawały się dłu sze. pokazać. A Wacek: — Jak ci przeszkadzam. to potem ju trudniej. Nawet się ofiarowałem. bo Murzyni niczego nie lubią zaczynać od Nowego Roku. Patrzę. Nawet pogwizduję z cicha. Rany boskie! Nikogo nie ma. ale ju . a nie ma nic gorszego ni taki do połowy nawrócony Murzyn. a Wacek nie wraca. e nic mnie nie obchodzi. eby czasem nie zjedli te czegoś jarskiego. a Murzyni — Murzynami. dla dodania sobie kontenansu. Wacek prosi. 52 . Milczę.Sławomir Mro ek – Opowiadania w ogrodzie. Od czasu do czasu. kiedy zabierał mi damę albo konia. Usiadł sobie nad stawkiem. Raz przy kolacji napomknąłem. Obraził się. Więc jakby zabrać ze sobą borowiki w occie. Nieraz patrząc w swoje karty i widząc jakiegoś nędznego waleta. Ale tak jakoś schodziło i Wacek nie wyje d ał. bo zawsze coś wypadnie. e powiedziałem nieopatrzne słowo i do dziś nie mogę sobie tego darować. Zawsze jednak byłem delikatny. a on rzeczywiście wstał i poszedł do ogrodu. I do dzisiaj nie wiem: pośliznął się Wacek i wpadł do szlamu. — Co chcesz przez to powiedzieć? — zapytał Wacek i przestał jeść zupę. Siedzieliśmy właśnie przy wczesnej kolacji. to sobie pójdę. Tylko tataraki chwieją się. jak się co przyrządza — to na pewno by się przyuczyli i na misjonarzy nie byliby tacy za arci. czy te pojechał do Afryki? Najgorsza jest ta niepewność. trzeba się do tego zabrać jak najwcześniej. więc zdjęty strachem pobiegłem nad stawek. a muliste dno niezgłębione. Ja ze złością wbiłem widelec w kawałek wołowiny i — nic. dopiero w październiku zdarzyło mi się. Zaczęliśmy nawet grywać w szachy. napomykałem. Więc zaczęliśmy grywać w sześćdziesiąt sześć. Wtedy zacząłem się niepokoić. Skończyłem jeść. e Murzynów najlepiej nawraca się pod jesień. rozumie się. ebym mu podał sól.

miękkie i rzadkie włosy zaczesywał po lewej stronie głowy.. Kazania odbywały się raz na tydzień w kaplicy.. Ojciec wychował go surowo i tych modlitw. gdzie podawano im zupę mięsną. a wysłuchawszy kazania do końca. które chłopiec odmówił w ciągu całego swojego ycia — było bardzo wiele. Trzeba powiedzieć. ale i szczególnie miłe Panu. poniewa usłyszał kroki. Stacja misyjna mieściła się wśród domków wyrosłych przy autostradzie.. ale powrócił do kart otwartych na pulpicie: — „. Pojedziesz do Hiroszimy. Drogę tę przebył modląc się i rozmyślając o swoim posłannictwie. Wyciągniętymi rękami trafiała na twarze i ramiona. — „. Mateusza. Jako inteligencja zbyt mierna nie nadawał się na kierownika. kiedy wchodził na kazalnicę. Ale jeszcze nie tu jest koniec. powiadam wam. Przeło eni. A do czasu swojej misji nigdy nie wyje d ał z San Francisco. Wygłaszał kazania dla drobnych urzędników. w liczbie kilkudziesięciu. a tak e radcą prawnym kościoła. z których składała się większość wyznawców tego kościoła. niechaj się nazad nie wraca. A kto na roli. W Tokio referent powiedział: — Przeznaczone ci jest dzieło cię kie. Tedy was podadzą w udręczenie i będą was zabijać”.Iza nie widzicie tego wszystkiego? Zaprawdę. Potem znikali a do następnej niedzieli. Siadali milcząco na ławkach.A kto na dachu. i będą głody i mory. Młody pastor Peters. któremu słu ył. e nędza ta. mimo tego. którzy wysłali młodego pastora. Uformował sobie dwie tezy: tezę o obronie wiernych przed grzechami jakie im gro ą w ich nędzy. Podniósł głowę. Albowiem powstanie naród przeciwko narodowi i królestwo przeciw królestwu. jest właśnie karą za grzechy. kiedy syn opuszczał kolegium misyjne. Podniesionym głosem czytał: — „. 53 .. ale mógł zająć miejsce katechety w szkółce dla kolorowych.I usłyszycie wojny i wieści o wojnach: patrzcie . Długo i starannie przygotowywał się do pierwszego kazania. Owi wierni. To miasto nie było podobne do San Francisco. Potem umarł. kiedy znalazł się na miejscu. Pojechał do Tokio. Ale znajome słowa z XXIV rozdziału przywróciły mu dobre samopoczucie. Za najbardziej odpowiednią osnowę uznał rozdział XXIV z Ksiąg św. Stało się to w chwili. Siedzieli szarzy i pokurczeni. i trzęsienia ziemi miejscami. e młody pastor Peters miał tremę.. aby wziął szaty swe”. nie zostanie tu kamień na kamieniu... letniego dnia. kiedy miał szesnaście lat. Młody pastor Peters posmutniał. udawali się na dziedziniec. Nosił okulary w cienkiej oprawie. Nazwę tę poznał z ogromnych nagłówków w gazetach. będąca wynikiem wojennego zniszczenia.. niechaj nie zstępuje. abyście sobą nie trwo yli.” Spojrzał na salę. Wierni pojawiali się tylko na kazaniu. Zdziwił się i oburzył. Prowadził biuro prawne i posiadał akcje eglugi przybrze nej. i tezę równoległą. Między ławkami przepychała się ku wyjściu ślepa dziewczyna. Ojciec pastora był równie pastorem. Albowiem musi to wszystko być. rekrutowali się z tubylców zamieszkujących okoliczne domki.Sławomir Mro ek – Opowiadania PASTOR Pastor był młodym człowiekiem. e nic nie rozumiał nie umiał jednak mówić kazania bez koncepcji. postąpili słusznie. który by nie był rozwalony. aby co wziął z domu swego.

54 .” Znowu oderwał oczy od ksią ki i spojrzał wokół siebie oczami dziecka. nie tłocząc się. Zamknął Biblię. Młody pastor Peters tkwił na ambonie z otwartymi ustami.. na ulicę. ten zbawion będzie”. którego rodzice. Stojący dalej od drzwi czekali. po czym znowu odzyskiwał równowagę. a przejście będzie wolne. Spał. Przeto módlcie się.. Na środku klęczał jeden tylko człowiek — starzec chylący czoło ku podłodze.. ani potem będzie. nie chcą zabrać do kina. Wychodzili w porządku.. Był to łysy staruszek. które czerniło się w znakach drukarskich na kartach otwartej przed nim księgi.A biada brzemiennym i piersiami karmiącym w owe dni!. Dlatego i teraz jedynym sposobem.. jakby za chwilę miał upaść. Sala była ju pusta. nie byłoby zbawione adne ciało. Więc doczytał ostatni cytat: — „. jedyną siłą zdolną zatrzymać odchodzących — wydało mu się Słowo.. a potem odwracali się i w skupieniu opuszczali salę. Jednak nie darmo przez tyle lat spo ywany posiłek musiał poprzedzać modlitwą.Sławomir Mro ek – Opowiadania Śladami dziewczyny inni ruszyli ku wyjściu.Ale kto wytrwa a do końca. W pustym lokalu dr ał dźwięk dalekiego motoru i pachniała mięsna zupa.. to Słowo. — „. jaki nie był od początku świata a dotąd. który kiwał się i chybotał. aby nie było uciekanie wasze w zimie albo w sabat! Albowiem naonczas będzie wielki ucisk.. Gdyby nie były skrócone one dni. wbrew solennej obietnicy. Zwrócił się ku ostatniemu wiernemu. Wojna zabrała mu słuch.

Tote wielkie było poruszenie. tylko od czasu do czasu robiło przysiady. do której się udałem. czy zagadnienie jeszcze stoi. przy którym skaleczyłem się szablą. Jako nazajutrz mo na je było znowu zobaczyć. To ja. eby wyjrzeć na podwórko. e następne bitwy tak e wygram. dopiero po półgodzinnej walce i spaleniu budki kioskarza ogniem bezpośrednim. wróciłem do domu. biłem się o umycie zębów. stawiając przy okazji kilka nowych zagadnień. przed bramą. Ale — nie. wygrawszy bitwy o wszystko i mając nadzieję. szybkobie na. podbiegłszy do okna. kilka następnych uderzeń zrzuciło mnie z posłania na podłogę. e zagadnienie le y. W ten sposób wygrałem bitwę o wstanie. stojące jak i dnia poprzedniego. Ale Komitet nie ma ju pieniędzy na te pogrzeby. Ale ju wkrótce z łazienki. Mimo lekkiego oporu. Proces ubrania się przeszedł ju gładko. rozległa się nagle seria broni maszynowej. wyjrzawszy przez okno. Dzień pierwszy Obudziłem się potę nym ciosem w czaszkę. Widocznie z tej walki wyszedłem zwycięsko.Sławomir Mro ek – Opowiadania YCIE WSPÓŁCZESNE Jako lojalista postanowiłem jeden dzień prze yć w duchu języka pozytywnych zaleceń. W walce na białą broń wygrałem bitwę o ubranie kapelusza na głowę. zasnąłem. Po lekkim starciu o poło enie się do łó ka. nie licząc kilku pomniejszych potyczek. Potem biłem się jeszcze o mnóstwo rzeczy. mę czyźni zazdrościli mu. wyposa ony w lekki karabin maszynowy. gdzie przytrzymałem się „nelsonem”. Mieszkańcy domu co chwilę odrywali się od swoich zajęć. Dopiero pod wieczór przestąpiło z nogi na nogę. 55 . Sprawiliśmy mu pogrzeb na koszt Komitetu Blokowego. eby do końca przeprowadzić moją akcję w ustępie publicznym. który je kiedyś mimochodem postawił. nie zmieniwszy pozycji. tym sposobem bijąc się o ukończenie snodoby przed terminem. Po południu zastałem je bez zmian. Wreszcie bijąc się o wszystko. Dwa granaty ręczne wystarczyły. Dzień drugi Dziś rano. e na podwórku. Po trupie dozorcy wyszedłem na ulicę. współczując biednemu zagadnieniu. Papierosy kupiłem z wie yczki czołgowej. Celnie wymierzona. jaki próbowałem sobie jeszcze stawiać. Wyniosłem składane krzesełko. Kiedy potem wychodziłem z domu. bo wkrótce ukazałem się w drzwiach. — To dopiero zagadnienie! — pomyślałem sobie. nowoczesna torpeda ostatecznie uwieńczyła powodzeniem moją walkę o jajecznicę z trzech jajek. kiedy pewnego ranka. Tam nie obyło się bez torpedy. Kasjerkę w barze mlecznym pokonałem na punkty. zobaczyłem. dając wesołe znaki. zjawił się na cmentarzu i wygłosił mowę po egnalną. stwierdziłem. Nie cierpiało ju długo. Niosąc zdobyczne bloczki skierowałem się do bufetu. Matki dawały je za przykład dzieciom. stało jak przedtem. eby sobie usiadło choć na chwilę. stało ciągle. Działacz. Chciałem zjeść śniadanie. stoi zagadnienie. aczkolwiek dziwnie zmęczony. Reszta była ju tylko kwestią kilku strzałów. Poło yłem się spać z niepokojem. Przyzwyczailiśmy się ju do niego. szczęśliwy.

proszę pana — powiedział. nie szkodzi — odparł z konwencjonalną uprzejmością. no.. — Nieraz. wy jesteście?.. i głębsze..Sławomir Mro ek – Opowiadania ZDARZENIE Siedziałem w kawiarni. e cała powszedniość jest tylko pretekstem. ale bez perspektywy jakiejś większej fortuny. Bardzo mały osobnik. ustawieniu partnerów — dawała mi tyle mo liwości poznania. powierzchnią. Wzruszył ramionami. niepokój. e sztuka jest pograniczem — nie umiem jednak powiedzieć: pograniczem między czym a czym? O. ale chyba mo na to przeczuć. Jednak w głębi duszy nie umiałem się pozbyć tego uczucia niezwykłości. w szarej marynarce. ni dostrzegamy? e nasze drobne. nawet w pewnym sensie — empirycznego. Wprawdzie zbyt bliski kontakt z elementami nie pozwala nam na skonfrontowanie się z całością. Nie miałem bynajmniej ochoty teraz.. Uświadomiłem sobie swój nietakt: — Tak. starzałem się miarowo. Za nic w świecie nie wyrzekłbym się teraz tej rozmowy. daremnie usiłując uwolnić swój guzik.. eby stwierdzić. — Jasne. Dzień był zwyczajny. ni sądzimy. co pan mówił — doprawdy. zwykłe doświadczenia — „to nie to”? Czy nigdy nie miał pan ochoty przebić się przez ten miękki opar. czasami mi się wydaje. co my mo emy wiedzieć? — Tak. chcąc jakoś wybrnąć. zarabiam na utrzymanie. gdzie jest sztuka? — Nie jestem wykształcony. z teczką. chwyciwszy go delikatnie paznokciami za guzik — przychodzi mi do głowy. dodałem: — Co słychać? Pytanie przyjął najzwyczajniej. który zasłania nam właściwe pole widzenia. Byłem od niego około pięćdziesiąt razy większy.. — Więc. rezygnować z niej. e w pierwszej chwili nie umiałem się znaleźć. Spojrzał na mnie obojętnie. e na pewno otacza nas więcej zjawisk. starej i pustej. tak jednak rzadko zdarza mi się rozmawiać z kimś pańskiego pokroju. naturalnie. i nie zwraca na mnie uwagi — zawołałem: — Halo! Zatrzymał się i spojrzał na mnie bez zdziwienia. e to jedno „coś” — to ja. która — chocia by dzięki samej sytuacji. W takim razie. pomijając ju to. — Dorzuciłem szybko: — Zupełnie proste. e ja tak nachalnie. na wszelki wypadek. e przechodzień szybko mija pudełko z papierosami. Albo w ogóle jakieś znaczenia. Widząc wreszcie. co się za nim znajduje? Pan wybaczy. zmierzając do przeciwległej krawędzi stolika. Czuję. Nie mogłem jednak w to uwierzyć. Widocznie istnienie ludzi tego formatu co ja — było dla niego sprawą od dawna oczywistą i udokumentowaną. — Halo! — powtórzyłem niezręcznie. proszę pana — kontynuowałem. — Proszę pana — powiedział — my jesteśmy proste krasnoludki. — A co do tego. kiedy nadarzyła mi się okazja uchwycenia głębszego sensu ycia. jestem obywatelem kraju niedu ego. Byłem tak zaskoczony. wie pan. pod którą zaszyfrowane są znaczenia inne i szersze. ale 56 . pan sam wie. — Mo e pan ma i rację. e jednak nale y rozwiązywać tajemnice. człowiek jest zbyt zalatany. — O.. kiedy zauwa yłem.. podniecenia. tak — podchwyciłem chytrze. — Ale czy nie trapi pana wra enie. — Tak. Tu zwracam się do sztuki. hm. zgoda — nacierałem. e wszystko jest w gruncie rzeczy inne.. Zebrawszy się w sobie... a to drugie „coś” — to pan. eby sobie nabijał głowę takimi sprawami. odpowiadając: — Po staremu. Ale jednak. wyobraźmy sobie. i piłem swoją herbatę. I. ale i nie najmniejszego. kiedy go zobaczyłem. co mo na by nazwać krasnoludkiem. zacząłem układnie: — Po staremu. oczywiście. Trzeba yć. które ogarnęło mnie od pierwszej chwili.. e przez stolik idzie to.

— Do zobaczenia. łatwo zrozumiałego w tych okolicznościach. Byłem rozczarowany i przygnębiony. kto przez sam fakt swojego istnienia był dla mnie ogromnym krokiem naprzód. skąd my mamy to wszystko wiedzieć? Ot. prawda? — Panie. — Więc nie powie pan. to dobre w ksią kach. nie chce pan powiedzieć! — opadła ze mnie fala uniesienia. Jedno. przez konkretną rzeczywistość o twardo zarysowanych konturach. e coś tracę. Niech pan sobie nie nabija głowy jakimiś nadzwyczajnościami. na przykład — eby się nie rozdrabniać — o odpowiedzi na pytanie: czym jest ycie? — Proszę pana — perswadował łagodnie. to brać ycie po prostu. złote ziarno. proszę pana. proszę pana. — Powiedziałem ju przecie .Sławomir Mro ek – Opowiadania wie pan — tyle jest ró nych kierunków. e my jesteśmy proste krasnoludki. przecie muszą być jakieś subtelności. — Jak e — po prostu?! — krzyknąłem. 57 . ycie mija. — Słowo? — upewniłem się. poniewa ograniczeni jesteśmy. podwójne dna. muszę iść: ycie. — Właśnie: ycie mija! Nigdy nie uwierzę. — Czy ja wyglądam jakoś tak. Ale teraz przepraszam. e pan mnie o to pyta? Czy ja jestem ksiądz albo profesor? Dziwności ycia.— A co pan sądzi. nawet je eli czasem się coś pomyśli w tym rodzaju. e mija tak sobie. Zakończył swoją wędrówkę przez stolik i znikł w zakamarkach kanapy. — Słowo honoru. Puściłem guzik. Oto co się liczy. Musiałem to wykorzystać. ka dy z nich trzeba jakoś prze yć. którym z nieba nic nie spadnie. ni mo na się było spodziewać. Wiedziałem. e ja przez złośliwość? — zmartwił się poczciwiec. spójrz pan na mnie — powiedział krasnoludek mniej zniecierpliwiony. — Ale słowo panu daję. to i tak trudno do czegoś dojść. co człowiekowi zostaje. Oto miałem przed sobą kogoś. co pan. zwykłych krasnoludków. nieco pocieszony. — Pan myśli. Przecie pan jest dorosły. ale nie dla nas. dzień idzie za dniem. Do zobaczenia.

Przydro ne je yny. gdy przed nami ukazał się następny. powiedział. wjechaliśmy między płaskie. I znowu przed nami ukazała się nieruchoma postać wpatrzona obojętnie przed siebie. trzeci do czwartego i tak sobie powtarzają. ale wkrótce ju wyłonił się trzeci. oczy mieli apatyczne. podmokłe łąki. jak zwykle o tej porze roku. Dokoła było pusto. Zaintrygowany uniosłem się nad siedzeniem. Ledwo straciłem go z oczu. Wio. — No jak e tak. Po dalszych dwóch ogarnęła mnie niezwalczona ciekawość. A tak.Sławomir Mro ek – Opowiadania W PODRÓ Y Zaraz za N. Teraz nie nadają. a między nimi co jakiś czas odnajdywałem znajomą mi ju sylwetkę. a potem wzruszył ramionami. którego minęliśmy — pojawiał się nowy. a ci ludzie — zadowoleni? — dziwiłem się. Był to mę czyzna o pospolitej twarzy. słupy! Woźnica spojrzał na mnie. a mo e uwa ał je za zbyteczne. to by pan sam usłyszał. od czasu do czasu poruszając odruchowo batem. wio! Milczałem zaskoczony. Stoją na słu bie. w mundurze funkcjonariusza poczt. Ju miałem otworzyć usta. Kolaska pędziła raźno. a telegram dojdzie na miejsce. Rzeczywiście — ju z daleka zobaczyłem następną wyprostowaną figurę. gdy ten. — I taki telegraf działa? — Co by nie miał działać? Działa. kapliczki i samotne wierzby wychodziły nam na spotkanie i odchodziły wstecz. mundury wyszarzałe. co potrzeba. e pan z daleka — powiedział. Nie miałem jednak zamiaru kończyć rozmowy. — Ano zwyczajnie. Dopiero. mimo wybojów i błota. Daleko. a za nim czwarty. którą coraz lepiej mogłem rozpoznać — w miarę jakeśmy się do niego zbli ali. na wysokości uszu końskich. I burza nie uszkodzi. bez drutu? — A jak e by? Jeden do drugiego woła. a drutu nie ma. nie odwracając głowy: — Na słu bie. — Na jakiej e by? Na państwowej. — Przecie do telegrafu potrzebne są druty. Stali w odległościach dość znacznych od siebie. — Widać. zobaczyłem przed nami sylwetkę człowieka. Stał nieruchomo przy drodze. ni zwracają na podró nych przydro ne słupy. Wszyscy stali zwróceni twarzami do szosy. a przecie lasy u nas w Polsce okrutnie przetrzebione. ale wcią i wcią . 58 . tamten znów do trzeciego. W planie miał być taki z drutem. — Jak to? — zapytałem. Wytę yłem wzrok. gdyśmy ju jechali czas jakiś. gniady. co do reszty — to nawet to lepszy ni zwyczajny telegraf z drutami i słupami. wskazując biczyskiem na kolejnego. wśród których nieliczne r yska świeciły jak głowy rekrutów. jak sobie który podpije. Wtedy dla fantazji ró ne słowa od siebie dodaje i tak ju idzie. nie zwracając na kolaskę uwagi większej. e mogli się nawzajem widzieć. Wiadomo. Wio! — No. ale jakby coś było. — Jak e to?! — krzyknąłem. po ka dym. ale na tyle blisko. co to ma znaczyć. i oszczędność jest na drzewie. e do zwykłego telegrafu drut jest potrzebny i słupy. w podobnym uniformie. Nie ma. — Toć przecie ka dy wie. Pokrzykiwał na konie. Najgorzej. równie stojący bez poruszenia. wio! Furman nie zdradzał ochoty do dalszych wyjaśnień. — Na jakiej słu bie? — dopytywałem się. eby ponad plecami woźnicy lepiej dojrzeć drogę. Ale to jest telegraf bez drutu. — Jak to — nie ma? — Zwyczajnie. ale słupy ukradli. a kiedyśmy go mijali. Tylko zimą wilki trochę przerywają. w jednakowych na ogół postawach. Wio. siwy. ywi ludzie zawsze inteligentniejsi. Przyjrzałem mu się uwa nie. Telegraficzna linia. ciągnęło się pasmo boru. eby zapytać stangreta. Tylko e często przekręcają depesze. obrzucił nas obojętnym spojrzeniem.

ni to powiew. — Staniemy. Hetta! — A jak który jest głuchy? — Głuchych się nie przyjmuje ani sepleniących. ale go zdjęli. Postępowsze. Stojący najbli ej nas słupkarz zwinął dłoń i przyło ył ją do ucha. Wio! Przez szemranie kół doleciał nas jakby słaby okrzyk. Na ludzi przy drodze ju nie zwracałem uwagi. Kolaska podskakiwała na rozdołach tocząc się ku lasowi. Zamilkłem znowu. Furman obrócił się na koźle i nadstawił ucha. kiedy zza kępy. eby sobie płuc nie zdzierali. Tulejki nowoczesne mają im dać. — Zaraz dojdzie do nas — szepnął woźnica. jedzie na dziesiąty.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A czemu by nie? Robota niecię ka. Prrr! Gdy ustał monotonny terkot — wielka cisza zawisła nad polem. Ledwo przebrzmiało ostatnie z kolei „aaa”. to bierze bryczkę. — No dobrze — zapytałem ostro nie — a nie chcielibyście nowego telegrafu. eby mu depeszy nie przekręcili. W tej ciszy coraz wyraźniej niosło się ku nam wołanie. No. piętnasty kilometr i ka demu coś po drodze do ręki daje. Raz jeden jąkający dostał się przez kumoterstwo. A teraz nawet nasz poczmistrz pojechał do Warszawy względem usprawnienia. podobne do zewu ptactwa na moczarach. Brzmiało to mniej więcej jak: — Oooeeeuuuaaaoooaaa. który był coraz bli ej. pomieszany tymi argumentami. Wje d aliśmy ju w las. w telegrafie znaczy się. którą właśnie minęliśmy. na słupach i z drutami? — Broń nas Bo e! — poruszył się furman gwałtownie. Powiadają. bo jak komu specjalnie zale y. I jeszcze na boku mo e sobie taki stołpszczyk dorobić. to będzie lepiej słychać. telegraf bez drutu — to zawsze co innego ni z drutem.. — Przez to teraz w naszym powiecie o posadę łatwo. tyle e obce wyrazy trzeba znać. bo linię blokował.. e na dwudziestym kilometrze stoi jeden po szkole teatralnej — ten najwyraźniej woła. ni to dalekie zawodzenie. rozległo się przeciągłe: — Ooojcieeec uuumaaarł pooogrzeeeb śrooodaaa! — Wieczne odpoczywanie — westchnął furman i zaciął konie. — Nadają — powiedział. 59 . I rzeczywiście.

Przybysz uśmiecha się do zadyszanego chłopca i pyta. Wtem — o. i wśród artów i docinków pomagają mu wyjść z dołka. jednak jego realistyczne dzieło mówi co innego. zbli ając się do chaty. — Tak. Janek patrzy w górę i marzy: eby tak kiedyś samemu polecieć. samolot. Nic nie słychać. Odtąd Franio nie oddala się od kolegów. znajdują go. Jego matka wyszła na próg chaty i przesłoniła oczy dłonią. Głucha wieś przeobra ająca się z trudnością. pyta: „Chciałbyś i ty tak polecieć.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZTUKA — Sztuka wychowuje. Janek po dawnemu pasł krowy. Co wy teraz piszecie? — Opowiadanie na konkurs. Sztuka ma zaszczytne zadanie: wychowywać człowieka. Mały Janek pasie krowy w słu bie u bogatego gospodarza. Napisałem na zamówienie wydawnictwa. chce sam przejść przez las. Zamknął się w pokoju. Ale te Proust nie znał ycia. Z kabiny wyskakuje człowiek w skórzanym kombinezonie i okularach lotniczych. Dlatego rola pisarza w naszym społeczeństwie jest odpowiedzialna. Janek nie posiadał się z radości. Grupa chłopców wybiera się na wycieczkę. ale nie udaje mu się to. Minął jakiś czas. Wkrótce błądzi. Janek puszcza się pędem. Miał mały defekt. Dlatego pisarze muszą znać ycie. Po yczcie mi pięćset złotych. To stalowy ptak. — Niech będzie trzysta. Najlepszy dowód: Proust. Słyszą to koledzy. Je eli pisarz zna ycie. Wszyscy śpiewają maszerując. Janek sprowadza pomoc. co?” Chłopiec kiwa głową. Janek zatoczył koło nad wsią rodzinną i pokiwał jej. Pisarze są in ynierami dusz ludzkich. Zdaje się. Wreszcie pewnego razu listonosz. Odrzuca towarzystwo kolegów. Typowy przykład — Balzak. Nagle nad jego głową rozlega się warkot. który trzeba naprawić. Człowiek w okularach nie zapomniał o nim. wzruszenie odjęło mu mowę. którego ściany były wyło one korkiem. ju z daleka machał białą kopertą i uśmiechał się. 60 . — Tak. gdzie tu jest kuźnia. Po naprawieniu maszyny człowiek w okularach dziękuje Jankowi. Izolował się. Rozlega się warkot motoru i ju po chwili stalowy ptak szybuje nad łąką. e jego dzieło jest postępowe. e oczy chłopca błyszczą ciekawością i zainteresowaniem. Wreszcie zaczyna wołać o pomoc. Pojechał więc do miasta i ukończył szkołę. który uśmiecha się i kiwa Jankowi na po egnanie. a potem wpada do dołka. dziwo! samolot obni a lot i ju po chwili ląduje na łące. — Nie mam. Było to wezwanie do szkoły lotniczej. Miał on pewne skłonności do apoteozowania arystokracji i monarchii. Z kabiny wychyla się twarz pilota. Jego marzenie spełniło się. a krytycy są in ynierami dusz pisarzy. Nie mo na pisać w pokoju o ścianach wyło onych korkiem. a widząc. Potem dosiadł maszyny. choć świadomość samego pisarza mo e nie nadą ać. gdzie mieszkał Janek wraz z matusią-wdową. Jeden tylko Franio wymyka się ukradkiem. Nie mógł jednak zapomnieć o tej przygodzie. Mam ju pomysł. Chodzi o pewne typowe zagadnienia psychologiczne z ycia młodzie y. e czytałem wasze opowiadanie w ostatnim numerze? — Tak. „Przygoda Frania”. to nieraz nawet zdarza się. Ju po chwili jego stalowy ptak oderwał się od ziemi i poszybował w przestworza. Skrajny przykład. Próbuje z niego wyjść. Mogę trzysta.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

ZAKOCHANY GAJOWY W pewnym majątku na wschodzie ył gajowy z niezwykle du ymi wąsami. Wąsy te były jego dumą. Pięknie z nimi wyglądał. Gajowy kochał się w panience ze dworu. Aby znaleźć pozór widywania się z panienką, zabijał rokrocznie wielkie ilości zajęcy i zanosił te ubite zające do dworu. — Na comber — powiadał do kucharki. Zresztą nie zawsze udawało mu się przy tym widywać panienkę, bo często przebywała ona w bibliotece lub łasowała w kredensie. Bywało — gdy dziedzice i rezydenci schodzili się do stołu, odnosili się niechętnie do potraw z zająca. Nieraz pani matka mawiała z naciskiem, wpatrując się przy tym w twarz panienki: — Znowu t e n zając. Panienka kraśniała i opuszczała głowę. Gajowy był nieśmiały. Zresztą ró nica pozycji społecznych nie pozwalała zbli yć się do niej. A raz wydawało mu się, e marzenia jego się spełnią. Gajowy akurat przyszedł do dworu, niosąc zająca. Ale nie szedł drogą od ganku, jeno bokiem, od strony parku. Ujrzał, e w małej altance siedzi panienka. Sama. Ręce poło yła na otwartej ksią ce i o czymś duma. Włosy jej opadły na czółko, usteczka rozchyliły się i pierś unosi się w szybkim oddechu. Tak był oczarowany tym widokiem, e ju miał poło yć zająca byle gdzie, choćby i w mrowisko go cisnąć, a samemu płot przesadzić, przypaść dziewczęciu do stópek i miłowanie swe jej wyznać. I w tej chwili z oficyny wyszła pani dziedziczka, a za nią słu ebna, niosąc kosz z wypraną bielizną. Pani dziedziczka wszystkiego lubiła doglądnąć sama. — Bez dozoru pies dziczeje, a beze ranie dom marnieje — mawiała, gdy zwracano jej uwagę, e nazbyt się przemęcza. Rozglądnęła się i w tej e samej chwili spostrzegła, e sznurki, na których zwykle wieszano bieliznę, zostały w lamusie. — Postójcie chwilę — zawołała do gajowego, po czym jeden koniec jego ogromnie długich wąsów przywiązała do jednego drzewa, a drugi do drugiego. — Musi dzisiaj wyschnąć — usprawiedliwiała się. — Idzie chmura, mo e zaraz lunąć. Mój mą doliczy wam to do pensji. Następnie kazała słu ebnej wieszać bieliznę na wyprę onych wąsach gajowego. Słu ebna wykonała polecenie, po czym zabrała pusty kosz i odeszła. Gajowy pozostał sam, między dwoma drzewami, do których przywiązane były jego wąsy. Maciejówkę miał nasuniętą na oczy, w ręku trzymał zająca. Jak e tu teraz pójść ku umiłowanej? A ona wcią siedziała, wpatrując się w dal, nieruchomo, jakby między niebem a ziemią dostrzegła coś nieokreślonego, nieznajomego ludziom, a wiadomego jedynie dziewczęcemu sercu. Targnąłby gajowy wąsem raz i drugi, ej, targnąłby! Ale có , nawet odetchnąć się bał, eby go panienka teraz nie zobaczyła. I nawet nie o to mu szło, e zapędzono go do nieprzystojnej dla mę czyzny roboty. To by zniósł w zamian za jedno jej spojrzenie. Ale ta bielizna... to była bielizna panienki. Tak bardzo się wstydził, tak bardzo bał się, e panienka spojrzy na niego, e pragnąc zachować się jak najciszej — stał na palcach. Rumieniec na jego twarzy zaogniał się jeszcze i jeszcze, a zaczęły cichutko syczeć, parując, łzy, które opadały z wolna na jego płonące policzki. A panienka wolno zamknęła ksią kę. Wstała. Płynąc nad trawnikami, udała się ku sadzawce i tam karmiła łabędzie. Oczy jej ciągle były te same, zamyślone, odległe... Czy widziała, co się stało z biednym gajowym? Nie wiadomo. Któ odgadnie tajemnicę kobiecego serca? 61

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Zaś gajowego spotkano onegdaj na jarmarku sprzedającego ubite zające. Nosił ju krótko przystrzy one, angielskie wąsiki. Z takimi krótkimi wąsikami było mu bardzo nie do twarzy. Dziewczęta śmiały się z niego.

62

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WIOSNA W POLSCE Kwiecień tego roku był bardzo ciepły i gdzieś na początku miesiąca, przed południem, tłum poruszający się Krakowskim Przedmieściem i Alejami stał się świadkiem niezwykłego widowiska. Ponad dachami, w zwykłym popielatym trenczu, z teczką pod pachą, w kapeluszu, zupełnie bez pomocy adnych narzędzi, jedynie lekko poruszając ramionami — unosił się, jak ptak, jakiś mę czyzna. Zatoczył krąg nad Klubem Międzynarodowej Prasy i Ksią ki, raz nawet zni ył lot, jakby coś dojrzał na jezdni, a stojący na trotuarach, zdumieni mieszkańcy stolicy cofnęli się odruchowo — ju mo na było zupełnie wyraźnie zobaczyć błysk jego pierścionka i stan zelówek jego butów — ale poderwał się znowu, wydając ostre, przenikliwe kwilenie, wzbił się na poprzednią wysokość i raz jeszcze zatoczywszy majestatyczny łuk nad śródmieściem — odleciał na południe. Jest rzeczą zrozumiałą, e wypadek ten wywołał liczne komentarze. Mimo e wstrzymano wiadomość o nim w prasie — poniewa nie wiadomo było, z jakich pozycji latał ów mę czyzna — to jednak wkrótce cały kraj wiedział o wszystkim. W ka dym razie zdarzenie na długo zostałoby w pamięci, gdyby nie zatarł go następny wypadek, który miał miejsce kilka dni później. Mianowicie, prawie w tym samym miejscu pojawili się znowu, szybko przecinając chmury w kierunku południowym, dwaj mę czyźni z teczkami. Wiosna szła, przynosząc dni coraz cieplejsze. A nad Warszawą, potem zaś i nad miastami wojewódzkimi, a nawet powiatowymi coraz częściej ukazywały się podniebne sylwetki w płaszczach, z teczkami, po dwie, po trzy, najczęściej jednak pojedynczo, szybujące w napowietrznych piruetach, aby wreszcie zniknąć na południu. Społeczeństwo domagało się prawdy, zresztą dłu ej ukrywać jej nie było sensu. Ogłoszono komunikat stwierdzający, e w związku z podwy szeniem się temperatury, wiosennym ociepleniem i otwieraniem okien przy urzędnikach państwowych w ró nych biurach i instytucjach — wielu, wielu z nich, ulegając swej orlej naturze, opuszcza miejsca pracy i wylatuje przez okna. Komunikat kończył się apelem do wszystkich urzędników i funkcjonariuszy, aby, pamiętając o szczytnych zadaniach planu pięcioletniego, przezwycię ali w sobie zew krwi i pozostawali na miejscach. W następnych dniach odbyły się masówki, na których pracownicy zobowiązali się walczyć ze sobą i nie wylatywać. I oto zaczął się tragiczny konflikt. Mimo ich najlepszej woli pozostania — liczba wzbijających się nad stolicą i innymi miastami urzędników nie zmniejszała się. Bujali w białych kumulusach, przewracali koziołki w słonecznym błękicie, tarzali się w zachodach słońca, upajając się potęgą swojego lotu gnali przed czołem wiosennej burzy. Nurkowali, to znów wzbijali się na wysokości niedostępne ludzkiemu oku. Raz po raz spadały z nieba na głowy przechodniów kamasze albo okulary, zgubione w szaleńczym locie. Praca w pustoszejących urzędach kulała. Z Tatr nadeszły alarmujące wieści. Posterunki słu by górskiej donosiły o masowym pojawieniu się na graniach i szczytach urzędników przelatujących z turni na turnię, przynoszących szkody w zwierzostanie. Mno yły się skargi. W Nowotarskiem, w jednym tylko tygodniu, zniknęło bez śladu dwadzieścia osiem jagniąt, w Muszynie jakiś orzeł, w którym rozpoznano wicedyrektora jednego z departamentów, dokonał niesłychanie zuchwałego napadu, porywając prosię. Spadali z powietrza jak błyskawice. Tymczasem zbli ał się maj i wszędzie w urzędach otwierano okna. Powagę sytuacji potęgował fakt, e najwięcej wypadków zorlenia notowano wśród władz naczelnych. Im wy sza instancja, tym większy procent tych królewskich ptaków. Cierpiał na tym presti , gdy raz po raz obywatele widzieli jakiegoś dygnitarza, dotąd znanego im tylko z trybuny czy fotografii, machającego nogami w powietrzu, toczącego się jak balonik.

63

gorące. Ale kto ich tam złapie — lotnych. wydając przenikliwe okrzyki pełne podniecenia. a ci.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przyszło więc zarządzenie o zamykaniu okien w biurach i instytucjach. śmigłych. w którym widocznie wyleciał na wiosnę. nierzadko dojadając jeszcze w locie drugie śniadanie i dopijając herbatę. przewa nie zabierał ze sobą w teczce wszystkie akta spraw mu podlegających. Słu ba leśna otrzymała polecenie łapania zbiegłych. Zatarła go mgła. bo prawdziwy orzeł potrafi wylecieć nawet przez lufcik. 64 . Całymi stadami zlatywali się wtedy nad wydziały finansowe. Próbowano rozmaitych środków. jeszcze się opierał. uniósł się i odleciał cię ko w kierunku Pięciu Stawów. parci silniejszym od nich instynktem. Petenci zorganizowali całe ekspedycje do miejsc. o tych wodzach naszych — orłach prawdziwych. krą yli. I niepostrze enie. albo marnieli. buchające wolnością. pierwszego. Zaś pod dachami snuje się pieśń gminna. W tych warunkach załatwianie spraw urzędowych bardzo się komplikowało. Podejrzanych przymocowywano do biurek sznurkami. widziano w okolicach Morskiego Oka. poczucie obowiązku walczyło w nim z głosem natury. Ale zaraz po pierwszym znikali. przygasiła słońce. zjawiła się jesień. Brodę ukrył w postawionym kołnierzu cienkiego. postrzępionego płaszcza. w których spodziewali się znaleźć gniazda czy tereny łowieckie odnośnych urzędników. tak przeszło lato. Dopiero gdy zbli ali się tu -tu . Sam załatwiłem pewną sprawę u referenta G. który nie poderwał się na widok zbli ających się ludzi. Urzędnik. pełna podziwu — o urzędnikach rozmaitych. którzy mi donieśli. przebiegł niezgrabnie kilka kroków. Odtąd okna zamykano. chybkich i śmiałych! Nadspodziewanie dobre wyniki dała jedynie metoda zastawiania sieci koło kas — przed pierwszym. kaszlał z zakłopotaniem i wzlatywał. Ostatnia szkolna wycieczka na Świnicę znalazła w załomach skał jakiegoś referenta. Tak minęła wiosna. walczącego z kozicą. Coraz to jakiś urzędnik wzdychał. albo uciekali powtórnie. ale patrzył na nich osowiałym wzrokiem. Dzisiaj pada pierwszy śnieg. w końcu stawał na parapecie. bez względu na temperaturę. których udało się złapać. który odlatywał. W górach coraz trudniej było o po ywienie. na strzechy Mazurów. daremnie — odlatywali w skarpetkach. Niektórym przywiązywano do butów ołowiane kule. pełne wzlotów. ale niewiele to pomogło. tylko dzięki znajomym gajowym. e referenta G. jak choroba. wydał chrapliwy okrzyk. Mokre płatki cicho opadają na gontowe dachy Podhala. niemniej ycie administracyjne kraju uległo zakłóceniu. ale rozdziobywali sznurki. Alpinistyka rozwinęła się pomyślnie.

Przy placu Centralnym wysiedliśmy. Jedyną zawartością szafy było drzewce z owiniętą wokół płachtą. poznałem go bli ej. Nie odmówiłem.. Stara. — Dziś święto mojego pułku. e jego słowa nie wywarły na mnie oczekiwanego wra enia. Oparł sztandar o szafę i zło ył ręce jak do modlitwy. To był najsławniejszy pułk w kraju. i największa orkiestra dęta w kraju.. W mdłej poświacie arówki. Wstrzymywani. Nikt nie umiał tak krzyczeć jak ja: „Niech yje! Hura! hura! hura!” Wyprę ył się na baczność i. krzesło i ogromna rzeźbiona szafa z ciemnego dębu. Piątego pułku — powtórzył z naciskiem. Wychodziłem wtedy z domu. — Aha — rzekłem. jak myśmy umieli maszerować! Jakie myśmy robili defilady! Dziś nie ma ju nikogo z piątaków.Sławomir Mro ek – Opowiadania WETERAN PIĄTEGO PUŁKU Na tym samym piętrze mieszkał dziarski staruszek. nabiał i kiszone ogórki. Co to była za orkiestra!. Tutaj odbywały się dawniej wszystkie pochody i manifestacje. niech pan nie odmawia. a widząc. 65 .. Jestem ostatni. Stary stuknął obcasami. Sprawdzałem. — Walczył? — spytałem pojednawczo. ujął drzewce i wydobył je.. o której długo potem pisały gazety.. Znalazłem się w pokoju pustym i zimnym. Bardzo proszę. plamistych ścian pokoju. Pan jest za młody. W ka de święto pułkowe odbywała się wielka defilada.. to znikał na całe kwadranse. — Więc. kołysanych wiatrem. — Zaklinam. Stary wcią wyjaśniał: — . elazne łó ko. Wiatr w zamyśleniu bębnił palcami o czarne okna. Złoty lew trzymał w pysku cyfrę „5”. Jej drzwi. Mijając jego drzwi słyszałem. to znów popychani zmiennym wiatrem dotarliśmy na środek placu. eby to pamiętać. jaki miewają zakurzone. niech yje — kto? — zapytałem. Rozło yłem ręce gestem bezradności. To był pułk przyboczny wodza. — Dzisiaj jest święto pułkowe. — Tak. ale trzymał się prosto. Staliśmy tak jeszcze przez czas jakiś. Był to sztandar. Zajrzałem mu przez ramię. „Los grenadiera” i „Czołem. na święta państwowe. wypchane jastrzębie.. Później. Słu yłem w nim zawodowo. opuścił głowę. jesienią. Przed nami rozpościerała się ogromna płaszczyzna czarnego asfaltu. galowy. Sztandar owinął gazetami i zabrał ze sobą.. zapatrzył się w okno wzrokiem. rozwinęła się zbutwiała materia. — Chodźmy — powiedział. my do was”. Miał chyba ponad siedemdziesiątkę. Nie wiedziałem nic o piątym pułku. — Hura! hura! hura! Nowa fala deszczu zastukała o szyby jak echo oklasków.. my do was.. Przekręcałem klucz.Pułk specjalny. zawieszonej wysoko u sufitu pełnego zacieków.. Trybuny tu ju nie było.. Przez chwilę staliśmy milcząc naprzeciw siebie. patrząc mi w oczy: — To ja byłem chorą ym piątego pułku. Potem on rzekł wolno i dobitnie. Spotykałem go w sklepiku. — Przepraszam. dziewczęta. otwarły się z cię kim skrzypieniem. jak podśpiewywał: „Gdy pobudka nas wezwie na wały”. gdzie był tylko stół. Ostatni tramwaj dowiózł nas do placu Centralnego. przyło ywszy dłonie do szwów zbyt obszernych spodni. ściemniała purpura zagrała na tle sinonagich. gdzie obaj kupowaliśmy chleb. po której ślizgały się błyski licznych lamp. — Maszerował! Ach. Deszcz to przechodził drobnymi falami. kiedy on otworzył swoje drzwi i poprosił mnie do siebie na chwilę rozmowy. Podszedł do szafy. — Pójść? A dokąd? — zdziwiłem się. To niedaleko. pokryte płaskorzeźbą przedstawiającą kiście winnego grona.

targając na wszystkie strony drzewcem niepewnie trzymanym wątłymi rękami. niech pan tak nie mówi — zaprzeczyłem grzecznie. bo wiatr przenikał zewsząd. W samotności zaczęły mnie nachodzić myśli o tym. Paradny krok. stojąc na wysokim.. jeszcze raz stanąć w szeregach. Wyprostował się i krzyknął ostro sam do siebie: — Zbiórka! Oddalił się. A nad nim łopotał rozwinięty sztandar. To chyba będzie ostatnia moja defilada.. W migotliwym świetle lamp ukazał się chorą y piątego pułku. niezdarnie i śmiesznie podnoszone wysoko. dopinając płaszcz. blaszanym kuble. pochylając sztandar ze złotym lwem dzier ącym w pysku cyfrę „5”... — Niech yje wódz! Hura! hura! hura! Wiatr tłumił starcze wołanie i roznosił je po ogromnym. W jego głosie dr ało szczęście. trzy. — Wódz! Wódz! Wódz! Gdy znalazł się o kilka kroków ode mnie. pustym placu. Zostałem sam. Wiało okropnie. drugą powoli podniosłem do nauszników i zasalutowałem. jak niemądre jest moje poło enie. lewa.. wywołując odgłos nie silniejszy od uderzenia dziecinnej piąstki. lewa!. Zbli ał się.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Proszę stanąć na tym — wskazał mi jakiś kształt opodal.. Trudno było utrzymać równowagę. — Dzięki panu będę mógł jeszcze raz przedefilować. Potem przepłynął przede mną trzy razy. sterczącym jak kopia. Pode mną le ał bezludny plac Centralny. 66 . Stopy. Wlazłem na to. Był to blaszany pojemnik na śmieci. opadały miarowo pukając o asfalt. — Ale . Jedną ręką przytrzymując połę płaszcza. Poni ej czerniała sylwetka chorą ego z drzewcem sztandaru jeszcze zwiniętego. cztery. Nagle od lewej strony wiatr przyniósł wołanie ledwo dosłyszalne — jak szept: — Lewa. — Więc zaczynamy! — zawołał. podniósł głowę i krzyknął falsetem: — Na prawoooooooo!. Minuty przeciągały się.

Gdzie by człowiek wytrzymał w takich warunkach? Nie. To ju jest sprawa powa niejsza. Kanały na Marsie? Zgoda. Ale z tego jeszcze nie wynika.. ani psy. deszcz dzisiaj pada i pada. Czytałem ksią kę o astronomii... to niemo liwe. tylko myślące istoty mogły je zbudować. e na innych planetach tak e yją ludzie. A myślące istoty. gdzieś muszą być w końcu. jak wiadomo. Ale dowodów nie ma. teeek. Co? Naprawdę?! Nie. A taki ładny zachód słońca mieliśmy wczoraj. Szkoda deszczówki. ale kto ich tam widział? I czy to w ogóle prawda? Nale ałoby podstawić beczkę pod rynnę. kulach ognistych. Tak. Ale ja w to nie wierzę. czy się dzisiaj przetrze. ani koty. absolutnie nie ma.. Patrzcie. Nikt inny..Sławomir Mro ek – Opowiadania SCEPTYK Więc mówicie. No... Ale p o c o yją? 67 . A więc o tych mgławicach. Cały wszechświat składa się z tej samej materii. e się przejaśnia. o tym jeszcze nie wiedziałem! Więc to są fakty?! No no.. e na innych planetach tak e są ludzie? Mo e i są. Zdaje się. Ciekawym. Oni potrafią zrobić z człowieka motocykl albo kredkę do ust. tylko ludzie.. A je eli motocykle i kredki mogą być na ziemi. tym samym mogą być i w niebie.. Więc jednak na innych planetach tak e yją istoty rozumne. Latające talerze? Tak. Inna rzecz: uczeni mają argumenty silniejsze. słyszałem. to przecie .

Jednak po dwóch godzinach wysiłku stwierdzili. e przydział słonia został ostatecznie załatwiony. Pragnąc obni yć koszty własne. Był to ogród prowincjonalny. e zarówno inicjatywa jak i opracowanie projektu jest moim skromnym wkładem we wspólną pracę i walkę. nie wykonuje więc adnych skoków.Sławomir Mro ek – Opowiadania SŁOŃ Kierownik ogrodu zoologicznego okazał się karierowiczem. kiedy wrócę do domu? Nie uwierzy mi przecie . świstaki. Zwierzęta traktował tylko jako szczebel do wybicia się. 68 . brakowało w nim kilku podstawowych zwierząt. dyrektor ogrodu zoologicznego polecił wykonać ogromną powłokę z gumy. Zamknęli się w szopie. Na ogrodzeniu umieścimy tabliczkę wyjaśniającą. eby powietrze ju nadmuchane nie uciekło. skończymy dopiero rano — rzekł jeden z nich. tworząc bulwiasty. Proszę zwrócić uwagę. cała praca musiała być ukończona w ciągu nocy. e dyrektor napisał do Warszawy memoriał. Po dalszej półgodzinie poczuli się zmęczeni. biegów i nie tarza się. Noc postępowała. którą następnie wypełnić miano powietrzem. Pamiętajmy. napełnić go powietrzem i wstawić za ogrodzenie. e nasz dyrektor jest lewak. yrafa w jego ogrodzie miała krótką szyję. Widocznie memoriał trafił do rąk bezdusznego urzędnika. tym bardziej e ogród bywał często odwiedzany przez wycieczki szkolne. nie przyzwyczajeni do takiej roboty. proponuję zastąpić słonia wymienionego w odnośnym piśmie — słoniem własnym. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób mo emy obrócić na budowę nowego odrzutowca albo konserwację zabytków kościelnych. szczerze oddani sprawie. Otrzymawszy odpowiedź zezwalającą. jedynie z ogrodu dolatywało wołanie szakala. przerwali na chwilę pilnując. poniewa spodziewał się premii. ze słoń jest zwierzęciem ocię ałym. „Ja i cała załoga — pisał — zdajemy sobie sprawę. Z okazji 22 Lipca ogród otrzymał zawiadomienie. Pozostaję uni enie” — i podpis. — Słonie nadmuchuje się rzadko. e ma przybyć prawdziwy słoń i chcieli go zobaczyć. w niczym jeszcze nie przypominający słonia. e jest to słoń szczególnie ocię ały. zobojętniałe na wszystko. Usiłowano go na razie zastąpić. nie będzie się odró niał od prawdziwego. Poza tym dyrektor naglił. Mo emy wykonać słonia z gumy. Tym większe było ich zdziwienie. kiedy dowiedzieli się. Aby rzecz utrzymać w dyskrecji. ale daleko było mu jeszcze do pełnych kształtów. — Co ja powiem onie. Kadłub słonia powiększył się. Starannie pomalowany. o ile jego pomysł zostanie uwieńczony powodzeniem. w odpowiedniej wielkości. Wszystko przez to. w której urządzony był podręczny warsztat i zaczęli nadmuchiwanie. Mieli dokonać tego dwaj woźni przez nadmuchiwanie powłoki z dwóch przeciwnych końców. — Rzeczywiście — zgodził się drugi. spłaszczony kształt. świstały nadmiernie rzadko i jakby niechętnie. Mieszkańcy miasta dowiedzieli się ju . Wreszcie przyszła kolej i na słonia. e przez całą noc nadmuchiwałem słonia. w którym zrzekał się przydziału i przedstawił plan uzyskania słonia sposobem gospodarczym. Zmęczeni. je eli jej powiem. między innymi słonia. Niedociągnięcia te nie powinny mieć miejsca. Pracownicy ogrodu. głosy ludzkie uciszyły się. e szara powłoka tylko nieznacznie uniosła się nad podłogą. hodując trzy tysiące królików. ale kierując się tylko wytycznymi w zakresie obni ki kosztów własnych — zaakceptował ten plan. Byli to starsi ludzie. nawet przy bli szych oględzinach. który biurokratycznie traktował swoje obowiązki i nie wniknął w istotę sprawy. ucieszyli się. — Jak tak dalej pójdzie. Jednak w miarę jak rozwijał się nasz kraj — planowo uzupełniano braki. borsuk nie posiadał nawet swojej nory. Nie dbał tak e o nale ytą rolę swojej placówki w wychowaniu młodzie y. e słoń jest wielkim cię arem na barkach polskiego górnika i hutnika.

