Bogdan Wojciszke

psychologia miłości
Intymność • Namiętność •Zaanga owanie*

GDAŃSKIE WYDAWNICTWO PSYCHOLOGICZNE

GDAŃSK 1993

marabut

Spis treści
Od autora ...................................................................................... 1. Przemiany miłości .................................................................... Trzy składniki miłości .................................................................. Intymność .............................................................................. Namiętność ........................................................................... Zaanga owanie....................................................................... Rozwój związku miłosnego .......................................................... Zakochanie ........................................................................... Romantyczne początki .......................................................... Związek kompletny ........................................ ,..................... Związek przyjacielski ............................................................. Związek pusty i jego rozpad .................................................. 2. Zakochanie ................................................................................ Dwa warunki zakochania: prze ycie pobudzenia i jego interpretacja ....................................................................... Powstawanie pobudzenia ............................................................. Beznamiętne po ywki namiętności, czyli pobudzenie emocjonalnie neutralne ......................................................... Przyjemność nasila namiętność, czyli rola emocji pozytywnych Przykrość tak e nasila namiętność, czyli rola emocji negatywnych................................................................ Uroki owocu zakazanego, czyli rola przeszkód ...................... Interpretacja pobudzenia jako namiętności ................................. Jak kochać, czyli kulturowy wzorzec namiętności .................. Kogo kochać, czyli reguły stosowania wzorca namiętności .... Ró nice między kobietami i mę czyznami ................................... 5 7 8 8 12 15 19 21 22 25 27 28 31 32 35 35 38 41 43 45 47 50 56

Ró nice w prze ywaniu namiętności ...................................... Kto jest bardziej romantyczny? ............................................. 3. Romantyczne początki ............................................................... Rozwój intymności ........................................................................ Odkrywanie się ...................................................................... Budowanie zaufania ............................................................... Kogo i za co lubimy ..................................................................... Częstość kontaktów ................................................................ Zalety partnera ...................................................................... Przysługi.................................................................................. Komplementy.......................................................................... Przywiązanie ................................................................................. Wybór stałego partnera ................................................................ Uwaga na dobre rady!............................................................ Kryteria wyboru partnera ....................................................... 4. Związek kompletny..................................................................... Współzale ność partnerów ............................................................ Współzale ność skutków działań ............................................ Współzale ność uczuć ............................................................ Samospełniające się proroctwa................................................ Empatia ......................................................................................... Wczuwanie się w partnera: składniki empatii ........................ Konsekwencje empatii ............................................................ Chcieć a mieć ................................................................................ Teoria sprawiedliwości ............................................................ Sprawiedliwość w związku dwojga ludzi ................................. Naturalna śmierć namiętności ...................................................... Miłość i nienawiść ................................................................... Zazdrość ................................................................................. 5. Związek przyjacielski ............................................................... Ponura krzywa satysfakcji ............................................................. Pułapki intymności ....................................................................... Aniołem być, czyli pułapka dobroczynności ........................... Szczęścia się wyrzec, czyli pułapka obowiązku ........................ Święty spokój, czyli pułapka bezkonfliktowości ...................... Niezłomność zasad, czyli pułapka sprawiedliwości .................. Reakcje na niezadowolenie ........................................................... Dialog .................................................................................... Lojalność ................................................................................ Zaniedbanie ........................................................................... Wyjście ................................................................................... Od czego zale y rodzaj reakcji? ....................................................

56 60 62 62 64 68 73 73 75 81 83 85 93 93 95 102 103 103 110 115 118 118 120 122 123 125 130 131 137 149 150 156 156 161 167 172 174 177 179 180 181 183

Męskość-kobiecość.................................................................. 184 Samoocena.............................................................................. 188 Stan związku .......................................................................... 189 6. Związek pusty i jego rozpad ..................................................... 193 Samopodtrzymujący charakter zaanga owania ............................. 195 Uzasadnianie własnych działań ............................................... 195 Dotychczasowe inwestycje ......................................................200 Związek z partnerem jako część własnego „ja" ......................202 Chcieć mimo wszystko, czyli względność satysfakcji .....................204 Oczekiwania a zyski i koszty ..................................................204 Mo liwości zastępcze ..............................................................209 Bariery .......................................................................................... 213 Poczucie winy .........................................................................214 Dzieci ..................................................................................... 221 Naciski społeczne ................................................................... 226 Rozpad .........................................................................................227 7. Ró norodność .............................................................................231 Rodzaje miłości ............................................................................231 Psychozabawa - jaka jest Twoja miłość? ........................................234 Bibliografia......................................................................................243

Od autora
Miłość jest najwa niejszym wydarzeniem między narodzinami a śmiercią człowieka. I choć trudno o pogląd mniej oryginalny, on właśnie był przyczyną napisania tej ksią ki. Gdyby zniknęły wszystkie ksią ki o miłości, zniknęłaby niemal cała literatura piękna, nie byłoby ani bajek, ani wierszy, ani piosenek. Po có więc jeszcze jedna ksią ka o miłości? Otó ta ksią ka nie jest pracą literacką, lecz... naukową. Nie pod względem formy, poniewa staram się mo liwie mało nudzić Czytelnika ulubionymi przez naukowców długimi a obco brzmiącymi słowami, definicjami i klasyfikacjami. Jest ksią ką naukową z powodu źródeł, z których czerpie. A źródłem tym jest współczesna psychologia i wykrywane przez nią prawidłowości rządzące naszymi uczuciami, myśleniem i zachowaniem. Naukowe analizy miłości przypominają nieco wnioskowanie o naturze huraganu na podstawie tej jego części, którą udało się pracowitemu badaczowi złapać do słoika. W dodatku przykładanie naukowej miarki do miłości uwa ane mo e być wręcz za jej profanację. Nauka poszukuje uogólnień i ucieka od szczegółu, a ka da miłość jest przecie szczególna i inna ni wszystkie pozostałe. Bardziej nadaje się więc na tworzywo sztuki czy literatury ni nauki. Có , czy nam się to podoba, czy nie, tyle jest w ró nych miłościach podobieństw, co i ró nic. Zajmowanie się i jednymi, i drugimi jednako jest fascynujące, bo fascynująca jest sama miłość. Ponadto, jakkolwiek zwykle pragniemy kochać dobrze, to jednak najczęściej robimy to źle, przynajmniej zdaniem tych, których kochamy. Nierzadko ponosimy klęskę w miłości nie z powodu braku starań, lecz właśnie dlatego, e się staramy. Rozwa ania nad tymi paradoksami i pułapkami miłości zajmują więc sporą część tej ksią ki. Myśl przewodnia jest prosta: miłość ulega nieuchronnym zmianom. Nie z powodu słabości charakteru czy zewnętrznych trudności, lecz dlatego, e taka jest natura tego uczucia. Od pewnego momentu większość tych zmian jest szkodliwa dla kochających się ludzi, a ich związek skazany jest na cichą zagładę lub głośną katastrofę, je eli zmianom tym nie potrafią zapobiec. Problem jednak w tym, e

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

tylko niektórym zmianom zapobiec mo na. Próby zapobiegania innym nara ają nas tylko na niepotrzebne frustracje i bezsilne przekonanie, e nic się nie da zrobić. Udane oddziaływanie na własny związek z innym człowiekiem wymaga (parafrazując słynną modlitwę Kurta Vonneguta): sił - abyśmy zmienili w naszym związku z bliskim człowiekiem to, co zmienić mo na; cierpliwości - abyśmy potrafili wytrzymać to, czego zmienić nie mo na; i mądrości - abyśmy potrafili odró nić jedno od drugiego. Jest mało prawdopodobne, aby zawartość tej ksią ki dodała komukolwiek sił lub cierpliwości. Nie z ksią ek się one biorą. Nie mo na jednak wykluczyć, e pomo e ona rozró nić w miłości to, co wymaga sił, od tego, co wymaga cierpliwości. Ksią ka ta powstała dzięki Fundacji im. Aleksandra von Humboldta, której stypendium umo liwiło mi ponadroczny pobyt na Uniwersytecie w Bielefeld, gdzie yczliwie gościł mnie Profesor Alois Angleitner. Dziękuję i Fundacji, i Profesorowi za stworzenie mi wspaniałych warunków do pracy. Dziękuję te Krystynie Ruszczak za nieocenioną pomoc redakcyjną (i zapoznanie mnie z treścią romansów z serii „Harlequin") oraz mojemu wydawcy, El biecie Zubrzyckiej, za sprawne i błyskawiczne wydanie tej ksią ki.

ROZDZIAŁ

1

Przemiany miłości
Trzy składniki miłości - intymność - namiętność - zaanga owanie Rozwój związku miłosnego - zakochanie - romantyczne początki - związek kompletny - związek przyjacielski - związek pusty i jego rozpad

Zmiana jest nieodłączną towarzyszką ycia: wszystko, co yje, ulega zmianom. Brzmi to dość banalnie, dopóki nie uświadomimy sobie, e w odniesieniu do wielu zjawisk ywimy wewnętrznie sprzeczne pragnienia, aby istniały, a jednocześnie nie ulegały adnym zmianom. Jednym z takich zjawisk jest niewątpliwie miłość niezmienność tego uczucia jest przecie powszechnie uwa ana za znamię i rękojmię jego prawdziwości. Potoczna obserwacja wskazuje jednak, e liczne (jeśli nie wszystkie) związki między ludźmi oparte na miłości ulegają w trakcie swego trwania daleko idącym przemianom. W powa nym stopniu zmienia się treść uczucia łączącego partnerów, czyli sama istota miłości. Wystąpienie takich zmian jest zwykle traktowane albo jako pojawienie się, albo jako zanik „prawdziwej" miłości. „Dopiero teraz naprawdę ją kocham" — konstatują szczęściarze. Ci zaś, którzy mniej mieli szczęścia lub jedynie dłu ej czekali z wyciąganiem

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ostatecznych wniosków, stwierdzają: „To nie mogła być prawdziwa miłość, skoro tak niewiele z niej zostało". Przyczyny takich zmian są zwykle upatrywane w negatywnych cechach partnera lub własnych („On jest zbyt samolubny na to, eby mógł zdobyć się na prawdziwą miłość"). W ostateczności mo na jeszcze westchnąć nad ułomnością ludzkiej natury w ogóle. Z drugiej jednak strony, takie obserwacje bardziej mogą skła niać do refleksji o naturze miłości ni o naturze zaanga owanych w dany związek osób. W tym właśnie kierunku podą ają rozwa ania zawarte w niniejszej ksią ce, w której staram się zaprezentować koncepcję miłości nie jako pewnego stanu uczuć tego czy innego człowieka, lecz jako procesu rozgrywającego się w długotrwałym związku dwojga ludzi. W myśl tej koncepcji nieuchronność zmian związku miłosnego nie wynika ani ze słabości charakteru jednego bądź obojga partnerów, ani z oddziaływania jakichkolwiek innych, zewnętrznych wobec danego związku czynników, lecz z wewnętrz nej natury takiego związku i samego uczucia miłości.

Trzy składniki miłości
Punktem wyjścia moich rozwa ań jest dokonane przez Roberta J. Sternberga (1986) rozró nienie trzech zasadniczych składników miłości: intymności, namiętności i zaanga owania w utrzymanie związku. Omówię pokrótce naturę ka dego z tych składników, zwracając szczególną uwagę na ich dynamikę, to znaczy szybkość przyrostu i spadku ka dego z nich w miarę trwania związku. Intymność Intymność oznacza tutaj te pozytywne uczucia i towarzyszące im działania, które wywołują przywiązanie bliskość i wzajemną zale ność partnerów od siebie. Badania Sternberga wskazują, e na tak pojmowaną intymność składają się: pragnienie dbania o dobro partnera, prze ywanie szczęścia w obecności partnera i z jego powodu, szacunek dla partnera, przekonanie, e mo na nań liczyć w potrzebie, wzajemne zrozumienie,

PRZEMIANY MIŁOŚCI

- wzajemne dzielenie się prze yciami i dobrami, zarówno du chowymi, jak i materialnymi, - dawanie i otrzymywanie uczuciowego wsparcia, - wymiana intymnych informacji, - uwa anie partnera za wa ny element własnego ycia. Je eli Czytelnik zaczął właśnie sprawdzać, czy wszystko to czuje wobec kochanej przez siebie osoby, to spieszę dodać, e Jego związek mo e być intymny, nawet je eli któregoś z powy szych uczuć czy zachowań „brakuje" w jego związku. Albowiem nie wszystkie te uczucia muszą być prze ywane, a działania podejmowane, aby mo na było mówić o zaistnieniu intymności. Dla jej pojawienia się wystarczy dowolna konfiguracja wystarczająco du ej liczby tych składników. Badania Sternberga i jego współpracowników wykazują równie , e struktura intymności (czyli skład „mieszanki" wymienionych punktów) nie zale y od tego, czy idzie o miłość do partnera yciowego, ojca, matki, rodzeństwa, czy przy jaciela tej samej płci. Sugeruje to, e choć intymność pojawia się w tych związkach z ró ną mocą, jest ona zbiorem prze yć cha rakterystycznych dla miłości w ogóle, nie zaś dla jednej tylko jej odmiany. Przeciwieństwem będzie tu namiętność, typowa dla mi łości erotycznej lub romantycznej, a raczej nieobecna w miłości do rodziców czy dziecka. Dynamika (przemiany) intymności jest łagodna: siła uczuć i działań składających się na intymność rośnie powoli i jeszcze wol niej opada, jak to ilustruje rysunek 1. Pozytywne emocje składające się na intymność wynikają w duej mierze z umiejętności komunikowania się, wzajemnego zrozumienia i udzielania sobie wsparcia i pomocy, a takie umiejętności wykształcają się dopiero w trakcie wzajemnego poznawania się partnerów. W początkowym stadium związku partnerom często trudno jest się porozumieć, a wzajemne próby pomagania sobie mogą nawet przy najlepszych chęciach kończyć się niepowodzeniem wskutek nietrafnego rozpoznania i zrozumienia rzeczywistych potrzeb partnera albo te nieumiejętności ich zaspokojenia. Jak e często, gnani niecierpliwością serca, chcielibyśmy zrobić dla Niego (Niej) „wszystko", choć nie bardzo jeszcze wiemy, co by to właściwie być miało i jak miałoby się dokonać.. Ta chropowatość kontaktów ustępuje jednak w miarę upływu czasu i wykształcania się

10

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

„scenariuszy" wzajemnych kontaktów, czyli pewnych niezmiennych ciągów działań obojga partnerów w najczęściej powtarzających się sytuacjach. Wykształcenie takich scenariuszy jest początkowo silnie nagradzające i przyjemne dla partnerów. Na przykład znalezienie skutecznego sposobu pocieszenia partnera, kiedy jest on w depresji, stanowi bardzo przyjemne wydarzenie i dla pocieszanego, i dla pocieszyciela. Ona mo e odkryć, e Jemu wcale nie robi się lepiej od szczegółowego rozstrząsania problemów stale stwarzanych przez zawistnego szefa, natomiast doskonale działa wyjście do kina czy placek ze śliwkami według Jej własnego pomysłu. On mo e się zorientować, e sposobem na Jej nieporozumienia z matką nie jest ponawianie propozycji, aby zrezygnować całkowicie z utrzymywania z matką jakichkolwiek kontaktów, lecz rozmowa o tych dawnych, szczęśliwych czasach, gdy kłótni jeszcze nie było. I tak dalej. Wzrost liczby takich udanych wzorców kontaktowania się i umiejętności wzajemnego zaspokajania potrzeb przez partnerów wymaga oczywiście czasu i dobrych chęci obojga zainteresowanych. W re-zultacie intymność rośnie dość powoli w miarę trwania związku, jak to ilustruje rysunek 1. Udane scenariusze, według których układają się wzajemne kontakty, mają oczywiście tendencje do utrwalania się właśnie dlatego, e są udane i przynoszą partnerom ró ne nagrody. Z tego samego powodu takie udane scenariusze wzajemnych kontaktów automatyzują się - zaczynają być odgrywane bez namysłu i bez wysiłku, a przecie z pozytywnym skutkiem. Jest to przyjemne i kojące, choć tkwi w tym być mo e najbardziej zdradliwa pułapka wielu zrazu pomyślnie rozwijających się związków. Ju oto wiemy, czego ukochanemu potrzeba najbardziej, a w dodatku nikt inny nie wie tego a tak dobrze i przenigdy nie potrafiłby równie płynnie zrealizować recepty na szczęście i nagle... okazuje się, e ukochany odchodzi z inną, która wcale nie zna ani jego, ani sposobu na jego kłopoty z szefem. Co się stało? Dlaczego to, co dotąd było najlepsze, przestało być potrzebne? Nie stało się nic ponad ujawnienie się prawidłowości, którą wszyscy dobrze znamy - rutyna jest zabójcza dla uczuć, szczególnie pozytywnych. Liczne teorie psychologiczne opisujące pojawianie się i przebieg uczuć nie bez podstaw zakładają, e warunkiem niezbędnym do powstania jakichkolwiek emocji jest przerwanie automatyzmów i pojawienie się zdarzeń nieoczekiwanych, odbiegających od tego, co jest zawsze. Dopóki

Rysunek 1. Wzrost i spadek intymności w miarę trwania związku.

wszystko jest jak zawsze, dopóty niewiele jest powodów do przejmowania się (chyba e „zawsze" oznacza stany silnie nieprzyjemne, do których trudniej jest się przyzwyczaić ni do stanów przyjemnych, z natury bardziej podatnych na zobojętnienie). Skoro tak, to równie uczucia w związku dwojga ludzi prze ywane są tak długo, jak długo partnerzy doświadczają niepewności i jej usuwania, jak długo w trakcie ich stosunków pojawiają się zaburzenia czy ró nego rodzaju „chropowatości" i niespodzianki. Poniewa w miarę trwania udanego związku wszelkie zgrzyty stopniowo zanikają, zanikają tym samym warunki niezbędne do pojawiania się uczuć pozytywnych, a w konsekwencji - same uczucia (Berscheid, 1983). Zamieranie uczuć związanych z intymnością jest jednak zwykle bardzo powolne, gdy zanik ten powstrzymują bezpośrednie

12

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

„zyski" psychiczne wynikające z wykształcenia scenariuszy silnie nagradzających i unikalnych (je eli jesteśmy przekonani, e tylko dany partner jest nas w stanie zrozumieć czy skutecznie słu yć pomocą). Krzywa ilustrująca natę enie intymności na rysunku 1 opada więc bardzo powoli. Niemniej opadat poniewa psychiczne zyski maleją w miarę upływu czasu. Jest to wyrazem innej prawidłowości psychologicznej polegającej na tym, e wartość ka dej nagrody spada na skutek wzrostu częstości jej otrzymywania. Namiętność Namiętność jest konstelacją silnych emocji zarówno pozytywnych (zachwyt, tkliwość, po ądanie, radość), jak i negatywnych (ból, niepokój, zazdrość, tęsknota), często z mocno uwydatnionym pobudzeniem fizjologicznym. Emocjom tym towarzyszy bardzo silna motywacja do maksymalnego połączenia się z partnerem. Wiele typowych przejawów miłości, wskazywanych przez ludzi jako takie, to przejawy właśnie namiętności: pragnienie i poszukiwanie fizycznej bliskości, przypływy energii, uczucie podniecenia, bicie serca, dotykanie, pieszczenie, całowanie, kontakty seksualne, obsesja na punkcie partnera, marzenia na jawie, psychiczna nieobecność pod nieobecność partnera itd. (co mo na sprawdzić w ka dej ksią ce z serii „Harleąuin", a tak e w bardziej naukowych źródłach - np. Shaver i in., 1987). Dominującym elementem namiętności są zwykle w tej czy innej postaci pragnienia erotyczne, aczkolwiek nie sposób namiętności uto samić z potrzebą seksualną ani zało yć, e jest to jedyna potrzeba w nią uwikłana. Obok niej w grę mo e wchodzić potrzeba samourzeczywistnienia czy odnalezienia sensu ycia, dowartościowania własnej osoby, dominacji czy opiekuńczości itd. W przeciwieństwie do samej potrzeby seksualnej, zdolność do prze ywania miłosnej namiętności jest w pewnym stopniu darem kultury, nie zaś jedynie natury. Warunkiem jej prze ycia jest nie tylko pojawienie się osoby stanowiącej odpowiedni (tj. atrakcyjny i choć trochę niedostępny) obiekt namiętności, ale równie wychowanie w kulturze wyznającej ideał miłości romantycznej. Jak będę się starał przekonać w dalszych częściach tej ksią ki, nasza kultura (szeroko pojęta cywilizacja chrześcijańska) nie tylko ideał taki wyznaje i promuje na nieskończenie wiele sposobów, ale czyni to w sposób a nazbyt skuteczny.

PRZEMIANY MIŁOŚCI

13

Podczas gdy dynamika intymności jest łagodna, dynamika namiętności jest dramatyczna. Namiętność intensywnie rośnie, szybko osiągając swoje szczytowe natę enie, i niemal równie szybko gaśnie. Początkowy wzrost namiętności jest procesem przebiegającym lawinowo, na zasadzie dodatniego sprzę enia zwrotnego: im silniejsza namiętność, tym więcej pociąga ona za sobą zachowań jeszcze bardziej ją nasilających. Najłagodniejsze z tych zachowań to: bardzo częste kontakty, bliskość fizyczna, długotrwałe patrzenie sobie w oczy - zgodnie z licznymi wynikami badań psychologicznych ka dy z tych czynników nasila wielkość prze ywanych przez człowieka emocji (niezale nie od ich pozytywnej lub negatywnej treści). W ten sam sposób i jeszcze silniej oddziałują: izolowanie się partnerów od świata zewnętrznego, prowadzenie rozmów koncentrujących się na ich własnych uczuciach (a rozpamiętywanie ka dego uczucia prowadzi do jego nasilenia), kontakty erotyczne itd. Wewnętrzna logika namiętności polega na tym, e mo e ona jedynie rosnąć, samo tylko trwanie natomiast jest zapowiedzią jej śmierci. Choć prawda to zupełnie oczywista, w równie oczywisty sposób odrzucamy ją wtedy, gdy akurat sami namiętność prze ywamy. Namiętność nie mo e wzrastać w nieskończoność, podobnie jak największa nawet lawina nie mo e spadać bez końca. Załamanie wzrostu namiętności jest więc nieuchronną konsekwencją jej początkowo lawinowego wzrostu. Dobrze o tym wiedzą autorzy romansów z serii „Harlequin", gdzie kolejność kluczowych zdarzeń jest z reguły podobna, niezale nie od tego, czy on jeździ srebrzystym lincolnem, czy raczej ubiera się u Harrodsa. Po początkowym wybuchu namiętność z jakiegoś zewnętrznego powodu (kamerdyner źle przekazał wiadomość) ulega zawieszeniu. Nie wygasa jednak, choć przez następnych pięćdziesiąt stron istnieje raczej potencjalnie ni faktycznie. Akcja nabiera rumieńców z chwilą ponownego wybuchu namiętności (przeszkoda została usunięta) i czym prędzej się kończy w momencie zapowiadającym niechybny spadek miłosnych porywów. Bohaterkom „harlequinów" robi się co prawda rozkosznie słabo, ale w istocie za nic mają samą namiętność, wiedząc, e i tak przeminie. Domagają się całej miłości, a więc i intymności, i zaanga owania. Dodajmy te , e namiętność jest ponadto uczuciem z natury swej nierealistycznym. Wymaga absolutnego uwielbienia partnera,

14

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Rysunek 2. Wzrost i spadek namiętności w miarę trwania związku.

a to jest mo liwe jedynie za cenę braku realizmu ( aden śmiertelnik nie zasługuje na absolutny podziw i uwielbienie). ycie oczywiście wymusza realistyczne spojrzenie na partnera i ju sam ten realizm musi namiętność zabić, a co najmniej przytłumić. Istotą namiętności jest wreszcie jej zaborczość i zachłanność - poniewa na mocy swej definicji namiętność jest sprawą najwa niejszą dla prze ywających ją ludzi, odsuwa ona na dalszy plan lub wyłącza inne rodzaje ich aktywności yciowej. Dodatkowym czynnikiem kładącym kres namiętności mo e więc być niemo liwy ju do zniesienia poziom dezorganizacji tych pozostałych dziedzin ycia. Namiętność jest niekiedy porównywana z uzale nieniem od narkotyków, środków nasennych czy alkoholu (Peele i Brodsky, 1976). Osiąganie stałego poziomu po ądanych przez człowieka re-

PRZEMIANY MIŁOŚCI

15

zultatów działania tych trucizn wymaga stałego zwiększania dawki w miarę przedłu ania się okresu ich pobierania. Zrodzone w ten sposób uzale nienie doprowadza do konieczności za ywania coraz większej dawki trucizny jedynie w celu uniknięcia niezwykle przykrych objawów jej odstawienia. Je eli do odstawienia w końcu dojdzie, pojawia się głęboka depresja, rozdra nienie i obsesyjna tęsknota za trucizną. Dopiero długi okres abstynencji doprowadza na powrót do stanu wyjściowego. Porównanie namiętności do fizjologicznego uzale nienia nie jest zbyt liryczne i - jak ka da analogia - tylko w pewnym zakresie trafne. Dostarcza jednak przekonywających intuicji co do przebiegu ostatniej, „zejściowej" fazy namiętności. Po początkowo szybkim spadku jej natę enia następuje trwające dość krótko ustabilizowanie namiętności na ni szym poziomie (plateau), po czym następuje całkowite jej wygaszenie. Tej ostatniej fazie towarzyszy depresja, a jednocześnie i tęsknota za namiętnością, i niechęć do niej. Tak więc, podczas gdy intymność spada powoli i często nie osiąga w ogóle punktu zerowego, namiętność nie tylko spada do zera, ale jej ostateczny koniec jest w dodatku połączony z negatywnymi emocjami (por. rysunek 2., a tak e bardziej szczegółowe rozwa ania nad „naturalną śmiercią namiętności" w rozdziale 4.). Zaanga owanie Zaanga owanie jest tu rozumiane jako decyzje,, myśli, uczucia i działania ukierunkowane na przekształcenie relacji miłosnej w trwały związek oraz na utrzymanie tego związku pomimo występowania ró nych przeszkód. Podczas gdy namiętność jest tym składnikiem miłości, który niemal w ogóle nie poddaje się „rozumowi" i woli samych zainteresowanych, a intymność poddaje im się jedynie umiarkowanie, zaanga owanie jest wysoce podatne na świadomą kontrolę ze strony kochających się ludzi. Stanowi to zarówno o sile, jak i o słabości tego składnika miłości. Z jednej bowiem strony, silne zaanga owanie partnerów (bądź nawet tylko jednego z nich) mo e być jedynym, choć skutecznym czynnikiem podtrzymującym związek. Z drugiej jednak strony, zaanga owanie jest zwykle rezultatem świadomej decyzji, a ta mo e zostać zmieniona czy odwołana, w związku z czym ten składnik miłości mo e przestać istnieć niemal e z dnia na dzień. W sytuacji gdy jest to ju jedyny czynnik

16

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

podtrzymujący trwanie związku, zanik zaanga owania prowadzi do rozpadu samego związku. W udanym związku zaanga owanie jest jednak zwykle jego najbardziej stabilnym składnikiem. Wysiłek wkładany w utrzymanie związku automatycznie zapoczątkowuje proces jego samopodtrzymywania się. Wycofanie wysiłku byłoby równoznaczne z przyznaniem się przed sobą i innymi, e wysiłek ów został „zainwestowany" źle, co, oczywiście, niezbyt pochlebnie świadczy o samym „inwestorze". Natomiast pochlebnie świadczy o nim (o niej) wysiłek wydatkowany sensownie i stosownie. Zatem samo wkładanie wysiłku w dany związek nasila szansę, e „inwestor" będzie przekonywał zarówno siebie, jak i innych, i jego postępowanie jest słuszne, i tym chętniej będzie to nadal czynił. Dalszymi czynnikami podtrzymującymi zaanga owanie są: dodatni bilans zysków i strat uzyskiwanych w danym związku przez partnerów oraz mała atrakcyjność innych (alternatywnych) związków im dostępnych, a tak e liczne bariery przeszkadzające zerwaniu związku. Bariery te mogą mieć charakter zarówno nieformalny (własny system wartości, naciski rodziny i przyjaciół), jak i formalny (je eli związek został zalegalizowany jako mał eństwo). Dość zło ona komputerowa symulacja rozwoju związku interpersonalnego (Huesmann i Levinger, 1976) sugeruje, e zanim krzywa zaanga owania osiągnie swój maksymalny i niezmienny poziom, jej wzrost ma charakter esowaty, jak to ilustruje rysunek 3. Oznacza to, e początkowo zaanga owanie rośnie wolno, a w miarę narastania namiętności i intymności jego wzrost jest coraz szybszy. Następujące potem ustabilizowanie zaanga owania trwa w zasadzie a do końca związku. Przerwanie związku jest zwykle równoznaczne z zaprzestaniem działań związek ów podtrzymujących, a więc z wycofaniem zaanga owania (które spada do zera). Rozró nienie pomiędzy intymnością, namiętnością i zaanga owaniem jako trzema odrębnymi składnikami miłości wymaga oczywiście jakiegoś odrębnego pomiaru ka dego z tych składników. Pewnym krokiem w tym kierunku jest zamieszczony w tabeli 1. kwestionariusz zawierający trzy grupy twierdzeń (skale), z których ka da mierzy jeden z tych składników. Treść twierdzeń składających się na ka dą z tych skal ilustruje, na czym polega ró nica między trzema omówionymi składnikami miłości.

PRZEMIANY MIŁOŚCI

17

Rysunek 3. Zmiany wielkości zaanga owania w miarę czasu trwania związku. Tabela 1.

czas

Treść twierdzeń składających się na skale intymności (pozycje oznaczone literą I), namiętności (N) i zaanga owania (Z). W odniesieniu do ka dej pozycji osoba badana decyduje, jak dalece zgadza się z danym twierdzeniem, wybierając jedną spośród pięciu mo liwości: 5 - zdecydowanie zgadzam się, 4 - zgadzam się, 3 - trudno się zdecydować, 2 - nie zgadzam się, 1 - zdecydowanie nie zgadzam się. Miarą ka dego ze składników jest suma punktów za odpowiedzi w odniesieniu do pozycji oznaczonych tą samą literą. Źródło: Acker i Davis (1992). 1. Nasz związek jest pełen ciepła i serdeczności. (I) 2. Nie potrafię wyobrazić sobie innej osoby, poza moim partnerem, która uczyniłaby mnie tak szczęśliwą. (N) 3. Uwa am nasz związek za coś stałego. (Z)

18

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

4. Zwierzamy się sobie nawzajem z ró nych intymnych spraw. (I) 5. Nie ma dla mnie nic wa niejszego ni nasz związek. (N) 6. Pozostałabym razem z moim partnerem nawet w najgorszych trud nościach. (Z) 7. Mocno pragnę uczynić mojego partnera szczęśliwym. (I) 8. To, co nas łączy, jest bardzo romantyczne. (N) 9. Moje własne zasady ka ą mi trwać przy moim partnerze. (Z) 10. Dobrze się wzajemnie rozumiemy. (I) 11. Nie potrafię sobie wyobrazić, e mogłabym być bez mojego part nera. (N) 12. Jestem całkowicie pewna swojej miłości do mojego partnera. (N) 13. Mój partner bardzo mnie wspiera swoimi uczuciami. (I) 14. Uwielbiam mojego partnera. (N) 15. Jestem zupełnie pewna, e kocham mojego partnera. (Z) 16. Mogę liczyć na mojego partnera w potrzebie. (I) 17. Często myślę w ciągu dnia o moim partnerze. (N) 18. Jestem mocno zaanga owana w utrzymanie naszego związku. (Z) 19. Mój partner mo e na mnie liczyć w potrzebie. (I) 20. Sam widok partnera jest dla mnie podniecający. (N) 21. Nasz związek wynika częściowo z mojej przemyślanej decyzji. (Z) 22. Bardzo sobie cenię obecność mojego partnera w moim yciu. (I) 23. Mój partner jest dla mnie bardzo pociągający fizycznie. (N) 24. Nie pozwoliłabym, by cokolwiek przeszkodziło mojemu zanag owaniu w ten związek. (Z) 25. Chętnie dzielę się z moim partnerem wszystkim, co sama posia dam. (I) 26. Idealizuję mojego partnera. (N) 27. Jestem pewna trwałości naszego związku. (Z) 28. Prze ywam wiele szczęścia w naszym związku. (N) 29. Jest coś prawie „zaczarowanego" w naszych stosunkach. (N) 30. Zawsze czuję się mocno odpowiedzialna za samopoczucie mojego partnera. (Z) 31. Czuję uczuciową bliskość między nami. (I) 32. Nasz związek jest bardzo „ ywy". (N) 33. Wierzę, e moja miłość do tego partnera będzie trwała do końca ycia. (Z) 34. Dostarczam mojemu partnerowi wiele uczuciowego wsparcia. (I) 35. Bardzo lubię dawać mojemu partnerowi prezenty. (N) 36. Nie potrafię sobie wyobrazić zerwania naszego związku. (Z)

PRZEMIANY MIŁOŚCI _________________________________________ 19

Rozwój związku miłosnego
Miłość to słowo u ywane do nazwania podniecenia seksualnego u młodych, przyzwyczajenia u ludzi w sile wieku i wzajemnego uzale nienia u starych. John Cardi

Jeśli przyjąć, e dynamika intymności, namiętności i zaangaowania rzeczywiście zbli ona jest do tego, co ilustrują rysunki 1., 2. i 3., to wynika z tego co najmniej jeden istotny wniosek. Oto w miarę trwania związku miłosnego nie tylko mogą pojawić się wa ne zmiany w jego treści i intensywności, ale zmiany takie są wręcz nieuchronne jako następstwo zró nicowanej dynamiki trzech podstawowych składników miłości. Zmiany postaci, w jakiej miłość tych samych partnerów istnieje i się przejawia, zasadniczo wynikają nie z nacisków i okoliczności zewnętrznych, lecz z samej istoty miłości. Okoliczności decydują raczej o tempie czy nasileniu zmian, natomiast sam fakt ich występowania jest po prostu nieuchronną konsekwencją rozwoju związku. Jak zobaczymy na dalszych stronach, stopień owej nieuchronności jest ró ny dla ró nych zmian: niektórych uniknąć nie sposób, innych - uniknąć mo na (choć nie zawsze się to zainteresowanym udaje, nawet jeśli tego pragną). Spróbujmy sprecyzować te twierdzenia, rozwa ając ju nie przemiany ka dego ze składników miłości z osobna, lecz wszystkich trzech łącznie. Pomocne będzie tu nało enie na siebie trzech poprzednich rysunków. By tego dokonać, spróbujmy przyjąć jeszcze kilka dodatkowych, dość oczywistych zało eń. Po pierwsze, ycie ka dego ze składników miłości rozpoczyna się w tym samym momencie (jak to bywa w przypadku nowo poznanej osoby). Po drugie, maksymalne natę enie namiętności jest znacznie większe od maksymalnych natę eń intymności i zaanga owania (które nie ró nią się między sobą pod tym względem). Po trzecie, przyjmijmy istnienie pewnego progowego, krytycznego natę enia ka dego ze składników, które na rysunku 4. wyra a pozioma „gruba kreska". Je eli natę enie danego składnika znajduje się poni ej tej wartości, składnika tego jeszcze „nie ma", to znaczy nie liczy się on przy określaniu ogólnego charakteru związku. Je eli natę enie składnika przekracza tę wartość i jest

20

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

1

2

3

4

5

Rysunek 4. Zró nicowanie dynamiki trzech podstawowych składników miłości i wynikająca z niego typowa sekwencja faz związku miłosnego rozpoczynającego się miłością od pierwszego wejrzenia: 1 - zakochanie; 2 - romantyczne początki; 3 - związek kompletny; 4 - związek przyjacielski; 5 - związek pusty. ponad kreską, składnik ten „jest", to znaczy występuje w związku jako jego istotna właściwość. Przyjęcie tych zało eń pozwala wyró nić szereg typowych faz związku miłosnego, układających się w pewną naturalną kolejność. O charakterze ka dej fazy decyduje to, jakie składniki miłości są w danym momencie obecne w związku z ponadprogową intensywnością: 1 -zakochanie (tylko namiętność); 2 - romantyczne początki (namiętność i intymność); 3 - związek kompletny (namiętność, intymność i zaanga owanie); 4 - związek przyjacielski (intymność i zaanga owanie, ale ju bez namiętności); 5 - związek pusty (zaan-

PRZEMIANY MIŁOŚCI_ _________________________________________ 21

ga owanie, ale ju bez intymności); 6 - rozpad związku (wycofanie nawet zaanga owania). Oczywiście etapy związku przedstawione na rysunku 4. nie składają się w adnym wypadku na kolejność obowiązującą, a więc na to, co być powinno, lecz jedynie na to, co bywa najczęściej. (Nauka w ogóle nie mówi o tym, co być powinno, lecz jedynie o tym, co jest, a przynajmniej - co jest prawdopodobne.) Im wcześniejsza faza, tym krócej trwa i tym większa szansa (je eli wszystko „dobrze idzie"), e zostanie ona w miarę trwania związku przekształcona w fazę następną. Prawie wszystkie udane związki wychodzą poza fazę 1., 2. i 3. Im faza późniejsza, tym dłu ej trwa (z wyjątkiem samego rozpadu, który mo e być bardzo szybki). Jest to dość smutna prawidłowość, oznacza ona bowiem, e najmniej zadowalająca faza miłości (związek pusty) często trwa dłu ej ni wszystkie poprzednie (i bardziej zadowalające) fazy łącznie. Poniewa trzy pierwsze fazy związku napędzane są namiętnością i jej zmianami (a namiętność słabo poddaje się świadomej i dowolnej kontroli tych, którzy ją prze ywają), zakochanie, romantyczne początki i związek kompletny prawie nieuchronnie skazane są na przeminięcie. Inaczej mają się sprawy z trzema pozostałymi fazami, napędzanymi głównie dynamiką zaanga owania (które niemal e całkowicie pozostaje pod kontrolą zainteresowanych) i intymności (która w du ym stopniu poddaje się kontroli, choć wymaga to i chęci, i umiejętności). Jak będę starał się pokazać w dalszych partiach tej ksią ki, niektóre próby oddziaływania partnerów na ich własną miłość wydają się z góry skazane na niepowodzenie, podczas gdy inne mogą zostać uwieńczone znacznym sukcesem i uchronić związek przed rozpadem. Wszystko zale y od tego, na jakie składniki miłości zainteresowani wywierają wpływ i kiedy (w jakiej fazie związku) to czynią. Zakochanie Je eli wszystkie trzy składniki miłości zaczynają się rozwijać równocześnie, w momencie poznania nowej osoby (tak jak to ilustruje rysunek 4.), to namiętność, jako składnik najintensywniej przybierający na sile, pojawi się najszybciej - jako dominująca cecha całego uczucia. W języku potocznym mówi się tu o zakochaniu

22

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

- intensywnym stanie uczuć opiewanym przez poetów, ale tak e określanym jako szybko przemijająca choroba (przez miłośników prozy). Intuicja potoczna wyraźnie odró nia zakochanie od miłości, Zakochanie jest ślepe, krótkotrwałe, daje silne uczucie szczęścia nieskalanego myślą i jest cokolwiek egoistyczne, a przynajmniej bardziej skoncentrowane na tym, kto kocha, ni na tym, kto jest kochany („Kocham cię - có to cię obchodzi", pisał Goethe). Miłość jest powolniejsza, trwalsza, mądrzejsza i bardziej się koncentruje na osobie kochanej ni kochającej, a oprócz szczęścia zawiera równie ból. Literatura piękna przynosi liczne opisy takiej namiętności od pierwszego wejrzenia, uderzającej gwałtownie i nieoczekiwanie niczym piorun z jasnego nieba. Zakochanie nie musi być pierwszą fazą miłości - przypływ namiętności mo e zdarzyć się nawet po długiej znajomości i być nieoczekiwanym rezultatem powoli narastającej intymności. Tak więc początkowa kolejność faz przedstawionych na rysunku 4. mo e wyglądać nieco inaczej - cały związek mo e rozpocząć się od przyjaźni. Co ciekawe, „starzy przyjaciele" bywają nie mniej zaskoczeni pojawiającą się w ich relacji zmianą ni kochankowie „od pierwszego wejrzenia". Ich nagła namiętność wcale nie musi być mniej ekscytująca. Jednak e najbardziej typowy obraz miłości w naszej kulturze to miłość od pierwszego wejrzenia, rozpoczynająca się zakochaniem. Miłość od pierwszego wejrzenia jest zresztą nie tylko stereotypem. - około 50% badanych, zarówno kobiet, jak i mę czyzn, stwierdza, e prze yło ją co najmniej raz w yciu (Averill i Boothroyd, 1977). Romantyczne początki Istotnym elementem zakochania jest pragnienie mo liwie najczęstszych i najbli szych kontaktów z ukochaną osobą. Je eli więc zakochanie spotyka się z wzajemnością, a przynajmniej nie zostanie odrzucone przez partnera, naturalną konsekwencją rosnących kontaktów jest rozwój intymności. Oznacza to wejście w fazę romantycznych początków. Ta faza równie jest raczej krótkotrwała, poniewa silnie nagradzające połączenie gwałtownych rozkoszy namiętności z łagodnymi urokami intymności samo w sobie wzbudza skłonność do utrzymania i rozbudowy tak przyjemnego związku. W rezultacie pojawia się decyzja partnerów o zaangaowaniu w utrwalenie związku, który jednak przestaje wtedy być

PRZEMIANY MIŁOŚCI

_________________________

23

romantyczny, a staje się w pełni dojrzałą miłością, czyli związkiem kompletnym. Kolejność zdarzeń doprowadzających do zapoczątkowania stałego związku jest dosyć zgodnie opisywana przez ró nych badaczy, którzy opierają swe opisy na subiektywnych sprawozdaniach osób badanych z przebiegu ich związków bądź te (rzadziej) na obserwowaniu rzeczywistych związków w trakcie ich powstawania. Burgess i Huston (1979, s. 8) przedstawili tę kolejność następująco: 1. Partnerzy spotykają się częściej, na dłu ej, w coraz bardziej ró norodnych sytuacjach. 2. W przypadku rozdzielenia usiłują znowu być razem, co dostar cza im satysfakcji, jeśli się powiedzie. 3. „Otwierają się" przed sobą nawzajem - wyjawiają tajemnice i łączą ich intymne kontakty fizyczne. 4. Stają się mniej zahamowani i bardziej skłonni do dzielenia się uczuciami pozytywnymi i negatywnymi, do wzajemnego po chwalania się i ganienia. 5. Rozwijają swój własny system porozumiewania się i doskonalą jego u ywanie. 6. Narasta ich zdolność do zauwa ania i przewidywania punktu widzenia partnera. 7. Zaczynają wzajemnie synchronizować swoje cele i postępowa nie oraz wykształcają trwałe scenariusze wzajemnych kontak tów. 8. Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwy szając w ten sposób jego wa ność we własnej „przestrzeni yciowej". 9. Coraz silniej odczuwają, e ich indywidualny interes jest nie odłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku. 10. Narasta ich wzajemne lubienie się, zaufanie i miłość. 11. Zaczynają uwa ać swój związek za niemo liwy do zastąpienia, a przynajmniej za niepowtarzalny. 12. Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jed nostki) w relacjach z innymi ludźmi. Jeśli wierzyć literaturze, zwłaszcza tej sprzed XX wieku, miłość dopóty jest zjawiskiem interesującym, wartym opisu i artystycznej analizy, dopóki zachowuje swój romantyczny charakter. Z chwilą

24

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

utraty tego charakteru (a więc wyjścia poza fazę zakochania i romantycznych początków) związek przestaje być dla kogokolwiek interesujący, nie wyłączając samych partnerów. Najbardziej romantyczne są opowieści o romansach, które kończą się źle (przewa nie śmiercią jednego z partnerów, a jeszcze lepiej obojga) i nigdy się nie stabilizują. Opowieści o romansach udanych, które dobrze się kończą, dobiegają zwykle kresu przed ołtarzem, a więc w momencie kiedy miłość romantyczna ostatecznie przekształca się w miłość kompletną. Nie bez znaczenia jest tu zapewne fakt, e przeszkody, jakie mają do pokonania początkujący kochankowie romantyczni, są bardziej dramatyczne i widowiskowe od dość znojnych trudności, z którymi mozolą się partnerzy w późniejszych fazach związku. Tak czy owak, dla sztuki miłość najwyraźniej przestaje być interesująca z chwilą ustabilizowania się związku. Kult miłości romantycznej jako jedynej, która jest warta przedstawiania przez sztukę i prze ywania przez ludzi, jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony, co niedorzeczny, zwa ywszy, e przez znaczną większość ycia kochamy swych partnerów w inny, nieromantyczny sposób. W rezultacie ani z powieści, ani z filmów prawie w ogóle nie dowiadujemy się, co interesującego mo na zrobić ze swą miłością, gdy przeminie jej romantyczna faza, jako jedyna opisywana w niezliczonych bajkach, powieściach, wierszach, filmach i piosenkach. Co gorsza, stereotyp miłości romantycznej jako uczucia, które dzieje się „samo", właściwie bez wysiłku, a często nawet wbrew wysiłkom zaanga owanych w uczucie partnerów, rodzi katastrofalne w skutkach przekonanie, e równie na inne formy miłości oddziaływać nie nale y (bo wtedy miłość przestaje być „autentyczna") albo e po prostu nie daje się tego zrobić (jeeli tylko miłość jest wystarczająco autentyczna). Dalsze partie tej ksią ki mają na celu między innymi przekonanie Czytelnika do poglądu, e kiedy miłość wyjdzie poza fazę romantycznych początków, większość tego, co dzieje się w niej „samo", zmierza prostą drogą do zagłady związku. Natomiast droga do jego utrzymania w postaci cieszącej obie strony wiedzie jedynie poprzez rozsądne, zamierzone i świadome ingerencje samych partnerów w kształt ich związku. Je eli Ona poprzestaje jedynie na „bezprzytomnym osuwaniu się w jego ramiona", a On na odczuwaniu „oszalałego bicia swego serca", to prostą (choć ekscytującą) drogą prowadzą swój związek do nieuchronnego końca. Jest z pewnością wzruszające,

PRZEMIANY MIŁOŚCI _______________________________

25

e On ma oczy „koloru tropikalnej zatoki". Jednak czytając ksią ki z serii „Harleąuin" (z nich pochodzą wszystkie te cytaty) szybko orientujemy się, e tym, co pozwala naprawdę dostrzec kolor tak wyszukany, jest towarzyszący owym oczom kolosalny spadek, świetnie prosperująca firma, a przynajmniej posiadanie „srebrzystego lincolna". Powstaje pytanie, nad którym czytelniczki serii „Ogrodów miłości" wolą się nie zastanawiać: co zrobić, kiedy On dysponuje dziesięcioletnim fiatem, w którym siada jak nie resor, to skrzynia biegów, kiedy Jego fortuna ogranicza się do M-3, kiedy Jego oczy, có ... jak oczy - patrzą z udręczeniem na cieknący w łazience kran. Tęsknota za srebrzystym lincolnem jest tyle zrozumiała, co pozbawiona realizmu. Realizm zaś, wedle skwapliwie podsycanej tradycji romantycznej, jest w miłości traktowany jako coś brzydkiego, wyrachowanego i sprzecznego z samą istotą miłości. W rzeczywistości jednak ani realizm, ani rozsądek nie tylko miłości nie zabijają, ale są całkowicie niezbędne dla trwania związku dwojga ludzi i uchronienia go przed katastrofą. Związek kompletny Prawdopodobnie większość związków, jakie ludzie nawiązują (szczególnie w młodości), nigdy nie wykracza poza fazę romantycznych początków: albo miłość romantyczna przemija, albo brakuje wystarczającego zaanga owania w przetworzenie związku w stałą relację (z powodu braku równie silnych uczuć partnera), albo jedno i drugie. Przejście od fazy romantycznych początków do kompletnego związku jest więc wydarzeniem dość rzadkim w yciu człowieka, ale ma konsekwencje, których wa ności nie sposób przecenić. Zgodnie z przedstawioną na rysunku 4. koncepcją rozwoju miłości, czynnikami niezbędnymi dla pojawienia się „ponadprogowego", a więc ju liczącego się zaanga owania, przekształcającego miłość w związek kompletny (co zwykle oznacza zawarcie mał eństwa bądź przynajmniej zamieszkanie razem), są silna namiętność i intymność, czyli prze ywanie miłości romantycznej. Przytaczane w rozdziale 3. badania nad kryteriami wyboru partnera yciowego przekonują, e miłość romantyczna (oraz takie cechy partnera, które umo liwiają jej prze ywanie, to znaczy promują namiętność i intymność) wyłania się współcześnie jako główne kryterium tego

26

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

wyboru. Jest to jednak zjawisko raczej świe ej daty - do niedawna miłość romantyczna była uwa ana nie tylko za kiepską podstawę mał eństwa, ale wręcz za uczucie niemo liwe do pogodzenia z wymogami, jakie stawia przed partnerami stały związek. Miłość kompletna jest niewątpliwie najbardziej zadowalającą fazą związku, najsilniej nasyconą emocjami - zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi. Końcem tej fazy jest zanik namiętności, niekoniecznie całkowity, ale poni ej poziomu oznaczającego jej dominację w miłosnej relacji. Jeśli uwierzyć poprzednim rozwa aniom nad dynamiką namiętności, zanik ten wydaje się nieuchronny; badania nad długotrwałymi związkami równie wykazują, e im dłu ej trwa mał eństwo, tym słabsza jest miłość romantyczna pomiędzy mał onkami (Cimbalo i in., 1976). Z faktu, e namiętność zanika po prostu dlatego, i taka jest jej natura, wynika jeden wniosek praktyczny. Je eli wygasa czy słabnie namiętność jednego czy obojga partnerów, nie ma większego sensu twierdzenie, jakoby przyczyną były negatywne cechy któregokolwiek z nich („On nie potrafi kochać") czy ich związku („To nie była prawdziwa miłość"). Równie bezsensowne byłoby obwinianie drzew, e opadły z nich liście, albo twierdzenie, e lata tak naprawdę nie było, skoro po nim nadeszła jesień. Akceptacja tej prawdy mogłaby uchronić wiele par przed goryczą rozczarowań czy rozstań. Tym bardziej e optymistyczna metafora cyklicznych pór roku została tu przywołana nie bez przyczyny. Zanikająca w związku namiętność niekoniecznie musi bowiem wybuchnąć na nowo w odniesieniu do innego partnera. Prawdopodobnie jest to mo liwe w stosunku do tego samego partnera - na przykład wtedy, gdyby partnerom udało się utrzymać zadowalający poziom intymności, dzięki czemu cały ich związek nie stałby się dla nich odstręczającyj Nie znam rzetelnych danych, które potwierdzałyby tę tezę, choć mo na tu przytoczyć anegdoty w rodzaju dwukrotnego mał eństwa Elizabeth Taylor i Richarda Burtona, którzy, jak przystało na idoli Hollywoodu, zawierali liczne mał eństwa, opierające się jedynie na namiętności. Je eli pobierali się dwa razy na tej zasadzie, ich wzajemna namiętność musiała wybuchnąć co najmniej dwukrotnie (podobno planowali pobrać się po raz trzeci, czego jednak Burton nie do ył z powodu swoich innych namiętności). Nieco trudniej uwierzyć, e to, co zdarzyło się Taylor i Burtonowi,

PRZEMIANY_MIŁOŚCI

_______________________ 27

zdarza się wszystkim, ale mo na przynajmniej zało yć, i to się zdarzyć mo e. Związek przyjacielski Gdyby ludzie budowali swoje związki tylko na bazie namiętności, miałyby one niewielkie szansę na trwałość. Dlatego te liczne systemy etyczne nakazują ludziom nie kierować się namiętnością przy wyborze partnera, a niektóre starają się ich nakłonić, by namiętności nie prze ywali wcale bądź przynajmniej prze ywali ją w sposób mo liwie beznamiętny. Pomijając rozwa ania nad tym, czy jest to w ogóle wykonalne i naprawdę najlepsze, stwierdzić mo na, e oparta na intymności i zaanga owaniu miłość przyjacielska jest zapewne najdłu szą spośród jeszcze satysfakcjonujących faz udanego związku dwojga ludzi. Co więcej, jest to ta faza, której przedłu enie pozostaje w mocy obojga zainteresowanych, je eli tylko wyka ą po temu odpowiednie chęci i umiejętności. Potoczna obserwacja sugeruje, e chęci wykazują prawie wszyscy, choć gorzej przedstawia się sprawa z umiejętnościami. Podstawowym problemem, który partnerzy mają do pokonania w fazie związku przyjacielskiego, jest powstrzymanie spadku intymności, a więc utrzymanie wzajemnego przywiązania, lubienia się, zaufania, chęci pomagania i otrzymywania pomocy. Intymność oczywiście zamiera pod wpływem egoizmu, nietolerancji, agresji, braku wsparcia czy zdrady. Ka dego z tych niebezpieczeństw mogą partnerzy uniknąć, a przynajmniej wiedzą, e unikać ich powinni, je eli łączący ich związek ma być nadal zadowalający. Niezbyt logiczna logika ludzkich uczuć w połączeniu z beznadziejnością usiłowań prowadzących do realizacji mitu miłości romantycznej (który dla wielu stanowi jedyną definicję miłości) sprawia jednak, e na partnerów w udanym nawet związku czyha wiele pułapek. Paradoksalnie pułapki te wynikają z tego właśnie, e związek jest udany, a partnerzy pełni są najlepszych chęci. W rozdziale 5. opisuję szczegółowo szereg takich pułapek, jak: pułapka dobroczynności, polegająca na tym, e stałe i wzajemne ofiarowywanie dobra (oraz unikanie wyrządzania partnerowi krzywd) prowadzi w miarę trwania związku do tego, i zdolność do sprawiania partnerowi przyjemności maleje, wzrasta zaś zdolność do sprawiania mu bólu;

28

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

- pułapka bezkonfliktowości, polegająca na tym, e stałe unika nie konfliktów w imię utrzymania wspólnoty działań, interesów i uczuć (oraz świętego spokoju) prowadzi do zaniku tej wspól noty (a święty spokój zamienia się w spokój wręcz śmiertelny); - pułapka obowiązku, polegająca na tym, e systematyczne pod pieranie własnych uczuć do partnera poczuciem obowiązku prowadzić mo e do ich zaniku. Własne działania mogą być wi dziane jako rezultat jedynie własnej obowiązkowości, nie zaś uczuć ywionych do partnera; - pułapka sprawiedliwości, polegająca na tym, e domaganie się przede wszystkim sprawiedliwości we wzajemnej wymianie „świadczeń" przez partnerów sprowadza się w praktyce głów nie do odwzajemniania zachowań negatywnych, a więc spra wiedliwości typu „oko za oko, ząb za ząb". Pułapki te oczywiście nie ka dej parze muszą się zdarzyć, choćby dlatego, e niektóre wzajemnie się wykluczają. Są one ró nymi drogami pogarszania się jakości związku, a dróg takich jest oczywiście wiele i niestety więcej ni dróg prowadzących do związku szczęśliwego. Niewiele jest bowiem sposobów prze ywania szczęścia, bardzo wiele natomiast sposobów bycia nieszczęśliwym. Pułapki są drogami zdradliwymi, bo paradoksalnymi - ludzie wpadają w nie w Mię wysiłków, których deklarowanym i świadomym (choć nie zawsze rzeczywistym) celem jest polepszenie bądź utrzymanie związku. Związek pusty i jego rozpad Niekonieczny, choć prawdopodobny i częsty zanik intymności doprowadza miłość (a raczej byłą miłość) do fazy związku pustego, którego jedynym elementem jest występowanie motywacji i zachowań nadal podtrzymujących ów związek. Ten typ relacji w naszej kulturze jest. zwykle pozostałością po poprzednich, szczęśliwszych fazach związku. Poniewa związek pusty opiera się jedynie na zaanga owaniu, czynniki podtrzymujące ten związek są w zasadzie to same z czynnikami podtrzymującymi samo zaanga owanie. Sprawia to, e czynniki podtrzymujące zaanga owanie stają się bardziej istotne dla trwania związku, ni były w fazach poprzednich. W szczególności związek pusty bardziej ni inne fazy miłości nara ony jest na zniweczenie, gdy w yciu przy-

PRZEMIANY MIŁOŚCI

29

najmniej jednego z partnerów pojawi się szansa na zbudowanie innego, nowego związku, bardziej pociągającego ni dotychczasowy. Jest to o tyle prawdopodobne, e atrakcyjność związku pustego staje się bardzo niewielka. Jak zauwa ają niektórzy autorzy, współcześnie coraz silniejsza staje się norma kulturowa nakazująca, aby zaanga owaniu w związek towarzyszyła intymność. Związki „zdrowe" to takie, gdzie motywacji i działaniom ukierunkowanym na ich utrzymanie towarzyszy prze ywanie intymności; zanik intymności pociąga za sobą (i w odczuciu partnerów usprawiedliwia) zanik zaanga owania. Tego rodzaju norma, jeśli istotnie występuje, zapewne z niejednakową siłą obowiązuje w ró nych grupach społecznych i krajach. Jej pojawienie się mo e wpływać na wzrost częstości rozwodów i spadek wa ności przyczyn, jakie uznawane są za wystarczające do rozwodu. Zanik intymności w związku zapewne nie jest najwa niejszą ani jedyną przyczyną rozwodu, ale coraz częściej uznawany jest przez samych zainteresowanych za przyczynę wystarczającą. Krzywe szybciej lub wolniej opadające na rysunku 4. napawają melancholią i zdają się być wyrazem nazbyt pesymistycznego spojrzenia na szanse trwania związku dwojga kochających się ludzi. Có , pesymizm i realizm mają ze sobą wiele wspólnego. Faktem jest, e w przeciętnym mał eństwie satysfakcja obojga partnerów ze związku maleje z wolna w miarę jego trwania, a mo liwych tego przyczyn jest a nazbyt wiele, o czym piszę dalej. Jednak ogólne przesłanie tej ksią ki jest raczej optymistyczne ni pesymistyczne - jakkolwiek wiele związków istotnie kończy się fazą pustą i zerwaniem, wcale tak być nie musi. Partnerzy mogą wiele zrobić, by utrzymać swój związek w satysfakcjonującej postaci, głównie poprzez podtrzymywanie intymności i unikanie zagra ających jej pułapek. Dalszy ciąg tej pracy nie zawiera szczegółowego wykazu takich działań (sformułowanie podobnego zbioru przepisów na udany związek, niczym recepty na placek, wydaje się niezbyt mo liwe). Opisuję jednak logikę wielu procesów doprowadzających do powstania i zaniku miłości, a opis taki stanowić mo e pewną podstawę do podjęcia konkretnych działań przez samego Czytelnika, który zadecyduje, w jakiej fazie jest jego związek i czego mu najbardziej potrzeba. Jedno nie ulega wątpliwości - działania pozwalające utrzymać miłość na dłu ej wymagają nie tylko poświęcenia i wysiłku, ale

30

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

przede wszystkim myślenia i mądrości obojga partnerów. Wysiłek, myślenie i mądrość słabo kojarzą się nam z miłością, o której skłonni jesteśmy raczej sądzić, e powinna dziać się sama, jeeli tylko jest prawdziwa. Jest to ubolewania godna konsekwencja wspomnianego ju , charakterystycznego dla naszej kultury traktowania miłości romantycznej jako jedynej postaci miłości wartej zainteresowania i prze ycia. Jest to tak e skutek złudzenia, e myślenie zabija uczucia, choć w istocie wzbogaca je, pokazując ogromne mo liwości, jakie w uczuciach się kryją. Kiedy historia związku wyjdzie poza fazę miłości romantycznej, to, co się w nim dzieje samo (spontanicznie, bez świadomych wysiłków mających na celu zmianę biegu wydarzeń), działa raczej na szkodę ni na korzyść uczuć. Wszystko zdaje się wskazywać na to, e zdanie się na samo odczuwanie, nie ska one myślą, doprowadza miłość prostą drogą do fazy związku pustego. Natomiast sterowany myśleniem wysiłek stwarza szansę uniknięcia tej fazy i utrzymania związku w fazie przyjacielskiej.

ROZDZIAŁ

2

Zakochanie
Dwa warunki zakochania: prze ycie pobudzenia i jego interpretacja Powstawanie pobudzenia - beznamiętne po ywki namiętności, czyli rola neutralnego pobudzenia - przyjemność nasila namiętność, czyli rola emocji pozytywnych - przykrość tak e nasila namiętność, czyli rola emocji negatywnych - uroki owocu zakazanego, czyli rola przeszkód Interpretacja pobudzenia jako namiętności - jak kochać, czyli kulturowy wzorzec namiętności - kogo kochać, czyli reguły stosowania wzorca namiętności Ró nice między kobietami i mę czyznami - ró nice w prze ywaniu namiętności - kto jest bardziej romantyczny?

Spośród wszystkich ludzkich uczuć zakochanie jest najbardziej zagadkowe, a otaczająca je mgiełka tajemniczości stanowi wręcz konieczny, nieodłączny jego element. Czy coś tak z natury tajemniczego daje się w ogóle badać? Tak, i to co najmniej na dwa sposoby. Pierwszy jest bardzo prosty i polega na poproszeniu ludzi, aby opisali, jak się zakochali, co po kolei się działo, w jakich warunkach zdarzenie to miało miejsce itd. Jednak zwykle trudno dociec, co naprawdę znaczą uzyskane w ten sposób wyniki. Na przykład spośród ponad czterystu osób poproszonych w jednym z badań o opisanie, jak się zakochały, a 85% podawało, e to partner obdarzał je zainteresowaniem, 71% zaś mówiło o odkryciu pozytywnych cech kochanej osoby (Aron i in., 1989). Przy tym najwa niejszą z ta-

32

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

kich cech jest atrakcyjność fizyczna (Averill i Boothroyd, 1977). Jakkolwiek jest oczywiste, e kochamy ludzi, o których sądzimy, i na miłość zasługują, równie oczywiste jest To, e zarówno odwzajemnianie uczuć, jak i atrakcyjność partnera nie są jego obiektywnymi cechami, takimi jak wzrost czy kolor włosów. Są one bowiem przez nas partnerowi przypisane, co oznacza, e stanowią raczej rezultat ni przyczynę naszych uczuć. Zapewne ów dobroczynny wpływ naszych uczuć na przypisywane partnerowi cechy jest w ogóle niezbędnym warunkiem powstania miłości, zwa ywszy, jak ambitne wymagania miłość stawia obiektowi uczuć. Zakochanie byłoby mało mo liwe bez ró owych okularów, jakimi nas miłość obdarza, gdy patrzymy na naszego partnera. Drugie podejście polega na tym, by: - po pierwsze, sformułować jakąś prawdopodobną koncepcję opisującą warunki pojawiania się miłości, - po drugie, wybrać jakiś dostępny badaniom wskaźnik czy te „zapowiedź" miłości i - po trzecie, zbadać, czy ta zapowiedź pojawia się ze wzmo oną siłą w warunkach, które sami wywołujemy, a które powinny w myśl naszej koncepcji prowadzić do rodzenia się miłości. W ten sposób mo emy ominąć ludzkie domniemania jako spo sób poznania warunków, w których miłość się pojawia, a całe na sze przedsięwzięcie nie jest ju „mniemanologią", lecz psychologią. Zdrowy rozsądek i sposób, w jaki ludzie opisują swoje zakochanie, wskazują, e do roli takiej zapowiedzi miłości dobrze nadaje się spostrzeganie innej osoby jako pociągającej - fizycznie czy erotycznie atrakcyjnej. Skąd jednak wziąć teoretyczną koncepcję opisującą warunki pojawiania się miłości? Poniewa miłość jest uczuciem, całkiem dorzeczne wydaje się poszukiwanie takiej koncepcji w teo riach opisujących naturę i warunki rodzenia się wszelkich uczuć. Rozwa my jedną z takich teorii i wynikający z niej opis sytuacji, w jakich pojawia się zakochanie.

Dwa warunki zakochania: prze ywanie pobudzenia i jego interpretacja
W myśl jednej z teorii (dwuczynnikowej teorii emocji Stanleya Schachtera, 1964) ka da emocja składa się z dwóch elementów:

ZAKOCHANIE _________________________________________ _____________ 33

pobudzenia fizjologicznego, nadającego emocji jej natę enie, oraz z subiektywnej, osobistej interpretacji jego źródeł i charakteru. Interpretacja ta decyduje o znaku i treści prze ywanej emocji. Wyczekując na swoją kolejkę u dentysty czujemy, jak wali nam serce, potnieją dłonie i robi się nam gorąco - wszystko to są wskaźniki wzmo onego pobudzenia fizjologicznego. Wiemy doskonale, co to pobudzenie znaczy. Słysząc dobiegający zza drzwi warkot wiertarki, wdychając charakterystyczny zapach chemikaliów i przypominając sobie poprzednie wizyty u dentysty wiemy, e prze ywane przez nas pobudzenie ma swoje źródło w tym wszystkim, co ju za chwilę nas spotka z rąk dobrotliwie wyglądającej osoby w białym fartuchu. Nie sposób się pomylić - naszemu pobudzeniu na imię „strach". Zarówno pobudzenie, jak i jego interpretacja są niezbędne do prze ycia ka dej emocji - czy będzie to radość, czy strach, zachwyt, czy nienawiść. Kiedy nasze serce bije spokojnie, dłonie są suche, a gardło wilgotne, nie dojdziemy do wniosku, e prze ywamy strach, nawet siedząc na fotelu dentystycznym. Oczywiście, im łatwiej zauwa alne i jednoznaczne jest to zdarzenie, które prze ywane pobudzenie faktycznie wywołuje, tym bardziej ono właśnie wyznacza subiektywną interpretację tego, co się stało, a więc i treść emocji. Problem jednak w tym, e przyspieszone bicie serca, potnienie dłoni czy uczucie gorąca pojawiają się w wielu ró nych sytuacjach i wcale nie zawsze jest jasne, co dokładnie je wywołało. Co ciekawe, mo liwa jest nawet i taka sytuacja, kiedy człowiek upatruje przyczyny prze ywanego podniecenia w innym czynniku ni ten, który był faktycznym jego źródłem. Ma to miejsce szczególnie wtedy, kiedy ta pozorna przyczyna sama się narzuca jako typowa i oczywista, natomiast rzeczywista przyczyna prze ywanego przez nas pobudzenia umyka naszej skupionej na czym innym uwadze. Pomysłowego sprawdzenia tej hipotezy dokonali dwaj Kanadyjczycy (Dutton i Aron, 1974) w badaniach polegających na tym, e do samotnych mę czyzn przechodzących przez most zbli ała się pewna dziewczyna z prośbą o udział w krótkim badaniu psychologicznym. Do badań wybrano jedną piękną dziewczynę i dwa mosty: betonowy, biegnący na wysokości trzech metrów nad lustrem spokojnej wody, i drugi, wiszący na wysokości siedmiu metrów nad, górskim strumieniem i skałami, wąski, długi i kołyszący się przy ka dym kroku. Autorzy zało yli, e przechodzenie przez pierwszy most nie będzie miało adnych szczególnych następstw, natomiast

34

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

przechodzenie przez drugi wywoła u badanych mę czyzn pewien niepokój czy - mówiąc szczerze - strach. Mę czyzna bać się jednak nie powinien, a przynajmniej jest mu nieprzyjemnie przyznać się do tego nawet przed samym sobą. Mę czyźni schodzący z takiego bujającego nad przepaścią mostu najchętniej przypisaliby więc przyspieszone bicie serca i cokolwiek spotniałe dłonie jakiemuś czynnikowi bardziej godnemu prawdziwego mę czyzny ni strach. Na przykład zapierającemu dech w piersiach widokowi pięknych gór albo, jeszcze lepiej, pięknej kobiety, je eli taka pojawiłaby się przed ich oczyma zaraz po zejściu z mostu. Rozumiejąc te męskie pragnienia, autorzy ustawili za mostem piękną eksperymentatorkę. eby zaś sprawdzić, czy przyspieszone strachem bicie serca jest przez badanych interpretowane jako nieoczekiwany przypływ uczuć do pięknej badaczki, prosiła ich ona o wymyślenie historyjki opisującej scenę przedstawioną na dość niejasnym obrazku, który im wręczała. Okazało się, e skojarzenia mę czyzn schodzących z niebezpiecznego mostu były bardziej nasycone treściami erotycznymi, ni działo się to w przypadku mę czyzn schodzących z mostu bezpiecznego. Dziewczyna zostawiała te swój numer telefonu, „na wypadek, gdyby chcieli dowiedzieć się czegoś bli szego o wynikach badania". Spośród mę czyzn schodzących z niebezpiecznego mostu niemal e co drugi zadzwonił potem do dziewczyny. Jednak wśród mę czyzn schodzących z mostu bezpiecznego tylko co dziesiąty wykazał równie silne zainteresowanie „wynikami badania". Dodać nale y, e adnej z tych ró nic nie stwierdzono, kiedy „krótkie badanie psychologiczne" przeprowadzał mę czyzna, a znaczna większość badanych nie chciała nawet wziąć jego numeru telefonu Oczywiście, trudno powiedzieć, e w eksperymencie tym badano rzeczywiste zakochiwanie się mę czyzn, poniewa brak w nim było, by tak rzec, dalszego ciągu wydarzeń (co nie tylko wymagałoby zbyt wielu pięknych dziewcząt, ale te byłoby nieetyczne). Jednak wiarygodne jest przypuszczenie, e nagły przypływ najwyraźniej erotycznego zainteresowania osobą płci przeciwnej stanowi coś na tyle podobnego do zakochania się, by uwa ać ten eksperyment za potwierdzenie hipotezy, i pobudzenie wywołane w istocie lękiem mo e zostać zinterpretowane przez prze ywającą je osobę jako wywołane erotyczną atrakcyjnością innego człowieka. Tego rodzaju przeniesienie przyczyn pobudzenia z czynnika, który je wywołał (a który nie był wcale oczywisty), na czynnik na-

ZAKOCHANIE

35

dający się do tego, by widzieć w nim źródło pobudzenia, jest zjawiskiem bardzo powszechnym, wykazanym w dziesiątkach badań dotyczących bardzo ró nych przyczyn pobudzenia i równie zró nicowanych emocji uświadamianych sobie przez ludzi. Skłoniło to Ellen Berscheid i Elaine Walster (1974) do sformułowania koncepcji wyjaśniającej powstanie miłosnej namiętności jako rezultatu sytuacji, w której człowiek po pierwsze - prze ywa silne pobudzenie emocjonalne, a po drugie - interpretuje je jako wynik własnej miłości do partnera. Prowokacyjność tej idei polega na tym, e pobudzenie konieczne do prze ycia namiętności do partnera wcale nie musi być faktycznie przez owego partnera wywołane. Przeciwnie, pobudzenie to mo e zostać przeniesione z dowolnego innego czynnika, je eli tylko powoduje on wzrost fizjologicznego napięcia, a człowiek z tych czy innych względów nie upatruje w nim przyczyny owego wzrostu. Prowokacyjność tej koncepcji wynika te z zało enia, e człowiek musi nauczyć się interpretowania własnego pobudzenia jako namiętności, je eli miałby ją prze yć. Rozwa my, jakie dowody przemawiają za tym, e powstanie pobudzenia i jego odpowiednia interpretacja istotnie wydają się niezbędne do przeycia namiętności i zakochania.

