P. 1
Nibynic

Nibynic

4.67

|Views: 1,790|Likes:
Wydawca: Misiael

More info:

Published by: Misiael on Jan 02, 2009
Prawo autorskie:Attribution Non-commercial

Availability:

Read on Scribd mobile: iPhone, iPad and Android.
download as DOC or read online from Scribd
See more
See less

07/22/2010

Rozdział pierwszy Smród

Mucha. Spacerowała po jego głowie. Najzwyklejsza w świecie mucha. Owad. Musca domestica. Dyrektor Kotanowicz popatrzył bezradnie na zgromadzonych - najgorsze elementy społeczne, jakie zalegają naszą szkołę. Czemu ja znalazłem się wśród nich? Bóg raczy wiedzieć. - Panowie – odchrząknął Kotan – doszły mnie słuchy... Zaniemówił. Tymczasem dzielna mucha-alpinistka osiągała już różowy i błyszczący szczyt Mount Kotanowicz. Dzielny owad beztrosko szargał autorytet głowy ciała pedagogicznego. To znaczy – głowy głowy ciała pedagogicznego. Kotan tymczasem miał pewne trudności ze sformułowaniem odpowiedniej gadki. Nic dziwnego – w końcu niejednokrotnie spotykaliśmy się już w podobnym gronie i okolicznościach. Po iluś tam razach repertuar siłą rzeczy musiał ulec wyczerpaniu. - Panowie... – wyrzucił wreszcie z siebie. Znudzona mucha opuściła niegościnne tereny i odleciała w bliżej niesprecyzowanym kierunku – Powiedzcie mi, jeśli łaska, jak można pobić klasę? Zapadła niezręczna cisza. - Klasę? – Grucha podrapał się po łysym łbie – Jaka klasę? Kur... Panie dyrektorze, to było ze siedem osób. Nie klasa. – dodał tonem, jakby mówił do osoby niepełnosprawnej umysłowo. Pozostali pokiwali głowami – w większości łysymi, lecz trafiło się też kilka mózgoczaszek malowniczo upstrzonych irokezami. - Ale wszyscy, to uczniowie trzeciej B, tak? – nie ustępował dyrektor. Zmarszczył czoło – wyglądało to, jakby ktoś w pośpiechu zwijał dywan. - No niby tak... – Grucha, podjąwszy się trudnej roli rzecznika grupy, usiłował jakoś ubrać myśli w słowa – Bo widzi pan, należało im się. Nazywali nas trogylotami. - Troglodytami – poprawiłem odruchowo. - O, właśnie. Mogli nie zaczepiać. Dyrektor smętnie popatrzył na całą grupę. Innymi słowy – na najgorsze męty, leni, olewaczy i degeneratów zgromadzonych w jednym miejscu. Prawie nikt z tej ekipy nie miał szans na pomyślne przejście gimnazjum. Inna sprawa – czemu ja tu jestem? Nieważne. Później powiem. ***
2

Brudna rzeka. Jak cholera. Krzna. Rzeka tak brudna, że pretenduje do miana ścieku. Brązowa, nieprzejrzysta maź, niegodna określania mianem wody przelewa się leniwie przez równie brudne brzegi. Wiosną i latem śmierdzi, jak otwarte szambo. Nad rzeką leży miasto. Miasto bez przyszłości, perspektyw i porządnego kina. Łuków – bo o nim właśnie mowa – rozwija się jednak na podobieństwo pięknej róży rosnącej na stosie gnoju. Gnój śmierdzi, a róża pachnie. I jakoś to wszystko się wyrównuje. Krzna śmierdzi. Łuków też, ale to jednak inny smród. Przyjazny. Podoba mi się ten smród. Po pewnym czasie człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Po pewnym czasie nie może już bez tego żyć. *** - Co tu tak jedzie? - Grucha zabawnie poruszył nozdrzami. Wzruszył ramionami i zaciągnął się dzierżonym w dłoniach petem. Oparłem się o drzewo. Smukły rozejrzał się wokół i szybkim ruchem wyciągnął z tornistra puszkę z piwem. Ponownie zlustrował otoczenie, otworzył puszkę i pospiesznie wytrąbił zawartość. - Byś się podzielił – rzucił ponuro Grucha. Wyciągnął rękę w moją stronę – Filozof, chcesz się sztachnąć? - Nie palę – powiedziałem niechętnie. Grucha roześmiał się chrapliwie. - No tak, zapomniałem. Tu, kurwa, prawiczek jesteś – nie palisz, nie pijesz... - Odpierdol się – rzuciłem znudzonym głosem. podwinąłem rękaw, popatrzyłem na zegarek – Za dwie minuty koniec przerwy. Pospiesz się lepiej. - Pieprzę to – oznajmił. Zadzwonił dzwonek. Grucha palił. *** Na moim osiedlu nazywają mnie Filozof. Nie dręczą mnie, bo znaleźliśmy wspólny język. To moje ziomy z mojego osiedla. Razem wąchamy ten sam smród, żyjemy w tym samym ujebanym syfie. Mimo, ze dzieli nas tak wiele, to i tak z Gruchą czy Siwym, dogadam się lepiej, niż jakimś przemądrzałym pedałem z dobrej rodziny i ekskluzywnej szkoły. Nie jestem debilem – czytałem wiele mądrych książek i w ogóle – wiem wiele rzeczy, dlatego nazywają mnie Filozofem. Znam słowa, których nie znają ziomy z osiedla, więc udało mi się wzbudzić ich ciekawość. Normalnie to by mnie skopali gdzieś w jakimś ciemnym zaułku, albo co, ale... Jestem z tego samego osiedla, więc jestem swój, choćby nie wiem jak inny. To jest w gruncie rzeczy wspaniałe. Jesteśmy tacy sami – tyle, że Grucha ma kreatynę, a ja Orwella, Kuczoka i Masłowską. Ale to szczegóły, niewarte wspomnienia. Bo nie ma to przecież najmniejszego znaczenia. Na osiedlu wszyscy są równi.
3

*** No to jedziemy, pomyślałem. Dokładnie posprzątałem swój pokój, zasłoniłem żaluzje, założyłem swoją ulubioną bluzkę z wizerunkiem Boba Marleya. Mistrz z Jamajki będzie ze mną do końca. Z szuflady wydobyłem napisany zawczasu list pożegnalny. Nic specjalnego – kocham was mamo i tato, żegnaj okrutny świecie bla bla bla. Po prawdzie, nie miałem zamiaru pisać listu pożegnalnego, ale musi być jakiś dowód, że sam się zabiłem. Inaczej będzie dochodzenie w sprawie domniemanego zabójstwa, a nie chciałbym, by padło podejrzenie na któregoś z ziomów – w toku śledztwa mogą wypłynąć na wierzch różne śmierdzące sprawy. Z kieszeni wyjąłem żyletkę. Podciąć sobie żyły na nadgarstkach. To raczej proste. Dwa małe cięcia a potem świat powoli odpływa. Z tego co wiem, cięcie trochę boli, ale krwawienie już nie. Będzie trochę sprzątania, ale to już nie mój problem. Położyłem się na łóżku. Niczego nie żałuję. Serio. Wiele świństw w życiu zrobiłem – paru się nawet wstydzę – ale nigdy nie uważałem, że to, co zrobiłem, było błędem. Znając konsekwencję swoich czynów teraz wiem, że postąpiłbym dokładnie tak samo. W każdym przypadku. Bóg fatalnie to wszystko urządził. Dał mi chęć do życia zaledwie na piętnaście lat. To po chuj się dalej męczyć? Ziomy zrozumieją. Mówiłem już wielokrotnie, że chce się zabić. Kiwali głowami, a potem pytali, czy się z dupą na rozum nie zamieniłem. Ale i tak pewnie wiedzieli, że prędzej, czy później do tego dojdzie. Będą mieli o czym gadać, a później zapomną. Może kiedyś, stykając się z jakimś trudnym słowem powiedzą „Filozof by wiedział...”. Pociągnąłem nosem. No, nie ma co się rozczulać. Było, minęło. Czeka mnie nowe życie, oczywiście ujmując rzecz metaforycznie. Przyłożyłem żyletkę do nadgarstka. Na skórze pojawiła się maleńka ranka. Zapiekło. Odłożyłem żyletkę. Kurwa, nie mogę! Całe to metafizyczne pierdolenie o Szopenie zdało się psu na budę. Nie potrafię się zabić. Ni chuja. Chcę, a nie mogę. Mam w sobie tchórza – parszywego drania, który trzęsie się ze strachu i wrzeszczy na mnie, bym przestał. Niektórzy ludzie są silniejsi od swojego tchórza. Nie należę do tych ludzi. Poczułem zniechęcenie. Wstałem z łóżka i poszedłem do łazienki zakleić skaleczenie. Jak prawdziwy twardziel, polałem najpierw ranę spirytusem. Zacisnąłem zęby, ale nawet się nie wzdrygnąłem. Popatrzyłem w stronę lustra. Cholera, znowu ta morda... Według opinii większości ziomów - którzy są zwykle rozbrajająco szczerzy, w przeciwieństwie do tak zwanej „kulturalnej” części ludzkości – wyglądam jak pół dupy zza krzaka. To dosyć łagodne określenie, zważywszy na rzeczywisty stan mojej mordy. Nawet nie chciało mi się patrzeć. Pochyliłem się nad zlewem,
4

kontemplując grudki zeschłej pasty do zębów, które osiadły na dnie. Abstrakcyjne bryły przestrzenne ujawniające ukryty sens, tajemnicę, której nie godzien byłem pojąć. W tych grudkach kryła się odpowiedź. Co ja, kurwa, pierdolę? Splunąłem do wanny i wyszedłem. *** W telewizji znowu pokazano kolejny reportaż z Iraku, gdzie terroryści, sunnici, szyici, poganiacze kóz i cała reszta tej bliskowschodniej cholery urządzała sobie niezły kocioł. Bóg, Honor, Ojczyzna. To niby mamy szanować. Ale cholernie nie lubimy, jeśli z tej zasady korzysta ktoś inny, nie? Bo ci talibowie, też walczą za Boga, Honor i Ojczyznę. Jak widać, wszystko sprowadza się do tego, ile kto ma karabinów. Albo ropy. Niesiemy wam pokój, cywilizację i demokrację! Niesiemy wam Playboya, KFC i McDonalda! A wy, cholerni niewdzięcznicy strzelacie do nas, wysadzacie nasze budynki i kurwa wasza mać, nie chcecie dać nam ropy! I chuj, sami ją sobie weźmiemy. To, co nasze, to nasze, a co wasze, to też nasze. Nie? Naprawdę? A chcecie się przekonać? Gruzy, zgliszcza, pożoga. Allach akabr! Zniechęcony wyłączyłem telewizor. *** - Nie – powiedział Marchewa kręcąc głową – Nie da się. Zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli wylewać z klas, na podobieństwo gnoju wyciekającego z końskiego zadu. Popatrzyłem na Marchewę. - W chuja mnie robisz, przyznaj się. Na dziś dzień miałeś mi oddać te płytki, tak? Marchewa podrapał się po rudej czuprynie. Właśnie z powodu płomienno rudych włosów – wyglądały niemal jak farbowane – tak go nazywali. Marchwiak był członkiem zespołu metalowego, którego większa część chodziła do naszej szkoły. Na apelach zespół przedstawiany był jako „Recontra”, jednak tak naprawdę nazywał się „Jebali Nas W Dupę”. Członkowie owej formacji – zwani pieszczotliwie „jebakami” – to głównie sataniści. Tak, tak. Ale to tylko pozerzy, nie chodzą na czarne msze, na cmentarzu to tylko sikają, jak ich przypili z dala od domu. Jak wszyscy. - Nie mam ich na dzisiaj. Sory, jutro ci przyniosę. Słyszę to już od tygodnia. - Kurwa, nie ma jutro! Zapierdalaj do domu i to piorunem! - Nie przeginaj pały, Filozof – powiedział Marchewa – Bo... - Bo co? – parsknąłem – Napuścisz na mnie swoich rogatych kumpli? Pieprzę, wcale się nie boję. - A pamiętasz Rogalińskiego?

5

- Rogaliński był wariat i niebezpieczny psychopata. To, że się powiesił, to akurat dobrze dla otoczenia. Nie próbuj mnie tym straszyć. Ale jednak zasiał w mojej duszy ziarno niepewności. Rogaliński był porządny facet, ale coś się z nim zaczęło nie za bardzo dobrego dziać – po któryś tam wakacjach wrócił do szkoły dziwnie odmieniony. Zaczął nosić na szyi metalowy pentagram, mało się odzywał. Czasem tylko, jak się rozgadał, to zawsze pieprzył o śmierci. Ale nikt tego nie słuchał, bo nie można było przy nim usiedzieć. Śmierdział. Ale to nie był nasz znajomy, oswojony smród. Ten cuchnął inaczej. Obco. Potem wyjechał za miasto i się powiesił na gałęzi. Ponoć lina urwała się na chwilę zanim umarł. Jakby coś jeszcze chciało go uratować. Albo i nie. Ciekawe, jak to jest – rzucać się na linie, wiedząc już właściwie, że nic nie da się już zmienić, że jest się martwym, ale jeszcze ułamek chwili żyjesz – tylko po to by zdawać sobie sprawę z tego, ze za chwilę już cię nie będzie, że to już naprawdę koniec. Koniec i cześć pieśni. Już po tobie, ziom. Kości zostały rzucone. Teraz będziesz się pierdolił z bratem szatanem i siostrą wiedźmą. Tak się rzucasz, że już nie wiesz, czy jesteś powieszonym człowiekiem, czy tylko rybą, która szamocze się na wędce. Wędkarzem jest rogaty brat z pentagramem na czole. A ciebie, kurwa, już nie ma. Rybka lubi pływać, ale już nie pływa. Zaraz rybka będzie smażyć się w oleju, czy kotle – chuj jeden wie. - Spierdalaj Marchewa – machnąłem ręką i poszedłem na stołówkę. Kucharka znowu zrobiła kapuśniak – pewnie ciota jej się wcześniej zaczęła, bo minę ma wyjątkowo nieprzyjemną. Kurwa niewydymana. Zabrałem talerz i usiadłem przy wolnym stoliku. W ceracie były dziury wypalone papierosami. Na ścianie jebały się dwie muchy. Nie dane mi było zjeść w spokoju. Dosiadł się Siurek – facet sprzedałby piasek Beduinom na pustyni i to jeszcze tak, że dziękowaliby mu na kolanach. Zwykle można było go zobaczyć, jak próbuje wepchnąć komuś buty („Prawie nówka, ziom, lepszych nie znajdziesz!”) albo komórkę („Ja wiem, że kradziona, nikt nie mówi, że nie, ale możesz komuś wcisnąć bez problemu, czekaj jest taki gość tylko nie mów mu, że ode mnie, stary, jeszcze na tym zarobisz!”). W ostatecznym rozrachunku zawsze Siurek wychodził na swoje, a inni nieodmiennie zostawali na lodzie z długiem u kogoś, kto zwykle nie lubi czekać. Nikt jednak Siurka nie klepał, a to dlatego, że prawie każdy w szkole wisiał mu jakąś kasę. Robert Misiurek wplótł się w tę pajęczynę zależności i powiązań tak mocno, że nikt właściwie nie był pewien jakie konsekwencje mogą wyniknąć z solidnego dojebania obrotnemu kurduplowi. Ale jakoś nikt nie chciał próbować. - O, Filozof dobrze, że cię widzę – z rozmachem rzucił plecak na stolik. Coś zachrzęściło – Stary, wiesz, jakie szczęście cię spotyka? Westchnąłem. - Nie, nie wiem. Ale pewnie zaraz się dowiem. W odpowiedzi Siurek wytachał z plecaka płaskie, tekturowe pudełko. rozejrzał się po stołówce i na moment lekko uchylił otwarcie.

6

- Niezłe, co? – zapytał, nic nie robiąc sobie z mojej zbaraniałej miny. Schował pudełko z powrotem do plecaka. W środku był Soniak – fabrycznie nowy, niemal jak prosto zza lady. Tyle tylko, że odpakowany z folii. – Sześćdziesiąt złotych i dorzucę jeszcze parę gier. - Czy ja wyglądam na idiotę? – parsknąłem – komu to zwędziłeś? - Czy ja wyglądam na złodzieja? – przedrzeźniał mnie – człowieku, zupełny legal. No, prawie. – dodał po chwili, bo w jakiś pokrętny, wypaczony sposób usiłował być uczciwym człowiekiem – Ale zaręczam – nikt nie będzie się do ciebie pluł, żadnych wjazdów, ani nic. Tylko musze to szybko opylić. Dla ciebie to nawet spuszczę do pięćdziesięciu, jak mi na jutro kasę przyniesiesz. - Dzięki, ale nie – siorbnąłem kapuśniak. Był tak obrzydliwy jak zawsze. I śmierdział. Jak zawsze. - Człowieku, taka okazja już się nie powtórzy! – zawołał – Ja sam chyba głupi jakiś jestem, że chcę ci to sprzedać tak tanio! Ale nie, to nie. Kto inny kupi. Nie wątpiłem w to ani przez chwilę. Jak Siurek chce coś sprzedać, to zawsze znajdzie się jakiś idiota, który to coś kupi. Nie wiem, jak on to robi. Czary normalnie. Wszamałem kapuśniak, próbując nie zwracać uwagi na smak. Po pewnym czasie kupki smakowe kapitulowały. Aż dziw bierze, że nikt się jeszcze nie zatruł. Poszedłem na lekcje. W końcu chyba po to jest szkoła, żeby uczyć. Wtoczyłem się do klasy. - A gdzie to się bywało, co? – Warecka, wkurwiona jak diabli od razu się przypierdoliła. Obleśny babsztyl. - Już dziesięć minut po dzwonku. Siadaj! Chciałem jej napyskować, ale poczułem zniechęcenie. Siadłem. Do chuja z tym wszystkim. Urwę się z ostatniej lekcji. Przesiedziałem obowiązkowe trzy lekcje, całkowicie olewając notację wykładniczą, Herberta i cykl rozwojowy tasiemca. Od paru dni nic mi się nie chciało. *** Wspólne sikanie pod murkiem jest jedyną formą ekshibicjonizmu ogólnie zaakceptowaną przez społeczeństwo. O ile, w każdym innym przypadku, obnażanie swoich narządów, jest brane za przejaw dewiacji, lub choroby psychicznej, o tyle jeśli paru normalnych facetów zgodnie wyceluje armaty w murek, albo pień drzewa, nikt nic sobie nawet nie pomyśli. Grucha potrząsnął siurkiem, by zrzucić ostatnie kropelki moczu, po czym zasunął rozporek. - Uff! – westchnął z ulgą i odszedł kawałek. Łysy i Buba po chwili dołączyli do niego. Spostrzegli mnie. Pomachali mi. Ja też im pomachałem, żeby nie było, że jestem chuj, kutas i zjebiec.

7

Za blokiem ktoś smarował grafitti na ścianie bloku. Podszedłem bliżej. Graficiarz – teraz widziałem, że to Ogór – zerknął przez ramię, po czym wrócił do pracy. Potrząsnął puszką farby. Zagrzechotało. - Cześć, Filozof – rzucił. sięgnął po kolejną puszkę i dodał nowy motyw do swojej pracy. Przyjrzałem się uważniej. Barwy grafitti łagodnie przechodziły z żółci do głębokiej zieleni. Kształty liter, mimo pozornej kanciastości, wydawały się zaskakująco łagodne. Napis, rzecz jasna, głosił „CHWDP”. Napis, jak napis – ale pomysł i wykonanie... Ogór odłożył puszkę i cofnął się o dwa kroki, by zlustrować wynik swojej pracy. Przekrzywił głowę, lekko zmrużył oczy. - Styka – uznał. Pozbierał puszki, dokładnie uprzątnął okolicę ze śladów swojej działalności. Ja natomiast jak urzeczony wpatrywałem się w nowopowstałe dzieło. - Ogór? – zapytałem. - No, co? - Czego to jest do góry nogami? Istotnie, litery zostały odwrócone o sto osiemdziesiąt stopni i dopiero po dłuższej chwili można było spostrzec, czym tak naprawdę jest pozornie abstrakcyjny piktogram. - Żebyś się pytał – burknął i ulotnił się. Dosyć lubiłem Ogóra. To skejt, ale porządny gość. Artysta. Inteligentny, no i brakuje mu charakteru. Taki osiedlowy Nikifor. W ogóle skejci na osiedlu byli porządnymi ludźmi, na ogół nie wszczynali bójek, tak jak robili to moi dresiarscy kumple. Co prawda kopcili od cholery szlugów, ale dzięki temu, jeśli się stało obok nich nie dokuczały komary – wszystkie padały w locie. Zwłaszcza obok Fajka – facet ma już w domu żółty sufit. Ale Fajek, to ziom. Nie to, co te męty z sąsiedniego osiedla. Chuje pierdolone i tyle. Ten zjeb spod czternastki poszczuł mnie psem, jak wczoraj wracałem ze szkoły. Mało się nie posrałem. Kurwa, ludziom nie powinno się pozwalać na trzymanie w domu takich bydlaków. Jak bym był, cholera, prezydentem to sadzałbym na dożywocie za kratki. Albo krzesło elektryczne. Albo do chuja z tym wszystkim. *** Mam do pogadania z Marchewą. Facet obiecał mi płytki na dziś i, kurwa, nawalił. Postanowiłem wybrać się do niego z wizytą. Blok Machwińskiego położony jest na stosunkowo spokojnym osiedlu. Żule nie przychodzą tutaj pić z braku jakiejś dogodnej meliny, w nocy jest więc cicho jak makiem zasiał. Nie jest. Głównie z powodu Marchwiaka i jego zespołu. Ci debile co wieczór urządzają w piwnicach próby. Pamiętam, jakie mieli problemy z przytachaniem

8

tam głośników i perkusji. Machwiński wzywał wtedy chyba wszystkie demony Piekieł z samym Szatanem na czele. Klatka schodowa nie była ani zaszczana, ani zarzygana. Poczułem się odrobinę niepewnie. Drzwi do piwnicy były otwarte – kolejne zaskoczenie. U nas zostawienie otwartych drzwi do piwnicy równoważne jest z pokryciem całej jej powierzchni fekaliami. Tu – jak widać – było inaczej. Piwnica nie śmierdziała ani kotami, ani gównem. W głębi za to, można było usłyszeć sugestię wrzasków i walenia czyś ciężkim w ścianę. Bez wahania skierowałem się w tę stronę. Po chwili okazało się, że to tylko moja zboczona wyobraźnia. Było cicho. W końcu doszedłem do drzwi, na których wymalowana była koźla głowa. Pod spodem ktoś dopisał czarnym markerem „TU MIESZKA SZATAN!!!!!!!” - Wesoło – mruknąłem pod nosem. Nacisnąłem klamkę. - Patrzcie, to Filozof! – usłyszałem głos. Jeden z Jebaków wciągnął mnie do środka – Właź, co tak będziesz stał jak chuj w rozporku? Ciekawie rozejrzałem się po pomieszczeniu. Wszędzie walały się puszki po piwie, w kącie ktoś niedbale poukładał instrumenty muzyczne – gitary, perkusję.... - Gdzie Marchewa? – zapytałem, kręcąc głową na wszystkie strony. Wysoki satanista – chyba nazywał się Jarek – pokręcił głową ze smutkiem i spuścił wzrok. - To ty nie wiesz? – spytał, gapiąc się na swoje palce. Wzruszyłem ramionami. - Renata nie żyje. Jeśli milczenie może być wstrząsające, to to właśnie takie było. Renata i Marchewa chodzili ze sobą od pół roku. Mogło z tego wyjść coś więcej. I wyszło. Byłem przy tym, jak spotkali się po raz pierwszy. To był piękny wiosenny wieczór. Koncert rockowy w Siedlcach - tłum ludzi, ostre dźwięki wylewające się ze sceny... I oni. Wysoki, rudy chłopak w ciemnej koszulce oraz chuda jak szczotka, długowłosa dziewczyna. Nagłe złowienie wzroku, telepatyczny kontakt... Widziałem to. Na własne oczy. To był ten moment, kiedy Król Szatan i Królowa Piekieł zakochali się w sobie. Połączone dłonie, krzyk, wrzask, zapamiętanie... Prawdziwe love story. Rudy Romeo i anorektyczna Julia. Zaiste, piękna para. Wszyscy to przyznawali. - Renata... Nie żyje – powtórzyłem. O mało nie dodałem „fajnie”. Była moją znajomą. Nawet dobrą znajomą. Powinienem być wstrząśnięty. Powinienem choć trochę się przejąć. Ale nie. Kompletnie mnie to nie ruszyło. Kurwa. - Jak to? – zapytałem. Sataniści speszyli się. Unikali mojego wzroku. - Przedawkowała. No jasne. Marchewa wiedział, ze jego dziewczyna bierze. Sam nawet nie tknął cracku, ani amfy, ale kiedy Renata powiedziała mu – bez żenady, ani choć udawanego wstydu – że sama bierze, Marchewa nie zrobił nic w tym kierunku, by ją od tego odwieść. Nic.
9

- Co na to Marchwiak? – było to najprawdopodobniej najgłupsze pytanie, jakie mogłem w tej chwili zadać. Satanista Jarek – albo Dawid, srał go pies – zacisnął wargi. - Mocno przeżywa. - Nie miałem pojęcia... – dalej nic. Nie tknęło mnie nawet najmniejsze ukłucie żalu. Marchewa to mój kumpel. Powinienem mu współczuć. A zamiast tego – wszystko mi zwisa. Zwisa i powiewa. Pożegnałem się z chłopakami i wyszedłem z bloku. Na dworze było już dosyć ciemno. W drodze powrotnej natknąłem się na Cyklopa – znanego na cały Łuków żula bez jednego oka. Śmierdziel bełkotał coś niezrozumiale. Minąłem go z obrzydzeniem i ruszyłem w stronę swego ukochanego osiedla. *** Rzuciłem się na kanapę i sięgnąłem po pilota. Pstryk! - Ewelina, nie możesz pozwolić mu się tak szantażować! Zrozum wreszcie, że on cię nie kocha! Boże, jaka ty byłaś... Pstryk! - Mniszek lekarski obniża poziom cholesterolu i przydatny jest przy schorzeniach... Pstryk! - Brawa, brawa, gorące brawa dla drużyny Czerwonych! Teraz pytanie dla drużyny Niebieskich – w którym roku...? Pstryk! - ...w związku z tak zwaną aferą paliwową... Pstryk! Zniechęcony wyłączyłem telewizor. Za oknem jakiś gówniarz darł się w niebogłosy. Poszedłem do swojego pokoju. Z nudów sięgnąłem po plecak z zamiarem odrobienia lekcji. Wywaliłem wszystkie książki na biurko. Matematyka. Trzy zadania. Pierdolić – spiszę od Wegeta. Geografia – jutro sprawdzian.... Chrzanić. Trudno, dostanę lampę. I chuj. Nie moja pierwsza i nie ostatnia. Polski. Charakterystyka dowolnie wybranej postaci tragicznej. Rozłożyłem zeszyt. W przypływie jakiejś upiornej imitacji weny zacząłem pisać. Jedną z najtragiczniejszych postaci, z jakimi miałem związek, jestem ja sam. Od dziecka byłem tłamszony i bity przez rówieśników. W końcu jeden z moich dręczycieli publicznie dostał w pysk i się odchrzanili. Wszyscy. W zamyśleniu possałem skuwkę długopisu. Nim zdrowy rozsądek zdołał przebić się do wyższych warstw świadomości, podjąłem: W wieku dziesięciu lat mój mieszkający na wsi dziadek na moich oczach utopił w worku piątkę puszystych szczeniaczków, które urodziła jego łańcuchowa suka. Były małe i bezbronne. Piszczały. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że życie – czy to ludzkie, czy to zwierzęce – nie ma najmniejszej wartości. Od tego
10

momentu zacząłem życie, które doprowadziło mnie na zaszczytne miejsce osiedlowego filozofa i cynika. Potem pisałem jeszcze trochę w tym duchu. Zakończyłem. Przeczytałem raz jeszcze, skreśliłem kilka zdań. Zamknąłem zeszyt. Otworzyłem zeszyt i wyrwałem dopiero co zapisane kartki. Zmiąłem je w dłoni i cisnąłem w kąt pokoju. Po czymś takim na bank trafiłbym na zamknięty oddział psychiatryczny. Może i byłoby to ciekawe przeżycie, ale jakoś nie mam ochoty tego sprawdzać. Zresztą, z tym dziadkiem to i tak bujda na resorach. I sranie w banie. *** Dziś niebo ma kolor ołowiu. Dziś jest zimno i pada deszcz. Ziomale siedzą na ławeczce pod blokiem. Śmieją się i rozmawiają. ale śmiech jest jakby przygaszony, a rozmowy prowadzone ściszonym głosem. Ogór – ten od grafitti – raz po raz zerka na okno. Czwarte piętro, drugie okno licząc od lewej. Tam zawsze o tej porze – tuż przed wieczorem – paliło się światło. Do niedawna. Dziś się nie pali. Nie paliło się wczoraj, ani przedwczoraj. Od czterech dni w tamtym pokoju nie świeci się światło. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że od paru dni nikt tam nie wchodził. Pokój jest martwy. Tak jak zamieszkująca go Renata. Nie wiem czy wam wspominałem. Renata mieszkała na naszym osiedlu. Na Sienkiewicza. Sąsiadka. Mieszkała naprzeciw Ogóra, drzwi w drzwi. Byli dobrymi znajomymi, chyba nawet kręcili ze sobą przez jakiś czas. Potem ona spotkała Marchewę, a on... On po jej odejściu zaczął malować coraz mroczniejsze grafy. Motywy kości i czaszek, czarna i czerwona farba... Te klimaty. Potem mu przeszło. Marchewy nie było na pogrzebie. Ja byłem, był Ogór, byli sataniści. Myślałem, że ksiądz pogoni tę hołotę, ale nie. Nie pogonił. W kościele śmierdziało kadzidłem i ludzkim potem. I czymś nieuchwytnym. Kiedy zaczęli zasypywać trumnę, któryś z satanistów puścił pawia. Pozostali go odciągnęli. Widziałem łzy w ich oczach. W oczach tego rzygającego też. Bo widzicie, wszyscy znali i kochali Renię. Jej perlisty śmiech. Błysk w oku. I takie tam. Dziś niebo ma kolor ołowiu. Dziś jest zimno i pada deszcz. Ziomale siedzą na ławeczce pod blokiem. Nieoficjalna stypa. Dzwoniłem do Marchewy. Od dnia jej śmierci nie było go w szkole. Od dnia jej śmierci w ogóle go nie widziałem. Marchwiak nie odebrał telefonu. Idę do niego. Może przy okazji odbiorę swoje płyty. Dobrze by było. Idąc w stronę osiedla Unitów Podlaskich – u nas mówi się „na Unitów” – gdzie mieszkał Machwiński, minąłem – jak to się, kurwa, nazywa? Zapomniałem... Budę z prądem. No wiecie – takie duże coś w kształcie betonowego sześcianu, co
11

stoi na osiedlu i dzieciaki się wokół tego ganiają. Te rozsądniejsze – a przynajmniej chcące za takie uchodzić w oczach dorosłych, lizusy jebane – czasami wołają do bawiących się: „Nie dotykajcie drzwi, bo was porazi prądem”. O czym to ja..? A, tak – buda z prądem. Na blaszanych, pociągniętych szarą emalią drzwiach wisi krucyfiks. Nikt już nie pamięta, co tam się wydarzyło. Podobno ktoś tam kiedyś zginął. Jakaś kobieta. Mówiło się o krwawym morderstwie, a niektórzy zaklinali się, że do tej pory można tam zobaczyć nikłe ślady plam krwi. Swoistego smaczku tej wersji dodawał fakt, że buda stała dosłownie metr od Małej Jedynki – podstawówki. Krzyż wisiał już od dobrych sześciu lat, ale nikt go nie zerwał. Kiedyś stały jeszcze znicze – pamiętam, jak wracając ze szkoły (wtedy chodziłem do pierwszej podstawówki) widywałem je – ale już od dawna nikt tu zniczy nie pali. Minąłem cmentarz. W oddali usłyszałem głosy dzieciaków bawiących się na boisku Dużej Jedynki. Obie Jedynki – Mała i Duża – to właściwie jedna szkoła – Szkoła podstawowa numer 1 im. Ks. Grzegorza Piramowicza. Klasy jeden – trzy chodzą do Małej Jedynki (na Stasia i Nel), a od czwartej wzwyż – do Dużej Jedynki (na Partyzantów). Kiedyś była jeszcze prowizoryczna placówka na Warszawskiej, ale – zdaje się – już dawno ją wycofali z użycia. Blok Marchewy. Już go wam opisywałem – czysty, nówka jak spod igły. Parapety nie są otagowane, poręcze nie są zaplute... Za ładnie tu, jak na mój gust. Dzwonek w drzwiach. Cisza. Marchewa, ty debilu, mam nadzieję, że nic głupiego nie wpadło ci do głowy. Przypomniałem sobie Rogalińskiego. Zadzwoniłem raz jeszcze. I jeszcze. W końcu usłyszałem chrobot odsuwanej zasuwy. Nareszcie. Gdyby zaszła potrzeba, stałbym tu i dzwonił do usranej śmierci. Drzwi się uchyliły i moim oczom ukazał się Machwiński. Wyglądał jak żywy trup. Fiolet, podkrążonych oczu nieprzyjemnie kontrastował z nienaturalną, upiorną wręcz bladością skóry. Jego ubranie wyglądało – i pachniało – jakby nie zdejmował go co najmniej od tygodnia. Gęste, rude włosy były skołtunione i potargane – wyglądało to mniej więcej, jakby fryzura Marchewy usilnie chciała skumulować się na prawej stronie głowy. Ale najgorsze były ręce. Dłonie. Palce. Kurwa mać, jego palce... Marchewa miał jedną małą, ale denerwującą wadę, mianowicie – uwielbiał obgryzać paznokcie. Przygryzał kłykcie palców, namiętnie szarpał zębami niepoobcinane paznokcie i bezpardonowo atakował opuszki palców. Kiedy się denerwował niemal wsadzał sobie palce do ust. Wielokrotnie zwracałem mu na to uwagę. Inni też, ale on po prostu nie potrafił się kontrolować. To było silniejsze od niego. Teraz jego palce wyglądały, jakby w amoku szarpał je zębami przez co najmniej parę godzin. Pokrwawione, powykrzywiane kikuty, sterczały mu z dłoni, często pod dziwnymi, niemożliwymi do osiągnięcia w normalny sposób, kątami. Mały palec lewej ręki wyglądał jak oskórowany. Paznokieć, urwany do połowy, zwisał smętnie z krwawej macki, która do niedawna była palcem.

12

Miałem ochotę się zrzygać, ale nie była to najlepsza chwila na pawia. Marchewa potrzebował pomocy. Nie mogłem go tak zostawić. To byłoby... Niewłaściwe. Skoro nie potrafiłem mu współczuć, to może chociaż pomogę mu w inny sposób. To takie... Takie... ludzkie. Prawda? - Cześć – powiedziałem, z trudem panując nad drżeniem głosu – Dzwoniłem do ciebie. Czego się nie odzywasz? Gdyby był gdzieś konkurs na najgłupsze pytania na świecie, to zająłbym pewnie czołowe miejsce. Marchwiak opuścił oczy i wycofał się do wnętrza. Poszedłem za nim. Zostawił mnie – w milczeniu i w przedpokoju. Po chwili wrócił, niosąc coś w swych zmasakrowanych dłoniach. Dwie białe, kwadratowe koperty. Moje płytki z reggae, które mu pożyczyłem i o które cały czas się upominałem. Bob Marley, rzecz jasna. Nie miałem neta w domu, więc nie mogłem ich sobie ściągnąć. Dlatego tak go o te płyty molestowałem. - Kurwa – powiedziałem – Sam jesteś w domu? Kiwnięcie głową. - Możemy chwilę pogadać? Wahanie... I kiwnięcie głową. Poprowadził mnie do swojego pokoju. Pomieszczenie było czyste i zaskakująco urządzone. Znając Marchewę, ktoś mógłby podejrzewać, że pokój będzie miał ściany oblepione plakatami, a z głośników sączyć się będą ostre, metalowe dźwięki. A tu – chuj. Pokoik utrzymany był w tonacji biało – zielonej. Biały sufit, jasnozielone tapety, panele podłogowe... O zainteresowaniach lokatora świadczył jedynie plakat Metalliki przyklejony do drzwi. Plakat też był bardzo stonowany - przedstawiał wilka kroczącego na tle księżyca. Na dole była nazwa zespołu. Z głośników istotnie wydobywała się muzyka, nie był to jednak metal, a spokojny, liryczny rock: Znowu coś umarło Znowu coś się śniło Znowu szukali nas Znowu się coś popierdzieliło... Nie znałem wykonawcy. - Co to za zespół? – spytałem. - Happysad. To dobry zespół. Zajebiście dobry. Wzdrygnąłem się i odwróciłem w jego stronę. On to powiedział, ale to nie był jego głos. Marchewa miał zwykle spokojny, czasem lekko beztroski ton. To, co teraz usłyszałem brzmiało jak krzyk szeptem. W głosie słychać było nieskończony żal i łzy. Wróć – brzmiało to, jak coś co nadchodzi, gdy żal i łzy już znikły. Popiół. Jego głos brzmiał jak popiół. To najlepsze słowo.
13

- Marchewa. Wiem, że jest ci ciężko. – nie wiedziałem jak zacząć. Gdy wreszcie udało mi się dobyć z siebie pierwsze słowa, następne runęły lawiną: - Każdemu na twoim miejscu by było. Ale nie możesz, do jasnej cholery, wypiąć się na świat i udawać, że cię na nim nie ma. Kurwa! – podniosłem głos – Nie byłeś nawet na jej pogrzebie! Przynajmniej powinieneś odwiedzić jej grób. Tyle jesteś jej winien. Czemu robię mu wyrzuty, pomyślałem. To mu nie pomoże. Tylko jeszcze bardziej się zapadnie. Zapadnie w to bagno, w którym i tak siedzi po uszy. Tak jak i my wszyscy. Wszyscy siedzimy w tym śmierdzącym gównie. Ale on najgłębiej. - Marchewa – powiedziałem już ciszej – Ona na pewno nie chciałaby, żebyś aż tak to przeżywał. Renata... Piórnik przeleciał przez całą szerokość pokoju i trafił mnie w czoło. Nie zabolałoby, gdyby nie fakt, że w piórniku był cyrkiel, który przeszedł przez materiał, a szpic boleśnie wbił mi się w czoło. Trzy centymetry w dół i nie miałbym oka. Piórnik z chrzęstem upadł na podłogę. Chwilę po tym obok kapnęła pierwsza kropla krwi. Krwawiłem z rozciętego czoła. Marchewa też krwawił. Z palców. Podniosłem wzrok. Marchewa patrzył na mnie pustymi oczyma. Ruszał ustami, z których nie wydobywał się żaden dźwięk. Może to tylko mi się wydawało, ale widziałem, ze jego zęby błyszczą czerwienią. Kurwa. Otarłem czoło. Krew rozmazała się tworząc długą, czerwoną pręgę na rękawie. - I coś ty, kurwa, zrobił? – spytałem bezradnie. Marchew splótł te swoje makabryczne macki i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. Jego wzrok padł na okno. - Burza – powiedział. Odwróciłem się w stronę okna. Istotnie, zerwał się silny wiatr i zaczął padać deszcz. Wicher szarpał drzewami, a na szybie zaczęły rozbijać grube krople. Rudy satanista odezwał się głosem, który sugerował już odzyskanie pewnej stabilności psychicznej: - Chodź. Napijmy się soku. I poszedł do kuchni. Westchnąłem i podążyłem za nim. Z mojego czoła nie lała się już jucha. Skaleczenie było płytkie, chociaż bolało jak cholera. Marchewa był twardy. Choć po łapach lały mu się cieniutkie strużki krwi, wyciągnął z lodówki karton z sokiem pomarańczowym i postawił go na stole. Złamał się dopiero przy szklankach. TRACH! Wysoka szklanka uderzyła o wyłożoną kafelkami podłogę i rozprysła się na drobne kawałeczki. Marchwiak upadł na kolana i, cichutko łkając, pozostał w tej pozycji dopóki do niego nie podszedłem i nie podniosłem go. - Rusz się, tu popierdoleńcu – powiedziałem, chwytając go pod ramiona – Zaraz opatrzymy ci te palce. Kurwa, patrzeć już na nie nie mogę.

14

*** Wiatr wyrywał ludziom z rąk parasole, a deszcz siekał po twarzy. Wtuliłem twarz w kaptur i głębiej wcisnąłem głowę w kołnierz kurtki. Szedłem przez cmentarz, czyli stosunkowo otwarty teren. Chciałem pokonać ten odcinek jak najszybciej, by znowu znaleźć się wśród ciasnych, ale dających ochronę przed wiatrem uliczkach. Włożyłem rękę do kieszeni, w której spoczywały dwie płyty CD. Zająłem się jego dłońmi. Była to wyjątkowo brudna robota. Okręciłem mu palce bandażem (tak się szczęśliwie złożyło, że tydzień temu na technice mieliśmy zajęcia z pierwszej pomocy), te bardziej uszkodzone usztywniłem. Następnie wmusiłem w niego dwie tabletki polopiryny i posprzątałem w kuchni. Nie wiem, po chuj się tak dla niego poświęcam. Owszem, trochę mi go żal, ale nie jestem, do kurwy nędzy jakąś Siostrą Miłosierdzia! Cały czas powtarzałem sobie, nigdy nie upadnę tak nisko, by taplać się w gównie – i to w dodatku cudzym. A teraz, co niby robię? Zamiast olać Marchewę i dać mu do końca zeżreć te swoje paluchy i zapłakać się na śmierć, odgrywam Matkę Teresę z Kalkuty. Ja! Wyobrażacie to sobie? Wyobrażacie to sobie, kurwa??? Filozof, któremu wszystko zwisa. Filozof, który wszystko ma w dupie. Filozof, który na wszystko leje. - Życie – mówił, gdy bandażowałem mu ręce – Życie, widzisz, jest jak jazda szybkim samochodem. Możesz jechać ostrożnie i powoli – wtedy pożyjesz dłużej, ale możesz też dać po garach i zapierdalać jak dzika świnia. Jak będziesz uważać, to pożyjesz równie długo, ale ryzyko jest większe. Przerwał na chwilę, przełknął ślinę i kontynuował: - Wszystko jest dobrze, dopóki masz kontrolę nad pojazdem. Niektórym odpierdala i puszczają kierownicę, a wtedy – wziął głęboki oddech – wtedy zjeżdżasz z autostrady i jedziesz po wertepach. I tylko kwestią czasu jest rozwalenie wozu o drzewo albo słup. I każdy tak kończy. Nawet ci, którzy nie zjadą z drogi. W końcu zabraknie paliwa albo co... Każdy w końcu skończy tę jazdę. A ja bym chciał wiedzieć... – zawiesił głos. Przerwałem opatrywanie i uniosłem głowę. - No? – zachęciłem go. - Chciałbym wiedzieć... Co jest na końcu tej autostrady. Wzruszyłem ramionami. Znałem odpowiedź na to pytanie, ale nigdy, przenigdy nie zdradziłbym jej Marchwiakowi. Nie chciałem ryzykować, a nie sposób było przewidzieć, jak rudy satanista zareaguje na fakt... Na fakt, że wszyscy jeździmy po zamkniętym rondzie. Szczelniej opatuliłem się połami kurtki. Na otoczonym blokami osiedlu wiatr przestał tak szarpać. Minąłem ścianę bloku i zobaczyłem, jak Ogór smaruje na niej kolejną wrzutę – monumentalny, zrealizowany w czerni i bieli napis: „ŚMIERĆ TO DOPIERO POCZĄTEK” Uśmiechnąłem się gorzko. ***
15

Marchewa się myli – życie nie jest jak autostrada. Życie jest jak akwarium. Gigantyczny szklany sześcian po brzegi wypełniony wodą. W samym środku są grube ryby, na obrzeżach są takie gówniane płocie jak my. Marchewa całkiem nieźle sobie pląsał po tym akwarium, ale teraz przyssał się do szklanej ściany. W końcu do reszty mu odpierdzieli i łbem wywali dziurę w szkle. A wtedy spłynie tą dziurą na zewnątrz i wreszcie będzie wolny. Martwy, ale wolny. *** Szkoła. Gwar. Odkąd padł radiowęzeł – wyjątkowo nieprzyjemna sytuacja z udziałem Ogóra i jego skejtowskich kumpli – na przerwach zawsze panował szum. Ciągłe bzyczenie setek nakładających się na siebie głosów, z rzadka przerywane głośnym wybuchem śmiechu albo wyjątkowo donośnym działaniem czyjegoś bluzgatora. Jak w ulu albo jakiejś cholernej oborze. Co można robić na długiej, dwudziestominutowej przerwie? Odwiedzić kibel (o ile, rzecz jasna, nie ktoś nie boi się spłuczki) i bibliotekę (sam szajs i większy szajs, czyli lektury szkolne – bibliotekarka mało na zawał nie padła, jak poprosiłem o „Wojnę Polsko-Ruską...” Masłowskiej). Można też siedzieć na ławeczce na korytarzu i cieszyć się niczym nieskrępowaną wolnością wymiany poglądów ze swoimi kumplami. To ostatnie nie wydawało mi się zbyt zachęcające. Nie zrozumcie mnie źle – duża część (aczkolwiek nie większość, o co to, to nie) ziomów była dość inteligentna, ale po prostu nadawaliśmy na tak różnych falach, że porozumienie siłą rzeczy było bardzo ograniczone. Nie miałem co robić, usiadłem więc na podłodze koło drzwi do klasy i zacząłem obserwować i segregować mijające mnie indywidua. Było to moje ulubione zajęcie – dzielić kłębiącą się po szkolnych korytarzach tłuszczę na rasy, podgatunki i kategorie. Oto kujon pospolity tam, koło toalety – gostek zwany Plechem, pewnie od nazwiska. Krótkie włosy, okulary, pryszcze, powyciągany sweter, książka w łapie, dżinsy... Cholera, wszyscy chodzą w tej szkole w dżinsach. Oczywiście oprócz tych, którzy chodzą w ortalionowych spodniach od dresu, ale nawet dresiarze od czasu do czasu przywdziewają ciemnoniebieski symbol amerykańskiej pomysłowości. A tam stoi Siurek. Jest on typowym, klasycznym wręcz przedstawicielem gatunku okołoszkolnych cwaniaków. Szczupła, zgarbiona sylwetka, kaprawe oczka patrzące spod niechlujnej czupryny. I ten przebiegły uśmieszek. Zatrzymajmy się chwilę na Siurku. Bardzo mnie interesowało, co ów robi z zarobioną na lewych komórkach i empetrójkach kasą. Jakoś nigdy nie widuję w nowych, markowych ciuchach – zawsze łazi po budzie w tej swojej spranej bluzie z kapturem (wariant letni: przepocony T-Shirt z Batmanem) i brudnych, często aż sztywnych od brudu dżinsach. Taki gość powinien mieć kasy jak lodu, no nie? Trochę nad tym myślałem - czyś w końcu trzeba wypełnić niekończące się minuty historii albo chemii – i doszedłem do wniosku, że on nie robi tego dla kasy. Siurek
16

handluje lewym sprzętem, bo jest Siurkiem, tak jak ryba pływa, bo jest rybą. Gość puszcza tę kabzę dalej w ruch, czasem komuś pożycza, a potem forsa wraca do niego – tyle, że w kilkukrotnie większej ilości. I tak w kółko Macieju. A oto Blondynka – nieznana mi z nazwiska przedstawicielka gatunku „słodkich idiotek”. Każdy z was ze słodką idiotka miał kiedyś do czynienia, więc nie widzę powodu, bym miał ją tu szczegółowo opisywać. Dość powiedzieć, że żuła gumę i nosiła podbródek na wysokości, na jakiej normalni ludzie utrzymują nos. Blondynka spostrzegła, że się jej przypatruję i wycelowała w moją stronę środkowy palec zwieńczony krwistoczerwonym, szponiastym paznokciem. Odwróciłem wzrok. Takie gesty nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. Zwykle odpowiada się na to słowami „Palec pedała na mnie nie działa”. Weget – jeszcze wam o nim opowiem – wymyślił kilka analogicznych grypsów typu „Palec pojeba śmierdzi jak trzeba” albo „Palec kurwiarza mnie nie obraża”. Podobno wieśniaki, widząc sterczącego z zaciśniętej pięści faka pytają pogardliwie: „Co, kurwa? Tyle ci wchodzi?” Też fajnie. A właśnie – Weget. Ciekawy gostek. Przypominał trochę mnie i Marchewę – był takim samym cynicznym intelektualistą. Wyróżniało go coś, czego nigdy nie udało mi się zrozumieć – agresja. Nie, nie zrozumcie mnie źle – Weget prawie nigdy się nie bił, nie krzyczał. Po prostu coś w jego postawie, gestach, mimice sugerowało, że jest o krok od utraty panowania nad sobą. Zawsze mówił pełnym napięcia głosem. Takim, jakim często słyszymy u ludzi, którzy za chwilę wybuchną i w szale zaczną bić, kopać, gryźć... Jakaś nieskończona, bezrozumna wściekłość kryła się w jego duszy, nigdy jednak nie znajdowała ujścia. Był jak naładowany na maksa akumulator agresji, który nigdy nie był do niczego podłączany. Bóg – i pewnie tylko On – raczy wiedzieć, co tak nakręca Wegeta. Może taki robak, co to każdego z nas gryzie pod żebrami. W jego przypadku musi to być jakaś wyjątkowo zajadła plaga szarańczy. Wszyscy wiemy, że Andrzej Wegowicz, jest bombą z opóźnionym zapłonem. Kiedy wybuchnie – bo, w jego wypadku, niemal pewne było, że w końcu kiedyś wybuchnie – nie chciałbym być w pobliżu. Grzyb atomowy gwarantowany. *** Pogoda była ładna. Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały... Można by pomyśleć, że to już wiosna, a nie końcówka jesieni. Słońce stało wysoko na niebie a ja maszerowałem chodnikiem. Przez chwilę poczułem się prawie szczęśliwy – zupełnie tak, jak wtedy na ławeczce z Bulbą i Jendrychem. Dziś, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, nie urwałem się z żadnej lekcji. Nie dostałem też ani jednego haka. Ani uwagi. Taki dzień nie zdarza się codziennie. Należy cenić takie chwile. Minąłem boisko do kosza. Ogór z Dżordanem ćwiczyli rzuty. Dżordan odwrócił się plecami do kosza i rzucił przez ramię piłkę, która przeszła przez kosz tak czysto, że nawet nie dotknęła krawędzi obręczy. Sześć metrów, tyłem i to z lewej ręki, kapujecie?
17

