You are on page 1of 14

Dzięki blogu i Bogu, że mam motywacje by to spisać. Ludzie nie lubiący szczerego egzystencjonalnego ekshibicjonizmu emocjonalno-duchowego nie muszą czytać. To chyba najbardziej osobista rzecz jaką napiszę na tym blogu kiedykolwiek i chcę to zrobić dla samego siebie. Takie sytuacje w życiu trzeba wspominać i czerpać z nich siły. I nie, nie ma we mnie żadnego smutku gdy to opisuję, wręcz na odwrót: odzyskałem dar pełnego życia dzięki spisaniu tych wspomnień i konsekwencji podjętych wtedy decyzji.

Dzięki blogu i Bogu, że mam motywacje by to spisać. Ludzie nie lubiący szczerego egzystencjonalnego ekshibicjonizmu

Nim upadłem, powróciłem przed te drzwi. Pełen niepokoju utraciłem bezlik bezwzględu ze źrenic,

zachwiała się stal miłości głosu. Ale był to drugi demon z jakim chciałem stanąć twarz w twarz, demon strachu przed życiem… Byłem i do dziś jestem przerażony na wspomnienie tej chwili, tych ludzi

których kochałem i kocham, oraz ich wzroku: zagasłego

żaru...

Wszystko co miałem powierzyłem

wcześniej Bogu. Dosłownie wszystko. Dostałem nowe przykazania miłości wobec ludzi, dostałem też z

plaskacza po gębie od złego odkąd starałem się je wprowadzać w życie. Im bardziej się udawało, tym gorzej dla mnie. On czuwał codziennie czekając jak stwór morski ukryty w piasku na dnie – dlatego tym bardziej wiedziałem, że nie ma już odwrotu: każdy dzień musiałem zaczynać i kończyć z Bogiem. Była to prawdziwa walka.

Poranione serce nie było nawet gotowe do pokochania kogokolwiek, Najwyższy to wiedział. Ja nie. Lecz mimo braku tej elementarnej wiedzy dokonałem wyboru – zasłyszane raz słowa:

ż ś ę ś – odebrałem osobiście. Wybrałem Boga, w pełni, w całkowitym zawierzeniu, w całkowitym
ż
ś
ę
ś
– odebrałem osobiście. Wybrałem Boga, w pełni, w całkowitym zawierzeniu, w całkowitym
osamotnieniu i zranieniu powierzyłem Mu moje serce. I nigdy nie miałem do nikogo o to żalów, wręcz
na odwrót. W tamtej chwili myślałem tylko tak:
ż
ć
ż
ą
ą
ł
ą
ł
ś
ą

Nie spadły żadne gromy, ani nie zerwał się huragan. Nie opisuję tutaj cudu przecież ani objawienia. Ciemna, pusta, samotna, pełna bólu i rozterek noc otaczała mnie nadal zewsząd.

W moim sercu tej nocy coś pękło.

plaskacza po gębie od złego odkąd starałem się je wprowadzać w życie. Im bardziej się udawało,

Tym czymś, było wszystko to, co składało się na moją osobę: rozum, siłę woli, pragnienia, marzenia, zapatrywania, radości, troski, cele, ambicje, więzi łączące mnie ze światem. Wszystko co miałem, czym byłem wtedy, zagłuszył rozrywający choć niemy ból schorowanego ciała, przyćmiony jedynie rozdzierającym bólem egzystencjonalno-duchowym – dobywający się z każdej komórki mojego ciała – który nie ukrywam, był ponad moje ludzkie siły, żeby go jakkolwiek odeprzeć, odwlec, uśmierzyć. Nie miałem bowiem już sił na nic – wszelkie kłamstwa, iluzje którymi żyłem, wygodne półprawdy jakimi się karmiłem, fałszywe pobudki i nadzieje, egoizm zawsze się broniący przed winą – wszystko to roztrzaskał ten wewnętrzny krzyk agonii. Byłem tym krzykiem, niczym innym ponad to tamtej nocy.