Powstawanie pobudzenia
Konsekwencją przedstawionej dwuczynnikowej koncepcji miłości jest więc przewrotna teza, e namiętność mo e być częściowo, a nawet wyłącznie, wynikiem fałszywego uświadomienia sobie przez nas naszego pobudzenia jako wywołanego przez obiekt naszej namiętności, podczas gdy w rzeczywistości zostało ono wywołane czymś zupełnie innym. Fascynujące jest to, i rzeczywiste źródło pobudzenia nie musi być wcale przyjemne, mo e być tak e neutralne, a nawet nieprzyjemne, jak to było w przypadku opisanego eksperymentu z mostami. Beznamiętne po ywki namiętności, czyli pobudzenie emocjonalnie neutralne Wyobraźmy sobie następującą scenę. Jeszcze kilkaset metrów przed przystankiem autobusowym, do którego zmierzamy, zauwaamy nasz nadje d ający autobus. Poniewa jeździ on tylko raz na pół godziny, a nam się spieszy, puszczamy się pędem do przy-

36

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

stanku i w ostatniej chwili dopadamy drzwi, które ju , ju mają się zamknąć. Szczęśliwie drzwi zatrzaskują się z właściwej strony (za plecami, a nie przed nosem), a my trzęsącymi się jeszcze z wysiłku rękoma przeszukujemy kieszenie marynarki w poszukiwaniu biletu. Zajmuje to trochę czasu, w końcu jednak odnajdujemy jakiś wa ny bilet, kasujemy go z ulgą i zapominając o całym zdarzeniu, przechodzimy do przodu poszukując miejsca. Znajdujemy je, siadamy i... napotykamy utkwione w nas jasnozielone oczy nigdy dotąd nie widzianej blondynki (w rzeczywistości jeździ ona ju od wielu dni tym samym autobusem i przygląda się nam myśląc sobie: „A ten co dzisiaj taki czerwony?"). Czujemy, jak wali nam serce, a dłonie się pocą - te jasnozielone oczy po prostu zapierają dech w piersi! Po tym wniosku przebiega nam po plecach dodatkowy dreszcz, dołączający się do wielu innych objawów fizjologicznego pobudzenia, o których - gdyby nie to spojrzenie - zapewne pamiętalibyśmy, e wzięły się z pogoni za autobusem. Jednak teraz mamy przed sobą nie autobus, lecz przyglądającą się nam blondynkę -jaki więc sens nadal myśleć o komunikacji miejskiej zamiast o oczach blondynki? Zwa ywszy, jakie kolosalne (wręcz fizjologiczne) wra enie zrobiły na nas te oczy, staramy się oczywiście doprowadzić do rozmowy i spotkania z ich właścicielką. Próbujemy albo od razu, albo, je eli nęka nas nieśmiałość, przy następnym spotkaniu, kiedy blondynka znów się nam przygląda, najwyraźniej z zainteresowaniem (w rze czywistości myśli ona sobie: „O, dziś ju nie jest czerwony"). Nie twierdzę oczywiście, e aby pokochać zielone oczy, trzeba koniecznie biegać za autobusami. Faktem jest natomiast, e pobudzenie fizjologiczne utrzymuje się w organizmie przynajmniej przez kilka minut po zaprzestaniu wysiłku fizycznego (lub ustąpieniu innego czynnika, który je wywołał) i e zmiany w poziomie pobudzenia są zwykle znacznie powolniejsze od zmian sytuacji, w której się znajdujemy, a tak e od zmian w treści zaprzątających nas myśli. Właśnie to, e uspokajamy się dopiero po jakimś czasie, stwarza warunki do pojawienia się tzw. transferu pobudzenia, czyli przeniesienia przyczyn pobudzenia z tego, co rzeczywiście je wywołało, na coś (lub kogoś) nowego, co w tym czasie pojawiło się w naszym otoczeniu i skupiło na sobie naszą uwagę. Tak więc zalegające w organizmie pobudzenie mo e prowadzić do wzrostu erotycznej atrakcyjności potencjalnego partnera, tak jak to sugeruje nasza scenka z zakochaniem się w autobusie. Gdy

ZAKOCHANIE

37

wyświetlimy ludziom film o erotycznej treści, to uwa ają go za bardziej podniecający, je eli przed projekcją wykonywali intensywne ćwiczenia fizyczne (Cantor i in., 1975). Ma to jednak miejsce głównie wtedy, kiedy między ćwiczeniami a ocenami upłynął pewien czas, dzięki czemu utrzymujące się jeszcze pobudzenie zostanie na tyle oderwane w świadomości ludzi od swego rzeczywistego źródła, e mo e zostać zinterpretowane jako podniecenie erotyczne. W innym eksperymencie proszono badanych o wykonywanie podobnych ćwiczeń, a następnie o ocenę erotycznej atrakcyjności pewnej kobiety na podstawie magnetowidowego zapisu przeprowadzonej z nią pięciominutowej rozmowy (White i Kight, 1984). Wzrost pobudzenia fizjologicznego prowadził do wy szej oceny jej atrakcyjności, jednak tylko u tych badanych, którzy skoncentrowani byli na tej kobiecie (zapowiedziano im spotkanie z nią w późniejszej fazie badania). Taki przyrost atrakcyjności nie występował u badanych oglądających wywiad z kobietą w tym samym pokoju, w którym uprzednio wykonywali ćwiczenia fizyczne i w którym jeszcze były porozkładane ró ne przyrządy gimnastyczne przypominające o ich wykonywaniu. Warunkiem przeniesienia pobudzenia z jego rzeczywistego źródła na ewentualnego partnera erotycznego jest więc przeniesienie naszej uwagi z czynnika faktycznie wywołującego pobudzenie na owego partnera. Uczuciowo neutralne pobudzenie nie stanowi jednak czynnika, który by niezmiennie podnosił atrakcyjność osób płci przeciwnej. W istocie wzrost pobudzenia działa raczej jako nasilacz bądź to pozytywnego, bądź negatywnego stosunku do potencjalnego partnera. Wykazali to w serii eleganckich badań White i współpracownicy (1981). W jednym z nich znów stosowali krótki, acz intensywny wysiłek fizyczny, wystarczający bądź niewystarczający do podniesienia poziomu fizjologicznego pobudzenia: młodych mę czyzn proszono o bieg w miejscu przez 120 lub 15 sekund. Opisywany przez obie grupy nastrój niczym się nie ró nił, choć badani z pierwszej grupy mówili o prze ywaniu znacznie silniejszego pobudzenia, co potwierdziły równie obiektywne pomiary tempa akcji serca. Następnie wszyscy badani oglądali wywiad z pewną kobietą, z którą mieli się wkrótce spotkać, a która była albo piękna, albo brzydka. Po wywiadzie proszeni byli o podanie swoich wra eń na temat tej kobiety, o ocenę stopnia jej atrakcyjności, seksowności oraz tego, jak bardzo chcieliby się z nią umówić na randkę. Badani oglądający

38

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

wywiad w stanie pobudzenia oceniali kobietę piękną jako bardziej atrakcyjną erotycznie, natomiast kobietę brzydką jako mniej atrakcyjną, ni wskazywały na to oceny badanych o średnim poziomie pobudzenia. Wzrost pobudzenia nie nasilał zatem ogólnie atrakcyjności płci przeciwnej, lecz nasilał jedynie te uczucia, jakie wygląd potencjalnej partnerki wzbudzał sam przez się. Je eli więc On wydaje nam się ju na wstępie dość paskudny, randki na bujających mostach (czy inne podobne zabiegi, na przykład szybka jazda samochodem) mogą wywołać przyrost irytacji, a nie namiętności. Przyjemność nasila namiętność, czyli rola emocji pozytywnych Czytelnicy, którzy nie mają zwyczaju biegać ani w miejscu, ani za autobusami, nie muszą jednak popadać w przygnębienie z powodu obni enia swoich szans na przeniesienie pobudzenia, a w związku z tym i na zakochanie się. Subiektywnemu przeniesieniu ulec mo e bowiem nie tylko pobudzenie wywołane wysiłkiem fizycznym, ale tak e dowolną emocją pozytywną. Na przykład je eli w poprzednio opisanym eksperymencie zamiast wysiłku fizycznego zastosowano by oglądanie komika budzącego szczerą wesołość, wyniki byłyby bardzo podobne, to znaczy wzrosłaby atrakcyjność pięknej kobiety, brzydkiej zaś - zmalała (co równie wykazali White i inni, 1981). W identyczny sposób oddziałuje tak e pobudzenie seksualne, wywołane na przykład uprzednio oglądanym filmem. W pewnym badaniu wyświetlano młodym kobietom i mę czyznom film o treści erotycznej bądź neutralnej, a następnie pokazywano przeźrocze przedstawiające osobę płci przeciwnej, która była albo brzydka, albo przeciętna, albo piękna (przystojna), z prośbą o ocenę jej erotycznej atrakcyjności. Jak ilustruje rysunek 5., im przystojniejsza była to osoba, tym wy ej oceniana była atrakcyjność jej ciała i tym bardziej uwa ana była ona za osobę odpowiednią do umówienia się z nią na randkę. To oczywiste. Bardziej interesujące były dodatkowe ró nice między badanymi pobudzonymi i nie pobudzonymi seksualnie. Osoba przeciętna i przystojna była bardziej atrakcyjna zdaniem ludzi pobudzonych, osoba brzydka zaś według z nich była mniej atrakcyjna, ni wynikałoby to z ocen badanych nie pobudzonych. Dodać warto, e wzrost pobudzenia działał w ten sposób zarówno na badane kobiety, jak i na mę czyzn.

ZAKOCHANIE

39

Atrakcyjność spostrzeganej osoby
Rysunek 5. Wpływ prze ywanego pobudzenia seksualnego na ocenę atrakcyjności brzydkiej, przeciętnej lub przystojnej osoby przeciwnej płci. Źródło: Istvan i in. (1983). Wiele danych dowodzi zdroworozsądkowej prawdy, e prze ywjmjedsnracji pozytywnych pozwala nam widzieć zarówno siebie, jak i innych przez ró owe okulary. Jednak e wpływ tych emocji na erotyczną atrakcyjność ma nieco odmienny charakter, poniewa bardziej uzale niony jest od samego pobudzenia i jego siły ni od pozytywnego lub negatywnego znaku prze ywanej emocji. Emocje pozytywne (a dokładniej: wywołane nimi pobudzenie fizjologiczne) nie nasilają atrakcyjności wszystkich potencjalnych „obiektów namiętności". Nasilają atrakcyjność jedynie tych osób, które ju i tak są bardziej lub mniej atrakcyjne. Co więcej, prze ywanie silnej emocji pozytywnej sprawia, e osoby ju odstręczające stają się jeszcze bardziej awersyjne. W identyczny sposób oddziałuje wzrost

40

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ze pobudzenia seksualnego, co zdaje się przeczyć potocznej tezie silne pobudzenie zaślepia ludzi do tego stopnia, i nawet osoby niepo ądane stają się po ądane. Wchodzi tu jednak w grę jeszcze siła pobudzenia, które było oczywiście niezbyt du e w eksperymencie zilustrowanym na rysunku 5. Mo liwe, e po osiągnięciu jakiegoś wystarczająco du ego pobudzenia seksualnego wszystkie potencjalne obiekty namiętności stają się atrakcyjne. Erotyzm jest, rzecz jasna, źródłem najbardziej pozytywnych i pobudzających emocji w omawianym tu kontekście. Jednak ich prze ywanie decyduje o wzroście jedynie erotycznej, nie zaś ogólnej atrakcyjności osób godnych po ądania. Wykazali to Dermer i Pyszczynski (1978), którzy prosili badanych mę czyzn o wypełnienie kwestionariuszy mierzących stopień, w jakim zarówno lubili oni, jak i kochali kobietę, z którą byli aktualnie związani uczuciowo. Część z nich została jednak uprzednio wprowadzona w stan pobudzenia erotycznego (poprzez czytanie dość śmiałego opisu fantazji seksualnych pewnej studentki), część zaś czytała raczej beznamiętny fragment opisujący zachowanie godowe mew. Choć badani z pierwszej i drugiej grupy nie ró nili się siłą, z jaką lubili swoją partnerkę, badani z grupy pierwszej relacjonowali wy szy poziom miłości w stosunku do niej Co ciekawe, nawet fałszywa wiara mę czyzny w to, e jakaś kobieta nasila prze ywane przezeń pobudzenie, sprawia, i wy ej ocenia on jej atrakcyjność. Valins (1966) zapraszał młodych mę czyzn do udziału w badaniach dotyczących jakoby reakcji fizjologicznych na bodźce o treści erotycznej. Wyświetlał im przeźrocza przedstawiające na wpół rozebrane dziewczęta z „Playboya" informując, e bicie ich własnego serca będzie nagrywane na taśmę, a tak e wzmacniane i odtwarzane przez głośnik. W rzeczywistości odtwarzane badanym dźwięki nie miały nic wspólnego z ich własnym sercem. Przy oglądaniu niektórych, przypadkowo wybranych zdjęć, odtwarzano ka demu badanemu uprzednio nagrany odgłos przyspieszonej akcji serca, a podczas oglądania innych zdjęć odtwarzano im odgłos normalnej akcji serca. Na zakończenie proszono badanych o ocenę, jak dalece ka de zdjęcie było dla nich atrakcyjne i ekscytujące, a oceny te powtarzano w miesiąc później w zmienionym kontekście. Pozwalano im te zabrać dowolne zdjęcie jako rekompensatę za udział w eksperymencie. Zgodnie z przewidywaniami, za bardziej ekscytujące uwa ane były przez badanych te

ZAKOCHANIE

41

zdjęcia, przy których słyszeli oni przyspieszone bicie rzekomo swojego własnego serca (i efekt ten utrzymywał się jeszcze w miesiąc później), a ponadto te właśnie zdjęcia zabierali do domu. Na ogół skłonni jesteśmy uwa ać, e nasz wgląd we własne uczucia jest bezpośredni i trafny, e oceniając je, sami wiemy, jakie są, i adne dodatkowe wskazówki nie są nam potrzebne. A jednak to badanie (i wiele podobnych) dowodzi, e ocena naszych własnych uczuć mo e być nie tyle prostym ich odczytaniem, ile ich myślowym konstruowaniem na podstawie spostrzeganych objawów wlasnych uczuć. Takich jak przyspieszone bicie serca czy, na przykład, posolenie herbaty- je eli posolimy herbatę wybierając się na randkę, to nikt nam nie wmówi, e powodem mogło być zwyczajne zmęczenie, nie zaś to, e tracimy dla Niego (dla Niej) głowę! Oczywiście nie znaczy to, e aby prze yć jakąś emocję, musimy się uprzednio zagłębić w skomplikowane rozmyślania pod hasłem: „Co ja te właściwie czuję?". Procesy interpretacji przyczyn prze ywanego pobudzenia są z reguły bardzo szybkie i zautomatyzowane, jedynie czasami poprzedzone świadomymi deliberacjami (pamiętamy wieszcza zapytującego raz po raz: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?"). Nie znaczy to równie , e musimy z reguły odczytywać swoje emocje błędnie; nie bardzo zresztą wiadomo, co „błąd" miałby tutaj oznaczać - w końcu to, co dla jednej osoby jest emocją bezzasadną, mo e być dla kogoś innego uczuciem jak najbardziej usprawiedliwionym. Emocji wzbudzonych przebywaniem w zatłoczonym tramwaju zwykle nie bierzemy za przypływ namiętności bądź niechęci do osoby, którą w tym tramwaju spotykamy. Jednak e z reguły zmiany sytuacji i ich myślowe interpretacje są szybsze od zmian zalegającego pobudzenia emocjonalnego (fizjologicznego). To właśnie „resztowe" pobudzenie zalegające po poprzedniej sytuacji jest powodem nasilającym emocje prze ywane w następnej, nawet radykalnie zmienionej sytuacji. Przytoczone badania nie pozostawiają wątpliwości, e takie resztowe pobudzenie mo e w pewnych warunkach przyczyniać się do wzrostu atrakcyjności płci przeciwnej. Przykrość tak e nasila namiętność, czyli rola emocji negatywnych Dla nikogo nie ulega wątpliwości, e miłość jest uczuciem, ogólnie rzecz biorąc, silnie pozytywnym. Dla ka dego, kto kochał, równie niewątpliwy jest fakt, e daleko miłości do tego, by niosła

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

uczucia tylko pozytywne. Przeciwnie, obok niebotycznych wzlotów ducha i ciała, miłość namiętna niesie częsta emocje tak e negatywne - ból i cierpienie, zazdrość i gniew, rozpacz i strach. Dwuczynnikowa koncepcja miłości (pobudzenie + interpretacja) zakłada, e, namiętność jest prze ywana nie tyle pomimo takich negatywnych emocji, ile - po części przynajmniej - dzięki tym emocjom. (Pobudzenie wywoływane emocjami negatywnymi mo e stanowić tak samo po ywkę dla namiętności, jak pobudzenie wywołane emocjami pozytywnymi i zdarzeniami o charakterze neutralny. To właśnie zdaje się sugerować przytoczony na wstępie eksperyment z mostami. Oczywiście wynik takiego pojedynczego badania mo e być interpretowany na ró ne sposoby - na przykład e wzrost atrakcyjności dziewczyny nie był rezultatem przypisania swego pobudzenia fałszywemu źródłu, lecz rezultatem ulgi po wyjściu cało z niebezpieczeństwa (i ta ulga wyzwoliła pozytywne emocje, które przeniosły się na napotkaną dziewczynę). Dlatego te Dutton i Aron przeprowadzili jeszcze jedno badanie, tym razem laboratoryjne, dotyczące, jak powiedziano jego uczestnikom, prawidłowości rządzących uczeniem się. Badani mę czyźni przekonywali się, e ich partnerką w tym przedsięwzięciu okazywała się „przypadkowo" bardzo ładna dziewczyna. Przekonywali się te , e nie wszystko w czekającym ich badaniu będzie takie przyjemne - karą za błędy popełniane w trakcie uczenia się miały być bowiem wstrząsy elektryczne. Na część badanych czekała tu jednak natychmiastowa ulga, gdy zapewniono ich, e wstrząsy będą zaledwie słabym swędzeniem. Pozostałym zapowiedziano natomiast, e wstrząsy będą dość bolesne, lepiej więc, by starali się popełniać jak najmniej błędów. Tu przed rozpoczęciem „właściwego" eksperymentu badacz (zapewniając o swej dyskrecji) prosił badanych mę czyzn o ocenę erotycznej atrakcyjności ich partnerki. Badani oczekujący silnych wstrząsów uwa ali ją za znacznie bardziej pociągającą, ni sądzili badani oczekujący wstrząsów słabych. Podobne wyniki, wskazujące, e strach mo e podwy szać erotyczną atrakcyjność (a więc być mo e i namiętność w warunkach naturalnych), uzyskali tak e inni autorzy (por. Hatfield i Rapson, 1987). Jednak nie znaczy to, e najlepszym sposobem na zakochanie jest spotykanie się z ukochanym podczas gradobicia lub po aru. Czasami bowiem efektem prze ywania lęku podczas spotkania potencjalnego partnera jest spadek atrakcyjności tej osoby.

ZAKOCHANIE

43

Negatywne emocje mogą się nań przenosić na zasadzie prostego warunkowania znaku emocji (Kenrick i in., 1979; Riordon i Tedeschi, 1983), tak jak reakcja z bolącego zęba przenosi się na biały kitel dentysty. Który z tych efektów wystąpi - czy fałszywe przypisanie pobudzenia emocjonalnego (prowadzące do wzrostu atrakcyjności), czy proste warunkowanie znaku emocji (prowadzące do spadku atrakcyjności partnera), zale y od co najmniej dwóch czynników. Po pierwsze od tego, jak dalece wyraziste jest rzeczywiste źródło strachu i fakt, e prze ywanemu pobudzeniu na imię właśnie strach. Wiele sytuacji ma standardowo ustalone znaczenie jako sytuacje lękotwórcze i trudno oczekiwać zmiany ich definicji. Trudno pokochać dentystę z tego powodu, e boimy się jego zabiegów. Po drugie, partner, na którego pobudzenie mo e zostać przetransponowane musi się do tego zabiegu nadawać, co oznacza, e nie mo e być ju na wstępie odstręczający. Tak więc, choć bywa, e strach nasila namiętność, nie musi się tak dziać zawsze. Straszenie partnera niekoniecznie musi zaowocować wzrostem jego namiętności, wręcz przeciwnie!
Uroki owocu zakazanego, czyli rola przeszkód

Przeszkody są tym dla namiętności, czym wiatr dla ognia nasilają namiętność wielką, a gaszą małą. Jest to często wykorzystywany wątek literacki, a pokonywanie przeszkód stanowi nieodłączny element romantycznego wzorca miłości, o czym będzie mowa nieco dalej. Literackim prototypem roli, jaką odgrywają przeszkody ze strony rodziców, jest oczywiście Szekspirowski dramat Romeo i Julia. Młodzi kochankowie zapałali do siebie namiętnym uczuciem, mimo e pochodzili z dwóch rodów powaśnionych ze sobą od wieków, co zresztą przywiodło kochanków do zguby. Psychologowie twierdzą przewrotnie, e waśń Montecchich z Capulettimi mogła w istocie być jednym z powodów rozpalających namiętność Romea i Julii. Ingerencja rodziców w związek dwojga młodych mo e mieć bowiem skutek odwrotny do zamierzonego i miast usunąć, mo e nasilać wzajemną skłonność ku sobie tych ostatnich. Pewnego poparcia tej tezy dostarczyły badania, w których mierzono stopień wzajemnej namiętności i intymności prze ywanej przez kilkadziesiąt par mał eńskich i kilkadziesiąt par „chodzą-

44

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

cych" ze sobą (Driscoll i in., 1972). Mierzono tak e natę enie, z jakim rodzice zainteresowanych usiłowali przeszkodzić ich związkowi. W parach mał eńskich wzajemna namiętność partnerów słabo wiązała się z wielkością sprzeciwu rodziców wobec związku, a w ogóle nie stwierdzono związku między wtrącaniem się rodziców a intymnością łączącą młodych mał onków. Inaczej w parach przedmał eńskich, w których sama namiętność odgrywała zapewne większą rolę. Tutaj nasilonemu wtrącaniu się rodziców towarzyszyło nasilenie wzajemnej namiętności (a w mniejszym stopniu tak e intymności) młodych. Co więcej, badacze dokonali ponownego pomiaru tych wielkości w 6-10 miesięcy później i stwierdzili, e im bardziej wzrosła w tym czasie opozycja rodziców, tym większa była namiętność i intymność relacjonowana przez partnerów związku. Je eli natomiast rodzice „dali spokój" i ich ingerencja w związek zmalała, zmalała tak e wzajemna miłość partnerów. Oczywiście, jest to typowe badanie korelacyjne, gdzie stwierdza się co prawda współzmienność (korelację) dwóch lub więcej zjawisk, ale nie sposób dowieść, które z nich jest przyczyną, a które skutkiem. Niekoniecznie musiało być przecie tak, e to ingerencje rodziców nasilały prze ywany przez kochanków poziom pobudzenia, a ten był przez nich interpretowany jako kolejny dowód wzajemnej namiętności, co prowadziło do jej wzrostu. Mogło być na odwrót: im bardziej młodzi pałali do siebie namiętnością, tym silniej rodzice przeciwstawiali się ich związkowi. Korelacyjny charakter badań uniemo liwia jednoznaczne rozstrzygnięcie, która z tych interpretacji jest prawdziwa, choć Driscoll i jego współpracownicy przytaczają szereg dodatkowych argumentów na rzecz interpretacji pierwszej, e to ingerencje rodziców były przyczyną, a wzrost namiętności - rykoszetowym efektem ich działań. Podobną rolę odgrywać mogą i inne przeszkody, na przykład odmienność wyznania dwojga partnerów - partnerzy odmiennych przekonań religijnych stwierdzają prze ywanie silniejszej namiętności ni partnerzy tego samego wyznania. Jednak e ju dla par pozostających ze sobą w związku przez okres dłu szy ni 18 miesięcy wzorzec ten ulega odwróceniu, to znaczy wyznawanie ró nych religii utrudnia miłość (Rubin, 1974). Jest to zgodne z ogólną logiką ludzkich reakcji na przeszkody. Początkowo bowiem pojawienie się przeszkody działa na człowieka mobilizująco, powoduje

ZAKOCHANIE

45

wzrost pobudzenia (ten właśnie, który w pewnych warunkach mo e być odczytywany jako objaw wzrostu namiętności), gniew i nasilenie wysiłków mających na celu przezwycię enie przeszkody. Długotrwałe, nękające działanie nie dających się przezwycię yć przeszkód prowadzi natomiast do apatii, depresji, bezradności i zaniechania wysiłków (Wortman i Brehm, 1975), co w opisywanym tu przypadku mo e stanowić dodatkowy czynnik wygaszający miłość partnerów. Tak więc dramatycznie pojawiające się przeszkody mogą namiętność nasilać, choć przedłu ające się ich oddziaływanie mo e w końcu zabić i namiętność, i intymność. Zamieszkiwanie z teściami stale ingerującymi w związek z pewnością nie jest powodem do optymizmu i przewidywania wybuchów namiętności. Jednak e zamykanie córki w domu, gdy ta wybiera się na randkę, z pewnością nie obni y jej zainteresowania wybrankiem. Interpretacja pobudzenia jako namiętności „Wyobraźmy sobie małego chłopca bawiącego się cię arówką, kiedy jego matka wita sąsiadkę, która przyszła z maleńką córeczką na ręku. Chłopczyk pociera oczy, bo przepadła mu drzemka; czuje niejasne skurcze ołądka, bo zbli a się pora podwieczorku. Zaabsorbowany obserwacją gości uderza się niechcący zabawką w rękę, co sprawia mu ból. Przygląda się matce, kiedy ta gestykuluje i rozmawia z sąsiadką - jej głos jest niezwykle o ywiony i podniesiony. Wszyscy na niego patrzą, a w dodatku swędzi go w nosie. Tyle się tego wszystkiego dzieje, e chłopczyk chowa głowę w spódnicy matki, by po chwili ostro nie się rozejrzeć. Co spowodowało, e się schował? Co właściwie czuje? Czy jest zazdrosny o tę małą dziewczynkę? Czy boi się obcych? Czy zaczyna się bawić w chowanego? Czy szuka ukojenia z powodu bolącej ręki? Czy raczej usiłuje zwrócić na siebie uwagę? Odpowiedzi na te pytania dostarcza mu matka mówiąc: «Nie wstydź się, Jasiu. Marysia nic ci nie zrobi. Przestań się chować i chodź się przywitać». Matka redukuje tę chaotyczną mieszankę bodźców i odczuć do rozmiarów, nad którymi daje się zapanować. Wyjaśnia synowi, e całe to emocjonalne zamieszanie spowodowane zostało pojawieniem się małej Marysi, a nie, na przykład,

46

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

drobnym skaleczeniem ręki. Informuje go, e wystąpienie takich uczuć w obecności obcych nazywa się «wstydzić się»". Przykład ten (Berscheid i Walster, 1974, s. 371-372) pokazuje, jak dziecko uczy się nazywania, czy te interpretacji swoich własnych stanów emocjonalnych. Choć własne emocje wydają się nam czymś jasno określonym i sprecyzowanym, precyzja ta nie jest im od początku dana i w przypadku wielu uczuć wynika ona z wyuczenia się, e raczej te, a nie inne pojęcia stosuje się do nazwania pobudzenia prze ywanego w określonych okolicznościach. W przypadku niektórych, dobrze sprecyzowanych uczuć, jak strach, nienawiść czy radość, sprawy od początku są raczej jasne. W przypadku innych, kiedy prze ywane pobudzenie mo e zostać zinterpretowane na wiele ró nych sposobów, uczenie się odpowiednich interpretacji odgrywa znaczną rolę. Berscheid i Walster (1974) przekonują, e namiętność czy miłość romantyczna nale y do tej drugiej kategorii uczuć. W swej rozwiniętej postaci po ądanie seksualne niesie szereg specyficznych zmian fizjologicznych, których oczywiście nie sposób pomylić z czym innym. Wczesne fazy reakcji seksualnej są jednak niespecyficzne i przypominają fizjologiczne objawy wielu innych emocji (Zuckerman, 1971). Co więcej, liczni badacze ludzkiego seksualizmu stwierdzają, e choć sama zdolność do prze ywania po ądania i wzorzec towarzyszących mu zmian fizjologicznych są wrodzone, to jednak powody i sposób jego prze ywania są określone przez kulturę, a nie biologiczną strukturę organizmu. Ford i Beach podsumowują swoje rozległe międzykulturowe porównania wzorców zachowania seksualnego następująco: „Doświadczenie kształtuje ludzką seksualność na dwa sposoby. Po pierwsze, to, jakie rodzaje stymulacji i jakie typy sytuacji wywołują pobudzenie seksualne, zale y w du ym stopniu od czynników wyuczonych. Po drugie, dające się zaobserwować zachowanie, w którym pobudzenie to się przejawia, zale y w du ym stopniu od poprzednich doświadczeń jednostki" (1951, s. 262). Tak więc sposób, w jaki ludzie prze ywają namiętność, uzale -niony wydaje się po części od wzorca miłości obowiązującego w ich kulturze. Okoliczności, w których dochodzi do prze ycia namiętności równie uzale nione są od kulturowych reguł określających, w stosunku do kogo i kiedy namiętność jest prze ywana.

ZAKOCHANIE

47

Jak kochać, czyli kulturowy wzorzec namiętności Najbardziej rozpowszechniony czy zalecany sposób prze ywania namiętności w naszej kulturze wią e się z wzorcem miłości romantycznej, którego początków doszukiwać się mo na w ideale miłości dworskiej, opiewanym przez trubadurów dwunastowiecznej Prowansji (Huizinga, 1967, Rougemont ). Choć staro ytność oczywiście równie znała tęsknoty miłości, były to raczej tęsknoty za jej erotycznym spełnieniem, podczas gdy niezbywalnym elementem ideału miłości dworskiej jest jej niespełnienie. Wynika to najczęściej z przepaści dzielącej kochanków i ich zasadniczej dla siebie niedostępności. Trubadurzy kochali się beznadziejnie w onach swych chlebodawców - zwykle dość dzikich baronów spędzających czas na polowaniach i wyrzynaniu siebie oraz swoich poddanych. Dworni zaś rycerze ubóstwiali ony swoich seniorów lennych - równie im niedostępne, poniewa wasalna lojalność, na której opierał się cały system feudalny, wymagała bezwzględnego poszanowania własności seniora, a więc i jego ony. W tej sytuacji spełnieniem miłości była raczej śmierć jednego z kochanków (najlepiej na wojnie lub podczas turnieju, w którym arliwy rycerz stawał ubrany w koszulę swej kochanki miast własnej zbroi) ni akt seksualny. Wczesnym wcieleniem mitu miłości romantycznej jest historia Tristana i Izoldy. Współczesnym wcieleniem tego samego mitu jest Love story Ericha Segalla - ksią ka, która pomimo całej swojej naiwności i prostoty biła rekordy popularności w latach siedemdziesiątych, podobnie jak nakręcony na jej podstawie film. Bohaterami są Oliver Barrett IV, zdolny student prawa i wybitny hokeista, a przy tym dziedzic jednej z największych amerykańskich fortun, i Jane Calivieri, utalentowana muzyczka i córka skromnego piekarza włoskiego pochodzenia. Tak niefortunny wybór Olivera poró nia go z jego plutokratyczną, od wieków nieska enie anglosaską rodziną, co kończy się odcięciem Olivera od rodziny, ustosunkowanych przyjaciół i rodowych finansów. Jane rezygnuje z atrakcyjnego stypendium w Pary u i świetnie zapowiadającej się kariery muzycznej, by podjąć pracę nauczycielki i utrzymywać Oliviera do końca jego studiów. W biedzie i znoju udaje się im dotrwać do pierwszej posady Olivera przynoszącej du e pieniądze. Szczęście trwa jednak krótko, Jane bowiem okazuje się

48

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

nieuleczalnie chora na białaczkę. Usiłując ją ratować, Oliver dokonuje jeszcze jednego wyrzeczenia - korzy się przed ojcem, by po yczyć pieniądze na opłatę luksusowego szpitala. Nic nie jest jednak w stanie powstrzymać nieszczęścia. Jane umiera. Jak widać, miłość romantyczna wymaga od kochanków absolutnej determinacji w dą eniu do jej spełnienia i porzucenia wszystkiego innego - poczynając od zdrowego rozsądku (co wyra a się w bezgranicznym i absolutnym uwielbieniu ukochanej osoby) i dotychczasowych więzów z innymi ludźmi (rodziną i przyjaciółmi), a kończąc na własnych normach moralnych i yciu. Niezbędnym warunkiem miłości romantycznej jest wzajemna niedostępność kochanków (rozdziela ich fatum, ró nice urodzenia, zła wola rodziców itd.), a przynajmniej liczne i prawie niemo liwe do pokonania przeszkody na drodze do ich połączenia. Miłość romantyczna jest więc sprawą na śmierć i ycie, a właściwie bardziej na śmierć, bo raczej ona ni wspólne ycie jest jej spełnieniem. Choć późniejsze czasy uczyniły spełnieniem miłości romantycznej raczej połączenie kochanków, to jednak połączenie owo musiało być stale zagro one, a przynajmniej poprzedzone mudnym i bohaterskim przezwycię aniem licznych przeszkód. Zaabsorbowanie własnym uczuciem i gotowość do poświęcenia prawie wszystkiego, by zdobyć ukochaną osobę i jej wzajemność, pozostają oczywiście obowiązującym elementem wzorca, choć ju w złagodzonej, mniej absolutnej postaci. Ten wzorzec powielany jest w bajkach stanowiących zapewne najwcześniej otrzymywany przekaz kulturowy dotyczący właściwego sposobu prze ywania miłości. Piękne dziewice muszą pokochać potwora, aby na powrót zamienił się w przystojnego królewicza, mę ni rycerze zaś, aby zdobyć ukochaną, forsują szklane góry bronione przez smoki i czarnoksię ników. W wersji dla dorosłych ten sam wzorzec odnajdujemy w licznych wierszach, powieściach i filmach. Popwzorzec miłości romantycznej jest oczywiście cokolwiek obłaskawiony w stosunku do swego oryginału - współcześni kochankowie nie muszą ju poświęcać ycia, wystarcza porzucenie kariery zawodowej, pieniędzy czy zdrowego rozsądku. Jednak nadal jest to wzorzec stawiający przed kochankami wymagania tak wielkie, e niemo liwe do spełnienia przez większość ludzi. Jak nie bez ironii zauwa ył Ralph Linton (1936, s. 175):

ZAKOCHANIE

49

„Bohater współczesnego amerykańskiego filmu jest zawsze kochankiem romantycznym, dokładnie tak, jak bohater starych arabskich opowieści jest zawsze epileptykiem. Cynik mógłby podejrzewać, e w normalnej populacji proporcja osób zdolnych do miłości romantycznej hollywoodzkiego typu jest równie niewielka, jak proporcja osób miewających ataki epileptyczne". Choć dzieci nie bardzo wierzą w bajki, a dorośli - w oglądane filmy, jedne i drugie propagują sposób, w jaki namiętność nale y przezywać, i prowadzą do wykształcenia pewnego zbioru przekonań składających się na ideologię miłości romantycznej. Kilkanaście takich przekonań weszło w skład Skali Przekonań Romantycznych skonstruowanej przez Sprecher i Metts (1989), a zamieszczonej w tabeli 2. Wszystkie te przekonania korelują ze sobą (to znaczy wiara w jedno z nich nasila szansę akceptacji dowolnego spośród pozostałych). Niemniej jednak wyodrębniają się spośród nich cztery wiązki ściślej powiązanych przekonań wyra ających (1) wiarę, e „miłość znajdzie sobie drogę", (2) przekonanie, e „tylko Ona (On)", (3) idealizację partnera i (4) wiarę w miłość od pierwszego wejrzenia.
Tabela 2. Skala Przekonań Romantycznych. Odpowiedzi na ka de twierdzenie udzielane są na skali od 7 (całkowicie się zgadzam) do 1 (całkowicie się nie zgadzam); liczby w kolumnie oznaczają średnie wyniki uzyskane przez 277 studentów i 453 studentki badane przez Sprecher i Metts (1989).

podskala „Miłość znajdzie sobie drogę"
1. Gdybym kogoś kochała, związałabym się z nim, nawet gdyby moi rodzice tego nie akceptowali. 2. Kiedy kogoś kocham, potrafię przezwycię yć przeszko dy stojące na drodze tego związku. 3. Gdybym kogoś kochała, znalazłabym sposób na to, aby śmy byli razem pomimo sprzeciwu ze strony innych lu dzi, fizycznej odległości czy jakichkolwiek innych prze szkód. 4. Je eli jakiś związek byłby mi rzeczywiście przeznaczony, ka da przeszkoda (brak pieniędzy, dystans fizyczny, praca zawodowa) zostałaby przezwycię ona. 5. Wiem, e w moim związku miłość będzie rzeczywiście trwać i nie zblednie z czasem. 5,32 4,46

5,04 5,00 4,78

50

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

6. Wierzę, e gdybym kogoś z wzajemnością pokochała, potrafilibyśmy przezwycię yć wszystkie problemy i prze ciwności, jakie mogłyby się pojawić. podskala „Tylko On" 7. Je eli raz prze yję prawdziwą miłość, to ju z nikim innym się to nie powtórzy z taką samą siłą. 8. Wierzę, e pokochać kogoś naprawdę oznacza poko chać go na zawsze. 9. Myślę, e jest mi przeznaczona tylko jedna prawdziwa miłość. podskala „Idealizacji" 10. Jestem przekonana, e zaakceptuję ka dą nową rzecz, jakiej dowiem się o człowieku, którego wybrałam na stałe. 11. Związek, jaki zbuduję z moją „prawdziwą miłością", bę dzie prawie doskonały. 12. Osoba, którą pokocham, będzie doskonałym partne rem: na przykład będzie pełna miłości, akceptacji i zro zumienia. podskala „Miłość od pierwszego wejrzenia" 13. Kiedy znajdę swoją „prawdziwą miłość", prawdopodob nie szybko się w tym zorientuję. 14. Myślę e zakocham się niemal natychmiast, kiedy ju napotkam tę właściwą osobę. 15. Muszę znać kogoś przez jakiś czas, zanim się w nim zakocham.

5,16

2,91 4,18 3,62

2,63 3,23
4,48

3,65 3,31

2,61

W okresie dorastania znaczna część młodzie y oczekuje przeycia takiej właśnie miłości romantycznej (Dion i Dion, 1975), a im więcej człowiek o niej myśli, tym, większą szansa, e rzeczywiście ją prze yje (Tesser i Paulhaus, 1976). Problemem pozostaje więc pytanie - w stosunku do kogo. Kogo kochać, czyli reguły stosowania wzorca namiętności Kto jest odpowiednim obiektem namiętności? W zasadzie wzorzec kulturowy postuluje tylko jedną cechę „obiektu" niezmiennie kwalifikującą do prze ycia namiętności - piękno, czyli atrakcyjność fizyczną. Śpiąca Królewna, Kopciuszek, Królewna Śnie ka są przede wszystkim piękne, a poza tym, e są tak e gnębione przez złe macochy czy czarownice, niewiele o nich wiadomo.

ZAKOCHANIE

51

A przynajmniej adne inne ich cechy nie wywołują miłości odpowiednich królewiczów i ksią ąt. Ci ostatni co prawda bywają początkowo abami czy potworami, ale ostatecznie i oni okazują się w istocie przystojni, a na ogół tak e dzielni i majętni. Potwierdzenia bajkowej prawdy o dominującej roli wyglądu fizycznego dostarczyły pewne dość szeroko zakrojone badania, w których kilkuset studentów i tyle studentek rozpoczynających właśnie studia zaproszono na zabawę taneczną (Walster i in., 1966). Warunkiem udziału w zabawie było wypełnienie szeregu kwestionariuszy mierzących liczne cechy osobowości, samoocenę, zdolności intelektualne itp. Wyniki ka dej osoby badanej zostały wpisane do komputera, który na tej podstawie, jak powiedziano badanym, miał wśród nie znających się przedtem ludzi kojarzyć pary. W rzeczywistości jednak pary były kojarzone losowo, a dodatkowym czynnikiem uwzględnianym przez badaczy była fizyczna atrakcyjność ka dego z uczestników (niepostrze enie oceniana przez kilkoro studentów obsługujących całe to przedsięwzięcie). Badaczy interesowała kwestia, co decyduje o akceptacji „komputerowo" przydzielonej partnerki czy partnera. Pytali więc uczestników zabawy, jak dalece partnerka czy partner im się spodobali, jak dalece chcieliby się ponownie spotkać i jak często faktycznie się spotykali (o to ostatnie pytano w 4-6 miesięcy po zabawie). adna z licznych cech osobowościowych czy intelektualnych, pracowicie zmierzonych u wszystkich badanych, nie wpływała na to, jak spodobali się swoim partnerom. Wpływ wywierała natomiast jedna jedyna cecha - atrakcyjność fizyczna. Im bardziej atrakcyjna była partnerka, tym bardziej zadowolony był jej partner, tym bardziej chciał się z nią nadal spotykać i tym częściej faktycznie to robił. Identycznie zachowywały się badane dziewczęta. Podobne wyniki przyniosło wiele innych badań nad kryteriami wyboru „romantycznego" partnera - tak mę czyźni, jak i kobiety starali się wybierać partnerów maksymalnie atrakcyjnych fizycznie. Tak e wtedy, gdy mieli pełną jasność, e ich wybór spotkać się mo e z odrzuceniem (Berscheid i in., 1971; Huston, 1973). Wszystkie te wyniki okazały się sprzeczne z oczekiwaniami samych badaczy, którzy przewidywali, e ludzie będą się kierowali bezpieczną i sprawiedliwą zasadą dopasowywania atrakcyjności poądanego partnera do poziomu atrakcyjności własnej. W końcu skoro ja nie jestem Robertem Redfordem, nie będę wymagał od

52

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ciebie, abyś była Kim Basinger. Badani płci obojga nie wykazywali jednak takich oznak rozsądku i niezmiennie po ądali partnerów o maksymalnej atrakcyjności. Inna grupa badań sugeruje jednak, e ludzie faktycznie stosują się do zasady dopasowywania atrakcyjności. Mianowicie liczne badania nad rzeczywiście istniejącymi ju związkami zgodnie wykazują korelację między atrakcyjnością obojga partnerów: im ona jest piękniejsza, tym on jest bardziej przystojny. Co więcej, korelacja ta jest tym silniejsza, im bardziej zaawansowany jest związek łączący partnerów (McKilip i Reidel, 1983; White, 1980). Sytuacja intrygująca: mamy oto dwa rzetelne, powtarzalne zbiory wyników, z których jeden zdaje się pokazywać, e ludzie kierują się w swoich wyborach zasadą maksymalizacji atrakcyjności partnera, drugi zaś równie mocno sugeruje, e ludzie kierują się zasadą dopasowywania atrakcyjności partnera do poziomu atrakcyjności własnej. Skąd tak ra ąca sprzeczność? Pierwszy zbiór danych pochodzi z badań eksperymentalnych nad parami w oczywisty sposób sztucznymi, podczas gdy zbiór drugi pochodzi z badań korelacyjnych nad związkami faktycznie istniejącymi. Ta ró nica między nimi podsuwa dość łatwe rozwiązanie sprzeczności: eksperymenty są sztuczne i w swym ograniczeniu nie są w stanie wykazać rozsądku i poczucia sprawiedliwości, jakim ludzie kierują się w swoich rzeczywistych wyborach partnerów yciowych - argumentują na przykład Murstein i Christy (1976). Idea dość przekonywająca, aczkolwiek zmienia całą kontrowersję w niezbyt interesujący problem metodologiczny. Sprawa jest jednak nadal godna uwagi, jeśli uwzględnić jeszcze jedną ró nicę między tymi dwoma zbiorami danych. Oto dane eksperymentalne, dotyczące dokonywanych wyborów, mówią o tym, czego ludzie u swoich partnerów po ądają, podczas gdy dane korelacyjne, nad istniejącymi związkami, mówią jedynie o tym, co ludzie dostają. Nie sposób tej ró nicy przecenić - to, czego człowiek pragnie, nie musi bowiem mieć wiele wspólnego z tym, co udaje mu się uzyskać (chyba e nauczy się chcieć tego, co uzyskał, ale nie wszyscy chcą być a tak rozsądni). Innymi słowy, choć naturalnie powstające pary są rzeczywiście wyrównane pod względem poziomu atrakcyjności, nie świadczy to jeszcze, e partnerzy kierowali się zasadą dopasowywania atrakcyjności w swoich wyborach. Wręcz przeciwnie, wydaje się, e gdyby wszyscy kierowali się zasadą maksyma-

ZAKOCHANIE

53

lizacji (i wybierali partnerów najatrakcyjniejszych), to rezultatem ich wyborów byłoby właśnie wyrównanie poziomów atrakcyjności partnerów w obrębie par. Przekonuje o tym taki oto eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie wyspę, na której znajduje się 1000 kobiet i 1000 mę czyzn. Wyspa ta, Arkadia, ma subtropikalny klimat, ziemia tu rodzi sama, nie trzeba się troszczyć o po ywienie ani ubranie, dzięki czemu skąpo odziani mieszkańcy mogą kierować się łatwo zauwa alną urodą jako jedynym kryterium wyboru partnera czy partnerki. Arkadyjczycy są wprost opętani tym kryterium, wszyscy kierują się tylko nim w swoich wyborach i starają się maksymalizować atrakcyjność partnera. Dodać jeszcze trzeba, e ka dy (ka da) z nich jest sklasyfikowany na jednym z poziomów urody od 10 do 1. Wszyscy wyspiarze zbierają się raz do roku celem odbycia wielodniowego festynu, gdzie codziennie ka dy Arkadyjczyk mo e zło yć propozycję dowolnej Arkadyjce, a ta mo e ją zaakceptować bądź odrzucić. Poniewa ka da kobieta będzie po ądała najprzystojniejszego mę czyzny, a ka dy mę czyzna - najpiękniejszej kobiety, oczywiste jest, e urodziwi Arkadyjczycy płci obojga najszybciej znikną z rynku matrymonialnego. I to znikną najpiękniejszymi parami wyrównanymi pod względem atrakcyjności. Następnego dnia, kiedy dziesiątki ju zniknęły, sytuacja się powtarza, z tym e teraz najbardziej w cenie są dziewiątki. Trzeciego dnia, kiedy ju nie ma ani dziesiątek, ani dziewiątek, największym wzięciem wśród wybierających i wybieranych cieszą się ósemki, następnego dnia siódemki, jeszcze następnego - szóstki itd., a do jedynek, które są akceptowane na samym końcu i w dodatku przez inne jedynki płci przeciwnej. Widać wyraźnie, e choć ka dy Arkadyjczyk i ka da Arkadyjka starała się zmaksymalizować atrakcyjność partnera, to właśnie dlatego, e robili tak wszyscy, powstałe w rezultacie pary są dopasowane pod względem atrakcyjności! yjemy w szczęśliwych czasach, kiedy tego rodzaju eksperymenty myślowe mo na w pewnym sensie naprawdę zrealizować, choć nie na ywych ludziach (na szczęście). Umo liwia to komputerowa symulacja zachowania. Symulację taką przeprowadzili Kalick i Hamilton (1986) konstruując (w języku FORTRAN) program spełniający wszystkie warunki obowiązujące na naszej wymyślonej Arkadii. Symulacja ta wykazała, e dobieranie się par wyrównanych pod względem atrakcyjności ma miejsce nie tylko wtedy, gdy

54

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

kryterium wyboru jest dopasowanie atrakcyjności własnej do atrakcyjności partnera, ale tak e wtedy, gdy jedynym takim kryterium jest wybieranie (i akceptowanie) partnera o atrakcyjności mo liwie najwy szej. Nawet je eli wszyscy wybierający kierują się jedynie kryterium maksymalizacji urody partnera, rezultaty ich wyborów wyglądają tak, jakby kierowali się kryterium dopasowywania urody. Poniewa jednak ludzie niekoniecznie dostają to, czego najbardziej pragną, o regule dokonywania wyborów nie mo na wnioskować na podstawie ostatecznego rezultatu tych wyborów. Dlaczego w takim razie preferowanie partnerów fizycznie atrakcyjnych ma się wiązać z realizacją kulturowego wzorca określającego, kogo nale y kochać? Czy nie sensowniej jest zało yć, e piękno partnera budzi po prostu po ądanie w stosunku do niego (do niej) i e jest to reakcja uwarunkowana biologicznie? Ostatecznie biologiczną funkcją namiętności jest zachęcanie do prokreacji (niezale nie od liczby moralistów namawiających do prokreacji bez namiętności)! Problem polega na tym, e myślenie w kategoriach biologicznych ka e oczekiwać, i wszystkim mę czyznom z grubsza to samo podoba się w kobietach, wszystkim kobietom zaś - mniej więcej to samo podoba się w mę czyznach. Jednak przegląd wzorców zachowania seksualnego w około dwustu ró nych kulturach (Ford i Beach, 1951) wykazuje znaczną zmienność kryteriów atrakcyjności i po ądania. W niektórych kulturach (i tych jest więcej) cenione są ciała pulchne i obfite, podczas gdy w innych (mniej licznych) ciała szczupłe i smukłe. W niektórych za piękne uwa ane są piersi długie i zwisające, w innych przeciwnie - piersi małe i sterczące. W niektórych kulturach zwraca się szczególną uwagę na oczy, w innych na uszy, w jeszcze innych - na genitalia. W wiktoriańskiej Anglii szczególnym przedmiotem po ądania była kobieca... kostka u nogi, być mo e dlatego, e wszystko inne było skrzętnie ukrywane. W swoim podstawowym dziele O pochodzeniu gatunków Karol Darwin (1971) cytuje taki oto wzorzec piękności obowiązujący wśród północnoamerykańskich Indian: „Spytaj Indianina z północy, kim jest piękność, a odpowie ci, e ma ona szeroką, płaską twarz, małe oczy, wystające kości policzkowe, trzy albo cztery czarne linie w poprzek ka dego policzka, niskie czoło, du y szeroki podbródek, niezgrabny, haczykowaty nos, brązowoczerwoną skórę i piersi zwisające do pasa" (s. 289).

ZAKOCHANIE

55

Co więcej, nawet w obrębie tej samej kultury ró nym ludziom podobają się ró ne cechy. Na przykład wśród amerykańskich mę czyzn wyraźnie wyodrębniają się ci, których podniecają głównie piersi, głównie pośladki bądź głównie nogi, a ci ostatni dzielą się na tych, którzy reagują albo na nogi szczupłe, albo przeciwnie na, by tak rzec, nogi mięsiste (Wiggins i in., 1968). Nie ulega wątpliwości, e zarówno kulturowe, jak i indywidualne zró nicowanie kryteriów piękna jest ogromne i ró ne wzorce piękna zawierają wykluczające się cechy. Trudno więc wyobrazić sobie biologicznie zaprogramowany „mechanizm spustowy" namiętności, musiałby on bowiem reagować na przeciwstawne cechy w ró nych kulturach, a nawet u ró nych osób w obrębie tej samej kultury. Cechy, które - jeśli uwierzyć biologicznym przesłankom - powinny być preferowane przez kobiety u mę czyzn (i są przedmiotem tęsknot samych mę czyzn), to szerokie bary, owłosiona pierś i prezencja przypominająca Tarzana. Jednak badania dowodzą, e cechy takie wcale nie zawsze są przez kobiety cenione. Choć kobiety zdecydowanie wolą mę czyzn przybierających od pasa w górę kształt raczej litery V ni gruszki, generalnie wolą one mę czyzn raczej smukłych (i wysokich) ni "tarzanowatych" (por. Cook i McHenry, 1979). Zapewne ku uldze licznych Czytelników, choć nie tych, którzy przypominają kształtem gruszkę. Jednak e nawet ci ostatni mogą czerpać niejakie pocieszenie z dwóch faktów. Po pierwsze, wygląd fizyczny mę czyzny w znacznie mniejszym stopniu decyduje o jego mo liwościach budzenia po ądania w oczach kobiet, ni wygląd kobiet decyduje o ich mo liwościach budzenia po ądania w oczach mę czyzn. O ogólnej atrakcyjności mę czyzny jako partnera decyduje raczej to, jak dalece jest on w stanie dostarczać swej partnerce po ądanych przez nią dóbr, cokolwiek to oznacza w danym społeczeństwie. Jest to zjawisko ponadkulturowe i powrócę do niego na końcu następnego rozdziału, przy omawianiu kryteriów wyboru stałego partnera. Po drugie, i to jest pocieszeniem dla wszystkich, oceny atrakcyjności innego człowieka są zmienne i stosunkowo łatwo je podwy szyć.. Innymi słowy, niemal e ka dy z nas mo e dowiedzieć się, e jest średnio, a nawet bardzo atrakcyjny, je eli tylko zapyta o to odpowiednią osobę w odpowiednich okolicznościach. Je eli chcesz się dowiedzieć, e jesteś piękna (przystojny), zapytaj o to człowieka, który:

56

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

1. 2. 3. 4. 5.

jest podobny do Ciebie, często Cię widuje, ma wysoką samoocenę, jest pobudzony seksualnie, jest płci przeciwnej ni Ty i siedzi samotnie w barze tu przed jego zamknięciem.

Nie pytaj natomiast człowieka, który: 1. sam jest fizycznie atrakcyjny, 2. był przed chwilą pytany o to samo przez wybitną piękność, 3. spędza wiele czasu w kinie lub przed telewizorem (oglądając bohaterki i bohaterów na przykład Dynastii). Zgodnie z dość licznymi badaniami (Hatfield i Sprecher, 1986) wszystkie te czynniki znacząco wpływają na oceny atrakcyjności. Je eli zabiegi wykorzystujące tę wiedzę okazałyby się nieskuteczne, jest jeszcze ostatnia deska ratunku - zapytać o to własną matkę. Ró nice między kobietami i mę czyznami Simone de Beauvoir twierdziła, e kobiety i mę czyźni zupełnie co innego rozumieją pod pojęciem miłości i stąd się bierze większość problemów między nimi. Pewne fakty sugerują, e ró nica ta objawia się ju na wstępie, a więc w fazie rodzenia się namiętności czy samego po ądania erotycznego. Ró nice w prze ywaniu namiętności Znane raporty Kinseya, które w swoim czasie zrewolucjonizowały poglądy na ludzki seksualizm (Kinsey i in., 1948, 1953) zaowocowały m.in. następującymi wnioskami: 1. mę czyźni łatwiej ni kobiety wpadają w podniecenie na sam widok ciała płci przeciwnej, 2. mę czyźni łatwiej ulegają podnieceniu czytając o seksie, 3. głównym czynnikiem wywołującym podniecenie u kobiet jest bliski kontakt fizyczny i dotyk w ogólności. Kinseya i współpracowników uderzyło szczególnie to, e wiele kobiet zupełnie nie rozumie, co takiego podniecającego mę czyźni widzą w obrazie ciała na kawałku papieru czy celuloidu, podobnie jak mę czyzn zdumiewa fakt, e jest to niezrozumiałe dla kobiet.

ZAKOCHANIE

57

Bardziej współczesne badania zdają się wskazywać na zanikanie tej ró nicy (Cook i McHenry, 1979). Interpretowane jest to jako objaw zanikania podwójnego standardu moralności (bardziej rygorystycznego dla kobiet, a przyzwalającego dla mę czyzn) i tradycyjnego stereotypu erotyki męskiej i kobiecej. W stereotypie tym kobiety windowano na piedestał jako anioły powołane do okiełznywania zwierzęcia w mę czyźnie i w związku z tym czyniono z nich istoty „czyste", mniej skłonne i zdolne do seksualnych uniesień. Uniesienia te były natomiast oczekiwane i poniekąd dopuszczalne u mę czyzn, w których zawsze drzemie bestia tylko czekająca, by jej pofolgować. Tego rodzaju stereotyp kulturowy (słu ący, jak się twierdzi, głównie obronie interesów mę czyzn, a represjonujący seks u kobiet i stanowiący wyraz ekonomicznego uzale nienia tych ostatnich) istotnie mo e wyjaśniać omawiane tu ró nice między kobietami i mę czyznami. Kobiety uczone od dzieciństwa, e seks im nie przystoi, mogą się te nauczyć tłumienia własnego po ądania, nawet je eli istotnie je prze ywają. Poza tym, jak zauwa ają Rook i Hammen (1977), szereg czynników sprawia, e kobiety rzeczywiście mogą być mniej skłonne do interpretowania własnego pobudzenia erotycznego jako takiego właśnie. Po pierwsze, przynajmniej we wczesnej fazie ycia, dziewczęta rzadziej uprawiają masturbację ni chłopcy, a nawet je eli to robią, rzadziej na ten temat rozmawiają z rówieśnikami. Po drugie, podczas gdy chłopcy są zarówno generalnie, jak i w sprawach seksu w szczególności zachęcani do samodzielności i inicjatywy, dziewczęta wychowywane są w sposób podkreślający raczej bierność i reagowanie na potrzeby czy wymagania innych. Po trzecie, oczywiste ró nice anatomiczne sprawiają, e wystąpienie własnego pobudzenia seksualnego jest łatwiej zauwa alne dla mę czyzn ni dla kobiet. W konsekwencji, kiedy ju pobudzenie to się pojawi, rozpoznanie jego seksualnej natury jest bardziej prawdopodobne u mę czyzn, którzy mają większą liczbę wyrazistych doświadczeń seksualnych i którzy sami częściej inicjują sytuacje do takiego pobudzenia prowadzące. Kobiety natomiast rzadziej miewają we wczesnej fazie ycia okazje, by nauczyć się rozpoznawać własne reakcje erotyczne, a będąc częściej jedynie obiektem cudzych zabiegów, mogą niekiedy mieć mniejszą jasność co do charakteru swoich prze yć.

58

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Pomimo skądinąd ogromnych ró nic między kulturami znaczna ich większość bardziej nakazuje ukrywanie ciała kobiecego ni męskiego, a ciało kobiety jest zwykle bardziej upragnionym przedmiotem po ądania dla mę czyzn ni na odwrót (Ford i Beach, 1951; Symmons, 1979). Ogromny rynek wydawnictw pornograficznych adresowany jest niemal wyłącznie do mę czyzn, a pornografia koncentruje się głównie na eksponowaniu kobiecego ciała. Amerykański magazyn „Play girl", wzorowany na znanym „Playboyu", a publikujący zdjęcia nagich mę czyzn, wykupywany był w powa nej części przez... mę czyzn - homoseksualistów (przynajmniej dopóki nie stworzyli oni własnego rynku pornografii - Symmons, 1979). Wygląda więc na to, e dla mę czyzn sam widok kobiecego ciała jest podniecający, choć widok męskiego ciała często nie jest podniecający dla kobiet. Widoczna powszechność tego zjawiska skłoniła niektórych badaczy do poszukiwania biologicznych jego wyjaśnień. W chwili obecnej popularne są wyjaśnienia odwołujące się do zasad socjobiologii, która - upraszczając - zakłada, e zachowania zwierząt ukształtowane zostały w trakcie ewolucji i na mocy jej praw, na wzór i podobieństwo anatomicznych własności organizmów. Te wzorce zachowań, które powiększały szanse sukcesu reprodukcyjnego ich wykonawcy (tj. wydania potomstwa i rozpropagowania własnych genów w przyszłych pokoleniach), były w obrębie danego gatunku utrwalane i rozpowszechniane, natomiast wzorce zachowań prowadzące do reprodukcyjnej pora ki - zanikały. Osobniki przegrywające w reprodukcyjnym współzawodnictwie bowiem umierały bezpotomnie, a więc nie mogły przekazać regulujących ich zachowanie genów następnym pokoleniom. W konsekwencji obserwowane obecnie wzorce zachowań to te, które przetrwały, a więc zachowania prowadzące w przeszłości do sukcesu reprodukcyjnego ich wykonawców. Socjobiologia wykryła wiele fascynujących prawidłowości rządzących zachowaniem zwierząt. Nie rozstrzygnięty pozostaje jednak spór o to, czy jej zasady stosują się równie do zachowania ludzkiego, znacznie bardziej plastycznego i w dodatku występującego obecnie w warunkach zupełnie odmiennych ni te, które ukształtowały nas jako gatunek biologiczny (wśród sawann plejstocenu, kiedy to w kilkudziesięcioosobowych grupach polowaliśmy na mamuty, których dawno ju nie ma, podobnie jak i sawann).

ZAKOCHANIE

59

Jest to oczywiście współczesna postać odwiecznego sporu o to, co jest wa niejsze: natura czy kultura, i z pewnością nie ma tu miejsca na jego rozstrzyganie. W ka dym razie niektórzy socjobiologowie zakładają, e większa podatność mę czyzn ni kobiet na wizualne sygnały pobudzenia erotycznego jest uwarunkowana biologicznie i wynika z odmienności strategii, jakie ka dej płci zapewniają sukces reprodukcyjny, czyli rozpropagowanie własnych genów. Jak pisze Symmons (1979, s. 180): "Poniewa mę czyzna potencjalnie mo e zapłodnić kobietę niemal e bez ponoszenia kosztów w sensie czasu i energii, selekcja naturalna preferowała tę zasadniczą męską tendencję do pojawiania się pobudzenia seksualnego na sam widok kobiety, z natę eniem wprost proporcjonalnym do jej spostrzeganej wartości reprodukcyjnej. Dla mę czyzny ka dy przypadkowy kontakt mo e się okazać reprodukcyjnie opłacalny. (...) Kobiety natomiast inwestują znaczną ilość energii i ponoszą powa ne ryzyko zachodząc w cią ę, w związku z czym warunki, w jakich dochodzi do zapłodnienia są dla nich niezmiernie wa ne. (...) Podstawową eńską «strategią» jest uzyskanie mo liwie najlepszego partnera, zapłodnienie przez najlepiej przystosowanego mę czyznę spośród dostępnych oraz zmaksymalizowanie zwrotnych zysków wynikających z obdarzenia go seksualnymi względami. Pojawianie się seksualnego pobudzenia na sam widok mę czyzny promowałoby kontakty przypadkowe, utrudniając osiągnięcie wszystkich tych celów" Rozwa anie ludzkich namiętności w tak beznamiętny sposób na pewno razi w kontekście miłości romantycznej, co jednak samo przez się nie musi oznaczać nietrafności tych idei (nawet idee beznamiętne i mało pociągające bywają prawdziwe). Namiętność erotyczna zapewne wyrasta ze swych biologicznych funkcji, choć obecnie odgrywają one raczej drugorzędną rolę we wzorcach ludzkiego zachowania. Zupełnie rozsądne jest jednak przypuszczenie, e to, co wpaja w nas kultura i indywidualne doświadczenie, zbudowywane jest na bazie elementów wrodzonych i uniwersalnych dla ludzi jako gatunku biologicznego. Znacznie trudniej jest tego oczywiście dowieść w odniesieniu do dowolnej prawidłowości rządzącej naszym zachowaniem, poniewa wpływy kultury i natury są u człowieka tak silnie ze sobą splecione, e niewiele jest nadziei na ich choćby myślowe rozdzielenie. Niemniej ten (socjobiologiczny)

60

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

sposób wyjaśniania ró nic między kobietami i mę czyznami pojawi się w tej pracy jeszcze kilkakrotnie - przy omawianiu odmienności kryteriów wyboru stałego partnera i partnerki, a tak e odmienności powodów, jakie u kobiet i u mę czyzn prowadzą do zazdrości. Kto jest bardziej romantyczny? Być mo e mniejsza skłonność kobiet do wpadania w podniecenie na sam widok mę czyzny (a tak e ich większa selektywność przy wyborze partnera, o czym mowa dalej) wyjaśnia dość nieoczekiwany i raczej sprzeczny z potoczną intuicją fakt, e mę czyźni są bardziej romantycznymi kochankami ni kobiety. Stereotyp kobiety jako uduchowionego anioła skłonnego do romantycznych uniesień i przyziemnego mę czyzny zajętego pracą i zarobkowaniem nie znajduje potwierdzenia w badaniach empirycznych. Amerykański socjolog C. Hobart (1958) pytał około tysiąca kobiet i mę czyzn o to, jak dalece wyznają romantyczną wizję miłości (a więc zgadzają się z twierdzeniami podobnymi do tych z tabeli 2). Stwierdził, e mę czyźni generalnie częściej się pod nią podpisują ni kobiety. W czterdzieści lat później podobne wyniki uzyskały tak e Sprecher i Metts (1989). W innych badaniach spytano kilkuset młodych ludzi, jak szybko uświadomili sobie, e kochają swojego aktualnego partnera (partnerkę): 20% mę czyzn zakochało się w czasie trzech pierwszych spotkań, a po dwunastu spotkaniach tylko 30% spośród nich nie było jeszcze pewnych, e kocha. Kobiety okazały się mniej kochliwe: tylko 15% zakochało się podczas trzech pierwszych randek, a po dwunastu a 43% nie miało jeszcze pewności, e kocha (Kanin i in., 1970). Co więcej, mę czyźni odkochują się z większym trudem ni kobiety- te ostatnie częściej przejmują inicjatywę podczas zrywania związku (przedmał eńskiego) i są tu bardziej stanowcze. Mę czyźni dłu ej trzymają się straconej sprawy i bardziej cierpią z powodu jej zakończenia, są bardziej przygnębieni, samotni, nieszczęśliwi i pochłonięci beznadziejnymi rozmyślaniami typu: „Gdybym tylko zrobił (powiedział) wtedy to, co nale ało" (Hill i in., 1976). Nie od rzeczy będzie wspomnieć, e w tak ró nych krajach jak Polska i Stany Zjednoczone liczba mę czyzn popełniających samobójstwo z powodu zawodu miłosnego jest kilkakrotnie (czterokrotnie w Polsce i trzykrotnie w Stanach) wy sza ni liczba kobiet posuwających się do tego kroku.

ZAKOCHANIE

61

A jednak w nieco innym sensie to właśnie mę czyźni zdają się być mniej romantyczni. Cytowani ju Kanin i współpracownicy pytali ludzi o sposób, w jaki prze ywali swoją miłość, a w szczególności, z jakim natę eniem prze ywali takie objawy namiętności, jak: - czułam się, jakbym chciała podskakiwać, biegać i krzyczeć; - czułam się, jakbym płynęła na obłoku; - miałam trudności ze skupieniem uwagi; - czułam się beztroska i upojona; - miałam generalne poczucie szczęścia; - byłam nerwowa przed spotkaniami; - prze ywałam ró ne sensacje fizyczne: zimne ręce, mdłości, dreszcze na plecach; - cierpiałam na bezsenność; Nie bez przyczyny przytoczyłem je w eńskiej wersji: z wyjątkiem zdenerwowania kobiety relacjonowały silniejsze prze ywanie namiętności ni mę czyźni. Czy oznacza to, e kobiety są bardziej romantyczne? I tak, i nie. Tak, bo silniej swą miłość prze ywają i generalnie bardziej czują się od swoich stałych partnerów uzale nione (co wydaje się skutkiem zarówno kulturowo zdefiniowanepróTf kobiecej, jak i na ogół większej zale ności ekonomicznej kobiet od mę czyzn ni odwrotnie). Nie, .poniewa kobiety mają ogólną tendencję do silniejszego ni mę czyźni prze ywania wszelkich uczuć, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych (Fujita i in., 1991). Słusznie więc będzie powiedzieć, e kobiety są bardziej uczu-ciowe, choć mę czyźni - bardziej kochliwi.. Choć szybsze zakochiwanie się mę czyzn ni kobiet jest zgodne z myśleniem w kategoriach socjobiologicznych, wolniejsze odkochiwanie się mę czyzn jest z nim oczywiście sprzeczne. Strategia sukcesu reprodukcyjnego a la plejstocen nakazywałaby bowiem mę czyznom mo liwie szybkie odkochiwanie się i zakochiwanie się w kolejnej wybrance celem dalszej propagacji własnych genów. Nie musi to świadczyć o nietrafności wyjaśnień socjobiologicznych, aczkolwiek wyraźnie świadczy o ich niewystarczalności. Same prawidłowości biologiczne nie wystarczają do pełnego wyjaśnienia ró nic między kobietami i mę czyznami pod względem sposobu prze ywania miłości.

ROZDZIAŁ

3

Romantyczne początki
Rozwój intymności - odkrywanie się - budowanie zaufania Kogo i za co lubimy - częstość kontaktów - zalety partnera - przysługi - komplementy Przywiązanie Wybór stałego partnera - uwaga na dobre rady! - kryteria wyboru partnera

Podstawowym skutkiem i przejawem namiętności jest stałe dąenie do nasilenia i pogłębienia kontaktów z ukochaną osobą. JeeTrwięć namiętność spotyka się z wzajemnością, a przynajmniej nie zostaje odrzucona, prowadzi do wzrostu intymności dzięki wzajemnemu odkrywaniu się partnerów przed sobą, narastaniu ich wzajemnego zaufania i lubienia się, a wreszcie - dzięki pojawieniu się wzajemnego przywiązania.

Rozwój intymności
Wszyscy potrzebujemy intymności — bliskiego związku z innym człowiekiem. Powody są oczywiste: człowiek taki naprawdę dobrze nas zna i rozumie, zapewnia nam więc mo liwość bycia sobą, po-

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

63

niewa nie musimy przed nim udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Lojalnie przy nas trwając, zapewnia nam poczucie bezpieczeństwa, stałości i zakotwiczenia wobec zmiennych kolei losu. Mo emy mu się zwierzyć, podzielić się radością lub kłopotem, dzięki czemu radość stanie się większa, a kłopot mniejszy. Mo emy liczyć na jego wsparcie w cię kich chwilach, radę przy trudnych decyzjach, obronę, kiedy inni nas odtrącą lub zaatakują. Pomimo tych oczywistych i niezbędnych ka demu człowiekowi dóbr wynikających z intymności, nie jest ona ró ą bez kolców. Równie wiele jest bowiem powodów, dla których mo ną się intymności obawiać. Całkowite odkrycie się przed. innym człowiekiem oznacza ujawnienie własnych słabości, wad i postępków, o których sami wolelibyśmy nigdy nie. wiedzieć, nie mówiąc ju o tym, e wolelibyśmy ich przenigdy nie popełnić. Intymność wystawia nas na ciosy, poniewa partner, który nas dobrze zna, tym dotkliwiej będzie potrafił nas zranić, je eli taka przyjdzie mu ochota. Budzi lęk przed śmiesznością i porzuceniem („Teraz, kiedy ju wie, jaka jestem, na pewno nie będzie chciał ze mną nadal być"). Bliski związek oznacza te daleko idące uzale nienie własnych działań, uczuć i losów od innego człowieka, co prowadzić mo e do utraty poczucia kontroli nad przebiegiem własnego ycia, do lęku przed utratą własnej indywidualności i „zlaniem się w jedno" z partnerem. Utrzymanie intymności oznacza bowiem nieuchronnie konieczność dostosowania naszego własnego „ja" do partnera, a więc porzucenia pewnych pragnień i działań, które były nam zawsze nieodłączne, a przyjęcie innych, o których nigdyśmy nie myśleli, e nasze być mogą. Intymność niesie koszty w postaci prze ywania cierpień i lęków ju nie tylko własnych, ale i partnera. Wystawia nas wreszcie na ryzyko emocjonalnej katastrofy, je eli nasz związek się nie powiedzie. Dobroczynne i negatywne skutki intymności są jednakowo realne i prawdopodobne, choć ludzie mocno się ró nią co do tego, do której konsekwencji intymności przywiązują większą wagę (Hatfield, 1984). Niektórzy w tradycyjnym układzie ról są to zwykle kobiety) widzą jedynie dobre strony intymności, dą ą do jej nasilenia nie rozumiejąc, czego mo na się w niej lękać. Je eli czegoś się obawiają, to raczej porzucenia ni utraty autonomii. Inni (w tradycyjnym układzie ról są to zwykle mę czyźni) nie potrafią lekko potraktować zagro eń, jakie niesie intymność. Unikając uduszenia

64

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

własnej odrębności w uścisku ciepłych emocji („dwie dusze w jednym ciele, flaki w niedzielę" - jak pisał ze zrozumieniem Boy), usiłują wyodrębnić swoje niepodzielnie prywatne terytorium w sensie fizycznym („mój samochód", „moje biurko") lub psychicznym (odmawiając zeznań na temat tego, co zdarzyło im się w pracy). Dobranie się w parę osób, z których jedna głównie intymności po ąda, druga zaś się jej obawia, jest dosyć częstym zjawiskiem. Utrzymanie intymności na takim poziomie, który oboje by zadowalał, stanowi problem nie lada. Kiedy bowiem ona, najnaturalniej w świecie, stara się" do niego mo liwie mocno zbli yć, on, najnaturalniej w świecie, stara się zachować pewną dozę indywidualizmu i wykonuje krok do tyłu. Oczywiście, to, co dla niej naturalne, wcale nie jest takie dla niego i na odwrót. Oboje interpretują zachowanie partnera jako skierowane przeciwko „właściwej" postaci ich związku, choć byliby szczęśliwsi, gdyby potrafili wzajemnie rozpoznać rzeczywisty stan swoich potrzeb związanych z intymnością i, co jeszcze trudniejsze, stan ten zaakceptować. Odkrywanie się Intymność rozpoczyna się od wymiany intymnych informacji - wzajemnego odkrywania się partnerów przed sobą. Rysunek 6. ilustruje schematycznie główne procesy zachodzące w trakcie takiej wymiany. Rysunek przedstawia jedną „rundę" wymiany, w której osoba A dokonuje zwierzenia, natomiast osoba B występuje w roli jego odbiorcy. Oczywiście w wielu sytuacjach A i B swobodnie zamieniają się rolami. Cele, potrzeby i obawy osoby A wpływają zarówno na sam akt zawierzania partnerowi B jakiejś intymnej informacji, jak i na sposób późniejszego interpretowania reakcji osoby B. Jak ju wspomniałem poprzednio, u podło a takiego aktu odkrycia się le eć mogą zarówno nadzieje, jak i obawy osoby A. Do odkrycia się dochodzi zapewne wtedy, gdy nadzieje przewa ają nad obawami. Proporcja nadziei do obaw nie jest czymś stałym i raz na zawsze danym człowiekowi. Przeciwnie, zmienia się w zale ności od osoby partnera, sposobu jego reagowania na wysłuchane zwierzenia, rodzaju kontaktu itd. W początkowych fazach znajomości osoba A chce nie tylko poznać reakcje osoby B na to konkretne zwierzenie, ale równie pragnie zorientować się w tym, jak w ogóle osoba B ją

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

65

Rysunek 6. Przebieg procesu wymiany intymnych informacji. Źródło: Reis i Shaver (1988, s. 375).

