You are on page 1of 81

Wspomnienia polityczne

Karol Popiel

Spis treści
Okres wojny (1915-1918) ........................................................................................................................ 3 1915 ..................................................................................................................................................... 3 1916 ..................................................................................................................................................... 5 1917 ..................................................................................................................................................... 8 1918 ..................................................................................................................................................... 9 W niepodległym państwie (1918-1939) ................................................................................................ 11 1918 ................................................................................................................................................... 11 1919 ................................................................................................................................................... 12 Wybory 2 maja 1920 roku na Pomorzu ............................................................................................. 15 1921 ................................................................................................................................................... 19 1922 ................................................................................................................................................... 20 1923 ................................................................................................................................................... 22 1925 ................................................................................................................................................... 25 1926 ................................................................................................................................................... 27 Po zwycięskim zamachu .................................................................................................................... 29 1927 ................................................................................................................................................... 30 Proces generała Żymierskiego ........................................................................................................... 31 Pobyt w Paryżu (1927-1928) ............................................................................................................. 33 1929 ................................................................................................................................................... 35 1930 ................................................................................................................................................... 36 1931 ................................................................................................................................................... 40 Drugi pobyt w Paryżu (1932) ............................................................................................................. 42 1933 ................................................................................................................................................... 43 1934 ................................................................................................................................................... 46 1935-1939 ......................................................................................................................................... 48

Wojna i emigracja (1939-1940) ............................................................................................................. 62 Wykaz skrótów ...................................................................................................................................... 79

Okres wojny (1915-1918)
1915
Pracowałem zarobkowo w sekcji sanitarnej Komitetu Obywatelskiego guberni warszawskiej, dzięki czemu uzyskałem poważne ułatwienia w pracy politycznej i poznałem pewną liczbę działaczy innego środowiska politycznego i socjalnego, jak ziemianie: Antoni Marylski, hrabia Adam Ronikier i późniejszy profesor Uniwersytetu Warszawskiego, doktor Szenajch. Ciekawym posunięciem było nawiązanie kontaktu z grupą studentów medycyny Uniwersytetu Warszawskiego (a więc pozostającą pod bojkotem przeważającej większości młodzieży), która zgłosiła chęć włączenia się w akcję niepodległościową, firmowaną przez Józefa Piłsudskiego. Niestety kontakt ten przekazany następnie warszawskiemu komendantowi POW (Polskiej Organizacji Wojskowej)1, Tadeuszowi Żulińskiemu, ortodoksyjnemu piłsudczykowi, został całkowicie zmarnowany jako nie odpowiadający pryncypialnej linii antyrosyjskiej. W końcu lipca, podczas zarządzonej przez władze rosyjskie ewakuacji zarówno osób politycznie podejrzanych, jak i w ogóle młodych ludzi zdolnych do pracy albo służby wojskowej, unikam szczęśliwym trafem losu swego przyjaciela Wacława Dunina, który zostaje wywieziony. Wtedy to spada na mnie rola głównego pomocnika Prokopa - Aleksandra Zawadzkiego w przygotowaniu odezwy Konfederacji Polskiej (KP) na dzień wyzwolenia Warszawy przez Niemców. Odezwa w ilości stu tysięcy egzemplarzy rozlepiona została dosłownie w całym mieście i stanowiła najbardziej rzucający się w oczy znak reakcji na ten przełomowy moment w historii stolicy. Między 5 a 12 sierpnia udział w nie kończących się naradach przedstawicieli grup niepodległościowych, zbierających się głównie u adwokata Stanisława Patka, w wyniku których powstał Komitet Naczelny Zjednoczonych Stronnictw Niepodległościowych (KNZSN), do którego wchodzę jako główny, obok Jana Stanisława Jankowskiego, przedstawiciel KP. 16 tego miesiąca spotkanie w Hotelu Francuskim z przybyłym konspiracyjnie do Warszawy Piłsudskim. Przygotowana przez jego przyjaciół manifestacja została uniemożliwiona przez Niemców, którzy wobec przyjazdu dokonanego z pogwałceniem dyscypliny służbowej zmusili go do opuszczenia Warszawy, tolerując przez krótki czas prywatny pobyt w Otwocku. Zostałem tam wezwany za pośrednictwem kolegi organizacyjnego z „Zarzewia” Łyżwińskiego (ówczesny pseudonim Żymirski,
1

Umieszczone w nawiasach rozwinięcia skrótów lub skróty partii i organizacji, a także imiona większości wymienionych tylko z nazwiska pochodzą od red.

zmieniony następnie na zalegalizowane nazwisko Żymierski), którego Piłsudski przywiózł jako nowego komendanta POW. W dłuższej rozmowie przeprowadzonej w obecności Walerego Sławka rozwinął Piłsudski przede mną plan swej gry politycznej z Austrią na rzecz uczynienia z Legionów faktycznego zawiązku przyszłej armii polskiej. Skrytykował ostro taktykę, jaką w tej sprawie prowadzi NKN (Naczelny Komitet Narodowy), zwłaszcza przez swój departament wojskowy (podpułkownik Władysław Sikorski) i oświadczył, iż w tej chwili otwiera się możliwość podjęcia wielkiej gry w kierunku wysuwanego przez niego programu, do którego wstępem winno być uniemożliwienie werbunku do Legionów na terenie Królestwa. Wezwanie takie powinno wyjść od KNZSN. W parę dni później odbyło się u Artura Śliwińskiego zebranie przedstawicieli grup wchodzących w skład KNZSN z szeregiem jego sympatyków, na którym szef sztabu Piłsudskiego podpułkownik Kazimierz Sosnkowski rozwinął szerzej tezy swego szefa. Wystąpienie to odegrało rolę prawdziwej bomby i stało się początkiem głębszego kryzysu w warszawskim środowisku niepodległościowym, które dotąd jednolicie stało przy Piłsudskim. Z grupy najbliższych jego przyjaciół usunął się Artur Śliwiński, nie godząc się z nową taktyką. W zespole KP podobne stanowisko zajął przywódca NZCh (Narodowego Związku Chłopskiego) Prokop-Zawadzki. KNZSN natomiast w przeważającej większości opowiedział się za stanowiskiem Piłsudskiego. Na jego posiedzeniu, po dramatycznym wystąpieniu Śliwińskiego, powierzono mi na wniosek Sławka, który uczynił to na wyraźny rozkaz Piłsudskiego, napisanie odezwy proklamującej wstrzymanie werbunku do Legionów. Zaprojektowany przeze mnie tekst został bez zmian zaaprobowany przez Komitet. Zawierał on postulat powierzenia naczelnej komendy nad Legionami Piłsudskiemu, co miało symbolizować zapoczątkowany aktem 6 sierpnia 1914 roku ich samodzielny charakter, zjednoczenia na wspólnym terenie operacyjnym wszystkich trzech brygad legionowych i zarządzający wstrzymanie werbunku do czasu usunięcia przyczyn hamujących ich dotychczasowy rozwój i obniżających ich znaczenie polityczne. Odezwa kończyła się stwierdzeniem, że ten stan rzeczy ma trwać do czasu, gdy odpowiedzialna reprezentacja polityczna Królestwa Polskiego poweźmie miarodajną dla całego społeczeństwa decyzję. Chociaż wydana w pierwszych dniach ostatniej dekady sierpnia, nosi datę 1 września 1915 roku. Konsekwencją tego stanowiska był ostry kryzys w łonie KP, którego opanowanie wobec nieobecności Dunina spadło wyłącznie na mnie. Dotknął on głównie NZCh, we władzach którego zwolennicy nowej orientacji znaleźli się w zdecydowanej mniejszości. Powołali oni do życia nową organizację, dla której wymyśliłem nazwę Związek Ludu Polskiego (ZLP). Przystąpił on natychmiast pod przewodnictwem dwóch młodych działaczy: Aleksandra Greiffa (z młodzieży narodowej) i Aleksandra Bogusławskiego (z „Zarzewia”) do wydawania własnego, nielegalnego organu pod nazwą „Polak”. ZLP nie potrafił jednak naruszyć głębiej wpływów ekipy Prokopa-Zawadzkiego w terenie. Wkrótce zresztą zdecydował się pod wpływem ogólnej atmosfery, panującej wówczas w zespole, dla którego Piłsudski był wyrocznią, na zjednoczenie ze Związkiem Chłopskim, z którego powstało Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”. W kierownictwie tego ugrupowania znaleźli się oddani ciałem i duszą Piłsudskiemu działacze z Kazimierzem Bagińskim na czele, korzystający z autorytatywnego poparcia Ireny Kosmowskiej. Ich wyczynem w ciągu kilku miesięcy po akcie 5 listopada było pozbycie się najbardziej reprezentatywnego przedstawiciela dawnej ekipy NZCh Dunina i całkowite opanowanie „Wyzwolenia” oraz uczynienie z niego najbardziej powolnego z lewicowych ugrupowań narzędzia w ręku Piłsudskiego.

Nowy układ polityczny wysunął na front sprawę powołania do życia reprezentacji politycznej o szerszym niż KNZSN wachlarzu politycznym, dla którego utarła się z miejsca nazwa Rady Narodowej (RN). W istniejącym realnie układzie stosunków wpływy „niepodległościowe” skupiały się niemal wyłącznie w NZR (Narodowym Związku Robotniczym) i NZCh, stąd też na działaczy KP, a wobec nieobecności Dunina, który wrócił dopiero pod koniec września i rozejścia się z Prokopem, na mnie głównie spadł ciężar zajęcia się tą sprawą. Po szeregu konferencji w gronie wybitniejszych działaczy terenowych zaproponowałem KNZSN zwołanie na połowę grudnia zjazdu ogólnokrajowego, na którym postanowiono powołać do życia Centralny Komitet Narodowy (CKN) jako zawiązek szerszej ogólnonarodowej reprezentacji. Mniejszość uczestników, skupiona koło kierownictwa „Gońca Porannego i Wieczornego”, usiłowała bezskutecznie nadać nowej instytucji nazwę Rady Narodowej. Wynikiem tych realiów był fakt, że wobec usunięcia się Śliwińskiego i Stanisława Thugutta, który demonstracyjnie na znak protestu przeciwko antywerbunkowej polityce Piłsudskiego zgłosił się do służby w Legionach, kierownictwo CKN dostało się w ręce członków KP. Przewodniczącym wydziału wykonawczego został Bolesław Lutomski, sekretarzem Wacław Dunin.

1916
W chwili poważnego rozkręcenia roboty organizacyjnej CKN zmuszony jestem do opuszczenia Warszawy. Bezpośrednią przyczyną tego była moja ruchliwość w akcji mobilizowania oporu ludności stolicy przeciwko planowanemu likwidowaniu tych zrębów samorządnej aktywności, jakie wyłoniły się w Warszawie pod autorytetem Komitetu Obywatelskiego z prezydentem miasta księciem Zdzisławem Lubomirskim na czele w dziedzinie sądownictwa, szkolnictwa powszechnego oraz średniego itp. Zostałem uznany za jednego z najbardziej niebezpiecznych „agitatorów” i pewnego poranku marcowego „zaproszony” na rozmowę z kierownikiem tajnej policji niemieckiej Schultzem. Na szczęście dla mnie agent był mocno naiwny i mimo iż na jego zapytanie, czy ma do czynienia z Karolem Popielem, odpowiedziałem pozytywnie, dał się przekonać, iż w rzeczywistości zachodzi nieporozumienie, bo to jest tylko mój ... pseudonim literacki. Zostawił mnie w spokoju, gdy mu przyrzekłem, iż tego samego jeszcze dnia, o trzeciej po południu, zgłoszę się do biura Schultzego na ulicę Wierzbową. Oczywiście po naradzie ze Sławkiem nie tylko tego nie uczyniłem, ale natychmiast opuściłem zajmowany u Dunina pokój, zostawiając mu list, iż trafiła mi się przypadkowa okazja wyjazdu do mojej rodziny w Suwalskie (chodziło o paszportową rodzinę Dąbrowskich), wobec tego proszę o przeproszenie w moim imieniu Schultzego, iż dopiero po paru tygodniach, gdy stamtąd powrócę, mogę uczynić zadość jego życzeniu. Za poradą Sławka opuszczam Warszawę i przy pomocy członka CKN inżyniera Wacława Januszewskiego z nowo otrzymanym paszportem Karola Lewandowskiego udaję się do Sosnowca, stałego miejsca pobytu Januszewskiego. Stamtąd w towarzystwie zmobilizowanego po drugiej stronie granicy okupacyjnej kolegi z „Zarzewia” doktora Kupczyńskiego, współredaktora wydawanej w Dąbrowie Górniczej przez NKN „Gazety Polskiej” udaję się na teren okupacji austriackiej, gdzie zgłaszam się na ochotnika do Legionów i odstawiony do Piotrkowa melduję się w departamencie wojskowym NKN. Tam, mimo istniejących między nami różnic, otrzymuję bez trudności pomoc w formie dokumentu podróży do I Brygady Legionów na froncie. Z takim dokumentem w mundurze

szeregowca legionowego wyjeżdżam do Krakowa, gdzie odszukuję znajomych drużyniaków, od których dowiaduję się, iż przybywa właśnie z frontu Piłsudski. Melduję się u Piłsudskiego w Hotelu Francuskim i zostaję przez -niego zaproszony na obiad do jego mieszkania prywatnego przy ulicy Szlak. Tam w wyjątkowo serdecznej, prawie rodzinnej atmosferze relacjonuję Piłsudskiemu okoliczności, w jakich musiałem opuścić Warszawę i wysuwam projekt schronienia się na nie określony na razie czas do jego Brygady, w której znajduje się gros dawnych moich przyjaciół z „Zarzewia”. Piłsudski akceptuje ten plan i skierowuje mnie do tak zwanego Siódmego Pułku Legionów, którego dowódcą jest mój najbliższy przyjaciel z drużyny major Żymirski. I Brygada legionowa znajdowała się wówczas na Wołyniu, w rejonie Kowla, gdzie według wskazówek Piłsudskiego zatrzymałem się na noc w piekarni legionowej, której komendantem był znany mi później komendant Brześcia major Wacław Kostek-Biernacki. U Żymirskiego otrzymuję przydział do jego sztabu z ad hoc dla władz wojskowych spreparowaną legitymacją kadeta. Tam poznałem wielu oficerów, między innymi późniejszego generała Władysława Bortnowskiego, przede wszystkim zaś lekarza pułkowego Felicjana Sławoj-Składkowskiego, o którym utrwala się w mojej pamięci, już z tego okresu, bardzo ujemna opinia. Przeszło trzy miesiące mieszkałem razem z Żymirskim we wspólnej ziemiance. Na niespełna trzy tygodnie przed ofensywą rosyjską Żymirski zostaje przez komendę brygady wysłany na kurację do Krynicy, kierownictwo pułku przechodzi w ręce majora Fleszara, a ja otrzymuję na współtowarzysza Thugutta, który niedawno za moją poradą „przeniósł się” z II Brygady, niezadowolony z panującego tam służbowego formalizmu i ogólnej atmosfery. Rozpoczęta przez wojska rosyjskie ofensywa kończy się po kilku dniach i linia frontu biegnie odtąd wzdłuż Stochodu. Tam to zbierają się po raz pierwszy walczące dotąd na różnych odcinkach wszystkie trzy brygady legionowe. Wykorzystuję ten pobyt dla odwiedzenia dawnych przyjaciół - między innymi komendanta szóstego pułku majora Mieczysława Neugebauera (Norwida) i przydzielonego do Komendy Głównej Legionów, w intendenturze, doktora Romana Góreckiego. W końcu lipca otrzymuję wezwanie do zameldowania się u Piłsudskiego, w jego kwaterze w Powursku. Zapoznaje mnie on ze swoją oceną sytuacji wojenno-politycznej, w której przewiduje w niezbyt odległej już przyszłości poważniejszy wstrząs w Rosji. Z myślą o tym montuje już dziś zespół emisariuszy, których zamierza wysłać do akcji wśród Polaków w Rosji i komunikuje mi, iż na jednego z nich upatrzył sobie właśnie mnie. Przyjmuję to wyróżnienie jako dowód wyjątkowego zaufania i wysuwam zasadniczą trudność dla spełnienia tak ważnej misji, a mianowicie zupełną nieznajomość języka rosyjskiego, oświadczając równocześnie, że jeśli „Komendant” uzna, iż to nie jest przeszkoda decydująca, gotów jestem podjąć się tego zadania. Piłsudski zdecydowanie odrzuca takie rozwiązanie sprawy i zapowiada mi, iż w takim razie pomyśli o innym właściwym z punktu widzenia moich kwalifikacji zużytkowaniu mnie. W trzy tygodnie później otrzymuję wezwanie do nowego stawiennictwa u Piłsudskiego. Komunikuje mi, iż stoi przed nowym etapem walki z władzami austriackimi i NKN o realizację postulatów sformułowanych w odezwie z 1 września 1915 roku i w takiej sytuacji konieczne jest wzmocnienie akcji politycznej w Warszawie, w związku z czym postanowił, abym podobnie jak Thugutt - tam wrócił. W końcu sierpnia jestem z powrotem w Warszawie. Przekonuję się zaraz następnego dnia, iż dom przy ulicy Koszykowej, który opuściłem w wymienionych wyżej okolicznościach, jest ciągle przedmiotem czujnej opieki policji niemieckiej. Zaraz następnego dnia poszukiwano w całym domu

legionisty, który poprzedniego dnia doń wchodził. Decyduję się tedy na zamieszkanie w innej dzielnicy miasta i zalegalizowanie swego pobytu w związku z wydanymi równocześnie zarządzeniami rejestracyjnymi władz niemieckich na zasadzie paszportu osobistego, wystawionego na nazwisko Sulima, za pomocą podstawionych danych, jakich wymagała ta rejestracja, dostarczonych mi przez odnośną komórkę POW. Zastaję gruntownie zmienioną sytuację w CKN. Podczas mojej nieobecności moje ugrupowanie straciło posiadane dotąd pozycje. W związku z odbytymi w lipcu wyborami do Rady Miejskiej wrócił do czynnej działalności Śliwiński i objął po Lutomskim stanowisko przewodniczącego CKN. Przeprowadzono również zmiany na stanowisku sekretarza, którym został piłsudczyk czystej krwi, Medard Downarowicz. W rozbudowanym i doskonale zresztą funkcjonującym aparacie wydawniczoprasowym, do którego miałem przydział na początku jego powstania, nasze ugrupowania nie miały żadnego przedstawiciela. Pozostawało mi tylko miejsce członka wydziału wykonawczego, które jako pochodzące z wyboru dawało mi możność pracy na właściwym szczeblu. Postanowiłem je w pełni wykorzystać. Ogłoszony parę tygodni później akt 5 listopada otwierał, zdawało mi się, duże w tym kierunku możliwości. Bezpośrednim następstwem tego było ujawnienie się CKN i otwarcie przy ulicy Foksal dość reprezentacyjnego lokalu. Następnym krokiem było zorganizowanie dwóch masowych wieców w największej w owym czasie sali w Warszawie, przy Nowym Świecie, w kinie „Colosseum”. Przemawiałem jako jeden z głównych mówców na obu tych wiecach, wobec kilkunastotysięcznych tłumów występując jako Sulima. Rozwijałem w swych przemówieniach podstawowe założenia orientacji CKN, który przeciwstawił zarządzeniom generała-gubernatora niemieckiego Hansa Beselera dotyczącym organizowania pod swym dowództwem „wojska polskiego” tezę, iż tylko rząd polski może być szafarzem polskiej krwi. Po drugim wiecu władze niemieckie zakomunikowały CKN, iż tego rodzaju manifestacje na przyszłość nie będą dopuszczone. Zdążyłem jednak wyjechać jeszcze na pierwszą niedzielę grudnia do Włocławka, gdzie miejscowy oddział CKN zorganizował dość poważną manifestację. Byłem tam drugim, obok przedstawiciela PPS (Polskiej Partii Socjalistycznej), późniejszego ministra Bronisława Ziemęckiego, mówcą programowym. Sam przebieg wiecu był spokojny, konsekwencje jego jednak: miały się ujawnić dopiero w kilka dni później. Podczas codziennego posiedzenia wydziału wykonawczego zakomunikował mi Downarowicz, iż zgłosił się doń wysłannik urzędu politycznego generalnego gubernatorstwa, który pragnie ze mną przeprowadzić rozmowę. Zorientowawszy się o co chodzi, Downarowicz powiedział mu, iż w tej chwili wygłaszam ważny referat i gdy tylko go skończę, będzie mógł się ze mną rozmówić. Rozkład biura ułatwił mi bezpieczne ulotnienie się, co w konsekwencji pociągnęło czasowe unieruchomienie mnie. Stan ten trwał przez; parę tygodni, póki nie zdecydowałem się prosić nowo mianowanego członka Tymczasowej Rady Stanu (TRS), najlepiej z jej członków notowanego przez władze niemieckie Władysława Studnickiego, aby mnie wziął pod swoją protekcję i umożliwił mi działalność polityczną obracającą się całkowicie w ramach wprowadzenia w życie aktu 5 listopada. Zgodnie z tym zobowiązaniem poświęcam się głównie sprawie realizacji projektu, który leżał u podstaw powstania CKN. Przygotowuję projekt deklaracji politycznej, na podstawie której zwolennicy realizacji tego aktu dokonują na okręgowych zjazdach wyboru delegatów na ogólnokrajowy zjazd. W zjeździe tym, poza działaczami związanymi dotąd w CKN biorą udział również przedstawiciele Ligi Państwowości Polskiej (LPP) i niedawno uformowanego Stronnictwa

Narodowego, w którym skupiła się pewna liczba ziemian, bądź członków, bądź sympatyków endecji, zdecydowanych wziąć udział w pracach nad realizacją aktu 5 listopada. Należeli do niej między innymi Józef Targowski i Wojciech Rostworowski, istotnym zaś ich mózgiem był były radykał adwokat Marian Zbrowski. Do bardziej reprezentacyjnych nabytków RN zaliczyć należy rektora UW, profesora Józefa Brudzińskiego.

1917
Rokowania co do składu TRS, prowadzone z ramienia CKN przez Śliwińskiego i Thugutta w cieniu autorytetu Piłsudskiego, który zwolniwszy się z Legionów osiadł w Warszawie, ujawniły rażącą bezceremonialność kierownictwa w traktowaniu interesów grup narodowo-niepodległościowych. Nie można było wprawdzie pominąć NZR, gdyż jego ówczesny ciężar wpływów w porównaniu z PPS był wprost rzucający się w oczy, ale wszędzie, gdzie tylko były po temu możliwości, starano się dawać pierwszeństwo grupom ściśle z Piłsudskim związanym, to jest PPS i PSL „Wyzwolenie”. Na skutek tego rodzaju taktyki NZR otrzymał w TRS tylko jednego przedstawiciela, podczas gdy PPS dwóch, to jest oficjalnego Włodzimierza Kunowskiego i nieoficjalnie Śliwińskiego, nie licząc trzeciego, którym był Piłsudski. Ten stan rzeczy wywołał w naszych dołach duże niezadowolenie, które szczególnie ostro przejawiało się w szeregach NZR. Równocześnie wrócił z Ameryki Feliks Młynarski i po krótkim pobycie w Krakowie zdecydował się na osiedlenie w Warszawie z nie ukrywanym wcale zamiarem powstrzymania ugrupowań narodowoniepodległościowych od kroczenia w zaprzęgu politycznym Piłsudskiego i powrotu tej linii politycznej, której wyrazem na początku wojny było powołanie do życia NKN i Legionów. Ze względu na moje zażyłe stosunki z nim, poczuwając się do głównej współodpowiedzialności za skierowanie naszego ośrodka w niewłaściwym, zdaniem Młynarskiego, kierunku, odczuwając boleśnie brak lojalności we wzajemnej współpracy ze strony grupy Piłsudskiego, zdecydowałem się nie czynić trudności w kierunku tak zasadniczej rewizji dotychczasowej linii, motywowanej na zewnątrz zasadniczą zmianą warunków politycznych przez fakt proklamowania aktu 5 listopada. W związku z tym, gdy zorientowany w tym Sławek zaproponował mi na krótko przed zwołanym na luty walnym zjazdem CKN przystąpienie do kierującej pracami obozu piłsudczyków konspiracji pod nazwą „Konwent”, odmówiłem na to zgody, co więcej, na tym właśnie zjeździe rozegrałem nie tylko imieniem ZN (Zjednoczenia Narodowego), ale i NZR nasze rozejście się z CKN. Konsekwencją takiego stanowiska było, że również i PPS dla ułatwienia sobie agitacji w terenie formalnie z CKN wyszła, aczkolwiek faktycznie nim się w dalszym ciągu posługiwała. Opuszczenie CKN kosztowało nas na najbliższym zjeździe Rady Narodowej przegraną wobec bloku obozu Piłsudskiego ze Stronnictwem Narodowym. W dalszym ciągu brałem wprawdzie czynny udział w próbach przegrupowania, jakie podjęło ZN, powołując do życia, najpierw w porozumieniu z grupę Zjednoczenia Mieszczańskiego, Stronnictwo Polskiej Demokracji, które wkrótce połączyło się z secesją LPP (tak zwana grupa Polityki Czynnej) w Polskie Stronnictwo Demokratyczne, ale nie udzielałem się już tym pracom tak wydatnie, jak to czyniłem poprzednio pod nieobecność Młynarskiego. Przyjąłem na siebie raczej rolę jego pomocnika, wchodząc do redakcji nowo powołanego dziennika pod tytułem „Głos” w charakterze sekretarza redakcji. Po kilku miesiącach w związku z reorganizacją pisma, podyktowaną względami oszczędnościowymi, skorzystałem z propozycji wejścia do organizującego

się, po powołaniu Rady Regencyjnej, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na zaproponowane mi przez inżyniera Stanisława Downarowicza stanowisko referenta do przygotowania kadr urzędniczych. W tym okresie ujawniłem na zewnątrz swą aktywność tylko jednym faktem, który mi przyniósł pewną renomę w ówczesnych kołach politycznych stolicy. Chodziło o wybór na członka Rady Stanu Alfonsa Parczewskiego, który posłował do wszystkich Dum rosyjskich z guberni kaliskiej, najpierw z ramienia endecji, a potem jako bezpartyjny, zaciekle przez dawne swe stronnictwo zwalczany. Do Parczewskiego miałem specjalną sympatię, jako niestrudzonego obrońcy integralności Królestwa Polskiego podczas debat w Dumie nad wyodrębnieniem Chełmszczyzny. Nowa Rada Stanu składała się w połowie z wybranych przez członków sejmików powiatowych, a w połowie z nominacji Rady Regencyjnej. Było kwestią zasadniczego prestiżu dla Parczewskiego wybranie go przez jego dawny okręg, w którym zdecydowana większość „wyborców” (nota bene z nominacji władz okupacyjnych) była akurat przeciwnej orientacji. Wyjechałem z jednym z przyjaciół do Kalisza, i tam. wytłumaczyliśmy grupie włościan, mających szanse przy systemie proporcjonalnym wyboru własnego przedstawiciela, iż powinni obdarzyć zaufaniem długoletniego swego przedstawiciela. Tak się też stało i ten wybór był niespodzianką dla endeków, którzy na terenie generalnego gubernatorstwa warszawskiego wyszli na ogół zwycięsko.

1918
Zachowuję wprawdzie formalne związki z moim ugrupowaniem, ale całkowicie poświęcam się pracy nad przygotowaniem kadr dla przyszłej administracji politycznej tworzącego się państwa. W moim szefie Downarowiczu znajduję rozumnego i życzliwego zwierzchnika, chociaż może zbyt drobiazgowego. Staję się swego rodzaju jego prawą ręką. Pierwszym etapem naszych prac jest powołanie do życia „korespondentów MSW”. Upatrzyliśmy na te honorowe stanowiska wybitnych obywateli, po jednym na każdy powiat w obu okupacjach. Ich zadaniem było informowanie w miesięcznych raportach o najistotniejszych problemach, tak jak one są odczuwane przez ogół obywateli, ze szczególnym uwzględnieniem zażaleń na nadużycia władz okupacyjnych. Jako rzecz charakterystyczną dla tego eksperymentu podkreślić należy fakt, iż w poszukiwaniu odpowiednich kandydatów musieliśmy się w znakomitej większości wypadków uciec do pomocy osobistości należących do przeciwnego obozu politycznego, to jest niemal wyłącznie endecji, przeważnie lekarzy, adwokatów, rzadko inteligentniejszych ziemian. Nikt z nich nie odmówił współdziałania - było ono całkowicie honorowe. Drugim etapem było zestawienie listy kandydatów na kierownicze stanowiska w powiatach, to jest późniejszych starostów. Wybraliśmy spośród dość licznej rzeszy kandydatów na posady tych, którzy odbyli powołane przy UW przez procesora Koschembar-Łyskowskiego Wyższe Kursy Administracyjne, osiemdziesięciu paru, którzy zostali skierowani na paromiesięczną praktykę do odnośnych urzędów powiatowych w obu generalnych gubernatorstwach. Trzecią grupę stanowili kandydaci na niższe posady administracyjne, którzy zgłaszali się zarówno spośród osób pragnących zmienić dotychczasowy zawód, jak i dość licznej rzeszy urzędników, szczególnie Polaków z dawnej administracji rosyjskiej. Wśród tej ostatniej stwierdziliśmy charakterystyczny rys zaborczej okupacji w postaci ... wiary, iż za pomocą łapówki „wszystko da się zrobić”. W trakcie tych prac, które niemal całkowicie mnie pochłonęły, na krótko tylko wróciłem do dawnych zainteresowań politycznych. Po otrzymaniu wiadomości o śmierci młodszego brata zdecydowałem się

wziąć na wrzesień urlop i wyjechać do rodziny w Mieleckie i potem na krótki odpoczynek do Zakopanego. Droga przez Kraków do rodzinnego Rzochowa, a następnie stamtąd do Zakopanego przy dłuższych postojach na stacjach węzłowych pozwoliła mi zorientować się w radykalnej zmianie stosunków na terenie Galicji po czterech latach niebytności. Rzucało się w oczy, iż cała maszyna państwowa jest w stanie zupełnego rozkładu, a nastroje ludności wyrażane swobodnie w rozmowach wręcz rewolucyjne. Wszyscy są przekonani o nieuchronnym upadku i rozkładzie Austrii i zwycięstwie koalicji. Zupełnym przeciwieństwem tego jest zamknięty światek polityków galicyjskich skupiających się przy Komisji Likwidacyjnej NKN. Przez swojego szefa Downarowicza zostałem poinformowany, iż w końcu września projektowane jest w Krakowie spotkanie grupy tych polityków pod przewodnictwem prezesa Stronnictwa Prawicy Narodowej hrabiego Zdzisława Tarnowskiego z ad hoc zaproszonymi przedstawicielami aktywistów warszawskich łącznie z ich reprezentantami w Radzie Stanu. Nalegał, abym w tym spotkaniu wziął udział, na co się zgodziłem. Wrażenie z toczących się przez dwa dni dyskusji było przygnębiające. Gospodarze krakowscy nie ukrywali żalu wobec warszawskich gości, którzy lekkomyślnie porzucili rozwiązanie austro-polskie; ci zaś ze swej strony argumentowali, iż dla Królestwa conditio sine qua non jego startu państwowego jest zachowanie jego integralności. Niezwykle patetyczne przemówienie wygłosił główny mózg polityczny krakowskich demokratów, były sekretarz NKN redaktor Konstanty Srokowski. W pewnej chwili zdecydowałem się zabrać głos i powiedzieć parę rzeczy, które wydawały mi się podstawowe w zestawieniu z realnie zarysowującą się sytuacją. Spotkało mnie z tego powodu wyróżnienie we wspomnieniach uczestnika zebrania, konserwatywnego posła na sejm galicyjski doktora Jana Hupki, iż byłem spośród mówców z Królestwa jedynym wyróżniającym się politycznym podejściem. Downarowicz namówił mnie na złożenie wizyty obu asom krakowskiej konserwy: Michałowi Bobrzyńskiemu i Władysławowi Leopoldowi Jaworskiemu. Choć z pewnym oporem, dałem się przekonać co do celowości tego kroku, zwłaszcza w stosunku do Bobrzyńskiego, z którym wojowałem w okresie mojej polityki akademickiej we Lwowie, gdy on był namiestnikiem kraju. Echa tych walk były dosyć głośne i znalazły wyraz na wiecach akademickich z powodu usiłowań policji penetrowania kierowanego przeze mnie towarzystwa „Kuźnica”. Byłem szczerze wzruszony przyjęciem mnie przez sędziwego profesora. Wypytywał najpierw o moje obecne zajęcia i plany na przyszłość i co mnie najbardziej uderzyło, to rada, abym z uwagi na ujawnione zainteresowania i temperament nie odrzucał, jeżeli chodzi o przyszłą drogę życiową, działalności ściśle politycznej. Nie mniej ciekawą, aczkolwiek mniej zadowalającą była ta część długiej rozmowy, w której profesor usiłował mnie przekonać, że tylko jakaś forma związku z monarchią habsburską, przynajmniej na okres jednego pokolenia, może gwarantować stabilizację państwa polskiego, którego powstanie w wyniku toczącej się wojny uważał za pewnik. Historiozoficzna część tej argumentacji była natomiast frapująca. Mówca z wielką siłą przekonania dowodził, iż w naszym charakterze narodowym brak po prostu danych, by miejsce tradycyjnej anarchii zajął instynkt państwowotwórczy. Byliśmy w swoim czasie największym państwem Europy i jedynym, które w tak dramatyczny sposób utraciło niepodległość... Nieraz w czasie wojennej, a zwłaszcza powojennej tułaczki wracałem myślą do tych uwag autora Dziejów Polski, napisanych przed nie skończoną trzydziestką, w których rozwinął przekonywająco zagadnienie źródeł naszego państwowego upadku.

W porównaniu z Bobrzyńskim, były prezes NKN przedstawił mi się bardziej jako dość dużej miary gracz polityczny, nie widzący, iż jego linia polityczna nie znajduje potwierdzenia w rozwijającej się rzeczywistości. Downarowiczowi również zawdzięczam poznanie wówczas jeszcze jednej osobistości wielkiego kalibru, tym razem wojskowego. Przedstawił mnie generałowi austriackiemu Tadeuszowi Rozwadowskiemu, z którym razem spożyliśmy obiad w restauracji Hotelu Saskiego. Na rozmowie upłynęło dobrych parę godzin, w czasie których mogłem się zorientować o szerokości horyzontów naszego rozmówcy. Z informacji Downarowicza utkwiło mi, iż Rozwadowski jest w tej chwili w stanie sui generis przymusowej bezczynności, to znaczy nie ma żadnego przydziału, mimo iż jest tak zwanym marszałkiem polnym - porucznikiem, co odpowiadało późniejszemu stopniowi generała dywizji w armii polskiej, będąc równocześnie odznaczonym najwyższym orderem austriackim Marii Teresy. Order ten, niesłychanie rzadko nadawany, z którym łączyły się duże dotacje finansowe, otrzymał Rozwadowski za osiągnięcie korzystnego dla przebiegu operacji sukcesu na podstawie własnej inwencji, nie stosując się do otrzymanego rozkazu. Mimo tak wyjątkowego wyróżnienia, generał, który czuł się przede wszystkim Polakiem, popadł w ostry konflikt z naczelnym dowództwem po zwycięskim przełamaniu frontu rosyjskiego, wiosną 1915 roku pod Gorlicami. Wówczas to armia austriacka w pogoni za cofającymi się Rosjanami wsławiła się na terenie Galicji strasznymi represjami przeciwko wszystkim podejrzanym o sprzyjanie wojskom rosyjskim. Ofiarą tego padło wielu działaczy polskich, przede wszystkim zaś prawie cała elita ruchu tak zwanych starorusinów we wschodniej części kraju, głównie księży, których na podstawie zwykłych donosów setkami wieszano. Rozwadowski, pochodzący z wschodniogalicyjskiej rodziny ziemiańskiej i dobrze znający stosunki, wystąpił do cesarza z gruntownie opracowanym memorandum przeciwko szaleństwom tych represji, dokonywanych na rozkaz Naczelnego Wodza, którym był arcyksiążę Fryderyk. Z tego to powodu nie mógł wygrać sprawy i musiał w dalszym ciągu wojny przejść do roli biernego obserwatora. Po powrocie do Warszawy instynktownie przyspieszamy tempo naszych prac przygotowawczych w MSW. W kalejdoskopie następujących po sobie zmian spadają na mnie obowiązki, z którymi poprzednio się nie liczyłem. Dwutygodniowy eksperyment rządu Józefa Świeżyńskiego, w którym ministrem spraw wewnętrznych jest „silny człowiek” prawicy Zygmunt Chrzanowski, pozbawia mnie szefa. Wraca on na krótko znowu po dramatycznej dymisji rządu i powołaniu gabinetu urzędniczego, by w jakiś tydzień później, po zainstalowaniu lewicowego rządu Jędrzeja Moraczewskiego, odejść już definitywnie ze służby administracyjnej w ministerstwie, do którego wróci w niecałe dwa lata później, już jednak jako minister spraw wewnętrznych w dwóch kolejnych gabinetach Antoniego Ponikowskiego.

W niepodległym państwie (1918-1939)
1918

Na skutek wspomnianych wyżej zmian w najbardziej nieoczekiwany dla mnie sposób obciążony zostałem odpowiedzialnością za skompletowanie pierwszych kadr administracji politycznej na terenie byłego Królestwa. Pierwszej obsady kierowników administracji powiatowej, dla których ustalono nazwę „Komisarzy Rządu Polskiego”, dokonaliśmy jeszcze z Downarowiczem na terenie byłej okupacji niemieckiej na podstawie pracowicie przez nas przygotowanej listy kandydatów. Na obszarze okupacji austriackiej zarządzenia nasze w większości powiatów nie zostały zrealizowane, a to ze względu na fakt, iż teren był niemal w całości objęty zasięgiem wpływów rządu lewicowego, proklamowanego w Lublinie 7 listopada 1918 roku. Z chwilą objęcia władzy przez ten rząd znalazłem się osobiście w bardzo delikatnej sytuacji politycznej. W pamięci bowiem jego organizatorów, a zwłaszcza ministra spraw wewnętrznych Stanisława Thugutta, byłem głównie odpowiedzialnym za wyjście NZR i ZN z CKN, co zadało śmiertelny cios dalszemu istnieniu tej instytucji, jako że ze względów taktycznych w konsekwencji tego kroku również PPS opuściła CKN. Na szczęście ogólna atmosfera niepewności, jaka się wytworzyła dokoła nowego rządu, skoncentrowała przede wszystkim uwagę głównych jego czynników na sprawie natury politycznej, wobec czego zagadnienia personalno-organizacyjne nie odgrywały większej roli. W moim wypadku, wyjątkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bezpośrednim moim przełożonym został nowy szef sekcji administracyjnej inżynier Januszewski, a w kilka dni później wiceministrem z ramienia PPS Norbert Barlicki, z którym miałem osobiste wyjątkowo dobre stosunki. Rząd Moraczewskiego nie przetrwał pełnych dwóch miesięcy. Nowy minister, którym został bliski przyjaciel Piłsudskiego z pierwszych lat istnienia PPS Stanisław Wojciechowski, powołał jako swego najbliższego współpracownika, tak jak on spółdzielcę, Józefa Beka, ojca późniejszego ministra spraw zagranicznych, który demonstracyjnie podpisywał się przez Bek (również były socjalista, przez jakiś czas na terenie Galicji jako sekretarz Rady Powiatowej w Limanowej, endek, a teraz piłsudczyk). Mimo tych zmian moja sytuacja nie uległa zasadniczej zmianie, a nawet dzięki inicjatywie Barlickiego tuż przed jego odejściem z ministerstwa otrzymałem wyróżnienie w postaci nominacji na naczelnika wydziału personalnego „do spraw urzędów powiatowych”. Ostatecznie biurokraci z centrali ministerstwa doszli do przekonania, iż był to zbyt szybki awans i z dniem 1 lutego zostałem ustabilizowany na stanowisku kierownika tego wydziału w randze radcy ministerialnego.

