P. 1
Popiel, Karol - Generał Sikorski w mojej pamięci – 1983 (zorg)

Popiel, Karol - Generał Sikorski w mojej pamięci – 1983 (zorg)

|Views: 211|Likes:
Sikorski już w tydzień po objęciu teki wycofuje z sejmu projekt Szeptyckiego i opracowuje nowy, który posyła Piłsudskiemu do wglądu i wyrażenia opinii. Uczynił to Piłsudski na przesłanym mu egzemplarzu w formie tak drastycznej i dla autora projektu obelżywej, że Sikorski uznał, iż z uwagi na autorytet byłego naczelnego wodza, musi nawet przed najbliższymi to zataić. Wprowadził jednak do swojego projektu pewne poprawki i w marcu 1924 przesłał go do sejmu.

(Wersja dla Kindle na Chomiku)
Sikorski już w tydzień po objęciu teki wycofuje z sejmu projekt Szeptyckiego i opracowuje nowy, który posyła Piłsudskiemu do wglądu i wyrażenia opinii. Uczynił to Piłsudski na przesłanym mu egzemplarzu w formie tak drastycznej i dla autora projektu obelżywej, że Sikorski uznał, iż z uwagi na autorytet byłego naczelnego wodza, musi nawet przed najbliższymi to zataić. Wprowadził jednak do swojego projektu pewne poprawki i w marcu 1924 przesłał go do sejmu.

(Wersja dla Kindle na Chomiku)

More info:

Published by: biblioteka_zorga on Mar 15, 2012
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as PDF or read online from Scribd
See more
See less

10/11/2015

pdf

Generał Sikorski w mojej pamięci

Karol Popiel

* Prezes Popiel należy do tych polityków polskich, którzy stali najbliżej gen. Sikorskiego i popierali jego politykę. Co więcej, był osobistym przyjacielem Generała. Znał go jeszcze ze Lwowa z czasów akademickich i „Strzelca”, a w czasie I wojny światowej udzielał mu pomocy i poparcia jako przywódca Narodowego Związku Robotniczego w Królestwie (z tego Związku powstała późniejsza znana Narodowa Partia Robotnicza - NPR). W czasach niepodległości - już jako poseł na Sejm i prezes Klubu Poselskiego NPR - popierał politykę gen. Sikorskiego, zwłaszcza zaś projekty pełnego podporządkowania wojska rządowi, tak jak jest to w każdym prawdziwie demokratycznym ustroju. Niestety, nie udało się tych projektów wprowadzić w życie, czego skutkiem była późniejsza dyktatura wojskowa, która wypaczyła polskie życie polityczne na wiele lat. Po przewrocie majowym prezes Popiel otwarcie i odważnie występował w obronie linii politycznej Sikorskiego. Sanacja zemściła się za to na nim uwięzieniem go w Brześciu, gdzie odnoszono się doń ze szczególnym okrucieństwem fizycznym i moralnym. Tego jednak nie było dosyć. Postarano się i o to, by dobre imię prezesa Popiela zbezcześcić. Rozpoczęto w prasie wielką kampanię oszczerczą, ale, gdy p. Popiel zażądał procesu, nie znaleziono żadnego dowodu, żadnego nawet cienia pretekstu, na podstawie którego można by go posadzić na ławie oskarżonych. Proces się nigdy nie odbył, co bynajmniej nie przeszkodziło różnym sanacyjnym publicystom na emigracji wracać od czasu do czasu do tej sprawy i przedstawiać ją w sposób perfidny i pełny najhaniebniejszych insynuacji. Prezes Popiel był jednym z czołowych przedstawicieli tak zwanego Frontu Morges. Pod tą nazwą rozumiano w przedwojennej Polsce luźne ugrupowanie stronnictw i osób, które w sprawach politycznych kierowały się zaleceniami konferencji, odbytej w lutym 1936 roku w siedzibie Ignacego Paderewskiego w Morges, w Szwajcarii. Poza gospodarzem w konferencji tej uczestniczyli: prezes Stronnictwa Ludowego i trzykrotny premier Rzeczypospolitej Wincenty Witos, gen. Józef Haller i gen. Władysław Sikorski. Front Morges wysuwał żądanie zastąpienia reżymu sanacyjnego rządem najszerzej pojętego zjednoczenia narodowego, mogącym jedynie sprostać trudnym zadaniom, jakie zarówno w dziedzinie polityki wewnętrznej jak i zagranicznej stawały w owym czasie przed Polską. Wskazania te spotkały się z żywym oddźwiękiem w szeregach Stronnictwa Ludowego, Chrześcijańskiej Demokracji i Narodowej Partii Robotniczej oraz znalazły zdecydowanych zwolenników wśród wielu wybitnych działaczy demokratycznego skrzydła Stronnictwa Narodowego (Marian Borzęcki, Stanisław Zieliński, Bolesław Koskowski, J. Bartoszewicz i inni), a także w części PPS (Herman Lieberman). Natomiast były zaciekle zwalczane przez rządzący obóz sanacyjny.

W dążeniu do wewnętrznej konsolidacji politycznej Front Morges wysunął między innymi sugestię zjednoczenia Chrześcijańskiej Demokracji i Narodowej Partii Robotniczej. Idea to została zrealizowana w rok później na kongresie połączeniowym obu stronnictw, który odbył się 10 października 1937 w Warszawie. Powstało wówczas Stronnictwo Pracy, którego kierownictwo objęli: jako prezes Zarządu Głównego - Wojciech Korfanty; jako pierwszy wiceprezes, a wobec przebywania Korfantego na emigracji - pełniący obowiązki prezesa Karol Popiel; jako prezes Rady Naczelnej - gen. Józef Haller. Wyniki konferencji w Morges były następnie przedyskutowane i zatwierdzone na szerszej konferencji, odbytej na Morawach, z udziałem przybyłego z kraju licznego grona przywódców i działaczy politycznych. W konferencji tej przewodniczył gen. Józef Haller, sprawozdanie z Morges przedstawił Wincenty Witos, a uczestniczyli między innymi: prezes Wojciech Korfanty, wiceprezes SL Stanisław Mikołajczyk, prezes Karol Popiel, wiceprezes ChD i były poseł Władysław Tempka, prezes Związku Hallerczyków, płk. dr Izydor Modelski oraz w charakterze obserwatora z ramienia ówczesnego prezesa Zarządu Głównego SN Bartoszewicza - Włodzimierz Marszewski. Jednym z pierwszych przejawów działalności nowo powstałego Stronnictwa Pracy był założony i redagowany przez p. Karola Popiela dziennik warszawski „Nowa Prawda”. Pismo to - to wzór uczciwej prasy demokratycznej a równocześnie przykład martyrologii prasy polskiej za czasów dyktatury pułkowników. Zawieszone w marcu 1938 roku przez władze za niezwykle odważne stanowisko w sprawie zaboru Austrii przez Hitlera, zostało po długich staraniach ponownie otwarte pod nazwą „Nowej Rzeczypospolitej”. Za stanowisko zajęte w sprawie ultimatum rządu sanacyjnego do Czechów w sprawie Zaolzia dziennik ten został znowu zawieszony, tym razem już definitywnie. Na emigracji prezes Popiel wszedł do rządu gen. Sikorskiego, początkowo jako wiceminister, później jako minister i członek Komitetu Politycznego Rady Ministrów. Popierał go najczynniej. Gen. Sikorski mógł się na nim zawsze oprzeć, ceniąc sobie wysoko jego rozumne, wytrawne i uczciwe rady, jak również jego przyjaźń. (Anonimowy wstęp napisany do powielonego odczytu prezesa Karola Popiela na temat Gen. Sikorski, jego polityka i jego przeciwnicy, wygłoszonego w Paryżu 1 lutego 1950 w ramach „Wieczorów dyskusyjnych”, organizowanych przez PSL)

Z nazwiskiem Władysława Sikorskiego zetknąłem się po raz pierwszy w okresie moich studiów gimnazjalnych w Tarnowie w związku z głośną w owych czasach sprawą znanego literata i myśliciela, Stanisława Brzozowskiego. Jako jeden z założycieli i kierowników organizacji młodzieży narodowej w środowisku tarnowskim, w którym dotąd całkowity monopol wpływów posiadała tak zwana młodzież postępowa, grupująca się przy lwowskim miesięczniku „Promień”, byłem już od trzeciej klasy stałym i gorliwym czytelnikiem „Teki” - organu młodzieży narodowej, wychodzącego co miesiąc we Lwowie. Tam to wyczytałem w dziale lwowskiej kroniki życia akademickiego o ciężkich bojach, jakie na miejscowej politechnice toczyła młodzież narodowa z młodzieżą postępową o opanowanie czołowej organizacji samopomocy pod nazwą Bratnia Pomoc. W przeciwieństwie do uniwersytetu, gdzie przeważały wpływy młodzieży narodowej, politechnika była w większości raczej domeną wpływów postępowców. Młodzież narodowa z wolna jednak umacniała tam swoje pozycje i w

pewnym okresie, było to bodajże pod koniec 1905 roku, jej dążenie do opanowania „Bratniaka” było już bliskie realizacji. Wpłynęła na ten stan rzeczy osoba kandydata na wiceprezesa, którym był świetnie zapowiadający się student wydziału inżynierii lądowej, Władysław Sikorski. I tym razem jednak zwyciężyli postępowcy, ale już niezbyt dużą ilością głosów. W następnej kadencji - wybory do władz tego stowarzyszenia odbywały się z początkiem każdego roku akademickiego - nastąpiło zaskakujące przegrupowanie się obozów, którego głównym bohaterem był tenże Sikorski. Zerwał on bowiem z młodzieżą narodową i stanął na czele listy kandydatów grupy postępowej. Został wybrany przygniatającą liczbą głosów prezesem Bratniej Pomocy. Wydarzeniu temu poświęciła „Teka” cały szereg uwag, skupiając swoją krytykę na tym właśnie szczególe kandydowania na pierwsze wśród społeczności politechniki stanowisko, przemilczając jednak całkowicie ideowo-polityczne motywy ewolucji Sikorskiego. Dopiero znacznie później, gdy również w moim środowisku zanotowaliśmy objawy fermentu w jednolitym dotąd stanowisku obozu narodowego na tle stosunku do rewolucji w Rosji, uświadomiłem sobie, że Sikorski był po prostu jednym z pierwszych, który w owym okresie rozłamów i frond w ruchu narodowym wyciągnął konsekwencje, opuszczając związany z Ligą Narodową Związek Młodzieży Polskiej (Zet) i przechodząc otwarcie do obozu młodzieży postępowej, dzierżącej porzucony przez Ligę Narodową sztandar niepodległości. Na stanowisku prezesa „Bratniaka” rozwinął Sikorski wyjątkową, jak na ówczesne warunki, aktywność. Pod jego przewodnictwem Bratnia Pomoc stała się nie tylko sprawnie funkcjonującą organizacją samopomocową, ale odgrywała bezsprzeczną rolę wśród ogółu młodzieży politechniki. Najbardziej głośnym przejawem tej dziedziny działalności nowego prezesa było zorganizowanie w październiku i listopadzie 1906 roku dwóch cyklów odczytów głośnego już wtedy literata i myśliciela, Stanisława Brzozowskiego. Jeden na temat Światopogląd pracy i swobody, drugi o Świadomości polskiej XIX wieku. Odczyty te stały się sensacją nie tylko dla młodzieży wyższych uczelni, ale i dla całego intelektualnego środowiska tego miasta. Ich powodzenie wywołało zrozumiałe objawy niezadowolenia silnej w tym mieście demokracji narodowej, która przystąpiła do kontrataku na Brzozowskiego. W owym czasie nie wiedziałem jeszcze, że z Sikorskim przypadkowo mamy z sobą coś wspólnego, a mianowicie, że pochodzimy z tego samego powiatu. Moim miejscem urodzenia jest stare podupadłe miasteczko o zniekształconej przez Austriaków pisowni Rzochów (zamiast Żochów, pochodzącej od Żochny, córki hetmana Tarnowskiego, od imienia której wywodził się gród od czasów najazdu szwedzkiego ponoć dość znaczny, bo figurujący na różnych mapach z tego okresu) w powiecie mieleckim, a Władysław Sikorski przyszedł na świat w oddalonej zaledwie o kilkanaście kilometrów wsi Tuszów Narodowy, gdzie ojciec jego był kierownikiem szkoły, jak się wówczas mówiło ludowej. Dopiero w wiele lat później z opowiadań rówieśnika i krajana Sikorskiego z Rzeszowskiego, następnie bliskiego jego kolegi i przyjaciela, Stanisława Kota1, dowiedziałem się bliższych szczegółów

1

Prof. Kot ma wielu wrogów, głównie zresztą z kół sanacyjnych i ich dalszych adherentów, którzy stawiają mu różne zarzuty. Przede wszystkim, że był nieustępliwy jeśli chodzi o współpracę gen. Sikorskiego z sanatorami. Czyż jednak miał popierać tych, którzy prowadzili bezwzględną walkę z opozycją? Zarzuca się mu, że zgodził się pełnić funkcję ambasadora nie znając języka i stosunków rosyjsko-sowieckich. Ale czy rzeczywiście znajomość języka jest dla dyplomaty nieodzowna? Zresztą ogłoszone dokumenty świadczą o jego chwalebnej działalności. Poza tym gen. Sikorski proponował objęcie tej funkcji innym osobom, m.in. gen. Sosnkowskiemu, ale wszyscy odmówili. Bronił się przed nią i prof. Kot, ale przyjął ją z obowiązku; podobnie jak tekę ministra informacji, po

jego życiorysu. Według tych relacji, Sikorski rozpoczął naukę w tym samym co Kot gimnazjum w Rzeszowie, parę lat wcześniej. Gdy był uczniem czwartej klasy, umarł jego ojciec i matka wraz z czworgiem dzieci znalazła się w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej. Zgodnie z radą opiekuna sądowego, którym był ziemianin Jędrzejowicz, właściciel Hyźnego w Rzeszowskiem, przeniesiono go do seminarium nauczycielskiego. Zmiana ta oparta była na kalkulacji, że w ten sposób już po czterech latach otrzyma posadę, na której będzie się nie tylko mógł sam utrzymać, ale jeszcze pomagać rodzinie. Dyrektorowi tego seminarium, Zubczewskiemu, zawdzięcza Władysław Sikorski, że ominęła go niezbyt pociągająca kariera nauczyciela ludowego we współczesnej Galicji. Zorientowawszy się w zdolnościach ucznia, Zubczewski zachęcił go po ukończeniu seminarium do prywatnego uzupełnienia materiału i zdawania matury gimnazjalnej, co było warunkiem przyjęcia na politechnikę. Na temat rodziny Sikorskiego istnieje parę wersji, lecz jest rzeczą charakterystyczną, że sam Sikorski do swojej genealogii nie przywiązywał żadnej wagi. I to do tego stopnia, że, jak mi opowiadała kiedyś wdowa po nim p. Helena Sikorska, nigdy na ten temat nie prowadził z nią żadnych rozmów. Raz tylko, gdy był premierem w pierwszej połowie 1923 roku, otrzymał list od byłego lotnika rosyjskiego, wówczas przebywającego już w Stanach Zjednoczonych i głośnego później konstruktora samolotowego Igora Sikorskiego, który powołując się na przekazane mu przez ojca informacje zapytywał, czy nie ma między nimi jakiegoś pokrewieństwa, jako że ojciec Igora był zesłańcem po powstaniu 1863 roku. Władysław Sikorski zlekceważył całkowicie ten list i nawet nań nie odpowiedział, mimo iż w jego pamięci pozostało coś z opowiadania ojca, że ktoś z ich rodziny przepadł w Rosji zesłany tam po powstaniu styczniowym. * Gdy jesienią 1908 roku zapisałem się na wydział prawny uniwersytetu lwowskiego, Sikorski w tym samym czasie zakończył swą bujną historię życia akademickiego. Uzyskał właśnie dyplom inżyniera na lwowskiej politechnice i wkrótce potem objął posadę w odpowiednim dziale namiestnictwa galicyjskiego. W okresie studiów Sikorski odbył jednoroczną służbę w armii austriackiej (1904-5), którą, w przeciwieństwie do przyjętego niemal powszechnie zwyczaju ówczesnej młodzieży polskiej zmuszonej dopełnić tego formalnego obowiązku wobec państwa zaborczego, potraktował bardzo poważnie jako ważny a bodajże podstawowy element swojej przyszłej służby publicznej. Zdobyta w ten sposób wiedza wojskowa - a trzeba przyznać, że poziom szkolenia zawodowego stał wysoko przydała się młodemu inżynierowi, gdy w 1911 roku opracował Regulamin musztry Związku Strzeleckiego i Elementarną taktykę piechoty, pierwsze podręczniki dla powstających wówczas na terenie Galicji ośrodków ruchu strzeleckiego. W roku 1908 Sosnkowski wraz z Sikorskim, M. Kukielem i M. Dąbkowskim zakłada Związek Walki Czynnej, organizację, która miała odegrać rolę centralnego ogniska przygotowania wojskowego, ruchu ogarniającego, mimo klęski zrywu rewolucyjnego w zaborze rosyjskim, zastępy ówczesnej
prostu zniewolony koniecznością. Prof. Kot, nasz wybitny uczony i wierny druh gen. Sikorskiego, nie ubiegał się o zaszczyty i honory, miał jedynie na względzie obowiązek służenia Ojczyźnie. Oczywiście nie był bez wad. Za dużą wagę przywiązywał do spraw osobistych i personaliów. Sam kiedyś doświadczyłem tego na własnej skórze. Na jednym z posiedzeń rządu powiedziałem Sikorskiemu, że zachowuje się w rządzie jak naczelny wódz, a w wojsku jak premier. Sikorski naprzód był z tego niezadowolony, ale po posiedzeniu obrócił to w żart. Dowcipkowaliśmy na ten temat z Zaleskim i fotograf upamiętnił to na zdjęciu reprodukowanym po stronie 16. Kot potem użył tę fotografię w swoich rozmowach z Sikorskim jako dowód mojej zażyłości z sanacją.

młodzieży polskiej. Na widowni bowiem pojawiły się fakty, które przed młodzieżą postawiły z całą ostrością nowe zadania. Sytuacja międzynarodowa zaczęła się rozwijać w szybkim tempie. Należało liczyć się z tym, iż współczesne pokolenie będzie świadkiem tej wojny powszechnej o wolność ludów, o którą modlił się Adam Mickiewicz i która miała przynieść zmartwychwstanie Polski. Wśród trzech państw zaborczych zarysowały się ostre konflikty i żaden kunszt dyplomatyczny nie mógł ich już usunąć. Pierwszy sygnał dały Austro-Węgry anektując turecką prowincję Bośni i Hercegowiny. Przyłączenie jej było celem polityki, niepodległej i świadomej swego jugosłowiańskiego posłannictwa, Serbii. Już wtedy, zimą 1908-9 wojna rosyjsko-austriacka wisiała na włosku. Wielkim mocarstwom udało się ją odsunąć. Nie mogły jednak przeszkodzić w trzy lata później wybuchowi wojny bałkańskiej, która ostatecznie zlikwidowała imperium tureckie w Europie. Wydarzenia te miały ogromny wpływ na ówczesną młodzież. Przyspieszyły one i ożywiły tempo prac niepodległościowych. Na odcinku wojskowym wyraziło się to w podjęciu przez Związek Walki Czynnej akcji organizowania jawnych zrzeszeń przygotowania wojskowego. Pierwszą w tej dziedzinie placówką był założony w grudniu 1910 roku we Lwowie Związek Strzelecki pod przewodnictwem inż. W. Sikorskiego. Krótko po tym powstaje jego odpowiednik w Krakowie pod nazwą „Strzelec”. Oba te fakty działają zaraźliwie na inne środowiska niepodległościowe. W utworzonym w 1909 roku ośrodku nowego odłamu młodzieży narodowej, grupującej się przy wychodzącym we Lwowie miesięczniku „Zarzewie”, powstaje analogiczna do ZWC tajna organizacja pod nazwą „Armia Polska”, której jawną ekspozyturą stają się Polskie Drużyny Strzeleckie. Należałem do inicjatorów tego ruchu i nawet nazwa tej organizacji była mego pomysłu. Uzyskawszy jej legalizację u ówczesnych władz administracyjnych, zyskaliśmy nad związkami strzeleckimi tę formalną przewagę, że od razu posiadaliśmy statut centralnej organizacji na cały obszar kraju, podczas gdy placówki organizowane przez ZWC musiały w każdym wypadku się legalizować. Rok 1912 zapisuje się w historii tych przedsięwzięć dwiema ważnymi datami. Latem w Zakopanem, skąd padło hasło szerokiego ruchu manifestacyjno-protestacyjnego przeciwko dokonanemu właśnie oderwaniu Chełmszczyzny od Królestwa Polskiego, odbyło się zebranie przedstawicieli obu ośrodków strzeleckich, na którym powołano do życia Polski Skarb Wojskowy. W grudniu tego roku powstaje na tajnym zjeździe w Wiedniu Komisja Tymczasowa Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. W skład jej wchodzą w pierwszym rzędzie przedstawiciele nielegalnych organizacji Królestwa z obu jeszcze tak niedawno skłóconych ośrodków: socjalistycznego i narodowego; a więc: PPS - frakcja rewolucyjna i jej ekspozytura na wieś - Związek Chłopski oraz z dawnych organizacji Ligi Narodowej: Narodowy Związek Robotniczy, Narodowy Związek Chłopski i Związek Niepodległości, grupujący elementy tak zwanej Frondy. Współdziałało z nową organizacją, nie należące do niej formalnie, legalne Polskie Zjednoczenie Postępowe, którego organem był redagowany kiedyś przez Aleksandra Świętochowskiego tygodnik „Prawda”. Z terenu galicyjskiego weszły do Komisji Polska Partia Socjalno-Demokratyczna Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz niedawno powstałe we Lwowie Polskie Stronnictwo Postępowe. Był to niejako lewy odłam starego na terenie galicyjskim obozu demokracji polskiej, nie mogącego się nigdy zdobyć na nowoczesne formy organizacyjne. Opierał on swą działalność na dość szerokim zasięgu wpływów popularnego dziennika „Wiek Nowy”. Sekretarzem generalnym nowego stronnictwa i jego właściwym organizatorem był... Władysław Sikorski. Pod jego energicznym kierownictwem młode stronnictwo wystartowało w stolicy kraju pod jak najbardziej obiecującymi auspicjami. W wyborach 1911 roku do przedwcześnie

rozwiązanego parlamentu w Wiedniu, na siedmiu posłów, jakich wysłał Lwów, PSP zdobyło dwóch w osobach adw. Aleksandra Lisiewicza i inż. Hipolita Śliwińskiego, to jest tyle, ile bardzo wpływowa dotąd i doskonale zorganizowana demokracja narodowa, która w stosunku do poprzedniego stanu straciła na rzecz postępowców jeden mandat. Wprawdzie PSP nie potrafiło rozprzestrzenić swoich wpływów poza Lwów, z wyjątkiem może Stanisławowa, na co niewątpliwie wpłynął fakt, że główny jego motor działania i organizator, Sikorski, coraz bardziej angażował się w robotę strzelecką. Odgrywało ono jednakże dużą rolę w ogólnym wysiłku niepodległościowym, zwłaszcza od chwili kiedy założyło tygodnik „Życie”, którego redakcję objął znany literat Gustaw Daniłowski. Poza PPSD i PSP powstała kwestia przystąpienia do Komisji Tymczasowych najsilniejszego w ówczesnej konfiguracji politycznej ugrupowania Galicji, to jest Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ówcześni jego kierownicy wszedłszy po długim okresie uporczywej walki opozycyjnej na tory polityki realnej, co się wyraziło między innymi wstąpieniem do Koła Polskiego w parlamencie wiedeńskim i uzyskaniem teki ministra dla Galicji w centralnym rządzie, nie okazywali większej ochoty do wiązania się z konspiratorami z Królestwa. Jedynym wyjątkiem w tej dziedzinie był popularny poseł ziemi krakowskiej, Włodzimierz Tetmajer, który po powstaniu Polskiego Skarbu Wojskowego objął wobec władz i szerszej opinii publicznej pewnego rodzaju mandat reprezentowania tej organizacji. Jego to usilnym staraniom trzeba zawdzięczać, że z czasem PSL zdecydowało się zgłosić formalny akces do Komisji Tymczasowej. Zbiegło się to na nieszczęście w czasie z dojrzewającym od dość dawna rozłamem w łonie Stronnictwa na tle stosunku do metod działania faktycznego jego dyktatora, posła Jana Stapińskiego. W wyniku tego rozłamu powstało PSL „Piast”, którego faktycznym przywódcą został Wincenty Witos i które mimo zabiegów Tetmajera trzymało się z daleka od Komisji Tymczasowej. W związku z tym sam Tetmajer wahał się dłuższy czas z wyborem, do której frakcji Stronnictwa ma się zaliczać. Ostatecznie został z „Piastem”, skupiającym niewątpliwą większość zorganizowanych ludowców. Oddana zaś Stapińskiemu grupa, która przybrała nazwę PSL lewicy, zadeklarowała swą przynależność do Komisji, co jednakże wobec poważnego poderwania autorytetu tego przywódcy i jego ugrupowania nie wyszło Komisji na dobre i w dużym stopniu przyczyniło się do konfliktu i rozłamu w jej łonie. Najniefortunniej rozegrał się on na kilka zaledwie tygodni przed wybuchem wojny światowej, kiedy Komisję Tymczasową opuściły organizacje narodowo-niepodległościowe a wraz z nimi i Polskie Drużyny Strzeleckie. Polskie Stronnictwo Postępowe w Komisji Tymczasowej reprezentuje Sikorski. Jego rola w jej pracach ma nieco inny charakter niż przedstawicieli innych grup. Komisja uważa się za pewnego rodzaju zalążek przyszłego rządu narodowego i pod tym kątem ustala swoje prace i wewnętrzną organizację. Powstaje w niej między innymi Wydział Wojskowy i na wniosek komendanta głównego Związków Strzeleckich, Józefa Piłsudskiego, kierownikiem tego Wydziału zostaje właśnie Sikorski. Jest to okres tendencyjnie później zamazywany przez rozmaitych historyków, okres, w którym między Józefem Piłsudskim a Władysławem Sikorskim istnieje jak najściślejsza współpraca. „Komendant”, objąwszy w 1912 roku formalnie komendę główną w Związku Walki Czynnej, znajduje w Sikorskim jednego z najbliższych swoich współpracowników, niezastąpionego zwłaszcza jeśli chodzi o te wszystkie dziedziny pracy, które z konieczności wymagały kontaktu z władzami politycznymi i wojskowymi państwa austriackiego. *

Wybuch wojny w sierpniu 1914 roku zaskoczył wszystkie niemal czynniki polityczne. Oczekiwany od chwili wojny bałkańskiej przyszedł niespodziewanie po okresie, zdawało się, pozornego uspokojenia, pozwalającego przewidywać odsunięcie wybuchu co najmniej o jakiś rok lub dwa. Ta błędna ocena sytuacji spowodowała, między innymi, osłabienie dawnej Komisji Tymczasowej, używającej od swojego zjazdu w listopadzie 1913 roku we Lwowie nazwy Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych. 10 maja 1914 opuściły Komisję organizacje narodowo-niepodległościowe Królestwa, a wraz z nimi i Polskie Drużyny Strzeleckie, od dwóch lat współpracujące ściśle ze Związkami Strzeleckimi pod wspólną komendą Piłsudskiego. Stronnictwa Komisji z Galicji przygotowały się do zapowiedzianych na jesień 1914 roku wyborów do Sejmu Krajowego na podstawie nowej ordynacji wyborczej, która nie naruszając zasad dotychczasowego systemu, otworzyła jednak dość szeroko drogę w kierunku zdemokratyzowania przedstawicielstwa krajowego. Stwarzało to perspektywę wejścia po raz pierwszy do Sejmu przedstawicieli socjalistów a także i PSL oraz poważnego wzmocnienia wpływów ludowców. Te konkretne osiągnięcia wydawały się większości Komisji bardziej realne, jako że łączyły się one ściśle z planami osłabienia reprezentacji Demokracji Narodowej, głównego przeciwnika orientacji niepodległościowej, którą reprezentowała KSSN. Proces ten wydawał się im niezbędnym warunkiem do zdobycia w społeczeństwie przewagi nad zwolennikami orientacji prorosyjskiej z Demokracją Narodową na czele. Strzał serbskiego spiskowca Principa, który 28 czerwca kosztował życie austriacko-węgierskiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego małżonki, przekreślił wszystkie te kalkulacje i stworzył sytuację, w której wybuch wojny w pierwszej fazie co najmniej między trzema państwami zaborczymi, a w konsekwencji wiążących je sojuszów z mocarstwami zachodnimi, zatargu już o zasięgu światowym - był nieunikniony. Po parutygodniowym okresie rozmów dyplomatycznych przychodzi 23 lipca ultimatum Austrii do Serbii, zredagowane w taki sposób, by rząd serbski mimo najdalej posuniętej skłonności ugodowej nie mógł go przyjąć. Trzy dni później Austro-Węgry i Serbia są już w stanie wojny, na którą Rosja reaguje zarządzeniem mobilizacji. Od tej chwili w szybkim tempie, niemal z godziny na godzinę, dokonywają się nowe posunięcia i w pierwszych dniach sierpnia wojna jest już faktem. Jej terenem głównym są ziemie polskie. Zaskoczeni takim rozwojem wypadków politycy obu orientacji usiłują włączyć się w rozgrywające wypadki i uzyskać wpływ na ich rozwój. Mają oni świadomość, że wojna ta przynieść musi zasadniczą zmianę warunków. Zakres zmian związany jest ściśle z faktem, której ze stron walczących przypadnie ostateczne zwycięstwo. Stanęły przeciwko sobie dwa wielkie ugrupowania: z jednej strony, trójprozumienie, tak zwana później Koalicja, to jest Wielka Brytania, Francja i Rosja, z drugiej, państwa centralne: Niemcy i Austro-Węgry, które w tej decydującej godzinie próby opuścił, trzeci sprzymierzeniec, to jest Włochy. Niedługo miały się one znaleźć po stronie swych dotychczasowych przeciwników. Oficjalna koncepcja KSSN opierała się o tradycyjno polski powstańczy prąd antyrosyjski i wskutek tego jej punktem wyjścia był swego rodzaju sojusz z państwami centralnymi, bez pomocy których poważniejszy udział w rozgrywającej się wojnie był wykluczony. Pokrywało się to całkowicie z nastawieniem legalnej reprezentacji politycznej społeczeństwa polskiego zaboru austriackiego. Nawet jej rusofilski odłam, Demokracja Narodowa (i sprzymierzeni z nią konserwatyści wschodniogalicyjscy, tak zwani Podolacy) deklarował pełną lojalność wobec monarchii, w której Polacy od prawie pół wieku osiągnęli maksimum swobód narodowych.

Nowa sytuacja odbiła się z miejsca poważnym wzmocnieniem pozycji KSSN a tym samym i właściwie przede wszystkim głównego w niej czynnika decydującego, to jest komendanta głównego Związków Strzeleckich Józefa Piłsudskiego. Już 31 lipca, w dniu w którym Austro-Węgry zarządzają powszechną mobilizację, kierownicy Polskich Drużyn Strzeleckich w popłochu decydują się na wyciągnięcie radykalnych konsekwencji. Komendant naczelny Polskich Drużyn Strzeleckich Marian ŻegotaJanuszajtis melduje się u Piłsudskiego i bez żadnych zastrzeżeń i warunków oddaje się wraz z reprezentowaną przez siebie organizacją pod jego komendę. Jest to wielki sukces Piłsudskiego zarówno moralno-politycznej, jak i organizacyjnej natury. Z Drużynami bowiem staje do jego dyspozycji liczna i wartościowa kadra oficerska oraz dość poważne powiązania organizacyjne na terenie Królestwa, których Związki Strzeleckie, wobec słabości PPS na tym terenie, były całkowicie pozbawione. Wzmocniwszy dzięki tym faktom wybitnie swoją pozycję, Piłsudski rozpoczyna wielką grę, w której już na samym wstępie ujawnia zasadnicze elementy pojmowania przez siebie swej roli publicznej. Zarządza mobilizację szeregów strzeleckich, czym wywołuje ogólny entuzjazm. Z wysłaniem oddziałów wojskowych na teren Królestwa musi czekać prawie tydzień, póki nie otrzyma na to zgody władz austriackich. Wprawdzie atut wybuchu antyrosyjskiego powstania w Królestwie, którym grał Piłsudski wobec wojskowych władz austriackich, okazał się niewypałem. Królestwo nie drgnęło i zarządzona przez władze rosyjskie mobilizacja przebiegała składnie, o ile nie przeszkodziły jej wkraczające oddziały niemieckie. Znaleziono jednak na to wytłumaczenie, że południowy teren Królestwa - gubernie Kielecka i Radomska - był tym, na którym wpływy PPS były najsłabsze. Przeczyły temu niezbyt odległe w czasie fakty, jak chociażby na przykład istnienie krótkotrwałej tak zwanej Republiki Ostrowieckiej oraz nasilenie ruchu rewolucyjnego w Zagłębiu Dąbrowskim. Z tego niepowodzenia wyciągnął jednak Piłsudski szybko wnioski. Gdy idea samodzielnej akcji powstańczej wspartej masowym poparciem ludności miejscowej okazała się fikcją, dzięki Sikorskiemu uzyskał zgodę władz austriackich na koncepcję legionów współdziałających z armią austriacko-węgierską. Odpowiadało to planom decydujących czynników austriackich i pozwalało dla takiego rozwiązania rzucić na szalę wpływy polskiej reprezentacji politycznej w Wiedniu. Pozostała jednak kwestia KSSN i jej ambitnego planu stania się zalążkiem pierwszego od upadku powstania styczniowego rządu narodowego. Tę trudność rozwiązał Piłsudski w bardziej radykalny sposób, niż mógł sobie na to pozwolić na odcinku wojskowym. 6 sierpnia, to jest w dniu, w którym pierwszy oddział strzelecki kompanii kadrowej przekroczył granice Królestwa, stanął Piłsudski w Krakowie przed Komisją i oświadczył, iż w Warszawie utworzył się tajny „rząd narodowy”, któremu on wraz ze zjednoczonymi pod jego komendą oddziałami oddał się bez żadnych zastrzeżeń i w związku z tym uważa, że rola Komisji w formie początkowo określonej właściwie się kończy, co najwyżej winna ona przejąć przedstawicielstwo rządu narodowego na terenie Galicji. Członkowie Komisji byli w najwyższym stopniu zaskoczeni tym oświadczeniem i wielu z nich nie taiło wątpliwości, czy nie są przedmiotem jakiejś makiawelskiej gry. Dodać w tym miejscu należy, że mimo zgłoszenia powrotu do Komisji przez jedno z trzech ugrupowań narodowo-niepodległościowych Królestwa, to jest Związek Niepodległości, którego upełnomocnieni przedstawiciele znajdowali się wówczas na miejscu w Krakowie, działający niewątpliwie po myśli Piłsudskiego kierownicy KSSN z sekretarzem JodkoNarkiewiczem zgłosili sprzeciw przeciwko reprezentantowi tej organizacji Feliksowi Młynarskiemu (Jan Brzoza), którego znajomość stosunków Królestwa mogła być dla konspiracyjnych posunięć Piłsudskiego nie na rękę.

Należałem wówczas do kierownictwa Związku Niepodległości. Od tygodnia wróciłem na poprzednie moje stanowisko w Polskim Skarbie Wojskowym. Jego kierownik, Walery Sławek, zostawił mi całkowicie wolną rękę w załatwianiu spraw. Miałem więc wgląd bardzo bezpośredni w to wszystko, co się w środowisku Piłsudskiego działo i od razu zorientowałem się, że puszczane przez najbliższe otoczenie Piłsudskiego wieści o przebywaniu jakoby w Krakowie tajemniczych emisariuszy rządu narodowego z Warszawy były całkowicie wyimaginowane. Toteż zdecydowaliśmy się wówczas, w proteście naszym do KSSN przeciwko dyskredytowaniu naszego przedstawiciela, wyrazić niedwuznacznie naszą opinię o mistyfikacji rządu narodowego niegodnej wielkiego momentu historycznego, jaki przeżywamy. Z czasem zdecydowano się ujawnić na ten temat prawdę i jak to czyni autor Najnowszej historii politycznej Polski2 usprawiedliwić krok Piłsudskiego jego niechęcią do kolegialnych decyzji i krytycznym stosunkiem do Komisji, która była przecież w dużym stopniu jego uległym narzędziem. Nazajutrz po owym dramatycznym posiedzeniu Komisji rozpowszechniono w Krakowie dwie odezwy rzekomego rządu narodowego. Jedna mówiła o obowiązku skupienia się pod jego rozkazami wszystkich Polaków i mianowała Piłsudskiego „komendantem polskich sił wojskowych”; druga, podpisana przez Piłsudskiego, była pewnego rodzaju credo nowego dyktatora. * Sikorski zmobilizowany w końcu lipca jako oficer armii austriackiej nie bierze udziału w rozgrywkach, jakich terenem staje się Komisja. Podejmuje kroki o zwolnienie ze służby z uwagi na swe funkcje szefa wydziału wojskowego KSSN, które mieszczą się całkowicie w odpowiednich planach władz austriackich. Zwolnienie to uzyskuje już w terminie, który uniemożliwia mu wzięcie udziału w posiedzeniu KSSN 6 sierpnia. Dopiero w parę dni później może zameldować się u Piłsudskiego, przebywającego w Jędrzejowie, i wziąć czynny udział w zabiegach o rozwiązanie sprawy oddziałów Piłsudskiego. Krótki pobyt na wolnym od wojsk rosyjskich obszarze Królestwa pozwolił Sikorskiemu zorientować się w tragicznej wprost sytuacji, w jakiej znalazły się na skutek posunięć Piłsudskiego jego oddziały strzeleckie. Z bardzo szczegółowych i udokumentowanych relacji ogłoszonych niedawno w kraju przez jednego z najbliższych zaufanych współpracowników Sikorskiego, przedwcześnie zmarłego płk. Ciałowicza, wynika, iż powróciwszy do Krakowa z Królestwa 11 sierpnia, Sikorski stanął wobec wprost beznadziejnej sytuacji. Władze austriackie stwierdziły ponad wszelką wątpliwość, że za tak zwanym rządem narodowym w Warszawie nie kryje się absolutnie nic. Zawiedzione równocześnie stanowiskiem ludności, które przeczyło całkowicie zapowiedziom Piłsudskiego, i przekonane o jego niezdolności do lojalnej współpracy, postanowiły radykalnie zlikwidować incydent strzelecki. Sikorski zorientowawszy się w sytuacji, opracował w nocy z 11 na 12 sierpnia memoriał do naczelnej Komendy Armii, aby ubiec przygotowywane już zarządzenia przekreślające cały dotychczasowy wysiłek zbrojny i związane z nim nadzieje. Memoriał ten złożył następnego dnia imieniem KSSN, uznawanej ciągle jeszcze przez władze austriackie. Krok ten zbiegł się z akcją kierujących czynników polsko-austriackich, to jest prezesa Koła Polskiego Leo i ministra Bilińskiego. Proponowane rozwiązanie szło w kierunku powołania do życia legionów, współpracujących ściśle z armią austriacko-węgierską. Nie była to jednak koncepcja łatwa do przeprowadzenia, gdyż u najwyższych
2

W. Pobóg-Malinowski (dop. Red. ODiSS)

czynników politycznych monarchii poglądy i stosunek do spraw polskich były bardzo podzielone. Na przykład minister Spraw Zagranicznych Berchtold był zdecydowanym przeciwnikiem powoływania do życia legionów polskich. Sikorski ponownie udaje się na teren, gdzie przebywają oddziały strzeleckie z Piłsudskim. Na naradzie w Jędrzejowie przekonywa Piłsudskiego, iż koncepcja legionów jest jedynym możliwym do osiągnięcia rozwiązaniem. W dniach następnych (15-16 sierpnia) odbywają się w Krakowie narady decydujących czynników politycznych polskich w Austrii, to jest posłów do parlamentu wiedeńskiego i sejmu krajowego oraz delegatów dwu reprezentacji politycznych: KSSN i utworzonego przed dziesięcioma dniami Centralnego Komitetu Narodowego, którego podstawę stanowią PSL Piast i Demokracja Narodowa oraz grupy polityczne i organizacje paramilitarne z nimi związane („Sokół” i Drużyny Bartoszowe). Narady kończą się powołaniem do życia Naczelnego Komitetu Narodowego i utworzeniem dwóch Legionów Polskich. Równocześnie KSSN wyrzeka się tak zwanego rządu narodowego i następnego dnia rozwiązuje się jednomyślną uchwałą. Sam Piłsudski jeszcze przez tydzień podtrzymuje fikcję rządu narodowego. Na odprawie w Kielcach 22 sierpnia tłumaczy swoim podkomendnym, że to rząd narodowy w Warszawie polecił poddać się połączeniu stronnictw w Galicji. W rozkazie zaś wydanym dnia następnego pisze, że po porozumieniu się z tajnym rządem narodowym w Warszawie, zgłosił w swoim i waszym imieniu przystąpienie do organizacji szerszej, zapewniającej wojsku polskiemu większe środki i silniejsze działanie. To bardzo pobieżnie naszkicowane zestawienie faktów, jakie rozegrały się w pierwszych trzech tygodniach historycznego sierpnia 1914 roku, rola Piłsudskiego i uwieńczone na razie sukcesem wysiłki Sikorskiego tłumaczą źródło konfliktu, który powstał między tymi dwoma ludźmi, tak blisko z sobą związanymi od zarania podjęcia wysiłków wojskowych i który z czasem doprowadził do zupełnego ich rozejścia się. Każdy z nich reprezentował nie tylko inny sposób myślenia.

Piłsudski, chociaż samouk wojskowy, miał olbrzymią wiedzę wojskową historyczną i opanował świetnie stronę militarną powstania styczniowego. Był szermierzem idei powstańczej i mimo upływu pięćdziesięciu z górą lat kontynuatorem ówczesnej strategii. Według niego, jak to stwierdza wspomniany płk Ciałowicz, polskie oddziały zbrojne, to formacje ochotnicze, nie przypominające armii regularnej. Dla Piłsudskiego walka zbrojna o niepodległość, to rewolucja. Jest wyraźnie niechętny formacjom regularnym i fachowemu szkoleniu przyszłych oficerów nowocześnie pojętej armii regularnej. Dał temu wyraz na wspomnianym zjeździe działaczy niepodległościowych w Zakopanem (25-26 sierpnia 1912), wystąpiwszy ostro przeciwko wnioskowi rzecznika Polskich Drużyn Strzeleckich, znanego później profesora wojskowości polskiej dr. Wacława Tokarza, by korzystać z austriackich szkół wojskowych i kierować młodzież do służby wojskowej. Według relacji jednego z najbardziej oddanych sobie współpracowników, Michała Sokolnickiego (Rok 1914), Piłsudski wyobrażał sobie swoją akcję zbrojną w taki uproszczony sposób: ogłoszenie powstania nazajutrz po wybuchu wojny europejskiej wprowadzi powszechny zamęt wśród walczących wojsk, wywoła częściowo dezercje z armii zaborczych i da materiał ludzki do kadr tworzonych zawczasu. Rozwój wypadków w pierwszych dniach sierpnia 1914 roku zaprzeczył całkowicie tej tezie. Sikorski patrzył na przyszłą wojnę oczyma przedstawiciela nowego pokolenia. Nie był w tych poglądach odosobniony, mimo że w Związkach Strzeleckich, z którymi był tak blisko związany,

dominowała doktryna Piłsudskiego. Ale w konkurencyjnej poniekąd organizacji Polskich Drużyn Strzeleckich, które powstały na innym podłożu ideowo-politycznym, przyjęto za punkt wyjścia poglądy bardziej odpowiadające koncepcjom Sikorskiego niż Piłsudskiego. Wyraziło się to już w samej nazwie, niewątpliwie bardzo ambitnej, bo „Armia Polska”. Wypływała ona konsekwentnie z koncepcji właściwego ideologa i kierownika politycznego tego ruchu Feliksa Młynarskiego, który w swej pracy ogłoszonej nakładem „Zarzewia” w 1912 roku Zagadnienie polityki niepodległości, pod pseudonimem Jan Brzoza, rozwija koncepcję podziemnego państwa polskiego. Koncepcję tę Piłsudski i jego obóz nie tylko odrzucili, ale nie pominęli żadnej sposobności, aby ją ośmieszyć. Nikt wówczas z najbardziej oddanych jej zwolenników nie przypuszczał, że w okresie II wojny światowej dozna ona całkowitej rehabilitacji. Ta państwowa koncepcja znalazła swój wyraz przede wszystkim w formule przysięgi, jaką składano w PDS. Przysięga obejmowała posłuszeństwo rządowi narodowemu, opartemu na kooperacji stronnictw niepodległościowych. Równocześnie w podległych Piłsudskiemu Związkach Strzeleckich ślubowano posłuszeństwo dla rządu narodowego uznanego przez PPS. Jeżeli chodzi o metodę szkolenia kadr oficerskich, to Polskie Drużyny Strzeleckie przywiązywały zasadniczą wagę do tego, aby ich wychowankowie mogli uzyskać przeszkolenie w armiach regularnych. Członkowie Drużyn, którzy w Austrii musieli przechodzić jednoroczną służbę, byli wychowywani w duchu możliwie najowocniejszego wykorzystania tego okresu dla pogłębienia swoich wiadomości. Jeszcze przed powstaniem Polskiego Skarbu Wojskowego, Komenda Naczelna PDS powołała do życia fundusz stypendialny im. hetmana Żółkiewskiego, którego celem było finansowanie stypendystów pragnących przeprowadzić studia wojskowe w akademiach armii regularnej. Dzięki poparciu wybitnego Polaka w służbie austriackiej, jakim był późniejszy generał Tadeusz Rozwadowski, udało się uzyskać przyjęcie do austriackiej akademii wojskowej stypendysty PDS, późniejszego oficera armii polskiej, Barthel de Weydenthal. Wszystkie te fakty tłumaczą, dlaczego w toku późniejszych walk, przegrupowań itp. pewna kategoria ludzi bądź z odcinka politycznego, bądź wojskowego, mimo iż znalazła się początkowo w różnych ośrodkach, z czasem stanowiła bliską sobie ekipę. Feliks Młynarski i Wacław Tokarz, najbardziej reprezentatywni przedstawiciele PDS, znaleźli się przy boku Sikorskiego, gdy organizacja, do której założenia tak walnie się on przyczynił, wypowiedziała mu nie przebierającą w środkach walkę. * Trzeciego dnia po powstaniu NKN opuściłem Kraków udając się „rzemiennym dyszlem” w długo, bo prawie dwa tygodnie, trwającą drogę do Warszawy, by tam kierownictwu organizacji narodowoniepodległościowych złożyć sprawozdanie z wytworzonej sytuacji i uzgodnić z nimi plan akcji odpowiadającej jej wymogom. Dopiero 1 września wylądowałem w Warszawie. Sytuacja jaką tam zastałem potwierdza w pełni krytycyzm, jaki pierwsze kroki Piłsudskiego w roli dyktatora budziły w naszym środowisku. W Warszawie, oczywiście, nikt o rządzie narodowym nie słyszał. Zaplecze polityczne Piłsudskiego po opuszczeniu KSSN przez grupy narodowo-niepodległościowe, było wyjątkowo słabe. PPS w terenie właściwie nie istniała. Reprezentował ją historyk Artur Śliwiński, nie wahający się przy każdej sposobności wobec bardziej zaufanych podkreślać, iż występuje tu w roli zastępczej z braku odpowiedniego reprezentanta bardzo jakoby zakonspirowanego środowiska robotniczego. W gruncie rzeczy takiego środowiska, przynajmniej w Warszawie, nie było. To co ocalało po klęsce rewolucji

i rozłamie z dawnej PPS, było całkowicie pod wpływem przeciwników Piłsudskiego, to jest PPS lewicy. Nawet najbardziej oddani mu z kół inteligencji postępowej, jak dr Radziłłowicz czy Edward Abramowski, wyrażali wątpliwości co do trafności jego posunięć i w mistyfikacji z rządem narodowym widzieli zapowiedź niepokojącej przyszłości. Równie krytyczne nastawienie znalazłem w ośrodku popularnego wówczas dziennika „Goniec Poranny i Wieczorny”, który w opinii uchodził za organ tak zwanej frondy. Najwybitniejszym jego publicystą był Tadeusz Grużewski, kiedyś jako G. Topór, członek najbliższego zespołu redakcyjnego „Przeglądu Wszechpolskiego” wraz z Romanem Dmowskim, Zygmuntem Balickim i Janem Popławskim, a od ośmiu lat będący w ostrej opozycji do realistycznej polityki demokracji narodowej. Wszystkie te ośrodki przyjęły z zadowoleniem wiadomość o powstaniu NKN i przyjęciu przez niego politycznego zwierzchnictwa nad akcją zbrojną Piłsudskiego w formie legionów. Nie wdając się przeto w bliższe analizowanie niefortunnych posunięć pierwszego okresu, postanowiliśmy zgodnie cały wysiłek skierować na stworzenie możliwie w danych warunkach osiągalnego oparcia dla politycznej i wojskowej akcji NKN. Liczyliśmy się również z tym, że w miarę rozwoju sytuacji wojennej Królestwo i Warszawa zostaną w stosunkowo niedługim czasie postawione wobec konieczności wyrównania swego kroku ze zbiorowym wysiłkiem społeczeństwa zaboru austriackiego. Atmosfera polityczna w Królestwie nie przypominała w niczym atmosfery panującej w Galicji. W Kieleckiem, które opuściły władze rosyjskie, panowała powszechna apatia i jeżeli nie wręcz wrogi, to w każdym razie obojętny stosunek do oddziałów strzeleckich, które tam wkroczyły zakładając kwaterę główną w Kielcach. Brak było jakichkolwiek informacji o tym, co się dzieje w Warszawie i jakie stanowisko zajęła Rosja. Cenzura austriacka nie dopuszczała żadnej wiadomości o wydanej tymczasem (14 sierpnia) do Polaków odezwie naczelnego wodza armii rosyjskiej wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, natomiast reklamowano powstanie NKN i jego poczynania natury wojskowej. Na terenie guberni piotrkowskiej, zwłaszcza w jej skrawkach zajętych przez wojsko niemieckie, można było stwierdzić radykalną zmianę sytuacji. Już dotarły tu pierwsze wieści o spaleniu Kalisza jako represji za rzekome wystąpienie przeciwko armii niemieckiej. Wszystko wskazywało, że była to prowokacja mająca na celu sterroryzowanie ludności, której antyniemieckie stanowisko nie budziło wątpliwości. Na tym tle przyjmowano z pewnym zainteresowaniem wieści idące z Krakowa, widząc w nich możliwość pewnej ochrony i pomocy przeciwko surowości metod nowego okupanta. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja na obszarze kraju pozostającym pod władzą rosyjską. Odezwa wielkiego księcia była swojego rodzaju mistrzowskim posunięciem propagandowym. Nie zawierała żadnej konkretnej, wiążącej obietnicy politycznej. Uderzyła natomiast zręcznie w nastroje wywołane faktem wojny i towarzyszącym im obawom przed Niemcami. Odpowiadała powszechnemu sentymentowi narodowemu. Głosiła: niech się zatrą granice rozcinające na części naród polski. Niech naród polski połączy się w jedno ciało pod berłem cesarza rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska swobodna w swej wierze, języku i samorządzie. Tych kilkanaście słów wystarczyło, aby wywołać w społeczeństwie powszechny niemal entuzjazm. Na wątpliwości nie było miejsca, a jeśli takie nawet obudziły się w krytyczniejszych umysłach, nie mogły one znaleźć wyrazu publicznego. A przecież odezwa ta wydana była nie przez cara, tylko przez wodza naczelnego, który w każdej chwili mógł być odwołany, a tym samym dane przez niego przyrzeczenia nie posiadały żadnej wartości. Było rzeczą jasną, że odezwa miała służyć tylko celom wojskowo-

politycznym. O jej wartości najdosadniej świadczył fakt równoczesnego wydania przez rząd tajnego okólnika dla urzędów rosyjskich wyjaśniającego, że owo wprowadzenie samorządu dotyczy wyłącznie nowo zdobytych ziem i w niczym nie zmienia dotychczasowej polityki rosyjskiej Królestwa. Oficjalne koła polityczne polskie stanęły bez zastrzeżeń na gruncie lojalności wobec państwa rosyjskiego i pełnej solidarności narodu polskiego z jego polityką. Znalazło to swój wyraz zarówno w oświadczeniu przedstawiciela Koła Polskiego w Dumie petersburskiej, jak i we wspólnej odezwie legalnych stronnictw politycznych z Demokracją Narodową na czele, które powitały odezwę wielkiego księcia jako akt pierwszorzędnej wagi historycznej i dawały wyraz swojej wiary w jej realizację. Gdy do tego dodamy reakcje społeczeństwa na nieudaną ofensywę wojsk niemieckich i wycofanie się ich spod Warszawy w październiku 1914 roku wyrażające się dziękczynnym nabożeństwem arcybiskupa warszawskiego w archikatedrze i tegoż wiernopoddańczą depeszą do cara, to mamy pełny obraz sytuacji, w jakiej wypadło działać nielicznym ośrodkom niepodległościowym orientującym się na Kraków i Legiony. Przez prawie rok ośrodki te pozbawione były wszelkiego kontaktu z Krakowem. Wypadło im przeżywać ciężkie zawody natury wojskowej. Oczekiwane błyskawiczne zwycięstwo wojsk niemieckoaustriackich i wyrzucenie Rosjan w pierwszej fazie co najmniej za Bug, zawiodło. Ofensywa austriacka załamała się pod Radomiem, niemiecka pod Warszawą, a przeciwnie, wkrótce cała Galicja aż po Kraków znalazła się pod okupacją rosyjską. Zimą 1914-15 roku podjęte zostały pewne kroki nawiązania łączności między dwoma ośrodkami. Drogą przez Rumunię przybyli do Warszawy, niezależnie od siebie, emisariusze Piłsudskiego oraz NKN, a właściwie jego departamentu wojskowego. Ze skąpych informacji, jakie udało się od nich uzyskać, okazało się, że w kierownictwie politycznym Legionów doszło do rozdźwięków, których przyczyny nie wydawały się dostatecznie jasne i zrozumiałe. Nie sprzyjało to rozszerzaniu własnych wysiłków organizacyjnych, które mimo to rozwijały się względnie pomyślnie. Wiosną 1915 roku przyszła kontrofensywa wojsk państw centralnych, której punktem szczytowym był dzień 5 sierpnia, kiedy to wojska niemieckie wkroczyły do Warszawy. To oczekiwane wyzwolenie Warszawy dokonało się w warunkach, które mroziły uczucia żywiołów niepodległościowych. Stolicę kraju zajęli wyłącznie Niemcy. Nie dopuszczano chociażby do symbolicznego udziału jakiegoś oddziału legionowego. Co więcej, kiedy w parę dni później przybył do Warszawy sam Piłsudski, nastąpiło to w formie prawie że konspiracyjnej. Gdy przed Hotelem Francuskim, w którym zamieszkał, zaczęły się zjawiać większe grupki ludzi spośród członków Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) i organizacji politycznych niepodległościowych, Niemcy zażądali, by opuścił on stolicę, i zgodzili się na jego pobyt w Otwocku. Tam to w ciągu kilku dni Piłsudski odbył szereg konferencji z przedstawicielami bliskich mu organizacji. Wynikało z nich, że w rzeczywistości stosunki, jakie się wytworzyły między nim a NKN, są o wiele gorsze niż sobie w Warszawie wyobrażano. Właściwie trzeba było stwierdzić fakt istnienia zupełnego rozłamu, tym bardziej niepokojącego, że nowe warunki po wyzwoleniu całego Królestwa otwierały, zdawało się, dla Legionów bardzo obiecujące perspektywy. Piłsudski bez ogródek wyłożył przedstawicielom organizacji niepodległościowych swój punkt widzenia. Zerwał on stanowczo z polityką współdziałania z czynnikami politycznymi NKN, który w tym czasie doznał poważnego osłabienia przez wystąpienie z niego jeszcze jesienią 1914 roku stronnictw „rusofilskich” z Demokracją Narodową na czele. Kierownictwu NKN zarzucał, iż nie potrafiło

doprowadzić do wzmocnienia samodzielnej pozycji Legionów, przeszkodzić ich taktycznemu rozdzieleniu na dwie oddzielne grupy (I brygada pod jego dowództwem walczyła na terenie Królestwa, a druga pod kierownictwem Hallera w Karpatach). Jako postulat zasadniczy wysuwał zjednoczenie obu brygad i pełne usamodzielnienie komendy naczelnej Legionów, pozostawiając ją całkowicie w rękach oficerów austriackich - Polaków. Jako środek nacisku w celu zrealizowania tych postulatów wysunął hasło wstrzymania werbunku do Legionów na terenie Królestwa, a skoncentrowanie całego wysiłku na rozbudowie podległej wyłącznie jemu POW. Zamiast werbunku do Legionów przeprowadzanego przez departament wojskowy NKN, z ppłk. Władysławem Sikorskim na czele, wysunął żądanie uzupełnienia za pomocą sieci POW wyłącznie kadr dowodzonej przez siebie brygady, to jest I i V pułku Legionów. Mimo głębokiego wstrząsu, jakim dla kierowników organizacji niepodległościowych było stanowisko Piłsudskiego, większość ich obdarzająca go dotąd pełnym zaufaniem, postanowiła udzielić poparcia jego taktyce. Nie odbyło się to bez ciężkich tarć i znowu bolesnych rozłamów na obu skrzydłach frontu niepodległościowego. W „Konfederacji Polskiej”, która stanowiła nadbudowę grup narodowoniepodległościowych (NZR, NZChł, ZN) przeciwstawił się planom Piłsudskiego stary i wpływowy działacz Aleksander Zawadzki (Prokop). W kierowanym przez niego NZChł, doszło do formalnego rozłamu, w wyniku którego grupa młodszych działaczy z Aleksandrem Bogusławskim i Graffem na czele utworzyła uległy wobec żądań Piłsudskiego Związek Ludu Polskiego. (W następnym roku ten to związek połączył się z inspirowanym przez PPS Związkiem Chłopskim, z czego powstało Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”). Wywołany stanowiskiem Piłsudskiego ferment nie ominął także najbliższego mu środowiska, którego ośrodkiem centralnym była PPS. Jej dotychczasowy przedstawiciel Artur Śliwiński zdecydowanie przeciwstawił się planom Piłsudskiego. Twierdził on, iż należy bronić Piłsudskiego i jego historycznej roli przed nim samym. Cytując przy kład generała Dąbrowskiego i jego trudności legionowe za czasów Napoleona, dowodził, że Piłsudski powinien iść tą samą drogą, że to co robi, jest przekreśleniem własnego dzieła. W wyniku tego stanowiska Śliwiński na szereg miesięcy wycofał się z czynnego udziału w pracy politycznej po dramatycznej rozmowie, jaką miał z Piłsudskim 15 sierpnia w Otwocku w obecności Tadeusza Grużewskiego. Zbliżył się ponownie do Piłsudskiego dopiero w niespełna rok później, przyjmując zaofiarowane mu stanowisko prezesa powstałej reprezentacji obozu niepodległościowego Królestwa pod nazwą Centralnego Komitetu Narodowego. Tego samego dnia, 15 sierpnia, miałem w Otwocku z inicjatywy Walerego Sławka długą rozmowę z Piłsudskim. Występowałem w niej jako reprezentant świeżo powołanego do życia Komitetu Naczelnego Zjednoczonych Stronnictw Niepodległościowych, do którego weszły organizacje Konfederacji Polskiej i tak zwanej Unii Stronnictw Niepodległościowych grupujących PPS i jej satelitów. Komitet na wniosek Sławka powierzył mi napisanie odezwy proklamującej zawieszenie werbunku do Legionów do czasu, póki władze austriackie nie spełnią postawionych warunków, zmierzających do usamodzielnienia Legionów. Rozmowa była wyjątkowo długa, poruszyliśmy w niej wszystkie aspekty sprawy polskiej, tak jak ona nam się wówczas przedstawiała, i w jej wyniku, nie mając większych zastrzeżeń przeciwko proponowanemu rozwiązaniu, przystąpiłem do napisania odnośnej odezwy. Została ona jednomyślnie bez zmian zaaprobowana przez pełne posiedzenie KNZSN i z datą 1 września opublikowana i szeroko rozkolportowana na terenie obu okupacji, niemieckiej i austriackiej.