66

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

potraktuje. Zwierzanie się słu y bowiem nie tylko budowie intymności, ale jest tak e głównym środkiem usunięcia niepewności co do sposobu traktowania przez partnera i co do postaci, jaką mo e przybrać związek z jego osobą. Zwierzenie osoby A polega na wyjawieniu jakiegoś faktu dotyczącego własnej osoby lub na ujawnieniu jakiejś własnej emocji. Poniewa fakty dotyczą obiektywnych zdarzeń, emocje zaś - subiektywnych na nie reakcji, informacja o gołych faktach jest mniej intymna i mniej mówi o człowieku ni informacja o jego emocjach. Te ostatnie często przecie nie dają się z faktów wywnioskować i są głębiej ukryte, a prze ywający je człowiek jest jedynym źródłem danych na ich temat. W związku z tym fakty zwykle szybciej stają się przedmiotem zwierzeń ni emocje. Zawierzanie partnerowi intymnych emocji ju na początku znajomości mo e być przedwczesne i prowadzić do jego negatywnej reakcji. W miarę narastania intymności zwierzenia dotyczące jedynie faktów stają się jednak niewystarczające, a w ustabilizowanych związkach komunikowanie sobie emocji, nie zaś jedynie faktów, ma kluczowe znaczenie dla wysokiej satysfakcji ze związku (Fitzpatrick, 1986). Zwłaszcza mę czyźni nie zawsze rozumieją ten zwierzeniowy "potencjał" emocji, zapewne dlatego, e między sobą częściej rozmawiają o faktach i przedmiotach (czy ideach) ni o ludziach i ich uczuciach. Kobiety, tradycyjnie bardziej zainteresowane ludzkimi uczuciami ni przedmiotami, zdają się nie mieć kłopotów ze zrozumieniem tego faktu, i to one domagają się rozmów o uczuciach. Oczywiście, komunikaty na temat prze ywanych przez nas uczuć wcale nie muszą mieć postaci słownej. Ludzie wykazują du ą trafność w odczytywaniu emocji na podstawie pozasłownych wskaźników, takich jak mimika, pantomimika, ton głosu itd., w przypadku zaś rozbie ności między słowami i pozawerbalnymi wskaźnikami uczuć opierają swoje wnioski o uczuciach głównie na tych ostatnich. Interpretacja dokonywana przez B uzale niona jest od jej własnych celów i oczekiwań, jakie wnosi ona do kontaktu z osobą A. Istotą wszelkiej interpretacji jest „podciąganie" nowo odebranej informacji do tego, co ju znane, a więc do posiadanych doświadczeń, kategorii czy schematów. Oczekiwania osoby B, wywodzące się z jej doświadczeń i schematów, mają więc kluczowe znaczenie dla sposobu, w jaki zrozumie ona zwierzenia osoby A i jak na nie

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

67

zareaguje. Na przykład osoba często odrzucana w przeszłości przez innych mo e potraktować zwierzenia A jako zapowiedź jeszcze jednego upokorzenia (jakie by ją spotkało gdyby sama odpowiedziała zwierzeniem) i stosownie do tego odpowiedzieć wycofaniem się lub odrzuceniem próby podjętej przez A. Reakcja osoby B daje się zwykle opisać w jakichś obiektywnych kategoriach, jednak e decydujące znaczenie dla przebiegu dalszego kontaktu ma to, jak A zinterpretuje tę reakcję i zwrotnie na nią odpowie. Interpretacja osoby A i jej odpowiedź na reakcję B zale ą głównie od trzech własności reakcji osoby B: od tego, czy świadczy ona o zrozumieniu, potwierdzeniu i trosce. Zrozumienie oznacza, e B trafnie odczytała potrzeby, uczucia i problemy zasygnalizowane przez A. Przekonanie osoby A, e została zrozumiana ma oczywiście kluczowe znaczenie - inaczej nie mo e się spodziewać ani właściwej (adekwatnej do problemu), ani pomocnej reakcji ze strony B. Nie mo e te się spodziewać, e uzyska od B potwierdzenie swoich racji czy zasadności swoich emocji i działań. Uzyskiwanie takiego potwierdzenia od innych ludzi jest często jedynym sposobem upewnienia się o własnej słuszności (jak inaczej uzyskać mo na potwierdzenie na przykład tego, e słusznie się na kogoś pogniewaliśmy?). Poszukiwanie takiego potwierdzenia stanowi jeden z głównych powodów wchodzenia w kontakty społeczne. Najchętniej kontaktujemy się więc z ludźmi podobnymi do nas samych, którzy zapewniają większą szansę potwierdzania słuszności, naszej wizji siebie i świata (Schlenker, 1984). Trzeci wa ny wniosek osoby A dotyczy tego, czy B się o nią troszczy, czy nie. Troska taka nie musi oznaczać od razu rozwiązania problemu osoby A, często jest to po prostu niemo liwe, ale oznacza ona uczuciowe zainteresowanie osoby B, a przede wszystkim jej współbrzmienie emocjonalne z osobą A i usiłowanie poprawienia jej stanu emocjonalnego (je eli tego wymaga problem stanowiący przedmiot zwierzenia). Stwierdzenie u B braku zrozumienia, potwierdzenia lub troski prowadzi zwykle do wycofania się osoby A z próby kontaktu czy nawet do całkowitej rejterady. Zwłaszcza gdy B widziana jest jako nie tylko obojętna, ale aktywnie odrzucająca zwierzenia A. Jednak w naszej kulturze dość powszechnie obowiązuje niepisany nakaz, by negatywne komunikaty przedstawiać w formie mocno

68

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zawoalowanej. Dlatego te osoba A niekoniecznie musi takie rozmyte Komunikaty trafnie zinterpretować. Mo e rozstrzygać dwuznaczności na korzyść swych pragnień (tym bardziej, im są one silniejsze) i mimo wszystko powtarzać cały proces. Je eli A uzna, e spotkała się ze zrozumieniem, potwierdzeniem i troską, to zwykle ponawia akt odkrycia się przed B, często na głębszym poziomie intymności. Je eli A słusznie interpretuje zachowanie B jako wyra ające zrozumienie i troskę, osoba B odwzajemnia się swoim własnym zwierzeniem - cykl powtarza się przy zmienionych rolach. Wzajemność ta jest niezbędną podstawą do budowy intymności między dwojgiem ludzi, szczególnie w początkowej fazie znajomości (badania wykazały, e w bardziej ustalonych związkach krótkofalowa wzajemność nie jest ju tak konieczna - Derlega i in., 1976). Jednak naiwnością byłoby sądzić, e osiągany poziom intymności w związku jest prostą funkcją liczby takich rund wzajemnego odkrywania się partnerów przed sobą. Rozwój intymności zale y tak e od pojawienia się zaufania, sympatii i przywiązania (o czym mowa poni ej), a do tego samo zwierzanie się nie wystarcza. Budowanie zaufania Najkrócej mówiąc, zaufanie to „pewność, e ze strony innego człowieka spotka nas raczej to, czego pragniemy, ni to, czego się Obawiamy" (Deutsch, 1973, s. 149). Zaufanie jest więc uogólnionym, pozytywnym oczekiwaniem, e partner będzie starał się troszczyć o nasze dobro i zaspokajać nasze potrzeby zarówno teraz, jak i w przyszłości. Warunkiem koniecznym zaufania jest nabranie przekonania o przewidywalności zachowań partnera. Partner, po którym nie wiadomo, czego się spodziewać, którego kapryśne działania nie poddają się adnym zrozumiałym przez nas regułom, budzi niepewność, lęk i nieufność. (Jednak, paradoksalnie, nieprzewidywalność przynajmniej początkowo mo e nasilać namiętność, poniewa przy du ym stopniu uczuciowego zaanga owania, wywołuje ona silne pobudzenie emocjonalne). Przewidywalność zachowań jest tylko pierwszym krokiem w budowie zaufania. Krok następny to wyjście poza samo zachowanie w kierunku ustalenia pewnych cech partnera, które ukrywają się za jego zachowaniem i sprawiają, e jest

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

69

on godzien zaufania. A więc stwierdzenie, e partner jest człowiekiem uczciwym, odpowiedzialnym, nieegoistycznym i ogólnie rzecz biorąc - „dobrym". Jednak e nawet partner obdarzony tymi wszystkimi cnotami nie musi budzić ufności co do perspektyw naszego z nim związku, dopóki nie nabierzemy przekonania, e on sam skłonny jest troszczyć się o ów związek i zastosować doń wszystkie te swoje cnoty. Dopiero pojawienie się owej wiary w przywiązanie partnera jest uwieńczeniem procesu budowy zaufania. Pojęcie „wiary" pojawia się tu nieprzypadkowo - w istocie adne dotąd okazywane dowody przywiązania i troski nie mogą dać zupełnej pewności, e będą kontynuowane równie w przyszłości, a zaufanie dotyczy przecie głównie przyszłości. Takie rozumienie zaufania posłu yło Remplowi i współpracownikom (1985) do skonstruowania specjalnej mierzącej je skali. Jak widać w tabeli 3., przedstawiającej treść tej Skali Zaufania, składa się ona z trzech podskal. Mierzą one trzy wymienione składniki zaufania (przy czym podskala przewidywalności mierzy głównie przekonanie o nieprzewidywalności zachowań partnera). Tabela 3. Skala Zaufania. Odpowiedzi udzielane są w skali siedmiostopniowej od - 3 (zdecydowanie się nie zgadzam), przez 0 (ani tak, ani nie) do 3 (zdecydowanie się zgadzam). Źródło: Rempel, Holmes i Zanna (1985). Przewidywalność 1. Nigdy nie jestem pewna, czy mój partner nie wyskoczy z czymś, czego nie lubię albo co mnie zmiesza. 2. Mój partner jest bardzo nieprzewidywalny, nigdy nie wiem, co będzie chciał robić następnego dnia. 3. Czuję się mocno niespokojna, kiedy mój partner ma podjąć decyzje mające bezpośredni wpływ na moje ycie. 4. Mój partner zachowuje się w bardzo konsekwentny sposób. 5. Czasami unikam mego partnera, poniewa jest tak nieprzewidywalny, e boję się mimowolnie wywołać konflikt mówiąc coś czy robiąc. Zaufanie 6. Mój partner dowiódł ju , e mo na mu ufać, i pozwalam mu na robienie takich rzeczy, które mogłyby stanowić zagro enie, gdyby robił je ktoś inny.

70

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

7. Stwierdziłam, e mogę całkowicie polegać na moim partnerze, szcze gólnie w sprawach, które są dla mnie wa ne. 8. Jestem pewna, e mój partner nie oszukałby mnie, nawet gdyby miał okazję i pewność, e to się nie wyda. 9. Mogę spokojnie polegać na moim partnerze, e dotrzyma danej mi obietnicy. 10. Pozwalam mojemu partnerowi podejmować za mnie decyzje. Wiara 11. Nawet je eli nie wiem, jak mój partner zareaguje, mogę mu swobodnie powiedzieć o sobie nawet takie rzeczy, których sama się wstydzę. 12. Choć czasy mogą się zmienić, a przyszłość nie jest pewna, wiem, e mój partner zawsze będzie gotów mnie wesprzeć i dodać mi sił. 13. Kiedykolwiek mamy podjąć wa ną decyzję w sytuacji, której jeszcze dotąd nie prze yliśmy, wiem, e mój partner będzie się kierował moim dobrem. 14. Nawet kiedy nie ma jeszcze dowodów na to, i mój partner czymś się ze mną podzieli, i tak jestem pewna, e to zrobi. 15. Kiedy poka ę mojemu partnerowi jakąś swoją słabość, mogę być pewna jego pozytywnej reakcji. 16. Jeszcze zanim zacznę dzielić się jakimś kłopotem z moim partnerem, wiem, e on zareaguje na to w sposób pełen miłości. 17. Kiedy jestem z moim partnerem, czuję się bezpieczna w obliczu nie znanych, nowych sytuacji.

Badania Holmsa i Rempla (1989) wykazują, e tak mierzone zaufanie współwystępuje z zamiłowaniem do umiarkowanego stopnia niezale ności partnerów w związku, choć nie z obronną (krańcową) samowystarczalnością tych osób, które ujawniają lęk przed intymnością. Koreluje te negatywnie z krańcowym pragnieniem intymności, pragnieniem „zlania się w jedno" z partnerem. Tak więc zaufanie nie łączy się ani z krańcowym zapotrzebowaniem na intymność, ani z jej unikaniem. Obie te postawy są zresztą przejawem i sposobem radzenia sobie przez ludzi z nierozwiązanym problemem niepewności w kontakcie z partnerem. Dowodem niepewności jest bowiem nie tylko unikanie zwierzeń. Ich nadmiar równie mo e świadczyć o niepewności, nawet gdy pozory zdają się świadczyć jedynie o otwartości i pewności siebie osoby zwierzającej się w nieco podejrzanym nadmiarze.

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

71

W początkowym stadium związku, kiedy partnerzy dopiero się poznają (a tym, co ich łączy, jest namiętność, jedno- lub obustronna), zaufanie jest niczym więcej, jak naiwnym wyrazem nadziei - zauwa ają Holmes i Rempel (1989). Przypisywanie partnerowi swoich własnych uczuć, ró owe okulary (czy wręcz klapki na oczach), jakie nakłada namiętność, dreszcz nowości przebiegający po plecach podczas pierwszych zwierzeń - wszystko to prowadzi do narastania optymizmu tyle bezzasadnego, co niezbędnego do dalszego rozwoju związku. Wśród par, które właśnie zaczęły ze sobą „chodzić" poziom zaufania jest wysoki i silnie związany z poziomem miłości (La-rzelere i Huston, 1980) - prawdopodobnie dlatego, e zaufanie jest pochodną miłości, nie zaś faktów, które wcią jeszcze nale ą do przyszłości. Wśród par, które są ju powa nie zaanga owane (ale jeszcze nie są mał eństwami), obserwuje się natomiast spadek powiązania poziomu miłości z poziomem zaufania (Driscoll i in., 1972; Dion i Dion, 1976; Larzelere i Huston, 1980). Zapewne dlatego, e zaufanie w ich przypadku ma ju inne źródła ni sama intensywność (własnych) uczuć. Źródła te to fakty, które do tej pory zdą yły się ju pojawić, w szczególności zachowania partnera, które z większym lub mniejszym stopniem pewności pozwalają wnioskować, czy jest on godzien zaufania i czy jest zaanga owany w rozwijający się związek. Liczą się tu takie zachowania, w których działanie na rzecz związku i ukochanej osoby wymaga poświęcenia własnego indywidualnego interesu i/lub zaakceptowania pewnego ryzyka związanego z rozwojem intymności (odkrycie się, zezwolenie drugiej osobie, aby wpływała na nasz los). Najwa niejszym czynnikiem ułatwiającym rozwój zaufania jest wzajemność i ujawnianie przez partnerów jednakowego poziomu tego rodzaju zachowań, co stanowi zabezpieczenie przed wykorzystaniem i jednostronnym wystawieniem się na ewentualne ciosy. Brak takiej wzajemności to najczęstsza przyczyna rozpadu rozwijającego się związku w jego wczesnej fazie (Hill i in., 1976). Wa ne są nie tylko same zachowania partnera, ale i spostrzegane przez nas ich przyczyny. Troska partnera o nasze dobro mo e być interpretowana na co najmniej trzy sposoby. Po pierwsze, moemy uwa ać, e partner zaspokaja nasze potrzeby i troszczy się o nas dlatego, i polepszenie naszego stanu samo przez się sprawia mu przyjemność. Po drugie, mo emy sądzić, e partner robi

72

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

to głównie po to, aby w zamian uzyskać takie dobra, które my osobiście potrafimy zapewnić (wsparcie, poczucie bezpieczeństwa, towarzystwo). Po trzecie wreszcie, e pomaga nam po to, by w zamian uzyskać pewne dobra, które zapewniamy nie tyle my, ile sam fakt pozostawania z nami związku (na przykład pieniądze, presti , znajomości). Jak wykazali Rempel i jego współpracownicy (1985), troskliwość partnera wywołuje du e do niego zaufanie tylko wtedy, kiedy uwa amy, e chodzi mu głównie o nasze dobro, nie zaś o dobra, które on uzyskuje dzięki związkowi naszą osobą. Zaufanie zale y więc od tego, czy troska przejawiana przez partnera jest bezwarunkowa i motywowana tylko jego uczuciem, niezale nie od wszelkich zysków, jakie jesteśmy w stanie mu zapewnić. Najbardziej dobroczynną konsekwencją du ego zaufania do partnera jest nasza skłonność do stałego stosowania zasady domniemania dobrych intencji w stosunku do tego, co mówi i robi. Oznacza to interpretowanie zachowań partnera w sposób nie podwa ający podstawowego zało enia, e mu na nas zale y. Dotyczy to zachowań partnera, które mo na rozumieć na ró ne sposoby, w tym takich, które skądinąd mogłyby świadczyć o jego samolubstwie, zaniedbywaniu nas i braku troski. Uchylający się od domowych obowiązków mą widziany jest przez ufną onę jako fatalnie rozpuszczony przez matkę („Nawet skarpetki mu prała!"), przytłoczony obowiązkami zawodowymi czy z natury leniwy. Ale nie jako ktoś, kto się po prostu nie troszczy o jej dobro. Zaniedbywanie obowiązków domowych mo e być spowodowane którąkolwiek z tych przyczyn, a nawet wszystkimi równocześnie, i trudno dociec, co jest tutaj najwa niejszą czy „obiektywnie prawdziwą" przyczyną. Wa ne jest więc, jakie interpretacje sami partnerzy przyjmują - najczęściej to oni są tu głosicielami obowiązującej prawdy. Dopóki wysokie zaufanie trwa, zasada domniemania dobrych intencji jest stosowana automatycznie i bez namysłu. Dopóki mocno wierzymy w to, e partner nas kocha, nie musimy tego przecie ciągle sprawdzać. Wystarczy, ze to z góry zakładamy. Zało enie owo ma ten dobry skutek, e zachowania wieloznaczne, które nie są ani wyraźnie dobre, ani wyraźnie złe (a takich jest przecie najwięcej na co dzień), równie widziane są jako kolejne dowody przywiązania i troski partnera i umacniają nasze wyjściowe zało enie o jego miłości. Jak wykazują badania Holmsa i Rempla (1989), zupełnie inaczej sprawy się mają w przypadku ludzi obdarzających partnera

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

73

zaufaniem niewielkim. Ci nie zakładają, e partner o nich dba, lecz przeciwnie - aktywnie i świadomie sprawdzają, czy tak faktycznie jest. A raczej, e tak nie jest, poniewa ta właśnie hipoteza ich prześladuje. Zrozumiałe, e podczas takich zabiegów są wyczuleni na wszelkie sygnały negatywne, co ma ten smutny skutek, i znajdują ich więcej, ni znaleźliby bez takiego nastawienia. Codzienny pocałunek na dzień dobry przestaje ju być przejawem uczuć, lecz wydaje się mechanicznym nawykiem. Przesiadywanie do późna w pracy przestaje być sposobem na polepszenie bytu, a staje się wyrazem unikania domowych obowiązków itd. Dalszy ciąg tych rozwa ań nie nale y jednak do tego rozdziału, w którym przecie wcią jeszcze mowa o początkach związku.

Kogo i za co lubimy
Częstość kontaktów
Jednym z najpowszechniej powtarzających się wyników w badaniach nad doborem mał eńskim jest związek między częstością mał eństw a odległością między miejscami zamieszkania mał onków. Najwięcej jest takich mał eństw, w których partnerzy mieszkali blisko siebie przed ślubem (na przykład w Holandii połowa wszystkich mał eństw zawierana jest przez osoby, których miejsca zamieszkania dzieliło nie więcej ni 10 km - de Hoog, 1979), najmniej zaś takich, których partnerzy mieszkali daleko od siebie. Podobnie jest i ze związkami przyjaźni. W pewnym badaniu nad kształtowaniem się wzajemnych sympatii między lokatorami nowego osiedla stwierdzono, e je eli dowolne rodziny miały drzwi wyjściowe w odległości 7 m, bardzo często wskazywały na siebie nawzajem jako na blisko zaprzyjaźnione. Nie działo się tak jednak prawie wcale, kiedy dzieliła je odległość 27 lub więcej metrów (Festinger i in., 1950). Istotna jest jednak nie tyle sama bliskość przestrzenna, ile częstość kontaktów - na przykład rodziny mieszkające jedna nad drugą, a więc w odległości kilkudziesięciu centymetrów, ale mające niewiele okazji do kontaktowania się równie nie nawiązywały przyjaźni. Tak więc du a częstość kontaktów sama przez się budzi sympatię. Prawidłowość ta dotyczy zresztą naszego stosunku nie tylko do innych osób, ale wszelkich obiektów, jak wykazały liczne badania

74

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

nad tzw. zjawiskiem samej ekspozycji. Polegały one na tym, e badanym przedstawiono długie serie obiektów (w ró nych badaniach były to bezsensowne słowa, figury geometryczne, melodie, zdjęcia twarzy ludzkich). Przy tym niektóre obiekty prezentowano tylko raz, inne dwa razy, jeszcze inne - cztery, osiem lub więcej razy. W następnej fazie badania „stare" obiekty mieszano z nowymi, prosząc badanych o wskazanie, które z nich bardziej im się podobają. Z reguły im częściej pokazywany był dowolny obiekt, tym bardziej był lubiany (Zajonc, 1968). Warunkiem występowania tej prawidłowości jest to, aby dany obiekt czy osoba nie budziła niechęci ju od samego początku. Dlaczego wzrost częstości kontaktów z jakąś osobą wywołuje jej lubienie? Dość oczywiste wyjaśnienie odwołuje się do szeroko rozumianych nagród i kar. Koncepcja kar i nagród zakłada, e, ogólnie rzecz biorąc, tym bardziej lubimy jakąś osobę, im częściej nas ona nagradza (tj. dostarcza nam wszelkiego rodzaju doznań przyjemnych), tym bardziej zaś jej nie lubimy, im częściej osoba ta nas karze (dostarcza nam wszelkiego rodzaju doznań nieprzyjemnych). Poniewa w większości kontaktów społecznych doznania pozytywne są znacznie częstsze ni doznania negatywne, im częstsze są kontakty między dwoma dowolnymi osobami, tym więcej mają one okazji, aby się wzajemnie nagradzać, co prowadzi do ich polubienia się. Choć wszystko to prawda, wyjaśnienie w kategoriach kar i nagród jest jednak bezsilne wobec wcale licznych faktów wskazujących na to, e nawet ucią liwe lub negatywne kontakty rodzą lubienie czy przywiązanie, je eli tylko są częste. Dzieci zwykle kochają swoich rodziców, nawet gdy postępowanie tych ostatnich między bajki ka e wło yć opowieści o szczęśliwym dzieciństwie. Podobnie rodzice zwykle kochają swoje nowo narodzone dziecko, a miłość ta wzrasta wraz z upływem czasu, choć przynajmniej przez pierwszych kilka miesięcy swojego ycia dziecko robi rzeczy skądinąd wyłącznie nieprzyjemne, a rodzice odczuwają wielką ulgę dopiero wtedy, gdy dziecko nie robi nic (śpi). Aby więc wyjaśnić wzrost lubienia wskutek samej częstości kontaktów, nale y odwołać się do innych pojęć ni tylko same kary i nagrody. Takim pojęciem jest na przykład usuwanie niepewności. Wszelkie nowe obiekty budzą naszą niepewność, i to tym bardziej, im bardziej są one aktywne. Ju choćby z tego powodu nowi dla nas ludzie budzą niepewność stosunkowo największą. Oczywiście,

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

75

jest ona redukowana w miarę wzrostu częstości kontaktowania się z nimi - coraz lepiej orientujemy się, czego po kim mo emy się spodziewać. I nawet kiedy dowiadujemy się, e niczego dobrego, to sam fakt, i jednak wiemy, co to będzie, poprawia nasze samopoczucie (i nasz stosunek do często spotykanych osób). Drugim istotnym dla tych rozwa ań pojęciem jest responsywność: partner jest responsywny w kontakcie o tyle, o ile to, co mówi i robi, stanowi odpowiedź (respons) na nasze własne działania. Responsywność partnera jest tym większa, im większa jest szansa, e odpowie on na nasze próby komunikowania się z nim, im więcej jego działań stanowi odpowiedź na nasze własne uprzednie działania oraz im bardziej rozbudowane są jego komunikaty (Davis, 1982). Partnerzy responsywni są na ogół bardziej lubiani, a brak responsywności, stanowiący po prostu wyraz obojętności, jest problemem nękającym nieudane mał eństwa, jakkolwiek nie pojawia się w mał eństwach udanych (Koren i in., 1980). Warto te zauwa yć, e tak rozumiana responsywność jest w zasadzie jedyną nagrodą, jakiej dostarczyć mo e noworodek czy niemowlę swoim rodzicom. Responsywność stanowi oczywiście wstępny warunek uzyskiwania od partnera ró nych dóbr (nieresponsywnego partnera trudno do czegokolwiek namówić czy coś od niego uzyskać). Jednak równie sama w sobie jest ona po ądana, nawet je eli nie stanowi środka do uzyskiwania innych korzyści. Stanowi na przykład potwierdzenie naszej zdolności do wpływania na przebieg wydarzeń, umo liwiając powstanie naszego poczucia kontroli nad tym, co się dzieje, oraz przekonania o skuteczności naszych własnych działań. Ludzie pragną być zauwa eni przez innych. Brak reakcji bywa bardziej bolesny od krytyki nie tylko dla artystów (jak to poświadczają dziesiątki anegdot), ale tak e - na przykład - dla dzieci w wieku szkolnym, których niewłaściwe zachowania często szybciej zanikają, kiedy nikt nie zwraca na nie uwagi, ni wtedy, kiedy są karane przez dorosłych (Patterson i in., 1972). Zalety partnera Lubimy ludzi charakteryzujących się cechami, które dają się lubić: yczliwych, towarzyskich, uczciwych, inteligentnych, o wysokim presti u i du ych umiejętnościach społecznych, a więc takich, którzy wiedzą, jak się zachować, i są wra liwi na potrzeby innych.

76

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Dziesiątki, jeśli nie setki badań dowodzą, e ocena człowieka jest tym bardziej pozytywna, im bardziej dodatnie, średnio rzecz biorąc, są posiadane przezeń cechy (Anderson, 1981). Teza o roli zalet partnera jest banalna, chocia komplikuje ją kilka dalszych zale ności. Po pierwsze, lubienie partnera zale y nie tylko od jego zalet, lecz tak e od wad, a wady i zalety nie są swoim lustrzanym odbiciem, wady bowiem odgrywają wa niejszą rolę ni zalety. Miriam Rodin (1978) zaproponowała koncepcję, w myśl której lubienie i nielubienie opierają się na zupełnie odmiennych kryteriach, które w dodatku mają niejednakową funkcję. Początkowym testem, jaki przejść musi nowo poznana osoba, jest niespełnienie kryteriów odrzucenia, to znaczy nie mo e mieć cech, których nie znosimy. Je eli nie znosimy ludzi mrukliwych albo nerwowo chichoczących po ka dym zdaniu, to nowo napotkana osoba, która jest mrukiem albo chichotką, zostaje przez nas odrzucona. Nawet je eli nie znielubimy tej osoby, unikamy dalszych z nią kontaktów, niezale nie od jej ewentualnych zalet, i jest du a szansa, e zalet tych w ogóle nigdy nie poznamy z powodu braku takich dalszych kontaktów. Jednak e osoba, która przejdzie ten pierwszy test, nie musi tym samym zostać polubiona. To, e ktoś nie chichocze po ka dym zdaniu, nie sprawia jeszcze, i go polubimy - natomiast pod tym warunkiem skłonni jesteśmy przymierzać tę osobę do naszych kryteriów lubienia. Je eli je spełni, zyska sobie naszą sympatię, przynajmniej do czasu, dopóki nie wykryjemy w niej czegoś, czego nie znosimy. Pomimo swej prostoty koncepcja ta pozwala zrozumieć szereg interesujących faktów. Na przykład łatwiej jest znaleźć u nie lubianej osoby zdecydowaną zaletę ni u osoby lubianej zdecydowaną wadę, co ka dy mo e sprawdzić na własny u ytek. (Wystarczy pomyśleć o jakiejś lubianej osobie i o jej najwa niejszych zaletach, na przykład e jest serdeczna, i zastanowić się nad tym, czy zna się jakieś nie lubiane osoby, które tę zaletę równie mają. Większość ludzi znajduje kogoś takiego bez trudu. Ciąg dalszy polega na tym, aby pomyśleć o jakiejś nie lubianej osobie i o jej najwa niejszych wadach, na przykład e jest zawistna, i zastanowić się tym razem nad tym, czy zna się jakieś lubiane osoby, które mają tę wadę. Większość ludzi nie jest w stanie znaleźć takiej osoby).

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

77

Wady człowieka odgrywają zwykle bardziej decydującą rolę ni jego zalety. Wykrycie u innej osoby jakiejś wa nej wady likwiduje dobroczynne skutki jej zalet. Jednak wykrycie jej zalet nie wyrównuje posiadanych przez nią wad - tak jak przesolona zupa nie nadaje się do jedzenia niezale nie od dowolnej liczby swoich innych walorów smakowych. Tego niejednakowego oddziaływania wad i zalet dowodzą dziesiątki badań wskazujących na to, e w swoich ocenach ludzi znacznie bardziej ulegamy informacjom negatywnym ni pozytywnym (por. przegląd tych badań u Czapińskiego, 1988). Na przykład w jednym z badań nad wpływem pozytywnych i negatywnych zachowań na ocenę człowieka stwierdzono, e pozytywny efekt zachowania moralnego był całkowicie likwidowany przez pojawienie się zaledwie jednego zachowania niemoralnego (ogólna ocena wykonawcy zachowań była negatywna). Natomiast całkowita likwidacja efektu jednego zachowania niemoralnego wymagała informacji o a dziesięciu zachowaniach moralnych tej samej osoby (dopiero wtedy ocena stawała się neutralna - Brycz i Wojciszke, 1992). Zwa my te , e wykrycie wady ma bardziej nieodwracalne skutki ni wykrycie zalety. Po stwierdzeniu wa nej wady wycofujemy się z kontaktów z daną osobą, uniemo liwiając sobie wykrycie jej ewentualnych zalet, podczas gdy dostrze enie zalet nie przeszkadza późniejszemu wykryciu wad. Wyjątkiem od tej ostatniej reguły jest jednak sytuacja, kiedy „stwierdzenie zalet" oznacza powstanie namiętności, ta bowiem prowadzi do idealizacji partnera i ślepoty (do czasu) na jego wady. Druga komplikacja oczywistej tezy o wpływie zalet partnera na lubienie jego osoby wią e się z faktem, e to, co stanowi zaletę, a co wadą partnera, zale y w pewnym stopniu od nas samych. Ogólnie rzeez biorąc im bardziej sądzimy, e sami posiadamy jakieś cechy, tym wy ej je cenimy (Wojciszke, 1986) i uwa amy za cechy ogólnie wa ne (Lewicki, 1983). Nic więc dziwnego, e jednym z najsilniejszych wyznaczników sympatyczności innego człowieka jest jego podobieństwo do nas samych, szczególnie je eli mamy wysoką samoocenę i jeśli podobieństwo dotyczy cech, które są przez nas uwa ane za pozytywne. W taki sposób podobieństwo oddziałuje właściwie pod ka dym względem - od światopoglądu do kibicowania tej samej dru ynie piłkarskiej. Jednak najsilniej działa podobieństwo poglądów, postaw i opinii. Im bardziej podobne są

78

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

poglądy partnera do naszych własnych, tym bardziej go oczywiście lubimy (Byrne, 1971). Trafność wielu opinii mo na sprawdzić na podstawie obiektywnych danych (Kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Jaka gazeta sprzedaje się w Polsce najlepiej?). Jednak e większości tych opinii, które dla ludzi są naprawdę wa ne, nie sposób sprawdzić opierając się na jakichkolwiek faktach, dotyczą one bowiem nie faktów, lecz wartości (za czy przeciw aborcji?) bądź upodobań (kupować „NIE" Urbana czy nie?). W przypadku tych opinii jedynym sprawdzianem i gwarancją ich słuszności staje się wsparcie innych ludzi. Niewiele jest przyjemności większych od posiadania racji, tote lubimy podobnych do nas ludzi, którzy nam tej przyjemności dostarczają poprzez wyznawanie tych samych poglądów. Słuszności tego rozumowania dowodzi na przykład to, e podobieństwo w zakresie wartości i/lub upodobań budzi większą sympatię do partnera ni podobieństwo jego poglądów dotyczących sprawdzalnych faktów (Byrne i in., 1966). Podobną wymowę ma równie to, e wynikające z podobieństwa lubienie jest tym silniejsze, im mniej pewni jesteśmy swoich własnych poglądów, a więc im bardziej jest nam potrzebne społeczne ich wsparcie. „Podobny" znaczy więc zarówno tyle co „pozytywny" (w odniesieniu do cech), jak i „słuszny" (w odniesieniu do poglądów). Trzeci powód, dla którego podobieństwo budzi sympatię, wią e się z naszym oczekiwaniem, e ludzie podobni do nas będą nas tak e lubili. Poniewa ludzkie sympatie i antypatie bardzo silnie rządzą się zasadą wza~ jemności, oczekiwanie, e ktoś (podobny) będzie nas lubić, samo przez się rodzi sympatię do niego. Dowodzą tego badania, w których niezale nie manipulowano stopniem podobieństwa partnera do badanej osoby oraz tym, czy lubił tę osobę, czy te nie. Kiedy badany nie wiedział, czy partner go lubi, czy nie, lubił partnera tym bardziej, im bardziej ten był do niego podobny. Kiedy jednak badany dowiadywał się wprost, e tamten go lubi bądź nie znosi, podobieństwo poglądów przestawało działać i badany reagował sympatią na partnera, który go lubił, antypatią zaś na partnera, który go nie lubił (Aronson i Worchel, 1966). Tak więc najwa niejszą zaletą innych jest.., ich podobieństwo do nas samych i to, e oni nas lubią! Jeszcze jedną cokolwiek podejrzaną cnotą, którą ludzie niezwykle często kierują się w swoich sympatiach i antypatiach, jest

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

79

wygląd fizyczny. W poprzednim rozdziale przytoczyłem dane wskazujące, e atrakcyjność fizyczna jest praktycznie jedyną cechą człowieka decydującą o tym, e płeć przeciwna pała doń namiętnością. Wpływ atrakcyjności fizycznej daleko jednak wykracza poza kontekst erotyczny. Ludzie ładni są po prostu generalnie bardziej lubiani i lepiej traktowani przez innych ni ju i tak pokrzywdzone przez los osoby brzydkie. W szczególności (jak przekonują liczne dane zebrane przez Hatfield i Sprecher, 1986) osoby ładne, w przeciwieństwie do brzydkich: - spostrzegane są jako charakteryzujące się szeregiem zalet du cha sprzyjających ich lubieniu, takich jak serdeczność, przyjazność, wra liwość, zrównowa enie, towarzyskość, bycie miłym i interesującym; - uwa ane są za szczęśliwsze i mające większe szanse na szczę ście w przyszłości; - jako dzieci w szkole podstawowej uzyskują lepsze stopnie i są uwa ane przez nauczycieli za mądrzejsze, grzeczniejsze oraz rokujące większe nadzieje na przyszłość; - zarówno jako dzieci, jak i jako dorośli lepiej są traktowane przez bliźnich: częściej spotykają się z yczliwością, zachętą i wsparciem innych, ich kontakty społeczne są więc na ogół bardziej satysfakcjonujące; - obcią ane są mniejszą odpowiedzialnością za swoje naganne uczynki (z wyjątkiem sytuacji, kiedy ich uroda jest „instru mentem" ułatwiającym ich popełnienie, jak to się dzieje na przykład przy wyłudzaniu czegoś od innych); - częściej uzyskują pomoc innych, choć rzadziej są o nią proszone; - je eli są mę czyznami, zaczynają pracę od wy szej pensji i wy ej zachodzą w karierze zawodowej; - je eli są kobietami, częściej i szybciej wychodzą za mą i w do datku za lepiej zarabiających i wykształconych mę czyzn; - mają więcej do powiedzenia we własnym mał eństwie ni ich partnerzy. Wszystko to jest mocno niesprawiedliwe, poniewa obiektywne pomiary ró nych cech osobowościowych wykazują brak rzeczywistych ró nic między osobami ładnymi i brzydkimi. Z jednym wyjątkiem, którym są umiejętności społeczne: osoby fizycznie atrakcyjne

80

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

są śmielsze i skuteczniejsze w kontaktach społecznych, łatwiej je nawiązują i lepiej potrafią dbać o ich sprawny czy przyjemny przebieg. Nie jest to zaskoczeniem, zwa ywszy generalnie bardziej pozytywny charakter ich doświadczeń społecznych. Ale te i nie jest zaskoczeniem, e osoby te są bardziej lubiane, poniewa o lubieniu człowieka bardziej decyduje sposób jego zachowania ni inne, trudniej zauwa alne cechy. Ostatnia wreszcie komplikacja oddziaływania cnót na lubienie przez nas ich posiadacza polega na tym, e cnoty kogoś, z kim jesteśmy związani, mogą zarówno podnosić, jak i obni ać naszą własną wartość w naszych i cudzych oczach. Po pierwsze, mo emy pławić się w cudzej chwale, a przynajmniej uszczknąć z niej trochę dla siebie. Mo emy na przykład podkreślać, e jesteśmy na ty z jednym z byłych ministrów (co nie jest takie trudne, zwa ywszy liczbę byłych ministrów), albo te uwypuklać zawodowe sukcesy ony (co jednak jest ju nieco trudniejsze, jako e liczba sukcesów w naszym kraju jest ostatnio zbli ona do liczby byłych ministrów). Dajemy w ten sposób do zrozumienia, e i my sami musimy mieć zalety nie lada. Po drugie, z powodu porównań z posiadaczem cnót mo emy sami wypadać raczej mizernie, a w ka dym razie gorzej, ni gdybyśmy z nim nie byli w aden sposób związani i porównywani. Skoro on potrafi być byłym ministrem (a siedzieliśmy przecie w jednej ławce), a ona odnosi sukcesy zawodowe (a przecie kończyliśmy te same studia), dlaczego ja tego nie umiem zrobić? Wartość własnej osoby jest dla człowieka zwykle wartością naj cenniejszą - nawet je eli źle o sobie myślimy, to i tak chcielibyśmy móc myśleć dobrze. Dlatego te nawet i cudze zalety będą nas nakłaniać do sympatii bądź antypatii dla ich posiadacza w zale ności od wpływu wywieranego przez owe zalety na poczucie naszej własnej wartości. Seria interesujących badań Tessera (1986) przekonuje, e pławienie się w cudzej chwale występuje wtedy, kiedy cudze zalety dotyczą spraw, co do których sami jesteśmy pozbawieni aspiracji, czy te dziedziny, w której sukcesy nie mają znaczenia dla określenia tego, kim jesteśmy i jaka jest nasza własna wartość. Je eli sami nie mamy ambicji politycznych, sukcesy przyjaciela w tej dziedzinie nie tylko nam niczego nie zabierają, lecz nawet przydają nam chwały - tym bardziej, im bli szy jest nam ów przyjaciel. W tej

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

81

sytuacji skłonni jesteśmy podkreślać swój związek z owym przyjacielem i cieszyć się jego sukcesami, a w konsekwencji bardziej go lubić. Je eli jednak sami mamy aspiracje w danej dziedzinie, to cudze sukcesy zagra ają naszemu własnemu poczuciu wartości - tym silniej, im bardziej jesteśmy z tym „człowiekiem sukcesu" związani. Zakładając hipotetycznie, e pozostały nam jeszcze jakieś aspiracje zawodowe, sukcesy ony na tym polu mogą być dla nas dość nieprzyjemne, co prowadzić mo e do naszej antypatii nie tylko w stosunku do sukcesów, ale i ony. Koncepcja ta wyjaśnia, dlaczego, zgodnie z tradycją, sukcesy zawodowe mę ów bardziej cieszą ich ony, ni sukcesy on cieszą ich mę ów. W tradycyjnym układzie ról bowiem to właśnie mę owie mocniej opierają własną samoocenę na sukcesach zawodowych. Postępująca emancypacja kobiet, prowadząca do wzrostu ich własnych aspiracji zawodowych, mo e więc sprawić, e ju nikt nie będzie się cieszył z sukcesów współmał onka. Jedynym wyjściem wydaje się włączenie przez mę czyzn sukcesów wychowawczo-ro-dzinnych w definicję własnej wartości, co zresztą współcześnie ma miejsce, jak przekonują badania socjologiczne (albo te porzucenie myśli o wszelkich sukcesach, co oby miejsca nie miało). Podsumowując, jakkolwiek prawdą jest, e cnoty i zalety partnera podnoszą naszą dlań sympatię, zale ność ta nie jest ani bezwarunkowa, ani bezwyjątkowa. Jednak większość tych ograniczeń nie występuje jeszcze w początkowych fazach znajomości, a szczególnie w fazie romantycznych początków (co nie znaczy, e nie pojawią się one później). Najwa niejsze jednak w tym wszystkim jest to, e sami jesteśmy do pewnego stopnia twórcami zalet partnera (podobieństwo!) i po części właśnie dlatego romantyczne początki są naprawdę przyjemną fazą związku. Przysługi Zdrowy rozsądek (i myślenie w kategoriach kar i nagród) podpowiada, e im więcej ktoś nam oddaje przysług, tym bardziej go lubimy oraz e im więcej wyrządza nam szkód, tym bardziej jest według nas antypatyczny. Nie sposób nie zgodzić się z drugą częścią tego stwierdzenia. Jednak część pierwsza, o pozytywnej roli przysług, obowiązuje jedynie w mocno ograniczonym zakresie. Nie bez powodu chińskie powiedzenie zapytuje: „Dlaczego mnie nienawidzisz? Przecie nigdy ci nie pomogłem!" Co najmniej trzy względy

82

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

decydują o tym, e wyświadczanie komuś przysług jest zawodną drogą pozyskiwania jego sympatii. Po pierwsze, poniewa w naszej (i w ka dej innej) kulturze bardzo silnie obowiązuje niepisana norma wzajemności, oddawanie przysługi zobowiązuje jej odbiorcę do odpłaty tą samą monetą. Na przykład w pewnym badaniu a 93% osób spełniało niewielką prośbę człowieka, który nieco wcześniej wyświadczył im, nie proszony, drobną przysługę (przyniósł coca-colę podczas wspólnego uczestnictwa w eksperymencie - Brehm i Cole, 1966). Jednak e właśnie z powodu tej normy przysługa mo e być odczuwana głównie jako nieprzyjemna presja ze strony wyświadczającego ją człowieka. Prowadzi to do niechęci, oporu (jak ka de ograniczenie swobody wyboru) i w rezultacie do znielubienia tego człowieka. W zacytowanym badaniu eksperymentatorzy wzbudzali u części badanych wątpliwości co do ich własnej wartości - doprowadziło to do znacznego spadku częstości odwzajemniania przysługi (tylko 13% spełniło prośbę). Kłopoty z samym sobą z pewnością nie są jedynym powodem, dla którego przysługi mogą być odczuwane głównie jako przymus wzajemności. Podobnie odczuwać będziemy przysługi kogoś, kogo nie lubimy, z kim nie chcemy się zadawać itd. Po drugie, poniewa wszyscy wiemy, e przysługi mogą rodzić sympatię do ich sprawcy, odbiorca przysługi mo e łacno dojść do wniosku, i uzyskanie tej właśnie sympatii jest jedynym powodem działań sprawcy. Miast być widziany jako miły i bezinteresowny, sprawca przysług zaczyna być postrzegany jako lizus i manipulant, co budzi, rzecz jasna, antypatię. Dzieje się tak oczywiście tym częściej, im bardziej odbiorca przysługi widzi siebie jako dysponenta jakichś dóbr stanowiących przedmiot po ądania sprawcy, nawet jeeli nikt poza odbiorcą tak nie uwa a. Po trzecie wreszcie, niektóre przysługi mogą być obraźliwe, bolesne lub poni ające dla ich odbiorcy, sugerują bowiem, e nie jest on w stanie sam sobie poradzić albo e godzien jest litości i opieki, niczym dziecko specjalnej troski. W najgorszym zaś przypadku przysługa mo e być tej wielkości bądź rodzaju, e nie pozostawia odbiorcy mo liwości stosownego odwdzięczenia się. To mo e z kolei prowadzić do ró nych negatywnych emocji odbiorcy, związanych z zagro eniem jego poczucia własnej wartości lub z zaburzeniem porządku jego obrazu świata jako miejsca, w którym przestała ju obowiązywać reguła wzajemności. Choć tego rodzaju

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

83

zaburzenie mo e wydawać się zbyt abstrakcyjne, aby budzić emocje, wiele badań psychologicznych pokazuje, e zaburzenie ustalonego porządku jest dla człowieka zagra ające, nawet je eli skądinąd jest przyjemne. Cudze przysługi są więc z natury swej dwuznaczne (w przeciwieństwie do szkód, jakie wyrządzają nam inni - tu zwykle nie mamy wątpliwości). Aby ich sprawca zyskiwał naszą sympatię, musimy je więc ujednoznacznić w pozytywnym kierunku. Na szczęście dla osób znajdujących się w fazie romantycznych początków nie jest to trudne, je eli zdą yły one ju wykształcić taki poziom wzajemnego zaufania, e interpretując zachowania partnera stosują zasadę domniemania dobrych intencji, o której była ju wcześniej mowa. Interesujące jest to e, własne przysługi wyświadczane przez człowieka są dlań o wiele bardziej jednoznaczne ni przysługi cudze. Mniej mamy przecie wątpliwości co do czystości własnych motywów ni cudzych. Dlatego te , chcąc zyskać czyjąś sympatię, to
nie my powinniśmy danej osobie wyświadczać przysługi, lecz raczej subtelnie nakłonić ją do tego, aby to ona nam oddała przysługę. Jak

mowa o tym dokładniej w rozdziale 6., wysiłek wymaga uzasadnienia. Ka dy pragnie myśleć o sobie, e jest rozsądny przynajmniej na tyle, i nie robi rzeczy bez sensu, a więc niczym nie uzasadnionych. Je eli ponoszonemu wysiłkowi nie towarzyszy adne wystarczające do jego uzasadnienia wyjaśnienie zewnętrzne (na przykład wyraźna czy powtarzana prośba), wówczas osoba, która wysiłek podejmuje, szuka dlań uzasadnienia we własnych pragnieniach i upodobaniach. Ktoś, kto wyświadcza nam przysługę, a kogo wcale do tego nie nakłanialiśmy, będzie sądził, e czyni tak, poniewa nas lubi. Na zasadzie „Dlaczego to dla niego robię? A bo to taki sympatyczny facet!" (jak przekonuje w swojej znakomitej ksią ce Aronson, 1978, a co wykazali na przykład Jecker i Landy, 1969). Komplementy Wiele badań dowodzi, e osoby, które człowieka chwalą i pozytywnie go oceniają, są przezeń bardziej lubiane od osób, które go ganią bądź pozostają neutralne, co zresztą jest zwykle traktowane raczej jako brak pochwał ni jako brak nagan (Mette i Aronson, 1974). Aby dojść do tak odkrywczego wniosku, zapewne nie warto byłoby przeprowadzać specjalnych badań, gdyby nie to, e wska-

84

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zały one te warunki, jakie muszą być spełnione, aby pochlebstwa były skuteczne. Warunek pierwszy jest taki, e osoba komplementowana musi być niepewna własnej wartości albo ogólnie, albo przynajmniej w dziedzinie, której komplement dotyczy (Dittes, 1959). Osoby o wysokiej samoocenie, a więc przekonane o swojej wartości, niezbyt się przejmują tym, co inni o nich myślą. Ich entuzjazm w odpowiedzi na cudze pochwały jest równie niewielki, jak niechęć w odpowiedzi na cudze przygany. Inaczej to wygląda w przypadku ludzi o niskiej samoocenie, którzy silnie odpowiadają (lubieniem) na akceptację i jeszcze silniej (nielubieniem) na odrzucenie przez innych. Takie osoby są nie tyle raz na zawsze przekonane o własnej bezwartościowości (takie przekonanie jest charakterystyczne raczej dla ludzi chorych na depresję), ile niepewne swej wartości. Uwa ają, e to czy tamto jest z nimi nie w porządku, ale kołacze w nich nadzieja, e to jednak nieprawda. Dlatego te , skwapliwie odpowiadają na sympatię innych, większą od tej, na którą swoim własnym zdaniem zasługują, poniewa koi ona (na krótko) ich niepewność. A w związku z tym, e są zaniepokojeni kwestią własnej wartości, silniej reagują na objawy obojętności czy niechęci, które odczuwają tym dotkliwiej, i potwierdzają one ich najgorsze obawy. Ten wzorzec zale ności uzyskiwano na tyle często w ró nych badaniach, e wynika stąd jasna reguła dla pochlebców: je eli ju musisz być pochlebcą, to kieruj swoje pachlebstwa pod adresem takich cech komplementowanej osoby, co da których nie jest ona pewna, e je ma, a ty jesteś pewien, e mieć by chciała. Pierwszym zadaniem pochlebcy jest więc znalezienie takich właściwości - jest to trudne, ale wykonalne. Rzecz jasna, nie warto zachwycać się ani inteligencją laureatki Nagrody Nobla, ani urodą Miss Europy - obie co najwy ej wzruszą ramionami na prawienie takich banałów. Problem jednak w tym, e zachwycanie się na odwrót - urodą laureatki i inteligencją Miss - równie mo e być zabiegiem cokolwiek ryzykownym. Wią e się to z drugim zadaniem pochlebcy: pochlebstwo, aby było skuteczne, musi być wiarygodne, a w ka dym razie nie powinno na pochlebstwo wyglądać. Gdy pochlebca przesadzi, gdy jest oczywiste, e odbiorca komplementu posiada komplementowane cechy, albo kiedy los pochlebcy zale y od odbiorcy komplementu, pochlebstwa tracą swą moc albo te przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych.

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

85

Czy mo na rozwiązać ten drugi problem pochlebcy i sprawić, aby komplementy przestały na pochlebstwo wyglądać? Istniejące dane sugerują, e przynajmniej jeden sposób jest skuteczny - osoba komplementowana powinna pochlebną opinię o sobie raczej podsłuchać ni być jawnym i zamierzonym jej odbiorcą (Wal-ster i Festinger, 1962). Prawdopodobnie skuteczne jest równie posłu enie się osobą trzecią, wiarygodną dla odbiorcy, i „nadanie" komplementu za jej pośrednictwem - przynajmniej jeśli wierzyć powieściom francuskich libertynów (na przykład de Laclosa). Jednak najskuteczniejszym, choć nie zawsze wykonalnym sposobem jest po prostu samemu w pochlebstwo mocno uwierzyć. Casanova (któremu trudno odmówić kompetencji w omawianej materii, jakkolwiek nie przeprowadzał on kontrolowanych eksperymentów laboratoryjnych) twierdzi w swoich pamiętnikach, e ka dą kobietę mo na zdobyć, o ile samemu uwierzy się w jej boskość. Zwa ywszy wspomnianą ju poprzednio koncepcję uzasadniania własnego wysiłku, pochlebca, który solidnie się przy swoich komplementach napracował, nie powinien z tym mieć trudności. Porzucając jednak libertyńskie figle, a wracając do meritum sprawy, czyli do fazy romantycznych początków, twierdzić mo na, e zakochani zwykle nie mają trudności w przekonaniu partnerów do swoich komplementów, jako e sami autentycznie w nie wierzą. Jednym z podstawowych przejawów (i zapewne niezbędnych warunków) miłości namiętnej jest bowiem przekonanie o tym, e partner jest uosobieniem wszelkich cnót. Zasadność zadań pochlebcy poddać mo na w wątpliwość - gołym okiem widać przecie bezwstydny zachwyt, z jakim ludzie wysłuchują nawet najbardziej niewiarygodnych komplementów pod własnym adresem! Otó to: ludzie lubią komplementy, ale niekoniecznie osobę, która je wygłasza. Pochlebca zostanie polubiony jedynie pod warunkiem, e prawidłowo rozwią e swoje zadania. Najlepszym wyjściem jest w komplementy uwierzyć, poniewa wtedy przestają one być pochlebstwami, a stają się po prostu wyrazem rzeczywistych uczuć.

Przywiązanie
Częste przebywanie razem i odkrywanie się partnerów przed sobą nawzajem prowadzi nie tylko do ich polubienia się i rozwoju

86

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zaufania, ale tak e do czegoś znacznie wa niejszego i bardziej wyjątkowego - do ich wzajemnego przywiązania. Pierwowzorem przywiązania jest stosunek małego dziecka do matki czy innej opiekującej się nim na stałe osoby. U małych dzieci obserwuje się bardzo charakterystyczną kolejność reakcji na rozłączenie z matką. W pierwszej fazie jest to protest wyra ający się płaczem, aktywnym poszukiwaniem matki i oporem przeciwko próbom niesienia ukojenia przez inne osoby. Dalej następuje rozpacz wyra ająca się bierną rezygnacją połączoną z głuchym, dojmującym smutkiem. Wreszcie następuje faza negacji przywiązania wyra ająca się paradoksalnym ignorowaniem matki i jej unikaniem, kiedy się ona ju na powrót pojawi. Du a stałość tego ciągu reakcji u ró nych dzieci, a tak e fakt, e przynajmniej dwie pierwsze jego fazy obserwowane są tak e u dzieci małp, skłoniła badaczy do twierdzenia, e przywiązanie emocjonalne stanowi wrodzony system reakcji. Biologiczną funkcją przywiązania jest utrzymanie pierwotnego opiekuna i dziecka razem, a więc ochrona dziecka przed ró nymi niebezpieczeństwami groącymi jego przetrwaniu (Bowlby, 1969, 1979). Przywiązanie jest oczywiście jednym z wielu systemów reagowania, które zostały w nas wbudowane w trakcie ewolucji, obok takich, jak opiekowanie się, stowarzyszanie się z innymi, eksploracja otoczenia itd. Jest to jednak system o znaczeniu podstawowym, o czym świadczy fakt, e jego włączenie powoduje całkowite wy łączenie większości innych systemów. Na przykład małe dziecko w obecności matki jest zwykle zainteresowane eksploracją (po znawaniem) otoczenia, wykształcaniem nowych umiejętności czy kontaktowaniem się z pozostałymi członkami rodziny oraz innymi ludźmi. Dziecko u ywa przy tym matki jako swojej „bezpiecznej bazy" - oddala się od niej tylko na chwilę, po pewnym czasie po wraca upewniając się, e matka nadal jest i reaguje na jego obec ność, po czym znów bada otoczenie, znów wraca niczym uwiązane na gumce itd. Kiedy jednak matka znika, dziecko przestaje się in teresować otoczeniem, innymi ludźmi, uśmiechać się, bawić, a sku pia się wyłącznie na odzyskaniu matki i fizycznego z nią kontaktu (faza protestu). Odzyskanie bliskiego fizycznego kontaktu z matką powoduje z wolna zanik protestu. Dziecko na powrót zaczyna się uśmiechać, poznawać otoczenie, dzielić się swoimi odkryciami i za bawkami z matką, przejawiać ywe zainteresowanie innymi ludźmi i światem w ogólności. W początkowym okresie ycia zaspokojenie

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

87

przywiązania jest więc podstawą szczęścia, poczucia bezpieczeństwa i zaufania we własne siły. Po przekroczeniu trzeciego roku ycia ten system reakcji na matkę zaczyna słabnąć i przybierać mniej dziecinne formy. Samo zapotrzebowanie na przywiązanie nie zanika jednak i nowym obiektem przywiązania, ju w dorosłym yciu, staję się ukochana osoba. Świadczą o tym przede wszystkim uderzające podobieństwa między reagowaniem dziecka na matkę, a reagowaniem dorosłego człowieka na ukochaną osobę. Podobieństw tych jest tak wiele i idą one tak daleko, e nie sposób się oprzeć wra eniu, i mamy tu do czynienia nie z uproszczoną analogią, lecz z bardzo podobnym procesem. A oto najwa niejsze podobieństwa (Shaver i in., 1988, ss. 74-75): 1. Przywiązanie: ukształtowanie się i jakość przywiązania zale y od matczynej wra liwości i responsywności (skłonności do re agowania własnym zachowaniem na zachowanie dziecka). Mi łość związana jest z po ądaniem zainteresowania i wzajemno ści ukochanej osoby. 2. Przywiązanie: matka dostarcza dziecku bezpiecznej bazy, w jej obecności dziecko jest bardziej pewne siebie, lepiej znosi stresy, mniej boi się obcych. Miłość: rzeczywista lub wyobra ona wzajemność sprawia, e czujemy się bezpieczniej, pew niej, bardziej optymistycznie, stajemy się bardziej towarzyscy i milsi dla innych. 3. Przywiązanie wyra a się w poszukiwaniu fizycznego kontaktu, tuleniu, obejmowaniu, dotykaniu, pieszczeniu, całowaniu, ko łysaniu w ramionach, śmiechu i płaczu, podą aniu za matką. Miłość wyra a się w poszukiwaniu fizycznego kontaktu, tule niu, obejmowaniu, dotykaniu, pieszczeniu, całowaniu, kołysa niu w ramionach, śmiechu i płaczu, lęku przed rozstaniem z ukochaną osobą. 4. Przywiązanie: zniknięcie matki lub jej niewra liwość powoduje napięcie, koncentrację na wysiłkach zmierzających do jej od zyskania i brak zainteresowania otoczeniem; płacz i smutek pojawia się wtedy, gdy odzyskanie matki jest niemo liwe. Mi łość: odrzucenie bądź obojętność ze strony ukochanej osoby powoduje napięcie, koncentrację na odzyskaniu jej zaintere sowania i niemo ność skupienia się na czymkolwiek innym; gdy odzyskanie jej zainteresowania jest niemo liwe, równie pojawia się płacz i smutek.

88

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

5. Przywiązanie: ponowne połączenie się z matką wywołuje śmiech i radosne gaworzenie, podskoki, wyciąganie rąk w górę aby być wziętym na ręce, przytulanie się. Miłość: połączenie z ukochaną osobą (bądź usunięcie wątpliwości co do jej wza jemności) wywołuje radość, przytulanie się itd. 6. Przywiązanie: w przypadku stresu, strachu lub choroby dziecko poszukuje fizycznego kontaktu z matką. Miłość: w przypadku stresu, strachu lub choroby poszukujemy kontaktu i ukojenia u ukochanej osoby. 7. Przywiązanie: choć dziecko mo e być przywiązane do kilku osób, zwykle tylko jedna pozostaje osobą najwa niejszą. Mi łość: choć wielu dorosłych uwa a, e kocha lub mogłoby kochać więcej ni jedną osobę, intensywna miłość pojawia się przewa nie tylko w odniesieniu do jednej osoby w danym czasie. 8. Przywiązanie: do pewnego momentu rozłączenie czy brak mat czynej reakcji nasilają dziecięce zachowania wyra ające przy wiązanie. Miłość: przeciwności losu i przeszkody (dezaprobata innych, rozłączenie) do pewnego momentu nasilają namięt ność łączącą kochanków. 9. Przywiązanie: wra liwa matka umie trafnie odczytać potrzeby dziecka, wykazuje ogromną empatię; matka i dziecko wykształ cają swój własny system komunikacji, mało zrozumiały dla in nych („dziecinne" słowa i zdrobnienia, ró ne nieartykułowane dźwięki, du o komunikacji pozasłownej). Miłość: kochankowie wykazują ogromną empatię, niekiedy niemal magiczne poro zumienie, wykształcają swój własny system komunikacji, mało zrozumiały dla innych („dziecinne" słowa i zdrobnienia, ró ne nieartykułowane dźwięki, du o komunikacji pozasłownej). 10. Przywiązanie: dziecko odbiera matkę jako wszechmocną, wszechwiedzącą, dobroczynną, a jej aprobata sprawia mu ogromną przyjemność. Miłość: obraz ukochanej osoby zostaje wyidealizowany - zwłaszcza na początku jest ona „wspaniała", „niepowtarzalna", „cudowna", a jej wady są ignorowane; przynajmniej początkowo jej aprobata stanowi źródło największej satysfakcji. W okresie pierwotnego przywiązania dziecko wykształca te pewne umysłowe modele stosunków między sobą a „obiektem przywiązania" oraz modele siebie samego w takich stosunkach. Dotyczą one w szczególności tego, czy obdarzana przywiązaniem

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

89

osoba pozytywnie reaguje na dziecięce zapotrzebowanie na wsparcie i ochronę oraz czy samo dziecko jest kimś, komu takie wsparcie jest udzielane. Choć takie modele umysłowe czy przekonania ulegają przemianom w miarę upływu czasu, rosnąca liczba danych przekonuje, e coś z nich jednak pozostaje nawet w dorosłym yciu i wpływa na postać relacji łączącej nas z innymi, na sposób prze ywania miłości i intymności. Badania przebiegu spontanicznych kontaktów między matką a dzieckiem wykazały istnienie trzech stylów czy typów przywiązania (Ainsworth i in., 1978). Styl pierwszy (charakterystyczny dla 66% badanych dzieci), bezpieczny, cechuje się zaufaniem dziecka do matki i wiarą w jej stałą dostępność, wra liwość i gotowość do dostarczania wsparcia i opieki. Styl drugi, nerwowo-ambiwalentny (19% dzieci), cechuje się zachowaniami typowymi dla wcześniej opisywanej fazy protestu. Dzieci takie nie mają poczucia bezpieczeństwa i poczucia, e matka zawsze pospieszy im z pomocą. Ciągle upewniają się o jej obecności, odczuwają silny lęk przed rozstaniem z matką i protestują ju na słabą zapowiedź rozstania, więcej płaczą i mniej interesują się otoczeniem. Styl trzeci, unikający (21% dzieci), cechuje się zachowaniami przypominającymi fazę negacji przywiązania. Dzieci takie są częściej odrzucane przez matkę (w szczególności strofowane są za próby nawiązania z nią kontaktu fizycznego). Ich matka przejawia więcej gniewu i irytacji, a mniej pozytywnych uczuć ni inne matki. To zró nicowanie stylów przywiązania do matki skłoniło dwoje amerykańskich psychologów (Hazan i Shavera, 1987) do tezy o trzech stylach przywiązania i intymności, przejawianych przez osoby dorosłe w stosunku do partnerów bliskiego związku. Poprosili oni kilkaset osób o zadecydowanie, który z trzech następujących opisów najlepiej do nich pasuje: Styl bezpieczny Z łatwością zbli am się do ludzi i nie sprawia mi kłopotu ani bycie uzale nionym od innych, ani ich uzale nienie ode mnie. Nieczęsto martwię się tym, e inni mnie opuszczą lub e ktoś za bardzo się do mnie zbli y. Styl nerwowo-ambiwalentny Inni ludzie z oporami zbli ają się do mnie na tyle, na ile bym chciał. Często martwię się, e moja partnerka nie kocha mnie naprawdę i e nie zechce ze mną zostać. Chciałbym się całkowicie

90

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zlać w jedno z ukochaną osobą i to czasami odstrasza ode mnie potencjalne partnerki. Styl unikający Czuję się nieco skrępowany bliskością z innymi, trudno mi całkowicie ludziom zaufać lub pozwolić sobie samemu, eby się od kogoś uzale nić. Robię się nerwowy, gdy ktoś za bardzo się do mnie zbli y, a moje partnerki często domagają się, abym zwierzał im się bardziej, ni na to mam ochotę. Styl bezpieczny został wybrany przez 56% badanych jako najbardziej dla nich charakterystyczny, styl unikający - przez 25% osób, natomiast styl nerwowo-ambiwalentny - przez 19% badanych, a podobne rozkłady częstości występowania tych typów zaobserwowano na próbkach izraelskich (Mikulincer i Nachson, 1991) i australijskich (Feeney i Noller, 1990). Rozkłady te są więc zblione do tych zaobserwowanych w badaniach nad związkami matka-dziecko. Nieco ponad połowa badanych charakteryzuje się bezpiecznym stylem przywiązania, pozostali dzielą się mniej więcej po równo na styl unikający i nerwowo-ambiwalentny. Stałość tych rozkładów, które są jednakowe dla obu płci, sugeruje (choć oczywiście nie dowodzi), e wykształcone we wczesnym dzieciństwie style przywiązania mogą utrzymywać się tak e i w późniejszych fazach ycia. Ludzie cechujący się ró nymi stylami przywiązania wykazują szereg interesujących ró nic pod względem sposobu prze ywania intymności i miłości. Osoby bezpieczne i nerwowo-ambiwalentne mają silniejszą skłonność do odkrywania się przed swoimi bliskimi ni osoby unikające. Inaczej te zachowują się w stosunku do swoich partnerów, którzy sami odkrywają się w małym bądź du ym stopniu: partnerom silnie odkrywającym się ujawniają więcej informacji, bardziej ich lubią i lepiej się czują podczas rozmowy z nimi. Z kolei osoby unikające zachowują się tak samo w stosunku do partnerów odkrywających się zarówno w du ym, jak i małym stopniu (Mikulincer i Ochson, 1991). Style przywiązania wpływają tak e na poglądy dotyczące miłości. Jak ju wspomniałem poprzednio, teoria przywiązania zakłada, e ró nice owe wynikają z odmiennych „modeli umysłowych" dotyczących po pierwsze stosunków między sobą a „obiektem przywiązania", po drugie zaś tego, jak wygląda i jest traktowany sam podmiot w tych stosunkach. Szereg ró nic w zakresie takich poglądów przedstawia tabela 4.

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

91 Tabela 4.

Poglądy na miłość i samego siebie w zale ności od stylu przywiązania (w procentach osób danego typu, zgadzających się z danym poglądem; wytłuszczonym drukiem zaznaczono tę grupę, która w danym przypadku istotnie odbiega od pozostałych). B=styl bezpieczny; N-A=styl nerwowo-ambiwalentny, U=typ unikający. Źródło: Shaver i in. (1988, s. 82).

Trzy style przywiązania współwystępują te z ró nicami w sposobie prze ywania miłości. Osoby bezpieczne stwierdzają wy szy poziom szczęścia w swoich związkach, większą przyjaźń i zaufanie do partnera, mniejszą natomiast zazdrość i krańcowość prze ywanych uczuć oraz słabsze obawy przed bliskością ni pozostałe dwa typy. Osoby nerwowo-ambiwalentne relacjonują natomiast większą zazdrość, większą krańcowość wszelkich uczuć prze ywanych

92

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

w stosunku do partnera, obsesję na jego punkcie, po ądanie seksualne, pragnienie całkowitej jedności i wzajemności. Częściej ni pozostałe typy określają swoje uczucie jako miłość od pierwszego wejrzenia. Wreszcie osoby unikające prze ywają stosunkowo największe obawy przed bliskością i najsłabiej akceptują partnera pomimo jego niedoskonałości. Sposób prze ywania miłości przez osoby cechujące się ró nymi stylami przywiązania wydaje się zatem ogólnie zgodny z tym, czego mo na oczekiwać na podstawie teorii przywiązania. Tym bardziej e osoby zaliczające same siebie do poszczególnych typów przypominają sobie tak e odmienny sposób traktowania w dzieciństwie przez rodziców. Osoby bezpieczne przypominają sobie swoich rodziców jako cieplejszych w kontakcie (zarówno z dzieckiem, jak i między sobą nawzajem), bardziej akceptujących, kochających i opiekuńczych. Osoby nerwowo-ambiwalentne przypominają sobie swoje matki jako niesprawiedliwe i nadmiernie ingerujące w sprawy dziecka, a ojców jako niesprawiedliwych i zagra ających, cały zaś związek między rodzicami jako nieszczęśliwy. Osoby unikające przypominają sobie swoje matki jako zimne, nie poświęcające im uwagi i odrzucające. Na zakończenie jednak nale y podkreślić, e podobieństwa między ró nymi typami są, ogólnie rzecz biorąc, znacznie silniejsze ni ró nice. Na przykład choć osoby bezpieczne są na ogół szczęśliwsze od nerwowo-ambiwalentnych i unikających, w sensie absolutnym wszystkie typy osób uwa ają się raczej za szczęśliwe (w skali od 1 do 5 średnie oceny pochodzące od tych trzech typów przedstawiają się następująco: 3,51; 3,31 i 3,19). Podobnie sprawy się mają i z innymi wymienionymi skalami. Jakkolwiek zatem te trzy typy osób ró nią się nieco, nie nale y sądzić, e wykształcony we wczesnym dzieciństwie typ przywiązania cią y niczym fatum nad całym yciem człowieka i w decydujący sposób wpływa na późniejsze prze ywanie miłości. Znaczna większość ludzi (poza przypadkami patologii, które tutaj pominę) zdolna jest te do wytwarzania więzi emocjonalnej i faktycznie to robi. Przytoczone dane przekonują jednak, e przywiązanie to mo e przejawiać się na ró ne sposoby (na przykład nieco silniej poprzez zazdrość i obsesyjną koncentrację na partnerze u osób nerwowo-ambiwalentnych, poprzez przyjazność i zaufanie zaś u osób bezpiecznych) i e sposoby te do pewnego stopnia są zamienne.