Wszystkie maski opadły, było bowiem już po sztuce – zapadła ciemność z prawdziwego zdarzenia, a światło któremu do tej pory zawierzyłem, okazało się być zaledwie jakąś lampą błyskową, teraz zagasłą. Wiedziałem, ze serce, które było moje do obdarowania kogo zechcę – powierzyłem naiwnie i zawierzyłem pochopnie komuś kto był jak i ja – zawodny bo nic co ludzkie nam nie jest obce przecież:

każdy zawodzi czasami [znowuż: nie mam o to żalu, rozumiem to doskonale z własnego życia]. Ta osoba zagasła i zeszła ze sceny po odegraniu swojej roli w mym życiu. A bolało aż tak, bo byłem głupi – oddałem niemal wszystko czym/kim byłem, co potrafiłem drugiemu człowiekowiDrugiemu człowiekowi, pełnemu wad [choć i zalet], którego prośbie: zaufaj midałem wiarę.

Nie znając siebie, nie znając losów swego serca, nie rozumiejąc do czego doszło, ani jak tym bardziej nie znając zatem nigdy Prawdy i Miłości, a jedynie ich odblaski w innych osobach – znalazłem się pośród prawdziwego, dotykalnego mroku swego życia.

Tym czymś, było wszystko to, co składało się na moją osobę : rozum, siłę woli, pragnienia,

Coś pękło. Kolano za kolanem uklękło.

Coś pękło. Kolano za kolanem uklękło. Nie miałem nic , nawet siebie samego – jedyne co

Nie miałem nic, nawet siebie samego jedyne co miałem to prawdziwą wiedze na temat samego siebie – marności nad marnościami. Nie miałem nic na obronę swej głupoty i zawierzenia człowiekowi do takiego stopnia, poza sumieniem, które nie wyrzucało mi niczego innego. Nie mam zielonego pojęcia jak by ta sytuacja się potoczyła gdyby nie pewne decyzje do których powoli dojrzewałem, a które zaowocowały w bliskiej przeszłości tamtej nocy czystością i pokojem serca na co dzień. Gdyby nie ta Łaska, z nieba mi nadana, nie wiem czy miałbym odwagę zainwestować w tę ledwo tlącą się iskrę nadziei, gdzieś głęboko na dnie mojego serca, niczym stare, zniszczone zdjęcie kogoś kogo już na świecie nie ma, a pozostawił ciepłe wspomnienie. Ta iskra i sumienie, które szukało i szukało mojej winy tak intensywnie, byleby tylko odkryć tę Prawdę: gdzie zawiniłem Boże?! Co popsułem? Lecz nie znajdowałem nic poza naiwnością wynikającą z niedojrzałości emocjonalnej a na to nie byłem przecież w nic w stanie poradzić, bo to nie zależy ode mnie do końca…

Iskra nadziei, podjęta w sercu rozjątrzyła się i miast krzyczeć, bluźnić Bogu, zaufałem Jego Dobroci i opiece. Twarzą w ciemność szeptałem:

ę ę – nie wiedząc za co, skąd, po
ę
ę
– nie wiedząc
za co,
skąd, po

co, dlaczego lecz jednak dziękując… I choć naukowcy mówią że ciemność jest rzeczą

nieweryfikowalną, a wszechświat ogromny i pusty w większości – w tej chwili mego życia tak jak ciemność jest dotykalna duchem, jak wszechświat pełen nieznanych – tak moja egzystencjalna noc ustąpiła niespodziewanemu uczuciu lekkości na duchu, wielkiemu pokojowi serca, wewnętrznemu światłu niczym Patronus z Harrego Pottter’a, oraz pewności … że nie jestem w tym sam, że jest Ktoś kto czuwa ze mną…

  • I nie. Nie opisuje tutaj cudów, objawień. Piszę o stanie w którym może się znaleźć każdy człowiek,

nawet ktoś taki jak ja – upadły i pełen wątpliwości. Opisuję stan świadomości miłości Bożej wobec

człowieka i Jego łaski w ludzkim życiu, z pełnią świadomości jej konsekwencji i możliwych dróg wyboru. Wyboru w końcu Wolnego, bo w pełni świadomego: wiedziałem kim jestem tam wtedy, wiedziałem gdzie stoję, jakie opcje w życiu mam, oraz jakie konsekwencje one a sobą mogą pociągnąć.