1919
Zaraz jednak po ustabilizowaniu się nowego rządu Ignacego Paderewskiego MSW staje się przystanią dla byłych urzędników austriackich. Patronuje temu kierunkowi w obsadzie personelu ministerstwa nowy szef sekcji administracyjnej profesor Stanisław Kasznica. Po obsadzie większości wydziałów kandydatami ze służby austriackiej przychodzi kolej i na wydział personalny. Zwolnienie mnie z tego stanowiska odbyło się w okolicznościach nie pozbawionych pewnego humoru. Wiceminister Bek, komunikując mi o decyzji, w powodzi komplementów na temat dotychczasowych osiągnięć i moich kwalifikacji, oświadczył, że jednak obaj z ministrem doszli do przekonania, iż personalia muszą być powierzone starszemu, doświadczonemu urzędnikowi. Byłby pan niezastąpiony na tym stanowisku, gdyby przy swojej inteligencji nosił pan brodę albo był łysy. Z trudem opanowując śmiech, podniosłem się z krzesła i powiedziałem: dziękuję panu ministrowi, że pan nie wymaga ode mnie większej inteligencji.

W takich to wesołych okolicznościach opuściłem wydział personalny, obejmując z dniem 1 lipca tak zwany wydział sejmowy, do kompetencji którego należało przygotowywanie odpowiedzi na interpelacje poselskie. Była to właściwie fikcja wydziału, który poza mną stanowiła tylko przydzielona mi sekretarka-maszynistka. Co więcej, dotychczasowy kierownik tej komórki, zaufany ministra Wojciechowskiego, który równocześnie odszedł ze służby w ministerstwie, gdzieś tak gruntowanie ukrył akta wydziału, że mimo poszukiwań w archiwum ministerstwa nie udało mi się ich odszukać. A jak się w toku późniejszej, półrocznej pracy okazało, znajdowały się tam wprost nieocenionej wartości materiały. Dość powiedzieć, że w jednym z pierwszych dokumentów, jaki otrzymałem, była replika kierownika administracyjnego Komisji Likwidacyjnej byłej Galicji, byłego posła i byłego starosty Zygmunta Lasockiego na odpowiedź, jaką dał minister Wojciechowski na interpelację posła Tomasza Dąbala, w owym czasie członka grupy Jana Stapińskiego w Sejmie, a w rok później pierwszego w nim komunisty. Rzecz była wysoce pikantna z tego względu, że Lasocki był posłem do parlamentu austriackiego z Tarnobrzeskiego i byłym starostą tego powiatu. Na tym terenie w listopadzie 1918 roku powstała tak zwana republika tarnobrzeska, której promotorem był poseł endecki do Sejmu galicyjskiego ksiądz Eugeniusz Okoń, a Dąbal głównym jego pomocnikiem. We wzmiankowanej interpelacji Dąbal prawdopodobnie rozprawiał się szeroko z Lasockim, a ten w odpowiedzi nie omieszkał dać odpowiedniej charakterystyki swego antagonisty. Między innymi szeroko i z powołaniem się na będące w jego dyspozycji akta byłego namiestnictwa galicyjskiego, przytoczył fakt, iż dzisiejszy ultraradykał Dąbal jeszcze parę lat temu, w czasie wojny, wniósł podanie do Namiestnictwa o zmianę swego nazwiska, które może mu utrudniać karierę, na lepiej brzmiące swego teścia Nowaczyńskiego... Nie mogę powiedzieć, aby w wydziale sejmowym było zbyt dużo pracy. Jeszcze nie przyjął się w Sejmie zwyczaj wykorzystywania, a raczej nadużywania systemu interpelacji, w którym celowali ludowi posłowie galicyjscy z osławionym stapińszczykiem, posłem mojego rodzinnego powiatu Franciszkiem Krempą, który jak się okazało, przez pierwsze lata posłowania w Sejmie polskim po prostu przepisywał stare interpelacje zawierające skargi na rozmaite nadużycia, zgłaszane w parlamencie wiedeńskim. Miałem więc sporo czasu na przebywanie w loży urzędniczej i obserwowanie, jak pracuje Sejm odrodzonej Rzeczypospolitej. Nie były to doświadczenia budujące. Pobudzały one do medytacji, wśród których coraz częściej powracała myśl, czy nie jestem na błędnej drodze, trwając na stanowisku urzędnika państwowego, niezbyt odpowiadającym mojemu temperamentowi i zainteresowaniom. Nowa reorganizacja ministerstwa zarządzona od 1 stycznia 1920 roku, w której zlikwidowano wydział sejmowy, właściwie zadecydowała o moim wyborze. Zostałem przydzielony w charakterze zastępcy naczelnika wydziału do departamentu bezpieczeństwa, szefem którego był były sędzia Urbanowicz. Wprawdzie zakres spraw powierzonych mi był dość ciekawy - odwołania od decyzji komisarza rządu na miasto stołeczne Warszawę w kwestii rekwizycji mieszkań i pomieszczeń, ale ogólna atmosfera „policyjna” raczej mnie zniechęcała do kontynuowania tego typu prac. Równocześnie tak się zbiegło, że w tym samym czasie prezes NZR inżynier Adam Chądzyński zaprosił mnie na rozmowę, w której powołując się na długoletnią i owocną, jak przyznał przyjaźń do reprezentowanej przez niego organizacji, zaproponował mi udział czynny w jego pracach, nie tając, że specjalnie w Warszawie, w przeciwieństwie do Łodzi i Zagłębia, teren jest bardzo zaniedbany. Na razie miałem objąć redakcję organu partyjnego, tygodnika „Sprawa Robotnicza” z tym, iż powinienem to przez jakiś czas łączyć ze swoją posadą w ministerstwie, ponieważ organizacji na razie nie stać na danie mi odpowiedniego wynagrodzenia. Propozycję Chądzyńskiego zaakceptowałem i na

najbliższym zebraniu warszawskiej organizacji zostałem dokooptowany do jej zarządu okręgowego. Poza redagowaniem pisma starałem się zorientować w stanie organizacji, odbywając co niedzielę zebrania w poszczególnych dzielnicach Warszawy. Ten przygotowawczy okres badania terenu został jednak przerwany po trzech miesiącach zupełnie niespodziewanym wydarzeniem, które właściwie przesądziło o dalszych losach tak NZR, jak i mojej w jego ramach działalności. W wyborach do Sejmu 26 stycznia 1919 roku NZR przedstawił się jako dość oryginalne zjawisko polityczne. Z wyjątkiem Łodzi i Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie zgłosił własne listy kandydatów, gros otrzymanych mandatów zawdzięczał zręczności ulokowania ich na listach ogólnonarodowych, albo, jak w okręgu łódzkim (podmiejskim), na sojuszu z PSL „Piast”. W Łodzi odniósł wielkie zwycięstwo zdobywając trzy mandaty, gdy PPS tylko jeden. Dzięki temu młodzi posłowie łódzcy, moi dawni koledzy z „Zarzewia”, Bolesław Fichna i Ludwik Waszkiewicz, nawrócili się właściwie na kierowników klubu złożonego w przeważającej większości z robotników. Nadali oni klubowi NZR w Sejmie kierunek w dziedzinie społeczno-gospodarczej nie odbiegający zasadniczo od stanowiska PPS, co się zaś tyczy linii generalnej polityki, ustawili ją w rydwanie Piłsudskiego, co nie bardzo odpowiadało nastrojom większości członków klubu. W tym samym czasie powstała samodzielnie na terenie byłego zaboru pruskiego organizacja polityczna oparta całkowicie na kadrach Zjednoczenia Zawodowego Polskiego (ZZP) pod nazwą Narodowe Stronnictwo Robotników (NSR). W wyborach dodatkowych do Sejmu na wyzwolonej części Poznańskiego NSR otrzymało w ogólnonarodowym bloku siedemnastu posłów, przeważnie robotników, a obok nich trzech księży. Posłowie ci szukali w Sejmie swej własnej drogi i po krótkim pobycie w klubie Związku Ludowo-Narodowego (ZLN) utworzyli samodzielny ChrześcijańskoNarodowy Klub Robotniczy, w którym znalazła się pewna liczba posłów z Królestwa, deklarujących się jako chadecy. Ta ewolucja jednak nie odpowiadała tendencjom centrali partyjnej w Poznaniu, orientującej się na zbliżenie do NZR i wytworzenie razem z nim ogólnonarodowego stronnictwa robotniczego. Na tym tle doszło wkrótce do konfliktu w łonie poznańskiej organizacji NSR, która na swym zjeździe wojewódzkim w lutym 1920 roku wypowiedziała się przeciwko przynależności do klubu chrześcijańsko-narodowego i szukania porozumienia z NZR. Uchwała ta miała za sobą poparcie co najmniej 95 procent aktywu partyjnego, przeciwstawiła się jej jednak większość posłów, którzy z księdzem Stanisławem Adamskim na czele w liczbie trzynastu postanowili opuścić NSR i przygotowywać fuzję z chrześcijańską demokracją byłego Królestwa. Oddźwięk masy robotniczej w byłej dzielnicy pruskiej na uchwały zjazdu poznańskiego był bardzo pozytywny. Pomorze, które przygotowało się właśnie do wyborów swych przedstawicieli do Sejmu, zaproponowało prezesowi NZR mandat poselski, i to na pierwszym miejscu w tak eksponowanym okręgu jak Kaszuby. Z oferty tej oczywiście NZR skorzystał i stało się ambicją jego prezesa i równocześnie kandydata Chądzyńskiego, by ten pierwszy widomy znak współpracy wypadł jak najlepiej. Stąd decyzja mojego wyjazdu do stolicy Pomorza - Torunia w charakterze redaktora naczelnego codziennego organu NSR pod nazwą „Głos Robotnika” i zarazem doradcy i organizatora kampanii wyborczej.

Wybory 2 maja 1920 roku na Pomorzu
1 kwietnia wyjeżdżam z Chądzyńskim do Torunia i tam w gronie kierowników zarządu wojewódzkiego NSR ustalamy plan kampanii wyborczej. Ma być wybranych dwudziestu posłów w dwóch okręgach: na Kaszubach z siedzibą komisji wyborczej w Kościerzynie - dziewięciu, w pozostałej części województwa z siedzibą komisji w Toruniu, łącznie z centrum niemczyzny Grudziądzem - jedenastu. Lista kandydatów ustalona pod decydującym wpływem „patrona” stronnictwa Jana Brejskiego, byłego posła do parlamentu Rzeszy oraz wydawcy pism, między innymi „Gazety Toruńskiej” i „Wiarusa Polskiego” w Bochum, charakteryzowała się umieszczeniem na pewnych miejscach nie tylko samego patrona kandydującego w Toruńskiem, ale i jego brata Izydora na Kaszubach oraz bliskich ich krewnej Anny Piaseckiej, byłej obywatelki ziemskiej, która, jak się dopiero w czasie kampanii wyborczej okazało, sprzedała swój majątek ziemski niemieckiej Komisji Kolonizacyjnej ... Sam Jan Brejski, będący aktualnie podsekretarzem stanu w ministerstwie byłej dzielnicy pruskiej, w ogóle w akcji się nie udzielał, jego ówczesny protegowany, a późniejszy antagonista doktor Stanisław Wachowiak wziął udział zaledwie w dwóch wiecach, w Toruniu i w Brodnicy. W tych warunkach dowodziło to niebywałej prężności organizacji i jej głębokiego zakorzenienia wśród ludności, iż podjętą walkę przeprowadziła z wyjątkowo pomyślnym wynikiem. Było to moje pierwsze i bardzo pouczające zetknięcie się z rzeczywistością polityczno-społeczną byłej dzielnicy pruskiej. Narzucono nam walkę ze strony endecji tego rodzaju, iż zdawało się, że wygranie jej jest niemożliwe. Stronnictwo nazywające się Wszechpolskim i posługujące się hasłami jedności i solidarności narodowej uczyniło z NSR obóz odpowiedzialny za wszystko złe, które się dzieje w młodym państwie z winy ... Warszawy. Dysponując bardzo rozpowszechnioną prasą lokalną, nie gardziło żadnym argumentem; jednym z najsilniejszych, którym wojowano, zwłaszcza na ambonach, był zarzut profanacji, który Warszawa wprowadziła wybierając niedzielę na dzień wyborów... Mimo tego rodzaju, a może właśnie z powodu takiej kampanii wyborczej NSR odniosło wielki sukces wyborczy, zdobywając 9 mandatów, gdy Związek Ludowo-Narodowy uzyskał zaledwie 4, jeśli nie liczyć piątego mandatu, osiągniętego na Kaszubach przez byłego posła ks. Łosińskiego, który w Sejmie przyłączył się do Narodowego Zjednoczenia Ludowego. 6 mandatów zdobyli Niemcy, z czego tylko 2 w okręgu kaszubskim, to jest w tak zwanym „korytarzu”. Klęska endecji była tym dotkliwsza, że jej czołowymi kandydatami byli księża, przeważnie byli posłowie do parlamentu niemieckiego albo sejmu pruskiego. Nazajutrz po wyborach opuszczam Toruń, uważając swą misję za zakończoną. W ciągu następnych dwóch miesięcy jednak wypadki zarówno natury ogólnopaństwowej, jak i wewnętrznoorganizacyjne potoczyły się w ten sposób, że ustalone poprzednio plany mojego udziału w pracach partyjnych musiały ulec gruntownej rewizji. Wynik wyborów wzmocnił ogromnie pozycję NZR, do którego nowo wybrani posłowie z Pomorza zgłosili akces. Przyspieszyło to proces formalnego zjednoczenia obu organizacji, który dokonał się w najbliższym już miesiącu na kongresie w Warszawie podczas Zielonych Świąt. Wygłosiłem na nim referat na temat kształcenia kadr zespalającego się ruchu przez odpowiednią politykę pras owo-wydawniczą. Wobec przyjętego pod naciskiem działaczy NSR systemu reprezentacyjnego, który za punkt wyjścia brał stan organizacyjny według poszczególnych województw - przy czym była Kongresówka przejściowo traktowana była jako jedno województwo na równi z Poznańskiem, Pomorzem i Śląskiem i stąd przeważający wpływ organizacji łódzkiej -

znalazłem się poza ukonstytuowanymi władzami partyjnymi. W obradach rady naczelnej dopuszczony byłem do głosu w charakterze redaktora organu partii. Nie odczuwałem tego jednak jako coś utrudniającego mi pracę w partii, w której dzięki wynikom wyborów pomorskich zdobyłem niebagatelną pozycję. Miesięczny mój pobyt, a właściwie udział w akcji wyborczej i nadanie „Głosowi Robotnika” rangi organu z prawdziwego zdarzenia spowodowały, że już po kilku tygodniach mojej tam nieobecności Główny Komitet Wykonawczy NPR (Narodowej Partii Robotniczej) postawiony został wobec natarczywych żądań stałego przydzielenia mnie do pracy na tym terenie. Zbiegło się to z poważnymi zmianami, jakie nastąpiły w kierownictwie administracji państwowej województwa pomorskiego, gdzie w związku z toczącą się na wschodzie wojną z bolszewicką Rosją rola jego wobec przyjętej z miejsca przez Wolne Miasto Gdańsk wrogiej wobec Polski polityki wymagała sprawnego i silnego współdziałania ludności polskiej. Dotychczasowa obsada była jak najbardziej daleka od podołania tym zadaniom. Wojewodą był były poseł Łaszewski, człowiek starszy, z trudem orientujący się w szybko zmieniających się i komplikujących warunkach, dla którego wzorem była „silna administracja” pruska. W zespole urzędniczym przeważał element napływowy z Poznańskiego, dla którego również ta administracja zaborcza była jedynym wzorem do naśladowania. O jej metodach miałem się przekonać, kiedy w dniu wyborów otrzymaliśmy z Kościerzyny telefoniczną wiadomość, że na zarządzenie władz pełnomocnik naszej listy wyborczej został prewencyjnie zaaresztowany, obawiano się bowiem, że może zakłócić porządek publiczny. W tym samym czasie z odpowiedniego departamentu ministerstwa byłej dzielnicy pruskiej w Poznaniu wydany został „list gończy”, nakazujący ujęcie i osadzenie w więzieniu przewodniczącego i sekretarza dzielnicowego zarządu NSR Wojciecha Pawlaka i Suchoźewskiego, jako również podejrzanych o zakłócanie porządku publicznego. O tym ostatnim wyczynie mieliśmy bardzo nieścisłe informacje i dopiero w lipcu udało nam się zdobyć oryginalny egzemplarz odpowiedniego dziennika urzędowego, który oczywiście ogłosiłem w „Głosie”. Klub NPR wykorzystał zebrane materiały i zrobił z nich odpowiedni użytek, w wyniku czego doszło już w lipcu do odwołania wojewody Łaszewskiego i mianowania na jego miejsce posła i aktualnie prezesa klubu sejmowego NPR Brejskiego. Było to bodajże pierwsze zarządzenie, jakie w stosunku do ziem zachodnich podjął nowo powołany do życia koalicyjny rząd Wincentego Witosa. W konsekwencji tych zmian i spadających na organizację partyjną obowiązków władze centralne NPR decydują się wydelegować mnie na stałe do Torunia. Przyjeżdżam tam w połowie lipca, kiedy w związku z niepomyślnym rozwojem sytuacji na froncie wojennym - do Torunia i jego najbliższego zaplecza zaczynają napływać uchodźcy z Wileńszczyzny, a do wschodnich powiatów województwa w szybkim tempie zaczyna się przybliżać front. Organizacja partyjna jest w pewnego rodzaju stanie mobilizacyjnego pogotowia. Nowy wojewoda powołuje do życia milicję obywatelską dla współdziałania z organami bezpieczeństwa w utrzymywaniu porządku i walce z ewentualną dywersją i na stanowisko komendanta wojewódzkiego mianuje naszego prezesa wojewódzkiego Pawlaka. Jedną z pierwszych czynności tej milicji jest zorganizowanie masowego wyjazdu robotników do Gdańska dla pomocy w wyładowaniu sprzętu wojennego francuskiego w zastępstwie nie chcących się tego podjąć robotników gdańskich. Ja sam przemawiam na dwóch masowych manifestacjach na rynku w Toruniu oraz na trzech wiecach zorganizowanych przez czynniki wojskowe w Brodnicy, Nowym Mieście i Lubawie. Chodzi o podtrzymanie ducha ludności, wśród której pod wpływem niepowodzeń na froncie zaczęły się pojawiać pierwsze niepokojące objawy niezadowolenia.

Ze zwycięstwem pod Warszawą kończy się ten okres, w którym NPR wysunęła się na front jako swego rodzaju organizatorka narodowego oporu. Wprawdzie ze względu na obecność w terenie sporej liczby uchodźców z Wileńszczyzny odbywa się jeszcze przez jakiś czas akcja mobilizowania ich do mających się na ich ziemi rozegrać walki wyborczej w wyniku swoistego zamachu generała Lucjana Żeligowskiego, ale z coraz większą siłą narzucają się problemy dotąd w porywie patriotycznym spychane na plan dalszy. Lekkomyślne zrównanie wartości marki niemieckiej z polską po objęciu Pomorza przez Polskę w styczniu 1920 roku i następujący szybko proces dewaluacji wytworzył sytuację na rynku pracy wręcz nieznośną. Pracodawcy, w przeważającej większości Niemcy, chociaż i Polacy nie okazywali w tym względzie żadnego zrozumienia sytuacji, pod najrozmaitszymi pretekstami odraczali przyznanie podwyżek płac. W końcu doszło w stolicy województwa do powszechnego strajku, kierowanego przez Związek Związków Zawodowych z udziałem naszego ZZP. Na prośbę naszych działaczy zjawiłem się na tym wiecu, by stwierdzić, że pierwszym masowym ruchem robotniczym pod rządami polskimi kierują całkowicie Niemcy. Główny referat wygłosił przedstawiciel związków klasowych po niemiecku. Przemówienia polskich sekretarzy w porównaniu z tym były wręcz żałosne. Zdecydowałem się zabrać głos, by świadomie unikając jakiegokolwiek dolewania oliwy do ognia podkreślić polski charakter miasta i jego robotników, koncentrując się głównie na konieczności przeprowadzenia i na wezwaniu do akcji strajkowej w sposób solidarny, pełen powagi i troski o wspólne warsztaty pracy... Nasi związkowcy serdecznie mi za to wystąpienie dziękowali. Po paru dniach strajk został zakończony częściowym zwycięstwem robotników. Dopiero w niecały rok później, na krótko przed wyborami do Sejmu, dowiedziałem się, że z powodu tego wystąpienia wpłynął do prokuratury wniosek o pociągnięcie mnie do odpowiedzialności karnej za podburzanie do rozruchów na tym wiecu. Wniosek był oparty o jakieś protokoły wywiadowcze, tak beznadziejne i bezsensowne, że nie znalazł się w zespole sędziowskim nikt, który by chciał się nimi zająć. W związku jednak z zarządzeniem ministra sprawiedliwości, aby przed wyborami w dniu 5 listopada 1922 roku zakończono dochodzenia karne przeciwko czołowym kandydatom poselskim, zostałem zaproszony do sędziego śledczego dla spisania protokołu wyjaśniającego faktyczny stan sprawy. Ów donos nie był czymś wyjątkowym w organizowanej przez tak zwane czynniki ładu i porządku akcji przeciwko mnie. Uznały mnie one za szczególnie wrogiego przeciwnika, który w spokojny tryb życia miasta i województwa wniósł ferment o nieznanych w gruncie rzeczy celach. Okazało się, że cała moja akcja patriotyczna w okresie wojny uznana została jako jakaś maskarada dla zatarcia właściwego charakteru mojej dywersyjnej misji. Nie mogło się tym „patriotom” pomieścić w głowie, że ktoś, kto w trzydziestym pierwszym roku życia został radcą ministerialnym, przyjechał z Warszawy na głęboką prowincję w innych celach jak jakaś przewrotna dywersja. Przejawem tego stanowiska wobec mnie były dwa wśród wielu innych najbardziej charakterystyczne fakty. Dowiedziałem się, że sam prokurator sądu apelacyjnego Łukanowski zainteresował się moją osobą i zażądał od magistratu dostarczenia mu mojej karty meldunkowej. Ktoś mało rozgarnięty odszyfrował ją w ten sposób, iż podałem jako miejsce urodzenia miejscowość Rzochów, powiat Wieleń w Poznańskiem. W gruncie rzeczy Rzochów leży w powiecie Mielec i tak też napisałem w karcie meldunkowej bez bliższego określenia, ponieważ na terenie Galicji w danym momencie nie było jeszcze podziału na województwa. Z Wielenia przyszła wiadomość, iż na terenie powiatu nie ma miejscowości Rzochów, co pan Łukanowski uznał jako murowany dowód, że ma do czynienie z wyjątkowo przebiegłym oszustem czy przestępcą. Dopiero jakiś przytomniejszy urzędnik w województwie, o którego ta

sprawa zawadziła, przekonał go, iż tu chodzi o Mielec w zachodniej Małopolsce, a uzyskane stamtąd urzędowe informacje całkowicie zamierzenia pana prokuratora unicestwiły. Nie mniejsze powodzenie spotkało miejscowe koło Narodowej Organizacji Kobiet (NOK). Jakaś uchodźczyni z Wilna na zebraniu, na którym załamywano ręce między innymi nad moją „podejrzaną” działalnością, wyraziła przypuszczenie, że jestem najprawdopodobniej znanym jej z krótkiego okresu działalności w Wilnie przed zajęciem go przez wojska polskie działaczem bolszewickim. Aby mnie zdemaskować, trzeba koniecznie rozpoznać, nim ewentualnie zdążę zmienić swój wygląd przy pomocy odpowiednich zabiegów kosmetycznych. Mieszkałem wówczas przy redakcji i z powodu choroby nogi właściwie lokalu nie opuszczałem. Któregoś wczesnego ranka, zaraz po godzinie siódmej, kiedy jeszcze nie ubrany przygotowywałem pospiesznie materiał redakcyjny dla drukarni, wpada do mojego pokoju grupa kilkunastu członkiń NOK ze znaną i ogólnie w mieście szanowaną działaczką narodową doktorową Świnarską, a na jej czele jakaś rozwichrzona o niesamowitym wyrazie twarzy histeryczka, która zobaczywszy mnie, zdążyła tylko wykrzyknąć: to nie ten i natychmiast uciekła z pokoju, a za nią wszystkie jej niefortunne towarzyszki. Niestety, trudności miałem nie tylko ze strony ultrapatriotycznycb przedstawicieli tradycyjnych pojęć „ładu i porządku”. Z niezrozumiałych dotąd dla mnie względów, stosunki moje z nowym wojewodą bez najmniejszej z mojej strony winy zaczęły się źle układać. Osobiście byłem przeciwnikiem obsadzania stanowisk administracyjnych przez działaczy partyjnych, co niestety weszło w modę w ruchu narodowo-robotniczym byłej dzielnicy pruskiej. Z ważnych względów państwowych, wobec nieprzytomnego nastawienia wrogości, jakie wobec Warszawy zajęły koła narodowe na skutek faktu, że Warszawę w ich oczach symbolizowała postać Piłsudskiego, uważałem, iż z chwilą objęcia przez członka partii stanowiska odpowiedzialnego w administracji państwowej stosunki jego z partią powinny ulec zupełnej separacji. Takie też zająłem stanowisko wobec Brejskiego, rozumiejąc, że w istniejących warunkach był on jedynym kandydatem. Toteż ani nie uważałem się za związanego z posunięciami wojewody, ani za skrępowanego w wypowiadaniu opinii w rzeczowej i poprawnej formie w sprawach, które wydawały mi się potrzebne. Jedną z takich spraw był skład tymczasowej rady miejskiej Torunia. Powstała ona z nominacji za poprzedniego wojewody prawie że bez uwzględnienia przedstawicieli robotników. Brejski próbował temu zaradzić przez dodatkowe nominacje sześciu nowych radnych, wśród których znalazło się i moje nazwisko. Przeciwko mojej nominacji wniósł skargę do sądu administracyjnego prezydent miasta, z nominacji Łaszewskiego, motywując ją tym, iż według obowiązującej ordynacji pruskiej nie posiadam wymaganego okresu zamieszkania w mieście. Skarga ta uniemożliwiła mi spełnianie czynności radnego, a sąd administracyjny nie spieszył się jakoś z jej rozpatrzeniem i oddalił ją dopiero w kilka miesięcy po terminie, w którym zrezygnowałem z nominacji, podając ten fakt z odpowiednim komentarzem do wiadomości publicznej w redagowanym przeze mnie piśmie. Brejski uznał to za demonstrację przeciwko sobie, od czego byłem jak najbardziej daleki, a raczej zależało mi na tym, by on ze swej strony naciskał na ministerstwo w kierunku ogłoszenia wyborów samorządowych. Nie wiem z jakich powodów, być może kierując się chęcią zneutralizowania mnie na polu politycznym, wojewoda zaproponował mi niedługo po tym incydencie objęcie nie obsadzonego dotąd stanowiska wiceprezydenta miasta. Z miejsca odmówiłem przyjęcia tego stanowiska, motywując to tym, iż nie przyjechałem na Pomorze po posadę i nie chcę być krępowany w swojej działalności politycznej, co znowu Brejski przyjął jako niechętną wobec siebie manifestację. Wkrótce miało się okazać, że związki jego z NPR nie były zbyt głębokie. Czując się niezastąpionym na stolcu wojewody, podkreślał swą

niezależność od tych, którym ten fotel zawdzięczał. Wyraziło się to w zachowaniu jego krewniaków: posła Izydora Brejskiego i posłanki Piaseckiej, którzy w niedługim czasie opuścili klub sejmowy NPR.

1921
Siła obozu narodowo-robotniczego ujawniona w wyborach 2 maja przy równoczesnej słabości endecji, uchodzącej dotąd za posiadającą bezsporny rząd dusz w tej dzielnicy i niepowodzenie zupełne w zamiarach zdyskredytowania mnie jako spiritus movens NPR, zmusiły naszych przeciwników do gruntownej zmiany taktyki, zmierzającej do osłabienia naszej pozycji. Wyrażało się to w dwóch kierunkach: zastąpieniu dotychczasowych metod oddziaływania patriarchalnego poprzez montowanie w terenie organizacji i w ofensywie prasowej, podjętej na sposób znacznie przekraczający potrzeby małego stosunkowo województwa. Podjęły się tego oba zwalczające nas stronnictwa: Związek Ludowo-Narodowy (endecja) i Chrześcijańsko-Narodowe Stronnictwo Pracy, powstałe z połączenia poznańskiej secesji NSR i warszawskiej chadecji. Endecja uruchomiła w stolicy województwa „Słowo Pomorskie”, pismo codzienne o poziomie dość poważnym, z którym przy skromności naszych środków nie byliśmy w stanie podjąć walki. Próbowaliśmy przez jakiś czas wydawać w Toruniu pismo poranne o charakterze raczej nie partyjnym pod nazwą „Kurier Narodowy”. Okazało się, że publiczność zachodniej Polski nie była zupełnie przygotowana do odbioru prasy codziennej porannej. Toteż po kilku miesiącach wydawnictwo trzeba było zawiesić. Jedynym godnym zanotowania z jego „dorobku” jest artykuł, jaki tam umieściłem w końcu 1920 roku, w którym wysuwając plan daleko idącej polityki kulturalnej mówię o konieczności powołania do życia w Toruniu uniwersytetu imienia Mikołaja Kopernika. W kilkanaście lat później doczekałem się, że utworzony dla zrealizowania tej myśli specjalny Komitet, mimo iż miało to miejsce w okresie rządów sanacyjnych, nie zataił tej mojej inicjatywy. Miała się ona zrealizować dopiero po wojnie. O ile akcja endecji tak na odcinku prasowym, jak i organizacyjnym ujawniła we względnie niedługim czasie poważne wyniki, o tyle analogiczne zabiegi głównego naszego konkurenta, to jest chadecji, były wręcz mizerne, a w ostatecznym wyniku wprost kompromitujące. W oparciu o wykupioną z rąk niemieckich drukarnię w Grudziądzu powołano do życia równocześnie dwa pisma codzienne („Głos Pomorza” i „Gazetę Pomorską”), które prowadziły kampanię przeciwko niechrześcijańskiemu charakterowi, jaki nowi przywódcy nadali NPR. Miało to wprawdzie przejściowe powodzenie na wojewódzkim zjeździe NPR, jaki się odbył w lutym w Tczewie, ale skończyło się na pozyskaniu paru działaczy, z których najbardziej ambitny poszedł na nieźle płatną posadę prezesa wojewódzkiego. W terenie nie miała ta akcja żadnego poważniejszego oddźwięku, a po wyborach do Sejmu w listopadzie 1922 roku zupełnie się załamała, przynosząc jej inspiratorom ogromne straty materialne. Zjazd w Tczewie jest ważnym punktem w mojej dalszej działalności politycznej. Wtłoczony niejako przez rozwój wypadków w ponoszenie odpowiedzialności za organizację na Pomorzu, decyduję się wówczas na stałe związanie się z tym terenem i porzucenie myśli ewentualnego powrotu do Warszawy. Toteż gdy spośród delegatów padła propozycja powierzenia mi stanowiska pierwszego wiceprezesa zarządu wojewódzkiego, przyjmuję ją. Odtąd konsekwentnie już zaczynam się uważać za działacza związanego z terenem pomorskim. Gdy wreszcie spełniono jeden z naszych zasadniczych postulatów przez rozpisanie wyborów do samorządu miejskiego i powiatowego, kandyduję do rady

miejskiej w Toruniu, następnie zaś do sejmiku wojewódzkiego, do którego zostałem wybrany w powiecie chełmińskim. W konsekwencji wchodzę wraz z dwoma innymi przedstawicielami NPR do Wydziału Wojewódzkiego, gdzie współpraca z głównym naszym konkurentem endeckim układa się dość dobrze w dużej mierze dzięki odpowiedniemu doborowi przedstawicieli, jak i szerokości poglądów oraz rzeczowości właściwego szefa samorządu wojewódzkiego, tak zwanego Starosty Krajowego, doktora Józefa Wybickiego, do niedawna zasłużonego działacza polskiego w Gdańsku, a w prostej linii wnuka autora naszego hymnu narodowego. Wybrany on został starostą, na mój wniosek, jednogłośnie. We wrześniu tego roku ma miejsce drugi z kolei ogólnopaństwowy kongres NPR w Krakowie, poświęcony całkowicie uchwaleniu programu partii i jej statutu organizacyjnego. Projekt programu opracował były wybitny działacz i publicysta socjalistyczny Ludwik Kulczycki, posiadający na swym koncie szereg zatargów z różnymi formacjami socjalistycznymi, a głównie z PPS. Już przed pierwszą wojną poglądy jego uległy znacznej ewolucji, poznałem go w czasie wojny, a po powstaniu NPR zaproponowałem mu przystąpienie do niej. Kulczycki doskonale wyczuł rodzaj zapotrzebowania programowego dla tego typu ruchu jak NPR i przedstawiony przez niego projekt spotkał się zarówno na kongresie, jak i w jego Komisji Programowej z życzliwym na ogół oddźwiękiem. W pracach tej Komisji wziął wybitny udział ksiądz doktor Paweł Kubina, proboszcz z Katowic, który niedługo potem otrzymał nominację na pierwszego biskupa w Częstochowie. W tym charakterze był on przewodniczącym misji społecznej episkopatu Polski w Komisji Programowej. Kongres uchwalając zasadniczo projekt Kulczyckiego, powierzył nowo wybranej radzie naczelnej ostateczne ustalenie jego tekstu. Rada zaraz na pierwszym konstytuującym posiedzeniu zadanie przygotowania tego tekstu powierzyła mnie. Równocześnie zostałem wybrany w tajnym głosowaniu członkiem Głównego Komitetu Wykonawczego (GKW), otrzymując największą liczbę głosów. Taki był plon piętnastu miesięcy mojego związania się z pomorską organizacją NPR...

1922
W tym brzemiennym dla pozycji NPR roku, szczególnie na obszarze byłej dzielnicy pruskiej, zarysowują się pierwsze elementy w różnicy poglądów między mną a warszawską ekipą kierującą, nazywaną potocznie w żargonie partyjnym „grupą inżynierów” (Adam Chądzyński, Jan Stanisław Jankowski, Edward Pepłowski, aby wymienić tylko najważniejszych). Zaniedbali oni całkowicie organizację terenu na głównym obszarze byłego Królestwa z wyjątkiem Łodzi i najbliższego okręgu, który stanowił odrębną i raczej frondującą formację. Przejściowo wprawdzie, dzięki inicjatywie jednego ze swojego grona doktora Jerzego Bujalskiego, zanosiło się na to, iż teren Galicji wykaże się poważniejszymi osiągnięciami. Nieszczególny jednak dobór współpracowników i opuszczenie terenu przez Bujalskiego, który przyjętym wśród elity NPR obyczajem został wiceministrem zdrowia publicznego, spowodował, iż organizacja małopolska nie osiągnęła większych rezultatów. W tych warunkach realnym elementem wpływów NPR były 3 województwa zachodnie plus województwo łódzkie. Otóż kierownicy góry partyjnej nie mieli najmniejszego zrozumienia problematyki politycznej i personalnej, jaka w ciągu wielu lat wytworzyła się zwłaszcza na Górnym Śląsku i w Poznańskiem. Nie miał jej przede wszystkim faktyczny wódz tej góry, poseł z Kaszub Chądzyński, wybrany po Brejskim prezesem klubu sejmowego NPR. Ustaliła się w opinii sprawozdawców parlamentarnych, wśród

których miałem wielu znajomych i przyjaciół, dość lekceważąca dla naszej powagi opinia, iż busolą orientacyjną Chądzyńskiego jako prezesa klubu było spoglądanie zawsze na to, jak głosuje ... PPS. Stąd jego bezkrytycyzm w stosunku do polityki Piłsudskiego, wobec którego w okresie Komisji Tymczasowej SSN (Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych), a także w czasie wojny przejawiał bardzo dużo krytycyzmu, w tym wypadku w przeciwieństwie do Jankowskiego, którego można by określić jako umiarkowanego piłsudczyka. Chądzyński ewoluował po okresie ostrej walki z rządem Moraczewskiego zdecydowanie w kierunku ślepego oddania wszystkim koncepcjom naczelnika państwa. Mógł on liczyć zawsze na nie mniej krytyczne poparcie Edwarda Pepłowskiego, któremu w swoim czasie, gdy był posłem Zagłębia do II Dumy rosyjskiej, Władysław Studnicki zrobił wyjątkową reklamę z powodu jedynego przemówienia, jakie wygłosił, a w którym kilkakrotnie uderzył pięścią w pulpit... Pepłowski miał utajoną tęsknotę do powrotu do prawowierności ortodoksyjnej z okresu kiedy NZR był częścią składową Ligi Narodowej, ale zostawszy pierwszym z ramienia NPR ministrem pracy w rządzie Paderewskiego, szybko dostosował się do radykalnie innej koniunktury ... Rok 1922 jest ostatnim rokiem suwerennego Sejmu. Przypadają na ten okres ważne dla przyszłości państwa wydarzenia, jak ostateczna uchwała konstytucji, ratyfikacja zawartego w Rydze z Rosją Sowiecką traktatu pokojowego i odbyty prawie w tym samym czasie plebiscyt na Górnym Śląsku. We wszystkich tych sprawach nie zarysowały się istotne różnice i utrzymywanie linii zbieżnej z polityką Piłsudskiego nie stawiało partii przed trudnościami. Powstały one w związku z dwoma faktami. Jednym była nie załatwiona kwestia Wileńszczyzny, ostatniego reliktu federacyjnej polityki Piłsudskiego na wschodzie, która o mały włos nie skończyła się katastrofą państwa, a drugim rodzaj rządu, jaki pod koniec roku będzie przeprowadzał wybory do pierwszego ordynaryjnego Sejmu. Dla uważnych obserwatorów było rzeczą niewątpliwą, że Piłsudski czuł się dobrze na stanowisku naczelnika państwa i nie wyobrażał siebie w Polsce w innej roli jak głowy państwa. Bezprzykładna krytyka konstytucji marcowej, w czasie uchwalenia której zachował nieprawdopodobną wprost bierność, była spóźnionym alibi dla tego decydującego faktu, jakim było przegranie przez Piłsudskiego wyborów w listopadzie 1922 roku, mimo że w województwach wschodnich, gdzie jedynie liczono się z aktywnością wpływu administracji, posunął się on bardzo daleko na rzecz bliskiej sobie listy kandydatów, która nie otrzymała ani jednego mandatu. Sprawa Wileńszczyzny spowodowała dwa przesilenia rządowe, sprawa zaś powołania rządu na okres wyborów zaznaczyła się ostrym kryzysem politycznym, w czasie którego doszło do jedynego w historii pierwszego Sejmu wypadku ustąpienia rządu w sposób prawidłowy, to jest przez wotum nieufności większości sejmowej. Ostrzejszym przejawem było niedopuszczenie przez Piłsudskiego do utworzenia rządu przez męża zaufania prawidłowo, według ustalonego trybu prawnego powołanego, rządu Wojciecha Korfantego. W tej ostatniej sprawie Piłsudski ujawnił ponad wszelką wątpliwość swoje tendencje dyktatorskie, lekceważenie obowiązującego prawa i narzucanie swej woli. Znalazł w tym poparcie nie tylko całej lewicy, ale i lewego centrum, jakie stanowiło w ówczesnym Sejmie stronnictwo byłego premiera Witosa. Witos mógł sobie pozwolić na poparcie Piłsudskiego przeciw Korfantemu, najwyższą lekkomyślnością jednak było włączenie się do tej akcji stronnictwa w takim stopniu związanego z układem politycznym byłej dzielnicy pruskiej jak NPR. Ten okres walk politycznych w Sejmie przeżywałem w Toruniu na stanowisku redaktora organu partyjnego z najwyższym niepokojem. Od dawna już bowiem, jeszcze z okresu mojego ząbkowania

politycznego w organizacji młodzieży narodowej, w gimnazjum, a zwłaszcza później, w okresie akademickim, interesowałem się bardzo sprawami zaboru pruskiego, studiując łapczywie z prasy tamtejszej, jaką otrzymywaliśmy w „Zarzewiu”, wszystkie przejawy życia narodowego naszych rodaków. Już wówczas było dla mnie jasne, jak wyjątkową osobistością polityczną i to na miarę historyczną, był syn robotnika śląskiego, Korfanty, który pierwszy rzucił hasło wyboru takich posłów, którzy w Berlinie zasiadać będą w Kole Polskim, a nie jak dotąd na ławach niemieckiego Centrum. Korfanty po zerwaniu z Ligą Narodową szukał dłuższy czas w bardzo uproszczonym układzie sił politycznych polskich w zaborze pruskim swego miejsca. W powołanym po klęsce Niemiec rządzie dzielnicowym w Poznaniu wysunął się jako najwybitniejszy jego członek, skupiając w swym ręku kierownictwo spraw politycznych i organizację armii wielkopolskiej, najlepiej zorganizowanej jednostki, jaką w 1920 roku otrzymał do dyspozycji Piłsudski. Gdy zapadła decyzja plebiscytu na Górnym Śląsku, został komisarzem plebiscytowym i nie było w Polsce ani jednego głosu przeciwko tej nominacji. Wtedy to wykupił legitymację członka bytomskiej filii NSR. Niechęć, jaką w Sejmie Ustawodawczym okazali mu członkowie klubu NZR, spowodowała, że zbliżył się ponownie do endecji, zostając członkiem sejmowego klubu ZLN, pomyślanego wówczas jako szeroka koalicja „obozu narodowego”. Nie dopuszczony przez Piłsudskiego do sprawowania władzy z pogwałceniem ustalonego przez suwerenny sejm procederu, został w wyborach przewidzianych na 5 listopada 1922 roku czołowym kandydatem listy państwowej Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej (nr 8), co w dużym stopniu przesądziło o powodzeniu tej listy, zwłaszcza w trzech województwach zaboru pruskiego. Zaangażowanie się klubu sejmowego NPR przeciwko kandydaturze Korfantego na premiera, i to w sposób wyjątkowo ostry, było całkowicie dziełem grupy łódzkiej, odgrywającej rolę wyraźnych agentów piłsudczyzny w partii, a wykonane zostało całkowicie przez Chądzyńskiego. Taktyka ta kosztowała NPR przy wyborach według najostrożniejszych obliczeń przynajmniej 8 mandatów w okręgach (na Śląsku 4, w Poznańskiem 3, na Pomorzu 2), co dawało co najmniej dwa dodatkowe mandaty z listy państwowej. W ten sposób NPR straciła przez zaangażowanie się przeciw Korfantemu 10 lub 11 mandatów. Nowy klub złożony z osiemnastu posłów i trzech senatorów dokonał pod przewodnictwem Wachowiaka dość radykalnej zmiany w zajęciu pozycji na szachownicy sejmowo-politycznej. Chociaż miałem pełne zrozumienie dla tej reakcji, uważałem, iż idzie ona znowu za daleko, nie licząc się z sentymentem wyborców i wynikającą z całokształtu sytuacji państwa rolą, jaką tego rodzaju stronnictwa jak NPR powinno odgrywać w tak skłóconym i politycznie właściwie niedojrzałym Sejmie jak ten, który dały wybory 1922 roku. Pozbawiona wszelkiego poczucia odpowiedzialności państwowej taktyka prawicy w sprawie wyboru prezydenta Rzeczypospolitej postawiła państwo niemal na progu wojny domowej po zabójstwie Gabriela Narutowicza, przed którą uratował je energiczny rząd generała Sikorskiego. Nie godząc się z nową orientacją Wachowiaka, sterującego wyraźnie w kierunku sojuszu z prawicą, nie przyjąłem proponowanego mi wyboru na sekretarza klubu i ograniczyłem się wyłącznie do pracy parlamentarnej jako członek dwóch komisji: administracyjnej i oświatowej.