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

93

Wybór stałego partnera
Końcem fazy romantycznych początków jest pojawienie się zaanga owania i przekształcanie się związku w związek kompletny. Wybranie partnera na stałe oznacza zwykle w naszej kulturze małeństwo, a przynajmniej wspólne zamieszkanie. Przemiany, jakim wówczas podlega miłość partnerów, będą więc oczywiście rozwaane w dyskusji nad związkiem kompletnym (w następnym rozdziale). Jednak sam wybór partnera jest - przynajmniej wpółcześnie - podyktowany z reguły tym, co dzieje się w fazie romantycznych początków, nie zaś tym, co będzie się działo w fazie związku kompletnego i przyjacielskiego. Jest to rezultatem niemal e całkowitej swobody wyboru partnera stałego związku: tylko od samych zainteresowanych zale y, kogo wybiorą. Taka swoboda wyboru jest zjawiskiem historycznie nowym. Jeszcze przed stu laty własne upodobania przyszłych mał onków odgrywały rolę niewielką albo te zupełnie nieistotną. Swoboda wyboru partnera jest przy tym zjawiskiem kulturowo rzadkim. Do dziś w wielu kulturach tradycyjnych (na przykład w Indiach czy Turcji) mał eństwa aran ują rodzice lub krewni. Jest wreszcie zjawiskiem nieco paradoksalnym. Decyzja o wyborze partnera opiera się bowiem na doświadczeniach przeszłych, choć jej konsekwencje wpływają przede wszystkim na kształt przyszłości. Nie ulega przy tym wątpliwości, e to, co spotykało partnerów w przeszłości (w krótkotrwałej fazie zakochania i romantycznych początków), jest zupełnie odmienne od tego, co czeka ich w przyszłości (czyli w stosunkowo długich fazach związku kompletnego i przyjacielskiego). Nic więc dziwnego, e trudno tu o dobrą decyzję, poniewa musimy ją podejmować na podstawie przesłanek, które niewiele mają wspólnego z przyszłymi warunkami, w jakich nasza decyzja będzie obowiązywać i wyznaczać bieg naszego ycia.

Uwaga na dobre rady!
Tak zatytułowali Hatfield i Walster (1981) jeden z podrozdziałów swej ksią ki o miłości. Przytoczyli te rady pewnego autora, który zalecał mę czyznom, aby zagwarantowali sobie sukces w małeństwie upewniając się, e kandydatka na onę spełnia następujące warunki:

94

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

- jest piękna; - jest młodsza od ciebie; - jest ni sza od ciebie; - wyznaje tę samą co ty religię; - jest tej samej rasy co ty; - skłonna jest udawać, e jej inteligencja jest co najwy ej równa twojej; - jest dziewicą na początku waszej znajomości; - skłonna jest zamieszkać z tobą przed ślubem, aby zorientować się, czy dobrze wam się układa; - skłonna jest ci pozwolić na uprawianie twoich ulubionych spor tów; - jest tolerancyjna wobec twojej pracy, ambicji i zdolności; - skłonna jest mieć tylu synów, ilu chciałbyś mieć; - jest atrakcyjna erotycznie; - nie jest chora na cukrzycę; - nie pija regularnie alkoholu; - nie u ywała nigdy narkotyków; - w jej rodzinie nie ma chorób psychicznych; - ma du e piersi; - oboje jej rodzice zgadzają się na ciebie; - jest dobrą kucharką; - potrafi szyć i robić na drutach; - nie narzeka i nie kłóci się; - jest czysta i schludna; - nie ma nadwagi; - nie chrapie; Czy to rady dobre? Dobre, chyba trudno byłoby znaleźć lepsze (dlatego je przytoczyłem). Czy nale y się do nich stosować? Z pewnością nie! Szansa trafienia na osobę spełniającą dowolnych dziesięć z góry zało onych kryteriów jest mniejsza od prawdopodobieństwa trafienia głównej wygranej w toto-lotka. Porady w tej dziedzinie są oczywiście tym lepsze (bezpieczniejsze), im dłu szą zawierają listę niezbędnych zalet. Oczywiście im dłu sza lista, tym trudniej ją spełnić. Krótko mówiąc, dobrych rad słuchać nie nale y, jeśli chce rzeczywiście mieć partnera. Co więcej, badania nad tym, jakie cechy partnerów pozwalają przewidzieć sukces w mał eństwie, sugerują, e takich nie ma,

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

95

a przynajmniej nie udało ich się dotąd odnaleźć pomimo dziesiątków lat poszukiwań. Nie znaczy to, e niczego nie udaje się w takich badaniach stwierdzić. Jednak z reguły te cechy mał onków, które w jednym badaniu zdają się podwy szać szanse na udane mał eństwo, w innym, kolejnym badaniu okazują się nie mieć adnego wpływu, nawet je eli oba badania dotyczą podobnych populacji. Jedynym zjawiskiem stwierdzanym powszechnie, powtarzającym się z badania na badanie, jest homogamia, to znaczy dobór partnerów na zasadzie podobieństwa: je eli partnerzy są do siebie podobni, większa jest szansa, e uczucie przerodzi się w trwały związek i e związek ten będzie udany. Homogamia jest jednak stwierdzana w odniesieniu do dość nielicznych i prostych cech, takich jak wiek, wykształcenie, pochodzenie społeczne i fizyczna atrakcyjność partnerów. Podobieństwo pod względem cech osobowości jest co prawda stwierdzane systematycznie, ale jest ono bardzo małe (jak tego dowodzi przegląd kilkunastu najwa niejszych badań nad tym problemem, dokonany przez Niasa, 1979). Mądrość potoczna podpowiada, e tym, co mo e decydować o sukcesie mał eństwa, jest komplementarność cech partnerów, z którą mamy do czynienia, kiedy ich potrzeby czy cechy osobowościowe uzupełniają się, jak w przypadku bezradności-opiekuńczości lub uległości-dominacji. Jednak e dokonany przez Niasa przegląd badań wykazuje, e, ogólnie rzecz biorąc, tak rozumiana komplementarność cech ani nie decyduje o wyborze partnera, ani nie podwy sza szansy na trwały, udany związek. Jak będę się starał dalej przekonać, o udanym związku decyduje to, co partnerzy w nim robią, a nie to, jacy są w sensie posiadania jakichś trwałych cech osobowości.

Kryteria wyboru partnera
Pomimo całej nieskuteczności czy naiwności dobrych rad w zakresie kryteriów wyboru stałego partnera oczywiste jest, e ludzie jakimiś kryteriami się kierują. Jakie to kryteria? Je eli trafna jest dynamiczna wizja miłości przedstawiona w rozdziale 1. (rysunek 4.), nale ałoby oczekiwać, e kryteria te powinny dotyczyć intymności i namiętności, poniewa to właśnie ich istnienie decyduje o pojawieniu się trwałego zaanga owania się partnerów w związek.

96

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Potwierdzenie tego oczekiwania znaleźć mo na w wynikach badań nad deklarowanymi przez ludzi kryteriami wyboru stałego partnera yciowego. Największe z takich badań przeprowadzone zostało niedawno przez Davida Bussa i jego kilkudziesięciu współpracowników (Buss, 1989; Buss i in., 1989). Zbadali oni w sumie około dziesięć tysięcy osób z trzydziestu siedmiu krajów (w tym i Polski) le ących na wszystkich zamieszkałych kontynentach. Wśród metod u ywanych w tych badaniach była lista osiemnastu cech wymienionych w tabeli 5. Badani wskazywali, jak dalece wa na była ka da z tych cech jako kryterium wyboru stałego partnera, w skali od 0 (nieistotna lub niewa na) do 3 (konieczna). Pomimo wielkiego zró nicowania kulturowego (od Ameryki do Zambii) badani wykazali bardzo du e podobieństwo pod względem preferencji ró nych kryteriów wyboru (średnia korelacja między ocenami wa ności osiemnastu badanych kryteriów wyniosła a 0,78 dla dwóch dowolnych krajów). Nawet jeśli uwzględnić fakt, e badani byli w większości ludźmi młodymi, studentami i mieszkańcami miast (którzy w większym stopniu ni ludzie starsi, mniej wykształceni i mieszkający na wsi zdają się być uczestnikami wyłaniającej się kultury uniwersalnej), jednorodność deklarowanych kryteriów wyboru jest zdumiewająco du a. Tabela 5. Średnia ocen (w skali od 0 do 3) wa ności ró nych kryteriów w wyborze stałego partnera yciowego. Kolumna trzecia, „polska specyficzność", dotyczy tego, czy dane kryterium było w Polsce uznawane za wa niejsze (litera W), mniej wa ne (litera N), czy te równie wa ne (znak -), jak w innych krajach.
Cecha/kryterium 1. Wzajemna miłość i zafascynowanie 2. Niezawodność 3. Dojrzałość i zrównowa enie emocjonalne 4. Miłe usposobienie 5. Dobre zdrowie 6. Wykształcenie i inteligencja 7. Towarzyskość Wa ność dla: Polska mę czyzn kobiet specyficznoś ć 2,81 2,87 2,50 2,69 — 2,47 2,44 2,31 2,27 2,15 2,68 2,52 2,28 2,45 2,30 N N

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

97

Jak widać w tabeli 5., zdecydowanie najwa niejszym kryterium wyboru partnera jest wzajemna miłość i zafascynowanie, a trzy następne kryteria to niezawodność (mo na na partnerze polegać), dojrzałość i zrównowa enie emocjonalne. Niewątpliwie ta pierwsza czwórka kryteriów wią e się przede wszystkim z namiętnością i intymnością - trudno sobie wyobrazić ich prze ywanie w odniesieniu do partnera, który nie spełniałby owych czterech kryteriów. Pierwsze cztery kryteria wią ą się te z intymnością i namiętnością w stopniu większym ni którekolwiek z pozostałych kryteriów wymienionych w tabeli. Jak ju wspomniałem, owo upatrywanie w miłości romantycznej podstawy do budowania trwałego związku jest - z perspektywy historycznej i kulturowej - zjawiskiem zarówno nietypowym, jak i bardzo niedawnym. W większości znanych kultur, a do niedawna równie i w naszej, miłość romantyczna i mał eństwo nie były ze sobą wiązane. Wręcz przeciwnie. Częstokroć mał eństwo było uznawane za „grób" miłości romantycznej, ta zaś za zgoła niewłaściwą podstawę do zawierania mał eństwa (por. Starczewska, 1975). W swoim barwnym i fascynującym opisie obyczajów w Polsce przedrozbiorowej Zbigniew Kuchowicz (1975) podaje, e najczęstszym kryterium doboru partnera wśród chłopstwa i mieszczaństwa (ponad 90% ówczesnej populacji) była jego/jej wydajność

98

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

w pracy, wśród szlachty kryteria miały charakter ekonomiczno-koligacyjny, wśród magnaterii zaś polityczno-dynastyczny. Podobnie miały się sprawy i gdzie indziej. Z zachowanej do dziś piętnastowiecznej kolekcji listów rodziny Pastonów (Anglia) dowiadujemy się, e gdy jedna z córek rodziny odmówiła zamą pójścia za oblubieńca wybranego przez jej matkę, to „od Wielkiejnocy przewa nie bita bywała raz lub dwa razy w tygodniu, czasem dwukrotnie w ciągu dnia, i głowę miała w dwóch czy trzech miejscach rozbitą" (Coulton, 1976, s. 616). Zabiegi te własnoręcznie wykonywała szacowna seniorka rodu, w trosce o nale yte (słu ące interesom całej rodziny) wyswatanie córki. Wszystko to nie znaczy, e nasi sarmaccy przodkowie czy ich angielscy współcześni się nie kochali. Oznacza jednak, e miłość (przynajmniej romantyczna) nie była uwa ana ani za konieczny, ani za wystarczający warunek mał eństwa. W świecie współczesnym jest ona za taki warunek uwa ana tym bardziej, im bardziej dane społeczeństwo jest rozwinięte ekonomicznie i przystaje do coraz szerzej obowiązującego kulturowego wzorca Zachodu. Pierwsze cztery kryteria związane z namiętnością i intymnością są równie jednakowe (i jednakowo uporządkowane) dla kobiet i mę czyzn, co sugeruje, e miłość romantyczna stanowi dla obu płci równie silną podstawę do konstruowania stałego związku. Pojawiające się w tabeli 6. ró nice między kobietami i mę czyznami wydają się ogólnie niewielkie, jednak e prawie wszystkie przekraczają poziom ró nicy przypadkowej. Co więcej, większość z nich stwierdzano wielokrotnie w innych badaniach i układają się one w pewien spójny wzorzec. Mianowicie: - mę czyźni bardziej cenią: dobrą prezencję, gospodarność i umiejętność gotowania, brak uprzednich doświadczeń seksualnych oraz to, by partnerka była młodsza od nich; - kobiety bardziej cenią: niezawodność, dojrzałość, wykształcenie i inteligencję, ambicję i przedsiębiorczość, dobre perspektywy finansowe,

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

99

podobny poziom wykształcenia, wysoką pozycję społeczną, to samo wyznanie oraz to, by partner był starszy od nich. Większość z tych damsko-męskich ró nic co do idealnych cech partnera zdaje się wiązać z odmiennością społecznej roli kobiety i mę czyzny, odmiennością ich pozycji ekonomicznej oraz z kulturowo ukształtowanymi stereotypami tych ról. Co jednak zastanawiające, niektóre ró nice występują w próbkach pochodzących z prawie wszystkich krajów reprezentowanych w badaniach. Przede wszystkim mę czyźni bardziej ni kobiety cenią atrakcyjność fizyczną oraz młodszy wiek partnerek we wszystkich trzydziestu siedmiu krajach. Natomiast kobiety w trzydziestu sześciu krajach bardziej ni mę czyźni cenią sobie dobre perspektywy finansowe partnera, a w dwudziestu dziewięciu krajach istotnie wyej cenią ambicję i przedsiębiorczość. Przypomnijmy te , e do identycznych wniosków doszli przed czterdziestu laty Ford i Beach (1951) na podstawie bardziej nieformalnej analizy danych antropologicznych i etnograficznych dotyczących około dwustu kultur, z których adna nie miała charakteru cywilizacji przemysłowej (jak to miało miejsce w znakomitej większości krajów badanych przez Bussa). Je eli więc te ró nice utrzymują się na zbli onym poziomie niezale nie od specyfiki kulturowej badanych osób, to bardzo trudno jest je wyjaśniać oddziaływaniem czynników kulturowych. Skłoniło to Bussa do sięgnięcia po wyjaśnienia nawiązujące do wspominanej ju w rozdziale 2. socjobiologii i zało enia, e pewne podstawowe ró nice między kobietami i mę czyznami wyra ają ewolucyjnie wykształconą swoistość strategii prokreacyjnej (rozrodczej) ka dej płci. Silniejsza preferencja partnerek młodszych od siebie (faktyczna ró nica wieku mał onków wynosi średnio 3 lata i utrzymuje się we wszystkich krajach) oraz fizycznie atrakcyjnych wyra a prawdopodobnie poszukiwanie partnerki o mo liwie wysokiej zdolności do wydawania potomstwa i rozpropagowania tym samym męskich genów. Rola wieku jest tu oczywista - reprodukcyjna zdolność kobiety jest silnie uzale niona od jej wieku, niezale nie od wszelkich czynników kulturowych. Fizyczna atrakcyjność równie uwa ana jest za wskaźnik tej zdolności, poniewa szereg cech decydujących o atrakcyjności (młodość, zdrowie, pełne wargi, błyszczące

100

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

włosy, dobre umięśnienie) decyduje tak e o zdolności reprodukcyjnej. Mę czyźni (a raczej „osobniki męskie"), którzy kierowali się tymi kryteriami przy wyborze partnerki, zapewniali sobie większą propagację własnych genów produkując liczniejsze potomstwo o preferencjach podobnych do swoich własnych. Mę czyźni, którzy nie kierowali się takimi kryteriami, produkowali mniej potomstwa, w związku z czym ich (dziedziczone) upodobania są dziś mniej rozpowszechnione. Analogicznie mo na wyjaśniać swoistość kobiecych upodobań dotyczących cech partnera yciowego. Ludzie są gatunkiem, w którym wychowanie potomków pochłania du o czasu i energii, szczególnie ze strony kobiet, które inwestują w prokreację znacznie więcej ni mę czyźni. Aby zapewnić sobie sukces reprodukcyjny, kobiety muszą więc być znacznie bardziej selektywne od mę czyzn, poniewa dla nich zły wybór oznacza w biologicznym sensie większą katastrofę ni dla mę czyzn. W szczególności muszą one wybierać takich mę czyzn, którzy rokują nadzieje na zapewnienie dóbr niezbędnych do przetrwania kobiety i potomstwa w czasie, gdy jest ona pochłonięta wychowywaniem dzieci. Poniewa współcześnie wskaźnikiem zdolności mę czyzny do dostarczania niezbędnych dóbr są jego perspektywy finansowe, ambicja i przedsiębiorczość oraz poziom wykształcenia (choć ten ostatni nie w Polsce), te właśnie cechy są cenione przez kobiety, podobnie jak wśród Eskimosów cenieni są zręczni łowcy fok. Większa selektywność w wyborze partnera ujawniana przez kobiety znajduje te odbicie w mądrości potocznej. Na przykład w bajkach księ niczki znacznie częściej wybrzydzają na licznych konkurentów, ni ksią ęta na liczne kandydatki do swych względów. Oczywiście bardziej przekonywającym argumentem są wyniki badań empirycznych. W jednym z nich proszono młode kobiety i młodych mę czyzn o określenie minimalnego, jeszcze dopusz czalnego poziomu ró nych cech potencjalnych partnerów (Kenrick i in., 1990). Były to cechy podobne do zamieszczonych w tabeli 6., a tak e liczne cechy charakteru i osobowości, takie jak twór czość, agresywność, skłonność do dominacji czy poczucie humoru. W zakresie większości cech kobiety okazały się znacznie bardziej wymagające ni mę czyźni. Co więcej, zarówno poziom wymagań, jak i wielkość ró nicy między płciami pozostawały mocno uzale nione od stopnia zaanga owania się w potencjalny związek. Naj-

ROMANTYCZNE POCZĄTKI

101

ni sze wymagania stawiano partnerowi (partnerce) jednorazowej randki i relacji wyłącznie seksualnej, wy sze - partnerowi do stałego „chodzenia ze sobą", najwy sze - kandydatowi na mę a/ onę. W przypadku jednorazowej randki, która nie zobowiązuje adnej z płci do większego wysiłku, kobiety i mę czyźni w ogóle nie ró nili się poziomem swoich niskich wymagań. Największa przewaga wymagań kobiecych nad męskimi występowała w odniesieniu do relacji wyłącznie seksualnych, w których potencjalny poziom inwestycji jest znacznie wy szy dla kobiet ni dla mę czyzn (ci ostatni stawiali tu wymagania równie niskie, jak w przypadku jednorazowej randki). W odniesieniu do stałego chodzenia i mał eństwa zarówno kobiety, jak i mę czyźni stawiali coraz wy sze wymagania, choć kobiety robiły to z większą intensywnością. Wyniki te są zrozumiałe, zwa ywszy, e nie tylko kobiety inwestują w związek więcej ni mę czyźni i są dlatego bardziej od nich selektywne, ale mę czyźni równie inwestują wiele (na pewno więcej ni męskie osobniki innych gatunków), a im więcej inwestują, tym bardziej stają się selektywni w wyborze partnerki.

ROZDZIAŁ

4

Związek kompletny
Współzale ność partnerów - współzale ność skutków działań - współzale ność uczuć - samospełniające się proroctwa Empatia - wczuwanie się w partnera: składniki empatii - konsekwencje empatii Chcieć a mieć - teoria sprawiedliwości - sprawiedliwość w związku dwojga ludzi Naturalna śmierć namiętności - miłość i nienawiść - zazdrość

Stały partner został wybrany. Burzliwe rozkosze i cierpienia namiętności, wsparte przywiązaniem i łagodnymi urokami intymności, doprowadziły do pojawienia się decyzji o zaanga owaniu i zrealizowania tej decyzji. Pomimo knowań zawistnych rywalek królewicz odnajduje wreszcie Kopciuszka i poślubia go. Cierpienia Pięknej zostają nagrodzone - wbrew „obiektywnym trudnościom" pokochuje Bestię, całuje ją, a ta zamienia się w przystojnego i zamo nego księcia, natychmiast poślubiającego Piękną. Odkupiwszy grzechy młodości, pan Andrzej Kmicic poślubia wyrwaną ze szponów bezecnego księcia Bogusława pannę Oleńkę (ku aplauzowi całej szlachty laudańskiej i czytelników o mocno ju pokrzepionych sercach). I co dalej? Ano, yli długo i szczęśliwie. Jak tego dokonali? Nie wiadomo, bo bajka się skończyła. Zupełnie inaczej ni

ZWIĄZEK KOMPLETNY

103

w yciu: to, co naprawdę zadecyduje o jego przebiegu, o szczęściu i nieszczęściu, sensie i bezsensie, sukcesach i pora kach w związku dwojga ludzi, dopiero się zaczyna.

Współzale ność partnerów
Tym, co nie tyle w związku dwojga ludzi się zaczyna, ile nabiera pierwszoplanowego znaczenia z chwilą jego stablizacji, jest współzale ność partnerów. To, co czuje, myśli, robi i uzyskuje w wyniku swoich działań jedno z nich, zale y od tego, co czuje, myśli i robi drugie. Współzale ność jest zjawiskiem powszechnym w społecznościach ludzkich. Niemniej w stałych związkach nabiera ona szczególnego znaczenia z uwagi na du ą częstość i intensywność, z jaką partnerzy nawzajem wpływają na swoje uczucia, myśli i czyny, a tak e z powodu szerokiego zakresu sytuacji, w jakich to czynią (Kelley i in., 1983; Kelley i Thibaut, 1978). Współzale ność skutków działań Najbardziej oczywistym i dotkliwym przypadkiem współzale ności partnerów jest współzale ność skutków ich działań. Wią ąc się na stałe z innym człowiekiem doprowadzamy do sytuacji, w której skutki naszych własnych czynów zale ą ju nie tylko od tego, co sami robimy, ale i od tego, co robi partner. Doskonałą ilustracją tego zjawiska jest sytuacja decyzyjna opisywana w matematycznej teorii gier jako dylemat więźnia na przykładzie następującego scenariusza. W pewnym mieście dokonano napadu na bank, a policja złapała dwóch podejrzanych, z których ka dy miał przy sobie broń, znajdował się w pobli u, ale poza tym przeciwko adnemu z nich nie ma wiarygodnych dowodów winy. Logicznym sposobem na ich uzyskanie jest oczywiście wydobycie odpowiednich zeznań od więźniów. Prowadzący sprawę prokurator stawia więc ka dego z nich przed następującym wyborem (a są oni odseparowani i muszą podjąć decyzję niezale nie od siebie). Je eli ty się przyznasz i obcią ysz współwiną drugiego więźnia, to są dwie mo liwości. Po pierwsze, kiedy on się nie przyzna, ty zostaniesz wypuszczony na wolność (w zamian za dostarczenie dowodów jego winy), a on dostanie dwadzieścia lat. Po drugie, kiedy on te się przyzna, obaj dostaniecie

104

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

po dziesięć lat ( aden z was nie mo e odnieść korzyści jako jedyny dostarczyciel dowodów, ale kara będzie mniejsza od maksymalnej, poniewa ka dy z was się przyznał). Je eli ty się nie przyznasz, to są równie dwie mo liwości. Po pierwsze, kiedy on się przyzna i obcią y ciebie winą, ty dostaniesz dwadzieścia lat, a on zostanie puszczony wolno. Po drugie, kiedy on te się nie przyzna, obaj zostaniecie skazani na dwa lata jedynie za nielegalne posiadanie broni (z braku dowodów udziału w napadzie). Wszystkie mo liwe decyzje i ich konsekwencje przedstawia tabela 6. Tabela 6. Współzale ność skutków działań partnerów na przykładzie dylematu więźnia.
więzień 2 przyznać się nie przyznać się więzień 1: 10 lat więzień 1: 0 lat więzień 2: 10 lat więzień 2: 20 lat więzień 1: 20 lat więzień 2: 0 lat więzień 1: 2 lat więzień 2: 2 lat

więzień 1

przyznać się nie przyznać się

Ka dy z więźniów stoi więc przed nie lada dylematem. Z jednej strony najrozsądniej byłoby się przyznać, poniewa lepiej się na tym wyjdzie, niezale nie od tego, co zrobi tamten drugi. Gdyby tamten się przyznał, przesiedzi się 10 zamiast 20 lat, gdyby zaś tamten się nie przyznał, wyjdzie się na wolność zamiast przesiedzieć 2 lata. Z drugiej jednak strony, kiedy obaj więźniowie tak właśnie postąpią, obaj przesiedzą po 10 lat, co stanowczo nie jest rozsądne z ich punktu widzenia. Najlepiej byłoby więc umówić się, e obaj się nie przyznają, poniewa w ten sposób ka dy przesiedzi tylko 2 lata. Ba, ale siedząc w odrębnych celach umówić się nie mogą, a nawet gdyby mogli, to przecie nie wiadomo, czy mogą sobie zaufać. Je eli jeden się nie przyzna, ten drugi przecie mo e go wykorzystać (przyznać się, samemu uzyskać wolność, a jego wkopać na 20 lat). Przyrównywanie partnerów stałego związku do więźniów jest niezbyt przyjemne, ale „więzienny" scenariusz ma pewien dodat-

ZWIĄZEK KOMPLETNY

105

kowy morał. Oto konsekwencje ich wyborów będą jednakowe zarówno wtedy, kiedy obaj podejrzani są winni, jak i wtedy, gdy winien jest tylko jeden, a nawet wtedy, kiedy obaj są niewinni! Niezale nie od tego, kto jest winien i czy w ogóle ktoś jest winien, ogólna prawidłowość w tego typu problemach jest taka, e dą enie do indywidualnego dobra daje mniej korzyści ni dą enie do dobra wspólnego (je eli partner równie stawia dobro wspólne ponad własne), przy czym dą enie do dobra wspólnego mo e prowadzić do znacznych strat własnych, je eli partner zdecydował się postawić jedynie na swoje dobro indywidualne. ,Taki właśnie charakter ma wiele problemów społecznych. Na przykład poniewa yjemy w dziwnym kraju, w którym w większości mieszkań nie ma ani liczników wody, ani liczników energii zu ywanej na ogrzanie mieszkania, prowadzi to do niesłychanego marnotrawstwa i jednego, i drugiego. Gdybyśmy wszyscy zaczęli oszczędzać wodę i ciepło, opłaty nie musiałyby rosnąć w tak zawrotnym tempie i wszyscy byśmy na tym skorzystali. Byłoby tak jednak jedynie pod warunkiem, e oszczędzaliby wszyscy. W przeciwnym wypadku ci, którzy oszczędzają, nara ają się na nieskuteczne ucią liwości wykorzystywane przez tych, którzy nie oszczędzają. Widząc bezsens swych działań, ci pierwsi przestają zatem oszczędzać - w rezultacie wszyscy marnujemy równie wiele wody, co i ciepła na ogrzanie mieszkań i wszyscy coraz więcej za to płacimy. I tak będzie nadal, dopóki nie zamontujemy sobie indywidualnych liczników. adne apele niczego tu nie zmienią. Im więcej bowiem uczestników gry typu dylemat więźnia, tym mniejsza szansa, e będą oni mogli skoordynować swoje wysiłki w celu powiększania wspólnego dobra. Z punktu widzenia związku dwojga ludzi pocieszające jest wyra enie tej samej prawidłowości w inny sposób: im mniej uczestników gry, tym większa szansa na współdziałanie dla wspólnego dobra. Je eli uczestników jest tylko dwoje, a rozgrywki powtarzane są wielokrotnie, dylemat znajduje swe naturalne rozwiązanie. Poniewa egoistyczne zachowanie własne mo e prowadzić do podobnego zachowania partnera, oboje zainteresowani uczą się dą yć do dobra wspólnego, nie mówiąc ju o tym, e dopóki sobie ufają, z góry wybierają mo liwości maksymalizujące dobro wspólne. Tak dzieje się na przykład w grach rozgrywanych wielokrotnie w laboratorium między nieznajomymi.

106

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

W stałym związku dwojga ludzi nie zawsze jednak tak bywa. W miarę trwania takiego związku partnerzy gromadzą zwykle wiele krzywd doznanych od siebie nawzajem. Dlatego te je eli jedno z partnerów zachowa się egoistycznie, to podobnie egoistyczna odpowiedź drugiego z partnerów mo e nie „przywołać do porządku" tamtego pierwszego, lecz rozpocząć spiralę wymiany negatywnej „oko za oko, ząb za ząb". Pierwsze z partnerów bowiem (to, które „zaczęło"), zamiast czuć się przywołane do porządku, przypomina sobie własne poprzednie krzywdy, a reprymenda staje się kroplą przelewającą brzegi pucharu. Zjawisko to jest skutkiem gasnącej intymności i spadku wzajemnego zaufania partnerów, o czym mowa w następnym rozdziale. Pomimo oczywistego ograniczenia osobistej wolności, jakie niesie współzale ność, ogólnie rzecz biorąc, bliskie związki z innymi są dla ludzi bardzo korzystne. Przede wszystkim dlatego, e współzale ność oznacza tak e wzajemne dawanie sobie i uzyskiwanie wsparcia społecznego. Dość dramatyczną ilustracją pozytywnego wpływu wsparcia są na przykład epidemiologiczne badania nad ludnością jednego z okręgów stanu Kalifornia, w którym przeprowadzono wywiady z około siedmioma tysiącami osób. Na ich podstawie określono natę enie uczestnictwa ka dej z tych osób w sieci wspierających powiązań z innymi ludźmi. W dziewięć lat później powrócono do tych samych badanych, między innymi w celu sprawdzenia, którzy z nich jeszcze yją. Jak pokazuje rysunek 7., śmiertelność (z wszystkich przyczyn łącznie) nie tylko rosła wraz z wiekiem i była większa dla mę czyzn ni kobiet; była równie silnie związana z uczestnictwem w sieci społecznej. W ciągu dziewięciu lat objętych badaniami zmarło a 30% mę czyzn pięćdziesięciolatków o najsłabszych kontaktach społecznych, a tylko niespełna 10% spośród tych, którzy mieli kontakty najsilniejsze. Zale ność ta utrzymywała się po wyeliminowaniu wpływu takich czynników, jak początkowy stan zdrowia, nawyki zdrowotne, otyłość, palenie, picie alkoholu czy przynale ność do klasy społecznej. Najbardziej dobroczynny wpływ wywierało pozostawanie w mał eństwie, mniejszy wpływ - kontakty z przyjaciółmi i krewnymi, a wreszcie najmniejszy wpływ - przynale ność do kościołów i innych organizacji społecznych. Dobroczynnego wpływu wsparcia społecznego, a w szczególności mał eństwa, na samopoczucie oraz stan zdrowia psychicz-

ZWIĄZEK KOMPLETNY

107

grupa wiekowa
Rysunek 7. Dobroczynne skutki wsparcia społecznego: wpływ intensywności kontaktów społecznych na śmiertelność kobiet i mę czyzn w ró nych grupach wiekowych. Źródło: Berkman i Syme (1979).

nego i fizycznego dowodzą w sumie dziesiątki badań posługujących się bardzo ró nymi wskaźnikami zdrowia czy dobrostanu, prowadzone na bardzo zró nicowanych grupach z ró nych krajów. Na przykład według danych brytyjskich, zapadalność na choroby psychiczne (mierzona liczbą przyjęć do szpitali psychiatrycznych na 100 tys. mieszkańców) wynosi jedynie 260 dla osób pozostających w mał eństwie, 770 zaś dla osób samotnych, 980 dla owdowiałych i a 1437 dla osób rozwiedzionych (Cochrane, 1988). Izraelskie studium nad dziesięcioma tysiącami mę czyzn, których badano

108

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

dwukrotnie w pięcioletnim odstępie czasu, wykazało, e konflikty w rodzinie zwiększały, a posiadanie kochającej i wspierającej małonki obni ało ryzyko zapadalności na anginę pectoris (Medalie i Goldbourt, 1976) itd. Wiele spośród tych korelacyjnych wyników (to znaczy takich, które pokazują jedynie współzmienność zjawisk) nie umo liwia precyzyjnego wnioskowania, co jest przyczyną, a co skutkiem. Na przykład stwierdzenia, czy to mał eństwo blokuje pojawianie się choroby psychicznej, czy te raczej choroba psychiczna uniemo liwia jego zawarcie oraz utrzymanie. Jednak liczne laboratoryjne badania nad skutkami wsparcia społecznego, eksperymenty nad zwierzętami i tzw. badania prospektywne (w których wsparcie mierzy się w pewnym momencie, jego skutki zaś mierzy się po latach) przekonują, e wsparcie jest wa ną przyczyną dobrostanu psychicznego i fizycznego. Dlaczego? Najwa niejsza odpowiedź na to pytanie jest taka, e wsparcie społeczne, szczególnie ze strony partnera, bliskiego związku, spełnia funkcję bufora chroniącego przed stresem (Cohen i Wills, 1985). Stres powstaje wtedy, gdy oceniamy sytuację jako zagra ającą, szkodliwą lub wymagającą od nas podjęcia działań, których jednak podjąć nie mo emy lub nie potrafimy. Niemo ność poradzenia sobie z taką sytuacją, zwłaszcza gdy nagromadzi się w niej wiele szkodliwych czynników, prowadzi do poczucia beznadziejności i własnej bezwartościowości. Prowadzi te do niekorzystnych zmian fizjologicznych (na przykład zaburzeń systemu odpornościowego czy hormonalnego) oraz do szkodliwych zmian w zachowaniu, takich jak nieregularne od ywianie się, nadu ywanie alkoholu czy środków uspokajających, zanik zdrowych nawyków (na przykład sypiania przez wystarczającą liczbę godzin) itd. Bliski partner mo e nas w takich stresujących sytuacjach: - wspierać emocjonalnie, a przede wszystkim podtrzymywać wia rę w wartość naszej własnej osoby; - wspierać informacyjnie, to znaczy pomagać w określeniu i zro zumieniu problemu oraz jego przyczyn, a tak e w odnajdywa niu środków zaradczych; bądź te - wspierać praktycznie, a więc pomagać w wykonaniu konkret nych działań, słu yć pomocą fizyczną i materialną. Dzięki wsparciu partnera mo emy zatem albo widzieć szkodliwe sytuacje jako mniej zagra ające, co prowadzi do mniej in-

ZWIĄZEK KOMPLETNY

109

tensywnego prze ywania stresu, albo łatwiej znosić i skuteczniej zwalczać stres, który ju się pojawił. Tabela 7. Wsparcie społeczne jako bufor chroniący przed stresem: procent kobiet cierpiących na depresję w zale ności od liczby stresów yciowych i wsparcia uzyskiwanego od mę a. Źródło: Brown i Harris (1978). wsparcie mę a słabe średnie silne 4 3 1 41 26 10

mało stresów du o stresów

Dobrą ilustracją oddziaływania wsparcia jako bufora chroniącego przed stresem są zamieszczone w tabeli 7. wyniki brytyjskich badań nad zapadalnością kobiet na depresję. (Nb. kobiety w ogóle znacznie częściej zapadają na depresję ni mę czyźni; u tych pierwszych często występuje nagromadzenie licznych czynników ryzyka depresji, takich jak niepodejmowanie pracy zawodowej, pozostawanie w domu w celu wychowania dzieci, zale ność finansowa od partnera itd.). Kobiety poddane oddziaływaniu licznych stresów yciowych częściej cierpią na depresję ni kobiety takich stresów pozbawione. Jednak e szansa wystąpienia objawów depresji spada znacznie nawet u tych pierwszych, je eli uzyskują silne wsparcie od swych mę ów (mogą im się zwierzyć, znaleźć pociechę i zrozumienie). Dane te pokazują więc, e liczy się nie tyle sam fakt posiadania stałego partnera, ile wielkość i jakość wsparcia, którego on udziela. Co ciekawe, niektóre badania sugerują te , e wsparcie mę ów wa niejsze jest dla. on ni wsparcie on dla mę ów (Cohen i Wills, 1985). Ró nice te nie są jednak wielkie i zapewne wią ą się z tym, e kobiety czerpią większą satysfakcję ze zwierzania się na temat swoich uczuć, problemów i stosunku do innych ludzi, podczas gdy mę czyźni czerpią więcej satysfakcji ze wspólnego działania i wykonywaniajLadan. Mę czyźni i kobiety ró nią się te zakresem zachowań uwa anych za wspierające. Mę czyźni czują się wspierani przez samo wspólne wykonywanie razem ró nych praktycznych działań

110

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

i wykonując je z partnerką błędnie zakładają, e ona równie czuje się wskutek tego wspierana. Kobietom jest natomiast potrzebne zwierzanie się i koncentrowanie na treści prze yć, nawet je eli rozmowy takie niczego bezpośrednio nie zmieniają w świecie faktów (i mę czyźni skłonni są ich unikać jako bezu ytecznych).

Współzale ność uczuć
Współzale ność partnerów stałego związku dotyczy równie treści i natę enia prze ywanych przez nich emocji. Uczucia partnera są niewątpliwie wa ną i silnie oddziałującą przyczyną naszych własnych emocji. Kochać oznacza cieszyć się radościami partnera, smucić jego smutkami. Prze ywane razem radości stają się większe, a dzielone z partnerem kłopoty łatwiej jest znosić. W udanym związku zarówno dzielimy się z partnerem swoimi uczuciami, jak i oczekujemy tego samego z jego strony. Owo podzielanie uczuć sprawia, e partnerzy bliskiego związku nie tylko yją w świecie podobnych emocji, ale sami wzajemnie się do siebie upodabniają, i to w dosłownym znaczeniu. Twarze partnerów mających za sobą długotrwałe po ycie mał eńskie są bardziej podobne, ni były na początku mał eństwa. W pewnych badaniach poproszono dwanaście par mał eńskich, mających za sobą co najmniej dwadzieścia pięć lat po ycia, o fotografie twarzy - „młode" (z czasów, gdy się pobierali) i „stare" (dwadzieścia pięć lat później). Fotografie te dostarczono następnie badanym nie znającym tych mał eństw z prośbą o odgadnięcie, która kobieta jest oną którego mę czyzny (bądź na odwrót), oraz o ocenę podobieństwa, to znaczy która kobieta jest podobna do którego mę czyzny. Przy ocenach dotyczących twarzy młodych dobieranie faktycznych mał onków w pary było nietrafne. Jednak przy ocenach twarzy starych trafne dobieranie mał onków w pary było znacznie częstsze, ni wynikałoby to z przypadku. Podobnie było te z ocenami podobieństwa: mał onkowie młodzi nie byli spostrzegani jako szczególnie do siebie podobni, jednak e małonkowie starzy byli znacznie częściej dobierani jako podobni do siebie ni nie-mał onkowie i ni wynikałoby to z przypadku (Zajonc i in., 1987). Poniewa na początku mał eństwa partnerzy nie byli do siebie bardziej podobni ni nie-partnerzy, a stało się tak po dwudziestu pięciu latach po ycia, wynik ten świadczy o upodabnianiu się twarzy partnerów długotrwałego związku. Co więcej,

ZWIĄZEK KOMPLETNY

111

w tych samych badaniach stwierdzono tak e, i upodobnienie się partnerów w obrębię pary było tym większe, im bardziej byli oni zadowoleni ze swojego mał eństwa. Co wspólnego mają tego rodzaju dane ze współzale nością emocji? Otó najbardziej przekonywającym wyjaśnieniem upodabniania się twarzy partnerów w długotrwałych związkach jest odwołanie się do podobieństwa prze ywanych przez nich emocji. Jak wiadomo, ka da podstawowa emocja ma charakterystyczny dla siebie wzorzec mimiczny - gdy prze ywamy radość, mięśnie twarzy układają się w inny wzorzec ni podczas prze ywania tkliwości czy gniewu. Dzięki udziałowi mięśni twarzy w wyra aniu emocji często powtarzające się prze ywanie jakiegoś uczucia prowadzi do trwałej zmiany układu tych mięśni. Na przykład twarze osób często popadających w przygnębienie nabierają charakterystycznie depresyjnego wyglądu, „kurze łapki" w kącikach oczu silniej wykształcają się osobom, które często się śmieją, itd. Partnerzy prze ywający całymi latami podobne emocje, zaczynają te nabierać podobnego wyrazu twarzy. Poniewa emocjonalne współbrzmienie partnerów istotnie przyczynia się do powodzenia ich związku (o czym mowa nieco dalej przy okazji rozwa ań o empatii), w świetle tej interpretacji zrozumiały jest równie fakt, e partnerzy tym bardziej się do siebie upodabniają, im szczęśliwszy jest ich związek. Mał onkowie, którzy częściej współbrzmią emocjonalnie, zarówno bardziej się do siebie z tego powodu upodabniają, jak i bardziej są ze swego związku zadowoleni. Jakie w ogóle emocje partnerzy w stosunku do siebie przeywają i czym ró nią się one od emocji prze ywanych w związku z innymi ludźmi? Nieco światła na tę sprawę rzucają badania, w których poproszono kilkadziesiąt dorosłych osób o ocenę, jak często i jak intensywnie prze ywają one ró ne emocje w odniesieniu do dziesięciu osób ze swojego otoczenia (od bliskich, takich jak współmał onek czy rodzic, do obojętnych, takich jak sąsiad czy daleki krewny). Były to emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne, których nazwy dostarczono badanym. Tabela 8. przedstawia częstość i intensywność prze ywania poszczególnych emocji w stosunku do współmał onka, a tak e - dla porównania - w stosunku do sąsiada, a więc postaci dość obojętnej.

112 Tabela 8.

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Częstość i intensywność emocji prze ywanych w stosunku do współmałonka i sąsiada. Oceny częstości dokonywane były w skali siedmiostopniowej: 0 oznaczało nigdy, 1 - bardzo rzadko, 2 - rzadko, 3 - czasami, 4 - dość często, 5 - często, 6 - bardzo często. Oceny intensywności dokonywane były w skali siedmiostopniowej: 0 oznaczało wcale, 1 - bardzo słabo, 2 - słabo, 3 - umiarkowanie, 4 - dość silnie, 5 - silnie, 6 - bardzo silnie (źródło: Wojciszke i Banaśkiewicz, 1989). Nazwa emocji Wstręt Znudzenie Obcość Wrogość Lęk Gniew Poczucie winy Smutek Niepokój Negatywne (średnio) Zachwyt Odprę enie Szacunek Zainteresowanie Sympatia Czułość Pozytywne (średnio) Współmał onek częstość intensywność 0,63 0,77 1,10 1,06 1,11 1,00 1,16 1,24 1,57 2,36 2,10 2,43 2,64 3,04 3,20 3,73 3,21 3,49 1,86 4,11 4,59 4,74 5,13 5,19 5,23 4,83 2,12 4,24 4,60 5,51 5,18 5,14 5,07 4,79 sąsiad częstość intensywność 0,75 0,81 1,97 1,74 2,45 1,95 1,17 1,10 0,74 1,05 1,11 1,52 0,77 0,88 1,41 1,61 1,47 1,30 1,32 1,52 2,40 3,32 2,51 3,07 1,30 2,35 1,33 1,47 2,12 2,64 2,11 2,45 1,44 2,05

Jak widać, specyficzność emocji prze ywanych w stosunku do stałego partnera opiera się na emocjach pozytywnych, nie zaś negatywnych: tych drugich ludzie prze ywają tyle samo w stosunku do mał onka, co i do sąsiada (a nawet nieco więcej, choć ta ró nica nie jest istotna). W stosunku do mał onka prze ywają natomiast znacznie więcej emocji pozytywnych. Jest to zresztą przejawem ogólnej prawidłowości stwierdzanej w licznych badaniach (w ró nych krajach i przy u yciu ró nych metod). Jeśli w dowolnym

ZWIĄZEK KOMPLETNY

113

momencie zapytać ludzi o prze ywane przez nich emocje, przygniatająca większość relacjonuje prze ywanie pozytywnych stanów emocjonalnych (Diener i in., 1985). Dane z tabeli 8. sugerują, e tym bardziej jest to prawdą w odniesieniu do emocji skierowanych na partnera bliskiego związku. Czy jednak szczęście uzale nione jest przede wszystkim od częstości uczuć pozytywnych, czy od ich siły? Czy lepiej mieć taki związek, w którym prze ywamy wiele pozytywnych, choć niezbyt silnych uczuć, czy raczej taki, w którym uczucia pozytywne są rzadsze, ale za to bardzo silne? Seria badań Eda Dienera i jego współpracowników przekonuje jednoznacznie, e dla odczuwania szczęścia i ogolnego zadowolenia z ycia znacznie wa niejsze jest częste prze ywanie emocji pozytywnych ni ich silne prze ywanie. Im częściej człowiek przeywa uczucia pozytywne w porównaniu z negatywnymi, tym wy ej ocenia własne szczęście i zadowolenie z ycia i tym wy ej oceniają jego szczęście inni. Natomiast sama intensywność prze ywanych przez człowieka uczuć pozytywnych nie decyduje o poziomie jego szczęścia i zadowolenia z ycia (Diener i in., 1991). Mała rola intensywności uczuć pozytywnych w wyznaczaniu ogólnego poczucia szczęścia wynika zapewne z ich rzadkości. Na przykład w jednym ze swoich badań Diener prosił 133 osoby o codzienne relacjonowanie nastrojów prze ywanych przez 42 dni. W ten sposób uzyskano zapisy nastrojów ogółem z 5586 „osobo-dni". Tylko w 2,6% zapisów pojawiały się relacje o krańcowo pozytywnych emocjach, mimo e badanymi byli młodzi studenci, z natury rzeczy szczęśliwi i bardziej skłonni do uniesień od dorosłych absolwentów. Intensywne uczucia pozytywne w dodatku mają to do siebie, e są krótkotrwałe: im bardziej intensywna emocja, tym krócej trwa. Wreszcie, intensyymość-pozytywnych emocji ma swoją psychiczną cenę w postaci du ej intensywności emocji negatywnych. Logika emocji jest bowiem taka, e te same czynniki, które nasilają intensywność prze ywania emocji dodatnich, nasilają równie emocje ujemne. Je eli na przykład wło yliśmy wiele wysiłku, by pomóc kole ance w przygotowaniu się do egzaminu, to nasza radość z jej sukcesu będzie większa ni wtedy, kiedy wło yliśmy niewiele wysiłku w pomaganie jej. W przypadku oblania egzaminu ten sam czynnik (wielkość wysiłku) będzie jednak decydował o intensywno ści naszych emocji negatywnych.

114

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Innym czynnikiem nasilającym prze ywanie emocji jest sposób myślenia o zdarzeniu wywołującym te emocje. Mo e to być na przykład jednostronne koncentrowanie się tylko na dobrych bądź tylko na złych aspektach tego zdarzenia, koncentrowanie się na tych jego konsekwencjach, które dotykają nas osobiście, na jego odległych skutkach, które być mo e w ogóle nigdy nie nastąpią, lub wyciąganie z owego zdarzenia daleko idących wniosków. Osoby skłonne do takiego „amplifikującego" (powiększającego) myślenia o zdarzeniach pozytywnych, skłonne są równie .do takiego samego myślenia o zdarzeniach negatywnych (Larsen i in., 1987). W rezultacie ludzie szczególnie skłonni do silnego prze ywania emocji pozytywnych, gdy jest im dobrze, są tymi samymi osobami, które prze ywają swoje emocje szczególnie silnie, gdy jest im źle. Nie bez podstaw epikurejczycy i stoicy nawoływali więc do unikania gwałtownych radości jako uczuć mających swoją cenę w tym większym smutku czy cierpieniu, gdy radości ju przeminą (Epiktet namawiał nawet do temperowania radości z ka dej rzeczy poprzez myślenie o jej utracie). Zalecenia takie są oczywiście wyrazem ostro ności i zabezpieczania się przed du ymi cierpieniami za cenę pozbawienia się du ych radości. To, e zalecenia te mają swoje uzasadnienie w omówionej logice emocji, nie czyni ich od razu jedynie słusznymi. Czy ktoś chce prze ywać niewiele, by uniknąć cierpień, czy te raczej woli prze ywać mocno, nara ając się na cierpienia, jest i pozostanie jego sprawą osobistą, rzadko zale ną od świadomego wyboru. Wybór ten (o ile w ogóle mo liwe jest świadome jego dokonanie) nie daje się uzasadnić niczym innym, jak upodobaniami wybierającego, te zaś trudno ju w ogóle czymkolwiek umotywować. Skoro więc wskazałem tu na pozytywne konsekwencje wyboru strategii ostro nej, godzi się te i wskazać na jej niebezpieczeństwa. Jak o tym mowa w następnym rozdziale, powa nym, choć mało wyrazistym (i z pozoru niepowa nym) problemem nękającym stały związek jest nuda. Je eli nawet partnerom uda się uniknąć destruktywnych tarć i konfliktów, a więc doprowadzić swoje kontakty do bezproblemowej doskonałości, doskonałość taka ze swej istoty jest groźna. Kiedy bowiem między partnerami stałego związku zanikają problemy, łatwo mogą zaniknąć równie uczucia, poniewa wraz z rozwiązaniem problemów zanikają podstawy pojawiania się uczuć. Strategia unikania silnych uczuć mo e ten proces przyspieszyć - dzięki jej stosowaniu partnerzy mogą mniej cierpieć, ale i, niestety, w ogóle mniej odczuwać.

ZWIĄZEK KOMPLETNY

115

Samospełniające się proroctwa
Oczywiste jest, e to, co o naszym partnerze myślimy, zale y od tego, co on robi i jaki jest. Nieco mniej oczywiste jest to, e to, co partner robi i jaki jest, zale y równie od tego, co my o nim myślimy. Czasami właśnie nasze myślenie tworzy działania partnera. Przyjrzyjmy się pewnej sekwencji zdarzeń, jaka w tej czy podobnej postaci mo e być udziałem ka dej niemal pary. Sekwencja ta to Wielka Próba Miłości, jakiej poddajemy siebie, a jeszcze częściej naszego partnera, aby sprawdzić, czy partner ju , jeszcze, czy te w ogóle nas kocha. Porzuć mnie - ruch 1. Ona: Kochasz mnie? On: Tak, oczywiście kocham cię. Porzuć mnie - ruch 2. Ona: On: Ona: On: Ona: Ale czy naprawdę mnie kochasz? Tak, naprawdę cię kocham. I naprawdę rzeczywiście mnie kochasz? Tak, naprawdę rzeczywiście cię kocham. Ale czy jesteś pewien, e mnie kochasz, absolutnie pewien?

On: Tak, jestem tego absolutnie pewien. (przerwa) Ona: A czy ty w ogóle wiesz, co to znaczy „kochać"? (przerwa) On: Czy ja wiem... Ona: To znaczy, e nie wiesz. Skąd więc mo esz być taki pewny, e mnie kochasz? (przerwa) On: Czy ja wiem... No tak... chyba nie mogę. Porzuć mnie - ruch 3. Ona: Ach, więc nie mo esz? Rozumiem. Có , skoro Ty nie moesz nawet być pewien, e mnie kochasz, to ja nie mogę powiedzieć, dlaczego mielibyśmy nadal być razem. A ty moesz?

116 (przerwa) On: Czy ja wiem... Nie, chyba nie. (przerwa)

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Ona: Długo to trwało, zanim to w końcu z siebie wydusiłeś, prawda? Tak Wielką Próbę Miłości widzi amerykański humorysta Dan Greenberg (za Hatfield i Walsterem, 1981, s. 56). To, czego z takim samozaparciem dokonała dociekliwa partnerka tego dialogu, to sformułowanie samosprawdzającego się proroctwa. Jego istotą jest postawienie przez człowieka pewnej hipotezy o naturze sytuacji czy innego człowieka („Ten nowy sąsiad wygląda na agresywnego faceta, ma takie czarne, zrośnięte brwi"), która to hipoteza inicjuje sekwencję zdarzeń („Sprawdzę, czy rzeczywiście jest taki agresywny, i rzucę w jego psa kamieniem") doprowadzających do pojawienia się faktycznych dowodów jej trafności („Ale krzyczy i wygra a - rzeczywiście jest agresywny, miałem rację"). Jakkolwiek negatywne hipotezy na temat innych łatwiej jest potwierdzić ni hipotezy pozytywne, równie samo postawienie tych ostatnich podwy sza szanse ich potwierdzenia. Dowodzą tego na przykład badania, w których studenci rozmawiali przez telefon z losowo dobranymi partnerkami na zadany przez badaczy temat (Snyder i in., 1977). U połowy studentów wzbudzano przekonanie, e ich partnerka jest bardzo atrakcyjna (ka demu dawano to samo zdjęcie pięknej dziewczyny), u drugiej połowy zaś - e jest ona brzydka (zdjęcie brzyduli). Następnie zupełnie innym osobom odtwarzano nagrane na taśmę wypowiedzi dziewcząt z prośbą o odgadnięcie, czy słuchana dziewczyna jest ładna, czy brzydka. Osoby badane „drugiej generacji" uznawały za piękne te dziewczęta, których partnerzy z pierwszej fazy badania byli przekonani, e rozmawiają z kobietą atrakcyjną. Za brzydkie natomiast uwa ane były te dziewczęta, których partnerzy ywili przekonanie, i rozmawiają z kobietą nieatrakcyjną. Bezpośrednią przyczyną tych ró nic był sposób zachowania się - dziewczęta z pierwszej grupy były bardziej o ywione, pewne siebie i lepiej im szła rozmowa, podczas gdy dziewczęta z grupy drugiej prezentowały się dokładnie odwrotnie. Snyder i jego współpracownicy wykazali ponadto, e ró nice w zachowaniu dziewcząt wywołane zostały odmiennym postępowaniem rozmawiających z nimi studentów. Mianowicie studenci

ZWIĄZEK KOMPLETNY

117

przekonani, e rozmawiają z piękną kobietą, byli bardziej towarzyscy i śmiali, dowcipni i cieplejsi w kontakcie ni studenci przekonani, e rozmawiają z „brzydulą", którzy, krótko mówiąc, po prostu znacznie mniej się starali. Przekonania studentów dotyczące urody rozmówczyni decydowały więc o postaci i przebiegu ich zachowania, co z kolei kształtowało zachowanie ich partnerek. Rację miał zatem George Bernard Shaw twierdząc, e ró nica między damą i kwiaciarką tkwi nie tyle w ich zachowaniu, ile w zachowaniu ich bliźnich, w sposobie w jaki są traktowane. Psychologowie przeprowadzili wystarczająco wiele podobnych badań, by mo na było twierdzić, i znacznie lepiej jest zakładać, e jest się kochanym przez partnera, ni zakładać, e jest się nie kochanym. W obu tych przypadkach zachęcamy bowiem partnera do zachowań zgodnych z naszym zało eniem. A przecie lepiej uzyskiwać zachowania wyra ające miłość ni jej brak. Rzecz jasna, zało enie o miłości partnera nie zawsze będzie oddziaływać w ten sposób. Je eli nasz partner znika z nie wyjaśnionych powodów na cały weekend, a jest to ju trzeci weekend z kolei, przekonanie o jego (do nas) namiętności ma oczywiście niewiele sensu. Jednak często sytuacja jest bardzo daleka od takiej jednoznaczności. Partnerzy zwracają na siebie mniej uwagi ni przedtem (czy te mniej, ni by chcieli) niekoniecznie dlatego, e interesują się bardziej kimś innym, ale dlatego, e mają kłopoty w pracy, są zmęczeni, znękani yciem - albo z dziesięciu innych powodów. To od nas samych zale y, co zrobimy w takich przypadkach i czy nie rozpoczniemy opisanej ju gry „porzuć mnie". Jedno jest pewne. Je eli przekonani jesteśmy o własnej bezwartościowości, a więc o tym, e w istocie nie warto nas kochać, bardziej będziemy skłonni interpretować niejasne zachowania partnera jako wyraz braku miłości ni wtedy, gdy sami jesteśmy pewni, e na miłość zasługujemy. Wiadomo na przykład, e osoby o pozytywnej samoocenie interpretują uzyskiwane od innych informacje zwrotne jako bardziej dla nich pochlebne, ni dzieje się to w przypadku osób o niskiej- samoocenie (Brockner, 1983). Dotyczy to głównie takich sytuacji, kiedy zachowanie innych jest wieloznaczne. Warto jednak pamiętać, e prawie ka de zachowanie daje się zinterpretować na wiele sposobów, szczególnie jeśli jest pozytywne. Jak ju wspominałem poprzednio (w rozdziale 2.), ludzie często precyzują swoje wnioski o własnych uczuciach na podstawie

118

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

wskazówek zewnętrznych, tkwiących w sytuacji i w zachowaniu innych ludzi. Zachowanie partnera jest niewątpliwe taką silną wskazówką. Je eli nasz partner nie ma jasności co do stanu swoich uczuć, to nasze przekonanie, e on nas w istocie nie kocha, jest powa nym argumentem na rzecz uznania, i miłość ta faktycznie przygasła. Nasze przekonanie, e jesteśmy kochani, jest równie wa nym argumentem, i miłość, nawet je eli ma się nie najlepiej, trwa nadal (któ w końcu mo e o tym lepiej wiedzieć od samego obiektu tej miłości?). Tak więc łatwiej jest kochać osoby o wysokiej samoocenie, przekonane, e są warte miłości, ni osoby o samoocenie niskiej, przekonane, e na miłość nie zasługują.

Empatia
Podstawowymi warunkami udanego związku są zarówno chęć, jak i umiejętność wczuwania się partnerów w siebie nawzajem i porozumiewania się ze sobą. Pewna elementarna zdolność do wczuwania się w innego człowieka zdaje się być składnikiem biologicznego „wyposa enia" naszego gatunku - nawet jednodniowe noworodki reagują własnym krzykiem na krzyk innego noworodka. Na tej podstawie kształtuje się u człowieka zdolność do przejmowania się cudzym nieszczęściem, rozumienia cudzych emocji i cudzego punktu widzenia. Takie wczuwanie się w innego człowieka, czyli empatia, mo e być zarówno naszą reakcją na jego poło enie (będzie to wtedy nasz przemijający stan psychiczny, wywoływany sytuacją innej osoby), jak i stałą cechą, to znaczy skłonnością czy zdolnością do wczuwania się w poło enie innych. Wczuwanie się w partnera: składniki empatii Empatia rozumiana czy to jako stan aktualny, czy jako stała cecha jest zjawiskiem niejednorodnym i oznaczać mo e trzy dość ró ne i niezale ne od siebie zjawiska. Po pierwsze, wczuwanie się w innego człowieka mo e oznaczać przyjmowanie cudzego punktu widzenia i patrzenie na sprawy z cudzej perspektywy. Wymaga to pewnych zdolności intelektualnych - chodzi przecie o zrozumienie tego, jak rozumie sytuację partner, jakie są jego myśli, zamiary i uczucia. Mo e to być równie trudne emocjonalnie, poniewa przyjęcie cudzego punktu widzę-

ZWIĄZEK KOMPLETNY

119

nia wymaga przede wszystkim dopuszczenia mo liwości, e w danej sprawie istnieją inne punkty widzenia ni nasz własny. A ponadto wymaga myślowego „zawieszenia" naszego własnego punktu widzenia i chwilowego porzucenia go, tak abyśmy choćby na chwilę mogli przyjąć punkt widzenia partnera za własny. Trudność z tym związana jest niewielka, dopóki sprawa, o którą idzie, budzi niewiele naszych własnych emocji. Jednak w przypadku powa nego konfliktu z partnerem skłonni jesteśmy uwa ać, e skoro ju jakiś pogląd mamy i go bronimy, to tym samym jest on poglądem prawdziwym. Poglądy odmienne wydają się więc nieprawdziwe. Porzucanie poglądu własnego, by próbnie zaakceptować pogląd partnera, jest zatem dla nas niczym innym, jak porzucaniem prawdy i słuszności na rzecz poglądu nieracjonalnego, fałszywego, krótko mówiąc - głupiego. Problem oczywiście w tym, e dokładnie tak samo sprawy mogą wyglądać z punktu widzenia partnera mającego całkowicie odmienne zdanie. W konsekwencji trudno w bliskim związku o rzecz bardziej niebezpieczną i bezu yteczną ni posiadanie racji, nawet je eli ją udowodnimy partnerowi, sobie samym i wszystkim dookoła. Sukces bliskiego związku dwojga ludzi zasadza się raczej na poszanowaniu odmienności racji partnera ni na najbardziej nawet elokwentnym i racjonalnym przekonaniu go do racji własnych. Po drugie, wczuwanie się w innego człowieka oznacza nie tylko takie dość zimne zrozumienie, ale i ciepłe, emocjonalne współbrzmienie - współczucie dla partnera znajdującego się w jakimś kłopocie. Współczucie jest emocją własną, choć skierowaną na innego człowieka - odczuwaną z jego powodu i w jego, a nie własnej, sprawie. Po trzecie wreszcie, empatia oznacza własne cierpienie na widok innego człowieka znajdującego się w opresji. Podobnie jak współczucie, jest to nasza własna emocja, skierowana jednak na nas samych, nie zaś na znajdującego się w potrzebie człowieka. Badania nad wyznacznikami pomagania innym pokazują, e natknięcie się na człowieka w potrzebie budzić mo e oba te uczucia - współczucie i własne cierpienie - które są jednak dość niezale ne od siebie (Batson, 1987). Co ciekawe, choć nasilone przeywanie obu tych uczuć prowadzić mo e do częstszego pomagania innym, pomoc ta udzielana jest z ró nych powodów. W przypadku

120

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

własnego cierpienia - po to, by tego cierpienia się pozbyć. Pomaganie innemu człowiekowi słu y tu więc w istocie egoistycznej poprawie własnego samopoczucia. W przypadku współczucia - po to, by poprawić sytuację człowieka znajdującego się w opresji. Pomoc ma tu więc charakter altruistyczny, bezinteresowny. Badania Batsona przekonują przy tym, e własne, cierpienie jest dość zawodną przesłanką pomagania innym, poniewa cierpienie to mo e zostać usunięte przez ucieczkę z krytycznej sytuacji bez udzielenia pomocy człowiekowi w potrzebie. „Nie mogę na to patrzeć" - powiada osoba cierpiąca na widok cudzego nieszczęścia i rzeczywiście patrzeć przestaje - uciekając czym prędzej od człowieka w potrzebie. Współczucie wymaga natomiast rzeczywistej poprawy losu potrzebującej osoby, częściej więc prowadzi do rzeczywistych prób pomagania. Konsekwencje empatii Częste przyjmowanie punktu widzenia partnera mo liwe jest jedynie dzięki gotowości do uznawania perspektywy własnej nie za jedynie słuszną i obowiązującą, lecz tylko za jeden z mo liwych punktów widzenia. Pomniejsza to egocentryzm (koncentrację na sobie i własnym sposobie rozumienia świata), a sprzyja tolerancji wobec cudzej odmienności. Poglądy partnera, które są sprzeczne z naszymi przestają być niewłaściwe, bezsensowne czy głupie, a stają się tylko po prostu inne. Z jednej strony prowadzi to do trafniejszego rozpoznania myśli, pragnień i uczuć partnera, a więc lepszego zrozumienia, co się z nim faktycznie dzieje. Dzięki temu nasze działania mające na celu poprawienie sytuacji partnera mogą być skuteczne i rzeczywiście mu pomagać. Przestajemy uszczęśliwiać partnera na siłę czy urabiać go „na własne kopyto", a zyskujemy szansę uwzględnienia tego, co, według niego, jest szczęściem rozumienia szczęścia. Świadomość względnego charakteru własnych racji i dopuszczenie mo liwości, e partner tak e ma swoje racje, prowadzi ponadto do osłabienia konfliktów i zmniejszenia ich liczby, a przy tym nasila skłonność do kompromisu przy rozwiązywaniu konfliktów ju zaistniałych. W rezultacie efektem du ej skłonności partnerów do przyjmowania cudzego punktu widzenia jest wzrost satysfakcji ze wzajemnych kontaktów i całego związku, co wykazały badania na

ZWIĄZEK KOMPLETNY

121

parach zarówno mał eńskich (Long i Andrews, 1990), jak i przedmał eńskich (Davis i Oathout, 1987). Co zrozumiałe, skłonność do przyjmowania perspektywy swojego partnera znacznie silniej była powiązana z satysfakcją ze związku ni ogólna tendencja do przyjmowania cudzej (czyjejkolwiek) perspektywy. Drugi składnik empatii to skłonność do reagowania współczuciem na nieszczęścia innych ludzi. W bliskim związku oznacza to oczywiście dostarczanie partnerowi silnego wsparcia, o którego dobroczynnych skutkach była ju mowa poprzednio. Ludzie skłonni do serdeczności i współczucia w kontakcie z innymi nie tylko częściej im pomagają, ale te są dobrymi, wra liwymi słuchaczami, którym inni częściej się zwierzają. Ogólnie rzecz biorąc, „chłodna" skłonność do przyjmowania cudzej perspektywy poprawia ogólną satysfakcję ze związku dzięki temu, e pomaga ona uniknąć negatywnych zjawisk i procesów (nietolerancja, sztywność, konflikty). Natomiast „ciepłe" współczucie poprawia ogólną satysfakcję dzięki temu, e promuje ono występowanie pozytywnych zjawisk i procesów w danym związku (serdeczność, wsparcie i pomoc, dobre porozumiewanie się z partnerem). Trzeci składnik empatii to skłonność do reagowania własnym cierpieniem na opresje innych. Poniewa ten przejaw wra liwości polega na tym, e cudze nieszczęście staje się nieszczęściem własnym, wpływ tej skłonności na funkcjonowanie człowieka w bliskich związkach z innymi jest raczej szkodliwy ni konstruktywny. Skłonność do reagowania własnym cierpieniem wywiera bowiem egocentryzujący wpływ na funkcjonowanie człowieka. Miast przejmować się innymi, przejmuje się własnymi emocjami (które zwykle bolą bardziej od emocji cudzych), co prowadzić mo e do osłabienia wspierających partnera zachowań, pogorszenia poziomu porozumiewania się z nim i do zachowań wyra ających brak poczucia bezpieczeństwa i lęk w kontaktach społecznych. W konsekwencji tendencja do reagowania własnym nieszczęściem na nieszczęścia cudze jest cechą obni ającą szansę zbudowania satysfakcjonującego związku z innym człowiekiem, choć dwa pozostałe składniki empatii (przyjmowanie cudzej perspektywy i reagowanie współczuciem) szansę taką podwy szają, jak to wykazali Davis i Oataut (1987). Co ciekawe, na podstawie swoich badań przeprowadzonych na kilkuset parach przedmał eńskich stwierdzili oni równie , e satysfakcja mę czyzn ze. związku silniej jest uzale niona od empatii ich partnerek ni satysfakcja kobiet od empatii

122

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ich partnerów. Najrozsądniejszym wyjaśnieniem tej ró nicy zdaje się odwołanie do wielokrotnie tu wspominanej odmienności tradycyjnych ról społecznych kobiet i mę czyzn. Kobiety są w naszej kulturze bardziej ni mę czyźni uwa ane za ekspertów w dziedzinie ycia uczuciowego, a do wymagań roli kobiecej nale y troska o uczuciowy stan związków, w które są zaanga owane. Mę czyźni zaś uwa ani są za mniej zainteresowanych yciem uczuciowym (i do niego zdolnych). Specyficzność ich roli w związku tradycyjnie polega na sprawnym dostarczaniu ró nych dóbr niezbędnych do przetrwania tego związku. Takie cechy, jak uczuciowość, zdawanie sobie sprawy z uczuć innych ludzi, wra liwość czy serdeczność są stereotypowo uznawane za kobiece, podczas gdy przedsiębiorczość, twardość, niewra liwość i ukrywanie własnych emocji są sztandarowymi składnikami stereotypu męskości (Ashmore i in., 1986) Nawet gdy wprost odrzucamy tego rodzaju stereotypy, fakt, e jest nimi nasycona cała nasza kultura (począwszy od czytanek i lektur szkolnych), oddziałuje na nasze oczekiwania co do tego, jakie powinno być zachowanie partnerów/partnerek i z czego w tym zachowaniu powinniśmy się cieszyć bardziej, a z czego mniej. Zauwa yć przy tym warto, e mniejsza skłonność kobiet do uzale niania swej satysfakcji z bliskiego związku od empatii partnerów tylko dobrze mo e tej satysfakcji zrobić, mę czyźni bowiem są na ogół mniej empatyczni od kobiet (Eisenberg i Lennon, 1983). Niewykluczone, e ró nica ta opiera się na jakichś elementach wrodzonych, poniewa noworodki eńskie silniej reagują płaczem na płacz innych dzieci od noworodków męskich. Co więcej, liczne badania wskazują tak e, i kobiety trafniej odczytują uczucia innych na podstawie ich mimiki i pantomimiki (Hall, 1978), choć ró nica ta nie jest tak wielka, aby trzeba było podejrzewać mę czyzn, e orientują się, co inni ludzie czują, dopiero wtedy, kiedy ci im to powiedzą.

Chcieć a mieć
Czy mo na być świetną kucharką, cierpliwą matką dwojga dzieci, prowadzić dom i nie wyrzekać się ambicji zawodowych, mieć intuicję i bywać doskonałą księgową, być głupszą od partnera (a przynajmniej na to wyglądać), a zawsze i przede wszystkim

ZWIĄZEK KOMPLETNY

123

zapierać dech jako obiekt erotycznego po ądania, koniecznie odwzajemnianego? Czy mo na być twardym i serdecznym, opiekuńczym i wymagającym, fascynować się swoją pracą, a przy tym zarabiać du e pieniądze i wiele przebywać w domu, uwielbiać majsterkowanie i naprawy samochodu, być mądrzejszym (a przynajmniej na to wyglądać), być pełnym delikatnego wigoru kochankiem, a po wszystkim nie chrapać? Nie mo na. Oczywiście, prawie nikt nie dostaje wszystkiego, czego od partnera pragnie, poniewa nasze pragnienia są nie tylko wygórowane, ale i beznadziejnie sprzeczne. W dodatku sami nie mamy tylu zalet, abyśmy na wszystkie po ądane zalety partnera mogli zasłu yć. Dobrze zbadanym przypadkiem ró nicy między „chcieć" a „mieć" jest omawiana w rozdziale 2. ró nica między po ądanym i uzyskiwanym poziomem fizycznej atrakcyjności partnera. Choć pragniemy zdobyć partnera maksymalnie atrakcyjnego, faktycznie dostajemy takiego, którego atrakcyjność mniej więcej równa się naszej własnej. Co więcej, pozyskanie partnera, którego ogólna (nie tylko fizyczna) atrakcyjność znacznie przewy sza naszą własną, wcale nie jest sposobem na zapewnienie sobie szczęścia. Takie niedopasowanie mo e bowiem unieszczęśliwić zarówno partnera, jak i nas samych. Mówi o tym teoria sprawiedliwości i związane z nią wyniki badań. Teoria sprawiedliwości Teoria ta jest bardzo prosta i składają się na nią cztery twierdzenia (Walster i in., 1978): 1. Ludzie kierują się zwykle własnym interesem, tote usiłują uzy skać maksymalne wyniki („wyniki" oznaczają dowolne zyski po odjęciu poniesionych kosztów). 2. Grupy, a raczej jednostki składające się na te grupy, mogą po większać łączne zyski poprzez wykształcenie sprawiedliwego systemu wymiany dóbr. Grupy nakłaniają swoich uczestników, aby stosowali się do systemu sprawiedliwej wymiany, nagradza jąc ich za trzymanie się tego systemu, a karząc za zachowania niesprawiedliwe. 3. Je eli człowiek znajdzie się w niesprawiedliwej relacji z innym człowiekiem bądź grupą, budzi to nieprzyjemne napięcia, tym silniejsze, im większa niesprawiedliwość.