Ogór mnie zauważył. - Filozof! – zawołał – Zagrasz z nami? Uśmiechnąłem się. - A wiesz – powiedziałem zdejmując plecak i przerzucając go przez siatkę – Bardzo chętnie. Przeskoczyłem siatkę i wbiegłem na boisko. Zdjąłem kurtkę i rzuciłem ją na plecak. Dżordan podał mi piłkę. Chwyciłem ją i gra się zaczęła. Początkowo grałem sam przeciwko obu skejtom, ale szybko okazało się, że taka zabawa nie ma większego sensu – nie miałem najmniejszych szans. Ogór przeszedł na moją stronę. Teraz dopiero gra zrobiła się ciekawa, bo mimo przewagi liczebnej Dżordan kiwał nas jak chciał – jego pseudo było jak najbardziej na miejscu. W końcu, po półgodzinie, padłem na glebę. - Starczy – wysapałem. Dziwicie się pewnie, że spękałem już po trzydziestu minutach. Jeśli tak, to weźcie poprawkę na to, że już wcześniej byłem wypompowany po całym dniu spędzonym w szkole. Poza tym – żaden ze mnie sportowiec. Ogór wzruszył ramionami. - Można by i odpocząć – powiedział i usiadł obok mnie. Sięgnął ręką za siebie i z plecaka wyciągnął niegazowaną. Upił trzy łyki i podał mi. Łapczywie chwyciłem butelkę i przyssałem się do szyjki. Cudownie chłodny napój wypełnił moje rozpalone gardło. Chciałem pić, pić i pić, nie wyobrażałem sobie, bym mógł przestać. W końcu jednak udało mi się oderwać od tego boskiego napoju i odsapnąć z ulgą. Popatrzyłem na Dżordana. Facet w ogóle się nie zmęczył. Wręcz przeciwnie – szalał po boisku w czymś, co było chyba połączeniem breakdance’a i koszykówki. Podrzucał piłkę i chwytał ją kilka centymetrów nad ziemią, żonglował pomarańczową kulą wyraźnie drwiąc sobie z grawitacji. Jednocześnie podskakiwał i gibał się w jakimś trudnym do sklasyfikowania tańcu. Wyglądało to tak komicznie, że wybuchłem głośnym śmiechem. Dżordan ustawił wirującą piłkę na czubku środkowego palca po czym podrzucił ją. Ta uniosła się i wylądowała na czubku jego łysej głowy. Teraz skejt balansował wciąż wirującą piłką. Ugiął kolana, rozłożył szeroko wyprostowanie ramiona i zazezował na czubek swojej głowy. Cała jego postawa była zajebiście zabawna, ale ten zez mnie wykończył. Padłem na glebę kwicząc niczym zarzynana świnia. Ogór tylko się uśmiechnął. - Dżordan, nie popisuj się – powiedział. Z wolna się uspokajałem. Wciąż miałem krótkie napady wariackiego wręcz rechotu – ten Dżordan był tak zajebiście zabawny! – ale generalnie ten krótki atak szaleństwa mi mijał. Złapałem oddech. - Nieeee, sory – jęknąłem – To było po prostu wykurwiste. Podniosłem się z ziemi i sięgnąłem po plecak. Po moim histerycznym ataku poczułem głód. Jeść chciało mi się już wcześniej, ale teraz poczułem ssanie, jakby ktoś wsadził mi do żołądka napompowany balon. Pożegnałem się z kumplami („Siema, siema!”) i ruszyłem w stronę domu. Mój blok stał o rzut kamieniem od boiska. Brudny, obdrapany betonowy sześcian,
18

którego jednak nie zamieniłbym na żaden wymuskany apartament. To coś w krwi, pomyślałem z rozczuleniem patrząc na nieestetyczny, ale budzący poczucie bezpieczeństwa budynek. Jeśli człowiek tu się urodził, wychował, dorastał... Są osoby, które nienawidzą mieszkania w bloku. Kiedy tylko mają okazję, uciekają z osiedla, budują domy jednorodzinne... Żal mi takich ludzi. Nie, żebym był jednym z tych, co ględzą o „szacunku ludzi ulicy” albo innych temu podobnych bzdurach. Po prostu – cholera, bardzo trudno to wyjaśnić. Każdy, kto mieszka w bloku wie, o co chodzi. Nie trzeba o tym mówić. To się... Nie – nawet się tego nie czuje. To jest. Na dachu ocieniającym drzwi na klatkę półsiedział, półleżał Cichy – kolejny oryginał. Opierał się o parapet okna, którym najprawdopodobniej dostał się na ów piedestał. W dłoni trzymał jakiś komiks – chyba „Rorka” ale głowy nie dam. Ramię wspierał na boom boksie, z którego sączyła się muzyka. Hip hop, no bo co innego? Uniosłem głowę. - Cichy! – zawołałem – Co słychać? Skejt podrapał się po krótko ostrzyżonym łbie. - Marchewa dziś tu był – oznajmił – Coś chciał od ciebie. Wyglądał dziwnie. Znaczy – ja też bym wyglądał dziwnie, gdyby mi laska umarła, ale z nim naprawdę było coś nie tak. Cholernie nie tak. No i dobry humor szlag trafił. Od incydentu ze szklanką i palcami minęły trzy dni. Wtedy po raz ostatni widziałem Marchewę. Mam nadzieję, że nie wypadł z autostrady. A co mnie to obchodzi? Mam dosyć odgrywania dobrego kumpla – roli, do której z całą pewnością nie jestem stworzony. - Mam nowego „Rorka”, chcesz? – Cichy pomachał trzymanym w ręku komiksem – Ja już przeczytałem. Zajebisty jest po prostu. Wzruszyłem ramionami. Cichy był maniakiem komiksów, wszystkie swoje oszczędności wydaje na kolejne numery swoich ulubionych pozycji. - Może kiedy indziej – odparłem – Masz drugi tom „Domu lalki”? - Będzie w przyszłym tygodniu. Wszedłem do bloku. Na skrzynce pocztowej ktoś nabazgrał czarnym markerem JEBAĆ FIUTÓW. Napis był bardzo świeży, błyszczał się i mienił we wpadających przez okno promieniach słońca. Jakbym chciał, to mógłbym go zetrzeć. Nie chciałem. Na schodach wyminął mnie pięcioletni syn sąsiadów, Mareczek. Szedł wraz z kumplem z którym żywo o czymś dyskutował: - Weś, bo ci, kulwa, psypieldole, zjebie! - Zamknij lyj! - Sam się zamknij, ty chuju! Uśmiechnąłem się pod nosem. - Cześć, młody! – rzuciłem, otwierając drzwi swojego mieszkania. Mareczek uprzejmie dotknął palcami daszka swojej ciemnozielonej czapki. - Joł – powiedział z namaszczeniem, po czym wrócił do kłótni ze swoim kompaktowym ziomalem:
19

- I co ja ci, kulwa mać, mam powiedzieć, no co, kulwa? Pokręciłem z uznaniem głową i wszedłem do mieszkania. *** Wieczór. Znowu pożarłem się z rodzicami. Podobno jestem nieposłuszny, krnąbrny i niekomunikatywny. Teraz siedzę przed kompem i dobijam czterdziesty level w Diablo. Druidem, jakby ktoś był ciekaw. Jak na złość nie wypadały żadne porządne itemy, a wypełnianie tych samych questów do usranej śmierci już mi się znudziło. Wkurzony wyłączyłem komputer i rzuciłem się na łóżko. Leżąca komórka zaświeciła i wydała z siebie polifoniczną melodyjkę. - Kurwa, ani chwili spokoju! – powiedziałem do siebie. Popatrzyłem na wyświetlacz. Marchewa. Telefon dzwonił, a ja gapiłem się nań. Jeśli odbiorę, będę musiał wysłuchać kolejnej dołującej tyrady. Rudy satanista znalazł sobie ściek, szambo, do którego może spuszczać całe to gówno? Niedoczekanie, kurwa. Niech idzie do spowiednika, albo psychiatry. Lepiej do psychiatry, bo lekarz nie może straszyć Piekłem. Odrzuciłem rozmowę. Spierdalaj, Marchewa. Nie jestem twoim przyjacielem. Mógłbym nim być... Gdzieś. Kiedyś. Ale nie tu i teraz. Tu i teraz jest syf, smród, brud i cholera. Czego ty się, kurwa, spodziewasz? Że przyjdę, poklepię po ramieniu i powiem, że wszystko będzie dobrze? Nic, kurwa, nie będzie dobrze. Nic. Telefon ponownie się rozdzwonił. Zacisnąłem zęby.. I odebrałem. Niech mnie cholera weźmie. - Filozof, chciałem się z tobą pożegnać. Byłeś naprawdę w porządku. Dzięki. Rozłączył się. Moja pierwsza myśl: Żartował. Prawie na pewno żartował. Moja druga myśl: Jeśli jednak nie robił sobie ze mnie jaj, to do końca życia będzie mnie to prześladowało. Dobra. Tyle myślenia wystarczy. Jak burza wypadłem z domu, w biegu zakładając buty i bluzę. Drogę na osiedle Marchwiaka umiliły mi niewesołe rozmyślania. Jeśli naprawdę chciał się zabić – a, Bóg mi świadkiem, byłby do tego zdolny, nie miałem żadnych wątpliwości – to czy uda mi się jeszcze go zatrzymać? Z własnego doświadczenia wiem, że aby się zabić, trzeba mieć cholernie silną wolę. Ja nie dałem rady. Pytanie brzmi – czy Marchewa ma więcej samozaparcia, niż ja? Możliwe. Znałem go raczej powierzchownie. Ceną tego, że znasz prawie wszystkich jest to, że znasz ich tylko pobieżnie. Potknąłem się, ale nie upadłem. Biegłem dalej. Zwolniłem. Trochę się zmęczyłem, ale nie o to chodzi. Czy Marchewa nie może sam o sobie decydować? Jeśli chce się zabić, to jego i wyłącznie jego sprawa. Podobno samobójcy w większości nie chcą umierać. Próby samobójcze są
20

po prostu rozpaczliwym krzykiem o pomoc. Pomoc, która prawie nigdy nie nadchodzi. Wyhamowałem przed jego blokiem. I zbaraniałem. Przed blokiem stał Marchewa. Tak na pierwszy rzut oka, to był żywy. Miał na plecach dobrze wypchany tornister a po bokach dwie torby podróżne. Trzecia torba była już zapakowana do bagażnika srebrnego audi, którym jeździł jego ojciec. Marchewa żegnał się ze swoimi kumplami. - Filozof – zawołał, szczerze zaskoczony – Byłem dziś u ciebie i dzwoniłem, ale... - Wiem, wiem – przerwałem mu, usiłując złapać oddech – Stary! – zaśmiałem się z zażenowaniem – Jak usłyszałem cię przez telefon, to myślałem, że chcesz... Marchewa uniósł brew. - To znaczy… - zająknąłem się – Gdzie ty się w ogóle wybierasz? - Jadę do brata, do Warszawy. Będę tam chodził do szkoły. Wiesz, chcę... - ...Uciec – dokończyłem zimno. Sataniści, którzy przysłuchiwali się naszej rozmowie, nachmurzyli się. - Rozumiem – powiedziałem cichym głosem – Tylko... Zamilkłem. - Tylko co? - Nie uciekaj za daleko. Marchwiak uśmiechnął się smutno. Zrozumiał. Wiedziałem, że zrozumiał. - Jasne. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Pod palcami wyczułem kilka zgrubień i stwardnień. Możliwe, że pozostałości po szwach, jakie nałożono mu na dłonie. - Nara. - Nara. Pojechał. Sataniści popatrzyli za nim chwilę, po czym opuścili osiedle. Odchodzili dwójkami-trójkami, a nie całą watahą, jak zrobiliby to dresiarze albo skejci. Zostałem sam. Idiota, idiota, idiota. Marchewa chciał się po prostu ze mną pożegnać. Nie chciał się zabijać. To znaczy – owszem, idę o zakład, że taka myśl krążyła mu po zwojach mózgowych, ale z tego, co teraz zobaczyłem, rudemu sataniście nie groziło raczej upośledzenie funkcji życiowych. Po prostu chce wyjechać i zostawić to za sobą. Typowe. Jednak było mi głupio. Jak chuj. *** - Filozof, Żmudzka chce cię widzieć – Weget oderwał mnie od pasjonującej lektury ogłoszenia wiszącego na tablicy. Jakiś pojeb chce sprzedać pendrive’a, pięćset dwunastkę. Za sześćdziesiąt złotych. Co za idiota – u Siurka chodzą za dwadzieścia.

21

- Filozof, kurwa, mówię do ciebie – powiedział Weget takim głosem, jakby mówił „Teraz to cię, kurwa, zajebię, ty chuju!”. Ten jego ton zawsze odpowiednio działał na ludzi. - Spoko. Słyszałem. Po tej lejbie do niej pójdę. Nie sraj się – burknąłem. Nim odszedłem, rzuciłem jeszcze okiem na plan lekcji. Kurwa. Sześć pierdolonych godzin, podczas których nauczyciele będą usiłowali mi wmówić, że jestem od nich głupszy. I jeszcze fizyka. Z wielu, bardzo wielu przedmiotów miałem problemy. Właściwie to ze wszystkich. Nie byłem głupi – chyba. Tylko po prostu tkwi we mnie jakiś wewnętrzny bunt, coś mi mówi „po co masz się uczyć o eksporcie parasoli do Bangladeszu, malarzach baroku i cyklu rozrodczym ryb głębinowych – wiedza ta wszak do niczego ci się nie przyda”. Jest to jedna z takich chwil, w których zdrowy rozsądek mierzy się ze światem i przegrywa. Zawsze jednak uda mi się wyciągnąć na tę dwójkę. To pewnie zasługa mojej inteligencji, erudycji, oczytania (mówię oczywiście o odpowiednich lekturach, nie o tym chłamie, który trzeba czytać na polski) i pewnej dozy szczęścia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Długi od fizyki. Pan magister Wincenty Długosz uwziął się na mnie. Jak chuj. Nie wiem, czemu on mnie tak cholernie nienawidzi. Może w jego oczach jestem ucieleśnieniem nieznośnie triumfującej młodości. Jeśli tak, to wierutna bzdura. Nie jestem witalny. Jestem cyniczny, inteligentny i zmęczony. Wokoło latało tyle świeżych, kwitnących wręcz osobników. On zaś – chudy, łysiejący zawsze w podniszczonym garniturze – gapił się na mnie tymi swoimi wodnistymi oczkami i zgrzytał zębami, jakbym mu żonę zapiął od tyłu i raz po raz wywoływał do tablicy. Tu zaczynały się problemy – o ile na jakąś pracę pisemną mogłem wykuć się na ocenę stosunkowo zadowalającą, o tyle stojąc pod tablicą i w krzyżowym ogniu pytań tego sukinsyna – byłem całkowicie bezradny. Zawsze pytał mnie tak długo, aż zebrał dostatecznie dużo błędnych odpowiedzi, by z czystym sumieniem postawić mi lampę. I zawsze tych kilka ocen z odpowiedzi obniżało mi ocenę z fizy i gwarantowało mi zagrożenie. W zeszłym roku miałem naprawdę dużo szczęścia – ocenę na semestr wystawił mi nie Długi, a Leśnicki – drugi nauczyciel od fizyki. Surowy, ale sprawiedliwy. Długosz był wtedy na zwolnieniu lekarskim, na którym pobył aż do połowy kwietnia w związku z czym nie zdążył już popsuć mi mojej silnej, solidnej dwói. W tym semestrze zdołałem już złapać trzy pały. Mało? To weźcie pod uwagę, że fizykę mam raz w tygodniu. Jest późny październik, co oznacza, że miałem dopiero pięć, najwyżej sześć lekcji z Długim. Do końca semestru złapię kolejne cztery haki i może coś lepszego z dwóch sprawdzianów, kartkówek czy co tam jeszcze wymyśli ten fiut nieobciągany. Ciężko. Trzeba będzie „spóźnić się” na fizykę. W końcu to pierwsza lekcja, więc fakt, że przyszedłem te pięć, dziesięć minut po czasie nie powinien być niczym nadzwyczajnym. Zadzwonił dzwonek. Schowałem się w kiblu. Szkolna toaleta wyglądała... Cóż, gównianie. Zacieki i grzyba na ścianach zna chyba każdy, kto kiedyś chodził do gimnazjum. Ale reszta – to po prostu
22

surrealistyczne kubistyczno-dadaistyczne dzieło sztuki. W jednej kabinie brakowało drzwi, w drugiej – wisiały one smętnie na jedynym ocalałym zawiasie. Po pisuarze została jedynie na wpół wyrwana rura wystająca ze ściany, którą ktoś zatkał kłębem starych szmat. Szyby w oknie regularnie wybijano, podłogę zaścielał papier toaletowy, niedopałki papierosów... Raz jakiś pojeb nasadził klocka centralnie przy wejściu. Gdyby jednak ktoś się uparł i za wszelką cenę chciał wypróżnić się w tym akurat kiblu, miałby spore problemy. Ktoś pracowicie okleił muszlę klozetową taśmą samoprzylepną, sklejając ją z klapą od sedesu. W kabinie numer dwa – tej bez drzwi – brzeg deski wysmarowany był czymś obrzydliwym. Na pierwszy rzut oka nie było to gówno – chyba, że ktoś przed odesraniem się wypił wiaderko niebieskiej farby - ale śmierdziało podobnie. Pisuaru, jak już wspominałem, nie było. Za to umywalka lśniła czystością. Pewnie dlatego, że ktoś spuścił do niej całe mydło w płynie. O takich luksusach jak ręczniki można było tylko pomarzyć. Kafelki jeszcze trzymały się ścian, ale niewiele im już brakowało. Nic zresztą dziwnego. Wszystko to zdawało się być o krok od zawalenia się. Jeśli ta cholerna buda kiedyś w końcu się rozpierdoli, to założę się, że toaleta rozleci się pierwsza. Nad kafelkami, które pokrywały tylko dolne trzy czwarte ścian było od cholery tagów i amatorskich wrzut. Przyzwyczajony do pięknych, artystycznych „obrazów” Ogóra aż się skrzywiłem, widząc te koślawe, kiczowate napisy typu „WSTRĘTNE CHUJE”, „ZIUT JEST FIUT”... Moją uwagę zwrócił dowcipny czterowiersz umiejscowiony na wewnętrznej stronie drzwi: Wiosna, lato, Jesień, zima, Lolek w dupę się zapina. Nie wiem, kim jest wyżej wzmiankowany Lolek – znam w szkole wiele osób, ale przecież nie wszystkie - ale podejrzewałem, że nie był on zbyt lubiany. Zerknąłem na zegarek. Pięć minut po dzwonku. Ruszyłem do klasy. Na schodach spotkałem lecącego na łeb, na szyję Szopena. Widok był naprawdę niezwykły, bo zwykle nie poruszał się tak szybko. Czasem odnosiłem wrażenie, że aktywność kudłatego zioma ogranicza się do absolutnie niezbędnego minimum. Ostrożne wdechy i wydechy, czasem rzuci kilka słów. Tymczasem Szopen gnał na złamanie karku. I to spieszył się na lekcję! Nie na umówione spotkanie, nie na ustawkę, ale na zajęcia szkolne. Zdziwniej i zdziwniej.... Później dowiedziałem się o co idzie. Otóż od połowy września na lekcję do klasy kudłatego zachodziła pewna całkiem ładna praktykantka, która zwykle siadała na końcu klasy – tam gdzie Szopen, któremu studentka pedagogiki wyraźnie wpadła w oko. I nic dziwnego, bo z tego, co widziałem, to z twarzy nawet niezła dupa była. Facet usilnie starał się nawiązać z nią kontakt. Szło mu opornie – bo, podobno, dziewczę miało narzeczonego - ale się nie poddawał.
23

Zapukałem do klasy. Wszedłem do środka i rzuciłem „...bry, przepraszam za spóźnienie”. Nie patrząc na Długiego powlokłem się do ławki. - Czekaj, czekaj – skrzypliwy głos nauczyciela zazgrzytał mi w uszach. Boże, jak ja nienawidzę tego chuja! Jak ja go nienawidzę! Zatrzymałem się z połowie drogi do mojego miejsca. - Masz wstawioną nieobecność – oświadczył Długi. Wzruszyłem ramionami. - Spóźniłem się pięć minut – oświadczyłem – Dopiero po kwadransie... - Zamknij się. Masz nieobecność i koniec. Tytanicznym wysiłkiem woli powstrzymałem się przed wystawieniem faka. Podszedłem do ławki i usiadłem obok Buby. - Ten zjeb nawet jeszcze nie sprawdzał listy – rzucił dresiarz półgłosem. Tymczasem Długosz zajrzał do dziennika. Potem popatrzył na mnie. W jego oczach rozgorzały wyjątkowo złośliwe ogniki. Zakląłem pod nosem. Długi wskazał na mnie podbródkiem. - Do odpowiedzi – rzucił. Odetchnąłem głośno. - Nie może mnie pan zapytać – oświadczyłem – Przecież jestem nieobecny. Klasa gruchnęła śmiechem. Długosz poczerwieniał. - Wstawaj! Bez dyskusji! – wrzasnął. Klasa ucichła. Kątem oka zauważyłem, że Ogór zajadle bębni w klawiaturę komórki. Wstałem z ławki i na glinianych nogach ruszyłem w stronę tablicy. Szedłem powoli, droga wydawała mi się wręcz absurdalnie długa. Przypomniałem sobie książkę Kinga „Zielona mila”. Wierzcie czy nie – czułem się, jakbym szedł tytułową milą prowadzącą z celi śmierci na krzesło elektryczne. W duchu poprzysiągłem sobie, że jeśli przetrwam ten rok, to na biurku Długiego wydrapię cyrklem napis „STARA ISKRÓWA”. Wreszcie stanąłem przy Długoszu. Nauczyciel zmierzył mnie wzrokiem. Wiedziałem, że tym razem chce mnie wykończyć. Jeśli tak, to nie było dla mnie żadnej nadziei. Najmniejszej. - Proszę pana, mogę zetrzeć tablicę? – zapytał Ogór dziwnym, jakby nieswoim głosem. Długi machnął ręką. Ogór zerwał się z miejsca i podbiegł do tablicy. Jedną ręką złapał gąbkę, w drugą chwycił kredę i z pośpiechem zaczął coś smarować. Po chwili na tablicy pokazał się drobny, ale czytelny gryps: GRAJ NA CZAS. BARSZCZU CIĘ Z TEGO WYCIĄGNIE. Skejt upewnił się, że przeczytałem, po czym starł wiadomość i gazem zmył się do ławki. Kurwa. Barszczu był poczciwym, choć nieco ociężałym ziomem. Nie opowiadał się za żadną z subkultur, choć zdradzał pewne oznaki dresiarstwa. Ale bardzo dobry kumpel. Tyle, że nie wyobrażam sobie, jak mógłby mi pomóc. Co nie oznacza, nie da rady.
24

- Może na początek powiesz mi... – Długi wyraźnie rozkoszował się chwilą triumfu. Miałem piekielną ochotę sprzedać mu plombę w ten jego obleśny ryj. Zadał mi trzy cholernie trudne pytania. Na dwa znałem odpowiedź, przy trzecim paskudnie się zaciąłem. Zacząłem kluczyć, kombinować, jąkać się... Długoszowi ta zabawa wyraźnie się już nudziła. Prześwidrował mnie wzrokiem, aż zaświerzbiały mnie pięści. No to po chuju, pomyślałem. W tym momencie usłyszałem pukanie do drzwi. Po chwili ukazał się w nich Barszczu. Zacisnąłem zęby, by nie odetchnąć z ulgą. - Przepraszam – powiedział Leszek Barszcz swoim powolnym, dudniącym głosem – Czy można na chwilę poprosić... O, właśnie – wskazał na mnie – kolegę? - A kto prosi? - Pani od polskiego – powiedział Barszczu po chwili. Przy rozmowie z tym kafarem trzeba było przyzwyczaić się do długich przerw w dialogu. Wiedziałem, że Długi najchętniej posłałby Barszcza w diabły. Powstrzymywały go dwie rzeczy. Po pierwsze, fakt, że prosiła „pani od polskiego”. Nauczycielek języka ojczystego było w szkole od cholery, ale z żadną Długi nie był w dobrych stosunkach. Ponoć Długosz często wypowiadał się na temat wyższości nauk ścisłych nad humanistycznymi, a że czynił to w sposób wyjątkowo upierdliwy, nie zyskał sobie przychylności pań od polskiego, które traktowały fizyka z pogardą graniczącą z obrzydzeniem. Nie one jedne zresztą. Długi nie cieszył się sympatią kolegów z pracy, a uczył tylko dlatego, że Kotan to jego stryjeczny brat. Wolał więc nie zaogniać konfliktu. Po drugie, coś w samym Barszczu zwykle sprawiało, że najbardziej konfliktowi ludzie zrobili się potulni jak baranki. Może to słynne dziewięćdziesiąt pięć kilo Leszka tak działało na ludzi. Cała jego postawa mówiła „Jestem spokojny, ale do czasu. Więc lepiej mnie nie wkurwiać”. Długi zacisnął pięści i wiedziałem, że niewiele brakowało, by pieprznął mnie w oczodół. W końcu jednak się uspokoił. - Idź – powiedział, nie patrząc na mnie. Usłyszałem dziwny, dobiegający zewsząd syk. To cała klasa wypuściła z płuc powietrze w grupowym westchnieniu ulgi. Często słyszałem podobny dźwięk, w takich sytuacjach jak przełożenie dużego sprawdzianu albo gdy nauczyciel oświadcza, że dziś wyjątkowo nie będzie pytał. Czym prędzej zmyłem się na korytarz. Barszczu zamknął za mną drzwi. Odwróciłem się do kumpla. - Stary – powiedziałem – Wiszę ci piwo. Nie, nie piwo. Całą skrzynkę, cholera jasna! - Daj spokój – Barszczu aż się zaczerwienił – Ogór napisał do mnie, że wpadłeś w zajebiście wielkie gówno, no to pomogłem. Teraz siadaj, pewnie masz jeszcze fazy po tych wrażeniach. Faktycznie, spociłem się jak nie wiem co a nogi miałem jak z waty. Barszcz przyjacielsko pchnął mnie na ławkę, po czym wyciągnął z plecaka Colę.

25

- Masz, pij – powiedział troskliwie – Wyglądasz, jakbyś miał tu się zaraz przekręcić. Gardło miałem wyschnięte na wiór, toteż z wdzięcznością przyjąłem napitek. Ugasiłem pragnienie. Udało mi się. Cholera, udało mi się. Znowu mi się udało. *** Resztę fizyki spędziłem w bibliotece, czytając „Gnój” Kuczoka. Obok leżała „Wojna Polsko-Ruska” Masłowskiej. Lubiłem „Wojnę...” – autorka zdołała pomylić się w tak wielu kwestiach dotyczących dresiarstwa, że po prostu musiało to stać się zabawne. Po dzwonku zjawił się Ogór z moimi rzeczami. Skejt nie omieszkał mnie poinformować, że Długi mocno wkurwił się na mnie. Jakbym, cholera jasna, sam nie wiedział. Wyszedłem z biblioteki. Teraz należało poszukać pani Żmudzkiej – tej, o której mówił Weget. Właściwie wiedziałem, czego ode mnie chce. Miałem przygotować się na, odbywający się w Siedlcach, konkurs recytatorski. Szczerze mówiąc, to miałem ten cały cyrk głęboko w dupie, ale polonistka wyraźnie dała mi do zrozumienia, że jeśli nie wystąpię, to mogę się pożegnać z dobrą oceną z poldona. No to zostałem wjebany w to gówno. Dobrze, że przynajmniej sam mogłem wybrać sobie utwór, jaki miałem deklamować. Zacząłem przedzierać się przez tłum gęsto oblegający korytarz. Lawirowania w tłoku można nauczyć się w każdej szkole, ale tylko w moim gimnazjum podnosi się tę umiejętność niemal do rangi sztuki. Oto bowiem przetrwanie, a co dopiero poruszanie się, w tym ogromnym, wrzącym tyglu było skrajnie trudne. Nie dość, że co sekundę konfiguracja otoczenia zmieniała się całkowicie, to jeszcze z każdej strony w każdym momencie spodziewać się mogłem ciosu. Bynajmniej nie wymierzonego we mnie, bo za darmo to tutaj nawet w mordę nie dostaniesz, ale oberwać przypadkiem było dosyć łatwo. W końcu dotarłem do pokoju nauczycielskiego i wyłuskałem stamtąd Żmudzką. Nie wiem czemu nauczyciele tak niechętnie wpuszczają uczniów do swojego gniazdka. Pewnie działa tu podobna zasada co w sytuacji „Rodzic w pokoju nastolatka”. - A, to ty – powiedziała bez nadmiernego entuzjazmu, przecierając chusteczką okulary w mlecznoperłowej oprawce. Zarówno te okulary, jak i ten gest były już powszechnie znane, a nawet sparodiowane przez szkolny kabaret „Stańczyk” w skeczu pod tytułem „Sokole oko” – Masz ten wiersz? Wiesz, że jutro jedziemy do Siedlec? Przygotowałeś się? – swoim zwyczajem zarzuciła mnie stekiem pytań. Wyciągnąłem kartkę z wierszem i podałem jej. Polonistka chwyciła papier w swoje szponiaste, zwieńczone doklejanymi paznokciami palce i przeleciała wzrokiem po tekście. - Może być – uznała – Znasz tekst na pamięć? Umiesz to wydeklamować? - Jasne – powiedziałem z pewnością, której wcale nie czułem.
26

- To jutro o dziesiątej masz być na przystanku. Wiesz o tym? Przyjdziesz? Będziesz? - Jasne – powtórzyłem. - No – powiedziała usatysfakcjonowana Żmudzka – To teraz idź na lekcje. No to poszedłem. *** Wieczór. Siedzę przy oknie i obserwuję ziomów, którzy siedzą na ławce. Śmieją się i hałasują. Grucha, Buba, Jendrych i jeszcze parę dresów. I ich dziewczyny. Nic specjalnego – plastikowe blondi z mózgiem wielkości groszku. Nigdy nie będę miał takiej dziewczyny. Nie chciałbym. Zasłoniłem żaluzje. Zamknąłem drzwi swojego pokoju i włączyłem radio – stary, wysłużony odbiornik, który przetrwał już niejedną dziejową burzę i co najmniej kilka dzwonów o ziemię. Z głośnika popłynęły dźwięki. Rozpoznałem utwór i uśmiechnąłem się – „Generacja Nic” Cool Kids Of Death. Światła nie ma w tobie, zgasło jak złe sny. Nowoczesny człowiek to na pewno nie ty. Światła nie ma we mnie, zgasło kiedyś tam. Nowoczesny człowiek to na pewno nie ja. Tego mi było trzeba. „Kulki” grali naprawdę ostro, mocno i bezpardonowo. Byli kiczowaci i przerysowani, ale wszystko to umyślnie, więc się nie liczy. Ważne że mówili językiem, który rozumiałem. Językiem krzyku. Z szuflady wydobyłem zeszyt oprawiony w aksamitnie czarną okładkę. Małe dziewczynki prowadzą pamiętniki, wielcy pisarze prowadzą dzienniki, a ja mam to. Codziennie zapisuję jedno zdanie, które najlepiej obrazuje to, co mnie dziś spotkało – przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce najczęściej piszę jakieś niewydarzone aforyzmy typu „Cynizm to nienawiść wywrócona na lewą stronę”. Przekartkowałem zeszyt. Prowadziłem go już – mniej lub bardziej regularnie – prawie dwa lata. Popatrzyłem na pierwszy wpis: Wszystkie to takie popierdolone... Nie pamiętam już, czego konkretnie dotyczyła ta myśl. Przekręcałem kolejne strony, czasem zatrzymując się przy co ciekawszych cytatach: Bierki elektryczne. Nie pamiętam, ale kojarzę, że sytuacja była zabawna. Jest sześć członków ciała – dwie ręce, dwie nogi, głowa i członek właściwy. To było dobre. Zabójcza dawka lawendy. Brzmi jak nazwa jakiejś punkowej formacji. Wyścig z Rzeczywistością i walka z cieniem. Tego nie pamiętam. Nie ma żadnych złotych rybek.
27

Tego też nie. Blady. Tego akurat nie chcę wspominać. Z rosnącym zniecierpliwieniem wertowałem zeszyt. Nie mogłem odnaleźć tego, czego szukałem. A byłem pewien, że mam to zapisane... Jest. W życiu są tylko dwa rodzaje chwil – te złe i te głupie. Reszta jest fikcją. Nic dodać, nic ująć. Nie chodzi o to, że ten wpis był jakiś specjalnie odkrywczy czy coś. Po prostu był on... Właściwy. Tak jak Armia Zbawienia „Kulek”, jak wrzuty Ogóra czy śmierdząca rzeka Krzna. Od czasu do czasu lubiłem przypominać sobie tę malowniczo nieodkrywczą sentencję. Dzisiejszy wpis? Zastanowiłem się przez moment i nagryzmoliłem: Coś mi tu śmierdzi. Gówno jest zjadliwe. Nie wiem, czemu to napisałem. *** Obudziłem się na moment przed chwilą, w której rozległ się jazgot budzika. Zawsze tak było – jeśli zasypiając miałem świadomość, że budzik nastawiony jest na określoną godzinę, mój zegar biologiczny ocucał mnie na dwie sekundy przed sygnałem alarmowym. Mogła to być nawet trzecia nad ranem – ja i tak obudzę się punkt 02:59:58. Obudzić się, to jedno. Wstać z łóżka – to już zupełnie inna bajka. Najtrudniejsze było nie zasnąć ponownie. Chwilę po przebudzeniu człowiek znajduje się na tej cienkiej granicy pomiędzy snem a jawą i, czasami, zamykając powieki widzi pod nimi oddalające się marzenia senne. Niemal niewykonalne jest przetrzeć oczy i podnieść się z łóżka. Ciało jest tak ciężkie jak nigdy, a powierzchnia pościeli zdaje się emitować nadnaturalnie silne pole grawitacyjne. Budzik trzeba jednak wyłączyć. Wytężyłem wszystkie siły i pokonałem prawo ciążenia. Opuściłem stopy na podłogę. Znieruchomiałem. Dobrze. Teraz następny krok. Naprężyłem budzące się do życia mięśnie i wybiłem się do pozycji stojącej. Zachwiałem się i zatoczyłem jak pijak. W końcu jednak złapałem równowagę. Co rano to samo. Przed oczyma latały mi dziwne haluny – przestrzenne figury geometryczne, jakieś fraktale... Potrząsnąłem głową. Haluny zniknęły. Podszedłem do budzika i uderzeniem w obudowę usiłowałem go wyłączyć. Niestety, źle wymierzony cios nie tylko nie uciszył osławionego Mordercy Snów, ale też sprawił, że ów przeleciał przez cały pokój i pizdnął w ścianę. Ale hałasował nadal. Zakląłem pod nosem i podniosłem budzik. Nacisnąłem odpowiedni przycisk. Cisza. Za oknem świtało. Godzina 5:10. O szóstej mam bus do Siedlec. Trzeba się sprężyć. Umyłem się, ubrałem, wszamałem coś – nie wiem co, ale pamiętam, że było żółte – i wyszedłem z domu. Ruszyłem uśpionymi uliczkami miasta w stronę
28

przystanków. Konkurs odbywa się w jednej z siedleckich szkół. Miałem jechać ze Żmudzką. Otuliłem się szczelniej kurtką. Tak wczesnym rankiem o tej porze roku bardzo często łapały przymrozki. Nie inaczej było i tym razem. Miałem wrażenie, że za chwilę odpadną mi wszystkie wystające części ciała – a tego bym nie chciał. Za cholerę. Łuków szarym świtem ma w sobie dziwną, niesamowitą magię. Zimno, cisza, półmrok i zapach świeżego powietrza... Zwłaszcza ten krzepiący zapach. Nie pytajcie mnie jak to możliwe, że w środku tego brudnego, śmierdzącego miasta o poranku czuć rześkie, czyste powietrze. Nie wiem. Gwoli ścisłości – mówiąc „rześkie powietrze” nie mam tu na myśli energetyzującej fali, jakie znają mieszkańcy i stali bywalcy wsi. O nie – to powietrze było syntetyczne, przedestylowane, tak jakby jakimś sposobem usunięto z niego wszystkie szkodliwe pierwiastki. Niosło ze sobą świeżość chemicznie wypranej odzieży. Aromat mocnych miętowych Tiktaków. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Kiedy mijałem spożywczy zaczęły gasnąć latarnię. Popatrzyłem na jedną z nich – zamigotała, jakby w środku był przerażony motyl, po czym zgasła. Tak samo jest z ludźmi, pomyślałem. Chwila rozpaczliwej szamotaniny i się kończysz. I nie ma cię, facet. Nie ma. Nie ma nawet czarnej pustki, bo nie istnieje już nikt, kto mógłby tę pustkę odczuwać. Po prostu błysk... Szach i mat. Wymazanie. Zadrżałem. Takie myśli zawsze uderzały mnie niespodziewanie. I zawsze w nocy. W świetle dnia rozważania o życiu i śmierci nie mają racji bytu. Dopiero, gdy zapada zmrok, bariery mózgu kruszą się pod naporem Rzeczywistości. Wtedy najlepiej skulić się, zacisnąć powieki i odpłynąć. Oddalić się. Zanieistnieć. A rano otworzyć oczy i o wszystkim zapomnieć. Niebezpieczne myśli – tak je nazywam, to odpowiednie określenie dla takich rozważań - zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły. Załomotał lodowaty wiatr. Orzeźwił mnie i otrzeźwił. Na ulicach miasta wiało pustką. Miałem praktycznie całe miasto dla siebie. Tylko, prawda, na chuj mi ono? Nie miało nawet porządnego kina. Skręciłem w jedną z uliczek. Moje nogi prowadziły mnie same, niemal bez udziału świadomości. Nic dziwnego – chodziłem po tych ulicach przez półtorej dekady. Kochałem to miasto. Czułem z nim łączność tak głęboką, że – gdybym poświęcił jakieś dwadzieścia lat na medytację i życie w głębokiej ascezie – mógłbym nauczyć się teleportować na jego terenie. Byłem częścią tego miasta, choć przesadą byłoby twierdzić, że znam każdy jego zakątek. Tego nie mógłbym powiedzieć nawet o swoim osiedlu. Nareszcie pekaesy. Rozejrzałem się, wzrokiem szukając Żmudzkiej. Zerknąłem na zegarek – za cztery szósta. Kątem oka złowiłem polonistkę. Zdążała właśnie w moją stronę. - Czemu się spóźniłeś? Jesteś gotowy? Umiesz wszystko? Ta jej maniera ciągłego zadawania pytań, na które nie chciała nawet słyszeć odpowiedzi zaczęła mnie już ostro wkurwiać. Należało jednak zachować spokój,
29

bo jakiekolwiek próby polemiki ze Żmudzką kończyły się zwykle spektakularną klapą. Nauczycielka zasypywała pechowego dyskutanta zlepkiem miałkich argumentów, pretensji i – a jakże! – pytań retorycznych. W takiej sytuacji można było tylko zgrzytać zębami i próbować przeczekać. - Jasne – odpowiedziałem. Standardowa odzywka do Żmudzkiej zwykle załatwiała całą sprawę. Wkroczyliśmy do busa. Ludzie, którzy wsiedli przed nami kłębili się w środku jak muchy w szklance. Wrażenie to potęgował ubiór większości pasażerów – szarobure waciaki i ciemne kurtki. - Jeden do Siedlec poproszę – rzuciłem w stronę kierowcy wraz z dziesięciozłotowym banknotem. Facet – krępy, gburowaty wąsacz – obrzucił mnie niechętnym spojrzeniem i pomylił się przy wydawaniu reszty. Głowę dam, że z premedytacją. W innym wypadku wykłócałbym się o każdy grosz, ale w tym momencie chciałem tylko usiąść. Mój dobry humor budzi się około godziny dziewiątej. Zresztą, były to tylko dwa złote. Zająłem miejsce przy oknie. Fotele pokryte były podziurawionym jak ser szwajcarski zgniłozielonym materiałem. Pod fotelem leżało coś paskudnego – starałem trzymać się od tego jak najdalej. Okno wyglądało jakby ktoś starannie opluł całą jego powierzchnię, po czym zostawił to tak na kilka miesięcy. Jakby tego było mało, kierowca zapuścił muzykę. Nie uruchomił jednak żadnej z popularnych stacji radiowych (to bym jeszcze jakoś przetrwał) ale coś, co po paru sekundach ze zgrozą zidentyfikowałem jako disco-polo. Wiele jest rzeczy, które mnie denerwują: fast food, komercja, kolejki w sklepach, bezdomne zwierzaki... To jednak pikuś w porównaniu z polską muzyką dyskotekową. Coś w tych kiczowatych, infantylnych rytmach, w tym przesłodzonym wokalu, w miałkich, głupkowatych tekstach sprawiało, że słuchanie disco polo było dla mnie gorsze niż najokrutniejsze chińskie tortury. Każda nuta, każdy takt wwiercał się w moją czaszkę, przebijał kolejne warstwy świadomości aż wreszcie docierał do samego rdzenia gdzie wybuchał jak supernowa. Po paru sekundach mój umysł zredukowany był do czegoś w rodzaju owsianki. Na ostatnich obrotach świadomości włożyłem drżącą rękę do kieszeni, gdzie spoczywał mój respirator – wyżebrana od Cichego empetrójka. Uruchomiłem ją i nałożyłem słuchawki. W moje uszy wsączyły się zbawcze dźwięki ambitnej elektroniki maestro Smolika. Odetchnąłem z ulgą czując się jak niedoszły topielec, który ostatnimi siłami wydostał się na powierzchnię. Ten pojebany kierowca mógł sobie katować pasażerów „rdzennie polskimi rytmami” – ja ustawiłem „L.Mine” Smolika na full volume i, odprężony, wyciągnąłem się w fotelu.
Feeling the sun kissing my face What a place can't replace, slow pace, no chase Just me being me and you being you And a lovely sunlight shinning through I know this to be the only way things should be Relaxed and free
30