1923

Od samego swego powstania rząd Władysława Sikorskiego zwalczany był przez zjednoczoną prawicę, po klub ChD (Chrześcijańskiej Demokracji) włącznie. Jej stanowisko zbiegło się z dążeniem kierowników PSL „Piast” - Wincentego Witosa i marszałka Sejmu Macieja Rataja - utworzenia większości mogącej stanowić stałe oparcie dla prac rządu i Sejmu. W ówczesnej geografii politycznej, biorąc pod uwagę istnienie liczebnie poważnego ugrupowania mniejszości narodowych, taka większość była jedynie realna, psychologicznie jednak była ona niemożliwą z uwagi na niedawne wypadki, które wykopały przepaść między lewicą a prawicą. W tej sytuacji uważałem, iż w interesie państwa leży umożliwienie Sikorskiemu możliwie najdłuższego sprawowania władzy, co było tym łatwiejsze, że już w ciągu pierwszych tygodni mógł się on wykazać konkretnymi osiągnięciami niemal we wszystkich dziedzinach. W tym punkcie byłem niezgodny z orientacją Wachowiaka i popierającą go większością klubu. Moje stanowisko znalazło pozytywny oddźwięk w dołach organizacyjnych. Ujawniło się to na zwołanym wiosną trzecim kongresie Narodowej Partii Robotniczej w Warszawie. Odbył się on w dość szczególnych okolicznościach. Po klęsce wyborczej prezes partii Jankowski zgłosił rezygnację, a Chądzyński przegrał z Wachowiakiem w walce o przewodnictwo klubu. Równocześnie statutowo przewidziany na 1922 rok kongres partyjny nie odbył się z powodu wyborów. Zwołana dla uregulowania tych spraw Rada Naczelna nieoczekiwanie dla mnie niemal jednogłośnie, bez żadnego sprzeciwu, nawet ze strony grupy Wachowiaka, wybrała mnie prezesem partii. Przyjąłem ten wybór, uznając, iż w danych warunkach stanowi on duże wzmocnienie pozycji rządu Sikorskiego i tak to zostało ogólnie w sferach politycznych ocenione, a z drugiej strony - nie chcąc dopuścić, aby z takim wysiłkiem zaledwie trzy lata temu zmontowana jedność obozu narodowo-robotniczego utknęła w trudnościach taktycznych. Już w przebiegu dorocznego zjazdu organizacji wojewódzkiej poznańskiej znalazłem potwierdzenie trafności mojego stanowiska. Zjazd ten przygniatającą większością głosów wypowiedział się przeciwko orientacji Wachowiaka i dokonał wyboru Zarządu Wojewódzkiego złożonego z przeciwników jego polityki. Między decyzją zwołania kongresu i ustalenia jego daty a terminem jego odbycia zaszły jednak dość istotne zmiany. Doszło do skutku zawarcie układu między „Piastem” a endecją i chadecją. W konsekwencji tego faktu rząd Sikorskiego musiał ustąpić. Wobec przebiegu zjazdu poznańskiego i zbliżającego się kongresu Wachowiak nie miał odwagi, mimo posiadanej w klubie większości, przyłączyć się do nowej koalicji. W głosowaniu jednak nad wotum ufności dla nowego rządu Witosa zapowiedział warunkowe poparcie go przez NPR. Wbrew tej zapowiedzi, nie mającej za sobą uprzedniej uchwały klubu, prawie połowa, bo ośmiu posłów ze mną i Chądzyńskim, nie wzięła udziału w głosowaniu, czego nie omieszkała odpowiednio skomentować opozycyjna prasa. Wachowiak dał wówczas wywiad do popierającego rząd „IKC”, iż posłowie ci zostaną pociągnięci do odpowiedzialności organizacyjnej, co zresztą nie nastąpiło. Kongres NPR miał przebieg spokojny. Wachowiak, wobec niepewności sytuacji, w referacie sprawozdawczym zajął stanowisko wyczekującej rezerwy, mnie zaś równocześnie zależało przede wszystkim na zademonstrowaniu jedności partii, tym bardziej koniecznej, iż od samego początku nie wierzyłem w solidność rządowej koalicji ze względu na stosunki w najważniejszym jej członie, to jest w klubie „Piasta”. Z tą myślą skoncentrowałem swoje zabiegi nad uchwaleniem przez kongres rezolucji, która określiłaby stanowisko wobec niedocenionego w naszym programie, a tragicznie zaktualizowanego przez towarzyszące pierwszemu wyborowi wydarzenia problemu polityki wobec

mniejszości narodowych. Rezolucja ta2 została uchwalona jednogłośnie, jest to na przestrzeni istnienia NPR jedyny dokument określający stanowisko partii. Pełny jego tekst znajduje się w przedwojennym wydawnictwie Alicji Bełcikowskiej, zawierającym dokumentacją działalności stronnictw politycznych dwudziestolecia. Mimo iż mogłem liczyć na poparcie zdecydowanej większości kongresu, uchyliłem się od kandydowania na stanowisko prezesa partii, zdając sobie sprawę, że wobec determinacji Wachowiaka przyłączenia się do wytworzonej większości parlamentarnej nieunikniony był konflikt między kierownictwem partii a większością klubu sejmowego. Uznałem, że Chądzyński bardziej się nadaje do prowadzenia polityki szukania kompromisu i wysunąłem jego kandydaturę. Mimo to poważna mniejszość członków Rady Naczelnej oddała głosy na mnie. Prasa endecka wybór Chądzyńskiego skomentowała jako dowód znamiennych zmian w postawie NPR, gdzie prezesem, w miejsce masona Popiela, został narodowiec Chądzyński. Komentarz ten należy zestawić z przestrogą - jakiej mi nie szczędził dwa lata przedtem (2 maja 1921) Roman Dmowski podczas parogodzinnej rozmowy w jego mieszkaniu w Poznaniu - przed Chądzyńskim, co do którego ma niezbite dane świadczące, iż jest członkiem masonerii... Rezygnując z prezesury wchodzę jednak do GKW (Głównego Komitetu Wykonawczego) i zostaję jednym z trzech wiceprezesów partii. Przed kongresem jeszcze uzyskuję z ramienia klubu poważne wzmocnienie pozycji na terenie sejmowym przez wybór na prezesa sejmowej komisji regulaminowej i nietykalności poselskiej. Sytuacja polityczna rozwija się po linii przewidywanej przeze mnie na kongresie. Rząd Witosa nie zdołał opanować sytuacji gospodarczej. Szarpany wewnętrznymi rywalizacjami, a we własnej partii ambicjami personalnymi, ustępuje w początkach grudnia w wyniku drugiego z kolei rozłamu. NPR
2

Uchwała III Kongresu NPR (20-21 maja 1923) w sprawie mniejszości narodowych, przyjęta na wniosek posła Popiela Zblokowanie się żywiołów żydowskich, niemieckich, białoruskich, rosyjskich i ukraińskich podczas ostatnich wyborów i tragiczne wypadki grudniowe, wstrząsnęły do głębi życiem publicznym i na czoło zagadnień politycznych wysunęły stosunek Państwa i narodu polskiego do tak zwanych mniejszości narodowych. Wobec tego III ogólnokrajowy Kongres NPR uznaje konieczność ustalenia poglądów w tej tak drażliwej, a zarazem doniosłej sprawie i w tym celu deklaruje: 1. Rzeczpospolita Polsko jest Państwem narodowym, a nie narodowościowym; 2. Naród Polski jest zarówno z mocy traktatów międzynarodowych, jak i z mocy własnej Konstytucji, przyrodzonym gospodarzem Państwa Polskiego; 3. Rola gospodarza polega na zajmowaniu przez naród polski stanowiska naczelnego wśród równouprawnionych pod względem formalnoprawnym narodowości, podobnie jak religia katolicka zajmuje stanowisko naczelne pośród równouprawnionych w Polsce wyznań; 4. Prawa swobodnego rozwoju kulturalnego przyznane mniejszościom narodowościowym przez Ustawę Konstytucyjną z dnia 17 marca 1921 winny być stosowane szczerze i konsekwentnie, zgodnie z tradycją Państwa Polskiego i postulatami nowoczesnej demokracji; 5. Korzystanie z praw konstytucyjnych przez mniejszości narodowościowe winno iść w parze z przestrzeganiem istotnej ich lojalności w stosunku do Państwa Polskiego; 6. Polityka rządu winna liczyć się z faktem, że poszczególne mniejszości narodowościowe różnią się między sobą zarówno przeszłością historyczną, jak i stopniem aspiracji politycznych; 7. Uciekanie się do metod drażniących mniejszości narodowościowe, odrzucanie z góry wszelkich z ich stron dążności do współpracy w ramach Konstytucji i obowiązujących ustaw należy uważać za niezgodne z interesem Państwa i jego siłą; 8. Rozwiązanie kwestii żydowskiej w Polsce zależy przede wszystkim od rozkwitu polskiej twórczości ekonomicznej, zwłaszcza zaś od stopniowego przekształcania ustroju kapitalistycznego przez rozszerzenie sfery własności społecznej i ruchu spółdzielczego.

w końcowym okresie istnienia tego rządu zajęła stanowisko zdecydowanej opozycji. Odbyło się to bez wstrząsu, gdyż Wachowiak tymczasem złożył przewodnictwo, w kilka miesięcy zaś później także mandat poselski, uzyskując od nowego premiera Władysława Grabskiego upragnione stanowisko wojewody (pomorskiego).

1925
Stanowisko NPR wobec pozaparlamentarnego rządu Grabskiego jest analogiczne jak całej reszty opozycji przeciwko rządowi Witosa. Po krótkim okresie przewodnictwa Waszkiewicza, przez który to krok Wachowiak usiłował zagrodzić drogę do prezesury klubu mojej kandydaturze, w połowie tego roku sytuacja się wyjaśnia. Waszkiewicz, urodzony i złośliwy opozycjonista, czuł się fatalnie w roli odpowiedzialnego kierownika klubu i po jego rezygnacji dawna większość zaofiarowała mi przewodnictwo. Uważając że Grabski z dużym powodzeniem po przeprowadzeniu reformy walutowej steruje polityką państwa przy tak nieodpowiedzialnym i politycznie niedojrzałym Sejmie, starałem się ustawić politykę NPR na platformie czysto rzeczowej. Zachowując pełną niezależność wobec rządu, udzielaliśmy mu poparcia we wszystkich inicjatywach zarówno gospodarczych, jak i politycznych w rodzaju na przykład pierwszych prób załatwienia postulatów ukraińskich w sprawie szkolnictwa. Wprawdzie były one dość nieśmiałe, a może nawet ryzykowne, jak ustawa o szkołach utrakwistycznych, były jednak bezsprzecznie ruszeniem z martwego punktu. Polityka ta jednak nie została doprowadzona do końca z winy oryginalnego sojuszu między jej przeciwnikami, to jest endecją i rozrzuconymi po ugrupowaniach centrum i lewicy piłsudczykami. Ujawniło się to najdobitniej w sprawie projektu powołania do życia uniwersytetu ukraińskiego, przeciwko czemu akcję organizowali między innymi w PPS lwowski poseł Artur Walenty Hausner, a w NPR ... łódzki „radykał” Waszkiewicz... Niespodziewana stabilizacja rządu Grabskiego zdawała się wróżyć narastanie w Sejmie większego poczucia odpowiedzialności, z czym większości jego przywódców, wyrosłych w tradycjach najgorszego wzoru parlamentaryzmu, jakim był austriacki, trudno się było pogodzić. W końcowej fazie swego istnienia rząd ten potknął się o dwie różnego charakteru przeszkody: trudny proces dostosowania się koniunktury gospodarczej do stałej waluty, a w następstwie jej spadek i wzrost bezrobocia oraz dominujący zatarg o koncepcję ustroju naczelnych władz wojskowych. Niezwykłą wprost demonstracją nienaturalnego stanu rzeczy w Sejmie był fakt, że pierwszy czołowy reprezentant PPS w rządzie, Moraczewski, za najważniejszą sprawę uważał powrót Piłsudskiego do czynnej służby i objęcie w wojsku naczelnego stanowiska, faktycznego wodza naczelnego. Między jednak koncepcją takiego urzędu w pojęciu obu ministrów spraw wojskowych, najpierw Sosnkowskiego, a później Sikorskiego, a projektem Piłsudskiego leżała niemożliwa do uzgodnienia przepaść. Wielomiesięczne próby Grabskiego doprowadzenia do jakiegoś kompromisu spełzły na niczym wobec uporu Piłsudskiego, odrzucającego wszelkie próby ustalenia roli Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych zgodnie z obowiązującą konstytucją. Licząc się z tym stanem rzeczy, przeprowadzam na jesiennym zebraniu Rady Naczelnej NPR uchwałę postulującą powołanie rządu szerokiej koalicji politycznej jako jedynej mającej szanse opanowania i rozwiązania istniejących trudności. Uchwała ta spotkała się z ironicznym przyjęciem, zwłaszcza w bliskich Piłsudskiemu organach prasy warszawskiej. W zaledwie kilka tygodni później proponowane

przeze mnie rozwiązanie - niezależnie od trafności jego wykonania - stało się faktem. Powstał rząd szerokiej koalicji od PPS do ZLN, od udziału w którym uchyliło się tylko najbliższe Piłsudskiemu PSL „Wyzwolenie”, które tymczasem zostało znacznie liczebnie osłabione licznymi secesjami zarówno w kierunku skrajnej lewicy, jak i centrum, łącznie z wystąpieniem demonstracyjnym swego prezesa i bezsprzecznego lidera Stanisławo Thugutta. Stanowisko, jakie zająłem w czasie przesilenia, ściągnęło na mnie ataki z obu skrajnych skrzydeł szachownicy politycznej. Zapytany przez prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o ewentualne stanowisko mego klubu wobec dwóch możliwości rozwiązania kryzysu: rząd koalicyjny lub większości parlamentarnej, wypowiedziałem się zdecydowanie za pierwszą formułą, nie tając, że ta druga stawia nas w dość trudnej sytuacji taktycznej. W istniejącym układzie sił realne są tylko dwa rozwiązania „większościowe”: rząd centrowo-prawicowy, w którym NPR byłaby na lewicy i znacznie mniej realny, bo zakładający udział mniejszości narodowych - rząd centrowo-lewicowy, w którym przy prawdopodobnej nieobecności „Piasta” przypadłaby nam rola skrzydła prawicowego. Wypowiedź ta, która przedostała się do prasy, naraziła mnie na szereg złośliwych anonimów, pochodzących niedwuznacznie z kół prawicowych. Znacznie groźniejsze w skutkach było zajęcie przeze mnie stanowiska wobec interwencji Piłsudskiego, który zarówno przez swoją wizytę u prezydenta, jak i zorganizowaną przez jego ludzi demonstrację oficerów w Sulejówku, postanowił uzyskać rozwiązanie kryzysu pod takim wyłącznie kątem widzenia, iż najważniejszą sprawą państwową jest jego powrót do wojska i to na stanowisko „wielkiego hetmana koronnego”. Osią tych aktów było niedopuszczenie Sikorskiego do piastowania teki ministra spraw wojskowych. W trakcie rozmowy z desygnowanym na premiera Aleksandrem Skrzyńskim zażądałem od niego wyjaśnień odnośnie do tych metod, niedopuszczalnych w państwie praworządnym o demokratycznym systemie rządów. Skrzyński uchodził do niedawna za bliskiego przyjaciela Sikorskiego. Sikorski bowiem wyciągnął go w 1922 roku na szersze forum polityki państwowej, powołując do swego rządu jako ministra spraw zagranicznych po niezbyt wyróżniającym się stażu na stanowisku posła Rzeczypospolitej Polskiej w Bukareszcie, a po raz drugi po ustąpieniu w rządzie Grabskiego, przeparł wbrew opozycji prawicy jego nominację na ministra spraw zagranicznych. Toteż było wielką dla mnie niespodzianką, gdy ten lewicujący hrabia, nie tając bynajmniej tytułu wdzięczności, jaki ma wobec Sikorskiego, wręcz mi oświadczył, iż rebus hic stantibus, Sikorski musi ustąpić wobec wymagań Piłsudskiego. Nic dziwnego, że pod tym kątem widzenia prowadzona dyskusja znacznie się przedłużyła, co w kuluarach sejmowych, a zwłaszcza wśród oczekujących na „nowinki” dziennikarzy wywołało niemałe zaciekawienie. Ani nie chciałem, ani nie mogłem zaspokoić ciekawości dziennikarzy. Następnego dnia sprawa stała się głośną, przy czym było jasne, iż Skrzyński dla wzmocnienia swojej pozycji wobec Piłsudskiego i lewicy nie zachował elementarnej dyskrecji, do jakiej był zobowiązany. Równocześnie na tajemniczy jakiś sygnał w dziennikach inspirowanych już wówczas przez ludzi Piłsudskiego zaczęły się „rewelacje” na temat nadużyć w dostawie masek gazowych do armii, w które wmieszany był związany z NPR Bank Zjednoczonych Kooperatyw. Była to pierwsza przygrywka do głośnej sprawy, która w całej pełni wybuchła dopiero w 6 miesięcy później, po zwycięskim przewrocie... Mimo niepowodzenia rozmów ze Skrzyńskim, bierzemy udział w jego rządzie, delegując na zaoferowane nam stanowisko ministra kolei Chądzyńskiego. Z miejsca okazuje się wszakże, że

istnienie i działalność tego rządu zależy od dwóch wzajem wykluczających się najczęściej czynników. Z jednej strony chodzi o ten zakres swobody, jaki premierowi daje Piłsudski, z drugiej jak dalece możliwy jest kompromis między stanowiskami dwóch jego skrzydeł: PPS i ZLN. W tej sytuacji nie tylko NPR, ale i pozostałe stronnictwa centrum „Piast” i ChD właściwie się nie liczą. Istotne decyzje zapadają poza nimi. NPR na przykład zostaje postawiona wobec faktu zgody na obniżkę uposażeń urzędników i pracowników państwowych, przeciwko czemu zmuszony jestem wystosować na ręce premiera mocny protest. W podobny sposób rozstrzygnięta zostaje kluczowa, jak się okazało później, sprawa obsadzenia teki ministra spraw wojskowych. Został nim generał Żeligowski, genialnie wprost przez Piłsudskiego wybrane ślepe narzędzie jego woli, sam zaś proceder tej nominacji został tak zręcznie przeprowadzony, iż projektodawcą tej nominacji był prezes Zarządu Głównego ZLN poseł Jan Załuska. Zaalarmowany już pierwszymi przesunięciami Żeligowskiego, decyduję się na rozmowę z najwybitniejszą indywidualnością polityczną rządu, Stanisławem Grabskim. W długiej rozmowie orientuję go w całym splocie zakulisowych, a nie znanych zupełnie mu faktów, zaczynając od długonocnej rozmowy Skrzyńskiego z Piłsudskim bezpośrednio po utworzeniu rządu, aż do planu posunięć, które znawcy stosunków w wojsku określają jako planowe przygotowanie zamachu wojskowego. Grabski jest tymi faktami zaskoczony, podważają bowiem one jego najnowsze przeświadczenie, że Piłsudski da się „uspokoić”, a Żeligowski będzie najlojalniejszym ministrem rządu, który, gdy tego zajdzie potrzeba, nie zawaha się nawet zaaresztować Piłsudskiego. Prosi o kilka dni zwłoki dla sprawdzenia mojej informacji i obiecuje solennie kontynuowanie rozmowy. Doszło do niej dopiero po z górą pięciu miesiącach, po dymisji rządu Skrzyńskiego.

1926
W pierwszych dniach tego roku uruchamiamy w Warszawie nieoficjalny organ NPR w formie nowego typu dziennika popularnego pod nazwą „Głos Codzienny”. Niska jego cena (5 groszy) powoduje, że pismo spotyka się z wyjątkowym wprost przyjęciem. W ciągu niespełna kwartału nakład jego dochodzi do 100 tysięcy egzemplarzy. Oceniamy to jako pomyślną wróżbę dla zmontowania w Warszawie organizacji terenowej odpowiadającej potrzebom chwili. Pełniąc równocześnie obowiązki prezesa partii, rozwiązuję elementarną zdawało by się w każdej organizacji politycznej sprawę powołania stałego sekretariatu organizacyjnego partii, którego NPR od samego początku swego istnienia była pozbawiona. Te konieczne, a bardzo niestety spóźnione zabiegi nie miały już owocować na skutek nieprzewidzianego rozwoju wypadków. Już w pierwszych dniach lutego wybucha kryzys w rządzie. Ustępuje zeń Moraczewski, nie mogąc się doczekać (minister Robót Publicznych!) załatwienia sprawy powrotu Piłsudskiego do wojska. W Radzie Naczelnej PPS jest jeszcze większość przeciwko kapitulacji przed dyktatorskimi zachciankami Piłsudskiego. W miejsce Moraczewskiego wydelegowany zostaje do rządu prezes klubu Norbert Barlicki. Nie uratowało to istnienia rządu na dłużej jak na niecałe 10 tygodni. Rośnie fala bezrobotnych. Przychodzi nowy spadek kursu złotego. Minister skarbu, wobec trudności z uzyskaniem pożyczki, nie widzi innego wyjścia jak kontynuowanie dotychczasowych zabiegów (obniżka płac, redukcje personelu). Wreszcie 20 kwietnia ministrowie socjalistyczni podają się do

dymisji. Skrzyński decyduje się kierować kadłubowym rządem nie dłużej jak przez najbliższe 2 tygodnie i po przebrnięciu przez 1 i 3 maja zgłasza dymisję. Już w związku z ustąpieniem ministrów socjalistycznych mam bardzo złą prasę. Większość jej („Kurier Poranny”, prasa czerwona) uważa za rzecz najzupełniej normalną, że NPR powinna iść w ogonie PPS. Toteż, gdy po ustąpieniu socjalistów komunikuję dziennikarzom, iż zadania, dla których powołany został rząd koalicyjny, nie zmieniły się, a chwila na wywołanie przesilenia jest najgorzej wybrana i przedstawiciel NPR nie poda się do dymisji, zaczyna się huragan ataków. Równocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że nieuniknione przesilenie postawi z jeszcze większą jaskrawością konieczność wyboru między jednymi dwiema możliwościami: albo rząd większości parlamentarnej, zdecydowany na kontynuowanie dotychczasowej polityki, albo rząd pozaparlamentarny, z natury rzeczy słaby i mimo woli przygotowujący grunt do rozwiązania antyparlamentarnego i antydemokratycznego. Że takie rozwiązanie się przygotowuje, miałem wiadomości bardzo konkretne, a to przez generała Sikorskiego, do którego zgłosił się jeden z zaufanych oficerów informując o swej rozmowie z pułkownikiem Abrahamem, który wracając rano z Woli w stanie mocno podchmielonym, będąc przekonany, iż jego rozmówca należy do „wtajemniczonych”, poinformował go o całonocnej misji, jaką spełniał agitując po szynkach na rzecz „czynu Komendanta”, który skończy wreszcie z istniejącym bałaganem. Poinformowałem o tym moich najbliższych przyjaciół z kierownictwa NPR, dla większości z nich jednak miarodajnym było przekonanie ministra Chądzyńskiego, który mi wręcz zarzucił, że i ja, i mój przyjaciel Sikorski cierpimy na manię prześladowczą na punkcie Piłsudskiego. Udzielił mu poparcia kierownik ministerstwa pracy Jankowski, usiłujący nas przekonać, iż nie widzi motywów, dla których Piłsudski przygotowywałby zamach stanu... Z chwilą otwarcia przesilenia zdawałem sobie sprawę z tego, że może ono się rozwinąć w kierunku takiego rozwiązania, które znakomicie ułatwi Piłsudskiemu przeprowadzenie zamachu, to jest powierzenia misji tworzenia rządu Witosowi, do czego dwukrotnie w wywiadach prasowych nawiązywał Skrzyński, uważając to za najlogiczniejsze wyjście z sytuacji. Aby do tego nie dopuścić, na pierwszej zaraz naradzie prezesów owej kadłubowej koalicji wysunąłem projekt powołania rządu większości parlamentarnej (ZLN, ChD, PSL „Piast” i NPR), ale pod przewodnictwem takiej osobistości, wobec której Piłsudski zawahałby się przed uciekaniem do zamachu. Jako takiego kandydata widziałem Sikorskiego. Propozycja moja nieoczekiwanie spotkała się z przyjęciem pozytywnym i postanowiono, by nie czekając na zwyczajowe sondowanie opinii przez prezydenta, przedstawić mu kandydaturę Sikorskiego, co znakomicie ułatwiłoby szybkie załatwienie kryzysu. Do misji tej wydelegowani zostali prezesi dwóch najliczniejszych klubów: Głąbiński i Witos. Wynik ich misji był negatywny. Prezydent Wojciechowski nie szczędząc Sikorskiemu jak największych pochwał oświadczył, iż jego nominacja na premiera byłaby wypowiedzeniem wojny Piłsudskiemu, bez porozumienia z którym nie widzi on wyjścia z kryzysu. W zakończeniu oświadczył, że jeśliby stronnictwa większości nalegały wbrew jego przestrogom na powierzenie misji Sikorskiemu, to on oczywiście to uczyni, z tym jednakże, iż zaraz po ukonstytuowaniu nowego rządu zgłosi rezygnację ze stanowiska prezydenta. Wobec takiej perspektywy kluby nawet najbardziej zaangażowane przeciw Piłsudskiemu jak ZLN, odstąpiły od kandydatury Sikorskiego. Znalazłszy się w bardzo trudnej i delikatnej sytuacji usiłowałem zablokować kandydaturę Witosa, powołując się na przykre wspomnienia upadku jego rządu w 1923 roku przez wysunięcie kandydatury prezesa ChD Józefa Chacińskiego, któremu też prezydent

powierzył misję tworzenia rządu. Chaciński zabrał się do wykonania tej misji w sposób od początku świadczący, iż nie tylko nie wierzy w jej powodzenie, ale po prostu ma lęk przed jej ewentualnym udaniem. Wtedy to wypłynęła kandydatura Witosa... Raz jeszcze prezydent interweniował w rozwiązanie przesilenia po linii zagwarantowania powodzenia planów zamachowych Piłsudskiego. Witos nie wykluczał możliwości zamachu ze strony Piłsudskiego mimo solennych zapewnień prezydenta, iż Piłsudski jest jak najbardziej daleki od tej myśli, o czym go wyraźnie w rozmowie zapewnił. Na wszelki jednak wypadek chciał mieć Sikorskiego w rządzie, a skoro powierzenie mu teki wojskowej okazało się niemożliwym, wykombinował, iż powierzenie funkcji ministra spraw wewnętrznych Sikorskiemu nie powinno być uważane za prowokowanie Piłsudskiego. Zwrócił się wówczas do mnie, abym wyjechał do Lwowa i w jego imieniu próbował przekonać Sikorskiego do przyjęcia teki ministra spraw wewnętrznych. Wyraziłem na to zgodę, ale przewidując upór prezydenta doradziłem Witosowi, by się wpierw upewnił, czy i tego projektu nie będzie uważał za „wypowiedzenie wojny” Piłsudskiemu. Przewidywanie moje okazało się trafne. W tych warunkach nie pozostało Witosowi nic innego jak powierzenie spraw wewnętrznych chadeckiemu senatorowi Stefanowi Smólskiemu.

Po zwycięskim zamachu
Po zwycięstwie Piłsudskiego sprawą kluczową dla wyprowadzenia nawy państwowej na tory uspokojenia i praworządności była kwestia wyboru odpowiedniego kandydata na stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Było rzeczą oczywistą, iż kandydatem takim nie mógł być bojowy przeciwnik zwycięskiego rebelianta. Polska posiadała jednak wówczas poważny zespół ludzi, wybitnych uczonych o przeszłości politycznej, spośród których można było wybierać kandydata o wysokich kwalifikacjach politycznych i moralnych na miarę przeżywanego okresu. Zespołem, w którym należało szukać tego rodzaju kandydata, było środowisko dawnych stańczyków krakowskich, w nowej rzeczywistości politycznej nie odgrywające aktywnej roli. Otóż było rzeczą znamienną, że w niewytłumaczony zupełnie sposób Warszawa zaczęła z miejsca mówić o możliwości kandydatury byłego namiestnika Galicji, autora monumentalnych Dziejów Polski, profesora Michała Bobrzyńskiego. Jako najbardziej charakterystyczny w tym względzie przejaw zanotować muszę rozmowę z prezesem Klubu Chrześcijańsko-Narodowego profesorem Edwardem Dubanowiczem, który sugerował mi wysunięcie publiczne tej kandydatury. Nie mogłem się tego podjąć, znalazłszy się w pierwszej linii atakowanych, obok Witosa i Korfantego, z tytułu naszej odpowiedzialności w okresie przedzamachowym. Nie odmówiłem sobie jednak satysfakcji ostrej oceny kampanii, jaką przeciwko Bobrzyńskiemu i jego ugrupowaniu prowadził od lat obóz, z którym Dubanowicz był tak ściśle związany. Kampania, jaką na temat rzekomej kandydatury Bobrzyńskiego prowadziła pod dyktando kwatery prasowej Piłsudskiego prasa czerwona, dowodziła jak dalece obawiał się on tego, aby Bobrzyński przypadkiem nie zasiadł w Belwederze. W końcu i tę sprawę rozegrał Piłsudski z wyjątkową zręcznością, doprowadzając do tego, iż odpowiedzialności za przeprowadzenie wyborów najbardziej powolnego narzędzia, jakie mógł znaleźć w gronie ewentualnych kandydatów, podjął się ludowiec marszałek Rataj. Wyczerpującą relację na ten temat ogłosiłem w „Zeszytach Historycznych” nr IX, Paryż 1966.

1927
Piłsudski doszedł do władzy pod hasłem: nie może być za dużo w państwie nieprawości. W związku z tym pod zarzutem najrozmaitszego rodzaju nadużyć zarządził zaaresztowanie szeregu generałów, jak szefa sztabu kampanii 1920 roku, a w okresie przewrotu głównodowodzącego wojsk wiernych przysiędze Tadeusza Rozwadowskiego i dowódcę ugrupowania oddziałów poznańskich, wezwanych na pomoc rządowi Witosa, a w latach 1924-1925 zastępcę szefa administracji w Ministerstwie Spraw Wojskowych Michała Żymierskiego. Wydawane przez kwaterę prasową Piłsudskiego „Nakazy Chwili” uczyniły mnie współodpowiedzialnym w „przestępstwach” Żymierskiego. Nie przeszkodziło to pełniącemu obowiązki marszałka sejmu podczas choroby Rataja, Ignacemu Daszyńskiemu zwrócić się do mnie z oryginalną propozycją podjęcia się referatu o prowizorium budżetowym dla nowego rządu Kazimierzą Bartla, co jednocześnie równało się udzieleniu temu rządowi wotum zaufania ze strony Sejmu. Oczywiście misji tej się nie podjąłem. We wszystkich jednak sprawach, gdzie tego wymagał interes państwa, pilnowałem, aby NPR hamowała swoje nastawienie emocjonalne wobec autora przewrotu. Wyraziło się to najdosadniej przy uchwaleniu noweli do ustawy konstytucyjnej, która za punkt wyjścia wzięła zresztą projekt reformy zgłoszony na parę tygodni przed przewrotem przez kluby obalonej później większości. Taktyka ta jednak musiała ulec zmianie, gdy nowy reżym niepewny poparcia społeczeństwa zaczął stosować taktykę ośmieszania Sejmu i rozmaitych złośliwości interpretacyjnych w stosowaniu przepisów konstytucyjnych w sprawie na przykład zwoływania nadzwyczajnych sesji. Równocześnie unikał on jedynego logicznego wyjścia, do którego parła popierająca go lewica, to jest rozwiązania ciał ustawodawczych i zarządzenia nowych wyborów. Wytworzyło to do tego stopnia nieznośną atmosferę, że już po roku, wiosną 1927, nawet niechętna przyspieszonemu terminowi wyborów prawica gotowa była zaakceptować to rozwiązanie. Sytuacja jednak była praktycznie niewykonalna wobec faktu, że według nowego tekstu konstytucji przedterminowe rozwiązanie należało do prerogatyw prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na wniosek rządu. Przez niedopatrzenie wypuszczono z poprzedniego tekstu przepis o samorozwiązalności Sejmu i Senatu, który normalnie był odskocznią dla demagogicznych rozgrywek wewnętrznopolitycznych, ale w nowej sytuacji mógł się okazać zbawiennym wyjściem. Na poufnej naradzie przywódców stronnictw u marszałka Rataja, szukających rozpaczliwie wyjścia z trudnej do zniesienia sytuacji moralno-politycznej, w jakiej nowy reżym postawił stronnictwa, zaproponowałem przywrócenie przepisu o samorozwiązalności. Wypowiedziały się za tym wszystkie stronnictwa i z odnośną inicjatywą ustawodawczą wystąpiła PPS. Równocześnie w prasie ujawniono źródło tej inicjatywy. Uczynił to sędziwy publicysta Andrzej Niemojewski w wydawanej przez siebie „Myśli Niepodległej”, w głośnym artykule pod tytułem Wniosek posła Popiela. Wystarczyło to, aby w sztabie reżymu zanotowano jeszcze jedno moje nowe „przestępstwo”. Sam wniosek nie doczekał się załatwienia, gdyż od chwili jego uchwalenia w pierwszym czytaniu nie dopuszczono do odbycia ani jednej sesji parlamentarnej, mimo zgłaszania parokrotnie pod tym względem przewidzianych w konstytucji inicjatyw poselskich.