124

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

4. Je eli człowiek znajdzie się w niesprawiedliwej relacji z innym człowiekiem bądź grupą, próbuje usunąć wynikające stąd napięcia poprzez przywrócenie sprawiedliwości w wymianie dóbr. Teoria sprawiedliwości przewiduje więc, e nierównowaga w wymianie dóbr jest nieprzyjemna nie tylko dla partnera wykorzystywanego (prze ywającego poczucie krzywdy, gniew, upokorzenie czy wstyd), ale tak e dla partnera wykorzystującego (który mo e prze ywać poczucie winy, wstyd albo lęk przed rewan em). Oczywiste, e wykorzystywana ofiara domaga się przywrócenia sprawiedliwości, i potwierdza to wiele badań. Co ciekawe jednak, wiara w sprawiedliwość jest tak du a, e kiedy z tych czy innych powodów uzyskanie rzeczywistego zadośćuczynienia jest niemo liwe, ofiara mo e zacząć wierzyć, i ma to, na co zasłu yła, i pomniejsza swoją własną wartość (w ten sposób mo na wyjaśniać na przykład zadziwiający fakt, e ofiary niezawinionych wypadków drogowych często poszukują przyczyn własnego losu w sobie i we własnych „winach" zupełnie nie związanych z wypadkiem - Janoflf-Bullman, 1979). Osoba, która dopuszcza się niesprawiedliwości i czerpie korzyści równie stara się ją przywrócić - albo na poziomie faktów (wyrównując ofierze poniesione straty), albo tylko na poziomie własnych przekonań, poprzez usprawiedliwienie własnych działań. Usprawiedliwienie oznacza, jak sama nazwa wskazuje, uczynienie sprawiedliwym czegoś, co sprawiedliwe nie jest, i polega zwykle na zniekształcaniu subiektywnego obrazu faktów: poprzez zaprzeczanie, e ofiara cierpi, poprzez zaprzeczanie własnej odpowiedzialności za jej cierpienia, wreszcie poprzez uzasadnianie, dlaczego ofierze cierpienie „się nale y", i odsądzanie jej od czci i wiary. Nie znamy wszystkich warunków decydujących o tym, kiedy sprawiedliwość będzie przywracana przez rzeczywiste wyrównanie krzywd, a kiedy jedynie przez subiektywne usprawiedliwianie się. Wiadomo jednak, e kiedy zadośćuczynienie jest obiektywnie niemo liwe, rośnie szansa wystąpienia takich sposobów „przywrócenia sprawiedliwości", jak negowanie wartości ofiary i przypisywanie jej cech negatywnych. Jednym z pierwszych na to dowodów był eksperyment, w którym pod pewnym pozorem nakłaniano badanych, aby przekazywali innej osobie albo pozytywne, albo negatywne opinie na jej temat (Davis i Jones, 1960). Wykorzystując przygotowany przez badaczy spis wad, badany mówił innej, nowo

ZWIĄZEK KOMPLETNY

125

poznanej osobie, e sprawia ona wra enie kogoś płytkiego, nie zasługującego na zaufanie i przyjaźń, mającego wiele osobistych problemów, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Osoba wysłuchująca tych paskudnych opinii na swój temat była w rzeczywistości współpracownikiem badacza, o czym jednak właściwi badani nie wiedzieli, trwając w przekonaniu, e wyrządzają nieznajomemu niczym nie zasłu oną krzywdę. Części badanych zapowiedziano ponowne spotkanie z ocenianą osobą, podczas którego mogliby jej wyjaśnić całą sytuację i wycofać owe rzekomo własne opinie. Pozostali badani przekonani byli, e ju nigdy „ofiary" nie zobaczą. Wszystkich badanych dwukrotnie poproszono o ich własną opinię o ocenianej osobie: pierwszy raz - tu po jej poznaniu i drugi raz po wygłoszeniu „podstawionej" przez badaczy opinii na jej temat. Badani oczekujący przyszłego spotkania z partnerem nie zmienili swojej początkowej o nim opinii. Jednak e badani przekonani, e go ju nie zobaczą, sami zaczęli o partnerze myśleć w bardziej ne gatywny sposób. Tak więc nie dość, e skrzywdzili nieznajomego, to jeszcze zaczęli o nim gorzej myśleć. Działo się tak jednak tylko wtedy, gdy badanych wprowadzono w przekonanie, e wygłoszenie krzywdzącej opinii było ich własną decyzją (badani, którym wygło szenie opinii nakazano, nie czuli się osobiście odpowiedzialni ani za wyrządzoną niesprawiedliwość, ani za konieczność przywróce nia sprawiedliwości). Nie mogąc odrobić wyrządzonej innym szkody, za którą sami jesteśmy odpowiedzialni, przywracamy więc „sprawiedliwość" myśląc o tych innych w taki sposób, jakby na tę szkodę w istocie zasługiwali. Zaprawdę rację miał Tacyt, twierdząc, e w naturze ludzkiej le y nienawiść do tych, których się skrzywdziło! Sprawiedliwość w związku dwojga ludzi Czy jednak zasady sprawiedliwej wymiany naprawdę dotyczą bliskich związków między ludźmi? Przecie miłość nie jest transakcją rynkową, gdzie liczy się jedynie bezduszne bilansowanie strat i zysków, gdzie za ka de otrzymane dobro trzeba zwrócić jego rów nowartość, a niespłacenie długu prowadzi do katastrofy tym więk szej, im dłu ej była odwlekana. Przecie gdy kogoś kochamy, przed kładamy jego dobra ponad własne, pełni poświęcenia pragniemy słu yć mu pomocą i wsparciem nie dlatego, e liczymy na wza jemność, lecz dlatego, e zale y nam bezinteresownie na szczęściu

126

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ukochanej osoby. Przecie to jej szczęście jest naszą największą nagrodą! To wszystko prawda - taki sposób myślenia i działania świadczy o miłości, a bez niego miłości po prostu nie ma. Równie prawdziwe jest jednak to, e bezinteresowność, altruizm, poświęcenie własnych pragnień i przedkładanie dobra partnera nad dobro własne trwać mogą jedynie pod warunkiem ich odwzajemniania przez partnera. Nasze liczenie na wzajemność prawie nigdy nie jest świadomym warunkiem miłości. Jednak e milczące oczekiwanie, e partner odpłaci nam dobrem prędzej czy później, w tej czy innej postaci, o której zadecyduje on i ycie, stanowi zupełnie oczywistą przesłankę miłości. Kochając zakładamy przecie , e partner będzie o nas dbał, tak jak my o niego dbamy. Nasze stwierdzenie braku wzajemności prawie zawsze jest świadomym wnioskiem, jaki wyciągamy, gdy miłość się kończy bądź jest w opałach. Nie ma przy tym specjalnego znaczenia, czyśmy wprost umawiali się z partnerem co do wzajemności, czy nie (przewa nie nie). Pogwałcenie reguły wzajemności jest złamaniem kontraktu i budzi gniew, poczucie krzywdy, depresję lub wycofanie się, niezale nie od tego, czy kontrakt był kiedykolwiek otwarcie zawarty, czy te jedynie, by tak rzec, był zrozumiały sam przez się (Sager, 1976). Teoria sprawiedliwości pozwala więc przewidywać, e związki oparte na sprawiedliwej wymianie dóbr mają większą szansę na przekształcenie się w związki intymne i trwałe, a ich uczestnicy bardziej są ze związku zadowoleni ni uczestnicy związku niesprawiedliwego. Szereg badań podsumowanych przez Hatfield i współpracowników (1985), a dotyczących nierzadko setek par, potwierdza te oczekiwania. Przede wszystkim pary dobierają się w taki sposób, e wybitna zaleta jednego z partnerów jest wyrównywana dobrem oferowanym przez drugiego z partnerów, a układ sił w związku zale y od ilości wnoszonych dóbr. Piękne kobiety uzyskują lepiej wykształconych i lepiej zarabiających mę ów ni kobiety brzydkie. ony mę ów, którzy zarabiają du o, częściej uwa ają, e to mę owie powinni mieć więcej do powiedzenia w ich związku, podczas gdy ony mę ów zarabiających gorzej są tu za równouprawnieniem. Im wy sze dochody on, tym więcej mają one w swoich związkach do powiedzenia, a mę czyzna tracący pracę wskutek bezrobocia często traci te autorytet we własnej rodzinie.

ZWIĄZEK KOMPLETNY

127

Pary spostrzegające swój związek jako sprawiedliwy bardziej są z niego zadowolone ni pary spostrzegające go jako taki, w któ rym jedno z partnerów wnosi nadwy kę wysiłku i starań, drugie zaś otrzymuje więcej, ni wnosi. Los nagrodzonego ponad miarę Kopciuszka jest przy tym niewiele bardziej godny pozazdroszczenia od losu popełniającego mezalians Królewicza. Podczas gdy partne rzy otrzymujący niesprawiedliwie mało czują oczywiście pretensję i gniew, partnerzy otrzymujący niesprawiedliwie du o mogą być nę kani poczuciem winy i obawą o przyszłe losy związku. Niesprawie dliwy nadmiar łatwiej jest znosić od niesprawiedliwego niedoboru (ludzie łatwiej zdają się przystosowywać do tego pierwszego), choć w kilku badaniach stwierdzono, e prawda ta dotyczy szczegól nie mę czyzn. Kobiety gorzej znoszą niesprawiedliwy nadmiar. Być mo e dlatego, e z oczywistych względów nadmiar dóbr otrzymy wanych od partnera jest trudniej zauwa yć od niedoboru, a kobiety charakteryzują się większą wra liwością społeczną, większym stopniem koncentracji na swoich związkach z innymi ludźmi, a tak e większą ni mę czyźni skłonnością do widzenia własnych zachowań w kategoriach moralnych Wreszcie sporo badań przekonuje, e „chodzące" ze sobą pary głębiej anga ują się we wspólne erotyczne przedsięwzięcia oraz mają większą szansę pozostać razem, je eli ju na wstępie spostrzegają swój związek jako sprawiedliwy. Badania zaś nad mał eństwami wskazują, e mał onkowie p r z e konani, i otrzymują od swoich partnerów niesprawiedliwie mało, szybciej i częściej ich zdradzają (po 6-8 latach) ni mał onkowie przekonani, e otrzymują sprawiedliwą bądź nadmierną ilość dóbr od partnera (po 12-15 latach). Istotnym dobrem oferowanym i otrzymywanym w bliskim związku jest ogólny poziom zaanga owania. Je eli partnerzy oferują sobie nawzajem podobny poziom zaanga owania, ich związek jest trwalszy ni w przypadku nierównowagi pod tym względem. Na przykład jedno z badań nad parami przedmał eńskimi wykazało, e tylko 27% par deklarujących ten sam poziom zaanga owania rozpadło się w ciągu roku objętego badaniem, choć w tym samym czasie rozpadło się a dwa razy tyle (54%) par, w których jedno z partnerów oferowało silniejsze zaanga owanie (Hill i in., 1976). Niejednakowy poziom zaanga owania prowadzi do pojawienia się zasady mniejszego interesu, polegającej na tym, e to spośród partnerów, które jest mniej w związek zaanga owane (mniejszy ma

128

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Rysunek 8. Bezdro a sprawiedliwości, czyli zasada mniejszego interesu: to z partnerów, które jest w dany związek mniej zaanga owane, ma w nim więcej do powiedzenia. Źródło: Peplau i Campbell (1989).

w nim interes), ma większą w nim władzę. Ilustracją tej zasady są dane z rysunku 8., pochodzące z badań, w których pytano pary przedmał eńskie, kto jest bardziej zaanga owany i kto ma więcej do powiedzenia w ich związku. Kiedy mniej zaanga owana była kobieta, to ona miała więcej do powiedzenia. Kiedy mniej zaangaowany był mę czyzna, to on właśnie miał w danym związku więcej do powiedzenia. Środkowe kolumny z rysunku 8. dotyczą par, w których oboje partnerzy byli jednakowo zaanga owani -jak widać, w tych parach więcej do powiedzenia mieli mę czyźni. Jest to wyrazem tradycyjnego w naszym społeczeństwie układu ról i z reguły większej zale ności kobiet od mę czyzn ni na odwrót.

ZWIĄZEK KOMPLETNY

129

Zasada mniejszego interesu, dość powszechnie obserwowana w bliskich związkach, równie stanowi swoisty przejaw działania sprawiedliwości. Ten, kto. bardziej się „poświęca" pozostając w związku pomimo mniejszego zaanga owania (a więc ponosi niejako większe koszty ni bardziej zaanga owany partner), uzyskuje zadośćuczynienie w postaci większego wpływu na postać tego związku. Jednak uczuciowe zaanga owanie i władza są dobrami słabo wzajemnie wymienialnymi i zapewne dlatego ten szczególny przejaw sprawiedliwości przyczynia się do nietrwałości związku (przynajmniej przedmał eńskiego). Na zakończenie podkreślić jednak warto, e nie od sprawiedliwości miłość się zaczyna. Licząc na zapoczątkowanie „romantycznego" związku ludzie wolą raczej, aby nie miał on charakteru wymiany rynkowej. Na przykład w pewnych badaniach młodzi studenci współpracowali z miłą i ładną dziewczyną, która w trakcie zadania prosiła ich o pomoc. Studenci tej pomocy udzielali, dziewczyna za nią dziękowała, a tak e rewan owała się części badanych w podobny sposób. Badani studenci mieli wraz z dziewczyną wziąć udział jeszcze w drugiej części eksperymentu i w związku z tym pytano ich, co o niej sądzą. Zanim to jednak nastąpiło, badacze (Clark i Mills, 1979) informowali ich, e dziewczyna zamierza wziąć udział w drugiej części badań albo dlatego, e jest nowa na tym uniwersytecie i liczy na nawiązanie jakichś znajomości, albo dlatego, e jest to wygodny dla niej sposób zabicia czasu w oczekiwaniu na mę a, dopóki ten nie zakończy własnych zajęć i nie zabierze jej do domu. Okazało się, e badani współpracujący z mę atką bardziej ją lubili, kiedy rewan owała im się za otrzymaną pomoc zgodnie z zasadami wymiany dóbr. Natomiast badani liczący na „romantyczny początek" bardziej ją lubili, kiedy dziewczyna się nie rewan owała i miała do spłacenia pewien dług wdzięczności. Podobne wyniki przyniosły i inne badania. Licząc na romantyczny początek ludzie rzadziej czują się wykorzystywani w przypadku niesprawiedliwości i mniej pragną wyrównania rachunków, a nawet mniej są skłonni do oceniania indywidualnego wkładu partnera czy partnerki we wspólny wynik (Clark, 1985). Przytoczone poprzednio badania nad faktycznie istniejącymi związkami sugerują jednak, e tego rodzaju pragnienia prędzej czy później się kończą i zastępowane są pragnieniem sprawiedliwości.

130

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Nie natychmiast, nie za wszystko, nie w dokładnie tej samej postaci, ale jednak na dłu szą metę zawsze pragniemy, aby nasz partner sprawiedliwie odwzajemnił poniesione przez nas wysiłki, jakkolwiek byśmy sobie tę sprawiedliwość definiowali. Całe szczęście, e tego samego oczekujemy i od siebie, choć prawdą jest, i do własnych działań z reguły przykładamy inną, bardziej pochlebną miarę ni do działań partnera.

Naturalna śmierć namiętności
W 1984 roku pewne amerykańskie pismo kobiece opublikowało ankietę, na którą odpowiedziało 86 tysięcy czytelniczek (Carr, 1988). Jeden z punktów ankiety zapytywał, co czytelniczki robią w sytuacji, kiedy mają kilka wolnych godzin i zostają w domu z męem. 33% czytelniczek w wieku poni ej 35 lat odpowiedziało, e kochają się z mę em. Takiej samej odpowiedzi udzieliło 25% czytelniczek w wieku od 35 do 45 lat, a ju tylko 10% kobiet w wieku ponad 45 lat (większość ogląda wówczas telewizję). Choć erotyzm w mał eństwie wyra a nie tylko namiętność, ale i intymność, spadek aktywności erotycznej w miarę trwania mał eństwa stwierdzany jest równie powszechnie, co spadek wzajemnej namiętności relacjonowanej przez mał onków. Namiętność obumiera w miarę trwania związku dwojga ludzi. Przyczyn zaniku namiętności dopatrywać się mo na w jej wewnętrznej logice, nierealistyczności, zachłanności oraz zabójczych dla namiętności konsekwencjach jej „skonsumowania". Jak ju wspominałem w rozdziale 1., wewnętrzna logika namiętności jest taka, e mo e ona jedynie rosnąć, a samo tylko jej trwanie jest ju jej śmiercią. Ju tylko ta właściwość namiętności decyduje o nieuchronności jej kresu. Nic bowiem nie mo e rosnąć bez końca (a je eli rosło lawinowo, to efektem mo e być jedynie katastrofa likwidująca proces, którym ów wzrost był napędzany). Namiętność wymaga absolutnego uwielbienia partnera, a to jest mo liwe jedynie za cenę braku realizmu w jego spostrzeganiu i ocenie. Wcześniej czy później ycie wymusza realistyczne spojrzenie na partnera i choć wykrycie jego wad nie wyklucza miłości, to jednak miłość ta nie mo e ju się opierać na bezgranicznym uwielbieniu. Namiętność nie znosi konkurencji - nic nie mo e być wa niejsze od niej,

ZWIĄZEK KOMPLETNY

131

je eli ma ona nadal pozostać sobą. Jednak e trwały związek będący często skutkiem namiętności rodzi szereg problemów (dzieci, przetrwanie, choroby itd.), które mogą być rozwiązane jedynie za cenę czasowego choćby odsunięcia namiętności na dalszy plan. Namiętność jest więc zjawiskiem z natury swej paradoksalnym, a jej kres (lub przynajmniej dramatyczne przeskoki od rozkoszy do bólu) wpisany jest w jej istotę.

Miłość i nienawiść
Jeden z paradoksów miłości polega na tym, e gdy kochamy kogoś namiętnie, szansa, i przynajmniej od czasu do czasu będziemy go nienawidzieć, nie tylko nie spada, ale wręcz rośnie. Czy to nie najbli szy człowiek zadaje nam najdotkliwszy ból? Czy to nie najbli szy nam człowiek najbardziej potrafi nas rozwścieczyć? Nie bez powodów namiętność jest pasją, a pasja jest jednym z imion cierpienia! Dramatyczna bliskość nienawiści i miłości jest klasycznym wątkiem literackim wykorzystywanym w niezliczonych utworach, począwszy od starogreckiej tragedii. Kiedy nam samym zdarzy się ją dotkliwie odczuć, doświadczenie to budzi lęk i niepewność co do własnego zdrowia psychicznego. W końcu trudno inaczej zareagować na pojawiającą się ni stąd, ni zowąd gwałtowną ochotę, by najukochańszego przecie człowieka wreszcie z dziką rozkoszą udusić! Choć związek miłości z nienawiścią jest powszechnie uwa any za przejaw tajemniczej natury miłości namiętnej, wynika on nie tyle ze swoistej natury namiętności, ile z logiki wszelkich silnych emocji, których namiętność jest doskonałym przykładem. Badania nad dynamiką uczuć wskazują, e prze ycie silnej emocji negatywnej wywołuje zwykle efekt zastępczy w postaci pozytywnego stanu emocjonalnego, natomiast prze ycie silnej emocji pozytywnej wywołuje „rykoszetową" emocję negatywną Sięgnijmy tu do nieco krańcowego przykładu skoczków spadochronowych. Skok w nicość jest tak bezpośrednim zagro eniem ycia, i wywołuje przera enie, z którym niewiele uczuć da się porównać. Skulone konwulsyjnie ciało spada w dół niczym lokomotywa pośrodku oceanu, pędzące serce mało nie wyskoczy z piersi, tchu brak, oczy wychodzą z orbit, zdarza się, e z ust wydziera się nieartykułowany krzyk, i bywa, e dochodzi do niekontrolowa-

132

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

nego oddania moczu (Epstein, 1967). Poniewa adne zabezpieczenie nie gwarantuje stuprocentowo, e spadochron się otworzy, gdy zaś się nie otworzy - śmierć jest jak najbardziej stuprocentowa prze ywane przez skoczków przera enie jest całkiem uzasadnione. Zakładając, e obdarzeni są oni choćby elementarną chęcią ycia i zdolnością przewidywania (a są, zwykle w stopniu zdecydowanie ponadelementarnym), fakt, i po prze yciu takich katuszy wielu skacze jeszcze setki razy, daje się wytłumaczyć jedynie występującymi w ich emocjach zmianami. Są one dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, wygaszeniu ulega początkowe przera enie. Emocje prze ywane podczas skoku tracą na intensywności i zamieniają się w dreszcz podniecenia, a lęk przed skokiem zamienia się w ekscytujące oczekiwanie. Po drugie, ju po wykonaniu skoku, powrót do normalnego stanu uczuć (i stanu fizjologicznego) poprzedzony jest fazą silnie pozytywnych emocji. Typowa kolejność zdarzeń po wylądowaniu polega na kilkuminutowym stanie przypominającym osłupienie (milczenie, bezruch, kamienna twarz), po którym następuje silne pozytywne o ywienie - śmiech, gadatliwość, nieco bezładne kontaktowanie się na krótko z wieloma osobami akurat będącymi w pobli u. Słowem - i ulga, i radość. W miarę nabywania doświadczenia w skokach nie tylko słabnie siła reakcji pierwotnej (przera enia), ale równie rośnie siła i czas trwania rykoszetowej reakcji wtórnej (radości). Stan podwy szonego nastroju po wykonaniu skoku trwać mo e u doświadczonych skoczków do ośmiu godzin, zanim ich emocje powrócą do stanu normalnego. Przykład drugi dotyczy tzw. reakcji wdrukowania, obserwowanej u niektórych ptaków, na przykład kaczek. Je eli wyklutemu przed kilkoma godzinami kaczątku pokazać po raz pierwszy jego poruszającą się matkę (lub inny obiekt - atrapę matki czy nawet eksperymentatora prowadzącego badanie), kaczątko wpada w podniecenie ruchowe, z mniejszym lub większym powodzeniem stara się za nią podą ać i utrzymywać głowę w takiej pozycji, aby matkę widzieć. Kiedy po minutowej ekspozycji wycofa się matkę, kaczątko zaczyna gwałtownie ruszać głową i pozostałymi częściami ciała w poszukiwaniu matki i wielokrotnie wydaje wysoki dźwięk charakterystyczny dla osobników swego gatunku znajdujących się w stanie stresu. Dopiero po kilku minutach kaczątko uspokaja się wracając do stanu początkowego.

ZWIĄZEK KOMPLETNY

133

Pierwszy z opisanych stanów (gdy pisklę widzi poruszającą się matkę) jest pozytywny emocjonalnie, drugi zaś (gdy matka znika) jest negatywny. Co prawda kaczątka nie mo na poprosić o opis własnych uczuć, mo na jednak wykazać, e widok matki działa jako nagroda, a odebranie matki -jako kara. Je eli na przemian pokazuje się i zabiera kaczątku matkę, zaobserwować mo na nie tylko pewien spadek pierwotnej (pozytywnej) reakcji na jej widok, ale tak e stopniowe narastanie wtórnej (negatywnej) reakcji na jej odebranie, mierzone częstością wydawania „przywołujących" dźwięków (Solomon, 1980). Zmiany reakcji wtórnej są zresztą wyraźniejsze i silniejsze ni zmiany reakcji pierwotnej i czasami zmiany tej ostatniej w ogóle nie występują. Mamy więc tutaj do czynienia z porządkiem wydarzeń bardzo podobnym do tego, co dzieje się ze skoczkami spadochronowymi, choć u tamtych faza pierwotna ma charakter negatywny, faza wtórna zaś - pozytywny. Liczne obserwacje tego rodzaju (wiele z nich pochodzi z dobrze kontrolowanych badań laboratoryjnych) posłu yły Richardowi Solomonowi (1980) do sformułowania teorii procesów przeciwstawnych, której podstawową ideę ilustruje rysunek 9. Jak ilustruje górna część rysunku, kiedy pojawia się jakiś nowy bodziec budzący silną emocję, jego natychmiastowym skutkiem jest szybkie odejście organizmu od stanu neutralnego i osiągnięcie szczytowego natę enia pierwotnego stanu A, który mo e być pozytywny, je eli bodziec jest przyjemny, bądź te negatywny, je eli bodziec jest nieprzyjemny. Następnie intensywność stanu A nieco opada i stabilizuje się. Jest to faza adaptacji organizmu do działającego bodźca (na przykład początkowa fala radości dziecka na widok matki nieco opada - nie sposób ciągle skakać z radości, nawet gdy się jest dzieckiem). Je eli budzący emocje bodziec zniknie, organizm nie powraca do stanu neutralnego, sprzed pojawienia się bodźca, lecz wpada w stan wtórny B, który zawsze jest przeciwny pod względem znaku (kiedy matka zakończy wizytę w szpitalu, pozostające w nim dziecko wpada w rozpacz). Stan ten osiąga swoje szczytowe nasilenie wkrótce po „wyłączeniu" bodźca, po czym z wolna zanika. Organizm wraca do stanu neutralnego, ju bez przeskoku do stanu pierwotnego (rozpacz dziecka przemija, ale, oczywiście, nie pojawia się równie radość). Dolna część strona rysunku pokazuje dynamikę reakcji emocjonalnej osoby mającej za sobą wiele doświadczeń z danym bodź-

134

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Rysunek 9. Dynamika reakcji na pojawienie się i zanik bodźca budzącego silne emocje (pozytywne lub negatywne) na początku doświadczeń z danym bodźcem i po licznych doświadczeniach z tym bodźcem. Źródło: Solomon (1980, s. 695). cem. Jak widać, szczyt stanu pierwotnego wypada tu ju znacznie ni ej (dziecko mniej się cieszy po dwudziestej wizycie matki ni po pierwszej, skoczek mniej się boi dwudziestego pierwszego skoku ni pierwszego). Natomiast szczytowy stan wtórny jest intensywniejszy i zanika wolniej, ni to miało miejsce na początku (dziecku coraz trudniej się przyzwyczaić do znikania matki). Nasza ogólna reakcja emocjonalna na dany bodziec zale y zarówno od pierwotnego, jak i wtórnego stanu, jaki bodziec ten w nas

ZWIĄZEK KOMPLETNY

135

wzbudza. Oba te stany są przecie skojarzone z tym bodźcem, oba więc mogą się nań przenieść na zasadzie uczenia przez skojarzenie. Teoria procesów przeciwstawnych pozwala więc wyjaśnić wiele paradoksalnych zjawisk - dlaczego skoczkowie lubią skakać, a ołnierze wojować, dlaczego ludzie potrafią polubić tak (początkowo) nieprzyjemne rzeczy, jak sauna, jogging czy pisanie ksią ek, dlaczego powracające ze szpitala małe dzieci odrzucają swoje matki, nawet je eli te często je w szpitalu odwiedzały. Wreszcie pozwala ona w pewnym stopniu zrozumieć, dlaczego trwanie namiętności wymaga nasilania zachowań ją wyra ających (konieczność wyrównania negatywnego „rykoszetu" po porywach i uniesieniach), dlaczego pojednanie z ukochaną osobą jest przyjemniejsze ni stan, kiedy w ogóle kłótni nie było, dlaczego namiętność tak często kończy się nienawiścią i dlaczego w ogóle się kończy (nagromadzenie rykoszetowych, negatywnych stanów wtórnych i kojarzenie ich z osobą partnera). A tak e, dlaczego tak łatwo o nienawiść do tych, których kochamy, kiedy ich jeszcze kochamy. O tym ostatnim zjawisku świadczą - obok licznych anegdot i utworów literackich - tak e bardziej systematyczne dane, w rodzaju tych, jakie przedstawia rysunek 10. Pochodzą one z badań, w których ludzie opisywali siłę zarówno dodatnich, jak i ujemnych uczuć prze ywanych w stosunku do ró nych osób z własnego otoczenia. Osoby te zostały przy tym uporządkowane według stopnia ró norodności kontaktów, od takich, z którymi oceniający podmiot wykonywał wspólnie tylko od jednego do dwóch rodzajów działań, do osób, z którymi wykonywał wspólnie od jedenastu do dwunastu rodzajów działań (takich jak praca, ycie towarzyskie, rodzinne, odpoczynek, uczestnictwo w kulturze itp.). W przypadku osób znanych człowiekowi „jednowymiarowo" (z nielicznych kontekstów), jego emocje zachowywały się „logicznie": im silniejsze były uczucia pozytywne, tym słabsze negatywne i na odwrót (korelacja ujemna). Jednak e w przypadku osób towarzyszących mu w licznych kontekstach (prawie zawsze był to mą / ona i osoby z najbli szej rodziny) sprawy miały się wyraźnie na odwrót: im silniejsze były emocje pozytywne, tym silniejsze były i negatywne (korelacja dodatnia). „Kocham i nienawidzę" jest więc zjawiskiem dość powszechnym i normalnym, choć ambiwalencja taka często była uwa ana za zjawisko patologiczne i wyjaśniana na ró ne egzotyczne sposoby,

136

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Ró norodność kontaktów
Rysunek 10. Związek (korelacja) pozytywnych i negatywnych emocji prze ywanych w stosunku do tego samego człowieka. W przypadku ludzi, których spotykamy w niewielu sytuacjach, im silniejsze są nasze emocje pozytywne, tym słabsze są emocje negatywne (lewa część rysunku). Jednak w przypadku ludzi bliskich, znanych nam z wielu ró nych sytuacji, im silniejsze są nasze emocje pozytywne, tym silniejsze są i emocje negatywne (prawa część rysunku). Źródło: Wojciszke i Banaśkiewicz (1989). jako skutek kompleksu Edypa czy nieświadomego lęku przed kastracją. Mniej barwnym, choć bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem ambiwalencji w stosunku do naszych najbli szych jest to, e po prostu robimy z nimi wspólnie wiele ró nych rzeczy, co daje okazję do powstania emocji zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Rzecz jasna, emocje dyktowane przez automatyczne następstwo rykoszetowych stanów wtórnych stanowią jedynie pewną cząstkę ogółu uczuć prze ywanych przez partnerów bliskiego związku i daleko do tego, by schemat z rysunku 9. mógł wyjaśnić wszystko o ludzkich emocjach. Jednak du a liczba zjawisk, w których takie przeciwne stany się pojawiają, nasuwa cokolwiek

ZWIĄZEK KOMPLETNY

137

purytańską refleksję, e (prawie) ka da przyjemność niesie automatycznie pewne emocjonalne koszty, a automatyzm ów wynika z działania autonomicznego układu nerwowego (on to bowiem zawiaduje fizjologicznym podło em emocji), którego funkcje niezale ne są od ludzkiej woli. Nie mniej purytańskie, choć nieco bardziej pocieszające jest dopełnienie tego wniosku: (prawie) ka dy ból niesie te z sobą pewne automatyczne dobrodziejstwa. Nawet je eli są one tylko ulgą, to jest to przyjemniejsze ni stan jedynie neutralny. Zazdrość
W zazdrości więcej jest miłości do siebie ni do kochanego człowieka.

La Rochefoucauld

Zazdrość łączona jest z miłością od niepamiętnych czasów jako jej „ciemna strona" czy te nieuchronny skutek. Jest tak e problemem nękającym przynajmniej od czasu do czasu niemal ka dego człowieka i ka dą miłość. Jeśli stale nęka dany związek, mo e doprowadzić w końcu do jego rozpadu. Wielu ludzi skłania do myśli, uczuć i postępków, których nikt by się po nich nie spodziewał, ich samych nie wyłączając. Stanowi najczęstszą przyczynę stosowania fizycznej przemocy zarówno przez mę ów w stosunku do on, jak i przez ony w stosunku do mę ów. Czasami przybiera jawnie patologiczną formę urojeń prześladowczych nie znajdujących najmniejszego uzasadnienia w rzeczywistości. Szacuje się, e jest przyczyną 20% wszystkich popełnianych morderstw (White i Mullen, 1989). Psychologowie dość zgodnie uwa ają, e zazdrość jest nie tyle oznaką i rękojmią prawdziwej miłości (jak twierdził ju św. Augustyn w swoich Wyznaniach i jak twierdzą wszyscy zazdrośnicy), ile stanowi reakcję człowieka na subiektywnie spostrzegane zagroenie: po pierwsze, jego poczucia własnej wartości i/lub po drugie, szans dalszego istnienia związku. Oba te zagro enia są ze sobą zresztą powiązane, poniewa osoby o niskim poczuciu własnej wartości mają więcej powodów do powątpiewania w swoją zdolność do utrzymania partnera przy sobie. Decydującą rolę odgrywa w zazdrości nie samoocena ogólna, lecz specyficzna, to znaczy nie to, jak ogólnie (dobrze lub źle) człowiek o sobie myśli, lecz ocena własnej wartości jako partnera bliskiego związku. Stosunkowo du a liczba badań nad powiązaniem

138

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ogólnej samooceny z zazdrością przyniosła tyle wyników potwierdzających, co i zaprzeczających istnieniu tego powiązania (White i Mullen, 1989). Natomiast wiele badań zgodnie wykazuje nasilone występowanie zazdrości u osób mających niską ocenę siebie samych w danej relacji, które spostrzegają siebie jako partnerów nieadekwatnych i zgadzają się z twierdzeniami typu: „Chciałbym być innym człowiekiem, tak eby mój związek z nią był lepszy". Dość krańcowym tego przejawem jest fakt, e kobiety spotykające się z fizyczną agresją własnych mę ów z reguły twierdzą, e ci ostatni powątpiewają we własną wydolność seksualną i mają „kompleks ni szości" na tym tle (Roy, 1977). Podobną rolę odgrywa te uzale nienie naszej własnej samooceny od tego, co myśli o nas partner. Osoby uzale niające ocenę siebie od ocen partnera („Czułabym się strasznie, gdyby mój part-~ ner mnie nie szanował") są zwykle bardziej zazdrosne (White, 1981 a,b). Tego rodzaju uzale nienie oceny siebie od sądów partnera jest oczywiście naturalną i logiczną konsekwencją bliskiego z nim związku. Tak więc, chocia nieuzasadniona zazdrość stanowi przede wszystkim wyraz problemów, jakie ma z samym sobą ten z partnerów, który ją prze ywa, nie jest to oczywiście cała prawda. Zazdrość stanowi tak e reakcję na aktualny stan związku między dwojgiem ludzi oraz na sposób, w jaki definiują oni swój związek. Im bardziej partnerzy cenią swój związek, tym bardziej będą się starali o jego utrzymanie, wkładając weń swój czas i energię, co zwrotnie nasila stopień ich własnego uzale nienia od tego związku i jego kondycji. Doprowadza to partnerów do stanu, w którym uwa ają oni, e dobra, jakie otrzymują od siebie nawzajem, są dla nich niedostępne poza łączącym ich związkiem. Ogólnie rzecz biorąc, jest to oczywiście po ądane dla związku i zapewnia mu trwanie. Jednak jednym ze skutków ubocznych takiego stanu mo e być właśnie zazdrość. Szansa jej pojawienia się rośnie, gdy partnerzy czują się bardziej uzale nieni od łączącego ich związku, a to spośród partnerów, które widzi siebie jako bardziej uzale nione i zaanga owane, jest te bardziej zazdrosne (Bringle i in., 1983; White, 1981 b, c). Zgodnie z uprzednimi rozwa aniami nad rolą sprawiedliwej wymiany dóbr w stałym związku oczekiwać te nale y, e ten z partnerów, który ma zani ony bilans zysków i uwa a, e inwestuje w związek zbyt wiele wysiłku i czasu, będzie bardziej zazdrosny.

ZWIĄZEK KOMPLETNY

139

Nieliczne istniejące badania potwierdzają to oczekiwanie. Wskazują tak e, i osoby uwa ające, e wkładają więcej wysiłku w związek ni ich partner, czują się mniej bezpiecznie, a ich zazdrość bardziej jest przesycona gniewem na samego siebie w momencie jej prze ywania. Co ciekawe, osoby te odczuwają silniejszy pociąg erotyczny do partnera, zgodnie z ogólną prawidłowością, e wzrost uzale nienia od danego związku i partnera pociąga za sobą nasiloną idealizację tego partnera (White i Mullen, 1989). Nie mniej wa ną sprawą jest zakres działań obwarowanych regułą wyłączności, tj. przekonaniem, e nale y je wykonywać jedynie z partnerem. Wyłączność taka jest zwykle zarezerwowana dla aktywności erotycznej i wiele badań przekonuje, e im silniejsze oczekiwanie wyłączności w tym zakresie, tym większa zazdrość, szczególnie u mę czyzn (White, 1981 a,b). Poszczególne pary ró nią się zakresem działań obło onych klauzulą wyłączności. Niektóre włączają tu na przykład zwierzanie się, pomaganie w potrzebie i wspieranie podczas psychicznych kłopotów, poszukiwanie rady, wspólny wypoczynek itd. Logiczne wydaje się przypuszczenie, e im więcej działań obło onych klauzulą wyłączności, tym większa szansa pojawiania się zazdrości. Sposób, w jaki partnerzy definiują swój związek, decyduje o tym, co jest widziane jako zagro enie, a to z kolei wyznacza oczywiście treść zdarzeń prowadzących do zazdrości. Najbardziej przekonujących tu argumentów dostarczają obserwacje antropologiczne. Wśród Ammassalików mieszkających na Grenlandii powszechny był rytuał „gaszenia lampy" - dobry gospodarz udostępniał wizytującemu gościowi własną onę gasząc w odpowiedniej chwili lampę. Ten, który tego nie czynił, mógł zostać publicznie oskar ony o skąpstwo i niegościnność, a ona niechętna temu procederowi bywała karcona przez mę a (Mirsky, 1937). Lesu z Nowej Irlandii (Melanezja) mają zwyczaj polegający na tym, e kochanek ony daje jej prezenty, które przekazuje ona mę owi. Dopóki prezenty trafiają do mę a, ten na ogół nie przejawia zazdrości, choć czasami jednak atakuje kochanka (Neubeck, 1969). Począwszy od lat pięćdziesiątych, niektórzy współcześni Amerykanie (szacunki ich liczby wahają się od 1 do 10 milionów, w ka dym razie jest ich na pewno więcej ni Ammassalików i Lesu razem wziętych) uprawiają swinging. Polega on na tym, e pary, zwykle mał eńskie, zapraszają do wspólnych przedsięwzięć seksualnych inne pary lub

140

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

pojedyncze osoby (za pośrednictwem ogłoszeń w prasie lub spe cjalnie w tym celu powstałych klubów). Inicjatywa nale y zwykle do mę ów, natomiast ony początkowo stawiają niejaki opór, choć po pewnym czasie dostarcza to im tyle samo satysfakcji, co ich mę om (Smith i Smith, 1973). Pary te ustalają zwykle zasady okre ślające dopuszczalny zakres kontaktów (na przykład tylko z innymi parami mał eńskimi albo tylko podczas swinging parties) i tylko jedna trzecia par ostatecznie porzuca ten styl ycia z powodu za zdrości (Denfeld, 1974). \ Przykłady te wskazują, e do zazdrości nie dochodzi nawet w przypadku „zdrady mał eńskiej", je eli na gruncie przyjętych przez partnerów norm dany akt seksualny miał miejsce w okolicznościach nie zagra ających bądź to istnieniu związku, bądź te poczuciu własnej wartości zainteresowanych stron. Dopiero pogwałcenie tych okoliczności prowadzi do zazdrości. Na przykład Ammassalikowie przyłapujący rywala z oną poza rytuałem gaszenia lampy, skłonni byli do ataku fizycznego, prowadzącego nierzadko do śmierci rywala. Na mocy tej samej logiki do wybuchu zazdrości dochodzić mo e w wyniku działań zdających się mieć niewiele wspólnego ze zdradą, je eli tylko zgodnie z kulturową definicją tego, co dopuszczalne, stanowią one oznakę zagro enia. Na przykład wśród dziewiętnastowiecznych Indian kalifornijskich z plemienia Yurok z agresywnym atakiem mę a spotykał się śmiałek proszący jego onę o kubek wody, poniewa było to uwa ane za zapowiedź dalszych awansów (Hupka, 1981). Czy bardziej zazdrośni są mę czyźni, czy kobiety? Istniejące badania dają tu sprzeczne wyniki, a większość dowodzi braku ró nic w ogólnym poziomie zazdrości. Co jednak nie znaczy, e zazdrość kobiet i mę czyzn niczym się nie ró ni. Kobiety i mę czyźni ró nią się przede wszystkim powodami zazdrości: mę czyźni są bardziej ni kobiety zazdrośni o kontakty seksualne, kobiety są natomiast bardziej ni mę czyźni zazdrosne o czas i uwagę poświęcane rywalkom. Dowodzą tego zgodnie bardzo ró ne badania nad reakcjami na wyobra one sytuacje zdrady (Teisman i Mosher, 1978), nad typową zawartością przekazów telewizyjnych (White i Mullen, 1989), wreszcie nad podawanymi przez samych zainteresowanych przyczynami rozwodu. Badania amerykańskie, angielskie i holenderskie zgodnie wykazują, e mę czyźni bardziej uskar ają się na niewierność, choć stroną częściej dopuszczającą

ZWIĄZEK KOMPLETNY

141

się zdrady są mę czyźni, a nie kobiety (Buunk, 1987; Levinger, 1965, 1966; Thornes i Collard, 1979). Podobnie i dane polskiego Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, e mę czyźni częściej ni kobiety podają zdradę jako przyczynę rozwodu, podczas gdy kobiety częściej w takiej sytuacji wymieniają brak zainteresowania rodziną (dane z drugiej połowy lat 80.). Fakt, e zazdrość mę czyzn koncentruje się głównie na seksie, podczas gdy kobiet - na niebezpieczeństwie utraty bądź pogorszenia się związku, ma charakter ponadkulturowy. W większości znanych kultur niewierność seksualna kobiet spotyka się ze znacznie cię szymi represjami ni niewierność mę czyzn. Niegdysiejsi Apacze obcinali swoim niewiernym onom czubek nosa (i zabijali kochanka), a jedenastowieczni Anglicy obcinali zarówno nos, jak i uszy. Jednak ony ani jednych, ani drugich nie były uprawnione do wykonywania podobnych zabiegów w przypadku zdrady mę a. W społeczeństwach, gdzie zdrada usprawiedliwiała cię ką agresję do zabójstwa włącznie, usprawiedliwienie dotyczyło z reguły agresji w wykonaniu zdradzonych mę czyzn, a nie kobiet (Mead, 1931; Murstein, 1974). Zresztą w naszej własnej kulturze zdrada kobiety spotyka się nadal z silniejszym potępieniem moralnym ni zdrada mę czyzny. Jeszcze w 1992 roku 20% dorosłych Polaków uwa ało zdradę mę czyzny za „bardziej naturalną" ni zdrada ko.biety (wyniki ankiety przeprowadzonej przez sopocką Pracownię Badań Społecznych na zlecenie „Gazety Wyborczej"). Fakty te, a szczególnie ich uniwersalny, ponadkulturowy charakter, dały asumpt do wyjaśnień socjobiologicznych. Jak ju wspominałem poprzednio (w rozdziale 3.), poziom wysiłku i czasu wkładanego w wychowanie potomstwa jest znacznie wy szy u kobiet ni u mę czyzn. Jesteśmy jednak takim gatunkiem, gdzie poziom inwestycji wkładanych w wychowanie jest bardzo wysoki nawet ze strony mę czyzny, wy szy ni u jakiegokolwiek innego gatunku. Jeeli ewolucyjnym zadaniem mę czyzny jest mo liwie szerokie rozpropagowanie własnych genów, to stoi on przed problemem raczej nie znanym kobiecie. Oto rodząc dziecko i potem je wychowując, kobieta ma całkowitą pewność, e inwestuje wysiłek w propagowanie własnych genów. Dziecko jest na pewno jej własnym dzieckiem. Mę czyzna tej pewności nie ma, a w ka dym razie sam fakt urodzenia się dziecka mu jej nie zapewnia. Dlatego te nie ma

142

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

i automatycznej pewności, e inwestuje wysiłek w wychowanie wła snego potomstwa. Tak więc, jak przekonuje Symons (1979, s. 242), „ostateczną funkcją męskiej zazdrości seksualnej jest podwy sze nie prawdopodobieństwa, e jego ona pocznie jego własne, a nie cudze dziecko", przy czym, dodaje autor, wyjaśnienie takie „nie oznacza, e stanowi to świadomy motyw działań mę czyzny, tak jak nie stanowi takiego motywu w przypadku zazdrosnego osob nika męskiego jakiegokolwiek innego gatunku". Myślenie w kategoriach socjobiologicznych wyjaśnia tak e specyficzne powody zazdrości kobiety. Dopóki mę czyzna inwestuje wysiłek w wychowanie jej dziecka, wszystko jest raczej w porządku. Nawet je eli - by tak rzec - propaguje on swoje geny równie gdzie indziej. Powa ne problemy pojawiają się dopiero wtedy, kiedy mę czyzna zaczyna lokować swoją energię i wysiłek w innym związku. Tego rodzaju wyjaśnienia spotykają się z krytyką licznych autorów (na przykład White i Mullen, 1989). Po pierwsze, z powodu wielu pułapek, na jakie nara one jest stosowanie modeli socjobiologicznych do wyjaśniania zachowań ludzi (nie zaś zwierząt, dla których je pierwotnie sformułowano). Po drugie dlatego, e myślenie w kategoriach socjobiologii promuje wizję mę czyzny-jaskiniowca, agresywnego zazdrośnika i brutala zwolnionego z odpowiedzialności za swą agresję pozostającą w słu bie biologicznych presji. Oczywiście, je eli nawet biologia (i nauka w ogóle) coś wyjaśnia, niczego tym samym jeszcze nie usprawiedliwia. Fakt, e natura wyposa yła nas w zęby, w adnym razie nie usprawiedliwia u ywania ich do gryzienia innych. Na przykład w nos - taki rodzaj represji wobec rywalki był tradycyjnie stosowany przez zazdrosne ony z Samoa (najwyraźniej wbrew temu, e zgodnie z zało eniami socjobiologii powinni się w taki sposób zachowywać raczej zazdrośni mę owie). Ró nice między kobietami i mę czyznami dotyczą tak e sposobów prze ywania zazdrości i reagowania na nią. Kobiety silniej koncentrują się na rozwa aniu motywów swoich partnerów i przypisują zdradę potrzebom seksualnym partnera i atrakcyjności rywalki. Mę czyźni poszukują przyczyn raczej w uczuciowym zaangaowaniu partnerki w związek z rywalem i jej zapotrzebowaniu na uwagę i względy. Prze ywaniu zazdrości przez kobiety towarzyszy smutek i depresja, u mę czyzn natomiast pojawia się gniew i agresja. Nie wszystkie jednak badania wykazują ten właśnie wzorzec,

ZWIĄZEK KOMPLETNY

143

depresja bowiem jest generalnie charakterystyczna dla zazdrości tego z partnerów, który ma mniej w danym związku do powiedzenia, gniew zaś - dla tego, który ma większy wpływ i władzę (White i Mullen, 1989). Kobiety zdają się być ogólnie bardziej zorientowane na rozwiązywanie problemów nękających związek, jego podtrzymywanie i ulepszanie w obliczu zdrady oraz otwarte wyra anie własnych uczuć. Mę czyźni są natomiast bardziej zorientowani na nierealistyczne próby radzenia sobie z dokuczliwymi emocjami (na przykład poprzez zaprzeczanie) i poszukiwanie innych, zastępczych sposobów ura onego poczucia własnej wartości. Zgodnie z potocznym przekonaniem kobiety częściej ni mę czyźni usiłują celowo wzbudzić zazdrość, co słu yć mo e sprawdzaniu siły związku, uzyskaniu jakiegoś specyficznego zysku (na przykład więcej czasu i uwagi ze strony partnera), podniesieniu poczucia własnej wartości bądź te ukaraniu partnera (White, 1980 a). Wią e się to zapewne z ogólniejszymi ró nicami między kobietami i mę czyznami. Kobiety cechują się często większymi umiejętnościami społecznymi, a wywieranie wpływu na partnera polega u nich raczej na manipulowaniu jego uczuciami ni na odwoływaniu się do konkretów, takich jak pieniądze, co jest z kolei charakterystyczne dla mę czyzn. Mimo dość dramatycznych konsekwencji zazdrości, jakie przytaczałem wy ej, oczywiście jej następstwa są zwykle znacznie mniej widowiskowe. Jak ludzie radzą sobie z zazdrością? White i Mullen (1989) przekonują, e stosują zwykle jedną z następujących ośmiu strategii: 1. Polepszenie stanu aktualnego związku, tak aby stał się on dla partnera bardziej atrakcyjny ni związek alternatywny. Droga do tego celu wiedzie poprzez obni enie strat partnera lub pod wy szenie jego zysków (na przykład próba podniesienia wła snej atrakcyjności, zwiększenie własnego udziału w obowiąz kach domowych, udzielanie partnerowi większego wsparcia). 2. Ingerencja w alternatywny związek partnera, tak aby stał się dlań mniej atrakcyjny od związku pierwotnego. Droga do tego celu wiedzie przez podwy szenie kosztów, a obni enie zysków part nera wynikających z tego alternatywnego związku (na przykład ostrzeganie rywala przed wadami partnera, atakowanie part nera lub rywala, wprowadzanie partnera w poczucie winy).

144

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

3. ądanie od partnera większego zaanga owania i budowanie ba rier utrudniających partnerowi opuszczenie związku (na przy kład celowe zajście w cią ę bez informowania o tym partnera, gro enie, e samemu opuści się związek pierwotny, nakłania nie przyjaciół partnera, by doń „przemówili"). 4. Dewaluacja partnera i/lub rywala. Celem dewaluacji partnera (na przykład uświadomienia sobie, e nie jest tak inteligentny czy atrakcyjny, jak się myślało) jest pomniejszenie dolegliwości na wypadek rozpadu pierwotnego związku bądź te zdys kredytowanie partnera jako źródła wiarygodnych, a przy tym niepochlebnych informacji na nasz własny temat. Celem de waluacji rywala jest oczywiście zyskanie poczucia, e jesteśmy od niego lepsi. 5. Poszukiwanie alternatyw nie tylko w sensie własnego alter natywnego związku z innym partnerem, ale tak e w sensie prób znalezienia dowolnych innych dowodów wartości własnej osoby (silniejsze skoncentrowanie się na dzieciach, pracy, przy jaźni z innymi, podjęcie jakiejś nowej, cenionej aktywności). 6. Zaprzeczanie/unikanie problemu. Idzie tu o zaprzeczanie przed samym sobą, e problem istnieje, anga owanie się w - zwykle niezbyt wymyślne - działania, które odwracają uwagę od pro blemu i przynoszą emocjonalną ulgę (alkohol, ró nego rodzaju próby przekonywania siebie, e nie ma czym się niepokoić), obronne koncentrowanie się na pracy. 7. Przedefiniowanie istoty pierwotnego związku (na przykład wnio sek, e opiera się on nie na ulotnej namiętności, lecz na wza jemnym wspieraniu się i pomocy), zmiana interpretacji działań partnera („Nie chodzi mu o nic powa nego, tylko o seks"), wreszcie zmiana sposobu pojmowania własnej osoby i własnej roli w związku bądź w yciu w ogóle (przedefiniowanie wła snych wartości, próba zmiany siebie, zdobycia nowych umie jętności, na przykład przez czytanie odpowiednich ksią ek czy uczestnictwo w treningach wra liwości). Wszystkie te zabiegi myślowe mają na celu albo przygotowanie się do nowych dzia łań, albo zmianę sposobu myślenia, tak aby stało się mo liwe zaplanowanie nowych sposobów radzenia sobie z problemem. 8. Poszukiwanie wsparcia lub odreagowanie ma na celu poradze nie sobie z negatywnymi emocjami i ul enie sobie przez ich swobodne wyrzucenie z siebie w warunkach, gdzie nie grozi

ZWIĄZEK KOMPLETNY

145

to pogorszeniem sytuacji. A więc wy alenie się czy „wywściekanie" w obecności kogoś zaprzyjaźnionego, dostarczającego nam uczuciowego wsparcia. Niektóre sposoby radzenia sobie z zazdrością są więc próbą uzyskania jedynie doraźnej ulgi, bez zmiany sytuacji wywołującej negatywne emocje (zaprzeczanie/unikanie, odreagowanie). Inne mają na celu zmianę sytuacji, a więc usunięcie rzeczywistych źródeł problemów i emocji (polepszanie własnego związku, pogarszanie alternatywnego związku partnera). Inne wreszcie stanowią mieszankę obu tych tendencji (przedefiniowywanie, poszukiwanie alternatyw). Próby radzenia sobie wyłącznie z dokuczliwością własnych emocji bez wpływania na ich przyczyny są oczywiście polityką krótkowzroczną, która łatwo mo e doprowadzić do pogorszenia się jakości związku i jego rozpadu. Próby rzeczywistej zmiany sytuacji dają większe szanse powodzenia, choć go nie zapewniają. Tak czy owak, sposób, w jaki ludzie reagują na zazdrość własną czy partnera, okazuje się często niewystarczający, to znaczy nie likwiduje problemu. Co zatem ludzie powinni robić, aby zazdrość przestała ich gnębić? To, co piszą psychologowie zajmujący się terapią zazdrości (Clanton i Smith, 1977; Hatfield i Walster, 1981; White i Mullen, 1989), sprowadza się z grubsza do przynajmniej dwóch kroków. Krok pierwszy: rozpoznanie stanu rzeczy, to znaczy zarówno tego, jak zazdrość jest prze ywana, jak i tego, co właściwie ją wywołuje. Zazdrość jest bólem, który mo emy prze ywać na wiele ró nych sposobów - towarzyszyć jej mo e gniew, strach, nienawiść, depresja i poczucie beznadziejności, bezsilność, poczucie śmieszności, wstręt do siebie lub partnera, wstyd, poczucie winy itd. Punktem wyjścia do racjonalnej próby poradzenia sobie z zazdrością jest rozpoznanie, które z tych uczuć sami prze ywamy i w jakich sytuacjach. Prawie na pewno są to nie tylko sytuacje rzeczywistej zdrady bądź nawet jej zapowiedzi. Bardzo często zazdrość pojawia się nawet wtedy, kiedy doskonale wiemy, e partner wcale nie ma ochoty popędzić do łó ka z rywalką, a nawet gdyby tak było, to i tak by tego nie zrobił. Jak pisze jeden z terapeutów (w: Clanton i Smith, 1977, s. 194), brak takiego realnego zagro enia nie przeszkadza poczuć „ukłucia zazdrości", je eli: - czujemy, e przestaliśmy być najwa niejsi (bądź przestaliśmy na partnera zasługiwać) i w dodatku wszyscy o tym wiedzą,

146

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

- czujemy, e nie jesteśmy w stanie przewidzieć dalszego zacho wania partnera, - czujemy się bezsilni, poniewa straciliśmy kontrolę nad zacho waniem partnera bądź własnym, - czujemy utratę prywatności, wyłącznego dostępu do partnera czy terytorium uprzednio zawarowanego tylko dla nas, - czujemy, e partner nie zaspokaja naszych potrzeb (emocjo nalnych, seksualnych, intelektualnych), - czujemy, e partner nie spędza z nami tyle czasu, ile byśmy chcieli. Poza tym warto pamiętać, e zazdrość jest stosunkowo często wzbudzana nie tyle zachowaniami partnera, ile raczej potencjalnych czy domniemanych rywalek (rywali). Kiedy mą po raz czwarty opowiada, jak to zatrzasnęły mu się drzwi, gdy w samych slipach wystawiał wieczorem butelkę na mleko, a dwudziestoletnia blondynka zaśmiewa się z tego powodu pełną piersią (zupełnie jak jego własna ona, kiedy to słyszała pierwsze dwa razy), przyczyną zazdrości są dźwięki wydawane raczej przez blondynkę ni przez mę a (te ostatnie wywołują raczej ziewanie). Na pewno robi on coś takiego, e wzbudza to zainteresowanie płci przeciwnej i nierzadko właśnie w tym celu to robi. Ale czy na pewno chcemy, eby ju niczyjego zainteresowania nie wzbudzał? Pomocne jest tak e zorientowanie się, jakie konkretnie zdarzenia prowadzą do pojawiania się tych uczuć. Niewykluczone, e partner wcale ich tak nie interpretuje i być mo e wcale nie ma powodu, by bardziej wierzyć w interpretację własną ni w interpretację partnera. Co więcej, partner mo e sobie nie zdawać sprawy z tego, które jego działania budzą w nas zazdrość. Dzięki rozmowie mo e się przekonać, co czyni (i przestać), albo my sami mo emy się przekonać o tym, co czynimy (i przestać). Krok drugi: spojrzenie z perspektywy. Rozmowy tego rodzaju nie muszą doprowadzić do opanowania problemu zazdrości, jednak e zapoznanie się z punktem widzenia partnera pomaga nabrać pewnego dystansu do własnych uczuć, spojrzeć na nie z pewnej perspektywy. Okazać się mo e, e rzeczywistą przyczyną zazdrości jest nie zachowanie partnera, lecz nasze własne poczucie niskiej wartości w związku z brakiem sukcesów zawodowych, niebezpiecznym przybieraniem centymetrów w pasie, bądź pozostawaniem od

ZWIĄZEK KOMPLETNY

147

trzech lat w domu, by wychować dziecko. Okazać się musi, jak destruktywne są ograniczenia nakładane na działania partnera przez naszą zazdrość, jak wiele wa nych działań czy uczuć nasza zazdrość mu blokuje. Ona nie mo e się elegancko ubrać czy nało yć makija u i poczuć się jak kobieta godna po ądania. On nie mo e pojechać na konferencję tylko dlatego, e organizatorzy nie pomyśleli o zorganizowaniu dwóch odrębnych - jednej dla mę czyzn, drugiej dla kobiet. Taka rozmowa z partnerem mo e doprowadzić nas do pytań, czy rzeczywiście chcemy, aby robił on mo liwie mało intere sujących go rzeczy, czy rzeczywiście chcemy, eby stał się mo liwie mało interesujący dla płci przeciwnej (a więc w końcu i dla nas samych)? Je eli nasz partner jest rzeczywiście skłonny do pomocy w rozwiązywaniu problemu, dobrym zabiegiem jest zamiana ról i odegranie sceny zazdrości, podczas której rola partnera zazdrosnego odgrywana jest przez tego, który zwykle jest atakowany, natomiast rola partnera broniącego się i uspokajającego pozostaje temu, który zwykle jest zazdrosny i atakuje. Tego rodzaju zabieg wymaga jednak du ego wysiłku emocjonalnego i przełamania oporów przed porzuceniem choćby na chwilę swoich własnych „jedynie słusznych" poglądów oraz przyjęciem „irracjonalnych" poglądów partnera. Dlatego te ju na wstępie propozycja taka często spotyka się z odrzuceniem, jako zabawa niepowa na i głupia. Próba odtworzenia toku rozumowania partnera i wynajdywania argumentów z jego perspektywy pozwala tę perspektywę (i partnera) lepiej zrozumieć. Przede wszystkim zaś pozwala zrozumieć prostą prawdę, e nasza własna perspektywa wcale nie jest jedyną mo liwą w większości sytuacji wzbudzających zazdrość. Innym skutecznym zabiegiem mo e być odegranie scenki nasilającej konflikt do absurdalnych rozmiarów. Przykładem mo e być para w średnim wieku, która zgłosiła się do terapeuty z tego powodu, e mą poświęcał zbyt wiele uwagi trzem kotom odziedziczonym po poprzedniej, zmarłej onie, co doprowadzało do pasji i zazdrości jego onę obecną. Terapeuci (Im i in., 1983) zignoro wali oczywisty fakt, e poświęcenie mę a dla kotów stanowiło wy raz kontynuacji jego przywiązania do poprzedniej ony. Poradzili natomiast onie, aby... przestała tolerować tak bezsensowne i ego istyczne zachowanie mę a i natychmiast wystąpiła o rozwód. Mę owi udzielili podobnej rady. Kontrolowana przez terapeutę kon-

148

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

frontacja dwojga mał onków, z których ka de zgłosiło zamiar rozwiedzenia się z powodu kotów, okazała się dla zainteresowanych absurdalna tak dalece, e sami znaleźli kompromis rozwiązujący problem. Tego rodzaju „terapia przez absurd" jest dość niebezpieczna i mo e odbywać się jedynie pod kontrolą doświadczonego terapeuty. Istnieją jednak i prostsze mo liwości autoterapii. Albert Ellis, twórca tzw. terapii racjonalno-emotywnej, twierdzi, e zazdrość wynika nie tylko z działań partnera, ale przede wszystkim z własnych irracjonalnych przekonań przyjmujących taką mniej więcej postać: „Czy to nie okropne, e ona (czy on) interesuje się kimś innym? Nie mogę tego wytrzymać! Jakim muszę być głupcem i niedojdą, skoro pozwalam jej (czy jemu) na tak głębokie anga owanie się gdzie indziej! No, i jak ten niewdzięczny potwór mo e mi coś takiego robić!" To, co Ellis proponuje, to po prostu przemyślenie tych kolejnych irracjonalnych wykrzykników. Czy to rzeczywiście jest okropne, e partner interesuje się tak e kimś innym? Czy na pewno chcę, eby interesował się tylko mną? Co właściwie by z tego wynikło i czy na pewno by mi się to podobało? A czy mnie samej nie zdarza się interesować tak e kimś innym? Czy u mnie te zasługuje to tylko na potępienie? No i poza tym, czy naprawdę nie mogę wytrzymać jego zainteresowania kim innym? Nie mogę czy nie chcę? Właściwie dlaczego nie chcę tego wytrzymywać? I tak dalej. Propozycja takich rozmyślań mo e budzić opór, jako sprzecznych z istotą miłości, nie poddającej się przecie przyziemnemu rozsądkowi. No có , odpowiedzieć mo na, e lepiej jest myśleć wtedy, kiedy jeszcze jest o czym myśleć, kiedy mo e to jeszcze coś zmienić... Udzielenie sobie odpowiedzi na takie pytania, rozmowa czy zamiana ról z partnerem na pewno nie wyeliminują zazdrości z naszego związku. Ale całkowite usunięcie zazdrości wcale nie jest konieczne (dla wielu osób mogłoby to być nawet smutne). Chodzi jedynie o to, aby sprowadzić ją do rozmiarów, z którymi mo na sobie poradzić, oraz wynegocjować z samym sobą i z partnerem taką postać wzajemnych kontaktów, która minimalizuje szanse pojawiania się zazdrości, a przynajmniej jej szansę na zniszczenie naszego związku. Problem z zazdrością polega bowiem nie na tym, eby jej nie było, lecz na tym, abyśmy to my nad nią panowali, nie zaś ona nad nami.

ROZDZIAŁ

5

Związek przyjacielski
Ponura krzywa satysfakcji Pułapki intymności - aniołem być, czyli pułapka dobroczynności - szczęścia się wyrzec, czyli pułapka obowiązku - święty spokój, czyli pułapka bezkonfliktowości - niezłomność zasad, czyli pułapka sprawiedliwości Reakcje na niezadowolenie - dialog - lojalność - zaniedbanie - wyjście Od czego zale y rodzaj reakcji? - męskość-kobiecość - samoocena - stan związku

Partnerzy stałego związku muszą - podobnie jak ka da grupa społeczna - radzić sobie z dwoma typami problemów. Po pierwsze, z zadaniami wynikającymi z tego, co się dzieje poza samą parą wychowanie dzieci, związanie końca z końcem, dorobienie się itd. Po drugie, z wewnętrznym morale swego związku, z utrzymaniem wzajemnej atrakcyjności, bliskości, zaufania i innych pozytywnych uczuć. Wiele badań wykazuje, e poziom satysfakcji z mał eństwa pozostaje w nikłym stopniu uzale niony od sprawności, z jaką małonkowie radzą sobie z zadaniami zewnętrznymi (Brichler i in., 1975; Gottman, 1979; Levinger, 1964). Decydujące znaczenie ma natomiast utrzymanie wewnętrznej spójności pary, wykształcenie

150

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

i utrzymanie wzorca wymiany pozytywnych i wzajemnie wspierających zachowań, unikanie wymiany negatywnych postępków i uczuć. Krótko mówiąc - utrzymanie satysfakcjonującego poziomu intymności.

Ponura krzywa satysfakcji
Poziom satysfakcji z mał eństwa niewątpliwie był i jest najpopularniejszym tematem badań nad mał eństwem - dotyczą go dosłownie setki badań psychologicznych i socjologicznych. W większości z nich udało się wykryć takie czy inne czynniki, które dodatnio lub ujemnie korelują z poziomem satysfakcji z mał eństwa. Niewiele z tych zale ności powtórzonych zostaje przez innych badaczy, co wynika stąd, e większość tych badań prowadzona jest na próbkach niewielkich, łatwych do zbadania, lecz często nietypowych (na przykład osoby zwracające się o pomoc w rozwiązaniu problemów mał eńskich, ró nego rodzaju pacjenci) i z reguły pozbawionych waloru reprezentatywności dla badanych populacji (co z kolei wymaga znacznych nakładów finansowych). Niemniej jednak z tej gmatwaniny sprzecznych i trudnych do powtórzenia wyników wyłaniają się pewne fragmenty układające się w dość jasny obraz tego, co dzieje się z satysfakcją partnerów z ich związku w miarę jego trwania. Co najmniej kilkanaście badań - w tym tak e badania na wielkich próbach reprezentatywnych dla dorosłych populacji ró nych krajów - pokazuje krzywoliniowy związek między etapem „cyklu yciowego", na jakim znajduje się rodzina (jeszcze bezdzietność, pierwsze dziecko i ewentualnie następne, kolejne fazy dorastania dzieci, opuszczenie domu przez dzieci), a satysfakcją mał onków z ich związku (Ade-Rider i Brubaker, 1983; Argyle, 1987; Glenn, 1990). Oznacza to, jak ilustruje rysunek 11., e początkowo satysfakcja z mał eństwa silnie spada, osiągając najni szy poziom w momencie dorastania dzieci, by potem ponownie wzrosnąć, choć zwykle do poziomu ni szego ni początkowy. Z uwagi na współwystępowanie satysfakcji z nieobecnością dzieci początkowy spadek satysfakcji z mał eństwa przypisywano głównie pojawieniu się dzieci. Ich posiadanie wią e się z licznymi

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

151

Faza cyklu yciowego rodziny
Rysunek 11. Poziom satysfakcji z mał eństwa w ró nych fazach yciowego cyklu rodziny (dla trzech próbek amerykańskich i jednej brytyjskiej). Źródło: Argyle i Martin (1991, s. 87). kosztami, nie tylko ekonomicznymi: spadek ilości czasu, jaki partnerzy mają dla siebie nawzajem i ka dy dla siebie z osobna, dotkliwy wzrost liczby obowiązków, bezpowrotny zanik posiadania partnera tylko dla siebie, wtrącenie partnerów w tradycyjny, a niekoniecznie po ądany układ ról z kobietą poświęcającą się domowi i mę czyzną zajętym działalnością zarobkową. Podobnie i późniejszy wzrost satysfakcji przypisywano opuszczeniu domu rodzinnego przez dzieci. Jednak e nawet stałe współwystępowanie dowolnych zjawisk wcale nie musi oznaczać, e jedno z nich jest przyczyną drugiego (na przykład na wsi jest więcej bocianów ni w mieście, co jeszcze nie dowodzi, e to właśnie jest przyczyną większej dziet-

152

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ności rodzin wiejskich). Większość rodziców deklaruje, e dzieci stanowią ogromne źródło radości, a niektórzy skłonni są nawet uwa ać, i jest to jedyny powód do satysfakcji z ycia rodzinnego. Co wa niejsze, nowsze badania, w których mierzono zmiany satysfakcji równie u mał eństw bezdzietnych, pokazują takie samo tempo początkowego spadku satysfakcji u par zarówno mających, jak i nie mających dzieci (McHale i Huston, 1985; White i Booth, 1985). Mimo stosunkowo du ej powtarzalności i wyrazistości wzorzec zmian satysfakcji z mał eństwa przedstawiony na rysunku 11. jest mylący, przynajmniej w części dotyczącej późniejszego wzrostu satysfakcji. Po pierwsze, większość wyników pochodzi z badań „poprzecznych", porównujących ró ne mał eństwa znajdujące się w momencie badania w ró nych fazach ycia rodzinnego (a nie wcią te same mał eństwa w ró nych momentach). Prawdopodobieństwo rozwodu jest bardzo silnie uzale nione od satysfakcji z mał eństwa, a procent rozwodzących się mał eństw w badanych populacjach (najczęściej amerykańskich) jest bardzo znaczny (obecnie więcej ni jedna trzecia mał eństw amerykańskich rozpada się i tendencja ta stale rośnie - Raschke, 1987). W konsekwencji długotrwałe mał eństwa, do jakich dociera się w badaniach poprzecznych, są mocno przesiane. Są to po prostu mał eństwa najszczęśliwsze, a spora część związków najmniej szczęśliwych w ogóle przestała ju istnieć, co sztucznie zawy a średnie oceny satysfakcji w porównaniu z mał eństwami młodszymi, jako e wśród nich są jeszcze i te niezadowolone, które w przyszłości się rozpadną. Po drugie, mał eństwa długotrwałe to mał eństwa osób starszych, tj. wcześniej urodzonych, a więc z reguły bardziej przywiązanych do tradycyjnych wartości (w tym i nienaruszalności stanu mał eńskiego). To równie przyczynia się do względnego zawy enia ocen satysfakcji u mał eństw „starych". Podobnych wątpliwości interpretacyjnych nie budzi natomiast faza początkowego spadku satysfakcji. Stwierdza się ją bardzo często tak e w badaniach nie wykazujących późniejszej fazy wzrostu i, co wa niejsze, tak e w badaniach „podłu nych", prowadzonych na tych samych parach w ró nych okresach ich ycia. Badania takie wykazują spadek satysfakcji z mał eństwa ju w ciągu pierwszego

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

153

roku jego trwania (Huston i in., 1986). Spadek oceniany zarówno za pomocą subiektywnych ocen, jak i procentu nadal trwających związków w obrębie tej samej, coraz starszej grupy wiekowej jest wyraźny co najmniej w ciągu pierwszych dziesięciu, a prawdopodobnie i dwudziestu pięciu lat (Glenn, 1989). Dotychczasowe badania nie pozwalają jednoznacznie orzec, czy późniejsze wznoszenie się krzywej satysfakcji z mał eństwa jest wyłącznie sztucznym produktem metody, czy jest zjawiskiem rzeczywistym (choć o mniejszym natę eniu, ni to sugeruje rysunek 11.), czy te ma miejsce jedynie w odniesieniu do niektórych par, na przykład tych, które potrafiły przedefiniować znaczenie miłości i własnego związku z opartego na namiętności na taki, który budowany jest głównie na bazie przyjaźni partnerów. Ta ostatnia mo liwość wydaje się bardziej atrakcyjna i potwierdzana jest wynikami badań, w których wykrywa się dość nieliczną grupę „mał eństw totalnych", zachowujących witalność po dziesięciu i więcej latach (Cuber i Haroff, 1965). Mo liwość taka jest najwyraźniej krzepiąca i uwzględnia potoczną obserwację, e istnieją jednak pary zachowujące do końca ycia silny i szczęśliwy związek uczuciowy. Warto jednak pamiętać, e nawet takie nieliczne obserwacje nie przeczą realności ogólnych, statystycznych trendów omawianych w tej pracy. Najbli ej trzymający się faktów wniosek jest więc taki, e w znacznej większości stałych związków występuje systematyczny i rozło ony na wiele łat spadek satysfakcji z tych e związków. Oznacza to postępujący spadek poziomu intymności, jaka łączy partnerów, zwaywszy, e namiętność spada i wcześniej, i w szybszym tempie. W pierwszym rozdziale tej ksią ki intymność charakteryzowana była jako ten składnik miłości, który częściowo poddaje się świadomej kontroli samych zainteresowanych, i niewątpliwie większość par stara się nie dopuścić do jej spadku w swoim związku. Po pierwsze dlatego, e wysoki poziom intymności jest przyjemny dla samych zainteresowanych. Po drugie dlatego, e ludzie oczywiście zdają sobie sprawę z tego, i wzajemne świadczenie sobie dobra, zaufanie, przywiązanie i po prostu lubienie się z partnerem są niezbędne dla utrzymania związku, a związek swój utrzymać pragną (rozpad związku traktowany jest powszechnie jako zło moralne i klęska zainteresowanych). Jednak pomimo usiłowań większości par nie udaje się utrzymać zadowalającego poziomu intym-

154

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

ności, choć mo liwe, e udaje się tego dokonać pewnej szczęśliwej mniejszości. Ta bezskuteczność wynikać mo e albo z tego, e ludzie starają się za słabo, albo nie wiedzą, jak to zrobić. Kilkakrotnie ju wskazywanym powodem, dla którego ludziom zdarza się starać o utrzymanie intymności słabiej, ni by mogli, jest mit miłości romantycznej, głoszący, e świadome oddziaływania na miłość sprzeczne są z samą istotą tego uczucia, które powinno dziać się samo. Jednak problemy większości par rozpoczynają się zapewne nie od braku chęci, lecz od braku umiejętności ich zrealizowania, a. spadek intensywności starań jest wtórnym efektem ich nieskuteczności. Wiele przyczyn spadku intymności ma oczywisty charakter. Nieodpowiedzialność, egoizm, nieustanna chęć postawienia na swoim, zdrada czy agresywność, cię kie warunki materialne, utrata swobody wyboru (niemo ność robienia tego, co by się chciało, a konieczność robienia tego, czego robić się nie chce), zmęczenie. Wszystkie te powody zaniku ciepłych uczuć dla partnera są wystarczająco dotkliwe, by ka dy bez trudu je zauwa ył i próbował z lepszym lub gorszym skutkiem z nimi walczyć. Nieco mniej oczywistym, a przez to bardziej niebezpiecznym problemem jest nuda. Jak przekonuje pewien doświadczony psycholog terapeuta: „Znudzenie jest zapewne najpowszechniejszym wspólnym mianownikiem wszystkich problemów mał eńskich. Nie zawsze jest jako takie rozpoznawane, poniewa do czasu, gdy problemy w pełni się objawiają, ich przyczyna - znudzenie - dawno ju została zapomniana... Znudzone dzieci stają się poirytowane, namolne, kłótliwe, niezadowolone, niegrzeczne, bezproduktywne, nie zainteresowane, nierozwa ne, lekkomyślne, skłonne do robienia tego, czego robić nie powinny - i ogólnie mówiąc - nie do zniesienia. Kiedy dorośli się nudzą, skłonni są do tego samego, tyle e na większą skalę" (Venditti, 1980, s. 65). Ka dy człowiek ma pewien optymalny dla siebie poziom stymulacji (ilość zewnętrznych bodźców, którą dobrze znosi) i choć ludzie mocno się między sobą ró nią co do tego, jaka ilość zewnętrznej stymulacji najbardziej im odpowiada, wszyscy źle znoszą jej niedobór. W początkowych swoich fazach związek miłosny jest niewątpliwie ogromnym źródłem stymulacji. Ekscytującej jest bli sze poznawanie innego człowieka, ekscytujący jest seks, Ekscytujące

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

155

jest robienie nowych rzeczy wspólnie z innym człowiekiem. Wraz z upływem czasu du a część tej ekscytacji bezpowrotnie znika/Po kilku latach partner oczywiście przestaje być nowym człowiekiem znamy na pamięć jego dzieciństwo i wszystkie niegdyś tak zabawne anegdoty, poglądy i upodobania, a przede wszystkim wiemy, co sądzi on o nas samych. Po latach po ycia mniej ekscytujący staje się te seks - ró ne sonda e zgodnie wskazują, e ogromna większość mał eństw uprawia go w miarę trwania związku coraz rzadziej, Podobna zale ność stwierdzana jest u wielu gatunków zwierząt. Długo przebywające ze sobą osobniki przeciwnych płci tracą dla siebie wzajemne zainteresowanie. Jest to szczególnym przejawem powszechnie występującej tzw. habituacji - utraty zainteresowania dla obiektów, które straciły walor nowości. Je eli umieścić szczury w tej samej klatce, to oddają się aktywności seksualnej a do wyczerpania samca (który dopiero po 10-15 dniach odzyskuje zdolność do kopulowania z normalną dla siebie częstością). W istocie jest to jednak wybiórcza utrata zainteresowania seksualnego, raczej znudzenie ni wyczerpanie. Kiedy bowiem po osiągnięciu tego stadium podstawić samcowi nową partnerkę, nie ma on adnych kłopotów z ponowną kopulacją, a jeśli podmiany te będą kontynowane, szczur dochodzi do stadium wyczerpania (tym razem nieodwołalnego) po trzykrotnie większej liczbie ejakulacji ni z jedną tylko partnerką {Bermant, 1967). Zjawisko to znane jest pod nazwą efektu Coolidge'a, nazwa zaś wywodzi się nie od nazwiska jego odkrywcy, lecz prezydenta Stanów Zjednoczonych o tym nazwisku. Miał on wraz z mał onką odwiedzić wzorcową fermę drobiu. Z jakiegoś powodu państwo Coolidge byli oprowadzani po fermie oddzielnie, choć obojgu pokazywano pewnego wzorcowego koguta, dzielnie sobie poczynającego z kurami na podwórku. Oprowadzana jako pierwsza Pani Prezydentowa, podziwiając osiągnięcia koguta zapytała, jak często on tak potrafi i uzyskała odpo-. wiedź, e do kilkunastu razy dziennie. „Proszę o tym powiedzieć Panu Prezydentowi" - za ądała Prezydentowa. Nieco później Prezydent podziwiając los rzeczonego koguta zapytał, ile nowych kur on poznaje, i uzyskał odpowiedź, e do kilkunastu dziennie. „Proszę o tym powiedzieć Pani Prezydentowej" - za ądał Prezydent. Nuda jest przeciwnikiem, z którym równie trudno walczyć, jak z mgłą - widać, e jest, nie widać, skąd napływa, i najwyraźniej nie

156

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

sposób tego napływu powstrzymać. Jedno jest pewne: mgłę mo na przeczekać, nudy zaś nie - z przecierania oczu i przeczekiwania zrobić się jej mo e tylko więcej. Pewne nadzieje budzi tu trzecie źródło ekscytacji, jakim jest robienie nowych rzeczy wspólnie z partnerem. Potencjalnie rzecz biorąc, jest to źródło stymulacji, które - w przeciwieństwie do poprzednich - nie musi wygasnąć i nad którym partnerzy mogą dowolnie zapanować. Paradoksalnie, najczęściej partnerzy jednak tak układają swoje ycie, e niezmiennie i ciągle wykonują wspólnie te same czynności, które nie dość, e od początku trudno uznać za podniecające, to jeszcze całymi latami nie ulegają znaczącym zmianom. Prace domowe, oglądanie telewizji, zakupy, codzienna opieka nad dziećmi i ogródkiem działkowym wypełniają wraz z posiłkami zapewne ponad 90% wspólnie spędzanego czasu. Prawdopodobnie wiele par wykonuje wspólnie tylko takie rutynowe działania, dobrowolnie pozbawiając się w ten sposób jedynego prawdziwie niewyczerpanego źródła stymulacji w związku dwojga ludzi.