* Przebieg konfliktu, jaki powstał między Piłsudskim a Sikorskim, zwłaszcza po decydującym etapie, jakim było wstrzymanie werbunków do Legionów na terenie Królestwa, obfitował w takie elementy, o których dziś po latach trudno mówić bez wstydu i bólu zarazem. Zwolennicy Piłsudskiego w walce z Sikorskim nie pominęli niczego, aby nie tylko uniemożliwić wykonanie zadań, do których go sam Piłsudski w sierpniu 1914 roku skierował, ale równocześnie uczynili wszystko, by go zdyskredytować, przedstawić jako ambitnego karierowicza, zdradzającego ideały niepodległościowe. Wstrzymując się od rozprawy z tymi objawami zacietrzewienia i krótkowidztwa, należy, w moim najgłębszym przekonaniu, istotę tego konfliktu ująć dziś z historycznej perspektywy w sposób beznamiętny. Sikorski przez cały ten okres pozostał wierny tym zadaniom, jakie sobie wytknął jako cel swojego życia, kiedy przystępował do Związku Walki Czynnej, gdy później w armii austriackiej z niezrozumiałą dla innych gorliwością poświęcił się przyswajaniu tajemnic służby wojskowej do tego stopnia, iż ze strony przełożonych spotkała go propozycja przejścia do stałej służby wojskowej austriackiej. Odrzucił tę ofertę, bo czuł się żołnierzem przyszłej armii polskiej. Obiektywne rozeznanie istniejącej sytuacji politycznej wskazywało, że przygotowywanie kadr tej armii pod koniec pierwszego dziesięciolecia XX wieku, jeżeli miało być realne i odbiegać od metod sprzed wybuchu ostatniego powstania, musiało zakładać współdziałanie z jedynym państwem zaborczym, na terenie którego Polacy mieli możność swobodnego rozwoju i pielęgnowania swojej kultury i tradycji narodowych. Nie oznaczało to wcale, by światlejsi rzecznicy tej orientacji nie mieli świadomości jej słabych punktów, a w szczególności zależności monarchii Habsburgów od znacznie silniejszej i dziedzicznie wrogo do narodu polskiego nastawionej Rzeszy Niemieckiej. Chodziło jednakże nie o jakiś sojusz polityczny wiążący sprawę Polski na stałe z daną koniunkturą polityczną, ale jedynie i wyłącznie o wykorzystanie możliwości stworzenia zawiązków polskiej siły zbrojnej. Losu wojny nigdy nie da się dokładnie przewidzieć. Każde państwo, które ją rozpoczyna, albo zostaje w nią wciągnięte, wierzy i wierzyć musi w swoje zwycięstwo. Ci z Polaków, jak Piłsudski i Sikorski, którzy w sierpniu 1914, a właściwie jeszcze wcześniej, postawili na kartę austriacką, różnili się wyłącznie w praktycznym wykorzystywaniu tej karty, w zależności od rozwoju wypadków na teatrze wojennym. Piłsudski, stary konspirator, niewolnik atmosfery i metod aktorów ostatniego zrywu powstańczego, skoncentrował cały wysiłek na rozbudowie ośrodków, którymi sam wyłącznie miał dysponować. Był on przeciwnikiem jakiegokolwiek solidarnego współdziałania, które by krępowało jego samodzielność i odpowiedzialność wyłącznie przed samym sobą. Dał temu najdobitniejszy wyraz najpierw w stosunku do Komisji Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, a potem do Naczelnego Komitetu Narodowego, którego powołanie do życia uratowało przed unicestwieniem w zarodku jego „czyn 6 sierpnia”. Sikorski był człowiekiem całkowicie innego formatu. Wychowany w atmosferze konstytucyjnego legalizmu, obcy był konspiracyjnym metodom gry politycznej. Miał świadomość, że metody te przynieść muszą sprawie nieobliczalne szkody. Mistyfikacja Piłsudskiego z „rządem narodowym” w Warszawie trwała zaledwie kilka dni i dotkliwie poderwała zaufanie do niego przede wszystkim austriackich kół politycznych i wojskowych, a także i polskich czynników politycznych, nie wyłączając wielu jego przyjaciół. Piłsudski - jak to widać z późniejszej perspektywy historycznej - widział armię

polską wyłącznie w roli instrumentu w swoim ręku. Najbliżsi jego współpracownicy całkowicie ten pogląd podzielali. Pamiętam, w jakich okolicznościach, w okresie kiedy po powstaniu Polskiego Skarbu Wojskowego i Komisji Tymczasowej wszystko zdawało się świadczyć o harmonijnej współpracy między obiema organizacjami strzeleckimi, doszło do pierwszego zgrzytu, który pozwolił zdać sobie sprawę, jaką rolę wyznacza organizacjom narodowo-niepodległościowym z Polskimi Drużynami Strzeleckimi na czele główny ośrodek dyspozycyjny PPS, to jest Piłsudski i jego najbliższe otoczenie. W sierpniu 1913 roku jako zastępca Sławka w kierownictwie PSW zorganizowałem w Zakopanem dla licznie przebywających tam letników z zaboru rosyjskiego dwa propagandowe odczyty naszego głównego kierownika i teoretyka ideologicznego Jana Brzozy (Feliksa Młynarskiego). Temat pierwszego odczytu dotyczył spopularyzowania hasła: skarb i wojsko, drugi omawiał ideę rządu narodowego. Ten drugi zwłaszcza odczyt wywołał ożywioną wymianę zdań w gronie kilkunastu wybitniejszych działaczy, którzy późno w noc dyskutowali nad praktycznymi możliwościami jego realizacji. Było to grono bardzo ciekawe. Obok Sławka i Gustawa Daniłowskiego, należących do najbliższego otoczenia „Ziuka”, znalazło się tam kilku przedstawicieli inteligencji z Warszawy i Wilna, niegdyś związanych z PPS, albo z grupą tak zwanych postępowców warszawskich lub wileńskich „krajowców”, z Abramowiczem, późniejszym pierwszym przewodniczącym Komitetu Rządzącego Litwy Środkowej, po „rokoszu” generała Żeligowskiego jesienią 1920 roku. Któryś z uczestników zapytał, kogo przewidujemy jako wodza przyszłego powstania, na co Sławek bez wahania oświadczył, iż w przeciwieństwie do poprzednich okresów walk niepodległościowych, kandydat jest tylko jeden i to bezsporny, a mianowicie „Ziuk” (Piłsudski). Wówczas Młynarski z nie mniejszą determinacją odpowiedział, iż w warunkach wojny nowoczesnej Piłsudski się na to stanowisko nie nadaje i on w każdym razie oraz reprezentowana przez niego organizacja nigdy się na jego dowództwo nie zgodzą. Obserwowałem uważnie reakcję Sławka i Daniłowskiego, przerażony otwartością i szczerością wypowiedzi Młynarskiego. Było coś mrożącego i wręcz nienawistnego w ich ustosunkowaniu się do Młynarskiego. Zebranie szybko się skończyło, rozeszliśmy się jakby zważeni, mimo że chodziło przecież o jakże odległą kalkulację. Następnego dnia Sławek nagle mi oświadczył, iż musi wracać do Krakowa, a poprzednio zapowiedział, że zabawi do końca miesiąca w Zakopanem, gdzie mieliśmy wspólnie kontynuować dalsze imprezy propagandowe na rzecz PSW. W dwa dni później otrzymałem od niego list, w którym mnie zawiadamiał, iż zdecydował się zlikwidować dotychczasowy lokal PSW przy ulicy Szewskiej, przy którym ja mieszkałem i wynajął nowe pomieszczenie przy ulicy Dunajewskiego nad kawiarnią Bizanza, z tym że odtąd sam będzie w nim mieszkał. Było dla mnie jasne, że zmiana ta stoi w ścisłym związku z niedawnym incydentem. Sikorski był wolny od tego rodzaju kompleksu. Na pewno nie myślał o tym, jakie będzie jego miejsce i rola w przyszłej i niepodległej Polsce. Zajęty był jedyną rzeczą: posuwaniem naprzód wśród morza trudności, przeszkód i niebezpieczeństw sprawy tworzenia zalążków przyszłego wojska polskiego. Tym jego wysiłkom towarzyszyła niezmiennie jedna myśl przewodnia, by kadry te jak najszerzej rozbudować i jak najlepiej wyszkolić. Wierzył, że w rozstrzygającym okresie wojny rola ich okazać się może decydująca dla sprawy odbudowy państwa i możliwie najkorzystniejszego zasięgu jego terytorium. Chociaż oficjalnie zwolennik tak zwanej austro-polskiej orientacji, nie wykluczał Sikorski

w swych planach i marzeniach ewentualności innego pełniejszego i korzystniejszego rozwiązania sprawy. To, że się z tym nie zdradzał nawet przed najbliższymi, nie może stanowić podstaw do zarzutów, tak jak bezsensowny byłby zarzut stawiany Piłsudskiemu, że też startował jako zwolennik tej samej orientacji, lub Dmowskiemu, że przez pierwsze lata wojny nie zrywał publicznie z koncepcją zjednoczonej autonomicznej Polski związanej z Rosją. Trzeba z tego okresu w biografii Sikorskiego zanotować jeden niezwykle ważny szczegół, dziwnie przemilczany przez wszystkich, którzy dotąd na jego temat się wypowiadali. Jako szef departamentu wojskowego NKN udaje się Sikorski zimą 1914-15 do Szwajcarii celem złożenia wizyty największemu z współczesnych pisarzy polskich, wielkiemu budzicielowi nadziei narodu Henrykowi Sienkiewiczowi. Sienkiewicz, zarówno poprzednio jako autor „Krzyżaków”, jak i bezpośrednio po wybuchu wojny, zadeklarował się jako zdecydowany przeciwnik Niemiec, widząc w ich klęsce podstawowy warunek ziszczenia państwowych dążeń narodu polskiego. Zdawałoby się, że wizyta tak eksponowanego przedstawiciela orientacji austriackiej jak Sikorski nie ma najmniejszego sensu. A jednak odbyła się, spędzili na rozmowach dobrych kilka godzin i rozstali się w przyjacielskiej atmosferze, skoro Sienkiewicz nie odmówił przyjęcia z rąk Sikorskiego honorowej odznaki Legionów... Rozmowa była więc, niewątpliwie, wyjątkowo szczera, sięgała do głębi problemu. Gdy dziś po tylu latach miałbym krótko ująć najistotniejszą cechę różnicy stanowisk charakteryzujących postawę Piłsudskiego i Sikorskiego, zdaje mi się, że nie znajdę na to lepszego sformułowania jak to, które dał inny wielki Polak, Ignacy Paderewski. W czerwcu 1932 roku podczas śniadania, jakim mnie przyjął w Paryżu, tak scharakteryzował on różnicę między sobą i swym, jak się wyraził, młodszym przyjacielem Sikorskim a Piłsudskim i jego ludźmi sprawującymi w owej chwili od sześciu lat nie kontrolowaną władzę nad Polską: - Myśmy przyszli do niepodległej Polski z jedyną myślą, by jej służyć, »oni«, aby nią rządzić... Nic dziwnego, że przy tak radykalnej i zasadniczej różnicy poglądów na sposób tworzenia wojska i jego roli, współdziałanie obu tych ludzi, zasadnicze dla wyników całego przedsięwzięcia, okazało się niemożliwe. W rozgrywce tej Piłsudski wyszedł zwycięsko, mając do dyspozycji spory zastęp oddanych mu i ślepo weń wierzących podkomendnych, wobec których grał jakże niezawodną, dla młodych zwłaszcza pokoleń Polaków, kartę romantycznego maksymalisty. Sikorski mógł mu przeciwstawić tylko swoją upartą pracę, której motorem było najgłębsze przekonanie, że skoro losy wojny są niepewne, to tylko uzyskane w jej toku fakty dokonane w postaci konkretnych elementów zorganizowanej siły stanowią realny kapitał. Kapitał ten, w końcu wojny, a zwłaszcza przy organizowaniu zrębów odbudowanej państwowości, okaże się rozstrzygający. Trzeba było być człowiekiem wyjątkowo silnego charakteru, głęboko przekonanym o słuszności wybranej drogi, by nie ugiąć się pod brzemieniem trudności oraz zniesławiającej go kampanii. * Parę razy w toku wojny zdawało się, że zagubiona w szale rozgrywek idea zorganizowania silnego zalążka przyszłego wojska przyniesie rezultaty. Pierwsza taka możliwość powstała po akcie 5 listopada 1916 roku. Ogłoszony on został w chwili, kiedy Legiony w sile zaledwie trzech brygad przechodziły ostry kryzys. Piłsudski nie ograniczył się tylko do rzucenia hasła wstrzymania werbunku na terenie Królestwa, latem poprzedniego roku, ale w kilka miesięcy później przystąpił do akcji zdezorganizowania departamentu wojskowego NKN od wewnątrz, wydając rozkaz związanym z nim oficerom, by zrezygnowali z prac w departamencie, co szczególnie odbiło się na dezorganizacji

aparatu werbunkowego. Wkrótce potem sam podał się do dymisji jako dowódca I brygady, nakazując jednak swoim ludziom trwać na posterunku. Ogłoszenie aktu 5 listopada nie pozostawało, oczywiście, w żadnym związku z tym kryzysem, wbrew temu co na użytek wewnętrzny szerzyła propaganda ludzi Piłsudskiego. Chodziło o posunięcie, na rzecz którego przemówiły głębsze racje polityczne. Czynnikom decydującym państw centralnych wydawało się, że rzucając Polakom zapowiedź utworzenia państwa polskiego uzyskują w następstwie możliwość powołania przy swym boku i pod swoim dowództwem znacznie poważniejszej liczebnie niż Legiony siły wojskowej, która zaangażowana czynnie na froncie wschodnim umożliwi im przesunięcie odpowiedniej ilości ludzi na rozstrzygający, z punktu widzenia celów wojny, front zachodni. Mimo mglistości tej zapowiedzi, zawartych w niej ograniczeń i skrępowań, godzących w najistotniejsze elementy dumy narodowej, obaj czołowi antagoniści znowu zgodnie ustosunkowali się do otwartej tym aktem nowej koniunktury politycznej. Wspólna im była świadomość, że przy całej połowiczności akt 5 listopada jest dziełem pozytywnym, nie tylko bowiem stanowi pewnego rodzaju pokajanie się dwóch państw zaborczych za dzieło rozbiorów, ale po raz pierwszy od czasów napoleońskich znowu wysuwa sprawę niepodległości polskiej jako zagadnienie międzynarodowe. Miało to swoje bardzo istotne znaczenie, gdy się weźmie pod uwagę, że równocześnie oba państwa zachodnie, to jest Anglia i Francja, z którymi bezsprzecznie większość narodu polskiego wiązała swoje nadzieje, stały niezmiennie na stanowisku, iż sprawa Polski jest wewnętrznym zagadnieniem Rosji. W nowym układzie stosunków główni aktorzy są znowu na pierwszych miejscach gry. Piłsudski wchodzi do Tymczasowej Rady Stanu, mającej być - z nominacji okupantów - rodzajem centralnej władzy rządzącej o bardzo ograniczonych, na razie, kompetencjach, sprowadzających się właściwie do roli planowania i przygotowania. W TRS Piłsudski staje na czele departamentu wojskowego. Istnieje tu tylko pozorna zbieżność z tą rolą, jaka przypadła Sikorskiemu na początku wojny w NKN. Od razu bowiem występuje innego rodzaju dwoistość działania. Niemcy, którzy zawarowali sobie wyłączność decyzji w sprawach wojska, próbują samodzielnie przeprowadzić jego organizację, rola Polaków ogranicza się właściwie do zasilania kadr żołnierskich. Wywołuje to ostrą reakcję związanych z Piłsudskim czynników politycznych, to jest Centralnego Komitetu Narodowego (CKN). W wydanej przez siebie i bez żadnej przeszkody ze strony władz niemieckich szeroko rozkolportowanej odezwie, wysuwa on postulat odpowiadający w pełni wymogom politycznego maksymalizmu: tylko rząd polski może być szafarzem polskiej krwi. To zachowanie się władz niemieckich pozwoliło z czasem ustalić, iż w sprawie planów odbudowy państwowości polskiej, nawet na ograniczonym terytorialnie obszarze i uzależnionym militarnie od Niemiec, istnieje wśród miarodajnych czynników niemieckich wojskowych i politycznych duża różnica zdań, która paraliżuje poszczególne posunięcia. W ten sposób od samego początku sprawa realizacji aktu 5 listopada w najistotniejszej jego części utknęła na martwym punkcie. Równocześnie z aktem 5 listopada kończy się rola Legionów. Zostają one przemianowane na Polski Korpus Posiłkowy, a sam Sikorski na razie obejmuje funkcję szefa zaciągu do wojska polskiego, z główną kwaterą w Warszawie. Zaczyna się nowy 10-miesięczny okres trudności. Pertraktacje między TRS a generałgubernatorem warszawskim Beselerem, którego dowództwu podlegać miało wojsko polskie, ciągnęły się miesiącami. To samo zresztą dotyczy i innych dziedzin administracji, o przyjęcie których Rada walczyła od początku swego powstania. Chodziło przede wszystkim w pierwszym etapie o przekazanie władzom polskim szkolnictwa, sądownictwa, spraw wyznaniowych

oraz aprowizacji. Dopiero w początkach lipca 1917 roku okupanci wyrażają zgodę na przekazanie tych spraw organom polskim. Równocześnie z tym wydaje się, że i sprawa organizacji wojska ruszy z martwego punktu. TRS po długich oporach uzgodniła wreszcie tekst przysięgi, jaki zadowolił Beselera. Wojsko miało składać przysięgę na wierność przyszłemu królowi Polski oraz dotrzymać braterstwa wojskom państw centralnych. Tekst przysięgi nie był identyczny z tym, jaki Piłsudski akceptował w początkach 1917 roku, jeszcze przed rewolucją lutową w Rosji. Składano przysięgę na wierność cesarzowi Franciszkowi Józefowi, a tymczasem tu było: przysięgam Ojczyźnie mojej i jej przyszłemu królowi, a Niemcom braterstwo broni. Obecnie Piłsudski uznał, że proponowany tekst jest nie do przyjęcia i wydał rozkaz swoim ludziom uchylenia się od jej złożenia. W ten sposób doszło do znanego kryzysu legionowego. Przeważająca większość I i III brygady odmówiła złożenia przysięgi. Władze okupacyjne zareagowały na to internowaniem w obozach jenieckich oficerów i żołnierzy pochodzących z zaboru rosyjskiego, a skierowaniem obywateli austriackich do wojska austriackiego. II brygada Legionów pod dowództwem Józefa Hallera pod nazwą Polski Korpus Posiłkowy odeszła na front austriacki, a Sikorski obejmuje funkcje dowódcy uzupełnień w Bolechowie. W ten sposób druga szansa stworzenia zawiązku polskiej siły zbrojnej została przegrana, w Królestwie pozostała skromna zaledwie kadra Polskiej Siły Zbrojnej pod bezpośrednim dowództwem saskiego generała Bartha. Osoba dowódcy, który bardzo poważnie potraktował swoją rolę, a jeszcze bardziej oddanie garści oficerów legionowych z Januszajtisem, Berbeckim i Minkiewiczem na czele, zdecydowanym wytrwać wbrew wszelkim trudnościom i przeszkodom na beznadziejnej, zdawało się, placówce, sprawiły, że wkład tej komórki pracującej w niesłychanie trudnych warunkach i nie sprzyjającej atmosferze, był wyjątkowo duży, niewspółmierny do słabego liczebnie jej zasięgu. W chwili załamania się okupacji siły Wehrmachtu dochodziły do 10 tysięcy. Pod koniec owego obfitującego w dramatyczne wydarzenia 1917 roku otwiera się jeszcze raz możliwość organizacji wojska na szerszą skalę. Po nieudanym eksperymencie z Tymczasową Radą Stanu, państwa centralne decydują się na nowe posunięcie. We wrześniu 1917 roku powstaje Rada Regencyjna, określona w odpowiednim reskrypcie jako najwyższa władza państwowa w Królestwie Polskim. W dwa miesiące później Rada powołuje rząd pod przewodnictwem Jana Kucharzewskiego. Tworzenie tego pierwszego rządu polskiego odbywa się w warunkach złowróżbnych dla systemu funkcjonowania przyszłego ustroju parlamentarnego. Nie kończące się konferencje, uzgadniania osób, ciągnęły się tygodniami. Sikorski śledzi bacznie to wszystko, co się w Warszawie dzieje. Jest w kontakcie z desygnowanym premierem. Z jego to inspiracji Kucharzewski przyjmuje jako najważniejszą część programu swojego rządu projekt zorganizowania armii nie z ochotniczego zaciągu, ale z poboru trzech do czterech roczników (około 10 do 150 tysięcy żołnierzy) z terenu Królestwa Polskiego, częściowo tylko objętego mobilizacją rosyjską w lecie 1914 roku. Poważna ta, na ówczesne warunki, liczba była właściwie ułamkiem olbrzymiej masy bezczynnej i bezrobotnej młodzieży polskiej miast i wsi Królestwa. Aby tego rodzaju śmiały plan mógł stać się rzeczywistością, musiał on, oczywiście, mieścić się całkowicie w ramach istniejących warunków. W więc wojsko to, po odpowiednim przygotowaniu i wyszkoleniu, miało wziąć udział w walce na froncie wschodnim i to pod naczelnym dowództwem

Beselera. Ale pamiętajmy: rzecz rozgrywa się w końcu listopada 1917 roku, to jest w dwa tygodnie po drugiej fazie rewolucji rosyjskiej, kiedy w Petersburgu jest już u władzy rząd Lenina, armia rosyjska jest w pełni rozkładu i nowi rządcy Rosji startują z hasłem pokoju za wszelką cenę, który spotyka się z entuzjastycznym poparciem mas żołnierzy i robotników. Front wschodni faktycznie przestaje istnieć. Tymczasem w Warszawie czołowi przywódcy tak zwanego obozu pasywistycznego, orientującego się na zwycięstwo koalicji, z których głosem Rada Regencyjna przede wszystkim się liczy, organizują kampanię przeciwko wojskowemu programowi premiera. Zapowiadają, że do „przelewu krwi bratniej” absolutnie nie dopuszczą. Akcja ta przy biernym poparciu lewicy, dla której sprawa wojska niezmiennie wiąże się z osobą i rolą Piłsudskiego, więzionego w Magdeburgu, osiąga swój cel. Kucharzewski wycofuje się z projektu wypowiedzenia wojny Rosji i usiłuje pozyskać poparcie pasywistów dla planu powołania armii o mniejszym zasięgu ze względu na możliwe niebezpieczeństwo wybuchu rewolucji w Polsce. Ale i ten wybieg do niczego nie doprowadza. Instrukcje, które wkrótce nadeszły z Paryża od przewodniczącego Komitetu Narodowego Polskiego Dmowskiego do pasywistów, umocniły w nich zdecydowaną wolę przeciwdziałania organizacji wojska. Zapewniały one pomyślne rozwiązanie sprawy odbudowy państwa polskiego przez zwycięstwo koalicji, w której Anglia zajmie kierownicze miejsce, pod warunkiem, by naród polski w kraju wytrwał na stanowisku opozycyjnym wobec państw centralnych i w żaden sposób nie dopuścił do utworzenia przy ich boku armii polskiej. Zapowiedź Dmowskiego spełniła się w najistotniejszym swoim punkcie. Zwycięstwo istotnie przypadło koalicji. Co się zaś tyczy roli Anglii w rozwiązaniu problemu polskiego, to stawianie na Anglików okazało się ciężkim zawodem. Polityka tego przywódcy zalecana krajowi opierała się na przesłance, że po zakończeniu wojny przy ustalaniu nowego porządku zwycięzcy będą brać pod uwagę zachowanie się poszczególnych narodów, ich odwieczne upragnione prawa, a najmniej będą się liczyć z takimi elementami realnymi, jak na przykład siła wojskowa. Dzisiaj z perspektywy historycznej widzimy, jak krótkowzroczna i lekkomyślna była ta polityka. Mieliśmy możność stworzenia w Królestwie w czasie wojny dobrze wyszkolonej, co najmniej stukilkudziesięciotysięcznej armii. Nie zachodziło niebezpieczeństwo, by armia ta mogła być użyta przeciwko istotnym interesom Polski, to jest w walce z koalicją na froncie zachodnim. Pod tym względem jednolitość polskiego społeczeństwa, niezależnie od orientacji, była tak silna, że Niemcy nie ośmieliliby się forsować takiego rozwiązania, zdając sobie sprawę z całej jego nierealności. Tylko bardzo nieliczna grupka z Władysławem Studnickim na czele skłonna była przyjąć takie rozwiązanie, ale była to grupa bez żadnego absolutnie oparcia w społeczeństwie. Argument o niedopuszczeniu do „przelewu bratniej krwi”, którym pasywiści w końcu 1917 roku sterroryzowali Radę Regencyjną i unicestwili program wojskowy Kucharzewskiego, był całkowicie chwytem demagogicznym. Przecież tragiczna rzeczywistość, że Polacy w tej wojnie walczyli przeciwko sobie, istniała od samego początku, pogłębiła się faktem wystąpienia na widownię Legionów. Nie było to zatem nic nowego, tym bardziej iż argument ten odegrał rolę rozstrzygającą w momencie, kiedy front wschodni właściwie wygasał. Jakże inaczej wyglądałaby sytuacja zmartwychwstającej do życia państwowego Polski w listopadzie 1918, gdybyśmy mieli do dyspozycji nie słabe zawiązki konspiracyjne POW, ale kadrę wojska z prawdziwego zdarzenia. Postawienia wówczas na nogi co najmniej stutysięcznej armii można było

dokonać w ciągu dosłownie kilku tygodni, zważywszy, że z armii zaborczych, zwłaszcza rosyjskiej i austriackiej, przyszła dość znaczna ekipa oficerów również wyższych stopni. Widzieliśmy ich pozytywną rolę w pierwszej połowie 1919 roku przy organizacji armii wielkopolskiej. Dowodzenie nią dzielnicowe władze polskie powierzyły byłemu generałowi armii rosyjskiej, a po rewolucji dowódcy polskiego korpusu, Józefowi Dowbór-Muśnickiemu, wraz z zespołem oficerów. W świetle dokonujących się wówczas faktów uwidoczniła się cała lekkomyślność przeciwdziałania tworzeniu zawiązków wojska w czasie wojny wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Tymczasem złowrogi los chciał, że niewolnicy ciasno pojętych doktryn sami własnymi rękami przeszkadzali powstawaniu faktów posiadających jedną konkretną wartość. Pod tym względem żaden z obozów polskich nie jest bez winy. Wszyscy sobie wzajemnie przeszkadzali. Piłsudski przeciwdziałał stworzeniu się jakiejkolwiek siły poza zasięgiem jego kontroli. Nawet w Rosji, gdy po rewolucji otworzyły się możliwości powołania parusettysięcznej armii, jego emisariusze nie dopuścili do tego, ponieważ ta armia mogła się znaleźć w zasięgu innych wpływów politycznych. Jeden tylko ośrodek i to wyłącznie z przyczyn geograficznych znalazł się poza zasięgiem akcji dywersyjnej. Był to teren Francji, gdzie nieliczna stosunkowo emigracja wsławiła się już zaraz na początku wojny oddziałem bayończyków i gdzie później Komitet Narodowy Polski, przy decydującym udziale wychodźstwa polskiego w Ameryce, mógł doprowadzić do końca dzieło stworzenia pierwszorzędnie wyszkolonej i znakomicie wyposażonej armii. Na czele jej stanął na krótko przed zakończeniem działań wojennych gen. Józef Haller, były dowódca 3 pułku Legionów, którego czyn pod Rarańczą na znak protestu przeciwko zdradzie Austrii w brzeskim trakcie pokojowym zademonstrował światu, jak dramatyczna musi być droga, jaką polscy bojownicy o wolność szli do własnego państwa. Józef Haller, przed wojną czynny działacz „Sokoła”, politycznie był raczej związany sympatiami z Demokracją Narodową. Mimo to jednak w sierpniu 1914 nie poszedł za jej namowami likwidacji Legionu wschodniego. Wytrwał przy pierwotnym zamiarze wybierając ciężką walkę w Karpatach, a nie służbę austriacką. Pod Rarańczą i następnie pod Kaniowem, ów były oficer austriacki, a później sojusznik w Legionach, zerwał ten przymusowy, tragicznym splotem historii narzucony sojusz. Był jedynym polskim dowódcą, któremu w tej rozstrzygającej o losach narodu polskiego wojnie wypadło walczyć z wszystkimi trzema zaborcami. Podobna była postawa Władysława Sikorskiego. Po traktacie brzeskim, nie mogąc przyłączyć się do „buntu” II brygady legionowej przeciwko Austriakom, rozkazem dziennym solidaryzuje się całkowicie z tym krokiem. W następstwie tego aktu zostaje uwięziony i internowany na Węgrzech. * W listopadzie 1918 roku opadły wszystkie więzy i uległy likwidacji wszystkie uprzedzenia i tragiczne powiązania. Wczorajsi przeciwnicy, ba niejednokrotnie wprost wrogowie, różnych orientacji, stawali we wspólnym szeregu pod wspólnym dowództwem. W Lublinie na parę dni przed załamaniem się okupacji wysłany na pomoc do dyspozycji pełnomocnika Rady Regencyjnej batalion Polskich Sił Zbrojnych w obliczu nowej sytuacji oddaje się do dyspozycji zastępcy Piłsudskiego, Rydza-Śmigłego. Gdyby pasja samounicestwienia różnych ośrodków tworzących się sił wojska polskiego nie była tak powszechna i tak, niestety, gruntownie udana, podobnego rodzaju faktów byłoby znacznie więcej. A wtedy odbudowane państwo polskie w innych zgoła warunkach mając do dyspozycji siły wojskowe, gdy dokoła armie państw zaborczych ulegały rozkładowi, stanęłoby w obliczu takich problemów, jak sprawa przynależności Górnego Śląska oraz Lwowa i Galicji wschodniej czy Gdańska, wobec których,

poza apelem o słuszności naszych praw, nie zawsze przemawiających do tych, którzy w Wersalu ustanawiali kartę nowej Europy, nic rozstrzygającego nie można było dorzucić. Władysław Sikorski przeżywa ów przełomowy okres wojny z niewątpliwym przeświadczeniem o właściwości swojej linii tworzenia zawiązku wojska polskiego wszędzie, w każdych warunkach, z równoczesnym przekonaniem, iż nie czas na rekryminacje, by wyjaśniona nareszcie sytuacja położyła kres potępieńczym swarom i szkodliwym kłótniom. W natłoku wydarzeń nikt nie analizował celowości i słuszności działania ludzi, których los wysunął na pierwsze miejsce. Piłsudski w aureoli niemieckiego więźnia otrzymuje z rąk Rady Regencyjnej najpierw naczelne dowództwo tworzącej się armii, a w trzy dni później pełnię władzy politycznej. Nikt wówczas nie dyskutuje ani moralnej, ani prawno-politycznej strony źródła tej władzy. A jeszcze tak niedawno, ileż to było złorzeczeń, ośmieszania... Dla Sikorskiego los jest o wiele mniej łaskawy. Jeszcze przed swoim ustąpieniem Rada Regencyjna zdążyła świeżo uwolnionego z więzienia w Huszt pułkownika zamianować szefem dowództwa wojska polskiego na cały zabór austriacki. W tym charakterze bije się w desperackich warunkach z wrogiem, bierze udział w organizowaniu obrony Przemyśla, gdzie spotyka się z późniejszym swoim przyjacielem, długoletnim posłem socjalistycznym tego miasta do parlamentu wiedeńskiego, a u schyłku życia ministrem sprawiedliwości w jego rządzie w Londynie - Hermanem Liebermanem. Następnie organizuje odsiecz Lwowa, walczy zwycięsko koło Gródka Jagiellońskiego. Z objęciem najwyższego stanowiska w państwie przez Piłsudskiego zaczyna się nowy okres drogi życiowej Sikorskiego. Należy przyjąć jako cenny i pokrzepiający dowód dojrzałości i odpowiedzialności politycznej Piłsudskiego, że w owym przełomowym momencie stał on całkowicie na wysokości zadania. W jego stosunku osobistym do Sikorskiego nie widać wyraźnych śladów niechęci lub dyskryminacji, jednak trzyma go z dala od głównego centrum organizacyjnego. Sikorski zostaje dowódcą dywizji piechoty, a następnie w sierpniu 1920 obejmuje odcinek poleski frontu litewsko-białoruskiego z zadaniem zdobycia węzła Mozyrz-Kalenkowice. Stojąc jednak wobec przeważających sił sowieckich, zmuszony jest, dla uniknięcia okrążenia, wycofać się do Brześcia, gdzie bije się przez trzy dni z wrogiem, który wtargnął już do miasta. Szybko zmieniająca się sytuacja powoduje przesunięcie jego grupy pod Białą. W nocy z 6 na 7 sierpnia Sikorski otrzymał rozkaz objęcia dowództwa 5 armii, której powierzono zadanie niedopuszczania do okrążenia Warszawy od północy, dokąd właśnie skierowały się główne siły sowieckie. Znosząc z niezwykłym spokojem dramatyczną sytuację i świadom straszliwej odpowiedzialności jaka na nim ciążyła, Sikorski wykorzystał zręcznie moment rozproszenia wojsk nieprzyjaciela i pobił 3 armię czerwoną pod Nasielskiem, a 16 sierpnia zdołał przełamać front 15 i 3 armii sowieckiej i wyrzucić ją za Narew. Generał Weygand, który w tym czasie odwiedził front, pisał do Piłsudskiego z wielkim uznaniem o talencie strategicznym Sikorskiego, dzięki któremu śmiertelne niebezpieczeństwo grożące Warszawie od północy zostało odwrócone. Ten fragment służby Sikorskiego w wojnie polsko-sowieckiej dowiódł, że obok niewątpliwych kwalifikacji organizacyjnej i administracyjnej natury, posiadał on nie mniejsze zdolności bojowe i dowódcze.

Po zakończeniu wojny z Rosją Sikorski, który dość późno, w przeciwieństwie do innych wyższych oficerów legionowych, zostaje generałem, otrzymuje z rąk naczelnego wodza nominację na szefa Sztabu Generalnego. Zaczyna się po latach nowy okres ścisłej współpracy między Sikorskim a Piłsudskim, który trwa kilkanaście miesięcy, aż do dramatycznego miesiąca grudnia 1922 roku. Na tym nowym stanowisku Sikorski przy czynnej współpracy licznego grona oficerów I brygady legionowej oddanych bezwzględnie Piłsudskiemu oraz z innych formacji legionowych jak Kukiel, Januszajtis, Malinowski, podejmuje niezwykle doniosłą akcję wewnętrznego spojenia, tworzącego się z różnych formacji oraz armii państw zaborczych, wojska polskiego. Metoda, której do tego celu użyto, może być z punktu widzenia doktrynalnie pojętych zasad dyscypliny wojskowej krytykowana a nawet potępiona. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że w istniejących warunkach, szczególnie gdy atmosfera życia politycznego kraju z nadmiarem partyjno-orientacyjnych obrachunków nie dowodziła bynajmniej dojrzałości politycznej większości wysuwającej się na powierzchnię życia politycznego elity, co musiało oddziaływać źle także na stan umysłów w wojsku, droga pewnego rodzaju sprzysiężenia konspiracyjnego miała niewątpliwe zalety i wydała bezsprzeczne rezultaty. Była to zresztą osobliwego rodzaju konspiracja, o której zarówno naczelnik państwa jak i minister spraw Wojskowych i wódz naczelny byli poinformowani. Doniosłą pracę Sikorskiego w Sztabie Generalnym przerywa rozwój wydarzeń, jakich widownią jest drugi z kolei, a pierwszy na mocy obowiązującej konstytucji, Sejm Rzeczypospolitej. Jest on wiernym odbiciem rozbicia politycznego, jakie wówczas panowało w społeczeństwie. Żaden z wielkich zarysowujących się bloków nie rozporządzał w nim większością. Poza tym w przeciwieństwie do pierwszego sejmu konstytucyjnego, niewłaściwie ustawodawczym nazwanego, zjawia się w nim solidarny blok mniejszości narodowej, która w wyborach zdobyła się na utworzenie jednej listy wyborczej, obejmującej wszystkie mniejszości nie wyłączając Niemców. Jedynie na obszarze wschodniej Galicji, obecnie nazywanej wschodnią Małopolską, blok ten nie zagrał. Nacjonaliści ukraińscy rzucili hasło bojkotu wyborów, z czego skorzystali Żydzi, którzy wystąpili z własną odrębną listą dezawuując w ten sposób politykę swych współwyznawców w innych dzielnicach Polski. W tym rozbitym sejmie możliwe były tylko dwie większości: albo czysto polska, oparta o trzy kluby prawicy z najliczniejszym Związkiem Ludowo-Narodowym (102 posłów) i oba kluby centrum, PSL „Piast” i NPR (razem 88 posłów) lub większość lewicowa łącznie z klubami mniejszości narodowej. Dla pierwszej, po niedawnej kampanii wyborczej a jeszcze bardziej w związku z poprzedzającym ją kryzysem pod koniec istnienia pierwszego sejmu, kiedy to naczelnik państwa odmówił powołania rządu Korfantego, za którym wypowiedziała się prawomocna większość suwerennego sejmu - nie było najmniejszych szans. Przeciwko drugiej prawica rozpętała z miejsca niesamowitą kampanię dyskredytującą z góry wszelkie decyzje, o ile rozstrzygałyby o nich głosy mniejszości narodowych. Istniała jednak możliwość uniknięcia ostrego starcia przy pierwszym zadaniu, do którego nowo wybrane ciała ustawodawcze, sejm i senat, były powołane, to jest przy wyborze prezydenta Rzeczypospolitej. Była nią kandydatura dotychczasowego naczelnika państwa, Piłsudskiego. Opowiedziały się za nią nie tylko oba kluby lewicy: PPS i PSL „Wyzwolenie”, ale i centrum. Klub PSL „Piast” jednomyślnie, na wniosek Wincentego Witosa wypowiedział się za kandydaturą Piłsudskiego. Tymczasem na dwa dni przed zebraniem Zgromadzenia Narodowego Piłsudski oświadczył, że nie zamierza kandydować i wyboru stanowczo nie przyjmie. W przemówieniu wygłoszonym do przedstawicieli popierających jego kandydaturę klubów sejmowych, zaatakował po raz pierwszy postanowienia Konstytucji marcowej, co wywołało tym większe zdziwienie, iż nigdy się na ten temat

poprzednio nie wypowiadał, w czasie kiedy bliskie mu kluby robiły wszystko, aby konstytucja nie odbiegała w niczym od skrajnych postanowień konstytucji III Republiki Francuskiej, czyniącej z głowy państwa urząd wyłącznie reprezentacyjny. Po upadku kandydatury Piłsudskiego było rzeczą jasną, że wybór prezydenta odbędzie się w warunkach ostrej walki o nieobliczalnych konsekwencjach. Wysunięta przez Piłsudskiego kandydatura Witosa nie miała żadnych szans wobec nieprzytomnej opozycji, z jaką do Witosa odnosił się najbliższy Piłsudskiemu klub, to jest „Wyzwolenie”. Ostatecznie 6 grudnia w szóstym głosowaniu został wybrany głosami lewicy, „Piasta” i mniejszości narodowych (289 głosów) minister spraw zagranicznych Gabriel Narutowicz przeciwko kandydatowi trzech klubów prawicy Maurycemu Zamoyskiemu, na którego padło 227 głosów. Wbrew rozpowszechnionemu wówczas poglądowi, Narutowicz nie miał poparcia Piłsudskiego. Wolał on raczej widzieć na tym stanowisku dawnego towarzysza prac z okresu powstania i pierwszych lat działalności PPS, byłego ministra spraw wewnętrznych, Stanisława Wojciechowskiego. Przeciwko nowemu prezydentowi prawica rozpętała niesamowitą kampanię włączając w nią masy młodzieży, i to nie tylko wyższych uczelni, ale i szkół średnich stolicy. Ówczesne wypowiedzi jej przywódców i prasy są smutnym dokumentem zacietrzewienia i nieodpowiedzialności, i niestety, związane z tym są nazwiska polityków i działaczy, których rola przy odbudowaniu państwa nie może być kwestionowana. 14 grudnia nowy prezydent przejął funkcję z rąk naczelnika państwa. Już pierwsze jego kroki świadczyły, z jaką powagą pojmuje on swoje obowiązki. Wobec przywódców stronnictw wystąpił z propozycją powołania do życia rządu parlamentarnego. Idee te skonkretyzował Witos jako gabinet koalicyjny. Nieprzejednanie obu skrajnych skrzydeł uniemożliwiło tego rodzaju jedyne odpowiedzialne rozwiązanie. Trzeba było znowu się uciec do wybiegu rządu pozaparlamentarnego. W dwa dni później prezydent w Zachęcie, gdzie przybył na otwarcie wystawy, padł od kuli artysty malarza Niewiadomskiego. Straszliwa ta zbrodnia, jedyna w dziejach polskiego narodu, wstrząsnęła głęboko społeczeństwem. Polska stanęła na skraju wojny domowej. I w tej to właśnie chwili gen. Sikorski zostaje powołany do rządu, aby ratować niedawno odrodzone państwo przed katastrofą. Na temat powołania Sikorskiego do steru rządu Rzeczypospolitej istnieje w opinii polskiej legenda wyjątkowo złośliwie wypaczająca prawdę historyczną. Autorem jej jest znany pisarz Cat Mackiewicz, który w ogłoszonej w czasie wojny w Londynie w 1914 roku Historii Polski od 11 listopada 1918 roku do 17 września 1939 r. daje następującą wersję: Po zabójstwie Narutowicza nastąpiła w Warszawie konsternacja. Obie walczące strony - lewica i prawica - cofnęły się przed zaostrzeniem walki, w której już polała się krew. Przestraszono się zapachu tej krwi. Pisma prawicowe potępiły mord, a marszałek Piłsudski udał się do marszałka Rataja, proponując mu siebie na szefa sztabu, a gen. Sikorskiego na premiera. Dawny dyrektor departamentu wojskowego NKN, zwalczany w owych czasach zawzięcie przez piłsudczyków, bił się walecznie w armii pod rozkazami Piłsudskiego i obecnie był politykiem, którego Piłsudski popierał i wysuwał. Jako poseł ówczesnego sejmu żywo przeżywałem wspomniane wypadki.

Przebywał również wówczas (1941) w Londynie wybitny przywódca PPS Lieberman, o którego decydującej roli w powołaniu Sikorskiego do steru rządu dobrze wiedziałem. Odbyłem wtedy z nim szereg dodatkowych rozmów i postanowiłem się rozprawić z wywodami Mackiewicza, co też uczyniłem na łamach wydawanego wówczas przez Stronnictwo Pracy czasopisma „Zwrot” (nr 2, sierpień 1941). Stwierdziłem w artykule zatytułowanym Fantazje historyczne p. Mackiewicza, że sposób przedstawienia przez niego wypadków co najmniej w dwóch najistotniejszych punktach odbiega od rzeczywistości. Ściśle podaje on jedynie, iż po zabójstwie tak lewica jak i prawica cofnęły się przed zaostrzeniem walki. Nieścisłe jest natomiast przedstawienie ówczesnej roli Piłsudskiego. Piłsudski pisałem - trudno powiedzieć, czy z własnego impulsu, czy pod wpływem najbliższego otoczenia, które marzyło o... «policzeniu się z prawicą», daleki jest od tendencji pacyfikacyjnych. Następnie dalej w taki sposób na podstawie relacji Liebermana odtwarzam przebieg wydarzeń: W dniu zabójstwa do klubu PPS w Sejmie zjawią się z ramienia Piłsudskiego trzej oficerowie, którzy proponują socjalistom ni mniej ni więcej tylko zorganizowanie ruchawki ulicznej, w której tytułem represji lokale wydawnictw prawicy miały być rozbite, wybitni jej przywódcy [...] krwawo «unieszkodliwieni», po czym dopiero «Komendant» miał wystąpić na czele oddziałów wojskowych w roli pacyfikatora. Plan ten został przez przywódców PPS z Daszyńskim, Barlickim i Liebermanem na czele odrzucony, mimo gwałtowności, z jaką popierał go przewodniczący warszawskiej organizacji PPS poseł Jaworowski, który w tym celu z góry zarządził w lokalach partyjnych mobilizację członków. Gdy w 6 lat później ten sam Jaworowski wraz z 9 innymi posłami rozszedł się z Partią na tle stosunku do Piłsudskiego, tworząc współdziałającą z BBWR grupę, nazywaną powszechnie BBS, jednym z dowodów na poparcie zarzutu «oportunizmu» polityki góry partyjnej (tzw. CKW), uprawianej rzekomo wobec endecji», było «tchórzliwe» zachowanie się w dniu zabójstwa Narutowicza i udaremnienie zamierzonego przez Piłsudskiego «gniewu ludu. Zarzut ten przez dłuższy czas nie schodził z ram wydawanego przez grupę Jaworowskiego pisma «Przedświt». Kandydaturę gen. Sikorskiego, wobec pełniącego obowiązki Prezydenta Rzeczypospolitej marsz. Rataja, wysunął natychmiast, gdy tylko wieść o zabójstwie Prezydenta dotarła do Sejmu, poseł Lieberman. Propozycja ta znalazła z miejsca uznanie u Rataja, który bezzwłocznie skomunikował się z Sikorskim i po krótkiej rozmowie powierzył mu formalną misję tworzenia Rządu. Gdy Sikorski opuszczał gabinet Rataja, zjawił się w Sejmie Piłsudski. Oświadczył on Ratajowi gotowość stanięcia na czele Rządu, celem «zrobienia porządku», na co usłyszał odpowiedź, iż przychodzi ze swą ofertą za późno. Wiadomość o powierzeniu misji Sikorskiemu bardzo się Piłsudskiemu nie podobała. Marszałek Rataj doznał też z powodu tego kroku zarówno wówczas, jak i później, sporo nieprzyjemności i to tak ze strony samego Piłsudskiego, jak i jego zwolenników. * Zaledwie półroczny okres sprawowania władzy przez Sikorskiego zaznaczył się niemal we wszystkich dziedzinach życia państwowego bardzo poważnymi rezultatami. Najpierw przyszło uspokojenie wzburzonych namiętności, dokonane szybko, bez rozlewu krwi. W swoim exposé programowym przed sejmem nazwał Sikorski swój rząd rządem naprawy Rzeczypospolitej. Stwierdził, że z żalem

opuścił szeregi armii, na co z niechętnych mu kół prawicy padły okrzyki, aby do niej jak najszybciej powrócił. Pozaparlamentarny charakter rządu, będący koniecznością wobec rozbicia sejmu i stałej w nim temperatury zaciętych walk, znalazł w przemówieniu przewodniczącego popierającego rządu klubu NPR, posła Wachowiaka, trafny komentarz, iż jest to wprawdzie rząd pozaparlamentarny, ale nie antyparlamentarny. Zgodnie z naczelną ideą swego gabinetu, podjął Sikorski na różnych odcinkach życia państwowego kroki szybkiej naprawy istniejącego systemu. Zaczął od palącego problemu mniejszości narodowych, z którego to zagadnienia nacjonalistyczna prawica uczyniła odskocznię dla demagogicznej i grożącej wprost istnieniu państwa, propagandy. Odwołał się w tym celu do współpracy wybitnego publicysty demokratycznego i posła Krakowa na ostatni Sejm Krajowy byłej Galicji, Konstantego Srokowskiego. Na podstawie obfitego materiału zebranego przez Srokowskiego w osobistych kontaktach zarówno z ludnością wschodnich województw, jak i przedstawicielami administracji opracował premier zarys programu polityki narodowościowej państwa. Program ten dawał mniejszościom w ramach obowiązującej konstytucji szeroki zakres samorządu kulturalnego. Wymagało to przeprowadzenia w sejmie szeregu ustaw, których projekty zaczęto opracowywać. Na razie premier w wyczerpującej, własnoręcznie przez siebie opracowanej instrukcji dla podległych urzędów wytyczył ogólne ramy polityki narodowościowej rządu. Był to w tej dziedzinie jeden jedyny dokument, na jaki się zdobyła Polska międzywojennego dwudziestolecia. Będąc równocześnie ministrem spraw wewnętrznych, dotknął Sikorski zagadnienia podziału administracyjnego kraju, skonstruowanego niezbyt fortunnie, jako że ciążyły na nim granice dawnych zaborów. Powołał w tym celu do życia specjalną komisję z wybitnym uczonym a równocześnie najwybitniejszym wśród Polaków administratorem z okresu służby austriackiej, byłym namiestnikiem Galicji dr. Michałem Bobrzyńskim na czele. Zaprojektowane przez tę komisję przesunięcia w granicach województw, głównie zachodnich: pomorskiego i poznańskiego miały wejść w życie dopiero w niespełna 10 lat później w latach trzydziestych, a odnośnie do Śląska aż po wojnie. Bardziej konkretne i efektowne były osiągnięcia rządu w dziedzinie polityki zagranicznej. Chodziło o usunięcie stanu pewnego rodzaju niepewności, jaki ciążył nad wschodnimi granicami Rzeczypospolitej ustalonymi w traktacie ryskim. Państwa koalicji ciągle traktatu tego nie uznawały, a we Francji, gdzie były bardzo żywe tradycje sojuszu z carską Rosją i związane z tym nadzieje podsycane przez białą emigrację rosyjską o rychłym upadku reżymu bolszewickiego, mieliśmy w tej sprawie najgroźniejszego przeciwnika. Chodziło o położenie kresu temu stanowi rzeczy, do czego prowadziła tylko jedna droga, to jest uzyskanie uznania granicy ryskiej tak przez Radę Ligi Narodów będącej ekspozyturą mocarstw koalicji: Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Japonii, jak i przez Stany Zjednoczone Ameryki, które wprawdzie do Ligi nie weszły, ale z tytułu swej niedawnej roli w zakończeniu wojny i rzuceniu podwalin pod nowy porządek prawny i terytorialny w Europie posiadały swój ciężar polityczny. Inicjatywę rządu w tym kierunku prawica uważająca, iż posiada monopol na „dobre stosunki” w pierwszym rzędzie z Francją, a także i z Anglią, uważała po prostu za szaleństwo. Zalecała w tej sprawie taktykę nieporuszania niebezpiecznego tematu zapowiadając, iż wszelka inicjatywa w tej sprawie spotkać się musi z niepowodzeniem. Sikorski okazał się nieczuły na te rady i w osobistym liście do ówczesnego premiera Francji Poincarégo, który był prezydentem republiki w czasie wojny, przedstawił racje międzynarodowej i czysto polskiej natury, przemawiające za zlikwidowaniem stanu

niepewności przez formalne uznanie granicy ryskiej przez państwa byłej koalicji. Okazało się, że jego wyczucie sytuacji było znacznie trafniejsze niż narodowo-demokratycznych „speców” i 15 marca Rada Ambasadorów przychyliła się do tego żądania. W kilka dni później uczynił to rząd Stanów Zjednoczonych. Na temat roli Sikorskiego w tej sprawie pojawiły się później wśród niechętnych mu pisarzy z obozu piłsudczykowskiego wersje usiłujące pomniejszyć jego udział w tej sprawie i przypisać całą zasługę jego ministrowi spraw zagranicznych Aleksandrowi Skrzyńskiemu. Jest to nieudolna próba tworzenia legendy, nie znajdująca oparcia o dostępne źródła historyczne. Nie trzeba przede wszystkim zapominać o tym, że Skrzyński przed powołaniem go na stanowisko ministra spraw zagranicznych był ministrem pełnomocnym RP na placówce w ówczesnym systemie naszej służby dyplomatycznej bynajmniej nie pierwszoplanowej, to jest w Bukareszcie. Powołanie go przez Sikorskiego do rządu wywołało w ówczesnych kołach politycznych duże zdziwienie i to nie tylko na z reguły wrogiej nowemu premierowi prawicy, ale i wśród lewicy, której Skrzyński stał się dopiero później pupilem. Niewątpliwą zasługą Skrzyńskiego jest, iż w tej sprawie lojalnie współpracował z premierem, któremu zawdzięczał wysunięcie go na szerszą arenę polityczną, a wobec którego w parę lat później, gdy został premierem koalicyjnego rządu, nie okazał, niestety, lojalności. Następną dziedziną, do której rozwiązania zabrał się energicznie Sikorski, były sprawy gospodarcze, przedstawiające obraz zupełnego chaosu wobec galopującej inflacji ówczesnej waluty polskiej. Z inicjatywy premiera prezydent Wojciechowski zwołał naradę wszystkich dotychczasowych ministrów skarbu. W ciągu zaledwie czteroletniego okresu od chwili zmartwychwstania państwa Polska miała już siedmiu ministrów skarbu. Narada ta ustaliła elementy podstawowej reformy finansów państwa. W oparciu o jej wyniki Sikorski dokonał częściowej rekonstrukcji gabinetu i 13 stycznia 1923 roku powierzył tekę ministra skarbu Władysławowi Grabskiemu, w owym czasie już dość luźno związanemu z demokracją narodową, której był kiedyś wybitnym działaczem (między innymi posłem do Dumy rosyjskiej), a którego jasność poglądów i energia wskazywały jako na najlepszego w danych warunkach reformatora. Wybór okazał się trafny. Grabski w ciągu paru miesięcy przeprowadził w sejmie kilka projektów ustawodawczych stanowiących podwalinę pod przyszłą reformę walutową. O trafności tego wyboru najdosadniej świadczy fakt, że kiedy następnie w rządzie Witosa, który objął władzę po Sikorskim, Grabski nie był w stanie zrealizować swojego programu i po kilku tygodniach z gabinetu ustąpił, pół roku później już jako premier i minister skarbu pozaparlamentarnego gabinetu zrealizował w pełni opracowany za rządów Sikorskiego program reformy walutowej, którego centralnym punktem było powołanie do życia Banku Polskiego i wypuszczenie nowej waluty polskiej - złotego. Mimo tych rzucających się w oczy sukcesów nie dane było Sikorskiemu zbyt długo rządzić. Jak już wspomnieliśmy, prawica, a ściślej mówiąc, przodujący jej odłam Związek Ludowo-Narodowy, od samego początku wypowiedziała zaciętą walkę Sikorskiemu. Jeżeli chodzi o zastosowane w niej środki i metody, należy stwierdzić, że nie było w nich niczego co by było godne poważnej, mimo wszystko, historii obozu demokratyczno-narodowego, której ZLN był w owym czasie organizacyjnym wyrazem. Był to wybuch niepoczytalnej demagogii. Rozpętując ją zapomniano, że musiała stać się ona wodą na młyn całkiem innych elementów społecznych niż te, które reprezentował obóz klas posiadających, zainteresowanych zdawałoby się w stabilizacji stosunków na gruncie prawa i pokoju wewnętrznego. W czasie dyskusji nad prowizorium budżetowym na I kwartał 1923 roku, mówca ZLN, którym był

wybitny ekonomista i profesor uniwersytetu Radziszewski, buńczucznie zapowiedział, że temu rządowi podatków nie damy... Ówczesną taktykę prawicy można byłoby tłumaczyć tylko jednym, a mianowicie rozpaczliwym dążeniem do przerwania łańcucha osamotnienia, w jakim znalazła się ona w sejmie po tragicznych wydarzeniach grudnia ubiegłego roku. Osiągnięcie tego celu wymagało porozumienia z jedynym możliwym partnerem, to jest PSL „Piast”. Zapowiedź takiego porozumienia, zresztą w warunkach ówczesnej rzeczywistości parlamentarnej jedynego z punktu widzenia możności stworzenia rządu opartego o stałą większość parlamentarną, dostrzec można było przy pierwszym kroku nowego sejmu, to jest przy wyborze jego marszałka. Porozumienie to wyraziło się w wyborze na marszałka sejmu wybitnego „piastowca” Macieja Rataja, gdy marszałkiem senatu został równocześnie mąż zaufania prawicy, były marszałek sejmu, Wojciech Trąmpczyński. Po zamordowaniu Narutowicza sytuacja uległa radykalnej zmianie. Wydawało się - jak na to wskazywały kategoryczne i ostre w swej potępiającej treści oświadczenia Witosa, że do sojuszu „Piasta” z prawicą nie dojdzie. Jest to najmniej znany okres najnowszej naszej historii, który niesłychanie skąpo relacjonują w swych wspomnieniach główni jego aktorzy jak na przykład Wincenty Witos. Nie wyjaśnił on, dlaczego mimo faktu, iż rząd Sikorskiego korzystał w dużym stopniu z poparcia jego stronnictwa i mógł się wykazać niewątpliwymi sukcesami, skazany został w piątym zaledwie miesiącu swego istnienia na likwidację, i to w dodatku przeprowadzoną w okolicznościach politycznych, które mogły dawać pole do nie bardzo pochlebnych komentarzy. Nie mogąc bowiem zaatakować Sikorskiego w związku z konkretnymi projektami ustawodawczymi, wybrano za pretekst odmówienie zatwierdzenia prowizorium budżetowego na II kwartał, obejmującego między innymi wydatki związane z przyjazdem do Warszawy marszałka Francji Focha na uroczystość odsłonięcia pomnika księcia Józefa Poniatowskiego. Okazało się, że właśnie wkrótce po tej wizycie (2-4 maja) toczyły się w przyspieszonym tempie rokowania o stworzenie rządu „polskiej większości parlamentarnej”, której podstawę stanowiło porozumienie ZLN i PSL „Piast”. Przyłączyła się do tej większości Chrześcijańska Demokracja, zaś konserwatywno-ziemiański klub chrześcijańsko-narodowy Dubanowicza przyrzekł jej „poparcie z zastrzeżeniami”, nie mogąc strawić ustępstw, jakie ZLN poczynił „Piastowi” w sprawie reformy rolnej. Nowa większość zaczęła się pod dość złowróżbnym znakiem dla „Piasta”. Opuściła go grupa 14 posłów z Janem Dąbskim na czele, co jednakże nie pozbawiło go jeszcze większości w sejmie. Już w dwa dni po dymisji Sikorskiego stanął u steru państwa nowy rząd z Witosem na czele, w którym najważniejsze teki gospodarcze obsadził ZLN. Od tej daty zaczyna się prawie 9-miesięczny okres przymusowej bezczynności Sikorskiego. Pierwszy w jego karierze publicznej w odrodzonym państwie, w kilka lat później aż do katastrofy wrześniowej wielokrotnie ponawiany. Nie znaleziono dlań wówczas miejsca w wojsku, co wskazywało, że była to cena jaką przywódca „Piasta” płacił prawicy z tytułu jej niechęci do Sikorskiego, cena tym trudniejsza do zrozumienia, że chodziło przecież nie tylko o wybitnego wojskowego, ale i o polityka, o którym sam Witos myślał po zabójstwie Narutowicza jako o możliwym prezydencie Rzeczypospolitej. Wtedy jednak z projektu tego musiał zrezygnować wobec zdecydowanej opozycji, z jaką do kandydatury Sikorskiego odniosła się lewica, a zwłaszcza najbliższy Piłsudskiemu klub PSL „Wyzwolenie” z ówczesnym swym przewodniczącym Stanisławem Thuguttem na czele.