Proces generała Żymierskiego
Michał Żymierski był pierwszym zastępcą szefa administracji w centrali Ministerstwa Spraw Wojskowych. Zamianowany był przez Sosnkowskiego, mimo iż wyłamał się on stosunkowo dość wcześnie z klanu piłsudczyków, jeszcze w okresie legionowym, w okresie kryzysu na temat przysięgi. Wyróżniał się inicjatywą i ruchliwością. Po ustąpieniu Sikorskiego i objęciu ministerstwa przez Żeligowskiego, otrzymał bezterminowy urlop, zachowując pełne uposażenie i mieszkanie służbowe. Został zaaresztowany dopiero w końcu maja, gdy już uruchomiono w pełni aparat represyjny wobec oficerów, którzy w okresie przewrotu znaleźli się po stronie przeciwnej Piłsudskiemu. Sikorski w trosce o prawidłowy bieg czynności i odpowiedzialności w powierzonym mu ministerstwie, wydał zarządzenie, iż wszelkie wnioski o umowy w zakresie dostaw czy kontraktów itp. mogą być tylko wtedy rozpatrywane na najwyższym szczeblu, jeżeli będą miały zgodną opinię tak szefostwa administracji, jak i Korpusu Kontrolerów. Otóż szefem tego Korpusu był - nawiasem mówiąc mój dawny kolega gimnazjalny - generał doktor Roman Górecki, który służbę legionową spędził w ck komendzie Legionów jako oficer rachunkowy. Dopiero w niepodległej Polsce stał się on nagle piłsudczykiem i to do tego stopnia zaawansowanym, iż stanął na czele polskiej sekcji Fidacu (międzynarodowa organizacja kombatantów). Jeżeli więc znaleziono w urzędowaniu Żymierskiego materiały świadczące o nadużyciach, to w równym stopniu odpowiedzialność za to ponosił Górecki. Tymczasem nie tylko nie został on pociągnięty do odpowiedzialności, ale nawet występował przed wojskowym sądem karnym, który sądził Żymierskiego, jako główny świadek oskarżenia. Nie było dla nikogo jako tako zorientowanego w sytuacji tajemnicą, że Żymierski jest ofiarą opinii, która czyniła go człowiekiem szczególnie bliskim Sikorskiemu, co absolutnie nie odpowiadało rzeczywistości. Przez jego uwięzienie i przedłużanie śledztwa zmierzał Piłsudski do takiego rozmiękczenia Żymierskiego, w którym byłby on skłonny w pewnym momencie ratować się przez oskarżenie Sikorskiego. W jakimś dziewiątym czy dziesiątym miesiącu śledztwa został Żymierski za specjalnym pozwoleniem Piłsudskiego przywieziony do łoża umierającej matki i w czasie parogodzinnego tam pobytu prosił mnie przez swego brata o odwiedzenie. Wówczas to w niezwykle dramatycznych okolicznościach, bo podczas odbywającej się w sąsiednim pokoju spowiedzi matki, opowiedział mi, iż kilka dni temu został przewieziony przez pułkownika Aleksandra Prystora do Belwederu późnym wieczorem i miał tam dłuższą rozmowę z Piłsudskim odbytą w niezwykłej zupełnie atmosferze współczucia i serdeczności. Piłsudski rozpoczął od tego, iż objął władzę w Polsce na długo i zdecydowany w niej zrobić generalny porządek. Ubolewał potem nad losem Żymierskiego, że przypadł mu w ministerstwie przydział do tak niewdzięcznej pracy jak administracja, gdzie się ma do czynienia z najgorszymi cechami ludzkiej ułomności. Gdy zrobicie kontrakt z jednym petentem, po najbardziej ostrożnych przygotowaniach i sprawdzeniach, to wszyscy inni konkurenci będą opowiadali, że to za łapówkę. Dlatego na przyszłość, po przebrnięciu szczęśliwym obecnego epizodu, odradza Żymierskiemu kontynuowanie pracy w dziedzinie administracji. Widzi go natomiast na bardziej odpowiadającym jego kwalifikacjom stanowisku szefa wyższej szkoły wojennej. Przygotowawszy w ten sposób atmosferę i upewniwszy Żymierskiego, że śledztwo formalnie będzie zakończone w najbliższych dniach, postawił nagle Piłsudski pytanie: Wyście tak blisko byli Sikorskiego, powiedzcie szczerze, jakie on robił interesy? Opowiadający mi to Żymierski wyznał, iż gdy to usłyszał, miał uczucie, iż rozbudzone przed chwilą nadzieje gruntownie się załamały. Niemal płaczliwym

głosem odpowiedział: Komendancie, w obliczu mej najdroższej, umierającej obok matki, oświadczam, że o żadnych interesach Sikorskiego nic nie wiem, w ministerstwie praca była rzetelna i uczciwa... W tym momencie następuje radykalna zmiana w grze Piłsudskiego, robi się oschły i gniewny: a więc nawet w takiej chwili bronicie Sikorskiego... Po czym uznał rozmowę za zakończoną i Żymierski wrócił do więzienia. Nie mogąc w takich warunkach uratować się oskarżeniem Sikorskiego, musiał Żymierski ponieść konsekwencje. Proces jego trwał parę tygodni. W pewnym jego okresie, po przesłuchaniu mnie jako świadka, miałem rozmowę z marszałkiem Sejmu, w wyniku której zgłosiłem z własnej inicjatywy rezygnację ze stanowiska przewodniczącego komisji regulaminowej i nietykalności poselskiej, oświadczając gotowość stanięcia przed sądem marszałkowskim dla rozpatrzenia stawianych mi w prasie sanacyjnej w związku z tym procesem zarzutów. W oparciu o moje pismo marszałek Rataj zażądał od ministra spraw wojskowych przesłania akt sprawy sądowej Żymierskiego. Upłynęło wiele miesięcy, żądanie to pozostało bez odpowiedzi, natomiast w połowie września w związku ze zwołaną sesją Sejmu, ostatnią przed upływem jego konstytucyjnej kadencji, wzmogły się ataki prasy sanacyjnej na mnie. Wtedy to, biorąc pod uwagę trudną sytuację partii, której byłem czołowym przywódcą, zaufanie jej członków, zwłaszcza w województwach zachodnich i równocześnie tchórzliwy oportunizm głównych członków kierownictwa partyjnego z Chądzyńskim na czele, w trosce o przyszłość, zdecydowałem się na postępowanie, które całkowicie ich zaskoczyło. Postanowiłem mianowicie zrezygnować z mandatu poselskiego, i to zaraz, nie czekając na formalny koniec kadencji sejmowej w końcu listopada, i odpowiednie pismo złożyłem marszałkowi Sejmu 19 września 1927 roku. Zostało ono odczytane na posiedzeniu Sejmu, a następnego dnia przyniosła je cała prasa opozycyjna. Krok mój zaskoczył Chądzyńskiego i najbliższych jego przyjaciół. Usiłował on mnie powstrzymać przed nim, żonglując argumentem, iż na pewno będę zaaresztowany, natomiast doradzał mi... zgłoszenie wystąpienia z partii. Gdy o tym zakomunikowałem członkom klubu, robotnikom, nie ukrywali swego oburzenia. Składając mandat, decydowałem się na gorzką i ciężką w moich warunkach egzystencję. Jedyne wyjście widziałem w wyjeździe z kraju do Francji, gdzie na terenie emigracji polskiej, wśród której wpływy ideowe NPR były wyjątkowo duże, mogłem liczyć na jakieś zaczepienie się w oczekiwaniu na lepszy układ sytuacji w kraju. Nie podzielałem opinii pesymistów czy fałszywych przyjaciół, którzy przewidywali, iż reżym nie wypuści mnie z kraju, przeciwnie, byłem pewny, iż spekulując na głosy w byłej dzielnicy pruskiej na terenie wpływów NPR i ZZP, przyjmie z zadowoleniem wiadomość, iż z terenu walki schodzi najgroźniejszy, zdaniem wielu speców reżymowych, przeciwnik, jedyny, który może te masy nastawiać opozycyjnie do polityki wielkiego marszałka. Cała trudność polegała na sfinansowaniu kosztów uzyskania paszportu, które wynosiły 500 złotych, to jest więcej niż moje ostatnie diety poselskie, z których w drodze wyroku sądowego ściągano mi prawie połowę z tytułu żyra wekslowego „Głosu Codziennego”, który w ciągu tego roku w wyniku systematycznej akcji represyjnej został doprowadzony przez władze do likwidacji. Jedynym wyjściem z sytuacji było uzyskanie paszportu dyplomatycznego, o który z całą bezczelnością zwróciłem się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w którym miałem znajomego i to na bardzo odpowiedzialnym stanowisku podsekretarza stanu przy nowo mianowanym ministrze Auguście Zaleskim. Był nim były poseł Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie Roman Knoll, piłsudczyk raczej świeżej daty, który

dziwnym jakimś zbiegiem okoliczności w dniach majowych był z ramienia Piłsudskiego jego komisarzem dyplomatycznym. Dowiedziawszy się od wspólnego znajomego adwokata, a bardzo blisko z nim związanego, iż ocenia właściwie kampanię prasową nowego reżymu przeciwko mnie, nie wahałem się ze zwróceniem o pomoc, której bez wahania mi udzielił. Przy najbliższej okazji referowania Piłsudskiemu w Belwederze spraw MSZ poruszył on sprawę udzielenia mi paszportu dyplomatycznego na wyjazd do Francji. Piłsudski wiadomość o mojej chęci opuszczenia kraju przyjął z nieukrywanym zadowoleniem i powiedział, że wobec hałasu, który dokoła mojej osoby zrobiono, nie widzi możności, by mnie teraz honorowano przez udzielenie paszportu dyplomatycznego. Polecił natomiast Knollowi, aby ten zakomunikował swemu bardzo bliskiemu koledze, który był Komisarzem Rządu na miasto stołeczne Warszawę, aby mi wydano bez najmniejszych utrudnień ulgowy paszport emigracyjny po najniższej taryfie. Bezzwłocznie zwróciłem się do Komisarza Rządu Jaroszewicza, gdzie w ciągu niecałej godziny, wśród tłoczącej się w poczekalni masy interesantów, otrzymałem paszport za opłatą dwudziestu złotych. Jedyną trudnością, na którą przy wypełnianiu odpowiedniego arkusza napotkałem, było, iż w rubryce, na jak długi okres czasu zamierzam przebywać za granicą, wpisany przeze mnie okres jednego roku musiałem na żądanie Jaroszewicza zastąpić terminem ... na zawsze ... Uzyskanie paszportu i to w takich okolicznościach, na osobiste zarządzenie Piłsudskiego, który był w owym czasie premierem, było przykrą niespodzianką dla moich „przyjaciół” z góry partyjnej z Chądzyńskim na czele, a dla większości posłów i działaczy partyjnych w terenie, wśród których wiadomość ta szybko się rozeszła, wymownym dowodem bezpodstawności wszystkich oskarżeń w związku ze sprawą Żymierskiego, lansowanych przeciw mnie w prasie rządowej i w następstwie przyczyniło się niemało do wzmocnienia mojej pozycji w dołach partyjnych.

Pobyt w Paryżu (1927-1928)
Wyjechałem z Warszawy 19 grudnia 1927 roku tylko dzięki finansowej pomocy grona przyjaciół partyjnych z posłem śląskim doktorem Janem Mildnerem na czele. Jako cel mego pobytu postawiłem sobie w pierwszym rzędzie obserwowanie formacji politycznych robotniczych na zachodzie Europy, w szczególności zaś zdanie sobie sprawy z tego, czy poza dwoma głównymi ich nurtami, to jest socjalistycznym, grupującym się w drugiej międzynarodówce i znacznie słabszym chrześcijańskospołecznym, stwarzającym sobie dopiero pierwsze zręby organizacji politycznej, istniały jakieś realne szanse na swego rodzaju trzecią siłę, którą reprezentowała w Polsce NPR. Miałem co do tego duże wątpliwości. Wiosną 1927 roku na zaproszenie tak zwanej partii narodowo-socjalistycznej, czeskiej, której przewodniczył senator Klofacz, o której członkiem między innymi był Edward Beneš, wyjechałem razem z Chądzyńskim na obchód jej trzydziestolecia w Pradze. Zorientowałem się, że jest to właściwie formacja niewiele różniąca się w zakresie programu społecznego od socjalnych demokratów, tyle tylko że bardziej nacjonalistyczna i poza pewnymi wpływami wśród robotników dość silnie usadowiona na terenie drobnomieszczańskim i agrarnym o ruchu o tej samej nazwie, rozwijającym się wówczas w republice niemieckiej, wiadomości, które dochodziły do Polski, świadczyły, iż jest to przeciwieństwo tego, co reprezentowali narodowi socjaliści w Czechosłowacji. Pozostawał trzeci kraj, w którym zaczął kiełkować jakiś ruch pod tą samą nazwą, ośrodkiem którego był dziennik „La Victoire”, redagowany przez głośnego skrajnego działacza socjalistycznego przed pierwszą wojną Gustawa Hervé, w którym wybuch pierwszej wojny wyzwolił nagle uczucia skrajnego

nacjonalizmu. Wtedy to zmienił tytuł wydawanego przez siebie pisma „La Guerre Sociale” na „La Victoire” i odtąd przez szereg lat stał w pierwszym szeregu chorążych antyniemieckiego nacjonalizmu. Organ Hervégo był stałą moją lekturą podczas blisko rocznego pobytu w Paryżu. Tak się również zbiegło, że w tym samym czasie Hervé rozpoczął akcję organizacyjną, której przejawy żywo mnie interesowały. Niedługo okazało się, iż akcja Hervégo nie ma najmniejszego gruntu wśród proletariatu francuskiego i mimo buńczucznych zapowiedzi wzięcia udziału w kampanii wyborczej 1928 roku, niczym się w niej nie zaznaczyła. Te moje obserwacje oraz szereg rozmów, jakie na ten temat prowadziłem ze starym polskim działaczem socjalistycznym Hieronimem Konem (był on korespondentem paryskim „Robotnika” jako Hieronimko), umocniły we mnie dawne wątpliwości i upewniły równocześnie w opinii, iż na terenie robotniczym poza obozem marksistowskim, rozbitym od 1919 roku na dwa odłamy: socjalno-demokratyczny i komunistyczny, istnieją pewne, stosunkowo dość ograniczone szanse dla formacji ideologicznej raczej typu chrześcijańsko-społecznego, niż narodowo-socjalistycznego. We Francji ośrodkiem takiego rozpoczynającego się ruchu był skromny, ale doskonale redagowany dziennik „L'Aube”, założony i redagowany przez François Gaya, który był trybuną syndykalizmu chrześcijańskiego i przy którym powstała stosunkowo nieliczna, jeśli chodzi o reprezentację parlamentarną, partia demokratyczno-ludowa. (Pod koniec drugiej wojny światowej stała się ona główną z baz, w wyniku scalenia których powstał Ruch Republikańsko-Ludowy - MRP). Ostatnie miesiące pobytu we Francji poświęciłem obserwacji tego środowiska, równocześnie z tym dojrzało w mojej świadomości przekonanie, iż NPR powinna iść w kierunku połączenia z chrześcijańską demokracją w celu wytworzenia ruchu robotniczego dostosowanego do warunków i potrzeb polskich, pod względem politycznym nie tylko niezależnego, ale przeciwstawiającego się narodowej prawicy, a pod względem społecznym kontynuującego dążenia sformułowane w programie krakowskim NPR. Zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że wobec istniejącego od początku antagonizmu między tymi organizacjami, a zwłaszcza wobec specyficznego charakteru polskiej ChD, będącej tradycyjnie raczej sojuszniczką endecji, droga do takiego rozwiązania jest długa i daleka. Specjalnie dla mnie, który dotąd przeciwstawiałem się, chociaż w sposób umiarkowany, wychodzącym z kół działaczy poznańsko-śląskich tendencjom do połączenia obu ruchów. Z okresu pobytu we Francji utkwiły w mojej pamięci dwa przeżycia. Pierwsze dotyczyło wyniku wyborów do Sejmu w Polsce, które przyniosły poważne osłabienie stronnictw tworzących obalony przez przewrót rząd, zwłaszcza „Piasta”, idącego do wyborów w bloku z chadecją, i ZLN. Natomiast NPR wyszła stosunkowo obronną ręką, a na najbliższym mi terenie pomorskim wykazała nawet przyrost głosów. Utraciła natomiast Łódź i cofnięto się nieco w Poznańskiem, gdzie propiłsudczykowska secesja Antoniego Ciszaka zdobyła 4 mandaty, w tym wszakże tylko 2 kosztem NPR. Poważnie wzmocniły swe przedstawicielstwa kluby lewicy, które poparły przewrót. Dużą niespodzianką był względny sukces wyraźnych list prorządowych. W sumie obóz Piłsudskiego posiadał teoretycznie większość. Okazało się jednak, że PPS i oba stronnictwa chłopskiej lewicy („Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie Jana Dąbskiego) uzyskawszy tą drogą absolutorium za poparcie przewrotu, nie miały bynajmniej zamiaru kontynuowania swej polityki ślepego posłuszeństwa. Ujawniło się to przy wyborze marszałka Sejmu. Piłsudskiemu niepotrzebny już był Bartel ze swoją taktyką „klajstrowania” i uspokajania lewicy, ale chcąc go mieć w dyspozycji, wyznaczył go na marszałka Sejmu. Tymczasem lewica wysunęła kandydaturę Daszyńskiego, który wbrew przestrogom prasy rządowej, a nawet

bezpośrednim naciskom Piłsudskiego, został wybrany znaczną większością głosów. Wybór ten oznaczał zerwanie między Piłsudskim a lewicą, co doprowadziło w ciągu najbliższych miesięcy do otwartej walki. Innego rodzaju przeżyciem było śledzenie podjętego dla celów propagandowych międzynarodowego lotu polskich lotników przez Atlantyk, dookoła którego w prasie światowej zjawiły się bardzo pochlebne komentarze dla „Polski Piłsudskiego”. Rekord pobiła jednak rządowa prasa polska z „Głosem Prawdy” na czele. Siedziałem właśnie na bulwarach w jakiejś kawiarence, rozmyślając nad artykułem naczelnego redaktora tego pisma Wojciecha Stpiczyńskiego, który po wyliczeniu wszystkich sukcesów nowego reżymu, zaczynając od wzmożonego eksportu węgla polskiego do Anglii, do ostatniego wyczynu, konkludował, iż od chwili kiedy Piłsudski zasiadł z powrotem w Belwederze płynie stamtąd fala cudów na Polskę... Myślałem nad tym, co musi spotkać społeczeństwo zatruwane systematycznie tego rodzaju propagandą i z naporu pesymistycznych wniosków wyrwał mnie dopiero okrzyk sprzedawców dodatku nadzwyczajnego, donoszącego o katastrofie polskiego samolotu... Ciężkie warunki życia i równocześnie wiadomości z kraju wskazujące, iż dokonuje się tam poważny odwrót w stanowisku lewicy od bezkrytycznego ulegania woli Piłsudskiego, łącznie z informacjami na temat rozwoju wewnętrznej sytuacji w mojej partii, skłoniły mnie jesienią tego roku do powzięcia decyzji powrotu. W partii dotychczasowi dzierżyciele wszystkich stanowisk naczelnych woleli się nie narażać i wskutek tego prezesura przypadła Ludwikowi Kulczyckiemu, z którym miałem jak zawsze najlepsze stosunki. W końcu października wracam do Warszawy. Po rozejrzeniu się w sytuacji i stwierdzeniu, że położenie finansowe partyjnej drukarni w Warszawie, osłabione przez zniszczenie „Głosu Codziennego”, dzięki umiejętnemu kierownictwu jej dyrektora, a mojego najbliższego współpracownika, Franciszka Kwiecińskiego, uległo znacznej poprawie, decydujemy się na wydawanie bojowego tygodnika politycznego pod tytułem „Placówka”. Pierwszy jego numer wychodzi w początkach stycznia 1929 roku.

1929
Ja obejmuję redakcję, mając do pomocy Kulczyckiego, Kwieciński montuje jedyny w swoim rodzaju wywiad zza kulis reżymu, dzięki któremu „Placówka” zdobyła w ciągu pierwszych już miesięcy wyjątkową popularność, głównie dzięki przedrukom, jakie podaje obficie prasa opozycyjna na temat rozmaitych wyczynów tych, którzy doszli do władzy pod hasłem, iż nie może być w Polsce za dużo nieprawości. Nie było niemal dziedziny działalności rządowej, z której zakamarków „Placówka” nie wyciągnęłaby jakichś nadużyć. Szczególnego rozgłosu nabrały dwie relacje dotyczące ministra spraw wewnętrznych Sławoj-Składkowskiego, a zwłaszcza nowej jego małżonki ekscentrycznej Francuzki, która zdobyła sobie w Polsce przy wydatnej naszej pomocy w krótkim czasie szczególną popularność. Wywiad Kwiecińskiego pracował tak precyzyjnie, iż odpowiedzią nań mogło być tylko uciekanie się do konfiskaty pisma bez skierowania sprawy na drogę sądową, jak tego wymagały odpowiednie przepisy prawne. Z tym jednakże wydawnictwo umiało sobie radzić, tak się bowiem składało, że za każdym razem, gdy policja przychodziła konfiskować numer, większość nakładu była już rozesłana.

Do najbardziej kompromitujących wyczynów Składkowskiego ujawnionych przez „Placówkę” trzeba zaliczyć podanie numeru czeku i wysokości sumy z funduszu dyspozycyjnego MSW, którym pani Składkowska zapłaciła futro, kupione w najdroższym magazynie w Warszawie. Drugim było ustalenie faktu, że ta niedawno dopiero do Polski przybyła pani opiekowała się specjalnie, odbywającym w więzieniu karę za zabójstwo byłego ministra i organizatora PKO Huberta Lindego, aktywistą Związku Podoficerów Rezerwy, Trześniowskim. Pozwoliło to ustalić okoliczności, w jakich ten mord został dokonany na kilka miesięcy przed przewrotem majowym z wyraźną intencją wstrząśnięcia opinią publiczną z powodu bezkarności rzekomych przestępców. Bezsilne wobec rewelacji „Placówki” organy Składkowskiego musiały się ograniczyć do ustalenia osobistości kierujących wydawnictwem. Temu prawdopodobnie zawdzięczam, że w roku następnym znalazłem się na liście skazanych na zesłanie do Brześcia.

1930
Piłsudski odpowiedział na nową taktykę lewicy szeregiem wywiadów prasowych, w których publicznie lżył Sejm i obrażał poszczególnych posłów. W takiej to atmosferze wybuchła głośna sprawa bezprawnego wypłacenia przez ministra skarbu na polecenie Piłsudskiego jako premiera, z funduszów państwowych sumy ośmiu milionów złotych na kampanię wyborczą Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem (BBWR), któremu przewodził Walery Sławek. Najwierniejsze do niedawna „Wyzwolenie” zgłosiło wniosek o pociągnięcie ministra do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu, który zyskał odpowiednie poparcie większości sejmowej. Był to pierwszy i jedyny akt tego Trybunału i opinia publiczna przywiązywała dużą wagę do tego, jak zostanie on rozegrany. Nie przewidując użyteczności tej instytucji w toku kadencji, Sejm przy wyborach członków Trybunału ułatwił uzyskanie w nim większości dla BBWR, mimo iż było ono w mniejszości. Wśród członków Trybunału Stanu znalazł się, i to na liście sanacyjnej, wybitny prawnik i przywódca postępowego odłamu działaczy polskich w Rosji, były poseł do pierwszej Dumy Aleksander Lednicki. Poznałem go osobiście pod koniec wojny, kiedy osiadł w Warszawie i nosił się z zamiarem wzięcia czynnego udziału w życiu politycznym. Marzeniem jego było uzyskanie mandatu poselskiego i po powstaniu NPR w tę stronę skierował swoje zabiegi. Zwrócił się do mnie o pomoc i pośrednictwo, co z uwagi na indywidualność kandydata i bezwzględność z jaką zwalczył go cały tak zwany obóz narodowy, było problemem niezwykle trudnym. Ostatecznie wykombinowaliśmy, że Lednicki figurować będzie na pierwszym miejscu listy kandydatów NPR w Białymstoku, gdzie w oparciu o stosunkowo dość silną organizację miejscową NPR i licznych przesiedleńców z Rosji, wśród których, jak zapewniał, znajdzie masowe poparcie, kombinacja ta wydawała się dość realna. Zaprzeczył temu wynik wyborów. Przesiedleńcy nie dopisali, a głosy NPR nie zapewniły wyboru. Tym niemniej stosunki nasze, a zwłaszcza moje z Lednickim były przyjazne. Tym się kierując, postanowiłem rozmówić się z Lednickim na temat zbliżającego się procesu. Mówiłem mu o znaczeniu, jakie w opinii publicznej, zaniepokojonej tendencjami dyktatorskimi Piłsudskiego ujawnionymi w ostatnich wywiadach, przywiązuje się do ewentualnego wyroku, który mógłby odegrać rolę hamulca dla tych niepoczytalnych wybryków. Dodałem, że te same koła widzą w Lednickim tego, który z tytułu swej przeszłości i doświadczenia wysuwa się w zespole członków

Trybunału Stanu jako najbardziej powołany, jeżeli nie jedyny, do pokierowania jego przewodu we właściwym kierunku. Lednicki był bardzo wzruszony takim postawieniem sprawy i zapewniał, że nie zawiedzie nadziei w nim pokładanych. Stało się wręcz odwrotnie. Z późniejszej relacji Hermana Liebermana, który był jednym z głównych oskarżycieli okazało się, że wymijająca decyzja Trybunału Stanu oddalająca wydanie wyroku dopóki się w sprawie dokonanego przekroczenia budżetu nie wypowie parlament, była właśnie pomysłem Lednickiego i to umożliwiło Piłsudskiemu unicestwienie całej sprawy. Wobec niewypału, jakim stał się proces przed Trybunałem Stanu, opozycja centrowo-lewicowa, która tymczasem zacieśniła swe szeregi, postanowiła odwołać się do szerokich kół społeczeństwa, mobilizując je do wspólnej akcji politycznej pod hasłem przywrócenia praworządności i stosowania demokratycznych metod rządzenia. Punktem wyjścia tej akcji stał się odbyty w Krakowie 29 czerwca 1930 roku kongres Związku Obrony Prawa i Wolności Ludu. W okresie tym odegrałem swoją rolę. Jedną ogólnie znaną - przez złożenie w imieniu NPR oficjalnej deklaracji, która według świadectwa Wincentego Witosa w jego wydanych w Paryżu Moich wspomnieniach należała do najbardziej zdecydowanych. Druga, znana tylko ścisłemu gronu organizatorów, iż mnie to właśnie, na wniosek sekretarza generalnego PPS Kazimierza Pużaka, powierzono przygotowanie projektu odezwy wzywającej na kongres. Projekt ten bez żadnych zmian komitet organizacyjny jednogłośnie zatwierdził. (W tym miejscu muszę uzupełnić, iż na piątym kongresie NPR, który odbył się wczesną jesienią 1929 w Poznaniu, a na którym, mimo iż od złożenia mandatu poselskiego nie należałem do członków GKW, powierzono mi referat o polityce zagranicznej, zostałem wybrany prezesem partii. Z inicjatywą tą wystąpił ustępujący prezes Kulczycki, a znalazła ona entuzjastyczne poparcie prezesów trzech głównych zachodnich województw. Grupa moich „przyjaciół” z Chądzyńskim na czele była wyraźnie tą inicjatywą zaskoczona, ale nie miała odwagi jej się publicznie przeciwstawić. Jako oponenta przeciwko mojej kandydaturze wysunęła natomiast redaktora śląskiego organu partyjnego Floriana Miedzińskiego, którego z miejsca zdezawuował jego prezes, poseł Franciszek Roguszczak. Ostatecznie wybór dokonany został jednogłośnie. Przyjęty on był życzliwymi komentarzami w prasie opozycyjnej i wybuchem, bo trudno to inaczej nazwać, wściekłości ze strony „Polski Zbrojnej” - organu Ministerstwa Spraw Wojskowych - którego redaktorem był wówczas były enperowiec Władysław Ludwik Evert, nie mogący przeboleć, iż w 1922 roku, kiedy zabiegał o mandat poselski, nie uzyskał z mej strony należytego poparcia). Poważny przebieg krakowskiego kongresu i jego echa zagraniczne wyraźnie zaniepokoiły rząd. Premier Sławek zapowiedział represje, które miały przyjść dopiero w dwa miesiące później, poprzedzone jego dymisją i objęciem premierostwa nowego rządu przez samego Piłsudskiego. Rozpoczął on od rozwiązania Sejmu i Senatu i rozpisania wyborów, które miały mu dać większość konieczną dla zlikwidowania sprawy nie załatwionej przez Trybunał Stanu. Na krok ten stronnictwa Centrolewu odpowiedziały decyzją pójścia do wyborów w jednym bloku. Już w końcu sierpnia, po powzięciu zasadniczej decyzji, rozpoczęły się prace specjalnej komisji złożonej z przedstawicieli wszystkich stronnictw dla ustalenia kolejności miejsc na listach kandydatów w okręgach. Za punkt wyjścia wzięto wyniki wyborów 1928 roku, w świetle których Cenrtrolew rozporządzał zdecydowaną większością mandatów. W początkowej fazie prac brał udział w pracach

odnośnej komisji także reprezentant ChD Wacław Bitner, który wycofał się dopiero przed samym zawarciem porozumienia, zasłaniając się niedostatecznym uwzględnieniem żądań jego partii. W gruncie rzeczy ChD była pod wpływem nacisków, aby nie wiązać się z Centrolewem. Brałem udział w tych pracach z ramienia NPR. Muszę stwierdzić, że na ogół toczyły się one w atmosferze przyjemnej, co ułatwione była faktem, iż posługiwaliśmy się takim nieocenionym przewodnikiem jak znane wydawnictwo poznańskiej księgarni Rzepeckiego Sejm i Senat, a zawierającym oficjalne wyniki wyborów. Może jedynie reprezentant Stronnictwa Chłopskiego Andrzej Waleron wnosił sporo zacietrzewienia i nieuzasadnionych pretensji, które nie znalazły uznania wśród reszty komisji, złożonej z Rataja („Piast”), Pużaka (PPS) i Jana Woźnickiego („Wyzwolenie”). 9 września późnym wieczorem zakończyliśmy główną część pracy przez podpisanie odpowiedniego protokołu. Pozostawała do załatwienia jeszcze kwestia kolejności miejsc na liście państwowej, równocześnie podano do prasy odpowiedni komunikat o zawarciu paktu wyborczego. W kilka godzin później, po dwunastej w nocy, nastąpiły aresztowania. Rankiem 10 września, eskortowany przez komisarza policji wojskowym samochodem, znalazłem się w więzieniu wojskowym w Brześciu. W dyrygującym oficerze rozpoznałem majora Kostka-Biernackiego. W chwili, gdy zabierano mi wszystkie rzeczy osobiste łącznie ze sznurowadłami, zobaczyłem prowadzonego przez strażnika Liebermana w takim stanie, iż wydawało mi się, iż widzę przed sobą widmo człowieka, podbiegłem, aby go przywitać, za co zostałem skarcony przez dyżurnego oficera. Temu wypadkowi jednak zawdzięczam, że w jakieś pół godziny później zostałem z samotnej celi przeprowadzony do celi Liebermana. Po kilku godzinach rozmowy, w której staraliśmy się wzajemnie pocieszać, Lieberman zdziwiony, iż moja „podróż” odbyła się bez specjalnych przygód, opowiedział o swojej przygodzie. Na usilne moje nalegania zdjął koszulę i kiedy policzyłem na ciele dwadzieścia dwie krwawe rany, zacząłem nań nalegać, aby o tym fakcie zameldował komendzie więzienia. W pierwszej chwili odrzucił tę propozycję, po nie przespanej jednak nocy i pod wpływem moich nalegań, iż ryzykuje w ten sposób ciężką komplikację, zdecydował się zameldować. Odtąd przez miesiąc był przedmiotem opieki ze strony więziennego lekarza, a w zamian za to ja musiałem spełniać normalne czynności więzienne również i za niego. Gdy przeszły terminy obu niedzieli wyborczych, przewieziono nas pewnej nocy do więzienia cywilnego w Grójcu pod Warszawą. Wracałem również w towarzystwie komisarza policji, wyjątkowo grzecznego, razem z Barlickim. Od naszego konwojenta dowiedzieliśmy się szczegółów o wynikach niedawnych wyborów i o poruszeniu, jakie w społeczeństwie wywołało osadzenie przywódców politycznych w Brześciu. W Grójcu przypadła mi cela razem z Witosem i Bagińskim. Trzeciego dnia pobytu zostałem wypuszczony na wolność po złożeniu kaucji w wysokości dziesięciu tysięcy złotych przez jednego z seniorów-założycieli NZR inżyniera Władysława Malangiewicza, dyrektora biura prezydialnego Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Czekały na mnie wiadomości raczej nieprzyjemne. Przede wszystkim klęska wyborcza Centrolewu przez zastosowanie wyjątkowego napięcia bezprawia: unieważnienie szeregu list, cyniczne dosypywanie głosów BBWR w okręgach, w których listy Centrolewu zostały dopuszczone, masowe aresztowania działaczy. Towarzyszyło temu z drugiej strony, w przeciwieństwie do poprzednich wyborów, oszczędzanie list Stronnictwa Narodowego, które prawie że podwoiło swoją reprezentację

parlamentarną. W rezultacie BBWR uzyskał zdecydowaną większość w obu izbach i tym samym sprawa nie załatwiona przed Trybunałem Stanu zakończyła się całkowitym zwycięstwem Piłsudskiego. Jeśli chodzi o NPR, wyszła ona z ogólnego pogromu z pozycją nie najgorszą w stosunku do innych partnerów, jak PPS, a zwłaszcza „Piast”. Dwa wszakże incydenty zaciążyły nad atmosferą wewnętrznych stosunków. Jednym było zrezygnowanie już po moim uwięzieniu przez kierownictwo partyjne (Chądzyński, Jankowski) z kolejności miejsc na liście w okręgu Poznań - wieś. Zgodnie z danymi statystycznymi uzyskałem tam pierwsze miejsce na liście dla dwukrotnego posła Marcina Milczyńskiego, gdy drugie przypadło kandydatowi „Piasta” Mieczysławowi Michałkiewiczowi. Mimo iż odpowiadało to w pełni przyjętej zasadzie respektowania wyników wyborczych z 1928 roku i reprezentant „Piasta” Rataj nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń, powstała dokoła tej lokaty cała awantura. Michałkiewicz, z zawodu nauczyciel gimnazjalny, nie mógł pogodzić się z myślą, iż może figurować na drugim miejscu, gdy robotnik zajmuje pierwsze. Zjechał do Warszawy, zaapelował o pomoc do Witosa, groził samobójstwem i do tego stopnia sterroryzował Witosa i Rataja, iż ci po prostu wyżebrali na przywódcach NPR zmianę lokaty. W rezultacie urzędowy wynik wyborów w tym okręgu był taki, że lista Centrolewu uzyskała zamiast dwóch „pewnych” mandatów tylko jeden, to jest Michałkiewicza. Szczegółowa analiza wyników w poszczególnych obwodach wyborczych wykazała, w porównaniu z cyframi 1928 roku, iż tylko głosy NPR w pełni dopisały, natomiast z głosów „piastowskich” najwyżej jedna czwarta tym razem głosowała na listę Centrolewu. Miarą postawy moralnej Michałkiewicza był fakt, że w niespełna rok nie tylko opuścił on PSL „Piast”, ale rozporządzając jakimiś poważnymi funduszami przystąpił do szeroko zakrojonej akcji organizacyjnej i prasowo-wydawniczej nowego narodowo-agrarnego stronnictwa, wyzywającego się w prozelityzmie prosanacyjnym i wyjątkowo niewybrednej kampanii przeciw Witosowi. Drugi nie mniej nieprzyjemny incydent dotyczył mnie osobiście. Okazało się, że moi przyjaciele, zamiast wysunąć moją kandydaturę na liście państwowej, postanowili zgłosić ją w okręgu ostrowskim, w Poznańskiem, uważanym wprawdzie za najsilniejszy, ale w którym lista NPR przed dwoma laty uzyskała nieco mniej głosów niż wspólna lista katolickiego bloku ludowego („Piast” i ChD), wskutek tego kolejność miejsc wypadła korzystniej dla „Piasta”, który otrzymał pierwsze i trzecie miejsce, a NPR drugie i czwarte. Nie tylko zapomniano o tym, że tym razem „Piast” dość bezprawnie korzysta z dorobku poprzednich wyborów, ale nawet nie usiłowano chociażby tytułem kompensaty za operację w okręgu Michałkiewicza zagwarantować prezesowi NPR pierwszego miejsca, zostawiając ewentualnie „Piastowi” drugie i trzecie. Dzięki tej dziwnej kalkulacji przewidziano moją kandydaturą na drugim miejscu, a czwarte miał zająć nowy kandydat NPR, nauczyciel ludowy Hoffman. Wskutek bardzo podejrzanego charakteru operacji, w które wciągnięty został pełnomocnik listy z ramienia Centrolewu Szymański, sekretarz okręgowy Związku Robotników Rolnych ZZP, do komisji wyborczej złożono listę, w której Hoffman figurował na drugim, a ja na czwartym miejscu. Dziwnie również operacji tej pomógł wynik wyborów, które dały w tym sześciomandatowym okręgu trzy miejsca BBWR, a trzy Centrolewowi. Hoffman, co do którego stwierdzono czynny udział w tej operacji, odrzucił żądanie kierownictwa NPR dotyczące złożenia mandatu na moją korzyść. Co więcej, zgłosił akces do klubu parlamentarnego PPS. Nie brałem w tej akcji żadnego udziału i mimo komplikacji, jaką w moich planach wytworzyła perspektywa braku diet przy dużych trudnościach pracy zarobkowej w dziennikarstwie, byłem raczej zadowolony, iż w ten sposób zatarasowano mi drogę do przymusowego obcowania z instytucją o tak niewybrednej większości, jaką stanowił zespół poselski BBWR. Nie mogłem jednakże pogodzić się

z myślą, by tego rodzaju korsarstwo, jakie wobec mnie zastosowano, torowało drogę do kariery politycznej kombinatora, jakim okazał się Hoffman. Na moje żądanie prezydium klubu NPR poinformowało o tym kierownictwo PPS, w wyniku czego klub parlamentarny odmówił przyjęcia Hoffmana do swojego grona. Nie przeszkodziło to jednak, by w samym Ostrowie odgrywał on rolę czynnego działacza partyjnego PPS i przy najbliższych wyborach miejskich wszedł z jej ramienia do rady miejskiej. Równocześnie góra partyjna uznała ten stan za zupełnie normalny.