Just you and me…

- Relaxed and free, just you and me… - zanucilem pod nosem. Właściwie, kto robi wokal w tym utworze: Mika Urbaniak czy Novika? Poza Smolikiem nie słuchałem elektroniki, nie miałem więc rozeznania. Wiem, że jedna z nich, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, która? Popatrzyłem w okno. Wyjechaliśmy już z miasta – przed oczyma mignęła mi zielona tablica z napisem „Łuków”. Ktoś pod spodem nasmarował markerem duży, lśniący dopisek „I CHUJ”. Wraz z upływem czasu i kilometrów krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie – zabudowania były wypierane przez gospodarstwa, te zaś z czasem ustępowały pola polom. Potem był las nasuwający skojarzenia z jazdą tunelem. I tak w kółko Macieju. Żałowałem, ze nie wziąłem sobie czegoś do czytania. Nudziłem się stokrotnie a przecież mogłem umilić sobie czas jakąś ciekawą lekturą – do diabła, nawet „Quo Vadis” byłoby lepsze od tej obezwładniającej nudy. Nie mając nic ciekawszego do roboty liczyłem domy we wsi, którą właśnie mijaliśmy. Czasem widziałem ludzi – patrzyłem na nich niczym na obcy gatunek, bo w istocie byli obcym gatunkiem. Owszem, znałem z widzenia kilku wieśniaków – moje gimnazjum leżało na peryferiach miasta, toteż chodziło do niego parę osób z okolicznych miejscowości – ale świat stałych bywalców dyskotek i słuchaczy techno i disco polo był dla mnie niczym terra incognita. Za oknem widziałem ten obcy, nieznany mi świat – umorusane dzieciaki ganiające się po podwórkach, kobiety rozwieszające pranie... Kosmos normalnie. W pewnym momencie złowiłem spojrzenie jednego z wieśniaków – na oko mojego rówieśnika. Nastoletni chłopak w brudnym, buroczerwonym, powyciąganym swetrze i ohydnie wyglądających, jasnofioletowych ortalionowych spodniach od dresu. Spod krzaczastych brwi spozierały wodniste oczy w których czaiła się dziwna tępota – jakaś mentalna nieporadność połączona z ociężałością umysłową. Wyglądało to bardzo niepokojąco i w głębi ducha cieszyłem się, że kontakt trwał tak krótko – bus popędził dalej. Nie zrozumcie mnie źle – nie miałem nic, absolutnie nic do ludzi ze wsi. Nie każdy mieszkający na wsi jest wieśniakiem, podobnie jak fakt egzystowania w mieście nie czyni z człowieka ziomala. Żeby daleko nie szukać – na moim osiedlu mieszka jeden wieśniak, choć urodził się i wychował w Łukowie. Nie szkodzi – był wieśniakiem i tyle. Nie chodziło o to, że słuchał disco polo (bo słuchał) ani że ubierał się zajebiście kiczowato (a tak się właśnie ubierał – jaskrawe, walące po oczach kolory plus przybrudzone szmaty rodem z PCK) ani nawet o to, że zaciągał przy mówieniu (bo zaciągał). Po prostu tkwiła w nim ta wieśniakowatość, to coś nieuchwytnego w wyrazie twarzy, w spojrzeniu, postawie, gestach i tembrze głosu. Bus zatrzymał się. Byliśmy na miejscu. Wychodząc posłałem kierowcy wiele mówiące spojrzenie. Wąsacz nie pozostał mi dłużny i spiorunował mnie spojrzeniem swych przekrwionych oczu. Siedlce w niczym, absolutnie w niczym nie przypominają Łukowa. W odróżnieniu od mojego ukochanego miasta Siedlce były po prostu brzydkim
31

miastem. Za to Łuków chował w sobie jakąś bezbrzeżną ohydę, coś na podobieństwo obmierzłego robaka toczącego wnętrze pięknego, soczystego jabłka. Jak najkrócej opisać Siedlce? Miasto, na które ktoś nadepnął. Tak to w gruncie rzeczy wygląda – pokruszone chodniki, powyginane bramy i krzywe, wypłowiałe na słońcu grafitti tworzyły wrażenie, jakby jakiś obłąkany olbrzym raz po raz przygniatał stopą to miasto. Od przystanku do szkoły, w której odbywał się konkurs dzieliło nas jakieś sześćset metrów. Na tych sześciuset metrach naliczyłem dziewiętnaście dużych i pięć małych dziur w asfalcie, ośmiu pedałów, jedenaście koszy na śmieci, dwie dobre wrzuty i sześć gównianych oraz jedną plamę krwi. Wreszcie stanęliśmy przed czerwonym, sześciennym budynkiem wyglądającym jak cegła w skali n:1 gdzie n=cholernie dużo. W środku było podejrzanie czysto. Nigdy nie miałem zaufania do lśniących czystością korytarzy. Przyzwyczaiłem się do zaplutych, otagowanych, obdrapanych ścian i podłogi, która wygląda jak zły sen pedanta. Czułem się tu dziwnie nieswojo. To dość zaskakujące – ostatni raz czułem się tak kilka lat temu w muzeum, gdy wdałem się w niepotrzebną dyskusję z kustoszem. Fagas wyraźnie szukał zaczepki i... Nieważne. Potem i tak przeprosiłem. Przy wejściu przywitał nas całkiem sympatyczny starszy gość , który okazał się dyrektorem szkoły. Nosił garnitur i długą brodę z tym, że garnitur na nim nie leżał, a broda była zmierzwiona, jakby przed chwilą skończył ciągnąć komuś laskę. Po standardowej wymianie uprzejmości facet – nazywał się Leski – oświadczył, że komisja jeszcze nie dotarła na miejsce i trzeba będzie poczekać pół godziny, po czym wskazał mi, gdzie mogę zostawić kurtkę i gdzie mam poczekać. Uśmiechnąłem się pod nosem i poszedłem do zaimprowizowanej szatni. Wisiało tam kilka innych kurtek, na oko o paręset złotych droższych od mojej. Pełen złych przeczuć poszedłem do klasy, w której czekała reszta uczestników. W chwili, w której pchnąłem drzwi we wnętrzu mojej głowy kołatała się jedna, ale za to bardzo wyraźna myśl: Nie chcę tu być. Potwierdziły się moje najgorsze przypuszczenia. W środku siedziało sześć osób – dwóch gości i cztery dziewczyny. Wszyscy ubrani w stylu, jaki popularnie określa się mianem „na galowo”. Obaj kolesie wyglądali jak faceci w czerni – z tym, że pierwszy nie był Murzynem, a drugi za chuja nie przypominał Tommy Lee Jonesa. Dziewczyny ubrane były w spódniczki i białe sweterki. Nie powiem – była to miła odmiana po widokach przedstawicielek płci żeńskiej z mojej szkoły – większość z nich ubierała się (i zachowywała) jak tanie dziwki. Zgromadzeni popatrzyli na mnie z niejakim zdziwieniem. Rozumiałem ich – ubrałem się w swoją zwykłą, ciemną bluzę i sprane dżinsy. Specjalnie na tę okazję się nie ogoliłem. Miałem w tym swój ukryty motyw. Nienawidziłem garniturów – są dla mnie symbolem największego upodlenia ludzkości. Są jeszcze gorsze niż mundury – w końcu mundur (wojskowy) zakładasz wbrew swojej woli.
32

- Siema – powiedziałem odrobinie niepewnie. Usiadłem na stole, plecami opierając się o ścianę. Pozostali patrzyli na mnie jak na przybysza z innej planety. Zignorowałem to i odpaliłem empetrójkę. Łagodna elektronika wypełniła moją duszę. Odprężyłem się i zacząłem obserwować moich przeciwników. Poza facetami w czerni – jeden niski i owłosiony, drugi grubawy ze skłonnością do pocenia się – były, jak już wspominałem, cztery dziewczyny. Siedząca najbliżej mnie miała twarz kompletnej idiotki – takiej, która ma średnią 5,0 ale jeśli zapytać ją, czy wpadnie na Sylwestra to odpowiada „No... A kiedy?”. Inna sprawa, że nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek chciał ją zapraszać na Sylwestra. Druga była najwyższą dziewczyną, jaką w życiu widziałem – miała chyba ze dwa metry z potężnym hakiem. Dwie ostatnie wyglądały nawet fajnie, tylko ta z kucykiem była odrobinę krowiasta. Ta ładniejsza – blondynka, ale bez śladów kretynizmu na twarzy - patrzyła na mnie chwilę dłużej niż pozostali, po czym, wyraźnie speszona, odwróciła wzrok. Po jakichś piętnastu minutach zjawił się Leski i zaprowadził nas pod sąsiednią klasę. Mieliśmy wchodzić pojedynczo, odklepać co swoje a potem usiąść na zaimprowizowanych miejscach dla publiczności (na którą składało się jury i nauczyciele, którzy przybyli wraz ze swymi pupilkami – w moim przypadku była to Żmudzka). Pierwszy został wywołany gruby garniturowiec. Pozostali – w tym i ja, od którego reszta wyraźnie wolała się trzymać z daleka – musieli czekać na zewnątrz. Przysiadłem na ławce tak, by widzieć recytujących (drzwi były otwarte) i na powrót uruchomiłem mp3. Tym razem zapuściłem Jamala - tak dla odprężenia i podładowania się pozytywnymi emocjami. Wrócił ten cały Leski i wywołał krowiastą. Wydłubałem z uszu słuchawki dokładnie w momencie, w którym zaczęła deklamować jakiś wiesz o leszczynie, który słyszałem po raz pierwszy w życiu. Przymknąłem oczy i w myślach powtórzyłem „swój” wiersz. Właściwie to wcale nie musiałem go wkuwać – przeczytałem go ze dwa razy i z niejakim zaskoczeniem stwierdziłem, że znam go na pamięć. I bardzo dobrze. Przydaje się czasem znać na pamięć jeden czy dwa wiersze – ot tak, dla szpanu. Wreszcie usłyszałem swoje nazwisko. Wstałem z ławki i ruszyłem w stronę drzwi. - Powodzenia – usłyszałem. Odwróciłem się zaskoczony. Blondynka – ta ładna – opuściła głowę i zarumieniła się. - Tobie też – rzuciłem z uśmiechem i, podbudowany, wszedłem do klasy. Prawie nie czułem tremy. Prawie – bo gdzieś tam w środku mały, włochaty potworek przebudził się i zaczął ocierać się o mój żołądek wywołując skurcze mięśni. Zacisnąłem zęby. Nie ma się czego bać. Powitały mnie oklaski. To nie było dziwne – poprzednia dwójka też dostała aplauz na wejście. Nie zaskoczyło mnie też, że oklaski raptownie się urwały. Popatrzyłem po twarzach publiczności. Wszystkie, co do jednej, wyrażały zdziwienie przemieszane z oburzeniem. Na scenie nie pojawił się kolejny sztywny, wciśnięty garnitur kujon jakiego spodziewali się tu zobaczyć, tylko brudny, zarośnięty renegat (lubiłem to słowo - „renegat” zawsze kojarzy mi się z ostatnim
33

sprawiedliwym na tym zgniłym, zdegenerowanym świecie). Uśmiechnąłem się pod nosem. Już na wejściu udało mi się wzbudzić w nich jakieś emocje. Pozytywne czy negatywne – nieważne. Na tym etapie istniała jeszcze pewna nieoznaczoność, którą mogłem obrócić na swoją korzyść. Przynajmniej nie było krępującej ciszy. Zgromadzeni zaczęli szemrać między sobą. Niemal widziałem, jak tworzą się pierwsze opinie i oplatają całe zgromadzenie niczym pajęcze sieci. Musiałem jak najprędzej temu zapobiec. Czego mogli spodziewać się po tak ubranym gościu – Białoszewskiego? „Do prostego człowieka” Tuwima? Któregoś ze współczesnych poetów? Tekstu rodem z hip-hopowego utworu? Niedoczekanie. Ukłoniłem się lekko i powiedziałem cichym głosem: - Wiersz Jacka Kaczmarskiego pod tytułem „Kazimierz Wierzyński” Wybrałem ten wiersz (będący jednocześnie tekstem jakiejś starej piosenki) z dwóch powodów. Po pierwsze – już na samym początku mogłem zaatakować nazwiskami nie jednego, a dwóch genialnych poetów. A po drugie... Po drugie, to naprawdę dobry wiersz. No to jedziemy, pomyślałem i zacząłem deklamować.
Kielich pór roku zgłębiając wielekroć Dotrzesz do Stanów Zjednoczonych Duszy Kiedy sprzeczności się ze sobą zetkną Jedno pragnienie nieodmiennie suszy: Zgubić za sobą ból gorycz i żal W ostatnim skoku w nieskończoną dal. Unieść się ponad spiekotę epoki Śmignąć ścianom dymów z jednego odbicia Przeskoczyć wieczność w jednym mgnieniu oka I pobić rekord świata w długości przeżycia Opaść w zaświecie jak świetlisty szal W ostatnim skoku w nieskończoną dal Szepty ucichły. Wszyscy w milczeniu patrzyli na obdartego (w porównaniu z innymi uczestnikami oczywiście) recytatora, który cichym, trochę zmęczonym głosem deklamował smutny, ale pełen mocy wiersz. W chwili, gdy pierwsze strofy opuściły moje usta znalazłem się poza tym wszystkim. Mówił ktoś zupełnie inny – ja tylko siedziałem w głowie tego kogoś i biernie obserwowałem jego poczynania. A w samym środku jest muzeum grozy Czarnych polonezów strojów i ustrojów Poustawianych w nierozumne pozy Jak płomieni języki zastygłe w podboju I nikt nie pojmie szeptu ciemnych sal W ostatnim skoku w nieskończoną dal
34

Zaświat to przecież - Kresy naszych marzeń - Rajów utraconych w dzieciństwie rubieże Gdzie z kapeluszem w ręku mówią Twarze - Miło Pana ujrzeć Panie Kazimierzu! Gdzie uroczyście trwa największa z gal W ostatnim skoku w nieskończoną dal...

Koniec. Finito. Niech ma będzie, co ma być. W tym momencie to byłem najprawdziwszy ja. Bez kłamstw, bez masek jakie zwykle przywdziewałem na wszelakie okazje. Po raz pierwszy w życiu tak się odsłoniłem. Oklaski - początkowo nieśmiałe, niepewne – zaczęły przybierać na sile. Klaskali nauczyciele, jury, uczestnicy. Klaskała ładna blondynka, która widziała mój występ przez otwarte drzwi. Owacje trwały o połowę dłużej niż u krowiastej i były dwa razy głośniejsze niż u faceta w czerni. Ukłoniłem się i zszedłem z zaimprowizowanej sceny. Usiadłem obok Leskiego, który z entuzjazmem uścisnął mi rękę. - Dobra robota! – oświadczył dziarskim głosem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Na scenę wkroczył drugi garnitur. Wbiłem się głębiej w krzesło, założyłem słuchawki i zapuściłem Smolika. Zrobiłem swoje, mogłem więc pozwolić sobie na całkowite olanie wszystkiego. Po garniturowcu przyszła kolej na tę olbrzymkę. Dziewczyna garbiła się i kurczyła w sobie, jakby całemu światu chciała wydać się mniejsza. Przesrane jest być takim wysokim. Było mi żal tej dziewczyny – ale nie dlatego, że Bóg w Swej nieskończonej mądrości obdarzył ją tak imponującym wzrostem, a dlatego, że wyraźnie się tego wstydziła. Powinna nosić głowę wysoko i patrzeć na wszystkich z góry. Powinna z uśmiechem ma ustach kpić z „konusów” i „kurdupli”. Westchnąłem. Ostatnio wzdychało mi się tak często, że zacząłem podejrzewać u siebie odmę płuc. Duża dziewczynka skończyła wiersz i – po dosyć niemrawych oklaskach ruszyła w stronę krzesełek. Usiadła pod ścianą, zapewne przyzwyczajona do tego, że zwykle zasłania innym widok. W kinach i teatrach – naturalnie, jeśli olbrzymka uczęszczała do takich przybytków – musiało to prowadzić do żenujących sytuacji. Na scenie pojawiła się kretynka. I wtedy, jak na złość, padła mi bateria. Elektroniczne dźwięki urwały się gwałtownie. Czułem się jak wykopany z mojego małego, intymnego matrixa. Sięgnąłem do kieszeni po zapasową baterię, ale ręka natrafiła na nieprzyjemną pustkę. Bateria została w kurtce, a kurtka – w szatni. Całe szczęście kretynka recytowała krótką fraszkę Kochanowskiego, więc katorga nie trwała dłużej niż minutę. Jako ostatnia wchodziła blondynka, więc przynajmniej będzie na co popatrzeć. Blondynka weszła i rzeczywiście było na co popatrzeć. Miała długie, gęste włosy i idealną figurę. Zazdrościłem jej chłopakowi – bo to, że ma kogoś było pewne. Taka laska po prostu nie mogła być samotna.
35

Dziewczyna ukłoniła się i rozpoczęła recytację. Już po pierwszych słowach rozpoznałem utwór.

Tygrys, tygrys w puszczach nocy Świeci blaskiem pełnym mocy. Czyj wzrok, czyja dłoń przelała Grozę tę w symetrię ciała? W jakiej głębi i przeźroczu Płonął ogień twoich oczu? Czy moc Jego w skrzydłach grała, Że dłoń płomień porwać śmiała?
Był to „Tygrys” Williama Blake’a. Znałem ten wiersz, bo widziałem go w komiksie „Wolverine. Origin” od Cichego („Super kurde story, ziom. Zajebisty komiks i tyle!”). Blondynka potrafiła recytować. Pewnie wygra. Kiedy skończyła, zacząłem klaskać. Po chwili dołączyła do mnie reszta publiczności. Potem wstał jeden z członków komisji – zwalisty facet uzbrojony w imponujący, sumiasty wąs – oznajmił, że mamy około dziesięciominutową przerwę. Tak powiedział – około dziesięciominutową. Wyrażenie śmierdziało oksymoronem, ale – co z zaskoczeniem stwierdziłem po dokładniejszej analizie nie było nim. Wyszedłem na korytarz w poszukiwaniu kibla. *** - ...A teraz przedstawimy wyniki. – zakończył Leski, po czym usiadł na krześle. Wstała za to szeroka kobiecina w okularach typu „denka od butelek” i oznajmiła: - Na wstępie chcielibyśmy podziękować wszystkim uczestnikom i ich nauczycielom. Zdecydowaliśmy się wyróżnić dwie osoby, które przejdą do kolejnego etapu. Pierwszą z nich jest... – zwiesiła głos, zapewne dla podniesienia dramatyzmu sytuacji – Andrzej Malicki z gimnazjum Nr 6 im. Jana Pawła II w Białej Podlaskiej oraz... Patrycja Grzeczyńska z gimnazjum numer 1 Łukowie. Zachęceni oklaskami wyszli – wyższy facet w czerni i blondynka – teraz wiedziałem, że ma na imię Patrycja. Ładnie. Cóż mogę powiedzieć? Czapki z głów i chwała zwyciężonym. Laureaci zaczęli odbierać liczne gratulacje. W ogólnym zamieszaniu – aczkolwiek było to zamieszanie powściągliwe i bardzo dystyngowane – wymknąłem się na korytarz. No i dupa. Nie wygrałem. Mimo, iż nie spodziewałem się niczego innego poczułem się oszukany. Oklaskiwali mnie. Podobało im się. Ale nie wybrali mnie. Byłem... Byłem zbyt prawdziwy.
36

W tym momencie niczego tak bardzo nie pragnąłem, jak znaleźć się z powrotem w swoim mieście, na swoim osiedlu, wśród swoich kumpli. Zerknąłem na zegarek. Świetnie się złożyło – powrotnego busa mamy za dwadzieścia minut. Ruszyłem w stronę szatni. - Zaczekaj – usłyszałem za sobą głos. Odwróciłem się. To była blondynka Patrycja. - A, to ty – powiedziałem – Gratulacje. Fajny wiersz wybrałaś. - Dziewczyna lekko się zarumieniła, ale nie opuściła wzroku. - Chciałam tylko powiedzieć... Że byłeś najlepszy. Naprawdę. - Dzięki – uśmiechnąłem się z przymusem. - I nie rozumiem, czemu nie wygrałeś – oświadczyła. Biedna, naiwna Patrycja. Nie rozumiała, że w takich konkursach nie nagradza się najlepszych – prym wiodą ci, którzy w maksymalnym stopniu spełniają oczekiwania ludzi takich, jak tamci zasuszeni przedstawiciele komisji, czy kim oni tam byli... Tak samo jest wszędzie. W telewizji, radiu, prasie... Daj sobie spokój, Filozof. Dokładnie w tym momencie postanowiłem sobie, że już nigdy więcej nie będę prawdziwy. Nigdy. - Mówi się trudno – powiedziałem po prostu. *** Było zimno jak diabli. Po opuszczeniu busa Żmudzka oświadczyła, że do końca dnia mam wolne i nie muszę już wracać do szkoły. Podziękowałem uprzejmie, pomijając milczeniem fakt iż mam jej pozwolenie głęboko w dupie – i tak nie miałem najmniejszego zamiaru iść do szkoły. Ruszyłem w stronę swojego osiedla. Czas wracać do domu.

37

Rozdział drugi Marazm
Rządzi nami pierdu-pierdu. Pierdu-pierdu w radiu, telewizji, gazetach, Internecie... Kiedy stoją nad tobą rodzice i usiłują moralizować, kiedy nauczyciel nużącym głosem wykłada temat o pierwiastkach, kiedy kumpel opowiada ci z entuzjazmem o swojej postaci w Tibii albo o nowym filmie akcji – to wszystko to pierdu-pierdu. Jaka jest definicja pierdu-pierdu? To wszystko to, co kompletnie cię nie interesuje, co masz głęboko w dupie, a co inni uważają za ważne, za istotne, za fundamentalne wręcz. Kiedy pierdu-pierdu wkracza do akcji, jesteś skończony. Nie możesz się bronić, nie możesz nawet uciekać, bo pierdu-pierdu ma miażdżącą przewagę liczebną – otacza cię ze wszystkich stron, jest przy tobie zawsze i wszędzie. W domu, szkole, na ulicach... Nawet gdy śpisz, przytłumione echa pierdu-pierdu nawiedzają cię w snach, wciąż kusząc, szepcząc, podżegając, doprowadzając do szaleństwa. Wyjrzałem przez okno. Zaczął sypać od dawna zapowiadany już śnieg. Zima wdarła się na nasze osiedle niczym nieproszony, ale z dawna oczekiwany gość. Po zetknięciu z ziemią śnieg zmieniał się z szarą, błotnistą breję. Zmrok zapadał tak wcześnie, że gdy zaczynałem lekcję po południu, to do domu wracałem po ciemku. Słowem, nie lubiłem zimy jak jasna cholera. Łapałem wtedy takiego doła, że łeb pęka. To pewnie przez ten brak światła. Leżałem na tapczanie bezmyślnie gapiąc się w sufit. W końcu wstałem i podszedłem do półki z książkami. Postanowiłem mimo wszystko przeczytać „Syzyfowe prace”. Tytuł trafnie odzwierciedla moje próby zaznajomienia się z tą książką. Lektury szkole – oto podręcznikowy przykład pierdu-pierdu. Dałem sobie siana po pierwszym akapicie.
38

Marazm. Fajne słowo. Ma taki wibrujący, jednostajny dźwięk. Maaaarrraaaazzzzzmmmmmmmm. Już samo brzmienie tego wyrazu sugerowało zastój i apatię. Tak właśnie się czułem. Zobojętniałem na wszystko. Nawet nie chciałem się zabić, bo tyle z tym zachodu... Czułem się, jakbym tonął w smole. Za marazmu (wspaniałe słowo, wspaniałe) wyrwał mnie dzwonek telefonu. Sięgnąłem po komórkę. Ogór dzwonił. - Joł. Czego? – rzuciłem w stronę słuchawki. - Joł. Kiju wczoraj wrócił do domu. Z tej okazji jest party u Fajka na chacie. Wbijasz? - Kiedy? - Najlepiej od razu. Zgarnij po drodze Cichego, to nie będę do niego dzwonił. - Zaraz będę – powiedziałem. Nareszcie coś się dzieje. Widzicie, Kiju – to skrót od Włóczykija – to wyjątkowy gość. Starszy brat Fajka, który po liceum nie poszedł na studia – choć średnią miał przyzwoitą, tak przynajmniej słyszałem – tylko wybrał życie obieżyświata i włóczęgi. Na jesień, zimę i kawałek wiosny wracał do domu i łapał się różnych dorywczych zajęć. Wiosną brał zaoszczędzoną kasę i ruszał w świat. Zwiedził już ładny kawałek Polski, przemierzając ją wzdłuż i wszerz. Kiedyś spytałem go, co ma zamiar robić, jak już zwiedzi całą Polskę. Oświadczył, że napisze książkę i zarobi kupę kasy. Szczerze w to wątpiłem, ale nie powiedziałem tego głośno. Kiju był w porządku, ale trochę zbyt łatwo się denerwował. Zarzuciłem kurtkę i wyszedłem na zewnątrz. Popatrzyłem w górę. Cichy mieszkał na czwartym piętrze, a mi nie chciało cię lecieć taki kawał na górę, skorzystałem więc z najstarszego sposobu komunikacji typu ziemia-blok. Przyłożyłem stulone dłonie do ust i ile sił w płucach zawołałem: - CIIII!!!-CHYYYY!!!! Zero reakcji, ale to było do przewidzenia – sam fatygowałem się do okna dopiero po drugim „sygnale” wychodząc ze słusznego założenia, że kto woła mniej niż dwa razy, temu pewnie aż tak bardzo nie zależy ergo sprawa nie jest ważna ergo nie ma co nią sobie dupy zawracać. Wrzasnąłem jeszcze głośniej: - CIIII!!!-CHYYYY!!!! Gdy przebrzmiało echo zgrzytnęły otwierane ramy okna i w polu widzenia pojawiła się łysa głowa skejta. - Czego mordę drzesz?! - Kiju wrócił! Idziesz do niego?! - Chwila! – zniknął we wnętrzu. Po chwili pojawił się znowu – Dobra, czekaj na mnie! Trzasnęła okiennica. Po paru minutach Cichy zlazł na dół. Na łbie miał tę swoją idiotyczną czapkę z daszkiem. Twierdził, jakoby przypominał w niej Eminema. Jak dla mnie wyglądał w niej jak jajko z jednej strony uwalone ciemnym gównem. Choć muszę przyznać, że w półmroku i odpowiednim oświetleniu Cichy istotnie przypominał Eminema. W półmroku i odpowiednim oświetleniu każdy
39

skejt przypomina Eminema. Jeśli jakiś skejt nie przypomina Eminema, to najprawdopodobniej nie jest skejtem, tylko - Filozof... – zaczął niepewnie Cichy, gdy mijaliśmy spożywczy. - Co? - Ty w ogóle dużo książek przeczytałeś i tego... No... Cholera, pomyślałem. Zaczyna się. - No i co? - Bo widzisz, moja siostra czyta Harry’ego Pottera. A jej siostra na religii mówiła, ze jak ktoś czyta Harry’ego Pottera to ma grzech ciężki i musi się z tego spowiadać. I ona teraz nie wie czy czytać. Cholera, czemu zawsze mi zadaje się takie pytania? Skąd ja mam w ogóle to widzieć? Zresztą – sprawa miała drugie dno. Ucząca w naszej szkole siostra Krystyna – zwana Krzyżakiem – była największą fanatyczką religijną, jaką znałem. Dość powiedzieć, że przez pół roku nie wpuszczała Marchewy na religię i publicznie oświadczyła, że zrobi wszystko, by nie dopuścić rudego satanisty do bierzmowania. Żeby nie było niedomówień – mówiąc o Marchwie i jego kumplach „sataniści” nie mam na myśli takich prawdziwych czcicieli szatana, a wszelkiej maści metalów i innych podobnych – przeważnie wzorowych katolików, których co tydzień w niedzielę dojrzeć można na mszy świętej. Czarna Wdowa (alternatywna ksywka siostry) najwyraźniej nie mogła pojąć tego prostego faktu i nałożyła na Marchwiaka i jego kumpli prywatną ekskomunikę. Zastanowiłem się. - Powiedz Karolinie, że to nie grzech. - Ale siostra Krzyżak... - Do cholery, komu bardziej wierzysz – mi czy jej? - Tobie, ale... - Słuchaj – chciałem jak najszybciej zakończyć tę dyskusję – Czytałeś tę książkę? - No tak... - Straciłeś przez nią wiarę? Zacząłeś rzucać czary, zaklęcia, et cetera? - Czary i zaklęcia nie, ale co to, kurwa, jest ekcetera? - Nieważne – machnąłem ręką – A twoja siostra to inteligentna dziewczyna jest i powiedz jej, żeby pluła na Czarną Wdowę, bo to niebezpieczna wariatka. Zamknąłem się wreszcie. Ogór przez chwilę też nic nie mówił. - Filozof... - No? - Dzięki. W milczeniu doszliśmy pod blok Fajka. ***

40

Włóczykij nie zmienił się od naszego ostatniego spotkania – pięć miesięcy temu. Facet wciąż nosił niechlujny zarost i ubierał się w stylu militarnym – bojówki plus czarny T-Shirt. Obrazu dopełniała zwykle wytarta torba podróżna i czerwona chusta zakrywająca ciemne, kędzierzawe włosy, ale – rzecz jasna - w mieszkaniu tych atrybutów nie nosił. Słowem, Kiju był typem „harcerza-indianina”. Od typowego harcerza odróżniał go tylko brak charakterystycznego mundurka. Mieszkanie w którym bytował Kiju różniło się od innych mieszkań jedną rzeczą, której postronny obserwator mógłby nie dostrzec nawet po kilkunastu wizytach w tym przybytku. Mianowicie – w kuchni i w pokoju Fajka mogliśmy zaobserwować fascynujące zjawisko żółtego sufitu. Z winy Fajka oczywiście. Fajek – albo Pet albo Szlug albo Papieros – był największym palaczem jakiego znałem. Wypalał chyba po pięć paczek dziennie. Legenda głosi, że jakby mu odessać smołę z płuc, to można by nią na nowo wybetonować całą ulicę Międzyrzecką. Dwa razy. - A najgorzej było, jak spałem w stogu i rano nakrył mnie gospodarz – opowiadał Włóczykij – Spierdalałem w samych gaciach. Wszyscy ryknęli głośnym śmiechem. Impreza była dość drętwa, do czasu aż wjechała długo oczekiwana skrzynka piwa. Potem rozkręciło się. Potem rozkręciło się jeszcze bardziej i Fajek musiał pójść po mopa. Co najdziwniejsze, pierwszy na pysk poleciał Dżordan – ziom, o którym rzec, że ma łeb z mosiądzu to grube niedopowiedzenie. Swoim zwyczajem nie piłem, tylko wyciągałem od – lekko już zawianego – Peta, gdzie się podziali jego starzy. Okazało się, że pojechali na jakąś delegację czy coś w tym rodzaju i wrócą dopiero jutro po południu. Mieli więc wolną chatę tylko dla siebie. Tak powiedział: „Mamy wolną chatę tylko dla siebie”. Tak się szczęśliwie zbiegło z powrotem Kija, że impra była nieunikniona. Powiedziawszy to Fajek uznał, że wyczerpał już temat i sięgnął po szluga. Oprócz niego palił też Ogór, Dżordan i Weget tworząc kaszlący i dymiący tercet. - A co tam u was się działo, jak mnie nie było? Jakieś ewenty? – siedząc na podłodze po turecku z butelką w jednej ręce i torebką chipsów w drugiej Kiju zahaczył wreszcie o jakiś konkretniejszy temat. - Kojarzysz Renatę z mojego bloku? – nieoczekiwanie odezwał się Ogór. Wszyscy zamarli. Wegetowi szlug wyleciał z mordy i zaczął wypalać dziurę w dywanie. - No. Co z nią? - Nie żyje. Przedawkowała. I cały imprezowy nastrój diabli wzięli. Bo wszyscy lubili Renatę, choć wiedzieli, że bierze. Była ewenementem na skalę osiedlową, bo na naszym osiedlu – przynajmniej z tego, co wiem – nikt inny nie brał narkotyków. Ani twardych, ani miękkich. Dilerzy nie kręcili się po naszych ulicach namawiając dzieci to kupowania „cukierków”, na imprezach był alkohol i papierosy, ale nie narkotyki. Na naszym osiedlu nigdy nie było narkotyków. Nigdy. Kiju opuścił głowę.
41

- Szkoda – podsumował cichym głosem i pociągnął z butelki. Takie epitafium dla Renaty, to jednak było odrobinę za mało. Tym niemniej – to przecież impra, a nie stypa i moim zdaniem Kiju bardzo dyplomatycznie wybrnął z sytuacji. Gdyby zaczął się zanadto rozczulać (co często zdarza się ludziom na tym etapie picia, na którym znajdował się właśnie Włóczykij) do końca party wszyscy mieliby totalnie zjebany humor. Z drugiej strony, gdyby zupełnie to zignorował, to byłbym pierwszym, który by wyszedł i trzasnął drzwiami. No, może zaraz po Ogórze. Wyszła cała skrzynka. Walka o ostatniego browara toczyła się między Wegetem a Fajkiem. Dżordan leżał gdzieś nieopodal i orbitował, mrucząc coś do siebie. Na twarzy miał niepokojący, zielonkawy kolorek. - Stary, co jest? – zapytałem z lekką obawą w głosie – Zatrułeś się czymś, masz wszywkę, czy co? A może ten browar jakiś przeterminowany? Ziom wzruszył ramionami, po czym gwałtownie chwycił się za usta i wybiegł do toalety. Spojrzałem na Ogóra. Ten pokręcił głową i na powrót zajął się swoim szlugiem. Ruszyłem do kibla, kierując się odgłosami wymiotów. Otworzyłem drzwi. Dżordan oburącz obejmował muszlę klozetową i obficie do niej rzygał. Chwiał się przy tym tak, że mało nie wpadł do środka. Kiedy skończył, popatrzył na mnie półprzytomnie znad krawędzi deski. - Od rana tak się czuję – wybełkotał, podnosząc się niepewnie. W końcu stanął prosto, po czym pośliznął się na dywaniku, głową uderzając o kant pralki. Padł na podłogę z głośnym łomotem. Leżał na plecach, opierając spocone czoło o ramię. - W porządku? – spytałem, pochylając się nad nim. Dżordan obdarzył mnie mętnym spojrzeniem jednego okna – drugie zakrywał przedramieniem. - Spierdalaj – powiedział niewyraźnym głosem. Usiłował wystawić środkowy palec, ale na chwilę obecną przekraczało to jego możliwości manualne. Jakim cudem on się urżnął, pomyślałem. Przecież dopiero co wyrzygał wszystkie procenty. - Spierdalaj – powtórzył. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do pokoju. - Co z Dżordanem? – zapytał Weget, wściekle grzebiąc w paczce chipsów. - Śpi przytulony do muszli klozetowej. Popatrzyłem na zegarek. Dochodziła jedenasta. - Czas do domu – oświadczyłem, wstając. Miałem już dość tego smrodu papierosów i alkoholu. Miałem już dość gapienia się na rzygowiny, fekalia i inne tego typu rzeczy. Co za dużo, to niezdrowo. - Wpadnij jutro po południu – powiedział nieoczekiwanie Kiju – Muszę z tobą o czymś pogadać. - Dobra – przybijając piątkę ze wszystkimi ziomami po kolei – Uważajcie na Dżordana, może mieć jeszcze niezłe jazdy. Z kibla wydobył się przytłumiony skrzek. - A nie mówiłem? – rzuciłem retorycznie i zamknąłem drzwi. Szybko zbiegłem na dół i z ulgą odetchnąłem świeżym powietrzem. Od razu przestała mnie

42

boleć głowa. Jeszcze dziesięć minut w tym pierdzielniku i Dżordan musiałby podzielić się ze mną klozetem. Myślałem, że dziś nie spotka mnie już nic wartego wspomnienia – że pewien dzienny limit wydarzeń już się wyczerpał. Kiedy mijałem kolejny blok, zauważyłem leżący na chodniku jasny, pękaty przedmiot. Obok coś syczało i się paliło. - FILOZOF, KURWA!!! WYPIERDALAJ STAMTĄD!!! Rzuciłem się w stronę, z której dobiegał głos – ktoś kulił się za ławką, nieopodal. Mimo panującego mroku, rozpoznałem tego kogoś. Był to Leszek, zwany Piromanem albo Bombardierem. - To tu się wy...? – zacząłem i wtedy pierdolnęło. Pierdolnęło głośno, jasno i mocno. Odłamki asfaltu i kostki brukowej zaczęły bębnić o deski ławki i rykoszetować wszędzie wokół nas. Spory kawałek krawężnika przeleciał mi nad głową i wylądował idealnie w kuble na śmieci. Nie ściemniam – walnął centralnie w krawędź i wpadł do środka jak piłka do kosza. Coś puknęło i zapadła cisza. Wszędzie latały drobinki kurzu. W bloku zaczęły zapalać się światła, a ludzie wyglądali na zewnątrz przez okna. - Piroman! Do końca cię pojebało? – zawołałem i z przerażeniem spostrzegłem, że nie słyszę swojego głosu. Ani jakiegokolwiek innego. Usta Bombardiera uformowały się w bezgłośne „Co?”. Potrząsnąłem łbem. Dźwięki zaczęły powracać – początkowo krótkie i urywane, jak z zepsutego radia. Po paru chwilach wszystko wróciło do względnej normy – tylko ciągle miałem wrażenie, że moje uszy są gęsto wypchane watą. Ludzie zaczęli wychodzić z bloku. To była, zdaje się, najlepsza chwila, żeby się ulotnić. Najwyraźniej Piroman też tak myślał. - Chodź – powiedział nienaturalnie podniesionym głosem i złapał mnie za ramię. Strząsnąłem z siebie jego rękę i pobiegłem w ślad za nim. Kilka ulic później złapałem go za fraki i cisnąłem o upstrzony grafami mur. - Czyś ty, kurwa, do reszty rozum postradał? Przecież jebnęło tak, że pewnie nas nawet na Chącińskiego słyszeli. Do końca cię już popierdoliło? Tam mogły się bawić dzieci! Leszek wił się jak piskorz, usiłując wyrwać mi się i uciec. - Właśnie dlatego detonowałem wieczorem! Przecież nic się nie stało, kurwa. Filozof, puszczaj, no! Puściłem. Bombardier odsunął się ode mnie i kilkoma ruchami wygładził kurtkę. Zdjął czapkę i pomacał się po nieestetycznie rozczochranym łbie. - Co to w ogóle było? – zapytałem już łagodniej. - Proch. Nasypałem do butelki po Coca Coli. Lont zrobiłem z pokruszonych łebków od zapałek i... - Daruj sobie techniczne szczegóły – zamilkłem na chwilę – To była dwulitrowa butelka? - No – powiedział Leszek z entuzjazmem – Nieźle jebnęło, co nie?

43

- Tak – pokiwałem głową – Nieźle jebnęło. Ale jeśli jeszcze raz wykombinujesz coś takiego, to przysięgam, ja też cię nieźle jebnę. Zrobię ci z dupy Perl Harbor. A teraz spierdalaj. Piroman łypnął na mnie niechętnym wzrokiem i odszedł, mrucząc coś pod nosem. Usłyszałem coś w rodzaju „...dolony skurwys...” i gość zniknął w mroku. Westchnąłem i skierowałem się do swojego bloku. Jurek Piroń od zawsze zdradzał niezdrowe zainteresowanie materiałami wybuchowymi. Swoją pierwszą bombę z butelki i prochu sporządził w wieku lat jedenastu. Do dziś na klatce schodowej widać charakterystyczny ciemny ślad. A gdyby ktoś przypatrzył się naprawdę uważnie, może nawet dostrzegłby w centrum jaśniejszą plamę w kształcie kota. Nie powiem, by ktokolwiek lubił Leszka, ale jako że miał dużą wiedzę z dziedziny chemii i fizyki i chętnie dzielił się z nami tą wiedzą na sprawdzianach, był tolerowany. Kiedy wróciłem, szum w moich uszach prawie już ucichł. Ciągle jednak miałem wrażenie, że wszystko wokół się trzęsie. Pewnie moje gałki oczne wpadły w rezonans. Bez zbędnych ceregieli uwaliłem się na niepościelone łóżko. Po jakichś dziesięciu minutach wstałem i powlokłem się do łazienki. Napuściłem wodę do wanny i rozebrałem się, po czym z uczuciem ulgi zanurzyłem się w gorącej wodzie. Cisza. Spokój. Nikt nie wrzeszczy, nikt niczego nie wysadza, nikt nie rzyga. Całe to szaleństwo zostało tam, na zewnątrz. Ja leżę tu w ciepłej, wodzie, nacieram się pachnącym mydłem i mam to wszystko głęboko w dupie. Bardzo głęboko w dupie. Tak głęboko, że w zasadzie górna część zahacza jeszcze o jelito cienkie. W zasadzie mógłbym tak leżeć aż do usranej śmierci – dopóki woda nie ostygnie i rozkosz nie zmieni się w chłodne piekło niewygody. Dopóki piana na całym ciele nie wyschnie i nie zacznie drapać. Dopóki skóra nie wchłonie wody i nie zacznie nabrzmiewać i marszczyć się... Tak, tak, moi drodzy – Każdy raj prędzej czy później zmieni się w piekło. Nie ma czegoś takiego, jak wieczne szczęście. Nie ma. Wstałem, wytarłem się ręcznikiem i ruszyłem do swojego pokoju. Wywlokłem pościel z olbrzymich szuflad pod łóżkiem. Rzuciłem to wszystko na przysłowiową kupę i padłem na nią jak ścięte drzewo. *** Dzień zaczął się tak dobrze, że niemal od razu wzbudziło to moje podejrzenia. Na dworze panował rześki, szczypiący mróz. W radiu, którego słuchałem przy śniadaniu, nie doniesiono o żadnym wypadku, aferze czy innym molestowaniu seksualnym. Nawet Cyklop, który zawsze rano grzebał w śmietniku gdzieś zniknął. Od razu wiedziałem, że coś w końcu musi strzelić. Okazało się, że Dżordan. Wczorajsza impreza odcisnęła na nim bardzo głębokie piętno. Do tego na jego łysym łbie wykwitł olbrzymi guz. - Naparzał się z kimś, czy jak? – spytałem Ogóra. Graficiarz uśmiechnął się.
44

- Dziwna sytuacja. Trochę po tym, jak wyszedłeś, Dżordan zaczął coś bełkotać w kiblu. Poszliśmy tam, a on leżał z głową pod umywalką. To Kiju się go pyta „Kurwa, co z tobą?” i wtedy... Jak coś nie pierdolnie! Coś jebnęło na ulicy, jakby bomba jakaś... A Dżordan ze strachu się szarpnął do góry i zapierdolił łbem w umywalkę. - To Piroń coś wtedy odpalił – wyjaśniłem – Byłem przy tym. Jak chcesz, to możesz się przejść do niego na osiedle i obejrzeć dziurę w chodniku. - Ale zjeb – podsumował Ogór – Kiedyś się, kurwa, doigra. Zobaczysz. Sam się kiedyś, kurwa, wysadzi. Wzruszyłem ramionami. - Możliwe – nie chciało mi się drążyć tematu. Ostatnio nic mi się nie chciało. Marazm wdał się w moje życie na podobieństwo powolnie zabijającej choroby. Stałem się ociężały, zgorzkniały i wyalienowany jeszcze bardziej niż zwykle. Kolejna nudna lekcja historii. Nauczycielka smęciła tak, że nie było w klasie ani jednej osoby, która by siedziała prosto w ławce – wszyscy demonstrowali rozmaite warianty pozycji, jakie można przybrać, siedząc na twardym krzesełku przed drewnianą ławką, takie jak na przykład „śpioch” (leżeć na ławce z twarzą ukrytą w ramionach), „luzak” (bujać się na tylnych nogach krzesła, plecami opierając o ławkę), „serpentyna” (zjechać pośladkami na samą krawędź krzesła i oprzeć kark o szczyt oparcia) albo „styrany robotnik” (oprzeć plecy o ścianę i wyciągnąć nogi jak najdalej przed siebie, opierając je na piętach – wariant tylko dla wąskiej grupy szczęśliwców siedzących przy ścianie). Wyglądało to groteskowo, jakby całą klasę powaliła jakaś epidemia. Bo i istotnie, była to epidemia – pierdupierdu to najgorszy wirus, jaki można sobie wyobrazić. Tu występował niemal w dawce śmiertelnej, redukując potencjał intelektualny do liczby jednocyfrowej. Czułem się jak żywy trup. Byłem żywym trupem. - ...wykorzystując kapitulację Poniatowskiego wobec Rosji i przejęcia rządów w tym kraju przez targowiczan – 25 października 1792 Fryderyk Wilhelm II domagał się wcielenia Wielkopolski do Królestwa Prus. Sugerował, jakoby miał być ona ekwiwalentem... Kogo to, kurwa, interesuje? Czemu mam wysłuchiwać tego steku bzdur i gazu bagiennego, którym jara się jakieś zero przecinek zero, zero, zero, jeden procent społeczeństwa? A jeśli już muszę – czy nie może to być podane w jakiś przystępniejszy, choć trochę ciekawszy sposób? Złość na głupotę ludzkości na chwilę wyrwała mnie z marazmu. Podniosłem się z pozycji „śpiocha” i z poirytowaniem popatrzyłem na nauczycielkę. Jej olbrzymie, przypominające oprawione dwa denka od słoików, okulary upodabniały ją do jakiegoś olbrzymiego owada rodem ze złego snu. W tym momencie, jak jeszcze nigdy przedtem, miałem ochotę pierdolnąć czymś w ten ryj, tak pięknie symbolizujący cały system nauczania. Bezsilnie zacisnąłem pięści. Gdybym to zrobił – piórnik, długopis, nawet plecak – amunicji mi nie brakowało – najprawdopodobniej wywaliliby mnie ze szkoły. Byłem przecież „Jednym z Nich”, byłem w „grupie śmierci”. Każdy mój wybryk – zwłaszcza taki – mógł się dla mnie skończyć tragicznie. Perspektywa wywalenia ze szkoły była dla mnie przerażająca. Niezależnie od tego, jak złe i ile
45

ma wad – gimnazjum nr 2 w Łukowie było częścią mnie tak samo, jak moje osiedle czy całe miasto bez mała. Nie mogłem sobie wyobrazić, że nie jestem uczniem tej szkoły, tak jak nie mógłbym sobie wyobrazić, że nie jestem łukowianinem. Na dobre i złe, to było moje życie. Podobnie jak ja, myśleli wszyscy. Powtarzanie klas było powszechne, ale usuwanie uczniów ze szkoły... Owszem, zdarzało się. ale to były pojedyncze przypadki. Socjopaci i skrajni debile, którym nie zależało. Mi zależało. Trochę. No dobra - bardziej, niż trochę. Zadźwięczał upragniony dzwonek. Złapałem plecak i pierwszy ruszyłem w stronę drzwi, nie oglądając się na nikogo. Naraz poczułem ostry ból w potylicy. Obejrzałem się z irytacją i napotkałem złośliwe spojrzenie Roli. Jakub Rola gapił się na mnie bezczelnie, podrzucając w ręku kawałek kredy. Nikt nie lubił Roli. Było w nim coś tak obrzydliwego – zarówno w postawie jak i charakterze – że z trudem powstrzymywałem się przed puszczeniem gęstego pawia na ten jego zapluty, piegowaty ryj. Nikt, kto tak wygląda i ma jednocześnie średnią 4,8 nie może budzić sympatii. Z higieną było u niego gorzej, niż źle. Z pewnością znacie ludzi, obok których nikt nie chce siedzieć. Rola generował wokół siebie swoiste pole ochrony – w miarę możliwości wszyscy trzymali się od niego tak daleko, jak to tylko było możliwe. Ludzi wkurwiało jego wredne zachowanie – podstawianie nóg, zwijanie z ławki różnych drobiazgów – i, co gorsza, regularny łomot, jaki spuszczali mu ziomy zdawał się tylko go nakręcać. Nieważne, ile razy robiono mu spłuczkę, rozkwaszano nos czy kopano w jajka – on wciąż się podnosił i wracał do wykonywania swej świętej misji uprzykrzania życia innym ludziom. To był zwykły dręczyciel. Gdyby był większy i silniejszy, stałby się najgorszym koszmarem wszystkich szkolnych oferm i ciot. Jestem pewien, że w dzieciństwie Rola znęcał się nad małymi zwierzątkami. Nie wiem, co go tak napędza. Nie rozumiem, kurwa, takich ludzi. Jak byłem mały, to dokarmiałem pewnego bezpańskiego psa. Trzy dni. Czwartego dnia znalazłem psa na osiedlu. Zdechłego. Ktoś wbił mu w żołądek drewniany, naostrzony kołek. Nie rozumiem takich ludzi. Wyszedłem, nie zwracając uwagi na Rolę. I tak ktoś go przekopie. I tak nic to nie da. Gość posmęci trochę, poużala się nad swoim parszywym losem, a następnego dnia podstawi komuś nogę albo nacharcha do napoju. Pewni ludzie nigdy się nie zmienią. Byłem w drodze do sklepiku, kiedy zadzwonił telefon. Jako, że rozmowa na zatłoczonym korytarzu była niemożliwa, zboczyłem do kibla, gdzie było w miarę cicho. Dopiero tam zerknąłem na wyświetlacz. Dzwonił Fajek. Nie potrafiłem się domyślić, co też Szlugu może ode mnie chcieć. Owszem, był moim ziomem, ale utrzymywaliśmy raczej chłodne stosunki. Wiecie jak to jest – czasem ma się dobrych kumpli, którzy mieszkają na drugim końcu osiedla, a zdarza się i tak, że kompletnie nie znasz swoich sąsiadów. Nie jest tak, że wszyscy się znamy, lubimy i kochamy. Z gościem, który mieszka nade mną nie rozmawiałem chyba nigdy w życiu, mimo, że zarówno on jak i ja mieszkaliśmy tu od urodzenia. - Ta? – zapytałem przekładając słuchawkę do ucha. - Joł, Filozof – usłyszałem. Nie dzwonił Fajek, tylko Kiju, z telefonu Fajka.
46