ł
ł

Mimo przytłaczającej siły świata mroku, wybrałem życie. Mimo braku elementarnej wiedzy czym/Kim jest Światłość, wybrałem ją ponad półcień.

Wybrałem ufność Najwyższemu i poddanie swego życia na co dzień Jego planom, zamiarom wobec mnie bo moje nawet najlepsze plany przecież były powodem mojego upadku. Chwila ta była pełna spokojnych, jasnych jak promienie słońca myśli, słów duszy, które jak dziecko przed położeniem spać,

koiły serce. A każda z tych myśli była czymś więcej niż pustym zbiorem znaków – były one niczym głębia kolorytu najpiękniejszych mgławic wszechświata widziana w ruchu. Świadomość ich znaczeń była czymś nowym w moim życiu: nieskończonym i wiecznie w drodze do pełni lecz nigdy nie mającym kresu.

nieweryfikowalną, a wszechświat ogromny i pusty w większości – w tej chwili mego życia tak jak

Zaufałem

tej

niedostrzegalnej, ale przeczuwanej Prawdzie, w którą celowały te myśli. Oddałem swoje serce – dostałem nowe życie w zamian. I nigdy tej decyzji w swoim życiu nie żałowałem potem. Następnego dnia moje fizyczne dolegliwości, przewlekłe choroby ustąpiły całkiem. Nigdy nie powróciły. Tej samej chwili podczas tej nocy, ten egzystencjonalno-

duchowy ból jakby się ulotnił… Lecz nie do końca. Gdzieś głęboko, na samym dnie mojej świadomości

  • i serca, tkwiła mała drzazga: trwała tam jako pamiątka: ku przestrodze, jako niezapominajka, ku

motywacji do pracy nad sobą, jako przywołanie do porządku i dotrzymania danego raz Bogu słowa.

Odtąd wylane łzy były łzami szczęścia, nabrzmiałymi od szczerości serca, więc i rzadziej, sporadyczniej padającymi. Jest bowiem taki ból, który można ukochać. Jest. Nawet jeśli nie zna się imienia swego

Boga, oraz Krzyża bólu i radości, na którym umarł. To nie należy do rzeczy łatwych do wytłumaczenia – to tajemnica, którą można pojąć jedynie na dnie swej własnej nędzy zwracając się do Boga jak do Ojca i Przyjaciela. Ucieczki i Ostatniej Deski Ratunku. Silnorękiego i Wiernego. Wszechmogącego i Dobrego.

Paradoksalnie więc, dopiero na dnie swej nędzy spotykamy tam i poznajemy Stwórcę. Nie bez kozery

nazwał się Alfą i Omegą – Pierwszym i Ostatnim bowiem On już czeka na tym dnie, w które człowiek



"Śmierć jest jak mój samochód. Zabiera mnie tam, gdzie chcę się udać." John Piper



ledwo zaczął spadać. I będzie tam Pierwszy. A dno to jest jak sieć MacDonalds, że tak to ujmę: wszędzie dostępne i uniwersalne w sensie, że jest w przypadku

każdej osoby podobne.

I

dopiero

na

tym

dnie

mogłem

podjąć pewne decyzje, które odbiły

się echem w wieczności, po kres daj Boże mojego życia tutaj na tym łez

padole. Wszystko

co

nastąpiło

potem, było

i

jest

nawiązaniem

i

przywołaniem

do

tamtej

chwili,

przypomnieniem tamtego ogołocenia, pokory, posłuszeństwa na jakie zdobyłem się wtedy z Bożą pomocą. Nie ma chyba żadnej sfery mojego życia obecnie, która nie byłaby dotknięta tamtą walką, w końcu owo pęknięcie dotyczyło całego mnie:

jakieś niewytłumaczalnej i nie do zdefiniowania głębi mojego ‘ja.’ I znowuż: to żaden cud co opisuję.
jakieś niewytłumaczalnej i nie do zdefiniowania głębi mojego ‘ja.’ I znowuż: to żaden cud co opisuję.
Łaska Boża jest każdemu człowiekowi dostępna, tylko nie każdy zdaje sobie sprawę z Jej mocy i
potęgi, dopiero gdy wszystkie inne światła zagasną, dopiero wtedy możemy uwierzyć w niewidzialne
w pełni.
ś
ę