1931
Incydent ostrowski i konieczność ulokowania się możliwie najoszczędniejszego w nowych trudnych warunkach materialnych przesądziły, iż wiosną tego roku decyduję się osiedlić w Poznaniu. Zbiega się to z zakończeniem śledztwa w sprawie brzeskiej, prowadzonego przez sędziego Demanta. Nie otrzymawszy od niego zawiadomienia o zakończeniu śledztwa, zgłaszam się osobiście i dowiaduję się, iż sprawa moja została wyłączona, ponieważ nie będąc posłem do III Sejmu nie brałem bezpośredniego udziału w przygotowaniu zamierzonego dla obalenia rządu spisku. Jestem natomiast podejrzany o współuczestnictwo w przestępstwie, jakiego dopuścił się na stanowisku zastępcy szefa administracji wojskowej generał Żymierski i w związku z tym toczyć się będzie przeciwko mnie osobne śledztwo. W rozpoczętym natomiast w końcu października procesie brzeskim przed sądem okręgowym w Warszawie wezwany zostałem jako świadek obrony. Przesłuchanie to było jednym z głośniejszych w toku tego 6 tygodni trwającego procesu. Doszło na nim do parokrotnych moich starć z prokuratorem Grabowskim. Największe napięcie spowodował mój adwokat, zasiadający na ławie obrońców, Antoni Landau, zadając mi pytanie, które postawiło w kłopotliwą sytuację prokuratora - dlaczego dzieląc z oskarżonymi długie tygodnie więzienia śledczego nie zasiadam razem z nimi na ławie oskarżonych. Gdy Grabowski dość nieudolnie próbował na to replikować, Landau zareagował powiedzeniem, które stało się sensacją dnia i obiegło całą prasę: świadek Popiel jest tym oskarżonym, który zgubił prokuratora ... Oczywiście po takiej historii prokurator musiał się znaleźć. Cała jego działalność ograniczyła się do zarządzenia przesłuchania mnie w kilkanaście miesięcy później w Poznaniu przez specjalnie z Warszawy przybyłego sędziego. A potem przez długie miesiące, a właściwie i lata nic się w tej sprawie nie działo. Dopiero gdzieś w połowie 1935 roku, tuż przed rozwiązaniem Sejmu kadencji 1930-1935, otrzymuję od inżyniera Malangiewicza list z gratulacjami z powodu umorzenia przeciwko mnie sprawy o rzekome przestępstwa. Oficjalnie nikt mnie o tym nie zawiadomił. Dopiero zniecierpliwienie Malangiewicza, który tymczasem przeszedł na emeryturę i poirytowany unieruchomieniem poważnej na ówczesne warunki sumy dziesięciu tysięcy złotych, zwrócił się do sądu o wyjaśnienie, jaki jest stan sprawy, w związku z którą wpłacił tę kaucję. I wtedy okazało się, że sprawa jest umorzona i może podjąć kaucję. Samopoczucie przywódców politycznych, skazanych w procesie brzeskim oraz ich kierownictw partyjnych już pod koniec tego roku wyraźnie sprzyjało myśli podjęcia jakieś inicjatywy dla wyprowadzenia kraju z tego odrętwienia, jakim był gwałt brzeski i jego następstwo, bezwolny Sejm większości sanacyjnej. We wrześniu tego roku, podczas ogólnopolskiego zlotu „Sokoła” w Poznaniu, spotkałem się z Wojciechem Korfantym i Wincentym Witosem. Po wspólnej wymianie poglądów doszliśmy do wniosku, iż dojrzał czas do wystąpienia z inicjatywą zjednoczenia opozycji, która tylko

w ten sposób może zahamować, czy choćby opóźnić dążenia sanacyjnej większości do nadania państwu całkiem już jawnej struktury totalitarnej w formie nowej konstytucji. W wyniku tej inicjatywy odbyła się w pierwszych dniach października w Warszawie konferencja z udziałem przedstawicieli SL (Stronnictwa Ludowego), które powstało ze zjednoczenia wiosną 1931 roku trzech stronnictw ludowych, PPS, ChD i NPR. Inicjatorzy wystąpili z sugestią, aby konsolidacją objąć całą opozycję, to jest łącznie z SN (Stronnictwem Narodowym). Przedstawiciele PPS, Barlicki i Pużak całkowicie się do tej propozycji przychylili. Ze względu na możliwe trudności postanowiono rozpocząć rozmowę z narodowcami od Dmowskiego, który aczkolwiek nie był posłem, wywierał decydujący wpływ na działalność stronnictwa. Dla przygotowania gruntu zgodzono się, aby wstępne rozmowy z Dmowskim odbył Korfanty. Mimo że wynik tej rozmowy nie był zbyt zachęcający i wskazywał, iż SN, odzyskawszy po wyborach dobre samopoczucie, nastawia się raczej na wykorzystanie koniunktury, w której główny atak sanacji skierowany jest na stronnictwa centrum i lewicy, następna konferencja upoważniła Witosa i Jankowskiego do przeprowadzenia z Dmowskim oficjalnej rozmowy na temat projektu porozumienia całej opozycji. Tym razem Dmowski był znacznie bardziej szczery i wręcz oświadczył, iż nie widzi dla obozu narodowego żadnego interesu w szybkim zlikwidowaniu reżymu sanacyjnego, jeżeli ma być on zastąpiony przez rozbitą i skłóconą demokrację starego typu liberalnego. Oświadczył wręcz, iż rozwój sytuacji w Polsce sprzyja dojściu do władzy obozu narodowego, który jedyny może wyprowadzić Polskę z bagna, w jakim się obecnie znajduje. Sanacja w tej chwili przygotowuje grunt dla ułatwienia pracy przyszłemu rządowi narodowemu. Nie taił, że chodzi w tym wypadku o akcję ówczesnego ministra pracy Aleksandra Prystora, który pod pretekstem robienia porządków w kasach chorych, realizował właściwie lansowany od dawna przez „Lewiatan” program ograniczenia ustawodawstwa socjalnego. Takie same, chociaż z jeszcze większą otwartością wypowiedziane poglądy rozwijał równocześnie Dmowski w dłuższej rozmowie z byłym posłem ChD księdzem Zygmuntem Kaczyńskim podczas długiego spaceru w czasie pogrzebu świętej pamięci Marylskiego. O stanie umysłu tego sześćdziesięcioletniego wówczas działacza najlepiej świadczy jego powiedzenie, że gdy zostanie powołany do stworzenia rządu, poza nim żaden z ministrów nie będzie miał powyżej trzydziestu lat. W tym stanie umysłu bezsprzecznego wodza polskiego nacjonalizmu szukać należy między innymi przyczyny, dlaczego w najbliższym już okresie, po rozwiązaniu organizacji młodzieży OWP (Obozu Wielkiej Polski), wyłoniły się z niej aż trzy frakcje, w tym dwie: ONR (Obóz Narodowo-Radykalny) i „Falanga” z wyraźnym programem totalitarno-nacjonalistycznej dyktatury. Stanowisko Dmowskiego przesądziło o niepowodzeniu akcji konsolidacyjnej. W tym samym mniej więcej czasie musiałem zanotować drugie niepowodzenie. Wyciągając wnioski z moich obserwacji paryskich oraz wykorzystując fakt, że w kierownictwie ChD doszło do zmiany i faktyczny jej przywódca Korfanty objął nareszcie przewodnictwo ruchu, postanowiłem wszcząć kroki w kierunku zrealizowania planu połączenia obu naszych stronnictw. Nawiązywałem w ten sposób do wyczerpującej rozmowy, jaką przeprowadziłem w Brześciu pod koniec mojego tam pobytu z Korfantym, który był moim towarzyszem niedoli przez ostatnie kilka dni. Były pewne trudności z dawną ekipą kierowniczą NPR, która jednak wobec poważnych zmian w nastrojach dołów, pod wpływem rozwoju sytuacji wewnętrznej, politycznej, a w szczególności stanowiska ZZP, przyłączyła się do mego wniosku o wystąpienie z inicjatywą połączenia z ChD. Na przełomie lat 1931-1932

odbyliśmy kilka konferencji, których wynik zdawał się rokować jak najlepszy epilog. Przygotowany z naszej strony przez Chądzyńskiego projekt ewentualnego programu, zawierający dość zręczną kompilację dwóch dotychczasowych, nie napotkał na sprzeciwy ze strony zdawałoby się miarodajnych naszych rozmówców z Korfantym na czele. Jedyną trudność przedstawiała kwestia nazwy przyszłego zjednoczonego stronnictwa, co do której przedstawiciele chadeccy w większości wypowiadali się za podkreśleniem w jakieś formie jego chrześcijańskiego charakteru. Sam Korfanty tego nie podzielał i proponował na okres przejściowy zachowanie nazwy obu stronnictw w formie „Zjednoczenia ChD i NPR”. Sądząc, że sprawa jest w ten sposób dojrzałą do decyzji, zwołał Korfanty zebranie Rady Naczelnej, na którym najniespodziewaniej spotkał się nie tylko ze zdecydowaną opozycją ultrasów chadeckich z posłem warszawskim Wacławem Bitnerem na czele, ale i z tym, że ich stanowisko znalazło poparcie większości członków Rady. Decyzja większości domagała się zarówno podkreślenia w nazwie zjednoczonego stronnictwa jego chrześcijańskiego charakteru, jak i możliwie najszerzej zastosowanej oprawy frazeologicznej typu chadeckiego w sformułowaniach jego programu. Odpowiedź NPR na to żądanie była jednolicie odmowna. (Dla ścisłości dodać należy, że już w kilka miesięcy później gros zwolenników tego stanowiska dokonało pod wpływem ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego secesji i powołało do życia tak zwane Zjednoczenie Chrześcijańsko-Społeczne, w którym znaleźli się obaj przedstawiciele ChD z obalonego przez przewrót majowy rządu. Efemeryda ta szybko zamarła, sam zaś Bitner w trzy lata później urządził nową secesję, znacznie mniej liczną, pod znakiem szukania mandatów na podstawie nowej elitarnej ordynacji wyborczej 1935 roku.)

Drugi pobyt w Paryżu (1932)
W końcu maja decyduję się na wyjazd do Paryża, przynaglany przez byłego korespondenta „Kuriera Warszawskiego” Stefana Aubaca, który za odważne i bezinteresowne obsługiwanie prasy francuskiej na temat Brześcia, pod naciskiem naszego MSZ, stracił stanowisko korespondenta. Przed wyjazdem odwiedził mnie profesor Uniwersytetu Poznańskiego Stefan Dąbrowski, długoletni poseł obozu narodowego, będący w owym czasie sui generis politycznym doradcą prymasa Polski kardynała Augusta Hlonda. Poinformował mnie on o nie znanych mi okolicznościach, które towarzyszyły ogłoszeniu przed kilku tygodniami listu pasterskiego Prymasa O chrześcijańskie zasady życia państwowego. Relacje Dąbrowskiego były wręcz sensacyjne. List ten wywołany był reakcją na stan, jaki stworzył Brześć w życiu politycznym Polski. Pomyślany on był jako zbiorowe orędzie episkopatu, zawierające wykładnię moralności chrześcijańskiej dotyczącej podstawowych zasad życia publicznego, w świetle której zbrodnia brzeska jako przejaw polityki reżymu, który doszedł do władzy w drodze zamachu stanu, stanowi dla narodu wielkie niebezpieczeństwo. Przeważająca większość biskupów po długich rozważaniach zaakceptowała w pełni projekt tekstu. Stanowczo sprzeciwił się jego podpisaniu drugi kardynał, arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski, wobec czego list się ukazał tylko z podpisem prymasa Hlonda. Wskutek tych okoliczności został on wprawdzie w odpowiednio spreparowanych skrótach ogłoszony w prasie, z pominięciem jednak najbardziej istotnych elementów. Co więcej, Katolicka Agencja Prasowa (KAP) została zmuszona do zachowania rezerwy względem tego dokumentu.

W tej sytuacji - powiedział mi Dąbrowski - prymasowi bardzo zależy na tym, aby jego list został odpowiednio rozreklamowany w prasie zagranicznej i z tą właśnie misją zwrócono się do mnie o pomoc. Podjąłem się tego wdzięcznego zadania, licząc na współdziałanie Aubaca, który wywiązał się z tego zadania w sposób wręcz znakomity. Nie tylko bowiem w najpoważniejszych organach, jak „Le Temps”, „Le Journal des Débats”, ale i w popularnych dziennikach o tendencjach lewicowych pojawiły się obszerne streszczenia listu. Największym bodaj wyczynem było wydrukowanie pełnego jego tekstu w wewnętrznym biuletynie informacyjnym francuskiego MSZ. Kiedy po sześciu tygodnia wróciłem do Poznania, przywiozłem ze sobą grubą tekę wycinków z prasy paryskiej i prowincjonalnej, a także belgijskiej, którą wręczyłem Dąbrowskiemu. Ówczesny dyrektor KAP ksiądz Zygmunt Kaczyński poinformował mnie, że nasze MSZ wprost się pieniło z powodu rozmiarów tej reklamy, jaką za granicą nadano prawie że skonfiskowanemu listowi Hlonda w Polsce. Dzięki Aubacowi miałem szereg spotkań z różnymi osobistościami ze środowiska politycznego i dziennikarskiego Paryża. Do najciekawszych zaliczam dłuższą rozmowę z najgłośniejszym w owym czasie komentatorem politycznym André Geraud, piszącym pod pseudonimem Pertinax. Zaskoczył mnie on pytaniem, czy Piłsudski w tej chwili (lato 1932) rządzi jeszcze sam, czy już jest niewolnikiem w ręku „pułkowników”? Również przy pomocy Aubaca nawiązałem bezpośredni kontakt z redakcją „L’Aube”, w którym umieściłem zasadniczy artykuł na temat gwałtownie wzrastającej wówczas propagandy przeciw zachodniej granicy Polski, której przewodzili członkowie ówczesnego rządu Rzeszy. Temu prawdopodobnie zawdzięczam, że miarodajne czynniki w Warszawie, które dowiedziały się o mojej roli w reklamowaniu listu Hlonda, uznały, iż nie należy mi z tego powodu robić dodatkowych trudności.

1933
Po powrocie do kraju zaczyna się okres szarej codziennej i dość beznadziejnej pracy. Uwaga ogólna koncentruje się koło sprawy ujednolicenia ustawodawstwa samorządowego w państwie i przygotowania do walnej kampanii wyborczej do nowych organów samorządu wszystkich szczebli; wybory odbyły się w drugiej połowie 1933 roku. Łączy się to ze zmianą mego miejsca pobytu, od kwietnia bowiem 1933 roku przenoszę się do Torunia i obejmuję redakcję jedynego organu partyjnego, którym jest ukazująca się trzy razy w tygodniu „Obrona Ludu”. Decyzja ta podyktowana jest koniecznością stawienia czoła istniejącemu już od dłuższego czasu, chociaż wolno rozwijającemu się kryzysowi, którego źródło tkwi w zachowaniu się „grupy inżynierów”. Chociaż złożona tylko z trzech osób, grupa ta odgrywała do niedawna decydującą rolą w polityce partyjnej. Członkowie jej uzyskali łatwo mandaty w okręgach, z którymi poprzednio nic ich nie łączyło - Chądzyński był posłem z Kaszub, Jankowski posłem z województwa śląskiego, Pepłowski senatorem z Poznańskiego. Mózgiem i złym duchem tej grupy był Chądzyński. Już zachowanie się jego w czasie przewrotu majowego, o którym tak dosadnie, a niestety wyjątkowo trafnie, napisał w swych Moich wspomnieniach Witos, nazywając go przezornym tchórzem, dowodziło, iż jest to typ polityka, który w mniej więcej normalnych warunkach dyplomatyczno-parlamentarnych najprawdopodobniej nie tylko nie byłby ujawnił braków swego charakteru, ale nawet wykazał się pewnymi pozytywnymi

rezultatami. Podczas krótkiego okresu rządu koalicyjnego Skrzyńskiego, jako minister kolei, stanął całkowicie na wysokości zadania. Trudności i kłopoty z nim zaczęły się dopiero, gdy rozwiały się naiwne nadzieje na szybki upadek reżymu sanacyjnego, a po Brześciu okazało się, że likwidację reżymu sanacyjnego środkami parlamentarnymi należy zaliczyć do „pobożnych życzeń”. Stąd coraz większy dystans w stosunku do mnie. W 1929 roku nie mieli odwagi przeciwstawić się mojej kandydaturze na prezesa. Po Brześciu byli zawiedzeni, że nie tylko w niczym nie zmieniłem swego zasadniczego nastawienia wobec sanacji, ale ze wzmożoną energią i konsekwencją starałem się kierować partią jako swego rodzaju przyczółkiem mostowym zdecydowanej opozycji na bardzo ważnym i czułym odcinku polityki państwowej w trzech województwach zachodnich. Niezależnie od tego drugie źródło kryzysu leżało w postawie grupy kierującej ruchem związkowym, to jest centralą Zjednoczenia Zawodowego Polskiego (ZZP). Złożona była ona całkowicie ze starych działaczy, którzy z Westfalii przenieśli centralę do Poznania. Z wyjątkiem jednego z nich, prezesa Związku Górników Michała Grajka, nie mieli oni osobistych ambicji politycznych. Za cenę tego, by nie mieszano się do ich prac, lojalnie współdziałali z organizacjami partyjnymi. Od chwili powstania NPR istniała stała instytucja Komisji Porozumiewawczej NPR i ZZP, zwoływanej doraźnie w zależności od potrzeb, ale co najmniej dwa razy do roku dla omówienia ważnych spraw interesujących cały ruch narodowo-robotniczy i ustalenia wspólnych dla obu jego członów wytycznych. Do mojego wyjazdu do Francji w 1927 roku Komisja ta funkcjonowała normalnie. Później już przestała się zbierać, a właściwie zamarła już w pierwszym okresie mojej prezesury, w końcu 1929 roku. Uzyskałem wówczas informacje, że prezes Zarządu Głównego- ZZP Franciszek Mańkowski, w owym czasie również poseł na Sejm (na liście państwowej w wyborach 1928 roku kandydował na pierwszym miejscu), zawarł pakt współpracy z nowo mianowanym wojewodą poznańskim Borkowskim, w tajemnicy przed zarządem wojewódzkim partii, którego przewodniczącym był wówczas zależny od niego urzędnik związkowy, nie mówiąc o centrali partyjnej za prezesury Kulczyckiego. Sprawa się ujawniła przez fakt zwiększenia objętości wojewódzkiego organu partyjnego, na poczet kosztów którego Mańkowski wpłacił dziesięć tysięcy złotych, otrzymanych od wojewody. Po ujawnieniu tego faktu nie tylko niczemu nie zaprzeczył, ale z całą gotowością podpisał deklarację o zrzeczeniu się mandatu poselskiego. Odtąd jednak nie brał już żadnego udziału w życiu partyjnym, a z czasem, gdy atmosfera tym incydentem wywołana uspokoiła się, zaczął coraz wyraźniej angażować się w krytyczną ocenę nieprzejednanej i szkodliwej dla narodowego ruchu robotniczego polityki Popiela wobec reżymu. Incydent z Mańkowskim, chociaż opanowany bez żadnych wstrząsów i strat personalnych, przyniósł konsekwencję dla pozycji NPR dość niekorzystną. Organ partyjny, poznański dziennik „Prawda” w niedługi czas potem trzeba było zlikwidować. Władze partyjne nie były w stanie przyjść z pomocą, ponieważ likwidując „porozumienie” z wojewodą Borkowskim, zwróciły mu przekazem pocztowym ofiarowaną do rąk Mańkowskiego subwencję w wysokości dziesięciu tysięcy złotych. Niedługo potem wybuchł kryzys w organizacji śląskiej. Ścierały się tu dwie orientacje: zdecydowanie opozycyjna - prezesa wojewódzkiego Franciszka Roguszczaka, pozostającego jednak pod wpływem swego syna, członka organizacji Młodzieży Wszechpolskiej (!) i zdecydowanie oportunistyczna prezesa najliczniejszego i dobrze zorganizowanego Związku Górników ZZP Michała Grajka. Jak już wspomniałem, był to jedyny z przywódców związkowych „chorujący” na mandaty poselskie. Nie wystarczył mu mandat posła na sejm śląski, marzeniem jego był mandat senatora Rzeczypospolitej,

co też osiągnął. Grajek stał się właściwie narzędziem w rękach wojewody Michała Grażyńskiego i nie mogąc podporządkować sobie organizacji partyjnej, zaczął prowadzić własną politykę w oparciu o związek, któremu przewodniczył. Gdy wojewódzki organ partii z powodu trudności finansowych trzeba było zlikwidować, Grajek pospieszył z wydawaniem własnego pisma codziennego, początkowo drukowanego w drukarni partyjnej, a potem już całkowicie usamodzielnionego. Te wszystkie okoliczności wpłynęły na to, że wiosną 1933 roku decyduję się na przeniesienie do Torunia, jako centrum jedynego ośrodka partyjnego, w którym analogiczne do zacytowanych wyżej elementy kryzysu nie znalazły żadnego gruntu, i gdzie mogłem liczyć na lojalną współpracę grona współpracowników z dyrektorem partyjnej drukarni Antonim Antczakiem na czele. W tym nowym okresie toruńskim postawiłem sobie za zadanie z jednej strony oczyszczenie partii z wszelkich elementów chwiejnych i oportunistycznych, z drugiej rozszerzenie terenów jej działalności przez wzmożony wysiłek na przyległych terenach ziem byłego Królestwa, dla ułatwienia czego brałem pod uwagę ewentualną zmianę nazwy. W dalszym zaś etapie powrócenie w odpowiednim momencie do przegranej z winy ultrasów chadeckich koncepcji zjednoczenia NPR z ChD. Zamierzenia te z uwagi na ówczesne nasze możliwości można było uważać za bardzo śmiałe. Dysponowaliśmy zaledwie jednym organem partyjnym o dużym, jak na ówczesne stosunki, nakładzie, bo z górą 60 tysięcy egzemplarzy, ale obciążonym właściwie pod rozmaitymi postaciami ponoszeniem wszystkich ciężarów organizacyjnych. Na samym wstępie tego okresu trzeba było przejść przez ciężką próbę ujawnienia swego oparcia w masach poprzez wybory samorządowe na podstawie nowej, bardzo skomplikowanej, jak praktyka wykazała, dającej pole do niesłychanie perfidnego charakteru nadużyć, ordynacji wyborczej. Nowa ordynacja samorządu terytorialnego przewidywała demokratyczne, bezpośrednie wybory tylko na najniższym szczeblu - do rady gromadzkiej. Natomiast już wybory rad gminnych zbiorowych gmin, które na wzór byłego zaboru rosyjskiego zastosowano w całym państwie, odbywały się systemem pośrednim, poprzez radnych gromadzkich. Z kolei rady powiatowe wybierane były przez członków rad gminnych. W miastach, gdzie trudno było nie zastosować systemu bezpośrednich wyborów, posłużono się zręcznym bardzo wybiegiem podziału na obwody wyborcze. Dokonywały tego organy administracji państwowej. Jakimi zaś kierowały się przesłankami, dowodzi najlepiej mi znany przykład stolicy województwa pomorskiego, Torunia, w którym obwody wyborcze tak wykrojono, że z czterech stron rynku każda należała do innego okręgu i równocześnie, o ile możności, włączano do nich koszary wojskowe ze względu na zamieszkałych tam z rodzinami zawodowych podoficerów. Praktyka wyborcza godnie odpowiadała tendencjom tego rodzaju ram organizacyjnych. Aby ugodzić w NPR, którego główną podstawą były kadry robotników rolnych, władze wyznaczyły na komisarzy wyborczych najbardziej podległy sobie element, nauczycielki albo nauczycieli ludowych. Wykonali oni powierzone przez władze zadania w sposób celujący. Jak to w swoim czasie dokumentarnie podawała „Obrona Ludu”, w co najmniej stu gromadach miejscowe komórki NPR nie mogły w terminie złożyć list wyborczych, ponieważ w oznaczonych godzinach lokale te były zamknięte. Gdy zaś przyszła druga faza wyborów, do rad gminnych, uruchomiono cały aparat szykan, wezwań na przesłuchy pod fikcyjnymi zarzutami naszych radnych gromadzkich, aby w ten sposób ułatwić zwycięstwo list sanacyjnych. W ten sposób z trudem już nasi reprezentanci mogli się dostać do trzeciej siatki wyborczej, to jest do rad powiatowych. I tak się działo w dwóch województwach, w których jeszcze niedawno, przy poprzedniej ordynacji wyborczej, zadekretowanej przez ministerstwo byłej dzielnicy

pruskiej w 1921 roku, reprezentacje NPR były najsilniejsze, czego wyrazem było, iż marszałkami sejmików wojewódzkich w tych województwach byli dwaj wybitni nasi działacze: Marcin Milczyński w Poznańskiem i Antoni Antczak na Pomorzu. O całości obrazu i zadokumentowaniu z jakiego rodzaju metodami deprawacyjnymi reżym ówczesny organizował te wybory, świadczy fakt ujawniony dopiero przed samym wybuchem wojny. W piwnicach urzędu pocztowego Toruń gniły stosy druków wyborczych, które na zarządzenie BBWR zostały skonfiskowane. Pamiętam, że niemal w ostatniej chwili dopiero zorientowaliśmy się, iż nasi wyborcy nie otrzymali rozesłanych im pocztą materiałów z listą kandydatów.

1934
Zaczął się ten rok od podwójnie feralnej daty 26 stycznia, kiedy to dokonały się dwa wydarzenia mające przynieść bardzo ujemne konsekwencje w życiu Polski. Tego dnia w drodze swoistego zamachu większość rządowa przeprowadziła uchwalenie nowej konstytucji wprowadzającej wyraźnie totalitarny system rządzenia. Równocześnie nastąpiło w Berlinie podpisanie polsko-niemieckiego paktu o nieagresji, co w polityce zagranicznej oznaczało odejście od tradycyjnej, na ogół przez wszystkie stronnictwa akceptowanej, linii politycznej. Ta manifestacja „niezależności polskiej polityki” w ówczesnym układzie sił i ujawniających się tendencjach w dyplomacji zachodnich mocarstw mogła być sama w sobie bardzo sensowną pod warunkiem obserwowania jej z najdalej posuniętą ostrożnością i nieufnością wobec zamiarów Hitlera. Tymczasem stało się wręcz odwrotnie. Uderzono w ton zaufania do wodza III Rzeszy, zapowiadając radykalny zwrot w stosunkach reprezentowanych przez niego Niemiec do narodu polskiego i jego żywotnych interesów. Uchwalony 26 stycznia projekt konstytucji stał się prawem dopiero po piętnastu miesiącach. Do dzisiaj brak miarodajnych danych, czemu przypisać tak długą zwłokę. Ogólnie przyjmuje się, iż „zamach” 26 stycznia, będący dziełem Sławka i Stanisława Cara, nie znalazł aprobaty Piłsudskiego. Miał on się wyrazić do Sławka, gdy ten mu komunikował o zwycięstwie w Sejmie: za wcześnie likwidujecie w Polsce demokrację. Brzmi to jednak mało prawdopodobnie, a raczej nieprzekonywająco, zważywszy, że tekst konstytucji był logicznym ukoronowaniem praktyk Piłsudskiego stosowanych podczas formalnego obowiązywania konstytucji marcowej. Wobec obu tych wydarzeń NPR zajęła zdecydowanie opozycyjne stanowisko. Jako stronnictwo opierające się na masach robotniczych byłej dzielnicy pruskiej, byliśmy jak mało który z ruchów politycznych ówczesnej Polski niezmiernie uczuleni na grożące ze strony Niemiec dążenia odwetowe. Od chwili dojścia Hitlera do władzy, a ze szczególnym natężeniem w okresie zapoczątkowanej paktem o nieagresji „przyjaźni”, obserwowaliśmy na miejscu aktywność mniejszości niemieckiej z coraz mniej maskowanymi pozorami lojalności. Co gorzej, wszelkie próby alarmowania opinii publicznej na temat nowej, agresywnej prężności Niemców w województwach zachodnich były ostro tępione przez cenzurę. Normalna działalność organizacyjna komórek partyjnych, a zwłaszcza pomyślne wówczas rozwijający się nasz Związek Młodzieży Pracującej „Jedność”, napotykały na stałe trudności ze strony policji, gdy analogiczna akcja niemiecka rozwijała się całkiem swobodnie. Równocześnie z tą poważną atmosferą zbierających się nad Polską niebezpieczeństw toczyły się na naszym partyjnym podwórku małe gierki politykierów, nie widzących istotnych problemów

i zapatrzonych w swoje mandaty. Nie doceniano zupełnie tego, że jeżeli reżym zdecydował się na narzucenie państwu, z naruszeniem istniejącego porządku prawnego, nowej konstytucji, to nie po to, aby w dalszym ciągu tolerować istnienie ośrodków opozycji, zwłaszcza na terenie parlamentu. Łudzono się co do zachowania dotychczasowej demokratycznej ordynacji wyborczej, opartej przecież na dekrecie Naczelnika Państwa z listopada 1918 roku. Na tym tle dojrzewały osobiste kryzysy, wśród których najostrzejszy miał miejsce między Chądzyńskim a Antczakiem, uważanym za najbliższego mego powiernika. W takiej to atmosferze doszło do mojej rezygnacji z prezesury Stronnictwa na posiedzeniu GWK wczesną jesienią tego roku. Formalnie sprawo musiała być załatwiona przez Radę Naczelną, której zwołanie wymagało kilku tygodni czasu. Fakt ten wykorzystała grupa Chądzyńskiego i na posiedzeniu kadłubowego GWK większością głosów zdecydowała odwołanie wyznaczonego na grudzień VI kongresu partii. Licząc na porozumienie z przewodniczącym Związku Robotników Rolnych Leonem Leśniewskim, miała ona nadzieję przygotowania odpowiedniego wyboru delegatów w terminie późniejszym i zlikwidowania mojej pozycji na terenie partii. Decyzja ta była również swego rodzaju zamachem w świetle postanowień Statutu organizacyjnego, według którego kongres zwołuje Rada Naczelna. Toteż na odbytym w kilka tygodni później, dla załatwienia mojej rezygnacji, posiedzeniu Rady, doszło do ostrego starcia, w wyniku którego przeważającą większością głosów Rada uznała odwołanie kongresu za nielegalne. Stosunek głosów okazał się wyjątkowo niekorzystny dla grupy Chądzyńskiego, ponieważ dość licznie zasiadający w składzie Rady sekretarze Związku Robotników Rolnych bynajmniej nie poszli za przykładem swojego prezesa. W rezultacie znaczną większością głosów nie przyjęto mojej rezygnacji i wybrano GKW w nowym składzie, bez udziału grupy Chądzyńskiego, która przed głosowaniem opuściła salę obrad. Kongres poprzedzony był nie tylko ożywioną działalnością grupy Chądzyńskiego, ale i montowaniem intryg personalnych, w których był on swego rodzaju mistrzem. Przekonawszy się, iż bez zrobienia poważniejszej wyrwy w popierającej mnie większości nie osiągnie swego celu, postanowił zaofiarować prezesurę partii jednemu z czołowych przedstawicieli popierającej mnie większości, senatorowi pomorskiemu, doktorowi Tadeuszowi Michejdzie, który to zdecydowanie odrzucił. Kongres odbył się w atmosferze dużego napięcia i oczekiwania ze strony naszych przeciwników, czego dowodziło stosunkowo liczne zjawienie się w Toruniu, gdzie się odbywał, sanacyjnych dziennikarzy. Już przy wyborze prezydium jednak okazało się, iż grupa Chądzyńskiego jest w mniejszości. Jej kandydat na przewodniczącego kongresu, były minister Jankowski, chociaż cieszący się największą spośród swojej grupy sympatią w dołach partyjnych, otrzymał niespełna 40 procent głosów, gdy nasz kandydat Michejda ponad 60 procent. Pod koniec obrad, wypełnionych dwoma dniami ostrej wzajemnej krytyki, stosunek ten ulegał jeszcze bardziej zmianie na niekorzyść przyjaciół Chądzyńskiego. W wyborach do Rady Naczelnej, które po raz pierwszy w historii NPR odbywały się nie na jedną listę uzgodnioną w łonie komisji matki, ale na dwie, lista Chądzyńskiego skupiła zaledwie 30 procent głosów. Atmosfera obrad, szczególnie zaś zaciętość, z jaką grupa Chądzyńskiego atakowała moją politykę, jako źródło wszystkich niepowodzeń partii wobec realnej rzeczywistości politycznej państwa, była tego rodzaju, że nakazywała liczenie się z daleko idącymi konsekwencjami, łącznie z wywołaniem rozłamu i próbą wytworzenia nowego ugrupowania. W związku z tym, dla uniemożliwienia

ewentualnym rozłamowcom gry, zdecydowałem się wycofać przygotowane projekty zmian, między innymi odnośnie do zmiany nazwy. Posunięcie to okazało się trafne i prawdopodobnie w niemałym stopniu przyczyniło się do tego, że w roku następnym, gdy po rozwiązaniu ostatniego Sejmu wybranego na podstawie demokratycznej ordynacji wyborczej trójka przyjaciół z Chądzyńskim na czele uznała za właściwe wystąpić z partii, nie pociągnęła za sobą dosłownie nikogo.

1935-1939
Dla usprawiedliwienia wobec opinii publicznej niezrozumiałej przerwy w ostatecznym uchwaleniu konstytucji, zaprzęgnięto do pracy nad jego tekstem większość sanacyjną Senatu, wśród której przeważali różnego kalibru konserwatyści. W końcu po długich naradach ustalono ostatecznie tekst, ciągle jednak nie dochodziło do aktu końcowego, to jest uchwalenia poprawek przez Senat i następnie przyjęcia ich przez Sejm. Aż nagle tę prawie czternastomiesięczną zwłokę odrobiono w ciągu miesiąca. Pozostawało to w ścisłym związku ze stanem zdrowia Piłsudskiego. Jak zwykle od powrotu do władzy, dzień swoich imienin spędzał on w Wilnie. Tegoroczny powrót odbył się w dość niezwykłych warunkach. Wprawdzie nie nadano mu, jak normalnie, charakteru masowej manifestacji powitalnej na dworcu, za to jednak przez dziwne jakieś niedopatrzenie zademonstrowano, iż stan zdrowia Piłsudskiego jest zatrważający. Tytułowa strona poczytnego tygodnika ilustrowanego „Światowid” (wydawnictwo prorządowego koncernu „IKC”) przyniosła zdjęcie marszałka z trudem wychodzącego z wagonu sypialnego i podtrzymywanego przez dwóch adiutantów. Już w parę godzin po pojawieniu się pisma w Warszawie policja na specjalne zarządzenie Składkowskiego skonfiskowała wszystkie egzemplarze w kioskach a nawet w kawiarniach i czytelniach publicznych. Odtąd wypadki potoczyły się w przyspieszonym tempie. Następuje najpierw zmiana na stanowisku premiera. W miejsce Leona Kozłowskiego, staje na czele nie zmienionego poza tym składu rządu Sławek. Dzieje się to 28 marca. Następnie w błyskawicznym tempie zapadają uchwały w Senacie i w Sejmie. 23 kwietnia następuje na Zamku uroczyste podpisanie nowej konstytucji. Równocześnie wezwany z Wiednia profesor specjalista wraz z lekarzami warszawskimi stwierdzają u Piłsudskiego raka wątroby i żołądka. W kilkanaście dni później następuje pogorszenie, a w niedzielę 12 maja wieczorem zgon. Dzień ten spędziłem na Śląsku, w Chorzowie, gdzie od pewnego czasu mieściła się siedziba władz wojewódzkich partii, ponieważ tam mieliśmy partyjną drukarnię. W południe przemawiałem na masowym, bo ponad trzy tysiące uczestników liczącym wiecu i omawiając dziwny pośpiech w „uchwalaniu” nowej konstytucji, napomknąłem, że tym razem decyzja co do terminów leżała w rękach... lekarzy. Gdy po kilku godzinach ogłoszono, że Piłsudski nie żyje, moi słuchacze uznali, że ich prezes rozporządza wyjątkowym materiałem informacji z najściślejszego środowiska rządowego. Wracałem ze Śląska z przekonaniem, że wprawdzie zamknął się brzemienny w skutki okres naszej historii, ale że śmierć Piłsudskiego nie oznacza bynajmniej końca jego reżymu. Brałem natomiast pod uwagę możliwość powstania w jego centrum kierującym tarć i konfliktów, które, gdyby opozycja zdobyła się wreszcie na jedność działania z mądrą taktyką, mogłyby doprowadzić z czasem do rozłamu w obozie sanacyjnym i porozumienia bardziej odpowiedzialnych w nim czynników z masowymi ruchami politycznymi, reprezentowanymi przez opozycję. Stąd też w ciągu tej prawie nie

przespanej nocy w pociągu ustaliłem dla siebie i mego najbliższego otoczenia program działania tak na krótką, jak i dalszą metę. Zdecydowany byłem przystąpić do jego realizacji już w dniach najbliższych. Przewidywania moje co do możliwości wewnętrznych tarć w kierującej ekipie sanacyjnej znalazły potwierdzenie już pierwszego dnia, kiedy przyszła wiadomość o nominacji Edwarda Rydza-Śmigłego na Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych. Powszechnie oczekiwano, iż następcą Piłsudskiego na tym stanowisku będzie Kazimierz Sosnkowski, niewątpliwie, niezależnie od braków i wad swojego charakteru, najinteligentniejszy w zespole jego współpracowników. Sosnkowskiemu nie darowano jednak jego słabości w momencie rozpoczęcia zamachu majowego. Chociaż przywrócony pozornie do łask i zamianowany po wyleczeniu zastępcą Generalnego Inspektora, jak się okazało, używany był za życia Piłsudskiego do czynności raczej reprezentacyjnych. Zostało to odszyfrowane w zespole strażników spuścizny jako wskazówka, iż „Szef” nie ma być następcą. Czuwał nad tym pułkownik Bogusław Miedziński i on to zmontował tę zaskakującą samego Sławka intrygę, że kiedy ten jako premier zjawił się u prezydenta Ignacego Mościckiego dla omówienia sprawy następstwa po Piłsudskim na stanowisku Generalnego Inspektora Ministerstwa Spraw Wojskowych, zastał już u niego Rydza, którego mu prezydent przedstawił jako przyszłego Generalnego Inspektora. Był to pierwszy akt rozgrywki między Mościckim a Sławkiem, którego jakoby Piłsudski wyznaczył na stanowisko głowy państwa po wejściu w życie nowej konstytucji. Do ostatecznej rozgrywki doszło jednak dopiero w kilka miesięcy później. Na razie stanęło przed Sławkiem zadanie utrzymania osieroconego przez mistrza systemu, który miał rozegrać pierwszą dla swego trwania batalię, jaką była dostosowana do potrzeb nowego reżymu ordynacja wyborcza i oparte na niej wybory do Sejmu i Senatu, których kadencja zbliżała się właśnie ku końcowi. Sławek zaskoczył nie tylko opozycję, ale i dość liczne na peryferiach reżymu ośrodki pochodzące z dawnych ugrupowań opozycyjnych, jak PPS, dawną Frakcję Rewolucyjną (Rajmund Jaworowski), NPR „Lewicę”, „Naprawę”, projektem ordynacji wyborczej urągającej przyznanemu w konstytucji systemowi czteroprzymiotnikowych wyborów. Bodajże jedynie konserwatyści byli zachwyceni jego pomysłem powołania tak zwanych zgromadzeń okręgowych, posiadających wyłączne prawo wysuwania kandydatów. Wywołało to dużą falę niezadowolenia, ale na ogół nie naruszyło zwartości organizacyjnej BBWR. Bodajże najbardziej dramatycznym przejawem tej operacji był fakt, jaki nastąpił na terenie tak zwanej NPR „Lewicy”. Jej faktyczny organizator Antoni Ciszak z Poznania z pochodzenia dawny socjalista, u którego kult do Piłsudskiego miał dwa źródła - niechęć do czołowych przywódców ZZP i nienawiść do endecji, był jednak szczerym radykałem i z coraz większym trudem przychodziło mu uspokajać swoje sumienie, iż „ewolucja” piłsudczyzny u władzy stacza się na coraz bardziej antydemokratyczne „bezdroża”. Projekt ordynacji wyborczej przedłożony przez Sławka tak nim wstrząsnął, że dostał ataku serca i wkrótce zmarł. Przeżyłem w związku z tym charakterystyczne doświadczenie. Poświęciłem Ciszakowi w „Obronie Ludu” dłuższe wspomnienie, w którym oddałem hołd szczerości jego przekonań, wykazując równocześnie tragedię łatwowiernego działacza. Napisałem to wspomnienie z intencją wyrażenia swojego uznania dla przeciwnika, który po opuszczeniu NPR nie szczędził mi przykrości, głównie z myślą oddziałania na dość znaczny krąg dawnych naszych zwolenników, którzy za nim poszli, osłabiając naszą organizację w Poznaniu i w paru najbliższych powiatach. Reakcja nie tylko wielu czytelników, ale przede wszystkim różnych głowaczy lokalnych tak

partyjnych, jak i związkowych mocno mną wstrząsnęła. Posypały się liczne protesty zaprzeczające zdawałoby się mocno utrwalonej w obyczajowości polskiej zasadzie, że de mortuis nil nisi bene. Nową ordynację uchwalono 8 lipca, a w dwa dni później prezydent rozwiązał Sejm i Senat. Termin nowych wyborów wyznaczono na 8-15 września. Stronnictwa opozycyjne zgodnie, chociaż bez uprzedniego porozumienia, odpowiedziały na antydemokratyczną ordynację bojkotem wyborów. Wynik tej decyzji przeszedł najbardziej optymistyczne przewidywania. Okazało się, że w wyborach do Sejmu wzięło udział według danych urzędowych zaledwie 46,5 procent uprawnionych do głosowania. Była to wymowna demonstracja, iż większość społeczeństwa odrzuca totalitarny system. Nazwałem te wybory w „Obronie Ludu” plebiscytem milczenia. Określenie okazało się do tego stopnia udane, iż niejednokrotnie wracało ono w rozważaniach i dyskusjach, a zwłaszcza artykułach czołowego publicysty socjalistycznego Mieczysława Niedziałkowskiego na łamach „Robotnika”. W nowym parlamencie Sławek rozporządzał bezwzględną większością głosów. Dwaj najbliżsi mu wówczas ludzie, Car i Prystor, zostali marszałkami. Było to jednak ostatnie jego zwycięstwo, kiedy bowiem wyciągając logiczny wniosek z zakończonego procesu budowy nowego reżymu zażądał od Mościckiego zwołania przewidzianego konstytucją zgromadzenia elektorów dla wyboru nowego prezydenta, ten wręcz zakwestionował jego wersję, jakoby wolą Piłsudskiego było przeprowadzenie zmiany na stanowisku prezydenta w takim właśnie momencie i oświadczył, iż czuje się na siłach dokończenia konstytucyjnego okresu trwania swego mandatu, to jest jeszcze przez prawie 5 lat. W kilka dni później konflikt jeszcze bardziej się zaostrzył, kiedy Sławek, nie tracąc jeszcze nadziei na rozegranie tej partii z Mościckim, zgłosił dymisję. Prezydent jej nie przyjął, ale wykorzystał tę sytuację dla osaczenia Sławka, proponując mu na wicepremiera i równocześnie pewnego rodzaju dyktatora w sprawach gospodarczych, byłego ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego. Nowym premierem został były poseł „Wyzwolenia”, przejściowo szef paroosobowego Klubu Pracy, do którego należał Bartel, Marian Kościałkowski. W gronie rozsianych po różnych klubach piłsudczyków II Sejmu, wyróżniał się on tym, iż potrafił zachować pewnego rodzaju bezstronność w ocenie przeciwników. W swoim czasie na przykład z okazji słynnych manewrów, jakie zorganizował Sikorski, jako minister spraw wojskowych w gabinecie Władysława Grabskiego, on, obserwujący je w charakterze wiceprzewodniczącego sejmowej komisji wojskowej, miał odwagę udać się do Piłsudskiego i referując mu o przebiegu manewrów wyrazić przekonanie, że Sikorski prowadzi w wojsku dobrą robotę i Komendant powinien w jakiś sposób ułożyć z nim współpracę... Odpowiedzią było przerwanie rozmowy i nieprzyjmowanie Kościałkowskiego tak w Sulejówku, jak i po przewrocie w Belwederze, mimo iż w samym przewrocie brał on aktywny udział. Znając ten fakt, a z drugiej strony posiadając w składzie gabinetu dwóch dawnych kolegów, a nawet przyjaciół (Górecki, kolega gimnazjalny i Juliusz Ulrych z „Zarzewia”) oraz upatrując w składzie nowego rządu - z wyjątkiem jednej osoby ministra sprawiedliwości Czesława Michałowskiego - raczej tendencje w kierunku pewnej liberalizacji (Juliusz Poniatowiski rolnictwo, Świętosławski oświata) rozważałem, czy nie należałoby podjąć z ramienia opozycji pewnych prób zbliżenia się do nowej ekipy rządowej w chwili, gdy czeka ją niewątpliwie ciężka rozprawa z większością własnych ciał ustawodawczych. Zwierzyłem się z tej myśli paru osobistościom, w pierwszym rzędzie generałowi Sikorskiemu, a także byłemu przywódcy PPS Barlickiemu, dokoła którego skupiały się opozycyjne elementy partii i obaj zgodnie doradzali mi podjęcie kroków zmierzających do nawiązania kontaktów