- Joł, Kiju – rzuciłem, odsuwając się od drzwi kibla i robiąc miejsce jakiemuś gościowi, który poczuł palącą potrzebą skorzystania ze sracza - No, co jest? - Mógłbyś dziś wpaść? Bo musimy pogadać. Westchnąłem pod nosem. Domyślałem się, o czym chce rozmawiać Włóczykij. O tym, o czym ja rozmawiać nie miałem najmniejszej ochoty. - Przyjmijmy, że nie mam czasu – odparłem. - Przyjmijmy, że jesteś gościem, który zawsze ma czas. - Przyjmijmy, że jestem umówiony z dziewczyną – spróbowałem. - Przyjmijmy, że doskonale wiem, iż nie masz dziewczyny. - Przyjmijmy, że... – zawahałem się i zamilkłem. W końcu parsknąłem w słuchawkę. - Dobra – oświadczyłem – O siedemnastej kończę lekcje. Będę po osiemnastej. Przypasuje? - Przypasuje. Dzięki, Filozof. Nara. Trzymaj pałę równo. - Spierdalaj – rzuciłem z uśmiechem i rozłączyłem się. W dupę jeża. Nie mam ochoty gadać z Kijem. Nie, żebym coś do niego miał. Wręcz przeciwnie – był inteligentnym i zajebiście wyszczekanym gościem. Ale... Po prostu wiedziałem, o czym będzie chciał rozmawiać. No nic. Obiecałem i pójdę. Mogłem, oczywiście, olać całą sprawę, jednak nie byłoby to najmądrzejsze posunięcie. Włóczykij cieszył się na osiedlu – i nie tylko na osiedlu – dużym szacunkiem. Objechał w wzdłuż i wszerz chyba całą Polskę ale nie zatracił swojej „łukowskości”. Nawet, jeżeli znikał z miasta na pół roku, to po powrocie zawsze odwiedzał starych kumpli, dawno niewidziane miejscówki, zaliczał nasze gimnazjum (kiedyś to było jego gimnazjum) i kilka innych, ważnych miejsc. Był u siebie. Tu był, kurwa, jego dom. Zostałem na wszystkich lekcjach. Nawet na historii, choć miałem mały kryzys na przerwie przed tą lejbą. Tak mi się nie chciało siedzieć w szkole i wkuwać trzeci rozbiór Polski, że zdecydowałem najzwyczajniej w świecie spierdolić. Zrozumcie mnie – była środa, ostatnia lekcja i to druga historia na dodatek. Jakby tego było mało, miałem tego dnia na drugą zmianę. Jestem zwolennikiem teorii głoszącej, że po szesnastej za chuja nie idzie się czegokolwiek nauczyć. Mózg zatrzaskuje drzwi i wywiesza w oknie kartkę z napisem „NIE MA MNIE, WRÓCĘ JUTRO RANO”. Byłem już w połowie drogi do szatni, gdy wpadłem na Wegeta. Wpadłem dosłownie i w przenośni – wyszedłem zza rogu korytarza i zderzyłem się z poirytowanym skejtem. Facet był w wyjątkowo parszywym humorze, nawet jak na jego wygórowane standardy. Gdy mnie ujrzał, to najpierw charchnął i siarczyście splunął do kąta, po czym rzucił kunsztowną wiązanką, w której przewijały się takie słowa, jak „zjeb”, „chuj”, „poperdoleniec” gęsto poprzetykane pospolitymi, nudnymi niemal „kurwami” i, nieco lżejszymi, „cholerami jasnymi”. Całość tworzyła niesamowitą kompozycję, etiudę, uwerturę wręcz. Solowy koncert godny Paganiniego czy Mozarta. Śmiejecie się? A czy ktokolwiek z was wymyśliłby tak piękną i poruszającą linię melodyczną, jak ta, którą tworzą słowa: „Ty chuju jebany, pierdolony, za kutasa wywleczony”? W ustach Wegeta przekleństwa
47

nabierały dziwnie dostojnego i patetycznego brzmienia. Ten facet potrafił deklamować. Powinien był pojechać na ten konkurs recytatorski zamiast mnie. - Skończ już – przerwałem mu, bo nawet najpiękniejsze requiem kiedyś w końcu się znudzi. To tutaj słyszałem średnio osiem razy dziennie. Ostatnio nawet częściej. - To, kurwa, uważaj, jak chodzisz, ty chuju – warknął i poszedł w swoją stronę. Normalnie powinienem zapytać, co go tak wnerwia, ale w przypadku Wegeta odpowiedź z pewnością brzmiałaby „Takie, kurwa, pytania”. Tak to już z nim było. Tymczasem zadzwonił dzwonek. Normalnie bym to olał i poszedł do domu, ale traf chciał, że obok kręcił się dyrektor – znany i nielubiany imć Kotanowicz. Nie miałem takiego tupetu, by spierdolić na oczach dyra. To by było chamstwo, a ja nie byłem chamski. Przeważnie. Byłem więc zmuszony iść na historię. I chuj. Prześpi się te czterdzieści pięć minut. Ostatecznie nie był to koniec świata. Nic się przecież nie stanie. Tylko, prawda, wynudzę się jak cholera, ale... Lekcja była piekłem. Zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda piekło? Jakoś nie przemawiają do mnie średniowieczne wizje przesyconej siarką czeluści, czy wynaturzone wizje Dantego. Prawdziwe Inferno to silnie oświetlone pomieszczenie, w którym trzydzieści osób nawet nie próbuje udawać, że słucha tego, o czym mówi nauczyciel. Klasa brzęczała niczym rój pszczół, a ja siedziałem w tym zgiełku i hałasie, przekrwionymi oczyma obserwując, jak nauczycielka bezskutecznie usiłuje zwrócić na siebie uwagę. Czułem się jak w jakimś domu wariatów i trochę jak w Ministerstwie Miłości z „Roku 1984” Orwella. Usiłowałem zamknąć umysł i skupić się na szybko schnących zaciekach na tablicy. Byłem głodny i bolała mnie głowa. Trochę też chciało mi się rzygać. Grucha wrzeszczał coś niedaleko mnie. Ogór wściekle rył cyrklem w powierzchni ławki, tworząc piękną płaskorzeźbę w kształcie kutasa. Powróciła mi ochota, by się zabić. Światło z lamp na suficie wymiatało z sali wszystkie cienie. Powróciła wizja „poczekalni” w Ministerstwie Miłości. Chyba zbyt dużo Orwella, pomyślałem, patrząc, jak spocona twarz Gruchy z wolna zaczyna upodabniać się do świńskiego ryja. Zdecydowanie za dużo. Z tej otchłani szaleństwa wyrwał mnie dzwonek. Kara się skończyła i potępieniec może zstąpić do Czyśćca. Co? Niebo? Nie wiem nic o Niebie. Szatnia ma w sobie coś ostatecznego. Tu wszystko się zaczyna i tu właśnie się kończy. Puste, smutne rzędy wieszaków tworzyły dziwne, pełne nostalgii wrażenie. Mimo, iż – jak każdy drugoklasista – miałem swoją przydziałową szafkę, to i tak wolałem zostawiać kurtkę i buty w szatni. Szafkę miałem na piętrze, a nie miałem najmniejszej ochoty taszczyć swoich czterech liter na górę i znosić klamoty z powrotem na parter. Szatnia była wygodniejsza. No, i odpadało ryzyko

48

zgubienia kluczyka i, tym samym, żenującej sytuacji, gdy wybłaganym od konserwatora pilnikiem włamujemy się do własnej szafki. Odwykłem od noszenia ciężkiej, krępującej ruchy, kurtki. Jesień była w tym roku wyjątkowo łagodna, ale zima zapowiadała się naprawdę ostra. Normalnie Epoka Lodowcowa. Przyprószone śniegiem ulice były naprawdę piękne. Zwłaszcza, ze ciemność, granatowy zmrok, który panował już od siedemnastej, ukrywał nadnaturalną brzydotę miasta. Płatki śniegu leniwie tańczyły w poświacie latarni, a zimno chlastało po twarzy. Ruszyłem w stronę domu. Po drodze mijałem osiedla, sklepy, bloki, jeden zakład pogrzebowy i jeden cmentarz. Gdy byłem już pod Małą Jedynką, dobiegł mnie dziwny dźwięk. Dźwięk, który zmroził mnie do szpiku kości. Wściekłe drapanie pazurów o siatkę i stłumione warczenie. Dźwięk, przy którym odgłosy z gry „Silent Hill” były jak kołysanka. Odsunąłem się od siatki. Za nią czaił się ogromny, czarny pies. Czarniejszy niż mrok, zdawał się wtapiać w ciemność. Potwór, olbrzymi Barghest - wysłannik piekieł zabierający dusze do otchłani. Serce waliło mi jak oszalałe – lękliwie patrzyłem się na upiorne zwierzę. W mózgu włączył się ten pradawny mechanizm, który kazał naszym protoplastom z wrzaskiem spierdalać przed tygrysem szablozębnym, albo innym prehistorycznym drapieżnikiem. Uciekać, uciekać, uciekać... Oszalała myśl tłukła się po mojej głowie. Wiedziałem, że skaczący na siatkę i wściekle ujadający pies nie może mi nic zrobić. Mimo to, serce waliło mi jak młot. Szybkim krokiem ruszyłem wzdłuż siatki. Pies biegł w ślad za mną, po drugiej stronie bariery. W końcu spasował. Przysiadł na zadzie i, ciągle warcząc, patrzył, jak odchodzę. Nim skręciłem w kolejną, ciemną uliczkę, po raz ostatni rzuciłem okiem za siebie. Wciąż tam był. Czekał. Wróciłem do domu, wrzuciłem plecak do swojego pokoju i ruszyłem do kuchni. Na stole leżała kartka. Mama mi napisała, żebym sobie odgrzał zupę. Ogórkową. Podpaliłem gaz pod garnkiem i usiadłem. Zerknąłem na wiszący nad drzwiami zegar. Za dziesięć szósta. Mówiłem Kijowi, że będę po szóstej. Zdążę jeszcze zjeść. Nalałem sobie zupy. Lubię ogórkową, jeśli jest właściwie przyrządzona. Powinna być kwaśna (ale bez przesady), zielona jak wiosenna trawa i oczywiście muszą w niej pływać kawałki ziemniaków, marchewki i inne smakowite śmieci. I koniecznie musi być tak gęsta, żeby nie dało się siorbać i żeby można było na niej położyć łyżkę tak, by nie utonęła. Ta zupa taka właśnie była. Zjadłem dwa talerze i skapitulowałem przy trzecim. Wrzuciłem talerz do zlewu i powlokłem się do łazienki. Myjąc zęby gapiłem się w lustro, w którym widziałem siebie. Fajnie, prawda? I te kolory. Kolorowe ręczniki, których odbicie też było w lustrze. Wszystko jest w lustrze, wszy... Mrugnąłem i chwila szaleństwa bezpowrotnie minęła. To przez te wcześnie zapadające wieczory. Działają na mnie paskudnie. Zaczynam popadać w coś w
49

rodzaju lekkiego autyzmu. Świat zaczyna się robić bardzo ciasny, a Rzeczywistość kłuje niczym kolka po kilometrowym biegu bez wcześniejszej zaprawy. Wyszedłem z łazienki, zarzuciłem kurtkę i ruszyłem na osiedle Włóczykija. Było ciemno jak wszyscy diabli i jeden chuj, choć dopiero dochodziła osiemnasta. - O, jesteś – ucieszył się Włóczykij, gdy otworzył drzwi – Myślałem już, że mnie olałeś. Uśmiechnąłem się ponuro. - Miałem taki zamiar. Machnął ręką, zapraszając mnie do środka. W dwadzieścia sekund później siedziałem już na niskim taborecie w pokoju Kija. Na ścianach było od cholery zdjęć z różnych stron Polski. Włóczykij zjeździł już grubo ponad pół kraju. Pod biurkiem leżała torba podróżna, teraz już pusta. I taka zostanie, aż do kwietnia albo maja, gdy szlak ponownie wezwie Włóczykija. - No, to o czym chciałeś gadać? Nie było sensu przedłużać. Kiju przeciągnął się i usiadł na tapczanie. - Opowiadaj, co tu się działo, jak mnie nie było. Bo podobno dużo. - Jeśli chodzi o Renatę... - To później – przerwał mi – Fajek nie miał czasu ze mną gadać, poza tym i tak nie powiedziałby mi o najważniejszych rzeczach. Wiesz, jaki on jest. Faktycznie, wiedziałem. Szluga interesowały tylko papierosy i Tibia. Zastanowiłem się nad odpowiedzią. - Kojarzysz ekipę Buziola? – zapytałem. Kiju kiwnął głową. - No, a co? - Rozleciała się. Buziol wyjechał do Stanów, a oni... – machnąłem ręką – Jeden w poprawczaku, jeden na odwyku, z dziewczynami też tak nie wiadomo jak... - A taka zgrana ekipa... – Włóczykij pokręcił głową – Nie mogę uwierzyć. Wzruszyłem ramionami. Też nie mogłem uwierzyć. - Z ważniejszych rzeczy, to jeszcze Siwy... - Wiem, co Siwy – przerwał mi Kiju – Przecież nawet w „Wiadomościach” o tym mówili. Faktycznie, mówili. I afera była i nawet z „Interwencji” przyjechali i reportaż zrobili. Zamilkłem. Ostatnio coraz więcej milczę. - Dobra – powiedział cicho Włóczykij – Mów o Renacie. Ale mów wszystko po kolei. I nie ściemniej, bo cholernie tego nie lubię. Popatrzyłem w podłogę. - Zaczęło się – oznajmiłem - od tego, że pożyczyłem Marchewie płyty z muzyką Boba Marley’a... Opowiedziałem mu całą historię. O Marchewie, Renacie, Ogórze... I o mnie. W końcu też odegrałem niemałą rolę w tej opowieści. Kiju był wyśmienitym słuchaczem. Nie przerywał, nie kiwał głową i nie stękał jowialnie „Yhy-yhy”. Po prostu siedział i słuchał, czasem tylko posyłając mi pytające spojrzenie – wtedy rozwijałem wątek.
50

- ...no i wyjechał. Wiesz, wcale mu się nie dziwię – odetchnąłem. Czułem się trochę jak po spowiedzi - To chyba wszystko. Włóczykij gwałtownie przekręcił głowę w bok. Chrupnęły kręgi szyjne. Skrzywiłem się. - Nie rób tak – powiedziałem – Paskudny dźwięk. Który kojarzy mi się z pętlą zaciskającą się wokół szyi, łamiącą kark i sprowadzającą błogosławioną śmierć, dodałem w myślach. Kiju zmrużył powieki. Przewróciłem oczyma. - No i co ja mogłem? – spytałem bezradnie. Kij położył się na tapczanie, splatając dłonie na karku. - No właśnie... – mruknął – Co? Zastanowiłem się. Wyciągnięcie Renaty z nałogu było niemożliwe. Próbowałem ja, Ogór też coś tam jej kadził, a Marchewie – jak już wspominałem jakoś to nie przeszkadzało. Cała ta historia była do dupy. Do wielkiej, owłosionej, niepodtartej dupy. - Nic, kurwa – rzuciłem – Nic. Włóczykij skrzywił się. - Nie klnij – powiedział – Zupełnie to do ciebie nie pasuje. Taki Szlugu dajmy na to, jak przeklina, to naturalnie brzmi. Ładnie. U ciebie nie. Poza tym – pomachał rękami nad głową, jakby się topił – Wiesz, wkurwia mnie to. Powinno mi być smutno, a jest mi wkurwiono. Rozumiesz? Nie rozumiałem, ale pokiwałem głową. - Bo popatrz – kontynuował, nie zwracając na mnie uwagi – Niby niegłupia dziewczyna, fajna dupa w ogóle i w szczególe, a wpakowała się w takie zasrane gówno. Nie kumam. - Różnie bywa – byłem zmęczony, otępiały i nie miałem najmniejszej ochoty na dyskusje – zwłaszcza na takie dyskusje. W tej chwili chciałem tylko wrócić do domu, zapuścić jakiś dub, wypić szklankę herbaty a potem klasycznie – siusiu, paciorek i spać. Kiju chyba to zauważył, bo tylko machnął ręką. - Myślałem, że chociaż tobie zależy... – powiedział. Uśmiechnąłem się ponuro. W myślach parsknąłem śmiechem. Zależy? Na czym? Demonstracyjnie popatrzyłem na zegarek i odegrałem scenkę „O rany, to już tak późno?”. Zrobiłem to tak sztucznie, że Włóczykij uśmiechnął się. - Spierdalaj – rzucił dobrotliwie, po czym dodał swoje, kultowe już, credo – I trzymaj pałę równo. - Siema – odparłem i zmyłem się. *** Otworzyłem swój supertajny notatnik złotych myśli. W zamyśleniu possałem koniec długopisu. Zwykle o tej porze – późnym wieczorem, kiedy mózg dokonuje swoistego rachunku sumienia, podsumowania całego dnia – nachodziły mnie najlepsze aforyzmy. Zerknąłem na ostatnią stronę. Zeszły tydzień był wyjątkowo płodny.
51

Poniedziałek: Po drugiej stronie sumienia. Wtorek: Wolność, trzy grosze za minutę połączenia Środa: Bieg na wstecznym Czwartek: To Piekło. I Swędziało. Piątek: Ciekawa sytuacja pod polem karnym. Sobota: Sfrustrowany jak Stowarzyszenie Żon Graczy w World of Warcraft. Niedziela: Zabierz mnie do Strefy Zero. Zastanowiłem się chwilę. Najlepszy był chyba wpis wtorkowy. Wzruszyłem ramionami i na dzisiejszej środzie nabazgrałem: Trzymaj pałę równo. Sentencja dobra, jak każda inna. A może nawet i lepsza. Mam nadzieję, że Kiju nie będzie się pluł o copyright. Rzuciłem się na łóżko. W radiu Ostrowski darł się coś o Generacji Nic. Gdyby rysował tak, jak śpiewa, to nie przeczytałbym żadnego komiksu, do którego by robił szatę graficzną. Gapiłem się na plamę na suficie – pozostałość po moich dziecięcych zabawach. Chciałem sprawdzić, jak długo utrzyma się moneta przyklejona do sufitu kawałkiem ciemnoszarej plasteliny. Teraz wyglądało to, jakbym w przeszłości miał wytrysk, którego siłę obliczało się w skali atmosfer. Plama miała kształt rozbitego telefonu komórkowego, choć – jeśli patrzyło się pod odpowiednim kątem – przypominała też nieco pikującego orła. Kiedy nie mogłem zasnąć, gapiłem się na tę plamę i wymyślałem dla niej coraz to nowe kształty. Połamany samolot... Sztuczna szczęka... Pomięta kartka papieru... Plama zdawała się poruszać, pulsować i przybierać formy, jakie nadawał jej mój umysł. Oto akt kreacji w działaniu. Bawiące się dziecko... Zużyty kondom... Zdechły pies... To był mój pies, którego dokarmiałem. Teraz leżał tam z palem wbitym w bok. Z rany obficie ciekła błękitnoróżowa krew. Naraz na jego ciele zaczęły kwitnąć kwiaty, piękne szarofioletowe orchidee. Obok biegały małe, czarne dzieci, które nawoływały psa. Ten, rzecz jasna, nie mógł do nich pobiec. Tylko szaleńczo wywijał białkami oczu, a jego język latał niczym wahadło, góra-dół, góra-dół, góra... Ja śnię? Niemożliwe... Nigdy nic mi się nie śni. A jeśli już, to tylko płaszczki i wampiry. Płaszczki i wampiry. Płaszczki i... Jedno z czarnych dzieci – na oko czteroletni chłopczyk - podbiegło do psa i założyło mu plastikowe wiaderko na głowę. - Oddychaj – polecił mu malec, a ja zauważyłem, że nie był on – jak wcześniej myślałem – Murzynem. Był od stóp po czubek głowy pokryty ropiejącymi pęcherzami, jakby ktoś w przeszłości polał go napalmem. Pies zaczął wściekle młócić tylnymi łapami. W końcu przestał. - Oddychaj – mówiło dziecko i zaczęło rytmicznie uderzać łopatką o wiaderko. Nagle wszystko wokół zakwitło najczystszą bielą i zielenią – zielenią lodów pistacjowych.
52

Płaszczki i wampiry, płaszczki i wampiry. Krater. Otworzyłem oczy. - Tylko płaszczki i wampiry – powiedziałem tonem obłąkanego człowieka – Co się zmieniło? Zasnąłem i nic już mi się nie śniło. Przynajmniej nic, co bym zapamiętał. *** Epizody. Życie składa się z epizodów i wypełniaczy. Epizodem jest pierwsza randka i najlepsza randka. I jakakolwiek inna randka. Epizodem jest każde wydarzenie, które potrafisz odtworzyć w pamięci. Cała reszta to wypełniacze – czysto machinalne czynności, rutynowe wydarzenia takie jak stawianie klocka albo przechodzenie przez ulice. Ale jeśli – na przykład – walisz kupę i masz paskudne zatwardzenie (albo rozwolnienie) to już jest epizod. A n-ta z kolei randka z jest wypełniaczem. Życie, które składa się z samych wypełniaczy, to nie życie. To wegetacja. Takie tam... Osiedlowa filozofia. *** Zapaleni czytelnicy – do których i ja się zaliczam – zwykle dzielą ludzi na dwie kategorie: Na tych, którzy pytają „Co czytasz?” oraz na tych, którzy bezceremonialnie wyrywają ci książkę z ręki i przez długie sekundy gapią się na okładkę, aż wreszcie mówią „Eee... Głupie jakieś”, po czym zamykają książkę i rzucają ci ją na kolana. Wbrew pozorom, ci pierwsi są gorsi. - Co czytasz? – spytał Kudłaty, podchodząc do mnie na korytarzu. Siedziałem na ławce i raczyłem się „Blade Runnerem”. Książka lepsza niż film. Podtytuł „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” sugerował, że Dick musiał mieć jazdy podobne do moich. - Książkę – odpowiedziałem, delikatnie odginając okładkę tak, by Kudłacz mógł sobie przeczytać tytuł i nazwisko autora. Ten jednak wolał dalej truć mi dupę. - Jaką? - Ciekawą. - Ale jaki ma tytuł? Teatralnie skierowałem wzrok ku sufitowi, po czym podsunąłem mu okładkę pod sam nos. - Aha – powiedział i gdzieś polazł. Ja tymczasem zastanowiłem się, po chuj pytał, skoro w ogóle go to nie interesowało. Z uprzejmości? Większą uprzejmość wyświadczyłby mi, gdyby się w ogóle nie odzywał. Pewnie był to dla niego wypełniacz – machinalna czynność wykonywana bez udziału mózgu.

53

Zamknąłem książkę. Czytanie na korytarzu, na szkolnej przerwie było porównywalne z próbą oglądania telewizji w sytuacji, gdy w drugim pokoju gra radio, ktoś do ciebie mówi, a ty jeszcze masz słuchawki na uszach i za wszelką cenę usiłujesz skupić się na oglądanym programie. A, i jeszcze za oknem przechodzi barwna i hałaśliwa defilada. Widzicie to? No to na korycie, na długiej przerwie jest podobnie, tylko bardziej. O wiele bardziej. Czytałem kiedyś opowiadanie Marka Huberatha pod tytułem „Kara większa”. Chodziło tam o to, ze taki gościu trafił do Piekła, gdzie był katowany i zsyłany do czegoś w rodzaju łagru. Były to odpowiednio Kara Większa i Kara Mniejsza. Tak na zmianę, żeby facet nie wpadł w rutynę. Myślę, że tu, w szkole, mamy to samo. Krótka, hałaśliwa i bolesna dla udręczonego umysłu przerwa oraz długie, wwiercające się w psychikę i kruszące mury zdrowego rozsądku lekcje, na których nauczycielom chce się jeszcze mniej, niż uczniom. Żebym jeszcze wyczuwał w tym jakąś Świętą Misję – coś w rodzaju „mistycznej drogi poznania” jak u Coelho – to bym nie narzekał. Ale nie – nie uczyliśmy się notacji wykładniczej, bo nam będzie potem potrzebna. Uczyliśmy się jej dlatego, że tak jest urządzony ten świat. Co z tego, że to bez sensu? Że poeci doby romantyzmu (średnio dwa miesiące nauki) są ważniejsi od nauki pierwszej pomocy (średnio jedna godzina lekcyjna)? Popatrzyłem na sufit. Takie rozważania były bez sensu. Te same słowa padały już zbyt wiele razu, ze zbyt wielu ust. Wszyscy doskonale o tym wiedzieli, ale nikt nie zrobił absolutnie niczego, by to zmienić. Ja też nie, więc jakie mam prawo narzekać? - Filozof, masz referat z WOS-u? – Grucha przysiadł się do mnie. Pogrzebałem w plecaku. - Mam – oświadczyłem, wyciągając z lekka pomięty wydruk – Niech żyje Wikipedia. - Dałbyś spisać? Bo, kurwa, nie chciało mi się wczoraj robić... A, i wiesz o Nowym? Znieruchomiałem. - Jakim nowym? Grucha podrapał się po łysej glacy. - A prawda, bo ciebie, kurwa, nie było. No tak. Olałem dwie pierwsze godziny słusznie wnioskując, że lepiej się wyspać, niż gnać do budy mentalnie będąc jeszcze w Światach Pośrednich. Zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę kartkówkę z chemii. - Nowy ma dziś przyjść po WOS-ie. Żmudzka mówiła. - To będzie on czy ona? – spytałem - Ten nowy – dodałem, świadom poziomu IQ mojego rozmówcy. - Chyba on – odparł dresiarz. Nowy gościu... może być ciekawie. Fakt ten dosyć mnie zainteresował. To był pierwszy nowy w naszej klasie i zabawa mogła być przednia. Gość na sto procent nie był z naszego – to znaczy mojego – osiedla, bo z Sienkiewicza wszyscy chodzili do Dwójki. Albo więc był to przyjezdny, albo jakiś łom, który przepisał się z innego gimnazjum. W tym drugim
54

przypadku, jeśli pacjent dodatkowo pochodził z Chącińskiego, to raczej nie wróżyłbym mu długiego i spokojnego życia. Wręcz przeciwnie. - Nie wiadomo nic o tym gościu? – upewniłem się. Grucha w zamyśleniu pokręcił głową. Refleksy światła odbijały się od jego czaszki. - Ja tam nic nie wiem. Chciałem jeszcze o coś spytać, ale dres zmył się z moim referatem, który musiał jakoś przepisać. W dwie minuty, które pozostały do końca przerwy. Da radę. Poskraca, pozmienia, nabazgrze i odda. I dostanie tą trójkę. I ma święty spokój. Po dzwonku udałem się do klasy. Przed wejściem odebrałem od Gruchy swoją pracę. Nie sfatygował jej zbytnio, choć lewy, górny róg kartki był nieco naderwany. Cały WOS przesiedziałem na ostatniej ławce, leniwie obserwując kolejnych wywoływanych do odpowiedzi. Tak odbywało się powtórzenie z Wiedzy O Społeczeństwie. Tak zwana „łapanka”. I teraz powiedzcie mi, że nauczyciele nie mają faszystowskich zapędów. Nie bałem się odpytywania. Po maratonie, jaki fundował mi Długi, niestraszne mi były tego typu przyjemności. Jak umiesz, to gadasz, jak nie umiesz, to ściemniasz. Jeśli jesteś sprytny i masz dobry słuch (a także nie dasz się zrobić w chuja przez gości, którzy ci źle podpowiadają) to w ostatecznym rozrachunku zawsze wyjdziesz na swoje. A jeśli nie, to nie. Marazm, niczym złośliwy chochlik, krążył wokół mnie i sypał szczypiącym pyłem w oczy. Tyle, że marazm nie był chochlikiem. Był ciekłą substancją, gęstą jak miód i gorzką jak piołun. Można było w nim utonąć, jak w ruchomych piaskach albo bagnie. Minął WOS, minęła przerwa. Zaczął się polski. Nowy ciągle się nie zjawiał. Żmudzka zresztą też. Zająłem swoje miejsce w ławce. Przy ścianie, mogłem więc przyjąć moją ulubioną chyba pozycję „styrany robotnik”. Obok siedział Ogór, który w zapamiętaniu wymachiwał markerem, rysując nową wrzutę. Bardzo fajną, ale barokowa wręcz stylizacja kroju liter utrudniała odczytanie napisu. Otworzyły się drzwi klasy i stanęła w nich Żmudzka. I gość, który wyglądał, jakby dymał własną siostrę. Nie pytajcie mnie, jak wygląda gość, który dyma własną siostrę. Po prostu popatrzyłem na Nowego i pierwsza myśl, jaka wpadła mi do głowy to: „Ten gość wygląda jakby dymał własną siostrę”. Nowy miał na sobie bluzę bez kaptura, (pierwszy błąd) sztruksowe spodnie, (drugi błąd) i miał na głowie jakąś pedalską fryzurę wyhodowaną na bazie żelu (najprawdopodobniej jego ostatni błąd). Ponadto gapił się na nas spode łba i miał jakąś taką gadzią fizjonomię – usta nachodziły mu na brodę, a oczy przywodziły na myśl ślepia żmii. I miał coś cholernie nie tak z żuchwą. Coś podobnego widziałem u Mareczka, który praktycznie od urodzenia żuł gumę – niewykluczone, że tą samą, bo nigdy go nie widziałem, żeby nie żuł. Spowodowało to, że dolna szczęka uciekła mu do tyłu, przez co trochę seplenił. U Nowego można było zauważyć coś podobnego.
55

Żmudzka tymczasem nawijała, że Chłopak nazywa się Adaś Zębicki i będzie chodził z nami do klasy, bo jego rodzice przeprowadzili się tutaj z Krakowa. Adaś, cholera jasna. Nigdy, przenigdy żaden Adam, który ukończył jedenasty rok życia nie powinien być nazywany Adasiem. Jeśli tak będzie, to zostanie Adasiem do końca życia. A to już by było do dupy. Nowy wyglądał, jakby „adasiowatość” przesiąkła go na wskroś, ale jednocześnie było w nim coś złowrogiego. Mroczna strona Adasia, pomyślałem i już wiedziałem, że ten tekst znajdzie się dziś w mojej Czarnej Księdze. Nowy usiadł na jedynym wolnym miejscu – obok Roli. Czekały go więc niespotykane nigdzie indziej doznania zapachowe i nie tylko. Przy odrobinie szczęścia Rola zabije Adasia, który bynajmniej nie wzbudził mojej sympatii. Było w nim coś nad wyraz obrzydliwego, coś od czego lepiej było się trzymać z daleka. Żmudzka zajęła się prowadzeniem lekcji, a ja uciąłem sobie krótką drzemkę. Monotonny głos polonistki działał na mnie lepiej, niż ciepłe mleko. Wprowadzał w coś w rodzaju transu... nie, to nieodpowiednie słowo. Nie transu. To był... No cóż, to był marazm. W niespotykanym dotąd stężeniu. Kto wie, może naprawdę był śmiertelny? Niczym powoli działająca trucizna albo AIDS. Możesz się oszukiwać, możesz bagatelizować, udawać, że tego nie ma – on w końcu rozwinie się w twoim ciele i to już będzie koniec. Koniec... Coraz częściej myślę o śmierci. Raz już próbowałem się zabić. Może przyszła pora na kolejną próbę? Może. A może nie. Kurwa. Miesza mi się w tym łbie coraz bardziej. Płyny mózgowe przelewają mi się to do jednej, to do drugiej półkuli. Słychać szum w uszach. Niedobrze. Podniosłem rękę. - Proszę pani, mogę wyjść do toalety? – spytałem. - Idź – powiedziała Żmudzka i wróciła do kadzenia klasie o tym, jak to Janko Muzykant robił sobie skrzypeczki ze słomy. Wyszedłem z klasy i udałem się do kibla. Tego na dole, który nie był aż tak zmasakrowany jak szalet na piętrze. Zatoczyłem się i mało nie wyrżnąłem głową w ścianę. Cholera, nie jest dobrze. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak miałem. Miesiąc temu? Dwa? Nie wiem... Wreszcie dowlokłem się na miejsce. Stanąłem nad zlewem. I wtedy się zaczęło. Rzygnąłem. Rzygnąłem potężnie, szeroką strugą wymiocin, które z pewnością spowodują zapchanie odpływu. Obie dłonie zacisnąłem na krawędzi umywalki. Zakręciło mi się w głowie. Przed oczyma latały mi zielone i fioletowe plamy, które kojarzyły mi się z jakimś snem. Nie mogłem sobie przypomnieć treści tego snu, ale kojarzyłem że nie był on przyjemny. Nie był. Zaraz się zacznie, pomyślałem. Jeszcze tylko kilka sekund. Jeszcze chwila i... Stalowa obręcz ścisnęła moją skroń. Ból zaatakował lewą stronę głowy i, niczym jadowity pająk, zaczęła pełznąć w stronę czoła. Miałem ochotę wydłubać
56

sobie oko i jakimś kawałkiem drutu albo patyka zdrapać sobie ból z wewnętrznej części skroni. Potrząsnąłem głową i mało co nie zemdlałem. Zajebiście. Teraz przez co najmniej sześć, siedem godzin będę nadawał się najwyżej do siedzenia i kontemplowania pełnego spektrum cierpienia – od ostrych igieł, po tępy obuch młota. I tak w kółko. Sinusoidalnie. Góra-dół. Koniec. Z moich ust wydobyło się jeszcze stłumione beknięcie i trochę zepsutego powietrza. Chwała Bogu, że takie ataki zdarzają się nie częściej, niż raz na miesiąc. Czasem rzadziej. Parę razy zdarzyło się, że nie miałem tak niemal pół roku. Myślałem, że już mi przeszło na dobre. A chuj, jak to mówią. Podobno to migrena. Gdzieś tak wyczytałem. Ale, jak to mówi znany dowcip „Migrenę to może mieć Królowa Angielska, ciebie to najwyżej łeb napierdala”. W skroni miałem coś podobnego do Wezuwiusza. Erupcje i cholernie dużo gorącej lawy. Całą wieczność zbierałem się do kupy. Opłukałem twarz dwiema garściami zimnej wody. Trzymaj się, facet. Bądź twardy. Wyszedłem z kibla i potoczyłem się na lekcje. Nie wiem, jak ja to wytrzymam. Jeśli ból nie zelżeje, to idę do domu. Pierdolę to. *** - Źle wyglądasz – ocenił Kudłaty, gdy zobaczyliśmy się na kolejnej przerwie – To przez te pojebane androidy? - Jakie andro...? – spytałem i przypomniałem sobie Dicka – Nie, nie przez androidy. Właściwie, jeśli się dobrze zastanowić, to te androidy są jedynym, co jeszcze trzyma mnie przy życiu. No, i może jeszcze parę rzeczy. Zupa ogórkowa na przykład. Przed oczyma latały mi barwne powidoki. Przemknęło mi przez głowę, że powinienem się cieszyć, bo mam regularny odlot. I to bez towaru. Przycisnąłem pięści do czoła. Bolał mnie tylko lewy płat i to było chyba najgorsze. Jakby na lewym uchu powieszono mi rozgrzany do czerwoności pręt. I ten pręt tak kołysze się na moim uchu, w lewo i w prawo, za każdym wahnięciem wywołując kolejną eksplozję cierpienia. Tak raz za razem. Poszedłem. Nie do domu, tylko do higienistki. Ta niechętnie wydała mi tabletkę od bólu głowy i kazała iść na lekcję. Wyszedłem z gabinetu. Ból nie ustawał, przepoczwarzył się tylko w tępe pulsowanie, które – od biedy – dało się jeszcze jakoś wytrzymać. Znowu klasa, znowu nudny temat, znowu cały ten syf obraca się i obraca, jak nakręcona zabawka. Jedyna różnica to, że wszystko to dzieje się przy akompaniamencie tej wulkanicznej dyskoteki świrów odbywającej się gdzieś w okolicach mojej lewej skroni. Gdyby ktoś dał mi siekierę, to odciąłbym sobie ten pierdolony łeb i miał wreszcie święty spokój.
57

- Co ci jest? – zapytał z niepokojem Ogór, patrząc jak zaciskam dłonie na czole. - Mam antykaca – wyjaśniłem – Jak ktoś pije, to ma kaca. Jak ktoś nie pije, to ma antykaca. Im dłużej nie pije, tym ma większego. Proste? - Proste – zgodził się potulnie skejt, ale wciąż lampił się na mnie z wyraźną troską na twarzy. Miałem dosyć. Lekcja wlokła się jak chyba jeszcze nigdy dotąd. Wskazówki na ściennym zegarze zdawały się cały czas tkwić w jednym miejscu. Może się popsuł? Tik... Cisza... Tak.... Cisza... Tik... Monotonny głos Żmudzkiej niemal zagłuszał tykanie zegara, ja jednak, w obecnym stanie umysłu, słyszałem je doskonale. Wyjrzałem przez okno. Śnieg prószył tak gęsto, że tworzył olśniewająco białą zasłonę oddzielającą klasę od reszty świata. Dzwonek. Ulga. Złapałem plecak i poszedłem do szatni choć mieliśmy jeszcze dwie lekcje. Miałem już ponad czterdzieści nieusprawiedliwionych a to dopiero początek grudnia... Będę musiał trochę spasować. Wcisnąłem się w kurtkę, zmieniłem buty i ruszyłem do domu. Mróz nieco przytępił ból, ochłodził rozpalone czoło. W domu rzuciłem plecakiem przez cały przedpokój. Tornister zatoczył w powietrzu szeroki łuk, po czym z łomotem wpadł do mojego pokoju. Ja zaś poszedłem do łazienki, gdzie wsadziłem łeb pod kran i odkręciłem kurek z zimna wodą. Na, jak to się mówi, cały regulator. Mało mi bani nie urwało, ale poczułem się lepiej. Zmniejszyłem trochę strumień i jednocześnie obróciłem głowę tak, by struga rozbijała mi się na czole. Zacisnąłem powieki i otworzyłem usta. Spieniona, krystalicznie zimna woda polała mi się do gardła. W końcu uznałem, że wystarczy już tego dobrego. W głowie dalej łupało mi jak wszyscy diabli, ale przynajmniej ochłodziłem trochę rozpalony łeb. Jeszcze chwila i musiałbym dzwonić po straż pożarną. Wyprostowałem się. Z włosów pociekły mi za koszulę strugi wody. Wzdrygnąłem się. Dotknąłem wilgotnego czoła. Woda na nim już zdążyła się nagrzać. Złapałem ręcznik i wytarłem nim włosy. Poszedłem do swojego pokoju i położyłem się na łóżku i usiłowałem zasnąć. To zazwyczaj pomaga. Była dopiero dwunasta, ale senna atmosfera na dworze i rozregulowany kaloryfer w moim pokoju sprawiły, że zapadłem w drzemkę, z której obudziłem się dopiero około siedemnastej. Śniła mi się płaszczka wyrzucona na brzeg szmaragdowozielonego oceanu. Płaszczka, jarzycie? Znowu płaszczka. Dzięki Bogu. Już myślałem, że jestem nienormalny. *** Po pobudce stwierdziłem, że czuje się świetnie. Ból głowy przeszedł jak ręką odjął. Ciągle miałem jazdy – zawroty głowy, lekki szum słyszany na samej granicy
58

świadomości – ale generalnie czułem się lepiej, niż gorzej. Bywało, że łeb napierdalał mnie od najbledszego świtu po najmroczniejszy zmierzch. Poszedłem do dużego pokoju. Ojciec siedział przed telewizorem i pocinał w Crasha na Playstation. - Cześć – powiedziałem. Machnął tylko ręką i wrócił do gry. Może się wam wydawać, że tata był wiecznym dzieciakiem z kompleksem Piotrusia Pana, ale to nieprawda. Na takie przyjemności pozwalał sobie tylko czasami. Zwykle bytował w biurze albo przy stoliku, pochylony nad stertą papierów. Ojciec pracuje w warzywach. To znaczy – w dystrybucji. Jest tam kimś, kto mógłby uchodzić za księgowego, ale firma była tak mała, że nie mogła sobie pozwolić na dyplomowanego księgowego. Zatrudniła więc ojca, który - jak twierdzi - tyra tam za głodowe stawki. Z głodu nie umieramy. Wycofałem się z dużego pokoju i ruszyłem do kibla. *** W telewizji leciał jakiś reportaż o biednych dzieciach w Etiopii. Wyłączyłem odbiornik i uruchomiłem kompa. Odpaliłem Gothica, pograłem dwie godzinki. Wyłączyłem komputer. Włączyłem radio. Leciała Liga Punk Rocka – jak w każdą sobotę wieczór. Posłuchałem tak z godzinę i wyłączyłem radio. Wziąłem do ręki komórkę i zacząłem bawić się prostymi grami – nieśmiertelnymi Wężem i Tetrisem. I to w końcu mi się znudziło. Wstałem z kanapy, oparłem się o ścianę i zacząłem rytmicznie uderzać w nią głową. Łup. Łup. Łup. Cisza i spokój. Łup. Łup. Nie ma co robić. Łup. Łup. Łup. Zaczęło mi szumieć we łbie. Zatoczyłem się i z rozmachem usiadłem na taborecie. W zimie zawsze mi tak odpierdala. To pewnie przez ten brak słońca i niską temperaturę. Aby do wiosny. Na mikołajki dostałem książkę. „Dialogi” Lema. Zawsze, na wszelkie okazję, dostaje książki. Nie wiem, czemu. Raz chciałbym dostać coś oryginalnego. Na przykład skarpetki. Na przykład zielone. Lubię kolor zielony. Poszedłem spać. Co innego miałem zrobić? Śniło mi się, że jestem głównym bohaterem książki, której nikt nie chce czytać. Na zawsze utrwalony, unieśmiertelniony na kartach powieści, którą znają ze cztery osoby. Żenada. Te sny są coraz głupsze. Najpierw zakwit zdechłego psa, teraz to... Otworzyłem oczy i podniosłem się z łóżka. Nie chciało mi się spać mimo, że była niedziela. Popatrzyłem na budzik. Dochodziła ósma. Za oknem było jeszcze szaroburo. Tak trochę nijak. Śnieg pokrył wszystko, napadał do blaszanego kosza na śmieci. Kosz wisiał na stojaku w kształcie litery Y i nie wiem, jakim cudem jeszcze się tu znajdował. Wszystkie inne śmietniczki w okolicy już dawno zniknęły. kiedyś na własne oczy widziałem, jak Grucha, mocno wkurwiony, zapierdolił z karata w taką śmietniczkę. Kubeł zerwał się z podpórek i wzleciał w

59

powietrze, ciągnąc za sobą barwny warkocz wysypujących się zeń śmieci. Od tej pory takie działania popularnie określa się mianem „na kometę”. Zwlokłem się z łóżka i poczłapałem do kibla. *** - Nie – rzuciłem stanowczo jednocześnie sięgając po kolejną kanapkę. Po powrocie z kościoła zrobiłem sobie śniadanie. W niedzielę prawie nigdy nie jadam przed wyjściem na mszę. A zazwyczaj chodzę na poranne nabożeństwa. O dziewiątej czy nawet o siódmej. Jest coś intrygującego w pustym niemal kościele, tajemniczej i nieco sennej atmosferze, w jakiej kapłan prowadzi mszę. Dziwne, ale nigdy nie miałem jakichś specjalnie wielkich problemów z wiarą. Drobne – owszem, bo kto ich nie ma? Wychowałem się w tradycyjnej, katolickiej rodzinie. W lutym idę do bierzmowania. A w coś trzeba w końcu wierzyć. - Owszem, pójdziesz – mama odwróciła się do mnie, charakterystycznym dla siebie gestem odgarniając włosy ze skroni. To po niej odziedziczyłem te wkurwiające kruczoczarne loki. Karczyńscy – znajomi rodziców - zaprosili nas na obiad. Nas. Mnie też. Nie wiem, po co, ale miałem co do tego złe przeczucia – Poza tym, mają córkę w twoim wieku. Aha. I wszystko jasne. - Co mnie to obchodzi? – wgryzłem się w kanapkę z szynką, serem, jajkiem i majonezem. Mama westchnęła, wzruszyła ramionami i wyszła do łazienki. Do kuchni wkroczył ojciec. - Znowu kłócisz się z mamą? – spytał tym swoim protekcjonalnym głosem – Idziesz i już. - A jak nie, to co? – spytałem zaczepnie. Z ojcem mogłem polemizować. Z mamą nie było dyskusji – skutecznie blokowała mnie swym oślim uporem i stosowała taktykę zarzucania płytkimi kontrargumentami, dopóki się nie poddam – Nie cofniesz mi kieszonkowych, bo ich nie dostaję. Nie odetniesz mi Internetu, bo go nie mamy. Nie zabierzesz mi komórki, bo zawsze chcesz mieć mnie pod kontrolą. Ojciec popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem i wypowiedział słowa, jakie zawsze słyszą wszystkie dorastające dzieci, gdy wiedzą, że mają rację. - Nie dyskutuj. Cisnąłem niedojedzoną kanapką o talerz – okruchy posypały się na blat stołu – i poszedłem do swojego pokoju. Trzasnąłem drzwiami. - Nie trzaskaj drzwiami! I przestań prezentować nam te swoje humory! To nic nie zmieni! – dobiegło mnie z przedpokoju. Ze złością rzuciłem się na tapczan. Sprężyny jęknęły ostrzegawczo. Włączyłem komputer i odpaliłem przygodówkę The Longest Journey. Posiedziałem godzinę, gdy do pokoju wparowała mama. - Szykuj się, idziemy. Obróciłem się na krześle.
60