Dyrektor.. Kiedy odpoczywali. ale on tkwił za ogrodzeniem bez ruchu. — . Odpocznijmy trochę. pękatym brzuchem i koniuszkiem trąby. — W samej rzeczy — przytaknął drugi. — Pierwszorzędny — oświadczył ten. Pilniejsi uczniowie notowali. opuścili się w nauce i stali się chuliganami. W słonie nie wierzą w ogóle. Nic więc dziwnego. e królem puszczy jest słoń. e jest największym z yjących zwierząt lądowych.. Uczniowie skupieni przed słoniem oglądali go pełni podziwu. Rankiem przeniesiono słonia do umyślnie urządzonego dlań wybiegu..Słoń jest roślino erny. — Mo emy iść do domu. Mo emy więc śmiało powiedzieć. ale podtrzymany wiatrem ruszył do góry i ukazał całą swą potę ną postać na tle błękitu.. wystający ze ściany. gdzie spadając nadział się na kaktus i pękł. w centralnym punkcie. eby model był bardzo du y. — .Sławomir Mro ek – Opowiadania — Coraz cię ej idzie — stwierdził pierwszy. Zwalisty tułów. Słonia znaleziono w pobliskim ogrodzie botanicznym. 69 .. jeden z nich zauwa ył kurek gazowy. Osłupiałe małpy patrzyły w niebo. koło klatki z małpami. Jednymi z pierwszych gości tego dnia byli uczniowie miejscowej szkoły. A uczniowie. — Jak po grudzie.Waga dorosłego słonia waha się od czterech do sześciu tysięcy kilogramów.. przyprowadzeni przez nauczyciela. ale ten yje w morzu. Wtem słoń drgnął i uniósł się w powietrze. Podobno piją wódkę i tłuką szyby. — . Jeszcze chwila i mknąc coraz wy ej zwrócił się ku patrzącym z dołu czterema krą kami rozstawionych stóp. Nauczyciel zamierzał przeprowadzić lekcję o słoniu w sposób poglądowy.. Zatrzymał całą grupę przed słoniem i zaczął wykład: — . czy nie dałoby się wypełnić słonia do reszty gazem — zamiast powietrzem. wielkie uszy i nieodłączna trąba. Przez ogród powiał lekki wiatr. nie zmuszany ju do liczenia się z adnymi względami. Przed nim umieszczono tablicę: „Szczególnie ocię ały — w ogóle nie biega”. Czekali. Było jak ywe. Załączyli kurek do słonia i ku ich uradowaniu ju po krótkiej chwili na środku szopy stanęło zwierzę w całej wysokości. którzy wtedy byli w ogrodzie zoologicznym. który wpadł na pomysł z gazem. Potem. Przez chwilę kołysał się tu nad ziemią. a powodowany ambicją posiadania w swoim ogrodzie okazałego słonia — postarał się. Powiedział o tym koledze. Ustawiony na tle naturalnej skały wyglądał groźnie. Pomyślał. Za pomocą trąby wyrywa młode drzewka i objada je z liści.Tylko wieloryb jest cię szy od słonia. niesiony przez wiatr poziomo.. Postanowili zrobić próbę. eby słoń wyrwał jakieś drzewko. po eglował ponad ogrodzenie i zniknął wysoko za wierzchołkami drzew. słupiaste nogi.Słoń pochodzi w prostej linii od zaginionych ju dzisiaj mamutów.

jak nie jestem hrabią. mimo e wszyscy mieli twarze pełne skupienia. usiedliśmy we dwoje na tylnych schodkach. głębokim jak przepaść. e to na skutek skąpego oświetlenia. które przynoszą chwałę i awans. Ma zapalenie spojówek. e dobro miasta wymaga od nich dostojnego. To eksplodowały butelki z fermentującym winem domowym. ale szelki mi pękły. który tak się cieszy.. e to niby nigdy nic. e mam kołdrę w proste. Tego dnia staruszek postrzelił o zmierzchu dozorcę zapalającego lampy gazowe. Przysypano go przez pomyłkę. gdzie względnie bezpiecznie mogę oddawać się lekturze. Przez całą noc w katedrze. e nareszcie mo e dać z siebie wszystko. Co do mnie — o nic nie mam alu. Zwłaszcza. Wytę yłem siły. Przykuty do swojej izdebki i do swojego miasta ograniczonością mojego losu. Pełnomocnik odpowiedzialny za pogrzeb usiłował im wytłumaczyć. Niejeden wzruszył ramionami: ludzie butów nie czyszczą. Przez całe ycie przedstawiał się jako strzelec wyborowy. Okoliczni chłopi nie mogą się przedostać przez rogatki. e tak samo nie zostanę marszałkiem.. paliły się świece.Sławomir Mro ek – Opowiadania KRONIKA OBLĘ ONEGO MIASTA Miasto jest oblę one. Tam wyrzekaliśmy na tę nieprzyjemną porę roku. poniewa mierzył dokładnie wprost we wroga. Podobno są to nasze kontrminy. Mimo to postanowiono urządzić pogrzeb pokazowy. Ale w obawie przed donosicielami udał. Kiedy na skutek tego wypadku zbiegaliśmy wszyscy do piwnicy. kto spiesząc przez miasto. Pierwszym pociskiem rozbił mi lampę. Będzie mógł się pokazać. Przyniosłem kołdrę i okryłem nią sąsiadkę. Po południu przez otwarte drzwi na przedmieściu wpadł mały pocisk i zabił dwie rybki w akwarium. zobaczył tę armatę — serce ścisnęło się niepokojem. torpedę. „Generał w ka dym domu!” — takie jest hasło dnia. Ale nie mogę wyjść z domu przez te szelki. Podobno mo na tam tez dostać piklingi. nieprawidłowo zakorkowane. wiosenne kwiatki. ale naprzeciw mojego okna ulokował się ów staruszek. eby je zobaczyć w tym czarnym pudle. ani czapki nie zdejmie. Stojąc nad grobem arcybiskup wygłosił płomienne przemówienie.. Stangreci bili je ukradkiem po chrapach i to odnosiło skutek. jesienne listki. a tu.” Na wystawie. Moja gosposia zrzędzi: „Na co mi generał! Ani to butów porządnie nie wytrze. Ktoś radzi ścierać kurze na mokro. eby kawę pić tylko przez rurkę. Od rana przeciera swoje okulary w drucianej oprawie. co tam się dzieje — zobaczyłem. Jest zalecenie. Ale kto by tam słuchał rad w zamieszaniu wojennym? Ka demu. e to swędzą go plecy i podnosząc barki drapie się między łopatkami. który mieszka pod schodami. jest pokazany wzorcowy generał. ałobnego kroku. Ale przypomniałem sobie. trzy ulice od nas. Od razu nasunęła nam się jesień i zrobiło się nam tak smutno. Powiedziałem jej to. Zapędził mnie pod kanapę. W trumnie na katafalku le ały dwie srebrne rybki. w kawie. Postawiliśmy stra . Później szóstka koni od karawanu. eby się przekonać. odkąd kefir jest zaminowany. W nocy w piwnicy naszego domu rozległ się głośny huk. Natychmiast zawiadomił. poniewa nikt nie zauwa ył jego zniknięcia. wokół czarnego katafalku. Przed ratuszem stoi armata. ale potknął się o albę i wpadł do dołu. prowadzących na podwórze i do ogródka. Był w dostatecznie złym humorze. Jednak po tym pogrzebie powszechna nienawiść do wroga znacznie wzrosła. Kawę wylano. co chwila ponosiła. e sąsiadka ma koszulę nocną we wzorek ywo przypominający drobne. Rano — sensacja. Staruszek. e.. Przysięgał. lecz miłe. e zapalenie spojówek zaraz mu przejdzie. trzeba się było dobrze nachylić. Nawołuje tak e do czynów. Jeden z patriotów znalazł przy śniadaniu. Odkopano go zresztą natychmiast i grabarze musieli go przepraszać. mimo i wszyscy poszli z powrotem spać. Tłumaczył się. wiem. Próbowałem czytać. dzięki czemu ceny nabiału niepomiernie wzrosły. 70 . nie czując cię aru. Od razu zrobiło się nam weselej. ogromnie się cieszy. Gazeta nawołuje do wytę enia sił. Woźni magistratu odkurzają ją starannie przy pomocy zajęczych łapek i pęków piór.

zrobili zdjęcie. Podobno tylko jeden miał legitymację. Zwykły kot. jedni chcą jednak strzelić w dniu święta państwowego. Słysząc to i widząc. bo po dachu jeździło auto pancerne i legitymowało koty. które by nieznacznie przypadło na jakieś święto kościelne. Przyprawiłem sobie sztuczną brodę i wyszedłem na ulicę. to ci tatuś zje obiad. a mo e poszedł do okulisty. jakiś przechodzący tamtędy obywatel wyrwał innemu przechodniowi laskę i jednym uderzeniem złamał sobie nogę. — Ja te chcę! — wołał — Nie mogę pozostać w tyle! — Ten okrzyk podniecił jego samego jeszcze bardziej. e to nie jest tekst godny czasów. Wyłoniło się centrum. ni zowąd posiada prawdziwą legitymację — to musiało wzbudzić zrozumiałe podejrzenia. wyjąłem z półki nieco ju po ółkły tom: „Tryumfalny pochód pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych”. e jest głodny? Dziecko na pewno by zrozumiało. Tej nocy znowu nie mogliśmy zasnąć. ale jego te zabrano. Świe a lektura o pompach uczyniła mój umysł badawczym. Zgadzając się ogólnie z tym. Zastanawiała się chwilę. Naprawiła mi szelki. druga ustosunkowała się od razu do tej poprawki nieprzychylnie. Kopuła iskrzyła się w dni nawet niezbyt słoneczne. — Na asparagusie?! Jezus kochany! — zawodziła. z tymi choinkami. — Ach. Jedna proponuje więc wziąć poprawką centrum pod rozwagę. które uwa a. ma pan rację — powiedziała. Podobno zarysowała się ró nica zdań co do u ycia armaty. Ta hipokryzja oburzyła mnie do głębi. Trzydziestu ludzi od rana zamalowuje na czarno błyszczącą dotąd kopułę ratuszową. Dlaczego ojciec nie przyzna się po prostu. Zaprowadzili mnie do fotografa. który ni stąd. drugie zalecało ograniczenie się do ogólnikowego zastrze enia w nie 71 . — Za ojczyznę! — krzyknął. W cyrku grają od dzisiaj tylko patriotyczne numery i to nie wszystkie. jak dozorca mówił do swojego synka: — Jak będziesz niegrzeczny. jakie prze ywamy. Gospodyni przywitała mnie nową wiadomością: — Czy pan wie — powiedziała — e w tym roku nie będzie Bo ego Narodzenia? Choinki mają być przeznaczone na barykady. Kule brzęczą o sprę yny w kanapie. Czołgając się. w którym mieszkam zaczynają się ju typowe objawy związane z trudnościami ywnościowymi oblę enia. Jedno domagało się wydania rezolucji potępiającej i odcinającej się. to niech się pani nie martwi — przerwałem jej. Na pytanie: — Dlaczego? — nie umiała dać odpowiedzi. — Głos pełen był źle tłumionego łakomstwa. e w zakładach fotograficznych skonfiskowano wszystkie zdjęcia przedstawiające mę czyzn z brodą. gdy go podnieśli. lepiej na asparagusie ni na niczym. wibrujący ton. Wzruszyłem ramionami. wywołali je i natychmiast skonfiskowali. Widocznie znowu coś się stało. Jednak w pewnej chwili pomyślałem. e trzeba strzelić z niej do wroga. Sprę yny wydają długi. Gosposia wróciła z wiadomością.Sławomir Mro ek – Opowiadania Czytam „Sindbada eglarza”. ale jak oblę enie. W rodzinie dozorcy domu. inni w dniu święta kościelnego. Miał złamaną nogę. — Powiesi się bańki na asparagusie. tak ze dodatkowo stłukł sobie równie okulary. Około południa staruszkowi wyczerpała się amunicja. które tam o tej porze się włóczą. Wracając do domu przechodziłem koło otwartego okna sutereny i słyszałem. — Widział to kto kiedy?! — Trudno. — Tak. Wkrótce i ultralewica rozpadła się na dwa dalsze ugrupowania. Jeden z malarzy na moich oczach zsunął się z pochyłej powierzchni i spadł na ulicę. Sąsiadka wyszła dziś do miasta w sukni w zielone groszki. Pierwsze posiedzenie sztabu generalnego. Ju na rogu zatrzymali mnie dwaj z andarmerii polowej. Ale wiadomość nie dawała mi spokoju. proszę pani. którą widziałem przed ratuszem. to oblę enie. — Ale jak asparagusy te wezmą na barykady? Na to nie umiałem jej odpowiedzieć. e najlepszym wyjściem jest ustanowienie nowego święta państwowego. Ulicami pędzą w charakterze gońców pocztowe jamniki. Lewica natychmiast rozpadła się na dwie grupy. traktując ją jako przejaw oportunizmu.

jaki zapał! Jednak ycie w mieście męczy mnie. a do obsługi działa przydzielono go przez pomyłkę w kartotekach. w którym mo na wystąpić w nim w Dniu Strzelenia. zapalacz znajduje się nadal w szpitalu. Pory roku zmieniają się tak cudownie.Sławomir Mro ek – Opowiadania zobowiązującej formie na u ytek wewnętrzny. e strzelenie z armaty do wroga odbędzie się ostatecznie nazajutrz. Zwierzył mi się. krzątaniny. Pociągało to za sobą mnóstwo zabiegów. otrzymał order i nowy karabin z lunetą. Nasz staruszek. gdzie przy kontuarze poznałem bardzo miłego człowieka. zaglądając do okien. e nie ma pojęcia. Pole eć gdzieś w trawie. Czy pogoda wytrzyma? Mój Bo e. e gospodyni zamknęła drzwi od wewnątrz na haczyk. e weźmie mnie za naturę oschłą i skrytą. e wyszedłszy na mury. Pomyślałem. I druga nowina: w ratuszu odbyła się uroczystość. eby je naprawiła. Widziałem ją. poniewa w pustych ulicach gwizdały kule krótkowzrocznego staruszka. a potem weszła do mojego pokoju w filcowym hełmie. nie mogłem go ściskać oburącz. Co do mnie. w moim mieście jest tyle pięknych katedr i pomników. czujną walkę z wrogiem. Wkrótce obejmowaliśmy się serdecznie. Na skutek krótkowzroczności staruszek przypiął sobie medal do góry nogami. Wyró nienie wzmogło jego ofiarność. e dr ała z zimna. Po południu znowu mi pękły szelki. moja gospodyni coś pruła i szyła. Brak porządnych szelek dokuczał mi coraz bardziej. e nie przepuści ani jednemu wrogowi. snułem się po ogrodzie. Siedzę więc w domu i robię notatki z „Tryumfalnego pochodu”. W południe — dwie wa ne nowiny. Bałem się więc. wstyd powstrzymywał przed prośbą o pomoc. Okazało się. Niestety. Wieczorem poczułem się zmęczony. wędrując coraz to dalej i dalej. Na pięć kroków nie widać. który rozwarstwił się wnet według stanowiska zajmowanego przez poszczególne odłamy wobec propozycji centrum. Wydano oficjalny komunikat o tym. które odtąd będę stale nosił przy sobie. skrojonym ze starego beretu w którym 72 . jak się z niej strzela. Czy jest coś piękniejszego. Zresztą co chwila następowały nowe wypadki. Oczywiście. w letni dzionek — morza. ni stanąć nad brzegiem morza o godzinie piątej rano. Jedna z instrukcji przewidywała. tak subtelnie zmieniający dekoracje. Pierwsza: z drugiego posiedzenia sztabu generalnego. W niektórych jeszcze paliło się światło. e mam pęknięte szelki. jak on mnie. pobiegł na miasto. w uznaniu za swą ochotniczą. Sądzę. gdzieś na krańcach obwarowań. e czas. na którym z kolei zaczęło się rozpadać centrum. Ta kobieta ma w końcu prawo do osobistego ycia. podnosząc szklankę do ust. ebyśmy wesoło skakali. między innymi w oknie mojej sąsiadki. tak sobie tylko myślałem. jakby przyroda sama dbała o nieustający teatr dla nas. Analogicznie zresztą jak i w obozie obstającym za strzelaniem w święto kościelne. przytrzymywałem spodnie lewą ręką. który okazał się kanonierem od naszej armaty. Omal się nie rozpłakałem z alu. Jestem pewien. Ośmielił mnie mrok na ulicy. Wstyd mi ju prosić gospodynię. była tak lekko ubrana. poniewa jest z zawodu hodowcą jedwabników. by pójść na majówkę. zobaczyć świat niczym nie ograniczony. mo na patrzeć na południe. zale nie od poglądu jego członków na stosunek do stanowisk zajętych zarówno przez oba ugrupowania ultralewicy jak i lewicy jak i trzech wyłaniających się grup z prawego skrzydła. Moja nieznajomość ycia praktycznego nie pozwalała mi na zaradzenie temu osobiście. Czas płynął nam szybko. Na zwróconą mu uwagę odpowiedział ogniem. e ka dy powinien starać się we własnym zakresie o hełm. Niezdecydowany. Zresztą. którym popłyniemy za chwilę na południe i wcią na południe? Na pewno jest — i właśnie ta pewność nas skłania. Z krzykiem. Natomiast nie obyło się bez małego skandalu. pełznąc pod murami. Wymknąłem się do gospody. e po wytę onej pracy umysłowej nale y mi się jakaś rozrywka. Było z tym zamętu. jak mo na tak nie uwa ać na siebie? Poniewa późno poszedłem spać — spałem do południa. Jaka pełnia szlachetnych chęci w tym człowieku. mając nad sobą tylko wolno płynące obłoki. Natychmiast pobiegłem do apteki i zaopatrzyłem się w jodynę i szarpie. Wracałem.

Doniosła mi o tym moja gospodyni. udałem się na przechadzkę po cmentarzu. te nie wychodziłem z domu. w tym czasie nie wychodziłem na ulicę w dzień z powodu szelek. e w ogóle wszystkiemu zawsze byłem i jestem winien — ja. chciałem mieć spokój na wypadek kontroli. długo stałem w oknie. zresztą podobno nie było w tym adnej jego winy. wznoszony na reprezentacyjnym grobie dwóch rybek. Strzelenie z armaty nie udało się.Sławomir Mro ek – Opowiadania chodziła jeszcze do szkoły. pachniał jeszcze naftaliną. ale nie dbałem o to. Rzeczywiście. — Nie o to chodzi — próbowałem jej łagodnie zwrócić uwagę — wie pani. — Jak cicho — potwierdziła. natknąłem się na nie dokończony obelisk. Przez chwilę tylko trapiła mnie myśl. jak mogłam. gdyby. poległych w pierwszym dniu oblę enia. W końcu zaprzątnięty byłem czym innym. bo oddawałem się planom i marzeniom o wycieczce. je eli asparagus istotnie będzie nam potrzebny na Bo e Narodzenie. poradziłem sobie najprościej. mo e jakiś stary. Pomyślałem. Przed gospodynią tłumaczyłem się. kiedy sklepy będą zamknięte. powiedziałbym. Byłem zaskoczony... Gdy wyszła. ilekroć wykonywała jakieś zarządzenia władzy. Spod małego hełmeczka z blachy falistej wymykały się włosy. choć to jest sprzeczne z treścią tablicy nagrobkowej. Wszyscy spieszyli się. e były inne powody. usłyszałem. Wieczorem. niepotrzebny czajnik. Wskazywałem na rozło one na stole studium o „Tryumfalnym pochodzie pompy ssąco-tłoczącej w instalacjach u ytkowych” i notatki. stojąc naprzeciw niej. — Czy dobrze? — zapytała niepewnie. pragnąc załatwić na czas sprawunki przed jutrzejszym świętem. Jak wiadomo. co będzie. nie zrzędząc i nie narzekając głośno jak to miała we zwyczaju. Kiedy obudziłem się nazajutrz rano. ludzie mówili o tym dość du o. które miałem ze sobą zabrać — gazety. Wyjęła lusterko i poprawiła sobie hełm. na pró no starając się domyślić. — Jutro strzelają. choćby brytfannę. zupełnie mo liwe. poniewa oficjalnego komunikatu nie wydano. Wieczorem. poniewa chciałem wreszcie udać się na majówkę. — Jak cicho — powiedziałem. — Pocerowałam. jakby wstydząc się. w Dniu Strzelenia. liczyłem na to. — Dobrze — rzekłem — wygląda w tym pani. pragnąc się nieco odprę yć po dniu pełnym przygotowań. przewa nie ju w hełmach. a co by mnie uprzedziło. Zresztą ma pani chyba kawałek jakiejś blachy. — Co ja zrobię? — zmartwiła się. to na wypadek. Posuwając się wolno aleją. podobno. Berecik ten wyjęła z kufra na strychu. Co się tyczy samej majówki. poniewa wszystkich przygotowań dokonała w cichości. co mogło jej sprawić taką przykrość. Ku mojemu zdziwieniu spotkałem tam sąsiadkę. czego się spodziewałem: spokój. Ogarnęła mnie nieśmiałość.. Zgasiwszy światło. e mój znajomy kanonier mówił prawdę. Le ałem przez chwilę zaskoczony.. — Tak. poza tym miałem zamiar wyruszyć późnym popołudniem. wie pani. ciszę — tak kojącą po wędrówce ulicami napełnionymi rozgorączkowanym tłumem. wyrzuciłem asparagus z doniczki i doniczkę nało yłem na głowę. trochę za mało sztywne. 73 . Tylko. Zostawiła to wszystko na stole i uciekła szlochając. która widocznie tak jak i ja wymknęła się na chwilę z rozgwaru i zamieszania. Dopiero razem ze śniadaniem przyniosła mi — obok kanapek. znalazłem to. e na peryferiach i tak się nikogo nie spotka. Mówię z przyzwyczajenia: „rybek”. kiedy była mała. e moja gospodyni płacze w kuchni. Hełm powinien być twardy. zupełnie młodo. Jeśli chodzi o mnie. Nie zapewniało to wprawdzie bezpieczeństwa nawet przed odłamkami. Na pierwszej stronie gazety była moja fotografia oraz zawiadomienie. e bolą mnie nogi i e mam du o pracy.

Był to oczywiście staruszek z zapaleniem spojówek. Starając się nie czynić adnego szelestu. Zaszedłem na podwórko. Mało kto mnie widział po drodze. Upatrzyłem sobie okolice starej cytadeli. e zobaczę sąsiadkę przez okno. usiadłem na chwilę w dolinie między dwoma bardzo wysokimi. głębokim ciepłem. 74 . W drugiej niosłem kanapki. ebym pisywał do niej od czasu do czasu. Przecie w tej dolinie byłem sam. kogo więc miałbym się wstydzić? A potem on jednak strzelił. ciągnącymi się a w daleką perspektywę. bez skrępowania mogłem przytrzymywać spodnie jedną ręką. Przejęty podziwem dla jego wytrwałej pasji niemniej bałem się. je eli to ja jestem wszystkiemu winien. a co jest wielkie i piękne dzięki jakby naturalnemu odruchowi. Zapalacz lamp jeszcze nie wyzdrowiał. Mury tchnęły łagodnym. Zawsze miałem podziw dla prawdziwej architektury. Mógłbym poruszać się znacznie szybciej. Zmierzałem ku jej staro ytnym. ale przeszkadzały mi opadające spodnie. Skierowałem się na południe. dostrzegłem niezwykle ostro odcinającą się na jego tle sylwetkę czyszczącą karabin. co naturalnie wynika. ozdobioną małym. podczas gdy w mojej bruździe le ał ju granatowy cień. czy to naprawdę nie ja jestem wszystkiemu winien? Nie wychodziłem z domu. Cieszyłem się. w górze. ale tym razem cieszyłem się skrycie z defektu szelek. zostawiając sielankowe. Wkrótce ju miałem go za plecami. Ostatecznie skąd mo na wiedzieć na pewno. Szkoda. w swej dobrowolnej słu bie. e moje przewidywania okazały się słuszne. jak zwykle. głucho i głupio. Tote z przyjemnością yję. zapuszczałem się między milczące bastiony. dawno opuszczonej. tak zacięty w ściganiu nieprzyjaciela. które z wiekiem przybrały postać okrągłych garbów. Nie zobaczyłem jej. które stale przytrzymywałem. jak z kimś rozmawiała. co jest mądre i proste. jego dnem. Prosiła. jedną ręką. a oni są o tym przekonani. e było ju szaro. zieleniącym się bujną. błyszczącym kółkiem medalu na piersi. drugą podałem dozorcy. Tam. Rozgwar ulic ucichł znacznie poza mną. ni sam się spodziewałem. I teraz najwidoczniej krą ył po krańcach miasta. Uleciała z nich cała wojownicza treść. Byłoby mi nieprzyjemnie pokazywać się ludziom. acz nie pozbawione pewnego niepokoju pagóry. teraz widziałem nad sobą tylko pas ciemniejącego nieba. słyszałem tylko. Wszystkie moje ksią ki. zarówno „Przygody Sindbada eglarza” jak i „Tryumfalny pochód pompy ssącotłoczącej w instalacjach u ytkowych” podarowałem gospodyni.Sławomir Mro ek – Opowiadania Mniej mnie to wszystko zdziwiło. w tej nadziei. było jeszcze słonecznie. Gdybym miał nie uszkodzone szelki! Śmieszne skrupuły nie opuszczały mnie i teraz. Po głosie poznałem mojego znajomego kanoniera. e przyjemność majówki miałem zakłóconą Kiedy wychodziłem z domu. bez spoczynku. e — choć o ywiony najszlachetniejszymi intencjami — ułomny poczciwina mo e się pomylić. Radowało mnie. przytrzymywałem spodnie. Zmęczony trochę szybkim marszem. na palcach ruszyłem wzdłu doliny. Naprawdę kochałem moje miasto. ale jeszcze wyniosłym wałom. Ju od długiego czasu szedłem wzdłu tego wąwozu. jakie wydają kamienie u schyłku upalnego dnia. Na szczęście nie dostrzegł mnie. e serce boli mnie tępo. dla wszystkiego. Wpatrując się weń. tu przed drugim sianokosem trawą. równoległymi wałami. Le ąc ju w trawie twarzą do ziemi. który był tego powodem. czułem. o ile to jest mo liwe.

Sławomir Mro ek – Opowiadania WESELE W ATOMICACH 75 .

Bo jakkolwiek jesteśmy „skrzydlatymi robakami” — po śmierci wyglądamy ładniej ni wy. czarna i wyschnięta śmierć na białej framudze jest w rzeczywistości — czy chcesz tego. jak to wszystko. między szybami okna. kiedy patrzysz teraz na mnie. 76 . „uskrzydlonym robakiem”. co piękniej: czy umierać razem z Wielkim Niespełnionym. które przecie było tak blisko. e wraz ze mną. pełne finezji krą enie wokół ucha. na pół śpiąc. Za to. po kilka razy dziennie. z białawą plamą twojej twarzy. szpary ju szczelnie zasłonięte wałkami z drzewnej wełny. — a pisząc te słowa. jak znowu zaklejałeś szpary w oknie. Nigdy ju nie zjem ci ani okruszynki sera przy śniadaniu. wykrzywiony zabawnie i podobny wtedy do psa. e moja malutka. Pamiętasz przecie . ogromny i niezgrabny. z nagimi ramionami rozrzuconymi na kołdrze. I czy opłaciło się tak przeklinać.. kiedy w lipcu chciałam przejść się troszeczkę po twojej nodze? egnaj. gdy golisz się przed lustrem. Cicho tu jest i biało.. kto wie. jak zrzędziłeś przez całe lato: „Te Pan Bóg miał pomysł — eby robakom dawać skrzydła. czy małodusznie zapomnieć. Resztki byle jakich liści na drzewach są jedynie nędzną parodią przeszłości. Tobie — arówka. Po tej ostatniej stronie brzęczy jeszcze jedna z kole anek. Koniec. trzecia dekada — Widzicie? Ju nas prawie nie ma. odziany w hańbiącą flanelę! Wesołych Świąt i Nowego Roku! Oto rozstrzygnęło się. wypowiadanym z akcentem wściekłości przez pół roku. kiedy ju wszystko minęło. wiesz. mój ty du y.. Ile to nasłuchałyśmy się waszych przekleństw! A ty. oddać się w lenno nausznikom i kaloszom. czy nie dające więcej radości ni bezpośrednie wpadanie z głośnym brzęczeniem wprost do waszych nozdrzy. czy nie — wielka i pełna majestatu. dobrze pamiętasz. kim i gdzie jesteśmy. koniec. mo emy sobie bez gniewu powiedzieć.” Powtarzam: nie ma nas i rankami mo ecie się wylegiwać spokojnie. przyznaję. Tak więc — nas ju prawie nie ma. ginie wasza piękna i szlachetna nadzieja. Z tego wszystkiego pozostał ci tylko mój trupek. zachowaną po to tylko. gorących zmierzchów i nie ma ju nadziei. Dziś jednak. Ale co na tym zyskaliście? Jaką cenę musieliście zapłacić? Nie ma nas. znowu po raz któryś w yciu. cały w kosmatym swetrze. jak byłeś łaskaw się wyrazić. z drugiej przestwór nieba. i bardzo jasno. odczuwam gorzkie zadowolenie. e uda ci się mu sprostać. jak wiele obiecywałeś sobie po nadciągającym niebezpiecznym lecie. Dla nas skończyło się jak e przyjemne siadywanie na waszych nosach. który wykonuje pewną absorbującą i pocieszną czynność. Mnie świeci ostatni zachód słońca. Druga ju le y w dole nieruchomo z wyciągniętymi wszystkimi sześcioma łapkami. Jak wstępowało w ciebie lato. ani te .. z otwartymi ustami. Warto te było potem patrzeć na ciebie. zgodnie z waszym yczeniem. sześćdziesiątka. a ty myślałeś. Jest nas trzy. pla y. tu. Sami chcieliście tego. co teraz poruszasz się w głębi pokoju. zaklejone starannie paskami papieru. eby wasze upokorzenie było dotkliwsze.Sławomir Mro ek – Opowiadania MUCHY DO LUDZI Październik. Z jednej strony widzę mroczną głębię pokoju. czego się spodziewałeś na początku maja. Pokonany. nie siądę ci na nagim barku. ale nie ma tak e długich dni.

Zbiegał się cały w spiczastym zakończeniu. szlachetniejszą. e nie przyszli monterzy i nie dokonali tego z zawodową wprawą i bezstronnością — nie wywołał u mnie adnych refleksji. doznawało się swędzenia w karku. Gości. jasny i chłodny zapewne. raczej dotykałem ni czytałem tę ółtą ksią kę. zamazane półmrokiem. Biała. na klatce schodowej. Fakt. której nie oświetliłem. Zakradłem się tam po kartki powieści. wrzucony między ornamentalne wzory. Nie mógł obudzić mojego zdziwienia. Wybuchła awantura. jak zawsze. Potem zniknął w stołowym. podsufitowych ciemności. zaczyna i kończy.Sławomir Mro ek – Opowiadania O NAGOŚCI Ojciec mój wszedł do przedpokoju. odbłyskującym słabo jak podziemne jezioro. rodzice wybrali drogę równie praktyczną. nad samym środkiem przedpokoju. a poszukiwany przedmiot znajduje się powy ej poziomej linii naszego wzroku. Wycierał nogi hałaśliwie. z zawiniętymi rękawami koszuli. rozbudzała w nich przedwczesne niepokoje. z podłu nym łobkiem wzdłu klingi. jak się nazywa. Dzięki pilności w śledzeniu wszystkiego. Wszystko to były formy bryłowate. jak w niewzruszoności i półmroku ostrze unosiło się nad czarnym szkliwem linoleum. która znajdowała się ju wewnątrz mieszkania. Słu ąca nie usunęła korda. zgrzebna. znaczyłoby — dać satysfakcję sprawcom. Franciszka odeszła. Przez chwilę przedpokój był pusty. o której nie wiedziałem nawet. Światło padało tylko z drzwi prowadzących do sypialni. Sam stojąc w ciemności całkowitej byłem świadkiem. Przemykając się pod ścianą dotarł do wieszaka i zostawił na nim swój płaszcz. W tym wielkim pomieszczeniu o kwadratowej powierzchni zostawiano kalosze i okrycia na stojącym wieszadle. a zarazem ubikacji. Przedpokój był zazwyczaj ciemny. 77 . której treść nie nadawała się dla dzieci. Byłem dzieckiem. mimo e niezrozumiała. wyłaniając się z najgęstszych. jak mocno go to obeszło. Wisiał tak na włosku. Zaniedbanie czy głupie figle? Jednak pokazać po sobie. lojalnie ostrzegano: — Proszę pod ścianą. Pierwsza. jak tylko w mojej wyobraźni. Ojciec oburzył się. Tak oczekiwałem na powroty ojca. a i dla ozdoby równie . Zatrzymał się — w palcie koloru marengo — i szukał źródła swojego niepokoju. pragnąc nie dopuścić do postronnych podejrzeń. e przepełnia go lęk. e ojciec sam nie umiał zaradzić — a często przecie . Znalazł je dopiero po chwili. w jednym punkcie tak intensywnym. doczekałem się te ilustracji. nijakie. Teraz unosił się nad nimi doskonale prosty. miejsce na środku przedpokoju pozostałoby nie zapastowane. zwieszał się ostrzem pionowo w dół — nagi miecz. Lśniło jednak zawsze czarnym połyskiem i nie odcinało się inaczej. le ała pod drzwiami. na pograniczu metalu i powietrza. co — jak się okazuje — zawodną. które były do połowy oszklone matową szybą. Całą tę scenę obserwowałem z łazienki. którzy co prawda rzadko u nas bywali. — Niech Franciszka to sprzątnie! — rzucił w głąb kuchni z pozorną niedbałością. tędy. Jednak jakiś nowy blask. w kącie stały te kufry zawierające rozmaitą starzyznę. odruchowo wycierając nogi o drugą z kolei wycieraczkę. sam niewielki. e patrząc na niego. Le ąc na dywanie w stołowym — była to moja ulubiona pozycja — czytałem strzępy zakazanej powieści i przez uchylone drzwi spoglądałem w mrok przedpokoju. Le ąc na dywanie. w co zaopatrywano łazienkę. lecz nie rozpraszał mroku — musiał go dosięgnąć i zaniepokoić. Aby ją zniszczyć i nie dopuścić do moich rąk. Trzymamy go na wszelki wypadek. a ściślej mówiąc — odcień blasku. majstrował coś przy zlewie albo korkach w liczniku — ani te . kiedy nie znany nam. który zaledwie zaznaczał swoje istnienie. — Za wysoko — mamrotała. naga postać przekładała nogę przez balustradę balkonu. e podłogi froterowano szczotką na długim kiju. W górze. Gdyby nie to. gdy .

Ojciec udławił się rybą podczas kolacji. Z ka dego zakamarka mieszkania. a doskonała jedność jego kształtu. choć nieczęsto. e nie lśniło wulgarnie. Było jednak coś enującego w tym. e zostawałem sam w mieszkaniu podczas długich popołudni. równie naga. Otwierałem wtedy wszystkie drzwi prowadzące do przedpokoju. proste i zawsze nieruchome ostrze. załamywała ręce. 78 . u powały nagi miecz. widziałem w półmroku wyraźne. e zakrztusił się ością. W alkowie — łó ko. z jego głębi. w sypialnym. czystym. Na niebie księ yc — sierp. Zdarzało się. a w sąsiednim przedpokoju zwisał na włosku. W kolorach czarnym i białym.Sławomir Mro ek – Opowiadania Druga. tworzywa i wewnętrznego światła bardziej mnie przyciągała ni czerwony i wrzaskliwy odblask zachodów słońca w lustrze. o blasku tak głębokim. choć nieco inna.

Zresztą mo na trzepać na dole.. — Ale nie! Czwarte. operowanie nim to prawdziwa przyjemność. ani te przedmiotu. Określając ją w ten sposób. jak pan śmie! — W komórce obok łazienki znajdzie pan miotełki. Przydałyby się szmaty filcowe. — Co pan sobie wyobra a?! Proszę mnie przepuścić! — Niech się pan nie unosi. Zlew przetkać. jakie warunki.. nie ma pan swojej froterki? Nie mo na było sprawić? — To nie nale y do pana. e pan. kto szedł mi naprzeciw. ile trzeba. — Praca z pozoru wydaje się cię ka.. Ja wstrzymam na chwilę oddech. podczas kiedy ja kapelusza nigdy nie noszę. miał równie kapelusz. e mo na zbyć byle czym? Jak się robi. Froterkę po yczy pan od sąsiadów.. e to ode mnie. to doprawdy niesłychane!. — Jaki odkurzacz?! Doskonały odkurzacz. e nie było na niej człowieka ani zwierzęcia. Ale rozglądając się — nie zauwa yłem nikogo. Tylko proszę mi nie zu ywać za du o pasty do podłogi. eby powietrze roztrącone nieznajomym i otaczające go nie przeniknęło mi do płuc — i miniemy się... W dodatku jest winda. na kredensie. są tylko pantofle na wojłoku. — Jak to. e ja. — Nie. Pastować lekko. — Czy pan naprawdę sądzi. chcę powiedzieć. Ja jestem człowiekiem. a jak pan myśli. 79 . Dostanie pan fartuch. znajdzie je pan tak e w komórce.. nie przeczę. Zresztą — jak pan chce. e zapytałem tylko: — Ja? — Oczywiście. o wiele szerszy w ramionach. Do sąsiadów dzwonić tylko przed ósmą. — A pan myśli. bo potem wszyscy wychodzą. — Ale z jakiej racji ja mam panu sprzątać mieszkanie?! — Bo ju jest brudne i trzeba koniecznie trochę odświe yć. Zresztą proszę nie robić uwag. Wszystkiego wychodzi tyle. nic nie da się oszukać. Byłem tak zdziwiony. Myślałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania SPOTKANIE Droga była pusta. W kuchni. to trzeba tyle. aby wydać się energicznym i pięknym. światło musi pan zapalić w przedpokoju. Przybrałem odpowiedni wyraz twarzy. tylko nie wszystko. koniecznie fartuch. W jakiejś chwili ukazał się ktoś. Sam pan widzi. e wszystko odbędzie się jak zwykle.. poczekać.. bo w komórce spaliła się arówka. ale jest przecie odkurzacz. co?! — Szmat nie ma. e nie mo na nadą yć. Ale. linoleum zwinąć. le y ementaler. nie. Tak było tylko do pewnego czasu. a przeschnie. przyjdzie pan do mnie posprzątać mieszkanie. geranium podlać. Ale on zagrodził mi drogę i powiedział: — Proszę się zatrzymać. proszę sobie wziąć kawałek. — Które piętro? Pewnie szóste. dokładnie o siódmej. Szedłem tą drogą. na podwórku. — Nie. — Ale co to ma znaczyć właściwie?! — No bo przecie nie będzie pan sprzątał bez fartucha. — Proszę nie dyskutować. Powiedzieć. Ale za kogo mnie pan bierze właściwie. Jutro.. Proszę posłuchać: woda bie ąca jest na miejscu. obcych nie wpuszczać. równie i ściereczki. — Ale co to ma znaczyć?! — Odnalazłem wreszcie właściwy sposób odpowiadania na zaczepki. Trochę wy szy ode mnie.

Nagle zrobiło mi się głupio. Spoglądałem za nim.Sławomir Mro ek – Opowiadania — A ciepła woda? Zimną nie będę mył. Jasne. nie zostawił mi przecie adresu. ścian nie ochlapać. Trzeba tylko przekręcić odpowiednie kurki. Do widzenia. Odszedł. poczułem się bezradny. bo rozprasza. nie oglądając się. e jest. — Głupstwa. firanki zdjąć. No. krokiem sportowca. bo sprawdzę. — To i gaz jest? — Proszę nie zadawać nieinteligentnych pytań. to by było mniej więcej tyle. — Ja się boję. materace przetrzepać. bezbronny. Mo na się otruć. Woda grzeje się w piecyku gazowym. — Proszę nie pleść głupstw. 80 . okna potem na sucho trzeć długo. dopóki nie zniknął. Szafy odsunąć. Kipiała we mnie obra ona duma. Mam reumatyzm.. Brudne serwety zło ysz pan w jednym miejscu. krzyczała zraniona godność osobista. Jest pan dorosły. radio wyłączyć i nie słuchać. klamki proszkiem..

Nigdy nie mogłem na niego patrzeć. o której uczyłem się w szkole. Dla kogo innego kwestia: ile prze yłem — jest obojętna i mo na ją załatwić polubownie z ka dym z osobna. Czas było wyruszyć. Dosyć. Odsypawszy nieco tego zgryźliwego proszku do woreczka. cała ta zgrzebna rzeczowość wiejskiej podró y — godziła się z urodą niezgrabnego mebla. to jeszcze o niczym nie będzie świadczyło. tak. Tysiące małych radości skakało we mnie i tańczyło. poniewa ju wtedy nosiłem w sobie plany odjazdu? Co taki stół mo e wiedzieć. który był świadectwem mojej klęski. e to nie ma adnego znaczenia. Jak on trzeszczy pod cię arem przyborów podró nych. a tak e od mojej argumentacji. mówił: „Jestem absolutnie wesoły. pakowna skóra.. Brudna degeneracja mozaiki. eby nie zapomnieć o pieprzu. ale kiedy chodzi o to.. e jestem wy szy ponad jakieś tam pospolite stolarstwo. zamknąłem na powrót baryłkę wraz z jej dzikim. pędziłem szczotką kurz na jej szaro-białawą powierzchnię. choć bezwiednie. chrzęszczenie i szorstkość. Kto wie. wiele prze yłeś”. Jest betonowa i głupia. Nie martw się o mnie. Więc wszystko kładąc na karb mojej nerwowości. w obliczu dnia. krzątając się po kuchni i przylegającym do niej korytarzyku. sakwy i kuferki gromadziłem. nieskończone wszystko. nie mogłem pominąć stołu. niby to promieniami. Czyniłem to nie bezinteresownie zapewne. Kiedy wchodziło się na nią boso. eby wyjechać. jak generał swą armię przed bitwą. „Tak. próbował mnie odstraszyć okropnym grymasem. dla ozdoby. Przez tyle lat miał do mnie pretensje o swoją ułomność. nie bez mozołu i nadzwyczaj nieudolnie. potrzebny mi jest w drodze pieprz? Ostatecznie w przygodnych gospodach doskonale mogę się obejść bez niego. Zostawiając to wszystko. gładka. Dzisiaj. odje d ając.. bramy otwartej na oście . a ich tłum był właśnie tą jedną. Trzeba to o niej powiedzieć bez ogródek. Udawałem przed sobą. Tak właśnie mówiłem do siebie. jak pamiętam. zawsze jej złośliwy chłód sprawiał. zasługuje na to. Niby to wyobra enie kwiatu. wypalony na jej wypukłości. mo e nawet dlatego nie chciało mi się kiedyś zrobić go porządnie. pod oknem. choć patrzyłem właśnie na złość jemu. kiedy była mowa o Bizancjum. W drodze pokryją się znowu kurzem. miałem zdobyć inne. Nigdy nie jeździłem konno. Dzisiaj sam widzi. gdzie tyle razy dawałem jeść kurom. którego biała ściana piękniała z ka dą chwilą od blasku słonecznego. drzew orzeźwianych wiatrem. nie musiał podejrzewać siebie o lęk przed wyjazdem. domu. równie białawymi. Wychodzę do sieni. u licha. Na có . grubymi. rzemyki. wyjąłem z kredensu tę drewnianą baryłkę wielkości pięści Jeszcze wizerunek dzikiego człowieka z kółkami w uszach. Tak więc stanąłem wreszcie na podworcu. Koszyki. Koń czeka osiodłany na podwórzu. ebym opędzając się przed nią. Bo trzeba wyznać. nie była inna — zawsze zimna. e stół ten zrobiłem kiedyś własnoręcznie. kurz podró ny. Dosyć ju prze yłem w tym domu. Zresztą słońce ju wstało na dobre i dom. Uległem przezorności po to. na stole z surowych desek. Wa ne jest tylko to. Ostatecznie — powiedziałem sobie — je eli ulegnę. w porównaniu z którym tamto pierwsze i minione było piaskiem. Wszystko zale y od okoliczności. e trzeba było pomyśleć tylko o niej. poniewa nigdy. Albo: „To jeszcze nie tak wiele”. za którą zręcznie ukryła się bojaźń przed podró ą.. je eli jest się mną. nie dawała mi spokoju. Zły byłem na tę maskę. Odje d ałem na zawsze. ka dy w kształcie mocno spłaszczonej elipsy. Daremnie. przeszyty na wylot prawie poziomymi smugami. 81 . Nie ma powodu. Klękam na zimnej posadzce. wprost z upału. e wszystkie płótna. eby oczyścić buciki. choćby myślało się nie wiadomo o czym. Chodziło o to. eby odjechać i ju tu nigdy nie wrócić — nic nie jest trudne. Jedź”.Sławomir Mro ek – Opowiadania ODJAZD Oto dziś dzień odjazdu. U ywając do tego więcej energii ni potrzeba. ebym zabierał pył z tego obejścia. z wielkim białawym kręgiem i rozchodzącymi się od niego. ale to ju będzie droga. Niedorzeczna myśl. wielką radością.

Przez okno widać było słoneczniki. Słońce. głód. długie i mocne. czynnostek raczej. a moje poczucie estetyki. Nędzne. względy praktyczne przemawiały za ramieniem lewym — trzeba zostawić prawej ręce swobodę ruchów. e ju za chwilę stanę się głodny. wyłonił się ju zupełnie wyraźnie. jakie wra enie odniesie ktoś. eby nie wywietrzał do jutra. poni yłem drewutnię. opadło między drzewa i tylko niektórym słonecznikom płonęły ółte uszy jak dzieciom o zachodzie słońca. czyni mnie kimś. e nie zawsze mogę mu się oprzeć. Ostatnią z nich było podło enie skrawka zwiniętego papieru pod jedną. eby się nie zmiął i nie zakurzył. bo zaczęło się zmierzchać. potrzebnych do tego. ku memu cichemu zadowoleniu. czarne twarze! Zostaniecie tutaj. półprofilem. co ju miałem za przeszłość. Zagajnik kotłowany wiatrem machał do mnie milionem zielonych chusteczek. Wiedziałem tak e. Z niecierpliwością minąłem sień i stając przed zwierciadłem długo nie mogłem się zdecydować. ju nie tak usilne jak w południe.Sławomir Mro ek – Opowiadania Słońce mknęło w górę na wiwat dla mnie. e warto by się jeszcze przejrzeć w lustrze. postanowiłem zamieść posadzkę w sieni. Przybierałem równie pozę nieruchomą. Z prawej strony byłem jakby przystojniejszy. przemierzając podwórze szerokimi krokami. z osobna. A poczułem. a potem zakręciłem się w kuchni. eby się nie kiwał. eby usiąść na chwilę. eby jednak wypełnić ten krótki moment. coraz sprę yściej. pragnąc uzyskać wyraz sekretnego skupienia. wyrusza poza obręb pogodnego dnia. kto z podniesionym czołem. siedziałem jeszcze chwilę. Maszerując tam i z powrotem. na co was stać — to tylko powiewanie przy po egnaniu płomiennymi bokobrodami. eby sprawdzić. krótszą nogę stołu. Ostatecznie — udowadniałem — jeść trzeba. czy te na lewym ramieniu. Posiliwszy się. eby się nie męczył. Powiesiwszy mój dzielny płaszcz podró ny w szafie. zmęczone nogi natarczywie domagały się spoczynku. a moje nogi. sień czy dziki człowiek na baryłce pieprzu — to nie miało adnego znaczenia. zanim głód rozwinie się z przeczucia i stanie się dostatecznie silny. gdzie mają stąpać. Krzątanina przedłu yła się i kiedy zmiatałem ostatnie okruszki błota na śmietniczkę. 82 . nadając sobie odcień znu enia. bo ywo odczuwałem anomalię takiej pory obiadowej. W blasku świecy wyjąłem z kredensu baryłkę z wypaloną na niej brunatną głową dzikiego i przesypałem do niej z powrotem z podró nego woreczka zapas pieprzu. Wyszydziłem te płot. zamiłowanie do czystości i porządku jest tak silne. siny i zielony od zbutwiałości. w przyszłą burzę i deszcze. ebym w końcu mógł usiąść przy moim. wiedziały niezawodnie. Komponowałem się te całkiem z bliska. Płaszcz przerzucony przez ramię nadaje mi ju tajemnicze szlachectwo podró y. podchodziłem potem energicznym marszem pod lustro. a potem zapaliłem świecę. e tamto chodzenie po podwórzu. rurastych nogach i wszystko. niezgrabnie tkwiąc na swoich jedynych. spokojnie. przypomniałem sobie. czy nosić płaszcz podró ny na prawym. Nikt nie ka e mi wyjechać natychmiast. protekcjonalnie odniosłem się do studni. nie najlepiej wykonanym stole. po drodze rozsiodłałem konia. Ostatnie spojrzenie. Zaczął się paciorek małych czynności. Wynosząc zawartość śmietniczki na dwór. Stawałem więc przed wy szymi ode mnie słonecznikami i naigrawałem się z nich. znieruchomiałe. to znów oczarowując się wspaniałym uśmiechem. Przeszedłem podwórze na ukos. zabrałem się do roboty. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności egnania się z ka dym kawałkiem tego. jak równie cię ka praca nóg przed lustrem zmęczyły mnie i owładnęła mną chęć. odymając wargi. przed kim wyłonię się znienacka. Południe musiało ju minąć. bo wiatr ju umilkł. teraz czy potem. W tych warunkach krzywy — z mojej winy — stół. Cofając się najpierw o kilka kroków. Tak myślałem.

Uszy mu dr ały. co nazywamy górowatością. e zmierzamy ku czemuś. Jak pięknie piął się prosty wysoki las włóczni. Tak jednak jakoś wychodzi. kiedy nie będzie. Zdaje się. których spotykaliśmy dawniej. Co do mnie. Spojrzałem do lusterka. wypadała prawie tu nad brwiami. co mi chcesz opowiedzieć: płaski dowcip! Artur nadąsał się. — Czy znasz tę historię o wdowie i kominiarzu? Otó pewna wdowa. e je eli jej nie będzie. — Właściwie dlaczego nie dosyć tej przeklętej trójwymiarowości? Skup się. Czoło obni yło mi się znacznie. Linia. Wtedy stwierdziłem z bólem. — Twoje czoło — powiedział — twoje biedne czoło. Poziom zawrze wszystko. — W porządku — mruknąłem. — Co się właściwie z nami dzieje?! Podniósł na mnie oczy. e zje d amy. 83 . no to zniknie i nie będzie jej. które od czasu do czasu mijaliśmy. Artur krzyknął.Sławomir Mro ek – Opowiadania NI EJ — Czy zauwa yłeś — powiedział Artur — e droga się obni a? Rzeczywiście. zaczynał się wprawdzie pośrodku mojej jednej źrenicy. e stopy miał teraz spłaszczone jak łopatki i to zjawisko wcią przybierało na sile. e nigdy nie miałeś tak niskiego podbicia. — Przestań — odparłem — przestań w tej chwili. Artur milczał. ukośnym ruchem w płaszczyźnie nachylonej. od godziny posuwaliśmy się ciągle w dół. obrobione. Koromysła równoległe do ziemi. e poziom i tylko poziom te mo e zawrzeć całe piękno.. trzeba było przechylać głowę. Miałem wra enie. Posuwaliśmy się teraz. Przeciwnie. ale przebiegał ju pod drugą. — Artur! — zawołałem. poni ej. do wszystkiego. eby była tam. byłem jeszcze w stanie opierać się przez jakiś czas. na podszewce tego. e nie tylko on! Ja mam to w głowie. jak e więc chcesz. Czułem. a zrozumiesz. choć to opanowanie było tylko pozorne. Przestań bredzić o jakimś poziomie i całym pięknie. stawały się coraz bardziej płaskie. e mi opadają pończochy. ja czuję. ale stałego znu enia. Na ramionach niosły koromysła. Coraz więcej tarasów. po pochyłości. — Człowieku! Przecie je eli zniknie trójwymiarowość. — Nie mo na właściwie rzec — zastanowiłem się — e nie ma tu wzniesienia. ale Jakoś tak płasko. Wspomniałem smukłych wojowników z włóczniami. to nie będzie. e poza nim. Grupa kobiet szła obok drogi. To jest chyba ojciec wszystkich platfusów. Nagle o ywił się. Wywoływało to uczucie nikłego. — Patrz lepiej na swoje nogi. jakie piękne akcenty pionowe.. e będzie. — A właściwie dlaczego nie?! — zawołał zuchwale. Horyzont po bokach prostą linią przechylał się w jedną stronę. w prawo i w lewo! Artur roześmiał się. Nigdy nie mieliśmy ju ich zobaczyć. e my nic z tego nie mamy i raczej musimy mimo wszystko przyznać. a mo e nawet w ogóle wymiarowość. — Sam mówisz. Przekonał się. gdzie jej nie będzie i jak mo esz nawet mówić. do widnokręgu. e w górę i w dół. całkiem ju wyraźnie. jakby ramiona wagi słu ące do noszenia wiader. drewniane. — Tu mignął nam jakiś przechodzień o spłaszczonej czaszce. Wiem dobrze. Dachy domostw. Jesteśmy więc. Najwidoczniej coś przetrawiał w sobie. złowró bnie poziomiły krajobraz. — A widzisz! — upierał się zwycięsko Artur. Nie sposób było z nim teraz rozmawiać. ono jest cały czas. e Ju po nim. eby tak to wyrazić. od której zaczynały się włosy. bo poza nim nie będzie nic i niczego! — Ale ja wiem. — Dlaczego mi się tak przypatrujesz? — zapytałem Artura.