Świadomość tej chwili mego życia przemienia je nawet jak pisze te słowa. Rozświetla je tak jak niezamazana czasem pamięć słów i twarzy osoby, którą kochało się nad życie, a która przed odejściem zdążyła szepnąć:

ę
ę

Takie momenty, takie doświadczenia zmieniają nie tylko światopogląd, że człowiek zaczyna wierzyć w nadprzyrodzone, ale i bieg historii świata. Stanowią o sile danej osoby paradoksalnie. Bo jeśli mimo atrakcyjności tego świata poznasz swą nędzę i odrzucisz go, odrzucisz łatwą śmierć – to wraz z nowoodkrytą pustką egzystencji odkrywasz jak wiele Bóg Ci przekazuje energii i sił do życia. To jak niebiański nektar dający siłę do przetrwania każdej sytuacji… Jeśli tylko się zaufa, odłoży siebie na bok jako słabego i wadliwego, a położy swoje życie i serce w rękach Boga.

I nie jest to cud’ dostępny tylko świętym, olśnionym itd. Paradoksalnie, im kto dalej od Boga, od Dobra, tym bliżej Boga na dnie nędzy. A Miłosierny Ojciec czeka tylko żeby ratować swe dzieci przed śmiercią wieczną na tym dnie.

I nie jest to ‘ cud ’ dostępny tylk o świętym, olśnionym itd. Paradoksalnie, im kto

Te słowa są niezaprzeczalnie tzw. obfitością ‘mojegoserca – które odkąd oddane, przestało należeć do mnie, a działa pod rozporządzeniami Syna Bożego, który trzyma je w czułych dłoniach jak skarb. On decyduje, ja muszę posłusznie, niczym Davy Jones bez serca, wypływać na morza życia w poszukiwaniu skarbu – kawałku nieba na ziemi. Nie wiem nawet w jakiej postaci ma być ten skarb, czy to drugiej osoby, która zrozumie mnie i zaakceptuje z takim bagażem doświadczeń, czy raczej jako drogi, która będę kroczył. Obecnie nie ukrywam, obrałem kurs na to drugie – ludzie są zawodni, Bóg nie, a …

I nie jest to ‘ cud ’ dostępny tylk o świętym, olśnionym itd. Paradoksalnie, im kto

Pamiętam jak do tamtej chwili zbierał jak każdy nowe doświadczenia, niczym kawałki puzzli: pojedynczo i nigdy nie mogąc ich do siebie dopasować. W ‘moimOgrodzie Oliwnym te kawałki w końcu ułożyły się w całość, przypasowały do siebie dodając sobie nawzajem znaczeń i piękna.

I nie jest to ‘ cud ’ dostępny tylk o świętym, olśnionym itd. Paradoksalnie, im kto

Jakby całe moje dotychczasowe życie, nawet z tymi ciemnymi kawałkami, nie było żadnym zrządzeniem losu, a miały ogromny sens, znaczenie wykraczające poza moje możliwości percepcyjne,

powód-przyczynę, cel, światło w sobie. Od tamtej pory strach nie ma nade mną takiej mocy jak dawniej. Kajdany niewoli, kajdany złej krwi i emocji, kajdany przeszłości stopił żar ognia, z którego to ja paradoksalnie wyszedłem cało, mimo że cała historia mojego życia zdawała się skrzeczeć jak wrona na szubienicy wisielca. Mówi się, że złoto próbuje się w ogniu prób, a tylko miłość małej próbki kruszeje w nim, wielka miłość wychodzi niczym oszlifowany diament, w końcu w jego najpiękniejszej formie. Tak i cnota nabiera kształtu w ogniu prób pełnych wątpliwości sensu życia, wiary czy miłości. I bez tego żaru, czyli ciemności nie byłoby i światła – jest to jak dla mnie niezwykłym pocieszeniem przed i w trakcie każdego upadku. Bo gdyby nie ciemność nie miałbym wolnego wyboru