- To idźcie. Nie trzymam was. - Idziesz z nami. Zamilkłem. Chciałem przemyśleć kolejny ruch, ale najwidoczniej moja rodzicielka przedłużającą się ciszę uznała za milczący znak zgody i sobie poszła. Wkurzony wbiłem się głębiej w krzesło. Wszedł ojciec. Rozejrzał się po pokoju i usiadł na tapczanie. Chrząknął znacząco. Niechętnie odwróciłem głowę. - No? – zachęciłem go. Tata popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem i powiedział. - Jak z nami nie pójdziesz, to powiem matce o tych gazetach, które znalazłem za łóżkiem. Udało mi się nie zakląć. Nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Feralne pisemka nie były moje, tylko Kudłatego, który poprosił mnie o ich przechowanie na czas przeprowadzki – bał się, że w tym całym zamieszaniu jego starsza może je odkryć. Traf chciał, że podczas rutynowych, przedświątecznych porządków odnalazł je mój ojciec i tylko dlatego, że był równym gościem, nie doniósł o tym mamie. Objechałem potem Kudłatego, jak burą sukę bynajmniej nie przebierając w słowach. W odpowiedzi usłyszałem tylko, że cipa jestem, bo nawet sterty makulatury nie potrafię schować. - To szantaż – powiedziałem. Ojcu oczywiście nie opowiedziałem, jak to naprawdę było z tymi świerszczykami. Nie było sensu. Najprawdopodobniej uznałby, że się wykręcam i ściemniam na potęgę. – Nie dam się tak podle szantażować. Nie ma mowy. *** - Weź jeszcze trochę sałatki, proszę, częstuj się – zaproponowała Karczyńska, pulchną dłonią przesuwając w moją stronę półmisek. Uprzejmie podziękowałem, w myślach dokonując perwersyjnego morderstwa z użyciem pięści, kamienia i kija – bardziej wyrafinowane pomysły poszły się jebać w strumieniu głęboko tajonego gniewu. Siedzieliśmy w kiczowato wytapetowanym – na cytrynowo – saloniku. Brzdękały sztućce, w tle grała muzyka z radioodbiornika (jakiś komercyjny shit, który działał na mnie niczym płachta na byka) a wokół stołu toczyły się uprzejme, aczkolwiek lekko wymuszone rozmowy. Karczyńscy byli zgranym małżeństwem. Nie sposób opisać tego inaczej. On był niski i pulchny, ona – wysoka i chuda jak szczapa. On był nerwowy i jowialny, ona – krzykliwa i tandetna. I tak dalej. Ich córka wbrew pozorom nie okazał się czymś, co Masłowska określiłaby mianem „genetyczny skurwysyn” i to nie tylko dlatego, że dziewczyna nie może być skurwysynem. Ewelina - bo tak właśnie nazywała się młoda Karczyńska, z którą najprawdopodobniej chciano mnie wyswatać - wydawała się całkiem miła i ładna, miała jednak jeden, dosyć istotny defekt, mianowicie – wyraz twarzy. Wyglądała, jakby dawno temu ktoś zgasił ją
61

jakimś wyjątkowo mocnym tekstem a ona do tej pory zastanawia się, jak odpowiedzieć. Tak czy inaczej, siedziałem to, wśród tych nerwowych śmiechów, miałkich dyskusji i kiepskich żartów coraz bardziej poirytowany. Myślami byłem gdzieś na osiedlu, u siebie przed kompem albo... – ...a powiedz nam, jak się uczysz? – pytanie wyrwało mnie z zamyślenia i przez moment nie wiedziałem nawet, o co idzie. Gdy wreszcie do mnie dotarło, o mało nie zakląłem. Co to, kurwa, jest? Test na IQ? Gra w dwadzieścia pytań? A może ankieta „Czy jesteś potencjalnym zięciem?” z magazynu dla pań domu? Uśmiechnąłem się lekko (o kurwa, o kurwa, o kurwa, o kurwa) i już miałem zacząć coś kręcić, gdy spostrzegłem, że Karczyńska, która zadała pytanie, skrycie na to czeka. Ta jej mina w jakiś sposób trąciła najbardziej cyniczne struny w mojej duszy i zamiast głupich usprawiedliwień i fałszywych półprawd odparłem gładko. - Myślę, że całkiem nieźle. Mam średnią pięć-siedem i jestem laureatem większości konkursów i olimpiad, w których brałem udział. Nauczyciele stawiają mnie za wzór całej klasie i jestem jednym z najlepszych uczniów w całej szkole. Frekwencję mam niemal zawsze stuprocentową – w tym momencie mało mnie nie skręciło ze śmiechu, ale dzielnie ciągnąłem – i od pięciu lat nauki nie miałem ani jednego spóźnienia. Rodzicom – zarówno moim, jak i Eweliny – zgodnie opadły szczęki. Moi dodatkowo mieli niezłą rozterkę – wydać mnie? Powiedzieć, że kłamię? Chyba powinni tak zrobić, ale wtedy wyjdą na rodziców kłamcy i łgarza. Z drugiej strony, jeśli mnie nie wydadzą... Ale nie, nie mogłem zbytnio liczyć na ich dyskrecję. Oboje byli chorobliwie wręcz uczciwi. Należało zatem coś przedsięwziąć. Uśmiechnąłem się. Byłoby to niewątpliwie największe łgarstwo świata, gdybym zaraz potem nie dodał: - W sensie... Byłoby tak, gdyby mi się chciało. Ojciec odetchnął. Wiedział, że uchroniłem go od roli donosiciela na własnego syna (gdyby doniósł) albo od moralnego kaca (gdyby nie doniósł). Ja tymczasem, z rozbawieniem obserwowałem, jak zmieniają się twarze moich rozmówców. U Karczyńskiego malowało się zdziwienie, jego małżonka zaś była wyraźnie zaszokowana. Ewelina za to nie zmieniła swojego wyjątkowo pretensjonalnego grymasu – ani jedna zmarszczka na jej twarzy nawet nie drgnęła. Widocznie doskonale panuje nad swoją twarzą, albo – co bardziej prawdopodobne – najzwyczajniej w świecie nie zajarzyła sytuacji. No cóż, bywa i tak. Dokończyliśmy posiłek i mój tata stwierdził, że musimy już wyjść. Gospodarze przyjęli to ze źle skrywaną ulgą. Miałem nadzieję, że na dobre ich do siebie zraziłem. *** - Co? Książka wyleciała mi z dłoni i klepnęła o ławkę. Ogór konspiracyjnie zniżył głos.
62

- Ja, Adam, Fajek i Dżordan. Jedziesz z nami? Ziom, taka okazja może się już nie powtórzyć! Co ja pierdolę – taka okazja na pewno się nie powtórzy. Nigdy, kurwa! Już tłumaczę. Kiedy Kiju wracał do domu, zdarzyło mu się iść drogą z Siedlec do Łukowa. Nie mógł złapać stopu, szedł więc poboczem. Czasem ciął zakręty, by maksymalnie skrócić sobie drogę. No i na jednym takim skrócie znalazł trupa. Prawdziwego trupa. - Był tam – opowiadał Włóczykij, raz po raz pociągając z puszki z piwem – śmierdział i był już tak lekko rozmiękczony. Kapujecie? Był tam na skraju lasku, na wpół zakopany i przysypany drewnem i innym śmieciem. Normalnie nawet bym go nie zauważył, ale musiałem się odeszczyć i polazłem głębiej w krzaki. No i wycelowałem w tą stertę drewna, patrzę – kurwa, człowiek leży! Palec mu wystawał. - I co zrobiłeś? - Już, kurwa, mówię. Nie przerywaj mi. Od razu jak się skapnąłem, to od razu przeszła mi ochota na lanie. Przysypałem ten palec liśćmi i zostawiłem go tak, jak był. - To jak? Nikogo nie zawiadomiłeś? - A po jaką cholerę? Jeszcze by mnie ciągali po sądach, że świadek, że opisać sytuację, że potencjalny podejrzany w związku ze sprawą... Nie, kurwa. Nie miałem na to najmniejszej ochoty. – Kij sięgnął po papierosa i na tym zakończyła się cała rozmowa. Podrapałem się pod okiem. Ogór patrzył na mnie z niecierpliwością. Uniosłem zaciśniętą pięść. - Po pierwsze – odgiąłem pierwszy palec – Włóczykij znalazł truposza ponad miesiąc temu. Do tego czasu na bank ktoś go już znalazł. - Mówiliby o tym w telewizji albo radiu – odezwał się skejt. - Po drugie – odgiąłem drugi palec – Kiju lubi zmyślać i jakoś trudno mi jest uwierzyć w tę jego historyjkę. Powiedziałem to jednak bez przekonania. Nie sądziłem, by kłamał akurat w tej sprawie. Owszem, lubił wkręcać, ale nie gustował w takich makabrycznych bajkach. Innymi słowy – było to zbyt nieprawdopodobne, by było nieprawdziwe. Najwidoczniej Ogór był podobnego zdania. - Mówił prawdę – oświadczył. - I wreszcie po trzecie – kolejny palec powędrował w górę – Jak już mówiłem, Kij widział go pięć tygodni temu. Zombiak na bank już zgnił i się rozpadł. - Na bank nie – pokręcił łysym łbem skejt – Przez ostatni miesiąc był zajebisty mróz i truposzczak się zmumifikował. Na bank, jak ty to mówisz. Byłem skłonny się z tym zgodzić. Nie wiem, jakim cudem przeoczyłem ten znaczący fakt. Chyba przez przemęczenie. I marazm. Tak. Marazm potrafi wyerodować mózg nie gorzej, niż starcza demencja w asyście sklerozy. - Prawda – pokiwałem głową. - Jeśli nie chcesz jechać... - A powiedziałem tak?
63

- Mówiłeś przecież... - Ogór zmarszczył czoło – Eee.. Aha – zakończył inteligentnie. - Kiedy? – zapytałem, pakując książki do plecaka. Za nami siedziała Barbi i właśnie zaczęła malować sobie paznokcie. Zajechało lakierem. - Jutro z samego rana. Zastanowiłem się krótko. Zobaczyć trupa... Nigdy jeszcze nie widziałem trupa. To znaczy – wiele razy w grach i na filmach owszem, ale tak na żywo, to nigdy. - Dobra, zapisz i mnie. Zaterkotał dzwonek i wymiotło nas z klasy. *** Zimno. Cholernie zimno. Zajebiście zimno. Tak zimno, że nie wyobrażam sobie, by mogło być zimniej. Mróz oplótł mnie swoimi mackami ze śniegu i lodu. Obezwładniający chłód przesiąkał mi pod skórę i lokował się gdzieś pomiędzy mięśniami a tkanką kostną. Zatrzęsło mną, jakbym dostał padaczki. Wstawał świt. Najmroźniejsza pora dnia. Było jeszcze ciemno. - O, jesteś, Filozof – Ogór wbił głowę w kołnierz kurtki. Obok mocno przechodzonego malucha stał Dżordan. Gadał z Adamem – starszym bratem Ogóra. Adam też chciał zobaczyć trupa, a tylko on miał prawo jazdy. - Gdzie Fajek? – rozejrzałem się. Kopcącego skejta nigdzie nie było widać. - Zaraz przyjdzie. Czekaliśmy. Na osiedlowym parkingu wiatr hulał jak oszalały. Ogór i Dżordan stali przed maluchem, bo palili. Adam nie palił, więc siedział w środku. Ja też nie paliłem, ale stałem ze skejtami dla towarzystwa. Mijały minuty. W końcu Dżordan, nieźle już podkurwiony, wyciągnął komórkę z zamiarem zadzwonienia do Fajka. W tej samej chwili Fajek wyłonił się zza upstrzonego wrzutami murku. Dżordan już miał zacząć objeżdżać Szluga, ale złapałem go za rękę i pokręciłem przecząco głową. - Czego się spóźniłeś? – zapytałem spokojnie – My tu już od dziesięciu minut, kurwa, marzniemy. - Czekaj – skejt sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów – tylko zapalę i jedziemy. Cierpliwie czekaliśmy aż Pet wypali peta. Nikt go nie poganiał. Wszyscy patrzyliśmy na niego w niemym urzeczeniu. Kiedy Fajek palił, miało się wrażenie, że ogląda się niesamowicie wyrafinowany rytuał porównywalny z japońskim parzeniem herbaty. Najpierw skejt z namaszczeniem unosił papierosa, podpalał go swoją mlecznozieloną zapalniczką i zaczynał palić. Ale nie tak po prostu – palić. Robił to w sposób tak uczuciowy, że nie sposób tego opisać. Kiedy się zaciągał, to nie można po prostu napisać, że robił to ustami. Nie. On to robił oralnie. Wreszcie Szlug rzucił niedopałek na śnieg. - Jedziemy. Zapakowaliśmy się do środka. Adam za kierownicą, Fajek na miejscu pasażera, reszta z tyłu. Według tego, co Szlugu wyciągnął od Włóczykija, trup leżał
64

około siedmiu-ośmiu kilometrów od miasta. Niedaleko przejazdu kolejowego. O więcej Pet nie odważył się pytać, bo gdyby Włóczykij dowiedział się, co kombinujemy, to by chyba ciężkiej kurwicy dostał. Minęliśmy słynny już znak „Łuków (I CHUJ)”. W samochodzie – o ile można zaszczycić tą nazwą prehistorycznego malucha – panowała pełna napięcia cisza. Wszyscy w milczeniu oczekiwali na moment, w którym pojawią zwłoki. Ja jednak zachowałem daleko idący sceptycyzm. Mało prawdopodobne, by udało nam się znaleźć tego trupa. Nawet zakładając, że Kiju nie łgał. - Dwa zakręty za przejazdem kolejowym, obok drzewa, które wygląda trochę jak garbaty gość ciągnący sobie laskę... – wymruczał Fajek. Gdy minęliśmy przejazd, zaczęliśmy bardzo uważnie obserwować przydrożne drzewa. Co chwilę słychać było wypowiedzi typu: - Ty, to może być to! - Pojebało cię? Z której strony to ma być garbaty facet ciągnący sobie laskę? - Wygląda jak garbaty facet! - A ciągnie sobie laskę? - No niby nie... - To co, kurwa, panikę siejesz? Wreszcie znaleźliśmy drzewo, które rzeczywiście wyglądało jak masturbujący się mężczyzna. Natura ma czasem dość dziwne poczucie humoru. Adam zaparkował na poboczu. Wysiedliśmy. - No proszę – uśmiechnął się Dżordan – Jest ta sosna samogwałtka. Nowy, kurwa, gatunek. - To nie sosna – zwróciłem mu uwagę – Sosna jest iglasta. - Jedna ryba – poirytował się skejt – Idziemy, czy nie? Z pojazdu wygramoliła się reszta ferajny. Zaczęliśmy przedzierać się przez gęstwinę. Co chwila łamała się jakaś ośnieżona gałąź, pod nogami chrzęściło runo, czy poszycie – jeden chuj. Generalnie robiliśmy tyle hałasu, że na sto procent wystraszyliśmy ostatni przebywający w tej okolicy egzemplarz mniszka przędziorka albo innej zagrożonej wymarciem cholery. Plotę głupoty, wiem. To przez te nerwy. Zwłoki znalazł Ogór. W milczeniu przywołał nas, machając ręką. Graficiarz stał przed obłą kupą drewna, chrustu, liści i wszelkiego innego śmiecia gęsto przysypaną śniegiem. Podszedłem do niego. Coraz mniej podobała mi się cała ta akcja. - No, odgarnij śnieg i podnieś... - Sam sobie, kurwa, podnieś, zjebie. Ja tego nie ruszę. Nie ma mowy. Podszedł Adam. I Dżordan. - Co jest? – spytał ten ostatni. Wzruszyłem ramionami. - Nic. Ogór pęka. - Sam, kurwa, pękasz! – warknął skejt o wiele głośniej, niż należało – Odpierdol się, co? Jak jesteś taki super-duper, to to odgarnij.

65

Wkurzył mnie trochę. Pokazałem mu faka i kilkoma ruchami dłoni z grubsza usunąłem warstwę śniegu. Popatrzyłem za siebie. - No dalej, usuń te śmieci – zachęcił Adam, podchodząc bliżej i pochylając się z zainteresowaniem. Dżordan i Fajek, który doszedł w międzyczasie, także się zbliżyli. Żaden jednak nie kwapił się mi pomóc. Zakląłem szpetnie, chwyciłem pierwszą z brzegu gałąź i gwałtownie pociągnąłem. Gałąź okazała się bardziej rozłożysta, niż przypuszczałem i za jednym zamachem usunąłem o wiele więcej śmiecia, niż zamierzałem. I o wiele więcej, niż należało. W jednej chwili ukazała nam się twarz. Bardzo dziwna twarz. Dżordan zaczął z zaskoczeniem sadzić kurwami, ale szybko się uciszył. W niemym osłupieniu obserwowaliśmy nieruchomą, nieco siną twarz mężczyzny. Żółć, czerwień i fiolet – te kolory dominowały na obliczu nieżywego. Miał na wpół przymknięte powieki. Szron osiadł mu na włosach i na grubych, krzaczastych brwiach. ale najbardziej wstrząsnął mną krwistoczerwony język zabitego. Nie był on obleśnie wywalony na całą długość, a jedynie jego koniuszek wystawał z posiniałych warg. Jak krecik ze swojej norki. - Filozof... – szepnął Adam. - Nie musisz zniżać głosu – powiedziałem – On już się nie obudzi. Zabrzmiało to tak złowieszczo, że sam niemal się przestraszyłem. - Co z nim robimy? - A skąd ja mam wiedzieć? – poirytowałem się – Ty tu jesteś dorosły. Masz pracę i prawo jazdy. Ja jestem tylko głupim szczeniakiem... - Nie pierdol – przerwał mi Ogór, trzęsąc się bynajmniej nie z zimna. Zdziwiło mnie to. Ogór nie należał do ludzi, których łatwo można przestraszyć. A to był przecież tylko trup. Widzieliśmy już setki trupów i to w gorszym stanie. Co prawda nigdy na żywo, ale w porównaniu z cyfrowymi zombiakami z gier komputerowych i filmów ten tutaj był mało groźny. - Dobra – powiedziałem cicho, ale z naciskiem – Po pierwsze, ten facet nie zginął śmiercią naturalną. Ktoś go zabił i schował tu ciało. - Mógł mieć zawał, albo co... Mimo grozy całej sytuacji zdołałem posłać Fajkowi pogardliwe spojrzenie. - I sam się przysypał tym chrustem? Milczenie. Nikt się nie odezwał, jeśli nie liczyć jakiegoś ptaka, który zaskrzeczał z oddali. - Po drugie, stało się już dosyć dawno. Kiju widział zwłoki ponad miesiąc temu, a już wtedy były, jak to określił, „lekko rozmiękczone”. Wniosek – ktokolwiek zabił gościa, zrobił to dawno. Śnieg i mróz zatarły wszelkie ślady. Zakończyłem. Ekipa czekała jeszcze, czy coś powiem. - No to co robimy dalej? – odważył się zapytać Fajek. Uśmiechnąłem się krzywo, chcąc ukryć targające mną emocje. Kurwa, znaleźliśmy trupa. Znaleźliśmy trupa. Prawdziwego, a nie zrobionego z lateksu czy silikonu. Ktoś go zabił. Na śmierć. Znaleźliśmy trupa.
66

- Dalej? – powiedziałem bardzo powoli - Zaraz ci, kurwa, powiem, co robimy dalej. Pójdziemy do samochodu, pojedziemy do domu i zapomnimy o tym. Nie będziemy o tym rozmawiać z nikim. Nawet ze sobą. Będziemy sobie wmawiać, że to się nie wydarzyło, że nigdy tu nie byliśmy. A potem... Na wiosnę, jak przyjdą roztopy, ciało nasiąknie, zacznie gnić i rozkładać się. To, co się nie rozłoży, wyjedzą mrówki. Zostanie sam, kurwa, szkielet, który ktoś kiedyś znajdzie, jak będzie wracał z grzybobrania albo co. - Ale może powinniśmy zawiadomić pały, nie wiem, może... Uniosłem palec. - Ani mi się waż. Pamiętaj, że są tu odciski palców Kija. I moje też – dodałem po zastanowieniu – Musielibyśmy opowiedzieć o tym, skąd wiemy o trupie. Granatowi zaczną dociekać, czemu Kij ich nie powiadomił. Może padną na niego podejrzenia. Odwróciłem się gwałtownie do Szluga. - I co? – zapytałem przez zaciśnięte zęby – Dalej chcesz kogoś zawiadomić? Fajek uciekł przede mną wzrokiem. - No – powiedziałem. Przykląkłem i zasypałem twarz martwego. Najpierw drewno, potem śnieg. Efekt końcowy wyglądał dość naturalnie. Prawie tak, jak poprzednio. - A teraz idziemy – powiedziałem, odwracając się i przesadnie dziarskim krokiem ruszając przed siebie. Po chwili śnieg znów zachrzęścił pod naszymi stopami. Szliśmy, unikając swoich spojrzeń, ze wzrokiem wbitym w ziemię albo jakiś odległy punkt na horyzoncie. Szliśmy, milcząc tak głośno i natarczywie, że niemal nie można było wytrzymać. Dżordan parsknął i wbił głowę w obszyty szarym futrem kaptur. Wszyscy popatrzyli na niego jakby przyłapali go na świętokractwie. Zapakowaliśmy się do auta. Adam odpalił silnik i ruszyliśmy. Napięcie wzrosło jeszcze o kilka kresek. Czarne myśli kłębiły się nad naszymi głowami. Zaraz zatrzyma nas policja. Grubawy gliniarz zacznie nas wypytywać. Ktoś nie wytrzyma napięcia i się załamie. Zacznie sypać. Pewnie Ogór, na którego zwłoki wpłynęły najmocniej. Zaraz pojawi się radiowóz. Już lada chwila. Nie pojawił się radiowóz, nie złapaliśmy gumy, nie spowodowaliśmy stłuczki. Choć parę razy było blisko, bo nerwówka udzieliła się też Adamowi. Nic zresztą dziwnego. Wreszcie wróciliśmy na osiedle. Gdy tylko złom się zatrzymał, Fajek szarpnął za klamkę i wypadł na zewnątrz jak wybity z procy. Za nim – nie sposób określić tego inaczej – wyfrunął Ogór. Dżordan wyszedł na mną. W końcu malucha opuścił Adam, pieczołowicie go zamykając. Ruszyłem w stronę swojego bloku. - Nikomu ani słowa – rzuciłem na odchodnym – A już na pewno Kijowi. Przycisnąłem palce do czoła. Musiałem to sobie przemyśleć. Bardzo dokładnie. ***
67

To była jedna z najgorszych nocy w moim życiu. Tym razem zamiast uspokajających płaszczek i wampirów w snach znów odwiedził mnie mój zdechły pies. Tym razem jednak towarzyszył mu trup z lasu. Obaj leżeli w powykrzywianych, niemożliwych do przyjęcia pozach. I nic, tylko leżeli tam i... Obudziłem się. Z niejakim zaskoczeniem zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze: Spuściłem się w gacie. Spuściłem się. W czasie snu o martwym mężczyźnie i psie. Też martwym. Co to oznaczało. Że jestem homoseksualistą, nekrofilem czy zoofilem? A może wszystkim naraz? Odchyliłem głowę i popatrzyłem w okno. Gęsto sypiący śnieg nie był mi jednak w stanie udzielić odpowiedzi. Po drugie: Dzwoniła komórka. Ziewnąłem rozdzierająco i wychyliłem się jak najdalej, by chwycić telefon. Okazało się jednak, że mam za krótką rękę. Przechylając się przez krawędź tapczanu traciłem równowagę i poleciałem na ziemię. Walnąłem o panele podłogowe z dźwiękiem, jaki wydaje rzucony na wóz worek ziemniaków. Zresztą, podobnie się czułem. Podniosłem się, masując obolałe ramię i sięgnąłem po telefon. Ogór. - No? – mruknąłem do słuchawki. Byłem półprzytomny, ale histeryczny głos skejta podziałał na mnie lepiej, niż średnia czarna. - Ślady! Kurwa, Filozof, tam zostały nasze ślady na śniegu! Ktoś po nich pójdzie i... - I tylko po to do mnie dzwoniłeś? Człowieku, wyjrzyj przez okno. Przez chwilę trwała pełna zaaferowania cisza. - No? – Warknąłem – I co widzisz? - Śnieg napierdala... - ...Od wczorajszego wieczoru. Bez przerwy. Wszystkie ślady już zasypało. Nie pękaj. Po raz kolejny cisza przerwała nam rozmowę. Tym razem jednak był to inny jej rodzaj – tak brzmiało milczenie chłopca, którego rodzice przyłapali na waleniu konia. - Głupi jestem, co? – powiedział wreszcie. Uśmiechnąłem się zjadliwie, ale nie przytaknąłem, choć ochotę miałem wielką. - Różnie bywa – odparłem dyplomatycznie i rozłączyłem się. Poszedłem do łazienki zmienić bieliznę. Od tej chwili całą moją uwagę zaprzątał trup. Trup leżący gdzieś tam pod śniegiem. Całe święta upłynęły pod znakiem trupa. Gdy stroiłem choinkę, pomagałem przygotowywać wigilijną kolację, sprzątałem pokój – ciągle był ze mną trup. Trup jadł ze mną marszcz z uszkami i popijał kompotem z suszu z tego samego, co ja, kubka. Trup dzielił się opłatkiem, składał życzenia rodzinie i otwierał prezenty. Nawet gdy dziękowałem rodzicom za prezent (stały dostęp do Neta – chciałoby się rzec: „Nareszcie!”) na głowie siedziały mi zahibernowane w śniegu zwłoki. W końcu, którejś nocy, w czasie przerwy świątecznej przyśnił mi
68

się trup. Znowu. Stał, cały siny, w poniszczonym ubraniu i olbrzymich butach. Takich, jak miał Boris Karloff we „Frankensteinie”. Wokół była ciemność, a on stał tam, cały siny z językiem wystającym z ust. Ten język zapamiętałem najmocniej, on wiele miesięcy później obrzydzał mi tak lubiane niegdyś przeze mnie truskawki. Wyciągnąłem rękę przed siebie i powiedziałem. - Spierdalaj. Zostaw mnie w spokoju. to nie ja cię zabiłem. Trup pokiwał głową i, utykając, powędrował w mrok. Więcej mi się nie przyśnił. Od tej pory już prawie nigdy o nim nie myślałem. Tylko w lecie, jak zakwitły truskawki.

Rozdział trzeci Dwie piosenki o miłości
Impreza Sylwestrowa odbyła się u Wegeta. Co roku Weget organizuje Sylwka i zawsze jest to najbardziej wypasione party w roku. W zeszłym roku ojciec Wegeta pośliznął się na skórce od banana i złamał nogę (wiem, że to głupio brzmi, ale tak właśnie było), na wskutek czego musiał siedzieć w domu i impreza się nie odbyła. teraz na szczęście Weget senior niczego sobie nie złamał, wręcz przeciwnie – wszelkie symptomy wskazywały, że przeżywa swoją drugą młodość. Czyli o wolną chatę nie trzeba było się martwić. W przygotowaniach uczestniczył cały sztab złożony ze mnie, Ogóra, Cichego, Dżordana i Fajka. Włóczykija gdzieś wcięło, a miał skołować alkohol. Wszyscy zaczęli się denerwować, kurwy latały nisko i gęsto. Na szczęście sytuację spacyfikował Adam, który wpadł, zobaczył co i jak i zdecydował się pomóc. Gwoli ścisłości – ze zdobyciem alkoholu nie byłoby większych problemów nawet bez pomocy pełnoletnich kumpli. Nikomu jednak nie chciało się kombinować, zwłaszcza w tym przedsylwestrowym okresie, w którym po sklepach krążą rozmaite kontrole.
69

Zrzuta na jedzenie i napoje – nie tylko procentowe – wynosiła zwyczajowe dwadzieścia złotych od osoby. Jak zwykle się dorzuciłem, nie zamierzałem jednak zjawiać się na Sylwku. Z natury byłem samotnikiem, a teraz już szczególnie nie miałem ochoty się bawić. Mój udział więc skończyłby się tylko na dwóch banknotach dziesięciozłotowych i pomocy w znoszeniu wałówy, gdyby nie Cichy i jego sercowe problemy. Szliśmy właśnie do Kauflandu z zamiarem zakupu zaopatrzenia. Cichy wyraźnie był jakiś rozkojarzony. Kręcił się, wiercił, cały czas wyprzedzał mnie albo zostawał w tyle – generalnie zachowywał się, jakby miał robaki w dupie. W końcu nie wytrzymałem. - Co ty, owsiki masz? – rzuciłem, gdy po raz kolejny skejt ostał się gdzieś za moimi plecami. Przechodziliśmy właśnie przez dziurę w siatce, która swego czasu oddzielała Kaufland od Tesco. Historia tej dziury może dużo powiedzieć o mentalności łukowian. Nie jest to najbardziej jaskrawy przykład, ale wystarczy, by ukazać typowe dla mieszkańców miasta nad Krzną cwaniactwo oraz niechęć do głupich nakazów i praw. Był w Łukowie okres, w którym - niczym grzyby po deszczu – wyrastały supermarkety. Dwa z nich – Tesco i Kaufland – znajdowały się w swoim bezpośrednim sąsiedztwie, oddzielane zaledwie nędzną siatką. Sęk tkwił w tym, że siatka ta znacznie utrudniała dojście do Kauflandu. Żeby się do niego dostać, trzeba było nadkładać szmat drogi, by ominąć pobliskie zabudowania. Pewnej nocy siatka zniknęła. No, może nie zupełnie zniknęła – pojawił się w niej owalny otwór, przez który z łatwością można było sforsować ogrodzenie. Widząc to, dyrektor Tesco wkurzył się i załatał dziurę. Nie wymienił jednak całego zniszczonego fragmentu - pamiętajmy, ze dyrektor również był łukowianinem – a jedynie załatał dziurę kilkoma kawałkami drutu. Przez dwa dni był spokój, trzeciego druty zniknęły, a dziura powiększyła się znacznie. Dyrektor zmuszony był skapitulować i polecił w ogóle usunąć cały podziurawiony segment. Wróćmy jednak do Cichego. Popatrzył na mnie dziwnie i zapytał. - To do twojej klasy chodzi Wiktoria? Wiktoria. Niezła dupa, ale ciut za mało inteligentna – gdy pada jakiś dowcip, Wiktoria zwykle śmieje się parę sekund po wszystkich. Ale urody nie można było jej odmówić. - No, chodzi – odparłem ostrożnie – A co? Skejt zmieszał się trochę. - Będzie na Sylwku. - I co? Cichy, jak chcesz mi coś powiedzieć, to się nie czaj jak słoń polarny tylko, kurwa, mów! - Mógłbyś ją ze mną zapoznać? Szok. Cichego wzięło na amory. Ja pierdolę. - Nie wiem, czy będę na Sylwku. - Bo? Filozof, ty się co roku dorzucasz i co roku nie przychodzisz. Weź tak wyjątkowo przyjdź z raz.
70

Zastanowiłem się. Istotnie, zwykle Sylwestra spędzałem w domu, przed komputerem. Nie lubiłem tego typu imprez. Tym niemniej... Nie wiem. W tym gorącym, przedsylwestrowym okresie marazm opuścił mnie niemal całkowicie. Cała ta atmosfera nakręciła mnie i miałem ochotę trochę się zabawić. Nawet, jeśli towarzystwo nie było zbyt wykwintne. I dupa. Ja sam też nie jestem wykwintny. - Dobra – pokiwałem głową – A kto konkretnie będzie? Cichy zastanowił się. - Weget, ja, ty, Fajek, Dżordan, Wodecki, Ogór, Izba, Kozak, Tomek, Kudłaty, Siurek... Cholera, dalej nie wiem. A z dziewczyn to Wiktoria, Barbi, Kamila, Karolina z mojej klasy, siostra Wegeta, chyba siostra Ogóra... Tyle wiem. - W chuj osób – podsumowałem, szukając po kieszeniach złotówki, która dałaby nam dostęp do drucianego wózka na kółkach. - To pomożesz mi? Filozof... Uniknąłem odpowiedzi, udając, że mocuję się z wózkiem. Wreszcie wyszarpnąłem złoma z uwięzi i zakląłem z satysfakcją. - Pytałem, czy... - Dobra, już dobra – co innego miałem powiedzieć? Skejt uśmiechnął się po swojemu, ledwie unosząc kąciki ust. W supermarkecie od razu daliśmy nura do działu z żywnością. - Weź dwie największe paczki Laysów, patrz, promocja jeszcze jest... - Jaki smak? - Fromasz. - E, tam. Fromasze są dla ciot. Biorę paprykowe. - Pojebało cię? Kiedyś jak wpierdoliłem dwie paczki paprykowych, to miałem potem przepalone gardło. - Pamiętasz, jak Kozak wciągał nosem pokruszone chipsy? To mu śluzówki spaliło. - Co oni dodają do tych chipsów? Arszeniku? - I czemu nie dosypują paczek do pełna? - A ty głupi jesteś. Jakby dosypywali do pełna, to by najmniejsza paczka osiem złotych kosztowała. W końcu rozwiązaliśmy kwestię chipsów. Z colą i ciastkami poszło już lżej. - Pieguski rulez. Każdy ci to powie. - Wiem, wiem. Weź też rurki z kremem, bo Weget lubi. - Wiesz, że jak ktoś lubi rurki z kremem to oznacza, że lubi seks oralny? - Pierdolisz. - Serio. Jedzenie paluszków, rurek z kremem i innych takich oznacza, że chciałbyś kiedyś pociągnąć komuś laskę. To udowodnione naukowo. - Ale ty, Filozof, zbok jesteś. Colę lajtową biorę. - A co to za różnica. - Sam, kurwa, nie wiem. - W ogóle cola smakuje jak rozrzedzona i posłodzona smoła. Nie wiem, jak ludzie mogą to pić.
71

- W sumie to ja też nie lubię coli... - Bo jest bezalkoholowa. Jakby była cola z procentami, to byś pewnie tankował na hektolitry. - Jest już taka cola. Co ty, nie wiedziałeś? - Nie ma, kurwa! Bym wiedział. - Jest. Nazywa się denaturat. W końcu, obładowani rozmaitym żarciem i poidłem, stanęliśmy w kolejce do kasy. Cichy trochę marudził, że będziemy musieli dokładać ze swoich, bo nie starczy na te wszystkie chipsy, cole i ciastka. O dziwo, suma wszelkich promocji, przecen i obniżek nie tylko pozwoliła nam z powodzeniem pokryć wszelkie koszty, ale i udało się nam zaoszczędzić trochę kasy. Cichy zaoferował się, że poleci jeszcze po prezerwatywy, bo przecież na Sylwku będziemy grać w „Nadmuchaj kondona”. Wieloletnia tradycja głosi, że kto nadmucha najwięcej nim balonik pęknie, ten w nadchodzącym roku zaliczy najwięcej lasek. Coś w tym musiało być, bo prawie za każdym razem wygrywał Kudłaty – prawdopodobnie największy jebaka w mieście, a możliwe, że i w gminie. Cichego ogarnął dziwnie wesołkowaty nastrój. Spowodowane to było zapewne moją obietnicą, że zjawię się na Sylwku i zapoznam go w Wiktorią. Skejt zachowywał się jak nakręcony. Łaził tam i z powrotem, rozglądał się gorączkowo... - Jak tam? – rzucił do ekspedienta – Wszystko w porządku? Masz pan gdzieś tam nocnik pod... hmmm... pod ręką? Bo do kibla to wam chyba nie wolno chodzić w godzinach pracy? Ekspedient w białym T-Shircie i czerwonej czapeczce z logiem supermarketu popatrzył na niego dziwnym wzrokiem, ale nie skomentował. Na szkoleniu z pewnością informowano go o takich przypadkach, ale gość sądził zapewne, że jego coś takiego nie spotka. Trąciłem Cichego łokciem. - Zamknij się, idioto – rzuciłem półgłosem – Co w ciebie wstąpiło? - Przedświąteczna atmosfera – wyjaśnił. - Przecież już po świętach. - To znaczy, chciałem powiedzieć – przedsylwestrowa. - Jesteś nienormalny – westchnąłem - Mamy taszczyć to wszystko przez całe miasto? - Widzisz, taka jest sprawa, właśnie o to chodzi, że nie – Cichy uspokoił się i wyciągnął telefon – Włóczykij miał po nas podjechać oplem swojego starszego. Czekaj... Przyłożył telefon do ucha. Kiju długo nie odbierał i obaj zaczynaliśmy się trochę niepokoić. Wreszcie odebrał. - Kijek? No, cześć, gdzie ty jesteś? – chwila ciszy – Co? Weź sobie, kurwa, nie rób jaj, pod Kauflandem czekamy z wałówą i... No mówię ci, nie pierdol... A co ty, kurwa, robisz w Krakowie, co? Jak to nie mój interes... To jest właśnie mój cholerny interes i... Czemu nikomu nic nie powiedziałeś, co ty sobie, kurwa, wyobrażasz... Wiesz co? Pierdol się! - powiedział skejt i ze złością się rozłączył. Popatrzył na mnie.
72

- Pojechał do Krakowa – wyrzucił z siebie po chwili – Pojechał do Krakowa i nic nikomu nie powiedział! Filozof, kapujesz coś z tego? Bo ja ni chuja. Musiałem przyznać, że ja też nie. Owszem, Kiju zawsze znikał dość nieoczekiwanie, ale przecież zwykle zimował w mieście. Nie miałem pojęcia, co go mogło wyrwać gdzieś dalej, niż do Siedlec. Czekał nas więc długi spacer przez pół miasta - po nieodśnieżonych chodnikach i śliskich jak lodowisko ulicach. Objuczony Cichy raz po raz zaliczał glebę. Ja, z racji mniejszej ładowności i związanymi z tymi ulgami w dźwiganiu zakupów, jakoś utrzymywałem względną równowagę. Dotarliśmy na osiedle w wyjątkowo parszywym nastroju. Dochodziła siedemnasta i na dworze już ciemniało. Za niespełna pół godziny szarogranatowy mrok oblepi wszystko wokół. Jutro Sylwek a ja po raz pierwszy od wielu lat miałem zjawić się na tak rozdmuchanej imprezie. Nie lubiłem takich imprez. Źle się na nich czułem. Dużo ludzi, wszyscy się śmieją, bawią, tańczą... Ja jeden rozkwaszam atmosferę, niczym rozgryzione ziarenko pieprzu. Ale obiecałem... *** ...I dotrzymałem słowa. Ogoliłem się dokładnie, co zdarza mi się niezmiernie rzadko. Wysprejowałem się jakimś śmierdziuchem ojca („Zapach prawdziwego mężczyzny” okazał się wonieć niczym posypany miętówkami zdechły delfin) i wbiłem się odświętną bluzę z kapturem. Zerknąłem na zegarek – za dziesięć dziesiąta. Zaczyna się o jedenastej. Byłem gotowy, ale miałem jeszcze kupę czasu. Odpaliłem kompa i sprawdziłem pocztę. Rodzice szarpnęli się wreszcie i z okazji świąt założyli mi Internet. Nic. Same reklamy. Spam w najczystszej postaci. W spamie czai się zło. Każda niechciana wiadomość, każdy łańcuszek, każda głupia reklama czy oferta podwyższają w moim mózgu słupek irytacji. Kiedy ten słupek przekroczy czerwoną kreskę, obwiążę się dynamitem i ruszę w świat, tak jak ten gość z Interstate 60. Odwiedzę wszystkie firmy generujące spam, jedną po drugiej. Każdemu dyrektorowi, kierownikowi działu mediów czy innemu skurwielowi siedzącemu na obmierzłym dupsku w klimatyzowanym biurze – każdemu zaproponuję oczywiste ultimatum. Jeśli nie wsadzą mnie do wariatkowa, więzienia albo sam się nie wysadzę w powietrze, to zostanę bohaterem, Mesjaszem ery Internetu. Ale do tego jeszcze daleka droga. Mam bardzo wysoki próg irytacji. Wyłączyłem komputer i poszedłem do kibla. Potem znowu włączyłem kompa. Kiedy nie ma co robić, tylko poczciwy PC stoi między tobą a ześwirowaniem z nudy. Zarzuciłem na siebie kurtkę i ruszyłem. Czekał mnie parokilometrowy marsz w stronę osiedla, na którym mieszkał Weget. W przeciwieństwie do pozostałych ziomów, Weget zamieszkiwał w sporej wielkości domu jednorodzinnym ulokowanym w dość sporej odległości od cywilizacji. Nie rozumiem, co jest takiego wspaniałego w domach. Wszak ciągle trzeba strzyc trawnik, drwa rąbać,
73

pilnować setek rozmaitych drobiazgów... A w bloku? Luz. Tylko co tydzień przeleci się mopem po klatce schodowej i jest spokój. Do tego blisko do spożywczaka i kiosku. Marsz przez opustoszałe peryferia miasta był bardzo przyjemny. Cisza, spokój, tylko z oddali dobiegały odgłosy zabaw. Ludzie już zaczęli imprezować. Zegar tyka. Za niespełna dwie godziny rozpocznie się Nowy Rok. Nowy rok, to samo gówno. Dotarłem wreszcie na to malownicze zadupie. W oddali majaczyła się chata Wegeta. Przez okno widać było jakieś zamieszanie. Przyspieszyłem kroku. Jeśli kroiło się coś większego, to ja nie chciałem tego przegapić. Przeszedłem przez otwartą furtkę i stanąłem przed drzwiami. Nacisnąłem dzwonek. W środku coś łomotnęło, jakby kijem bejsbolowym o ścianę. Rozległo się swojskie „Kurwa mać!”. W tle leciały jakieś niezrozumiałe, lekko bełkotliwe krzyki. Sięgałem właśnie po klamkę, gdy drzwi stanęły otworem. Przed oczyma pojawiło mi się miłe dla oka zjawisko. Młodsza siostra Ogóra w ładnej, krwistoczerwonej kreacji i nieco znękanym wyrazem twarzy. Uśmiechnęła się do mnie, po czym na jej oblicze powróciło zmęczenie. - Siema, Filozof. Wchodź. - Siema, Ewa. Co się dzieje – wychyliłem się, by zerknąć jej przez ramię. Ewa westchnęła i odsunęła się. Oczom mym ukazał się - teraz się zdziwicie – Nowy. Tak, kurwa, tak. Nowy. Adaś, ten, który zawsze wygląda, jakby dymał własną siostrę. Leżał na podłodze i się nie ruszał. Obok stali Ogór i Weget. Wyglądali, jakby nie mogli się zdecydować, czy przenieść gościa na kanapę, czy skopać i wyrzucić za drzwi. - Kto go tu go przyprowadził? – zapytałem, podchodząc do ziomów. Ogór popatrzył na mnie unosząc brew. - Domyśl się. Właściwie nie musiałem pytać. Ewa umawiała się właściwie z każdym zasrańcem, jakby leciała po kolei z listy. Podobno szuka „tego jedynego”. Chodziła już chyba ze wszystkimi ziomami z klasy, osiedla i najbliższych okolic. Wielokrotnie mówiłem Ogórowi, żeby pilnował siostry, bo to się źle skończy. On nic, tylko na odczepnego kiwał swoim łysym łbem. Ale żeby umawiać się z takim śmieciem? Zerknąłem na Ewkę. Zaczerwieniła się i spuściła wzrok. Z czystym obrzydzeniem popatrzyłem na nieruchome ciało. - A który go tak urządził? Weget, jeśli to ty spuściłeś mu wpierdol... - Filozof, nie bądź ciota. Powąchaj go. Przyklęknąłem przy użelowanym łbie. Zapach alkoholu uderzył mnie jak struga z miotacza ognia. Klient był uchlany w trzy dupy i pół chuja. - Ktoś mi powie, co tu się wydarzyło? Weget, wyraźnie podkurwiony, aż zazgrzytał zębami. - Nowy przylazł tu z Ewką. No to wysłaliśmy go po skrzynkę z browarem, niech się kutas do czegoś przyda. - Aha – nie musiał kończyć – Dużo wytankował?
74

- Dwa browce. - Po dwóch browarach go tak ścięło? - Nie, on już wcześniej był trochę na cyku. Teraz, kurwa, trzeba coś z nim zrobić. Zastanowiłem się krótko. - Może wrzucić go do wanny? Ogór pokręcił głową. - Odpada. Ja nie będę lał do kibla, jak obok śpi ten kurwiarz. Poza tym – dodał trochę złośliwym tonem - Dżordan tam zwykle się kładzie, koło trzeciej. - Coś z nim zrobić trzeba – obejrzałem się, słysząc szczęk otwieranych drzwi. Weszła większa grupa ziomów i ziomalek. - Dobra – Weget chwycił Nowego pod ramiona – Łap za nogi. Zamkniemy go w piwnicy. Chwyciłem Adasia na nogawki jego wieśniackich, sztruksowych spodni. - Będzie miał niespodziankę, jak się obudzi – powiedziałem, układając nieruchome ciało na zakurzonej podłodze – Nie boisz się, że ci konfitury potłucze? Wskazałem drewniane półki, na których pyszniły się pękate, wielobarwne słoiki. - Niech tylko, kurwa, spróbuje. Nogi z dupy powyrywam. No – powiedział wychodząc i z satysfakcją zatrzaskując drzwi – Niech tam siedzi, a rano obiję mu dupę i wyrzucę na śnieg. - Pewnie to i tak będzie najlepszy Sylwester w jego życiu – dodałem i już nie zaprzątaliśmy sobie głowy naprutym debilem. Przynajmniej do czasu. Podczas gdy my zabawialiśmy się z Nowym, dom z grubsza wypełnił się biesiadnikami. Cichy, zobaczywszy mnie nieomal umarł z radości. - Dobrze, że jesteś – powiedział. Chyba po raz pierwszy ktoś tak się cieszył na mój widok. Reszta gawiedzi rozeszła się po kątach. Ktoś zapuścił muzykę, ktoś inny zgasił światło – teraz salon oświetlało tylko kilka lampek. Zabawa rozkręcała się powoli, ale niepowstrzymanie, niczym dryf kontynentalny. Wszystko zaczęło kręcić się coraz szybciej, jak karuzela w objazdowym wesołym miasteczku. W półmroku podpłynął do mnie Cichy. Nie musiał nic mówić. Wprawdzie w skąpym świetle nie widziałem jego znaczącego spojrzenia, ale to bez znaczenia – cały aż emanował zaaferowaniem. - Dobra, chodź – podniosłem się z fotela i rzuciłem paczkę chipsów na stolik. Trudno. Ktoś inny dokończy. Ale to fromasze, więc może się uchowają. Prawie nikt nie lubi fromaszy. Wiktorię zlokalizowałem obok okna. W jednej ręce trzymała papierosa, drugą żywo gestykulowała rozmawiając z Barbi. - ...I ona mnie się pyta „Czemu mi dałaś takiego komenta na blogu?”, no to ja jej normalnie... - Wiki... – usiłowałem wtrącić.

75

- ...wkurzyłam się, bo mi pizda mała nie będzie... Moment, Filozof, moment... mi nie będzie podskakiwać. No to jej powiedziałam, że może sobie wsadzić te swoje... - Wiki... - ...no i się obraziła i jeszcze nagadała o mnie Marcinowi, wiesz? Suka jedna. Już w życiu się do niej nie odezwę – odwróciła się do mnie – No, coś chciałeś? Od razu mówię, że nie zatańczę z tobą. - Mała strata – burknąłem nieuprzejmym tonem, bo mogła sobie darować tę uwagę – Kojarzysz Cichego z mojego bloku? - Nie bardzo. A co on? - Zakochał się w tobie. Cały czas o tobie myśli i nie wyobraża sobie życia bez ciebie. Kształtne usta Wiktorii wykrzywiły się w uśmiechu. - Przestań pieprzyć. Który to ten Cichy? Wskazałem nieznacznym ruchem podbródka. Wiki przypatrzyła mu się i zmrużyła zalotnie oczy. - Pogadasz z nim? - A ty co, biuro matrymonialne? – parsknęła i zaciągnęła się papierosem. Skrzywiłem się, bo nie lubiłem palących dziewczyn. Powinno się zabronić. - Nie, ale... – co „ale”? Nic mi nie przychodziło do głowy. Wzruszyłem ramionami – Pogadaj z nim. Odszedłem, nie doczekawszy się jakiegokolwiek komentarza – laska wróciła do rozmowy z Barbi. Przeanalizowałem sytuację i doszedłem do wniosku, że zrobiłem z siebie durnia. Wkurwiło mnie to trochę. Wyszedłem na balkon. W mroku nocy śnieg przybrał granatową barwę. Zrobiło mi się trochę zimno. Później zrobiło się jeszcze bardziej zimno. - Piździ – usłyszałem za sobą. Odwróciłem się i spostrzegłem Fajka, który wyszedł na balkon żeby zapalić. Podszedł do mnie i luzacko oparł się o barierkę. Zaciągnął się i strzepnął popiół na znajdujący się pod nami podjazd. - Źle się tu czujesz – powiedział, patrząc w jakiś punkt w oddali – To widać. Poczułem ukłucie irytacji. - Czego ty właściwie ode mnie chcesz? – warknąłem, nie siląc się nawet na uprzejmość. Skejt zerknął na mnie przelotnie i w jego spojrzeniu zobaczyłem coś, czego nie dostrzegłem nigdy wcześniej – błysk inteligencji. Szlug był niesamowicie bystry, ale ukrywał to. Zapewne dlatego, że był na tyle bystry by wiedzieć, że nie należy odstawać od średniej ilorazu inteligencji. Zastosował więc bezpieczną mimikrę, która zdołała wprowadzić w błąd nawet mnie, choć nie wiedziałem, czy nie wyciągam pochopnych i zbyt daleko idących wniosków. Tak czy inaczej, prześwietlił mnie bez pudła. Chciałem jak najszybciej zmyć się z tego cyrku, w którym mowa stawała się coraz bardziej bełkotliwa i pierwsze osoby już zaczynały się urzynać. Śmierdziało alkoholem i papierosami. Byłem jedynym niepijącym w tym towarzystwie. To pewnie o to chodziło. Fajek, widać, myślał podobnie bo podsunął mi pod nos puszkę z piwem.
76

- Masz, napij się. - Nie – powiedziałem beznamiętnie – Nie piję. - No właśnie – Fajek uniósł palec w górę – Czemu? Wszyscy się zastanawiamy, czemu nie pijesz. Wszyscy. Ogór mówi, że jesteś trzeźwoholikiem. Znaczy, tak jak alkoholikiem, tylko że odwrotnie. Odwróciłem się i wspomnieniami wróciłem do tamtego szczególnego dnia. Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Łaziłem po osiedlu, włócząc się gdzieś bez celu. to był jeden z tych upalnych dni, w których prawie nikogo nie ma na ulicach. Skręciłem w boczną uliczkę i natknąłem się tam na pijanego, ledwie trzymającego się na nogach włóczęgę. Ubrany był zgodnie ze wszelkimi prawidłami mody bezdomnej – dziurawy prochowiec, kilkanaście warstw odzieży, z których żadna nie zachowała się w zadowalającym stanie... Pijak spostrzegł mnie swym rozbieganym, zamglonym wzrokiem. Pamiętam, że serce mi wtedy stanęło. Przestało bić. Na moment, ale pamiętam tą ciszę w uszach, ten obezwładniający strach. Pijak zatoczył się i złapał mnie za ramiona – po to, by utrzymać równowagę. Ja jednak o tym nie wiedziałem. Oto potwór, który przyszedł mnie porwać, wrzeszczałem w myślach, tak, który przychodzi po wszystkie niegrzeczne dzieci. Wrzasnąłem ile sił w płucach. Wrzeszczałem cienko, świdrująco i boleśnie, tak, jak wrzeszczą małe dzieci, kiedy są śmiertelnie przerażone. Włóczęga wytrzeszczył na mnie oczy i zwymiotował. Rzucił gęstą strugą rzygowin, których większa część poleciała na mnie. Ja, ciągle wrzeszcząc, wyrwałem się z objęć nietrzeźwego bezdomnego. Pamiętam to jak dziś – ja, w krótkich spodenkach i pozlepianej wymiocinami koszulce z Myszką Miki zapłakany biegnę przez osiedle, wrzeszcząc „Mamo, mamo, pan mnie obrzygał!”. Później znalazła mnie roztrzęsiona mama. Kiedy już doszedłem do siebie, ojciec wziął mnie na pierwszą – i jak na razie ostatnią – poważną rozmowę. Wytłumaczył mi, że spotkałem Alkoholika – człowieka, którego zniszczyła Wódka. I zamiast mnie pocieszać, zamiast przytulić i pomóc odegnać koszmar, kazał mi sobie przyrzec, że nigdy nie wezmę do ust alkoholu. Bym nigdy nie stoczył się i nie został Alkoholikiem. Obiecałem. Przez następne pół roku w snach prześladował mnie Alkoholik, który w mej małoletniej główce urósł do rangi najgorszego potwora. Inne dzieci miały strachy pod łóżkiem, w szafie, na końcu mrocznego przedpokoju – mój potwór siedział głęboko w moim umyśle. Ale nie to było najgorsze. Najbardziej przerażała mnie świadomość, że i ja mogę przepoczwarzyć się w Alkoholika. Dlatego, w czasie tych długich, strasznych nocy solennie obiecywałem sobie, że nigdy nie będę pił Wódki. Nigdy. Przenigdy. Od tamtego czasu minęło już dziesięć lat. To wydarzenie wpłynęło na moją psychikę – trudno, żeby stało się inaczej. Nigdy, ale to nigdy nie przełknąłem ani jednego łyka alkoholu. Gdy tylko brałem do ręki szklankę, butelkę czy puszkę, przed oczyma pojawiał mi się obraz szerokiej strugi wymiocin kaskadą ochlapujących moją pierś. Trzeźwoholik... Uśmiechnąłem się.