i wybadania, czego można oczekiwać od Kościałkowskiego w dziedzinie rzucenia pewnego rodzaju pomostu w stronę społeczeństwa. Zadanie w tym kierunku miałem dość ułatwione, pozostawałem bowiem ciągle w niezłych stosunkach z byłym senatorem „Wyzwolenia” bliskim Kościałkowskiemu, inżynierem Wacławem Januszewskim. Na moją prośbę podjął się on delikatnej misji nawiązania kontaktów i przez jakieś dwa czy trzy miesiące relacjonował mi wyniki rozmów, jakie od czasu do czasu przeprowadzał na ten temat z Kościałkowskim. Najpierw to były czcze wyrazy zadowolenia z powodu faktu, że opozycja łączy z nim jakieś nadzieje, potem wymówki, iż z powodu wewnętrznych rozgrywek w obozie rządowym nie może na razie wystąpić z programem, na gruncie którego mogłoby nastąpić jakieś spotkanie chociażby z częścią opozycji, a w końcu rozmowy się urwały. Sam Januszewski określił je w końcowym stadium jako beznadziejne. Kościałkowski zaś próbował do nich wrócić wtedy, kiedy przestał być premierem i dla opozycji nie reprezentował nic, co by mogło ją interesować. Słabość, jaką Kościałkowski okazał na otwartym przez moją inicjatywę odcinku możliwości nawiązania kontaktów z opozycją, wystąpiła w niepomiernie większej wyrazistości w sterowaniu przez niego nawą rządową. Rychło przekonali się o tym główni, a na razie jeszcze nie „dogadani” ze sobą wodzowie reżymu, to jest Prezydent i Generalny Inspektor Sił Zbrojnych. Zaniepokojeni akcją Sławka doprowadzili oni do zawarcia między sobą porozumienia, którego ofiarą padł Kościałkowski. Los jego już był przesądzony w początkach 1936 roku i tylko różne wydarzenia międzynarodowe opóźniły jego termin. Ustąpił w maju 1936 roku. Nowym premierem został - w wyniku kompromisu między obu czynnikami decydującymi - generał Sławoj-Składkowski. Wybór ten zaskoczył zarówno opozycję, jak i obóz rządowy, którego najbardziej, zdawałoby się, miarodajni przedstawiciele uspokajali swych zwolenników, że jest to obsada przejściowa, nim nastąpi porozumienie w sprawie poważniejszego kandydata na miarę wymaganej sytuacji. Jako takiego uważano wśród starych piłsudczyków Sosnkowskiego, okazało się jednak, że zdyskwalifikowanie go przez „Komendanta” z powodu zachowania się w dniach majowych jest nieodwracalnym wyrokiem, zamykającym mu drogę do zajmowania odpowiedzialnego stanowiska w państwie. Nowy premier wkrótce zademonstrował, jak pojmuje powierzone mu zadania szefa rządu. W słynnym okólniku z 15 lipca dokonał de facto zmiany konstytucji, ustalając, że Generalny Inspektor jest, zaraz po Prezydencie Rzeczypospolitej, drugą osobą w państwie i z tego tytułu należą mu się specjalne uprawnienia i honory. Równocześnie sam Rydz w coraz częstszych wypowiedziach z okazji uroczystości legionowych albo państwowych wyraźnie dawał do zrozumienia, iż uważa się za wodza narodu. Przypieczętowaniem tego „awansu” było nadanie mu przez Prezydenta tytułu Marszałka Polski. Wszystko to świadczyło, iż zrodzony ze zbrojnego zamachu stanu reżym przybiera całkiem wyraźnie formę totalitarnej dyktatury. Tymczasem to, co się działo poza kręgiem elity sanacyjnej, to jest w większości społeczeństwa, nie wskazywało na zdawanie sobie sprawy z powagi położenia międzynarodowego na skutek wzrastającej agresywności hitlerowskiego reżymu w Niemczech i równoczesnych objawów dekompozycji wśród najaktywniejszych elementów, to jest młodzieży. Niepowodzenie rozmów konsolidacyjnych na przełomie 1931-1932 czyniły bezprzedmiotowym powracanie do myśli ich wznowienia, zwłaszcza wobec opuszczenia kraju przez wybitnych przywódców, jak Witos, Korfanty, Lieberman. Witos nieobecny w kraju wzmocnił ogromnie swoją pozycję w zjednoczonym ruchu

ludowym, w którym stał się bezsprzecznym, nie kwestionowanym, przynajmniej jawnie, przez nikogo przywódcą. Z Czechosłowacji, gdzie się osiedlił, kierował de facto organizacją SL, śledząc równocześnie uważnie rozwój sytuacji w kraju. Od pożegnalnej, bardzo wyczerpującej rozmowy, jaką z nim miałem w początkach września 1933 roku przed udaniem się na emigrację, kiedy mnie specjalnie odwiedził w Krynicy, nie miałem z nim bezpośredniego kontaktu. W nowej, bardzo skomplikowanej sytuacji nawiązanie go wydawało mi się konieczne. Toteż byłem mile zdziwiony, kiedy po pogrzebie zasłużonego seniora ruchu ludowego Wiktora Kulerskiego w Grudziądzu, we wrześniu 1935 roku, odszukał mnie nie znany mi dotąd osobiście były poseł PSL „Piast” Stanisław Mikołajczyk, przekazując mi od Witosa prośbę o złożenie mu w możliwie niedługim czasie wizyty w jego obecnym miejscu pobytu. Szybko załatwiłem związane z tym formalności, to jest członkostwo Towarzystwa Tatrzańskiego, którego legitymacja dawała możność przekroczenia granicy polskoczechosłowackiej i w początkach grudnia tego roku udałem się w towarzystwie prezesa Związku Hallerczyków emerytowanego pułkownika Izydora Modelskiego do Rożnowa na Morawach. Akurat przybył tam z Pragi Wojciech Korfanty i dzięki temu mogliśmy we czwórkę odbyć wyczerpujące rozmowy. Miały one raczej charakter informacyjny z mojej strony i, jak mi Witos otwarcie powiedział, bądź pokrywały się całkowicie, bądź: uzupełniały ten materiał, jaki był w jego posiadaniu. Dzięki temu dość łatwo doszliśmy do uzgodnienia poglądów. W zakresie taktyki na najbliższą metą chodziło o pomoc dla organizowanych przez Witosa manifestacji z okazji obchodów „Czynu Chłopskiego”, jakie przewidywał najpierw w Nowosielcach, w środkowej Małopolsce, a następnie na szesnastolecie zwycięstwa pod Radzyminem. Pożegnaliśmy się decyzją podtrzymywania odtąd stałego kontaktu w możliwie niedługich odstępach czasu, najwyżej dwumiesięcznych. Po powrocie z wizyty w Czechosłowacji odbyłem szereg rozmów, głównie z czołowymi przywódcami PPS i SL, co pozwoliło mi na wyrobienie sobie opinii, iż powracanie do dawnych metod szukania porozumienia grup partyjnych nie da i tym razem żadnego wyniku. Stąd decyzja działania odmienną metodą. W początkach stycznia 1936 roku odbywam w Toruniu dłuższą naradę z prezydium Związku Hallerczyków (pułkownik Modelski i pierwszy wiceprezes generał Marian Januszajtis), w rezultacie której dochodzimy do wniosku, że trzeba porzucić próbę dogadywania się ze sztabami partyjnymi, a natomiast powołać do życia coś w rodzaju trustu mózgów, a raczej autorytetów o takim ciężarze gatunkowym, że fakt ich porozumienia i jednolitego działania przy odpowiedniej akcji organizacyjnej i propagandowej nie będzie mógł pozostać bez wpływu na zachowanie sztabów partyjnych. Uzgadniamy jako zawiązek takiego trustu zespół w osobach: Ignacego Paderewskiego, Wincentego Witosa, Wojciecha Korfantego oraz generałów Józefa Hallera i Władysława Sikorskiego. Następnie wyjeżdżamy do siedziby generała Hallera w Gorzuchowie pod Grudziądzem, gdzie referuję gospodarzowi nasz projekt, proponując, aby wystąpił wobec wspomnianych osobistości z propozycją zjechania się ich w pierwszych dniach lutego w Morges, siedzibie Paderewskiego w Szwajcarii. Haller bez wahania zaakceptował nasz projekt, podpisał przygotowane pisma do Paderewskiego, Korfantego i Witosa, które w dwa dni później prezes chorągwi krakowskiej Związku Hallerczyków emerytowany major Adam Pawłowski wrzucił na pocztę po stronie czeskiej. W taki oto sposób doszła do skutku w połowie lutego w Morges konferencja, która dała początek formacji nazwanej potocznie „Frontem Morges”. Brali w niej udział, obok gospodarza, Haller i Witos

oraz nie wymieniony w ogłoszonym następnie komunikacie Sikorski. Z ważnych przeszkód natury rodzinnej (śmiertelna choroba młodszego syna) nie mógł wziąć w niej udziału Korfanty. Ogłoszony komunikat mówił o pełnej solidarności zebranych odnośnie do oceny ciężkiego położenia politycznego państwa i konieczności odbudowy w nim jedności narodowej poprzez szerokie porozumienie ludzi i ugrupowań o różnych odcieniach politycznych. W pierwszą niedzielę drugiej połowy tego miesiąca odbyło się na Morawach, w tymczasowej siedzibie Witosa, będącego gościem agrarnego posła do parlamentu praskiego, szersze zebranie przedstawicieli różnych grup politycznych, między innymi obecny był osobisty przedstawiciel prezesa SN Joachima Bartoszewicza. Witos i Haller zreferowali przebieg i wynik konferencji w Morges, a Korfanty dał zarys programu działania na najbliższy okres, co zebrani w zasadzie zaakceptowali. Ujawniła się na tej konferencji wymowna różnica poglądów między stanowiskiem zdecydowanej większości zebranych a występującym wówczas jako przedstawiciel ONR (grupa ABC) Januszajtisem. Nalegał on na, jak się wyraził, zajęcie wyraźnego stanowiska w kwestii żydowskiej, uważając, że tylko tą drogą da się zmontować potężny ruch opozycji antysanacyjnej. Późniejszy rozwój wypadków wykazał, że Januszajtis nie posiadał mandatu do reprezentowania ONR i wkrótce zresztą wyraźnie zadeklarował się jako członek SN, w którym nie odegrał żadnej wybitniejszej roli. Konsekwentnie jednak usiłował zaszczepić antysemityzm jako koncepcję taktyczną dla działalności Związku Halerczyków, co spowodowało, iż w niecałe trzy miesiące później musiał opuścić stanowisko wiceprezesa Zarządu Głównego. Podjęta zaś w następnym roku, podczas walnego zjazdu związku, kampania przeciwko kierunkowi „morgesowskiemu” Modelskiego skończyła się secesją Januszajtisa, z którym solidaryzował się dosłownie jeden delegat. „Front Morges”, odrzucając dążenie do uzyskania porozumienia z kierownictwami stronnictw jako w danych warunkach nierealnego, starał się skupić w poufnej organizacji pod nazwą Związku Obrony Rzeczypospolitej szereg osobistości o wybitniejszym wpływie w kołach naukowych czy zawodowych, przeważnie dotąd politycznie niezaangażowanych. Udało się powołać do życia trzy takie ośrodki, z których najaktywniejszym był krakowski pod kierownictwem generała Mariana Kukiela przy wybitnym udziale profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, jak bracia Piotrowiczowie, Adam Vetulani i inni. W Poznaniu podobny ośrodek skupiał się koło znanego chirurga profesora Antoniego Tomasza Jurasza. W Warszawie należała doń grupa profesorów Politechniki z późniejszym rektorem Drewnowskim oraz profesor Stefan Glaser. Osobną grupę, stosunkowo liczną i o niemałym ciężarze gatunkowym w łonie stołecznej organizacji SN stanowili narodowcy, skupiający się przy wiceprezydencie miasta Marianie Borzęckim. Organem prasowym „Frontu” został tygodnik „Odnowa”, którego redaktorem był syn wielkiego publicysty, „ojca pozytywizmu”, inżynier Ryszard Świętochowski, równocześnie aktywny działacz SL i piastujący w nim stanowisko prezesa warszawskiej organizacji wojewódzkiej. „Odnowa” wysunęła się w ciągu paru już miesięcy na front żywych tygodników politycznych i wskutek tego została zarządzeniem Składkowskiego zawieszona. W jej miejsce zaczął ukazywać się w oficynie „Polonii” w Katowicach tygodnik „Zwrot”, redagowany w Warszawie przez ten sam zespół. Przetrwał on do wybuchu wojny, zmieniając na cztery miesiące przedtem kierownictwo, które objąłem, gdy Świętochowski został zaangażowany do prac mobilizacyjnych przemysłu elektrycznego. Nie zmierzając do forsowania nierealnych w danych warunkach koncepcji porozumienia stronnictw, „Front Morges” jako główne swe zadanie w dziedzinie konsolidacji politycznej postawił sobie

doprowadzenie do bardziej zdrowej ich struktury i przeciwdziałania wszelkim tendencjom rozproszkowania. Stąd też pierwsze kroki skierowane zostały na doprowadzenie do połączenia ChD i NPR. Sprawa ta była omawiana już podczas założycielskiej konferencji w Morges i wówczas to Sikorski podjął się osobiście doprowadzić do jej pomyślnego zakończenia. Rola jego w tej dziedzinie była bezsporna i jednakowo doceniana przez obie strony. Ukoronowaniem tych zabiegów był kongres połączeniowy, odbyty 10 października 1937 roku, równocześnie z walnym zjazdem Związku Hallerczyków, którzy w przeważającej swej masie zasilili szeregi nowego Stronnictwa. Swego rodzaju sensacją tego zjazdu było zjawienie się na nim Stanisława Wojciechowskiego i wygłoszenie odpowiedniego przemówienia, pierwszego i jedynego po złożeniu urzędu prezydenta Rzeczypospolitej. Drugą ważną dziedziną, w której przejawiała się działalność wybitnych przedstawicieli „Frontu Morges” była polityka zagraniczna. Chodziło nie tylko o przeciwstawienie się lekkomyślnej, lekceważącej wszystkie dotychczasowe doświadczenia historyczne propagandzie urzędowej, iż w stosunkach narodu niemieckiego pod władzą Hitlera dokonał się zasadniczy zwrot wobec Polski, ale i o trzeźwe wyciągnięcie wniosków z radykalnie zmienionej sytuacji międzynarodowej, w której bezpieczeństwo państwa polskiego było zagrożone. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, głównie z uwagi na wyjątkową pozycję Sikorskiego oraz ze względu na to, że redaktorem politycznym najpoważniejszego dziennika stolicy „Kuriera Warszawskiego” był wybitny publicysta Bolesław Koskowski (po jego przedwczesnej śmierci stanowisko to objął również związany z „Frontem Morges” Stanisław Stroński), wpływowa ta trybuna prasowa została otwarta dla akcji „Frontu”. Sikorski umieszczał tam co niedzielę gruntowne artykuły na temat sytuacji militarno-politycznej, tak jak ona się układała w wyniku stale wzrastającej agresywnej polityki Hitlera i wreszcie zaczął lansować - co prawda z dużą ostrożnością z uwagi na środowisko wydawców - idee sojuszu militarnego państw demokratycznych z ZSRR, z udziałem Polski. Niezależnie od tego wypowiadali się na tych samych łamach w duchu polityki „Frontu Morges” profesor Wacław Tokarz, sięgając w swych wspomnieniach do historycznych doświadczeń sojuszu polsko-pruskiego oraz wybitny przedstawiciel palestry warszawskiej i prezes Związku Oficerów Rezerwy Stanisław Szurlej, również z „Frontem” związany. Te różne i liczne przejawy działalności przyczyniły się do tego, że „Front Morges” uznany został przez kierujące czynniki reżymu za głównego przeciwnika, bo potencjalnego kandydata do władzy, posiadającego wszelkie szanse, w razie gdyby taka możliwość zaistniała, porozumienia się jeżeli nie z całą opozycją, to z bardzo wpływowymi w niej elementami. Mimo tego bowiem, iż z istniejących stronnictw tylko SP (Stronnictwo Pracy) można było uważać za całkowicie stojące w dyspozycji „Frontu Morges”, nie bez znaczenia dla wszystkich oceniających realnie sytuację w stronnictwach było, iż w SL pozycja Rataja, notorycznego przeciwnika wiązania się z „Frontem Morges”, była niepomiernie słabsza od Witosa, który brał w nim czynny udział. Nie można także było lekceważyć faktu, że tak w SN, jak i w PPS nie brak było wybitnych działaczy, których wpływ, gdyby koniunktura była po temu odpowiednia na rzecz ewentualnej chociażby przejściowej współpracy z „Frontem Morges” dla wyprowadzenia państwa z ciężkiej sytuacji, w jakiej się znalazło na skutek polityki sanacyjnej, na pewno okazałby się decydujący. Najwymowniejszym sprawdzianem tego, do jakiego stopnia miarodajne czynnik reżymu upatrywały we „Froncie Morges” głównego swego przeciwnika, była zastosowana przeciwko niemu metoda

walki. Chodziło, ni mniej ni więcej, tylko o przedstawienie opinii publicznej, a głównie przeważającym w niej elementom umiarkowanym narodowym i katolickim, iż „Front Morges” jest... ekspozyturą masonerii. Wczesnym latem 1938 roku pojawił się na łamach dość żywo redagowanego tygodnika młodych konserwatystów „Polityka” (dawniej „Bunt Młodych”) rewelacyjny artykuł, którego autor stwierdzał, iż miał w ręku poufny kalendarz międzynarodowej masonerii, w którym znalazł informacje, iż pięciu czołowych przywódców „Frontu Morges”: Paderewski, Sikorski, Stroński, profesor Stanisław Kot i Rataj jest aktywnymi członkami masonerii. Jakby na komendę prasa sanacyjna z popularnymi „czerwoniakami” na czele nadała niesamowity rozgłos tej rewelacji, a czołowy i wyróżniający się swym poziomem konserwatywno-sanacyjny organ wileński „Słowo” piórem utalentowanego Stanisława Cat-Mackiewicza przez szereg dni rozważał tę sensacyjną informację. Artykuł „Polityki” podpisany był: L.K. Na drugi już dzień cała Warszawa wiedziała, że chodzi o byłego premiera sanacyjnego, profesora Leona Kozłowskiego. Zaatakowani odpowiedzieli oświadczeniami zaprzeczającymi całkowicie twierdzeniom „Polityki”. Uczynił to także Rataj, nie wiadomo z jakich względów wmieszany w całą sprawę, gdyż jego wrogi stosunek do „Frontu” był ogólnie znany, a na dobitek był jedynym wśród wymienionych, co do którego podejrzenia o jakieś związki z masonerią mogły mieć pewne podstawy. Prawdziwą sensacją było oświadczenie Kota, który przy tej sposobności oświadczył, iż był parokrotnie przedmiotem zabiegów ze strony rozmaitych kolegów uniwersyteckich wciągnięcia go do masonerii, wśród których najnatarczywsze pochodziły od profesora Uniwersytetu Lwowskiego Leona Kozłowskiego. Wszystkie jednakże stanowczo odrzucił. Najpoważniej potraktował sprawę Stroński, czując się niejako zagrożony na swoim nowo objętym stanowisku redaktora politycznego „Kuriera Warszawskiego”. Oświadczył on, iż pociąga do odpowiedzialności sądowej o zniesławienie tak redaktora odpowiedzialnego pisma jak i domniemanego autora Leona Kozłowskiego. Epilog całej sprawy był dość niezwykły i bardzo charakterystyczny dla zaprowadzonego przez sanacją reżymu. O tym, że proces Strońskiego się odbył, nie pozwolono umieścić w prasie najmniejszej nawet wzmianki. W rzeczywistości bowiem była to wielka kompromitacja wymierzonej we „Front Morges” bomby. Oskarżony Kozłowski oświadczył, że żadnych katalogów masońskich nie miał w ręku i odnośny artykuł podpisał dwom wyższym urzędnikom MSZ, którzy przyszli do niego w czasie sjesty w klubie wioślarskim w imieniu swego szefa, ministra Józefa Becka, który uważał, iż wyświadczenie tego rodzaju przyjacielskiej przysługi jest niesłychanie ważne z punktu widzenia zasadniczych interesów państwa. W parę lat później w zgoła innych okolicznościach, bo w lokalu ambasady Rzeczypospolitej Polskiej na terenie ZSRR, w Kujbyszewie, ten sam Kozłowski usprawiedliwiając się ambasadorowi Kotowi z oddania tej „przysługi”, tłumaczył, iż Beck czuł się do tego stopnia zagrożony u Rydza-Śmigłego kampanią prowadzoną przez „Front Morges”, że nie widział innego wyjścia dla wzmocnienia swej pozycji, jak zdyskredytowanie tej formacji w taki sposób, w jaki to uczynił. Powstanie „Frontu Morges” przyczyniło się w niemałym stopniu do przyspieszenia rozwiązania na odcinku konsolidacji obozu rządowego, aktualnej od chwili, kiedy w październiku 1935 roku Sławek rozwiązał BBWR. Zapowiedziany deklaracją pułkownika Adama Koca, wybranego przez Rydza wodza Ozonu (Obozu Zjednoczenia Narodowego), proces konsolidacji, po różnych wewnętrznych tarciach, skrystalizował się ostatecznie w formacji zdecydowanie totalistyczno-wodzowskiej. Z nieprzezwyciężalnych zdawałoby się trudności pogodzenia rewolucyjno-socjalistycznego rodowodu

piłsudczyzny z jego najnowszym, a decydującym nabytkiem kapitalizmu i obszarnictwa wybrnięto przez przyjęcie platformy „zapożyczonej” całkowicie z repertuaru endecji, z położeniem głównego nacisku na walkę z żydostwem i masonerią. Musiało to już w stosunkowo krótkim okresie czasu doprowadzić do głębokich rozdźwięków i secesji ze strony elementów ideowych, które pociągnęła proklamowana w maju 1926 roku zasada „sanacji moralnej”. Najważniejszym tego rodzaju ośrodkiem była grupa bazująca na związkach zawodowych pracowników umysłowych z wychowankiem harcerstwa, utalentowanym publicystą i działaczem politycznym Janem Hoppe. Grupa ta dysponowała dobrze redagowanym tygodnikiem „Jutro Pracy”, a w pierwszym elitarnym Sejmie (1935-1938) posiadała szesnastu posłów, co przy ogólnej liczbie 108 miało swoją wymową. Jej przywódcę usiłowano początkowo związać bardzo zaszczytnymi godnościami, które ostatecznie odrzucił. Wówczas to rozpoczęto za pomocą „prasy czerwonej” nie przebierającą w środkach walkę z tą grupą i ostatecznie w najbliższych wyborach w 1938 roku całkowicie ją zlikwidowano z wyjątkiem posła Dudzińskiego, wybranego przy pomocy naszych działaczy w okręgu bydgoskim. Zetknąłem się z przywódcami tej grupy jeszcze przed wspomnianymi wyborami, i to z ich inicjatywy; wówczas to w przeprowadzonych rozmowach, z czego zdaję krótko sprawę w swojej książce Od Brześcia do «Polonii», zarysowały się między nami możliwości zbliżenia, które parę lat później już w Podziemiu miało owocować w niezwykły wprost sposób. Ze stworzonej bowiem przy wybitnym udziale Hoppego organizacji Unia, która w 1942 roku połączyła się z SP, rekrutowała się większość przywódców i działaczy, którzy zajęli w moim stronnictwie w kraju miejsca po działaczach dotkniętych przez hitlerowski terror. Głównym osiągnięciem Ozonu była ostateczna rozprawa ze Sławkiem i jego grupą. Przeprowadzono ją w typowo sanacyjny sposób, z pogwałceniem elementarnych zobowiązań lojalności wśród dzierżycieli władzy państwowej na najwyższym szczeblu. Sławek został wybrany po niespodziewanej śmierci Cara znaczną większością głosów marszałkiem Sejmu w czerwcu 1938 roku. Zastosował przy wyborze dziwaczny proceder wprowadzony po przewrocie, iż wybrany marszałek Sejmu czy Senatu uzależniał przyjęcie wyboru od uprzedniego przekonania się, że może liczyć na lojalną współpracę z głową państwa. Mościcki oczywiście dał wymagane przyrzeczenie, po czym natychmiast podpisał dekret o zamknięciu sesji Sejmu i Senatu. Następnym zarządzeniem w kilka tygodni później było zaskakujące całe społeczeństwo rozwiązanie Sejmu i Senatu, o czym marszałek Sejmu, z którym winna być - według przyjętych wszędzie w ustrojach parlamentarnych zwyczajów - przeprowadzona co do tego konsultacja, dowiedział się z prasy. W wyborach, odbytych w znacznie zmienionych w stosunku do 1935 roku okolicznościach, Ozon okazał się nie tylko zwycięzcą, ale także pogromcą tak Sławka i jego przyjaciół - z wyjątkiem paru mandatów w Senacie - jak i grupy „Jutra Pracy”. Na „zwycięstwo” Ozonu wpłynęły dwa różnej miary fakty. Przede wszystkim zwrot w stanowisku głowy episkopatu, Prymasa Polski, księdza kardynała Hlonda. Po śmierci Piłsudskiego doszedł on do przekonania, widząc słabość i niezdolność opozycji do wspólnego działania, iż należy skierować wpływ Kościoła na rzecz pewnego rodzaju ewolucji reżymu w duchu większej praworządności. Stąd jego wywiad w popularnym „Małym Dzienniku”, iż katolicy powinni wziąć udział w wyborach, a także zachęta udzielona wybitnym działaczom umiarkowanym z prezesem Akcji Katolickiej a byłym kontrkandydatem Piłsudskiego na prezydenta w 1926 roku, Adolfem Bnińskim, którzy przyjęli mandaty nominacyjne do nowego Senatu.

Drugim elementem decydującym o zwycięstwie było całkowite - w porównaniu z zachowaniem się władz w 1935 roku - uniemożliwienie wszelkiej akcji na rzecz wstrzymania się od głosowania, zaczynając od samego faktu ogłaszania odnośnych decyzji stronnictw opozycyjnych, do czego nie dopuszczono. Wybory 1938 roku miały utorować drogę do objęcia stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej za dwa lata przez Rydza-Śmigłego. Robiono te plany bez przejmowania się rozwojem sytuacji międzynarodowej, w której coraz wyraźniejsze już znaki dowodziły, iż kończy się okres zakłamanej przyjaźni polsko-niemieckiej i Polskę czeka nieuchronna wojna. „Front Morges” miał pełną świadomość tego niebezpieczeństwa. Dlatego też już niedługo po wyborach, wiosną 1939 roku, nie ograniczając się do dotychczasowej akcji alarmowania opinii publicznej, postanowił zwrócić się do najwyższych czynników państwowych z memoriałem, który przedłożyła Mościckiemu delegacja wybitnych przedstawicieli świata nauki i życia społecznego, w której brali udział między innymi były rektor UJ Stanisław Estreicher, profesorowie Stanisław Pigoń z UJ i Franciszek Bujak z Uniwersytetu Jana Kazimierza, profesor Glaser, były prezydent Poznania Cyryl Ratajski i były minister pełnomocny Zygmunt Lasocki. Wynik tej delegacji w świetle drukowanej już po wojnie relacji jej uczestników, Lasockiego i Pigonia, był całkowicie negatywny. Ujawnił on jednocześnie wyjątkowy brak poczucia odpowiedzialności i mafijnego zaślepienia ze strony Mościckiego. O ile fakt delegacji, której przewodniczył Ratajski, prasa rządowa starała się w ogóle przemilczeć, o tyle drugiej inicjatywie, której organizatorem był Zarząd Główny SP, nadano duży rozgłos propagandowy. Chodziło o przyjęcie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej generała Józefa Hallera w charakterze prezesa Rady Naczelnej Stronnictwa Pracy i jednocześnie „najstarszego z żołnierzy walk o niepodległość”. W przygotowanym całkowicie staraniem kierownictwa SP memoriale poruszono najistotniejsze elementy sytuacji państwa, stawiając żądanie podjęcia szerokiej akcji prawdziwego zjednoczenia narodowego, do którego niezbędnym warunkiem winna być amnestia dla przebywających jeszcze na emigracji więźniów brzeskich i powołania rządu „zaufania narodowego”, zdolnego do zmobilizowania całego narodu przeciwko niebezpieczeństwu hitlerowskiemu. Do jakiego jednak stopnia i tę inicjatywę potraktowano wyłącznie pod kątem widzenia taktycznej rozgrywki, świadczy fakt, że Mościcki zastrzegł się co do całkowitej poufności przeprowadzonej z Hallerem rozmowy. Proces startowania powołanego do życia 10 października 1937 roku Stronnictwa Pracy (SP) odbył się w terenie szybko i składnie, bez żadnych tarć personalnych. Na samym początku była wprawdzie próba dywersji zorganizowana, jak wieści głosiły, przez odpowiednie czynniki MSW z wiceministrem Kaweckim i dyrektorem departamentu Żyborskim na czele. Podjął się jej były poseł ChD i niefortunny przed paru laty twórca rozłamowej efemerydy „chrześcijańsko-ludowej”, adwokat Wacław Bitner. Zebrał on grupę dawnych chadeków, gotowych do ponownego włączenia się w życie polityczne pod warunkiem zmiany na stanowisku pełniącego obowiązki prezesa Zarządu Głównego Stronnictwa i zastąpienia go osobą mniej drażniącą decydujące czynniki reżymu, które skłonne są jakoby pod tym warunkiem ustosunkować się bardziej pozytywnie do nowego stronnictwa. Jako pośrednika do przeprowadzenia tej operacji przeciwko mnie wybrał sobie Bitner głównego - obok mnie i Franciszka Kwiecińskiego - rzecznika powstania SP Modelskiego, który oczywiście zdecydowanie tę intrygę odrzucił.

Główną troską kierownictwa SP było powołanie do życia pisma Codziennego w Warszawie, w oparciu o które można by rozwinąć szerszą działalność. Przymusowe warunki finansowe wpłynęły na decyzję, iż postanowiono się oprzeć o świetnie mimo szykan reżymowych funkcjonujące wydawnictwo Korfantego „Polonia” w Katowicach. Powstała w ten sposób „Nowa Prawda”, wychodząca w południe w oparciu o zasadniczy materiał rannego wydania „Polonii”, uzupełniony czterema stronicami tekstu robionego na miejscu w Warszawie. Mimo różnych dokuczliwości robionych niewątpliwie świadomie, pismo dzięki sprawnej służbie administracyjnej trafiło na podatny grunt. Po dwóch i pół miesiącach wychodzenia zostało decyzją komisariatu rządu zlikwidowane pod pretekstem szerzenia niepokojących opinię publiczną wiadomości politycznych. Chodziło o próbę wydania dodatku nadzwyczajnego, poświęconego uzyskanej przez redakcję, a całkowicie w Warszawie przemilczanej, informacji o przebiegu konferencji prasowej w Moskwie ówczesnego komisarza spraw zagranicznych Litwinowa, określającego stanowisko ZSRR wobec dokonanego w tym dniu gwałtu nad Czechosłowacją. Za szczególnie prowokacyjny uznano tytuł tego dodatku, mówiący, iż Litwinow zapowiedział wydanie wojny wojnie. Okoliczności zawieszenia „Nowej Prawdy” były tego rodzaju, że nawet przestrzegający daleko idącej ostrożności dyrektor Katolickiej Agencji Prasowej ofiarował się z interwencją u ministra spraw wewnętrznych. Powaga interweniującego sprawiła, że minister sam wysunął sugestię, aby jego zastępca w rozmowie ze mną próbował znaleźć wyjście z sytuacji. Chociaż z wielką niechęcią, ale zgodziłem się na rozmowę z wiceministrem Nakoniecznikoff-Klukowskim, który na godzinę przed wyznaczonym terminem konferencji w dniu 19 marca osobiście, w bardzo uprzejmej telefonicznej rozmowie przeprosił mnie, iż z powodu uroczystości żałobnych ku czci Piłsudskiego jest zajęty i w jego zastępstwie przyjmie mnie Żyborski. Uznałem to za z góry obmyśloną pułapkę, ale ostatecznie nie było już możności wycofania się. W ten sposób doszło do mojej rozmowy z faktycznym ministrem spraw wewnętrznych ówczesnego rządu. Długa ta, bo prawie dwugodzinna rozmowa nie tylko zrobiła na mnie jak najgorsze wrażenie, ale pozwoliła mi zorientować się w kulisach rozgrywających się równocześnie na mieście wydarzeń, a to dzięki temu, że Żyborski odrywany był ciągle na rozmowy przez telefon. Chociaż z uwagi na moją obecność starał się być jak najbardziej powściągliwy, to jednak tak z natury rzeczy wypadło z jego odpowiedzi i dyspozycji, iż mogłem zorientować się, że na mieście pod głównym gmachem PKO zgromadziły się tłumy klientów wycofujące swe oszczędności. Przeważali wśród nich Żydzi. Komisariat Rządu postanowił w zarodku zdusić ten objaw małoduszności. Na stojących w ogonku klientów rzucono dziesiątki bojowców Falangi, którzy przy akompaniamencie wyzwisk antysemickich rozprawiali się czynnie z tymi ofiarami małej wiary. Po upływie najwyżej godziny, już pod koniec mojej rozmowy, otrzymał Żyborski najwidoczniej meldunek, że operacja doskonale się udała i była kwestia wynagrodzenia za udział w niej. Jego dyspozycja brzmiała: wypłacić 5 zł od łebka. Po opuszczeniu gmachu ministerstwa w mojej redakcji poinformowano mnie o szczegółach całego zajścia, co mi pozwoliło, po zestawieniu z tym, czego byłem mimowolnym słuchaczem, zdać sobie sprawę z intymności i ideowości pobudek, jakie łączyły bojowców Falangi z aparatem policyjnym. Ostatecznie nieprzyjemna ta rozmowa zakończyła się uzyskaniem zgody na udzielenie nowej koncesji wydawniczej na dziennik pod tytułem „Nowa Rzeczpospolita” pod warunkiem, iż będzie on przedsiębiorstwem całkowicie samodzielnym i ani pod względem finansowym, ani co się tyczy materiału, nie związanym z „Polonią”.

Rozpoczęty w takich warunkach start „Nowej Rzeczypospolitej” był rzeczywiście bardzo ciężki. Fakt jednak zawieszenia jej poprzedniczki stworzył tego rodzaju zainteresowanie, że już po kilku tygodniach przy niezwykle oszczędnej gospodarce i poświęceniu współpracowników, godzących się na wyjątkowo niskie uposażenia. okazało się, iż dziennik znalazł swoją klientelę, a miesiąc wrzesień zaczęliśmy pod znakiem nie tylko zrównoważonego budżetu, ale i pokaźnych nadwyżek z wzrastającego niemal codziennie nakładu w atmosferze ogólnego napięcia w związku z rozwojem sytuacji w Czechosłowacji. Organ SP zmuszony był do zajęcia w tej sprawie wyjątkowo ostrożnego stanowiska, co nie było bynajmniej rzeczą łatwą. Mimo to nie uniknęliśmy potknięcia się i tym razem, i to w podobnych okolicznościach jak przed pół rokiem. Ostatniego września próbowaliśmy wydać dodatek nadzwyczajny informujący o piśmie odręcznym Beneša do Mościckiego, proponującym pokojowe i przyjazne załatwienie sprawy Zaolzia. Dodatek ten nie mógł się ukazać, gdyż drukarnię obsadziła policja na zarządzenie samego ministra spraw wewnętrznych, która pozostała tam przez najbliższe dnie, aż do uzyskania przez komisariat rządu decyzji sądowej o zawieszeniu pisma. Dokonało się to w okolicznościach wymagających utrwalenia jako wyjątkowy, bodajże nie powtórzony, nawet w historii reżymu sanacyjnego, sposób rozprawienia się z niezależną placówką dziennikarską. Tak więc najpierw w komunikacie radiowym zarzucono „Nowej Rzeczypospolitej”, iż w sprawie tak powszechnie w narodzie popartego dążenia jak rewindykacja Zaolzia szła ona przeciwko interesom państwa - co było notoryczną nieprawdą. Decyzja sądu okręgowego natomiast wydana przez komplet pod przewodnictwem sędziego o niemieckim nazwisku, bodajże Neymanna, oparta była na zupełnie innej podstawie. Chodziło mianowicie o „naruszenie ważnej tajemnicy wojskowej”... Jak bezceremonialnie załatwiano uśmiercenie naszego pisma dowodzi ujawniony w dalszym ciągu materiał. Już po decyzji sądowej otrzymał Kwieciński, podpisujący pismo jako wydawca i redaktor, wezwanie do sędziego śledczego dla wytłumaczenia się z owego przestępstwa. Jak się okazało, zakwestionowana notatka nie pozostawała w najmniejszym nawet związku ze sprawą Zaolzia. Chodziło o krótką informację z kroniki sądowej o skazaniu na parę lat więzienia podoficera armii polskiej, któremu udowodniono szpiegostwo na rzecz Niemiec. Informacja ta została w całości zaczerpnięta z biuletynu prasowego urzędowej PAT w Gdyni. Przezornie redakcja wszelkie tego rodzaju materiały przechowywała i nietrudno było Kwiecińskiemu przedłożyć sędziemu odpowiedni dowód. Skończyło się na umorzeniu śledztwa, ale nie miało to najmniejszego wpływu na dalszy rozwój sprawy. Wobec takiego sposobu rozprawienia się z naszym organem sądziliśmy w naiwności, iż uzyskanie trzeciej z kolei koncesji wydawniczej nie nastręczy większych trudności, zwłaszcza wobec pewnych dość dyskretnie prowadzonych ze strony niektórych czynników katolickich zabiegów u rządu o naprawienie krzywdy tak jaskrawię wyrządzonej SP. Przeważyły jednak inne względy. Oba nasze organy prasowe sprawiały dużo kłopotu MSZ, wywołując częste interwencje ambasady niemieckiej. Ozon stał przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi i zwłaszcza w województwach zachodnich miał realny powód, bez względu na to, co wypisywano na temat „słabości SP”, obawiać się jego akcji. Do jakiego stopnia wzgląd ten był bardzo poważnie brany pod uwagę, dowodzi fakt, że wybory samorządowe rozpisano na obszary całego państwa z wyjątkiem województwa śląskiego na wyraźne żądanie Grażyńskiego, który przekonał Składkowskiego, iż w tak ważnym w obecnej sytuacji dla zademonstrowania swego oblicza politycznego województwie obóz rządowy nie może ryzykować walki z „partią Korfantego”.