Wraca Sikorski do czynnego życia dopiero 17 lutego 1924 roku, kiedy to Władysław Grabski, który po niespełna 7-miesięcznym eksperymencie II rządu Witosa stanął na czele rządu, powierzył mu tekę ministra spraw wojskowych. Obejmuje to stanowisko po gen. Sosnkowskim, którego niespodziewane ustąpienie po zaledwie kilkutygodniowym urzędowaniu zaskoczyło opinię publiczną. Ani wówczas, ani później nie ujawniono dokładniej przekonywających motywów tego ustąpienia. Późniejszy rozwój wypadków wskazywałby na to, że już wtedy zarysowała się między Sosnkowskim a Piłsudskim pewna różnica zdań na temat systemu organizacji najwyższych władz wojskowych, od czego uzależniony był powrót Piłsudskiego do czynnej służby, którą demonstracyjnie opuścił po powstaniu centrowoprawicowego rządu Witosa. Sprawa organizacji najwyższych władz wojskowych ciążyła w niesłychanie ostry sposób nad całokształtem ówczesnego życia politycznego. Było to niewspółmierne z istniejącą sytuacją wewnętrzną państwa oraz położeniem międzynarodowym. Istniał wtedy w Europie względny stan spokoju. Dopiero w 9 lat później doszedł do władzy w Niemczech Hitler. Rosja bolszewicka zajęta była własnymi ciężkimi problemami wewnętrznymi i nie zdradzała w stosunku do nas żadnych wyraźnie wojennych zamiarów, ograniczając się wyłącznie do bardzo zręcznie montowanej akcji dywersyjnej w naszych województwach wschodnich. Natomiast właśnie stan bezpieczeństwa publicznego w tych województwach, zaostrzający się w szybkim tempie kryzys w stosunkach z mniejszościami narodowymi, stanowiącymi na tych ziemiach zwartą większość z wyjątkiem Wileńszczyzny oraz Lwowa i Tarnopolszczyzny, a przede wszystkim ciężkie problemy gospodarczej i społecznej natury w centrum państwa - zdawałyby się wskazywać na inną hierarchię zagadnień, które w pierwszym rzędzie należało rozwiązać. Logika jednakże, jeśli chodzi o politykę, nie zawsze jest po stronie najistotniejszych potrzeb, najczęściej górują nad nią ambicje wybitnych osobistości czy dobrze zorganizowanych grup. Stąd też i w Polsce w okresie szalejącego bezrobocia dla takiego ugrupowania jak PPS problemem numer 1 była sprawa powrotu Piłsudskiego do czynnej służby w wojsku. Konieczność tego powrotu uznawali wówczas w Polsce wszyscy, nie wyłączając czynników tradycyjnie Piłsudskiemu niechętnych, jak prawica. Wiązało się to z faktem, że prawica, posiadająca w ówczesnym zespole generalskim różne swoje „sympatie” (jak na przykład Sosnkowski), nie widziała w nich nikogo, którego by można z pewną szansą powodzenia przeciwstawić Piłsudskiemu. W tym okresie była ona ciągle jeszcze zdecydowanie nastawiona wrogo do Sikorskiego. Wrogość ta przybierała nieraz objawy wręcz śmieszne. I tak na przykład prasa narodowo-demokratyczna przez prawie pierwsze dwa lata po ustąpieniu Sikorskiego ze stanowiska premiera, mówiąc o jego rządzie stale określała go jako smutnej pamięci rząd Sikorskiego. Sikorski objąwszy stanowisko ministra spraw wojskowych postanowił uczynić wszystko w granicach dostępnych mu możliwości, aby sprawę powrotu Piłsudskiego do czynnej służby wojskowej załatwić pozytywnie. Na obchodzony manifestacyjnie przez jego zwolenników dzień imienin Piłsudskiego, zjawił się w Hotelu Europejskim i tam na oczach licznie zebranej publiczności odbył długą rozmowę z Piłsudskim, po której w prasie stołecznej zaroiło się od licznych komentarzy i optymistycznych kombinacji. Istotna trudność w rozwiązaniu tej sprawy polegała na znalezieniu odpowiedniej formuły, która by godziła poglądy Piłsudskiego na jego rolę jako najwyższego rangą i funkcją wojskową z postanowieniami obowiązującej konstytucji demokratycznej z 17 marca 1921 roku. Piłsudski miał na ten temat mocno ugruntowane pojęcia datujące się od dawna. Jeszcze przed wojną, gdy w najśmielszych swych marzeniach tworzył swój pogląd na sprawę organizacji rządu i rolę w nim

ministra wojny, zdradzał się z koncepcją, która w istocie rzeczy była przeszczepieniem na grunt nowej rzeczywistości historycznej staropolskiej idei wielkohetmańskiej. Wyrazem jej był wydany bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych dekret naczelnego wodza z 7 stycznia 1921 roku, na podstawie którego zorganizowane zostały najwyższe instytucje wojskowe. W bardzo istotnych swych punktach dekret ten kłócił się z zasadami obowiązującej konstytucji, toteż w miarę stabilizacji stosunków ministrowie spraw wojskowych musieli zająć się sprawą wyrównania wynikających stąd różnic. Pierwszy z takim projektem wystąpił minister spraw wojskowych II rządu Witosa, gen. Szeptycki, wnosząc do sejmu projekt nowej organizacji naczelnych władz wojskowych. W kołach zwolenników Piłsudskiego i popierającej go lewicy uznano projekt ten jako wymierzony osobiście w Piłsudskiego i wystawiający wojsko na „destrukcyjne wpływy” stronnictw politycznych. W warunkach, w jakich borykał się rząd Witosa, nie było mowy o zajęciu się tak drażliwą sprawą jak organizacja najwyższych władz wojskowych. Objąwszy tekę ministra Spraw Wojskowych w gabinecie Grabskiego, gen. Sosnkowski postanowił ruszyć tę sprawę z martwego punktu. Kilkutygodniowe usiłowania uzgodnienia z Piłsudskim projektu, który by miał szanse przeprowadzenia go w sejmie, skończyły się niepowodzeniem i ustąpieniem Sosnkowskiego z rządu. Sikorski już w tydzień po objęciu teki wycofuje z sejmu projekt Szeptyckiego i opracowuje nowy, który posyła Piłsudskiemu do wglądu i wyrażenia opinii. Uczynił to Piłsudski na przesłanym mu egzemplarzu w formie tak drastycznej i dla autora projektu obelżywej, że Sikorski uznał, iż z uwagi na autorytet byłego naczelnego wodza, musi nawet przed najbliższymi to zataić. Wprowadził jednak do swojego projektu pewne poprawki i w marcu 1924 przesłał go do sejmu. Prace nad tym projektem w komisji sejmowej pomimo starań tak przewodniczącego komisji, Mączyńskiego, słynnego organizatora obrony Lwowa w listopadzie 1918 roku, jak i referenta projektu, Stefana Dąbrowskiego (głośnego autora memoriału o wyczerpywaniu się wojskowych rezerw niemieckich w czasie pierwszej wojny światowej, za co uzyskał najwyższe odznaczenia francuskie) nie wróżyły żadnego powodzenia. Lewica uważająca ciągle jeszcze Piłsudskiego za swego sztandarowego człowieka, bezkrytycznie akceptowała jego wielkohetmańskie ambicje. Prezydent Wojciechowski i premier Grabski przy pomocy światlejszych przedstawicieli lewicy, jak przywódca „Wyzwolenia” Thugutt, podejmują szereg prób uzyskania kompromisu z Piłsudskim. Próby te nie dają również rezultatu. Piłsudski właściwie uchyla się od merytorycznej dyskusji, ograniczając się w jej toku do nie przebierających w środkach ataków na autora projektu. Ataki te przenosi na teren dorocznych zjazdów Związku Legionistów, którego prezesurę obejmuje jego najbliższy współpracownik, płk Sławek, nawiasem mówiąc, w czasie istnienia Legionów używany wyłącznie do funkcji natury politycznej i wywiadowczej. Nie zadowoliło również Piłsudskiego nowe ustępstwo ministra Spraw Wojskowych zawierające postanowienie, że generalny inspektor Sił Zbrojnych (na które to stanowisko przewidywany był Piłsudski) zostaje na wypadek wojny wodzem naczelnym. Wielkohetmańska koncepcja Piłsudskiego konsekwentnie rozwijała zasadę, że jedynym zwierzchnikiem sił zbrojnych ma być generalny inspektor, a minister Spraw Wojskowych stawał się pewnego rodzaju jego oficerem do zleceń. W ten sposób w ciągu całego okresu trwania rządu Władysława Grabskiego nie udało się ruszyć z martwego punktu. Mimo niesprzyjającej atmosfery i licznych trudności wynikających z faktu, że w podległym mu aparacie ludzie Piłsudskiego zajmowali szereg wybitnych stanowisk, bo myśl o jakichkolwiek

czystkach w tej dziedzinie, tak szeroko i gruntownie zastosowana później przez Piłsudskiego po jego zwycięstwie, była jak najbardziej obca Sikorskiemu i nie godziła się z jego pojęciem służby Polsce, rozwija Sikorski przez prawie 20 blisko miesięcy swego urzędowania bardzo owocną działalność we wszystkich dziedzinach, które należały do kompetencji jego resortu. Zaczyna od palącej kwestii bezpieczeństwa we wschodnich województwach państwa, gdzie latem 1924 roku nasilenie dywersji komunistycznej przybiera bardzo niepokojące rozmiary. Powołuje do życia specjalny Korpus Ochrony Pogranicza, który w ciągu dosłownie kilku miesięcy potrafił zabezpieczyć ludności tej części Rzeczypospolitej nie gorszy stan bezpieczeństwa niż ten, którym cieszyły się województwa centralne i zachodnie. Nowego impulsu doznają prace dotyczące organizacji potencjału wojennego państwa. Rodzi się wówczas koncepcja tak zwanego trójkąta bezpieczeństwa obejmującego teren, który w kilka lat później za Rydza Śmigłego nazwany zostaje Centralnym Okręgiem Przemysłowym, gdzie koncentrują się główne fabryki naszego przemysłu wojennego. Tempo wydarzeń a zwłaszcza fakt, że niedługo po ustąpieniu Sikorskiego z ministerstwa jego następca nie był zainteresowany w udostępnieniu społeczeństwu wiadomości o uzyskanych w tej dziedzinie rezultatach, wyjaśnia dlaczego ten okres pracy i osiągnięć Sikorskiego był tak mało znany z wyjątkiem nielicznego grona specjalistów. Wyniki tej pracy były jednak tego rodzaju, że musiały przemawiać nawet do przeciwników Sikorskiego, o ile byli to ludzie dobrej woli, nie kierujący się wyłącznie uprzedzeniami. Jako przykład może tu służyć stanowisko wybitnego wówczas posła „Wyzwolenia”, zasłużonego organizatora POW w czasie I wojny światowej, a w danej chwili wiceprzewodniczącego sejmowej komisji wojskowej, majora Mariana Kościałkowskiego. Z tytułu swego stanowiska w sejmie Kościałkowski brał udział w charakterze obserwatora w manewrach, jakie odbyły się latem 1925 roku na Pomorzu i na Wołyniu. Śledził ich przebieg okiem kompetentnego znawcy. Tym bardziej wyczulonego na słabe punkty, że chodziło przecież o osobę przeciwnika jego bohatera. Następnie poprosił Piłsudskiego o audiencję, aby podzielić się z nim swoimi obserwacjami i wnioskami. Szczerze i po żołniersku, oddany „komendantowi” dawny bojowiec POW miał odwagę jednakże stwierdzić, że Sikorski dokonał dużej i dobrej w wojsku roboty, wobec czego nieustająca walka z nim przynosi wojsku, a tym samym i państwu, nieobliczalne szkody i należy koniecznie ten stan rzeczy zmienić. Zakończył apelem do Piłsudskiego, by znalazł jakąś drogę do „pogodzenia się” z Sikorskim. Finał tej dramatycznej interwencji był niezwykły. Piłsudski brutalnie przerwał dalsze wywody i bez pożegnania swego gościa opuścił pokój. Co więcej, Kościałkowski, mimo że należał oficjalnie do najbliższego grona ekipy piłsudczykowskiej jako członek władz naczelnych organizacji byłych peowiaków i legionistów, był odtąd przez Piłsudskiego wyraźnie bojkotowany. Nie zapraszano go na żadne przyjęcia czy konferencje, przestał nagle istnieć. Dopiero przez bardzo czynne zaangażowanie się w wypadki majowe, a następnie przez usługi jakie oddał nowemu reżymowi jako przewodniczący Klubu Pracy, najbliższej Piłsudskiemu formacji politycznej w sejmie, powstałej na krótko przed przewrotem w wyniku rozłamu w „Wyzwoleniu”, i prawej ręki premiera Bartla - został z czasem przywrócony do łask. Wpłynęło to pomyślnie na dalszy ciąg jego kariery politycznej, bo w końcu 1935 roku został na krótko premierem a następnie „żelaznym” ministrem opieki społecznej. *

W listopadzie 1925 roku rząd Grabskiego podaje się do dymisji. Ustępuje w warunkach szybko pogarszającej się sytuacji gospodarczej i społecznej państwa. Kryzys ten zaczyna się właściwie od połowy czerwca na skutek sprowokowanej przez Rzeszę niemiecką wojny celnej. Ale od samego początku nie te zagadnienia grożą przesileniem politycznym; wysuwa się na pierwszy plan znowu sprawa roli i pozycji Piłsudskiego. Już w przeddzień formalnego ustąpienia Grabskiego odbyła się w siedzibie Piłsudskiego w Sulejówku, w 7 rocznicę jego powrotu z Magdeburga, demonstracja około 1000 jego oficerów, nie wyłączając generałów zajmujących różne odpowiedzialne stanowiska w aparacie państwowym. Przemawiający w ich imieniu generał Orlicz-Dreszer mówił o bólach i trwogach wraz z nędzą zaglądających do naszych domów i apelował do „komendanta”, by w tej przełomowej chwili nie zechciał być nieobecny. Zakończył wymowną deklaracją: niesiemy ci, prócz wdzięcznych serc, i pewne w zwycięstwach zaprawione szable. Niezwykłej tej demonstracji, w której zwłaszcza wzmianka o nędzy trzydziestoparoletnich generałów, opływających we wszystkie korzyści z tytułu „bajecznych karier” według wyrażenia ich mistrza, świadczyła dosadnie o braku elementarnego poczucia odpowiedzialności, postanowił Piłsudski użyć w celu nacisku na najwyższe czynniki państwowe. Po zgłoszeniu dymisji przez Grabskiego udał się do Belwederu, gdzie złożył Wojciechowskiemu pisemne „ostrzeżenie”. Ostrze jego skierowane było przeciwko pozostawaniu Sikorskiego na stanowisku ministra Spraw Wojskowych. Gra była znakomicie prowadzona. Aby osłabić skrupuły bardziej czułych na podstawowe elementy demokracji posłów PPS, puszczono wśród nich plotkę, że Sikorski jakoby przygotowuje zamach zbrojny. Nie tylko że myśl taka była jak najbardziej obca Sikorskiemu, ale ci którzy ją sfabrykowali i puścili w kurs, aż nadto dobrze wiedzieli, że gdyby nawet coś w tym było, to Sikorski wprost fizycznie nie był w stanie żadnego zamachu zorganizować. Po prostu z braku własnej mafii, której pojęcie było mu jak najbardziej obce. W najbliższym jego otoczeniu, w gabinecie ministra na kluczowych stanowiskach tolerował przecież ludzi z piłsudczykowskiego sprzysiężenia, jak późniejszy minister Spraw Wewnętrznych, płk Pieracki. Ale wystarczyło, że przez pierwsze kilka dni wielu dawało wiarę tym plotkom. W klubie parlamentarnym PPS wzięły górę tendencje do niedramatyzowania na temat antydemokratycznej interwencji Piłsudskiego i zgodzenia się na to, by w sprawie obsadzenia teki spraw wojskowych miał on głos decydujący. Sprawę obsadzenia teki ministra spraw wojskowych rozegrał Piłsudski w sposób w pełni uzasadniający powiedzenie o swoich talentach taktycznych, którego często lubił używać mówiąc, że jest chytra Litwina. Jego kandydatem był posłuszny wykonawca zamachu na Wilno w jesieni 1920 roku, gen. Żeligowski. Rzecz była jednakże tak sprytnie rozegrana, że nie Piłsudski wysunął tę kandydaturę. Wystąpił z nią ówczesny prezes zarządu głównego Związku Ludowo-Narodowego, poseł dr Jan Załuska. Wymownym jej rzecznikiem w kołach parlamentarnych był faktyczny przywódca tego ugrupowania Stanisław Grabski. Pamiętam jak uspokajał moje wątpliwości mówiąc między innymi, że Żeligowski to jest przede wszystkim wzór lojalności żołnierskiej i pierwszy zarządzi aresztowanie Piłsudskiego, jeżeli to postanowi legalny rząd. Nowy minister w swoim expose przed komisją wojskową sejmu nie zabłysnął wprawdzie szczególniejszą inteligencją, zyskał jednak od razu duży rozgłos przez głośne powiedzenie, iż wojsko trzeba wyprowadzić w pole... Istotnie wyprowadził w pole nie tylko wojsko ale ale i tych, którzy

widzieli w nim właściwego człowieka na tak ważnym w ówczesnej sytuacji stanowisku. Gorzej, że było to wyprowadzenie w pole całego społeczeństwa. Rząd, którego Żeligowski jest członkiem, jest rządem szerokiej koalicji parlamentarnej obejmującej na prawicy ZLN (przy życzliwej neutralności klubu ChN), całe centrum (ChD, PSL „Piast” i NPR), a na lewicy PPS; właściwie więc cały sejm poza klubami mniejszości narodowych i dwiema radykalnymi, stale zresztą między sobą skłóconymi, grupami ludowymi: „Wyzwoleniem” i Stronnictwem Chłopskim, których jedyną busolą orientacyjną jest... nienawiść do „Piasta”, a zwłaszcza do osoby jego przywódcy. Tego rodzaju koalicja doszła do skutku w ostatniej dosłownie chwili dzięki ustępstwu prawicy na rzecz zaakceptowania „lewicowego” premierostwa Aleksandra Skrzyńskiego. Rząd ten powstaje w obliczu groźnych komplikacji wewnętrznych problemów społecznogospodarczych. Wskutek wywołanej przez Niemcy wojny celnej, całe dzieło naprawy gospodarki państwowej przeprowadzone przez Władysława Grabskiego jest zagrożone. Następstwem tego jest katastrofalny wzrost bezrobocia. Koalicja rządowa zdobywa się na drakońskie posunięcia - jak obniżka płac pracowników państwowych - dla zachowania równowagi budżetu, bez której trudno myśleć o pozyskaniu pożyczki zagranicznej uważanej ogólnie za konieczność państwową. Ale czołowego reprezentanta PPS w rządzie, którym jest pierwszy premier niepodległej Polski Jędrzej Moraczewski, obejmujący tę funkcję z rąk naczelnika państwa Piłsudskiego według późniejszej tegoż relacji, w postawie „na baczność”, interesuje niemal wyłącznie sprawa projektu organizacji najwyższych władz wojskowych. Z całego zachowania się Moraczewskiego wynika, że w przeprowadzeniu tej sprawy po myśli Piłsudskiego widzi on główną misję, którą ma do spełnienia w rządzie. W końcu lutego Moraczewski popada w konflikt z większością partii i ustępuje z rządu, a na jego miejsce wchodzi dotychczasowy prezes klubu parlamentarnego Barlicki. Pozornie oznacza to przegraną piłsudczyków w PPS. Ich przeciwników jednak osłabiło bardzo w klubie sejmowym wejście Barlickiego do rządu. Wobec zorganizowanego na szeroką skalę sabotażu rokowań pożyczkowych (wyróżnił się w tej akcji zwłaszcza „Ilustrowany Kurier Codzienny”, który posunął się aż do ogłoszenia tajnych depesz dotyczących delikatnych szczegółów pertraktacji) pozycja Barlickiego, który wszedł do rządu z myślą ratowania koalicji, staje się bardzo trudna i po niespełna 7 tygodniach zostaje on wraz z drugim reprezentantem PPS, posłem Ziemięckim, uchwałą Rady Naczelnej z rządu odwołany. I wówczas jednak do otwartego przesilenia nie dochodzi. Pozostałe stronnictwa koalicyjne rozporządzają większością 24 głosów przeciw 204 ewentualnej opozycji i wobec powagi sytuacji postanawiają ponosić w dalszym ciągu odpowiedzialność za rząd. Opierając się na tym stanie rzeczy, prezydent Wojciechowski nie przyjmuje zgłoszonej formalnie przez Skrzyńskiego w końcu kwietnia dymisji gabinetu. Tymczasem Skrzyński, który zaraz po objęciu stanowiska premiera postarał się o nawiązanie w tajemnicy przed stronnictwami rządowymi stosunków z Piłsudskim - za pośrednictwem swojego dyrektora departamentu Juliusza Łukasiewicza - i nawet spotykał się z nim w Warszawie w mieszkaniu Kazimierza Świtalskiego przy ulicy Kruczej, działając widocznie według ustalonego z góry planu, postanowił za wszelką cenę rozsadzić rząd od wewnątrz. Cofając na żądanie prezydenta Rzeczypospolitej dymisję, oświadczył równocześnie przywódcom stronnictw „kadłubowej”, jak mówiono wówczas koalicji, iż czyni to najwyżej na okres 2 tygodni, nie chcąc wprowadzać zamieszania w administracji w związku z przypadającymi obchodami 1 i 3 maja. Po tym okresie

z kierownictwa rządu stanowczo ustąpi, gdyż jako minister „fachowy” nie chce po rozbiciu szerokiej koalicji przewodniczyć gabinetowi węższej kombinacji politycznej, który z konieczności będzie rządem walki. Rządowi takiemu winien jego, Skrzyńskiego, zdaniem, przewodniczyć wybitny polityk parlamentarny, na przykład Witos, przy czym ewentualnie rządowi Witosa nie odmówiłby on pomocy na stanowisku fachowego ministra. Wysunięcie kandydatury Witosa przez Skrzyńskiego wygląda w świetle późniejszych wydarzeń dość... podejrzanie, tym bardziej że wbrew temu wszystkiemu, co później na ten temat wypisywała prasa zamachowa, Witos po przykrych doświadczeniach z drugim swym gabinetem z 1923 roku do powrotu na stanowisko szefa rządu się nie palił. Liczył się poważnie z jakąś kontrakcją Piłsudskiego i zdawał sobie sprawę z tego, że ówczesna jego (Witosa) niepopularność w miastach, ogromnie akcję tę ułatwi. Była to, ogólna zresztą, opinia ówczesnej większości parlamentarnej, której kierownicy w tych warunkach łatwo doszli do porozumienia, iż najwłaściwszym sposobem rozwiązania przesilenia po ustąpieniu Skrzyńskiego będzie powierzenie stanowiska premiera gen. Sikorskiemu. W kilka dni po uroczystościach trzeciomajowych Skrzyński ponowił swą dymisję, a w zwyczajowych konsultacjach, które przeprowadził prezydent Wojciechowski, okazało się, że jedyną możliwą koncepcją rządową jest gabinet większości parlamentarnej od Związku Ludowo-Narodowego do NPR. Wtedy z ramienia tej większości prezesi dwu największych jej klubów: Głąbiński i Witos, zaproponowali prezydentowi powierzenie premierostwa gen. Sikorskiemu. Najnieoczekiwaniej propozycja ta spotkała się z kategorycznym sprzeciwem prezydenta Wojciechowskiego, który powołując się na nieprzejednane stanowisko, jakie wobec Sikorskiego zajął Piłsudski w poprzednim listopadowym przesileniu, oświadczył, iż w wypadku gdyby stronnictwa upierały się przy tej kandydaturze, zdecydowany jest złożyć urząd prezydenta. Postawione wobec tak groźnej alternatywy stronnictwa wybrały rezygnację z kandydatury Sikorskiego. Siłą rzeczy wypłynęła wobec tego z powrotem kandydatura Witosa. Odmówił on jednak przyjęcia stanowiska premiera i zgodził się ostatecznie na nie dopiero wówczas, gdy prezes klubu Chrześcijańskiej Demokracji Chaciński, któremu prezydent powierzył następnie misję stworzenia rządu, z zadania tego zrezygnował. Tak doszło do trzeciego i ostatniego gabinetu Witosa. Godne zaznaczenia są jeszcze dwie niespodzianki, które w ostatniej niemal chwili przy konstytuowaniu rządu spotkały Witosa. Pierwszą była nieoczekiwana odmowa Skrzyńskiego przyjęcia teki ministra spraw zagranicznych wbrew poprzedniej obietnicy, uczynionej najwidoczniej tylko w tym celu, aby wahającego się Witosa zachęcić do przyjęcia stanowiska szefa rządu. Powstałą w ten sposób bardzo dotkliwą dla prestiżu rządu lukę, załatwił Witos powierzając tymczasowe kierownictwo MSZ wiceministrowi Morawskiemu, przy czym nosił się z zamiarem oddania tej teki innemu Skrzyńskiemu - Władysławowi, ówczesnemu ambasadorowi RP przy Watykanie. Drugą niespodzianką było jeszcze jedno niepowodzenie z osobą gen. Sikorskiego. Nie próbując nawet wobec ujawnionego poprzednio przez Wojciechowskiego wrogiego stosunku do Sikorskiego wysuwać kandydatury generała na ministra spraw wojskowych - Witos doszedł do przekonania, że w związku z wielkimi trudnościami, jakie, niewątpliwie, przed nowym rządem staną, jest rzeczą niezbędną, by posiadał on w swym składzie człowieka tej inteligencji i energii co Sikorski i to na stanowisku... ministra spraw wewnętrznych, które Sikorski już piastował, gdy był premierem. Miałem na prośbę Witosa wyjechać do Lwowa i próbować nakłonić gen. Sikorskiego do przyjęcia tej propozycji.

Zwróciłem jednak uwagę, że na wszelki wypadek bezpieczniej się będzie upewnić w Belwederze, czy Wojciechowski nie przeciwstawi się także tej nominacji Sikorskiego. Przezorność moja okazała się celowa, bo i ten projekt spotkał się ze sprzeciwem, choć może już nie tak kategorycznym. Widać było, że Wojciechowski w postępowaniu swym kieruje się przede wszystkim myślą, by unikać wszystkiego, co by mogło drażnić Piłsudskiego. Utrzymując tę linię, był pewien, że Piłsudski nie przekroczy w walce z nowym rządem pewnych dozwolonych granic. Na konkretne zapytanie Witosa, czy dopuszcza możliwość zamachu stanu ze strony Piłsudskiego, Wojciechowski, powołując się na swą długoletnią znajomość i przyjaźń z Piłsudskim, odpowiedział kategorycznym zaprzeczeniem. W takich to okolicznościach, pozbawiony wobec sprzeciwu prezydenta współpracy Sikorskiego i równocześnie uspokojony przez Wojciechowskiego, iż ze strony Piłsudskiego nie grozi rządowi żadne niebezpieczeństwo, objął Witos urzędowanie. Najlepszą miarą panującej wówczas atmosfery i metod stosowanych w walce o władzę przez głównego aktora ówczesnych wydarzeń jest fakt, że prezydent Rzeczypospolitej, po otrzymaniu od Piłsudskiego kategorycznego zaprzeczenia jakoby dążył do zbrojnego obalenia nowego rządu, wyjechał spokojnie po trudach ciężkiego i męczącego przesilenia na odpoczynek do swej letniej rezydencji w Spale, skąd musiał szybko wracać następnego dnia, gdy Piłsudski na czele oddanych do jego dyspozycji przez Żeligowskiego oddziałów wojskowych rozpoczął marsz na Warszawę, w celu obalenia rządu Witosa. Jest do dziś dnia rzeczą nie wyjaśnioną, mimo tak obfitej literatury, dlaczego Piłsudski zdecydował się na ten krok, mogąc kilka dni przedtem objąć legalnie władzę, stojąc na czele rządu zgodnie z propozycją, jaką po dymisji Skrzyńskiego uczynił przywódca PPS, poseł Marek. Apologeci Piłsudskiego występujący w roli historyków dziwnie ten szczegół pomijają w swoich opracowaniach, szerząc równocześnie legendę o żywiołowości odruchu mas na fakt powstania „reakcyjnego rządu Witosa” i takiej samej żywiołowości i bezpośredniości buntu wojskowego. Na szczęście pojawia się już coraz więcej - i to w kraju - autentycznego materiału historycznego, że wspomnimy tu wydane niedawno dwa tomy wspomnień płk. Mariana Romeyko Przed i po maju, ujawniających nie znane zupełnie dotąd szczegóły na temat, do jakiego stopnia przewrót wojskowy w maju 1926 roku był na szereg miesięcy przedtem drobiazgowo przygotowany i kierowany przez samego Piłsudskiego. Wymaga dłuższego nieco wyjaśnienia sprawa omówienia postawy gen. Sikorskiego wobec zamachu, a to z uwagi na uporczywie do dziś dnia podtrzymywane w piśmiennictwie emigracyjnym mity o jego zachowaniu się w tej sytuacji. Zapoczątkował tę kampanię obniżania żołnierskiej lojalności Sikorskiego jego konsekwentny wróg Cat Mackiewicz. On to we wspomnianej Historii Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939 r., ogłoszonej dokładnie w 15 lat po przewrocie majowym, zalegalizował niejako publicznie te złośliwe pogłoski na temat zachowania się Sikorskiego, których dotąd nikt z najbardziej zapalonych apologetów twórcy przewrotu nie miał odwagi podtrzymywać. Na str. 174 londyńskiego wydania wspomnianej książki pisze mianowicie Cat Mackiewicz, że Sikorski, który był wówczas dowódcą DOK Lwów, przysłał rządowi małe posiłki, lecz sam do Warszawy nie przyjechał. Dalej zaś na str. 184 rola Sikorskiego przedstawiona jest jak następuje: Gen. Sikorski odegrał jednak w przesileniu majowym rolę, która nieco przypomina niezdecydowane zachowanie się Barrasa w czasie 18 Brumaire'a. Posłał posiłki rządowi Witosa, ale uczynił to bez specjalnej ostentacji, nie wystąpił też przeciwko Piłsudskiemu już po maju i pozostał na stanowisku dowódcy okręgu lwowskiego.

Rozprawiłem się z tym tendencyjnym i złośliwym odtworzeniem faktów na łamach wspomnianego wyżej czasopisma „Zwrot” (nr 2, sierpień 1941, Londyn). Wydaje mi się, że z uwagi na to, iż pisane to było z górą 30 lat temu, a więc przy znacznie świeższej pamięci, najwłaściwiej będzie przytoczyć dosłownie odnośną część moich wywodów. Oto one: W takim przedstawieniu znać bardzo dużo wpływu tych pogłosek, które bezpośrednio po zamachu krążyły w kołach politycznych stolicy. Pamiętam jak dzisiaj słowa, którymi przywitał mnie nazajutrz po zaprzysiężeniu powołanego przez siebie rządu Bartla marszałek Rataj, gdym go, leżącego w łóżku po tragicznych przejściach ubiegłego tygodnia odwiedził w jego mieszkaniu w sejmie. Z goryczą mówił on o jeszcze jednym zawodzie, jaki go spotkał, a którym jest... akces gen. Sikorskiego do przewrotu i domaganie się przezeń, aby wojsko, które zdobyło władzę, wyciągnęło wszystkie konsekwencje z tego faktu. Na moje zapytanie, z jakiego źródła pochodzą te informacje, które wydają mi się nieprawdopodobne, gdyż, moim zdaniem, gen. Sikorski nie należy do ludzi, w których zwyczaju jest spieszenie «na pomoc zwycięzcy» - odpowiedział marszałek Rataj, że wiadomościami tymi podzielił się z nim dnia poprzedniego marszałek Piłsudski, powołując się na meldunek gen. Sikorskiego, oryginału którego jednak nie przedstawił. Zaskoczyło mnie to bardzo i oświadczyłem, iż postaram się o wyjaśnienie sprawy i wyciągnięcie ze swej strony odpowiednich konsekwencji, gdyby informacja była ścisła. Okazuje się, nie ja jeden byłem tą wiadomością poruszony. Poprzednio już dowiedział się o niej prezes klubu Chrześcijańskiej Demokracji poseł Chaciński, który bezzwłocznie wysłał do Lwowa po informacje swego męża zaufania. Delegat posła Chacińskiego przywiózł odpisy dwu dokumentów. Jednym był raport do ministra Spraw Wojskowych, drugim rozkaz dzienny dowódcy Korpusu do podległych oddziałów. W pierwszym, w męski, pełen godności sposób dawał gen. Sikorski wyraz swym uczuciom z powodu tragicznego faktu walki bratobójczej, która wojsko polskie rozdzieliła. Podkreślając z naciskiem konieczność najszybszego przeprowadzenia jak najszerszej akcji pacyfikacyjnej w wojsku i wśród społeczeństwa, kończy zdaniem, aby w wypadku, gdyby polityka miarodajnych czynników poszła po innej linii i miano stosować jakieś represje wobec tych dowódców, którzy stanęli w obronie konstytucji i prawowitych władz - zaczęto od dowódcy Korpusu Lwowskiego i jego oficerów, jako w pełni ze stanowiskiem swych kolegów walczących po stronie prezydenta Wojciechowskiego się solidaryzujących. Rozkaz dzienny do oddziałów DOK Lwów określał w tym samym duchu stanowisko wobec zaszłych wypadków i dodatkowo polecał wzmożenie czynności na odcinku pogranicznym, a to wobec stwierdzonych w związku z wypadkami w Warszawie poruszeń granicznych oddziałów sowieckich. Uznaliśmy w gronie sejmowych przyjaciół gen. Sikorskiego, że wobec dość szeroko rozpowszechnionej wersji o «akcesie» Generała do przewrotu, najlepiej będzie ogłosić oba dokumenty drukiem. Ukazały się one w «Rzeczypospolitej», ówczesnym organie Wojciecha Korfantego. Dziennik został wprawdzie skonfiskowany za naruszenie «tajemnicy wojskowej», ale fakt ten nie pociągnął ani dla redaktora odpowiedzialnego, ani dla autora dokumentów żadnych dalszych konsekwencji. Tak wygląda «niezdecydowane zachowanie się» gen. Sikorskiego podczas przewrotu. Mogę do tego jeszcze dorzucić, że jeżeli gen. Sikorski nie znalazł się w czasie przewrotu w Warszawie przy boku rządu i nie objął kierownictwa akcją wojskową, jak to było od pierwszej chwili życzeniem premiera Witosa, to zdecydowało o tym wyłącznie stanowisko ówczesnego

ministra spraw wojskowych, gen. Malczewskiego. Był on niechętnie usposobiony do Sikorskiego i mimo wyrażenia początkowo zasadniczej zgody na sprowadzenie go ze Lwowa, po kilku godzinach od zamiaru tego odstąpił. Jeżeli zaś chodzi o rzekomą nikłość posiłków wysłanych przez gen. Sikorskiego do Warszawy, to wiadomo, że wysłał on wszystko, czym bez narażenia na szwank bezpieczeństwa granicy sowieckiej mógł dysponować. Nie jego zaś winą było, że oddziały spieszące na pomoc prawowitemu rządowi wobec zamknięcia drogi przez Lublin, którego załoga stanęła po stronie przewrotu, musiały jechać okólną, dłuższą drogą, via Częstochowa, gdzie ponadto musiały sobie torować drogę przez zbuntowane oddziały gen. Wróblewskiego. Nic dziwnego, że w tych warunkach nie mogły zdążyć do Warszawy w oczekiwanym terminie. (Dowódcą OK Lublin był wówczas gen. Romer z dawnej armii austriackiej podobnie jak gen. Wróblewski. Obaj więc należeli do tej kategorii oficerów, których Piłsudski kategorycznie zdyskwalifikował w znanej interwencji u prezydenta Wojciechowskiego podczas listopadowego przesilenia 1925 roku, mówiąc, że «czas już zerwać z najgorszymi tradycjami ). Podaję tekst depeszy Sikorskiego do marszałka sejmu3. Do p. marszałka Sejmu Macieja Rataja w Warszawie W korpusach oficerskich podległych mi pułków, do których przedzierają się nie znane przedtem wiadomości o zawziętości dokonanej walki bratobójczej w stolicy państwa, o obfitym przelewie krwi żołnierza w okolicy Belwederu, o demonstracyjnem oprowadzaniu w charakterze jeńców wojennych i o więzieniu tych oficerów i szeregowych, którzy z rozkazu najwyższego zwierzchnika sił zbrojnych państwa spełnili swój żołnierski obowiązek wobec Konstytucji i prawa, pogłębia się gorycz i groźba wzajemnej nienawiści. Jako dowódca korpusu, który pragnie utrzymać podległe mi oddziały w nienaruszalnym stanie moralnym, dla jednego celu armii narodowej, to jest dla obrony Niepodległości Państwa, mam obowiązek stwierdzić, że o ile wszyscy ci żołnierze nie zostaną przywróceni do pełni praw, pacyfikacja zaś zrewolucjonizowanych w armii stosunków nie zostanie bezzwłocznie i wielkodusznie podjęta - wówczas zarzewie wojny domowej ugruntuje się wraz z jej dla państwa katastrofalnymi następstwami. Jeżeli miałaby być podejmowana przeciwko komukolwiek z tych żołnierzy zemsta - wówczas musiałaby ona dotknąć oddziały szeregu korpusów, w każdym razie proszę, by od lwowskiego korpusu zaczęto. Lwów, 16 maja 1926 Sikorski, gen. dyw., dowódca O.K.VI. Do przytoczonego wyjaśnienia należy dodać parę uzupełnień, a to w związku z faktem, że także Wincenty Witos w swych wspomnieniach wyraża niezadowolenie z faktu, że Sikorski nie znalazł się przy boku rządu w Warszawie, mimo iż go wzywano. Niestety, w tym wypadku Witosa zawodzi pamięć. Z uwagi na ogólnie znane bliskie stosunki, jakie mnie łączyły z Sikorskim, byłem wciągnięty w tę sprawę i mam obowiązek odtworzyć ją dla historii możliwie jak najdokładniej.

3

Depeszę zamieszcza Julian K. Malicki w książce marszałek Piłsudski a Sejm, Warszawa 1936, s. 296-297.

Zjawiłem się w prezydium Rady Ministrów wkrótce po otrzymaniu wiadomości o marszu Piłsudskiego na Warszawę. Sytuacja, jaką zastałem, szczególnie zaś nerwowe zachowanie się ministra spraw wojskowych gen. Malczewskiego i jego krótka rozmowa z premierem informująca, że Piłsudski podchodzi do III mostu, zrobiły na mnie jak najgorsze wrażenie i nie wróżyły, by w tym stanie chaosu i podniecenia można było oczekiwać należytej dyspozycji. Witos, w przeciwieństwie do swego ministra spraw wojskowych, wydawał mi się raczej bardzo opanowany. Nie wierzył, by Piłsudski poza tymi oddziałami, które mu oddał do dyspozycji minister poprzedniego rządu, Żeligowski, potrafił porwać do buntu dalsze oddziały wojskowe. Liczył się w tym wypadku z faktem odbytych niedawno wyborów do sądu generalskiego, w których wszyscy kandydaci znani z sympatii piłsudczykowskich nie zostali wybrani. Gdy już miałem opuszczać gabinet premiera, złapał mnie jego sekretarz osobisty Legieżyński, który jakby odpowiadając na wrażenie, jakie z tej krótkiej bytności wynosiłem, zaapelował do mnie w dramatycznych słowach o pomoc w uzyskaniu zgody szefa rządu na ściągnięcie, jak najrychlej do Warszawy gen. Sikorskiego. Widzi pan - mówił co tu się dzieje. Malczewski stracił głowę. Jedynym człowiekiem, który może tu opanować sytuację i objąć kierownictwo z szansą złamania buntu, jest Sikorski. Od rana - ciągnął dalej Legieżyński - jestem w kontakcie z bliskimi mi oficerami na lotnisku, którzy trzymają specjalny samolot mogący w każdej chwili, jeśli zapadnie taka decyzja, lecieć do Lwowa i przywieźć Sikorskiego. Na gorącą prośbę Legieżyńśkiego powróciłem jeszcze do Witosa, któremu powtórzyłem argumenty jego sekretarza, podkreślając szczególnie wrażenie, jakie na ludności Warszawy zrobi fakt, iż Sikorski jest przy boku prawowitego rządu. Wspomniałem, chociaż nie było to zbyt przyjemne dla Witosa, jaką popularnością cieszył się Sikorski niespełna dwa i pół roku temu w stolicy, kiedy to „cała Warszawa” powtarzała popularny refren szopki politycznej wystawianej przez najbardziej reprezentatywny teatrzyk stolicy: Trzeba by komendanta spytać, jak z powrotem sikoreczkę schwytać. (Była to aluzja do dymisji Sikorskiego z szefostwa rządu i powstałych za drugiego rządu Witosa trudności społecznych i niepokojów politycznych, jej autorstwo przypisywano wówczas głośnemu adiutantowi Piłsudskiego - Wieniawie Długoszowskiemu). Witos całkowicie się ze mną zgodził. Rozczarował się on zupełnie do swego ministra spraw wojskowych, którego poprzednio prawie nie znał, a którego, kandydaturę wysunął i przeprowadził Związek Ludowo-Narodowy. Ale - mówił - generałowie austriaccy są zazdrośni, że Malczewski powierzył naczelne dowództwo operacyjne gen. Rozwadowskiemu, przeciwko któremu trudno mi przecież oponować. Zakończył oświadczeniem, iż uzależnia swoją stanowczą interwencję na rzecz powołania Sikorskiego od rozwoju wypadków w ciągu najbliższych dwóch trzech godzin. W świetle rozwoju szybko po sobie następujących faktów jest jasne, że te wahania co do sprowadzenia Sikorskiego w pierwszym dniu przewrotu posiadały znaczenie rozstrzygające. Obecność Sikorskiego w Warszawie już w kilka godzin po rozpoczęciu akcji zamachowej mogła mieć znaczenie decydujące dzięki objęciu kierowniczego stanowiska na czele lojalnych oddziałów wojskowych, a także dzięki wpływowi, jaki jego obecność wywarłaby na postawę znacznych odłamów ludności stolicy podnieconej wypadkami. Otóż te decydujące pierwsze godziny zostały lekkomyślnie zmarnowane. Kiedy wieczorem pierwszego dnia zamachu (12 maja) rząd opuścił swą siedzibę na Krakowskim Przedmieściu i znalazł

się w Belwederze, wpadłem tam na chwilę, aby zorientować się w sytuacji. Atmosfera była przygnębiająca. Zapewniono mnie, że właśnie zapadła decyzja wezwania Sikorskiego. Nikt z dotąd piszących na ten temat nie potrafił ustalić, kiedy ta decyzja do Sikorskiego doszła. Normalna droga komunikacyjna była już wówczas bardzo utrudniona i w znacznym stopniu kontrolowana przez zamachowców. W związku z tym przypominam sobie następujący incydent opowiedziany mi w kilka dni później przez członkinię NPR, ówczesną urzędniczkę biura prezydialnego Ministerstwa Przemysłu i Handlu, do którego wówczas należały agendy poczt i telegrafów. Pracowała ona przy rozdziale korespondencji napływającej do Ministerstwa. Otóż w końcu 1928 roku zwróciła uwagę na pismo byłego członka NPR, pracownika urzędu pocztowego w Przemyślu, Romaszewskiego, który czując się pokrzywdzony z powodu nieprzyznania mu Medalu Niepodległości, ustanowionego przez nowy reżym na 10-lecie odbudowy państwa, powoływał się na swoje zasługi, polegające na tym, że pełniąc nocny dyżur z 12 na 13 maja wstrzymał przekazywanie depeszy rządu do Sikorskiego, wzywającej go do natychmiastowego przybycia do Warszawy. Ze znanych dotąd materiałów wynika, że do Sikorskiego żądanie to doszło dopiero 13 maja. Taką datę ustala autor wydanej w Nowym Jorku przed kilku laty pracy na temat wypadków majowych4. Autor oparł się głównie, jeżeli nie wyłącznie, na dokumentach przechowywanych w Instytucie Piłsudskiego w Nowym Jorku. Z cytowanego przez Rotschilda raportu Sikorskiego wynika, że generał uzasadnia swą decyzję nieopuszczenia Lwowa oraz nieprzysłania większych posiłków szeregiem argumentów: 1) ruchem wojsk sowieckich na granicy, 2) fermentem wśród Ukraińców, 3) postawą kolejarzy socjalistów przeciwstawiających się transportowaniu wojsk rządowych, 4) obecnością w Belwederze zbyt wielu generałów. Argumenty te znalazły uznanie w Belwederze i następnego dnia otrzymał Sikorski odpowiedź, w której zwalniało się go z osobistego przybycia do Warszawy, żądając jedynie przysłania posiłków. O losie tych posiłków wspomniałem przed chwilą. * Po zwycięstwie Piłsudskiego Sikorski przez niespełna jeszcze dwa lata zostaje na stanowisku dowódcy Korpusu we Lwowie. Poddany jest tam jak najściślejszej kontroli. Szefem jego gabinetu jest jeden z najbardziej zaufanych oficerów Piłsudskiego, płk Adam Koc. Sytuacja w wojsku rozwinęła się po łatwej do przewidzenia linii czystek i represji w stosunku do „nielojalnych” wobec twórcy przewrotu oficerów, w jaskrawej sprzeczności z treścią rozkazu dziennego wydanego bezpośrednio po „zwycięstwie”. Sikorski z niepokojem śledzi wyczyny polityki personalnej w wojsku, w której wyładowuje się cała niemal „radosna twórczość” nowego kierownictwa. Wolne chwile od urzędowych zajęć poświęca przygotowywaniu pracy na temat wojny 1920 roku. Praca ta, Nad Wisłą i Wkrą - studium z polskorosyjskiej wojny z 1920 r., ukazuje się we Lwowie, wczesną wiosną 1928 roku. W ciągu niespełna roku miała trzy wydania, a zasięg jej czytelników przekroczył znacznie kręgi wojskowe i polityczne. Stała się prawdziwym bestsellerem. Ukazuje się równocześnie w Paryżu francuskie tłumaczenie książki z przedmową marszałka Francji i Polski - Focha. Ten to właśnie fakt spowodował zwrot w dotychczasowym stosunku do Sikorskiego.
4

Joseph Rotschild, Pilsudski’s coup d’état, New York and London, Columbia University Press 1966.

Przebywając w owym czasie w Paryżu stałem się dzięki specyficznemu zbiegowi okoliczności posiadaczem informacji ujawniających motywy, jakimi w tego rodzaju sprawach kierował się Józef Piłsudski. Nowo mianowany attaché wojskowy w Ambasadzie RP w Paryżu, piłsudczyk, płk FerekBłeszyński, składając protokolarną wizytę marszałkowi Fochowi, był uderzony chłodną postawą rozmówcy, gdy na pytanie, z jakiej formacji wojskowej się wywodzi, odpowiedział, iż jest legionistą. Atmosfera uległa nagle radykalnej zmianie, kiedy z dalszych wyjaśnień pułkownika okazało się, iż w kampanii 1920 roku służył pod Sikorskim w sztabie 5 armii. Wówczas to Foch zaprowadził Błeszyńskiego i towarzyszącego mu mjr. Ilińskiego (zastępcę attaché) do drugiego pokoju, w którym wisiały mapy obrazujące przebieg operacji 5 armii. Z zadawanych pytań i wypowiedzi na ten temat widać było, iż Foch znakomicie opanował cały temat. Rozmowa skończyła się w jak najlepszej atmosferze. Po opuszczeniu gabinetu Focha, Ferek-Błeszyński oświadczył Ilińskiemu: to bardzo niedobrze wróży; widać ze wszystkiego, iż Foch pisze przedmowę do francuskiego wydania książki Sikorskiego; jakakolwiek by ta przedmowa była, Komendant tego Sikorskiemu nie daruje. Przepowiednia Błeszyńskiego była trafna. Reakcją na polską książkę było zwolnienie Sikorskiego z dowództwa Korpusu i oddanie go do dyspozycji ministra Spraw Wojskowych. Odnośny dekret nosi wymowną datę 19 marca 1928 roku - dzień imienin Piłsudskiego. Jakby na pocieszenie otrzymuje on zezwolenie na wyjazd do Francji. Pozostawałem podczas paromiesięcznego pobytu Sikorskiego w Paryżu w stałym z nim kontakcie. Opowiadał mi wówczas na samym początku o trudnościach z Fochem z powodu treści przedmowy, jaką ten przygotował. Wysoka ocena walorów wojskowych dowódcy 5 armii przy równoczesnym całkowitym pominięciu roli naczelnego wodza stanowiła treść tej przedmowy. Sikorski oświadczył Fochowi, że jeśli zostanie ona opublikowana, rolę swoją w armii polskiej będzie musiał uznać za skończoną. Na to Foch dobrodusznie odpowiedział, że przecież on pisze przedmowę do książki Sikorskiego i o jego roli w tej kampanii, a nie generalnie o wojnie 1920 roku. Na usilne prośby Sikorskiego Foch zdecydował się jednak zmienić nieco niektóre ustępy przedmowy i zamieścić wzmiankę o roli naczelnego wodza. Nie uratowało to jednak książki w oczach ówczesnej rządzącej ekipy w Polsce. Zarówno w oficjalnej prasie wojskowej, jak i pismach rządzącego obozu przeprowadzono konsekwentnie w stosunku do książki Sikorskiego zasadę jej przemilczenia. Wymowną zaś odpowiedzią była inspirowana przez te same czynniki praca, a jako jej autor figurował popularny „zdobywca” Wilna, późniejszy niefortunny minister Spraw Wojskowych, obarczony misją przygotowania zamachu, a w danej chwili poseł Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, gen. Żeligowski. Wszyscy, którym dane było się zetknąć z tym generałem, czy to w wojsku, czy na terenie sejmowym w okresie prawie półrocznego jego ministrowania, zastanawiali się, co w tej książce mogło być własnym produktem myśli i inteligencji autora. Główną tezą bowiem tego opracowania było twierdzenie, iż w kampanii 1920 roku jedna armia była absolutnie niepotrzebna, to jest 5 armia, którą dowodził gen. Sikorski. W tej chwili istnieje już bogata literatura na ten temat. I to nie tylko polska. Wniosek, jaki z niej wypływa, pozostaje w krańcowej sprzeczności z twierdzeniem sędziwego stratega całkowicie oddanego Piłsudskiemu. Ale w Polsce ta jego książka była szeroko reklamowana, podczas gdy praca Sikorskiego pozostawała ciągle na indeksie. Oryginalny był sposób, w jaki ówczesne władze wojskowe rozwiązały sprawę Sikorskiego; Sikorski nie mając przydziału jest stale w dyspozycji ministra, a nie należy zapominać, że Piłsudski był

równocześnie tak jak do tego dążył, „wielkim hetmanem”, bo piastował obok stanowiska generalnego inspektora Sił Zbrojnych także tekę ministra Spraw Wojskowych. Stan ten utrzymuje się aż do katastrofy wrześniowej. Jest rzeczą jasną, że chodziło o posiadanie pełnej kontroli nad działalnością Sikorskiego. On sam zresztą po długich i licznych walkach z samym sobą z tą sytuacją się pogodził. Wielu przyjaciół, niewyłączając mu najbliższych i bardzo oddanych, próbowało niejednokrotnie nakłonić go do uwolnienia się od tej zależności i odzyskania pełnej swobody działania przez formalne zgłoszenie prośby o zwolnienie z wojska. Na podstawie licznych na ten temat rozmów z Sikorskim mogę stwierdzić, jakimi motywami się kierował, godząc się na utrzymywanie tego krępującego stanu zależności. Zależało mu zwłaszcza na utrzymaniu formalnego związku z armią, co popierali całkowicie dość liczni i oddani mu oficerowie, którzy ocaleli z czystek i pozostali w czynnej służbie. Fakt, że związki formalne generała z armią nie ulegały zerwaniu, pozwalał im utrzymywać z nim kontakty osobiste i uspokajał ich skrupuły co do lojalności wobec nowego kierownictwa. Nie mniejsze, a bodajże decydujące, znaczenie posiadał drugi wzgląd, to jest stosunki z francuskimi władzami wojskowymi. Początkowo za życia Piłsudskiego nie czyniono Sikorskiemu trudności w wyjazdach do Francji i znaczną część tego czasu tam właśnie spędził. Dopiero za „panowania” Rydza-Śmigłego, zwłaszcza w końcowym okresie, na skutek nacisków Becka zjawiły się trudności, a od chwili kiedy zaczął nabrzmiewać konflikt polsko-czechosłowacki, wyjazdy do Paryża brutalnie przerwano. Sikorski posiadał bardzo bliskie stosunki z czołowymi reprezentantami generalicji francuskiej. Stosunki te były niezmiernie ułatwione faktem, iż formalnie pozostawał w czynnej służbie. Ze strony polskich władz wojskowych nie brakło aluzji wobec Francuzów, że rodzaj i klimat stosunków generałów francuskich z Sikorskim nie jest zbyt dobrze widziany w Warszawie. Dzięki tego rodzaju kontaktom mógł Sikorski wykorzystać owocnie swoje wizyty w Paryżu zarówno dla zbierania materiałów i dokumentów udostępnionych mu przez sztab francuski do prac, jakie postanowił napisać, jak i dla śledzenia rozwoju współczesnej wiedzy wojskowej, czego nie mógł czynić w kraju. W tym to okresie napisał dwie książki. Pierwsza ma raczej charakter historyczny. Nosi tytuł: Polska i Francja w przeszłości i dobie współczesnej. Wydanie polskie wyszło we Lwowie w 1931 roku. Równocześnie niemal ukazało się wydanie francuskie, do którego przedmowę napisał były premier, czołowy przywódca rządzącej wówczas we Francji lewicy, Paul Painlevé. Po trzech latach wychodzi w Warszawie nowa i najważniejsza praca Sikorskiego: Przyszła wojna, jej możliwości i charakter oraz związane z nią zagonienia obrony kraju. W roku następnym (1935) ukazuje się w Paryżu francuskie wydanie tej pracy, do której przedmowę napisał czołowy, po śmierci Focha, przedstawiciel zwycięskiej generacji I wojny, marszałek Pétain. W następnym roku ukazuje się w Moskwie rosyjskie tłumaczenie. (Dodać tu należy, że angielskie wydanie Przyszłej wojny ukazało się w Nowym Jorku w 1943 roku z przedmową gen. Marshalla).