77

- Tak – pokiwałem głową – Jestem patologicznym trzeźwoholikiem. Bez najmniejszych szans na resocjalizację. - Ale to i tak nie o to chodzi – Fajek zdusił niedopałek o barierkę balkonu. - A o co? - Ty po prostu lubisz tylko jedno towarzystwo – swoje własne. Może i była to prawda, ale nie powinien był mówić tego na głos. - Cholera, przeszkadzam ci? – rzuciłem i zacząłem chodzić po całym balkonie, by się rozgrzać. - Nie, ale... - No to spierdalaj. Zostaw mnie w moim ulubionym towarzystwie! Fajek popatrzył na mnie dziwnie, powiedział „Jak chcesz” i wszedł z powrotem do środka. Ja zostałem na mrozie ze świadomością, że Fajek ma mnie za wsobnego obesrańca. No i zajebiście. Do północy zostało zaledwie czterdzieści pięć minut. Wróciłem do salonu. W tak zwanym międzyczasie zdarzyło się stosunkowo mało – ot, jakiś nieznany mi z imienia gościu miał jazdy i pomylił mu się sufit z podłogą. Leżał teraz na plecach i podrygiwał w takt sączącej się z głośników muzyki. Towarzystwo było już na niezłym cyku i właśnie miałem się wymknąć, gdy spod podłogi zaczął się wydobywać przytłumiony dźwięk. Coś jakby głuche łomotanie. To pewnie Nowy się ocknął i dotykowo badał otoczenie. Postanowiłem zobaczyć, co się z nim dzieje – i tak nie miałem nic lepszego do roboty. Wyminąłem jakąś namiętnie całującą się parę i wkroczyłem do przedpokoju. Zdjąłem z umieszczonego nad drzwiami wieszaka klucze od piwnicy i po chwili zastanowienia wkroczyłem do środka. Od razu zauważyłem, że w piwnicy pali się jedna naga, osamotniona żarówka. Na granicy światła i cienia siedział Nowy. Siedział oparty plecami o ścianę a czoło podpierał na podkurczonych kolanach. Nie zareagował, kiedy wszedłem. Rozejrzałem się wokół. Podsunąłem sobie skrzynkę z jakimiś śmieciami i usiadłem na krawędzi. - No? – zacząłem. Nowy zadrżał. - Szzzego nikt mnieee nie lubi? – wysyczał cierpiętniczym głosem. Zastanowiłem się. - Bo ubierasz się jak pedał, zadajesz się z Rolą i źle ci z oczy patrzy. A, i dymasz własną siostrę – dodałem po chwili. - Nie mam siossry... – wyjęczał. I pewnie wzbudziłby tym moją litość, gdyby zaraz potem nie dodał – Nie mam siossssry, hhhhtórą mógłbym dymaśś.... - Jesteś żałosny – uznałem – Rano Weget zrobi ci z twarzy meblościankę za to, że o mało co nie zepsułeś mu imprezy. Nowy uniósł zapocony łeb i popatrzył mi prosto w oczy. - Ssssabije mnieeee... – wyjęczał ze strachem w oczach. Nic dziwnego. Każdy trochę bał się Wegeta. - Możliwe – pokiwałem głową. Po czym dodałem, aby go trochę uspokoić – Ale bardziej prawdopodobne jest, że jutro raczej nie będzie w stanie. Jak go ostatnio widziałem, to gadał z butelką szampana. Założę się, że rano cię wypuści i

78

może sprzeda kopa na pożegnanie... – popatrzyłem na zegarek – O kurwa, za dziesięć minut północ. Muszę lecieć. Trzymaj się, Nowy. I nie zważając na słabe protesty Adasia, ruszyłem na górę, w stronę światła i odgłosów muzyki. Na górze od razu przechwycił mnie Fajek. Najwyraźniej stałem się dla niego tajemnicą, którą starał się za wszelka cenę rozwikłać. Nawet mnie to trochę bawiło. - Czemu ty właściwie nie masz dziewczyny? – zapytał ni stąd ni zowąd, chwytając mnie za łokieć i zręcznie usuwając z toru drogi chwiejnie postępującej laski, która bawiła się komórką. - Wiesz... – zastanowiłem się głęboko – Nie spotkałem jeszcze tej jedynej. Takiej, za którą mógłbym pójść na koniec świata. Jedyną, wspaniałą, doskonałą... – mrugnąłem oczyma i popatrzyłem na Szluga. Wyraźnie go zamurowało. Poczułem, że się rumienię. - No co? – rzuciłem z lekkim zażenowaniem. Skejt uśmiechnął się szeroko. - Ale z ciebie idiota – oświadczył. - Czemu niby? – poirytowałem się. Fajek zaciągnął się szlugiem, którego magicznie dobył nie wiadomo, skąd. Na chwilę utonął w gęstych oparach, po czym wynurzył się zza dymnej zasłony i odpowiedział. - Bo coś takiego nie istnieje! – wyraźnie zaakcentował dwa ostatnie słowa. - A Marchewa i Renata? To była prawdziwa miłość. - A jak się skończyła? Teraz z kolei to mnie zatkało. - Ale – zająknąłem się – To nie zawsze musi się tak kończyć... - Nie – potwierdził mój rozmówca – Nie musi. Ale zawsze tak właśnie się kończy. Albo podobnie. Dało mi to do myślenia. I to całkiem sporo. Bo mimo mojego wrodzonego cynizmu, mimo sarkazmu i wieloletnie praktykowanej złośliwości – ja wciąż wierzyłem w miłość. Taką prawdziwą, rodem z francuskich romansów, rodem z Tristana i Izoldy czy szekspirowskich kochanków z Werony. Może to wpływ tych wszystkich książek, które przeczytałem („Mózg ci się już od nich jebie” – stwierdził kiedyś Barszczu) Teraz jednak przypomniałem sobie, jak kończą się te historie. Śmierć, w samotności, śmierć od trucizny, od rany, rozpaczliwe samobójstwo... I dojmujący ból straty. Nie był to jednak czas na takie rozważania. Powróciłem jednak do nich, dużo, dużo później. I to na bardzo, ale to bardzo długo. - DZIESIĘĆ!!! Co? To już? - DZIEWIĘĆ!!! Zaraz kończy się ten rok. - OSIEM!!! Jakaś dziewczyna chwyciła mnie za rękę. Nie zdążyłem się jej przyjrzeć. - SIEDEM!!! Ciekawe, czy Nowy to słyszy? - SZEŚĆ!!!
79

Dziewczyną okazała się Ewka. Przyciągnąłem ją do siebie i objąłem ramieniem. - PIĘĆ!!! Gdybym został w domu, pewnie oglądałbym pornole, walił konia i wmawiał sobie, jaki to ja jestem beznadziejny. Jak co roku. - CZTERY!!! I wiecie co? To jednak... - TRZY!!! ...dobrze, że w tej chwili... - DWA!!! ...nie jestem sam. - JEDEN!!! ZERO!!! Eksplozja nieopanowanego wrzasku. Ktoś otworzył drzwi, ktoś inny wybiegł na zewnątrz. Ruszyliśmy za nim. Kupą. Po chwili byliśmy już na zewnątrz – na krystalicznym, orzeźwiającym mrozie. Ogór zaczął tarzać się w śniegu. Ktoś, kto został wewnątrz, podkręcił muzykę. Dalsze wydarzenia pamiętam już tylko jako migawki – krótkie, urywane sceny, szybkie ujęcia bez jakichkolwiek dłuższych przejść. Ludzie ubijali stopami śnieg, wydzierali się niebosko i... ...To było wspaniałe. *** Opuściłem imprezę około czwartej rano. W domu od razu powaliłem się na łóżko i spałem do południa. Przez kilka następnych życie przemykało we własnym, nieco leniwym tempie. Śnieg prószył gęsto, dzieciaki ganiały się po osiedlu i lepiły bałwana. Grucha z Jendrychem też ulepili bałwana, tyle że do klasycznego wizerunku śniegowego ludka dodali jeszcze imponującego kutasa ze śniegu. Bałwan w pośrednim stadium erekcji postał pół dnia nim ktoś, najwyraźniej oburzony śmiałym ukazywaniem męskich genitaliów w miejscu, gdzie mogą bawić się dzieci, urwał śniegowego członka. Moim skromnym zdaniem, lodowa rzeźba tylko na tym ucierpiała. Dzień, który zaczął się tak, jak ten, po prostu musiał być dziwny. Zaczęło się niewinnie. Gdy przetarłem oczy i doszedłem już do siebie, moją uwagę zwrócił wyprężony jak struna penis. Mój penis, gwoli ścisłości. To, samo w sobie, nie było niczym nadzwyczajnym – schody zaczęły się, gdy swoim zwyczajem zacząłem czekać, aż Wacek przejdzie w stan spoczynku. Zwykle wystarczały dwie, trzy minuty - pomagało myślenie o neutralnych rzeczach, takich jak jazda na rowerze albo gra w kosza. Tym razem jednak ani jazda na rowerze, ani gra w kosza nie skutkowały – kutas wciąż prężył się niczym koci grzbiet i nie zanosiło się na to, by miał zamiar przysnąć. No cóż, pomyślałem, jak nie w te, to we w te, i zrobiłem sobie dobrze. Parę razy zwaliłem konia i pewnie jeszcze pociągnąłbym sobie loda, gdybym zdołał dosięgnąć. Niestety, byłem niewystarczająco wygimnastykowany. Wszystkie te zabiegi oczywiście nie poskutkowały, wręcz przeciwnie – erekcja

80

nasiliła się do tego stopnia, że zacząłem się niepokoić, czy mi przypadkiem żyłka nie pęknie albo czy nie dostanę zawału lub czegoś w tym rodzaju. - Co jest, kurwa? – powiedziałem do siebie – Zaciął się, czy jak? Na próbę szturchnąłem chuja palcem. Zakołysał się i niczym Wańka-wstańka, powrócił do pionu. Wtedy naprawdę zacząłem się niepokoić. Ruszyłem do łazienki, a niezaspokojona męskość kompromitująco wypychała materiał bokserek. Wziąłem do ręki prysznic, zdjąłem gatki i spryskałem kutasa strumieniem zimnej wody. Po paru chwilach mój członek zaczął się kurczyć i zapadać w sobie. Bolesne naprężenie ustąpiło i poczułem niewysłowioną ulgę. Pierdolone hormony. Człowiek pół dnia chodzi napalony jak pies i nie może myśleć o niczym innym, tylko o seksie. Cóż, przynajmniej nie grozi mi impotencja, pomyślałem z humorem kwadrans później, wychodząc z domu. Po czterech sekundach wróciłem. Z tego wszystkiego zapomniałem plecaka. *** W szkole nie było lepiej. Owszem, przestała mi dokuczać niekontrolowana erekcja, miałem na horyzoncie pojawił się jednak o wiele poważniejszy problem. Nowemu zginął iPod. Stało się to gdzieś w okolicach geografii. Na przerwie Nowy przeszukał plecak. Nie znalazł w nim sprzętu, toteż coraz bardziej zaniepokojony, poleciał z ryjem do Żmudzkiej. I gdyby okazało się, że ktoś zwinął mu iPoda dla tak zwanych jaj, to w tym momencie by sobie przeputał. Żmudzka natychmiast zarządziła rewizję. Ta, rzecz jasna, niczego nie wykazała, ale atmosfera robiła się coraz gęściejsza. Nowy patrzył na każdego, jak na potencjalnego złodzieja, a my wszyscy z kolei widzieliśmy w Adasiu prowokatora – Ogór wyskoczył z sugestią, że Nowy sam gdzieś wsadził swój sprzęt i teraz złośliwie nas oskarża. - Filozof – powiedział Nowy, patrząc na mnie spode łba. Zawsze patrzył na ludzi spode łba, nawet na niższych od siebie. On po prostu nie potrafił inaczej – Weź mi powiedz, kto to zrobił? - Nie wiem – odparłem zgodnie z prawdą. Nie wiedziałem i nic mnie to nie obchodziło – A tak w ogóle, to cipa jesteś, że się dałeś okraść. Na przyszłość pilnuj swoich rzeczy. - Ojciec mnie zabije, jak mu powiem – jęknął i prawie zrobiło mi się go żal. Jego gadzia fizjonomia rozmyła się jakoś i teraz Adaś zaczął przypominać wyrzuconą na brzeg śniętą rybę – Pomóż jakoś, na pewno coś wiesz... Zastanowiłem się. Kradzieże zdarzały się w szkole wcale często, ale przy zachowaniu podstawowych środków ostrożności można było być w miarę spokojnym o swoje mienie. Ginęły głównie drobne rzeczy – empeki, iPody, komórki... Komórki coraz rzadziej, bo przecież żyliśmy w czasach, w których za złotówkę można było całkowicie legalnie nabyć mobajl fona. W głowie poszukałem odpowiedniego na podobne okazje słowa. - Spierdalaj – rzuciłem, ostentacyjnie się przeciągając. Wstałem i ruszyłem w stronę drzwi – Nie moje małpy, nie mój cyrk.
81

- Jak mój iPod się nie znajdzie, to na tym się nie skończy – zawołał wojowniczo Nowy do moich pleców – Mój ojciec zna... Dalszą wypowiedź stłumiło trzaśnięcie drzwi. Walnąłem nimi dość mocno, by pokazać Adasiowi gdzie mam jego, jego ojca i te znajomości. Mógł nam skoczyć. Co prawda nie solidaryzowałem się ze złodziejem, ale nie będzie mi groził jakiś przybłęda, który nie znalazłby własnej dupy bez użycia busoli. Wściekły postanowiłem coś z tym zrobić. Tak. Znajdę tego iPoda i wtłoczę go Nowemu w odbyt, że tylko słuchawki będą wystawać. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje z kradzionymi rzeczami – czy złodzieje opychają je gdzieś czy może sami z nich korzystają. Z oczywistych względów obstawiałbym to pierwsze, ale pewności nie miałem. A jak było w tym konkretnym przypadku? Nie miałem pojęcia, lecz znałem kogoś, kto może wiedzieć. *** - Siurek, Nowemu z mojej klasy zginął iPod – rzuciłem, niby od niechcenia. Siurek popatrzył na mnie podejrzliwie. - A co ja mam z tym wspólnego? – zapytał ostrożnie. Westchnąłem. Nie było co owijać w bawełnę. - Handlujesz elektroniką – powiedziałem prosto z mostu – I to bardzo tanią elektroniką. - Nie jestem złodziejem – zaperzył się – Przecież tyle razy ci, Filozof, mówiłem... - Nie twierdzę, że to ty rąbnąłeś mu sprzęt – przerwałem – Ale nie przeszedł ci ostatnio przez ręce jakiś w miarę nowy iPod? Siurek łypnął na mnie złowrogo. - Słuchaj – powiedział półgłosem – Nawet gdybym... Nawet gdybym handlował mniej legalnym towarem, to przecież nie robiłbym tego w miejscu, gdzie może to zauważyć pierwszy właściciel. Prawda? Zmuszony byłem przyznać mu rację. - No to gdzie idzie sprzęt skrojony u nas? - Nie wiem – Siurek wzruszył ramionami – Ja kupuję u takich dwóch gości, ale jeden jest z.. A, co ja ci będę mówił. Nie twój zasrany interes – i, powiedziawszy to, zmył się. Cóż, daleko mnie to nie posunęło. Teraz, gdy Misiurek dokładnie wytłumaczył mi zasady handlu obwoźnego, zrozumiałem, że szukanie adasiowego iPoda przypominało poszukiwania kropli wódki w Oceanie Spokojnym. Dałem sobie spokój. Zabawa w detektywa znudziła mi się szybciej, niż myślałem. Potem iPoda znalazł w koszu na śmieci Ogór. Nie wiem, czy w złodzieju pojawiły się wyrzuty sumienia, czy może uznał on, że Nowy robi za dużo hałasu i można przez to wpaść. Nieważne i nic mnie to nie obchodzi. Kolejna lekcja. Matematyka. Nauczycielka wyraźnie nie potrafi zapanować nad klasą, co widać na poniższym przykładzie.
82

Robert podniósł rękę. - Proszę pani, mogę pójść do toalety? Warecka pokiwała głową. - Idź – powiedziała. - Czekaj – krzyknął Grucha – Po drodze kup mi małą Colę. Ogór sięgnął po portfel. - To mi przynieś chipsy – powiedział, wkładając mu do ręki dwa złote. - Dla mnie oranżada... - ...dwa snikersy... - ...Lajona... Posypały się zamówienia. Matematyczka, która z rosnącą grozą obserwowała całą tę groteskową sytuację w końcu ryknęła. - CISZA! Ucichło. Robert wymknął się na korytarz. - Co to wszystko ma znaczyć? – zapytała Warecka i, nie czekając na odpowiedź, zaczęła losowo przepytywać. Posypały się haki. Robert wrócił i ukradkiem porozdawał zainteresowanym wszystkie towary. Chytrze schował je pod bluzą, by ta stara kurwa się nie przyczepiła. *** Biblioteka była bardzo ważną częścią mojego życia. W trakcie wakacji odwiedzałem ten przybytek średnio dwa razy na tydzień. Nie tylko z powodu mojego zamiłowania do czytania, ale też z czystej radości długiego, półtorakilometrowego spaceru uliczkami miasta. Potem następowały wspaniałe, wielominutowe okresy snucia się pomiędzy długimi rzędami półek, by w końcu zwieńczyć poszukiwania kolejną upolowaną książką. W zimie moje wizyty w bibliotece były o wiele rzadsze. Teraz jednak, po gorącym, noworocznym okresie, dusza bibliofila na nowo rozgorzała w moim ciele. Postanowiłem odwiedzić, po raz pierwszy od trzech miesięcy, świątynię muzy Kaliope. Czy zauważyliście, że biblioteka istotnie przejawia pewne podobieństwa do świątyni, kościoła lub innego miejsca kultu? Zawsze panuje w niej uroczysta, pełna powagi cisza, ludzie przychodzą do niej, by odnaleźć odpowiedzi na swoje pytania, przy czym zawsze mogą w tym pomóc wykwalifikowani kapłani. Idąc dalej tym tropem, można porównać bibliotekarstwo do religii – mamy wszak unitarne zasady wiary i wskazówki postępowania („Książki zwracamy najpóźniej po miesiącu”), po ich złamaniu musimy odpokutować, by ponownie przyjęto nas do wspólnoty („W przypadku zgubienia bądź zniszczenia książki, czytelnik zobowiązany jest do jej odkupienia”). Z najmroczniejszych zakamarków półki w moim pokoju wygrzebałem „Siódmego syna” Carda, „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Le Guin i – nie wiedzieć czemu – „Imię Róży” Eco. Tak wyekwipowany wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę biblioteki noszącej imię największego pisarza ziemi łukowskiej a możliwe, że i Polskiej – Henryka Sienkiewicza.
83

Z pewną nostalgią na nowo odkryłem uroki spaceru w książkami w ręku. W zamyśleniu przerzuciłem książki z dłoni do dłoni – rodzaj bibliotecznego turn SWAT, którego umiejętność wyrabia się i doprowadza do mistrzostwa z każdym przebytym kilometrem na trasie dom-biblioteka. Po pewnym czasie człowiek potrafi żonglować nawet najbardziej opasłymi woluminami nie gorzej, niż Houdini. W końcu, po upajająco długim marszu stanąłem przed drzwiami biblioteki. Nacisnąłem klamkę i pociągnąłem do siebie. Drzwi jęknęły przeciągle. Skrzypiały niczym Żmudzka przez sprawdzianem. Wkroczyłem do środka. Gramoląc się po schodach, strzepywałem płatki śniegu z foliowych okładek. Nigdy nie nosiłem książek w plastikowych siatkach, jak niektórzy. Strasznie wieśniacko to wygląda. Jesienią i na wiosnę zwijałem co cieńsze pozycje w rulon i wkładałem do tej genialnej, podłużnej kieszeni, w którą zaopatrzone są wszystkie porządne bluzy z kapturem. Kolejne drzwi, skrzypiące tak samo, jak poprzednie. Mi to nie przeszkadza. Moim zdaniem drzwi do takich miejsc jak biblioteka nawet powinny skrzypieć. Nadaje to pewnego charakterystycznego stylu, tak jak czarno-biała kolorystyka nadaje stylu niektórym komiksom o Batmanie albo oprawa dźwiękowa filmom Lyncha. Bibliotekarka uśmiechnęła się na mój widok i od razu sięgnęła po moją kartę. Nie zdziwiło mnie to ani trochę – jak już wspominałem, swego czasu byłem tu więcej, niż stałym bywalcem. Miałem tylko nadzieję, że – nie po raz pierwszy zresztą – bibliotekarka przymknie oko na zbyt późno oddane książki. Zdarzało mi się już to wielokrotnie, zawsze jednak kwitowała to jedynie porozumiewawczym uśmiechem. No cóż, swój pozna swego. Nie inaczej było i tym razem. Położyłem książki na ladzie i ruszyłem na polowanie. Czekało mnie upojne snucie się pomiędzy długimi rzędami półek w poszukiwaniu czegoś, co wciągnie mnie na dłużej. Dawno, bardzo dawno – chyba od czasów „Gry Endera”, którą to poznałem w wieku lat trzynastu – nie czytałem żadnej książki, którą mógłbym z czystym sumieniem nazwać świetną. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z literaturą, miałem przed sobą wielowieczną spuściznę milionów autorów. Po zaledwie pięciu latach poznałem już właściwie wszystko, co wypada znać, w tym parę rzeczy, których absolutnie znać się nie powinno. Mam tu na myśli książki pokroju „Mein Kampf” Hitlera. Oczywiście, czytane tylko i wyłącznie w celach poglądowych. Nie byłem nazistą. W ogóle byłem jakiś taki bezpłciowy zarówno politycznie, jak i światopoglądowo. Zieloni, anarchiści i cała lewica odstraszali mnie agresywnością, prawicowcy brakiem chęci rozwoju, a centraliści – brakiem zdecydowania. Właściwie cały mój światopogląd można było ograniczyć do frazy „Rób sobie dobrze i staraj się nie robić innym źle” z naciskiem na „staraj się”. Skręcając w dział beletrystyki niespodziewanie wpadłem na jakąś dziewczynę. Mruknąłem pod nosem „przepraszam” i dopiero po chwili zorientowałem się, że ją znam.
84

Była to Patrycja, ta z jesiennego konkursu recytatorskiego. Popatrzyła na mnie chwilę i też sobie przypomniała. - O, to ty... Cześć – bąknęła cicho, ramionami obejmując dwie książki, które dopiero co zabrała z półki. Uśmiechnąłem się. - Cześć – odpowiedziałem wiedząc, że dostępne są dwa warianty – albo w tej chwili każde z nas zajmie się swoimi sprawami, albo zapadnie długa, niezręczna cisza. Obstawiałem wariant pierwszy, choć przygotowany byłem na drugi. W życiu do głowy by mi nie przyszło, że w tej sytuacji zaistnieje, teoretycznie najfortunniejszy, wariant trzeci. Dziewczyna odwzajemniła mój uśmiech i powiedziała. - Wiesz, bez zarostu wyglądasz lepiej. I znów przez chwilę nie wiedziałem, o co biega. Dopiero po paru sekundach zajarzyłem. Jak zapewne pamiętacie, na konkursie odstawiłem skłóconego ze światem renegata. Siłą rzeczy mój image musiał zawierać jednodniowy zarost. Dziwne, że Patrycja zapamiętała taki szczegół. Zmierzyłem dziewczynę wzrokiem od góry do dołu. Ubrana była w dżinsy i ciemnoniebieską kurtkę, w której prezentowała się naprawdę uroczo. I właśnie w tej chwili zacząłem zauważać pierwsze niepokojące objawy. Gdybym był bardziej przewidujący, wiedziałbym co to oznacza. - Co czytasz? – delikatnie wyjęła mi książki z dłoni. Nasze palce na moment zetknęły się ze sobą. Czemu uważałem to za ważne? Przez chwilę przeglądała „Siódmego syna”, po czym zwróciła mi książki. Uśmiechnęła się z zażenowaniem. - Nie spodziewałam się ciebie tutaj spotkać – powiedziała. Wzruszyłem ramionami i chciałem coś odpowiedzieć, ale w tym momencie... Jaka była szansa, że bibliotekę kiedykolwiek odwiedzi Dżordan? Mikroskopijna. A szansa, że odwiedzi ją akurat w tym momencie? Zerowa? Bynajmniej. Dżordan wparował do biblioteki i stanął przed ladą. Bibliotekarka obrzuciła go niechętnym spojrzeniem. - Ma pani tego, no... – zastanowił się – „Syzyfowe prace”? – Naraz spostrzegł mnie i rzucił – O, siema Filozof. - Siema – odparłem. Usłyszałem parsknięcie. To zaśmiała się Patrycja. - Filozof? – zapytała, patrząc na mnie spod oka. W myślach zakląłem szpetnie. - Tak – powiedziałem – Tak mnie nazywają. - Czemu? Akurat na to pytanie odpowiedź była banalnie prosta. - Bo wyglądam, jakbym cały czas się zastanawiał – powiedziałem niechętnie. Setki razy słyszałem pytanie „Wiesz, że wyglądasz, jakbyś cały czas się zastanawiał?” albo „Mówił ci ktoś kiedyś, że wyglądasz, jakbyś bez przerwy nad czymś myślał?”. Cóż, ja mam po prostu taki wyraz twarzy. Powiedziałem jej to. Znowu się roześmiała. I to zaczęło się dokładnie w tej chwili.
85

Dawno temu, kiedy jeszcze żyła Renata, a Siurek dopiero zaczął prosperować, zapytałem się Marchewy, jakie to uczucie się zakochać. Był jedynym znanym mi osobnikiem, co do którego nie miałem wątpliwości, że dosięgło go to wspaniałe, opiewane przez poetów, uczucie. Marchew zamyślił się głęboko, po czym powiedział „To tak, jakby ktoś z całej siły pierdolną cię w ryj, a pięść przeszła przez czaszkę, żebra i utkwiła dopiero w sercu”. Myślałem, że żartował. Że tylko robił sobie ze mnie jaja. Zaczęliśmy rozmawiać. W sumie o niczym. W tej konwersacji hulało pierdupierdu, co jednak wcale mi nie przeszkadzało. Słowa przestały być ważne. Odprowadziłem Patrycję pod sam jej dom. Była to miła, inteligentna dziewczyna, a ja... Co tu dużo mówić... Wpadłem. Po sam czubek głowy. Pod jej blokiem ucięliśmy sobie pogawędkę. Widziałem wyraźnie, że nie chciała się ze mną rozstawać tak samo jak ja z nią. Ostatecznie wymieniliśmy się numerami telefonów i wreszcie, niechętnie poszedłem w swoją stronę. Na sztywnych nogach dotarłem do domu. To tak, jakby ktoś z całej siły pierdolną cię w ryj, a pięść przeszła przez czaszkę i dopiero utkwiła w sercu. No dokładnie. *** Wpadłem. Wpadłem głęboko i permanentnie. Tak głęboko, że nie widziałem już powierzchni i tak permanentnie, że było szans na wypłynięcie. Cały długi dzień myślałem o Patrycji. Przed oczyma miałem jej śliczny uśmiech, smukłą sylwetkę, w uszach wciąż słyszałem perlisty śmiech. W czasie wieczornego rytuału walenia konia nie myślałem już o jakiejś nieosiągalnej, wyidealizowanej piękności, tylko o niej. Zdawałem sobie sprawę, że zachowuje się jak jakiś niedoruchany bohater romansu dla nastolatek ale dziwnie mi to nie przeszkadzało. Nazajutrz nie było lepiej. W szkole byłem tak rozkojarzony, że ziomy po prostu musiały zauważyć, że coś jest nie tak. I zauważyły. - Filozof, kurwa, co ci jest? – zapytał rozeźlony Weget, gdy nie złapałem rzuconej do mnie butelki z mineralną. Na szczęście butelka była plastikowa. - Właśnie – powiedział Ogór, siadając na ławce. Była pierwsza przerwa, toteż na korytarzu panował względny spokój – Chory jesteś? Źle się czujesz? A może się zakochałeś? - Ty, no nie wiedziałeś, że Filozof ma laskę? – nieoczekiwanie do rozmowy wtrącił się Dżordan. Zakląłem, tym razem nie w myślach, a na cały głos. - Tak, tak – skejt nakręcał się coraz bardziej – Widziałem, jak z nią gadał w bibliotece. Mówię wam, taka sunia, że tylko... - A co ty robiłeś w bibliotece? – zapytał podejrzliwie Cichy. Wyjął z uszu słuchawki, co nie zdarza się często. Zwykle przebywa w swoim świecie, gdzie ciągle gra muzyka hip-hopowa. Wiecznie zasłuchany. - No, Żmudzka kazała przeczytać te syfowe prace, a wiesz jaką ja mam sytuację z poldona, no to musiałem wypożyczyć. W szkolnej już nie było, no to
86

poszedłem do miejskiej. A ty Filozof – wrócił do głównego wątku rozmowy – weź mi powiedz, dobra ona jest? Bierze do buzi? Już miałem mu spuścić tak zwany wpierdol, gdy do rozmowy wtrącił się Kudłaty. - Zamknij ryj, śmieciu – warknął – Sam nie masz dziewczyny, to musisz walić konia, ale od Filozofa się odjeb. Przynajmniej widać, że cipa nie jest. Co, Filozof? Opowiadaj. - Bardzo nie ma o czym – powiedziałem, czerwony, jak penis w trakcie erekcji – Właściwie jeszcze nic nie wiadomo. Poza tym – ona jest z Chącińskiego. Wśród ziomów nastąpiło pewne milczące poruszenie. Nic zresztą dziwnego. Między osiedlem Chącińskiego, a Sienkiewicza – skąd pochodziła zdecydowana większość obecnych – trwała wieloletnia wendetta, która wzorem wszystkich długotrwałych konfliktów, nie potrzebowała już żadnego racjonalnego powodu, by istnieć. Wystarczał prosty fakt, że oni to nie my, a my to nie oni. Chodzenie po Chącinie w sytuacji, gdy mieszkało się na Sienkiewicza (i vice versa) nie było zbyt mądre. W ogóle nie było mądre. Było głupie i dowodziło skłonności samobójczych. Co prawda za dnia nie było jeszcze tak źle, ale wieczorami, kiedy hordy spragnionych krwi tubylców krążyły po blokowiskach, robiło się bardzo niewesoło. - Co tam – Cichy klepnął mnie w ramię – Z Chącina, nie z Chącina, ale jak niezła laska to ok. - Chcesz, mogę ci paru rad udzielić – powiedział Kudłaty – Na przykład nigdy na dzień dobry nie zadawaj pytania „Ruchasz się, czy trzeba z tobą chodzić?”. To nigdy nie działa... - Zamknij się – warknąłem. - Cholera, aż tak cię wzięło? – Cichy pokręcił głową z uznaniem – Tylko żebyś się, kurwa, w zombie nie zamienił, jak Marchewa. Pamiętacie jak on zaczął chodzić z Renatą? W ogóle nie było z nim kontaktu. Wzmianka o Marchewie i Renacie nie wywołała większych zgrzytów. Ostatecznie było to proste stwierdzenie faktu a nasza osobista żałoba po Reni w większości przypadków już dawno się skończyła – ewentualnym wyjątkiem był Ogór. Marchewa... Z nim mógłbym o tym pogadać. Porównać wrażenia. Bo Kudłaty szedł tylko na ilość, nie jakość, a reszta ziomów albo była sama, albo zagłębiała się w – nomen omen – płytkie i przelotne znajomości. Na muzyce – niech ktoś mi wyjaśni, co za idiota wymyślił przedmiot, na którym każe się śpiewać ludziom przechodzącym mutację głosu – mówiliśmy o Szopenie. - Niech ktoś mi na początek powie – zaczęła gościówa od muzyki – Kim był Fryderyk Szopen? - Ja wiem, ja wiem! – rozdarł się Grucha – To był ten słynny malarz, on namalował Bitwę po Grunwaldem! - Nieprawda! – pokręcił głową Ogór – Szopen to był słynny polski astrolog. Wstrzymał słońce, ruszył ziemię...
87

- Ale wyście głupi - Robert też włączył się do zabawy – Szopen to był król! Przy akompaniamencie głośnych wybuchów śmiechu padały kolejne propozycje: poeta, satyryk, murarz, alfons... Na ustalaniu profesji wielkiego rodaka z Żelazowej Woli upłynęło nam jakieś dwadzieścia minut. Nie przyłączyłem się do zabawy. Siedziałem tylko w ławce z uśmiechem, jaki noszą tylko zakochani i ostatni idioci. Byłem coraz bardziej zaniepokojony targającymi mną namiętnościami. Zawsze myślałem: seks – okej, ale w życiu się nie zakocham. Tylko z tym kłopoty. Problem polega na tym, że gdy uczucie już dopadnie człowieka, to nie pyta go o zgodę, tylko uderza jak pięść, o której mówił Marchewa. A tobie pozostaje chwiać się od uderzenia i w niemym oszołomieniu daremnie czekać na rozjaśnienie umysłu. Powiedzieć, że szkoła jest miejscem, gdzie plotki rozchodzą się najszybciej byłoby truizmem. Na następnej przerwie dowiedziałem się, że mam dziewczynę, na kolejnej, że jestem nieszczęśliwie zakochany w starszej ode mnie dziewczynie – tu padały rozbieżne „fakty”: studentce, nauczycielce, ekspedientce z pobliskiego sklepu - a nim udałem się do domu, usłyszałem, iż lubię ruchać starsze panie. Podczas drogi powrotnej pogrążony byłem w rozważaniach – zadzwonić do niej, czy nie? A jeśli tak, to z czym? Cholera, wiele już problemów rozważałem, ale ten jak na razie przekraczał moje możliwości intelektualne. - Filozof – głos graficiarza wyrwał mnie z zadumy – Jutro na wieczór będziemy robić wrzutę na „Malince”. Będziesz? - Nie – pokręciłem przecząco głową – Chyba będę miał co innego do roboty. - Ta? A co? - Prywatna sprawa. Ogór zaśmiał się chrapliwie. Myślałem, że się zakrztusi. - To może chociaż mi powiesz, jak ta prywatna sprawa ma na imię? Czemu nie? - Patrycja. Ogór zamilkł, przetrawiając coś w myślach. Wreszcie odezwał się. - Ale jak to - ty z nią kręcisz, czy co? Bo w szkole mówią... - Nie interesuje mnie, co mówią – pewnie to, że zrobiłem jej dzieciaka, pomyślałem ponuro – Na razie to delikatna sprawa jest. Sam to muszę sobie najpierw poukładać. Faktycznie, musiałem. W mojej głowie szalała istna burza. Myśli zderzały się ze sobą, niczym pijani imprezowicze - generalnie czułem się, jakby ktoś wraził mi w głowę cholerny świder i ustawił go na maksymalne obroty. To już nie pięść, to wielka, jebana ciężarówka. W paru słowach streściłem skejtowi, na czym polegają moje – jeśli tak to można nazwać – stosunki z Patrycją. Ogór wysłuchał uważnie, po czym uśmiechnął się pod nosem. - No to znaczy, popraw mnie jeśli się mylę, że sprawa wygląda tak: Ona ci się zajebiście podoba, ty jej też. - Chyba też. - No dobra – chyba też. Ale raczej tak, bo ja się znam na tych sprawach.
88

- Niby skąd? – Ogór nie był typem wyrywacza. Kiedyś miał tam chyba jakąś maniurę, ale to było dawno i chyba nawet nieprawda. - Od Kudłatego. Niby racja. Kudłaty i Ogór są ze sobą w doskonałej komitywie. Złośliwi twierdzą nawet, że Kudłaty załatwia Ogórowi ruchanie, ale to oczywiście wierutna bzdura, stek kłamstw i gazu bagiennego. - I co? – drążył temat graficiarz – Masz coś z nią zamiar, tego... No, czy coś planujesz? Rozmowa robiła się coraz bardziej żenująca. Poczułem narastającą irytację. - Jeszcze nie wiem. Na razie mam zamiar poczekać na dalszy rozwój wypadków. - Błąd – powiedział poważnie Ogór – Czekanie w takich sytuacjach nigdy się nie sprawdza. Ty będziesz czekać, ona będzie czekać i w końcu ktoś ci ją podbierze. Tu trzeba działać szybko i zdecydowanie. Zresztą... – dodał, widząc mój znaczący wyraz twarzy – To nie mój zasrany interes. - No właśnie. - Tylko jedno ci powiem – odezwał się jeszcze, nim zakończył, tym razem już definitywnie – Rób coś teraz, bo to jest najlepszy czas. Jutro może być za późno. *** Rób coś teraz, bo potem może być za późno – słowa te łomotały mi się w głowie przez cały dzień. Co chwilę wyciągałem z kieszeni komórkę, po czym chowałem ją z powrotem. - Kurwa – powiedziałem do siebie – Pojebało mnie, czy jak? Starałem się nie myśleć o Patrycji, ale okazało się to równie wykonalne, jak odwrócenie biegu rzeki albo uniesienie krzesła, na którym się siedzi. Pułapka uczuć; dyskomfort psychiczny spowodowany brakiem zaspokojenia emocjonalnych potrzeb; szybka zmiana stanu psychicznego z otępienia na pobudzenie. Takie tam pierdoły. Odpaliłem Kanał Audytywny. W zasadzie nie słucham hip hopu, ale dla zespołu, który nagrał płytę o nazwie „Neurofotoreceptoreplotyka jako magia bytu” mogę zrobić wyjątek. Zwłaszcza, że ta muzyka – tak obca i zajebiście pokręcona – świetnie komponowała się z tym, co działo się w moim umęczonym baniaku.
oto to mikstura, która zgłębia sensy jak chmura sztywne me ciało nagle giętkie jak skóra grawitacja to wmawiana nam bzdura pora zapomnieć o wzorach zapomnieć o maturach lewitacja zmysłów ów umysłów tresura 4 gał ki-kineskop i neuroklawiatura to to to doktora laboratora ex-aparatura spowodowała u nas mózgu toksyczny uraz oraz raz po raz miewam wizje Salvadora Dali
89

Jutro może być za późno. To co ja mam, do cholery ciężkiej, zrobić? Zadzwonić? Z czym? Nie miałem w tych sprawach absolutnie żadnego doświadczenia. Zadzwonił telefon. Trzęsącą się ręką wyciągnąłem komórkę z kiszeni. Dzwonił Włóczykij. - Siema Filozof. Słyszałem, że jakąś dupę wyrwałeś? - Cholera, czy wy już nie macie ciekawszych tematów do dyskusji? – wkurwiłem się – Ciągle tylko słyszę „O, Filozof, to prawda, że masz dziewczynę?”. Dajcie już sobie święty spokój, kurwa! - Spokojnie. Ludzie, aleś ty znerwicowany. Weź sobie zaparz ziółka na uspokojenie... - W dupę sobie wsadź ziółka – warknąłem – Z czym do mnie dzwonisz? - Chodzi o to, żebyś wpadł. Pogadalibyśmy sobie, ja bym ci doradził, bo mi Fajek mówił, że ty jej właściwie jeszcze nie wyrwałeś... - Czego wy wszyscy chcecie mi doradzać? Daj se siana, co? Milczenie po drugiej stronie słuchawki przeciągało się nieprzyjemnie. - Sory – powiedziałem po dłuższej chwili – Ale mam we łbie taki rozpierdzielnik, że mi już kantem dupy wychodzi. - Klasycznie – jestem pewien, że w tym momencie na ustach Kija zagościł ten jego słynny uśmieszek „jak-ja-to-dobrze-znam” – Wbijaj, pogadamy. Powiem ci coś ciekawego. - A co konkretnie? - Ha. Przyjdź, to się dowiesz. - Dobra – zawahałem się, ale dodałem – Za chwilę będę. *** Kiju siedział na tapczanie i brzdąkał na gitarze. Wszędzie wokół walały się kartki gęsto zapisane jakimiś bazgrołami. Podniosłem jedną. Ktoś – zapewne sam Włóczykij – narysował tam kilka rzędów krzywych pięciolinii, na której nasmarowane były nuty, półnuty czy co tam jeszcze... Machnąłem kartką. - Nie wiedziałem, że komponujesz – powiedziałem. Kij odłożył gitarę. - Trochę się bawię, jak nie jestem w robocie. - A właśnie – gdzie teraz robisz? - Nie wiedziałeś? – zdziwił się wyraźnie – Jestem sanitariuszem w psychiatryku. Poparzyłem na niego badawczo. - Pierdolisz – uznałem. - Jak Boga kocham! – zarzekł się – Zapytaj Fajka, jak nie wierzysz. Praca, jak każda inna. Nie jest tak źle, jak się może wydawać – złapał gitarę i zagrał kilka nerwowych akordów. Skrzywił się, jakby rozgryzł ziarenko pieprzu. Zaczął majstrować przy gryfie – Mamy tam takiego gościa, który wrzeszczy zawsze
90

równo o trzeciej piętnaście nad ranem – pokręcił jednym z kluczy – Nie wiem, jak on to oblicza. Zabraliśmy zegar z jego sali i wiesz, co? – przeciągnął palcami po strunach. To, co usłyszał, najwyraźniej go usatysfakcjonowało, bo uśmiechnął się i zaczął grać. Po chwili przerwał – I tak wrzeszczał punkt trzecia piętnaście. A przez resztę dnia tylko leży i gapi się w sufit. Trzeba mu zmieniać pieluchy, bo do kibla też nie chodzi. Przesrane. Chcesz się napić? – ruchem podbródka wskazał komodę - Tam stoi sok. Weź sobie nalej. Nalałem sobie szczodrze. Włóczykij zaczął grać. Nawet nieźle mu to szło. Rozpoznałem melodię. To któraś z piosenek Perfectu. Chyba „Kołysanka dla nie znajomej”. Tak, właściwie na pewno. - Miałeś mi coś powiedzieć – przypomniałem – Coś ciekawego. Kiju urwał melodię w pół tonu, po czym przykrył struny dłonią, by uspokoić wibracje. - No właśnie – powiedział – Żenię się. Zakrztusiłem się sokiem. Przez chwilę nie mogłem złapać oddechu. Dopiero jak Kiju grzmotnął mnie w plecy, odblokowałem się i mogłem zaczerpnąć powietrza. - Jebiesz – powiedziałem z niebotycznym zdumieniem w głosie – Z kim niby? - Rok temu poznałem w Krakowie pewną uroczą studentkę – uśmiechnął się do swoich myśli – No i od słowa do słowa... wiesz, jak to jest. - Nie wiem – zaprzeczyłem – Ale się domyślam. To do niej pojechałeś na Sylwka? Cichy wkurwił się jak diabli. - Eee, tam – machnął ręką – Laskę na to kładę. No, co masz taką głupią minę? – szturchnął mnie żartobliwie łokciem w bok. - Nic. Tylko nie wyobrażam sobie ciebie w roli statecznego męża, który rano wstaje, zjada śniadanie, całuje żonę i idzie do pracy. Nie będzie ci ciężko zerwać z włóczeniem się po kraju? Kij pogładził kozią bródkę, którą zapuścił jakiś miesiąc temu. - Widzisz, Filozof – zaczął – Przychodzi w życiu taki czas, w którym człowiek musi odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście trudne pytanie: Co tak naprawdę jest w życiu ważne? I nie ma tak, że odmówisz podjęcia decyzji. W takim wypadku to życie zdecyduje za ciebie. I możesz wtedy żałować, że w tym jedynym, unikalnym momencie nie powiedziałeś „tak” albo „nie”. Bo tylko w ten sposób zachowasz szacunek do samego siebie i... - Przestań pieprzyć – przerwałem mu ze zniecierpliwieniem – Jakbym chciał tego słuchać, to bym obejrzał sobie „Chłopaki nie płaczą”. Ku memu zdziwieniu Włóczykij roześmiał się na cały głos. - Masz rację – przyznał – Ojciec Marzeny załatwi mi pracę w swojej gazecie. Będę pisał reportaże. Wiesz, jak będą gdzieś ekolodzy strajkować albo gdzieś rzeka wyleje, to ja tam jadę, piszę jakiś tekst, cykam parę zdjęć i mam kasę... - A ta Marzena? – zaciekawiłem się. - Dziewczyna, jak dziewczyna. Ładna jest i nieźle się rozumiemy. Ma fajnego psa – takiego ogromnego, zaślinionego bernardyna...
91

- Nie pierdol mi tu o jakimś zaślinionym bernardynie. Chodzi o to... – zawahałem się – co ty do niej czujesz? Kij zastanowił się. - Lubię ją. Dobrze nam się ze sobą rozmawia, jej nie przeszkadzają moje wady i vice versa... Słuchaj – powiedział, widząc mój wyraz twarzy – Wiem, co ci się wydaje. Ale powiem ci jedno – gówno prawda. Miłość jest dobra w liceum. Żeby jakoś przeżyć to życie, trzeba czegoś więcej. Ja i Marzena... No cóż, to co czujemy z grubsza można nazwać miłością. Ale ja nie wierzę w miłość. Głupi wymysł poetów. W drugiej klasie liceum myślałem, że się zakochałem, ale teraz widzę, że to tylko hormony. Sperma mi się rzuciła na mózg. - Więc ma być to takie małżeństwo z rozsądku? – uniosłem brew – Człowieku... - Filozof – Kij popatrzył na mnie badawczo – Ty to jesteś taki wiedźmin, który lubi sikać pod wiatr. To jest życie, a nie romantyczny epos. Nie patrz się tak na mnie. Wcale się tak na niego nie patrzyłem. - Wiesz – zacząłem – Przed tą rozmową miałem nieźle nasrane we łbie. Ale teraz... Teraz, to ja mam tam najebane. Po sam czubek. Wstałem. - Wychodzę – oświadczyłem. Kijek wzruszył ramionami. - A czy ja cię trzymam? Wyszedłem. Za dużo tego było. Nie chcę mi się myśleć. Wszystko telepie mi się w głowie i... Mam tego dosyć. Muszę odreagować. Wróciłem do domu i odpaliłem kompa. Zapuściłem Counter Strike’a Pograłem parę godzin. Nic tak nie odpręża, jak dłuższa sesja w kantera. Rozgrywka jest nieskomplikowana a jednocześnie wymusza ciągłe skupienie. Jeśli gra się z doświadczonymi przeciwnikami, albo z botami na hardzie, to po paru kwadransach człowiek czuje się tak wycieńczony, że żadne miłosne srułki nie są w stanie zaprzątać jego głowy. W moim przypadku okazało się to zbawienne. *** Obudziłem się z czymś, co nie było moralnym kacem. Ale gryzło podobnie. Dopiero podczas spłukiwania się prysznicem znalazłem słowo opisujące rzeczony stan umysłu. Rozterki. Tak. Przeżywałem rozterki miłosne – jedną z najgorszych plag naszych czasów, zaraz po AIDS i tak zwanej zdrowej żywności. W dawnych, dobrych czasach dziewczyna w wieku czternastu lat z woli rodziców wychodziła za jakiegoś oparszywiałego dziada i był względny spokój. Potem dziad umierał i wciąż jeszcze apetyczna wdówka mogła przebierać w mężczyznach, jak w

92

ulęgałkach. Tak przynajmniej twierdził Historyk, obok którego siedziałem na religii, a ja nie miałem powodu nie wierzyć gościowi, który ma celujący z historii. Tak czy inaczej – karuzela w głowie nieco przyhamowała, ale bynajmniej nie zatrzymała się. Coś z tym, cholera, trzeba zrobić, pomyślałem. W przeciwnym wypadku wyląduję w psychiatryku, obok tego gościa który wrzeszczy punkt trzecia piętnaście. Kij będzie mi zmieniał pieluchy i wycierał brodę, jak się pobrudzę przy śniadaniu. Mając w pamięci radę Ogóra, zdecydowałem się podjąć bardziej radykalne kroki. Z szafki wyciągnąłem świnkę-skarbonkę. Prawdziwa gliniana świnia, którą dwa lata temu kupiłem w Warszawie. Na szczęście nie musiała ginąć – miała na brzuchu otwarcie, dzięki któremu mogłem wydostać swoje oszczędności bez użycia młotka. Nie było tego wiele, ale na moje potrzeby wystarczy. Urwałem się wcześniej ze szkoły (no i diabli wzięli postanowienie, że trochę z tym przyhamuję) i poszedłem do kina. Dopisywało mi szczęście – jak na razie. W kinie grali akurat najnowszego Harry’ego Pottera a mi styknęło kasy na dwa bilety. Idealnie. Na osiedlu spotkałem grupę dresiarzy, którzy mimo upiornego zimna bohatersko tkwili na posterunku. To znaczy na ławce pod blokiem. - Siema, Filozof – jeden z nich skinął mi ręką. Też mu skinąłem. Dres wrócił do rozmowy z kumplami. - I rozumiecie, mało kurwicy nie dostałem. Bo ta Kaśka niby, bo tak naprawdę to się nazywała Iwona i ona to tak naprawdę to kurwa nie było tak, mówi ale ja jej nie wierzę, bo suka to jest i nie chciała się umówić z Mokrym, a wiecie, że Mokrego rzuciła dupa i... W niemym podziwie pokręciłem głową. To już nie była mowa-trawa. To wręcz mowa-zarośla, mowa-knieja nawet. Każde słowo miało sens, wszystkie razem – nie. Bełkot. Posłuchajcie swoich przyjaciół, rodziców, kolegów – wszyscy bełkoczą. Gówno ich obchodzi, co mówią inni, sami powtarzają od dawna znane „prawdy objawione”, plączą im się języki, co chwila zmieniają zdanie, zapominają, co mówili wczoraj, a jutro nie będę pamiętać, o czym mówią teraz. Wszedłem do domu, włączyłem radio. Grabarz z Pidżamy Porno oświadczał całemu światu, że nigdy nie pokocha dziewczyny słuchającej disco polo. Nic dodać, nic ująć. Tylko przyklasnąć. Na parę chwil siadłem do kompa, sprawdziłem pocztę, odpowiedziałem na najważniejsze maile. Potem trochę bawiłem się w eJay’u. Nic ambitnego – tak tylko, żeby zabić czas. W końcu mi się znudziło i powróciłem do mojego ulubionego gapienia się na plamę w suficie. Właściwie mogłem tak w nieskończoność. Plama naprawdę zmieniała kształty niczym mój prywatny, osobisty halun. Kiedy plama zaczynała mi się nudzić, przerzucałem wzrok na górną krawędź okna. Zwykle gnieździły się tam kolorowe plamy światła. Prywatna, osobista tęcza do kompletu z halunem. Tęcza na dobry humor, halun – na zły. Albo odwrotnie. Albo jeszcze inaczej.