Ostatecznie więc trzeciej koncesji nie uzyskaliśmy i w najważniejszym okresie manifestowania sił politycznych w stolicy i centralnych prowincjach państwa byliśmy unieruchomieni. Zamykając ten rozdział aktywności SP, jakim była próba ustalenia swego organu w stolicy i rozpoczęcia w oparciu oń szerszej akcji organizacyjnej, nie mogę pominąć rozdziału nie notowanego nawet w wewnętrznych sprawozdaniach dla użytku szefa rządu i ministra spraw wewnętrznych. Chodzi o dość niezwykły i tylko na tle ówczesnej sytuacji w obozie rządowym wytłumaczalny nasz poufny, chociaż nie bezpośredni, stosunek z Walerym Sławkiem. Otóż już w parę dni po kongresie założycielskim SP, zjawił się u Feliksa Młynarskiego, który z ramienia „Frontu Morges” opiekował się naszym wydawnictwem w zakresie pomocy finansowej, jeden z najbliższych współpracowników Sławka, były wicewojewoda pomajowy i aktualnie poseł na Sejm doktor Duch z alarmującymi informacjami na temat przygotowywanej przez sztab Koca rozprawy z opozycją. Miała to być swoistego rodzaju „noc świętego Bartłomieja”, a czynnymi jej wykonawcami mieli być członkowie Falangi, z której wodzem Koc zawarł ścisłe porozumienie. Relacje Ducha obfitowały w taką masę faktów, popartych świadectwem nie mogących nie budzić zaufania osób z kręgu dawnych przyjaciół Sławka, że mimo początkowej ostrożności Młynarski uważał za konieczne poważne potraktowanie wysuniętych przez rozmówcę propozycji. W gruncie rzeczy chodziło o posunięcia mało ryzykowne i to wyłącznie na odcinku zewnętrznym. Przedstawiona w imieniu Sławka przez Ducha sugestia szła w tym kierunku, aby „Front Morges” przez dostępne mu źródła informacyjne zaalarmował prasę zagraniczną i tą drogą spowodował zainteresowanie się tym projektem czynników urzędowych z Mościckim na czele, co do którego jakoby nie miano tego typu zamiarów jak wobec działaczy opozycyjnych, ale postanowiono go unieruchomić jako przeszkodę dla zaprowadzenia w Polsce reżymu „narodowej rewolucji”. Sprawa była wysoce delikatna, tym bardziej iż z powodu nieobecności w Warszawie Sikorskiego odpadała możliwość krytycznego jej rozważenia. Zdecydowałem się więc działać na własną rękę i mając już i tak przygotowany wyjazd do Czechosłowacji dla złożenia Korfantemu sprawozdania z przebiegu kongresu i omówienia z nim planu działania, wyjechałem tym razem sam. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zastałem na miejscu również Witosa. Zreferowałem obu panom relacje Ducha, oczekując ich reakcji. Obaj potraktowali je w znacznie poważniejszy sposób, niż to uczynił początkowo Młynarski, a także i ja. Co więcej, Korfanty z miejsca zaproponował plan działania polegający na zaangażowaniu w Paryżu Liebermana i wzywający go do zorganizowania w prasie francuskiej odpowiedniego alarmu. Zaraz połączył się telefonicznie z Liebermanem, zapowiadając przekazanie najbliższą pocztą szczegółów. Lieberman nie tylko się bardzo przejął otrzymanymi wiadomościami, ale wyszedł po prostu z siebie, aby je jak najowocniej wykorzystać. Trafił przy pomocy przyjaciół francuskich nie tylko do poczytnej bulwarowej prasy, ale i także do tak zwanej „d'opinon”. Jego to zasługą jest, że makabryczny plan krwawej rozprawy wewnętrznej w Polsce spalił na panewce. Najbardziej charakterystyczne, by nie powiedzieć zabawne, następstwa tej mojej misji stwierdziłem w środowisku ówczesnej lewicy w Warszawie. Zbierało się ono u znanego ekonomisty Henryka Tennenbauma, którego znałem od 1914 roku jako kolegę szkolnego mego przyjaciela Wacława Dunina. Poznałem w jego domu nieprawdopodobną wprost galerię ludzi, zaczynając od jednego z przywódców SDKPiL Wojciecha Wróblewskiego po całą śmietankę intelektualną warszawskiej lewicy z Zygmuntem Nagórskim, nie mówiąc o stałym u niego bywalcu Stanisławie Thugucie i innych.

Zaledwo wróciłem z Czechosłowacji, otrzymałem od Tennenbauma zaproszenie na poufny obiad. Oprócz mnie gośćmi byli dwaj najmiarodajniejsi ludzie SL i PPS: Rataj i Niedziałkowski. Zdawało mi się, że takiemu gronu mogę szczerze i otwarcie zrelacjonować przebieg i cel mojej wizyty u Witosa i Korfantego. Spotkałem się ze źle ukrywaną niechęcią z powodu faktu, który najwyraźniej sformułował Niedziałkowski - popełnienia wielkiego błędu taktycznego, polegającego na tym, że z tak ważną sprawą polityczną zwróciłem się, jeśli chodzi o SL, do Witosa, a nie do Rataja, nie mówiąc już o „nietakcie”, jakim było wciąganie w całą historię poza krajowym kierownictwem partii odciętego od stosunków z nim Liebermana. Nie mogłem zrozumieć charakteru i celowości tego stanowiska. Pozwoliło mi ono przekonać się, jak w gruncie rzeczy wygląda stosunek Rataja do Witosa, nie kwestionowanego wśród mas ludowych przywódcy i do jakiego stopnia może on liczyć w tym nastawieniu na poparcie socjalistów. Zareagowałem dość ostro na to wystąpienie, co miało tę konsekwencję, iż odtąd Tennenbaum przestał mnie zapraszać na spotkania polityczne, jakie u siebie organizował, czego zresztą nie uważałem za objaw, do którego należałoby przywiązywać jakiekolwiek znaczenie. Kontakty Sławka z nami nie ograniczyły się wyłącznie do wspomnianej misji Ducha. Parokrotnie odwiedzała w tym samym czasie tegoż samego Młynarskiego była jego narzeczona, wdowa po naszym koledze z „Zarzewia”, poecie St. Długoszu, w danej chwili jako pani Macieszyna, senatorka, blisko związana ze Sławkiem. Relacjonowała ona o daleko idących zastrzeżeniach, jakie Sławek jakoby posiadał w sprawie polityki zagranicznej prowadzonej przez Becka po śmierci Piłsudskiego bez kontroli, co było - w jej rozumieniu intencji „Komendanta” - grą taktyczną, a co właściwym celem. Również w dziedzinie polityki wewnętrznej według tych relacji, Sławek miał poddać rewizji niektóre swe osiągnięcia, jak w pierwszym rządzie narzucony przez siebie w 1935 roku system wyborczy. Miałem poważne zastrzeżenia co do ścisłości tych relacji, nie bardzo mogąc zdać sobie sprawę, jaki cel posiada Sławek w ten sposób starając się infiltrować w środowisko „Frontu Morges”. Obiekcje moje, których Młynarski przeważnie nie podzielał, znalazły wkrótce potwierdzenie, gdy Duch dostarczył Młynarskiemu zapowiadany projekt ustawy o reformie ordynacji wyborczej, złożony w Sejmie przez grupę posłów stojących blisko Sławka. „Nowa Rzeczpospolita” była pierwszym i jedynym organem prasowym, który ogłosił dosłownie ten projekt jako charakterystyczny dokument polityczny. Nie zawierał on żadnych zmian zasadniczych, utrzymywał w całości konstrukcję tak zwanych zgromadzeń okręgowych, posiadających uprawnienia ustalania listy kandydatów na posłów, z jedną, raczej symboliczną niż realną zmianą. W dotychczasowej ustawie przewidziane było, iż 500 wyborców ma prawo wyboru swego przedstawiciela do tegoż zgromadzenia, a złożony projekt obniżał tę cyfrę do 50. Taki projekt nie mógł więc nikogo zadowolić. Zresztą wypadki potoczyły się po innej linii i skończyły się, jak już wspomniałem, przedterminowym rozwiązaniu Sejmu i likwidacją polityczną Sławka, której finałem był samobójczy jego gest w dniu 2 kwietnia 1939 roku. Niezależnie od Sławka podjęte zostały inne zabiegi z jego środowiska dla nawiązania kontaktu, tym razem konkretnie ze mną jako redaktorem naczelnym codziennego organu SP w stolicy. Po likwidacji pisma inspirowanego przez Związek Nauczycielstwa Polskiego pracował doraźnie w naszej „Rzeczypospolitej” działacz tegoż Związku i niezły dziennikarz, z czasem dość znany pisarz Waldemar Babinicz. Zgłosił się on do mnie, deklarując, iż posiada specjalny stosunek z marszałkiem Senatu Aleksandrem Prystorem, który jest pilnym czytelnikiem naszego pisma i rad by za jego

pośrednictwem podtrzymywać poufny kontakt z redaktorem naczelnym. Ograniczyło się to do wzajemnego przekazywania informacji, albo ze strony Prystora nie zawsze trafnych inspiracji. Przytoczone wyżej kontakty nawiązane nie z naszej inicjatywy świadczyły, że czołowi przywódcy wewnętrznej opozycji w obozie rządowym wbrew rozpowszechnianej w jego prasie opinii o małym zasięgu wpływów SP i „Frontu Morges” niewątpliwie nie bez pewnych konkretnych rachub na przyszłość, uważali za wskazane szukać porozumienia z tym środowiskiem, które uważali potencjalnie za najbardziej zdolne w ówczesnej rzeczywistości do zajęcia miejsca ówczesnej ekipy rządzącej. Całkiem odmiennego zapatrywania była właściwa grupa rządząca za pomocą Ozonu. Widziała ona, i udowodnił to najdosadniej incydent z owymi rzekomymi kalendarzami masońskimi, właśnie we „Froncie Morges” głównego przeciwnika. Przyznał to z całą otwartością w poufnej rozmowie z dawnym swoim kolegą z ławy gimnazjalnej, emerytowanym podpułkownikiem Alojzym Przeździeckim, dyrektorem naszego wydawnictwa i skarbnikiem Zarządu Głównego SP (po rychłej śmierci Gabriela Czechowicza) wicepremier Kwiatkowski. Niezależnie od tego zasadniczego nastawienia, sztab Ozonu z pewną konsekwencją przeprowadzał klasyfikowanie czołowych działaczy SP na takich, których się toleruje i innych, których się nie tylko zwalcza, ale wobec których każdy atak jest dozwolony. Okazało się to najdobitniej przy sprawie wydelegowania do Naczelnego Komitetu Pożyczki Lotniczej, rozpisanej latem 1938 roku, do której SP na równi z innymi stronnictwami opozycyjnymi zostało zaproszone o wydelegowanie pięciu przedstawicieli. Decyzją naszego kierownictwa było wydelegowanie członków obu prezydiów, to jest Rady Naczelnej i Zarządu Głównego. W pierwszej chwili pokwitowano tę decyzję pozytywnie, ogłaszając w dzienniku radiowym wszystkie nazwiska delegatów SP. Następnie jednak w komunikatach do prasy zniknęły nazwiska pełniącego obowiązki prezesa Zarządu Głównego Popiela i wiceprezesa Rady Naczelnej pułkownika Modelskiego. Równocześnie generalny komisarz pożyczki, generał Berbecki poprosił na konferencję Franciszka Kwiecińskiego i w dłuższej rozmowie usiłował go przekonać, iż SP, które daje w ostatnich czasach tyle dowodów patriotycznego samozaparcia, powinno pójść jeszcze o jeden krok dalej i wycofać z listy przedstawicieli wspomnianych delegatów, zastępując ich innymi. W toku ostrej rozmowy, wyczerpawszy skąpe swoje zarzuty, Berbecki przyznał się, iż w tej sprawie jest pod naciskiem żądań kierownictwa Ozonu, co jest dla niego rozstrzygające. Ostatecznie skończyło się na tym, że SP uchyliło żądanie komisarza generalnego pożyczki nie wysunęło żadnych nowych kandydatów. W takiej oto atmosferze zbliżaliśmy się w 1939 roku do wybuchu wojny. [...]

Wojna i emigracja (1939-1940)
Już drugiego dnia, w sobotę 2 września, w sekretariacie SP przy Traugutta 3 na podstawie relacji kilku naszych działaczy (między innymi Władysława Tempki z Chorzowa i dziennikarza Kozłowskiego z Gdańska) uświadomiłem sobie, jak niestety trafną była złowieszcza przepowiednia inżyniera Świętochowskiego, który dwa tygodnie przedtem, po posiedzeniu doradczego komitetu dla mobilizacji przemysłu wojennego, powiedział mi, iż wyszedł z niego z wrażeniem, że gdy Hitler uderzy

na Polskę, to tragiczna ta operacja nie będzie trwała dłużej jak dwa, a może trzy tygodnie. Nie tylko ja, ale i Sikorski, który był kolegą Świętochowskiego, ostro go skarcił za tak niski stan ducha... Razem z Modelskim i sekretarzem generalnym Stronnictwa Julianem Malinowskim oraz Tempką wybraliśmy się w południe do Sikorskiego, aby mu zdać relację z otrzymanych wiadomości. Sikorski zaimponował nam wielkim spokojem, powiedział, że liczy się z tym, iż poważniejszy opór wojska polskie będą w stanie stawić dopiero gdzieś na środkowej Wiśle i Sanie. Odpowiadało to dawnemu jego planowi stworzenia ośrodka działania we Lwowie i sugerował nam, abyśmy możliwie najszybciej się tam udali. Modelski - wręcz przeciwnie - na podstawie uzyskanej informacji wysnuł wniosek, iż natarcie hitlerowskie jest nie do powstrzymania i powinniśmy się z miejsca orientować na akcję za granicą, to jest we Francji z jej olbrzymią jak na nasze możliwości rezerwą emigracji polskiej. Nalegał, aby Sikorski nie zwlekając starał się wyjechać do Paryża. Doszło wówczas do ostrej wymiany zdań, którą Sikorski zakończył oświadczeniem, że nie ma zamiaru wkładać munduru po to, aby Polskę opuszczać. Włoży, aby się bić, jeśli mu to będzie danym. W związku z tym zakomunikował, że ponieważ na wystosowane przed tygodniem (25 sierpnia) do Rydza żądanie dania mu aktywnego przydziału w wojsku nie otrzymał odpowiedzi, przygotował nowe pismo i prosi Malinowskiego (emerytowanego majora hallerczyka), aby jak najszybciej starał się dotrzeć do adiutantury RydzaŚmigłego celem wręczenia tego listu. Malinowski z powierzonego zadania się wywiązał, nie dotarł wprawdzie bezpośrednio do Rydza, ale do najbliższego mu w danej chwili oficera, który pokwitował odbiór listu. Następnego dnia, w niedzielę Warszawa przeżywała krótki okres radości, której dała wyraz w manifestacjach przed ambasadami Wielkiej Brytanii i Francji z powodu wypowiedzenia przez te państwa wojny III Rzeszy. Zgodnie z ustalonym u Sikorskiego planem postanowiłem czwartego dnia wojny próbować dostać się do Lwowa. Poinformowano mnie, że z dworca Warszawa-Południe odchodzi o szóstej wieczorem specjalny pociąg w kierunku wschodnim, którym zdecydowaliśmy się razem Przeździeckim wyjechać, kombinując, że z Siedlec na obszarze diecezji zmarłego niedawno brata majora - biskupa Henryka Przeździeckiego z łatwością uzyskamy prywatne środki komunikacyjne dla dostania się do Lwowa. Była to makabryczna podróż. Dość powiedzieć, że dojechaliśmy na Pragę dopiero koło ósmej rano. W odległości najwyżej kilometra od stacji Warszawa-Praga pociąg nasz, uzupełniony wagonami z ewakuowanymi urzędnikami z Poznańskiego, stanął jakby bezradnie w polu, ostrzeliwany przez lotnictwo niemieckie i nikt nie był w stanie poinformować, czy i kiedy ruszymy dalej. W tym stanie rzeczy zdecydowałem wbrew opozycji Przeździeckiego opuścić go i przez pola na piechotę dostać się na Pragę, a stamtąd wrócić do domu. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w jakąś godzinę później otrzymałem od znajomych propozycję wyjazdu do Lwowa samochodem. Wreszcie następnego dnia późnym wieczorem dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Pod Żółkwią podczas ataku lotniczego w przygodnej grupie usiłującej znaleźć ratunek spotkałem uchodźców nie tylko z Łodzi, ale już i z Radomia, co potwierdzało trafność pesymistycznych przewidywań Modelskiego. We Lwowie ulokowałem się bez trudu w Hotelu Europejskim, a po nawiązaniu łączności z miejscowymi przyjaciółmi przeniosłem się następnego dnia do prywatnego mieszkania znanego dentysty, doktora Salmońskiego przy ulicy Batorego. U tegoż Salmońskiego miałem znowu przygodę, na szczęście nie tak makabryczną jak z ową „spowiedzią” wysokiego urzędnika policji. Mianowicie podczas nalotu lotniczego, który wypadł w samo południe, wśród zebranych na parterze lokatorów podszedł do mnie jakiś średniego wieku człowiek i upewniwszy się, iż mówi z byłym posłem

Popielem, opowiedział historię nawiązującą do powszechnego wśród zgromadzonych narzekania, iż samoloty niemieckie strzelają, a prawie nie słychać naszej obrony przeciwlotniczej. Rozmówca przedstawił się jako Ossowski, a może Ostrowski, urzędnik Najwyższej Izby Kontroli, który miał przydział między innymi do przeprowadzenia kontroli niedawno zbudowanego lotniska Okęcie. W dniu kiedy rozpoczynał tę kontrolę, otrzymał od swego szefa generała Krzemińskiego wyrażoną w jak najbardziej kurtuazyjnej formie prośbę-rozkaz, aby pewną pozycją wydatków, określoną dokładnie tytułem i numerem, nie zajmował się, ponieważ sam Krzemiński ze względu na wagę tego wydatku to skontroluje. Oczywiście całkowicie się do tego dostosował, ale dla ciekawości skontrolował, o co chodzi. Okazuje się, iż pozycja ta nosiła niewinny tytuł „Studia”, na które preliminowano niemałą jak na polskie stosunki kwotę 50 milionów złotych. Teraz dopiero widzę, powiedział mi, co się kryło pod tą niewinną woalką. Najprawdopodobniej były tam ukryte sumy, które szły na cele polityczne i organizacyjne obozu rządowego... Drugiego dnia pobytu we Lwowie otrzymuję wiadomość, że przybył tam Sikorski i mieszka u dawnego swojego oficera Dobrowolskiego w gmachu Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przy ulicy Legionów. Udałem się tam bezzwłocznie i zastałem już generałów Hallera i Kukiela. W trakcie rozmowy nadszedł znany literat Zygmunt Nowakowski (brat naszego wiceprezesa Tempki), który od razu wprowadził nowy ton do naszej rozmowy. Zaczął od stwierdzenia, o całkowitym załamaniu się aparatu państwowego. Rządu nie ma, o naczelnym wodzu nie wiadomo, co robi i gdzie jest. W tym stanie rzeczy tylko jakiś głęboki wstrząs może zatrzymać ten rozkład państwa, w związku z czym widzi on konieczność powołania jakiegoś Komitetu Ocalenia Publicznego, który by swoim samym składem przywrócił narodowi wiarę, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Widzi on trzech ludzi, którzy powinni stanąć na czele tego rodzaju Komitetu: obecnych tu Sikorskiego i Hallera oraz Sosnkowskiego, o którym ma wiadomość, iż jest już pod Lwowem na czele przydzielonych mu w ostatniej chwili oddziałów wojskowych. Apeluje do Sikorskiego, aby podjął w tym kierunku inicjatywę. Sikorski bez najmniejszego wahania, spokojnie, ale stanowczo oświadczył, iż to nie jest chwila dla robienia jakichkolwiek zamachów stanu. W każdym razie on w tym nie weźmie udziału. Obaj generałowie całkowicie się z tym stanowiskiem solidaryzowali, a ja dorzucając swoje trzy grosze cywila powiedziałem, że tylko wróg generała Sikorskiego - a nie uważam Nowakowskiego za takiego może mu doradzać coś podobnego, rozumiem jednak, że mówi przez niego wielka gorycz i głęboki ból. Na tym skończyła się ta dramatyczna scena. Przy pożegnaniu uderzyło mnie, iż Sikorski poprosił Nowakowskiego, aby na chwilę jeszcze pozostał. W kilka godzin później przyszedłem znowu do Sikorskiego zgodnie z jego życzeniem i na schodach spotkałem wracającego odeń Nowakowskiego, ale z miną dziwnie rzadką. Zaintrygowany zapytałem wręcz Sikorskiego co znaczą te tajemnicze kontakty z Nowakowskim po odrzuceniu przez niego tego dziecinnego pomysłu zamachowego. Dowiedziałem się, że powodem zatrzymania Nowakowskiego była jego wzmianka o dobrych stosunkach łączących go z miejscowym wojewodą Alfredem Biłykiem, który jeszcze z lat gimnazjalnych w Brzeżanach był najbliższym przyjacielem Rydza. Sikorski, opanowany ciągle sprawą uzyskania przydziału, chwycił się myśli użycia Biłyka jako pośrednika do Rydza, i to była właśnie misja, dla której go zatrzymał. Rezultat był charakterystyczny dla stanu umysłów całej góry sanacyjnopiłsudczykowskiej. Biłyk przyjął propozycję pośredniczenia między Sikorskim a Rydzem ze źle

ukrywaną niechęcią. Nie widział dla niej żadnej rzeczowej podstawy. Sikorski, jego zdaniem, nic w tej chwili nie reprezentuje, a Rydz trzyma mocno sytuację w ręku... W kilka godzin później ten sam Biłyk wydał polecenie palenia aktów województwa, a w 10 dni później, znalazłszy się na Rusi Podkarpackiej, popełnił samobójstwo w jakimś hoteliku w Marmaros. W ostatniej tej rozmowie z Sikorskim 8 września po południu ustaliliśmy, że ja z Hallerem winniśmy próbować wyjechać do Rumunii, kierując się do Paryża, gdzie i on najprawdopodobniej niedługo się zjawi, o ile od Rydza w ciągu najbliższych paru dni nie otrzyma zadowalającej odpowiedzi. W niedzielę 10 września opuszczam Lwów w towarzystwie naszego działacza, emerytowanego majora Sikorskiego, prezesa Związku Hallerczyków województwa łódzkiego, udając się w porozumieniu z Hallerem do majątku jego znajomych Agopsowiczów w powiecie śniatyńskim na pograniczu z Rumunią. Następnego dnia przyjechał tam również Haller z żoną, a w trzy dni później, kiedy zorientowaliśmy się z grubsza w beznadziejności sytuacji, postanowiliśmy próbować przedostać się przez granicę, idąc w tym względzie za poradą konsula rumuńskiego we Lwowie, który z braku odpowiedniej instrukcji nie chciał nam wystawić wiz, ale doradzał właśnie taki sposób przekroczenia granicy. Przy tym przekroczeniu miały miejsce dwa godne zanotowania fakty. Pierwszym był początkowy opór naszej straży granicznej, która nie chciała przepuścić obu naszych samochodów i ustąpiła dopiero wobec kategorycznego wystąpienia Hallera. Zaledwo ujechaliśmy niecały kilometr, dogonił nas kierownik placówki granicznej, kapitan, jak się okazało hallerczyk, który przepraszając za zachowanie swoich podkomendnych zdążył opowiedzieć niesamowitą historię, jaką przeżywał na swoim stanowisku. Mianowicie na tydzień przed wybuchem wojny dotarł do pogranicznej stacji Załucze, to jest tej, którą żeśmy właśnie przekroczyli, wagon prochu z naszej fabryki w Pionkach i władze rumuńskie nie spieszyły się z jego odbiorem, mimo wielokrotnych i stałych nalegań. Zaraz po wybuchu wojny zjawiły się na granicy samoloty niemieckie i zachodziła obawa, że może dojść do strzelaniny, której konsekwencje ze względu na ów wagon mogły być katastrofalne dla ludności w dość dużym zasięgu terytorialnym. Dopiero wczoraj Rumuni zdecydowali się przejąć ów transport. Jeszcze nie skończyliśmy rozmowy z sympatycznym kapitanem, kiedy zjawił się drugi rozmówca, który się przedstawił jako dziennikarz angielski i równocześnie posiadający pełnomocnictwa agenta dyplomatycznego. Rozpoznał on Hallera i prosił go o dłuższą rozmowę na temat sytuacji, wyznaczając na miejsce spotkania hotel Metropol w Czerniowcach o czwartej po południu. Ulokowaliśmy się w owym hotelu w hallu i Haller korzystając z wolnego czasu próbował odszukać znajomego proboszcza parafii polsko-ormiańskiej. Znużony, zdrzemnąłem się w tym czasie w fotelu. W pewnym momencie ocknąłem się i stwierdziłem, iż za mymi plecami toczy się ożywiona rozmowa między jakimś mocno udekorowanym generałem rumuńskim a kimś, w którym trzeba było odszyfrować osobę miejscowego konsula polskiego. Rozmowa toczył się po francusku i dotyczyła przyjęcia przez władze rumuńskie w najbliższych już dniach nie określonej liczby oddziałów wojskowych, które cofają się przed naporem niemieckim w stronę granicy rumuńskiej. Z przebiegu rozmowy, zadawanych przez generała pytań i niemożności uzyskania od konsula polskiego konkretnych danych, przebijała beznadziejność sytuacji. Zjawienie się nagłe w hotelu Hallera, mimo tego iż w cywilnym ubraniu, ale chyba ze względu na jego charakterystyczny guz na twarzy, spowodowało, że konsul przerwał rozmowę. Poznaliśmy go następnego dnia, kiedy zgłosiliśmy się do konsulatu o wydanie nam paszportów, co z wyjątkową szybkością załatwił.

Wieczorem dotarliśmy do majątku kuzynów Hallera, Agopsowiczów w Korabczijow koło Wyżnicy i zostaliśmy serdecznie przez gospodarzy przyjęci. Tutaj czekała na nas nowa niespodzianka. Po kolacji nastawiono radio na polską audycję hitlerowskiej stacji „Breslau”. Najpierw był komunikat informacyjny o sytuacji na froncie, stwierdzający całkowite rozbicie armii polskiej, której oddziały cofają się w stronę granicy węgierskiej i rumuńskiej, a następnie informacja, że dziś w południe przekroczył granicę polsko-rumuńską w Załuczach pod Śniatynem w cywilnym ubraniu znany przeciwnik marszałka Piłsudskiego generał Haller w towarzystwie dwóch oficerów ubranych również po cywilnemu. Na następstwa tej informacji nie długo trzeba nam było czekać. Zaledwo jeden dzień mieliśmy spokojny, zaraz potem jednak zjawił się we dworze oddział pogranicznej straży rumuńskiej w sile około trzydziestu ludzi pod dowództwem majora, który rozpoczął urzędowanie od spisania protokołu z Hallerem i jego małżonką, następnie z majorem Sikorskim i ze mną. Zajęło to dobrych parę godzin, po czym major nam oświadczył, że ponieważ miejscowość znajduje się w sferze pogranicznej, nie możemy, jako uchodźcy polityczni, w niej przebywać i musimy się przenieść do siedziby prefektury w Suczawie. Przybyliśmy tam późnym już wieczorem i zostaliśmy ulokowani w jakimś podłym hoteliku, jakoby najlepszym w mieście, a na pożegnanie major oświadczył nam, iż przed udaniem się w dalszą podróż musimy uzyskać zezwolenie miejscowego prefekta. Wybraliśmy się po nie zaraz następnego dnia rano z Hallerem i Sikorskim i byliśmy przyjęci uprzedzająco grzecznie przez samego prefekta, który bez ogródek nam oświadczył, iż właściwie jesteśmy internowani i tylko ze względu na naszą pozycję i przyjazne stosunki łączące nasze kraje nie stosuje on wobec nas przewidzianych w takim wypadku rygorów. Możemy więc swobodnie urządzić się w mieście, gdzie jest sporo Polaków, istnieje nawet dom polski „Sokoła”. Co się zaś tyczy pozwolenia na udanie się w dalszą podróż, to on sam nie może nam go wydać, musi mieć w tym względzie wyraźną zgodę samego ministra spraw wewnętrznych. Nie pozostało więc nic innego, jak ulokować się w owym domu polskim, którego gospodarze wychodzili z siebie, aby nam zapewnić znośne warunki pobytu. Natychmiast wysłałem do Paderewskiego w Morges i do doktora Retingera w Londynie ekspresy informujące o naszej sytuacji z prośbą o interwencję za pośrednictwem dyplomacji francuskiej albo brytyjskiej. Codziennie zgłaszaliśmy się do sekretariatu prefektury, gdzie nam odpowiadano, iż nie ma jeszcze dyspozycji z Bukaresztu. Przyszła ona wreszcie dziewiątego dnia, tak że mogliśmy wyjechać z Suczawy dopiero 24 czy 25 września. W tym czasie byliśmy świadkami przemarszu przez miasto licznych oddziałów armii polskiej oraz obserwowaliśmy długi szereg prywatnych samochodów rozmaitych dygnitarzy państwowych i ważnych osób reżymu. Nie zapomnę sceny na głównej ulicy miasta, kiedy z samochodu wysiadł jakiś jegomość przedstawiając się, że jest dyrektorem banku i posłem gdzieś z okręgu Kołokonin. Zdążył mi tylko nie wiadomo dlaczego powiedzieć, że jest przekonany, iż Hitler zmierza do wzięcia do niewoli i przyprowadzenia na łańcuchu tak Mościckiego, jak i Rydza-Śmigłego... W Bukareszcie na podwórzu ambasady polskiej spotkałem sporo znajomych, nie widzianych w Polsce przez szereg lat, jako że nas oddzielił przewrót majowy i jego konsekwencje. Złożyliśmy z Hallerem wizytę ambasadorowi Rogerowi Raczyńskiemu, która miała przebieg raczej grzecznościowy, gdyż unikał on poruszenia najistotniejszego tematu, to jest funkcjonowania najwyższych władz państwowych poza granicami okupowanego kraju, mimo iż, jak się później okazało, właśnie w tej sprawie był w owym czasie wybitnie czynny.

Na ten temat uzyskałem wszakże dość cenną informację od mego dawnego kolegi z „Zarzewia”, usuniętego z MSZ przez Becka i współpracującego z „Frontem Morges” jako komentator polityki zagranicznej pod pseudonimem W. Nienaski, Aleksandra Ładosia. Poinformował mnie on, że generał Sikorski jest już w Paryżu, przejął tam kierownictwo organizujących się polskich oddziałów wojskowych, jednak zdaniem Ładosia na tym się jego misja nie skończy i on osobiście liczy się z odegraniem przez Sikorskiego poważniejszej roli. Poinformował mnie, iż jest w stałym kontakcie z Paryżem i zaraz da znać o moim i Hallera przyjeździe. W dwa dni później zakomunikował mi, iż otrzymał od Sikorskiego depeszę, w której zawiadamia, iż wydał polecenie attaché wojskowemu pułkownikowi Zakrzewskiemu, aby ułatwił przyjazd do Paryża w możliwie najbliższym czasie ośmiu wymienionym osobom, wśród których - obok Hallera i mnie ze Stronnictwa Pracy - byli: Witos i Rataj, Niedziałkowski i Jan Kwapiński oraz dwóch emerytowanych pułkowników: Modelski z SP i Franciszek Arciszewski z SN. Zwróciłem uwagę Ładosiowi, że wśród tych nazwisk przeważają osobistości polityczne, co dowodzi, iż Sikorski liczy na nich raczej w pracy nie leżącej w kompetencjach organizatora armii polskiej we Francji. Ładoś był tym zaskoczony, już w pierwszej rozmowie bowiem lansował na ewentualnego premiera rządu na emigracji Mikołajczyka. Z listy Sikorskiego obecnych było w Bukareszcie tylko trzech, i to wszyscy z SP. Zabraliśmy się do formalności, które dzięki pomocy pułkownika Zakrzewskiego udało się załatwić względnie szybko. Były tylko trudności z uzyskaniem bezpośredniego biletu do Paryża i można było uzyskać na razie tylko dwa miejsca, które przypadły państwu Hallerom. Korzystając z tego, że w depeszy było upoważnienie dla Modelskiego zabrania z sobą bliskich mu oficerów, ustaliliśmy, iż równocześnie z nami wyjadą dwaj członkowie Zarządu Głównego Związku Hallerczyków, majorzy Sikorski i Zabłocki. Malinowskiego zostawiliśmy na miejscu dla wyszukania wśród napływających ewentualnie innych, bliskich nam ideowo oficerów. W niedzielę 31 września opuszczaliśmy Bukareszt. Na dworcu kupiłem ukazujący się w niemieckim języku dziennik, w którym na pierwszej stronie znajdowała się wiadomość, iż znany generał polski Władysław Sikorski utworzył w Paryżu rząd. Wśród członków tego rządu wymienione były nazwiska: wicepremiera Stanisława Strońskiego, ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego, opieki społecznej Jana Stańczyka i skarbu Adama Koca. To ostatnie nazwisko bardzo nas zdezorientowało, tłumaczyliśmy sobie je jednak jako manifestację ogólnonarodowej koalicji. W Belgradzie podczas wyjątkowo długo przeciągającego się postoju z trudem obroniliśmy się przed natarczywością grupy dziennikarzy, usiłujących za wszelką cenę uzyskać od Hallera i ode mnie wywiady prasowe na temat sytuacji i planów polskich na przyszłość. Instynktownie wyczuwaliśmy w tym jakiś podstęp ze względu na znaną zależność ówczesnego rządu jugosłowiańskiego od III Rzeszy, który mógłby nawet skończyć się na uniemożliwieniu nam dalszej podróży. Z Hallerami pożegnaliśmy się już na terenie Włoch. Mieli oni bezpośrednie bilety na tak zwany „Simplon”, my zaś musieliśmy się posługiwać odtąd lokalnymi pociągami, a w Szwajcarii na pogranicznej stacji wypadło czekać na połączenie z Paryżem pełne 24 godziny. W ten sposób znaleźliśmy się w Paryżu w 48 godzin po przyjeździe tam Hallera. W Paryżu zajechaliśmy do hotelu Danube przy rue Jacob. Był on w całości niemal zajęty przez Polaków, tak że z trudem ulokowano nas na ostatnim piętrze. Sikorskiego mogliśmy powitać dopiero w południe, podczas śniadania, przedtem jednak zdążyliśmy się poinformować o sytuacji na miejscu, w szczególności zaś o uzupełnieniu składu rządu, który nastąpił akurat w przeddzień naszego

przyjazdu. Zostali mianowicie powołani do składu rządu generał Haller i Aleksander Ładoś, który wyprzedził nas wszystkich z wyjazdem z Bukaresztu. Stroński mnie poinformował, iż Haller ma reprezentować w rządzie SP, a Ładoś SL z tym zastrzeżeniem, iż jest to tymczasowe, póki nie zjawi się w Paryżu ktoś z bardziej autorytatywnych przywódców ludowych. Sam Ładoś bowiem był wprawdzie członkiem Stronnictwa, ale w hierarchii partyjnej zasiadał zaledwie w Radzie Naczelnej. Co do mnie, ten sam Stroński wysunął projekt powołania mnie na stanowisko podsekretarza stanu w ministerstwie opieki społecznej, do którego kompetencji miały być przydzielone sprawy szkolnictwa i oświaty. Odpowiedziałem, iż nie przywiązują wagi do zajmowania stanowiska w hierarchii emigracyjnej, poza naturalnym życzeniem zagwarantowania mi minimum życiowego utrzymania. Zdążyłem się już bowiem dowiedzieć, iż pod moją nieobecność toczyła się na ten temat dyskusja i Haller na przykład uzależnił przyjęcie teki od zagwarantowania mi objęcia w rządzie kierownictwa nad prasą i radiem. Już po tych pierwszych jednak rozmowach na tematy personalne zdałem sobie sprawę z atmosfery, w jakiej przychodzi pracować nowemu rządowi. Hall hotelowy był wypełniony różnymi, przeważnie nie znanymi, oficerami i urzędnikami służby dyplomatycznej, zabiegającymi o stosunki z nowymi ministrami i częstującymi ich rewelacjami na temat różnych posunięć zlikwidowanych przez katastrofę wojenną dygnitarzy. Szczególnie ruchliwym był były urzędnik ambasady rzymskiej Gubrynowicz, opowiadający każdemu, kto chciał słuchać, okoliczności, w jakich żona Bolesława Wieniawy- Długoszowskiego ustaliła zespół osób mających razem z nim jako prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej wyjechać do Paryża i inne pikantne szczegóły związane z uniemożliwieniem Wieniawie objęcia urzędu prezydenta. Nie brakło w tych rewelacjach historyjek wręcz nieprawdopodobnych, świadczących o wielkiej zręczności i specyficznych kwalifikacjach rozmówcy, jak na przykład o rzekomym odszyfrowaniu przez posła Rzeczypospolitej Polskiej w Szwajcarii Tytusa Komornickiego ostatniej depeszy informacyjnej Becka z 14 września w tym kierunku, że rząd polski czując się porzucony przez aliantów, szuka dróg do zawarcia pokoju z Hitlerem... Jakoby dopiero groźba ze strony - uruchomionego w tej sprawie przez czujnych patriotów z poselstwa - Paderewskiego uniemożliwiła podjęcie przez naszego posła próby nawiązania odpowiedniego kontaktu z poselstwem niemieckim. Sikorski szybko się zorientował w podejrzanej roli opowiadacza tych historyjek i nakazał mu bezzwłocznie opuścić Paryż i wrócić na dotychczasowe stanowisko służbowe. W środowisku wojskowych ośrodkiem najostrzejszej krytyki Rydza-Śmigłego był dotychczasowy attaché w ambasadzie polskiej w Madrycie, podpułkownik Aleksander Kędzior. Jego relacje były jednak oparte na bezspornych faktach, a wyróżniały się błyskotliwością sądów, co prawdopodobnie spowodowało, iż znający go już przedtem Sikorski powierzył mu stanowisko swego szefa sztabu. Uderzył mnie brak wokół Sikorskiego tak bliskiej mu i cenionej przez niego osoby, jaką był przebywający od prawie już sześciu lat w Paryżu Lieberman. Toteż podczas pierwszego śniadania z Sikorskim zapytałem wręcz, co się dzieje z Liebermanem, uprzedzając, że mam zamiar możliwie najszybciej się z nim skomunikować. Sikorski odpowiedział, iż nie z jego winy wytworzyły się pewne nieporozumienia, które chciałby usunąć i dlatego prosi o zaaranżowanie wspólnego spotkania z Liebermanem, na którym chciałby wszystkie rzeczy w gronie przyjaciół szczerze i gruntownie wyświetlić.