Mimo tych niewątpliwych sukcesów, w Polsce praca Sikorskiego skazana jest na przemilczenie. W Sowietach staje się ona obowiązującą lekturą na wyższych szczeblach studiów wojskowych. Tylko w ojczyźnie autora jest przemilczana i bojkotowana. Bo u nas ciągle nawet w najistotniejszych dla bytu i przyszłości narodu sprawach decyduje nie to, co się pisze czy mówi, lecz kto to czyni... Nie zrażony takim przyjęciem kontynuuje Sikorski jedyną dostępną mu działalność, a mianowicie informowanie społeczeństwa i ostrzeganie czynników miarodajnych w artykułach omawiających bezpieczeństwo państwa i jego związek ze zbiorowym bezpieczeństwem narodów, ogłaszanych co tydzień na łamach czołowego organu stolicy „Kuriera Warszawskiego”. Wystąpienia te jeszcze bardziej pogarszają klimat jego stosunków z władzami wojskowymi, zwłaszcza od momentu wkroczenia oficjalnej polityki polskiej na drogę porozumienia z Trzecią Rzeszą Hitlera, zapoczątkowaną podpisaniem paktu o nieagresji w dniu 26 stycznia 1934 roku. Miało to być epokowe, przełomowe wydarzenie w historii stosunków polsko-niemieckich, zbiegające się ze swoistym zamachem stanu, który polegał na narzuceniu państwu totalistycznej konstytucji. Jednak na skutek oporów ciężko już chorego Piłsudskiego uzyskała ona jego aprobatę dopiero na kilkanaście dni przed jego śmiercią w dniu 23 kwietnia 1935 i dlatego nosi nazwę konstytucji kwietniowej. Na tych dwóch niewzruszonych filarach miały być oparte gwarancje istnienia Polski „silnej, mocnej i zwartej”, piłsudczykowskiej bez Piłsudskiego. Jako usprawiedliwienie dla osiągnięcia tego historycznego celu żądano od społeczeństwa pogodzenia się z takimi metodami, jak gwałcenie pierwszej demokratycznej konstytucji, Brześć, „łamanie kości”, tajemnicze znikanie generałów itp. Jakie to przyniosło rezultaty, widzieliśmy we wrześniu 1939 roku. Odpowiednikiem publicystycznej akcji Sikorskiego na łamach „Kuriera Warszawskiego” było wprowadzenie w tym dzienniku stałego dodatku tygodniowego, poświęconego zagadnieniom obrony narodowej, którego redaktorem został jeden z dawnych współpracowników Sikorskiego, wybitny komentator wojskowy, mjr Żurawski. Wszędzie indziej tego rodzaju usiłowanie zainteresowania szerszych kół społeczeństwa zagadnieniami obrony państwa byłoby potraktowane jako godny uznania czyn obywatelski. Ale nie w Polsce sanacyjnej, gdzie monopol na te sprawy uzurpowali rzekomo jedynie kompetentni i niezastąpieni uczniowie i wychowankowie „Komendanta”. Nie brakło nacisków na wydawnictwo, by nie uprawiało tego rodzaju „konkurencji” i w ogóle by przestało być trybuną dla tak niepopularnego u decydujących wówczas czynników politycznych i wojskowych generała. Na szczęście, mimo że wydawcy „Kuriera Warszawskiego” nie należeli do zdecydowanych przeciwników rządzącego Polską reżymu i stosowali politykę typową dla środowiska wielkiej burżuazji, posiadali jednak tyle poczucia odpowiedzialności społecznej, iż nie dali się zastraszyć, i Sikorski mógł bez przeszkód kontynuować swą pracę. W chwili wzrastającego napięcia międzynarodowego „Kurier Warszawski” zdecydował się nawet na rozpoczęcie druku nowej pracy Sikorskiego. Miało to być obszerne studium o armii polskiej. W 1938 pojawił się pierwszy artykuł tego cyklu. Wtedy to przyszło uderzenie, które unicestwiło cały plan. Minister Spraw Wojskowych gen. Kasprzycki ostrym listem wystosowanym do autora zabronił mu pod grozą przewidzianych prawem wojskowym konsekwencji zabierania głosu w sprawach armii polskiej, o której obecnym stanie wyszkolenia i organizacji nie ma żadnego pojęcia... Zakaz był zredagowany w formie tak brutalnej, że, mimo iż autora nie zraził, ze względu na stanowisko wydawnictwa dalsze kontynuowanie druku

gotowej już niemal w całości pracy na łamach „Kuriera” było niemożliwe. O wydaniu książkowym w istniejących warunkach trudno było marzyć. Dla całości obrazu warunków, w jakich wypadło Sikorskiemu spędzić najaktywniejszy okres swego życia od maja 1926 do września 1939, należy zanotować jeszcze jeden epizod na ogół mało znany, który apologeci Piłsudskiego i krytycy Sikorskiego dziwnie przemilczają. Chodzi o incydent z niedoszłym udziałem Sikorskiego w oddaniu hołdu Józefowi Piłsudskiemu po jego śmierci 12 maja 1935 roku. Sikorski należał do tych Polaków, którym było całkowicie obce pojęcie wrogości wobec własnych rodaków, nawet jeżeli w ich wzajemnych stosunkach doszło do poważnych różnic czy nieporozumień. Różnił się on z Piłsudskim w bardzo istotnych punktach co do poglądów na metody rządzenia, rolę armii i jej obowiązki wobec narodu. Był w najlepszym tego słowa znaczeniu demokratą i republikaninem w kościuszkowskim tego słowa ujęciu. Był mu więc obcy kult jednostki, z czego mu nawet niektórzy jego krytycy emigracyjni robią zarzut wykazując, iż w przeciwieństwie do Piłsudskiego, nie potrafił stworzyć dookoła siebie zastępu ślepo mu oddanych i na wszystko gotowych pretorianów. Toteż gdy ten, z którym współpracował w Związku Walki Czynnej, Związkach Strzeleckich, w Komisji Tymczasowej, okresowo w Legionach, a później w pierwszych latach niepodległości w wojsku, zamknął oczy, naturalnym jego odruchem była chęć złożenia hołdu wielkiemu mimo wszystko Polakowi. Rozważał więc, w jaki sposób ma to uczynić. Wtedy to właśnie zjawił się u niego jeden z najbardziej zdecydowanych jego przeciwników, gen. Gustaw Orlicz-Dreszer. Odegrał on decydującą rolę w przygotowaniach zamachowych i w akcji Piłsudskiego w maju 1926 jako jego prawa ręka. Był to, niewątpliwie, jeden z najinteligentniejszych generałów piłsudczykowskiej ekipy. Wybitnie zdolny, dość powiedzieć, że będąc oficerem kawalerii zdobył potem kwalifikacje lotnika, bardzo ambitny, a poza ciasnym kręgiem spraw zawodowych interesujący się także zagadnieniami politycznymi o szerszym zakresie. Uważał on, że ze śmiercią Piłsudskiego wytworzyła się polityczna próżnia, że żaden z ewentualnych następców z grona jego ludzi Piłsudskiemu nie dorównuje. I dlatego, jak to otwarcie oświadczył Sikorskiemu, kiedy się u niego niespodziewanie zjawił w kilka godzin po śmierci marszałka, przed odpowiedzialnymi czynnikami legionowymi staje obecnie zagadnienie zasadniczej rewizji ich stosunku do osoby Sikorskiego. Jest wprost nie do pomyślenia, aby w niezmiernie ciężkiej i trudnej sytuacji, w jakiej się obecnie państwo znajdzie, pozbawiona Piłsudskiego armia polska, mogła się obejść bez czynnej współpracy w jej organach kierowniczych człowieka tych kwalifikacji i doświadczenia co Sikorski. I dlatego, wszystko to głęboko rozważywszy, postanowił on zamknąć okres walki, jaką przeciwko Sikorskiemu prowadził, i zjawia się u niego, aby zaofiarować mu wszelką pomoc w ułożeniu stosunków z nowym kierownictwem wojskowym. Uważa jednak, iż Sikorski winien uczynić pierwszy krok przez oficjalny, to jest w mundurze generalskim, udział w pogrzebie Piłsudskiego. Sikorski był zarówno samym faktem wizyty Dreszera, jak i treścią jego propozycji głęboko poruszony. Serdecznie mu podziękował oświadczając, iż pierwszym jego odruchem na wiadomość o śmierci marszałka była decyzja wzięcia udziału w pogrzebie i jedyną kwestią, nad którą się zastanawiał, było, w jaki sposób to zaaranżować. Propozycja Dreszera jest mu bardzo na rękę, sądzi bowiem, że właśnie za jego pośrednictwem można będzie tę sprawę najwłaściwiej załatwić. Tutaj jednak Dreszer wysunął zastrzeżenia, które Sikorskiego przekonały. Znając doskonale temperaturę wrogości, jaka w środowisku najbardziej zdeklarowanych piłsudczyków panowała w stosunku do Sikorskiego, uważał on, że jego otwarte zdeklarowanie się tylko sprawę by pogorszyło. Rezerwował dla siebie trudną rolę

stopniowego rozładowywania wrogiej dla Sikorskiego atmosfery zwłaszcza wśród tych generałów, którzy patrzeć będą na niego jako na naturalnego konkurenta do odpowiedzialnych stanowisk i godności. Argumenty Dreszera przekonały całkowicie Sikorskiego i ostatecznie obaj zgodzili się na to, że Sikorski zwróci się listownie do gen. Sosnkowskiego, jako przewodniczącego oficjalnego komitetu pogrzebowego, z zawiadomieniem o swoim zamiarze wzięcia udziału w uroczystościach pogrzebowych wraz z prośbą o wyznaczenie mu w nich odpowiedniego miejsca. Sosnkowskiego i Sikorskiego łączyły od przeszło trzydziestu lat, od czasów wspólnych studiów na politechnice lwowskiej, bliskie i zażyłe stosunki. Razem zakładali Związek Walki Czynnej. I nawet później, gdy stosunki między Piłsudskim a Sikorskim weszły w stan walki, Sosnkowski nigdy się w ataki przeciw Sikorskiemu nie angażował. Z jego to inicjatywy objął Sikorski w 1924 roku tekę ministra Spraw Wojskowych w rządzie Władysława Grabskiego. Przez jakiś czas otwarta wówczas była drażliwa sprawa przydziału służbowego Sosnkowskiego, którego marzeniem było otrzymać kierownictwo dowództwa Korpusu w Poznaniu. Trudność stanowił fakt, że w tym to właśnie województwie Sosnkowski był posiadaczem dużego majątku ziemskiego. Zarówno w rządzie, jak zwłaszcza w opinii publicznej, istniały zastrzeżenia przeciwko powierzaniu kierowniczego stanowiska w administracji wojskowej osobistości materialnie związanej z danym terenem, ze względu na niemożliwy wprost do uniknięcia konflikt zazębiających się interesów. Sikorski w tym wypadku dochował wierności starej przyjaźni z Sosnkowskim i zdołał przekonać zarówno prezydenta Rzeczypospolitej, jak i premiera rządu, iż w wypadku Sosnkowskiego można nad tymi drażliwymi sprawami przejść do porządku. List swój do przewodniczącego komitetu pogrzebowego napisał Sikorski w tonie jak najbardziej serdecznym, koleżeńskim. W odpowiedzi otrzymał suche, urzędowe zawiadomienie, iż pismo Pana Generała przekazane zostało według kompetencji ministrowi spraw wojskowych... Ministrem tym był gen. Tadeusz Kasprzycki, zamianowany w parę godzin po śmierci Piłsudskiego dekretem prezydenta Mościckiego równocześnie z nominacją gen. Rydza-Śmigłego na generalnego inspektora Sił Zbrojnych. Kasprzycki załatwił prośbę Sikorskiego w sposób jak najbardziej brutalny, żeby nie użyć właściwszego określenia. Oświadczył, że uważa jego zamiar zjawienia się na pogrzebie za prowokację i nie może dopuścić, aby przez tę obecność uroczystości pogrzebowe mogły być zakłócone. Dlatego zabrania Sikorskiemu wzięcia w nich udziału. Opisany incydent nie był absolutnie osobistym wyczynem Kasprzyckiego. Zgodnie z ustaloną już w sposób legalny wielkohetmańską koncepcją organizacji najwyższych władz wojskowych, Kasprzycki nie mógł podobnej decyzji powziąć bez zgody generalnego inspektora Sił Zbrojnych, to jest RydzaŚmigłego. Toteż w tym nowym okresie nie tylko utrzymana została wobec Sikorskiego w całej pełni linia postępowania ustalona za Piłsudskiego, ale w jakiś czas później, po wzmocnieniu pozycji RydzaŚmigłego, czego formalnym wyrazem była jego nominacja na marszałka Polski, stanowisko wobec Sikorskiego ulega zaostrzeniu. Fakt, iż posiadał on jak najlepsze stosunki z czołowymi przedstawicielami generalicji francuskiej drażnił do tego stopnia nowe kierownictwo wojskowe, iż postanowiono te stosunki przerwać przez odmawianie mu paszportu. Prywatnie w „szeptanej propagandzie”, aby nie prowokować publicznych i autorytatywnych zaprzeczeń, szermowano argumentem, iż Sikorski w swej zawziętości wobec reżymu usiłuje krzyżować posunięcia polityki

rządowej, która od wizyty Rydza-Śmigłego w Paryżu weszła oficjalnie - ale tylko w swym propagandowym wydaniu - na tory ożywienia polsko-francuskiego sojuszu. W gruncie rzeczy jedyną działalnością, której oddawał się Sikorski, poza studiami wojskowymi, była próba sugerowania odpowiednim czynnikom francuskim, by udzielając Polsce poważnych kredytów, nie zaniedbywały uzyskania dowodów, iż zasadnicza polityka rządu polskiego ulega równocześnie zmianie. Ostrzeżenia te godziły w osobę Becka i jego nie zmienioną taktykę solidaryzowania się ze wszystkimi posunięciami przeciwko oficjalnej polityce francuskiej, gdy Rydz-Śmigły równocześnie deklarował co innego. Ostrzeżenia te nie przyniosły żadnego rezultatu, natomiast naraziły Sikorskiego na szereg kłopotów i przykrości. Najpierw więc, według ustalonych w stosunku do wszystkich przeciwników pomajowego reżymu metod, postanowiono nękać Sikorskiego w sprawach materialnych. Nabył on w Poznańskiem, niedługo po wojnie, z rąk Komisji Likwidacyjnej niedużą resztówkę poniemiecką (52 ha), jak to uczyniło wówczas szereg wojskowych i niewojskowych z innych dzielnic Polski, po cenie szacunkowej, ustalonej przez Główny Urząd Likwidacyjny w Poznaniu. Trzeba tu zaznaczyć, że prawie cały aparat administracji polskiej w obu województwach zachodnich, poznańskim i pomorskim, był wówczas w rękach czynnych działaczy lub co najmniej sympatyków demokracji narodowej, w owym okresie wybitnie Sikorskiemu niechętnych. Kierownikiem GUL był późniejszy poseł, profesor uniwersytetu poznańskiego, dr Bohdan Winiarski. Te okoliczności wykluczały wszelką możliwość, aby przy nabyciu resztówki Sikorski korzystał z jakichkolwiek względów czy ulg. Nie potrzebował nawet uciekać się do kredytu bankowego wobec faktu, że dysponował sumą, jaką uzyskała żona z tytułu sprzedaży nieruchomości we Lwowie, otrzymanej w spadku. Resztówka generałostwa położona była na Kujawach w miejscowości Parchanie, osiem kilometrów od Inowrocławia. Pani Sikorska przy pomocy stryja, zawodowego rolnika, który nabył sąsiednią resztówkę, włożyła bardzo dużo pracy w odpowiednie zagospodarowanie swojej własności, tak że wkrótce ta posiadłość stała się jedną z bardziej znanych w okolicy. Po maju zwróciło to uwagę rozmaitych wrogów Sikorskiego, którzy zgodnie z dość rozpowszechnionymi w ich środowisku obyczajami zakładali, iż na pewno nie wszystko w sprawie nabycia resztówki było w porządku. Z ich to inicjatywy „usanowane” tymczasem kierownictwo Urzędu Likwidacyjnego przeprowadziło rewizję pierwotnego szacunku, a gdy jej wynik nie zadowolił gorliwców, spowodowano drugą rewizję. W wyniku tych dziwnych i jedynych chyba w tej dziedzinie operacji Sikorskim dwukrotnie podniesiono cenę nabycia resztówki, nie biorąc zupełnie pod uwagę ich wkładu pracy i inwestycji dokonanych w ciągu dobrych kilku lat. Spowodowało to, oczywiście, kroki obronne ze strony generałostwa, długie procesy, w których ich interesów bronił były wiceminister skarbu, dr Weinfeld, ostatecznie jednak wyszło na to, iż gdyby tego rodzaju posiadłość kupili z wolnej ręki, na pewno drożej by nie zapłacili. Te szykany materialne były jednak niczym w porównaniu z tym, co planowano, aby „wykończyć” Sikorskiego jako wojskowego i obywatela. „Wróg” Piłsudskiego tej miary, skoro szczęśliwym zbiegiem okoliczności uniknął losu generałów Rozwadowskiego i Zagórskiego, powinien być co najmniej tak unieszkodliwiony, aby nie mógł już w żaden sposób „przeszkadzać” nowym rządcom Polski. Należy tu z góry zaznaczyć, że, o ile poprzednią kampanię przeciw Sikorskiemu wszczęto zaraz po przewrocie, jeszcze za życia Piłsudskiego, to „zielone światło” do drugiej pojawiło się dopiero za rządów jego następców. Najbardziej czynne w tym kierunku były organy zależne od ministra Spraw Wojskowych, albo szefa Sztabu Głównego. One to zorganizowały zarówno w Warszawie, w sąsiedztwie mieszkania

generała, jak i w Inowrocławiu podczas letniego pobytu w Parchaniu, stałą obserwację i śledzenie jego ruchów łącznie z kontrolą nadchodzącej doń korespondencji. Nie mniejszą gorliwość okazały organy Ministerstwa Sprawiedliwości, zwłaszcza po objęciu jego kierownictwa przez oskarżyciela w procesie brzeskim, Grabowskiego. Wybrał on jednego z najzdolniejszych swych pomocników, prokuratora Sieroszewskiego, do nadzorowania śledztwa w sprawie „przestępczej działalności” Sikorskiego. Wybór ten był podyktowany, niewątpliwie, faktem, że Sieroszewski był gorliwym piłsudczykiem, synem znanego pisarza, prezesa Akademii Literatury, Wacława Sieroszewskiego, z którym Sikorski miał w okresie legionowym sprawę honorową na tle nieprzytomnej kampanii oszczerstw, z jaką wystąpił sędziwy pisarz w związku z działalnością departamentu wojskowego NKN. Złośliwy zbieg okoliczności zdawał się sprzyjać zamiarom prześladowców Sikorskiego. Rozwijał wówczas w Warszawie żywą działalność opozycyjną niejaki Ołpiński, powołujący się na swoją dawną przynależność do Legionów, i to do I Brygady, i na swoją bardzo czynną rolę w dniach zamachu majowego. Wkrótce po zamachu wypłynął on jako jeden z kierowników piłsudczykowskiej konspiracji pod nazwą Związku Orła Białego. Po zdemaskowaniu tej organizacji przez prasę opozycyjną, w jakiś czas później wystąpił Ołpiński jako organizator opozycji przeciwko reżymowi sanacyjnemu, złożonej z „ideowych piłsudczyków”. Duża ruchliwość, a przede wszystkim szafowanie pieniędzmi zwróciły na Ołpińskiego uwagę politycznych przyjaciół Sikorskiego z „frontu Morges”, a to na skutek usilnych zabiegów tegoż o dostanie się do kręgu najbliższych współpracowników Generała. Nim jednak zdołano rozszyfrować tę zagadkową osobistość, Ołpiński zdążył wpłacić jakąś stosunkowo zresztą niewielką sumę na fundusz prasowy tygodnika „Zwrot”, będącego organem „frontu Morges” po zawieszeniu „Odnowy”. Właśnie ta wpłata, której źródło, według dochodzeń sądowych, miało być bardzo podejrzane, miała stanowić dowód łączności Sikorskiego z pewnymi kołami niemieckimi na polskim Górnym Śląsku. Konkretnie chodziło o osobę jednego z synów księcia Pszczyńskiego, hr. Hochberga, który zresztą uważał się za Polaka i służył w armii polskiej, w przeciwieństwie do rodzonego brata, wybitnego hitlerowca. Ale w oczach gorliwców był to wystarczający dowód do zmontowania oskarżenia przeciwko Sikorskiemu, które go miało ostatecznie wykończyć. Ponieważ śledztwo toczyło się dwoma torami: wojskowym i cywilnym, więc chodziło o uzyskanie zgody RydzaŚmigłego na wszczęcie sprawy przeciwko Generałowi pozostającemu ciągle formalnie w służbie i w dyspozycji ministra Spraw Wojskowych. Spreparowane w tym celu dla Rydza dossier pełne było takich nonsensów i wzajem wykluczających się sprzeczności, że ten zadawszy sobie trudu uważnego jego przestudiowania, zabronił dalszego preparowania tej aż nadto bzdurnej i kompromitującej intrygi. Był to, niewątpliwie, cios dla panów ministra sprawiedliwości i jego prokuratora i dzięki temu tylko w przeddzień wybuchu wojny Sikorski nie stał się ich ofiarą. Przez cały ten okres czasu Sikorski zachowuje niezwykły spokój, koncentrując swoją uwagę na rozwoju gwałtownie pogarszającej się sytuacji politycznej, zwiastującej nieuchronne i rychłe rozpoczęcie wojny przez Hitlera. Pod bezpośrednim wrażeniem podpisania w Moskwie paktu Ribbentrop - Mołotow zwraca się listownie do Rydza-Śmigłego, z prośbą o uregulowanie swojej sytuacji wojskowej i wyznaczenie mu czynnego przydziału. Na list ten nie otrzymał żadnej odpowiedzi. 1 września powtórzył swoją prośbę z tym samym rezultatem. Razem z najbliższym w owym czasie współpracownikiem w dziedzinie wojskowej, prezesem zarządu głównego Związku Hallerczyków, płk. dr. Izydorem Modelskim oraz z następcą śp. Korfantego

w kierownictwie organizacją wojewódzką Stronnictwa Pracy na Śląsku, dr. Władysławem Tempką, mieliśmy 4 września z Sikorskim długą rozmowę w jego mieszkaniu przy ul. Belwederskiej. Chodziło w pierwszym rzędzie o ustalenie poglądu na sytuację wojskową. Oficjalne komunikaty bowiem zatajały prawdziwy stan rzeczy, posuwając się do stwierdzenia, że wojska niemieckie zostały na wszystkich odcinkach wyrzucone z terytorium Rzeczypospolitej. Przeczyły temu fale uchodźców, które dotarły już nawet do Warszawy, a przede wszystkim źródłowe informacje, jakie od swoich zaufanych oficerów przyniósł Modelski. Wynikało z nich, iż nasze naczelne dowództwo od pierwszego dnia napadu hitlerowskiego nie panuje nad sytuacją i nasze oddziały, co prawda przeważnie wśród zaciętych i beznadziejnych walk, są w stałym odwrocie. Śląsk jest już w całości w rękach hitlerowskich. Modelski wyciągnął z przedstawionego obrazu sytuacji wniosek, że przewaga wojsk niemieckich jest tak wielka, iż należy się liczyć z katastrofą w ciągu najwyżej dwóch do trzech dni. W tej sytuacji uznał, iż zabieganie Sikorskiego o uzyskanie przydziału u Rydza-Śmigłego nie ma najmniejszego sensu i Generał powinien myśleć tylko o tym, aby jak najszybciej opuścić kraj, póki to jeszcze jest możliwe i kierować się do Francji jako naturalnego i jedynego terenu, na którym w oparciu o liczne masy polskiej emigracji zarobkowej, trzeba będzie podjąć odbudowę zbrojnych sił polskich, z myślą o dalszej walce przy boku sprzymierzonych. Sikorski niezwykle ostro zareagował na wywody Modelskiego. Uznał je za mocno przesadzone, co stanowiło charakterystyczną cechę krewkiego prezesa Związku Hallerczyków. Przewidywał, że mimo wszystko uda się Rydzowi-Śmigłemu zatrzymać napór wojsk niemieckich na linii środkowej Wisły z centralnym punktem w Warszawie, Narwi na północy, a Dunajca na południu. Uważał, że w tej perspektywie, zwłaszcza obrona stolicy mogła posiadać zasadnicze znaczenie dla podtrzymania ducha wśród ludności i zapowiedział zwrócenie się do Rydza-Śmigłego z nową propozycją o przydzielenie go do obrony Warszawy. Odrzucił kategorycznie sugestię włożenia munduru tylko po to, aby móc opuścić walczący kraj. Determinacja Sikorskiego była tego rodzaju, że trudno było prowadzić z nim dyskusję po linii przedłożonego przez Modelskiego planu. Skończyło się na tym, że w naszej jeszcze obecności Sikorski napisał nowy list do Rydza-Śmigłego, który obecny przy rozmowie sekretarz generalny Stronnictwa Pracy hallerczyk, major Julian Malinowski, miał starać się doręczyć jeszcze tego dnia adresatowi. Nasza ocena sytuacji była inna. Każda niemal godzina potwierdzała ścisłość informacji Modelskiego. W lokalu sekretariatu generalnego SP przy ulicy Traugutta 3 co chwila zjawiali się nasi działacze z Pomorza i Poznańskiego, którzy dosłownie w ostatniej chwili zdołali opuścić okupowany przez hitlerowców teren. W tym stanie rzeczy nawet przyjmując optymistyczne przewidywania Sikorskiego, że Rydzowi-Śmigłemu uda się zatrzymać napór niemiecki na linii środkowej Wisły, doszliśmy do przekonania, iż jedynym miejscem, w którym należy się koncentrować z myślą o jakiejś inicjatywie politycznej, jest Lwów. Tam tedy naznaczyliśmy sobie spotkanie, zawiadamiając Sikorskiego o naszej decyzji. Osobiście znalazłem się we Lwowie 7 września przed południem. W okolicach Żółkwi, ukrywając się przed atakiem lotnictwa niemieckiego na jakiś niezbyt odległy obiekt, mogłem zorientować się w zasięgu postępu wojsk niemieckich na podstawie rozmów z przypadkowymi towarzyszami niedoli, uchodźcami już nie tylko z województw zachodnich, ale z Łodzi i Radomia. Natychmiast nawiązałem łączność z przedstawicielem miejscowej organizacji, dawnym naszym „drużyniakiem”, emerytowanym majorem Kreiterem, który w dwa dni później poinformował mnie, że właśnie przybył

do Lwowa generał Sikorski i zamieszkał u dawnego swego oficera w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przy ulicy Legionów. Niezwłocznie tam się zjawiłem, nie było jednak czasu na krótką chociażby wymianę informacji o czynnościach Generała w ciągu ubiegłych pięciu dni, od ostatniego widzenia w Warszawie. Wiadomość o przyjeździe Sikorskiego rozeszła się tak szybko, że naprędce zorganizowała się u niego konferencja z udziałem dwóch generałów, również jak on pozbawionych wszelkiego przydziału, to jest Józefa Hallera i Mariana Kukiela. Staraliśmy się najpierw zorientować w sytuacji militarnej. Nim jednak dyskusja na ten temat mogła się rozwinąć, zjawił się znany literat, którego felietony w bardzo prorządowym i poczytnym „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” posiadały w opinii publicznej duży rezonans. Był to Zygmunt Nowakowski, do którego wszyscy obecni mimo jego piłsudczykowskiej żarliwości odnosili się z zaufaniem, pamiętając, że jest on równocześnie bratem jednego z czołowych naszych przywódców, dr. Władysława Tempki. I dlatego dalsza rozmowa, już z udziałem Nowakowskiego, toczyła się równie swobodnie i niekrępująco jak poprzednio. Nowakowski nadał naszej dyskusji zupełnie odmienny charakter. Wystąpił z wstrząsającą oceną sytuacji państwa, które w ciągu tygodnia dosłownie się rozsypuje. Stwierdził, że autorytet wodza naczelnego właściwie przestał istnieć. Rząd Składkowskiego zupełnie się nie liczy, w ogóle nie wiadomo, gdzie on jest i czym się zajmuje poza zmianą co kilka dosłownie godzin nowej swej siedziby. Społeczeństwo ogarnia rozpacz i tylko wielki wstrząs mógłby zahamować ten proces wewnętrznego rozpadu, który w ciągu najbliższych dni może przynieść jak najgorsze rozwiązanie. Takim wstrząsem mogłoby być tylko powołanie do życia nowego kierownictwa państwowego, coś w rodzaju Komitetu Ocalenia Publicznego, w którym powinni się znaleźć ludzie nie skompromitowani klęską i budzący ogólne zaufanie. Widzi trzech kandydatów do takiego triumwiratu: obecnych tu generałów Sikorskiego i Hallera oraz gen. Sosnkowskiego, o którym ma wiadomość, że również jest od kilku godzin we Lwowie. Apeluje do Sikorskiego, aby podjął w tym kierunku inicjatywę i oferuje swoją pomoc w ewentualnym nawiązaniu kontaktów z Sosnkowskim za pośrednictwem miejscowego wojewody Biłyka, z którym jeszcze od czasów legionowych łączą go przyjacielskie stosunki. Sikorski potraktował wystąpienie Nowakowskiego z dużą wyrozumiałością, mówiąc, że nie wątpi w szczerość jego pobudek, mimo że ich jedynym konkretnym efektem byłoby wciągnięcie go w awanturę o skutkach najbardziej tragicznych. Jeżeli bowiem sytuacja ogólna jest taka, jak ją przedstawił Nowakowski, a wydaje się, iż jego ocena sytuacji jest trafna, to nie można by oddać większej przysługi Rydzowi-Śmigłemu nad próbę podjęcia jakiegoś quasi zamachu stanu, który zdjąłby z niego odium odpowiedzialności za nieuchronną katastrofę. Zarówno obaj obecni generałowie, Haller i Kukiel, jak również i ja w najbardziej stanowczych słowach podtrzymaliśmy stanowisko Sikorskiego. Osobiście posunąłem się nawet tak daleko, że użyłem wyrażenia, iż tylko wróg Sikorskiego mógłby mu coś podobnego doradzać, a Nowakowskiego uważam za przyjaciela, przez którego jednak przemawia wyłącznie rozpacz i patriotyczna egzaltacja. Na tym właściwie nasza konferencja się skończyła, zwróciło tylko moją uwagę, że przy pożegnaniu Sikorski poprosił Nowakowskiego, aby się na chwilę jeszcze u niego zatrzymał. W kilka godzin później poszedłem jeszcze raz do Sikorskiego, aby zawiadomić go, że uzgodniliśmy z generałem Hallerem, iż wobec załamania się naszych planów zorganizowania jakiegoś ośrodka we Lwowie, postanowiliśmy opuścić miasto i zatrzymać się gdzieś w pobliżu granicy rumuńskiej u znajomych Hallera w powiecie śniatyńskim. Na schodach spotkałem wracającego od Sikorskiego Nowakowskiego z miną bardzo

smutną i przygnębioną. Nie chciałem pytać Sikorskiego o przyczynę wizyty Nowakowskiego, ale zdążyłem od towarzyszącego mu oficera, emerytowanego płk. Stefczyka dowiedzieć się, co było przyczyną tej wizyty. Sikorskiego uderzyła w przedpołudniowym przemówieniu Nowakowskiego wzmianka o jego bliskich stosunkach z wojewodą Biłykiem. Ciągle jeszcze jakby opętany projektem skontaktowania się z Rydzem-Śmigłym, chwycił się myśli, że właśnie Biłyk mógłby być idealnym pośrednikiem z uwagi na dawne i zażyłe stosunki z Rydzem jeszcze od czasów szkolnych w Brzeżanach. Z tą właśnie misją wyprawił Nowakowskiego do Biłyka. Wojewoda po prostu wyśmiał przedstawiony przez Nowakowskiego projekt skontaktowania Sikorskiego z Rydzem-Śmigłym. Uważał, że to nie ma najmniejszego sensu, bo Rydzowi Sikorski do niczego nie jest potrzebny. Odpowiedź ta była niezwykle charakterystyczna i dziwnie pokrywała się ze stanowiskiem innego wybitnego piłsudczyka, ówczesnego wiceministra Spraw Wojskowych, gen. Głuchowskiego, którego dwa dni przedtem Sikorski spotkał w Dubnie na Wołyniu, dokąd dojechał w pogoni za RydzemŚmigłym. Głuchowski na prośbę Sikorskiego, aby mu ułatwił skontaktowanie się z Rydzem odpowiedział brutalnie, że nie widzi żadnych powodów, dla których miałby to uczynić. Jako ilustrację stanu umysłów ówczesnej naszej kierowniczej elity wojskowej i politycznej należy przytoczyć fakt opowiadany później we Francji przez tegoż Nowakowskiego członkom Rady Narodowej, do której i jego powołano, że dowiedział się, iż dosłownie w kilka godzin po jego rozmowie z Biłykiem, w której ten oceniał sytuację jako w zasadzie rozwijającą się „według planu”, przystąpił do palenia dokumentów podległego mu urzędu wojewódzkiego. (W kilka dni później znalazł się po stronie węgierskiej na Rusi Podkarpackiej, gdzie w jakimś hoteliku w Marmaros Sziget popełnił samobójstwo). Odwiedziłem jeszcze Sikorskiego następnego dnia w niedzielę 10 września, aby go poinformować, że wieczorem opuszczam Lwów w towarzystwie przybyłego z Łodzi naszego działacza, a jego imiennika emerytowanego majora, udając się do majątku państwa Agopsowiczów, znajomych Hallera, w Tulukowie pod Śniatyniem, gdzie się wkrótce gen. Haller do nas przyłączy. Tam będziemy oczekiwać na dalszy rozwój sytuacji, który najprawdopodobniej w ciągu niewielu dni zmusi nas do opuszczenia kraju i kierowania się przez Bukareszt do Francji. Sikorski uznał ten plan za racjonalny i nie wykluczał, że i on może być zmuszony do pójścia w nasze ślady. W tej chwili jednak otwierają się pewne możliwości jego powrotu do Warszawy w celu wzięcia udziału w jej obronie, a to w związku z perspektywą pośrednictwa Sosnkowskiego. Później już w Rumunii dowiedziałem się, że z tego „pośrednictwa” nic nie wyszło. Sosnkowski nie zdecydował się nawet na osobiste spotkanie z Sikorskim we Lwowie. Kontakt ograniczył się do rozmowy telefonicznej, w której „pośrednik” niedwuznacznie oświadczył, iż właściwie nic zrobić nie może. Poinformował go tylko, gdzie w danej chwili może znajdować się Rydz-Śmigły. Spotkałem Sikorskiego dopiero w trzy i pół tygodnia później, w Paryżu, gdzie przybyłem dopiero 4 października po dość dramatycznych perypetiach w Rumunii. Przekroczyłem granicę razem z gen. Hallerem i mjr. Sikorskim 14 września. Już na terenie rumuńskim dogonił nas jakiś dziennikarz angielski, występując w roli agenta dyplomatycznego, który poznał Hallera i nalegał na spotkanie o godzinie 6 wieczorem w Czerniowcach, w hotelu „Metropol”. Nie orientowaliśmy się, iż tam właśnie koncentrowały się wszystkie wywiady, a przede wszystkim niemiecki. Haller w towarzystwie Sikorskiego poszedł złożyć wizytę miejscowemu proboszczowi polsko-ormiańskiemu, a ja zostałem w hotelu, oczekując przybycia owego agenta-dziennikarza. Dzięki temu stałem się mimowoli

świadkiem rozmowy prowadzonej w języku francuskim przez polskiego konsula z jakimś dygnitarzem rumuńskim, generałem, przybyłym świeżo z Bukaresztu ze specjalnymi pełnomocnictwami w związku z krytycznym rozwojem sytuacji wojennej w Polsce. Z fragmentu rozmowy, którą zdążyłem usłyszeć, okazało się, że rząd rumuński absolutnie nie jest przygotowany na przyjęcie oddziałów polskich. Konsul nie potrafił określić ilości żołnierzy, których trzeba było zakwaterować, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, czy poza oddziałami wojskowymi nie zjawią się uchodźcy cywilni. Nie padła żadna informacja o możliwości schronienia się w Rumunii naczelnego dowództwa i rządu polskiego. Rozmowa trwała prawie dwie godziny i skończyła się na tym, że generał o tym wszystkim zaraportuje zaraz swojemu rządowi, prosząc o instrukcje. Rozmowa z angielskim dziennikarzem-agentem nie przyniosła nam nic interesującego. Raczej on próbował od nas uzyskać informacje na temat tego, gdzie się znajduje w tej chwili marszałek RydzŚmigły oraz rząd polski i jakie są ich dalsze zamiary, o czym, naturalnie, nie mogliśmy mu udzielić żadnej informacji. Rezultaty tego niespodziewanego zatrzymania się w Czerniowcach były bardziej dramatyczne, niż można było sobie wyobrazić. Dotarliśmy do dworu pp. Zawadzkich w Karaczyjowie koło Wyznicy późnym wieczorem i wkrótce zasiedliśmy do kolacji. Gospodarz praktykowanym od wybuchu wojny zwyczajem nastawił radio niemieckie, stację Wrocław, która o 9 wieczorem nadawała obszerny serwis informacyjny w języku polskim. Najpierw był biuletyn o sytuacji wojennej. Wynikało z niego, że armia polska jest rozgromiona i poszczególne jej oddziały w popłochu i nieładzie próbują się przedostać na Węgry i do Rumunii. A potem wiadomość, że dzisiaj w godzinach rannych przekroczył granicę rumuńską w ubraniu cywilnym znany przeciwnik marszałka Piłsudskiego i były wódz armii polskiej podczas I wojny światowej we Francji, generał Józef Haller, w towarzystwie dwóch oficerów również ubranych po cywilnemu. Podnieceni do najwyższego stopnia tą informacją długo dociekaliśmy, w jaki sposób wywiad niemiecki mógł tak szybko zdobyć tak dokładne informacje. Sprawę wyjaśnił gospodarz, mówiąc, że cała granica wprost roi się od szpiegów i informatorów niemieckich. Nie przypuszczaliśmy jednak, aby z tego powodu mogły na nas spaść jakieś kłopoty. Złudzenie to trwało jednak bardzo krótko, bo już następnego dnia po południu zjawił się we dworze oddział żandarmerii rumuńskiej z majorem na czele, który z każdym z nas na osobności odbył uprzejmą rozmowę, mającą wszelki charakter śledztwa. Następnie oświadczył nam, że miejscowość, w której przebywamy, znajduje się w strefie przygranicznej, podlegającej od wybuchu wojny polskoniemieckiej specjalnym obostrzeniom i pobyt nasz jako cudzoziemców jest w niej niemożliwy. Musimy się przenieść dalej w głąb kraju do Suczawy, będącej zresztą administracyjną stolicą Bukowiny, i musimy to uczynić bez zwłoki pod osłoną „dla bezpieczeństwa” żandarmerii rumuńskiej. Do Suczawy przyjechaliśmy późną nocą ulokowani w jakimś podłym hoteliku, podobno jednym z lepszych w tym mieście. Żegnając się z nami major zakomunikował, iż na wyjazd z Suczawy do Bukaresztu musimy mieć zezwolenie miejscowego prefekta. Kiedy nazajutrz udaliśmy się z Hallerem do prefekta, przyjął nas bardzo grzecznie, ale niemniej stanowczo oświadczył, iż zezwolenia na wyjazd nie może nam udzielić, póki nie uzyska na to zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Bukareszcie. Odtąd przez osiem dni chodziliśmy codziennie do prefektury, by niezmiennie usłyszeć tę samą odpowiedź, iż z Bukaresztu nie nadeszła jeszcze zgoda na nasz wyjazd. *

24 września znaleźliśmy się wreszcie w Bukareszcie. Złożyliśmy z Hallerem wizytę naszemu ambasadorowi Rogerowi Raczyńskiemu, który w krótkiej rozmowie z nami był bardzo powściągliwy. Dowiedzieliśmy się od niego tylko tyle, że był tu generał Sikorski i właśnie dwa dni temu wyjechał razem z ambasadorem francuskim przy rządzie polskim, Noëlem, do Paryża. Na temat jego planów ambasador nie umiał, a raczej, zdaje się, nie chciał nam nic powiedzieć. Dopiero wracając z ambasady do hotelu, od spotkanego dawnego kolegi z okresu „Zarzewia” Aleksandra Ładosia, byłego pracownika polskiej służby dyplomatycznej, zwolnionego przez Becka, który w organach „frontu Morges” pod pseudonimem W. Nienaskiego prowadził konsekwentną krytykę naszej urzędowej dyplomacji, dowiedziałem się jak rzeczy wyglądają. Według relacji Ładosia, Sikorski udał się do Paryża pod wpływem argumentacji Noëla, że wobec całkowitego załamania się dotychczasowego kierownictwa państwowego prace nad odbudową zarówno zbrojnych sił polskich, jak i aparatu polityczno-rządowego trzeba będzie rozpoczynać od nowa. Sikorski ulegając zupełnie bezpodstawnym, jak się okazało, informacjom, rozszerzanym przy przekraczaniu granicy, iż Rumuni związani z nami przymierzem honorować będą w dalszym ciągu dotychczasowe polskie władze, a co najmniej wodza naczelnego, liczył się z koniecznością porozumienia się z Rydzem i uzyskania od niego przydziału, o który przez cały prawie miesiąc bez skutku zabiegał. Ambasador Noël po nawiązaniu łączności ze swoim rządem, rozwiał te kalkulacje jako zupełne mrzonki. Nie tylko bowiem władze rumuńskie nie honorowały istotnych czy rzekomych zobowiązań, którymi łudził Rydza-Śmigłego Beck, ale znalazłszy się w bardzo trudnej sytuacji, pod naciskiem niemieckim, zarządziły internowanie tak wodza naczelnego, jak prezydenta Rzeczypospolitej i rządu. W tym stanie rzeczy Sikorski uznał, że szukanie wszelkiego kontaktu z Rydzem-Śmigłym, który dopiero 17 września przed przekroczeniem granicy wyznaczył mu spotkanie na terenie rumuńskim, nie ma żadnego sensu. Z dalszych relacji Ładosia wynikało, że Sikorski wyjeżdżając do Paryża, interesował się głównie organizacją wojska i mniej liczył się z zaangażowaniem w sprawy polityczne. Nie wykluczał jednak, iż będzie do tego zmuszony w zależności od sytuacji, jaką tam zastanie, a mianowicie od tego, w jaki sposób rząd francuski - najprawdopodobniej w porozumieniu z rządem brytyjskim - ustali swój stosunek do rządu polskiego. W związku z tym prosił Ładosia o nawiązanie kontaktu z wybitniejszymi działaczami politycznymi opozycji, którzy niewątpliwie znajdą się na terenie Rumunii, obiecując, że po wyjaśnieniu sytuacji w Paryżu zawiadomi go o możliwości ich wykorzystania. W Paryżu zetknął się Sikorski najpierw z niektórymi politykami opozycji, w pierwszym rzędzie z przebywającym tu od sześciu lat byłym posłem Liebermanem, oraz z nowo przybyłymi, i to nawet wcześniej od niego, byłymi posłami PPS Stańczykiem i Pragierem, a także z prof. Stanisławem Strońskim. Równocześnie czynna była w stolicy francuskiej Rada Ambasadorów RP - Łukasiewicz (Paryż), Edward Raczyński (Londyn) i Wieniawa Długoszowski (Rzym) - która wobec unieruchomienia naczelnych władz państwowych w Rumunii objęła rolę właściwego organu zwierzchniego państwa polskiego. W dniu 28 września Rada ta powierzyła Sikorskiemu dowództwo nad formującym się we Francji wojskiem polskim spośród naszej emigracji zarobkowej, obliczanej na ponad 700 tysięcy osób, z których około 120 tysięcy było w wieku poborowym. Równocześnie Rada Ambasadorów podjęła starania uregulowania sprawy istnienia władz państwowych poza granicami Polski, do czego pierwszym krokiem miało być wyznaczenie przez prof. Mościckiego swego następcy na stanowisku prezydenta RP. Poprzednia jego nominacja w osobie

Rydza-Śmigłego automatycznie stała się nieaktualna. Po krótkim i raczej kompromitującym incydencie z nominacją Wieniawy Długoszowskiego, skończyło się ostatecznie na powierzeniu urzędu prezydenta RP ostatniemu wojewodzie pomorskiemu, Władysławowi Raczkiewiczowi, który przez cały prawie okres 20-lecia związany był bardzo blisko z obozem piłsudczykowskim. Pierwsze kroki nowego prezydenta wskazywały, że nie ma on zamiaru wyciągać zbyt daleko idących wniosków z politycznych aspektów towarzyszących katastrofie wrześniowej. Niewątpliwie, w ścisłym porozumieniu z członkami Rady Ambasadorów doszedł on do wniosku, że maksymalne ustępstwo, które należy zrobić, powinno polegać na rozszerzeniu podstawy politycznej rządu, do którego, poza przedstawicielami dotychczasowego zespołu, to jest Ozonu, powinni wejść przedstawiciele opozycji. W związku z tym misję tworzenia rządu powierzył Raczkiewicz Augustowi Zaleskiemu, który przez z górą 6 lat po przewrocie majowym kierował polityką zagraniczną nowego reżymu. W listopadzie 1932 roku został on dość brutalnie zastąpiony przez Becka, co nie przeszkodziło jego dobrym stosunkom z reżymem, szczególnie zaś z Rydzem-Śmigłym. Odnośne posunięcie Raczkiewicza zostało zgodnie ocenione przez przebywających w Paryżu polityków opozycyjnych negatywnie. Akceptując nominację „sanatora” na prezydenta, uważali, że równocześnie premierem powinien zostać przedstawiciel opozycji i dopiero w takiej konfiguracji zarówno kraj, jak i zagranica znajdą potwierdzenie, iż w kierownictwie spraw polskich doszło do zasadniczej zmiany i wytworzenia się pewnego rodzaju jedności narodowej. Najwymowniejszym rzecznikiem tego poglądu, podzielanego całkowicie przez Sikorskiego, był prof. Stroński. Raczkiewicz dał się ostatecznie przekonać i zaproponował wówczas utworzenie rządu Strońskiemu. Zbiegło się to z przyjazdem do Paryża delegata Ignacego Paderewskiego, jego sekretarza Strakacza, który przybył z misją poparcia jego autorytetem rzeczywistej koncepcji jedności narodowej. Równocześnie Paderewski kładł silny nacisk na to, aby w nowym układzie władz odpowiednie miejsce zajął Sikorski. Sytuację ułatwił sam Stroński, rezygnując na rzecz kandydatury Sikorskiego. W ten sposób 30 września doszło do nominacji przez prezydenta Raczkiewicza nowego rządu pod przewodnictwem Sikorskiego, który jednocześnie objął stanowisko ministra spraw wojskowych. Razem z Sikorskim pierwsza ekipa rządowa wynosiła 5 osób - Stroński (wicepremier), Zaleski (minister spraw zagranicznych), płk Adam Koc (skarb) i Stańczyk (opieka społeczna). Była to więc koalicja o bardzo wąskim zasięgu, obejmująca dwóch ludzi dawnego reżymu, jednego socjalistę i jednego „dzikiego” narodowca. O składzie nowego rządu polskiego w Paryżu dowiedziałem się w chwili opuszczania Bukaresztu z krótkiej notatki w miejscowym dzienniku niemieckim w dniu 1 października. O samym powołaniu Sikorskiego na premiera zawiadomił mnie parę dni przedtem Ładoś, pokazując depeszę, jaką od niego otrzymał. W depeszy tej Sikorski wzywa Ładosia do przyjazdu i równocześnie informuje go, iż wydał zarządzenie podpułkownikowi Zakrzewskiemu, attaché wojskowemu przy ambasadzie RP w Bukareszcie, aby ułatwił przyjazd do Paryża następującym osobistościom, jeżeli znajdą się one w Bukareszcie: Witosowi, Ratajowi, Niedziałkowskiemu, Kwapińskiemu, Hallerowi i Popielowi oraz pułkownikom Modelskiemu i Franciszkowi Arciszewskiemu. Lista Sikorskiego bardzo nas obu - Łodosia i mnie - zastanowiła. Z jej składu widać było, iż liczy się on w pierwszym rzędzie z koniecznością wciągnięcia do pracy nowego rządu polityków związanych z trzema stronnictwami: Ludowym, PPS i Pracy. Jak się, niestety, wkrótce okazało, rachuby na wymienionych ludowców i socjalistów były nierealne.

Wyjechałem z Bukaresztu razem z gen. Hallerem i jego małżonką oraz płk. Modelskim, któremu towarzyszyli dwaj członkowie zarządu głównego Związku Hallerczyków: emerytowani majorzy Władysław Sikorski i inż. Stefan Zabłocki. Podróż nasza do Paryża trwała stosunkowo długo, bo przybyliśmy doń dopiero 5 października. Haller nas wyprzedził o całe dwa dni, udało mu się bowiem zdobyć bilet na bezpośredni pociąg międzynarodowy. W Paryżu zastaliśmy sytuację będącą odbiciem fermentów i trudności, w jakich organizowało się nowe kierownictwo naszej nawy państwowej na obczyźnie. Pierwszą wiadomością było, że właśnie w przeddzień nastąpiło uzupełnienie rządu przez powołanie doń Hallera jako reprezentanta Stronnictwa Pracy i Ładosia, który miał czasowo reprezentować Stronnictwo Ludowe, póki nie znajdzie się w Paryżu ktoś z miarodajnych przedstawicieli Naczelnego Komitetu Wykonawczego, Ładoś był bowiem tylko członkiem Rady Naczelnej Stronnictwa. Skontaktowałem się od razu z Liebermanem, z którym od czasu wspólnego pobytu w Brześciu łączyły mnie bardzo bliskie stosunki. Odbyłem z nim w towarzystwie Modelskiego dłuższą rozmowę zaraz w kilka godzin po naszym wylądowaniu w Paryżu, jeszcze przedtem niż mogliśmy się przywitać z Sikorskim. Lieberman był dziwnie skwaszony i pełen pesymistycznych przewidywań co do możliwości należytego sterowania sprawami państwowymi wobec, jak mówił, inwazji na wszystkie tworzące się urzędy przedstawicieli dawnego reżymu i odpowiedzialnością za ten stan rzeczy obciążał przede wszystkim wicepremiera Strońskiego. Dopiero w kilka tygodni później miałem sposobność uzyskania informacji odsłaniających źródło rozgoryczenia i pesymizmu Liebermana. Ujawnił mi to urzędnik Ministerstwa Opieki Społecznej Frąckowiak, były dyrektor ubezpieczalni społecznej w Katowicach, który przyjechał do Paryża razem ze Stańczykiem w samochodzie swego przyjaciela a równocześnie partyjnego towarzysza Stańczyka, Alojzego Adamczyka. Adamczyk i Frąckowiak stanowili pierwszy zrąb aparatu ministerstwa, które zaczął organizować Stańczyk. Według opowiadania Frąckowiaka miał on przyrzeczone, iż zajmie pod względem stopnia służbowego i uposażenia to samo stanowisko co Adamczyk, czując się do tego w pełni uprawnionym jako fachowiec, w stosunku do zawodowego szofera, jakim był Adamczyk. Z nieznanych powodów Stańczyk tego przyrzeczenia nie dotrzymał i to było powodem, że rozgoryczony Frąckowiak, powołując się na to, że właściwie nie jest żadnym socjalistą, bo w głębi duszy był zawsze „korfanciarzem”, zaczął się przede mną wyżalać. Według jego relacji sytuacja na odcinku przedstawicielstwa PPS w rządzie wyglądała początkowo w ten sposób, że Sikorski miał zamiar powołać na to stanowisko Liebermana. Na wiadomość o tym zamiarze, Stańczyk zorganizował w porozumieniu ze świeżo przybyłym do Paryża członkiem PPS, adwokatem Tadeuszem Tomaszewskim, kontrakcję mającą na celu wytłumaczenie Sikorskiemu, iż powołanie do składu rządu Liebermana ze względu na jego wyznanie i pochodzenia będzie źle przyjęte w Polsce, nie wyłączając kół socjalistycznych. Delegację ową stanowili Adamczyk i Frąckowiak. Dyskredytując kandydaturę Liebermana oświadczyli oni Sikorskiemu, że zdaniem wszystkich obecnych przedstawicieli PPS przybyłych ostatnio z kraju, a więc poza nimi Tomaszewskiego i Pragiera, reprezentacja PPS w nowym rządzie powinna przypaść wybitnemu działaczowi socjalistycznemu tak na polu politycznym, jak i syndykalnym, a takim jest wśród obecnych w Paryżu tylko sekretarz generalny klasowego związku górników, były poseł Jan Stańczyk. Sikorski zorientowawszy się, iż kandydatura Liebermana nie ma żadnego oparcia wśród jego towarzyszy partyjnych, uznając równocześnie propagandową wartość zasiadania w jego rządzie autentycznego robotnika, zdecydował się ostatecznie na powierzenie teki Stańczykowi.

O tych wszystkich zakulisowych grach nie miałem najmniejszego pojęcia, gdy nazajutrz po przybyciu zostałem przez Sikorskiego zaproszony wraz z Modelskim na powitalne śniadanie. Mieszkaliśmy wszyscy w jednym hotelu Danube przy rue Jacob, w którym koncentrowało się właściwie wówczas polskie życie polityczne. Dowiedziawszy się, iż razem z Modelskim mamy odwiedzić Liebermana, Sikorski prosił bardzo o wywarcie nań nacisku, aby wziął udział w tym śniadaniu, chciałby bowiem przy tej sposobności odnowić atmosferę starego stosunku, który z przyczyn przez niego właściwie niezawinionych ostatnio uległ, niestety, pewnemu pogorszeniu. Mam wrażenie, że wywiązaliśmy się nieźle z tego zadania, bo Lieberman nie tylko wziął udział w śniadaniu, ale i bardzo żywy udział w długiej dyskusji, jaka się po nim wytworzyła. O okolicznościach tworzenia rządu i jego składu personalnego prawie nie było mowy. Sikorski poruszył natomiast kwestię mojego udziału w pracach rządu i oświadczył, iż aprobuje całkowicie projekt wysunięty przez Strońskiego, aby mnie powołać na stanowisko podsekretarza stanu przy Stańczyku, do którego resortu dołączone będą także sprawy szkolnictwa na emigracji. Równocześnie położył nacisk na to, iż pragnie jako szef rządu zapoczątkować demokratyczny system kontroli ze strony przedstawicielstwa narodowego i w tym celu nosi się z zamiarem powołania do życia Rady Narodowej. W pierwszym rzędzie powinni wejść do niej posłowie, tak dobrani, by reprezentowali wszystkie odcienie myśli politycznej i najważniejsze regiony kraju. Tą drogą chciałby premier wysunąć na jedno z czołowych stanowisk reprezentacyjnych tak wysoko ciągle jeszcze w świecie cenioną osobę Ignacego Paderewskiego, przez powierzenie mu stanowiska przewodniczącego Rady. Zdaje sobie sprawę, iż to będzie raczej stanowisko czysto honorowe ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia Paderewskiego, ale z punktu widzenia praktycznego zagadnienie da się rozwiązać przez odpowiedni dobór wiceprzewodniczących, nad czym będzie jeszcze czas się zastanowić. Już w tej chwili widzi jednak, iż PPS w Radzie Narodowej reprezentowana będzie przez Liebermana jako bezspornego seniora polskich parlamentarzystów i w tym kierunku ma zamiar wywrzeć cały swój nacisk na emigracyjne kierownictwo partii. Przedstawiony przez Sikorskiego plan spotkał się z ogólnym naszym poparciem, nie wyłączając Liebermana, co znacznie przyczyniło się do wytworzenia odpowiedniej atmosfery. Jeżeli chodzi o skład rządu, to w ciągu najbliższych kilku tygodni prace nad jego ostatecznym sformułowaniem zostały zakończone. Odbyło się to w kilku etapach, z których już przy pierwszym ujawniło się jeszcze raz, do jakiego stopnia silne są dążenia przegranej ekipy rządowej do zajęcia w nowym systemie kluczowych pozycji. 16 października zjawił się nieoczekiwanie w Paryżu gen. Sosnkowski. Już w kilka godzin później w hotelu Danube huczało od pogłosek na temat planów powierzenia mu funkcji. A więc najpierw, że Raczkiewicz, spełniając jakoby pierwotne marzenie byłego prezydenta Mościckiego, który o nim na pierwszym miejscu myślał jako o swoim następcy, ma zamiar zrezygnować z prezydentury. Dalej, że Sosnkowski wielkodusznie tej ofiary nie przyjął, wysuwając jedynie postulat odpowiedniego przydziału w wojsku, a przede wszystkim w dziedzinie łączności z krajem i przedstawicielstwa organizującego się tam podziemia wojskowego. Doszły nas również niedyskrecje o przywitaniu i rozmowie Sosnkowskiego z Sikorskim. Przywitanie miało się odbyć w atmosferze przypominającej jak najlepsze, a jakże w czasie odległe, przyjacielskokoleżeńskie stosunki w młodości. Według tej wersji powtórzonej później przez samego Sikorskiego, Sosnkowski rzucił mu się na szyję mówiąc, że sama Opatrzność oddała karty sprawy polskiej, w tym i jego, w ręce Sikorskiego i zadeklarował w tej ciężkiej pracy swoją najdalej idącą pomoc

i bezwzględną lojalność. Sikorski ujęty tym zachowaniem, zaczął od razu rozważać z Sosnkowskim możliwości jego zatrudnienia. Świadom, iż sam będzie miał bardzo wiele zajęcia z rozwiązywaniem trudności związanych z organizacją wojska na terenie Francji i uznając przewagę Sosnkowskiego w lepszej znajomości aparatu oficerskiego, który w kraju pozostał i na którym z konieczności oprzeć się będą musiały prace powoływanej do życia konspiracji wojskowej, zaproponował formalne kierownictwo tą konspiracją Sosnkowskiemu, i wejście z tego tytułu do rządu. Sosnkowskiemu ta propozycja bardzo odpowiadała, ale nie wyczerpywała bynajmniej jego ambicji. Właściwa gra na temat roli Sosnkowskiego odbyła się dnia następnego na całodziennej konferencji członków rządu, reprezentujących główne obozy polityczne, pod przewodnictwem wicepremiera Strońskiego. Uczestniczyłem w niej już jako podsekretarz stanu z ramienia Stronnictwa Pracy za zgodą gen. Hallera, który wolał się nie mieszać do drażliwej rozgrywki na temat Sosnkowskiego. Rzecznikiem poglądów prezydenta Raczkiewicza, a właściwie równocześnie całego ancient regime'u był minister skarbu, były pierwszy szef Ozonu, płk Adam Koc. Powtórzył on zebranym i tym samym potwierdził pogłoski, jakie poprzedniego dnia kursowały na temat gry Raczkiewicza. Chwaląc wielkoduszność i bezinteresowność obu partnerów, Koc, wobec niewskazanej zmiany na stanowisku prezydenta, co musiałoby na gospodarzach, zwłaszcza w związku z poprzednim incydentem z Wieniawą Długoszowskim, wywołać jak najgorsze wrażenie, wypowiedział się za kompromisowym rozwiązaniem polegającym na tym, że prezydent zamianuje swoim następcą Sosnkowskiego. Równocześnie Sosnkowski wejdzie do składu rządu i otrzyma tam przydział według planu wysuniętego przez samego premiera. Propozycja Koca zaskoczyła zebranych i bodaj najbardziej ważkie zastrzeżenia przeciwko niej wypowiedział Stroński. Przypomniał on, że równocześnie z powierzeniem stanowiska premiera gen. Sikorskiemu, prezydent Raczkiewicz na jednomyślne żądanie negocjujących z nim polityków opozycyjnych zgodził się zamianować swoim następcą na stanowisku prezydenta RP premiera Sikorskiego. Było to według Strońskiego iunctim z przyjętym równocześnie zobowiązaniem tegoż prezydenta z 30 września, iż nie będzie stosował dyktatorskich przepisów konstytucji kwietniowej, działając w każdym wypadku w ścisłym porozumieniu z premierem rządu. To jest właśnie treść tak zwanego porozumienia paryskiego. W tej sytuacji zademonstrowalibyśmy w ciągu niecałych trzech tygodni już drugą zmianę na jednym z najbardziej ważnych miejsc w systemie władz państwowych. Zastrzeżenia Strońskiego, właściwego twórcy „porozumienia paryskiego”, wywołały ożywioną dyskusję, w której wszyscy rzecznicy stronnictw dawnej opozycji wypowiadali się po linii jego wywodów. Jeden Koc milczał jak zaklęty. Dyskusję, która nie rokowała żadnego pozytywnego wyniku, przerwał telefon do Strońskiego o treści wręcz sensacyjnej. Z Prezydium Rady Ministrów zakomunikowano Strońskiemu, iż Kancelaria Cywilna prezydenta RP przesłała do druku tekst dekretu prezydenta mianującego gen. Kazimierza Sosnkowskiego następcą prezydenta RP nalegając, aby dekret ten pojawił się jak najszybciej w „Dzienniku Ustaw RP” i „Monitorze Polskim”. Zdumienie było jeszcze większe, gdy z dalszych wyjaśnień Strońskiego, otrzymanych na jego wyraźne żądanie od rozmówcy, okazało się, iż poprzednia nominacja Sikorskiego jako następcy prezydenta RP formalnie nie ujrzała światła dziennego. Była wprawdzie podpisana przez Raczkiewicza, ale nie została ogłoszona ani w „Dzienniku Ustaw”, ani w „Monitorze”, czyli formalnie w ogóle nie miała miejsca. Czuwał nad tym, jak się okazało, szef Kancelarii Cywilnej prezydenta RP, Łepkowski, który tę samą funkcję pełnił i przy poprzednim prezydencie Mościckim.