Pułapki intymności
Ostatnim wreszcie powodem, a raczej całą grupą powodów, dla których intymność mo e w stałym związku dwojga ludzi zanikać, jest coś, co nazwę pułapkami intymności. Są to nie zamierzone, a często sprzeczne z naszymi zamierzeniami konsekwencje naszych działań wynikających z rzeczywistej troski o dobro naszego związku z innym człowiekiem - mających na celu czynienie dobra, spełnianie obowiązków, unikanie konfliktów i osiągnięcie jak e po ądanej sprawiedliwości. Aniołem być, czyli pułapka dobroczynności Wszystko wskazuje na to, e podstawowym warunkiem utrzymania przyjacielskiego związku partnerów jest wzajemne i stałe wyświadczanie sobie dobra, a więc dawanie sobie nagród (rozumianych szeroko, jako wszelkie pozytywne doznania). Jednak e stałe otrzymywanie nagród od partnera nieuchronnie prowadzi do spadku ich subiektywnie odczuwanej wartości. Liczne badania zarówno na ludziach, jak i na zwierzętach wykazują bowiem, e sam

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

157

wzrost częstości występowania dowolnej nagrody owocuje spadkiem jej wartości dla nagradzanego. Ponadto stałe otrzymywanie nagród prowadzi do wzrostu oczekiwania, e będą one otrzymywane i w przyszłości, co tym bardziej obni a ich wartość, jako czegoś oczywistego. Stałe nagradzanie podwy sza natomiast potencjalną dokuczliwość wszelkich negatywnych zachowań partnera, jako nieoczekiwanych ze strony kochającego przecie człowieka (Aronson, 1970). Je eli mą stale komplementujący urodę swej mał onki i przynoszący jej od lat bukiety kwiatów (załó my, e tacy mę owie te bywają) uczyni to z niesłabnącym zapałem raz jeszcze, mo e się łatwo spotkać co najwy ej z ziewnięciem. Je eli jednak wyrazi się krytycznie o jej makija u czy nadwadze - jest stracony, podobnie jak i ona, kiedy pozwoli sobie zgłosić wątpliwości co do postępów jego kariery zawodowej, którą uprzednio stale się zachwycała. Słowem, w miarę trwania udanego związku spada nasza zdolność do sprawiania partnerowi przyjemności, natomiast rośnie nasza potencjalna zdolność do wyrządzenia mu przykrości. Niebezpieczeństwo stąd wynikające jest tym większe, e nasza zdolność do nagradzania partnera mo e okazać się w pewnym momencie znacznie mniejsza od przyjemności dostarczanych przez inne osoby, nasza zdolność zaś do wyrządzenia mu przykrości - relatywnie większa. Komplement obcego człowieka, który cokolwiek bez powodu i nieoczekiwanie (a więc szczerze i spontanicznie) zachwyca się nawet niewa nym szczegółem, sprawić mo e partnerowi (bądź nam samym) przyjemność nieproporcjonalnie wielką i niebezpieczną dla stałego związku. W ten sposób wyjaśnić mo na wiele przypadków zdrady mał eńskiej, szczególnie takich, którym otoczenie pary nie mo e się nadziwić, bo „przecie ona jest i głupsza, i brzydsza od jego własnej ony - po co więc on to robi?" Tego rodzaju procesy trudno, rzecz jasna, wykazać w badaniach rzeczywistych mał eństw w ich naturalnie odbywających się kontaktach. Oczekiwanie takich procesów stanowi jednak rozsądny wniosek z wielu rzetelnych wyników badawczych. Na przykład wiele badań wykazało, e dzieci silniej zmieniają swoje zachowanie pod wpływem aprobaty-dezaprobaty obcych ni swoich własnych rodziców (Shallenberger i Zigler, 1961; Stevenson i in., 1963). Trudno to wyjaśnić bez zało enia, e częsta aprobata ludzi bliskich najwyraźniej traci na wartości. Najbardziej bezpośrednim potwierdzeniem

158

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

tych idei jest teoria strat i zysków w ocenianiu, sformułowana przez Elliota Aronsona (1970). Zakłada ona, e warunki utraty czegoś dobrego są bardziej dotkliwe od warunków stale negatywnych. Jeeli ktoś początkowo dobrze się o nas wyra ał, lecz potem zmienił swoje oceny na negatywne, będziemy czuli się bardziej pokrzywdzeni i bardziej będziemy nie lubić tej osoby ni kogoś, kto ju od początku wyra ał się o nas jedynie negatywnie. I podobnie dla ocen pozytywnych - warunki zysku są przyjemniejsze od warunków stale pozytywnych. Celem sprawdzenia tych przewidywań zaaran owano sytuację, w której właściwa osoba badana miała okazję siedmiokrotnie wysłuchać opinii na swój własny temat wypowiadanych przez inną osobę, która w rzeczywistości była podstawioną przez badaczy (Aronsona i Lindera, 1965) współpracowniczką i zachowywała się w zaprogramowany przez nich sposób. W warunkach stale negatywnych wszystkie wypowiadane przez nią opinie były niepochlebne dla badanej (a to, e jest ona nudna, pospolita, a to, e mało inteligentna i zapewne nie ma zbyt wielu przyjaciół, itd.). W warunkach straty opinie wypowiadane przy pierwszych trzech okazjach były pozytywne, przy okazji czwartej zaczynały się zmieniać na negatywne i potem a do końca były niepochlebne. W warunkach stale pozytywnych wszystkie opinie współpracowniczki były pochlebne dla badanej, wreszcie w warunkach zysku były one początkowo negatywne, potem zaś pozytywne. Na zakończenie eksperymentu proszono badaną o wskazanie, jak dalece ona sama lubiła, bądź nie, swoją partnerkę (tj. współpracowniczkę badaczy). Mimo e w warunkach stale negatywnych badane wysłuchiwały na swój własny temat ogółem a 24 niepochlebnych stwierdzeń (i 0 stwierdzeń pochlebnych), ich antypatia do współpracowniczki była mniejsza ni w warunkach straty (gdzie wysłuchiwały tylko 8 stwierdzeń niepochlebnych i 14 stwierdzeń pochlebnych). Natomiast mimo e w warunkach stale pozytywnych wysłuchiwały a 28 pochlebnych stwierdzeń pod swoim adresem (i 0 niepochlebnych), bardziej lubiły współpracowniczkę z warunków zysku, gdzie wysłuchały od niej tylko 14 stwierdzeń pochlebnych (i 8 niepochlebnych). Silniejsze oddziaływanie zysku ni warunków stale pozytywnych i strat ni warunków stale negatywnych mo e mieć wiele ró nych przyczyn. Jedną z nich mo e być spostrzeganie osoby wyra ającej się o nas w sposób stale niepochlebny jako negatywnie

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

159

uprzedzonego malkontenta („Jej się chyba w ogóle nikt nie podoba - a więc to jej problem, a nie mój"), osoby zaś, która stale prawi komplementy - jako dobrodusznego optymisty widzącego wszędzie same pozytywy. Trudniej się przejąć przyganami malkontenta (i pochwałami niezłomnego optymisty) ni przyganami kogoś, kto najwyraźniej nie jest uprzedzony do nas czy świata. Inna przyczyna tkwić mo e w zasadzie kontrastu. Oceny niepochlebne mogą się wydawać bardziej negatywne po uprzednich ocenach raczej pozytywnych ni negatywnych, podobnie jak Warszawa mniej się wyda europejską stolicą po pobycie w Pary u ni po wizycie w Tiranie (a to samo odnosić się mo e do ocen pochlebnych na tle uprzednich ocen negatywnych). Trzecia wreszcie przyczyna tkwić mo e w emocjach. Je eli jesteśmy początkowo oceniani negatywnie, doświadczamy w związku z tym ró nych nieprzyjemnych emocji, jak gniew, poczucie krzywdy czy niepokój. Pojawiające się potem oceny pozytywne są oczywiście przyjemne same przez się, a w dodatku niosą tak e ukojenie wynikające z usunięcia tych początkowych emocji negatywnych. Kiedy jednak jesteśmy ju od początku oceniani pozytywnie, otrzymywane pochwały nie dają tej dodatkowej przyjemności, jaką niesie usunięcie początkowo negatywnych emocji. Podobnie w sytuacji straty otrzymywane w późniejszej fazie przygany są nie tylko nieprzyjemne same przez się, ale niosą równie dodatkowy koszt związany z likwidacją przyjemnych uczuć wywołanych początkowymi ocenami pozytywnymi. Ró ne badania sugerują, e ka dy z tych trzech czynników decydować mo e o ludzkich uczuciach i sądach, choć na podstawie istniejących dotąd danych nie sposób rozstrzygnąć, który z nich wywołuje omówione zjawisko straty i zysku. W ka dym razie wszystkie one pozwalają oczekiwać występowania dość smutnej prawidłowo- ści polegającej na tym, e łatwiej zostać zranionym przez kogoś, kto przedtem czynił nam jedynie dobro. Podobnie łatwiej zostać nagrodzonym przez kogoś, kto przedtem wyrządzał nam zło, choć niewielka to pociecha, poniewa du a jest szansa, e od osoby takiej uciekniemy, zanim zdą y ona wreszcie zrobić coś dobrego. Jednak nie wszyscy uciekamy. Typowym przykładem są tu ony alkoholików, nie uciekające zazwyczaj od swych mę ów i trwające w nadziei, e ci ostatni w końcu zrobią owo „coś dobrego". Poniewa jednak tego nie robią (dalej piją), ich ony często traktują nawet zupeł-

160

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

nie neutralne zachowania (na przykład oglądanie meczu zamiast upijania się) jako nagradzające i przyjemne. Ogólnie rzecz biorąc, spadek wartości nagród w miarę ich otrzymywania jest tym wyraźniejszy, im bardziej systematycznie nagrody te były uzyskiwane. Ma to pewną dość nieoczekiwaną konsekwencję polegającą na tym, e zachowanie nagradzane w przeszłości nieregularnie (to znaczy rzadko i tylko po niektórych przypadkach jego wystąpienia) dłu ej się utrzymuje, nawet wobec całkowitego wycofania nagród, ni zachowanie, które było uprzednio nagradzane regularnie (po ka dym jego wykonaniu). Głodny gołąb, wyuczony, e po ka dym dziobnięciu w określony punkt klatki otrzyma do zjedzenia jedno ziarno, szybko się tego oducza, gdy dziobanie owego punktu przestaje być nagradzane. Je eli jednak wyuczył się uprzednio, e tylko jedno (nie wiadomo, które) dziobnięcie na kilkadziesiąt bądź kilkaset spotyka się z nagrodą, potrafi dziobać ów punkt tysiące razy bez adnego skutku, a do całkowitego wyczerpania. Oczywiście ludzie ró nią się od gołębi, ale oni równie mają skłonność do wpadania w pułapkę bezskutecznego powtarzania czynności nagradzanych tak rzadko, e wysiłek w nie wkładany jest zupełnie niewspółmierny do ewentualnych zysków (zawzięci gracze dziesiątkami lat usiłują wygrać w toto-lotka, a ony alkoholików potrafią równie długo próbować naprawić swoje mał eństwa). Warunkiem niezbędnym do wpadnięcia w pułapkę nieregularnych nagród jest nieznajomość mechanizmu produkującego nagrody i niemo ność zapanowania nad nim. W takiej sytuacji jest na przykład ona nieustannie próbująca ulepszyć swoją kuchnię (załó my, e są takie ony), eby tylko zdobyć uznanie mę a, który tylko z rzadka jej kuchnię chwali (i to w dodatku tylko wtedy, gdy powiedzie mu się w pracy, co zdarza się nieczęsto i zgoła niezale nie od kulinarnych wysiłków ony). Pułapka dobroczynności jest szczególnie zdradliwa, poniewa szansa wpadnięcia w nią tym bardziej rośnie, im bardziej staramy się o dobro partnera. Zagłaskiwanie kota na śmierć nie jest jednak najrozsądniejszym sposobem postępowania. Wydaje się, e otwarte wyra anie negatywnych emocji i ocen mo e zdziałać więcej dobrego w ogólnie pozytywnym związku ni stałe ich tłumienie i wypieranie się ich zarówno przed sobą samym, jak i przed partnerem. Choć dobro jest dobre, a zło - złe, zwykle dobro bywa te nudne,

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

161

a zło interesujące. Być mo e jedynym czynnikiem zapewniającym wartościowość tego, co dobre, jest istnienie zła. Tak e w stałym związku dwojga ludzi. Szczęścia się wyrzec, czyli pułapka obowiązku
Dawniej rodzice rujnowali swoje relacje z własnymi dziećmi głosząc, e miłość jest obowiązkiem; mę owie i ony ciągle jeszcze zbyt często rujnują wzajemne swoje stosunki popełniając ten sam błąd. Miłość nie mo e być obowiązkiem, poniewa nie podlega ona naszej woli.

Bertrand Russell

Mo e więc, miast uganiać się za szczęściem i przyjemnościami, które tak trudno zapewnić na stałe, lepiej zdefiniować swój związek z partnerem jako przede wszystkim realizację obowiązku, nie zaś pogoń za szczęściem? W końcu taką właśnie radę, czy wręcz nakaz moralny, słyszymy często, szczególnie ze strony tych, którzy sami szczęścia nie osiągnęli (a nawet nie próbowali). Zacytowany wy ej Russell upatruje zło tego nakazu w niemo ności jego spełnienia i w niezasłu onym poczuciu winy nękającym tych, którzy nakazu tego nie mogą spełnić, a potraktowali go jako imperatyw moralny. Pewne prawidłowości psychologiczne sugerują ponadto, e rozumienie miłości jako obowiązku mo e być zabiegiem nie tylko sprzecznym z istotą miłości, ale tak e uczucie to uśmiercającym. Dla rozwa enia tej sprawy przyjrzyjmy się wynikom kilku badań psychologicznych. W pierwszym z tych badań proszono przedszkolaki o uporządkowanie szeregu zabawek od najbardziej do najmniej po ądanej, a następnie zabraniano im bawienia się jedną z atrakcyjnych zabawek (dla ka dego dziecka była to druga z najbardziej po ądanych przez nie zabawek dostarczanych mu przez badacza). Zakaz ten obło ony został zagro eniem karą albo du ą, albo małą. W warunkach kary du ej badacz mówił: „Nie chcę, abyś się bawił tą zabawką. Je eli nie posłuchasz, bardzo się rozgniewam. Pozabieram wszystkie swoje zabawki i pójdę do domu". W warunkach kary małej zaś mówił: „Nie chcę, abyś się bawił tą zabawką. Jeeli nie posłuchasz, będę zdenerwowany". Następnie zostawiano ka de dziecko sam na sam z zabawkami, w nie zauwa ony sposób obserwując, co robi. Okazało się, e adne dziecko nie bawiło się

162

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zakazaną zabawką w kilkuminutowym okresie pokusy. Po zakończeniu okresu pokusy ponownie proszono dzieci o uszeregowanie zabawek według stopnia ich atrakcyjności. Oczywiście po to, aby stwierdzić, czy zagro enie karą faktycznie obni a atrakcyjność zakazanej zabawki (takie obni enie atrakcyjności zakazanej czynności jest przecie głównym powodem stosowania kar) i czy kary du e są skuteczniejsze od kar małych (co jest powodem stosowania raczej du ych ni małych kar). Tabela 9. Nieoczekiwane skutki silnych kar: zmiany atrakcyjności zakazanej zabawki jako skutek wielkości kary zagra ającej za bawienie się tą zabawką. Liczby oznaczają, ile dzieci ujawniło daną reakcję. Źródło: Aronson i Carlsmith (1963).

Jak widać w tabeli 9., dla adnego z dzieci oczekujących duej kary za bawienie się zakazaną zabawką, zabawka ta nie stała się mniej atrakcyjna. Wręcz przeciwnie, większość przedszkolaków zaczęła jej po ądać bardziej ni przed zakazem. Mamy tu więc do czynienia raczej z podniesieniem uroku owocu zakazanego ni ze skutecznym oddziaływaniem (silnej) kary na upodobania dzieci. Jedynie w warunkach kary małej więcej było dzieci, dla których atrakcyjność zakazanej zabawki spadła, ni tych, dla których wzrosła. Inni badacze uzyskali podobne wyniki stwierdzając, e spadek atrakcyjności zabawki słabo zakazanej ma charakter trwały i przejawia się w rzeczywistym zachowaniu. Dzieci, którym gro ono karą słabą, jeszcze po czterdziestu dniach (choć zakaz nie był ponawiany) mniej chętnie bawiły się zakazaną zabawką ni dzieci, którym uprzednio zagro ono karą silną (Freedman, 1965). Badania te jednoznacznie wskazują na jednakowość krótkotrwałych efektów kary silnej i słabej. Jednak e długofalowe skutki kary małej są silniejsze ni skutki kary du ej. Zresztą, te ostatnie

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

163

albo wcale nie występują, albo są odwrotne w stosunku do zamierzeń karzącego. Dlaczego tak się dzieje? Najbardziej przekonywające wyjaśnienie odwołuje się do pojęcia uzasadnienia zachowania. Ludzie, od przedszkolaków poczynając, pragną zwykle myśleć o swoim własnym zachowaniu jako o działaniach sensownie uzasadnionych - poszukują więc powo dów uzasadniających to, co robią. Uzasadnienia te z kolei dzielą się z grubsza na zewnętrzne i wewnętrzne. Uzasadnienia zewnętrzne oznaczają te powody podejmowania działań, które tkwią w sytu acji czy te poza samym działaniem i przyjemnością, jaką realizacja tego działania niesie. Zewnętrznym uzasadnieniem postępowania jest więc chęć uniknięcia kary, zyskania nagrody, spełnienia cu dzej prośby itd. Uzasadnienia wewnętrzne natomiast to przyjemność płynąca z samej realizacji danej czynności, to nasze własne, osobiste powody podejmowania działań, wywodzące się z naszych upodobań, uczuć, a tak e z naszych własnych przekonań o tym, co słuszne, a co nie. Ludzie są przy tym tak skonstruowani, e szukając przyczyn własnych działań (przynajmniej takich, które nie zostały przez nich samych zainicjowane i nie były poprzedzone długotrwałym procesem podejmowania decyzji), rozpoczynają zwy kle od poszukiwania przyczyn zewnętrznych. Dopiero wtedy, kiedy ich nie znajdują, zwracają się w kierunku ewentualnych wewnętrz nych powodów własnego zachowania (chocia przy interpretacji cudzych zachowań kolejność jest zwykle odwrotna - poszukiwa nie powodów zachowań rozpoczyna się od uzasadnień wewnętrz nych). Ponadto ludzie zwykle poszukują nie wszystkich mo liwych powodów własnych działań, lecz takich, które są do uzasadnienia własnego postępowania po prostu wystarczające. Z reguły poprze stają więc na jednym jego uzasadnieniu - nawet je eli faktycznie dane działanie spowodowane było więcej ni jedną przyczyną i zwykle jest to uzasadnienie zewnętrzne. Uzbrojeni w tę wiedzę (znajdującą potwierdzenie w licznych badaniach - Nisbett i Ross, 1980), przyjrzyjmy się zachowaniu przedszkolaków zagro onych silną bądź słabą karą za bawienie się zakazaną zabawką. Jedni i drudzy nie bawili się nią w początkowym okresie pokusy, co wymagało jakiegoś uzasadnienia („Dlaczego nie bawię się tym misiem, skoro mi się podoba?"). Oczywiście, dzieci zagro one silną karą łatwo znajdowały tu zewnętrzne uzasadnienie właśnie w groźbie kary („Nie bawię się, bo on się pogniewa i pozabiera

164

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

wszystkie swoje zabawki"). Jednak dzieci zagro one karą słabą nie znajdowały takiego natychmiastowego uzasadnienia - kara była zbyt słaba, aby rozsądnie i wystarczająco wytłumaczyć niebawienie się atrakcyjną zabawką. W tej sytuacji dzieci poszukiwały innego powodu zaniechania zabawki i pod nieobecność uzasadnienia zewnętrznego dochodziły do uzasadnienia wewnętrznego, odwołującego się do własnych upodobań („Ja po prostu nie lubię tego misia a tak bardzo"). W rezultacie zakazana zabawka stawała się mniej atrakcyjna. Co ciekawe, ta sama logika ka e przewidywać, e uzyskiwanie zewnętrznych nagród za wykonywanie czynności, skądinąd lubianej i zgodnej z własnymi pragnieniami, powinno prowadzić do spadku jej lubienia i zaniku pragnień le ących u jej podło a. Nagradzany człowiek zaczyna bowiem widzieć własne działania jako powodowane chęcią uzyskania nagrody, nie zaś chęcią wykonywania samej czynności. Jest to zgodne z zasadą, e uzasadniając własne zachowania zwracamy się początkowo w stronę uzasadnień zewnętrznych. Tak więc lubiące się uczyć dziecko, nagradzane przez rodziców pieniędzmi za ka dą przyniesioną ze szkoły piątkę, mo e piątki co prawda nadal przynosić, ale ju nie dlatego, e lubi się uczyć, tylko dlatego, by dostawać pieniądze. Mo e to mieć ten smutny skutek, e mniej będzie lubić naukę dla niej samej, a piątki będzie przynosić jedynie tak długo, dopóki otrzymuje za nie pieniądze. Ten sposób myślenia znajduje uzasadnienie w wynikach innego badania, przeprowadzonego równie na przedszkolakach, którym tym razem zapowiadano nagrody za to, co lubiły i mogły robić (nie zaś kary za to, co lubiły, a czego nie mogły robić). Do badań wybrano jedynie dzieci lubiące się bawić pewnym rodzajem pisaków. Jednej grupie zapowiedziano, e je eli będą ładnie rysować, to dostaną Odznakę Dobrego Rysownika - błyszczącą złotą gwiazdę z czerwonymi wstą kami i miejscem na wpisanie własnego imienia (wstępne badania wykazały, e gwiazda taka była przedmiotem wielkiego po ądania przedszkolaków). Dzieciom z drugiej grupy nagrody nie zapowiadano, choć równie ją dostały. Wreszcie dzieciom z grupy trzeciej nagrody ani nie zapowiadano, ani nie dawano. W kilka dni później wśród zabawek dostępnych ka demu dziecku znajdowały się równie pisaki, badacze zaś przez jednostronne lustro obserwowali, jak wiele czasu dziecko poświęca na zabawę pisakami. Okazało się, e dzieci, które uprzednio rysowały dla uzy-

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

165

skania zapowiedzianej nagrody, bawiły się nimi o połowę krócej ni dzieci z dwóch pozostałych grup. Nie lubiły ju pisaków tak bardzo jak na początku (Lepper i in., 1973). Badanie to pokazuje więc paradoksalne skutki nagrody - miast nasilić lubienie czynności, która była nagrodzona, spowodowała ona skutek dokładnie odwrotny. Obecność sytuacyjnego uzasadnienia własnego działania w postaci nagrody prowadziła do niedoceniania roli wewnętrznego uzasadnienia tego działania. Nastąpił spadek wewnętrznej motywacji do wykonywania uprzednio lubianego działania (motywacji typu: „Robię to, bo lubię"). Nagrody (i kary) oczywiście nie zawsze działają w ten paradoksalny sposób. Często oddziałują one, rzecz jasna, „normalnie" i nasilają motywację do wykonywania działań, za które są udzielane. Decydującym czynnikiem jest przekazywana przez nagrodę informacja, za co jest ona dawana i otrzymywana. Je eli nagroda udzielana jest za osiągnięty poziom wyniku czy umiejętności, oddziałuje ona w normalny sposób - im większa nagroda, tym bardziej dodatni jej wpływ na lubienie danej czynności i dalszą ochotę do jej wykonywania. Nagroda mo e jednak informować odbiorcę nie tylko o osiągnięciach, ale i o powodach jego działania, o tym, e podjął on działanie właśnie po to, by nagrodę zyskać. Je eli uwypuklony jest ten aspekt jej treści, to im większa nagroda, tym bardziej ujemny jej wpływ na lubienie danej czynności i dalszą ochotę do jej wykonywania (Deci, 1975). Oczywiście, winien jestem tu odpowiedź na pytanie: „A co to wszystko ma wspólnego z miłością?" Otó wydaje mi się, e opisane prawidłowości rzucają bardzo interesujące światło nie tyle na samą miłość, ile na to, co się z nią stać mo e, je eli kochający się ludzie powa nie przejęliby się zaleceniami (niektórych) moralistów, by w miłości nie szukać szczęścia i przyjemności, lecz tylko spełnienia obowiązku. Pozytywne wysiłki i działania skierowane na kochaną osobę i utrzymanie z nią stałego związku mogą znajdować uzasadnienie albo wewnętrzne, albo zewnętrzne. Uzasadnienia wewnętrzne odwołują się do naszych własnych uczuć do tej osoby, do atrakcyjności naszego z nią związku i do przyjemności, jakie daje nam sam fakt troszczenia się o nią. Uzasadnienia zewnętrzne odwoływać się mogą między innymi do nagród za spełnianie nakazów moralnych bądź te do kar gro ących za złamanie tych nakazów. Nb. kary

166

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zdają się tu być wa niejsze od nagród - moralność jest taką dziedziną, gdzie kary za łamanie nakazów (poczucie winy, potępienie ze strony innych) są zwykle większe od nagród za ich przestrzeganie. Przestrzeganie nakazów moralnych jest bowiem zachowaniem po prostu normalnym i nie zasługującym na większą uwagę, w przeciwieństwie do łamania norm, które jako postępek nienormalny ściąga na siebie uwagę szczególną (zwa my na przykład, jak wiele zachowań niemoralnych obło onych jest karami przez prawo, które jednak bardzo rzadko nakłada obowiązek wynagradzania za czyny moralne). Prawidłowości pokazane na przykładzie przedszkolaków wskazują, e kiedy człowiek mo e uzasadniać sobie jakieś własne zachowanie przyczynami zarówno zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi, to ma tendencję do widzenia przyczyn zewnętrznych jako jedynych przyczyn swego postępowania, a jednocześnie traktowania przyczyn wewnętrznych jako nieistotnych. Zatem określanie własnych przyzwoitych wobec partnera działań jako rezultatu spełniania nakazów (czy to moralności, czy to rozsądku) prowadzić mo e do spostrzegania własnych do niego uczuć jako słabszych, w istocie tak słabych, e nie wystarczają one same w sobie do działania na rzecz partnera. Je eli natomiast sami widzimy nasze uczucia jako słabsze, to tym samym stają się one słabsze (kto w końcu poza nami ma decydować, jak silne są nasze własne uczucia?). Ten właśnie problem nazywam pułapką obowiązku. Z jednej strony oczywiste jest, e wsparcie dość ulotnych, a w ka dym razie zmiennych uczuć składających się na miłość czymś tak stabilnym jak poczucie obowiązku dostarcza naszemu związkowi z innym człowiekiem dodatkowych, solidnych podstaw. Z drugiej jednak strony, widzenie naszego postępowania jako powodowanego obowiązkiem pomniejsza rolę naszych własnych uczuć do partnera, przyjemności, jakie daje nam sama troska o niego, i w konsekwencji mo e podcinać uczuciowe podstawy naszego z nim związku. Miłość jest swoją własną nagrodą, a je eli zachowania wyra ające miłość wyra ają równie co innego, łatwo o to, by przestały być spostrzegane jako wyra ające miłość. W dodatku czerpanie podniety do działań pozytywnych wobec partnera z poczucia naszego własnego obowiązku (miast z uroków, jakie daje nam intymność w łączącym nas związku) mo e być dla partnera niezbyt przyjemne (w końcu to nie on jawi się jako powód naszych działań, lecz nasze własne zasady). Mo e te być dla niego zagra ające - skoro nam chodzi

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

167

jedynie o obowiązek, to istnieje niebezpieczeństwo, e znajdziemy sobie inne, wa niejsze obowiązki. Choć więc spełnianie obowiązków jest rzeczą piękną i po yteczną, zamiana miłości w obowiązek (mał eński) jest zabiegiem nie pozbawionym powa nych niebezpieczeństw. Szczególnie współcześnie, kiedy domaganie się szczęścia i przyjemności jest głośniejsze czy powszechniejsze, ni to bywało kiedykolwiek wcześniej w dziejach naszej kultury. Myślę, e nie ma adnej prostej recepty na rozwiązanie problemu obowiązku (tak jak nie ma prostej recepty na pułapkę dobroczynności). Nie sposób wyobrazić sobie stałego związku, w którym partnerzy w ogóle nie kierowaliby się poczuciem obowiązku, podobnie jak nie sposób wyobrazić sobie, aby związek dawał rzeczywistą radość, je eli kierowaliby się głównie tym poczuciem. Tak więc dobrze, gdy poczucie obowiązku jest, choć niedobrze, gdy jest go zbyt wiele, przy czym „zbyt wiele" oznacza zapewne ró ne wielkości dla ró nych związków. Święty spokój, czyli pułapka bezkonfliktowości Konflikt celów, wartości i interesów w mał eństwie jest tym bardziej prawdopodobny, im bardziej mał onkowie są rzeczywiście partnerami związku i im bardziej się od siebie ró nią. Poniewa w naszych czasach partnerstwo staje się coraz wa niejszą podstawą budowania stałych związków, a partnerzy są zwykle mniej lub bardziej od siebie ró ni, występowanie konfliktów w mał eństwie jest po prostu nieuchronne. Oczywiście, konflikty są nieprzyjemne (tak e dlatego, e burzą romantyczny mit jedności pragnień) i zagra ają istnieniu związku. Nic więc dziwnego, e ludzie starają się ich unikać, co przynosi silne natychmiastowe zyski w postaci uniknięcia tych wszystkich przykrości, jakie nękają ich podczas i z powodu kłótni. Unikanie konfliktu ma zresztą swoje uzasadnienie nie tylko w nieco egoistycznym zapewnianiu sobie samemu „świętego spokoju", ale tak e w trosce o dobro partnera - unikanie konfliktu pozwala przecie uchronić równie i jego przed złem. Nie na długo jednak. Na dłu szą metę strategia unikania konfliktu stanowi powa ne zagro enie dla związku, poniewa uniemo liwia zlikwidowanie źródeł konfliktów, powoduje brak orientacji partnerów co do treści i wielkości czyhających na ich związek zagro eń, a wreszcie pozbawia ich umiejętności osiągania porozumienia i radości płynącej z pojednania.

168

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Uporczywe unikanie konfliktowych tematów rozmów czy działań prowadzi do zubo enia zakresu spraw, w których partnerzy są lub usiłują być razem, tak e w końcu jedno lub obydwoje dokonują aktu wewnętrznej emigracji. Pozornie pozostają nadal w związku, jednak ich ycie coraz bardziej zaczyna się rozgrywać poza nim. Je eli ona chce oglądać 147. odcinek serialu z ycia wy szych sfer, on zaś - transmitowany na innym programie drugoligowy mecz piłki no nej, to zamiast się kłócić bądź ustępować sobie nawzajem, mogą ominąć konflikt: on pójdzie do sąsiada na mecz, ona zostanie w domu. Je eli ją denerwuje jego wyraźna nieudolność w robieniu kariery zawodowej, on przestanie się jej zwierzać ze swoich kłopotów w pracy (porozmawia o tym z sąsiadem) itd. W niemal ka dym pojedynczym przypadku ominięcie konfliktu wydaje się zupełnie rozsądnym rozwiązaniem. Nietrudno jednak zauwa yć, e stałe stosowanie przez partnerów tej właśnie strategii prowadzi prostą drogą do tego, e ich ycie zaczyna się toczyć gdzie indziej. Unikanie konfliktów, motywowane pragnieniem, aby „było dobrze", prowadzi więc do związku, który albo staje się nijaki (co oznacza, e będzie gorszy), albo negatywny. W konsekwencji postępowanie takie jest równie zabójcze dla związku, jak strategia otwartego atakowania partnera. A obie te strategie współwystępują z niezadowoleniem partnerów z ich związku, podczas gdy strategią sprzyjającą satysfakcji z mał eństwa jest poszukiwanie kompromisu (Levinger, 1980). Unikanie konfliktu stanowi szczególny przykład pułapki polegającej na uleganiu złudnym urokom natychmiastowej ulgi. Uchronienie siebie i partnera przed złem niewielkim i natychmiastowym (starcie z partnerem, czyli otwarte wyra enie konfliktu) wystawia nas na niebezpieczeństwo zła nieporównanie większego, choć odległego w czasie (doprowadzenie do sytuacji, w której partnerów niewiele ju łączy, a konflikty pomiędzy nimi są tak zadawnione i poplątane, e nie sposób ich rozwiązać). Zdarzenia bliskie w czasie mają to do siebie, e są psychicznie znacznie bardziej realne i odczuwalne od zdarzeń znacznie powa niejszych, ale odroczonych. Odło enie na potem wizyty u dentysty czy w urzędzie niesie natychmiastową ulgę i ta właśnie natychmiastowość decyduje o jej nieodpartym uroku, pomimo świadomości, e tak naprawdę dopiero załatanie dziury w zębie czy wypełnienie deklaracji podatkowej będzie załatwieniem sprawy i ulgą ostateczną. Co więcej, uzyskiwanie takich natychmiastowych ulg jest w oczywisty spo-

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

169

sób zdradliwe. Ząb boli coraz bardziej i w końcu trzeba go będzie wyrwać zamiast plombować, niezło enie na czas deklaracji podatkowej zaowocuje karą, być mo e wy szą ni sam podatek. Podobnie jest i w przypadku konfliktów między partnerami stałego związku. Unikanie prób rozwiązania konfliktu przynosi natychmiastową ulgę, ale prowadzi do jego nasilenia, obni ając tym samym szansę znalezienia sensownego kompromisu. Wyobraźmy sobie onę stwierdzającą wkrótce po ślubie, e jej mą zwraca się w ka dej sprawie o radę do swojej matki, która w rezultacie zaczyna wiedzieć o domowym yciu i onie nawet więcej ni ona sama. Jemu wydaje się to zupełnie naturalne (zawsze dotąd zwierzał się matce), choć ją wyprowadza to z równowagi. Jednak kocha mę a i nie chce sprawiać mu przykrości, poniewa wie, e on kocha swoją matkę, czemu ona wcale nie chce przeszkadzać. Boli ją jedynie brak pewności, czy to, co powierza mę owi, powierza tylko jemu, czy równie teściowej. Im dłu ej będzie czekała z wyjawieniem swoich pretensji, tym większa jest szansa, i kiedy to ju wreszcie zrobi, pretensji nagromadzi się tyle, e ich zgłoszeniu towarzyszyć będą silne emocje, co na pewno nie pomo e w dobrym przeprowadzeniu rozmowy. Im dłu ej będzie czekała, tym większe te będzie zaskoczenie mę a i tym trudniej będzie mu zmienić utarte ju zwyczaje, a nawet dostrzec potrzebę ich zmiany („Co cię nagle ugryzło? Nigdy dotąd nie miałaś pretensji"). Dlaczego więc nasza przykładowa ona zwleka ze zgłoszeniem problemu, choć wielekroć o tym myślała i chciała to zrobić? Dlatego, e ma równie wiele powodów, by dą yć do tej rozmowy, jak i jej unikać. Rozmowa jest dla niej tyle po ądana (dzięki niej mo e uda się nakłonić mę a do większej dyskrecji), co odstręczająca (nie chce go zranić sugerując, e jest maminsynkiem, a poza tym perswazja mo e się nie udać i w końcu o wszystkim dowie się teściowa). Obie tendencje - do przeprowadzenia rozmowy i do jej uniknięcia - rosną tym bardziej, im bli sza jest perspektywa przeprowadzenia rozmowy. Ogólna prawidłowość jest jednak taka, e w miarę wzrostu bliskości wszelkich obiektów pociągających i odstręczających zarazem (czyli ambiwalentnych) tendencja do ich unikania rośnie szybciej od tendencji do zbli ania się do nich. Ilustruje to rysunek 12. (zaczerpnięty z klasycznej teorii konfliktu Neala Millera; zobrazowane na nim prawidłowości potwierdzają liczne badania, między innymi nad zwierzętami, które

170

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

bliskość obiektu celu
Rysunek 12. Konflikt dą enie-unikanie: wzrost tendencji do unikania i dą enia do ambiwalentnego obiektu w zale ności od bliskości tego obiektu.

za pomocą wstrząsów elektrycznych i jedzenia wyuczono i bać się, i chcieć tego samego obiektu). Dopóki rozmowa jest jeszcze odległa, motywacja do jej przeprowadzenia przewa a nad motywacją do jej uniknięcia i nasza ona o ywiona jest szczerą chęcią zgłoszenia problemu („Jutro się z nim rozmówię"). W miarę zbli ania się rozmowy chęć jej uniknięcia rośnie jednak szybciej ni chęć jej przeprowadzenia i kiedy moment ten jest ju bliski, motywacja unikania przewa a nad motywacją dą enia do rozmowy. W rezultacie ona wycofuje się z zamierzonej rozmowy („Nie dzisiaj, szkoda psuć nastrój, mo e pojutrze porozmawiamy"). Jest to więc typowy konflikt „I chciałabym, i boję się". Zdesperowana ona kręcić się będzie wokół punktu przecie-

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

171

cia obu motywacji (punktu równowagi, w którym obie mają jednakową siłę, w związku z czym nie dochodzi ani do wycofywania się, ani do zbli ania). Niczym pacjent z bolącym zębem, zmierzający dzielnie do dentysty, by uciec spod drzwi, kiedy wszystkie stomatologiczne niebezpieczeństwa zyskają na wyrazistości dzięki swej dotkliwej bliskości. Oczywiście, kiedyś w końcu zdecyduje się na odbycie rozmowy - wtedy gdy dojdzie jakiś dodatkowy argument za jej przeprowadzeniem. Niestety, najczęściej jest to argument w postaci własnej silnej emocji (oburzenia na mę a, e raz jeszcze powiedział o czymś swojej matce). W rezultacie to, co miało być zgłoszeniem problemu i poszukiwaniem jego rozwiązania, przerodzi się w mało kontrolowany wybuch pretensji. Przykład ten pokazuje jeden z powodów, dla których rozwiązanie konfliktu jest tak trudne dla samych zainteresowanych. Nawet kiedy sensowny kompromis jest w pełni osiągalny, zainteresowani przystępują zwykle do jego poszukiwania w maksymalnie niekorzystnej sytuacji emocjonalnej? kiedy tak są na siebie wściekli bądź znękani, e widzą wszystko na czerwono lub czarno. Czekanie ze zgłoszeniem problemu do czasu, gdy nie mo na ju dłu ej wytrzymać, jest równie niebezpieczne, jak zgłaszanie go w tym momencie, w którym boli on najbardziej. W obu tych stanach bowiem trudno jest zrobić cokolwiek innego ni na oślep zaatakować partnera, a jeszcze trudniej - myśleć. Tu właśnie zdaje się zaczynać rola dla partnera. Skoro jest nam tak źle, to powinien nam pomóc, ukoić nasze emocje, je eli zaś nie potrafi tego zrobić, to oczywiście zapytujemy się w duchu, do czego taki partner jest nam w ogóle potrzebny. Ba! Jak jednak partner ma to zrobić, kiedy to on właśnie jest przedmiotem naszego ataku i przyczyną problemu, w którym ma nam dopomóc? Je eli choć trochę się nami przejmuje, partner zacznie się bronić i sam atakować! Stanowczo wydaje się, e znacznie lepiej jest od czasu do czasu zepsuć dobry nastrój i przystąpić do nieprzyjemnych rozmów wtedy, kiedy są one jeszcze tylko nieprzyjemne. Kompromis jest trudny emocjonalnie nie tylko dlatego, e mo na go osiągnąć w zasadzie jedynie po jasnym wyra eniu i konfrontacji sprzecznych pragnień i dą eń. Drugi oczywisty powód polega na tym, e choć kompromis jest rozwiązaniem jeszcze mo liwym do zaakceptowania dla obojga partnerów, to jednak jest on

172

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

rozwiązaniem odbiegającym od mo liwości najbardziej wymarzonej. Dopóki kompromis pozostaje kwestią czystej buchalterii strat i zysków dokonywanej w imię realizmu, dopóty jest ciosem dla romantycznej koncepcji jedności pragnień. Partnerzy mają więc do wyboru: albo porzucić tę koncepcję (co mo e być trudne, poniewa dla wielu ludzi jest ona jedyną wizją prawdziwej miłości), albo w sposób istotny zmienić własne pragnienia, tj. bardziej po ądać rozwiązania kompromisowego ni indywidualistycznego. To mo e być równie trudne, je eli traktowane będzie jako wyrzeczenie się cząstki samego siebie. Dylemat ten zaiste przypomina wybór między Scyllą a Charybdą i je eli nie zostanie przez partnerów rozwiązany, pozostają oni między burzliwą udręką wzajemnych ataków a wewnętrzną emigracją bezkonfliktowości. Niezłomność zasad, czyli pułapka sprawiedliwości Wszyscy pragniemy sprawiedliwości i jak wykazały badania opisywane w poprzednim rozdziale, związki, w których wymiana_ dóbr jest sprawiedliwa, mają większą szansę na trwałość i satysfakcję ni związki niesprawiedliwe. A jednak domaganie się przede wszystkim sprawiedliwości przez ka dego z partnerów jest bardzo niebezpieczne dla ich związku, gdy prowadzić mo e do spirali coraz bardziej negatywnych zachowań. Sprawiedliwość, jaką partnerzy uzyskują, mo e łacno przybrać biblijną postać „oko za oko, ząb za ząb". Badania nad przebiegiem wzajemnych kontaktów w parach mał eńskich wykazują zgodnie, e w parach szczęśliwych zgłoszenie jakiegoś problemu spotyka się ze zgodą lub przynajmniej wysłuchaniem przez partnera. W parach nieszczęśliwych odpowiedzią jest natomiast uskar anie się na ten sam lub inny problem. Prowadzi to do przelicytowywania się partnerów w skargach i nieszczęściach, jakie ich w danym związku spotykają (Billings, 1979; Gottman, 1979; Schaap, 1984). Odwzajemnianie negatywnych zachowań i emocji uwa ane jest powszechnie za najbardziej zabójcze dla związku zjawisko, poniewa prowadzi prostą drogą do ich nasilenia na zasadzie błędnego koła. Przy tym ka de z partnerów uwa a swoje zachowanie za sprawiedliwe, bo zgodne z niepisaną zasadą wzajemności („jak ty mnie, tak ja tobie"). Po kilku rundach negatywnej wymiany nie sposób rozstrzygnąć, „kto pierwszy zaczął", a ka dy jest

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

173

zwykle przekonany, e odpowiedzialność za to spoczywa na partnerze. Oczywiście, dopóki ka de z partnerów postępuje niczym niezłomny stra nik sprawiedliwości, postępuje równie eskalacja negatywności. Jedynym wyjściem z tego błędnego koła jest poniesienie niesprawiedliwego kosztu i odpowiedzenie dobrem na zło. Problem polega jednak na tym, e wysiłek taki ma sens jedynie pod warunkiem podobnej odpowiedzi partnera. Wyjściem z pułapki sprawiedliwości jest zgoda na poniesienie ryzyka, e nasza dobra wola zostanie nadu yta i (raz jeszcze, jak zwykle sądzimy) wykorzystana przez „egoistycznego" partnera. Na krótką metę jest to zachowanie nierozsądne (niesprawiedliwie nagradzamy partnera i nara amy się na jeszcze jedną przykrość), choć na dłu szą metę jest to jedyne rozsądne zachowanie (je eli działania tego nie wykonamy, mo emy utracić partnera i nasz z nim związek). Krzywda doznawana ze strony partnera jest doświadczeniem całkowicie nieuchronnym w związku dwojga ludzi. Najmądrzejszemu zdarzy się palnąć karygodne głupstwo (mądrzy ludzie ró nią się przecie od głupców tym, e jedynie oni potrafią postępować mądrze, głupstwa zaś popełniają i mądrzy, i głupcy). Nawet najbardziej kochającemu człowiekowi zdarza się tak dalece przejąć sobą, e nie widzi nikogo innego (gdy ma wątpliwości co do własnej wartości albo boli go głowa, co jest przecie równie dotkliwe, itd.). Krzywda zaś nie tylko boli, ale tak e automatycznie wywołuje ochotę do zrewan owania się zadającemu ból partnerowi. Kiedy ona mówi do mę a: „Zepsułeś mi cały wieczór", ten prawie na pewno odpowie: „To ty mi zepsułaś wieczór". Z czasem przeradza się to w zautomatyzowaną rundę: „Zawsze musisz wszystko zepsuć" - „Ale to ty wszystko zawsze psujesz", gdzie adne z partnerów ju nie wie, ani co znaczy „wszystko", ani co znaczy „zawsze". I wcale nie pragnie się tego dowiedzieć od drugiego, poniewa nie wymieniają ju adnych informacji, lecz jedynie negatywne emocje.
Kluczową dla związku umiejętnością partnerów jest powstrzyma-

nie się od rewan u, niewplątanie się w spirale wymiany negatywnej i konstruktywne zareagowanie na destruktywny postępek partnera. Rusbult i współpracownicy (1991) wykazali, e taka umiejętność odpowiedzenia dobrem na zło rośnie wraz ze wzrostem: - dotychczasowego zadowolenia ze związku, - przekonania o jego wa ności we własnym yciu,

174

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

- wysiłku uprzednio wło onego w ów związek, - zaanga owania w jego utrzymanie. Skłonność do konstruktywnej reakcji na destruktywność partnera maleje zaś tym bardziej, im bardziej jesteśmy przekonani o atrakcyjności innych związków potencjalnie nam dostępnych. Istotną rolę odgrywają te pewne indywidualne cechy partnerów, jak stopień skoncentrowania na sobie, niechęć do przyjmowania perspektywy partnera, czy psychiczna męskość-kobiecość (oma wiana nieco dalej). Jednak e skłonność do odpowiadania dobrem na zło jest ogólnie silniej uzale niona od stanu związku ni od indy widualnych cech ludzi weń zaanga owanych. Ogólnie najwa niej szym aspektem związku, pozwalającym tę skłonność przewidywać, jest poziom zaanga owania partnerów w utrzymanie ich związku. Opisywanie związku miłosnego w kategoriach strat i zysków, normy wzajemności czy sprawiedliwej wymiany mo e być u yteczne i po ądane przy obiektywnej i bezosobowej (na przykład naukowej) analizie bliskich związków. Nie wydaje się natomiast, aby takie buchalteryjne pojęcia były odpowiednimi kategoriami do analizy własnego związku dwojga ludzi. Pojawienie się skłonności jednego bądź obojga partnerów do świadomego rozwa ania, czy wymiana dóbr w ich od dawna trwającym związku jest sprawiedliwa, stanowi sygnał ostrzegawczy, e dzieje się źle (Levinger, 1979). Dopóki bowiem związek jest zadowalający, ka dy z partnerów gromadzi taki zapas „zysków", e nie musi się martwić o znak bilansu. Kiedy jednak zaczyna się martwić, oznacza to wyczerpanie owej nadwy ki i sygnał, który nie mo e być długo ignorowany, je eli związek ma trwać nadal, a przynajmniej je eli ma w nim trwać intymność.

Reakcje na niezadowolenie
Opisane wy ej pułapki są tylko jednym z mo liwych źródeł problemów, jakie nękają związek dwojga ludzi. Nawet jeśli uda się uniknąć ich wszystkich, pojawienie się choćby krótkotrwałego niezadowolenia w bliskim związku jest oczywiście nieuchronne. ycie ka dej pary dostarcza setek okazji do rozczarowań, konfliktów, udręk czy problemów. Powstaje więc istotne pytanie: jak ludzie reagują na niezadowolenie ze swojego związku, jakie są następ-

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

175

stwa ró nych rodzajów reakcji i od czego zale y wybór reakcji na niezadowolenie? Oczywiście na pytania te usiłowało odpowiedzieć wielu badaczy, choć obawiam się, e przegląd wszystkiego, co mają oni do powiedzenia, byłby o wiele bardziej męczący ni pouczający. Zamiast tego przedstawię tu w zasadzie jedną tylko koncepcję - amerykańskiej badaczki Caryl Rusbult. Koncepcja wydaje się udanym i badawczo uzasadnionym kompromisem między prostotą (konieczną cechą u ytecznej teorii) a skomplikowaniem (nieuchronnym przy tak zło onym zjawisku jak długotrwały związek dwojga ludzi). Punktem wyjścia tej koncepcji było uzyskanie od du ej grupy ludzi swobodnego opisu ich własnych sposobów reagowania na niezadowolenie ze związku miłosnego, sposobów, jakie zaobserwowali u siebie samych w przeszłości. Rusbult i Zembrodt (1983) zidentyfikowały ogółem kilkadziesiąt takich sposobów reakcji, których opisy przedstawiły następnie innej grupie badanych, z prośbą o ocenę ich podobieństwa do siebie. Oceny podobieństwa poddano następnie analizie przy pomocy jednej z procedur statystycznych pozwalających wydobyć ukrytą strukturę znaczeń le ącą u podstaw „powierzchownego" podobieństwa między ró nymi konkretnymi reakcjami na niezadowolenie. Owa ukryta struktura okazała się zawierać dwie zasadnicze osie: konstruktywność-destruktywność i aktywność-bierność. Jak ilustruje rysunek 13., zamiana ka dego z tych wymiarów w dwudzielny podział pozwala wyró nić cztery zasadnicze typy reakcji na niezadowolenie, czyli Wyjście, Dialog, Lojalność i Zaniedbanie. Wyjście ze związku oznacza jego aktywne niszczenie. Wycofanie się z kontaktów, izolowanie się od partnera, decyzję „pozostańmy (tylko) przyjaciółmi", atak na partnera (włącznie z fizycznym), rozwód.. Dialog to podejmowanie prób usunięcia problemu i utrzymania związku w dobrym stanie. Dyskusje nad problemem, proponowanie jego rozwiązań, poszukiwanie kompromisu, poszukiwanie pomocy na zewnątrz (u przyjaciół, terapeutów itp.), próby zmieniania siebie i/lub partnera. Lojalność oznacza cierpliwe przeczekiwanie problemu w nadziei, e „samo się jakoś uło y" albo e „czas zaleczy rany", trwanie przy partnerze, niezwracanie uwagi na jego wady, modlenie się o zmianę na lepsze. Zaniedbanie oznacza wreszcie ignorowanie partnera, ograniczanie czasu z nim spędzanego, odmowę podejmowania dyskusji, chłodne bądź nieprzy-

176

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Bierność Rysunek 13. Wyjście, Dialog, Lojalność i Zaniedbanie: typologia reakcji na niezadowolenie wywołane pojawieniem się problemu w bliskim związku dwojga ludzi. Źródło: Rusbult i in. (1986 a, s. 745).

jemne traktowanie partnera, krytykowanie go za rzeczy nie związane z aktualnym problemem. Słowem - spokojne przyglądanie się, jak związek się wali. Jak widać, Wyjście i Dialog są aktywnymi reakcjami na problem - partnerzy podejmują jakieś kroki, by zmienić niepo ądany stan rzeczy. Natomiast Lojalność i Zaniedbanie mają charakter bierny - partnerzy głównie pozwalają sprawom toczyć się ich własnym torem. Jednocześnie Dialog i Lojalność stanowią reakcje konstruktywne, podtrzymujące związek, podczas gdy Wyjście i Zaniedbanie są destruktywne, poniewa stanowią ró ne drogi zagłady związku. Pomimo swej prostoty klasyfikacja ta zawiera w sobie

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

177

istotne rozró nienia i obejmuje większość faktycznie obserwowanych reakcji na problem niezadowolenia w bliskim związku. Przyjrzyjmy się więc bli ej poszczególnym sposobom reagowania. Dialog Konkretnymi przykładami reakcji typu Dialog są następujące wypowiedzi badanych: „Postanowiliśmy pójść na kompromis..."; „Napisałam do niego list, by się zorientować, co właściwie się dzieje"; „Starałem się, jak tylko mogłem, aby to wszystko naprawić". Rusbult i współpracownicy (1986 a) skonstruowali krótki samoopisowy kwestionariusz dość rzetelnie mierzący tendencję do reagowania strategią typu Dialog (a tak e pozostałymi strategiami, o czym mowa ni ej). Składają się nań następujące twierdzenia: 1. Kiedy mój partner mówi czy robi coś, co mi się nie podoba, mówię mu, e mnie to denerwuje. 2. Kiedy gnębią nas jakieś problemy, dyskutuję o nich z moim partnerem. 3. Gdy coś w moim partnerze psuje mi humor, mówię mu o tym. 4. Gdy niedobrze się między nami dzieje, staram się zapropono wać takie zmiany w naszym związku, które rozwiązałyby pro blem. 5. Kiedy jesteśmy na siebie źli, staram się podsunąć jakieś kom promisowe rozwiązanie. 6. Gdy się pokłócimy, od razu staram się razem z nim odbudować zgodę między nami. 7. Gdy mamy z naszym związkiem jakieś powa ne problemy, roz wa am, czy nie zwrócić się o radę do kogoś z zewnątrz (przy jaciół, rodziców, księdza czy terapeuty). Pytanie w odniesieniu do ka dej pozycji brzmi: „Jak często to robisz?", a odpowiedzi udzielane są w skali od 1 (nigdy tego nie robię) do 9 (bardzo często tak robię). Zakres mo liwych punktów wynosi więc od 9 do 63. W badaniach nad 68 przedmał eńskimi parami studenckimi (USA) średnie wyniki uzyskiwane przez kobiety (45,22) były znacząco wy sze od średnich wyników uzyskiwanych przez mę czyzn (41,74). Kobiety wykazują zatem większą ni mę czyźni skłonność do reagowania na problemy w sposób równocześnie konstruktywny

178

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

i aktywny, czego zresztą nale ało oczekiwać z uwagi na pewne generalne ró nice między płciami. Dbanie o dobrą kondycję związków uczuciowych stanowi bowiem istotny składnik tradycyjnego i nadal obowiązującego stereotypu roli kobiecej („stra niczka ogniska domowego"). Ponadto kobiety są ogólnie bardziej zainteresowane emocjami ni mę czyźni (ci ostatni dziwią się kobietom, jak one mogą ustosunkowywać się do wszystkiego, co napotkają na swej drodze, podobnie jak kobiety dziwią się mę czyznom, jak oni mogą tego nie robić). Ró nica między kobietami i mę czyznami pod względem skłonności do stosowania Dialogu obserwowana jest dość powszechnie i w ró nych kulturach. Na przykład Rubin (1976, s. 146) przytacza jako typową taką oto ró nicę w reakcjach ony i mę a (mał eństwo robotnicze, USA): ona: Chciałabym, eby ze mną porozmawiał, eby powiedział mi, o czym myśli. Gdy się pokłócimy, chciałabym, ebyśmy ze sobą porozmawiali, mo e udałoby nam się coś zrozumieć. Nie chcę wskakiwać od razu do łó ka i udawać, e nic się nie stało. Mą : Rozmawiać! Rozmawiać! A co tu jest do rozmawiania? Ja chcę się z nią kochać, a ona mi mówi, e chce rozmawiać. W jaki sposób rozmawianie mo e ją przekonać, e ją kocham? Identyczny wątek odnaleźć mo na w niezliczonych listach do „Kącików złamanych serc" w ró nych tygodnikach. Poniewa Dialog jest zarówno konstruktywny, jak i aktywny, strategia ta ma stosunkowo największe szanse na rzeczywiste rozwiązanie problemu. Jest to więc typ reakcji najbardziej po ądany z punktu widzenia utrzymania intymności i całego związku. W pewnych badaniach poproszono kilkaset dorosłych osób o opisanie dowolnego problemu, jaki ostatnio spotkały w swoim związku, oraz opisanie swoich nań reakcji. Pozwalało to stwierdzić, jak dalece badani przejawiali skłonności do Dialogu, Lojalności, Zaniedbania i Wyjścia w odpowiedzi na ten konkretny problem. Proszono te o ocenę, jak dalece własna odpowiedź na problem okazała się skutecznym jego rozwiązaniem, a tak e o ocenę aktualnej (a więc ju po reakcji na problem) satysfakcji ze związku i własnego weń zaanga owania. Jak pokazują wyniki z tabeli 10., im bardziej badani reagowali Dialogiem, tym większe było ich przekonanie o skuteczności własnej reakcji, a tak e tym większa była późniejsza satysfakcja ze związku. Dialog był tą strategią, która najsilniej ze wszystkich łączyła się ze skutecznym rozwiązaniem problemu (choć związek

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

179

tej strategii z satysfakcją i zaanga owaniem był słaby - słabszy ni w przypadku strategii destruktywnych).
Tabela 10. Wpływ typu reakcji na specyficzny problem w bliskim związku dwojga ludzi, na przekonanie o skuteczności własnej reakcji, na późniejszą satysfakcję ze związku i późniejsze weń zaanga owanie (korelacje oznaczone gwiazdką istotnie odbiegają od poziomu przypadkowego). Źródło: Rusbult i in. (1986 b, s. 56). Dialog skuteczność satysfakcja zaanga owanie 0,54* 0,20* 0,06 Lojalność 0,17* 0,08 0,15* Zaniedbanie - 0,32* 0,44* 0,25* Wyjście -0,11 0,43* 0,50*

Lojalność Konkretnymi przykładami reakcji typu Lojalność są takie wypowiedzi badanych, jak „Kochałem ją tak bardzo, e nie zwracałem uwagi na jej przywary", „Czekałam w nadziei, e mo e wszystko się uło y, i zawsze się z nim umawiałam, kiedy mnie o to poprosił". Kwestionariusz mierzący tendencję do reagowania strategią typu Lojalność składa się z następujących twierdzeń: 1. Kiedy gnębią nasz związek jakieś problemy, cierpliwie czekam, a wszystko się unormuje. 2. Gdy coś mnie w naszym związku niepokoi, to zanim cokolwiek powiem, czekam, czy sprawy same się jakoś nie uło ą. 3. Kiedy mój partner mnie skrzywdzi, nic nie mówię - po prostu mu wybaczam. 4. Je eli jesteśmy na siebie rozgniewani, to zamiast od razu jakoś działać, pozwalam danej sprawie, aby sama nieco „przyschła". 5. Gdy odnajduję w partnerze coś, co mi się nie podoba, akcep tuję jego słabość czy wadę nie usiłując go zmienić. 6. Je eli mój partner zachowuje się w irytujący sposób, to z góry tłumaczę wątpliwości na jego korzyść i zapominam o całej sprawie.

180

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

7. Kiedy mamy kłopoty, to niezale nie od tego, jak źle rzeczy się mają, pozostaję lojalna w stosunku do partnera. Oczywiście, odpowiedzi na te pytania równie udzielane są w skali od 1 (nigdy tego nie robię) do 9 (bardzo często tak robię). W badaniach Rusbult średnie wyniki uzyskiwane przez kobiety wynosiły 37,26, a prawie identyczne wyniki uzyskali ich partnerzy (37,13). Lojalność jest reakcją konstruktywną, choć bierną. Nic dziwnego, e -jak pokazuje tabela 10. -jej powiązanie ze skutecznością i późniejszym zaanga owaniem w związek jest słabe (a z satysfakcją ze związku w ogóle nieistotne). Zaniedbanie Przykładami reakcji tego typu są takie wypowiedzi badanych, jak: „Wyglądało to, jakbyśmy dryfowali w przeciwnych kierunkach - zamienialiśmy ze sobą pięć, mo e dziesięć słów na tydzień"; „Właściwie nie zale ało mi na tym, czy ten związek się rozpadnie, czy jednak się naprawi. Myślę, e po prostu starałem się sobie jakoś z tym poradzić. Grywałem w bryd a i czytałem du o ksią ek"; „Cokolwiek by powiedział, moją odpowiedzią było głównie milczenie oraz ignorowanie go, gdy byliśmy w towarzystwie innych". Kwestionariusz mierzący tendencję do reagowania Zaniedbaniem składa się z następujących twierdzeń: 1. Gdy coś mi się u partnera nie podoba, raczej się boczę ni przystępuję do konfrontacji. 2. Kiedy postępowanie partnera mnie wzburzy, zwykle krytykuję go za coś, co nie ma bezpośredniego związku z danym pro blemem. 3. Kiedy jestem na partnera zdenerwowana, przez jakiś czas za chowuję się tak, jakby go w ogóle nie było. 4. Gdy jestem naprawdę wściekła, traktuję mojego partnera w pa skudny sposób (na przykład ignoruję go albo mówię rzeczy, które go zranią). 5. Kiedy mamy jakiś problem, staram się całą rzecz traktować jako niebyłą i o niej zapomnieć. 6. Gdy jestem rozgniewana na mojego partnera, spędzam z nim mniej czasu (za to więcej na przykład z przyjaciółmi, w pracy czy oglądając telewizję).

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

181

7. Kiedy mamy ze sobą jakieś problemy, odmawiam rozmów na ich temat. Przeciętne wyniki kobiet w tym kwestionariuszu wynoszą 22,60; mę czyzn zaś 23,50 (ró nica nieistotna) i są znacznie ni sze od dwóch poprzednio omawianych strategii konstruktywnych. Wyniki przedstawione w tabeli 10. sugerują, e Zaniedbanie jest najbardziej nieskuteczną strategią reagowania na problem, a tak e prowadzi do spadku satysfakcji i zaanga owania w związek. Wyjście Przykłady reakcji typu Wyjście to wypowiedzi: „Powiedziałam mu, e mam ju tego dosyć i e to ju koniec"; „No, uderzyłem ją parę razy, wstyd powiedzieć"; „Rozwiodłam się z nim". A oto kwestionariusz mierzący tendencję do reagowania typu Wyjście: 1. Kiedy jest mi z nim źle, myślę o zerwaniu. 2. Rozmawiam z partnerem o zerwaniu, gdy jestem na niego wściekła. 3. Kiedy mamy ze sobą jakieś powa ne problemy, podejmuję działania, aby zakończyć cały ten związek. 4. Kiedy partner mnie mocno zirytuje, myślę o zakończeniu tego związku. 5. Kiedy mamy problemy, proponuję, ebyśmy ze sobą skończyli. 6. Kiedy sprawy między nami mają się naprawdę kiepsko, staram się mojego partnera do mnie zniechęcić. 7. Kiedy jestem z naszego związku niezadowolona, zaczynam my śleć o spotykaniu się z innymi. Przeciętne wyniki kobiet w tym kwestionariuszu wynoszą 18,86; mę czyzn zaś 17,26 (ró nica nieistotna), są więc ni sze od wyników wszystkich poprzednich kwestionariuszy. Tak więc w przypadku krótko jeszcze trwających związków młodych ludzi Wyjście i Zaniedbanie (a więc obie strategie destruktywne) stosowane są stosunkowo rzadko. Pozostaje to w zgodzie z zawartością poprzednich rozdziałów przekonujących, e początkowe fazy związku są najprzyjemniejsze i powiązane z największą satysfakcją. Wyniki z tabeli 10. wskazują, e Wyjście jest strategią mało skuteczną, obniającą satysfakcję ze związku i - oczywiście - prowadzi do (czy te

182

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

stanowi przejaw) silnego spadku zaanga owania zainteresowanych w utrzymanie ich związku. Ta sama tabela sugeruje, e związek między strategiami reagowania na problem a satysfakcją jest silniejszy dla strategii destruktywnych ni konstruktywnych: Wyjście i Zaniedbanie silniej obni ają satysfakcję ze związku, ni Dialog i Lojalność ją podwy szają. Bardzo zbli one wyniki uzyskała tak e Rusbult i jej współpracownicy (1986 a), prowadząc badania nad wpływem poszczególnych strategii na ogólną kondycję związku, rozumianą jako suma ró nych wskaźników namiętności, intymności i zaanga owania uzyskiwanych przez oboje partnerów łącznie. Wyjście i Zaniedbanie znacznie silniej (i negatywnie) związane były z ogólnym szczęściem badanych par ni Dialog i Lojalność. Dialog wpływał pozytywnie, choć słabo, podczas gdy w ogóle nie udało się zaobserwować zale ności między Lojalnością a większością wskaźników „dobroci" związku. Podobnie wyglądała te sprawa ze spostrzeganiem reakcji partnera: w parach nieszczęśliwych spostrzegano partnera jako bardziej skłonnego do reagowania Wyjściem i Zaniedbaniem ni w parach szczęśliwych. Zgodnie te z tym, o czym była mowa przy okazji pułapki sprawiedliwości, najsilniejszym korelatem braku szczęścia było destruktywne odpowiadanie na destruktywne zachowanie partnera (wymiana negatywna). Większa waga strategii destruktywnych ni konstruktywnych jest zresztą jednym z nielicznych wyników powtarzających się w licznych i skądinąd bardzo się ró niących badaniach. Na przykład wielu badaczy porównujących funkcjonowanie par szczęśliwych i nieszczęśliwych stwierdziło, e prawie wcale nie ró nią się one natę eniem czy częstością zachowań konstruktywnych. Główna ró nica polega na silnie destruktywnych zachowaniach par nieszczęśliwych, takich jak krytycyzm, odrzucanie partnera i wrogość (wszystkie trzy są zresztą bardzo często wyra ane bez pośrednictwa słów, a więc za pomocą mimiki, tonu głosu, postawy własnego ciała w stosunku do partnera). Jak podsumowuje te badania Montgomery (1988, s. 345), "wymiana zachowań pozytywnych jest mniej wa na od niewymieniania zachowań negatywnych"/ Dlaczego reagowanie destruktywne jest wa niejsze od zachowań konstruktywnych? Po pierwsze, te ostatnie są czymś oczywistym, zgodnym z oczekiwaniem zarówno stereotypowym (czy nie po to ludzie się z sobą

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

183

wią ą, by się wzajemnie wspierać?), jak i skierowanym na konkretnego partnera („Przecie mnie kocha i związał się ze mną"). Zachowania destruktywne są oczywiście sprzeczne z jednym i drugim, co ma szereg konsekwencji. Przede wszystkim są one bardziej wyraziste, łatwiej je zauwa yć i zapamiętać (wiele badań dowodzi, e zwykle lepiej pamiętamy informacje negatywne i sprzeczne z oczekiwaniami ni dane pozytywne i z oczekiwaniami zgodne). Co wa niejsze, zwykle inaczej te wyjaśniamy sobie zachowania zgodne i niezgodne z oczekiwaniami. Te pierwsze, jako zgodne z normą kulturową, w ogóle słabiej prowokują do myślenia o tym, co je sprowadziło, a w szczególności do poszukiwania ich przyczyn w partnerze - „tak się robi" i ju ! Zachowania niezgodne z oczekiwaniami - i zwykle negatywne - nie są jednak kwitowane w podobny sposób i wymagają jakiegoś szczególnego wyjaśnienia. A poniewa są niezgodne z normą, wywołują skłonność do ich wyjaśniania szczególnymi („nienormalnymi") cechami partnera. Logika naszego myślenia o przyczynach zachowania partnera jest więc taka, e łatwiej o przypisanie mu wyró niających go cech odpowiedzialnych za jego zachowania negatywne ni o przypisanie mu cech odpowiedzialnych za zachowania pozytywne. Wszystko to sprawia, e większa jest szansa przypisania partnerowi szczególnych wad na podstawie jego zachowań destruktywnych ni szczególnych zalet na podstawie jego zachowań konstruktywnych - nawet wtedy, gdy liczba jednych i drugich jest taka sama, i nawet wówczas, gdy destruktywnych jest znacznie mniej, co zresztą jest regułą niemal w ka dym związku. Po drugie, jak ju była o tym mowa przy okazji pułapki dobroczynności, w bliskim związku dwojga ludzi (i nie tylko) dobro szybciej traci na wartości ni zło. Po latach trwania związku prawidłowość ta mo e w oczywisty sposób przyczyniać się do silniejszej reakcji uczuciowej na destruktywne ni na konstruktywne zachowania partnera.