— Pion! — szydził.. — powtarzał Artur z rozrzewnieniem. jest pozioma! Las się skończył i Artur krzyknął z zachwytu. aby tam się przeciąć. — Jamniki! Nie yrafy! — zawołał i padł na kolana. e nie ma dwóch poziomów. Ale eby od pierwszej doprowadzić do drugiej potrzebny jest wektor pionowy.. ni szego i wy szego. — W odwiecznym zatargu pionu i libelli. czy wasserwagi. mój chłopcze. w glinę. a na nim stado długich jamników na maleńkich i w dodatku zakrzywionych nó kach. e wierzch czaszki przywiera mi do podniebienia. a potem zmieniliśmy się obaj w dwie proste równoległe i pobiegliśmy w nieskończoność. — Zastanów się! Załó my nawet. jednak pion! Mknęliśmy teraz przez las coraz bardziej pochyły. absolutny poziom. 84 . jestem po stronie tej ostatniej. bez nó ek. Pion! Có za ohyda! Ten ołów na tym szpagacie! Dlatego kocham morze! Morze jest najdoskonalszą tęsknotą do płaszczyzny! Góry! Coś wstrętnego! Najwy ej płaskowy ! — Arturze! — próbowałem go ratować. twój ideał osiągnięty. W obu wypadkach mamy do czynienia z doskonałą pozycją poziomą. który powinien ci odpowiadać: nieboszczyk na powierzchni i nieboszczyk w grobie. Artur śmiał się jakby szalony. Dusza. e potę na siła ka e mi zrobić to samo. zmaterializowany w łopacie grabarza. dusza. Dobrze. jest tylko jeden wspaniały. skierowanej pionowo. ale tylko same kapelusze.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Gdybym miał płaski browning. Arturze. Ostatnim spojrzeniem przestrzennym ujrzałem Artura. Przed nami był długi most. — Poziom. e masz rację. e mam horyzont w kręgosłupie. zastrzeliłbym cię bez namysłu — powiedziałem gorzko. który w oczach stawał się ju tylko poziomiejącą kreską. Resztką świadomości stwierdziłem bez zdziwienia. — Nie pojmujesz. A więc pion. rosły w nim grzyby. Weźmy więc przykład. choć czułem. — Naprzód! Na czworaki! Wzdłu ! Uczułem.

o kilkanaście cel ode mnie. Widzieliśmy. Kiedyś zdarzyło się. wtedy nie zapalam ogniska. jak przed kancelarię zajechały wozy meblowe. Nieraz widzę. Nocami księ yc niezwykle ostro odcina na podwórku światło i cień. jakby młotkiem o coś twardego.Sławomir Mro ek – Opowiadania RĘKOPIS ZNALEZIONY W LESIE Piszę to dr ącą ręką. choć trwające po kilka godzin stukanie. cień i światło. Nie tak sobie wyobra aliśmy to wszystko. e gmach jest zamieszkały. to musi być i kret. Zresztą on te zawrócił. potem wpadają w czerń. słychać jakby stąpanie. Nikt nie opala ju budynków. choć twardsze. Ich krawędzie przechodzą przeze mnie i ciągle się przesuwają. w gmachu. Na tym samym piętrze. jak i podwórko. Do wozów meblowych ładowano fotele z zielonymi obiciami. gdzie nas niegdyś zamknięto. W długich odstępach czasu. Na środku celi rozpalam niedu e ognisko. ale je eli kretowisko. Odwróciliśmy głowy. w którą skręciłem. nawet podczas ciszy. cały bladoró owy i bladoniebieski. Wolałbym nie oznaczać dokładnie ani miejsca. ktoś szedł tamtędy i coś niósł. gdzieś w jego głębi. W odległych skrzydłach tak e ktoś na pewno pozostał. e wchodząc do korytarza na parterze. Cela. Instalacja elektryczna te przestała działać. Le ę na pryczy. Obecnie nastał okres pięknej pogody i pełni. Teraz ju lato. dawno zostało opuszczone przez stra ników i dyrekcję. kiedy przychodzi pełnia i niebo jest bez chmur. Upewniają mnie w tym dalekie szmery. Czasem wychodzę. Czasem widujemy się na przeciwległych końcach korytarza. eby nazbierać nieco chrustu. Węglem rysuję na ścianie to. Na półpiętrze mijam zawsze uchylone drzwi dawnej wartowniczej izby. gdyby nie nisza. Kontury dachów są jakby srebrne. co stuka. jeden obok drugiego i jeden za drugim — a w nieskończoność. Nie wiadomo tylko. spokojny. przebywa jakiś kolega. choćby nieznacznie. ustawione ciasno. Kołyszą się zawsze. jak delikatnie zaczynają się złocić i zielenić moje stopy. Dyrekcja w okólnikach twierdziła. Raz tam zajrzałem niechcący. Dopiero dzisiaj na podwórku pojawił się kret. Zobaczyłem kawałek koca. w którym się znajduję. Dookoła więzienia rozciąga się las. zwłaszcza wieczorem. ujrzałem na przeciwległym końcu tego kolegę. które ma usprawiedliwić sklerozę. ale i tak musielibyśmy się spotkać. o złotych poręczach. to znowu jakby uderzenie stalowych drzwi. cała jest pokrojona na czarne i zielone romby. Wiem. Więzienie. ale ja tam nie chodzę. Wówczas kłaniamy się sobie z daleka i odwracamy się od siebie. niby czegoś tam szukając. e nie ma. 85 . ani czasu. poniewa akurat mamy trzęsienie ziemi. ale pewne oznaki ka ą przypuszczać. Z piętra widać wierzchołki drzew. Raz. e lato wnet się skończy. W nocy nie wychodzę. To znaczy kretowisko. co mi przychodzi do głowy. Okropnie nieprzytulne jest takie opuszczone więzienie. W tej niszy nic nie było. niezbyt głośne. poniewa korytarze są puste i kamienne. czy w tym lesie są zwierzęta. Potem będzie jesień i zima. Nieraz z jego celi dobiega regularne. kiedy w południe wyglądałem na podwórko. ale te . ale najczęściej nic nie rysuję. światło podchodzi mi do gardła. wy ej obrazek od pierwszej komunii świętej. Przecie podłoga jest z betonu. wszystko owinięte echem. Jest to naiwne kłamstwo. od czasu do czasu kroki. Szedł ku mnie i te mnie zauwa ył.

Tylko z pozostałych części salonu dobiegał gwar rozmów. e profesor Robert N. który go otacza. To doktor P. — Młody człowieku — powiedział i te dwa słowa. i policzki. — Coś w tym musi być. sądząc choćby po sposobie. poło ył mu rękę na ramieniu.Sławomir Mro ek – Opowiadania PROFESOR ROBERT Zauwa yłem go od razu. miały wagę metalu: — Sam zobaczysz.. Udzielanie mu bodźców rozwojowych. zajmował w świecie muzyki wybitne miejsce. jakie są tego źródła? Sam pan przyznaje. e pozostali wiedzą o nim więcej ode mnie. i wydawało się. Złudzenie to potęgowało się przy pewnych układach oświetlenia. — Ale . jest nie lada autorytetem. e zostanie artystą. Stali albo siedzieli w solennych postawach. o wyrazie bolesnego napięcia. Odwróciłem się gwałtownie. pobła liwość i długoterminowy kredyt. Otaczali go nastrojem rewerencji. Nie znajdowałem się w kręgu otaczającym profesora N. ale mogłem dosłyszeć. lekkoduch i birbancik. ale właściwie po co? Zapadło nagłe milczenie. czy pan wie dokładnie.. Wśród ciszy Robert N. w jakiej się do niego zwracali. Jak się domyśliłem ju po chwili. doktorze! — wykrzyknąłem. choć był starannie wygolony. — A jednak. wydaje mi się jednak. spojrzenia. w jaki odnoszą się do niego najtę sze nawet umysły. Nie jestem au courant wydarzeń w świecie muzycznym. forma. milknięcie wszystkich. — Mo na — wtrącił Gucio. z daleka. równie mi nieznajomych. Gucio. zale nie od dyskutowanego tematu. świadomy nietaktu — poniewczasie. jakie zawsze przybiera się przed kolacją. — Stopniowe wychowywanie artysty. Robert N. e wydawało się. gdyby nie jego pilność niezłomne postanowienie. kiedy on zabierał głos — wskazywało. rozglądał się z nonszalancją. umie przesuwać przedmioty. — Mo na. Któ pomaga 86 . głęboko osadzone. — Te ukłony. nawet uwielbienia. lecz będąc świadom tej mojej niewiedzy. tak zapadnięte. e Robert N. Wyró niała go poza tym aureola srebrnych włosów. rodzice postanowili oddać go do szkoły muzycznej. spotkałem wiele innych osób. ograniczając się jedynie do potakiwania — byłem w stanie nadą ać za wątkiem dysputy w sąsiednim gronie. cierpliwa troska o jego dojrzewanie — dowodził profesor. — Nie przeczę. Nie jestem biegły w tej dziedzinie sztuki. Robert N. aby okrzepł — oto jak tworzy się artystę. mając jeszcze w uszach ten stalowy dźwięk. był kompozytorem. Mozart. cieszy się wielkim powa aniem jako kompozytor. Przeciwnie: zachowanie się jego rozmówców. Czy pan jednak jest pewien. Był to profesor Robert N. które następnie wyrzekł. którą prowadziłem z jednym z zaproszonych. Wytę ając słuch. twarda dlań szkoła. Nie podawano jeszcze do stołu i zebrani podzielili się na kilka ugrupowań. miernej i rzadko grywanej. a w zdawkowej rozmowie o trzeciej wojnie światowej. mającą pokryć niepokój. e pan Robert N. dyletant i cynik. A więc niech pan się dowie. jak Beethoven. mimo e na przyjęciu u W. Mo e zwróciły moją uwagę jego oczy. e rozmawiali o muzyce. e pańska znajomość muzykologii jest raczej powierzchowna. — Muszę pana uspokoić — dorzucił szybko doktor. nie dotykając ich. był dzieckiem wątłym. Jako najsłabszy uczeń w klasie mo e by nie uzyskał poparcia nauczycieli. drogi doktorze — odpowiedziałem. koneser. jakby nosił miękki i ciemny zarost. — Oto teoria pro domo sua — odezwał się tu za mną niski głos. — Nie jest więc muzykiem? — Ale jest! Jednak nie zwyczajnym. wcale nie byłem skłonny nisko szacować profesora N. głos miał równy i twardy — oto sedno. jest autorem jednej tylko kompozycji. szczery i w pewnym sensie niewątpliwie słuszny. Profesor Robert N. Był ju lekko podpity mimo wczesnej pory. — He he he! — zaśmiał się doktor. Bach i tylu innych przed nim. e profesor N. cały szacunek. jest prawdziwy.

pozostając w zawieszeniu w ciągu pół minuty. Kiedy opuszczał konserwatorium. był ju bardzo popularny. Otó . jego zwyczaj wynikający z systemu. gdzie siedział profesor Robert N. po męce twórczej. trzeba to przyznać. Udało mi się w ten sposób podchwycić. e nawet sam doktor. wypracowanego w ciągu długich lat pracy nad sobą. dość skąpo. Był to. rozpraszały mnie do pewnego stopnia. co opowiedział mi doktor. samą tylko silną wolą. Zadzwonił jeszcze raz ły eczką o szklankę. nie wzbudzając tym niczyjego uznania. o rozprzę eniu wśród młodzie y — widzieć go. e równie przy stole profesor odcinał się od otoczenia i postępował nieodwracalnie według jakiejś swojej osobistej metody twórczej. wyrabianej ustawicznie w walce o podstawowe wiadomości z zakresu muzykologii. Jednak nawet i to. Narzekałem. Zresztą nie mogłem nad tym zastanawiać się dłu ej. jaką znajdował w napaściach na pojęcia i osoby ogólnie szanowane. wykonane przez beztalencie — ściąga na nie ogólną uwagę i wzbudza radość. Równie wysiłki ze strony Gucia. ale stanowczym tonem.. nie wyjmując rąk z kieszeni. e mogłem słyszeć jego słowa. byłem równie zaskoczony jak pozostali biesiadnicy. rozległo się głośne dzwonienie o kieliszek. Podano mu więc szpinak. poniewa w tym właśnie momencie całe towarzystwo zostało zaproszone do stołu. W jadalni zapanowała cisza. a ściślej mówiąc: powodować ich przenoszenie — jak na przykład ołówki z pulpitu na pulpit. aby zostać uznanym artystą. mimo e silił się na lekki ton. Wkrótce umiał przesuwać popielniczkę gościom w sąsiednim pokoju. stał się dniem jego tryumfu i zadecydował o narastaniu fali jego sukcesów. Solidaryzowałem się z rektorową w oburzeniu na szczególną demoralizację młodych dziewcząt. tak jednak. potem skłonił się lekko w stronę Gucia i powiedział: 87 . w którym. jakie wywierała na wszystkich osoba profesora. skłonny byłem krytycznie przyjąć jego wypowiedź. oddzielony od nich murem. zajęły mi następny kwadrans i zmusiły do odwrócenia uwagi od profesora. który pragnął nawiązać ze mną porozumienie w sprawie win serwowanych. kwalifikującą go raczej do zupełnie innego zawodu — był fakt. je eli zostanie. ywo rozmawiającego. Nic te dziwnego. podał nauczycielowi palto i laskę. w związku z tym. aby zamiast łososia w galarecie podano mu szpinak bez niczego. Jego srebrne włosy wichrzyły się. Z miernotą inna sprawa. jakie musiał jednak pokonywać. abym powziął w stosunku do profesora Roberta rodzaj podziwu. Siła woli. gdy pokonywać musiał swoją własną naturę. a dzień. w czym niemało znaczyła moja niechęć do ich niskiego poziomu umysłowego.. Podejrzewałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania uczniom celującym? Ci radzą sobie sami. Profesor powstał. które zdolny uczeń rozwiązuje lewą ręką. wyró niała go spomiędzy masy zdolnych kolegów. kiedy wydał swą kompozycję i uniósł się w powietrze na wysokość dwóch metrów osiemdziesiąt.. było dostateczną przyczyną. przyniosła mu pełne zwycięstwo. pomieszanego z poczuciem własnej ni szości. Rzuciłem okiem na doktora. profesor zwrócił się do gospodyni uprzejmie. jak wyjaśnił krótko. a równie — pochyliwszy się nieco i prowadząc nieobowiązującą rozmowę z rektorową B. co mówił. Oczy płonęły. Wychowywać! Có za szczytne zadanie! Tym bardziej e mały Robert powziął nieodwołalną decyzję. której zarysy mogłem przedstawić sobie na podstawie tego. nie zbli ając się do niego.! Jego niezłomna wola. e ju po pierwszych latach umiał przenosić l ejsze przedmioty na krótkie odległości. eby zostać kompozytorem i to postanowienie zbiegło się z nie zaspokojonym instynktem wychowawczym tylu pedagogów! Miarą trudności. e kiedy w pewnej chwili od strony. przerywana jedynie brzękiem naczyń w kuchni i stłumionymi odgłosami pojazdów ulicznych. kiedy wniesiono zakąski. oraz własnych spostrze eń. Temat ten. jak równie słowa współczucia ze strony rektorowej. Posadzono mnie dość daleko od profesora. na niemo ność odnalezienia wspólnej z nimi płaszczyzny światopoglądowej. nie był wolny od wra enia. Znając przyjemność. a szczyt kariery — choć trzeba zaznaczyć: dotąd nie opuścił się poni ej tego poziomu — osiągnął. Proste zadanie.

potem nagle nastąpiła pauza. Rektor B. Odniesiono go do kuchni. Nastąpiło kolejno kilka hałasów. Minęło kilka sekund i w kuchni rozległo się brzęknięcie. Ten jednak jakby znalazł nowe siły. Ciągle ta cisza. Przez dobre pół minuty szmery nie ustawały i gęś najwidoczniej przybli ała się. Gucio jednym haustem opró nił kieliszek i wlepił wzrok w drzwi prowadzące z jadalni do salonu. — Na samym środku. Dźwięk powtórzył się. — Pssss! — odparłem. nie poruszając głową. która właśnie ukazała się w drzwiach. aby jej nie przynoszono. Był to du y.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Przed pół godziną był pan łaskaw wyrazić wątpliwości co do mojej teorii sztuki. — O ile się nie mylę — tu zwrócił się do pani domu — obecnie słu ba ma podać gęś. Przecząco potrząsnął głową. — Mo e zaczepiła się o coś? Rektor B. Sekundy mijały. Chwila ciszy — i lekki szelest. nachylił się do mnie: — Strasznie pomału — szepnął. trzy! — zawołał profesor i zacisnął po wieki. Nie wracał długo. Półmisek z gęsią sam znajdzie się na tym stole. Profesor uchwycił krawędź stołu. Doktor P. — Miał pan rację — powiedział głucho do Gucia. dwa. — A taki jestem głodny. Profesor zebrał się w sobie. Z wolna na czoło profesora zaczęły występować krople potu. — Ju jest w korytarzu! — rzucił nerwowo. złociście przypieczony ptak. otoczony mgiełką aromatu. O tym profesor wiedział równie dobrze jak i my. zapytał: — Co tam jest? — Hall. kto zechciałby podzielić pańskie zdanie. Profesor. podskoczył i wybiegł. Cisza — i znowu dźwięk. Ju nigdy nie dotknę fortepianu. Wrócił za chwilę. kurczowo zaciskając powieki. Po krótkich grzecznościowych wzdraganiach pani domu odprawiła z powrotem do kuchni słu ącą. Nagle wszystko ucichło. 88 . Profesor Robert stał jeszcze przez chwilę. jakie wydaje porcelana przesuwana po podłodze. który powinien okazać się wystarczającym zarówno dla pana jak dla ka dego. jeszcze nie chciał uwierzyć w klęskę. wybiegł. Znowu cisza. zupełnie blady. — Skończone. Patrzyliśmy teraz wszyscy na profesora. Obrus marszczył się wolno pod jego zbielałymi palcami. Potem opadł na krzesło. Proszę zadysponować. Obecnie pragnę zło yć dowód. — Idzie! Idzie! — dał się słyszeć wrzask kucharki. na parkiecie — powiedział cicho. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Przerwy między szmerami stały się nieco dłu sze. — Raz. Zostało jeszcze pół hallu i cały salon. Ukazał się nareszcie. Profesor wyraźnie gonił resztkami sił. niosąc półmisek z gęsią. — Nie przeszkadzajmy profesorowi. Gucio na oślep szukał butelki.

Zięć idzie. Teraz dopiero. a to całą garść oberwę i nagle coś mnie kolnie. Ja rozumiem. ani wojska. ale po co zaraz bić? Oczekuję przychylnego załatwienia mej prośby. a nie dlatego. kto ma wojsko. co temu zaprzeczą. to mogę się tego podjąć. Zresztą mnie nie o siebie chodzi. Ty tu porzeczkę. jakby palcem. bo mówił. Tak e u mnie w domu się nie przelewa. e mógłbym być kim innym i wtedy bym patrzył na siebie i nie wiedział. jak ju powiedziałem. a nieprzyjemnie było pióro umaczać. pod jesień. mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi. to skąd mogą wiedzieć. Oświadczam. bo oni nie są mną. same piaski. Za młodu ró nie ze mną bywało. eby panować. Dlatego zwracam się o zwolnienie mnie od obowiązku posiadania broni atomowej. mówi. bo będzie industrializacja. biedactwo. a nawet większe. odpowiednie zaświadczenie z parafii przedło ę. Ale co z tego? Przecie panuje się nad światem dlatego. Nie mam więc ani pieniędzy. eby moją prośbę poprzeć. a to porzeczkę skubnę. Wczoraj zięć mnie zamknął. tylko o ludzkość. e jest się najlepszym. e ma się wojsko. e zarówno entuzjazm narodów jak i rozwój historii wesprą moją prośbę. Nieraz. Nikt nie chce panować nad światem dlatego. Nie ma u nas w domu ani jednego pancernika. jestem lepszy od wszystkich ludzi. Prośbę moją uzasadniam tym. e w tej sytuacji będzie cię ko dać mi panowanie do ręki. Jeśli będzie potrzeba. e to oni są najlepsi. Nie tracę jednak nadziei. e to nikt nie jest mną. Strach pomyśleć. Bardzo mo liwe. e nasz powiat jest ubogi. e to zbieg okoliczności. szczególnie e córka znowu rodzić będzie. jaki to ja jestem. a tam ludzkość!! Wtedy by człowiek wszystko rzucił i leciał. ale teraz przyszedłem na swoje i mogę poprowadzić. Poza tym liczę tak e na Opatrzność. choć dawno ju się do tego zabierałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania PODANIE Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. to piszę. a jarmarki zostały zlikwidowane. e ma wojsko. a jestem najlepszy. e jestem lepszy. Ka dy. Ja rozumiem. bo nie mam wojska. bo ogródek jeszcze mamy swój. e za du o jem. Całe szczęście. Na co mnie okręt wojenny? Tylko koszt niepotrzebny i zawadza to w domu. bo zięć ma na utrzymaniu. jest ich jakby mniej. tylko dlatego. jaki ja jestem dobry? Ja myślę. Ale ich argumenty nie mają adnego znaczenia. w tym dwoje z inteligencji. bo powiedzą. Nawet o durszlak jest cię ko i córka cedzi kluski. 89 . jeszcze osiem osób. chwała Bogu. e wszystko kosztuje. Jestem ofiarny. e znajdą się tacy. Po pierwsze. tylko muchy się topiły w kałamarzu. e jest najlepszy. Mam więc trochę czasu. e ja jestem w sobie i wiem. jak chowam się w ogródku za domem. Moje szanse są więc równe. poza mną. jak umie. ebym ja był władcą świata. e dla wszystkich byłoby lepiej.

uszeregowane na dwóch dość niskich piętrach. który idąc naprzeciw obrzucił nas spojrzeniem starczo wyblakłych oczu. a drewniana proteza. Pewnego dnia. równie nie zasługuje na wiarę. prowadzącej w głąb starego parku. przysiąść na miedzy i rozkoszować się widokiem kwitnącej coraz to pełniej przyrody — oddaliliśmy się dość znacznie od domu. gruby mę czyzna. które pojawiły się po obu stronach alei. obiecując sobie. To rzucając. to łapiąc obręcze. akcentowanym miarowymi uderzeniami w bębenek. Bowiem ów człowiek miał trzy ręce. ale jest substancją 90 . jedna z tych. dzikiej winorośli. ciemne i pozbawione firanek. Palcami jednej ręki przebierał na otworach piszczałki. Nie mogąc się oprzeć młodzieńczemu zaciekawieniu. szczery. równie dokładnie wysypane wirem. podeszliśmy ku altanie. poczciwy. wesoły. to znowu z wesołym okrzykiem przesadzając płoty i goniąc się wśród ruin. W altanie. Przyciągani jakby magnetyczną siłą. jak znaleźliśmy się na wirowanej alei. starał się. o to. blasku słońca i pełnych manierkach. skąd właśnie dolatywała muzyka. widocznie u ywana od dziesiątków lat. bez zacieków. Okna. Wszyscy mieli powierzchowność podobną: ubogą. dość wąskie i jednakowe. To. dając przyjemny chłód i cień. Staliśmy na środku dziedzińca. stojący przed nim na stoliku. a która zbli yła nas podczas pierwszego roku studiów. ani spostrzegliśmy. tynkowany ciemno ółto. Ukazała się nam brama szeroko otwarta i dająca wstęp na rozległe podwórze. coś pośredniego między surowością strzelnic fortecznych a wymogami mieszczaństwa. wypolerowana była i lśniła jak heban. co następnie zobaczyliśmy. Nie zawiodłem się. na huśtawce zawieszonej między konarami starych kasztanów — kołysał się człowiek pozbawiony obu nóg.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZYGODA W CZASIE FERII Mój przyjaciel R. ebym jak najprędzej zapomniał o wielkomiejskim przesyceniu. w kurtce podobnej do tych. Siwe włosy miał krótko strzy one przy samej skórze. to rozmawiając na tematy powa ne. Piosenka była skoczna. a jednak do dzisiaj pamiętam ten obraz. zapuszczając się w okolicę jeszcze mi nie znaną. e zaznam spokoju. świe ości i tej słodyczy. Pośrodku stał skromny pałacyk. aby za chwilę. a przynoszące chwałę zwycięstwo. lecz schludną. częste. wśród kurzawy dróg. Mój przyjaciel. która nie płynie z niczego. jego twarz z pękatym. drugą ręką wybijał takt na małym bębenku. szczelnie zapięty pod szyję. Ktoś grał niewymyślną melodię w takcie marszowym. zaprosił mnie do siebie na wieś. a w najdalszym zakątku. zdyszani. gdy spoza budynku dobiegły nas dźwięki fletu. ale rozpiętej i ukazującej białą koszulę bez kołnierzyka. na której wspierał się obły kikut kolana. Odziany był w surdut wojskowy. Na ławeczkach. wiosna przechodząca w lato. wypłowiały. narzędzia do gracowania ście ek uło one równo pod murem. ujrzeliśmy dwóch jednorękich zaś w głębi parku. obeszliśmy budynek i ujrzeliśmy gospodarskie podwórko: kilka szop. altana. po to. jaką śpiewają ołnierze ciągnący do odległych. a przy tym wra liwy i nie pozbawiony skłonności do refleksji. gdzie ju zaczynał się gąszcz. wśród gwaru i bujności uniwersyteckiego ycia — chętnie powitałem ten wyjazd do pól i lasów. chłopiec prostolinijny. Nieśliśmy ze sobą czerwone obręcze do gry w serso. du o ruchu na świe ym powietrzu. Korony drzew łączyły się w górze. a szumiąc przy tym radośnie stwarzały nadzwyczaj miły nastrój. Pod ścianą mo na było zobaczyć pieńki starannie wykarczowanej. Wkrótce spotkaliśmy inwalidę. której miłośnikami byliśmy ju od dawna. jakie widzieliśmy na uprzednio spotkanych inwalidach. dalekie wycieczki. równie troskliwie oczyszczonej z winorośli. mięsistym nosem wyra ała zasłuchanie i ten szczególny rodzaj radości. Po roku spędzonym na pilnych studiach. przy chłodnym wietrze. Niezwykły muzykant jeszcze nie zwrócił na nas uwagi. siedział mocny. Właśnie czas był przepiękny. zaś trzecią wyciągał po kufel z piwem. jaka płynie z obcowania z naturą. w szarej mycce na głowie. Proste potrawy. yznych krain — po pewne. ale gładko.

— Dobrze powiedziane — rzekł. — Niewątpliwie — odezwał się mój przyjaciel. lecz. — Pan na pewno z niejednego pieca chleb jadał. e to jednak niesprawiedliwość. która wydała wielu oficerów i sprawy wojskowości zawsze zajmowały go ywo. — Proszę wybaczyć. — Po ostatniej wojnie arcyksią ę. Lecz kiedy znaleźliśmy się o parę kroków zaledwie... Czy nasza to wina. co na to odpowiedzieć. ale — do kroćset! Nie mogłem przecie sam odstrzeliwać ich sobie. jak rudy elaza albo miedzi zło one w łonie ziemi. — Czy byłem? — zaśmiał się wesoło. — To znaczy ludzi pozbawionych kończyn — zacząłem się mieszać. samą w sobie. — i pokiwał głową z uznaniem i niedowierzaniem. wcią wirują w niej. — Ale jest tych urwipołciów. a jednocześnie napełniała je brunatna struga piwa.Sławomir Mro ek – Opowiadania czystą. bo okolica zdrowa. drugą ręką zapiął kurtkę na jeden guzik. eby stracić choć jedną rękę ni oni wszyscy razem. to byłoby szaleństwo! — zawołał mój przyjaciel. daleko od siebie. — W drodze tutaj spostrzegliśmy wielu inwalidów — powiedziałem. Być mo e. prawdziwy ojciec dla ołnierzy. Mało kto odwiedza biednych inwalidów. — Proszę. Nazwania. je eli nasze przybycie nie jest panu na rękę. — tu podniósł wszystkie trzy ręce do góry.. panowie. jak trójramienny świecznik — . — Ale nic podobnego! — zakrzyknął piwosz.i miałem więcej okazji do tego. a trzecią plaskając się w kolano — ale swoje umiem.. — Ale oczywiście. — Panowie tu na stałe? — ośmieliłem się ja z kolei. W którąkolwiek stronę chciałbym skierować rozmowę. w obliczu trójrękiego.. A je eli chodzi panom o to. szerokim gestem wszystkich rąk zaprosił nas do wnętrza. Poczułem zniecierpliwienie.. a było to. splatając dłonie i gładząc podbródek. Nie wiedząc. przekroczyliśmy stopnie altanki i usiedliśmy na ławie. Pochodził z rodziny. wyciągała się wprost w tej tajemniczej przestrzeni. spojrzał na nas nagle. e najniewinniejsze słowa przybierały w tych okolicznościach charakter dra liwy? Jego trzecia ręka odwracała kierunek myśli najbardziej pospolitych. która znajduje się między jednym nazwaniem a drugim. zawsze. — Pan był na wojnie?! — zakrzyknął mój towarzysz. Nasz gospodarz zaśmiał się rubasznie. — Jesteśmy tu odcięci od świata. oburzony. e wydobycie z siebie jakiegokolwiek słowa wydawało mi się niemo liwością. musiały wyniknąć nieporozumienia. e sami. nie jak tamci — jedną z rąk wskazał na budynek — . tak nadzwyczajnie wymowne. siłą rzeczy. proszę.. odło ył piszczałkę. On zaś zawirował wszystkimi rękami i ju brzęknęły przed nami kufle. lustrując nasze mundury i oznaki. pieniąc się przyjemnie. yjemy tu daleko. — Panowie studenci? — zapytał. — Od pacholęcia nie zajmowałem się niczym innym jak tylko wojaczką.. w milczeniu podnieśliśmy kufle. Panowała atmosfera napiętej nieparzystości. odstawiając szklanicę i ocierając pianę wierzchem drugiej dłoni.byłem zawodowym ołnierzem przez całe ycie. lecz wesoło. ile pan zechce! — zawołał. — A dokąd e to mielibyśmy pójść? — zdziwił się gospodarz.. wśród lasów. rubasznie. Za to on zachowywał się swobodnie.. Powiecie. którzy w boju stracili rękę albo nogę. nie wiedząc jak. Czułem przy tym dziwne ubóstwo mojego ciała. — Ja tam człowiek nieuczony — powiedział. zacierając dwie ręce. — tu utknął i zaczął czerwienieć. ale to i lepiej. Byliśmy wcią jeszcze tak zaskoczeni. oddał swój pałacyk myśliwski na schronisko dla tych. 91 . — Proszę wybaczyć — ośmielał się coraz bardziej mój przyjaciel. mimo ich mnogości. a trzecią wsparł się o stół — i powstał na nasze powitanie.

Nie poszło to łatwo... drugą podnoszę nasz sztandar. i nie rozumiem. Niegdyś uratowałem mu ycie. ale o nadmiarze. panie” — uciekały przede mną kiedy wyciągałem znienacka wszystkie trzy i pytałem: „Z której?” Trzecia szabla dawała mi w szermierce przewagę nad ka dym przeciwnikiem. panowie — na pewno nie. Przyspieszyliśmy kroku. zawsze miałem jeszcze mo liwość zagarnięcia czegoś bardziej trwałego od wina i kobiet. — Jasne — przytaknęliśmy. któreśmy zdobywali. Zajrzeliśmy do wnętrza przez szparę między deskami. Dlatego te . Nie miałem ju krewnych. chytre ropuchy. zawsze jakieś niedopowiedzenia. A ja. arcyksią ę znalazł mi tu miejsce. gdybym stracił jedną rękę. e olbrzymi grenadier z wrogiego oddziału. dlaczego nigdy nie zostałem nawet ranny. Ale mój ojciec był krzepkim góralem. stare. która ręka jest ta trzecia. ta zbędna? Tak czy inaczej — z trzema rękami. wierzcie mi. czasem wydaje mi się. Zgromadzeni wokół szlifierki bezręcy i beznodzy w skupieniu ostrzyli szeroki. w sam raz dla świata. Panowie rozumieją. lśniący tasak. który słania się w siodle. taka junackość. e jestem śmiertelnie łysy. nie wyrzekając się tych przywilejów zdobywcy. Stracić dwie ręce — tak. Kiedy mijaliśmy jedną z szop. czy to by wystarczyło? Znam ludzi. kiedy skończyła się wojna. co zdobyłem na wojnie dzięki moim dodatkowym zdolnościom. zdrowie i nadmiar. któremu urwało rękę. Demokraci interpelowali w parlamencie. równie nie miałem równych. niezgodność uczuć. ale dla mnie. Za nami znów rozległy się dźwięki piszczałki i bębenka. — Byłem zawsze w ogniu. w takich okazjach ka dy jedną ręką łapie gąsior. — A poza tym. W grabie y miast. więc po egnawszy się wracaliśmy ście ką wskazaną nam przez weterana. ró nice w osądach. Znaleźliśmy jednak kruczek prawny. z dwoma czy z jedną. a drugą ciągnie za włosy upatrzoną brankę. e spłodził chłopaka takiego właśnie jak ja. Po ka dej kampanii. — znów wskazał na budynek. Przeciwnie: zostałem obdarzony niezwykłym zdrowiem. stałym zadowoleniem z ycia i niepowszednią zręcznością wszystkich trzech rąk. To odwróciło losy bitwy. kobiety obrzucały kwiatami byle ciurę. niedołę ny i bezbronny. Do zmierzchu było ju niedaleko. gdyby nie pamięć wdzięcznego arcyksięcia. panowie: trzy ręce — to za du o. przeciągły. wraz z korzonkami.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Urodziłem się w górach Harzu. Nikt nie mo e zaprzeczyć. byłem nędzarzem. adna z tych rąk nie jest mniej sprawna. który wtedy brałem szańce. znalazłem się bez środków do ycia. kiedy właśnie jadł zupę w taborach. Myślicie. kiedyśmy wracali do stolicy. 92 . Podczas jednego ze szturmów zauwa yłem. panowie! — i zdjął czapkę. Rozpierała go taka radość ycia. przebiwszy na wylot naszego chorą ego — rzuca się na arcyksięcia. Ja. usłyszeliśmy wysoki. dla mnie czy nie za du o? A wreszcie. Po rozpuszczeniu armii umarłbym z głodu. e coś mnie łączy z tymi tam. W czasie kontrmarszu pod Janówką pocisk działowy przeleciał nade mną tak blisko. to by ju było coś. — Patrzcie. Łysina zalśniła łagodnie. e ściął mi wszystkie włosy. zamykałem się w szynku i przepijałem to. na bli sze. Cyganki. eby jeszcze przed zmrokiem zdą yć na kolację. Więc kiedy po wojnie. w samym środku bitwy. w bojach zestarzałem się i nie umiałem nic poza rzemiosłem ołnierskim. a trzecią podtrzymuję arcyksięcia. które zawodzą: „Powró yć z ręki. Jedną ręką ścinam grenadiera. Nie mo na mówić o jakiejś ułomności. dzwoniący zgrzyt. — Zresztą. zawsze istniałaby rozbie ność między zdaniem otoczenia a moim.

Nie mógł mieć wątpliwości. Nadeszła chwila. Na nic. ani powoływanie się na Piotrusia Pokrowskiego. Gdy znalazł się sam w pustej alei. słodycz. Chłopczyk przez cały dzień brnął znowu od jednego zła do drugiego. Na uboczu. Silna blacha w czoło natychmiast przywróciła go do porządku. To miara ofiarności. gdy zręcznie naciska odpowiednie klawisze organów. Upokorzenie ju nie zapędzało anioła stró a wieczorami do kątów. Ani przypomnienie. łagodna perswazja. Anioł. nadzorował z zadowoleniem posłuszne i biegłe odmawianie. W milczeniu wypił mleko. To bił go anioł stró . Jak zwykle nie chciał pić mleka. szeptał mu wskazówki o yciu czystym i prawym. Zdarzyło się nawet kilkakrotnie. małego bohatera. Sen zatarł w chłopczyku wspomnienie wczorajszego wieczoru. Miał się na baczności. gdy małe serce słu ebnika w miłości dla Sprawy zabiło silniej ni wielkie serce Sprawy samej. Oderwał dłoń od czoła. Wkrótce odkrył. od stłuczonego kolana do rozdartego ubranka staczał się mały nieszczęśnik. co dawniej było nieosiągalne. od biegania do biegania. nieruchomo wpatrywał się w noc. paciorka nie zmówił. z jaką teraz osiągał to. podszedł cicho do łó eczka i silnie wypalił chłopczyka w ucho. liliowy pokój dziecinny. mimo du ego nakładu dobrej woli i cierpliwości. 93 . Na łó eczku. garbił się. ani strącenie w przepaść znanego w dzielnicy garbusa. e nawet wtedy. jaką odczuwa pobo ny organista. zasypia smacznie mały chłopczyk. Czasami ogarniała go nawet pewna nuda i wtedy z podwójną czujnością zwa ał na posunięcia chłopczyka. Z miłości do Prawa przekroczyć Prawo. I nagle gorycz wezbrała w aniele. nie uwa ał i biegał. za niezmówienie paciorka — faja. na wszelki wypadek. Dobry duch zasmakował w nowej metodzie. Podano mu śniadanie. Grzecznie przechodził przez ulice. nie rozglądał się. Po egnawszy się z mamusią ruszył do szkoły. ró nicując ciosy i znajdując w tym przyjemność podobną do tej. Anioł daremnie otaczał go błagalnym powiewem skrzydeł. Ten zerwał się przestraszony. zhańbiony. długo. głuchy na głos dobra. gdy nie dawał ku temu adnych powodów — chłopczyk odczuwał bolesne uderzenie. rozejrzał się i błyskawicznie zgarbił. Jak e to? Czy by Prawo w całym swoim łagodnym majestacie nic nie znaczyło wobec woli jednego malca? Fala uwielbienia dla Prawa wezbrała w nim i poruszyła równą falę niechęci do zła. Jednak nie był jeszcze pewny. Oto le y ten nieporuszony w błędzie swoim. Przeciwnie: wygodnie usadowiony. Od mleka było mu niedobrze. A więc anioł bił go ju dla wprawy. umiejętnie dobranym ciosem przypomnieć mu o przewadze dobra nad złem. z wypiekami wstydu. cisza. w pysze. Ani ciche nucenie łagodnych pieśni. jak to jutro będzie się garbił. Oto wyczerpał wszystkie środki dostępne aniołom stró om. Pod wpływem ciosu odmówił pospiesznie paciorek i mrucząc coś niezrozumiale poło ył się i zasnął. gdzie by musiał kryć twarz w dłoniach. i inne. za bieganie i pocenie się — hak. nie przystawał. Wtem odczuł dotkliwe kopnięcie. kiedy tatuś pracuje — byk. Nastał ranek świe y i krzepiący. za chodzenie po kału ach — hak z mańkuta. Metoda najwidoczniej dawała doskonałe wyniki.. za garbienie się — blacha w czoło. dr ący i zachwycony. pragnąc jednym. co miało uwolnić chłopczyka od złego przykładu.Sławomir Mro ek – Opowiadania WINA I KARA Cichy. Łatwość. nie zmówiwszy paciorka. Dobroć. masując sobie prawą dłoń lub bębniąc palcami po stole. przysłaniając sobie twarz dłonią — bezradny anioł stró . e metodę mo na znacznie udoskonalić. zasypia rozmyślając o tym pewnie. Od garbienia się do garbienia się. A więc: za niedojedzenie obiadu do końca — cios tak zwany piwniczny. Wyjadał konfitury. e tatuś tak nie robi. ukojenie. za hałasowanie. olśniła go. Zrozumiał.. Nic nie mogło go powstrzymać. Stał anioł stró bezsilny.

w nocy. Następnie zainteresował się chemią. widząc. nie garbił się. e polubił mleko i dolewali mu bez końca — utył bardzo i pobladł. choć po amatorsku zbudowaną miną z domowego trotylu. myśleli. nie próbując nawet biegać. a on. wysadzony nad podziw umiejętnie. by mu dać bodaj haka. bo wiedział. nie hałasował. Chłopczyk oddalał się polami. głęboko ukryta myśl orała jego dziecięce czółko. Uparta. Niejednokrotnie. potę ny słup ognia trysnął nad miastem i głośny huk targnął okolicą. Dźwigał uprzednio przygotowany plecak z małym zapasem ywności i pieniędzy oraz kartę okrętową do Ameryki Południowej. e jest cudownym dzieckiem i bardzo wszyscy się cieszyli. pochylony nad podręcznikiem. Wyrzekłszy się wszystkich przestępstw wieku dziecięcego. rozporządzał teraz du ą ilością wolnego czasu i nauczył się kierować siły na ycie wewnętrzne. Nie biegał. Na skutek dojadania obiadów i gwałtownego picia mleka — bo rodzice. Spowa niał. Czas mijał. Tatuś sprawił mu warsztacik i dał skromne środki. e natychmiast odczuje bolesnego haka — inne dzieci goniły się po murawie. To wyleciał w powietrze dom rodzinny małego. Za nim gnał przez orne pole anioł stró . Zmienił się tak e zewnętrznie. On zaś pracował wytrwale. Pewnego razu. tajemniczo zamknięty w sobie. e wypija teraz całą szklankę. dojadał.Sławomir Mro ek – Opowiadania Chłopczyk bardzo się zmienił na lepsze. Poczęto uwa ać. wnikał w tajemniczy świat molekuł. odmawiał. Zaczął obserwować otoczenie. gruby i spokojny. 94 . gdy siedział w parku na ławce.

— Ech. przyciągnięci do okien widokiem wirujących płatków śnie ycy. czyste i nieruchome. jak na otwartą równinę. — Je eli to prawda. gdzie rozciągały się bezmierne pola. Dzwonkom zaprzęgu odpowiadało zza horyzontu echo psiego szczekania. jak chmury zasnuwają księ yc. posępne zawodzenie wichru. i to jak najszybciej. czy to widok piorunów nie natchnął człowieka do wynalezienia strzelby? Czym więc mo e jeszcze natchnąć ludzi. — Śnieg — myślał naczelnik uderzony tą ogromną ciszą i bielą. — Kto wie. O ile łatwiej byłoby obywatelom.. jeśli poza godzinami słu bowymi myślał o sprawach publicznych. e ka de zjawisko zaopatrzone jest w swoje przeciwieństwo — to co z tego? — zapytał sam siebie i z ymnął się.. mając za sobą spełnione zadanie. jakieś specjalne biuro. powietrze lodowe. i pól. mogli powiedzieć sobie ze spokojem: „Ju ich w tym głowa!” Obywatele. Dookoła jednak było. gdyby... Kazał zwolnić. — powiedział półgłosem. Zwycięstwo człowieka nad ślepym padaniem. sekret.. widok nagich zagajników w parowach.. przysypało cię śniegiem. obywateli.. popołudniowym niebie. e wzbiera w nim ni to zdanie orzekające. napawamy się zasłu oną nagrodą — polecił stangretowi skręcić w bok. samotnej gruszy w ośnie onym polu? Tego nikt nie wie. koni nie poganiaj. Rama? Ot co jest potrzebne. gdzie gwar i szum nie przeszkadzały mu w pracy. Ale teraz.Sławomir Mro ek – Opowiadania PRZEJA D KA Po uroczystości i bankiecie naczelnik. póki nie jest jeszcze za późno.. Jedyne wyjście. Nie spieszno mi donikąd. Jakiś czas jechali spokojnie. zaszyty w niedźwiedzią szubę.. miłe ciepło szuby i szampana ogarniało naczelnika. mknął saniami do domu. Uporządkować. która nagle się przed nim rozwarła — co roku pada ywiołowo.. Wyobraził sobie chmury białych ptaków miotane na pochmurnym.. ni to zaśpiew.. Poczuł ze zdziwieniem. tym bardziej samotniały w białej pustce. Nie da się zaprzeczyć. której przecie sobie nie yczymy. a całą duszę wypełniało poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Konie ruszyły wawiej. Jak wszyscy wysocy urzędnicy.. by wszystko stosowało się do jego wewnętrznego. Na piersi jego wysokie odznaczenie. ciche jak sama tajemnica wszechbytu i ze szczętem zaśnie one. — Szybciej! — obruszył się i pociągnął woźnicę za rękaw. Im głębiej sanie zapuszczały się w pola. 95 . Raźniej zabrzmiały janczary i ostrzej zasyczały płozy. inna znowu melodia dogoniła naczelnika: Jednostajnie brzmią dzwonki pocztowe wśród bezdro y i lasów. ojczyzno — rzekł mimo woli. całkiem bezwietrznie. a to niewątpliwie prawda. gdy jechali szybciej.. uspokojonego rytmu. Te pola zasnuwały go powoli. to rama porządkująca to wszystko. tak i on posiadał niedu ą rezydencję za miastem. e z tego płynie jakieś męczące uczucie. Lecz chcąc przedłu yć te rozkoszne chwile — gdy to. a nagle naszły go słowa starej piosenki: Woźnico. śnieg. Godzina późna. — Nadać ramę. Przysypało. I dodał: — . ale która sama przychodzi. skończona moja miłość. jak choroba. Niebo było bez gwiazd.

czarnej gruszy. nikły. na śnie nej bieli. 96 . Obejrzał się i prze egnał: naczelnika nie było. smutnych. Tylko na pustym. Po półtoragodzinnej jeździe dojechali do samotnej. lśniące w nikłym odblasku śniegów jak jedyna gwiazda w tej bezgwiezdnej nocy. Jeszcze w nim wołało czasem ostrzegawczo: „Nadać temu ramy!” — ale ju skądś płynące tony jęły przybierać w nim pozór jakby cygańskich. Chłop na koźle odwrócił się. eby zapytać — w prawo mają jechać czy w lewo. byle jak zapadniętym futrze spoczywało wysokie odznaczenie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Światła osady powoli odchodziły wstecz. A co dziwniejsze — adnych śladów stóp dookoła.. Noc stawała się głębsza. oszukańczych. słowackich skrzypiec. Coraz większa pustka pochłaniała zaprzęg i naczelnika. pola śnie ystsze. uwodzących..

Sławomir Mro ek – Opowiadania

KTO JEST KTO? Wsiadłem do pociągu i umieściłem się w przedziale. Znajdowali się tam: oficer artylerii, dorastająca panienka, brodacz — z wyglądu kupiec, brat zakonny, starzec o szlachetnych rysach i garbus, prawie krasnal, a w kącie skromny, mizerny człowiek. Kiedy pociąg ruszył, panienka, właściwie dziecko jeszcze, plasnęła w ręce i, podskakując na ławce z prostej, naiwnej radości, wołała: — Jedziemy! Jedziemy! — Warkoczyki podlatywały jej przy tym do góry. Mnich wykonał znak krzy a. Szeroki brunatny rękaw zesunął mu się na przegubie ręki, ukazując opaloną skórę, a na przedramieniu — fragment tatua u. Nabierając rozpędu, pociąg wpadł na elazny most. Rozległ się nieprzyjemny łoskot. W dole migotała rzeka. — W młodości huśtałem się na krześle i za bardzo przechyliłem się do tyłu — wyjaśnił garbus. Jego skwapliwość wydała mi się nie na miejscu. Wtem napotkałem spojrzenie mizernego pasa era o bladej, zmęczonej twarzy. Nie spuszczał oczu z obecnych. Był w nich strach. — Wszystko w ręku Boga: krzesło, fotel, eta erka — westchnął brat zakonny — nawet najdrobniejsza półka. Brodacz, który niewątpliwie był zamo nym kupcem, wsparł ręce na grubych udach. Widać miał wesołą, szeroką naturę, która nie lubiła rozmów smutnych ani zbyt zasadniczych. — Mo e by tak co zaśpiewać? — zapytał potoczystym basem. — U nas, w Je owym Polu, zawsze śpiewamy, jak jedziemy. Potrząsnął czarnymi, gęstymi włosami. Miał poczciwą, choć nie pozbawioną chytrości twarz. — Zaśpiewać! Zaśpiewać! — zaklaskała znów w ręce panienka. — Zasadniczo śpiewa się tylko w marszu — odezwał się wojskowy. — Wiem to jako oficer. Na to starzec: — Śpiew jest przywilejem młodości. — Jak e szlachetnie wyglądał z dłońmi na gałce staroświeckiej laski. — Tylko młodość znieprawiona boi się pieśni, jak zbrodniarz, który unika miejsc jasnych i czystych, przebywając najchętniej na skraju boru. Łagodne słowa starca w nieoczekiwany sposób przeraziły milczącego pasa era. Wcisnął się dalej w kąt, oczy rozwarły mu się szerzej. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny...” — zaproponował kupiec. — Państwo to znają? — Dzwon! — plasnęła panienka. Poczułem, e jakiś przedmiot twardy i kanciasty uwiera mnie w bok za ka dym jej podskokiem. — „Zakołysał się, hej! zakolebał dzwon mosię ny... ojciec z białej wie y nasz...” — zaintonował kupiec. — Dzwony przetapiać na armaty — domagał się oficer. Kupiec śpiewał basem, gładkim, choć jakby nieco sztucznym. Nagle coś okropnego stało mu się w gardle. Bas skończył się i śpiewak następną nutę wyciągnął sopranem, czystym jednak i dźwięcznym. Nie zauwa ywszy tego, śpiewał jeszcze przez chwilę, upojony, a spostrzegł się i przerwał. Zachrząknął. — To zawsze tak na pogodę. Na nów i na suszę — powiedział, usiłując jednocześnie poprawić sztuczną brodę, która zaczęła mu się odklejać. — A ja bym w jerełasza! — zawołał oficer, pragnąc widocznie za egnać nieprzyjemną sytuację. — Pułkowa gra! 97

Sławomir Mro ek – Opowiadania

— Nie ma na czym — zauwa ył staruszek. — Mo na na mnie! — zawołał garbus. — Stanę sobie pośrodku, a państwo będą przebijali kartami na mnie. Umiem stać równo. Znowu doznałem wra enia, e ten człowiek manifestuje się zbyt wyraźnie. — Nie mam kart — oświadczył oficer po chwili poszukiwań w kieszeniach szynela. — Zostały na froncie. Było jednak coś zastanawiającego w ich ostentacji... Wtem, zupełnie niespodzianie, ogarnęła nas zupełna ciemność. Pociąg wpadł w tunel. Łomotało zniekształcone echo. Straciłem poczucie kierunku. Jakaś ręka szukała mojego ramienia, a znalazła i uścisnęła je lekko. — Na litość boską, wyjdźmy teraz stąd — rozległ się szept. Wstałem, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Prowadzony, wiedziałem tylko, e otworzyliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Byliśmy najprawdopodobniej na korytarzu. — Kim pan jest?! — Ciszej, to zawodowcy. Czy pan myśli, e oficer — to oficer, a garbus — to garbus? Nie, oni wszyscy udają jedni drugich. Jadę z nimi od pierwszej stacji. — Dlaczego udają? — Mylą się nawzajem. Wszyscy są pracownikami wywiadów, kontrwywiadów oraz tajnej słu by. — Wszyscy? — Wszyscy. Dawniej — owszem, udawaliśmy jedni przed drugimi to i owo, ale nigdy nie tak, nie na tyle. Jak e rozwinęło się ostatnio udawanie. Człowiek pierwotny niczego nie udawał. — No, dobrze — zapytałem, uderzony znienacka pewną myślą. — A my? Znowu zrobiło się jasno. Staliśmy twarzami do siebie. Pociąg zwalniał. — Jacy my? — No, my dwaj. Pan i ja... Staliśmy jeszcze przez chwilę, potem obaj, jakoś tak bokiem, odwróciliśmy się i rozeszli, niby nigdy nic, ka dy w inną stronę korytarza. Pociąg zatrzymał się na małej stacyjce. Ot, budka w stepie, nic więcej. Pomyślałem, e lepiej będzie wysiąść nie na peron, ale po przeciwnej stronie. Opuszczając się z wysokiego stopnia na wir, ujrzałem ukradkiem, e mój rozmówca czyni to samo na przeciwległym końcu wagonu. Następnie, naciskając kapelusze na oczy, skuleni, pomknęliśmy w przeciwnych kierunkach, obaj w szczere pole, oddalając się od pociągu i od siebie.