Na tym niezwykłym incydencie przerwano obrady, aby je po południu kontynuować już z udziałem Sosnkowskiego. Wykorzystaliśmy tę przerwę razem z Ładosiem udając się do Sikorskiego, któremu streściliśmy przebieg posiedzenia. Nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Zlekceważył całkowicie incydent z „wywłaszczeniem” go z nominacji na następcę prezydenta, mówiąc, że nie przywiązywał do tego żadnej wagi i ustąpił wyłącznie pod naciskiem argumentacji Strońskiego. Z całej rozmowy wyczuliśmy obaj, że Sikorski jest zdecydowany na współpracę z ludźmi dawnego reżymu, liczy bowiem, że w obliczu klęski, za którą historia obarczy ich obóz, wszyscy oni zechcą się w pewnym stopniu rehabilitować, biorąc lojalny udział w odbudowaniu na emigracji polskich organów państwowych. W każdym razie, zaufaniem takim darzył Sosnkowskiego, przypominając nam jego zachowanie się w maju 1926 roku oraz fakt, że po wyzdrowieniu został wprawdzie powołany formalnie na bardzo zaszczytne stanowisko zastępcy Piłsudskiego jako Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, ale właściwie tak za życia Piłsudskiego, jak i przy Rydzu-Śmigłym, realnego wpływu na bieg spraw nie posiadał. Przypomniano sobie o nim dopiero z chwilą wybuchu wojny, przy czym Składkowski zaproponował mu stanowisko wicepremiera, którego nie przyjął, po czym dopiero RydzŚmigły znalazł dla niego funkcje kierownicze powierzone mu w chwili, kiedy katastrofa była nieunikniona. Słuchając tej obrony Sosnkowskiego, zdaliśmy sobie z Ładosiem sprawę, że z takim nastawieniem wobec dawnych swoich przeciwników Sikorski wchodzi na niebezpieczną drogę. Jego prosta, szczera natura, wykluczała możliwość nielojalnej gry, zwłaszcza w obliczu sytuacji, w jakiej naród nasz się znalazł. Nie chciał pamiętać, że zarówno okres legionowy, jak i późniejsze dwudziestolecie, ujawniło inne oblicza ludzi związanych z Piłsudskim. Skończyliśmy rozmowę zwięzłym przypomnieniem tych rzeczy i złożeniem życzeń Sikorskiemu, aby się w swych nadziejach nie pomylił, zapewniając go, że z naszej i naszych stronnictw strony nie napotka na żadne trudności w kontynuowaniu tej swojej wielkodusznej linii polityki personalnej, chyba że przyjdą fakty, które podważą jej celowość. Na sprawie Sosnkowskiego nie zakończył się jeszcze rozdział uzupełnienia składu rządu. Pozostawała wciąż otwarta kwestia powołania doń odpowiedniego przedstawiciela Stronnictwa Narodowego. Była to sprawa wyjątkowo delikatna z dwóch powodów. Wicepremier Stroński, należący niewątpliwie do polityków od wczesnej młodości jak najściślej związanych z tym obozem, nie mógł uchodzić za formalnego jego reprezentanta, z chwilą bowiem objęcia w początkach 1938 roku stanowiska naczelnego publicysty politycznego w „Kurierze Warszawskim”, formalnie ze stronnictwa wystąpił. Uważany był zresztą już od dość dawna przez nowe władze SN, i to z wyraźnym błogosławieństwem żyjącego jeszcze Romana Dmowskiego, za człowieka, który nie nadąża za rozwojem „nowoczesnej myśli narodowej”, zbyt obciążonego skłonnościami w kierunku demokracji i liberalizmu. Sikorski zdawał sobie doskonale sprawę z takiego stanu rzeczy i liczył się od samego początku z koniecznością pozyskania do rządu kogoś, którego formalne związki ze stronnictwem byłyby bez zarzutu. Na szczęście, zjawił się w Paryżu, i to jeszcze przed przybyciem tam prezesa SN Bieleckiego (które to stanowisko zresztą w nowej konstrukcji władz podyktowanej przez Dmowskiego miało charakter czysto administracyjny), wybitny polityk obozu narodowego, zajmujący w nim w różnych okresach historii bardzo ważne czołowe stanowiska. Mowa o dr. Marianie Seydzie, ostatnio redaktorze naczelnym wpływowego na zachodzie Polski „Kuriera Poznańskiego”, byłym pośle na sejm, byłym senatorze, byłym ministrze Spraw Zagranicznych w drugim rządzie większości parlamentarnej Witosa, a przed odbudową państwa polskiego, członku władz naczelnych Ligi Narodowej, organizatorze Polskiej Agencji Prasowej w Lozannie i członku Komitetu Narodowego

Polskiego w Paryżu. Nominacja Seydy posiadała jeszcze to ważne dodatkowe znaczenie, że był to jeden z najbardziej miarodajnych przedstawicieli byłej dzielnicy pruskiej, obeznany świetnie z zagadnieniami rewindykacji terytorialnych na tym terenie, którymi zajmował się szczegółowo już podczas I wojny. Do tych prac już teraz wyznaczył go Sikorski. Pozostawała jeszcze do uregulowania sprawa przedstawicielstwa w rządzie Stronnictwa Ludowego. Aleksander Ładoś nie miał dostatecznych tytułów reprezentacyjnych, zwłaszcza wobec zjawienia się członka NKWSL, byłego posła Zygmunta Gralińskiego. Ładosia Sikorski przeznaczył do służby dyplomatycznej, z której wyrwała go w swoim czasie czystka beckowska. Tego rodzaju stan prowizorium trwał do końcowych dni listopada, kiedy zjawili się w Paryżu dwaj przedstawiciele Naczelnego Komitetu Wykonawczego, wiceprezes Stanisław Mikołajczyk i skarbnik, prof. Stanisław Kot. Zamiarem Sikorskiego było powołanie do rządu Mikołajczyka, który podczas pobytu na emigracji w Czechosłowacji Wincentego Witosa, był człowiekiem jego zaufania we władzach stronnictwa, a podczas strajku chłopskiego w 1937 roku pełnił obowiązki prezesa w miejsce Macieja Rataja. Z prof. Kotem, najstarszym i najbliższym przyjacielem Sikorskiego jeszcze z lat szkolnych nie było najmniejszych trudności, gdyż gotów był on pomagać „Władkowi” na każdym stanowisku. Toteż Kot również popierał plan, aby miejsce Ładosia jako reprezentanta SL w rządzie zajął Mikołajczyk. Brałem udział w końcowej rozmowie na temat między Sikorskim a Mikołajczykiem i wobec rozpuszczanych później różnych wersji na temat początków kariery polityczno-rządowej Mikołajczyka wydaje mi się, że mam obowiązek dania świadectwa, jak w gruncie rzeczy było. Mikołajczyk, mimo usilnych nalegań Sikorskiego, kategorycznie odrzucił propozycję wejścia do rządu. Oświadczył, że nie czuje się do tej roli przygotowany, natomiast bardzo by mu odpowiadał udział w jakiejś namiastce przedstawicielstwa narodowego, gdzie czułby się lepiej jako były poseł na bardziej znanym sobie terenie. Równocześnie wysunął prof. Kota jako jedynego kandydata na stanowisko przedstawiciela SL w rządzie. Wobec stanowczości postawy Mikołajczyka, Sikorskiemu nie pozostawało nic innego jak przychylić się do jego propozycji. W ten sposób Kot został członkiem rządu w miejsce Ładosia, który objął placówkę dyplomatyczną w Szwajcarii, a Mikołajczyk został desygnowany do projektowanej Rady Narodowej, gdzie Sikorski wyznaczał mu rolę faktycznego przewodniczącego przy Ignacym Paderewskim. Jeszcze wcześniej, bo już w pierwszej dekadzie października, nastąpiło uzupełnienie składu rządu przez powołanie czterech podsekretarzy stanu: Henryka Strasburgera w Prezydium Rady Ministrów, Zygmunta Gralińskiego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Alfreda Faltera w Ministerstwie Skarbu i Karola Popiela w Ministerstwie Opieki Społecznej. W jakiś czas później Strasburger objął Ministerstwo Skarbu z rąk Koca, który ustąpił na skutek napływających z kraju zastrzeżeń co do jego osoby, w związku z niedawną, niefortunną rolą organizatora i szefa Ozonu. Trzeba zaznaczyć, że Koc doskonale to rozumiał i zmiana jego funkcji w rządzie - został II podsekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu - odbyła się bez najmniejszych trudności. Na tym został zamknięty ostateczny skład rządu, który odtąd już bez zmian, pracował cały czas podczas pobytu we Francji, gdzie na jego siedzibę wyznaczono miasto Angers, i dotrwał w tym zespole do końca lipca 1941, do głośnego kryzysu wywołanego konsekwencjami wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Uporawszy się z dokompletowaniem składu rządu, zajął się jeszcze Sikorski uzupełnieniem struktury politycznej reprezentowanego przez siebie systemu rządzenia, przez zrealizowanie swego planu powołania do życia Rady Narodowej. W istniejących warunkach tego rodzaju namiastka

przedstawicielstwa narodowego powstać mogła tylko z formalnej nominacji, w tym wypadku prezydenta RP. Intencją autora projektu - Sikorskiego - było, by wśród nominatów uwzględniono możliwie najszerzej działaczy politycznych, którzy w poprzednich okresach piastowali mandaty poselskie. Przy przeprowadzaniu tej zasady nastręczały się jednak obiektywne trudności, wynikające z konieczności uwzględnienia w pierwszym rzędzie przedstawicieli stronnictw, które stanowiły podstawę polityczną rządu, to jest PPS, SL, SN i SP. Nie wykluczano kandydatur posłów dwóch ostatnich elitarnych sejmów, bojkotowanych przez wszystkie stronnictwa opozycyjne. W wyniku różnych sondaży i porozumień, skompletowano w ciągu grudnia listę członków Rady Narodowej, której jądrem było przedstawicielstwo 4 stronnictw złożone przeważnie z byłych posłów, będących jednakże w mniejszości w stosunku do pełnego składu Rady. Byli wśród nich dawniejsi posłowie: Lieberman i Ciołkosz (PPS), Bielecki i Zaleska (SN), Mikołajczyk (SL) i Kwiatkowski, wydawca „Narodowca” (SP). Pozostałe miejsca zajęli: z ramienia SL jeden z przywódców „Wici”, dr Jaworski, a z SP były powstaniec śląski, ks. Brandys, poza tym weszli do Rady spośród posłów ostatniego elitarnego sejmu, przedstawiciel ludności żydowskiej dr Schwarzbart, przedstawiciel mieszczaństwa wielkopolskiego Jóźwiak, oraz dwaj wilnianie, gen. Żeligowski i Cat-Mackiewicz. W sumie na większość Rady Narodowej składali się bezpartyjni z biskupem polowym, ks. dr. Gawliną, na czele. W związku z tym dość przypadkowym składem, zmuszony jestem poświęcić nieco miejsca osobie późniejszego nieprzejednanego krytyka gen. Sikorskiego, Cata-Mackiewicza. W wydanej po powrocie do Polski książce Zielone oczy, nie przebierając w gromadzeniu rzekomych faktów, mających na celu podważenie a nawet ośmieszenie działalności Sikorskiego i jego rządu, ucieka się Mackiewicz do właściwego sobie chwytu, polegającego na przekazywaniu historii faktów nie tak jak one w istocie wyglądały, ale jak to pasowało do przyjętej przez niego i z niewątpliwym, niestety, talentem odmalowanej tendencji. Pisze więc, że rząd Sikorskiego, powołując go do Rady Narodowej, liczył na to, że on jako krytyk polityki Becka (w końcowym co prawda dopiero okresie), i na skutek tego osadzony przez Składkowskiego w Berezie, wykorzysta trybunę Rady Narodowej do rozpraw z polityką byłego reżymu, którego był jednym z najgorliwszych popleczników. W gruncie rzeczy to, co Mackiewicz podaje jako intencję rządu, wiązaną ze swoją rolą w Radzie, stanowiło zestaw argumentów, z którymi obchodził wybitniejszych członków rządu, przekonując ich, z jakich powodów on właśnie, były poseł sanacyjny i redaktor ultrakonserwatywnego „Słowa” oraz więzień Berezy powinien znaleźć się wśród członków przedstawicielstwa parlamentarnego, powołanego przez rząd Sikorskiego. Nie jest to zresztą jedyne zniekształcenie, jakiego się dopuszcza Cat-Mackiewicz w wymienionej książce. Nie gardząc żadnym chwytem mającym na celu obniżenie pozycji Sikorskiego i to za pomocą faktów najłatwiej przemawiających do czytelników o przeciętnej mentalności, w pewnym miejscu wstępuje na drogę zwyczajnego kłamstwa. Pisze mianowicie, że Sikorskiemu po zdobyciu w Paryżu pierwszoplanowej pozycji politycznej i wojskowej, po prostu przewróciło się w głowie. Przedtem zatrzymywał się zawsze w skromnym hotelu w Dzielnicy Łacińskiej, zostawszy zaś jesienią 1939 roku premierem rządu i wodzem naczelnym, wynajął luksusowe mieszkanie w najdroższej dzielnicy Paryża, w okolicach Lasku Bulońskiego. Autor nie podaje adresu tego mieszkania, gdyż jest to wytwór jego własnej fantazji, a nie rzeczywistości. W istocie Sikorski we wrześniu 1939 roku, tak jak prawie zawsze podczas swoich przyjazdów do Paryża w okresie pomajowym, zatrzymał się w hotelu Danube przy rue Jacob. Był to swego rodzaju hotel polskich polityków opozycyjnych, ja sam bowiem doń trafiłem w 1928 roku za poradą redaktora „Robotnika”, byłego posła PPS Niedziałkowskiego. Jesienią 1939 roku

mieszkała tam większość ministrów. Sikorski opuścił Danube gdzieś w początkach listopada, jak to dobrze pamiętam, gdyż przeniosłem się do opróżnionego przez niego pokoju. Pozostawało to w związku z przydzieleniem przez władze francuskie hotelu Regina przy rue Rivoli na siedzibę polskich władz wojskowych. Zajął tam dwupokojowy apartamencik, w którym mieścił się jego pokój sypialny i gabinet pracy. Dwa miesiące później, gdy przybyła do Paryża pani Sikorska z córką, Generał objął wolny apartament w Ambasadzie RP, który właśnie opuścił zdymisjonowany ambasador Łukasiewicz. Taka jest prawda, którą Cat-Mackiewicz przedstawia w sposób jak najbardziej fantastyczny i złośliwy. Aby skończyć z rolą tego zaprzysiężonego wroga Sikorskiego, pragnę jeszcze dorzucić kilka słów o jego stanowisku wobec kandydatury Ignacego Paderewskiego na przewodniczącego Rady Narodowej. CatMackiewicz był zdecydowanym przeciwnikiem tej kandydatury podczas wstępnych rozmów na ten temat między członkami Rady. Twierdził, że nazwisko Paderewskiego nie ma już dziś tego wydźwięku co podczas pierwszej wojny, a zwłaszcza jakoby nic nie mówi społeczeństwu w kraju. Jego kandydatem na przewodniczącego Rady był gen. Żeligowski. Argumenty na rzecz tej kandydatury nie trafiły jednak do przekonania pozostałym członkom Rady i ostatecznie on sam wycofał się z popierania Żeligowskiego. Wskutek tego wybór Paderewskiego mógł być dokonany w formie jednomyślnej manifestacji. Przyjazd Paderewskiego do Paryża i jego przemówienie po wyborze na przewodniczącego Rady Narodowej „Polski Walczącej” stało się dla prasy francuskiej sensacją polityczną, której echa znalazły odpowiednie miejsce także w prasie brytyjskiej i amerykańskiej. Po inauguracji Rady Narodowej mógł się Sikorski poświęcić odtąd już całkowicie najważniejszej sprawie, jaką była kwestia organizacji wojska polskiego we Francji. Prace te wypadło prowadzić w niezwykle ciężkiej i niesprzyjającej atmosferze politycznej. Stosunki oficjalne między rządem francuskim a przedwrześniowym rządem polskim dalekie były od atmosfery, w jakiej zdawałoby się powinni współpracować sprzymierzeńcy. Pułkownik Beck znany był z wyraźnej niechęci, a nawet wręcz jawnie demonstrowanego lekceważenia Francji. Wiernym wykonawcą i rzecznikiem tej postawy był jego ambasador w Paryżu, Łukasiewicz, który wsławił się niespełna rok przed wybuchem wojny ogłoszeniem broszury pod wymownym tytułem: Polska jest mocarstwem. Z wyżyn tej mocarstwowości traktował Łukasiewicz tych wszystkich Francuzów, polityków i wojskowych, z którymi z tytułu funkcji wypadło mu się stykać. A ponieważ nie grzeszył zbytnim talentem dyplomatycznym, więc nic dziwnego, że narobił sobie wśród Francuzów sporo wrogów. Sytuacja pod tym względem była tego rodzaju, że minister spraw zagranicznych Zaleski, chociaż sam związany z tym samym obozem co Łukasiewicz i na ogół niechętny jakimkolwiek zmianom w pozostałej po Becku obsadzie, wkrótce doszedł do wniosku, że pozostawanie Łukasiewicza na stanowisku ambasadora RP przynosi więcej szkody niż pożytku. I dlatego mimo swoich bliskich osobistych stosunków z Łukasiewiczem, wystąpił z wnioskiem o zwolnienie go ze stanowiska. Dodatkowym argumentem, na rzecz takiego rozwiązania był fakt, iż, wobec przebywania na terenie Francji rządu, nie zachodziła potrzeba pewnego rodzaju dublowania przedstawicielstwa i wystarczyło, że agendami Ambasady RP kierować będzie w roli chargé d'affaires radca Frankowski. Łukasiewicz inicjatywę zwolnienia go ze stanowiska przypisywał Sikorskiemu i odtąd już stał się niezwykle czynny jako organizator i inicjator różnych akcji dywersyjnych przeciwko niemu. Znalazł do tego okazję w niespełna pół roku później, po załamaniu się Francji i przeniesieniu rządu polskiego do Londynu.

O ile jednak w dziedzinie ściśle politycznej można było stosunkowo łatwo dzięki przede wszystkim pozycji, jaką miał sam Sikorski, odrobić błędy przedstawicieli dawnego reżymu, o tyle znacznie trudniej przedstawiała się ta kwestia w dziedzinie spraw wojskowych. W tym względzie nieprawdopodobną wprost szkodę spowodowało zarozumialstwo i pewność siebie wszystkich przedstawicieli polskich, do których należało utrzymywanie kontaktów z Francuzami. Szczególnie ujemnie w tej dziedzinie zapisał się minister spraw wojskowych gen. Kasprzycki, który negocjował odpowiednie umowy, dotyczące współdziałania armii francuskiej po wybuchu wojny, a także kwestię stworzenia we Francji jakiegoś ośrodka polskiej rezerwy wojskowej. Jego ocena polskiej sytuacji militarnej odpowiadała w pełni obowiązującym wówczas przechwałkom wielkomocarstwowym. Zapewniał Francuzów, że Polska sama potrafi skutecznie opierać się naporowi Niemców przez dłuższy okres czasu. Według pewnych, trudnych do sprawdzenia wersji, miał na przykład zapewniać gen. Gamelin, przewidzianego na wypadek wojny na stanowisko naczelnego wodza armii francuskiej, iż Polskę stać na opór do jakichś sześciu miesięcy. Nic też dziwnego, że kiedy cały ten gmach runął po dwu i pół tygodniach, francuskie koła wojskowe poddały radykalnej rewizji swą opinię na temat wartości Polski jako sojusznika. Wobec katastrofy bez precedensu z miejsca uznano, że sojusznik jest bez wartości. W możność stworzenia poważniejszego ośrodka wojska polskiego na obczyźnie, które by było w stanie wziąć rychło udział w wojnie, nie chciano wierzyć. Zresztą tego rodzaju przedsięwzięcie godziło pośrednio w wojenny wysiłek Francji. Chodziło przecież o prawie 120 tysięczną rzeszę robotników polskich, pracujących we Francji, przeważnie w przemyśle górniczym i hutniczym. W atmosferze nadmiernej wiary we własne siły, a przede wszystkim w nienaruszalność linii Maginota, z niechęcią odnoszono się do żądania Sikorskiego zwolnienia kilku roczników poborowych. Nie doceniano równocześnie siły przeciwnika. Błyskawiczne powodzenie wojsk Hitlera w Polsce przypisywano wyłącznie naszemu nieprzygotowani u i niedołęstwu polskiego dowództwa, a nie przygniatającej przewadze technicznej armii niemieckiej. Nie kwapiono się wreszcie z przestudiowaniem przedłożonych przez sztab polski gruntownych opracowań na temat przebiegu kampanii wrześniowej i przyczyn błyskawicznego powodzenia wojsk Hitlera. W takiej to atmosferze rozpoczynał Sikorski prace nad sformowaniem wojska polskiego we Francji. W wyniku żmudnych rokowań uzyskał od władz francuskich zwolnienie z przemysłu 50 tysięcy poborowych Polaków. Przełamał trudności stawiane przez sztabowców francuskich (wyróżnił się w tym zwłaszcza gen. Colson), którzy uważali, że nie należy tworzyć z Polaków większych jednostek wojskowych, najwyżej pułki i te najszybciej przydzielać do odpowiednich formacji francuskich. W wyniku tych zmagań ciężkich, denerwujących i, poza gronem bezpośrednio w nich uczestniczącym, nie znanych kołom polskim, przeprowadził Sikorski swój plan organizacji armii polskiej, która w możliwie krótkim okresie czasu mogła wziąć czynny udział w walkach na zachodnim froncie. Do jakiego stopnia rokowania na ten temat z Francuzami przeciągały się, najlepiej świadczy fakt, że formalna umowa wojskowa regulująca sprawę odbudowy wojska polskiego, mogła być podpisana dopiero 4 stycznia 1940 roku, a umowa lotnicza jeszcze później, bo 17 lutego tego roku. Zwolniona z prac w przemyśle francuskim liczba poborowych wystarczała na razie na rozpoczęcie prac organizacyjnych. W przyszłości liczył się Sikorski z napływem ochotników spośród żołnierzy internowanych w obozach na Węgrzech, gdzie zorganizowano niesłychanie trudną akcję ewakuacyjną. Powstał problem z doborem odpowiedniej kadry oficerskiej, zwłaszcza oficerów

wyższych stopni. W tej dziedzinie właśnie wystąpiły trudności i komplikacje. Oczyszczony gruntownie po maju z wszelkich „niepożądanych” elementów polski korpus oficerski nie cieszył się najlepszą opinią wśród wychodźstwa polskiego we Francji. Znało ono dobrze wyczyny oddanych Piłsudskiemu grup oficerskich. Ekscesy te zaczęły się niedługo po przewrocie i przetrwały właściwie do końca załamania się reżymu. Wychodźstwo polskie we Francji wywodziło się przeważnie z emigracji westfalsko-nadreńskiej, która uformowała jego zasadniczy styl życia. Było ono niesłychanie wrażliwe na wszystko co się dzieje w ojczyźnie, śledziło żywo walki i zmagania o praworządność i demokrację. Z obserwacji stosunków francuskich nauczyło się, iż wojsko jest tam „wielką niemową”, stoi z dala od wewnętrznych walk partyjno-politycznych. Z kontaktów z francuskimi towarzyszami pracy młodzi Polacy w wieku poborowym wiedzieli, że stosunek oficerów do żołnierzy w wojsku francuskim różni się zasadniczo - w sensie dodatnim - od tego, z jakim zapoznali się w czasie swej służby w wojsku polskim. W tych warunkach trudno było się dziwić, że uformowani w dużym stopniu na modłę obyczajów francuskich żołnierze spośród wychodźstwa polskiego nie pogodzą się z metodami, które znali bądź z własnego doświadczenia, bądź z opowiadań o stosunkach panujących w wojsku polskim po maju 1926 roku. To krytyczne nastawienie jeszcze się wzmocniło na skutek napływających informacji o zachowaniu się wielu oficerów, zwłaszcza wyższych stopniem, w czasie kampanii wrześniowej. Jak zawsze w podobnych sytuacjach była tendencja do zbyt pochopnego uogólniania pojedynczych faktów. O bohaterskiej śmierci oficera legionowego z „siódemki beliniaków” gen. Grzmot-Skotnickiego, mniej mówiono. Wszyscy natomiast znali i powtarzali przygody czołowych generałów piłsudczykowskich, jak Dąb-Biernacki czy Ryś-Trojanowski, którzy przezornie już pod koniec pierwszego tygodnia wojny opuścili szeregi. Zwłaszcza wypadek Dąba-Biernackiego był wyjątkowo jaskrawy. Chodziło bowiem o długoletniego inspektora armii, dowódcę wielkiej armii odwodowej, odgrywającej w planie naczelnego dowództwa czołową rolę, który opuścił swą armię i w „poszukiwaniu Naczelnego Wodza”, zatrzymując się po drodze parę dni dla „wypoczynku” w majątku swoich przyjaciół, dotarł aż na Węgry... (Był to ten sam generał, na którego rozkaz grono oficerów urządziło karny napad na mieszkanie docenta uniwersytetu wileńskiego, Cywińskiego, maltretując go na oczach rodziny). Odświeżyło to w pamięci Polaków we Francji stare bolesne historie. Najpierw napad grupy oficerów na byłego ministra Jerzego Zdziechowskiego, później pobicie pisarzy: Adolfa Nowaczyńskiego, Dołęgi Mostowicza, profesora Stanisława Strońskiego, posła i byłego wiceministra Jana Dąbskiego, głośne najście stu kilkudziesięciu oficerów na sejm w dniu niedoszłego otwarcia jego sesji przez Piłsudskiego itd., itd. Jak dalece opinia na tym punkcie była wyczulona, najlepiej dowodzi fakt, że Paderewski, do którego siedziby w Szwajcarii również dotarły relacje o zachowaniu się wielu oficerów w kampanii wrześniowej, i to przeważnie od naocznych świadków, uznał za wskazane wystąpić wobec Sikorskiego z dość niezwykłą inicjatywą. W specjalnym piśmie doradza mu gorąco, aby zrezygnował ze współpracy większości wyższych oficerów, a oparł się natomiast na młodszych elementach korpusu oficerskiego, nie ponoszących bezpośrednio odpowiedzialności za różne wyczyny reżymu sanacyjnego. Niestety, nie była to sprawa tak prosta, jak sobie wyobrażał wielki patriota. Nie odpowiadała ona ponadto osobistemu nastawieniu Sikorskiego, który, wbrew temu co o nim wypisują różni jego

krytycy, był jak najbardziej daleki od wszelkiej mściwości i załatwiania porachunków osobistych. Przeciwnie, sądził, że wobec ogromu katastrofy narodowej nawet wśród ludzi, którzy nie zawsze postępowali zgodnie z wzniosłymi hasłami honoru wojskowego, znajdzie współpracowników lojalnych, gotowych uczciwą służbą odrobić dawne błędy. Z powstałego splotu trudności znalazł Sikorski wyjście, które w ówczesnej sytuacji wydawało mu się jedyne. Był zdecydowany nie dopuścić do nowej armii polskiej tych oficerów, których udział w niegodnych „wyczynach” był niewątpliwy. Należało jednak wpierw ustalić ich odpowiedzialność. W tym celu zdecydował się powołać do życia specjalne Biuro Ewidencyjne, którego kierownictwo powierzył dawnemu swemu współpracownikowi, płk. dr. Modelskiemu5. Zadaniem tego biura było uzyskanie informacji od zgłaszających się wojskowych o przebiegu ich dotychczasowej służby ze szczególnym uwzględnieniem udziału w kampanii wrześniowej i ewentualnej roli w życiu politycznym. Zebrany w ten sposób materiał miał być następnie sklasyfikowany i służyć jako podstawa do dalszych akcji dyscyplinarnych czy wojskowych. Równocześnie, aby uzdrowić atmosferę, jaka się wytworzyła w obozie organizacyjnym wojska w Coëtquidan, gdzie od samego początku, to jest od końca września trwały bezustanne spory i dyskusje nad przyczynami klęski wrześniowej i odpowiedzialnością za nią, wydał Sikorski 9 października rozkaz zabraniający wszelkich rozmów na ten temat. Była to jedyna droga uchronienia nowego wojska od rozpolitykowania i dania mu gwarancji, że obrachunek z niechlubną przeszłością zostanie załatwiony tak, jak wymaga tego demokratyczna praworządność. W ten sposób stwarzał Sikorski warunki do zdrowej atmosfery i właściwego stosunku między żołnierzem a oficerem w organizującym się wojsku polskim. Nie uwzględnił jednak trudności stojących na przeszkodzie szybkiemu organizowaniu wojska. Klucz do nich leżał w ręku byłego naczelnego dowództwa. Rydz-Śmigły, po przekroczeniu granicy, czuł się w Rumunii przez co najmniej kilka tygodni ciągle wodzem naczelnym tworzącego się we Francji wojska polskiego. Pogląd ten podzielała zresztą duża liczba bliskich mu wyższych dowódców i oficerów. Jeden z nich w osobistym liście do Sikorskiego wyraźnie oświadcza, że tak jak wszyscy „uczciwi oficerowie” uważają Sikorskiego za tymczasowego pomocnika wodza naczelnego Rydza-Śmigłego, pełniącego te czynności aż do chwili, kiedy ten odzyska swobodę ruchów i będzie mógł osobiście zająć we Francji należne mu stanowisko. Istotnie, przez pierwsze kilka tygodni w Rumunii Rydz-Śmigły zachowywał się jak człowiek nie zdający sobie zupełnie sprawy z sytuacji, odgrywający ciągle rolę „drugiej osoby w państwie” według słynnego okólnika Sławoja Składkowskiego. Niedługo po przekroczeniu granicy zwołał odprawę oficerów II Oddziału, która odbyła się na Bukowinie w Kimpolung. Stawiła się na nią cała masa oficerów rozporządzających olbrzymimi sumami w obcych walutach. Na tej to odprawie ustalono wytyczne polityczne i organizacyjne oraz stosunek do powstałego w Paryżu rządu Sikorskiego i jego akcji na odcinku organizacji wojska polskiego we Francji. Według otrzymanych później informacji, owa odprawa odbywała się pod znakiem głębokiego przekonania, że wojna potrwa stosunkowo krótko, bo Francja i Wielka Brytania szybko załatwią się z Niemcami. W tych warunkach nie wiadomo, kto będzie w Polsce wcześniej: ci z Paryża czy też ci z Rumunii i Węgier, rozporządzający poza tym osobą prawowitego wodza naczelnego. Postanowiono wobec tego nie zezwalać na wyjazdy do Francji z wyjątkiem ludzi pewnych, mających za zadanie Sikorskiego osaczyć, narzucić mu swoich kontrolerów, a gdzie się da, wysiłki jego sabotować.
5

Powołany z powrotem do czynnej służby objął on w Paryżu stanowisko zastępcy ministra spraw wojskowych.

Akcję tę zorganizowano z dużym powodzeniem. Wzywanych imiennie wielu oficerów przez sztab naczelnego wodza z Paryża nie można było w obozach odszukać. Równocześnie zjawiali się u obu najbliższych współpracowników Sikorskiego (gen. Kukiela, pierwszego zastępcy ministra spraw wojskowych i płk. Modelskiego, drugiego zastępcy) tacy kandydaci do stanowisk, którzy z wojskiem od dawna już niewiele mieli wspólnego, albo oficerowie rezerwy już nie do wykorzystania ze względu na wiek. Między innymi, zjawił się na przykład u Kukiela były premier i długoletni minister Kościałkowski, meldując swój przyjazd „na wezwanie” i wyrażając uznanie dla Sikorskiego za jego wielkoduszność okazaną tym krokiem. Takich nie wzywanych przybywało do Paryża dziesiątki, gdy równocześnie młodszym oficerom rwącym się do dalszej służby i walki, utrudniano przyjazd. Bodajże najbardziej charakterystyczną ilustracją stosunków - nim sytuacji tej nie opanowano panujących początkowo w obozach internowanych na Węgrzech, był wypadek wiceprezesa Stronnictwa Ludowego, Stanisława Mikołajczyka. Zmobilizowany w sierpniu, przekroczył granicę razem ze swoim oddziałem i w obozie na Węgrzech pilnował jakichś map, jak przystało na funkcję starszego strzelca. Rozumiał on jednak, że z tytułu swojej roli politycznej może być inaczej i pożyteczniej wykorzystany i dlatego od chwili uzyskania wiadomości o powstaniu rządu w Paryżu wysłał w ciągu miesiąca co najmniej 10 listów do Sikorskiego i ludzi z jego otoczenia, wszystkie przez komendę obozu, zgodnie z obowiązującym regulaminem. Po sześciu tygodniach zorientował się nie otrzymując od nikogo odpowiedzi, że listy jego nie dochodzą. Skorzystał więc pewnego dnia z przypadkowej przepustki, poszedł do pobliskiego miasta i wysłał stamtąd bezpośrednio kilka listów. Po tygodniu na skutek telegraficznego rozkazu Sikorskiego, który przez cały ten czas bezskutecznie Mikołajczyka poszukiwał, został wreszcie odnaleziony i odtransportowany do Paryża. W tej sytuacji zebrała się wówczas w Paryżu stosunkowo liczna grupa oficerów bądź nie nadających się do wykorzystania w nowych okolicznościach, bądź już niezdolnych do czynnej służby. Trzeba było się nimi zająć i zagwarantować im znośne warunki życia - stworzono więc specjalny obóz w Cérisay. Panowała w nim całkowita swoboda, oficerowie mieszkali w luksusowych willach, z pełnym utrzymaniem, dostawali nadto pół pensji i nie mieli żadnych obowiązków. Powszechnie panował tam brydż, a nade wszystko plotki, a wśród gorliwszych przygotowywanie materiałów do uderzenia w rząd Sikorskiego. Stamtąd szły oczerniające reportaże i artykuły do prosanacyjnej prasy polonijnej w Stanach Zjednoczonych. W nowojorskim „Nowym Świecie”, a za nim i w innych pismach (w napaściach celował zwłaszcza bliski wówczas Kościołowi narodowemu tygodnik „Ameryka Echo”), puszczono w świat wiadomość, że Cérisay to nowa Bereza. Spolszczywszy francuską nazwę miejscowości, czyniono aluzje do głośnego polskiego więzienia w Wiśniczu. Niepoczytalna ta akcja, której punktem kulminacyjnym był list wspomnianego gen. Dąb-Biernackiego do prezydenta Francji Lebruna, pełen najordynarniejszych oskarżeń i bezpodstawnych zarzutów pod adresem Sikorskiego, przybrała takie rozmiary, że zmusiła odpowiedzialniejsze jednostki spośród zwolenników dawnego reżymu do przeciwdziałania. Prezydent Raczkiewicz uznał, że trzeba położyć kres nienormalnemu stanowi rzeczy, wyrażającemu się w fakcie, iż internowany były wódz naczelny w Rumunii uważa się w dalszym ciągu za efektywnego zwierzchnika polskich sił zbrojnych. Wysłał w końcu października specjalnego delegata z apelem o złożenie dymisji w celu ułatwienia rozwiązania sytuacji przynoszącej szkodę sprawie polskiej. Ostatecznie Rydz-Śmigły, podobno wbrew „radom” wielu oficerów ze swego otoczenia, przychylił się do tej sugestii i dymisję złożył. W następstwie tego faktu Sikorski został formalnym dekretem prezydenta RP z 7 listopada 1939 zamianowany wodzem naczelnym.

Wśród takich to trudności i szarpaniny nerwów Sikorski z pomocą garstki oddanych współpracowników przeprowadza organizację wojska z myślą o możliwie najszybszym wejściu do czynnej walki po wrześniowej klęsce. W kwietniu 1940 roku odbudowane siły zbrojne we Francji liczą 82 tysiące żołnierzy, ponad 8 tysięcy lotników (gros ich ulokowane jest w Anglii) i 1 400 marynarzy. W końcu kwietnia i w początkach maja rozpoczynają walkę pierwsze dwie dywizje piechoty, kompletnie wyposażone i wyszkolone oraz brygada pancerna. Organizacja dalszych dywizji jest na ukończeniu. Równocześnie Wódz Naczelny myśli o stworzeniu innych ośrodków organizacji armii, gdzie można by wykorzystać uciekinierów z obozów w Rumunii. Decyduje się na organizowanie oddziałów polskich na Bliskim Wschodzie i w połowie kwietnia powierza tę misję płk. Kopańskiemu. Pamięta również o wspaniałym wkładzie Polonii amerykańskiej w dzieło tworzenia armii polskiej na Zachodzie podczas pierwszej wojny. Wprawdzie Stany Zjednoczone są ciągle neutralne, a wśród Polonii żywe są jeszcze urazy z powodu metod zastosowanych przy demobilizacji Błękitnej Armii gen. Hallera. Sikorski liczy jednak na patriotyzm Polonii. Z myślą o poprawieniu atmosfery i przygotowaniu terenu pod ewentualną przyszłą akcję, wysyła w początkach 1940 roku do Stanów specjalną misję pod przewodnictwem gen. Hallera. * Niestety, wielkiemu wysiłkowi Polaków nie odpowiada rozwój sytuacji wojennej we Francji. Przez długie osiem miesięcy trwa tam ponura drôle de guerre, zabawa w wojnę. Czuje się, że wojna ta nie jest we Francji popularna. Długoletnia propaganda pacyfistyczna przygotowała grunt do tego, by masy francuskie bez oporu przyjęły hasło, iż „nie warto umierać za Gdańsk”. Niemcy zresztą planowo prowadzą akcję dywersyjną, raczej markując działania wojenne i uderzają dopiero 10 maja 1940, kiedy ocenili, iż grunt jest dostatecznie przygotowany. Na nic się zdała linia Maginota. W komunikatach wojennych zjawia się znowu ponura nazwa Sedanu, pamiętna klęską Francji w 1870 roku. 17 czerwca nowy rząd francuski, któremu przewodzi zwycięzca z poprzedniej wojny, marszałek Pétain - nazwisko to dezorientuje wierzących we Francję Polaków - zwraca się o zawieszenie broni. Ostatecznie wychodzi na to, że opór Francji trwa niewiele dłużej niż w Polsce we wrześniu 1939 roku, mimo jakże radykalnie innego stosunku sił i mimo faktu, że przecież Francja miała tylko jeden front, od strony Niemiec i korzystała z wydatnej pomocy Anglików. Katastrofa Francji zaskoczyła nie tylko Polaków. Rozpaczliwe wysiłki Churchilla, aby utrzymać Francję, spełzły na niczym. Ciężko zawiódł się na francuskich dowódcach Sikorski, który zbyt, niestety, wierzył ich zapewnieniom. Zdawało się, że tym razem walka jest przegrana. Taki wniosek wysnuli zresztą małoduszni krytycy Sikorskiego, jak słynny Cat-Mackiewicz, który 17 czerwca w Libourne rozwijał akcję za pójściem w ślady Pétaina i włączeniem się w rokowania o rozejm z Hitlerem... Sikorski w owych dramatycznych przełomowych dniach usiłował dotrzeć na front, gdzie walczyły polskie jednostki. O postawie tych oddziałów powie później w najściślejszym gronie nowy wódz naczelny Francji gen. Weygand: inaczej potoczyłyby się wypadki wojenne, gdybym miał dziesięć takich dywizji jak polskie. W tej nad wyraz ciężkiej, i zdawałoby się beznadziejnej sytuacji, gdy wielu małodusznych uważało, że z upadkiem Francji wszystko jest skończone, Sikorski zabłysnął wyjątkowym zasobem energii

i wykazał wysokie kwalifikacje. Była to jedna z najbardziej istotnych cech jego charakteru, człowieka z natury raczej porywczego, sangwinika, że w momentach trudnych zdobywał się na wyjątkowy spokój, opanowanie, wtedy właśnie ujawniał wartości prawdziwego i wielkiego wodza. Powróciwszy z frontu do Libourne pod Bordeaux, gdzie mieściła się chwilowa siedziba rządu polskiego, odrzucił z miejsca przygotowany podczas jego nieobecności plan ewakuacji ekipy rządowej, uzgodniony przez ministra spraw zagranicznych, Zaleskiego, z ambasadorem brytyjskim, Kennardem, polegający na tym, że do Wielkiej Brytanii miał jechać tylko prezydent i rząd i około setki wybranych urzędników. Plan ten był wyrazem popłochu opartego na przekonaniu, że właściwie cała armia polska we Francji jest stracona. Sikorski nie poddaje się tym nastrojom, wierzy, że pewną, dość znaczną część wojska da się jeszcze uratować. Chodzi tylko o to, aby zapewnić tym oddziałom przewiezienie do Wielkiej Brytanii. 18 czerwca wylatuje do Londynu, udaje się do premiera Churchilla w jego siedzibie przy Downing Street i historyczną tę rozmowę rozpoczyna od zasadniczego pytania: czy Anglicy mimo dotychczasowych niepowodzeń, nie zważając na grożące niebezpieczeństwa, gotowi są walczyć dalej, tak jak zdecydowani są to czynić Polacy. Otrzymuje odpowiedź, że walka będzie prowadzona, nawet gdyby wyspy brytyjskie były przez nieprzyjaciela opanowane. Następnie układa z władzami wojskowymi i morskimi plan przewiezienia na wyspę wszystkich żołnierzy polskich, jacy zdołają dotrzeć do francuskich portów. W ten sposób uratowano i przewieziono do Wielkiej Brytanii około 25 tysięcy żołnierzy. Jeśli do tego dodać przebywających już na wyspie 2 300 lotników polskich i 1 400 marynarzy oraz 5 000 żołnierzy na Bliskim Wschodzie, to okaże się, że mimo wyjątkowo nie sprzyjających okoliczności, w jakich wypadało opuścić Francję, nowy start organizacyjny armii polskiej na obczyźnie zaczynał się w nie najgorszych jeszcze warunkach. Sześć tygodni później, 5 sierpnia 1940 roku, podpisuje Sikorski wraz z ministrem spraw zagranicznych umowę wojskową z rządem brytyjskim, dając w ten sposób organizacji armii mocne podstawy materialne. Klęskę francuską wykorzystali przeciwnicy Sikorskiego i wszczęli przeciw niemu kampanię, zarzucając mu zaprzepaszczenie armii polskiej we Francji przez lekkomyślne użycie dwóch dywizji piechoty i brygady pancernej w walkach, podczas gdy należało, ich zdaniem, naśladować Piłsudskiego z okresu Legionów. W ówczesnej sytuacji wrogowie Sikorskiego mieli nadzieję wziąć odwet za upokorzenia doznane w okresie formowania władz polskich we Francji po katastrofie wrześniowej. Jak zwykle w podobnego rodzaju wypadkach, atmosfera była przepojona właściwymi Polakom potępieńczymi swarami, oskarżeniami, szukaniem winnych, oczywiście wśród najbliższych współpracowników Sikorskiego. Wykorzystano akcję złożenia złota Banku Polskiego w jednej z kolonii francuskich w Afryce, uznając je już za stracone. Analizując bliżej rodzaj i jakość tych zarzutów odnosiło się wrażenie, że Sikorski jest winien, iż nie przewidział klęski Francji, małoduszności jej wodzów i polityków, że zanadto zaangażował się w akcję, w której żołnierz polski walcząc we Francji miał się zrehabilitować po katastrofie wrześniowej. Rolę głównego inspiratora tej kampanii przyjął na siebie były ambasador RP przy rządzie francuskim. Łukasiewicz. Krytycy Sikorskiego nie zadawali sobie trudu głębszego i trzeźwego przeanalizowania ówczesnej sytuacji. Cała ich argumentacja z manewrami Piłsudskiego, z wyprowadzeniem w pole Austriaków, nie miała najmniejszego zastosowania do istniejących warunków. Gdyby wojsko polskie we Francji nie zademonstrowało, że chce walczyć a tylko oczekuje momentu, aby jak najbezpieczniej z Francji uchodzić, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż taka postawa skończyłaby się znacznie większą katastrofą niż ta, której doświadczyliśmy w czerwcu, w momencie kapitulacji Francji. Ówczesny bilans

naszych strat wyrażał się takimi pozycjami: 1 300 poległych, około 4 700 rannych, 15 000 dostało się do niewoli niemieckiej, w Szwajcarii internowana została dywizja Prugar-Kettlinga w liczbie około 11 000 ludzi. Z tej grupy wielu dotarło z czasem na wyspę. W Szwajcarii nasi żołnierze spędzili okres wojny, zdobywając tam wykształcenie i jak najlepszą opinię wśród miejscowego społeczeństwa. Przede wszystkim zaś i to jest fakt najważniejszy, ta wola walki wojska polskiego i jego dzielność, były kapitałem zapewniającym współdziałanie walczących Francuzów, bez pomocy których skomplikowany proces ewakuacji z Francji nie byłby się udał, a ponad wszystko wzbudziła szacunek Anglików. Kiedy Sikorski zjawił się 19 czerwca u Churchilla, premier Wielkiej Brytanii złożył mu gratulacje z powodu postawy wojsk polskich we Francji, o których miał jak najlepsze relacje i oceny swoich podkomendnych. Jeżeli wojsko polskie w Wielkiej Brytanii mogło się tak szybko odrodzić, jeżeli zyskało szacunek i przyjaźń gospodarzy, to tylko dzięki temu, że przybyło tam w aureoli niezłomnych bojowników, a nie chytrych i przebiegłych uciekinierów... I to jest historyczna zasługa kierownictwa Sikorskiego w tym przełomowym okresie wojny. Przeciwnicy Sikorskiego, zaczynając od tych, którzy w dużym stopniu dzięki jego wielkoduszności zasiedli na najwyższych szczeblach hierarchii państwowej, myśleli jednak innymi kategoriami. Dla nich była to przede wszystkim doskonała sposobność pozbycia się Sikorskiego, z którym we Francji nie mogli się nie liczyć. Wiedzieli, że w Anglii nie ma on żadnych stosunków, natomiast, zdawało im się, że mają w ręku atuty, które mogą zagrać. Ministrem Spraw Zagranicznych był przecież August Zaleski, który pierwszą wojnę spędził w Londynie jako reprezentant początkowo antyrosyjskich kół masońskich Warszawy, a później półoficjalny przedstawiciel austrofilskiego Naczelnego Komitetu Narodowego. Posiadał on zażyłe stosunki w różnych klubach i lożach. Miał do pomocy obracającego się w tych samych sferach agenta, niejakiego Horodyskiego. Ewentualnym łącznikiem z lewicową Labour Party miał być dawny ambasador Tytus Filipowicz, kiedyś najbliższy współpracownik Piłsudskiego, później z nim skłócony, teraz znowu pogodzony z jego epigonami, jako że Sikorski nie potrafił zaspokoić nadmiernych jego pretensji. Całemu temu towarzystwu ciążyły zobowiązania, jakie dał prezydent przy tworzeniu rządu Sikorskiego w Paryżu 3 września, a które powtórzył w mowie do kraju 30 listopada, iż nie będzie korzystał z prerogatyw artykułu 13 formalnie obowiązującej konstytucji kwietniowej inaczej jak tylko po uprzednim porozumieniu z premierem. Chodziło o ograniczenie dyktatorskich uprawnień prezydenta, nie dających się pogodzić z elementarnymi wymogami demokratycznego systemu rządzenia. Mniej cierpliwi fanatycy starego reżymu czekali więc tylko na sposobność, aby odrobić „słabości”, do których byli zmuszeni w Paryżu jesienią 1939 roku. W cztery zaledwie tygodnie po zainstalowaniu się polskich władz w Londynie przystąpiono do działania. 18 lipca prezydent Raczkiewicz, bez zamienienia z premierem choćby jednego zdania na temat motywów swego postępowania, przysłał mu dymisję ze stanowiska premiera, powierzając równocześnie misję tworzenia nowego rządu Augustowi Zaleskiemu. Powraca po 19 niespełna miesiącach ta sama kombinacja personalna, którą prezydent chciał przeprowadzić w końcu września 1939 roku w Paryżu, a z której musiał zrezygnować pod naciskiem Ignacego Paderewskiego i grupy opozycyjnych polityków z prof. Strońskim na czele. Na rozmowę z Sikorskim Raczkiewicz nie miał czasu, obficie natomiast go wykorzystał na przygotowanie gruntu wśród przywódców stronnictw tworzących podstawę polityczną rządu. Wobec nieobecności prezesa Stronnictwa Narodowego Bieleckiego, który pozostał we Francji, liczono na neutralność tego Stronnictwa. Z rachunku wykluczono z góry Stronnictwo Ludowe, które w nowym

rządzie miał reprezentować adwokat Nagórski, formalnie doń należący, ale nie odgrywający w nim żadnej wybitniejszej roli. Całą za to zręczność w montowaniu taktycznych rozgrywek koncentrowano na pozostałych stronnictwach: PPS i Stronnictwie Pracy. Jeżeli chodzi o Stronnictwo Pracy, to formalnie reprezentował je w rządzie gen. Haller. Na niego więc liczył Raczkiewicz, ukrywając przed prostolinijnym i dalekim od jakichkolwiek intryg generałem właściwe cele zamierzonej operacji. Oświadczył, że chodzi wyłącznie o rozdział kierownictwa wojskowego od cywilno-politycznego i przywrócenie w ten sposób prawidłowego reżymu demokratycznego. Była to zresztą konkluzja obszernego memoriału krytykującego Sikorskiego, jaki złożył Raczkiewiczowi Łukasiewicz. Haller w swej poczciwości zaakceptował tę sugestię jako naturalną i słuszną, upewniwszy się równocześnie, że stanowisko Sikorskiego jako naczelnego wodza nie jest kwestionowane. Dopiero w toku bardzo żywej dyskusji, jaka na ten temat odbyła się w kierownictwie SP, wobec zdecydowanej postawy pozostałych członków, dał się przekonać, że chodzi o manewr nie mający nic wspólnego z troską o rzekomo demokratyczny charakter emigracyjnego systemu rządzenia. W ten sposób rachuba na poparcie ze strony Stronnictwa Pracy spaliła całkowicie na panewce. O wiele bardziej skomplikowana i trudniejsza była sytuacja w PPS. Tutaj zdawało się, że zbieg okoliczności, którego źródłem był przebieg ewakuacji Ministerstwa Opieki Społecznej w czerwcu, sprzyja grze prezydenta. Kierownik resortu, minister Stańczyk, był bardzo krytykowany z tego powodu, a Stronnictwo Ludowe nawet w pierwszym odruchu wysunęło postulat jego dymisji. Stańczyk miał jednak w tej sprawie solidarne poparcie komitetu zagranicznego PPS, któremu przewodniczył Lieberman. Próbowano wobec tego innego sposobu rozwiązania sprawy i na wniosek specjalnego komitetu reorganizacyjnego, pod przewodnictwem gen. Sosnkowskiego, zaprojektowano likwidację MOS, którego agendy miało objąć MSW, Stańczyk zaś miał zostać w rządzie jako minister bez teki. Z tego rodzaju „reformą” dość dziwną, zwłaszcza na ziemi brytyjskiej, gdzie Labour Party odgrywała tak znaczną rolę, Stańczyk się nie pogodził, opuścił Radę Ministrów po zapadnięciu odnośnej uchwały i podał się do dymisji. Sytuację tę postanowiono wykorzystać dla pozyskania PPS i prezydent posunął się tak daleko w swoim zaangażowaniu, iż osobiście złożył wizytę w hotelu choremu Liebermanowi w celu omówienia z nim sprawy. Gra była zbyt wyraźna, aby tak wytrawny i doświadczony polityk jak Lieberman, mógł się dać na nią nabrać. Wizyta skończyła się niepowodzeniem, Lieberman z całą stanowczością podtrzymał wobec Raczkiewicza konieczność utrzymania Sikorskiego przy sterze spraw państwowych z nienaruszonym autorytetem jego kompetencji. W ciągu pierwszego już dnia tego dziwnego przesilenia okazało się, że desygnowany na premiera Zaleski nie potrafi stworzyć rządu. Poza sobą i Nagórskim właściwie nie miał kandydatów. Jeżeli chodzi o Stronnictwo Narodowe, to o stanowisku jego decydowało wówczas dwóch ludzi: dotychczasowy minister Seyda i członek Rady Narodowej, prof. Folkierski, w przeciwieństwie do przebywającego ciągle jeszcze we Francji swego prezesa, na równi z Seydą bardzo wyczulony na rewanżowe zachcianki ludzi dawnego reżymu. Obaj wypowiedzieli się przeciwko usunięciu Sikorskiego i Seyda rozpoczął odpowiednią akcję pojednawczą. Najszybciej zorientował się w sytuacji Sosnkowski. Poinformowany o bezcelowości zabiegów Zaleskiego, wystąpił w roli pacyfikatora, doradzając Raczkiewiczowi wycofanie dymisji. Koncesją, jaką miał za to prezydent uzyskać, miało być zobowiązanie Sikorskiego, że będzie odtąd dokładniej informował prezydenta o pracach i zamierzeniach rządu. Nie bez wpływu na stanowisko Raczkiewicza

była na pewno informacja uzyskana przez ambasadora Raczyńskiego w rozmowie z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych lordem Halifaxem na temat możliwych wśród Polaków zmian, łącznie z groźbą ewentualnego ustąpienia Raczkiewicza ze stanowiska prezydenta. Odpowiedź Halifaxa otrzeźwiła amatorów zmian. Brzmiała ona niedwuznacznie. Lord Halifax oświadczył wyraźnie Raczyńskiemu: zmiana prezydenta Polski posiadałaby dla nas znaczenie formalne, lecz zmiana gen. Sikorskiego oznaczałaby dla Wielkiej Brytanii zmianę kierunku polityki rządu polskiego w sensie dla nas niepożądanym. Udzielenie dymisji Sikorskiemu przez Raczkiewicza było wyraźnym złamaniem zobowiązania danego w tak zwanej umowie paryskiej. Było więc aktem nielojalności ze strony prezydenta specjalnie rażącym w warunkach przebywania rządu na obcej ziemi. Tak to zrozumieli ci wszyscy, którzy nawet wywodząc się z szeregów zwolenników przedwrześniowego reżymu, potrafili wysnuć wnioski z katastrofy, jaka na Polskę spadła. Najdosadniejszym tego dowodem jest reakcja grupy oficerów, najbliższych współpracowników Sikorskiego od pierwszych dni odbudowy wojska polskiego na obczyźnie, pracujących przeważnie w III Oddziale sztabu naczelnego wodza. Byli to oficerowie, upraszczając określenie, Rydza-Śmigłego. Posiadali pierwszorzędną kartę służbową. Z wieloma z nich Sikorski zetknął się dopiero w Paryżu. Ci, których znał uprzednio, nie utrzymywali z nim żadnych stosunków w okresie dwunastoletniej jego niełaski. Jeżeliby więc można im przypiąć nazwę „sikorszczyków”, to bardzo świeżej daty, a jeśli współpracowali z nim, to nie ze względu na swoje osobiste „bajeczne” kariery. Byli to oficerowie, którzy ciężko odczuli hańbę pogromu i konieczność emigracji. Z tytułu sprawowanych czynności i dostępu do różnych materiałów oraz z własnej obserwacji zorientowali się szybko i trafnie, kierując się motywami głębokiego patriotyzmu i właściwym rozeznaniem sytuacji międzynarodowej, jak wielkim atutem dla Polski jest fakt, że posiada w osobie Sikorskiego człowieka mogącego podźwignąć upadły sztandar Rzeczypospolitej i otworzyć jej drogę do wyjścia z poniżenia i katastrofy. Dla nich argument o szkodliwości łączenia w jednym ręku władzy wojskowej i cywilnej był po prostu śmieszny, bo z bezpośredniego stykania się z tymi sprawami wiedzieli, jak ograniczony jest zakres faktycznych kompetencji Sikorskiego w wytworzonej sytuacji. Wprost przeciwnie, uważali oni, i w tym mieli pełną rację, za wielkie szczęście dla sprawy polskiej, że w rękach Sikorskiego mogło dojść do skupienia obu tak ściśle w istniejących warunkach zazębiających się władz: cywilnej i wojskowej. W trzy lata potem, już po śmierci Sikorskiego, gdy doszło do dualizmu w najwyższych władzach państwowych, okazało się, iż był on raczej źródłem słabości, a nie siły emigracyjnego kierownictwa. Najdosadniej odzwierciedliło się to w sprawie przygotowań do walki czynnej w kraju z jej kulminacyjnym punktem: tragedią powstania warszawskiego. Oficerowie ci z szefem sztabu, gen. Klimeckim, na czele zareagowali niesłychanie żywo na krok Raczkiewicza. Ocenili go jako swoistego rodzaju zamach stanu i zdecydowali się na posunięcie, niewątpliwie, sprzeczne z zasadami formalnie i bezdusznie pojętej dyscypliny wojskowej, ale jedyne, jakie w tej sytuacji było możliwe. Udali się mianowicie do Zaleskiego i przedstawili mu w dramatycznych słowach lekkomyślność podjętej inicjatywy, niweczącej dziesięciomiesięczny wysiłek Sikorskiego i pracującej pod jego dowództwem ekipy. Zażądali od Zaleskiego, aby zrzekł się misji tworzenia rządu i tą drogą spowodował przywrócenie dotychczasowego stanu rzeczy, co nie wykluczało takich czy innych zmian personalnych.