93

Za oknem chmura przykryła słońce. Kolorowe plamy zniknęły. Mój wzrok powrócił na haluna. Teraz, kiedy podjąłem już decyzję, gonitwa myśli ustała. Byłem spokojny jak trup w szafie i wyluzowany jak maluch na biegu jałowym. Siedemnasta czaiła się trochę, musiała jednak nadejść. Robiła to jednak niechętnie, wlokła się niemiłosiernie, co raz przystawała i oglądała się na szesnastą. W końcu duża wskazówka wylądowała na dwunastce, mała na piątce. Dobra. Filozof, jesteś super gość. Dasz radę. Rozważałeś sprawy życia i śmierci, zastanawiałeś się nad sensem istnienia, raz nawet osiągnąłeś jedność ze Wszechświatem, to i z zaproszeniem dziewczyny do kina sobie poradzisz. W końcu to łatwiejsze od wszystkich wymienionych wcześniej rzeczy. Właśnie w tym sęk, o to chodzi, że nie. Wziąłem telefon do ręki. Kurwa, ale ciężki. Stary model, jeden z najstarszych. Już dawno powinienem wymienić ale jakoś do tej pory nie czułem potrzeby. Rzuciłem telefon na tapczan. Ona na pewno ma chłopaka. Na stówę. Taka laska nie może, po prostu nie może być sama. I wcale jej się nie podobam. Po prostu była miła. To nic ważnego. Jutro odsprzedam bilety Siurkowi. Trochę stracę kasy, ale to nic. Mój błąd. Jakby to powiedział Sapkowski – Pomyliłem niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Ciota z ciebie, Filozof. Srasz się w gacie, bo nie masz odwagi zadzwonić do dziewczyny, która na ciebie leci. Zamknij się. Dzwoń do niej, idioto. Sytuacja jak z musicalu. Albo z piosenki o miłości. Co na tym stracisz? Najwyżej ci odmówi, no wielkie mi kurwa co. Zamknij się. Myślę. Nie myśl. Im więcej myślisz, tym mniej działasz. Kurwa, weź raz zachowaj się jak mężczyzna, a nie jak cipa. Zamknij się, kurwa. O siedemnastej piętnaście do niej zadzwonię. Popatrzyłem na zegarek. Siedemnasta osiem. Niby racja. Nawet jak odmówi, to przecież nic nie stracę. Dobra. Weź się w garść, smarku. Łapiesz za komórę, wybierasz numer i naciskasz tę wielką i zieloną jak Shrek słuchawkę. Siedemnasta trzynaście. Dobra. Nie przeżywaj tak. Ludzie, to przecież nie zastrzyk. Siedemnasta piętnaście. Nawet nie sięgnąłem po telefon. Przyblokowałem się. Fatal error. Muszę się zrestartować. Może nawet przeinstalować. - Dosyć, kurwa – powiedziałem na głos. Wziąłem komórkę. Dawaj, ziom. Opaść w zaświecie jak świetlisty szal, w ostatnim skoku w nieskończoną dal. Zadzwoniłem. Na wszystkich filozofów greckich, zrobiłem to. Spodziewałem się długiej ciszy, podczas której setki razy będę miał chęć i okazję zrezygnować. Ale nie. Odebrała prawie natychmiast. Zupełnie, jakby czekała na ten telefon. Zupełnie, jakby czekała... Nie pochlebiaj sobie. - Cześć – usłyszałem jej głos.
94

- Cześć – odparłem i w tym momencie przeskoczyłem grząskie bagno rozterek. Zaczęło być płasko i gładko. Ale za to bardzo pochyło – Co u ciebie? - Dobrze. A u ciebie? - Tak jak zwykle – czyli chujowo, dodałem w myślach. Dobra, to jedziemy z tym koksem – Słuchaj, jest taka sprawa. Mam dwa bilety na nowego Harry’ego Pottera na ten weekend. Pójdziesz ze mną? Od razu zastrzegam, że jak odmówisz, to rzucę się do Krzny. Usłyszałem śmiech w słuchawce. - No... Dobra. Kiedy? Aż tak gładko poszło? Nie może być. - W tę sobotę, o szesnastej. - Dobra. Spotkamy się pod fontanną – powiedziała i rozłączyła się. Czy byłem szczęśliwy? Zadowolony? Na pewno powinienem. Ale w tym momencie czułem się tylko, jakbym zwalił olbrzymiego klocka. Rzuciłem się na tapczan. Z wolna zaczęło do mnie docierać, czego dokonałem. Oż kurwa jebana twoja w dupę mać. Znacie to uczucie, jakbyście wynurzali się z basenu? To było właśnie tak. Odetchnąłem głośno i uśmiechnąłem się po kretyńsku. - Ale jaja – mruknąłem pod nosem – Ale, kurwa, jaja. *** Przez następne dwa dni łaziłem jak nakręcony – jakbym miał w sobie o wiele za dużo energii. Nie było mowy o marazmie. Skłamałbym, mówiąc że moje myśli wróciły na poprzednie, stare tory. Nawet jeśli, to i tak posuwały się szybciej, niż zwykle. Jak rakieta albo taran. Na twarzy ciągle błąkał mi się ten charakterystyczny kretyński uśmieszek szczęśliwego człowieka. Stale musiałem się kontrolować, choć i tak żaden kamuflaż nie mógł zamaskować narastającego podniecenia. Ziomy – przynajmniej te bystrzejsze, jak Ogór, Dżordan czy Cichy – momentalnie zajarzyły o co idzie, toteż prawie cały czas towarzyszyły mi porozumiewawcze mrugnięcia, dwuznaczne żarciki i szturchnięcia. Na dłuższą metę było to denerwujące. Przez te dwa dni byłem jak zbyt mocno skręcona sprężyna. Nie wiem, jakim cudem nie pękłem. Dwadzieścia cztery godziny przed tym D-day rozpocząłem zakrojone na szeroką skalę przygotowania. Umyłem włosy (dla pewności trzy razy) i nawet usiłowałem się uczesać. Ostatni raz miałem do czynienia z grzebieniem gdzieś tak w okolicach Pierwszej Komunii. Po parędziesięciu minutach uznałem, że niestety w najbliższym czasie wizyta u fryzjera będzie nieunikniona. Nie lubiłem strzyżenia – miałem chyba coś, co możnaby nazwać kompleksem Samsona. Oddzielną kwestię stanowiło ubranie. Zwykle nosiłem trochę za dużą, spraną czarną bluzę z kapturem, w której wyglądałem jak kłąb starych szmat albo jakiś pokraczny przedstawiciel pająkowatych. Mi to nie przeszkadzało, ziomom też nie, ale też zdawałem sobie sprawę, że w takim przyodziewku jestem równie pociągający jak
95

spłuczka klozetowa. Po paru minutach wewnętrznej szarpaniny postanowiłem przywdziać biały T-Shirt pod czarną, rozpinaną koszulę. I tak będę miał na sobie kurtkę, ale warto być przygotowanym na każdą sytuację. Mimo to, nie wziąłem prezerwatyw. Ogoliłem się do czysta. Tym razem, wiedziony sylwestrowym doświadczeniem, nie użyłem wody kolońskiej ojca, której zapach powinno się określać w kategoriach siły rażenia. Nie wiem dla kogo przeznaczone są takie perfumy – chyba dla młodocianych palaczy pokroju Fajka, którzy chwytają się wszelkich sposobów, żeby zamaskować zapach tytoniu. Cóż, lepsze to, niż pożeranie garściami Tiktaków albo innego mentolowego świństwa, po którym ma się zupełnie wyjałowione gardło. Umyłem zęby. Pięć razy, nim w mojej głowie pojawiła się myśl, że chyba odrobinę przesadzam. Miałem ochotę kopnąć się w dupę. Byłem gotowy na godzinę przed wyjściem i jak zwykle w takich wypadkach nie mogłem znaleźć sobie zajęcia. Odbijałem się od ścian jak mucha złapana do szklanki. Zerknąłem na zegarek. Solennie obiecałem sobie, że nie wyjdę z domu wcześniej, niż zaplanowałem. W końcu, gdy wskazówki zegarka ułożyły się w satysfakcjonujący mnie wzór, zarzuciłem kurtkę i włożyłem buty. Ostatni rzut oka na lustro... Dobra, poszedłem. Fontanna w Łukowie pojawiła się całkiem niedawno. Ktoś na górze zdecydował, że należy rozwinąć walory estetyczne miasta. Pojawiły się plany, wniosek przeszedł i – o dziwo – fontanna pojawiła się niemal błyskawicznie. W zimie, rzecz jasna, woda nie tryskała wesoło pod niebo, a ludzie nie przesiadywali na nieobdrapanych jeszcze ławeczkach. Patrycja stała pod ośnieżonym drzewem. Ubrana była w tę swoją niebieską kurtkę. Zerkała co chwilę na zegarek. Dobra, rewolwerowcu. Klata na Pudziana i jedziesz. *** Jest późny wieczór. Za oknem tańczą płatki śniegu. Kamera najeżdża na okno, przebija zasłonięte żaluzje i ustawia się gdzieś pod sufitem. Patrzycie na mnie. Widzicie leżącego na tapczanie i uśmiechającego się w zamyśleniu gościa. Widząc jego minę od razu domyślacie się, że albo jest zakochany, albo jest krańcowym debilem. Chłopak ma ręce splecione za głową i myślami jest zupełnie gdzie indziej, zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Dokładniej, ziomek jest teraz w kinie Oaza, dwie godziny temu. Podszedłem do niej. - Cześć - powiedziałem swobodnym tonem. I w tym momencie ten kamień przywiązany do karku stoczył się i zniknął. Przypomniałem sobie, że zaprosiłem Patrycję do kina, bo najzwyczajniej w świecie chciałem spędzić czas w jej towarzystwie. Nie powinienem czuć się, jakbym szedł na ścięcie. Poza tym... Kiedy odwróciła się do mnie i uśmiechnęła na mój widok, wszystko inne przestało
96

mieć znaczenie. To było jak światełko w mroczny tunelu, jak wschód słońca po ciemnej i burzowej nocy... Cholera, ja wiem jak to brzmi. Jak z jakiegoś Harlekina, czy amatorskiego romantyku egzaltowanej czternastolatki. Cóż jednak poradzić – czasem kiczowaty opis jest jedynym sensownym. - Cześć – odparła. - Przepraszam, że musiałaś na mnie czekać... – słowa popłynęły same, niemal bez udziału woli. - Nie, to ja przyszłam za wcześnie – przerwała mi. Uśmiechnęła się uroczo. - Chodźmy – powiedziałem, nie mając zamiaru czekać, aż zapanuje niezręczna cisza. Nim zrobiłem krok, usłyszałem. - Zaczekaj. Oho. Zaczynają się schody. Wiedziałem, że szło podejrzanie za gładko. Odwróciłem się. - Tak? Patrycja opuściła głowę i zaczerwieniła się. Coraz gorzej. - Po prostu... Chciałabym wiedzieć, czemu mnie zaprosiłeś? – podniosła na mnie swoje piękne, duże oczy. - Po prostu chciałem przyjemnie spędzić czas – powiedziałem, po czym dodałem – W miłym towarzystwie. Dziewczyna uśmiechnęła się i na jej twarzy dojrzałem, że pierwsze lody zostały przełamane. Pogratulowałem sobie w duchu. To było dobre posunięcie. Najnowszy film z serii „Harry Potter” okazał się kichą jeszcze większą niż poprzedni. Ale ja, jak się zapewne domyślacie, nie patrzyłem na ekran. Starałem się nie gapić bezczelnie na Patrycję, ale zdawała się ściągać mój wzrok niczym magnes igłę kompasu. W kinowym półmroku jej twarz nabrała niesamowitego majestatu – jakbym patrzył na twarz driady albo elfiej królowej. Posunąłbym się nawet do porównania mojej pięknej koleżanki z Wielką Boginią, w którą wierzą wikkanie, ale niezbyt uśmiechała mi się rola Rogatego Króla. Gra świateł w jej blond włosach przywoływała na myśl aureolę. Usiłowałem skupić się na filmie. Aktor odtwarzający rolę głównego bohatera prezentował właśnie profil, w którym prezentował, jaki to on mężny, wspaniały i przystojny. Brawo Harry, masa pustogłowych nastolatek rzuci się na ciebie zaraz po wyjściu ze studia. Nie pękaj, nikt nie wie, że jesteś pedałem. Film się skończył. Dobro zatriumfowało, głównemu bohaterowi zagrały surmy anielskie, a widzowie zaczęli wychodzić w niejasnym przeświadczeniu, że ktoś ich zrobił w jajo. Przepuściłem Patrycję do wyjścia. Idąc, otarła się pośladkiem o moje biodro. Tak - stanął mi, jeśli koniecznie chcecie wiedzieć. Na szczęście tylko na pół gwizdka, więc nie musiałem udawać kulawego. Zdecydowałem się zaryzykować i objąłem ją delikatnie ramieniem. Nic się nie stało, nie zaczęły dookoła walić pioruny, nie wybuchł wulkan. Patrycja odwróciła głowę i uśmiechnęła się. Mówiłem wam już, jaki miała piękny uśmiech?

97

Odprowadziłem ją do domu. Po drodze rozmawialiśmy o wielu rzeczach. Żartowaliśmy. Z zaskoczeniem odkryłem, że potrafię się śmiać. I to nie tylko cynicznie. - No to... – powiedziała Patrycja, gdy znaleźliśmy się pod jej blokiem – Do następnego. Już chciała uciec. Zrobiła parę kroków. - Patrycja! – zawołałem za nią. Przystanęła i odwróciła się. - Tak? W normalnym stanie umysłu w życiu bym tego nie powiedział. Ale nie byłem w normalnym stanie umysłu – byłem, jakby to powiedział Fajek, podjarany. I to bardzo mocno podjarany. - A buzi na pożegnanie? Patrycja szerzej otworzyła oczy. Kurwa mać, przesadziłem. No ja pierdolę. Trzeba było trzymać język za zębami. Może spróbować obrócić to w żart? Albo... Patrycja podbiegła do mnie, położyła dłonie na moich nadgarstkach, wyciągnęła szyję i lekko pocałowała mnie w policzek. - Na razie – szepnęła i znikła za drzwiami. Chłopak leży na łóżku. Na twarzy ma kretyński uśmiech. Wprost nie może powstrzymać tego uśmieszku. To silniejsze od niego. *** Dalej poszło już jak z górki. Jedno spotkanie potem drugie, trzecie... Nadszedł czas na całusy, przytulanki i trzymanie się za rączki – rzeczy, które oglądane z boku są zajebiście infantylne, ale przestają takie być w chwili, gdy jesteśmy ich uczestnikami. Wszystko stało się teraz inne. Niebo bardziej niebieskie, śnieg bardziej biały, klatka schodowa mniej śmierdząca. Wszystko, co krzywe zrobiło się nagle proste, szare stało się kolorowe. Tymczasem nadszedł marzec i wiosenne roztopy. Czas błota i szarozielonych plam trawy przebijających się przez warstwy śniegu. Wiosenny nastrój, spotęgowany moimi uniesieniami sprawił, że aż chciało mi się śpiewać. - Filozof, co ty taki zadowolony? – Piroman odwrócił się do mnie. Bujał się na krześle jak dziecko w kołysce. Nagle drgnął, jak dźgnięty cyrklem w zadek – Dała ci! – zawołał – Cholera, na pewno! Opowiadaj. Na te słowa odwrócił się i Grucha. Po paru chwilach co najmniej siedem par oczu gapiło się na moje usta, czekając co też z nich wypłynie. - Kurwa, zboczuchy jebane – powiedziałem ze złością – Mało wam pornoli? Spierdalać, masturbować się w kiblu! – teatralnie wyciągnąłem palec w stronę drzwi klasy. - Cisza! – wrzasnął Długi i - cóż za zaskoczenie! - wywołał mnie do odpowiedzi. Dostałem lufę, ale w ogóle się tym nie przejąłem. - Jak tak dalej pójdzie, to nie zdasz – rzucił Długosz, patrząc na mnie spode łba. Postanowiłem mimo wszystko go nie prowokować, toteż wzruszyłem
98

ramionami i wróciłem na swoje miejsce. Niech mi stawia pałę za pałą, jak mu się podoba. To już wolę pisać komisa. Na korytarzu złapał mnie Kudłaty. - Słyszałem, że zaliczyłeś? – zaczął bez ogródek – Gratulacje. Ale z gumką? Bo za dziewięć miesięcy może być niewesoło. Ja to w ogóle... – popatrzył na moją twarz – Dobra, żartowałem! – zapewnił gorąco, krzyżując palce za plecami. - Czego chcesz? – rzuciłem, wymijając zgraję pierwszaków – Nie mam kasy. Prezerwatyw nie pożyczam. Nie, nie widziałem twojego kumpla Ogóra. W ogóle go dziś nie ma w szkole. Co jeszcze? – recytowałem, nie dając mu dojść do słowa – Twojego Gothica ma Siurek, ten długopis, który mi pożyczyłeś tydzień temu gdzieś posiałem, poszukaj w matematycznej. Szlugów nie mam, więc nawet nie pytaj. Nie, nie pamiętam, co było na kartkówce z historii, ale nie licz na to, że gościówa da ci na poprawie to, co nam wcześniej. Nawiasem mówiąc, mogłeś przyjść na hirę, bo w twojej klasie można było ściągać jak z nut. Rola... - Filozof, zamknij się – przerwał mi Kudłaty, niemal z podziwem w głosie – Idę do Lotnika. Grzejesz ze mną? Popatrzyłem na zegarek. - Dopiero druga lekcja – stwierdziłem – Zwykle nie zrywam się tak wcześnie. - Przecież odbębniłeś już fizykę, nie? - No niby tak – przyznałem – Ale... A zresztą. Dobra, chodźmy. Nie znacie jeszcze Lotnika z mojej klasy. Niski, pryszczaty i w okularach. Chrypi, jakby przed chwilą wpieprzył kilka ton lodów. I ma taki głos dziwny... Zachrypnięty, ale w jakiś sposób ciepły i krzepiący. Ale gość jest w porządku. Mówi mu się „Załatw mi na jutro taki i taki film” i on załatwia. Ale nie daje się dymać, jak niektórzy i każe przynosić sobie kasę za płytki. Nie ma kasy, nie ma załatwiania. Ostatnio, prawda, coś mało go widać w szkole... - Ty, a co się z nim dzieje? – zapytałem, zakładając buty. Rano padał śnieg, ale generalnie pogoda była ładna. ciepło, rześko i jakoś tak przyjemnie. Nawet wszechobecne błoto jakoś tak mniej kleiło się do butów. Innymi słowy, było zajebiście. Kudłacz wzruszył ramionami. - Kudłaty? – zawsze chciałem go o to zapytać, ale jakoś nigdy nie było okazji. - No? - Ty naprawdę zaliczasz te wszystkie laski, z którymi chodzisz? Kudłaty uśmiechnął się pod nosem. - Nie wszystkie. Skoro rozmowa zeszła na ten temat, odważyłem się zadać pytanie numer dwa. - Co zrobić, żeby dziewczyna chciała pójść z tobą do łóżka? Kudłaty popatrzył na mnie spod swojej kędzierzawej czupryny, po czym parsknął śmiechem. - Słowo daję, Filozof, nieźle cię wzięło! Dobra – zamyślił się – Na początku musisz wyrwać jakąś puszczalską. Potem idzie już łatwo. Bo jak masz jakąś porządną, to się w ogóle nie opłaca chodzić. Jak chcesz zaruchać, to tylko z blacharą - wyjaśnił.
99

- Tyle, że ja mam właśnie porządną... - No to sobie nie poruchasz – powiedział z pewnością wieloletniego eksperta – Jak już koniecznie chcesz, to zakręć na boku. Wiktoria... - Cichy z nią kręci. Zresztą... Nie chcę tej dziwki. Tylko moją Patrycję – uśmiechnąłem się do moich, bardzo przyjemnych, myśli. - Wiesz – powiedział – Niektóre dziewczyny mają tak, że chcą stracić dziewictwo w dniu swoich osiemnastych urodzin. No to... - Mam czekać trzy lata? - Nikt ci nie każe czekać – wyszczerzył zęby Kudłacz – Już ci mówiłem, że możesz na boku... - Wal się na ryj z takimi radami – przerwałem mu i zamilkłem. Kudłaty brutalnie szarpnął mnie za ramię, wyrywając mnie z zamyślenia. Już miałem opieprzyć go jak burą sukę, gdy nagle spostrzegłem Karola. Hans Kloss miał Brunera, Piotruś Pan kapitana Haka, a ja Karola. To taki najgorszy wróg. Błyskotliwy, inteligentny sukinsyn. Średnia 4,8. Wysportowany. Lubiany w kręgach elity szkolnej. Ma wzięcie u nielicznych równocześnie ładnych i inteligentnych dziewczyn. Zawsze gotowy, by wbić mi szpilę. Od początku zapałaliśmy do siebie gorącą nienawiścią. Początkowo byliśmy... No, może nie przyjaciółmi, ale dobrymi znajomymi. Z czasem jednak, w jakiś dziwny, niemożliwy do opisania sposób nasza znajomość przerodziła się w wojnę psychologiczną. Ceniłem jego inteligencję, ale była ona działem wymierzonym w nieodpowiednią stronę. Atakował wszystkie moje autorytety (tak, wbrew pozorom mam jakieś autorytety), w sposób irracjonalny nienawidził Niemców, Rosjanów i Żydów. Choć, obiektywnie rzecz biorąc, „nienawidził” to zbyt mocne słowo. Darzył ich niechęcią, przechodzącą czasami w najczystsze obrzydzenie. Karol mieszał się w politykę i był fanatycznym wręcz patriotą. I ateistą. Nie, żeby to akurat mi przeszkadzało. Moje całkowite przeciwieństwo nadchodziło właśnie z naprzeciwka. Tam, gdzie ja byłem uściskiem dłoni, on był skrzyżowanyim palcami pod stołem. I vice versa, żeby być uczciwym. Odruchowo zebrałem się w sobie. Gdy mijałem Karola, ten pociągnął mnie z bara. Odwróciłem się na pięcie. - Ej, śmieciu! – zawołałem do jego pleców – Normalni ludzie mówią „przepraszam”. Śmieć znieruchomiał i zaczął się odwracać. Był ode mnie wyższy dobre sześć centymetrów i cięższy tak na oko jakieś dziesięć kilo. Ale nie bałem się go. Nie teraz, kiedy byłem tak nakręcony. Karol zmierzył mnie swoimi wodnistymi oczami. Takie martwe ślepia mają freski przedstawiające faraonów na piramidach albo śnięte ryby. - Coś ty, kurwa, powiedział? – wycedził przez zaciśnięte zęby. - A ty jesteś głuchy, czy tylko głupi? – odparłem. Kudłaty zaklął pod nosem i odstąpił dwa kroki. Nie był głupi i nie chciał mieszać się w nie swoje sprawy.

100

Karol natychmiast dopadł do mnie i usiłował pchnąć na chodnik. Jego wytrenowane na SKS-ach mięśnie powinny uczynić to bez trudu. Miałem jednak nad Karolem sporą przewagę – w przeciwieństwie do niego wychowałem się na osiedlu i poznałem całą masę brudnych chwytów. Gdy tylko jego dłonie wylądowały na mojej klatce piersiowej, chwyciłem je i pociągnąłem. Powinien stracić równowagę a jego podbródek polecieć na spotkanie z moim kolanem. Tak się jednak nie stało. Karol nie dał się zaskoczyć. Błyskawicznie pojął, co się święci i skontrował cofając się, wskutek czego wyrzuciło mnie w powietrze, po czym solidnie pierdolnąłem o podłoże. - Żeż kurwa w dupę jebany chuj! – warknąłem z poziomu płyty chodnikowej. Kudłaty zawołał coś, żebyśmy przestali się macać. Popatrzyłem w górę. Karol lampił się na mnie z góry. - Cipa – skomentował krótko i się zmył. Klnąc i złorzecząc pod nosem wstałem. - Patrz, kurwa – poskarżyłem się Kudłatemu – Całe spodnie mam ujebane! - Chodź, nie pierdol – rzucił bez cienia współczucia – Nie trzeba było mu fikać. - Ja mu fikałem? Ja mu fikałem?! To on zaczął... – popatrzyłem na oddalające się plecy Karola - Hodie mihi, cras tibi, ty gnido – warknąłem. - On nie gra w Tibię. Chodź – pokręcił głową – Niech to chuj strzeli... Znieruchomiałem. Miałem właśnie zacząć użalać się nad swoim parszywym losem, ale wypowiedź Kudłacza zapaliła w moim mózgu czerwoną lampkę. - Co powiedziałeś? - Niech to chuj strzeli – powtórzył Kudłaty – A co? - Nic – wzruszyłem ramionami – Ale trochę wieśniacko brzmi. Gdzie to usłyszałeś? - W autobusie, jak wracałem z Radzynia. Taki łysy powiedział to do takiego w okularach... Zastanowiłem się, po czym machnąłem ręką. - Wieśniacka odzywka – powtórzyłem. - Filozof... - No? - O czym my, do kurwy nędzy, rozmawiamy? Przez chwilę wzajemnie mierzyliśmy się wzrokiem, po czym równocześnie parsknęliśmy śmiechem. - Dobra, idziemy – powiedziałem – Tak w ogóle, to co masz do Lotnika? - Wisi mi kasę. - Dużo? - Nie twój zasrany interes. Przez chwilę rozważałem, czy się obrazić. Uznałem, że tym razem nie. - Niby racja – przyznałem, próbując oczyścić spodnie. Przystanąłem na chwilę i wsłuchałem się w dialog, jaki prowadzili siedzący na pobliskiej ławce blokersi. - Ty Życie pierdolony!

101

- Co? Jak ty, kurwa, możesz tak mówić? Żydzi to są porządni ludzi, pracowici i uczciwi, kurwa! W Łukowie przed wojną to od cholery Żydów mieszkało. Skąd wiesz, że nie masz Żydów wśród przodków? I co? Tak, kurwa, swoje gniazdo kalasz? Ty Żydzie! Uznałem, że nie chcę tego dalej słuchać. Poza tym, zdrapałem już z tyłka największą plamę. Na klatce w bloku Lotnika stał jakiś ziom. Skinął mi głową. Też mu skinąłem, choć go nie znałem. Tak trzeba. Kumple-widma. Czasem mijacie się na ulicy czy szkolnym korytarzu. Nie znasz ich imion, oni nie znają twojego, ale łączy was jakaś podświadoma więź, manifestująca się w porozumiewawczych spojrzeniach. Kudłaty załomotał w drzwi mieszkania Lotnika. - Dzwoni się – zwróciłem mu uwagę – Co ty, ze wsi jesteś? – wcisnąłem dzwonek. Zza ściany dobiegł nas wyjątkowo irytujący, brzęczący dźwięk. Nikt nie zareagował. Gdzieś na górze zaczął ujadać pies. Popatrzyłem na Kudłatego. - Nie ma go? Wzruszył ramionami. Zadzwoniłem jeszcze dwa razy. Po chwili coś zaczęło się dziać. Najlepiej opisać to jako ciąg następujących po sobie odgłosów. Najpierw głośne łomotnięcie o ziemię, jakby ktoś upuścił cegłę na panele podłogowe. Potem coś jakby senne mamrotanie pod nosem. Kolejnym dźwiękiem było uderzenie o coś pustego w środku, następnie rozległo się głośne „Kurwa mać!”, znowu uderzenie i wreszcie szczęk otwieranych drzwi. Przed nami objawił się Lotnik. Potargany, nieogolony i przepoconym podkoszulku. Wyglądał jak włóczęga z San Francisco, który uznał, że warto się poopalać. Przynajmniej dopóki nie popatrzyło się w jego oczy. Czaiło się tam coś czarnego, groźnego i niekonieczne przeznaczonego dla ludzkich oczu, uszu i przede wszystkim – umysłu. - Siema – powiedziałem – Możemy wejść? Powoli pokiwał głową. - Jasne – gestem zaprosił nas do środka. Mieszkanie jak mieszkanie. Raczej czyste i dobrze utrzymane, nie taka speluna jak u Fajka. Pokój Lotnika wyglądał porządnie – z wyjątkiem biurka. To bowiem stanowiło obraz nędzy i rozpaczy i generalnie było tam nasyfione na maksa. Zeszyty, książki, płyty, talerze, karton po pizzy – wszystko to tworzyło bezładną stertę, która lada chwila mogła się zsunąć na dywan. Gdzieś pod tym dzikim wysypiskiem znajdowała się klawiatura – mysz smętnie zwisała na kablu jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą. Na pooblepianym naklejkami monitorze widniała jakaś strona z torrentami. - Siedzisz przy tym od rana? – spytał Kudłaty. Lotnik uniósł brwi.

102

- To już jest rano? – odsłonił żaluzje. Jutrzenka wdarła się do pokoju. Lotnik zmrużył oczy. - Kiedy to ostatnio widziałeś słońce? – zapytał. Gość odwrócił się do nas plecami. - Co? - Słońce. No wiesz – takie duże, żółte na niebie. Jak się na to patrzy, to razi. - Daj spokój, Kudłaty – westchnął – Muszę jeszcze ściągnąć czwarty sezon „South Parka”. Potem... - Długo siedzisz przed kompem? – przerwałem mu – Skoro zdziwiłeś się, że już jest rano, to pewnie zajebiście długo. Nie ogoliłeś się, śmierdzisz jak lump spod śmietnika i jesteś skrajnie wycieńczony. Ty się, kurwa, słaniasz na nogach! Zaraz jebniesz o ziemię. - Spierdalaj – odparł i chciał mi pokazać faka, ale po chwili zrezygnował. Nie potrafił utrzymać wyprostowanego środkowego palca. - Kasę oddaj – Kudłaty najwidoczniej przypomniał sobie, po co tu przyszedł – Cztery dychy mi wisisz. Lotnik popatrzył na niego półprzytomnie. - No – wykrztusił i sięgnął do jakiejś szuflady. Grzebał w niej przez chwilę, po czym wydobył dobrze wypchaną skarpetę. Ze środka wyciągnął kilka banknotów. - Dobra – Kudłacz wyłuskał mu pieniądze z ręki – Filozof, zwijamy się. - Czekaj – chwyciłem Lotnika za ramię i potrząsnąłem nim – Idź do łazienki, weź prysznic i kładź się spać. Dociera? - Pierdol się – rzucił i klepnął na krzesło. Podsunął się pod kompa, wygrzebał klawiaturę, po czym zaczął bębnić w nią zajadle. Uderzenia klawiszy brzmiały niczym grzechot kości, swoisty podkład pod jakieś cyberpunkowe danse macabe. - Chodź – rzucił Kudłaty, już z przedpokoju. Wzruszyłem ramionami i poszedłem za nim. Zachowanie Lotnika nie było niczym dziwnym. Sam niejednokrotnie uciekałem w Matrixa, gdy ciężar rzeczywistego świata stawał się nie do utrzymania. Wszystko staje się wtedy takie proste – za jednym kliknięciem odlatujesz gdzieś indziej i wszystko masz centralnie w dupie. - Niech to chuj strzeli – powiedziałem na głos. Na dworze naciągnąłem kaptur. Kudłaty podrapał się po swojej bujnej czuprynie.

*** W domu Analiza wiersza: Chciałbym przypomnieć, że osobiście uważam wszelkie analizy utworów literackich za pozbawione sensu a wręcz uwłaczające autorowi oraz potencjalnym odbiorcom utworu, gdyż każdy człowiek jest jednostką
103

autonomiczną, mającą nieco inny pogląd na rzeczywistość i zmuszanie go do przyjęcia „jedynej właściwej” postawy wobec czegokolwiek – a zwłaszcza utworu lirycznego - jest najzwyczajniej w świecie głupie i ograniczające. Dlatego też nie podejmę się analizy wiersza. Ktoś w końcu musi powiedzieć „Nie”. Dziękuję za uwagę. Brak pracy domowej, ocena niedostateczna. ***
Ale nudne to życie. Nie, poważnie – żeby choć się coś wydarzyło. Ale nie, tylko szkoła, dom, osiedle, szkoła, dom, osiedle i tak do usranej śmierci. W końcu komuś odwala i kończy jak Marchewa albo jeszcze gorzej – jak Rogaliński. Mówiłem już o tym? A, tak, prawda. Zapomniałem. Przymrozek wpędził nas na klatkę schodową. Grucha pociągnął czerwonym od zimna nosem i zaciągnął się szlugiem. - Trzeba, kurwa, płuca rozgrzać – oznajmił. Jendrych popatrzył na szybę. Za oknem ciemniał już wieczór. Tym razem dresiarzom towarzyszył Cichy. Nie była to aż tak rzadka sytuacja – na naszym osiedlu dresy i skejci żyli w zgodzie, która wyewoluowała z trwającego szmat czasu paktu o nieagresji. Obie strony zaczęły się męczyć oczekiwaniem na to, kto pierwszy mrugnie, starsi wyrośli, młodsi dorośli i nagle okazało się, że nikomu już nie chce się warczeć na tych drugich. Co prawda nie doszło do pełnej asymilacji, ale może to i lepiej – dzięki temu nasze osiedle było monosubkulturowe. Mieliśmy dresów, skejtów, metali, nawet jednego, nieco stłamszonego, discopolowca... No i mnie. Nie identyfikowałem się z żadną z powyższych subkultur, ani z jakąkolwiek inną. Nie buntowałem się, bo i nie miałem przeciw czemu. Nie ograniczałem się do jednego gatunku muzycznego czy stylu ubierania się. Miałem to w dupie. Miałem w dupie tak wiele rzeczy, że zaczynało mi już tam brakować miejsca. - Słyszałem, Cichy, że ci z Wiktorią nie poszło – powiedziałem, odsuwając się nieco od dymiących jak komin kotłowni dresiarzy. - To Cichy chodził z Wiktorią? – Grucha zaciągnął się i zakrztusił – Tą z naszej klasy? - Daj se siana – poirytował się skejt – W ogóle to suka najzwyklejsza i dziwka jebana... Olała mnie. Jeszcze mi się... – dalszą wypowiedź Cichy stłumił do nieartykułowanego pomruku. Wyłapałem coś o ciągnięciu laski. Buba wzruszył ramionami. - Bo widzisz – zaczął tonem przyjacielskiej pogawędki – To jest tak, że trzeba się odpowiednio zabrać do sprawy. Taki Kudłaty na przykład. On się dziewczynom podoba i korzysta z tego. Co chwila wyrywa jakąś laskę. A taki Filozof – wskazał na mnie – Mordę ma, jakby ją całe życie trzymał pod kamieniem, a wyrwał niezłą

104

dupę. Wiesz czemu? Bo ma gadane. Tu trzeba kombinować jak się da. Olała cię? To ją pierdol. Tak trzeba, inaczej człowiek by się, kurwa, pochlastał. Zapadła cisza. - Morda, jakby całe życie ją trzymał pod kamieniem? – powtórzyłem powoli. Cichy parsknął śmiechem. - I już się, kurwa, obrażasz? – obruszył się Buba. Wzruszyłem ramionami. - Idę do domu się odlać – oświadczyłem wszem i wobec. Poszedłem. *** Rozważmy diabła w czarnym BMW. Na pewno pamiętacie tę miejską legendę – kilka lat temu cieszyła się zadziwiającą popularnością. Diabeł krążący po Polsce w czarnym BMW z przyciemnionymi szybami. Ponoć czasem zatrzymywał się i pytał przypadkowych ludzi o godzinę. Jeśli nieszczęśnik odpowiedział, zostawała mu zaledwie doba życia. Byłem wtedy w trzeciej klasie podstawówki i ta opowieść zrobiła na mnie głębokie wrażenie. Po klasie krążyły plotki, jakoby szatan w czarnym automobilu pojawił się u nas, w Łukowie. Wszyscy spekulowali, wymieniali się poglądami i przypominali inne podobne historie. Po dwóch dniach o szatańskim kierowcy wszelki słuch zaginął. Nikt nie powiedział o nim nawet słowa. Jakby temat nigdy nie istniał. Dziś już nikt nawet nie pamięta tej, niepokojącej nieco, anegdoty. Podobno jechał na wschód. Czego diabeł szukał na wschodzie? Najprawdopodobniej jestem jedynym człowiekiem, który zadał sobie to pytanie. I nic nie szkodzi, że jest ono bezsensowne. Bezsensowne pytania zadawali też Kopernik, Freud i Einstein. Nikt, kto zadawał pytania sensowne, mądre i oczywiste nie został zapamiętany na długo. Ale wróćmy do diabła. To, że zmierza na wschód wywnioskowałem z plotek, jakoby po raz pierwszy pojawił się na Śląsku. Z niczym nieuzasadnionej ciekawości – która po pewnym czasie zmieniła się w manię - wgłębiłem się w sprawę i poustawiałem miasta, jakie ogarnął „szał czarnego BMW” według dat. Nie było to proste. Wymagało długiego siedzenia na rozmaitych forach internetowych dotyczących zjawisk paranormalnych. Ludzie na ogół byli pomocni, choć czasem pamięć płatała im rozmaite figle. Każdą wiadomość porównywałem z innymi, nanosiłem na mapę kolejne miasta i wsie. Wykluczałem niektóre, do innych miałem poważne wątpliwości. Wyszło mi, że najwcześniej ukazywał się na zachodzie, a w miarę upływającego czasu przemieszczał się w kierunku wschodnim. Łuków był jednym z ostatnich miast – może ostatnim - które dały się porwać czarowi tej miejskiej legendy.