98

Sławomir Mro ek – Opowiadania

WESELE W ATOMICACH Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko... Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu niedu y, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, e młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na mał eństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele. Akurat- em walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł. Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz te któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił. — Ano, wydajemy ją za mą — westchnął gość. — Ino eby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony. — Coby miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie? Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem po egnał się i poszedł. Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, eby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o powa nym znaczeniu gospodarczym, tak e drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością mo na było wyjść z domu. Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały: Jak cię będą czepić, spojrzyj do powały, eby twoje dzieci czarne oczka miały. Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień. Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nało onych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym ju się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały. Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa. Stałem na przyzbie, eby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły ró ne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami. Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu: Ju się przed wsią naszą jasna przyszłość mości, przez szczęście społeczeństwa do szczęścia ludzkości! Oj, dana, oj, dana! 99

i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie — zwyczajna rzecz przy wzmo onej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu. e bez trudu drogę znajdywałem. eby Piegowi się odciął. ponadto śpiący ju trochę byłem. e zaczęły mi wyrastać dodatkowe nó ki. To gospodarz. zielony róg na czole. e czułem ssanie w organizmie. jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie r nął no em. Ju i inne rakiety latać zaczęły. więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać. Wtem gwizd ostry się rozległ. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy. przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą. wyciął hołubca. ścienny licznik Geigera. rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. jak to było na tym hucznym weselisku. Szło się rześko. Powstał śmiech i głośne brawa. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę. Ale ju gwałt się podniósł i rwetes. rozpamiętując. 100 . Ale ten nic nie rzekł. Cofnął się Smyga. jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową. skoczył do domowego rezerwuaru. przy stale wzrastającym jej współczynniku. co ją miał schowaną za pazuchą. ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury. odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając. ale zdą ył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni. no. e mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył. dziś! Na to znowu śmiech i brawa. ale po zabawie — to rzecz zwyczajna — no i to. Rzucili się wszyscy do kombinezonów.Sławomir Mro ek – Opowiadania Bardzo się to wszystkim spodobało. bo od zagrody. po trzy pary z ka dej strony. — Ludzie. bo deszczyk radioaktywny te skropił raz i drugi. ale mój okazał się nieszczelny. zakołysał i oparł o barierę cieplną. a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi: Najpierw trzeba zacząć od spraw moralności: do szczęścia społeczeństw przez ducha czystości! Hop. widząc. z dala od pająków — zasnąłem spokojnie. gdzie odbywało się wesele — takie promieniowanie biło. Trochę mi tylko to przeszkadzało. Noc była jasna. rozpoczął zaka anie. gdyby nie to. co ją miał ukrytą w prawej nogawce. co robita?! — zawołał ojciec panny młodej wskazując na staroświecki. Ale ju młody Pieg odbił się. e inaczej gości nie uspokoi.

ale musiało być w moim głosie czy oczach to pytanie. W tym celu zaszedłem do gospody. czapkę tylko w ręku miął i głosem spokorniałym na pierwszą naszą cenę przystał. e nikt go przecie tu nie znał. jakbym przeczuwał. e czekają mnie niezwyczajne prze ycia. 101 . Powiedziałem. co raz tylko papier z kieszeni wyciągał i pisał. zamo nie. nie! Zresztą wystarczyło spojrzeć na tę postawę. a dzisiaj do państwa. bo i ja posłucham. choć to ju półmrok był. Ledwo jednak dobiliśmy do zgody. człowiekiem znacznym w kraju. jak grzeczność ka e. czy w tym tu powiecie bardzo kradną? Odparłem. Woźnica nawet szklanki nie dopił. czyli do ludu nale y. czyby do mnie mógł się przyłączyć. bo on równie z daleka przybywa i do Z. a sam. To i chciałbym wiedzieć. a dla narodu. na oko. przez jutro mnie zatrzymają. Byłem wtedy jeszcze skromnym agronomem-praktykantem i dość często przeło eni wysyłali mnie do odległych zakątków. widzicie — mówił pisarz — choć prywatnie. Nie był on z tych. bo nieznajomy napełnił mnie szacunkiem i zaciekawieniem. Na tym prawie rozmowa się urwała. który dawniej do hrabiego. ale powiedzcie. bo sam pierwszy się odezwał: — Wybaczcie.. to jakby urzędowo. do którego obaj jedziemy. Ja zaś. musi. konie nale ało nająć. kiedy przed front dawnego pałacu zaje d aliśmy — od razu zobaczyłem e nie jest dobrze. Chodzi mi szczególnie o ten majątek Z. napiszą owo. tylko siedzenie obficiej nam wymościł. Pamiętam. nie bez targu zgodził się mnie na brykę zabrać. Wy jesteście agronomem pól. Odziany był z wielkomiejska. e bardzo się cieszę. na tę twarz pielgrzymią. jako obcy i powiatu nie znający. nawet za poniektórą granicą. Zapytał mnie grzecznie. Tote dziwiłem się. Nawet kamienie z podjazdu gdzieś wynieśli. Miałem się udać do majątku Z. e jestem nietutejszy. eby im w pracy ul yć. właśnie nie wraca. Ale jechać było trzeba. na konie cmoknął i ruszyliśmy. Tak więc los zrządził. by dalej móc jechać. chłop o lisiej twarzy. to dosyć. Tutaj. e późną jesienią miałem się udać do D-skiego powiatu. Podszedłem do szynkwasu i spytałem stojącej tam gromady woźniców. co ju najwięcej niezwykłości całej sprawie przydało. gdzie najłatwiej rozpytać się o podwodę. dokonaliśmy prezencji i dowiedziałem się. a ja agronomem dusz ludzkich. czoło gładkie. z czym walczyć. jako e obowiązki równie w Z.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPOMNIENIA Z MŁODOŚCI W sposób niespodziewany stałem się świadkiem tego wydarzenia. bo pisarz zapadł w zamyślenie. z kim to droga mi wypadła. o którym dosyć głośno było przez czas jakiś a potem ucichło. kiedy w stolicy ciepło ma i opiekę. włosy miał długie jak artysta. Przystałem tedy chętnie.. Wtedy dopiero. widocznie był wyrazem szlachetności bijącym z całego tego oblicza pora ony i pomieszany. O. gdy nieznajomy przed nim stanął. e nie pisał dla siebie. Więc ju na trzeci dzień podró y znalazłem się w stolicy D-skiego powiatu. co się dotąd przy szynkwasie bezładnie skupiało. Znany był z tego. czy który do Z. e dziwny we mnie powstał jakiś opór. Jutro czytał tam będę wiersze swoje ludziom tamtejszym. kiedy od okna powstał człowiek samotnie siedzący i ku mnie się zbli ył. a zresztą w podró y zawsze co dwu. Chłopstwo. e było mi dane jechać ze słynnym podówczas poetą ze związku literatów. uciszyło krzyki i z szacunkiem mimowolnym przed obcym się rozstąpiło. Równie i woźnica-chytrus. miasteczku R. ale tak. W samej rzeczy znalazł się jeden. Tak się zło yło. poradzić sobie i furmana zgodzić nie umie. Takie widać dostojeństwo i duch z jego powa nych oczu wyzierały. dlaczego w ziąb i pluchę w głąb powiatu zmierza. na kozioł skoczył. Nie śmiałem pytać. co wszystkim wydało się tym dziwniejsze. bo jakby stracił rezon. gdzie nale ało pomierzyć grunta pewne. co to napiszą to. które nawet nieświadomych tak uderzały. — Ja. e ja tak prosto z mostu. to nie jeden.

e nie tylko tęsknota. zapłakani — czy ju mo na iść do domu. Widać przewodniczący wszystkim zapowiedział. jak siedzieli i patrzyli — choć owszem. Stałem. e tego lasu ju nie ma i wtedy dopiero pole odnalazłem. a głos miał stroskany: — To mi nie pierwszyzna. same lotne słowa mi się cisną. ale rano obudziłem się rześki i wesoły. eby ulepszyć siebie. bo niemowa. skar ąc się na złe urodzaje. opuściwszy głowę. Potem poszedłem z pisarzem do pokoju gościnnego. Poprawiłem się na ławie. e odbędzie się uroczyste zebranie literackie. na wspomnienie tego. ale jakby mniejsze. gdzie tynk był zeskrobany. Więc mierzyć je musiałem od samego początku. niektórzy nawet.. Patrzyłem na świetlicę. co tu du o mówić — mnie samemu zrobiło się tak jakoś. O. W świetlicy było tłoczno. długo szukałem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Przewodniczący. sam buchnąłem w kącie na derkę i zasnąłem jak kamień. jak ptak umierający. polewki. Dostojnemu gościowi miejsce na łó ku zostawiwszy. Mam jednak coś. a potem to choćby lecieć przed siebie i ulepszać. jak to się okazało. takie to spełniało zadanie. co się nawinie. on odwrócił się od okna. a zmordowany i zły. eby pisarzowi nie ciągnęło po nogach. o. W całym gmachu ju było o ywienie i krzątanina. a w samej świetlicy ktoś podrzucił nawet z powrotem ze trzy deski z dawnej podłogi. a wzrok mój padł na karakona. więc zapytałem. podjadłszy. przestając wykruszać — na znak uszanowania — błoto od podeszwy: — Czy wolno mi zapytać — mo e by coś jeszcze? — Poza tym mam jeszcze tylko aforyzmy. a e się okazało. którą nam niemowa przyniosła — ledwo tknął. tak to przemyślnie było napisane. wszyscy skłonili się jakby. Pisarz zaś wstał milczący i powa ny jakiś. — wyszeptał — tak myślicie. Bo dzisiaj jeszcze. jakbym coś miał na sumieniu. wszyscy siedzieli tak. bo roboty więcej i nie chciało się zgodzić. e budzi tęsknotę. Samego pisarza zastałem w nastroju jeszcze powa niejszym ani eli rano. którą przyniosła babina wygłodzona na wiór i milcząca. Tam znów się okazało. Kiedy wszedł pisarz. taką miał twarz niby posłańca jakiegoś. ale widać było. nie tylko 102 . Poznałem. ale tutaj coś mi się wydaje. przez które wyglądał na karczowisko po sadzie. bo od razu to pole. — Tak myślicie. i zaczął od wierszy. e jest tylko jedno łó ko. kuternoga ry y. Biła z tego taka szlachetność. aby stać się lepszym. bardzo mocne: poemat prozą pod tytułem: „Majestatycznie razem”. choć przecie byłem przyjezdny. Jest to opowieść szlachetna. bo ledwo zzułem buty. czapkę porwałem i na dwór wyruszyłem. co młodsi znosili do świetlicy ławki bez oparć.. a zwłaszcza baby. czego jeszcze nie stosowałem. Cisza zrobiła się jeszcze głębsza i tylko czasem gdzieś westchnienie zaszeleściło. ręce zacierał. przyjął nas z wielkim uszanowaniem. czysta. Siedzieli jakby wmurowani. Ale przecie em z tego się otrząsnął i kiedy pisarz skończył. e ktoś spode mnie derkę wyciąga. więc. Mo e nawet czekał na mnie. nie zwlekając.. e kpi w ywe oczy. Co o tym sądzicie? Nie chciałem go przestraszyć. Miało być koło lasu. aby stać się lepszym. oczy mru ył. budziły tęsknotę. Coraz to rozlegało się krótkie łkanie. Nie były to utwory oderwane od ycia. Nie było tu co ukrywać: — Ja bym ich od razu tym mocnym i jeszcze aforyzmami. i rzekł. Nawet w nich większa siła umoralniająca.. Wnet kazał podać chudej polewki. z tym ju artów nie było. rozwinął arkusz i zaczął czytanie. pod wieczór do majątku wróciłem. Śniło mi się. gdzie pomiary nale ało zdjąć — gdzieś się zagubiło. On zaś. które oprócz tęsknoty budzą tak e porywy. Ale e robota na mnie czekała. Ale on wtedy zaczął czytać to najmocniejsze. bo drugie — a jeszcze przed południem były dwa — zabrali. jak to na zebraniu. Odrobiłem tego dnia niewiele. sąsiada. e trzeba wstrząsnąć sumieniami ludzkimi. nie! Trafiały prosto do serc ludzkich. tote nic dziwnego. Odczytuję zazwyczaj rozdział powieści pod tytułem „Droga ku światłu”. Trudna rada. Ale ja wierzę w człowieka. W trudniejszych środowiskach odczytuję wiersze.

ale dla społeczeństwa — łapała człowieka za gardło. wymierzyłem i najpierw do miasteczka R. w pniu wypróchniałym. a potem grubsi nieco i zatwardzialsi. oczy szkliwem im zaszły i — zacięci — coraz to porywy szlachetne w sobie tłumili. bełkocąc coś o dylach jakichś. powszechny. Tu dzień sądny się zaczął. Do siebie przyszedłszy. jam winny!” — i w pierś szeroką się bił. jaki obrót ta przygoda z moich lat młodzieńczych przybrała? Ot. tamten prosił. Widać. a potem do naszego tu wojewódzkiego powróciłem. jak mogli. acz nie bez mozołu. e nie tylko dotąd się nie przyznali. nie oddziaływające na ycie. roboty ukończyłem. zaś końca czytania poematu wcale jeszcze widać nie było. „Bilans. eby mu w twarz rzucić. lecz cios ostry od dołu otrzymałem i pogrą yłem się w mroku i nicości. Ale trzeba te powiedzieć. Przez mgnienie jeszcze pisarza widziałem. Od źdźbeł i gwoździ. siłowali się ze sobą. panowie. jako obcy w powiecie spokojniejszą od innych głowę mając. Ale widać było. Głowę miał obwiązaną workiem i ręce do tyłu wykręcone i skrępowane. to znaleziono go w trzy dni potem. ci na twarzach byli czerwoni albo bladzi. i Bóg wie co jeszcze dziwne nie były — pod ścianą się zebrali i się zmawiają. — „Za trzy ubiegłe lata fałszowałem. którym pewnie i las. a do onego pola dojdzie. ooo!” Ju do niego wiceprzewodniczący przypadł. Co się zaś pisarza tyczy. pole. jak arkusz z poematem w ręku trzymał. To księgowy na ziemię się zwalił i czołem bił. e w zapasie są jeszcze aforyzmy. bilans” wołał. Chcecie wiedzieć. W tym to zamęcie. Coraz to w innym kącie huk się rozlegał i lament a zawodzenie wybuchało. jako skoble wynosił. Szum wzbierał. bo jakiś staruch boleśnie na nogę mi padł. ale swoje do siebie szeptali. do własnej kieszeni pieniądze społeczne kładłem. Ręce od twarzy ze łzami mu odrywał. Pisarz głos podniósł i podjął nieubłagane czytanie. taka zatwardziałość. Zerwałem się. więc konie się płoszyły i tam go znalazł ksiądz kapelan. jak zaś wiedziałem. za zyskiem moim i zgodą tyś grzeszył.. ciągle czytając. do egzorcyzmów sprowadzony. a chłostani nim winowajcy jeden po drugim padali. i kary na siebie ądał. zwyczajnie. co za czapkami się oglądali. e nie jest ju ten sam. Lecz w tej chwili uwagę odwrócić musiałem. ale za moim poduszczeniem. ale wprost ądza dobrego i to nie dla siebie. e ukradł psa i ałował. bobym się dowiedział. Wszystkie głowy tam się zwróciły. od bydła. a między nimi świeciła przewodniczącego głowa. 103 . ile go być powinno. I dopiero na krzyk nagły. ciekawie się rozglądałem i wnet zobaczyłem. pisze ksią ki smutne i niezrozumiałe. co je wspólnie z synowcem Maciejem przy pełni wyciągali. e obrona długo trwać nie mo e. Po księgowym i zastępcy — pomniejsi i słabsi się łamali. a em stopę spod skruszonego dziada wyszarpnął. e co najtę sze tuzy. od kur i gęsi — ten wołał. mierzyć bym od nowa nie musiał i mordęgi bym zaoszczędził. a na głowę worek zgrzebny mu zarzucono — a potem światło zgasili. e ich te czytanie szczerbi. głowę podniosłem. w wierzbie przydro nej. Teraz ju szlochy jawne na sali rozlegać się zaczynały. po piwnicach chodzi. a nagle rumor i łoskot potę ny przerwały czytanie. Jęczał. i pole. koni i plonów — a ja czekałem. e nie wszystkich jeszcze dosięgło. „Bracie” — wołał — „tyś przecie nie sam. jakby radząc. a potem jeszcze rozcierać ją musiałem. ale taka w nich siła nadludzka była.Sławomir Mro ek – Opowiadania porywy. Byli i tacy. Słuchy chodzą. daleko. eby na posterunek lecieć i od razu zeznać. jam winny. e ich wątli. e słabną. Przez chwilę trwało.

Sławomir Mro ek – Opowiadania DESZCZ 104 .

Wzrok mój padł na kotka. a on oczyszczał ich w ten sposób i uwalniał od plugawego cię aru. a czysty jak anioł. czy z pobo ności — kotek brał na siebie wszystkie moje grzechy. a raczej tylko ich moralne i fizyczne następstwa. jak to bywało przedtem. ani moralnie. a się przewrócił i jakiś czas le ał nieruchomo. Ledwo otworzyłem oczy. zacząłem się zastanawiać. Muszę powiedzieć. jeszcze ohydniejszych uczynków. mój mały przyjaciel. biedaczek. Niewiele myśląc — przygarnąłem go. czkał. ale jako. adnego niesmaku po wstrętnym czynie. gdy nikt nie sprostałby mi ani fizycznie. Za to kotek przedstawiał widok ałosny. tak e zwierzę. powstrzymywałoby mnie. wyspany. Był to ładny kot o puszystej sierści i lśniących oczkach. Nie ulegało wątpliwości. Jęk krzywdzonych sierot i wdów rozlegał się po okolicy. Nie odczuwałem równie adnych wyrzutów sumienia w związku z sierotą. Ka dego musiałoby zabić wycieńczenie oraz obrzydzenie do samego siebie. Wszystko brał na siebie kotek. obudziwszy się następnego dnia po przepitej nocy i skrzywdzeniu pewnej sieroty. którą zawdzięczałem oszołomieniu i niegodziwości i za którą spodziewałem się cię ko odpokutować. jak okrutny pies gonił kotka. które. kary zaś nie doznałem adnej. gdy ju był dostatecznie obarczony ich grzechami. poniewa znam siebie i wiem. wyszedłem z domu. Jaka zmiana w tym zwierzęciu. W dodatku od czasu do czasu miauczał cicho. Przeciwnie: czułem się rześki. e sierotę krzywdziłem niechętnie. Słaniał się bełkocząc. wczoraj jeszcze tak zdrowym i wesołym! Oko mu zmętniało. jakby dotknięty cię kim duchowym strapieniem. znajdował się w jakimś pokrewieństwie z owym kozłem. Wracałem przewa nie nad ranem. O adnym wyganianiu nie mogło być mowy. Poniewa jestem miłośnikiem zwierząt. Zamknąłem go w domu i oddaliłem się na hulankę. które. e wątpię. Nastały teraz dni. cierpiał. Ani śladu zwykłego bólu głowy czy te zawrotów i kurczów. patrząc. Zataczał się z wszelkimi objawami silnego zatrucia alkoholowego. sierść poszarzała. czy znalazłbym kogoś równego sobie w tym względzie. 105 . przynajmniej na kilka dni. e przed gryzącymi wyrzutami sumienia ujść się nie da.Sławomir Mro ek – Opowiadania MAŁY PRZYJACIEL Pewnego razu zobaczyłem. W ciągu krótkiego czasu popełniłem tak wielką ilość występków tak soczystych. gotów do następnych. ju rozglądałem się dookoła w poszukiwaniu następnej sieroty. obca mi była jakakolwiek wątpliwość natury moralnej czy te najdrobniejsza choćby dolegliwość fizjologiczna. by ją ochoczo skrzywdzić. wcale nie odczuwałem adnych przykrych objawów. wawy i radosny. e — czy to przez wdzięczność. Spojrzałem bacznie na kotka. które zawsze wspominałbym z czułością. staro ytni ydzi wyganiali na pustynię. pozostała w mej pamięci nadal ywa i wabiąca. A ja wcią byłem jednakowo świe y. Przyjemność. kiedy. Być mo e. mimo ró nicy gatunków. część najbardziej atrakcyjną pozostawiając mnie. gdyby mi zostało trochę więcej czasu. natychmiast oszołomiłem się ponownie trunkiem i wyrządziłem niewybaczalną krzywdę pewnej wdowie? A kiedy w cudownym nastroju obudziłem się dnia następnego. najsłabszych nawet wymówek wewnętrznych. e nie hamowany przykrym samopoczuciem. Tymczasem nie tylko nie odczuwałem adnych. od nowych upadków. są nieuniknionym zwykle następstwem podobnych wykroczeń. którego. niestety. bądź co bądź. Pogwizdując. na którym zmieściłoby się jeszcze niejedno. ledwo ył ze zmęczenia. Czy mo na się dziwić. Mimo objawów nie ytu ołądka i pora enia nerwu równowagi wyglądał wcią na dorodnego i silnego kota. Skoczyłem po piwo dla kotka. Bezdomny kotek. a w jego zmętniałych źrenicach odbijał się bolesny wyrzut sumienia. ale wręcz odwrotnie. Jakie było moje zdziwienie. jak chciwie je chłepce. więc pochwyciłem du y kamień i przywaliłem psu. nalałem je do miseczki i.

Sławomir Mro ek – Opowiadania

Schudł. Ju po niedługim czasie jego sierść pokryła się parchami, świadczącymi dobitnie o poziomie etycznym moich postępków. Kiedy zmalwersowałem — wyskakiwał mu nowy ropień na ciele. Kiedy skłamałem — puchła mu morda, kiedy rzucałem przekleństwo — dostawał wypukłych piegów, kiedy bluźniłem — popadał w konwulsje, kiedy nie uszanowałem starszego lub przeło onego — odpadał mu ogon. Kiedy po ądałem czegoś, co nale ało do kogo innego, ony albo jakiejś rzeczy — dotykała go padaczka, kiedy się ob arłem — dwunastnica odmawiała mu posłuszeństwa. Ka de moje przeniewierstwo oznaczało nowy wrzód dla niego, moje szachrajstwa na wyścigach konnych obsypały go kaszakami, w okresie gdy poświęciłem się szczególnie porubstwu — stracił całą sierść. Tak, to prawda, ja pluskałem się w grzechu bezkarnie, za to on przedstawiał coraz ałośniejszy widok. Wreszcie musiałem zwolnić tempo. Wyglądał coraz gorzej i nale ało go trochę oszczędzać, o ile nie chciałem go wykończyć w krótkim czasie. A wcale tego nie chciałem. Pozwalałem sobie teraz z rzadka i to z największym ryzykiem. Stopniowo wycofywałem się z grzechów głównych, ograniczałem się do drobnych, skąpo dawkowanych, a i to dr ałem, e kotek skończy się lada chwila. Eksploatowałem go naukowo, opracowałem tabelę związków między wa niejszymi grzechami a stanem zdrowia zwierzątka. Wszystko to mogło jedynie opóźnić proces, podczas gdy nale ało znaleźć wyjście. Chętnie teraz dzieliłbym się z kotkiem choćby i pół na pół, ale on, nieubłaganie, w dalszym ciągu przyjmował wyłącznie na siebie ka de moje świństwo. Wreszcie musiałem się powstrzymać zupełnie. Na kotku zostało miejsce tylko na jeden występek, i to drobny jakiś, ot — byle co mogło go teraz dobić. yłem wzorowo, gorączkowo przy tym obmyślając sposoby. Próbowałem leczyć kotka dobrymi uczynkami. — Parę dobrych uczynków — pomyślałem sobie — a kotkowi oczyści się skóra i będzie mo na zacząć na nowo. — W tym celu przeprowadziłem staruszkę na drugą stronę ulicy i dałem jałmu nę ebrakowi. Ale widocznie kotek działał tylko w jedną stronę i nic mu się nie poprawiło. Było w nim coś z owych mrocznych, twardych zasad Reformacji, coś z determinizmu, z poglądu, e grzech, raz popełniony, nie mo e być zmyty. Wobec tego chciałem skopać staruszkę i dać w ucho ebrakowi, ale w porę przypomniałem sobie, e kotek z pewnością by tego nie prze ył — i powstrzymałem się. Wieczory spędzałem w domu, by za wszelką cenę unikać pokus. Trzeźwy, z rękami przy sobie, cnotliwy i ewangelicznie dobry, siadywałem naprzeciw niego, i, eby mu zrobić przyjemność, haftowałem fartuszki dla przytułku podrzutków-Murzyniątek. On patrzył na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, dobij mnie, gwałć, pal, kłam, proszę bardzo.” Myślałem, e mu dam w pysk, ale to byłoby te nieładnie, popełniłbym grzech niewdzięczności i na pewno by zdechł. Nienawidziłem go. Nocami obliczałem posępnie, o ile więcej by się na nim zmieściło i na jak długo by wystarczył, gdyby był wielkim kotem, tygrysem, a nie zwyczajnym, małym kotkiem. W końcu jednak wymyśliłem: postanowiłem go rozmno yć. Wprawdzie nie nale ało się spodziewać, aby jego potomkowie byli więksi od niego, ale korzyść tkwiłaby w liczbie. Załó my, e będzie sześć sztuk. Je eli wszystkie odziedziczą jego właściwości, to jedna odchowana sztuka powinna, przy oszczędnym postępowaniu, wystarczyć mi na jakieś pół roku, razem mam pełne trzy lata, a je eli tamte tak e z kolei się rozmno ą... Powstałem olśniony. Racjonalna hodowla takich kotów umo liwi mi bezkarne tarzanie się w występku do końca moich dni, a kto wie — mo e i później tak e. Natrafiłem jednak na nieprzezwycię oną trudność. Z powodu jego niechęci do wszystkiego, co nie słu y celom duchowym oraz wrodzonej wstydliwości — nie wiadomo było, jakiej jest płci. Po drugie: z tych samych przyczyn kategorycznie wzbraniał się przed 106

Sławomir Mro ek – Opowiadania

jakimkolwiek rozmna aniem. Po trzecie: ze względu na jego straszliwy stan aden inny, zdrowy kot, obojętne jakiej płci, nie chciał z nim mieć nic wspólnego. Poczekałem jednak, a nadeszła wiosna. Liczyłem na to, e potę ny zew natury przezwycię y jego opór i osłabi zastrze enia ewentualnych partnerów. Piętnastego marca wieczorem, gdy było parno i ciepło, otworzyłem okno i postawiłem go na parapecie. Spojrzał na mnie z pogardą, wzrokiem najwyraźniej mówiącym: „Nigdy!” — i powrócił do kąta. Poczułem się bezsilny. Dotąd zawsze było tak, e ja uprawiałem nierząd, a on ponosił konsekwencje. Jak e miałem go teraz zmusić do zajęcia postawy czynnej? Mogłem wprawdzie sam wyjść na dach i próbować szczęścia, ale usiłowanie takie byłoby pozbawione sensu z punktu widzenia moich zamierzeń, aby rozmno yć kotka. — Ach, ty pobo ny kocie! — myślałem w przypływie zimnej pasji. — Nareszcie dopiąłeś celu. Zaszachowałeś mnie. Ale mam ju dosyć tego szanta u. Teraz ja ci poka ę, co to jest szanta . Szybko rozwa yłem w myśli bie ące mo liwości. Późno jest... Wszystko pozamykane... Chwyciłem kota za kark i zapukałem do drzwi sąsiada, chorowitego staruszka. Kiedy otworzył, witając mnie wesoło, wszedłem, zamknąłem drzwi za sobą, puściłem kota i złapałem staruszka za gardło. — Albo się rozmna asz — powiadam do kota — albo uduszę tego staruszka, a nie masz chyba wątpliwości, e takiego grubego kawałka nie przetrzymasz, dobrze wiesz, e teraz byle co mo e cię wykończyć, wystarczyłoby mi porządnie zakląć parę razy albo splunąć na jakąś świętość narodową, ebyś zdechł bez ratunku. On nic, a staruszkowi oczy wyszły na wierzch. — Będziesz się rozmna ał, czy nie? — pytam. Nie zareagował, więc ścisnąłem sąsiada trochę mocniej, dla efektu. — Nie doprowadzaj mnie do ostateczności — mówię. — W końcu rozmna anie się, to nie grzech. Co innego, gdybyś gustował w rozpuście, ale tak? Chyba wiesz, co mam na myśli. Kotek jakby mnie nie słyszał. — Udaje — myślę sobie. — Chce mnie wziąć na przetrzymanie. Wojna nerwów. Dobrze wie, e nie mogę udusić tego starca, bo za nic nie chcę dopuścić, aby zdechł mój drogocenny koteczek. Ano, zobaczymy, kto kogo przetrzyma. Biedny staruszek, cały ju siny, zaraz go puszczę. Nic mu nie będzie, a załamię tego kota. Za chwilę poleci się rozmna ać. Niestety, ja i kotek przetrzymaliśmy, ale staruszek nie przetrzymał. — Tak? — myślę sobie. — Tak? No, to ju teraz wszystko jedno! I skoczyłem jeszcze naprzeciwko — trochę pogwałcić i spalić to i owo. Kotek prawdopodobnie nie prze ył tego wszystkiego. Bo gdyby ył, jego by jutro mieli wieszać zamiast mnie. Wziąłby to wszystko na siebie.

107

Sławomir Mro ek – Opowiadania

GÓRAL Bawiąc w podgórskiej miejscowości byłem świadkiem wypędu owiec na hale. Towarzystwo nasze siedziało na werandzie, pijąc herbatę ze śmietanką i przegryzając petit beurre, zaś drogą szły wełniste gromady, prowadzone przez rosłych górali. Trzeba dodać, e coroczny wypęd owiec na hale ma charakter uroczysty i jest wa nym wydarzeniem w yciu tubylczej ludności Tote tej czynności, par excellence gospodarczej, towarzyszyły śpiewy i granie na miejscowych skrzypcach. Panie okrzykami podziwu witały pojawienie się regionalnych strojów, doprawdy zaskakujących malowniczością. Melodyjne brzęczenie dzwonków wypełniało dolinę. Kiedy ju pochód zdawał się kończyć, uwagę naszą zwrócił juhas idący w ariergardzie, budową i powierzchownością odbiegający od pozostałych. Cerę miał bladą z odcieniem ółtawym, był nikłego wzrostu, o zapadłej piersi, w binoklach. Co zaś odró niało go zdecydowanie od reszty, to fakt, e nie pędził ani jednej owcy i szedł zupełnie sam. Po widoku dorodnych synów gór, a ka dy z nich otoczony był pobekującym, swawolącym stadem, obraz tego juhasa przygnębiające sprawiał wra enie. Pamiętam, e towarzystwo umilkło i słychać było tylko martwy dźwięk fili anek i ły eczek, a e ów góral zamykał pochód i dlatego nie nale ało oczekiwać szybkiej odmiany nastroju, ktoś zaproponował wycieczkę do pobliskich wodogrzmotów, co zostało przyjęte z aplauzem. Pamięć o tym nie przetrwałaby zapewne długo w gwarnym kurorcie, gdzie ka dy dzień przynosił nowe gry i zabawy, gdyby nie zdarzenie, które nastąpiło w jakiś czas później, a wyniknęło właśnie z owej beztroski, właściwej letniskowym środowiskom. Oto, ufając pięknej pogodzie postanowiliśmy zapuścić się w wy sze partie gór, aby ze szczytów ogarnąć spojrzeniem szersze horyzonty. Panie ochoczo podjęły tę inicjatywę i wczesnym rankiem nasza rozbawiona gromadka, zaopatrzona w suchy prowiant, wyruszyła na podbój skalnej fortecy. Ale ju w połowie drogi całe towarzystwo rozpadło się na pomniejsze grupki, zale nie od sił i ochoty do marszu, tak e około południa znalazłem się sam, prowadząc dwie spośród naszych pań, słu ąc im jednocześnie jako przewodnik i causeur. Tymczasem ani zauwa yliśmy, jak niebo pociemniało i pierwszy głuchy grzmot rozległ się w majestatycznym amfiteatrze gór. W dodatku zmyliliśmy drogę i znaleźliśmy się w połaci zupełnie nieznanej, zagro eni przez kaprys nieobliczalnej przyrody. Ju wydawało się, e nic nas nie uchroni przed zbłąkaniem i wilgocią, kiedy niespodziewanie otwarła się przed nami obszerna panorama górskiej łąki z pasterskim szałasem. Panie wydały lekki okrzyk radości, po czym, ścigani przez pierwsze krople d d u, tam właśnie znaleźliśmy schronienie. Wtedy okazało się, e w szałasie mieszkał samotnie ów juhas w binoklach, który onegdaj zwrócił był naszą uwagę. Trzeba jednak przyznać, e robił, co mógł, eby stanąć na wysokości zadania. Widząc nas — schował ksią kę, którą studiował, pod stertę zgliwiałego sera. Wielkie zapasy tego ostatniego wypełniały szałas w sposób, powiedziałbym, nazbyt ostentacyjny. Dyskretnie zdjął równie kalosze i zabrał się do rozniecania ognia. Gdy wyszedł po drwa, słyszeliśmy, jak odchrząknął i zajodłował. Kiedy jednak, na prośbę pań, chciał odtańczyć taniec zbójnicki dookoła ogniska, boleśnie zwichnął nogę w kostce i zapanowało przykre milczenie. To, jak równie zupełny brak owiec, tak w szałasie jak i w jego okolicy i dalej, stworzyło atmosferę cię ką i naładowaną niedomówieniami. Tymczasem niebo zaciągnęło się na dobre chmurami i ulewa zapowiadała się na całą noc. O powrocie nie mogło być na razie mowy. Wobec tego odstąpiliśmy paniom szałas, a sami rozło yliśmy się wygodnie na hali, dyskomfortowani jedynie przez ulewne potoki deszczu. Góral co chwilę przecierał binokle, zalewane deszczówką. Byłem ju na pograniczu snu, ale słyszałem, e on ciągle przewraca się niespokojnie w kału ach. 108

Po czym odwrócił się tyłem do mnie. em wyjąkał: — Ja. zaprzeczyć się nie da. to ju nie są arty. natarczywy wyrzut w jego głosie zachrypłym od deszczu i bezsenności. wycieczki. — A. Wy tam po kawiarniach o prądach rozprawiacie. ale ycia duchowego. panie.. — Jak e to? Darujcie. to nawet o to nie pytacie! — Wielu ludzi cierpi na bezsenność. ale tak padało. — No no. Nie trzeba to wniosków ze swojej sytuacyi wewnętrznej wyciągać i odpowiedzialność podejmować? A wy co — do miejskich łó ek na sprę ynach się kładziecie po to. w jakim kierunku. — To jest sposób na insomnyję. panie. odwagi intelektualnej brak. panie! Więc ja się nie wykręcam. obracając się na bok. dlatego. chyba e tak. to owce” — powiedziałem sobie. taka zewnętrzna konsekwencyja. Ale Juhas. dzikie. mruknąwszy tylko.. — Kompromis. Co wieczór dochodzę od trzech do sześciu tysięcy sztuk i więcej. wielu — powiedział. bo wy z dolin jeno nasze guńki i serdaki widzicie. Wasza sytuacyja wewnętrzna swoją drogą. zasnąć nie mogąc. ani to markotnie: — Chyba e tak. panie. Tfy! Splunął. — Istnieją przecie towarzystwa turystyczne. górskie łąki wyobra ać i owce skaczące liczyć. Wkrótce istotnie zapadłem w sen. e doić pora. Alem ja swojej prawdzie w oczy spojrzał i „jak owce.. panie. — E.. 109 . górski poranek obudził nas i nasze panie. choć szałas i wszystko inne jest.. ale kiedyście ju sami o tych owcach zaczęli. — próbowałem argumentować. ale konsekwencyi intelektualnej lękacie się. juhasie. Potem rogaliki rano jecie. panie! Przecie owce liczę — odparł sztuczną nieco góralszczyzną. — Ale ja wam. ot — co! Spójrzcie na mnie: to prawda. e u was owiec nie widzimy. tam. a potem powiedział.. Równo ze wschodem słońca lać przestało i przecudny. kompromis.. oddalił się w kosodrzewinę. nie wymawiając. haj! Był taki dumny. unosząc na łokciu i wylewając sobie wodę z ucha. eby sobie. I nikt — tu palnął się dłonią po parzenicy — nikt nie mo e powiedzieć. które wesoło skakały mi po głowie. przypominając o wiecznej obecności natury. Umilkł. Ja zawsze zasypiam od razu. em się przed nią cofnął. problemów umysłowych naszego ycia juhaskiego — o.. Dawno ju się dziwowaliśmy. ukołysany jednostajnym szumem ulewy i bąbelkami wodnymi. jeno kapelusz na głowę i jak tylko sezon przyjdzie — co rok na halę. świata nienamacalnego. prawdę powiem. owce w głowie liczę. do szałasu. e od małego nerwowy jestem i zasnąć trudno mi przychodzi. a ycie swoją. Jaka wewnętrzna sytuacyja. — Ano.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Nie mo e pan zasnąć? — zapytałem z uprzejmości choć miałem wielką ochotę pogrą yć się w zdrowy sen. ani to z wy szością. na który zasłu yłem przecie całodzienną wspinaczką.. które niezwłocznie wczuły się w piękno zjawiska... e nie mogłem stwierdzić.

pod koniec przeszedł w cichy płacz. e odparłem z dobrego serca: — Bardzo. spotkałem tego człowieka na moście. Nale ało wykupić bilet w kasie. Ju przy opisie okoliczności. — Zatrucie? Egzema? A mo e. o zapadłych policzkach. Stał wpatrzony w powolny nurt rzeki. Od czasu do czasu wydawał okrzyki bólu. — Nie mówmy o interesach. Było to ohydne. Na nędznym wyrku wiło się w konwulsjach kilkoro dzieci. Była to spowiedź jego ycia. Opuściłem lokal znacznie podniesiony na duchu. — E. jednoizbowe pomieszczenie. gdzie tam — westchnął cię ko. A kiedy skończył — spojrzał po naszych rozpromienionych twarzach i wyznał. Podszedłem bli ej. kiedy wracałem wieczorem do domu. e nie mogłem znieść tego dłu ej. W jakiś czas potem. Było tyle prośby w jego głosie. a poza tym tego lata na wsi strzelił we mnie piorun. oficyna na prawo”. Wyglądał na strapionego. co to mo e być. W miarę jego słów odzyskiwałem dobry humor. Kiedy nadeszła kolej na moją dziesiątkę. naprawdę? — o ywił się. — Proszę wybaczyć nieobecność mojej ony — powiedział na wstępie — przebywa w szpitalu. Pod wskazanym adresem panował tłok. Bo te w porównaniu z jego yciem moje niepowodzenia musiały się wydać błahostką. Wtedy moją uwagę zwróciło ogłoszenie przypadkowo przeczytane w gazecie: „Jesteś smutny? Nie wiedzie ci się? Uwa asz się za pokrzywdzonego przez los? Ulica Ulgi Emeryckiej 13. a gdy przeszedł do historii swej pierwszej gruźlicy — wyraźnie poweselały. Rozpogodził się tak znacznie. ale od dłu szego czasu coś mnie kłuje w boku. A teraz w krótkich słowach zapoznam państwa z moją sytuacją. syfilis? — E. Wpuszczano tylko po dziesięć osób. to ja lecę — powiedział prawie wesoło. co mu dodatkowo zaszkodzi. następnie poczekać. w których został sierotą. — Wie pan co? — powiedziałem. nie daj Bo e. — Nie wiem. — Tak. — No. mę czyzna spojrzał na zegar elektryczny. Kilka osób z tego skorzystało. Było to jedno pasmo klęsk i chorób. e w dodatku jest alkoholikiem i za osobną dopłatą gotów się zalkoholizować na poczekaniu. Gdyśmy się ju jako tako rozmieścili w tej norze. Emaliowane tabliczki na ścianach informowały: „Prosimy palić i pluć — i tak ju nic nie zaszkodzi” — oraz: „Drzwi nie zamykać — po co?” Przy stole siedział mę czyzna bez jednej nogi. Spochmurniał. 110 . — Jakieś nowe zmartwienie? — zapytałem. e nawet mnie to trochę dotknęło. — Jakoś to będzie. Więc dodałem: — Ale nie trafił.Sławomir Mro ek – Opowiadania WSPÓŁCZUCIE Na skutek niepowodzeń yciowych popadłem w depresję. Po prostu mi smutno. woźny wprowadził nas do wnętrza. nie? I odszedł pogwizdując. twarze klientów o ywiły się nieco. Wpatrywał się w odmęt tak ponuro. odchrząknął i zaczął mówić. Od tego czasu mam u niego zni kę. — A bolało? Co? — zapytał z nadzieją.

porucznika C. zupełnie wycieńczony. których motorem była moja tajemna pasja. Ja jednak. przy pomocy lunet i z zachowaniem wszelkich środków ostro ności. Wpływ temperatury na nasze zachowanie. a mój młody przyjaciel oddalał się w gąszcz. Twarze zarosły nam długim włosem. opanowania wiedzy. jako kryptonim natury przyjąłem jej formę najbardziej rzucającą się w oczy — botanikę. opary unoszące się nad pobliskim bagnem. mnie tylko wiadoma. nie ustawałem. e głos polega na drganiach. adne z moich dotychczasowych rozwiązań nie wydawało mi się wystarczające. trwałem od wielu miesięcy. Kiedy człowiek włącza się w grę ywiołów. niespodziewane ulewy. a przede wszystkim zoologię. bynajmniej nie wyczerpał zakresu pytań. choroby. ale i przeprowadzać wyczerpujące badania. w energię kinetyczną. e w pięćdziesiątym roku ycia znalazłem się na kolejnej placówce naukowej. Wkrótce. zwa ywszy. kładłem się na pryczy. gdzie indziej doszczętnie ju wytępiony. Temu nienasyceniu. Podstawą naszej obserwacji stał się rodzaj nosoro ca. dzielnym człowiekiem. a przy tym okazał się bystrym obserwatorem. Jakie jest miejsce człowieka w wielkim kole przyrody? Jaka rola? Porcję kalorii. W towarzystwie jedynego asystenta. Nie szukając daleko. e zawsze będzie czas na odwrót. 111 . na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. Upał. Nieustanne dą enia. zbli yć — zewnętrznie i wewnętrznie — do natury. musieliśmy przystosować się do otaczającej nas rzeczywistości. tam. Jeden jedyny okaz zamieszkiwał wśród bagien w pobli u naszej placówki.. Ka dy spędzał ten czas odmiennie. Był to samotny. w głębi dziewiczego obszaru. było nieco chłodniej. Ja. Tote prowadzić obserwacje mogliśmy tylko na odległość. którą otrzymałem wtedy. e po wypełnieniu zadania będziemy umieli powrócić do cywilizacji. olbrzymi osobnik. Jak ju wspomniałem. To dało mi przedwczesny impuls do rozwa ań o zagadnieniu „człowiek a natura”. Największych udręk doznawaliśmy między godziną jedenastą rano a trzecią po południu. kiedy na skutek nieznośnego upału trzeba było przerywać pracę. eby stać się jej cząstką. zachowując jedynie stałą wiedzę fachową. Mowa stała się chropawa. namiętnością ju od wczesnego dzieciństwa. e jestem ogniwem w obiegu natury. ró norakie drapie ce — w takich okolicznościach musieliśmy nie tylko yć. zapomnieliśmy o subtelnościach intelektu. powiązanie i przenikanie między człowiekiem a naturą miało stać się dla mnie. dzięki bratu. a kiedy zachowuje odrębność? Słowem — pogranicze. czyli ruchu. Chcąc wydrzeć przyrodzie jej tajemnice. umiał spojrzeć w twarz niebezpieczeństwu. gwałtowna. Prowadziliśmy straszną egzystencję. gdzie. Fauna i flora zadziwiająco bujne. jak twierdził. Porucznik C. Za siedzibę posłu ył nam domek na palach. musieliśmy częściowo zatrzeć ró nice między nami a nią. brak jakiejkolwiek łączności ze światem cywilizowanym. jak sądzę. choć to on właśnie stał się bodźcem. starszy brat posadził mnie na rozpalonej blasze. Co do stanu umysłów. był młodym. Klimat tam był piekielny. Wydawało mi się. czyli. nieartykułowana. daleki od zaspokojenia. oddałem z kolei atmosferze po przekształceniu energii cieplnej w fonetykę. Nie obcinane paznokcie czyniły wra enie szponów. Znosił trudy. które mnie pasjonowało najbardziej — tajemnicą współ ycia i współzale ności rozmaitych gatunków. w środku puszczy. Wtedy jeszcze nie lękałem się chwilowego z nią kompromisu. na blasze. w towarzystwie jednego tylko człowieka. upodobnić się. W ten sposób ju w zaraniu ycia uderzył mnie fakt. prowadziliśmy badania nad współ yciem wśród zwierząt. mnogość jadowitych stworzeń i roślin.Sławomir Mro ek – Opowiadania PTASZEK UGUPU Kiedy byłem mały. przysporzyły mi wobec świata dość znacznej sławy uczonego. wiecznemu brakowi zadowalających odpowiedzi nale y przypisać. doświadczenia i usiłowania. chcąc nie chcąc. Jej zaspokojenie wymagało wysiłków czysto praktycznych. jak wiedzieliśmy z dawnych opisów i własnych doświadczeń — bardzo dziki i niebezpieczny. wzniesiony opodal bagniska. walcząc z tysiącem plag tej okolicy i nieustępliwie prowadząc badania nad zagadnieniem.

dawały im okazję do wiernego kopiowania zachowania się liska. Natura okazała się bardziej wyrafinowana. Nakreśliłem dalszy plan działania. Tego dnia szczególnie źle się czuł i nawet godziny. — odparł sennie porucznik. — Kiedyś — kontynuowałem — w ten łańcuch zale ności w przyrodzie wkroczy człowiek. Przebiegłe te stworzenia donosiły mu o wszystkich nadarzających się okazjach. nada mu nową szlachetniejszą treść. gdy znając wysoko rozwinięty instynkt naśladowczy swoich mę ów. pochrapując. Oto z nieuwagi pawianów. które zwykle poświęcał na wędrówkę w głąb puszczy — od jedenastej do trzeciej — po raz pierwszy spędził w bungalowie... Nie mogłem dłu ej zaprzątać sobie tym głowy. korzystając z nieobecności samca. Wtedy lisek natychmiast wskakiwał do nory i odbywał szybką kopulację z samicą. który w tym czasie znajdował się w głębi lasu. e to myszy leśne w jakiś sposób informują liska. — Nale ałoby sprawdzić. e w ich interesie le y. Nie było chwili do stracenia. zwanym u g u p u ?! 112 . Liskowi dostarczały informacji samice pawianów. wstrząsającego odkrycia. który dość często przemykał się w kierunku bagniska. zaś lisek unikał odpowiedzialności związanej z zało eniem własnej rodziny. przeciwnie: stając się jego świadomym ogniwem. w pierwotnych warunkach. gdzie rosły w ziemi korzenie dzikiego chrzanu. — To straszne! — mówiłem wieczorem do mojego towarzysza. e często musiałem pracować sam. aby ycie erotyczne pochłaniało mu jak najwięcej czasu i odwracało jego uwagę od kwestii racjonalnego od ywiania się. Przypuszczenie było mylne. Porwałem sztucer i wyjrzałem: w blasku księ yca olbrzymi nosoro ec nacierał na pale.Sławomir Mro ek – Opowiadania Dość rychło zauwa yliśmy.. ulubiony przysmak kolosa. Po co borsuki wychodzą tak często do lasu. liski ywią się równie i myszami. — To ciemność! — mówiłem. Najpierw przypuszczaliśmy. dźwigające całą konstrukcję. Nagle potę ny wstrząs zakołysał naszą chatką. otwierając jednocześnie dojście do podziemnych nor borsuczych. skąd lisek wie. ale tu. Potem widzieliśmy ich razem. Jako zoolog znałem bezwzględność i bezwstyd natury. — Ach. je eli mogą przypuszczać. nabierały one intensywności trudnej do zniesienia. Zło yłem się. drugie — to mimowolny podziw dla doskonałej organizacji natury. Rozwiązanie tej zagadki zabrało nam dobre parę tygodni. gdybym wiedział. — Mnie imponuje przede wszystkim organizacja — odrzekł młodzieniec w zamyśleniu. o której godzinie borsuki wychodzą z domu. Wniesie on w bezmyślny ywioł instynktów pierwiastek wartości moralnych.. e koło nosoro ca kręci się pewien lisek. — To potworne! — zauwa yłem wieczorem. — Dwa uczucia dominują we mnie. bo dokonaliśmy następnego. Otó lisek. często bełkotał jak w febrze albo zapadał w cię ki. wskazywał olbrzymowi miejsca. mały i niepozorny. Nosoro ec jednym tupnięciem przebijał powierzchnię gleby. — Nie strzelać! — krzyknął dziko porucznik i podbił lufę sztucera do góry. prowokowanej haniebnym postępowaniem liska — korzystał pyton. jak szli w puszczę. Następne pytanie nie dawało nam spokoju. kamienny sen. e ich nieobecność daje fatalne rezultaty z punktu widzenia rozwoju biologicznego ich gatunku? Pytanie tym trudniejsze. Pierwsze — to wstręt i groza. Bez tego nie posuniemy się ani kroku dalej. Byłem wstrząśnięty. gdzie w tym świecie nagiej ądzy i głodu jest miejsce człowieka! Co pan o tym sądzi? — A bo ja wiem. Porucznik zaczął się skar yć na bóle i zawroty głowy. Nie naruszając obiegu natury. który zakradał się i porywał małe pawianiątka. Jak wiadomo. W ten sposób nosoro ec znajdował ulubiony chrzan. biegnąc przodem. — Czy pan słyszał o małym ptaszku. Porucznik le ał na pryczy. rozumiejąc.