Nie można twierdzić, aby wystąpienie grupy Klimeckiego wywarło decydujący wpływ na zachowanie Zaleskiego i w konsekwencji na załatwienie całego przesilenia. Zadecydowały tu przede wszystkim względy i okoliczności wyżej przytoczone. Inicjatywa oficerów stwarzała dla Sikorskiego sytuację raczej kłopotliwą, stawiając go w rozterce między obowiązkiem przełożonego, a reakcją człowieka wrażliwego na jakże rzadkie dowody uznania dla jego pracy. Inspiratorzy zamachu i ich zwolennicy, oczywiście, sprawę tę w odpowiedni sposób wykorzystali rozdymając jej znaczenie. Należało biegowi spraw przywrócić należyty kierunek. Zadania tego podjęli się kierownicy tworzących podstawę polityczną rządu stronnictw pod przewodnictwem swego seniora, przewodniczącego komitetu zagranicznego PPS, Liebermana. Bezpośrednio po załatwieniu przesilenia, odbyło się szereg zebrań tego zespołu i w konsekwencji uzgodnionego programu parę konferencji z prezydentem RP. Przywódcom stronnictw chodziło o to, by wypadki w rodzaju dymisji z 18 lipca nie powtarzały się więcej. Pragnęli oni osiągnąć z prezydentem pewnego rodzaju gentlemen's agreement co do tego, jak ma być stosowane w praktyce jego zobowiązanie z 30 września 1939 roku, iż będzie wykonywał postanowienia konstytucji kwietniowej (między innymi nominacja szefa rządu i wodza naczelnego) w porozumieniu z premierem. Przywódcy stronnictw stanęli na stanowisku, iż zgodnie z praktyką stosowaną w państwach o ustroju parlamentarno-demokratycznym, zobowiązanie to implikowało konsultacje premiera z reprezentantami stronnictw stanowiących podstawę polityczną rządu. W warunkach, w jakich na obczyźnie powstał rząd Sikorskiego, powyższa formuła była tym bardziej racjonalna, że podstawę tę stanowiły cztery tak zwane historyczne stronnictwa, reprezentujące niewątpliwą, nawet w świetle wyników wyborów samorządowych przeprowadzonych przez rząd Składkowskiego w końcu 1938 i początkach 1939 roku, większość społeczeństwa. Wynikiem wspomnianych rozmów było pismo Liebermana do prezydenta RP określone później jako tak zwany protokół londyński. Stanowiło ono rekapitulację osiągniętego porozumienia. W ten sposób został na odcinku politycznym załatwiony konflikt, jaki wywołał Raczkiewicz udzielając bezprawnie dymisji rządowi Sikorskiego 18 lipca. W praktyce późniejszej nie przyniosło to właściwie żadnej poprawy. Zarówno podczas kryzysu wywołanego w niespełna rok później na tle wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, jak i w listopadzie 1944 roku po podaniu się do dymisji premiera Mikołajczyka, prezydent Raczkiewicz postępował w sposób świadczący, że w dalszym ciągu interpretuje bardzo swoiście dane we wrześniu 1939 roku zobowiązania, a właściwie nie czuje się nimi skrępowany. * Sikorski nie interesował się bliżej rozmowami przywódców stronnictw z prezydentem. W tym okresie główna jego uwaga skierowana była na pracę nad organizacją wojska w Wielkiej Brytanii. Wymagało to w pierwszym rzędzie szeregu rozmów z premierem Churchillem w sprawie zaopatrzenia oddziałów polskich w broń i sprzęt. Oddziałom tym, przemianowanym na I Korpus, powierzono odcinek operacyjny w Szkocji. Jesienią tego roku wizytuje je w towarzystwie Sikorskiego premier Churchill. Jeszcze przedtem pod koniec lata król Jerzy VI jest gościem lotników polskich. Wielką troską Sikorskiego była kwestia zasilenia korpusu nowymi rekrutami. Dopływ ochotników z kontynentu, mimo niezwykłych wprost objawów przedsiębiorczości i odwagi żołnierzy przedostających się do Anglii, był bardzo powolny i niedostateczny. Jedyna realna, jak się wówczas wydawało, nadzieja na wydatniejsze zasilenie wojska polskiego leżała za oceanem, w Kanadzie a przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Sikorski już we wrześniu składa w tej sprawie

odpowiednio umotywowany memoriał Churchillowi. Równocześnie w Sztabie Naczelnego Wodza prowadzone są prace przygotowawcze nad zorganizowaniem odpowiedniej misji wojskowej, która zacznie działać w zależności od osiągnięcia porozumienia politycznego z zainteresowanymi rządami. W tym samym czasie nie zaniedbuje Sikorski i innych zagadnień. Udziela poparcia projektowi profesora Uniwersytetu Poznańskiego, dr. Jurasza, utworzenia przy uniwersytecie w Edynburgu polskiego wydziału lekarskiego. W wyjątkowo szybkim, jak na stosunki wojenne, czasie projekt ten udaje się zrealizować i już zimą 1940/41 kilka dziesiątków młodzieży polskiej ma możność rozpoczęcia studiów. Równocześnie znajduje czas na planowanie przyszłości. Ze spotkania z prezydentem Czechosłowacji Benešem wyłania się projekt układu na temat przyszłej (po wojnie) konfederacji Polski i Czechosłowacji. Odpowiednia deklaracja obu rządów zostaje podpisana i ogłoszona w dniu święta odrodzenia Polski, 11 listopada 1940 roku. Obie strony powołują do życia odpowiednie komisje mające przygotować swoje wnioski w sprawie form i ram tej konfederacji. Deklaracja wyraźnie podkreśla, że jest to krok wstępny na drodze do związku państw Europy środkowo-wschodniej jako jedynego rozwiązania gwarantującego pokój i bezpieczeństwo narodów w tej części kontynentu. Z ideą tą zapoznaje premier Polski w odpowiednich memoriałach czołowych przedstawicieli opinii angielskiej (Churchilla i przywódcę Labour Party ministra Bevina), a niedługo uczyni z niej jeden z głównych tematów w rozmowach z przedstawicielami rządów Stanów Zjednoczonych i Kanady. Sytuacja wojenna nie zachęcała bynajmniej do snucia tego rodzaju dalekosiężnych i optymistycznych planów. Hitler był panem położenia w zachodniej Europie, a nad Wielką Brytanią wisiała ciągle groźba inwazji. Od połowy września 1940 do pierwszej dekady maja następnego roku Londyn oraz inne ośrodki przemysłowe kraju były przedmiotem systematycznych bombardowań lotnictwa niemieckiego. Liczono się poważnie z możliwością inwazji i do tego dostosowano plan obrony oraz ewentualnej ewakuacji do Kanady. Sikorski, któremu przeciwnicy nie szczędzili zarzutów swoistego rodzaju krótkowidztwa, polegającego na tym, że początkowo jakoby wiązał Polskę wyłącznie z Francją, a teraz dla odmiany tylko z Wielką Brytanią, w gruncie rzeczy myślał bardzo dalekowzrocznie. Nie było to jednak równoznaczne z ujawnianiem tych planów, zwłaszcza przeciwnikom. Już w związku z projektem stworzenia bazy rekrutacyjnej w Kanadzie dojrzewa myśl wyjazdu do Ameryki. Jej realizacja nie jest bynajmniej prosta i łatwa. Stany Zjednoczone zajmują ciągle oficjalnie postawę neutralną, a w amerykańskiej opinii publicznej utrwalona w niej po pierwszej wojnie postawa izolacjonizmu, trzymania się z daleka od kłopotów niespokojnej Europy, jest ciągle żywa i popularna. Aby plan wyjazdu do Stanów mógł się stać rzeczywistością, trzeba było dużo pracy i wielu zręcznych posunięć. Musiano najpierw zmienić ambasadora Rzeczypospolitej w Waszyngtonie. Następcą niezbyt udanego, jeszcze z kreacji beckowskiej, hrabiego Jerzego Potockiego, zostaje były poseł i minister nadzwyczajny Ciechanowski, który stanowisko to zajmował jeszcze przed przewrotem majowym i został odwołany w roku 1927. Nowy ambasador otrzymuje instrukcje działania na rzecz uzyskania zaproszenia dla Sikorskiego do Stanów Zjednoczonych. Idzie to jednak opornie ze względu na skomplikowaną sytuację polityczną. Nie trzeba zapominać, że pomysł takiej podróży był wyjątkowo śmiały i nie pozbawiony dużego ryzyka. Z Sikorskim zjawiłby się na terenie Stanów, państwa neutralnego, kierownik państwa, [...]. Sprawa komplikowała się wybitnie jeszcze z tego powodu, iż premier Polski nie mógł liczyć na pomoc premiera Wielkiej Brytanii. Sikorski wystosował 7 stycznia 1941 roku do Churchilla list, w którym go

informuje, iż ma zamiar odwiedzić oddziały polskie na Bliskim Wschodzie, a stamtąd udać się bezpośrednio do Stanów Zjednoczonych. Churchill odradza tej wyprawy, niedojrzałej jego zdaniem przede wszystkim pod względem politycznym, już nie mówiąc o względach osobistego bezpieczeństwa z powodu zaostrzonych operacji niemieckich łodzi podwodnych i marynarki niemieckiej na Atlantyku. Niezachęcająco też brzmią raporty ambasadora Ciechanowskiego i innych przedstawicieli konsularnych Polski. Nawet Ignacy Paderewski, który od listopada 1940 roku przebywa w Ameryce, przestrzega Sikorskiego przed realizacją planu, który, jego zdaniem, jest jeszcze nie dojrzały. Mimo tych wszystkich rad i ostrzeżeń Sikorski trwa w swoim postanowieniu. Gdy w końcu stycznia przyjmuje specjalnego wysłannika prezydenta Roosevelta, Wendel Willkiego, (jego byłego konkurenta z ramienia republikanów w wyborach prezydenckich) kładzie nacisk na ważność zrealizowania tego planu. Korzysta równocześnie z każdego niemal spotkania z Churchillem, a były one w owym okresie bardzo częste, by posunąć naprzód sprawę wyjazdu. W końcu Churchill daje się przekonać i ze swej strony nie szczędzi odtąd zabiegów u Roosevelta, aby uzyskać zaproszenie Sikorskiego do Stanów Zjednoczonych. Zabiegi te trwają pełne dwa miesiące i wreszcie 6 marca 1941 roku Churchill może zawiadomić Sikorskiego, że prezydent Roosevelt i rząd Stanów Zjednoczonych oczekuje jego wizyty. Nazajutrz przyszło oficjalne zaproszenie rządu kanadyjskiego. Historia pierwszej podróży Sikorskiego do Ameryki obfituje w tyle incydentów wykazujących taki stopień zacietrzewienia i nieodpowiedzialności jego przeciwników, że trudno je pominąć milczeniem. Opuszczając na kilka tygodni siedzibę rządu, musiał on uregulować sprawę swego zastępstwa, tym bardziej że niedługo po wejściu do rządu jeszcze w Paryżu gen. Sosnkowskiego, a potem prof. Kota, zostało formalnie zlikwidowane stanowisko wicepremiera. Liczył się z tym, że może z tej niebezpiecznej podróży w ogóle nie wrócić i posunięcia personalne, jakie w związku z wyjazdem poczyni, mogą mieć wpływ na sytuację, która by się wytworzyła w wyniku ewentualnego nieszczęśliwego wypadku. Ze strony prezydenta spotkał się z sugestiami, aby zastępstwo na czas swojej nieobecności powierzył gen. Sosnkowskiemu. W ten sposób na szczycie hierarchii państwowej znalazłby się tandem Raczkiewicz-Sosnkowski. Ten ostatni poza ewentualnym pełnieniem obowiązków premiera i naczelnego wodza, był ciągle - nie zapominajmy - wyznaczonym przez prezydenta RP jego następcą. Oczywiście, że takie rozwiązanie musiałoby się spotkać z jak najbardziej stanowczym sprzeciwem stronnictw i, niewątpliwie, nie znalazłoby uznania ani zrozumienia w kraju, gdzie już została w pełni ukończona budowa podziemnego państwa. W rezultacie narad z przywódcami stronnictw i ze względu na okoliczności wymagające utrzymania Treuga Dei między rodakami, Sikorski zdecydował się powierzyć pełnienie obowiązków premiera prof. Kotowi, a gen. Sosnkowskiego wyznaczyć swoim zastępcą w funkcjach naczelnego wodza. Na wyraźne żądanie Anglików – chodziło o zasadnicze wymogi bezpieczeństwa wobec wzmożonej działalności niemieckich łodzi podwodnych i lotnictwa - decyzja ta miała być utrzymana w jak najściślejszej tajemnicy, póki Sikorski nie wyląduje w Ameryce. 21 marca 1941 roku nastąpił wyjazd z Londynu na razie do Szkocji, gdzie w siedzibie naczelnego wodza w czasie pobytu wśród wojska, miano oczekiwać dalszych dyspozycji co do daty odjazdu. W niecałe dwie godziny po przyjeździe nadszedł telefonogram zapytujący, jakie są zarządzenia w sprawie zastępstwa generała w obowiązkach premiera i naczelnego wodza. Sikorski polecił odpowiedzieć, że jest niemile zdziwiony treścią telefonogramu, bo sprawę tę uregulował przed wyjazdem i odpowiednie zarządzenia otrzymali zarówno Kot, jak i szef sztabu gen. Klimecki. Odjazd gen. Sikorskiego i jego świty z Anglii

nastąpił 27 marca, w dniu w którym radio przyniosło wiadomości o antyhitlerowskim przewrocie w Jugosławii. (Wymowny zbieg okoliczności: Sikorski miał początkowo płynąć na pancerniku „Hood”, niemal w ostatniej chwili zdecydowano, że popłynie na pancerniku „Revenge”. Później „Hood” został zatopiony przez Niemców w walce z „Bismarckiem”. Tylko dwóch marynarzy uratowano.) 1 kwietnia „Revenge” zawinął do kanadyjskiego portu Halifax, a 3 kwietnia Sikorski ze swoją świtą przybył do stolicy Kanady, Ottawy. Po drodze zatrzymał się na krótko w największym mieście kanadyjskim Montrealu, gdzie powitała go miejscowa liczna Polonia. Przywitanie wyjątkowo wzruszające, był to bowiem pierwszy przyjazd przedstawiciela państwa polskiego do Kanady. W Ottawie witali gen. Sikorskiego na dworcu z pełnymi honorami premier Kanady Mckenzie King w otoczeniu rządu, przedstawicieli wojska; obecny był także w całości miejscowy korpus dyplomatyczny i konsularny. Ledwo Generał zdążył ulokować się w hotelu, kiedy dowiedział się od przybyłego specjalnie z Nowego Jorku sekretarza Paderewskiego, Strakacza, że w Stanach Zjednoczonych rozeszła się wiadomość pochodząca rzekomo z radiostacji BBC w Londynie, że nie jest on już premierem rządu polskiego, gdyż został zdymisjonowany przez prezydenta Raczkiewicza i wobec tego przybył do Ameryki w najzupełniej prywatnym charakterze. Według tych samych źródeł informacyjnych premierem został gen. Sosnkowski. Równocześnie nadszedł szyfr do gen. Klimeckiego, z którego wynikało, że wiadomość o ogłoszeniu tego w prasie i w radio amerykańskim przekazał do Londynu ambasador Ciechanowski. Jest to tym bardziej charakterystyczne, że ambasador wysyłając tego rodzaju depeszę do Londynu wiedział już, że Sikorski wylądował w Kanadzie, wolał jednak przekazać informację do Londynu, a nie Sikorskiemu. Klimecki informował w dalszym ciągu, że redaktor prosanacyjnego dziennika „Nowy Świat” przysłał depeszę gratulacyjną dla „nowego rządu” na ręce Sosnkowskiego, następnie stwierdził kategorycznie, że żaden z korespondentów amerykańskich w Londynie wiadomości takiej do Stanów Zjednoczonych nie wysłał. Wyrażał domniemanie, że jest to prawdopodobnie robota opozycji na miejscu w Ameryce lub polskich kół opozycyjnych w Londynie. Przypuszczenia szefa sztabu zostały w ciągu najbliższych paru dni całkowicie potwierdzone. Okazało się więc przede wszystkim, że informacja, jakoby londyńskie BBC podało wiadomość o dymisji Sikorskiego jest całkowicie nieprawdziwa. Intryga była uplanowana i zorganizowana w Nowym Jorku, gdzie znalazła się ostatnio cała ekipa sanacyjnych pułkowników, wsławionych sprawowaniem władzy w Polsce w latach 1930-35, z byłym ministrem, a początkowo byłym szefem II Oddziału, płk. Ignacym Matuszewskim na czele. Z tej to kuźni wyszła wiadomość, którą skwapliwie przedrukowały dwa główne codzienne pisma polonijne, znane ze swych powiązań prosanacyjnych i wrogości do rządu Sikorskiego: „Nowy Świat” w Nowym Jorku i „Dziennik Polski” w Detroit. „Nowy Świat” wyżywał się przez parę dni w umieszczaniu nagrobku i nekrologu rządu Sikorskiego, drukowaniu depesz gratulacyjnych do rzekomego jego następcy itp. Reszta prasy polonijnej w Ameryce przyjęła wiadomość raczej z rezerwą. Wywołane nią zamieszanie przybrało takie rozmiary, że prezes najbardziej reprezentacyjnej w owym czasie organizacji polonijnej: Rady Polonii Amerykańskiej, Świetlik, zapytywał telegraficznie rząd w Londynie, czy to prawda, że Sikorski przestał być premierem i wodzem naczelnym i wyjechał do Ameryki, nie mogąc znieść nerwowo bombardowania Londynu. W taki to sposób rodacy uważający się za patriotów i niezłomnych strażników spuścizny „wielkiego marszałka” wyżywali się w niskich intrygach i dywersji w chwili, gdy premier rządu polskiego przybywał do najpotężniejszego na świecie państwa, aby u jego kierowników szukać pomocy w walce

o odzyskanie utraconej niepodległości. Było może błędem Sikorskiego, co wynikało z wielkoduszności jego charakteru, że po zdemaskowaniu intrygi nie zarządził jej gruntownego wyjaśnienia, ustalenia odpowiedzialności osób i środowiska i tym samym umożliwił mącicielom strojenie się w dalszym ciągu w togi niezłomnych, nieskazitelnych patriotów. Uważał jednak, że zadania, które przed nim i jego rządem stoją, są tej miary i takiej doniosłości, iż wobec ich ogromu, szkoda najmniejszego wysiłku na walkę z małą podłością i niepoczytalną głupotą. Niejako na marginesie powyższej historii trzeba tu zanotować dodatkowo jeszcze jeden incydent, na ogół mało znany. Jak wspomnieliśmy, próba usunięcia Sikorskiego od steru spraw państwowych wkrótce po przeniesieniu się do Anglii opierała się na założeniu, iż wśród brytyjskich mężów stanu i dowódców wojskowych nie posiada on znajomości tego rodzaju, jakie miał we Francji. Okazało się jednak, że uważna obserwacja prac Sikorskiego w ciągu niespełna 9 miesięcy pobytu we Francji i jedna zasadnicza rozmowa z Churchillem 19 czerwca 1940 roku wystarczyła, aby w premierze Wielkiej Brytanii zdobył on sobie oddanego przyjaciela. Było to poważne przekreślenie rachub, które żywili przeciwnicy Sikorskiego. Dlatego okres pierwszej dłuższej jego nieobecności w siedzibie rządu postanowiono wykorzystać w celu misternego manewru mającego wykazać, że w polskiej ekipie kierowniczej w Londynie istnieją inne osobistości, mogące w razie czego zastąpić Sikorskiego. Tym tylko bowiem można wytłumaczyć pomysł Raczkiewicza, który dopiero w dziesiątym miesiącu pobytu w Londynie zdecydował się wydać obiad dla premiera brytyjskiego, aby nawiązać kontakt między nim a członkami rządu polskiego. I to właśnie podczas nieobecności Sikorskiego. Istotny cel tego posunięcia został właściwie oceniony przez niektórych członków rządu i pełniący obowiązki premiera uchylił się od wzięcia w nim udziału. Z relacji, które później przeciekły, wynikało w sposób aż zbyt jaskrawy, że chodziło o zaprezentowanie Churchillowi przede wszystkim, jeżeli nie wyłącznie, gen. Sosnkowskiego od strony nie tylko jego kwalifikacji wojskowych, ale i politycznych. Sądząc z dystansu, z jakim Churchill po śmierci Sikorskiego odnosił się do Sosnkowskiego, gdy ten objął stanowisko naczelnego wodza, zamiar urobienia premiera brytyjskiego nie bardzo się powiódł. Zarejestrowanie dziwnych tych incydentów i posunięć, które towarzyszyły Sikorskiemu w pierwszej jego tak ważnej pod względem politycznym podróży do Ameryki, jest konieczne dla uwypuklenia trudności, na jakie nieprzerwanie napotykał ze strony własnych rodaków, nie wyłączając tych, którzy z tytułu zajmowanych stanowisk powinni byli jak najbardziej mu pomagać. Jest to tym bardziej niezbędne, że chodziło o człowieka z natury bardzo wrażliwego, a którego los tak się ułożył, że z małymi wyjątkami spotykał się ze strony rodaków z niechęcią, jeżeli nie wręcz z wrogością. Świadomy tego, iż w służbie dla ojczyzny nie wolno mu się zrażać żadnymi przeszkodami, wydał niezbędne zarządzenia naświetlające pogłoskę o rzekomej swojej dymisji, aby jak najmniej szkodziła jego misji amerykańskiej i przystąpił z nienaruszoną energią do rozmów z rządem kanadyjskim. Chodziło bowiem o rzecz bardzo ważną. Przygotowany w szczegółach plan akcji zaciągu do wojska polskiego w Stanach Zjednoczonych musiał ze względów politycznych posiadać bazę organizacyjną na terenie Kanady. Ze strony rządu kanadyjskiego po wyczerpującym przedstawieniu sytuacji w Polsce i planów rządu polskiego, spotkał się z pełną życzliwością. W rezultacie, następuje podpisanie deklaracji, w której poza oświadczeniem ogólnopolitycznej natury, rząd kanadyjski zapewnia swą pomoc w organizowaniu polskich jednostek wojskowych. Wprost ze stolicy Kanady przybywa 8 kwietnia do Waszyngtonu. Rozpoczyna tu z miejsca szereg ważnych rozmów. Najpierw w Departamencie Stanu z urzędującym podsekretarzem stanu Sumner

Wellesem, następnie z formalnym sekretarzem stanu Cordellem Hullem, a w końcu z prezydentem Rooseveltem. Rozmowy z kierownikami Departamentu Stanu toczą się w atmosferze przyjaznej, ale ciąży nad nimi konieczność zachowania daleko idącej ostrożności i powolności w działaniu, jako że Stany Zjednoczone są ciągle państwem neutralnym. A chodzi o rzeczy niemałego znaczenia. Najpierw o dopuszczenie Polski do udziału w dopiero co przez kongres amerykański uchwalonym Lend-Lease Bill o pomocy dla państw walczących z Niemcami. W tej sprawie zresztą nie można pominąć faktu naszego związku z Wielką Brytanią, wynikającego z polsko-brytyjskiej umowy wojskowej. Ostatecznie więc całe nasze zaopatrzenie musiało przechodzić przez Anglików. Trudniejszy okazał się problem rekrutacji ochotników do wojska polskiego. Zarówno w tej sprawie, jak jeszcze może bardziej w sprawie bezpośredniego zetknięcia się premiera polskiego z największymi skupiskami Polonii, kierownicy Departamentu Stanu wysuwali zastrzeżenia, godząc się najwyżej na zebrania w Nowym Jorku i w Chicago. W przeciwieństwie do ostrożnego stanowiska swoich najbliższych współpracowników, prezydent Roosevelt okazał daleko idące zrozumienie dla postulatów Sikorskiego. Zawdzięczać to, niewątpliwie, należy zręcznemu zaaranżowaniu przez Sikorskiego rozmowy, którą rozpoczął od wyczerpującego przedstawienia prezydentowi sytuacji w Polsce. Relacje na temat organizacji państwa podziemnego, jego funkcjonowania we wszystkich niemal dziedzinach życia, poparte liczną dokumentacją w formie dużego zbioru prasy konspiracyjnej oraz materiałów dotyczących prześladowań hitlerowskich, osiągnęły ten skutek, że Roosevelt poszedł całkowicie Sikorskiemu na rękę. W sprawie rekrutacji chodziło tylko o to, aby nie było oficjalnej propagandy wśród obywateli amerykańskich, ale akcja organizacji polonijnych i przedstawicielstw konsularnych polskich miała być w pełni dozwolona. Co do spotkań Sikorskiego z Polonią Roosevelt sam, po zapoznaniu się z ich celami, nie tylko wyraził zgodę na zebrania w Nowym Jorku i Chicago, ale od siebie dorzucił jeszcze dwa wielkie skupiska polskie: Detroit i Buffalo. Godzi się w tym miejscu zaznaczyć, że słynne określenie Polski jako „natchnienia narodów”, którego Roosevelt użył po raz pierwszy w swym oświadczeniu z 5 lipca 1941 roku i które przeszło do historii, miało niewątpliwie swoje źródło we wrażeniu, jakie na prezydencie wywarła postawa narodu polskiego w okupowanym i ciemiężonym kraju przedstawiona mu przez Sikorskiego. Nie mniej życzliwie przyjęto w decydujących kołach amerykańskich sugestie Sikorskiego co do powojennego planu federacji środkowo-wschodniej Europy. Okazało się następnie w trakcie manifestacji podczas zetknięcia z Polonią, że idea ta równie gorące przyjęcie znalazła także wśród przedstawicieli zainteresowanych narodów, w pierwszym rzędzie Czechów, Jugosłowian, a nawet i Greków. Po zakończeniu rozmów urzędowych przyszła kolej na odwiedziny Polonii. Było rzeczą aż nadto oczywistą, że organizatorzy intrygi z rzekomą dymisją Sikorskiego mieli na myśli, i bodajże wyłącznie, uniemożliwienie Sikorskiemu zetknięcia się z Polonią. Przez cały okres istnienia w kraju reżymu sanacyjnego Polonia poddana była planowej akcji, mającej na celu uczynienie z niej powolnego narzędzia w rękach sanacyjnych konsulów. Było to zadanie z punktu widzenia interesów reżymu bardzo ważne. Przeważającą większość Polonii stanowili emigranci, którzy opuścili „stary kraj”, gdy był on jeszcze w niewoli. Była to masa nieoświecona, z trudem zdobywająca sobie pozycję w nowym

świecie. Przeważali wśród niej chłopi z najbardziej przeludnionych powiatów Galicji. Nazwisko ich ziomka Wincentego Witosa, któremu w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości wypadło odegrać tak wielką i historyczną rolę, było dla nich przedmiotem wielkiej dumy i radości. Ten ogromny kapitał moralny został w całości niemal zmarnowany przez niepoczytalną politykę represji wobec wielkiego przedstawiciela chłopów polskich, jak i tych wszystkich, którzy chcieli widzieć Polskę jako państwo demokratyczne i praworządne. Propaganda sanacyjna szczególnie w ostatnich latach przed wybuchem wojny karmiła Polonię nieprawdopodobnymi bajkami na temat rozwoju i dobrobytu kraju, a przede wszystkim jego mocarstwowej pozycji. I nagle jak grom przyszła katastrofa wrześniowa. Nie mogła ona nie załamać Polonii. Toteż Sikorski postanowił wykorzystać swoje zetknięcie z masami polonijnymi, aby im w pierwszym rzędzie przedstawić właściwy obraz sytuacji. Mówił więc dużo o bohaterstwie żołnierza polskiego we wrześniu 1939 roku, o przytłaczającej przewadze wojsk Hitlera, której skutki odczuły również państwa inaczej i lepiej rządzone niż przedwrześniowa Polska: Francja, Belgia, Holandia, Norwegia... Motywem przewodnim jego przemówień, a był to mówca porywający, było wołanie, że Polonia nie ma czego się wstydzić i każdy Polak może mówić z Amerykanami o tym, co nastąpiło, z podniesionym czołem. Odzew na ten apel wykazał, od pierwszego zetknięcia, jak dalece nowojorscy dywersanci nie panowali nad Polonią ani nie wyczuwali jej nastawienia. Przemówienia Sikorskiego spotkały się z entuzjazmem, którego nie notowały dotąd kroniki życia polonijnego. Samorzutnie, najpierw w Nowym Jorku, bez niczyjej inspiracji czy komendy, zebrane tłumy śpiewając hymn narodowy, zmieniły słowa refrenu: Marsz, marsz Dąbrowski na Marsz, marsz Sikorski... Powtórzyło się to następnie w innych miastach, do których udał się Sikorski, a zwłaszcza w stolicy Polonii Chicago, gdzie w manifestacji wzięło udział ponad 75 tysięcy ludzi. Przed opuszczeniem Stanów odwiedził jeszcze Sikorski Ignacego Paderewskiego na Florydzie, gdzie spędził święta wielkanocne. Było to ostatnie spotkanie tych dwóch wielkich Polaków i przyjaciół: w dwa i pół miesiąca później Paderewski już zamknął oczy. Zmarł 29 czerwca w Nowym Jorku, w cztery dni po udziale w masowym zgromadzeniu, w dwudziestą rocznicę stowarzyszenia weteranów armii polskiej, na którym przemawiał nawołując Polonię do wstępowania w szeregi wojska polskiego organizowanego w Kanadzie. Sprawie organizacji werbunku poświęcił premier ostatnie chwile swojego pobytu w Stanach. W ciągu dwóch dni przeprowadził wyczerpujące rozmowy z prezesem „Sokoła” polskiego w Ameryce, dr. Teofilem Starzyńskim, właściwym twórcą - przy wybitnym współudziale Ignacego Paderewskiego polskiej dywizji Hallerowskiej pod koniec pierwszej wojny. Ulegając naciskom premiera, sędziwy przywódca zdecydował się, mimo zmienionych gruntownie warunków, stanąć jeszcze raz na czele akcji werbunkowej. W drodze powrotnej przez Kanadę zatrzymał się Sikorski jeszcze w Ottawie, drugim co do wielkości ośrodku Polonii kanadyjskiej, gdzie odbyła się również wielka manifestacja, pod względem temperatury uczuć znacznie przewyższająca to, co się działo w Stanach. Tłumaczy się to tym, że większość tej Polonii stanowili ludzie stosunkowo niedawno przybyli z Polski.

6 maja wylądował Sikorski wreszcie w Wielkiej Brytanii. W „polskim „Londynie” sytuacja już się uspokoiła, do czego niewątpliwie przyczyniły się informacje o osiągnięciach wizyty Premiera i reakcji Polonii amerykańsko-kanadyjskiej. Nie było jednak czasu na tak konieczny i zasłużony wypoczynek. Ledwo zdążył złożyć sprawozdanie na Radzie Ministrów i odbyć konferencję z prezydentem, a już trzeba było wziąć udział w inauguracyjnym zebraniu Rady Międzyalianckiej w dniu 12 czerwca z udziałem króla Jerzego VI. Na zebraniu tym Sikorski przedstawił w obszernym przemówieniu ogrom wkładu Polski w toczącą się wojnę i zanalizował cele narodów walczących z hitleryzmem o lepszą przyszłość i trwały pokój w Europie. Niedługo po tym, 20 maja, odbył jeszcze dłuższą rozmowę z Churchillem, a następnego dnia z królem Jerzym VI. W ten sposób zakończył niejako okres sprawozdawczy ze swej misji amerykańskiej. Następnego dnia bowiem rozpoczęła się napadem niemieckim na Związek Sowiecki nowa, przełomowa faza toczącej się wojny. * Gen. Sikorski od dłuższego już czasu przewidywał taki rozwój wypadków, dawał temu wyraz w licznych przemówieniach, a także w wywiadach dla prasy brytyjskiej. Jeszcze przed wojną, już od roku 1935, wypowiadał on pogląd w artykułach drukowanych na łamach „Kuriera Warszawskiego”, że warunkiem bezpieczeństwa Polski wobec odwetowych dążeń Hitlera jest uzgodnienie jej polityki z Czechosłowacją i oparcie tego porozumienia na ścisłym współdziałaniu z Rosją sowiecką. Były to poglądy w ówczesnych warunkach polskich zdecydowanie niepopularne i trzeba było posiadać nie byle jaką odwagę i autorytet, aby móc je publicznie głosić. Następnie w Londynie zaraz po osiedleniu się tam rządu polskiego, w czerwcu 1940 roku, a więc w okresie, kiedy stosunki hitlerowsko-sowieckie wydawały się jak najlepsze [...], Sikorski w rozmowie z udającym się do Moskwy nowym ambasadorem brytyjskim Crippsem omawia możliwość nawiązania stosunków z Moskwą. W danej chwili bezpośrednim celem tej inicjatywy jest roztoczenie opieki nad blisko półtoramilionową rzeszą obywateli polskich wywiezionych ze wschodnich ziem Rzeczypospolitej. Równocześnie jednak, będąc głęboko przekonanym o nieuchronności konfliktu, liczy się z faktem, że wśród tych zesłańców jest, według -pobieżnych obliczeń, ponad ćwierć miliona ludzi w wieku poborowym. Zamierzony wówczas przez Crippsa sondaż nie doprowadza na razie do niczego. Trzeba było się wycofać wobec gwałtownej opozycji tak prezydenta Raczkiewicza, jak i ministra spraw zagranicznych Zaleskiego. Opowiadali się oni przeciwko wszelkim próbom szukania porozumienia z Sowietami i gotowi byli przysięgać, że między Hitlerem i Stalinem nigdy do walki nie dojdzie. Już w początkach pobytu w Ameryce sztab naczelnego wodza przekazał Sikorskiemu otrzymane z kraju raporty sygnalizujące duże transporty wojsk niemieckich w stronę granicy wschodniej, co było niewątpliwym znakiem przygotowywania uderzenia. Informacje te zostały bezzwłocznie przekazane sztabowi angielskiemu, a za jego pośrednictwem dotarły do Moskwy, gdzie nie dano im wiary. Wreszcie kości zostały rzucone. Sikorski już nazajutrz po napadzie niemieckim, 23 czerwca, przemawia przez radio do kraju. Oświadcza, że nadeszła chwila zapomnienia o niedawnej, smutnej przeszłości i porozumienia się z Sowietami we wspólnej walce z wrogiem. Nie widzi do tego żadnych przeszkód, o ile rząd sowiecki unieważni zawarte w sierpniu i wrześniu 1939 roku umowy z Niemcami i stanie na gruncie obowiązujących oba państwa, traktatów. Tego rodzaju stanowisko spotyka się z uznaniem kierowniczych czynników brytyjskich i równocześnie z bardzo mieszanymi uczuciami wśród Polaków. Niemal cały zespół MSZ, a także bodaj większość wyższych oficerów naczelnego

dowództwa, uważa wyciągnięcie ręki przez Sikorskiego w stronę Sowietów, jeżeli nie za wręcz lekkomyślne, to przynajmniej za przedwczesne. Przeważa opinia, iż najbliższe już tygodnie przyniosą błyskawiczne zwycięstwa armii Hitlera i załamanie się reżymu komunistycznego. Sikorski nie podziela tych „pobożnych życzeń”. Studiował on od wielu lat, w okresie swej przymusowej bezczynności w armii polskiej, materiały dotyczące sił i zdolności obronnych Sowietów, udostępnione mu przez sztab francuski. Liczył się z tym, że w pierwszej fazie, wobec spustoszeń, jakie w Armii Czerwonej porobiły „czystki” Stalina, mogą zajść fakty pozornie przemawiające na rzecz tezy o nieuchronnym załamaniu się Sowietów. Biorąc jednak pod uwagę olbrzymie zasoby tego państwa, jego najlepszą bodaj na kuli ziemskiej konfigurację terytorialną oraz cechującą Hitlera, sądząc po doświadczeniach w Polsce, niezdolność zdobycia się na taktykę zjednywania podbitego narodu, przewidywał, iż opór sowiecki będzie tężał w miarę jak armie hitlerowskie będą się posuwały w głąb rdzennej Rosji. I dlatego wbrew wszystkim radom i ostrzeżeniom, lepiej rzekomo znających Rosję i bolszewizm, zdecydował się skorzystać z zaofiarowanej mu przez Churchilla pomocy rządu brytyjskiego w nawiązaniu rozmów z ambasadorem sowieckim Majskim. Pierwsza rozmowa odbyła się 5 lipca. Nie miała ona zbyt zachęcającego przebiegu. Sikorski przedstawił Majskiemu zarys polskiej koncepcji zamierzonego porozumienia. Chodziło mianowicie o unieważnienie umów w sprawie podziału terytorium Rzeczypospolitej, a następnie o normalizację stosunków w formie wymiany przedstawicielstw dyplomatycznych. Równocześnie domagano się zwolnienia z obozów jeńców i z miejsc zesłania tak żołnierzy polskich, którzy dostali się do niewoli sowieckiej, jak i osób cywilnych, obywateli polskich, i oddania ich pod opiekę rządu polskiego. Dalej, rząd polski proponował zawarcie układu z rządem sowieckim w sprawie tworzenia na jego terenie jednostek polskich sił zbrojnych do wspólnej walki z Niemcami. Powstała na terytorium sowieckim armia polska miałaby podlegać wodzowi naczelnemu polskich sił zbrojnych, a operacyjnie naczelnemu dowództwu sowieckiemu. W celu formowania armii polskiej i ustalenia współpracy wojskowej byłaby wysłana specjalna polska misja wojskowa. Ambasador sowiecki w odpowiedzi na tak przedstawiony program oświadczył, że jego rząd uważa poruszanie w tej chwili spraw granicznych za niepożądane i przedwczesne. Porozumienie winno się, zdaniem Sowietów, ograniczyć do przywrócenia normalnych stosunków dyplomatycznych między obu państwami i do zawarcia umowy w sprawie tworzenia armii polskiej na terenie ZSRR oraz jej współdziałania z Armią Czerwoną. W następnej rozmowie, odbytej w sześć dni później, sprawa nie posunęła się naprzód. Z zachowania Majskiego wynikało, że się nie spieszył do osiągnięcia porozumienia, a ze sposobu wyznaczania terminu następnej rozmowy było jasne, iż cała jego uwaga skoncentrowana jest na osiągnięciu porozumienia z rządem brytyjskim. Istotnie, 15 lipca doszło do zawarcia i uroczystego podpisania przez Churchilla i Majskiego sojuszu brytyjsko-sowieckiego. Prasa nadała temu aktowi wielki rozgłos, a w świetle jej komentarzy nie było najmniejszej wątpliwości, iż jakiekolwiek wyłamanie się rządu polskiego z polityki prowadzonej przez gospodarzy stawiało nas w sytuacji bez wyjścia. Toteż od tej chwili wzmagają się na Sikorskiego naciski premiera Churchilla i ministra spraw zagranicznych Edena, aby przyspieszył rozmowy i sfinalizował je odpowiednim układem. Tymczasem sytuacja w rządzie bardzo się komplikuje. Opozycja przeciwko porozumieniu z Sowietami obejmuje bardzo wysokie i wpływowe czynniki. Jest po jej stronie prezydent Raczkiewicz, jego następca i członek rządu gen. Sosnkowski, minister spraw zagranicznych Zaleski, a z nim prawie cały

zespół jego ministerstwa, który na równi z najbliższym otoczeniem Raczkiewicza prowadzi ożywioną agitację między rodakami. Komplikuje się także sprawa stanowiska stronnictw. Właśnie po rocznym pobycie we Francji przybył do Londynu prezes Stronnictwa Narodowego Bielecki i jakby dla odwrócenia uwagi od mnożących się komentarzy na temat tak długiej jego nieobecności w centrum polskiego wysiłku niepodległościowego, przyjmuje z miejsca linię postępowania sprzeczną z całą tradycją swojego obozu. Bielecki zbliża się do poglądów Raczkiewicza i Sosnkowskiego i razem z nimi bierze czynny udział w kampanii przeciwko Sikorskiemu. Opozycja zmienia swoją taktykę. Podczas gdy pierwszą jej reakcją na wybuch wojny niemieckosowieckiej było przekonanie o szybkim załamaniu oporu rosyjskiego, a wobec tego o niecelowości jakichkolwiek rozmów o zawarciu układu, obecnie wobec formalnego sojuszu brytyjsko-sowieckiego zaczyna dowodzić, że w istniejącej rzeczywistości i nasze porozumienie z Sowietami jest potrzebne, ale nie należy się z nim zbytnio śpieszyć. Pełny tydzień od dnia podpisania sojuszu brytyjsko-sowieckiego trwała w łonie rządu polskiego gorąca dyskusja na temat rokowań z Sowietami. Równocześnie z tym wzmagały się naciski rządu brytyjskiego na przyspieszenie zawarcia porozumienia, nie brakło również życzliwych rad ze strony Roosevelta, który już na przemówienie Sikorskiego w dniu 23 czerwca zareagował bardzo serdeczną depeszą. Stanowisko opozycji było bardzo ułatwione faktem, że atakowała ona główne zastrzeżenia sowieckie co do ważności traktatu ryskiego. Nie brała przy tym zupełnie pod uwagę faktu, że Sikorski poprzez Majskiego prowadzi rozmowy ze Stalinem, który ma specyficzny pogląd na wartość wszelkiego rodzaju umów i układów. Zaskoczony najazdem Hitlera, nie dając wiary żadnym ostrzeżeniom i przestrogom, usiłuje „zachować twarz” dla ratowania swego autorytetu. Po polskiej stronie wśród przeciwników porozumienia panuje również stan umysłów daleki od realizmu i trzeźwości. Najlepiej charakteryzuje go scena podczas przełomowego posiedzenia Rady Ministrów 22 lipca, na którym Sikorski przedłożył projekt umowy, zawierający przy poparciu Anglików maksymalne ustępstwa zaakceptowane przez Stalina. Równocześnie z tym zakomunikował on najnowsze informacje otrzymane za pośrednictwem ambasady brytyjskiej z Moskwy, alarmujące, że rząd sowiecki po pierwszych tygodniach wyczekiwania na wynik rozmów prowadzonych z Sikorskim w Londynie przystąpił do szeroko zakrojonej akcji represyjnej. Właśnie w tym okresie zapadł cały szereg wyroków skazujących wielu wojskowych jak zresztą i cywilów, [...]. Sikorski doszedł do przekonania, iż osiągnięto maksimum ustępstw i nie pozostaje nic innego jak przystąpić do podpisania układu. Wówczas to rozegrała się między Sikorskim a Sosnkowskim następująca charakterystyczna scena. Sosnkowski po ostrej krytyce proponowanego tekstu układu i po przytoczeniu po raz nie wiadomo który wszystkich argumentów przemawiających przeciwko jego brzmieniu, zakończył swe przemówienie apelem, aby się nie spieszyć z podpisywaniem i zaczekać co najmniej do niedzieli. Na pytanie Sikorskiego, dlaczego właśnie do niedzieli, odpowiedział bez najmniejszego cienia wątpliwości... bo w sobotę Hitler będzie w Moskwie, a wtedy Majski inaczej będzie z nami rozmawiał. - Zdaje się, że pan generał długo będzie czekał na taką sobotę - odpowiedział Sikorski... Na zakończenie dyskusji prowadzonej za pomocą tego rodzaju argumentów Sosnkowski oświadczył, iż w razie decyzji podpisania przedłożonego projektu on na znak protestu ustępuje z rządu. Solidaryzował się z nim Zaleski, uciekając się do właściwej sobie, taktyki. Oświadczył, że mimo

braków, jakie układ posiada, gotów jest jako odpowiedzialny za politykę zagraniczną państwa podpisać go pod warunkiem, że wypowiedzą się za nim wszystkie cztery stronnictwa stanowiące polityczną podstawę rządu. Urzędowo „bezpartyjny”, wiedział on już dobrze, że właśnie jedno ze stronnictw, to jest Stronnictwo Narodowe, solidaryzuje się w tej sprawie ze stanowiskiem, któremu najdosadniejszy wyraz dał Sosnkowski. Oficjalny przedstawiciel tego stronnictwa w rządzie, dr Marian Seyda, z właściwym Poznańczykom poczuciem ścisłości prawnej i jasności sformułowań, zaproponował kilka stylistycznych poprawek, ale ulegając naciskom Bieleckiego i nie chcąc łamać solidarności Stronnictwa przyłączył się do opozycji. W konsekwencji wszyscy trzej ministrowie zgłosili dymisję i nie wzięli już udziału w zorganizowanym na ten wieczór obiedzie przy udziale prezesów stronnictw, podczas którego Eden wyczerpująco przedstawił racje, jakie według zgodnej opinii gabinetu brytyjskiego powinny skłonić rząd polski do podpisania projektowanego układu. Należy zaznaczyć, że w siedem miesięcy później dr Seyda, którego większość poprawek zresztą udało się wprowadzić do ostatecznego tekstu układu, nie przerywając przez cały ten okres czynnej współpracy z rządem jako kierownik Biura Prac Kongresowych, wrócił do rządu. Nastąpiło to w wyniku rozłamu w łonie londyńskiego zespołu Stronnictwa Narodowego, które pod przewodnictwem Bieleckiego zaangażowało się bardzo w dalszej akcji opozycyjnej. Stanowisko to nie znalazło uznania nie tylko wśród mniejszości narodowców zgrupowanych w Londynie, ale i wśród przybyłych z Rosji wybitnych jego działaczy, którzy w następstwie układu Sikorski-Majski odzyskali wolność, jak na przykład były poseł na sejm prof. dr Wacław Komarnicki i prezydent Poznania dr Witold Celichowski. Cały następny tydzień trwały jeszcze zabiegi o ostateczną stylizację tekstu i wreszcie 3 lipca Sikorski wbrew Raczkiewiczowi, który usiłował zastosować w tym wypadku swe dyktatorskie uprawnienia z mocy konstytucji kwietniowej, przystąpił do podpisania układu. W „polskim Londynie” zawrzało. Czołowy jego organ tygodnik „Wiadomości Polskie” zareagował nań zamieszczeniem reprodukcji obrazu Matejki: Batory pod Pskowem. Zespół redakcyjny pisma, w którym wybitną rolę odgrywał Zygmunt Nowakowski, nie znalazł nic niewłaściwego i nierozsądnego w porównaniu, że Batory był... właśnie pod Pskowem, zwycięzcą nad wojskami rosyjskiego cara, na czele silnej armii, w oparciu o wielkie, potężne państwo. Jakaż tu analogia z Sikorskim, na czele rządu na wygnaniu, którego cała egzystencja uzależniona była od dobrej woli i kredytu gospodarzy? Postawa wydawców i redaktorów „Wiadomości” była wiernym odbiciem zupełnego braku zorientowania „polskiego Londynu” w gruntownie i radykalnie zmienionej naszej sytuacji jako sojusznika Wielkiej Brytanii. Po katastrofie francuskiej staliśmy się niewątpliwie sojusznikiem numer jeden. Wybitny udział naszego lotnictwa pozycję tę bardzo wzmocnił. 22 czerwca, dzień napaści na Rosję, oznaczał przełom, którego doniosłości i skutków nikt wówczas należycie nie oceniał. Tego samego dnia wieczorem Churchill w wygłoszonej przez radio mowie zaofiarował z miejsca Związkowi Sowieckiemu całkowite poparcie, bez żadnych warunków i zastrzeżeń. Od tej chwili zaczął się właściwie wyścig między - ujmując to personalnie - pozycją Sikorskiego i Stalina. Sikorski z natury optymista, zdawał sobie sprawę z tego, iż rezultatem polityki, do której parli Raczkiewicz, Sosnkowski i towarzysze, musiałoby być odosobnienie Polski, wyobcowanie jej z sojuszu z Wielką Brytanią. Jedyną perspektywą, jaką realnie można było w takich warunkach przewidywać,

mógł być tylko protest, który najprawdopodobniej skończyłby się unicestwieniem całego tak wojskowego, jak i politycznego wysiłku polskiego. Układ z 30 lipca, tak krytykowany przez przeciwników, miał niewątpliwie pewne słabe punkty, których mimo usilnych zabiegów nie dało się usunąć, ale stanowczo przeważały w nim elementy pozytywne, dla naszego wysiłku o odzyskanie niepodległości decydujące. Układem tym rząd ZSRR uznawał, że traktaty jego z III Rzeszą utraciły swoją moc. Rząd polski ze swej strony oświadczył, iż Polska nie jest związana z żadnym państwem jakimkolwiek układem zwróconym przeciwko Sowietom. Równocześnie oba rządy postanowiły przywrócić niezwłocznie między sobą stosunki dyplomatyczne i zobowiązały się do udzielenia sobie wzajemnej pomocy i poparcia w wojnie przeciwko hitlerowskim Niemcom. I wreszcie osiągnięcie najważniejsze: zgoda rządu sowieckiego na utworzenie na terytorium ZSRR armii polskiej pod polskim dowództwem. Stosując metodę ściśle politycznej i realistycznej analizy należało stwierdzić, że powyższe sformułowania odpowiadają zasadniczym interesom Polski. Nie mogli tego nie docenić także przeciwnicy jakiegokolwiek porozumienia z Rosją, toteż skoncentrowali cały swój atak na protokole do układu. W protokole tym rząd sowiecki po długich targach stwierdził, że z chwilą przywrócenia stosunków dyplomatycznych udzieli amnestii wszystkim obywatelom polskim, którzy są obecnie pozbawieni swobody na terytorium ZSRR, bądź jako jeńcy wojenni, bądź z innych, odpowiednich powodów. Było to sformułowanie z naszego punktu widzenia, niewątpliwie, niekorzystne. W toku długich rozmów z Majskim okazało się jednak, że do takiego sformułowania Stalin przywiązuje zasadniczą wagę i wręcz groziło, iż o ten punkt może się cała sprawa rozbić. Sikorski zdawał sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek by były formalno-prawne argumenty przeciwko takiemu sformułowaniu, nie wolno z tego powodu unicestwiać dzieła o tak wielkim znaczeniu. Ponad nieskazitelność formuły prawnej wysuwała się sprawa losu ginących na olbrzymich obszarach Związku Sowieckiego mas zesłańców, jeńców i więźniów. Jak to się później okazało z korespondencji z Sosnkowskim, Sikorski przyznaje, że mocując się z sobą, czy ma wyrazić zgodę na te sformułowania, zdecydował się je akceptować pod wpływem wewnętrznego impulsu. Zdawało mu się, że słyszy biegnące do niego prośby setek tysięcy nieszczęśliwych, wołających o pomoc i ratunek. Dzisiaj po 36 latach nie brak jeszcze na emigracji głosów, i to spośród wybitnych jej przedstawicieli, o błędach Sikorskiego popełnionych przy zawieraniu układu 30 lipca. Wydaje mi się jednak, iż jest rzeczą zbyteczną podejmowanie wszelkiej na ten temat dyskusji. Ograniczę się przeto do przytoczenia opinii, jaką na temat tego układu wypowiedział w 10 rocznicę śmierci Sikorskiego ówczesny ambasador RP w Londynie Edward Raczyński, którego stosunek do generała był trzeźwy i obiektywny. W dłuższym przemówieniu, wygłoszonym w Instytucie Historycznym im. Generała Sikorskiego 4 lipca 1953 roku znajduje się następujący ustęp: Układ polsko-sowiecki, podpisany przez generała Sikorskiego i ambasadora Majskiego, stał się przyczyną kontrowersji w gronie rodaków, której echa odzywają się jeszcze czasami i dzisiaj. Zawsze byłem zdania, że spór ten nosił znamiona sztuczności. W świetle zaś późniejszych wypadków można z całą pewnością stwierdzić, że gdyby tekst układu był zredagowany w sposób dający pełną satysfakcję najbardziej wymagającym krytykom

w gronie rodaków - co nawiasem mówiąc było niewątpliwie nieosiągalne - nie byłby bardziej skutecznym od układu z 30 lipca zabezpieczeniem przed złą wiarą sowiecką. Układ polskorosyjski był w ówczesnych okolicznościach nieodzowną okolicznością. Jego podpisanie, zanim późniejsze wojenne powodzenia sowieckie nie zaostrzyły w wyższym jeszcze stopniu apetytów Kremla, okazało się taktycznie trafne. Układ wyratował od śmierci [...] stokilkadziesiąt tysięcy obywateli polskich - w tym około 80 tysięcy żołnierzy. Ten jeden skutek układu, który zaważył na wkładzie naszym w wysiłek wojenny i przywrócił do życia tyle cennych jednostek, wystarczy by przeważyć szalę oceny na korzyść ówczesnej decyzji generała Sikorskiego. Powyższą opinię należy jeszcze uzupełnić inną wypowiedzią przedstawiciela dzisiejszej ekipy rządzącej w „polskim Londynie”. Jeden z bliskich politycznych doradców generała Andersa, dr Zdzisław Stahl, pisząc w „Orle Białym” (nr 18-1165, styczeń 1966) przyznaje, iż najprawdopodobniej, gdyby w czasie zawierania układu Sikorski- -Majski był w Londynie, należałby do jego przeciwników. Z perspektywy późniejszego rozwoju wypadków musi jednak stwierdzić, że ani układ nie sprowadził polityki rządu polskiego na drogę uległości wobec Moskwy, ani nie stał się argumentem za późniejszymi postanowieniami Teheranu i Jałty i ani Stalin, ani zachodni partnerzy nie powoływali się na układ jako rzekomo osłabiający nasze prawa do granicy ryskiej. * Sprawa roli rządu brytyjskiego w odniesieniu do układu z 30 lipca wymaga obszerniejszego przedstawienia, a to z uwagi na błędne opinie rozpowszechnione wśród Polaków, z których mniej skrupulatni krytycy polityki Sikorskiego próbowali ukuć dodatkowy argument zmarnowania przez niego gwarancji brytyjskich, uzyskanych przez Becka w kwietniu 1939 roku. Niewątpliwie, rządowi brytyjskiemu zależało bardzo na tym, aby układ ten doszedł do skutku. Jego podpisaniu nadano bardzo uroczysty charakter. Odbyło się ono w Foreign Office w obecności Churchilla i Edena. Zaraz po podpisaniu Eden wręczył Sikorskiemu notę, w której rząd brytyjski stwierdza, iż: nie uznaje żadnych zmian terytorialnych, jakie wprowadzono w Polsce po sierpniu 1939 roku. Następnie udał się do Izby Gmin, aby, przerywając jej obrady, powiadomić o zawartym porozumieniu między Polską a ZSRR. Po tym oświadczeniu wywiązała się w Izbie Gmin krótka dyskusja, w której Eden odpowiadając na pytanie jednego z posłów oświadczył wyraźnie: nota, którą właśnie odczytałem, nie oznacza żadnej gwarancji granic przez rząd Jego Królewskiej Mości. Oświadczenie Edena było całkowicie zgodne z istniejącym prawnym stanem rzeczy. Polsko-brytyjski układ o wzajemnej pomocy, będący następstwem udzielonej samorzutnie przez Wielką Brytanię gwarancji Polsce po pogwałceniu przez Hitlera układów monachijskich i okupacji Czech, podpisany w Londynie 25 sierpnia 1939, zobowiązywał Wielką Brytanię jedynie i wyłącznie do przyjścia Polsce z pomocą tylko w wypadku agresji niemieckiej. To ówczesna oficjalna propaganda rządu polskiego nadała temu układowi tak niezgodną z jego treścią optymistyczną oprawę, iż opinia polska uwierzyła, że mamy gwarancje Wielkiej Brytanii odnoszące się do całości naszego terytorium. Tymczasem w układzie wyraźnie było przewidziane, że w wypadku gdyby agresji dopuściło się inne niż Niemcy państwo europejskie, to rząd brytyjski obowiązany jest do przeprowadzenia w tej sprawie konsultacji z rządem polskim. Fakt, że odnośne postanowienie mieściło się w tajnym protokole układu, w niczym nie zmienia jego znaczenia. Takie są już bowiem metody i obyczaje dyplomacji i to od najdawniejszych bodaj czasów, iż najważniejsze decyzje okrywa się tajemnicą.