Od czego zale y rodzaj reakcji?
Zapewne najprościej byłoby odpowiedzieć: od tego, kto reaguje. Ludzie przyzwoici i konstruktywni reagują konstruktywnie na problemy, ludzie paskudni i destruktywni reagują destruktyw-

184

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

nie. Patrząc na własnych partnerów przez ró owe bądź czarne okulary naszych uczuć, często jesteśmy skłonni udzielać sobie prywatnie takiej właśnie odpowiedzi („ ona ci wypruwa flaki/«BO TY ZAWSZE JESTEŚ TAKI»" - jak pisał Boy). Nietrudno jednak zauwa yć, e takie wyjaśnienie niczego w istocie nie wyjaśnia, podobnie jak Molierowskie wyjaśnienie, e opium usypia, poniewa ma moc usypiania. Stanowi jedynie jeszcze jeden akt ujawnienia naszych uczuć w stosunku do partnera. Co jednak nie znaczy, e ludzie nie ró nią się ogólną skłonnością do reakcji ró nych typów. Sprawa nie jest tak prosta, e „dobrzy" mają skłonność do reakcji konstruktywnych, „źli" zaś - do destrukcji. Męskość-kobiecość Cechą wpływającą na typ reagowania na problemy w związku jest płeć - wspominałem wy ej, e kobiety mają większą skłonność do dialogu ni mę czyźni. Co ciekawe, w rzeczywistości wa na jest tu jednak nie tyle biologiczna płeć, ile psychiczna męskość-kobiecość. W sensie psychicznym męskość to tyle, co ogólna orientacja charakterystyczna dla tradycyjnej roli męskiej. To znaczy orientacja na zadanie, działanie, sukces i świat przedmiotów czy idei oraz towarzyszące jej (w ramach stereotypu) takie męskie cechy, jak aktywność, niezale ność, skłonność do dominacji i instrumentalnego traktowania innych. Z kolei kobiecość to tyle, co orientacja charakterystyczna dla tradycyjnej roli kobiecej. A zatem orientacja na kontakty międzyludzkie, na prze ywanie i podtrzymywanie uczuć oraz takie cechy kobiece, jak serdeczność, opiekuńczość, zale ność od innych i zainteresowanie nimi. Tak rozumiana męskość-kobiecość wcale nie musi się pokrywać z płcią biologiczną. Co więcej, ta sama osoba mo e być równocześnie męska i kobieca; ani męska, ani kobieca; męska, choć nie kobieca; bądź te kobieca, choć nie męska (Bem, 1974). Stosownie do tego będzie się ona charakteryzować odpowiednim zachowaniem i postawami, na przykład w zakresie stylu komunikacji z ludźmi, skłonności do zwierzania się, pojmowania ról mał eńskich itd. Poniewa kobiecość wią e się, najkrócej mówiąc, z przykładaniem du ej wagi do ciepłych i zadowalających kontaktów z innymi, oczekiwać nale y, e osoby silnie kobiece charakteryzować się będą du ą skłonnością do strategii raczej konstruktywnych (Dialog, Lojalność) ni destruktywnych (Wyjście, Zaniedbanie). Poniewa zaś

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

185

męskość wią e się z większą aktywnością i nastawieniem zadaniowym, oczekiwać mo na, e osoby silnie męskie charakteryzować się będą du ą skłonnością do raczej aktywnego ni biernego odpowiadania na pojawiające się problemy (a więc raczej do Dialogu lub Wyjścia ni Lojalności i Zaniedbania). Przewidywania te sprawdzano w serii badań, w których mierzono za pomocą kwestionariuszy zarówno męskość („Zwykle próbuję raczej kontrolować innych ni dać się im kontrolować"; „Gdy jestem z kimś innym, to ja podejmuję większość decyzji" itp.), jak i kobiecość („Lubię być z ludźmi, którzy przyjmują w stosunku do mnie opiekuńczą postawę"; „Ludzie lubią mi opowiadać o swoich kłopotach, bo wiedzą, e uczynię wszystko, aby im pomóc" itp.). Oczywiście, mierzono równie skłonność do reagowania ró nymi typami strategii. Typowe wyniki jednego z tych badań przedstawia rysunek 14. Jak pokazuje względna wysokość poło enia wykresów dla osób silnie i słabo kobiecych, kobiecość sprzyja częstszemu stosowaniu obu strategii konstruktywnych (a w większości przypadków tak e rzadszemu stosowaniu strategii destruktywnych). O oddziaływaniu męskości świadczy natomiast kąt nachylenia („stromość") wykresów. Jak widać, silna męskość sprzyja rzadszemu reagowaniu strategiami konstruktywnymi i częstszemu stosowaniu strategii destruktywnych (z jednym wyjątkiem: Zaniedbania, gdzie ta ró nica znika u osób silnie kobiecych). A zatem hipoteza o powiązaniu męskości ze skłonnością do strategii aktywnych nie zyskała sobie potwierdzenia. Jest raczej tak, e męskość hamuje reakcje konstruktywne i najczęściej sprzyja destruktywności. Natomiast kobiecość sprzyja konstruktywności i hamuje destruktywność w reagowaniu na problemy w bliskim związku dwojga ludzi. Dodać warto, e w tym i w innych badaniach wpływ biologicznej płci na częstość stosowania poszczególnych strategii był znacznie słabszy, zwykle nieistotny. Jest to jedna z kilku prawidłowości sugerujących, e silna męskość mę czyzny jest raczej dwuznacznym błogosławieństwem dla bliskiego związku dwojga ludzi. Z jednej strony prawdą jest, e mę czyźni zachowujący się w typowo męski (na przykład dominujący) sposób spostrzegani są przez kobiety jako bardziej pociągający (Sadalla i in., 1987). Męskość zachęca więc do namiętności (trudno

186

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Rysunek 14. Wpływ męskości i kobiecości na częstość reagowania na problemy Dialogiem, Lojalnością, Zaniedbaniem i Wyjściem. Źródło: na podstawie danych Rusbult i współpracowników (1986 c).

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

187

o mniej odkrywcze stwierdzenie). Być mę czyzną oznacza te , mię dzy innymi, być skutecznym dostarczycielem niezbędnych dóbr (fok u niegdysiejszych Eskimosów, samych ju tylko futer u dzisiejszych Polaków). Męski mę czyzna jest więc dla związku w oczywisty spo sób bardziej przydatny ni mę czyzna mało męski. Z drugiej jednak strony, męskość hamuje intymność. Nie tylko dlatego, e sprzyja destruktywności, a hamuje konstruktywność w reakcjach na niezadowolenie. Tak e dlatego, e skojarzona jest z małą empatią i niechęcią do zwierzania się oraz ujawniania innym własnych emocji (o czym mowa była w poprzednich rozdziałach). Nie bez powodu to mę czyźni wymyślają i śmieją się z takich dowcipów, jak ten, gdzie mą powiada do ony: „Je eli chcesz porozmawiać, to dlaczego nie zadzwonisz do audycji Radiosłuchacze mówią?" Wygląda więc na to, e idealny (no, powiedzmy - po ądany) partner to taki, który jest nie tylko męski, ale i kobiecy. Podobny wymóg stosuje się zapewne i do po ądanej partnerki. W świetle badań nad funkcjonowaniem związku i utrzymywaniem w nim wysokiego poziomu intymności kobiecość wydaje się cechą dość jednoznacznie dobrą. Niemniej, jak pisałem poprzednio, jednym z najpowa niejszych problemów w długotrwałym związku jest nuda. Poniewa jednostronna kobiecość mo e być równie nudna jak jednostronna męskość, większą szansę sukcesu ma taki związek, w.którym i partnerka jest nie tylko kobieca, ale i męska (o ile nie przestraszy tym swego partnera!). Mamy tu do czynienia z paradoksalną sprzecznością między tym, co spotyka chłopców i dziewczęta w procesie wychowania i socjalizacji, a tym, czego od nich oczekują ich partnerzy w do rosłym ju związku. Jako małe i większe dzieci, chłopcy uczą się, e nale y być przede wszystkim mę czyzną - kontrolować własne emocje („mę czyzna nie płacze"), być niezale nym od innych, am bitnie skupiać się na zadaniach itd. Kiedy chłopcy ju się mę czy znami staną, dowiadują się od swoich partnerek, e mę czyznami, owszem być mają, ale powinni te okazywać swoje emocje (ina czej spotykają się z nie pozbawionym racji: „Czy ty w ogóle coś czujesz?"), powinni uzale niać własne uczucia i decyzje od swojej partnerki (przez wzgląd na równouprawnienie) i zaprzestać (ego istycznej) koncentracji na własnych ambicjach. Jako małe i większe

188

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

dzieci, dziewczynki uczą się przede wszystkim być miłe, uległe i ciche, troszczyć się o innych i ich uczucia, słowem - uczą się, jak być kobiecymi. Po to tylko, by później odkryć, e wcale nie chcą być uległe i ciche, a nawet nie mogą, skoro, na przykład, mają nie tylko pracować na jednym etacie w domu, lecz tak e na drugim - poza domem. Te „dwa etaty" wcale nie zawsze wymuszane są warunkami ekonomicznymi, poniewa praca zawodowa kobiet jest współcześnie bardzo powszechnym zjawiskiem nawet w najbogatszych krajach. Jest to po prostu przejaw dość uniwersalnej w naszych czasach zmiany wzorca kulturowego roli mę czyzny (mającego coraz większy udział w opiece nad dziećmi) i kobiety (mającej coraz większy udział w utrzymaniu domu). Pomijając tu rozwa ania nad przyczynami i skutkami tej zmiany, poprzestańmy na wniosku, e yjemy w czasach, kiedy niezale nie od płci biologicznej, ka dy z nas coraz bardziej zmuszony jest być i kobiecy (w bliskim związku z innym człowiekiem) i męski (poza tym związkiem). Jest więc nam trudniej ni naszym dziadkom i babciom. Ale ciekawiej. Samoocena Inną cechą wpływającą na wybór między Dialogiem i Wyjściem z jednej - a Lojalnością i Zaniedbaniem z drugiej strony jest samoocena. Logiczne wydaje się przypuszczenie, e osoby o samoocenie wysokiej, to znaczy przekonane o swojej własnej wartości i o tym, e zasługują raczej na dobry los w yciu, bardziej będą skłonne „chwytać byka za rogi", a więc wybierać strategie aktywne. Osoby o samoocenie niskiej, przekonane, e ani nie zasługują na wiele, ani nie potrafią zbyt dobrze radzić sobie z kłopotami, powinny zaś wybierać strategie raczej bierne. Co najmniej trzy badania przekonują, e jest tak w istocie, ale jedynie w odniesieniu do strategii destruktywnych: osoby o samoocenie wysokiej częściej wybierają Wyjście ze związku, natomiast osoby o samoocenie niskiej - Zaniedbanie. Jednak e w obrębie strategii konstruktywnych samoocena nie decyduje o wyborze między Dialogiem a Lojalnością (Rusbult i in., 1987). Dopóki więc sprawy związku mają się dobrze (a reakcje na problemy pozostają raczej konstruktywne), przekonanie partnerów o własnej wartości nie wpływa na sposób reagowania na niezadowolenie. Dopiero

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

189

wtedy, gdy związek zaczyna szwankować (a reakcje na problemy stają się raczej destruktywne), dotkliwe niezadowolenie skłania partnerów do rozwa ania tego, co mo na by uzyskać gdzie indziej. Osoby o samoocenie wysokiej, a więc przekonane, e mogą uzyskać szczęście poza związkiem, aktywnie anga ują się w jego destrukcję. Natomiast osoby o samoocenie niskiej, przekonane, e „raju nie ma nigdzie", nie demontują aktywnie swego związku, lecz jedynie pozwalają mu na „samoistny" upadek. Bierność-aktywność wybieranych strategii jest tak e uzale niona od wagi problemu. Problemy powa ne, stanowiące źródło dotkliwego niezadowolenia, zachęcają do aktywnych prób jego usunięcia, a więc albo do konstruktywnego Dialogu, albo do destruktywnego Wyjścia (Rusbult i in. 1986 b). Z kolei problemy niewielkie, wywołujące jedynie słabe niezadowolenie, powinny wzbudzać raczej słabsze, bierne reakcje. Dotychczasowe badania potwierdzają jednak tę prawidłowość li tylko dla Lojalności, dla Zaniedbania natomiast nie. Stan związku Najsilniejszym wyznacznikiem wyboru strategii powinnny jednak okazywać się nie cechy partnerów czy aktualnego problemu, lecz ogólny stan związku. Indywidualne cechy są bowiem ogólnie mniej wa ne dla związku od tego, co konkretnie partnerzy w swoim związku robią, ich zachowania zaś kształtowane są przede wszystkim stanem związku (który tak e decydująco wpływa na to, co partnerzy uwa ają za problem powa ny, a co za niewa ny). Aczkolwiek oczywistą prawdą jest, e ró ni ludzie mają ró ne cechy charakteru i osobowości, to jednak związek ogólnych cech z konkretnymi (szczególnie pojedynczymi) zachowaniami jest z reguły bardzo słaby. Ponadto faktyczny związek cech charakteru z zachowaniem jest znacznie słabszy od związku, jaki ludzie skłonni są gołym okiem dostrzegać. Za zachowanie naszych partnerów często odpowiedzialna jest sytuacja, w której ich dachowanie ma miejsce. Poniewa jednak sytuacja jest tylko tłem, na którym widzimy działającego i skupiającego naszą uwagę człowieka, na ogół skłonni jesteśmy przeceniać wpływ cech człowieka na jego zachowanie i nie doceniać sytuacji, która umyka naszej uwadze (Ross, 1977). Kiedy nasz partner zachowuje się w sposób agresywny, skłonni jesteśmy

190

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

sądzić, e „agresywność" to cecha, z którą on niemal e się urodził, natomiast trudno nam zauwa yć, e agresję tę mogła wywołać sytuacja, w jakiej partner się znajduje. A ju ostatnią rzeczą, jaka przychodzi nam do głowy, jest myśl, e sami się do tej agresji przyczyniliśmy prowokując partnera swoimi „słusznymi przecie " uwagami. Podobnie trudno nam zrozumieć, e wybuch złości partnera mógł być spowodowany ciągiem niewielkich, kapiących niczym krople z kranu frustracji, które wybuch poprzedzały, ale których nie byliśmy świadkiem. „Sytuacja" oznacza tu przede wszystkim stan związku obojga zainteresowanych. A więc czy są z niego zadowoleni, czy nie, czy są weń zaanga owani, czy związek ten jest bardziej, czy te mniej pociągający od tego, co czekałoby partnerów poza nim. Je eli partnerzy są ze swego związku zadowoleni, to, rzecz jasna, będą starali się go raczej chronić ni demontować. Du a satysfakcja ze związku prowadzi do reagowania strategiami konstruktywnymi (Dialogiem i Lojalnością) i hamowania stosowania strategii destruktywnych (Zaniedbania i Wyjścia). Dane z tabeli 11. przekonują, e tak jest w istocie. Podobnie oddziałuje tak e poziom zaanga owania partnerów w związek. Zaanga owanie mierzono w tym badaniu za pomocą ocenianego przez partnerów wysiłku, jaki dotąd wło yli w swój związek (wysiłek taki jest jednym z głównych wyznaczników zaanga owania w związek, o czym mowa w następnym rozdziale). Im więcej wysiłku partnerzy wło yli dotąd w swój związek, tym większa skłonność do chronienia go i stosowania strategii konstruktywnych, a mniejsza - do reagowania destruktywnego. Trzecią sprawą rozwa aną w tabeli jest atrakcyjność alternatyw - jak dalece pociągający są inni partnerzy bądź odmienny styl ycia (na własną rękę, bez stałego związku). Atrakcyjność alternatyw jest ogólnie słabiej związana z wyborem strategii, sprzyja jednak strategiom destruktywnym, w szczególności aktywnemu Wyjściu ze związku, hamuje zaś strategie konstruktywne, w szczególności Lojalność. Tabela 11. Typ reakcji na niezadowolenie a dotychczasowa satysfakcja ze związku, wysiłek dotąd wło ony w związek oraz atrakcyjność alternatywnych związków. Liczby oznaczają korelacje, które mogą się zmieniać od 1,00 (bardzo silny dodatni związek), przez 0,00 (brak jakiegokolwiek związku), do -1,00

ZWIĄZEK PRZYJACIELSKI

19 1 (bardzo silny ujemny związek). Korelacje oznaczone gwiazdką istotnie od-biegają od poziomu przypadkowego. Źródło: Rusbult i in.(1982, s. 1239). Dialog 0,56* 0,59* 0,14 Lojalność 0,49* 0,38* 0,48* Zaniedbanie - 0,45* 0,38* 0,19 Wyjście - 0,48* 0,27* 0,54*

Satysfakcja Wysiłek Alternatywy

Poniewa tabela ta zawiera korelacje stwierdzające jedynie siłę, a nie kierunek zale ności, nasuwa się pytanie, co jest przyczyną, a co skutkiem. Na przykład czy to dotychczasowa satysfakcja ze związku wywołuje skłonność do Dialogu, czy te bywa tylko na odwrót - logiczne jest przecie , e ludzie aktywnie dbający o dobro swego związku odnosić zeń muszą większą satysfakcję. Szczegółowe badania Rusbult i współpracowników (1982) pokazały, e skłonność do Dialogu cechuje przede wszystkim związki znajdujące się w początkowych fazach rozwoju, w których poziom satysfakcji i intymności jest jeszcze wysoki. Skłonność ta słabnie w późniejszych fazach związku. Natomiast odwrotnie mają się sprawy z Lojalnością. Wtedy, kiedy związek dostarcza nam (jeszcze) du ej satysfakcji, Lojalność jest zbyt bierną formą jego obrony, pasuje zaś do faz późniejszych, kiedy to sprawy związku budzą ju zwykle mniej emocji. Im starszy związek (i jego partnerzy), tym mniejsza skłonność do Dialogu, a tym większa skłonność do reagowania Lojalnością (Rusbult i in., 1986 b). Obie te zale ności są jednak bardzo słabe, prawdopodobnie dlatego, e liczony w latach wiek związku jest jedynie pośrednim i zawodnym wskaźnikiem fazy, w jakiej związek się znajduje (niektóre związki zapewne szybciej przechodzą od faz wcześniejszych do późniejszych, a pewna ich liczba nigdy nie dochodzi do fazy związku pustego). Co ciekawe, wraz z wiekiem związku i partnerów spada równie skłonność do reagowania na problemy aktywnym wyjściem ze związku. Wygląda więc na to, e wraz z upływem czasu spada skłonność partnerów do stosowania wszelkich aktywnych strategii. Tabela 11. wskazuje tak e, e im bardziej reagujemy Lojalnością, tym mniej skłonni jesteśmy uwa ać za atrakcyjnych innych

192

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

potencjalnych partnerów czy te ycie na własną rękę, poza związkiem. Poniewa spostrzeganie innych mo liwych związków jako mało kuszących decyduje o zaanga owaniu w aktualny związek (o czym mowa w następnym rozdziale), jest to istotna zaleta Lojalności. Zalety tej zdaje się być pozbawiona strategia Dialogu. Sugeruje to, e mimo swego biernego charakteru Lojalność jest strategią nie we wszystkim gorszą od aktywnego Dialogu, poniewa niesie takie dobroczynne dla związku skutki, których Dialog nie daje.

ROZDZIAŁ

6

Związek pusty i jego rozpad
Samopodtrzymujący charakter zaanga owania - uzasadnianie własnych działań - dotychczasowe inwestycje - związek z partnerem jako część własnego „ja" Chcieć mimo wszystko, czyli względność satysfakcji - oczekiwania a zyski i koszty - mo liwości zastępcze Bariery - poczucie winy - dzieci - naciski społeczne Rozpad Jest tylko Beatrycze i jej właśnie nie ma

Jan Lechoń Spadek intymności jest w zasadzie mo liwy do uniknięcia, choć wzrastająca liczba rozwodów i omawiana w poprzednim rozdziale ponura krzywa satysfakcji wskazuje, e zapewne większości par nie udaje się intymności utrzymać. Nie spada ona do zera (wielu badaczy twierdzi, e pewne jej elementy, na przykład przywiązanie, nigdy nie zanikają całkowicie), niemniej spada poni ej poziomu, który jeszcze partnerów zadowala. Pozytywnych uczuć jest mało i często znacznie mniej ni emocji negatywnych wynikających z doznanych w przeszłości krzywd i nigdy nie rozwiązanych konfliktów. Po latach trwania związku tak e namiętność jest ju tylko echem przeszłości. Powodów do zadowolenia jest więc niewiele, powodów do niezadowolenia tysiąc, przynajmniej jeśli zapytać o to samych

194

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

zainteresowanych. Związek wkroczył w fazę związku pustego, dokąd niepostrze enie dryfował ju od dłu szego czasu. Zanik pozytywnych powodów pozostawania w związku nie oznacza oczywiście automatycznego jego rozpadu. W myśl koncepcji przedstawionej w pierwszym rozdziale tej ksią ki, czynnikiem decydującym o dalszym trwaniu związku staje się w tej fazie zaanga owanie, czyli nasze przekonania, decyzje i działania ukierunkowane na utrzymanie związku z danym partnerem. Poniewa trwanie całego związku zale y w jego fazie pustej od podtrzymania zaanga owania, a zanik zaanga owania oznacza rozpad związku, obecny rozdział niemal w całości dotyczy mechanizmów podtrzymujących nasze zaanga owanie, Liczne mał eństwa trwają nadal pomimo braku satysfakcji, a czasami mimo niesłychanych wręcz cierpień jednego bądź obojga partnerów. Na przykład w Wielkiej Brytanii 60% wszystkich zabójstw kobiet dokonują ich mę owie lub kochankowie, w USA 30% zabójców nale y do najbli szej rodziny ofiary (Howells, 1981), nie mówiąc ju o mniej krańcowych, choć nieporównanie częstszych przejawach agresji i cierpienia w rodzinach, takich jak bicie czy znęcanie się fizyczne lub psychiczne. Je eli nawet ofiara agresji opuszcza w końcu swój związek z agresorem, z reguły dzieje się to dopiero po latach cierpień. Oczywiście partnerzy większości związków zwykle nie biją się ani nie znęcają nad sobą nawzajem, ale nawet oni przechodzą liczne katusze natury psychicznej - niezadowolenie, zawód, depresja, rozpacz, beznadziejność, bezsilność... listę tę łatwo byłoby wydłu ać. Dlaczego ludzie trwają w związkach, które zamiast radości i siły dają cierpienie, wyczerpują psychicznie, a nawet mogą być niebezpieczne? Mówiąc najkrócej, ludzie pozostają ze sobą w związku nie przynoszącym im satysfakcji albo dlatego, e dotąd w nim byli, albo dlatego, e mimo wszystko tego chcą, poniewa nie ma niczego, czego chcieliby bardziej, albo te dlatego, e muszą. Naiwnością byłoby sądzić, e robią to tylko z tego ostatniego powodu. Pierwszy z tych powodów (ludzie pozostają z sobą nadal dlatego, e tak było dotąd) wydaje się na pierwszy rzut oka niepowa ny - czy jest sens tłumaczyć, e słońce świeci dziś dlatego, i świeciło tak e wczoraj? Có , prawdą jest, e jutrzejsza pogoda o wiele częściej okazuje się podobna do dzisiejszej ni od niej ró na. Przewidywanie, e jutro będzie tak samo jak dziś, znacznie częściej się potwierdza, ni nie potwierdza. Zaanga owanie

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

195

w związek ma charakter zjawiska samopodtrzymującego się i będę dalej starał się przekonywać, e sam fakt pojawienia się zaanga owania jest zapewne najwa niejszym powodem pozostawania partnerów w skądinąd niezbyt radosnym związku. Powód drugi, „chcieć mimo wszystko", odnosi się nie do bezwzględnej satysfakcji ze związku, lecz do satysfakcji względnej. Owa względność satysfakcji oznacza, e poziom naszego zadowolenia zale y nie tylko od tego, co rzeczywiście od partnera otrzymujemy, lecz tak e od porównania tego, co dostajemy, z tym, czego oczekiwaliśmy, i z tym, co moglibyśmy uzyskać gdzie indziej (od innych partnerów). Dzięki takim porównaniom mo emy uznać za znośny nawet taki związek, który nam niewiele daje (ale i tak więcej ni inne mo liwe związki albo więcej, ni oczekiwaliśmy). Powód trzeci wreszcie to bariery nie pozwalające się ze związku wycofać. Chciałoby się rzec: „bariery zewnętrzne", choć oczywiste jest, e znaczna ich większość działa jedynie dzięki pewnym „wewnętrznym", spełnianym przez nas warunkom, takim jak nasze wartości czy przekonania nakazujące pozostanie w związku.

Samopodtrzymujący charakter zaanga owania
Je eli ju raz zaanga ujemy się w jakieś działanie, sam fakt jego podjęcia mo e nam utrudniać wycofanie się, niezale nie od tego, czy skutki działania są zadowalające, czy nie. W przypadku działań skierowanych na budowę bliskiego związku z innym człowiekiem samopodtrzymywanie się zaanga owania dochodzi do skutku dzięki naszej skłonności do uzasadniania własnych działań jako sensownych i wartych podjęcia lub dzięki niechęci do utraty dóbr dotychczas zainwestowanych w związek. Trzecim powodem jest to, e bliski związek z innym człowiekiem szybko się dla nas staje częścią naszego własnego ja, naszej własnej to samości. Rozwa my pokrótce te trzy mechanizmy decydujące o samopodtrzymującym się charakterze zaanga owania.

Uzasadnianie własnych działań
W pewnym badaniu zaproszono młode kobiety do otwartej i szczerej dyskusji na temat zachowań seksualnych. Zakładano,

196

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

e dyskutowanie o seksie będzie zajęciem interesującym, poniewa badanie przeprowadzano w latach 50., kiedy seks w znacznie mniejszym ni dziś stopniu nadawał się do rozmów i pociągał jako temat kuszący, a rzadko poruszany. Zapewne podobnie uwa ały i badane studentki, skoro część z nich zgodziła się nawet podjąć pewne wysiłki w zamian za mo liwość brania udziału w owej grupowej dyskusji o seksie. Od jednej grupy wymagano wysiłku stosunkowo du ego. Dziewczęta musiały przeczytać na głos, w obecności eksperymentatora (mę czyzny), kilka fragmentów opisujących drastyczne sceny erotyczne, a tak e listę sprośnych słów, którą przygotowali Aronson i Mills (1959), autorzy tego badania, informując przy tym uczestniczki eksperymentu, e muszą się one nieco wyzbyć zahamowań przed czekającą je dyskusją. Od pozostałych wymagano wysiłku albo małego (czytały na głos słowa dotyczące seksu, choć nie ordynarne), albo adnego. Następnie badane wysłuchiwały dyskusji, same nie biorąc w niej udziału, rzekomo dlatego, e był to ich pierwszy raz i nie mogły jeszcze przeczytać literatury przedmiotu. W rzeczywistości dyskusję za ka dym razem odtwarzano z taśmy, dzięki czemu wszystkie uczestniczki słyszały dokładnie to samo. Wysłuchiwana dyskusja była okropna. Nie dość, e dotyczyła drugorzędnych zachowań seksualnych u ni szych zwierząt, to jeszcze jej uczestnicy wypowiadali się w sposób rozwlekły, bełkotliwy i nudny ponad wszelkie wyobra enie. Uwieńczeniem złośliwości eksperymentatorów (w słu bie nauki jednak!) było poproszenie dziewcząt o ocenę, jak dalece podobała im się dyskusja i sami dyskutanci. Dziewczęta, które wło yły mały wysiłek w dostanie się do grupy, a tak e badane z grupy kontrolnej, nie wydatkującej adnego wysiłku, oceniały ją jako nudną. Jednak e dziewczęta, które wło yły du y wysiłek, by dyskusji wysłuchać, uwa ały i dyskusję, i dyskutantów za dość interesujących. Dlaczego coś, co było wyraźnie nudne i bezwartościowe, uznane zostało za niemal interesujące i warte wysiłku? Aronson i Mills powiadają, e właśnie dlatego, i wymagało wydatkowania wysiłku. Świadomość wło enia znaczącego wysiłku w coś, co najwyraźniej nie było tego warte, jest dla nas nie do zniesienia. Pozostaje ona bowiem w sprzeczności z dobrze ugruntowanymi oczekiwaniami (ludzie wkładają przecie wysiłki w przedsię-

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

197

wzięcia, które na to zasługują). Trudno nazwać rozsądnym człowieka, który ukierunkowuje swoje wysiłki tak bezsensownie, e niczego wartościowego w zamian nie uzyskuje. Sprzeczność owa jest dla nas nie do zniesienia tak dalece, e zaczynamy wierzyć w pozytywność stanów rzeczy osiągniętych dzięki własnemu wysiłkowi, a które bez tych wysiłków wydawałyby nam się bezwartościowe. Dzięki temu nadal mo emy wierzyć we własny rozsądek. Liczne badania wykazały takie właśnie oddziaływanie przeró nych wysiłków, jak poddawanie się wstrząsom elektrycznym, nieprzyjemnym bodźcom słuchowym, wyczerpująca aktywność fizyczna czy nawet wysłuchiwanie kogoś, kto budzi odrazę i obrzydzenie. Aby polubić coś, w co wkładamy wysiłek, wcale nie musimy tego wysiłku podejmować - wystarczy samo psychiczne przygotowanie się do wysiłku w sytuacji, gdy wydaje się on nieuchronnie nas oczekiwać w przyszłości. Wskazuje na to eksperyment, w którym dawano badanym dość szczegółowy opis dwóch osób -jednej miłej, towarzyskiej i inteligentnej, a drugiej niezrównowa onej, niechlujnej i odtrącanej przez rówieśników (Berscheid i in., 1968). Oczywiście ta pierwsza bardziej była lubiana przez badanych ni ta druga. Badanym zapowiadano udział w dyskusji na tematy intymne z przydzieloną im partnerką, którą miała być albo ta lubiana, albo nie lubiana osoba. Po krótkim okresie przygotowania do dyskusji eksperymentator wracał i mówił, e został popełniony powa ny błąd i e faktycznie partnerzy nie powinni być przydzielani badanym, lecz przez nich wybierani. W związku z tym prosił o wskazanie, którą z partnerek badani wybierają do wspólnego udziału w dyskusji. W grupie przygotowanej na kontakt z osobą lubianą tylko 5% badanych wybrało osobę nieprzyjemną. Natomiast w grupie, która oczekiwała kontaktu z tą właśnie osobą, a 35% badanych ostatecznie ją wybrało jako partnerkę, choć nic ju ich do tego nie zmuszało! Nic poza ich własnym nastawieniem. Je eli bowiem ju postanowimy wystawić się na nieprzyjemne doznania i przygotujemy się do nich psychicznie, nasze zaanga owanie uniezale nia się od swoich pierwotnych powodów, a realizacja decyzji staje się celem sama w sobie. Nawet je eli nie musimy jej w końcu realizować. Prawidłowość ta pozwala zrozumieć jeden z powodów, dla których ludzie pomimo braku zewnętrznych barier pozostają w bliskich związkach, choć ka demu obserwatorowi z zewnątrz mogą

198

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

się one wydawać prawdziwą katorgą. Co dość logiczne, samym zainteresowanym nie wydają się one a tak negatywne, poniewa nieuchronność kontaktu z nieprzyjemną osobą prowadzi do postrzegania jej w mniej czarnych barwach (Tyler i Sears, 1977). Co ciekawe, stojąc w obliczu niemiłych konieczności, zmieniamy sposób widzenia nie tylko tych konieczności, ale tak e siebie samych. Przyjrzyjmy się jeszcze jednemu badaniu, które pokazuje dość dramatyczne następstwa zaanga owania. W badaniu tym wytwarzano u ludzi przekonanie, e dobrowolnie i niczym nie przymuszeni - w ka dej chwili mogli wycofać się z eksperymentu - zjedzą nie ywego robaka (Comer i Laird, 1975). Kiedy badani ju uwierzyli w tę mało zachęcającą perspektywę, części z nich przedstawiono pewien dodatkowy wybór: albo zjedzą robaka, albo wezmą udział w prostym badaniu nad postrzeganiem. Co zdumiewające, trzy czwarte osób badanych wybrało mimo wszystko zjedzenie robaka, choć w innej grupie osób, których nie postawiono przed tą koniecznością, wszyscy zachowali się „normalnie" i wybrali udział w badaniu nad postrzeganiem. Jeszcze innej grupie oczekującej na zjedzenie robaka pozostawiono inny wybór: zamiast zjadania robaków członkowie tej grupy mogli wziąć udział albo w nieszkodliwym badaniu nad postrzeganiem, albo w badaniu, które wymagało poddania się bolesnym wstrząsom elektrycznym. Połowa osób z tej ostatniej grupy wybrała wstrząsy elektryczne! Interesujące światło na przyczyny tego zdumiewającego zachowania rzucają dalsze dane zebrane w tym eksperymencie. Otó część badanych przekonała siebie samych, e zjadanie robaków nie jest w końcu takie straszne. Inna część zmieniła natomiast widzenie własnej osoby, i to na jeden z dwóch sposobów. Niektórzy zaczęli spostrzegać siebie jako bohaterów czy męczenników w słu bie nauki, inni zaś przekonali samych siebie, e zjadanie zdechłych robaków jest tym, na co właśnie zasługują. Ten ostatni typ reakcji - samopotępienie - jest zresztą spotykany równie u ofiar cię kich, a nie zawinionych przez siebie wypadków. Samopotępienie, przekonanie, e zasługuje się na swój marny los, usuwa dysonans pomiędzy tym, czego człowiek po yciu się spodziewał, a tym, co go spotkało. Na szczęście jest to jednak nieczęsty typ reakcji i występuje na ogół wtedy, kiedy cierpienie jest i tak nieuniknione,

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

199

a człowiek nie ma do dyspozycji adnego innego sposobu przywrócenia swojej wiary w jakiś elementarny porządek i przewidywalność świata. Zapewne myślenie typu: „Na nic innego nie zasługuję" pojawia się w bardzo nieszczęśliwym związku, którego nie mo na opuścić, a jest on tak zły, e nie sposób patrzeć nań przez ró owe okulary. Wszystkie te konsekwencje wydatkowania wysiłku występują jednak dopiero wtedy, kiedy spełniony jest pewien dodatkowy warunek. Mianowicie wysiłek musi być wydatkowany w warunkach swobodnego wyboru, kiedy człowiek jest przekonany, e to od niego samego zale y, czy i jak bardzo będzie się wysilał, czego dowodzą liczne badania (por. Cooper, 1980). Czy jednak warunek ten jest spełniony w związku dwojga ludzi, je eli związek ten jest źródłem cierpień, a nie radości, partnerzy zaś pozostają w nim z powodu przeró nych nacisków (dzieci, moralność, wspólne mieszkanie)? Gdyby swoboda wyboru była głównie czy jedynie konsekwencją spostrzegania faktycznej sytuacji, trudno byłoby o niej w takim związku mówić. Swoboda wyboru le y jednak u podstaw naszego przekonania, e kontrolujemy bieg wydarzeń, a przekonanie to nie jest jedynie chłodnym, obiektywnie dającym się uzasadnić sądem, lecz głęboką ludzką potrzebą. Potrzebą, której niespełnienie mo e mieć katastrofalne skutki (z pogorszeniem stanu zdrowia włącznie, jak wykazały Langer i Rodin, 1976). Potrzeba ta jest tak silna, e ludzie ulegają złudzeniu kontroli, widząc swobodę wyboru i własną kontrolę nad biegiem wydarzeń nawet tam, gdzie są jej całkowicie pozbawieni (na przykład w grach losowych ludzie wy ej cenią sobie los, który sami wyciągnęli, ni los wyciągnięty przez kogoś innego - Langer, 1975). Myśl, e zamiast kontrolować wydarzenia, sami poddajemy się ich kontroli, jest równie nie do zniesienia, jak myśl, e jesteśmy całkowicie pozbawieni swobody wyboru w działaniach, którym poświęcamy powa ną część własnego ycia. Trudno myśleć o sobie, e jest się tylko pionkiem nie mającym wpływu na bieg własnego ycia, i dlatego skłonni jesteśmy dostrzegać swobodę wyboru nawet w takich związkach, w których mamy jej faktycznie bardzo niewiele. Dzieje się tak z po ytkiem dla trwałości owych związków, poniewa umo liwia to powstanie i trwanie samonapędzającego się zaanga owania w ich utrzymanie.

200

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Podsumowując, podstawą samonapędzającego się mechanizmu zaanga owania jest sprzeczność, jaka pojawiłaby się w momencie wykrycia faktu, e źle swoje wysiłki ukierunkowaliśmy. Usuwanie tej sprzeczności sprawia, e albo przekonujemy samych siebie o jednak dobrym ukierunkowaniu własnych wysiłków i spostrzegamy swój los jako lepszy (ni gdybyśmy nie zdołali samych siebie przekonać), albo wmawiamy sobie, e nasz los jest tym właśnie, na co zasłu yliśmy. Często usuwamy tę sprzeczność zawczasu, zanim w ogóle zdą y się ona pojawić w naszej świadomości. Dotychczasowe inwestycje Nie jest to jednak podstawa jedyna. Podstawą drugą są niemo liwe do odzyskania inwestycje, jakich dokonaliśmy na rzecz istniejącego związku. Inwestycje te są dwojakiego rodzaju: dobra wło one w związek i dobra poniechane, z których zrezygnowaliśmy przez wzgląd na istnienie danego związku. Nie ulega wątpliwości, e budowa związku z drugim człowiekiem wymaga inwestowania weń wysiłku, uwagi, czasu, pieniędzy i dóbr wszelkiego innego rodzaju. Subiektywnie oceniane inwestycje rosną w miarę rozwoju związku mocniej nawet ni zyski, straty i zadowolenie z całego związku, jak to wykazała Rusbult (1983) w badaniach na „chodzących" z sobą parach. Z punktu widzenia czystej buchalterii strat i zysków wszystkie te inwestycje przydają wartości związkowi, niezale nie od tego, co daje nam partner. Dopóki partner dostarcza nam autentycznej satysfakcji, nasze własne inwestycje czynią związek nie tylko bardziej wartościowym, ale i przyjemniejszym (dzięki opisanym poprzednio procesom przekonywania siebie o słuszności naszych własnych wyborów)r Gdyby jednak związek miał się rozpaść, większość z inwestycji zostałaby stracona, jak to się dzieje na przykład w przypadku ony, która dla wspierania kariery swego mę a porzuciła własną karierę zawodową, aby zająć się prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Jedynym sposobem na odzyskanie tych inwestycji jest dalsze pozostawanie w związku w nadziei, e zaowocuje on odpowiednimi profitami. Mimo e nadal jest rozsądnie (nawet niewielka szansa odzyskania inwestycji jest lepsza od jej braku w przypadku zerwania), to jednak robi się coraz mniej przyjemnie, je eli partner przestaje dostarczać nam satysfakcji „sam przez się". Kiedy uprzednie

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

201

inwestycje są du e, a partner nic nam ju nie daje oprócz przykrości, znajdujemy się w pułapce własnych inwestycji. Niczym gracz w pokera, który tyle ju przegrał, e musi się odegrać, bo inaczej nie wybrnie z długów. Dokonując następnych inwestycji, czyli ponosząc dalsze koszty, gracz pozostaje przy stole, podobnie jak my w naszym związku. Wcale nie dlatego, e jest to przyjemne albo budzi nadzwyczaj uzasadnione nadzieje. Po prostu wycofanie się jest jeszcze bardziej nieprzyjemne i beznadziejne, poniewa dotychczasowe inwestycje bezpowrotnie przepadną. Choć pułapka inwestycji podtrzymuje zaanga owanie partnerów, dzieje się to za cenę rosnących kosztów, jakie ponosi ka de z nich. Mamy tu więc do czynienia z błędnym kołem, które długo mo e jeszcze utrzymywać przy yciu coraz bardziej niekorzystny związek (załamanie nastąpi dopiero po całkowitej utracie nadziei na odzyskanie inwestycji). Nic więc dziwnego, e im wy ej ludzie szacują inwestycje dotychczas dokonane na rzecz istnienia związku, tym większe jest ich zaanga owanie w jego utrzymanie, niezale nie od samego zadowolenia ze związku, które zresztą równie podnosi zaanga owanie (Rusbult, 1980, 1983). Nie od rzeczy będzie te wspomnieć, e socjologiczne analizy ró nego rodzaju utopijnych komun czy alternatywnych społeczności przekonują, e przedsięwzięcia te odnosiły większy sukces (trwały dłu ej), je eli obowiązujące w nich reguły wymagały od uczestników dokonywania niemo liwych do odzyskania inwestycji. Na przykład takich jak zapisanie całej swojej własności na rzecz komuny czy zgoda na brak jakiejkolwiek rekompensaty za dotychczasową pracę w przypadku opuszczenia danej wspólnoty (Kanter, 1968). Obok dóbr wło onych w związek na inwestycje składają się te i dobra poniechane. Najprostszym takim dobrem są nasze kontakty z innymi ni partner osobami. Początkowo, w miarę rozwoju swego związku, partnerzy kontaktują się z mniejszą liczbą osób, rzadziej i na krócej (Milardo i in., 1983). Oczywiście, zwykle robią to po prostu dlatego, e jest im ze sobą przyjemniej ni z innymi. Jednak e części utraconych z tego powodu kontaktów nie daje się ju odzyskać, nawet je eli powód ich zaniechania straciłby na zasadności. Kontakty w szczególności „nieodzyskiwalne" to oczywiście partnerzy inni ni osoba, na którą się zdecydowaliśmy. Choć nie ma na to bezpośrednich dowodów, mo na przypuszczać, e im bar-

202

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

dziej atrakcyjni byli partnerzy, z których zrezygnowaliśmy, tym dłuej powinniśmy wytrwać w niezadowalającym związku z partnerem faktycznie wybranym, poniewa tym większa była nasza inwestycja (będąca w stanie podtrzymywać zaanga owanie nawet bez satysfakcji). Na tle pociągających, lecz odrzuconych niedoszłych partnerów nasz wybrany partner wypada tym gorzej, trudniej więc z nim być. Jednak odrzucenie pociągających „niedoszłych" wzmaga nasze zaanga owanie w utrzymanie związku z wybranym partnerem. I problem na całe ycie gotowy, jak ilustrują nie kończące się zgryzoty bohaterki Nocy i dni, która zrezygnowała ze słodkiego Józefa Toliboskiego na rzecz nieco przaśnego Bogumiła Niechcica (co prawda rezygnacja ta niezupełnie była dobrowolna, ale i tak nie przeszkodziło to Barbarze zadręczać siebie, mę a i czytelników przez całe trzy tomy). Związek z partnerem jako część własnego , ja" Trzeci wreszcie powód, dla którego raz podjęte zaanga owanie trwać mo e nadal - niezale nie od satysfakcji ze związku i mimo przynoszonych przezeń cierpień - wią e się z tym, e wraz z upływem czasu i wspólnego ycia bliski związek z innym człowiekiem staje się nieodłączną częścią nas samych, naszej własnej to samości. Poczucie własnej to samości opieramy zarówno na tym, co nas odró nia od innych, jak i na tym, co nadaje nam ciągłość w trakcie ycia, a więc na poczuciu, e jesteśmy wcią takim samym człowiekiem. Obie te rzeczy nie muszą mieć ze sobą wiele wspólnego. Na przykład płeć kiepsko odró nia nas od innych (połowa ludzi ma przecie tę samą), ale niewątpliwie nadaje nam poczucie ciągłości - trudno byłoby się czuć takim (a nawet tym) samym człowiekiem, gdyby uległa ona zmianie. W zasadzie wszyscy są zgodni co do tego, e powszechnym składnikiem miłości jest poczucie, i ukochana osoba staje się częścią nas samych. Kochając włączamy innego człowieka w obręb własnego „ja", dlatego te wielu myślicieli uwa a miłość za rozszerzenie egoizmu na jeszcze jedną osobę - osobę partnera. Współczesna psychologia odnosi się do tego rodzaju odczuć z pewną rezerwą, poniewa twierdzenie „ona jest po prostu częścią mnie" mo e być przecie przejawem bardzo ró nych zjawisk. Na przykład pobo nych yczeń („Chciałbym, eby tak było"), ulegania stereoty-

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

203

powemu wzorcowi prze ywania miłości („Z niezliczonych ksią ek i filmów wiem, e tak właśnie powinno się kochać"), podporządkowania się pragnieniom partnerki („Ona by chciała, aby tak było"). Dla prze ywających miłość tego rodzaju wa ne są odczucia same w sobie. Z punktu widzenia nauki istotne jest oczywiście pytanie, czy mają one tak e jakąś zobiektywizowaną postać istnienia i konsekwencje, czy moglibyśmy się o nich dowiedzieć, nawet gdyby sami zainteresowani nam o nich nie powiedzieli? Grupa badaczy (Aron i in., 1991) w dość pomysłowy sposób wykazała, e bliska osoba rzeczywiście jest psychicznie włączana w obręb własnego „ja". Wykorzystali oni banalne zjawisko polegające na tym, e je eli coś wiemy na pewno, to nasze odpowiedzi na pytania o to coś udzielane są szybciej ni wtedy, kiedy nie jesteśmy czegoś pewni. Badane osoby (wszystkie zamę ne) otrzymały listę kilkudziesięciu cech z prośbą o zadecydowanie, jak dalece ka da z tych cech posiadana jest zarówno przez nie same, jak i przez mę a. Pozwoliło to dla ka dej badanej znaleźć cechy „te same" (posiadane i przez badaną, i przez jej mał onka bądź nie posiadane ani przez badaną, ani przez mę a) i „ró ne" (posiadane przez nią, ale nie przez mę a lub przez mę a, ale nie przez badaną). Po pewnym czasie badane jeszcze raz decydowały, czy same mają te cechy, czy nie. Tym razem nazwy cech były eksponowane na ekranie komputera, a badana przyciskała tylko klawisze „tak" lub „nie", co pozwoliło zmierzyć czas jej reakcji. Okazało się, e badane szybciej podejmowały decyzje co do „tych samych" cech ni co do cech „ró nych". Tak więc onie łatwiej było się zdecydować, e posiada jakąś cechę, je eli jej mą równie ją posiadał. Kiedy zaś ona ją miała, a on nie (lub na odwrót) decyzja wymagała dłu szego czasu, najwyraźniej potrzebnego na rozwa enie, „co jest mną, a co nim". Poniewa w tego typu badaniach czas reakcji pozostaje poza świadomą kontrolą człowieka (badane nie wiedziały, e czas był mierzony), wynik ten jest dość eleganckim i obiektywnym potwierdzeniem tezy, e bliskość innego człowieka polega na tym, i "miesza" się on z naszą własną osobą. Podobnego „mieszania się" dowodzi oczywiście znaczna liczba innych obserwacji (Aron i Aron, 1986) świadczących, e im ktoś jest nam bli szy, tym bardziej skłonni jesteśmy traktować go tak jak siebie samego. A więc działać na jego rzecz (niezale nie od tego,

204

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

czy on się o tym dowie), rozumieć świat z jego punktu widzenia, prze ywać jego emocje w taki sam sposób jak własne. A przede wszystkim na wszelkie mo liwe sposoby bronić jego dobrego imienia, tak jak bronimy wartości swojej własnej osoby. Je eli partner rzeczywiście staje się psychicznie częścią nas samych, zrozumiałe, e nie wyrzekamy się go nawet wtedy, gdy zadaje nam ból. Dokładnie tak samo, jak nie mo emy się wyrzec bolącej z powodu reumatyzmu nogi - by u yć niezbyt lirycznego porównania.

Chcieć mimo wszystko, czyli względność satysfakcji
Oczekiwania a zyski i koszty Myślenie w kategoriach zysków i kosztów ka e oczekiwać, e zaanga owanie w związek będzie tym silniejsze, im większą daje on satysfakcję. I tak jest w istocie: porównania ró nych par w tym samym czasie dowodzą, e zaanga owanie towarzyszy satysfakcji (Rusbuli, 1980), a porównania tych samych par w ró nych momentach związku pokazują, e im bardziej rośnie satysfakcja, tym silniej przyrasta i zaanga owanie (Rusbult, 1983; Simpson, 1987); Ogólna satysfakcja winna tez rosnąć wraz ze wzrostem zysków otrzymywanych od partnera, a spadać wraz ze wzrostem kosztów ponoszonych w danym związku. Choć wydaje się to zupełnie oczywiste, niewiele faktów wskazuje na to, e tak rzeczywiście jest. Po pierwsze, badania nad parami przedmał eńskimi, znajdującymi się w początkowych fazach swego związku, pokazują, e w miarę upływu czasu rośnie nie tylko zaanga owanie, ogólna satysfakcja i zyski, ale tak e... koszty, subiektywnie oceniane jako coraz większe (Rusbult, 1983). Po drugie, te same badania pokazują współwystępowanie zysków z satysfakcją i zaanga owaniem, choć koszty wią ą się z satysfakcją i zaanga owaniem albo słabo, albo wcale. Sugeruje to, e w początkowych fazach związku odnoszona zeń satysfakcja bardziej opiera się na zyskach ni na kosztach. Prawidłowość ta (wykazana zresztą i przez innych autorów, np. Davis i Oathaut, 1987) jest dokładnie sprzeczna z przytaczanymi w poprzednim rozdziale wynikami wskazującymi, e w mał eństwach satysfakcja ze związku opiera się silniej na kosztach ni na zy-

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

205

skach. Poniewa ka da z tych prawidłowości została przynajmniej kilkakrotnie uzyskana w ró nych badaniach, wypada uwierzyć, e partnerzy początkowo silniej przejmują się pozytywnymi ni negatywnymi zdarzeniami w swoim związku, choć w fazach późniejszych bardziej przejmują się zdarzeniami negatywnymi ni pozytywnymi. Nikt nie wykazał dotąd przekonywająco, dlaczego tak jest, ale przypuszczać mo na, e początkowe niedocenianie zdarzeń negatywnych ma swoje źródło w idealizacji partnera, która wynika z namiętności (ekscytacja wywołana kosztami mo e być nawet interpretowana jako ekscytacja erotyczna). Mo e te wynikać z nadziei „młodych" partnerów na satysfakcjonujący związek, którą to nadzieję mylą oni z rzeczywistą satysfakcją z danego związku. Późniejszy wzrost wagi zdarzeń negatywnych wynika zaś zapewne z zaniku idealizacji partnera, spadku nadziei oraz tych zmian oczekiwań, jakie wspomniałem opisując pułapkę dobroczynności. Tak czy owak, najwyraźniej trudno byłoby wnioskować o zaanga owaniu na podstawie samej satysfakcji oraz rachunku zysków i strat. Innym powodem tej trudności jest fakt, e nasze oceny satysfakcji mają charakter względny, poniewa dokonywane są one zawsze z uwagi na jakieś kryterium, które zwykle ma znacznie więcej wspólnego z naszymi pragnieniami i oczekiwaniami ni z rzeczywistością, z czego wynika szereg paradoksalnych konsekwencji. Zwa my, e w początkowych fazach udanego związku oczekiwania partnerów (co do tego, jak dobrze im ze sobą będzie) stale rosną. Wynika to właśnie z faktu, e związek jest udany i e w miarę jego rozwoju rośnie rzeczywista satyfakcja przezeń dostarczana. Nic bardziej naturalnego ni to, e partnerzy oczekują dalszego wzrostu satysfakcji. Skoro dotąd, kiedy mogliśmy spotykać się tylko czasami i często w nie sprzyjających warunkach, było nam tak dobrze, czy nie jest usprawiedliwone oczekiwanie, e kiedy ju się na dobre połączymy (zamieszkamy razem), będzie nam jeszcze lepiej? - nie bez racji zapytywać mogą partnerzy. Czy optymistyczne oczekiwania co do związku nie są i oznaką, i prawem miłości? Jak ilustruje rysunek 15., rosną więc zarówno oczekiwania, jak i rzeczywisty poziom zadowolenia ze związku. Niestety, rosną one w niejednakowym tempie. Wzrostu oczekiwań nic właściwie nie ogranicza, mo e poza zdrowym rozsądkiem, który jednak nie jest

206

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Rysunek 15. Co wynika z tego, e apetyt rośnie w miarę jedzenia - wzrost oczekiwanego i rzeczywistego poziomu zadowolenia z udanego związku w początkowych fazach jego trwania.

najsilniejszą stroną ludzi w początkach miłosnego związku. Rzeczywiste zadowolenie rośnie równie - w miarę wzajemnego poznawania się i wzrostu umiejętności wzajemnego zaspokajania swoich potrzeb partnerom jest ze sobą coraz lepiej. Uczenie się zaspokajania potrzeb innego człowieka nie jest jednak sprawą łatwą, skoro często nawet on sam nie zdaje sobie sprawy ze swoich faktycznych potrzeb. Przyrosty zadowolenia z rzeczywistego zaspokojenia potrzeb są więc powolne, wolniejsze od przyrostów oczekiwań. Ponadto ogólna prawidłowość nagradzania jest taka, e przyrosty subiektywnego zadowolenia z jakiejkolwiek nagrody rosną znacznie wolniej od wzrostu obiektywnej wielkości samej nagrody (na przykład utrzymanie stałych przyrostów zadowolenia z wielkości zarobków wymaga nie stałych, lecz coraz większych przyrostów zarabianej sumy - por. Reykowski, 1970). Między oczekiwaniami i rzeczywistym poziomem zaspokojenia potrzeb pojawia się więc luka, której wielkość rośnie w miarę

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

207

trwania związku, wraz ze wzrostem i rzeczywistego, i oczekiwanego zaspokojenia potrzeb. W jakimś momencie luka ta "staje się tak du a, e kontrast między rzeczywistością a oczekiwaniem jest ju nie do zniesienia i następuje wybuch niezadowolenia. Jak ilustruje rysunek 15., wybuch niezadowolenia nie występuje jednak wtedy, kiedy rzeczywistość jest na swoim najgorszym poziomie. Gdy rzeczywistość jest fatalna, oczekujemy niewiele, a poniewa takie niewygórowane oczekiwania łatwo spełnić, w takim stanie związku nie występuje wybuch. Dopiero kiedy nasze oczekiwania pod adresem partnera są wysokie (co jednak nie stanie się przy beznadziejnym partnerze, bo on takich oczekiwań nie wzbudzi), luka pomiędzy naszym pragnieniem a rzeczywistością stanie się nie do wytrzymania. Paradoksalnie wybuch niezadowolenia następuje przy dość du ym, nie zaś przy małym poziomie faktycznego zaspokojenia potrzeb. Całą tę analizę zaczerpnąłem od Daviesa (1962), który sformułował ją w odniesieniu do przyczyn... rewolucji społecznych i poparł licznymi obserwacjami historycznymi, jak ta, e wybuch rewolucji zarówno francuskiej, jak i rosyjskiej (1917 r.) poprzedzony był okresem nie krańcowej biedy, lecz o ywienia gospodarczego i wzrostu rzeczywistego poziomu zaspokojenia potrzeb społeczeństwa. Ci, którzy znajdują się na dnie, nie wywołują rewolucji. Wywołują je ci, którym zrobiło się ju nieco lepiej, a liczyli na więcej. Choć nie ma bezpośrednich dowodów na to, e to, co odnosi się do rewolucji społecznych, odnosi się tak e do rewolucji miłosnych, psychologia zna liczne fakty wskazujące na zjawisko względnego niezaspokojenia potrzeb. Ludzie uznają swoje potrzeby za zaspokojone lub nie zaspokojone w zale ności od tego, jak to wygląda u innych osób, z którymi się porównują. Zjawisko to wykryto w badaniach nad armią amerykańską podczas II wojny światowej. W badaniach tych interesowano się między innymi satysfakcją ołnierzy ró nych formacji z tempa, w jakim awansowali w hierarchii słu bowej. Najbardziej zadowolona z szybkości awansów była andarmeria wojskowa, najmniej - lotnictwo. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, e w rzeczywistości najszybciej awansowali lotnicy, a najwolniej - andarmi (poniewa najwięcej ginęło lotników, najszybciej zwalniali kolejne etaty, czego nie umo liwiały bojowe zadania andarmów). Paradoks ten wyjaśniono zakładając, e szybkie tempo awansu w lotnictwie prowadziło do tak wysokich

208

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

oczekiwań własnego awansu, e ten, jakkolwiek szybki, był i tak wolniejszy od oczekiwanego. Wracając do związków intymnych, ka e to oczekiwać większego niezadowolenia z własnego związku tych par, które przyrównują się do innych par, którym z kolei wiedzie się raczej dobrze ni źle. Oczywiście, im ambitniejsze kryterium oceny swego związku wybieramy, tym ni ej go ocenimy i na odwrót - im łatwiej dorównać przywołanemu kryterium, tym wy sza ocena zadowolenia z własnego związku. Obok oczekiwań i porównań z innymi parami często przywoływanym kryterium jest to, jak wiodło się nam z partnerem w przeszłości, a więc „za dawnych, dobrych czasów". Gdy wspominamy przyjemne zdarzenia z przeszłości, nasza ocena stanów obecnych spada, gdy zaś wspominamy zdarzenia nieprzyjemne - ocena ta rośnie (Strack i in., 1985). Wspomnienie dawnych, dobrych czasów z partnerem mo e więc na zasadzie kontrastu tym bardziej unieszczęśliwiać nas w teraźniejszości. Jest w tym jednak odrobina absurdu - przecie szczęśliwa przeszłość z partnerem jest w końcu tak e częścią naszego związku i dlatego powinna nas równie uszczęśliwiać! Szczęśliwe wspomnienia mogą zarówno obni ać, jak i podnosić nasze zadowolenie z teraźniejszości - wszystko zale y od tego, w jakiej roli wspomnienia występują. Je eli występują one jako porównanie dla teraźniejszości (kryterium oceny teraźniejszości), to działa zasada kontrastu. Je eli jednak występują one w roli składnika ocenianej rzeczywistości, wówczas dobre wspomnienia podnoszą, złe zaś obni ają aktualną satysfakcję. To, w której roli jakieś wspomnienie wystąpi, zale y od sposobu wspominania. Od tego, czy wspominając „wchodzimy" emocjonalnie w przeszłość raz jeszcze, to znaczy ponownie ją prze ywamy, czy te pozostajemy „na zewnątrz" wspominanych zdarzeń. Strack i współpracownicy wykazali, e raz jeszcze wchodzimy w przeszłość, kiedy jest ona niedawna, kiedy szczegółowo ją rozwa amy, kiedy przypominamy sobie dokładnie, jaka ona była, nie zaś dlaczego była. I na odwrót. Pozostajemy na zewnątrz, kiedy przeszłość jest odległa bądź przypominamy sobie tylko, e była albo dlaczego była, zamiast przypominać sobie szczegółowo, jaka ona była. Jak więc widać, tak dobrymi i złymi wspomnieniami mo na się zarówno uszczęśliwić,

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

209

jak i unieszczęśliwić (je eli tylko uda nam się patrzeć z dystansu na wspomnienia złe, a prze ywać raz jeszcze dobre). Dane te ilustrują jeszcze jedno wa ne zjawisko, o którym nie mo na zapominać rozwa ając zadowolenie ze związku i jego wpływ na zaanga owanie. Nasze oceny satysfakcji (z czegokolwiek zresztą - od samochodu do ycia) są niesłychanie zmienne i silnie podatne na oddziaływanie szybko przemijających czynników sytuacyjnych. Je eli zapytać ludzi o to, czy, ogólnie rzecz biorąc są zadowoleni z ycia, ich oceny okazują się znacząco wy sze, je eli akurat zdarzyło im się znaleźć w automacie telefonicznym monetę (podło oną przez badacza), lub znacząco ni sze, je eli w tym momencie pada deszcz - jak to wykazał Norbert Schwarz (1989). Liczne badania tego autora przekonują, e kiedy ludzie mają ocenić jakiś skomplikowany aspekt swojego ycia (na przykład własny związek z innym człowiekiem), to zamiast pracowicie dodawać czy bilansować wszystkie jego wady i zalety, upraszczają sobie zadanie i dokonują ocen na podstawie tego, jak się czują. Je eli aktualnie czują się dobrze, ich oceny wypadają wy ej, je eli czują się źle - oceny wypadają ni ej. Oczywiście w udanym związku ludzie częściej czują się dobrze ni w nieudanym. Problem jednak w tym, e taki wpływ na oceny zadowolenia ze związku mają nie tylko uczucia z nim związane, lecz po prostu dowolne uczucia prze ywane w momencie wydawania oceny. Nawet je eli biorą się one z zupełnie innego źródła, takiego jak beznadziejność d d ystego poranka czy łagodny spokój pogodnego zmierzchu. Zatem większość naszych ocen satysfakcji to oceny notorycznie zmienne i doprawdy dobrze się dzieje, e zaanga owanie w związek ma wiele innych wyznaczników oprócz samej tylko odnoszonej zeń satysfakcji!

Mo liwości zastępcze
Cnota polega nie na powstrzymywaniu się od zła, lecz na braku jego po ądania.

George Bernard Shaw Zaanga owanie rośnie nie tylko wraz ze wzrostem zadowolenia ze związku, ale tak e wraz z obni eniem się atrakcyjności tego, co człowiekowi jest dostępne zamiast danego związku. Takie mo liwości zastępcze to albo związki z innymi partnerami,

210

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

albo ycie w pojedynkę. Wiele badań (Felmlee i in., 1990; Rusbult 1980, 1983; Simpson, 1987) wykazało, e im mniej pociągające są takie alternatywy, tym większe zaanga owanie w związek, w którym jesteśmy. Ńieatrakcyjność mo liwości zastępczych dla związku jest oczywistym powodem, dla którego pozostajemy w obojętnym czy nawet bolesnym związku z innym człowiekiem. Jest to te sensowne wyjaśnienie powodów, dla których na przykład ludzie sześćdziesięcioletni rozwodzą się znacznie rzadziej ni czterdziestolatki. Szansa osiągnięcia czegoś lepszego poza aktualnym związkiem spada z oczywistych względów po przekroczeniu wieku średniego. Dopóki taka rzeczywista lub tylko pozorna szansa istnieje, zaanga owanie w aktualny związek nara one jest na pokusy ycia poza związkiem. W sukurs związkowi przychodzi jednak pewien interesujący mechanizm - oto ludzie aktywnie obni ają (we własnych oczach) atrakcyjność mo liwości zastępczych w stosunku do związku, w który się anga ują. Badania prowadzone w ciągu jednego roku akademickiego nad parami studenckimi, z których część przetrwała, część zaś rozpadła się, wykazały pewną interesującą ró nicę między nimi. Dla par, które ostatecznie się rozpadły, atrakcyjność mo liwości zastępczych rosła w miarę upływu czasu, podczas gdy dla par, które przetrwały, atrakcyjność ta spadała (pomiarów dokonywano dwunastokrotnie w ciągu roku - Rusbult, 1983). Jedne i drugie znajdowały się w tym samym miasteczku uniwersyteckim, zamieszkałym przez około dziesięć tysięcy rówieśników płci przeciwnej, stanu wolnego. Poniewa trudno zało yć, e atrakcyjność tych rówieśników jednocześnie rosła i spadała, nale y przyjąć, e pary, które przetrwały, pomniejszały wartość innych potencjalnych partnerów (natomiast osoby z par rozpadających się same dodawały uroku mo liwym partnerom alternatywnym). Na podobnej zasadzie stwierdzono, e dla młodych ludzi aktualnie zaanga owanych w stały związek fizyczna i erotyczna atrakcyjność rówieśników płci przeciwnej jest znacznie mniejsza ni dla ludzi aktualnie wolnych. Takie obni enie atrakcyjności nie dotyczyło jednak spostrzegania atrakcyjności ani rówieśników tej samej płci, ani osób płci przeciwnej, ale znacznie starszych od badanych, a więc nie stanowiących konkurencji dla ich aktualnego związku (Simpson i in., 1990). To

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

211

pomniejszanie wartości potencjalnych konkurentów mo e mieć co najmniej dwa powody. Po pierwsze, stwierdzenie wysokiej atrakcyjności kogoś innego ni własny partner jest sprzeczne z dalszym pozostawaniem w związku z tym partnerem. Powiedzieć o kimś, e jest atrakcyjny, oznacza przecie tyle, co powiedzieć, e nas pociąga. Je eli pociąga mnie ten barczysty brunet, czemu u licha nadal anga uję swe uczucia w tego chudego blondyna? Sprzeczność tę mo emy rozwiązać albo porzucając blondyna i wią ąc się z brunetem, albo wynajdując w brunecie takie cechy, które nas do niego zniechęcą („Ma takie zrośnięte brwi, e nie budzi zaufania. Na pewno wykorzystałby mnie i porzucił"). Im bardziej zaanga owani jesteśmy w związek z blondynem, tym większa szansa na to drugie rozwiązanie sprzeczności, czyli pomniejszanie wartości bruneta. Zabieg ten słu y więc obronie naszego związku z blondynem. Powód drugi nie dotyczy obrony naszego związku, lecz sposobu, w jaki związek ten wpływa na nasze spostrzeganie świata, w tym potencjalnych konkurentów (bruneta). Je eli jesteśmy mocno zaanga owani w związek z blondynem, to prawdopodobnie bardzo się nam ów blondyn podoba. Po prostu jest w naszych oczach niesłychanie przystojny - tym przystojniejszy, im większe nasze zaanga owanie (inni nie muszą podzielać naszego zachwytu, to bez znaczenia, chodzi tylko o nasze zdanie). Je eli blondyn jest w naszych oczach niesłychanie atrakcyjny, to oczywiście trudno, aby przy takim porównaniu ktokolwiek inny, w tym równie barczysty brunet, mógł zasłu yć na powa niejszą uwagę (je eli najpierw oceniamy kogoś bardzo atrakcyjnego, to później oceniane osoby wypadają - na zasadzie kontrastu - znacznie gorzej - Kenrick i Gutierres, 1980). Spostrzeganie bruneta jako nieatrakcyjnego będzie więc tym silniejsze, im większe nasze zaanga owanie w związek z blondynem. Oba opisane mechanizmy wskazują, e tym silniej pomniejszać będziemy wartość konkurenta, im bardziej zaanga ujemy się w związek z naszym obecnym partnerem. Jednak mechanizm pierwszy (obrona związku) powinien działać głównie wtedy, kiedy pojawia się jakieś zagro enie dla związku (z blondynem), a więc kiedy konkurent jest bardzo atrakcyjny i/lub kiedy jego istnienie nas jakoś osobiście dotyczy, na przykład faktycznie go spotykamy. Natomiast

212

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

mechanizm drugi (spadek atrakcyjności potencjalnych konkurentów wskutek du ej atrakcyjności aktualnego partnera) nie stawia takich ograniczeń: du a atrakcyjność własnego partnera powinna powodować spadek atrakcyjności wszystkich konkurentów, niezale nie od ich atrakcyjności i tego, czy ich istnienie nas osobiście dotyczy, czy te nie. Aby sprawdzić, która z tych linii rozumowania jest trafniejsza, Johnson i Rusbult (1989) przeprowadzili eksperyment, w którym młodzi ludzie słabo bądź silnie zaanga owani we własny aktualny związek (co zmierzono na wstępie) oceniali atrakcyjność innych osób płci przeciwnej. Przy tym osoby te potencjalnie mogły - albo nie mogły, zagrozić ich obecnemu związkowi (badani mieli je osobiście spotkać lub nie). Okazało się, e obni anie atrakcyjności potencjalnych konkurentów występowało przede wszystkim w warunkach du ego zagro enia dla związku - kiedy konkurent był wysoce atrakcyjny i zanosiło się na osobisty z nim kontakt. W dodatku badani bardzo zadowoleni ze swojego aktualnego związku mieli większą skłonność do pomniejszania wartości partnera konkurencyjnego ni osoby zadowolone tylko umiarkowanie. Tak więc świadoma skłonność do pomniejszania wartości partnerów konkurencyjnych rośnie w warunkach potencjalnego zagroenia dla ju istniejącego związku. Nie zamyka to jednak sprawy, poniewa inne badania sugerują, e skłonność ta pojawia się tak e w warunkach, w których nie mo e być mowy o jakimkolwiek zagroeniu dla związku, kiedy ludzie wcale o nim nie myślą. We wspomnianych ju badaniach Simpsona i współpracowników (1990) stwierdzono, e osoby aktualnie zaanga owane w bliski związek w przeciwieństwie do osób aktualnie niezaanga owanych spostrzegają rówieśników płci przeciwnej jako mniej atrakcyjnych. Autorzy ci doło yli wielu starań, aby dokonać pomiaru atrakcyjności rówieśników w warunkach nie mających adnego związku z aktualnymi kontaktami badanych z płcią przeciwną. Badanie przedstawiano jako prowadzone przez agencję reklamową i dotyczące skuteczności reklam prasowych. Badani oceniali szesnaście reklam, tylko w sześciu z nich występował rówieśnik płci przeciwnej i tylko dwa pytania na cztery dotyczyły atrakcyjności tej osoby (pozostałe dotyczyły skuteczności reklam). Dopiero po zebraniu tych ocen pytano badanych, czy są z kimś aktualnie związani, czy nie. Mimo tych

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

213

wszystkich środków ostro ności pomniejszanie atrakcyjności nadal miało miejsce. Poniewa badani nie myśleli o swoich stałych partnerach w trakcie dokonywania ocen (dlaczego mieliby myśleć o ukochanej na widok reklamy papierosów czy kosiarki?), wyniki te sugerują, e pomniejszanie wartości mo liwych konkurentów jest tendencją nieświadomą, pojawiającą się automatycznie w wyniku samego zaanga owania się w bliski związek z innym człowiekiem. Nie mo na wykluczyć dość interesującej mo liwości, e tendencja ta jest uwarunkowana biologicznie i rozwinęła się w trakcie ewolucji naszego gatunku jako powiększająca szanse sukcesu reprodukcyjnego. Utrzymanie stałego związku jest biologicznie korzystne dla jednostki (przypomnijmy przytaczane w rozdziale 4. dane wskazujące na przykład na lepszy stan zdrowia osób pozostających w mał eństwie), podnosi bowiem szanse jej przetrwania. Przynajmniej w odniesieniu do kobiet, bardziej uzale nionych od mę czyzn z uwagi na obcią enie funkcjami biologicznymi, utrzymanie stałego związku prawdopodobnie podnosiło (w ewolucyjnej przeszłości naszego gatunku) szansę wydania i wychowania potomstwa, a więc rozpropagowania własnych genów w następnych pokoleniach. Geny tych kobiet, które potrafiły utrzymać się w bliskim związku z mę czyzną, przetrwały i rozpowszechniły się (i my je mamy w naszym garniturze genetycznym), geny tych kobiet, które tego nie potrafiły, nie rozpowszechniły się (i my ich nie mamy). Hipoteza, e skłonność do aktywnego pomniejszania atrakcyjności konkurencyjnych partnerów zanika wraz z wiekiem czy trwaniem związku, wydaje się dość prawdopodobna tak e z tego powodu, i w długotrwałych związkach spadać mo e motywacja do ich obrony. Gdyby się okazało, e zale ność ta rzeczywiście występuje, byłby to jeden z czynników pomniejszających zaanga owanie w związek i nasilających skłonność do jego opuszczenia.