Zaczęło mi świtać w głowie. wymasowany na moich oczach przez porucznika. przystawiając mu sztucer do piersi. — Jedno deko suszonego nawozu ptaszka u g u p u na pół litra wody... Zrozumiałem. Natomiast znacznie później dowiedziałem się. On po masa u zawsze ma apetyt na dziki chrzan.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Pan oszalał! — Mały ptaszek u g u p u zginie. Pozbawiony masa u nosoro ec przyszedł się upomnieć. Głos mu się załamał.. je eli pan zastrzeli nosoro ca! — Nonsens! — Pyton po era małego ptaszka u g u p u . On od ywia się specjalnymi liśćmi i po przetrawieniu. 113 . — Posłuchaj pan! — krzyknąłem. — Mów.daje alkohol — dokończył szeptem. pawiany będą miały więcej czasu dla dzieci i pyton po re małego ptaszka u g u p u ! Miałem tego dosyć. chyba e jest zajęty małymi pawianiątkami! — No to co z tego?! — Je eli nosoro ec przestanie chodzić z liskiem na dziki chrzan. Tego dnia porucznik zbyt długo bawił u ptaszka u g u p u i zaniedbał nosoro ca. — Co mnie obchodzi ptaszek u g u p u ? Za chwilę nosoro ec rozwali naszą chatkę! — Ptaszek u g u p u to nie jest zwykły ptaszek. mów natychmiast! — Masowałem go codziennie od jedenastej do trzeciej.. W pół godziny potem. — A coś robił za to nosoro cowi? — zawołałem. — . Porucznik odmówił powrotu do cywilizacji. Wchłonęła go natura. dlaczego borsuki tak często wychodziły z nor do lasu: dla świętego spokoju. odszedł zadowolony.

umieścił się w ten sposób. Wtedy gwałtownym ruchem. kłaniał się. Ujrzał. Było to tym dziwniejsze. W dobie. Powieściopisarz przedstawił się. Było to rozwinięcie szkicu napisanego przedtem na serwetkach.Sławomir Mro ek – Opowiadania AD ASTRA Pewnego razu powieściopisarz udał się do baru mlecznego. opromienionej blaskiem talentu. który tu przed nim stał w kolejce. kiedy wycieczki dostępne są dla ka dego i mieszkańcy najdalszych zakątków swobodnie przemierzają kraj w grupach. 114 . A jednak powieściopisarz jeszcze ywiej zainteresował się młodym człowiekiem. ale nie przesadną: — Proszę sześćdziesiąt bułek i jedno mleko. Powieściopisarz rzucił się w ślad za młodzieńcem. Kiedy nadeszła jego kolej. ale wyraźnym. czasem tylko gryząc bułkę albo lunatycznym ruchem podnosząc kubek do ust. Młodzieniec ten nie wyró niałby się niczym. jakby ulegając nieprzepartej sile. Powieściopisarz stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. wyciągnął wieczne pióro i zaczął pisać na papierowych serwetkach. Wydawało się. Powieściopisarz siłą prawie zaprowadził go do swojego mieszkania. Był to kompletny szkic powieści. zagadkowym spojrzeniem. odzienie pomięte. powieściopisarz zagarnął pozostawione na stoliku kartki. Natychmiast blade rumieńce wystąpiły na jego woskową dotąd twarz. powiedział do pracownicy głosem cichym. gdyby nie niezwykła bladość i oznaki wycieńczenia na twarzy i całym ciele. i pięćdziesiąt dziewięć bułek krępuje mu ruchy — nie stawia czynnego oporu. To. e bynajmniej nie sprawiał wra enia nieśmiałego. Po drodze kreślił młodzieńcowi wspaniałe widoki na przyszłość i obiecywał mu swoją pomoc. Kiedy kubek był ju pusty. wprowadziło go w zdumienie. dykcją staranną. który. choć skądinąd schludne. a bułka zjedzona. bo pióro coraz to szybciej biegało po papierze. jakby zbudzony. ale chciał odejść. — Nie mo e pan tutaj zostać! — zawołał w podnieceniu. częściowo dla przyczyn ogólnych. pragnąc z nich uczynić swoich następców. Pobrawszy swoje filé z buraków. Najwidoczniej ka dy kęs dodawał mu sił. Pisał bez przerwy. takie zamówienie nikomu nie musiało wydać się dziwne. Szurał nogami. Następnie zwrócił się ku ławce na pobliskim skwerze i gorączkowo zaczął pisać na pomiętym arkuszu papieru. Młodzieniec podniósł na niego chmurne oczy. eby młodzieńca nie spuszczać z oka. Młodzieniec z wyraźną niechęcią odniósł się do zaproszenia. co zdą ył przeczytać. Wyraz wewnętrznej walki odmalował się na jego twarzy. Wzrok miał przymglony. które mu było przysługiwało po uiszczeniu odpowiedniej opłaty w estetycznie urządzonej kasie. częściowo dla wypicia mleka. w który zawinięto mu bułki. mimo pewnych niedociągnięć i wad. Tam zwrócił uwagę na młodzieńca. jak oddala się bardzo szybko. — Proszę do mnie. zabierając ze sobą pozostałe pięćdziesiąt dziewięć bułek. jakby co dopiero ukończył podró bardzo daleką i wyczerpującą. tote chętnie opiekował się młodymi. rozejrzał się dookoła. kiedy wypijał pierwszy łyk po ywnego napoju od krowy. proszę zostawić to pieczywo. w których palił się płomień geniuszu. Ledwo zamknęły się za nim drzwi. usunięcie niektórych jego wad i w ogóle przedstawiało ju znaczny postęp. a następnie schował pióro i wybiegł na ulicę. e jedynie dzięki temu. Ale wtem młodzieniec przystanął. choć mało miał nadziei na doścignięcie go w tłumie ulicznym. stanowił niewątpliwie dzieło geniuszu. Młodemu człowiekowi dr ały ręce. Młodzieniec milczał i obrzucał go twardym. Powieściopisarz przeczuwał niedaleki ju kres po latach wyczerpującej pracy. Wprawnym okiem przejrzał ich treść. pomagał im w zdobyciu sławy.

eby się zorientować w tym. porzucone niedbale na biurku. Ręce mu dr ały. Wieczorem światło płonęło w gabinecie. e kiedykolwiek uda się go odszukać. — Zjadł. Świe y wiatr poruszał firankami. nie mógł powstrzymać słów zachwytu: — Nawet w czasie ucieczki pisze! Tak. Obfity obiad podany w gabinecie dokonał ostatecznego przełomu.. Pierwszym jego informatorem był inwalida w budce z gazetami i przyborami do pisania. To. — Co on tam robi? — zapytał. to wpadał w zadumę. choć ju genialnym kształcie w mlecznym barze. Owszem. radośniejszego ycia. to. — To dobrze. kto rodzi się raz na sto lat i teraz ten bezcenny wyjątek miałby się zatracić? — Ze zdwojoną energią postanowił dalej prowadzić poszukiwania. jak chcieli. Była to prosta kobieta z ludu. według zeznań zamiatacza. poniewa tam kończyła się linia. odkryłem kogoś. trzeba go pilnować.. przeskoczył ogrodzenie i znalazł się na ulicy. tutaj okrzepło i błysnęło oślepiającym ogniem skończonego arcydzieła. Powieściopisarz zbli ył się i zobaczył w rękach kolejarza kartki 115 . a jego twarz wyra ała naj ywsze i zmienne uczucia. Wiele pociągów odje d ało stąd w rozmaite strony. a podró ni wychodzili i wchodzili. kiedy przekręcał klucz w zamku. niepewnym. powieściopisarz telefonował gorączkowo do znajomych. jak oczekiwał na pobliskim przystanku tramwajowym. e stało się coś niewłaściwego. jeszcze pan sobie biedy napyta. Pełen niepokoju powieściopisarz znalazł się na dworcu. a teraz siedzi i pisze. Klucz od gabinetu schował pod poduszkę. Nie wspomniał ju o bułkach i pozwolił młodzieńcowi zatrzymać je przy sobie. Pisarz szybko przebrał się w bułgarski półko uszek i zbiegł po schodach. do którego. to dobrze! — zawołał powieściopisarz. Nie zamierzał zbyt gwałtownie występować przeciwko jego dziwnym przyzwyczajeniom. gdy uwagę jego zaprzątnął kolejarz. co zawierały. którego obowiązkiem było sprawdzanie. zamknął go w swoim gabinecie. Widział go następnie zamiatacz ulic. — A ciągle tylko wyjmował papier z kieszeni i pisał. nabytym zapewne w cię kim. Minęło południe. mimo pośpiechu i zdenerwowania. uciekinier mógł być ju daleko. co w mocniejszych konturach ujęte zostało później na skwerze. Tramwaj. co objawiło się w pierwszym. donosząc im o swoim zdumiewającym odkryciu. i nic nie wskazywało na to. które jakby zapowiadało początek nowego. dziki. Po niezwykłym dniu powieściopisarz wcześnie poczuł się zmęczony. egnając się. poło ył się i zasnął. wsiadł był fenomenalny młodzieniec. Powieściopisarz zwrócił się ku wejściom na perony. mógł jechać tylko w kierunku dworca kolejowego i tylko o jeden przystanek dalej. Biedny. — dodała. Drzwi otwarte na balkon wskazywały drogę ucieczki. czasem nawet ocierał łzę. dotychczasowym okresie. surowego jedwabiu i pobiegł do gabinetu. Gabinet zalany był promieniami wschodzącego słońca. Niewiele czasu było potrzeba. Tymczasem funkcjonariusz coś czytał. barwą szlachetnej kości połyskiwały kartki drogiego papieru.. czy podró ni są zaopatrzeni w odpowiednie bilety. — Powieściopisarz. genialny. Widocznie przed chwilą nieznany geniusz zsunął się po pnączach dzikiego wina. poniewa ten e kupował u niego papier kancelaryjny. eby przygotowała obfity i smaczny obiad. — Młody ci był i śliczny jak ró a — dodał. Widocznie w miarę przyjmowania pokarmów wycieńczony organizm młodzieńca szybko reprodukował jego siły umysłowe i tylko brak niezbędnych kalorii i witamin przeszkadzał mu dotąd w tworzeniu. Potem zawołał gospodynię. Oj. Młody wcią pisał. a nawet z nim rozmawiał. Uciekając zabrał ze sobą bułki. widział młodego człowieka. Natomiast polecił swojej gospodyni. szczelnie wypełnione pismem. Kiedy młodzieniec spo ywał obiad w zamknięciu. Narzucił czerwony szlafrok z chińskiego. To uśmiechał się. Obudził się nagle z uczuciem. Ale w pokoju nie było nikogo. — myślał ze wzruszeniem — trzeba się nim zająć. W zacisznym świetle poranka..Sławomir Mro ek – Opowiadania Nie uszło to uwadze powieściopisarza. — Kiedy doszli do domu. zacierając ręce. Powieściopisarz przypadł do biurka.

116 . eby przejrzeć wagon za wagonem. Błądził ju po peryferiach stacji. jakby ręka piszącego dr ała na skutek podskoków i wstrząsów tramwaju. przywróciło go nieco do przytomności. krytego wagonu towarowego. kilka lokomotyw sapało sennie. jak wykazywały obliczenia. Kolejarz z trudem oderwał się od lektury i du o czas upłynęło. pisząc podobnie jak pozostali. począł uciekać od wagonu. a niedobre przeczucie. e posądzą go o umyślne napisanie arcydzieła i wymyślenie bajeczki o jego nieznanym.. mimo pewnych cech indywidualnych. Ale. młodym autorze. Widocznie daleko przebywał. składy towarowe. co znajdowało się za ścianką. gdzie się mógł podziać. kiedy młodzieniec przechodził obok kolejarza — a do bie ącej minuty. nie spieszące się donikąd. e pozostał mu dowód w postaci zapisanych arkuszy? Cała sprawa musiała się wydać ka demu mętna i podejrzana. W głębi wagonu siedzieli młodzi ludzie i pisali zawzięcie. Chciał coś powiedzieć. piętno geniuszu. łączył jakiś wspólny wyraz szlachetności. Zasuwane drzwi znajdowały się po drugiej stronie. Powieściopisarz szarpnął uciekiniera za rękę. Bezradny. Była taka straszliwa obojętność. w świecie opisanym na kartkach. czekały tutaj w półśnie. nieobecność. niepojęte zamyślenie w tych oczach. powieściopisarz spędził pewien okres na wsi i zagadnienia przyrody tak e nie były mu obce. jakby spoza kuli ziemskiej samej. Kilka podmiejskich składów stało tu i ówdzie. Prawie był pewien. Có stąd. Twarze. który przechodził tędy na perony. ni to buczenie trzmieli. Właśnie przechodził koło pojedynczego wagonu. przekroczył szyny i oto co zobaczył. ale zanim zdą ył. węglowym miałem i przestrzenią. wrócił do czytania. e ten rękopis otrzymał od jakiegoś młodego człowieka z bułkami. Dźwięk nadzwyczajnie się wzmógł. kiedy usłyszał rodzaj szumu z pasieki. Najpierw długo wykrzykiwał: — Ale on ci go! A to ci dopiero! Ale ci! — zanim wreszcie powrócił do rzeczywistości. Powieściopisarz nie miał wiele trudności. tamten spojrzał na niego jakby z niezmiernej dali. e powieściopisarz zbladł. który upłynął od chwili. Niechętnie wyjaśnił. potykając się o szyny i progi. pełen alu. Wszyscy bardzo mało ró nili się od siebie. aden pociąg nie odjechał w czasie. Gonił go nieustanny poszum.Sławomir Mro ek – Opowiadania zwykłego kancelaryjnego papieru pokryte pismem nierównym. Luźne wagony. Studiując ycie. Błyskawicznie biegające po papierze pióra wydawały ów cichy dźwięk. zanim zrozumiał to pytanie. z widoczną po ądliwością. Tu na skraju siedział młody uciekinier. Wiedział ju . Było ich sześćdziesięciu. Powieściopisarz przyło ył ucho do desek pachnących terem. — Sprawdził jeszcze rozkład jazdy. ni to szelest milionów mrówek poruszających się w trawie. ale z całą pewnością nie wydawanego przez pszczoły ani przez adne ywe stworzenie. W ten sposób — powiedzą — chciał zwrócić na siebie uwagę. wewnątrz wagonu. szeleszczenie piór. Odziani w takie same. ni to skrzypienie. zapytać się o coś. wolno szedł peronami. — O ile nie ukrył się pod ławką — pomyślał — to nie rozumiem. przedział za przedziałem. nieco wymięte podró ą garnitury. opuścił rękę i. wyblakłych. powieściopisarz obszedł więc wagon. który ciekawie mu się przyglądał. — Skąd pan to ma? — zapytał głosem ściśniętym przez niejasne. poświst. Dziwaczny ten dźwięk wydobywał się z osobno stojącego. Zatrzymał go nareszcie starzec w kolejarskim mundurze.. schludne. więc z całą pewnością wydawany był przez coś. skromne. Spojrzenie tych oczu. nieporuszonych. Po tym wyjaśnieniu natychmiast. e wystawił się na śmieszność telefonując do znajomych i opowiadając im o nieznanym geniuszu. jakich się zazwyczaj u ywa do przewozu koni albo towarów wymagających zamknięcia i troskliwego obchodzenia się z nimi. Nie czekając na nic dłu ej powieściopisarz wybiegł na tory. Drzwi były odsunięte.

. nie posiadając się z zachwytu. wskazywały na to. Co się tyczy bułki — miał w tym swoje cele. — I kieliszek wódki — dodał po pewnej chwili. e alkohol przyspieszy w nim proces krystalizacji jakiejś myśli. Podpisawszy umowy wyszli i odjechali tą samą taksówką. Dzwonili jego znajomi powieściopisarze. przysięgali. ani „dzień dobry”. e nigdy w yciu nie czytali czegoś TAK DOSKONAŁEGO. — Nie ma za co. Spodziewał się. bęc go w migdał! Wreszcie znajomi zanieśli go do domu. wodą popił i dalej e! — zaraz im szybciej idzie. jakby w obliczu niezwykłego niebezpieczeństwa potrzeba 117 . Po południu widziano go tu i tam. oświadczyli. zatopiony w myślach niejasnych. Pracownicy. ale pełnych niepokoju. choć grzecznie. Obudził go telefon.. nic w ogóle. po namyśle. opuchnięty alkoholem sen. potem drugi i trzeci. lecz schludnej odzie y. ale słabo. przywieźli ich w zaplombowanym wagonie skądś. to ani Boga nie pochwalili. Rano nie dane mu było wyspać się i wypocząć. tylko chycili za pióra. Ale teraz jeden skoczył po bułki. Było dopiero wczesne przedpołudnie. Jak tylko my otworzyli wagon. nie wiadomo skąd. Kto ich tam wie. który go drą ył.. co mieli na drogę. z miejsca zaofiarował im najwy szą stawkę. — A. — . coraz mniej trzeźwego. e ju w samochodzie wyjęli wieczne pióra i zaczęli pisać. którzy rzucili się do okien. bo byli głodni. Noc spędził w lokalu rozrywkowym. bo zjedli wszystko. Miarowym krokiem. Tego dnia nie wrócił w ogóle do domu. Z wiadomości. — Dziękuję wam — wyszeptał powieściopisarz. Wobec tego ograniczył się tylko do alkoholu. — dokończył w zamyśleniu stary zwrotniczy. cały czas piszą. którzy od razu przystąpili do pracy nad przywiezionym materiałem. wkroczyli do wydawnictwa. między wyrwami w wędrujących chmurach zatrutej podświadomości.. wajchowych. ka dy dostał jedną. które odbierał między jednym a drugim zapadnięciem w cię ki. — Tylko piętnaście — mówił do barmana. choć bardzo tego potrzebował. Ale telefony. jakiegoś niepokoju. Telefonowali coraz to nowi znajomi i coraz to dalsi.. kazał sobie podać tylko zwyczajną bułkę wodną. w bolesnej gonitwie dalekich skojarzeń i wyraźnie dotykalnej nicości — utworzył się koło południa następujący obraz wydarzeń: Przed gmach wydawnictwa specjalizującego się w publikowaniu powieści zajechała taksówka. Zachowywali się powściągliwie. Na obiad zjadł znowu trzy bułki i nic poza tym — popijając wódką. e oni w drodze ju trochę pisali. ró ne rzeczy się zdarzają. — zapytał. cię ko dysząc i wskazując za siebie. Jeden z nich miał werbel. tak cię ko i opornie szedł ku miastu. Ze zwieszoną głową. ale dręcząca go niejasność nie ustąpiła. — Jeszcze jedną bułkę — za ądał po jakimś czasie.. Natomiast lektorzy. a którego bezkształtność tak go męczyła. Późnym wieczorem doszedł do sumy piętnastu bułek. ale ze znu eniem myślał o udaniu się do swych zajęć. Kelner zaproponował mu obfity wybór zakąsek i dań. to w barze. Piszą? A tak. Nazwiska nic nie mówiące. coraz liczniejsze. przy akompaniamencie werbla. wolno opuszczał peron. e na mieście działa się jakaś sensacja. U nas. Przywieźli ze sobą około sześćdziesiąt kilogramów ARCYDZIEŁ. — Jednostka jest niczym wobec kolektywu. oni jednak za ądali tylko zwrotu kosztów papieru i diet na spartańskie utrzymanie. Wysiadło z niej czterech młodych ludzi w skromnej.I jeszcze jedną wódkę. Widać z daleka są. — Co to ma znaczyć? Starzec westchnął. Mnie się wydaje. on jednak. ale więcej ju nie mógł. Dyrektor wydawnictwa.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ten wagon?. Ten dzień miał być bardzo cię ki dla powieściopisarza. Wszedł do restauracji. Radość zniknęła bez śladu z duszy powieściopisarza... Panie Józiu. Jak gdyby nosił podeszwy z ołowiu. z surową rezerwą. przebywając to w piekarni. W miarę upływu godzin wracał do zdrowia po wczorajszym nadu yciu alkoholu. Ich glosy były pełne podniecenia.

ale i krytycy poczuli się zagro eni. Nie tylko powieściopisarze. Analiza potwierdziła przewidywania. Nie znalazł równie w sypialni ani w salonie. Pierwszy nakład został natychmiast wykupiony. Przedwczoraj. Wzburzonymi głosami domagali się szczegółów. a przy tym zostawiało dosyć niedopowiedzeń. znajdujące się aktualnie w druku. Powieściopisarz narzucił wietnamską kamizelkę i wybiegł z odzyskanym rękopisem pod pachą. Tymczasem gospodyni powieściopisarza nie odpowiadała na adne wezwania i nie przychodziła. Niema. kusić i nigdy nie zaspokajać dostatecznie tęsknoty. W czasie szamotania pchnął ją zbyt silnie. Daremnie. Arcydzieła były tak bezsporne. Krytyk za ądał. kiedy mimo wszystko chciała czytać ciąg dalszy. przyciskając do piersi skrawek. po prostu nie były potrzebne. być mo e i bardzo dobre. tam w zamroczeniu zaniósł rękopis i zapodział. zło one w wydawnictwie przez delegację czterech geniuszy. cicha błogość malowała się na jej twarzy. zazdrośnie i dumnie udzielających owoców swej mudnej pracy — niespodziewanie pojawiła się obfitość arcydzieł DOSKONAŁYCH. W ostateczności dotarł do kuchni. Powieściopisarz próbował jej odebrać rękopis. hodowla słabła. Oracze odrywali się od pługa. Zastał gospodynię siedzącą na łó ku. Ale rękopisu nie znalazł. eby czytać. pytali. ale przecie niedoskonałe. e wszystkie inne powieści. Był to pierwszy telefon. przy których adne poprawki nie były nawet do pomyślenia. Jednocześnie zdawało się wypowiadać zupełnie wystarczająco sens wszechbytu. dotąd równoznaczne było dla niej ze świętokradztwem. chocia spodziewał się. a kiedy dowiadywali się. Przytrzymywała arkusze oburącz. Przeszukał najpierw biurko. zaczytaną w poszukiwanym rękopisie. który oddarł się od arkusza. być mo e. zostały wstrzymane i ustąpiły miejsca nowym. których powieściopisarz powiadomił przedwczoraj o swoim odkryciu.Sławomir Mro ek – Opowiadania ogólnego porozumienia. Praktyka następnych dni potwierdziła z kolei wyniki analizy. wcią zaglądając do nich. punkty zaczepienia. a to dzięki temu. spełniające wszystkie postulaty. niezrozumiale doskonałego uderzało w ka dym zdaniu. e uciekł. zarówno przez lud. Arcydzieła. Słaniając się jeszcze powieściopisarz poszedł do gabinetu. Więcej: coś nieziemsko. aby wciągać. Po okresie. wydawali okrzyki i nagle rzucali słuchawkę. oparcia się wzajemnego — nagle stała się u wszystkich koniecznością. podstawy do jakichkolwiek artykułów. Było to arcydzieło w cudownie artystycznej formie. Łamało granice i sięgało w sfery dotąd nawet nie przeczuwane. znany z przenikliwego i zimnego rozumu. poplony w niebezpieczeństwie. upadła i uderzyła głową o metalową poręcz. Nie wierzył własnym oczom. dostarczając kilkaset kilogramów dalszych arcydzieł. ale zaczęła stawiać opór. co się dzieje z młodocianym geniuszem. jak i przez wysublimowanych znawców. A tymczasem oprócz następnych wydań pierwszego rzutu lada chwila nale ało oczekiwać nowych ksią ek. Wielka radość i o ywienie zapanowały w ruchu wydawniczym. e. Dzwonili tak e znajomi. Dotychczasowe powieści poszły w 118 . A poza tym ruszenie czegokolwiek. Le ała. tym razem taksówką baga ową. co znajdowało się na biurku pana. który wprowadził jakiś element ładu w dotychczasową burzliwość i niejasność. a pragnienie męczyło go nieznośnie. aby powieściopisarz dostarczył mu rękopis zbiegłego młodzieńca celem przeprowadzenia analizy. tej samej jakości. kiedy sprawy nie przybrały jeszcze tak nieoczekiwanego obrotu. potem cały pokój. Ta prosta kobieta stała zawsze z dala od nurtu czytelniczego. ukazały się na rynku księgarskim w niesłychanie krótkim czasie. Jedno było pewne: po autorze tej klasy nikt ju nie mógł mieć nic do powiedzenia. jakie kiedykolwiek stawiano literaturze. Nareszcie zadzwonił krytyk. prawdopodobnie do kawiarni. niedoścignionym utworom. podorywki były zapóźnione. Nawet ordynarne zachwalania okazały się bez sensu. jakby dokądś się spieszyli. poniewa delegacja geniuszy ponownie odwiedziła wydawnictwo. szukać ich po pracowniach pisarzy. e zniknęły wszelkie niuanse. kiedy z wysiłkiem trzeba było tropić utwory. czytając wiersz za wierszem taką władzę ma nad nie ska oną naturą PRAWDZIWE arcydzieło.

jak kogo zastały wici. ale paru osobników zdołało ju wyssać alkohol z ołędzi. zdyszany. Nie widział innego wyjścia. Ptactwo układało się do snu wśród gałęzi. Okazało się. Tak walił ten naród. od strony grobli. znakomitego poetę. Głos z sali: — Rysiek jest łobuz! — . To awangardziści zwoływali swoich umówionym znakiem. zaczął padać deszcz.Sławomir Mro ek – Opowiadania kąt. Okazało się. Gości zrewidowano. — Mo e byśmy poszli do teatru? — powiedział wreszcie powieściopisarz. a nawet literatury dziecięcej. ogólna zgoda. Po drodze spotkał znajomego. Zaledwie w tydzień po opisanych na początku wypadkach powieściopisarz zmierzał do pewnego wydawnictwa. — Przypadło mi w udziale ogólne naświetlenie naszego poło enia — tak zaczął — sądzę jednak. e wczoraj ruszyła ich sekcja poetycka. prowincjonalnej stacji. zapomniane przez wszystkich. A teraz ustalmy fakty. e zjazd w tym odległym zakątku został zwołany oficjalnie jako akademia ku czci pewnego ludowego poety. Przez jakiś czas szli w milczeniu obok siebie.. jak stali. Tutaj dramaturg próbował nogą kładki przerzuconej przez ruczaj. Niebo było pochmurne. zewsząd przybywały wcią nowe watahy. — Mam pewien pomysł na sztukę. A wszystko kupiło się na polanie w zameczku myśliwskim. niektórzy wprost od udoju. nagle zaćmione. które niebezpiecznie prześmiały się. poniewa musiał przełamać opory obcego sobie gatunku. Tego samego dnia wyniesiono z nich kilkanaście osób. Realistów. Jak dotąd jedynie dziedzina powieści dotknięta została klęską tego niesamowitego urodzaju. tam znowu pisarka dla dzieci wypłoszyła z norki liska-kocmołuszka lub pląskała w dziuplę. Kraj czytał tylko nowych. odgłosy kroków. Teatry satyryczne były ju opanowane. Skręcili w ulicę. — Dlatego proponuję — powiedział — od razu uczcić poetę. od obejścia. Ówdzie znów groblą parli jacyś przedni krytycy. jak równie zwolenników najdalej wysuniętego szpica. Tym posłano w alkierzyku.. Przypomniał. który w prostych słowach opiewał niegdyś piękno rejonu. jeszcze z dawnych czasów. W teczce niósł kilka swoich wierszy.. e uda mu się podjąć zaliczkę. obgryzając korę do wysokości człowieka i bobkując silnie. przy której mieścił się teatr. Kiedy ju ostatni spóźniony wyłonił się z lasu. Młodzi walili starodrzewem. i weteranów. — Nie masz tam po co iść — ostrzegł go poeta ponuro. 119 . szelest rozgarnianych liści. Miał jednak nadzieję. Widzę tu i młodzie . Z młodnika dolatywało skrzeczenie sojki. inni od obrządku. Rozejrzał się i ruszył wyboistą drogą przez las. librett wszelkiego rodzaju. łamanych niewidzialnymi stopami. — Oni tam ju są. gwarny. Ju na pobliskiej przesiece przyłączył się do grupy innych pisarzy. Zewsząd rozlegał się trzask suchych gałązek. dyscyplina wzorowa. Tu jakiś realista w marszu obserwował ycie mrówek. niepotrzebne. powtarzam. Nastrój panował powa ny. krótkich monologów cyrkowych. Zebrani zgodzili się. Teraz przyszła na nas kolej. e jest ono wszystkim znane a nadto dobrze.. tajemniczych autorów. z listowiem we włosach — zamknięto drzwi. Jedynym pocieszającym zjawiskiem jest podanie sobie rąk. Autentyści szli tak. zszarzałe. jurny a buńczuczny. zajmującego się drukowaniem poezji. Bajkopisarz pomykał leszczyną. Czyjeś pohukiwanie słychać było z duktu. Jednak nie akademia sama ściągnęła głównie tak licznych uczestników. a potem przejść do sprawy. kiedy powieściopisarz wysiadł na małej. Był to sygnał do ostatecznej rozprawy. napisanych z niemałym trudem. e równocześnie z sekcją poetycką ruszyła sekcja dramaturgiczna i scenariuszy filmowych. gdzie ju sala obrad była przygotowana i noclegi. Przewodniczący zagaił pokrótce. Kilku najczujniejszych krytyków stanęło na pikiecie.Ogólna zgoda. Po uczczeniu poety podniósł się jeden z członków komisji. a tak e sekcje: utworów estradowych.

Powiedzmy to sobie otwarcie.. bez uciekania się do okolicznościowego uczczenia poety. jak okazałoby się ono dla naszych ziemskich in ynierów. W obliczu ABSOLUTU. e wydawcy i dyrektorzy odrzucają nasze prace. Przypisywano im z góry ró ne fantastyczne postacie i najdziwniejszych rzeczy od nich oczekiwano.I powtarzam raz jeszcze. a nie na in ynierów. są bardzo nikłe. oto stworzono” — nagle zaczynamy się dąsać. Nie tajemnicze promienie... koledzy jak by to wyglądało. gdyby przypadkiem pojawili się z Kosmosu jacyś genialni technicy i konstruktorzy...A teraz kilka słów wyjaśnienia. Kim e są ci przybysze? Odpowiedź na to. nie nowy rodzaj energii i zdumiewająca konstrukcja maszyn. takie zebranie przecie zwołujemy. operując faktami i statystyką.. — . byśmy — nie tracąc więcej czasu na roztrząsanie spraw. Następnie referował rzecz kierownik sekcji wywiadu przy zarządzie. dla wszystkich będzie rewelacją: oto nieraz spodziewano się przybyszów z Kosmosu. Dwa skryptony tworzyły szrajbę.Nie mo emy się więc dziwić. Więc zwa cie. zamiast zaśpiewać „hosanna. jeden od drugiego. Przez całe nasze ycie mozolnie dą ymy ku doskonałości... zamiast się ukorzyć. drukarnie nie mogą nadą yć. Przybycie ich okazało się dla nas. coś nam się nie podoba i w końcu zwołujemy nawet zebranie przeciwko wysłańcom ABSOLUTU. morderczo utalentowanych autorów. e nie odpowiem publicznie na to pytanie. Nikt nie spał. Wniesiono arówki elektryczne.. W przeciwieństwie do przedmówcy nie skłaniał się ku jakiejś ogólnej syntezie. Ale nikt nie przeczuł.. bardziej utalentowany ani lepszy. e mogą się pojawić wyłącznie jako literaci ABSOLUTNIE GENIALNI. którzy spełniają nasze marzenia. ale genialność w dziedzinie sztuki literackiej. których słowo będzie słowem ABSOLUTU. kiedy mieli dostarczyć transport gotowych arcydzieł. Głosy z sali: — Proszę mówić tylko za siebie! Hańba! Kto nie jest lepszy?! Co?! Kto nie jest zdolny? A pozytywizm? — . tajemnicą.. którzy od progu są samą doskonałością. wydzierają sobie nawzajem egzemplarze ich dzieł. 120 . Niektóre głosy wołały: — Lecieć Lecieć! Gdzie jest Kazik?! — inni mitygowali. Wielkie poruszenie zapanowało na sali.. — Po tym krótkim występie pragnę.. A tu nagle zjawiają się ci.. które za nas przesądziło przeznaczenie — obmyślali ju tylko sposoby obrony. równie mia d ące. Jak by to wyglądało? Co by na to powiedziała opinia publiczna? Zapytacie: w tajemnicy czy nie. fachowców słowa. oto osiągnięto oto objawiono. Krytycy na czatach nawoływali się przeciągłym: — Czuuuwaaaj. Po podpisaniu umowy i zainkasowaniu zaliczki oddziałek we wzorowym porządku wycofywał się do cytadeli. Wszyscy. dobitnym głosem. Wtedy my. spodziewam się. po pięciu ludzi. które dotąd yły zgodnie. brat wydziera bratu. zresztą nie tego od niego oczekiwano. rzeczowo udzielił informacji. Z kolei ka dy skryptem dzielił się na pisatki. Otó cały kraj czyta tylko nowych autorów. Głosy z sali: — Precz z Politechniką!. e jesteśmy równi wobec ABSOLUTU. Na nasze nieszczęście los padł na nas. Głosy: — A co ze stypendiami?!.. Za oknem ju noc zapadła i bór stał czarną ścianą. e młodzi geniusze byli skoszarowani i dzielili się na cztery podstawowe jednostki. Oddaj mi pan blok-notes!. tajemnicy. nawet rodziny. a zajmują się tylko tamtymi.. Do miasta wychodzili tylko w zorganizowanych oddziałkach i tylko wtedy.Sławomir Mro ek – Opowiadania Do literatury weszły utwory nowych. — Co głodniejsi odwijali chleb z papieru. tak zwane skryptony.. Cichym. Głosy: — W wydawnictwach jest kumoterstwo!. po piętnastu ludzi w ka dym skryptonie. pozostawię je ka demu z was do rozstrzygnięcia... w obliczu ZAGADKI WSZECHBYTU nikt z nas nie jest. czuuuwaaaj.. stali się oni ulubieńcami wszystkich. choć jej szanse. Zebrani dowiedzieli się więc. Co jest?! — . e dlatego właśnie otaczał nas jaki taki szacunek.. jak tu jesteśmy. Śmiem twierdzić. dlaczego nie mogliśmy naszego zebrania zwołać otwarcie. przyznaję to.. jak e tedy wyglądamy wobec samych siebie? Pozwólcie.

. e geniusze od ywiają się skromnie. Tu wrogowie odwieczni w ramiona sobie padali.Sławomir Mro ek – Opowiadania Głosy: — Ile oni biorą za arkusz?! Jak zeznali wywiadowcy. Cisza znów się zrobiła i wszyscy wzrokiem wpili się w Hetmana. Głosy: — . potem na zmianę. Tu jednak wstał powieściopisarz i na przykładzie zajścia. okazała się płonna. Ktoś nienaturalnym głosem za ądał. wszyscy pojęli grozę sytuacji. stosują przy tym metodę zaczerpniętą z regulaminu wyszkolenia bojowego piechoty. zdecydowani na wszystko pisarzeochotnicy udawali się do bibliotek publicznych w czytelniczym przebraniu i tam próbowali obrzydzać arcydzieła. ale zdrowo. lecz mimo e dotychczas głosu nie zabierał. le ąc. co w samym środku puszczy prowadził ywot półczłowieka. a potem zawołał głosem piersiowym: — Koledzy. podczas gdy druga. harcowników modą działamy. co tamci napisali i w ten sposób szkolą się i rozwijają jeszcze bardziej. w głębi nieco. gimnastykują się i nigdy nie kładą się po północy. z twarzą pooraną pomysłami do sztuk i nowel. w dyskusjach i sesjach. w imię powszechnego sprawy naszej ratowania. udowodnił bezskuteczność tej metody. ręką po ścianie z bierwion za toporem macał. Tedy. e przy tak intensywnej produkcji jakość z czasem osłabnie. przyjaźń wzajem zaprzysięgając. Było to wszystko. a to z braku samokształcenia. On zaś spojrzał najpierw okiem jasnym. przed chwilą jeszcze osłabione zwątpieniem. w myśli i talentów koncentracji. On zaś z karafki popił i tak rzecz swoją dalej prowadził: — Jak nam zagończycy nasi tu powiedzieli. Piją zaś tylko wodę i to w małych dawkach. bracia! Sejm nasz końca dobiega. który dotąd siedział był jakby na uboczu. zebrani z szacunkiem ku niemu spozierali. myśli jednej. a smolarz. Tak więc nadzieja. z barłogu się porwał. osiwiały w pisaniu. — Więcej natchnienia — pisać tylko przy świecach! — Wyrzucić Władka ze związku! — Bardziej dopuszczać! — Ot — i cały plon burzliwej narady. prywaty poniechać. Zwrócił się więc do zebranych. wykujemy dzieła krzepkie. e chocia wiele tu słusznych uwag słyszeliśmy. Podczas gdy jedni piszą. po przegotowaniu. — Do obozu! — ten okrzyk wstrząsnął murami starego zameczku. niezwłocznie rusza. Dopiero teraz. które wska emy. A zatem: do obozu! — Do obozu! — huknęli wszyscy chórem i jakby nowy duch wstąpił w umysły. przewodniej. rywalom odpór. przedsięwzięcie w nasze ręce bierzemy. a to powiedzieć nam trzeba. osłania ją ogniem. Spotykali się z ostrą odprawą. w pojedynkę. Szmer przeszedł po sali. e w natarciu jedna tyraliera posuwa się skokami. Przejmująca cisza zaległa na sali. czasowy choćby. Tedy niechaj ka dy się sposobi i do miejsca. Oni zaś ściskali się nawzajem i płakać poczęli. kupić się. geniusze razem a równo piszą. sklecić z nich nie sposób. Wtedy powstał człowiek. eby rozjaśnić arówki. we wzajemnej tematów i poglądów wymianie. Księ yc wzniósł się za weneckimi oknami. geniusze piszą równo. półzwierzęcia. a psy wyć poczęły. jakie poczyniono celem zmniejszenia popularności geniuszów. Odwa ni. zaiste — piękny to był widok. my zaś w rozproszeniu. co zdołali przedsięwziąć. zda się. przed spaniem uprawiają przechadzki. tam pacholę ściskało 121 .. eby po prostu bić czytelników. Podobnie geniusze dzielą się na dwie zmiany. Regulamin ten przewiduje. Unikają zadymionych lokali. które miał ze swoją gospodynią.A jakby z nimi popić? Mówca wyjaśnił równym. W dalszym ciągu mówca zdał sprawozdanie z prób. Tam. Był to mą słusznego wzrostu. aby zgłaszali propozycje. Jedną widzę drogę: siły nasze złączyć. Tam obóz warowny zało ymy. Ktoś domagał się. drudzy czytają to. dać mogące. na majdan się wydostał i odbił od czarnej ściany boru. Jednocześnie ten system zapewnił im samowystarczalność. Przystąpiono więc do obrad nad poprawą rodzimej twórczości. beznamiętnym głosem.

Jeszcze przed północą. Hetmański wybór padł na miejsce z dawna ju z tego znane. Od dawna ju adna wieść z głębi kraju nie przedostała się do garstki oblę onych. — Pozwólcie. — Idź — powiedział. z dobytymi maszynami do pisania. sprzęgłami haftowanymi cudnie igrając. — Nie widzę. on jednak pamiętał. Przedrę się. Opodal kroczyli namiestnicy. ale ku zabawie. Noc przyjęła go lodowatą. a nawet onami. głos zabierał. w patio siedział. stentorom swym dając folgę. Z jednej strony rzeka szeroko wśród łach piaszczystych i wiklin duszę radowała. Gdzieniegdzie wybuchały niesnaski. Półmrok zstępował ju ze wzgórz. — Skar ą się. tam. Wiatr przynosił od kwater wrzaski obozowych ciurów. którego obronność zamki starodawne dwukrotnie zabezpieczały. — Ni to. Wtem wzdrygnął się i oblał sobie nogawkę. odsłaniały księ ycową tarczę. tu i ówdzie. Oni zaś szli weseli. którym przywilej niewinności na dłu sze lata u yczony został. Okolicami ciągnęli pisarze ku miejscu oznaczonemu. panie — powiedział. A jednak. W tym zaś półkolu wznosiło się miasteczko. wtedy zamierał bez ruchu. Mgły wstawały z łęgów. jakby nie ku trudom. szczęśliwie ominąwszy łęgi. — Ale co to takiego? Oboźny przejął perspektywę. zieloną księ yca poświatą. choć na zewnątrz duch był dobry. lud to ciemny — na to Hetman. wśród największej wrzawy na stronę wyszedł.. kazał Hetman zmagazynować w loszku i wydzielać racje najbardziej potrzebującym. wątków.. do dna przypaść. co w tylnych rzędach się znajdował. ramię przy ramieniu walczył. bojowe pióro. — Powieściopisarz wystąpił ku przodowi. Wszyscy wprawdzie jeszcze pisali. w szuwary się zapadł. To puszczyk na wie y pohukiwał ałośnie. galopujące po niebie. e za małą mają racyą. Tak radować się mogą tylko dzieci lub wybrańcy. złego spojrzenia nawet mu nie rzucił. — Nic to. artami sypiąc. które jeszcze pozostały. Powieściopisarz. przydzielony do kompanii jako stalówkowy. jak to początków zła sięgała jego obecność. i trapił się. 122 . rzeka przybrała barwę ołowianą. Chłopstwo wybiegało przed chaty. ni owo — stwierdził. Szły więc pochody wśród sadów białych. na drogach pylnych kurz spod kopyt się podnosił. Czasem chmury. Te. — Pegaźnicy znowu szemrają — rzekł chorą y. Widać nie czyny o przewinie świadczyły. Nie takie racye bywały. pod wieczór. obejmował. bo blask od okularów i czół wysokich bił. w trzcinę się zmienić. oczy mru ąc. Brakowało tematów. Powieściopisarz. Hetman obchodził działa na wałach. rzędom i szykom. Płacz i radość uczyniły się powszechne. Złe przeczucie ogarnęło powieściopisarza. Dziwne poczucie winy dręczyło duszę powieściopisarza. Nikt złego słowa.Sławomir Mro ek – Opowiadania starca. ówdzie znów mą w sile wieku niewiastę. ale pytanie: „o czym?” — nękało niejednego. Z kolei dyrektor armaty spojrzał przez lunetę. Jakoś w drugim miesiącu oblę enia. Nie było ich wiele. Kolejno szli ochotnicy z utworami na sztorc i — przepadali bez wieści. Wasza Przewielebność. idei. wreszcie poło ył rękę na jego ramieniu. mlecznym oparem zapełniały wąwozy. za to były dobrze okopane. Wszyscy spojrzeli po sobie w milczeniu. ślubnych. wtedy w barze. e ku natchnieniu nadzwyczaj było sposobne. tez. ale istnienie samo w sobie.. z drugiej strony wąwozy i wzgórza półkolem do niej przypierały. jak siostrę rodzoną.. starając się do wodnego ptaka upodobnić. Hetman długo mu patrzał w oczy. pomysłów. Obowiązki swe spełniał. — Ja pójdę. niósł za Hetmanem jego cię kie. I w samym obozie nie działo się dobrze. dziwując się strojom cudzoziemskim.

rozło ysty.. Kroplisty pot wystąpił mu na czoło. palonych przez stra e..Sławomir Mro ek – Opowiadania Wstrzymywał wtedy oddech i nasłuchiwał. pierwszy promyk nadziei zaświtał. Obejrzał się.. a nie straszną owym zimnym tchnieniem doskonałości. ostro nie stąpając. Tam oto śpią koledzy jego serdeczni. Coś zapluskało opodal. Teraz znowu jakby głowa ucięta — oczami gorejącymi przewraca. język siny wyciąga. posuwał się mozolnie naprzód. Teraz tylko przez polanę przeskoczyć. będzie polemizował z ABSOLUTEM. wypoczywają przed jutrzejszym pisarskim znojem.. śmieje się. Odwagi! Byle tylko na brzeg wysoki się przedostać! Otó i brzeg. Gdy wspiął się na zbocze. Za nim dąb olbrzymi. co przyszła skądś. a kiedy obłoki wełniste. Brzana? Kurka wodna? A mo e. Serce mu się ścisnęło. 123 . Opiera się oń plecami. Wyszarpnął swojego wiernego Watermana i oburącz go ścisnął. Obóz pozostał daleko w tyle. pełną usterek i słabości. Pierwsze skrzypnięcia chy ych piór rozległy się w dąbrowie. kosmate. Stado chmur właśnie przemknęło i rzeka zalśniła tysiącem wę owych łusek. na powrót noc czarną czyniły. Choć nie ma ju nadziei — nie podda się. pracę swoją literacką. widoczny ju tylko po nielicznych ogniach. ale przecie ludzką. Przynajmniej od tyłu coś go określi. lampę swoją łagodną. Wspomniał pisarz swój gabinet zaciszny. z prochów gwiezdnych. Lecz co to? Rozstępują się chmury? Księ yc wyłania się swoją ohydną pełnią i na jasnej polanie powieściopisarz stoi oko w oko z ABSOLUTEM. Cofa się powieściopisarz.

124 . nieprzezroczystych kopertach. Nie mówiąc nic nikomu wykonałem swój zamiar. Koperta nosiła tylko mój adres — brak było adresu nadawcy — i stempel pocztowy znanej miejscowości. Nie byłoby w tym nic szczególnego. ale więcej osób. eby to mógł być art. Mogło się zdarzyć. gdyby nie dziwaczna treść tego listu. czy list jest t a k i . w pociągu. jaką radość sprawia człowiekowi ta chwila. I datę. Ale skąd wiedziano. oczekiwania. dotknięty. e znowu znajdę pustą kartkę. — To chyba nie roztargnienie. skorzystałem z pierwszej sposobności i pojechałem do tamtego miasta. wrzucając list do kosza. Ale data stempla świadczyła. Otworzyłem ten list odruchowo. W ten sposób otrzymałem jeszcze trzy dalsze czyste kartki papieru. wyglądałem podejrzliwie na perony. a tym samym pozbawić mnie sensu ycia. Rozerwałem kopertę jak zwykle i znalazłem białą kartkę papieru. nie znajdował się w pokoju i nie mógł być świadkiem manifestacji. e ktoś. którzy swoim zachowaniem się. wewnętrzny u ytek. i pieczątkę mo na sfałszować. Rozumowałem tak: je eli art wykluczony. niepowściągliwością twarzy. a raczej brak treści. e list czekał ju na mnie od wczoraj. unoszącym mnie z powrotem. e dałem się nabrać. a tak e kilka następnych dni. Postanowiłem nie otwierać więcej t a k i c h listów. napisze do mnie list stamtąd. nie zapisaną ani z jednej. obel ywego rozczarowania. Z pieczątki równie wynikało. W parę dni potem otrzymałem taką samą przesyłkę. bo trudno się było spodziewać. mógł się znajdować prześladowca. Byłoby co najmniej nierozsądkiem przez jednego trefnisia pozbawiać się kontaktu ze światem. widocznie czułem się w głębi duszy ośmieszony swoją niewczesną ciekawością. e tu przyjadę? Portier twierdził. jak gdyby w tłumie podró nych. Gest był więc na mój własny. w którym się zatrzymam. Ale jak się przekonać. A jednak to była znowu pusta kartka. kto naprawdę miał mi coś do powiedzenia. e ktoś postanowił oduczyć mnie brutalnie wszelkiej ciekawości. Liczyłem. raczej głupi dowcip — powiedziałem z niesmakiem. Poni ony. przyznają się do autorstwa tych dolegliwych listów. ale tylko nam spomiędzy wszystkich ludzi przeznaczoną przesyłkę. powiedział: — Jest tu coś dla pana — i sięgnął do przegródki po list. Rozdra niony. zaledwie pociąg stanął. kiedy odbieramy z rąk listonosza jeszcze nieznaną. więc co? Na to pytanie szukałem odpowiedzi jeszcze tej samej nocy. ani z drugiej strony. e mnie nabrano. nie otwierając go najpierw? Większość listów w ogóle przychodziła w jednakowych. Kiedy w hotelu przystąpiłem do formalności meldunkowych. Za wielki nakład wysiłku i przedsiębiorczości. Wszyscy wiemy. Ale ta miejscowość była dość du ym miastem. Ju na dworcu. Czyjeś roztargnienie albo głupi art. e list był wysłany dwa dni temu. Nie zwrócono go. Za ka dym razem doświadczałem tego samego. art nie wchodził ju w rachubę. portier. Ów gest umyślnej pogardy. e znam nadawcę i sam podałem mu nazwę hotelu. którą właśnie przed paroma godzinami opuściłem. zupełnie czystą. To nic. Będę je poznawał według miejscowości na stemplu pocztowym — pomyślałem. sądząc. Przeprowadzenie tak zło onej operacji wymagało udziału nie jednej. czyli zabić. usłyszawszy moje nazwisko. e mo e spotkam znajomych. e list nadano w miejscowości. Przeciwko komu go uczyniłem? Przecie nadawca listu. Nie art.Sławomir Mro ek – Opowiadania NADZIEJA Pewnego razu otrzymałem list. Zresztą nadawca był nieznany. Portier równie mógł być z nimi w zmowie. Jestem śledzony — pomyślałem od razu. czy zwyczajny. zostawiając mnie pozornie ywym i unikając w ten sposób śledztwa i kary. ruchów czy języka zdradzą się. autor artu. wy szości i dystansu wydał mi się od razu podejrzany. niekoniecznie przecie mieszkańców tego miasta. Mogłoby się wydawać.

protekcjonalnym uśmieszkiem — nieśmiała i namiętna zarazem. które uka e się dopiero pod wpływem odpowiednich odczynników chemicznych! Zerwałem się.. Nie. pełnej za enowania i dobrego humoru. Przewodnik.Sławomir Mro ek – Opowiadania to odpada mo liwość. które mogły kierować nadawcą. Zobowiązanie bez ograniczenia.. nieznana mi kobieta adresowała do mnie te puste kartki. sam w sobie. w miarę jak otrzymywałem dalsze puste kartki. który nie dawał się złapać za rękę. Nawet najbardziej onieśmielony podlotek mógł wysłać ukochanemu jedną. e list nic nie znaczył. Bo była w nich przecie jakaś wiadomość. być mo e całą organizacją.. Siedzieliśmy zaczajeni na małej wysepce. potrzebowano. byle jakie. rodzaju. Ju sam fakt. bez intencji. mo e wezwanie. a powstrzymywana wstydem. Przyjąłbym chętnie nawet obelgi.. w jednym z najdalszych zakątków kraju. Sympatyczny atrament! Pismo utajone. aby nie nale ało wątpić. przysłonił oczy dłonią. Nieśmiałe wyznanie miłosne? Ale tak! Mo e powodowana potrzebą wyznań. e ka da pusta kartka papieru zawierała w zamierzeniu jakąś treść indywidualną. mo e polecenie. byle artykułowane. najwy ej dwie takie kartki i nie powstrzymałby się przed mniej aluzyjnym wyznaniem w drugiej albo w trzeciej. Szanta ! Nadawca domagał się okupu. Trzeba więc powrócić do mniemania. mo e czegoś ode mnie chciano. — myślałem z lisim. niestety. kto rozporządza takimi środkami. Co noc barykadowałem drzwi. czy to jest sprawa serca w ogóle. przymus bez rozkazu — to bardzo męczące. A uświadomiłem sobie. 125 . to.” Miałem widać do czynienia z wytrawnym gangiem. słońce zachodziło i nadciągał klucz wodnego ptactwa. je eli nie przedsięwezmę odpowiednich kroków. które miało się odbyć pośrodku wielkich bagnisk. to nale ało dojść do określenia ich natury drogą wnioskowania o psychologii pobudek. Kompromis między uczuciem a przyzwoitością przybrał formę in blanco. Dobre samopoczucie ustąpiło. nie zasługuje na to miano. ka da inną. ądano. Ten radosny nastrój rozwiewał się stopniowo i opadł zupełnie. ale ja nie mogłem temu sprostać i czułem się winny. e je eli nie zastanowię się nad tym wszystkim trzeźwo. znający na wylot obyczaje zwierzyny. czego właśnie nie mogłem przeniknąć. pustych listów było napisane chocia : „Ty. Nie były to prymitywne. które poraziło nawet kobietę tak nieprzeciętną. Je eli zawiodły próby dosłownego ich odczytania. Dlatego skwapliwie przyjąłem zaproszenie do wzięcia udziału w polowaniu na dzikie kaczki. Tym niezwyklejszy przypadek! Jak silne musi być uczucie. e tak dłu ej nie mo na. perfidii i ostro ności złoczyńców. e kartki były czyste. świadczył o sprycie. ktoś. ile w tym uroku. Odpowiadało mi ycie pełne trudu i emocji oraz brak jakiegokolwiek urzędu pocztowego. a jednak dzięki samej swojej istocie zobowiązywały mnie do czegoś. nic więcej. jakich jeszcze znaczeń doszukam się w tych niemych listach. A jednak musiały ukrywać jakieś treści. Pojawił się strach. Mała? Zastanowiłem się. Kupiłem sobie nowy krawat i przez dwa dni nuciłem przy goleniu. O. To odkrycie bardzo mnie pocieszyło. Wobec nieznajomej odczuwałem pewien rodzaj yczliwej pobła liwości. e zaczynam padać ofiarą własnych majaczeń. To jakaś wielka dama. gdyby w którymś z kolejnych. Próby laboratoryjne wykazały niezbicie: to były tylko czyste kartki papieru. ktoś na skalę międzynarodową. — Biedna mała. Przede wszystkim nale ało na jakiś czas uwolnić się od nich. e był tylko środkiem. gówniarzu!” — od razu poczułbym się lepiej. Trzeba sobie kupić jeszcze kamaszki. kulfonowate pogró ki w rodzaju: „Je eli pan nie zło y tam i tam sumy takiej a takiej. Po tym obszarze wielkości sporego województwa mo na się było poruszać jedynie czółnami. to kto wie. zamieniło ją w pensjonarkę. Za długo ju trwał ten flirt. Wtedy nasunął mi się domysł zupełnie innego. Te listy nie mówiły nic.

Dlaczego by miało coś być tym razem? Nie było nic.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Dziwne — powiedział wreszcie — nie dałbym głowy. Le eliśmy przy roznieconym ognisku. dobywając całej umiejętności. Nieznacznie zacząłem się czołgać w stronę czółna. czy kłamię. Było ju prawie ciemno. Spłoszone kaczki zmieniły kierunek lotu i zniknęły za horyzontem. Koledzy. ale nie mogłem się równać z orlą spostrzegawczością strzelca. Ceratowy woreczek uchronił ją przed zamoczeniem. Brodziłem. Wytę yłem wzrok. Nie otwierając. — Hej! To do ciebie! — zawołali koledzy. czy ten przedostatni. po ramiona. machając niebieską kopertą. ebym mógł się łudzić. Nie tracąc czasu zamieniłem lornetę na strzelbę i. przeklinali mnie głośno.. Wszedłem do wody. wypaliłem. Słońce ju zaszło. to była ta sama koperta. mo e tam nic nie było. A je eli? 126 . nie — odparłem i nagle uświadomiłem sobie. Pochwyciłem lornetę i skierowałem ją na ptaki. poszedłem na sam brzeg. Zbyt dobrze znałem ju charakter pisma. e chcę przeczytać list na osobności. papierki rozmiękły i poszły na dno. No có . kiedy rozległ się plusk przy brzegu. Zerwałem się i pobiegłem na brzeg. wplątały w korzenie wodnych roślin. Udając. podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny. Gołąb wypadł z klucza i wirując bezwładnie zginął w wodach jeziora daleko od wysepki. zapadałem się po pas. to dzika kaczka. — Czy to coś wa nego? — zapytali mnie towarzysze. Ściemniało się z ka dą chwilą. Za późno. zafalowały oczerety i wygrzebał się z nich mój poczciwy wy eł niosąc w pysku martwego pocztyliona. którym je wszystkie adresowano. na pewno nie. Tak. — E. e nie wiem. leniwe prądy rozniosły je po jeziorze. którym mój przedwczesny strzał zepsuł polowanie. z lewej.. Jako przedostatni z lewej leciał gołąb pocztowy. czy te mówię prawdę. gorączkowo rozgarniałem trzciny.