Rząd brytyjski konsekwentnie przestrzegał tego stanowiska. Po raz pierwszy publicznie dał temu wyraz w Izbie Lordów ówczesny minister spraw zagranicznych lord Halifax w odpowiedzi na interpelacje dotyczące konsekwencji wkroczenia wojsk sowieckich do Polski w dniu 17 września 1939 roku. W natłoku dramatycznych wydarzeń rychło wśród Polaków o tym oświadczeniu zapomniano, a teraz gorliwsi i pozbawieni skrupułów krytycy Sikorskiego nie gardzili argumentem, iż to znowu ustępliwość Sikorskiego zmarnowała tak drogocenną rzecz. Dopiero po latach bardziej odpowiedzialni przedstawiciele tego obozu, jak na przykład Kazimierz Okulicz, który zresztą w Londynie znalazł się dopiero po wojnie, zdobyli się na prawdziwą ocenę sojuszu polsko-brytyjskiego. Błąd pierwotny - pisał Okulicz - strony polskiej popełniony został już wiosną 1939 roku. Przyjęto weksel bez pokrycia. Wszystko inne było tego błędu skutkiem (artykuł w londyńskim „Dzienniku Polskim” z 6 sierpnia 1966 roku). W świetle powyższych faktów jest rzeczą jasną, iż rząd brytyjski nie uznając zmian terytorialnych dokonanych w Polsce, równocześnie pozostawił kwestię naszych granic wschodnich otwartą, odraczając jedynie jej załatwienie do czasów po zakończeniu wojny. I w tym tylko była różnica stanowiska z roszczeniami Stalina. Stanowisko to miało zresztą całkowite poparcie tak parlamentu, jak i prasy. Odtąd zagadnienie występuje w nowej formie: jaki będzie stosunek sił pod koniec wojny i jak dalece Polska może liczyć na poparcie swego alianta. Sikorski zrozumiał to doskonale i dlatego wkrótce po załatwieniu wszystkich spraw związanych z wejściem w życie układu polsko-sowieckiego skoncentrował cały swój wysiłek, aby w sprawie integralności granic Rzeczypospolitej nie być zależnym tylko od Wielkiej Brytanii. Stąd idea nowej podróży do Stanów Zjednoczonych i szukania pomocy u Roosevelta. Podpisanie układu nie tylko nie rozbroiło jego przeciwników, ale pchnęło ich w kierunku całkowitego sparaliżowania zainicjowanej nim polityki. Pierwsza rola w tej akcji przypada z urzędu prezydentowi RP Raczkiewiczowi. W dramatycznej rozmowie z Sikorskim w przeddzień podpisania układu Raczkiewicz usiłuje wymóc na nim co najmniej odroczenie tej sprawy. Do jakiej daty, nie wiadomo, bo zapowiedziana przez Sosnkowskiego sobota właśnie minęła i w ciągu tego tygodnia wojska Hitlera nieznacznie tylko zbliżyły się do bram stolicy Sowietów. Gdy to naleganie zawiodło, Raczkiewicz sięgnął do argumentu będącego wynikiem jakiegoś dziwnego braku pamięci o danym w jesieni 1939 roku zapewnieniu, iż nie będzie korzystał z dyktatorskich uprawnień wynikających z konstytucji kwietniowej. Oświadczył więc Sikorskiemu, iż nie będzie mógł podpisać układu, bo on, Raczkiewicz, nie da mu na to swoich pełnomocnictw. Spotkał się z odpowiedzią Sikorskiego, opartą zresztą na fachowej opinii radcy prawnego Prezydium Rady Ministrów, iż premier rządu nie potrzebuje pełnomocnictw prezydenta do podpisywania układów. Wówczas nastąpiła groźba ustąpienia ze stanowiska prezydenta, a więc perspektywa, że odtąd będzie miał Sikorski do czynienia z czołowym szefem opozycji, to jest z gen. Sosnkowskim, na tym stanowisku. Groźby swej Raczkiewicz, oczywiście, nie wykonał. Nie pominął jednak żadnej możliwości, aby przeprowadzić konsekwentny sabotaż dalszej polityki premiera i rządu. Odmówił więc najpierw zgody na udzielenie dymisji trzem ministrom, wywołując tym samym jedyną w swoim rodzaju sytuację w państwie o ustroju formalnie republikańsko-demokratycznym. Sprawa była jasna: ministrowie ci podali się sami do dymisji, premier dymisję tę zaakceptował i postawił wniosek do prezydenta Rzeczypospolitej o jej przyjęcie. Wykorzystując tę sytuację, jeden z ministrów i to resortowo w danej sytuacji najważniejszy, bo minister spraw zagranicznych Zaleski, wysyła trzeciego dnia po podpisaniu układu, pod datą 2 sierpnia 1941, okólnik do wszystkich placówek dyplomatycznych polecający im

dezawuowanie zawartej umowy i „wyjaśnienie” odnośnym rządom, że premier Polski podpisał umowę z Rosją nie mając do tego pełnomocnictwa prezydenta RP. Niektórzy z kierowników placówek zrobili z tego zalecenia bardzo szeroki użytek, przesyłając do ministra raporty informujące w tendencyjny sposób o rzekomo negatywnej reakcji kół kierowniczych danych państw na nową linię polskiej polityki zagranicznej. (Wyróżnił się w tym zwłaszcza ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej.) Równocześnie rozpoczęła się gorączkowa akcja urabiania opinii zarówno na szczytach „polskiego Londynu”, jak w jego szeregach. Oddziały wojskowe w Szkocji zalane zostały kolportażem nielegalnego pisemka „Walka”, wydawanego i redagowanego przez niejakiego Zygmunta Przetakiewicza, jednego z adiutantów wodza przedwojennej, rozłamowej organizacji ONR „Falanga”, Bolesława Piaseckiego. W tej to „Walce”, a poza tym w szeregu odezw i ulotek, drukowano, w odpowiednio spreparowanych wyjątkach, a czasem i w całości, odpisy pism wymienianych w omawianym okresie między Sikorskim, Raczkiewiczem, Sosnkowskim i Zaleskim. Powołana specjalna komisja śledcza pod kierownictwem szefa gabinetu prezesa Rady Ministrów, Adama Romera, stwierdziła, że odnośne dokumenty pochodzą z sekretariatu gen. Sosnkowskiego, zawierały bowiem obok oryginalnego tekstu także jego uwagi na marginesie. Komisja stwierdziła czynną rolę w tym ujawnianiu tajemnic państwowych osób z najbliższego otoczenia generała Sosnkowskiego. Sam Sosnkowski, którego biuro mieściło się w ambasadzie RP, odmówił jednak komisji pomocy w wyświetlaniu sprawy, wymawiając się brakiem jej kompetencji sądowych. Szczególną rolę w tej całej akcji odegrał Edward Puacz, przed wojną współpracownik związanej ściśle z Ozonem warszawskiej „prasy czerwonej”, mający zatargi z różnymi władzami polskimi w Londynie. Opanowawszy nie przejawiającą większej działalności organizację przedwojennych emigrantów w Londynie - Towarzystwo Polskie, uczynił z niej ośrodek walki z Sikorskim i jego rządem, jakoby zaprzepaszczającym interesy Polski wskutek kapitulacji wobec postulatów Moskwy. Stamtąd wyszła inicjatywa powołania do życia równie fikcyjnej organizacji nazwanej Radą Wolnych Polaków, która w swym manifeście programowym proklamowała gen. Sosnkowskiego strażnikiem interesów i honoru Rzeczypospolitej Polskiej. Słaba liczebnie, organizacja Puacza rozporządzała jednak dość znacznymi środkami i obficie zasypywała skupiska polskie cywilne i wojskowe swoimi proklamacjami. Warto dodać, że w kilkanaście miesięcy później pod tym samym kierownictwem nastąpił w jej programie radykalny zwrot. Stała się nagle rzecznikiem „postępowych” dążeń emigracji w przeciwieństwie do „reakcyjnych” zamiarów rządu polskiego, co niektórzy interpretowali jako poparcie polityki Stalina i jego moskiewskiej ekspozytury: Związku Patriotów Polskich. W ciągu sierpnia przyszło jednak uspokojenie. Wpłynęły na to, obok niezmiennie zdecydowanego stanowiska Sikorskiego, dwa fakty. W pierwszym rzędzie reakcja krajowego Podziemia, zwłaszcza jego kierownictwa politycznego. Z tworzących go stronnictw trzy, to jest SL, SP i SN wypowiedziały się za polityką Sikorskiego. Zastrzeżenia wyraziła PPS, co przypisywano wpływowi na jej kierownictwo przebywającego w Londynie członka komitetu zagranicznego Adama Ciołkosza, męża zaufania sekretarza generalnego partii Pużaka. Ciołkosz, który znalazł się w londyńskim zespole PPS w mniejszości, korzystając z pomocy wojskowej łączności radiowej urabiał kraj w duchu poglądów londyńskiej opozycji. Na tym tle doszło zresztą do poważnego rozdźwięku w łonie socjalistów krajowych i gdy PPS usunęła się z politycznego komitetu porozumiewawczego, miejsce jej zajęła grupa opozycyjna, występująca pod nazwą Polskich Socjalistów pod kierownictwem znanego publicysty Adama Próchnika. Wymagało sporo czasu późniejsze uregulowanie tej sprawy. W pewnej chwili groziła ona nawet przesileniem rządowym w Londynie. Komitet zagraniczny PPS interpretował

bowiem decyzje krajowe organizacji jako przejściowe posunięcie taktyczne, a nie wycofanie się ze wspólnej organizacji Podziemia. Drugim czynnikiem, który wpłynął wydatnie na uspokojenie atmosfery polsko-londyńskiej, były reakcje wybitnych oficerów i działaczy politycznych polskich, którzy w wyniku układu Sikorski-Majski odzyskali wolność. Jednym z pierwszych był gen. Władysław Anders. Jego depeszę ostro krytykującą przeciwników układu i zawierającą pełne uznanie dla polityki Sikorskiego, podano do wiadomości Polaków w Wielkiej Brytanii. Wkrótce zjawiła się w Londynie pierwsza grupa przybyłych z Rosji działaczy: profesorzy Stanisław Grabski i Wacław Komarnicki, były poseł PPS, jeden z kierowników wpływowego w kraju Związku Kolejarzy ZZZ Mieczysław Mastek oraz gen. Marian Januszajtis. Pierwszy zatrąbił do odwrotu Raczkiewicz. Dokładnie w miesiąc po formalnym ustąpieniu z rządu trzech ministrów podpisał ich dymisje. W tym to okresie ujawniła się gra Raczkiewicza zmierzająca właściwie do utrzymania w rządzie i w wojsku pozycji Sosnkowskiego. Spośród trzech ministrów od razu Raczkiewicz przestał interesować się Seydą. W pierwszym porywie bezpośrednio po zgłoszeniu dymisji Raczkiewicz nosił się z zamiarem powtórzenia nieudanej operacji z lipca ubiegłego roku, to znaczy udzielenia dymisji Sikorskiemu i powierzenia misji tworzenia nowego rządu Sosnkowskiemu. Ten zaś uzależnił swą zgodę od przyrzeczenia Seydy, że SN pójdzie „na całego” przeciw Sikorskiemu i jego ekipie. Seyda stanowczo odmówił i odtąd nie był brany już pod uwagę ani przez Raczkiewicza, ani przez Sosnkowskiego. Dokonując odwrotu, usiłował Raczkiewicz uzyskać u Sikorskiego, niezależnie od utrzymania nienaruszonej pozycji Sosnkowskiego, załatwienie sprawy Zaleskiego. Ten ostatni był z natury człowiekiem raczej bardzo wygodnym, nie grzeszącym zbytnią pracowitością. Wśród Polaków londyńskich przyjął się dlań przydomek „August leniwy”, którego autorstwo powszechnie przypisywano ruchliwemu członkowi Rady Narodowej, byłemu posłowi Poznania, Stanisławowi Jóźwiakowi. Nie będąc człowiekiem walki, a raczej mając skłonność do... inspiracji, Zaleski upatrzył sobie wygodne stanowisko szefa kancelarii cywilnej prezydenta RP. W tej chwili ono wakowało, gdyż Raczkiewicz na samym początku przesilenia zwolnił dotychczasowego kierownika kancelarii, urzędnika MSZ, Stefana Lalickiego, uważanego za zbyt lojalnego wobec rządu. Przejściowo funkcję tę objął czołowy przedstawiciel MSZ-etowej opozycji przeciwko kierunkowi nadanemu przez Sikorskiego, poseł przy rządzie norweskim Władysław Neuman. Okres miesięcznego swego urzędowania na tym stanowisku wypełnił niemal całkowicie agitacją wśród wybitniejszych przedstawicieli środowiska polskiego przeciwko „lekkomyślnej i szalonej” polityce Sikorskiego. Działalność ta nie przyniosła większych rezultatów i była już wobec osiągniętego odprężenia, bezcelowa. Raczkiewicz uznał, że w związku z tym może sobie pozwolić na powierzenie stanowiska szefa kancelarii cywilnej Zaleskiemu i chodziło mu tylko o uzyskanie zgody Sikorskiego na takie przesunięcie. Po otrzymaniu jej podpisał wreszcie (po miesiącu zwłoki!) dymisję trzech ministrów i zaakceptował propozycję premiera w sprawie reorganizacji rządu. W związku z tym weszli do rządu: Lieberman (PPS), Mikołajczyk (SL) i Popiel (SP). Od pierwszej chwili wywołanego rokowaniami z ambasadorem sowieckim przesilenia udzielali oni Sikorskiemu pełnego poparcia i po dymisji trzech ministrów byli zapraszani na posiedzenia Rady Ministrów. Razem z nimi wszedł do rządu ambasador przy rządzie brytyjskim Edward Raczyński, który zachowując swoje dotychczasowe stanowisko, objął kierownictwo MSZ.

Przez cały ten okres nużących i denerwujących rozgrywek i igraszek dywersyjnych Sikorski nie tracił czasu i przygotowywał wszystko, aby postulaty układu z 30 lipca mogły być jak najszybciej i jak najsprawniej wprowadzone w życie. Przede wszystkim mianował dowódcę mającej powstać w Rosji armii polskiej. Początkowo wybór jego padł na osobę byłego szefa sztabu generalnego w pierwszych latach niepodległości, gen. Stanisława Hallera. O wybitnym tym generale było wiadomo tylko tyle, że przebywa na terenie ZSRR, usilne jednak poszukiwania za pośrednictwem ambasady brytyjskiej nie dały żadnego rezultatu. Później dopiero okazało się, że Haller był internowany w Starobielsku i podzielił los ofiar tragedii katyńskiej... Od wysłanej bezpośrednio po podpisaniu układu misji wojskowej z gen. Bohuszem Szyszko nadeszły właśnie pierwsze raporty i opinie o uwolnionych oficerach, z którymi jej członkowie zdołali się spotkać. Najlepsze wrażenie wywarł gen. Anders, którego Sikorski dobrze znał i pamiętał o jego prawdziwie żołnierskim stanowisku w dniach przewrotu majowego. Zdecydował się więc na powierzenie dowództwa Andersowi. Projekt ten spotkał się z zastrzeżeniami ze strony najbliższych współpracowników w sztabie - gen. Klimeckiego i płk. Mitkiewicza. Uważali oni - niewątpliwie bardzo słusznie - iż dowódcą armii w Rosji nie powinien zostać oficer, który dopiero co opuścił więzienie i posiada niewątpliwie uraz antysowiecki. Przewidywali, niestety aż nadto trafnie, że i tak przygniatająca większość korpusu oficerskiego będzie miała tego rodzaju kompleksy. Wobec tego proponowali, by na dowódcę wysłać kogoś z generałów przebywających w Anglii, albo na Bliskim Wschodzie. Tutaj jednak spotkali się ze stanowczym sprzeciwem Sikorskiego. Załatwiwszy najważniejsze sprawy związane z organizacją wojska przez mianowanie gen. Andersa dowódcą, a gen. Bohusza Szyszko szefem misji wojskowej, zajął się Sikorski nie mniej ważną sprawą, a mianowicie znalezieniem odpowiedniego kandydata na stanowisko ambasadora RP w Moskwie. Nie brakło tu podsuwanych mu pomysłów zgoła - delikatnie mówiąc - fantastycznych, w rodzaju na przykład powierzenia tej funkcji Sosnkowskiemu. Sikorski zdecydował się ostatecznie na kandydaturę Strońskiego. Chodziło mu przede wszystkim o wytrawnego polityka o rodowodzie politycznym pozbawionym pryncypialnej antyrosyjskości. Poza tym Sikorski był pewny bezwzględnej lojalności Strońskiego, którego interpretacja układu polskosowieckiego bardzo mu odpowiadała. Sam kandydat był propozycją wyjazdu do Moskwy wprost przerażony i używał wszelkich możliwych argumentów, by premiera przekonać, iż jest on mu niezbędny w Londynie na stanowisku ministra informacji. Trzeba było więc szukać innego kandydata i ostatecznie Sikorski wybrał najbliższego swego przyjaciela, gotowego mu pomagać na każdym, choćby najtrudniejszym, stanowisku, prof. Stanisława Kota. Trzeba w związku z tym zaznaczyć, że nominacja Kota była bardzo krytykowana nie tylko przez zaciekłych przeciwników układu, ale i wielu innych „fachowców” z MSZ, którzy uważali - w zasadzie niewątpliwie słusznie - iż ambasadorem powinien zostać ktoś znający dobrze stosunki rosyjskie. Cała, niestety, trudność polegała na tym, że niemal wszyscy tego typu specjaliści panicznie się bali przyjęcia jakiegokolwiek stanowiska w służbie dyplomatycznej na terenie Sowietów. Z niemałym trudem udało się Kotowi skompletować zespół fachowych pracowników ambasady, którzy z dużym poświęceniem, odwagą i równocześnie lojalnością podjęli się tak ważnej i odpowiedzialnej pracy. Po wyjeździe zespołu ambasady do Moskwy mógł się wreszcie Sikorski zająć nie załatwioną dotąd sprawą kierowania organizacją wojskową w kraju. Dotychczasowa sytuacja w tej dziedzinie była zdecydowanie niewłaściwa. Kierujący krajowym Związkiem Walki Zbrojnej gen. Sosnkowski nie tylko

przestał być członkiem rządu, ale coraz czynniej angażował się w akcję opozycyjną przeciwko rządowej polityce. Wykorzystywał w pierwszym rzędzie pozostające w jego dyspozycji środki łączności z krajem, aby kierownictwo ZWZ odpowiednio urobić i nastawić je krytycznie do zamiarów Sikorskiego. Sytuację bardzo ułatwił mu fakt, że komendantem głównym ZWZ był gen. Stefan Rowecki (ps. Rakoń, później Grot), oficer I brygady Legionów, ideowy piłsudczyk, dla którego Sosnkowski był, niewątpliwie, wielkiej miary autorytetem. Sikorski był z dotychczasowej współpracy z Roweckim zadowolony. Do wzajemnego zaufania, które osiągnęli, przyczyniła się także panująca w kraju atmosfera idealizowania stosunków między czołowymi osobistościami kierującymi nawą państwową na obczyźnie. Atmosferę tę, niewątpliwie, zrujnowały wiadomości, jakich nie szczędził kierownictwu ZWZ Sosnkowski, aby w jak najbardziej czarnych barwach przedstawić błędy „prorosyjskiej” polityki Sikorskiego i jej ponure perspektywy na przyszłość. Odbiło się to wkrótce na stanowisku „Rakonia”. O ile pierwsze jego depesze na temat reakcji czynników krajowych w sprawie układu Sikorski-Majski były raczej pozytywne, o tyle w miarę pogłębienia się kryzysu w Londynie rósł i jego pesymizm i krytycyzm. Mogło to być echo stosunków łączących Roweckiego z niektórymi przywódcami PPS, niewątpliwie jednak decydujący wpływ na zmianę początkowego jego stanowiska miały depesze i informacje Sosnkowskiego. Sikorski, doceniając wagę zagadnień, długo się wzbraniał przed zastosowaniem bardziej radykalnych środków. Przekonawszy się jednak, że Sosnkowski brnie coraz głębiej w swoim opozycyjnym uporze, zdecydował się na zasadnicze uzdrowienie sytuacji. Zwolnił Sosnkowskiego z kierownictwa ZWZ, podporządkowując je bezpośrednio sobie jako wodzowi naczelnemu. Dalszym następstwem tej decyzji był wydany w kilka miesięcy później formalny rozkaz o rozwiązaniu ZWZ i wcieleniu wszystkich jego jednostek, jak zresztą w ogóle wszelkiego rodzaju organizacji wojskowych w kraju, do regularnej armii polskiej i nadaniu jej nazwy Armii Krajowej (AK). Równocześnie z objęciem dowództwa ZWZ przez Sikorskiego, dotychczasowy sztab Sosnkowskiego - na razie w niezmiennym składzie - wcielony został do sztabu naczelnego wodza jako jego VI oddział. Rowecki zareagował na fakt zwolnienia Sosnkowskiego depeszą protestacyjną, której treść niektórzy oficerowie z najbliższego otoczenia określali jako prawie że wypowiedzenie posłuszeństwa. Była to, niewątpliwie, przesada. Z tego co przeciekło wówczas do wiadomości członków rządu, nie można było wątpić o dobrych intencjach dowódcy Armii Krajowej. Patrząc z oddalenia, z perspektywy nękanego i walczącego kraju na to co się w Londynie działo, uważał on za swój obowiązek wystosować apel do obu, chwilowo, jak mu się wydawało, skłóconych generałów, aby dla wspólnego dobra pogodzili się i kontynuowali rozpoczętą pracę. Tak, niewątpliwie, oceniał reakcję Roweckigo Sikorski, gdyż ograniczył się do wytknięcia mu niewłaściwości jego kroku. Mimo tego incydentu nie przestał w dalszym ciągu darzyć go zaufaniem. Rowecki dość szybko zorientował się w niestosowności swej początkowej reakcji i niezależnie od przykładnego jak zawsze, spełniania swoich obowiązków, starał się swoje stosunki z Sikorskim utrzymać dalej w takim klimacie, jaki między nimi panował przed przesileniem. W Londynie, w dawnym sztabie Sosnkowskiego, nie brakło jednak sił i to na wybitnych stanowiskach, aby zamiary Roweckiego pokrzyżować. Dowodzi tego między innymi historia z osobistym listem Roweckiego do jego przyjaciela i kolegi legionowego gen. Modelskiego, przedstawiona obszerniej w mojej książce Od Brześcia do »Polonii«. Zawierał on swego rodzaju polityczne credo Roweckiego

wraz z apelem o interwencję u wodza naczelnego, by nie uważano go za „sanatora” i miano doń pełne zaufanie. List ten przywieziony przez kuriera Armii Krajowej do Londynu w kwietniu 1942 roku, został przed Modelskim zatajony i dotarł do jego rąk dopiero po dwunastu latach dzięki Pomianowi, oficerowi AK, który go odkrył, studiując w Instytucie Historycznym im. Sikorskiego. * Gdy na odcinku Warszawa-Londyn likwidowano ostatnie echa przesilenia, równocześnie z Moskwy zaczęły nadchodzić niezbyt pomyślne wiadomości. Okazało się najpierw, iż podstawowa praca dotycząca uregulowania sprawy organizacji naszego wojska, a mianowicie umowa wojskowa, została źle wykonana. W naszym sztabie londyńskim czyniono za to wręcz odpowiedzialnym kierownika misji wojskowej gen. Bohusza Szyszko. Zrobił on, zdaniem naszego sztabu, niepotrzebne i jakoby dające się uniknąć ustępstwa, zarówno w sprawie nominacji dowódców, poczynając od dowódcy pułku - gdzie zgodził się właściwie na weto dowództwa sowieckiego - jak i w kwestii interpretacji praw obywateli polskich z „przyłączonych” do Sowietów jesienią 1939 roku wschodnich województw. Powstały z tego tytułu później przeróżne trudności, które walnie się przyczyniły do unicestwienia w końcu dzieła rozpoczętego umową z 30 lipca. Jeszcze bardziej alarmująco brzmiały doniesienia od naszych przedstawicieli o sytuacji militarnej. Wszyscy oni zgodnie przewidywali rychłą klęskę Armii Czerwonej. Alarmowali, że w Rosji panuje stan powszechnego jakoby oczekiwania na „wybawienie” przez Hitlera, przewidywali zupełne załamanie się reżymu, a nawet wojnę domową... Jedynie ambasador Kot, który w pierwszej chwili po zarządzeniu przez rząd sowiecki ewakuacji ambasady do Kujbyszewa, a misji wojskowej do Buzułuku dał wyraz pewnemu pesymizmowi, szybko się z tych nastrojów otrząsnął i w dalszych raportach niezmiennie wyrażał przekonanie, iż armia sowiecka pod Moskwą sytuację opanuje. Na tle takiej atmosfery mniej już dziwiły informacje ó trudnościach w wykonywaniu umowy o organizacji armii, mimo że miały one bardzo groźną i niepokojącą wymowę. Inwazja wojsk hitlerowskich zaskoczyła Sowiety, a jej szybkie tempo spowodowało nieuniknioną dezorganizację aparatu państwowego. Dawało się to szczególnie odczuć w dziedzinie komunikacji i aprowizacji. Tym, niewątpliwie, można wytłumaczyć obiektywne przyczyny poważnych niedociągnięć w wykonywaniu polsko-sowieckiej umowy wojskowej. Sikorski zdawał sobie doskonale sprawę z tego stanu rzeczy i dlatego z dużym spokojem reagował na alarmujące depesze z Rosji i zbyt szybko wyciągane wnioski najbliższych swych współpracowników w sztabie. Instrukcje, jakie w odpowiedzi wysyłał, zmierzały do zachowania zimnej krwi i wyrażały przekonanie, że trudności przejściowe na pewno da się opanować. Nie wykluczał jednak, że niezależnie od tych powodów działają i inne czynniki, a mianowicie sabotaż aparatu sowieckiego, którego liczni pracownicy byli przerażeni niezrozumiałym dla nich wyróżnieniem zesłańców polskich. Biorąc to wszystko pod uwagę zdecydował się już w pierwszych dniach października na krok niezwykle śmiały, a mianowicie wyjazd do Moskwy, w celu przeprowadzenia osobistej rozmowy ze Stalinem i poruszenia wszystkich drażliwych spraw. Toteż gdy gen. Anders zapytywał, jakie ma zająć stanowisko w wypadku, gdyby doszło do załamania frontu, Sikorski polecił mu odpowiedzieć, iż odpowiednie instrukcje wyda osobiście, gdyż w niedługim czasie tam przybędzie. Decyzja wyjazdu spotkała się na ogół z powszechną niemal dezaprobatą. Motywy jej były różne, w zależności od środowiska. Prezydent RP obawiał się jeszcze głębszego zaangażowania Sikorskiego

„w marsz po błędnej drodze”, na jaką wkroczył podpisując pakt z 30 lipca. Wśród oddanych Sikorskiemu polityków i członków rządu nie brakło obaw o życie Sikorskiego z powodu nadmiernego ryzyka projektowanej podróży. Najjaskrawszy wyraz znalazło to w stanowisku ministra sprawiedliwości Liebermana. Zorganizował on specjalną delegację, w której między innymi brałem udział. Spotkało nas całkowite niepowodzenie. Zgodziłem się na tę interwencję aczkolwiek z odmiennych niż Lieberman i Mikołajczyk motywów. Obawiałem się i dałem temu wyraz w rozmowie, że w wypadku poważniejszego niepowodzenia na gruncie rosyjskim nasza londyńska opozycja z prezydentem na czele zechce wykorzystać sytuację i podjąć kroki zmierzające do obalenia dotychczasowej polityki. Podzielałem zresztą całkowicie pogląd Sikorskiego, iż sytuacja na froncie dozna poprawy, opierając się na opinii mego dawnego kolegi z „Zarzewia” i Polskich Drużyn Strzeleckich, gen. Januszajtisa, który z wielką znajomością rzeczy dowodził, iż opór sowiecki będzie wzmagał się w miarę zbliżania się armii Hitlera do stolicy i Leningradu, a na ich przedpolach atak niemiecki całkowicie się załamie. Niestety, Januszajtis, oficer o wielkim talencie wojskowym i rzadkiej odwadze, od dawna już chorował na odgrywanie równocześnie roli politycznej, do czego nie miał najmniejszych kwalifikacji. Swoje rzeczowe i trafne oceny natury militarnej po prostu zmarnował w powodzi naiwnych i wręcz bzdurnych przekonań o nadzwyczajnych wynikach, jakie przewrót bolszewicki osiągnął. Opinie te spotkały się z ogólnym krytycznym przyjęciem wśród Polaków w Anglii. Wyjazd do Moskwy opóźnił się prawie o cały tydzień z powodu śmierci Liebermana, którą Sikorski bardzo głęboko odczuł. Była to wielka strata i równocześnie wyrwa w jednolitym stanowisku trzech stronnictw, które dotąd solidarnie podtrzymywały Sikorskiego. Potwierdziło się to już po pierwszym kroku, jakiego osierocony przez swego przewodniczącego komitet zagraniczny PPS dokonał, kooptując na jego miejsce czołowego przeciwnika polityki Sikorskiego, Adama Pragiera. W dniu 3 października 1941 opuszcza Sikorski Londyn. Po drodze zatrzymuje się na Malcie, gdzie przeprowadza inspekcję jednego z polskich okrętów wojennych, a następnie na kilka dni w stolicy Egiptu Kairze. W tym centrum brytyjskiej akcji wojskowej i politycznej na Bliskim Wschodzie prowadzi szereg rozmów dotyczących ogólnej sytuacji, a także spraw polskich. Chodzi, mianowicie, zarówno o zabezpieczenie możliwości rozwoju Brygady Karpackiej, jak i organizacji jednostek lotniczych. Z Kairu wpada na dwa dni do Tobruku, gdzie dokonuje inspekcji odcinka powierzonego Brygadzie Karpackiej i dekoruje żołnierzy orderem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. Następnie udaje się do Iranu. Po drodze w Bagdadzie przeprowadza rozmowy z dowódcami brytyjskimi na temat możliwości ewakuacji oddziałów polskich z Rosji, gdyby sytuacja tego wymagała. W Teheranie konferuje z premierem i ministrem spraw zagranicznych, przyjmuje kolonię polską i korpus dyplomatyczny oraz udziela wywiadu prasie. Ta wytężona akcja organizacyjna i polityczno-propagandowa wypełnia prawie cały miesiąc, tak że dopiero 30 listopada Sikorski ląduje na terenie ZSRR w Kujbyszewie, gdzie mieszczą się ewakuowane z Moskwy przedstawicielstwa dyplomatyczne. Zaraz następnego dnia po zapoznaniu się ze sprawozdaniami z wykonywania umowy wojskowej i odbyciu wstępnej rozmowy z ambasadorem Wielkiej Brytanii Crippsem, odbywa dłuższą konferencję z wicekomisarzem spraw zagranicznych Wyszyńskim, który ma w rządzie sowieckim powierzone sprawy polskie. Atakuje z miejsca niewykonanie zawartych umów. Stwierdza, iż mimo największego wysiłku ze strony polskiej w prawie czteromiesięcznym okresie zdołano wykonać plan organizacyjny zaledwie w trzeciej części, jeżeli chodzi o stan liczebny armii, a znacznie gorzej w zakresie uzbrojenia.

Konferencja z Wyszyńskim jest, oczywiście, tylko wstępem do głównego ataku, który trzeba przeprowadzić w rozmowie ze Stalinem. 2 grudnia ląduje w Moskwie. Nazajutrz ma ze Stalinem pierwsze spotkanie w obecności ambasadora Kota i gen. Andersa. Stalin uprzedzony o nastawieniu Sikorskiego stara się o wytworzenie jak najlepszego klimatu do rozmowy. Wita Sikorskiego komplementami i słowami uznania dla jego stanowiska politycznego, a zwłaszcza osiągnięć wojskowych. Gratuluje mu szczególnie jego książki Przyszła wojna i dodaje, że była ona podręcznikiem w sowieckich akademiach sztabowych. Przyznaje lojalnie, że wojskowi sowieccy z pracy Sikorskiego czerpali wiedzę o roli broni pancernej i lotniczej w przyszłej wojnie. W takiej atmosferze przedstawił Sikorski obszerną listę zażaleń i zarzutów w sprawie niewykonywania zawartych umów, nie ukrywając bynajmniej, że niezależnie od obiektywnych trudności, spowodowanych rozwojem sytuacji wojennej, strona polska z niepokojem śledzi przejawy [...]. Ze szczególnym naciskiem podkreślił sprawę zwolnienia oficerów zgrupowanych w obozach jeńców w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, co do których mimo wielokrotnych nalegań zarówno ambasady, jak i dowództwa polskiego brak jasnej odpowiedzi, a dawne wyjaśnienia, nie znajdujące najmniejszego potwierdzenia w faktach, budzą jak największy niepokój o los tej kilkunastotysięcznej rzeszy oficerów. Rozmowy przeciągnęły się na dzień następny. Zakończyły się podpisaniem ze Stalinem wspólnej deklaracji o walce z Niemcami aż do pełnego zwycięstwa. W sprawie „zagubionych” oficerów Stalin podtrzymując stanowczo, iż władze sowieckie zwolniły wszystkich i najprawdopodobniej musieli się oni gdzieś rozejść - w danej chwili wysuwał nową wersję o możliwości przejścia do Mandżurii (!). Natomiast w dziedzinie postulatów natury organizacyjno-wojskowej zdobył się na gest pozytywnego zaakceptowania gros żądań Sikorskiego. Dotyczyło to zgody na tworzenie 7 dywizji oraz na ewakuację 25 tysięcy żołnierzy, którzy mieli stanowić uzupełnienia dla I korpusu w Szkocji, Brygady Karpackiej oraz marynarki i lotnictwa. Był to więc niewątpliwy sukces i wszystko zależało od tego, czy to przyrzeczenie będzie wprowadzone w życie. Po zakończeniu rozmów na Kremlu resztę czasu poświęca Sikorski wizytacji oddziałów armii polskiej w Rosji. Zaczyna od Buzułuku, siedziby dowództwa, następnie odwiedza organizujące się dywizje w innych miejscach rozmieszczenia, przyjmowany wszędzie przez żołnierzy jako wybawca i widoczny symbol, że Polska trwa i walczy. Na temat tych odwiedzin istnieje już sporo wspomnień autentycznych świadków, którzy je przeżywali. Zbyteczne jest więc silić się na odtwarzanie jedynych w swoim rodzaju nastrojów i przeżyć tysięcy niedawnych łagierników i więźniów demonstrujących swe przywiązanie do tego, który ich z dna rozpaczy i beznadziejności powołał do dalszej służby ojczyźnie. Jeżeli zaś chodzi o nastrój samego Sikorskiego, który często we wspomnieniach wracał do przeżyć z tamtych dni, to bodaj charakteryzują go słowa, jakie wpisał do księgi pamiątkowej w Buzułuku tej mniej więcej treści: Bóg patrzy w moje serce i zna moje zamiary. Wie On, że jedynym celem, do którego was prowadzę, jest powrót do wolnej, niepodległej Polski i wierzę, że tego dokonam. 15 grudnia Generał opuszcza Rosję udając się przez Teheran, Kair, Maltę i Gibraltar z powrotem do Londynu. Przybywa tutaj w dzień Trzech Króli, 6 stycznia 1942 roku. Po przedstawieniu prezydentowi RP i rządowi rezultatów swej podróży, rzuca się w wir codziennej pracy. W najbliższym już tygodniu (13 stycznia) przewodniczy w pałacu św. Jakuba na posiedzeniu Rady Międzyalianckiej, kiedy to

przedstawiciele 9 państw podpisali wspólną deklarację o karze za zbrodnie okupantów. Chodziło w tym wypadku o to minimum, jakie na razie alianci mogli dać uciemiężonym przez Hitlera narodom, a mianowicie zapewnienie, że zbrodnie te nie będą zapomniane i po zakończeniu wojny zostaną przykładnie ukarane. Powołanie polskiego premiera na przewodniczącego tej manifestacji było wyrazem uznania gospodarzy i przedstawicieli rządów mających wówczas siedzibę w Londynie dla roli Polski w jej walce z okupantem i uznania dla działalności jej przywódcy. Ostatnim aktem związanym z niedawną wizytą w Rosji było wręczenie królowi Jerzemu VI i królowej Elżbiecie w Buckingham Pałace pamiątkowego ryngrafu, ofiarowanego przez wojsko polskie w Rosji w dowód wdzięczności za gościnę udzieloną polskiemu kierownictwu politycznemu i wojskowemu. Ocena wyników wizyty rosyjskiej Sikorskiego przyniosła w środowisku londyńskim duże uspokojenie nastrojów. Wszyscy oczekiwali teraz na realizację uzgodnionych postulatów, co zależało w przeważającym stopniu od dobrej woli decydujących czynników sowieckich, a w niemałym także od postawy i zachowania polskich przedstawicieli wojskowych i politycznych. Fakt, że Sikorski ograniczył się w rokowaniach ze Stalinem wyłącznie do spraw organizacyjnych wojska, a uchylił się od rozmów na tematy polityczne, konkretnie mówiąc sprawy granic, którą próbował wysunąć Stalin, wzbudził ogólne zadowolenie. Relacje Sikorskiego z rozmowy na ten temat były uderzająco skąpe. Powiedział on, iż Stalin usiłował wszcząć dyskusję o konieczności ułożenia na przyszłość stosunków między Polską a ZSRR na trwałej podstawie, do czego warunkiem jest rewizja granic. Granice te - mówił Stalin - wytyczone w traktacie ryskim, zostały narzucone Sowietom w chwili ich ciężkich zmagań w wojnie domowej. Podzieliły one dwa bratnie i bliskie rosyjskiemu narody: ukraiński i białoruski. Zwłaszcza Ukraińcy dotkliwie odczuwają usankcjonowaną w Rydze granicę identyczną z tą, jaką ustalili dwaj wyjątkowo zarówno w Moskwie, jak i w Kijowie źle zapisani przywódcy: Piłsudski i Petlura. Istniejący stan rzeczy prowadzi do stałego antagonizmu i prób wygrywania kwestii ukraińskiej przez obie strony. Jedynym wyjściem i warunkiem wytworzenia prawdziwie dobrosąsiedzkich i przyjaznych stosunków między Polakami a Rosjanami jest wytyczenie takiej granicy, która by uniemożliwiała manewrowanie sprawą ukraińską. Stalin miał się wówczas wyrazić, iż żądania jego w tym kierunku są dość umiarkowane. Powiedział, że chodzi o, w jego mniemaniu, drobne poprawki - po rosyjsku: czut’czut’... Sikorski odpowiedział na to, iż nie jest rolą polskiego premiera dyskutowanie w czasie wojny o sprawach granic ustalonych dobrowolnie przez oba państwa. Odpowiedź ta zgodna całkowicie ze stanowiskiem polskich czynników politycznych tak w Londynie, jak i w kraju, została przyjęta przez tych, którzy podejrzewali Sikorskiego o zamiar „handlowania” granicą ryską, z wielką ulgą. Nie podzielałem wówczas powszechnego niemal zachwytu z powodu odmowy Sikorskiego podjęcia dyskusji ze Stalinem o granicy wschodniej. Uważałem, że przy niewątpliwym niebezpieczeństwie, jakie pociąga za sobą podjęcie takiej dyskusji, wybadanie, jaką w tej sprawie koncepcję posiada Stalin, pozwoliłoby w przyszłości, gdy sprawa ta wobec nacisku Sowietów stanie na porządku dziennym, na lepsze zorganizowanie obrony naszych interesów i wysunięcie możliwego do przyjęcia, a salwującego najistotniejsze nasze interesy, kompromisu. Przyznaję, że nie miałem odwagi jawnego sformułowania tych swoich wątpliwości, nie znajdując w najbliższym nawet swoim gronie, z wyjątkiem może redaktora Michała Kwiatkowskiego, rozmówcy, który by podzielał moje obawy i przewidywania. Zresztą, jak się okazało, i to dopiero znacznie później, z różnych niedyskrecji, Sikorski przywiózł z Moskwy informacje na temat kompromisowego w rozumieniu Stalina rozwiązania granicy polsko-

sowieckiej. Nigdy się nie dowiedziałem, jaką drogą do tego doszło. Przypuszczenia moje szły w kierunku znanego i utalentowanego pisarza Ksawerego Pruszyńskiego, który po powrocie z Moskwy umieścił na łamach londyńskich „Wiadomości Polskich” dość mgławicowy, a wyrażający formułę powrotu do „Polski piastowskiej”, artykuł o koncepcji granic grupy komunistów polskich, z Wandą Wasilewską na czele, skupionych koło pisma „Wolna Polska”. Spowodowało to na łamach tygodnika, bardzo zaawansowanego w opozycji do wschodniej polityki Sikorskiego, polemikę z czołowym ich wówczas publicystą Zygmuntem Nowakowskim, zakończoną wymianą wzajemnych komplementów i przeprosin, w powodzi których czytelnicy mogli tylko odnieść to wrażenie, że jest jakaś koncepcja, ale jaka konkretnie, tego sam Pruszyński też nie miał odwagi przedstawić. Sprawa rewizji granicy ustalonej traktatem ryskim, mimo odmowy Sikorskiego dyskutowania o niej na Kremlu, wysunęła się na czoło zagadnień, od których zależał los Polski, zwłaszcza że, wbrew przeważającym w kołach polskich poglądom, rola ZSRR. w zwycięstwie nad Hitlerem będzie stale wzrastać, by w końcu stać się czynnikiem bodajże decydującym. Do zagadnienia tego muszę jeszcze powrócić. Sikorski miał świadomość, że samym odrzuceniem rozmów i twardym odwoływaniem się do postanowień traktatu ryskiego sprawy nie da się załatwić. To właśnie w Rydze rzecznik rządu sowieckiego wypowiedział owe słynne, zdawałoby się wówczas, historyczne słowa, iż w zawieranym układzie pokojowym nie ma ani zwycięzców, ani zwyciężonych. Od wygłoszenia tych słów minęło lat dwadzieścia. Ich autor Joffe podzielił los wielu dygnitarzy sowieckiego reżymu z okresu Lenina i zdaje się zginął gdzieś na zesłaniu. Od tego czasu nastąpiła zadziwiająca konsolidacja sowieckiego eksperymentu państwowego, która nawet najkompetentniejszych rzekomo znawców całkowicie zaskoczyła. Tak samo jak zaskoczyła tych wszystkich, którzy latem 1941 roku liczyli na szybkie załamanie się reżymu sowieckiego i zwycięstwo Hitlera w Rosji. Już w czasie pobytu Sikorskiego w Rosji zaszły fakty przemawiające na rzecz bardziej realistycznej oceny możliwości sowieckich. Pierwszym z nich był zdradziecki atak japoński na amerykańską bazę na Pacyfiku w Pearl Harbour. Było to śmiertelne uderzenie w potęgę amerykańską na Pacyfiku i tylko państwo o takim potencjale gospodarczym jak Stany Zjednoczone mogło się tak szybko z tego ciosu podźwignąć. Był to także kres neutralności amerykańskiej w tej wojnie. Stan posiadania Wielkiej Brytanii na Dalekim Wschodzie został również poważnie zagrożony. Równocześnie okazało się, że plan Hitlera opanowania Moskwy się załamał i zgodnie z tym, co przewidywali nieliczni tylko wśród Polaków specjaliści, jak wspomniany przeze mnie generał Januszajtis, właśnie na przedpolach Moskwy Armia Czerwona wykazała coraz większy opór i siłę bojową. Zaczęła się sroga zima i oczekiwanie na wiosenne wznowienie ofensywy. Sikorski z wrodzoną sobie bystrością i szybkością decyzji wyciągnął wnioski z powyższych faktów. Rozumiał, że na żądania Stalina nie można odpowiadać tylko negatywnym stanowiskiem i żądaniem powrotu do status quo ante. Nie można było lekceważyć argumentu bezpieczeństwa ZSRR wobec faktu, że armie niemieckie znalazły się pod Moskwą i Leningradem. Stalin znalazł na to receptę w postaci powiększenia terytorium ZSRR przez przyłączenie doń państw bałtyckich, Bukowiny i Besarabii należących do Rumunii oraz wschodnich województw Polski. Tej koncepcji [...] Sikorski przeciwstawił [...] ideę federacji państw środkowo-wschodniej Europy. Federacja ta pomyślana była nie przeciw Związkowi Sowieckiemu, ale jako zapora między nim a osłabionymi po wojnie Niemcami.

Tę koncepcję Sikorskiego rozwinął w obszernym wywiadzie umieszczonym we wpływowym tygodniku londyńskim „Sunday Times” nasz ambasador przy rządzie londyńskim i równocześnie kierownik MSZ Edward Raczyński. Wywiad pojawił się wkrótce po powrocie Sikorskiego z Rosji i został powszechnie zrozumiany tak w kołach polskich, jak i w brytyjskich, jako wyraz koncepcji i poglądów samego Sikorskiego. Stalin zareagował ostro na treść wywiadu. Ambasador przy rządzie polskim Bogomołow otrzymał polecenie złożenia protestu. Rozmowa między nim a Sikorskim miała miejscami przebieg bardzo dramatyczny. W pewnej chwili padła groźba, że rząd sowiecki odwoła ambasadora i nie wyznaczy na jego miejsce następcy. Skończyło się na razie dyplomatycznym kompromisem, w którym Bogomołow przyjął do wiadomości interpretację polskiego premiera, że wywiad ambasadora Raczyńskiego nie zawierał żadnego zamierzonego wystąpienia przeciwko ZSRR. Rozmowa z Bogołomowem przekonała Sikorskiego, że jakakolwiek koncepcja wschodnioeuropejskiej federacji spotka się ze strony rządu sowieckiego ze zdecydowanym oporem i kontrakcją. Odczuliśmy to już niedługo nie tylko w naszych stosunkach z oboma rządami anglosaskimi, lecz także we współpracy z rządem czechosłowackim w sprawie realizacji zapowiedzianej wspólną deklaracją z 11 listopada 1940 roku konfederacji polsko-czechosłowackiej. Z inicjatywy Sikorskiego nasze MSZ wszczęło rozmowy z przedstawicielami przebywających w Londynie rządów państw okupowanych przez Hitlera. Rezultatem tych dyskusji był projekt wspólnej deklaracji zgodnej w zasadniczej linii z polskimi planami federacyjnymi. Powiadomione o tej inicjatywie Foreign Office i amerykański Departament Stanu, po wspólnych, niewątpliwie, konsultacjach zdecydowały się na wywarcie nacisku, by odroczyć ogłoszenie tej deklaracji do bardziej odpowiedniej chwili. Na takie ich stanowisko wpłynęła, niewątpliwie, nowa taktyka Stalina, który różnymi drogami starał się niepokoić opinię publiczną obu państw anglosaskich możliwością zawarcia przez ZSRR odrębnego pokoju z Hitlerem. Pogłoski te wydawały się Anglosasom specjalnie niebezpieczne w związku z treścią rozkazu dziennego Stalina, wydanego 23 lutego 1942 na święto Czerwonej Armii, w którym dawał do zrozumienia, że Sowiety walczą tylko we własnej obronie. Owa odpowiednia chwila w toku następujących po sobie wydarzeń nigdy nie nastąpiła. Na tym odcinku więc poparcie, na jakie liczył Sikorski ze strony rządów państw okupowanych, całkowicie zawiodło, mimo niewątpliwej, z jednym jedynym wyjątkiem, skłonności tych rządów, do poparcia polskiej inicjatywy. Owym wyjątkiem był rząd Czechosłowacji, a właściwie jej prezydent Edward Beneš. Mimo bowiem republikańsko-demokratycznego ustroju, formalnie w tym państwie obowiązującego, w praktyce Beneš posiadał znacznie większe uprawnienia do kierowania polityką czechosłowacką niż prezydent Stanów Zjednoczonych, który jest ograniczony w swej działalności znacznymi uprawnieniami amerykańskiego senatu. W listopadzie 1940 roku niedługo po zainstalowaniu się rządów emigracyjnych w Londynie, Beneš zgodził się na wspólną deklarację przewidującą po wojnie powołanie do życia federacji polsko-czechosłowackiej, pomyślanej, jak to wyraźnie odpowiedni jej ustęp głosił, jako wstępny krok do szerszego związku państw środkowowschodniej Europy. Doszło do tego stosunkowo dość łatwo ze względu zarówno na słabą początkowo pozycję Beneša wobec rządu brytyjskiego, jak i wobec faktu że po stronie polskiej miał do czynienia z kierownictwem, którego w

żadnym absolutnie stopniu nie można było obarczyć odpowiedzialnością za antyczechosłowacki kurs oficjalnej polityki polskiej Becka i Rydza-Śmigłego. Od samego początku jednak prace związane z deklaracją z 11 listopada toczyły się w atmosferze nie zapowiadającej szans ich realizacji. Strona czechosłowacka winę za taki stan rzeczy usiłowała przerzucić na Polaków. Dawano do zrozumienia, że szczegółowy projekt przyszłej konfederacji, taki jaki opracował polski komitet ministrów pod przewodnictwem gen. Sikorskiego, idzie zbyt daleko i właściwie zawiera zakamuflowany plan stworzenia jednego państwa, które, oczywiście, biorąc pod uwagę stosunek sił, będzie rządzone przez Polaków. Abstrahując od tego, czy projekt polski dawał podstawy aż do tego rodzaju wniosku, należy obiektywnie stwierdzić, że kierownicy Czechosłowacji przystąpili do tej pracy bez większego przekonania, kierując się wyłącznie motywami uzyskania tą drogą wzmocnienia na gruncie brytyjskim swojej pozycji politycznej. Najbliższy Benešowi członek rządu, minister Hubert Ripka, który w rządzie czechosłowackim kierował ekipą wyznaczoną do rozmów ze stroną polską, jeszcze we Francji na kilka miesięcy przed jej załamaniem, określił w artykule na łamach tygodnika „Europe Nouvelle” stanowisko Czechosłowacji wobec ewentualnych projektów federacyjnych po zakończeniu wojny. Czechosłowacja - według niego - mogłaby wejść w związki federacyjne tylko w takiej sytuacji, w której człon czechosłowacki byłby bądź równy co do liczby ludności, bądź nieznacznie mniejszy od drugiego członu. Konfrontując tę myśl z rzeczywistością polityczną łatwo odszyfrować, że ideałem Czechosłowacji może być federacja, z Austrią i Węgrami, które razem prawie równoważyłyby siłę państwa czechosłowackiego, oczywiście w jego przedmonachijskich granicach. W Londynie w początkowej atmosferze wywołanej deklaracją z 11 listopada nastąpiło daleko idące zbliżenie między czołowymi osobistościami politycznymi polskimi a czechosłowackimi. Brałem żywy i bardzo czynny udział w tych kontaktach, które ułatwiła mi opinia przyjaciela Czechosłowacji i zdecydowanego przeciwnika polityki Becka. Kiedy Związek Dziennikarzy Polskich w Londynie wystąpił z propozycją wznowienia polsko-czechosłowackiego porozumienia prasowego, zlikwidowanego w okresie akcji na Zaolziu, zostałem wolą obu stron wybrany przewodniczącym tego porozumienia. Odbyło się uroczyste posiedzenie inauguracyjne z odpowiednim rozgłosem w prasie brytyjskiej, na którym, po moim zasadniczym przemówieniu, zabierali głos Zygmunt Nowakowski w imieniu dziennikarzy polskich i bratanek prezydenta Beneša w imieniu Czechów. Przebieg tej manifestacji przekonał mnie o beznadziejności naszego przedsięwzięcia z uwagi na niedwuznaczne stanowisko Beneša i Ripki. Sprawiedliwość nakazuje stwierdzić, że ogół dziennikarzy czechosłowackich odniósł się szczerze i z wielkim przekonaniem do idei ścisłej współpracy między naszymi narodami. Do tego rodzaju konkluzji doszedłem po uważnym przestudiowaniu przemówienia redaktora Beneša i uzyskaniu poufnej informacji od byłego referenta prasowego czechosłowackiego poselstwa w Warszawie Hejreta - po wojnie pierwszego ambasadora Czechosłowacji w Polsce z którym od dawna łączyły mnie bliskie i zażyłe stosunki, o ocenzurowaniu przez Ripkę projektowanego przemówienia Beneša w odpowiedzi na moje programowe przemówienie, którego treść uprzednio mu udostępniono. Otóż według relacji Hejreta, Ripka skreślił wszystkie absolutnie aluzje do najistotniejszych przesłanek mojego przemówienia. Oba przemówienia polskie, zarówno moje jak i Nowakowskiego, przepojone były zasadniczą myślą likwidacji błędów, jakie zaciążyły nad historią wzajemnych stosunków naszych narodów i szczerą chęcią pracy nad zbliżeniem obu państw. Głosiły one potrzebę wspólnej pracy w celu zaciśnięcia wzajemnych więzów politycznych,

kulturalnych i ekonomicznych. Pierwotny projekt Beneša szedł po linii tego samego rozumowania. Został jednak tak gruntownie przez Ripkę ocenzurowany i przerobiony, że stał się tylko zbieraniną nic nie mówiących banałów i frazesów. Toteż kiedy po powrocie z Rosji, ustalając swój plan dalszej akcji politycznej wobec ujawnionych w rozmowach ze Stalinem trudności, Sikorski wystąpił z wnioskiem o ożywienie a raczej wznowienie prac przygotowawczych nad konfederacją polsko-czechosłowacką, nie żywiłem złudzeń co do ich szans. Zgodnie jednak z opinią całego rządu uważałem, iż z naszej strony należy zrobić wszystko, aby uzyskać nie budzące wątpliwości informacje o planach i zamierzeniach Beneša wobec Polski. Sądziłem zresztą, że nasze bardziej realistyczne podejście do tych prac, z którym wystąpił minister dr Seyda, może w pewnym stopniu ułatwić wyjaśnienie sytuacji. Zgodnie z tą sugestią, polski komitet ministrów, powołany do pertraktacji, pod przewodnictwem ambasadora Raczyńskiego, wysunął projekt przygotowania unifikacji ustawodawstwa obu państw w dziedzinie społecznej, ekonomicznej itp. Rząd czechosłowacki propozycję tę zaakceptował i wówczas odbyły się pierwsze posiedzenia wspólnych komisji, opracowujących poszczególne zagadnienia. Zwołała je strona polska; przyjęto na nich program prac i ustalono kolejne przewodnictwo wraz z inicjatywą zwoływania posiedzeń obu stron. I na tym właśnie cała praca przygotowawcza się skończyła. Strona czechosłowacka nigdy już żadnego posiedzenia nie zwołała. Ten niezwykły obrót sprawy był przedmiotem dyskusji na posiedzeniu naszej Rady Ministrów, co dało asumpt do zasadniczej rozmowy naszego kierownika MSZ z czechosłowackim ministrem spraw zagranicznych Janem Masarykiem. Był on synem pierwszego prezydenta i właściwego twórcy Czechosłowacji i szczerym, przekonanym polonofilem. Mówił nieźle po polsku, odbywał bowiem jednoroczną służbę wojskową w 13 austriackim pułku „Dzieci Krakowskich”. Ze wszystkich członków rządu Beneša (nominalnym premierem był przywódca chadeków ks. Šramek), jedynie Masaryk miał odwagę zajmować stanowisko nie zawsze zgodne z poglądami prezydenta. Dotyczyło to przede wszystkim sprawy stosunku do Polski na tle ujawnionych dążeń Stalina. Oświadczył on otwarcie Raczyńskiemu, iż uważa koncepcję konfederacji polsko-czechosłowackiej, tak jak ona została wyrażona w deklaracji z 11 listopada 1940 roku, za w pełni racjonalną i gotów się rozmówić w tej sprawie z Benešem. W wypadku gdyby stwierdził, iż Beneš uważa się za związanego całkowicie wymaganiami stawianymi przez Stalina, nie wyklucza możliwości ustąpienia z rządu. Do tej ostateczności nie doszło. Raczyński nie poinformował nawet Rady Ministrów, jaki był finał jego rozmowy z Masarykiem. Skądinąd, od moich informatorów czeskich, dowiedziałem się tylko, że istotnie Masaryk miał dość dramatyczną rozmowę z Benešem i zgłosił nawet gotowość ustąpienia z rządu. Cofnął się jednak przed solidarną postawą całej reszty rządu czechosłowackiego wypowiadającego się po stronie prezydenta. W ten sposób pogrzebane zostały nasze wysiłki zmierzające do naprawienia błędów przeszłości i założenia podwalin pod wspólną politykę Polski i Czechosłowacji. * Stalin nie ograniczył się, oczywiście, do tego łatwego zresztą zwycięstwa nad Sikorskim na odcinku współpracy z Czechosłowacją. Nie pominął żadnej sposobności, by konsekwentnie przeprowadzić swój plan w środkowowschodniej Europie, dążąc do uznania przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone zdobyczy terytorialnych osiągniętych [...] w latach 1939-1941. Ponadto usiłował

pozyskać te państwa, aby przy ich pomocy wymusić na Polsce zgodę na odstąpienie wschodnich województw i przyjęcie linii Curzona, o której stale mówił, że nie jest ona przecież rosyjskim pomysłem, ale angielskim. Grę tę prowadził bardzo zręcznie, dostosowując taktykę do sytuacji danego państwa. Na razie głównym przedmiotem zabiegów sowieckich była Wielka Brytania. Chodziło o zawarcie 20letniego sojuszu pomyślanego jako jeden z elementów powojennego systemu politycznego w świecie. Niezależnie od powszechnej organizacji państw, które zastąpiłyby zmarłą naturalną śmiercią Ligę Narodów, podstawą faktycznego rządu światowego miało być współdziałanie trzech wielkich mocarstw: Stanów Zjednoczonych, ZSRR i Wielkiej Brytanii. Francję z wszelkich rachub mocarstwowych wyłączono. W rokowaniach, jakie Mołotow na ten temat prowadził z brytyjskim ministrem spraw zagranicznych Edenem, rzecznik Stalina postawił sprawę jasno: warunkiem zawarcia tego sojuszu i gwarancją szczerej na przyszłość współpracy między ZSRR a Wielką Brytanią jest zgoda Londynu wyrażona już teraz w odpowiednim układzie na powiększenie obszaru Związku Sowieckiego przez uznanie „dobrowolnego” przyłączenia doń republik Litewskiej, Łotewskiej i Estońskiej oraz równie dobrowolne ustąpienie przez Rumunię Sowietom północnej Bukowiny i Besarabii. Sprawa roszczeń sowieckich do ziem polskich miała być w tym układzie pominięta i pozostawiona do dalszych rozmów między zainteresowanymi stronami. W rządzie polskim panowała jednomyślność co do tego, iż zaakceptowanie przez rząd brytyjski żądań sowieckich przesądzi równocześnie także sprawy naszych granic i dlatego cała akcja naszej dyplomacji skierowana była na uniemożliwienie przyjęcia przez Londyn wymagań sowieckich. Jeżeli chodzi o rząd brytyjski, wszystko wskazywało, iż przynęta sowiecka w postaci rządzącego światem triumwiratu z udziałem Wielkiej Brytanii znalazła tam bardzo życzliwe echo. W tej sytuacji tylko nacisk Waszyngtonu mógłby powstrzymać Londyn przed tym lekkomyślnym krokiem. Stąd decyzja podjęcia przez Sikorskiego drugiej podróży do stolicy Stanów Zjednoczonych i wyjazd do Waszyngtonu 12 lutego 1942 roku kierownika MSZ, Raczyńskiego, w celu jej przygotowania. Data wyjazdu Sikorskiego została ustalona na ostatni tydzień marca. Przed wyjazdem do Stanów postanowił Sikorski załatwić szereg spraw z zakresu wewnętrznej polityki polskiej, na które było zbyt mało czasu podczas ożywionej działalności w ostatnich miesiącach. Należała do nich przede wszystkim sprawa uporządkowania stosunków organizacji wojskowej w kraju. Jak widzieliśmy, układ polsko-sowiecki z 30 lipca i ustąpienie w jego konsekwencji Sosnkowskiego, wywołały pewien oddźwięk w dowództwie ZWZ. Doszło na tym tle do krótkotrwałego kryzysu, który zresztą nigdy nie przybrał groźniejszych rozmiarów. Wiadomości o reakcji wypuszczonych z więzień i łagrów oficerów i żołnierzy polskich, a także o postępach organizacji wojska polskiego w Rosji, mimo trudności, przekazywane były stale dowództwu wojskowemu w kraju i przyczyniły się zdecydowanie do uspokojenia atmosfery. Należało jednak na przyszłość zabezpieczyć sprawność funkcjonowania tak ważnej gałęzi naszych sił zbrojnych i stąd rozkaz Sikorskiego z 14 lutego 1942 roku zmiany ZWZ na Armię Krajową stanowiącą organiczną część Polskich Sił Zbrojnych i podległą naczelnemu wodzowi. Następną, znacznie bardziej skomplikowaną sprawą była kwestia reorganizacji i w związku z tym powołanie nowej Rady Narodowej RP. Od chwili dymisji Seydy rząd Sikorskiego był reprezentacją trzech stronnictw z udziałem paru ministrów bezpartyjnych albo fachowych. W przedstawicielstwie Stronnictwa Narodowego wytworzyła się dość dziwna i oryginalna sytuacja. W kraju Stronnictwo to

współpracowało z resztą stronnictw rządowych w administracji Podziemia, a w Londynie Seyda kierował w dalszym ciągu swoim dawnym resortem, który nosił tytuł Biura Prac Kongresowych. Równocześnie pogłębiała się różnica między oficjalnym kierownictwem SN w Londynie z Tadeuszem Bieleckim na czele a Seydą i dość liczną grupą wybitnych działaczy Stronnictwa nie podzielających stanowiska, jakie Bielecki zajął wobec paktu polsko-sowieckiego. Wśród popierających stanowisko Seydy znalazło się sporo wybitnych narodowców, jak na przykład znany profesor Uniwersytetu Poznańskiego dr Bohdan Winiarski oraz przybyli z Rosji profesor Uniwersytetu Wileńskiego i wieloletni poseł na sejm, dr Wacław Komarnicki, prezydent miasta Poznania dr Witold Celichowski i inni. Premier pragnął uniknąć otwartego kryzysu z SN, a jeszcze bardziej obcą mu była myśl wywoływania w jego łonie jakiegokolwiek rozłamu. Toteż podejmował różne próby osiągnięcia porozumienia, które rozbiły się o uporczywe żądanie Bieleckiego oficjalnego uznania, iż Stronnictwo Narodowe nie godziło się na podpisanie paktu polsko-sowieckiego w jego ostatecznej formie i nie czuje się tym paktem związane. Było to żądanie niemożliwe do przyjęcia dla rządu, nie znalazło ono również uznania u Seydy i jego zwolenników, którzy, opierając się na zaufaniu i współpracy z organizacją narodowców województw zachodnich w kraju pod nazwą „Ojczyzna”, powołali do życia w Londynie Narodowy Komitet Polityczny. Z ramienia tej nowej formacji, której władze Stronnictwa Narodowego w kraju bynajmniej wówczas nie dezawuowały, weszli w lutym 1942 roku do rządu: dr Marian Seyda oraz prof. Wacław Komarnicki jako minister sprawiedliwości. Równocześnie rozszerzył się skład rządu o nowego przedstawiciela PPS, od śmierci Liebermana bowiem partia ta była reprezentowana w rządzie tylko przez Stańczyka. Nowym ministrem został przybyły z Rosji członek władz centralnych PPS i przewodniczący komisji centralnej klasowych związków zawodowych, były poseł Jan Kwapiński, nazywany popularnie w kraju przed wojną królem fornali. Przejął on kierownictwo Ministerstwa Przemysłu i Handlu, administrowanego dotąd przez Ministra Skarbu Strasburgera. Przy tej sposobności rozszerzono kompetencje tego ministerstwa na sprawy żeglugi, co było o tyle ważne, że cała marynarka handlowa po wybuchu wojny znalazła się w dyspozycji rządu. Poza trudnościami z Bieleckim reorganizacja rządu przeszła gładko i była na ogół dość dobrze przyjęta przez opinię zarówno w kraju, jak i na emigracji. Większe natomiast przeszkody trzeba było przezwyciężyć w związku ze składem Rady Narodowej. Pierwotna koncepcja ciała stosunkowo nielicznego, w którym każde ze stronnictw miało tylko dwóch przedstawicieli, tak że pełna ich reprezentacja znajdowała się w mniejszości w stosunku do indywidualnie powołanych osobistości była nie do utrzymania. W świetle doświadczeń pierwszej Rady okazało się, że te rzekomo bezpartyjne osobistości, które powołano głównie pod naciskiem prezydenta RP, stanowiły w swej większości właściwie zakamuflowane przedstawicielstwo zwolenników przedwrześniowego reżymu. Stronnictwa uznały ten stan rzeczy za sprzeczny z podstawową zasadą polityczną, na której oparł się rząd Sikorskiego i organizacja podziemnego państwa w kraju. Pierwsza Rada Narodowa skończyła swój żywot w dość szczególnych okolicznościach. Przed jej sądem honorowym toczył się proces przeciwko Stanisławowi Mackiewiczowi (Cat), którego Arka Bożek, reprezentujący w Radzie Polaków ze Śląska Opolskiego, oskarżył, iż w chwili załamania się Francji rozwijał w ówczesnej tymczasowej siedzibie rządu polskiego w Libourne pod Bordeaux akcję na rzecz kapitulacji przed Hitlerem. Po tym incydencie Mackiewicz nie ewakuował się razem z rządem i RN

i zjawił się w Londynie dopiero późną wiosną 1941, gdzie zgłosił się w prezydium Rady do dalszej pracy i po... zaległe diety, co wywołało ostrą reakcję Bożka w formie listu otwartego. Mikołajczyk, pełniący obowiązki przewodniczącego Rady w zastępstwie przebywającego w Ameryce Paderewskiego, oddał sprawę postawionych Mackiewiczowi zarzutów sądowi honorowemu pod przewodnictwem gen. Żeligowskiego, który razem z Mackiewiczem reprezentował Wileńszczyznę. Pozostałymi członkami sądu byli: ludowiec Banaczyk i były ambasador Filipowicz. Oskarżycielem był dawniejszy poseł i wydawca „Narodowca”, Michał Kwiatkowski. Skład sądu oceniono w miarodajnych kołach polsko-londyńskich jako raczej korzystny dla Cata. Stąd też dużą niespodzianką było, że zaraz po zakończeniu przewodu sądowego, ale przed wydaniem wyroku, prezydent Raczkiewicz rozwiązał Radę, ratując w ten sposób, według ogólnie panującej opinii, Mackiewicza przed pozbawieniem go mandatu członka Rady Narodowej zgodnie z wnioskiem oskarżyciela. (Dla ilustracji godzi się zanotować, że Mackiewicz po kilkunastu latach wspominając o tym incydencie w książce Zielone oczy, opublikowanej po swym powrocie do Polski, ograniczył się do wzmianki, iż istnieją dwie wersje o jego akcji w Libourne - jedna jego oskarżycieli, druga jego. O tym, na czym polegała jego wersja - ani słowa!) Niezbyt udane doświadczenia ze składem pierwszej Rady, powstałej zresztą w szczególnych warunkach, narzucających ograniczenie odpowiedniego doboru kandydatów, skłoniły rząd do bardziej ostrożnego przygotowania drugiego jej zespołu. Zajął się tym nowy minister sprawiedliwości Lieberman. Zdążył on przeprowadzić zmianę odnośnego dekretu. Obok zmian natury prawnoformalnej powiększono znacznie ogólną liczbę członków zarówno samej Rady, jak i jego prezydium, w celu zapewnienia pełniejszej reprezentatywności. Ustalono równocześnie powiększenie liczby przedstawicieli stronnictw do pięciu, z pozostawieniem dostatecznie szerokiego marginesu udziału „osobistości”. Wszystkie te zmiany odbywały się bez osobistego angażowania premiera, który pozostawił je swemu zastępcy Mikołajczykowi. Dobór owych osobistości stał się nową okazją dla prezydenta zaznaczenia swych wpływów przez wysuwanie różnych kandydatur mile wprawdzie brzmiących dla niepoprawnych wielbicieli starego reżymu, ale nazwiska ich zarówno dla kraju jak i tej części opinii zagranicznej, która nas obserwowała, były trudne do zrozumienia. Dotyczyło to między innymi byłego ministra skarbu, nie najlepiej w tej dziedzinie zapisanego, Jana Piłsudskiego, na rzecz którego wysuwano ten tylko argument, iż był rodzonym bratem Marszałka, ponadto byłego wojewody lubelskiego i ozonowego parlamentarzysty Świdzińskiego oraz zaufanego współpracownika Cata z wileńskiego „Słowa” Charkiewicza, by wspomnieć najbardziej sporne kandydatury. Ostatecznie dzięki interwencji Sikorskiego udało się osiągnąć porozumienie i na krótko przed jego podróżą do Ameryki druga Rada Narodowa RP mogła odbyć swe inauguracyjne posiedzenie. Jej przewodniczącym został wybrany, cieszący się poparciem Sikorskiego, prof. Stanisław Grabski. Klub PPS tym razem zademonstrował swą samodzielność, wysuwając kandydaturę Ciołkosza. Była to zapowiedź nowej taktyki z wyraźną tendencją podkreślenia rezerwy wobec osoby premiera. Kierunek ten reprezentowali zwłaszcza Ciołkosz i Pragier. Ta zarysowująca się opozycja nie zgłaszała istotniejszych zastrzeżeń przeciwko przedstawionej przez Sikorskiego na inauguracyjnym posiedzeniu Rady deklaracji programowej rządu. *