Bariery
Oczywistym powodem, dla którego partnerzy pozostają w związku nie dającym zadowolenia lub przynoszącym cierpienie, jest przymus, a więc bariery nie pozwalające tego związku opuścić.

214

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Je eli ktoś robi coś, co jest dla niego nieprzyjemne, wyjaśnienie, e musi to robić, samo się ciśnie na usta. Omówione dotąd czynniki podtrzymujące zaanga owanie sugerują, e sprawy nie są takie proste, e ludzie bardzo często zarówno chcą, jak i nie chcą pozostawać w związkach nie dających im satysfakcji. Zresztą, w ogóle po ądanie wykluczających się i niemo liwych do pogodzenia rzeczy (zwłaszcza w odniesieniu do naszych partnerów) uznać wypada raczej za regułę ni wyjątek w ludzkich pragnieniach. Mimo e rola barier jako powodu pozostawania w związku pustym wydaje się przeceniana w potocznej świadomości, nie znaczy to oczywiście, i barier w ogóle nie ma. Przyjrzyjmy się trzem zasadniczym barierom - poczuciu winy (wiązanemu tradycyjnie z normami, nakazami i zakazami moralnymi), istnieniu dzieci oraz naciskom społecznym wywieranym na związek dwojga ludzi. Poczucie winy Pisanie o poczuciu winy jako barierze zdawać się mo e pomysłem cokolwiek dziwacznym. Czy poczucie winy nie jest naszą własną wewnętrzną reakcją na złamanie nakazu moralnego, czy nie jest to typowy proces „wewnątrzpsychiczny", który polega na samopotępieniu czy te ukaraniu samego siebie za moralne wykroczenie, za spowodowane przez nas zło? Je eli poczucie winy miałoby taki właśnie wewnątrzpsychiczny charakter, bez sensu byłoby mówić o nim jako o barierze, ta bowiem oznacza zawsze coś zewnętrznego w stosunku do naszych przekonań czy pragnień. Jednak piszę tu o poczuciu winy jako o barierze, poniewa rosnąca liczba danych przekonuje, i niezbyt prawdziwa jest wizja poczucia winy jako procesu jedynie wewnątrzpsychicznego, rodzącego się z samotnego stwierdzenia, e popełniliśmy zło, za które jesteśmy odpowiedzialni, i e oto karzemy siebie samych za moralny występek. Po pierwsze, empiryczne dowody na to, e ludzie (z wyjątkiem cierpiących na zaburzenia psychiczne) skłonni są zadawać samym sobie ból i samych siebie karać, są niezwykle skąpe (Baumeister i Scher, 1988). Poczucie winy jest natomiast zjawiskiem częstym, a trudno przypuścić, by tak często prze ywane uczucie mogło mieć

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

215

swoje podstawy w tak rzadkim zjawisku jak zadawanie sobie samemu bólu. Po drugie, bardzo często ludzie prze ywają poczucie winy, kiedy nie są odpowiedzialni za wydarzające się zło albo kiedy w ogóle nie zrobili niczego złego. Czują się winni, gdy zostali wyej nagrodzeni od innych, którzy działali równie dobrze (Austin i in., 1980). Albo gdy uniknęli nieszczęścia współtowarzyszy, na co wskazują zarówno dane eksperymentalne (Tesser i Rosen, 1972), jak i, na przykład, relacje ydów, którzy przetrwali Holocaust, czy rozbitków, którzy prze yli katastrofę, podczas gdy inni ludzie zginęli. Z drugiej strony, ludzie często nie prze ywają poczucia winy, gdy zrobią coś złego - przykładem mo e być fakt, e poczucie winy jest wśród przestępców znacznie rzadsze od postawy „śmierć frajerom" (Kosewski, 1988). Wygląda więc na to, e odpowiedzialność za złamanie normy moralnej nie jest ani konieczna do prze ycia poczucia winy, ani te sama w sobie do tego prze ycia nie wystarcza. Po trzecie wreszcie, zarówno przyczyny, jak i skutki poczucia winy mają charakter wybitnie społeczny i wią ą się z innymi ludźmi. Tangney (1992) stwierdziła, e właściwie wszystkie typy sytuacji wskazywane przez ludzi jako wywołujące poczucie winy dotyczą kontaktów z innymi (szczególnie ich krzywdzenia). Skłonność do prze ywania poczucia winy jest te związana z empatią (Tangney, 1991), a więc z wra liwością na uczucia innych ludzi. Najczęstsze konsekwencje poczucia winy mają silny związek z innymi ludźmi - wyznanie winy, przeprosiny, zadośćuczynienie ofierze. Wszystkie one zresztą poczucie winy usuwają, co zapewne jest głównym powodem ich występowania. Natomiast adne badania (a było ich sporo) nie wykazały, aby poczucie winy systematycznie prowadziło do pragnienia poddania się karze. Prowadzi ono jedynie do oczekiwania kary, ale od. oczekiwania do pragnienia droga daleka. Wszystko to sugeruje, e. poczucie winy jest w istocie reakcją na krzywdę innego człowieka. Pierwowzorem sytuacji wzbudzającej to uczucie jest wykrycie, e ktoś, z kim jest się związanym, czuje się skrzywdzony, natomiast osoba prze ywająca poczucie winy jest w sprawę zamieszana, niekoniecznie jako sprawca krzywdy, ale jako ktoś, do czyich działań lub intencji skrzywdzona ofiara mo e zgłosić zastrze enia czy pretensje. Inne sytuacje wzbudzające poczucie winy są prawdopodobnie pochodne i mają swoje źródło

216

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

w tym pierwowzorze (Baumeister i in., 1991). Podstawową funkcją poczucia winy jest podtrzymanie istniejących bliskich związków z innymi ludźmi. Ludzie zdają sobie zresztą sprawę z owej funkcji i dlatego nierzadko (i całkiem skutecznie) podejmują próby wywołania u swoich partnerów tego właśnie uczucia. Jednak niemal zawsze próby takie skierowane są na partnerów bliskich związków, nie zaś na osoby, z którymi nie jesteśmy związani, czy ludzi zupełnie obcych - jak stwierdzili Baumeister i współpracownicy. Autorzy ci zauwa ają, e podtrzymywanie więzi przez poczucie winy dochodzi do skutku za pośrednictwem co najmniej trzech mechanizmów. Po pierwsze, dzięki swemu powiązaniu z poczuciem winy negatywnego znaku emocjonalnego nabierają nie tylko zachowania krzywdzące partnera, ale tak e zachowania wyra ające jedynie brak zaanga owania. Baumeister i współpracownicy (1991) poprosili około stu osób o dokładne opisanie sytuacji, w której ktoś wprowadził ich w poczucie winy, i tyle osób o opisanie sytuacji, w której oni kogoś w poczucie to wpędzili. Opisy te były następnie oceniane ze względu na stopień, w jakim pojawiały się w nich ró ne treści, między innymi z uwagi na powody prze ywania poczucia winy. Jak widać w tabeli 12., bardzo częstym powodem zarówno przeywania winy, jak i wprowadzania w to poczucie było zaniedbywanie partnera, zaniechanie robienia czegoś, co robić się powinno, wreszcie odmienność oczekiwań obojga partnerów co do po ądanego sposobu postępowania. Aktywne zrobienie czegoś złego było oczywiście tak e przez badanych wymieniane, ale wcale nie tak często, jak kazałaby tego oczekiwać „wewnątrzpsychiczna" wizja poczucia winy. Co zrozumiałe, osoby wprowadzone w poczucie winy są mniej skłonne (ni osoby wprowadzające) do tego, by widzieć przyczyny całej sytuacji w łamaniu norm moralnych, częściej zaś upatrują owych przyczyn w moralnie obojętnej odmienności oczekiwań obojga partnerów. Widać więc wyraźnie, e złamanie normy moralnej wcale nie jest konieczne ani do prze ycia winy, ani do podjęcia próby wpędzania partnera w to poczucie. Brak pozytywnych wysiłków na rzecz podtrzymania związku oraz nieuwzględnianie odmiennych oczekiwań partnera często wystarcza i do prze ycia, i do wprowadzania w poczucie winy.

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

217 Tabela 12.

Treści pojawiające się w epizodach z poczuciem winy, opowiadanych przez osoby, które wprowadzono w poczucie winy, i przez osoby, które wprowadziły partnera w poczucie winy. Liczby oznaczają procenty osób, w których opowiadaniu dana treść się pojawiła. Źródło: Baumeister i in. (1991). osoby(A) wprowadzone 22,7 70,2 58,7 49,0 14,6 18,4 0 4,7 0 62,5 55,1 20,8 49,0 37,2 osoby (B) wprowadzające 52,9 53,1 32,7 29,1 32,7 37,0 16,4 44,0 21,2 60,4 13,0 46,3 67,3 1,9

Treść powód: A zrobiła coś złego powód: A zaniechała czegoś powód: A zaniedbała partnera powód: odmienność oczekiwań osoba B otwarcie manipuluje osoba B posługuje się przeszłością osoba B kłamie, naciąga fakty osobie B poprawia się samopoczucie „metawina" osoby B usprawiedliwianie własnych działań wspominanie o normach partnera osoba A przeprasza, ałuje osobie A pogarsza się samopoczucie osoba A czuje niechęć i pretensje

Poniewa ludzie na ogół unikają działań (i zaniechań) prowadzących do negatywnych emocji, poczucie winy powstrzymuje partnerów od wycofywania własnego zaanga owania ze związku. Warto przy tym zauwa yć, e praktyczne czy „obiektywne" szkody, do jakich prowadzi zaniedbanie partnera, są często znikome: mą spóźniający się dwie godziny na obiad niszczy, w sferze namacalnych faktów, co najwy ej pół kilo kartofli. A jednak mo e czuć się winny, a ona mo e nie omieszkać go w tym poczuciu umocnić. Oczywiście, liczy się tu szkoda symboliczna, sprowadzająca się do zaniedbywania partnerki i związku. Być mo e większość okazji, przy których poczucie winy prze ywamy, dotyczy właśnie tego typu sytuacji - a poczuwanie się do winy jest w istocie jedynym mo liwym sposobem naprawienia takich symbolicznych szkód. Odkupienie kartofli przez spóźniającego się mę a niczego nie naprawi.

218

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Pokazanie onie, e czuje się winny, jest sposobem na wymazanie własnego zaniedbania i dowodem, i jednak nadal o nią dba. Zapewne w ten właśnie sposób mo na wyjaśniać fakt, e dość często ludzie dopuszczający się zdrady informują o tym (z poczuciem winy) swoich partnerów, choć wyznanie takie na ogół pogarsza stan związku, przyczyniając się nieraz do jego zerwania (Lawson, 1988). Partner, który zdradził, mo e być nękany poczuciem winy, a wyznanie zdrady mo e zarówno stanowić dla niego ulgę, jak i być wyrazem nadziei, e wyznanie i rozgrzeszenie przyczynią się do naprawy związku, podobnie jak ma to miejsce w przypadku większości innych przewinień. Wyznanie zdrady niesie jednak oczywiście pewien dodatkowy przekaz, e związek jest zagro ony, i przekaz ten przysłania skądinąd dobroczynne dla związku konsekwencje ciągu „wyznanie-poczucie winy-rozgrzeszenie". Wygląda więc na to, e najskuteczniejszym sposobem na zdradę jest po prostu nie dopuszczać się jej, a je eli ju nastąpiła - nie mówić o niej. Drugim powodem związku poczucia winy z utrzymywaniem zaanga owania jest fakt, e ludzie świadomie wykorzystują poczucie winy jako sposób na manipulowanie partnerem i utrzymanie go przy sobie. Je eli nie podobają nam się czy bolą jakieś działania (zaniechania) partnera, to pokazywanie mu swojego cierpienia mo e go przed takimi postępkami powstrzymać. Wszystko to działa oczywiście pod warunkiem, e nasze cierpienie jest czymś, czego partner pragnie uniknąć. Stanowi to zarówno o sile, jak i o słabości tego sposobu oddziaływania na poziom zaanga owania partnera. O słabości, sposób ten jest bowiem skuteczny jedynie tak długo, dopóki trwają uczucia partnera i jego troska o nasze dobro. Wzbudzanie poczucia winy nie tylko promuje działania pokazujące zaanga owanie, ale równie opiera się na intymności i zaanga owaniu ju istniejącym. O sile, poniewa odwołanie się do pragnień partnera sprawia, e ten sposób kształtowania jego działań pozbawiony jest oznak zewnętrznego przymusu - przeciwnie, opiera się przecie na emocjach partnera. To dzięki tym ujemnym emocjom będzie on unikał wywołujących je działań. Wzbudzanie poczucia winy jest te mo liwe nawet wtedy, kiedy nie mamy nad partnerem adnej „realnej" władzy, jaką dają na przykład własna atrakcyjność, mo liwość opuszczenia związku, dysponowanie dobrami materialnymi itp.

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

219

Szereg wyników z tabeli 12. sugeruje jednak, e wzbudzanie poczucia winy jest bronią raczej obosieczną i niezbyt bezpieczną w u yciu. Przede wszystkim jest to manipulacja partnerem, odwołująca się niekiedy do kłamstwa czy naciągania faktów, z czego najwyraźniej lepiej zdają sobie sprawę osoby wprowadzające w poczucie winy ni wprowadzane. Dlatego te u tych pierwszych pojawia się czasami „metawina", czyli poczucie winy z powodu wprowadzenia partnera w poczucie winy. Choć osoby wprowadzające znacznie częściej wspominają o alu i przeprosinach partnera ni osoby wprowadzane, nie doceniają jednak niechęci i pretensji partnera o to, e został w poczucie winy wprowadzony. Pretensje partnera nie odgrywają większej roli, kiedy ulega on wpływowi z powodu na przykład przymusu, jednak e mogą one niewątpliwie hamować uleganie poczuciu winy. Gromadzenie się pretensji musi przecie z czasem pomniejszać pozytywne uczucia partnera, czyli podciąć samą podstawę skuteczności prób wprowadzenia go w poczucie winy. Spóźniający się na obiad mą tylko do czasu będzie czuł się winny. Po kilku miesiącach zacznie mieć do ony pretensje (na przykład e nie docenia wartości jego pracy), a wreszcie ju pod drzwiami będzie wzdychał głęboko, jaką to swarliwą i niewyrozumiałą ma onę. Nie tylko poczucie winy zaniknie, ale w ich uczucia wtargnie chłód znacznie dotkliwszy od chłodu wystygłych kartofli. Pojawienie się pretensji jest tym bardziej prawdopodobne, im bardziej partnerzy ró nią się oczekiwaniami co do po ądanego sposobu postępowania. Odmienność tych oczekiwań sprawia, e moemy znaleźć się w sytuacji, gdy zrobiliśmy coś, co wydaje nam się zupełnie słuszne, a jednak prze ywamy z tego powodu poczucie winy po wykryciu, e partner czuje się skrzywdzony. Na przykład zwykliśmy spotykać się od czasu do czasu z paczką przyjaciół z liceum, a tu nagle okazuje się, e nasz ukochany ma al o to, e nie zabieramy go z sobą na te spotkania. Choć nasze własne działanie uwa amy za usprawiedliwione (podtrzymywanie starych przyjaźni jest przecie cnotą, a nie występkiem), czujemy się winni z powodu reakcji partnera (czuje się zlekcewa ony). Taka paradoksalna sytuacja nie mo e trwać zbyt długo ani się powtarzać. Albo zmienimy ocenę własnego zachowania (i samo zachowanie), albo zakwestionujemy zasadność krzywdy partnera stwierdzając, e czepia się (i cierpi) bez adnego powodu. Nietrudno przewidzieć, która reakcja jest tu bardziej prawdopodobna.

220

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Jeszcze innym niebezpieczeństwem związanym z poczuciem winy jest fakt, e prze ywający je ludzie mają skłonność do unikania swoich ofiar. Nawet je eli pragną swą winę odkupić, wolą to zrobić nie wchodząc w bezpośredni kontakt z ofiarą (Freedman i in., 1967). Widok ofiary nasila bowiem negatywne uczucia sprawcy, a tak e dokłada do poczucia winy równie i wstyd. Tak więc onie usiłującej wprowadzić swojego mę a w poczucie winy z tego powodu, e zbyt mało czasu spędza on w domu, mo e się to bardzo dobrze udać. Tyle e mą , unikając widoku jej krzywdy, mo e się zdecydować na odkupienie swoich win poprzez zarabianie większych pieniędzy i spędzanie jeszcze większej ilości czasu w pracy. Ostatnim wreszcie mechanizmem, na mocy którego poczucie winy przyczynia się do poprawy więzi między partnerami, jest sprawiedliwe rozło enie negatywnych uczuć jednego z partnerów między nich oboje. Nasz przykładowy mą wraca zadowolony do domu, poniewa zakończył jakąś trudną pracę, opowiada o tym z radością onie (która nie pracuje zawodowo, gdy prowadzi dom i wychowuje dzieci) i właśnie wtedy spotyka się ze szczególnym wybuchem jej prelensji. Ona czuje się pokrzywdzona - radość mę a tym dotkliwiej jej przypomina, e siedzi od lat w domu, gdzie adna praca nie tylko nie kończy się sukcesem, ale w ogóle się nie kończy. On czuje się winny, ale i zniechęcony - to prawda, e ona musi siedzieć w domu, ale on musi siedzieć w pracy i nie dość, e wcale nie sprawia mu to przyjemności, to jeszcze wtedy, kiedy taka przyjemność nieśmiało wychynie spoza rutyny codzienności, zostaje mu odebrana przez onę wpędzającą go w poczucie winy pod hasłem: „Ty robisz to, co chcesz, a ja to, co muszę". Ona zapytuje: „Dlaczego to muszę być ja?", on zaś pyta: „Dlaczego właśnie teraz?" Przynajmniej na pytanie mę a mo na w tym miejscu odpowiedzieć - właśnie teraz dlatego, e poczucie winy, w które został przez onę wprowadzony, pomaga jej znieść własną frustrację. Zdawać by się mogło, e nic nam z tego, kiedy wprowadzamy kochanego człowieka w gorsze samopoczucie, a nawet powinno nam się robić jeszcze gorzej z powodu jego dolegliwości. Jednak e wtedy, kiedy czujemy się przez partnera skrzywdzeni, wprowadzenie go w poczucie winy wyrównuje nieco tę nierównowagę - jemu robi się gorzej, ale nam robi się lepiej. To właśnie sugerują wyniki z tabeli 12: 49% osób wprowadzonych w poczucie winy relacjonuje, e poczuło się

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

221

źle (a takie ich uczucia podejrzewa jeszcze większy procent osób, które ich w poczucie winy wprowadziły). W dodatku a 44% osób wprowadzających partnera w poczucie winy czuje się w wyniku tego zabiegu lepiej (choć tylko 5% osób wprowadzonych w poczucie winy zdaje sobie z tego sprawę). Sugeruje to, e polepszenie własnego samopoczucia jest jednym z powodów tego zabiegu. Prawdopodobnie stawką jest tu zresztą nie tylko sprawiedliwe rozło enie cię aru negatywnych uczuć, ale równie doprowadzenie do zadowalającej komunikacji między partnerami. Ludziom znajdującym się w podobnym stanie emocjonalnym łatwiej się z sobą porozumieć i osiągać wspólne cele ni partnerom prze ywającym odmienne stany, nawet je eli stany podobne oznaczają tu stany nieprzyjemne (Locke i Horowitz, 1990). Mówiąc krótko, łatwiej dogadać się dwojgu skrzywdzonym malkontentom ni malkontentowi z karygodnie beztroskim lekkoduchem. Płynące stąd zalecenia trudno jednak przedstawiać jako dobry sposób na trwałe utrzymanie zaanga owania w związek. Ogólnie mówiąc, problem z poczuciem winy jako sposobem na zaanga owanie polega na tym, e choć jest to sposób bardzo skuteczny, to jego skuteczność ograniczona jest do związków silnych, przede wszystkim takich, gdzie partnerów łączy wysoki poziom uczuć nazywanych tutaj zbiorczo intymnością. Gdy ju zabraknie tych uczuć i rzeczywistej troski o dobro partnera, znikają te podstawy do dobroczynnego oddziaływania poczucia winy na zaanga owanie. Słowem dobroczynnych funkcji poczucia winy zaczyna związkowi dwojga ludzi brakować właśnie wtedy, kiedy najbardziej by się przydały, gdy przestają działać pozytywne siły utrzymujące ich przy sobie.

Dzieci
Oczywistym kontekstem, w którym poczucie winy (i normy moralne) musi się pojawić w trakcie rozwa ań nad zanikiem zaangaowania w związek, są dzieci. Większość stałych związków nimi, by to niezbyt oryginalnie określić, owocuje, a fakt istnienia dzieci powinien stanowić czynnik utrzymujący zaanga owanie partnerów w związek. Dobro dzieci wymaga utrzymania związku, z którego powstały. Zarówno normy moralne, jak i poczucie winy z powodu skrzywdzenia dzieci powinny więc hamować rozpad związku. Czy istnienie dzieci faktycznie oddziałuje w ten sposób?

222

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Badania nad przyczynami rozwodów wykazują, e choć bezdzietność osłabia szanse mał eństwa na trwanie, samo istnienie dzieci nie tyle zmniejsza częstość rozwodów, ile opóźnia ich wystąpienie. Prawdopodobieństwo rozwodu w pierwszym roku ycia pierwszego dziecka jest bliskie zeru, jednak e narodziny następnych dzieci nie mają ju tak dobroczynnych skutków (White, 1990). W rezultacie powa ny procent rozwodzących się par to pary posiadające dzieci. Ogólnie rzecz biorąc, rozwód jest zjawiskiem szkodliwym dla dzieci, poniewa wpływa negatywnie na ich zachowanie, przystosowanie psychiczne i społeczne, samoocenę, poziom osiągnięć szkolnych oraz siłę więzi z obojgiem rodziców. Współczesny przegląd 92 ró nych badań nad tym problemem, które objęły łącznie ponad 13 tysięcy dzieci (Amato i Keith, 1991) przekonuje jednak, e wielkość tego wpływu jest na ogół przeceniana. Zdaje się to pozostawać w sprzeczności z szeroko rozpowszechnionym poglądem o bardzo negatywnych skutkach rozwodu dla dzieci. Pogląd ten bierze się być mo e z faktu, e rozwód dość często współwystępuje z ró nymi formami patologii społecznej, takimi jak bezrobocie, alkoholizm czy przestępczość. Istniejące badania przekonują jednak, e krańcowo negatywny wpływ na losy dzieci wywierają raczej te przejawy patologii w rodzinie, nie zaś sam rozwód. Szkodliwość skutków rozwodu dla dzieci z rodzin nim dotkniętych silnie zale y od tego, w jakim wieku są dzieci w momencie rozwodu. Negatywne skutki rozwodu są stosunkowo silne, je eli dotknięte nim dzieci znajdują się w szkole podstawowej i średniej. Skutki te są natomiast bardzo słabe i nierzetelne (to znaczy w jednych badaniach się ujawniają, w innych nie) w odniesieniu do dzieci przedszkolnych i niemal wcale nie występują, je eli dzieci są ju na studiach (Amato i Keith, 1991). O stosunkowo małej szkodliwości rozwodu dla dzieci najmłodszych i najstarszych decydują jednak zapewne inne powody. W przypadku najmłodszych rozwód rodziców następuje jeszcze, zanim zdą ą sobie one wykształcić stabilny obraz świata społecznego i własnej rodziny. Niemal od początku wzrastają więc w „nienormalnej", rozbitej rodzinie, która jednak dla nich samych jest normalna, jako e innej sytuacji nie znają. W przypadku dzieci najstarszych rozwód rodziców jest stosunkowo nieszkodliwy; zapewne dlatego, e mając dwadzieścia czy więcej lat młodzi ludzie bardziej myślą o perspektywie zało enia własnej rodziny ni o odchodzącej w przeszłość rodzinie, z której wyszli.

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

223

Ponadto dzieci najstarsze, jako ludzie prawie dorośli, mają większą szansę uło enia sobie stosunków z ka dym z rodziców oddzielnie. Co w ogóle decyduje o szkodliwości rozwodu dla dzieci (szczególnie w wieku od siedmiu do siedemnastu lat)? Odpowiedzi są w zasadzie trzy. Po pierwsze, nieobecność jednego z rodziców jest szkodliwa dla dziecka, poniewa oznacza ona nieobecność jednego z wa nych wzorców socjalizacyjnych (w szczególności chłopcy chowani bez ojca nie mają kulturowego wzorca męskości). Ponadto kontakt dziecka z nieobecnym rodzicem z reguły słabnie, a w dodatku jedno z rodziców nie jest w stanie poświęcić dziecku tyle uwagi i pomocy, ile uzyskałoby ono od dwojga rodziców łącznie. Brak mieszkających razem obojga rodziców pozbawia tak e dziecko mo liwości obserwowania, jak rozwiązują oni swoje konflikty, negocjują czy osiągają kompromis, co mo e w przyszłości spowodować brak tych e umiejętności u dziecka. Z wyjaśnień tego typu wynikają pewne przewidywania, których potwierdzenie stanowiłoby dowód na trafność myślenia o negatywach rozwodu w kategoriach szkodliwości samej nieobecności jednego z rodziców. Przede wszystkim dzieci tracące jedno z rodziców z powodu śmierci powinny mieć się równie źle jak dzieci z małeństw rozwiedzionych, natomiast dzieci zyskujące rodzica przybranego w miejsce tego, który dom opuścił, powinny mieć się równie dobrze jak dzieci z rodzin nietkniętych. Przegląd 23 badań, w których porównywano dzieci z rodzin pełnych, dotkniętych rozwodem i dotkniętych śmiercią jednego z rodziców, wykazał, e śmierć rodzica powoduje pogorszenie ró nych wskaźników funkcjonowania dziecka, jednak pogorszenie to jest mniejsze ni w przypadku rozwodu. Z kolei przegląd 21 badań, w których porównywano dzieci z rodzin nietkniętych, dotkniętych rozwodem i yjących z jednym tylko rodzicem oraz dotkniętych rozwodem, ale mieszkających z rodzicem przybranym wykazał, e pogorszenie funkcjonowania dzieci mieszkających z przybranym rodzicem jest równie du e jak w przypadku dzieci mieszkających z tylko jednym biologicznym rodzicem. Powtórne mał eństwo nie jest więc rozwiązaniem problemu dzieci (choć niewielka liczba badań sugeruje, e przybrany ojciec polepsza funkcjonowanie chłopców). Ten układ wyników (Amato i Keith, 1991) sugeruje, e choć sama nieobecność jednego z rodziców jest

224

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

powodem części negatywnych skutków rozwodu, nie jest to powód jedyny. Drugim takim powodem jest pogorszenie finansowej sytuacji dzieci. Typową konsekwencją rozwodu jest spadek dochodów rodziny, której głową jest matka. W znacznej większości przypadków bowiem sądy (w tym w tak ró nych krajach, jak Polska i USA) przyznają opiekę nad dzieckiem matce, nie zaś ojcu, a prawie wszędzie na świecie kobiety zarabiają gorzej ni mę czyźni. Spadek dochodów oczywiście mo e wpłynąć na pogorszenie materialnego standardu dziecka, poziomu jego zdrowia, mo liwości wypoczynku czy zdobycia wykształcenia. Jednak e nieliczne wystarczająco precyzyjne badania wskazują, e nawet wytrącenie (za pomocą metod statystycznych) wpływu wywieranego na dobrostan dziecka przez finansową sytuację rodziny pozostawia ten dobrostan na ni szym poziomie u dzieci z mał eństw rozwiedzionych ni u dzieci z rodzin pełnych (Guidubaldi i in., 1983). Pogorszenie sytuacji finansowej ma więc pewien udział w obni eniu dobrostanu dzieci dotkniętych rozwodem, aczkolwiek daleko do tego, by czynnik ten mo na było uznać za decydujący. Trzecim wreszcie powodem szkodliwości rozwodu dla dzieci jest negatywne oddziaływanie konfliktów między rodzicami przed i po rozwodzie. Niewątpliwie wrogość i konflikty między rodzicami są źródłem stresu i cierpienia dzieci. Tym bardziej e spora część rodziców w swoim dą eniu do jak najdotkliwszego „doło enia" partnerowi nie cofa się przed po ałowania godnym procederem przeciągania dzieci na swoją stronę (nie bacząc na to, e wyrządzają w ten sposób znacznie większą krzywdę dziecku ni partnerowi). Konflikty między rodzicami oznaczają te ich niezdolność do skoordynowania wysiłków wychowawczych, co sprawia, e ich oddziaływania na dziecko mogą być wzajemnie sprzeczne, a przynajmniej mniej skuteczne od działań uzgodnionych. Myślenie w kategoriach negatywnych następstw konfliktu prowadzi do hipotezy, e w pełnych rodzinach nękanych silnymi konfliktami występuje pogorszenie funkcjonowania dzieci. Dobrostan dzieci z takich rodzin mo e być nawet mniejszy ni w przypadku dzieci z rodzin rozbitych, ale harmonijnych i wolnych od konfliktu. Spora liczba badań zarówno starszych (Longfellow, 1979), jak i nowszych (Amato i Keith, 1991) przekonuje, e choć najlepiej mają się dzieci ze szczęśliwych rodzin, w których oboje rodzice

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

225

są obecni, najgorzej funkcjonują dzieci z rodzin, w których oboje rodzice są obecni, ale stale skłóceni. Dzieci z rodzin rozbitych, wychowywane przez jedno z rodziców, lokują się pod względem takich wskaźników, jak przystosowanie społeczne i psychiczne, osiągnięcia szkolne czy zdrowie psychiczne i fizyczne, pomiędzy tymi dwoma grupami. A przy tym zazwyczaj bli ej dzieci z rodzin szczęśliwych ni z rodzin nękanych ostrymi konfliktami. Je eli pogorszenie funkcjonowania dzieci byłoby głównie reakcją na konflikt między rodzicami, nale ałoby tak e oczekiwać, e wraz ze słabnięciem konfliktu pogorszenie to słabnie. Prowadzi to do dwóch konkretnych hipotez: po pierwsze - wraz z upływem czasu mijającego od rozwodu rodziców pogorszenie funkcjonowania dzieci słabnie i po drugie - pogorszenie to jest tym mniejsze, im słabszy jest konflikt między rozwiedzionymi ju rodzicami i im większe jest ich współdziałanie w wychowywaniu dzieci. Obie te hipotezy (szczególnie druga) znajdują dość jednoznaczne poparcie w dotychczasowych wynikach badań (Amato i Keith, 1991). Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, konflikt między rodzicami zdaje się być najwa niejszą przyczyną pogorszenia funkcjonowania dzieci. Przy tym istotne znaczenie mo e mieć nie tyle sam rozwód, ile to, jak dalece rodzice są w stanie wyzbyć się wzajemnej wrogości, wciągania dziecka we własne konflikty i ewentualnie współpracować ze sobą w wychowywaniu dzieci pomimo swego rozstania (Raschke, 1987). Wszystko to nie znaczy oczywiście, e rozwód jest wydarzeniem dla dzieci obojętnym. Mo e on być jednak mniejszym złem, a niewiele faktów popiera zasadność porównywania go z pijaństwem, prostytucją czy chorobą umysłową (ulubione metafory rozwodu u moralistów z początków obecnego wieku; zresztą jeszcze i dziś mo na tego rodzaju porównania napotkać). Na zakończenie podkreślić nale y jedno ograniczenie wniosków z przytoczonych tu wyników badań. Mianowicie znaczna ich większość dotyczy populacji amerykańskich (po prostu w tym kraju przeprowadzono najwięcej metodologicznie rzetelnych studiów). Stany Zjednoczone są natomiast krajem, w którym jest najwięcej na świecie nie tylko samochodów (i mnóstwa innych przedmiotów, jak aparaty do gotowania jajek lub czyszczenia uszu), o czym wiedzą wszyscy, ale i rozwodów, o czym zdają się wiedzieć tylko sami Amerykanie. Ma to między innymi i ten skutek, e rozwód

226

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

obło ony jest tam mniejszym (i ciągle malejącym) odium społecznym. Malejące potępienie społeczne rozwodu zapewne przyczynia się do osłabienia negatywnych skutków rozwodu dla dzieci. Skutki te mogą być powa niejsze w innych krajach. Istniejące dane porównawcze nie uprawniają jednak do przewidywania tutaj jakichś kolosalnych ró nic (por. Amato i Keith, 1991). Naciski społeczne Ostatnim wreszcie rodzajem bariery są naciski społeczne - od nieformalnych, takich jak oczekiwania i namowy rodziny czy przyjaciół, do formalnych, jak system prawny utrudniający bądź uniemo liwiający wyjście z formalnie zawartego związku. Naciski nieformalne dotyczą związków zarówno przedmał eńskich, jak i mał eństw. Im powa niej zaanga owani są partnerzy, tym silniejsze są naciski otoczenia na utrzymanie związku (Johnson, 1982). Im większy poziom integracji danej społeczności (mierzony stopniem jej ustabilizowania - na przykład niemo nością przenosin do innych miejsc zamieszkania), tym rzadsze są w niej rozwody (Breault i Kposowa, 1987). W ten sam sposób mo na wyjaśniać utrzymujący się w Polsce od lat kilkudziesięciu znacznie mniejszy procent rozwodzących się mał eństw na wsi ni w mieście. Poza takimi, dość oczywistymi, zale nościami zdumiewająco mało wiadomo o wpływie nacisków nieformalnych na dynamikę zaangaowania w związek. Być mo e jest to skutkiem powszechności tych nacisków - fakt, e występują one dość niezmiennie, musi z natury rzeczy utrudniać wykrycie ich współzmienności z czymkolwiek innym. Bariery prawne dotyczą jedynie formalnie zawartych małeństw. Dość powszechne przekonanie społeczne jest takie, e wprowadzanie zmian prawnych zwiększających dostępność rozwodu wywiera destruktywny wpływ na instytucję mał eństwa i przyczynia się do zwiększenia liczby rozwodów. W naszym kraju argumentacja ta przybiera niekiedy postać tezy o demoralizacji narodu przez prawa komunistyczne. Jednak fakty ka ą dość sceptycznie odnosić się do tego rodzaju twierdzeń. Na przykład w USA, które o ró ne ska enia mo na podejrzewać, ale z pewnością nie o ska enie komunizmem, gwałtowny wzrost liczby rozwodów nastąpił ju na początku lat 60., złagodzenie zaś potępienia rozwodów w opinii publicznej miało miejsce na przełomie lat 60. i 70. Dopiero

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

227

potem w większości stanów złagodzono prawo dotyczące rozwodów (Cherlin, 1981). Późniejsze badania dość zgodnie wykazały brak ró nic pod względem liczby rozwodów w stanach, które prawo złagodziły, i tych, w których zmian takich nie wprowadzono (Raschke, 1987). Sugeruje to, e prawa dotyczące ycia rodzinnego raczej „wloką się" za tym, co ludzie robią i uwa ają za słuszne, ni kształtują opinie i zachowania. W sumie wydaje się, e bariery formalne (prawne) są mało skutecznym środkiem na utrzymanie zaanga owania samych zainteresowanych w ich związek, je eli zawiodą bariery nieformalne i inne, poprzednio omówione, czynniki podtrzymujące to zaangaowanie.

Rozpad
Współczesny trubadur - Paul Simon, śpiewa co prawda, e „musi być z pięćdziesiąt sposobów, na które porzucasz tego, kogo kochasz", jednak naukowa psychologia ma o nich raczej niewiele do powiedzenia. Przyczyna jest prosta i ma charakter etyczny. Psychologowie wiedzą, e prowadzenie badań nad związkami, które się aktualnie rozpadają, mogłoby spowodować przyspieszenie ich rozpadu (na przykład dlatego, e badanie takie koncentrowałoby partnerów na ich negatywnych emocjach, a skupienie się na dowolnych emocjach prowadzi zwykle do ich nasilenia). Wobec tego stosowane są dość zawodne metody, takie jak proszenie badanych o opis rozpadu, jaki miał miejsce w przeszłości, bądź o relacje z sytuacji jedynie wyobra onych. Tego rodzaju relacje dają jednak obraz mocno wygładzony, przemyślany i uzasadniony przed samym sobą. Zdają sprawę raczej z tego, w jaki sposób ludzie myślowo sobie poradziliby) z katastrofą swego związku, ni z rzeczywistych procesów, na których rozpad ten polegał. Dynamiczna koncepcja miłości stanowiąca oś tej ksią ki sugeruje, e rozpad związku nastąpić mo e co najmniej w trzech momentach. Po pierwsze, po wystąpieniu namiętności i/lub intymności samo zaanga owanie w utrzymanie związku mo e się wcale na dobre nie pojawić. Najbardziej prawdopodobną tego przyczyną jest asymetria uczuć, a więc niejednakowy poziom namiętności i/lub intymności u obojga partnerów. Po drugie, po zaniku namiętności,

228

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

je eli partnerzy tylko na niej opierają swoją wizję miłości i związku (byłoby to uleganie mitowi miłości romantycznej, na wzór bohaterów Hollywoodu - jednak poza tym miasteczkiem taki typ rozpadu zdaje się dotyczyć głównie związków przedmał eńskich). Po trzecie wreszcie, wycofanie zaanga owania i rozpad związku mo e mieć swą przyczynę w zaniku intymności łączącej partnerów. Wszystko to jednak niewiele mówi o tym, w jaki konkretnie sposób związek ulega rozpadowi. Pewne dość uporządkowane przemyślenia w tej sprawie przedstawił Steve Duck (1982) twierdząc, e na ogół rozpad związku składa się z czterech faz. Faza pierwsza ma charakter „wewnątrzpsychiczny" i rozpoczyna się od stwierdzenia własnego braku satysfakcji ze związku. Wewnątrzpsychiczność oznacza, e fazę tę rozgrywamy sami ze sobą, nie konsultując się ani z partnerem, ani z kimkolwiek innym. Po prostu skupiamy krytyczną uwagę na partnerze i jego mankamentach celem wykrycia powodów naszego własnego niezadowolenia. Dokonujemy te bilansu własnych strat i zysków z danego związku, porównujemy go z bilansem partnera, zastanawiamy się nad tym, czy jest to związek sprawiedliwy, czy nie. Rozwa amy, jakie mamy inne mo liwości uło enia sobie ycia i jakie koszty niosłoby rozstanie. Podejmujemy prywatną (czasami wielokrotnie „ostatnią") próbę niedopuszczenia do rozstania, na przykład świadomie starając się reagować konstruktywnie na destruktywne zachowania partnera czy w inny sposób poprawić jego postępowanie. Stajemy przed dylematem, czy starać się stłumić własne negatywne odczucia, czy przeciwnie - zgłosić je partnerowi nara ając się na ich jeszcze większe nasilenie. Faza druga następuje wtedy, gdy decydujemy się na konfrontację z partnerem - wyjawienie mu swojego niezadowolenia. Jest to nierzadko trudna decyzja, gdy mo emy ją odczuwać jako wkroczenie „na równię pochyłą", po której łatwo mo e się stoczyć cały związek. Je eli tylko nasz partner nie jest tak beznadziejnie niewra liwy i skoncentrowany na sobie, jak go o to podejrzewamy, faza konfrontacji i tak się zacznie, poniewa nasze niezadowolenie staje się coraz bardziej widoczne. Nawet gdybyśmy go nie komunikowali w zamierzony sposób. Świadomie czy nie, niezadowolenie zostaje w końcu partnerowi okazane i nieuchronnie rozpoczyna się tłumaczenie, dlaczego jesteśmy ze związku niezadowoleni. Uzasadniamy własne niezadowolenie, obalamy argumenty

ZWIĄZEK PUSTY I JEGO ROZPAD

229

partnera, jakoby było ono bezpodstawne, mniej lub bardziej nieskutecznie staramy się wynegocjować z partnerem taką postać naszego związku, która za egnałaby niezadowolenie i była dla obojga satysfakcjonująca. Jest to więc faza wspólnej z partnerem koncentracji na naszym związku i na tym, co zrobić, aby stał się on lepszy. Dodawać nie trzeba, e za tym beznamiętnym opisem ukrywa się nieraz cały ocean burzliwych i burzących, zdyszanych i zduszonych, a w znacznej większości negatywnych uczuć obojga partnerów zmagających się z podstawowym dylematem: naprawić ten związek czy go zburzyć. Je eli jednak zburzyć, to zaczyna się faza trzecia,..społeczna, w niej bowiem nastąpi „ogłoszenie" innym rozpadu naszego związku. Teraz zastanawiamy się nie nad tym, czy, lecz nad tym, jak dokonać rozbioru związku. Ostatni wspólny z partnerem problem to ustalenie, by tak rzec, zejściowej postaci związku, na przykład czy kontynuować go „dla świata", jak się niegdyś mawiało, czy dla dzieci, je eli są, czy zaniechać nawet tych pozorów, definitywnie i dosłownie rozstać się. Kolejne z nie kończących się problemów indywidualnych to jak zachować twarz i uniknąć osobistej winy za rozpad związku (ci, którzy ponoszą winę, spotykają się z potępieniem, no i mają mniejszą szansę na następny związek). A tak e jak poradzić sobie ze społecznymi konsekwencjami rozpadu - od wytłumaczenia go własnej matce do rozwiązania problemu, z kim teraz grać w bryd a czy tenisa. By uzyskać zgodę i sankcję pozostałych bliskich sobie osób na rozpad związku, produkujemy te „publiczną wersję" powodów jego rozpadu, która niewiele musi mieć wspólnego z rzeczywistością, ale musi pokazywać, e rozstanie jest najlepszym z mo liwych wyjść. Taka publiczna wersja niekoniecznie przekonuje innych, ale prawie zawsze przekonuje nas samych (liczne badania nad skutecznością perswazji dowodzą, e często osobą najbardziej przekonaną w wyniku perswazji jest sam jej autor). Faza czwarta wreszcie to „ ycie pozagrobowe" związku. Obejmuje ona przede wszystkim psychiczne pozostawienie związku za sobą, w czym pomaga raczej aktywne zajęcie się czymś innym ni rozpamiętywanie przeszłości. Obejmuje te uporządkowanie tej przeszłości i udzielenie sobie odpowiedzi na liczne „dlaczego", które w wyniku zerwania się pojawiają. Prowadzi to do dość daleko

230

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

idących zmian w treści naszych własnych wspomnień o przeszłości byłego związku. Zmiany te często słu ą wyidealizowaniu naszej własnej osoby, a najlepiej i samego związku, co jednak mo e być trudne do pogodzenia. Trudno rozdział ten zakończyć inaczej ni Iwaszkiewiczowską trawestacją cytatu z Lechonia (który ten rozdział otworzył): Jest tylko miłość i jej właśnie nie ma!

ROZDZIAŁ

7

Ró norodność
Rodzaje miłości Psychozabawa - jaka jest Twoja miłość?

Dotychczasowe rozwa ania prowadzone były w taki sposób, jakby miłość była zjawiskiem zupełnie jednorodnym, jakby wszyscy ludzie kochali się w podobny sposób, a jedyne ró nice między nimi wynikały z etapu związku, na jakim się znajdują. Przyjęcie takiej konwencji pozwoliło przedstawić w sposób - mam nadzieję - dość uporządkowany wiele z tego, co dzieje się między partnerami stałego związku. Nie zmienia to jednak faktu, e jest to tylko pewna wygodna konwencja, pozwalająca zrozumieć w miłości wiele, choć nie wszystko. Tym, czego ona zrozumieć nie pozwala, jest ró norodność miłości, a więc fakt, e pomimo podobieństw ró ni ludzie prze ywają swą miłość na ró ne sposoby. Poniewa cała ta ksią ka koncentrowała się dotąd raczej na podobieństwach, przyjrzyjmy się na jej zakończenie zró nicowaniu miłości.

Rodzaje miłości
W potocznej czy literackiej refleksji nad miłością zauwa yć mo na bez trudu wielość kryteriów orzekania o prawdziwości tego uczucia. Czasami sądy takie opieramy na. intensywności bądź gwałtownej dynamice uczucia: miłość prawdziwa to taka, która partnerów głęboko porusza (Robert i Maria z Komu bije dzwon czują, jak porusza się pod nimi ziemia), albo ta, która uderza gwałtownie jak piorun. Innym razem sądy o prawdziwości uczucia opieramy na

232

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

jego stałości - miłość, która trwała pół roku, jakoś mniej się wydaje miłością od tej, która trwała lat dziesięć. Przy jeszcze innych okazjach decydujemy, e miłość jest prawdziwa, poniewa zachłannie wyłącza inne pragnienia partnerów, skłaniając ich do porzucenia realizacji własnych, indywidualnych celów (Jane z Love story porzuca karierę muzyczną, a Oliver - karierę hokeisty). Niemal ka dą miłość mo na więc uznać za prawdziwą bądź pozorną, je eli tylko posłu yć się odpowiednim kryterium. W dodatku kryteria te przynajmniej częściowo się wykluczają - na przykład uczucia silne i gwałtowne trwają z reguły krócej ni słabe i pojawiające się wolniej. Równoczesne spełnienie ró nych kryteriów prawdziwości w tym samym związku jest mało prawdopodobne, jeśli w ogóle mo liwe. Problem orzekania o prawdziwości miłości jest więc beznadziejnie nierozwiązywalny, dopóki zakładamy zasadniczą jednorodność tego uczucia. Nie pozostaje więc nic innego, jak wyodrębnić ró ne rodzaje miłości, choć zajęcie to dość ryzykowne, bo łatwo tu popaść w śmieszność i subiektywizm. Tego ostatniego pozwala, w pewnym przynajmniej stopniu, uniknąć przyjęte w tej pracy rozró nienie trzech składników miłości: intymności, namiętności i zaanga owania. Przy zało eniu, e ka dy z tych składników istnieje bądź nie istnieje w danym związku, otrzymujemy osiem mo liwych kombinacji przedstawionych w tabeli 13. Tabela 13. Klasyfikacja rodzajów miłości. Źródło: Sternberg (1986, s. 123). Rodzaj miłości Brak miłości Lubienie Miłość ślepa (zakochanie) Miłość pusta Miłość romantyczna Miłość przyjacielska Miłość fatalna Miłość kompletna Składnik Intymność Namiętność Zaanga owanie — + — — + + + + + + + + + + +

RÓ NORODNOŚĆ

233

Większość (pięć) z tych kombinacji ju przedstawiłem jako kolejne fazy związku między dwojgiem ludzi. Pozostałe to brak miłości, lubienie (o którym równie była mowa w rozdziale 3.) oraz miłość fatalna. Ta ostatnia jest połączeniem namiętności z zaangaowaniem w związek. Fatalność tego połączenia polega na uczuciowej niestabilności związku wskutek braku intymności i związanych z nią pozytywnych, łagodnych i trwałych uczuć. Fatalność polega te na tym, e zaanga owanie jest tu pochodne w stosunku do namiętności, z czym wią e się wysokie ryzyko katastrofalnego zakończenia związku z (raczej nieuchronną) chwilą wygaśnięcia namiętności. Ta klasyfikacja rodzajów miłości nie jest oczywiście jedyną mo liwą - jak dotąd ró ni autorzy wyró nili od 2 do 18 rodzajów miłości. Roztrząsanie wszystkich tych klasyfikacji mogłoby zniechęcić nawet najwytrwalszego Czytelnika, nie będę więc się tym zajmował. Warto jednak zauwa yć, e wszystkie one zawierają w tej czy innej postaci rozró nienie pomiędzy Eros (miłość namiętna i romantyczna) a Storge (łagodna miłość przyjacielska) wywodzące się jeszcze z Grecji okresu klasycznego. W interesującej koncepcji, która znalazła równie poparcie w prowadzonych później badaniach, amerykański socjolog John Lee (1973) zało ył, e obok tych dwóch podstawowych archetypów miłości istnieje jeszcze trzeci, Ludus - miłość jako gra czy zabawa. Lee przyjął ponadto istnienie jeszcze trzech wtórnych typów miłości, z których ka dy stanowi jakąś mieszankę poprzednich. Są to: Mania, mieszanka Eros i Ludus, czyli miłość będąca obsesyjnym uzale nieniem od partnera i własnego uczucia; Agape, mieszanka Eros i Storge, czyli pełna samopoświęcenia miłość altruistyczna, oraz Pragma, mieszanka Storge i Ludus, czyli miłość praktyczna, kierująca się świadomym rozpoznaniem zalet i wad partnera. Trzy podstawowe typy miłości są analogiczne do pierwiastków chemicznych, podczas gdy trzy pochodne typy miłości są analogiczne do związków chemicznych w tym sensie, e mieszanka charakteryzuje się jakościami innymi ni własności składających się na nią typów podstawowych (tak jak sól kuchenna, stanowiąca związek chloru i sodu, ma zupełnie inne własności ni ka dy z tych pierwiastków). Ka dy z owych sześciu typów miłości ma specyficzne, sobie tylko właściwe cechy, a miary tych typów miłości (pozwalające określić, jak dalece ujawniają się one w ró nych parach) są wzajemnie niezale ne.

234

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Niezale ność tę faktycznie wykazali Hendrick i Hendrick (1986), którzy zbudowali kwestionariusz pozwalający mierzyć sześć wymienionych typów miłości. To, co proponuję Czytelnikom na zakończenie tej ksią ki, to wypełnienie na własny u ytek tego właśnie kwestionariusza i przyjrzenie się własnej miłości pod kątem stopnia, w jakim nasycona jest ona tymi sześcioma jakościowo ró nymi sposobami jej prze ywania.

Psychozabawa - jaka jest Twoja miłość?
Punktem wyjścia dla Hendricków była konstrukcja szeregu twierdzeń, z których ka de dotyczyło jednego typu miłości. Punktem dojścia było wyselekcjonowanie (za pomocą pewnych procedur obliczeniowych zwykle stosowanych w takich przypadkach) takich pytań, które mierzyły „swój" typ miłości, ale nie odnosiły się do adnego z pięciu pozostałych typów. W rezultacie powstał kwestionariusz pod nazwą Skala Postaw Wobec Miłości, zawierający 42 twierdzenia, z których ka de 7 mierzyło jeden typ miłości. Osoby badane przy pomocy tego kwestionariusza proszone są o udzielenie odpowiedzi na kolejne twierdzenia z myślą o własnych poglądach na miłość w ogóle bądź te z myślą o własnym konkretnym partnerze (aktualnym lub ostatnim, je eli nie są z nikim aktualnie związane). Odpowiedzi na ka de pytanie udzielane są w skali od 1 (zupełnie się nie zgadzam), poprzez 2, 3, 4, do 5 (całkowicie się zgadzam). Suma odpowiedzi na siedem pozycji dotyczących tego samego typu informuje, jak silna jest skłonność do prze ywania (lub aktualne prze ywanie) miłości danego typu. Pozwala to porównywać zarówno ró nych ludzi między sobą, jak i ró ne typy miłości dla tego samego człowieka (tego samego związku). Im większa suma dla danej skali (tj. siódemki pytań), tym bardziej dany typ prze ywania miłości dominuje nad pozostałymi. Wszystkie twierdzenia zamieszczone są w tabeli 14. i Czytelnik mo e dla zabawy spróbować odpowiedzieć na ka de z nich, by zorientować się w charakterze miłości prze ywanej w odniesieniu do aktualnego (bądź jakiegokolwiek innego) partnera. Z ró nych względów będzie to jednak tylko „psychozabawa", a nie przedsięwzięcie naukowe. Chocia by dlatego, e kwestionariusz ten skonstruowany został na próbie ok. 1400 studentów amerykańskich,

RÓ NORODNOŚĆ

235

a nie na próbie polskiej. Jednak próba Hendricków była mocno zró nicowana, a idea podstawowych typów miłości wywodzi się jeszcze ze staro ytnej Grecji, tote jest prawdopodobne, e Polacy nie ró nią się tu tak bardzo od Amerykanów. Zabawa ta mo e być dość pouczająca, poniewa mo e pomóc w zorientowaniu się, co miłość w danym związku oznacza, a przede wszystkim, czy oznacza to samo dla obojga zainteresowanych.
Tabela 14. Twierdzenia składające się na Skalę Postaw Wobec Miłości. Przy ka dym twierdzeniu jest pięć mo liwych odpowiedzi: 5 - całkowicie się zgadzam 4 - zgadzam się 3 - trochę tak, trochę nie (albo brak zdania) 2 - nie zgadzam się 1 - zupełnie się nie zgadzam l.e, Ju od pierwszego spotkania coś nas przyciągnęło do siebie. ' 2.l. Próbuję trzymać go trochę w niepewności co do mojego zaangaowania w nasz związek. 3.s. Dopiero gdy go ju jakiś czas kochałam, zdałam sobie sprawę z tej miłości. 4.p. Zanim się z kimkolwiek zwią ę, próbuję sobie wyobrazić, kim on się stanie w przyszłości. 5.m. Kiedy źle się dzieje między nami, dostaję rozstroju ołądka. 6.a. Próbuję własnymi siłami mu pomóc, gdy znajdzie się w kłopotach. 7.e. Pomiędzy nami zachodzi coś w rodzaju właściwej „reakcji chemicznej". 8.1. Nic mu się nie stanie, je eli pewnych rzeczy o mnie nie będzie wiedział. 9.s. Nie potrafię kogoś pokochać, jeśli najpierw nie zacznę się o niego troszczyć. lO.p. Próbuję starannie zaplanować swoje ycie, zanim wybiorę sobie partnera. ll.m. Kiedy nie udaje mi się związek, w który byłam mocno zaanga owana, wpadam w taką depresję, e nawet zdarzało mi się myśleć o samobójstwie. 12.a. Raczej sama wolałabym cierpieć ni pozwolić na to, by on cierpiał. 13.e. Nasza miłość fizyczna jest bardzo intensywna i satysfakcjonująca.

236

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

14.1. Czasami bywam w sytuacji takiej, e muszę uwa ać, aby aden z moich partnerów nie dowiedział się o istnieniu drugiego. 15.s. Do dziś pozostaję w przyjaznych stosunkach z prawie ka dym, kogo kiedyś kochałam. l6.p. Najlepiej kochać jest kogoś o podobnych poglądach i doświadczeniach yciowych. 17.m. Czasami myśl o tym, e jestem zakochana, tak mnie pobudza, i nie mogę zasnąć. 18.a. Nie potrafię być szczęśliwa, dopóki nie przedło ę jego szczęścia nad swoje własne. 19.e. Myślę, e byliśmy dla siebie nawzajem przeznaczeni. 20.1. Bez trudu i dość szybko otrząsam się z nieudanego związku. 21.s. Najlepsza miłość wyrasta z długotrwałej przyjaźni. 22.p. Głównym kryterium w wyborze partnera jest dla mnie to, jak zapatruje się on na moją rodzinę. ' 23.m. Kiedy on nie zwraca na mnie uwagi, pogarsza się moje samopoczucie fizyczne. 24.a. Zwykle skłonna jestem poświęcić moje pragnienia, je eli pozwoliłoby mu to zrealizować jego własne. 25.e. Oboje bardzo szybko się zaanga owaliśmy emocjonalnie w nasz związek. 26.1. Myślę, e mój partner zdenerwowałby się, gdyby dowiedział się o niektórych rzeczach, jakie robię z innymi osobami. 27.s. Trudno dokładnie określić moment, w jakim zakochaliśmy się w sobie. 28.p. Wa ną sprawą przy wyborze partnera jest to, czy oka e się on dobrym ojcem. 29.m. Kiedy jestem zakochana, mam kłopoty ze skoncentrowaniem się na czymkolwiek innym. 3O.a. Mój partner mo e u ywać według własnej chęci wszystkiego, co do mnie nale y. 31.e. Naprawdę dobrze się rozumiemy nawzajem. 32.1. Kiedy mój partner zbytnio się ode mnie uzale ni, mam ochotę trochę się wycofać. 33.s. Miłość jest w rzeczywistości głęboką przyjaźnią, a nie jakimś mistycznym, tajemniczym uczuciem. 34.p. Jednym z kryteriów wyboru partnera jest to, jak zapatruje się on na moją pracę zawodową. 35.m. Nie potrafię się zrelaksować, kiedy podejrzewam, e on jest w danej chwili z kimś innym. 36.a. Nawet kiedy rozgniewa się na mnie, nadal w pełni i bezwarunkowo go kocham.

RÓ NORODNOŚĆ

237

37.e. Uwa am, e on doskonale pasuje do mojego ideału urody fizycznej. 38.1. Lubię trochę „bawić się w miłość" z kilkoma ró nymi partnerami. 39.s. Moje najbardziej udane związki miłosne wyrastały z dobrej przyjaźni. 4O.p. Zanim się z kimś zwią ę na powa nie, próbuję się zorientować, jakie cechy są dziedziczone w jego rodzinie, na wypadek gdybyśmy mieli kiedyś dzieci. 41.m. Kiedy on nie zwraca na mnie uwagi choćby przez chwilę, zdarza mi się robić ró ne głupie rzeczy, by odzyskać jego zainteresowanie. 42.a. Dla niego wytrzymałabym wszystko.

Początkiem wszelkich sensownych działań jest zawsze diagnoza stanu wyjściowego. Je eli więc, Czytelniku, pragniesz podjąć działania mające na celu obronę swej miłości przed jej „naturalnym" losem (tj. fazą związku pustego i ewentualnym rozpadem), rozpocznij równie od diagnozy i wypełnij powy szą Skalę Postaw Wobec Miłości. Namów te do tego samego swoją partnerkę (partnera) i porównajcie wyniki. Sumę punktów uzyskanych przez ka de z Was mo ecie nanieść na wykres z rysunku 16., uzyskując dwa profile („Ona" i „On"), co pozwoli Warn łatwo się zorientować, w czym się ró nicie, a w czym jesteście do siebie podobni w poglądach na miłość i sposobie jej prze ywania. Profile ju wyrysowane to przeciętne wyniki uzyskane przez kilkaset studentek i studentów badanych przez autorów skali, Clyde'a i Susan Hendrick. Ich analizy statystyczne wykazały, e kobiety i mę czyźni nie ró nią się pod względem Eros i Agape, kobiety ujawniają silniejszą Storge, Pragmę i Manię, mę czyźni zaś kochają na sposób znacznie bardziej ludyczny ni kobiety. Poniewa wyniki z rysunku to średnie pochodzące od około 400 osób, zupełnie naturalne jest, e ró nice między pojedynczymi osobami, na przykład Wami, będą znacznie większe. Uzyskiwane przez Was wyniki będą te o wiele bardziej krańcowe ni te średnie - przynajmniej niektóre Wasze wyniki będą się więc lokowały znacznie powy ej lub znacznie poni ej średnich z rysunku 16. Nawet je eli nic innego z tego nie wyniknie, analiza uzyskanych przez Was wyników stanowić mo e świetną okazję do porozma-

238

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Typ miłości
Rysunek 16. Profile miłości - natę enia sześciu typów miłości mierzonych przez Skalę Postaw Wobec Miłości, uzyskane dla młodych kobiet i mę czyzn w badaniach amerykańskich. Źródło: na podstawie danych Hendricka i Hendrick (1986).

wiania na temat stanu Waszego związku. Taka sztucznie wywołana okazja do rozmów na ten temat mo e być lepsza od okazji pojawiających się samoistnie na co dzień. Poniewa , jak starałem się poprzednio przekonać, okazje samoistne to najczęściej okazje negatywne, rozpoczynające się od skarg jednego z partnerów, co często prowadzi do spirali wzajemnych oskar eń. Po przeminięciu początkowych faz związku i upewnieniu się o wzajemnej miłości i zaanga owaniu większość par rozmawia o swoim związku tylko wtedy, kiedy coś jest nie w porządku. Dopóki wszystko jest w porządku, nie ma przecie o czym rozmawiać - podpowiada zdrowy rozsądek. I podpowiada nierozsądnie. Rozmowa o problemach wtedy, kiedy ju bolą na tyle, e musimy o nich rozmawiać, ma mniejszą szansę na ich zadowalające rozwiązanie ni rozmowa w momencie, kiedy dolegliwość problemów jest jeszcze niewielka, mniejsza ni nasza zdolność do wysłuchania partnera i dopuszczenia myśli, e mo e

RÓ NORODNOŚĆ

239

jemu (jej) jednak chodzi nie tylko o to, by „jeszcze raz zgłosić te swoje pretensje" (nieuzasadnione, oczywiście). Eros, miłości namiętnej i romantycznej, dotyczą pytania nr 1, 7, 13, 19, 25, 31 i 37 (wszystkie z literą e). Osoby uzyskujące wysoką punktację w tej skali (suma punktów za odpowiedzi na te pytania przekracza 21) prze ywają miłość jako zafascynowanie kochaną osobą i jej urodą. Czują do partnera nieodparty (choć niekoniecznie wytłumaczalny) i odwzajemniany pociąg fizyczny. Jego realizacja w du ym stopniu stanowi istotę tej miłości i prowadzi do głębokiego porozumienia między partnerami. Eros jest więc przede wszystkim namiętnością, choć im wy sze wyniki w tej skali, tym większa równie intymność i zaanga owanie w związek, a tak e ogólna satysfakcja odnoszona ze związku zarówno przez kobiety, jak i mę czyzn (Davis i Laty-Mann, 1987; Hendrick i Hendrick, 1987; Levy i Davis, 1988). Co ciekawe, skłonność do prze ywania miłości w ten sposób jest dodatnio związana z bezpiecznym stylem przywiązania, a ujemnie ze stylem unikającym (o stylach tych była mowa w rozdziale 3.). Ludus, miłości jako gry czy zabawy, dotyczą pytania nr 2, 8, 14, 20, 26, 32 i 38 (wszystkie z literą 1). Osoby uzyskujące wysoką punktację w tej skali (suma punktów za odpowiedzi na te pytania wynosi więcej ni 21) prze ywają miłość jako zabawę, której silne i głębokie zaanga owanie w związek z partnerem raczej przeszkadza, ni pomaga. Miłość jest dla nich grą nie pozbawioną świadomego manipulowania partnerem, a nawet, w pewnych granicach, oszukiwania go. Je eli ta forma miłości (opiewana przez rzymskiego poetę Owidiusza) jako jedyna dominuje w danym związku, nie ma czego zazdrościć obdarzanemu nią partnerowi. Wiele osób nie nazwałoby takiego związku miłością. Tym bardziej e cytowane poprzednio badania wykazały, e skłonność do ludycznego traktowania miłości jest ujemnie związana z namiętnością, intymnością i zaanga owaniem oraz z ogólną satysfakcją ze związku. Jest te charakterystyczna dla osób o unikającym stylu przywiązania i współwystępuje z wysokim poziomem konfliktów między partnerami. Je eli jednak w danym związku występują równocześnie i inne, powa niejsze formy miłości, nie ma powodów do niepokoju - trudno, aby miłość niosła radość, je eli będzie całkowicie pozbawiona elementu wyzwania, gry i zabawy!

240

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

Storge, miłości przyjacielskiej, dotyczą pytania nr 3, 9, 15, 21, 27, 33 i 39 (wszystkie z literą s). Osoby uzyskujące wysoką punkta cję w tej skali (suma punktów za odpowiedzi na te pytania powy ej 21) prze ywają miłość jako uczucie spokojne, łagodne i kojące. Zamiast tumultu mieszanych uczuć miłość prze ywana jest tu ra czej jako łagodna ewolucja i pogłębianie się przywiązania, trwałego i solidnego, choć pozbawionego tajemniczości. Jedynymi składni kami miłości, z którymi ten styl jej prze ywania jest powiązany, są intymność i troska o partnera. Pragmy, miłości praktycznej, dotyczą pytania nr 4, 10, 16, 22, 28,34 i 40 (wszystkie z literą p). Osoby uzyskujące wysoką punktację w tej skali (suma punktów powy ej 21) prze ywają miłość jako racjonalną i uzasadnioną lokatę swoich uczuć. Nie ma tu boskich uniesień, nie ma te! i potępieńczych cierpień. Jest praktyczna kalkulacja strat i zysków, dość przyziemna, rozsądna i dlatego jest w niej miejsce na uwzględnianie strat i zysków równie i partnera. Ta forma miłości wydaje się cokolwiek mniej pociągająca od jej długofalowych skutków, a jej prze ywanie nie jest powiązane z innymi przejawami miłości (namiętnością, intymnością, zaanga owaniem). Manii, miłości obsesyjnej, dotyczą pytania nr 5, 11, 17, 23, 29, 35 i 41 (wszystkie z literą m). Osoby uzyskujące wysoką punktację w tej skali (powy ej 21) prze ywają swoją miłość jako opętanie, mo e nie tyle partnerem, ile swoim własnym uczuciem. Jak pisał Lee (1974, s. 48): „Grecy nazywali ją theia mania, boskim szaleństwem. Zarówno Safona, jak i Platon, wraz z całym legionem innych pora onych opisywali jej objawy: podniecenie, bezsenność, gorączka, spadek apetytu, bóle serca. Maniakalny kochanek jest całkowicie pochłonięty myślami o ukochanej. Najmniejszy brak entuzjazmu z jej strony niesie lęk i ból, ka da ulotna oznaka serdeczności niesie natychmiastową ulgę, choć nie trwałą satysfakcję. Zapotrzebowanie na uwagę i uczucia ukochanej jest niemo liwe do nasycenia". Ten rodzaj pasji o wyraźnie zaznaczonym fizjologicznym podło u wydaje się łatwiejszy do prze ywania przez nastolatków w okresie dorastania (jakimi byli na przykład Romeo i Julia u Szekspira), choć mo e dotknąć ka dego. Skłonność do Manii jest oczywiście silnie powiązana z namiętnością, choć nie z zaanga owaniem w związek czy satysfakcją zeń odnoszoną. Jest charakterystyczna dla osób cechujących się nerwowo-ambiwalent-nym stylem przywiązania do swoich partnerów.

RÓ NORODNOŚĆ

241

Agape, miłości altruistycznej, dotyczą pytania nr 6, 12, 18, 24, 30, 36 i 42 (wszystkie z literą a). Osoby uzyskujące wysoką punktację w tej skali (powy ej 21) prze ywają miłość jako oddanie partnerowi, bezinteresowne, trwałe, pełne niewyczerpanej cierpliwości i troski. Ta miłość, bardziej ni jakakolwiek inna jej forma, jest zapomnieniem o dobru własnym, a troską jedynie o istotne dobro partnera, bez jakiegokolwiek liczenia na wzajemność. Jest związana z zaanga owaniem w utrzymanie związku i intymnością, troską o partnera i niskim poziomem konfliktu, a tak e z namiętnością i wysokim poziomem satysfakcji ze związku oraz bezpiecznym stylem przywiązania do partnera. Właśnie tę formę miłości miał na myśli św. Paweł w listach do Koryntian, gdy pisał, e obowiązkiem chrześcijanina jest troska o dobro bliźnich niezale nie od tego, czy oni na to zasługują, czy nie. Istotą tej miłości jest postawa „pragnę tylko tego, Czego ty pragniesz", jak to pięknie opisuje w swej ksią ce Krystyna Starczewska (1975). Agape jest moralnym ideałem miłości w etyce zarówno chrześcijańskiej, jak i w systemach etycznych większości wielkich religii świata. Podobnie jak to bywa z innymi ideałami, ludzie do tej formy miłości nie dorastają. Wspominany ju Lee, który badał pod tym względem Amerykanów, Kanadyjczyków i Brytyjczyków, twierdzi, e jedyne, co mu się udało znaleźć, to epizody agapiczne, ale nie pary trwale kochające się w ten sposób. Rzadkość występowania tej formy miłości w czystej postaci wynika z trudności jej pogodzenia z indywidualizmem naszych czasów, w których ka dy sam dla siebie zdaje się być najwa niejszy, a je eli coś jeszcze jest wa ne, jak na przykład rodzina, to dzieje się to głównie na zasadzie symbolicznego włączenia tego czegoś do własnego „ja". Nie bez znaczenia jest tak e fakt, e koniecznym warunkiem Agape jest całkowite odwzajemnianie tej formy miłości przez partnerów (w przeciwnym razie prawie na pewno wpadną w pułapkę sprawiedliwości, jak to opisano w rozdziale 5.). Podobnie jak w przypadku innych ideałów, do miłości tego typu mo na jedynie zmierzać, choć zapewne nie sposób jej osiągnąć. Pocieszające jest jednak to, e miarą sukcesu jest tu nie tylko stopień realizacji ideału, ale stopień, w jakim obojgu zainteresowanym udaje się tak samo do ideału zbli yć. W ogóle podobieństwo między partnerami pod względem sposobu prze ywania wzajemnej miłości mo e w pewnym stopniu de-

242

PSYCHOLOGIA MIŁOŚCI

cydować o ich satysfakcji ze związku (co jak dotąd faktycznie udało się wykazać dla Eros), a w konsekwencji i o jego trwałości. Podobieństwo partnerów w zapatrywaniach na to, czym jest miłość w ogóle, a w szczególności ta konkretna miłość, która ich łączy, jest wa niejsze od, powiedzmy, pokrewieństwa ich znaków zodiaku (ulubionego przedmiotu dociekań wielu par)/Szanse na szczęście zapisane są nie w gwiazdach, lecz w nas samych, w treści i jakości relacji, jaka nas łączy z partnerem, a przede wszystkim w tym, co z tą relacją sami robimy. KONIEC

Sign up to vote on this title
UsefulNot useful