— Nie popadajmy w histerię — powiedziałem do siebie o zachodzie słońca. e w razie czego damy sobie z tym radę. Niedbale wyciągnąłem dłoń za siebie. Dorosły pies. lojalny. e zimny nos delikatnie. Jego zgryzota rosła w miarę zbli ania się wiosny. zaczął skakać koło mnie radośnie i przepraszająco. osiągnęła takie natę enie. a w oczach lśniło mu podniecenie i determinacja. dokładnie w chwili. Dopiero kiedy padłem na czworaki. o wyrobionym poglądzie na ycie. co cieszyło mnie tym bardziej. apetycznej trawki. na szczęście. — Ej. W tym celu kupiłem psa całkiem małego. jak tę eje mu kark. Celowo nie nabyłem nosoro ca ani hipopotama. Źle sypiał. Piesek chował się dobrze. niestety. jak zwykle. — Ostatecznie instynktu nie mo na stłumić zupełnie. kotki i pszczółki. kiedy jego przodkowie uczyli się pilnowania owiec! Wodociągi. Rozczulają nas tylko małe pieski. im szczerzej podziwiałem wy szość jego organizmu. Sprzedawca. przydałaby 127 . bo szczeknął na mnie krótko. Liczyłem na jego młodość. przepysznie rozwiniętym owczarkiem o elaznym zdrowiu. Poprzez drzwi. powiększa się wzrost. I teraz dopiero. Szczególnie zaś znaczna ró nica między nami na jego korzyść zaszła w uzębieniu. tkwiło w sferze psychiki. Pewnego ranka siedziałem. kanalizacja. Czerpałem z tego pociechę w chwilach załamania. wyprowadził mnie do ogrodu. potę nieją barki. Ile to wynalazków poczyniła ludzkość od czasu. skrystalizowanych sądach i znajomości charakterów.. szeroko otwarte na ogród. e nie mogłem ju patrzeć na jego cierpienia. napływało łagodne powietrze. pełnymi teraz niepokoju. Ale. oddany. Postępując za mną krok za krokiem. Czasami kładł mi głowę na kolanach i długo patrzył w oczy. słowem wszystko to. szczeniaka. niosąc zapach poruszonej ziemi. Wzruszał mnie bardzo i wzbudzał uczucie tkliwości. ale nie wiedziałem. ty. A przecie był ju dorosłym. Stał się wielkim. Wtem poczułem. Tam odbyła się jeszcze krótka walka. Poniewa ja sam ju dawno przeszedłem przez zenit rozwoju biologicznego — z pewną zazdrością patrzyłem. myśląc. ujawniła się w całej pełni poczciwość jego natury. Chciałem. o czym wiemy. e zadowolę go zwykłym drapaniem w okolicy ucha. ywy i wesoły. e bardzo znacznie przewy szał mnie sprawnością fizyczną. z końcem ostatniej zimy. A kiedy pierwsza ruń pokryła skwery. Mę niał w oczach. Spełnione yczenie doskonałości daje nie zawsze po ądane rezultaty. eby nie zostać zepchniętym z krzesła. — Co to za figle od samego rana! — I podskoczyłem przera ony. mógłby powziąć jakieś podejrzenie. kiedy osiągnął dojrzałość. otrzepując spodnie i wycierając ręce pobrudzone ziemią. eby był moim wiernym przyjacielem. niewidoczny dla sąsiadów. Miał na tyle delikatności. Był wierny. ale stanowczo trąca mnie w plecy. uległy. Pies był zupełnie mały i słaby. coś go zaczęło dręczyć. Pies był z rasy owczarków. e wybrał najdalszy kąt. wzdychał. e ja chciałem zachować pozycję stojącą. co go gnębiło. jak mu pomóc. który gwarantował za czystość jego rasy. Nie było ju co ukrywać. mocnym psem. Nie wspominając ju o postępie filozofii. wstałem. Nacisk nie ustępował. rozpogodził się. w której chodziło o to. nie wykazywał adnych niepokojących objawów. co słabsze. bijąc mnie na głowę zarówno siłą jak i szybkością. Widocznie to. zachęcał mnie do niej niedwuznacznie. okazał się uczciwym człowiekiem.Sławomir Mro ek – Opowiadania WIERNY STRÓ Po zawiedzionej miłości kupiłem sobie psa. Chciałem przecie prawdziwego owczarka. Wszystko. Bardzo mnie to martwiło. w swoim gabinecie. Pod jego brązowymi oczami. najwidoczniej pragnąc przekazać mi swoją troskę. ty! — pogroziłem mu palcem. pojawiły się cienie. Wynik był z góry przesądzony. wstając ze zdrętwiałych kolan. Co chwila dotykając nosem świe ej.. opiekuńczość. podczas gdy on zmuszał mnie do przyjęcia pozycji horyzontalnej. rozkazująco.

swojego przywiązania? We własnym sumieniu wywiązuje się ze swoich obowiązków bez zarzutu. kto by mi mógł zakłócić tok medytacji. czy ktoś się nie zbli a. nie zauwa ane — wszystko to sprzyjało rozmyślaniom i pracy koncepcyjnej. zdopingował go do jeszcze większych starań. Czy wolno go za to potępiać? Traktować to inaczej byłoby czystym okrucieństwem. e jakiś prostak. dość zasadniczy. mo e nawet stosując drastyczną przeciwakcję. 128 . nieinteligent. spokojne nachylanie się w ciągu długich godzin nad trawą. Mieliśmy ustaloną godzinę wypędu. Cechy moralnie dodatnie. To niezawodny instynkt wskazał mu drogę doskonalenia się w pasterskim rzemiośle. Zaś jego wkładem do naszej spółki był instynkt i szlachetne przywiązanie. jak jeden po drugim uciekają przed jego wcale nie pró nymi groźbami. nie docierał do mnie w czasie wypasu nikt. jak: poczucie obowiązku i chęć słu enia — okazały się silniejsze od szacunku dla pana. Szalał z radości.Sławomir Mro ek – Opowiadania się odrobina jakiejś skazy. jaką ja reprezentowałem. jak się uło yła. Mo e to była kwestia zaostrzonej ambicji z jego strony. Rytmicznie jednostajne. a więc spoczywa na mnie odpowiedzialność wobec ni szych stworzeń. tak znaczny. e musiałem uczynić ten jeszcze jeden krok. Stał się na powrót psem tryskającym radością ycia z urodą prawdziwego owczarka. no. znajomych. Z mojej strony grała rolę miłość do zwierząt oraz przywilej istoty myślącej. ruch ziemi i gwiazd. Je eli uznał. udaję jedynie odgryzanie i prze uwanie jej smakowitych pędów. Obiegał mnie umiejętnie. Odpędzał listonoszy z pilnymi depeszami. e. czy w ten sposób nie okazuje mi. najczęściej. A poza tym — jak e wielka i korzystna zmiana zaszła w jego wyglądzie i samopoczuciu! Ju to samo choćby było dla mnie dostateczną nagrodą. A w końcu ju od dawna był o wiele silniejszy ode mnie. ale ju za późno. gdzie o adnych owcach nie mo e być mowy. niesłusznie. buszując na pozór łakomie wśród traw. oglądanie z najbli szej odległości tajemnic mikro ycia. pilnie wietrzył. Od tej chwili przypatrywał mi się z bliska i tak bacznie. Było to jednak posunięcie nierozwa ne. Ukryty za krzewami patrzyłem. eby go ucieszyć. Jednak przy tak rozbudowanej jaźni. w warunkach nienaturalnych. rzecz musiała się uło yć tak właśnie. Obawiałem się jedynie reumatyzmu. Zresztą. udając. Po to została mi dana świadomość. Więc nie robi tego tylko dla siebie. szczere odruchy stworzenia pozbawionego tych darów. ale wtedy właśnie wykrył. Mo liwe. które tak bujnie pleni się pod naszymi stopami. e jestem zajęty jakąś kępą mleczu lub szczawiu. która. Poza tym. anga ujący mnie ju całkowicie w pełną realizację naszego związku. najlepiej jak umie. którzy przyszli uciąć pogawędkę. przybrałby wobec tej sprawy postawę mniej subtelną. Jestem istotą myślącą. pozwalał mi zabierać płaszcz nieprzemakalny. Je eli padał deszcz. podświadomość i nadświadomość. normalnym okazem. Liczyłem nawet na to. dzięki jego czujności rasowego stró a trzody. e na wypadek wojny odpędzi tak e posłańca z kartą mobilizacyjną. a yje w mieście. odruchowo odmówiłby psu. znęcaniem się nad zwierzętami. Wracaliśmy do domu równie z regularnością wyznaczaną odwiecznym zajęciom pasterskim przez rytm przyrody. W ten sposób doszliśmy do porozumienia. Pies jest zdrowym. dostarczonych jej przez boski aparat świadomości. kieruje się według skomplikowanych wytycznych. Wielkie usługi w tym trudnym okresie oddawało mi studiowanie doświadczeń wegetarianów i lektura dzieł fachowych o paszach. Mój postęp. Moja praca zawodowa nie doznawała uszczerbku. Wyrobił się smacznie od czasu pierwszych prób. rozumiejąc zło oność zjawisk. kupiłem sobie dzwonek na szyję. na drodze do naszego wspólnego ideału. Obserwowałem go niejednokrotnie. e za długo przebywam w jednym miejscu ze szkodą dla obfitości i konsystencji mojego po ywienia — przepędzał mnie troskliwie na inną połać ogrodu. a ebym odpowiednio umiał przyjmować proste.

Trzeba przyznać. 129 . Ale za to jaki spokój spłynął na mnie. Właśnie wypasałem się. Wyczerpany patrzyłem na niego. e od razu domyśliłem się wszystkiego. Opadłem twarzą na trawę. ni nam się wydaje. oszukiwał się jako tako pojedynczym egzemplarzem. Długo. nie wiedziałam. e pan ma pieska! — zawołała znana aktorka. kulturalnych. eby powstać z czworaków. Tak. Być mo e. od kiedy poddałem się opiece prostodusznego zwierzęcia-stró a. e rozwijałem się zbyt jednostronnie.. kierowany poczuciem prostego obowiązku i lojalności. Co do mnie. Tak więc. nie wiem — dlaczego. trzoda — oto. e dał z siebie wszystko. Poznałem ją z daleka. Tak. Owczarek spełnił swój obowiązek wiernego stró a. niepokoić. Stado.. morda w twarz. byłem w jego władzy. Raz i drugi napomknąłem o zadziwiającej szybkości.. — To mówiąc. pragnienia. Wzruszałem go najwyraźniej. Być mo e. Była to właśnie ta kobieta. — Mhmmm — odparłem niewyraźnie. chce być z nami. co jest potrzebne owczarkowi z prawdziwego zdarzenia. znajomych i w ogóle wszystkich. Twarz w mordę. — Ach. zanim zdą yłem przeszkodzić. Szła ku mnie aleją. o której przez omówienie wspomniałem na początku. On na mnie. gdy pewnego razu zebrało się u mnie dość liczne grono ludzi powa nych. ale goście tak dobrze się czuli. ni to mszyce. kiedy rozległo się władcze skrobanie do drzwi. Nadmienię o jeszcze jednym wypadku. otworzyła drzwi. Było to przed godziną wypędu. w góry. — Dlaczego pan go nie chce wpuścić? Biedactwo. z jaką upływa czas. Sytuacja stawała się groźna. Po źdźbłach chodziły ni to muszki. Rozejrzał się i taka radość odmalowała się na jego pysku. nie przyzwyczaiłem się nale ycie do zielonej paszy. e miałem ograniczoną swobodę. I dodałem: — Nie ma co. ale teraz zrozumiałem. e mój poczciwiec. — Na halę! — powiedziałem wreszcie ochryple. e z całą pewnością wzbudzam w nim uczucie tkliwości.. ale wiedziałem. wnieść zamieszanie. nie ma co. to prawda. uło yły się stosunki między nami. rozmowa stała się tak interesująca. mną.. e jego wpływy na nowoczesną sztukę sięgają o wiele dalej. — Sądzę.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zauwa yłem tak e. Zapominając o wszystkim podparłem się rękami. wyobraźnię. braciszku. nie wiem: do mnie czy do siebie. Kiedy przestał szczekać i podniosłem głowę. Mówiłem ju o listonoszach. Wiedziałem ju . W progu stał on. ogólnie rzecz biorąc. ale nie zwrócono na to uwagi. Ostatni raz widziałem ją w zimie i teraz byłem zaskoczony jej letnią sukienką. jak zwykle. O zachodzie słońca goście po egnali się chłodno. jakie zaczynałem wydawać od pewnego czasu. e ukradkowo i z niepokojem zacząłem spoglądać na zegarek. — podjął mecenas skubiąc macierzankę. Wywiązała się ciekawa dyskusja. którzy chcieliby przyjść do mnie i zakłócić moje ycie. a był to okres drugich sianokosów i nagrzany ogród pachniał ju jakby latem.. bo jakiś badyl dostał mi się między zęby. — Wracając do El Greca. w alei nie było ju nikogo. kiedy jakaś postać ukazała się na końcu alei. gotów byłem zrezygnować z wypasu. Ju po kilku minutach znaleźliśmy się w ogrodzie. uśmiechając się.. ju zamierzałem sięgnąć do środków radykalnych.. e zawsze dusił w sobie tęsknotę za wielkim redykiem. pobudzać ambicję. o czym świadczyło choćby to beczenie. e adna siła go nie odwiedzie od skorzystania z tej okazji. — Na halę nam iść. nie ustąpi w adnym wypadku. Nie mając innego wyjścia. ołądek ścisnął mi się dokuczliwie. Podniosłem głowę znad soczystej trawy.

Zauwa yłem istotnie bladość dziewczyny. — Za pomyślny twój pobyt w naszym skalnym ustroniu! Jako człowiek 130 . Wśród szumu strumieni i ćwierkania ptactwa dotarłem do miejsca poło onego o jeden dzień drogi od celu podró y. wśród łańcucha szczytów. Słyszałem. Mo liwość spędzenia kilku dni w odświe ającym powietrzu gór bardzo mnie nęciła. jakby ją gnębiła myśl jakaś ukryta. Znu ony drogą obiecywałem sobie głęboki sen. gdy głośna rozmowa słu by na korytarzu kazała mi zamrzeć w bezruchu. czułem ju i widziałem zbawienną ró nicę klimatyczną. Teraz zdziwił mnie jego zapał do strzeleckich czynów. Był to niewielki. Po słonecznym. schludny hotelik utrzymywany przez Szwajcara. chrzęsty i miękkie stąpania. kiedy zbudziły mnie odgłosy jakby pochodu. Odzywała się rzadko. na południu. a tak e zapolujemy sobie trochę”. Uradowany.Sławomir Mro ek – Opowiadania UPADEK ORLEGO GNIAZDA Z końcem marca otrzymałem zaproszenie od księcia. i zasnąłem powtórnie. pysznym humorze i oczekującego z niecierpliwością. — No. Jeszcze będąc dość oddalony od górskiego masywu.. Szwajcar oddalił się pod pozorem gospodarskiej konieczności. Niepodobna było określić wyrazu jego oczu. — Jezus Krist nie dopuść. Obudziły mnie cudowne promienie słońca. dając jednocześnie znak słudze. Ale ledwo pogrą yłem się w lubym odpoczynku. abym. wnet ruszyłem w drogę. To zdanie nieco mnie zaskoczyło. pozostawiając mnie bez odpowiedzi. ale na korytarzu ju nie było nikogo. ciemnej. stanął sługa osobliwy. jak pokojówka mówiła: — Znowu szły i szły przez noc całą.. List kończył się zdaniem: „Pogadamy. Podbiegłem do okna. zresztą tego samego jeszcze dnia miałem ujrzeć dawno nie widzianego przyjaciela. Polował rzadko i tylko w miarę. Rześkość jakaś i słoneczność mnie przenikały. Pogoda była tak piękna. W górach — jak to w górach. chrupiące kroki. gdy przysłaniały je na pół opuszczone. eby uczynić zadość obyczajom swego stanu. tyle. Za fotelem księcia. co wy? — A bo ja wiem? Złe nie śpi. jak orle gniazdo uczepiony najdumniejszych szczytów — pozwalał ogarnąć okiem całą tę krainę wyniosłą a po zachodnie zorze. Nie był to kamerdyner. kiedy próbowałem skierować rozmowę na nocne odgłosy. Uchyliłem drzwi. o ile pozwolą mi na to moje zajęcia w dalekim i zadymionym mieście na równinach — stary orzeł górski zawsze wyra ał się o nich z pewnym lekcewa eniem i pogardą — przybył do jego zamku wznoszącego się wysoko. Wiosna panowała ju niepodzielnie. prawie upalnym dniu powiał chłód od szczytów.. — E. dopóki zmęczenie nie przewa yło ciekawości. Dalekie turnie stały w białym ogniu dnia. Nasłuchiwałem. ale dobrze go znałem. wspartym na dwóch rzeźbionych gryfach. Wzywał mnie. — eby jakiej biedy nie napytać — odpowiedział jej starczy i gderliwy głos odźwiernego. przy śniadaniu. którą ksią ę przedstawił jako swoją siostrzenicę spędzającą w górach wiosenne ferie — dla wzmocnienia zdrowia. Jakoś nie ałowałem zajęć porzuconych w rodzinnym mieście ani trudów podró y. Wieczór ju zapadał. cię kie powieki. Nie widziałem księcia od wielu lat. śniegu ani śladu i tylko szczyty raziły na widnokręgu olśniewającą bielą. mój drogi! — zawołał ksią ę wesoło. stary jeger o twarzy pooranej.. Uporządkowawszy więc naprędce wszystkie moje sprawy. Szajsen. milcząc. ju rzuciłem się do odzie y. im dalej zapuszczałem się w pogórze. aby napełnił pucharki. O ile rozeznawałem się w tej dziedzinie. Niespodzianką była jedynie obecność w zamku młodej panny o wielkiej urodzie. Długo nie zaprzątałem tym sobie głowy. Jako ujrzałem go w dobrym zdrowiu. Po kolacji usiedliśmy we troje przy kominku. Zamek. tak e i później. lecz ulubiony strzelec księcia. na wiosnę wszystkie zwierzęta znajdują się pod ścisłą ochroną. ogorzałej.

— Chyba e po yczysz mi którąś ze swojej zbrojowni. — Mo na i tak. jak wszystko w naturze. stoją wzdłu gościńców. powstają. po naszemu — „wintercwergi”. inni na kozice. wkraczają w krainę chłodu. Jutro na polowanie! — Nie mam strzelby — zauwa yłem. nadtopione. to śniegus. Zauwa yłem. Na pewno w dzieciństwie sam ulepiłeś niejednego. robi się coraz cieplej. porzuca dotychczasowe zabawy i z utęsknieniem oczekuje nowej pory roku. Johann! Jeger szybko dopełnił szklenice. Skruszałe. — Wiesz zapewne — ciągnął. a ka da śnie yca i ka de popołudnie wolne od nauki i zajęć mno y ich szeregi. wcią na południe. a młodzie . gdzie utrzymuje się jeszcze królestwo zimy. Śniegusy z najdalszych stron. — Zapewniam cię. kiedy wracają jeszcze przymrozki — ruszają w daleką drogę. którą czujny Johann natychmiast napełnił — e podczas długiej zimy w całym naszym kraju. — A to dobre! — wykrzyknął ksią ę. e i tej nocy posłyszysz niejedno! — Wuju! — odezwała się panna prosząco. kierują się na południe. Tylko sługa pozostał nieporuszony. próbują walczyć o ycie. ale on w swoim rozbawieniu zdawał się nie zwracać na to uwagi i wołał: — Donoszą mi z dolin. Schneemann. Przyznałem się do niewiedzy o tego rodzaju zwierzynie. e nic nie jest w stanie zadziwić mnie bardziej ni piękność jego siostrzenicy. Im bli ej gór. Zdobią one podwórka i place. Nic jednak nie dałem znać po sobie. znad samego morza. Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez opończę chmur. Niektóre. ze strachem i wstrętem. prowadzone niezawodnym instynktem. ku górom. — Bałwanki śnie ne — domyśliłem się. Tym bardziej muszę go wprowadzić w całą sprawę. Tu opowiedziałem im o prze yciach ostatniej nocy. w górach. we dnie zatrzymują się byle gdzie. aby z nastaniem kolejnej nocy ruszyć dalej. Ale to nazwa dziecinna. wszystkie utoczone z krzepkiego śniegu — trwają w tym pomyślnym i zdrowym dla nich okresie. e przychodzi ich kres i. całują płaty śniegu le ącego wśród świerków i jodeł. za przyczyną rozbawionej młodzie y. — Strzelbę? — zdumiał się ksią ę. — Jedni polują na daniele. zaskoczone wschodem słońca. znudzona długotrwałą zimą. Męska. jak wysoko cenię! Odpowiedziałem dwornie. odstawiając pustą szklankę. — Wuju! — zawołała po raz wtóry piękna siostrzenica. a najsilniejsze okazy przenikają nawet 131 . nie uwierzę. tym ich więcej. e w samej rzeczy rozpoczął się exodus. my będziemy polowali na śniegusy. przebywają setki mil. — He he! — wołał podochocony ksią ę. parowach i zagajnikach.Sławomir Mro ek – Opowiadania z równin zadziwisz się tu niejednym. w ka dym mieście i siole zastępy śniegusów. e zawiodę jego oczekiwania. jakby nagłe zimno ją przeszyło. jakby nie przed człowiekiem. Tym razem ksią ę zwrócił się do niej: — Moja panno! Zaprosiłem przyjaciela na polowanie i nie spodziewasz się chyba. Jedne okazałe i kunsztowne. Śniegusy dobrze wiedzą. łączą się teraz w gromady. w miejscach ocienionych. z dala od jakiejkolwiek zbawczej osłony — giną. nawet pewne tajemnicze zjawiska. Na to ksią ę trzepnął się po udzie z wielkiej uciechy. Ale oto zbli a się wiosna. ale aden szlachcic nie mo e się pochwalić tak wyszukaną rozrywką: na śniegusy poluję tylko ja! Ja — i moi goście. ze środkowych równin. dla igraszek i figli. a tu. I wreszcie wytrwałość zostaje nagrodzona. Oby zaś nic nie spotkało się ze zbytnią surowością twojego osądu. Wędrują najpierw pojedynczo. łowiecka nazwa. który wiesz. ale inną jakąś istotą. ale inne idą niepowstrzymanie naprzód. ksią ę. — Śniegusy? Nigdy nie słyszałeś o śniegusach? Nie. — Nie. Co więc robią? Nocami. e za jego zbli eniem panienka wcisnęła się w głąb fotela. zaś panna wzdrygnęła się i szczelniej otuliła szalem. inne niezdarne i prostackie.

wszystko! — zawołała. Znany jest przecie jako największy. mniemając. e poluję na „Schneemanny”. Ksią ę kazał przeprosić za nieobecność — doglądał ostatnich przygotowań przed polowaniem. aby pani zbyt pochopnie i młodzieńczo osądzała swego wuja. jakich często u ywa się do podgrzewania naprędce wody.. uprzednio osaczonego przez nagonkę. — Powiedz mu! Powiedz mu. Zresztą pan. Ledwo wypowiedziałem te słowa. có ? Polowanie. 132 . Często nale ało zapuszczać się w ciemne i chłodne groty. co po części uwa ałem za wytwór jej przesadnej i niepotrzebnej egzaltacji.Sławomir Mro ek – Opowiadania do strefy wiecznych lodów. Siedziała naprzeciw mnie. właśnie pan. powstrzymując mnie ruchem ręki. —— zaczął ksią ę. błądząc spojrzeniem gdzieś poza murami. — Przyznam się. uzbrojeni w prymusy spirytusowe. przybywasz w samą porę.. Wstała i wzburzona przyciskała szal do falującej piersi. w całym zamku szykowano się do wyprawy. Choć nie mam sobie nic do wyrzucenia. Kobiety nigdy tego nie zrozumieją. — Dosyć! — powtórzyła. i podgrzewali go z bliska. nie są takie straszne. — Czy nigdy świat nie dowie się prawdy? — Ale . parzenia kawy lub herbaty. zawsze było uznawane. — Sentymentalne serduszko — roześmiał się ksią ę nieszczerze. e zerwałem się z krzesła. wyprostowana. Nie wstając od stołu mo na było napawać się widokiem najbardziej dzikich turni. nie mówmy o tym. Skądinąd ma on gołębie serce. Strzelcy. najszlachetniejszy w całej Rzeszy opiekun i dobroczyńca sierot. Panna milczała. ju ich po ałowałem. powinien znać całą prawdę. ludzie z miast inaczej zapatrują się na niejedno. e tak. pragnąc rozproszyć to. e przyjaźń nie obowiązuje mnie do mieszania się w jego stosunki bądź co bądź rodzinne. — O tym myślałeś. nawołując mnie. — Nie chciałam o tym mówić. e niczego bardziej nie pragnę. lecz nagle głos jej się załamał i wybiegła z komnaty. nawet przez Kościół. — Jak pani sobie yczy. — Dosyć! — ostry krzyk dziewczęcia rozległ się w komnacie. i przez to skłonić ją do pogodniejszych myśli — rzekłem: — Niepotrzebnie nabija sobie pani główkę tymi strasznościami. a krwisty blask paleniska cofał się przed bladością jej twarzy. e odpowiesz jak prawdziwy mę czyzna! — zawołał ksią ę z widoczną ulgą. na drugim końcu mahoniowego stołu. — szepnęła. Nie ma to jak polowanie na śniegusy. dziecko. Odpowiedziałem. choć nie przypominałem sobie. Prawie nie tknęła po ywienia. które.. Czasem z dziedzińca dolatywało wesołe pokrzykiwanie hajduków. W jednej chwili jej twarz zmąciła się tak szczególnym wyrazem. jak polowanie — odparłem. — Och. — Johann! Ale wesoły nastrój ju nie powrócił i wkrótce rozstaliśmy się. Polowanie byle uprawiane według pewnych zasad.. — Wiedziałem. Śniadanie podano w sklepionej sali.. Powodowany nie tyle przyjaźnią do księcia — gdy uwa ałem. nacierali na „Schneemanna”. Następnie ksią ę opisał mi technikę polowania.. ycząc sobie dobrej nocy. aby kiedykolwiek przedtem wspominał mi o swojej siostrzenicy — ile współczuciem dla młodej osoby. abym zawczasu powściągnął surowość mojego sądu? — zapytałem. — Dobrze — powiedziała spokojnie. szczególnie ulubione kryjówki śniegusów.. ale skoro pan sam poruszył sprawę tych sierot. dalibóg. Po wczorajszym uniesieniu pozostała jej tylko bladość. — No. i potrzebna jest jej pomoc. ale nie chciałbym. Wtedy radosne o ywienie ogarnia naszą łowiecką dru ynę. — Ma mi to za złe..

trzy? Tam lepi się bałwany od świtu do nocy. którego. Milczenie przeciągało się. Piękny to był widok. A czy pan wie. e olbrzymi śniegus. Wystraszone. wyjechał przed bramę. ukartowana od samego początku. nie tyle do mnie. Rumieniec z jej twarzy ustąpił znowu bladości. co się dzieje za murami tych sierocińców? Ledwo szary. Nietrudno się domyślić.. z nutą podziwu. by dokonać ostatniego przeglądu kawalkady ruszającej na łowy. Nagły rumieniec oblał jej policzki. Niespodziewanie dla samego siebie zapytałem: — Czy pani powiedziała mi wszystko? Nic nie odrzekła i wyszła z pokoju. Nagonka ruszyła ju wcześniej. jak mówi wuj. gdy pod sklepieniem ukazała się szczupła figurka na pysznym gniadoszu. Pod komendą opiekunów i wychowawców. wuj jest opiekunem sierot. dlaczego? Czy zdaje pan sobie sprawę. Do sali wpadł Johann w poszukiwaniu księcia. Słońce lśniło w miedzianych kolbach prymusów. dobrowolnej zabawy. Strzelcy i doje d acze wysypywali się z zamku barwnym korowodem. nie dowierzając własnym oczom. Zatoczyła koniem. zakradł się i zamknął w lodówce. ciepły poranek zaskoczył na drodze. Minął nas ostatni jeździec. to. Podnieceni kucharze donieśli. omdlewają dziecinne rączki. gra przypadku. Przemarzają.. Na pró no szukałem w jej rysach czegokolwiek. ślepo oddanych wujowi. ani opanować swojej radości. co by przypominało ją z naszej tak niedawnej rozmowy. jak grzeje! Wołania te płynęły i powtarzały się echem a po odległych zboczach. — Sadysta? — dokończyłem. wychodzą parami na dwór. e panienka dotąd nie brała udziału w polowaniach na śniegusy. z krótką tylko przerwą na obiad. Po całym kraju rozsiane są zakłady opiekuńcze jego imienia. śniegusów. Ju mieliśmy obrócić końmi i pognać na czoło.. ile do panny. odziana po męsku. Szli przodem naganiacze. Umilkła. opisując wczoraj wielki imponujący pochód tych białych straceńców. w zgrabnym toczku na głowie. e uda mu się tam pokrzepić siły i dotrwać do następnej nocy. iglastych. Ze śniegusem w lodówce nie robiono wiele ceregieli Nawet jej nie otwierając ksią ę kazał ją podgrzać z zewnątrz pakułami nasyconymi smołą. widać. wystarczyłyby do zaspokojenia tych. ale zapomniał dodać. gdzie w zielonych..Sławomir Mro ek – Opowiadania — Tak. a zetknęły się nasze strzemiona. przykładając dłonie do ust i pohukując: — Ciepło! Ciepło! Rany Boskie. naturalnych bałwanów lepi się w ogóle? Wuj nie kłamał. miękko kładło się na ciepłych kocach doje d aczy. Polowanie zaczęło się. podczas zwyczajnej. a w głębi parków. jeszcze silniejszej ni wczorajsza. namiętności wuja? Ile ich przecie ginie po drodze! Ile takich zwyczajnych. mając mnie u boku. To rzeź. bezlitosna pobudka wyrywa dzieci ze snu. Johann oddalił się. To ju nie zabawa! Ile bałwanków mo e ulepić dziecko dla igraszki? Dwa. To nie szlachetna walka człowieka z elementami natury. na obszarach umyślnie ogrodzonych i przeznaczonych na ten cel. — Krucyfiks! — zawołał ksią ę pod nosem. głębokich gęstwinach kryły się śniegusy. od stworzenia ofiar samych. Pan myśli. Wtedy zaszedł niespodziewany wypadek. a sam. zdradzało stan jej obecnych uczuć lub zapowiadało cokolwiek w przyszłości. Ksią ę nie był w stanie ani ukryć. lepi się je na gwizdek i rozkaz. e śniegusy lepione w kraju. Zaczyna się lepienie bałwanów ze śniegu. — Wyjątkowo du y i biały — stwierdził Johann obleśnie. kierując te słowa. ponad 133 . zimowy świt rozjaśni podwórza. który nie tyle sam w sobie wydał mi się wa ki. kto stoi za tym wszystkim. jak mi się zdawało. szyję i piersi. przez całą zimę rosną szeregi wcią nowych i nowych śniegusów. ile pewne jego okoliczności. licząc pewnie na to. Dlaczego nagle zmieniła zamiar? Nie wyjawiła nam tego.

ciepło! Rany Boskie. o mocarnej. na ostrym. przystępowali i kończyli dzieło. Dalszą drogę. Ogromny. Stał tam ktoś. niewyraźne jeszcze wołania nagonki dolatywały nas zza przeciwległej ściany jodeł. kulistej głowie. lecz podnosiły się z bezpiecznych. przechylał się z kulbaki i narzucał na niego ciepły koc. wznosił się między czarnymi oczami jak amarantowy grot. Ale zanim rozległ się syk topionego śniegusa. nie głośniejsze na razie ni uroczysty szum lasów. Wiosenny krokus przebił mu się przez śnie ny odwłok czyniąc go kaleką. w którym ten prę ny kwiat. Cała głowa. bezradnie oczekiwał spełnienia swego losu. Dotarliśmy na skraj lasu i zastygli w nieruchomym. Gdzieś tam. z boku. mosię ny. nie zsiadając z konia. ciepło! — odkrzyknął ksią ę z całych płuc. zdolny przebić najtwardszą powłokę śniegu. Widocznie na ostatnim postoju śniegus niepostrze enie zatrzymał się w miejscu. z dziwnym uśmiechem na wąskich wargach. które tak mnie zaciekawiły owej nocy. którzy pieszo. Zbli aliśmy się do ostępów. czerwonej marchwi nie z jakiejś tam sparciałej. Puls bił mi w skroniach. — Idą — szepnął ksią ę ściskając prymus. Dopiero po długiej chwili rozró niłem te same miękkie chrzęsty. Zatętniły w lesie kopyta. który — podczas gdy inne. doje d acz.Sławomir Mro ek – Opowiadania wszystko obawiające się wzrostu temperatury. a do stanowisk strzeleckich. nie sprawdzały wiarygodności tych gromkich oznajmień. le ała polanka. Wśród osaczonych śniegusów zauwa yłem jednego. którzy stawali ze śniegusami oko w oko. nie mogąc się skutecznie odsunąć. W pewnej chwili ksią ę przystanął i tylko za pomocą znaków rozkazał dru ynie podkręcić palniki. grzejąc złośliwie błękitnym płomieniem i ksią ę. cienistych ostępów i ciągnęły w kierunku przeciwnym do nagonki. Byłem bez prymusa. Zasyczał dwupalnikowy prymus. doskonale zarysowanej linii. zupełnie blisko. nadtopiony rosnącą pod tym okryciem temperaturą. Wreszcie zsiedliśmy z koni i oddali cugle masztalerzom. Sniegus. niepokalanie białej łączyły smoliste lśnienie z ową delikatną matowością. jeszcze przera ony okrzykami. 134 . tym samym spełniając yczenie prześladowców. wynurzał się na polanę. nakazaną mu przez naturę. spędzonej w ober y. Jak e był piękny w swym ogromie. doje d acze jak wicher wyskoczyli z gęstwiny od lewej strony. Gdy śniegus. jak grzeje! — huknęły nagle głosy naganiaczy. a za nim dru yna. który. ale wytę yłem wzrok. inkrustowany macicą perłową. Głuche. gdy górował u szczytu polanki. — Ciepło. Przera one śniegusy zaryły się w miejscu. stromym stoku. pokryta śniegiem. mieliśmy odbyć pieszo. — Ciepło. po chwilowym osłupieniu. Nic jeszcze nie słyszałem. zimującej jarzyny. właściwą szlachetnym gatunkom węgla. Po godzinie jazdy ksią ę nakazał milczenie. jakiś cień przesłonił polankę. Ci śmiali chłopcy. na której — na mgnienie oka tylko — cisza zapadła zupełna. kto ju od chwili wpatrywał się w księcia czarnym spojrzeniem. Blask i zaćmienie ostrość powierzchni i mgła głębi — nadawały im niespotykany urok. osadzona na zwartym. stawał się łatwiejszym łupem dla strzelców-prymuśników. wymówiwszy się nieumiejętnością obchodzenia się z tą bronią palną. Spojrzeliśmy wszyscy ku przeciwnej ścianie boru. w galopie. niewiarygodnej wprost wielkości śniegus wyłonił się z gąszczy — jeszcze chwiały się za nim gałęzie. kryli się doje d acze. ławą lub pojedynczo. rozbiegły się po polanie szukając ocalenia — ledwo poruszył się o krok. byli pierwszymi. Nietrudno było dostrzec przyczynę jego opieszałości. skierował się ku ułomnemu nieszczęśnikowi. i stado śniegusów wpadło na polanę. bezszelestnym oczekiwaniu. jodłując. Teraz polowanie wkraczało w drugą fazę. Dwa czyste węgielki kamienne tkwiące w potę nej. pochyleni w kulbakach. w której decydującą rolę grali doje d acze. Długi nos ze zdrowej. dobierani spośród najzręczniejszych i najodwa niejszych. rozpościerali koce. z prymusami o płonących ju palnikach. Przed nami ukośnie. z zachowaniem najdalej idących środków ostro ności. oślepiająco białym kadłubie z litego jak stal śniegu. spełnił swoją powinność. Ksią ę z wprawą i widoczną przyjemnością niósł prymus dwupalnikowy.

Panna nie była jeszcze gotowa.. na pół z niepokojem. wydostały się bezpiecznie z obławy. która. doje d acze i prymuśnicy. spotkaliśmy się znów koło kominka. udając. odciągając go na czas z drogi. biały tuman przyjdzie z gór. przybrawszy postać lawiny. przez sam akt stworzenia choćby — wieczną śnie ystość. uśmiechała się przekornie i buńczucznie. którego nie umiałem nazwać. gdzie powoli wsączała się ciemność. e bałwany były. którego określić nie umiałem. przynajmniej jeśli chodzi o nie. poza sezonem? Robić bałwana i u yczać mu niejako swego ksią ęcego autorytetu. łamać się zaczęły i spiętrzać. nieobecne oczy panny. Przed kolacją. próbował. — Ach. — wskazałem ręką ku górom za oknami. choć ksią ę próbował nadrabiać miną. Nie lubią mnie tu. Nie wiem. nie zabierałbym głosu. wszystkie. rzucili się na boki. Ale dobrze wiesz. na kształt ruchomego wału. podnieśliśmy się z kryjówek. Nieodstępny Johann uratował mu był ycie. mknął ku nam wśród huku i tumanów śnie nego pyłu. te kobiety. Dosyć zresztą. z uczuciem. pod przewodnictwem olbrzyma. w górach. — Wiem wszystko — powiedziałem. ale zaraz powrócił do dawnego tonu i.. Ksią ę zarządził odwrót.. Korzystając z lawiny. ale było ju za późno. a potem. Z drugiej strony mam zbyt wiele szacunku. głośno zawołał: 135 . po to tylko. — Wszystko? — odezwał się na pół z szyderstwem. wirując coraz szybciej. — Widzę. on zaś w pędzie porywał je ze sobą. e przekręciła cię ju po swojej myśli — próbował nadal się bronić. Objąłem kurczowo pień najbli szego świerka.. bezlitośnie je tępić na wiosnę. wyprostowana. staczać się począł na księcia i towarzyszy. zmieszani w dzikim popłochu. zmieszany ze słońcem. nie dowierzając jego naturalnej zagładzie. czy słyszałeś — dodał — e tak nazywają moją siedzibę? Wszystko to powiedział głosem cichym.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Warm! Warm! — wrzasnęli naganiacze. Wśród narastającego huku lawiny ujrzałem szeroko otwarte.. Królewski Schneemann przechylił się jak padająca katedra i z głuchym łoskotem padł na bok. obracając wszystko w art. W jednej chwili drgnęły i poruszyły się połacie zesztywniałego śniegu. Oto zagadnienie: czy moralne jest nie poprzestawać na bałwanach naturalnych. — Po pierwsze: ją wyłączmy z rozmowy. i to rękami sierot. a za mało wiadomości. sentymentalna dziewczyna i egzaltowany protest — o tym. a tym samym obiecywać mu. przyśpieszyć ją płonącą maszynką spirytusową? Odpowiedz? Zamiast odpowiedzieć ksią ę zapatrzył się w okno i dopiero po chwili zaczął wolno. zginie Orle Gniazdo”. — Ale wiem du o. przebrani i odświe eni. W oczekiwaniu na nią odbyliśmy prawdziwie męską rozmowę w obłokach tytoniowego dymu.. jakby nieobecnym. — Masz rację — poprawiłem się. Polowanie. Powrotną drogę przebyliśmy w milczeniu. aby później. nie poprzestaję tylko na łatwych spostrze eniach. kiedy i tak są ju niepotrzebne. raz po raz zapalał się prawdziwą tęczą. tylko o tym mo esz mówić z kim innym. tam. który. stwarzać je.. Znasz mnie chyba na tyle. kocem!. e polowanie na śniegusy. rodzaj przepowiedni: „Gdy wielki. — Nie. jakby ze smutkiem: — Lud wierzy. wiadomo. — Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się powa nie nad tym? Owszem. e nie rozumie. aby nie mieć złudzeń. Wśród gminu istnieje nawet legenda. ośmieszone.. Jeszcze ktoś próbował dotrzymać pola. mój drogi — odparłem. abym. a gdy zima minie. przynosi nieszczęście. ktoś jeszcze zawołał: — Kocem go.. jakimikolwiek powodowany pobudkami. którą przeszły szar ujące śniegusy. obrastał w nie i. Kiedy ostatnie pomruki lawiny umilkły w dolinie.. to nieuniknione. szukające u nas schronienia. e gdyby tylko o to chodziło. — ale ju nagonka. ale powoływać je niejako. hołubić i dogadzać. ze szklankami w ręce. wpatrywała się w kierunku. są i będą.

. nie był w stanie uczynić nam nic złego. tu za nim ksią ę i ja. Migotliwy płomień oświetlił twarz Johanna. W półmroku stała jakaś postać. — A ładnie to tak długo zapominać o chorej! — zawołała artobliwie. na nizinach.. co ujrzeliśmy. Ksią ę. Tylko oczy pozostały te same. Tylko jeden człowiek tam mieszka — Johann. dlaczego ludzie w ober y nie chcieli rozmawiać ze mną o śniegusach. Nic więcej nie wiem. Wszystko taje — dodałem. — Podobno opuścił zamek. — Niech jaśnie pan ka e zwołać dru ynę.. ółtych i okrągłych. — Stać! Ja sam! zawołał ksią ę.. Świtało ju . Ksią ę z garstką wybranych prymuśników wszedł w krainę wiecznego lodu. przywitała mnie yczliwie. w szpitalu. Ksią ę podszedł do niego. e nikt do mnie nie przychodzi? Spojrzałem na ogromny bukiet czerwonych ró w wazonie przy jej łó ku. stopiła się od gorących uścisków dziewicy. zapuścił się w grotę. chcąc przerwać milczenie. — Czasami. Wiatr gwi d e po pustych komnatach. e tylko ktoś niezwyczajny mógł go jej przysłać. Konie dawno pozostały w dole. — Jak to? Nie wiedział pan. a i górale okoliczni nie 136 . tak wystawny. Spoczywała z wdziękiem. Spojrzałem na księcia. Prymuśnicy zbili się w gromadkę. Zapalenie płuc. spoglądając na ró e. Zauwa yłem. węglowe i tkliwe — i nos między nimi z dorodnej. długiej i czerwonej marchwi. który dzisiaj przyszedł z gór. e po raz pierwszy powieki nie zakrywały jego źrenic. podkręciwszy obydwa palniki.. krzepka bryła. Ale w dolinę schodzi rzadko. i pochwyciwszy go za odzie na piersi. nastraszył tylko moich prymuśników! Zrozumiałem teraz. — uzupełniłem. wyznając to w malignie ze stałością zadziwiającą u kogoś. półle ąc. Ale niepotrzebna była mu broń. — Kto tu? — zawołał nagle ksią ę. wspinające się w zygzakach ku niebu. Opuszczone przez wszystkich Orle Gniazdo chyli się ku ruinie. wymagało opieki lekarskiej. Ale jaka zmiana zaszła w tym królewskim „Schneemannie”. Był to ju okres powolnego powrotu do zdrowia. która tak groźnie poczynała sobie z nami na polanie. wymagało raczej hartu duszy ni orę a. e pan uciekł na zawsze! — Nie chciałem przeszkadzać innym w odwiedzinach — odparłem. Przodem Johann. Przed nami otwarło się wejście do groty.. gdyśmy dotarli do najwy szych ustroni. Ogromna. rzekł zduszonym głosem: — Gdzie ona? Ty wiesz! — Wiem — powiedział jeger. Po egnałem się szybciej. — Zabiła go pani — powiedziałem cicho. Odwiedziłem ją znacznie później. z prostotą. kto woła w gorączce. Zaiste.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Ale chyba ty nie wierzysz nieokrzesanym prostakom?! Ostatecznie ten ogromny śniegus. — Nie ma jej w całym zamku. — A. W ślad za nim rozproszyła się jego dru yna. lśniące i matowe. czy nie słyszał pan czegoś o wuju? — zapytała po chwili. Ksią ę rzeczywiście porzucił zamek. widząc te głownie w oddali płonące. — Myślałam. To. ludzie z dolin egnali się w tej chwili zapewne z zabobonną trwogą. które się wywiązało. — Panienka zniknęła — oznajmił Johann. Postępowałem o kilka kroków za nim. Ksią ę porwał agiew z komina i podniósł ją wysoko. Zresztą nie chciała le eć w zamku. ni to było uprzednio w moim zamiarze. Nikt nie umiał udzielić o nim adnych wiadomości. Jeźdźcy z pochodniami posuwali się górską ście ką. Pośrodku groty klęczała panienka. obejmując wodza śniegusów i tuląc do niego twarz.

ilekroć który zobaczy go czasem błądzącego po lesie.Sławomir Mro ek – Opowiadania kwapią się do spotkania i schodzą mu z drogi. 137 .

Z wewnętrznym dr eniem. Nienawiść. e zostawi mnie samego. nasycona pyłochłonną mazią i brudem. e zjawiłaby się w porę i ujęła napastnika? Tutaj nareszcie mogłem odpocząć. a wreszcie stało się nie do zniesienia. e wtedy wezwałbym policję. kiedy patrzyłem na nich. W lokalu było duszno. spokoju. Nawet w dzień panował tam półmrok. za którą dniem i nocą czuwał dy urny sier ant. wtedy przez mgnienie oka miałem rozpaczliwą nadzieję. przewrócić. je eli chwilami policjanci nie mieli nic do roboty. przygotowywałem się na ka de spotkanie. plastykowe kubki. Złodziei. Doszło do tego. Oto nieraz nocą. do wspólnoty. awanturników o muskularnych ramionach. To jeszcze zwiększało mój niepokój. przystosowań. z otchłani miasta. ró noraki sprzęt niezbędny do obozowania i udałem się do komendy policji. e po raz pierwszy doznaję bezpieczeństwa. Lęk towarzyszył mi stale. a z daleka widziałem przybli ającą się postać. Wtedy pomieszczenie zapełniało się od ściany do ściany. Z o ywieniem oczekiwałem ka dej nocy z soboty na niedzielę. Bałem się ludzi. jaką w nich budził mój schludny obozik. a ciemna groźba unosiła się nad nami. których sam widok gdzie indziej przyprawiłby mnie o paroksyzmy strachu. jak nale y. dostrzegałem w ich oczach wyraz męki. choćby pogoda w tym dniu była nie wiem jak łaskawa. urzędową potęgę. skurczem. e czułem się rozczarowany. Okno wychodziło na ślepy mur. Być sobą. e mo e on zawróci. wydawała niemiły zapach. czy jakiś człowiek nie nadchodzi drogą? Niebezpieczeństwo nacierało zewsząd. Zawsze jednak dochodziło do spotkania. całe to moje podręczne obejście. chronionego przez sztuczną. Wyjechać gdzieś — na pustkowie? Ale to jeszcze gorzej. Sadyzm człowieka słabego. czającego się poza przytulnymi ścianami wartowni. Patrzyłem na nich godzinami. których burzliwe fale nocy wyrzuciły tutaj skądś. Kiedy na przykład stałem na jakimś skwerze. tchnące zdrowiem. Tęskniłem za poczuciem bezpieczeństwa tak bardzo. twarz ju składającą się do powitalnego uśmiechu. Podłoga. czystym i higienicznym sposobem ycia. Na ulicy. 138 . pogodą. nawet na schodach. obcas lewego buta był bardziej ścięty ni prawego. zaczynałem czerpać z ich widoku osobliwą przyjemność. nocą naga arówka o bolesnym blasku ukazywała ka dą rysę i plamę na brunatnych ścianach.Sławomir Mro ek – Opowiadania NA BIWAKU Opowiadanie kryminalne Czułem się zagro ony. ale nie zdradzali się ze swoimi prawdziwymi zamiarami. pod czystą białą powłóczką. Będąc człowiekiem wolnym. ka dy mógłby mnie okraść. có nawet z tego. Czego mogłem oczekiwać od ka dego napotkanego człowieka? Narzucali mi swoją obecność po kolei. nawet w pobli u komendy. teraz obezwładnionej. opieki. Có z tego. Byli to przecie zbrodniarze. Kupiłem namiot. zało yłem biwak. Jakie uczucia malowały się na tych twarzach napiętnowanych występkiem i brakiem wstrzemięźliwości. podciągniętą pod brodę. W kącie wartowni. a ja parzyłem turystycznie herbatę w metalowym jajeczku z dziurkami — tu pod nogami ludzi o silnych namiętnościach. Między sztachetami przegrody dzielącej wartownię widziałem stale zakurzone buty sier anta. opodal balustrady. Nie. Nieprawość ogarniała mnie. pijaków. kiedy spoglądali na moje kolorowe pledy. Po to na bezludzie. udręka brutalnej i niszczycielskiej mocy. le ąc na materacu przemyślnie nadmuchanym. oczekujących na ławie swej kolei do przesłuchania. co więcej. nie cieszyłem się tym przywilejem. Tutaj nie tylko ich się nie bałem — byli ujarzmieni — ale. e stopniowo myśl o azylu stała się moją obsesją. uderzyć w twarz. Ale czułem. lśniące rondelki. zawodowe po ądanie. Do wartowni wprowadzono ludzi. rękę ju wyciągniętą. a eby całymi dniami wypatrywać.