powód - przyczynę, cel , światło w sobie. Od ta mtej pory strach nie ma nade

Co jakiś czas powracam do mej ciemni upadku lecz teraz już nie mam takich niepewności co do rzeczy elementarnych

jak np.:

czy

Bóg jest

na

tyle

Dobry

i

Miłosierny by zniżyć

się

do

kogoś tak

upadłego i nędznego? Jest. On Jest

całym swoim życiem, talentami, całym sobą mogę poświadczyć.

Powiesz, że przesadzam. Najwidoczniej Ty czytasz dramatyzm tam gdzie go nie było, gdzie słowo ma swe źródło w wielkim długu wdzięczności wobec Stwórcy, który chcę Mu choć próbować jakoś wynagrodzić w Jego walucie:

Miłości i Prawdzie. Nie byłbym mężczyzną, gdybym dla jakiejś marnej pokusy łamał raz dane Bogu słowo. A przecież chcę. Chcę być facetem z honorem. Tak mi dopomóż Bóg!

A On zawsze bije gdzieś w jakimś sercu obok, czuwa w przestrzeni obok i pamięta – pomaga w sobie tylko znany sposób, jeśli tylko dotrzymać kilka prostych reguł życia, nie tylko słowa.

ż ź ś ą ż ć ę ś
ż
ź
ś
ą
ż
ć
ę
ś

Ufność to słowo-klucz. Dziękczynienie i posłuszeństwo to magiczne inkantacje.

Ufność to słow o- klucz. Dziękczynienie i posłuszeństwo to magiczne inkantacje. W moim przypadku zawsze mnie

W moim przypadku zawsze mnie też wspomaga mój patron, Św. Michał Archanioł, którego imię noszę, a które przecież nie jest niczym innym jak odpowiedzią na Non serviam![Nie będę służył!’] Szatana jego ślubem wierności, aż do zatracenia samego siebie: ‘Któż jak Bóg!?

Mica-El

I weź tu człowieku nie dawaj wiary żywotom świętym, legendom, kiedy własne wiersze z lat młodocianych, jak te moje credo:

Jam pielgrzymem z jednym skrzydłem, Dążącym do Prawdy, która mym poidłem, Szukającym na tym świecie na wskroś dotknięcia – Ręki Boga, której mam tylko stare zdjęcia. (1997)

stają się Prawdą na moich własnych oczach dzień w dzień, nawet gdy ktoś wypowie moje własne imię. Któż jak Bóg!? działał w moim życiu skrycie, bez cudów, fajerwerków, powoli ucząc mnie

posłuszeństwa i pokory, których będę się zapewne szkolił całe życie i z marnym rezultatem, ale

jednak:

będę.

Jako

logofil 1

i

[*być

może

kiedyś*]

filolog

mogę

dziś

śmiało

parafrazować

z

przyjemnością braci Grimm, którzy rozpoczęli na poważnie badania nad językami:

ę
ę
ę ł
ę
ł
ł ę 
ł
ę

I z przysięgą na ustach:

ż
ż

… spełniłem swój dzisiejszy obowiązek i mogę wiernie czekać na ciąg dalszy historii swego życia.

„Mówcie ludziom, że jest kochający Bóg pośród nas, trzeba Go tylko odnaleźć i prawdziwie żyć” Łk 9,60

1 logos – słowo, philos – miłość, pasja, przyjaźń = miłośnik słowa.

[ Nawet najmniejsza istota może odmienić losy świata – Galadriela.]

[Nawet najmniejsza istota może odmienić losy świata – Galadriela.]

[ Nawet najmniejsza istota może odmienić losy świata – Galadriela.]