105

Bardzo niepokojąca była myśl, że diabeł zatrzymał się tutaj. Pamiętam, że wtedy długo mnie to męczyło. Miałem bardzo wybujałą wyobraźnię i każdej nocy w moich snach ukazywał mi się złowrogi czarny samochód z przyciemnionymi szybami i rogami zamiast lusterek wstecznych. Potem byli ludzie z luster, ale to już mój prywatny halun. Kiedyś przyśniło mi się, że stoję przed lustrem w mojej łazience. Sen był hiperrealistyczny – czułem zapach mydła, słyszałem szum lecącej z kranu wody. Dostrzegałem takie detale jak kropelki wilgoci na kurkach czy ohydne, różowe grudki pasty do zębów zaschnięte na dnie umywalki. Szkło parowało w dusznym pomieszczeniu. Gapiłem się w lustro mętnym wzrokiem, kurczowo zaciskałem dłonie na krawędzi umywalki i usiłowałem dojść, po co tu jestem. Jak przez mgłę przypomniałem sobie, że chciałem się ogolić. Nie wiem czemu, nie miałem zarostu na twarzy. Nie potrafiłem pojąć złożonej, wielopoziomowej logiki snu, zresztą kto potrafił? Mimo to sięgnąłem po jednoczęściówkę. Moje ruchy były spowolnione, niczym w bullet time. Dłoń natrafiła na pustkę. Tam, gdzie zazwyczaj znajdował się plastikowy kubek ze szczoteczką i gotową do użycia maszynką, ziała pustka. Nie – puste miejsce, tylko rozszerzająca się czarna dziura. Która wcale nie była czarna, ale taka sinobrązowa. Popatrzyłem w lustro. To niecodzienne zjawisko po drugiej stronie wcale nie zaistniało. Moje odbicie uśmiechnęło się do mnie cierpko. Wtem gwałtownym ruchem wyrzuciło ramiona przed siebie. Ręce przeszły przez taflę szkła, jakby nie istniała i wylądowały na moich ramionach. Palce mojego bliźniaka z drugiej strony lustra boleśnie wpiły się w moją skórę, naciskając na mięśnie, sprawiając, że zaczęły zgrzytać kości. Ja z drugiej strony wyszczerzył zęby w upiornym grymasie i z całej siły uderzył mnie czołem w twarz. Cios był niewyobrażalnie silny. Zachrzęścił zgniatany na miazgę nos. Policzki eksplodowały chmurą czerwieni niczym rozdeptane pomidory. W akompaniamencie błyszczącego bólu usłyszałem, jak zęby grzechoczą, rozsypując się po płytkach PCV. Jedno oko zafalowało i powoli, majestatycznie wręcz spłynęło na podłogę. W tym momencie oko kamery przeniosło się gdzieś w okolice sufitu tak, że całą akcję mogłem oglądać z góry. Widziałem zachlapaną krwią umywalkę, i dwie twarze – jedną ohydnie zmasakrowaną, a drugą szatańsko uśmiechniętą. Sen zakończył się puentą. Nie pamiętam już, w jaki sposób ją poznałem. Może usłyszałem, jak wypowiada ją człowiek z lustra, może zobaczyłem napis. Może objawiła mi się w jakiś inny, odpowiadający logice snu, sposób. A może wypowiedziałem ją na głos zaraz po przebudzeniu, w tej krótkiej chwili, gdy granica między jawą a snem jest bardzo cienka. - Ludzie z luster cię odnajdą. Ludzie z luster zajęli miejsce w moim osobistym panteonie potworów, obok diabła w BMW (którego wiele lat później zacząłem podświadomie łączyć z kingowskimi Regulatorami - lata fascynacji literaturą wszelaką robią swoje), Bladego i mnóstwa innych maszkar, których dziś już nie pamiętam. A Bladego nie chcę wspominać. Najlepiej już nigdy w życiu.
106

*** Nadeszła wiosna. Tak całkiem znienacka, wemknęła się chyba w nocy. Pewnego dnia po prostu się pojawiła, jakby była tutaj od zawsze. Wymiotła śnieg, wyprosiła mróz. Pokryła wszystko wilgocią roztopów. Przyniosła obietnicę pachnącej trawy i rześkiego, oczyszczającego ciepła. Na pierwszą w tym roku burzę nie trzeba było długo czekać. Zaczęło się niewinnie, od deszczyku, który po chwili przerodził się w ulewę. Załomotał grom, potem drugi i trzeci. Stałem na balkonie, a wiatr targał moimi włosami. Uwielbiałem taką pogodę. Wśród huczących piorunów i chlastającego deszczu naprawdę zaczynałem żyć. Umysł otwierał się na nowe idee, dusza ulegała chemicznemu oczyszczeniu i takie tam. Usłyszałem ciche miauknięcie. Odwróciłem głowę. Nieopodal mnie zwinięty w kłębek siedział kot – jeden z tych psychopatycznych futrzastych morderców, jakich kształtuje życie na osiedlu takim, jak moje. Kot był duży, czarny, i co dziwne, niepoharatany. Mierzył mnie przeszywającym wzrokiem żółtozielonych oczu. Woda obficie skapywała z jego sierści. Nie ma bardziej żałosnego widoku, niż przemoczony kot. - Kici, kici – powiedziałem cicho. Idiotyzm. Każdy dachowiec wie, że „kici, kici” to wyraźny znak, iż należy brać ogon w troki i spierdalać. Zbyt wiele kamieni uderzało w kocie łby, zbyt wiele ogonów było podpalanych, o wiele za dużo kopniaków przyjmowały kocie zadki, by ten odruch nie zapisał się już w pamięci genetycznej. Tym większe było moje zdziwienie, gdy zwierzak ostrożnie do mnie podszedł. Nigdy specjalnie nie lubiłem kotów – z daleka owszem, były ładne, ale z bliska zmieniały się w organiczną wersję tytułowej broni z Painkillera. Zwierzak otarł się o moje kostki. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Nachyliłem się i podrapałem go po karku. Rozległo się ciche, ale mimo bębniącego o okap deszczu doskonale słyszalne mruczenie. - Zaczekaj – powiedziałem do kota i powędrowałem do kuchni. Z lodówki wyjąłem karton mleka, z kredensu jakiś spodek. - Po co ci to mleko? – zapytała mama, podnosząc wzrok znad gazety. - Chcę nakarmić kota. - Nie mamy kota. - No właśnie – zniknąłem za drzwiami. Wypije, nie wypije? Kot pochylił się nad spodkiem i kilka razy chlapnął językiem. Poczekałem aż skończy i zabrałem spodek. Ciekaw byłem, co teraz zrobi. Widzicie, ten kot był naprawdę dziwny. Znaczy, zwykle miejski kot to zmasakrowany psychopata o mentalności Aliena. Ale ten... On był inny. Spokojny, zadbany i – co najdziwniejsze – ufny w stosunku do ludzi. Czarna sierść nie była pokryta plackami łysiny ani przebarwieniami. Nie brakowało mu oka ani ucha.
107

Kot machnął ogonem i przez uchylone drzwi balkonu wkroczył do mieszkania. Ważne – wkroczył. Nie wemknął się chyłkiem, tylko wszedł spokojnym, majestatycznym wręcz krokiem, jakby robił to już miliony razy i miał do tego pełne prawo. Usadowił się na kanapie w salonie. Rozłożył się wygodnie i przymknął oczy. Nie widziałem ani jednego powodu, by mu na to nie pozwolić. Gdyby był to przeciętny dachowiec, już dawno zaliczyłby kopa i wręcz wyfrunął na dwór. Ale to nie był przeciętny dachowiec. Usiadłem obok i zacząłem go głaskać. Zamruczał. No to mam kota. *** Etam ratuje ludziom życie. Każdy i każda z was zasłoniło się kiedyś etamem jak tarczą, bo etam wszak do tego służy. Dostałeś pałę? Etam, odkujesz się na następnym sprawdzianie. Złamałeś nogę? Etam, zrośnie się. Upierdoliło ci nogę? Etam, masz drugą. Nie zdałeś do następnej klasy? Etam, to przecież nie koniec świata. Nadchodzi koniec świata? Etam, przynajmniej już nic gorszego cię nie spotka. Zadziwiające, ale to działa. Etam to znany od wieków związek niechemiczny, który niweluje myśli samobójcze. Bez etamu ludzkość w ogóle by nie powstała. Podejrzewam, że etam zaczął kształtować się u ludzi pierwotnych. Jeden z naszych owłosionych protoplastów usiłował zjeść kamień, który wyglądał zbyt podobnie do strusiego jaja. Po kilku nieudanych próbach (i straconych zębach) dał sobie spokój. Gdyby nie etam, biedak do usranej śmierci próbowałby skonsumować głaz. U niektórych ludzi etam w ogóle nie występuje – to chroniczni samobójcy i bezdenni idioci, którzy najzwyczajniej w świecie nie mogą dać sobie siana. Wariują więc, walą łbem w mur i nigdy się nie poddają. Credo samobójcy: Nigdy się nie poddawaj. Inni natomiast mają zbyt wysokie stężanie etamu. Istna hiperwitaminoza. Człowiek ma wszystko w dupie, szybko się zniechęca i popada w depresję. To w sumie jeszcze gorsze, niż brak etamu, bo w tym przypadku samobójstwo dokonuje się powoli i niejako od wewnątrz. Człowiek zapada się w sobie jak przebita piłka i po pewnym czasie jest już po wszystkim. Naprawdę po wszystkim. *** Leżę w łóżku, choć jest dopiero jedenasta. Leżę w łóżku i usiłuję ignorować pulsujący ból głowy. Przeszkadzają mi w tym krzyki sąsiadów z góry. On – prosty robociarz ze skłonnością do alkoholu, ona – krawcowa, obecnie bezrobotna. Bezdzietni. On znowu wrócił zachlany do domu, sufit tylko częściowo tłumi jego pijackie krzyki, poprzetykane chwilami szeptliwej ciszy, kiedy ona usiłuje go uspokoić. On jej na to nie pozwala, krzyczy, niezrozumiałe wrzaski przerywają cierpliwą i
108

pokorną Litanię do Serca Starego Pijaka. I tak na zmianę. Nie rozróżniałem słów, zresztą ich treść nie interesowała mnie ani trochę. Cichy, spokojny i lekko wilgotny głos, potem krzyk, potem znów sugerująca uległą perswazję cisza i ponownie pijacki wrzask. Dwa głosy w jednej pieśni podjudzając i przekomarzając się szkaradnie między sobą, karmiąc się wzajemną nienawiścią, jak Piołun i Krętacz, dwa diabły z „Listów...” Lewisa. Niech to się już skończy. Niech dadzą sobie po mordach, rozpłaczą i w najbliższą niedzielę popędzą do kościoła, do spowiedzi, ksiądz powie po słowie, on przyrzeknie więcej nie pić, ona wspierać go w tym postanowieniu. Wytrzymają może z tydzień i wszystko wróci do „normy”, tej absurdalnej, całkowicie nienormalnej równowagi między kolejną butelką, a przysięgą małżeńską. Nic się nie zmieni. W końcu któreś umrze, ona na zawał albo on na wątrobę, nieważne – drugie i tak pójdzie do piachu nie mogąc żyć bez swojej miłości. Wzruszająca historia, love story jak się patrzy. Tylko scenariusz pisać i film kręcić. Coś upadło i się stłukło. Plama na suficie niczym membrana wyłapywała i emitowała wszystkie dźwięki. Przy najbliższej okazji zamaluję to świństwo. Zamaluję farbą białą jak śnieg i dziewictwo. Krzyki, tym razem kobiece. Krótkie, urywane frazy, wywrzaskiwane nienaturalnie wysokim głosem. On też zaczął krzyczeć, coś jakby „Suko!” ale nie byłem pewien. Lada chwila któryś z sąsiadów zadzwoni na policję. I raptem wszystko ucichło. Było jak makiem zasiał. Cisza absolutna. Było tak cicho, że nawet nie dudniło w uszach. Poczekałem jeszcze kilka minut. Nic. Żadnego dźwięku. Co jest, kurwa? Pozabijali się? Spać. Mam tego dosyć. Nie moje małpy, nie mój cyrk. Walnąłem w kimę niemal od razu. *** - W porządku? – zapytała Patrycja, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Lewą ręką objąłem ją w talii. Uśmiechnąłem się. Zieloność kwitła, słońce przejaśniało niebo, a powietrze szkliło się cudnie na ostatnich plackach uśniegowienia. Cały Łuków kwitł, pluł, wręcz rzygał radością i udźwiękowieniem Wróble & Company. - Tak. Nie wyspałem się po prostu – wyjaśniłem. Patrycja zaśmiała się. Nie był to chichot kretynki, której ktoś opowiedział dowcip (i dokładnie wytłumaczył puentę), tyle cichy śmiech typu „uroczy-jesteśale-musisz-się-bardziej-postarać”. - To co robiłeś całą noc? - To było nie fair! – oburzyłem się. Roześmieliśmy się oboje. Patrycja przytuliła się do mnie. Było cudownie. Po raz pierwszy od wielu lat – może nawet po raz pierwszy w życiu – czułem się szczęśliwy. Ale tak naprawdę szczęśliwy. Szczęście...
109

Tymczasem gdzieś głęboko w duszy uświadomiłem sobie - jest tak wspaniale, że w najbliższym czasie coś musi pierdolnąć. Na ułamek chwili, krótszy niż mgnienie oka świadomość ta objawiła mi się z krystaliczną wyrazistością i zmroziła do szpiku kości. Nie mówcie, że to nielogiczne – ja swoje wiem. Życie nie jest logiczne. Jest zboczone, zwyrodniałe i skłonne do sarkazmu. Jest, ogólnie rzecz biorąc, do dupy. Wielkiej, owłosionej dupy z przyklejonymi do niej kawałkami zaschniętego gówna. Po chwili koszmarne przeczucie minęło. Po kolejnej chwili zapomniałem, a jeszcze później zapomniałem, że zapomniałem. Mimo to... Coś musiało pierdolnąć. I pierdolnęło. Dokumentnie i na całej linii.

Rozdział czwarty Słońce
- Zło istnieje dlatego, że Bóg miłosierny wystawia nas na próbę. I tylko od nas zależy... Ziewnąłem demonstracyjnie. Bardzo głośno, bardzo szeroko i bardzo po chamsku. Siostra Krzyżak przerwała w pół słowa i zaatakowała mnie drapieżnym wzrokiem starej dewoty.
110

- Kolega się nudzi? – zaskrzeczała zgryźliwie. Miałem już tego dosyć. - Nie, nie nudzę się – oświadczyłem głośno – Ale ma omawiany temat mam odmienne zdanie. Otóż Bóg nie wymyślił zła po to, by poddawać nas próbie, przepuszczać przez jakiś wydumany tor przeszkód. Zło istnieje tylko po to, byśmy mieli jakiś wybór. Bo po co nam wolna wola, jeśli do wyboru mamy tylko bycie dobrym? Musi być jakaś alternatywa. Zakonnica zaniemówiła. W jej wodnistych oczach zagrała furia, spotęgowana świadomością, że mojej argumentacji nie da się niczym podważyć. Po klasie przebiegły szmery. - Nie masz racji – wyrzęziła inkwizytorka i zaczęła kadzić dalej. Ziewnąłem raz jeszcze. Zgromiła mnie wzrokiem, ale się nie odezwała. Wszedł jakiś pierwszak i oświadczył, że Żmudzka chce mnie widzieć i to teraz, zaraz. Wzruszyłem ramionami i wyszedłem. W drzwiach odwróciłem się i ukradkiem wykonałem w stronę pleców Czarnej Wdowy gest Kozakiewicza. Klasa ryknęła śmiechem, a ja zmyłem się na korytarz, nim katechetka sczaiła się co i jak. - Chodź – powiedziała Żmudzka, gestem zachęcając mnie przekroczenia progu pokoju nauczycielskiego i wstąpienia na ścieżkę oświecenia, a już na pewno – oświaty. Byłem przekonany, że czeka mnie długa pogadanka zwieńczona banalnym morałem albo oczywistą groźbą. Nie po raz pierwszy i nie ostatni. Myliłem się. Polonistka od razu przeszła do sedna. - Chodzi o oceny – oświadczyła, w charakterystyczny dla siebie sposób poprawiając binokle – Nie chciałam mówić tego przy klasie, ale twoja sytuacja jest prawie beznadziejna. Będziesz miał zagrożenie z – zerknęła w jakieś papiery – pięciu przedmiotów. A na poprawę masz zaledwie trzy miesiące. Ponadto nauczyciele skarżą się na twoje zachowanie. Chwila ciszy. - I co? – zapytałem. - To właśnie ja się pytam. Co ty masz zamiar z tym zrobić? Wydukałem coś, że poprawię oceny i że bardzo mi przykro z powodu zachowania. O tym, że poprawię zachowanie, nie wspomniałem. Całym szczęściem Żmudzka tego nie zarejestrowała, bo oszczędnym gestem podbródka – zrobiła nim jakąś taką krzywą ósemkę – odesłała mnie z powrotem do klasy. Solennie obiecałem sobie poprawić oceny, choć z doświadczenia wiedziałem, że nie dam rady. Ni chuja. Znowu pod koniec roku trzeba będzie lizać dupy nauczycielom w nadziei, że przemówią wreszcie ludzkim głosem. Na korytarzu było cicho. W tle tylko można było usłyszeć, że ktoś kogoś wyzywa od Żydów, Niemców i pedałów. Ten drugi – przepity, lekko zachrypnięty baryton – bynajmniej nie pozostawał mu dłużny, nazywając swojego rozmówcę nieogoloną pizdą. Wróciłem do klasy. Czarna Wdowa dalej coś kadziła o Bogu i Sprawiedliwości. Jakby sama coś na ten temat wiedziała. Jakby miała prawo się na ten temat wypowiadać. Jakby ktokolwiek miał prawo.
111

Dzwonek. W imię Ojca, Syna i wychodzimy. Ups, pardon – jeszcze Duch Święty. Byłbym zapomniał. Najmniej doceniana osoba Boska. Pewnie dlatego, że nie umarła na krzyżu, ani nie zbombardowała piorunami kilku starożytnych miast. Duch nie zadbał o odpowiedni image, dlatego raczej się o nim nie mówi, ograniczając się do kolokwializmu „ten od cudów”. Ten od cudów, cholera jasna. *** Cyklop się przekręcił. Najzwyczajniej w świecie, w pewien rześki, marcowy poranek. Kiedy szedłem do szkoły widziałem go leżącego koło śmietnika. Nie ruszał się, ale wydawał jakieś słabe pojękiwania. Pomyślałem, że pewnie się schlał i minąłem kloszarda z obrzydzeniem. Brudny, zarośnięty miejski troll, powstały na wskutek wysokiego stężenia alkoholu w organizmie oraz degeneracji i znieczulicy społeczeństwa w ogólności naszego osiedla i w szczególności samego Cyklopa. Kiedy wróciłem ze szkoły dowiedziałem się, że zabrała go karetka, tak około dziesiątej. Przez następne parę dni nie pojawił się na naszym osiedlu. Potem też nie. A po kilku kolejnych dniach nikt już nie spodziewał się, że wróci. Karuzela wykonała kolejny obrót i okazało się, że kilku pasażerów zostawiło po sobie tylko puste siedzenia. Za dużo tej śmierci jak na takiego niewinnego nastolatka, jak ja. Ja dużo śmierci, skurwysyństwa, załgania i zielonego. Tak, zielonego. Bo powinno być czarne i białe, albo chociaż szare. A jest zielone. Jak Shrek. Mam już dosyć, chcę zielone papiery, kwit na wariactwo. Ja przepraszam, ja już nie będę. Obiecuję, że już zawsze będę grzeczny, tylko nie każcie mi na to patrzeć. Jestem chory. Po południu zadzwoniłem do Patrycji. Od dwóch dni nie odbiera ode mnie telefonów, nie odpisuje na SMS-y. Choć na Gadu niemal zawsze jest dostępna, to nie odpisuje mi. Tknęło mnie bardzo złe przeczucie. Poczułem się trochę jak alpinista, który wisi pół kilometra nad ziemią i widzi, jak z góry osypują się drobne kamyczki. Włączył się ten pierwotny instynkt, ta towarzysząca przez całe życie świadomość, że to wszystko to zamek z porcelany, który rozleci się przy silniejszym podmuchu wiatru. Bzdura, przekonywałem sam siebie, wszystko jest w porządku. Pewnie gdzieś wyjechała. Ale wtedy uprzedziłaby cię o tym, nie uważasz? Kurwa. Muszę przestać. Zająć się czymś innym. To jakaś psychoza. Zachowuję się irracjonalnie. Złapałem telefon i wykręciłem numer Kija. Nie pytajcie, czemu. Po prostu musiałem z kimś pogadać, zwierzyć się ze swoich wątpliwości. Odebrał Fajek. - Jest Włóczykij? - Jest, ale odsypia nockę. Dopiero o ósmej wrócił z pracy. Nie budź go. Chwila ciszy.
112

- Dobra, dzięki. - Powiedzieć mu, że dzwoniłeś? Zastanowiłem się. - Nie – odparłem wreszcie – To nic ważnego. Wyłączyłem telefon. Wyprzeć wątpliwości z pod- i nadświadomości. Przeskanować id, ego a przede wszystkim superego. Zamknąć oczy i przestać świrować. Muszę zrobić coś normalnego. Tak dla równowagi. Psychicznej. - Wychodzę! – krzyknąłem, wciągając buty. Mama wychyliła się z kuchni. - Gdzie? - Na spacer. - Kiedy wrócisz? - Nie wiem. - A gdzie będziesz? - Nie wiem. - Coś kręcisz – stwierdziła. - Możliwe – odparłem i wymknąłem się z mieszkania. Nic nie kręciłem. Naprawdę szedłem na spacer. Długi, odprężający spacer ulicami miasta. Jak już wcześniej wspominałem, Łuków kwitł, pachniał i zieleniał wiosną. Nieestetyczne placki śniegu należały już do przeszłości, kałuże powysychały jakoś tak ukradkiem. Wszystko było zajebiście zajebiste, jak w amerykańskiej superprodukcji za sto milionów. Albo jak u Coelho. Ładnie, pięknie, świecąco, pachnąco i szumiąco. - Filozof! Odwróciłem się. Ogór posuwał się w moją stronę raźnym krokiem. - Gdzie idziesz? – spytał, ściskając moją rękę i potrząsając nią lekko. Wzruszyłem ramionami. - Idę po farby – oświadczył – Idziesz? - Jasne – odparłem – A co, masz już pomysł na jakąś nową wrzutę? Uśmiechnął się tajemniczo i rzucił jakiś banał, by zmienić temat. Przez jakiś czas gadaliśmy o przysłowiowej dupie Maryni. Kiedy rozmowa zeszła na mnie i Patrycję – prędzej czy później zawsze schodzi, to chyba jakiś fetysz – skłamałem, mówiąc że dobrze. A może nie skłamałem? Może naprawdę jest dobrze, a ja tylko mam wariackie urojenia? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie tak. Najprawdopodobniej nie wiem. Nagle zdałem sobie sprawę, że Ogór szarpie mnie za rękaw kurtki. - Co? – odwróciłem się i zobaczyłem, co. Patrycja z jakimś chłopakiem, który brutalnie i bezczelnie nie był mną. Pierwsza myśl: To jej brat. Brat, kuzyn, znajomy, ktokolwiek. A potem popatrzyli na siebie i wszystko stało się jasne. Dla mnie, dla nich, nawet dla spoglądającego na mnie z niepokojem Ogóra. Kilka dni temu, jeszcze kilka dni temu ona patrzyła na mnie w ten sam sposób.

113

Coś pękło. Trzasnęło jak złamana gałązka i spowodowało lawinę zimnej i gęstej ciszy. Zadrżałem, opuściłem głowę. I zacisnąłem powieki. Nie. Bez łez. Kiedy później nad tym myślałem, nieodmiennie dochodziłem do wniosku, że powinienem był się wtedy rozpłakać. Tak normalnie i po ludzku zrzucić to z siebie. Skanalizować. Nie dusić w sobie. Nie skrywać, nie zagrzebywać w głębokich warstwach podświadomości. Podniosłem głowę. Obróciłem się na pięcie i ruszyłem przed siebie, co chwila gubiąc krok. W głowie odezwał mi się wyuczony dawno temu wiersz Kaczmarskiego. - Gdzie idziesz? – zawołał za mną Ogór. Nie odwróciłem się. Powiedziałem cicho, bardziej do siebie, niż do niego. - Zgubić za sobą ból, gorycz i żal, ostatnim skokiem w nieskończoną dal. Właśnie wtedy to się zaczęło. *** Długa droga w dół. Następnego dnia dostałem od Patrycji krótkiego esemesa wiadomej treści. Koniec. End. Finito. Cześć pieśni. Skończyło się zajebiste zaczęło się zjebane. Zakochała się na zabój w innym a ja poszedłem w odstawkę. Odepchnięty, wyrzucony jak kłąb starych szmat. Niepotrzebny. Stary, dziurawy kapeć. Pluszowy miś z odprutym okiem. Spuszczona w kiblu zużyta prezerwatywa. Zgniecione opakowanie po chipsach. Zeszyt w linie z naddartą okładką. Ja mogę tak bardzo długo. Rozdzwonił się telefon. - Cze Filozof – to Włóczykij – Fajek mi mówił, że chciałeś pogadać. - Nieważne – powiedziałem, siląc się na obojętny ton. - A mi się wydaje, że ważne. Bo mówił też o tym, co wczoraj... - Odpuść, Kiju – przerwałem mu. To, że wszyscy już wiedzą akurat mnie nie dziwi. Wkurwia, ale nie dziwi. W mieście liczącym trzydzieści i pół tysiąca ludzi bardzo trudno nie spotkać kogoś znajomego. Zresztą, sam Ogór też nie należał do osób przesadnie dyskretnych. Tu wszyscy o wszystkim wiedzą i takie są fakty, chuj im w dupę. - Jutro wyjeżdżam do Krakowa – powiedział Włóczykij – I do końca roku już mnie nie zobaczysz. Może dłużej. Może już nigdy. I masz tu zaraz przyjść, bo jak nie to sam ci się zwalę do mieszkania. Cisza. - Dobra, idę – warknąłem i rozłączyłem się. Byłem na niego wściekły. Odczuwałem ten irracjonalny gniew, jak człowiek, który widzi płonący do i wścieka się na ludzi z gaśnicami. Mimo to wiedziałem, że taki człowiek trafia się raz na paręset lat. Prawdziwy przyjaciel – tak bym go nazwał, gdyby w

114

dzisiejszych czasach przyjaźń nie była tylko pustym słowem, wytartym sloganem, anachronizmem. - Chodź – rzucił od progu, gdy tylko zamknąłem drzwi. Wszedłem do jego pokoju. Pozrywane plakaty, spakowane torby. Wyglądało na to, że Kiju zassał z tego pokoju cały ładunek indywidualności, jaki narósł tu przez lata. - Siadaj – powiedział i usadowił się na podłodze. Siadłem naprzeciw niego. Kij sięgnął za łóżko i wydobył dwie butelki mineralnej. Rzucił mi jedną. - Słuchaj – zaczął i pociągnął spory łyk – Znam cię i domyślam się, co ci chodzi po głowie. - Tak? A co mi chodzi po głowie? - Różne głupie rzeczy – zamachał rękoma, wylewając odrobinę wody na podłogę – O życiu, śmierci... I w ogóle. Wiem, bo sam tak miałem jak mnie pierwszy raz dziewczyna rzuciła. Odkaszlnął i zakręcił butelkę. - Kurwa, nie mogę. Muszę napić się piwa – oświadczył i wyszedł do kuchni. Po paru chwilach znalazł się z powrotem w swoim pokoju z puszką browara w dłoni. - Na czym to ja... A, tak. Ty, Filozof, to zawsze wydawałeś się mi... I nie tylko mi... Trochę psychiczny – popatrzył na mnie z niepokojem. Nie skomentowałem – Na wszystko reagujesz, jakby ci to powiedzieć, głębiej. Czytałem gdzieś kiedyś takie zdanie w jakiejś książce – podrapał się po głowie i zacytował – „Miał umysł tak ostry, że się nim pokaleczył” i to chyba dobrze do ciebie pasuje. - Pratchett – powiedziałem krótko. - Co? – zdziwił się i na chwilę zgubił wątek. - Pratchett – powtórzyłem – On napisał to o ostrym umyśle. - Nieważne. Nawet to po tobie widać. - Co widać? - Wszystko – rzucił niejasno – Że jesteś inny. - Zawsze byłem inny i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. - Właśnie, widzisz, przeszkadzało – tłumaczył cierpliwie Kij – Ale to nieważne, bo wszyscy się już przyzwyczaili. Mówimy o czymś innym. - O czym? - O twoim samobójstwie. Znieruchomiałem. - Nie chcę popełnić samobójstwa – w zasadzie nie skłamałem. Wtedy jeszcze nie chciałem. - To tak nie działa – odparł Włóczykij – Mówisz, że nie chcesz ale tak naprawdę chcesz. Bo to wszystko zaczyna robić się coraz bardziej popierdolone. I nagle zdajesz sobie sprawę, że stoisz na taborecie ze sznurem w ręku albo w łazience żyletką.... Co tak zbladłeś? - Nic – wychrypiałem – Stare dzieje. Nie mógł wiedzieć. Tak tylko mu się powiedziało. Strzał na ślepo, całkowicie przypadkowo celny.

115

- To już i tak poszło za daleko – zakończył – O jedną Renatę za daleko. Obiecaj mi, że się nie zabijesz. - Dobra. - Nie – pokręcił głową Kij – Musisz powiedzieć: „Obiecuję, że się nie zabiję” - Obiecuję, że się nie zabiję. Zadowolony? Uśmiechnął się jakoś tak smutno. Rozumiał więcej, niż ja. Myślałem, że zgrywał mędrca. Włóczykij-guru, pielgrzym, Żyd Wieczny Tułacz oświeca młodego i niedoświadczonego oseska. Nie rozumiałem. Jak zwykle nie rozumiałem. Ale to nic nie szkodzi. Na rozumienie przyszedł czas później. *** Straciłem ochotę. Nie na coś konkretnego. Taką ogólną ochotę. Musiałem zmuszać się do jedzenia, chodzenia, mówienia. Wstanie z łóżka było wręcz batalią. Nie pamiętam już, jak udawało mi się wytrzymywać w szkole. Moje oceny, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej się pogorszyły. Tu nawet nie chodziło o Patrycję – nie w sensie ogólnym. Po prostu życie o jeden raz za dużo poleciało sobie ze mną w chuja. Koniec. Już się nie bawię. Walcie się na ryj. Teraz ja lecę w chuja. A nawet dalej. Głębiej. Gdzieś tak pod koniec kwietnia zaczęły się moje spacery. Dzień w dzień, punkt osiemnasta startowałem ze swojego osiedla i średnio trzy, cztery godziny tłukłem się po mieście. W ciągu kolejnych dwóch tygodni przeszedłem więcej kilometrów, niż przez całą resztę życia. I to było dobre. W czasie marszu nie usiałem myśleć. Zastanawiać się. Rozważać. Medytować. Były tylko kroki i obrazy zmieniające się jak w kalejdoskopie – szkoła, osiedle, cmentarz, kotłownia, park, fontanna, kafejka internetowa, szpital, biblioteka – dobrze znane, ale przez to jeszcze bardziej pożądane. Mam w głowie świder. Jakąś cholerną spiralę, która zakłóca bieg myśli. Coś mi się stało w głowę. Chyba. Z dnia na dzień moje marsze stawały się coraz dłuższe. Pokonywałem coraz większe dystanse. Coraz szybciej, coraz więcej, coraz dalej. Zachodziłem nawet na Chącińskiego, choć przecież po dwudziestej było to potencjalne samobójstwo. Jakoś teraz mnie to nie ruszało. Stałem się łajzą. Szalonym włóczęgą, który stracił kontakt z rzeczywistością. Pisk hamulców, dźwięk klaksonu. - Jak leziesz, gówniarzu? Zatrzymałem się i popatrzyłem tępo na kierowcę. Wychylał się zza opuszczonej do połowy szyby drzwi samochodu i wymachiwał pięścią. Jego wrzaski dochodziły od mnie przytłumione, jak zza ściany. W pewnym momencie

116

spojrzał mi w oczy. To, co w nich zobaczył najwyraźniej trochę go zaniepokoiło, bo umilkł i uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Powoli ruszyłem na drugą stronę ulicy. Najpierw jeden krok, potem drugi. I tak dalej, aż do końca. Bo chyba jest jakiś koniec, prawda? Gdzieś tam dalej. Za mną. Albo trochę z boku. Albo jeszcze indziej. Na kilka dni przestałem chodzić do szkoły. Zamiast tego całymi dniami włóczyłem się po zalanym słońcem mieście. Chodzenie stało się dla mnie synonimem istnienia. Mobile ergo sum. Chodzę więc jestem. Pot gęstymi kroplami spływał mi po twarzy. Gorąco stawało się niemal nie do wytrzymania. Mogłem zdjąć bluzę, ale uznałem, że za wiele z tym zachodu. Przed oczyma krążyły mi zielone i żółte okręgi. Te zielone pulsowały i krążyły leniwie po polu widzenia, żółte zaś tkwiły uparcie w tym samym miejscu. Nic nie robiły, tylko tam były. Doznałem nagłego uczucia katharsis, którego doświadczamy czasem po zakończeniu długiej lektury, kiedy już wszyscy zginęli albo odeszli, a ten najgłówniejszy z bohaterów zdobył Graala, czy co tam... A potem zakręciło mi się w głowie i upadłem. Pamiętam tylko, że rozgrzany chodnik parzył mnie w policzek. *** Obudziłem się w szpitalu. Ubrany w biały fartuch lekarz poinformował mnie, że byłem nieprzytomny cztery godziny. Odwodnienie organizmu. Takie tam. Podałem swoje imię, nazwisko i tak dalej, bo do tej pory jeszcze nie zdołali mnie zidentyfikować. Konował rzucił jeszcze, że zawiadomi moich rodziców i sobie poszedł. Rozejrzałem się po sali. Na sąsiednim łóżku leżał osobnik w stylu wiejskim, może z rok starszy ode mnie, którego od pierwszego wejrzenia ochrzciłem Burakiem. Burak był ciemnoczerwony, pucułowaty i spocony. Miał na sobie przybrudzoną piżamę w misie i różowe skarpetki. Nie zalewam – skarpetki różowe jak malinowa guma do żucia. Coś czytał. Jakieś kolorowe pismo dla niedorosłych nastolatek. Zauważył, że się na niego patrzę i posłał mi niepewny uśmiech. Nie zdziwiłem się, widząc że brakuje mu jednego zęba. Westchnąłem i opadłem na łóżko. Przyszła pielęgniarka i przyniosła jakieś prochy. Zjadłem, uśmiechnąłem się, pożartowałem. Później przyszli rodzice. Upewnili się, że nic mi nie jest, posiedzieli trochę i poszli. W międzyczasie wrócił lekarz i powiedział, że rano mnie wypuszczą. Cały czas się uśmiechałem i ogólnie byłem miły i komunikatywny. Nie dać się wykryć. Słowem, gestem ani grymasem nie zdradzić, że mam problem z czymś więcej, niż z odwodnieniem. Bo przecież nie mam. W końcu wszyscy sobie poszli, został tylko Burak. Zapadł zmrok. Wieśniak patrzył na mnie podejrzliwie jakbym miał za chwilę wybuchnąć albo przynajmniej
117

złożyć mu niedwuznaczną ofertę seksualną. Na wszelki wypadek powiedziałem „Spierdalaj” i poszedłem spać. Rano mnie wypuścili i poszedłem do domu. Ktoś z góry obrzygał mi okno. Pewnie ten kutas z drugiego piętra wczoraj wieczorem znowu wrócił napruty i zwymiotował przez okno. Po południu wrócił mój kot. Wszedł przez balkon i bezceremonialnie rozłożył mi się na kolanach. Machinalnie zacząłem go głaskać. Zwierzak wyprężył grzbiet i zaczął mruczeć. Siedziałem tak może z dwie godziny w końcu kot uciekł. Ja wstałem i poszedłem na spacer. Ostatni spacer. Nie wiem, dlaczego ostatni. Po prostu wiedziałem, że to już koniec. Nie wiem skąd. Poczułem, że dziś musi się coś zdarzyć, że ja już tak dłużej nie mogę. W nakręcanym żołnierzyku pękła kolejna sprężyna. Jeszcze maszeruje siłą rozpędu, ale to już w zasadzie przedśmiertne konwulsje. Może potrąci mnie samochód, pobiją dresiarze z Chącińskiego albo wpadnę do Krzny. Może żadna z tych rzeczy. Właśnie wracałem do domu. Na niebie gromadziły się burzowe chmury, które momentalnie przykryły niebo. Zerknąłem w górę. Przyszła mi jakaś niejasna myśl związana ze słońcem, coś dużego i dobrego, ale dziwnie nieuchwytnego... Ale to było nieważne, bo z naprzeciwka nadciągał Karol ze swoją dziewczyną. Był gładki, uczesany, ogolony i zadowolony z życia. Miał wszystko, czego ja nie miałem i był tym, kim mógłbym być. Gdzieś. Kiedyś. ale nie tu i teraz. O nie. Byłem kim byłem i bynajmniej nie wstydziłem się tego. Może nie miałem, z czego być dumny, ale, kurwa mać, coś jednak miałem. Uśmiechnął się obłudnie, gdy go mijałem. - Co, Filozof, taka grobowa mina? Szyderczy ton, błysk śnieżnobiałych zębów. Miałem już dosyć. Dosyć wszystkiego a w tym szczególnym momencie „wszystkim” był ten zapluty, zasrany, zaszczany kłak, który śmiał się ze mnie. - No, śmiało – wyrzuciłem z siebie – Dowal mi, skurwysynu! Wyzwij od pedałów i Żydów! Od śmieci i przegrańców. Chcesz zaimponować dziewczynie? Na pewno będzie z ciebie dumna. Nie powinienem był tego mówić. W normalnym, racjonalnym świecie takie kwestie nie padają. To nie książka ani film psychologiczny. To brudne, trudne i pozbawione krzty romantyzmu życie. Za taki tekst mogłem co najwyżej dostać wpierdol. Przez chwilę naprawdę myślałem, że mi dopierdoli. Bez mrugnięcia okiem. Ale nie. Nie dopierdolił. Zamiast tego chwycił mnie za ramiona i klepnął po plecach. - Trzym się – rzucił i w tym momencie dostrzegłem w jego oczach zrozumienie. On wie, przemknęło mi przez głowę. Wie, bo sam kiedyś... Chwycił swoją dziewczynę za rękę i nie oglądając się na mnie ruszył przed siebie zostawiając mnie na chodniku ogłupionego do cna.
118

Zaczął padać deszcz. Najpierw kilka kropel, potem trochę więcej a potem jeszcze trochę. A potem to już w ogóle. Po dziesięciu sekundach lało już tak, że przypominało to zimny prysznic. Ruszyłem do domu. Czułem się jednocześnie pusty i pełny. Jakbym utknął pomiędzy wymiarami. Deszcz walił we wszystko co napotkał na swojej drodze. Niebo pociemniało i zrobiło się mroczno. Usłyszałem przeciągły warkot. Odwróciłem się i spostrzegłem wielkiego czarnego psa. Poprawka – ogromnego, czarnego psa. Przez chwilę doświadczałem uczucia deja vu, jakbym już kiedyś przeżywał podobną sytuację. Nie pamiętam. Ostatnio słabo u mnie z pamięcią. Walnął piorun. Czarny kundel wciąż wydawał z siebie złowrogi charchot i jeżył sierść. Nie ucieknę. Nie tym razem. Nie teraz. Mam dość uciekania. Tupnąłem nogą. - Spierdalaj! Popatrzyłem mu w oczy. Pies stał jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i odszedł, powłócząc łapami. Wypuściłem powietrze z płuc i po chwili ruszyłem dalej. Zaczęło się wypogadzać. Deszcz przestał padać, zniknął tak nagle i niespodziewanie jak się pojawił. Słońce powoli zaczęło przebijać się przez chmury. Słońce... Coś ze słońcem. Mam to na końcu języka... Pod samym blokiem ochlapał mnie samochód. Maluch Adama z Adamem w środku. - O kurwa, sory, Filozof – powiedział i uśmiechnął się przepraszająco. Odpowiedziałem najlepszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. - Nie ma sprawy – odparłem – Bardziej mokry i tak już nie będę. Wspinaczka po schodach. Zgrzyt drzwi do klatki schodowej. Głuchy odgłos kroków i zgrzyt zamka. Zgrzyt zębów i położenie się na łóżku. Wstałem i zasłoniłem żaluzje. Ucięte promienie słońca opadły na podłogę. Wróciłem na łóżko i oddałem się kontemplacji sufitu. Myśli tłukły się wewnątrz czaszki. Miałem ochotę wrzeszczeć, płakać, śmiać się, gryźć, kopać, śpiewać i to wszystko naraz. Nagromadzenie uczuć sprawiło, że zgryzłem wargi do krwi. Mijały godziny, a ja się nie ruszałem. Zastygłem w leżącej pozycji. Zza okna dobiegały mnie śmiechy, urywki rozmów, okruchy normalnego życia. Życia, którego nie byłem już uczestnikiem. Ostatni spacer dobiegł końca. Cokolwiek ma się teraz wydarzyć, wydarzy się tutaj i teraz. Zsunąłem się na podłogę i wczołgałem pod biurko. Tam zwinąłem się do pozycji płodu. Nie ma już dla mnie normalnego życia jestem szaleńcem chorym pozbawionym wszystkiego wyrzuconym poza nawias społeczeństwa wyklętym niezrozumianym oszukanym pognębionym przez rzeczywistość odartym z resztek człowieczeństwa nie potrafię myśleć nie potrafię kochać nie umiem już nawet
119

nienawidzić chcę umrzeć muszę umrzeć nie ma już dla mnie ratunku nie potrafię nawet powiedzieć co powoduje moje szaleństwo nie mogę już nic tylko słuchać tego dziwnego szumu który oczyszcza mnie ze wszystkiego jak ogień wypala każdą najdrobniejszą myśl i uczucie to ulga że nie mogę już się bać wypala strach wypala ulgę niepewność zadumę Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, było już dobrze po czwartej. Znowu leżałem na łóżku, choć nie pamiętam jak się tam znalazłem. Znowu sufit, znowu plama. I cichy głos we wnętrzu mojego umysłu. To nie ma sensu. Nie ma ani jednego racjonalnego powodu dla twojego istnienia. Gatunek ludzki nie potrzebuje ciebie. Nie mogę się zabić. Obiecałem. Zdarzało ci się już łamać obietnice, prawda? Obiecałem. Nie zabije się. Obiecałeś człowiekowi, który żeni się z rozsądku i jest chyba pozbawiony wyższych uczuć. Jak ty to mówisz – emocjonalnie sparaliżowany. Był przy mnie, kiedy go potrzebowałem. Gdzie ty wtedy byłeś? Zawsze krok za tobą. Przecież wiesz. Nie zabiję się. Nie musisz. Wystarczy, że uciekniesz. Gdzie? Wystarczająco daleko... Głęboko. Do środka. Porzuć to głupie życie, głupi świat i głupią rzeczywistość, która i tak tylko rzuca ci kłody pod nogi. Po co masz żyć? Istnieć? Bo... Rzuciła cię dziewczyna. Masz fatalne oceny w szkole, zawalisz ten rok. Staczasz się i nie masz nawet jaj, żeby uciec w nałogi. Ale to przecież tylko drobiazgi, niewarte wspomnienia. Wiesz, że twoje życie nigdy nie będzie takie, jak je sobie wymarzyłeś. W końcu umrzesz, przegrany i opuszczony. Jak wszyscy. Jak każdy. Ale ty możesz być inny. Uciekaj więc do środka. Jak najgłębiej. Tak, żeby już nie zdołali cię stamtąd wyciągnąć. Mam przyjaciół. Mam ziomów z osiedla. Śmieją się z ciebie. Wytykają palcami kiedy nie widzisz. Szydzą. Wyśmiewają twoją pseudointeligencję. Zawsze tak było i ty dobrze o tym wiesz. Przestań się oszukiwać. Nic cię tu nie trzyma. Miej choć tę odrobinę honoru, by opuścić scenę. To ci tylko właściwie zostało. Nie zastanawiaj się nawet. Zobaczyłem moją przyszłość tak wyraźnie, jakbym oglądał spot reklamowy. Leżę w na jakimś szpitalnym łóżku pustymi oczyma patrząc gdzieś w dal. Nie widząc, nie słysząc, nie czując. Z kącika ust zaczyna spływać strużka śliny, na kroczu powoli kwitła ciemna plama. Może zrobiłoby to na mnie wrażenie, gdybym nie wiedział, że to już w zasadzie nie ja. To... kukła. Pusta skorupa. Przełknąłem ślinę.
120

Nie chcę. Czemu? Nie wiem. Nie masz powodu, by umrzeć czy nie masz powodu, by żyć? Nie wiem. Chcę żyć. Dlaczego? Coś ze słońcem.... Coś ze słońcem... To od rana nade mną krążyło, uświadomiłem sobie nagle. Słońce. Chcę żyć. Muszę żyć. Będę żył, bo... Otworzyłem oczy. - Bo chcę widzieć słońce – powiedziałem na głos. Jak szaleniec, którym w końcu byłem, zerwałem się z łóżka. Ten bzdurny, wzięty z powietrza powód – widzieć słońce – przesłonił mi cały świat. Potknąłem się o leżący na podłodze plecak, w ostatniej chwili złapałem równowagę. Dopadłem do okna. Drżącymi rękami odsunąłem żaluzje. Zmrużyłem oczy. Zachodzące słońce rzucało ostatnie promienie na moją twarz. I wszystkie głosy... ...ucichły. Absolutna, niezmącona żadnym dźwiękiem cisza. Trwało to ułamek sekundy – chwilę później do umysłu wdarło się tykanie zegara i odgłosy z ulicy – ale ten moment zaważył na moim życiu. Stałem na krawędzi. Spojrzałem w dół i zachwiałem się. Potem wziąłem głęboki oddech i robiłem krok do tyłu. Na mojej twarz powoli pojawiał się uśmiech. - Słońce. Odwróciłem się i powiedziałem do niechętnie oddalającego się szaleństwa. - Wiem, kim jesteś, ty sukinsynu. Wiem, kim byłeś, Blady. Masz rację. Zawsze krok za mną, zawsze czaiłeś się za plecami, czekając, aż potknę się i upadnę. Ale przeliczyłeś się, Blady. Nie jestem już tym przestraszonym dzieciakiem, który bał się własnego cienia. Jesteś tylko reminiscencją głupiego horroru obejrzanego wieki temu pod nieobecność rodziców. I wiesz co? Dosyć już uciekania. Cmoknij mnie w pompkę. – powiedziałem z prawdziwą satysfakcją. To był już koniec. Za oknem jaśniało słońce. *** Czas objaśnić nibynic. Kiedy stoisz na krawędzi, kiedy nie ma już dla ciebie nadziei – zawsze zostaje nibynic. Możesz trzymać w dłoni brzytwę, chwiać się na krawędzi taboretu, leżeć opuszczony w swoim pokoju – nibynic zawsze jest w zasięgu twojej ręki. Może to być cokolwiek – uśmiech przechodzącej osoby, gra świateł na szybie, lecąca w radio piosenka... Nie ma to najmniejszego znaczenia. Nibynic czeka i jest z tobą do ostatniej chwili. Jak ukryty skarb, nibynic chce być odnalezione, bo pragnie
121

twojego dobra. Wystarczy wyciągnąć rękę, rozejrzeć się, wytężyć słuch. Nie dajcie sobie wmówić, że nibyniczego przy was nie ma, bo to nieprawda. Nibynic zawsze jest w zasięgu wzroku, czasem tylko łzy zasłaniają nam widok. Nie bójcie się szukać. Bo widzieć słońce, to chyba nienajgorszy powód do życia, prawda? Nie gorszy, niż inne. *** Powoli dochodziłem do siebie po tym, co eufemistycznie określałem mianem załamania nerwowego. W ostatnie trzy tygodnie poprawiłem niemal wszystkie oceny. Jak komputer zapamiętywałem wszystkie reguły, daty i fakty. Cała maszyneria pod czaszką działała zaskakująco bez zarzutu. Widmo oblania i gorący oddech końca roku zipiącego mi w kark podziałały dokładnie tak, jak powinny. Widziałem gdzieś nagranie, na którym matka uniosła przewrócony samochód pod którym leżało jej dziecko. Jakaż straszliwa siła determinacji musiała jej towarzyszyć. Teraz poznałem to uczucie. Zwarłem szyki i przystąpiłem do kontrataku. Obalałem kolejne bastiony – niemiecki, geografia, religia – nie oszczędzałem nikogo. Zostawiałem po sobie tylko zgliszcza zaskoczenia i niedowierzania. Nauczyciele zmuszani byli do podpisania paktu o nieagresji. Kolejne wpisane do dziennika zagrożenia znikały i zostawały zastępowane ocenami dopuszczającymi a w niektórych przypadkach – nawet dostatecznymi. W końcu stanąłem przed ostatnim, najtrudniejszym wyzwaniem... Długi obrzucił mnie przeciągłym spojrzeniem. W tej chwili jak nigdy przedtem upodobnił się do starego, wytartego kalosza. Nic dziwnego, że mu się nie chciało. Była ósma godzina lekcyjna i ponad trzydzieści stopni na zewnątrz. Wewnątrz jeszcze więcej. Temperatura redukowała procesy myślowe do poziomu ameby. - No i czego ty ode mnie chcesz? – powiedział. Wiedziałem, że jeśli jest jakakolwiek szansa na to, by Długi mi odpuścił, to tylko teraz. - Chcę zdać. Zaliczyłem już wszystkie przedmioty. Została mi tylko fizyka. Długi ostentacyjnie zaczął kartkować dziennik. - Poprawiłeś wszystko w dwa tygodnie? – nie dowierzał. Westchnąłem dyskretnie. - Prawie wszystko. Została mi fizyka. Fizyk zawahał się. Otarł pot ze spoconego czoła i popatrzył na mnie zbolałym wzrokiem. Jemu naprawdę już się nie chciało. - Dobra, przepytam cię tylko szybko – zadał pierwsze pytanie. Znałem odpowiedź. Zadał drugie. Wahałem się przez chwilę, ale ostatecznie odpowiedziałem. Tak samo, jak na kolejne pytanie. - W porządku – oświadczył w końcu Długosz – Dostaniesz tę dwójkę.
122

Cud, mili państwo! Długosz przemówił ludzkim głosem. - ...ale pod jednym warunkiem. Zacisnąłem zęby. Znając Długiego, będzie to pewnie coś wyjątkowo paskudnego. - Tak? - Wystąpisz na zakończeniu roku szkolnego. W garniturze. No tak. Długoszowi przypadła w tym roku organizacja uroczystego zakończenia roku szkolnego. Ponadto znał mój pogląd na wszelkiego rodzaju galowe odzienia. A teraz mam wystąpić w garniturze na oczach całej szkoły. Na oczach wszystkich ziomów, którym przez całe lata kadziłem o tym, że prędzej sczeznę, niż założę garnitur. Stara jak świat anegdota głosiła, że Filozof założy garnitur tylko na pogrzeb. Swój. A i tak będzie się wtedy opierał. Żeby zdać, muszę złożyć w ofierze swoje przekonania. Czy zaliczenie roku jest tego warte? - Zgadzam się – powiedziałem głośno i wyraźnie, by nie było miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. W końcu to tylko garnitur, no nie? Wielkie mi co. *** Późne popołudnie. Wiatr delikatnie szemrze śród listowia, przemyka się między źdźbłami trawy. Siedzę na ławeczce z ziomami. Mrużę oczy i patrzę w niebo. - Słońce – powiedziałem cicho. - Co? – zdziwił się Cichy. Oderwałem wzrok od zachodzącego słońca. - Nic – odparłem, uśmiechając się pod nosem – piękne, prawda? Koniec

123

You're Reading a Free Preview

Pobierz
scribd
/*********** DO NOT ALTER ANYTHING BELOW THIS LINE ! ************/ var s_code=s.t();if(s_code)document.write(s_code)//-->