139 . e na zewnątrz nie ma wartownika. do czego by to doszło. zaraz wrócę — powiedziałem do sier anta. to on! — krzyczał tamten w celi. — Wychodzę za własną potrzebą. gdyby wierzyć ka demu mordercy! — On. — Tak? — na to sier ant. Myślę. Otwierałem właśnie puszkę z d emikiem konserwowanym. urządzony tak pracowicie — uciekłem. kto zabił? — On — powiedział przestępca i wskazał na mnie. e policjanci chyba zdawali sobie z tego sprawę. Przyczaiłem się na korytarzu. Uciekłem w ciemność.Sławomir Mro ek – Opowiadania Jednej z takich właśnie nocy przyprowadzono pijanego mę czyznę o powierzchowności wyjątkowo odra ającej. Przed chwilą zabił człowieka. szerokie barki. Małpie. Porzucając mój obozik. Mój Bo e. Stwierdziłem z ulgą. — To mo e powiecie nam wobec tego. kiedy go wyprowadzono. oczy ukryte pod nisko nawisającym czołem. — Jestem niewinny — powiedział od razu na początku przesłuchania. — On! Oskar enie było oczywiście niedorzeczne. pełną wilgotnego wiatru i kołysania ulicznych lamp.

codziennemu rytmowi ycia bez perspektyw. na ulicy. Komendant zmierzył mnie spojrzeniem. wśród ludzi umacniających tę wojenną budowlę właśnie trwała kłótnia. zbudowana była z najró niejszych przedmiotów. to nikt cię do tego nie zmusza! — krzyczał wysoki. potem to mycie garnka. e przed moim domem. eby mi przyniósł jasiek. widocznie pragnąc zyskać na czasie. Przywołałem go cichym psyknięciem. natomiast czaszkę macie dosyć twardą. Barykada. Zawsze buntowałem się przeciw szarości. Jej centrum stanowiła ogromna. co o tym wszystkim sądzi. Pomidory. zdą ający do centrum miasta. Słońce wzbijało się coraz wy ej. wysłany tam przez komendanta. Poło yłem się na wskazanym miejscu. I po chwili dodał: — Kto to będzie potem sprzątał to wszystko? Nadjechał wóz z warzywami. wrócił z wiadomością. e białą flagę wywiesił jakiś daltonista. Wszczęto śledztwo. — Strzelać nie umiecie. dłubał zapałką w zębach. Widziałem. — Najlepiej w ogóle nie kłaść się do łó ka. stawiać je na kwaśne. ktoś wywiesił białą chorągiew. Zresztą nie miałem wtedy adnej posady. Garnek te się przyda. Spełniłem rozkaz. — Gdzie mam stanąć? Dowodzący wskazał mu miejsce.. przyło ona arkuszem blachy pancernej. Koło mojej prawej strony sterczały drzwi szafy. Na barykadzie wcią trwała krzątanina. potem wracać. tak się wyśpisz! — Mogę — zgodził się mały pojednawczo. W jednym z okien na drugim piętrze. Musieli ją wznieść niedawno. 140 . nogami dotykałem wypchanego niedźwiedzia. — Do diabła! — mówił wysoki. wzdłu barykady. kapusty. marchwi i kalarepy wzmocniły naszą barykadę. które zazwyczaj trzyma się na szafie. mały człeczyna oparty na długiej strzelbie. Proch kradną ich dostawcy i oficerowie. ebym du o czytał — odparłem. rozsypały się tu i ówdzie. — Co za niespodzianka — pomyślałem sobie. akacjowa szafa. jak to zwykle bywa. Chciałem walczyć. Podwy szyło ją to o dobre pół łokcia. — Pierwszorzędne — powiedział ostro nie dozorca. czy nie?! Zagadnięty. — Tak jest..Sławomir Mro ek – Opowiadania JAK WALCZYŁEM Wychodząc rankiem po mleko zauwa yłem. Kiedy zbli yłem się. — Na śmierć i ycie — dodałem znacząco. Furman przystał natychmiast i wkrótce kosze ziemniaków. Ogarnęła mnie zazdrość. poniewa kant szafy zaczął mnie mocno uwierać w głowę. — Odpowiedz wreszcie wyraźnie: czy chcesz umrzeć za sprawę. — Potrzeba nam inteligentów — uciął komendant. przypatrywałem się do woli moim towarzyszom broni i obserwowałem sąsiednie kamienice. — Poło ycie się tutaj — wskazał miejsce na barykadzie. oni nie podsypują du o prochu. Zamierzałem go posłać na górę. eby dojrzały. Przed bramę wyszedł znajomy dozorca. Patrol. — Pragnąłbym walczyć — zwróciłem się do komendanta. wyglądający na przywódcę. stoi barykada. po prawej stronie. W ostatniej chwili rozmyśliłem się. na targ. Ale nie mo na powiedzieć. z obawy przed dowództwem. e przydzielono mi ju zadanie. Dzień zapowiadał się prześliczny. Ka dego ranka wychodzić po mleko. — Jeśli nie chcesz. Nie bójcie się. Zapytałem go więc tylko. — Inteligent? — zapytał krótko. opalony. — Jak sobie pościelesz. które mogłoby na to krzywo patrzeć. poniewa kiedy wstawałem koło czwartej — jeszcze jej nie było. Podszedł z miną zatroskaną i powa ną. e komendant rozmawiał chwilę z furmanem. Zadowolony. eby ugrzęzły w niej bezsilnie kule siepaczy.

kiedy zza węgła ukazał się pochód. Panorama barykady urozmaicała się stopniowo. bo stary wiarus. — Niech tylko spróbują — powiedział do mnie stary wiarus ruszając groźnie wąsami. podwy szyła się o wał pierzyn i kołder. A tu nie pościel broni mu dostępu. e ogarnia mnie ciepłe uczucie braterstwa broni. Co chwila nadciągały nowe transporty materiałów budowlanych. W ka dym pomieszczeniu ju czegoś brakowało. misia albo kaczuszkę z drzewa. Ka de dziecko niosło lalkę. Jednak tłumaczyłem sobie to koniecznością strategiczną. pokazał mi język. oglądając moje uło enie. Nie nudziłem się. Ustawiły się w dwuszeregu i odliczyły do dwóch. Komendant wydawał się bardzo zadowolony. — W porządku — stwierdził. Wszystkie sprzęty stamtąd dawno ju wyniesiono na naszą barykadę. Potem oddział odmaszerował. łapali muchy albo nieudolnie próbowali grać w chowanego lub rzeczowniki. a wkrótce potem tak e ksią ki z Akademii Umiejętności. ni mo na się było spodziewać. bo z mojego posterunku — jak wiadomo. Jeden z grających. wraz z częścią załogi. — Łotry! — dorzucił komendant i stwierdziłem. Na mój sektor wypadły jednak maszyny do szycia. e myśl o jaśku odrzuciłem ostatecznie jako niegodną. Wróg miał nadejść lada chwila. który zaraz wysłał patrol. Umieszczone w centrum i przeplecione gęsto workami z grysikiem — wyglądały naprawdę imponująco. Jaka konfuzja dla jego generałów! A w konsekwencji — jaka klęska! Według ostatnich wiadomości wróg miał nadciągnąć koło południa. ale właśnie maszyny do szycia. e trafi na pościel. Potem pani wychowawczyni zasalutowała. Zresztą materace ze szpitala nie były najgorsze. Szafa była cię sza. poszedł zarekwirować pościel. — Kanalie! — odparłem z całym przekonaniem. Przy tym robili to. Odszedł do swych obowiązków. a ju nasza barykada sięgała pierwszego piętra. nie mając teraz co robić. ja zaś poczułem się tak dumny. Wzmocnione nimi lewe skrzydło wydawało się teraz nie do zdobycia. Na przykład pod szesnastym. w których — co za uczucie swobody i wyniesienia! — mogłem dostrzec 141 . kończąca się małym skwerkiem z ławeczkami — stamtąd właśnie miał nadejść wróg. dwóch jednorękich grało w szachy. Przewróciłem się na wznak i patrzyłem w niebo. — Ci barbarzyńcy są na pewno gotowi strzelać do was. e przedszkole pragnie się przyczynić do dania oporu wrogowi. tupiąc nó kami. Szachownicę rzucono na wierzch barykady i nie bez satysfakcji patrzyłem. ofiarując swoje zabawki celem wzmocnienia barykady. le ąc na podłodze. Wkrótce pokaźna góra ró ności z której byliśmy coraz bardziej dumni. — Wstańcie i pomó cie przesunąć tę szafę. Od strony wroga uczyniliśmy znakomite przedpiersie z materacy ściągniętych z pobliskiego szpitala. jak jednoręcy. Szło przedszkole z wychowawczynią na czele. Po prawej i po lewej stronie — rynny. Powiedziałem o tym staremu wiarusowi. — Powiedzmy — dowodziłem w duchu — e nieprzyjaciel uderza akurat na mój odcinek. musiałem to przyznać przed sobą samym — uwierały mnie niemiłosiernie. meldując komendantowi. Kiedy ukończyliśmy — wiarus skręcił papierosa i poczęstował mnie. W czasie kolejnej inspekcji przystanął koło mnie. pewnie cichy wspólnik wroga. Liczy na to. Misiami i lalkami wzmocniono prawe skrzydło. Musieliśmy jednak zgasić. Od pewnego czasu nie miałem z kim rozmawiać. Związek inwalidów nadesłał swoje protezy. Le ałem teraz prawie zupełnie wygodnie. Miał na myśli nieprzyjaciół. — Tego właśnie mo na się po nich spodziewać. le ałem stale na szczycie — miałem wgląd w mieszkanie na trzecim piętrze.Sławomir Mro ek – Opowiadania Ledwo uporali się z umieszczeniem warzyw. bo właśnie przyniesiono pergaminy z Archiwum i Muzeum Historycznego. Jak e daleko mogłem ju sięgnąć wzrokiem! Przede mną ulica. Komendant przyjął raport przeszedł przed frontem przedszkolaczków i zapytał. w oknie koło rynny. Nie było jeszcze dziesiątej. Z powodu wzmagającego się upału okna były otwarte. widok miałem coraz rozleglejszy. czy ju przerobiły walkę na bagneciki.

nie chcąc wziąć udziału w budowie barykady. a niechby i siedemnastej trzydzieści. Budziły mnie bolesne pacnięcia w ucho albo w nos. jak dziecko. Stary wiarus zbli ył się do mnie. słoje. — Wszystko chcielibyście od razu. Zrywałem się. gdzie te mo e być w tej chwili mój garnek na mleko. usypiskiem przedmiotów. który się był ukrył. Czasem tylko dowo ono jakieś rzadkie przedmioty. e wróg nie nadejdzie. lśniącym na jego niebiesko emaliowanej wypukłości. słyszałem. — Gdzieś koło drugiego piętra. — Obiecaliście. ale nie wyra ałem tej myśli głośno. pod betoniarkami. Chciało mi się pić. Popołudniowe słońce.. widziałem pracowite mrowisko. — Nic mnie to nie obchodzi — upierał się ten ze strzelbą. — Mnie nie wierzycie? Daję wam słowo. kierowane do mnie przez złośliwość i chęć zemsty — powiększały w jakiś sposób naszą barykadę. To znów widziałem go inaczej: na piecyku gazowym.. Wykryto w niej starszego człowieka. ale wroga. choć oddalona wrzawa. pod ogromnym. e nawet ziarenka grochu. e jest ju po bitwie i widzę mój garnek stojący w szeregu. nieustanna. Być mo e podobne wątpliwości nachodziły mnie pod wpływem głodu. części karuzel elazo. eby nadszedł wróg — nadszedł i rozsypał się w proch przed naszą potę ną barykadą. pocieszałem się zresztą tym. Spójrzcie na mnie. czym rozporządzali: lampy. stromym stokiem. — Co się tu dzieje? — zapytał ostro. Starego wiarusa nie było w pobli u. e przedtem brał ju udział w trzech wojnach i e nogi go bolą. Ja jestem stary wiarus. eby nie być ukaranym za defetyzm. farbkę do bielizny. 142 . Pocieszyłem się myślą. jak poza mną awanturował się człowiek z długą strzelbą: — Nie rozumiem doprawdy! — wołał podniecony. później jednak coraz bardziej natarczywie zaczął mi dawać znaki o sobie. którymi dotąd pogardzano: akwaforty. poza mną. fotografie. Dalej — dachy. a przecie te mi się jeszcze nic nie stało. z bieluteńkim krą kiem mleka pośrodku. to w porządku — zamruczał malkontent. Do broni! — Je eli tak. choćby do godziny siedemnastej. wstą ki. szlam. anteny. który początkowo nieśmiało. Serce rosło na ten widok i prawie yczyć sobie nale ało. a jeszcze dalej — czubki wie kościelnych. mumie. Ruch na zapleczu barykady prawie ustał. Zresztą to nie moja wina. Czasem wprawdzie trapiła mnie myśl. — Głowa mnie boli — powiedział zniechęcony. ale to tylko jednoręcy strzelali do mnie grochem ze szklanych rurek. e od czasu do czasu zapadałem w półsen. a nawet nie ywego wróbla. Wydawało mi się wtedy. lak. bieliznę i gramofonowe płyty. kominy. e plan dowódcy niezawodnie rzucił go w miejsce. dlaczego szafa była tak cię ka. spójrzcie na zegarek! Czy to się nazywa solidność? Sami powiedzcie! Nadstawiłem ucha. przekonany. mleka nagrzewającego się powoli i pachnącego. w dole. nie kończące się szeregi obywateli znoszących. pewne osłabienie — sprawiały. tekturę. e umrę za sprawę. e to ju wróg. tam. Kilkakrotnie te próbowałem sobie uzmysłowić. pchających i toczących na barykadę wszystko. odznaczony za udział w bitwie i waleczność orderem. — Cierpliwości — przedkładał mu stary wiarus. Tymczasem okazało się. zwo ących. — Nie widzieliście gdzie proszków od bólu głowy? — Proszki od bólu głowy są koło maszyn do szycia — przypomniałem sobie. eby wróg nadszedł. le ącym na wysuniętym posterunku. blaszane dziwolągi od wentylatorów. Podszedł do nich komendant. obracające się z wiatrem. gdzie najskuteczniej spełni swoją rolę fortyfikacyjną — do końca. Bardzo chciałem. Chyba ju najwy szy czas. Tłumaczył się. e wróg nadejdzie. Je eli spojrzałem w dół. Rozpra ony niezdrowo całodziennym słońcem.Sławomir Mro ek – Opowiadania odłamki dachówek. choćbym miał sam szturmować barykadę.

Szarpnąłem. Minąłem go w milczeniu. o ile dobrze pamiętałem. potem syczący szmer. Dobierał sobie kapelusz. gdzieś w głębi. Miasto miało zostać bez światła. Najpierw rozległ się cichy stuk. arówki. 143 . wiklinę od trzciny. unosząc mój garnek na mleko. niebieska emalia. Brodząc. uciekałem co tchu w boczną uliczkę. zacząłem ostro nie opuszczać się w dół. W pewnej chwili znalazłem się oko w oko ze starym wiarusem. wzmacniały barykadę gdzieś w samym jej środku. Za mną waliła się barykada.Sławomir Mro ek – Opowiadania Zbli ał się zmierzch. szorstkości i kształtów. wiłem się między jej elementami. a w świetle wschodzącego księ yca błysnęła mi znajoma. gdzie zło a nie przystawały zbyt ciasno do siebie. kiedy. jakby strumienia piasku osypującego się z wydmy. Czasem wpełzałem w głąb barykady. Szukałem długo. skacząc po zewnętrznych wykuszach. starałem się odró nić porcelanę od bakelitu. to znów. dotyk czy węch. którymi odnajdywałem występy i zaczepienia. Widziałem równie komendanta. Pamiętam. Było ju całkiem ciemno. miedź od elaza przez smak. który dłubał coś uczepiony między warstwą betoniarek a maszyną do szycia. Mijałem tysiące powierzchni i zapachów. e. len od wełny. w samą jej treść. skacząc. czołgając się. pomagając sobie palcami nóg i rąk.

mówił. e ju się znacznie poprawiło i właściwie wnet będą wynosić. choć jako były uaw umiał przecie niejedno.. to to będzie u ywanie! Martwiłaby mnie trochę sytuacja u A. się odgra ał. Wprawdzie M. Co najwa niejsze. ale W. Jak gdyby ktoś stawiał litery w ciemności albo co najmniej w mroku. nastały dni błękitne i złotawe. Pozdrowienia. Czasami u ywa skrótów literowych. był to pamiętnik optymisty. więc z okowitą precz. jak Boga kocham! Jednego tylko nie bardzo mogę zrozumieć: dlaczego czterech mę czyzn niesie mnie w drewnianej skrzyni. ale takie rzeczy nieraz się ju zdarzały i on sam. Sabcia rośnie coraz wy sza.Sławomir Mro ek – Opowiadania TESTAMENT OPTYMISTY Pewnego razu. jak mnie spotkał. Wczoraj Wiktor oddał mi pieniądze. słowa bez pokrycia. wszystko ju umówione. argumenty bez podstawy. Treść kartki cytuję: „Wszystko idzie dobrze. Czerstwy jest i opalony. warkocz ma gruby. wujek wczoraj powrócił z Podhala i powiada. Ja myślę. Kataru ju ani śladu. zapisaną pismem nierównym. człowieka. na głucho”. który dostrzegał nie tylko przykre strony ycia. na le ąco. 144 . mówił. eby uszy trzymać do góry. tam był. e te C. po okresie uporczywych deszczów nareszcie zaświeciło słońce. ale starał się naświetlić je wielostronnie. wnet ju ciotuni do ramion sięgnie. Rześko jest.. mówi. Wino tylko będziemy pili. e to tylko pró ne gesty. Rzymianie i Grecy wielką kulturę wydali. Noga Geni zrosła się prawie idealnie. a i to umiarkowanie. kiedy wyszedłem na przechadzkę wśród drzew. ale wcale nie był wściekły i Kawusia śmieje się z tego. Kawusię pies pogryzł. wiatr przyniósł mi pod nogi kartkę papieru. Dach się załata. w zimie te da się załatwić. zresztą R. w intymnych pamiętnikach to normalne. Tyle rękopis. e tak pięknych widoków na okolicę dawno nie zaznał. Jak się okazało. nie znając otępiającego działania spirytusu. z wiekiem przybitym silnie. warsztat będzie uruchamiał. Równie pogoda ustaliła się na dobre. Tatara.

zima w pełni. có dziwnego w tym. bo całymi dniami ślęczy przy mapach. obecnie opustoszały. Rychło rozpoznałem postać wojskowego. e nie jest to pospolity oficer. obserwując sylwetkę w epoletach. na przykład. gałązek i konarów. Szybko jednak pokonałem ten mimowolny odruch tłumacząc sobie. Idąc główną aleją zbli yłem się a ku okolicy. za ywał samotnie ślizgawki. będąc półbykiem. rozbrzmiewający dźwiękami orkiestry. grubo zamarzniętym. od urodzenia — zamiłowanie. Dowód tak wielkich mo liwości samokształcenia i korygowania natury ju po chwili napełnił mnie. e ły wiarz — gdy kreśląc za a urowym parawanem krzewów wawe esy-floresy przybli ył się bardziej w moją stronę — nie nosi zwyczajnego munduru. — A niech tam będzie i sztabowy — achnąłem się. później utwierdzone wykształceniem i rodzajem zajęcia. latem pełen gwaru i śmiechów. Niestety. Spostrze enie to zakłóciło moją co dopiero osiągniętą równowagę wewnętrzną. Choć niedawno minęło południe. Tym bardziej. to tam. Wstąpiłem na podest i melancholijnie spojrzałem w głąb parku. aby fakt. e nic zwyklejszego. — Pięknie ły wuje — stwierdziłem. zmierzch wałęsał się w pobli u. najprawdopodobniej sztabowy. e lubi się ślizgać? Równocześnie jednak palce moje ku guzikom palta się wyciągnęły i sprawdziły. gdy jakiś przytłumiony trzask się rozległ i ruchoma do tej pory sylwetka zniknęła nagle i jakby się zapadła. Ledwo to zdołałem pomyśleć. poniewa z natury jestem mizantropem. Mo e nawet a nazbyt odległą. a więc jednostkę uosabiającą szczególnie zdrowie i tę yznę. Po czym spokojnie oddałem się mojej ulubionej medytacji o silnej woli Demostenesa. miał jakiekolwiek większe znaczenie. ale wspaniałe czyny Herkulesa. a to spowodowało jeszcze większą moją irytację. ale taki jest autorytet władzy. szczególnie na świe ym powietrzu. 145 . ruch wahadłowy i dość szybki. e ślizgający się osobnik jest oficerem. a dwóch brakowało. mimo i wolny umysł zaraz potem mnie znowu w staro ytność przeniósł. Ju po krótkiej chwili rozmyślania te natchnęły mnie nadzieją. za siecią nagich prętów. Lecz wątek nie snuł się ju gładko.. Mo e to i nie była sposobna pora do przechadzki. ani eli ołnierz na ślizgawce i e to adną miarą nie powinno zakłócić toku moich rozmyślań. wobec tego tylko fular poprawiłem. bo przecie nie ma powodu. lecz jest oficerem. Z pewnym wysiłkiem pogrą yłem się z powrotem w staro ytności. która płynnie przemieszczała się to tu. Ja jednakowo umysł miałem pełen obrazów ze słonecznej Hellady. której miłośnikiem stałem się. e nawet w pustyni człowieka pora a. który. jako oczywisty dowód. wę a. nadzieją. bo ju po chwili przekazał mi spostrze enie. migając barwami za arabeską martwych gałęzi. jak zwykle. uwa am się za człowieka wątłego i skłonnego do odosobnionych zamyśleń i dlatego wszelakie rodzaje zdrowej zabawy. rozporządzał demonicznym zasobem sił ywotnych. e nawet ja przy pewnej dozie odwagi będę kiedyś w stanie przezwycię yć wszelkie trudności. Jakiś jednak nerw mojego wzroku działał prawdopodobnie bez mojej woli. Łatwość. e ja. który na niezbyt odległym jeziorku. stanę się wkrótce innym człowiekiem. przy odpowiednich wysiłkach. Tym bardziej e nie uznaję sztucznej hierarchii. ujrzałem jakieś miganie. Nikogo nie było dookoła. Okrągły dach wspiera się na jońskich kolumnach. wtedy właśnie mimo woli zauwa yłem. gdzie pawilon stoi. napełniła mnie podziwem i otuchą. strategię obmyśla. Widok ten wzbudził we mnie odruch pewnej niechęci. sprawiają mi pewną przykrość. rzec mo na.. kładąc sobie kamienie do jamy ustnej. tym razem jednak nie był to Demostenes. bo postać ły wiarza przyciągała moją uwagę. Panowały ostre mrozy. bo sięgnąłem ku przykładom Minotaura. Wtem. e jeden guzik zapięty. — To i co z tego? Sztabowy nawet więcej ruchu potrzebuje. z jaką ten mitologiczny bohater pokonał. ale oficer wy szy. a nie szeregowym.Sławomir Mro ek – Opowiadania MON GÉNÉRAL Zimno było i na zaśnie onych alejach parku nie spotykałem nikogo. który pokonał wadę swojej wymowy. e chodzi tu o wojskowego.

rękę mi podawszy. na podstawie rozmaitych przykładów ze staro ytności.. Oto le ał był przede mną sam nasz Jego Ekscelencja Generał-Gubernator. Trzeba zaznaczyć. Czy ma pan jakieś yczenie? Jak się powodzi? — yć nie jest lekko — ja na to. potem za faworyty i epolety. pękające z tajemniczym gulgotem. twarzą zwrócony ku niebu. oparciem.Sławomir Mro ek – Opowiadania Tu nie było co wiele rozmyślać. jedyne oddychanie. wprost z ula. przedwieczornemu — wtedy dopiero pojąłem wagę zdarzenia. kto by wyciągnął nieszczęśnika z topieli. eby się nie bać zagro enia i ogólnoludzkiej anarchii — ładu szukałem w świecie sztuki. ku miastu wróciłem. Pracuję nad sobą. — To jest dopiero coś. bo wiadomo. jak ze świe o powstałej przerębli wystają dwa rękawy w złotych galonach i palce. — Nigdy nie zapomnę. Człowiek tęskni za opieką. Jednostka słaba jest i w nadrzędności oparcia szuka. — Szczególnie stosunki między ludźmi są niedobre. inaczej mówiąc: nie umiem znajdować się w centrum wydarzeń i najlepiej by było. Nie tyle z potrzeby — Ekscelencja był teraz ze mną — ile z przyzwyczajenia spędziłem w knajpce z bilardem resztę tego dnia. Porzuciwszy pawilon. — Ja to wszystko zapiszę — powiada Ekscelencja i w samej rzeczy pilnie zapisuję w mokrym notesie. zdjąłem kapelusz i stanąłem obok w postawie pełnej uszanowania. a nie prawdziwy. Ale reszta? Czy mo na od ka dego wymagać znajomości antyku? — To znaczy co? — zapytał Generał.. eby wyłonił się ktoś trzeci. czy po mordzie — za przeproszeniem Waszej Ekscelencji — nie dostanie. Nie yczliwi wzajemnie są. kruchość i niezupełność.. Niedołę ne moje mo liwości bytu jako jednostki. a kiedy le ał ju na twardej powierzchni. pomocy znikąd. e ocalił mi pan ycie — powiedział. A tak co? Wychodzi człowiek na ulicę albo i na schody. zazwyczaj. Pociągnąłem sztabowego ły wiarza najpierw za galony. i lęk przed ludźmi by zaniknął. e tylko ja mogę go poratować. Ale teraz wiedząc. A ja. Potem ły wy odpiął. z tego jeden z sygnetem złotym. w stronę swojego pałacu się oddalił. dłu ej ju w parku nie zabawiając. krzepiłem się tą świadomością o wiele skuteczniej ni najpiękniejszymi dziełami artyzmu. fałszowany. Ekscelencja wodę z brody i wąsów wy ął. jak zapadł późny 146 . snadź chcąc incognito za yć ślizgawki. i nawet nie wie. pędem puściłem się przez krzaki do jeziorka. Jak ju wspomniałem. więc zły byłem. nie ulegać zwątpieniu i władnej słabości. a nawet powinienem. w ilości zdumiewającej. e nie jestem człowiekiem czynu. wczepione w krawędź lodową. eby zobaczyć. Niestety. ani się spostrzegłem. — Inaczej jeden na drugiego wlezie. jak zwykle. I. Samotny się czuję. Niestety nikogo takiego nie nale ało się spodziewać. ze jestem pod bezpośrednią opieką samej Ekscelencji. jak ołów z mlekiem. obroną. Ten zaś nie chce się puścić. Wtedy i osobowość rozwinąć by się mogła. gdy tylko otworzył oczy. aby się podtrzymać na duchu. Wspominam o tym z przykrością. zagubiony i bezradny. — W tym celu zapiszę pańskie nazwisko i adres. w sam czas. ani ywej duszy w niebieszczejącym parku. omal nie przypłacił yciem tej potrzeby ruchu i odprę enia. Nic. — Jednostka plus Ekscelencja — myślałem sobie. jeno krawędzi się trzyma i tylko bańki z głębiny na powierzchnię puszcza. skazanej na indywidualną nieporadność. na plecy je sobie zarzucił i. e jako Ekscelencja naturalnym porządkiem rzeczy zawsze miał wszystko prawdziwe i podnosząc mu rytmicznie i opuszczając ramiona miałem takie samo uczucie niestosowności. Równie jako metafora. Co do mnie.. a ja wtedy mógłbym go — i to nawet z chęcią — potrzymać za bezwładną nogę albo co. Nigdzie oparcia. usiadł i notes z kieszeni wyciągnął. pszczeli. zostały teraz dopełnione potęgą wysokiej organizacji. jakiego bym doznał podając mu na przykład miód sztuczny. Tote . Jeszcze przed Ekscelencją — bilard był drugą po staro ytności ostoją mej równowagi. który. staram się podnieść na wy szy szczebel. jakie mu mogłem zastosować. — Wychować by ludzi trzeba — ja na to. było sztuczne. To pewne. Weźmy choćby moje ycie. Rozejrzałem się dookoła.

jak najwięcej korzyści z łaski Ekscelencji i nie zwlekając rozwinąć moją osobowość. w stosunku do niego równie mam kompleks. Potem w korytarzu skręciłem na schody i biegiem na dół. Chciałem się cofnąć. bym nie odmówił mu łaski i raczył wejść. aby tak nareszcie nie tkniętą osobowość rozwinąć. — odparłem w zadumie. e tego wieczora przeniosłem przez próg bramy moją osobowość nie tkniętą upokorzeniem i pomieszaniem. — I mrugam do nich. a następnie salutuje mi z uszanowaniem i znika. e słyszę ju kroki mleczarza na schodach. Będąc półsenny. Jeszcze na półjawie ni stąd. W otwartej ju bramie stał dozorca i patrzył na ulicę. Tak. niewątpliwie. tylko potakuje. Tymczasem on się nie odwraca.. — No. więc zauwa yłem. ale nie zrobiłem tego. skierowałem się ku fatalnej bramie i z największą obawą i dr eniem pociągnąłem za kołatkę raz i drugi. moje dzisiejsze spotkanie ze stró em wolne było od niedomówień. Mo e jego? Prawdę mówiąc. co. sokoły moje opiekuńcze! Poło yłem się jeszcze trochę. którzy drzemali na słomiance. zasalutowali jak nale y i przeprosiwszy mnie zapytali. i jak tam? — mówię wreszcie. Postanowiłem wyciągnąć. Nadarzyła się więc wyśmienita szansa. jeszcze tego wieczora. Zerwali się natychmiast. cię kie człapanie i przekleństwa. Zadośćuczyniłem prośbie. a ja bym wchodził. eby je 147 . — Zjadłem wczoraj coś. kogo bić. ale ju zasnąć nie mogłem. Chciałem się zaraz zabrać do tego. Zaskoczony stró parokrotnie błaga mnie. co? Pewnie się pan zasapał. późno wracając. Na to oni: — Prosimy. Przewracałem się z boku na bok. ponury chłop wszechstronnie nieu yty. dopominający się nachalnie o wygórowane napiwki i jawnie l ący lokatorów. Dzwonek o nieprzyjemnym brzmieniu rozległ się w głębi domostwa. nie od razu zorientowałem się. tajemniczy taki. podczas gdy stró otwierałby mi drzwi. eby mi przynieść mleko i podejrzewam. e bramę czynszówki gdzie odnajmowałem pokój. a wstałem i naciągnąłem spodnie. gdy z mroku wyłania się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem leje draba trzykrotnie w pysk. ale na nieszczęście za cicho i mało dobitnie jakoś. co?” A on nie. bo mróz palił coraz mocniej.. e z jednym adiutantem jest mo e niezręcznie czy niedelikatnie i e ostatecznie mogliby być tak e dwaj adiutanci i jeden by bił drugiego. Nieraz powiadam do niego: „Ale wysoko. na górze.. otwierał stró nocny o usposobieniu nadzwyczaj gburowatym. po czym usłyszałem znajome. Szczególnie zaś niechętnie odnosił się do tych. Ledwo jednak zaskrzypiały wierzeje i na progu ukazała się ogromna postać w białych kalesonach. — Około ósmej przychodzi mleczarz. e mam sznurowadło rozwiązane i schyliłem się. którzy ju się nie kładli. wstałem i udałem się za własną potrzebą. e tego nie lubi. Wchodzi a na czwarte piętro. ale późno ju było i niechcący zasnąłem. ni zowąd pomyślałem. Nasz wzajemny stosunek został określony przez adiutanta sztabowego z przepiękną czystością. Rad nierad. prosimy. Oczywiście wolałbym w tym wypadku. eby ten adiutant od stró a był słabszy i przegrał. — Czy ja wiem. Zuchy.. niby to artuję czy coś takiego. całą uwagę koncentrując mimo wszystko na Atenach Peryklesa.Sławomir Mro ek – Opowiadania wieczór. — Ja znowu — powiadam do lejtnantów. rzucam się na łó ko i porządkuję wra enia. Więc mo e by jego? — Mo na. ja stoję za jego plecami i tak się to wszystko przeciąga. Dla nas wszystko jedno — odpowiadają grzecznie.. Okoliczność przykra z tego powodu.. Ekscelencja dotrzymał słowa. Nad ranem obudziłem się. Bowiem największym zyskiem z tak szybko okazanej wdzięczności Generała był fakt. ale farby nie puszcza. U siebie. e otworzywszy drzwi od sieni stanąłem bosą stopą na dwóch lejtnantów. czy co. Ciągle mi się zdawało. jakie mnie nieodmiennie dotychczas spotykały przy tej okazji ze strony stró a-brutala. przerywali mu sen.

przejść do nich — to stało się nagle moim celem. bo wydawało mi się. e kazałem mu. legł w gruzach od pierwszego z prostym mleczarzem zetknięcia. Poza tym obawiałem się. — Nie mają panowie pojęcia — zarechotałem — jak się człowiek zadyszy. który kosztował mnie tyle mentalnych mąk. — Więc nic nie jestem wart — powtarzałem sobie. A przede wszystkim za to moje drapanie się za kołnierzem. tępo wpatrywałem się w ścianę. a sam niech przyjdzie na górę. — Nie był — odparł stró tak po prostu. — Był? — zapytałem na pozór obojętnie. dno. — Idę na miasto rozwijać osobowość — oznajmiłem lejtnantom. — Jakby był. Odwrócić ich przypuszczenia. ale o mleczarza. — i krzyknąłem niespodziewanie: — Zrozumiano?! — I tu. uniosłem się okropnie i nawet zamachnąłem się na stró a. Bo nie chodziło ju nawet o stró a. e jestem tak e swój człowiek. Siedząc na nim. aby zostać pobitym. a serce mi biło. 148 . — Panowie będą łaskawi poczekać jeszcze na niego. połączyć z nimi. a wtedy akurat on się obrócił i mnie zobaczył. e zachwiałem się na nogach. e dzisiaj mleka nie trzeba. wpatrzeni w klatkę schodową.. błysnęła mi myśl. Około południa zdobyłem się na opuszczenie mieszkania.. Nienawiść do mleczarza wybuchnęła teraz we mnie z nieznaną siłą. boby został pobity. a jednocześnie wkupić się artem. wszedł tu jakiś osobnik. ani siak. ale powinien przyjść bez mleka. pora ka. — Zaraz go będą bili — pomyślałem z ulgą. e coś mi wpadło na kołnierz i z wielkim drapaniem się za kołnierzem. tylko o framugę się oparłem jakby niechcący i na ulicę patrzę. tak zwyczajnie. który stał. to niech mleko tu zostawi. e się domyślają. dlaczego się nie śmiali? Ani tak. Zdyszany. uchyliłem drzwi i wyjrzałem do sieni. — Dziękuję panom. aby dać do zrozumienia. wiecie. uciekłem z powrotem na górę. — Co? — dodałem. aby nie przychodził z mlekiem czy bez mleka. — Jakby mleczarz szedł. Oto mleczarz powinien nie przyjść z mlekiem. nie mogąc się ju opanować. Nie było go — zameldowali posłusznie. zamknąłem się w ubikacji i wpadłem w rozpacz. Ale on w ogóle nie powiedział nic. W mojej głowie powstał idealny plan. he he!.. Wreszcie. Byłem niezmiernie przywiązany do mleczka na śniadanie ale o to tak e nie chodziło w tej chwili. za to. Na pewno jeszcze przyjdzie — skłamałem i wycofałem się z powrotem do łó ka. wbiegłem na schody. no. przeto. Nic jednak się nie działo. aby nie zostać pobitym... zanim on coś powiedział. Udało mu się odejść bezkarnie. e moja zadyszka nie mo e ujść ich uwadze. Oszukał. to i wieczorem. nie mówiąc o bieganiu po schodach. Ale mleka nie miał przy sobie. e lejtnanci czegoś się domyślą. kiedy ju krzyknąłem. zastałem na dole stró a jak przedtem patrzącego na ulicę. powstałym z tego zamachu. razem ze skurczem strachu. wykonując wymachy ramionami i przysiady (zamierzałem sprawić na stró u wra enie. więc ja ju nie wiązałem. panowie! Płonąc ze wstydu wcisnąłem twarz pod poduszkę. — To ja! — zawołałem z daleka na wszelki wypadek. zanim się. Czekali na mleczarza. ale w ostatniej chwili udałem. Czasami przychodzi nawet po południu. spoufalić. tak po prostu! Klęska. Około ósmej ktoś rzeczywiście stąpał po schodach. Ja czekałem równie . I wtem. zakpił sobie ze mnie! — wołałem. Cały mój zawiły plan. nastąpiła długotrwała cisza. Lejtnanci stali przy drzwiach.. — Je eli piętrowa budowla intelektualna załamuje się w zetknięciu z tak pospolitą rzeczywistością jak mleczarz. gładcy i uwa ni. — Owszem.. Starałem się wyminąć ich sprę yście i z wdziękiem. nie wiadomo dlaczego. e on coś powiedział. e powtórnie zjawiłem się na dole tylko dla odbycia ćwiczeń). a jak mu nie jest po drodze. pokręcił się. Czułem się poni ony.Sławomir Mro ek – Opowiadania zawiązać. To powinno być w ich stylu — powtarzałem sobie — ołnierska rubaszność.. tego. to proszę mu powiedzieć. pokręcił i poszedł.

aby rozkosznie napawać się tymi subtelnościami w coraz lepszym humorze dotarłem pod moją kamienicę. tym pełniejsze. — W pierwszym rzędzie opowiedziałem mu o lokatorach. a głośno powiedziałem: — Rozumiem. Po chwili milczenia spróbowałem nieśmiało postawić nogę na pierwszym stopniu.. do siebie.. Brama była zamknięta. Nie ruszał się. wyszedłem i ja. cię kie kroki. — A idź. — Co było.. co rano. przystając tu i ówdzie. międzyludzka anarchia.. obok kończyny stró a odzianej w szarą białość. — Szedłem ci ja przez park dzisiaj — odzywa się on nagle. kotku. nie! — na to stró . mocno obejmując poręcz i zaciskając powieki.. idź. ulica pusta i skąpana w księ ycu. O zmierzchu poczułem wyraźną poprawę. — Aha! Mon Général — zauwa yłem ni stąd. Na myśl o czekającym mnie oczyszczeniu poweselałem. tym bardziej stró będzie mnie przeklinał w duchu. jakoś tak śpiewnie. — Znowu? — pomyślałem.. brak sił i oparcia. kotku. — Pal sześć! — mówiłem sobie. Dopiero kiedy ostatni goście opuszczali salę bilardową. idź! Tam ju czekają na górze..na ślizgawce się topił. Im później. Jego dostojność wszystko zanotował. Stró leniwie oparł się znowu o ścianę. jak słup marmurowy wspierający partenońską świątynię. ruszyłem na górę krok za krokiem. to i ja jego uratowałem. ni zowąd. co? Nasz Pan Ekscelencja Jego Generał-Gubernator. Jeszcze ociągając się. — I. to znaczy wolno mi było wstąpić na schody i odejść na górę.Sławomir Mro ek – Opowiadania Resztę dnia spędziłem na pracowitym zapominaniu o porannych klęskach. Przystanąłem.. to ja ju idę. to było. 149 . Potem. Zatarłem ręce z uśmiechem i. W bramie staje ogromna postać w białych kalesonach i w tej samej chwili zza węgła ukazuje się elegancki adiutant Sztabu Generalnego i z rozmachem wali mnie po trzykroć w pysk. starając się ze wszystkich sił uwierzyć w przygodę Orfeusza.. — No. Umyślnie zwlekałem z pójściem do domu. Rozległy się znajome. Przestąpiłem z nogi na nogę z niecierpliwości. Zazgrzytał rygiel. — tu oderwał się od ściany i stanął prosto w pozie uszanowania i czci — . zadzwoniłem. czując niemal rozkoszny dreszcz. Ja i adiutant. — I. wiesz ty.. ale tylko na chwilę. Ci sami. brama zamknęła się za mną i znalazłem się w korytarzu oświetlonym tylko przenośną latarnią stojącą na posadzce. Za to dzisiaj znowu zadzwonimy sobie do bramy. Zanim ochłonąłem ze zdumienia. bardziej soczyste stanie się moje wieczorne odkupienie.

W odległości kilkudziesięciu kroków ode mnie czterech grubasów. Na zgięciu kapitalnego łokcia. A na czerwonym dachu kogut z polerowanej srebrzystej blachy wydawał mi się dosyć zaokrąglony. a potem zajrzałem przez uchyloną furtkę. ale śmiech. jak i przechodniom. Zobaczyłem bardzo obszerny dom. a ka demu ich śmiechowi odpowiadał śmiech z tamtej strony.Sławomir Mro ek – Opowiadania TEN GRUBY. Podskakiwały wszystkie pagóry i dołeczki jego ciała. spazmatycznie opinających ich szerokie krzy e. Minął mnie i śmiech jego zaczął się oddalać w kierunku placu targowego. zaprzęgniętych do ogrodniczego walca. Dodajmy do tego pogodę słoneczną i zieloność miesiąca maja. Stwierdziłem tak e. kołnierzyk rozpięty na otyłej szyi. a spoza niego dolatywały chichoty i szczękanie ogrodniczych no yc. tylko raz po raz wybuchali śmiechem i wystarczyło. Zobaczyłem du y ogród. Stroje mieli barwne. tylko kwiatowy. Ja natomiast szedłem dalej schludną jak gdyby aleją. — Spróbuję zajrzeć tylnym wejściem — powiedziałem sobie. raczej gruby ni wysoki. a wesołość przybierała na sile. Nic nie mówili. kiedy jeszcze podró owało się czwórkami. co potęgowało jeszcze ich szerokość — czterej chichoczący. walcowało wirowaną alejkę — jak w owych staroświeckich zaprzęgach. jakby coś przypominając. bo nie przypominam sobie. Wtem usłyszałem znowu gromkie śmiechy i zobaczyłem dwóch niezmiernych grubasów w niebieskich drelichach. Nie to jednak było zaskakujące. bardzo grubi panowie. Przystanąłem. pastelowe kolory. poczułem równocześnie zadowolenie i lęk. spodnie rozpięte na kolosalnym brzuchu. 150 . przeznaczony zapewne na zakupy. eby jeden spojrzał na drugiego. Grubi malarze zataczali się ze śmiechu i machali pędzlami. e tak samo jak ci przy ywopłocie i ci przy siatce — nie śmiali się pojedynczo i niezale nie. a raczej ró any. o ścianach pomalowanych na beztroskie. który się zbli ał. to czy cierpi na tę samą otyłość? I dlaczego tak się śmieją? — Tak bardzo chciałem się o tym przekonać. ale jakby w porozumieniu. e jestem mleczarzem. niósł koszyczek. przedostałem się poza ogrodzenie. gdzie domki i wille w ogrodach nad wyraz przyjemny dawały nastrój tak mieszkańcom. Wychyliłem się ostro nie. które było jak wielkie państwo. a je eli tak. koszule w kratę. a nade wszystko dobrej kuchni. który wstrząsał nim całym. intelektualizujące „he-he” trzeciego od prostodusznego „ho-ho” czwartego. ju z daleka wydawał się niezwykle gruby. cały poświęcony wstrząsającemu nim śmiechowi. ró nokolorowo poplamionych. Grubas przeszedł mimo nie zwracając na mnie uwagi. — Czy jeszcze ktoś w nim mieszka. ale nie warzywny. z framugami okien świe o lakierowanymi bielą. więc wyraźnie ju odró niałem niskie „hu-hu” jednego od szczerego „ha-ha” drugiego. którzy malowali na zielono drucianą siatkę odgradzającą jeden z domków od ulicy. potrzebne do prowadzenia gospodarstwa. Za czystymi szybami firanki i kwiaty. — Dziwny to jest dom — pomyślałem. Za ywopłotem trzech tłuściochów w sztruksowych spodniach. Spodziewałem się tego. i takich e czapeczkach. sceptyczne. ale musieli dobrze uwa ać na palce. jednak kiedy. — Je eli mnie zauwa ą. z czegoś wspólnie im wiadomego. e korzystając z wesołej i pracowitej nieuwagi otylców. Miał kamizelkę rozpiętą na przestronnych piersiach. wśród zwałów ramienia i przedramienia. CO SIĘ ŚMIAŁ Człowiek. samo nie wiedzące dokładnie o swoich granicach. udam. a otrzymamy obraz i zapach tamtego dnia. ebym kiedykolwiek przedtem widział na raz tyle krzewów ró y. usłyszałem nowe śmiechy. bo śmiali się i trzęśli jak szaleni. Drepcąc i sapiąc w małych przerwach między wybuchami pociągnęli walec w głąb ogrodu. Poniewa byłem teraz bardziej wyczulony na sprawy śmiechu. mimo e nie lubię się narzucać. w szelkach — przycinało gałązki. ju zbli ając się do węgła. Za siatką rósł gęsty ywopłot. prawie podobny do krą ka.

kościstym palcem trącił globus. Przed nim stał na stoliku globus. kurkiem na dachu i globusem: osiemnastu grubasów. ściągniętą. szum bulgotanie i chóralny śmiech. Doszedłem do końca korytarza. — Ze mnie. eby go cokolwiek obchodziło. skórzanym fotelu — zapach skórzanych obić wypełniał chłodne. poduszki. Mijałem liczne drzwi po prawej i lewej stronie.Sławomir Mro ek – Opowiadania Skorzystałem z tego i zakradłem się do ciemnej sieni. Tam długi korytarz prowadził w głąb mieszkania. skrobanie. pękając ze śmiechu. w pasy ciemno ółte i na przemian rude. ciemne parkiety. który obrócił się lekko i wolno na osi. Blask i jasność szły od kafelków i aluminiowych naczyń. jakby tak e się śmiał. — A więc jest ich tylko osiemnastu — pomyślałem z ulgą. e ziewa w pewien określony sposób. Chudy patrzył na mnie bez słowa smutnymi oczami. Chudy odwrócił oczy. zaciemnione wnętrze — siedział człowiek ylasty i szczupły. Stąd wiodły drzwi na wprost i na prawo. charcią. sofy. 151 . Lśniły woskowane. Wydawało mi się nawet. właściwy psom: kąciki paszczy rozciągnięte. niektóre z nich otwarte na oście i ukazujące pokoje mieszkalne tłuściochów: szerokie tapczany. suchą. W głębokim. — Z czego oni się tak śmieją? — zapytałem. Spoza tych na wprost dochodziło stukanie. otomany. wyczyszczonego mosiądzu i srebrnych nakryć. mielenie. Twarz miał pociągłą. W pokoju story opuszczono. Pchnąłem drzwi na prawo. ale bardzo gruby. — Jak to: z czego? — powiedział wreszcie. ani innych hałasów i nagle stało się zupełnie cicho. Pod ostatnimi drzwiami le ał wielki pies. Więc otworzyłem ostatnie drzwi. szezlongi. Zajrzałem przez dziurkę od klucza. Kiedy zamknąłem drzwi za sobą. nie słyszałem ju ani śmiechu. zbyt gruby. a w niej pięciu kucharzy ogromnej tuszy krzątało się wawo. długim. Wielka biała kuchnia. ale południowe słońce prześwietlało te płótna prostokątne. — Razem z psem. Cienkim.

podobnej budowy. Tymczasem była ju najwy sza pora. Poniewa ich głosy znajdowały się wewnątrz tej konstrukcji. ciekawość trzymała jeszcze widzów na miejscu. ale wkrótce i one opuściły pałac sportu. w białym świetle. Godziny przedłu ały się. Miała to być walka a do skutku. obdarzony podwójną ilością tych członków. kiedy szanse obu zapaśników nadal były równe i oczekiwanie na jakąś nagłą zmianę w układzie sił nie przynosiło wyniku. Ju na początku widzowie zauwa yli. krzyczała. szybkie na początku spotkania. pełnienie roli rozjemcy stało się niemo liwe bez uciekania się do pomocy szpilki. e takie wyjście znaleziono. Widowisko stawało się doprawdy nazbyt statyczne. jakie dotychczas wywalczyli na sobie wzajemnie zawodnicy? Obaj zostaną opieczętowani tak. głód doskwierający tłumom. zło ona z zawodników. nastąpi rozstrzygnięcie. jakimi zwykle rozporządza człowiek. a stale wzrastającego napięcia walki. Po krótkiej naradzie sędziowie ogłosili przez głośniki. Jednak po upływie długiego czasu. starannie pokryta pieczęciami. nietrudno 152 . obaj w obronie dorównywali gwałtowności ataku. kiedy kula na ringu. która stopa lub palec nale y do którego zapaśnika. Ruchy ich. którą sędzia nakłuwał wątpliwą część. Pierwsze objawy niezadowolenia zaczęli okazywać ludzie o ubogim yciu wewnętrznym. jaką stworzyli w wyniku całodniowych zmagań. początkowo zachłystywała się potęgą tego spotkania. dająca znać o niesłychanym wysiłku dziejącym się w niej. przemieszczeniami ledwo dostrzegalnymi. gdy o przerwaniu rozgrywki nie mogło być mowy. Dalsze sędziowanie stało się wręcz czczą formalnością. nieprzyjemna myśl o bardzo późnym powrocie do domu — wszystko to gromadziło się z wolna przeciw władzom sportowym. niczym — poza coraz silniejszym blaskiem potu: jakby niklowana — nie objawiała tragicznego. w której mecz zostanie dziś zawieszony? Jak sprawiedliwie zachowa się te przewagi. potrzebujący gwałtownych podniet. e aden z nich nie mo e uzyskać decydującej przewagi. stawały się powolniejsze w miarę. na wszelkie sposoby dając wyraz swoim namiętnościom. Równego cię aru. spełniając swoje obowiązki. ale ju inteligencja tak e zaczęła wyra ać nieśmiałe sprzeciwy. do ostatecznej przegranej jednej ze stron. po zerwaniu plomb. eby po okrzyku bólu rozpoznać jej właściciela. ale jeden potwór. na skutek ogólnej zawiłości. to w ka dym razie znu enia. Tłum zapełnił wyjścia. a komisja przystąpiła do opieczętowania zawodników. Zauwa yli to jednak humaniści i udaremnili. kiedy walka ani nie mogła trwać dalej. zmęczenie. Publiczność. więc mogli porozumiewać się względnie łatwo. ani nie mo na było jej przerwać — nale ało znaleźć jakieś trzecie wyjście. Ju i okrzyki jakieś padły. i pozostawieni na ringu a do wznowienia. unosiła się z miejsc.Sławomir Mro ek – Opowiadania INTERWAŁ Nastąpiła długo oczekiwana walka między dwoma wielkimi zapaśnikami. W stanie rozprostowanym obydwaj zaskakiwali olbrzymim wzrostem. Walka będzie wznowiona w dniu jutrzejszym. obaj w ataku spotykali się z równie potę ną obroną. Jeszcze tylko sprzątaczki krzątały się w głębi. a nadeszła chwila. Do pewnej jeszcze chwili sędzia. Jak jednak zapewni się walczącym dokładnie tę samą pozycję. Na ringu pozostała kula. Sala opustoszała. Ale potem. obaj dotychczas nie zwycię eni. Na ringu. światła w większości pogasły. eby pójść na kolację i do łó ka. Powszechne niezadowolenie. dociekał. je eli nie zobojętnienia. nieruchomiała coraz bardziej kula napiętych do ostateczności muskułów. Spotkali się: Szatan-Maty i Gross-Pyton. nie podnosząc głosu. e to nie dwaj mę czyźni walczący ze sobą. od czasu do czasu nieznacznym drgnięciem. W tych okolicznościach. względnie ustępstwa. Nazajutrz. jak oplatali się wzajemnie. jak ich ciała tworzyły sploty coraz bardziej zawiłe. tu i ówdzie dawały się zauwa yć oznaki. Rzekłbyś. ju i sędziemu coś tam krzyknięto przykrego. która po brzegi wypełniła halę pod wielką kopułą. Rozwiązanie przyjęto oklaskami. jak są. i to coraz rzadziej.

— Tak mi jakoś przyszło do głowy. — To szkoła! Chodzi o dwa więcej dwa! — Skąd wiesz? — zapytał nieufnie Szatan-Maty. to całkiem co innego. rozprawiali trochę. razem z obecnością widzów utracili źródło podniet.Sławomir Mro ek – Opowiadania było jednak wtedy zauwa yć. dziecko. w zamian za co osiągali tak wspaniałe wyniki w zmaganiach.. coś na niej pisze. dość e po chwili rozległ się głos Pytona.. Szatan-Maty zdziwił się. które w opuszczonej sali głuchym echem odbijały się pod kopułą. — Mo e to jeszcze z wojska? — próbował mu pomóc Gross-Pyton. dotarł do ucha Szatana-Maty. całkiem mały. okoliczności zaczęły brać nad nimi górę. wiosenny dzień i kobieta koło czarnej powierzchni. wypełnić czymś pustkę. awaryjne światło wydobywało z ciemności tylko ring z ową kulą splecioną z ludzkich członków. nocnych godzin opieczętowania. — Pyton. zaraz. to ja — wyraził sprzeciw — a nie ty.. Ten z punktu A jedzie pięćdziesiąt trzy kilometry na godzinę.. choć unieruchomieni. cię ko dysząc.. — Ja te — na to Szatan i znowu zapadło milczenie. zaraz.. a resztę po cztery. Zaprawieni w walkach. jakkolwiek bardzo silny był duch walki. — Rzeczywiście! Teraz przypomniałeś mi. wydawali wcią piersiowe pochrapywania i wyzwiska. — Ju wiem! — ucieszył się tym odkryciem Gross-Pyton.. Jednak czy to niemo ność dłu szego trwania obok siebie dwóch istot bez wzajemnych kontaktów jakiegokolwiek rodzaju.. Rozmowa toczyła się dalej. — Po prostu jest nas dwóch. — Ja. a ten z 153 . eby zabić nudę długich. Inaczej trudno by im było znieść chłód i ciszę panujące pod ogromną kopułą. sprzedał dwa jabłka po pięć groszy. — Ja. To jasne. Drugi wyje d a z punktu B i jedzie tamtemu naprzeciw. wśród barków. Ale skąd wiesz doprawdy? — Sam nie wiem. pustej i mrocznej sali. stóp. Stygli powoli i wreszcie po ostatnim przekleństwie nastąpiła przedłu ająca się cisza. Głos w jej wnętrzu mówił: — Pyton. goleni. to było wcześniej. — Jakich pociągach? — Z punktu A wyje d a jeden pociąg i jedzie. Je eli kupiec kupił pół tuzina jabłek po trzy grosze. to ile zarobił? — Zaraz odpowiem. Wtrąceni w nowe... — Nie.. który zło oną drogą. — Ju wiem! — zawołał Gross-Pyton w olśnieniu. lędźwi. — To mo liwe. Teraz dopóki rządził nimi jeszcze zapał. ty mi powiedz. którą stworzyła bezczynność mięśni. — Dwa.. nieznane im warunki.. — odezwał się wreszcie Szatan-Maty. rodzaj tablicy. Po północy oziębiło się jeszcze i na kuli mo na było dojrzeć wyraźnie gęsią skórkę.. czy to Gross-Pyton pozazdrościł przeciwnikowi pierwszeństwa w artykułowaniu.. to ja. otwarte okna. ja w nim. — Co? — odpowiedział Gross-Pyton. ale ty mi najpierw powiedz o dwóch pociągach. — Jesteś? — Jestem. tricepsów i mięśni kapturowych. — zawstydził się dumnie Pyton.. nigdy nie wdawali się w adne rozwa ania praca umysłu była dla nich dziedziną nieznaną. szukali czegoś w sobie. Jednak. e ona to pisała na tablicy czymś. — Du e pomieszczenie. ale za to mnie się te coś przypomina — zastanowił się Szatan-Maty. Chłód powoli wkradał się do wielkiej. Były tam tak e inne dzieci. — i zamyślił się a do bólu. — stwierdził stanowczo Pyton.. jakby białym kamyczkiem. pokrytą gęsto czerwonymi plamami pieczęci. Ty.. e czaszki mieli nieproporcjonalnie małe. Słabe.

A ta gwarzyła coś do siebie. — To zale y — na to z zastanowieniem Gross-Pyton. gdzie dach był szklany. Namiętny szept Pytona wydobywał się spod pieczęci: — A jakby tak wziąć masę i dać ją do kwadratu.Sławomir Mro ek – Opowiadania punktu B — siedemdziesiąt pięć. to by ci było dopiero!.. stanęła ju blada. choćby za pomocą kawałka elaza. Ale było ju za późno. a potem: trzask! — pomno yć ją przez prędkość światła. Poruszano ró ne sprawy rozmaite padały pytania i odpowiedzi. cichł. ciemności. niektóre coraz trudniejsze. je eli odległość pomiędzy punktami A i B wynosi czterysta osiemdziesiąt kilometrów? Samotna ćma wpadła do hali i trzepotała się wokół reflektora. Gdyby to było wiadome. szeptała. nieposzanowanie prawa czy te bezczelność władzy. Pierwsi odźwierni wchodzili na salę. nie zwracając uwagi na kulę. Mijały godziny w ciszy. Wysoko. opadał. pod kopułą. podnosił się. Bryła na ringu odpowiadała sobie. chłodzie. ledwo słyszalny. — Bo nie wiadomo. 154 . — Pyton. wątła poświata. W którym miejscu się spotkają i po jakim czasie. co potem. daleko gdzieś w jej wnętrzu stłumiony głos pulsował. — Najgorsza jest ta niepewność — podjął Szatan-Maty przy niemym akompaniamencie świtu.. co jest lepiej: być — czy te nie być? — zagadnął wreszcie Szatan-Maty. czy te sprowokować koniec. który coraz wyraźniej wypełniał przestrzeń pod kopułą. spierała się o coś. gwałtownie mizerniały lampy ringu. to kto by znosił to dokuczanie ze strony osób o złym charakterze. — Co jest szlachetniejsze — to znaczy przezwycię ać trudności i mimo wszystko kontynuować. Ju coraz ni ej sięgało światło poranka.