Spotkanie z Liebermanem nie wiele mi wyjaśniło. Był bardzo rozgoryczony obrotem, jakie przybrały pierwsze już posunięcia nowego rządu, który zamiast odciąć się zdecydowanie od poprzedniej ekipy, wysila się na manifestowanie na każdym kroku ogólnonarodowej zgody, nie orientując się, że sprawcy katastrofy wciskają się wszelkimi możliwymi sposobami do nowego aparatu państwowego, aby tam na wygodnych posadach czuwać nad salwowaniem swoich politycznych i personalnych interesów. Szczególnie dotknięty był obecnością w rządzie Koca, symbolizującego najgorsze tendencje pomajowego totalizmu. Za wszystko to czynił odpowiedzialnym w pierwszym rzędzie Strońskiego, starając się trochę zrozumieć ciężką sytuację Sikorskiego, otoczonego przez w gruncie rzeczy niechętnych i wrogich mu ludzi. Podczas wspólnego i długiego obiadu, odbytego we czwórkę z Sikorskim, Modelskim i Liebermanem doszło najpierw do szczerego wyłożenia wszystkich kart. Z relacji Sikorskiego wynikało, iż rozgrywka o ujęcie steru władzy państwowej na obczyźnie nie była wcale tak łatwa i narzucone mu kompromisy były przeważnie nie do uniknięcia ze względu na stanowisko rządu francuskiego. Trzeba jednakże jak najszybciej wyjść z tego stadium i zaprzątnąć ludzi do konkretnej roboty, której efektem powinno być stworzenie we Francji w ciągu najbliższych miesięcy stutysięcznej armii. W oparciu o taką siłę inną będzie wówczas pozycja nasza wobec Daladiera i jego rządu. Uznaliśmy zgodnie trafność takiej oceny, ja zaś ze swej strony dla scementowania zarysowującego się w naszym gronie porozumienia z czynnym udziałem Liebermana wysunąłem projekt powołania do życia w niedalekiej już przyszłości jakiegoś organu doradczo-politycznego o charakterze namiastki sejmu, złożonego głównie z byłych parlamentarzystów reprezentujących wszystkie ugrupowania polityczne i dzielnice w Polsce. Chciałem w ten sposób utorować drogę do pewnego wpływu Liebermanowi, i tę moją myśl Sikorski w lot pochwycił, akceptując mój projekt i nadając od razu nazwę tej instytucji. Miała być to Rada Narodowa. Dopiero w parę dni później, kiedy objąłem urzędowanie w ministerstwie opieki społecznej, w poufnej rozmowie z jednym z dwóch dotąd zaangażowanych przez Stańczyka urzędników, dowiedziałem się, gdzie leżała przyczyna niezadowolenia Liebermana i kryzysu, jaki ujawnił się w związku z tym wśród grupy działaczy PPS. Rozmówca mój był byłym dyrektorem Ubezpieczalni Społecznej w Katowicach i określał siebie jako utajonego „korfanciarza”. Przyjechał do Paryża razem ze Stańczykiem samochodem swego przyjaciela, katowickiego socjalisty Adamczyka. Od razu wciągnięty został jako reprezentant górnośląskich robotników, razem z Adamczykiem, w rozgrywkę, jaka toczyła się dokoła kandydatury przedstawiciela socjalistów w rządzie Sikorskiego. Okazało się, że pierwszo myślą Sikorskiego było powołanie do rządu jako przedstawiciela PPS Liebermana i z tym zwrócił się do konferujących z nim działaczy socjalistycznych (adwokat Tomaszewski, Stańczyk, doktor Adam Pragier), kładąc nacisk na propagandowy wydźwięk tego rodzaju nominacji w zespole rządu polskiego na obczyźnie. Propozycja Sikorskiego spotkała się z wyraźną niechęcią, Stańczyk zaś zorganizował specjalną delegację „przedstawicieli robotniczych”, którą stanowili tenże Adamczyk i mój rozmówca Frąckowiak, którzy kładli nacisk na fatalne wrażenie wśród ludności na pewno nie tylko Śląska, jeżeli w składzie rządu polskiego na emigracji znajdzie się ... Żyd ... Mieli szczególnie zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo ułatwienia propagandzie hitlerowskiej walki z takim rządem przy wykorzystaniu argumentów antysemickich. Równocześnie „delegacja” miała wysunąć kandydaturę autentycznego robotnika, to jest Stańczyka, którą poparli u Sikorskiego pozostali inteligenci socjalistyczni, Wstrząśnięty takim przejawem stosowania ideologii socjalistycznej w praktyce Sikorski nie miał innego wyjścia, jak wycofać się z forsowania kandydatury Liebermana i powołać do rządu Stańczyka.

Relacja Frąckowiaka dała mi przedsmak warunków, w jakich wypadło mi współpracować ze Stańczykiem. Przez cały okres tej współpracy pozostał on wierny swojej zasadzie, iż kierowane przez niego ministerstwo jest wyłączną domeną wpływów jego partii, z tym, że tam, gdzie chodziło o rzeczy niepopularne, a konieczne do załatwienia lub przedstawiające z partyjnego punktu widzenia za daleko idące ryzyko, przezorniej będzie przesunąć odpowiedzialność na podsekretarza stanu, reprezentującego konkurencyjne wobec PPS stronnictwo. Doświadczyłem tego wielokrotnie, a w szczególności w następujących okolicznościach. Jeszcze przed ukonstytuowaniem rządu polskiego w Paryżu powstał komitet pomocy Polakom pod przewodnictwem dyrektora Biblioteki Polskiej Fr. Puławskiego, którego sekretarzem i właściwym spiritus movens był były wiceminister rolnictwa Wierusz-Kowalski. Z nie znanych mi względów działalność tego komitetu była Stańczykowi nie na rękę i postanowił on go zlikwidować, powołując przy swoim ministerstwie trójosobowy zespół, w którym miała być ministrowa Zaleska i adwokat Tomaszewski. Prawdopodobnie chodziło o posadę dla Tomaszewskiego, który odegrał bardzo istotną rolę w przeprowadzeniu nominacji Stańczyka na ministra. Odnośne zarządzenie przygotował Stańczyk z najbliższymi sobie ludźmi, gdy jednak przyszło do jego podpisania, okazało się, iż najlepiej będzie, jeżeli podpisze je podsekretarz stanu. W rezultacie miałem nieprzyjemną wizytę Puławskiego, któremu na dobitek nie mogłem absolutnie nic powiedzieć na temat okoliczności, które zadecydowały o takim stanowisku ministerstwa, a równocześnie wychodzące na północy Francji pisemko socjalistyczne pod redakcją niejakiego Jesionowskiego w specjalnym artykule zaatakowało to rozporządzenie, kierując atak nie w stronę ministra, tylko w stronę podsekretarza stanu. W parę miesięcy później wypłynęła kwestia wysłania do Stanów Zjednoczonych specjalnej komisji, mającej się tam zająć zbieraniem funduszów na rzecz uchodźców polskich na zachodzie Europy oraz, pomocy naszym jeńcom wojennym. Odpowiednią instrukcję dla tej komisji, na czele której stał dawny współpracownik misji Hoovera po wojnie Stamirowski, opracował specjalny zespół z udziałem Stańczyka i wiceministrów Gralińskiego z MSZ oraz Henryka Strassburgera z Prezydium Rady Ministrów. Hierarchicznie wypadało, aby instrukcję podpisał resortowy minister, to jest Stańczyk. Znowu z nie znanych mi względów doszedł do przekonania, iż bezpieczniej będzie się w to nie angażować i przyniesiono odnośne pismo mnie do podpisania. Miałem zamiar tym razem zastrajkować. Niestety terminowość wyjazdu komisji i przezorne zniknięcie na parę dni Stańczyka z Paryża zmusiło mnie do spełnienia jeszcze raz roli pewnego rodzaju kozła ofiarnego. Tym razem przezornie zachowałem sobie oryginalny rękopis instrukcji, pisany ręką Strassburgera i kiedy zgłosił się do mnie szef kancelarii Stańczyka, Ludwik Grosfeld z jakimiś zastrzeżeniami, wyciągnąłem tekst projektu, co zamknęło usta mojemu oponentowi. Godnym finałem tego rodzaju współpracy była ewakuacja nasza z Angers, gdzie od listopada mieściły się biura rządu polskiego. Jak tylko zapadła na nocnym posiedzeniu Rady Ministrów u prezydenta Władysława Raczkiewicza z 13 na 14 czerwca 1940 roku decyzja wyjazdu, zgodnie z zarządzeniami rządu francuskiego, do Libourne, Stańczyk zdążył zaledwie ogłosić to urzędnikom przez Grosfelda i pierwszy wybrał się w drogę z poważnymi bagażami, jako że tymczasem zdążył sprowadzić żonę z Polski, prosząc mnie na odjezdnym, abym w jego imieniu pożegnał urzędników. W opuszczonym przez niego biurze zastałem niesamowity bałagan, w pośpiechu wyrzucone i częściowo podarte papiery, wśród których przez dziwny jakiś przypadek zwróciłem uwagę na opracowanie zatytułowane: Cele wojny Polski. Rzuciłem pospiesznie okiem na ten elaborat i okazało się, że jego

autorem był członek komitetu zagranicznego PPS doktor Pragier. Rozwijał on zasadę konieczności uzyskania przez Polskę po obecnej totalnej wojnie totalnego zwycięstwa. Kreśląc jego zarysy w owej chwili - wiosna 1940 roku - postuluje między innymi niemal na naczelnym miejscu przyznanie Polsce wyspy Bornholm, która powinna być wojskową bazą strzegącą interesów polskich na Bałtyku. Przerażony tą obłąkańczą wizją swoistego rodzaju polskiego imperializmu u skrajnego w swej młodości lewicowca zabrałem ten dokument w obawie, aby nie trafił w niewłaściwe ręce, które mogłyby go wykorzystać przeciwko Polsce jako dowód nieodpowiedzialności i zarozumialstwa jej polityki, i to w chwili, gdy kraj był pod wrogą okupacją, a rząd polski działał na emigracji. Niestety, ciekawy ten dokument gdzieś się zapodział w moich papierach, a jego autor w grubym bardzo tomie swoich wspomnień, wydanych po wojnie pod tytułem Czas przeszły dokonany, dziwnie o tym milczy, jak zresztą i o innych swoich „wiekopomnych” wyczynach. Wracam jednak do atmosfery, w jakiej wypadło Sikorskiemu rozpoczynać w Paryżu pracę naczelnego dowódcy organizującej się armii i szefa rządu. Najpierw chodziło o zlikwidowanie nienaturalnego stanu rzeczy, jakim był fakt, że Rydz-Śmigły uważał się ciągle za Wodza Naczelnego i tego samego zdania była pokaźna liczba oficerów, zwłaszcza wyższych stopni, którzy czekali na jego rozkazy w sprawie zgłoszenia się do służby wojskowej we Francji. Do Paryża doszły z bardzo poważnych i godnych zaufania źródeł informacje, iż na Bukowinie, bodajże w miejscowości Kimpolung, odbyła się odprawa oficerów i agentów II oddziału w obecności jakoby ponad ośmiuset osób, na której ustalono plan kampanii zmierzającej do przywrócenia Rydzowi przynależnych mu praw Naczelnego Wodza, a więc podporządkowania mu tworzącej się armii we Francji. W związku z tym ustalono szczegółowy plan sabotażu przysyłania do Francji młodszych oficerów, a w zamian za to wysyłania starszych, z którymi ze względu na ich stopień i różne powiązania osobisto-politycznej natury mogły być tylko kłopoty. Potwierdzeniem, że pogłoski te oparte były na konkretnych realiach, był list, jaki otrzymał Sikorski od jednego ze zdolniejszych z otoczenia Rydza oficerów podpułkownika Jaklicza, który w kampanii 1920 roku miał przydział do V armii Sikorskiego. Ton tego listu, który miałem w ręku, brzmiał dosłownie mniej więcej tak: wszyscy uczciwi oficerowie uważają generała Sikorskiego za tymczasowego powiernika Naczelnego Wodza, sprawującego swe czynności do czasu, kiedy marszałek Rydz-Śmigły będzie w możności objąć przynależne mu stanowisko... Należało więc najpierw uregulować tę ważną sprawę, co nastąpiło dopiero w początkach listopada, kiedy wysłany przez Raczkiewicza specjalny delegat uzyskał od Rydza-Śmigłego dobrowolne zrzeczenie się swojego stanowiska. Tymczasem jednak wysunęła się nowa trudność, również, oczywiście, natury personalnej. W połowie października przybył do Paryża generał Sosnkowski, poprzedzony reklamą oddanych mu przyjaciół o wyjątkowych wyczynach wojennych pod Lwowem. Hałaśliwość i przesada tej propagandy pozwalała zorientować się, że inteligentniejsza część piłsudczyków zrezygnowała z beznadziejnego zamiaru upierania się przy legalizmie Rydza i postanowiła wysuwać Sosnkowskiego, jako nie ponoszącego bezpośredniej odpowiedzialności za obciążenia polityki sanacyjnej. Tendencja ta znalazła poparcie Raczkiewicza, który obawiając się zbytniego wzrostu autorytetu Sikorskiego, zmierzał do pozbawienia go jednego z dwóch atrybutów uzyskanej władzy. Na specjalnie odbytej naradzie poświęconej zagadnieniu, co robić z Sosnkowskim, przy udziale członków rządu reprezentujących główne obozy polityczne, Koc, powołując się na swą rozmowę z Raczkiewiczem oraz na posiadane przez tego jakoby informacje, że były prezydent Mościcki myślał właściwie o Sosnkowskim jako swoim następcy, wysunął projekt powołania

Sosnkowskiego do rządu i zamianowania go następcą prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Stroński, który był głównym aktorem porozumienia, w wyniku którego powstał rząd Sikorskiego, zwrócił uwagę, iż wymagać to będzie unieważnienia wydanego zaledwie przed dwoma tygodniami dekretu mianującego Sikorskiego następcą prezydenta. Nim zebrani mieli możność wypowiedzenia się w tej drażliwej sprawie (chodziło o efekt wśród Francuzów, którzy już po historii z nominacją Wieniawy mieli nieszczególne pojęcie o naszej metodzie załatwiania spraw tak wielkiej wagi), odwołano Strońskiego do telefonu. Wrócił on po kilku minutach ze swojego rodzaju prawdziwą bombą polityczną. Zakomunikował, iż do jego biura przyszło właśnie z kancelarii cywilnej prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dla ogłoszenia w „Monitorze Polskim” i codziennym organie rządu „Głosie Polskim” zawiadomienie, że prezydent Rzeczypospolitej Polskiej mianował Sosnkowskiego swoim następcą. Równocześnie szef kancelarii cywilnej, którym był - pełniący te same obowiązki przy Mościckim - Łepkowski, wyjaśnił zdumionemu wicepremierowi, iż poprzedni dekret mianujący następcą Sikorskiego jest nieważny, bo w ogóle nie został ogłoszony... Wymowna ta historia ilustrowała niedwuznacznie, jaką siecią intryg otoczony jest nowy rząd. W wytworzonej tą rewelacją sytuacji nie pozostało nic innego jak przerwanie posiedzenia celem dania możności kierownikom stronnictw znalezienia jakiegoś rozwiązania. Korzystając z tego, udałem się razem z Ładosiem do Sikorskiego, aby mu zreferować sprawę. Sikorski wysłuchał naszej relacji raczej pobłażliwie. Na nasze domagania się, by wystąpił energicznie, gdyż tylko w ten sposób będzie można na samym wstępie zagrodzić drogę do stosowania tego rodzaju nielojalnych metod „współpracy”, odpowiedział nam, iż jako partyjniacy przesadzamy, sytuacja zaś jest tego rodzaju, że trzeba zapomnieć o urazach i szukać współpracy wszystkich ludzi dobrej woli. Za rzecznika takiego stanowiska uważa absolutnie Sosnkowskiego. Opowiedział nam, iż ich przywitanie po długich latach niespotykania się było niezwykle serdeczne ze strony Sosnkowskiego, który rzucił mu się na szyję, mówiąc: drogi Władziu, Opatrzność oddała w Twoje ręce wszystkie atuty sprawy polskiej, w tym i moją kartę, graj ją jak uważasz za wskazane i bądź pewny mojej lojalności we współpracy na każdym stanowisku, jakie mi wyznaczysz... Zorientowałem się w tej chwili, iż interwencja nasza do niczego już nie doprowadzi. Przypomniałem tylko Sikorskiemu fakt sprzed czterech i pół lat, kiedy to po śmierci Piłsudskiego na jego list do Sosnkowskiego, jako przewodniczącego komitetu pogrzebowego, o wyznaczenie miejsca w pogrzebie, zatytułowany w przyjacielskim tonie Kochany Kaziu, odpowiedział suchym urzędowym pismem Do Pana Generała Sikorskiego, iż jego list według kompetencji przekazał ministrowi spraw wojskowych. (Był nim generał Tadeusz Kasprzycki, który odpowiedział Sikorskiemu brutalnym pismem, iż jego żądanie uważa za prowokację i zabrania mu zjawienia się w mundurze generalskim wśród uczestników uroczystości pogrzebowych). W odpowiedzi spotkał mnie zarzut, że mam, niestety, za dobrą pamięć. Ostatecznie w konsekwencji takiego stanowiska Sikorskiego, przy zdecydowanym dążeniu tych, którzy zdążyli już przyjść do siebie po wstrząsie wywołanym upadkiem reżymu i w osobie nowego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej znaleźli ostoję dla swych planów, Sosnkowski wszedł do rządu i został następcą prezydenta. Otrzymał równocześnie misję opracowania planu wojskowego organizacji w kraju, z tym że będzie jej dowódcą w ramach ogólnej zależności od Naczelnego Wodza. Trudno wyobrazić sobie lepszy przydział dla odbudowy wpływów piłsudczyzny jak ten, jaki nastąpił.

Już pierwsze kroki Sosnkowskiego wskazywały, po jakiej linii pójdzie powierzona mu praca. Do komisji przygotowującej odnośny projekt powołał najbardziej godnych zaufania renomowanych piłsudczyków, jak były wojewoda Michał Grażyński i były poseł Polakiewicz. Intencje komisji w takim składzie najlepiej charakteryzuje fakt, że projektowana przez nich tajna organizacja wojskowa w kraju miała nosić nazwę POW, w czym wyrażać się miało ścisłe nawiązanie do konspiracji piłsudczykowskiej z czasów pierwszej wojny. Dopiero interwencja zastępcy ministra spraw wojskowych pułkownika Modelskiego, zaalarmowanego tą propozycją, spowodowała, że pomysł zarzucono. Przy zrozumiałym charakterze zamierzonej pracy trudno było wszakże już przeszkodzić temu, że Sosnkowski dobrał sobie zarówno w swoim sztabie w Paryżu i w Angers, jak i przede wszystkim w kraju wyłącznie takich ludzi, do których miał bezwzględne zaufanie. Interwencja Naczelnego Wodza w sprawy personalne była w tych warunkach wręcz niemożliwa. Jedynym szczęśliwym wydarzeniem było, że po początkowym okresie zajmowania kierowniczego stanowiska w kraju przez Michała KaraszewiczTokarzewskiego, wybór padł na oficera o dużych kwalifikacjach Stefan Roweckiego. Zainstalowanie Sosnkowskiego co najmniej na trzecim miejscu w hierarchii władz naczelnych na emigracji pociągnęło za sobą dalsze konsekwencje także na odcinku politycznym. W lot zorientował się on w słabościach rzuconego falą przypadku zespołu sił politycznych dawnej opozycji i rozpoczął planową akcję związania ze sobą dwóch skrajnych ośrodków SN i PPS, mających odegrać w jego planach rozstrzygającą rolę. Tak się złożyło, że byłem mimo woli świadkiem kilkugodzinnego flirtu Sosnkowskiego ze Stańczykiem podczas wspólnej jazdy samochodem z Angers do Paryża i na dłuższym postoju w drodze na obiad. Cały czas Sosnkowski zachowywał się w tej rozmowie jak stary działacz partyjny, który po niedługiej stosunkowo przerwie wraca na prawowierne łono polityczne. Takie podejście było bardzo na rękę Stańczykowi, któremu mocno nie dogadzała kontrola wytrawnego Liebermana. Stąd wielka przyjaźń, jaka się między obu panami następnie wywiązała. Jak długo żył Lieberman, nie przedstawiało to poważniejszego niebezpieczeństwa, z chwilą jego śmierci, gdy doszli do głosu dwaj zdecydowani przeciwnicy Sikorskiego - Adam Ciołkosz, legitymujący się specjalnymi pełnomocnictwami sekretarza generalnego Kazimierza Pużaka i Adam Pragier, sprawa zaczęła się układać znacznie gorzej. Nie mniej ułatwione możliwości dywersji przeciw Sikorskiemu miał Sosnkowski na odcinku SN. Przez kilkanaście lat, kiedy stał się obywatelem ziemskim Poznańskiego, miał możność nawiązania niezłych stosunków z kołami tradycyjnie związanymi z endecją. Na tym odcinku od samego początku sprawy nie układały się pomyślnie dla Sikorskiego. Pragnąc nadać swemu rządowi charakter ogólnonarodowej koalicji, powołał doń doktora Mariana Seydę, słusznie uważając, że ten wybitny działacz narodowy z dużym rekordem działalności jeszcze z okresu pierwszej wojny, reprezentuje najbardziej umiarkowany odłam Stronnictwa Narodowego nie skompromitowany ciągotkami narodowego totalizmu, jaki w ostatnich latach przed wojną stał się udziałem większości SN. Wkrótce jednak po tej nominacji zjawił się we Francji przedstawiciel młodszego skrzydła narodowców, piastujący w jego władzach ostatnio stanowisko prezesa Zarządu Głównego Tadeusz Bielecki. Mało kto się orientował, że w nowej konstrukcji władz SN, którą przeprowadził Dmowski, było to stanowisko czysto administracyjne. Właściwe kierownictwo Stronnictwa sprawował bowiem Komitet Polityczny, powołany w drodze kooptacji, a więc z pominięciem elementarnej zasady demokratycznej. Wobec autorytetu, jaki posiadł w kołach narodowych Seyda, nie pozostawało Bieleckiemu na razie nic innego, jak robienie dobrej miny do złej gry, co nie oznacza bynajmniej, iż zrezygnował ze swoich ambitnych planów wyłącznego kierowania polityką SN na obczyźnie. W tym

względzie kalkulacje Bieleckiego zbiegły się z podobnymi, jakie żywił w PPS jego rówieśnik, i zresztą kolega z okresu studiów, Ciołkosz, również z trudem znoszący kierownictwo Liebermana. Na takim oto tle doszło niedługo do zbliżenia między panami: Sosnkowskim i Stańczykiem, zbliżenia, w którym według kursujących wśród politykujących po kawiarniach paryskich emigrantów polskich niemałą, a bodajże decydującą rolę za kulisami odegrać miał sam generał Sosnkowski. Platformę tego porozumienia stanowiło ustalenie zasady, iż w realnej geografii politycznej kraju liczą się właściwie tylko trzy stronnictwa - SN, PPS i SL. W takim trójkącie Sikorski mógł liczyć tylko na SL. Jest rzeczą charakterystyczną, że pierwszy organizator konspiracji wojskowej w kraju równocześnie realizuje w tym samym czasie tę samą koncepcję, jeżeli chodzi o surogat jakiejś reprezentacji politycznej, co dowodzi bezsprzecznie, że Sosnkowski nie był obcy tej koncepcji. Uwidoczniło się to konkretnie przy sprawie powołania przy rządzie Komitetu dla Spraw Kraju (KSK) jako kierującego organu dla spraw organizacji podziemnego państwa. Sprawie tej poświęcone było całoniedzielne posiedzenie przywódców stronnictw w połowie grudnia w wiejskiej siedzibie Sikorskiego pod Angers. Wzięli w nim udział: Lieberman, Mikołajczyk, Bielecki i ja. Sikorski zapoznał nas najpierw z wynikami akcji poboru rekrutów polskich do armii, z których stawiło się ponad 95 procent obowiązanych, z czego uznano za zdolnych do pełnienia służby 103 tysiące. Niestety ze względu na stanowisko władz francuskich, które „ze względów produkcyjnych” wyreklamowały 47 tysięcy, trzeba było znacznie ograniczyć rozmach organizacyjny, który mimo to przedstawiał się bardzo pocieszająco. Następnie zapoznał nas z trudnościami, jakie musiał przełamywać, jeżeli chodzi o stanowisko sztabu francuskiego, do tego stopnia pozostającego pod wrażeniem błyskawicznej katastrofy naszej we wrześniu, że planowano formowanie batalionów wcielanych do armii francuskiej. Kosztowało niemało wysiłku, aby przełamać te niechęci i tylko wyjątkowemu autorytetowi Sikorskiego zawdzięczać należy załatwienie tej sprawy w odpowiadający naszym interesom i godności sposób. Następnie przystąpiono do sprawy składu personalnego KSK. W tym punkcie Sikorski zaskoczył zebranych koncepcją personalną, która wyraźnie godziła w pozycję SP i na pewno była mu podsunięta. Zaproponował mianowicie, aby w skład KSK weszli: Mikołajczyk, Bielecki, następnie zgodnie z propozycją Liebermana z PPS - Ciołkosz, zaś w sprawie przedstawicielstwa SP zwrócił się do mnie z apelem, by powierzyć je członkowi Rady Naczelnej Kukielowi, w ten sposób bowiem chciałby w jego osobie złączyć przedstawicielstwo czwartego stronnictwa z rolą obserwatora z jego ramienia jako Naczelnego Wodza... Nim zdążyłem zabrać głos celem ustosunkowania się wobec tej niezwykłej propozycji, zaproszono nas na śniadanie, wobec tego posiedzenie przerwaliśmy. W czasie przechodzenia przez dość duży hall wiejskiego francuskiego dworu, zaszedł krzyżujący wszelkie plany wypadek zasłabnięcia Bieleckiego, który przez całe przedpołudnie siedział na posiedzeniu dziwnie osowiały i wyraźnie niezdrów. Jak się okazało, poprzedniego wieczora do późnej nocy podczas sutej libacji w restauracji omawiał on z Ładosiem i jego głównym wówczas menażerem Jerzym Kuncewiczem sprawę zamierzonej częściowej rekonstrukcji rządu, wyrażającej się w ustąpieniu Ładosia i powołaniu w jego miejsce jako przedstawiciela SL Kota. Ładoś bronił się wszelkimi możliwymi sposobami przed tą zmianą, a jego menażer rozpuścił wyssaną z palca pogłoskę, iż do Bukaresztu dotarł jakoby sam Witos i jest możność sprowadzenia go do Francji. Wobec takiej kandydatury nie ma więc sensu powoływanie Kota.

Zasłabnięcie Bieleckiego, jak stwierdził osobisty lekarz Sikorskiego, spowodowane było zatruciem i przekreślało całkowicie plan dnia. Dalsze narady trzeba było przerwać w nadziei, że zbierzemy się w ciągu najwyżej tygodnia. Okazało się, że pacjent chorował, przebywając w siedzibie Sikorskiego pod opieką jego lekarza, z górą cały miesiąc. W toku wydarzeń premier nie myślał o załatwieniu przedstawionego przez siebie projektu, tymczasem zaś Sosnkowski uruchomił KSK zgodnie z podsuniętym przez siebie planem. Z jedną wszakże charakterystyczną zmianą, która świadczyła, do jakiego stopnia cały ten perfidny plan obliczony był wyłącznie na niedopuszczenie do prac w KSK przedstawiciela SP. W jakiś czas po wyzdrowieniu Bieleckiego powiadomił mnie Mikołajczyk, iż KSK pracuje bardzo intensywnie nad przedłożonym przez Sosnkowskiego projektem organizacji podziemnej administracji w kraju, opartym na założeniu, iż przy Delegacie Rządu będzie istniał polityczny komitet doradczy złożony z przedstawicieli „trzech głównych stronnictw”. Równocześnie zwrócił mi uwagę, że Kukiel nie był obecny na żadnym z posiedzeń i on osobiście podejrzewa, iż nie jest on zapraszany. W tym stanie rzeczy postanowiłem interweniować u premiera, i to nie osobiście, ze względu na specjalny charakter sprawy, ale z udziałem dwóch obecnych w Angers członków kierownictwa, wybranych na odbytym w początkach listopada zebraniu członków SP, posiadających mandaty organizacyjne, w pierwszym rzędzie Rady Naczelnej. Byli nimi: profesor doktor Stefan Glaser i były poseł oraz wydawca „Narodowca” Michał Kwiatkowski. Przebieg naszej rozmowy z Sikorskim był wręcz dramatyczny, a jego reakcja utwierdziła nas w przekonaniu, iż u podstaw całego planu leżała intryga Sosnkowskiego. Kiedy bowiem zreferowałem na podstawie otrzymanych od Mikołajczyka informacji, jak przedstawia się stan rzeczy w KSK, gdzie dobiegają końca prace nad organizacją administracji podziemnej bez naszego udziału, Sikorski podirytowany zapytał: Jak to, a cóż na to Kukiel? Wyjaśniłem mu, że Kukiel nie bierze w ogóle udziału w posiedzeniach KSK, zgodnie ze stanowiskiem, któremu dał wyraz w związku z zebraniem czołowych działaczy SP w Paryżu w listopadzie 1939 roku, na które przysłał list wyjaśniający, dlaczego nie weźmie udziału w posiedzeniu. W liście tym, pełnym najwyższych słów uznania dla przewidującej polityki SP od chwili jego powstania, oświadczył, że z chwilą nałożenia z powrotem munduru wziął definitywnie rozbrat z życiem politycznym zgodnie ze swoim zasadniczym stanowiskiem, o które całe życie walczył. Sikorski połączył się natychmiast telefonicznie z Kukielem, który oczywiście potwierdził całkowicie swój punkt widzenia i równocześnie na pytanie Sikorskiego, dlaczego nie ujawnił tych swoich zastrzeżeń, odpowiedział, iż w ogóle nikt do niego się w sprawie reprezentowania SP w KSK nie zwracał i dopiero teraz dowiaduje się, iż taki plan był omawiany. Gdyby o tym był poinformowany, z miejsca wyjaśniłby swoje stanowisko. Sikorski był wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. Z trudem starał się zbagatelizować „niedopatrzenie” Sosnkowskiego, przypisując je raczej jakiejś intrydze w jego najbliższym otoczeniu i na gorąco przy nas podyktował list do Sosnkowskiego w sprawie powołania do prac w KSK mnie jako przedstawiciela SP. W parę dni później otrzymałem odpowiednie zawiadomienie, będące żywym powtórzeniem słów listu Sikorskiego. Przedstawiony wyżej incydent ilustruje w sposób dosadny metodę pracy Sosnkowskiego, w którego ręku była tak poważna dziedzina czynności rządu jak kontakt z krajem i organizacja jego życia podziemnego. W swej książce Na mogiłach przyjaciół przedstawiam obszerniej osobliwy sposób wykonania misji pierwszego Delegata Rządu, jaki dotarł do kraju w końcu 1939 roku, Władysława

Gieysztora. Był to stuprocentowy piłsudczyk, wybrany osobiście przez Sosnkowskiego i przezeń instruowany. W taki sam sposób odbywało się finansowanie działalności stronnictw w kraju, jak długo leżało to w gestii Sosnkowskiego i jego aparatu. Dopiero gdy Kot objął dział łączności cywilnej z krajem, udało mi się za jego pośrednictwem nawiązać łączność z krajową organizacją SP i uzyskać od Kota przekazanie do dyspozycji jej kierownika Franciszka Kwiecińskiego pierwszej dotacji pieniężnej. Równocześnie jednak drogi łączności z organizacją krajową, które z natury rzeczy szły wyłącznie przez aparat Sosnkowskiego, były dla mnie zamknięte. Otrzymałem zaledwie jedno sprawozdanie od Kwiecińskiego i to przesłane z pominięciem naszego oficjalnego aparatu. Teraz po latach znajduję w rozmaitych publikacjach, jak na przykład w wydanym niedawno przez Studium Polski Podziemnej opracowaniu pod tytułem Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945 (tom I) sprawozdania i listy adresowane do mnie, których nigdy nie otrzymałem. Nie był to jedyny wyczyn Sosnkowskiego zmierzający od samego początku współpracy do odgrodzenia Sikorskiego od najbardziej mu oddanych przyjaciół, którzy go nie opuścili w ciężkim okresie niełaski za rządów Piłsudskiego i Rydza-Śmigłego. Zastanawiałem się nieraz, czemu przypisać należy, iż akcja ta godziła przede wszystkim we mnie. Było to zrozumiałe z uwagi na to, że byłem przywódcą stronnictwa, które w koncepcji Sikorskiego stanowiło jeden z członów politycznej podstawy rządu, a w kraju dostarczyło z krótkim okresem przerwy ludzi na naczelne stanowiska w administracji Podziemia. Właściwy jednak swego rodzaju zmysł realizmu politycznego powinien był Sosnkowskiemu dyktować większą oględność w traktowaniu SP, czego w stosunku do mnie nie przejawił. Po latach dochodzę do wniosku, iż na ten specyficzny stosunek Sosnkowskiego do mnie mógł wpłynąć fakt, iż ze względu na przyjaźń z byłym jego szwagrem inżynierem Ryszardem Świętochowskim (synem Aleksandra, głośnego „posła Prawdy”) mógł on przypuszczać, że nie są mi obce pewne dyskredytujące go tajemnice rodzinnej natury. Sosnkowski był sprawcą rozbicia małżeństwa Świętochowskiego z przyczyn bardzo źle o nim świadczących, które nie stanowiły zresztą specyficznej tajemnicy w pewnych kołach warszawskich. Otóż Świętochowski był pierwszym spośród działaczy politycznych w Warszawie, który obserwując zabiegi rozbitków reżymu klęski, zmierzające do tego, aby zaraz po katastrofie ująć w swoje ręce czołowe miejsca w tworzącym się aparacie wojskowej konspiracji, postanowił temu przeciwdziałać. W tym celu powołał do życia Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych (CKON), do którego weszło w całości SP, oraz wielu działaczy z SL i PPS nieufnie się odnoszących do tendencji Rataja, Niedziałkowskiego i Pużaka, głoszących zasadę treuga Dei i zapomnienia sanacji całej jej przeszłości, z równoczesnym okazywaniem jak najdalej idącego zaufania. Wymienić tu należy Stanisława Kasperlika, prezesa powiatowej organizacji SL w Warszawie, Barlickiego, Stanisława Dubois i innych. Równocześnie z SN przyłączyła się do CKON grupa członków od dawna orientująca się na współpracę z „Frontem Morges”, skupiająca się przy wiceprezydencie miasta Marianie Borzęckim, który zresztą następnie znalazł się w SP. Świętochowski opierając się na warunkowym pełnomocnictwie uzyskanym od Sikorskiego pod koniec pierwszego tygodnia wojny, w przewidywaniu znalezienia się tegoż we Francji, starał się alarmować Sikorskiego o niepokojącym stanie rzeczy, jaki towarzyszył posunięciom organizatora konspiracji wojskowej generała Karaszewicz-Tokarzewskiego. Przekonawszy się, że większość tych alarmów, chociaż wysłana drogą zdawałoby się pewną, to jest przez oficerów udających się do Francji, do Sikorskiego, nie dochodziła, sądząc z braku jakiejkolwiek na nie reakcji, postanowił wczesną wiosną

1940 roku udać się osobiście do Paryża. Na temat tej wyprawy znaleźć można w drukowanych w kraju relacjach najbardziej fantastyczne przypuszczenia w rodzaju na przykład, iż udawał on się tam dla objęcia stanowiska ministra oświaty (!) w rządzie Sikorskiego. Jest to oczywiście bzdura. Nie zachodziła bowiem żadna potrzeba powoływania tego rodzaju resortu w rządzie emigracyjnym, nie mówiąc już o tym, że gdyby do tego doszło, nie brakło by kandydatów wśród specjalistów bardziej niż Świętochowski do tego kwalifikowanych. Istotnym celem wyprawy Świętochowskiego do Francji było przedstawienie Sikorskiemu prawdziwego stanu rzeczy, uzyskanie konkretnych instrukcji oraz decyzji w sprawie powołania do życia naczelnego organu Podziemia. Zamiarem Świętochowskiego był powrót do kraju i kontynuowanie tam pracy według uzgodnionego z Sikorskim programu. Niestety, przy przekraczaniu granicy słowackiej Świętochowski został aresztowany i oddany przez policję słowacką w ręce niemieckie. Z powodu odmrożenia musiał być poddany kuracji w szpitalu, skąd według wiarygodnych informacji można go było wykupić. W tym kierunku szły też nalegania na podlegającą Sosnkowskiemu placówkę łączności z krajem w Budapeszcie, która tak formalistycznie, odwołując się do decyzji swego zwierzchnika, sprawę załatwiała, iż w tym czasie Świętochowski został osądzony i skazany na śmierć. Gdy wiadomość o wykonaniu wyroku dotarła do Angers, zażądałem na posiedzeniu KSK wyjaśnień co do postępowania placówki budapeszteńskiej. Przyznaję, uczyniłem to w formie bardzo ostrej, nie szczędząc różnych aluzji do specyficznego klimatu, jaki wywiązał się między obu byłymi szwagrami, co Sosnkowski oczywiście musiał odczuć. Merytorycznej odpowiedzi właściwie nie otrzymałem, pozostała natomiast w moich następnych stosunkach z Sosnkowskim specyficzna atmosfera, która ciążyła niemal aż do końca naszego pobytu na emigracji. Formalnie w okresie funkcjonowania rządu polskiego we Francji byłem tylko podsekretarzem stanu w ministerstwie opieki społecznej. Od grudnia jednak, aż do opuszczenia przez rząd Francji uczestniczyłem stale na pełnych prawach członka rządu w posiedzeniach Rady Ministrów w zastępstwie generała Hallera, wysłanego na czele misji do Stanów Zjednoczonych celem poinformowania Polonii o pracach i zamierzeniach rządu polskiego na obczyźnie i przygotowania gruntu do planowanego werbunku ochotników do armii. W ministerstwie podlegały memu kierownictwu sprawy szkolnictwa z nowo zorganizowanym, przy wybitnym udziale rektora Polskiej Misji Katolickiej księdza Cegiełki, gimnazjum polskim w Paryżu. Parokrotnie uczestniczyłem z ramienia rządu w obradach Naczelnej Reprezentacji Emigracyjnej, tak zwanego Centralnego Komitetu Obywatelskiego. W związku z przypadającym w tym okresie obchodem święta narodowego 3 Maja wygłosiłem w kilku mniejszych ośrodkach polskich okolicznościowe przemówienia do licznie zebranych uczestników. Katastrofa Francji zaskoczyła nas wszystkich. Optymizm co do jej odporności szedł z góry, zaczynając od Sikorskiego. W atmosferze pełnego zaufania do naszej sojuszniczki zarządzenia ewakuacyjne uderzyły w nas jak grom. Do ostatniej chwili żyliśmy nadzieją, że armia francuska potrafi zatrzymać natarcie Hitlera na takiej linii, która umożliwi zorganizowanie prowadzenia dalszej walki na terytorium samej Francji, bez konieczności opuszczenia jej terytorium. Dopiero na nocnym posiedzeniu rządu w siedzibie prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pod nieobecność Sikorskiego, który w tym czasie starał się dotrzeć do dywizji polskich walczących na froncie, w nocy z 13 na 14

czerwca zdaliśmy sobie sprawę z katastrofy, na którą jedyną reakcją w danej chwili była bez wahania jednomyślnie powzięta decyzja ewakuowania się do Wielkiej Brytanii.

Wykaz skrótów
BBWR - Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem ChD - Chrześcijańska Demokracja CKN - Centralny Komitet Narodowy CKON - Centralny Komitet Organizacji Niepodległościowych GKW - Główny Komitet Wykonawczy NPR KAP - Katolicka Agencja Prasowa KNZSN - Komitet Naczelny Zjednoczonych Stronnictw Niepodległościowych KP - Konfederacja Polska KSK - Komitet dla Spraw Kraju LPP - Liga Państwowości Polskiej MRP - Ruch Republikańsko-Ludowy (Francja) NKN - Naczelny Komitet Narodowy NOK - Narodowa Organizacja Kobiet NPR - Narodowa Partia Robotnicza NSR - Narodowe Stronnictwo Robotników NZCh - Naczelny Związek Chłopski NZR - Narodowy Związek Robotniczy ONR - Obóz Narodowo-Radykalny OWP - Obóz Wielkiej Polski OZON - Obóz Zjednoczenia Narodowego PAT - Polska Agencja Telegraficzna POW - Polska Organizacja Wojskowa PPS - Polska Partia Socjalistyczna PSL - Polskie Stronnictwo Ludowe RN - Rada Naczelna NPR RN - Rada Narodowa

SDKPiL - Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy SL - Stronnictwo Ludowe SN - Stronnictwo Narodowe SP - Stronnictwo Pracy SSN - (Komisja Tymczasowa) Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych TRS - Tymczasowa Rada Stanu ZLN - Związek Ludowo-Narodowy ZLP - Związek Ludu Polskiego ZN - Zjednoczenie Narodowe ZZP - Zjednoczenia Zawodowe Polskie

Ośrodek Dokumentacji i Studiów Społecznych Warszawa 1983 Redaktor: Jerzy Skwara Okładkę projektowa) Marek Skwara Zdjęcie na okładce Karola Popiela wykonał Adam Broż 55 POZYCJA KSIĄŻKOWA Printed in Poland. Wydawnictwo Ośrodka Dokumentacji i Studiów Społecznych (ODiSS), 00-950 Warszawa Al. Jerozolimskie 99/13 skr. poczt. 79, tel. 28-27-87. Wydanie I. Nakład 5000 Objętość 10,5 ark. wyd., 9 ark. druk. Oddano do składania 20 IX 1982. Podpisano do druku 16 IX 1983. Druk ukończono w styczniu 1984. Cena 250 zł Zakłady Graficzne w Katowicach, ul. Armii Czerwonej 138 Zam. 1573/1100/82 - Z-83