Druga wizyta Sikorskiego w Stanach i Kanadzie obliczona była na stosunkowo krótki okres czasu, bo trwać miała zaledwie dwa tygodnie. Tym razem względy bezpieczeństwa zadecydowały, iż wybrano drogę powietrzną. Odlot nastąpił ze Szkocji 21 marca 1942. Na temat dramatycznego przebiegu tej podróży istnieje szereg relacji, wśród których za najbardziej źródłowe i zarazem miarodajne z uwagi na służbowy charakter autora, trzeba uznać sprawozdanie szefa II Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza, płk. Leona Mitkiewicza. Stanowi ono jedną z najbardziej emocjonujących części jego wydanej w 1967 roku przez Instytut Literacki książki Z Gen. Sikorskim na obczyźnie. W tym miejscu ograniczę się do przytoczenia najistotniejszych szczegółów. W skład towarzyszącej gen. Sikorskiemu ekipy wchodzili poza płk. Mitkiewiczem jeszcze dwaj oficerowie: ppłk Michał Protasewicz, oficer inżynierii, oraz ppłk lotnictwa Bohdan Kleczyński, świeżo mianowany attaché lotnictwa w Waszyngtonie, ponadto członek Rady Narodowej ks. prałat Zygmunt Kaczyński i, jak zwykle, dr Józef Retinger. Cztery dni spędzili oni w porcie lotniczym Prestwick, czekając na odpowiednie warunki atmosferyczne. Mitkiewicz, który dotąd nie znał Kleczyńskiego, a słyszał wiele o jego doskonałym stażu służbowym, obserwuje go pilnie i notuje w swym diariuszu, że robi on wrażenie człowieka, któremu coś dolega; jest bardzo blady i ma spojrzenie dość dziwne, czasami wprost niesamowite. Poza tym trzyma się z dala od reszty towarzystwa, rzadko wychodzi ze swego pokoju podobno z powodu chorej nogi, nawet posiłki jada u siebie. W samolocie Kleczyńskiemu wypadło miejsce na dole obok ks. Kaczyńskiego. W piątej godzinie lotu o świcie - pisze Mitkiewicz, którego miejsce znajduje się na górze samolotu - wyłazi ppłk Kleczyński i trzymając jedną rękę w kieszeni kombinezonu, przechodzi na tył samolotu do ubikacji. Gdy mija mnie - notuje dalej - mam wrażenie, że jest chory, że cierpi na chorobę powietrzną (wymioty), był blady jak płótno. Po paru minutach chciałem pójść do niego, ale nie ryzykuję bez maski tlenowej, którą trzeba by wyłączyć; jestem nie przyzwyczajony do lotów na dużych wysokościach, boję się, że nie dojdę. Ppłk Kleczyński siedział w ubikacji około trzech kwadransów. Niepokoiłem się o niego bardzo, ale ponieważ nie było słychać żadnych gwałtownych odgłosów, po prostu sądziłem, że uwalnia się od skutków choroby powietrznej. Wreszcie Kleczyński wyszedł z ubikacji i powrócił na swoje dawne miejsce. Miał jakby lepszą minę. Po osiemnastu i pół godzinach samolot ląduje wreszcie w Montrealu. Jeszcze tylko ceremonia urzędowego powitania i pasażerowie mogą wreszcie odpocząć. W hotelu, w którym zamieszkali, nim Mitkiewicz zdążył położyć się spać, otrzymuje od Kleczyńskiego telefon z prośbą o przyjęcie go w bardzo ważnej sprawie. Streszczam w dalszym ciągu relacje Mitkiewicza w jego diariuszu. Kleczyński przynosi z sobą paczkę zawiniętą w gazetę. Bez żadnych wstępów, bez żadnego zdenerwowania, zupełnie spokojnym tonem melduje Mitkiewiczowi, że ten przedmiot znalazł w samolocie. Zaskoczony tym Mitkiewicz, który pierwszy raz widzi podobny przedmiot, zapytuje, co to jest i dlaczego dopiero teraz zawiadamia o tym. Kleczyński w odpowiedzi podaje następujące szczegóły: mniej więcej w czwartej godzinie lotu, poczuł pod sobą twardy przedmiot i zarazem posłyszał syczenie, jakby ulatniającego się gazu lub powietrza pod ciśnieniem. Sięgnął rękę pod materac i znalazł puszkę. Rozerwał druty, które były z sobą połączone (z baterią) i zastanawiał się, co ma dalej czynić. Zamierzał początkowo otworzyć okno w samolocie i przez nie wyrzucić puszkę. Uznał to jednak za ryzykowne z uwagi na duże zmniejszenie szybkości lotu. Dopiero po jakimś czasie, gdy syczenie ustało, poszedł do garderoby

i tam czekał póki puszka nie ostygnie, mając zamiar wyrzucić ją potem przez otwór znajdujący się w ustępie. Po godzinie jednak, kiedy puszka ostygła, powrócił na swoje miejsce i postanowił nie zawiadamiać nikogo aż do chwili przylotu do Montrealu. Dalsze fachowe objaśnienie, które dał Kleczyński Mitkiewiczowi, stwierdzało, że jest to bomba zapalająca, która była podrzucona na lotnisku Prestwick do samolotu wiozącego gen. Sikorskiego i nastawiona na czas - mniej więcej czwartej albo piątej godziny lotu - - a więc na moment kiedy samolot z Sikorskim i jego ekipą znajdował się nad samym środkiem Oceanu Atlantyckiego. Ppłk Kleczyński - notuje dalej Mitkiewicz - dodaje przy tym, że, gdyby bomba zapaliła się, nie byłoby sposobu opanowania pożaru, samolot spłonąłby w kilkanaście lub kilkadziesiąt sekund. Zna on bardzo dobrze tego rodzaju aparaty, używane przez lotnictwo brytyjskie, a służące do niszczenia samolotów własnych na wypadek przymusowego lądowania na terytorium nieprzyjaciela. Niesamowity ten raport skończył się zobowiązaniem Kleczyńskiego do zachowania najściślejszej tajemnicy i nieujawniania jej nikomu aż do dalszych rozkazów. Puszka, a raczej bomba zapalająca, została u Mitkiewicza. Pogrążony w rozmyślaniach nad wypadkiem przypomina sobie zachowanie Kleczyńskiego w ciągu kilku dni czekania na odlot do Ameryki i zapisuje w diariuszu następującą opinię: Zewnętrznie Kleczyński przedstawia się na ogól poprawnie, tylko jego oczy mi się nie podobają: są jakby błędne o dziwnym wyrazie niepokoju, czy strachu. Następnie mimo późnej pory godzina 2 w nocy - wzywa do siebie ppłk. Protasewicza, który jako saper jest w stanie fachowo rzecz ocenić, i informuje go o relacji Kleczyńskiego. Protasewicz po obejrzeniu przyrządu orzekł, że jest to bomba czasowa, zapalająca, o wielkiej sile działania i bardzo szybkim efekcie zapalającym. Zgodnie postanawiają, że po przyjeździe do Waszyngtonu trzeba poprosić oddział II Sztabu Generalnego Stanów Zjednoczonych o fachową ekspertyzę. W sześć dni później w Waszyngtonie ekspertyza ta jest gotowa. Badanie laboratoryjne dokonane przez II Oddział Sztabu Generalnego amerykańskiego potwierdziło, że jest to „zapalająca świeca” o wielkiej mocy. Równocześnie zapoznał się Mitkiewicz z pisemnym zeznaniem Kleczyńskiego, złożonym przez niego na prośbę oficerów amerykańskich, przeprowadzających ekspertyzę. Mitkiewicz przytacza dosłownie odnośne zeznanie i stwierdza, że nie jest ono całkowicie identyczne z tym, co mu Kleczyński mówił w Montrealu. Notuje dalej, że ekspertyza amerykańska przezornie i nader ostrożnie nie podaje pochodzenia „świecy zapalającej”. Według opinii zastępcy attaché wojskowego polskiego w Waszyngtonie mjr. Dobrowolskiego, z konieczności dopuszczonego do tajemnicy, jest to produkt bez wątpienia pochodzenia brytyjskiego, używany w lotnictwie brytyjskim do niszczenia własnych samolotów, które musiałyby lądować na terenie nieprzyjacielskim. Na dalszych stronicach diariusza podaje Mitkiewicz zarządzenia bezpieczeństwa, jakie w następstwie tego incydentu powziął podczas powrotnego lotu Sikorskiego. Po powrocie do Szkocji - 6 kwietnia 1942 - podczas świątecznego przyjęcia w obecności gen. Sikorskiego, jego żony i córki wypowiada ze specjalnym naciskiem, iż jest zdecydowanie przeciwny wszelkim lotniczym podróżom Generała. Dowodzi, że zawierają one za wiele ryzyka, a generałowi Sikorskiemu w imię interesów Polski nie wolno narażać życia. W tym miejscu diariusz Mitkiewicza przytacza reakcję Generała: Generał przypatruje mi się przez dłuższą chwilę z uwagą i odpowiada, że jest przeświadczony, iż wcześniej czy później czeka go śmierć w jednym z lotów, chciałby tylko, aby nie nastąpiło to, zanim nie zakończy swojej pracy, jaką prowadzi w czasie tej wojny, zanim nie powróci z nami do wolnej Polski.

Niestety, na tym wymownym i jakże uzasadnionym zastrzeżeniu kończą się relacje płk. Mitkiewicza dotyczące niedoszłego zamachu. Na temat przebiegu i wyniku śledztwa nie znajdujemy w jego diariuszu najmniejszej nawet wzmianki. Z chwilą poinformowania o tym szefa sztabu, gen. Klimeckiego, sprawa znalazła się poza jego kompetencją. Incydent z bombą zgodnie z zarządzeniem Mitkiewicza został otoczony jak najdalej idącą tajemnicą. Poza nim oraz Protasewiczem i Kleczyńskim został wtajemniczony tylko ks. prałat Kaczyński, którego z tytułu jego stanowiska w Ministerstwie Informacji przed wejściem do Rady Narodowej, potraktowano jako członka rządu RP, motywując to potrzebą, by w razie czego rząd o tym wiedział. Sam Sikorski dowiedział się o niedoszłym zamachu na swoje życie dopiero po powrocie do Londynu. Oczywiście i śledztwo toczyło się w jak największej tajemnicy. Nawet urzędujący wówczas podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wojskowych gen. Modelski, który w incydencie znalazł potwierdzenie stałych swych obaw i podejrzeń odnośnie do przygotowywanych w pewnych kołach wojskowych spisków na życie Sikorskiego, co uczyniło go bardzo niepopularnym w Londynie, zwłaszcza wśród wyższych oficerów, nie potrafił zdobyć bliższych informacji na ten temat. Ja sam zostałem powiadomiony o całej historii dopiero w jakiś czas później, kiedy wrócił z Ameryki ks. Kaczyński. Po odjeździe Sikorskiego na wyraźne życzenie Generała pozostał on tam przez parę tygodni, w celu nawiązania kontaktu z parafianami polskimi na terenie Stanów i Kanady. Po powrocie ks. Kaczyński uznał, stwierdziwszy iż sprawa niedoszłego zamachu jest dziwnie beztrosko traktowana przez decydujące czynniki „polskiego Londynu”, że powinien mnie o tym jako członka rządu i prezesa Stronnictwa poinformować. Roztrząsaliśmy tę sprawę kilka razy przy udziale gen. Modelskiego. W trakcie tych rozmów rodziły się różne podejrzenia podtrzymywane przez Modelskiego, a które tak dla mnie, jak i dla ks. Kaczyńskiego, wydawały się trudne do przyjęcia. Uznawaliśmy wprawdzie fakt, niemal nie ulegający wątpliwości, istnienia w wojsku różnych konspiracji antyrządowych. Nie mogliśmy jednak pogodzić się z myślą, że inspiratorzy i kierownicy tych spisków gotowi są posunąć się do zbrodni planowania zamachu na życie szefa rządu i naczelnego wodza w obłędnym przekonaniu, że z jego usunięciem polityka rządu wkroczy na jedyną w ich mniemaniu skuteczną wobec Sowietów drogę nieustępliwości i twardości. Rozumowaliśmy, niestety, jakże naiwnie, że nawet dla mało wtajemniczonych w akcję Sikorskiego dostępne były i widoczne fakty świadczące, do jakiego stopnia był on czujny na grożące naszym interesom państwowym niebezpieczeństwo i ile wysiłku i energii wkładał w zapewnienie poparcia obrony praw Polski najpierw u rządu brytyjskiego, a gdy to zaczynało zawodzić, u amerykańskiego. Nie tylko nie wiedzieliśmy, ale nawet nie chcielibyśmy uwierzyć, że na przykład w lotnictwie działały łańcuszki dobrych przyjaciół, których istnienie po latach ujawnił jeden z ich przywódców. (Patrz artykuł w paryskiej „Kulturze”, nr 9/143 z 1961 roku Trop legendy, pióra Stanisława SępSzarzyńskiego.) W toku gorących dyskusji nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi na postawione przez Modelskiego pytanie: jak mogło dojść do tego, że naczelnemu wodzowi podsunięto do nominacji na attaché lotniczego, i to na tego rodzaju ważnej placówce jak Waszyngton, kandydaturę oficera wprawdzie o pierwszorzędnym stażu bojowym, ale w danej chwili już ciężko chorego. Zarówno na te, jak i inne nasuwające się pytania nie znajdowaliśmy odpowiedzi. Czekaliśmy więc na wynik śledztwa, które przeciągało się. Tłumaczono to faktem, iż toczy się ono na dwóch szczeblach: polskim i brytyjskim. Tempo wydarzeń wojennych i politycznych bardzo sprzyjało zatuszowaniu sprawy.

Również i na nasze zainteresowanie nałożono hamulec, z chwilą gdy gen. Modelski przez wojskowe otoczenie Sikorskiego stale pomawiany o manię prześladowczą na punkcie nie istniejących spisków w wojsku, w końcu został faktycznie usunięty od pełnienia czynności służbowych. Po kilku dopiero latach krótką wzmiankę o całej sprawie przekazał Adam Romer, długoletni i najbliższy na stanowisku szefa gabinetu w Prezydium Rady Ministrów, współpracownik Sikorskiego, człowiek wielkiego zaufania, na które w pełni zasługiwał. W wydanej w 1949 roku broszurze Z Sikorskim i Mikołajczykiem notuje on na stronie 42 w związku ze znalezieniem bomby, że dowiedział się o tym dopiero później, kiedy aresztowany sprawca zmarł nagle w więzieniu śledczym w okolicznościach, które niejednemu wydawały się podejrzane6. Z tej relacji wynika, że Kleczyński został w trakcie śledztwa aresztowany, najwidoczniej pod zarzutem udziału w zamachu. Potwierdzałoby to przypuszczenie Modelskiego, które obaj z ks. Kaczyńskim staraliśmy się raczej wykluczyć, że Kleczyński był wyznaczony na wykonawcę zamachu. Ta powierzona mu przez spisek „misja” była powodem tego dziwnego zachowania na lotnisku w Prestwick, które tak uderzyło Mitkiewicza. Dalszy wniosek jest już prosty i logiczny. W czasie lotu pod wpływem wyrzutów sumienia i wątpliwości co do celowości ofiary z własnego życia - w ostatniej dosłownie chwili zdecydował się unieruchomić działanie bomby. Jest więcej niż wątpliwe, by ta niesamowita zagadka zamachu i roli w niej Kleczyńskiego została kiedykolwiek wyświetlona. * Poświęcając sporo miejsca historii niedoszłego zamachu na życie Sikorskiego, odtwarzam dziś po latach ówczesne swoje przeżycia i niepokoje. W wytworzonej atmosferze napięcia wyniki rozmów Sikorskiego z prezydentem Rooseveltem i innymi członkami rządu amerykańskiego zeszły w mej pamięci na plan dalszy. Zanim poznałem tak ściśle strzeżoną tajemnicę, pozostawałem pod wielkim wrażeniem sprawozdania o wynikach podróży Sikorskiego. Były one przedmiotem specjalnego posiedzenia Rady Ministrów z udziałem prezydenta Raczkiewicza. Szczegółowe sprawozdanie złożył Sikorski, a uzupełnił je kierownik MSZ, ambasador Raczyński. Sikorski miał z Rooseveltem dwie gruntowne rozmowy w Białym Domu. Uzyskał w nich zapewnienie, że rząd amerykański nie zaciągnie żadnych tajnych zobowiązań zarówno w sprawie naszych granic, jak i powojennego układu stosunków międzypaństwowych. W tych sprawach Stany Zjednoczone kierować się będą ściśle zasadami Karty Atlantyckiej. Tej treści formalną deklarację złożył Sikorskiemu podsekretarz stanu Sumner Welles, pełniący obowiązki sekretarza stanu wobec choroby Cordella Hulla. Niezależnie od tego, Sikorski uzyskał osobisty list Roosevelta, w którym prezydent potwierdza to stanowisko i angażuje się bardzo mocno w nasze sprawy. Ze względów konstytucyjnych list ten nosił charakter prywatny i nie mógł być ogłoszony. Potwierdzeniem przyjaznego nastawienia Roosevelta do naszych spraw było zapewnienie kredytu na pokrycie potrzeb wojskowego i politycznego podziemia w Polsce. Dla przyspieszenia związanej z tym procedury prezydent wyasygnował z własnego budżetu pierwszą ratę tej pożyczki w wysokości 12 500 000 dolarów rocznie. Wyjątkowy ten gest był jakby odpowiedzią Roosevelta na przekazane
6

Relacja ta nie wydaje się być prawdziwa, gdyż Kleczyński zginął w wypadku ulicznym w Glasgow 20 marca 1944. Był w tym czasie dyrektorem nauk w Wyższej Szkole Lotnictwa.

mu przez Sikorskiego oświadczenie kierowniczych czynników politycznych Podziemia, to jest delegata Rządu i przedstawicieli stronnictw z 20 stycznia 1942 roku, odrzucające podstępne zabiegi niemieckie o wzięcie przez Polaków udziału w antysowieckiej krucjacie. Równocześnie w Departamencie Stanu przedyskutowano projekty rządu polskiego utworzenia federacji środkowoeuropejskiej. Rzeczoznawcy amerykańscy nie tylko nie znaleźli w nich żadnych elementów wrogich ZSRR, ale ocenili je jako pozytywny plan zapewnienia pokoju i bezpieczeństwa narodów zamieszkujących ten obszar. Wyniki wizyty Sikorskiego w świetle przytoczonych faktów wydawały się tak oczywiste, a jego osobista rola w przełamaniu wątpliwości i zastrzeżeń Roosevelta i jego doradców, lojalnie potwierdzona przez Raczyńskiego, tak niewątpliwa, że prezydent RP uważał za wskazane dać temu szczególny wyraz uznania w swym przemówieniu na Radzie Ministrów. Wkrótce okazało się również, że Roosevelt dotrzymał danego przyrzeczenia i zakomunikował Churchillowi swoje i rządu amerykańskiego stanowisko w sprawie klauzul granicznych przygotowywanego układu sowiecko-brytyjskiego. Dla oceny wrażenia, jakie wywarła ta wizyta na amerykańskich mężach stanu, wydaje mi się celowe przytoczenie ustępu przemówienia Sumner Wellesa na pożegnalnym obiedzie wydanym na cześć Sikorskiego. Sternik zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonych powiedział wtedy: Od lat dwudziestu nie było tutaj wizyty obcego męża stanu, która by zrobiła większe i dodatniejsze wrażenie. Mocno zarysowana indywidualność premiera Sikorskiego uderzyła Prezydenta i nas wszystkich. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że mogliśmy podejmować tutaj tak pierwszorzędnego człowieka i wysłuchać jego zdania na tematy wojskowe i polityczne. Kontakty takie uważamy za nadzwyczaj pożyteczne dla obu stron i dlatego liczymy, że będą się one ponawiały dość często. Zawsze gotowi będziemy równie szczerze i serdecznie powitać premiera Sikorskiego i omówić równie szczerze wszystkie zagadnienia ogólnoświatowe. Już w czasie pobytu Sikorskiego w Ameryce pojawiła się w prasie angielskiej wiadomość o zamierzonej wizycie w Londynie ówczesnego szefa dyplomacji sowieckiej Mołotowa, w celu podpisania negocjowanego od dłuższego czasu traktatu, któremu to aktowi postanowiono z obu stron nadać szczególnie manifestacyjny charakter. W związku z tym przyjazdem prasa londyńska, a zwłaszcza wyspecjalizowany w tej dziedzinie „Times”, zaczęła przygotowywać opinię do najprzychylniejszego przyjęcia tego wydarzenia. W artykułach „Timesa” nie ukrywano poglądów, że Polska jest przeszkodą w dobrym ułożeniu stosunków między Zjednoczonym Królestwem a ZSRR przez uporczywe podtrzymywanie swoich pretensji do Wilna, które bezprawnie zaanektowała, oraz że polsko-brytyjski traktat wzajemnej pomocy z 25 sierpnia 1939 nie gwarantował wcale integralności wschodnich granic Polski. Tego rodzaju wypowiedzi „Timesa” wywołały w opinii polskiej zrozumiałe zaniepokojenie. Szczególnie żywo przejawiło się ono w wojsku, gdzie procent żołnierzy pochodzących ze wschodnich województw był wyjątkowo duży. Dla uspokojenia nastrojów Ambasada RP podjęła kroki w celu uzyskania dementi Foreign Office szerzonych przez „Times” poglądów. Użyto usłużnej pomocy jakiegoś członka Izby Gmin, który w interpelacji do rządu dawał wyraz zaniepokojenia „naszych polskich przyjaciół”, prosząc o wyjaśnienie, jakie jest istotne stanowisko rządu w tej sprawie. Odpowiedź ministra Edena

była krótka i kategoryczna: »Times« nie wyraża w poruszonej sprawie stanowiska rządu Jego Królewskiej Mości... Nazajutrz po wspomnianym posiedzeniu Izby Gmin zjawił się u mnie w biurze, osobiście mi dotąd nie znany p. Bauer-Czarnomski, o którym wiedziałem, że jako nieczynny od wybuchu wojny korespondent „Kuriera Warszawskiego” pracuje w referacie prasowym naszej ambasady. Zaczął on od wyjaśnienia, iż zdecydował się na tę wizytę, gdyż mam opinię ministra krytycznie ustosunkowującego się do urzędowego optymizmu, którego siedzibą były nasza Ambasada i biura MSZ, w danej chwili pozostające pod tym samym kierownictwem. Dodał również, że znana jest moja odwaga mówienia kolegom w rządzie także i mniej przyjemnych rzeczy. Następnie z grubo wypchanej teczki wyciągnął stare numery „Timesa” z 1938 roku. Zawierały one artykuły omawiające ówczesny kryzys w stosunkach między Niemcami a Czechosłowacją, którego punktem kulminacyjnym były żądania sudeckich hitlerowców przyznania im początkowo autonomii, a potem w ogóle prawa zjednoczenia z III Rzeszą. Aby znaleźć wyjście z tej sytuacji, rząd Chamberlaina wysłał ido Pragi misję lorda Runcimana. W związku właśnie z tą misję „Times” zaczął przygotowywać opinię brytyjską do całkowitego zaakceptowania tez hitlerowskich. Wystąpienia jego w stosunku do Czechosłowacji, a nawet osoby prezydenta Beneša, były wyjątkowo ostre. Uprzedzały, że Czechosłowacja nie może liczyć na poparcie Wielkiej Brytanii i doradzały, by Czesi sami - nim nie zostaną do tego zmuszeni - zaakceptowali żądania hitlerowskie, przez co najlepiej się przysłużą sprawie uratowania pokoju w Europie. Poselstwo czechosłowackie w Londynie pod kierownictwem ustosunkowanego w kołach politycznych ministra Masaryka podjęło przeciw tej kampanii akcję. Postarano się więc o interpelację w Izbie Gmin, na którą przedstawiciel Foreign Office odpowiedział, że „Times” nie wypowiada w danej sprawie poglądu rządu Jego Królewskiej Mości. Dalszy rozwój wypadków jest znany - oświadczył mi na zakończenie wizyty mój rozmówca, dodając, iż z naszą sprawą powtórzy się kubek w kubek to samo; nie wolno nam się łudzić... Nie omieszkałem wykorzystać przedstawionego mi przez p. Bauer-Czarnomskiego materiału. Na najbliższym posiedzeniu Rady Ministrów - nie ujawniając oczywiście jego nazwiska, gdy nasi specjaliści od polityki zagranicznej unosili się nad naszym sukcesem, za jaki uważali fakt, że w traktacie brytyjsko-sowieckim z 26 maja 1942 nie było żadnej klauzuli terytorialnej, przypomniałem kręte drogi dyplomacji brytyjskiej w stosunku do Czechosłowacji, od zdementowania wystąpień „Timesa” do Monachium. Usłyszałem wówczas z ust ambasadora Raczyńskiego i profesora Strońskiego zgodne zapewnienie, że co mogło się w ówczesnej koniunkturze zdarzyć Benešowi i rządowi czechosłowackiemu, jest obecnie absolutnie nie do pomyślenia w stosunku do Polski... Dla pełności obrazu należałoby tylko dodać, że złowroga zapowiedź Bauer-Czarnomskiego spełniła się w stu procentach. W pół roku po śmierci Sikorskiego odbyła się w Teheranie konferencja Roosevelta, Churchilla i Stalina. Wobec wyraźnie zapowiadającego się już zwycięstwa miała ona uzgodnić stanowisko sojuszników w zasadniczych sprawach, dotyczących zarówno zagadnień politycznych jak i terytorialnych. W związku z konferencją wszystkie usiłowania przedstawicieli rządu polskiego premiera Mikołajczyka i kierownika MSZ Raczyńskiego - przedstawienia premierowi Wielkiej Brytanii polskiego punktu widzenia spełzły na niczym. Wbrew danym przyrzeczeniom nie doszło do spotkania obu premierów. Churchill dosłownie uciekł przed Mikołajczykiem.

Treść ogłoszonego po konferencji teherańskiej komunikatu, w którym między innymi ujawniono wielką troskę sprzymierzonych o... los Austrii, wywołał w kołach polskich zrozumiałe zaniepokojenie. W rządzie największym „alarmistą” okazał się nowy minister informacji, prof. Kot, który wbrew własnej woli objął po Strońskim to stanowisko. Mimo zapewnień świetnie zorientowanych „fachowców” twierdził on uporczywie, że w Teheranie najprawdopodobniej musiały zapaść bardzo niepomyślne dla nas decyzje. Aby położyć kres alarmistycznym „przeczuciom” Kota zainicjowano - tym razem przez ministerstwo prac kongresowych - interpelację w Izbie Gmin. Powtórzyła się dosłownie scena, którą w rozmowie ze mną przedstawił Bauer-Czarnomski. Minister Eden równie dostojnie i uroczyście zapewnił, że nie ma podstaw do niepokoju naszych polskich przyjaciół, gdyż w Teheranie rząd Jego Królewskiej Mości nie zaciągnął w sprawach polskich żadnych zobowiązań... Dopiero w październiku 1944, podczas drugiego pobytu delegacji polskiej w Moskwie, wyszło na jaw w trakcie starcia między Mikołajczykiem a Mołotowem w obecności Edena i ambasadora Harrimana, że w Teheranie zarówno Wielka Brytania, jak i Stany Zjednoczone zaakceptowały żądania sowieckie uznania linii Curzona za granicę między Rzeczpospolitą Polską a ZSRR. Przytaczam ten incydent jako wymowną ilustrację warunków, na jakie „w sojuszniczym Londynie” skazani byli kierownicy rządu polskiego. Jeśliby brać na serio zarzuty, które jeszcze po 25 latach od śmierci Sikorskiego wysuwają nieubłagani jego krytycy, pastwiąc się nad jego „naiwnością” i „łatwowiernością”, to główny jego grzech polegał na tym, iż nie posiadał on nadprzyrodzonego daru przewidywania przyszłości i demaskowania nieszczerości oraz zakłamania swych rozmówców... Biorąc rzeczy bardziej po ludzku, przy dużej ostrożności i stopniowej utracie zaufania do szczerości polityki brytyjskiej i amerykańskiej, w miarę postępowania Churchilla i Roosevelta, Sikorski po wejściu Związku Sowieckiego do wojny nie miał innej drogi jak uporczywe wzmacnianie pozycji polskiej w obozie antyniemieckiej koalicji. Zadanie niesłychanie trudne w sytuacji, gdy Armia Czerwona odpierała cały prawie ciężar nacisku sił zbrojnych Hitlera. Taktyka zalecana przez przeciwników Sikorskiego musiałaby doprowadzić do zupełnego naszego osamotnienia. Gdyby zaś miała być konsekwentna do końca, musiałaby przyjąć ostrzejsze formy, jak to zalecali gorętsi z jego przeciwników. Ten jej nieubłagany finał nie tylko w najmniejszym nawet stopniu nie wpłynąłby na losy naszych postulatów, ale musiałby się skończyć jakąś rozpaczliwą demonstracją, której nieuchronnym zakończeniem byłoby rozbrojenie oddziałów polskich i internowanie polskich uchodźców. A jaka w takim wypadku byłaby przyszłość wielotysięcznej rzeszy Polaków, którzy po wyzwoleniu z obozów hitlerowskich zostaliby skazani na nową tułaczkę? Do najpilniejszych spraw należały w tym momencie stosunki polsko-sowieckie, a ściślej mówiąc problem armii organizowanej w ZSRR pod dowództwem gen. Andersa. Koncepcja Sikorskiego stosunków polsko-sowieckich była dalekowzroczna, ale w warunkach istniejącej wówczas rzeczywistości nie do przeprowadzenia. Przytoczę następującą opinię, niezależnie od moich własnych ówczesnych obserwacji i dociekań. W początkach 1942 roku rozmawiałem na temat polityki gen. Sikorskiego z Bronisławem Kuśnierzem, który przyjechał do Anglii na czele transportu Polaków wracających z ZSRR. [...]. Takie nastroje panowały i dlatego - zdaniem Kuśnierza - że polityka Sikorskiego, choć głęboko przewidująca i jedynie słuszna, była nie do zrealizowania. Stalin mający też przez swój wywiad pełne rozeznanie w nastrojach Polaków, doszedł do przekonania, że niepotrzebna

mu wrogo do ZSRR nastrojona armia i postanowił się jej pozbyć. Gen. Anders zaś uważał, że po próbie zimowej kontrofensywy Armia Czerwona rozpadnie się i chciał się za wszelką cenę spod jej opiekuńczych skrzydeł wyrwać. Przypominam sobie, jak na zebraniu towarzyskim, w czasie pobytu gen. Andersa w Londynie w końcu kwietnia 1942 roku do grupy ministrów, w mojej obecności, Anders ten swój pogląd wypowiadał. Stańczyk zareagował, co zwróciło uwagę gen. Sikorskiego, który podszedł do nas pytając: Co się tu dzieje? Powtórzono mu przebieg rozmowy, na co Sikorski wzburzony zwrócił się do Andersa ze słowami: Prosiłem pana - generale, u Churchilla, żeby Pan nie gadał głupstw, tym bardziej ministrom! Należy dodać, że koncepcja wyprowadzenia polskiej armii z Rosji odpowiadała też i Churchillowi. Polacy byliby mu bardzo potrzebni na Środkowym Wschodzie słabo obsadzonym przez wojska brytyjskie. Z napływających do Londynu wiadomości wynikało, że fatalną rolę odgrywał rtm. Klimkowski. Będąc w przyjacielskich stosunkach z Andersem i mając w wojsku własną organizację, wywierał ujemny wpływ, przeciwny polityce Sikorskiego i rządu. Wszystko co pisze w broszurze, wydanej po wojnie w Polsce Byłem adiutantem Andersa, jest kłamstwem. Mitoman, kłamca, fantasta, zgłosił się do mnie w 1960 roku w lutym w czasie procesu wytoczonego przez Andersa „Narodowcowi” za artykuł przedstawiający go (Andersa) jako głównego sprawcę pogorszenia się stosunków polsko-sowieckich. Michał Kwiatkowski ściągnął rtm. Klimkowskiego jako świadka obrony, ale po zorientowaniu się z kim ma do czynienia, zrezygnował z jego zeznań, choć Klimkowski miał być świadkiem obrony numer jeden. Najszybciej zresztą spostrzegł się w szkodliwej działalności Klimkowskiego prof. Kot bawiący na Środkowym Wschodzie po wyjeździe z Moskwy. Jakie mogła mieć znaczenie armia polska przebywająca w Sowietach, niech posłużą spostrzeżenia Arki Bożka, który opowiadał w 1945 roku, iż sam fakt obecności szczupłej przecież armii Berlinga niwelował antagonistyczne nastroje Sowietów do Polaków i stanowił ochronę dla cywilnej ludności polskiej. Nastroje wrogie Sowietom - choć uzasadnione, były dramatem dla stosunków polskosowieckich. Gdyby nie one, prawdopodobnie znalazłaby się broń i wyżywienie dla wojska. Oczywiście nie można wykluczyć, że wtedy to zaczęła się krystalizować koncepcja Stalina [...] podporządkowania ZSRR przyszłej Polski, niemniej opisane przez nas nastroje ułatwiały mu to zadanie. W takich to okolicznościach Anders wyprowadził armię do Persji. Nie położyło to kresu agitacji antysowieckiej w wojsku. Co więcej, rozpoczęła się akcja przeciwko Sikorskiemu i rządowi. Dochodziły alarmujące wiadomości o przygotowywanym buncie. Anglicy deklarowali Sikorskiemu pomoc w postaci zorganizowania obozu i osadzenia w nim „elementów wichrzycielskich”. Wtedy to Sikorski powziął decyzję wyjazdu na Środkowy Wschód, w celu załatwienia sprawy we własnym zakresie. Wraz z kilkoma ministrami (Mikołajczyk, Seyda, Kwapiński, Popiel) prowadziliśmy z Sikorskim dramatyczne rozmowy, przedkładając grożące mu niebezpieczeństwo, aby skłonić go do zaniechania tej podróży. Ja wiem - odpowiadał na nasze argumenty - że może mi grozić niebezpieczeństwo, ale nie mogę do tego dopuścić, aby Churchill tworzył obozy i internował żołnierzy polskich. Ja sam sobie tę sprawę załatwię... I Sikorski pojechał. Odprowadził go rząd w komplecie. Ale musimy tu uczynić przerwę i wrócić jeszcze do przełomu roku 1942/43.

Szukając przeciwwagi dla wpływów Sowietów, które już w sposób jak najbardziej widoczny były nieprzyjazne dla Polski, oraz mając na uwadze korzystny dla aliantów rozwój sytuacji na frontach Sikorski wybrał się w trzecią podróż do Stanów Zjednoczonych. Przed wyjazdem odczytał na Radzie Ministrów memoriał uzasadniający pogląd, iż II front powinien być otwarty w kierunku na Bałkany, co byłoby dla Polski okolicznością o historycznym znaczeniu, ponieważ tylko wtedy byłyby zabezpieczone nasze granice zgodnie z wolą narodu. Wydarzył się wtedy charakterystyczny incydent. Minister Kwapiński oświadczył, że powinniśmy się zająć własnymi sprawami i nie wtrącać się do wielkiej polityki... Rada Ministrów zaakceptowała treść memoriału. Sikorski przebywał w USA od 29 listopada 1942 roku do 13 stycznia 1943 roku. Z jego sprawozdania złożonego na posiedzeniu Rady Ministrów wynikało, że odbył z prezydentem Rooseveltem, z Sumner Wellesem i z czynnikami wojskowymi trzy konferencje. Przedstawił polskie cele wojenne i powojenne, zaproponował uderzenie aliantów od strony Bałkanów, jako gwarantujące bezpieczeństwo państwom Europy środkowej i wschodnią granicę Polski. Ponadto przedstawił koncepcję federacji środkowowschodniej i wiele innych projektów, jak na przykład uznanie Armii Krajowej za regularną armię. Ze sprawozdania wynikało, że wszystkie sprawy zostały załatwione pomyślnie, a również Polonia witała go entuzjastycznie. W tym duchu przemawiał w Szkocji do wojska na masowym zgromadzeniu, zorganizowanym przez szefa gabinetu płk. Borkowskiego. Tego jeszcze nie było! W moim przekonaniu wojsko miało inne zadania - od polityki był rząd i Stronnictwa, uważałem przeto tę akcję za niewskazaną i zamierzałem nawet zgłosić interpelację. Ale się rozmyśliłem. Doszedłem do przekonania, że wobec prowadzonej przez opozycjonistów w wojsku akcji wrogiej Sikorskiemu i rządowi - chciał on zneutralizować te posunięcia dywersyjne przez wystąpienie bezpośrednio przed wojskiem. Sprawozdanie z tej podróży zostało również złożone przez szefa rządu na posiedzeniu Rady Narodowej. Chodziło o to, by podkreślić, że sprawy, które niepokoiły polską opinię publiczną, zostały załatwione w Waszyngtonie pozytywnie. Sikorski nie fantazjował. Otrzymał bowiem odpowiednie zapewnienia... Sowiety zareagowały pogorszeniem sytuacji ludności polskiej. Co więcej, 12 kwietnia 1943 roku Niemcy ogłosiły komunikat o odkryciu grobów katyńskich. Było to zupełne zaskoczenie, [...] Sikorski nawet interpelował bezpośrednio Stalina w sprawie oficerów jeńców, o których wiadomo było, że przebywali w Starobielsku, Ostaszkowie i Kozielsku. Stalin na to odpowiedział, że wypuszczono z obozu wszystkich jeńców i jeżeli pewnej ilości brak, to musieli wymaszerować do Mandżurii... Zakrawało to na żart, ale istniała ciągle nadzieja, że gdzieś muszą się znajdować. A tu straszna wiadomość o Katyniu. Zapanowała po prostu rozpacz i jawiło się pytanie, co robić. Jak zareagować? Churchill w rozmowie z Sikorskim miał powiedzieć: Mnie Pan Generał nie musi przekonywać. [...] W tych gorączkowych dniach, pełnych tragicznych nastrojów, zadzwonił do mnie ks. Kaczyński, że chciałby wystąpić na Radzie Narodowej z propozycją, aby przekazać sprawę zbadania grobów katyńskich Międzynarodowemu Czerwonemu Krzyżowi. Projekt wydał mi się rozumny i celowy. Wyraziłem zgodę jako prezes Stronnictwa. Rada Narodowa zaakceptowała go. Jak powszechnie wiadomo, rząd sowiecki potraktował ten wniosek rządu polskiego jako prowokację, jako przejaw sprzyjania Niemcom (!?) i w dniu 25 kwietnia zerwał stosunki dyplomatyczne z Polską.

Oczywiście mord katyński pogłębił ferment w armii polskiej na Środkowym Wschodzie. Jak już nadmieniliśmy, Sikorski decyduje się na podróż, aby swoim autorytetem opanować sytuację. A oto szczegóły odlotu, które już relacjonowałem przy różnych okazjach między innymi w „Narodowcu” w artykule zamieszczonym w 16 rocznicę śmierci. Dzień wyjazdu Generała - 25 maja 1943 roku. Przed południem odbyło się jeszcze krótkie posiedzenie Rady Ministrów, poświęcone omówieniu bieżących prac rządu, jakie miały być prowadzone podczas nieobecności Premiera, pod przewodnictwem jego zastępcy wicepremiera Mikołajczyka. Z gronem najbliższych współpracowników żegnał się następnie Generał podczas śniadania w zamkniętym gabinecie hotelu Dorchester. Brali w nim udział, poza czwórką ministrów reprezentujących polityczną podstawę rządu (Mikołajczyk, Seyda, Kwapiński i Popiel) również ministrowie Kot i Kukiel oraz dyrektor gabinetu A. Romer. W ożywionej rozmowie unikano poruszania sprawy celowości wyjazdu, chociaż wszystkim niewątpliwie mocno ona ciążyła. Dyskusja natomiast obracała się dokoła zasadniczego wówczas zagadnienia naszej polityki, to jest dalszych posunięć rządu sowieckiego po zerwaniu z nami stosunków dyplomatycznych. Gen. Sikorski oceniając trzeźwo sytuację, uważał, iż czeka nas z tamtej strony szereg przykrych niespodzianek, dla uniknięcia których należy przy poparciu rządów brytyjskiego i amerykańskiego podjąć jak najrychlej zabiegi o załatwienie konfliktu i zapowiedział, że jest to zadanie, któremu odda się całkowicie zaraz po powrocie z Bliskiego Wschodu. Pod koniec śniadania zjawił się fotograf Ministerstwa Informacji w celu zrobienia pamiątkowych zdjęć. Incydent ten wywołał niezadowolenie ministra Kwapińskiego. Ponieważ nie darzył on naszego ministra informacji szczególną sympatią, zwrócił się do mnie, gdyśmy ustawiali się przed hotelem jeszcze raz do ostatniego zdjęcia, w słowach: Ach ten Kot, ten ma zawsze pomysły; nie mogę oprzeć się wrażeniu, że biorę udział w przedśmiertnych zdjęciach. Starałem się go uspokoić, chociaż przyznaję, nie mogłem się sam opędzić ponurej wizji, która wiała z jego słów... Uczucie to nie opuściło mnie kilka godzin później, gdy znalazłem się wieczorem w liczniejszym znacznie gronie, żegnającym Generała na dworcu kolejowym Paddington. Odjeżdżał na południe Anglii, skąd w najbliższych dniach miał odlecieć na Bliski Wschód, zatrzymując się w Gibraltarze. Tyle tylko wiadomo było o terminie i trasie podróży. Następny dzień nie przyniósł żadnej wiadomości, trudno się było nawet dowiedzieć, czy odjazd z lotniska już nastąpił. Wcześniej może niż zwykle zjawiłem się w Ministerstwie, które mieściło się w centrum Londynu na Clifton Street. Poleciłem sekretarzowi, aby starał się dowiedzieć w Prezydium Rady Ministrów, czy są jakieś wiadomości na temat lotu Generała. Odpowiedziano mu, iż na razie nie ma żadnych informacji, ale obiecano, że jak tylko nadejdą, wicepremier Mikołajczyk lub ktoś z sekretariatu bezzwłocznie dadzą mi znać. W oczekiwaniu wiadomości spędziłem parę godzin na załatwianiu codziennych „kawałków”, gdy wreszcie na krótko przed godziną 12 otrzymuję telefon. Podnoszę słuchawkę i mówię po polsku: słucham. W odpowiedzi na co jakiś nieznajomy mi zupełnie głos polski zapytuje: czy mam zaszczyt mówić z panem ministrem Popielem?, a otrzymawszy potwierdzenie mówi: czy pan minister już słyszał o tym, że samolot gen. Sikorskiego w drodze do Gibraltaru uległ wypadkowi i wszyscy pasażerowie ponieśli śmierć... Wziąłem to za niemądry żart i zareagowałem ostro: Co za głupstwa pan mówi, a przede wszystkim, kto pan jest? W odpowiedzi usłyszałem jedynie łoskot w aparacie telefonicznym. W tej chwili wpada do mego gabinetu sekretarz Frerich i przerażony pyta, czy wiem z kim rozmawiałem, ów rozmówca

bowiem domagał się od kilku minut połączenia ze mną, ale nie chciał podać swego nazwiska, mówiąc, że ma mi do zakomunikowania bardzo ważną wiadomość i że ja go zresztą znam, co skłoniło sekretarza do tego, iż wbrew ustalonemu porządkowi połączył go ze mną. Sekretarz zresztą, zaintrygowany natarczywością tajemniczego rozmówcy, nie odłożył słuchawki, słyszał więc całą rozmowę. Na moją uwagę, że to jakiś prowokator, chcący widocznie grać na nerwach członków rządu, zareagował przecząco mówiąc, że jego zdaniem to nie jest, jak ja sądzę, głupi żart. Od dawna mi już powtarzał, że wrogowie Sikorskiego zdolni są do wszystkiego. Przypomniały mi się w tej chwili okoliczności odejścia z tego świata przed niespełna czterema laty Wojciecha Korfantego... Poleciłem połączyć się z wicepremierem Mikołajczykiem. Z Prezydium Rady Ministrów, gdzie Mikołajczyk urzędował, jednak nie można było dostać połączenia. Wszystkie telefony stale były zajęte. W trakcie dłuższego wyczekiwania otrzymałem telefon od gen. Modelskiego, wówczas podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wojskowych, który będąc chory telefonował z mieszkania. Okazało się, że i on otrzymał identyczny w treści tajemniczy telefon od nieznanego osobnika. Gen. Modelski, podobnie jak mój sekretarz, nie brał lekko całej sprawy. Ponieważ i on usiłował uzyskać połączenie telefoniczne z Prezydium, prosiłem go, aby na razie tego nie robił i obiecałem, że skoro tylko zdobędę jakąś wiadomość, zaraz mu ją zakomunikuję. Dzięki temu po jakimś czasie uzyskałem połączenie z wicepremierem Mikołajczykiem, od którego dowiedziałem się, że i on miał już około 11 taki sam tajemniczy telefon, co go skłoniło do zwrócenia się do odpowiednich czynników angielskich o informacje. Trzeba było jednak telefonować do różnych biur i ostatecznie dopiero przed chwilą otrzymał z najbardziej kompetentnego źródła (wymienił nazwisko, o ile pamiętam, gen. Gubbinsa, oficera, przez którego władze polskie załatwiały wszystkie sprawy dotyczące tak zwanej akcji kontynentalnej) wiadomość, że dziś rano gen. Sikorski wraz z całą świtą „zdrów i cały” wylądował w Gibraltarze. Uspokojony informacją z tak autorytatywnego źródła, zadzwoniłem jeszcze do prof. Kota, aby sprawdzić, jakie wiadomości posiada Ministerstwo Informacji. Prof. Kot wiedział już o tajemniczych telefonach do Mikołajczyka i Modelskiego i podał mi treść oficjalnego komunikatu brytyjskiego, z którego wynikało, że samolot gen. Sikorskiego wylądował w Gibraltarze dzisiaj, 26 maja rano o 6 min. 10. W wirze późniejszych wydarzeń dość szybko zapomnieliśmy o tajemniczym telefonie, który dokładnie o 6 tygodni wcześniej przed katastrofą w Gibraltarze (4 lipca 1943) obwieszczał śmierć gen. Sikorskiego. Można snuć na ten temat różne przypuszczenia. Jedno dla mnie wydaje się poza wszelką wątpliwością: śmierć gen. Sikorskiego nie była dziełem nieszczęśliwego wypadku. Była ona uplanowana i miała nastąpić w drodze na Bliski Wschód. Z nieznanych przyczyn plan w tym punkcie nie dopisał. Udał się natomiast w 6 tygodni później. Taki wniosek narzucał mi ów tajemniczy telefon, czemu dawałem niejednokrotnie wyraz, choć ciągle szukałem prawdy. Ostatecznie, kiedy wykańczałem ten ostatni rozdział wspomnień o gen. Sikorskim i dyskutowałem z red. Konstantym Turowskim, którego gościłem u siebie w Rzymie, zrodziła się refleksja: czy zamachu nie zorganizował obcy wywiad, któremu zależało na usunięciu gen. Sikorskiego z widowni politycznej i dla zmylenia śladów posłużył się własnym agentem mówiącym nienaganną polszczyzną. I to jest bardzo prawdopodobne. Przecież Polacy nie są skłonni do likwidowania swoich przywódców mimo opozycyjnego do nich nastawienia. Nawet na przywódców komunistycznych nie

dokonywano w Polsce zamachów, chociaż zamordowali oni wielu bohaterów Podziemia, a wielu innych torturowali i więzili. Mord na prezydencie Gabrielu Narutowiczu został dokonany przez szaleńca, który zresztą przyjął za to pełną odpowiedzialność. Tak więc i ten domysł ma wszelkie cechy prawdopodobieństwa. Nie ma także żadnych podstaw, aby podejrzewać pilota, który jedyny ocalał z katastrofy. * Pogrzeb był imponujący. Oficerowie i żołnierze płakali. Ale wśród oficerów byli i tacy, którzy uważali, iż to sama Opatrzność interweniowała. .. * Jechałem z konduktem za trumną z Londynu na cmentarz lotników polskich do Newark. Jechałem z ministrem Seydą. Byłem pogrążony w bólu. Bo nie tylko straciłem przyjaciela, ale uważałem, że ze śmiercią generała Sikorskiego wszystko się załamało, że stała się katastrofa, która złowrogo zaciąży na losach naszej Ojczyzny. Może to były myśli irracjonalne?... W pewnej chwili przerwał milczenie minister Seyda: Dlaczego urządza się pompatyczny pogrzeb człowiekowi, któremu bardzo obrzydzało się życie?... Prezydent Raczkiewicz nie wziął udziału w pogrzebie w Newark. Zastępował go gen. Haller. Mowa biskupa Gawliny wypadła słabo. To nie był ten kaznodzieja, który tak wspaniale przemawiał nad trumną Piłsudskiego. Może był załamany, podobnie jak ja... Gen. Władysław Sikorski spoczywa na cmentarzu lotników polskich w Newark i czeka na swój powrót do Ojczyzny.

Tuszów Narodowy koło Micka. Dom urodzenia Władysława Sikorskiego

Władysław Sikorski w gimnazjum we Lwowie

Władysław Sikorski

Odsłonięcie pomnika Paderewskiego w Morges lipiec 1948

Przed posiedzeniem Rady Ministrów. Siedzą od lewej: A. Zaleski, K. Popiel, S. Stroński, S. Kot

Generał Sikorski i książę Kentu przed Dowództwem Floty Brytyjskiej w Rosyth. 17 listopada 1939

Generał Sikorski obejmuje oficjalnie w posiadanie Angers jako eksterytorialną siedzibę Rządu Polskiego. 22 listopada 1939

Generał Sikorski na inspekcji w Coëtquidan z grupą dziennikarzy francuskich, brytyjskich i amerykańskich. 24 lutego 1940

Premier Churchill z małżonką i generał Sikorski

Angielska para królewska w rozmowie z generałem Sikorskim

Inspekcja oddziałów polskich w Szkocji

Gen. Kukiel, gen. Sikorski, gen. S. Sosabowski

Gen. S. Dembiński, gen. Sikorski, płk L. Lichtarowicz

Płk L. Lichtarowicz, płk T. Klimecki, gen. Sikorski

Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych Warszawa 1983 Tego samego autora Na mogiłach przyjaciół, Londyn 1966 Od Brześcia do „Polonii”, Londyn 1967 © 1977 by Odnova Limited, London Pełny tekst w wydaniu Odnova Ltd London 1978 Przygotował do druku Jerzy Skwara Okładkę projektował Jerzy Walter Brzoza 45 pozycja książkowa ISBN 83-00-00413-0 PRINTED IN POLAND Wydawnictwo Ośrodka Dokumentacji i Studiów Społecznych (ODiSS) 00-950 Warszawa, ul. Mokotowska 45/12, skr. poczt. 79. Tel. 29-1758. Wydanie I w kraju. Nakład 10 000. Objętość 10,7 ark. wyd.: 11 ark. druk. + 8 stron wklejek. Papier powlekany dwustronnie kl. V, 61 X 86, 90 g. Oddano do składania 27 IV 1982. Podpisano do druku 12 IV 1983. Druk ukończono we wrześniu 1983. Cena 300 zł. Zakłady Graficzne w Katowicach, ul. Armii Czerwonej 138. Zam. 0852/1100/82. L-8.

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->