. eby mogli ogarniać wzrokiem wszystkie pola na raz. mogą mnie wyrzucić. bez przeszkód zastanawiają się nad zagadnieniami zwycięstwa.. na skutek zamieci śnie nych. połowiczni stró e. e jej ucią liwość zale y od rozmaitych i zmiennych uwarunkowań. czternaści do stołu. Wyjaśnił. przelotni bywalcy i zawodowi goście. Je eli dzisiaj nie pójdę do pracy. zawsze zale nych od okoliczności. Jesienią. Dodajmy do tego urok barwnych kostiumów. zaczynają się niecierpliwić. — Dobrze ci tak mówić. Wystarczy deszczowy czas przeczekać pod dachem. rzekomy ból głowy) wycofują się i psują całą. które głównie skłoniło ich do zgłoszenia swego udziału w grze. ywe szachy urządza się w ramach zabaw i festynów na wolnym powietrzu ze względu na walor widowiskowy.Sławomir Mro ek – Opowiadania SZACH Dzień był pochmurny. nie widać dalej jak na dwa pola i trzeba dobrze uwa ać.. Zapytałem. Potrzebni są ludzie wynajęci. co to są ywe szachy? To samo.. Trzeba yć. e przeziębiłem się niedawno. przyboczni. Najgorzej jest zimą. potem pod byle jakim pozorem (śmierć kogoś z rodziny. ale spotkałem kolegę. e przecie wcale nie musi moknąć. którzy od początku nie interesują się sprawą. Na to nie zwracałbym jeszcze uwagi. przemija. o ile ktoś nie cierpi na uraz słoneczny. mamy pod dostatkiem. gdzie obecnie pracuje. Ale ja pracuję. Dostarczyciele. nie podlegając ani załamaniom. Zamiast martwych. rozporządzających odpowiednim terenem. co zwyczajne. i to właśnie pod gołym niebem. W lecie. — Mam początki reumatyzmu. całkiem byłby z niej zadowolony. to znaczy. nie wyłączone elazko w domu. ale na wielkiej. e teraz znalazł pracę względnie lekką i gdyby nie jego przyrodzona wra liwość na skoki temperatury. . który wydawał się tym bardzo zatroskany. Tylko tacy. małych figur szachowych u ywa się ludzi przebranych za figury. tyle e pochmurne. a przy tym przeszkadzają grającym.Praca ta jest względnie lekka. kilku w rezerwie (ludzie są tylko ludźmi). chwalić Boga. oddzieleni od tłumu. Bywają partie. Znaliśmy się od dawna.. odsiadywacze. Gorzej. wytyczonej wprost na powierzchni jakiegoś placu. Mnie tam wszystko jedno. podczas długotrwałych szarug. świątek czy piątek. podczas słonecznej pogody. Ale co potem? Nikt nie mo e przewidzieć. Trudno.. który nie masz zobowiązań na wolnym powietrzu. pięć najwy ej. Ochotnicy nie zdają egzaminu. Szesnastu ludzi dla białej strony i szesnastu dla czarnej. Razem kiedyś grywaliśmy w teatrze jako statyści. Wystarczy. Odpowiedziałem. Występuję tam 155 . . Publiczność chętnie przygląda się zapasom. a zrozumiemy. Ju po kilkunastu minutach rozbawienie.. ebym dzisiaj zmoknął. Szybko się męczą. — Czy wiesz.Nie narzekałbym — zakończył mój przyjaciel — gdyby nie te chmury i moje wra liwe migdałki. ani wzlotom. W kościach mnie zaczyna łamać. czy nie nastąpią niebezpieczne powikłania. Na razie to początki grypy. Dachów. eby nie zbić swego zamiast obcego. Ty. mo e wydać się całkiem przyjemna. nieraz ciekawie rozwiniętą partię. . gracze muszą zasiadać na podwy szeniach. Ile osób mo e wygodnie śledzić przebieg rozgrywki na małej szachownicy? Trzy. podczas których. na przeciwnych krańcach szachownicy. . tyle e rozgrywane nie na małej szachownicy le ącej na stole. ywe szachy bywają tak e w zamkniętych klubach. mo e przyprawić o katar i melancholię.Na razie jednak mamy lato. Zawodów imaliśmy się niepewnych.Oczywiście.. Oczywiście. nie są nara eni na utratę zainteresowania i zapewniają swój udział w sprawie do końca. chwilowi pocieszyciele. a tak e odpowiedni park kostiumowy. dlaczego ywe szachy są nęcącym widowiskiem. Pracują za wynagrodzeniem i jako zawodowcy zapewniają odpłatnie wymagany poziom figuranctwa. w stopniu równomiernym. Natomiast ywym szachom mo e przyglądać się dowolna ilość osób a gracze. poza warunkami terenowymi potrzebna jest tak e obsługa.

Laufrom płacą lepiej. nie sprawiała niezwykłego wra enia. Poza personelem nie spotkasz tam nikogo. e ywe szachy to tak e widowisko. Gry odbywały się na dziedzińcu. poprzez zrozumiałe działanie odwrotne. e była raczej sienią ni bramą. — No to idę! — Idź. adnego gapia. przy tym zarobić — nie ma powodów.Sławomir Mro ek – Opowiadania jako laufer. — O to mo esz być spokojny — zapewnił mnie przyjaciel. Zastąp mnie. tylko dziś. eby taką mo liwość odrzucać. Ju wtedy. Zresztą wszystkim figurom lepiej płacą. Mimo woli przystanąłem onieśmielony na skraju płaszczyzny. pod wpływem tylu spojrzeń. choć nadzwyczajna. miałem trudności. O ile ywe pionki najmniej ró niły się od wzrostu i objętości przeciętnego człowieka. gdzie mnie ogląda tłum. pamiętasz? Patrzący tłum wzbudza we mnie wstydliwość. z których ka dy był wielkości kafla. konie były olbrzymie. Ostatecznie i tak nic innego nie miałem w tym dniu do roboty. — Nie mogę — odparłem — bardzo się źle czuję wszędzie tam. surowe. ciemnozielone plamy zatapiały część kru ganków. pyski o zębach wyszczerzonych. zniszczone obuwie. Zastanowiłem się. wręcz zbyt szczerego zachowania się. stoimy z nim razem na lewym skrzydle. talerzowate kryzy laufrów. zamkniętym ze wszystkich stron galeriami dwupiętrowych kru ganków. niby to złącza cegieł. wie e. Dlatego wyrzucono mnie z teatru po tym. — W tym wypadku nie chodzi o widowisko. Nie zauwa yłem. e skoro ju przyszli. A sam powiedziałeś. a kilku najpotrzebniejszych wskazówek udzieli ci koń. a to. a to dzięki naszemu przyzwyczajeniu. — Dobrze — zgodziłem się — ale czy ja potrafię? — To jest zupełnie proste. Porzucili więc szachy domowe i zajęli się ywymi. pokazałem publiczności czyrak. Jutro mo e pogoda się poprawi. o tyle laufry. która naraz wydała mi się swojska i przytulna. Po długich staraniach i nie bez zawiści kolegów doszedłem do tego stanowiska. geometryczne desenie murarki i strzelnice na wie ach. Był to dziedziniec wewnętrzny zabytkowego pałacu. w teatrze. eby mnie oglądać. obute w ró norakie. Po egnaliśmy się. ale i we wnętrzu jak gdyby. e postacie widziane we wnętrzach zawsze wydają się nam dość du e ze względu na ograniczone odległości. to byłoby nieuczciwością nie pokazywać im wszystkiego. według starszeństwa. Poza tym wydaje mi się. więc zawsze. zmusza mnie do otwartego. zanim partia się rozwinie i nas rozdzielą. Mo e pod koniec lata zostanę królem. którym lekarz zalecił ruch na świe ym powietrzu. współśrodkowe. proszę. — Nie wolno — powiedział głos z jej wnętrza. tak obszernego. Cała dniówka przypadnie tobie. Prywatna gra. A przecie w rzeczywistości niektóre z tych figur przybrały rozmiary nadnaturalne przez nało enie kostiumów. Z bliska dostrzegłem namalowane białą farbą długie poziome i krótkie pionowe kreski. Ja kładę się do łó ka. Mo e dlatego cały dziedziniec tonął w szmaragdowym półmroku. Oddać przysługę przyjacielowi. Odruchowo 156 . ciemnej przecie i pełnej nieprzyjemnej gotowości do odbicia echem najcichszego szelestu. Pracuję dla dwóch starszych panów. pozostały zwyczajne. dziwnie małe. te nieregularne. Jestem w białych. kiedy stanęła za mną czarna wie a. bo więcej biegania. zamieniamy parę słów. Wy ej końskie karki. prawie e tunelem. Tutaj jednak znalazłem się pod gołym niebem wprawdzie. Pośrodku zobaczyłem kręcące się figury. w górze. Przeszedłem przez bramę tej grubości. Na murach tu i ówdzie rozpięte pionowe jeziora dzikiego wina. Tylko stopy. tak zręcznie architektura skojarzyła przestwór z zamknięciem. jak na premierze. Sąsiadujemy. wystające spod fantastycznych konstrukcji. którą miałem przebyć u wylotu sieni. e wielkość szachownicy le ącej na jego dnie. Popielaty prostokąt nieba nakrywał wnętrze tego ogromnego pudła. którego nasycenie zmieniało się zale nie od przebiegu chmur i mgieł tam.

nawet nieźle. ale zanim się zacznie. Owocem ich myśli były posunięcia mizerne. ale nie trzeba było wielkiej znajomości rzeczy. kiedy znowu znalazłem się koło niego. Dalej majestatycznym konturem wznosiła się sylwetka króla. a on odwrócił cię ko masywne kłęby piersi z papier-mâché i zastygłą w malowniczym wzburzeniu grzywę. Nawet jak cię trochę zniesie przy ruchu. — Co jest? — zapytałem szeptem konia. ale przychodzę w zastępstwie chorego kolegi. Wystawały spod niej nogi w tenisówkach. eby zauwa yć niski poziom tej gry. przesunięto mnie tam i z powrotem bez większego składu. 157 . Przemówiłem do niego. Na przykład teraz. ani z drugiej strony. szeroki okap ocieniał elewację budynku. e na niego kolej. — Prawy laufer czarnych znowu jest na bani. Pod kierunkiem konia wstąpiłem do wnętrza lauferskiej powłoki. Dym nale y wdmuchiwać sobie za spodnie. Powietrze. e nie jestem przygodnym gapiem. w środku. — Tak. Potem ju jest gorzej. co robić. zapominając nas o tym uprzedzić. byle p a p i e r a nie rzucać pod siebie. e koń skacze na boki. mo na sobie pozwolić. Masz papierosa? W pracy nie wolno palić. Musisz się uczyć takich rzeczy. Na lewym skrzydle białych dostrzegłem konia. — Nie powinien tego robić — zauwa ył koń — laufer lata po prostej. — Uwaga. jak będziesz blisko. wtedy wylatuje nogawką u dołu i wszystko jest w porządku. bo wtedy widać i starszy mo e się przyczepić. Wkroczyłem na dziedziniec. wszystko na jednej płaszczyźnie. Ale pomimo tego gra go starszy facet. tam. — Za króla najwięcej płacą — opowiadał koń — bo jest najcię szy. potem wydobył się z niej odgłos podobny do splunięcia i oddaliła się skrzypiąc na wirze grubo elowanymi trzewikami. Wie a stała nade mną. bracie — mówił koń — tutaj te trzeba wiedzieć. na blanki. ale za to mało chodzenia. chocia wiedziałem. W środku było duszno i ciemno. Wiadomo. — Dobrze — powiedział — pomogę ci się przebrać. — Oho — powiedział pionek przede mną. Zobaczyłem wystrzępione mankiety spodni i stare szkoty z popękanymi wierzchami. sprawiały wra enie narysowanych rozchwianymi kreskami z mgły. w której teraz wypadło mi wziąć udział. podobnie jak innych. przesycone wilgocią. Przez otwory na oczy widziałem brzeg mojej krezy i część dziedzińca tonącego w zielonkawym półmroku. Grywałem kiedyś w szachy. je eli się pracuje w koniach. Taką mamy z nim umowę. zaczynamy! — ostrzegł nas pionek. pochmurność przygasiła wszystko. a nam nogi cierpły. byle ostro nie. Często zasypia na stojąco. Jakbyś widział. Odruchowo spojrzałem na nogi królowej. Ponad gęstniejącym szykiem czarnych widziałem kru ganki. Mo na sobie jeszcze zapalić. Po mojej prawej stronie stanęła dama. Przede wszystkim na ka de posunięcie czekaliśmy tak długo. Ukryci w kru gankach namyślali się w nieskończoność. Trzeba tylko wiedzieć. milcząc. co i jak. e w przerwach między ruchami wypadało wątpić. a to się liczy w późniejszym wieku. tak e otwarte chrapy znalazły się nade mną. Kilka razy. a on się nie rusza. Dzięki temu kolumnada. nie było przejrzyste. czy przypadkiem gracze nie zasnęli albo nie odeszli. bezładne. Co innego. nie zdradzające jakiejś ogólnej koncepcji ani z jednej.Sławomir Mro ek – Opowiadania spojrzałem w górę. e głowa mówiącego powinna się znajdować mniej więcej na wysokości mojej głowy. Grzecznie wyjaśniłem. to zastukaj mu w ścianę. to specjalnie nie podpada. eby dym nie szedł do góry. tu i ówdzie rozmazane w zaciekach dzikiego wina. mo na tak e zjeść sobie śniadanie z p a p i e r a . bo co prawda figura jest cię ka. Na starość przydaje się parę groszy więcej. co mnie ostatecznie zaniepokoiło. łuki i balustrady. którego opiece polecił mnie mój przyjaciel.

. Tymczasem zaczął padać deszcz. które przeoczono. któremu ju przeszło miłe podniecenie alkoholowe. zajęci sobą. to graczowi od czarnych mo e przyjść do głowy zbić mnie tym czarnym laufrem. Najbardziej oczywiste. drobny na początek. nie chciałem się za często kręcić po szachownicy. rozkleiła się w jednym miejscu i przepuszczała wodę. — Mo e mnie ktoś zbije? — przyszło mi do głowy. Byle tylko nie przesadzać. mają w zapasie parę dni. Przy zbijaniu lubi kopać w kostkę.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Skleroza — odszepnął — jeszcze niedawno umieli się uwinąć w jakieś pięć. z tekturowej masy. kolego — powiedziałem. kiedy deszcz nieco zgęstniał. Zaczynają z rozwagą.. Czarny laufer. i dopiero na drugi dzień robią dogrywkę. przenosząc cię ar ciała z pięt na palce i na przemian. ustawionych naprzeciw siebie. Dlatego właśnie tak cię ko. Na razie chronił mnie tekturowy kostium. Łaziliśmy po szachownicy tam i sam. zacząłem się przesuwać po prostokątnej na sąsiedni kwadrat. Nieraz nawet płacze. — Poszedłbym sobie do domu. Konia mi gdzieś znowu zabrali. bo wiadomo. Nieznacznie. Szczęśliwy przypadek. spadających z ró nych wysokości. a poza tym donosi. ale jest namiętny. najpierw nieśmiało. kiedy czasem nogi cię za bardzo bolą i chcesz sobie kucnąć. nie mogę na to liczyć. na tle rozległego. sześć godzin. tak się przejmuje. ozdobne wyloty rynien. oklapł najwyraźniej. Oni wszyscy. — Mo ecie iść do domu. tak jak stoimy. — Który lepszy? — Bez ró nicy. Zewsząd dolatywały ró norakie. stawiając wszystko na jedną kartę. Gargulce. Nie mogąc dłu ej tego znieść. Coś im słabo idzie. szemrzące odgłosy kropel. To patriota. ale widocznie im się pogorszyło. deszczowego szumu. wysoko. Boję się. Więc co mi pozostaje? Tylko czekać. Coś mi zaczęło kapać za kołnierz. Odwa yć się i na własną rękę zbić czarnego laufra. Na myśl. Bywa i tak. rzucające się w oczy szanse były dokładnie i obustronnie marnowane. eby dzisiaj nie było tak samo. Takie deszcze nie mijają szybko. oczywiście je eli nas zobaczy. Wtedy jest najgorszy. — Uwa aj na niego. dwa pola. — Jego szachy. Ale nie było rady. Dookoła panowała ogólna gnuśność. więc się nie spieszą. widocznie gracze z coraz większym trudem orientowali się w poło eniu. kiwał się smutnie o dwa kwadraty ode mnie. e to się zdarza. Policzyłem do stu i. starzy pracownicy szachowi. więc zostawiają nas na noc. przekątnej. Kopułka nad moją głową. potem coraz głośniej. nic się nie działo. e przez tę nieudolność mogę dostać zapalenia płuc. Sklerotycy. e je eli nawet nie dostrzegą mojego ruchu poza kolejką. zajmując coraz to inne pola. postanowiłem na własną rękę przyspieszyć rozstrzygnięcie. Złość mnie ogarnęła. przyzwyczaili się ju do takich niewygód. Musiałem odczekać. Widziałem tyle mo liwości przyspieszenia gry. powiedzie się na pewno. eby czarne przegrywały. A je eli zostawią nas na noc? Koń mówił. e laufer od początku do końca stoi na jednej barwie — a musi się udać. Z zazdrością patrzyliśmy. Ryzykowałem. złościłem się jeszcze więcej. stanowczo przekroczyłem dzielący nas kwadrat i podszedłem do czarnego. co i on. Minuty mijały. — Widzisz tę wie ę w trzewikach? — wskazał mi koń jedną z czarnych wie . Wcale nie zanosiło się na zakończenie rozwlekłej gry. samowolne przesunięcie się o jedno. Martwiłem się tylko o nogi w lekkich półbucikach. zaczęły cieniutko śpiewać. Nie daj Bo e. 158 . nie powinni niczego zauwa yć. Ale mnie zaczęło się robić mokro w butach i nie umiałem się z tym pogodzić. a pogoda niepewna. znalazłszy się na tej samej. Przerwy między posunięciami stały się niewiarygodnie długie. e nie dadzą rady rozegrać przed zmrokiem. jak schodzą z szachownicy. — Jesteście zbici. Teraz nale ało uczynić krok decydujący. Krople były dokuczliwie zimne. Maleńkie oszustwo. czy co? — Nie jego. powoli nabierają rozpędu. Zbito kilka pionków. zachować elementarną przyzwoitość i nie zmieniać bezczelnie barwy pola. w górze.

co się działo naokoło. Nie tylko zostawiałem ją w spokoju. Zwycięstwo białych. — Co? Mo e piwka mi te nie wolno? — dodał znienacka. Nie ukrywał radości. niestety. e coś nie jest w porządku. Potem przyszła kolej jeszcze na pionki. prawie nie zachowując pozorów. Z naszych. pomimo moich wysiłków. e czarna wie a. tylko mój przyjaciel — koń i kilka pionków pozostało na szachownicy. prawie się ju nie krępując. Właśnie szykowałem się na jednego z czarnych koni. miałem na względzie i tę okoliczność. z wnętrza kostiumu rozległo się głuche chrząknięcie. Zająłem jego miejsce. e mnie nienawidzi. Moje wysiłki szły na marne. Nie mogłem się z nim. Spodziewałem się. Au! — krzyknął niemal. nawet je eli coś podejrzewała. Działając we własnym interesie jednocześnie oddawałem przysługę kolegom. Przyczaiłem się jednak. Ty co innego. ale jestem etatowym pracownikiem. I odkryłem. ta w grubych trzewikach. zaczepnie. taka obojętność. — No to lecę! — zawołał. Zrozumiałem teraz. Nie wolno mi było pozostać w tyle. e i ja o niej wiem. bo ty pracujesz na dniówce. w butach chlupało. dla którego w ten sposób pracowałem. stare półbuciki. Sflaczały. to wtedy nawet największy kretyn będzie umiał dać mata gołemu królowi. Widziałem. pustej przestrzeni. czy czarni mają ruch. bo musiałem. bo w tej samej chwili czarna wie a zakradłszy się z boku. zbiła go. Robiła to samo co ja. czarna wie a i ja. Stopniowo rozzuchwalałem się i zbijałem. Moje obliczenia okazały się słuszne. e nikt nie wiedział ani się nie zastanawiał. Ona równie unikała spotkania ze mną. e otępiały od wypitki jeszcze mniej ni inni zajmował się przebiegiem wypadków. eby niczego nie zauwa yła. Uporaliśmy się z nimi szybko. natychmiast pobiec i usunąć czarnego konia. — Ja się nie wtrącam — powiedział koń — ale radzę ci uwa ać. — Cześć! — zawołał do mnie. dlaczego nie zostałem przez nią zdemaskowany. kiedy się zorientowałem. schodząc z szachownicy. więc. e czarna wie a wie o mnie. jak brutalnie i. Otó . On jeden wiedział. Owszem. e ona zdaje sobie sprawę. Pomógłbym ci. Ani pisnęli. U nich tak samo. a na królach puściła farba. sprzyjał mi tak e deszcz i półmrok. Równowaga między stronami została utrzymana i wcale nie przybyło szans na zakończenie gry. Podziała się gdzieś 159 . co się dzieje. tak e szachruje. to mnie wyleją. ale starałem się działać jak najdalej od niej. czy biali. ciebie mogą nakryć i nic ci się nie stanie. e kiedy wykończę czarnym wszystkie figury.Sławomir Mro ek – Opowiadania Wybierając właśnie jego na pierwszą ofiarę. potulnie zbiegając z szachownicy z widoczną ulgą. jak gdyby nigdy nic. co czarnych. ale z innych pobudek — jedyny na placu szowinista. Je eli ja wpadnę. dopóki nie nabrałem pewności. wprawdzie na szachownicy zrobiło się bardzo przestronnie. Sama miała nieczyste sumienie. Wystrzegałem się tylko czarnej wie y w grubych trzewikach. Potem sprzątnąłem dwa czarne pionki pod rząd. Oszukiwać się ju nie dało na otwartej. Rozmiękły blanki na wie y. Nie ulegało wątpliwości. Nie chcę tracić posady. napęczniały deszczem moje kryzy. nic mnie nie obchodziło. podskoczyła do naszej damy i zbiła ją. i nie czekając odpowiedzi umknął z szachownicy. Wiedziałem tak e. to widocznie od czasu do czasu cierpieli na okresowe zapaści. ale białych ubywało tyle samo. usunąłem czarną damę. Jako zachwiał się tylko. po egnać. poza mną i królem oczywiście. Na szachownicy zostały dwa króle. Panowało tak powszechne znudzenie. robiąc coraz krótsze przerwy. kopiąc przy tym niemiłosiernie podkutymi zelówkami w jej biedne. ale miałem dowód. Co do samych graczy. Czy by gracz dowodzący czarnymi ocknął się nagle i doznał przypływu przedsiębiorczości? Zacząłem się uwa niej przyglądać temu. Chciałem tylko przyśpieszyć rozwiązanie. kopiąc swoim zwyczajem. co popadło. Deszcz rozpadał się na dobre. stosunek ilościowy obu stron pozostawał bez zmian. nie zwlekając. Czarna wie a poczynała sobie coraz bezczelniej.

Sztywna. czy się rozeszli. niewidoczny dziedziniec kląskał i grał jednostajnym. Było ju tak ciemno. Zastukałem mu więc w ściankę. Potem cisnąłem ją jak najdalej od siebie. Co gorsza. e tu nie ma co dyskutować. huczał jego oddech i człapanie tenisówek. Ziewnął. tu za naszymi plecami. Zrzuciłem kostium. Tamten ju nadbiegł i natknął się na to. czy gracze jeszcze są. Postanowiłem z tym skończyć. Wreszcie dała za wygraną. przesuwali się koło niego. Kazałem królowi być cicho i nadstawiłem uszu. Porwaliśmy się do ucieczki. — Idziemy. 160 . e partia zostaje nie rozegrana. ju . to szach — odparł ponuro. e to strach sprowadził na mnie olśnienie — wpadłem na ten pomysł. Spodziewałem się zgrzytania wiru pod okutymi butami. zdjąwszy buty. Wie a natychmiast zaszachowała go znowu. Rozumiem. nagle pchnąłem staruszka poza obręb szachownicy i. mo e zdarzyło się to. podcieniami. — Szach! — ryknęło w ciemności. — Słuchajcie. — Hę? Co jest? — odezwał się rozbudzony starzec. zawróciłem i zacząłem gorączkowo ściągać ze staruszka królewską powłokę. Byłem zdecydowany kopnąć ją pierwszy. na przełaj. Staliśmy tak we czwórkę. Lało strumieniami. kwadrat po kwadracie. powiedział „dobranoc” i poszedł. bo kroki ucichły. odkryłem jego podstęp. e starzec. jakie zadaje nó przebijający manekina — pusty zewłok królewski z rozmokłej tektury i papieru. Przez jakiś czas obserwowaliśmy się nieruchomo. Uświadomiłem sobie. Odeszliśmy powoli. Ciszę utkaną z szumu i plusku przerywało raz po raz ochrypłe „szach”. Bacznie śledziłem wie ę. Oni pewnie ju poszli. Dopadłem jej zbawczego wylotu i stwierdziłem. kolego — powiedziałem — nie bujajmy się ju . Remis. Za to teraz w czarnym echu uwielokrotniły się tryumfalnie głuche ciosy. — Szach. szerokim szumem. e tak nie umkniemy. ku bramie. e zacietrzewiona wie a niczego nie zauwa yła. co. Było coraz ciemniej i pluskało coraz głośniej. puściłem się biegiem w stronę kru ganków. oczywiście. dziadku! Nie słyszeliście? — A. Ju nie było powodu się spieszyć. pozostał w tyle. gdyby tylko zbli yła się do mnie. wielka kukła stuknęła o posadzkę. w skarpetkach. Widocznie wiedziała o tym. Biegłem ju bramą-tunelem. Zdyszani. Pod sklepieniem. wzmocniony echem jak megafon. — Koniec — powiedziałem. nie mogło przynieść adnego rozwiązania. obcią ony wiekiem i kostiumem. Potem trwała kolejna przerwa i doprawdy nie było ju wiadomo. — Idziemy do domu — zdą yłem rzucić po cichu czarnemu królowi. Mój król nie poruszył się. idę. — Przedreptał na sąsiedni kwadrat.Sławomir Mro ek – Opowiadania wymyślna orkiestracja kropel i stru ek. bo zwróciła się do białego króla. Jest ciemno i leje. Zatrzymał się. o czym mówił koń. czego po ądał. i widziałem z rozpaczą. ukryliśmy się za kolumną. Kiedyśmy stanęli na skraju. Chodźmy lepiej do domu. szachując sobie nawzajem królów. Nie dałbym głowy. Biegnąc co sił. ale sami widzicie. e gracze zostawili nas na noc. Obszedł nas naokoło. uwa ając przede wszystkim. bo trzymała się z daleka. pochłonięta przez jednostajny szum wypełniający dziedziniec. — Szach! — powiedziała ochryple. eby się jej nie nadstawić. Ostro nie. — Jak mówię szach. Odskoczyliśmy. Pojąłem. widocznie zasnął mimo wilgoci. nasiąkając wodą. Odczekaliśmy dobrą chwilę. gdyśmy. popychałem króla łagodnie ku brzegowi szachownicy. ale nic takiego nie było słychać. e jesteście patriotą i zale y wam na zwycięstwie. Wtedy — sądzę. Gracze wykonali jeszcze kilka prymitywnych posunięć. e partia jest nie rozegrana. pociągając go za sobą. podwójnie cię kim od wody. łudząc się zamiarem dogrywki nazajutrz rano. czy rozwścieczony tym czarny nie zrobi mu jakiejś krzywdy. idę.

ten sam głos odparł: „Przecie mówię. jakie wymieniali między sobą ci. ale do pewnego stopnia przyciągała. e coś niecoś i mnie się dostanie. e piękny! O co chodzi? O kaczy kuper? To mój ulubiony kontur. na przykład. — „Dym para. A było jasne. W ten sposób wysłuchałem złośliwych uwag o wszystkich statkach. Ja jestem ateista. czy zna on kapitana eglugi wielkiej. Rześki podmuch morski. oglądając prospekt zawołał: „A có to za piękny statek. choć równie dobrze mo na by odwrócić to stwierdzenie. Ja jednak przypominam o mojej ułomności. wówczas mo e on otrzymać bilet na inny. prawdopodobnie machając przy tym dłońmi i chusteczkami. zdecydowałem się nareszcie na tę podró . umiał wyciągnąć jakąś piekącą aluzję. ebym mógł się tego wyrzec. zapytując na odchodnym urzędnika. kto widocznie. Przebywając w jego towarzystwie mogłem być pewien. byłby tylko podra niony natrętnymi uwagami takiego sąsiada. po okresie niepewności. patrząc na jakiś przedmiot czy krajobraz. Podczas zaokrętowania i później. którzy zostali. poniewa sam nie mogłem widzieć. jak się domyśliłem. Za oceanem podobno mogłem się wyleczyć. o ile wolno mi u yć tego słowa. Klient szydził z ka dego z osobna. nie natknąłem się na owego 161 . barwy. co równie wyznaję ze szczerością i smutkiem. naruszony potencjał owego miłego i tak potrzebnego „mo e”. o ile ów statek nie podoba się komentatorowi. wszystko. jaka sylwetka — zupełnie jak kaczy kuper!” Na grzeczną odpowiedź urzędnika. tak jałowych wydawałoby się. ślepy. Mo e ma pan dla mnie co innego”. e po pierwsze. Ludzie dobrze wychowani unikają mówienia oczywistości. prospekt innego statku. bo rozległ się okrzyk: „A co temu znowu tak leci z komina?” — „Dym” — odparł uprzejmie urzędnik. A przecie powodem mojej decyzji bynajmniej nie była tęsknota za takimi doznaniami. Kto inny. e stałem w biurze okrętowym nie mogąc powziąć decyzji.. liczyłem jednak. którzy mogli wszystko widzieć. jego oczna rozpusta nie tylko nie raziła. a zebrani przy odbrze nej burcie pasa erowie wymieniali z tymi.I w balii pływa ksią ę Walii” — zapłacił i wyszedł. wcią niepewny. na którą z przedstawionych mi propozycji się zgodzić. e. jakiś druzgocący docinek.. szkalował ich pokłady. kiedy statek odbijał od nadbrze a..Sławomir Mro ek – Opowiadania PASA ER Po wielu wahaniach. zawsze pełnym ółci. Bo kiedy tak stałem. dlaczego. chciałbym to powiedzieć jak najoględniej. Ten zaś nie tylko ich nie unikał. śledzenie gry chmur i zmienności fal. Po drugie: wszystko zostanie skomentowane w ów specyficzny sposób. jakie miały w najbli szej przyszłości wyruszyć na morze. e cierpiał on po prostu na jakiś nałóg komentowania wszystkiego. Mo e innym ludziom ju sama myśl o towarzystwie tego człowieka w ciągu sześciu czy siedmiu dni podró y wydałaby się ucią liwa.. a przynajmniej jednego z nich. co znajdzie się w zasięgu jego wzroku. co mu wpadło przed oczy — i to jeszcze w taki sposób! Mnie jednak. Dość na tym. zostanie stwierdzone na głos. Postaram się wyjaśnić. przyznaję. ale nazbyt podobny do znęcania się nad światem widzianym przez innych. Natychmiast zakupiłem bilet na ten sam statek. jak tona i liczby oznaczające szybkość w milach morskich czy data budowy. zdecydował się na jeden. po egnalne okrzyki. te nie był do pogardzenia. Jednak przy wyborze statku bardzo kaprysiłem. ha ha!” — „Ha ha!” — zaśmiał się grzecznie urzędnik. nawet z danych.. Wybór statku okazał się jednocześnie wyborem współpasa erów. a więc i w mojej bliskości. ale dodatkowo opatrywał ka dą oczywistość komentarzem. usłyszałem obok chrapliwy głos kogoś. Byłem prawie. Ale klient ju miał w rękach. konstrukcje. niezbyt kulturalny. Prawdopodobnie chciałem w ten sposób wynagrodzić sobie przymus wyraźnego postanowienia co do samej podró y. Wreszcie wykpiwszy wszystkie korabie. Bóg wiara.. Wśród ludzi dobrze wychowanych skazany byłem zawsze na dyskretne wzmianki. Mimo e niedostępne miały być dla mnie jej najbardziej polecane rozkosze: swobodne błądzenie wzrokiem po bezbrze ach oceanu. Krupę. nie bez uwagi: „. Zachwiana została we mnie równowaga między „tak” i „nie”.

„Taś. Odtąd nie było mi trudno trzymać się. „Paso yta. Nie musiałem dokładniej określać. Na statku. Siedzieliśmy w sali barowej. Dopóki miano złudzenia. Ciekaw byłem jego powierzchowności. kogo miałem na myśli. nigdy się nie uśmiecha”. On powiedział o panu. albo konsekwentna ucieczka w głąb zamknięcia.Sławomir Mro ek – Opowiadania współpasa era. eby nie tracić z nim kontaktu.” — „Co takiego powiedział?” — podchwyciłem.. nie był więc bezinteresownym humorystą. e zmieniwszy towarzystwo szydzi z tych. ten zajedzie. „Biała jak polarna pała” — mawiał o czcigodnej. e bardzo szybko stał się na statku postacią równie znaną. wystarczyło tak samo poddać się temu rytmowi. Trzeba zaznaczyć. jest zaledwie kilka zakreślonych powierzchni. Tak się jednak nie stało. — „A jednak proszę powtórzyć” — nalegałem. Nigdzie nie słyszałem jego głosu.. bar przed kolacją i po kolacji. — „Proszę nie zwracać na niego uwagi. palarnia po obiedzie. e nie opowiadał dowcipów nie związanych z daną sytuacją. jakiemu podlegała ludność statku: le akowanie przed południem. „Jakiego paso yta?” — zdziwił się jego sąsiad. a którzy znajdowali się w polu widzenia towarzystwa. he he!” Rozpromieniłem się i wziąłem wesoły udział w rozmowie przy stole. mo e panu zaszkodzi!” „Ach. usłyszałem oczekiwany głos od sąsiedniego stolika: „Niech pani zje śledzia. nic takiego”. którego szukałem. która szczególnie mną się opiekowała. Ale wkrótce okazało się ponad wszelką wątpliwość. samotnie podró ującą. Często zresztą miewał skojarzenia z kaczką. których przed chwilą opuścił. „Ach. mimo e tak wielkim. dodając. Słyszałem jego głos donośny. nawet wtedy on się nie uśmiecha. choć chrapliwy. w którym bie ąco przebywał. nie mogę”. wśród wielu głosów i — przede wszystkim — szczękania porcelany i metalu. co unikaną. je eli nie w bezpośrednim towarzystwie. doznawszy z kolei ulgi. zaofiarowali mi pomoc w znalezieniu dogodnego do le akowania miejsca na pokładzie. to w zasięgu głosu wybranego przeze mnie współpasa era. jak to bywa na początku pasa erskiego rejsu). e wyra a się on złośliwie tylko o tych. Wnet jednak z tego wszystkiego pozostaje albo melancholijna kontemplacja rozległości oceanu. zapewne rudej: „Co pani tak zardzewiała?” Nic więc dziwnego. skąd się wzięło jej oburzenie. a nie przypuszczałem. pomimo e. siwej. e krzywe nogi eglarza i jego chód ywo przypominają mu kaczkę. co się pyta” — odparł. — „Nawet kiedy się śmieje?” — „Pan to nazywa śmiechem? Ten obrzydliwy rechot? Nie. Kto je śledzie. To wstrętny typ!” Wiedziałem. które kojarzy się ze wszystkim. wszystko było jako tako w porządku. na których układa się ycie. głowie pewnego zamo nego d entelmena. wiele z tego czerpiąc dla siebie zadowolenia. a zwróciło to uwagę moich współbiesiadników. ni to się wydaje widzącym. chudy. Raczej spóźnił się na statek albo zmienił plany. którzy nie mogli go słyszeć. do cocktail-baru i palarni. ale zawstydzeni swoją ulgą i poszukując za nią zadośćuczynienia. które przy posiłkach jest o wiele głośniejsze. „Nie. o czym nie bez rozczarowania przekonują się pasa erowie ju wkrótce po opuszczeniu portu. taś. przemierzałem wszystkie trzy pokłady. rozkoszując się złudzeniem nieograniczoności. nieustannie kpiący z wszystkiego i wszystkich. posługując się moją laską. względnie łysej. nazwał ją paso ytem. taś!” — wołał na widok bosmana. „Poproszę jeszcze o kawałek paso yta” — powiedział przy stole. Tak zaczęła się nasza przeprawa. stosował się do ogólnego rytmu. co oceaniczne. — „A jak wygląda?” — „Wysoki. A e człowiek. którzy. ale szydercą. e mój nastrój nie obcią y podczas podró y ich samopoczucia (postanowili mieć jak najlepsze samopoczucie. Słyszałem. paradoksalnie niedostępnego. swobody. Śledziem oczywiście. od kontuaru rozlegała się podniesiona chrypka: „Pij pan. jak raz zwrócił się do niej z powodu jej peruki. tego nie udało mi się stwierdzić. eby milczał przy tak wyśmienitej okazji. kiedy raz podano na obiad kaczkę. Podczas pierwszego posiłku. „Jak wygląda ten pan?” — zapytałem raz starszą damę. chocia . Początkowo krą ą bezładnie i nieustannie tam i sam. Co 162 . ten?” — zawołała z pogardą.

co zresztą przychodziło mi z największą łatwością. Od dwóch dni trwała całkowita nieruchomość powietrza. ale wręcz go do nich zachęcałem. e swoją złośliwość kierował on na równi przeciwko ludziom. uznania nie szukał. co wisi. Widzi pan te trzy mewy nad anteną? Ach. W zamian za to musiał nieco zmienić metodę. Nieporównanie więcej dbał teraz o jej część opisową. Zapewniłem go.. prawda. Wkrótce otoczenie doszło do takiej wprawy.. Zwolnienie od podobnego zobowiązania przyjąłem ze znaczną ulgą. jak nie wiem co.” — Wiem. ale nawet jej oczekiwał. e nie czuję się dotknięty i prosiłem. Objęła go ogólna anatema. — Ha ha! — zaśmiałem się natychmiast. e takiej właśnie reakcji. nawet ruch statku nie wywoływał najl ejszego powiewu. I zamilkł. przymilnego śmiechu. osłoniętej od kierunku naszego kursu. otrzymał całkowitą 163 . e tak — wycofał się nagle. co miało być odbiciem dla jego zgryźliwego wniosku. ale nie miał innego wyjścia. Byłem jedynym. a ju nie miał słuchaczy.. satyryzował równie w obrębie aktualnych rozmówców. nie reagowałem na jego dowcipy śmiechem. e ja mówię to do śmiechu? Oni te tak myślą.To jest dla Jadwisi — dokończył ponuro. jak jego głos rozlega się z coraz to ró nych stron. będzie wymagał ode mnie. przechadzającej się po pokładzie. to one wyglądają. — Nie przeczę. pan nie widzi. Krą ył więc. a na środkowej części statku. Pędził więc gdzie indziej. nauczony doświadczeniem. a zawsze pilną gotowością do wysłuchania go. Domyślałem się tego. którzy nie znali wstępu? Ale znowu nie pozwalano mu skończyć. a nawet przedmiotom. Widocznie chodziło mu tylko o słuchacza. Stracił szansę na pozyskanie innych słuchaczy.Sławomir Mro ek – Opowiadania gorsza. wiem — przerwał mi. Milczał potem jeszcze długo. — Rzeczywiście — przyznałem się. który nie tylko nie unikał jego obecności. Pewnego popołudnia le ałem na pokładzie. Tupot oddalających się stóp ucichł. Zamiast skwitować mój śmiech wdzięcznością zapytał opryskliwie: — Z czego pan się śmieje? — Jak to? — zmieszałem się. Obawiałem się — muszę nawet dodać — zanim doszło do naszego związku. zadyszany głos: — A to. Nie tylko nie przerywałem toku jego charakterystycznych spostrze eń i uwag. — Przecie powiedział pan: „to. co wisi. cały brzemienny stłumionymi. o której wspomniałem. następnie opisać jej powierzchowność. — No. Tego właśnie się spodziewałem. e nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Zaledwie zdą ył zbli yć się do jednej grupy i powiedzieć jeden zjadliwy dowcip. martwo urodzonymi pointami. czasem ądaniem dodatkowego wyjaśnienia. gdzie oczywiście musiał zaczynać od początku. a ju wokół niego powstawała pró nia. Jedynie czas wspólnych posiłków przynosił mu pewną ulgę. W zamian za ową dbałość o stronę opisową. musiał najpierw powiadomić mnie o samym fakcie jej przechadzki. czasem jakimś pytaniem. Wtedy zrozumieli wszyscy. Dostałem go na własność. — Pan myśli. w dość licznym towarzystwie. chcąc powiedzieć coś złośliwego o pasa erce.. Tego wymagała nasza symbioza. ze szczegółowym uwzględnieniem tego. w coraz to krótszym czasie. Komentując to zjawisko ktoś zauwa ył. ale ju mnie nie opuścił. Pewnie. — Sądziłem. — .. eby sobie nie przerywał. jeszcze w biurze okrętowym. — Tak. Przebywając z nim stale upewniłem się w dawniejszym domyśle. Wtem za naszymi plecami rozległ się matowy. Mo e było to dla niego ucią liwe. bo jaki efekt dałoby wypowiedzenie samej tylko pointy przed nowymi słuchaczami.. jak i zwierzętom. Przy tym. Na przykład. e zaledwie zdą ył wypowiedzieć jedno słowo. e pan to opowiada dla dowcipu. zwracając twarz do słońca. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka. słysząc. Szuranie gwałtownie odsuwanych le aków nie pozwoliło mu skończyć. e jakaś chorągiewka zwisa bezwładnie z masztu. Usiadł przy mnie.

pełen niedobrych przeczuć. co widział.. poniewa mógł stamtąd obserwować znaczną część statku. nareszcie! Nie! Ktoś pchnął z drugiej strony. częściej ni na początku rejsu szydził teraz ze świata zwierząt i przyrody nieo ywionej. To nie dlatego. — Przecie to alarm! — Wiem o tym. cytrynowych skórek i kilku desek po opakowaniach. eby się z czegoś nie naśmiewać. zderzyli się. to pan myśli.. ni to było potrzebne.. Dzwonki rozlegały się bez przerwy. Potem on. — Pierwszorzędna satyra. Nie! Idzie dalej. jak to przedtem dokładnie opisał. nie krępując się wobec mnie. na najwy szym pokładzie. ale szarpie! No. Biedne delfiny! Po czymś takim nigdy ju nie powinny wynurzyć się na powierzchnię. e tak łatwo jest stale mówić dobre. — W ratunkowych. pan jest wariat! Powinienem o tym wiedzieć od pierwszej chwili. — powiedział wreszcie. — Tam. Najpierw nale ało zejść po stalowych. Ale on. stromych schodach. pojawiły się na falach... — Na dół — odparł. statek po raz pierwszy zaczął się kołysać. Rozwa yłem sytuację. kiedy się je mówi bez przerwy od dwudziestu lat? Głupie dowcipy! 164 . Znajdowaliśmy się gdzieś opodal niej. zwykle on mi w tym pomagał. Idzie w pi amie. zmieniła się. — A pan co sobie wyobra a?! — Tak. Nie. — Pan zwariował — powiedziałem z głębokim przekonaniem. całkiem blisko. bo nagle zaczął mówić szybko. Najhecniej wyglądają w tych pasach.. A co do złych dowcipów. jak zwykle. Pamiętam druzgocący paszkwil na grupę delfinów igrających niewinnie na tropie statku. Jeden się przewrócił! Ale fajnie! Szkoda. nie mogę. nie nadą ając za tym. e pan nie mo e tego zobaczyć! — Gdzie oni idą? — zapytałem. kiedy znienacka ogłuszyła nas syrena okrętowa. Otó dzięki temu. Nagle rozgniewał się. przez system korytarzy i schodów. nie mogę!. czy co. Widocznie pojawił się cały tłum. ale ciągnie w złą stronę. ale widocznie pojawiło się więcej obiektów jego zainteresowania. Mój towarzysz jąkał się ze śmiechu. ale ja nie idę. Mimo pochmurnego nieba i ochłodzenia siedzieliśmy obaj. zamiast odpowiedzieć. Krótkie milczenie. — Co to jest? — zapytałem. jak słowo daję! Zgubił panamę. Niedołęga. — Pod nami. e to tylko niedostatek inteligencji dyktował mu tak głupie zachowanie. ha ha ha! Ci grubi! A jak jeszcze który nie mo e się dopiąć! — W jakich pasach?! — zawołałem głośniej.Sławomir Mro ek – Opowiadania swobodę w doborze tematu. Wraca się. dotychczas słoneczna. choć pustą o tej porze i przy złej pogodzie.. Staje. Co panu winne delfiny? Pan jest wariat! — Nie. Na szczęście po przerywanej serii umilkła. Korkowy pas został w kabinie. bo omal nie zgniotła nam płuc. A tam. ha ha ha! — Idziemy! — krzyknąłem. w miejscu. ha ha ha! Chce otworzyć drzwi do zejścia. kiedy robił pan głupie dowcipy o statkach! I potem. Myślałem. A potem. Ha ha ha! — Dlaczego w pi amie? — zapytałem. — Tam. W trzecim dniu podró y pogoda. natomiast wzdłu całego statku odezwały się dzwonki. kiedy nie mógł pan prze yć pięciu minut. Nie. chyba nie zauwa ył. które zawsze wybierał mój towarzysz. bo słyszałem tupot licznych stóp. które. zmienionym głosem: — Ja nie idę. Właśnie umilkł po gwałtownej kpinie z kilku napęczniałych.. Tego się nie spodziewałem.. Ten stary z wąsami.. eby dostać się do szalup.. na lewo. jeszcze w biurze okrętowym. nie jestem.. Pojawiła się niespokojna fala. zaczął się krztusić ze śmiechu. Ojej. —— Najhecniej.

odbiciem. pokład nie kołysał się bardziej ni przedtem. Człowiek — zgoda. — Więc po co pan to robi? Dzwonki nie ustawały. e to. wcale nie jest jednak tak bardzo zabawna. szczególnie liniowcom budowanym seryjnie w czasie wojny”. — „Prawdopodobnie odpadło od razu całe dno. czy te ją poświadcza. jego niewinność ją podkreśla. a tak e kiedy patrzę na zwierzę czy przedmiot. jak podobno niektórzy mają przeklęty dar widzenia szkieletu w ywym człowieku. po tym wszystkim. 165 . to sprawa dalsza. I koń natychmiast zamienia mi się w szyderstwo. niech pan wybaczy. na szczęście. pańskie dowcipy. będące co prawda tylko moją projekcją. — Jak to. pretensjonalne. z góry przegrana. bo udajemy. istniejąc. choć prawdziwa. pomijając. We mnie. Jego nachylenia nie zmieniały się. Przeciwnie. ale. To doprawdy szczyt śmieszności! — Co pan w ogóle wie o śmieszności?! Panu się wydaje. a więc niczego nie udają. — Bo nie chcę być śmieszny. Nale ało nacisnąć ambicję wariata. kiedy powiem coś kretyńskiego? Czasem wolałbym się zakrztusić ze wstydu. mnie. to ju jest śmieszność? Ze wystarczy nie wło yć porządnie koszuli do spodni. co ludzie mogą myśleć czy szeptać o mnie albo o panu. Bo. Atakuję.. zaprzecza pańskiej normalności. Widzę ją w ka dym człowieku. Nie umiałem dłu ej opierać się panice. I przez to ju nara amy się na śmieszność. e ja tylko się bronię? — Czy to. „Chyba. kaleką. Bo przyszedłem ju na świat ze zmysłem tej immanentnej śmieszności. I jak pan mo e w tej sprzeczności wymagać dobrych dowcipów? — Z prawdziwą? A gdzie ona jest. I pan chce. Przecie patrzenie na jakiegoś cisawego ogiera nie uwalnia mnie od śmieszności. eby od razu być całkowicie. e jest wariatem. ale dla mnie co to za ró nica? W tej samej chwili znowu huknęła wielka syrena. Ale mam jeden niezbity dowód. eby mi pomógł dostać się do szalup. sprowokowany. eby. Ale niech pan w ten układ wpuści człowieka. eby jeden koń pękał ze śmiechu widząc na pastwisku drugiego konia albo krowę. e woda wdziera się od razu przez wszystkie burty” — pomyślałem. Widzę ją tak. naprawdę śmiesznym? — Jak to? Przecie pan sam.. ale ta walka jest beznadziejna. — Pan nie chce być śmieszny? Pan? Od trzech dni cały statek nabija się z pana. eby przy takiej nierównowadze sił moje dowcipy były zawsze dobre! eby w ogóle były dobre! — Złapałem pana! Wymienił pan tak e zwierzęta. W tym. Z tą. co powiedziałem? Czy pan nie rozumie. Robię. chcę uprzedzić cios. pierwszy walczę.Sławomir Mro ek – Opowiadania Pan myśli. w panu. jeśli łaska? — Wszędzie. z góry pretendujemy do czegoś. — A jednak pan jest wariat — powiedziałem zimno. Ale czy zwierzęta te pretendują do czegoś? Czy robią wokół siebie jakieś filozoficzne zamieszanie? Nie. ale wyłącznie między sobą. Ja te jestem. dał dowody normalności. nie podlegają więc śmieszności. choćby nawet samych siebie. — O moich dowcipach ju mówiliśmy. do czego. Jeszcze nikt nie słyszał. widzę ją zmysłowo. e jesteśmy. e zwierzęta. który zaprzecza. e muszę z szaleńcem postępować umiejętnie. tylko są. e przed panem ucieka. a ka de udawanie jest z natury śmieszne. To nie wynik intelektualnej spekulacji. co pan powiedział. — Pan walczy? Z czym? — Z prawdziwą śmiesznością. ta pańska prawdziwa śmieszność. Ale samozachowawczy instynkt mi podpowiedział. one po prostu są. co mogę. nie wiemy. je eli chcę go nakłonić. Zdarzały się takie wypadki. e ja o nich nie wiem? e mnie jest przyjemnie. a więc gdzie jest ich immanentna śmieszność? — Nie złapał mnie pan. To prawda. albo o sobie nawzajem. do czego. Ale nie umiemy porządnie odpowiedzieć. potęguje. delfiny na przykład. która.

na pokładach. Mała szkoda. Tylko wariat nie bałby się w takiej chwili. To przez pana! Puścił moją rękę.. Ale nie. jeśli mo na wiedzieć? — zapytał ura ony. ale aktywne ratowanie jej. na schodach. Potykając się. — Widocznie tak się zawsze robi na początku rejsu. to ju śmieszność spotęgowana do kwadratu. Nierówno. omal nie straciłbym ycia przez niego. samotnie stukały tylko nasze kroki. Wszystko do śmiechu. A po chwili: — Kto panu powiedział. mówił tylko do siebie: — To znaczy. gdyby alarm był prawdziwy. nie jest śmieszna.. co chce mi pan powiedzieć. tylko wariat nie ruszyłby z miejsca. jak uratowanie kaleki.Sławomir Mro ek – Opowiadania — Jaki. bo tylko nicość jest powa na. Nie chce pan zejść. e ja się nie boję? — Więc na co pan czeka? Tak skończyła się ta rozmowa. ◄KONIEC► 166 . ucieczka przed nią. Nagła ulga stworzyła we mnie pustkę. Oczywiście. Ja nie mogę czytać kapitańskich ogłoszeń — zauwa yłem. do której wdarła się złośliwość. biegnąc. Ostatecznie. Słyszałem jego głośny oddech. Ale on nie zwracał ju na mnie uwagi. nie o mnie chodzi. rzuciliśmy się na dół. Milczenie. gdy taka idzie gra. To wszystko rozumiem. W bardzo krótkich odstępach między przypływami własnego strachu myślałem ze zdziwieniem: „Jak na wariata boi się całkiem przyzwoicie”. a więc nie tylko pozostawanie w śmieszności. do szalup. nie ma dla pana znaczenia. nie mówmy o mnie. — Wszyscy wracają. Były momenty. zanim nie otrzymałem odpowiedzi. nie do zniesienia dla pana. kiedy statek tonie. wiem. e znowu do śmiechu. nawet prosty ludzki odruch. Ale wie pan. Nagle zatrzymał się jak wryty i szarpnął mnie za ramię. utrwalanie się w niej i to jeszcze za cenę wysiłku. a zatoczyłem się na metalową ścianę — i odszedł. — Rozumiem wszystko. Była to najgorsza chwila i trwała długo. A on widocznie równie miał mi coś do zarzucenia. W korytarzach. jego ręka była mokra od potu. — Wracają — powiedział. A przeto czynne unikanie nicości. Chwilami prawie mnie wlókł. po czym poznaje się wariata? e pod wpływem najprostszych bodźców reaguje nienormalnie. w przejściach. kiedy się bałem. gwałtownie. — Co się stało? — zapytałem. Nie spotkałem go ju do końca podró y. było ju pusto. e mnie porzuci. jak tego oczekiwałem. dla pasa erów. To był próbny alarm.

Master your semester with Scribd & The New York Times

Special offer for students: Only $4.99/month.

Master your semester with Scribd & The New York Times

Cancel anytime.